CZARNY NEFRYT (5)

Łagodnie i lekko, jak ciepły oddech odsłaniający rysunek żyłek i pęknięć na oblodzonej skale, nowy świt pojawił się nad okolicami cesarskiego miasta. W gałęziach wierzb, drzew jedwabnych i platanów ożywiły się ptaki i głośno manifestowały swoją obecność, przefruwały z konaru na konar, śpiewały tęsknie, podskakiwały niespokojnie i nagle odlatywały w dal. Niknęły w różowo-błękitnej mgiełce, pojawiającej się nad górami, zlewały się z czarną poświatą, wciąż kładącą się gęstym cieniem na wzgórzach. Białawe opary unosiły się jeszcze nad ziemią, ale rzeka Wei He lśniła już wyraziście pośród coraz jaśniejszych pól i łąk. Wysoko na niebie, majestatycznie krążył orzeł i przypatrywał się ludzkiemu światu, zataczał coraz szersze kręgi, przybliżał się ku ośnieżonym szczytom, zawracał i przelatywał po linii prostej, ku miastu i samotnym rezydencjom, na jego obrzeżu. Oko drapieżnika sondowało przestrzeń w dole i zauważyło jakieś wielkie ożywienie w rozległym domostwie, stojącym przy wąskiej drodze, prowadzącej w góry. Cienie ludzi przesuwały się szybko po ziemi, klingi obnażonych mieczy i zapinki we włosach migały i lśniły czystą czerwienią odbitego słońca. Ludzie wbiegali do pokoi, otwierali drzwi do komórek i przeszukiwali je, ale największy ruch panował w ogrodzie, gdzie duży oddział wojska przeczesywał sukcesywnie każdy zakątek, każdą kępę trawy i plątaninę bambusów. Xi Lan stała w podcieniu wielkiej sali bawialnej, gdzie leżały ciała zabitych kompanów poborcy, a wokół nich zakrzepły kałuże brunatnej krwi. Spojrzała w niebo i zauważyła orła bujającego pośród lazuru, fioletu i żółcienia. Operacje światła i jaskrawość kolorów spowodowały, że wzięła go za pierwszego sępa, który z daleka wyczuł krew. Splunęła siarczyście na podłogę, przydeptała plwocinę nogą i ze złością przypatrywała się żołnierzom na podwórku. Z boku sali, gdzie Ai zemścił się na mordercach, tuż przy zakręcie podestu, biegnącego wokół domu, zgromadziła się spora grupa kobiet i dzieci. Stara podeszła do nich i nie zważając na płacz i krzyki przerażenia, odepchnęła wszystkich od okna. Jednocześnie zerknęła do środka i poczuła zimny pot na plecach, gdy wyodrębniła z mroku najokrutniejszych zauszników Wanga, teraz leżących we krwi, martwych i szybko zaczynających się rozkładać. Przeniosła wzrok na pięknie odzianego mężczyznę, który na środku podwórka wydawał rozkazy żołnierzom, wysłał umyślnego do pałacu i wrzeszczał na maruderów. Przypomniała sobie jego wyjście w nocy i schadzkę z jedną z kobiet, zamyśliła się głęboko, ale po chwili odruchowo, przekręciła głowę w prawo i lewo, jakby zaprzeczyła czemuś, co ja nurtowało.

            Nagle rozległ się krzyk przy wielkiej studni i zewsząd zaczęli do niej zbiegać żołnierze, kobiety i dzieci, a nawet pojawiło się paru starców, którzy wegetowali przy bogatym domu, wykonując czasem jakieś proste prace. Silni żołnierze zdjęli wielką pokrywę i oczom ciekawskich ukazał się widok mrożący krew w żyłach. Na dnie pływało martwe ciało wszechmocnego poborcy, a na nim leżała odcięta psia głowa. Korpus zwierzęcia zanurzył się w zabarwionej na czerwono wodzie, tak, że nie było go widać i powstała zdumiewająca kompozycja, jakby specjalnie spreparowana. Wang unosił się na powierzchni twarzą ku górze, a psi łeb leżał pośrodku jego piersi, tuż za szerokim pasem z licznymi ozdobami. Krzyki i lamenty wzmogły się, ale szybko nadeszli pozostali żołnierze i zaprowadzili porządek, ustawiając się w trzy kręgi wokół miejsca czerpalnego. Przyniesiono dwie długie drabiny i wsunięto je do głębokiej jamy, zaraz też zeszli po nich trzej młodzieńcy i pokrzykując na siebie, wydobyli ciało Wanga z wody, a potem wspinając się wolno, szczebel po szczeblu, donieśli je na skraj studni. Tutaj przejęli je inni żołnierze i przetransportowali na noszach do tego samego pokoju, gdzie leżeli inni zabici. Trup Wanga wyglądał  groteskowo, jego rysy twarzy zapadły się i sprawiał teraz wrażenie, że jest groźnym demonem, o którym niańki opowiadają dzieciom, by zmusić je do zaśnięcia. Stara opiekunka i inne kobiety uklękły przy poborcy, rwały włosy z głowy i głośno lamentowały. Niektóre z nich lały prawdziwe łzy, a inne udawały tylko i czasem pojawiał się na ich ustach grymas, który ktoś mógłby wziąć za rodzaj uśmiechu, głębokiej ulgi lub zadowolenia. Jakiś starzec krzyknął, że nadjeżdża wysłannik z pałacu i ciżba rozstąpiła się natychmiast, jakby rażona niewidzialną siłą. Starucha wstała z klęczek i powoli, z ociąganiem, jakby się czegoś bała, podeszła do drzwi. Wiele lat żyła już na tym świecie i wiedziała, że przyjazd cesarskiego wysłannika i jego oddziału nie wróży niczego dobrego, tym bardziej, że na wszystkich domownikach spoczywał obowiązek ochrony poborcy Wanga. Spojrzała raz jeszcze na Liu, ulubioną kucharkę swego pana, którą widziała w nocy z Gao i zamyśliła się głęboko.

                Oddział dwunastu konnych wraz z dowódcą, minął szeroko otwartą bramę i wjechał z impetem na dziedziniec domostwa. Wszyscy ludzie upadli na kolana i pochylili głowy w geście pokory i uwielbienia. Dowódca szybko zeskoczył z konia i starucha spostrzegła, że jest to groźny Czen, który wielokrotnie już bywał u Wanga, wsławiając się niespotykanym okrucieństwem, pijackimi bójkami i dręczeniem kobiet, podczas zabaw z nimi. Kiedyś wykorzystał nawet jej stare, pomarszczone ciało do swoich swawolnych fantazji i poranił ją strasznie nożem. Musiał ją jednak dobrze zapamiętać, bo skierował się prosto do niej i nie czekając na jakiekolwiek wyjaśnienia, kopnął w brzuch, tak, że poleciała kilka metrów w bok. Jednocześnie wyciągnął z pochwy zakrzywiony miecz i stanął nad nią, wykonując taki ruch, jakby chciał ściąć jej głowę.

– Dlaczego, wściekłe psy, nie upilnowaliście swojego miłościwego pana…? – krzyknął i jeszcze wyżej podniósł ostrze nad głową Xi Lan.

Stara zauważyła to, przesunęła się trochę w bok, jeszcze niżej pochyliła czoło i szybko krzyknęła:

– Panie! Jeśli mnie zabijesz, nie dowiesz się nigdy, co tutaj naprawdę się stało…

Czen powstrzymał miecz, tuż przed tym jak chciał już ściąć głowę kobiety. Teraz opuścił go powoli i chwycił ją za siwe włosy, szarpiąc tak gwałtownie, że pokaźny pęk został mu w ręku. Xi Lan jęknęła bolesnie, ale też szybko się opanowała i zaczęła pośpiesznie mówić:

– Panie, tutaj była nocna zabawa i nasz pan, i dobroczyńca, Wang, pił piwo z przyjaciółmi. Przygotowałam mu młodą kobietę ze wsi, która potem zniknęła…

– To ona go zabiła…? – spytał z niedowierzaniem Czen i zaśmiał się szyderczo – Jeden z największych żołnierzy, jakich znałem…? Zabity przez dziewczynę…?

– Musiała mieć wspólników, bo na ciele naszego pana są rany od strzał… Nie zdołałaby też wrzucić go do studni… Była  bardzo drobna…

– Gadaj stara ropucho co widziałaś, bo zaraz skończy się twój plugawy żywot! – krzyknął Czen i znowu wzniósł nad nią połyskujące świetliście ostrze.

– Panie, panie, ja jestem niewinna, zawsze dobrze służyłam mojemu dobroczyńcy i kochałam go. Często w nocy wychodziłam ze swojej komórki, stawałam pod jego pokojem i słuchałam jak równo oddycha we śnie… Tej nocy też wyszłam i coś zobaczyłam…

– Gadaj co widziałaś zapluta żmijo, bo zostało ci już tylko kilka chwil życia…

Xi Lan przeraziła się nie na żarty, ale postanowiła zagrać o wszystko. Nie bacząc na coraz groźniejsze oblicze gościa, uniosła się na nogach i szepnęła:

– Panie, pozwól mi wskazać ci tych, którzy mogli uczestniczyć w tej zbrodni… Widziałam w nocy…

W tym momencie zimne ostrze miecza przylgnęło do jej szyi, ale po chwili Czen, jakby coraz bardziej opanowany, jakby przypominający sobie o celu swojej misji, nakazał jej wejść do sali, gdzie leżeli zmarli. Tam, przy trupie Wanga i towarzyszy, starucha opowiedziała mu o pięknej Czao z pobliskiej wsi, gdzie egzekutor zabił jej rodzinę, a wcześniej wyciął w pień familię jakiegoś wieśniaka, który nie zapłacił daniny. O tym wszystkim usłyszała podczas pijackiej zabawy i teraz bała się, że Czen oskarży ją o podsłuchiwanie.

– Tylko tę dziewczynę ocalili i przywieźli tutaj – mówiła – A ja przygotowałam ją na noc naszemu panu. Była dziewicą i jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie w życiu widziałam.

– Kobra też ma piękny ornament na skórze, ale zabija bez litości… – powiedział ze złością Czen i gestem ręki dał znać by mówiła dalej.

– Masz rację panie, wielki jak Żółty Cesarz, oby słońce świeciło jak najdłużej nad twoją głową… Może jednak pomógł jej ktoś stąd, bo widziałam w nocy…

– Co widziałaś? – ożywił się przyjezdny i wyprostował, jakby osiągnął to, po co tu przybył.

Przez cały czas rozglądał się też po domostwie i szacował wzrokiem dobra zgromadzone przez Wanga. Zauważył piękne, rzadkie, starożytne nefrytowe krążki, wiszące przy oknie. Dobrze znał ich wartość i magiczną moc i trochę się ich bał, bo w głębi duszy wierzył w smoki, wielkie jaszczury i umarłych, powracających po śmierci. Zauważył, że gospodarz zgromadził wiele wspaniałych sprzętów, spośród których najbardziej spodobały mu się brązowe naczynia fangding, zoomorficzne pojemniki gong, kielichy gu, puchary z inkrustowanej kości słoniowej, podpory bębnów w postaci ptaka z rogami jelenia i sporo pojemników na alkohol, z rączkami przedstawiającymi skrzyżowanie kota ze zwierzętami kopytnymi. To wszystko walało się teraz we krwi, w sali pełnej trupów, ale Czen potrafił sobie wyobrazić ile niezwykłych dóbr jest jeszcze w całej posiadłości Wanga, który przecież przez wiele lat sprawował swoją funkcję. W myślach zobaczył łup, jaki wywiezie stąd przed zachodem słońca, ale teraz potrzebował wiarygodnego winnego i jak najmniej świadków swojej wizyty. Wiedział, że może liczyć na swoją zaufaną drużynę, uknuł już plan i nie bardzo chciało mu się słuchać staruchy. Nie potrzebował już jej, ale zapytał raz jeszcze:

– Co widziałaś…?

– Gao, młody dowódca strażników, wyszedł w nocy do ogrodu, na schadzkę z panią Liu, naszą kucharką… Ale może był inny cel ich wyjścia przy księżycu…? – powiedziała i przymknęła ze znużenia powieki, jakby sama zawstydzona ogromem kłamstwa.

Czen miał już w głowie swój plan i postanowił wyeliminować wszystkich, którzy mogliby przeszkodzić mu w jego realizacji. Przysunął się do Xi Lan, wyciągnął krótki miecz i z rozmachem wbił jej w brzuch. Jednocześnie przycisnął dłonią usta tak, by nie zdołała wydać tchnienia, a puścił je dopiero, gdy wypłynęła z nich krew. Z niesmakiem otarł rękę o mokry strój Wanga i wyszedł na zewnątrz. Przywołał jednego ze swoich żołnierzy i nakazał zamknąć wrota na podwórze, a potem wymordować wszystkich. Ludzie stale klęczeli na dziedzińcu i na krużgankach, więc towarzysze Czena nie mieli zbyt wiele kłopotu, by pozbawić ich życia. Dopiero konkubiny w pokojach, służba i dzieci narobiły sporo hałasu, ale i ten ucichł po jakimś czasie. Ocalono tylko czterech żołnierzy oraz piękną kucharkę Liu. Nakazano im znosić puchary i wazy do wozów, pakować w słomę, przetykać sianem tak, by nic się nie zbiło. Kiedy już najwartościowsze rzeczy zrabowano, Czen przywołał Gao i jego ukochaną Liu, a potem wskazując martwą Xi Lan, powiedział:

– Wiem o tym, że wyszliście w nocy na schadzkę i ta starucha oskarżyła was o to, że pomogliście mordercom Wanga…

– Panie – zawołał Gao i skoczył mu do nóg – My się kochamy i poszliśmy do ogrodu by się spotkać… Nikogo i niczego nie widzieliśmy… – mówił, drżąc ze strachu i przerażenia.

Liu klęczała przy nim i łkała cichutko, jakby bała się, że nawet jej płacz może spowodować wściekłość Czena. Ten przyjrzał się mężczyźnie i kobiecie, zauważył ich urodę i dbałość o szczegóły ubioru oraz uczesania. W końcu powiedział:

– Wiecie, że cesarz nie uwierzy w waszą opowieść i każe was zabić…

Liu głośniej załkała i łzy pojawiły się też na policzkach Gao, którego ręce i nogi trzęsły się teraz jakby były z galarety.

– Możecie jednak ocalić życie, jeśli potwierdzicie moją relację przed naszym władcą… – ciągnął dalej Czen – Powiecie mu, że wieśniacy napadli i złupili dom, wszystkich pozabijali, a tylko wy ocaleliście, bo ukryliście się w zaroślach.

– Panie, powiemy wszystko, co nam każesz… – uchwycił się tej szansy na przeżycie Gao.

– Potrzebuję kucharki, a ty bardzo dobrze gotujesz… – powiedział – Pamiętam te posiłki, które tutaj dostawałem, podczas moich paru wizyt u Wanga.

Powiedział to i uważniej przyjrzał się Liu, która mogła mieć około czterdziestu lat, ale zachowała wiele z młodzieńczej urody. Lubił takie kobiety i pomyślał, że jak już pozbędzie się Gao, to może uczyni ją swoją kochanką. Klęczący przy nim młodzieniec dojrzał złowrogie błyski w oczach Czena i jego bezczelne spojrzenie, którym szacował wartość kobiety. Zadrżał jeszcze bardziej niż przed chwilą, gdy myślał, że idzie na śmierć, ale teraz nie było sposobu, by przeciwstawić się jego sile.

– Zostaniecie tutaj i przypilnujecie wszystkiego… – oznajmił Czen – My mamy coś do załatwienia we wsi… Niebawem wrócimy i wtedy pojedziecie z nami na dwór… Tam potwierdzicie moją relację i pozwolę wam żyć pod moim dachem… Ale jeśli któreś z was piśnie choćby słowo o tym, co tutaj się stało, natychmiast zetnę głowy…

– Dziękujemy Panie… – zawołał w uniesieniu Gao.

 – Zrobimy co każesz – dodała Liu i pokłoniła się przed wysłannikiem cesarza.

Słońce było już w zenicie, gdy grupa ubranych na czarno jeźdźców, ruszyła rozmiękłym traktem w kierunku wsi, leżącej za najbliższymi górami. Ich krótkie cienie przemykały po stokach, pojawiały się fragmentarycznie na korze drzew i na kamieniach, aż wreszcie zniknęły za rumowiskiem skalnym i bambusowym lasem. Na kolczastym krzewie dzikiej róży usiadła szaro-rdzawa dzierzba, z małą jaszczurką w dziobie i zaczęła nadziewać swój łup na długi cierń. Kropelki rzadkiej krwi, jedna po drugiej, kapały na liście i kwiaty, a jedna z nich, przy silniejszym powiewie wiatru, spadła wprost na ziemię i szybko wsiąkła w piasek.

BROMBERG (7)

Przez szparę między storami Józia lękliwie obserwowała rynek i cały czas robiło się jej niedobrze. Pani Jadzia stała przy drugim oknie i czasem komentowała to, co widzi, raz po raz pochlipując cicho. Zauważyła, że tym razem przywieziono mniej zakładników i ustawiono ich, tak jak dzień wcześniej, przed frontem kościoła pojezuickiego imienia Ignacego Loyoli i budynkiem Muzeum Miejskiego. Sześć ciał rozstrzelanych wczoraj mężczyzn wciąż leżało pod podwyższeniem, prowadzącym do drzwi świątyni, a przywiezieni stali sztywno, z podniesionymi rękami, w pięciu nieregularnych szeregach. Po drugiej stronie placu stał grubawy, mały oficer, do którego co jakiś czas podbiegali adiutanci i składali meldunki, a on raz po raz spoglądał na zegarek i z dezaprobatą potrząsał głową. Dopiero, gdy zbliżył się do niego młody oficer i zasalutował, uspokoił się i z rękoma opartymi o boki wielkiego brzucha, kiwał głową i coś w ożywieniu komentował.

– Ludzie mówią, że przywożą ich z koszarów artylerii, z ulicy Gdańskiej… – odezwała się kobieta, wycierając nos chusteczką i popłakując – Biedni ludzie, wczoraj zabili tutaj trzech braci Hanusiaków, których matkę dobrze znam. Nawet dwóch ważnych księży zamordowali…

Józia spojrzała z przestrachem na nią, zachwiała się lekko na nogach, ale przytrzymała się framugi okna i dalej obserwowała to, co dzieje się za nim. Nie była pewna, ale zdawało się jej, że przybyły młody oficer to ten sam, którego pierwszy raz zobaczyła przy szwederowskim kościele, a potem przed domem Spatzów. Serce biło jej jak młotem, na czole pojawiły się malutkie kropelki potu a łydki tak drgały, że musiała co jakiś czas przekręcać półbuty. Po kilkunastu minutach młody Niemiec zaczął chodzić pomiędzy zakładnikami i wskazywać tych, których szeregowcy natychmiast popychali kolbami karabinów do pierwszego szeregu.  Trwało to dość długo, tak jakby oficer rozkoszował się tym, co robił, albo jakby chciał popisać się przed starszym rangą wojskowym. Wyodrębniono osiemnastu mężczyzn w różnym wieku, ubranych elegancko i noszących robocze ubrania, w paltach i marynarkach, albo tylko swetrach lub koszulach. Było ciepło, ale słońce schowało się już za domy, a jasna smuga widoczna była tylko za tymi, których młodzieniec skazał na śmierć. Nagle jeden ze stojących w rzędzie zerwał się do biegu i zaczął uciekać w stronę ulicy Batorego. Józia spostrzegła tylko jak ruszył przed siebie i jak lufę karabinu wycelował w niego wysoki żołnierz, a potem rozległy się trzy głośne strzały, jeden po drugim. Młody oficer roześmiał się teatralnie, wskazał leżącego na ziemi i pogroził palcem pozostałym mężczyznom. Coś też do nich powiedział, ale dziewczyna i towarzysząca jej kobieta, nie mogły tego usłyszeć.

– Pewnie zabili biedaka… – powiedziała pani Jadzia i podeszła na chwilę do dalej ulokowanego okna, przy którym stała dziewczyna.

Nieco szerzej rozchyliła storę, ale nie mogła dostrzec tego, co stało się za załomem jej domu.

– Nie zobaczymy go stąd, ale przecież nie miał szans… Tylko wykazał odwagę… Choć i ona na nic się zdała… – ciągnęła wywód kobieta.

Żołnierze odprowadzili dwa szeregi mężczyzn na bok, zostawiając przed kościołem tylko pięciu z nich i po chwili dołączając jeszcze jednego, młodego nieszczęśnika, który dramatycznie dotykał swoich piersi i płakał żałośnie, szukając raz po raz kontaktu wzrokowego z najbliżej stojącymi żołnierzami, albo z krążącym po placu dowódcą. Ten stanął naprzeciw skazańców i wygłosił jakąś krótką mowę, raz po raz grożąc mężczyznom wskazującym palcem prawej ręki, okrytej czarną, skórzaną rękawiczką. Pośród wybranych do rozstrzelania zakładników stał jakiś otyły ksiądz w sutannie, może sześćdziesięcioletni, a może starszy. Strasznie trząsł się i raz po raz chwiał na nogach, aż wreszcie upadł na kolana, a potem na prawy bok. Natychmiast skoczył do niego dowodzący egzekucją oficer, chwycił karabin od najbliżej stojącego żołnierza i zaczął nim masakrować kapłana. Milczący tłum, spędzony na rynek i stojący po jego drugiej stronie, wydał przeraźliwy krzyk, ale gdy tylko oprawca zlustrował wzrokiem pierwsze jego szeregi, znowu zapadła cisza. Nagle z głośników  zamontowanych na wojskowych samochodach zaczął dobiegać butny głos Hermanna Göringa. Józia poczuła jak drży szyba i wyodrębniła niektóre straszliwe słowa, pośród których powtarzały się zwroty bez litości…, führer…, Rzesza…, zostaną zlikwidowani… Po odtworzeniu tego przemówienia, młody dowódca przywołał ruchem ręki pluton egzekucyjny, który zaczął maszerować w kierunku rzędu mężczyzn, stojącego już przy kościele. Żołnierze w wypolerowanych hełmach, szaro-niebieskich mundurach formacji lotniczej i lśniących, czarnych oficerkach, ustawili się dziesięć metrów od skazańców, unieśli karabiny i czekali na komendę. Ich dowódca stanął w połowie odległości od szeregu, ale odsunął się znacznie w stronę wąskiej ulicy, wychodzącej z rynku. Odwrócił się w stronę grubego oficera, a gdy dostrzegł jego znak, lekkie poruszenie głową, podniósł rękę i krzyknął tak głośno, że nawet Józia i pani Jadzia usłyszały komendę.

– Ognia…!!!

Palba była tak potężna, że szyby w oknach zapiszczały, a gołębie siedzące na gzymsach kościoła i dachach, natychmiast zerwały się do lotu i zaczęły wielkim stadem okrążać rynek. Józia jeszcze zobaczyła jak zabijani mężczyźni wyrzucają w górę ramiona i padają bezwładnie na ziemię, a wokół nich szybko pojawiają się wielkie kałuże krwi. Odwróciła głowę od okna i osunęła się na ziemię zemdlona, na szczęście padając z dala od rzeźbionego oparcia fotela. Koleżanka jej matki pobiegła natychmiast po wodę do kuchni i wzięła też niewielki, namoczony ręcznik. Przyłożyła go do czoła dziewczyny i zaczęła nacierać jej skronie, unosić rytmicznie ręce i naciskać uda. Pobudzenie krążenia przywróciło świadomość Józi, a gdy napiła się zimnej wody, mogła dźwignąć się na tyle, że z pomocą towarzyszki znalazła się w wygodnym fotelu. Jeszcze dwa razy kobiety usłyszały głośne palby, ale nie miały już siły podejść do okien, tym bardziej, że obie płakały i przez łzy świat jawił się im rozmazany i bezkształtny.

 – Przepraszam dziecko, że kazałam ci na to patrzeć, ale przyjdzie taki czas, że dasz świadectwo tym chwilom – ze smutkiem powiedziała starsza kobieta, a potem dodała – Nie możesz w takim stanie iść do domu, musisz tutaj zostać do jutra… Choć, położę cię do łóżka…

Dziewczyna z ogromnym trudem zwlekła się z fotela i podtrzymywana przez panią Jadzię, powędrowała do szerokiego łoża, stojącego w drugim pokoju, oddalonym od hałasów na rynku i tego, co tam się działo. Zasnęła niemal natychmiast i nawet nie poczuła, że kobieta leciutko ściągnęła jej sukienkę, pończochy i buty. Przeżycia tego dnia i to, co zobaczyła, uruchomiły w niej wir obrazów i nieomal natychmiast zaczęła śnić. Szła przez mroczny las, lękliwie spoglądając na boki i często odwracając się do tyłu, aż nagle zobaczyła przed sobą dwa światła zbliżającego się samochodu. Stanęła z trwogą i czekała w wielkim napięciu, aż pojazd dojedzie do niej, ale moc lamp była tak duża, że osłoniła oczy ręką. To był wielki odkryty Mercedes, a w środku siedziało stado czarnych panter, z opaskami nazistowskimi na łapach. Gdy samochód ją mijał wielkie dwa koty z przodu zmieniły się w Hitlera i Göringa, a pozostałe zafalowały w przestrzeni i stały się grubym dowódcą egzekucji, jasnowłosym Willim i żołnierzami z plutonu egzekucyjnego. Samochód zatrzymał się przy niej, Hitler wstał z siedzenia i patrząc na nią przenikliwie ślepiami leoparda zapytał:

Czy jesteś niemieckim dzieckiem…?

Józia przerażona potrząsnęła przecząco głową, a gdy zobaczyła, że wszyscy pasażerowie Mercedesa sięgają do kabur pistoletów, zaczęła uciekać w zarośla przydrożne. Słyszała z wielką intensywnością jak w powietrzu  śmigają kule, a histeryczny śmiech Niemców odbija się echem w całym lesie. Nagle zobaczyła wielki dół i bez wahania skoczyła do niego, ale okazał się nową pułapką, bo przeniknęła widzialną przestrzeń i zaczęła gdzieś spadać, lekko zsuwać się z gładzi powietrza, jak liść klonu, jak gołębi puch. Nagle, niczym z zaświatów usłyszała wyraźnie wołanie matki:

Józia…!!! Józia…!!! Obudź się dziecko…!!!

Otworzyła oczy i zobaczyła, że jest już ranek, a przy jej łóżku stoi pani Jadzia i jej mama, zapłakana i przestraszona nie mniej od niej.

Wybacz Franiu, niepotrzebnie kazałam jej patrzeć na tych morderców powiedziała.

– Serce mi stanęło, gdy wczoraj wieczorem nie wróciła do domu. Nie spałam całą noc, a wczesnym rankiem ruszyłam jej śladem i stanęłam pod twoimi drzwiami – odpowiedziała matka Józi.

– Mamo, ja chcę już wracać do domu – odezwała się Józia.

– Tak dziecinko, już wracamy… – powiedziała Franciszka – Już wracamy…

SZKATUŁKA Z LAKI (1)

Miałem pięć lat i świat nagle eksplodował w mojej świadomości niczym kolorowa kula świątecznych ogni, cudownych chińskich fajerwerków, pojawiających się raz po raz na granatowym niebie. To wtedy po raz pierwszy usłyszałem w sobie harmonijną muzykę, jakby barokowe koncerty Jerzego Fryderyka Haendla, i wszystko zaczęło mnie ciekawić, wszystkiemu przyglądałem się z natężoną uwagą, jakbym chciał w pełni zrozumieć struktury i kształty, kolory i zapachy, właściwości i smaki. Mogłem tkwić przy oknie kilka godzin i przyglądać się osom i muchom, mozolnie pnącym się po tafli szkła, albo przystawać w kącie pokoju i patrzeć jak pająk zabija ćmę i wysysa z niej wszystkie soki. Małym paluszkiem dotykałem główkę zielonej żaby, usadowionej przy wielkiej kałuży albo próbowałem schwytać małą jaszczurkę wygrzewającą się na murze. Lubiłem też głaskać gołębie, które ojciec pokazywał mi w swoim gołębniku i studiowałem z uwagą ich dziwne, czerwone lub pomarańczowe oczy. Siadając na niewielkim chodniku z chropowatych cegieł, przyglądałem się też roślinom, kiełkującym pomiędzy nimi, a moją uwagę szczególnie przyciągały taszniki z sercowatymi owocami na cienkich łodygach. Zdarzało się, że zjadałem te serduszka, nie wiedząc, że są w nich malutkie nasionka, przydające im gorzkawego smaku. Wszystko było zdumiewające – białe larwy wyskrobane z czarnej ziemi, mrówki przemykające pomiędzy kamieniami, biedronki wspinające się na kolczaste osty i szewczyki w ogrodzie, tysiącami oblepiające korę śliw i jabłonek. Po całym dniu, gdy mama układała mnie do snu w pachnącym łóżku, a ciepło i błogość rozlewały się we mnie, zamykałem oczy i czekałem aż sen wprowadzi mnie do tajemnych krain, w których rozmywały się kształty, wracały zdarzenia sprzed narodzin, a demony toczyły walki z aniołami. Wiele razy budziłem się wtedy z krzykiem, chciałem gdzieś uciekać, czegoś się złapać, coś od siebie odepchnąć i dopiero czuły szept mamy uspakajał mnie i pozwalał zagłębić się we śnie. Podbiegał też wtedy do mnie mały piesek, wskakiwał na łóżko i rozkładał się w moich nogach, kojąc swoim ciepłem ból i tępą rozpacz. Zasypiałem spokojnie i rozpływałem się w poczuciu szczęścia, absolutnego bezpieczeństwa, a obrazy, napływające do mojej świadomości miały intensywne barwy, były ciepłe i delikatne jak sierść śpiącego ze mną pieska. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że małe serce nieustannie kurczy i rozkurcza się we mnie, krew krąży w przestronnych arteriach żył, a w głowie czuwa nade mną i nad tym, co dzieje się w ciele, dziwna galaretowata materia, wciąż rozrastająca się i znajdująca dla siebie miejsce w powiększającej się czaszce.

Nie wiem jaki to był dzień tygodnia, może wtorek, środa, czwartek, a może poniedziałek lub piątek, na pewno nie sobota lub niedziela, bo wtedy mama byłaby w domu. Gdy jednak chodziła do pracy i ojciec miał dyżur w fabryce rowerów, pilnowała mnie babcia Marta lub prababcia Eliza, która musiała do nas przychodzić z ulicy Strzeleckiej. Najbardziej lubiłem mamę mojej mamy, bo jej rodzicielka bywała dla mnie zła, eksperymentowała z moją wrażliwością, burząc konstrukcje z klocków, lub strasząc mnie Żydami.

– Już idą do ciebie Żydzi szczeniaku, złapią cię i przerobią na salceson – mówiła cedząc słówka i rozkoszując się ich brzmieniem.

Płakałem przerażony i uciekałem do pokoju, chowając się pod łóżkiem albo w szafie, pomiędzy płaszczami, kurtkami i miękkimi, wełnianymi szalami. Potrafiła wtedy wolno otwierać drzwi i zbliżać do mnie twarz wykrzywioną w jakimś demonicznym grymasie. Mama nie rozumiała dlaczego tak się jej boję, ale po jakimś czasie przestała ją prosić o opiekę nade mną, częściej zostawiając mnie z Martą. Jakże lubiłem to jej krzątanie się przy garnkach i dawanie mi raz po raz kawałków kurczaka z rosołu, pięknie uformowanych klopsów albo wołowych kości, bym wyssał z nich smakowity szpik. Tego niewiadomego dnia babcia posadziła mnie przy stole i nie wiedzieć skąd wyjęła piękną, czarną szkatułkę z chińskiej laki, składającą się z trzech płaskich pojemników, wypełnionych najprzeróżniejszymi skarbami. Oczy roziskrzyły mi się i po podniesieniu wieczka z żurawiami, lecącymi w stronę zachodzącego słońca, zacząłem powoli grzebać w pierwszym pudełku, oklejonym od środka czerwonym jedwabiem.

Już w górnym pojemniku zauważyłem kilkanaście kolorowych guzików różnych rozmiarów, jakieś ozdobne spinki do włosów, niewielkie szpulki kolorowych nici i igieł.

– Tylko bądź ostrożny i nie wbij sobie igły lub szpilki w paluszek – przestrzegła mnie babcia.

Szpilek było sporo, ale najbardziej ciekawiły mnie te z kolorowymi, plastikowymi łebkami, częściowo wpięte w małą jedwabną poduszeczkę lub walające się pomiędzy innymi przedmiotami. Chwytałem je delikatnie i wbijałem obok innych, neutralizując niebezpieczne ostrza. Guziki rozkładałem na stole, grupując je według wielkości i kolorów. Babcia zauważyła to i postawiła przy mnie kilka niewielkich, białych miseczek i zasugerowała bym je wykorzystał przy segregacji. Były tam też kolorowe wstążki, zdobione złotem lub gładkie – różowe i błękitne, turkusowe i żółte. Owijałem je wokół palców, a potem odkładałem na bok, sięgając jeszcze po niewielkie drewniane szpulki z barwnymi nićmi, lśniące pazłotka i sreberka, jakieś gumki i niklowane śrubeczki. Nagle odsłoniłem też pięknego żołędzia i nieco pomarszczonego kasztana, a w samym rogu leżał duży orzech laskowy. Chwyciłem go kciukiem i palcem wskazującym i uniosłem do góry, oglądając z każdej strony, a potem włożyłem do jednej z pustych miseczek, lokując tam też żołądź i owoc kasztanowca. W prawym rogu znalazłem złocisty woreczek z zaciągniętym sznureczkiem, w którym był niewielki, ozdobny kluczyk z papierkiem, na którym były jakieś napisy, wtedy jeszcze tajemne dla mnie. Czytać nauczyłem się dopiero w wieku siedmiu lat, gdy poszedłem do pierwszej klasy szkoły podstawowej. W tamtej chwili napisy były więc dla mnie tajemniczymi runami, nie do rozszyfrowania, ale czułem, że zakodowana w nich informacja jest bardzo ważna. Z drugiego rogu wydobyłem srebrny łańcuszek z czerwonym serduszkiem w złotej oprawce i długo przekładałem go z ręki do ręki, unosiłem w górę i rozkoszowałem się czerwonym światłem, połyskującym w krysztale. Babcia co jakiś czas popatrywała na mnie, albo przystawała przy mnie, gdy wtykała mi do ust kolejny smakołyk.

– Nie zgub tego serduszka, bo dostałam go od pierwszego chłopaka – powiedziała z dziwnym uśmiechem i rozmarzyła się – Ach, jaki on był silny… jak mnie przytulał i gorąco całował… Mój biedny Janek… Zginął w pierwszych dniach wojny, rozstrzelany przez Szwabów na Starym Rynku…

Zauważyłem łzę spływającą po policzku babci i też zrobiło mi się bardzo przykro. Może bym zapłakał nad tragedią nieznanego Janka, ale zauważyłem w dolnym rogu pudełka jakiś dziwny, mały mechanizm. To były połączone ze sobą kółeczka i zębate trybiki, gałeczki z masy perłowej i pstrykające głośno plastikowe przełączniki. Zapewne była to jakaś część zegara, a może element ruchomej zabawki – mógł to też być mechanizm dawno zamilkłej pozytywki lub aparatu fotograficznego. Długo bawiłem się nim, naciskając tu i tam, przekręcając kółka i wciskając najmniejszy palec w wolną przestrzeń pomiędzy nimi. Odłożyłem to dziwne urządzenie do innej miseczki i sięgnąłem po kolorową, szklaną kulkę wielkości orzecha włoskiego, rozkoszując się jej gładkością i barwami, przechodzącymi jedna w drugą, przenikającymi się jak na palecie malarskiej.

Nagle moją uwagę przykuł duży pierścionek z szafirowym kamieniem, mieniący się kolorami tęczy i jakby domagający się uniesienia w górę, wyodrębnienia z bezładu i bałaganu w pudełku z laki. Był za duży na moje palce i nie pasował nawet na kciuka, zsuwając się natychmiast na stół i generując metaliczny hałas, który zainteresował babcię.

– Co ty tam znalazłeś mały? – babcia była szczerze zdumiona i podchodząc do mnie powiedziała – To przecież mój pierwszy pierścionek zaręczynowy… Dostałam go od… a nie ważne od kogo… kurwa go mać… od początku mnie oszukiwał, mówił, że to złoto i szafir, a okazało się, że to jest tombak i szkło… Rzuciłam go w cholerę i zemściłam się srodze…

Z niesmakiem odłożyłem pierścionek, tym bardziej, że słowo tombak połączone z kurwa go mać wydało mi się wyjątkowo odrażające, mające w sobie jakieś zło, kosmiczną destrukcję, pierwotne kłamstwo. Zaraz też sięgnąłem po pyszną, srebrną broszkę z kwietnymi ornamentami na bokach, a w środku imitującą rozkwitłą margerytkę. Niestety chwyciłem tę ozdobę tak niefortunnie, że mój wskazujący palec prawej ręki nadział się na zakończenie igiełki zapinającej, umieszczonej z tyłu i będącej ukrytym zagrożeniem. Syknąłem prawie bezgłośnie, a na palcu natychmiast pojawiła się malutka kropelka krwi. Wsadziłem go więc do ust, by babcia nie zauważyła mojego błędu i nie zabrała mi szkatułki ze skarbami. Poczułem słony smak krwi, mający w sobie jakiś pogłos dalekiej tragedii, jakąś informację o tym, co wydarzało się od wieków i było przekleństwem całej ludzkości. Po jakimś czasie krew przestała się sączyć i mogłem sięgnąć po dwa klipsy, przypominające broszę i zapewne stanowiące z nią komplet. Jeden z nich miał ukruszone szklane ozdoby i połyskiwał niklem, ale drugi nie miał defektów i zapewne wiele razy bywał przypinany do miękkiej małżowiny usznej babci. Zaciekawiły mnie mechanizmy zatrzaskowe klipsów i z lubością otwierałem je i zamykałem na dopiero co zranionym, wskazującym palcu, co było dość bolesne. Jeszcze wyodrębniłem niewielkie kolorowe, płaskie, plastikowe kółeczka służące do gry w „Pchełki” i szklane koraliki z jakiegoś zerwanego sznura, pośród których była też jedna autentyczna perła. Obejrzałem ją pod światło, zauważyłem różowawe odcienie, a potem odłożyłem do miseczki z żołędziem, laskowym orzechem i kasztanem, w  jakiś tajemny sposób czując, że należy do tych samych tworów natury. Zbliżał się czas obiadu i babcia odsunęła moje skarby i miseczki na bok stołu, kładąc przede mną talerz, na którym po chwili pojawiły się dukane ziemniaki, marchewka z groszkiem i kawałek mięsa ze schabu, smakowicie oblany brązowym sosem.

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (12)

Od dłuższego czasu jasnowłosa Angel pojawiała się w jego snach, przychodziła nago w nocy i nad ranem, siadała na brzegu łóżka i długo patrzyła jak równomiernie oddycha. A potem budziła go ciepłym oddechem o zapachu truskawek i wiśni, jak w piosence Nancy Sinatry i Lee Hazlewooda. Otwierał oczy lekko zdziwiony i próbował zrozumieć czy wciąż śni, czy może przebudził się i przeniknął senne mgły. Ona lśniła wyraziście i powoli przysuwała się do niego, aż poczuł delikatne dotknięcie ust i muśnięcie piersi o tors. Była niewielką kobietą, ale jej kształty były idealne, jakby stworzone dla niego, dopasowane do muskulatury, mieszczące się dokładnie w nim, niczym pierwotna forma w doskonałym wzorcu. Potrafiła mierzwić długie blond włosy, tworzyć z nich faliste przestrzenie, które pod światło wyglądały jak anielski puch. Unosił ją lekko nad sobą i wsuwał się delikatnie w róż, czując jak jej ciało pulsuje i promieniuje jasnym ciepłem. Złączony z nią przyciskał ją subtelnie do siebie i odpychał na chwilę, by znowu ją przybliżać. Całowali się czule, szukając połączenia ust w burzy gęstych włosów i wtedy lekko dmuchał w jej grzywkę, wędrował ustami po brwiach, dotykał rzęs i niewielkiego noska. Ich oddechy były czyste i rześkie, a aromat owoców leśnych rozlewał się w ciałach niczym w tajemniczym, prześwietlonym słońcem lesie. Jednym ruchem ręki przywoływała tysiące motyli, które zastygały nad nimi i falowały lekko, generując tęskną pieśń. W takiej chwili nie wiedział czy motyle wzniosły się z pościeli i poduszek, czy sfrunęły ze zwiewnych zasłon, barwy wciąż się rozmywały, a rozkosz lśniła na ustach jak krople porannej rosy na amarantowych różach. Jej niebieskie oczy połyskiwały pośród mroku, a delikatne złote żyłki, migały nad nim jak tajemne ogniki, potwierdzające realność chwili albo ułudę wieczności.

Przyciągnął ją silniej do siebie i przesunął lekko na bok, starając się wciąż być w niej zapięty jak drogocenny diadem na szyi księżniczki. Chwycił jej kształtne uda i rozsunął lekko, cały czas pulsując i drgając rytmicznie. Powędrował dłońmi do stóp i przysunął je ku ustom, całując leciutko każdy palec, przebiegając końcem języka aksamitną skórę, zatrzymując się na śródstopiu i chuchając leciutko w przestrzeń między najmniejszym palcem i sąsiadującym z nim nieco większym, jak wszystkie, pokrytym różowym lakierem. Spostrzegł, że miała zamknięte oczy i tonęła w rozkoszy niczym trzcina naginana przez wiatr, wsuwająca się ledwie na chwilę w toń jeziora. Całował zapamiętale stopy i podążał językiem poprzez łydki ku kolanom, a potem nagle wysunął się z niej i przybliżył usta do łona, muskając czule językiem głębię różu. Angel drżała coraz mocniej i przyciskała do siebie jego głowę, aż zaczęła oddychać pełną piersią i wyrażać to co czuła głosem głębokim, bliskim krzyku albo najczystszej pieśni. Czuł, że daje jej coś wyjątkowego i starał się muskać ją jak najdelikatniej, jak najczulej, pragnąc przekazać jej końcem języka energię z innych światów i innych miłosnych spotkań. Gładził rękoma miejsce, gdzie kończą się uda, czasem dotykając je białymi zębami albo chwytając ustami aksamit skóry, czując, że tonie i zapada się w niewidzialnym krysztale. Teraz czuł wyraźnie, że wciąż śni, chociaż jej ciało było tak realne, obfite piersi ginęły w jego dłoniach i wysyłały wciąż subtelne ciepło, a na udach pojawiły się smużki potu. Jej ruchliwość rymowała się z barwnymi oparami, przesuwającymi się nad nim, nicującymi motyle, anioły i barwne mozaiki znaczeń. Na chwilę otworzyła oczy i uśmiechnęła się lekko, jakby chciała go zachęcić do dalszej aktywności, jakby wypowiadała bezgłośną prośbę by ta chwila nigdy się nie skończyła, by rozpalony blask nigdy nie zgasł, a dotyk jego skóry był tak samo wyrazisty jak oddech, jak smak pocałunków i ciepło rozlewające się w jej głębiach. Zrozumiał to w mig i jeszcze raz wsunął się w nią delikatnie, wypełnił sobą bolesną lukę i uruchomił w jej myślach pęd wyrazistych obrazów, ornamentów z motylich skrzydeł i anielskiego puchu.

Znowu wolno całował jej stopy, obiegał wilgotnym językiem ich kontury, wciskał się pomiędzy małe palce, a potem nachylał się nad nią i czując kosmiczną łączność, całował ją nieprzytomnie, jakby nic nie istniało, jakby istotą chwili był smak ust i giętkość języka. Znowu zapragnęła znaleźć się nad nim i przez chwilę, gdy rozłączyli się, stracił poczucie realności, utracił ją jakby utonęła w matowej mgle, jakby przepadła na zawsze. Ale przecież zaraz wróciła, skierowała się ku jego twardości i posiadła ją gwałtownie, nadając tempo grze i rozrzucając na boki rozświetlone włosy, połyskujące ogniem świec i blaskiem kielichów wypełnionych winem. Teraz całował jej dłonie, brał w usta kciuki i zaplatał jej małe palce w swoich palcach, czując jej wciąż puls, przenikając zasłonę jawy i snu. Pochyliła się nad nim i omiatała jego twarz włosami, które pachniały młodą kobietą i czymś nierealnym, jakby wydobytym z głębin rozkoszy. Jej szczytowanie przyszło nagle i trwało dość długo, by odebrać siły i dać poczucie rozmycia się w rozkoszy, pęknięcia na miliony barwnych cząstek, a potem powrotu z poczuciem spełnienia i trudnej do wyrażenia pełni. Leżeli obok siebie, jak wojownicy po walce i wpatrywali się w ciemność, a dłonie wciąż niecierpliwie wędrowały po ciałach, osaczały ciepło i rozgarniały żar. Spojrzał na nią z boku i zobaczył jak uśmiecha się tajemniczo, a potem nagle rozwija wielkie, białe skrzydła i unosi się nad łożem, zawisa w pustej przestrzeni, jeszcze ruchem ręki daje znak, że odchodzi, jeszcze uśmiechem żegna się na chwilę i na zawsze. On mdleje i widzi, że motyle formują się w fantastyczne wzory na jej skrzydłach i opalizują niczym satyna. Wszystko odpływa, wszystko znika i aksamitny sen bierze go w swoje ostateczne władanie, a czerń zamazuje wszystko dookoła. Oddycha rytmicznie i czuje, że to spotkanie było prawdziwe, ulotne jak ciepła mgiełka i realne jak bieg krwi w żyłach. Zapadając sen czuje jak jej usta znowu dotykają jego ust, jak wnika w nią bezszelestnie i zostaje na zawsze.  Na zawsze…

CZARNY NEFRYT (4)

Stara Xi Lan wcierała maść z jadu węża w skronie Czao i dziewczyna powoli zaczęła się budzić. Spojrzała w prawo i spostrzegła, że w pomieszczeniu, w którym się znajdowała, palił się wielki czerwony lampion, ozdobiony wizerunkami smoków. Znowu pojawiły się w jej świadomości straszne sceny z rodzinnego podwórka i łzy szerokimi strugami zaczęły wypływać z kącików jej oczu. Starucha namaszczała nagie ciało wonnymi olejkami i czyniła to bardzo niedelikatnie, często zadzierając paznokciami skórę. Szczególnie wiele miejsca poświęcała miejscom intymnym Czao, nieomal je pieszcząc, naciągając aż do bólu mięśnie u końca ud i na pośladkach. Patrzyła mętnymi, czarnymi oczyma na dziewczynę, zauważała jej piękno i zazdrościła jej młodości. Gdy Czao spała, delikatnie wsunęła jej wskazujący palec w łono i stwierdziwszy, że dziewczyna jest dziewicą, mlasnęła głośno, zamyśliła się na chwilę, a potem obnażyła w obleśnym uśmiechu zęby, cuchnące i poczerniałe od próchnicy. Jej praca dobiegała końca, więc odstawiła czarną misę z wonnym olejem, odsunęła kubeczki z alkoholem i octem. Sięgnęła po mokrą szmatkę i lekko muskała nią policzki, szyję i piersi dziewczyny, przykładała ją na chwilę do brzucha, obiegła nią po raz ostatni uda i łydki. Wyraźnie zadowolona, odsunęła się nieco i patrzyła na Czao, która nie przestawała cichuteńko łkać.

– Nie bój się dziecko, jesteś w domu dobrego pana, Wanga Quana, poborcy podatkowego i włos nie spadnie ci tutaj z głowy – powiedziała, siląc się na uśmiech.

Dziewczyna zaczęła głośniej płakać i starucha uszczypnęła ją boleśnie w brzuch. Chwyciła też mokrą szmatkę i machnęła nią przed oczyma Czao, tak jakby chciała ją uderzyć.

– Nie rycz głupia… – zaskrzeczała jakoś inaczej, ze złością – ciesz się, że jesteś młoda i masz coś, co jest cenne jak skarb…

Czao odwróciła głowę w drugą stronę, pomyślała, że musi być twarda i zaczęła powoli uspokajać się. Jednocześnie zauważyła, że na jedwabnej ścianie tego pomieszczenia pojawił się na moment jakiś ruchliwy cień. Serce jej zadrżało, ale przemogła się, odwróciła głowę do staruchy i udała, że się uśmiecha. Ta tylko na to czekała, natychmiast przybliżyła się do dziewczyny, z szelmowskim śmiechem pocałowała ją w brodawkę prawej piersi i klasnęła cicho w dłonie.

– Wiedziałam, że jesteś rozsądna… – zasyczała jak żmija – Pan Wang da ci wielkie szczęście, bo to silny mężczyzna, potrafiący rozpalić rozkosz w kobiecie… Musisz tylko być uległa i pozwolić mu na wszystko… Na początku trochę poboli, a potem już czekać będziesz na niego niecierpliwie i zapamiętasz każdą chwilę z nim…

Czao słuchała przerażona, ale próbowała coś wymyślić, znaleźć jakiś słaby punkt w pokoju. Kiwnęła potakująco głową w taki sposób, że mogła jeszcze raz spojrzeć ku ścianie, na której pojawił się cień. Tym razem niczego jednak nie zauważyła, więc wlepiła oczy w Xi Lan i nieznacznie się do niej uśmiechała. Uspokoiła ją tym na tyle, że baba zebrała naczynia i szmatki, wstała z klęczek, a wychodząc, powiedziała:

– Pośpij trochę… Niewiele kobiet ma w życiu takie szczęście jak ty… Gdybym umiała czarować, ukradłabym ci twoją młodość, to wiotkie ciało, czerń włosów i biel zębów… Śpij, bo pan nie da ci spać, gdy przyjdzie tutaj…

– Będę posłuszna – powiedziała cicho Czao – Dziękuję, że mnie przygotowałaś i nie zapomnę ci tego…

Starucha wyszła przez odsuwane drzwi, a Czao zamknęła oczy i przerażona zastanawiała się, co ma teraz robić. Pierwsza myśl, jaka jej przyszła do głowy, to ta, by przewrócić lampion i podpalić dom. W wielkim zamieszaniu może uda się jej uciec… szybko odrzuciła jednak ten pomysł, bo wiedziała, że zaraz pojawią się strażnicy, ugaszą ogień, a ją zabiją. Nagle usłyszała charakterystyczne szurnięcie drzwi, otworzyła więc oczy i prawie skoczyła na równe nogi. Przed nią stał ukochany Ai, do którego tyle razy ostatnio biegała myślami. Mężczyzna przyłożył palec do ust i dał jej znak by usiadła. Wyciągnął też zza pasa niewielki nóż i podał go ukochanej.

– Wydostanę cię stąd, ale najpierw muszę zapłacić Wangowi za krzywdę twojej rodziny i innych zabitych… – wyszeptał i przycisnął ją do piersi.

Dziewczyna nie wierzyła w to, co się stało, chciała się do niego przytulić i o tyle rzeczy go zapytać. Kogo jeszcze zabił Wang? Jak się stąd wydostaną? Dokąd uciekną? Wystraszyła się też, że może coś mu się stać. Przecież dookoła było wielu wartowników, psy ujadały i biegały po podwórku i w ogrodzie, a sam Wang był przebiegły i chytry jak przewodnik stada wilków.

– Czekaj cierpliwie i nie ruszaj się stąd, a gdyby mi się nie udało, ukryj nóż pod materacem i pchnij nim tego mordercę. Potem próbuj uciekać… – mówił, choć wiedział, że w takiej sytuacji spotkałaby ją tylko śmierć.

Ona to zrozumiała bez słów i kiwnęła potakująco głową. Jeszcze raz przycisnęła go do swoich piersi i pocałowała z czułością w usta. Poczuła się dzięki temu nieco lepiej, splotła palce prawej dłoni z jego palcami, potem spojrzała mu głęboko w oczy i rzekła:

– Uważaj na siebie… Teraz tylko ty mi zostałeś… Nie przeżyłabym twojej śmierci… Musisz być ostrożny jak ryś i mądry jak tygrys…

– Wiem ukochana i zrobię wszystko byśmy razem stąd uciekli… Najpierw jednak muszę zapłacić Wangowi za to, co zrobił…

– Ja też pragnę jego śmierci, ale może lepiej zostawić go przy życiu i pomścić zabitych w inny sposób – spytała przerażona determinacją Aia.

Niewyraźny szum dał się słyszeć za ścianami, jakieś kroki zadudniły w mroku i psy zaszczekały ożywione. Ai przyłożył jeszcze raz palec do ust, uścisnął mocno ramię Czao i ruszył ku drzwiom z drugiej strony pokoju. Odsunął je ledwie trochę i szybko wniknął w mrok. Dziewczyna została sama, więc by nie prowokować jakichś podejrzeń, położyła się na materacu i czekała na dalszy bieg zdarzeń. Wiedziała, że jej cień może być widoczny przez cienkie ściany. Znowu usłyszała kroki na dziedzińcu i bardzo bliskie szuranie sandałów, zastygła więc w oczekiwaniu i patrzyła jak lampion zaczyna przygasać. Sięgnęła po nóż, przesunęła wskazujący palec po jego ostrzu i odłożyła z powrotem pod materac. Była bardzo zmęczona, wręcz wycieńczona, obrazy pojawiały się w jej myślach i zmieniały się w opętańczym tempie. Gdy otwierała oczy widziała pokój w domostwie poborcy Wanga, a gdy je zamykała w tym samym pokoju kłębiły się potwory, jakieś monstrualne twarze przybliżały się do niej i oddalały, znowu napływały i umykały niczym zdmuchnięte płomienie. Nie wiedziała kiedy zasnęła, tak nagle wpadła w czarną przepaść i w ułamku sekundy straciła świadomość. Nie mogła przypuszczać, że starucha dodała czegoś do olejków, którymi tak dokładnie ją namaściła. Tajemny środek wniknął przez skórę do jej krwiobiegu i wyrwał ją gwałtownie z tego miejsca – leżała teraz bez ruchu, niczym martwa. Tymczasem Ai ukrył się za niewielką szopką i obserwował duże, oświetlone pomieszczenie, w którym Wang pił wódkę ze swoimi kompanami. Po jakimś czasie do izby tej weszła lekko zgarbiona starucha, coś szepnęła do ucha poborcy i szybko wyszła. Jeszcze dość długo mężczyźni bawili się, pili, pośpiewywali i prześcigali się w okrutnych opowieściach, a potem wszystko zaczęło przycichać. Widać było przez parawanową ścianę, że niektórzy z żołnierzy upadli na ziemię i zasnęli pijani. Ich pan wreszcie odsunął drzwi i wyszedł na podwórko, stanął na środku, otrzepał otwartą dłonią jedwabny strój, po czym wziął się pod boki i spojrzał na czarne niebo, gdzie rysowały się wyraźnie konstelacje gwiazd. Jeszcze usłyszał świst cichej strzały, jeszcze uchwycił kątem oka ubranego na czarno człowieka, który celował do niego z łuku. Pierwsza strzała utkwiła w jego krtani, ale zaraz potem druga pomknęła w kierunku serca i powaliła go w jednej chwili. Ai podbiegł do ciała, chwycił je pod ramiona i przeciągnął do wielkiej studni, tuż przy bramie do ogrodu. Odsunął bambusowe zamknięcie, wyszarpnął obie strzały z trupa, po czym przełożył go przez brzeg studni i wepchnął do niej. Ciało wpadło z rozmachem do wody i po chwili dał się słyszeć dość głośny chlupot. Przywabił on psa, który podbiegł do Aia i zaczął groźnie warczeć. Nie było chwili do stracenia, więc młodzieniec machnął w mroku mieczem i odciął głowę zwierzęciu. Pies był już w locie ku jego gardłu i teraz, gdy Ai go rozdzielił na dwie części, wpadł bezwładnie do studni, tak samo jak Wang. Nie było słychać jednak uderzenia o wodę, bo tułów i głowa zwierzaka uderzyły w wystający z wody korpus poborcy. Ai podbiegł do pokoju, w którym biesiadował Wang i jego kompani, odsunął drzwi i stwierdził, że wszyscy śpią głęboko, chrapiąc i wzdychając ciężko, ziejąc przy tym odorem przetrawionej wódki i wędzonego mięsa. Podchodził powoli, bezszelestnie do każdego z siedmiu złoczyńców i zabijał ich wprawnie nożem, tak że żaden nie zdążył nawet szepnąć. Pamiętał dobrze nauki ojca i wiedział, że ostrze należy wbić w szyję od tyłu i przekręcić je ku górze. W ten sposób błyskawicznie przecina się rdzeń i dociera do pnia mózgu. Ciało nie nadąża z reakcją i śmierć następuje natychmiast, trzeba tylko pochwycić upadającego człowieka i ułożyć go na podłodze. Ai był bardzo sprawny i pozbawił życia siepaczy Wanga w kilka chwil, odczekał jednak jeszcze trochę, upewnił się, że nic szczególnego się nie dzieje, po czym wyszedł na zewnątrz. W tym momencie inne drzwi, od mniejszego pokoju, otworzyły się i młoda kobieta, ubrana w tradycyjny chiński strój, przemknęła do ogrodu. Ai stał nieruchomo w ciemności i czekał na bieg wydarzeń, bo czuł, że jeszcze ktoś podąży jej śladem. Po chwili jeszcze jedne wrota odsunęły się i ostrożnie wychylił się z nich żołnierz z zakrzywioną szablą, przytwierdzoną do pasa. Rozejrzał się dookoła, a gdy niczego nie spostrzegł pobiegł na palcach za kobietą. Ai już chciał się ruszyć, ale zobaczył, że w półcieniu, przy balustradzie stoi starucha, która wcześniej wchodziła do Wanga. Teraz popatrzyła ona za kobietą i żołnierzem, a potem wychyliła się i nie widząc światła w pokoju Czao, pokiwała głowa, coś pod nosem zamamrotała i wsunęła się do jednego z pokoi. Młodzieniec tylko na to czekał, skoczył zwinnie do przodu, przemknął przez podwórze, odsunął drzwi i znalazł się raz jeszcze obok ukochanej. Zauważył, że śpi bez ruchu, dotknął zatem jej ramienia i szepnął:

– Czao, pora uciekać…

Nie było żadnej reakcji z jej strony, ale regularne oddechy wskazywały na to, że dziewczyna żyje. Straszna myśl, że została otruta, przemknęła mu przez głowę, ale nie było czasu na rozmyślanie o tym. Szarpnął mocno i wprawnym ruchem zarzucił ją sobie na prawe ramię. Powoli, delikatnie, z lekkością pantery, wysunął się na podwórze i zaczął umykać w kierunku ogrodu. Pamiętał o schadzce żołnierza i kobiety, ale nie było innej drogi ucieczki – stąpał zatem lekko po ścieżce, zatoczył dwa dodatkowe kręgi, aż w miejscu, gdzie był wypielęgnowany trawnik i gęsty klomb kwiatowy, zobaczył parę, w miłosnych uściskach.  Poczekał dość długo, a gdy zorientował się, że kochankowie są u szczytu miłosnej gry, przemknął pomiędzy drzewami, kilka metrów od nich. Pokonał płot, jeszcze raz przyjrzał się Czao, posłuchał czy bije jej serce, a potem ponownie zarzuciwszy ją sobie na ramię, ruszył w kierunku odległego lasu bambusowego. Wiedział, że ma przewagę kilku godzin, póki w domu nie odkryją co się stało, póki nie znajdą pierwszych trupów, a nieobecność pana, nie spowoduje paniki i bieganiny. Szybko dotarł do lasu i podążał nim dość długo, ale w końcu musiał zmienić kierunek, udać się ku górskiemu wodospadowi, poprzez który przedostał się do wielkiej jaskini, a potem dalej, na łąkę, gdzie był ukryty domek. Gdy przechodził przez strumień i wodospad, Czao, oblana lodowatą wodą, zaczęła się budzić, ale wciąż majaczyła, stale jawa mieszała jej się ze snem. Ułożył ją na stercie zwierzęcych skór, przykrył innymi skórami, pocałował w czoło i podszedł do paleniska rozpalić ogień. Był tak zmęczony, że ledwie pojawiły się pierwsze płomienie i poczuł napływające ciepło, osunął się na drewnianą ławę, okrył skórą jaka i natychmiast zasnął twardym, kamiennym snem.

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (V)

Nagle dał się słyszeć narastający i ogromniejący pomruk, a potem przeciągły, ostry świst. Skrzydlaci rozpierzchli się w różne strony, a nad Yasmenem pojawił się anioł większy od innych, ubrany w złotą, połyskującą zbroję i szkarłatną szatę. Trzymał w ręku dziwnie powyginaną laskę, jakby kryształowy pastorał, albo monstrualną różdżkę. Jego wzrok przenikał przestrzeń, ale też sondował myśli, wnikając do świadomości i skanując je od chwil pierwszych do ostatnich. Yasmen poczuł dotknięcie ciepła i z miłością zgodził się na jego obecność, ale to trwało ledwie ułamek sekundy, jakby nawiedził go rześki powiew, który tak samo szybko zniknął. Teraz odczucie było przerażające, jakby nagle zawaliły się podstawy przestrzeni niebieskiej, a dobro oddaliło się nie wiedzieć gdzie. Na szczęście po chwili wszystko wróciło do normy i przybliżył się szum rozmów anielskich, bliskich i dalekich, głośnych i szeptanych.

– Widziałeś go…? – pytał z przejęciem czerwony z drużyny Yasmena, ze skrzydłami różowiejącymi na końcach.

– Wszyscy go widzieli i poczuli… – odpowiedział niebieskawy z białymi, rozwianymi włosami.

– To był on…? – pytał dalej pierwszy.

– Któż by inny, tylko on tak przenika nas do głębi i przydaje boskiej mocy… – odrzekł drugi.

Yasmen nagle zatrzymał się w pędzie i dał znak swojej drużynie by też wyhamowała. Chciał rozejrzeć się dookoła i zobaczyć może jakiś ślad po archaniele, bo w sobie już go nie mógł znaleźć. Wszystko zostało zatarte, jakby nic się nie zdarzyło, jakby tylko przez chwilę złota zbroja zalśniła w przestworze, a szkarłatna szata załopotała jak flaga nieskończoności i pełni. Drużyny podążały w górę za swymi przewodnikami i szybko wnikały w wielkie wirowiska, pulsujące rytmicznie i oddalające się szybko. Aniołowie z jego drużyny czekali na znak i wymownie patrzyli na siebie, czasem tylko zerkając w górę, wiedząc, że sygnał zaistnieje w każdym z nich.

– Jeśli Pan jest tak samo czuły, to chciałbym już połączyć się z nim na zawsze – odezwał się zielonkawy, zamykający grupę.

– Bracie, nie może być inaczej, bo on jest miłością… Jeśli jest… – powiedział filozoficznie intensywniej zielony.

– Jak możesz wątpić, przecież poczułeś to ciepłe dotknięcie – obruszył się zielonkawy – odwieczny powiew nieśmiertelności…

– A jeśli to była ułuda…? – wątpił intensywniejszy – opowiadał mi stary Hadzibor, że w zamierzchłych czasach sadze z czeluści nauczyły się przyoblekać w kształt anielski i zwodzić tłumy, popychać je ku upadkowi.

Yasmen chciał się już włączyć do tej rozmowy, ale ubiegł go fioletowy anioł, który z początku drużyny śmignął na jej koniec i wzrokiem uciszył niedowiarka. Teraz już nic nie stało na przeszkodzie, by ruszyli dalej, choć właściwie dowódca nie wiedział gdzie mają lecieć. Wszystkie oddziały i pojedynczy skrzydlaci podążali ku rojowiskom, ale widać też było grupki lecące w inną stronę. Na ukos przestrzeni niebieskiej, albo w odwrotnym kierunku, nie brakowało też grup stojących w miejscu, czasem przez jedno lub dwa stulecia. Jego jednak coś ciągnęło w górę i był coraz bardziej pewny tego, że przeciśnie się przez armie serafinów i znajdzie przejście do Chórów i Tronów, a może nawet i do samego Pana. Spojrzał na pierwszą siódemkę i z radością przywołał w myślach ich imiona:  Darbon,  Dendes,  Babanel,  Froledan, Dalates, Nikomas, Rakapan… Kochał ich jak braci I jak synów, a każdy ruch ich lotek wprawiał go w rozmarzenie i przywoływał jakieś mgliste obrazy z ziemskiego życia. W drugim szeregu wyodrębnił Kolaresa, Dararana, Kakapena, Minosuta, Pludasa,  Biloredana i dziwnie się zachowującego Okinagesa. Każdy z nich o czymś myślał i każdy miał w sobie jego odbicie. Yasmen potrafił lokować ich myśli w osobnych przestrzeniach swej świadomości i przeglądać je jak karty wielkich ksiąg. Drużyna składała się z siedmiuset skrzydlatych wojowników, ale on znał ich wszystkich i gdyby ktoś mu kazał, wymieniałby po kolei: Olinopas, Bidolesan, Osmasa, Muduforet, Artman, Kostoponiel, Okinages. Za nimi jeszcze: Kalafont, Dulama, Kanaredan, Bayran, Hadzibor, Birofanes i Ostoporel. Karta za kartą, ale jedna z nich była szczególna… wspomnienie Olinopasa rozrzewniło go i poczuł niezwykłą więź z tym bytem. Jakby był jego rodzonym bratem, albo synem, jakby istnieli w tej samej ziemskiej przestrzeni, przed wniknięciem do sfery niebieskiej.

Olinopas wyróżniał się urodą – miał twarz dziecka, czerwone włosy i takież same pióra skrzydeł, ale najbardziej zdobiła go zielona szata, pełna złotych okruchów, które jakby kiedyś przyciągnęła ku sobie, w tajemnym procesie kształtowania i istnienia. Jego szeroka pierś pulsowała rytmicznie, dłonie miały subtelny kształt, a nogi były zgrabne jak u ziemskiej kobiety. Pozwalał sobie czasami wysforować się do przodu i lecieć tuż przy Yasmenie, czym narażał się innym aniołom. Kiedyś poczuł na ramieniu dłoń dowódcy i dreszcz przeszył jego jestestwo, powodując, że natychmiast oddalił się i ukrył w dalekiej siódemce. Długo nie mógł się po tym pozbierać, ale czuł, że zdarzenie to było ważne dla niego i dla Yasmena, który odtąd często słał mu jakąś czułą myśl, radził się w sprawach strategicznych lub wyznaczał mu zadania podczas postojów i kolejnych wznowień lotu. Kalafont uśmiechał się ironicznie i szeptał coś do uszu buntujących się braci, jakby chciał osłabić pozycję ulubionego anioła dowódcy. Ten zdawał sobie sprawę z wszystkiego, ale nie potrafił pohamować się w swoich decyzjach i stale forował urodziwego Olinopasa.

– Dlaczego on go tak wyróżnia – pytał Pludas Bayrana, ale zaraz też cichł pokornie, gdy słyszał w sobie złowrogi szept Yasmena.

– Każdy ma swoją rolę – mówił bez słów Yasmen – i każdy powinien robić to, co do niego należy. Trzymaj się szyku Pludasie i nie skłócaj naszych braci… Wszystkich traktuję jednako…

Pludas dołączył do swojej siódemki, odgarnął szerokim gestem niebieskawe włosy i tylko mrugnął okiem do lecącego przy nim Bayrana. Nie umknęło to uwadze dowódcy, ale właśnie mijali inny wielki oddział, więc skupił się na pozdrowieniu przewodnika. Wyciągnął dłoń, wydał rozkaz grupie i wysłał ku mijanym aniołom przesłanie od wszystkich:

– Pan z wami… Niechaj nieskończoność ściele się w waszych bytach jak odwieczna świętość…

– Niechaj przestrzeń niebieska chroni was w drodze… – usłyszeli odpowiedź.

BROMBERG (6)

Przed okazały budynek przy ulicy Gdańskiej 50 zajechał nowiutki czarny citroen z napędem na przednie koła i lśniącym znakiem firmowym, symbolizującym dwie cząstki nowoczesnych kół zębatych. Drzwi otworzyły się z impetem i z auta wyskoczył młody podoficer w czarnym mundurze, pięknie wyprasowanym, z czerwoną opaską na lewym ramieniu i wyrazistą swastyką na niej. Zatrzasnął drzwi i podążył ku schodom zewnętrznym, prowadzącym do głównych drzwi dawnej willi bogatego niemieckiego przemysłowca Wilhelma Blumwego. Teraz była to tymczasowa siedziba SS-Standartenführera Ludolfa von Alvenslebena, dowódcy Selbstschutzu na Pomorzu. Młody podoficer wszedł do głównego holu i skierował się ku sekretarce, siedzącej za biurkiem, na samym środku wolnej przestrzeni. Zasalutował z gracją, zszokowany urodą platynowej blondynki i jej pokaźnym biustem, zatrzymał dłużej wzrok na zgrabnych nogach, widocznych pod blatem, po czym odezwał się, mocno akcentując niemieckie słowa:

– Melduje się SS-Untersturmführer Willhelm Schroeder… Otrzymałem rozkaz stawienia się u mojego dowódcy…

Blondynka spojrzała przeciągle na urodziwego młodzieńca, zauważyła zielone oczy, pięknie lśniące oficerki i mundur, który musiała mu przygotować jakaś staranna kobieta, a potem odezwała się mocnym głosem:

– Hertha Kiebitz, sekretarka SS-Standartenführera Alvenslebena, już pana anonsuję…

Przełożyła jeszcze jakieś papiery z lewej strony biurka na prawą, uniosła się nieco ku górze, sięgając po pióro, które też przełożyła z lewa na prawo, po czym energicznie wstała, odwróciła się na pięcie i podążyła ku wielkim, dębowym drzwiom. Gdy się pochyliła, Willi zauważył natychmiast podniecający przedziałek pomiędzy jej zmysłowymi piersiami i fragment czarnego, koronkowego stanika, a potem szybko zlustrował jej sylwetkę, od czerwonych czółenek na wysokim obcasie, poprzez czarne szyfonowe pończochy z wydatnym szwem, skończywszy na plisowanej różowej spódniczce, opinającej zgrabny tyłek i czarnej marynarce, w klapie której widać było okrągły znaczek ze swastyką. Kobieta otworzyła drzwi bez stukania i wsunęła się do środka, a Willi podążył do przodu by ujrzeć chociaż cząstkę przestrzeni w gabinecie dowódcy. Niestety, niczego nie zobaczył, chociaż dobiegły do niego z prawej strony intymne szepty, a potem coś na kształt klapnięcia w tyłek i ciche śmiechy. Wreszcie sekretarka, nieco rozczochrana, wysunęła się z gabinetu i z lekkim rozbawieniem powiedziała:

– Standartenführer czeka na pana…

Jeszcze raz opromieniła go jej uroda i tym razem zauważył porcelanowo białe zęby, karminowe usta i niebieskie oczy. Uśmiechnął się do niej promiennie, jeszcze raz zawiesił wzrok na zgrabnej sylwetce i podążył ku otwartym, drzwiom. Wszedł do środka, zamknął je za sobą, a potem stanął naprzeciwko wielkiego, ciemnobrązowego biurka na wysoki połysk i siedzącego za nim łysawego mężczyzny. Nad nim wisiał wielki portret Adolfa Hitlera i sporo zdobnie oprawionych fotografii, prezentujących członków rodziny dowódcy i jego rodową posiadłość.

– Panie Standartenführer, melduje się Untersturmführer Schroeder…

Alvensleben wstał zza biurka i podążył ku młodszemu koledze, a gdy znalazł się przy nim, ujął go familiarnie lewą ręką za przedramię, a prawą położył na jego plecach. Następnie patrząc mu głęboko w oczy powiedział:

– Drogi Willhelmie, nie pomyliłem się co do ciebie… Reichsführer Himmler miał wątpliwości czy tak młody człowiek podoła naszym jakże ciężkim zadaniom… Ja jednak wstawiłem się za ciebie i byłem pewien, że wykonasz nienagannie moje rozkazy…

– Tak jest panie Standartenführer… Ku chwale ojczyzny i führera…

Dowódca uśmiechnął się promiennie i podszedł do niewielkiego stoliczka, na którym stały butelki alkoholu. Sięgnął po jedną z nich, zieloną, prostokątną z wizerunkiem jelenia. Przyjrzał się jej, obracając w dłoni, po czym powiedział:

– Lubisz Jägermeistera? To nasz nowy niemiecki wynalazek… Niczym Blitzkrieg…

Sięgnął po dwa duże kielichy i nalał do nich około pięćdziesiąt mililitrów alkoholu. Wstrząsnął lekko każdym z nich, po czym podszedł do gościa i podał mu trunek. Willi posmakował i jego pierwsze odczucie było bardzo pozytywne, o czym nie omieszkał natychmiast poinformować przełożonego.

– Wspaniały smak, panie Standartenführer…

– Tak mój drogi, a dodatkowo mamy tutaj specjalny podtekst w nazwie tego trunku – odrzekł Alvensleben.

Willi zdziwił się, nie rozumiejąc co przełożony ma na myśli,  ale czekał spokojnie na wyjaśnienie.

– Mistrz polowania… Tak, to my drogi przyjacielu… To my nimi jesteśmy. Mistrzami polowania na prymitywne istoty… Nasz führer wyznaczył nam cel i by go zrealizować musimy być twardzi jak stal naszych pocisków, jak pancerze naszych czołgów… Ty okazałeś się wspaniałym myśliwym… Zgasiłeś światło tym, którzy od dawna tkwili w ciemności… jakże podłym i marnym polskim podludziom… Mordercom Niemców…

– Tak jest panie Standartenführer…

– Przestań już z tymi funkcjami kochany chłopaku… Mów mi Bubi. Przecież mamy te same korzenie, a nasi przodkowie mieszkali od dawna na tej ziemi… Teraz ją przywróciliśmy do Rzeszy i nigdy już nie oddamy.  W tym budynku, należącym niegdyś do naszego znamienitego przedsiębiorcy, polska hołota urządziła swój klub i upijała się w tu na umór, plując na naszych kanclerzy i odgrażając się pruskim władcom.

Alvensleben podszedł raz jeszcze do stoliczka, sięgnął po zieloną butelkę i bez pytania dolał Williemu i sobie kolejną dawkę brązowego alkoholu. Uniósł kielich ku górze, potrząsnął nim lekko, po czym wypił wszystko do dna. Potem spojrzał na gościa i wzrokiem zasugerował mu, by zrobił to samo, a gdy ten wychylił zawartość kielicha, powiedział:

– Twoja akcja przy kościele na Szwederowie miała wzorcowy charakter. Gratuluję ci i dziękuję za nienaganne wykonanie moich rozkazów…

– Jestem gotów wykonać następne polecenia… – odezwał się Willi, rozochocony nieco alkoholem.

– O!!! O!!! O!!! To jest postawa godna pochwały – powiedział z emfazą Alvensleben – Tak, tak… nowe zadania czekają na ciebie. Pojedziesz na główny rynek miasta i tam, przy tym ich jezuickim kościele, rozstrzelasz dziesięciu Polaczków…

– Oczywiście, panie Standartenführer… to znaczy Bubi… – odrzekł Willi czerwieniąc się i patrząc w podłogę.

Dowódca zauważył to natychmiast i roześmiał się od ucha do ucha, a potem poklepał po plecach gościa i sformułował rozkaz.

– Proszę zatem jechać na rynek i pomścić Niemców zabitych przez polskie świnie podczas Krwawej Niedzieli, to rozkaz i święty germański nakaz!!! Wszystko tam już jest przygotowane, ordnung muss sein… Musisz tylko spędzić wielu przypadkowych świadków i złapać ich mocno za mordę. Poczekaj, aż zakładnicy zaczną rzęzić ze strachu, a potem wal w nich i zostaw trupy na widoku publicznym…

– Tak jest… – odrzekł Willi i zasalutował na pożegnanie, odwracając się służbiście na pięcie.

Alvensleben podążył do swojego biurka, a młodzieniec otworzył drzwi, a potem domknął je lekko po drugiej stronie.  Już kierował się ku wyjściu, gdy drogę zastąpiła mu sekretarka dowódcy i podała sekretnie jakąś małą kartkę. Jednocześnie odwróciła się od niego, zasiadła za biurkiem i powiedziała dość głośno, tak, by ją usłyszał dowódca:

– Do widzenia panie Untersturmführer Schroeder…

Willi służbiście skinął głową, sięgnął po swoją czapkę, założył ją szybko i ruszył ku wyjściu. Sprężyście zbiegł po schodach, prowadzących na ulicę, otworzył drzwi citroena, wsiadł do środka i nakazał kierowcy jechać na rynek. Serce waliło mu jak oszalałe i dopiero po kilku minutach otworzył prawą dłoń, rozpostarł na niej niewielki kawałek listowego papieru i przeczytał zapisana słowa:

– Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia…? Porozmawiajmy o tym, odwiedź mnie pojutrze o godzinie dwudziestej… polska nazwa ulicy: Chodkiewicza 1, pierwsze piętro. Tak łaknę bólu…

Przeczytał liścik trzy razy i coraz bardziej się rozpalał, czując, że potężnieje jego męskość, a w świadomości pojawiają się wyraziste, perwersyjne obrazy. Hertha rozbiera się przed nim i głaszcze go czule po piersiach, a potem bierze go za rękę i prowadzi do wielkiego łoża z czerwoną pościelą. Tak się zamyślił, tak podekscytował, że nie zauważył kiedy kierowca podjechał w okolice głównego miejskiego rynku i zahamował z piskiem opon. Jeszcze kilka sekund posiedział na swoim miejscu, a potem z rozmachem otworzył drzwi samochodu i wyskoczył na zewnątrz. Żołnierze popychali kolbami karabinów tłum ludzi, kierując ich w stronę kościoła, a po drugiej stronie placu maszerował rytmicznie niewielki pluton egzekucyjny.

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (IV)

Yasmen czuł, że nie powinien dalej uczestniczyć w tej wymianie myśli, spojrzał zatem w inną stronę i głosy ucichły. Na zachodniej stronie strzeliste szczyty górskie przechodziły w wielkie miasta anielskie, jakby ulegały realnej metamorfozie i łagodnie zmieniały się w miliony budek i cel, pokoików budowanych na planie rombu albo trójkąta. Jakież wielkie rojowiska aniołów fruwały wokół nich, ileż barw mieniło się i mutowało w jednej chwili. Tysiące wież i wieżyczek, kolumn z otworami i jakby zwisających z różnych miejsc kawałków pszczelich plastrów, wszystko razem tworzyło wielki organizm, jakąś architektoniczną fantazję, której by nie wymyślili ani budowniczowie średniowiecznych katedr, ani anioł Gaudi. Wieżyczki były białe albo złote, czasem żółte  a kiedy indziej zielone. Nie brakowało też barw pastelowych, różu, błękitu jakichś odcieni seledynu albo karminu, wszędzie wiele okrągłych okien, wszędzie balkoniki z kolumienkami, wszędzie amfilady, wiszące w powietrzu krużgankowe ścieżki z lampionami i różnokolorowymi światełkami. I te roje, jak ziemskiej szarańczy, te stada, niczym szpaków albo wróbli, te niewielkie grupki i wreszcie te punkty samotnych skrzydlatych tworów. Wszędzie z oddali dobiegający lekki szum, łopot skrzydeł, nieustający szmer lotek bijących o powietrze. Zarówno z jednej strony doliny, jak z drugiej piętrzyły się góry, łagodnie schodzące w dolinę wielkimi halami, ogromnymi przestrzeniami trawy i ziół, różnokolorowych łąk i pastwisk niebieskich. A ze szczytów strzelające w górę zamki i zamczyska, stanice anielskie, miasta i wsie anielskie, wszystko razem stanowiło jakąś niewyobrażalnie malowniczą całość, wszystko zbiegało się pośród łąk i wszystko z nich podążało ku strzelistości, ku pięknie architektury anielskiej. Tylko Bóg – myślał Yasmen – mógł stworzyć coś tak pięknego i odmiennego od tego czym żyją ludzie w swojej rzeczywistości. Spojrzał ku trzem aniołom stojącym na łące, tuż nieopodal jego miejsca. Ci także rozmawiali ze sobą bez słów, bardzo żywo gestykulowali i wymieniali bardzo szybko myśli. Przyciągnął ich przestrzeń ku sobie i usłyszał coś, co wprawiło go w osłupienie.

– Jest nas już chyba kilka tysięcy, spore legiony, ale wielu spośród nas nie do końca wierzy, że to się może udać…

– A może ty bracie jesteś największym niedowiarkiem…? Może chcesz się wycofać…?

– Nie bądź śmieszny… ja przecież byłem w grupie założycielskiej…

– Wielu spośród tych, którzy w niej byli, wycofali się już dawno…

– Bracia! Niezgoda może zrujnować nasze plany, a przecież najważniejsza jest ta wielka sprawa, w imię której spotykamy się w różnych miejscach od wielu dni – wtrącił się trzeci.

– Bracie widzisz tego dziwnie wyglądającego anioła – jeden z mówiących wskazał na Yasmena – Mam wrażenie, że on słyszy nasze myśli…

– Jesteś przewrażliwiony, lepiej leć do gniazda i odpocznij trochę…

– Ale jeśli on nas słyszy, to i Pan mógłby nas usłyszeć…

– Przecież Jego nie ma…

Yasmen speszony odleciał na chwilę z miejsca, gdzie stał i zatoczył dwa wielkie koła w powietrzu. Mijał różnych aniołów gdzieś lecących albo zawisających w górze. Ich twarze były radosne albo smutne, uduchowione albo nijakie, barwy skrzydeł i tog migały przed jego oczyma, połyskiwały pośród zgrupowań złote ciżmy. Z góry perspektywa się poszerzyła i zobaczył, że dolina niknie we mgłach z których w dalach ledwie wychylają się jakieś niewyraźne kształty, niby inne miasta, ale równie dobrze inne szczyty, zbocza, pastwiska. Wiele różnokolorowych punktów i plam mogło być skupiskami innych aniołów albo po prostu cieniami szczytów i rozpadlin. Szybował powoli i po dłuższym czasie wylądował z powrotem w miejscu, w którym wcześniej stał. Trzech aniołów już nie było, ale za to dostrzegł jakieś zawirowanie, jakiś tumult wokół najbliższej z wież. Przy jednym z wysoko położonych otworów kłębiło się wielu skrzydlatych. Przyciągnął siłą woli tę wielka przestrzeń do siebie i usłyszał krzyki, nawoływania, jakieś gniewne pomruki.

 – Bracia, nie pozwólmy by jego celę zajął nowicjusz. Przez tysiące chwil mieszkał tutaj i wielbił Pana modlitwą i myślą serdeczną, a teraz ma iść na tułaczkę i w jego ukochanym domostwie osiedlić się ma ten, który ledwo co zrzucił gnuśna powłokę cielesną…?

– Archanioł Jan wie co robi, bo jego natchnienia płyną z samej wysokości…

– Archaniołowie mogą się tak samo mylić jak każdy z nas… czyż i oni nie zmieniają czasem swoich rozkazów… czyż nie odwołują tego, co tłumom wydało się złe?

Yasmen majestatycznym lotem przybliżał się do wieży, a za nim leciała jego drużyna. Czasem jakiś przelatujący anioł zatrzymał się w powietrzu i patrzył zaciekawiony, czasem przybliżyła się do nich inna grupka i przez jakiś czas leciała równolegle. W bezpiecznej odległości trzymali się Archaniołowie i próbowali prześwietlić myślą lecących. Yasmen nie zwracał uwagi na nic, a jedynie rozkoszował się widokiem stanicy. W jego głowie przelatywały dziesiątki myśli, które przypominały to, co działo się dookoła. Myśli uporządkowane i osobne śmigały w różnych kierunkach. Pozwalał podążać za nimi Archaniołom, a potem nagle gasił je w sobie, rozbijał je albo porzucał w chwili zawiązywania się akcji. Miał jednak wrażenie, że ktoś panuje nad tym chaosem i z wyrozumiałością godzi się na to. Właśnie minął jakieś większe stado zielonych serafinów, które lecąc w szyku czwórkowym wydawało z siebie jakąś rytmiczną pieśń. Te dźwięki, gwałtowne i zarazem delikatne, przypominały pracę jakiejś zdumiewającej maszyny, która przemierza przestrzeń. Ich zieleń Veronese’a wyraźnie odcinała się od czerwieni i różu, który pojawił się w sferze gdy wielki snop zaczął przygasać.

CZARNY NEFRYT (3)

Deszcz na chwilę przestał padać i na niebie, pomiędzy szarymi chmurami, zaczęło nieśmiało prześwitywać słońce. Zielonkawe dudki, umykały spłoszone przed szybko podążającym do przodu Aiem. Przelatywały z gałęzi na gałąź i wzbijały się coraz wyżej, ku koronom drzew. Miały też nieco rdzawych piór, małych czarnych plamek i dzioby, ostro zakrzywione w dół. Młodzieniec szedł szybko i momentami podbiegał, co powodowało szczególne zaniepokojenie w ptasim świecie. Także trzy sroki odleciały w dal z wyniosłych topól, a tylko sikorki i zięby chwiały się na gałęziach, obracając głowy we wszystkich kierunkach i sondując czy zagrożenie jest realne. Właśnie skręcił w wąski zaułek i pokonawszy go, wszedł na główną drogę, prowadzącą przez wieś. Zwolnił trochę, bo zobaczył pojedynczych ludzi, kierujących się to tu, to tam. Najbliżej stał kulawy Dong, który, gdy zobaczył Aia, skinął na niego ręką i przywołał do siebie.

– Słyszałeś o tym, że poborca wymordował rodzinę Yao Minga? – spytał patrząc w oczy mężczyzny.

– Ich też..? Jego ludzie zabili również rodzinę Tanga, a jego najstarszą córkę, Czao, uprowadzili…

Dong złapał się za głowę, zaszlochał dramatycznie i zaraz pobiegł, kuśtykając, powłócząc lewą nogą, w kierunku niewielkiej grupki wieśniaków. Młodzieniec ruszył żwawym truchtem w kierunku, stojącej nieco na uboczu kuźni i znowu spłoszył trzy dudki, zawieszone na gałęziach pobliskiej wierzby. Odprowadzał je wzrokiem, ale myślami wciąż był przy ukochanej Czao. Martwił się, bo wiedział, że każda chwila w domostwie Wanga jest dla niej wielkim zagrożeniem.

Wszedł do domu i nie zastał w nim starego ojca, więc skierował się do kuźni, gdzie natknął się na niego. Właśnie, wraz z młodszym bratem Aia, uderzał młotem w rozpalony do czerwoności sierp. Jedno spojrzenie starca i nieznaczny ruch głową przybysza starczyły, by kowal odłożył narzędzia, szepnął coś do ucha pracującemu z nim synowi i podszedł do Aia. Ich świat pełen był tajemnic, dziwnych spotkań i skrywanych wypraw w góry i rozumieli się prawie bez słów. Słuchał w skupieniu, a jego czoło zmarszczyło się groźnie. Raz po raz wciągał głęboko powietrze. Z oczu, mimowolnie, popłynęły mu łzy i oparł drżącą rękę na ramieniu syna. Przyjaźnił się z obiema rodzinami i bywał częstym gościem w ich domach, słuchał relacji i przed oczyma miał malutkie dzieci, teraz już martwe, tak bezlitośnie zamordowane dla niewielkiego zysku.

– Ojcze proszę o pozwolenie wstąpienia na moją drogę…! – powiedział rozpalony Ai i ukląkł przed rodzicem.

– Synu, dobrze wiesz, że każdy z nas ma swoją najważniejszą drogę… Pamiętaj co powiedział nasz Mistrz: Aż do śmierci żyj zgodnie z wolą niebios. Kiedy wszystko pod słońcem dzieje się zgodnie z wolą niebios, bądź widoczny. Kiedy niezgodnie, bądź ukryty…

– Przygotowywałeś mnie tyle lat, a ja nie rozumiałem o co ci chodzi… Teraz wiem, że świat jest zły i okrutny, a ty chciałeś mnie przed nim ocalić. Nie mogę jednak być dalej przy tobie, bo muszę ratować tę, którą kocham…

– Wiem synu i daję ci moje ojcowskie przyzwolenie – powiedział starzec i położył otwarte dłonie na głowie Aia.

Mężczyzna objął chude nogi rodzica i zamknął oczy. Zobaczył w ciemnościach łkającą Czao i okrutną zbrodnię na jej podwórku. Krew wrzała w nim i całe ciało zdawało się płonąć. Wstał i spojrzał w czarne oczy ojca. Ten pokiwał przyzwalająco głową i powiedział:

– Mędrzec też mówi: Gdy zostaniesz wysłany z misją, działaj z poczuciem przyzwoitości… Wiem jednak, że będziesz musiał przelać chińską krew… Uczyń to, bo te zbrodnie domagają się sprawiedliwości… uczyń to jednak bez nienawiści i tak, jakby twój cień nie istniał…

Ai skinął głową, podszedł do brata, uściskał go serdecznie i powiedział co się stało. Chłopak zaczął szlochać i chwiać się na nogach, aż w końcu usiadł na drewnianej ławie.

– Ćwicz się bracie w sztuce walki i w roztropności, bądź posłuszny naszemu ojcu, bo płynie w jego żyłach święta krew Szanownego i Doskonałego Nauczyciela… Może za jakiś czas będziesz musiał ruszyć moim szlakiem… Do widzenia ukochany Nanie, teraz nadszedł czas naszego pożegnania i może nie zobaczymy się nigdy więcej… Zawsze jednak będę cię nosić w sercu i pamiętać nasze piękne braterstwo…

Ai, z ojcem i bratem, poszedł do domu, zjadł miseczkę ryżu z warzywami i nieco zimnej żabiej zupy, a potem ukłonił się, raz jeszcze, objął ojca i brata i ruszył szybko w góry. Wspinał się sprawnie tymi samymi ścieżkami, którymi niedawno wracała Czao, ale w pewnym miejscu skręcił ku niewielkiemu wodospadowi. Deszcz znowu padał rzęsiście i robiło się coraz ciemniej, groźniej i coraz bardziej ponuro. W sercu młodzieńca nie było jednak lęku, bo chodził tą drogą tysiące razy i znał na niej każdy kamień. W końcu stanął naprzeciw wodospadu i rozejrzał się dookoła, czy ktoś go nie widzi. Upewniwszy się, że nie ma żadnego zagrożenia, wskoczył wprost w główny nurt wody i minąwszy go znalazł się na niewielkiej półce skalnej. Następnie, przesuwając się bokiem, wszedł do przedsionka ogromnej jaskini, w której panowały nieprzeniknione ciemności. Po omacku dotarł do miejsca, gdzie na płaskim głazie leżały przybory, służące do rozpalenia ognia. Był przemoknięty do suchej nitki, więc wymacał w ciemności sporą szmatę, wytarł dokładnie ręce i zaczął rozpalać ogień. Trwało to bardzo długo, ale w końcu płomień pojawił się na stercie chrustu. Ai skoczył w bok, sięgnął po wielkie polana, dołożył dużą wiązkę siana, słomy i liści, a potem usiadł w bezpośredniej bliskości ognia. Wiedział, że musi się osuszyć, bo w górach było bardzo zimno i nawet tak zahartowany młodzieniec mógł łatwo się przeziębić. Powoli ciepło napływało ku niemu, tak, że po jakimś czasie mógł ściągnąć ubranie i zawiesić je na wierzbowych witkach, tuż nad paleniskiem. Gdy wszystko wyschło, ubrał się ponownie, wsunął skórzane sandały i rozejrzał się po jaskini. Ogień buchał już tak duży, że wszystko stawało się widoczne, sięgnął zatem po nadpaloną gałąź i podszedł z nią po kolei do czterech pochodni, przymocowanych do ścian i zapalił je. Nie było chwili do stracenia, więc wydobył ze skrzyń wspaniałe miecze i noże, wyjął też czarne ubranie, jedwabne mokasyny w tym samym kolorze, worek prochu, lont, hubkę, siano i suche kawałki drewna, służące do rozpalania ognia. Dobył też mieszek z dziurawymi monetami, które zapobiegliwy ojciec składał tutaj od wielu, wielu lat. Znowu przed oczyma stanęła mu cierpiąca i łkająca w ciemności Czao, więc szybko skoczył do przodu, do drugiego tajemnego wyjścia z jaskini. Prowadziło ono na niewielką łączkę, ze wszystkich stron otoczoną wysokimi ścianami skalnymi. Stary kowal znał ją dzięki naukom swojego ojca, a ten dowiedział się o niej od swego rodzica. Chodzili tutaj też wcześniej żyjący członkowie rodzin, tak że tajemnica ciągnęła się od dwóch stuleci. To było ich niezależne państwo, gdzie nie docierali wrogowie i gdzie mogli poczuć się bezpieczni, ukryć zbiegów, ściganych przez poborców i urzędników, a nade wszystko ćwiczyć się w tajemnych sztukach walki. Ai przychodził tutaj wiele, wiele razy, z ojcem i z bratem, często też docierał na utajnioną łąkę samotnie.

Zbudowali na niej niewielką chatynkę, gdzie były proste łoża, skrzynie na broń, stół i ławy, palenisko i kociołek na wodę. Teraz, w nocy, nad budowlą z kamieni górował księżyc w pełni i oświetlał nieco przestrzeni dookoła. Jakiś samotny nietoperz krążył w powietrzu, to nadlatywał nad głowę młodzieńca, to oddalał się szybko i znikał w mroku. Gdzieś daleko, we wsi, żałośnie wył jakiś pies i odpowiadały mu czasem inne zwierzęta. Ai miał w ręku jedną z pochodni i gdy wszedł do środka domku, natychmiast zapalił siano, zostawione na palenisku, po ostatniej wizycie. Płomień szybko zaczął lizać grubsze kawałki drewna i w izbie zaczęło rozchodzić się przyjemne ciepło. Pod jedną ze ścian, w specjalnym odgrodzeniu, stały włócznie qiang, kije gun, złowieszcze halabardy guan dao, widły macha, partyzany san jian liang ren i siejące grozę łopaty chanzhang, na ławie leżało kilka łuków, dziesiątki strzał oraz trzy lśniące jaskrawo szable dao. Ai brał do ręki różne narzędzia walki i przypominał sobie pracę w kuźni nad nimi, kiedy to wykonując zamówienia wielkich panów, poborców i żołnierzy, zawsze coś zostawiali sobie i zanosili na Łąkę Tajemnic. Teraz wiedział, że może zabrać tylko broń krótką i łuk, ale wierzył, że przyjdzie taki czas, kiedy ich arsenał bardzo się przyda. Sięgnął zatem po krótki miecz w pochwie i przytwierdził go do pasa. Odszukał też w jednej ze skrzyń torbę ze skóry łani i schował do niej kilka noży. Wyszedł na zewnątrz domu, popatrzył na placyk, udeptany podczas ćwiczeń i symulowanych walk z bratem i ojcem. Podążył raz jeszcze do jaskini, gdzie wsadził do worka linę, trochę suszonego mięsa i mały mieszek z monetami. Wygasił dokładnie ogień, założył łuk na grzbiet, a kołczan z zatrutymi strzałami przytwierdził do pasa. Wrócił na łąkę, gdzie poczuł, że deszcz znowu się wzmaga. Zmartwiło go to, bo chciał wydostać się z tego miejsca po stopniach, wydrążonych w skale. Przodkowie kowala i Aia, element po elemencie, wydrążyli w twardym bazalcie coś na kształt kamiennej drabiny. Można było nią wejść na skraj ostrej skały, po zboczu której zwinny człowiek mógł przedostać się do miejsca, gdzie zwisały grube liany, sięgające aż do gęstego lasu bambusowego, u podnóża gór. Choć niewidzialna siła pchała go do przodu, przypomniał sobie nauki ojca o roztropności i wszedł do chaty, by przeczekać nawałnicę. Usiadł naprzeciw ognia w pozycji kwiatu lotosu i zamyślił się nad swoim życiem. Zawsze czuł, że będzie ono miało ponadnaturalny wymiar, zawsze wierzył w to, że ćwiczenia i nauki nie pójdą na marne, czasem nawet w przebłyskach świadomości lub w snach, widział przyszłe zdarzenia. Niestety nie układały się one w żaden logiczny ciąg, pojawiały się tylko, jak refleksy na wodzie, jakieś galopady konne, jakieś przemykanie nocą pustymi zaułkami miasta, jakieś pojedynki toczone z zamaskowanymi wrogami. Nagle w jego myślach pojawiła się Czao i aż drgnął gwałtownie z podniecenia, tak wyrazisty był ten obraz i tak pulsujący znaczeniami. Przypomniał sobie ich pierwsze spotkanie w górach, gdy przypadkiem natknęli się na siebie na ścieżce, a potem poszli razem na kwiecisty stok, gdzie dziewczyna pasła i oporządzała kozy, owce i jaka. Od razu przypadli sobie do gustu i jeszcze kilka razy razem chodzili w góry, siadali na pachnącej ziołami łące, opowiadali sobie różne historie z życia swoich rodzin i z baśni. Tylko raz się pocałowali, ale wspomnienie tej chwili spowodowało, że rzęsisty pot natychmiast pojawił się na czole Aia. Jej usta były takie słodkie, a w piersiach, przyciśniętych do jego torsu, biło tak wyraźnie, mocno, pięknie, kochające go serce. Powiedział wtedy, że pragnie z nią spędzić resztę życia, a ona kiwnęła głową potakująco i uciekła od niego zarumieniona. Teraz słyszał poprzez ciemność gór, płynące z daleka i zwielokrotnione przez echo żałosne wołanie jej serca, brzmiące jak kroki armii zbliżającej się do wroga. Rozmyślał o tym, co go czeka, ale wciąż słyszał uderzanie kropel o kamienie i skały, stale wyczuwał ich złowrogie dudnienie na dachu.

Siedział tak bardzo długo, aż zapadł w rodzaj odrętwienia, na granicy snu i jawy i znowu była przy nim Czao, znowu jej czarne włosy rozwiewał wiatr, coraz silniejszy i silniejszy. Nagle ocknął się i zorientował się, że podmuchy były realne, a deszcz ustał całkowicie. Poczekał jeszcze trochę, aż wiatry osuszą kamienną drabinę, zgasił ogień i poszedł w kierunku skały, na której wyraźnie widniały pierwsze stopnie. Zaczął wspinać się powoli, mozolnie i choć robił to setki razy, teraz czuł dziwny niepokój. Kamienie były jeszcze śliskie i każdy nieostrożny ruch mógł spowodować upadek. Gdy był już prawie u góry, jakieś pięćdziesiąt metrów nad łąką, poczuł, że jeden ze stopni rusza się niebezpiecznie. Podjął decyzję natychmiast i jak górski kozioł, czujący śmiertelne zagrożenie, skoczył w bok, chwycił się występu w ścianie i równie szybko odbił się ponownie i znalazł się na wyższych szczeblach drabiny. Jeszcze tylko kilka kroków i już był na samej górze, tuż nad przepaścią i nad ostro schodzącym w dół zboczem. Przykucnął i zwinny jak kot zaczął przemykać w kierunku brzegu urwiska, właściwie prawie spadał, a jednocześnie nie tracił kontaktu z podłożem, wprawnymi uderzeniami stóp korygując kierunek pędu. Wreszcie dotarł do miejsca, gdzie należało się odbić i po krótkim locie nad otchłanią, schwycić się rosnących równolegle do skał zdrewniałych lian. Ai skoczył bez wahania i na chwilę zamarło mu serce, szybko jednak się uspokoił, bo poczuł, że jego dłonie zamknęły się na silnych pnączach. Wszystko robił odruchowo, bo za zboczem panowała nieprzenikniona ciemność. Zsuwał się powoli, raz po raz zwalniając uchwyt dłoni, to znów zaciskając je na roślinie. W połowie drogi przystanął i zaczerpnął powietrza, wiedział, że ma do pokonania jeszcze jakieś sto metrów, ale niżej liany były już tak gęste, że schodzenie nie nastręczało tylu trudności. Nagle usłyszał głośne syknięcie tuż przy swoim policzku, w ułamku sekundy chwycił prawą dłonią rękojeść krótkiego miecza i świsnął nim w powietrzu. Kącikiem oka zauważył odcięty łeb wielkiej kobry królewskiej, z otwartą paszczą i zębami jadowymi na wierzchu, oddzielony od reszty ciała i lecący bezwładnie w dół. Schodząc nieco niżej, dostrzegł w mroku wiszącego pomiędzy lianami i drgającego jeszcze, kilkumetrowego węża bez głowy. Z różowej wyrwy wylewała się krew i kapała w dół, ogon wciąż trzymał się silnie lian, a żółtawy rysunek na ciemnym ciele lśnił jaskrawo, oświetlany światłem księżycowym. Ai wiedział, że ukoszenie tego gada może zabić słonia i uznał jego zabicie za dobrą wróżbę, a zarazem pomyślał o tym, że nauki jego ojca bardzo się przydały – wyraźnie usłyszał jego słowa, wypowiedziane kiedyś na Łące Tajemnic:

– Gdy usłyszysz świst musisz już mieć w dłoni miecz i uderzyć tam, skąd do ciebie dobiegł…

Powoli schodził coraz niżej i niebawem stał już na ziemi, pośród gęstwiny bambusowej dżungli. Na niewielkiej, złamanej łodydze, tkwiła wbita głowa kobry, a z ostrych, zakrzywionych zębów, kropla po kropli, sączył się jad. Ai wysmarował nim ubranie, czym chciał odstraszyć drapieżniki, a potem szybko odszukał ścieżkę, z której korzystały pandy, tygrysy, sarny i jelenie milu. Powędrował nią w kierunku szerszej przesieki, gdzie nie groziło mu już tyle niebezpieczeństw. Słyszał wokół siebie jakieś groźne pomruki, dalekie piski i dziwne chrząknięcia, ale szedł szybko i nie oglądał się za siebie. Wiedział, że las bambusowy dociera nieomal do miasta, na obrzeżu którego był wielki dom poborcy Wanga. Szedł jednak po grząskim gruncie, rozmiękczonym przez deszcze i szybko poczuł zmęczenie. Zwolnił zatem i przemykał etapami, odpoczywając i przyglądając się bliższym i dalszym drzewom. Wiedział, że wszędzie jest pełno węży, a jego zapach, nawet osłabiony przez jad, może przywabić tygrysy, wilki lub panterę. Dopiero, gdy zobaczył w dali ciepłe światła licznych domów i górujących nad nimi wież pałacowych, stanął na czarnym głazie, wziął szeroki oddech i utkwił swój wzrok w domostwie zarządcy. Tylko w jednym pokoju płonęły ognie, a resztę spowijał gęsty, nieodgadniony mrok. Ai zacisnął rękę na rękojeści miecza i ruszył powoli przed siebie.

POWIEŚĆ ABSURDALNA

 Autentyczny krytyk literacki zawsze z zainteresowaniem czeka na autorów nowych, wstępujących pokoleń. W pamięci ma liczne „odkrycia” w tym względzie, bezdyskusyjne werdykty, potwierdzone po latach w naukowych podsumowaniach, w wielkich syntezach krytycznoliterackich, a na koniec w encyklopediach, leksykonach i słownikach tematycznych. Niestety często się zdarza, że na horyzoncie pojawia się krytyk układowy, spowinowacony z jakąś koterią, należący do jakiegoś lobby, który miast forować sprawiedliwe sądy, kieruje się dobrem „układu”, chwilowego rozdania kart, lansu konkretnego wydawnictwa, związku twórczego lub grupy nacisku. Przypomina się w tym momencie powieść Honoriusza Balzaka pt. Stracone złudzenia, w której bohater (Lucjan) wchodzi do świata recenzentów i dziennikarzy i z przerażeniem odkrywa, że jest on przeżarty przez korupcję, fałsz, kłamstwo, a na porządku dziennym jest wzajemne wyświadczanie sobie mniejszych lub większych przysług. Nagrody bywają wciąż takie same – dobre pieniądze, obecność na łamach, zasiadanie w gremiach i radach, urodziwa aktoreczka, albo „ładny chłopiec”. W polskiej krytyce powojennej mamy przede wszystkim do czynienia z krytykami podlizującymi się władzy komunistycznej, często będącymi agentami policji politycznej albo członkami PZPR-u. Nowy wynalazek, po 1989 roku, to krytyk medialny, odwalający pańszczyznę za pieniądze, wychwalający określony układ i będący klakierem określonych nagród, wchodzący w skład jury tychże „zaszczytów”. Mamy już też dowody – w formie publikacji książkowych – jak ogromne były nadużycia tego rodzaju krytyków i jak wiele klęsk ponieśli. Ich analizy i syntezy pełne są histerycznych sądów, patetycznych kreacji nowych Faulknerów i Bułhakowów, którzy bezpowrotnie utonęli w smole czasu. Nikt i nic ich już z niej nie wydobędzie, no chyba że inny krytyk, uniwersytecki filolog, który wyszpera sądy poprzedników i dla korzyści własnej poprze je w jakimś przewodzie doktorskim, habilitacyjnym czy profesorskim. Polska kultura, ponad siedemdziesiąt lat po drugiej wojnie światowej, nie wytworzyła magazynów branżowych, tygodników i dzienników, które by w sposób kompetentny oceniały naszą literaturę i sztukę. Próżno szukać też teraz krytyków na miarę Kazimierza Wyki czy Jana Błońskiego, próżno szukać ich następców. Dominuje strategia recenzencka, a pojawienie się zoila, reprezentującego określoną szkołę krytycznoliteracką bywa prawdziwym ewenementem.

Łukasz Orbitowski w powieści pt. Inna dusza, zapragnął odzwierciedlić miałkość i absurdalność zachowań dorastających chłopaków z Bydgoszczy. A przy tym poczuł się jak Dostojewski – poklepywany po plecach przez krytyków i kumpli – i zamarzył sobie by ukazać wnętrze młodocianego mordercy. Mnożąc monologi wewnętrzne bohatera, doprowadził swoją powieść do absurdu i zaplątał się w niej bezsensownie. Pisarz musi panować nad materiałem literackim, który generuje, a tutaj mamy sieć bełkotliwych dopowiedzi, nieustającą ewokację pustki myślowej, momentami tak przerażającej, że aż nieprawdopodobnej. Jakież to mało interesujące – ów infantylizm myślowy narratora, syna alkoholika, toczącego wciąż walki z własną psychiką i otoczeniem. Opis takiego dewianta sam w sobie byłby może interesujący, gdyby wykonanie było należyte, na dobrym poziomie literackim. Tutaj niestety mamy do czynienia z ogromną nieudolnością narracyjną, która w końcu rozmywa się w wielkiej nudzie i rozdrobnieniu celów pośrednich, nie mówiąc już o owym szczytnym marzeniu, by pokazać psychikę i mechanizm postępowania mordercy. Tak jak Jędrek jest niedojrzały emocjonalnie, tandetny w swoich zachowaniach, tak samo nieudolny jest autor powieści, mnożący marne opisy rodziny bohatera (tatka i mamusi), dorzucający ze strony na stronę opisy zachowań, w których nie ma niczego wartościowego. Przy tym najbardziej rażą tutaj doraźności, ciągłe nawiązywanie do tandetnych elementów kultury masowej (nie wiadomo jaką funkcję ma pełnić pomysł z tytułami rozdziałów wziętymi z utworów polskich zespołów rozrywkowych i piosenkarzy od Sasa do Lasa). Dobra powieść musi mieć swój rytm, wewnętrzną dynamikę, zachęcającą do dalszej lektury – musi wciągać w sposób magiczny, albo choćby denerwować na tyle, by chciało się ją dokończyć i posiąść określoną wiedzę o niej. Tutaj mamy do czynienia z przerażającym rozmamłaniem narracyjnym, jakby autor nie mógł się zdecydować, czy chce tworzyć portret psychologiczny narratora czy mordercy, czy tworzy studium psychoanalityczne czy tylko dokleja kolejne „kawałki” rozbitego lustra. Tak jego postaci – nawet jeśli ma to być odbiciem niedojrzałości – stają się niewiarygodne, równie sztuczne jak umieszczenie akcji w Bydgoszczy.

Wszystko w tej powieści zostało spłaszczone, zmarginalizowane i ciąg zdarzeń nie układa się w logiczną całość – to raczej cząstki, notatki, z których dopiero należałoby wysnuć narrację. Trudno się dziwić, że czytelnicy tego „dzieła” nie potrafią powiedzieć nic sensownego na jego temat, tak jak choćby Sylwia Chutnik, której opinię wydrukowano na okładce: Opowieść pełna szczegółów, które oddają klimat lat dziewięćdziesiątych w kraju Polska i klimat wieku dojrzewania: gdy chciało się po prostu szybko jeździć na rowerze, strzelać z procy, znaleźć sposób na samego siebie. Ojciec to był tatko, meblościanka gnieździła skarby z całego dzieciństwa. Przyszłość to decyzja o wyborze szkoły, nie myślało się o śmierci. Tylko robiło rzeczy zakazane. I dlatego powieść Łukasza ściska za gardło. Bo tu nie ma typowo złych bohaterów. Jest to ich zły koniec. Można by powiedzieć: jaki pisarz, tacy krytycy, ale przecież trudno wyartykułować coś sensownego o tej pisaninie, sztucznie dostosowanej do realiów lat dziewięćdziesiątych. Mogłaby jednak Chutnik wystrzegać się błędów stylistycznych, choć – nolens volens – oddają one to, co w powieści Orbitowskiego się nie udało. Dążąc do stworzenia specyficznej aury, pragnąc wypracować własną stylistykę nowoczesnej powieści, przedłożył autor czytelnikom mieszaninę nudy z powieści obyczajowych Kraszewskiego, z wydumanymi konceptami ostatnio nagłaśnianych autorów jego pokolenia. Niedookreśloność bohatera może być wartością powieści, ale w tym przypadku przełożyła się też ona na nieokreśloność narracyjną, pustkę myślową kolejnych stronic, a nade wszystko absurdalne fajerwerki zdarzeniowe, mające wzbogacić utwór; a to wyjazd na wybrzeże, gdzie Jędrek prawie zabija dziewczynę, a to jego pobyt w Legii Cudzoziemskiej. Wydawnictwo Od deski doi deski reklamuje tę powieść jako opartą na faktach, a tu przecież mamy do czynienia z rozmamłaniem faktów i absurdalnym ich rozdęciem. Może dlatego na końcu dzieła pojawiła się taka asekuracyjna dopowiedź: Zarys fabuły książki „Inna dusza” jest oparty na prawdziwych zdarzeniach. Trzeba jednak pamiętać, że tekst nie jest reportażem, tylko dziełem fikcji literackiej. Nie należy go traktować jako dokumentu. Wypowiedzi i myśli bohaterów, ich charakterystyka, a także opisy szczegółów miejsc i wydarzeń nie mogą stanowić źródła wiedzy o faktach. Szczytne założenie, próba ukazania psychiki i motywów postępowania młodocianego mordercy, zrodziło dzieło zaświadczające, iż jego autor nie zrozumiał podstawowej zasady wszelkiej wartościowej prozy: jeśli nawet bohater jest prymitywny, jeśli jego świat rozpada się jak domek z kart, narrator musi nad nim panować, strategicznie wprowadzać kolejne wątki, tak by na końcu wyłonił się kształt dający się obronić w każdej rzeczywistości i w każdym języku. Jako powieść w rozsypce, powieść bez reguł i bez wewnętrznej dynamiki, jest ona nieprzydatna przy opisie polskiej rzeczywistości, a tym bardziej nieprzekładalna na wielkie języki europejskie, gdyż glosy i przypisy zajęłyby w takich edycjach kolejne sto albo dwieście stron. Pracując w latach osiemdziesiątych w uniwersytecie i mając nieustannie do czynienia z młodymi ludźmi, mogę zaświadczyć, że miałem często do czynienia ze wspaniałymi osobowościami, które potem wyraziście zaznaczyły swoją obecność w społeczeństwie. Tutaj sugeruje się całkowite zepsucie młodzieży tego pokolenia, degrengoladę moralną, tandetę myślenia i konsumpcyjny model życia.

Założenie Orbitowskiego, że Bydgoszcz jest miastem mordu i przegrania to ogromne nadużycie, w taki tandetny sposób argumentowane przez Tomasza Sekielskiego: Wychowywałem się w Bydgoszczy, znam ją i pamiętam jej klimat. W „Innej duszy” Orbitowski odmalowuje niepokojący obraz miasta i jego mieszkańców z lat dziewięćdziesiątych., Chaos początków transformacji i społeczeństwo próbujące odnaleźć się w pierwszych latach przemian. Mord, który wtedy wstrząsnął bydgoszczanami, był symbolicznym znakiem tamtego czasu. Niepojęty, niezrozumiały, a przez to jeszcze bardziej przerażający. Ciekawe, bo ja też wychowałem się w Bydgoszczy i niczego takiego nie pamiętam, jak w każdym mieście zdarzały się tutaj patologie, ale tak daleko idące uogólnienie jest sporym nadużyciem. Opisy Bydgoszczy to nieustający ciąg przegięć, wypaczeń i przerysowań – ot tak jak w przypadku opisu wschodniej dzielnicy miasta: Fordon ciemnieje wcześnie. Latarnie znajdują się tylko przy głównych ulicach, niektórym utrącono głowy, pozostałe nie palą się jeszcze z innego powodu. Droga łącząca dzielnicę z resztą Bydgoszczy również bywa nieoświetlona. Jest jeszcze ciepło, więc wina wciąż pija się pod chmurką. Nie ma tutaj knajp. Nie ma tutaj bibliotek, kin, pubów z bilardem, nie ma klubów tanecznych ani ogniska kulturystycznego, nie ma placów zabaw ani kwiaciarni, nie ma kręgielni, pływalni czy hali do koszykówki. Salonów z flipperami również nie ma, podobnie jak działek. Są tylko niewielkie ogródki, po których schodzi się po brązowych schodach z pierwszych pięter bloków. Bloki te ciągną się w nieskończoność czy jeszcze dalej, do morza, osadzone na zielonych wzgórzach i wrosłe w kotliny, czteropiętrowe i dziesięciopiętrowe, przedzielone przez parkingi, przedszkola, podstawówki tysiąclatki i dyskonty spożywcze o dachach pokrytych blacha falistą. W chaszczach Fordonu chrumkają dziki. Kuny skaczą po gałęziach. Lis myszkuje w śmietniku. Jakaż psychika widzi jedynie negatywy i przerysowuje co i rusz opisy rzeczywistości – jakaż próbuje przekonywać, że w takiej przestrzeni muszą pojawiać się patologiczne typy ludzkie – ot takie jak Malwina: U nas po Fordonie włóczy się taka Malwina. Weźmie do ręki za dziesięć, do buzi za dwadzieścia, a za trzydzieści pięć całą resztę, czy jakoś tak, w każdym razie taniej niż Aneta Gorące Usta, co jest w gazecie, albo babeczki w hotelu Brda. To też ma być znak firmowy miasta, jakby w innych aglomeracjach nie pojawiały się prostytutki albo zdegenerowane, bezdomne kobiety. Dalej opisy orbitują ku granicom absurdu: Bydgoszcz rozwadnia się za oknem autobusu. Kamienice, pościskane w centrum jak gołębie podczas ulewy, rozluźniają się z każdym kolejnym przystankiem. Ich okna robią się mniejsze, bramy zieją czernią i pyłem. Między nimi wyrastają czteropiętrowe bloki, plomby, mokre ogródki i place zabaw z rdzewiejącymi zjeżdżalniami. Błyska stalowa tafla Brdy. Pojawiają się zaniedbane wille ze sztucznymi kwiatami na parapetach i wiejski domki, pobielane, o czerwonych dachówkach. Są też szare kloce, bliźniaki, gdzie każde okno i drzwi są inne, obsypane przez anteny satelitarne, z gałęziami i liśćmi na dachach. Autor szczególnie upodobał sobie Fordon, dzielnicę pięknie położoną, pełną szerokich ulic i wysokościowców. W jego opisach wygląda ona tak: Fordon o poranku jest szary jak gołąb. Dalekie bloki zlewają się z zachmurzonym niebem, w bliższych rozpalają się światła, które z trudem przebijają się przez mgłę. Pod budką fryzjerską przycupnęła jakaś sylwetka w kożuchu i wełnianej czapie. Przypomina pogańskie bóstwo zagubione w betonowej pustyni. Kobiety z pustymi siatkami, pijaczkowie w dresowych bluzach i zmęczeni bezrobotni oczekują na otwarcie spożywczaka.

Jakże absurdalna jest metoda twórcza Orbitowskiego, który pragnąc wzmocnić opisy psychiki mordercy, opluwa miasto, w którym on nieszczęśliwie zaistniał. Kontrapunktem czyni Warszawę, idealizując ją, choć i ona nie znajduje u niego pełnej akceptacji: Ale Warszawa to nie prawdziwe miasto, choć może kiedyś nim będzie. Na pewno jest lepsza niż Bydgoszcz. W prawdziwych miastach nie znajdziesz cuchnącej bramy, tylko sklepy, kawiarnie i restauracje. Ludzie noszą tylko nowe ubrania i piją wino do obiadu. Nie ma miast bez cuchnącej bramy, znajdziemy je w Nowym Jorku, Pekinie i Buenos Aires, nie ma też przestrzeni idealnych, o których opowiada autor. Dla niego: Bydgoszcz jest nierzeczywista jak malunek na szkle – byle jakie domy, ludzie byle jacy i słońce nasmarowane na niebie. W jego promieniach tańczy świetlisty kurz. W spożywczaku zaduch i mrok, mydło przygniata powidło. Do tego jeszcze: Na dachach kręcą się gołębie i leżą butelki. W trawie tkwią klapy studzienek kanalizacyjnych, a w chaszczach obok bloków zalegają hałdy śmieci. Te znaczące przerysowania sąsiadują z błędami topograficznymi i onomastycznymi (Wypaleniska to u autora Wykopaliska), a Bydgoszcz zyskuje w końcu miano miasta przeklętego. I tak jak trudno znaleźć jakieś pozytywy w tej powieści, tak trudno przypisać jej określone wartości pisarskie lub artystyczne. To ciąg napastliwych relacji, opisów, rozmów, nie przystających do wagi problemu, jakim jest niewytłumaczalna zbrodnia, której dopuścił się człowiek daleki od profilów osobowościowych innych morderców. Tak oto coś, co miało aspirować do pokrewieństwa z prozą Dostojewskiego, stało się rodzajem śmietnika pisarskiego, worka, do którego autor wpakował co się dało, przyozdabiając wszystko wulgaryzmami, uproszczeniami i opluwaniem dużego polskiego miasta, o którym tak naprawdę niczego nie wie, a tym bardziej nie jest w stanie zrozumieć jego etosu. Starczy spojrzeć na pocztówki z okresu międzywojennego, starczy przejść się ulicą Gdańską, Dworcową lub Cieszkowskiego, by zauważyć, że obraz Bydgoszczy, wykreowany na kartach prozy Orbitowskiego jest z gruntu fałszywy i szkodliwy. Tym bardziej zaskakuje to, że książkę uhonorowano największym bydgoskim wyróżnieniem literackim – Strzałą Łuczniczki.

_____________

Łukasz Orbitowski, Inna dusza, Od deski do deski, Warszawa 2015, s. 430.

« Older entries

%d blogerów lubi to: