LUDZKOŚĆ W OBRAZACH (XVI)

1

Jakże wiele wymiarów ma ludzkie szaleństwo, od krwawych zbrodni seryjnych morderców, poprzez seksualne dręczenie dzieci, rytualne zabijanie zwierząt, do światowych wojen, obozów koncentracyjnych i „dzieł” takich dewiantów jak Neron, Kaligula, Hitler, Stalin, Pol Pot, Mao Tse Tung. Ludzki, a przy tym jakże zwierzęcy obłęd, doprowadził na przełomie dziejów do przelania prawdziwego morza krwi niewinnych istot, to wybujałe ambicje chorych umysłowo „przywódców” spowodowały, że ziemia stała się padołem łez, bólu i cierpienia. Czasem jednak szaleństwo ludzkie daje zaskakujące efekty, każące zastanowić się jaka byłaby droga malarza Hitlera, gdyby wiedeńska Akademie der Bildenden Künste nie odrzuciła jego widoczków i wielu odwzorowań architektonicznych. Może taka, jak Franza Xavera Messerschmidta (1736–1783) niemieckiego rzeźbiarza, który działał głownie we Wiedniu i Bratysławie. Jego sylwetkę tak przybliża Krystyna Greub-Frącz: „Na cały jego dobytek składało się łóżko, flet, fajka, dzban na wodę oraz stara włoska księga o proporcjach człowieka. Na oknie wisiał arkusz papieru z zatartym rysunkiem egipskiego posągu bez ramion i nóg. Utrzymywał, że nocą nękają go przykre duchy. Z nich najbardziej wrogim był duch proporcji. Duch ten tak długo go szczypał, aż wreszcie rodziły się owe figury. Po czym uchodził z jego ciała wraz z ciepłym powietrzem” – pisał osiemnastowieczny niemiecki dziennikarz Christoph Friedrich Nicolai. Owocem owych nocnych zmagań z „duchem proporcji” stała się seria fizjonomicznych „portretów”, znanych dziś pod nazwą Charakterköpfe (Charakterystyczne twarze). Franz Xaver Messerschmidt pracował nad nimi przez trzynaście lat, aż do śmierci. Wykonane po części w alabastrze, po części ze stopu ołowiu i cyny męskie popiersia o absurdalnie przeskalowanym, chwilami groteskowym, niekiedy porażającym wyrazie twarzy zaliczane są do najbardziej zagadkowych tworów okresu Oświecenia. Nie przedstawiają osób rzeczywistych, lecz pretendują do zobrazowania pełnej gamy ludzkich emocji, których zgodnie z przekonaniem Messerschmidta, istnieje sześćdziesiąt cztery.

 2

 Każda z tych niemal naturalnej wielkości głów jest nośnikiem swoistego stanu ducha: stroją najdziwniejsze miny, krzyczą, płaczą, kichają, pokazują język. Oczy niektórych są mocno zaciśnięte, jak gdyby wsłuchiwały się w wewnętrzne głosy. Dwie „głowy” to autoportrety artysty. Dwie inne – Schnabelköpfe (Grymasy dzioba) – to według rzeźbiarza, portrety nader osobliwego źródła jego inspiracji: wspomnianego już ducha proporcji. Ze względu na irytująco-obsesyjny sposób obejścia się z ludzką fizjonomią, głowy Messerschmidta postrzegane były początkowo jako ekstrawaganckie, wprawiające w osłupienie wytwory dziwaka. Jednak od pierwszej publicznej prezentacji czterdziestu dziewięciu rzeźb na wystawie, która – co znamienne, odbyła się w wiedeńskim Szpitalu Powszechnym – uznane zostały za produkt zmąconego ducha. Błędnie określone mianem charakterystycznych twarzy, otrzymały ex post nazwy, które miały ułatwić ich zrozumienie, a które dziś wydają się równie kuriozalne, jak określone nimi dzieła: Powieszony, Wstrętny odór, Przemądrzały kpiarz, Bezdenna głupota, Cierpiący na obstrukcję… Przeświadczenie o szaleństwie Messerschmidta w sposób niezamierzony utrwaliła biografia artysty, którą Christoph Friedrich Nicolai opublikował w 1794 roku pod tytułem Osobliwy życiorys Franza Xavera Messerschmidta. Gipsowe odlewy „głów” wystawiane były w wiedeńskim Praterze ku uciesze pospólstwa, oryginały zaś do końca XIX wieku służyły adeptom sztuki jako obiekty studyjne, a studentom medycyny jako materiał poglądowy. Jeszcze w roku 1932 wiedeński historyk sztuki i psychoanalityk Ernst Kris widział w Messerschmitcie klasyczny przykład paranoicznego schizofrenika, którego tłumiony homoseksualizm szukał ujścia z podświadomości w postaci demonów…” Trudno dzisiaj powiedzieć jaka była skala szaleństwa tego genialnego artysty i jaką rolę odegrał „tłumiony homoseksualizm”, nie ulega wszakże wątpliwości, że Messerschmidt stworzył galerię typów ludzkich śmiało mogącą konkurować z rzeźbami antycznymi.

 3

Głowy tego artysty odwzorowują zachowania ludzkie i różne stany świadomości, od głupoty, poprzez przebiegłość, do mądrości i wiedzy o samym sobie. Same grymasy twarzy mają jedynie walor dokumentacyjny i spotykane są w ludzkim świecie powszechnie, zdumiewa raczej skala artyzmu, która u osoby owładniętej szaleństwem nie mogłaby sięgnąć takich wyżyn. A tutaj mamy przecież do czynienia z niezwykłą pracowitością i z wielkimi umiejętnościami rzeźbiarskimi, z techniką, która wymagała działania planowego i zastosowania określonej strategii. Może artysta ten bywał roztrzęsiony i zachowywał się dziwacznie, ale tak zdumiewające wykonanie tylu rzeźb nakładało na niego obowiązek inżynierii celowej, powolnego wydobywania z bezkształtnej bryły alabastru rysów ludzkich. Czasy oświecenia nawiązywały do antyku, renesansu i baraku, co widać przede wszystkim w nurcie klasycystycznym, ale też dalekie były od akceptacji brzydoty, dewiacji, ukazywania człowieka jako istoty z piekła rodem. Na tym tle rzeźby Messerschmidta odcinały się wyraźnie i mogły budzić zdumienie, drwiny i śmiech. Ci, którzy zachwycali się Kupidynem i Psyche Antonia Canovy, pomnikami Christiana IV i księcia Józefa Poniatowskiego Thorvadlsena czy kwadrygą z Bramy Brandenburskiej Johanna Gottfrieda Schadowa, nie mogli zaakceptować przedstawień ludzkich twarzy, pomarszczonych i powyginanych w dziwnych grymasach. Dzisiaj, gdy patrzymy na te rzeźby, widzimy przede wszystkim prawdę o człowieku i zapowiedź tego, co miało się dziać w wiekach następnych. Realizm artysty doprawdy zdumiewa i każe stawiać go w równym szeregu z największymi mistrzami jego czasów. To są głowy i twarze nacechowane bólem i cierpieniem, wyrażające skrajne stany wewnętrzne, od melancholii, poprzez grozę, do ironii i śmiechu. Trudno powiedzieć, czy Messerschmidt był świadom tego, co stworzył, czy też tylko jego benedyktyńska praca była odpowiedzią na wewnętrzne skomplikowanie umysłu. Jakkolwiek jednak byśmy nie podchodzi do tego kunsztu, uznać należy ogromną pracowitość i artyzm twórcy. Podziwu godna jest też jego ogromna odwaga, która w czasach kultu ludzkiego umysłu i gigantycznej przesady, kazała mu tworzyć rzeźby ukazujące inny wymiar ludzkości, jej przepastną głębię i odwieczną tajemnicę.

4

MILIONY LAT

Wracałem rowerem od przyjaciela, który mieszka trzydzieści kilometrów od Bydgoszczy i po drodze fotografowałem przyrodę. Ale najlepsze zdjęcia tego sierpniowego dnia zrobiłem zajeżdżając na plac magazynu handlującego kamieniami. Urządzanie ogrodów to teraz wielki biznes i można zobaczyć w takim miejscu prawdziwe cuda, od róż pustyni, przez różne łupki, bazalty, piaskowce, po grecki i włoski marmur. Ileż pradawnej energii uwięzło w tych wielobarwnych strukturach i elementach składowych wszechświata, ile mocy i prawdy o naszej rzeczywistości. Brałem różne kamienie do rąk, gładziłem je i muskałem opuszkami palców, myśląc o milionach lat ich kosmotelurycznej niezmienności i twardości, absolutnego piękna i najczystszej filozofii istnienia dla istnienia.

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

NIEPOJĘTE PRZEZ NIEUCHRONNE

ZERNIC1

Latem zeszłego roku stanąłem w Ciechocinku nad grobem Janusza Żernickiego (1939–2001), poety, którego bardzo cenię i ubolewam, że tak mało ukazuje się tekstów jemu poświęconych. A przecież był znakomitością Orientacji Poetyckiej „Hybrydy”, barwną osobowością pokolenia Stachury, Różańskiego, Gąsiorowskiego, Szatkowskiego, żeby wymienić tylko kilka nazwisk rówieśników. Pisałem o nim w jednym ze szkiców: Chcąc ukazać krajobraz wewnętrzny tej liryki należałoby cofnąć się do czasów antycznych, w obręb architektury greckiej i rzymskiej, należałoby pochylić się przed Altamirą, stanąć pośrodku cywilizacji Sumeru i Egiptu – słowem zatopić się w kulturowości. I nie powinno czytelnika dziwić, że akwedukty Rzymian graniczą tu ze sfinksem i jaskiniami ludzi pierwotnych, nie powinno dziwić, bo jest to nasze wspólne dziedzictwo kulturowe. Ale to zaledwie pierwsza błona, tło i nie tło – widać na przykładzie Żernickiego jak poezja góruje nad sztukami wizualnymi. Następne wszak warstwy są elementami pejzażu, informacjami o konkretnych rekwizytach, ale także kolejnymi tłami nakładającymi się na przestrzenie archaiki. W takim drgającym i pulsującym hologramie wiersza wyodrębnić można wiele równoważnych płaszczyzn – a więc głębię mitologiczną, panoramy realnego świata postrzeganego okiem wiecznego tułacza, odniesienia do tradycji judeochrześcijańskiej, pogłosy  cielesności i echa chemii struktur organicznych. Żernicki chce ukazać człowieka w sieci napierających na niego sił, splatających się nieustannie przeciwieństw. Nie było przesady w tak szerokim ujęciu, choć dzisiaj może coś bym zmienił, coś skorygował w dawnym tekście. Pisałem też o jego ziemskim wędrowaniu: Poeta podkreśla inność swojej wędrówki. Wszak nie szedł on utartymi szlakami – zmierzał poprzez krainy, w których wędrowiec budzi zdziwienie niczym piękny ptak pojawiający się w zasięgu oczu. Szedł w bólu i spiekocie, towarzyszyły mu lęk, postacie w maskach, hybrydy jaźni i cienie umarłych. Tych ostatnich było coraz więcej i poeta pragnął uwolnić się od nich, chciał ich zgubić, pozostawić. Ale im bardziej im umykał, tym bliżej byli jego wyobraźni, im dalej majaczyły ich cienie, tym głębiej zapadały w jego wnętrze ich odbicia. W takich chwilach, w błysku autorefleksji poeta mówił: Który na próżno wyrywam się wirom po umarłych,/ który widziałem miasta w chwili jak Chusta Weroniki. Tak oto wędrówka stała się męczarnią, tak zmieniła się w ucieczkę. Ale nie ma ucieczki przed własnym losem, nie można zejść z drogi przeznaczenia – życie i śmierć każdego z nas zostały zapisane w gwiazdach, zdarzyło się i powtórzyło w setkach, tysiącach tych co przed nami, zdarzy się i powtórzy w tych co przyjdą po nas. Dopiero na gruzach upadłych cywilizacji zobaczyć można znikomość jednostkowego losu, zrozumieć można czym jest byt, skąd idziemy. Wędrówka poety, śmiertelna wyprawa do granic bez granic, bieg po okręgu, bieg w miejscu są otwarciem przestrzeni – raną, która nigdy się nie goi.

A teraz stałem nad grobem człowieka, z którym korespondowałem i którego spotykałem w różnych miejscach Polski, najczęściej w Warszawie, podczas festiwali poezji. Zamieszczam w moim dzienniku fotografie grobu Janusza, by zdanie z jego wiersza: Pojąć niepojęte przez nieuchronne – wyryte w granicie, trafiło do jak najszerszych kręgów czytelników.

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

DAWNA KOLEKCJA (5)

2c

Zbieranie znaczków pocztowych, w dzieciństwie i w czasie dorastania. miało ogromny walor edukacyjny i dawało mi sporo radości. Ileż godzin spędziłem nad klaserami, przekładając serie z miejsca na miejsce, przyglądając się pojedynczym walorom, zastanawiając się jak wygląda reszta niekompletnego ciągu. Najpierw kolekcjonowałem znaczki z różnych stron świata, a potem – z racji moich zainteresowań geograficznych – zacząłem gromadzić edycje poczt krajów afrykańskich, ze szczególnym uwzględnieniem zwierząt. Czytywałem wtedy wiele książek podróżniczych i zoologicznych i kolorowe serie znakomicie uzupełniały zdobywaną wiedzę. Pośród moich klaserów błąkał się z miejsca na miejsce znaczek z USA przedstawiający migrację ptaków wodnych, jakichś kaczek, bernikli kanadyjskich, traczy, a może nurów. Trudno mi dzisiaj to zweryfikować, bo zapamiętałem tylko ogólny kształt, a szczegóły przepadły gdzieś w mrokach pamięci. Sezonowe przeloty ptaków mają w Ameryce spektakularny charakter, a najciekawsze są migracje kolibrów z Ameryki Południowej i pęd gęsi, kaczek i ptaków brodzących na południe. Jak ustalili ornitolodzy, skrzydlaci podróżnicy kierują się zerkając na położenie słońca, a w nocy na konstelacje gwiazd (Gwiazda Polarna), ważny jest też tak zwany wewnętrzny kompas, który reaguje na pole elektromagnetyczne ziemi. Ludzie rzadko zdają sobie sprawę ile ptaków ginie podczas migracji, a nie są to liczby małe, rzędu setek czy tysięcy osobników, to raczej miliony istnień, które padają ofiarami zmian pór roku i instynktu, nakazującego ruszać w drogę, ku ciepłu i światłu. Jak wynika z pracy, opublikowanej w 2005 roku pod egidą Departamentu Energii USA w kraju tym od zderzeń z budynkami ginie rocznie ok. 500 mln ptaków, z samochodami – 80 mln, linami energetycznymi – 130 mln, a 60 mln amerykańskich kotów pożera rocznie ok. 100 mln ptaków! Trzeba do tego dodać działalność innych zwierząt drapieżnych, a także myśliwych, którzy śrutem dziesiątkują przelatujące stwory, szczególnie gęsi i kaczki. Mój znaczek miał nadruk informujący o dorocznym przelocie ptaków wodnych i okresie polowań na nie i o ile pamiętam w czasach mojej młodości polowania i łowiectwo nie wywoływały u mnie sprzeciwu. Będąc pod wpływem książek podróżniczych, snułem plany własnych wypraw łowieckich, a nawet w jakiś specjalny sposób interesowałem się wypychaniem ptaków, będąc pewnym, że w moim przyszłym domu znajdą się takie eksponaty. Obecnie jestem przeciwnikiem jakichkolwiek polowań na zwierzęta, chyba, że mają one charakter prewencyjny, przywracający ład w przyrodzie – wole łowy innego rodzaju. Są one możliwe dzięki Internetowi, w którym znalazłem sporo podobizn amerykańskich znaczków akcentujących ptasie migracje. Połączyłem je w kilka ciągów i zapewne jest pośród nich ten arkusik, który kiedyś miałem w swoim klaserze. Warto przyjrzeć się tym edycjom, które śmiało mogłyby stać się podstawą jednej wielkiej kolekcji tematycznej – wszak mamy tu do czynienia jedynie z migracjami amerykańskimi, a przecież na świecie wiele jest podniebnych szlaków i wiele poczt wydaje jesienią i na wiosnę barwne znaczki okolicznościowe, nawiązujące do pospolitego ruszenia skrzydlatych zwierząt.

1c

3c4c5c

LEKTURA FAULKNERA

William-Faulkner-9292252-1-402

Czytam partiami Koniokrady, powieść napisaną przez Williama Faulknera u końca życia. Dozuję sobie poszczególne części, bo nie chcę niczego uronić, niczego pominąć w procesie podążania do przodu, stymulowanym dynamiką lektury. To historia dorastania narratora – Luciusa Priesta – i jego uczestnictwa w społeczności miasteczka Jefferson, jakże ważnego dla wyobraźniowego okręgu Yoknapatawpha, który pisarz stworzył, by odzwierciedlić kontrasty, z jakimi miał do czynienia na południu Stanów Zjednoczonych, przede wszystkim w Georgii, Marylandzie, obu Karolinach i Wirginii. Fabuła powieści jest niezwykle rozbudowana, pełna nagłych zwrotów akcji i jak zwykle u tego pisarza nieustannie wiruje wokół głównych wątków. Jest rok 1905 i możemy się domyślać, że opowieść Luciusa czerpie swoje soki z dzieciństwa Faulknera, a główni bohaterowie – biały pomocnik ojca Boon Hogganbeck i czarny stangret Ned McCaslin mają swoje osobowe odpowiedniki. Chłopak ma jedenaście lat, imponuje mu towarzystwo starszych o dziesięć lat towarzyszy i dlatego pewnie zgadza się na wszystkie ich fanaberie. Życie płynie leniwie w Jefferson, od jednego Malo istotnego zdarzenie do innego incydentu, aż wreszcie technika dwudziestego wieku wkracza do miasta. Wielkim marzeniem chłopaków w tamtym czasie było posiadanie konia i przemierzanie nim wertepów (Faulkner fascynował się takimi przejażdżkami do końca życia i zmarł w wyniku obrażeń po upadku z wierzchowca), a tu nagle, na tej głębokiej prowincji, za sprawą dziadka Luciusa, pojawia się lśniący niklem i lakierem samochód, który wszakże był dość archaiczny: Zapuszczało się motor ręcznie, stojąc przed samochodem, ryzykując najwyżej skomplikowane złamanie ręki, jeśli się nie zapomniało wyłączyć uprzednio biegów. Miał naftowe latarnie do nocnej jazdy, a kiedy zaczynało padać, pięciu lub sześciu ludzi mogło w kwadrans naciągnąć budę i boczne zasłony. Bohaterowie podróżując tym wehikułem ubierali się w dziwaczne pilotki, gogle, kapuzy i rękawice z mankietami i przejeżdżając przez miasto płoszyli wszystkie konie. Jak się okaże, automobil stanie się powodem licznych kłopotów i zejścia bohaterów na drogę bezprawia. Ich wyprawa do burdelu w Memphis, gdzie Boon zapragnął odwiedzić jedną z zaprzyjaźnionych z nim dziwek, a przy okazji „uświadomić” Luciusa, zakończy się dramatycznie. Przyjaciele stracą samochód, będą musieli ukraść konia i tylko dzięki szczęściu podczas wyścigu uda się wszystko wyprostować. Będzie to przyspieszona szkoła życia dla Luciusa, który wróci do Jefferson odmieniony i zaakceptowany przez klan mężczyzn dojrzałych. Zdumiewająco rzadko pisano o inicjacyjnym charakterze powieści Faulknera, skupiając się przede wszystkim na obyczajowości początku dwudziestego wieku, typach ludzkich i dość prostej intrydze. Choć jest to podróż konkretnego bohatera, który dojrzewał w przyspieszonym tempie i odebrał bolesną lekcję od życia, to podsumowanie czarnoskórego Neda i samego Faulknera: Dużo się nauczyłeś o ludziach w tej podróży – odnosi się do każdego z nas.

 352x500-horz

Polifoniczna proza Williama Faulknera jest gęsta i pulsująca, nieustannie krążąca wokół wątków, wciąż dorzucająca coś do tego, co już zostało powiedziane. To nieustająca czujność autora i chęć pogłębiania konstrukcji psychologicznych poszczególnych bohaterów. To tak, jakby jakiś głos wewnętrzny stale dopytywał Faulknera o inne elementy charakterystyki, o dopowiedzenia istotnych treści, o dopełnienie całości nowymi elementami. To rodzaj układanki, w której mamy na początku do czynienia z kilkoma zaledwie elementami, ale w miarę lektury pojawiają się następne cząstki, tak, że odkładając powieść na końcu lektury, mamy już pełne wyobrażenie o postaciach najważniejszych i tych z drugiej i trzeciej linii. Czytelnik nie znający metody twórczej autora Wściekłości i wrzasku może czuć się zaskoczony, albo wręcz obezwładniony przez strumień świadomości, stale generujący nowe fakty, zdarzenia, opisy osób i zdarzeń. To krążenie wokół wyrazistych punktów narracyjnych daje zdumiewające efekty, a przede wszystkim wymusza na czytelniku niezwykłą wprost uwagę, stan gotowości, by analizować kolejne cząstki i dopasowywać je do całości. Wystarczy chwila nieuwagi by jakiś ważny fragment struktury został pominięty i wakował przy dalszej lekturze. Faulkner ma przez cały czas świadomość tego, co wyartykułował wcześniej, a zataczając małe kręgi narracyjne, często zatacza też wielkie koła i wraca do samego początku opowieści. Tysiące słów i określników zdając się tutaj mienić wyraziście w swoich sensach i korespondencjach, a jednocześnie nikną najdoskonalej w gęstej materii językowej. Czytając, mamy wrażenie, że mieszkańcy okręgu Yoknapatawpha są bardziej skomplikowani od innych ludzi i mają problemy, które wymagają specjalnego potraktowania przez pisarza. A przecież chodzi tutaj tylko o przypomnienie, że każdy człowiek jest przepaścią samą w sobie, każdy byt ma trudne do ogarnięcia przestrzenie wewnętrzne, ciągnące się od początków jego świadomości i rekonstruowane nieustannie przez wyobraźnie, biografię i doświadczenia kolejnych dni. W powieści Koniokrady narratorem jest dziecko, co dodatkowo komplikuje odbiór i każe odnosić jego doświadczenia do dziecinnych przeżyć pisarza. Dzięki temu Faulkner może nieustannie nakładać nowe warstwy narracyjne i zaskakiwać czytelnika informacjami o bohaterach, których czytelnik się nie spodziewał. Oczywiści w tle tych przybliżeń pojawiają się wielkie pytania o prawdziwą naturę człowieka, o elementy budulcowe jego świadomości, a nade wszystko o jego znaczenie w obliczu niewyobrażalnych wielkości. Ludzie z powieści Faulknera żyją swoim życiem, ale też stają się cząstkami wielkiej maszynerii dziejowej, nieustannego rodzenia się i umierania, bycia kimś i nikim, wzrastania i szybkiej erozji.

POCZĄTEK ROKU

Błękitne niebo kusiło mnie dzisiaj i zapraszało by wyjść na spacer z aparatem fotograficznym… Było mroźnie, ale ubrałem się ciepło, pozwalając sobie tylko na nonszalanckie odsłonięcie głowy. Jak zwykle udało mi się zrobić kilka wspaniałych fotografii, o czym przekonałem się oglądając je na laptopie. Niestety styczniowa ornitologia jest dość uboga i na obrzeżu miasta natknąłem się tylko na gawrony, kilka dużych wron, mazurki, sikorki, do tego kilkanaście mew, szukających odpadków przy blokach, wszędobylskie sroki, synogarlice, kawki. Jedynym ciekawszym zdarzeniem było nagłe zerwanie się do krótkiego lotu dwóch znakomicie wyeksponowanych bażantów, które wzniosły się ponad pole i zniknęły pośród zeschłych wrotyczy, nawłoci i trzcin. Rozmyślałem o wszystkim, co zdarzyło się w ubiegłym roku, o moich decyzjach, o błędach i radościach, o chwilach jasnych i mrocznych. Czuję, że rok 2015 będzie bardzo ważny dla mojego życia, a to przede wszystkim za sprawą ekscytujących projektów, które mam zamiar zrealizować. Ważne też będą rozliczenia i wymierzenie sprawiedliwości tym, którym się wydawało, że bezkarnie będą mogli niszczyć mnie na przestrzeni lat. Czytałem ostatnio wywiad z Krzysztofem Pendereckim, który wskazuje „gnojenie” w Polsce tych, którzy się wybijają i coś konstruktywnego tworzą – najczęściej robią karierę za granicą, z dala od polskiego piekła. Zaznałem tego wiele razy, czego ślady są też we moim dzienniku, ale nie mam zamiaru poddać się, wiem też, że krzywda zawsze dopada tych, którzy ją sprowokowali. Tak rozmyślałem sobie chodząc w mroźne południe na skraju miasta, w północnej części Europy, na północnej półkuli planety Ziemia, ogrzewanej promieniami niewielkiego Słońca, w średniej wielkości galaktyce spiralnej Mleczna Droga.

      ??????????????????????

??????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

??????????????????????

??????????????????????

??????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

WIERSZE DLA IWONY

M i ł o ś ć … ileż sprzecznych uczuć… ileż bólu i euforii… ileż straconych i nagle odzyskanych chwil… Stan otępienia i najjaskrawszego rozświetlenia jaźni, moment najniebezpieczniejszy i schron dla uciekinierów, zbliżenie ????????????????????????????????????z inną istotą, równie wrażliwą, równie potrzebującą, równie szukającą i pierwsze doświadczenie odrzucenia. O ileż świat byłby uboższy bez n i e j, odmienianej przez formy i tryby, pojawiającej się w najmniej spodziewanym momencie i porywającej za sobą wszystkich i wszystko. M i ł o ś ć … ileż zdumiewających wydarzeń i treści… ileż pragnień i wypowiadanych w ciemności życzeń… ileż łez spływających z policzków i kropel potu zsuwających się z harmonijnych krzywizn piersi… ach, ileż… W poezji polskiej miłość zajmowała od samego początku poczesne miejsce, u Kochanowskiego, u Morsztyna, u Krasickiego, u Mickiewicza, u Tetmajera, u Leśmiana, a potem u Gałczyńskiego, u Poświatowskiej, u Stachury… Ekscytowała i prowadziła na zarosłe zielskiem ścieżki poznania, kazała wracać z tułaczki i odbierała oddech… Wielu twórców podchodziło do niej w sposób oryginalny i manifestujący odmienność doświadczenia, wyjątkowość scenariusza, niespotykany kształt. Odbijało się to w obrazach, utworach muzycznych, ale chyba najwyrazistsze było to w wierszach. Tutaj język i metaforyka wprzęgane były w formułę modlitwy albo erotyku, litanii, albo psalmu pochwalnego i obrazowały indywidualny wyraz tego niezwykłego, często najboleśniej traumatycznego doświadczenia.

Jerzy Szatkowski od zawsze był słowiarzem – czerpał obficie z wynalazków lingwistycznych Norwida i Leśmiana i modyfikował je na swój sposób, obdarzał też wiersz ogromnym ładunkiem własnej słownej pomysłowości, powiedzieć można – inwentyki lingwistycznej. Zasłynął jako przedstawiciel tego samego pokolenia co Stachura, Różański, Babiński, Bruno i wszedł do legendy literackiej jako ich kompan, twórca wyrażający w swoim dziele te same co oni niepokoje, autor chadzający tymi samymi co oni szlakami. Ale przecież – co zauważali liczni krytycy – szedł też swoją drogą i w swoich eksperymentach językowych dotarł zapewne najdalej. Przyjaźń otworzyła przed nim horyzonty poezji, ale kazała też nieustannie weryfikować, stale czujnie przyglądać się swojemu losowi i wierszom, które były jego odbiciem. Tak wpatrywał się w słowa i treści, tak stale szukał neologizmów i transformował w zdumiewający sposób martwą tkankę języka. Tak powstawały wiersze, które wpisywały się w określoną tradycję modyfikacyjną   s ł o w a, tak rodziła się liryka nie znająca kompromisów – zawsze, ponad wszystko stawiająca efekt artystyczny, oryginalność nie dającą się z niczym porównać.

W erotykach pisanych dla swojej wielkiej miłości – Iwony – wykorzystał Szatkowski dwie sfery obrazowania i dwie płaszczyzny językowe. Tak świat roślinny i kształty ludzkie stały się przedmiotem niezwykłych operacji słowno–metaforycznych i dały efekt doprawdy zdumiewający. Oto powstał cykl, w którym miłość wpisana została w ciąg nieustającej metamorfozy, wielkiej – rozgrywającej się w czasie i w przestrzeni – przemiany treści i sensów, słów i znaczeń. Wszelkie innowacje fundują się tutaj w zakresie botanicznej leksyki i antropomorfizacji treściowych – rośliny stają się elementami świata ludzkiego, a w połączeniach metaforycznych wręcz je obrazują. Uczestniczymy wraz z autorem w chwilach przeżywania rozkoszy, w momentach odczuwania ciepła i bliskości, ale też jakby podlegamy wraz z nim prawom, jakie obowiązują w świątyni miłości i w świecie roślin. Tu i tam trwa dynamiczne wzrastanie, tu i tam wybucha kwitnięcie, tu i tam wszystko zapada się w zgniliznę, albo zasycha bezpowrotnie. Poeta pragnie w słowach kultywować swoją miłość – chce ją widzieć w świetle i obfitości żywiołów, chce by krzewiła się nieopisanie, by była jak swarzybaba, jak kosatka, jak niezapominajka.

W takich przedziwnych, oryginalnych transformacjach słownych wiersze stają się rodzajem, tajemnego kodu i mają w sobie coś z miłosnego trelu skowronka i zawodzenia słowika, są poszumem chwastów i kwiatów ocierających się o siebie na wietrze, są szeptem ciał zamykających się w szczelnym uścisku. To są erotyki dla tych, którzy pragną swoją miłość przeżywać w sposób twórczy, to są liryki niespotykane, bo kierowane dla istoty rozumiejącej ich naturę i zarazem strukturę wyobraźni ich autora. Są to też teksty, które są odbiciem subtelności i wyjątkowości kobiety, dla której zostały napisane… I tylko ona może je w pełni zrozumieć, tylko ona może być ich adresatką. Czytelnik wszakże może próbować pobyć w tym świecie, choćby na chwilę, choćby na mgnienie… Może powiedzieć za autorem: pozdrowione niech będą palców twych opuszki/ pozdrowione niech będą piersiąt twych zdrojówki/ pozdrowione niech będą twoich warg wiolinki … Może to zrobić, choć nigdy jego udziałem nie będzie to, co oni przeżyli…

NUMINOSUM

Poezja Jerzego Ł. Kaczmarka jest wizyjna i pełna wyrazistych porównań, obrazów, symboli – ma swój niepokojący nastrój i nieustannie zmusza czytelnika do refleksji. To jest próba odzwierciedlenia świata i ukazania jego Okładka1niezwykłych głębi, barw i dźwięków, smaków i zapachów, a nade wszystko przestrzeni ontycznych. Poeta bytuje w imaginacyjnym zawieszeniu, w świecie czystych znaczeń i skończonych treści, ale wymowa przywoływanych symboli bywa u niego tragiczna, groźna, często przerażająca. Taki wszakże jest wymiar istnienia pośród świata, w którym świadomość implikowana jest przez nieustający rytm krwi płynącej w żyłach i pracę wielu skomplikowanych organów, w tym przede wszystkim mózgu. Poeta musi oswajać znaczenia i próbować dotrzeć do ukrytych wymiarów, do prawd esencjonalnych, do tego, co dla wielu przez całe życie pozostanie odległą tajemnicą. On jest kapłanem i prawodawcą obrzędu istnienia i zatrzymując się nad konkretnymi sytuacjami, sprawdzając realność świata, reaktywuje sensy, odnawia pierwotną treść. Cztery elementy wyznaczają ramy każdego bytowania, ale żeby dostrzec eternalny wymiar wody, ognia, ziemi i powietrza potrzebna jest specyficznie ukształtowana wyobraźnia, jakby rodem przeniesiona z zamierzchłych kosmogonii. Pisanie wierszy jest próbą nowego ustanowienia żywiołów, chwilą pierwszą i ostatnią zarazem, momentem alfa i omega, zaczynem i rozpadem.

Niezwykłe są owe zatrzymania świata i utrwalenia przestrzeni w liryce Kaczmarka – niby to proste słowa, niby znane obrazy, ale w takim doborze i z taką dykcją, stają się one fascynującą poezją. Otwiera ona przed czytelnikiem nowe horyzonty i pozwala dostrzec jednię doświadczeń i pragnień, utrwalonych w pamięci najprostszych, elementarnych cząstek i całych, złożonych systemów semantycznych. Dla poety ważne jest też nieustające przechodzenie, metamorfoza, która nie ma końca; wciąż pojawiające się fenomeny natury i psychiki, wciąż napływające jaskrawe obrazy. Ktokolwiek weźmie do ręki tę książkę, będzie musiał odpowiedzieć sobie na pytanie czy świat wykreowany przez twórcę jest koherentny, czy ma właściwą podbudowę filozoficzną i kulturową, ale jednocześnie – odrzuci wszelkie jednoznaczne klasyfikacje, zauważy płynność znaczeń i wartość plastycznych przybliżeń, zaakceptuje uprawianą przez twórcę poetykę chwili i cząstki. Ta poezja jest ważką próbą rekonstrukcji świata, w wielu kadencjach i wielu odmianach. Człowiek poety idzie przez czas i próbuje znaleźć swoje miejsce, swój magiczny zakątek, w którym mógłby czuć się bezpieczny i mógłby spokojnie planować kolejne okresy istnienia. Ale świat niesie swoje zagrożenia i stale destabilizuje rzeczywistość – obok chwil szczęścia i ekstazy, są momenty depresji, poczucia przegranej i zmarnowania szans. Poezja bywa ukojeniem, ale też i demaskacją, uczciwym procesem, w którym winy i kary są sprawiedliwie ważone. Nowy wiersz jest obietnicą i zarazem zagrożeniem dla sztucznie budowanego ładu ziemskiego, a nowy dzień musi mieć wyraźne utwierdzenie w realiach fizycznych i psychicznych – wszakże każda chwila jest zmaganiem się z entropią. Dlatego tak ważne dla poety są momenty zadumy, kiedy patrzy na zatrzymane sytuacje, kiedy spogląda w przepaść tego, co się zdarzyło i co może jeszcze się przydarzyć.

Wielką wartością tej poezji jest umiejętność syntetyzowania, dookreślania i wyodrębniania integralnych znaków, sememów, przedziałów czasowych, które zdawały się błahe, a teraz – z perspektywy lat – mają być może centralne usytuowanie dla życiorysu. Ta sztuka słowa dotyka spraw najprostszych i zarazem najważniejszych, jest rodzajem lirycznej epistemologii i ontologii. Opis doświadczeń jednostki staje się w niej wykładnią praw obowiązujących w świecie. W konstrukcji wierszy najważniejszy jest prosty język, który został wyposażony w niezwykłą głębię metaforyczną i symboliczną i stał się sam w sobie znakiem czasu. Przywoływane zdarzenia, sytuacje i chwile, pojawiają się tutaj w opozycji do innych momentów z życia i dokumentują przemijanie. Spojrzenie na dziecko i na człowieka, który przeszedł sporą przestrzeń życia, rodzi refleksje natury ogólnej i staje się rodzajem przypowieści. Poeta patrzy na swój los i na dzieje, w których uczestniczy, jak na drogę, którą przechodzi każdy człowiek od samego zarania. To jest obraz liryczny i ejdetyczny, w którym dodatkowo pojawia się tajemnicze numinosum. Tutaj mądrość jest niepodważalną wartością, bo wyposaża egzystencję w kontekst kulturowy, tworzy przestrzeń, w której ma swoje miejsce świadomość początku i końca wieku, w której mieszczą się treści naiwne i filozoficzne, pierwiastkowe i metafizyczne. To jest poezja wielkich wartości i ogromnych wzruszeń, liryka początku i wpisanej w każde istnienie nieuchronnej ostateczności.

CIEMNA DOLINA

Ks. Jan Wojciech Pomin jest poetą nieustannie poszukującym właściwej formy wyrazu poetyckiego, nośnego kształtu słowa i głębi treści metPominDolinaCienia OKL1aforycznej. Jego cykl antoniański ma mało sobie równych w liryce polskiej, tym bardziej, że wiele w nim odniesień do filozofii i teologii, do sztuki i prawdziwie wielkiej poezji. To są twórcze asocjacje, w których na plan pierwszy wysuwa się postać Antonia, arbitra elegancji i prawodawcy, a zarazem alter ego samego autora. Można by napisać rozbudowane eseje na kanwie wielu z tych wierszy, ale spojrzenie z góry każe wskazać najistotniejsze elementy wyobraźniowe i epistemologiczne i zatrzymać się dłużej przy podłożu ontologicznym tego dzieła. Niewątpliwie wyrasta ono z ustaleń biblijnych, starotestamentowego wskazania obecności dobra i zła w świecie, jako pierwiastków immanentnych, towarzyszących stworzeniu i ustalających proporcje dla każdego bytu, dla każdej historii ludzkiej i ziemskiej. Antonio jest też wyrazistą multiplikacją Chrystusa, podążającego nieustannie przez dzieje i łowiącego byty niczym rybak z Genezaret. Na te warstwy podstawowe jego osobowości nakładają się przezroczyste błony mitu, filozofii starożytnej (przede wszystkim Platona, Arystotelesa i Heraklita), a potem takich ekstremalnych myślicieli jak Spinoza i Kartezjusz, Kant i Hegel, a nawet Scheler i Wittgenstein. Przy powszechnym upadku metrum poetyckiego, Pomin konstruuje swoje wiersze na zasadzie kontrapunktu muzycznego, a potem aranżuje je jak rozbudowane symfonie. O ile Bóg stale wpatruje się w głębie istot ludzkich, o tyle poeta patrzy na przestrzał cielesnych bytów i zatrzymuje wzrok na tych cząstkach znaczeniowych, które mogą stać się zaczynem kolejnej lirycznej syntezy. To jest poezja trudna tylko dla tych, którzy szukają łatwych wzruszeń i malowniczości ocierającej się o kicz, ale przecież każda maksymalistyczna sztuka słowa poszukuje partnera i poeta nie może zniżać się do poziomu tych, którzy nie rozumieją czym jest prawdziwe czuwanie przy słowie. On autentycznie wypełnia pustkę znaczeniami, pointuje chwile i wydobywa na światło dzienne to, co miało pozostać w mroku i nieustannie degradować człowieka. Antonio prowadzi prywatną walkę z Szatanem, który do konfrontacji z siłą jego umysłu wysyła z doliny cienia intelektualistę piekielnego – Mefistofelesa. Przybiera on różnorakie kształty, zakłada maski spotykanych ludzi i nieustannie stara się wyprowadzić na manowce przeciwnika. Ale poeta zdaje sobie sprawę z zagrożenia, a żarliwa wiara w Boga, pozwala mu czuwać, daje siły, roznieca ogień wewnętrzny i demaskuje przebiegłego wroga.

 Życie nie składa się z samych jasnych chwil, istoty ludzkie dochodzą do światła poprzez różnorakie ciemne doliny, bo przecież: nikt w czasie/ nie jest czystym duchem/ aniołów nie widać okiem/ są poza prawem ciała/ niezmienne istotowo. To znaczy, że prawdziwa czystość możliwa jest dopiero w świecie pozacielesnym, w przestrzeniach ducha, w którym nie ma już ziemskiej metamorfozy, a istotowość możliwa jest tylko w poszczególnych kręgach spirytualnych. Stąd sfery anielskie dzielą się na trony, chóry, armie serafinów i archaniołów, a Bóg w Trójcy jedyny jest istotą wszystkiego, każdą oddzielną cząstką i zarazem skończoną całością. Antonio przynależy tyleż do sacrum, co do profanum, zdaje się być najczystszym aniołem, ale jednocześnie, z konieczności, uczestniczy w zepsuciu ziemskim, gdzie chorowite ciała nieustannie podążają w kierunku rozkładu i ostatecznie na chwilę przegrywają ze złem: Antonio/ z brzegu myśli/ widzi twarze/ maski weneckie/ białe policzki/ śmieszne/ oderwane od rzeczywistości/ w ciemnej dolinie/ w morzu cieni/ odcięte od doskonałej/ jasności. Jako strażnik obszarów tajemnicy, próbuje już tutaj, na ziemskim padole pomagać tym, którzy stawią się kiedyś na Sądzie Ostatecznym. Jego wsparcie jest subtelne, przypominające modlitwę dziecka, a jednocześnie ma w sobie moc sakramentów, przed którą czmychają czarne istoty, kłębiące się na samym dole doliny cienia i nawet mędrek Mefistofeles odstępuje go na bezpieczną odległość. Teksty, które wypowiada Antonio stają się rodzajem egzorcyzmu, odwołania do imienia Jezus i mocy bitewnej św. Michała Archanioła, ale też dokumentują jego lęki i chwilowe poczucie zagubienia. On, jak każdy człowiek, miewa gorsze momenty, staje nagle na drodze i rozgląda się przestraszony wokół siebie. Na szczęście wiara jest w nim tak silna, że wszelkie zasadzki zła nie mają szans powodzenia, a momenty zwątpienia przekuwane są w siłę następnych dni i nocy, w sacrum niepodważalne i ostateczne.

 Nie znaczy to, że poezja Ks. Jana Wojciecha Pomina orbituje tylko w stronę świętości, wręcz przeciwnie, ma ogromny walor antropologiczny, odnosząc zdarzenia świata ludzkiego do kreacji boskiej, nie zapomina o ułomnych cząstkach, które w niej uczestniczą. To są historie poszczególnych ludzi, z krwi i kości, to wskazania błędów, ale też i niespotykanej urody życiorysów. To jest takie samo piękno, jak na rysunkach anatomicznych Leonarda da Vinci, to są kryptocytaty z jego studiów szat, organów i postaci kobiet, zawierających w sobie pierwiastek maryjny, ale żyjących infernalnymi pragnieniami. Intelektualista Antonio znalazł swoją samotnię, ale nie czuje się w niej wyobcowany – jego zakorzenienie w Bogu łagodzi ból upływającego czasu i daje mu siłę w sytuacjach krańcowych, motywuje go do walki. Mógłby przecież pójść błędną ścieżką i jak wielu artystów tej miary zagłębić się w dewiacje, posmakować goryczy absyntu, mógłby – jak jego przyjaciel – szukać szczęścia w ramionach pięknej kobiety. Ale on, przy całej subtelności i łagodności, ma w sobie twardość kamienia, co jakoś upodabnia go do marmurowych rzeźb mistrzów renesansu i baroku. Mają one w sobie element pierwotnej materii, a zarazem stają się wiotkie jak Pieta Michała Anioła, jak David Donatella, jak Ekstaza św. Teresy Giovanniego Lorenzo Berniniego. Coś z tych kreacji jest w postaci i kształcie Antonia, coś każe go ustawiać w jednym szeregu z największymi dokonaniami artystycznymi w dziejach ludzkości. I nie ma w tym przesady, bo nie jest to proste porównanie, w jakim gustują tandetni krytycy poezji, wręcz przeciwnie, to rodzaj asocjacji i nieustannego pragnienia bohatera tej poezji by być jak rysunek Leonarda, jak fała szaty św. Teresy, by mówić jak Pan Cogito, a wreszcie by uświadamiać zawiłości numinosum ludziom, którzy nawet go nie przeczuwają: Antonio/ uprawia wiedzę/ minionych istnień/ przebrzmiałych wydarzeń/ dla bycia nowych/ rozumnych twarzy/ pragnie przybliżyć/ być może obraz/ istniejącej rzeczywistości/ dla poczucia realnej/ obecności/ ma obowiązek/ do spełnienia/ misyjne zadanie/ otworzyć myśli/ pobudzić rozum/ na drogę jasnej/ tożsamości. Jego misja nie jest prosta i Antonio realizuje ją na wielu poziomach ludzkich, nieustannie wkraczając w rewiry świętości, wciąż kierując dynamikę bytów ku Bogu i światłu. Musi przy tym wnikać do doliny cienia, sondować mroki historii i wyprowadzać z matni tych, którzy stanęli na skraju przepaści. Jego walka codziennie się zaczyna od nowa, a świt jest zapowiedzią kolejnej przemiany i nowego wiersza, w którym znajdzie się przesłanie dla całej ludzkości i dla osobnego, zbłąkanego bytu. To jest ogromna odpowiedzialność, a zarazem zadanie ponad siły jednego człowieka, które nie byłoby możliwe bez Boskiego wsparcia. Dlatego Antonio, choć słabowity i cielesny jak inni ludzie, wstaje rano gotowy do walki i mówi: Choćbym szedł ciemną doliną, zła się ulęknę… Wchodzi w mrok z drżącym sercem, a potem wraca z doliny cienia ze światłem na twarzy: stawia sobie pytanie/ trudne do pojęcia/ już na brzegu zamyślenia/ patrząc w dolinę cienia/ na miejsce utraty godności/ przynależnej do wielkości/ człowieka. Stawia pytanie, choć w nim samym jest jedyna i najpełniejsza odpowiedź. Cisza świętości i milczenie Boga…

DZIWNE BYTY

c76cdfc4c6d735b665006cd8482c5e30

Jesteśmy dziwnymi bytami i nasze ludzkie kształty mogą się wydać innym istotom komiczne, skomplikowane, straszne, odrażające. Rozwiane włosy pięknej kobiety mogą zostać zaklasyfikowane jako tysiące pajęczastych odnóży, a mocarne ręce atlety wydać się mogą czymś na kształt szczypców skorupiaków. Nasze oczy, uznawane za niezwykle piękne, głębokie i lśniące, niewiele różnią się od ślepi warana, sępa czy lwa. Patrzymy na ludzi, odsuwając gdzieś daleko naszą zwierzęcość i pokrewieństwo gatunkowe z małpami. Tylko osoby zranione, ciężko doświadczone przez los, ofiary wypadków komunikacyjnych lub pracowniczych, tylko nadwrażliwcy i artyści szukający odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencji, zaczynają zauważać ludzką dziwność. Wtedy ręce i nogi zdają się być zbędne, a tułów i głowa dalekie są od piękna kuli, najdoskonalszej i najpowszechniejszej struktury we wszechświecie. Krągłości ciała, które tak nas fascynują, gładkość młodych piersi, aksamitna skóra na udach i przedramionach, dynamika pośladków i tajemniczość ust, mogą nagle wydać się dziwaczne, nie z tego świata, jakby wynaturzone we śnie, zniekształcone prze taflę krzywego zwierciadła. Co spowodowało, że Modigliani zaczął nagle malować ciała i twarze wydłużone, specjalnie odkształcone, dlaczego Picasso tak drastycznie demolował kształty a Braque organizował je w bryły? A sytuacja ludzi, którzy mają zachwiane wydzielanie melatoniny, pracują w nocy i z konieczności jest ona dla nich dniem, a rzeczywisty dzień czasem snu? Przypomina się tutaj Rozdrożny z powieści niemieckiego romantyka Ernsta Augusta Friedricha Klingemanna, który sprawuje straż nocną w miasteczku i zauważa to, czego ludzie nie mogą zobaczyć, bo noc jest dla nich czasem totalnego obezwładnienia. Takie refleksje pojawiły się w mojej głowie, gdy na jednym z portali internetowych zobaczyłem, zdjęcia niedawno odkrytych istot, żyjących w głębinach oceanów, przez tysiąclecia pozostających w ukryciu. Czym się od nich różnimy, też egzystujemy w głębinach wszechświata, może w jakimś zapomnianym mrocznym zakamarku, gdzie nie docierają inne istoty rozumne. Nasze ruchy, pęd ucieczki, letarg snu, mają w sumie ograniczony wymiar, bo nasza planeta jest ogromna tylko w ludzkich kategoriach, a w perspektywie dali kosmicznych, to ledwie pyłek, okruch materii pośród niewyobrażalnych ogromów. Nasze ciała przez miliony lat ewoluowały i kto wie, jak będą wyglądać za trzy, cztery miliardy lat, gdy słońce zacznie gasnąć i przekształci się w czerwonego karła. Skoro udaje się miniaturyzować maszyny i przedmioty codziennego użytku, może uda się ludzkości przyszłych wieków znacząco zmodyfikować ciała. Przecież przy nieustannym, ogromnym postępie techniki możliwe jest stworzenie niewielkich pomp, które dostarczałyby stale krew, cukier i tlen do mózgu. Wtedy reszta naszych organów byłaby niepotrzebna i powoli ulegałaby zanikowi, a człowiek powoli zacząłby zmieniać się w kulę. Dziwne stworzenia, żyjące w największych głębiach oceanicznych mają swoje życie i jakąś historię, wpisaną w ciąg zdarzeń, nawet jeśli są beztlenowcami, mają skomplikowaną strukturę wewnętrzną, którą wytworzyły by żyć. I żyją, tak jak my, tak jak miliony innych bytów na naszej planecie, jak miliardy nieodkrytych jeszcze bytów we wszechświecie. Nieświadome siebie, jak ludzie siebie nieświadomi…

0987d002a28add6171f52a45b909902d1d4c35163e19b300be059f0eaa48521e

325cce804bfe3d098a6c0e1d2527f25e

« Older entries Newer entries »