ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (3)

Andrzej Kaliszewski jest poetą, krytykiem i wydawcą. Opublikował m. in. zbiory wierszy: Popiół (1976), Galop (1978) i Paszcza (1985) – a także książkę krytyczną poświęconą liryce Zbigniewa Herberta pt. Gry Pana Cogito (1982). Już w niej krakowski poeta określił swoją metodę interpretacji twórczości bliskich mu autorów; jakby w nieustannej walce i ścieraniu się sprzecznych żywiołów lirycznych. W przypadku Herberta była to więc próba ukazania jego bohatera, jako tego, który „staje na polu wiersza przeciwko stereotypowi bólu i stereotypowi poświęcenia”. Podmiot wierszy Herberta ukazany zatem został w sieci różnorakich sprzeczności i uwarunkowań i jako ten, któremu przyszło spełnić swoją misję, dać świadectwo, a nade wszystko jako ten, który w perspektywie mitu i kolejnych mitopoez urasta do miana „tego, który wie”. Kolejna książka krytyczna krakowskiego twórcy młodszego pokolenia poświęcona została innemu poecie, który podobnie jak Herbert debiutował na łamach „Życia Literackiego” w 1956 roku – Jerzemu Harasymowiczowi. Podobnie jak w przypadku Herberta, kiedy to studium Kaliszewskiego było pierwszą monografią poświęconą autorowi Trenu Fortynbrasa, tak i w tym przypadku – w trzydzieści dwa lata od momentu wspomnianej prezentacji piątki debiutantów – ukazuje się pierwsza monografia w całości poświęcona Harasymowiczowi i jego poezji. A nie miał tutaj Kaliszewski łatwego zadania, bo jak sam pisze we wstępie: Można bez większego ryzyka stwierdzić, iż ten pięćdziesięciokilkuletni poeta należy do najbardziej zagadkowych, kontrowersyjnych postaci w naszej literaturze powojennej.”

            Studium to podzielone zostało na cztery działy: „Księstwa wewnętrzne”, „Karpaty – między Arkadią i Apokalipsą”, „Kraków – czynszowe Ateny”, i „Kresy”. Oś wywodu Kaliszewskiego osnuta została jakby wokół trzech wątków wiodących – pierwszy, to recepcja twórczości autora Cudów, analiza i dyskusja z licznymi głosami krytycznymi, adoratorami i zdecydowanymi oponentami. Drugi – to chęć odnalezienia kamieni granicznych genealogii samego Harasymowicza, korzeni biograficznych i wewnętrznych jego liryki, a trzeci, to próba analizy wierszy i tomików z punktu widzenia nauk teoretycznych o literaturze, a także próba uchwycenia i wskazania odrębnych pierwiastków tej liryki, całego wachlarza innowacji i oryginalnych ujęć tematów. Książka Kaliszewskiego napisana została z ogromną żarliwością – autor nie obawia się cytować głosów krytyków z czasu debiutu Harasymowicza, nawet jeśli są to dzisiaj autorzy dysponujący silnym orężem prasowym i określonym – bardzo rozległym – obszarem swoich wpływów. Nie obawia się cytować komicznych i błędnych sądów, nie obawia się przypominać absurdalnych dookreśleń. Ale narażając się ciętym polemistom, czyni to jakby dla dobra sprawy, pragnie ukazać w odpowiednim świetle narosłe wokół liryki Harasymowicza legendy, stereotypy i przeinaczenia. Opowieść Kaliszewskiego jest wartka, a narracja prowadzona z dużym znawstwem krytycznych reguł gry. Czytelnik przez cały czas ma wrażenie, iż obcuje nie tylko z książką, która w przystępny sposób omawia jedną z najbardziej brzemiennych w dzieła karier poetyckich po II wojnie światowej, ale także, iż ma do czynienia z koherentną w y k ł a d n i ą  tej twórczości. Kaliszewski potrafi przemycać „między wierszami” cytaty i odniesienia i tak wkomponowywać je w ciąg logiczny wywodu, iż czytelnik nie zatraca poczucia ciągłości, wrażenia koherencji. To rzadka umiejętność w naszych czasach, gdy krytyk prezentuje portret poety złożony z fragmentów wierszy, cząstek opublikowanych i prywatnych wypowiedzi, zdań wyjętych z recenzji i szkiców oraz z ogólnego, zbierającego wszystko i podsumowującego, komentarza autora monografii. To cenna umiejętność, gdy w prasie króluje wszechobecna trzystronicowa recenzja, gdy krytycy wydają książki, klecąc je ze wcześniej opublikowanych not. Oczywiście nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, iż tacy krytycy, w dbałości o honoraria, upychają do swoich książek co się da. Kaliszewski natomiast specjalizuje się – jeśli można tak powiedzieć, czytając drugą książkę – w przemyślanych od A do Z „studiach przedmiotu”. Po wnikliwej analizie poezji Zbigniewa Herberta, jednej z trudniejszych pod względem treściowym, interpretacyjnym i teoretyczno-literackim, krakowski krytyk wziął na warsztat poezję i poetę, którego dorobek na tyle przerażał polską krytykę, iż przez prawie dwadzieścia lat nie była ona w stanie zdobyć się na całościową analizę potwierdzoną publikacją książkową.

            Dorobek Harasymowicza jest rzeczywiście imponujący, składający się z ponad trzydziestu zbiorów wierszy, licznych wywiadów, szkiców rozsianych po periodykach najprzeróżniejszych nacji, wreszcie ataków, wreszcie nagród i splendorów. Chociaż – jak wykazuje to Kaliszewski – Harasymowicza droga na parnas polskiej poezji wcale nie była łatwa, bo na początku walczono z poetą ostro. Czynili to nawet współdebiutanci z „Życia Literackiego”, jak choćby Bohdan Drozdowski. Dzisiaj kiedy patrzy się na dorobek Harasymowicza poprzez filtr wywodu Kaliszewskiego, nie można nie ulec fascynacji – wszak mamy oto poetę, który wbrew polskiej skłonności do fałszywej ascezy, tworzył nieprzerwanie przez ponad ćwierć wieku, miał odwagę być tylko poetą, nie pracować w żadnej instytucji i pisać. I choć często był atakowany, choć starano się z niego zrobić wioskowego lirnika, cepeliarza i świątkarza (Jan Marx), to jego kolejne poetyckie metamorfozy i rezurekcje muszą czytelnika dziwić i fascynować. Mamy wszak tu do czynienia z prawdziwym lirycznym fenomenem i autentycznym  p o e t ą. Także młodsi autorzy atakowali Harasymowicza – twórcy Nowej Fali (Kornhauser) wyciągali jego „zajączki” i kpili z nich, ale przecież potem inni krytycy odpłacili im tym samym. Zarzucając poecie eklektyzm, wyciągając pojedyncze metafory, przypisując mu tandetne gusty i szafowanie licznymi pięknościami, sami zatracili się w swoich demaskatorskich zapędach. Stworzyli poezję, która nie wytrzymała naporu czasu; trudno dzisiaj byłoby wskazać konkretne wiersze, które w sposób jednoznaczny określić można by było jako modelowe czy uniwersalne dla poetyki Nowej Fali. A tymczasem takich wierszy Harasymowicza można by łowić z jego tomików na kopy. Gdy twórcy nowofalowi stworzyli ledwie kilka tomików i może dwa, trzy naprawdę wartościowe (Jednym tchem, Nasze życie rośnie czy Inna bajka), to tomiki Harasymowicza mają liczne wznowienia i w wielkich nakładach sprzedawane są w księgarniach. Stał się twórca Wesela rusałek niekłamanym poetą wszystkich ludzi, bez względu na wykształcenie, wykonywany zawód czy status społeczny, a to jest chyba jedno z największych wyróżnień. Te wiersze czyta się, o tych wierszach się dyskutuje, śpiewa się je i inscenizuje. Jak podpowiada Kaliszewski – do Harasymowicza przystaje chyba najlepiej dawne określenie „wieszcz”. A przecież jest to też poeta, który otwiera ciemne korytarze ludzkiej percepcji i każe błąkać się po nich jak w transie, twórca, który z równym wdziękiem i grozą opisuje przedziwne bachanalia Natury, jak i podąża, w kapturze nadrealnego proroka, poprzez zgliszcza spalonych cerkwi i lasów, twórca, który też tumani zwiewnością i ciepłem miłości, autor, który zmienia się z dnia na dzień – równie prawdziwy, gdy opisuje atmosferę baru w Krakowie, jak i gdy podąża brzegiem Popradu, czy gdy zastanawiają go i odmładzają przedziwni młodociani kontrkulturowcy, punki i różni życiowi wykolejeńcy.

            Dobrze się stało, że zdolny krakowski krytyk, o wrażliwości poety, podjął się opisania tego fenomenu życia i poezji, tym bardziej, że jest to już drugi portret imaginowany i adnotowany poety z burzliwego pokolenia 1956, poety kontrowersyjnego i odkrywczego, najspokojniejszego ze spokojnych i buntownika, twórcy jakże zmiennego, choć też jak uświadamia to Kaliszewski – stałego w swych kreacjach. Wszak paradygmatem tej poezji nie jest jednak wymierna, konsekwentna przemiana form czy ukierunkowany rozwój świadomości estetycznej autora (w tej sferze znaczeń można tutaj mówić o jakiejś zawiłej sinusoidzie): jest nim natomiast wędrówka  p o   t e m a t a c h    k r a i n a c h, które z magiczną siłą metafory przeistaczają się w wielość poetyckich światów, o różnym stopniu realności. Poznajmy zatem te krainy, którymi nasz Książę Poezji włada. Zobaczmy, które okolice walczą w tej niepowtarzalnej federacji o palmę pierwszeństwa. Czytając tę monografię, uwierzmy krytykowi, uwierzmy poecie…

________________________

Andrzej Kaliszewski, Książę z Kraju Łagodności, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988, s.283.

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (1)

Przez czterdzieści lat mojej pracy pisarskiej nazbierało się sporo recenzji, które publikowałem w wielu periodykach literackich, pismach społeczno-kulturalnych i magazynach artystycznych. Postanowiłem stopniowo wprowadzać te teksty do mojego dziennika internetowego. Niechaj zaistnieją też w rzeczywistości cyfrowej, w której podobno nic nie ginie, nic nie przepada, a określone instytucje chomikują takie materiały. Zaczynam od zaprzyjaźnionej ze mną Łucji Danielewskiej, wielkiej damy poezji wielkopolskiej, a czas teraźniejszy w tekstach ma związek z datą ich publikacji.

Łucja Danielewska jest poetką, prozaiczką, cenioną tłumaczką z chorwackiego oraz z kilku jeszcze innych języków. Wydała kilkadziesiąt książek, w tym znaczące tomy poetyckie, trzy książki prozatorskie, kilka tomów przekładów, do tego jeszcze publikowała setki razy utwory oryginalne i tłumaczenia w wielu periodykach, magazynach literackich i antologiach. Była dostrzegana i nagradzana, między innymi przez Jury Warszawskiej Jesieni Poezji i Międzynarodowego Listopada Poetyckiego. To ją obdarzyła swoim zaufaniem w ostatnich latach życia Kazimiera Iłłakowiczówna i ona przyjaźni się z jedną z największych poetek chorwackich Vesną Parun. Słowem, jest to autorka o znaczącym dorobku, wyraziście rysującym się na mapie Wielkopolski i całego kraju – kobieta renesansowa, obdarzona przez życie wieloma talentami i potrafiąca w mądry sposób z nich korzystać. Do tego obfitego plonu literackiego dorzuciła jeszcze autorka na początku 2002 roku mikropowieść pt. Człowiek, który ubrał choinkę. Jest to proza psychologiczna, prezentująca postawy głównych bohaterów, przede wszystkim matki i jej studiującego syna, a także jego dziewczyny, ojca lekkoducha i jeszcze kilku innych postaci. Autorka znakomicie, z lekkością i wyczuciem prowadzi narrację, której zwieńczeniem jest dzień Bożego Narodzenia. Nie znajdziemy tutaj dłużyzn ani dysonansów narracyjnych, a lekkość słowa jest doprawdy zdumiewająca. Niczym w Opowieściach wigilijnych Dickensa, narrator prowadzi zgrabnie czytelnika od człowieka do człowieka, od jego historii, do jego marzeń, od lęków do frustracji.

Znajdziemy w tym utworze młodzieńczy język studencki, z którym Danielewska – nauczyciel akademicki – ma stale kontakt w Uniwersytecie Adama Mickiewicza; znajdziemy tutaj też jakby próbę naszkicowania portretu psychologicznego Adama, syna głównej bohaterki. Jak wielu ludzi w tym wieku jest on trochę roztrzepany, trochę pogubiony, nie radzi sobie z burzą hormonów i z wchodzeniem w dorosłość. Na szczęście na jego drodze pojawia się Jowita, która – równie jak on rozchwiana – wyraźnie lgnie ku niemu. Danielewska opisała ze znawstwem i wyczuciem punktów dramatycznych jeden z najtrudniejszych momentów w życiu młodego człowieka. To jakby czas wykluwania się mężczyzny z młodzieńca, a zarazem niebezpieczny moment podejmowania wyborów, które będą miały wpływ na całe jego życie. Matka Adama, jak to matka, buntuje się, że inna kobieta pojawia się obok jej syna, ale potrafi w takim momencie taktownie usunąć się w tło, zniknąć na kilka dni. To jest dla niej rodzaj szoku, ale wie, że i ona, i on, muszą sobie z tym poradzić. Wszystkie wątki opowieści zmierzają od samego początku do rozwiązania podczas wigilii, gdy nawet bezdomni znajdują trochę ciepła w domu, a kłopoty codzienności maleją w perspektywie   s p o t k a n i a   i w tle odwiecznego mitu szczęśliwości, czasu złotych godów.

Książkę Danielewskiej mogą czytać ludzie młodzi i ci, którzy zaliczyli kolejny krzyżyk po czterdziestce. Wszak jest to proza napisana z młodzieńczą witalnością, jakby uśmiechająca się stale do czytelnika i szanująca go. Czytając odczuwamy sympatię zarówno do syna, jak i do matki, a i sylwetki pozostałych bohaterów nakreślone zostały tak, że ich losy stają się rodzajem modelowych interakcji międzyludzkich. Wyraźnie widać, że pod powierzchnią zgrabnie układanych w rozdziały słów, jest głębsze przesłanie autorki. Mówi ona poprzez swoją opowieść, że życie jest krótkie i szkoda czasu na wzajemne nienawiści, na podsycanie zimnego żaru i nieustającą lawinę zarzutów. Każdy ma tylko jedno życie i każdy sam przed sobą i przed innymi ludźmi za nie odpowiada – dlatego warto szukać więzi z człowiekiem, dlatego trzeba takie związki podtrzymywać. Tylko tego rodzaju szukanie nadaje sens egzystencji, tylko nieustające kultywowanie ognia domowego, paleniska uczuć, dodaje chęci do życia. Matka Adama posiadła wiedzę o świecie i o ludzkich zachowaniach, jest świetnym psychologiem i tak prowadzi swego syna, że omija on mielizny swego wieku. Oczywiście zdarzają mu się – jak w życiu – potknięcia i chwile gorsze, zasmucające, ale przecież nikt na tym świecie nie był szczęśliwy w każdym momencie życia i zapewne nikt takiej permanentnej szczęśliwości by nie chciał. Szczęście jest chwilą, która przydarza się i która potem rozświetla pamięć. Trzeba do niej dążyć, a później trzeba ją pielęgnować, jak ulotny płomień, który i tak gasi zimny wiatr, który i tak kruszeje pośród mrozu. Opowieść Danielewskiej napisana została przeciw nienawiści, przeciw tym, którzy w innych ludziach widzą tylko przeciwników. To jest opowieść o dobru, które jest w człowieku i przebija się do świata bez względu na to, jakie przeszkody znajdzie na swojej drodze. Opowieść dobra, bo dobry jest świat… choć człowiek gubi się w nim i wchodzi stale w konflikt z innymi ludźmi, choć giną więzi i nikną uczucia, są chwile szczęścia i trzeba o nie dbać, tak jak dba się o zdrowie. Matka Adama wierzy w człowieka i niesie swoje humanistyczne przesłanie światu. Kolacja wigilijna jest zwieńczeniem jej zabiegów, ale też symbolem tego dobra, które pragnie ona z najbliższych wydobyć.

_________

Łucja  Danielewska, Człowiek, który ubrał choinkę, Wydawnictwo Kontekst, Poznań 2002, s. 68.                 

<span>%d</span> blogerów lubi to: