CHABRY BŁAWATKI

Trochę wczoraj pochodziłem pośród pól i zrobiłem sporo nowych zdjęć. Wielkie chmury rozbudowywały się nad łąkami i zagonami zbóż, a ja spędziłem święty czas na powietrzu, fotografując owady i rośliny, zapisując w moim aparacie nadwiślańskie widoki. Oto ciąg zdjęć z chabrami bławatkami – nie wszyscy wiedzą, że chabrowe płatki kwiatów są znakomitym lekiem na rany, wykorzystywanym przez medycynę ludową od dawien dawna. To także dobry środek moczopędny i żółciopędny, działający przeciwzapalnie i kojąco na cały organizm.

???????????????????????????????

??????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

??????????????????????

Reklamy

ABOMINATIO DESOLATIONIS

9793054c67

Fot. Włodzimierz Buczyński

I jeszcze jedno nawiązanie do życia i twórczości Augusta Cieszkowskiego, który jest bardzo ważną dla mnie osobowością dziewiętnastowieczną. Napisałem Posłowie do powstającej antologii tekstów jemu poświęconych. Warto sięgnąć do tej publikacji, gdy już znajdzie się na półkach księgarskich, tak jak warto studiować dzieje życia i dzieło jednego z największych polskich filozofów.

August Cieszkowski należał bez wątpienia do największych, europejskich myślicieli dziewiętnastego wieku. Jego dzieła i prace na niwie społecznej ciągle czekają na kompleksowy opis i interpretację godną tego fenomenu. To był człowiek, który daleko wykraczał poza ramy nakreślonego mu czasu, osoba rozumiejąca więcej i lepiej od innych – w obszarach filozofii i historii, prawa i nauk społecznych – a nade wszystko ktoś, kto próbował stworzyć przejrzystą wykładnię człowieczeństwa, znaleźć rozwiązanie palących problemów i przeprowadzić Polaków na drugi brzeg burzliwych dziejów. W kwietniu 1848 roku pisał do niego z Rzymu serdeczny przyjaciel Zygmunt Krasiński: „Teraz przypomnę Ci, Auguście mój, nasze wszystkie trzyletnie rozmowy pod różnymi niebiosy, w rozmaitych ogrodach i willach, i wsiach, i miastach. Abominatio desolationis – pamiętasz? Byłeś zdania tego, by gdy ten wiew gniewu Bożego unosić się będzie nad wodami, nie mieszać się do fal. Przypominam Ci ono prawidło. Jeśli nastanie abominatio, czekaj, aż ustawać pocznie.” Nad całym życiem Cieszkowskiego unosi się aura tego przekonania, chęć spokojnego przechodzenia kolejnych lat i nie mieszania się do „ohydy spustoszeń”. Tylko praca myślowa, tylko wskazywanie społeczeństwu kierunku zmian i głównych nurtów rozwojowych, a nade wszystko zawierzenie Bogu i jego Opatrzności, doprowadzić miało do zmian i – w konsekwencji – do wolności Ojczyzny. Jako przedstawiciel szlachty i najlepiej wykształconych Polaków dziewiętnastego stulecia, autor Ojcze nasz szukał sposobu mądrego obejścia zdarzeń, które doprowadzić mogły do kolejnych bezrozumnych rzezi i zawirowań. Ucząc rodaków historiozofii, rozumiejąc skomplikowanie bytów, wskazywał wraz z Krasińskim inną drogę, którą doceniono dopiero w wieku dwudziestym, po wielkich mordach i okrutnych wojnach, w czasach kontestacji i „dzieci kwiatów”. Ci myśliciele przeczuwali, że rozwój techniczny, coraz większe możliwości w zakresie zbrojeń i wyposażenia armii, doprowadzić mogą do niewyobrażalnych tragedii. Dlatego w swoich dziełach, esejach, artykułach i w prywatnej korespondencji przypominali, jak ohydne bywają spustoszenia, dokonywane przez ludzi i walczyli słowem o nową przestrzeń, inny ład dla narodu, który w pełni na to zasługiwał.

 Artykuły i wiersze zgromadzone w tej antologii próbują ukazać na czym polegał i w czym się zasadzał fenomen Augusta Cieszkowskiego i jego posiadłości w Wierzenicy. Ta tendencja pojawiła się już w dziewiętnastym wieku i cały dział poświęcony tutaj został utworom napisanym przez takich twórców jak Stanisław Koźmian, Antoni Czaykowski, Konstanty Gaszyński, Wawrzyniec Benzelstjerna Engeström, Walenty Salkowski, nie zabrakło też wierszy samego Cieszkowskiego, który czynnie włączał się do życia politycznego i – także w wierszu – widział potrzebę zapisywania swoich refleksji. To szeroka panorama włości wierzenickich i zarazem otwarcie ich na świat, to próby zrozumienia wielkiego dorobku i niezwykłego myśliciela na różnych poziomach jego aktywności intelektualnej. Zapoznanie się, przemyślenie i zrozumienie całości dzieła Cieszkowskiego wymaga specjalistycznej wiedzy filozoficznej, wielu lat studiów, a może nawet poświęcenia całego życia i oddania się tej tylko, jedynej pasji. Można wszakże wkraczać do terytoriów węższych, można wyodrębniać obszary tematyczne i dopełniać je własną refleksją, można podążać tropem uczonego, który nigdy nie przestał być człowiekiem ziemi i nie oddalił się od ukochanego ludu. Szczególnie poeci mogą tutaj zabierać głos, bo ich „narzędzia badawcze” – wiersze i poematy – z samej natury rzeczy zakładają migawkowość, fragmentaryczność i chwilowość kreowanych światów. Taki utwór zawsze jest zapisem określonej refleksji temporalnej, wyraziście usytuowanej w konkretnej biografii twórczej i ściśle określonym ciągu imaginacyjnym. Jeśli u poetów pojawia się refleksja nad życiem i twórczością Cieszkowskiego, to z jednej strony jest ona zapisem odczuć i przemyśleń tych, którzy w dziewiętnastym wieku i później zmierzyli się z tym wyzwaniem, a ze strony drugiej – jest to rodzaj pochwały, podkreślenia wagi tego myśliciela dla kultury polskiej, niezwykłej wartości intelektualnej jego przemyśleń i dokonań. Nikt przecież nie ma pewności, że jego dzieło przetrwa, a „wnukowie” sprawiedliwie ocenią jego wartość, nikt nie może być pewien – uczy tego doświadczenie Cypriana Norwida, Juliusza Słowackiego czy Tomasza Olizarowskiego – że potomni podejmą trud analizy i kompleksowo opracują wszystkie utwory, ustanowią kanon interpretacyjny, a wreszcie wszystko zamkną w ogromnych monografiach. Cieszkowski stale czeka na takie wiekopomne opracowania, a choć napisano o nim wiele, choć interpretowano go na różne sposoby, stale brakuje prac źródłowych, analiz epistemologicznych i ontologicznych, wciąż nie ma ludzi o podobnym jak on formacie intelektualnym, którzy rozumiejąc jego prace, podjęliby się zadania twórczego opisu i przyswojenia szerokim gremiom czytelniczym tej potężnej myśli.

Doświadczenie poetyckie, korzystając ze wskazanej wyżej fragmentaryczności i migawkowości zapisu, może wyodrębniać elementy życia i dzieł, może próbować docierać tam, gdzie nie dotrze refleksja naukowa czy krytycznoliteracka. To jest też podjęcie ekscytującego wyzwania, jak w przypadku profesora Józefa Banaszaka, spiritus movens tej antologii, urodzonego nieopodal dóbr wierzenickich i od wielu lat podążającego tropem filozofa, próbującego zrozumieć, zinterpretować, a także uwznioślić coś, co jest samą istotą kultury polskiej. I o ile Cieszkowski kierował się zasadą abominatio desolationis, o tyle poeci mogą wchodzić w sam środek dziejowych zawirowań i tworzyć wiersze będące ich syntezą. Tak się też stało w tej antologii, gdzie obok ulotnych liryków znajdziemy próby historiozoficzne, nawiązania do filozofii i biografii Cieszkowskiego. Tak powstał zestaw tekstów, które mogą być istotnym komentarzem i próbą dopełnienia – zawsze otwartych na dyskusję – głębokich rozstrzygnięć autora Boga i palingenezy. Tak poeci i pisarze różnych czasów stworzyli nową wykładnię, zaproponowali inne odczytanie, a nade wszystko potwierdzili, że myśl i dorobek Augusta Cieszkowskiego, że duch Wierzenicy jest stale żywy i generuje nowe treści, rodzi wartościowe utwory, daje asumpt do twórczego myślenia. Przedkładając antologię wierzenicką czytelnikom, jej autorzy zapowiadają dalszy ciąg tej fascynacji, kolejne – nawet jeśli odgrodzone latami milczenia – odsłony tego, co swój początek miało w myśli i słowie jednego z najwybitniejszych Polaków.

NAD TRUMNĄ AUGUSTA CIESZKOWSKIEGO

???????????????????????????????
kosmiczna noc wybuchła
nad Wierzenicą
 
i świat zawirował w blasku
ostatniej chwili –
 
lodowaty chłód w mrocznej
krypcie
 
czarne plamy gawronów
na drzewach
 
srebro śniegu na grobach
i głazach –
 
tylko myśl przetrwała śmierć
tylko słowo znalazło drogę
ku nowym stuleciom
 
kruchość ciała i ulotność
ciepła ostatnie spojrzenie
w światło i czerń
 
a potem pustka pustka
pustka
 
a potem cisza cisza
cisza
 
wieko trumny
zamknięte
nad losem
 
żelazna brama
zamknięta
nad czasem
 
śmierć
i wieczność
 
pustka
i cisza
 
            Wierzenica  2013   

KOŁA NA WODZIE

???????????????????????????????Wczoraj w południe byłem na pogrzebie mojego najbliższego kolegi z czasów dzieciństwa i dorastania, który zmarł nagle w wieku pięćdziesięciu pięciu lat. Miał na imię Marek i mieszkał w tym samym bloku, co ja, przy ulicy Gałczyńskiego, w Bydgoszczy. Wielokrotnie spotykaliśmy się w naszych mieszkaniach, grywaliśmy w warcaby i szachy, przeglądaliśmy albumy fotograficzne i przyrodnicze, rozmawialiśmy o ostatnich wydarzeniach. Zachowałem w pamięci wiele wspólnych chwil, wyjazdów na wybrzeże, wypraw rowerowych do lasów i nad jeziora. Był wspaniałym piłkarzem i jak dzisiaj widzę go w biało-czerwonych getrach na boisku naszej podstawówki, pamiętam jak dobrze rozgrywał piłkę i kierował ja ku napastnikom. Po ukończeniu ósmej klasy pojechaliśmy razem pod namiot do Chmielnik i byliśmy tam z dziesięć dni, kąpiąc się razem w Jeziorze Jezuickim, chodząc na ryby, bo on był zapalonym wędkarzem, przemierzając drogi leśne i pływając łodzią w najdalsze zakątki tego akwenu. Potem była wyprawa dłuższa, znacznie trudniejsza i wymagająca porządnego przygotowania – ruszyliśmy na Mazury, by obejść dookoła Śniardwy. Wysiedliśmy z pociągu w Rucianem-Nidzie i ruszyliśmy wzdłuż Jeziora Nidzkiego w kierunku innego długiego zbiornika, słynącego ze sportów żeglarskich. Ale zanim dotarliśmy do Bełdan, zatrzymywaliśmy się wiele razy nad zatokami, rozbijaliśmy razem namiot i cieszyliśmy się z pięknej pogody. To tam nauczyłem się pływać delfinem i tam ładowałem naturalne akumulatory na następne lata. Jedliśmy co się dało, jakieś topione serki, suche bułki ze śmietaną, graliśmy w karty i spędzaliśmy ze sobą całe dni – to była braterska przyjaźń, która gruntowała się w trudach marszu i przy organizowaniu obozowisk, przy rozpalanych ogniskach i w nurtach jezior. On chodził na ryby i przesiadywał na brzegu długie godziny, a ja brałem pędzle i akwarelki i starałem się odwzorowywać na papierze, to co widziałem i co mnie wtedy rozświetlało wewnętrznie. To tam po raz pierwszy zobaczyłem w nocy jakie mrowie gwiazd jest na niebie i tam podglądałem rzadkie ptaki, przyglądałem się leszczom, okoniom i płociom, złowionym przez Marka. Każdego dnia zasypialiśmy z poczuciem, że kolejny dzień dobrze wypełniliśmy treścią, a czyste powietrze i ruch przydawały nam siły, powodowały, że natychmiast zapadaliśmy w sen, a rano byliśmy wypoczęci i gotowi podążać dalej.

Wędrując ambitnie brzegiem Bełdan, a potem Jeziora Mikołajskiego dotarliśmy do Mikołajek, gdzie rozbiliśmy namiot na polu namiotowym. Przyjął nas starszy facet, który wydał mi się jakiś taki dziwaczny, tym bardziej, że od razu obiecywał nam jakieś gruszki na wierzbie. Poszliśmy zwiedzić miasto, a po powrocie odkryliśmy w naszym namiocie tego mężczyznę, dobierającego się do innego kolesia. Natychmiast zwinęliśmy namiot, podstępem odzyskaliśmy nasze dokumenty i ruszyliśmy na północ, wzdłuż jeziora Tałty. Stosunkowo niedaleko od Mikołajek znaleźliśmy cudowną dziką plażę, przy której rozbito wiele namiotów. To było znakomite miejsce, bo plaża była piaszczysta i łagodnie schodziła ku głębinie. Nawiązaliśmy tam wiele znajomości z innymi młodzieńcami i dziewczynami, śpiewaliśmy razem ballady Boba Dylana i odkrywaliśmy niezwykłe uroczyska w pobliskich lasach. Ach te ciepłe noce nad Tałtami, gdy leżałem na trawie i godzinami wpatrywałem się w niebo, roziskrzone miliardami gwiazd, będące wielką tajemnicą każdego życia. Siadywaliśmy razem przy ognisku, toczyliśmy dyskusje na różne tematy i planowaliśmy dalszą marszrutę. Po prawie tygodniowym pobycie w tamtym miejscu, wróciliśmy do Mikołajek i wsiedliśmy na stateczek wycieczkowy, którym popłynęliśmy na Śniardwy i z powrotem przez Tałty do pewnej przystani, z której chcieliśmy ruszyć brzegiem w kierunku Rynu. Niestety popsuła się pogoda, zaczęło lać i siedzieliśmy ze trzy dni w namiocie, wypatrując zmian. Już rekonesans na Śniardwach pokazał nam, że nie mamy szans obejść tego wielkiego akwenu, więc myśleliśmy nad tym, jak zmodyfikować trasę. Gdy trochę się przejaśniło i zaczął wiać wiatr, wysuszyliśmy namiot i materace i ruszyliśmy autobusem do Rynu. Miasteczko było wtedy dosyć zapyziałe, z niewielkim dworcem kolejowym, więc opuściliśmy je szybko i rozbiliśmy obozowisko nad kolejną urokliwą zatoką, tym razem nad Jeziorem Ryńskim. Znowu wyszło słońce i niebo wybłękitniało, więc kapaliśmy się, pływaliśmy daleko od brzegu i wysiadywaliśmy przy ognisku. To był już trzeci tydzień naszej wyprawy, powoli zaczęły nam się kurczyć pieniądze, więc ustaliliśmy, że jeszcze pojedziemy do Giżycka i stamtąd wrócimy pociągiem do Bydgoszczy.

Giżycko zrobiło na nas spore wrażenie i rozbiliśmy namiot na polu namiotowym, skąd odbyliśmy kilka wędrówek nad brzeg jeziora Niegocin, aż wreszcie postanowiliśmy popłynąć na wycieczkę kolejnym stateczkiem, tym razem do Węgorzewa i z powrotem. W mojej pamięci pozostało wiele obrazów z tamtego rejsu, a szczególnie głębie poszczególnych jezior, w których roiło się od ryb. Marek entuzjazmował się nimi i objaśniał mi czym różnią się wzdręgi od płoci, jak pod wodą rozpoznać okonie i glapy i jak wypatrzyć węgorze i szczupaki. Stateczek pruł fale, wpłynął do Kanału Łuczańskiego, mijał jeziora: Kisajno, Kirsanty i Mamry, aż kanałem Węgorapy dotarł do celu. Mieliśmy trochę czasu by pochodzić po mieścinie i potem wróciliśmy tą samą drogą, podziwiając Mazury w promieniach zachodzącego słońca. Pamiętam doskonale wspaniałą roślinność wodną, z nenufarami i kaczeńcami, ogromne stada łysek, wiele perkozów i stojących przy brzegach czapli siwych, bączków, a na niedalekich polach majestatycznie spacerujące żurawie. To był święty czas, dający się porównać z późniejszymi moimi podróżami zagranicznymi, gdy stałem przy Niagarze, wpatrywałem się w nocne światła Manhattanu, pojawiłem się w górach Kurdystanu, w starożytnym Babilonie i na chińskim murze. On tego nie miał nigdy w swoim życiu zobaczyć, ale i tak żył dość długo by poznać jego różne odcienie i smaki. Kiedyś też  – dużo wcześniej – jego rodzina zaprosiła mnie do Jadownik Rycerskich, nad Jeziorem Ostrowieckim, które też mocno wryło się w moją pamięć, a to za sprawą licznych zimorodków, zjawiskowo unoszących się nad trzcinami bączków i sów, na jednym z drzew na brzegu. Zbudowaliśmy tam tratwę z sitowia i pływaliśmy na niej póki nie nasiąkła wodą i nie zatonęła, ale też sporo pływaliśmy wpław, wiosłowaliśmy łodzią, z której on łowił ryby. Był prawdziwym znawcą kołowrotków i wędek i to za jego sprawą dowiedziałem się o takich markach jak Garbolino czy Shimano. Marek był też świetnym hokeistą, szalał na naszych szkolnych lodowiskach, razem ze mną chodził na mecze Polonii Bydgoszcz, a także stale kupował od przyjeżdżających zawodników jakieś wyjątkowe kije hokejowe. Pamiętam jakie robił wrażenie, gdy w znakomitych butach z wyjątkowymi łyżwami i kijem Smolenia, Jofy lub Koho wyjeżdżał na lód i strzelał bramkę za bramką.

A teraz stałem naprzeciw szaro-czarnej urny, w której znajdowały się jego prochy… Pogrzeby bez trumny i zwłok mają bardziej świecki charakter i wyjątkowo nie przystawała do tej sytuacji msza odprawiana przez młodego księdza. Gdy mówił o męce Chrystusa i mieszkaniu Ducha Świętego, ja widziałem Marka żywego, z plecakiem i namiotem na barkach, podążającego wraz ze mną szlakiem nad rynnowymi jeziorami. Ta piękna pogoda podczas ceremonii też była dla mnie mazurskim kryptocytatem i jakby przypomnieniem, że wszyscy podlegamy tym samym prawom przemijania i odchodzenia w niebyt, w absolutną niepamięć. Jego prochy spoczęły w rodzinnym grobie, obok matki i ojca, na cmentarzu położonym niedaleko lasu, na obrzeżach miasta. Słyszałem tam sporo głosów ptaków, które odtąd będą łączyć jego przeszłość i naturę, którą tak kochał, z teraźniejszością, z kwiatami i pąkami wybuchającymi każdego roku na wiosnę, z liśćmi i drzewami, a nade wszystko z pokoleniami nowych żywych istot w lesie, na łące i w toniach jezior. Ten byt jeziorny i rzeczy, ten wędkarz najprawdziwszy zarzucił teraz swoje wędzisko nad rzeką nicości i wpatruje się w nią nieistniejącymi oczyma. Śmierć nie pytała go o zdanie i przyszła, jak zawsze, nie w porę, a potem zażądała by dopełniły się prawa eschatologii – przeszedł przez ogień i błyskawicznie wrócił do stanu materii pierwotnej. Stałem nad jego urną i myślałem o naszych wyprawach rowerowych, o pozorowanych bójkach i długiej drodze nad jeziorami – gdzieś to przecież zostało, kiedyś się wydarzyło i nawet jeśli nie ma już jego pamięci, to płonie jeszcze w mojej. Musiał zostać jakiś ślad energetyczny w czasie, w przestrzeni, muszą też rozszerzać się nieskończenie koła na wodzie, po kamieniach, które do niej wrzuciliśmy, muszą gdzieś stale cichnąć i cichnąć nasz słowa. Nie było na tym pogrzebie naszych kolegów z podwórka, tyle życiorysów już też się skończyło, tylu hokeistów i piłkarzy znalazło swoje miejsce spoczynku, tylu za chlebem wyjechało do Niemiec, Anglii, Ameryki i Irlandii. Czułem się nieswojo jako jedyny przedstawiciel dawnej, wielkiej wspólnoty, jako ten, który będzie musiał dać świadectwo i pożegnać Marka ostatnim żywym słowem. Zrobiło mi się bardzo smutno, spojrzałem na powyginane sosnowe drzewo i zobaczyłem na nim młodą sójkę, która przysiadła na poziomej gałęzi i przekrzywiając głowę, uważnie przyglądała się ludziom zgromadzonym na pogrzebie. Zalatujcie do niego sójki, przypływajcie poprzez mistyczną głębinę szczupaki i potężne klenie, wiejcie smutno wiatry i śpiewajcie północne deszcze. On był i ja byłem razem z nim,  ale teraz już go nie ma… Ja też, choć tak intensywnie czuję pulsowanie krwi w skroniach i ciepło  złączonych dłoni, często nie wiem czy naprawdę jestem…

EFFECTS ON THE MIND

W Bibliotece „Tematu” ukazało się właśnie drugie wydanie wyboru wierszy Lama Quang My’a  pt. Przemija życie…/ Life Passes on… Moje Posłowie opublikowałem na tym blogu przy okazji pierwszego wydania, więc teraz głos oddaję wietnamskiemu krytykowi – Nguyenowi Quang Thieu. To pewnie jedna z ładniejszych książek w naszej serii poetyckiej.

my_life_passesIn a previous talk with Lâm Quang Mỹ on poetry, and despite all our difference in poetical styles, we, the two poets, found ourselves eye to eye on this concept: In our life, we might be and, in actuality, are different in character but our mind must have found a common denominator, that is the beauty and human kindness. And so has poetry. A literary work may embody three factors which I call effects. They are social, linguistic, and mind effects. The three effects may appear in a literary work at the same time, but the most important one that develops into an authentic literary work is that of the mind. That accounts for the fact that a poet with a certain poetic style can perceive the spirit of a work of another poet in a different one. That’s why when reading Lâm Quang Mỹ’s poems, I have either more or less managed to experience the spiritual life created by his verses. Most of Lâm Quang Mỹ’s poems often develop themselves from a reality of life to a reality of the mind.

Poetry appears at the end of the course. If we home in on the reality of life with just a little emotion, we wouldn’t be able to get access to poetry itself, but we’d have bumped into some quasi-poetical form instead. This might engage the reader in a state of mind then, and not an effect on the mind. In my opinion, whether short or long a poem may be its ultimate goal is to create effects on the mind. Only then, the revolution in aesthetics in works of arts will be enforced. In his poems, Lâm Quang Mỹ usually starts with a reality of life as a text of memory or of the present. In „Xa” (Distant), for instance, the first line reads: Autumn comes, yet I have to leave. The verse sounds like a prose sentence, even when it was made rhythmically rhymed. But the two last verses of the poem read: Who parted from me in that autumnal afternoon/ And my heart was taken away with – so soon? Here a mind effect appears and it creates a spiritual life, hence the spirit of poetry. The same is with Tiếng Gọi (The Call), the first line of which reads: Waking up at midnight. Let’s try rephrasing this verse in prose as follows: Waking up at midnight, I saw my mother still sitting sewing an upper garment. But the following verses read: The sounds are so vague,/ The sounds are so eager/ Echoing from time immemorial/ And from somewhere in my heart unfathomable. Thus, reality of life is everybody’s property whereas reality of poetry belongs exclusively to the poet. Reality of poetry creates the spirit of life hence the occurrence of mind effects. And these effects have an impact on the aesthetic ability of the readers. In front of my house there is a benjamine fig tree. Every morning, a sparrow flew from the tree to my window and kept flapping its wings against the window pane as if it was trying to get through it. I thought the bird might want to get into the house for some reason. And I opened the window. But every time the window was opened, the bird flew back to the tree just to find itself flying back hitting the window pane again later when the window was closed. “There must be something,” I thought. Finally, I walked out to the balcony to have a look at the closed window. A wonderful thing appeared before my eyes. On the glass panes there was an image of the tree. The tree in the image was completely the same as the real one out there but it was in a new colour, with a new touch, and in a new sky. The tea coloured glass and some other factors must have combined to create another benjamine fig tree. The real tree out there is a reality of life and the one on the glass pane is that of poetry. This incident prompted me to think about poetry and Lâm Quang Mỹ’s poems. Mỹ is not such a poet that would stick at any “ism”, but in his poetry he has created images and aesthetic symbols from too factual a reality of life.

If someone asks me: “How has mankind lived throughout its history?” I may choose these two verses from a poem by Lâm Quang Mỹ for my answer: Are we living after/ Or before those storms? That’s all. It’s true and painful. With a very limited number of words involved, poetry could generalize the entire mankind’s lot: famine, disease, war, fear and loneliness. With much living experience plus his succinct style Lâm Quang Mỹ has managed to make a go of such a thing which was not soft enough. There are some verses from his poems that could make us feel, in a sudden, our hair turn white when we have read them. I am like a child in the daylight/ But an over sixty year old man at night. The verses are like a startling and creepy expression. They imply one’s fate, contemplation, and culture. These two verses are beautiful and painful. Such verses and poems of such spirit could really develop a revolution in the readers’ mind. They make us moved, and they urge us to perceive ourselves in the first place, and also to perceive some beauty, even a doleful beauty. Lâm Quang Mỹ’s poems are always to, whether directly or indirectly, discover the principles and meanings in man’s spiritual life from simple realities. Each of his poems is a piece of his own soliloquies about human conditions and the beauty. It does not allow him to get away from the present. He cannot duck out on himself. No poets can ever get away from the time they live in, nor can any duck out on himself either. That’s why his sincere, and pure and bright verses as well as those that are blue and profound have sounded like a voice in the dark of man’s fate and history. The point that should be fathomed out is that poetry is against frivolous involvement of emotions and of language. And the poet has acquired a new perception in his own verses. Reading these verses: Just an autumnal afternoon of separation/ Over thirty years yellow leaves have fallen. I see that the sad moment and the gloriousness of fate may last not only for thirty years, but forever. Charles Simic, an American well-known poet, has once said something to the effect that The task of poetry is to try to preserve forever, in each poem, the beauty of a moment of life that has passed.

English translation from Vietnamese text by Thiếu Khanh.

KWITNIE CZARNY BEZ

1

2

3

4

5

6

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

POWIEW MIŁOŚCI

mucha_oknoPoeci miewają miejsca szczególne, ku którym podążają jak do oazy szczęścia, mądrości i natchnienia. Do historii przeszły pobyty Iwaszkiewicza w Kazimierzu Dolnym, Miłosza w Krasnogrudzie, Andrzejewskiego w Oborach czy Tuwima w Zakopanym. Za każdym razem było to szukanie samotni, w której można by zamyślić się głęboko nad ludzką egzystencją i nad światem – wracanie do azylu, w którym powstaną ekscytujące utwory. Pisarz potrzebuje długich okresów spokoju i skupienia i w każdej epoce twórcy odgradzali się na chwilę od zgiełku świata, aranżowali wewnętrzny „zakon”, który pozwalał im wsłuchać się w siebie i w rytm nieustanych przemian rzeczywistości. W świecie ziemiańskim i szlacheckim były to dwory, w przestrzeni arystokracji wielkie kamienice i pałace, z kolei księża, teologowie i filozofowie mieli swoje eremy, cele, pokoje i specjalnie przygotowane studia. Szczególnie w momentach kluczowych dla życia, gdy pojawiała się w nim eschatologia, albo gdy trzeba było podjąć trudną decyzję, potrzebny był spokojny namysł w enklawie ciszy i ukojenia. Szczególnie odnosiło się to do osób naznaczonych wielką energią, dosłownie eksplodujących nią i stale podążających ku nowym projektom. Takie jednostki nigdy nie zaznały spokoju, a po ukończeniu jednego dzieła, natychmiast podążały ku następnym wyzwaniom – dosłownie spalały się w twórczym szale. Ich pasja bywała dostrzegana i pojawiali się przy nich tacy, którzy chcieli pomagać im w trudnej, twórczej drodze, aranżowali miejsca i zapewniali spokój oraz wszystko, co człowiekowi potrzebne jest, by poczuł się bezpiecznie i odnalazł ulotność pełni, pewność istnienia. Czytając pamiętniki i dzienniki poetów, kompozytorów, artystów malarzy, często znajdujemy w nich pochwałę miejsc i chwil w nich spędzonych. To jakby chwilowe zawieszenie broni w walce o życiowe imponderabilia, a zarazem przygotowanie do kolejnych starć, do chwil jasnych i mrocznych, do poczucia przegrania i euforii.

Danuta Mucha zasłynęła w Polsce i poza jej granicami niezwykłą, ulotną poezją, w której zawarła model rzeczywistości idealnej, a zarazem odzwierciedliła skomplikowanie jej materii. W pewnym momencie jej  miejscem szczególnym i oazą stał się Dom Pracy Twórczej w Radziejowicach, gdzie powstawały kolejne tomy wierszy i rodziły się koncepcje dalszego rozwoju.  Październikowy wieczór stał się tutaj zaczątkiem nowego cyklu, a zarazem poematu, rozrastającego się z niezwykłą siłą, pulsującego odcieniami barw i odgłosami natury: na oknach zmierzch/ pod dłonią wiersz/ na palcach gra/ jeszcze świerszcz/ a w nocy/ z dala/ z oddali/ z mórz/ słońce zaciemnia/ ostatnie już/ świtu odłamki/ skrytego snu. Poetka wskazuje wagę czasu w jej lirycznych przestrzeniach, czasu, który stał się on od samego początku wyznacznikiem życia wybuchowego, nieustannie ewoluującego, wciąż szukającego spełnień w ludzkim spektrum i generującego nowe, twórcze zdarzenia. Świat jest jednak zbyt rozległy, by na nim skupić uwagę, częstym zabiegiem poetyckim bywa zatem wyodrębnianie jakiejś jego cząstki, specjalnego elementu, niezwykłego obszaru. W tym przypadku wyodrębniane zostało okno w pałacu w Radziejowicach, a także przestrzeń poza nim, świat zamknięty w konkretnych ramach, a zarazem rozszerzający się nieskończenie we wnętrzu poetki. Mucha już wcześniej otwierała się na transcendencję i Okno jest rodzajem kontynuacji tego, co zainicjowane zostało już w debiutanckim wierszu, opublikowanym w „Odgłosach”, tak samo zatytułowanym, a potem znalazło swoją artykulację w wielu zbiorach, ze szczególnym wskazaniem tomów: Spowiedź myśli i Myśli myślą. Wnikanie i otwieranie się na przestrzeń stały się rodzajem dyrektywy i metodą twórczą, która dała zaskakujące efekty. Plastyka zaczęła tutaj pulsować treścią podskórną, a poszczególne elementy świata zaczęły tworzyć rodzaj symfonii: niebieskiemu światłu/ śniegu/ dziś zapalam lampę dnia/ by na śnieżnym/ cichym brzegu/ wiatr zagościł/  nutą spadł/ za te ciche drzewa blasku/ gdy do zorzy słowa mkną/ zagościły krzykiem z zorzy/ milcząc wdarły się w jej głos. Pulsacja i zagęszczanie treści, ulotność i subtelne wskazania elementów świata, a nade wszystko czas i miejsce, stają się istotą tej liryki, dopowiadają ważkie treści do fenomenu twórczego i rozumiejącego istnienia.  

Poezja Danuty Muchy jest fenomenem samym w sobie; to tak uważne wsłuchiwanie się w siebie, że wszystko wokół staje się cząstką tego samego przekazu. To próba unifikacji obrazu i dźwięku, słowa i gestu, statyczności wybranego okna i dynamiki natury, miłości do człowieka i do Boga. Świat kreowany jest tutaj zarazem kreatorem i wywiera wielki wpływ na kształt życia, na intelektualny przekaz i na potencjalność. Została ona zapisana w gwiazdach i kroplach krwi, w deszczu i blasku słońca, w barwie trawy i zapachu kwiatów. Realność wykreowana w tych lirykach ma taką moc, że aż odrealnia świat, przydaje mu ontologicznej głębi. A wtedy może poetka powiedzieć: nic nie można nazwać rzeczą/ nic naznaczyć/ nic pominąć/ krople nikłe/ blask roztoczą/ na pobliskiej/ cichej trawie/ liście mokną. Immanentna treść ma swoją wagę, ale liczy się też wyjście ku nowym obszarom, otwarcie na szersze przestrzenie, orbitowanie ku naturze i kosmosowi. W przypadku tak skupionej poezji staje się ona zaskoczeniem dla samego twórcy, odsłania mu tajemnicze obszary jaźni, utwierdza w przekonaniu, że stanowi on część większej, energetycznej całości. Jest bytem samoistnym, wpisanym w inne samoistne istnienia, ale też jest cząstką systemu, który siebie interpretuje i śni o sobie:  ruchem fali liść przemierza/ zapach łąk i powietrza/ a odbicie/ wodę skrycie/ lustrem/ niesie/ i przemyśla. Zwierciadlaność i świetlistość nurza się tutaj w zapachu łąk i powietrza, a kruchość liścia opisuje to, co przepaść miało bezpowrotnie – ulotność. Wszystko razem staje się elementem myślenia totalnego, wnikania w przestrzeń i czas. To jest ta zdumiewająca moc prawdziwej poezji, która potrafi odpowiadać na pytania, które formułują najtęższe umysły. Staje się narzędziem poznania i prawdą pierwiastkową, trafną metaforą istnienia i najpełniejszym symbolem przemijania. Poetka niewątpliwie przeżyła olśnienie  w pałacu w Radziejowicach, ale potrafiła też zanotować to, co odczuła; udało się jej odzwierciedlić w pięknym słowie rzekę zdarzeń, w której odbija się słońce. Dla wielu ludzi będzie to rodzaj zwiewnej malowniczości, ale prawdziwi poeci i autentyczni krytycy natychmiast zauważą, że chwile przy oknie, sekundy i godziny, w tym konkretnym miejscu, były jak objawienie najgłębszej prawdy, jak powiew świętej miłości..

RUCHOME PIASKI

ziola_oknoPoezja kobiet bywa delikatna i subtelna, odtwarzająca w słowach i obrazach  fenomen życia i miłości, precyzyjnie dookreślając sytuacje tak ulotne jak lekki powiew wiatru i tak konkretne jak połączenie się dłoni. Istoty piszące takie wiersze są najczęściej ofiarami bezduszności i niezrozumienia świata, który propaguje kult siły i twardości, a jednostkowym dramatom nie poświęca za wiele uwagi. Kalina Izabela Zioła należy do takich twórczyń, które programowo wycofują się z konfrontacji i piszą spokojnie swoją liryczną historię, dopełniają treści już wyartykułowane i wzbogacają przekaz poetycki o nowe, fascynujące wiersze. Nikt nie może być pewny tego, że osiągnie od razu wysoki wyraz artystyczny, nawet najwięksi artyści miewają chwile zawahań, ale konsekwencja prowadzi zawsze do nowych realizacji – skończonych i gotowych by przedłożyć je światu. Poznańska poetka zdumiewa siłą poetyckiego przekazu i umiejętnościami, które przecież nie wzięły się znikąd. Zajmując się sztuką słowa od wielu lat, doszła do momentu, gdy wiersze zaczęły spływać z jej pióra w sposób dla niej samej zdumiewający. A kolejne książki potwierdziły, że to jest ważny moment w jej biografii, jakby tajemniczy punkt dojścia, gdy nagle okazuje się, że wiele spraw wcześniejszych było nieistotnych, a ta chwila nad kartką papieru, chwila, gdy otwiera się nowy zbiór, warta była wielu wyrzeczeń. To nie jest pozycja mentorki, raczej subtelnej interpretatorki zdarzeń i własnej egzystencji – to nieustanne dopełnianie dni i nocy treścią ulotną, zwiewną, pełną poetyckiej pasji. Kobiety uwielbiają stylizować swoje życie i czynią to na wiele sposobów, urządzając stylowo mieszkania i domy, modelując swój wygląd zewnętrzny, tworząc sytuacje liryczne, rozkoszując się spotkaniami przy winie i świecach, ale chyba szczytem wszystkiego jest prawdziwa poezja, która pojawia się w życiorysach pań najbardziej rozedrganych i rozmarzonych. Nie znaczy to, że są to autorki w jakiś sposób obniżające rangę literatury wysokiej, wręcz przeciwnie – one ją wzbogacają, tworzą kontekst, dopełniają puste przedziały czasu i stają się samą istotą wrażliwości.

Poezja Kaliny Izabeli Zioły jest przede wszystkim próbą opisu tego, co jest trudne do uchwycenia, tego co pojawia się jak błysk słońca w naturze i równie szybko zanika. To jest chęć temporalnego utwierdzenia – jak w tytule jednego wiersza – ruchomych piasków, bo: wyszeptane kiedyś słowa/ w blasku słońca/ stają się przejrzyste/ znikają/ przybywa pustych dni/ a każdy jak kamień/ – tworzą coraz wyższy mur. Obrazowość jest wielką siłą tej liryki, która w naturze swej krucha, mówi konkretnie o stanach i sytuacjach, przeciwstawia się rozpadowi rzeczywistości krystalicznym pięknem słowa. I wcale mężczyzna – choć wyrazisty i często przywoływany – nie jest centrum tego świata, który przecież pulsuje odcieniami barw i opisywany jest jako część czegoś, co jest niewyrażalne, stale eksplodujące i zanikające w świadomości. Poetka wie jaką wagę ma  c h w i l a  i przestrzega potencjalnego gościa, że wpuszcza go tylko na moment, rozważa jego dłuższą obecność w swoim świecie, ale poraniona i pełna wątpliwości, poddaje go ludzkiej próbie bytu: zapukaj w okno mojej pamięci/ może cię wpuszczę na chwilę/ jak głodnego ptaka o świcie/ może raz jeszcze/ okruchy marzeń/ wysypię na twoje dłonie/ może jeszcze/ zobaczę w twoich oczach/ siebie z przeszłości/ a może zamknę okno/ bez słowa. Zdumiewający jest ów wymiar filozoficzny poezji, która jest delikatna jak muśnięcie ust, opuszczenie rzęs, a ma siłę wulkanu, pulsuje podskórnym ogniem, żarem uczuć najczystszych i najpiękniejszych. Aura poetyckiego Poznania mogła tutaj być tyleż pomocna, co generująca przeszkody, wszakże wiele jest kobiet piszących w tym mieście i ma ono przebogatą tradycję w tym względzie. Tworzyć ulotną lirykę w grodzie Kazimiery Iłłakowiczówny i Łucji Danielewskiej, być autorką kolejnych tomików w rozognionej przestrzeni Międzynarodowych Listopadów Poetyckich, to wyzwanie dla odważnych. Nowa książka, którą czytelnik otrzymuje od autorki, potwierdza jednak, że mamy do czynienia z kimś, kto rozumie więcej i wyraża to lepiej od innych.

Nie bez znaczenia są tutaj też fotografie poetki, które wykonała w różnych częściach świata, podczas swoich podróży i wypraw w poszukiwaniu wibrujących lirycznych cząstek i pełni literackiego wyrazu. Stają się one ilustracją do osobowości, ukazują coś, co jest zakryte i immanentne – co stanowi element tego niezwykłego zachwytu, pasji stwarzania wierszy i nieustannego zdziwienia, że powstają. Jak widać walka o wrażliwość i wyjątkowość, batalia o aforystyczną mądrość i piękno, rozgrywają się tutaj na wielu frontach. Obok słowa i obrazu przywoływana jest często muzyka, a strofy mają niezaprzeczalny walor symfoniczny, układają się w potężne przesłanie – bądź sobą i bądź wrażliwy, szukaj swojej drogi, pamiętaj o potknięciach, ale kieruj się nadzieją. Stąd tyle tematów i nawiązań, tyle lirycznych dygresji i wariacji, osobnych recytatywów i współbrzmienia orkiestrowego. I choć zdarzają się chwile smutku, melancholii – wszędzie biało/ ukryte pod śniegiem kłamstwa/ i niedobre myśli/ drapieżna nienawiść/ przycupnięta/ pod zimowym świerkiem/ słowa które ranią/ ciemne spojrzenia/ i pogardliwe gesty/ schowane pod puszystą pierzyną/ może wystarczy ciepła/ w rodzącej się miłości/ by roztopić to zło. Tak, nadzieja jest najważniejsza, piękno daje siłę, a przekonanie o swojej wyjątkowości odgradza poetkę od tych, którzy jej nie rozumieją.   Oknem niepamięci Kalina Izabela Zioła udowadnia, że wkroczyła do pierwszej ligi kobiet piszących w Polsce, a przyznana jej Nagroda Pracy Organicznej im. Marii Konopnickiej nie była przypadkowa – to raczej podsumowanie tego, co autorka zrobiła do tej pory i zachęta do kontynuacji dzieła. Jak widzimy ten dalszy ciąg jest równie ekscytujący, jak poprzednie realizacje, znajdujące uznanie w oczach cenionych krytyków, pojawiające się w wielu periodykach, a nade wszystko żyjące w ogólnopolskiej przestrzeni literackiej. Widać warto stawiać na delikatność i subtelność, bo bronią się one tak jak motyl broni się rysunkiem barw i zwiewnością lotu przed czyhającymi na niego stale zagrożeniami. Stając na chybotliwym gruncie poetyckim, autorka utwierdziła swoje słowo na fundamencie wiary w człowieka, filozofii chwilowego istnienia, stworzyła zbiór, który nie zniknie tak szybko pośród ruchomych piasków.

WICIOKRZEW TELLMANA

W bydgoskim ogrodzie botanicznym zakwitł wiciokrzew Tellmana (Lonicera tellmanniana), pnącze niezwykle efektowne, z wieloma żółtymi kwiatami. Uprawiany pod różnymi szerokościami geograficznymi, wykorzystywany jest do pokrywania murów i płotów. Przyciąga wiele owadów i ptaków, atakowany przez szkodniki, szczególnie mszyce. Wnosi do ogrodów klimat tropikalny, przypominając storczyki z gęstych i ocienionych dżungli. Spędziłem przy tym wiciokrzewie całą godzinę, fotografując go z różnych stron i pod zmiennym kątem.

1

2

3

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

4

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

JASNA KRESKA

18 - Od lewej - Bruno (Milczewski), Sted (Stachura), Jurek (Szatkowski), Witek (Różański) przy piwie - 1966

Jakże wiele mam w pamięci spotkań z Wincentym Różańskim, który od zawsze był dla mnie „Witkiem”, najpierw tym z powieści Cała jaskrawość Edwarda Stachury, a potem przyjacielem na poetyckiej niwie. Najczęściej spotykałem go podczas Międzynarodowych Listopadów Poetyckich w Poznaniu, gdy przychodził na inauguracje, czytał nowe wiersze, a potem w kuluarach, dzielił się ze mną ostatnimi wieściami. Najczęściej były to rozmowy zdawkowe, w stylu starych kumpli, którym wystarczy niewiele słów, by wszystko zrozumieć. Ale miała miejsce też wyprawa specjalna, grupy poetów z Bydgoszczy, którzy wybrali się do stolicy Wielkopolski by go spotkać, by spojrzeć mu w oczy i pobyć z nim na ulicy Ostrobramskiej. Nie był wtedy w dobrej formie i potrzebował co jakiś czas odpoczynku, a my byliśmy taktowni i staraliśmy się zapamiętać każdą chwilę, każdy jego gest i słowo. Pokazywał nam swoje tomiki, które dzięki zapobiegliwości i umiejętnościom lingwistycznym Stachury, ukazały się po hiszpańsku w Meksyku. Przedstawił nam też swoją trudną sytuację, żalił się na niezrozumienie i kłopoty codzienności. Piliśmy razem piwo i staraliśmy się wnieść jak najmniej chaosu do jego rozwibrowanego świata. Bo Witek – z pozoru spokojny i ułożony – nieustannie nosił w sobie burze, toczył batalie, o których nie mieli pojęcia ci, którzy z nim się stykali. Zauważyłem wtedy, że milkł na jakiś czas i patrząc na nas niewidzącym wzrokiem, rozmyślał o czymś głęboko, szukał w pamięci jakichś zdarzeń, słów, zdań. Tak jak potrafił nagle zamilknąć, tak też gwałtownie się ożywiał i zaczynał mówić o czymś, co zwykle było dalszym ciągiem wcześniejszych wątków. Mówił o spotkaniach ze Stedem, o mieszkaniu u Potęgowej, o wyprawach do Warszawy i Ciechocinka, ale też często przywoływał czasy szczęścia i jedności w Wirach, w Antoniewie u Jurka Szatkowskiego, na wspólnych polskich poetyckich szlakach. Była w nim zawsze pogoda ducha i liryczna jasność, trudna do uchwycenia, ale wyrazista dla tych, którzy go kochali. Widzę go, jak schodzi po schodach uniwersyteckich, po naszym ostatnim spotkaniu, jak odwraca się jeszcze do mnie rozpromieniony i podnosi rękę do góry, pozdrawiając mnie po raz ostatni. To był listopad 2008 roku, a trzeciego stycznia roku następnego Witek doszedł już do kresu swojego czasu.

13-Stara szkoła we Wirach

Wiedziałem, że rysuje, bo czasami przysyłał mi w listach swoje wizualizacje, ale zbiór, który otrzymałem do wydania od Jerzego Szatkowskiego, wprawił mnie w wielkie zdumienie. Okazało się wszakże, że poeta z Ostrobramskiej pozostawił po sobie ogromny zestaw rysunków, przedstawiających naturę i miejsca dla niego ważne, dokumentujący literackie kontakty, a nade wszystko ukazujący pisarzy, poetów i innych zaprzyjaźnionych z nim ludzi. To ważny element życia kulturalnego w Wielkopolsce, nie mający precedensu w całym kraju, to czas utrwalony przy pomocy specyficznie kształtowanej kreski. Sam Witek zapewne nie przypuszczał, że jego rysunki zostaną wydane, tworzył je z potrzeby chwili, na marginesie zdarzeń i spotkań, albo by obdarować nimi kolegów, znajomych, osoby w jakiś sposób mu bliskie. Widać w poszczególnych rysunkach, że miał wprawną rękę i potrafił uchwycić coś, co trudne byłoby do ukazania z wykorzystaniem skomplikowanych technik plastycznych. To są chwile, sekundy i minuty, retrospekcje ulotne jak sam czas, spojrzenia na ludzi i miejsca w jakimś kosmicznym skrócie. Poeta założył od samego początku, że będzie wykorzystywał tylko minimum środków, rozumiejąc, że nie dorówna największym twórcom, zastosował własną technikę. Nie był w tym odosobniony, bo przecież i w pracach pozostawionych przez Norwida, Wyspiańskiego, Schulza, a współcześnie Mrożka, też znajdziemy takie skrótowe ujęcia. Powstanie takich rysunków determinowane było chęcią uchwycenia błysku, pozy, jakiejś charakterystycznej cechy i w tym Różański okazał się prawdziwym mistrzem. Pamiętam te jego bystre spojrzenia i błyski w oczach, gdy lekko przekrzywiał głowę i przyglądał się światu. Osoby nieznające go, mogły tego nie zauważać, ale byli też i tacy, którzy łączyli je z równie skrótowymi komentarzami i aforystyczną stroną jego liryki. Będąc poetą najprawdziwszym i artystą bez ograniczeń, tworzył dzieła dla innego czasu, dla swoich losów pośmiertnych i dla dni post mortem jego przyjaciół. Dopiero, gdy odeszli po kolei – Stachura, Bruno, Babiński – jego prace zaczęły pulsować treściami, których wcześniej nie dostrzegano. Teraz widać dobrze, że to nie były igraszki, a raczej przemyślane kompozycje, zestawy kresek, które układały się w bogate ciągi znaczeniowe. Po opublikowaniu albumu z rysunkami żaden historyk literatury nie będzie mógł pisać o Witku bez znajomości zawartych w niej przedstawień – a gdy pochyli się nad nimi, wniknie w zakodowane treści, znajdzie w nich dopełnienie słów, wierszy, listów i wspomnień śpiewającego dziecka, które szło jak włócznia.

21Wiersze Różańskiego powstawały metodą błyskawicową, jako odpowiedź na wyzwania świata i jego niezwykłą świetlistość, przypadkowość i konsekwencję, wielowymiarowość i otwartość. W poezji tej wszechświat stale otwiera się i zamyka przed świadomością w nieustającej pulsacji. Przeobraża się pomiędzy każdym mgnieniem powiek i stale dąży ku nowym metamorfozom – od stanu „natura” do stanu „przestrzeń”; od kształtu  „galaktyka” do nie kończącej się wizji „kosmos”. Poeta czuje stale tę pulsację niczym rytm przepływu własnej krwi i dlatego stara się stale wychodzić poza to, co skostniałe, stale walczyć o nowy oddech. Interesuje go koniec i początek, inicjacja i żałobna inkantacja. Nieustannie wpisuje się on w ciąg sprzeczności istniejących w naturze. Gubi się na przedmieściach wielkiego miasta i odnajduje w samym centrum metropolii. Idzie w dal odważnie przed siebie i przed sobą stale ucieka. Niesie z radością nosidła bytu i ledwie może je udźwignąć. Pławi się w sensach świata  i pozwala przepływać obrazom przez mózg. Może dlatego niektóre wiersze zostały napisane na zasadzie wolnych skojarzeń – wyzwolenia świadomości z jakichkolwiek pęt. Potrafi ona dzięki temu ogarniać coraz szersze i głębsze przestrzenie. To metoda znana z poezji Ezry Pounda, ale też i Edwarda Stachury, to sposób poezjowania Yeatsa i Różewicza. Różański jednak nie naśladuje swoich wielkich protoplastów w poetyckim rzemiośle, raczej łączy się z nimi w wielkim uniwersum świadomości, w wielkim rewirze wierszy. Czasami powstawało ich kilkanaście od razu, jakby w ciągu poematowym, jakby w zamyśle książkowym i lęku, że mogą przepaść i nigdy nie pojawić się na papierze. Ta twórcza metoda została zastosowana też w rysunkach Witka, ale jest jeszcze w nich coś absolutnie oryginalnego i wyjątkowego w swej prostocie. To właśnie owa kreska, która będąc czarna jest zarazem jasna, pełna subtelnego światła. Niosąc informację o przestrzeniach i czasie, zawiera w sobie też przekaz świetlny – to jakby odsączenie z elementów świata tego, co nieistotne i ukazanie w    c a ł e j    j a s k r a w o ś c i  tego co najważniejsze, co filozoficzne i pierwiastkowe. On był jasny w swej naturze, wrażliwy na światło i barwy, na dobre uczynki i prawdziwą przyjaźń, która nie znała kompromisów. Takie memento pozostawił w ulotnych, jasnych kreskach, które w tym albumie układają się w potężny przekaz wizualny, w lirykę i dramat, a nade wszystko w prawdę o ludziach, miejscach i czasie, którego nie można zatrzymać. Jemu to się udało, choć się nie udało, on to rozumiał i nie akceptował – przeciwstawił się nieustannemu rozpadowi najdelikatniej jak potrafił, jasną kreską. I w niej prawdziwie nie posmakował śmierci.

« Older entries

%d blogerów lubi to: