BROMBERG (23)

Dwa dni minęły od momentu, gdy Szmul Lewi przeniósł z domu do furgonu Arona dwie duże walizy i kilka toreb, a potem z żoną Mirełe i synem Chaimem wsiadł do niego. Wracając z Orlej zaszedł jeszcze do zaprzyjaźnionego szewca Izaaka Abrahama i próbował go przekonać, by też wsiadł do furgonu i pomknął z uciekinierami na wschód. Wierzył, że przekona przedsiębiorcę, by zabrał jeszcze jednego człowieka, lokując go z tyłu pojazdu, pomiędzy paczkami, beczką z benzyną i workami z żywnością, ale szewc zdecydowanie odmówił.

– Jestem już stary i nie wytrzymam tak długiej podróży… – mówił i teologicznie dedukował – Co ma być to będzie… Jahwe decyduje o naszych losach…

– Ale ucieczka przed złem nie obraża go, natomiast zbytnia pewność w jego wyroki może jawić się jako wielkie zarozumialstwo…– nie ustępował Szmul.

– Nasz Pan wie jaki zawsze byłem pokorny… Dziękuję ci przyjacielu, ale czuję, że tutaj mam jeszcze coś do zrobienia. Jedźcie z opieką Jahwe… Będę się modlił za was każdego dnia.   

Po powrocie do domu, żona policjanta strasznie rozpaczała, ale w końcu zdecydowała się na podjęcie ryzyka, tym bardziej, że nie było innej szansy na ocalenie syna. Spory dobytek, z którego tak była dumna, stracił dla niej teraz wartość i podczas selekcji rzeczy, które mieli wziąć, była radykalniejsza od męża.

– Zobacz kochany jak mało znaczymy… Udało mi się zapakować wszystko w trzy kartony i dwa worki…– powiedziała, gdy byli już gotowi do wyjazdu.

Aron przyjechał o oznaczonej godzinie i okazało się, że jego bagaże i żony wcale nie okazały się1) większe, a jedyną fanaberią była piękna, inkrustowana szkatułka z kosztownościami i albumy ze zdjęciami, które Estera cyzelowała przez lata. Zapadła noc, a oni ruszyli szybko w stronę Inowrocławia, po drodze mijając posterunek na południowych rogatkach miasta, gdzie akurat zatrzymano jakiś pojazd i przepuszczono ich bez kontroli. Szmul ubrany w mundur policyjny, usiadł koło kierowcy, a na tylnym siedzeniu ulokowały się kobiety i mały Chaim. Policjant doskonale znał te tereny, bo często wysyłano go do pobliskich wsi na interwencje. Po pół godzinie jazdy skierowali się ku wsi Liszkowo, a z niej odbili w stronę Radziejowa, gdzie chcieli poczekać na następną noc u znajomego Żyda, ale zobaczyli, że miasto jest już obsadzone Wermachtem, więc skierowali się do lasu, gdzie przespali się na swoich miejscach, a tylko Chaima położyli z tyłu, na podłodze auta. Estera i Mirełe przygotowały mu prowizoryczne posłanie z koców i przykryły go zielonym brezentem. Spali dość twardo, zmęczeni wydarzeniami poprzedniego dnia i nocy, ale co jakiś czas budziły ich odgłosy salw artyleryjskich, przemieszczających się wozów pancernych i czołgów. Dość nisko przelatywały też eskadry samolotów kierujących się ku centrum kraju, prawdopodobnie niosąc bomby przeznaczone do zrzucenia na Warszawę. Czekali dość długo by słońce całkowicie schowało się za horyzontem, a potem ruszyli z impetem w stronę Włocławka, co jakiś czas zamieniając się przy kierownicy i wybierając polne, nieutwardzone drogi. Tak udało im się dotrzeć bez kłopotów w okolice Płocka i odbić na południe, w stronę Łowicza, gdzie zatrzymano ich po raz pierwszy, ale po spojrzeniu na papiery i prowadzącego furgon granatowego policjanta, machnięto ręką i kazano jechać dalej. Ominęli Łódź od południa, pod Pabianicami i zatrzymali się dopiero za Tomaszowem Mazowieckim, znowu przeczekując dzień w lesie, nieopodal wsi Jeleń.

– Jak na razie udaje nam się podążać do przodu drogi Szmulu… – powiedział Dawid i wyszedł na chwilę z samochodu.

– Trzeba rozprostować kości, bo strasznie zesztywniałem… Ty pewnie też, bo jesteś ode mnie starszy o pięć lat – pociągnął rozmowę policjant, gdy stanął przy nim.

– Tak, ja mam już sześćdziesiąt dwa lata i czuję brzemię wieku. Ale oby tak dalej nam szło, chociaż potworne odgłosy wciąż niosą się od granic Warszawy, gdzie Niemcy stanęli już ósmego września… – powiedział starszy mężczyzna.

– Musimy przedostać się na drugą stronę Wisły w okolicy wsi Latków… Tam kiedyś był most, a teraz można dostać się na drugi brzeg prostym promem. Mam nadzieję, że nic się nie zmieniło i szybko znajdziemy się we wschodniej Polsce – odrzekł Szmul.

Noc zapadła szybko i cała piątka zasnęła w furgonie, tym razem nie budząc się aż do rana.  Szmul miał mroczny koszmar, w którym jacyś podejrzani żołnierze z mongolskimi twarzami wpychali go do ciężarówki i wraz z innymi mężczyznami w polskich mundurach, wieźli go gdzieś do lasu. Po dotarciu na miejsce zaprowadzono ich na niewielką polanę, gdzie stał mały spychacz, który wydrążył dość głęboki i szeroki rów. Żołnierze chwytali każdego z osobna pod ramiona, prowadzili nad skraj dołu, zarzucali płaszcz na głowę nieszczęśnika, a trzeci z nich strzelał w potylicę. Gdy przyszła kolej na niego powiedli go w to samo miejsce, a że nie miał płaszcza, zdjęli mu górną część policyjnego munduru i zarzucili na górę. Poczuł dojmujący chłód, zdążył jeszcze spojrzeć na błękitne niebo i usłyszał szczęk pistoletu, który zaciął się w zamku. Poczuł jak trzęsą mu się nogi ze strachu, a egzekutor mówi po rosyjsku:

Cука блять! Дерьмо от стрельбы перегревается … Даешь Вальтеру, потому что Коровины отстой...

Jeszcze odnotował w świadomości odgłos przeładowania, metaliczny trzask i spotworniały odgłos wystrzału, który natychmiast przygłuchł i ciemność rozlała się w nim.

Pierwszy otworzył oczy Aron i zobaczył, że koło ich samochodu usadowiło się kilka saren i jeleń z ogromnym porożem. Dotknął ramienia Szmula, wstrząsanego dreszczami i pokazał mu zwierzęta na niewielkiej polance.

 – Przestraszyły je odgłosy wojny… i garną się do ludzi… Całkowicie zatraciły poczucie bezpieczeństwa…– skomentował sytuację przedsiębiorca i włączył silnik furgonu.

– Jesteśmy w okolicach wsi – nomen omen – Jeleń… Ach jakiż straszliwy miałem koszmar – powiedział spocony Szmul, ale zaraz wziął do ręki mapę i wytyczył kierunek jazdy.

Ominęli stację kolejową i skierowali się bocznymi drogami w stronę Radomia, otaczając miasto szerokim łukiem. W okolicy Głowaczowa złapali gumę i musieli wymienić całe koło, co znacznie opóźniło jazdę, ale pozwoliło im coś zjeść, obmyć się w strumieniu i wytyczyć dalszą trasę, nieco na północ, prosto do Latkowa, gdzie spodziewali się znaleźć prom rzeczny. Po przybyciu na miejsce okazało się, że duża platforma stoi przy brzegu, ale nie ma na niej żywej duszy. Po jakimś czasie pojawił się zalękniony miejscowy przewoźnik, który najpierw nie chciał popłynąć na przeciwległy brzeg, ale dał się przekonać, gdy Dawid suto mu zapłacił srebrnymi monetami z wizerunkiem Piłsudskiego. Wjechali na prom i szybko pokonali niewielką odległość na drugą stronę, do wału, z którego trakt wiódł do Gończyc, Żelechowa i dalej do Sokołowa Podlaskiego. Po drodze rozmawiali o ostatnich wydarzeniach i przystawali by uzupełnić paliwo, którego było coraz mniej, bo marne drogi wymagały częstych postojów, zwalniania i gwałtownego przyspieszania na piaskach. Na szczęście udało im się kupić dwa dodatkowe kanistry benzyny od jakiegoś grubawego wieśniaka, a na dokładkę dostali bochen świeżo upieczonego chleba, trochę soli i smalec w kamionkowym kubełku. Pieczywo było tak smaczne, a smarowidło ze skwarkami tak do niego pasowało, że szybo zjedli wszystko i pokrzepieni skupili się na drodze. Planowali zatrzymać się za Siemiatyczami, ale przy dojeździe do lasu zatrzymał ich patrol konny polskiego wojska, nakazując odwrót na południe, bo w Białymstoku nie było już naszych oddziałów i władz. Przez chwilę rozważali zmianę trasy i skierowanie się do Brześcia, ale nie byli pewni czy pokonają Bug i czy znajdą właściwe drogi prowadzące w stronę Grodna. Ostatecznie postanowili jechać do Bielska Podlaskiego i dalej do Białegostoku, skąd chcieli dostać się na wschód. Udali, że jadą na południe, ale przy trzecim zjeździe do lasu, skręcili zataczając koło pośród wysokopiennych sosen, modrzewi i zagajników świerkowych. Gdy byli już pewni, że oddalili się od żołnierzy, wyjechali z borów i pustą drogą pomknęli w kierunku Zabłudowa, gdzie skręcili na wschód i omijając stolicę województwa, przez Michałowo i Gródek dotarli do Krynki. Stamtąd bocznymi drogami przemieścili się w okolice Sokółki, gdzie chcieli przenocować w dużym kompleksie leśnym przez który wiodła droga do Grodna. Niestety trudy podróży dały o sobie znać i mały Chaim zaczął gorączkować, prawdopodobnie przeziębiwszy się w nocy, gdy z mamą musiał wychodzić za potrzebą w krzaki. Na szczęście bydgoski przedsiębiorca zabrał ze sobą dobrze wyposażoną apteczkę, więc zaaplikowano chłopcu witaminę C i aspirynę i kazano leżeć przez cały czas z tyłu pojazdu, dodatkowo przykrywając go kocem, wziętym z drugiej ławki samochodowej. Kobiety też lekko pokasływały, więc i one otrzymały po witaminie i białej tabletce, popijając kwasem chlebowym z dużych zielonych butelek, zapinanych na porcelitowo-druciany pałąk.  

BROMBERG (22)

Prezydent Barciszewski usiadł przy biurku tymczasowego mieszkania, udostępnionego mu przez władze Zaleszczyk. Ostatnie wiadomości rozkojarzyły go i postanowił wrócić do notatek, które robił od chwili, gdy pojawił się w Bydgoszczy. Chciał jak najlepiej poznać jej dzieje i wynotowywał z książek i gazet cenne informacje, które miał zamiar wykorzystać w przemówieniach lub podczas spotkań z urzędnikami. Zapragnął zaszczepić im miłość do tego miejsca, które mogło poszczycić się długą historią. Otworzył duży zeszyt w twardej oprawie i zaczął czytać:

Nazwa tego miejsca utrwaliła się przez wieki, chociaż nigdy nie było zgodności czy pochodziła z zapisów Ptolomeusza, który osadę Budorgis umieścił na bursztynowym szlaku obok Calisii, czy może od słowiańskiego imienia Bydgost, składającego się z dwóch cząstek, oznaczających budzenie się i gotowość do gościny. Jakkolwiek by nie było, szybko utrwaliła się polska nazwa Bydgoszcz, a potem zaczęła pojawiać się w łacińskich dokumentach  kościelnych i świeckich pismach urzędowych. Niemcy miasto to określali jako Bromberg, i tutaj nie było problemów z dookreśleniem nazwy, bo składała się ona z dwóch jeszcze starogermańskich słów: brom i berg, czyli jeżyna i brzeg. Jakby nie rozumieć słów, najważniejsza była tutaj przepiękna, połyskująca pośród zieleni, krystalicznie czysta rzeka Brda, w której od dawien dawna łowiono ogromne klenie, brzany, trocie, lipienie i pstrągi potokowe. Z jej koryta dobywano piasek do budowy domów i zamczysk, czerpano czystą wodę do picia i gaszenia pożarów. Ludzie myli się w niej i kąpali, choć czasem musieli przedzierać się do brzegów poprzez gęste zarośla drzew i kolczastych krzewów. Piękno tego miejsca i jego bliskość Wisły, największej polskiej rzeki, sprawiały, że już od epoki brązu, a potem od czasów rzymskich, ludność osiedlała się tu i czerpała korzyści z kontaktów z kupcami, podążającymi nad Bałtyk, po bezcenny jantar. Bród przez Brdę pozwalał omijać głębie Wisły i znacznie skracał drogę na północ tych krain. Szybko też pojawili się tutaj katoliccy misjonarze i księża, którzy zaczęli budować drewniane kościoły i tworzyć wokół nich cmentarze. Ruch stawał się tak duży, że w XIII wieku książę kujawski nakazał wybudować stały most na Brdzie i zaczął pobierać cła od przewożonych towarów. Niestety grabieże i mordy nie omijały tego miejsca, a ludność polska wciąż ścierała się z niemieckimi najeźdźcami. Rycerze z czarnym krzyżem na białych płaszczach wciąż przybywali na silnych koniach i stawali na wzgórzach okalających miasto. Mogli z nich ogarnąć wzrokiem sporą jego przestrzeń i ustalić w jakim kierunku podążą, co splądrują i co podpalą.

Prezydent wstał na chwilę od biurka, zdjął elegancką marynarkę od garnituru i przewiesił ją przez oparcie krzesła, stojącego przy stole. W tym momencie do pokoju weszła jego żona i zapytała:

– Kochanie czy mam ci podać herbatę… Przepraszam, że ci przeszkadzam w pracy, ale może napijesz się i zjesz kawałek ciasta.

– Z przyjemnością Skarbie… – odparł i ponownie usiadł przy biurku zagłębiając się w lekturze:

Krzyżakom przeciwstawiał się zdecydowanie polski król Kazimierz Wielki, który w roku 1346 ulokował miasto na prawie magdeburskim i niefortunnie przekazał je niemieckim osadnikom. Nakazał też zbudować solidny zamek na brzegu Brdy, w którym posadził swojego wnuka i przydał mu polską załogę. Przez niemal dwa stulecia budowla ta była gniazdem oporu przeciwko maszerującym armiom i dopiero szwedzkie armaty zburzyły ją w 1656 roku. Złowrogi cień czarnego krzyża raz po raz spowijał miasto, ale polscy królowie i książęta spieszyli mu na pomoc i odbijali zamek, zaczynali odbudowę spalonych domostw i zagród. Zamek z czerwonej cegły, z wyniosłymi wieżami i murami obronnymi, gościł króla Jagiełłę i Kazimierza Jagiellończyka, który podczas wojny trzydziestoletniej z zakonem, uczynił z niego w XIV wieku swoją ważną twierdzę. Podążały wciąż w dal ołowiane chmury na niebie, a drogami i bezdrożami Pomorza i Kujaw sunęły ciężkie hordy europejskich najemników i niemieckich rycerzy. Ludzie z niepokojem patrzyli na północ i zachód, a widząc w nocy zbliżające się łuny pożarów, umykali do gęstych lasów, albo kryli się w zaroślach nadbrzeżnych, z dala od miasta. Krzyżacy uznawali Bromberg za ważny przyczółek w walce z Polakami i już rok po klęsce pod Grunwaldem oblegali miasto. Odpychani przez królewskie i książęce oddziały, kryli się w swoich twierdzach zakonnych, a potem znowu ruszali do walki. Miasto bogaciło się na spławach drewna, piwa i soli i szybko stało się jednym z najważniejszych portów rzecznych na północy Polski, rosła też ranga zamku, w którym podpisywano ważne dokumenty, gromadzono się na obrady sejmowe, a pospolite ruszenie niejednokrotnie odbywało w nim uczty przed bojem. Rosła też ranga bydgoskiej mennicy, cechów rzemieślniczych i manufaktur a nade wszystko szyprów, przewożących głownie zboże, ale też i towary zza morza. Miasto otoczono murami obronnymi z czterema basztami i trzema bramami, na głównym rynku powstał okazały ratusz i zaczęto brukować pierwsze trakty. Przybywało kościołów diecezjalnych i zakonnych, budowano szpitale, klasztory i kamienice bogatych bydgoszczan. 

Małżonka Prezydenta weszła ponownie do pokoju, niosąc tacę z porcelanowym dzbankiem i wzorzystą filiżanką. Widząc męża zatopionego w lekturze odważyła się zapytać:

– Co tak studiujesz kochany, pewnie jakieś nowe raporty…?

– Nie Zosiu, przeglądam moje notatki o historii Bydgoszczy i zamyślam się nad logiką dziejów. Patrzę w dal i widzę Brdę wciąż toczącą swoje krystalicznie czyste nurty. To przy niej ludzie rodzili się, dorastali i przekraczali linie cienia, a potem ginęli w wirach historii. Bezimienni i cisi jak leśne dukty o poranku, godzący się na rolę niewielkich trybików historii, prawie nic nie znaczących cząstek ludzkości, która przychodzi, trwa przez moment, jak trzepot ćmy nad płomieniem świecy, a potem szybko ginie w odmętach czasu. Jeszcze przez dziesięciolecia lub stulecie ich żółtawe kości zalegały w wilgotnej albo suchej ziemi, ale i one nie mogły przeciwstawić się odwiecznej entropii.

– Leosiu dlaczego teraz tak się smucisz i tak często mówisz o śmierci…? Wystarczy, że żołnierze Hitlera sieją ją nieustannie i niszczą to, co budowaliśmy przez lata… – powiedziała żona i wpatrzyła się w niego.

– Są Niemcy dobrzy i źli, przecież wiesz, że miałem z nimi do czynienia przez wiele lat… – powiedział i zaczął czytać na głos z kolejnej przewróconej strony:

Trzeba tutaj uczciwie powiedzieć, że rozwój miasta dokonywał się też w czasach, gdy pojawiali się w nim Niemcy. Ludność przejmowała od nich umiejętność organizacji, zasadę porządku na każdym poziomie działania, a nade wszystko technikę i urządzenia z Europy Zachodniej. Stale też dochodziło do konfliktów narodowościowych, ale z perspektywy wieków widać było postęp, zarówno w sferach wizualnych, w architekturze i poszerzaniu się granic miasta, jak i w kulturze. Powstawały szkoły parafialne i klasztorne, a nawet Bernardyńskie Studium Filozoficzne i kolegium jezuickie. To tutaj słynny uczony Bartłomiej z Bydgoszczy opracował pierwszy słownik łacińsko-polski, a żarliwa energia duchownych i zakonników generowała coraz więcej ważnych zdarzeń, inicjowała powstawanie nowych budowli, traktów i rynków, nowych mostów i większych cmentarzy. Dopiero podczas siedemnastowiecznego najazdu wojsk szwedzkich na Polskę miasto zostało dotkliwie zburzone, a przez pięć lat przechodząc z rąk do rąk stało się widownią okrucieństwa i bezwzględności luterańskich dowódców i ich ewangelickich sprzymierzeńców z Prus Książęcych.

– To bardzo ciekawe – odezwała się kobieta i zaraz zapytała – czy pozwolisz, że przyniosę też sobie filiżankę i posiedzę przy tobie, słuchając tych informacji.

– Chciałem ci to zaproponować Kochanie… ostatnio czuję się bardzo osamotniony i tylko twoja bliskość łagodzi tę udrękę… – powiedział Prezydent.

Zofia wstała i poszła do kuchni, by po chwili wrócić z filiżanką i dodatkowym kawałkiem drożdżówki na talerzyku. Nalała sobie herbaty, a potem usiadła w fotelu naprzeciwko Leona i skinieniem głowy dała mu znak, że może kontynuować lekturę. Zaczął zatem, nawiązując do wątku niemieckiego w historii miasta:

Nie było dziełem przypadku, że król polski Jan Kazimierz zawarł w 1657 roku w Bydgoszczy rozejm z elektorem pruskim Wilhelmem Hohenzollernem. Niestety w wieku osiemnastym nastąpił upadek gospodarczy grodu nad Brdą, a lepsza koniunktura zaczęła się dopiero za rządów ostatniego króla Polski, choć i wtedy miasta nie odzyskało dawnej rangi. W 1772 roku Bydgoszcz została zaanektowana przez Prusy w ramach pierwszego rozbioru Polski, co paradoksalnie przyczyniło się do odbudowy i rozwoju infrastruktury miejskiej. Wszędzie pełno było końskiego łajna i jego ostrego smrodu, ale zbudowano też Kanał Bydgoski, który przez Noteć i wartę połączył Bromberg z Berlinem i przyczynił się do nowego rozwoju handlu i kontaktów z Europą Zachodnią. W XIX wieku miasto należało do Księstwa Warszawskiego, stając się stolicą departamentu, a potem znowu trafiło do jurysdykcji pruskiej, przeżywając nowy rozwój, związany z rozbudową infrastruktury wodnej i powstaniem węzła kolejowego. To był też czas ożywienia w przemyśle metalowym i maszynowym, drzewnym i spożywczym, a swąd dymu z kominów stał się wyrazistszy niż w dawnych czasach. Prusacy zaczęli rozbierać stare budynki, a choć przede wszystkim dewastowali obiekty związane z polską historią, to tworzone nowe miasto zyskało wiele wielkich budynków, szerokich ulic, parków i pomników i szybko Bromberg zaczęto nazywać małym Berlinem.  

Przerwał na chwilę i zjadł kawałek ciasta, popijając go obficie herbatą, a żona podeszła do biurka, pocałowała go w policzek i dolała mu gorącego napoju. Pokiwał głową z wdzięcznością i kontynuował czytanie:

Rozebrano bydgoski ratusz i zamek, ale w 1895 roku wybudowano monumentalny gmach teatru, a wiek dwudziesty miasto powitało w glorii wspaniałych budynków Instytutu Rolnictwa, niezwykłej fontanny z brązu „Potop”, wielkiej poczty głównej, budynków zarządu kolei i szkoły kolejowej oraz wielu kościołów ewangelickich. Od roku 1850 zaczęło się też intensywne budowanie kilkupiętrowych secesyjnych kamienic, należących do bogacących się stale Niemców, Żydów i Polaków. Dopiero 20 stycznia 1920 roku, na mocy traktatu wersalskiego,  Bydgoszcz wróciła do macierzy, choć nie obyło się bez walk i groźnych incydentów w obrębie miasta i na jego peryferiach. Garnizon niemiecki musiał opuścić gród nad Brdą i zaczęła się repolonizacja, która pod koniec lat dwudziestych dwudziestego wieku była tak duża, że sięgnęła ponad dziewięćdziesięciu procent obywateli. Zdarzało się, że wyrzucano Niemców z reprezentacyjnych domów, ale też wielu bydgoszczan przyjaźniło się z dawnymi sąsiadami i nie pozwalało im wyrządzać krzywdy. Niestety w mieście pozostało też wielu obywateli, którzy od samego początku fascynowali się ideologią nazistowską, wielbili Hitlera i jego kamratów, a w miarę zbliżania się wojny, odgrażali się, że krwawo zemszczą się na Polakach. Niemiecka gazeta „Deutsche Rundschau” podsycała nastroje nacjonalistyczne, robili to też pastorzy kościołów ewangelickich, ale najwięcej zła czynili dywersanci, przenikający do miasta z Rzeszy albo lądujący na spadochronach w okolicznych wsiach.

– Tak, to już nasza wspólna historia Leosiu, gdy pojawiliśmy się w Bydgoszczy – podsumowała małżonka, widząc, że Prezydent zamyka zeszyt i zamyśla się wymownie.

Barciszewski nagle poczuł zmęczenie i zapragnął położyć się do łóżka, wszak nie był już młodym człowiekiem. W maju skończył pięćdziesiąt sześć lat i trudy ucieczki z Polski dały mu się bardzo we znaki. Wstał od biurka i zaczął się rozbierać, a Zofia podążyła do sypialni, by pościelić łóżko i przygotować nocleg. Położył się przy niej, ale odwrócił się w drugą stronę, patrząc w czarne okno i wyraziste gwiazdy na niebie. Po chwili przymknął oczy, a spod powiek wypłynęły mu lśniące łzy, sunące po policzkach i szybko wsiąkające w śnieżnobiałą poduszkę. Zasnął w ułamku sekundy i nie usłyszał jak żona wstała, poszła do kuchni i długo łkała przy stole.

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (XIV)

Yasmen nie mógł otrząsnąć się po zdarzeniu z Kelekenem, którego od samego początku podejrzewał o skrywanie jakiejś tajemnicy. Dziwiło go też i to, że nigdy nie udało mu się wejrzeć w jego przeszłość, jakby moment śmierci i znalezienia się pośród innych aniołów, był bramą nie do sforsowania. Ale teraz nagle zaczęły napływać obrazy i zobaczył kto krył się pod postacią korpulentnego członka oddziału. Oczyma wyobraźni powędrował do kraju nad dwiema wielkimi rzekami, w którym były tysiące podobnych do siebie miasteczek i wiosek. W jednej z nich urodził się Keleken, noszący tam imię Andriej, którego dzieciństwo naznaczone było wielkim cierpieniem. Dopiero co skończyła się klęska głodu, podczas której zjedzono ciało jego starszego brata. Chłopcu nie oszczędzono opowieści rodzinnych o tym jak brat męczył się z powodu braku żywności, a potem jak gotowano zupy na jego mięsie i wysysano szpik z kości. Wkrótce wybuchła wielka wojna, podczas której przyglądał się egzekucjom, dokonywanym przez nazistowskie oddziały specjalne, a w nocy śniło mu się, że sprowadza niemieckich żołnierzy do lasu i tam ich morduje. Jego ojciec poszedł na front, a on musiał spać z matką i często się moczył w łóżku, za co obrywał lanie i bywał wydrwiwany przez rodzicielkę. Powrót ojca niczego nie zmienił, tym bardziej, że udało mu się przeżyć niewolę, co uważano za przejaw tchórzostwa. Chłopak dorastał w atmosferze lęku i poniżenia, ale ukończył szkołę i nawet próbował dostać się na uniwersytet.

Yasmen na chwilę zgubił trop i korygując lot zaczął jeszcze mocniej wpatrywać się w przeszłość Kelekena. Odnalazł go najpierw w mundurze sowieckiego żołnierza, który po odbyciu służby, znowu pełnej udręk i zniewag, zaczął pracować jako telefonista w jednym z miasteczek. Jego siostra zaaranżowała małżeństwo ze swoją przyjaciółką, z którą spłodził syna i córkę. To ona zdopingowała go też by ukończył studia korespondencyjne, a potem podjął pracę jako nauczyciel w szkole. Już wtedy czuł się zdegradowany i nieustannie poniżany z powodu impotencji i dziwacznych wypowiedzi. Śmiała się z niego żona i uczniowie, którzy zaczęli też przebąkiwać, że bywali molestowani albo zapraszani na dziwne „łowy”, podczas których popisywał się mordowaniem małych zwierząt, ptaków i płazów. Żona podpatrzyła jak kiedyś przyniósł znad wody salamandrę, ropuchę i kilka żab, a potem z lubością odcinał im kończyny i głowy. Gdy pojawiało się coraz więcej uczniowskich oskarżeń, musiał opuścić szkołę i podjął pracę urzędnika w wielkiej fabryce. Zaczęto go wysyłać w delegacje i podczas jednej z nich schwytał dziewięcioletnią dziewczynkę, usiłując ją zgwałcić. Gdy dziecko zaczęło uciekać, pchnął je kilkakrotnie nożem, co spowodowało u niego erekcję. Szybko dokonał  kolejnych morderstw, szukając zaspokojenia i próbując pożerać fragmenty ciał ofiar. Tak chciał zanegować drastyczne opowieści o zjedzeniu brata podczas Wielkiego Głodu. To wtedy zrozumiał, że jest drapieżnikiem i zaczął polować na nowe ofiary na podmiejskich dworcach kolejowych i autobusowych, bez trudu wyodrębniając uciekinierów z domu i osoby włóczące się bez celu. W półmroku, o świcie lub w czasie zachodu słońca, umiał oszukiwać biedaków, obiecując alkohol, pieniądze albo drogą zabawkę, a potem zaciągał ich do lasu, gdzie próbował odbyć stosunek, a gdy to się nie udawało, mordował bez litości. Wsadzano go do więzienia na krótko, powodu braku dowodów uznawano, że jest tylko niegroźnym dziwakiem i zwalniano szybko.       

Yasmen skorygował nieco lot całego oddziału, rozkoszując się widokami wielkiej jamy lub jaskini i jakiegoś tajemniczego wnętrza, rozjaśniającego się w dali. Ściany przypominały splątane konary drzew lub grubych lian albo monstrualna tkankę nerwową. Nie mógł jednak uwolnić się od obrazów z kraju nad wielkimi rzekami i teraz, po kolejnym wniknięciu w wizje związane z Kelekenem, zobaczył jak aresztują go grubawi milicjanci w wielkich czapkach, a potem biorą go na przesłuchanie. Początkowo próbował się opierać, ale jeden z nich zdjął gruby pas i zaczął nim okładać mordercę, który kwiczał jak osaczone zwierzę i błagał na kolanach:

– Towarzyszu nie bijcie, moja matka i ojciec wciąż mnie tak łoili… Wszystko powiem, do wszystkiego się przyznam…

Na stole pojawiły się papierosy, świeżo zaparzona herbata, a nawet jakieś podeschłe ciastka z cukrem. Andriej zaczął swoją ponurą opowieść i przyznał się do zabicia pięćdziesięciu sześciu osób. Śledczych zdumiała dokładność opisów i pamięć mordercy, który zaczął wskazywać miejsca, gdzie ukrywał ciała, skarżąc się na swoje dzieciństwo i system, w którym żył, nieustannie wydrwiwany i tłamszony. Zbrodnie dawały mu poczucie niezależności i zaspokojenie erotyczne, a kolejne polowania utwierdzały go w przekonaniu, że niczym nie różni się od lwów zabijających gazele, tygrysów rzucających się na jelonki, jaguarów potrafiących upolować krokodyla na brzegu rzeki Orinoko. Zaczął wytwarzać w sobie przekonanie, że należy do szlachetnej gromady stworzeń, która musi zabijać, by żyć. Jego okrucieństwo było straszliwe, a niewinność ofiar tylko potęgowała zajadłość i kazała mu wymyślać coraz to sprytniejsze fortele.   

Dowódca oddziału chciał już porzucić wizje związane z ziemską historią Kelekena, ale nagle napłynęły nowe niepokojące obrazy. Mordercę prowadziło korytarzem kilku strażników, ale za nimi pojawił się wyrazisty czarny cień, który zaczął tężeć i w końcu przybrał kształty ni to hipopotama, ni to rogatego smoka, nad którym unosiły się roje tłustych much. Grupa zeszła po schodach do podziemia więziennego i zatrzymała się dopiero w niewielkiej celi, gdzie odczytano sentencję wyroku. Na skazanym nie wywarła żadnego wrażenia i jeszcze ze straceńczą fantazją podzielił się głupawą autorefleksją:

– Teraz mój mózg powinien zostać zabrany i zbadany, kawałek po kawałku, by już nigdy nie było nikogo takiego…

Kat nie czekał dłużej, skinął na kolegów, a gdy ci przytrzymali mordercę, przystawił za prawym uchem do jego głowy pistolet i strzelił dwa razy. Mózg trysnął wraz z kawałkami czerepu w górę i Andriej bezwładnie osunął się na podłogę. Na to tylko czekał czarny zwierz, który wniknął w ciało, a po chwili wyleciał z niego dźwigając w szponach ducha nieszczęśnika. Morderca odzyskał świadomość dopiero za jakąś ogromną bramą, gdzie otoczyło go wiele straszliwych tworów, bijących brawo i poklepujących go po plecach.

 – Widzisz jak tutaj ciebie cenimy Andriej… Wciąż słychać u nas opowieści o twoich chwalebnych czynach… Nikt nie mordował z taką fantazja jak ty… – odezwał się do niego ten, który go przetransportował.

 – Nie wierzyłem, że istnieje inne życie… – bąknął przerażony mężczyzna, a potem zapatrzył się w dal.

– Potrzebujemy takich chwatów i nasz władca upatrzył sobie ciebie, wyznaczając ci specjalne zadanie. Przyobleczemy cię w kształty anielskie i wyślemy ku dalekim rewirom niebieskim. Tam będziesz czekał na sygnał i w dogodnym momencie zabijesz niebezpiecznego anioła, którego ich tyran chce uczynić księciem. Patrząc w przyszłość, widzimy zamazane obrazy wielkiej wojny, podczas której mógłby poczynić nam rozliczne szkody.

– Ale jak ja go rozpoznam…? – zapytał zdumiony Andriej.

– Nie martw się o to, nasi szpiedzy tak tobą pokierują, że znajdziesz się w jego oddziale – powiedział jakiś inny mroczny duch w tyrolskim kapelusiku i eleganckim kostiumie z kraciastego tweedu.            

– Ruszysz już jutro Kelekenie, bo takie imię przybierzesz – powiedział zły duch – A wróg, którego wieczyście unieszkodliwisz to Yasmen… Najpierw się z nim zaprzyjaźnisz, a potem przetniesz mu szyję tajemnym czarnym ostrzem, tak jak ścinałeś głowy salamandrom, ropuchom i dzieciom… Jeszcze dzisiaj czeka cię ceremonia przekazania ostrza, nie ma chwili do stracenia…

ZŁY DUCH (7)

Gabriel nadał chłopcu imię Jan i pozwolił mu zostać w leśnym domostwie, póki ten nie podrósł i nie zapragnął iść do pracy w gorzelni. Pierwsze lata były bardzo trudne i stale widział w jego zachowaniu ślady wilczego wychowania. Dzieciak był jednak niezwykle bystry i szybko nauczył się mówić, zaprzyjaźnił się też z niektórymi zwierzętami trzymanymi w zagrodach przy gajówce, a szczególnie upodobał sobie rudego kundla Reksa, z którym chodził do wsi. Ludzie nie od razu go zaakceptowali, kpili, że rozmawia z psem, ale po jakimś czasie przestali się naigrywać, a nawet zaczęli z podziwem patrzeć na jego urodę. Nie był zbyt wysoki i nie rozrósł się jak większość ciężko pracujących wiejskich osiłków, ale miał kruczoczarne włosy, śniadą cerę i ciekawe spojrzenie. Szybko też zainteresowały się nim dziewczyny, a jedna z nich zaczęła za nim chodzić, przysiadać przy nim i Reksie, aż w końcu zaciągnęła go na pole i przy wielkim stogu siana spowodowała, że po raz pierwszy poczuł się mężczyzną. Nazywała się Ratka, ale nikt nie kojarzył jej ze świńską racicą, raczej widziano w niej wiejską piękność, a jej imię Lubomira skracano do formuły Luba i wychwalano jej pracowitość, zaradność i świeżość urody. Szybko zakochała się w Janku i od któregoś lipcowego dnia zaczęli chodzić niemal codziennie za stogi i kochać się żarliwie, intensywnie, czasem nawet z jakąś trudną do pojęcia dzikością. Tylko ona poznała jego wstydliwą tajemnicę, gdy spostrzegła, że miał u dołu brzucha i pod pachami sporo czarnych brodawek, a kilka z nich usadowiło się też na głowie, pod gęstymi włosami. Postanowiła mu w tym dopomóc i na kolejne schadzki przynosiła jaskółcze ziele, przerywała łodygi, a zielonym sokiem nasączała brodawki, które szybko zaczęły zasychać i odpadać od ciała młodzieńca. Janek podjął pracę w wiejskiej gorzelni, a choć na początku nie cierpiał odoru spirytusu, po jakimś czasie zaczął pić jak inni pracownicy. Nie podobało to się Lubie i próbowała odwieść go od tego, ale na nic to się zdało, tym bardziej, że w niewielkim zakładzie pracowało kilku jego rówieśników, którzy codziennie zapraszali go na wspólną ucztę.

Któregoś wrześniowego dnia jeden z kompanów obraził straszliwie Lubę, więc Janek rzucił się na niego i zaczął go okładać pięściami, drapać i gryźć. Doskoczyli do nich pozostali koledzy, szybko też pojawił się kierownik, który nakazał rozdzielić przeciwników. Beng uśpiony w ciele chłopaka wykarmionego przez wilki, obudził się, gdy poczuł zapach krwi kompana pokąsanego przez Janka. Natychmiast też zrozumiał, że za chwilę wydarzy się coś takiego, co zagrozi jego utajonej egzystencji w tym chłopaku.

– Wynocha mi z zakładu – krzyknął kierownik – I żebym więcej was tu nie widział…

– Panie kierowniku on rzucił się na niego, by bronić dobrego imienia Luby – bronił Janka jeden z chłopaków.

– Zyga nazwał ją kurwą…– dorzucił inny mężczyzna.

– Bo ciągle łazi z nim za stogi…– próbował bronić się napastnik.

– Wynocha… od jutra już was tu nie będzie – powiedział kierownik, wziął głębszy oddech i dorzucił – chętnych do pracy nie brakuje w Konarach, a właściciel gorzelni nie znosi warcholstwa…

Janek nie wiedział, że mężczyzna dozorujący prace w gorzelni, ledwie kilka lat starszy od niego,  też kochał się w Lubie, ale nie mógł się z nią związać, bo był jej dalekim kuzynem. Teraz zabolały go wieści o bliskości młodych ludzi, nie mógł też darować temu drugiemu parszywego określenia dziewczyny, którą od lat idealizował. Kiedyś nawet przyśniła mu się jako Matka Boska przyobleczona w aureolę złocistych promieni, unosząca się nad ziemią na półksiężycu. Wyrzucając obu mężczyzn zobaczył w tym jakąś szansę na siebie i rozmarzył się, gdy w myślach ujrzał ją przy sobie.

W tym samym czasie Luba poczuła się dziwnie w swoim ciele, jakby coś ją wypełniło, jakby pojawiła się w niej jakaś tajemnica, coś radosnego, a zarazem pełnego grozy. Ale dopiero, gdy zatrzymała się jej krew i lniana opaska nie przybrała czerwonej barwy, zrozumiała, że zaszła w ciążę. Rozczuliło ją to ogromnie i natychmiast podążyła ku gorzelni, by znaleźć Janka i przekazać mu cudowną nowinę. Natknęła się na niego na skraju drogi, tuż przy polach i pociągnęła go ku wielkim stogom, tak jak to czyniła nie raz. Chłopak był zawsze skory do miłości i pomyślał, że i tym razem zbliży się do niej, ale srodze się rozczarował, gdy Luba odepchnęła go ze śmiechem i powiedziała tajemniczo:

– Nie mój ptaszku… – teraz najpierw musimy uwić sobie gniazdko…by nasze pisklę było bezpieczne…

Czujny jak drapieżnik beng spojrzał w głąb jej świadomości i natychmiast zrozumiał, że dziewczyna jest w ciąży, a losy jej dziecka zainteresują jego nowego pana. Naparł zatem na psychikę Janka, zasiał w niej wątpliwość i nakazał zerwać się z ziemi i pomknąć w głąb lasu. Chłopak biegł jak oszalały, zataczając się z boku na bok i nie słyszał wołania Luby, która prawdziwie przeraziła się tej dzikości.

– Będziemy mieli dziecko – zawołała za nim rozpaczliwie, ale on był już pośród zielonych chaszczy, raniąc skórę o krzewy jeżyn i malin.

Zatrzymał się dopiero na dziwnie znajomej polanie, wyciągnął zza pazuchy skórzany bukłak i wypił chciwie całą, ognistą zawartość. Natychmiast też zachwiał się na nogach, świat gwałtownie zawirował, a w zaroślach pojawiły się liczne wilcze ślepia. Przerażony wskoczył na pobliską sosnę, zaparł się nogami w rozwidleniu gałęzi i odwiązał powróz, który przytrzymywał jego lniane spodnie. Beng ryczał w nim jak stary basior i generował w jego mózgu obrazy ukochanej, rozkładającej się na ziemi przed kierownikiem gorzelni. W końcu wszystko ucichło, a w świadomości Janka pojawił się tylko przeciągły pisk, rozsadzający jego trzewia. Nie czekał dłużej, zawiązał pętlę na szyi, przymocował powróz do górnej gałęzi i skoczył w dół, a błękit nieba szybko stężał w białkach jego oczu. Beng patrzył na to już spoza jego jaźni, oczyma wielkiego puchacza, usadowionego na sąsiednim drzewie i zrozumiał, że musi szybko podążyć ku innej świadomości. Gdy odlatywał zobaczył jeszcze, że spodnie zsunęły się z nóg chłopaka i odsłoniły jego męskość, obsypaną czarnymi strupami i brodawkami. Śpieszył się by ulokować się w umyśle dziewczyny, a gdy nie znalazł jej przy stogu, wzniósł się w górę, zakołował i dopiero wtedy zauważył ją jak podąża do chałupy starej zielarki. W mig zrozumiał, że musi zapobiec temu spotkaniu i wniknął w głowę Luby, od razu siejąc w niej potężne wątpliwości. Janek zranił ją tak bardzo nagłą ucieczką, że zapragnęła wypić specjalnie przyrządzone zioła i pozbyć się dziecka. Teraz jednak, gdy była coraz bliżej starej chałupy z powybijanymi deskami, zaczęła zastanawiać się nad swoim postanowieniem. Przezywała to tak intensywnie, że nagle zemdlała i nie zdawała sobie sprawy z tego, że przeleżała na trawie kilka godzin. Gdy się ocknęła, wstała z ziemi, jakby ledwie na chwilę przymknęła oczy, odwróciła się na pięcie i poszła w stronę swojego domostwa, gdzie czekała na nią matka, cała we łzach. Żyły obie samotnie, choć często przychodził do nich gajowy Gabriel. Tym razem też była z nim i płakała, przeczuwając co zrobi córka, gdy dowie się, co się stało w lesie. Leśnik przypadkiem natknął się na ciało Janka, szybko ściął małą piłką drzewo, na którym wisiał i odwiązał go od gałęzi. Potem zarzucił ciało na plecy i zaniósł do leśniczówki. Odmówił nad nim modlitwę i pobiegł co sił w nogach do domu Luby, by wraz z matką przygotować dziewczynę na tę straszliwą wiadomość.

Hildegarda znowu miała migrenę i nie widziała niczego w dali, nie mogła przemieszczać się w czasie i przestrzeni, a dopiero głęboki sen dał jej ukojenie. Zły duch widział to i dawał bengowi nieme przyzwolenie na działanie. Pachoł dawno już pojął, że jego decyzje były w istocie ruchami tego, który uwolnił go od czarno-złotej bogini, a jednocześnie spętał go jak rzymskiego niewolnika, podążającego w kajdanach przy wielkim wozie. Zobaczył też, że jego zakusy zmierzają ku temu by pozbyć się go w dogodnej chwili. Nieuchronnie nadchodził czas wielkiej wojny i panowania jego suwerena, krwi chlupoczącej każdego dnia jak woda w strumieniu – czas jego wielkiego zaspokojenia, czas zwycięstwa z dawien dawna zapowiadanego. Pan czerni raz jeszcze rzucił okiem na uśpioną mniszkę i chuchnął w jej stronę czarnym ziewem, który natychmiast zmienił się w lodowaty szpikulec, mknący ku skroniom kobiety. Odwrócił się, pewny, że unicestwił potężnego wroga, ale nie zauważył, że do pokoju wleciał ogromny puchacz, który złapał w locie szpikulec i zaniósł go w haczykowatym dziobie ku wsi Konary.

– Nie ufam ci dowódco… – pomyślał beng, a gdy wylądował na strzesze chaty Luby przeraził się  tym co zobaczył, gdy kolec wbity w słomę otworzył przed nim tajnie przeznaczenia.

Obraz był lekko zamglony, ale beng rozpoznał swojego pana i siebie pod postacią wielkiej ropuchy. Władca unieruchomił go myślą na glinianej drodze i zdeptał z rozmachem, tak, że krew chlusnęła na boki.

– A więc to tak… – podsumował w myślach swoją służbę i z poczuciem triumfu szybko wniknął w czarny kolec – spróbuj mnie teraz znaleźć podły hultaju… Minęło kilka następnych miesięcy i Luba urodziła piękną dziewczynkę, której nadała imię Franciszka. Świat bez Janka przestał jednak jej smakować, smutniała i gasła coraz bardziej, aż którejś nocy usnęła i nigdy się już nie obudziła. Pochowano ją na małym cmentarzu, tuż przy drewnianym kościele, a jej córkę wychował Gabriel razem z babcią dziewczyny. Mijały lata, stada gawronów i kawek gromadziły się na olchach i bukach przy kościele, słońce wstawało w majestacie złota i gasło w żałobie czerwieni i tylko narodziny i śmierć, wzrastanie chabrów i maków w zbożach i tylko więdnięcie liści drzew, były niezmienne jak dni w kalendarzu.

BROMBERG (21)

Wili nie krył złości, gdy wsiadł do samochodu, a potem burkliwym tonem wydawał polecenia kierowcy. Szybko znaleźli się na podmiejskim lotnisku, gdzie na rozkaz Alvenslebena miał przywitać gościa z Berlina, przylatującego by przeprowadzić śledztwo w sprawie morderstwa sekretarki szefa. Nakazał kierowcy zgasić silnik i pozostać w aucie, a sam wyszedł na powietrze, gdzie poczuł powiew chłodnej wrześniowej nocy. Po upalnych dniach, kiedy trudno było wytrzymać w mundurze i oficerkach, wraz z gęstą ciemnością pojawiał się chłodny wiatr i temperatura spadała do kilku stopni w skali Celsjusza. Teraz to powietrze otrzeźwiło go i zaczął rozmyślać o zdarzeniach ostatniego dnia, nie mogąc uwolnić się od obrazu Herthy, zmasakrowanej przez niego w nieświadomym ataku furii. Była już prawie dziewiąta wieczorem i ciemność szczelnie oplotła przestrzeń lotniska, a tylko przy ogromnym hangarze i placyku jasno świeciły lampy na wysokich słupach i wartownicy z karabinami na ramionach raz po raz przechodzili przy płocie z kolczastego drutu. Minęło może dziesięć minut i  w oddali dał się słyszeć warkot silnika samolotu, który szybko spotężniał. Jednocześnie na placyk przyjechał spory furgon z czarnymi krzyżami na bokach, ale nikt z niego nie wysiadł. Willi zauważył w górze czerwone światła pozycyjne i już po chwili wielki trzysilnikowy Ju-52 wylądował na pasie startowym i zaczął kierować się na plac, gdzie stanęły samochody. Wielkość samolotu i moc jego silników ocenić można było dopiero, gdy przybliżył się na odległość pięćdziesięciu metrów. Dopiero wtedy piloci wyłączyli napęd, a steward w czarnej oficerce ze znakiem Luftwaffe otworzył drzwi i spuścił na dół blaszane schodki. Przez chwilę nic się nie działo, aż wreszcie w drzwiach pojawił się mężczyzna średniego wzrostu, w tyrolskim kapeluszu otoczonym zielonym sznurem, z filuternie dopiętą wiązką piórek bażanta i przepiórki. Ubrany był w długi czarny płaszcz z błyszczącej skóry, a na nogach miał wyglancowane oficerki. Energicznie zbiegł po schodkach, nie trzymając się nawet barierki i skierował się w stronę Williego. Stając przy nim stuknął lekko butami, uniósł prawą dłoń w górę w geście nazistowskiego powitania i powiedział:

– Hajtla…! Witam panie SS-untersturmführer… Jestem SS-Sturmbannführer Franz Neumann…

Willi spojrzał na dygnitarza i od razu wydało mu się, że już gdzieś go widział, inaczej ubranego i młodszego, w jakiejś sytuacji w Berlinie. Jeszcze przez mgnienie zastanawiał się, ale obrazy oddaliły się od niego, gdy usłyszał meldunek i pospieszył z odpowiedzią:

– Jestem Willi von Otter… Witamy pana SS-Sturmbannführera w Brombergu, znowu niemieckim…         

– Lot mieliśmy trudny i trochę nas trzęsło, ale przecież to jest samolot, którym lata führer, Reichsführer SS, nasi generałowie i marszałkowie… To najbezpieczniejszy samolot świata, sprawdzony jeszcze w wojnie w Hiszpanii…

– Szczerze powiem, że zdziwiłem się, że tak wspaniałą maszyną pan przyleciał – powiedział Willi z lekkim przekąsem, a potem dodał – słyszałem, że ten Junkers ma zapadnię pod fotelem, który w razie katastrofy może być zwolniony i swobodnie opaść na spadochronie… Tylko nie wiem, czy to nie jest jakaś fantazja…

– O nie panie untersturmführer, ten wynalazek ma chronić najważniejsze osoby w naszym państwie, to szczera prawda…Udostępniono mi ten samolot ledwo na trzy godziny i za specjalnym wstawiennictwem frau Himmler…

– To interesujące… – powiedział Willi czując, że zimna strużka potu spływa mu po plecach – Pańska misja musi mieć wielkie znaczenie dla Rzeszy…

– No nie przesadzajmy… – zaperzył się gość – jestem przekonany, że raport SS-standartenführera Alvenslebena jest rzetelny i wyjaśnia sprawę… To ta żydowska łajza ją zamordowała…Przyleciałem jednak sprawdzić wszystko, bo sprawą zainteresował się Reichsführer SS i jego żona…której serdeczną przyjaciółką jest matka pani Kiebitz… Dostałem też zadanie dodatkowe, ale o tym porozmawiamy kiedy indziej… Teraz zajmijmy się transportem zwłok tej nieszczęsnej kobiety… Przywiózł je pan zapewne tą ciężarówką…

Willi zdrętwiał z przerażenia i znowu poczuł zimny pot na plecach, ale opanował się szybko i powiedział:

– Mój przełożony nic mi o tym nie powiedział i prawdę powiedziawszy myślałem, że ciężarówka należy do obsługi lotniska… Ale teraz rozumiem dlaczego przyjechała po moim pojawieniu się tutaj.

– Proszę wydać rozkaz natychmiastowego przeniesienia trumny do samolotu, bo maszyna musi wracać do Berlina…– zadecydował Neumann przyglądając się uważnie twarzy młodszego rangą oficera.

Willi zauważył to zainteresowanie i znowu wydało mu się, że widział gdzieś tego mężczyznę. Wydał stosowne rozkazy i z zimna krwią przyglądał się jak żołnierze przenoszą metalową trumnę z furgonu do samolotu. Nie było w nim żadnych uczuć, jakby kobieta, z którą się kochał była ledwie jednym z cieni przeszłości. Jakby nie istniała, a to, co się zdarzyło było opowieścią z innych czasów i miało związek z innymi ludźmi. To samo czuł, kiedy dowodził rozstrzeleniami Polaków, a nawet, gdy strzelił w główkę małej dziewczynce przy katolickim kościele. Jego życie w armii składało się z rozkazów, które gorliwie wykonywał, wspomagając się Pervitinem, a wszystko inne było jak sen. Teraz miałby już problem z przypomnieniem sobie jaką twarz miała Hertha, bo w matowej pamięci pozostał tylko obraz zmasakrowanych zwłok.  Jego psychika funkcjonowała w dziwny sposób, wypierając to, co było jej niepotrzebne i anektując fantomy. Dlatego nosił teraz w myślach starego Żyda, który podstępnie wszedł do domu Herthy i ją zamordował.

– Myślałem, że będę mógł choćby spojrzeć na zwłoki, ale widzę, że trumna została zalutowana…– wyraził swoje niezadowolenie Neumann.

– To nie była moja decyzja… – usprawiedliwiał się Willi – gdybym wiedział, że pan zechce dokonać autopsji, wydałbym właściwe rozkazy.

– Nic nie szkodzi, ciało poczeka na mnie w chłodni berlińskiego szpitala wojskowego, a przecież nie zabawię długo w Brombergu.

Nie czekając aż samolot odleci mężczyźni wsiedli do samochodu Williego i zajęli dwa miejsca z tyłu. Jadąc ku centrum miasta podjęli znowu rozmowę.

– Pan wybaczy untersturmführer, ale mam wrażenie, że już się kiedyś spotkaliśmy…- powiedział przybysz zdejmując kapelusz i kładąc go na kolanach.    

To samo uczynił willi ze swoją czapką, jakby chciał odsłonić całą głowę i pomóc współpasażerowi w rozwikłaniu zagadki. Sam też wysilił pamięć i nagle przyszło olśnienie. Uśmiechnął się i powiedział:

– Jak tylko pana zobaczyłem, też miałem takie myśli, a teraz wreszcie sobie przypomniałem. Siedzieliśmy obok siebie w Berlinie, podczas obrony doktoratu mojego przyjaciela z dzieciństwa Wernhera von Brauna…Nawet wtedy wymienialiśmy jakieś uwagi…

– O!!! Tak!!! Zgadza się… – pan musi mieć lepszy umysł ode mnie, bo ja miałbym kłopot, by to sobie przypomnieć…– wykrzyknął podniecony Neumann i dodał – to mamy tego samego przyjaciela.

– Niestety moje więzi z nim zerwały się, chociaż ostatnio z sentymentu pojechałem do Wirsitz by odświeżyć w pamięci miejsca szczególne dla nas. Wspinaliśmy się tam na wysokie skarpy, biegaliśmy po ulicach i placach, a najbardziej lubiliśmy włóczyć się po cmentarzu i ruinach dawnej fabryki… – wyjaśniał Willi.

– No, Wernher jest teraz bardzo ważną osobą w Rzeszy, spotyka się często z führerem – ciągnął wątek rozmowy SS-Sturmbannführer – stale gdzieś lata samolotem. Wiem nieco więcej, ale to tajemnica wojskowa…

– Rozumiem i nie mam zamiaru się dopytywać… – powiedział służbiście Willi, choć bardzo zainteresował go ten specjalny sekret.

–  Liczę na pana pomoc w sprawie zabójstwa Herthy Kiebitz – zmienił temat rozmowy przybyły dygnitarz – Muszę przesłuchać wszystkie osoby, które miały z nią kontakt. Pańskie nazwisko też figuruje na liście, którą przesłał nam pana przełożony…

– To były tylko okazjonalne kontakty służbowe, gdy przybywałem do siedziby SS-Standartenführera Alvenslebena i meldowałem się u tej sekretarki… – przyznał Willi i odwrócił głowę w druga stronę, jakby przyglądał się, gdzie już się znaleźli.

– Gdzie zostanę zakwaterowany? – zapytał gość.

– Na razie w pięknym hotelu Danzinger Hof, przy głównej ulicy miasta, ale szef już szuka dla pana jakiegoś mieszkania, blisko jego biura. Bardzo zależy mu na wyjaśnieniu sprawy – informował untersturmführer.

– Właśnie dlatego tutaj jestem…– powiedział z tajemniczą miną Neumann – a potem dodał – Ja doktorat zrobiłem z daktyloskopii i jestem głównym konsultantem naszej armii w tym zakresie…

– Nigdy nie słyszałem o takiej dziedzinie nauki… – zdziwił się Willi.

– No tak, bo to nawa gałąź zajmująca się badaniem linii papilarnych, zainicjowana przez Francisa Galtona, wielkiego uczonego i kuzyna Karola Darwina – wyjaśnił wyższy rangą oficer

– Przepraszam, ale nic nie wiem na ten temat – ciągnął rozmowę Willi.

– Chodzi o badanie odcisków palców, które przestępcy pozostawiają na przedmiotach w miejscach zbrodni lub rabunków – dopowiedział Neumann i z uśmiechem dodał – mógłbym panu zrobić wykład pożytkując się moim doktoratem. Niebawem zostanie on wydany w formie książki i będzie pan mógł zapoznać się z tą dziedziną. Na razie powiem panu tylko, że pierwsze odciski palców znaleziono przy malowidłach naskalnych z neolitu i tak przenikliwi uczeni jak  Henry Faulds, Williama Herschel i wymieniony wcześniej Galton opracowali techniki śledcze polegające na porównywaniu tych śladów. To jakby podpisy pozostawione przez przestępców.

– To niezwykle interesujące… i chętnie zapoznam się z pana książką… – powiedział Willi czując jak włosy stają mu dęba na głowie.

Jego myśli pobiegły gorączkowo ku mieszkaniu Herthy i zaczęły krążyć wokół sprzętów, na których mógłby zostawić jakieś ślady. Uspokoił się trochę, gdy przypomniał sobie, że wybuch gazu zdemolował tam wszystko. Jeszcze raz rzucił okiem za okno i spostrzegł, że samochód dojeżdżał już do hotelu, stając niemal przy wielkim wejściu. Mężczyźni wysiedli sprawnie i skierowali się ku wykwintnemu budynkowi z wielką rzeźbą orła na szczycie dachu.

– Nie przypuszczałem, że w Brombergu są takie wspaniałe budynki i eleganckie hotele…teraz rozumiem dlaczego niektórzy mówią o tym mieście mały Berlin  – powiedział Neumann.

– To jednak prowincja, której daleko do naszej stolicy… – zaoponował Willi i dodał z melancholią w głosie – Mam nadzieję, że za długo tutaj nie zabawię… wszystko wszakże w rękach dowódców…

– Nie tylko… – powiedział z dziwnym wyrazem twarzy ekspert – Wszystko zaczęło się w Lesie Teutoburskim… wszędzie pełno jest duchów naszych przodków…i to one decydują o naszej przyszłości…     

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (XIII)

Ilekroć Yasmen przybywał w okolice Pośledniej Wieży czuł niepokój i próbował sondować wzrokiem gęstość ciemnej otchłani u jej podstawy, która jak magiczne wrota strzegła dostępu do wnętrza. Nigdy nie usłyszał w sobie zgody na wniknięcie w nią, więc trzymał się z daleka lub krążył w okolicy z nadzieją, że nagle, nie wiadomo skąd, pojawi się jakiś szept w jego myślach albo rozświetli się kształt archanioła, wskazującego rozognioną piką kierunek lotu. Myślał, że jest ważny dla przestrzeni niebieskich i czuł się sfrustrowany, gdy po raz kolejny podążał ku dalszym przestrzeniom. Tym razem jednak było jakoś inaczej, wnętrze wieży przyzywało go ku sobie i dawało także przyzwolenie, na lot członkom jego oddziału. Nakazał braciom zatrzymać się w bezpiecznej odległości  i odezwał się bezgłośnie:

– Tyle razy tutaj byłem i tyle stuleci czekałem na tę chwilę… ale teraz czuję, że spełni się nasze pragnienie i przekroczymy niewidzialną bramę… Przypominam wam, że jesteśmy tutaj by zbliżyć się do Tego, który stworzył wszystko i pozwolił nam istnieć w nowych kształtach i wymiarach…

Nikt nie śmiał komentować słów dowódcy, choć kilka aniołów wierciło się w miejscu niespokojnie, a Okinages jakby zastygł w przestrachu i drapał się po lewym skrzydle. Wszyscy wiedzieli, że kiedyś miał pstro w głowie,  uwielbiał latać od stanicy do stanicy i robić psikusy innym skrzydlatym duchom, wiązać niepostrzeżenie skrzydła osnową niebieską, a potem patrzeć jak bezradne kadłuby spadają w granatową przepaść. Zawsze im potem pomagał, ale najpierw sycił się całą sytuacją, przynajmniej do chwili, gdy któregoś dnia nie usłyszał w sobie straszliwych słów, spotęgowanych echem ziemskiego gromu: Strzeżcie się psów, strzeżcie się złych pracowników, strzeżcie się okaleczeńców…[1] Od tamtej chwili zaprzestał żartów, zaczął częściej się modlić i rozważać boskie tajemnice, a raz nawet ujrzał we śnie łagodną twarz archanioła, zdającego się dawać mu wzrokiem znak, że jest zadowolony z przemiany niesfornego anioła. Teraz wątpliwości wróciły i Okinages zaczął powoli przesuwać się ku tyłowi oddziału, przekonany, że dla niego brama pozostanie zamknięta. Jego lęk jednak ustąpił, gdy zobaczył, że Yasmen wpatruje się ku górze i daje głową znaki, jakby potwierdzał zrozumienie jakiegoś polecenia.

 Zaiste Yasmen wyczuł, a potem zobaczył nad sobą archanioła, wskazującego mu drogę ku wielkim mistycznym wrotom. Tylko Okinages to zobaczył, a reszta oddziału uznała, że decyzja przywódcy była samoistna, powodowana energią chwili.  Jego wyciągnięta dłoń i środkowy palec wyraźnie wskazywały głuchą otchłań, ku której wolno ruszyli, dziwiąc się, że tak łatwo im to przyszło. Już po chwili znaleźli się pośród doskonałej czerni mającej dziwne właściwości, otaczania ich i przenikania na wskroś, a przy  tym wzmacniania barw ich piór i strojów. Świetlista czerń jakby przydała im urody i obwiodła nicią konturów wszystkie elementy, całe postaci i najdrobniejsze ich cząstki. Lecieli tak dość długo, choć wydawało się im, że szybko wypłynęli z mroku i tylko Yasmen poczuł, że minęło sto ziemskich lat zanim otworzyła się przed nimi nowa przestrzeń. Był to wielki sad, pełen drzew wiśniowych i czereśniowych, zielonych gęstwin sercowatych liści, pośród których widać było mnóstwo czerwonych, pomarańczowych i żółtawych owoców. W jednej chwili zrozumieli, że jakaś przedwieczna moc chciała by zmienili się w wilgi, tanagry i kardynały i lekko przysiedli na gałęziach. Yasmen był teraz żółtą wilgą i zaczął jeść owoce wiśni, dając do zrozumienia reszcie stada, że powinni uczynić to samo. Tuż przy nim ulokowała się szkarłatna tanagra Olinopasa, z wielkim smakiem pochłaniająca czereśnie, raz po raz muskająca lekko pióra przywódcy. Dopiero teraz poczuli jak bardzo byli głodni i jak łaknęli posiłku, dopiero tutaj zaczęli sycić głód i ucieszyli się obfitością owoców. Posiłek był przedni, ale też przestrzeń w której się znaleźli dała im wiele radości – nagle jakże lekkie ciała anielskie zdały im się ciężkie, a przeistoczenie w kształty ptasie uwolniło ich od niebieskiej grawitacji. Właściwie dopiero tutaj zdali sobie sprawę z tego, że podlegali jej prawom i musieli codziennie ją pokonywać. Teraz wszystko stało się lekkie jak piórko, a przefruwanie z gałęzi na gałąź i pochłanianie owoców, generowało uczucie rozkoszy. Jedno tylko ich zajmowało i bezgłośnie przekazywali sobie tę wątpliwość:

– Bracia, czy to jest realne…? Czy można być tak szczęśliwym…? W jaki sposób przestrzeń w wieży rozdęła się do tak ogromnych rozmiarów…?

Yasmen słyszał ich wewnętrzne szepty i też rozkoszował się nową rzeczywistością, czując jednocześnie, że został dopuszczony wraz z oddziałem do jakiejś tajemnicy. Coś mu majaczyło w głowie z czasów ziemskiej egzystencji i przez ułamek sekundy zobaczył dziwnie powykręcanego, schorowanego człowieka na wózku, który bezgłośnie, ruchem źrenic mówił o ekstremalnej gęstości we wnętrzu czarnej dziury. Przez mgnienie zobaczył też długowłosego siwego starca o imieniu Albert, mówiącego o względności wszechrzeczy i innego mężczyznę, Rogera, komentującego jego prace, formułującego teorię odwiecznych eonów, kolejnych wielkich wybuchów, rozprężania się przestrzeni i powrotu do niewyobrażalnej wprost, pierwotnej gęstości materii.

– Bracia… – odezwał się w nich pewnym głosem – Nie znaleźliśmy się tutaj bez powodu… Ktoś chciał byśmy pożywili się przed dalszą drogą i odczuli jak piękne jest istnienie w bliskości Boga… Tak musieli czuć się pierwsi ludzie w raju…

– To cudowne doświadczenie Yasmenie – odważył się odezwać Olinopas – i jakże wspaniale teraz wyglądasz, przyobleczony w żółte pióra…

– Ty też wyglądasz pięknie bracie w szacie ziemskiej tanagry i szkarłatnego kardynała… – potwierdził Yasmen i dopiero po chwili przypomniał sobie, że nie powinien jawnie uzewnętrzniać swych odczuć…

Inne ptaki, przyobleczone w niebieskie, zielone, pomarańczowe i fioletowe pióra poruszyły się niespokojnie, jakby na chwilę przestraszone dialogiem przywódcy stada i siedzącego przy nim krwiście czerwonego ptaka. Wciąż głodni nowych owoców, przelatywali z drzewa na drzewo i z gałęzi na gałąź, aż znaleźli się na skraju sadu, za którym połyskiwała świetliście niebieskawa, galaretowata mgła. Yasmen pierwszy odważnie podążył ku niej, natychmiast przeobrażając się z powrotem w anioła. Inni widząc to też wzlecieli nad drzewa i pomknęli ku zapraszającej ich niebieskości. Tylko nieco grubawy Keleken, obleczony piórami szpaka, ociągał się trochę jakby bał się czegoś. Nagle w świadomości wszystkich pojawił się przeciągły świst i nie wiadomo skąd nadleciał wielki krogulec, wbijając szpony w pierś Kelekena, który w jednej chwili zamienił się w czarną salamandrę i skruszał, zamienił się w sadzę zniknął bez śladu.

– Pan pośle swoich aniołów z trąbą o głosie potężnym, i zgromadzi wybranych z czterech stron świata, od jednego krańca nieba aż do drugiego[2] – metaliczny głos zabrzmiał we wszystkich umysłach jednocześnie.

Yasmen ponownie wskazał kierunek lotu i wszyscy, jak na komendę szepnęli: Amen…

[1] Św. Paweł, List do Filipian 3, 2.

[2] Ewangelia wg św. Mateusza 24, 31.

BROMBERG (20)

Był wczesny wrześniowy ranek i słońce pojawiło się po wschodniej stronie miasta w całym swoim majestacie. Niebo już było błękitne, choć jeszcze lekko zaróżowione, miejscami granatowe i ptaki zaczęły hałasować w krzewach przy przejściu w głąb podwórka ulicy Strzeleckiej 4. Światło wdarło się do sypialni Józi, usytuowanej w połowie bocznego korytarza obszernego mieszkania. Dalej był pokój lokatorski, teraz pusty, po wyprowadzeniu się  rodziny Gołębiewskich, a na samym końcu znajdował się mały aneks, przerobiony na kuchnię i naprzeciwko niego dość spora łazienka z wanną, umywalką i klozetem. Mogła teraz do woli z niej korzystać, nie budząc rodziców, którzy używali urządzeń sanitarnych w drugiej części domu, na końcu bliźniaczego korytarza, biegnącego w przeciwnym kierunku. Światło przemocą wdarło się do pokoju Józi i spowodowało, że rozbudziła się z głębokiego snu, zaczęła przecierać oczy i przewróciła się na drugi bok. Pomyślała, że jeszcze trochę pośpi, ale poczuła się jakoś dziwnie, jakby nie w swoim ciele i natychmiast napłynęły do niej obrazy ze snu. Znowu była z wozakiem, w którym się podkochiwała, zamordowanym kilkanaście dni temu przed kościołem szwederowskim. Delikatnie zdejmował z niej jedwabną bluzkę i gładził gładkie piersi, a potem całował ją tak namiętnie, tak słodko. Obrazy zmieniały się i już leżeli nago w jej łóżku, tulili się do siebie i falowali wzajemnie, a rozkosz była tak wielka, że zdawało się jej, iż stają się jednością, przenikają się wzajemnie i dopełniają się w magiczny sposób. Dziewczyna na chwilę wróciła do rzeczywistości, sprawdziła na budziku, która jest godzina i z lękiem zauważyła, że jest dopiero siódma trzydzieści.  Poruszyła się niespokojnie, położyła na plecach i poczuła, że jej ogromne piersi nabrzmiały, stercząc w górę jak dwie polodowcowe moreny. To w takiej przestrzeni spacerowała ze swoim ukochanym, wchodząc też do liściastego lasu i zbierając żółte i czerwone liście. On otaczał ją ramieniem i co jakiś czas całował w usta, powodując, ze nogi zaczynały jej drżeć. Znowu zatopiła się w błogości tych obrazów i coraz głębiej wnikała w przestrzenie dopiero co zakończonego snu.  

Lekko musnęła prawą pierś, wysuwającą się z dekoltu białej, bawełnianej koszulki nocnej i poczuła, że zwykle miękka brodawka zmieniła się w twardą grudkę. Przestraszyła się trochę tego i powędrowała dłonią ku drugiej piersi, która też tak samo nienaturalnie nabrzmiała. I ta brodawka też powiększyła się znacznie, a dotknięcie jej spowodowało, że znowu przypomniała sobie fragment snu. Jej ukochany przyciskał ją mocno do siebie i czuła całe jego mocarne, twarde ciało, które też obejmowała i pragnęła w nie wniknąć, zlać się z nim w ogniu czułego pragnienia. I jeszcze ta dziwna obfitość u końca jego ud, wsuwająca się w nią i powodująca przerażenie, zmieniające się w stan dziwnego upojenia, odpływania w barwną dal świata. Niestety po chwili napłynęły straszliwe obrazy mordu, któremu przyglądała się przy kościele i łzy jak grochy zaczęły jej płynąć po policzkach. Na chwilę straciła oddech i poczuła ból w okolicy serca, a w jej świadomości błysnął złowrogo jasnowłosy oficer, strzelający w głowę małej dziewczynce. Przewróciła się na prawy bok i nagle poczuła, że coś dziwnego stało się w miejscu, gdzie zbiegały się jej zgrabne nogi i wąski tułów. Ostrożnie powędrowała tam dłonią, zsunęła ją z brzucha ku łonu, czując, że dotyka gęstej kępki czarnych, miękkich włosów. Przymknęła oczy i wyobraziła sobie, że robi to ten, którego chciała kochać przez całe życie. Dotykanie kępki było dziwnie przyjemne i po chwili podążyła jeszcze dalej, czując z przerażeniem, że jest tam wilgoć. W pierwszej chwili chciała wyskoczyć z łóżka, bo pomyślała, że nadszedł czas krwawienia i pobrudziła bieliznę oraz pościel. Ale jednak to nie było to, bo czuła lekki poślizg i wskazujący palec lekko zsunął się ku nabrzmiałej szczelince. Najdelikatniej jak potrafiła, poruszyła nim i już po chwili napłynęła do niej rozkosz, której nigdy jeszcze nie zaznała. Świat teraz odsunął się od niej i znalazła się w jakiejś magicznej krainie, gdzie wszystko falowało i lekko wnikało w nią. Jej oddech przyspieszył, zacisnęła usta i zamknęła oczy, poczuła dreszcz w łonie i coś nagle trysnęło z niej obficie. Natychmiast też napłynęła ciemność, jakby słońce nagle zgasło i wydarzyła się jakaś kosmiczna tragedia.

Wystraszyła się, ale powoli zaczęła się uspokajać, znowu położyła się na plecach i jeszcze raz pozwoliła by napłynęły do niej obrazy ze snu. Wspinała się z ukochanym na jakieś wyniosłe wzgórze. Prawie u góry ktoś wykopał długie doły i podążały do nich tłumy mężczyzn z rękoma ułożonymi z tyłu szyi. Jej mężczyzna stanął na brzegu wykopu i po chwili podszedł do niego gestapowiec z jasnymi włosami. Wysunął do przodu pistolet, przyłożył mu lufę do skroni i nacisnął cyngiel. Rozległ się w przerażający huk i Józia z bezgłośnym krzykiem zaczęła zbiegać z moreny, czując, że po drodze złapał ją za rękę Niemiec, który zabił jej ukochanego. Wszystko rozmywało się i  falowało, wirowało w oszalałym pędzie i odbierało jej oddech. To był ten sam młody gestapowiec, który kierował rozstrzelaniami przy kościele i na rynku. Stała przy nim teraz tak blisko, że zauważyła, iż jest niezwykle piękny, ma niebieskie oczy, a czarna czapka z trupią główką tworzy całość z jego twarzą.  Popatrzył chwilę na nią, po czym bez słów dał jej znać, żeby zaczęła uciekać. Na wzgórzach rozległy się strzały karabinowe, sójki i grzywacze z hałasem zerwały się z drzew i poleciały ku pobliskim lasom.  Ruszyła gwałtownie z miejsca nie oglądając się za siebie, mijając polne drogi i leśne polany. Coś kierowało ją w stronę miasta, ale las ciągnął się na wielkich obszarach i minęło sporo czasu zanim zobaczyła kilka budowli z czerwonej cegły i jakieś wielkie rury przy nich. Znała to miejsce, bo kiedyś ojciec zabrał ją tu na przechadzkę i powiedział, że są to budynki przepompowni wody pozyskiwanej z ujęć podziemnych. Teraz neogotyckie budynki wydały się jej podobne do niewielkiego kościoła, a iglica na szczycie mniejszej dobudówki była taka sama jak na cmentarnych kaplicach. Przyczaiła się w zaroślach wrotyczy, nawłoci i łopianów obsypanych kolczastymi kulkami i zauważyła, że Szosą Gdańską jadą nieprzebrane, niemieckie transportery wojskowe i trzykołowe motocykle. Wycofała się i podążyła nieco w dal przy torach kolejowych. Tutaj wspomnienie obrazów sennych znowu jej umknęło. Wstała energicznie z łóżka i powędrowała do łazienki, słysząc jakiś hałas przed domem, przypominający odgłos samochodu, hamującego z piskiem opon.

BROMBERG (19)

Trzynastego września tego straszliwego roku Szmul Lewi z sercem na ramieniu podążał w stronę bramy domu zaprzyjaźnionego przedsiębiorcy Dawida Arona, znajdującego się przy ulicy Orlej i już z daleka zobaczył zielonkawy furgon Fordsona z przebudowanym tyłem, nieco uniesionym i powiększonym. Silnik był z przodu okryty specjalną nakładką ze stalowych pasków, przepuszczających powietrze i umożliwiających chłodzenie. Dwa niewielkie światła umieszczono na szerokich błotnikach. Kierownica była z lewej strony, a przy niej miejsce dla pasażera i szersza ława z tyłu, mogąca pomieścić troje ludzi. Za nią znajdowała się dość duża skrzynia ładunkowa. Na dachu i na bocznych drzwiach był znak czerwonego krzyża, co wskazywało na to, że nowy właściciel nie zdążył jeszcze przemalować swojego nowego auta. Policjant przeraził się, bo zrozumiał, że nie ma mowy, by do tego samochodu zmieścił się jakiś dobytek. Otworzył bramę przy dużym domu ze spadzistym dachem i podszedł do drzwi, pukając mosiężną kołatką. Spłoszona sroka zaskrzeczała na krzewie bzu i odleciała w głąb ogrodu, ale nikt nie otwierał domu. Zapukał drugi raz i czekał podenerwowany na niewielkim podwyższeniu, ale dopiero po trzeciej próbie zachrzęścił klucz w zamku, drzwi uchyliły się i stanął w nich wysoki mężczyzna, może sześćdziesięcioletni. Ubrany w białą koszulę i czarne spodnie, miał ogorzałą twarz, długą, siwą brodę i niewielką jarmułkę na głowie.

 – Szalom Dawidzie… – powiedział policjant na powitanie.

 – Szalom… – odezwał się zdziwiony właściciel domu – a czemu to zawdzięczam pana wizytę… czyżbym coś przeskrobał…?    

 – Nie, nie… Coś znacznie gorszego… – odpowiedział policjant.

 – No to wejdź Szmulu do domu, nie będziemy rozmawiać przy progu…- odrzekł zdziwiony właściciel posesji.

Mężczyźni minęli wąski korytarz i znaleźli się w obszernym salonie, którego bogaty wystrój wskazywał, że codziennie przebywają w nim ludzie o wysokim statusie społecznym. Wielkie kryształowe lustra odbijały wszystko dokoła i powodowały, że przestrzeń wydawała się większa. Na rzeźbionych, dębowych meblach stały mosiężne rzeźby, a na wielkiej komodzie umieszczono potężną menorę z marmuru, na której były nadpalone grube świece. W specjalnych oszklonych regałach ustawiono równo wiele złoconych książek, a na ścianach wisiały obrazy olejne, przedstawiające Żydów i wieśniaków przy domach, na polach i w bożnicach. Gdy już siadali przy stoliku, z drugiego pokoju wychyliła się pięćdziesięcioletnia kobieta z wyraźnymi śladami dawnej urody. Ubrana była jak większość Europejek, a nawet miała na szyi sporej wielkości naturalne korale.

– Esterko przygotuj nam nieco kawy, a może wolisz herbatę…? – zapytał Aron.    

– Chętnie napiję się kawy…– odparł policjant.

Kobieta zniknęła za drzwiami i z kuchni zaczęły dolatywać odgłosy wody gotującej się z szumem i szczękanie filiżanek.  Po dłuższej chwili pani domu wróciła z tacą i zdjęła z niej biały, porcelanowy dzbanek i dwie filiżanki.

– Może przyniesiesz też filiżankę dla siebie, bo sprawa dotyczy również ciebie Estero… – powiedział Szmul.

Kobieta zerknęła z przestrachem na męża, ale gdy zobaczyła spokój na jego twarzy i nieznaczne kiwnięcie głową, poszła po naczynie dla siebie. Aromat kawy rozniósł się natychmiast po salonie, gdy nalała ją do ozdobnych, niewielkich filiżanek.

– Drodzy przyjaciele… – zaczął mówić przybyły – Straszne czasy nastały w naszym pięknym mieście i teraz muszę być posłańcem złej nowiny…

Aronowie spojrzeli na siebie wymownie, napili się nieco kawy, a po odstawieniu filiżanek z powrotem na stół, czekali na dalszy ciąg wywodu, tak lubianego przez nich przyjaciela. Znali się od wielu lat i był taki moment, że Dawid rywalizował w szkole ze Szmulem o wdzięki pięknej Estery, którą często mijali, gdy chodziła z siostrą do szkoły dla dziewcząt.

 – Zapewne dotarły już do was wiadomości o rozstrzelaniach Polaków przy kościele na Szwederowie i na głównym rynku miasta – zapytał Szmul.

 – Tak, znamy te straszne wieści… – odpowiedział gospodarz domu i groźnie ściągnął brwi, jakby chciał wskazać, że nie chce o tym rozmawiać.

 – Przepraszam, że muszę was zmartwić… – ciągnął policjant – Ale sytuacja jest bardzo groźna. Mój przełożony, komendant Kowalski, był na naradzie u dowódcy Selbstchutzu Alvenslebena i otrzymał instrukcje, by granatowa policja wzięła udział w kolejnych rozstrzelaniach… Chcą oczyścić Bromberg z Żydów, uwięzić nas i potem rozstrzeliwać w Fordonie i Tryszczynie.

– Jahwe przenajświętszy… Panie wszelkiego stworzenia…!!! – załamała ręce Estera i niemal z płaczem zapytała – I co teraz z nami będzie…?        

– Dajmy mówić Szmulowi – włączył się Aron, choć widać było, że i on jest bardzo poruszony – Dajmy mu mówić, bo nie przyszedł do nas bez powodu…

– Tak jest drogi Dawidzie… – potwierdził policjant i ciągnął dalej – Kowalski mówi, że musimy stąd jak najszybciej uciekać, nie ma dla nas już przyszłości w Brombergu…

– Jak to uciekać…? – lamentowała Estera – A co z naszym dobytkiem, co z rodzinami… My jesteśmy sami, ale wiele rodzin żydowskich ma dzieci, zdaje się, że pan też ma małego chłopca…?

– Tak i dlatego ja też muszę uciekać… Nie ma znaczenia to, że jestem policjantem… Oni chcą nas wszystkich wymordować…– mówił z bólem na twarzy Szmul.

–  Ile mamy czasu według twojej kalkulacji…i jaki jest twój plan? Nie przyszedłeś przecież do nas bez powodu? – zapytał i zarazem ocenił sytuację Dawid.

– Tak, przyszedłem do was z konkretną propozycją…– powiedział Szmul – To będzie bardzo niebezpieczne, ale możliwe do wykonania, a najważniejszą rolę odegra tutaj wasz furgon.

–Tak myślałem… – wtrącił się Dawid, obwieszczając to takim tonem jakby złapał jakiegoś kontrahenta na szmoncesie.

– Powiem brutalnie…– ciągnął Szmul –  Jeśli zostaniemy w Brombergu, nie przeżyjemy najbliższego miesiąca…a nasze ciała legną w głuchych dołach pośród innych żydowskich trupów…  

– Co my teraz poczniemy, co poczniemy…? – z płaczem odezwała się Estera.

– Plan jest taki… – kontynuował swoją wypowiedź przybysz – Zapakujmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy, kosztowności i pieniądze do waszego furgonu i nocami przemknijmy do Białegostoku, a stamtąd zieloną granicą do Grodna, gdzie mieszkają moi bliscy krewni, ciotka i wuj oraz kuzyni i kuzynki.

– To brzmi bardzo prosto… ale przecież wszędzie jest pełno Niemców…– powątpiewał Dawid – Zgarną nas na pierwszym posterunku i wsadzą do więzienia…

– Na posterunkach mamy niewielkie szanse, ale też nie mamy wyboru – ciągnął narrację Szmul – Nasze szanse zwiększy mój mundur i papiery, które dał mi  komendant Kowalski. Wskazał mi też miejsce, nieopodal  Warszawy, gdzie nie ma Niemców i jest ukryty drewniany prom, którym pokonamy Wisłę…Mój przełożony wystawił mi dokument, świadczący o tym, że eskortuję na przesłuchanie do Białegostoku świadków w jakiejś ważnej sprawie.

– Dziękuję Ci kochany Szmulu za tę propozycję, ale nie jestem przekonany do niej – powiedział Dawid – Może jednak nas zostawią w spokoju… Może jakoś przetrwamy tutaj okupację…

Szmul zamyślił się przez chwilę, po czym sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął z niej kilka kartek papieru. Wstał ze swojego miejsca i podał je gospodarzowi domu.

– Rzuć okiem Dawidzie na tę listę osób, które zostaną szybko aresztowane i rozstrzelane… – Mój komendant dał mi ten wykaz, z prośbą by po zapoznaniu się z nim, jak najszybciej go spalić.

Dawid sięgnął po kartki, rzucił na nie okiem i zaczął głośno wymieniać nazwiska dobrze sobie znanych Żydów z miasta nad Brdą:

– Aronsohn, Arn, Sonnenschein, Breslauer, Cohn, Eisen… Czy to może być kochana Esterko… Friedlander, Heiman, Abraham, Lewi, Jackobi, Silberstein… jest też mój wuj i twój kochanie… i niestety my też jesteśmy…

– O Jahwe, Jahwe… dlaczego tak nas doświadczasz…– załkała kobieta.

– Nie ma o czym mówić…– nagle odezwał się zasadniczym tonem Dawid – Plan Szmula daje nam jakąś szansę… i jakąś przyszłość. Tutaj czeka nas tylko upokorzenie i śmierć…

– Otoczyły nas dzikie bestie Hitlera i musimy wyrwać się stąd – podsumował jego stwierdzenie Szmul – Wracam do domu i będę na was czekał późnym wieczorem… Zajmujemy niewielką kamienicę przy rogu ulicy Jaskółczej i Kruczej… Weźcie tylko trochę ubrań, kosztowności i rodzinne archiwum…

– Jak dziwnie splatają się ludzkie losy… Wczoraj okazyjnie kupiłem beczkę benzyny i teraz może ona uratuje nam życie… – z zadumą w głosie powiedział gospodarz.

– Musimy ruszyć jeszcze dzisiaj wieczorem… Pojedziemy bocznymi drogami… Mam stosowna mapę… Najpierw jednak skierujemy się przez las w stronę jeziora Jezuickiego, by ominąć południowe posterunki niemieckie…Czerwony krzyż na waszym furgonie może nas chronić, papiery też nam pomogą, ale przede wszystkim musimy być sprytni i jechać głównie w nocy.

Po tych słowach Szmul podziękował za gościnę i podjęcie decyzji i skierował się ku drzwiom. Tam pożegnał się z Dawidem i jeszcze usłyszał przeraźliwy płacz kobiety za drzwiami. Teraz czekało go przekonanie własnej żony, że muszą opuścić dom, który tak pokochała. Wyszedł na drogę, utwardzoną żużlem i zobaczył, że na sąsiedniej ulicy Żwirki i Wigury przejeżdża niemiecki konwój złożony z wielkich ciężarówek ciągnących działa i wozów pancernych z czarnymi krzyżami na bokach.

BROMBERG (18)

Eleonora z dumą patrzyła na Williego, jakże przystojnie wyglądającego w galowym mundurze oficera SS. Pamiętała go przecież jako małego chłopca, przyjeżdżającego do nich na wakacje z Berlina. Towarzyszyła mu w pociągu jadącym do Wirsitz i tam sprawowała nad nim opiekę, martwiąc się, że wciąż włóczy się na peryferiach miasteczka z kolegą Wernherem, synem tamtejszego landrata. Obaj mieli wtedy poranione kolana i podrapane przedramiona, bo włazili na drzewa i wspinali się na skalne ścianki, wystające ze wzgórz. Uspakajała się dopiero wtedy, gdy chłopiec kładł się do łóżka i od razu zasypiał, przykryty pierzyną, ogrzaną przez nią przy piecu kaflowym. Teraz siedział przy niej mężczyzna, który mógłby uchodzić za najprzystojniejszego na świecie. Miał bujną blond czuprynę, niebieskie oczy i wyraziste kości policzkowe, a jego podbródek kończył się głębokim dołkiem. Usta miał wąskie, jakby stworzone do całowania, nos kształtny, ani za duży, ani za mały, brwi i rzęsy wyraziste, a skórę nieco przyciemnioną, zapewne z racji słońca, mocno operującego we wrześniu tego roku. Jakże cieszyło ją to spotkanie w owianym sławą lokalu, w tej części Brombergu, który najbardziej lubiła i który mijała przez wiele lat, podążając z górnego tarasu miasta do Höhere Mädchenschule, ulokowanej przy Schule Strasse. Szczególnie zapamiętała okres po roku 1911, gdy jednostka ta przekształciła się w szkołę dla pielęgniarek, wychowawczyń żłobków i przedszkoli. Miała wtedy wspaniałą przyjaciółkę Margarete, mieszkającą na stancji w Brombergu, z którą chodziła do Teatru Miejskiego, zwiedzała wielki cmentarz ewangelicki z grobami znamienitych Niemców i odbywała wyprawy na skraj miasta, gdzie Brahe miała krystalicznie czysta wodę i dawała ukojenie w upalne lata.

            – Ciocia pewnie dziwi się, że jestem w mundurze galowym…? – odezwał się Willi,  gdy kelner zrealizował zamówienie, z gracją ustawiając na stoliku aromatyczne kawy i ciasta.   

            – Coś ty chłopaku kochany… według mnie mógłbyś tak chodzić ubrany codziennie… ktoś wspaniale zaprojektował wasze uniformy…– podjęła dialog Eleonora.

            – Przypadkowo wiem, że stworzyli je dwaj artyści Karl Diebitsch i Walter Heck, a produkcją zajął się Hugo Boss.

Eleonora spojrzała na posrebrzany pas Williego, na którym widniał napis Meine Ehre heißt Treue i przeniosła wzrok na czapkę z orłem, umieszczonym na swastyce i trupią główką, którą Willi położył na wolnym krześle.

            – Wolę mój mundur polowy – ciągnął von Otter – ale dzisiaj musiałem dobrze się zaprezentować, bo miałem spotkanie z wysokimi rangą dowódcami… Nie zdradzę tajemnicy wojskowej, jeśli powiem, że do Brombergu przyjechał  SS-Obersturmbannführer Hans Kölzow, który przywiózł z Berlina specjalne rozkazy naczelnego wodza. Był też szef VI Inspektoratu Selbschutzu SS-Obersturmbannführer Erich Spaarmann, SS-Sturmbannführer Christian Schnug no i mój szef SS-Standartenführer Ludolf Jacob von Alvensleben, jedyny człowiek na świecie, którego się boję…

            – To są wasze sprawy chłopcze, ja wierzę w ciebie bezgranicznie…- entuzjazmowała się kobieta – Dzisiaj, jak szłam na nasze spotkanie, z obrzydzeniem patrzyłam jak Polacy byle jak odmienili nasze miasto… Wszędzie te ich i Żydów krzykliwe reklamy, swarliwe rozmowy w dziwacznym języku i bezczelność na każdym kroku…

            – SS-Obersturmbannführer Kölzow ma rację, codziennie musimy stawiać Polaków pod ścianami, bo tylko tak zdławimy ich absurdalną dumę… – odrzekł Willi.

            – Ty możesz nie pamiętać Brombergu sprzed lat, ale ja wciąż go noszę w sercu…– mówiła kobieta – i dzisiaj jak szłam, uroniłam łzy nad zniszczeniami, których dokonali. Jak oni mogli zburzyć wieżę Bismarcka, ten jakże wspaniały monument, upamiętniający naszego heroicznego ojca narodu… i dlaczego rzucili na ziemię pomniki cesarskie na rynkach i placach…?

            – Już odwdzięczyliśmy się im z nawiązką za Krwawą Niedzielę i za te zniszczenia także, przy pobliskim kościele pojezuickim. I szybko wróci na rynek pomnik Fryderyka II – podjął wątek rozmowy Willi i nagle zmieniając ton głosu niemal wykrzyknął – podjęliśmy już stosowne decyzje i niebawem wypierdolimy w powietrze ich ukochane symbole…Najpierw synagogę…

            – Ach mój ty wyzwolicielu… – powiedziała ubawiona wulgaryzmem Eleonora, napiła się kawy, a potem nabrała łyżeczką nieco ciasta i po przełknięciu potwierdziła – Tak, macie rację, tylko to ich nauczy szacunku dla naszej wspaniałej historii…

            – Prowadzimy szereg tajnych operacji, nadzorowanych bezpośrednio przez Reichsführera-SS i każdy ma swoje zadania. Właśnie dlatego też dzisiaj się tutaj spotkaliśmy…– powiedział oficer.

            – Mówisz o Heinrichu Himmlerze…? Nie uwierzysz, ale znam jego żonę…

            – Jak to… skąd…– zdziwił się Willi.        

            – Chodziłyśmy razem do żeńskiej szkoły… Margarete była moją najbliższą przyjaciółką…Odbyłyśmy liczne wyprawy za miasto i raz nawet zaprosiła mnie do swojej wsi, gdzie jej ojciec był bogatym junkrem…– odrzekła raz jeszcze dopijając kawę z filiżanki.

            – Nie wiedziałem, że ona stąd pochodzi, ale będę o tym pamiętał, bo może to się przydać. Z drugiej strony, dowiedziałem się od mojego szefa, że Himmler żyje z nią na odległość i ma piękną kochankę Hedwig, zresztą jego sekretarkę…

            – O tym nie wiedziałam, bo moje kontakty z Margarete urwały się, gdy jej rodzina wyprowadziła się pod Berlin. Jeszcze do mnie przysłała dwie pocztówki z Reichstagiem i Bramą Brandenburską, ze zdawkowymi pozdrowieniami na odwrotach, a potem nastąpiła cisza. Wiem tylko, że w 1929 roku urodziła ze związku z Himmlerem córkę Gudrun.

            – Tak, widziałem te pyzatą dziewczynę… strasznie zarozumiała szczeniara… ojciec wszędzie ją zabiera…– ze śmiechem powiedział Willi, a potem spoważniał i ciągnął dalej – ale wracając do naszego spotkania… Ciocia pamięta mojego kolegę z Wirsitz Werhnera… Jest teraz bardzo ważną osobą w przemyśle zbrojeniowym Rzeszy.

            – Co ty mówisz, ten wiecznie zasmarkany Wehrni…? – zdziwiła się Eleonora.

            – Ha, ha, ha… tak ten smarkacz jest teraz kimś bardzo ważnym, od którego zależeć będą losy wojny, szczególnie po 3 września, kiedy to angielscy i francuscy zarozumialcy wypowiedzieli nam wojnę…Nie wierzę, że zdecydują się nas zaatakować, bo tak naprawdę Polska dla nich się nie liczy. Tylko prężą muskuły, wiele gadają, markują, a zapewne w tajemnicy tylko zintensyfikują zbrojenia. Na szczęście nasz führer jest przewidujący i potrafi korzystać z talentów takich geniuszy jak mój dawny kolega z Wirsitz…

            – To on zrobił taką karierę, że współpracuje z samym naczelnym wodzem? – dziwiła się kobieta.

            – Tak i teraz ciocia także dostanie swoje zadanie… – powiedział Willi, ściszając tajemniczo głos – Pamięta ciocia, że jedną noc spędziłem poza waszym domem…

            – Martwiłam się o ciebie, bo praktycznie, nie było cię od rana, do rana następnego dnia… – potwierdziła.

            – No właśnie, a ja pojechałem w tajemnicy do Wirsitz, by wykonać pewne zdanie najwyższej wagi państwowej… – przytaknął.

Eleonora nieco przeraziła się jego słów i rzuciła okiem poza balkon, na którym się spotkali. Właśnie na rzece pojawił się jakiś spory holownik, ciągnący aż trzy barki i wyrzucający z komina kłęby czarnego dymu. Po lewej rysował się fragment Teatru Miejskiego z pomnikiem nagiej Łuczniczki, który tak lubiły z Margarete, a za mostem ginął pośród czarnej chmury wielki budynek domu towarowego „Hohenzollern”, słynącego niegdyś z narożnej rzeźby cesarza z tego rodu, przedstawionego w zbroi rycerskiej. Na niebie wolno przesuwały się podświetlone przez słońce cumulusy, nad tonią unosiły się liczne, swarliwe mewy, a po pobliskim moście przejeżdżały z hałaśliwym dzwonieniem dwa mijające się tramwaje.  

– Moja prośba jest taka… – ciągnął mężczyzna – Gdyby ktokolwiek pytał ciocię, czy każdej nocy, od zamieszkania u was, spałem w swoim pokoju, to proszę o potwierdzenie. Nikt, absolutnie nikt, łącznie z moim dowódcą i innymi wojskowymi, nie może wiedzieć, że jeździłem do tego małego miasta… Musi ciocia też przekonać kochanego wuja Johanna, by w razie jakiegokolwiek pytania, potwierdził, że co noc spałem na Garten Strasse… To bardzo ważne…

Eleonora natychmiast przysięgła, że będzie milczeć jak grób, ale dostrzegła w tej sytuacji możliwość zrealizowania prośby męża, któremu doskwierało już wspólne mieszkanie z Willim.

            – Wszystko, co ważne jest dla Rzeszy leży na moim sercu i ufam ci bezgranicznie…– powiedziała i na chwilę zawiesiła głos, by dopiero po jakiejś minucie kontynuować – Ale ja mam też pewną trudną dla mnie sprawę… Jak wiesz wuj Johhan ma kłopoty ze snem i zaczynają mu trochę przeszkadzać twoje późne powroty do domu… To chyba jest za małe mieszkanie dla nas trojga…

            – Też już o tym myślałem – odrzekł z promiennym uśmiechem Willi – ale nie chciałbym mieszkać w koszarach, tam jest za duży hałas, stale ktoś biega, wciąż ktoś wrzeszczy… Może ciocia wie, gdzie jest jakieś ładne lokum, opuszczone przez czystych Polaków…?

            – Przychodzi mi na myśl mieszkanie państwa Rossów na Tauben Strasse, ulokowanej blisko nas. Polacy przemianowali ją na Strzelecka Strasse. Ci Polacy wynajmowali duży pokój, ale teraz on jest pusty, a przy nim osobna łazienka i kuchnia. W sam raz dla ciebie kochany chłopaku…

            – Dziękuję cioci za tę informację i już jutro odwiedzę to mieszkanie – powiedział, sięgnął po czapkę, zasalutował, unosząc prawą rękę ku górze i udał się do lady, przy kredensie by zapłacić rachunek.

Jeszcze stamtąd machnął jej ręką na pożegnanie i zniknął za załomem ściany. Eleonora powoli dopiła kawę i dojadła ciastko, a potem wstała, przejrzała się w wielkim lustrze, wiszącym na ścianie, poprawiła przekrzywiony kapelusz i ruszyła ku wyjściu z lokalu.

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (XII)

Darbon ulokował się w środku oddziału i mknął w szyku, przez cały czas pilnując by jego kształty układały się w jednej linii z najbliższymi towarzyszami. Nikomu o tym nie mówił, ale od dłuższego czasu prześwitywały w jego świadomości tajemnicze obrazy, twarze i gesty, pojedyncze zdarzenia i całe ich ciągi. Teraz wpatrywał się w poślednią wieżę, przybliżającą się i potężniejącą z każdą chwilą, pełną zakamarków i okrągłych okien, z których wylatywali uskrzydleni. Za nią ciągnęły się niebieskawe wzgórza, choć mogły to też być chmury układające się warstwami. Od nieustannego pędu łzy pojawiły się w jego oczach i obrazy zaczęły się zamazywać, lekko przechodzić ku wizji ogromnego zamczyska z czerwonej cegły, ulokowanego przy zamulonej odnodze wielkiej rzeki. Ogromne budynki, kryte dachówkami otoczono wysokim murem strzelały w niebo, a wjazd na dziedziniec dodatkowo chroniły dwie wysokie baszty z dachami przypominającymi zwieńczenie wiejskich, walcowatych barci. Na chwilę powrócił obraz pośledniej wieży, ale zaraz utonął w sinej mgle i Darbon znalazł się w długim korytarzu, prowadzącym do wielkiego refektarza. Miał na sobie zbroję okrytą białym płaszczem z czarnym krzyżem, a tuż za nim podążał giermek, odziany w kaftan z sarniej skóry i kilku knechtów w hełmach, uzbrojonych w krótkie miecze. Szli tak dość długo, ale przed refektarzem Henryk, bo tak tam miał na imię, skręcił ku wąskiemu przesmykowi, którym powędrował do swojej komnaty. Wszedł do niej wraz z giermkiem i odprężył się widząc ogromną balię napełnioną gorącą wodą, przy której uwijały się dwie piękne kobiety, odziane tylko w białe koszule. Po trudach długiej drogi w siodle o niczym innym nie marzył, jak tylko wejść do ukropu i wypić kielich czerwonego wina. Stanął na specjalnym podwyższeniu na środku komnaty, a giermek zaczął zdejmować z niego zbroję, odpinać pasy i specjalne metalowe zatrzaski. Biały płaszcz z czarnym krzyżem położył na oparciu fotela, wielki miecz w srebrzystej pochwie umieścił na stole, na którym też poczęły lądować poszczególne elementy stalowej zbroi. Po chwili Darbon stał już nagi i poczuł swój intensywny zapach, wszak w tak długiej drodze nie miał okazji się umyć i teraz rozsiewał woń potu i uryny, mieszającą się z gorzkim smrodem, dobywającym się z miejsc intymnych. Nie czekając dłużej wszedł po specjalnych schodkach do balii i zanurzył się w wodzie, aż po czubek głowy, rozkoszując się przenikającym go gorącem. Po chwili wynurzył się i pozwolił by kobiety zaczęły wolno obmywać jego wciąż jędrne, czterdziestoletnie ciało, polewać je coraz to nowymi strumieniami, namydlać mydłem sprowadzanym z francuskich manufaktur. Przymknął oczy, gdy niewiasty zaczęły myć mu długie włosy i twarz, nie chcąc by mydliny dostały się do oczu. Gdy to uczynił, zobaczył w wyobraźni wielkie pole bitwy, zasłane trupami rycerzy z całej Europy, martwych koni, rozbitych wozów i gromadzących się już czarnych ptaków. Nie było mu dane stanąć do walki z poganami u boku Ulryka, ale hiobowe wieści lotem błyskawicy dotarły do niego.

Kobiety umyły go szybko i ustawiły się przy balii, gotowe wykonać każdy rozkaz, ale on zdawał się być zatopiony w modlitwie, odmawianej bezgłośnie z bolesnym grymasem na twarzy. W końcu otworzył oczy i chwycił kielich z winem, podany przez giermka, skinął też znacząco na służące, a te natychmiast zrzuciły koszule i weszły do balii, lokując się po obu stronach jego ciała. Dopiero w tym momencie odprężył się i odetchnął głęboko, odsunął od siebie grozę wiadomości, o przegranym starciu z wojskami polskimi i litewskimi. Po długiej, konnej gonitwie, poczuł teraz błogość niewyobrażalną, jakby znalazł się w raju. Zaczął delikatnie muskać obfite piersi kobiet, a te odwdzięczały się pieszczotą jego ud i brzucha, coraz to zapuszczając się w zakazane rewiry. Tym razem im na to pozwalał, bo bardzo już tęsknił za wieśniaczkami i potrzebował ich bliskości po makabrach opisów lipcowej sromoty. Czuł, że jego męskość nabrzmiała obficie i przyciągnął ku sobie jedną z pomocnic, lekko wnikając w jej ciało. Poruszył się kilka razy, szybko zyskał zadowolenie i odepchnął drugą z nich, także domagającą się specjalnej uwagi – dał znak giermkowi, a ten klasnął w ręce i dziewczęta szybko wyskoczyły z balii, sięgnęły po swoje odzienie i wyszły z komnaty. Pomocnik dolał mu wina i oddalił się do wysokiego, romańskiego okna, w całości wypełnionego barwnymi witrażami ze scenami z życia Maryi. Henryk przymknął oczy, a w całkowitej ciemności zaczęły pojawiać się ruchome obrazy – dom rodzinny w Turyngii, pierwsze rycerskie turnieje, pasowanie na rycerza i przywdzianie płaszcza zakonnego. Przez kształty pośledniej wieży zaczęli też prześwitywać znamienici rycerze z jego rodziny, a potem wszystko na moment zgasło, by wybuchnąć z nową intensywnością.  Oto jedzie do Prus w charakterze gościa zakonu i zostaje jego pełnoprawnym członkiem, cenionym przez przyjaciół i znienawidzonym przez wewnętrznych wrogów. Potem obejmuje pierwsze komturie, dostaje się do polskiej niewoli i zostaje szczęśliwie oswobodzony przez zakonników, kierujących się ku wielkiemu miastu, by je oblegać i zdobyć. I jeszcze ten lipcowy dzień, gdy umyślny przybył do niego niemal z samego pola wielkiej bitwy i opowiedział o masakrach i ostatecznej przegranej. Nie wahał się ani chwili i zarządził wymarsz do Marienburga, gdzie zapewne skierują się pogańscy wrogowie, by bez litości dobić święty zakon. Wielokrotnie ostrzegał Ulryka, że jego polityczna napastliwość doprowadzi do klęski, ale mistrz nie słuchał go, przekonany o tym, że zakon jest pod specjalną pieczą Bożej Opatrzności.

Darbon wielokrotnie chciał powiedzieć Yasmenowi o tym, czego doświadczał, ale lękał się zrelacjonować wizję, która wracała do niego jak zły sen i męczyła skołataną wyobraźnię. Był w głównej sali wysokiego zamku, gdzie zgromadzili się najznamienitsi zakonnicy i w uznaniu zasług dla obrony wielkiego zamczyska, obwołali go nowym mistrzem zakonu. Lękał się przyjąć ten zaszczyt, ale korciło go, by ukarać wrogów w białych płaszczach, pojawiających się nie wiadomo skąd. Chciał też prowadzić pokojową politykę, przypominając najbardziej jazgotliwym braciom, że zostali powołani by służyć ubogim i odbywać krucjaty ku krainom opanowanym przez pogan. Od Jerozolimy po ziemie Prus Wschodnich, Łotwy i Estonii mieli nieść słowo Boże i poszerzać granice chrześcijaństwa. Szybko wszakże przekonał się, że tylko miecz może zaprowadzić porządek, a przelana krew tyle waży, co topniejący śnieg. Odtąd miał już dwa oblicza, to widzialne, uduchowionego męża, często leżącego krzyżem w kaplicy i modlącego się do matki Chrystusa i drugie – okrutnego mordercy, każącego ścinać przeciwników i mordować niewinnych ludzi. Współbracia zaczęli szeptać, że opętał go szatan, a okrwawiona szubienica stała się jego herbem. Coraz częściej słyszano jak rozmawia z kimś w pustej komnacie, jak przekrzykuje straszliwe wrzaski, dobiegające jakoby z samych czeluści piekielnych. Podpisał pokój z wrogami, ale nie przestał zbroić zakonu i szykować go do walki z sąsiadami. W pewnym momencie zaczął widzieć straszliwego demona z ciałem ogromnego jaszczura i twarzą komtura Michaela Küchmeistra von Sterberga, śmiejącego się szyderczo i obnażającego okrwawione kły. Ostatecznie przegrał z nim walkę o tron i na dziesięć lat uwięziono go w lodowatej celi, co zniszczyło jego zdrowie i szybko doprowadziło go do śmierci. Stronnicy wroga zadbali o to, by jego ciało nie zostało złożone w podziemiach stolicy i wywieziono je w niewiadomym kierunku. Darbon wiedział, że złożono je w krypcie katedry wschodniej komturii, razem z dwoma innymi wyklętymi mistrzami zakonu i tak zamaskowano pochówek, by nikt o nim nie wiedział. Teraz, gdy zbliżał się do celu kolejnej anielskiej wyprawy, a nieprzebrane rzesze uskrzydlonych duchów, lecących w dal, napełniały jego serce otuchą i wiarą w opiekę Boga, usłyszał nagle w sobie niepokojący głos:

–  Henryku nie ukryjesz się przede mną… znajdę cię w niebie i w najgłębszych matniach piekła…

Początkowo myślał, że to któryś ze skrzydlatych współbraci zrobił mu psikusa, wszak Okinages lubował się w tym, ale gdy na pierwszym mijanym wzgórzu pojawiła się twarz jego największego wroga, wzdrygnął się i przerażony i pomknął w stronę Yasmena. Dowódca zdziwił się nagłym pojawieniem się Darbona i bez słów upomniał go, by go nie wyprzedzał. Zagłębił swoje myśli w jego wnętrzu, ale niczego nie zobaczył, jakby jakaś siła chciała zamaskować wszystko przed nim. Tylko gdzieś tam, pośród białych chmur i oparów, otoczony wielkimi płatami błękitu pysznił się wielki średniowieczny zamek, z basztami i wieżami, otoczony murem i odbijający się w wodzie, płynącej przed nim rzeki. Już chciał zgasić w sobie tę wizję, gdy nagle zobaczył wiele ciał bujających się na sznurach i Nicolasa von Renisa prowadzonego w powrozach na rynek miejski. Zobaczył też Darbona w zbroi i szatach mistrza zakonu, piętnującego tajne sprzysiężenie braci i nakazujący ściąć jego przywódcę.

 – Nieszczęsny bracie, cóżeś ty uczynił w tych mrocznych czasach…- powiedział ni to do siebie, ni do Olinopasa.

Darbon, gdy to usłyszał, czmychnął z powrotem ku środkowi oddziału i zatopił się w ponurych myślach. Nie wiedział jak to się stało, że znalazł się pośród aniołów, przecież był lubieżny i łakomy, mordował ludzi i palił ich chaty, często też drwił z Boga, modląc się do niewidzialnego demona.      

 – Muszę uważnie mu się przyglądać – szepnął Yasmen i skierował oddział ku najwyższym półkom pośledniej wieży – Czasem demony przenikają tutaj i pozostają w uśpieniu…

« Older entries

%d blogerów lubi to: