ZŁY DUCH (10)

Wiele lat minęło od momentu, gdy beng wniknął w czarny kolec i zmartwiał, zasnął, postanowił przeczekać wielkie dziejowe burze. Nie wiedział, że jego niezwykłą kryjówkę pochwycił wielki ptak chtoniczny i zaniósł do pruskiego miasta, położonego nad niewielką rzeką, toczącą w dal czyste wody, pełnego kościołów i spichlerzy. Kolec upuszczony w locie spadł na dwupiętrowy budynek i wbił się w papę, okrywającą dach, dodatkowo zakonserwowaną czarną smołą. Uderzenie przebudziło go na chwilę i ujrzał Hildegardę leżącą w zakonnej infirmerii, otoczoną innymi mniszkami, trzymającymi płonące gromnice i szepczącymi modlitwy. Wyczuł, że został przeniesiony ku siedemnastemu dniu września 1179 roku i znalazł się ponownie w Rupertsburgu koło Bingen nie bez powodu. Umierająca staruszka w habicie nie miała już siły mówić, ale dała znak by ukochana nowicjuszka zaczęła czytać wybrane przez nią fragmenty pism. Przepiękna dziewczyna postąpiła do przodu, skłoniła się matce przełożonej i zaczęła głosić przesłanie tembrem wyrazistym i dźwięczącym jak dzwonki mszalne: Są cztery rodzaje śmierci, tak jak możemy wyodrębnić cztery kategorie umierających ludzi. Śmierć świętych, którzy wnikają w wieczność w ekstazie i poczuciu łączności z Trójcą Przenajświętszą. Te byty topnieją jak śnieg pośród ciepłych, wiosennych powiewów i łączą się ze stwórcą w sposób doskonały. Po drugiej stronie istnienia są ludzie silnie uzależnieni od spraw ziemskich, toczący nieustanne boje o przetrwanie, pławiący się w użyciu i drwiący z nakazów boskich. Ci są jak liście oderwane od drzew i targane we wszystkie strony chłodnymi wiatrami jesieni. Nie oni są jednakże najgorsi, bo szybciej do piekła trafią ci, którzy zostali obdarzeni talentami i boskimi darami, a sprzeniewierzyli się i wszystko zmarnowali. Malarze, którzy nie stworzyli wielkich dzieł, snycerze bez posągów i sarkofagów, muzycy bez koncertów i symfonii, złotnicy, którzy nie przyoblekli koron królewskich w drogie kamienie i nigdy nie zobaczyli pysznych bransolet, które mieli wydobyć z nicości. Cienie dwudziestu zakapturzonych mniszek, powiększone przez płomienie świec, pochylały się na ścianach nad umierającą, a beng skupił swój wzrok na wielkiej rzeźbie Jezusa, wykonanej z kararyjskiego marmuru i zawieszonej na ścianie. Wyczuł w niej jakąś dziwną anomalię i już po chwili wypłynął z niej jego pan, rozpostarł nietoperze skrzydła, uniósł do góry prawy szpon i czarnymi ślepiami przeszył zgromadzone osoby. Przez chwilę zawiesił też wzrok na bengu i bez słowa nakazał mu natychmiast wniknąć w ciało Hildegardy, ale nie zauważył, że jego podwładny jest tylko nikłym poblaskiem dawnego sługi. Nowicjuszka czytała dalej: Najbliższa Panu jest śmierć zwykłych, szarych ludzi, którzy nigdy nie zwątpili w jego istnienie i wychwalali go rankiem, w południe i o zmierzchu. W tej chwili za oknami klasztoru zaczął wiać silny wiatr, a wysokie drzewa pochylały się rytmicznie w dół i w górę. Mniszki śpiewały cicho tęskną pieśń skomponowaną przez ich przełożoną, a Szatan tylko skrzywił się w sobie i dał niewidzialny znak demonom, by wychyliły się zza granic piekła i stanęły w szeregach, gotowe do boju. Hildegarda czuła, że opuszczają ją siły i traci wiarę, ale z żalu za grzechy wydobyła ostatnią pochwałę Boga i uprosiła go, by jeszcze raz pozwolił jej stoczyć walkę ze złem. Beng zadrżał, gdy ujrzał, że z płomieni gromnic wypływają najpierw trzej mocarni archaniołowie z kryształowymi mieczami, a za nimi suną ogromne, uzbrojone hufce anielskie. W górze, niczym wielka aureola, pojawił się sam Jezus, migotliwy, jasny, powiewający jak sztandar, błogosławiący Hildegardę. Zobaczyła to i uśmiechnęła się do swego życia, pełnego cudownych roślin, jaskrawych ptaków i smutnych pieśni głoszących pochwałę życia w świętości. Zamykając oczy była pewna, że siły zła nie przemogą dobra i świat nie skończy się wraz z jej odejściem.      

Beng w jednej chwili zrozumiał, że władca sadzy i spalenizny poniósł straszliwą porażkę i bojąc się jego gniewu, czym prędzej wrócił na dach dalekiego domu. Już chciał ponownie wniknąć w kolec, gdy nagle zobaczył nagą Martę, stojącą przed lustrem i mierzwiącą włosy na swoim łonie, a potem ubierającą się  strojnie. Zaciekawiony i onieśmielony jej urodą, wniknął w nią, myśląc, że pobędzie w tym pięknym ciele przez chwilę, rozejrzy się w niej, spojrzy jej oczyma na świat i wróci do swojej kryjówki. Nieoczekiwanie zobaczył w niej coś, co go zafrapowało, a jak Marta przysiadła na sofie, wsunęła dłoń za majtki i zaczęła delikatnie dotykać swojego łona, postanowił pobyć w niej nieco dłużej. Dziewczyna nie rozumiała dlaczego wychodząc z domu poczuła nagle pulsowanie krwi u zbiegu ud, a w jej wyobraźni pojawił się urodziwy kominiarz, z którym czasem rozmawiała przy domu lub na ulicy. Na jej twarzy zakwitł  wyraźny rumieniec, ciało zaczęło lekko pulsować, a dłoń stała się dociekliwa, jakby szukała czegoś w ciemności. Nagle napłynęło wielkie gorąco, coś trysnęło w niej, przymknęła oczy i wydała z siebie jęk zadowolenia, czując się spełniona i wyzwolona. Zdarzało się jej wcześniej dotykać łona, ale pierwszy raz zrobiła to tak intensywnie, że zniknęła sama w sobie i poszybowała ku niewidzialnym dalom. Szybko oddychająca odczekała kilka minut, po czym podeszła do lustra, poprawiła fryzurę i lekki makijaż, spod którego wciąż wyraziście wydostawał się rumieniec. Miała umówione spotkanie w domu bogatego Żyda, więc wyszła z domu i skierowała się ku centrum miasta, gdzie miała zamiar dojść w pół godziny. Robiła to wielokrotnie i doskonale wiedziała ile czasu zajmie jej droga, musiała tylko zejść do Placu Poznańskiego, a potem ulicą Poznańską i Długą przedostać się do Starego Rynku i niewielkiego zakątka handlowego przy uliczce Jatki. Wychodząc z podwórza ze zdumieniem zobaczyła kominiarza, który na jej widok przystanął na rowerze, ściągnął czarny melonik i z promiennym uśmiechem na umorusanej sadzami twarzy, odezwał się do niej:

– Pani Marta, jak zawsze piękna… pewnie do kawalera jakiegoś idzie…

Dziewczyna uśmiechnęła się na widok mężczyzny i pomyślała o tym, że dopiero co kochała się z nim  w wyobraźni. Patrząc z satysfakcją na jego mocarną sylwetkę, powiedziała filuternie:

– Gorącą randkę już dzisiaj miałam i nigdy nie zgadłby Bronek, z kim… Może kiedyś Ci powiem, ale teraz muszę iść na spotkanie z pracodawcą, który chce mnie zatrudnić. Kominiarz poczuł się jakby nagle poraził go grom, bo od dawna podkochiwał się w najpiękniejszej dziewczynie na ulicy Strzeleckiej i czasem nawet podglądał ją w pokoju z dachu domu usytuowanego naprzeciwko. Ach, ile by dał, by jego wybrała i została wytęsknioną żoną i jakże by ją kochał, jak czule by pieścił i otaczał opieką. Jej żartobliwe słowa zdruzgotały go, wsiadł na rower i ruszył przed siebie, a ona poszła w drugą stronę, czując się lekka i pachnąca, podekscytowana nową życiową sytuacją, która nagle pojawiła się nie wiadomo skąd. Beng też ożywił się w niej i poczuł się niezależny, jakby nie był pasożytem lecz integralną cząstką jej bytu. Zwolniła nieco kroku, bo zerkając na mały, damski zegarek, stwierdziła, że ma jeszcze sporo czasu do spotkania, a nie chciała się spocić podczas drogi, a do tego skórzane czółenka lekko obcierały jej najmniejsze palce u stóp. Znalazła się u wejścia na plac, leżący w rozległej dolinie i minęła duży dom pensji dla zamożnych panien, w którym pokojówką była jej przyjaciółka Herta, Niemka prawie tak piękna jak i ona. Czasem, gdy razem szły ulicą, rozkoszowały się cmoknięciami i pogwizdywaniem mężczyzn, ale wciąż nie miały narzeczonych, choć ciekawie popatrywały na niektórych chłopców. Tak była zatopiona w swoich myślach, że sama zdziwiła się , gdy stanęła u drzwi Dawida Cohna uderzyła w nie dużą, mosiężną kołatkę w kształcie lwa i zerknęła na mezuzę przyczepioną do zewnętrznej futryny. Dobrze zapamiętała napomnienie Jakuba Rozenfelda, by dotknąć jej gdy otworzą jej drzwi. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo i już chciała drugi raz zakołatać, gdy nagle klucz zachrzęścił w zamku i tafla bogato rzeźbionego dębu odsunęła się do środka. Przed nią stał nieco grubawy mężczyzna w czarnym chałacie i kapeluszu, z mycką na głowie i niezbyt długimi pejsami wiszącymi przy obu policzkach. W ostatniej chwili przypomniało się jej, że powinna dotknąć mezuzy i dopiero wtedy postąpiła do przodu, wycierając jeszcze swoje buty o grubą wycieraczkę z juty. Gdy znalazła się w środku poczuła się oszołomiona bogactwem mebli i czystością obrusów, zasłon i kilimów. Na stole przy ścianie stał ogromny kryształowy wazon, a przy nim leżała płaska czara, pełna czekoladowych cukierków w kolorowych papierkach. Dawid tylko raz spojrzał na dziewczynę i natychmiast zrozumiał, co miał na myśli jego przyjaciel, gdy powiedział, że kandydatka na służącą ma urodę księżniczki z czasów króla Salomona. W swoim życiu widział wiele pięknych kobiet i kilka z nich miał w swoich ramionach, ale uroda i kształty tej istoty prawdziwie go zdruzgotały. Pomyślał, że demony piekielne przysłały mu pokusę w ludzkim ciele, której nie zdoła sprostać i był prawie pewien, że nie zatrudni Marty. Beng natychmiast to wyczuł i posłał ku niemu przekaz energetyczny, płynący z samego jądra wszechświata i z czasów, gdy materie zderzały się ze sobą i natychmiast rozżarzały się do czerwoności.

BROMBERG (27)

27. Wczesnym rankiem dwudziestego września 1939 roku furgon sanitarny Dawida Arona dotarł do Grodna, ale podróżni postanowili nie zatrzymywać się w mieście i szybko podążyli na północ, w stronę Litwy i państwa sowieckiego, gdzie spodziewali się znaleźć azyl u rodziny Szmula Lewiego. Minęli szybko rynek i ledwie zerkając na okazałą, białą bazylikę z zielonymi kopułami, pod wezwaniem św. Franciszka Ksawerego, mknęli dalej do mostu na Niemnie. W mieście panował harmider i sporo wozów wypełnionych ludźmi i ich dobytkami jechało na południe, na wchód lub na zachód. Tłumy pieszych też tam się kierowały, co zaskoczyło Dawida i Szmula, ale panikę uznali za efekt szybkiego zbliżania się wojsk niemieckich. Przystanęli na wzgórzu, za mostem i przyglądali się z przyjemnością wolno płynącej rzece, która nie była jeszcze zbyt szeroka w tych okolicach i wyglądała malowniczo pośród pagórków. Zjedli coś ze swoich zapasów i wytyczyli kierunek ku wsi Pyszki, w której chcieli przenocować i wykąpać się w bani u żydowskiej rodziny, którą policjant odwiedził podczas podróży na wschód w 1935 roku. Bali się chłopów, i nikogo o nic nie pytali, bo wcześniej niejednokrotnie słyszeli relacje o zabijaniu bogatych Polaków i Żydów na wschodnich kresach. Furgon i ich dobytek mogły być łakomymi kąskami w tym podłym czasie, a przemykanie polskimi drogami nauczyło ich, że najlepiej podążać do przodu i nie oglądać się za siebie. Już mieli wsiadać do samochodu, gdy nagle zza gęstych drzew wyłonił się niewielki czołg z dwoma wojskowymi w hełmofonach, stojącymi w otwartej wieżyczce. Po chwili za nim wyłoniło się kilkunastu piechurów w zielonych kurtkach i okrągłych czapkach z daszkiem na głowach i inne wozy bojowe. Kroczyli w wysokich buciorach, z karabinami na ramionach i kocami zwiniętymi w rulon, owiniętymi wokół tułowi. Jeden z nich wycelował w mężczyzn stojących przy samochodzie i strzelił, trafiając w prawe drzwi pojazdu. Także jeden z czołgistów wycelował w nich, ale sunący na czele piechurów dowódca uniósł rękę ku górze i krzyknął:

Не стреляйте, нам нужны языки…[1]

Na ucieczkę już było za późno, więc Dawid i Szmul unieśli ręce ku górze i czekali na dalszy bieg zdarzeń. Szybko otoczyła ich spora grupa żołnierzy, z której wysunęli się czterej niscy enkawudziści w czarnych skórzanych kurtkach. Jeden z nich wyciągnął pistolet Walter i wymachując nim w kierunku schwytanych, nakazał:

 – Отведите их в ту лачугу в роще, где мы тех мужиков уничтожили… Там их допросим.[2]

Natychmiast wysunęło się do przodu kilku piechurów i jeden z nich otworzył tylne drzwi furgonu, a potem  jako pierwszy wskoczył do środka. Pozostali wepchnęli do niego obu Żydów i też wgramolili się do blaszanej budy, a jeden z nich wsiadł do szoferki razem z grubawym enkawudzistą i przekręcił kluczyk w stacyjce, uruchamiając auto. Zawrócił  wprawnie na niewielkiej przestrzeni i pomknął gliniastą drogą, mijając oddziały i kolejne czołgi, sunące w stronę Grodna. Obie kobiety okryły drżącego Chaima kocem i przytuliły się do niego, lokując się przy prawej ścianie auta, trzymając się za ręce i pochlipując cicho. Żołnierze o mongoloidalnych twarzach patrzyli rozpłomienionymi, czarnymi ślepiami na nie bez słowa, od czasu do czasu zerkając na siebie i odsłaniając zepsute i żółte od tytoniu zęby.

 – Смотри, Саша, две хорошенькие суки… Посмотрим, будут ли они лучше последних мужиков[3] – odezwał się wreszcie jeden z nich do siedzącego obok niskiego chłopaka w za dużej czapce z daszkiem, stale zsuwającej się mu na nos.    

Nie jechali długo, może dwadzieścia minut, może pół godziny i znaleźli się przy typowej wiejskiej chacie, pomalowanej na niebieski kolor i krytej grubą strzechą. Wyszarpnięto ich z furgonu i natychmiast rozdzielono, kobiety popychając ku niewielkiej stodole, a mężczyzn i chłopca prowadząc do środka domostwa. Uwadze Arona i Szmula nie umknęły okrwawione trupy dwóch chłopów, starca i młodzieńca, wiszące z boku chaty, zaczepione u powały dachu. Nieco dalej, w gnoju, przy oborze leżały na brzuchach dwie półnagie kobiety, z odsłoniętymi okrwawionymi pośladkami. W środku domu panował straszliwy bałagan, jakby potężny wicher przetoczył się przez niego kilka razy. Na podłodze leżały zbite butelki po wódce, jakieś papiery, garnki zrzucone z pieca i łuski od pocisków. Enkawudzista pchnął uwięzionych mężczyzn i chłopca do bocznej komórki, a sam rozsiadł się na ławie, przy jeszcze ciepłym piecu. Wyciągnął z kieszeni skórzanej kurtki paczkę papierosów, zapalił jednego z nich i szybko wydał rozkaz szeregowcowi, stojącemu przy drzwiach komórki:

– Dawajcie najpierw tego starego…

Żołnierz zasalutował do daszka czapki, wszedł za futrynę bez drzwi i po chwili wyszarpnął z izby Dawida. Bezceremonialnie pchnął go do przodu i przycisnął bagnetem karabinu, tak, że mężczyzna upadł na kolana.

– Co tutaj robiliście, żydowskie skurwysyny…? – odezwał się enkawudzista nienaganną polszczyzną, z poprawnym akcentem.

Aron bał się unieść głowę, robiło mu się niedobrze, ciągle przed jego oczyma byli żołdacy popychający do obory obie kobiety, ale od razu odpowiedział:

– Jak to podczas wojny panie dowódco, uciekaliśmy z Bydgoszczy przed Niemcami, do Rosji, bo tam mieszka rodzina mojego przyjaciela, tego tu policjanta…

– I myśleliście gnoje, że nasza ojczyzna przyjmie was z otwartymi rękoma…? Znam ja dobrze takich jak wy, bo mój ojciec harował pół życia u żydowskiego fabrykanta… Za psie pieniądze…, a ten chuj mieszkał w wielkiej kamienicy i jebał najładniejsze pracownice…Moją siostrę też skaził swoim brudem…

– Ja zawsze szanowałem moich pracowników panie dowódco…– powiedział ze smutkiem Aron.

– Ach… to ty też bogaciłeś się na klasie robotniczej…? No to teraz zapłacimy ci za to…Z nawiązką… A twoją babę oddam najgłupszemu Uzbekowi…– z szyderczą miną powiedział wojskowy, cedząc słówka syczącym głosem.

Spojrzał na dwóch innych żołnierzy stojących przy wejściu do chaty i ruchem głowy dał im znać, że mają zabrać mężczyznę. Ci natychmiast doskoczyli do niego i chwytając go pod ramiona, szarpnęli tak, że od razu stanął na nogach i potoczył się między nimi na zewnątrz. Gdy mijali enkawudzistę, ten zrobił znaczący ruch wskazującym palcem pod brodą i zacisnął pięść z zaciętą miną. Aron zamarł z przerażenia, bo zrozumiał, że to są już jego ostatnie chwile, a gdy jeszcze usłyszał krzyk żony w oborze, tak przeraźliwy jakby ją odzierano ze skóry, poruszał nogami jak omdlały i szeptał tylko: O Adonai…, Adonai… Doprowadzili go przed dół z gnojem, gdzie leżały zabite wieśniaczki, wyciągnęli z kieszeni srebrne monety, mały grzebień i jakieś puzderko, a potem, nie czekając dłużej, zarepetowali karabiny. Jeszcze zdążył spojrzeć w górę, na błękitne niebo i raz jeszcze szepnąć imię Pana, po czym głośna salwa z dwóch mauzerów rozerwała jego głowę i zgasiła świadomość.

 W tym samym czasie Szmul Lewi tulił swojego cicho płaczącego syna wierząc, że wszystko się jakoś odmieni, ale gdy usłyszał salwę karabinową stracił wszelką nadzieję. Docierały też do niego krzyki żon, dobiegające spoza domu i przez chwilę zaczął rozważać, czy nie rzucić się na wartownika, wydrzeć mu karabin i walczyć o życie własne i bliskich. Niestety nie było już na to czasu, bo enkawudzista nakazał przyprowadzić go do siebie i zaczął przesłuchanie.

– Podobno twoja rodzina mieszka w naszym kraju…? – spytał.

– Tak panie oficerze – grzecznie odpowiedział Szmul po czym dodał – Dwa razy ich odwiedziłem i zawsze wpuszczano mnie do Rosji bez problemów. Zawsze popierałem wasze przemiany, a towarzysza Stalina szczerze podziwiam…

Przesłuchujący uśmiechnął się cierpko, popukał w czoło Szmula, po czym odwrócił się na pięcie, usiadł z powrotem na ławie i powiedział:

– Widzę, że masz olej w głowie i gorączkowo próbujesz wyprowadzić mnie w pole… Wy brataliście się z Piłsudskim, a nie z Josipem Wissarionowiczem… A teraz nasza Czerwona Armia weszła nagle ze wschodu do kraju Polaczków i razem z Hitlerem zapłaci wam za lata zniewag…i za ten wasz, ha, ha… cud nad Wisłą… Nie ma już dla was ratunku…Chociaż może ty nam się przydasz i udzielisz informacji o ich strukturach wojskowych i policyjnych. Odsyłam cię na tyły, gdzie się tobą zajmą nasi towarzysze… Jeśli powiesz wszystko, o co cię zapytają, może przeżyjesz…

– A co się stanie z moją żoną i synkiem panie dowódco…? – spytał z przerażeniem w głosie Szmul.

– Z twoją suką może sam się zabawię… – powiedział cynicznie enkawudzista, dotykając lufą pistoletu skroni policjanta – a tego zasmarkanego pędraka weźmiemy do Rosji i wychowamy na naszego obywatela, więc nie martw się o niego. Nasz batiuszka ma dobre serce…i kocha pionierów…

Szmul nie wiedział kiedy znalazł się poza wiejską chatą, bo jakby stracił przytomność. Powłóczył nogami, podążał tam, gdzie mu kazano, ale nie było go już w sobie. Zarekwirowanym furgonem Arona powieźli go na jakiś dworzec kolejowy i wsadzili do bydlęcego wagonu, w którym tłoczyło się już sporo polskich oficerów. Usiadł na podłodze i zakrył dłońmi twarz, nie czując, że ktoś litościwie okrył go wojskowym płaszczem. Łkał jak dziecko, a myślami biegał do szczęśliwych chwil z żoną i synkiem, do wspólnych spacerów nad brzegiem Brdy i do spotkań rodzinnych w kawiarni na głównej ulicy miasta. W tym samym czasie, w śmierdzącej świńskimi fekaliami oborze czterech rosyjskich żołnierzy trzymało w powietrzu obdarte z ubrań ciało Mirełe, a kolejni skośnoocy pobratymcy dostawiali się do niego i wykonywali szalone ruchy. Na ziemi dogorywała jeszcze Estera, którą gwałcili na zmianę przez cały dzień i pół nocy, aż straciła przytomność. Teraz w nagie łono celował z oddali z karabinu najbardziej pijany żołnierz, ale jeszcze miał tyle sił, by podejść bliżej, wsunąć jej lufę między nogi i pociągnąć za cyngiel. Salwa, która się rozległa dodała im animuszu, pili i skakali przy Mirełe, a potem i ją w pijackiej furii zadźgali bagnetami. Dopiero rankiem następnego dnia oba trupy zawlekli na gnojowisko i porzucili obok ciał wieśniaków i żydowskiego przedsiębiorcy.

[1] Nie strzelać,   potrzebujemy języków…

[2] Wziąć ich do tej chałupy na zagajnikiem, przy której rozwaliliśmy tych chłopów…Tam ich przesłuchamy.

[3] Sasza zobacz, dwie niezłe suki… Zobaczymy czy będą lepsze od tych ostatnich chłopek…

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (XVII)

Przewodnik uniósł dłoń i Yasmen dał znak swojemu oddziałowi, by wszyscy się zatrzymali. Nagle rozszerzyła się perspektywa i światło stężało jak na flamandzkich obrazach, przydając wszystkiemu tajemniczych barw. Prowadzący ich byt wskazał bezgłośnie miejsce, a sam natychmiast zmienił się w złocisty owal i pomknął do tyłu. Yasmen rozkoszował się tym, co widział i czuł, nie mogąc się uwolnić od przekonania, że uczestniczy w najważniejszym wydarzeniu od tysięcy lat. Ze wszystkich stron spływały lekko barwne kohorty anielskie i ustawiały się karnie przy zakotwiczonych grupach. Ogromne połacie świętej przestrzeni były już wypełnione nimi i zdawały się lekko drżeć w powietrzu, opalizować i połyskiwać raz po raz. Światło jaskrawsze było tylko na środku skały, wydobywając z ogromną mocą wielki ołtarz. Dowódcy przez chwilę wydało się, że stoi na nim biały baranek, z którego tętnicy szyjnej krew płynie do podstawionego złotego kielicha. Obraz ten pojawił się tylko raz i natychmiast zniknął, jakby odepchnięty siłą przejrzystych wirów, które zaczęły ustawiać się za stołem okrytym białą materią. Oddziały wciąż spływały z góry ku wyznaczonym miejscom i stawały się częścią oszałamiającej równiny, okrytej milionami istot, myślących i analizujących, z niecierpliwością czekających na dalszy bieg zdarzeń. Yasmen nie mógł uwolnić się od przekonania, że kiedyś widział już ten obraz, ale nie mógł sobie przypomnieć  gdzie to było. Nagle w jego myślach pojawiła się wyniosła katedra, tuż przy rzece i niewielki tłum ludzi przesuwających się ku malowidłom. Zrozumiał, że były to dzieła mistrza Jana, przygotowane dla kościoła św. Bawona, w którym długo studiował twarz Boga, a potem do końca życia tak go sobie wyobrażał. Teraz czuł, że była jakaś korespondencja z tamtymi chwilami i stał się jednym z aniołów odwzorowanych na tablicach ołtarzowych. Jakiś głos zachęcił wszystkich do modlitwy i jak na komendę zaczęto odmawiać Ojcze nasz. Przeźroczyste wiry ożywiły się i zaczęły z nich wyłaniać się trzy postacie nieziemsko pięknych młodzieńców, jednocześnie za nimi pojawiły się kolejne, jakby mniejsze wiry, tym razem ubarwione jaskrawymi barwami szat tych, którzy wychynęli pierwsi.

Pośrodku pojawił się wysoki młodzian w złotej zbroi, trzymający w prawej dłoni złoty, nieustanie płonący miecz. Jego twarz wyrażała niezwykłą moc, a gdy szepnął bezgłośnie: Któż jak bóg…tłumy pojęły kim jest. Po jego prawej stronie zmaterializował się mężczyzna w zielono-złocistej szacie, z długimi rudawymi, starannie ufryzowanymi włosami. Uniósł wzrok ku górze, złączył dłonie jak do modlitwy i bezgłośnie obwieścił: Bóg jest moją siłą. Odgłos podziwu przemknął przez tłumy i aniołowie zaczęli wychylać się jeden ponad drugiego, by wszystko dobrze widzieć. Z kolei z trzeciego wiru wypłynął postawny młodzieniec w białej szacie, z błękitną narzutką, trzymający w dłoniach berło i glob ziemski ze złota. Jego delikatny szept: Bóg uzdrawia… pojawił się we wszystkich świadomościach i dodał otuchy zgromadzonym.

– Kochani bracia aniołowie – odezwał się tym razem realnym głosem Michał – zgromadziliśmy się tutaj ku chwale naszego Pana. Ruszymy stąd razem na świętą wojnę z siłami zła, które wdzierają się coraz częściej do przestrzeni niebieskiej.

– Myśleliśmy, ze starczy eliminować agentów mroku – powiedział Gabriel – ale okazało się, że była to tylko zasłona dymna dla innych celów. Piekło wysyłało ich by zostali wykryci, a w tym samym czasie stworzyło demony odporne na nasze moce, które naderwały firmament niebieski.  

– Dlatego postanowiliśmy z braćmi archaniołami ujawnić nasze kształty i ruszyć wraz z wami do boju – zakomunikował Rafael i jednocześnie, wyczuwając zagrożenie, z przestrachem spojrzał na Michała.

Złowieszczy świst rozległ się w przestrzeni i trzy czarne ostrza pomknęły ku archaniołom. Michał odczekał ułamek sekundy, po czym wystawił swój płonący miecz i jeden po drugim unieszkodliwił ostrza. Ich odgłos zgasł natychmiast, ale pośród tłumów powstał ogromny harmider, skupiający się na tych, którzy cisnęli dziryty. Trzej archaniołowie unieśli się lekko w górę i trysnęli ku tłumom świetlistą energią, która docierając do każdego zakątka zgromadzenia oczerniła tylko tych, których trzeba było wyeliminować. Yasmen ujrzał wielu aniołów schwytanych w pułapkę czerni i zdumiał się jak wielu ich było. W jego oddziale brakowało tylko Bayrana, którego teraz, przyobleczonego w czerń, otaczała w innym miejscu hałaśliwa grupa aniołów. Michał uniósł miecz ku górze i dramatycznym głosem zawołał:

– Panie zgładź bestie, które przeniknęły do naszych oddziałów…!!!  

Niektóre z poczernionych aniołów natychmiast wzleciały w górę i zaczęły umykać we wszystkie strony, ale rozległ się potężny ryk lwa i czerwony żar opadł na wszystkich. Yasmen zobaczył niewielkie drobinki na swoich rękach i nogach, ale nie poczuł żadnego bólu. Po chwili zmieniły się w szary popiół i opadły w dół i tylko na wyodrębnionych wcześniej aniołach jarzyły się wciąż wnikając w nich. Tysiące dymów znaczyło teraz miejsca, w których się znaleźli, wskazując jak wielu było złowieszczych agentów pośród nich.

            Archanioł Michał ruchem głowy dał znak Gabrielowi i Rafaelowi i wraz z nimi odwrócił się do mniejszych wirów i nakazał: Urielu, Symielu, Orifielu, Zacharielu, Chamuelu, Jofielu i ty Zadkielu, ujawnijcie swoje oblicza i stańcie wraz z nami przy Pańskim stole. Z wirów po kolei wyłonili się mężni archaniołowie i tylko dwa z nich wciąż pozostawały w ruchu i połyskiwały światłem. Gabriel spojrzał na Michała, a gdy ten dał mu znak oczyma, powiedział:

– Jeśli taka wasza wola o chwalebni bracia bliźniacy Mechatronie i Sandalfonie, stańcie przy naszych oddziałach i opromieńcie je swoją siłą.

Z ostatnich wirów wyłoniło się dwóch mocarnych mężczyzn i dopiero wtedy trzej najważniejsi odwrócili się do tłumów. Michał uniósł miecz ku górze i dał nim znak, by aniołowie uciszyli się, a gdy to się stało, bezgłośnie powiedział:

– Wiedzieliśmy, że pośród nas są nowe demony, których nie zobaczyliśmy wcześniej, ale Pan dopomógł nam i teraz oczyszczeni możemy ruszyć ku Wielkiej Niebieskiej Rozpadlinie, poprzez którą wnikali do przestrzeni niebieskiej. Teraz są wśród nas tylko czyste duchy, brat przy bracie, towarzysz przy towarzyszu i została tylko wielka miłość w Panu…

Yasmen spojrzał z lekkim przestrachem na Olinopasa i zauważył, że jego ulubiony brat też szukał jego źrenic. Jak na komendę obaj opuścili powieki i westchnęli głęboko. Tymczasem archaniołowie wznieśli się ponad ołtarz i uformowani w wielką strzałę i tak wskazali kierunek lotu zgromadzonym. Jej grotem stał się św. Michał z wyciągniętym ku górze mieczem i to on wydał bezgłośny rozkaz: naprzód… Wszystkie oddziały zaczęły się formować w ten sam sposób, tworząc kolejne kołczany i mknąc za przewodnikami. W sercu Yasmena, który był ostrzem swojej strzały, pojawiła się wielka radość i nadzieja, że w walce zbliży się do tajemnicy Boga. Potężna moc była w aniołach podążających do przodu i dowódca czuł, że w sercach współbraci nie było lęku, a pojawiła się w nich duma z poczucia więzi i znalezienia się pośród tych, którzy jako czyści zostali powołani by wypełnić misję. Właśnie lecieli nad miejscem, gdzie po Bayranie została szara kupka popiołu, gdy Yasmen poszybował myślą ku jego przeszłości i znalazł się w niewielkiej grocie z żelaznymi kratami. Przy wejściu stał rzymski żołnierz i pilnował, by nikt nie przedostał się do więźnia, który tam nosił imię Lucjusz. Yasmen zobaczył jeszcze jak napadł na dom bogatego Rzymianina, zabił go bez litości krótkim mieczem, wypatroszył dwoje dzieci i czarnych służących, okrutnie zgwałcił żonę i też ją zamordował, a potem uciekł na wzgórza Wezuwiusza, gdzie przygarnął go oddział Spartakusa. Przeszedł wraz z nim cały szlak powstańczy i zabił wielu rzymskich żołnierzy, by wreszcie po ostatniej bitwie z Krassusem, dostać się do niewoli w górach. Yasmen zobaczył jeszcze jak przyszło po niego dwóch centurionów i zabrało go wozem ku drodze Apijskiej. Trzy kilometry od Rzymu rzucono go na ziemię i odarto z poszarpanych szat, a potem przywiązano do pnia, na którym ścinano głowy zwierzętom rzeźnym. Podszedł gruby żołnierz i zaczął go biczować skórzanym flagrum z metalowymi kulkami i ostrymi kawałkami owczych kości.  Plecy skazańca szybko zmieniły się w krwawą miazgę, więc przełożono go na drugą stronę, a razy wyrywały teraz skórę z twarzy, piersi i brzucha. Lucjusz nie miał już siły krzyczeć, a na jego nogach pojawiła się uryna i kał. Chluśnięto w niego wodą z wiadra i zaczęto przybijać dłonie do górnej części krzyża, a potem wciągnięto go na wbity w ziemię pal  i przyczepiono do niego, przybijając także nogi.  Pragnął już tylko umrzeć, ale ból wrócił zwielokrotniony i jeszcze raz ujrzał drogę pełną krzyży i skazańców. Z oddali szedł do niego jakiś mężczyzna nieziemskiej urody, ubrany na czarno, w złoconych sandałach, obwieszony złotą biżuterią. Przez ułamek sekundy przyszło mu do głowy, że sam Krassus przyszedł zobaczyć jego śmierć, ale nagle przybysz uniósł się w powietrzu jak czarna kałużnica i przy jego twarzy szepnął syczącym głosem:

– Zostań żołnierzem mojego pana, a uciszę twój ból i dam ci nowe siły…

– Kim jest twój pan – ledwo wyszeptał pytanie Lucjusz.

– Przecież znasz go, bo wraz z tobą zabijał i gwałcił, rozcinał brzuchy niewolnikom i dzieciom.

– Ale imię…

– Ma ich wiele… jest władcą ciemności, w którą zaraz wnikniesz. Będziesz jego żołnierzem…?

Lucjusz ze zdwojoną mocą poczuł straszliwy ból, który jak najszybciej chciał od siebie oddalić. Zwiesił głowę i wyglądało to tak, jakby potwierdził, że godzi się na wszelkie warunki. W tej samej chwili wszystko zgasło i nowy trup znieruchomiał na krzyżu przy najważniejszej drodze imperium. Jeszcze tylko ostatnia błyskawica rozświetliła mrok, jeszcze ostatni kruk zachrypiał na szczycie jednego z krzyży, jeszcze ostatnie krople krwi ściekły na ziemię z ciał ukrzyżowanych żołnierzy Spartakusa.

BROMBERG (26)

Józia szła wolno do kościoła Świętej Trójcy, by wziąć udział w wieczornej mszy świętej i po spowiedzi przyjąć komunię. Od czasu, gdy była świadkiem wydarzeń przy świątyni szwederowskiej bała się tam pójść i stanąć nad świeżą ziemią, którą pokryto ciała rozstrzelanych. Pośród nich był jej wozak, który teraz zdawał jej się tak nierealny, jak postaci ze snów albo opowieści o Cyganach u cioci Poli. Szurała nogami, raz po raz rozrzucając nimi kupki żółtych liści i zerkając na boki, sondując przestrzeń przed sobą. Minęła już dawną ulicę Ogrodową i zmierzała w dół Schubiner Chaussee, a w jej głowie wciąż pojawiały się dziwne obrazy i przypomnienia. Postanowiła pójść do spowiedzi po tym jak bezwstydnie dotykała się w łóżku i poczuła łączność z czymś, czego nie potrafiła określić, rozkosz i strach, uniesienie i grozę dziwnej bliskości. Początkowo myślała, że to było jednorazowe zdarzenie, ale następnego dnia jej prawa ręka znowu powędrowała ku temu miejscu, gdzie kończą się uda. Skoczyła jak oparzona z łóżka i zaczęła szybko oddychać, po czym zrzuciła wszystko, co miało na sobie i weszła pod prysznic. Letnia woda trochę ją ocuciła, ale gdy stanęła przed lustrem spostrzegła, że ma na twarzy mocny rumieniec i oczy lśniące jak po sporym wysiłku. Teraz, mijając Brunnenplatz, zastanawiała się jak ma o tym powiedzieć księdzu w konfesjonale, przecież nie mogła opisać wprost tego, co zrobiła. Bała się spytać matki i nie była pewna, czy znajdzie ulgę po spowiedzi, gdyż wciąż czuła w sobie ten dziwny żar. Szybko znalazła się przy neobarokowym kościele z czerwonej cegły, przyozdobionym białymi tynkowanymi płycinami. Weszła po schodach ku otwartym drzwiom i skierowała się ku lewej ścianie, gdzie trzy kobiety i staruszek czekali na spowiedź. Celowo przeszła przed konfesjonałem, by sprawdzić który ksiądz siedzi w środku, a gdy zobaczyła młodego wikarego, skręciła w drugą stronę i znalazła się przy drugim konfesjonale, przy którym była tylko jedna kobieta i jeden mężczyzna. Przechodząc przed jego frontem zauważyła, że spowiada w nim starszy ksiądz, ze znaczną siwizną na głowie. Poczuła się nieco pewniej i ustawiła się w kolejce, zerkając ciekawie na wspaniałe malowidła na suficie i ścianach bocznych kościoła. Podobne podziwiała w szwederowskim sanktuarium i może malarz był ten sam, choć równie dobrze mogła to być tylko maniera, mająca kierować myśli ludzi ku męce Chrystusa i królowaniu Boga w niebiosach. Założyła ręce z tyłu, na dole pleców i detal po detalu studiowała zdobienia, rzeźby i polichromie, dłużej zatrzymując wzrok na ambonie i barwnych witrażach. Ksiądz szybko wyspowiadał kobietę, nieco dłużej mówił do mężczyzny, po czym udzielił mu rozgrzeszenia i stuknął palcem w konfesjonał, dając dziewczynie znak ręką, że może podejść. Józia nagle przeraziła się i już nawet była gotowa uciec, ale coś nakazało jej przyklęknąć przy ażurowym okienku z listewek i zacząć spowiedź.

 –  Ojcze wielebny… zgrzeszyłam… – zaczęła niepewnie i dopiero po dłuższej chwili ciągnęła dalej – Dotykałam z przyjemnością mojego ciała i myślałam o niecnych rzeczach…

 – O czym myślałaś dziecko…? – spytał spokojnie ksiądz.

Józia znowu się wystraszyła i zamilkła na moment, nie wiedząc jak ma nazwać obrazy z jej myśli.

 – Byłam nago z chłopakiem, którego kilka dni temu Niemcy zabili przy kościele na Szwederowie…a potem…– urwała zakłopotana.

 – Musisz mi wszystko dokładnie opowiedzieć – zachęcił ją do zwierzeń spowiednik.

 – Najpierw to był sen, ale potem zaczęłam dotykać swoich piersi i miejsca u zbiegu ud i wyobraziłam sobie, że on jest we mnie… Nie chciałam tego, ale nie mogłam przestać się dotykać… i po jakimś czasie poczułam w sobie ogień…

Po tych słowach ksiądz poruszył się nerwowo, odchrząknął, zamilkł na chwilę po czym przybliżył się do okienka, czarnymi oczyma wpatrując się w Józię. W końcu odezwał się nieprzyjemnym tonem:

 – To jest bardzo trudny czas dla ciebie dziecko… straciłaś ukochanego, codziennie widzisz zbrodnie Niemców i do tego jeszcze zaczęłaś dojrzewać… Jeszcze chwila i staniesz się kobietą, gotową począć dziecię… Maryja też była bardzo młoda…

Józia poczuła dziwny niepokój w sercu, gdy usłyszała o dziecku, a jej lewa ręka zaczęła lekko drżeć tuż przy okienku.

– Szatan szuka takich niewinnych dusz – ciągnął ksiądz cedząc zdanie po zdaniu – szczególnie takich pięknych istot jak ty… Wszyscy kiedyś stracimy urodę i zmurszejemy jak drzewo w wodzie, wszyscy umrzemy po kolei…On tego pragnie i cieszy się, gdy ciało człowieka jest w trumnie i zostanie pogrzebane w ziemi.

Józia przez moment wyobraziła sobie poskręcane zwłoki wozaka, wtłoczone w cudze nogi i ręce i przygniecione piachem.

– On czeka na nasze błędy i podsuwa nam grzeszne myśli, byśmy porzucili świętość i podążyli za nim ku piekłu. Nie wyobrażasz sobie dziecko jak tam jest strasznie, jak wszyscy płaczą i jęczą z bólu, jak płoną i kruszeją wciąż od nowa. On boi się tylko potężnego imienia Jezus i odsuwa się od nas, gdy nosimy je w sercu…

– Tak, ojcze… – przytaknęła dziewczyna i dodała – Ja bardzo kocham Pana Jezusa i jego matkę… modlę się też do Ducha Świętego i Opatrzności Bożej, jak nauczył mnie mój tata. Ale to zdarzenie było tak nagłe i nie mogłam mu się przeciwstawić… jakby jakaś siła odsuwała i zarazem przyciągała moją dłoń…

– Tylko komunia święta cię ochroni… Tylko modlitwa da ci ulgę… Musisz jednak przeciwstawić się sobie… Szatan będzie na ciebie zsyłał lubieżne obrazy i będzie cię zachęcał do niecnych czynów… Ale ty wtedy proś św. Michała Archanioła i Matkę Najświętszą o wsparcie i nie pozwól, by czerń krzewiła się w twoim ciele… Weź przykład z sióstr zakonnych, które codziennie prowadzą walkę z demonami i zostały zaślubione naszemu Panu.

Józia miała oczy pełne łez i przeraziła się straszliwie, a w jej głowie otworzyła się rana, która momentalnie zaczęła się jątrzyć. Nie chciała tego, co się stało, a zarazem pragnęła by ktoś potwierdził, że jest piękną kobietą. Ale słowa spowiednika tylko na chwilę dały jej wytchnienie i gdy po spowiedzi uniosła głowę ku rzeźbionemu ołtarzowi, zaczęły do niej znowu napływać grzeszne obrazy. Ze smutkiem wzięła udział w mszy świętej i przyjęła ciało Chrystusa, prosząc Boga by oddalił od niej grzeszny żar. Wychodząc z kościoła płonęła znowu najprawdziwiej i czuła, że ktoś wpatruje się w nią uważnie, śledzi każdy jej ruch, analizuje każdą myśl. Niemal pobiegła do domu, ale tuż przy nim zmieniła swój zamiar i skręciła do szopy pana Abrahama. Zapukała trzy razy, po czym zgodnie z umową jeszcze raz ponowiła sygnał i drzwi otworzyły się powoli. Weszła do środka, usiadła na drewnianym taborecie i zaczęła płakać rzęsistymi łzami. Żyd ze zrozumieniem odczekał dłuższą chwilę, sięgnął po odrobinę ligniny i podał ją Józi, by otarła swoje oczy. Dopiero po dziesięciu minutach, gdy uspokoiła się, powiedział:

– Co się stało moja księżniczko? Wyrzuć z siebie koszmar, który cię męczy…

– Ogień zaczął palić mnie od środka… – powiedziała z rozpaczą w głosie Józia, otarła oczy i mówiła dalej – Jednego ranka obudziłam się wcześnie i jakaś siła kazała mi dotykać mojego ciała… To było straszne i pociągające zarazem… Nie mogłam przestać aż coś we mnie wybuchło…

– No tak moje dziecko, no tak… – potwierdził spokojnie Abraham.

– A dzisiaj poszłam do spowiedzi i komunii, bo myślałam, że to mi pomoże… Po słowach księdza przez chwilę poczułam ulgę i ciało Chrystusa też uciszyło we mnie dziwne głosy… ale jak wyszłam ze świątyni ogień w moim ciele rozpalił się z nową mocą… Co mam robić panie Izaaku…?

Szewc przyniósł sobie krzesło i usiadł naprzeciwko Józi, odczekał chwilę, aż jeszcze raz otrze oczy z łez, po czym powiedział:

– Nie wiem co ci powiedział katolicki ksiądz, ale domyślam się, że ciebie solidnie przestraszył. Oni zawsze straszą ludzi piekłem, ogniem i Szatanem…

 – To właśnie powiedział… – przytaknęła dziewczyna.

– No tak… no tak moje dziecko…– ciągnął mężczyzna – A tymczasem sprawa jest innego rodzaju… Gwałtownie dojrzewasz i twoje ciało zaczęło domagać się spełnienia… Nie ty pierwsza i nie ostatnia… Gdybyś była z tym wytęsknionym chłopakiem, co woził węgiel, to szybko doszłoby między wami do zbliżenia… Takie jest życie… I żaden ksiądz, żaden rabin tutaj nie pomoże…   

–  Brakuje mi go… ale przecież nie wstanie z grobu i nie przytuli mnie… – szepnęła Józia.

– Musisz być dzielna i cierpliwa… jak znajdziesz nowego chłopaka, jak stworzysz z nim rodzinę, wszystko ucichnie…

– I Szatan zostawi mnie w spokoju…? – z lękiem spytała dziewczyna.

– Szatan dziecko to wynalazek księży i rabinów i nie zaprzątaj sobie nim głowy. Najgorsi są ludzie… Zobacz co ten dureń Hitler wyprawia na świecie… A co robią jego żołnierze? Ich musimy się bać i przed nimi się kryć. Nic się nie stanie jeśli czasem dotkniesz swojego ciała… Nic się nie stanie, kochane dziecko… Naprawdę…– powiedział i trochę się przeraził swoich słów. Przecież wierzył, że istnieje osobowe zło i teraz pewnie szczególnie zacznie się w niego wpatrywać.

Józia poczuła przypływ sympatii do tego dobrotliwego, zarośniętego człowieka i zadecydowała, że czas wracać do domu. Podziękowała za rozmowę i rady, po czym podeszła do drzwi i wysunęła się z nich, a za nią lekko wysunął się Abraham. Uścisnął jej dłoń i uśmiechnął się jakby to wszystko było żartem. Dziewczyna też uśmiechnęła się i pobiegła ku klatce schodowej jej domu. Żyd jeszcze przez chwilę trwał przy progu, wciągnął głęboko do płuc wieczorne powietrze, sięgnął ku klamce drzwi i przyciągnął je ku framudze. Nie wiedział, że z okna pokoju w mieszkaniu Rossów patrzy na niego młody mężczyzna w białej koszuli i oficerskich spodniach, podtrzymywanych szelkami.

 – Czy to możliwe? – zadał sam sobie pytanie Willi, gdy zobaczył Józię wychodzącą z szopy i żegnającą się z Żydem, którego kilka dni temu próbował pochwycić na Adolf Hitler Strasse – Czyżby los był dla mnie taki łaskawy…?  

Chwilę jeszcze stał przy oknie i dopiero pojawienie się dziewczyny w korytarzu odwróciło jego uwagę od warsztatu szewskiego. Zauważył, że jej cień przemknął szybko do swojego pokoju i klucz zachrobotał w zamku jej drzwi.               

– Jutro szykuje się ciekawy dzień… – powiedział sam do siebie i położył się  na szerokim tapczanie, nie zdejmując spodni i okrywając się tylko zielonym, wojskowym kocem – Jutro… ostatnie słowo zamajaczyło w jego świadomości i usnął natychmiast.

ZŁY DUCH (9)

Był ciepły ranek w drugiej połowie sierpnia 1939 roku i niebo było jednolicie błękitne, bez jednej chmurki. Marta wstała z łóżka, umyła się dokładnie w cynkowej wannie, zmoczyła włosy i namydliła je szarym mydłem, po czym spłukała pianę ciepłą wodą z małego, emaliowanego dzbanka, dodatkowo masując skórę głowy palcami prawej dłoni. Matki i ojca nie było już w domu, więc wyszła nago z kąpieli i zaczęła wycierać się dużym, płóciennym ręcznikiem. Podeszła do lustra i wyraźnie zadowolona zaczęła przeglądać się w nim, unosić po kolei nogi i ręce, aż w końcu roztrzepała leciutko włosy łonowe u zbiegu ud, uniosła ku górze kształtne piersi i cmoknęła zalotnie ustami. Po tym sięgnęła po białe majtki i biustonosz, założyła je w mig i szybko też przyoblekła się w brązową, stylonową sukienkę w duże, białe grochy, sięgającą tuż za kolana. Usiadła przy toaletce i zaczęła rozczesywać długie, gęste włosy, a potem przyczerniła sobie brwi i rzęsy, pomalowała czerwoną pomadką usta i na końcu przypięła czarny toczek z kawałkiem nicianej siateczki. Wstała i podeszła do stołu, gdzie leżał czarny fartuszek z białą, koronkową nakładką i czarny pasek z przypiętymi do niego dwiema nylonowymi pończochami z szewkiem. Odpięła je, uniosła sukienkę, wsunęła się w pasek i sprawnie naciągnęła czarne nylony. Przygotowywała strój służącej od dwóch dni, kiedy to zawołał ją sąsiad, stary żydowski jubiler Jakub Rozenfeld i powiedział, że jego przyjaciel z okolic ulicy Jatki pragnie zatrudnić do pomocy dobrze prezentującą się dziewczynę, szanującą obyczaje żydowskie i umiejącą się zachować w bogobojnym towarzystwie. Marta rozkwitła jak piękna róża i jej świeżość przyciągała oczy wielu mężczyzn, tym bardziej, że umiała podkreślać swoją nieco ostrą urodę, lokującą ją pomiędzy pięknymi Cygankami i Żydówkami. Jakub patrzył w jej zielone oczy i w zachwycie porównywał je w myślach z połyskliwymi szmaragdami. Nie mógł się też powstrzymać by nie chwycić dziewczyny za prawą rękę, tuż nad łokciem i niby niechcący przesunąć ją ku miękkiej piersi. Szybko jednak opamiętał się, szepnął coś po żydowsku i odsunął się od Marty, tym bardziej, że usłyszał zbliżającą się żonę Polę, równie piękną jak ich sąsiadka. Panie bardzo się nie lubiły i teraz przybyła, nadąsana i zastygła w wymownej pozie, mierzyła dziewczynę lodowatym wzrokiem, obdarzając ją dodatkowo cynicznym uśmieszkiem.

Jakub zdążył przekazać Marcie pełną informację o pracy u majętnego handlarza drewnem, sprowadzającego ogromne sosnowe bale z Borów Tucholskich. Jego pracownicy spławiali je rzeką Brdą i przekazywali do bydgoskiego tartaku, a zdarzało się też, że holowniki przeciągały je przez stary kanał aż do Wisły, skąd trafiały do Torunia, Płocka, a nawet do Warszawy. Codziennie nowe pnie podążały do miasta, które Prusacy określali jako Mały Berlin, wzbogacając Dawida Cohna i jego rozhisteryzowaną żonę Mirełe. Na początku małżeństwo było wyjątkowo harmonijne i rok po roku pojawiały się na świecie piękne dzieci: Aron, Sara, Samuel, Miriam i Josełe, z których każde miało inne talenty. Jednak po urodzeniu ostatniego chłopca Mirełe zaczęła zachowywać się dziwnie, co chwilę zgłaszając mężowi jakieś pretensje. Odsunęła się też od niego i zaczęła sypiać sama, w pokoju sąsiadującym z sypialnią, zaczytując się we francuskich romansach i powieściach płaszcza i szpady. Przestała zajmować się domem i dla Dawida stało się oczywistym, że ktoś będzie musiał doglądać dzieci, sprzątać, gotować i usługiwać gościom. Zakomunikował to Mirełe, właśnie pochłaniającej kolejną miłosną opowieść George Sand, a ta nawet nie unosząc głowy znad książki, kiwnęła tylko przytakująco głową i odwróciła się w drugą stronę. Początkowo Dawid był załamany, ale po rozmowie z rabinem gminy żydowskiej, zagłębił się w studiach talmudycznych i wiele godzin spędzał w miejskiej synagodze, usytułowanej tuż za głównym rynkiem, niedaleko jego domu. Tylko nocą doskwierał mu brak żony, w snach pojawiały się nagie dziewice, biegające po polach rusałki o twarzach Mirełe i sąsiadek z okolicznych domów. Raz nawet zbuntował się i podążył do pokoju małżonki, ale drzwi były zamknięte, a cisza za nimi wskazywała, że żona śpi w najlepsze. Coraz uważniej zaczął przyglądać się kobietom handlującym na pobliskim Rybim Rynku, wieśniaczkom pojawiającym się na Rynku Piłsudskiego i próbującym sprzedać płody rolne, kury, kozy, a nawet prosiaki. Zwykle były zaniedbane, choć czasem zdarzało mu się zauważyć jakąś słowiańska piękność z obfitym biustem, wylewającym się z dekoltu tradycyjnej płóciennej sukienki. Stawał wtedy z boku i długo przyglądał się dziewczynie, czując, że jego męskość grzesznie powiększa się i zaczyna go uwierać w spodniach. Po jakimś czasie zamyślał się nad sobą, odwracał od kobiet i przyspieszonym krokiem szedł do synagogi. Widok jej pysznych kopuł, umieszczonych nad kształtną bryłą budynku i gwiazd Dawida w rozetach okiennych, przywracał go do życia, a gdy wchodził do sąsiadującej z nią mykwy i obmywał się powoli, gotów był przekroczyć próg jesziwy i studiować komentarze talmudyczne, rozważać mądrość ksiąg Tory. Uczestniczył w codziennych liturgiach, w zależności od tego, kiedy trafiał do synagogi, najczęściej odmawiając modlitwę zaczynającą się od słów Szema Jisrael. Okrywał wtedy głowę białym tałesem z czarnymi pasami na bokach i frędzlami w rogach, na czole umieszczał tefilin i zawodził rzewnie, pochylając się rytmicznie ku Świętej Arce: Słuchaj, Izraelu! Wiekuisty jest naszym Bogiem, Wiekuisty jest jeden! A będziesz miłował Wiekuistego, Boga twojego całym sercem twoim, i całą duszą twoją, i całą mocą twoją. I niechaj będą słowa te, które przekazuję ci dzisiaj na sercu twoim! I wpajaj je dzieciom twoim, i rozmawiaj o nich, przebywając w domu twoim, i idąc drogą, i kładąc się, i wstając. I przywiążesz je jako znak na rękę twoją, i niechaj będą jako przepaska między oczyma twoimi. I napiszesz je na odrzwiach domu twojego, i na bramach twoich! I stanie się, gdy słuchać będziecie przykazań moich, które przekazuję wam dzisiaj, abyście miłowali Wiekuistego, Boga waszego, i służyli Mu całym sercem waszym i całą duszą waszą… Zwykle w tym momencie z oczu Dawida zaczynały płynąć łzy, ale przedsiębiorca nie śmiał ocierać ich tałesem i zwykle dopiero po modlitwie wyciągał z kieszeni dużą chustkę i osuszał nią oczy, a potem wydmuchiwał nos.

Miał pięćdziesiąt dwa lata i zdrowie mu dopisywało, ale zamożność szybko obdarzyła go też sporym brzuchem, który szpecił go przy zaledwie średnim wzroście. Jadał niewiele, choć uwielbiał desery i może to one przydawały mu ciągle nowych fałd, tym bardziej, że lekarz domowy zdiagnozował u niego początki cukrzycy. Łzy nie przestawały płynąć po jego policzkach, w myślach pojawiały się tłumy Żydów modlących się na wzgórzach, w dolinach i w świątyni jerozolimskiej. Przenosił się tam duchowo i szeptał: Dam wtedy deszcz ziemi waszej w czasie swoim, wczesny i późny; i będziesz zbierał zboże twoje, i wino twoje, i oliwę twoją. Dam też trawę na polu twoim dla bydła twego; i będziesz jadł, a nasycisz się. Strzeżcie się, aby nie dało uwieść się serce wasze, abyście nie odstąpili i nie służyli bogom innym i nie korzyli się im. Gdyż zapłonie gniew Wiekuistego przeciwko wam i zamknie On niebo, i nie będzie deszczu, ziemia też nie wyda plonu swego; a zginiecie rychło z ziemi pięknej, którą Wiekuisty daje wam. I tak przyjmijcie te słowa moje do serca waszego, i do duszy waszej; i zawiążcie je jako znak na rękę waszą, i niechaj będą przepaską między oczyma twoimi… Zdarzało się podczas modlitwy, że zapominał, gdzie jest i co robi, szybował gdzieś w niebiosach, nieomal tracił przytomność i dopiero po jakimś czasie wracał do wnętrza bożnicy, sondował wzrokiem Żydów stojących przy nim, wpatrujących się w aron ha-kodesz i jak on pochylających się w rytm modlitwy: A nauczajcie ich synów waszych, mówiąc o nich, gdy siedzisz w domu twoim, i gdy idziesz drogą, i gdy kładziesz się, i gdy wstajesz. I napiszesz je na odrzwiach domu twego, i na bramach twoich: Aby pomnożyły się dni wasze, i synów waszych na ziemi, którą zaprzysiągł Wiekuisty ojcom waszym oddać im jak długo niebo nad ziemią. I oświadczył Wiekuisty Mojżeszowi, i rzekł: „Powiedz synom Izraela, a poleć im, aby zrobili sobie frędzle na krajach szat swoich, w pokoleniach swych, i niech dodadzą na frędzlach narożnych nić z błękitu. A niechaj to będzie dla was cicit, abyście spoglądając nań wspominali na wszystkie przykazania Wiekuistego, i spełniali je, a nie podążali za sercem waszym i za oczyma waszymi, za którymi się uganiacie. Abyście pamiętali i spełniali wszystkie przykazania moje, a byli świętymi Bogu waszemu. Jam Wiekuisty, Bóg wasz, którym wywiódł was z ziemi Egiptu, aby być wam Bogiem, Jam Wiekuisty, Bóg wasz!” Ostatnie słowa powodowały, że wpadał nieomal w trans i długo musiał wracać do swoich myśli i ciała, do bali spławianych Brdą i żony czytającej romanse. Tylko raz przeraził się straszliwie, gdy po odmówieniu całej modlitwy poczuł, że jego męskość znowu nabrzmiała do nienaturalnych rozmiarów i zaczęła odznaczać się w spodniach. Rozejrzał się z lękiem po sali, szybko zrzucił tałes i nie oglądając się za siebie, pomknął do drzwi. Po drodze zerkał na współbraci i na babiniec u góry budynku, bojąc się, że ktoś może zauważyć tę jego nagłą przypadłość. Niestety, znowu napłynęły do jego myśli obrazy nagich dziewcząt, wyobraził sobie jak dotyka ich nabrzmiałych piersi i zagłębia głowę między udami, całując to straszliwe miejsce. Przerażenie nieomal uniosło mu włosy, przyspieszył gwałtownie by nie zbrukać synagogi i odetchnął dopiero na ulicy, czując jak po prawym udzie przesuwają się wilgotne krople. Natychmiast zawrócił raz jeszcze do mykwy, w której mył się bardzo długo, szeptał cząstki modlitw i dopiero, gdy się uspokoił, wyszedł z wody, osuszył się, narzucił chałat, ubrał spodnie, pończochy i buty i podążył do swojego kantoru. Właśnie wtedy dogonił go Jakub Rozenfeld, który też zakończył modlitwę i rozglądał się, z kim mógłby porozmawiać.

Szalom alejchem Dawidzie… jak idą interesy… wykrzyknął w kierunku oddalającego się Żyda.

Zaskoczony nieco Cohn odwrócił się niechętnie, ale gdy zobaczył ulubionego kolegę, odezwał się z promiennym uśmiechem:

Alejchem szalom… Moje interesy zawsze mają się dobrze, kochany Jakubie…Tak jak Twoje…

No tak złoto i drewno zawsze dobrze stoją… powiedział Rozenfeld, kiwając głową i śmiejąc się od ucha do ucha Ale gdzie mnie tam równać się z takim bogaczem…

Nie narzekaj, bo słyszę na prawo i lewo, że otworzyłeś już trzeci warsztat i masz coraz więcej zamówień… odrzekł Jakub.

Mężczyźni omówili jeszcze ostatnie notowania giełdowe, ceny kruszców i węgla i już chcieli się pożegnać, gdy pozdrowienia żon podtrzymały ich dialog.

Ach Jakubie nie przywołuj tej mojej dziwy…znalazła sobie jakiegoś szofera i wzdycha do jego brudnego szmoka… – żalił się jubiler.

– A moja Mirełe ciągle tylko czyta francuskie romansidła i odstawiła mnie już od łoża…– ze smutną miną mówił Jakub – Muszę wynająć jakąś służącą, bo wszędzie brudno, dzieci płaczą, a ja chodzę głodny…

  – Tak, dobra służąca zaprowadzi porządek w Twoim domu – zgodził się z kolegą jubiler – Ale… ale… dobrze się składa, bo koło mnie mieszka schludna dziewczyna… Jej matka mówiła mi, że sposobi się do pracy…

– Powiedz jej, żeby przyszła jutro do mnie o godzinie dwunastej – ucieszył się Dawid – Tylko czy ona poradzi sobie z domem i dziećmi…?

– Na pewno – odrzekł Jakub – Wygląda jak księżniczka z czasów króla Solomona, więc i goście będą mieli na co popatrzeć… Ma na imię Marta.

– Ach… dajże spokój stary lubieżniku – zaperzył się Cohn, ale wyraźnie zaciekawiła go ta informacja.

Mężczyźni pożegnali się i przedsiębiorca ruszył do kantoru, słysząc wciąż słowa: wygląda jak księżniczka z czasów króla Salomona. Dopiero w biurze uspokoił się i zaczął wydawać zdawkowe polecenia swoim pracownikom. Właśnie nadszedł duży transport drewna i trzeba było załatwić holownik, który przeciągnie bale do Płocka. Tylko dobrze zarobione pieniądze dawały mu satysfakcję i sprawiały, że czuł się spełniony. Podszedł do szafy i nalał sobie kielich wina, pociągnął sporo, a potem z westchnieniem wypowiedział sam do siebie zdanie z Talmudu:            

– Ach… Nie ma radości bez wina…

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (XVI)

Oddział Yasmena sunął powoli i wszyscy byli przekonani, że dowódca ma jakiś plan i wie co robi. Tymczasem w jego myślach kłębiły się obrazy, a niepewność co i rusz skłaniała go do zmiany kierunku, dłuższego postoju, albo nawet powrotu do cudownego sadu. Nagle nie wiadomo skąd napłynął błękit, który szybko przybrał odcień seledynowy, z niewielkimi żyłkami złota. Aniołowie odczuli dziwny niepokój, który spotęgował się, gdy zobaczyli zbliżający się ku nim owalny, złocisty kształt. Yasmen obserwował go z natężoną uwagą, próbując przeniknąć lśniącą osłonę i czując, że za nią jest jakiś byt. Jego pojawienie się zmieniło fizyczną strukturę otoczenia i oddział ze zdumieniem ujrzał, że na skrajach przestrzeni suną w dół ogromne galaktyki, barwne mgławice kosmicznego pyłu i wszędzie połyskują osobne gwiazdy, z obiegającymi je planetami. Na jednej z nich strzelały w górę gejzery gorącej pary, na innej bulgotała czerwona lawa, a na największej, chmury formowały się w wielkie, mgliste wiry. Kształt wyraźnie zwolnił, a potem zatrzymał się przy szpicy drużyny, oświetlając swoim blaskiem Yasmena i wyraźnie skanując wszystkich wokół. Nagle błyskawica rozświetliła przestwór i donośne gromy wybrzmiały nad nimi jak czteronutowy motyw pierwszej części ziemskiej symfonii głuchego kompozytora z Wiednia. Dziwna forma zaczęła rozmywać się w tle i zanikać, odsłaniając niebieskiego anioła, którego ciało pulsowało leciutko niczym puch na piersi grandali. Był zwiewny, ale też wszyscy odczuli, że jest w nim coś z subtelnej twardości howlitu i jego mocy wyznaczania życiowej drogi, wspierania entuzjazmu, potęgowania koncentracji i wspinania się na wyższy poziom poznania. Anioł zbliżył się do Yasmena, rozświetlając przestrzeń i wywołując żywą radość w grupie.

– Witajcie podróżnicy w niebieskich przestrzeniach ducha, prowadzeni przez jakże zacnego dowódcę… Archaniołowie prześwietlili wasze dusze i powłoki energetyczne i pozwolili wam wniknąć w nowe głębie – powiedział śpiewnym  i melodyjnym głosem.

Yasmen spróbował przeniknąć do ziemskich lat przybysza, ale nie mógł przedostać się przez sine obłoki, różowe opary i mlecznobiałe mgły. Tajemnicą była też jego niebieska funkcja i sposób w jaki się pojawił, jako żywo przypominający lot ziemskiej rakiety. Niebieski anioł  wyczuł to, spojrzał żywiej na dowódcę i szepnął do niego bezgłośnie:

– W swoim czasie dowiesz się kim byłem w tamtym świecie, ale na razie wesprzyj się na mnie, tak jak kapitan zawierza swój los pilotowi, wprowadzającemu jego statek do portu. Nie szukaj też mojego imienia, bo nikt go tutaj nie zna, a jeśli musisz jakoś mnie określić, myśl o mnie jak o przewodniku…

– Tak się stanie – szepnął Yasmen, ale nie mógł pozbyć się przeświadczenia, że za chwilę ujrzy przeszłość niebieskiego pilota. Choć czekał na dalsze polecenia, choć pociągały go niewypowiedziane słowa, podjął jeszcze jedną próbę i zdziwiony łatwością przeniknięcia, natychmiast przeniósł się ku dalekiej rzeczywistości. Wyczuł, że była to połowa siedemnastego wieku, a miasto bez wątpienia było Lipskiem. Młoda kobieta o imieniu Katarzyna urodziła właśnie chłopca, którego natychmiast pokazano dumnemu ojcu. Dziecię jakby od samego początku wkroczyło na drogę wiedzy, bo jego rodzic był profesorem uniwersytetu i zgromadził w domu sporą bibliotekę. Malec o imieniu Gottfried dorastał w szczęśliwym stadle rodzinnym, rozpieszczany przez mamę i przytulany często przez ojca. Niestety ta sielanka nie trwała długo, bo już po sześciu latach profesor pożegnał się z ziemskim światem i spoczął pod czarnym głazem na miejskim cmentarzu. Jego syn był brzydki, ale wykazywał niezwykłe talenty poznawcze i szybko zaczął przeglądać, a potem studiować księgi z półek ojca. W tym celu musiał nauczyć się łaciny, bo większość z nich powstała w języku, który odtąd miał stać się jego ważnym narzędziem. Matka robiła co mogła, by zapewnić mu godziwe warunki życia, zaoszczędziła pieniądze i już w wieku czternastu lat wstąpił na uniwersytet i zaczął studiować filozofię. Pociągała go też matematyka i prawo,  interesował się alchemią, historiografią, etymologią, lubił żywo komentować obrazy olejne i utwory muzyczne. Szybko piął się w hierarchii naukowej i już w 1666 roku z drżeniem serca odebrał z drukarni swoją pierwszą książkę. Po jednym z ważnych egzaminów namawiano go, by rozwinął karierę akademicką, ale on inaczej widział swoją przyszłość, dążąc ku niezależności i otwarciu na wszystko, co mogłoby go zaciekawić. Yasmen chłonął kolejne obrazy i zdał sobie sprawę z tego, że migawki oddzielają długie okresy życia Gottfrieda i kierują jego uwagę ku centralnym zdarzeniom. Kolejny przeskok spowodował, że dowódca oddziału zobaczył już dojrzałego mężczyznę, w kunsztownie ufryzowanej peruce, siedzącego przy intarsjowanym biurku i piszącego list do jakiegoś paryskiego polityka, będący rodzajem streszczenia jego filozofii: cały wszechświat stworzeń składa się wyłącznie z prostych substancji, albo monad i ich zbiorów. Te proste substancje są tym, co w nas samych i wyższych bytach racjonalnych określamy jako duchy, a w zwierzętach jako dusze… Prawda jest powszechniejsza, niż się to ludziom wydaje, jednak często występuje ona pod przebraniem albo bywa zakryta, czy wręcz osłabiona, okaleczona i przeinaczona poprzez różne dodatki, które ją zanieczyszczają albo czynią mniej użyteczną. Yasmen zauważył, że obrazy zaczęły się rozmywać, a na twarzy niebieskiego anioła pojawił się lekki uśmiech. Jeszcze zobaczył zapomniany grób w kościele św. Jana w Hanowerze, a potem robotników porządkujących miejsce pochówku i wznoszących na placu pyszny pomnik z brązu. Jeszcze ujrzał złocistą maszynę liczącą i napis na kamieniu, informujący gdzie złożono kości, które po nim pozostały.

Yasmen spojrzał ciekawie na niebieskiego przewodnika, uznając bez cienia wątpliwości, że był on w poprzednim życiu filozofem, ale nagły rozbłysk przeniósł go do Brabancji i ujrzał młodego malarza mieszającego w niewielkim spodeczku ultramarynę z bielą. Coś mu nie wyszło, bo podszedł do kominka i chlusnął w ogień zawartość naczynka, a potem skierował się do stołu i zaczął przygotowywać nową farbę. Przy bocznej ścianie, na wielkiej podporze stał duży obraz przedstawiający zdjęcie Jezusa z krzyża. Tylko na łokciu słaniającej się z bólu Maryi brakowało trochę barwy i malarz po dokładnym wymieszaniu składników zaczął ją nakładać pędzlem na deskę. Robił to powoli i delikatnie, jakby muskał dłonią pukle włosów kochanki, odchodził na kilka kroków i mierzył wzrokiem efekt swoich działań, po czym wracał i coś poprawiał. Obraz miał dziwny kształt z dodatkowym prostokątem wysuniętym ku górze, tak by zmieścił się na nim cały Pański krzyż. Rogier był pewien, że Wielka Gildia Kuszników będzie zadowolona, ale dla pewności umieścił w górnych rogach dzieła stylizowane maswerki w formie kusz, z cierniami w tle. Po nałożeniu niebieskiej farby na rękę matki Mesjasza i dodatkowym zaznaczeniu światłocieni na szatach, odłożył pędzel, stanął w szerokim rozkroku i z dumą patrzył na swoje dzieło. Odwzorował na nim postaci nieomal tego samego wzrostu, co realni ludzie, dodatkowo przydając im grozy i dramaturgii. Józef z Arymatei przytrzymuje martwe ciało Pana, a Maryja pada na ziemię powalona potwornością tego zdarzenia i niemal słychać szloch innych kobiet. Maria Magdalena załamała rozpaczliwie ręce, a św. Jan Ewangelista zagłębił się w czarnym smutku i chłonął bolesne chwile, by je potem właściwie odwzorować na papirusie. Yasmen natychmiast przypomniał sobie słowa z czwartej Ewangelii: Potem Józef z Arymatei, który był uczniem Jezusa, lecz krył się z tym z obawy przed Żydami, poprosił Piłata, aby mógł zabrać ciało Jezusa. a Piłat zezwolił. Poszedł więc i zabrał Jego ciało. Przybył również i Nikodem, ten, który po raz pierwszy przyszedł do Jezusa nocą, i przyniósł około stu funtów mieszaniny mirry i aloesu. Zabrali więc ciało Jezusa i owinęli je w płótna razem z wonnościami, stosownie do żydowskiego sposobu grzebania. A w miejscu, gdzie Go ukrzyżowano, był ogród, w ogrodzie zaś nowy grób, w którym jeszcze nie złożono nikogo. Tam to więc, ze względu na żydowski dzień Przygotowania, złożono Jezusa, bo grób znajdował się w pobliżu.[1] Rogier zawierzył Janowi i umieścił na głównej tablicy także Nikodema, nie mógł też pominąć Maryi, chociaż żadna z Ewangelii nie mówi o jej obecności podczas zdjęcia ciała Jezusa z krzyża. Obrazy znowu mignęły w świadomości Yasmena i zobaczył teraz dwóch uczniów, którzy zakradli się do pracowni mistrza i z lichtarzami świec uniesionymi ku górze, przyglądali się dziełu.

– Przerażający jest ten nowy obraz naszego dobroczyńcy – powiedział wyższy z nich – wszystko w nim takie prawdziwe…

– Mnie się nie podoba, bo Chrystus wygląda na nim jak zwiędły liść, a pozostałe osoby przypominają ludzi, których spotykam na ulicach Brukseli…– komentował drugi, niższy i nieco przysadzisty.

– Może o to chodziło panu mistrzowi… – zaperzył się pierwszy z nich.

Yasmen zauważył, że młodzieńcy zaczęli zmieniać się w mężczyzn w słusznym wieku, ubranych niezwykle wykwintnie. Teraz ich dystyngowana rozmowa była pochwałą obrazu:

 – O panie… o miłościwy władco… wiele widziałem dzieł w zamkach i muzeach, ale to jest zapewne najlepszy obraz w rezydencji królowej Marii – powiedział dworzanin – Powiem więcej… może to jest najlepszy obraz na świecie… żaden nie dorównuje mu w prawdzie wobec natury i pobożności…

Towarzyszący mężczyźnie bogato odziany i obwieszony biżuterią młodzian podszedł bliżej do tablic i kiwając potakująco głową rzekł:

 – Masz rację Vicente… to arcydzieło… Musimy je zdobyć, bo jego miejsce jest w naszej katolickiej Hiszpanii…

 – Jeśli książę Filip zwiąże swoje imię z tym przedstawieniem zyska wielką sławę w Europie… – perorował dworzanin – A jeśli jako król ofiaruje go jakiemuś klasztorowi, zyska obietnicę szczęścia w wieczności…

Yasmen jeszcze zobaczył jak dzieło mistrza Rogiera podąża na wielkim wozie w stronę zachodzącego słońca i wszystko raz jeszcze się rozmyło. Niebieski anioł spojrzał na niego wymownie, uśmiechnął się szerzej i pokiwał znacząco głową, jakby chciał potwierdzić, że ostatni wizja była właściwa. Ale niemal w tej samej chwili w myślach dowódcy pojawiła się inna postać, młodego mężczyzny w białej peruce, zasiadającego do klawesynu i grającego delikatną melodię w obliczu polskiej królowej Marii Kazimiery i jej licznych dzieci. Ten obraz był jak błysk flesza, bo natychmiast zmieniła się przestrzeń, a muzyk grał teraz dla dworzan króla Portugalii. Wiele osób rytmicznie poruszało stopami i dłońmi, a sam władca zdawał się śledzić w przestrzeni niewidoczne dla innych nuty. I ten obraz szybko zgasł, a w jego miejsce pojawił się wielki zamek  w Madrycie, widoczny najpierw z zewnątrz, a potem otwierający się jak pudełko czekoladek. W wielkiej złoconej sali, pełnej dworzan w wykwintnych strojach, siedzących rzeźbionych krzesłach, w obliczu władcy na tronie i jego rodziny, grała niewielka orkiestra, a przy klawesynie siedział ten sam, wysoki mężczyzna. Yasmen wpatrzył się w jego postać i zobaczył szczęśliwy dom w Neapolu, matkę podsuwającą mu smakowite kąski i ojca zasiadającego z nim do klawesynu i uczącego go jak na nim grać. Były też wspólne wyprawy nad morze, na stoki Wezuwiusza i na wieś, a wszędzie rozbrzmiewała radosna muzyka. Malec, a potem młodzieniec wsłuchiwał się w nią bez ustanku, a jego rodzic objaśniał jakich instrumentów używali muzycy, by wydobyć fascynujące dźwięki.

–  Tak Domenico, skrzypce płaczą najrzewniej… – mówił głaskając syna po głowie – ale klawesyn przydaje im tła i wzmacnia dźwięki…

– Alessandro nie zamęczaj go tymi opowieściami… – odezwała się piękna kobieta, odziana w gustownie dobrane szaty – Sam zdecyduje, co będzie robić w życiu…

– Ależ kochana Antonio, wszyscy w naszej rodzinie są muzykami i wierzę, że nasz syn tak samo zarobi na chleb…– odpowiedział ojciec. Dźwięki klawesynu zaczęły cichnąć, w myślach Yasmena klarowny obraz stracił swoją wyrazistość i znowu bystre oczy niebieskiego anioła wyraziły coś na kształt rozbawienia. Dowódca nie próbował więcej przeniknąć przeszłości pilota, jeszcze tylko mignęła mu w myślach ogromna równina i wielkie miasto otoczone murem, jeszcze ujrzał rycerza dumnie siedzącego na koniu i dającego oddziałom znak by ruszały do boju, aż jego świadomość ogarnęła nieprzenikliwa ciemność. Gdy wrócił ku niebieskiej rzeczywistości, zauważył, że jego oddział podążał do przodu za przewodnikiem, mijając wielkie filary, barwne stalaktyty i wyraźnie kierując się w stronę monstrualnej płaskiej skały, na środku której, w złotym kole, stał biały ołtarz, a przy nim lądowały inne oddziały anielskie.   

[1] J 19, 38–42

BROMBERG (25)

Było ciepłe, wrześniowe popołudnie i SS-Sturmbannführer Franz Neumann szedł sprężystym krokiem chodnikiem Adolf Hitler Strasse. Ubrany w czarny, galowy mundur, uważnie przyglądał się wysokim kamienicom, przyozdobionym secesyjnymi elementami i ludziom, których mijał. Miał wrażenie, że byli to przede wszystkim Niemcy, na co wskazywały ich aryjskie rysy i eleganckie stroje. Mężczyźni podążali w dal w dobrze skrojonych garniturach, a kobiety w gustownych pelisach, z dopiętymi kołnierzami ze srebrnych lub rudych lisów. Rzadko tylko zauważał Polaków ubranych w robocze stroje, sprzedawców i robotników, odzianych  w brudne, szare fartuchy. Co jakiś czas salutował przechodzącym patrolom, a przy dawnej willi Blumwego zatrzymał się na chwilę, podszedł do wartownika i upewnił się, że jej nowy gospodarz wyjechał już z budynku. Gdy uzyskał potwierdzenie, ruszył dalej szybszym krokiem i po kilku minutach był przy kamienicy oznaczonej numerem 84. Szybko zorientował się, że wejście do niej znajduje się od strony Stein Strasse, a wkraczając na nią spostrzegł, że dwoje robotników przykręca do ogrodzenia tabliczkę z niemieckim patronem, a na ziemi leży zdjęty element na którym z trudem odczytał polskie nazwisko: Zamoyskiego. Uśmiechnął się do siebie i żwawym krokiem skierował do malowniczego budynku, który od razu go zaciekawił, przywołując w pamięci podobne domy w Niemczech. Wszedł do środka i zameldował się wartownikowi, siedzącemu przy biurku, a ten wskazał mu drogę do dużej sali balowej, zaadaptowanej na kantynę wojskową. Zanim gość ruszył do przodu, rozejrzał się po przestronnej klatce schodowej, zajmującej przestrzeń dwóch kondygnacji. Masywna, bogato zdobiona dębowa balustrada chroniła przed upadkiem osoby wspinające się na piętra, a przy każdych drzwiach zamontowano eklektyczną boazerię i szerokie futryny. Najciekawsze były jednak witraże w oknach, powodujące, że we wnętrzu pojawiały się różne barwy, szczególnie dobrze widoczne na sztukateriach sufitowych i ściennych. Na jednym z witraży widać było kobietą i mężczyznę, a na pozostałych umieszczono elementy geometryczne, układające się w modernistyczne wzory. Neumann wkroczył do wskazanej sali i od razu zauważył przy dwóch połączonych stolikach Williego i jego szefa. Wszystko tutaj było jeszcze w trakcie modernizacji i gościa nie zdziwiły brudne ściany i zaniedbana podłoga, choć prawdę powiedziawszy, po zapoznaniu się z wnętrzami Danzinger Hof, spodziewał się zobaczyć coś innego. Stając przy połączonych stolikach obu oficerów, stuknął oficerkami i wyciągnął prawą rękę ku górze, w geście rzymskiego salutu członków Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników.

– Heil Hitler, melduje się SS-Sturmbannführer Franz Neumann, witam pana SS-Standartenführera i pana adiutanta, którego poznałem już wczoraj na lotnisku…

Willi wstał służbiście i pozdrowił gościa wysunięciem ramienia ku górze, ale łysy jak kolano Ludolf Alvensleben siedział wciąż rozparty na swoim miejscu i tylko lekko machnął dłonią jakby od razu chciał zaznaczyć niewielką rangę przybyłego oficera, po czym powiedział:

– Witamy SS-Sturmbannführera w Brombergu i postaramy się umilić panu tutaj pobyt… Na początek proponuję po sznapsie mojego ulubionego alkoholu, a na kolację zaordynowałem przygotowanie golonki w piwie, ma się rozumieć niemieckim…Proszę siadać i powiedzieć czego pan od nas oczekuje…?

Neumann zajął wolne krzesło, rozejrzał się jeszcze raz po sali, a gdy kelner przyniósł tacę z kieliszkami i z półlitrową butelką Jagermeistra, bez pośpiechu wyjął z bocznej kieszeni munduru papierośnicę, a z drugiej wydobył szklaną cygarniczkę. Dopiero, gdy umieścił w niej papierosa i zapalił go, korzystając z zapalniczki podsuniętej przez Williego, odezwał się przymilnie z dziwnym uśmiechem:

–  Jak to dobrze być w starym pruskim mieście, wracającym do Rzeszy dzięki cudownym talentom strategicznym naszego führera… A jeszcze do tego nasze spotkanie w takim ciekawym miejscu… Moje oczekiwania są bardzo skromne…

Alvensleben skinął na Williego i gdy ten napełnił kieliszki ziołowym likierem, uniósł jeden z nich, uśmiechnął się lekko, wypił i powiedział:

– Za naszego gościa i za sprawę, w imię której tutaj jesteśmy…

– Za zwycięstwo i nową przestrzeń życiową naszego wspaniałego narodu, którego korzenie sięgają tak głęboko w przeszłość – wzniośle potwierdził  przybyły oficer i także pochłonął w mig zawartość kieliszka.

– Miejsce rzeczywiście jest ciekawe i gdy tylko zapoznałem się z jego historią, zarządziłem stworzenie tutaj naszego domu żołnierskiego – odrzekł   standartenführer.

– Rozumiem, że jesteśmy w niemieckim budynku, spotykałem podobną architekturę w okolicach Drezna i Norymbergii…– ciągnął dialog Neumann.

– Tak, ma pan rację – potwierdził dowódca Selbstschutzu i wyraźnie się ożywiając zaczął referować dzieje domu – Ta otoczona ogrodem willa została zbudowana w ciągu dwóch lat według projektu Karla Bergnera dla właściciela Ostdeutsche Kork-Fabrik Carla Grosse. Budowę ukończono w 1899 roku i różne były jej dzieje, o czym dowiedziałem się od nowych właścicieli, goszcząc u moich krewnych, w ich posiadłości w Ostromecku. Te mury przesiąkły niemieckim duchem, bo posiadłość znalazła się w rękach kupca Alfreda Kolwitza i przedsiębiorcy budowlanego Eugena Krügera. Latem 1918 roku dom kupił hurtownik drewna Otto Schmitt i gruntownie go przebudował, sprowadzając z Berlina witraże zaprojektowane przez Augusta  Ungera. To dzięki temu właścicielowi willa otrzymała bogate sztukaterie i stolarkę drzwiową z supraportami, szafami, półkolumnami i boazeriami. Schmitt długo nie cieszył się posiadłością, bo już w 1920 roku stała się ona własnością kupca Erwina Wodtke, który nie wyczuł jakie mogą być skutki zawirowań po haniebnym traktacie wersalskim i po wejściu polskiej hordy do Brombergu. Dom sprzedał ze sporą stratą jakiemuś Polaczkowi, bodaj producentowi pudeł i papieru toaletowego. Tutejsi podludzie zaczęli niszczyć malowidła i rozkradać elementy wystroju, aż doprowadzili dom do takiej ruiny, w jakiej jest teraz.

– To straszne… odezwał się Neumann – na szczęście wróciliśmy tutaj i doprowadzimy tę posiadłość do dawnej świetności… Inne także…

– Zadbamy o to… wiedziałem to już wtedy, gdy z Willim organizowaliśmy naszą dywersję na Pomorzu… Często wtedy bywaliśmy w Brombergu i stworzyliśmy katalog posiadłości, które mogłyby nam się przydać po odbiciu miasta z rąk tych ohydnych podludzi… Sobie przeznaczyłem dom przy skwerku Bismarcka i tam teraz stacjonuję.

Willi pokiwał głową, potwierdzając słowa przełożonego i poczuł zapach smakowitej golonki, którą kelner właśnie wniósł na owalnych talerzach, stawiając przy niej salaterki z musztardą i koszyki z pieczywem.

–  Nasz wódz jest genialnym strategiem, ale jego najbliżsi współpracownicy to także ludzie wielkich horyzontów… powiedział standartenführer.

– Wspiera go przede wszystkim reichsmarschall Göring i reichsführer Himmler… – odezwał się Willi.

– Pan standartenführer wie o tym najlepiej, bo przecież jako adiutant reichsführera… – zwrócił się do dowódcy z uśmiechem Neumann – … mógł pan obserwować ich zażyłość.

Niech pan nie przesadza – obruszył się Alvensleben – Tak wielcy ludzie jak Adolf Hitler nie pozwalają sobie na poufałość. Może ze dwa razy słyszałem jak zwrócił się po imieniu do mojego szefa, ale nigdy nie zagadnął tak do Göringa…

Ostatnie słowa łysy oficer wypowiedział niemal syczącym tonem, w którym znać było cynizm i pewność siebie. Po ich wybrzmieniu zapadła znacząca cisza i mężczyźni wzięli się za pałaszowanie golonek. Willi wybierał tylko chude mięso, a jego towarzysze przy stoliku odcinali skórę z tłuszczem, zanurzali ją w musztardzie i szybko połykali. Dopiero, gdy uporali się z wierzchnią warstwą, zaczęli jeść chude wnętrze, uważnie oddzielając je od kości. W pewnym momencie Willi poczuł, że kolano Neumanna lekko dotknęło jego uda, ale nie odsunęło się natychmiast. Postanowił to wytrzymać i ze zdumieniem stwierdził, że pozostało ono w takiej pozycji.

– Może wydałem się panom zbyt oficjalny, ale to nawyk zawodowy, przyleciałem wszak tutaj z ramienia reichsführera, by przeprowadzić śledztwo…

– Śledztwo zostało już zakończone – raz jeszcze cynicznie syknął dowódca – Raczej zlecono panu sprawdzenie, czy przebiegło właściwie…

– To właśnie miałem na myśli… – proszę mi wybaczyć tę niezręczność w wypowiedzi… Wiem, że tylko pan standartenführer może mi w tym pomóc…

Słowa te rozluźniły nieco sytuację, co Neumann natychmiast wyczuł i postanowił skierować rozmowę na inne tory. Poruszył się na krześle i odsunął kolano od uda Williego, a potem powiedział:

– Jako doświadczeni członkowie NSDAP musieliśmy wiele razy ocierać się o siebie w Berlinie… Wczoraj ustaliliśmy z panem untersturmführerem, że spotkaliśmy się na obronie doktoratu Wernhera von Brauna… mam też wrażenie, że spotkałem gdzieś pana standartenführera… o tak, już wiem… to było podczas mszy za Piłsudskiego, w której uczestniczył nasz führer…kiedy to było…?

– 18 maja 1935 roku w katedrze św. Jadwigi w Berlinie – pośpieszył z pomocą Willi – Zapamiętałem dobrze tę datę, bo też tam byłem z moim ojcem…

– A ja redagowałem telegram führera do rządu polskiego i żony Piłsudskiego… – wreszcie odezwał się sympatyczniej Alvensleben – Nasz wódz cenił ich marszałka i gdyby on dalej żył, pewnie nie doszłoby do wojny. Zamiast układu z Rosją zawarlibyśmy pakt z Polską i razem poszlibyśmy na wschód… Niestety takie błazny jak Mościcki, Rydz-Śmigły i Beck popsuli wszystko i geniusz najwybitniejszego Niemca naszych czasów wybrał inne rozwiązanie…

– Przed wylotem z Berlina słyszałem od jednego z oficerów Abwehry, że po zdobyciu Krakowa generał Werner Kienitz udał się na Wawel i złożył wieniec u grobu tego ich  marszałka, zaś przed kryptą wystawiono naszą wartę honorową.

– Tak, nie ulega wątpliwości, że nas wódz go cenił… – powiedział szef Selbschutzu – zawieszając na chwilę widelec z kęsem mięsa przy ustach – Ale nie będziemy przecież wychwalać polskiego marszałka, który nie wiadomo jak by się zachował w obliczu naszego powrotu do ojczyzny… Byliśmy tutaj od wielu, wielu lat, o czym świadczą choćby nagrobki na pobliskim cmentarzu ewangelickim przy Hermann-Göring Strasse… a wcześniej Wilhelm Strasse…

– Słyszałem, że pochowano na nim znamienite postaci naszego życia naukowego, artystycznego i politycznego… – podchwycił temat Neumann – Jako protestanta szczególnie ciekawi mnie postać  Theodora Gottlieba von Hippela…

– A zatem jutro mój adiutant zabierze pana na ten cmentarz, pokaże groby, a potem zapraszam do mnie do domu, to ledwie dwie ulice dalej.

– Niestety panie standartenführer, jutro mam wizję lokalną w mieszkaniu pani Herthy Kiebitz, ale może pan Willi będzie tak miły i zawiezie mnie na tę nekropolię pojutrze. Będę mógł też zdać panom relację z oględzin domu tej nieszczęsnej sekretarki.

– Pojutrze ja mam inne plany, jednak po południu będę na raucie u moich krewnych w Ostromecku. Zapraszam zatem tam i pana, po tym jak untersturmführer pokaże panu cmentarz, Ostromecko jest tuż za mostem na Wiśle, doprawdy niedaleko…

– Dziękuję za zaproszenie, skorzystam z niego z radością… – powiedział z uśmiechem Neumann wydobywając niedopałek z cygarniczki  i kładąc ją przy pustym talerzu.

– Zatem ustalone… – tonem nie znoszącym sprzeciwu powiedział Alvensleben, a gestem prawej dłoni nakazał dopicie ostatnich kieliszków Jagermeistra. Gdy cała trójka to zrobiła, energicznie wstał od stołu i skierował się do wyjścia. Za nim ruszył Willi i gość z Berlina, który po uściśnięciu dłoni dowódcy i jego adiutanta, powiedział, że ruszy do hotelu piechotą. Nagle też żachnął się i powiedział:

– Ale ze mnie osioł… zapomniałem wziąć ze stołu cygarniczkę… Cofnę się po nią, bo nie mogę inaczej palić papierosów. Do zobaczenia niebawem…

Ledwie Neumann zniknął za framugą drzwi, gdy dowódca nachylił się do ucha Williego i szepnął:

– Nie jest on takim kretynem za jakiego chciałby uchodzić…Uważaj na niego chłopcze… i nie wchodź w zbyt bliską komitywę, bo moi szpiedzy z Berlina donieśli mi, że to kamuflujący się schwuchtel…

– To dlatego jego kolano dwa razy zbliżyło się pod stołem do mojego uda… – szepnął ze śmiechem adiutant i obaj panowie w dobrym humorze opuścili kantynę.

Franz Neumann dotarł do stolika, przy którym już krzątał się kelner i skrzywił się na widok trzech kieliszków znajdujących się na jego tacy. Natychmiast jednak wpadł na pomysł co ma zrobić.

– Cofnąłem się po moją cygarniczkę… – wytłumaczył się przed zdziwionym pracownikiem –  A może też użyczy mi pan tych kieliszków, bo dzisiaj jeszcze mam spotkać się z kimś w hotelu, a nie mam szkła…Oddam je jak kupię sobie jutro nowe…

– O nie musi pan sturmbannführer oddawać… zaraz przyniosę czyste…i jakiś papier do zabezpieczenia – odparł kelner.

– Nie przesadzajmy przyjacielu… rzekł Neumann, wyciągnął z kieszeni chusteczkę i sięgnął po kieliszki na tacy… Chusteczka je zabezpieczy… A tak w ogóle to jak masz na imię…? Ładny z ciebie chłopak…Masz takie klasyczne aryjskie rysy… Kelner spojrzał z przestrachem na oficera, burknął coś pod nosem i natychmiast oddalił się ku zapleczu dużej sali. Franz założył czapkę na głowę, odczekał jeszcze chwilę przy wyjściu, a gdy upewnił się, że samochód dowódcy Selbschutzu odjeżdża, wyszedł na ulicę, rozkoszując się czystym powietrzem, w którym tylko lekko czuć było dym z kominów pobliskich kamienic.  

BROMBERG (24)

W budzącym się do życia Brombergu był rześki, chłodny ranek i słońce ledwie przebijało się przez sine mgły i błękitne opary, kłębiące się pośród nieba. Dwa czarne, osobowe samochody zajechały z piskiem przed dom przy ulicy Strzeleckiej 4. Z pierwszego z nich, dużego citroena z przednim napędem, określanego w latach trzydziestych jako tracktion avant, wyskoczyło dwóch feldfeblów i zaczęło wypakowywać jakieś rzeczy w kartonach i ubiory na wieszakach. Grubszy z nich otworzył też kufer i wydobył z niego średniej wielkości brązową, skórzaną walizkę. Z mniejszego citroena wysiadł Willi i jego kierowca, który zawiesił sobie na ramieniu karabin, i odpiął kaburę pistoletu, przymocowaną do pasa ze swastyką na metalowym zapięciu. Grupa skierowała się do drzwi wejściowych, narobiła sporo hałasu na drewnianych schodach, po czym stanęła przy drzwiach na pierwszym piętrze, waląc w nie pięściami i kolbami karabinów. Najbardziej aktywny feldfebel komenderował też krzykliwie:

– Otwierać!!! Otwierać!!! Jazda parszywe polskie świnie, otwierać…!!!

W drzwiach zachrobotał klucz i po odsunięciu ich, pojawił się we framudze wysoki mężczyzna po pięćdziesiątce. Żołnierze odepchnęli go i zaczęli wnosić sprzęty do obszernego przedpokoju, a za nimi wszedł Willi w czapce z trupią główką i czarnych rękawiczkach na dłoniach. Obszedł całe mieszkanie, zajrzał do dwóch łazienek, z przodu lokalu i z tyłu, tuż przy dużym, wolnym pokoju. W mig zorientował się, że ciocia Eli mówiła o tym pomieszczeniu, stanął przy oknie i rzucił okiem na podwórze z dużą, drewnianą szopą. Po zlustrowaniu wszystkiego, wyszedł do mężczyzny, przy którym stała już kobieta, wyjął z kieszonki w mundurze jakąś kartkę i przekazując ją gospodarzom, oświadczył:

– Otrzymałem przydział pokoju w waszym mieszkaniu i od dzisiaj będę tutaj mieszkał. Mam nadzieję, że nie będziemy sobie przeszkadzać… – powiedział z wymuszonym uśmiechem, a potem jeszcze dodał – Moje wujostwo powiedziało mi, że jesteście czystymi Polakami, szanującymi nasze niemieckie dziedzictwo, ale jak będziecie niemili, bez mrugnięcia okiem wywalę was stąd…

– Wszystko rozumiemy panie oficerze – odezwał się Wincenty Rossa i po chwili patrząc na żonę potwierdził – Zawsze mieliśmy dobre stosunki z Niemcami, a z pana wujem spotykaliśmy się na szachach i długich dysputach…

– To dobrze, bo nie znoszę sprzeciwu… Dysput też nie lubię… Czy tutaj jeszcze ktoś mieszka oprócz was…?

Franciszka spojrzała z przestrachem w kierunku pokoju Józi i już chciała zaprzeczyć, gdy ubiegł ją mąż:

– Jest jeszcze nasz córka Józia, ale teraz nie ma jej w domu, bo poszła do koleżanki na ulicę Szubińską… to znaczy Schubiner Chaussee…

– Panie untersturmführer po co się z nimi patyczkować, dwie kulki w łeb i całe mieszkanie będzie do dyspozycji… – odezwał się dziwnym, piskliwym głosem jeden z żołnierzy…

Willi zmarszczył brwi, przez chwilę coś rozważał, po czym zakomenderował tonem nie znoszącym sprzeciwu:

– Zostawić wszystko w ostatnim pokoju i jazda na dół… Swoje rady zostawcie dla kolesiów w koszarach…

Żołnierze zrobili jak kazał i solidnie przerażeni, biegiem wynieśli się z mieszkania, stając przy samochodach i natychmiast wyciągając z mundurów papierosy. Obłoki niebieskawego dymu pojawiły się nad nimi, przyciągając uwagę Izaaka Abrahama, obserwującego ich przez dziurkę w czarnej blasze, wstawionej w okno szopy, w której miał warsztat szewski. Tymczasem Willi raz jeszcze obszedł całe mieszkanie, po czym zwrócił się do Rossów:

– Widzę, że macie dwie łazienki, więc tę przy moim pokoju rekwiruję i odtąd tylko ja jej będę używał…

– Dobrze panie oficerze… – powiedział Wincenty.

– My nie chcemy żadnych kłopotów… – dodała Franciszka – Może pan potrzebuje też drugiego pokoju, to córkę przeniesiemy do nas i będziemy zamykać drzwi. Mieszkania staną się całkowicie niezależne i tylko korytarz będzie wspólny…

– Zadecyduję o tym, jak zorientuję się we wszystkim… – odrzekł Willi – Na razie muszę się rozpakować, poustawiać moje graty w pokoju i chyba zmieszczę się w nim, tym bardziej, że jest tam kanapa i szafy po poprzednich lokatorach…

Willi poznał już wielu Polaków i często czuł do nich odrazę, ale ci spokojni ludzie jakoś dziwnie przypominali mu członków jego rodziny i wydawali się być z innej gliny, a znakomita znajomość języka niemieckiego tylko potęgowała to wrażenie. Zasalutował, uderzył oficerkami o siebie, skierował się ku wyjściu i już po chwili Rossowie usłyszeli rytmiczne uderzanie butów o schody. Odczekali jeszcze trzy minuty i Wincenty pociągnął żonę do głównego pokoju, gdzie odezwał się szeptem, jakby ktoś ich mógł podsłuchać:

– Musimy postanowić, co zrobić z Józią…? Czuję, że ten oficer jest niebezpieczny jak jadowity wąż…Zresztą nazywa się Wilhelm von Otter…

– Może wyposażmy ją w nieco pieniędzy i wyślijmy do mojej rodziny do Liszkowa, wciąż mam tam ciocię i dwóch wujków…– powiedziała Franciszka.

– Nie wiadomo, jak ona to potraktuje, tutaj jest cały jej świat, kościół na Szwederowie, do którego chodzi, jej najbliższa koleżanka Marta, no i uwielbiany przez nią pan Abraham, któremu nosi jedzenie i picie…– odrzekł mąż.

– Teraz on będzie największym zagrożeniem dla niej… i dla nas. Okno z pokoju tego gestapowca wychodzi przecież na podwórze i szopę Izaaka – lamentowała kobieta – Mówiłam ci, że ta twoja bliska znajomość z tym Niemcem z Ogrodowej sprowadzi na nas jakieś nieszczęście…

– Za Johanna ręczę własnym słowem, a nawet życiem – powiedział mąż –poznałem go dobrze… wiesz o tym. To szlachetny idealista, rozkochany w filozofii Schopenhauera i muzyce Bacha… Stawiałbym tu raczej na Spatzową, której nie podobały się nasze spotkania szachowe, a jak jeszcze przychodził Izaak, kipiała wręcz ze złości i zamykała się w kuchni… Johann objechał ją kiedyś przy nas i zobaczyłem wtedy w jej oczach taką samą nienawiść jak w ślepiach Hitlera. Na pewno tego nie zapomniała i tylko czekała na dogodną sposobność, by odwdzięczyć się nam sowicie…

– Może masz rację – zgodziła się – podobno zafascynowała się książką Mein Kampf i ten jej Willi wbijał ją w dumę… Jej sąsiadka powiedziała mi, że zmieniła się i zhardziała, gdy pojawił się w ich domu ten chłystek…

– Ci…cho… uważaj kochanie, co teraz mówisz, w okupowanych krajach ściany mają uszy…– syknął Wincenty, po czym położył jej delikatnie prawą dłoń na ustach, starł łzy z obu policzków i przytulił, mocno przyciskając do siebie.

Po chwili usłyszeli trzask drzwi na dole kamienicy i charakterystyczne szuranie butów na schodach. Od razu domyślili się, że to Józia wraca do domu, więc Franciszka pomknęła do przedpokoju, by jej otworzyć. Wincenty stanął przy skręcie do dużego pokoju i ręce oparł na biodrach, by nie było widać, że lekko mu drżą. Matka zrelacjonowała w skrócie to, co się wydarzyło i odwracając się do męża, zakończyła niespodziewaną dla dziewczyny pointą:

– Postanowiliśmy z tatą, że jeszcze dzisiaj spakujesz się i nasz kolega odwiezie cię do Liszkowa, do cioci Poli. Tam przeczekasz ten straszny czas i pomożesz trochę w gospodarstwie jej i wujka Jana … Tyle razy prosili mnie byś ich odwiedziła, to ucieszą się z twojego przyjazdu…

Łzy jak grochy pociekły po policzkach Józi i rzuciła się w ramiona matki, która przycisnęła jej głowę do swoich piersi. Poczekała aż spazm córki ustanie i dopiero wtedy odsunęła ją lekko od siebie i powiedziała:

– Robimy to dla twojego dobra… bo bardzo boimy się o ciebie. Musisz to zrozumieć…

Józia wyjęła chusteczkę z kieszeni w sukni i otarła nią łzy, po czym wyprostowała się, zaczerpnęła głęboko powietrze i powiedziała zdecydowanie:

– Nigdzie nie pojadę… jak mogliście przypuszczać, że w takiej sytuacji zostawię was samych…? Muszę też pomagać kochanemu panu Izaakowi, by nie umarł z zimna i głodu. Nie boję się niczego, bo czuję opiekę Pana Boga…

– Dziecko, zło jest bezlitosne w tych strasznych czasach… – próbował przekonać ją Wincenty.

Dziewczyna zdjęła płaszczyk, powiesiła go na haku przy drzwiach, po czym podeszła do ojca i patrząc mu w oczy szepnęła:            

– Wciąż noszę w sobie słowa, które nie raz przywoływałeś… Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę…

ZŁY DUCH (8)

Powoli uniosłem pierwsze pudełko, całkowicie już opróżnione i przez to lekkie, łatwo dające się przesuwać na stole. W drugiej części, na samym wierzchu była biała, jedwabna chusteczka, pokryta kolorowymi haftami. Uniosłem ją lekko ku górze i aż zachłysnąłem się z rozkoszy, gdy ujrzałem dwa sznury grubych pereł, złotą bransoletkę, wysadzaną turkusami i naszyjnik z kolorowych kryształów. Najpierw sięgnąłem po perły i zacząłem je układać na stole, coraz to zmieniając układ dwóch białych i lśniących żmijek. Wyobraziłem sobie, że jestem wielkim czarownikiem i wydaję tajemne rozkazy poddanym gadom, gotowym wykonać każde moje polecenie.

– Widzisz jakie babcia zgromadziła skarby… – odezwała się Marta i po chwili dodała – Każda z tych ozdób ma swoją historię…Perły dostałam od  bogatego Żyda Samuela, który się we mnie zakochał, a bransoletka to prezent od przystojnego Hansa z Wermachtu…Może twojego dziadka…

Podniosłem ku górze sznur pereł i zacząłem go przeglądać kulka po kulce, jakbym chciał z nich wyczytać w jakich zdarzeniach uczestniczyły. Niestety żadne obrazy nie pojawiały się, a tylko ruchliwe błyski ożywiały martwe twory, niegdyś wydobyte z perłopławów i przysposobione przez jubilera by znaleźć się na szyi pięknej kobiety. Babcia w młodym wieku urodziła moją mamę, a ta także zaszła w ciążę bardzo szybko, bodaj w wieku siedemnastu lat. Teraz babcia miała zaledwie czterdzieści jeden lat i wciąż była piękną kobietą, zgrabną, zadbaną i codziennie stylowo uczesaną. Moja uwaga skierowała się teraz ku dwóm pożółkłym papierkom, na których były jakieś literki i pieczątki. Wyjąłem je z pudełka i uniosłem ku górze, jakbym chciał sprawdzić pod światło, czy mają znak wodny. Babcia przejęła je ode mnie, rzuciła okiem i powiedziała:

– To jest akt mojego urodzenia i zaświadczenie, że zostałam ochrzczona… A ten drugi papierek, to życiorys, który napisałam własnoręcznie… Nie pamiętam już po co…

Musiałem być bardzo zaciekawiony i pewnie otworzyłem buzię, albo szeroko rozwarłem oczy. Marta to zauważyła i zaczęła czytać:  

– Urodziła się 18 marca 1922 roku w Konarach – powiat Inowrocław. We wsi tej została ochrzczona 19 marca tegoż roku w kościele parafialnym pod wezwaniem św. Michała Archanioła.Ojcem chrzestnym był zamieszkały w Liszkowie Władysław Górniak, a matką chrzestną także zamieszkała w tejże wsi Rozalia Ratka. Ojciec – Wincenty – był robotnikiem, a matka – Sara zajmowała się domem i wychowywaniem dzieci. Mieli pięć córek: Jankę, Stefanię, Helenę, Marię i Józefę,  czyli mnie, a do tego spłodzili jeszcze dwóch synów – Janka  i Stanisława. Pierwszy mąż mojej mamy zamarzł na mrozie po pijanemu i jego brat ożenił się z twoją prababcią, płodząc te wszystkie bachory…

Niewiele rozumiałem z tej dziwnej przemowy, więc zainteresowałem się złotą bransoletką, gładząc z lubością turkusy i wyobrażając sobie, że inna, kolorowa żmija pojawiła się przy gadach z pereł. Zacząłem je ze sobą zderzać, jakby zaczęły toczyć ze sobą walkę. Babci widać mało było czytania, bo zamieszała drewnianą łyżką w garnku i ciągnęła dalej, tym razem z papierka z życiorysem:

 – Mieszkałam z mamą i tatą przy ulicy Strzeleckiej 4, a pierwszą komunię świętą przyjęłam w dniu 15 maja 1932 roku w kościele pod wezwaniem matki Boskiej Nieustającej Pomocy na Szwederowie.  Do dziś pamiętam jaka byłam wzruszona, gdy zbliżył się do mnie ksiądz Lech Mnichowski i opłatek z ciałem Jezusa znalazł się w moich ustach. Uczęszczałam przez pięć lat do szkoły podstawowej przy ulicy Dąbrowskiego, a ostatnie dwa lata – przy Nowodworskiej. Przed wojną i w czasie okupacji pracowałam w firmie „Lukulus”, produkującej czekoladę, a następnie w jednostce wojskowej przy ulicy Szubińskiej . Po wojnie zatrudniłam się  w szpitalu garnizonowym i wodociągach miejskich w Opławcu…

Słuchałem słów babci, ale myślami byłem już gdzie indziej, słysząc w sobie jakiś tęskny śpiew. W moich myślach, a może już we śnie, pojawiła się wielka rzeka i jakaś samotna łódź płynąca w dal. Na brzegu, w oknie klasztoru stała mniszka i patrzyła na białe ptaki unoszące się nad wodą. Nagle uniosła prawą dłoń i pobłogosławiła świat, jednocześnie prawą dłoń unosząc do czoła i lekko marszcząc brwi, jakby poczuła przejmujący ból. Zanim odwróciła się od okna śpiewnie szepnęła:

– Benedicat vos omnipotens Deus, Pater, et Filius, et Spiritus Sanctus…

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (XV)

Keleken zamknął oczy i pogrążył się w gęstej czerni, jakby nagle zsunął się do dziwnej mazi, ni to galarety, ni smoły. Zdawało mu się, że mijają wieki, ale gdy przeciągły świst obudził go z letargu, uznał, że śmignęła ledwie chwila i został przeniesiony do jakiejś wielkiej budowli z czarnego granitu. Przybliżył się do jednego z filarów i targnęły nim dreszcze, gdy zobaczył, że materiał, z którego wniesiono pałac współtworzą miliardy bytów, jęczących w rozpaczy i cierpiących niewypowiedziane męki. Razem zawodziły, wykrzywiały się w bolesnych spazmach i kamieniały, stając się ruchomą i martwą tkanką filarów, łuków i ścian. Znowu przymknął oczy i usłyszał jakiś nienaturalny ryk, jakby hipopotama, lwa i hieny, z każdej strony zaczął też narastać coraz głośniejszy szum, jakby jakieś przepastne tłumy szeptały wyzwiska i najohydniejsze, lubieżne zdania. Uniósł powieki i przeraził się straszliwie, bo stał teraz u jakiegoś ogromnego tronu z wyginających się i syczących jadowitych żmij, traszek i ropuch. Stały przy nim wielkie demony z owadzimi głowami, chitynowymi pancerzami i hakowatymi odnóżami. Na siedzisku ulokował się monstrualny fioletowy karaluch, z którego wydobywały się żółte gazowe strumienie, cuchnące siarką i zgnilizną, rozgałęziające się, a potem wnikające w przyboczne duchy i każdą cząstkę przestrzeni. Keleken zadrżał i nie miał siły się ruszyć z miejsca, a myśli zaczęły krążyć w jego głowie jak oszalałe.         

– Dobrze, że lękasz się naszego pana – odezwał się oślizły, szkarłatny robak, stojący najbliżej tronu – Lepiej jednak będzie, gdy przybierzemy kształty dobrze ci znane. Jestem Mefisto, generał czarnej armii i książę tej pięknej krainy, a przy mnie stoi starzec Belial, który dobrze poznał chóry anielskie, ale gdy zrozumiał, ze uzurpator nie jest jego władcą, znalazł się pomiędzy nami.

Andriej spostrzegł, że po jego słowach, wszystko zmieniło się w ułamku sekundy, zniknęły owady i ropuchy, gdzieś przepadły pyski hien, likaonów, tygrysów i lwów, a wszystko przybrało odświętny wygląd. Na tronie siedział teraz siwy starzec w złotej szacie i przenikliwym wzrokiem ogarniał wszystko dookoła. Jego czarne ślepia zdawały się kierować wszystkim i dawały niewidzialne znaki tym, którzy prowadzili ceremonię. Nie wiedział jak to się stało, ale w jego myślach pojawiło się wyraziste dookreślenie kim jest mężczyzna odziany w czerwony kostium, który pierwszy do niego przemówił. Zobaczył go pośród rewirów niebieskich, gdy okryty nieprzenikliwym granatem zbliżył się do tronów archanielskich i już miał cisnąć czarny dziryt w stronę śpiącego Rafaela, gdy nagle zachwycił się harmonią jego kształtów, dotknął leciutko prawego pośladka i poczuł pulsowanie żyznej energii. Tak nieopacznie przebudził Gabriela i Michała i w jednej chwili został ciśnięty w otchłań piekielną. Chciał jeszcze się bronić i krzyknął rozpaczliwie: Jestem częścią owej siły, której władza pragnie zło zawsze czynić, a dobro sprowadza[1], ale niebo się już zawarło. Andriej spojrzał na niego i poczuł przenikliwy ból, jakby raz jeszcze kat przestrzelił jego głowę, a zarazem usłyszał jadowity śmiech.

– Musiałem uzmysłowić ci moją moc, bo zapatrzyłeś się w dawne dzieje, gdy popełniłem straszliwy błąd i zapragnąłem wniknąć w ciało Rafaela – odezwał się czerwony demon – Ale to stare sprawy, bez znaczenia i teraz liczy się tylko to, co czynię dla mojego prawdziwego władcy.  On jest we mnie i ja jestem w nim i to on decyduje o twoim losie. Dopiero co przybyłeś ze świata cielesnych kalek, więc przybrałem postać Woltera, byś lepiej zrozumiał wagę rozkazów, które ci przekażę.

Andriej dławił się z przerażenia, ale skinął głową i przesłał do świadomości starca na tronie wyrazista obietnicę posłuszeństwa. Mefisto też odebrał ten sygnał i ciągnął dalej:

– Wskazałem ci Beliala, którego aniołowie utożsamiają z naszym panem, nie wiedząc, że jest tylko jego prawą ręką i tym który wykonuje wszystkie bezgłośne rozkazy. Zwiódł też św. Pawła i wielu klechów w czerni i bieli, a teraz w kuźniach piekielnych przygotował twoje ostrze.

Andriej spróbował przeniknąć do świadomości Beliala, ale napotkał zaporę z kłębiących się nagich ciał, bezwstydnie kopulujących i lubieżnie go przyzywających. Ujrzał pośród nich też króla Salomona, który próbował zamknąć Beliala w butelce po winie, ale przeszacował swoje siły, gdy zaczął do niej też upychać legiony posłusznych mu demonów. Obrazy szybko zniknęły i Andriej usłyszał metaliczny głos tego, który chełpił się, że jako pierwszy wydostał się z władzy uzurpatora.

– Nie pytaj o nic i niczego nie planuj, moc naszego pana będzie cię prowadzić ku temu, którego zgładzisz. Pisane mu wieczne zapomnienie i udręka pośród najplugawszych naszych gadów.

Głos Beliala ucichł i starzec usunął się do tyłu, a jego miejsce zajął połyskliwy mężczyzna w kwiecie wieku, o urodzie rzymskiego centuriona. Spojrzał wymownie na pośrednika ostrza i odezwał się aksamitnym głosem:

– Będą ci kłamliwie opowiadać o mnie, relacjonować jak przez wieki spadałem z nieba, a ja wciąż lśnię jak gwiazda poranna, helel ben-szachar, a ja wciąż służę naszemu panu i wspieram go na obrzeżach ciemności i mdłego światła. I choćby nie wiadomo jakie głupstwa wypisywali tacy idioci jak Milton i Dante, moi bracia wiedzą kim jestem.    

Słowa mężczyzny ucichły, a w świadomości Andrieja pojawiło się imię tego, który do niego przemówił. Wcześniej coś słyszał o Lucyferze, ale nie potrafił określić jego piekielnej rangi.

– Jak widzisz Kelekenie,  twoją ceremonię zaszczycił obecnością nasz władca i jego książęta – odezwał się Mefistofeles – Poznałeś już mnie, Beliala i Lucyfera, a teraz pozwól sobie przedstawić mistrza ceremonii, znienawidzonego przez ludzi i aniołów Lewiatana. To ten postawny mężczyzna w czarnym surducie, którego kłamcy ukazują jako wielkiego krokodyla z szeroko rozwartą paszczą.

Lewiatan wpatrzył się w Andrieja i przesłał mu ciąg obrazów, od czasów starożytnych do współczesności, a potem odezwał się tubalnym głosem:

– Przybyłeś tutaj nasz ulubiony morderco by podjąć czarne ostrze i ruszyć ku sferom niebieskim, by zaprzepaścić dumnego Yasmena, który podąża ku swojemu królowi i myśli, że zyska wielką rangę. Nasz szpieg wprowadzi cię do jego oddziału i będziesz w nim długo uśpiony, by archaniołowie nie mogli cię rozpoznać, a gdy usłyszysz w sobie ryk hipopotama, uwolnisz ostrze, które wniknie w jego duszę i zrujnuje ją do szczętu. Teraz przygotuj się na chwilę chwały i wielki ból, który wypełni cię po brzegi, byś zawsze pamiętał jaka godność stała się twoim udziałem.

Ledwie wybrzmiały słowa bestii, rozległy się płaczliwe fanfary i ze wszystkich stron zaczęły dobiegać jęki konających i cierpiących w chorobach, ginących nagle i odbierających sobie życie. Strój władcy piekieł przybrał krwawy kolor, a z głowy wysunęły mu się ogromne czarne rogi. Uniósł się lekko nad tronem i prawą ręką wskazał na Kelekena. W powietrzu zaczął wibrować przeciągły świst i z mroku wypłynęło srebrzyste, potrójne ostrze. Chwilę zawisło przy Szatanie, po czym z impetem uderzyło w żertwę i wniknęło w nią.

Andriej zachłysnął się z bólu i upadł bez czucia, jak podczas ziemskiej egzekucji, momentalnie tracąc świadomość. Po chwili jakaś siła wydobyła go z mroku, przeniosła ku tajemniczym żółtym i seledynowym oparom i usłyszał jak Mefistofeles mówi z oddali:

– Zostałeś powołany, by dać świadectwo i jeśli wykonasz swoją misję i wrócisz z niebieskich jarów, znajdziesz się blisko tronu naszego pana…

Jeszcze dotarły do niego jakieś tajemnicze szepty i prawie niezrozumiały dialog pomiędzy książętami, zdającymi się wątpić w jego możliwości. Na samym końcu pojawił się syk węża i Andriej zobaczył Szatana unoszącego obie ręce w jego stronę i szepczącego coś po hebrajsku. Poczuł, że opuścił podziemia i znalazł się pośród bezbrzeżnych przestrzeni niebieskich.

[1] J. W. Goethe, Faust, tłum. E. Zegadłowicz, Tragedii Część Pierwsza, Pracownia.

« Older entries

%d blogerów lubi to: