GWIEZDNE WOJNY

Kino domowe daje niezwykłe możliwości odświeżenia w pamięci starych filmów. Ostatnio przez dwa dni oglądałem po raz któryś kolejne odcinki Gwiezdnych wojen. Choć dostrzegam komiksowy charakter tej serii, to w jakiś przedziwny sposób jestem od niej uzależniony. Pociąga mnie gatunek space opera, te wszystkie bitwy, walki, dalekie międzygalaktyczne wyprawy. Tym razem oglądałem odcinki we właściwej kolejności, to znaczy od Epizodu I, czyli od ostatnio wyprodukowanego filmu. Teraz wszystko lepiej się komponuje i może trochę za duży jest rozdźwięk pomiędzy starymi trzema odcinkami, a tymi nowymi. To wielka opowieść o dobru i złu, a przy tym niezwykłe obrazy kosmosu, wiele wspaniałych scen batalistycznych i nieomal surrealistycznych. Gdy oglądałem odcinek za odcinkiem, przypominały mi się moje częste wyprawy do kina Pomorzanin, na ulicy Gdańskiej. Teraz jest tam jakiś paskudny bazar chińskich rupieci, a przecież tyle razy stałem tam z moimi kolejnymi dziewczynami i czekałem na wejście do środkowego holu. Potem zasiadałem, najczęściej na balkonie, jadłem jakieś cukierki, chrupki, chipsy i chłonąłem obrazy. Doskonale pamiętam jakie wrażenie zrobił na mnie pierwszy film i potem następne części sagi. To były wspaniałe chwile i szkoda, że nie ma już tych starych kin. Te nowe molochy są jakieś obce, brakuje im aury dawnych kin. Ale nie ma już „Polonii”, „Wolności”, „Bałtyku”, nie ma „Orła”, jakoś tam jeszcze kuleje „Adria”. Przegrały konkurencję z Multikinami. Ja jednak stale siedzę na ich widowniach, trzymam za rękę Olę, Alinę, Dankę i zmierzam ku przyszłym wydarzeniom…

Reklamy

IRENEUSZ BETLEWICZ

Rozbudowany poemat, mieniący się odcieniami znaczeń i sensów, jest trudnym sprawdzianem sprawności poetyckiej, gdyż wymaga określonej wiedzy o gatunku i takiej kumulacji metaforycznej, która udźwignie ciągłą narrację, zachowa ten sam oddech liryczny i ten sam nastrój. Dlatego takie utwory pisują autorzy, którzy już sprawdzili się w obrębie wiersza pojedynczego czy prostego, nie układającego się w ciąg znaczeń i przywołań. To jest próba rozszerzenia tego, co się dotąd zrobiło i jakby wejście do nowej przestrzeni lirycznej, gdzie nie obowiązują już ramy wcześniej zakreślane, a z drugiej strony – pojawiają się nowe, jeszcze bardziej ograniczające autora – utrudnienia. Tam, gdzie – zdawać by się mogło – wszystko wolno, okazuje się szybko, że najważniejszy jest wewnętrzny rytm i wyraziste określanie obszarów eksploracji poetyckiej. Poemat jest ciągiem obrazów i porównań, składa się z cząstek, które się zazębiają, dopowiadają nowe treści lub pozostają w opozycji do wcześniejszych i następujących artykulacji. Kimkolwiek by poeta nie był i jakichkolwiek przeżyć by nie doświadczył, w jego utworze odciśnie się niezwykła wrażliwość i umiejętność kojarzenia, a nade wszystko zdolność ogarnięcia refleksją szerokiej płaszczyzny semantycznej. Często ta teoretyczna wiedza o poemacie pojawia się przy okazji czegoś, co można by określić mianem „natchnienia”, ale najczęściej jest ona wpisana w motorykę tworzenia, w niezwykle dynamiczne rzuty nowych cząstek, szybkie dopowiedzenia szerszych treści. Jest jeszcze jedna możliwość, kiedy poeta uważnie studiuje rzeczywistość, ze zdumieniem odkrywa głębie ontyczne i mówi spokojnie o nich. Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku, pojawi się jednak energia, popychająca opowieść do przodu – jakaś tajemna, liryczna siła, która zespoli wszystko w jednię i nada kształt refleksji.

Ireneusz Betlewicz jest poetą wizyjnym, nie unikającym wyrazistych, piętrzących się obrazów i odważnych przywołań. Jego poemat rozrasta się w postępie geometrycznym i ogarnia coraz rozleglej głębie świadomości, obszary z pogranicza jawy, marzenia oraz snu. To jest próba wyznaczenia punktu centralnego jaźni i dobudowywania do niego kolejnych segmentów, nowych cząstek, które wzbogacają i tworzą kontekst dla bogatej wyobraźni. Tutaj pośród piasku ziaren/ obrys kształtu odwodniony/ wietrzejące wspomnienie/ nieporadne rysowania/ ślady mniemane/ ślady pomylone – tutaj wszystko może się zdarzyć i wszystko jest potencjalne, znaczenia pulsują treścią i treści domagają się nowych składników onomastycznych. W kolejnych partiach ruch i dynamika sąsiadują z przekonaniem, że wszystko wiruje i cyklicznie wraca do punktu wyjścia. Umyka, a potem dopełnia to, co odeszło, podąża za kształtem, za obrazem i ucieka od zbyt oczywistych znaczeń. Ale znaczenie ma tutaj swoją wartość i wyznacza kierunek dalszych poetyckich eksploracji – odsłaniają one to, co zwykle zakryte dla umysłu, może pojawić się w retrospekcji lub refleksji lirycznej. To jest ten sam poziom odkrywania, co w filozofii i w ambitnej krytyce, poszukującej ukrytych struktur powstających dzieł. Autor zakłada niezależność twórczą, ale nie łamie reguł, nie przekracza granic przyzwoitości – potrafi tak ustawić swoją opowieść, że nawet proste przywołania, stają się cząstką rozległej opowieści o bycie i o świecie. To jest poezja dla ambitnych czytelników, którzy szukają odpowiedzi na dręczące pytania egzystencji, a zarazem liryka, którą można odkrywać wielokrotnie i stale doszukiwać się w niej nowych treści. Oczywiste jest tutaj autorskie założenie, że trafi ona do czytelnika interaktywnego – takiego, który ma określoną świadomość świata i literatury, potrafi spojrzeć tam, gdzie inni nie patrzą i znaleźć to, czego inni nie znajdują.

Dla tej sztuki słowa równie ważna jest struktura, jak i faktura świata – stąd w kolejnych odsłonach pojawiają się elementy konstrukcyjne przestrzeni, które lekko przechodzą w rewiry nadrealne. Dzieje się tak za sprawą kumulacji metafor i barw, przydających treści i dopełniających obrazy. Ale znajdziemy też i kontrapunkt dla tego świata, którym jest przejmująca, wręcz przerażająca pustka: niczego tu nie ma/ co można by dotknąć/ samotne powietrze bez pytań/ kamień w kamieniu się gości. Pustka i rozpacz, nieuchronne przemijanie i jakże realne odwzorowania mechaniki trwania, dochodzenia do określonej wiedzy, do zrozumienia na czym polega byt i odchodzenie w nicość. Te przejmujące tony w poemacie Betlewicza są jeszcze jedną próbą wskazania ulotności i względności istnienia, a przy tym dynamizują narrację autorską. Człowiek stale staje do konfrontacji ze światem, a wyposażony w ułomne zmysły, nie dostrzega całości rozgrywającej się kosmogonii – szuka więc pomocników w procesie rozumienia i interpretacji. Sięga po książki fizyków i filozofów, wsłuchuje się w opowieści alchemików i kapłanów, ale chyba najwięcej może jednak wydobyć z przekazu lirycznego. Jest on tyleż tekstem automatycznym, co próbą ukierunkowania uwagi, zwróceniem się ku żywiołom, ku cząstkom podstawowym i odwołaniem się do niezależnej, wszechmocnej wyobraźni. Imaginacja poety – w takim poemacie jak ten – krąży wokół tematów, wyodrębnia przestrzenie i rzuca snopy światła na nie. Czytelnik ze zdumieniem odkrywa niezauważalne dotąd głębie, wchodzi do świata wizji, metamorficznych przemian i okruchów, zatrzymuje się na cmentarzu i patrzy na kontrastowe ptaki, widzi krzyże niczym drogowskazy, odkrywa groby i poddaje się ewokacjom eschatologicznym. Świat bywa ogromną nekropolią, i tylko czasem – pośród mroku i czerni – błyśnie smuga światła, pojawi się barwna poświata, odezwie się jakiś żywy głos. Odchodzenie i dekadencja chwili, to także wyraziste wyznaczniki tej opowieści, jakże żywej i wyrywającej się ku czystej egzystencji. Ważniejsze jednak jest przesłanie końcowe: z myśli czyń życie/ ona tylko żywa/ w człowieku nazwana/ w boskości czyniona/ Ty w tej pełni/ chciej dopełniać/ oddech swój ziemski. To jakby inna wersja kartezjańskiej zasady: Cogito ergo sum, to próba przeciwstawienia się powolnej anihilacji umysłu i niezwykłej świadomości. Betlewicz sięga głęboko w pierwotną strukturę rzeczywistości i równie głęboko dociera do kolejnych pokładów jaźni, jest poetyckim surrealistą i filozofem słowa, a nade wszystko poetą, który poważnie traktuje możliwości kreacyjne i badawcze liryki. Jego poemat jest odważną sondą, wystrzelona ku nieznanemu i nieodgadnionemu, sondą przemierzającą martwe i żywe przestrzenie i generującą nową jakość wiedzy – sondą kreślącą obrys kształtu tego co przed wystąpieniem poety było bezkształtne, ledwie przeczuwane i ulotne jak sen…

GILE

Foto Cezary Pióro

Dzisiaj, już drugi raz w tym roku, przewędrowałem szmat miasta. Szedłem obrzeżem, a potem skierowałem się ku Osiedlu Leśnemu. Przechodząc przez cmentarz na Artyleryjskiej, natknąłem się na spore stado gili. Uwielbiam te ptaki, które pośród szarości i bieli zimowej, wyglądają jak czerwone lampiony. Są dość płochliwe i trudno się je obserwuje, ale tym razem ptaki były cierpliwe i mogłem dość długo na nie patrzeć. Jak często u skrzydlatych zwierząt, samiec jest barwniejszy od samicy, ma wyraziste czerwone podbrzusze, czarny łepek i takiż sam ogon, a w locie odsłaniają się jeszcze na skrzydłach dwa szerokie białe pasy. Kiedyś gile gnieździły się w Polsce nielicznie, a teraz można je dość często spotykać. Tej zimy już po raz drugi przyglądałem się im – wcześniej zauważyłem je przy płocie inne cmentarza, przy ulicy Ludwikowo. Te większe stada, pojawiające się zimą w Polsce, pochodzą z północy i wschodu i są prawdziwym wydarzeniem w naszym ptasim świecie. Żywią się owadami i nasionami, zwłaszcza róży, jarzębiny i drzew leśnych. Postałem trochę pod drzewami, popatrzyłem na te czerwone kuleczki oraz na siedzące nieco dalej sroki, gawrony, kawki i ruszyłem dalej. W pewnym momencie wszedłem do lasu i zmierzałem nim kilka kilometrów w kierunku Fordonu. Wszędzie pusto, zimno, szaro, nie widać zwierząt, czasem tylko przemknie jakaś sikorka, czasem przeleci dzięcioł. W końcu, nałykawszy się świeżego powietrza i zgubiwszy jakiś kilogram wagi ciała, dotarłem do domu i jakże znakomicie mi zrobiła dwugodzinna drzemka. Teraz do pracy…

* * *

Coś się zaczyna i kończy się coś… Dni biegną do przodu, czas przyspiesza, nie wrócą już chwile żarliwej młodości… Warto jednak wracać myślą do niej, warto stworzyć obraz literacki, fotograficzny, rysunkowy czy malarski. Od dłuższego czasu noszę się z zamiarem napisania dużej książki wspomnieniowej. Właśnie dowiedziałem się, że gdzieś tam w Polsce zmarł Ireneusz Kałamaja – jeden z tych, z którymi zetknęło mnie życie. Był szefem Studia Ruchu, do którego uczęszczałem w drugiej połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Dziwny człowiek z wizją wielkich spektakli pantomimicznych, wożący nas po kraju i tworzący dziwne realizacje ruchowo-muzyczne. Na pewno kiedyś o nim napiszę i o Studiu także, bo to były szczególne chwile… Muszę przyzwyczaić się do tego, że takich wiadomości będzie więcej, no i we mnie będą umierały jakieś sprawy, jakieś – ważne kiedyś – wydarzenia, spotkania, bliskości. Tylko rygorystycznie realizowany plan pozwoli odgrodzić się od chaosu, od barbarzyńców i różnych przeszkód. Patrząc na moje pokolenie, zastanawiam się ilu z nas spełniło się w swoim życiu i ilu znalazło azyl. Jeden z kolegów jeździ wielkimi ciężarówkami po autostradach USA, dawni świetni piłkarze, hokeiści i kolarze obrośli tłuszczem i wyłysieli, ktoś został policjantem, ktoś notariuszem. Wielu podjęło pracę w tzw. zwykłych zawodach, wielu wyemigrowało, a ja… cóż ja… Coś tam po mnie zostanie, choćby ten metr książek na półce, trochę obrazów, rysunków… Czas wszystko uspokajać, czas porządkować… Chciałbym bardzo zamknąć swoje życie z przekonaniem, że zostawiłem po sobie porządek… Mam nadzieję, że to jeszcze nie tak szybko, ale jednak warto o tym myśleć i mieć jakiś plan eschatologiczny.

RUMI


W Stanach Zjednoczonych ogromną sławą cieszy się obecnie poezja Maulany Jalaluddina Rumiego. Powstają księgarnie oferujące jego utwory i książki o jego twórczości, studiuje się dzieje życia i tłumaczy go z perskiego, arabskiego czy z języków pokrewnych. Trudno się temu dziwić, bo już Dżami, jeden z piętnastowiecznych klasyków poezji perskiej twierdził, że Maulana Jalaluddin Rumi nie był prorokiem, ale napisał świętą księgę. Żyjący setki lat później, narodowy poeta Pakistanu – Mohamet Iqbal dodawał: Maulana przemienił glebę w nektar, upiłem się jego winem i żyję teraz jego błogosłarumi-szyper1wionym oddechem. Często cytował go Ghandi, a w 1958 roku, papież Jan XXIII oświadczył: W imieniu świata katolickiego, z szacunkiem pochylam się, wspominając Maulanę. Chwalili go poeci, między innymi Goethe i filozofowie, np. Hegel. Rumi urodził się w roku 1207 w mieście Balkh, w dzisiejszym Afganistanie, który w owym czasie należał do Persji. Był synem szanowanego nauczyciela, teologa i mistyka – Bahauddina Walada. Niestety, stosunki ojca Rumiego z władcą perskiego Chorosanu – szahem Alaad–Dinem, nie układały się dobrze, do tego jeszcze do ich miasta dochodziły przerażające wiadomości o zbliżającej się armii Mongołów. Z tych powodów, cała rodzina uciekła w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca. Rumi był wtedy dwunastoletnim chłopcem i przez dziesięć lat wędrował ze swoim klanem przez Persję oraz kraje arabskie, w poszukiwaniu oazy spokoju. W końcu znalazł ją w mieście Konya w Anatolii (antyczne Iconium). Konya leżała blisko granicy z Imperium Bizantyjskim i z tego też powodu wielkiego poetę nazwano Rumim (Rzymianinem). Choć większość w tym wielokulturowym mieście stanowili Turcy, zamieszkiwali je także chrześcijanie, Grecy, Żydzi i Ormianie. W tym trzynastowiecznym Nowym Jorku językiem uczonych był jednakże perski. Po śmierci najbliższego przyjaciela – Szamsa, w dwóch monumentalnych dziełach Rumiego splotły się różne nurty bliskowschodniego mistycyzmu: ekstatyczny i filozoficzny. Każde z nich zawiera około 35.000 dwuwierszy. Pierwsze to Diwan–e Szms–e Tabrizi, co rozumieć można jako „Zbiór wierszy na cześć Szamsa z Tabrizu”, albo „Zbiór Szamsa Tabriziego”. Jest to poezja religijna, wyrażająca tęsknotę za Bogiem i Szamsem, w której Ja i Ty zlewają się w Jedność. Drugim i największym dziełem Rumiego jest Masnawi, albo Masnawi w sprawach duchowych. Utwór ten składa się z sześć ksiąg, które sufi nazywają „perskim Koranem”. Zawiera on wiele wiedzy z religioznawstwa, etnografii, literatury sufich oraz ludowej. Zawarte w nim kazania, to różnej długości opowiadania z morałem, będące jakby przewodnikiem dla studentów mistycyzmu. Oprócz wskazanych wyżej dwóch tytułów, wyliczyć także trzeba Mektubat (Listy) i Mecalis–i Seba (Siedem Kazań). To, co łączy wszystkie utwory Rumiego, to odwieczne poszukiwanie „doskonałego człowieka” (al–Insan al–Kamil), mającego wszelkie atrybuty Boskości. Miej się na baczności przed poetami – ostrzega Koran – bo w rozterce błądzą dolinami i nie czynią tego, o czym prawią. Rumi był jednak tym, o kim mówił i w świadomości wielu dzisiejszych mistyków, lub po prostu, poszukiwaczy dobra, prawie osiemset lat po swojej śmierci, wciąż żyje. Jego głos przekracza granicę czasu i to, co wyartykułował w średniowieczu, brzmi tak, jakby powiedział to teraz.

SEN V

Wiosłowałem równomiernie i powoli oddalałem się od brzegu. Przede mną ciągnęła się wielka gładź wodna, połyskująca i mieniąca się w słońcu odcieniami złota, srebra i platyny. Kolorowe plamy migotały w pobliżu i ostrze wiosła rozcinało je raz za razem. Z boku napływały ciepłe mgły i opary, a w dali słychać było wołanie drapieżnego ptaka, kołującego nad tonią i wypatrującego zdobyczy. Napinałem mięśnie, przybliżałem i oddalałem od siebie drzewce, a łódź doskonale wnikała w coraz dalsze tonacje szarości i seledynu, błękitu i gęstej ultramaryny. Myślałem o rybach, stojących przy dnie jeziora i śniących o nowym poranku i o cieple nadchodzącej wiosny. Bezgłośna błyskawica zalśniła na nieboskłonie i rybołów wrzasnął głośno tuż nad moją głową. Ona siedziała na rufie i patrzyła niebieskimi oczyma na mnie. Miała platynowe włosy, lśniące usta i lekko zaostrzony nos, a rysunek jej ud przypominał japońską kreskę. Była naga i przy każdym odepchnięciu wioseł jej pełne piersi poruszały się lekko, leciutko. Nabrzmiałe sutki sunęły przez chłodne powietrze i pieszczone przez wiatr, czekały na ciepłą dłoń. Miała rozsunięte nogi, a ręce zwisały lekko i opierały się o biodra. Promienie tak ją oświetlały, że wyglądała jak antyczna rzeźba bogini łowów. Nuciła ledwie słyszalną pieśń i czasem, szybkim ruchem, odrzucała włosy do tyłu. Patrzyłem na nią jak na wyciąganą z wody piękną rybę, jak na kamień wypolerowany przez fale i na piasek schodzący dostojnie pod wodę. Nagle przestała śpiewać, stanęła na tylnej desce, odwróciła się do mnie, coś szepnęła i skoczyła do wody głową w dół. Jeszcze przez chwilę ją widziałem, jeszcze jej połyskujące uda i piersi zalśniły w toni. Czekałem aż wypłynie, aż pojawi się jak perkoz daleko ode mnie, ale tylko w dali majaczyły dwa samotne łabędzie i wiatr równomiernie naginał trzciny do tafli. Jakże cierpiałem i jak bardzo za nią tęskniłem, jak szukałem jej z każdej strony. Moja łódź oddalała się od miejsca, gdzie przed chwilą skoczyła, coraz bardziej i bardziej… bardziej i bardziej…

* * *

Świat biegnie do przodu, pojawiają się nowe urządzenia i gadżety. Nie wyobrażamy już sobie życia bez komputera, Internetu i e-maili. Prawdziwą rewolucją w komunikacji stały się telefony komórkowe, które pozwalają skontaktować się z różnymi osobami w każdym punkcie miasta, kraju, świata i w dowolnej chwili. Ostatnio wielką frajdę sprawia mi słuchanie mp3 w podróżach i podczas przejazdów do pracy. Te stracone godziny nabrały nagle uroku i patrzę na świat jaśniejszym wzrokiem. Słucham moich muzycznych guru: Cohena, Dylana, Simone’a i Garfunkela, Baez i wiele utworów z czasów mojej młodości. Wykonują je zespoły Slade i Black Sabath, Led Zeppelin, ale lubię też Beatlesów i wielu wykonawców z lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych. Trudno byłoby tutaj wszystkich wymienić, bo w moim telefonie, na specjalnej karcie dodatkowej, są setki utworów. Nie brakuje też wielkich dzieł z zakresu muzyki poważnej, Haydna, Mozarta, Bacha, Vivaldiego i Telemanna. Gdy zakładam słuchawki na uszy, odgradzam się od świata, który przez to staje się mniej drapieżny – słucham piosenek, muzyki instrumentalnej i pojawia się jakiś szersza perspektywa, jakby nagle życie nabierało głębi i z powrotem stawało się opowieścią o jakimś człowieku, w jakimś mieście, w jakiejś podróży, w jakiejś części kosmosu.

SAFONA

Czytam wiersze Safony i rozkoszuję się ich krystalicznym pięknem. Kobieta ta powszechnie uważana jest za najwybitniejszą poetkę starożytnej Grecji. Daty jej życia są trudne do ustalenia, choć niektórzy filolodzy podają lata 628 – 568. Pewnym jednak jest, iż żyła na przełomie VII i VI wieku p.n.e., w Mitylenie na Lesbos, gdzie prowadziła szkołę dla dziewcząt z arystokratycznych rodzin. Swoje rodzinne miasto opuściła tylko podczas rozruchów rewolucyjnych i udała się do rodziny na Sycylię. Gdy walki ucichły powróciła na Lesbos i tam zmarła. Ze swoimi młodymi uczennicami związana była namiętną przyjaźnią. Od jej śmierci datuje się coraz gwałtowniejszy rozwój legendy. Mówi się więc o lesbijskiej miłości do dziewcząt, o uczuciu do legendarnego Faona i o samobójczym skoku ze Skały Leaukadyjskiej do morza. Safonę wielbili i podziwiali między innymi: Salon, Pindar, Teokryt, Platon, Sokrates, a także Horacy, Owidiusz, Katullas, Petrarka, Boccacio, Byron, a z Polaków między innymi Jan Kochanowski i Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. Ta niezwykle subtelna poetka stawała się nawet inspiracją dla wielu twórców. Alessandro Verrie napisał powieść pt. Przygody Safony, poetki z Mityleny, którą stylizował na przekład, dopiero co odkrytego, manuskryptu greckiego. Publiczność uwierzyła mu i dopiero wielki rozgłos utworu, zmusił pisarza do odkrycia kart. Franz Grillparzer i pisarz hiszpański Victor Balauer poświęcili poetce swoje dramaty, Giovanni i Gaunod – opery, znany też jest powszechnie poemat Giacoma Leopardiego pt. Ostatnia pieśń Safony. Poezja matki liryki greckiej należy do najsubtelniejszych, najbardziej delikatnych, a przy tym jest nienaganna pod względem warsztatowym – doskonale mieści się w ramach zakreślonych przez tradycję wierszowanej modlitwy, epithalamium, żałobnej pieśni. Safona – najogólniej – opiewa wolność i piękno, zachwyca ją czułość i delikatność, skarży się na złego kochanka i nie pamiętającą przyjaciółkę, którzy nie odwiedzają domu. Potrafi dostrzec subtelne cienie i błyski powstające na przedmiotach, w gorących słowach zwraca się do bogów i prosi ich o łaskawość. Jej poezja raz jest czysta jak pieśń spełnionej miłości, płynąca swobodnie ponad wyspami, a innym razem przypomina utuloną w żalu pieśń pogrzebną. Jak na poetkę z tak odległej przeszłości, umie Safona kunsztownie formułować swoje myśli. Potrafi bezbłędnie określić i nazwać stan w jakim się znajduje i wypowiedzieć kilka zdań, w których zawiera się esencja chwili życia, istnienia i miłości. Nie ma dla niej zakazanych obszarów, nie ma miejsc, których nie dotykałaby swą myślą i pieśnią. Porusza się pośród krajobrazów rodzinnej wyspy, wędruje poprzez mroki Hadesu i momentalnie potrafi przenosić się ku tajemniczym przestrzeniom snu. Wszystko zdaje się u niej płynąć, falować; rzeczywistość i gra uczuć zdumiewają poetkę i wprawiają ją w dziwny, nostalgiczny nastrój. Safona przypomina grecką kitarę, która przy lada dotknięciu strun wydobywa dźwięk piękny, czysty i subtelny jak wilgoć napływająca do morza. A przy tym jest to też poezja pełna mądrości, pełna rad, napomknień i uwag kierowanych ku młodszym towarzyszkom, ku nieroztropnym braciom, wreszcie ku córce – Kleis. Najpiękniejszą częścią dorobku Safony jest poezja miłosna. Te delikatne, subtelne liryki są niczym łzy greckiej ziemi – wspaniałe, pełne czułości i wylewności typowo egejskiej. Gdy się je czyta ma się wrażenie, że kochankowie właśnie się obejmują, że właśnie zbliżają usta i zaczynają falować. Ona wtedy mówi: To dobrze, ze przyszedłeś./ Tak bardzo cię pragnęłam./ I znów rozpalasz płomień/ w moim sercu. On (albo ona) odpowiada: Szlachetna, fiołkowowłosa Safo,/ Pieśniarko o słodkim uśmiechu,/ wstyd mi przeszkadza powiedzieć to,/ czego pragnę. Poezja Safony połyskuje oryginalnym pięknem, niczym grecka amfora wyłowiona z morza po tysiącach lat – wciąż zachwyca, zniewala i pobudza wyobraźnię…

ROZMOWA

Poetka i filolog Danuta Mucha przeprowadziła ze mną rozmowę, która miała ukazać się w jednym z pism akademickich. Z powodu likwidacji tego periodyku, nie doszło do publikacji – wykorzystuję zatem mój dziennik by zamieścić przygotowany do druku zapis.

 

MUCHA: Jest Pan poetą, krytykiem i naukowcem, ale kim czuje się Pan najbardziej?

LEBIODA: Najbardziej cieszę się z tego, że bywam poetą, tworzę stale nowe tomiki, ale bywam też krytykiem, prozaikiem, pisuję teksty naukowe. W swojej praktyce pisarskiej stosuję zasadę zmienności, którą często też dyktuje mi określona sytuacja, zamówienie, prośba ze strony mediów lub zaprzyjaźnionych ludzi pióra. Jestem osobą dość uporządkowaną i mam zwykle plan na najbliższe tygodnie, miesiące, czasem nawet i na lata. Od 1988 roku realizuję na przykład szerokie zamierzenie naukowe, mające na celu kulturowy opis dzieł czterech wielkich polskich romantyków. Opublikowałem już książkę pt. Mickiewicz wyobraźnia i żywioł, gdzie podstawową zasadą porządkującą były pojawiające się w tej twórczości materialne żywioły. Z kolei w przypadku dokonań twórczych Juliusza Słowackiego zastosowałem opis czterech wielkich przestrzeni imaginacyjnych i zarazem odwiecznych mitów w dziejach kultury. Wskazał mi je sam autor Kordiana, ustawiając w jednym ciągu kilka razy słońce, księżyc i gwiazdy. Mit solarny, lunarny i astralny, w naturalny sposób, doprowadził mnie do interpretacji utworów genezyjskich i systemu dociekań pierwotnych tego twórcy. Obecnie piszę książkę o gigantomachiach Zygmunta Krasińskiego, a do dopełnienia całego projektu brakuje mi jeszcze Norwida, którego świadomie zostawiam na koniec. To będzie bardzo trudne przedsięwzięcie badawcze, ale też niezwykle ekscytujące.

To literatura romantyczna, a co z projektami związanymi ze współczesnością?

– Tu przede wszystkim skupiam się na doraźnej krytyce literackiej i publikuję recenzje, szkice, omówienia i interpretacje w wielu periodykach. Te artykuły powoli układają się w książki i dwa tego typu zestawy tekstów już opublikowałem: Przedsionek wieczności. Pośród pisarzy Pomorza, Kujaw i Wielkopolski (1998) oraz Bryłka bursztynu. Literatura – Regiony – Pogranicza (2001). Przygotowuję też monografię o twórczości Czesława Miłosza, o którym zamieściłem wiele tekstów w tomach pokonferencyjnych i w licznych periodykach, przygotowałem też monograficzny numer „Tematu”, poświęcony temu twórcy. Gdyby dane mi było napisać jeszcze książki o Herbercie i Różewiczu, to czułbym się krytykiem spełnionym. Wiele jednak przeszkadza w pracy polskim naukowcom i eseistom, a to przede wszystkim wszechobecna zawiść środowiskowa i kłopoty ze zdobyciem środków na kolejne publikacje. Jakby za mało było miejsca na półkach, jakby publikowane książki były jakimś przestępstwem, czy nadużyciem. Cóż, nikomu nie jest łatwo cokolwiek osiągnąć i wszyscy mają jakby te same możliwości. Ale jednak nie do końca, polska nauka wymaga pewnych usprawnień…

Wspomniał Pan „Temat”, który szybko wpisuje się w krajobraz polskiej humanistyki i przynosi za każdym razem wiele interesujących tekstów…

– To także jeden z moich projektów, który udaje mi się realizować. Chodzi o połączenie nauki o literaturze i filologii z oryginalną twórczością poetycką, prozatorską i eseistyczną. Do tego jeszcze redakcja pragnie przybliżać sprawy związane ze sztuką – tworzoną dzisiaj i tą, która stała się dziedzictwem ludzkości. W „Temacie” publikuje coraz więcej autorów, praktycznie z całej Polski, ale też udostępniliśmy czytelnikom teksty ludzi pióra ze Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Grecji, a nawet z dalekiej Gwatemali. Utrzymamy taki profil pisma, co jakiś czas tworząc numery monograficzne. O jednym z nich wspomniałem już wyżej, ale przygotowujemy też numer o Herbercie i Mickiewiczu, a w dalszych planach o Norwidzie, Singerze i Faulknerze. To jest przede wszystkim pismo, w którym autorzy mogą się spodziewać, że zostaną uczciwie ocenieni, a ich teksty opublikowane bez nadmiernych ingerencji. Recenzujemy proponowane artykuły i staramy się wybierać najlepsze z nich. Pragniemy by był to duży magazyn, który za każdym razem będzie prawdziwą ucztą czytelniczą i wyrazistą propozycją intelektualną. Na samym początku ustaliliśmy w gronie redakcyjnym, że nasze działania opierać będziemy o program pozytywny. Chcemy zatem prezentować to, co wartościowe, mające swoją wagę myślową. Nie znaczy to, że uchylimy się przed tekstami, które wskazywać będą jakieś dewiacje, uchybienia, jakieś poronione twory pisarskie. Wszystko wszakże jest polityką i tutaj też zachowamy odpowiedni umiar – już kilkakrotnie autorzy chcieli załatwić naszym kosztem jakieś porachunki. Tego rodzaju postawy nie znajdą w naszym periodyku jakiegokolwiek odzwierciedlenia w tekstach.

Bywa Pan jurorem licznych konkursów literackich. Jakie kryteria decydują o przyznaniu nagród? Weźmy choćby konkurs na najlepsza książkę poetycką roku, rozstrzygany w Poznaniu….

– To za każdym razem jest jakiś kompromis, bo przecież jurorów bywa kilku. Podczas posiedzenia Jury jest zwykle bardzo gorąca dyskusja, ale też równie często szybko wyłuskujemy najwartościowsze propozycje. Czasem dostajemy ogromne paczki z tekstami, nadesłanymi na konkurs, innym razem mamy do czynienia z wieloma książkami proponowanymi do Nagrody. W Poznaniu za każdym razem jest niezwykła dyskusja i czujemy wagę naszego wyboru. W 2007 roku wskazaliśmy książkę poetycką Edmunda Pietryka, o której mówiłem podczas ogłoszenia werdyktu: Autor otrzymuje nagrodę za bezkompromisową walkę z wszelkimi przejawami literackiej tandety, kunktatorstwa i bylejakości. Wiersze zgromadzone w tomie Zegar czasu  mają przejmujący ton i dotykają spraw ostatecznych. Niewielu poetom udaje się powiedzieć coś wartościowego, głębokiego i odkrywczego o śmierci – tutaj jednak eschatologia łączy się z głęboką liryczną refleksją nad przemijaniem ludzi i rzeczy tego świata. Zegar czasu bohatera tej liryki przyspieszył dramatycznie, przypomniał o odwiecznych prawach i zależnościach. Poeta wsłuchuje się w siebie i wypowiada wiersze scenicznym szeptem, pragnie by słowo brzmiało jak najdelikatniej, jak najsubtelniej, by było piękne i porażające. O odchodzeniu powinno się mówić cicho, mądrze, z wyczuciem rytmu i głębi znaczeń. Te atrybuty lirycznej zadumy znajdziemy w ostatnim zbiorze tego poety, pojawiały się one też we wcześniejszych książkach. Jego umiejętność dopowiadania point do zamkniętych przedziałów życia i nieustająca wiara w potęgę doświadczenia, w magię braterstwa poetyckiego, każą widzieć w tym twórcy kontynuatora takich poetów jak Edward Stachura, Rafał Wojaczek czy Wielkopolanin Wincenty Różański. Ale niewątpliwie na plan pierwszy wysuwa się tutaj oryginalność tych utworów, manifestowana na każdym poziomie poetyckiego odkrywania i maskowania rzeczywistości. To jest piękna poezja, ze wspaniałą filozoficzną perspektywą, w której pojawia się autentyczny, cierpiący ale też i dumnie znoszący cierpienia człowiek. Myślę, że to uzasadnienie wskazuje, z jaką pieczołowitością podchodzimy do kolejnych rozstrzygnięć.

W zeszłym roku był pan po raz trzeci w Stanach Zjednoczonych. Czy była to wyprawa naukowa, jak w 2002 roku, kiedy to przebywał pan jako visiting professor w The State University of New York at Buffalo, czy może tym razem wyjazd miał inny charakter?

– Ja raczej nie rozdzielam elementów mojej aktywności twórczej na składniki pierwsze, staram się kumulować różne zakresy. Tak było właśnie w 2002 roku, kiedy zrealizowałem liczne cele naukowe, a przy okazji miałem wieczór autorski w Fundacji Kościuszkowskiej, spotkałem się z moimi tłumaczami i wydawcami, zebrałem obfite żniwo fotograficzne, przywiozłem wiele książek i periodyków. Tym razem byłem na Florydzie, gdzie cel naukowy był bardzo ważny, a mianowicie spotkanie z jednym ze znakomitych amerykańskich profesorów uniwersyteckich. Możliwość wymiany poglądów i przedyskutowania moich kolejnych projektów z Profesorem, była dla mnie tym razem najważniejsza. To było ekscytujące spotkanie, które może zaowocować licznymi działaniami. Na razie nie chciałbym jednak mówić o szczegółach, bo wszystko jest w trakcie realizacji i dogrywania. Oczywiście wspaniałym przeżyciem było też zetknięcie się z przyjaciółmi i krajobrazem oraz przyrodą Florydy. Poczyniłem wiele obserwacji, które wykorzystam w swoich planach pisarskich czy redaktorskich. Z kolei w Nowym Jorku chciałem przede wszystkim zobaczyć wielką wystawę sztuki nowoczesnej Armory 2008 i udało mi się to zrealizować. Dzięki zaprzyjaźnionym ludziom wziąłem udział w koncertach w Lincoln Center, w wieczorze poezji w Cornelia Cafe, a także spotkałem się z przedstawicielami środowiska literackiego Nowego Jorku i polskiej emigracji, mieszkającymi w tym ogromnym mieście. Także tym razem dokumentowałem mój pobyt, zdobyłem potrzebne mi książki i czasopisma, zrobiłem ponad tysiąc zdjęć, a nade wszystko przemyślałem wiele kwestii, zanotowałem wiele pomysłów. Za każdym razem wyjazd do USA przynosił u mnie bogate żniwo w postaci artykułów, wspomnień, esejów, a także wierszy i opowiadań. Tak się stanie i tym razem, ale oczywiście cel naukowy był tutaj najważniejszy.

%d blogerów lubi to: