SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (IV)

Yasmen czuł, że nie powinien dalej uczestniczyć w tej wymianie myśli, spojrzał zatem w inną stronę i głosy ucichły. Na zachodniej stronie strzeliste szczyty górskie przechodziły w wielkie miasta anielskie, jakby ulegały realnej metamorfozie i łagodnie zmieniały się w miliony budek i cel, pokoików budowanych na planie rombu albo trójkąta. Jakież wielkie rojowiska aniołów fruwały wokół nich, ileż barw mieniło się i mutowało w jednej chwili. Tysiące wież i wieżyczek, kolumn z otworami i jakby zwisających z różnych miejsc kawałków pszczelich plastrów, wszystko razem tworzyło wielki organizm, jakąś architektoniczną fantazję, której by nie wymyślili ani budowniczowie średniowiecznych katedr, ani anioł Gaudi. Wieżyczki były białe albo złote, czasem żółte  a kiedy indziej zielone. Nie brakowało też barw pastelowych, różu, błękitu jakichś odcieni seledynu albo karminu, wszędzie wiele okrągłych okien, wszędzie balkoniki z kolumienkami, wszędzie amfilady, wiszące w powietrzu krużgankowe ścieżki z lampionami i różnokolorowymi światełkami. I te roje, jak ziemskiej szarańczy, te stada, niczym szpaków albo wróbli, te niewielkie grupki i wreszcie te punkty samotnych skrzydlatych tworów. Wszędzie z oddali dobiegający lekki szum, łopot skrzydeł, nieustający szmer lotek bijących o powietrze. Zarówno z jednej strony doliny, jak z drugiej piętrzyły się góry, łagodnie schodzące w dolinę wielkimi halami, ogromnymi przestrzeniami trawy i ziół, różnokolorowych łąk i pastwisk niebieskich. A ze szczytów strzelające w górę zamki i zamczyska, stanice anielskie, miasta i wsie anielskie, wszystko razem stanowiło jakąś niewyobrażalnie malowniczą całość, wszystko zbiegało się pośród łąk i wszystko z nich podążało ku strzelistości, ku pięknie architektury anielskiej. Tylko Bóg – myślał Yasmen – mógł stworzyć coś tak pięknego i odmiennego od tego czym żyją ludzie w swojej rzeczywistości. Spojrzał ku trzem aniołom stojącym na łące, tuż nieopodal jego miejsca. Ci także rozmawiali ze sobą bez słów, bardzo żywo gestykulowali i wymieniali bardzo szybko myśli. Przyciągnął ich przestrzeń ku sobie i usłyszał coś, co wprawiło go w osłupienie.

– Jest nas już chyba kilka tysięcy, spore legiony, ale wielu spośród nas nie do końca wierzy, że to się może udać…

– A może ty bracie jesteś największym niedowiarkiem…? Może chcesz się wycofać…?

– Nie bądź śmieszny… ja przecież byłem w grupie założycielskiej…

– Wielu spośród tych, którzy w niej byli, wycofali się już dawno…

– Bracia! Niezgoda może zrujnować nasze plany, a przecież najważniejsza jest ta wielka sprawa, w imię której spotykamy się w różnych miejscach od wielu dni – wtrącił się trzeci.

– Bracie widzisz tego dziwnie wyglądającego anioła – jeden z mówiących wskazał na Yasmena – Mam wrażenie, że on słyszy nasze myśli…

– Jesteś przewrażliwiony, lepiej leć do gniazda i odpocznij trochę…

– Ale jeśli on nas słyszy, to i Pan mógłby nas usłyszeć…

– Przecież Jego nie ma…

Yasmen speszony odleciał na chwilę z miejsca, gdzie stał i zatoczył dwa wielkie koła w powietrzu. Mijał różnych aniołów gdzieś lecących albo zawisających w górze. Ich twarze były radosne albo smutne, uduchowione albo nijakie, barwy skrzydeł i tog migały przed jego oczyma, połyskiwały pośród zgrupowań złote ciżmy. Z góry perspektywa się poszerzyła i zobaczył, że dolina niknie we mgłach z których w dalach ledwie wychylają się jakieś niewyraźne kształty, niby inne miasta, ale równie dobrze inne szczyty, zbocza, pastwiska. Wiele różnokolorowych punktów i plam mogło być skupiskami innych aniołów albo po prostu cieniami szczytów i rozpadlin. Szybował powoli i po dłuższym czasie wylądował z powrotem w miejscu, w którym wcześniej stał. Trzech aniołów już nie było, ale za to dostrzegł jakieś zawirowanie, jakiś tumult wokół najbliższej z wież. Przy jednym z wysoko położonych otworów kłębiło się wielu skrzydlatych. Przyciągnął siłą woli tę wielka przestrzeń do siebie i usłyszał krzyki, nawoływania, jakieś gniewne pomruki.

 – Bracia, nie pozwólmy by jego celę zajął nowicjusz. Przez tysiące chwil mieszkał tutaj i wielbił Pana modlitwą i myślą serdeczną, a teraz ma iść na tułaczkę i w jego ukochanym domostwie osiedlić się ma ten, który ledwo co zrzucił gnuśna powłokę cielesną…?

– Archanioł Jan wie co robi, bo jego natchnienia płyną z samej wysokości…

– Archaniołowie mogą się tak samo mylić jak każdy z nas… czyż i oni nie zmieniają czasem swoich rozkazów… czyż nie odwołują tego, co tłumom wydało się złe?

Yasmen majestatycznym lotem przybliżał się do wieży, a za nim leciała jego drużyna. Czasem jakiś przelatujący anioł zatrzymał się w powietrzu i patrzył zaciekawiony, czasem przybliżyła się do nich inna grupka i przez jakiś czas leciała równolegle. W bezpiecznej odległości trzymali się Archaniołowie i próbowali prześwietlić myślą lecących. Yasmen nie zwracał uwagi na nic, a jedynie rozkoszował się widokiem stanicy. W jego głowie przelatywały dziesiątki myśli, które przypominały to, co działo się dookoła. Myśli uporządkowane i osobne śmigały w różnych kierunkach. Pozwalał podążać za nimi Archaniołom, a potem nagle gasił je w sobie, rozbijał je albo porzucał w chwili zawiązywania się akcji. Miał jednak wrażenie, że ktoś panuje nad tym chaosem i z wyrozumiałością godzi się na to. Właśnie minął jakieś większe stado zielonych serafinów, które lecąc w szyku czwórkowym wydawało z siebie jakąś rytmiczną pieśń. Te dźwięki, gwałtowne i zarazem delikatne, przypominały pracę jakiejś zdumiewającej maszyny, która przemierza przestrzeń. Ich zieleń Veronese’a wyraźnie odcinała się od czerwieni i różu, który pojawił się w sferze gdy wielki snop zaczął przygasać.

Reklamy

CZARNY NEFRYT (3)

Deszcz na chwilę przestał padać i na niebie, pomiędzy szarymi chmurami, zaczęło nieśmiało prześwitywać słońce. Zielonkawe dudki, umykały spłoszone przed szybko podążającym do przodu Aiem. Przelatywały z gałęzi na gałąź i wzbijały się coraz wyżej, ku koronom drzew. Miały też nieco rdzawych piór, małych czarnych plamek i dzioby, ostro zakrzywione w dół. Młodzieniec szedł szybko i momentami podbiegał, co powodowało szczególne zaniepokojenie w ptasim świecie. Także trzy sroki odleciały w dal z wyniosłych topól, a tylko sikorki i zięby chwiały się na gałęziach, obracając głowy we wszystkich kierunkach i sondując czy zagrożenie jest realne. Właśnie skręcił w wąski zaułek i pokonawszy go, wszedł na główną drogę, prowadzącą przez wieś. Zwolnił trochę, bo zobaczył pojedynczych ludzi, kierujących się to tu, to tam. Najbliżej stał kulawy Dong, który, gdy zobaczył Aia, skinął na niego ręką i przywołał do siebie.

– Słyszałeś o tym, że poborca wymordował rodzinę Yao Minga? – spytał patrząc w oczy mężczyzny.

– Ich też..? Jego ludzie zabili również rodzinę Tanga, a jego najstarszą córkę, Czao, uprowadzili…

Dong złapał się za głowę, zaszlochał dramatycznie i zaraz pobiegł, kuśtykając, powłócząc lewą nogą, w kierunku niewielkiej grupki wieśniaków. Młodzieniec ruszył żwawym truchtem w kierunku, stojącej nieco na uboczu kuźni i znowu spłoszył trzy dudki, zawieszone na gałęziach pobliskiej wierzby. Odprowadzał je wzrokiem, ale myślami wciąż był przy ukochanej Czao. Martwił się, bo wiedział, że każda chwila w domostwie Wanga jest dla niej wielkim zagrożeniem.

Wszedł do domu i nie zastał w nim starego ojca, więc skierował się do kuźni, gdzie natknął się na niego. Właśnie, wraz z młodszym bratem Aia, uderzał młotem w rozpalony do czerwoności sierp. Jedno spojrzenie starca i nieznaczny ruch głową przybysza starczyły, by kowal odłożył narzędzia, szepnął coś do ucha pracującemu z nim synowi i podszedł do Aia. Ich świat pełen był tajemnic, dziwnych spotkań i skrywanych wypraw w góry i rozumieli się prawie bez słów. Słuchał w skupieniu, a jego czoło zmarszczyło się groźnie. Raz po raz wciągał głęboko powietrze. Z oczu, mimowolnie, popłynęły mu łzy i oparł drżącą rękę na ramieniu syna. Przyjaźnił się z obiema rodzinami i bywał częstym gościem w ich domach, słuchał relacji i przed oczyma miał malutkie dzieci, teraz już martwe, tak bezlitośnie zamordowane dla niewielkiego zysku.

– Ojcze proszę o pozwolenie wstąpienia na moją drogę…! – powiedział rozpalony Ai i ukląkł przed rodzicem.

– Synu, dobrze wiesz, że każdy z nas ma swoją najważniejszą drogę… Pamiętaj co powiedział nasz Mistrz: Aż do śmierci żyj zgodnie z wolą niebios. Kiedy wszystko pod słońcem dzieje się zgodnie z wolą niebios, bądź widoczny. Kiedy niezgodnie, bądź ukryty…

– Przygotowywałeś mnie tyle lat, a ja nie rozumiałem o co ci chodzi… Teraz wiem, że świat jest zły i okrutny, a ty chciałeś mnie przed nim ocalić. Nie mogę jednak być dalej przy tobie, bo muszę ratować tę, którą kocham…

– Wiem synu i daję ci moje ojcowskie przyzwolenie – powiedział starzec i położył otwarte dłonie na głowie Aia.

Mężczyzna objął chude nogi rodzica i zamknął oczy. Zobaczył w ciemnościach łkającą Czao i okrutną zbrodnię na jej podwórku. Krew wrzała w nim i całe ciało zdawało się płonąć. Wstał i spojrzał w czarne oczy ojca. Ten pokiwał przyzwalająco głową i powiedział:

– Mędrzec też mówi: Gdy zostaniesz wysłany z misją, działaj z poczuciem przyzwoitości… Wiem jednak, że będziesz musiał przelać chińską krew… Uczyń to, bo te zbrodnie domagają się sprawiedliwości… uczyń to jednak bez nienawiści i tak, jakby twój cień nie istniał…

Ai skinął głową, podszedł do brata, uściskał go serdecznie i powiedział co się stało. Chłopak zaczął szlochać i chwiać się na nogach, aż w końcu usiadł na drewnianej ławie.

– Ćwicz się bracie w sztuce walki i w roztropności, bądź posłuszny naszemu ojcu, bo płynie w jego żyłach święta krew Szanownego i Doskonałego Nauczyciela… Może za jakiś czas będziesz musiał ruszyć moim szlakiem… Do widzenia ukochany Nanie, teraz nadszedł czas naszego pożegnania i może nie zobaczymy się nigdy więcej… Zawsze jednak będę cię nosić w sercu i pamiętać nasze piękne braterstwo…

Ai, z ojcem i bratem, poszedł do domu, zjadł miseczkę ryżu z warzywami i nieco zimnej żabiej zupy, a potem ukłonił się, raz jeszcze, objął ojca i brata i ruszył szybko w góry. Wspinał się sprawnie tymi samymi ścieżkami, którymi niedawno wracała Czao, ale w pewnym miejscu skręcił ku niewielkiemu wodospadowi. Deszcz znowu padał rzęsiście i robiło się coraz ciemniej, groźniej i coraz bardziej ponuro. W sercu młodzieńca nie było jednak lęku, bo chodził tą drogą tysiące razy i znał na niej każdy kamień. W końcu stanął naprzeciw wodospadu i rozejrzał się dookoła, czy ktoś go nie widzi. Upewniwszy się, że nie ma żadnego zagrożenia, wskoczył wprost w główny nurt wody i minąwszy go znalazł się na niewielkiej półce skalnej. Następnie, przesuwając się bokiem, wszedł do przedsionka ogromnej jaskini, w której panowały nieprzeniknione ciemności. Po omacku dotarł do miejsca, gdzie na płaskim głazie leżały przybory, służące do rozpalenia ognia. Był przemoknięty do suchej nitki, więc wymacał w ciemności sporą szmatę, wytarł dokładnie ręce i zaczął rozpalać ogień. Trwało to bardzo długo, ale w końcu płomień pojawił się na stercie chrustu. Ai skoczył w bok, sięgnął po wielkie polana, dołożył dużą wiązkę siana, słomy i liści, a potem usiadł w bezpośredniej bliskości ognia. Wiedział, że musi się osuszyć, bo w górach było bardzo zimno i nawet tak zahartowany młodzieniec mógł łatwo się przeziębić. Powoli ciepło napływało ku niemu, tak, że po jakimś czasie mógł ściągnąć ubranie i zawiesić je na wierzbowych witkach, tuż nad paleniskiem. Gdy wszystko wyschło, ubrał się ponownie, wsunął skórzane sandały i rozejrzał się po jaskini. Ogień buchał już tak duży, że wszystko stawało się widoczne, sięgnął zatem po nadpaloną gałąź i podszedł z nią po kolei do czterech pochodni, przymocowanych do ścian i zapalił je. Nie było chwili do stracenia, więc wydobył ze skrzyń wspaniałe miecze i noże, wyjął też czarne ubranie, jedwabne mokasyny w tym samym kolorze, worek prochu, lont, hubkę, siano i suche kawałki drewna, służące do rozpalania ognia. Dobył też mieszek z dziurawymi monetami, które zapobiegliwy ojciec składał tutaj od wielu, wielu lat. Znowu przed oczyma stanęła mu cierpiąca i łkająca w ciemności Czao, więc szybko skoczył do przodu, do drugiego tajemnego wyjścia z jaskini. Prowadziło ono na niewielką łączkę, ze wszystkich stron otoczoną wysokimi ścianami skalnymi. Stary kowal znał ją dzięki naukom swojego ojca, a ten dowiedział się o niej od swego rodzica. Chodzili tutaj też wcześniej żyjący członkowie rodzin, tak że tajemnica ciągnęła się od dwóch stuleci. To było ich niezależne państwo, gdzie nie docierali wrogowie i gdzie mogli poczuć się bezpieczni, ukryć zbiegów, ściganych przez poborców i urzędników, a nade wszystko ćwiczyć się w tajemnych sztukach walki. Ai przychodził tutaj wiele, wiele razy, z ojcem i z bratem, często też docierał na utajnioną łąkę samotnie.

Zbudowali na niej niewielką chatynkę, gdzie były proste łoża, skrzynie na broń, stół i ławy, palenisko i kociołek na wodę. Teraz, w nocy, nad budowlą z kamieni górował księżyc w pełni i oświetlał nieco przestrzeni dookoła. Jakiś samotny nietoperz krążył w powietrzu, to nadlatywał nad głowę młodzieńca, to oddalał się szybko i znikał w mroku. Gdzieś daleko, we wsi, żałośnie wył jakiś pies i odpowiadały mu czasem inne zwierzęta. Ai miał w ręku jedną z pochodni i gdy wszedł do środka domku, natychmiast zapalił siano, zostawione na palenisku, po ostatniej wizycie. Płomień szybko zaczął lizać grubsze kawałki drewna i w izbie zaczęło rozchodzić się przyjemne ciepło. Pod jedną ze ścian, w specjalnym odgrodzeniu, stały włócznie qiang, kije gun, złowieszcze halabardy guan dao, widły macha, partyzany san jian liang ren i siejące grozę łopaty chanzhang, na ławie leżało kilka łuków, dziesiątki strzał oraz trzy lśniące jaskrawo szable dao. Ai brał do ręki różne narzędzia walki i przypominał sobie pracę w kuźni nad nimi, kiedy to wykonując zamówienia wielkich panów, poborców i żołnierzy, zawsze coś zostawiali sobie i zanosili na Łąkę Tajemnic. Teraz wiedział, że może zabrać tylko broń krótką i łuk, ale wierzył, że przyjdzie taki czas, kiedy ich arsenał bardzo się przyda. Sięgnął zatem po krótki miecz w pochwie i przytwierdził go do pasa. Odszukał też w jednej ze skrzyń torbę ze skóry łani i schował do niej kilka noży. Wyszedł na zewnątrz domu, popatrzył na placyk, udeptany podczas ćwiczeń i symulowanych walk z bratem i ojcem. Podążył raz jeszcze do jaskini, gdzie wsadził do worka linę, trochę suszonego mięsa i mały mieszek z monetami. Wygasił dokładnie ogień, założył łuk na grzbiet, a kołczan z zatrutymi strzałami przytwierdził do pasa. Wrócił na łąkę, gdzie poczuł, że deszcz znowu się wzmaga. Zmartwiło go to, bo chciał wydostać się z tego miejsca po stopniach, wydrążonych w skale. Przodkowie kowala i Aia, element po elemencie, wydrążyli w twardym bazalcie coś na kształt kamiennej drabiny. Można było nią wejść na skraj ostrej skały, po zboczu której zwinny człowiek mógł przedostać się do miejsca, gdzie zwisały grube liany, sięgające aż do gęstego lasu bambusowego, u podnóża gór. Choć niewidzialna siła pchała go do przodu, przypomniał sobie nauki ojca o roztropności i wszedł do chaty, by przeczekać nawałnicę. Usiadł naprzeciw ognia w pozycji kwiatu lotosu i zamyślił się nad swoim życiem. Zawsze czuł, że będzie ono miało ponadnaturalny wymiar, zawsze wierzył w to, że ćwiczenia i nauki nie pójdą na marne, czasem nawet w przebłyskach świadomości lub w snach, widział przyszłe zdarzenia. Niestety nie układały się one w żaden logiczny ciąg, pojawiały się tylko, jak refleksy na wodzie, jakieś galopady konne, jakieś przemykanie nocą pustymi zaułkami miasta, jakieś pojedynki toczone z zamaskowanymi wrogami. Nagle w jego myślach pojawiła się Czao i aż drgnął gwałtownie z podniecenia, tak wyrazisty był ten obraz i tak pulsujący znaczeniami. Przypomniał sobie ich pierwsze spotkanie w górach, gdy przypadkiem natknęli się na siebie na ścieżce, a potem poszli razem na kwiecisty stok, gdzie dziewczyna pasła i oporządzała kozy, owce i jaka. Od razu przypadli sobie do gustu i jeszcze kilka razy razem chodzili w góry, siadali na pachnącej ziołami łące, opowiadali sobie różne historie z życia swoich rodzin i z baśni. Tylko raz się pocałowali, ale wspomnienie tej chwili spowodowało, że rzęsisty pot natychmiast pojawił się na czole Aia. Jej usta były takie słodkie, a w piersiach, przyciśniętych do jego torsu, biło tak wyraźnie, mocno, pięknie, kochające go serce. Powiedział wtedy, że pragnie z nią spędzić resztę życia, a ona kiwnęła głową potakująco i uciekła od niego zarumieniona. Teraz słyszał poprzez ciemność gór, płynące z daleka i zwielokrotnione przez echo żałosne wołanie jej serca, brzmiące jak kroki armii zbliżającej się do wroga. Rozmyślał o tym, co go czeka, ale wciąż słyszał uderzanie kropel o kamienie i skały, stale wyczuwał ich złowrogie dudnienie na dachu.

Siedział tak bardzo długo, aż zapadł w rodzaj odrętwienia, na granicy snu i jawy i znowu była przy nim Czao, znowu jej czarne włosy rozwiewał wiatr, coraz silniejszy i silniejszy. Nagle ocknął się i zorientował się, że podmuchy były realne, a deszcz ustał całkowicie. Poczekał jeszcze trochę, aż wiatry osuszą kamienną drabinę, zgasił ogień i poszedł w kierunku skały, na której wyraźnie widniały pierwsze stopnie. Zaczął wspinać się powoli, mozolnie i choć robił to setki razy, teraz czuł dziwny niepokój. Kamienie były jeszcze śliskie i każdy nieostrożny ruch mógł spowodować upadek. Gdy był już prawie u góry, jakieś pięćdziesiąt metrów nad łąką, poczuł, że jeden ze stopni rusza się niebezpiecznie. Podjął decyzję natychmiast i jak górski kozioł, czujący śmiertelne zagrożenie, skoczył w bok, chwycił się występu w ścianie i równie szybko odbił się ponownie i znalazł się na wyższych szczeblach drabiny. Jeszcze tylko kilka kroków i już był na samej górze, tuż nad przepaścią i nad ostro schodzącym w dół zboczem. Przykucnął i zwinny jak kot zaczął przemykać w kierunku brzegu urwiska, właściwie prawie spadał, a jednocześnie nie tracił kontaktu z podłożem, wprawnymi uderzeniami stóp korygując kierunek pędu. Wreszcie dotarł do miejsca, gdzie należało się odbić i po krótkim locie nad otchłanią, schwycić się rosnących równolegle do skał zdrewniałych lian. Ai skoczył bez wahania i na chwilę zamarło mu serce, szybko jednak się uspokoił, bo poczuł, że jego dłonie zamknęły się na silnych pnączach. Wszystko robił odruchowo, bo za zboczem panowała nieprzenikniona ciemność. Zsuwał się powoli, raz po raz zwalniając uchwyt dłoni, to znów zaciskając je na roślinie. W połowie drogi przystanął i zaczerpnął powietrza, wiedział, że ma do pokonania jeszcze jakieś sto metrów, ale niżej liany były już tak gęste, że schodzenie nie nastręczało tylu trudności. Nagle usłyszał głośne syknięcie tuż przy swoim policzku, w ułamku sekundy chwycił prawą dłonią rękojeść krótkiego miecza i świsnął nim w powietrzu. Kącikiem oka zauważył odcięty łeb wielkiej kobry królewskiej, z otwartą paszczą i zębami jadowymi na wierzchu, oddzielony od reszty ciała i lecący bezwładnie w dół. Schodząc nieco niżej, dostrzegł w mroku wiszącego pomiędzy lianami i drgającego jeszcze, kilkumetrowego węża bez głowy. Z różowej wyrwy wylewała się krew i kapała w dół, ogon wciąż trzymał się silnie lian, a żółtawy rysunek na ciemnym ciele lśnił jaskrawo, oświetlany światłem księżycowym. Ai wiedział, że ukoszenie tego gada może zabić słonia i uznał jego zabicie za dobrą wróżbę, a zarazem pomyślał o tym, że nauki jego ojca bardzo się przydały – wyraźnie usłyszał jego słowa, wypowiedziane kiedyś na Łące Tajemnic:

– Gdy usłyszysz świst musisz już mieć w dłoni miecz i uderzyć tam, skąd do ciebie dobiegł…

Powoli schodził coraz niżej i niebawem stał już na ziemi, pośród gęstwiny bambusowej dżungli. Na niewielkiej, złamanej łodydze, tkwiła wbita głowa kobry, a z ostrych, zakrzywionych zębów, kropla po kropli, sączył się jad. Ai wysmarował nim ubranie, czym chciał odstraszyć drapieżniki, a potem szybko odszukał ścieżkę, z której korzystały pandy, tygrysy, sarny i jelenie milu. Powędrował nią w kierunku szerszej przesieki, gdzie nie groziło mu już tyle niebezpieczeństw. Słyszał wokół siebie jakieś groźne pomruki, dalekie piski i dziwne chrząknięcia, ale szedł szybko i nie oglądał się za siebie. Wiedział, że las bambusowy dociera nieomal do miasta, na obrzeżu którego był wielki dom poborcy Wanga. Szedł jednak po grząskim gruncie, rozmiękczonym przez deszcze i szybko poczuł zmęczenie. Zwolnił zatem i przemykał etapami, odpoczywając i przyglądając się bliższym i dalszym drzewom. Wiedział, że wszędzie jest pełno węży, a jego zapach, nawet osłabiony przez jad, może przywabić tygrysy, wilki lub panterę. Dopiero, gdy zobaczył w dali ciepłe światła licznych domów i górujących nad nimi wież pałacowych, stanął na czarnym głazie, wziął szeroki oddech i utkwił swój wzrok w domostwie zarządcy. Tylko w jednym pokoju płonęły ognie, a resztę spowijał gęsty, nieodgadniony mrok. Ai zacisnął rękę na rękojeści miecza i ruszył powoli przed siebie.

POWIEŚĆ ABSURDALNA

 Autentyczny krytyk literacki zawsze z zainteresowaniem czeka na autorów nowych, wstępujących pokoleń. W pamięci ma liczne „odkrycia” w tym względzie, bezdyskusyjne werdykty, potwierdzone po latach w naukowych podsumowaniach, w wielkich syntezach krytycznoliterackich, a na koniec w encyklopediach, leksykonach i słownikach tematycznych. Niestety często się zdarza, że na horyzoncie pojawia się krytyk układowy, spowinowacony z jakąś koterią, należący do jakiegoś lobby, który miast forować sprawiedliwe sądy, kieruje się dobrem „układu”, chwilowego rozdania kart, lansu konkretnego wydawnictwa, związku twórczego lub grupy nacisku. Przypomina się w tym momencie powieść Honoriusza Balzaka pt. Stracone złudzenia, w której bohater (Lucjan) wchodzi do świata recenzentów i dziennikarzy i z przerażeniem odkrywa, że jest on przeżarty przez korupcję, fałsz, kłamstwo, a na porządku dziennym jest wzajemne wyświadczanie sobie mniejszych lub większych przysług. Nagrody bywają wciąż takie same – dobre pieniądze, obecność na łamach, zasiadanie w gremiach i radach, urodziwa aktoreczka, albo „ładny chłopiec”. W polskiej krytyce powojennej mamy przede wszystkim do czynienia z krytykami podlizującymi się władzy komunistycznej, często będącymi agentami policji politycznej albo członkami PZPR-u. Nowy wynalazek, po 1989 roku, to krytyk medialny, odwalający pańszczyznę za pieniądze, wychwalający określony układ i będący klakierem określonych nagród, wchodzący w skład jury tychże „zaszczytów”. Mamy już też dowody – w formie publikacji książkowych – jak ogromne były nadużycia tego rodzaju krytyków i jak wiele klęsk ponieśli. Ich analizy i syntezy pełne są histerycznych sądów, patetycznych kreacji nowych Faulknerów i Bułhakowów, którzy bezpowrotnie utonęli w smole czasu. Nikt i nic ich już z niej nie wydobędzie, no chyba że inny krytyk, uniwersytecki filolog, który wyszpera sądy poprzedników i dla korzyści własnej poprze je w jakimś przewodzie doktorskim, habilitacyjnym czy profesorskim. Polska kultura, ponad siedemdziesiąt lat po drugiej wojnie światowej, nie wytworzyła magazynów branżowych, tygodników i dzienników, które by w sposób kompetentny oceniały naszą literaturę i sztukę. Próżno szukać też teraz krytyków na miarę Kazimierza Wyki czy Jana Błońskiego, próżno szukać ich następców. Dominuje strategia recenzencka, a pojawienie się zoila, reprezentującego określoną szkołę krytycznoliteracką bywa prawdziwym ewenementem.

Łukasz Orbitowski w powieści pt. Inna dusza, zapragnął odzwierciedlić miałkość i absurdalność zachowań dorastających chłopaków z Bydgoszczy. A przy tym poczuł się jak Dostojewski – poklepywany po plecach przez krytyków i kumpli – i zamarzył sobie by ukazać wnętrze młodocianego mordercy. Mnożąc monologi wewnętrzne bohatera, doprowadził swoją powieść do absurdu i zaplątał się w niej bezsensownie. Pisarz musi panować nad materiałem literackim, który generuje, a tutaj mamy sieć bełkotliwych dopowiedzi, nieustającą ewokację pustki myślowej, momentami tak przerażającej, że aż nieprawdopodobnej. Jakież to mało interesujące – ów infantylizm myślowy narratora, syna alkoholika, toczącego wciąż walki z własną psychiką i otoczeniem. Opis takiego dewianta sam w sobie byłby może interesujący, gdyby wykonanie było należyte, na dobrym poziomie literackim. Tutaj niestety mamy do czynienia z ogromną nieudolnością narracyjną, która w końcu rozmywa się w wielkiej nudzie i rozdrobnieniu celów pośrednich, nie mówiąc już o owym szczytnym marzeniu, by pokazać psychikę i mechanizm postępowania mordercy. Tak jak Jędrek jest niedojrzały emocjonalnie, tandetny w swoich zachowaniach, tak samo nieudolny jest autor powieści, mnożący marne opisy rodziny bohatera (tatka i mamusi), dorzucający ze strony na stronę opisy zachowań, w których nie ma niczego wartościowego. Przy tym najbardziej rażą tutaj doraźności, ciągłe nawiązywanie do tandetnych elementów kultury masowej (nie wiadomo jaką funkcję ma pełnić pomysł z tytułami rozdziałów wziętymi z utworów polskich zespołów rozrywkowych i piosenkarzy od Sasa do Lasa). Dobra powieść musi mieć swój rytm, wewnętrzną dynamikę, zachęcającą do dalszej lektury – musi wciągać w sposób magiczny, albo choćby denerwować na tyle, by chciało się ją dokończyć i posiąść określoną wiedzę o niej. Tutaj mamy do czynienia z przerażającym rozmamłaniem narracyjnym, jakby autor nie mógł się zdecydować, czy chce tworzyć portret psychologiczny narratora czy mordercy, czy tworzy studium psychoanalityczne czy tylko dokleja kolejne „kawałki” rozbitego lustra. Tak jego postaci – nawet jeśli ma to być odbiciem niedojrzałości – stają się niewiarygodne, równie sztuczne jak umieszczenie akcji w Bydgoszczy.

Wszystko w tej powieści zostało spłaszczone, zmarginalizowane i ciąg zdarzeń nie układa się w logiczną całość – to raczej cząstki, notatki, z których dopiero należałoby wysnuć narrację. Trudno się dziwić, że czytelnicy tego „dzieła” nie potrafią powiedzieć nic sensownego na jego temat, tak jak choćby Sylwia Chutnik, której opinię wydrukowano na okładce: Opowieść pełna szczegółów, które oddają klimat lat dziewięćdziesiątych w kraju Polska i klimat wieku dojrzewania: gdy chciało się po prostu szybko jeździć na rowerze, strzelać z procy, znaleźć sposób na samego siebie. Ojciec to był tatko, meblościanka gnieździła skarby z całego dzieciństwa. Przyszłość to decyzja o wyborze szkoły, nie myślało się o śmierci. Tylko robiło rzeczy zakazane. I dlatego powieść Łukasza ściska za gardło. Bo tu nie ma typowo złych bohaterów. Jest to ich zły koniec. Można by powiedzieć: jaki pisarz, tacy krytycy, ale przecież trudno wyartykułować coś sensownego o tej pisaninie, sztucznie dostosowanej do realiów lat dziewięćdziesiątych. Mogłaby jednak Chutnik wystrzegać się błędów stylistycznych, choć – nolens volens – oddają one to, co w powieści Orbitowskiego się nie udało. Dążąc do stworzenia specyficznej aury, pragnąc wypracować własną stylistykę nowoczesnej powieści, przedłożył autor czytelnikom mieszaninę nudy z powieści obyczajowych Kraszewskiego, z wydumanymi konceptami ostatnio nagłaśnianych autorów jego pokolenia. Niedookreśloność bohatera może być wartością powieści, ale w tym przypadku przełożyła się też ona na nieokreśloność narracyjną, pustkę myślową kolejnych stronic, a nade wszystko absurdalne fajerwerki zdarzeniowe, mające wzbogacić utwór; a to wyjazd na wybrzeże, gdzie Jędrek prawie zabija dziewczynę, a to jego pobyt w Legii Cudzoziemskiej. Wydawnictwo Od deski doi deski reklamuje tę powieść jako opartą na faktach, a tu przecież mamy do czynienia z rozmamłaniem faktów i absurdalnym ich rozdęciem. Może dlatego na końcu dzieła pojawiła się taka asekuracyjna dopowiedź: Zarys fabuły książki „Inna dusza” jest oparty na prawdziwych zdarzeniach. Trzeba jednak pamiętać, że tekst nie jest reportażem, tylko dziełem fikcji literackiej. Nie należy go traktować jako dokumentu. Wypowiedzi i myśli bohaterów, ich charakterystyka, a także opisy szczegółów miejsc i wydarzeń nie mogą stanowić źródła wiedzy o faktach. Szczytne założenie, próba ukazania psychiki i motywów postępowania młodocianego mordercy, zrodziło dzieło zaświadczające, iż jego autor nie zrozumiał podstawowej zasady wszelkiej wartościowej prozy: jeśli nawet bohater jest prymitywny, jeśli jego świat rozpada się jak domek z kart, narrator musi nad nim panować, strategicznie wprowadzać kolejne wątki, tak by na końcu wyłonił się kształt dający się obronić w każdej rzeczywistości i w każdym języku. Jako powieść w rozsypce, powieść bez reguł i bez wewnętrznej dynamiki, jest ona nieprzydatna przy opisie polskiej rzeczywistości, a tym bardziej nieprzekładalna na wielkie języki europejskie, gdyż glosy i przypisy zajęłyby w takich edycjach kolejne sto albo dwieście stron. Pracując w latach osiemdziesiątych w uniwersytecie i mając nieustannie do czynienia z młodymi ludźmi, mogę zaświadczyć, że miałem często do czynienia ze wspaniałymi osobowościami, które potem wyraziście zaznaczyły swoją obecność w społeczeństwie. Tutaj sugeruje się całkowite zepsucie młodzieży tego pokolenia, degrengoladę moralną, tandetę myślenia i konsumpcyjny model życia.

Założenie Orbitowskiego, że Bydgoszcz jest miastem mordu i przegrania to ogromne nadużycie, w taki tandetny sposób argumentowane przez Tomasza Sekielskiego: Wychowywałem się w Bydgoszczy, znam ją i pamiętam jej klimat. W „Innej duszy” Orbitowski odmalowuje niepokojący obraz miasta i jego mieszkańców z lat dziewięćdziesiątych., Chaos początków transformacji i społeczeństwo próbujące odnaleźć się w pierwszych latach przemian. Mord, który wtedy wstrząsnął bydgoszczanami, był symbolicznym znakiem tamtego czasu. Niepojęty, niezrozumiały, a przez to jeszcze bardziej przerażający. Ciekawe, bo ja też wychowałem się w Bydgoszczy i niczego takiego nie pamiętam, jak w każdym mieście zdarzały się tutaj patologie, ale tak daleko idące uogólnienie jest sporym nadużyciem. Opisy Bydgoszczy to nieustający ciąg przegięć, wypaczeń i przerysowań – ot tak jak w przypadku opisu wschodniej dzielnicy miasta: Fordon ciemnieje wcześnie. Latarnie znajdują się tylko przy głównych ulicach, niektórym utrącono głowy, pozostałe nie palą się jeszcze z innego powodu. Droga łącząca dzielnicę z resztą Bydgoszczy również bywa nieoświetlona. Jest jeszcze ciepło, więc wina wciąż pija się pod chmurką. Nie ma tutaj knajp. Nie ma tutaj bibliotek, kin, pubów z bilardem, nie ma klubów tanecznych ani ogniska kulturystycznego, nie ma placów zabaw ani kwiaciarni, nie ma kręgielni, pływalni czy hali do koszykówki. Salonów z flipperami również nie ma, podobnie jak działek. Są tylko niewielkie ogródki, po których schodzi się po brązowych schodach z pierwszych pięter bloków. Bloki te ciągną się w nieskończoność czy jeszcze dalej, do morza, osadzone na zielonych wzgórzach i wrosłe w kotliny, czteropiętrowe i dziesięciopiętrowe, przedzielone przez parkingi, przedszkola, podstawówki tysiąclatki i dyskonty spożywcze o dachach pokrytych blacha falistą. W chaszczach Fordonu chrumkają dziki. Kuny skaczą po gałęziach. Lis myszkuje w śmietniku. Jakaż psychika widzi jedynie negatywy i przerysowuje co i rusz opisy rzeczywistości – jakaż próbuje przekonywać, że w takiej przestrzeni muszą pojawiać się patologiczne typy ludzkie – ot takie jak Malwina: U nas po Fordonie włóczy się taka Malwina. Weźmie do ręki za dziesięć, do buzi za dwadzieścia, a za trzydzieści pięć całą resztę, czy jakoś tak, w każdym razie taniej niż Aneta Gorące Usta, co jest w gazecie, albo babeczki w hotelu Brda. To też ma być znak firmowy miasta, jakby w innych aglomeracjach nie pojawiały się prostytutki albo zdegenerowane, bezdomne kobiety. Dalej opisy orbitują ku granicom absurdu: Bydgoszcz rozwadnia się za oknem autobusu. Kamienice, pościskane w centrum jak gołębie podczas ulewy, rozluźniają się z każdym kolejnym przystankiem. Ich okna robią się mniejsze, bramy zieją czernią i pyłem. Między nimi wyrastają czteropiętrowe bloki, plomby, mokre ogródki i place zabaw z rdzewiejącymi zjeżdżalniami. Błyska stalowa tafla Brdy. Pojawiają się zaniedbane wille ze sztucznymi kwiatami na parapetach i wiejski domki, pobielane, o czerwonych dachówkach. Są też szare kloce, bliźniaki, gdzie każde okno i drzwi są inne, obsypane przez anteny satelitarne, z gałęziami i liśćmi na dachach. Autor szczególnie upodobał sobie Fordon, dzielnicę pięknie położoną, pełną szerokich ulic i wysokościowców. W jego opisach wygląda ona tak: Fordon o poranku jest szary jak gołąb. Dalekie bloki zlewają się z zachmurzonym niebem, w bliższych rozpalają się światła, które z trudem przebijają się przez mgłę. Pod budką fryzjerską przycupnęła jakaś sylwetka w kożuchu i wełnianej czapie. Przypomina pogańskie bóstwo zagubione w betonowej pustyni. Kobiety z pustymi siatkami, pijaczkowie w dresowych bluzach i zmęczeni bezrobotni oczekują na otwarcie spożywczaka.

Jakże absurdalna jest metoda twórcza Orbitowskiego, który pragnąc wzmocnić opisy psychiki mordercy, opluwa miasto, w którym on nieszczęśliwie zaistniał. Kontrapunktem czyni Warszawę, idealizując ją, choć i ona nie znajduje u niego pełnej akceptacji: Ale Warszawa to nie prawdziwe miasto, choć może kiedyś nim będzie. Na pewno jest lepsza niż Bydgoszcz. W prawdziwych miastach nie znajdziesz cuchnącej bramy, tylko sklepy, kawiarnie i restauracje. Ludzie noszą tylko nowe ubrania i piją wino do obiadu. Nie ma miast bez cuchnącej bramy, znajdziemy je w Nowym Jorku, Pekinie i Buenos Aires, nie ma też przestrzeni idealnych, o których opowiada autor. Dla niego: Bydgoszcz jest nierzeczywista jak malunek na szkle – byle jakie domy, ludzie byle jacy i słońce nasmarowane na niebie. W jego promieniach tańczy świetlisty kurz. W spożywczaku zaduch i mrok, mydło przygniata powidło. Do tego jeszcze: Na dachach kręcą się gołębie i leżą butelki. W trawie tkwią klapy studzienek kanalizacyjnych, a w chaszczach obok bloków zalegają hałdy śmieci. Te znaczące przerysowania sąsiadują z błędami topograficznymi i onomastycznymi (Wypaleniska to u autora Wykopaliska), a Bydgoszcz zyskuje w końcu miano miasta przeklętego. I tak jak trudno znaleźć jakieś pozytywy w tej powieści, tak trudno przypisać jej określone wartości pisarskie lub artystyczne. To ciąg napastliwych relacji, opisów, rozmów, nie przystających do wagi problemu, jakim jest niewytłumaczalna zbrodnia, której dopuścił się człowiek daleki od profilów osobowościowych innych morderców. Tak oto coś, co miało aspirować do pokrewieństwa z prozą Dostojewskiego, stało się rodzajem śmietnika pisarskiego, worka, do którego autor wpakował co się dało, przyozdabiając wszystko wulgaryzmami, uproszczeniami i opluwaniem dużego polskiego miasta, o którym tak naprawdę niczego nie wie, a tym bardziej nie jest w stanie zrozumieć jego etosu. Starczy spojrzeć na pocztówki z okresu międzywojennego, starczy przejść się ulicą Gdańską, Dworcową lub Cieszkowskiego, by zauważyć, że obraz Bydgoszczy, wykreowany na kartach prozy Orbitowskiego jest z gruntu fałszywy i szkodliwy. Tym bardziej zaskakuje to, że książkę uhonorowano największym bydgoskim wyróżnieniem literackim – Strzałą Łuczniczki.

_____________

Łukasz Orbitowski, Inna dusza, Od deski do deski, Warszawa 2015, s. 430.

CZARNY NEFRYT (2)

Czao wracała z gór, gdzie wydoiła kozy i dokładnie oczyściła niewielką zagrodę dla zwierząt. Nie lubiła siąpiącego deszczu, ale musiała wykonać swoją codzienną pracę, bo każdy w jej rodzinie miał jakieś obowiązki. Wczesnym rankiem pięła się ścieżką po stromych zboczach i docierała do niewielkiej polany, gdzie pasły się dwie owce, trzy kozy i biały jak. To było ogromne bogactwo, ale Tang, jej ojciec był jednym z najzamożniejszych ludzi we wsi, dobrze żyjącym z sąsiadami, z bezwzględnymi poborcami podatków, groźnymi żołnierzami i cesarskimi urzędnikami. Nigdy niczego nie zatajał, dawał więcej, niż musiał, nigdy nie zalegał z opłatami, a na stole dziesięcioosobowej rodziny nie brakowało ryżu, koziego i owczego sera, mleka i owoców, a zdarzały się też obfitsze posiłki, z mięsem i gotowaną rybą. Czao bardzo kochała swojego ojca, który był dość wysoki, miał równe białe zęby, kruczoczarne, dziwnie puszyste włosy. Największym uczuciem darzyła jednak matkę i dziewięcioro rodzeństwa, cztery siostry i trzech braci, spośród których najwięcej czasu spędzała z najmniejszym i najzabawniejszym, zaledwie trzyletnim Luo. Śmiech często gościł w dużym domu Tanga, a gdy gospodarz siadał na ławce, na ogrodzonym glinianym murem podwórku i zaczynał grać na èrhú, zbiegało się wiele dzieci ze wsi i wielu dorosłych zatrzymywało się, by wysłuchać nowych utworów, skomponowanych ostatnio przez niego. Szesnastoletnia Czao często wtedy podśpiewywała, a że miała krystalicznie czysty głos, pieśń niosła się daleko, obijała się o wzgórza, docierała do pól ryżowych na tarasach, a nawet biegła ku odległej rzece, gdzie w łodziach siedzieli rybacy. Iluż młodzieńców prostowało się wtedy na polach, iluż odsłaniało w uśmiechu lśniące zęby? Ale któż nie chciałby takiej żony, któż nie śnił o pięknych ustach i dłoniach tej młodej kobiety, któż nie marzył o nocach spędzonych z nią, o cudownej gładkości skóry, o włosach czarnych jak węgiel i oczach tajemniczych, zawsze przysłoniętych mgiełką długich rzęs. Wszystkie dzieci Tanga były bardzo urodziwe, bo połączyła się w nich uroda gospodarza i jego żony Li, niegdyś także bardzo pożądanej przez młodzieńców i często pojawiającej się w opowieściach przy ogniskach, na targach i podczas niewielkich męskich zgromadzeń, jako synonim piękna i delikatności. Czao cieszyła się, że wraca do ukochanego domu ze świeżym kozim mlekiem, miała też nadzieję, że przechodząc koło lepianki starego kowala, zobaczy jego najmłodszego syna Aia, w którym była nieszczęśliwie zakochana. Bała się powiedzieć ojcu o nim, bo był bardzo ubogi, a jedynym jego bogactwem była młodzieńcza uroda i piękna budowa ciała, wyćwiczonego podczas ciężkich prac kowalskich, zahartowanego podczas mrozu i w skwarnym upale.

Czao dochodziła już do rodzinnego podwórka i nagle dreszcz przerażenia przeszył jej świadomość. Usłyszała coś jakby rozpaczliwy krzyk najmniejszego brata i zaraz po nim spotęgowane przez echo rżenie koni. Zdziwiło ją też, że ptaki nie śpiewają, nie słychać głosów ludzkich w osadzie i nawet hałaśliwe psy umilkły – wszędzie panowała martwa, spowijająca wszystko cisza. Deszcz zacinał coraz mocniej, na niebie krążyły sępy i wielki bielik, co nie wróżyło niczego dobrego. Nie wiedziała dlaczego, ale czuła drętwienie skóry, ściśnięcie gardła w przełyku i jakieś groźne, nieznane dotąd irracjonalne przerażenie. Weszła z impetem na podwórze i natychmiast się zatrzymała, bo zobaczyła cztery konie, spośród których jednego zaprzężono do rodzinnego wozu. Krzątało się przy nim trzech żołnierzy, pakując worki z ryżem, suszone mięso oraz dzbany z miodem i mlekiem. Czao skręciła w bok i zobaczyła coś, co było najstraszniejszym obrazem w jej życiu. Na drewnianych żerdziach, okalających niewielki ogródek warzywny, zatknięte były zmasakrowane głowy jej ojca i matki, a na ziemi leżały ich martwe korpusy oraz ciała wszystkich sióstr i braci. Ogromna kałuża krwi wezbrała przed nimi i był to ostatni widok, jaki dotarł do umysłu Czao, zanim padła zemdlona. Jeszcze tylko gdzieś z dali, jakby z innego świata dotarły do niej wynaturzone, jakby wypowiadane w zwolnionym tempie słowa:

– Jeszcze jedna… Co z nią zrobić, panie Wang? Zobacz jaka ładna…

Poborca i jego banda, egzekwując karę za niezapłacony podatek Yao Minga, skorzystali z okazji i napadli na domostwo bogatego Tanga. Szybko i sprawnie zabili rodzinę, a głowy matki i ojca, zatknęli na ogrodowych drągach. Każdy z nich zabił dwie, trzy osoby, więc morderstwa trwały ledwie chwilę, a najwięcej kłopotu było z maluchem, który sprytnie uciekał i próbował omijać oprawców. W końcu go jednak złapali, przebili mieczem brzuch i chłopiec wrzasnął z przerażenia. Zabójca rzucił jego drgające konwulsyjnie ciało na resztę zwłok i poszedł rabować domowe mienie. Wang nie wiedział, że gliniany mur miał sporej wielkości dziurę, przez którą wlatywały czasami szczygły i sikorki, a teraz lśniły w niej czarne oczy starszego syna kowala, który chciał popatrzeć na wracającą Czao, a stał się mimowolnym świadkiem zbrodni. Zobaczył też, że po grabieży i spakowaniu łupów, Wang podszedł z dwoma żołnierzami do leżącej dziewczyny i wyciągnął z pochwy miecz. Już miał uderzyć z ogromną siła w jej szyję, gdy zatrzymał ostrze w połowie ruchu. Serce Aia stanęło na chwilę i poczuł, że włosy unoszą mu się na głowie, a zimny pot zlał całe jego ciało. Poborca przyklęknął przy dziewczynie, odgarnął jej długie włosy z czoła i cmoknął z zadowolenia. Dawno nie widział tak pięknej istoty i natychmiast zapragnął ją posiąść, ale inna myśl przemknęła mu też przez głowę. Kazał położyć Czao na wozie i szybko wskoczył na konia. Nie wiedział, że w ten sposób ocalił życie, bo Ai wspiął się już na mur i zza wysokiej morwy celował strzałą z łuku w jego szyję. Gdy jeźdźcy oddalali się, powoli zwolnił cięciwę i patrzył przez łzy na coraz mniejszy i mniejszy wóz. Wiedział, co musi zrobić, więc zeskoczył z mokrej gałęzi na grząską ziemię i pobiegł szybko do ojca. Na ciało dziewczyny spadały krople deszczu, ale nie cuciły jej, leżała jak martwa w potokach potężniejącej stale ulewy.

Czao widziała we śnie wielka wodę zbliżającą się do niej. Wskoczyła szybko na skałę i spostrzegła, że potężne fale uderzają o wzgórza, ale to już nie była woda, tylko rzadka, jaskrawa krew. Na innym głazie stał cesarz, wielki jak topola i krzyczał do niej:

– Jeśli będziesz pokorna i posłuszna, pozwolę ci opanować potop!

Czao uniosła się w górę jak ptak i skoczyła na coś, co wydawało jej się wielkim kamieniem, śmiało przeciwstawiającym się odmętom. Stanęła na nim lekko, jak lądują ptaki i poczuła od razu ruch głazu. Okazało się, że był to wielki żółw, który wysunął głowę z pancerza, odezwał się do niej ludzkim głosem i zapewnił, że jej pomoże. Nagle pojawiła się nad nimi sowa i huknęła głośno:

– Musisz sięgnąć po cudowną grudkę ziemi i zbudować wielka tamę, która zatrzyma napierające wody.

Żółw kiwnął potakująco głową i skierował się na zachód. Czao usiadła na jego skorupie i patrzyła jak pomarańczowa kula słońca opada za horyzont. W końcu dopłynęli do wielkiej wyspy, na której siedziały stada żurawi i kormoranów, a na samym szczycie wzniesienia stał kozioł górski. Czao nabrała ziemi w niewielką dłoń i z powrotem weszła na skorupę. Ruszyli przez gęstniejąca ciemność na północ, skąd napływały potoki krwawej wody i dziewczyna zasnęła raz jeszcze, tym razem we śnie. Wszystko trwało jak jedno mgnienie powiek, bo zaraz się obudziła i spostrzegła słońce tronujące wysoko na niebie. Dopływali do półwyspu, z którego widać było inny półwysep, po drugiej stronie wielkiej wody. Stanęła na gruncie, podeszła do najdalej wysuniętego punktu ziemi i zanurzyła cudowną grudkę w cieczy. Ta natychmiast zaczęła się rozrastać, ogromnieć i już po paru chwilach stała się potężna jak dom, a potem jeszcze większa i większa. Wody napierały, ale ona tamowała przepływ i w końcu całkowicie zamknęła dostęp na południe. Rosła jednak dalej i stawała się wielką górą, z której wypiętrzały się szybko kolejne szczyty, łąki, zbocza. Sowa pokiwała głową i odleciała w dal, żółw zsunął się do wody i odpłynął, a Czao czuła się zdruzgotana, przybita, jakby z jej ciała wypłynęła cała energia, którą cudowna grudka spożytkowała na zatrzymanie potopu. Gdzieś z daleka dochodził do niej jakiś głos i powoli zaczynała się budzić z omdlenia. Zobaczyła nad sobą niewyraźne kształty starej kobiety, która obmywała jej twarz i nagie ciało. Chciała zerwać się i biec, ale kobieta delikatnie ją przytrzymała i dalej wycierała skórę mokrą szmatą. Czao rozejrzała się dookoła i stwierdziła, że jest w jakimś bogatym domu, a obok niej siedzi służąca, myjąca ją, a potem namaszczająca ciało wonnymi olejkami. W tej samej chwili przypomniała się jej zbrodnia na domowym podwórku i straszny ból głowy spowodował, że raz jeszcze straciła świadomość.

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (III)

Yasmen Stał u wrót wielkiej doliny, nad którą latały liczne roje aniołów. Niektóre z nich krążyły jakby w kominach powietrza, inne zlatywały z góry ku wybranym punktom, a jeszcze inne wzbijały się jak ptaki ku majaczącym w dali budowlom. Wielkie granatowe góry z ośnieżonymi szczytami otaczały dolinę ze wszystkich stron, a na ich zboczach ułożyły się, niczym wielkie gniazda, zamki i zameczki ze strzelistymi wieżami, jakieś wielkie koszary niebieskie, w oknach których widać było wiele anielskich konturów. Jeden z ogromnych szczytów wieńczyło białe zamczysko, przypominające tysiące zlepionych ze sobą minaretów. Niektóre budowle jakby wrastały w niebo i łączyły się z całymi systemami mniejszych domów i domków w chmurach, na białych czapach cumulusów. I tam tętniło życie, aniołowie, jak roje meszek, ciągnęli całymi chmarami do tych chmurnych osad. Tuż przy nim latało kilku młodzieńców, krążyło nad nim, zataczało kręgi i zawisało, trzepocąc skrzydłami jak kolibry. Dwoje z nich rozmawiało ze sobą i Yasmen domyślił się, że wymieniają uwagi na jego temat. Ciekawskich przybywało i już po kilku chwilach kłębiło się nad nim rojowisko, a szum skrzydeł był tak głośny, że aż lekko pochylił się ze strachu. Każdy anioł miał piękną twarz, długie blond włosy, gęste brody, albo odkryte, delikatne, jakby pokryte niemowlęcą skórą twarze. Wszystkich spowijały szaty w różnych kolorach i odcieniach, a na nogach mieli jakby skórzane ciżemki, także różnokolorowe, także we wszystkich możliwych barwach. Tuż nad jego głową zawisł anioł w błękitnej komży i złotym obuwiu, a nieco dalej kołysał się w przestrzeni skrzydlaty byt w szacie o kolorze kardynalskim i ciżmach zielonych jak ziemska trawa. Yasmen stał w osłupieniu i patrzył to na lewo, to na prawo, to wyżej, to niżej. Czuł się odprężony i onieśmielony, a nade wszystko zdziwiony, zaskoczony różnorodnością przestrzeni, która się przed nim odsłoniła.

Ta dolina, niczym głęboka niecka w pięknym ciele, ciągnęła się od krańca do krańca Nieba. Yasmen stał na jakimś podwyższeniu i patrzył szeroko otwartymi oczyma na to, co rozgrywało się przed nim. Wszędzie latały nieprzebrane chmary aniołów, pojedynczych wojowników i całych grup, a gdzieś daleko, ze wschodu na zachód leciał przeogromny oddział. Przypominał włócznię ciśniętą z rozmachem, a jednocześnie bliski był kształtom śmigającego jeżyka. Aniołowie trzymali się swoich miejsc i ani na moment nie pozostawali w tyle. Jakaś tęskna pieśń snuła się za nimi jakby gregoriański chorał albo smutna wokaliza syreny pochylającej się nad taflą wody i lamentującej nad swoim odbiciem. Chybki oddział anielski mienił się i opalizował, przy nagłych zwrotach, tracił na chwilę część ze swego kształtu, to wnikał w Wielkie Światło, to znowu wyłaniał się niczym mroczna, purpurowa albo granatowa materia jakiegoś monstrualnego sztandaru. Pojedynczy aniołowie latali we wszystkich możliwych kierunkach i na wszystkich wysokościach, czasem na chwilę znikali w chmurach, wlatywali do domów przypominających wielkie gołębniki albo domki dla ptaków. Czasem śmigał jakiś Archanioł w poprzek doliny albo błękitny młodzieniec przylatywał ku Yasmenowi, zawisał na chwilę w powietrzu, po czym odlatywał majestatycznie w dal. Była jakaś tajemna harmonia w tym świecie, jakieś zdumiewające tchnienie dobroci i tajemnicy, coś jakby czuły szept, stale ponawiane słowo miłość, miłość, miłość… Do tego jeszcze to pulsowanie, nieomal wyczuwalne w przestrzeni, rytmiczne skurcze i rozkurcze całej rzeczywistości, odsłanianie się i zakrywanie, mruganie światła, nieustające, prawie niewidzialne zmiany w kształtach i barwach, pulsowanie świadomego siebie i cieszącego się sobą życia. W wielkich miastach chmurnych, w samotnych anielskich gołębnikach, w jaskiniach pełnych skrzydlatych postaci – wszędzie, gdzie tylko okiem sięgnąć, pulsowało istnienie, egzystencja świadoma i piękna pięknem niewyobrażalnym. To była rzeczywistość inna ziemskich rewirów, które gdzieś tam jeszcze pozostały w pamięci Yasmena, cudowna i dramatyczna, nieustannie zmieniająca się i trwała w swym majestacie, we wciąż ponawianych, niesłyszalnych uświęcających wszystko szeptach. Wsłuchiwał się zauroczony w te śpiewy bez muzyki i w tę muzykę bez słów, próbował wyłowić jakieś słowa, jakieś zdania, ale przy natężeniu słuchu zawsze wracało tylko jedno zwielokrotnione i chóralnie wzmocnione słowo  m i ł o ś ć…  Zawiesił wzrok na parze czerwonych aniołów siedzących na niewielkiej chmurze i przyciągnął ku sobie przestrzeń w której byli. jeden z nich miał czerwono–złote skrzydła i krwistoczerwoną togę a drugi miał skrzydła różowe a togę czerwono–błękitną. Obaj mieli złote ciżemki i rudziejące brody. Ich włosy, złocisto–rude z odcieniami czerwieni, przypominały syntetyczne włosy ziemskich lalek. Patrzyli na siebie z miejsc, gdzie przysiedli i rozmawiali bez słów, myśląc, że nikt ich nie słyszy.

– Zdecydowałeś się kochany przyjacielu ruszyć na tę wyprawę wraz ze mną? – pytał czerwony.

– Przecież wiesz bracie, że dla ciebie zrobiłbym wszystko… – odpowiadał łagodnie czerwono–błękitny.

– Ale to może być niebezpieczne, Pan może nas strącić w czeluść i skazać na wieczne potępienie – wątpił pierwszy z nich.

– Tajemnica wymaga poświęcenia, cokolwiek się nie wydarzy będziemy dążyć ku tajemnicy, a to nie może się nie podobać Panu – odrzekł drugi.

– Kiedy byłem jeszcze na tamtym świecie myślałem, że trafię przed złoty tron i wszystko zostanie powiedziane, wszystko odsłoni się bezszelestnie, a ja pełen wiary i wiedzy stanę w gronie tych, którzy dostąpili bycia w Nim i z Nim… Myślałem, że tutaj wszystko jest proste… – mówił czerwony.

– A ja chciałem spojrzeć Panu w oczy, chciałem oprzeć głowę na jego kolanach… byłem tak naiwny, że myślałem, że zacznę rozmowę z Nim… – rzekł z kolei czerwono–błękitny.

– On musi być tajemnicą, bo tylko w tajemnicy możliwa jest świętość… Dlatego chcę chociaż zbliżyć się do niej… chcę zapukać do jej drzwi, nawet jeśli nie usłyszę żadnego odzewu…. – ciągnął pierwszy

– A ja chcę się przekonać czy On tam jest i… czy w ogóle jest…. – dramatycznie powiedział  drugi.

– Psttt, co ty mówisz, to bluźnierstwo… – przeraził się czerwony – Pan jest bo jest, jeśli by go nie było, to by znaczyło, że i nas nie ma… albo, co gorsza, że nas ktoś stale zwodzi…

– A jeśli nam się tylko wydaje, że widzimy to, co widzimy, a jeśli to wszystko ułuda…

– Milcz bracie, zagłusz w sobie ten głos, bo to nie ty mówisz – dalej drżał czerwony – Twoja dusza jest blisko Boga i to jest pewnik. Czego jeszcze chcesz?

– Chcę wiedzieć wszystko…

– Jak możesz tak bluźnić….?! Nikt nigdy nie dowie się wszystkiego… Bóg na tamtym świecie i na tym musi być tajemnicą… Bóg musi być nią we wszystkich światach… Zamiast Bóg mów  t a j e m n i c a …

– To dlaczego chcesz lecieć ze mną do Najwyższej Stanicy?

– Bo chcę być blisko Pana, chcę poczuć jego tchnienie… Chcę się przekonać czy on w niej jest…

– Teraz ty bluźnisz, bo on jest przecież wszędzie, w każdej lotce Twojego pióra i w każdej złotej nici włosa… On przenika nas na przestrzał i widzi wszystko w każdej chwili…. On jest świadomością przestrzeni, w której jesteśmy zanurzeni….

– I słyszy nasze myśli? Słyszy naszą rozmowę?

– Tak i to on chce byśmy ruszyli w drogę…

BROMBERG (5)

Jedenastego września Józia ledwie zdawkowo opowiedziała matce o tym, co stało się przy szwederowskim kościele, bo długo spała, a jak budziła się, czuła tak dojmujący smutek, że aż nie mogła oddychać. Nie mogła pogodzić się z tym, że jej ukochany leży teraz martwy pod ziemią a to, co się miało zdarzyć w ich wspólnym życiu, nigdy już się nie stanie, nie poczuje jego ciepła, nie urodzą się dzieci, nie będzie do niego czule szeptać pośród dni i nocy. Matka, by ją zająć i jakoś odciągnąć od złych myśli, poprosiła by zaniosła jej koleżance, mieszkającej przy Rynku Marszałka Piłsudskiego, zrobiony na drutach, gruby sweter z czerwonej wełny. Dziewczyna przyjęła polecenie bez komentarza, zarzuciła na siebie czarną kurtkę, sięgnęła po siatkę z zawiniątkiem, pocałowała matkę w policzek i skierowała się ku drzwiom.

– Tylko bardzo uważaj na siebie, bo wszędzie teraz czyha zło… Spuszczaj oczy, gdy będziesz mijać niemieckich żołnierzy i nie przystawaj nigdzie…– Przestrzegła ją strapiona matka.

– Dobrze mamusiu… Nie martw się o mnie… – odpowiedziała dziewczyna i lekko domknęła za sobą drzwi.

Minęła swój dom przy ulicy Strzeleckiej i ruszyła Piękną w stronę ulicy Szubińskiej, która łagodnie schodziła w stronę Placu Poznańskiego. Szła chodnikiem, tuż przy lewej stronie jezdni,  a w jej myślach wciąż pojawiały się sceny z poprzedniego dnia. Powoli zbliżała się do skrzyżowania i chciała już przejść na drugą stronę, gdy nagle stanęła jak wryta. Przy nieotynkowanym domu z czerwonej cegły stało to samo auto, które minęło ją wczoraj, przed rozstrzelaniem mieszkańców dzielnicy. Znała dobrze ten dom, bo czasami odwiedzała w nim, z matką lub ojcem, zaprzyjaźnioną niemiecką rodzinę Eleonory i Johanna Spatzów. Lubiła ich, a oni, z racji tego, że nie mieli dzieci, traktowali ją niemal jak córkę, za co odwdzięczała się zanosząc pranie do magla, biegając po zakupy, a nawet opatrując schorowane nogi pani domu. Teraz z przerażeniem zobaczyła, że nagle otworzyła się brama domu, stanęła w niej pani Eleonora, a za nią postępował mężczyzna w czarnym mundurze i oficerskiej czapce z trupią główką. Nogi natychmiast ugięły się pod nią, bo był to ten sam oficer, który kierował akcją przy kościele, choć teraz wydał się jej nieco wyższy i smuklejszy. Niemka przytuliła go na chwilę i pocałowała w policzek, a potem jeszcze pomachała mu ręką, gdy wsiadł do samochodu i odjechał ku Szubińskiej. Józia przemogła strach i ruszyła przed siebie, ale pani Spatz zauważyła ją w ostatniej chwili, uśmiechnęła się szeroko jakby zobaczyła kogoś bardzo bliskiego i zawołała po niemiecku:

 – Józka, Józka… – chodź no  tylko tutaj…

Dziewczyna zdziwiła się, bo Spatzowie nigdy nie rozmawiali z nią w swoim rodzimym języku, a nawet często traktowali polski jako bardziej komunikatywny. Dziewczyna miała w gimnazjum lekcje języka niemieckiego i znakomicie się nim posługiwała, toteż bez trudu zrozumiała zachętę i przeszła ulicę.

– Dzień dobry Józka, dzień dobry kochana dziewczyno…– kobieta ciągnęła po niemiecku. Widziałaś jaki przystojny oficer teraz u nas mieszka…? To jest mój daleki krewniak Willy… Zajmie się praworządnością w naszym mieście, bo czas już najwyższy uporządkować ten chaos… Niebawem wszystko wróci do normy, tylko władza się zmieni. Tyle lat mieszkaliśmy tu, gdy rządzili Polacy, to teraz wy będziecie pod naszymi rządami… I tylko tyle…

Józia uśmiechnęła się nieznacznie, choć od wczoraj już była pewna, jak będą wyglądały rządy Niemców. Strzepnęła kilka długich włosów ze swojej kurtki i nie wiedziała, co ma powiedzieć. Na szczęście pani Spatz szybko zadała jej  kolejne pytanie:

– A gdzie to moje szczęście tak wędruje…? Młode dziewczyny powinny teraz siedzieć w domu, bo pojawiają się jakieś bandy w naszej dzielnicy, które dopiero Willi zlikwiduje…

– Idę na Rynek Piłsudskiego, zanieść sweter koleżance mojej mamusi…

– Willi powiedział, że to teraz będzie znowu plac generała von Kluge… musisz nauczyć się niemieckich nazw… Poznam cię z nim, to wspaniały młody mężczyzna…może znajdzie dla ciebie jakąś pracę w biurze… przecież ty mówisz dobrze po niemiecku.

Dziewczyna pożegnała się z panią Eleonorą i podążyła dalej w tym samym kierunku, w którym pojechał czarny samochód jej kuzyna. Szybko zeszła do Placu Poznańskiego, a mijając pomnik Jezusa z sercem na piersi, nieopodal szpitala gruźliczego, przeżegnała się i bezgłośnie odmówiła modlitwę maryjną. Dalej powędrowała ulicą Poznańską, minęła Wełniany Rynek, gdzie trzech żołnierzy niemieckich obrzuciło ją ciekawym spojrzeniem i zaczęło sprośnie żartować. Pamiętając o przestrodze matki, szybko spuściła oczy i przemknęła w kierunku ulicy Długiej i Batorego, którą dostała się na rynek. Prawie nie było na nim ludzi, a tylko u wlotu na Mostową i przy wejściu na ulicę Magdzińskiego stały jakieś samochody i kręcili się granatowi policjanci. Weszła na klatkę schodową wysokiego domu i po schodach dostała się na drugie piętro, gdzie mieszkała pani Jadzia, którą jej mama znała jeszcze ze szkoły podstawowej, mieszczącej się przy ulicy Leszczyńskiego.

– Dzień dobry pani – powiedziała z uśmiechem – mamusia kazała mi przynieść pani ten nowy, zamówiony sweter…

– Dzień dobry drogie dziecko – odpowiedziała tęga kobieta, wprowadzając ją do przedpokoju i pytając – Ale dlaczego Franciszka wysłała cię w taki straszny czas…? Przecież ty powinnaś siedzieć w domu…

 – Idą chłody i mamusia chciała, żeby pani miała co na siebie włożyć… – odrzekła Józia.

– Tak… tak… idą straszliwe chłody moje dziecko… – odpowiedziała w zamyśleniu pani Jadzia, a potem dodała – Jestem ci bardzo wdzięczna, bo rzeczywiście stary sweter podarł się dawno.  Akurat upiekłam ciasto drożdżowe z kruszonką, to dam ci kawałek, ale najpierw zrobię herbatę.

Józia zdjęła kurtkę i przewiesiła ją przez oparcie krzesła, a widząc, że kobieta wyszła do kuchni, zaczęła rozglądać się po jadalni. Był tam duży, dębowy stół, a przy nim sześć krzeseł obitych grubą, pasiastą, zielono-białą satyną. Na jednej ścianie była stara gdańska szafa z serwisem obiadowym, a na drugiej komoda z piękną, abażurową lampą. Dwa wielkie okna, z firanami i ciężkimi, aksamitnymi storami, wychodziły na rynek i znakomicie rozświetlały cały pokój. Na podłodze leżał wielki czerwony dywan w stylu tureckim, a tam gdzie go nie było, lśniły pomalowane na wiśniowy kolor deski. Przy drzwiach wejściowych było jeszcze sporo miejsca na dużą kanapę i dwa ogromne fotele, przy których stały wzorzyste podnóżki. Widać że gospodarze lubili na nich siadać, a czytając gazety lub dyskutując, nogi opierali na tych mniejszych, tapicerowanych meblach. Józia zatrzymała wzrok na wielkim ozdobnym żyrandolu, sporządzonym z dziesiątków kryształowych sopli, ale z głębokiej zadumy wyrwała ją koleżanka mamy, która weszła do pokoju z tacą, na której były talerze z ciastem, filiżanki i biały dzbaneczek. Położyła tacę na rogu pięknego obrusa i zaczęła wszystko rozkładać po obu stronach stołu.

– Tacy byliśmy szczęśliwi w tej odrodzonej Polsce, a już czarne chmury zebrały się nad nią i pioruny biją jak oszalałe – powiedziała – Jakich straszliwych zdarzeń doczekaliśmy się w naszym pięknym mieście…

– Tak… – potwierdziła Józia i zalała się łzami – Wczoraj Niemcy rozstrzelali wielu Polaków przy kościele na Ugorach…

– Tam też…? Moje dziecko…!!! Co z nami będzie? Co będzie z Polską? Zjedz tę drożdżówkę i jak najszybciej wracaj do domu… to miejsce jest przeklęte.

Józia napiła się gorącej herbaty i zaczęła jeść ciasto, gdy nagle na rynku odezwały się głośne głosy po niemiecku, dał się słyszeć warkot silników ciężarówek i huk wystrzałów. Pani Jadzia podbiegła szybko do okien i zasłoniła je szczelnie storami, jakby bała się, że zło przeniknie do jej mieszkania i skazi je na zawsze.

– Znowu to samo… – powiedziała łkając boleśnie – Stań dziecko przy drugim oknie i patrz przez szparę. Młodzi muszą to zapamiętać i po wojnie opowiedzieć o wszystkim światu…

TONI MORRISON 1931–2019

Gdy 18 lutego 1931 roku Chloe Ardelia Wofford przychodziła na świat w afroamerykańskiej rodzinie robotniczej w Lorain, nieopodal Cleveland, daleko jeszcze było do pełnego równouprawnienia czarnej i białej ludności w Ohio i w całych Stanach Zjednoczonych. W roku 1915 wznowiły swoją działalność lokalne odłamy Ku Klux Klanu i dochodziło do licznych aktów przemocy, a we władzach i na kierowniczych stanowiskach, w różnorakich instytucjach, wciąż zasiadli biali konserwatyści, nienawidzący czarnoskórych. Trudno było wtedy kształcić się i awansować dzieciom z biednych, wielodzietnych rodzin, ale z biegiem lat sytuacja się zmieniała i coraz więcej młodych ludzi, mających swoje korzenie w Afryce, wkraczało odważnie do życia społeczeństwa amerykańskiego. Chloe przeszła na katolicyzm i zmieniła swoje imię na Antonina, a przyjaciele zaczęli nazywać ją Toni, do którego to imienia dołączyło jeszcze nazwisko Morrison, po zawarciu związku małżeńskiego z pochodzącym z Jamajki architektem. Dalej droga życiowa prowadziła Toni do wydawnictwa Random House i do kolejnych uniwersytetów, gdzie wykładała, w tym do tak prestiżowych jak w Albany i w Princeton. Jej debiut z 1970 roku – powieść pt. Blue Eye o samotności czarnego dziecka pośród rasistów  – został zauważony przez krytykę i czytelników, ale dopiero kolejne dzieła ugruntowały jej pozycję. Saga o ubogiej czarnoskórej rodzinie pt. Pieśń Salomonowa (1977) uznana została za książkę roku w Stanach Zjednoczonych, a obszerną powieść pt. Umiłowana (1987) uhonorowano nagrodą Pulitzera. Gdy Toni Morrison umierała 5 sierpnia 2019 roku na zapalenie płuc, była już laureatką Nagrody Nobla w dziedzinie literatury (1993), sławną na całym świecie pisarką i feministką, autorką kolejnych powieści, opowiadań, faktografii, libretta do opery, książek dla dzieci i wyjątkowego zbioru esejów pt. Grając w ciemnościach (1992), a Uniwersytet w Princeton przemianował budynek West College na Morrison  Hall. W Polsce autorka jest dobrze znana, a to szczególnie dzięki wydawnictwu Świat Książki, które opublikowało kilka jej najważniejszych powieści, a także za sprawą ekranizacji Umiłowanej z 1998 roku, którą wyprodukowała i główną rolę zagrała Oprah Winfrey.

Warto pamiętać o tym że Toni Morrison uważnie studiowała powieści i opowiadania Williama Faulknera i Wirginii Woolf, którym w młodości poświęciła swoją pracę magisterską. Znalazło to swoje odbicie w jej prozie, mającej w sobie wiele z innowacji narracyjnych autora Wściekłości i wrzasku, a także z lekkości opowieści i magii, charakterystycznej dla autorki A Haunted House and Other Stories. Jej największe dzieło – Umiłowana – to wielowątkowa powieść, inspirowana autentycznymi losami zbiegłej niewolnicy, która zamordowała swoją córkę, by uchronić ją przed łowcami niewolników. Powieść szybko znalazła się na liście najważniejszych utworów literackich ostatnich lat, stworzonej przez „New York Times”, a także stała się podstawą skandalu, który wybuchł po tym jak w finale National Book Award, nie przyznano jej głównej premii. Dzieło zadedykowane zostało ponad sześćdziesięciu milionom Afroamerykanów, którzy cierpieli nieopisane męki i stracili życie w wyniku handlu niewolnikami, a jego tytuł ma też związek z Listem do Rzymian (9,25), napisanym przez św. Pawła w latach pięćdziesiątych pierwszego wieku naszej ery, najprawdopodobniej w Koryncie. Powieść jest historią boleśnie doświadczonej przez białych Sethe i jej najmłodszej córki Denver, a ważną rolę w konstrukcji utworu odgrywa też ich dom w Cincinatti, nawiedzany przez ducha najstarszej córki czarnej kobiety. Jej synowie, Howard i Buglar, nie wytrzymali metafizycznego napięcia oraz komentarzy społeczności  i uciekli z domostwa w wieku trzynastu lat, a jej stara matka otępiała i zmarła obojętna na to, co przydarzyło się w przeszłości. Sytuacja zmienia się, gdy w nawiedzonym domu pojawia się Paul D i nawiązuje gorący romans z Sethe, powoli odkrywając jej straszną tajemnicę – zabicie najstarszej córki piłą do drewna i próbę pozbawienia życia pozostałych dzieci. Był to akt krańcowej rozpaczy, ale Paul D nie potrafi zmierzyć się z duchem dziecka  i prawdą o kochance i w końcu ją opuszcza. Morrison tak prowadzi narrację, że czytelnik nie wie co w niej jest snem, a co jawą, co konfabulacją, a co realnym faktem, co zdarzyło się kiedyś, a co dopiero nadejdzie. Zawsze wszakże górę bierze główny temat utworu – pragnienie wskazania wielkiej wrażliwości czarnoskórych mieszkańców Ameryki, ich cierpień, pragnień, żądz i marzeń. Wielką zasługo tej pisarki było wskazanie, że ludzie wszelkich ras tak samo myślą i przeżywają, mają swoje wewnętrzne rozterki i tajemnice, a nade wszystko tak samo szukają szczęścia i żarliwej miłości.

Amerykańscy krytycy powieści głównie skupiali się na wątkach fabularnych, znakomicie pozszywanych i rozmieszczonych w kolejnych rozdziałach i częściach. Wskazując jak wiele dzieje się tu w przestrzeniach międzyludzkich, próbowali rozszyfrować tajemnicę postaci tytułowej i dociekali co kierowało Sethe, gdy zabijała swoją córkę. Tymczasem prawdziwa głębia tego utworu odsłania się, gdy czytelnik zaakceptuje pomysłowość narracyjną pisarki i zacznie podążać ruchem konika szachowego w głąb labiryntu kolejnych opowieści, powrotów do przeszłości i projekcji przyszłości. Zrozumie wtedy monumentalny zamysł pisarski, będący próbą odzwierciedlenia zranionych jaźni dawnych niewolników, starających się na nowo konstruować swoje światy i wnikać w nowe amerykańskie społeczeństwo. W takim rozumieniu Sethe staje się symbolem odwiecznej matki, chcącej ocalić swoje dzieci od cierpienia, nawet jeśli spróbuje je zabić i ostatecznie pozbawi życia najstarszą córkę. Wszakże jej akt rozpaczy ma swoje uwarunkowaniu w doświadczeniach niewolniczej udręki, która jest dla niej większym złem od podcięcia gardła dziecku piłą. W jej patologicznym czynie zbiegają się miliony ścieżek, wydeptanych przez czarnych niewolników, codziennie karnie podążających na pola i pracujących dla białych panów, znoszących poniżenie, kary chłosty, lincze, a także umieszczanie w ich ustach żelaznych wędzideł. Taki los spotkał też męża Sethe, który ostatecznie prawdopodobnie zwariował, a owo określenie „prawdopodobnie” ma tutaj swoją wartość, bo raz jeszcze wskazuje, że wszelkie zdarzenia w powieści zostały ukazane jakby poprzez mgłę lub łzy zrozpaczonych ludzi. Tak jak u Faulknera, narracja jest tutaj rozkołysana, pulsująca i nieustannie ogniskująca się na czynach i psychikach najważniejszych postaci, wciąż zaskakujących czytelnika. Rozmycie wyobraźniowe zderza się tu z ogromną dynamika narracyjną, co powoduje, że powieść, nieomal od pierwszych kart, staje się monumentalnym zapisem tego, co miało na zawsze przepaść, stłamszone i zakłamane przez białych. Tak historia konkretnych ludzi staje się zarazem opowieścią o wrażliwości bytów, bez względu na kolor skóry, pochodzenie społeczne, wiarę i wiedzę o świecie. Morrison wskazuje, że wszyscy jesteśmy równi w obliczu czasu, który został nam przeznaczony i śmierci, nieuchronnie, ostatecznie pointującej każdy los.

Wielu interpretatorów próbowało dociec kim jest tajemnicza Ukochana, pojawiająca się nagle w domu numer 124, przy  Bluestone Rd.,  w  Cincinnati, a interpretacje zwykle podążały ku zabitej córce, odradzającej się w młodej dziewczynie, jak Feniks z popiołów. Tymczasem jest to postać wielowymiarowa, transgeniczna, przenikająca swobodnie błony czasu kilku dziesięcioleci drugiej połowy dziewiętnastego wieku, tuż po zniesieniu niewolnictwa. To jakby żywe memento, nieustające przypomnienie, że cierpienia i udręka milionów Afroamerykanów ukształtowały specyficzne jaźni, przepełnione dumą, mądrością życiową i wiarą w nadejście lepszych czasów. Tłumaczka powieści – Renata Gorczyńska – wskazuje, że Umiłowana jest personifikacją świadomości (i podświadomości) zbiorowej afroamerykańskich niewolników, a jej kluczowy monolog wewnętrzny można zrozumieć tylko wtedy, gdy odczyta się go jako metaforyczną przypowieść o tragicznej przeprawie milionów Afrykanów przez ocean, przeprawie zakończonej jej masową śmiercią w męczarniach na statkach-więzieniach. Ostatecznie czarna ludność Ameryki Północnej zasymilowała się z białymi, a jej przedstawiciel został nawet Prezydentem USA, wielu braci i mnóstwo sióstr sięgnęło też po najwyższe urzędy w Kongresie, Sądzie Najwyższym, armii, Hollywood i wielu organach administracji publicznej. Nagroda Pulitzera dla Umiłowanej i Nagroda Nobla dla jej autorki, symbolicznie wieńczyły okres upokorzenia i walki i przydawały mocy kolejnym generacjom czarnoskórych mieszkańców planety. Ważne w tym względzie są doświadczenia i decyzje Denver, najmłodszej córki Sethe, urodzonej na łodzi z pomocą białej altruistki, przyczyniającej się do przetrwania matki i dziecka. Jej ostateczne przeniknięcie ku czarnej społeczności i zaakceptowanie swojej wybujałej wrażliwości, da też uspokojenie Sethe i przyczyni się do powrotu Paula D, który zrozumie, że tylko przy swojej kobiecie będzie szczęśliwy i spełniony. Jak wskazuje Gorczyńska – Powieść jest zbudowana z okruchów pamięci, czy też raczej przypomnień. Ta mozaika dopełnia się stopniowo i na ogół jakieś wydarzenie, opisane w części pierwszej, staje się w pełni zrozumiałe dzięki dopowiedzeniu, dorzuconemu w części trzeciej. Początek powieści, jak przyznają krytycy, jest prawie niezrozumiały w trakcie pierwszej lektury: czytelnik zostaje wciągnięty w sam środek akcji, a wszelkie zawęźlenia są rozsupływane powoli, aż do ostatniej stronicy. Dlatego zapewne powieść Toni Morrison jest wielkim wyzwaniem dla myślących interpretatorów i domaga się przez cały czas żywej interakcji, ciągłego weryfikowania poszczególnych wątków i sprawdzania ich na różnych poziomach procesu czytania.

Przyznajmy też, że powieść Umiłowana i całe pisarstwo Morrison ma swoich zapiekłych krytyków, którzy przede wszystkim zarzucają jej epatowanie okrucieństwem, sentymentalizm opisów i zbyt daleko idące uogólnienia w kwestii natury ludzkiej.  Nie można pominąć tych głosów, ale warto też przywołać opinię Margaret Atwood, zamykającej usta malkontentom: Rzeczywiście, wszechstronność pani Morrison oraz jej zakres techniczny i emocjonalny wydają się nie mieć granic. Jeśli pojawiają się jakiekolwiek wątpliwości co do jej rangi jako wybitnego amerykańskiego pisarza, jej lub innego pokolenia, Umiłowana”  natychmiast studzi te zapały. A co do okrucieństwa, to pamiętajmy, że powieść ta jest głosem sumienia czarnej Ameryki i nieustającym przypominaniem straszliwych krzywd: Choć był już rok 1874, biali byli ciągle opętani żądzą krwi. Całe miasta wybijały swoich Murzynów. W jednym tylko roku w Kentucky dokonano osiemdziesiąt siedem linczów, cztery szkoły dla kolorowych spalono do cna, mężczyzn bito jak dzieci, dzieci bito jak dorosłych, czarne kobiety gwałcono, łamano ludziom karki, rodzinom odbierano wszystko, co miały. (s. 240). Nie ulega wątpliwości, że dzieło Morrison jest wielkim triumfem artystycznym, dokumentującym niezwykłe talenty Afroamerykanów, spychanych przez dziesięciolecia do roli niewolników, robotników w fabrykach, podludzi przeznaczanych do najbrudniejszych i najgorszych prac. Podążając z nizin społecznych, zdobywając kolejne stopnie kariery naukowej i pełniąc coraz ważniejsze role w wydawnictwie Random House, pisarka znalazła się na samym szczycie społeczeństwa amerykańskiego, uhonorowana najważniejszymi światowymi nagrodami literackimi i tytułem profesora w Uniwersytecie w Princeton. To jest symboliczny szlak, wiodący z dżungli nad Zatoką Gwinejską, poprzez Atlantyk, a potem pola bawełny w Luizjanie, mroczne zakątki wielkiego kraju, gdzie zamęczano niewinnych ludzi, aż do magicznych i tajemniczych przestrzeni z powieści pt. Umiłowana. To zarazem wielkie dźwignięcie świadomości ludzkiej ku wręcz niewyobrażalnym wyżynom, a zarazem pokorne schylenie głowy przed śmiercią, weryfikującą i zamazującą wszystko…

CZARNY NEFRYT (1)

Powieść z czasów Pierwszego Cesarza

1. Ulewny, rzęsisty deszcz padał już od miesiąca i zamieniał brunatne wzgórza prowincji Qin w grzęzawisko lepkiego błota, trawy i chwastów. Odsłaniał korzenie krzewów dzikiego bzu i żurawiny, wypłukiwał mniejsze kamienie i kawałki skał, a wielkie głazy podmywał, aż zaczynały wolno osuwać się i toczyć w dół. Porywisty wiatr poruszał miarowo łodygami i rzadkimi liśćmi bambusów, naginał topole, brzozy i dzikie grusze, powodował nieustanne falowanie rozrosłych ponad miarę traw i dzikiego ryżu. Świat przyoblekł się w kontrastowe tonacje szarości, brązu i czerni, a lecące wciąż z nieba strugi powodowały, że wszystko zdawało się rozmywać, roztapiać w smutku i beznadziei, ledwie na chwilę przyoblekać się w jaśniejsze światło i znowu popadać w burość, siność, brudny błękit i ultramarynę, gdzieniegdzie tylko złamaną srebrem lub bielą. Gdzieś daleko słychać było krzyk sępów, kołujących nad górami i wypatrujących przeczuwanej zdobyczy. Ulewa raz wzmagała się, raz cichła, ale wciąż rosiła się na gałęziach drzew morwowych i pośród gęstwin kolczastych krzewów. Górskie ścieżki szybko zanikły, koleiny w glinianych drogach rozpłynęły się i nawet świeże ślady końskich kopyt gwardii egzekutora cesarskiego traciły swoje kształty i wypełniały się czarną i żółtawą wodą. W taką pogodę ludzie siedzieli w niewielkich chatach, grzali się przy ogniskach, jedli ceremonialnie ostatnie miseczki ryżu i pili gorącą, zieloną herbatę. Wilgoć przenikała do środka domostw, a z nią wlatywał dotkliwy chłód i wiatr, jakby nad wsiami i samotnymi chatynkami, ogrodzonymi glinianym murem podwórkami, stał ogromny, czarny smok i ział dookoła zamrażającym wszystko oddechem.

Sześcioosobowa rodzina Yao Minga klęczała przed domem, w grząskim, brązowo-żółtym błocie, tuż przy starej gruszy, na której w tym roku nie pojawiły się owoce. Ojciec uznał to za zły znak, ale jego żona śmiała się z tych przepowiedni i chodziła z córkami na pobliskie wzgórza, by patrzeć jak na brzegach jeziora defilują dostojnie żurawie i czaple. Teraz wszyscy płakali, ojciec wznosił błagalnie ręce ku górze, matka pochylała się nad kałużą, w której widać było jej czarne odbicie, dwie pięcioletnie bliźniaczki trzymały się za ręce, drżały wstrząsane dreszczami i chlipały leciutko, a dziesięcioletni i dwunastoletni synowie, zrezygnowani i przybici, jęczeli żałośnie i kątem oczu przyglądali się cesarskiemu poborcy i żołnierzom, którzy rozmawiali o czymś przy koniach i żywo gestykulowali, wskazując na wieśniaków. Zza muru wyglądało wielu ciekawskich, chłopcy wspinali się na drzewa, a dziewczynki wchodziły na sterty chrustu i dachy komórek, w bramie stało też wielu sąsiadów i gapiów z wioski. Jeden z żołnierzy, o nazwisku Lou Lin, odłączył się od pozostałych i podszedł do klęczących. Wyciągnął zakrzywiony miecz, chwycił za czarne włosy żonę, a wprawnym cięciem przeciął ciała dziewczynek na wysokości ramion. Cztery części drgającego mięsa spadły na ziemię, ręce powyginały się i rozłożyły na wszystkie strony, uwolniona krew poleciała do przodu jakby nią ktoś chlusnął z wiadra. Krzyki na zewnątrz domostwa i lament zrozpaczonej matki wybuchły z taką siłą, że nie można było ich słuchać. Lou Lin nie czekał więc dłużej i równie szybko ściął głowy chłopcom, a te spadły i potoczyły się z niewielkiego pagórka na środek placyku. W zagłębieniach w glinie i w dołkach po ludzkich śladach pojawiało się coraz więcej jaskrawo czerwonej krwi. Teraz żołnierz stanął przy ojcu rodziny, krzyczał i gestykulował, a w końcu znienacka śmignął mieczem i ściął głowę klęczącej przy nim kobiecie. Krew ochlapała Yao Minga, który poczuł jej smak i zapach, wzmocniony przez wilgoć i wiatr. Przymknął powieki i z rezygnacją czekał na koniec swojego życia. Ale żołnierz uderzył go tylko silnie rękojeścią w nos, wybił kilka zębów, a potem flegmatycznie otarł zakrwawione ostrze o ciało kobiety i korpus jednego z synów. Następnie, patrząc dumnie w jeden punkt, gdzieś daleko, nad wzgórzami, wolnym krokiem podszedł do konia, wskoczył na ozdobne siodło, i już po paru chwilach pędził wraz ze swoim dowódcą, poborcą Wangiem, w kierunku innego, dalekiego domostwa.

Yao Ming czuł smak krwi w ustach, stale klęczał zdrętwiały i osowiały z przerażenia, ale nie miał siły się ruszyć. W końcu uniósł się na sztywnych nogach, spojrzał na zamordowane dzieci i żonę, skierował wzrok ku rozchodzącym się ludziom i powlókł się do domu. Wyciągnął gruby sznur z odrapanej, drewnianej skrzyni, zrobił pętlę, po czym przerzucił linę przez wystającą z muru belkę. Tak, z trudem i niezgrabnie, manipulował nią, by zaczepiła się mocno, a potem z niemałym trudem, chwiejąc się i kaszląc, wszedł na trzeszczącą skrzynię, założył pętlę na szyję, zacisnął ją i bez wahania odepchnął nogami podporę. Chwilę drżał w powietrzu, machał rękoma i nogami, ale szybko oznaki życia ustały. Deszcz bębnił o dach, wlewał się żółto-czerwonym strumieniem przez uchylone drzwi, niesiony przez wiatr, zacinał ostro, a wodne kaskady to wznosiły się, to opadały, jak wielkie stado szpaków, które gwałtownie zmienia kierunki lotu. Na pustym podwórku nie było już nikogo i sępy ośmielone zaczęły krążyć coraz niżej i niżej, aż wreszcie spadły z wrzaskiem na części ludzkich ciał i zaczęły swoją ucztę. Największe ptaki chwyciły głowy i części ramion dziewczynek i uniosły się z nimi w powietrze. Szerokie zamachy skrzydeł i latające na wszystkie strony niewielkie rączki, powodowały, że ścierwojady wyglądały teraz jak czarne flagi, bez drzewców, powiewające pośród szarych i granatowych przestrzeni. Inne, mniejsze ptaki zaczęły rozrywać ciała chłopców i kobiety, a zauważywszy leżące niedaleko głowy, także je porwały i poleciały w dal. Pożeranie ciał trwałaby dalej, gdyby nagle, na podwórze, nie wsunął się powoli cień mężczyzny w słomkowym, szpiczastym kapeluszu. Ptaki natychmiast to zauważyły i z wrzaskiem wzbiły się w powietrze. Sąsiad Yao Minga, myśląc, że się przyda, dopomoże w trudnych chwilach, przyszedł oddać ostatnią posługę jego rodzinie. Wolniutko, ostrożnie przesuwał się przy murze, aż znalazł się naprzeciwko otwartych drzwi. Wszedł do środka, rozejrzał się, a kiedy oczy przyzwyczaiły mu się do półmroku, krzyknął z przestrachem, gdy zauważył ciało zawieszone na linie. Natychmiast podbiegł do sąsiada, chwycił go wpół, ale zaraz zorientował się, że nic już nie da się zrobić. Opuścił zatem trupa, który gwałtownie zakołysał się w powietrzu. Jeszcze raz rozejrzał się dookoła i zaczął zbierać, do uniesionej koszuli, drewniane talerzyki i czajniczek do parzenia herbaty, pałeczki do ryżu i kamienne zabawki, przedstawiające zwierzęta. Zgarnął co się dało, a potem obładowany, szybko wyskoczył na deszcz i uciekł poza bramę. W chacie Yao Minga zaległa grobowa cisza, przerywana tylko okrzykami sępów, które znowu zaczęły lądować przed domem i popiskiwaniem szczurów, ośmielonych ciszą, wychodzących z zakamarków, stających na tylnych łapach i próbujących dosięgnąć trupa, bujającego się lekko w mroku i połyskującego złowieszczo przekrwionymi białkami oczu.

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (II)

Yasmen westchnął głęboko, wyprostował się w śmiertelnym skurczu i z uczuciem ulgi zamknął oczy. Wydało mu się, że spada w bezdenną otchłań. Gęsta czerń oblepiała go ze wszystkich stron. Tak długo czekał na moment, gdy zgaśnie świadomość, a teraz jego myśli wciąż podążały za nim, były w nim, choć świata już przy nim nie było. Stale opadał, wirował jak oderwany od drzewa liść. Czuł się lekki, choć nie opuszczało go napięcie, ciekawość, kiedy skończy się to wszystko, w jaki sposób rozwieją się myśli. Leciał w dół, a może pchało go w górę, spadał albo mknął gdzieś wysoko, gdzieś daleko. Było mu niedobrze i nie rozumiał co się z nim dzieje, poza tym niczego nie czuł, nie docierały do niego wrażenia zmysłowe. Czerń bardziej czuł wokół siebie niż widział, lot bardziej wyczuwał niż przeżywał. Trwało to może chwilę, może bardzo długo, nie potrafił tego określić, bo stracił poczucie czasu. Równie dobrze mógł zatem wisieć w jakiejś przestrzeni bez wymiarów, w jakiejś odwiecznej poczekalni, albo ledwie unosić się nad stygnącym ciałem. Nagle gdzieś w nim, gdzieś w samym centrum dziwnie zaczepionej świadomości pojawiły się obrazy z jego z życia.

 Tak dalekie, tak obce, jak film wyświetlany nie wiedzieć gdzie i nie wiedzieć przez kogo. Dobrze znał to wszystko, dobrze wiedział co się wydarzyło, ale dopiero teraz zobaczył ogrom zła jakie było jego udziałem. Czekał na dobre wydarzenia, na obrazy miłości i ślubu z Egideą, na narodziny córki i syna, a widział stale sceny nacechowane złem, okrucieństwem, kłamstwem i grzechem. Pojawiały się, wyrastając nie wiadomo skąd, niczym liście ogromnego drzewa, a potem zwijały się, więdły i opadały gdzieś w dół. Na ich miejscu zaraz wyrastały nowe, które także poddawały się temu procesowi. Teraz już liści spadało tak dużo, że przypominały deszcz, narastającą stale ulewę. Te, które były bliżej jego świadomości śledził od momentu ich wykwitnięcia i rozrostu, a potem szybkiego zwiędnięcia. Na najbliższym zobaczył siebie w łóżku ze starą kobietą, dalej zabijał motyla, tuż obok bił syna, kradł spodnie z jakiegoś ogrodu, pił alkohol, kłamał i oszukiwał jakichś niewyraźnych w ich kształtach ludzi. Wciąż nie widział dobrych uczynków, stale wyrastały z mroku złe chwile.

Nagle jego świadomość uchwyciła coś, jakby delikatną mgiełkę, przemykającą między obrazami. Potem drugą, potem następną, coraz większą, coraz rozleglejszą. Powoli łączyły się w gromady i coraz bardziej przypominały obłoki. Teraz Yasmen wyraźnie czuł, że spada, mija zwałowiska chmur, jakby utkanych z łabędziego pierza, delikatnych i lekkich. Jego lot zamienił się w stan nieważkości, delikatnego osiadania, aż nagle znalazł jakby grunt pod nogami. Powoli wracało poczucie jedności miejsca i czasu, wracało wrażenie ciała i cała harmonia zmysłów. Najpierw dotknął stopami ziemi, albo czegoś przypominającego ziemię. Potem jakby lekkie wdmuchnięcie w coś jakby ciało, choć stale czuł jeszcze wokół siebie ciemność. Czyżbym miał znowu oczy… taka myśl niczym błysk przemknęła przez świadomość i zburzyła jego wewnętrzną harmonię.

Wrócił strach, wróciło podejrzenie, że coś jest nie tak, że to miraż, sen w żywym ciele, straszna ułuda. Powoli jednak otworzył oczy albo coś, co wydawało mu się oczyma. Stał w jakiejś gęstej mgle i niewiele widział, opary snuły się wokół niego, pędziły w różnych kierunkach, okrywały szczelnie całą przestrzeń. Spojrzał do góry i zobaczył, że przez smugi i dymy prześwituje jakieś dobre, złociste światło. Wpatrywał się w nie i bardzo chciał się do niego zbliżyć, ale stale pozostawał w tym samym miejscu, stale tkwił w tej samej przestrzeni. Im bardziej się wpatrywał, tym blask stawał się żywszy, tym światło bardziej pulsowało i rozsuwało opary, oddalało chmury. Powoli rzeczywistość, w jakiej się znalazł nabrała konturów i barw, jakby to światło roztopiło jakieś niewidzialne lody, jakby ogrzało i rozproszyło mgły. Najpierw spojrzał na siebie i zdumiał się niepomiernie. Ubrany był w błękitną, jakby jedwabną szatę, którą w świecie, który opuścił nazywano suknią, sutanną, ale też, w górnej partii, jakby ocieplaną, pikowaną kurtką. Miał długie, jasne włosy, nagle poczuł się młody i piękny. Jego stopy okrywała cienka skórka, w poprzednim świecie zwana irchą, ale tutaj dodatkowo okryta delikatnymi łuskami. Obejrzał się za siebie i zobaczył, że z mgły wyłania się ścieżka, na której stał, wydeptana w trawie i ziołach, wijąca się pomiędzy niewielkimi głazami. Wychodziła z barwnych oparów za nim i znikała we mgle przed nim, bo na razie widział niewielki krąg wokół siebie. W pewnej chwili usłyszał jakby delikatne uderzanie stóp o podłoże, a potem usłyszał pięknie brzmiące słowa:

– Pan z tobą Yasmenie…

Po chwili z mgły wyłoniła się postać wysokiego młodzieńca ubranego w zieloną szatę, z wielkimi białymi skrzydłami, wyrastającymi z pleców. W jednym ręku trzymał krwistoczerwony kamień, a w drugim pastorał, powyginany u góry niczym korzeń. Szedł wolno i uśmiechał się serdecznie.

– Skąd wiesz jak mam na imię..? – spytał zalękniony Yasmen

– Wszyscy ciebie tutaj znają… wszyscy znają wszystkich… uważaj na swoje myśli, bo rządzą tutaj inne prawa – odpowiedział  młodzieniec.

– Wyglądasz  jak anioł, czy nim jesteś?

– Jestem sługą Boga i byłem twoim sługą….

– Byłeś moim aniołem… aniołem stróżem…?

– Służyłem ci wiernie przez długi czas i wiem więcej o tobie niż ty sam o sobie wiesz. Znam każdą twoją myśl, każdy twój uczynek, każde twoje pragnienie…, każdy sen i każdy koszmar… Nazywam się Yasmen…

– Tak samo jak ja?

– Tak samo, bo Bóg powołał mnie w chwili twojego poczęcia w łonie twojej świętej matki…

BROMBERG (4)

Lato tego roku było cudowne i na palcach jednej ręki policzyć można było dni, gdy nad horyzontem pojawiały się chmury. Wrzesień też czarował jaskrawym błękitem nieba i rozświetlonymi dniami, od rana do późnego wieczora. W powietrzu wciąż świstały jerzyki, które zwykle odlatują do dalekich, ciepłych krain w sierpniu, ale wciąż jeszcze mogły polować na owady, a dodatkowo, nie wiadomo skąd, pojawiło się wiele zmierzchnic trupich główek i czarnych jak smoła meszek. Trochę spłoszyły je wybuchy w pierwszych dniach tego miesiąca, ale potem eksplozje ucichły i ptaki wróciły nad kościelne wieże, kopułę synagogi i domy. Przynajmniej raz w tygodniu Wincenty spotykał się w swoim domu z szewcem i filozofem Izaakiem Abrahamem, który mieszkał w małej oficynie, przylegającej do domu, przy ulicy Strzeleckiej. Grali wtedy w szachy i dyskutowali o ostatnich wydarzeniach w świecie,  o pięknych artystkach, pojawiających się w miejskim teatrze, o cenach koni i sukna, złota i ziemniaków, żelaza i pszenicy. Wincenty prosił szewca o objaśnianie filozofii Barucha Spinozy z Amsterdamu i nie mógł pojąć jak tak wielki człowiek musiał zajmować się żmudnym szlifowaniem soczewek optycznych. Czasem wpadał do nich też Johann Spatz, niemiecki sąsiad z ulicy Pięknej, znany w całym mieście z przyjaźni do Polaków i znakomicie przygotowywanych wyrobów wędliniarskich. Wtedy zaczynała się dyskusja o filozofii Artura Schopenhauera i jak refren powracały wciąż tony pesymistyczne.

– Nie mam dzisiaj ochoty na szachy – powiedział Wincenty, upił nieco kawy ze szklanki i zapytał – Może wy dzisiaj zagracie?           

– To nie jest czas gier i zabaw, musimy porozmawiać o ostatnich wydarzeniach – dramatycznie powiedział Izaak.

Spatz w mig zrozumiał, że czekają na jego komentarz, więc zaczerpnął powietrza i powoli zaczął mówić, akcentując wyraziście kolejne zdania, jakby zeznawał przed sądem.

– Zatrzymał się u nas Willy, kuzyn mojej żony, taki dwudziestoletni smarkacz z spod Berlina… Opowiada jakich czynów bohaterskich ostatnio dokonał… Moja żona patrzy na niego jak na rzymskiego gladiatora i podsuwa mu stale smakowite kąski…

 – Miałem cię o niego zapytać, bo ludzie mówią, że jakiś młodzieniec w niemieckim mundurze pojawił się w waszym domu – zapytał Wincenty.

– A, to już się rozniosło… No tak, przecież ludzie widzą go na ulicy i na podwórku, a i pewnie czasem zauważają go w oknie – przytaknął Johann.

– Ludzie wszystko widzą i Bóg wszystko widzi – z filozoficzną zadumą w głosie odezwał się szewc.

– Jak stanął w naszych drzwiach zdębiałem, bo przecież niedawno odwiedziliśmy naszą rodzinę w Niemczech i znakomicie pamiętałem jego wielkie, polityczne zacietrzewienie… – ciągnął Niemiec – Wstąpił do NSDAP, obwiesił swój pokój portretami Hitlera i flagami ze swastyką, a przy stole wciąż opowiadał o akcjach przeciwko niemieckim Żydom i o wrażeniach z Reichsparteitag Großdeutschland, z września zeszłego roku… po aneksji Austrii.

– Zdaje się, że opowiadałeś nam o tym we wrześniu trzydziestego ósmego roku, po powrocie z Niemiec – zauważył Wincenty.

– Tak, ale nie mogłem przypuszczać, że tak szybko go zobaczę… – ciągnął dalej – Wszystkiego nie mówił i pojęcia nie miałem, że wypytuje mnie o Bromberg nie bez powodu… Powiem wam to, ale proszę bądźcie ostrożni, bo Goebbels grzmi o Bromberger Blutsonntag w radiu i nasze gazety mnożą rewelacje o tych wydarzeniach… a wszędzie pełno jest donosicieli…

W tym momencie zrobił przerwę, napił się kawy, wyciągnął z kieszeni kolorową chusteczkę i wydmuchał w nią nos. Na jego twarzy rysowała się powaga, ból i jakby lekki przestrach, a w czarnych oczach pojawił się smutek. Gdzieś za oknem słychać było skrzeczenie sroki i w dalekim planie niósł się odgłos ambulansu, pędzącego w dal na syrenie. Jeszcze dalej raz po raz odzywały się głuche kanonady karabinów i armat i pojedyncze wybuchy. Wytarł jeszcze łzy, które nie wiadomo dlaczego zaszkliły się w kącikach jego oczu, po czym schował chustkę do kieszeni i kontynuował relację:

– Już na początku czerwca tego roku Willy przekroczył granicę i zamieszkał u jakiejś rodziny niemieckiej w Łabiszynie. Stamtąd często kursował do granicy i Bydgoszczy, przewoził broń, ubrania polskich żołnierzy i pieniądze. Organizował grupki, które miały prowadzić działalność dywersyjną, a sam wszedł w skład czteroosobowego zespołu, którego zadaniem było unieruchomienie bydgoskiej elektrowni i wysadzenie w powietrze torów kolejowych oraz przepustnicy wodnej na trasie z Inowrocławia do Torunia.

– To jednak prawda, że dywersja była… – ze smutkiem zauważył Rossa.

– Była i według tego, co powiedział nam ten chłopak, nadzorowali ją wysoko postawieni oficerowie Gestapo i Abwehry – potwierdził Niemiec i po chwili ciągnął dalej – Willi, ubrany w mundur polskiego żołnierza poruszał się swobodnie po naszym mieście i trzeciego oraz czwartego września aktywizował uśpione grupki, kierując je do akcji przeciwko wojsku i polskiej ludności.

– Natknąłem się na taką grupkę przy ulicy Orlej – wtrącił się Izaak – wszyscy byli ubrani w polskie mundury, czyściutkie i lśniące jak spod igły, mieli nasze hełmy i karabiny, a nawet nieśli polską flagę. Ale porozumiewali się głośno po niemiecku…Rozstrzelali jakichś trzech Niemców na ulicy i pobiegli dalej…

– Piątego września – mówił dalej Spatz – po wyjściu polskiej armii i pojawieniu się naszych oddziałów, kuzyn żony ujawnił się, założył niemiecki mundur i stanął w drzwiach naszego domu. Przydzielili mu gdzieś kwaterę, w centrum miasta, ale wolał zatrzymać się u nas… Teraz jest prawą ręką dowódcy Volksdeutscher Selbstschutz, Alvenslebena i bierze udział w egzekucjach Polaków… Jak o tym mówi widzę w jego oczach lodowatą stal…

– Każda wojna to mordowanie niewinnych bytów… – odezwał się Abraham – Ale najgorsze jest to, że w ludziach od razu budzą się zwierzęce instynkty… Czy to będzie Polak, Niemiec, czy Żyd, wszyscy zmieniają się w bestie…

– Niestety, to jest prawda… – potwierdził Rossa – Sam widziałem jak polscy żołnierze wyszukiwali rodziny niemieckie i rozstrzeliwali je na podwórkach, nie bacząc na żałosne prośby matek i dzieci o litość, o darowanie życia, nie przywiązując wagi do zapewnień mężczyzn o ich niewinności.

– Tak, to było straszne – powiedział Johann – cudem uniknęliśmy śmierci, bo dzięki Bogu mogliśmy się schować w piwnicy Wicka i Franciszki. I nikt nas nie zobaczył jak przemykaliśmy na Strzelecką, a wy bez szemrania schowaliście nas przed wojskiem. Nigdy wam tego nie zapomnimy…

– Johann przestań – szepnął Wincenty – tak czynią porządni ludzie i jestem pewien, wy też byście nam pomogli, gdyby była taka potrzeba…Przyjaźnimy się od tylu lat.

– Ja, tak… – odparł Niemiec – ale mojej żony nie jestem już pewien. Zdumiałem się jak szybko ten młodzieniec odmienił jej psychikę … Musicie uważać na to, co przy niej mówicie, bo wszystko powtarza Willy’emu. A ten smarkacz czuje się nadczłowiekiem i bez litości kieruje na śmierć niewinnych ludzi…Kazał jej powiesić na naszym domu wielką flagę z hakenkreuzem i witają się z Helgą podniesieniem ręki w górę.

– Jak pojawiła się swastyka na flagach i mundurach niemieckich, zainteresowałem się tym symbolem – wtrącił się Abraham – Wcześniej też mnie zaciekawiała, ale ostatnio przewertowałem sporo książek i encyklopedii i ze zdumieniem odkryłem, że Hitler zawłaszczył stary symbol kulturowy, obecny w wielu religiach świata. Wziął go zapewne z mitologii germańskiej, od plemion z pierwszych wieków naszej ery, ale ona wywodzi się z Azji, gdzie symbolizuje szczęście.

– To ciekawe, bo ja myślałem, że Hitler ją wymyślił… – powiedział Wincenty.

– Nie, już etymologia określa jej pochodzenie – ciągnął Żyd – Jej nazwa wywodzi się przecież z sanskrytu i oznacza powodzenie oraz pomyślność. Pojawiała się u wielu ludów europejskich, amerykańskich i azjatyckich, a szczególnie popularna jest w Chinach i Japonii… Znalazłem w kilku książkach informacje, że wiązała się z kultami solarnymi, ogniem i okrutną boginią Kali…

– To dla mnie prawdziwe odkrycie… – wciąż wyrażał swoje zdumienie Rossa.

– A wyobraź sobie, jaki przeżyłem szok, gdy przeczytałem w jeden z relacji podróżniczych, że odkryto ją na starych palestyńskich synagogach sprzed dwóch tysięcy lat…

– Aż tak…? – zdziwił się Spatz – to nie do wiary, miałem zawsze Hitlera za nieuka i prostaka, a okazuje się, że sprytnie wykorzystał wiedzę o dawnych kulturach.

– To inteligentna bestia… Jak każdy okrutny drapieżnik, lew, tygrys, pantera czy hiena – mówił Abraham – Ale inteligencja to rodzaj układanki. Masz do dyspozycji kolorowe klocki i oryginalnie je dobierasz do siebie. To też rodzaj polowania, który takie drapieżniki jak on opanowały do perfekcji. Może jak siedział w więzieniu, czytał wiele książek, coś tam sobie wynotował i potem użył tego w swoich demagogiach… Swastyka znana była już w epoce paleolitu i późnego neolitu, na Bliskim Wschodzie, a potem w Babilonie i u Hetytów. Z kolei w epoce brązu znana była w starożytnej Grecji, Skandynawii, Italii, Chinach i w Japonii…

– Willy ciągle o tym gada – wtrącił się Niemiec – Wciąż też chwali książkę Hitlera Mein Kampf, którą trzyma na stoliku, obok łóżka i ciągle ją wertuje, coś z niej wypisuje i te papierki chowa w kieszeniach munduru.

– Przeczytałem i to plugastwo… – przytaknął Izaak – On posługuje się tam stale demagogią i opowiada niestworzone rzeczy. Zarówno w sferze politycznej, gdy analizuje poprzednią wojnę światową, gdy krytykuje militarną słabość Austro-Węgier, jak w drugiej części, w której tworzy mitologię grup wybranych i dzieli ludzkość na kasty i rasy. Według niego klanem panów są Aryjczycy, a pośród nich najważniejszą rolę odegrali i będą odgrywać Niemcy. Słowianie i Żydzi to podludzie, których należy wykorzystać do prac niewolniczych, przy budowie wielkiej cywilizacji nowych panów świata.

– Divide et impera… ze smutkiem odezwał się Johann, kiwając raz po raz potakująco głową.

– No właśnie, o to mu chodzi… – zgodził się szewc – zburzy wszystko, poróżni narody, a potem będzie rządzić w chwale i uwielbieniu mas… On twierdzi, że Niemcy mają prawo dokonywać zbrojnych napaści na kraje, w których mieszka choćby jeden Niemiec…To według niego zdobywanie przestrzeni życiowej, szczególnie na wschodzie…

– Przyznać trzeba, że jego polityka jest skuteczna – odezwał się Wincenty – bez jednego wystrzału zagarnął w marcu Austrię, a w październiku już miał w swoich łapach Czechosłowację…

– I tym fascynują się tacy ludzie jak Willy… – potwierdził obawy szewca Spatz – Oni wierzą, że ich Führer jest mesjaszem, zesłanym przez Boga i zjednoczy wszystkie ziemie zamieszkałe przez Niemców, a do tego poszerzy ich przestrzeń życiową o ziemie podbitych narodów… I to się właśnie dzieje, bo wojna z Polską była planowana od dawna. Nie poznaję moich braci, gdy słyszę opowieści ludzi o tym co wyprawiają w podbijanych krajach.

– Moja żona w tym wszystkim widzi działanie sił zła, a Hitler jest dla niej nowym wcieleniem Antychrysta – zamknął rozmowę Rossa.

Panowie dopili kawę i szybko się pożegnali, po czym udali się do swoich domów, każdy w inną stronę, Niemiec na Piękną, Żyd do niewielkiej oficyny, a Polak w kierunku Placu Poznańskiego, gdzie miał coś ważnego do załatwienia.

« Older entries

%d blogerów lubi to: