BROMBERG (3)

Miasta mają swoje dzieje i skupisko ludzkie Józi też mogło poszczycić się długą historią. Jego nazwa utrwaliła się przez wieki, chociaż nigdy nie było zgodności czy pochodziła z zapisów Ptolomeusza, który osadę Budorgis umieścił na bursztynowym szlaku obok Calisii, czy może od słowiańskiego imienia Bydgost, składającego się z dwóch cząstek, oznaczających budzenie się i gotowość do gościny. Jakkolwiek by nie było, szybko utrwaliła się polska nazwa Bydgoszcz, a potem zaczęła pojawiać się w łacińskich dokumentach  kościelnych i świeckich pismach urzędowych. Niemcy miasto to określali jako Bromberg, i tutaj nie było problemów z dookreśleniem nazwy, bo składała się ona z dwóch jeszcze starogermańskich słów: brom i berg, czyli jeżyna i brzeg. Jakby nie rozumieć słów, najważniejsza była tutaj przepiękna, połyskująca pośród zieleni, krystalicznie czysta rzeka Brda, w której od dawien dawna łowiono ogromne klenie, brzany, trocie i pstrągi potokowe. Z jej koryta dobywano piasek do budowy domów i zamczysk, czerpano czystą wodę do picia i gaszenia pożarów. Ludzie myli się w niej i kąpali, choć czasem musieli przedzierać się do brzegów poprzez gęste zarośla drzew i kolczastych krzewów. Piękno tego miejsca i jego bliskość Wisły, największej polskiej rzeki, sprawiały, że już od epoki brązu, a potem od czasów rzymskich, ludność osiedlała się tu i czerpała korzyści z kontaktów z kupcami, podążającymi nad Bałtyk, po bezcenny jantar. Bród przez Brdę pozwalał omijać głębie Wisły i znacznie skracał drogę na północ tych krain. Szybko też pojawili się tutaj katoliccy misjonarze i księża, którzy zaczęli budować drewniane kościoły i tworzyć wokół nich cmentarze. Ruch stawał się tak duży, że w XIII wieku książę kujawski nakazał wybudować stały most na Brdzie i zaczął pobierać cła od przewożonych towarów. Niestety grabieże i mordy nie omijały tego miejsca, a ludność polska wciąż ścierała się z niemieckimi najeźdźcami. Rycerze z czarnym krzyżem na białych płaszczach wciąż przybywali na silnych koniach i stawali na wzgórzach okalających miasto. Mogli z nich ogarnąć wzrokiem sporą jego przestrzeń i ustalić w jakim kierunku podążą, co splądrują i co podpalą.

Przeciwstawiał się im zdecydowanie polski król Kazimierz Wielki, który w roku 1346 ulokował miasto na prawie magdeburskim i niefortunnie przekazał je niemieckim osadnikom. Nakazał też zbudować solidny zamek na brzegu Brdy, w którym posadził swojego wnuka i przydał mu polską załogę. Przez niemal dwa stulecia budowla ta była gniazdem oporu przeciwko maszerującym armiom i dopiero szwedzkie armaty zburzyły ją w 1656 roku. Złowrogi cień czarnego krzyża raz po raz spowijał miasto, ale polscy królowie i książęta spieszyli mu na pomoc i odbijali zamek, zaczynali odbudowę spalonych domostw i zagród. Zamek z czerwonej cegły, z wyniosłymi wieżami i murami obronnymi,  gościł króla Jagiełłę i Kazimierza Jagiellończyka, który podczas wojny trzydziestoletniej z zakonem, uczynił z niego w XIV wieku swoją ważną twierdzę. Podążały wciąż w dal ołowiane chmury na niebie, a drogami i bezdrożami Pomorza i Kujaw sunęły ciężkie hordy europejskich najemników i niemieckich rycerzy. Ludzie z niepokojem patrzyli na północ   i zachód, a widząc w nocy zbliżające się łuny pożarów, umykali do gęstych lasów, albo kryli się w zaroślach nadbrzeżnych, z dala od miasta. Krzyżacy uznawali Bromberg za ważny przyczółek w walce z Polakami, i już rok po klęsce pod Grunwaldem oblegali miasto. Odpychani przez królewskie i książęce oddziały, kryli się w swoich twierdzach zakonnych, a potem znowu ruszali do walki. Miasto bogaciło się na spławach drewna, piwa i soli i szybko stało się jednym z najważniejszych portów rzecznych na północy Polski, rosła też ranga zamku, w którym podpisywano ważne dokumenty, gromadzono się na obrady sejmowe, a pospolite ruszenie niejednokrotnie odbywało w nim uczty przed bojem. Rosła też ranga bydgoskiej mennicy, cechów rzemieślniczych i manufaktur a nade wszystko szyprów, przewożących głownie zboże, ale też i towary zza morza. Miasto otoczono murami obronnymi z czterema basztami i trzema bramami, na głównym rynku powstał okazały ratusz i zaczęto brukować pierwsze trakty. Przybywało kościołów diecezjalnych i zakonnych, budowano szpitale, klasztory i kamienice bogatych bydgoszczan.  Brda wciąż toczyła swoje krystalicznie czyste nurty, ludzie rodzili się, dorastali i przekraczali linie cienia, a potem ginęli w wirach historii. Bezimienni i cisi jak leśne dukty o poranku, godzący się na swoją rolę niewielkich trybików historii, prawie nic nie znaczących cząstek ludzkości, która przychodzi, trwa przez moment, jak trzepot ćmy nad płomieniem świecy, a potem szybko ginie w odmętach czasu. Jeszcze przez dziesięciolecia lub stulecie ich żółtawe kości zalegały w wilgotnej albo suchej ziemi, ale i one nie mogły przeciwstawić się odwiecznej entropii.

Trzeba tutaj uczciwie powiedzieć, że rozwój miasta dokonywał się też w czasach, gdy pojawiali się w nim Niemcy. Ludność przejmowała od nich umiejętność organizacji, zasadę porządku na każdym poziomie działania, a nade wszystko technikę i urządzenia z Europy Zachodniej. Stale też dochodziło do konfliktów narodowościowych, ale z perspektywy wieków widać było postęp, zarówno w sferach wizualnych, w architekturze i poszerzaniu się granic miasta, jak i w kulturze. Powstawały szkoły parafialne i klasztorne, a nawet Bernardyńskie Studium Filozoficzne i kolegium jezuickie. To tutaj słynny uczony Bartłomiej z Bydgoszczy opracował pierwszy słownik łacińsko-polski, a żarliwa energia duchownych i zakonników generowała coraz więcej ważnych zdarzeń, inicjowała powstawanie nowych budowli, traktów i rynków, nowych mostów i większych cmentarzy. Dopiero podczas siedemnastowiecznego najazdu wojsk szwedzkich na Polskę miasto zostało dotkliwie zburzone, a przez pięć lat przechodząc z rąk do rąk stało się widownią okrucieństwa i bezwzględności luterańskich dowódców i ich ewangelickich sprzymierzeńców z Prus Książęcych. Nie było dziełem przypadku, że król polski Jan Kazimierz zawarł w 1657 roku  w Bydgoszczy rozejm z elektorem pruskim Wilhelmem Hohenzollernem. Niestety w wieku osiemnastym nastąpił upadek gospodarczy grodu nad Brdą, a lepsza koniunktura zaczęła się dopiero za rządów ostatniego króla Polski, choć i wtedy miasta nie odzyskało dawnej rangi. W 1772 roku Bydgoszcz została zaanektowana przez Prusy w ramach pierwszego rozbioru Polski, co paradoksalnie przyczyniło się do odbudowy i rozwoju infrastruktury miejskiej. Wszędzie pełno było końskiego łajna i jego ostrego smrodu, ale zbudowano też Kanał Bydgoski, który przez Noteć i wartę połączył Bromberg z Berlinem i przyczynił się do nowego rozwoju handlu i kontaktów z Europą Zachodnią. W XIX wieku miasto należało do Księstwa Warszawskiego, stając się stolicą departamentu, a potem znowu trawiło do jurysdykcji pruskiej, przeżywając nowy rozwój, związany z rozbudową infrastruktury wodnej i powstaniem węzła kolejowego. To był też czas ożywienia w przemyśle metalowym i maszynowym, drzewnym i spożywczym, a swąd dymu z kominów stał się wyrazistszy niż w dawnych czasach. Prusacy zaczęli rozbierać stare budynki, a choć przede wszystkim dewastowali obiekty związane z polska historią, to tworzone nowe miasto zyskało wiele wielkich budynków, szerokich ulic, parków i pomników i szybko Bromberg zaczęto nazywać małym Berlinem.  Rozebrano bydgoski ratusz i zamek, ale w 1895 roku wybudowano monumentalny gmach teatru, a wiek dwudziesty miasto powitało w glorii wspaniałych budynków Instytutu Rolnictwa, niezwykłej fontanny z brązu „Potop”, wielkiej poczty głównej, budynków zarządu kolei i szkoły kolejowej oraz wielu kościołów ewangelickich. Od roku 1850 zaczęło się też intensywne budowanie kilkupiętrowych secesyjnych kamienic, należących do bogacących się stale Niemców, Żydów i Polaków. Dopiero 20 stycznia 1920 roku, na mocy traktatu wersalskiego,  Bydgoszcz wróciła do macierzy, choć nie obyło się bez walk i groźnych incydentów w obrębie miasta i na jego peryferiach. Garnizon niemiecki musiał opuścić gród nad Brdą i zaczęła się repolonizacja, która pod koniec lat dwudziestych dwudziestego wieku była tak duża, że sięgnęła ponad dziewięćdziesięciu procent obywateli. Zdarzało się, że wyrzucano Niemców z reprezentacyjnych domów, ale też wielu bydgoszczan przyjaźniło się z dawnymi sąsiadami i nie pozwalało im wyrządzać krzywdy. Niestety w mieście pozostało też wielu obywateli, którzy od samego początku fascynowali się ideologią nazistowską, wielbili Hitlera i jego kamratów, a w miarę zbliżania się wojny, odgrażali się, że krwawo zemszczą się na Polakach. Niemiecka gazeta „Deutsche Rundschau” podsycała nastroje nacjonalistyczne, czynili to też pastorzy kościołów ewangelickich, ale najwięcej zła czynili dywersanci, przenikający do miasta z Rzeszy albo lądujący na spadochronach w okolicznych wsiach.

Reklamy

BROMBERG (2)

3.

Nie wiedziała jak dotarła do domu, nie pamiętała ile czasu zajęło jej przejście kilku ulic Szwederowa. Jej matka, Franciszka, gdy ją zobaczyła, załamała ręce i natychmiast rzuciła się ku niej. Ale Józia gwałtownie odepchnęła matkę, jakby chciała uciekać albo wydostać się z jakiejś matni. Przez chwilę szarpała się, mówiła coś niezrozumiale, by po kilku chwilach upaść na ziemię zemdlona. Franciszka stała za nią i patrzyła na to z przerażeniem, nie rozumiała co się stało i dziesiątki myśli przemykały jej przez głowę.

– Józia, co z tobą? Józia… – lamentowała.

Kok dziewczyny rozpadł się, włosy rozsypały się po podłodze, ręce bezwładnie wylądowały obok ciała, a zza rozpiętej kretonowej bluzki wysunęła się lekko biała pierś. Matka jeszcze raz załamała ręce i pobiegła do drugiego pokoju po męża.

– Wincenty, Wicek, stało się chyba coś strasznego… – wołała.

Mąż odłożył na stolik gazetę, wstał gwałtownie z fotela i podążył ku niej, wytrącony z zadumy siłą jej głosu. Widok córki, leżącej na podłodze zszokował go na chwilę, ale zaraz pochylił się nad nią i zaczął masować skronie.

– Zrób jej gorący kompres… Szybko…

Franciszka podążyła ku kuchni, gdzie dopiero co zagotowała wodę na kawę dla męża. Chwyciła niewielki ręcznik do naczyń, złożyła go w rodzaj tamponu, po czym sięgnęła po duży, srebrny czajnik, z którego wylała na niego wrzątek. Odcisnęła wodę i z gorącym okładem ruszyła ku Józi i mężowi.

– Boże święty, co się stało…? – lamentowała – Co się mogło stać…?

– Coś nią musiało wstrząsnąć i nie wytrzymała tego… – odparł Wincenty.

Ciepły kompres zrobił swoje i Józia zaczęła nabierać rumieńców na twarzy, ruszać bezgłośnie ustami i powiekami.

– Połóżmy ją do łóżka – zadecydował ojciec – Odpocznie, wyśpi się, to opowie nam, co się stało.

Franciszka poszła do głównego pokoju, zdjęła zdobną narzutę z zasłanego łóżka, sięgnęła po puchową pierzynę i podeszła z nią do kaflowego pieca. Przez chwilę trzymała ją przy nim,  po czym zawołała męża:

– Możesz już ją przynieść…

Wincenty delikatnie chwycił córkę pod uda i w okolicach karku i sprawnie przeniósł ją d0 nagrzanego łóżka. Franciszka okryła ją pierzyną po samą brodę i pocałowała w czoło.

– Boję się… strasznie się boję… – szepnęła prawie niesłyszalnie Józia i zasnęła jak kamień.

Rodzice zasłonili okna i ruszyli do kuchni, gdzie czekała na nich wcześniej zalana kawa. Usiedli przy niewielkim stole, pomalowanym w kolorze kości słoniowej i okrytym ceratą w niebieskie ornamenty.

–  Straszne czasy nastały – powiedziała Franciszka i otarła rąbkiem fartucha łzę spływającą jej po policzku.

– Nie chciałem ci o tym mówić, ale widzę, że sprawy tak się komplikują, że musisz zdać sobie sprawę z tego co się teraz dzieje… – powiedział mąż, upił nieco kawy z filiżanki, po czym ciągnął dalej – Wczoraj byłem świadkiem przerażającego zdarzenia na rogu Leszczyńskiego i Podgórnej. Do małego domu na schodzącej ku centrum ulicy przyszło dwóch żołnierzy z karabinami maszynowymi i dwóch kolaborantów z granatowej policji. Weszli do pomieszczeń na parterze i zaczęli wrzeszczeć na ludzi tak głośno, że było ich słychać na ulicy. Stałem po drugiej stronie Podgórnej i udawałem, że przyglądam się butom na wystawie sklepowej szewca. Po chwili zobaczyłem, że z góry tego domu zbiega po drewnianych schodach kilkunastoletni chłopak. Niestety narobił sporo hałasu i ci na dole usłyszeli go…

– Co za potworne czasy… – szepnęła żona i zapłakała cicho.

Ojciec chłopaka próbował im zagrodzić drogę, ale odepchnęli go gwałtownie i wybiegli na podwórko. Młodzieniec właśnie mijał uchyloną furtkę, więc dobrze go widzieli, a pewnie rozochociło ich to, że miał na sobie strój harcerza. Był na środku rozjazdu ulic, bliżej Leszczyńskiego, gdy padły pierwsze strzały. Jeszcze udało mu się uniknąć kul, ale następne serie z karabinów maszynowych powaliły go na ziemię.

– Boże, Boże… przecież ja znałam tego chłopca… lamentowała Franciszka – Czasem odprowadzał do domu naszą Józię…

– Tak, to był on… – potwierdził Wincenty – Upadł na wznak, z rozrzuconymi rękoma i nogami i jakby próbował się jeszcze podnieść, ale podbiegł do niego jeden z Niemców i puścił serię w kierunku klatki piersiowej i głowy…

– Taki sympatyczny, grzeczny chłopiec, zawsze pytał, czy mógłby mi w czymś pomóc… Uwielbiał wyprawy do lasu, nad jeziora… Uczył młodsze dzieci jak powinny postępować… – popłakiwała żona.

– Tym razem trafiony w głowę, znieruchomiał od razu, a na bruku pojawiła się wielka kałuża krwi, która zaczęła spływać w dół ulicy. Z domu wyskoczyła jego matka i podbiegła ze straszliwym krzykiem, pochyliła się nad nim i przyciągnęła broczące krwią ciało do swoich piersi. Granatowy policjant podążył kilka kroków do przodu i natychmiast szarpnął ją w górę.

– Znam tę kobietę, to taka prawa osoba… – powiedziała Franciszka, po czym rozkleiła się zupełnie, pytając żałośnie – Kochany, jak Polacy mogą służyć tym bestiom…?

– Niektórzy z nich starają się nam pomagać… – ciągnął mąż – Gdyby jej nie odciągnął od syna, zabiliby i ją… Już jeden szwab zmieniał magazynek i repetował broń. Policjant odciągnął kobietę i poprowadził w moją stronę. Usłyszałem jak powiedział do niej: Zostaw teraz na ulicy twojego chłopaka, bo i ciebie zastrzelą.

– I co było dalej…? – spytała Franciszka.

– Zebrał się już spory tłum i w milczeniu przyglądał się temu, co się działo. Żołnierze zawiesili karabiny na ramionach i jeden z nich zwrócił się po niemiecku do Polaków: To był polski dywersant, który strzelał do naszego wojska z wieży kościelnej, a potem zamordował na jednym z podwórek niewinnego niemieckiego ojca rodziny. Powiedziała nam o tym jego żona i wskazała tego młodocianego bandytę. Taka kara spotka wszystkich, którzy nie podporządkują się władzom okupacyjnym. Waszej Polski już nie ma i zabijemy każdego, kto będzie się przeciwko nam buntował… Trup ma leżeć na ulicy i nie wolno go ruszać, póki na to nie pozwolimy…

– Mordercy, co za okrutni mordercy… Przecież żyliśmy z Niemcami przez tyle lat w tym samym mieście i nigdy nie wyrządzaliśmy im krzywdy… – łkała kobieta.

– Powiedział mi znajomy, że ciało harcerza leżało na bruku aż do późnej nocy i dopiero wtedy jego ojciec i wuj odważyli się wsadzić je na wózek i zawieźli do kostnicy na cmentarnej przy Kossaka. Podobno matka straciła zmysły i pobiegła całować krew i kawałki mózgu na ulicy… Nie wiadomo, co zobaczyła Józia…Może ktoś opowiedział jej o tym nieszczęsnym chłopaku z Podgórnej…

– Jak się wyśpi, to na pewno nam powie… To jest takie kochane dziecko. Nie przeżyłabym, gdyby coś jej się stało… – zawodziła żona, wciąż ocierając łzy brzegiem fartucha.

Józia spała niespokojnie, wstrząsana spazmami i nie wiedziała, że tata i mama zaglądali do niej na przemian przez całą noc. Czasem pokrzykiwała przez sen, albo roniła łzy, które powoli spływały po jej rozpalonych policzkach. Śniła się jej jakaś szara kraina, pośród której błąkała się prawie naga, uciekała przed straszliwym demonem w mundurze esesmana, który pojawiał się nie wiadomo skąd i celował do niej z pistoletu. Strzelał i repetował broń, a niebo przybierało kolor krwi i pulsowało boleśnie, jak zranione serce. Nagle, gdzieś w dali, na skraju horyzontu rysować się zaczynał wóz z węglem i mężczyzna, którego w tajemnicy kochała. Przystawał na wozie i machał do niej ręką, a ona zrywała się do biegu, choć wciąż tkwiła w miejscu. Nagle obrazy zaczęły się zmieniać i znowu była na plebani kościoła szwederowskiego i patrzyła jak Niemcy rozstrzeliwują Polaków. Gdy jasnowłosy oficer strzelił do jej mężczyzny, poczuła jak kula najrealniej przeszywa jej serce. Chciała krzyczeć, ale głos nie wydobywał się z jej gardła, a obrazy zmieniały się gwałtownie. Teraz leżała nago na tapczanie i przygarniała do piersi tysiące płatków róż, bawiła się nimi i tonęła w nich, odsuwała od siebie, po czym znów przyciągała je ku sobie. Nagle poczuła, że zapada się w sobie, a piekielny ogień trawi jej uda i łono. Chciała się od tego uwolnić, ale nie mogła nic zrobić, szarpała się w sobie, pokrzykiwała bezgłośnie i płakała bez łez. Dopiero gdy pochylił się nad nią młody węglarz i pocałował ją w usta, uspokoiła się na chwilę i utonęła w błogości. Zamknęła oczy, a gdy je otworzyła zobaczyła, że całuje się z pożółkłą czaszką. Jeszcze tylko zauważyła, że zaczęła ona maleć, lśnić w pozłocie i sadowić się na czapce niemieckiego oficera. Wtedy obudziła się z krzykiem, usiadła na łóżku i utonęła w ramionach czuwającej przy niej Franciszki.

– Mamo… mamo… Boję się… – wyszeptała.

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (11)

To był piękny wrześniowy wtorek… Lato nie chciało odejść i trwało w najlepsze, choć nocne chłody już przydały liściom żółcieni, czerwieni i brązu. Słońce świeciło jak w lipcu, czasami tylko matowiejąc za białymi chmurami, ginąc w odmętach granatu i szarości, opalizując w szybach bloków i wieżowców. Cały dzień siedziałem w domu, czytałem powieść Tadeusza Sochy pt. Tajemnica Joliby, przeglądałem mapy w wielkim atlasie geograficznym, uczyłem się na pamięć nazw rzek, mórz i pustyń.  O godzinie szesnastej miałem się spotkać przed blokiem z moim przyjacielem Arielem, z którym od roku chodziłem na treningi karate. Odbywały się one w sali gimnastycznej jednej z podstawówek, do której szło się przez część naszego osiedla i przez dzielnicę Jary. Ariel miał najoryginalniejsze imię w naszej szkole średniej, ale wcale nie była to fanaberia rodziców. Pochodził z rodziny żydowskiej, której korzenie sięgały wschodnich kresów dawnej Rzeczypospolitej, bodajże z Brodów, gdzie jego pradziadek był rabinem. Lubiłem go, bo miał wielką wiedzę geograficzną i na przerwach mogłem z nim dyskutować o afrykańskich wyprawach Henry’ego Stanleya, Davida Livingstone’a i Mungo Parka, testować znajomość nazw stolic, wysp i parków narodowych. Poza tym wzbudzał we mnie podziw, bo wspaniale grał na skrzypcach, opowiadał mi o wielkich kompozytorach, czym zaszczepił we mnie miłość do muzyki poważnej, a szczególnie do Beethovena i Haydna. Jak wszyscy chłopcy w naszym wieku, słuchaliśmy też muzyki rockowej, wymienialiśmy się drogocennymi taśmami magnetofonowymi z nagraniami piosenek zespołów Slade, Black Sabath i Led Zeppelin. Ariel był dość niepozorny, wręcz filigranowy, miał jasną karnację cery, kruczoczarne włosy, wyrazisty pieprzyk nad górną wargą, głębokie, czarne oczy, w których stale rysowało się rozmarzenie. Często wzruszał się przy graniu i słuchaniu muzyki i nie wstydził się ronić łez, czym zjednywał sobie wielu przyjaciół. Tylko jego zbyt ostry nos szpecił trochę jego twarz i powodował, że wyglądał zawadiacko, choć częsty uśmiech i odsłanianie białych zębów, łagodziły jego ostre rysy. Cała szkoła biła mu brawo, gdy grał koncerty skrzypcowe Telemanna, Mozarta I Vivaldiego, a dyrektor nieodmiennie prosił go, by na bis zagrał fragment koncertu a-moll Jana Sebastiana Bacha.

Zbiegając po schodach na podwórko, brzmiały we mnie jeszcze słowa z przeboju grupy Black SabathI need someone to show me the things in life that I can’t find/ I can’t see the things that make true happiness…Na przekór nim miałem dobry humor i z uśmiechem powitałem Ariego, który czekał już na mnie przed klatką ze skrzypcami w futerale. Po treningu miał jechać do szkoły muzycznej, gdzie miał umówione spotkanie z nauczycielem z filharmonii.  Przybiliśmy piątkę i ruszyliśmy przed siebie, rozmawiając o tym i owym, relacjonując  sobie ostatnie zdarzenia szkolne i podwórkowe. Trenowaliśmy karate w obrębie stylu  Shōtōkan, co szczególnie ważne było dla Ariela, który nie mógł forsować rąk, tak cennych dla jego talentów muzycznych.  Nasz trener odwiedził Japonię, gdzie zapoznał się ze szkołą mistrza Gichina Funakoshi, który wyszkolił wielu mistrzów. Shōtō znaczy po japońsku „falowanie sosen”, ale był to też pseudonim literacki Funakoshiego, który podpisywał w ten sposób swoje kaligrafie. Z kolei „kan” oznacza budynek, pawilon, siedzibę, w której mistrz nauczał. Choć określał on do końca swój styl jedynie jako karate, to jego syn i uczniowie nazwali go Shōtōkan. Wiele godzin poświęciliśmy z Arielem na trenowanie kopnięć i uników, nagłych wyskoków w górę i opadania do pozycji „szpagatu”. Przy naszym wielkim zaangażowaniu traktowaliśmy treningi w białych karate-gach ogólnorozwojowo, unikając zawodów, na których wiele było urazów. Oprócz karate lubiliśmy jeździć na rowerach, pływać w jeziorach, rzekach i morzu, wspinać się na szczyty górskie w Tatrach, odbywać dalekie marsze i grać w piłkę nożną. Wielokrotnie nauczyciele muzyczni nakłaniali Ariela, by zrezygnował z karate, bo jest wielkim talentem i może z czasem stać się prawdziwym wirtuozem. Moja mama też buntowała się przeciwko moim treningom, szczególnie, gdy wracałem do domu z fioletową fifą pod okiem, rozciętym łukiem brwiowym albo wybitymi palcami u nóg.  My jednak chcieliśmy trenować i nasza determinacja powodowała, że zmieniały się kolory pasów zawiązywanych na naszych karate-gach.

Teraz już wychodziliśmy z naszego osiedla i sunąc przy wielkim cmentarzu podążaliśmy śmiało ku Jarom. Na końcu ogrodzenia cmentarnego, niczym huba przylepiona do drzewa, stał wielki zielony kiosk. Gromadziło się zawsze przy nim sporo amatorów piwa, pijanego w małych, baryłkowatych butelkach. Tym razem dostrzegliśmy z daleka, że koło kiosku koczuje kilkunastu chłopaków i starszych mężczyzn. Jedni siedzieli na drucianych krzesłach, inni stali w kręgach i żywo o czymś dyskutowali, jeszcze inni skupiali się przy siatce okalającej nekropolię. Szliśmy żwawo i zapewne nic by się nie stało, gdyby Arielowi nie zachciało się pić. Kupiliśmy dwie „Mandarynki” za dwa złote i zaczęliśmy je wolno pić, chwaląc smak i rozkoszując się gazem, który leciutko głaskał nasze podniebienia.

– Te, skrzypek, chcesz dostać w ryja…?! – dobiegł do nas z boku jakiś głos.

Natychmiast wybuchła salwa śmiechu, a gruby chłopak wysunął się przed grupę osobników trzymających w rękach butelki z piwem. Poznałem go od razu, bo wiele razy miałem z nim do czynienia na naszym podwórku. To był starszy od nas o dwa lata Wiesiek, przezywany „Czarodziej” albo „Czary”, mający na swoim koncie pierwsze konflikty z prawem i słynący z różnych dziwnych wyskoków. Ariel zmarszczył brwi, dokończył spokojnie picie napoju, po czym oddał butelkę i odwrócił się od bandy pijącej piwa. Zrobiłem to samo i już ruszaliśmy w dalszą drogę, gdy nagle „Czary” wykazał się wielką sprawnością, wykonał kilka susów, doskoczył do nas i próbował wyszarpnąć futerał ze skrzypcami z rąk mojego kolegi. Ariel wykazał wielki refleks i natychmiast przerzucił instrument do moich rąk, jednocześnie stając w pozycji wykrocznej. Patrzył uważnie na to, co zrobi napastnik, a gdy ten próbował go uderzyć pięścią w twarz, śmignął błyskawicznie nogą i czubkiem buta uderzył go w grdykę. Cios był tak silny, że grubas upadł na ziemię i zaczął charczeć boleśnie, pluć krwią i sapać z nienawiścią.

– Osz ty kurwa skrzypku…! – krzyknął histerycznie Kulczyk, trzasnął butelką po piwie o kamień i z koronką w ręku podbiegł do Ariela.

Ten podskoczył do góry, ominął dłoń nowego napastnika i z rozmachem kopnął go kolanem w czoło. Kulczyk upadł jak rażony gromem, ale „czary” już się podnosił i trzech nieznanych mi kolesiów dźwignęło się z ziemi i ruszyło ku nam. Widząc co się święci, odłożyłem futerał na ladę kiosku i podążyłem do przodu. Choć trenowałem karate i stosowałem się do zasad szkoły oraz naszego mistrza, poczułem się zwolniony z przysięgi i w stosunku do nadbiegających osiłków zastosowałem tzw. „trójkę”, czyli kombinowane uderzenia, siejące prawdziwe spustoszenie. Ariel raz jeszcze kopnął „Czarego” w szyję, a ja trafiłem pierwszego kolesia z pięści w podbródek, po czym wykonałem obrót całego ciała, strzeliłem łokciem w brzuch drugiego z nich, a „trójkę” zakończyłem uderzeniem w czoło trzeciego napastnika. Uderzaliśmy w czułe miejsca, bo koronki w rękach chuliganów wskazywały na to, że są zdeterminowani uczynić nam krzywdę.

– Chłopaki, spierdalamy, to karatecy… – krzyknął nagle jeden z przeciwników, ale „Czary” nie dawał za wygraną.

– Ja im kurwa mać pokaże… – wrzasnął, splunął krwią na ziemię i ruszył ku Arielowi.

Ten sprytnie uchylił się, odskoczył na bok i jednocześnie pchnął grubasa ku ścianie kiosku. Tym samym rozkwasił mu nos, zmaltretował łuki brwiowe i brodę. „Czary” opadł na ziemię i patrzył niewidzącym wzrokiem przed siebie. Ariel wolno sięgnął po skrzypce, poklepał mnie po ramieniu i sprężyście ruszyliśmy ku naszej sali treningowej. Po kilku dniach, gdy wracaliśmy z kolejnego treningu i znowu przechodziliśmy obok zielonego kiosku, zauważyliśmy „Czarego” z butelką w dłoni, patrzącego na nas złowrogim wzrokiem. Jego głowa owinięta była opatrunkiem gipsowym, który sięgał do piersi i obejmował oba ramiona. Uśmiechnęliśmy się do siebie, a Ari zapytał mnie teatralnym szeptem:

– Myślisz, że „Czary” w tym hełmie leci w kosmos…?

– Pewnie tak… – odparłem ze śmiechem.

Ariel z rozmachem bujnął futerałem od skrzypiec, jakby prasował nim sukno powietrza, po czym podsumował naszą walkę w charakterystyczny dla siebie sposób:

– Czym byłoby życie, gdyby nie można było spuścić łomotu paru kanaliom…?

BROMBERG (1)

Rozpoczynam publikację mojej nowej powieści, rozgrywającej się w północnej Polsce i w Południowych Niemczech. To historia rodzinna, związana przede wszystkim z moją babcią i mamą, mająca swój początek we wrześniu 1939 roku. Wszakże jej podstawowe pytanie, o naturę i immanentność zła odnosi się do wszelkich czasów i staje się wielkim wyrzutem na sumieniu ludzkości, która odeszła, która jest i która nadejdzie.

PÓŁNOCNA POLSKA

1.

Była połowa września 1939 roku. W mieście Bromberg, na północy Polski, Józia Rossa szła na Mszę św. do kościoła parafialnego w dzielnicy Szwederowo. Żółte, czerwone i brązowe liście spadały na ziemię i okrywały grubym dywanem ulice, parki i skwery. Wiatr przenosił je z miejsca na miejsce, podrywał ku górze, ciskał to w tę, to w inną stronę, szeleścił, jakby przerzucał kolejne karty niewidzialnej księgi. Czasem silniejszy powiew wzbijał tumany, albo kręcił liśćmi na koślawych chodnikach i chłostał nimi twarze przechodniów. Ludzie podnosili do góry kołnierze, zsuwali kapelusze albo daszki czapek i pochyleni podążali przed siebie. Józia lubiła szurać nogami w miękkich kopcach, więc z uciechą je deptała. Przeskakiwała z kopca na kopiec, łapała w locie wirujące płatki. Co chwilę też spoglądała na daleką wieżę świątyni, która wyglądała majestatycznie w tle rozmazanych szaro–granatowych chmur i dalekiego chłodnego błękitu nieba. Dziewczę miało zaledwie piętnaście lat, ale natura rozbuchała jej kształty do tego stopnia, że ktoś, kto jej nie znał, mógłby powiedzieć, że osiągnęła już pełnoletniość. Miała długie szatynowe włosy, które najczęściej nosiła rozpuszczone, a tylko gdy szła do kościoła upinała je w rozległy kok. Była wysoka i spod długiego płaszcza, raz po raz, wysuwały się zgrabne nogi. Pierś rytmicznie falowała i zdradzała pod paltem biust sporych – jak na tak młodą dziewczynę – rozmiarów. Jej twarz natrętnie przypominała fizjonomię madonny z obrazu Rafaela, choć była też w niej jakaś drapieżność, coś co nieznajomi brali za lubieżne wyzwanie. Jej zielone oczy miały smutny melancholijny wyraz, a okrągły, mały nos i wydęte usta uwydatniały zmysłowość. Słowem, była delikatnym stworzeniem, jakby z innego świata i innej rzeczywistości. Pod tanim, połatanym płaszczem ukrywała przepiękne ciało, oszałamiający zapach świeżości i delikatności dziecka. Szła szybkim krokiem i już niebawem znalazła się w alei wysokich topól, prowadzącej ku świątyni. Wychudzone gawrony przysiadały na strzelistych drzewach i bujały się na nich bezwładnie, w prawo i w lewo, wydając raz po raz metaliczne krakanie.

Tuż przy Józi przejechał czarny mercedes i na chwilę jej spojrzenie skrzyżowało się z lodowatym wzrokiem, siedzącego z tyłu, jasnowłosego niemieckiego oficera, w czapce z trupią główką. Ale trwało to krócej niż mrugnięcie powiek i samochód skręcił na pobocze, z lewej strony kościoła, gdzie stała ciężarówka z opuszczoną plandeką. Józia poczuła jak dreszcz przebiegł przez jej ciało, a w okolicach piersi zrobiło się gorąco, gwałtownie więc przyspieszyła i po chwili znalazła się w wypełnionym ludźmi kościele. Msza trwała już dość długo i ksiądz Konopczyński właśnie podnosił do góry hostię, mówiąc: Oto baranek Boży, który gładzi grzechy świata, błogosławieni, którzy przybyli na ucztę baranka… Dziewczyna, speszona, że tak bardzo się spóźniła, przyklękła i rozejrzała się nieśmiało dookoła. Obok niej stało małżeństwo z małym dzieckiem. Dziewczynka ubrana w różową kurteczkę, zapinaną na zamek błyskawiczny, wierciła się i matce trudno ją było utrzymać. Stojący przy niej mężczyzna patrzył na nią groźnie, ale znać było w tym spojrzeniu ogrom ojcowskiej miłości. Dalej stali ludzie, których widywała tutaj często. Była to dzielnica robotnicza i obok stolarzy, murarzy, szewców i drobnych sklepikarzy rzadko spotykało się w świątyni ludzi z innych sfer. Teraz jej uwagę przykuło dwóch chłopców modlących się przy bocznym ołtarzu św. Franciszka. Józia pochyliła się do przodu i spostrzegła też w dali rosłego mężczyznę, w czarnej skórzanej kurtce. Ilekroć go widziała jej serce zaczynało bić żywiej. Był wozakiem i czasem widziała go z okien swojego domu, jak wiózł węgiel do fabryki odczynników chemicznych Alfa. Prawdę powiedziawszy szła zawsze do kościoła z nadzieją, że go w nim zobaczy, że choć na chwilę skrzyżuje z nim swoje spojrzenie. Teraz stał kilkanaście metrów od niej i dość dobrze mogła mu się przyglądać. Jej oczy biegały szybko, od księdza przy ołtarzu, do postawnego mężczyzny. Serce znowu biło jej szybko, spoglądała do góry i przyglądała się scenom na sufitowych freskach. Na jednym z nich przedstawiono ukrzyżowanie Jezusa, trzech oprawców przybijających ręce i nogi do krzyża, dalej żołnierzy rzymskich przyglądających się z oddali. Nagle zimna kropla uderzyła ją w nos, zlękła się, bo pomyślała, że to kropla krwi ściekła z rany Chrystusa. Dotknęła palcem końca nosa i domyśliła się, że to woda kapie z sufitu nieogrzewanego kościoła. Ludzie powoli zaczęli przesuwać się do komunii. Józia podeszła do pierwszego rzędu i przyklękła przed prezbiterium obok mężczyzny, którego wcześniej wypatrywała. Czuła wyraźnie zapach tytoniu i końskiego potu, który bił z jego skórzanej kurtki. Ksiądz podszedł do niej, więc otworzyła usta i przyjęła komunię. Ksiądz pochylił się nad nią i powiedział:

– Ciało Chrystusa…

– Amen – odpowiedziała Józia.

Wstając z klęczek dostrzegła jeszcze kącikiem oka jak mężczyzna otwiera usta i ukazuje rząd białych, lśniących zębów. Na jego policzkach rysował się wyraźnie czarny, kilkudniowy zarost, a w niebieskich oczach odbijały się złocenia ołtarza. Odwróciła się na pięcie i powędrowała ku miejscu, w którym wcześniej stała. Uklękła i zaczęła odmawiać modlitwę, ale nie mogła jakoś pozbierać słów, bo przez jej głowę przelatywały jak oszalałe myśli. Chrystus prężył się z bólu na krzyżu, wozak uderzał batem konia, jacyś ludzie pochylali się nad nią, rzymscy legioniści schodzili ze wzgórza. Oddychała szybko i czuła jak pod płaszczem lekko falują jej piersi. Bała się spojrzeć przed siebie, drżała, że ktoś odgadnie jej tajemnicę. Po chwili jednak przemogła lęk i spojrzała do góry, tuż przy niej stał wozak i patrzył w głąb kościoła. Nagle zwrócił wzrok w jej stronę i jakby – dopiero ją zauważając – skłonił się nieznacznie. Spłoszona opuściła szybko oczy i zatopiła się w modlitwie. Chór śpiewał głośno Sanctus i wydawało się jej, że cały kościół wiruje, chybocze się na niewidzialnych falach. Miała wrażenie, że jeszcze chwila i mury upadną, dach zawali się, a przed nią otworzy się wielka przepaść piekielna. Nie mogła wyrzucić ze swoich myśli obrazu jego owłosionych piersi, które przez ułamek sekundy spostrzegła pod koszulą, gdy zwrócił się do niej. Przepraszała Pana Boga za swoje myśli i uderzała się w pierś lekko złożoną w kułak dłonią. Msza św. kończyła się powoli, ksiądz wraz z ministrantami skłonił się przed ołtarzem i wyszedł do zakrystii, a ludzie powoli zaczęli przesuwać się do wyjścia. Dziewczynka w różowej kurteczce ciągnęła matkę za rękę i ta pierwsza zbliżała się do drzwi kościoła. Józia nadal klęczała i wpatrywała się w posadzkę. W jej myślach rozgrywały się teraz sceny ukrzyżowania. Widziała Chrystusa wspinającego się na Golgotę i dźwigającego wielki krzyż. Właśnie przystanął na moment, a Józia w myślach otarła jego twarz z potu. Ruszył z wysiłkiem dalej i już po chwili nie było go widać. Dziewczyna nie spostrzegła, że prawie wszyscy ludzie opuścili już kościół i że została w nim sama. Dopiero jakieś krzyki i hałasy za drzwiami świątyni wyrwały ją z zadumy. Wstała z klęczek, przeżegnała się i zwróciła się ku wyjściu.

2.

Wychodząc z półmroku kościoła, Józia zmrużyła oczy, a kiedy jej wzrok przyzwyczaił się do światła, otworzyła szeroko usta i przeraziła się. Starcy, kobiety. mężczyźni i dzieci biegali we wszystkich kierunkach. Od strony bramy i ulicy żołnierze Wehrmachtu pchali tłum kolbami karabinów w kierunku bocznego trawnika. Tych, którzy próbowali przedostać się przez ten kordon dźgano lufami, uzbrojonymi w bagnety, kopano, popychano i z powrotem wciskano w tłum. Z boku kościoła szedł ksiądz z ministrantami, a widząc żołnierzy zachodzących z boku, i starających się odciąć ludziom drogę powrotną do świątyni, schwycił pod lewe ramię Józię i popchnął ją, wolną ścieżką, ku plebani. Przerażona dziewczyna podążyła za nim jak w transie. Gdy znalazła się w środku, zatrzaśnięto drzwi i spuszczono natychmiast drewniane rolety. Ksiądz i wszyscy domownicy plebani, a także kilku ludzi, którym udało się wskoczyć do otwartych na chwilę drzwi, stali jak osłupiali i patrzyli na to co się dzieje. Tłum zagoniono na trawę naprzeciw plebani i otoczono wojskiem. Nieco z boku, bliżej ciężarówki i osobowego fiata, stał młody Niemiec i rozmawiał z jakąś przygarbioną kobietą, żywo gestykulującą i wygrażającą pięścią w stronę Polaków. Po dłuższej chwili oficer ruszył w kierunku tłumów, a za nim podążyła starucha. Żołnierze wyodrębnili z ciżby kilku rosłych mężczyzn, pchnęli ich ku ciężarówce i kazali wziąć z niej łopaty. Józia zobaczyła przez okno, zza opuszczonych i lekko rozchylonych rolet, że jest wśród nich jej wozak z Alfy. To właśnie on wskoczył na platformę i podawał łopaty innym. Po jego zejściu na dół żołnierze pchnęli ich ku tłumom i kazali, tuż przed falującą ludzką masą, kopać dół.

– Kopać, kopać, szybciej – wrzeszczeli jak oszalali

Podbiegali do kopiących i bili ich kolbami karabinów. Wozak, trafiony twardym drzewcem w czoło, miał całą twarz oblana krwią. Z policzków Józi ściekały równymi strużkami łzy, trzymała dłonie złączone i aż do bólu wbijała paznokcie w skórę. Modliła się w myślach po łacinie… Ave maria gratia plena, dominus tecum… Tymczasem ksiądz proboszcz przyniósł z domowej kaplicy ogromny krucyfiks i postawił go na oknie parapetu. Zza niego także przyglądał się co się dzieje naprzeciwko plebani.

– Kim jest ta kobieta, z tym Szwabem? – spytał nie wiadomo kogo.

– To jest Ingrid Braun. Nasi uciekający żołnierze rozstrzelali na podwórku jej ojca, bo kierował niemieckimi bojówkami, strzelającymi z wież kościoła ewangelickiego – odpowiedział piekarz Zieliński.

– Boże Przenajświętszy, Matko Boska… zawołał przerażony ksiądz – To oni przyjechali tutaj się mścić na ludziach z naszej dzielnicy za spalenie ich świątyni…

– A może chcą nas tylko nastraszyć… – wyraził wątpliwość jakiś nieznany księdzu młodzieniec.

– Niemcy nie żartują, to są prawdziwe bestie – rzuciła jakaś kobieta.

Uwagę Józi od dłuższego czasu przykuwała dziewczynka w jaskrawej kurteczce, która płakała i wyrywała się przytrzymywana przez matkę, kopała ją nóżkami i czasem też trafiała najbliżej stojącego Niemca. Matka jak mogła odciągała ją od brzegu tłumu, ale popychana od środka stale pojawiała się na brzegu falującej masy. Józia spostrzegła, że jej mąż i zarazem ojciec dziecka, znalazł się w grupie kopiącej dół. Ich praca postępowała tak szybko, że już ich prawie nie było widać. W tym momencie oficer podszedł do Niemki i pokazał jej ruchem głowy, że ma zacząć wskazywać. Ta podeszła do tłumów i wygrażając rękoma wskazywała na mężczyzn i kobiety, jednocześnie groziła im zaciśniętą w kułak pięścią, wymachiwała rękoma, wskazywała też na mężczyzn wyrzucających z dołu tumany żółtego piasku. Odłączonych postawiono w szeregu tuż obok dołu i popchnięto kolbami tłum ku innej stronie trawnika. Oficer podszedł na brzeg dołu, wyciągnął z kabury pistolet i strzelił kilka razy do kopiących. Ludzie wtedy zaczęli krzyczeć i przeraźliwie płakać, Niemcy pilnujący tłumu poruszyli się nerwowo i oddali kilka salw w powietrze. Wrzawa natychmiast przycichła. Józia, przerażona i ledwie stojąca na nogach, spostrzegła, że jej wozak próbuje wyskoczyć z dołu. Oficer jednak natychmiast zwrócił się ku niemu i strzelił mu kilka razy w głowę, dosłownie rozbijając ją na strzępy. W tym momencie z dołu próbował wyskoczyć inny mężczyzna, ale powoli zaczął osuwać się z miałkiego piasku. Próbował jeszcze uchwycić się brzegu, jakichś traw, jakichś perzów, ale ciężar ściągał go ku dołowi. Oficer podszedł ku niemu, pchnął butem jego głowę i strzelił, ale rozległ się tylko trzask iglicy. Sięgnął więc ręką do kieszeni i wyciągnął nowy magazynek, powoli, z cynicznym uśmiechem, zaczął przeładowywać broń. W tym samym czasie z tłumu wyrwała się z przeraźliwym krzykiem kobieta z dziewczynką w różowym okryciu i szarpiąc się ze stającymi jej na drodze żołnierzami, podbiegła do oficera. Jedną ręką trzymając z boku krzyczącą córkę, drugą starała się powstrzymać dłoń z pistoletem. Niemiec szarpnął się ze złością, odepchnął kobietę, ale ta jak bumerang wróciła do niego i zaczęła go szarpać, krzycząc coraz głośniej i zawodząc:

– Nie, nie…! To jest mój mąż….! Ojciec mojego dziecka….! Nie, nie… proszę pana, proszę darować… niech pan nas puści, litości… litości…!

Niemiec, nie mogąc uwolnić się od kobiety szarpnął ją mocno w kierunku dołu i ta wpadła do niego razem z dzieckiem. Rozległy się dramatyczne krzyki w tłumie, a stojąca przy szeregu Niemka zaśmiała się szyderczo. Oficer stanął na brzegu i zaczął strzelać, Oddał trzy strzały, do ojca, matki i ich córeczki. Popatrzył jeszcze nad dołem, czy nikt się nie rusza, a gdy dostrzegł, że dziecko zamyka i otwiera rączkę, podszedł z drugiej strony dołu i strzelił jej z bliskiej odległości w głowę. Ksiądz i ludzie na plebani głośno płakali, a Józia wręcz zanosiła się od szlochu, całe jej ciało drżało i zrobiło jej się zimno, jak w chorobie. Oddychała ciężko i opierała się całym ciałem o parapet, a właściwie wisiała na nim bezwładnie.

– Bóg na to patrzy – powiedział ksiądz – i przygarnie do siebie niewinnych…

– Nie ma Boga w takim świecie – powiedziała jakaś szlochająca kobieta.

– Wszędzie tylko panoszy się Szatan… – rzucił ktoś z tyłu.

Ksiądz nie odpowiedział. Józia spostrzegła przez łzy, że żołnierze prowadzili teraz nad brzeg dołu mężczyzn wskazanych przez Niemkę. Postawiono ich w szeregu, a potem kazano uklęknąć nad dołem. Naprzeciwko ich stanęło kilku żołnierzy. Na komendę oficera podnieśli karabiny i bezwolnie oddali salwę. Mężczyźni przygarbieni, zakrywający twarze rękoma, skrzywili się w spazmie bólu i spadli do dołu. Oficer stanął nad nimi w pozie rzymskiego dowódcy kohorty i krzyknął do tłumu po niemiecku:

– Taka kara spotka każdego, kto podniesie rękę na przedstawiciela narodu niemieckiego.

Podszedł bliżej plebani i stanął zaledwie o kilka metrów od okna, przy którym tkwiła Józia. Widziała go teraz dobrze. To był ten sam blondyn, to był ten oficer, którego wzrok skrzyżował się z jej oczyma w drodze do kościoła. To on jechał w czarnym mercedesie. Był wysoki, miał zapewne blisko dwa metry wzrostu, szkliście niebieskie oczy i burzę jasnych, powiewających na wietrze włosów. Patrzyła na niego z przerażeniem, z taką samą zgrozą, z jaką patrzyła kiedyś podczas wycieczki do lasu na przemykającego w trawie węża. On stanął twarzą do okna plebani i widząc w szybie swoje odbicie, zaczął układać sobie grzywkę na czole. Ksiądz uniósł krucyfiks i prawie przyłożył do szyby w miejscu, w którym prawdopodobnie odbijała się twarz Niemca.

– Do pojazdów, koniec akcji… biegiem, jazda… – krzyknął dowódca, chowając pistolet.

Ścisnął pas, zapiął kaburę, a potem powiódł wzrokiem po dygoczących tłumach i powoli skierował się ku samochodowi. Razem z nim, wsiadła ceremonialnie do niego, szwargocząca coś, Niemka. Jego żołnierze też zajmowali miejsce w ciężarówce i już po kilku minutach samochody wyjeżdżały z terenu parafii. Ludzie zaczęli zbliżać się powoli do dołu. Kobiety i mężczyźni płakali, dzieci rwały się by zobaczyć rozstrzelanych. Ksiądz otworzył drzwi od plebani, wziął stułę z serwantki i niewielki krucyfiks i też poszedł w kierunku dołu. Gdy się tam znalazł ludzie rozstąpili się i zobaczył zabitych. Młodzi mężczyźni z przestrzelonymi głowami i piersiami, kobieta leżąca w pozie straszliwego śmiertelnego skurczu i dziecko z prawie odstrzeloną główką, z jakimś krwawym strzępem, zlepionym włosami i fragmentami różowej podszewki kurtki. Nóżki w różowych rajstopach, rozrzucone na boki i rączka wczepiona w dłoń matki. Gawrony i kawki, które uciekły w popłochu na odgłos wystrzałów zlatywały teraz całymi stadami, krakały chrapliwie i przysiadały na szczytach topól. Przekręcając głowy wpatrywały się w plamy krwi i poranione ciała. Józia wyszła powoli z plebani i skierowała się ku bramie. Szła powolutku, jakby badała nogami pewność gruntu przed sobą, co chwilę zatrzymywała się i bała się że zemdleje, ale jednak podążała naprzód. Liście spadały z drzew i wirując w powietrzu lądowały przed jej nogami, przylepiały się na chwilę do łez na policzkach. Deptała je zatopiona w myślach i drżąca wolniutko sunęła dalej. Stale przed oczyma miała wysokiego wozaka i jego próbę wyrwania się z dołu, stale widziała matkę z dziewczynką w jaskrawym odzieniu. W jej uszach brzmiał wciąż rozpaczliwy krzyk dziecka, bolesne nawoływanie tłumu i salwy wystrzałów.

ALEJA KLONÓW (28)

Zamieszczony tutaj wpis jest ostatnim w ciągu prezentacji fragmentów prozy opisującej kształtowanie się wrażliwości i wyobraźni małego chłopca. Powieść pt. „Aleja Klonów” ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Temat i została skierowana do księgarń. 

Szare i granatowe chmury pędziły donikąd, a gwałtowne, zimne wiatry rozbierały klony z tunik i sukni złotawych liści. W grafice czarnych konarów, w miedziorytach gałęzi siedziały stada gawronów i spokojnie czekały, aż nad horyzontem zgasną wielkie głownie zmierzchu. Właśnie wtedy, któregoś jesiennego dnia, mój ojciec przywiózł do domu wielki karton i postawił go na stole w kuchni, robiąc dziwne miny. Wtedy mama przerwała przygotowywanie klopsów z wieprzowiny, wytarła ręce w fartuch, otworzyła usta ze zdziwieniem i zapytała:

            Coś ty tu przyniósł? Znowu jakieś gipsowe miski dla gołębi, albo nowe poidło dla nich?

            Sama zobacz, tylko uważaj… odparł tajemniczo.

Mama przelękła się nie na żarty i odrzuciła zwiędły liść klonu, który spadł na pudło po drodze. Po chwili odważnie zaczęła też rozcinać karton wielkim, ostrym knypem, służącym do kawałkowania wołowego mięsa. Po chwili otworzyła pakę, zajrzała do środka i wciąż zdumiona, odwróciła się do ojca. Ten podszedł do rozciętego opakowania, wsunął ręce i z wysiłkiem wydobył sporych rozmiarów drewniany, politurowany sześcian. Postawił go na stole i zdjął biały, płócienny worek, którym był okryty, a potem z uśmiechem popatrzył na mnie i na mamę.

            Kupiłem telewizor…– powiedział i serdecznie objął mamę ramieniem.

A skąd ty chuliganie na to miałeś pieniądze…? – spytała mama i załamując ręce dodała Pewnie znowu pożyczyłeś od kolegów…? Albo od jakichś bogatych gołębiarzy…?

            Dostałem pożyczkę z zakładów rowerowych i pomyślałem, że telewizor będzie dla was wspaniałym prezentem… odrzekł.

            – Boże drogi, a z czego my to spłacimy…? Chcesz bym urodziła drugie dziecko, a nie potrafisz utrzymać pieniędzy w kieszeni – lamentowała mama.

            – Damy jakoś radę, tym bardziej, że będę teraz woził więcej wycieczek po Polsce i zarobię na łebkach, zabieranych po drodze…. – przekomarzał się z nią tata.

Tego dnia dwie intrygujące informacje donośnie dźwięczały we mnie i powracały stale jak echo – ojciec chce by mama urodziła drugie dziecko… A jak to będzie głupia, pyskata dziewczynka? Co wtedy pocznę, gdzie się podzieję? A jak na świat przyjdzie chłopiec, to czy będzie chciał się ze mną bawić? No i to drugie zdarzenie – telewizor w naszym domu, jakieś tajemnicze urządzenie, nie wiadomo do czego służące. O ile wiadomość o tym, że mama będzie jeszcze raz w ciąży nie dawała mi spokoju, o tyle pojawienie się dziwnego sześcianu przyjąłem z wielkim zaciekawieniem i entuzjazmem. Wzrosło ono jeszcze mocniej, gdy przyszedł do nas chudy kolega taty o imieniu Jurek, zajmujący się instalacją anten i uruchamianiem nowych odbiorników.

            – Jaki model kupiłeś druhu – zapytał, wchodząc do naszego domu z ogromną skórzaną torbą, wypełnioną śrubokrętami, nakrętkami, lampami i przewodami różnej grubości. W drugiej ręce miał spory zwój płaskiej anteny, znacznie sztywniejszej od kabli okrągłych, których tyle było w naszym domu i w warsztacie szewskim dziadka.

            – Szmaragd, bracie, szmaragd… – odpowiedział ojciec i poprowadził kolegę do pokoju, gdzie telewizor znalazł już swoje miejsce na zamykanej bieliźniarce.

            – A… dobry odbiornik, dobry… – pochwalił kolega i zaraz zabrał się do pracy, przekręcając dwie gałki, umieszczone pod niewielkim ekranem i zdejmując obudowę z tyłu urządzenia.

Jeszcze tego samego dnia, po tym jak Jurek wraz z ojcem, weszli po drabinie na dach i zamontowali tam antenę, zasiedliśmy całą rodziną przed telewizorem. Przyszła babcia i dziadek Mojżesz, nie wiedzieć skąd pojawiła się prababcia Franciszka, a nawet przybiegły dwie piękne dziewczyny z podwórka, Mela i Jola. Pola Rozenfeld też się rwała do nas, ale mąż nie pozwolił jej wyjść z domu, zamknął na klucz w pokoju i nic sobie nie robił z tego, że dramatycznie płakała i co chwilę wydmuchiwała nos. Mama wzięła mnie na kolana, ojciec i babcia usiedli obok nas na kanapie, a po jakimś czasie doszła jeszcze gruba znachorka Kozłowska. Wieść o tym, że mamy telewizor lotem błyskawicy rozchodziła się po podwórkach i niemal całej Alei Klonów. Kłęby papierosowego dymu zaczęły unosić się w pokoju i mama musiała często otwierać nasze jedyne okno. Z tych pierwszych dni, kiedy to przychodzili sąsiedzi i znajomi z dalszych zakątków miasta, szczególnie zapamiętałem wizytę ciotki Zochy, nadąsanej, krzykliwej i nieustannie pytającej, skąd tata wziął tyle pieniędzy? O ile nie podobały mi się te zgromadzenia, dyskusje i nieustanne spory, o tyle telewizor stał się moim ukochanym urządzeniem. I ciągle śniły mi się sceny z filmów Walta Disneya, albo kadry z amerykańskiego Disneylandu, w którym, dzieci kręciły się w ogromnych filiżankach, zwiedzały zamki z bajecznymi wieżyczkami, albo z uciechą puszczały się w dół z wysokich, lśniących zjeżdżalni.

            Telewizor był u nas już od roku, gdy nagle przybiegł zaaferowany dziadek i wykrzyknął w drzwiach wejściowych:

             – W radiu mówią, że zabili Kennedy’ego…!!!

Nie wiedziałem o kogo chodzi, ale sądząc z reakcji ojca i mamy, musiał to być ktoś bardzo ważny, jeden z tych mężczyzn, którzy stawać mogli w jednym szeregu z generałami z jednostki wojskowej albo z towarzyszami, Gomułką, Cyrankiewiczem i Zawadzkim. Tata natychmiast przekręcił gałkę Szmaragda i po chwili na ekranie pojawiły się czarno-białe obrazy z dalekiej Ameryki. Było już bardzo późno, a listopadowa pora powodowała, że do domu przedostawało się coś z atmosfery mroku, mgieł unoszących się nad ogrodem i lodowatych powiewów wiatru. Jakiś spiker mówił podniesionym i lekko drżącym głosem:

– Stale nie możemy w to uwierzyć, ale potwierdzają się wcześniejsze doniesienia o tym, że dzisiaj w Dallas zamordowano Johna Fitzgeralda Kennedy’ego, trzydziestego piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych…

Na ekranie powtarzano wciąż jego przejazd szeroką ulicą, w ogromnej, czarnej i odkrytej limuzynie. Siedział w niej na tylnym siedzeniu, wraz żoną, która była niezwykle elegancko ubrana i miała na głowie zabawny toczek. Patrzyłem z lękiem w sercu jak przy głowie prezydenta pojawia się rodzaj podmuchu, a straszliwie przerażona piękna pani, przesuwa się na maskę i próbuje wyskoczyć z auta. Wszyscy zaczęli biegać, za kolumną samochodową ruszyli szybko stojący przy drodze policjanci, a ludzie chowali twarze w dłoniach i gorzko płakali. Zrobiło mi się bardzo żal tego Kennedy’ego, łzy zaszkliły się w moich oczach i zacząłem z uwagą przysłuchiwać się temu, co mówi dziadek, mama i tata.

            – Komuniści go zabili, bo im nadepnął na piętę – powiedział dziadek i zrobił minę, która miała wyrażać niesmak i pewność, że się nie myli.

            – Komuniści w Ameryce, co też tata mówi – odezwała się mama.

            – Kuba niedaleko i Chruszczow nigdy nie darował mu inwazji w Zatoce Świń – powiedział mój ojciec i zaciągnął się głęboko tanim papierosem Silesia.

Zatoka Świń… Jakże spodobała mi się ta nazwa i natychmiast w mojej wyobraźni pojawiły się świnie z rozciętymi brzuchami, kwiczące straszliwie i biegające na brzegu oceanu. Z rozharatanych ciał wylatywały im wnętrzności, tak jak podczas uboju, kiedy to rzeźnicy sprawnie oporządzali żywe jeszcze, zawieszone na hakach zwierzęta. Słowo zatoka kazało mi przypuszczać, że świnie są tam wolne i szczęśliwe, a nawet jak mają śmiertelne okaleczenia, to w tajemny sposób goją się one w tej przestrzeni, a flaki, wątroby i nerki same wracają na swoje miejsce.

            – Castro i ten jego partyzant Che Guevara to zrobili – perorował dziadek – Tylko oni mogli to zorganizować, tylko bolszewicy mogli się na to poważyć…

            – Tata wszędzie widzi ich spiski… – uciszała go zalękniona mama.

            – Ja myślę, że to raczej zrobiła mafia… – powiedział mój tata, by po chwili dodać – Czytałem w jednej gazecie, że Kennedy im się bardzo naraził…

             – To też możliwe…- wyrokował dziadek – Ale to komuniści mogli ich wynająć…

            – Zatrzymano już podejrzanego o to ohydne zabójstwo – mówił spiker – To pracownik składnicy księgarskiej Harvey Lee Oswald, który uciekając zastrzelił jeszcze niewinnego policjanta.

            – Zobacz jak szybko działa FBI w Ameryce – dziadek zwrócił się do ojca i odpalając od niego papierosa, dodał – Szkoda tego Kennedy’ego, dobrze mu z oczu patrzyło…

               – I taki był przystojny, taki podobny do naszego taty – powiedziała mama przytulając się do piersi męża.

Następnego dnia bawiliśmy się na podwórku w zabijanie prezydenta Stanów Zjednoczonych. Starszy Marasek ciągnął mnie w drewnianym wózku, a jego młodszy brat wybiegał z korytarza i udawał, że strzela do mnie z kawałka patyka. W jego oczach lśniła nienawiść, a mały palec wskazujący raz po raz zginał się, jakby naciskał cyngiel.

            – Już nie żyjesz Kennedy… Już po tobie… – pokrzykiwał nade mną, a ja kładłem się na wózku, jakby trafiły mnie mordercze kule zamachowca.

HRABIA MONTE CHRISTO

Aleksander Dumas 1802–1870

Pierwszy raz czytałem powieść Aleksandra Dumasa ojca pt. Hrabia Monte Christo w liceum, w wieku szesnastu lat, ale nie przebrnąłem nawet przez pierwsze dwieście stron. Przeraziła mnie objętość trzech grubych tomów i straciłem zainteresowanie dla rozmów i intryg mściwego hrabiego, ciągnących się w nieskończoność. Potem sięgnąłem po ten utwór na studiach i raz jeszcze odrzuciłem, bodajże po przeczytaniu pierwszego tomu. Przeżywałem wtedy rozstanie z moją wielką, młodzieńczą miłością i jakoś nie mogłem się skupić, gubiłem wątki, wracałem stale do przeczytanych już fragmentów, aż w końcu uznałem, że lepiej będzie jak z dziełem francuskiego prozaika pożegnam się na jakiś czas. Miały na to wpływ też adaptacje filmowe, a szczególnie włosko brytyjska produkcja, z 1975 roku, w której główną rolę zagrał słynny aktor amerykański Richard Chamberlain. Po obejrzeniu filmu wszystko stało się dla mnie jasne, wiedziałem, że Dantes zemści się na De Villeforcie, Danglarsie i pomoże ludziom wspaniałym, takim jak jego dawny pracodawca Morrell. W styczniu tego roku – w ciągu moich ostatecznych spotkań z dawnymi lekturami – zadałem sobie trud i po raz trzeci zmierzyłem się z powieścią Dumasa, choć przyznać muszę, że po przeczytaniu pierwszego tomu, zacząłem pomijać rozmowy z części następnych, zerkając tylko na ich fragmenty, pozwalające zorientować się jak rozwinie się akcja. To jest historia marynarza Edmunda Dantesa z Marsylii, który na skutek fałszywego donosu, zostaje skazany na dożywotnie więzienie w mrocznym zamku If. W lochu poznaje księdza Farię, który uczy go i opowiada mu o skarbie ukrytym na śródziemnomorskiej wysepce Monte Christo. Po śmierci księdza, Dantes wchodzi do worka przeznaczonego dla ciała duchownego, zostaje wrzucony do morza i w ten sposób udaje mu się uciec z więzienia, a potem odnaleźć bajeczny skarb. Jedzie wówczas do Paryża, jako hrabia Monte Christo, gdzie zyskuje na znaczeniu i sukcesywnie dokonuje zemsty na sprawcach jego uwięzienia oraz wieloletniej mordęgi w mrocznych lochach zamkowych. Ów główny wątek zemsty nie spodobał się Kościołowi Rzymskokatolickiemu i powieść Dumasa znalazła się na indeksie ksiąg zakazanych, co tylko świadczy o głupocie dziewiętnastowiecznych czytelników w czarnych i karmazynowych sutannach. Przecież w utworze tym jest też wiele wątków, w których widzimy, że zwycięża dobro, a hrabia nie stroni od działań altruistycznych i dobroczynności w iście królewskim stylu. Starczy przypomnieć jak potraktował pana Morrella i jego rodzinę, prawdziwie ratując im życie i programując dalsze losy w szczęściu i miłości.

Obecna lektura tej powieści naznaczona była moimi doświadczeniami życiowymi i spowodowała ciąg refleksji sięgających głęboko do środowisk, w których tkwiłem przez lata, a więc przede wszystkim artystyczno-literackich i naukowych (filologicznych). Przecież zasmakowałem zmowy, którą nakręcały dwie prawdziwe kanalie ludzkie, nie liczące się z moimi osiągnięciami, skalą rozpowszechniania prac, osobami recenzentów, licznymi cytacjami itd. A mógłbym tu jeszcze dorzucić trzecią zawistną kanalię ze środowiska literackiego, działającą równie zjadliwie, niszczącą mój prawdziwy obraz, nieustannie plotkującą i rozsyłającą materiały, które miały mnie kompromitować. Czytając powieść Dumasa rozmyślałem nad barierami etycznymi, które pojawiają się na różnych poziomach naszej egzystencji i cofałem się do wieku młodzieńczego, kiedy to byłem naczelnikiem sporej bandy silnych, znakomicie zbudowanych i gotowych na wszystko chłopaków. Świat wtedy był prostszy, jak ktoś podskakiwał, to dostawał łomot i wracał do szeregu odmieniony, a nawet w tajemny sposób zafascynowany silniejszymi druhami. Nie było mowy o zdradach, zakulisowych intrygach, kłamstwach, w ich miejsce pojawiało się braterstwo, szczególnie widoczne w sytuacjach zagrożenia. Potrafiliśmy wtedy walczyć z chłopcami z innej dzielnicy, bywaliśmy też sprawiedliwi i wielkoduszni dla pokonanych wrogów. Liczne lektury, zainteresowania zoologiczne i geograficzne, godziny spędzone nad mapami świata i jego ciekawość, odmieniły mnie całkowicie i znalazłem się na studiach polonistycznych, a potem zacząłem publikować recenzje, szkice, kolejne książki, zdobywać nagrody literackie i wkraczać do jakże innych środowisk. Szybko zauważyłem, że obowiązują w nich odmienne, chore prawa, a moja tężyzna fizyczna i muskulatura może być tylko obiektem zainteresowań seksualnych różnorakich ważnych decydentów. Nigdy nie interesowały mnie tego rodzaju układy, nie pociągały mnie też stare, roztyte kobiety z tytułami naukowymi, obiecujące mi zrobienie szybkiej kariery. Po hallach uczelni przemykałem ze zjawiskowo pięknymi dziewczynami, więc w naturalny sposób stawałem się celem dla naukowych łowców w spodniach i spódnicach. Jakże to był dziwaczny świat i ile razy świerzbiły mnie ręce by rzucić się na jakiegoś głupio-mądrego chudzielca albo zarozumiałą znawczynię literackich duperel, chwycić za gardło tykowatego pajaca, który wykorzystywał swoją pozycję pupilka homoseksualisty z Warszawy, nabierał go, że jest biseksualny, a potem zagarniał studentki i pracowniczki naukowe do swojego brudnego haremu. Opisał to znakomicie w powieści pt. Wstyd, zmarły w zeszłym roku Krzysztof Derdowski, choć może za mało udzielił wywiadów i tylko w kuluarowych rozmowach wskazywał pierwowzór swojego prozatorskiego „bohatera”.

Zamek i więzienie If

Powieść pt. Hrabia Monte Christo pełna jest dłużyzn i nudnych konwersacji, z lubością rozciąganych przez Dumasa, co zapewne spowodowane było tym, że tekst początkowo ukazywał się w odcinkach, w jednej z gazet i przynosił wymierny zysk wierszówkowy. Moja ostatnia już lektura tego dzieła dała mi jednak sporą radość refleksyjną, bo zapoznając się jeszcze raz z technikami i sposobami zemsty Dantesa, co i rusz widziałem siebie w starciu z moimi wrogami. Z największymi kanaliami w moim życiu jeszcze nie skończyłem starcia i pojawią się konkretne działania natury prawnej, dziennikarskiej i pisarskiej, ale przecież o ile łatwiej byłoby np. zaczaić się na takiego paralityka, oprać mu mordę lub – ha, ha, ha… – połamać giry, albo jeszcze lepiej – łapy, żeby nie mógł przez jakiś czas mącić przy klawiaturze i w Internecie. Dantes nie miał skrupułów i dysponował niewyobrażalną fortuną, więc mógł spokojnie planować zemstę, nie wahając się w sytuacji, gdy w grę wchodziło ludzkie życie. Czy mógłbym zabić któregoś z tych pajaców – zastanawiałem się podczas lektury – i przed oczyma wyobraźni widziałem siebie z karabinkiem wyposażonym w lunetę optyczną, czekającego na dachu jednego z bloków na tykę wracającą do domu, z uczelni albo od kochanki. Czy mógłbym zmasakrować kolesia, który zrzucał mi na głowę różnorakich pomyleńców, opisywał jako tępego mięśniaka i czuł się bezkarny, by po latach podpisywać się jako Pokutujący Łotr i objawiać mesjanistyczne prawdy, niczym Mickiewicz w Paryżu? Oczyma wyobraźni ujrzałem jak to ja-Dantes wpadam do jego gabinetu z japońską kataną i bez litości ścinam mu łeb… Albo ostatnia sytuacja, kiedy parę dni temu zobaczyłem na moście trzecią kanalię, zerkającą na mnie z głupkowatym uśmiechem, wyjątkowo zjadliwą i trudniącą się od lat oczernianiem mnie, gdzie tylko się da. Niewiele by mnie to kosztowało wysiłku, gdybym doskoczył do fircyka, szarpnął go za frak, uniósł w górę i z rozmachem cisnął do Brdy. Ta myśl przemknęła przez moją głowę, gdy zerknąłem na niego i oczyma wyobraźni zobaczyłem, jak machając rękoma i nogami, leci z wrzaskiem do lodowatej toni. Natychmiast pojawiła się jednak refleksja natury etycznej: nie wolno ci… nie możesz… dla takiej kanalii nie warto niszczyć tego, co zrobiłeś i co jeszcze zrobisz… Tak, zapewne tylko etyka i wewnętrzne przekonanie o wyższości dobra nad złem, powstrzymuje nas przed takimi czynami, jakich dokonał hrabia Monte Christo – tylko wewnętrzny imperatyw moralny nie pozwala nam rozprawić się krwawo z tymi, którzy działając w mroku, intrygując w cieniu, czują się tam bezkarni. Ale przecież historia Dantesa uczy, że żaden niszczyciel, kłamca i potwarca, nie może czuć się bezpieczny, tym bardziej, że natura ludzka jest zmienna i osoba kierująca się etyką, tak dobra jak Dantes, gdy zaręczał się z piękną Mercedes, może przemienić się w mściciela Monte Christo.

Wyspa Monte Christo

Jak powszechnie wiadomo, prochy Aleksandra Dumasa ostatecznie złożono w paryskim panteonie, obok szczątków Woltera, Jana Jakuba Rousseau, Wiktora Hugo, Emila Zoli, Antoine’a de Saint-Exupéry’ego czy też małżeństwa Curie. Zapewne wzięto tutaj pod uwagę skalę dorobku pisarskiego autora Trzech muszkieterów, Damy kameliowej i Królowej Margot, bo przecież powieść Hrabia Monte Christo dokumentuje rozwlekłość stylu, przesadne rozbudowanie dialogów i anachroniczność pomysłów pisarskich tego twórcy. Podziwiać wszakże należy odwagę kreacyjną i zmysł narracyjny Dumasa, tym bardziej, iż stworzył on katalog żywych postaci, długo promieniujących na kulturę Francji, Europy i świata. Mściciel Dantes, w czasach napoleońskich i w latach po sławetnych stu dniach Bonapartego, musiał być kimś z marzeń i znacząco oddziaływać na wyobraźnię ludzi uwikłanych w nieustające kłopoty bankowe, rodowe i polityczne. Jeśli podczas lektury w drugim dziesięcioleciu XXI wieku historia tajemniczego hrabiego może jeszcze zaciekawić i rodzić refleksje natury etycznej, rozpalać wyobraźnię i generować żywe obrazy, to jednak udało się francuskiemu pisarzowi stworzyć dzieło istotne. Warstwa wizualna jest może tutaj najwyższym osiągnięciem, szczególnie dzisiaj, gdy w Internecie łatwo znajdziemy fotografie zamku If, wyspy Monte Christo, nabrzeży Marsylii i ulic Paryża, po których jeździły powozy człowieka realizującego konsekwentnie plan diabolicznej zemsty. W dzisiejszym świecie często pojawia się ona w różnych formach, czy to w sytuacjach patologicznych, kryminalnych, w sporach rodzinnych albo społecznych. Starczy przywołać konflikt na Bliskim Wschodzie, kiedy to myśliwce izraelskie niszczą domy palestyńskie, w których wychowali się i żyli ci, którzy dokonali samobójczych zamachów, zaatakowali żołnierzy albo niewinnych obywateli. Kościół z lubością przypomina słowa Jezusa o nadstawianiu drugiego policzka, gdy ktoś zostanie uderzony, zraniony, dotknięty niesprawiedliwością, ale przecież w historii chrześcijaństwa wiele jest sytuacji i zdarzeń, w których nienawiść i zemsta stały się motorem działania różnorakich władców i sprzysiężeń. Starczy przywołać tylko wyprawy krzyżowe, palenie „czarownic” na stosach albo trwające wiele lat wojny religijne i próby zawłaszczenia jakiegoś terytorium. Trudno zapomnieć o Świętej Inkwizycji, rycerskich zakonach misyjnych czy też o mordowaniu Indian w Amerykach, o zabijaniu z krzyżem w ręku Murzynów w Afryce i Aborygenów w Australii. Potępiając plan zemsty Edmunda Dantesa i jego realizację w czasach świetności hrabiego Monte Christo, pamiętajmy o licznych uwarunkowaniach i kontekstach kulturowych i nie zapominajmy o tym, że jego serce całkowicie nie stwardniało na kamień. A choć natura ludzka ma swoje tajemnice i przemiany, niewiniątko może stać się demonem, a kanalia Pokutującym Łotrem, to jednak ci, którzy krzywdzą innych, powinni uważnie przyglądać się temu, co dzieje się za ich plecami.

ALEJA KLONÓW (27)

W lutym wszędzie rosiła się żałobna szarość, osiadająca na dachach i łysych gałęziach klonów, smutek czający się w bramach i na chodnikach, rozpacz powiewająca w przestrzeni jak wielka czarna flaga. Często wtedy zachodziłem do pani Fijałkowskiej, która kupowała ciastka bezowe „japonki” i częstowała mnie nimi z radością. Miała na wychowaniu Zosię, dziewczynę brzydką, ale bardzo dobrą, pomocną w domu, sprzątającą, piorącą brudne ubrania i gotującą obiady. Jej przybrana matka była gruba, miała trudności z poruszaniem się i wykonywaniem najprostszych czynności. W takiej sytuacji dziewczyna z domu dziecka była skarbem i za swoje oddanie otrzymywała ciągle jakieś prezenty, modne czółenka na szpilkach, spódniczki, sweterki i bluzki, a nawet koronkowe halki i bieliznę. Brała czasem pod ramię swoją dobrodziejkę i podprowadzała ją do sklepu spożywczego, do fryzjera albo do rzeźnika. Wyglądały wtedy groteskowo, jakby wyszły wprost z zaświatów, jakby stworzył je złośliwy demiurg albo dawno zapomniany bóg. Zosia często śmiała się i w mig odgadywała, co jest potrzebne w domu, co trzeba zrobić i co kupić. Pewnego razu zapragnęła pójść na zabawę do wojskowej kantyny i pani Fijałkowska kupiła jej na tę okazję wspaniała suknię, pożyczyła złote buty i małą torebkę z dawnych czasów. Miała już siedemnaście lat i czas najwyższy by zaczęła wychodzić do świata, a może nawet by znalazła sobie jakiegoś mężczyznę… Dopiero jak Zosia zniknęła za drzwiami, opiekunka poczuła w sercu pustkę, usiadła na fotelu i głęboko się zamyśliła. Przypomniał się jej dzień, gdy pojechała do sierocińca i jedna z piastunek powiedziała jej, że najbrzydsza jest Zosia i jej chyba nikt nigdy nie adoptuje. Spojrzała na to wychudzone, dziwnie ukształtowane dziecko i błyskawicznie podjęła decyzję… Wzięła ją do swojego domu i obdarzyła miłością, jakiej dotąd nie zaznała, załatwiła operacje w szpitalu, wyprostowała biodra, usunęła narośle z głowy, pojawił się aparat na zębach i okulary na nosie.

Teraz, już w innym czasie, Zosia po raz pierwszy sama wyszła z domu i zaraz poczuła jak serce podeszło jej do gardła. Wyprostowała się i stawiając komicznie kroki próbowała naśladować Polę Rozenfeld, którą czasami widziała jak przemyka przed bramą albo jedzie z wojskowym kochankiem w kosztownym, odkrytym aucie, lśniącym niklem i lakierem. Jeszcze kilkaset metrów, jeszcze trzy chodniki i znajdzie się naprzeciw głównej bramy do koszar, skręci w lewo i skieruje się ku kantynie, gdzie zabawi się do rana. Nie mogła się doczekać, czuła w sercu euforię, ale wiedziała, że musi iść prosto i uważnie stawiać nogi, imitować wielką damę. Pamiętała o przestrogach pani Fijałkowskiej, wiedziała, że musi być czujna, ale też coś pchało ją do przodu, coś dodawało animuszu, było obietnicą jakichś wspaniałych doznań. Przestąpiła drzwi sali balowej, pięknie udekorowanej i lśniącej czystością i natychmiast oszołomiła ją głośna muzyka. Stanęła nieopodal wielkiego okna, zasłoniętego kotarą i patrzyła szeroko otwartymi oczyma na bawiące się pary. Nie zauważyła ironicznych uśmieszków innych kobiet, wpatrywała się w pięknie poruszających się oficerów w paradnych mundurach i żołnierzy niższych rang. Nagle jeden z nich stanął przed nią i ze śmiechem poprosił ją do tańca, podał dłoń i poprowadził ku środkowi sali. Jakaś salwa śmiechu buchnęła obok, ale Zosia niczego nie czuła, niczego nie widziała, zdawało się jej, że znalazła się w niebie. Kapitan, który ją zaprosił tańczył z nią przyciskał jej młode ciało do siebie, dyszał i mówił coś szeptem. Potem pociągnął ją do stołu i nalewał kolejne kieliszki wódki, wina, stawiał przed nią kufle z piwem. Nigdy dotąd nie piła alkoholu, więc szybko świadomość zaczęła ją opuszczać, aż napłynęła gęsta ciemność i tępy ból rozprzestrzenił się w jej ciele. Po jakimś czasie wszystko zawirowało, wielkie wynaturzone twarze pojawiły się nad nią, zakręcił się gwałtownie wir barw, dziwnych kształtów, dźwięków i zapachów, aż nagle i bezpowrotnie wszystko zgasło.

Budziła się z odrętwienia, poczuła zimno i rozdzierający ból między nogami. Z trudem otworzyła oczy i zobaczyła, że leży przy płocie koszar, w krzakach, a na jej ciele pozostały tylko strzępy nowej sukni. Cała była w ranach i sińcach, na jednej nodze miała złoty but, a drugi leżał o kilka metrów dalej.  Chciała krzyczeć, ale nie miała siły, chciała wstać, ale ciało odmawiało posłuszeństwa. Wreszcie uniosła się na łokciu, a potem wstała bardzo powoli i kuśtykając ruszyła w kierunku domu. Była oblepiona krwią i umazana zielonym sokiem traw, jakby ktoś ciągnął jej ciało po ziemi i przerzucał z boku na bok. Wreszcie dotarła do drzwi niewielkiej oficyny, a gdy je przestąpiła zobaczyła swoją opiekunkę, siedzącą przy stole i modlącą się z różańcem na rękach. Kiedy ją spostrzegła zapłakała i niezdarnie ruszyła ku niej, przycisnąwszy ją mocno do piersi, szlochając jak dziecko. Zosia nie wiedziała co się stało, bo straciła świadomość, upojona alkoholem, nie mogła też złożyć skargi na kogokolwiek. Dwa razy przychodził do nich jakiś wysoki oficer, spisywał zeznania, wypytywał o szczegóły, ale szybko ukręcono łeb sprawie, bo gwałciciel był w Partii. Rozpacz po raz pierwszy wtargnęła w życie Zosi, a po miesiącu, gdy umarła Fijałkowska pojawił się dziwny, niematerialny lęk. Na szczęście dobrzy ludzie jej pomogli, dali pracę sprzątaczki w magazynie, a potem otoczyli ją czułością, gdy jej brzuch zaczął się powiększać i po dziewięciu miesiącach urodziła zdrowego, ładnego chłopca. Dała mu na imię Romek i znowu w jej niewielkim mieszkaniu pojawiła się radość, szczęście że ma kogoś tak bliskiego i tak ją kochającego. Ubierała go czyściutko i starannie, chodziła z nim na lekcje religii i odprowadzała do szkoły, karmiła jak mogła najlepiej, a czasem kupowała nawet cukierki i suszone owoce. Podjęła pracę sprzątaczki w zakładach odzieżowych i powoli wszystko w jej życiu zaczęło wracać do normy… Romek był w czwartej klasie i miał dziesięć lat, gdy w pobliskiej szkole podstawowej, na ulicy Kcyńskiej, przewróciły się na niego stalowe drzwi i zabiły go na miejscu.

Na pogrzebie było wielu uczniów, nauczycieli, przyszli też ludzie z Alei Klonów, jacyś panowie w szarych prochowcach i nie wiedzieć kto załatwił orkiestrę wojskową. Ceremonię prowadził grubawy ksiądz Gołębiewski z parafii Świętej Trójcy, pojawili się też ministranci i kilku grabarzy, którzy wykopali dół, ustawili na nim deski, a potem linami spuszczali białą trumnę Romka do grobu. Zosia ubrała się żałobnie, na głowę założyła niewielki toczek, z którego na twarz spływała czarna woalka, pożyczyła od kogoś czarne buty i ruszyła na cmentarz. W lodowatej kaplicy, przy otwartej trumnie płakała cały czas i nie mogła pogodzić się z tym, że jej syn jest już martwy i jakby zdeformowany przez uderzenie wielkich wrót. Gdy harcerze dźwignęli Romka i spuszczano trumnę do piachu i orkiestra wojskowa zaczęła grać marsz żałobny Chopina, chciała wskoczyć do grobu, ale grabarze powstrzymali ją i po godzinie odprowadzili do bramy cmentarza. Gdy zgwałcił ją pijany kapitan wojska polskiego myślała, że już nic gorszego nie przydarzy się w jej życiu, a jednak teraz poczuła się nikomu niepotrzebna, jakby nieżywa, jakby trwająca w dziwnym letargu. Usiadła w ciemnościach w domu i miała wrażenie, że ktoś wpatruje się w nią uparcie i kpi z jej tragedii za zasłoną mroku. Zaczęła pić i szybko w jej domu pojawił się krępy zbieracz złomu, którego na Alei Klonów nazywano po prostu Łysek. Zaczęła chodzić z nim, pchać ogromny wózek na dwóch kołach i zbierać żelastwo z ulicy Gołębiej, Orlej, Kcyńskiej, Strzeleckiej, Kruczej i Jaskółczej. Ludzie szybko zapomnieli jej imię i mówili o niej używając tylko nazwiska – Pięta, choć wielu myślało, że to był jej przydomek. Łysek czasami bił ją po pijanemu, rzucał się na nią z nogą od krzesła, więc straciła zęby, miała zdeformowany nos i powybijane palce. W końcu znaleziono ją martwą tuż przy plocie jednostki wojskowej i pochowano w grobie Romka, po którym już niewiele w ziemi zostało. Jaskółki i jeżyki latały nad grobem, piszczały przeciągle i czasem można było mieć wrażenie, że śmieją się z tego świata.

ALEJA KLONÓW (26)

Gaba była kiedyś wiotką, energiczną dziewczyną, pracującą w fabryce kabli, ale z wiekiem znacznie przytyła, jej twarz stała się pucułowata, nos powiększył się, nogi i ręce pogrubiały, cera nabrała niezdrowego koloru. Sama bała się swojego wyglądu i próbowała ratować sytuację przez farbowanie włosów na rudy kolor, używanie jaskrawych szminek i ciemnego pudru. Niestety, najgorsze dopiero miało nadejść, a zapowiedzią strasznych chwil była pierwsza brodawka, która wyszła jej na czubku nosa. Przebijała ją igłą, nacinała żyletką, poszła do lekarza, który próbował koagulować, ale obce ciało wciąż odrastało, a po jakimś czasie brodawki zaczęły pojawiać się też na brodzie, policzkach i szyi. Gaba była zrozpaczona, tym bardziej, że następnego dnia znalazła kilka nowych ognisk, podejrzanie wyglądających wybrzuszeń na nogach, rękach, a nawet na pośladkach i łonie. Jakaś kobieta w sklepie poradziła jej, by poszła do kościoła i poprosiła księdza o odprawienie egzorcyzmów, bo to na pewno działanie jakieś siły nieczystej, jakiegoś złego ducha, który wszedł w nią i pragnie ją zniszczyć. Wtedy przypomniała sobie, że jak poszła do łóżka z siwym, niskim wozakiem, zauważyła, że ma on czarną brodawkę na udzie. Początkowo myślała, że to brud, plama zostawiona przez węgiel, który woził rozpadającym się wozem, ale gdy w uniesieniu miłosnym zbliżyła usta, przekonała się, że jest to brodawka. Na białej skórze wyglądała jak martwy, spłaszczony chrząszcz, który przywarł do nogi. Nie wiedzieć dlaczego zaczęła ją całować, bo przypominał też niewielki sutek męskiej piersi. Wtedy po raz pierwszy pojawiła się w jej myślach gęsta ciemność, w której utonęła, straszliwa maź, przygniatająca ją i wnikająca w pory skóry. Przyglądając się swoim nowym brodawkom, nabrała pewności, że zaraziła się nimi od tego dziwnego kochanka, a gdy jeszcze ktoś powiedział jej, że jej partner zniknął, nie wiedzieć gdzie i kiedy, była nieomal pewna, że obcowała ze złym duchem.

Każdego dnia odkrywała nowe wyrostki i z czasem było już ich tak wiele, że każdy nowy świt witała z trwogą i bała się podejść do lustra. Nic nie dały wizyty u lekarzy i znachorów, odczynianie uroków przez starą Kozłowską, a nawet – w końcu wyproszony – egzorcyzm w kościele na obrzeżach miasta. Dwa ogromne guzy pojawiły się w okolicy prawego oka i lewej górnej wargi, a gdy zaczęły się rozrastać, zdeformowały gałkę oczną i cały paliczek. Ludzie zaczęli odwracać się od niej, uciekać z kolejek sklepowych, w których się ustawiała, a co niektórzy spluwali na jej widok i wycofywali się czym prędzej. Po roku nie było miejsca na jej ciele bez brodawek, a najgorzej drażniły ją te, które pojawiały się w pochwie, w okolicach odbytu, na piersiach, plecach i między palcami rąk i nóg, a nawet pod stopami. Jeszcze próbowała walczyć, jeszcze wychodziła z domu i kierowała się do sklepu, piekarni, albo na plac miejski, gdzie ustawiały się wiejskie furmanki z ziemniakami i warzywami, z klatkami z drobiem, królikami, a czasem nawet z prosiakami. Podejmowała próby, starała się rozmawiać z ludźmi, ale najczęściej odwracano się od niej, czyniąc znak krzyża albo bezceremonialnie plując na boki. Zaczęła wyglądać jak zezowaty demon, cały w tłuszczakach, z wykrzywioną twarzą i dziwnie powykręcanymi rękoma. Coraz częściej pojawiał się też ból i maź ciemności gasiła jej świadomość, a tylko sen dawał ukojenie i przywracał wspomnienia przeszłych dni. Któregoś ranka stłukła wszystkie lustra w mieszkaniu, a na szyby nakleiła gazety, nawet blaty stołów i szafek pokryła papierem pakowym, by jej obicia nie pojawiały się na nich. Ale  prawdziwie załamała się, gdy z Niemiec przyjechał do niej jej dawny kochanek. Ponad rok temu pojechał do pracy na roli, a stęskniwszy się za nią, bezskutecznie czekając na listy, zawitał z powrotem na Aleję Klonów, przeszedł długi, mroczny korytarz i zapukał do drzwi. Gaba otworzyła je dopiero po kilku minutach i po ponawianych uderzeniach palców w drewno. Nagle w czarnym mroku pojawiło się jaskrawe światło zza uchylonych drzwi, a w futrynie stanęła dziewczyna, prawie naga, ledwie okryta jakąś brudną szmatą. W pierwszej chwili myślał, że zobaczył demona i krzyknął z przestrachem, ale gdy wzrok przyzwyczaił się do światła, zrozumiał, że stoi przed nim zdeformowana, łkająca cicho, dawna kochanka. Nie wiedząc co ma zrobić, odwrócił się szybko na pięcie i uciekł ku ulicy, nie zważając na bełkotliwe nawoływanie Gaby.

Od tamtego dnia przestała się myć, czesać resztki włosów, pośród których pełno było czarnych i cielistych wyrostków. Siedziała godzinami na kanapie i patrzyła przed siebie niewidzącymi oczyma, prawie nic nie jadła, a piła tylko czasem wodę z kranu, żuła kawałki suchego chleba albo brukwi lub czarnej rzepy. Postanowiła zabić się w Wielki Piątek, ale wcześniej chciała spotkać się z diabłem i zapytać go, dlaczego właśnie ją tak straszliwie naznaczył? Wołała go wciąż bezgłośnie, modliła się do niego i któregoś marcowego wieczoru została wreszcie wysłuchana. Długo wpatrywała się w ciemność, aż nagle pojawiły się jaskrawe kolory – biel i błękit, czerwień i żółcień, a wszystko mieszające i rozmywające się w dali. Nagle barwy zaczęły kształtować się w uskrzydlone postaci, tłumy Żydów w jarmułkach i chałatach, pojawiły się jakieś drabiniaste wozy, pełne obrzydliwych tworów, jakby wielkich, ruchomych, nieustannie drgających brodawek. Wszystko snujące się w górze i stale rozciągane przez niewidzialną siłę. Gdzieś już widziała te postaci, ktoś pokazywał jej kiedyś obrazy, które przypominały to, co teraz widziała.

 – Tak… – szepnęła w ciemności, gdy przypomniała sobie chwile z przeszłości.

 Jej kuzynka Zosia, która miała artystyczną duszę, pokazała jej kiedyś album reprodukcji Marca Chagalla i powiedziała, że jego dzieła są świadectwem wielkiej walki sił dobra i zła. Teraz anioły i demony snuły się nad nią, pulsowały tajemniczo w dali. Przeraziły ją te nad-wyraziste obrazy, ciała wydłużające się i nagle wracające do niewielkich wymiarów, potrafiące rozsmużyć się po całym niebie. Drżała z przerażenia, ale nie umiała wygasić kolejnych wizji.

Napływającą czerń przywitała z poczuciem ulgi, ale zaraz też pożałowała tego, bo wyłoniła się z niej wielka, czerwona paszcza z ostrym dziobem, ni to człowiek, ni lampart, ni kruk, i zaczęła przemawiać do niej:

– Jesteś już gotowa Gabrielo, więc przybyłem by się z tobą kochać i począć tego, który zniszczy ten parszywy świat –szeptał diabeł, sycząc przy tym jak żmija.

         

Zwinęła się w kłębek na tapczanie, zamknęła oczy i zaczęła płakać bezgłośnie, czując jak łzy spływają jej po zdeformowanej twarzy. Nagle jakaś niewidzialna siła pchnęła ją z impetem na plecy i zaczęła rozchylać pełne wyrostków nogi. Poczuła straszliwy smród, jakby jakieś ogromne zwierzę zbliżyło pysk i ziało nad nią zapachem powolnego rozkładu. Twardy pazur wbił się w jej łono, a potem wsunął się w nie sopel lodu i zaczął poruszać się rytmicznie.

– Taka  jesteś piękna i tak wspaniałego urodzisz mi syna… – usłyszała szept nad sobą i wrzasnęła przerażona.

– Widzę, że ci dobrze kochanie… – syk pojawił się znowu w ciemności.

Jeszcze usłyszała wycie wilków i dalekie szczekanie psów, jeszcze gdzieś w górze zarżał koń, odezwał się kruk, a potem wszystko ucichło i utonęło w gęstej czerni. Zasnęła w jednej chwili i przespała trzy dni i noce. Po przebudzeniu, czując, że na jej ciele pojawiło się wiele nowych brodawek, a we wnętrzu brzucha narastać zaczął czarny guz, podeszła do okna, wdrapała się na parapet, zamknęła oczy i bezwolnie osunęła się w dół.

               – Nie pozwolę mu się urodzić…– przemknęła jej przez głowę ostatnia myśl.

Nie poczuła uderzenia, wyzionęła ducha natychmiast i tylko krew wylewająca się z pękniętej czaszki, jaskrawo czerwona i parująca, spływała z oszronionego chodnika ku kanałowi ściekowemu. I tylko nad horyzontem rozmywały się pastelowe barwy, snuły się w dal oprawione w światło biele, czerwienie i błękity, złota, fiolety i jaskrawe żółcienie. A wielkie stada kruków, gawronów i kawek odlatywały w milczeniu w rozżarzoną czeluść zmierzchu. Tylko jeden czarny punkt trwał nieruchomo w górze, niedaleko Alei Klonów, ale i on po chwili zniknął w mroku napływającym ze wschodu i – niby czarny całun – okrywającym świat i zwłoki kobiety, leżące na chodniku.

ALEJA KLONÓW (25)

Nie wiem kiedy to było, może w lipcu, sierpniu, albo może we wrześniu. Chyba w październiku, bo na chodnikach była już gruba warstwa żółtych liści, które wiatr podrywał raz po raz w górę, kręcił nimi i ciskał to tu, to tam. Wtedy właśnie przybiegł do mnie zaaferowany młodszy Marasek, przez chwilę sapał, ział jak mój pies Murzyn, rozglądając się na boki i nie mogąc wydusić słowa z ust, aż w końcu powiedział:

– Na naszym podwórku jest cielaczek…

– Jak to…? – spytałem zdziwiony.

– Przywiózł go wozem drabiniastym  jakiś gruby pan w czarnym kapeluszu i filcowych butach – powiedział i zaczął płakać.

– Czemu ryczysz – spytałem

– Bo on jest taki kochany… – pociągał nosem, chlipał i uderzał rytmicznie lewą stopą o ziemię.

– To fajnie… powiem mamie, że idę na wasze podwórko… odrzekłem i odwróciłem się na pięcie.

Po kilku minutach przeszedłem mroczny korytarz i znalazłem się na dużym podwórzu, które tyle razy podglądałem przez dziurę w murze z czerwonych cegieł. W pierwszej chwili niczego nie zauważyłem, ale gdy ruszyłem do przodu, spostrzegłem, że przy szopie masarni stoi trójka dzieci – bracia Maraskowie i jeszcze jakiś chłopiec, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Podążyłem do nich i dopiero, gdy doszedłem, spostrzegłem cielaka, przywiązanego grubym sznurem do niewielkiego drzewka, rosnącego przy skraju budynku. Stał twardo na rozszerzonych nogach i raz po raz próbował skubać trawę, wyrastającą spomiędzy potłuczonych płytek chodnikowych. Stanąłem przy nim i zaraz zaczął mnie lizać ciepłym językiem po czole i nosie. Bardzo mnie to rozbawiło, odsunąłem się trochę i zacząłem głaskać biało-czarną sierść na łbie, a potem ośmielony objąłem go i poczułem bijące od niego ciepło. Nie szarpał się, stał grzecznie i tylko lekko ocierał się o mnie przednimi nogami i tułowiem. Maraskowie i chłopiec roześmiali się i też zaczęli głaskać cielaka, to po karku, to po grzbiecie, po bokach i nawet po ogonie. Wziąłem w dłonie jego małe uszy i trzymałem je z uśmiechem, z poczuciem, że mam do czynienia z czymś niewyobrażalnie pięknym. Nagle okno kamienicy się otworzyło i matka Marasków zawołała ich na obiad, więc nie ociągając się odwrócili się ode mnie i ruszyli biegiem do klatki schodowej. Za chwilę słychać było jak tupią nogami po drewnianych schodach i wchodzą przez wielkie drzwi do domu. Nieznany chłopiec zrobił jakąś tajemniczą minę, ręką puknął lekko zwierzę w kark, nie powiedział ani słowa i także pobiegł gdzieś przez czarny korytarz. Zostałem sam na sam z cielęciem, słysząc jakieś metaliczne zgrzytanie za drzwiami masarni.

– Jesteś piękny… – wyszeptałem – Ale co tu robisz biedaku…?

Myślałem, że mówię sam do siebie, ale nagle, w tajemny sposób usłyszałem jego odpowiedź w dziwnym języku gestów. Kiwał głową, a ja rozumiałem co znaczą te ruchy.

– Gospodarz przywiózł mnie tutaj na wozie…

– Ale po co… – nie chciałem dopuścić do siebie myśli, że stanie się z nim to samo, co z innymi zwierzętami, taszczonymi wiele razy przez podwórze.

– Nie wiem… – powiedział bezgłośnie –  Nie wiem… – powtórzyło echo w niebie.

Coś zapiszczało radośnie nad moją głową, więc spojrzałem w górę i zobaczyłem goniące się jerzyki. Jakby ślizgały się z wielkiej rynny błękitu, jakby wycinały w ogromnych arkuszach ciszy zdobne wycinanki. Nagle zaczął wiać silniejszy wiatr i włoski sierści na uszach cielaka zaczęły poruszać się nieregularnie, w różne strony. Jeszcze raz pogłaskałem go czule po głowie i spostrzegłem, że jego oczy są bardzo żałosne. Usłyszałem znowu, jak wyraźnie mówi:

– Wiatr się śmieje… śmieje się cały czas… wiatr się śmieje z całych sił…

Nie wiedziałem o co mu chodzi, ale zrobiło mi się bardzo, bardzo smutno, jakby zdradził mi straszną tajemnicę.

– Nie martw się cielaczku… – odezwałem się wpatrując się cały czas w czarne ślepia, w których refleksy światła i kształty jerzyków na niebie, wirowały w szalonym tańcu.

Przez chwilę poczułem się dziwnie, jakbym nagle zaczął spadać w przepaść, razem z tumanami liści, ze stadami świstających w powietrzu jaskółek i aniołów. Światła przygasły i otworzył się eter dawno zgubionych dźwięków. Z kakofonii najpierw doleciało do mnie zdanie wypowiedziane twardym, męskim głosem:

– Nie płacz już malcze… kto ci powiedział, że cielęciem masz być…? Przytwierdź sobie skrzydła i fruń dumnie jak swobodne jaskółki…

Poczułem ból w sercu, wróciła przestrzeń podwórka i znowu stałem przy cielaku, dotykałem leciutko jego chrap i czułem ciepło języka oblizującego moje dłonie. Poruszył głową i raz jeszcze usłyszałem bez słów:

– Wiatr się śmieje… śmieje się cały czas… wiatr się śmieje z całych sił…

Wtedy zobaczyłem łzy lśniące w ślepiach cielaka i też zapłakałem tuląc się do jego głowy. Przeczułem, że stanie się coś strasznego, ale nie mogłem stamtąd odejść. Nie mogłem się ruszyć i tylko śmigające w powietrzu jerzyki, tylko pędzące i piszczące ptaki przywracały mnie rzeczywistości. Nagle wielkie drzwi masarni otworzyły się, stanął w nich gruby rzeźnik w białym fartuchu, pochlapanym krwią, ostrzący nóż o nóż i promiennie uśmiechający się do mnie. Poczułem lodowate zimno w całym ciele, jakby ktoś nagle wsypał we mnie kawałki lodu. Chciałem krzyczeć, zerwać się z miejsca, ale nie miałem sił. Grubas cały czas patrzył na mnie w zachwycie, podszedł wolno już do cielaka i odwiązywał go od pnia drzewa. Wreszcie odwrócił się i pociągnął go do wnętrza masarni, a odchodząc powiedział:

– Nie ma kłopotu… cielaka łatwo można związać i ubić… nawet nie poczuje… no Donna, Donna, chodź już Donna, dziecinko…

Myślałem, że upadnę na ziemię, ale hałas zamykanych odrzwi spowodował, że postąpiłem do przodu, przesunąłem się ku ścianie budynku z dużym oknem i patrzyłem szeroko otwartymi oczyma na to, co dzieje się w środku. Ciele szarpnięte na środek pomieszczenia pozostawiono na chwilę samo sobie, a wtedy odwróciło głowę i oczami pełnymi łez odezwało się raz ostatni do mnie:

– Wiatr się śmieje… śmieje się cały czas… wiatr się śmieje z całych sił…

Po chwili dwóch rzeźników podeszło do cielaka, jeden z wielkim wiadrem, a drugi, ten gruby, z długim knypem, który wcześniej ostrzył o inny nóż. Chudszy mężczyzna chwycił łeb zwierzęcia i wykręcił go w stronę kompana. Zwierzę zaparło się chudymi nogami, rozszerzyło je dramatycznie i zaczęło rozpaczliwie beczeć, ale grubas już zamierzył się knypem i wbił go z całych sił w gardło nieszczęśnika. Przez chwilę malec szarpał się i bił kopytami o ziemię, charczał straszliwym głosem, a krew chlustała do nadstawionego wiadra. Jeszcze spojrzał mętniejącym wzrokiem ku szybie, za którą stałem i wysłał mi ostatni, urywający się komunikat:

– Wiatr się śmieje… Wiatr…

Trząsłem się na całym ciele, dygotałem jak w chorobie, a na czoło wystąpiły mi wielkie krople potu. Cielak już się nie szarpał, ale masarze trzymali jeszcze jego łeb nad wiadrem by cenna krew się nie zmarnowała. W końcu jednak pociągnęli zdychające zwierzę ku wielkiemu, pokrytemu blachą stołowi i wspólnymi siłami wrzucili na blat drżące w konwulsjach ciało. Jerzyki latały coraz niżej i ogromnymi grupami wycinały wielkie okręgi na niebie, za każdym nawrotem omijając masarnię i piszcząc radośnie. Szybkością lotu i zwinnością skrzydeł, podkreślały, że są wolne i mogą unieść się wysoko, polecieć na skraj miasta, minąć karawele klonów i po jakimś czasie wrócić w to samo miejsce. Szczupły rzeźnik podciągnął łańcuch zwisający z sufitu i zakończony ostrym hakiem, a potem przekuł stale drgające, tylne nogi zwierzęcia. Grubas zaczął ciągnąć za drugi koniec łańcucha, przechodzącego przez blok i już po chwili cielak zwisał nad stołem, a jego chrapy, ociekające krwią, poruszały się jakby chciał powiedzieć jeszcze jedno słowo. Nadchodziło jednak znieruchomienie, martwota i jego ostatnia chwila …

Mężczyźni pracowali sprawnie, pogwizdując radośnie, puszczając do siebie oczko i robiąc to, co już tyle razy robili. Najpierw odcięli głowę z otwartym pyskiem, potem dolne nogi, a w końcu zaczęli wprawnie nacinać skórę i ściągać ją w dół. Przecięli brzuch i wydobyli parujące wnętrzności malca, by na końcu przeciąć go w połowie, obie części zdjąć z haka i zrzucić na stół. Grubas sięgnął po siekierę, odrąbał górne nogi i gwiżdżąc jakąś nieznaną piosenkę, zaczął kawałkować mięso. Kolorowe jelita i narządy zsunęli do wielkiej misy, stojącej na podłodze, a odcinane kawałki mięsa rzucali na koniec stołu. Po kilkunastu minutach to, co było cielakiem zmieniło się w prostokątne plastry i kwadraty mięsa. Grubas sięgnął po wiadro z krwią wlał ją do wielkiego kotła z kaszą, a chudy masarz zaczął segregować wnętrzności, odcinać je i wrzucać do małych, drewnianych skrzynek. Przerażony odsunąłem się od szyby i zacząłem iść ku mrocznemu korytarzowi, by znaleźć się na Alei Klonów i dalej udać się do domu. Wyschło mi w gardle i czułem się jakbym miał zemdleć, rozmyć się w żółcieniach liści i błękicie nieba. Uniosłem głowę ku górze i zobaczyłem śmigające jerzyki i jaskółki, rymujące się w locie jak strofy smutnej pieśni. Jakieś samotne echo pojawiło się w eterze i zabrzmiało wyraźnie tuż przy mnie:

– Wiatr się śmieje… śmieje się cały czas… wiatr się śmieje z całych sił…

Po chwili jednak wszystko zgasło, ucichło i słychać było tylko oddalające się i powracające piski.

ALEJA KLONÓW (24)

Chwile sunęły leniwie, jak mętna woda przesuwająca się w kanałach ściekowych, przy chodnikach, jak białe cumulusy, wyłaniające się zza zielonych koron drzew. Któregoś dnia, może to był wtorek, a może czwartek, gruchnęła wieść, że w sobotę przejedzie Aleją Klonów towarzysz Zawadzki. Nie miałem pojęcia, kim był, ale magia dwóch słów „towarzysz Zawadzki” była niesamowita i powodowała, że zacząłem uważnie przysłuchiwać się rozmowom dorosłych. W południe dziadek Mojżesz przyszedł na obiad do mojej mamy i wymądrzał się pomiędzy jedną łyżką rosołu, a drugą, między kęsem mięsa, a kartoflem uwalanym w brązowym sosie.

– To stary komunista, z podejrzaną przeszłością, to Przewodniczący Rady Państwa… ohydna świnia…

– Niech ojciec przestanie, bo jeszcze ktoś usłyszy, doniesie i będziemy mieli problemy – uciszała go mama.

– A czego mamy się bać – podjął wątek mój tata i dodał – to generał dywizji, ale szkolony przez Rusków… na pewno ma krew na łapach…

– Przestań i ty wygadywać takie rzeczy, chcesz trafić do więzienia…? – mówiła teatralnym szeptem mama.

– Świnia, komunistyczna świnia i powinno się ją postawić pod płotem, a potem zastrzelić ze starego mauzera… – gardłował dziadek, popijając obiad piwem z baryłkowatej, zielonej butelki.

– Ale czytałem w gazecie, że to syn hutnika ze Śląska i robota mu nieobca, nawet u Szwabów pracował, i w hucie, i w kopalni też… – powiedział tata.

            – No właśnie – włączyła się znowu mama – to może być porządny człowiek…

– Każdy komunista to bandyta – oburzył się dziadek – złodziej, świnia i diabeł wcielony…

– Co ojciec tak przy dziecku bluźni – zaperzyła się mama – nie wolno tak mówić, bo to przywoływanie złej mocy.

–  Siedział w paru więzieniach, a potem wstąpił do armii i piął się w górę, stopień po stopniu – ciągnął tata.

– Jakby mu kazali strzelić ci w łeb, zrobiłby to natychmiast… – skwitował rozmowę dziadek.

Przeraziłem się nie na żarty i pobiegłem na podwórko podzielić się nowymi wieściami z kolegami z sąsiedniego domu, którzy właśnie grali w kluchę. Wybijali niewielki patyk dłuższym kijem i biegali wokół wyłysiałego trawnika.

– Wiecie, że w sobotę przejedzie naszą ulicą towarzysz Zawadzki? – zapytałem, kładąc nacisk na słowo „towarzysz”.

– A kto to taki…? – zapytał młodszy Marasek.

– Jakiś generał, komunista, a może diabeł jakiś… – odpaliłem od niechcenia.

– Przestańcie, bo ja się boję… – powiedziała dziewczynka mieszkająca obok salonu fryzjerskiego – u nas za ścianą ciągle słychać straszliwe ryki. Mój tata mówi, że w żonę fryzjera wszedł Szatan…

–  Ja tam się nie boję, bo babcia zawiesiła mi na szyi, złoty krzyżyk na łańcuszku – powiedział starszy Marasek.

Był czerwiec, ale mama zwykle wołała mnie z podwórka około siódmej, myła brudne ciało w ocynkowanej wannie, dokładnie czesała włosy, zakładała flanelową piżamę i kładła do łóżka. Po całodziennym bieganiu, gonieniu się z innymi dziećmi, po wdrapywaniu się na drzewa i wyścigach wokół ulicy Kcyńskiej, zasypiałem natychmiast. Tym razem jednak nie mogłem zapaść w sen, a w moich myślach pojawiała się jakaś dziwna postać, ni to człowiek, ni pień klonowego drzewa. W końcu oczy skleiły się na dobre i zacząłem oddychać równomiernie, a dziwna błogość rozlała się po całym ciele. Sen pojawił się niczym film, jakbym otworzył oczy wewnętrzne i znalazł się w jakiejś dziwnej, nieznanej przestrzeni. To było nasze podwórko, ale nie było bramy, ani muru granicznego, zniknęły płytki chodnikowe i trawnik, a wszystko pokrywały bąble krwi, pulsujące lekko i pękające raz za razem. Stałem pośród czerwonej przestrzeni i patrzyłem w dal, poza podwórze, gdzie powinna być Aleja Klonów, ale różowawe i błękitne mgły spowijały wszystko i niczego nie mogłem dostrzec. Ruszyłem przed siebie, a wtedy opary też się poruszyły i nagle ukazała się droga biegnąca w stronę horyzontu. Z dala nadjeżdżał jakiś silnie oświetlony pojazd, a nad nim leciały stada gawronów, kawek i pasiastych ryb, przypominających okonie i szczupaki. Dopiero gdy pojazd przybliżył się, zauważyłem, że jest to wielka, czarna, odkryta limuzyna, w której stoi mały człowieczek w drucianych okularach, jako żywo przypominający sprzedawcę gazet, z kiosku na rogu ulicy. Światła oślepiły mnie na chwilę, a gdy przyzwyczaiłem się do ich intensywności, stało się coś przerażającego i tak nieprawdopodobnego, że zacząłem płakać przez sen. Mały człowieczek urósł nagle do wielkości najwyższego klona z naszej alei, a na jego skroniach pojawiły się wielkie, skręcone rogi. Marynarka pękła na strzępy i wydostało się z niej wielkie cielsko, pokryte czarną szczeciną, ręce zamieniły się w drapieżne szpony, a trzonowe zęby wydłużyły się i wyostrzyły jak u wampira. Pochylił się nade mną i zawył straszliwie, a pulsujące bańki krwi pękły w jednej chwili i zrosiły się na moim ciele, jakby ktoś chlusnął mnie z wiadra świeżo utoczoną świńską posoką. Wrzasnąłem jak opętany i skoczyłem z łóżka, ale już była przy mnie mama i przyciskała mnie do piersi.

– Śpij synuś spokojnie… co też ci się takiego przyśniło…? – pytała wystraszona.

– Towarzysz Zawadzki… towarzysz… wydukałem łkając i drżąc na całym ciele.

Wkrótce nadeszła długo oczekiwana sobota i zaraz po śniadaniu pobiegłem ku Alei Klonów, gdzie gromadziło się wielu ludzi. Stanąłem naprzeciw bramy do naszego podwórka, przy asfaltowej jezdni, i przyglądałem się wszystkim dookoła. Tuż przy mnie stał Janek Wodogłowiec i wykręcając głowę, machał jakąś papierową, biało-czerwoną chorągiewką, upapraną w psim łajnie. Za nim stała rozkrzyczana, wielka grupa harcerzy, w szarych i zielonych mundurkach, z trójkątami żółtych chust na plecach i z fińskimi nożami przy paskach. Ledwie przyszli, zaczęli skandować:

– Młodzież z partią… młodzież z partią…

Nieco dalej zauważyłem trzech kominiarzy w czarnych uniformach ze srebrnymi guzikami, a przy nich rozchichotaną Yvette, żonę fryzjera, wystrojoną jak dziwka w koronki i woalki. Po drugiej stronie ulicy ulokowało się kilku masarzy, w białych fartuchach i cały oddział wojska, z karabinami na ramionach. Wszędzie widać było dzieci, przebiegające ulicę, zatrzymywane w pół drogi przez milicjantów i kierowane z powrotem ku miejscu, skąd ruszały. Po obu stronach stało też wielu dorosłych, a przy jednym z drzew zauważyłem mojego dziadka rozprawiającego z garbatym teściem sprzedawczyni ze sklepu spożywczego. Jakże uradowało się moje serce, gdy nagle mój tata podjechał wielkim Jelczem z zakładów rowerowych i przywiózł wielu, wielu pracowników, którzy wysiadając znajdowali sobie miejsce na skraju asfaltu i szybko rozpościerali flagi, transparenty propagandowe i sztandary zakładowe. Niektórzy z nich zaczęli zasłaniać mi widok, więc bezpardonowo przeciskałem się do przodu, przechodząc pod ich nogami, sunąc sprytnie po ziemi ku wolnym przestrzeniom. Po jakimś czasie tłum zaczął falować i zewsząd dolatywały radosne okrzyki:

– Jeeeedzieee… Już jeeeedzieee… Niech żyje… Niech żyje Przewodniczący Rady Państwa…

Chciałem wyjść na ulicę, by zobaczyć, co dziej się w dali, ale nagle znalazł się przy mnie dziadek i szepnął mi do ucha:

– Gdzie się tak pchasz kozi boblu, chcesz, żeby ta świnia ciebie stratowała…?

Odsunąłem się wystraszony, a wtedy dziadek uniósł mnie w górę i posadził na swoim karku, skąd miałem wspaniały widok. Tłum falował, słychać było wiwaty, okrzyki zachwytu, a czasami odzywał się jakiś pieśniarz, zawodzący pierwsze zwrotki Międzynarodówki i cichnący szybko, jakby ktoś mu zamykał usta dłonią. Dziadek trzymał mnie za ręce, a czasem puszczał je i opierał na moich nogach, na których miałem podziurawione, czerwone rajtuzy.

– Jedzie ta świnia bolszewicka… – szepnął i przesunął się ze mną nieco do przodu.

Spojrzałem w lewo i zobaczyłem wielką, odkrytą, czarną limuzynę, a w niej niepozornego człowieka w ciemnym garniturze i drucianych okularach na nosie. Miał dość bujną, czarną czuprynę, z długą grzywką, jak u robociarzy, zaczesywaną na bok. Co jakiś czas machał to prawą, to lewą ręką, pozdrawiał tłumy i mówił coś do mężczyzn, siedzących z nim w aucie. Nagle spostrzegł mnie, siedzącego na ramieniu dziadka, nakazał zatrzymać samochód i wyciągnął ku mnie ręce. Dziadek w pierwszej chwili cofnął się z obrzydzeniem, ale lekko popchnięty przez milicjanta, ruszył ze mną do limuzyny, z której wyskoczyło dwóch rosłych panów w czarnych garniturach i podało mnie towarzyszowi Zawadzkiemu. Ten rozpromienił się, uniósł mnie w górę, jak generalissimus Stalin dziecko z pochodu pierwszomajowego. Z namaszczeniem złożył pocałunek na moim czole, a potem nakazał mnie oddać z powrotem czerwonemu ze złości dziadkowi, który natychmiast pociągnął mnie poza tłum i powędrował do domu. Nie mógł się uspokoić, palił papierosa za papierosem i pociągał wino z wielkiej butelki. Usiadłem na krześle, przy stole i zacząłem bawić się niewielkim samochodem z plastiku i blachy, do którego wsadziłem ludka z czerwonej plasteliny.

– Uwaga, uwaga – pokrzykiwałem – jedzie towarzysz Zawadzki… towarzysz Zawadzki…

Dziadek popatrzył na mnie z wyrzutem, uniósł okopconym haczykiem fajerki na piecu i splunął rzęsiście do ognia. Odwrócił się do mnie, pogroził palcem i poszedł do swojego warsztatu kleić i szyć nowe buty.

– Job twoja mać… usłyszałem jeszcze przez niedomknięte drzwi, a potem wszystko ucichło i tylko raz po raz słychać było w pustym domu moje radosne okrzyki:

– Jedzie, brrrr…. jedzie towarzysz Zawadzki… towarzysz… Zawadzki… Niech żyje… niech żyje…

 

« Older entries

%d blogerów lubi to: