JEZIORO

Wyprawa z córką nad jezioro Jezuickie. Od czasów moich młodzieńczych uniesień zmieniło się znacznie, zarosło trzcinami i sitowiem. Nie ma już pomostu, niedaleko cypla, na którym przesiadywałem i z którego skakałem na głowę do wody, nie ma też przesmyków, przez które płynęło się na skróty do Piecek. Świetnie mi się wiosłowało, pogoda była piękna, w niektórych tylko miejscach smużyły się chmury. Kiedyś pływałem tak z moimi dziewczynami lub z kolegami z podwórka, a teraz transportuje po jeziorze córkę. Noszę w sobie wiele wspomnień z tego akwenu, a szczególnie z roku siedemdziesiątego dziewiątego, kiedy to byłem ratownikiem na miejskim kąpielisku. Teraz jakby ptaków jest mniej, jezioro coraz bardziej zarośnięte roślinnością wodną i tylko woda znacznie czystsza, w niektórych miejscach wręcz krystaliczna. Przypominam sobie jak pływałem wpław z cypla na drugą stronę, jak okrążałem największą wyspę albo jak kładłem się w wodzie na plecach i unosząc się swobodnie nad głębiami, patrzyłem w niebo. Wpływamy płytkim kanałem na mniejsze zbiorniki i cumujemy łódź na pustawej plaży w Pieckach. Siadamy na piasku, brodzimy przy brzegu, bo toń jest już lodowata, nie zachęcająca do kąpieli. Przy niewielkiej kępie trzcin pływają setki małych ryb, a czasem pojawia się też jakaś większa płotka, rosnący w siłę leszcz lub okoń – gdzieś w dali wynurza się perkoz,  w zatoczce pływają kaczki i łyski. Patrzę na drzewa po drugiej stronie jeziora i rozmyślam o kruchości życia, o tym, że te sosny i świerki, dęby i olchy niewiele się zmieniły przez ostatnie trzydzieści lat. Tylko ludzie coraz starsi, wielu kolegów i koleżanek już po drugiej stronie wieczności, a przecież dopiero co wbiegali tutaj ze śmiechem i krzykiem do wody. Ich oczy lśniły, usta otwierały się radośnie, ciała były młode i jędrne, wysportowane i giętkie. Ach życie… Pora zbierać się z brzegu i płynąć do przystani, pora ruszać z powrotem do domu…

 

Reklamy

NEIL ARMSTRONG 1930-2012

Dwudziestego lipca 1969 roku miałem jedenaście lat i w chwili zbliżania się lądownika Apolla 11 do Księżyca spałem już w najlepsze. Rodzice obudzili jednak mnie i pięcioletniego brata, bo uznali, że powinniśmy to zobaczyć. Na ekranie czarno-białego telewizora niewiele można było dostrzec, a jednak zapamiętałem dobrze moment zejścia Neila Armstronga z drabinki na grunt naszego jedynego satelity. Pamiętam też słowa o małym kroku człowieka i wielkim skoku ludzkości, a potem z zapartym tchem śledziłem powrót lunonautów na ziemię i ich bezpieczne lądowanie 24 lipca na Oceanie Spokojnym. Jak trudna i niebezpieczna była to misja świadczy, odnalezione w archiwach narodowych, orędzie prezydenta Richarda Nixona, przygotowane na wypadek, gdyby kosmonauci pozostali na księżycu na zawsze: Zrządzeniem losu ludzie, którzy wyruszyli na Księżyc, by w pokoju go badać, pozostaną na nim, by spocząć w pokoju. Ci dzielni ludzie, Neil Armstrong i Edwin Aldrin, wiedzą, że nie ma już dla nich nadziei na ratunek. Ale wiedzą też, że z ich ofiary płynie nadzieja dla całej ludzkości. Ta dwójka składa swoje życie na drodze do osiągnięcia najszczytniejszego celu ludzkości: poszukiwania prawdy i wiedzy. Będą opłakiwani przez rodziny i przyjaciół; będą opłakiwani przez swój naród; będą opłakiwani przez wszystkich ludzi ich świata; będą opłakiwani przez Matkę Ziemię, która odważyła się wysłać dwóch swoich synów w podróż w nieznane. Ich misja sprawiła, że wszyscy ludzie tego świata poczuli się jednością; ich ofiara umocni braterstwo ludzkości. Starożytni spoglądali w gwiazdy i widzieli w ich konstelacjach swoich bohaterów. Dziś czynimy to samo, lecz nasi bohaterowie to dzielni ludzie z krwi i kości. Inni pójdą w ich ślady i odnajdą drogę do domu. Poszukiwania ludzkości nie zostaną przerwane. Ale ci ludzie byli pierwszymi, i pozostaną pierwszymi w naszych sercach. Bo każdy człowiek, który w przyszłości zwróci nocą wzrok na Księżyc, będzie wiedzieć, że jest zakątek innego świata, który na zawsze pozostanie świadectwem ludzkości. Na szczęście ten scenariusz się nie sprawdził, ale już rok później, podczas misji Apolla 13 nieomal doszło do tragedii, gdy eksplodował zbiornik z tlenem w module serwisowym. Po sporządzeniu prowizorycznego pochłaniacza dwutlenku węgla, NASA udało się sprowadzić astronautów na ziemię, ale dowódca misji James A. Lovell i John L. „Jack” Swigert oraz Fred W. Haise nie dolecieli do Księżyca i nigdy na nim nie stanęli, choć przez jakiś czas pracowali jeszcze w agencji kosmicznej i wchodzili w skład rezerwowych załóg. Z całej, rozbudowanej i chwalebne misji Apollo najbardziej rozpoznawalną postacią, owianą sławą pierwszego człowieka na ziemskim satelicie, pozostał Neil Armstrong. Wczoraj lotem błyskawicy świat obiegła wiadomość, że ten zasłużony kosmonauta zmarł w wieku osiemdziesięciu dwóch lat, po komplikacjach związanych ze wszczepieniem bajpasów. Wszystko przemija, ludzie starzeją się i umierają, ale nie zaniknie wieczna chwała największych bohaterów. Gdyby ludzkość przeznaczyła tylko  część środków, które marnotrawi na zbrojenia i wojny, dawno na Księżycu powstałyby osiedla, teleskopy i placówki badawcze, a zapewne odwiedzilibyśmy też Marsa. Armstrong mówił o tym wielokrotnie, gdy jako ambasador dobrej woli przemierzał świat i relacjonował odkrywczą wyprawę Apolla 11 na srebrny glob. Pozostanie pamięć niezwykłego życia i wspaniałego człowieka, którego mądrość i odwaga daleko wykraczały poza zwykłe ludzkie ramy.

WIERNOŚĆ I PAMIĘĆ

Śmierć najbliższej osoby, z którą przeżyło się wiele lat, jest jednym z najboleśniejszych ludzkich doświadczeń egzystencjalnych. Bólu po takiej stracie nic nie potrafi złagodzić, nawet przeświadczenie, że natura istnienia w kosmosie ma wymiar eschatologiczny. Każda struktura, zakorzeniona w czasie i doświadczająca nieustannej zmienności perspektyw, zmierza do rozpadu, do ostatecznego rozwiązania elementów. W takiej perspektywie nasze istnienie jest ledwie chwilową próbą przeciwstawienia się entropii, jakby spowalnianiem wskazówek zegara, których zatrzymać nie można. Z perspektywy następnych lat, spędzanych w samotności i w aurze powrotów do tego, co było i co nigdy nie wróci, pamięć staje się rodzajem sanktuarium, w którym stale płonie ogień miłości czystej i najprawdziwszej. Śmierć niweluje chwilowe trudności, kłopoty dni i nocy, pojawiające się niegdyś przeszkody, a w zamian stymuluje przekonanie o jednorodnym kształcie zamkniętego związku, tworzy etos szczęścia, które zamknęło się w chwili ostatecznej. Każdy powrót do pierwiastkowych zdarzeń, każde sięgnięcie po fotografię czy przedmiot należący do zmarłej osoby, będzie wyciskać łzy w oczach i ukazywać głębię ludzkiej tragedii, nieuchronności tego, co nadejść musi w każdej biografii. Ludzie często zapominają o temporalnym wymiarze zawiązujących się uczuć, składanych obietnic i przysiąg, albo odsuwają od siebie myśl o końcu szczęśliwych dni. To rodzaj strategii życiowej, która każe skupiać się na poszczególnych zdarzeniach teraźniejszości, na załatwianiu spraw doraźnych i na radości z chwil wyjątkowych. Śmierć przychodzi zawsze nie w porę i nie zna litości, staje się elementem życia, które miało swoją historię, toczyło się w określonej chwili kosmicznej i zamknęło się, tak jak dopełniają się obroty ciał niebieskich. W takiej chwili wyraźnie widać, że ze świata ziemskiego niczego nie weźmiemy, oprócz dobrych uczynków i chwil tak samo ulotnych jak lekki puch pojawiający się na ostach.

Danuta Bartosz wypełniła obietnicę daną mężowi i książkę o doświadczeniu jego śmierci wydała dopiero po sześciu latach od momentu odejścia. Każdy nowy wiersz rodził się w bólu i przeświadczeniu, że jest sięganiem do tego, czego nie da się wyrazić słowami, do chwil pierwiastkowych i tak sensualnie nasączonych uczuciami, że wspominanie ich odbierało oddech. Ale przecież zadaniem poety jest próba zmagania się z oporem materii językowej i nieustanne dążenie do doskonałości nowych strof, do elementarnego piękna wersów i mimetycznej siły metafor. Dla prawdziwej poetki tylko smutek jest wierny, bo utwierdzony został u końca życia kochanej osoby i stał się cząstką tego, co zostało i ma jeszcze nadejść. Szczególnie silny bywa, gdy ta, która została po stronie życia, egzystuje w przestrzeni, której sens wyznaczała autentyczna wspólnota. Wtedy każdy kwiat rozkwitający w ogrodzie, wtedy krzewy bzu i przylatujące do nich ptaki są przypomnieniem tamtych chwil. Ogród, który był dla nich oazą, stał się miejscem pamięci, w którym wszystko przypomina o nieuchronności, wszystko zyskuje wymiar symboliczny i eternalny. Szczególnie następstwo pór roku obwieszcza każdorazowo, że ten, który odszedł wiedział, że następnej wiosny nie będzie. Rośliny uczą nas pokory i ukazują tajemny kod, któremu także podlegamy, ale – nie chcąc żyć w oparach śmierci – odsuwamy go na jakiś bliżej nieokreślony, daleki okres. One budzą się do życia wraz z nadejściem cieplejszych dni, rozkwitają i cieszą nas swoim pięknem, a potem z pokorą i zgodą na ostateczność, więdną, gubią barwy, przygotowują miejsce dla nowego życia – jakby mówiąc: tak właśnie postępuj… tak nas naśladuj…

Jakże wyraźny w trenach Danuty Bartosz jest kosmiczny wymiar ludzkiej egzystencji, jakże wiele w nich określeń, które ukazują ogromną wiedzę autorki na temat procesów przebiegających w naturze i we wszechświecie. Przecież wszystko wpisuje się w ciąg nieuchronnych metamorfoz, wszystko zmierza od narodzin do śmierci, a przy tym – wszystko otwiera i zamyka się w jednej eschatologicznej chwili. Budując ludzkie enklawy, tworząc ogrody i pulsujące ciepłem domy, jesteśmy zapowiedzią odejścia, mamy ściśle określoną liczbę dni i lat do przeżycia, ciąg zadań do wypełnienia. Od nas zatem zależy jak będziemy kształtować jednostkowe biografie, czego dokonamy i ile jaskrawych chwil uda nam się nanizać na nić ludzkich związków i wspólnych doświadczeń. Bliskość drugiej osoby da nam ukojenie, ale też budzić będzie lęk przed zgaszonymi pragnieniami, przed tym co zawsze nadchodzi i przed czym nie można uciec, nie można nigdzie się schronić. Jakże silne są uczucia poetki i jak wspaniale dopełniają to, co zdarzyło się w jej życiu z ukochanym mężem, jaki głęboki kontekst kosmogoniczny wnoszą do ich świata. Trudno pogodzić się z odejściem bliskiej osoby, ale jeszcze trudniej napisać o tym cykl prawdziwych liryków, pulsujących bólem i zarazem afirmujących egzystencję. Tutaj mamy do czynienia z takim osiągnięciem artystycznym, choć autorka wskazuje, że ma poczucie naruszenia obszarów, które najgłębiej tkwią w jej sercu i wolałaby, by książka nie powstała. Czytelnik, wchodząc do tego rozedrganego świata, tak bezlitośnie nacechowanego śmiercią i rozpadem, wyniesie jednak przekonanie, że miłość nie ustaje i jest jakiś wyższy sens w tym, czego doświadczamy. Uwierzy, że można pokonać ból i wznieść się na wyżyny ducha, gdzie czas już nie płynie, ptaki przylatują stale do krzaków bzu, a wiosna trwa bez końca… bez końca…

___________
Danuta Bartosz, Tylko smutek jest wierny /Само тагата е верна, Związek Literatów Polskich, Poznań 2012, s. 108

Książka ta ukazała się po polsku i po macedońsku, niżej zamieszczam tekst mojego Posłowia w języku Aleksandra Wielkiego, w przekładzie Zvonko Dimoskiego

Смртта на најблиското лице, со кое се преживеало долги години е едно од најболните човечки егзистенцијални искуства. Болката, после такво искуство не може да ја ублажи ниту знаењето дека постоењето во природата има есхатолошки размер. Секоја структура, закоренета во времето, постојано ја искусува променливоста на перспективите и се движи кон распаѓање, до конечно разврзување на елементите. Во една таква перспектива нашето постоење е само моментна проба на спротивставување на ентропијата, нешто како успорување на сказалките на часовникот, којшто не може да се запре. Од перспектива на следните години поминати во самотија и во аура на враќања кон тоа што било и што нема никогаш да се врати, сеќавањето се претвора во еден вид на санктуариум во кој постојано гори пламенот на чистата и највистинската Љубов. Смртта ги нивелира моменталните потешкотии, проблемите со денот и ноќта, пречките кои понекогаш се појавуваат, а во замена го стимулира убедувањето за еднолитата форма на затворената врска, создава етос на среќа, која се затвора во последниот момент. Секое враќање до првите случувања, секое посегнување по фотографија или предмет којшто припаѓа на мртво лице, ќе изнудува солзи во очите и ќе ја прикажува длабичината на човечката трагедија и неможноста да се заштити тоа, што мора да настапи во секоја биографија. Луѓето често забораваат за темпоралниот аспект на врзувачките чувства, дадените ветувања и сакраменти или ја отфрлаат од себеси мислата за крајот на среќните дни. Тое е вид на животна стратегија, која вели да се концентрира на избрани моменти во сегашноста, на средување на важни работи и на радоста во исклучителните моменти. Смртта секогаш доаѓа кога не и е времето и нема милостина, станува елемент од животот кој имал своја историја, течел во одреден космичен момент и завршил така, како што се надополнуваат кружењата на небеските тела. Во таков момент јасно се гледа дека од земскиот живот ништо не можеме да земиме, освен добрите дела и миговите, кои се летливи исто како и лесната прашина која се појавува на трновите.

Данута Бартош го исполнила ветувањето дадено на својот сопруг и книгата за искусувањето на неговата смрт ја издала шест години после неговото заминување. Секој нов стих се раѓал во болка и убедување дека е посегање по нешто што не може да опише со зборови, по првите мигови толку многу натопени со чувства, а нивното спомнување го одзема воздухот. Но, нели задача на поетот е соочување со отпорноста на јазичниот материјал и непрестан стремеж за совршенство на новите строфи, за првичната убавина на стихот и миметичката сила на метафорите. За вистинската поетеса само тагата е верна, зашто потврдена останала при залезот на животот на саканото лице и станала дел од тоа што останало и уште треба да дојде. Посебно силна бидува кога таа, која останала по страната на животот, егзистира во простор, чија смисла ја означува автентичната заедница. Тогаш секој цвет кој цвета во градина, тогаш секоја гранка од јоргованот и птиците кои долетуваат на нив се присеќавање на тие мигови. Градината која за нив била оаза, станала место на сеќавање во кое сé присетува на незаштитеноста, сé добива симболичка и етернална димензија. Посебно редењето на годишните времиња, секој пат, објавува дека тој кој заминал, знаел дека следната пролет нема да дојде. Растенијата нé учат покорност и го покажуваат тајниот код,  кому исто така сме му посветени, но – не сакаат да живеат во маглината на смртта – го преместуваме за некое блиско неопределено, далечно време. Тие се будат во живот со надоаѓањето на потоплите денови, расцветуваат и не радуваат со својата убавина, а потоа покорно и согласни венеаат, губат боја, подготвуваат место за нов живот – како да велат: токму вака постапувај…прави како нас. ..

Колку јасна во трените на Данута Бартош е космичката димензија на чочечкото опстојување, колку многу за него изрази кои го покажуваат огромното знаење на авторката за процесите кои се точат во природата и космосот. Нели сé се впишува во текот од незштитени метафори, сé се движи од раѓање кон смрт, а при тоа – сé се отвора и затвора во еден есхатолошки миг. Градејќи човечки енклави, создвајќи градини и домови кои пулсираат со топлина, стануваме наговест за заминувањето, имаме точно определен број на дни и години за преживување, листа на задачи за реализирање. Значи само од нас зависи на кој начин ќе ги формираме поединечните биографии, што ќе реализираме и колку светли мигови ќе успееме да нанижеме на конецот од човечки врски и заеднички искуства. Близината на друго лице ни дава смирување, но исто така буди страв од згаснати мечтаења, пред тоа што секогаш доаѓа и пред тоа од што не може да се побегне, не може никаде да се сокрие. Колку силни мора да се чувствата на поетесата и колку совршено ги надополнуваат случките во нејзиниот живот со саканиот сопруг, колку длабок космогониски контекст внесуваат во нивниот свет. Тешко е да се помири со заминувањето на саканото лице, но уште потешко е да се напише циклус вистинска лирика, која пулсира со болка и истовремено ја промовира егзистенцијата. Тука имаме случај на големо авторско остварување, иако авторката акцентира дека има чувство на нарушување на полињата, кои седат најдлабоко во нејзиното срце и би сакала оваа збирка да не настанела. Читателот, влегувајќи во овој растреперен свет, толку многу окарактизиран со смрт и распад, ќе изнесе сепак убедување дека љубовта не престанува и дека има повисока смисла во тоа што искусуваме. Ќе поверуваме дека болката може да се победи и дека можно е искачување на духовни рамништа каде времето повеќе не течи, птиците прилетуваат постојано на гранките од јоргованот, а пролетта крај нема….крај нема…

WYROK DLA BŁAZNA

W życiu spotykamy wielu maminsynków, pajaców i nieudaczników, którzy wybili się, zdobyli jakieś pozycje, tytuły, stali się osobami decydującymi o losach innych. Znam kilku takich, którzy na zawodach sportowych byli pośmiewiskami, przybiegali jako ostatni podczas biegów, ledwo pływali „pieskiem” w jeziorach i zawsze dostawali popalić od silniejszych kolegów. Starczyło jednak, że weszli we właściwą koleinę życiową, dokonali jakiegoś wyboru, a powoli osiągali więcej od tych mocarnych i święcących triumfy na boiskach i w sali gimnastycznej. Niestety najgorszym scenariuszem dla takich ludzi i ich otoczenia jest aberracja umysłowa i owładnięcie jakąś chorą ideą. Taki był kapral Hitler, tak postępował bełkotliwy Stalin, tak wreszcie zachowywali się liczni seryjni mordercy i maniacy seksualni. Dzisiaj zapadł niezwykle tolerancyjny wyrok na maminsynka z Norwegii, który zamordował z zimną krwią siedemdziesiąt siedem istot. Mogli tyle jeszcze osiągnąć i żyć przez wiele lat na tej planecie, razem z innymi ludźmi, ale od 1979 roku rósł obok nich psychopata, który widział siebie w roli króla i nowego mesjasza, a potem zabrał im to, co mieli najcenniejsze. Na procesie wykonywał błazeńskie gesty zaciśniętą pięścią, jakże podobne do zachowań Hitlera, a przy tym odzywał się piskliwym głosikiem, czerwienił jak baba i stale cynicznie się uśmiechał. Za swoje ohydne, bezlitosne zbrodnie będzie siedział w cieple, nic nie robiąc, chroniony i karmiony przez państwo do końca swoich dni. Przypomina mi się w tym miejscu inny morderca, były żołnierz amerykański Timothy McVeigh, który w Oklahoma City zamordował w 1995 roku sto sześćdziesiąt osiem osób i ranił wiele innych. Ten maniakalny zbrodniarz sam domagał się kary śmierci dla siebie i ponoć szedł na nią z powagą, bez komentarzy i tandetnych gestów. Nie znaczy to, że był kimś lepszym od Breivika, ale chociaż potwierdził, że należy mu się najwyższa kara i zrezygnował z teatru. Przed wykonaniem wyroku poprosił o lody miętowe, które też są wskazówką, że nie dorósł nigdy, a życie traktował jak zabawę w piaskownicy, w której czasem zabija się kamieniem jakieś robaki. Nowoczesne społeczeństwo odrzuca karę śmierci, czyniąc z tego gestu znak tolerancji i miłosierdzia, pokazując, że nawet najwięksi zbrodniarze nie mogą być pozbawiani życia w majestacie prawa. Czy to jest dobre, czy ma to siłę prewencyjną i wreszcie czy powstrzyma to następnych szaleńców, którzy zafascynują się jakąś ideologią, pokrętnie ją zinterpretują i zabiją następnych niewinnych ludzi? Może jednak warto byłoby wrócić do dawnych metod i stosować, w przypadku takich bandytów, publicznie wykonywaną karę śmierci? To straszny dylemat, bo przecież nie wolno złem reagować na zło, a nie można też założyć, że bestia nie zmieni się po latach i nie zapłacze na grobach swoich ofiar. Do życia ich to już nie przywróci, nie złagodzi bólu najbliższych a publiczne, sprawne wykonanie egzekucji, na przykład przy użyciu gilotyny, mogłoby być ostrzeżeniem dla kolejnych maminsynków, zabijających braci i siostry dla swoich fanaberii i rojeń. Inna sprawa czy Breivik przeżyje w więzieniu, które ponoć jest luksusowe i stale monitorowane. Na pewno i tam znajdą się tacy, którzy osobiście będą chcieli wymierzyć mu sprawiedliwość… Albo – jak w przypadku czekającego na wyrok w Hadze Slobodana Miloševicia – serce nie wytrzyma…

CMENTARZ ŻYDOWSKI W WARSZAWIE

o! płaczcie omszałe głazy starego kirkutu
snujcie się mgły między kolczastymi
krzakami

o! krzyczcie hebrajskie litery na marmurze
i zimne jak lód menory

to tutaj nocą wędrują tłumy pustych cieni
i czarne oczy wciąż płoną w mroku

tutaj niewidzialne dłonie splatają
się stale w żałobnym uścisku

spalona matka tuli córkę zabity
ojciec otacza ramieniem syna

o! mówcie światu puste grobowce
o prochach rozwianych przez wiatr

o! pytajcie gwiazdy nad gwiazdami
o tych co nie wrócili z tułaczki

to tutaj nocą wędrują tłumy pustych cieni
i czarne oczy wciąż gasną w mroku

tutaj Jahwe stale spotyka się
z prorokami i rozprawia

bez słów o wieczności

tutaj czas bez końca
blednie i kruszeje

GŁĘBIA I DRŻENIE

Danuta Mucha próbuje znaleźć te miejsca w poezji, w których łączą się przeciwstawne obszary imaginacyjne i egzystencjalne, dalekie i bliskie, pozostające zarazem w opozycji i ścisłej unii. Wkraczając do krainy ulotności i zwiewności zawiesza słowa w przestrzeni, które niczym motyle dotykają wielu miejsc, stają się elementem gry semantycznej i wyobraźniowej, docierają do świadomości czytelnika, muskając sensy i tworząc aurę symboliczną, pulsującą ukrytymi treściami, ewokującą obrazy nadprogowe i porażające swoją jaskrawością. Tak wnikając w świadomość odbiorcy, osiąga cele, do których poezja została powołana w zamierzchłej przeszłości – łączy to, co zdawać by się mogło jest nie do połączenia, spajając w słowach elementy i abstrakty, cząstki imaginatywne i realne kształty. Motyl ma w kulturze światowej należne miejsce i autorka – świadoma tego – przywołuje go w różnych konfiguracjach, czyni z niego obrazowe narzędzie w powracającej stale grze słowno-interpretacyjnej. Pozwala to jej na twórcze wykorzystywanie związków, które bywały kwestionowane przez krytykę literacką, skazywane na zapomnienie i oddalane jako zbyt „lekkie”. Tymczasem ulotność jest naczelną formułą w tej liryce, która osiąga zdumiewające sukcesy w zakresie zrozumienia i mimetycznego odwzorowania świata, pełnego w nim bytowania i świadomego zawieszenia pomiędzy formą a treścią. Możliwe to jest w sytuacji, gdy podmiot godzi się na własną lekkość, na antycypację jej w kolejnych lirycznych odsłonach, wprowadzenie siebie w stan drżenia, nieustannego oczekiwania i gotowości do natychmiastowej reakcji słownej. To jest uważne studiowanie świata, które przypomina zainteresowanie entomologa, pochylającego się nad łąką i wyławiającego z gęstwiny traw i zarośli kolejne istnienia. Wszystko dla niego jest ciekawe, wszystko potwierdza różnorodność i wyjątkowość egzystencji, wszystko jest dążeniem i próbą przeniesienia świadomości poprzez zmieniające się warunki, aż do nieuchronnego finału. Autorka Motyli słów dostrzega podobieństwa takiej postawy z własną nieustanną „czujnością” poetycką, z badaniem świata okiem poetyckiego poszukiwacza i interpretatora. W taki sposób znajduje to, co zwykle bywa gubione, osiąga cele, których nikt nie zakłada i nawet nie dostrzega, ocala dla wiersza pulsujące cząstki rzeczywistości i wzbogaca kolejne utwory refleksją natury ontologicznej. Byt jest najważniejszą treścią i istotą tych wierszy, a jego rozumienie i dociekanie głębi stanowi dyrektywę twórczą, która nie zna kompromisów i godzi się na połączenie ulotności z barwą i świetlistością, z pięknem, które oszałamia i natychmiast wnika do wyobraźni, domaga się od interpretatora równie intensywnego przeżywania świata.

Poetka ewokuje w wierszach stany zawieszenia, które w realnym świecie istnieją w ukryciu, stale wywierają wpływ na kształt chwil, ale też umykają percepcji, giną w konkretnie nazywanych momentach i emocjach. Liryka głębi i rozedrgania pozwala zatrzymać je na chwilę w słowie i symbolu, daje możliwość wyodrębnienia tego, co istnieje głęboko w konstrukcji rzeczywistości. Czyż może być zadanie trudniejsze dla autora, jak uchwycenie tego, co ulotne i przepadające natychmiast po zaistnieniu, czyż można sięgnąć głębiej do materii świata i jego chwilowego istnienia w świadomości ludzkiej. Wszystko wszakże podąża od narodzin do śmierci, wszystko rozwija się w czasie i bardzo szybko zmierza do nieistnienia. Liryka zatrzymuje bieg zdarzeń, utrwala je w słowie i dopełnia treścią dodatkową, ustalającą proporcje i dającą wyobrażenie o tym, co dzieje się w twórczym umyśle. Zawsze wykorzystuje on doświadczenia osobnicze, ale też dąży do ideału, który staje się paradygmatem dla następnych wierszy, odwołującym się do mechanizmów imaginacyjnych rodzaju ludzkiego i będącym   z n a k i e m  eksplodującej chwili. O ile w realnym życiu człowiek dąży do utrwalenia kształtów i wymiarów, zbudowania domu i znalezienia miejsc centralnych dla jego istnienia, o tyle w liryce ważniejsze jest drżenie, energia pojawiająca się na obrzeżu słów i metafor, rytm przypominający pulsowanie krwi, nieustanne, pamięciowe i wyobraźniowe, odnawianie znaczeń. Chwila eksploduje w świadomości i w wierszu, ale tylko w słowie udaje się ją zatrzymać, a rzesze nowych czytelników, mogą ją wyodrębnić, znaleźć w niej coś z najintymniejszego wnętrza autorki, sięgnąć do jej jaźni, tak rozwibrowanej w procesie tworzenia i tak nie poddającej się łatwym próbom analizy. Wyodrębniając cząstki czasu, wskazując konkretne odniesienia, a nade wszystko wydobywając ulotne elementy, motyle zarysy, autorka godzi się na chwilową bezcielesność i bezkształt. To jest sposób na wniknięcie do krainy kruchych, krystalicznie czystych słów, to ambitna próba osiągnięcia balansu pomiędzy formą i treścią, pomiędzy tym co rozgrywa się w świecie i eksploduje z nowymi sekundami w świadomości.

Choć motyle kojarzą się z chybotliwością, a ich symbolika przez wieki naznaczona została wieloma uproszczeniami, to w połączeniu z pulsującymi treścią słowami zyskują integralność symboliczną i pozwalają na wyodrębnienie pojęć podstawowych, centralnych dla tej świadomości i wyobraźni, dla próby istnienia euforycznego i pochwalnego. Każdy wiersz staje się tutaj rodzajem hołdu, zauroczenia tym, co zostało stworzone, co zaistniało w kosmosie i w najbliższym świecie, a potem przeniknęło do świadomości poetki, utrwaliło się w słowach, metaforach i zjawiskach natury, w segmentach czasu i w ciągu rozedrganych chwil. Wnikliwe i czujne studiowanie zewnętrzności łączy się tutaj z odkrywaniem nieuświadamianych elementów osobowego wnętrza, w którym stale połyskują barwy i brzmią muzyczne tony, a znaczenia są ulotne jak motyle. Pragnąc przenieść do następnych przedziałów lat wyjątkowość swojej wyobraźni, chcąc upewnić się, że jej filozofia życia ma głęboki sens, tworzy autorka coraz „głębsze” i coraz bardziej rozedrgane wiersze. Tą są odsłony tego, co zakryte, ale też odbicia, powidoki, ulotne refleksy, barwne błyski, które prześwitują przez mrok i grozę egzystencji, zawsze nacechowanej śmiercią i rozpadem. Nikt nie ocali konstrukcji ciała i elementów materialnych świata, ale słowa zdołają przenieść do nowej rzeczywistości to, co stale ginie, niknie i przepada bezpowrotnie. W taki sposób znajdą się w niej też centralne obrazy, które pełnią ważną funkcję w tej kreacji – będąc najczęściej malownicze i jaskrawe, kierują uwagę czytelnika ku barwom kontrastowym i antytezom, ku temu, co bolesne i chwilowe, cierpiące i pogodzone z temporalnym kształtem każdej biografii. Poezja Danuty Muchy to znaczące osiągnięcie polskiej sztuki słowa, stawiające ją w pierwszym szeregu współcześnie piszących kobiet, daleko też wykraczające poza te ramy. Szczególnie wyraźnie widać to, gdy czyta się te wiersze po francusku, w znakomitym przekładzie Mariana Kielana. Reprezentując naszą lirykę w kręgu kultury romańskiej, Danuta Mucha jawi się jako autorka ustawiająca się w jednym szeregu z istotami najwrażliwszymi.

__________

Danuta Mucha, Les papillons des mots, Le Scribe l’Harmattan, traduction de Marian Kielian Paris 2012.

ROK LEONA WYCZÓŁKOWSKIEGO

W związku z obchodzonym w moim mieście Rokiem Leona Wyczółkowskiego pokusiłem się o analizę jednej, znanej akwareli i zamieszczenie kilku obrazów, które najbardziej lubię. Zamieszczam też fotografię grobu malarza we Wtelnie. Moim zdaniem już dawno jego prochy powinny znaleźć się na Skałce i choć sam artysta zdecydował o miejscu pochówku,kultura narodowa mogłaby upomnieć się o niego. Na pewno znalazłoby się poparcie dla tego rodzaju przedsięwzięcia – ten grób w malutkiej wsi powoli skazuje go na zapomnienie.

Jeszcze przed chwilą artysta siedział na fotelu przed otwartym oknem i kontemplował subtelne piękno kwiatów na drzewach. Właśnie wybuchła wiosna, słońce rozświetliło kujawskie pejzaże,  przydało im głębi i wzmocniło barwy. W jego malarstwie pojawiło się już sporo nawiązań do sztuki impresjonistów, ale ta poranna gra świateł wprawiła go w prawdziwe osłupienie i malarską euforię. Dalekie pagórki i skarpa Brdy, lasy i pola, a nade wszystko kontrastowe chmury, połączyły się w ciąg plam, które mogłyby być inspiracją dla Moneta, Renoira lub Sisleya. Analizował je z osobna i wszystkie razem, rozdzielał czerwienie i brązy, zielenie i delikatne naloty błękitu, żółcienie i pomarańcze, czernie i szarości, ale najdłużej wzrok zatrzymywał przy fioletowych smugach cieni wysokich topól i odległych osik. Z jednej z nich nieoczekiwanie oderwała się sójka i przeleciała w kierunku sadu, przy jego domu. Usiadła pośród gałązek obsypanej kwiatami jabłonki i rozglądała się uważnie, aż wreszcie zerwała się i znikła za załomem domu. Artysta chciał czytać książkę, ale dech w piersiach zapierała mu naturalna dyfrakcja blasku i koloru, jakby patrzył przez magiczny pryzmat, rozszczepiający barwy składowe światła białego. Odłożył zatem ozdobny tom na parapet i patrzył, chłonął ze wzruszeniem falowanie płatków i liści na drzewach, latające w powietrzu owady, świetliste okruchy i strzępy. Wstał z fotela i podszedł do sztalugi, położył na niej twardą płytę i arkusz białego kartonu. Sięgnął po ołówek i naszkicował wnętrze pokoju, otwarte okno, powiewającą firanę i niewielką jabłonkę w sadzie. Potem umoczył pędzel w wodzie i zaczął szybko malować akwarelami, wzmacniać kolory tuszem, rozmywać barwy dodatkową dozą płynu, aż na podłożu zaczęło pojawiać się przedstawienie, będące zapisem chwili i tego, co działo się w jego umyśle. Z tego miejsca mógł wyodrębnić wyraziste struktury, ciemny kształt kunsztownego fotela, czerń krzesła stojącego pod ścianą, sztywną bryłę szafki, obrazki na ścianie, parapet i deski podłogi. Mógł uchwycić dynamikę, zmieniającą się nieustannie w lekkim wiosennym przeciągu, firanę powiewającą jak muślinowy sztandar wiosny, kartki powieści, poruszane nieustannie przy oknie i lekko drgające kwiaty w wazonie, stojącym na szafie. Ale najbardziej oczarowały go plamy światła, rozlewające się na podłodze i stające się kontrapunktem dla szarości ścian i „zgaszonych” czernią sprzętów. Zza okna dobiegał świergot ptaków, a ruchoma firana to opadała, to unosiła się w górę, stając się rodzajem giętkiego wahadła, odmierzającego czas i przypominającego, że wszystko przemija. To była chwila wielkiego szczęścia, nieoczekiwanego połączenia elementarnych żywiołów: powietrza i ognia (słońca), wody ożywiającej wzrost kwiatów na drzewie i ziemi dającej swoje minerały na ich budowę. Chwila równie impresyjna jak nasze życie, moment pierwszy i ostatni, czas pomiędzy zanurzeniem pędzla w wodzie, otarciem go o akwarelę i pozostawieniem plamy na papierze. Czas przemijania i wzrasta, cząstka życia, którą artysta utrwalił na arkuszu papieru na zawsze…

* * *

Dziwnie ubarwione, dramatyczne niebo pojawiło się wczoraj o zachodzie słońca. Mogłoby być maską jakiejś mrocznej tajemnicy, ilustracją dla wielkiego greckiego dramatu, albo tłem dla filmu grozy. Żadna z ludzkich sztuk nie jest w stanie dorównać pięknu i kreatywności natury, choć zdarzali się twórcy, którzy bliscy byli osiągnięcia ideału. Myślę tutaj o niektórych malarzach flamandzkich i włoskich, o surrealistach i hiperrealistach. Ale ta zmienność i niepowtarzalność, ta nieustanna metamorfoza w świecie naturalnym, te ulotne efekty, chwilowe rozmycia, stężenia, rozpryski, to da się tylko porównać z energetyczna mocą naszych mózgów, które w ułamku sekundy odbierają miliardy impulsów, „opracowują” je i umieszczają w odpowiednim miejscu w sieci powiązań nerwowych, tworzą na nowo w naszych głowach to, co pojawia się w świecie zewnętrznym.

AMERYKAŃSKA PODRÓŻ CYPRIANA NORWIDA

Cyprian Norwid, mal. Pantaleon Szyndler, 1882

W dziejach życia Cypriana Norwida jest wiele białych plam i sporo pominiętych, zdawkowo analizowanych momentów. Szczególnie odnosi się to do podróży amerykańskiej w latach 1852–1854, a więc do blisko dwuletniego okresu, bardzo trudnego dla poety i przynoszącego nieustanne rozczarowania. Także literaturoznawstwo polskie i biografistyka epoki nie dostarczają obszernych studiów, analiz i naukowo potwierdzonych faktów.[1]  Musimy cały czas poruszać się w obrębie domysłów i daleko idących przypuszczeń, odrzucając to, co nie wytrzymało próby czasu, co budzi wątpliwość i każe uważnie analizować zaproponowane rozwiązania. Autorami opracowań na temat amerykańskiej eskapady Norwida są zazwyczaj literaturoznawcy polscy, którzy podjęli pracę w brytyjskich i amerykańskich uniwersytetach. Z zapałem przystępowali oni do badania tamtejszych archiwów, ale ich kwerendy niewiele dawały, w związku z czym zapełniali stronice swoich opracowań domysłami i nie zawsze właściwymi analizami skromnych faktów.[2] Tak było w przypadku studium Władysława Folkierskiego[3] i innych przyczynkarskich tekstów. Dopiero ogromna praca biograficzno-interpretacyjna Zbigniewa Sudolskiego[4] zebrała wiadomości na ten temat i zaproponowała ciąg zdarzeń od momentu pożegnania Norwida z Lenartowiczem na dworcu paryskim, jego dotarcia do Londynu, a potem wyruszenia w podróż 12 grudnia 1852 roku. Zachował się wiersz pożegnalny, napisany w tym czasie, a zatytułowany Z pokładu „Marguerity”:

 I
Cokolwiek słońca w żaglach się prześwieca,
Omuska maszty lub na fale spryska;
Mgły nikną niby  z a s ł o n a  k o b i e c a,
Obłoki widać za nią jak  z w a l i s k a!…

II
„Czemu zwaliska? i czemu zasłona?
„Czemu niewieścia…?” – krytyk niech już pyta
I niech oskarża muzę, że zmącona
W harmonii-pojęć-swoich ta kobiéta –

III
Ja, nie wiem… widzę, i rzecz kreślę smutno,
Jakbym był jednym z ciągnących żurawi,
Co cień swój wiodą przez masztowe-płótno,
N i e  m y ś l ą c,  c z y  s t ą d  o b r a z  s i ę  z o s t a w i!…

IV
Ja nie wiem… końca, nigdy nie wiem może,
Lecz…
(tu mi przerwał sternik)

Port londyński w połowie dziewiętnastego wieku

Przy tym niezwykłym wierszu, z obrazem cieni przelotnych żurawi pojawiających się na żaglach, poeta umieścił dopisek, iż statek wypływał o godzinie dziesiątej rano i chociaż był to grudzień na niebie pojawiło się nieco słońca, przebijającego się przez londyńskie mgły i rzeczne opary. Tamiza jest bardzo głęboka i tworzy estuarium, czyli lejowate ujście do Morza Północnego, co też powodowało, że od dawna dostępna była dla okrętów pełnomorskich. Stary port londyński, w którym było wiele doków i 1500 dźwigów, w czasach Norwida był najruchliwszym takim miejscem na świecie i obsługiwał rocznie około 60 000 statków. Odprowadzany przez ubogiego szewca londyńskiego, niegdyś służącego jego ojca[5], Norwid wsiadł na pokład jednostki o nazwie „Margaret Evans”, ale dopiero następnego dnia, po postoju i załadunku, a także po ostatecznej odprawie celnej w Gravesend statek oderwał się od wybrzeży angielskich i pożeglował na północ, zgodnie z trasą kliprów zmierzających do Ameryki. Płynąc przy wschodnich wybrzeżach wysp brytyjskich dotarł poeta do bliżej nieokreślonych wysp, gdzie statek stanął z powodu ciszy morskiej. Tak je określał w Czarnych kwiatach: […] byłem, na kotwicy, na pierwszym wstępnym pasie Oceanu Atlantyckiego, pomiędzy wyspami kredowej białości, połamanymi w ściany prostopadłe.[6] Dzisiejsze narzędzia satelitarne pozwalają uważnie prześledzić drogę poety przez ocean a nawet przyjrzeć się górom i ukształtowaniu dna atlantyckiego. Tego rodzaju poszukiwania prowadzą do wniosku, że owa bezwietrzna pogoda dopadła kliper Norwida w okolicach wysp Faroe, bo właśnie one są zbudowane ze skał przypominających te z opisu autora i znajdują się w pasie, który określić można jako pierwszy dla otwartego oceanu. To tam przydarzył się dłuższy postój, który plastycznie został opisany w Czarnych kwiatach: N i e d z i e l a   była: słońce na niebiosach bez chmur, niżej ciemnoatramentowosafirowe ogromne fale, ale cisza taka, że żagiel żaden nie drgnął, sznur żaden niedbale spuszczony nie poruszył się… Nie widziałem jeszcze wszystkich osób ekwipaż składających, a wszystkie dla słońca pięknego na pokład wychodziły właśnie; siedziałem na ławce pod masztem wielkim, przy mnie nowy znajomy, światły młodzieniec jakiś, z rodu Izraelita, z którym często mawiałem. Płynąć nie można było dla zupełnego braku wiatru, i kiedy się dalej popłynie, zgadnąć nie można było…[7]Po latach, gdy poeta będzie sumował doświadczenia dekad ostatnich w Białych kwiatach, uzna ten moment za szczególnie dramatyczny, jakby wpisany w przeogromną gigantomachię jego życia: C i s z y  w najkolosalniejszym słowa tego tonie nie doznałem nigdzie jeszcze wyższej nad ciszę o jednej nocy,acz zimowej, na Oceanie… że słów na to nie ma, mimo iż twarda to i prawie głodna podróż dwumiesięczna przeszło była i uprozaiczniała dobrze… pomnę, iż obejrzawszy się wkoło ani modlić się nawet słów nie miałem – i   z a p ł a k a ł e m  t y l k o…  ż e  m o ż e   b y ć   t a k   w i e l k a  c i c h o ś ć…  A przecież tyle mórz pierw innych znałem…[8]Gdy wreszcie wiatr zaczynał wiać, statki płynęły takim kursem, by w razie jakichkolwiek kłopotów, mogły zawinąć do jednego z portów pośrednich, czy to na wskazanych wyspach, czy na Islandii, a w razie wyjątkowej konieczności nawet u wschodnich wybrzeży Grenlandii i dalej na Wyspie Księcia Edwarda lub na Nowej Szkocji. Jak niebezpieczne były to wody podróżni przekonali się w 1912 roku, gdy niezatapialny „Titanic”, zderzył się z górą lodową i szybko poszedł na dno. W czasach Norwida ta podróż była jeszcze trudniejsza, bo na kliprach nie było przecież tylu zabezpieczeń, co na statkach parowych i wiele zależało od szczęśliwego trafu, sprzyjających warunków atmosferycznych i umiejętności kapitana oraz jego marynarzy. Poeta, relacjonując swoje zbratanie z nieokreślonym Izraelitą, wskazuje z jakimi trudami i niebezpieczeństwami miał do czynienia: Jedliśmy razem z jednego naczynia ryż gotowany, zwłaszcza kiedy trudno było gotować, z powodu iż burze kuchnię rozbijały, a f a l e w y ż s z e   m a s z t ó w  przechodniem na statku pomiatały. Bo to była też niebezpieczna żegluga: dwa okręta współpłynące rozbiły się, jeden   r o z b i t y   widzieliśmy na własne oczy.[9] Zachował się też rysunek Norwida z 1854 roku zatytułowany Na oceanie, gdzie widzimy dwie postaci ludzkie na pokładzie statku, a w tle pojawia się tor wodny i unoszące się

Cyprian Norwid, Na oceanie

nad nim albatrosy lub mewy. Liny są napięte, żaglami targa porywisty wiatr i woda przelewa się przez burty. Warto w tym miejscu zastanowić się jakim właściwie statkiem płynął polski poeta do Ameryki. Zbigniew Sudolski precyzuje te wiadomości: Nieco informacji dostarcza nam odnaleziona przed kilkunastu laty Lista pasażerów statku; dowiadujemy się z niej, iż kapitanem był Isaiah Pratt, wyporność okrętu wynosiła 1000 ton, lista pasażerów obejmowała 168 nazwisk, pod nr 164 wpisano „Horowich (!) Cyprian, lat 33, płci męskiej, artysta z Polski, udający się do USA” – w ten sposób zniekształcono nazwisko poety.[10] Zastanawiający jest tutaj typ statku, którym płynął autor – w literaturze anglojęzycznej określany jako packet ship, czyli statek pakunkowy, co znaczyło, że był to szybki kliper trzymasztowy, kursujący regularnie pomiędzy Nowym Jorkiem a Londynem. Został zbudowany w 1846 roku w stoczni nowojorskiej Westervelta & MacKaya, a jego właścicielem był E. E. Morgan. To pierwsze spotkanie z działalnością i myślą Jacoba Aarona Westervelta (1800–1879) nie miało być ostatnim podczas amerykańskiej eskapady polskiego poety. Był to jeden z najbardziej zasłużonych Amerykanów, który skonstruował 247 statków, a w latach 1853–1855 był burmistrzem Nowego Jorku. Podjął wtedy wiele znaczących decyzji, pośród których było wydzielenie sporej przestrzeni w centrum miasta na Central Park, głęboka reforma policji, reformy fiskalne i zorganizowanie wielkiej wystawy światowej w 1853 roku, co przyczyniło się do znacznego rozwoju turystyki. Przez wybudowany wtedy Kryształowy Pałac przewinął się milion zwiedzających i w tłumie tym był z cała pewnością niezwykle utalentowany imigrant z polski – Cyprian Norwid. Na razie jednak płynął szybkim kliprem z Europy na nowy kontynent, a jego nastroje nie były optymistyczne, myślał, że już nie wróci do Europy i znajdzie w Ameryce grób. Pisał o tym w smutnym wierszu kierowanym do Marii Trębickiej:

Musiałem rzucić się za ten Ocean,
Nie abym szukał Ameryki – ale
Ażebym nie był tam… O! wierz mi, Pani,
Że dla zabawki nie szuka się grobu
Na półokręgu przeciwległym globu.[11]

Niska zabudowa dawnego Nowego Jorku

Europa rozczarowała poetę i zapragnął zmierzyć się z nową rzeczywistością, ryzykując jakże niebezpieczna podróż kruchym kliprem, często napotykającym na swojej trasie góry lodowe. W dalszej części wiersza pojawiają się liczne dopowiedzenia co do faktów, które miały miejsce podczas żeglugi – pojawiają się takie określenia jak obszary straszliwe, marność, nicość, a grozę podkreślają traumatyczne zdarzenia: śmierć dzieci, dni moru, okręta rozbite, zwątpienie majtków, licha łupina.[12] Wszystko razem składa się w obraz udręki i ciężarów ponad ludzkie siły, rozgrywających się pośród natury i żywiołów. W liście do Marii Trębickiej, napisanym po 10 kwietnia 1853 roku relacjonował poeta co przeżył na oceanie, płynąc kliprem do Nowego Jorku: Widziałem rekiny ogromne – i mewy, którym osłabiają skrzydła od przestworów drogi, i opuszczają je na falę dla chwilowego spoczynku, nim do skał gdzie sterczących wrócić mogą… to wszystko – ta przepaść z wałami piętrzącymi się do pół masztów, tak że okręt skrzypi na wszystkie strony od ścisku fal – to słońce czerwone i za płaszczyzną ruchomą zachodzące tyle i tyle razy – te nocy najreligijniej przerażające cichością lub burzą – powiadają ludzie, że to nas dzieli.[13] Klipry to były okręty z potężnym ożaglowaniem typu fregata, noszące na trzech lub czterech masztach nawet do siedmiu żagli rejowych oraz dodatkowe żagle boczne. Nazwa pochodzi od angielskiego słowa to clip – ciąć, skracać; żargonowo: biec, byłyby to zatem statki przebiegające szybko dalekie dystanse, tnące fale niczym lśniące, śmigłe ostrza. Mało w nich było miejsca pod pokładem[14], bo zwykle miały wąskie kadłuby i wysokie dzioby – 50 metrów długości i 10 metrów szerokości. Najbardziej zasłynęły w historii dziewiętnastowieczne klipry herbaciane, pływające wokół Afryki (nie było jeszcze wtedy kanału Sueskiego) oraz jednostki obsługujące „gorączkę złota” w Kalifornii, które pływały wokół Ameryki Południowej i po drodze pokonywały Przylądek Horn. Ostatnie klipry uwiecznił w swoich powieściach Joseph Conrad, choć w czasach, gdy pływał na okrętach, dominowały już większe popychane wiatrem frachtowce i okręty parowe.  Era szybkich żaglowców trwała tylko trzydzieści lat, do powstania Kanału Sueskiego, a ich najlepszymi kapitanami i marynarzami byli Brytyjczycy. Norwid miał pecha i podróżował do Ameryki ponad dwa miesiące, co w porównaniu z drogą powrotną, trwającą tylko jedenaście dni, musiało być prawdziwą katorgą. Do  trudności związanych z przygotowywaniem posiłków, chłodem i chorobą morską, dochodziły jeszcze zdarzenia nieoczekiwane, takie jak śmierć pięknej Irlandki, która zmarła nagle pod pokładem, wcześniej wskazywana poecie przez towarzysza jako istota niezwykłej urody: Kiedy tak siedziałem, nieskończona przestrzeń fal przed oczyma mając, przewiała przed nami suknia kobieca, a obok mnie siedzący współpodróżnik rzecze mi po francusku: „…Patrz pan, który jesteś artystą, jaka piękna kobieta właśnie przeszła, biednemu pieskowi w tę wielką podróż zabranemu mleka na talerzu wynosząc w dzień, w który wszyscy cieszyli się pogodą i niedzielą, a to szczenię biedne ani wiedziało, gdzie i na jak długo zaniepodziało się.[15] Norwid nie chce natarczywie przyglądać się urodziwej niewieście, ale zauważa jej powab i niezwykły urok. Potem zmęczony zasypia w wąskiej kajucie, ale budzi go bieganina postawnego marynarza Murzyna, który szuka doktora. Rano okazało się, że zauważona dopiero co kobieta zmarła z niewiadomego powodu: O świcie ruch był jakiś niezwykły na okręcie – wstałem i wyszedłem na pokład. Ta osoba młoda i piękna, którą obiecałem był innym razem uważać i widzieć, nagle umarła w nocy. Zwyczaj jest, że w takim razie przeznaczonym na to czarnosafirowym żaglem, w wielkie białe gwiazdy obrzuconym, przykrywają to miejsce, gdzie zwłoki leżą – taka plama czerniła na środku pokładu o wschodzie słońca…[16]  Jak w każdej większej grupie ludzkiej, i tutaj miały miejsce wypadki nie do przewidzenia i nagła śmierć Irlandki należała do nich. Dla Norwida była ona na tyle traumatycznym przeżyciem, że relacje o niej zawarł pomiędzy innymi wspomnieniami tanatycznymi w swojej suicie nekrologicznej Czarne kwiaty, obok refleksji na temat śmierci Mickiewicza, Witwickiego, Chopina, Słowackiego, Delaroche’a. Przydało to utworowi głębi i poszerzyło nieskończenie skalę obrazowania, od miejsc paryskich, a dalej poprzez Rzym i Stambuł, aż po oceaniczne dale atlantyckie.

Typowy dziewiętnastowieczny kliper – mal. John Stobart

11 lutego 1853 roku żaglowiec „Margaret Evans” wpłynął do portu nowojorskiego, cumując przy nabrzeżu Manhattanu, bo w tych czasach nie było jeszcze kwarantanny na wyspie Ellis, nie istniała jeszcze Statua Wolności na innej przybrzeżnej wysepce, nazywanej dzisiaj Liberty Island, a cała zabudowa miasta była płaska. Przy wyjściu ze statku Norwid otrzymał dwa funty na bieżące potrzeby[17], które pozwoliły mu krótko zatrzymać się w zajeździe. Potem zamieszkał u ubogiej rodziny emigranckiej, którą poznał podczas żeglugi oceanicznej. Podejmuje pracę drwala, a nie obznajomiony z nią, rani się dotkliwie w prawą rękę, co wyłącza go z aktywności i kończy się poważnym zakażeniem. Niemal każdego dnia przybijały do Nowego Jorku żaglowce z różnych stron świata i wylewały się z nich setki, tysiące imigrantów szukających w Ameryce azylu i lepszego życia. Z tego powodu warunki bytowania w tym ruchliwym zakątku świata były bardzo trudne, a zdobycie pracy graniczyło z cudem. Poeta jest jednak bardzo operatywny i otrzymuje doraźne zajęcia – maluje ozdobnie kajutę kapitańska na statku Black Warrior, kursującym pomiędzy Nowym Jorkiem a Hawaną, tworzy płaskorzeźby, wykonuje krucyfiks dla jakiegoś rzeźbiarza, co nawet przy nieuczciwości płatników, pozwala mu spłacić zaciągnięte długi.[18] Uczestniczy w wielkim ludzkim rojowisku, jakim staje się to ogromne, potężniejące z każdym miesiącem miasto, największe w Stanach Zjednoczonych już od 1790 roku, kiedy to prześcignęło w tym względzie Filadelfię. Do naszych czasów zachowała się litografia Georgesa Schlegela z 1873 roku, a więc ledwie dwadzieścia lat po pobycie Norwida w Ameryce, ukazująca rodzaj zabudowy na Manhattanie, z charakterystyczną siatką, przecinających się pod kątem prostym ulic, z wielkim parkiem w miejscu, gdzie zbiegają się wody Hudson River i East River i dopiero rozbudowującymi się nowszymi dzielnicami: Bronx, Brooklyn i Queens. Jedynie kilka kościołów góruje nad domami, w tym słynny Trinity Church, a reszta to budowle kilkukondygnacyjne i niższe konstrukcje. Miasto opanowali przede wszystkim Irlandczycy[19], a Norwid mógł na ulicach mijać między innymi wielkiego pisarza amerykańskiego Hermana Melvilla, mieszkającego wtedy w Bronxie. Poeta chłonął uważnie rzeczywistość amerykańską, wyodrębniał jej elementy i informował o tym swoją przyjaciółkę w Europie – w liście do niej pisał: Mam atelier z widokiem na cmentarz – także mały ogródek w domu – w miesiące gorące, jak dziś, kolibry z południa przylatują i krążą około kwiatów.[20] Były to obserwacje ornitologiczne, które w Ameryce stają się elementem każdej biografii, bo przecież każdego roku, wiosenna porą, na północnoamerykański kontynent przylatują miliony skrzydlatych istot z Ameryki Południowej, tak że każdy ogród roi się od barwnych ptaków. Jakiż to piękny element w biografii smutnego imigranta z Polski i Paryża, siedzącego w ogródku przydomowym i kontemplującego jedne z najbardziej zadziwiających, barwnych i niewielkich stworzeń na ziemi. Może właśnie wtedy zrodziły się w nim myśli, które wyartykułował w jednym z najpiękniejszych wierszy polskich, napisanym za oceanem:

Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba
Podnoszą z ziemi przez uszanowanie
Dla darów Nieba….
Tęskno mi, Panie…

Do kraju tego, gdzie winą jest dużą
Popsować gniazdo na gruszy bocianie,
Bo wszystkim służą…
Tęskno mi, Panie…

Do kraju tego, gdzie pierwsze ukłony
Są, jak odwieczne Chrystusa wyznanie,
„Bądź pochwalony!”
Tęskno mi, Panie…

Tęskno mi jeszcze i do rzeczy innej,
Której już nie wiem, gdzie leży mieszkanie,
Równie niewinnej…
Tęskno mi, Panie…

Do bez-tęsknoty i do bez-myślenia,
Do tych, co mają tak za tak – nie za nie,
Bez światło-cienia…
Tęskno mi, Panie…

Tęskno mi owdzie, gdzie któż o mnie stoi?
I tak być musi, choć się tak nie stanie
Przyjaźni mojéj…
Tęskno mi, Panie…[21]

Ten jakże wzruszający hymn tęsknoty i miłości do ojczyzny, powstał w oddaleniu, na amerykańskiej ziemi, pośród pięknych krajobrazów i obco brzmiących nazw, w obliczu piękna naturalnego, ale jakże różnego od tego, co Norwid zachował w sercu wspominając Polskę. Ameryka była ziemią jego drugiej emigracji i zapewne wszystko wokół potęgowało poczucie samotności i zagubienia, oddalenia od spraw europejskich i polskiej literatury, a także generowało niepewność co do dalszych losów. Polscy imigranci stanowili niewielką grupę na mapie migracji amerykańskich, chociaż w obrębie Wielkiej Emigracji byli najliczniejsi poza Europą: Z krajów poza europejskich najliczniejszą grupę reprezentowali wychodźcy udający się do Ameryki (ponad 550 osób); poza tym zupełnie śladowe zainteresowanie wzbudziły takie kraje jak Australia, Chile, Brazylia czy Meksyk. Jeśli chodzi o Amerykę to istniała nawet próba lansowana przez Kazimierza Rutkowskiego (ur. 1810? W Płockiem, podporucznika 6 pułku strzelców, następnie kapitana w powstaniu 1863 roku) założenia kolonii w Teksasie, nazywanej w projektach „Nową Polską”. Pomysł ten nie znalazł jednak szerszego rozgłosu, zapewne z uwagi na to, że podjęcie takiej inicjatywy wymagało pozostania na stałe na emigracji, podczas gdy młodzi wychodźcy traktowali swoją wędrówkę jako przejściową, zdecydowanie młodzieńczą przygodę, która miała się zakończyć rychłym powrotem do kraju.[22] Nie wiemy czy do Norwida dotarły tego rodzaju fantastyczne pomysły, ale w pewnym momencie jego losy zaczynają się układać nieco pomyślniej, szczególnie po spotkaniu z Karolem Emilem Doeplerem, Niemcem mieszkającym niegdyś w Warszawie, a w czasach pobytu Norwida  w  Ameryce,  będącym  kierownikiem  artystycznym  Światowej

Budowa kliprów w amerykańskiej stoczni

Wystawy, zorganizowanej przez wspomnianego wyżej  burmistrza i konstruktora kliprów Jacoba Aarona Westervelta. Doepler miał za zadanie wydać pamiątkowy album, prezentujący najciekawsze eksponaty i potrzebował utalentowanych współpracowników. Sudolski , w oparciu o badania źródłowe, ustala niepodważalne fakty: Doepler zorganizował specjalną pracownię, w której zatrudniał wielu rysowników i drzeworytników i do której przyjął również Cypriana Norwida. Jako rysownik poeta służył Doeplerowi radą, wybierał najbardziej zasługujące na uwagę i nadające się do reprodukcji eksponaty, a także współpracował z całą ekipą przy rysowaniu poszczególnych obiektów, dostarczając materiału drzeworytnikom. Była to praca stosunkowo łatwa, zgodna z jego zamiłowaniami i uzdolnieniami, a do tego jeszcze dobrze płatna; wynagrodzenie dzienne wynosiło 5-6 dolarów (25-30 fr.), co zapewniało przyzwoity tryb życia przynajmniej na okres kilku miesięcy. Unikalne są jednak ślady ówczesnej działalności artystycznej Norwida; w albumie wystawy pt. The World of Science, Art. And Industry Illustrated from Examples In the New York Exhibition, 1853–1854 (New York 1854) monogramem Norwidowskim „CN” oznaczono jedynie trzy drzeworyty na blisko 500 tam zamieszczonych, wśród oznaczonych na pierwsze miejsce wysuwa się niewątpliwie posąg Madonny z Dzieciątkiem według Manettiego, włoskiego rzeźbiarza, oraz dwie brosze z puttami i sceną pasterską.[23]W tym czasie Norwid mieszkał przy Avenue D, skąd na odwrocie planu Nowego Jorku przesłał list do Józefa Komorowskiego.[24] Ten zakątek, określany też jako Alphabet City, lokować należy w dzielnicy East Village, niedaleko East River – od dziewiętnastego do początków dwudziestego wieku było to tradycyjne miejsce zamieszkania dla imigrantów z Europy i dla Żydów. Praca u Doeplera pozwoliła Norwidowi zaoszczędzić nieco dolarów i we wrześniu 1853 roku mógł odbyć wycieczkę krajoznawczą na tereny zamieszkiwane przez Indian. Refleksje poety nie były budujące i w 1864 roku, w pierwszej wersji wiersza LXII z Vade-mecum określał ich jako dzikich, malujących twarze, nieżywych, dumnych i milczących, pysznych i zadufanych w sobie, noszących pióropusze i tarcze ze skór bizonów, a na koniec porównał do nich pseudodemokratów, którzy szybko i nadmiernie się wzbogacili. Dziwne to podejście do rdzennych mieszkańców Ameryki, bo przecież w czasach pobytu Norwida w Nowym Jorku był on głównym ośrodkiem abolicjonizmu na Północy i był on mieszanką kulturową, w której wyraźnie widać było Murzynów, Kreolów, Metysów i wielu Indian. Już w 1840 roku liczebność czarnej populacji miasta wynosiła szesnaście tysięcy obywateli[25], a liczba ta stale rosła, o czym poeta mógł się przekonać, gdy zamieszkał na Brooklynie. Gdy skończyły się pieniądze, a pracy nie można było znaleźć, Norwid przeniósł się z Manhattanu na drugą stronę East River i zamieszkał u księcia Marcelego Lubomirskiego, którego tak apoteozował w Białych kwiatach:  Książę pewny, z zacnego a wielmożnie historycznego szczepu (bo hetmanów rycerskich między swymi dziady mający), był też od niejakiego czasu w Ameryce,  o b y w a t e l e m   R z e c z y p o s p o l i t e j  zostawszy, i na pięknym przedmieściu miasta New-York, które to przedmieście zowie się Brooklyn, zamieszkiwał. Wiele mu winienem chwil przyjemnych i przyjacielskich usług, a usługi mówię dlatego, bo jest rzadkiej uprzejmości serca człowiek.[26] Ten hetmański profil Lubomirskiego, choć potwierdzony historycznym rodowodem, był nieco Nadszarpnięty w połowie dziewiętnastego wieku, skoro po ślubie z Jadwigą Jabłonowską (1937) mieszkał w Ameryce z byłą aktorką i kochanką Elizą Thiébault. Prawda jest taka, że był to – jak określa Przemysław Jan Bloch: Eks-szambelan carski, utracjusz i birbant, uciekł do USA przed wierzycielami i sparaliżowaną żoną. Tu przyjął amerykańskie obywatelstwo. Przedtem jednak, wraz z Ksawerym Branickim, wnukiem hetmana-targowiczanina, założył samozwańczy Komitet Narodowy Polski, który skandalizował zachodnio-europejską Polonię. Syn Adama Mickiewicza, Władysław Mickiewicz, nazywał go „błotem, w którym błyszczały płatki złota” i przypominał, że „chętnie pomagał rodakom, oszukiwał wyłącznie cudzoziemców.” Niemniej głównym talentem ks. Lubomirskiego było zaciąganie długów. Pożyczek nie był mu w stanie odmówić nikt.[27]Stan materialny i depresja Norwida musiały zrobić ogromne wrażenie na Lubomirskim skoro w końcu maja 1854 roku zamieszkał razem z nim i przyjaciółką.[28] Dom ulokowany był przy Pacific Street 384[29], dzisiaj jest to samo centrum szczelnie zabudowanego Brooklynu, ale w czasach amerykańskiej podróży Norwida, zdarzały się tam przestrzenie rustykalne, co zaświadcza opis przechadzki poety z Lubomirskim w tamtych przestrzeniach: Kiedy, wielkim smutkiem dotknięty, po onym wybrzeżu przechadzał się raz ze mną, a słońce właśnie ku zachodowi miało się, chmurą mocnymi promieniami przeszytą osłonięte, widać było opodal wzgórze małe, zielonym wówczas porosłe żytem, w kłosach właśnie będącym – dalej szeroka rzeka srebrzyła się pod słońca jasnością, fortecy małej mury na brzegu jej i okrętu tuż resztka czerniły się…[30] Statki wtedy rzeczywiście cumowały po obu stronach East River i choć fantastyczny wydaje się pomysł, że na nabrzeżu Brooklynu Norwid z Lubomirskim natknęli się na szczątki  statku którym Kościuszko, już po Insurekcji,  przypłynął w 1797 roku z angielskiego Bristolu do Nowego Jorku. W wilgotnym i gorącym klimacie tego miejsca drewno nie zachowywało się zbyt długo, tym bardziej, że wszystko wykorzystywano do nowych konstrukcji lub przeznaczano na opał. Norwid ubarwią swą opowieść

Pacific – Tym statkiem Norwid wracał do Europy

odwołaniem do genealogii Lubomirskiego i związków jego rodziny z Kościuszką:    Wzgórze zielone i forteczka pamiątkami są narodowymi, kędy mąż ów Anglików zbił, a cofających się żołnierzy swych utrzymał tam nieraz odwagą osobistą… I pamiętaliśmy jeszcze, że towarzysz przechadzki mej, z poważnie historycznego a książęcego rodu pochodząc, liczył pomiędzy żeńskimi przodki swymi właśnie że onego wsławionego w Ameryce polskiego bohatyra najukochańszego ulubioną…[31]Klimat tej przechadzki wskazuje, iż czarne chmury odsunęły się od Norwida i zaczął on dostrzegać ponownie uroki amerykańskiego krajobrazu. Może zostałby dłużej w Ameryce, towarzysząc Lubomirskiemu w jego przedsięwzięciach, ale wypadki potoczyły się w oszałamiającym tempie. Umiera matka księcia i ten musi popłynąć do Europy by odebrać spadek po niej. Zabiera ze sobą Norwida, który wiele razy wątpił, że kiedykolwiek wróci do Europy. 24 czerwca wsiada ze swoim darczyńcą na ekskluzywny statek żaglowo parowy „Pacific”, zwodowany w 1849 roku. Echa wielkiego zachwytu nad tego rodzaju nowoczesnym okrętem pojawią się w legendzie z 1863 roku pt. Cywilizacja. Zachowała się też litografia z epoki i na jej bazie powstały liczne obrazy olejne i akwarele marynistyczne – widzimy na nich solidny trzymasztowy okręt, z jednym wielkim kominem na środku i dwoma kołami łopatkowymi przy obu burtach. Podróż tym cudem techniki dziewiętnastowiecznej przy – jak to określił poeta – „najpogodniejszym morzu”, trwała tym razem zaledwie jedenaście dni i w środę, 5 lipca 1854 roku Norwid dopłynął do Liverpoolu, skąd udał się wraz z Lubomirskim do Londynu. Tak zakończyła się amerykańska eskapada polskiego poety, która miała być poszukiwaniem nowego świata i wspaniałych możliwości dla utalentowanego człowieka, a przekształciła się w ciąg nieszczęść, które tylko dzięki biegowi zdarzeń w Europie (śmierć matki księcia), udało się ostatecznie pokonać.

—————
[1] Artykuły i prace na ten temat mają nierówną wartość, ale dla porządku bibliograficznego trzeba je tutaj przywołać. Są to następujące opracowania: M. Biskupska, Cyprian Norwid, jeden z pierwszych emigrantów w Ameryce, „Wieści z Polski” 1931, nr 7/8; A. Czartkowski, Norwid a Marceli Lubomirski, „Kurier Warszawski” 1931, nr 307; J. Dubicki, Setna rocznica pobytu C. K. Norwida w Ameryce, „Nowy Świat” 1954, 13 marca; A. Janta, „Nikt o tym nie wie, jak to trudno”. Na tropach pracy Norwida w Ameryce, „Wiadomości” (Londyn) 1956, nr 560/561; Z. Libera, Norwid o Johnie Brownie [w:] Nowe studia o Norwidzie pod red. J.W. Gomulickiego i Jana Zygmunta Jakubowskiego, Warszawa 1961. 
[2] Tę skromność zaznacza wyraźnie J. Krzyżanowski i publikuje list K. Szulczewskiego z londyńskiego archiwum The Literary Association of Friends of Poland, w którym potwierdza się, że Norwid popłynął do Ameryki 12 grudnia 1852 roku w towarzystwie dwóch innych polskich emigrantów: Wiktora Sidorowicza i Michała Iwanowicza. Por. J. Krzyżanowski, Wyjazd Norwida do Ameryki, „Ruch Literacki” 1929, nr 4, s. 115–116.
[3] Por. W. Folkierski, Norwidowe interno amerykańskie. (Na podstawie nowych źródeł) [w:] Norwid żywy pod red. W. Günthera, Londyn 1962. Tekst polemiczny: W. Weintraub, Czy Ameryka była dla Norwida infernem?, „Kultura” (Paryż) 1963, nr 4.
[4] Por. Z. Sudolski, Norwid Opowieść biograficzna, Warszawa 2003. Większość faktów biograficznych podaję za tym opracowaniem.
[5] Por. tamże, s. 212.
[6] Czarne kwiaty [w:] Białe kwiaty, oprac. J. W. Gomulicki, Warszawa 1977, s. 79.
[7] Tamże.
[8] Białe kwiaty, dz. cyt., s. 102.
[9] Tamże.
[10] Z. Sudolski, Norwid Opowieść biograficzna, dz. Cyt., s. 214.
[11] C. Norwid, Pierwszy list, co mnie doszedł z Europy, w. 6–10.
[12] Tamże, w. 13–31.
[13] C. Norwid, List do Marii Trębickiej , wnet po IV 1853.
[14] Por. Czarne kwiaty, dz. cyt., s. 80.
[15] Tamże.
[16] Tamże.
[17] Por. Z. Sudolski, op. cit., s. 215.
[18] Z. Sudolski, dz. cyt., s. 216.
[19] Por. J. Mushkat, F. Wood, A Political Biography, Kent 1990, s. 36.
[20] C. Norwid, List M. Trębickiej z ok. 10 IV 1853 roku.
[21] C. Norwid, Moja piosnka II.
[22] Z. Sudolski, Kompendium biograficzno-informacyjne Wielkiej Emigracji 1831–1900, Warszawa 2011, s.8.
[23] Z. Sudolski, dz. cyt., s. 218.
[24] Tamże, s. 220.
[25] Por. L. M. Harris, African-Americans in New York City 1626–1863, Chicago 2002.
[26] Białe kwiaty, s. 104.
[27] P. J. Bloch, http://adwokatbloch.com/index.php?p=3,p14.html&agid=120.
[28] Z. Sudolski, dz. cyt., s. 226.
[29] Bloch podaje, że w miejscu domu Lubomirskiego, stoi dzisiaj okazała kamienica, wybudowany w 1915 roku.
[30] Białe kwiaty, s. 104–105.
[31] Tamże, s. 105.

PRZEMIANY

Przyglądam się uważnie chmurom, przystaję w drodze ku jakimś celom i studiuje to, co rozgrywa się na niebie. W mojej pamięci pozostało wiele cumulusów, cumulonimbusów i cirrusów z dawnych lat, ale nie przypominam sobie tak potężnego dramatyzmu powietrznego. Zdarzały się burze, napływały czarne płaszczyzny, pojawiały się dziwne twory, przypominające symboliczne zwierzęta, ale nie było takiej zmienności, tylu nagłych odmian, tak gwałtownych przejść walorowych. Wyraźnie zmienia się klimat w Polsce i częste są dni, gdy masy gorącego powietrza zderzają się z zimnymi powiewami. To generuje częste burze, grzmoty, zejścia na ziemię wielkich, rozbudowanych błyskawic, pojawianie się krótkotrwałych, ale bardzo intensywnych ulew i obrywania się chmur. Coraz częstsze są też trąby powietrzne, które sieją spustoszenia pośród pól i potrafią powalać całe hektary wysokopiennych lasów. Widziałem coś takiego w połowie drogi pomiędzy moim miastem a Toruniem. Wieloletnie sosny połamane jak zapałki, gmatwanina wyrwanych korzeni i gałęzi, a wszystko razem pod apokaliptycznymi chmurami, które ciągną się w dal bez końca i rzadko przepuszczają promienie słoneczne. Oto kilka odsłon rzeczywistości groźnej, tragicznej i przechodzącej nieustanne metamorfozy, przywołującej na myśl wielkie dramaty romantyczne i chwile, gdy na trzeciej planecie od słońca wszystko dopiero się kształtowało i podążało ku wielkim cywilizacjom, obrazom Rafaela i Dalego, ku konstrukcjom Gaudiego i ptaków altanowych, dramatom mordowanych antylop i ludzi prowadzonych na rzeź, ku periodycznemu wzrostowi roślin, narodzinom i śmierci całych pokoleń dziwnych i jakże różnych istot.

« Older entries

%d blogerów lubi to: