BROMBERG (17)

Prezydent Leon Barciszewski stał na wyniosłym wzgórzu i odprowadzał wzrokiem siwą czaplę, lecącą majestatycznie w stronę horyzontu. Myślał o tym jak dziwne i nieprzewidywalne bywają ludzkie losy i jak zagadkowe jest przeznaczenie. Jeszcze trzeciego września był w Bydgoszczy, skąd ruszał samochodem do Włocławka na naradę prezydentów miast, zwołaną przez wojewodę pomorskiego Władysława Raczkiewicza, a potem dalej ku wschodniej granicy odrodzonej Rzeczypospolitej. Teraz przed oczyma przesuwały mu się ruchome obrazy, jakby wypływające z głębokiego jaru, widoku miasteczka Zaleszczyki i wielkiego zakola Dniestru. Niby patrzył na czaplę przemierzającą siną przestrzeń i coraz bardziej oddalającą się od niego, ale widział też dynamiczne kadry ze swojego życia. Oto jako młodzieniec wyjeżdża do Berlina, gdzie jest ślusarzem w wielkiej fabryce, a jednocześnie działa w licznych towarzystwach polonijnych, zyskując coraz większy szacunek. Zaczyna redagować i wydawać gazety dla Polaków, prowadzić działalność charytatywną i zostaje członkiem banku Skarbona. Już wtedy doskonale poznał Niemców, nauczył się ich języka, a powołanie do armii pruskiej w 1915 roku pozwoliło mu zorientować się jakie są nastroje w niemieckim społeczeństwie i wojsku, od feldfebla do generała.

Na szczęście Skarbona wyreklamowała go od poboru i mógł zająć się działalnością dyplomatyczną, którą tak sobie cenił. Może byłby wciąż konsulem generalnym w Berlinie albo konsulem pierwszego stopnia w Essen, ale zbyt często wdawał się w awantury z Niemcami, nie godząc się na ich drapieżność w stosunku do Żydów i chęć zdobywania nowych ziem przy pomocy ognia i żelaza. Czapla zakręciła lekko w lewo i mijała właśnie jedyny most na rzece, prowadzący na półwysep, a on wpatrywał się też w swoje lata gnieźnieńskie, gdy był tam burmistrzem miasta i próbował przeprowadzić reformy komunalne. Dopiero za drugim razem wygrał wybory prezydenckie w Bydgoszczy i w 1932 roku został zaprzysiężony na urząd. Przypomniało mu się pierwsze przemówienie, kiedy to zapewniał pracowników magistratu, że nie będzie nadużywał władzy, gdyż jego i podwładnych przełożonym będzie tylko miasto. Ukochał je od samego początku, a choć jego aura, po wieloletniej dominacji pruskiej, miała coś z eklektyzmu berlińskiego, dostrzegał też jego głębokie zakorzenienie w historii Polski. Lubił wraz z żoną, synem i córką spacerować nabrzeżem Brdy, a potem siadać w kawiarni Bristol, popijać kawę z mlekiem i delektować się ciastkami z kremem.  

Po dojściu Hitlera do władzy coraz niespokojniej patrzył ku zachodniej stronie Polski, bo wiedział, że wojna jest nieunikniona. Z uwagą śledził niemieckie gazety, a potem dyskutował w gronie światłych ludzi jakie kroki powinien podjąć jako włodarz wielkiego pomorskiego miasta. Czym innym były jednak chęci, a czym innym możliwości w dobie ogólnoświatowego kryzysu ekonomicznego. Trudne było też lawirowanie pomiędzy dwoma krzykliwymi ugrupowaniami politycznymi – sanacją i endecją i utrzymywanie w ryzach największych radykałów pośród ludności niemieckiej. Chciał działać dla dobra ludności, więc angażował się w budowę miejskiego szpitala i elektrowni na Jachcicach, umożliwiał modernizację wiodących przedsiębiorstw – „Kabla Polskiego”, „Karbidu Wielkopolskiego”, rzeźni miejskiej i „Bydgoskiego Lloyda”. Uśmiechnął się do swoich myśli i odwrócił do tyłu, gdzie przy czarnym samochodzie Fiat 508 stała jego żona, ubrana w skromną, granatową garsonkę, zwieńczoną czarnym lisem. Jeszcze raz spojrzał na majestatyczne zakole Dniestru, na ledwo już widoczną czaplę, która zniżyła lot i kierowała się ku gęstym zaroślom nadrzecznym, po czym ruszył w kierunku samochodu. Tuż przy nim zatrzymał się i zwrócił się do małżonki:

            – Zosiu, hiobowe wieści dotarły do mnie wczoraj z Bydgoszczy… politykierzy oskarżają mnie o defraudację pieniędzy miejskich…

            – Ciebie kochanie, najuczciwszego człowieka pod słońcem…? – zdziwiła się dama.

            – Wiesz jacy oni zawsze byli swarliwi… Mój wyjazd stał się dla nich znakomitą okazją do artykułowania kłamliwych oskarżeń – Ciągnął prezydent – Ale to jeszcze nie byłoby najgorsze… zawsze radziłem sobie z pomówieniami…

            – A cóż mogłoby być gorszego Leonku od szargania twojego dobrego imienia? Zdrowie i siły oddałeś temu miastu –oburzyła się kobieta.  

            – Losy jego mieszkańców… – odpowiedział Barciszewski i otarł łzę z kącika lewego oka – Straszne informacje o rozstrzelaniach, uwięzieniach i groźbach…

            – Tyle dobrego zrobiłeś dla społeczności niemieckiej… tylu ich pracodawcom pomogłeś przetrwać po powrocie Pomorza do macierzy – lamentowała Zofia.

            – To teraz nie ma najmniejszego znaczenia… – odrzekł Leon – Jest wojna sprowokowana przez tego drania Hitlera i niewinni ludzie zginęli przy kościele szwederowskim, miały też miejsce rozstrzelania na Rynku Piłsudskiego, tuż przy kościele…

            – Co ty mówisz…? – prawie krzyknęła kobieta i załamała ręce.

            –  Tak, to prawda… – potwierdził – otrzymałem te informacje drogą radiową, od oficera, którego poznałem w Warszawie – Doprawdy nie wiem, co robić? Musimy wszakże podjąć jakąś decyzję…

Wsiedli do samochodu i ulokowali się na tylnym siedzeniu, on z lewej strony, ona z prawej. Gdy pojazd ruszył, odruchowo zbliżyli ku sobie ręce i poczuli ich ciepło – wszak zbliżał się mrok i nadciągał chłód, a kilka minut byli na dworze. Gdyby ktoś pozostał przy drodze, tuż przy koleinach wydrążonych przez koła ciężkiej limuzyny, ujrzałby jak raz po raz zanurza się ona w parowach, a potem wypływa ku górze, by w końcu długim zjazdem skierować się ku mostowi na Dnieprze, prowadzącym do centrum miasteczka. Zofia patrzyła na krajobraz za bocznym oknem i martwiła się tym, co powiedział jej mąż, tym bardziej, że ostatnio miała dziwne, symboliczne sny, związane z męką Chrystusa.  W jej mózgu pojawiały się niezwykle realistyczne obrazy biczowania, dręczenia, chłostania i przybijania Jezusa do belek, ale ostatniej nocy sen był tak straszliwy, że aż przebudziła się z krzykiem. Śnił się jej Syn Boży wędrujący z krzyżem na Golgotę, popychany przez rzymskich żołnierzy, opluwany przez gapiów, upadający pod ciężarem i znowu pnący się w górę z masywnym drzewcem na plecach. W pewnym momencie zachwiał się na nogach i jeszcze raz upadł z impetem na ziemię, a Rzymianin doskoczył do niego i zaczął go bić dużym flagrum, zakończonym metalowymi kulkami i haczykami. Jej przebudzenie spowodował obraz twarzy skazańca, początkowo niewyraźny, ale potem zmieniający się w krwawe oblicze jej męża, ze szpiczastą bródką i prostymi wąsami nad górną wargą. Bicz straszliwie ranił jego bok i plecy, wyszarpywał kawałki mięsa z ramion i nóg.

            – Nie mogę przestać myśleć o biednych obywatelach Bydgoszczy – odezwał się cicho.           

            – Zrobiłeś wszystko, co było w Twojej mocy… – uspakajała go czule, ale zimny pot pojawił się na jej czole, gdy usłyszała odpowiedź.

            – Czuję, że zbliża się moja Golgota…

ZŁY DUCH (6)

Opowieści wieśniaków ze wsi Konary bardzo zaniepokoiły leśniczego, więc postanowił zakraść się w najgłębsze leśne gęstwiny, by sprawdzić ile było w nich prawdy. Miał na imię Gabriel i mieszkał w niewielkiej chacie na skraju lasu, przy której hodował owce i krowy, a czasem też gościł sarny, jelenie i daniele. Często z dwulufowym sztucerem na ramieniu zapuszczał się w knieje i przyglądał się życiu dzikich mieszkańców – niedźwiedzi i borsuków, odyńców i lisów, wilków i łosi. Teraz stał przy lustrze i golił dokładnie brodę, niedawno naostrzoną brzytwą, a potem wycierał ją o gruby, czarny, skórzany pas. Nie wiadomo dlaczego miał wrażenie, że ktoś mu towarzyszy i nawet raz po raz odwracał się za siebie z niepokojem.

            – No już… Ciachnij się w gardło… – dziwna myśl nagle przemknęła mu przez głowę.

Zatrzymał na chwilę ostrze w powietrzu, zamyślił się, po czym spokojnie dokończył golenia i obmył dokładnie twarz w cynkowej misie. Na chwile przyklęknął przy obrazie swojego patrona i przeżegnał się, prosząc go o opiekę podczas planowanej wyprawy. Ludzie opowiadali mu, że stado wilków bardzo się rozrosło, a przy wielkiej waderze pojawia się piękny czarnowłosy chłopiec, biegający na rękach i nogach, jak inni członkowie stada. Początkowo uznał to za wytwór chorej wyobraźni wieśniaków, nadużywających alkoholu, kradzionego z wiejskiej gorzelni, zbudowanej przez właściciela wsi. Później jednak, gdy opowieści się mnożyły, postanowił zbadać sprawę, wszak wiele już widział i niejednokrotnie miał wrażenie, że jakieś licho gnieździ się w gęstwinie. Wyszedł z domu, przewiesił sztucer przez ramię i w perspektywie pomarańczowej kuli zachodzącego słońca, wszedł na leśny dukt, prowadzący ku wielkiej polanie, na której wielokrotnie widywał wilki. Robiło się już szaro, ale on znał każdą ścieżkę w ostępach, więc podążał dumnie do przodu, przekonany, że nic mu nie grozi. Gdy dotarł na miejsce, wszedł na niewielką ambonę, z której zdarzało mu się obserwować zwierzęta. Usadowił się wygodnie w środku, a potem wyjął z torby kawałek wątroby łosia i z rozmachem rzucił go w dal, o jakieś dziesięć kroków od siebie. Okrył się też świeżo ściętymi gałązkami świerku i czekał w milczeniu, przekonany, że zapach świeżego mięsa przyciągnie wilki. Wyciągnął różaniec i zaczął po kolei odmawiać kolejne modlitwy, przesuwając w palcach czarne koraliki. Nagle poczuł dziwne znużenie i nie wiedzieć kiedy zasnął, śniąc o jakimś straszliwym tworze, który chciał zawładnąć jego wnętrzem. Obudził się dopiero nad ranem, gdy sine opary już zaczęły unosić się nad łąką, drzewa odzyskały swe kontury, a tuż przed nim, w półokręgu stało duże stado wilków. Pośrodku, na niewielkim pagórku, ulokowała się masywna wadera, która uniosła głowę ku górze i zawyła przeraźliwie. Odpowiedziały jej młode samce i jakiś dziwny głos, naśladujący wilcze wycie, ale mający też w sobie coś z ludzkiej skargi. Dopiero wtedy Gabriel zobaczył czarnowłosego chłopca, przykucniętego tuż za przewodniczką i próbującego wyć jak inne zwierzęta. Myśliwy zarepetował broń, wycelował i strzelił wilczycy prosto w czoło, natychmiast też, z drugiej rury, położył trupem dużego basiora i po otwarciu komory sztucera, umieścił w niej kolejne dwa duże naboje. Stado jednak natychmiast się rozbiegło i skryło w pobliskiej gęstwinie, a tylko chłopiec pozostał przy ciepłym ciele wilczycy. Objął ją ramionami i łkał po ludzku, wstrząsany spazmami, jakby stracił kogoś bardzo bliskiego.

            Gabriel odrzucił gałęzie świerku i sprawnie zsunął się z drabiny, a potem podążył śmiało ku  chłopcu, wyglądającemu jakby miał jakieś dwanaście lat. Słyszał złowrogie warczenie wilków na skrajach polany, ale ufny w moc swojej strzelby doszedł do zabitych zwierząt. Dopiero wtedy przeraził się, bo zobaczył w oczach dziecka dzikość, którą dotąd widywał tylko w ślepiach drapieżników. Wyciągnął do niego dłoń, chcąc go odciągnąć od zdechłej przewodniczki, ale chłopiec natychmiast ugryzł go w nią boleśnie, aż krew trysnęła na boki. Myśliwy sięgnął do swojej torby i wydobył z niej szmaciany bandaż, którym natychmiast owinął ranę, a potem sięgnął do niej raz jeszcze i wyjął białą linkę. Uczynił z niej dość szerokie oko i zarzucił na tułów dziecka, natychmiast zaciskając pętlę, tak jak to czynił wielokrotnie, gdy chciał żywcem schwytać sarnę albo młodego daniela. Mały stanął na nogi i zawył przeraźliwie, jakby przywoływał stado na pomoc, ale dwa strzały w powietrze przeraziły go i zatrzymały wilki w gęstwinie. Teraz Gabriel skoczył sprawnie ku plecom chłopca, jeszcze dwa razy owinął wokół niego linę, po czym schwycił ją między wystającymi wyraźnie łopatkami i pchnął go do przodu, cały czas kontrolując kierunek podążania. Nie zwracał uwagi na odgłosy wokół niego, raz tylko przystanął by naładować broń na nowo, po czym pchnął go dalej. Z niemałym trudem dotarł do leśniczówki, przy której jego zwierzęta natychmiast zaczęły boleśnie ryczeć, jakby wyczuły stado wilków, krążące wokół nich. Było to dziwne, bo przecież wszystkie drapieżniki pozostały na skraju lasu, a leśniczówka była trochę od niego oddalona i dodatkowo zabezpieczona wysokimi płotami z bali sosnowych. Myśliwy zamknął  wrota na żelazny skobel i powiódł chłopca do domu, lokując go w małej, pustej komórce, w której był tylko wąski tapczan i stół, służącej czasem za lokum dla zaprzyjaźnionych myśliwych i leśników. Tam rozwiązał linę i uwolnił go, bacząc by nie udało mu się jeszcze raz go ugryźć, odezwał się też do niego, nie wiedząc czy zrozumie ludzką mowę:

            – Nie zrobię ci nic złego…– uspokój się wreszcie… Twój czarny sen skończył się na zawsze…

Chłopiec zawył przeraźliwie i wskoczył pod stół, cały czas wydając z siebie dziwne dźwięki, jakby komunikował się z kimś niewidocznym, jakby przywoływał kogoś z oddali.         

Hildegarda wstała wcześnie rano, przyrządziła sobie zioła, wypiła je i podążyła do refektarza katedralnego, by odmówić codzienne modlitwy. Szybko też wpadła w ekstazę i zobaczyła młodego myśliwego, przygotowującego się do wyjścia z leśniczówki. Jej serce przeszył straszliwy skurcz, gdy ujrzała za nim też ropuchowatego stwora wielkości  psa, trzymanego na niewidzialnej smyczy przez ogromną bestię. Od razu rozpoznała benga i jego nowego pana, usłyszała też jak sączą do ucha mężczyzny plugawą zachętę, by odebrał sobie życie. Natychmiast pomknęła duchem ku dalekim przestrzeniom w kraju Polan, gdzie lekko wniknęła w kolorową sójkę. Zobaczyła myśliwego, kierującego się ku polanie śródleśnej, a potem przysiadła na gałęzi modrzewia, niedaleko ambony, na której się ulokował. To ona wysłała mu senny impuls, a gdy zasnął, znalazła sobie miejsce na skraju niewielkiego daszku. Od razu wyczuły ją wilki, które nadciągnęły z chaszczy i ustawiły się w półokręgu przed myśliwskim podwyższeniem. Hildegarda wpatrzyła się w czarnookiego chłopca, który przywędrował przy wielkiej waderze i przykucnął tuż za nią. Przez cały czas widziała też benga i wyczuwała obecność ogromnej, mrocznej mocy, płynącej gdzieś z głębin kosmosu. Jej modlitwy utrzymywały balans i nic nie wydarzyło się do rana, jakby rzeczywistość nagle została zmrożona, a noc stała się nieprzenikalną, czarną kurtyną. Towarzyszyła myśliwemu, gdy zabił przewodniczkę wilków i jej rosłego towarzysza, a potem spętał chłopca i poprowadził do swojego domu. Wpatrzyła się w umysł dziecka i w jej świadomości pojawiły się sceny mordów, cierpienia i bólu, dobrze widziała też benga, który to wszystko przygotowywał, a potem umykał przed nią, chroniąc się w drzewach, głazach i umysłach Cyganów. Już chciała wracać do swojego opactwa, uspokojona na chwilę i przekonana, że mężczyzna dokona właściwych wyborów i uratuje chłopca. Ale nagle, tuż przed nią pojawił się ogromny cień puchacza, który sfrunął z wysokiej sosny i od razu zagłębił pazury w niewielkim ciele sójki. Zdołała umknąć w ostatniej chwili i z powrotem znalazła się w refektarzu, gdzie poczuła straszliwy ból w skroniach i padła nieprzytomna na kamienną posadzkę.

Zły duch nakazał bengowi wyskoczyć z ciała puszczyka i zaczął chłostać go niewidzialnym biczem. Uderzał raz za razem i rzucał pradawne przekleństwa, szarpał go i kopał, aż w końcu cisnął na sam środek polany.

             – Zrobiłem wszystko, co kazałeś panie i myślałem, że ją schwytałem…- lamentował pachoł.

            – Zrozum głupcze, że ona zawiesza istnienie i w jednej chwili umyka ku zakolu Renu… Miałeś wniknąć w jej umysł, zawładnąć jej duszą, a ty zabiłeś tego kolorowego ptaszka… Nie potrzebuję już ciebie i zetrę cię w pył, a potem rozsypię pośród martwych wąwozów…

            – Panie, daj mi jeszcze jedną szansę… podążę do domu myśliwego i ukryję się w ciele syna Bibi…

Przez jakiś czas zaległa cisza i tylko budzące się ptaki, odzywały się raz po raz w gęstwinach. Beng czekał na jeszcze jeden cios bolesnego bicza, ale usłyszał w sobie tylko dobiegające z daleka słowa:

            – Idź… zapoluj raz jeszcze na ptaszynę… I nie zawiedź mnie parszywy psie…

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (2)

Niebieskooka Greczynka – druga powieść Nikosa Chadzinikolau – rozgrywa się jakby poza rzeczywistością. Choć realia zostały wyraźnie określone, choć pisarz przenosi nas do Grecji, tuż po II wojnie światowej, czytelnik  ma ważenie jakby opisywane zdarzenia rozgrywały się gdzieś w tajemniczej przestrzeni, jakby w obrębie wiecznie żywego mitu gasnącej ludzkości. Choć bohaterowie są wyraźnie zarysowani, choć mają współcześnie brzmiące imiona i mieszkają we konkretnych skupiskach ludzkich, ich etos sytuować należy gdzieś na mitycznych polanach, pośród mitycznych skał i mórz. W postaci Tespiny, kochanki głównego bohatera powieści, odnajdujemy wiele cech przypisywanych nieustraszonym Greczynkom, odnajdujemy jakby poblaski rozchodzące się z tajemniczej zbroi Ateny, lśnienia  zwiewnych szat Afrodyty, Kasandry czy Kirke. Chadzinikolau przedstawił czytelnikom antyczną tragedię, przekutą we współczesną prozę poetycką. Bohaterowie tej niewielkiej powieści nieustannie prowadzą walkę – stając w obliczu groźnych sił przyrody, niosąc w sobie bunt  i rozpacz i nie potrafią sobie poradzić  z rozterkami własnego wnętrza. Ich wyobraźnia bytuje gdzieś w odległych  – ogrodzonych zasłoną historii, bądź mitologii – rejonach absolutnej wolności, a oni sami muszą nieustannie borykać się z przeciwnościami ziemskich losów. Dlatego są wiecznie zmartwieni, a w smutku ich pobrzmiewają echa żałosnych pieśni zburzonej Troi i odgłos sandałów idącego na śmierć wojska Leonidasa i żałosna skarga rozognionej przestrzeni.

Jest też   powieść   Chadzinikolau  jeszcze jednym powrotem  do  dziecinnej arkadii  –  wszak ten wątek obecny jest w całej jego twórczości. Autor  opisuje rzeczywistość, jakby patrzył na nią oczyma tamtego chłopca,  jakże delikatnego  i  przerażonego  wspaniałością, ogromem i grozą Natury. Sakralizując obrzędy pamięci, powoduje  autor,  iż  dawno  przeszłe  i  zapomniane  zdarzenie, przedmioty  i  miejsca  nabierają  intensywności  i  lśnią, bądź brzmią,  odkrywając  ukryty sens istnienia. Opisywany świat powraca, jakby  przepuszczony  przez  filtr  pamięci  i wrażliwości dziecka, a zatoczywszy łuk, jawi się przed oczyma czytelnika, odwołując się do jego najgłębszych pragnień i najgłębiej  skrywanych  marzeń.  Sens działań głównych bohaterów zawsze potwierdza umieszczone w tle, groźne morze – żywioł, który  towarzyszy Grekom od momentu narodzin aż do śmierci i jest jak tajemne memento. Dlatego bohaterowie Chadzinikolau patrzą na morze  z  uczuciem radości i pełni, ale też z niepokojem. Wszak morze karmi ich i dostarcza pieniędzy na utrzymanie, ale  też  często  każe  płacić  daninę  największą. Bohaterowie Niebieskookiej  Greczynki pamiętają o tej groźnej stronie morza i dlatego  patrzą na ojców, wypływających na połów, tak jakby patrzyli na tych, którzy wsiedli do łodzi Charona.

Niebieskooka    Greczynka,  to opowieść o miłości dwudziestoletniego  młodzieńca do pięknej i dobrej Despiny. Jego wybranka żyje w rodzinie rozbitej i nieszczęśliwej z powodu niestałości matki. Gdy  ojciec wypływa w morze, ta oddaje  się  nauczycielowi, który pragnie posiąść też Despinę. Główny  bohater  jest  człowiekiem  raczej spokojnym, jednak nie może  się pogodzić z tym, iż jego wybranka jest krzywdzona przez człowieka bez honoru, okradającego z miłości uczciwego rybaka. Ale dopiero, gdy w odległym mieście dowiaduje się o ciemnych sprawach nauczyciela z czasów wojny, wraca do swojej wsi i czeka na  dogodny moment. Nie spodziewa się jednak że po powrocie ojca Despiny dojdzie w jej domu do tragedii. Rozjuszona, matka wywołała  awanturę,  podczas której ojciec dowie się, iż spłodził córki. Z ostatniego rejsu wrócił sparaliżowany, więc  ten  cios  jest  już ponad jego siły. Nagle pada martwy, a Despina rzuca  się na matkę, która musi schronić się na jachcie nauczyciela. Już po  chwili jest jednak przy nich gromada rozwścieczonych mieszkańców wsi. Łódź z nauczycielem i niewierną żoną zostaje odholowana na głębszą wodę i  zatopiona. I wydawać  by się mogło, iż odtąd życie głównego bohatera będzie już biegło spokojnie i szczęśliwie. Niestety ci, którzy  zostali  uwikłani  w  walkę  sprzecznych żywiołów, muszą płacić  za  każdą chwilę szczęścia i triumfu. Nie zdradzajmy jednak jak kończy się powieść, gdyż – zaplanowany przez autora – efekt  końcowy jest nieoczekiwany…. Powieść  Nikosa  Chadzinikolau traktuje o pięknie i ranach, o smutnym  spojrzeniu  kobiety patrzącej  na  morze i czekającej na powrót kochanka, jak i o tym, iż w żyłach współczesnych Greków płynie  wciąż  czarna i błękitna krew Grecji antycznej. Na dobrą sprawę  powieść tę można by rozpisać na poszczególne kwestie i zmieniając  nieco  realia,  odegrać  w jakimś greckim amfiteatrze  – wszak mamy tu do czynienia a tymi samymi elementami tragizmu,  które odnajdziemy w Antygonie, Królu Edypie czy Elektrze.  Chadzinikolau czerpie obficie ze skarbnicy  śródziemnomorskiego  mitu, opisuje ten sam gorzki  i słony ból,  tę samą rozpacz w promieniach słońca i  pod włóczniami gwiazd Peloponezu, Epiru, Tesalii i tysięcy wysp.

__________

Nikos Chadzinikolau, Niebieskooka Greczynka, Iskry, Warszawa 1987, s. 132.

BROMBERG (16)

Eleonora Spatz wyszła z domu przy Schöne Strasse i zauważyła, że jest jasny dzień, a słońce zbliżające się do zenitu zapowiada wspaniałą aurę. Liście na klonach przy Hauptstrasse pożółkły już i wyraziście obijały się pośród czarnych konarów. Z upodobaniem używała niemieckich nazw ulic i teraz w jej myślach też królowały takie formy. Była pewna, że Bromberg pozostanie na zawsze w rękach niemieckich i takie nazwy jak Piękna, Szubińska trafią do lamusa historii. Gdziekolwiek się udawała, zawsze pilnowała, by być punktualnie i teraz wyszła z domu około jedenastej, licząc, że droga do Cafe Kronprinz zajmie jej około czterdzieści minut, a jeśli nawet będzie tam prędzej, poczeka na kochanego Williego. Jakąż dumą napełniał jej serce ten chłopak, tak przystojny i tak wspaniale prezentujący się w czarnym mundurze, ale teraz czuła lekki niepokój, bo nie lubiła ukrywać swoich zamiarów przed mężem. Minęła piekarnię na rogu i sklep firmowy Polaka Piekarskiego, czując wspaniały zapach świeżo upieczonego chleba. Schodziła powoli w dół i już zauważyła wspaniałą willę Louisy Giese-Rafalskiej, w której mieszkały samotne bydgoskie kobiety. Właścicielka majątku Rupienica, ulokowanego na południowych rogatkach miasta, wybudowała ten dom lat ostatnich dla niewiast, które były rodowitymi bydgoszczankami, pochodziły z dobrych domów i dysponowały określonymi środkami na utrzymanie. Uśmiechnęła się do swoich myśli, bo przecież przez kilka lat pracowała w tym instytucie i dopiero przejęcie go przez Polaków spowodowało, że straciła pracę. Zbliżała się do okazałego budynku z czerwonej cegły, z charakterystycznymi białymi zdobieniami i rozmyślała o właścicielce i jej pannach, spośród których kilka szczególnie zapadło jej w pamięci. Była wtedy intendentką, ale też wykonywała wszystkie polecenia, zaopatrywała dom w produkty spożywcze, towarzyszyła chorym osobom w drodze do szpitala, a także pomagała w przygotowaniach do pogrzebów, które miały najczęściej miejsce na wielkim cmentarzu ewangelickim przy Wilhelmstrasse.

Droga schodziła dość stromo w dół i Eleonora w naturalny sposób przyspieszała kroku, będąc już naprzeciw wielkiego, dwupiętrowego budynku. Z radością zauważyła przy nim dwóch wartowników z karabinami, w hełmach na głowach i mundurach Wehrmachtu. Wkraczając na Brunnenplatz znowu uśmiechnęła się do swoich myśli, bo przecież tutaj poznała swojego męża Johanna, gdy pani Louisa wysłała ją na targ świński, by wybrała solidnego wieprzka, a potem zajęła się przygotowaniem szynek i kiełbas. To wtedy wpadł jej w oko wysoki mężczyzna, żywo rozmawiający z jakimś sprzedawcą i to wtedy udała, że niechcący na niego wpadła. Podtrzymał ją natychmiast i przestrzegł, że na ziemi jest sporo odchodów i gdyby przewróciła się nieopacznie, jej piękna, różowa sukienka straszliwie by ucierpiała. To spotkanie odmieniło jej życie i spowodowało, że w końcu wzięła ślub z Johhanem i zamieszkała nieopodal tego miejsca, na górce, przy  Schöne Strasse. Zawsze, gdy wkraczała na ten plac, patrzyła na pobliskie skarpy i cieszyła się widokiem wysokiej wieży ciśnień, a nieco dalej charakterystyczną sylwetką wieży Bismarcka. Bodaj w maju 1913 roku poszła wraz z rodzicami na otwarcie tego wspaniałego monumentu i była dumna, że jej tata Helmut, pracujący w Deutscher Ostmarkenverein, przyczynił się do jego powstania. Wszedł do komitetu budowy i wiele razy spotykał się nadburmistrzem Alfredem Knoblochem, z którym też w tej sprawie kilka razu pojechał do Berlina. Szła teraz wolno, przypatrując się okolicznym domom i ludziom, którzy ją mijali i bała się spojrzeć na wzgórza, bo wiedziała, że Polacy z nienawiści do Bismarcka, zburzyli upamiętniającą go wieżę. Ciągle miała w pamięci ów majowy dzień, gdy tata zabrał ją na sam szczyt ogromnego budynku, gdzie w mosiężnej, trzy i pół metrowej misie płonął ogień. Z rozkoszą delektowała się wtedy panoramą Brombergu, wielkimi budynkami, wybudowanymi przez Niemców, ewangelickimi kościołami, wstęgą Brahe i kanałami, które powstały dzięki przychylności króla Prus Fryderyka II, wielkiemu geniuszowi Franza von Brenckenhoffa i modernizatora Ernsta Conrada Petersona. W domu rodzinnym Eleonory kultywowało się pruskie tradycje i z dumą mówiło się o jej mieście, często używając określenia Kleine Berlin. Sprzyjało to rozlicznym lekturom, a szczególnie często młoda dziewczyna zaglądała do „Bromberger Zeitung”, gdzie pojawiało się wiele artykułów o chwalebnej pruskiej historii. Zwiedzając z ojcem i mamą sale w wieży, upamiętniające Żelaznego Kanclerza, z wypiekami na twarzy patrzyła na jego wielki posąg, odlany z brązu i prezentujący go w stroju kirasjera. Wielkie wrażenie zrobiło też na niej dwadzieścia pięć pamiątkowych tablic, ufundowanych przez niemieckie miasta i wielkie osobistości, w tym przez cesarza Wilhelma II i kanclerza Rzeszy Niemieckiej Theobalda von Bethmanna Hollwega. Jak Polacy mogli zburzyć tak wspaniały monument, jak mogli to zrobić? Co to za podły naród?

Rozmyślała o tym, gdy wchodziła na Posener Strasse, a potem przemknęła przez trójkątny Wollmarkt i Friedrichstrasse, na której czuła się dziwnie po długiej nieobecności. Nigdzie nie było już niemieckich nazw, a sklepy galanteryjne, które znała z dawnych czasów zmieniły witryny i wystrój wewnętrzny. Tylko tramwaje wciąż kursowały tą wąską ulicą i mijały się z piskiem i dzwonieniem w okolicach Hofstrasse. Eleonora wcześniej jednak skręciła w lewo i krótką nitką Poststrasse dostała się na Friedrichs-Platz, gdzie znowu poczuła się strasznie nieswojo pośród krzykliwych polskich reklam. Na środku nie było już pomnika Fryderyka II Wielkiego, który nie wadził nikomu przez prawie siedemdziesiąt lat i był atrakcją rynku, obok uruchomionej w 1909 roku fontanny i niewielkiego pomnika dzieci bawiących się z gęsią. Ojciec opowiadał jej, że był świadkiem jak Polacy zrzucili ten piękny monument z cokołu i śmiali się do rozpuku. Ileż razy pojawiała się w tym miejscu na sezonowych jarmarkach i zwykłych targach tygodniowych, podczas których plac wypełniał się furmankami i końmi, a także naprędce skleconymi stoiskami. Teraz przez chwilę stanęła na środku rozległej przestrzeni i spojrzała na zegary na obu wieżach polskiego kościoła pojezuickiego. Nie lubiła go, bo miał dziwaczną architekturę i został wtłoczony między kamienice i Muzeum Miejskie. Miała jeszcze dwadzieścia minut czasu do spotkania z Willim, więc postanowiła jeszcze podejść na most i spojrzeć na rzekę, którą tak wielbiła, szczególnie pod Brombergiem, gdzie z przyjaciółkami jeździła kąpać się w krystalicznie czystej wodzie. Jeszcze raz rozejrzała się po rynku, który sprawiał wrażenie obcego, nie należącego do jej przeszłości, straszącego polską pstrokacizną. Brakowało przede wszystkim niemieckich napisów, nazw sklepów, Damen Confection, Mode Bazar, Bürger Bierhaus i nazwisk ich właścicieli: Adolpha Eberle, Simona Schendela, Hermanna Krause i wielu innych. Z rynku zjeżdżał właśnie tramwaj numer jeden, pozbawiony niemieckich napisów i niepodobny do wozów, które zapamiętała z dawnych lat. Weszła w Brückenstrasse i podążyła nią ku mostowi, właśnie naprawianemu po działaniach wojennych z początku września. Chciała podejść do balustrady, ale drogę zastąpił jej spory oddział Wermachtu maszerujący w stronę teatru i Danzingerstrasse. Trochę rozbawił ją widok żołnierzy w hełmach, z granatami u boku i karabinami na prawych ramionach, tak różniących się wzrostem i posturą. W końcu jednak zatrzymała wzrok na najroślejszych piechurach i poczuła dumę, że armia niemiecka znowu jest na ulicach Brombergu.

Popatrzyła na statki płynące środkiem rzeki i pnie drzew spławiane gdzieś daleko, może nawet do samego morza. W końcu, ociągając się trochę, ruszyła ku wejściu do kawiarni, znanej z licznych opowieści osób, które chętnie spotykały się w niej i czasem balowały do późnej nocy. Czuła lekkie podniecenie, ale górę brała ciekawość i przekonanie, że Willi chce jej przekazać coś bardzo ważnego. Przy drzwiach przywitał ją kelner w białym stroju i z uśmiechem zapytał po niemiecku, bez trudu rozpoznając w niej Niemkę:

– Czym mogę  pani służyć…?

– Nazywam się Spatz i umówiłam się tutaj z kimś… – odpowiedziała i zaraz zagadnęła – Czy może mnie pan zaprowadzić na waszą słynną werandę, nigdy tam nie byłam…

Kelner skinął głową i poprosił by Eleonora podążyła za nim ku schodom prowadzącym na balkon, z którego roztaczał się wspaniały widok na teatr miejski i nabrzeża Brahe, na których królował wielki budynek z niezwykłymi ozdobami. Znała go jako dom towarowy Hohenzollernów, ale teraz pozbawiony niemieckich napisów i witryn pełnił chyba funkcję mieszkalną. Kawiarnia nieco ją oszołomiła, szczególnie główna sala, w której  przy bufecie ustawiono ogromny kredens z kryształowymi szybami, za którymi znajdowały się drogie alkohole i lśniące naczynia, kieliszki i szklanice różnego rodzaju. Poszczególne części lokalu rozdzielały kute z żelaza przepierzenia, przydające przytulności i sugerujące wielkie bogactwo. Po wejściu na werandę zdziwiła się nieco, bo jej wystrój był znacznie skromniejszy, a ubóstwo miały maskować girlandy zieleni, zawieszone naprzeciwko okien. Stoliki miały blaty z marmuru, ale przy nich ustawiono dość prymitywne, białe, metalowe krzesła. Nikogo nie było jeszcze w tym pomieszczeniu, a choć kelner wskazał jej miejsce przy ścianie z kwadratowym stolikiem na rzeźbionej nodze, to wybrała blat w kształcie koła, po drugiej stronie, tuż przy wielkiej witrynie okiennej. Rozsiadła się wygodnie i nakazała, by przyprowadzono do niej młodego SS-Untersturmführera, gdy tylko się pojawi. Rozsiadła się wygodnie, choć przez głowę przemknęła jej myśl, że zawieszony nad rzeką balkon może się nagle zawalić. Szybko jednak odsunęła od siebie tę obawę, słysząc już głos Willego, pytającego na dole o frau Spatz. Kelner doprowadził oficera do jej stolika i stanął w słusznej odległości, gotowy by przyjąć zamówienie. Willi usiadł naprzeciw cioci, zdjął czapkę z trupią główką i położył ją na wolnym krześle, a potem uśmiechnął się promiennie i spytał:

            – Na co ciocia ma ochotę…? Bo ja musze wypić kawę…

            – Tak młodzieńcze, ja też chętnie wypiję kawę z mlekiem i zjem szarlotkę… – odpowiedziała odwracając się do kelnera.

            – To dla mnie to samo… chłopcze przynieś nam dwie filiżanki mokki i dwie szarlotki… – oficer zwrócił się chłodno do kelnera, jakby wydawał mu rozkaz. Eleonora miała wrażenie, że Willi jest nieco spięty, zdawało jej się też, że ma lekki rumieniec na twarzy, ale przecież jego obowiązki były rozległe i może dopiero co wrócił z jakiejś narady lub akcji. Spała jeszcze, gdy rano wychodził z domu, ale teraz miała go do własnej dyspozycji i czekała na rozmowę, jakby miał jej objawić jakąś wielką tajemnicę.

BROMBERG (15)

Noc była ciężka, przytłaczająca i Józia znowu miała senne koszmary. Wstała wcześnie rano i przygotowała rodzicom na śniadanie kawę zbożową z mlekiem, jajecznicę i nieco chleba z dżemem truskawkowym. Matka wstała pierwsza i podeszła do córki, by ją czule objąć.

            – Kochanie, mam do ciebie prośbę… – zagadnęła – Zejdź do pana Abrahama i poproś go, żeby wymienił obcasy w tych moich brązowych butach. Całkiem się starły… Aha… i niech przybije blaszki z przodu podeszwy…   

Dziewczyna poszła do swojej sypialni, a po drodze postanowiła spojrzeć na dwa duże pokoje, ulokowane na końcu długiego korytarz, odchodzącego od ich partii mieszkania. Kiedyś mieli w nich lokatorów, ale jak wojna wybuchła, najemcy ruszyli do rodziny, gdzieś na wieś, pod Inowrocław. Miała zamiar posprzątać całe mieszkanie i teraz chciała się przekonać, czy w wolnych pokojach jest porządek. Szybko zlustrowała pierwszy z nich, a potem weszła do drugiego i przysunęła się do okna, z którego jak na dłoni miała warsztat żydowskiego szewca. Przekonawszy się, że oba pokoje zostały posprzątane przez mamę, wróciła do kuchni i przywitała się z ojcem, który też już wstał.

            – Jak się czuje mój największy skarb…? – zapytał z szerokim uśmiechem.

           – Dobrze…jak jutrzenka na porannym niebie… – odpowiedziała czarująco, a potem poszła do łazienki by umyć się i rozczesać długie, gęste włosy.

Zrobiło się już jasno i raz po raz słychać było głośny skrzek sroki, siedzącej na pobliskim drzewie jarzębinowym. Te biało-czarne ptaki w taki sposób ostrzegały inne skrzydlate stwory, że w pobliżu jest kot. Józia znała wszystkie dachowce, pojawiające się w okolicy jej domu i czasem nalewała im nieco mleka do talerzyków, stojących tuż za kamienicą. Mieszkali na drugim piętrze dwupiętrowego domu przy Strzeleckiej 4, za którym były szopy, warsztat szewski i duży gołębnik jej ojca. Rodzice nie wiedzieli, że dziewczyna miała swój sekret, którego strzegła jak oka w głowie. Czasem nocą, gdy już spali, przez uchylny otwór w suficie klatki schodowej, wchodziła na dach budynku i długo patrzyła na konstelacje gwiezdne. Z czasem nauczyła się wyodrębniać charakterystyczne układy: Wielką Niedźwiedzicę, Plejady i Oriona, który ekscytował ją najbardziej. Pociągała ją wielka tajemnica wszechświata i kiedyś przyniosła do domu książkę o astronomii, którą przeczytała w mig od początku do końca.

            Teraz  zeszła już przed dom z butami mamy w ręku i okrążając go z lewej strony, przeszła na podwórze po drugiej stronie. Podeszła do warsztatu pana Abrahama i lekko zapukała do drzwi, czekając cierpliwie aż szewc jej otworzy. Minęła minuta, potem dwie następne i nic się działo, więc dziewczyna zastukała raz jeszcze. Teraz miała wrażenie, że przybrudzona firanka poruszyła się z lewej strony okna, a potem usłyszała jakieś głuche hałasy i drzwi wreszcie otworzyły się z chrzęstem. Stał w nich Żyd z długą brodą, odziany w spodnie i białą koszulę, z czarna mycką na głowie.

            – A… a… to pani Józia… Proszę wejść… Bałem się otworzyć… – powiedział i zrobił jej miejsce w otwartych drzwiach.

            – Mama prosiła mnie, bym dała panu te buty do naprawy – powiedziała – Mają zdarte obcasy i potrzebne też są blaszki z przodu.

            – No tak, no tak… – potwierdził zlecenie mężczyzna, rozglądając się niewidzącym wzrokiem po swoim warsztacie.

Józia znała dobrze to miejsce, bo uwielbiała przychodzić do starego rzemieślnika, gdy była mała. Sadzał ją wtedy obok siebie, szewcował spokojnie i opowiadał jej wspaniałe historie ze swego życia i chwalebnych dziejów ludzkości. Miał ogromną wiedzę, a jego kantorek, graniczący z warsztatem wypełniony był książkami, obrazkami i mapami. To od niego dowiedziała się sporo o wszechświecie, planetach, asteroidach i kometach i to on opowiedział jej o wyjściu Mojżesza z ziemi egipskiej, domu niewoli. Wyobraziła sobie jak prowadzi wielki lud, wsparty tylko na drewnianym kosturze i jak prosi Boga, by rozstąpiły się wody Morza Czerwonego.

            Weszła do środka i od razu zauważyła liczne zmiany w wystroju pomieszczenia. Narzędzia były na swoim miejscu, ale znikły sterty butów, które ludzie przynosili do naprawy. Okno było zasłonięte czarną szmatą i tylko z boku, przy framudze pojawił się niewielki prześwit światła.

            – Zrobię je na jutro… albo nie, może lepiej szybko… dzisiaj na wieczór…- powiedział Żyd, lękliwie rozglądając się na boki.

            – To nie jest takie pilne… może pan je zrobić na jutro – z promiennym uśmiechem odparła Józia i już chciała podziękować i wyjść, ale mężczyzna powstrzymał ją ruchem ręki i poprowadził ku krzesłu.

            – Muszę naprawić je szybko, bo nie wiem co będzie jutro… Drogie dziecko nastały trudne czasy… Mój przyjaciel Szmul… wiesz ten granatowy policjant, co mieszka na Jaskółczej, dzisiaj rusza z innym Żydem, który ma ciężarówkę… rusza na wschód, do rodziny… Namawiają też mnie bym z nimi się zabrał, ale wciąż się waham… nie wiem, czy tam ocalę życie…

            – Widziałam straszne rzeczy… – odezwała się Józia – zabijanie ludzi przy kościele na Szwederowie… i te rozstrzelania na Rynku Piłsudzkiego…

            – Tak, dziecko… tak, nastały straszne czasy… Nie wiem co robić… Na razie naprawiłem wszystkie buty i zamknąłem warsztat, ale nie wiem, z czego będę żyć…

            – Niech pan się nie martwi… moja mama wczoraj mówiła, że będziemy panu pomagać… Znajdzie się trochę chleba i owoców, a ja codziennie przyniosę panu trochę mleka…- Powiedziała z czułością.

Abraham poczuł ciepło w okolicach serca i usadowił się naprzeciwko niej, delektując się jej świeżością i prawdziwie zjawiskowym pięknem. Już dawno zauważył, że była tak urodziwa jak Sara, żona patriarchy Izraela, noszącego takie samo imię jak jego nazwisko – Abraham. Ilekroć wyobrażał sobie pramatkę, jak towarzyszy mężowi w drodze z Mezopotamii do Kanaanu, albo, gdy czytał w księgach o tym, że pożądał ją faraon i Abimelek, król Geraru, miał przed oczami postać tej zjawiskowej dziewczyny z sąsiedztwa. Często też mówił do niej „Księżniczko”, co po hebrajsku brzmi Sara, choć ona o tym nie wiedziała. 

            – Najważniejsze, żeby miał pan czym w piecu napalić, bo idzie zima… – powiedziała czując chłód w warsztacie.

            – Dla oszczędności ogrzewam tylko mój kantorek – przytaknął i zniżając głos dodał – Ja już jestem stary, sporo widziałem, chodziłem do teatru miejskiego na przedstawienia i koncerty, jadłem chleb z masłem i comber barani… ale teraz najważniejsi są młodzi. Czuję, że mój świat niedługo się skończy…

            – Wszyscy ludzie są ważni… – próbowała oponować Józia.

            – Tak, wszyscy… ale młodzi najbardziej – potwierdził i ciągnął dalej – To wy zbudujecie nowy świat, musicie jednak przeżyć. Ty szczególnie jesteś narażona, bo podczas wojny bestie w ludzkich skórach polują na piękne kobiety… Ty może tego nie rozumiesz, ale twoja uroda teraz jest dla ciebie największym zagrożeniem… Musisz ściąć włosy, zrezygnować z pomadki i henny, musisz stać się bezbarwna, jak większość naszych kobiet…

Józia wiedziała, że jest urodziwa, widziała też jakie piorunujące wrażenie robiła na niektórych mężczyznach, szczególnie na tym biednym wozaku węglowym, którego śmierć widziała przy szwederowskim kościele. Dotarło do niej też ostrzeżenie pana Abrahama, ale przecież tak kochała swoje włosy i tak lubiła je czesać rano i wieczorem. Jakże mogłaby je ściąć i co na to powiedziałaby jej mama, która tylekroć zaplatała jej warkocze.

            –  Mama mówi, żebym jak najwięcej siedziała w domu…– powiedziała – A mój tata twierdzi, że jak nie wychodzi się naprzeciw zła, to ono nas nie widzi…

           – Wiesz jak lubię i cenię twojego ojca, wiesz jak go kocham jako ludzkiego sąsiada i kompana do szachów, ale tym razem nie ma racji. Zło jest jak straszliwy drapieżnik, ukryty w zaroślach. Stale czeka i stale jest gotowe by zaatakować… Tak samo wilk zaczaja się na sarnę… A ty jesteś jak ona, bezbronna i piękna…Musisz księżniczko bardzo na siebie uważać i stale pamiętać moje słowa…

Józia zamyśliła się przez chwilę, po czym pożegnała się z szewcem i wyszła z jego warsztatu na podwórko. Sroka wciąż głośno skrzeczała w czarnych konarach jarzębiny, a szary kot patrzył na nią łakomie z plątaniny krzewów porzeczkowych, zasadzonych przy płocie sąsiedniej posesji. Wyczuła, że zerwał się lekki wiatr i żółte liście zaczęły snuć się po chodniku jak nocne mary z jej snu. Nagle większy podmuch rozwiał włosy dziewczyny i całkowicie zakrył jej twarz. Poruszyła głową, opuściła ja na dół, by wszystkie opadły, o potem nagłym ruchem odrzuciła je do tyłu.            

– Nie mogę ich obciąć – pomyślała – może starczy jak będę je upinać w kok… albo zaplatać w grube warkocze…?

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (XI)

Olinopas przybliżył się do Yasmena i utkwił wzrok w jego twarzy. Czekał cierpliwie aż dowódca odezwie się do niego, ale mijały chwile i nic się nie działo, żadne słowo nie pojawiało się na jego ustach. Po długim śnie czuł w sobie dziwną energię i był gotowy czerpać z niej długimi haustami. Yasmen zdawał się o czymś rozmyślać,  albo wpatrywać się w coś niewidocznego, coś głęboko skrytego, oddzielonego od nich wielkimi przestrzeniami niebieskimi. Przymknął oczy i pozostawał w czujnym letargu, ale gdy dowódca wreszcie odezwał się, drgnął lekko przestraszony.

            – O czym medytujesz bracie…?

Pytanie Yasmena przydało mu znowu energii i zapragnął wystawić go na nową próbę.  Nie ociągając się zatem powiedział.

            – Nie wiem dlaczego, ale znalazłem się znowu w przeszłym życiu i zacząłem obserwować piękną rzymską niewolnicę. Zajmowała się włosami jakiejś ważnej pani, obmywała jej ciało w oślim mleku, a potem długo namaszczała je aromatycznymi olejkami. Miała na sobie białą szatę i wyraźnie rysowały się pod nią piękne kształty, przypominające antyczną rzeźbę. Po jakimś czasie pani odesłała ją i niewolnica poszła do komnaty jej męża, mocarnie zbudowanego legionisty, który natychmiast wciągnął ją do łoża…

            – To zapewne był sen… – Powiedział Yasmen.

            – Tak, to mógł być sen… – przytaknął Olinopas, ale zaraz dodał – Tylko dlaczego czułem, że jestem w ciele tej niewolnicy?

Dowódca zapatrzył się w dal i też przez chwilę wniknął do tamtej przestrzeni. Znalazł się przy kobiecie, właśnie wychodzącej z pokoju centuriona i odprowadził ją aż do pobliskiej łaźni, gdzie zrzuciła szatę i zaczęła obmywać swoje ciało. Zdało mu się, że niewolnica zaczęła popłakiwać i przybliżył się nieco, by to potwierdzić.

            – Dawno już miałem zapytać cię panie, dlaczego w niebie nie ma uskrzydlonych kobiet…? – zapytał Olinopas.

Yasmen wyrwany z rzeczywistości rzymskiej, spojrzał na ulubionego anioła i dopiero po chwili dotarł do niego sens jego wątpliwości.

            – Zadajesz tak naiwne pytania bracie, że zaczynam wątpić, czy cokolwiek rozumiesz ze swojej nowej sytuacji…  

            – Nie rozumiem wszystkiego panie, ale kto pyta, nie błądzi…– ciągnął urodziwy towarzysz.

             – Myślałem, że te dylematy został daleko, za bramną śmierci… i nikt tutaj nie będzie kwestionował boskich rozstrzygnięć – dziwił się Yasmen – Widzę jednak, że muszę przypomnieć to, co powinno dla ciebie być oczywistością. W niebie nie ma żeńskich aniołów, ale my też nie jesteśmy mężczyznami… Bóg pozbawił nas tych dylematów i chociaż w naszych myślach i rozmowach pojawia się rodzaj męski, to ma to tylko charakter użytkowy. Chyba Ewangelia według św. Mateusza całkowicie zatarła się w twojej pamięci, bo inaczej pamiętałbyś, co powiedział Pan o ludziach po zmartwychwstaniu: ani żenić się nie będą, ani za mąż wychodzić, lecz będą jak aniołowie w niebie… Dlatego tutaj nie rozmnażamy się i nie odczuwamy ziemskich pokus…

            – To dlaczego dowódco tak drżę, gdy jestem blisko ciebie…– odważnie zapytał Olinopas.

            – To normalne napięcie… na linii służbowej… – powiedział Yasmen, czując, że zaczęły się w niego wpatrywać jakieś potężne byty – Nie jesteśmy już ludźmi i nie zajmujemy się ich sprawami. Myśl tylko o Bogu i staraj się przeniknąć jego tajemnicę, a będziesz szczęśliwy i spełniony…

Olinopas zamyślił się głęboko, zastanawiając się, czy ciągnąć ten wątek rozmowy i zdradzić dowódcy swoją tajemnicę. Wszak czuł wyraźnie, że w jego bliskości dzieje się z nim coś dziwnego, a napływające do świadomości obrazy nagich ciał, przerażają go. Pamiętał też o tym, co poczuł, gdy Yasmen położył mu rękę na ramieniu i inne momenty, gdy coś kazało mu podfruwać jak najbliżej do dowódcy. Zaczął się rozmarzać, ale oschły głos towarzysza w jednej chwili przywrócił go do rzeczywistości niebieskiej.

            –  Jesteśmy bytami bezcielesnymi, a nasz obraz jest tyleż ludzki, co boski… mówił – Bóg też jawi się nam jako mężczyzna, choć, tak jak my, jest też bezcielesnym duchem…Tylko to pozwala mu być ojcem i istnieć w trzech osobach… Tak jest i tak nie jest, bo przecież i tam i tu Bóg jest przede wszystkim tajemnicą… Zyskujemy świętość, zbliżając się ku niej…  

            – Będąc na tamtym świecie, myślałem, że aniołowie są cieleśni, chociażby dla widzialności i wzajemnej komunikacji – powiedział urodziwy.

            – I poniekąd tak jest, ale przecież mamy tutaj do czynienia z wieloma formami wizualności… Pomyśl tylko o archaniołach… i o najważniejszym z nich…

Ledwie Yasmen wypowiedział te słowa, w jego myślach pojawiła się grupa nagich mężczyzn i kobiet, kotłujących się i lubieżnie dotykających miejsc intymnych. Mężczyźni kopulowali z mężczyznami i kobietami, kobiety pieściły piersi i waginy innych kobiet. A przy tym wszyscy byli jakby przylepieni do czarnego, oślizłego twora, ni to hipopotama, ni krokodyla, leżącego na wielkich złożonych skrzydłach nietoperza albo sowy. Cała grupa pulsowała i rozpryskiwała się w jednej chwili, jak muchy unoszące się nad padliną, a potem scalające się na nowo w jeden kształt. Yasmen przeraził się tej wizji i podążył myślą ku głębinom niebieskim, zawodząc z przerażenia i jakby wzywając na pomoc potężnego ducha. Zaraz też usłyszał w sobie przeciągły świst, przez ułamek sekundy zobaczył archanioła Gabriela, dmącego w długą trąbę, a potem wszystko zniknęło i tylko echo powtarzało monotonnie po aramejsku słowa: Bóg jest moją siłą…Yasmen zawstydził się straszliwie i zerknął na towarzysza, próbując przeniknąć jego myśli i zrozumieć to, co się stało. Dlaczego pojawiła się w nim ta ohydna wizja i kto za nią stał, Olinopas, Satanael czy sam Bóg? Odczuł jakiś dziwny lęk i by go zwalczyć, odsunął się od towarzyszącego mu anioła i zarządził przygotowanie do odlotu. Dawno przebudzeni towarzysze przyglądali mu się z uwagą, jakby też byli świadkami ingerencji archanielskiej. Uznał to za złudzenie i wskazał prawą ręką kierunek, w którym mieli podążyć, a potem wydał krótką komendę:

            – W imię Boga… Ruszamy…!!!   

Odział wzniósł się powoli ku górze, uformował w szyk bojowy i coraz szybciej pomknął ku wielkiej wieży, granatowiejącej przy jasnych zboczach, tuż przy linii horyzontu. Rozpędzili się szybko i teraz, każdy, kto na nich patrzył z oddali, brał ich za wielką, lśniącą strzałę, lecącą ku dalekiemu celowi. Mijali inne oddziały i samotnych wędrowców, pozostawiali za sobą puste przestrzenie, jakby pulsujące tęsknym wołaniem, dalekim jękiem generowanym przez ból lub rozkosz. Yasmen nie mógł przyjść do siebie, wciąż niosąc w pamięci ohydne obrazy i pojawienie się archanioła, tak łagodnego i tak gwałtownie niszczącego to, co podstępnie wniknęło w jego świadomość. Kącikiem oczu zauważył Olinopasa, wyprężonego i dynamicznie mknącego we wskazanym kierunku. Chciał skupić uwagę na jego prawej dłoni, torującej drogę pośród przestrzeni niebieskiej, ale jego wzrok powędrował ku zielonej-złotej szacie, unoszącej się lekko i odsłaniającej kształtne uda. Choć bardzo pragnął odwrócić głowę, jeszcze kilka razy spojrzał na Olinopasa i dopiero, gdy urodziwy anioł zniknął na chwilę w białej chmurze, wpatrzył się w daleki cel. Znowu usłyszał w sobie słowa: Bóg jest moją siłą… i przekazał je wszystkim  członkom oddziału, a oni zaczęli przekazywać je wszystkim mijanym, uskrzydlonym duchom. Jeśli na ich drodze pojawiłby się choćby okruch zła,  zmietliby go natychmiast, odrzucili daleko za siebie. Nie mogli jednak wiedzieć, że bystre, czarne ślepia wpatrzyły się w nich i uważnie śledziły pokonywaną drogę.

CZARNY NEFRYT (12)

Liu siedziała na gładkim głazie na środku głównej komnaty w jaskini. Wciąż czuła ból w okolicach łona i na pokąsanych przez Czena udach. Zakryła twarz otwartymi dłońmi, zatopiła się we wspomnieniach i płakała. W jej myślach pojawiły się intensywne obrazy ostatnich dni, kiedy to kochała się z Gao w ogrodzie poborcy, a potem doświadczyła tylu strasznych cierpień. Otarła łzy z oczu lnianą chusteczką i rozejrzała się po jaskini, w której zgromadzono tyle bogactw. Nie chciała ich, bo wiedziała, że na wszystkim ciąży krew, każda złota bransoleta, każdy nefrytowy naszyjnik, każdy drogocenny pierścień, mają swoją historię, związaną z jakąś śmiercią i niewysłowionym cierpieniem. Dlaczego ludzie wyrządzają sobie tyle krzywdy, skąd bierze się u nich ten pęd do zabijania. Przecież i tak wszyscy umierają, prędzej czy później odchodzą do nicości i niczego ze sobą nie zabierają. Mogliby stworzyć pomniki swoich osób w pamięci innych, mogliby zasłynąć jako wielcy nauczyciele, lekarze, architekci i artyści, a oni wciąż tylko zapisują krwawe karty historii. Pomyślała o Shi Huangdi, który przyszedł na świat jak Czao Czeng i jako chłopiec wstąpił na tron. Potem przyjął tytuł cesarski i ogłosił się potomkiem Żółtego Cesarza, szybko też zasłynął jako najokrutniejszy morderca. A mógł pozostać w świadomości ludzi jako ten, który zjednoczył Chiny, budował i sprawiedliwie dzielił dobra… Był synem królewskiego zakładnika Zichu, który przebywał w mieście Handan, a jego matką była nałożnica bogatego kupca Lu Pu-weia. Dopiero, gdy osiągnął pełnoletniość, zaczął realizować swój plan, połączenia i pogodzenia zwaśnionych królestw. Ale czy dokonałby tego – myślała Liu – gdyby nie palił miast i nie zabijał opornych dowódców, bogaczy i prostych ludzi, gdyby nie dławił buntów i nie pozbywał się wpływowych feudałów? Każdy człowiek ma w sobie coś złego, jakby wspomnienie zwierzęcia, które rzucało się na inne istoty, szarpało mięso i przelewało krew. On wsłuchiwał się w pomruki drapieżnika, który zawsze w nim był i ruszał do walki natchniony wielką wizją. Takie osoby popychają ludzkość do przodu, ale też są bardzo niebezpieczne, odciskają swoje krwawe piętno na milionach istnień. Może dlatego cesarz tak szybko zaanektował państwo Han, a potem podbił królestwa Czao, Wei, Chu, Yan i w końcu najdłużej opierające się Qi. W międzyczasie dławił kolejne bunty i najokrutniej mordował tych, którzy stawali mu na drodze, stale się też zabezpieczał, wszędzie ukrywając swoich szpiegów, urzędników, poborców i żołnierzy. Nikt nie zdoła go pokonać, ale czasem mała myszka potrafi tak przestraszyć słonia, że pędzi on wprost do przepaści i ginie w niej. Liu patrzyła na skraj urwiska w jaskini, gdzie spadły ciała złoczyńców i ukochanego Gao. Nie miała teraz nikogo, choć czuła jakiś dziwny niepokój w sercu, jakby coś miało się wkrótce wydarzyć, jakby jej mężczyzna zostawił jej jakieś przesłanie. Powoli ubrała się w cieplejsze rzeczy i powędrowała do wyjścia z jaskini, gdzie z niemałym trudem przedostała się przez krzaki i wyszła na wolną przestrzeń. Stały tam wciąż konie, które żołnierze Czena uwiązali do wozów, drzew i grubych gałęzi krzewów. Wprawnym okiem wybrała najlepszego z nich, a resztę zaprzęgła do wozów i spłoszyła długą bambusową witką. Wskoczyła na czarnego ogiera i rozejrzała się dookoła, starając się zapamiętać to miejsce – tylu ludzi potrzebuje pomocy, tyle istnień łka w ciemnościach. Może kiedyś będzie mogła ofiarować komuś cząstkę tego skarbu, a może sama skorzysta z niego, by przedostać się jak najbliżej cesarza. Wielka skalna iglica, a przy niej trzy wysokie limby, były znakiem tej przestrzeni, która rozszerzała się w dalszej części w ciągnący się w dal wąwóz. Ruszyła powoli i przez cały czas przyglądała się dziwnym skałom, skupiskom drzew, samotnym głazom i biegowi strumienia, który przemykał ku rzece. Jechała bardzo długo i wiele razy zmieniała kierunek, aż w końcu znalazła się na drodze wiodącej do stolicy. Instynktownie zatrzymała się teraz, ukryła w bambusowych zaroślach konia, a sama przyczaiła się za trzema wielkimi głazami, dookoła porośniętymi wysoką trawą i chwastami.

            Pozostawała w ukryciu dosyć długo i już chciała uwolnić konia i wejść na szlak, którym wróciłaby ku znanym sobie terenom, ale usłyszała jakiś podejrzany hałas. Obniżyła się jeszcze bardziej za głazami i za jakiś czas najpierw zobaczyła żołnierzy, jadących powoli w szyku trójkowym, a za nimi wielki wóz, wypełniony ludźmi i różnymi sprzętami. Na chwilę zatrzymała wzrok na spętanym mężczyźnie, jadącym na koniu, za wozem, przed ostatnimi dziewięcioma żołnierzami, zamykającymi cały pochód. Długo jeszcze odczekała i dopiero, gdy wszystko ucichło, a ptaki zaczęły znowu śpiewać i przelatywać z gałęzi na gałąź, podążyła w kierunku pięknie zbudowanego ogiera, odwiązała go i spłoszyła, uderzając dość mocno otwartą dłonią w zad. Teraz mogła wejść już na drogę i podążyć w kierunku stolicy, ale przez cały czas miała wątpliwości, czy dobrze robi. Wiedziała, że jest urodziwa i że będzie musiała pozbyć się natrętnych adoratorów, może nawet uciekać się do podstępu i zbrodni. Droga, którą szła była początkiem jej wielkiego szlaku, który miał ją doprowadzić przed tron tego, który spowodował ciąg nieszczęść i zabrał jej ukochanego Gao. Przyspieszyła kroku i szybko wydostała się na wolną przestrzeń, która była rodzajem rozległego tarasu, schodzącego w dół. Szeroka, zjawiskowa panorama dalekich gór i ciągnących się pól, otworzyła się przed nią. Spostrzegła też lśniącą rzekę i wpadające do niej strugi, ale najdłużej zatrzymała wzrok na będącym bardzo już daleko oddziale i wozie. Bliżej niej dwóch wieśniaków i młoda dziewczyna ciągnęli niewielki wóz wypełniony kapustą, więc postanowiła przyspieszyć i przyłączyć się do nich. W myślach ułożyła już swoją wersję wydarzeń i teraz nadarzała się sposobność, by sprawdzić, jak odbierają ją ludzie. Zbliżyła się już na tyle do nich, że została zauważona, więc uśmiechnęła się promiennie i podeszła do ciągnących prosty pojazd. Jeden z mężczyzn był starcem, a drugi młodzieńcem, dziewczyna natomiast mogła mieć dopiero dwanaście lat.

            – Dokąd podążacie dobrzy ludzie – zapytała dochodząc do nich.

 – Piękna pani, tutaj wszyscy zmierzają do miasta Xianyang albo do pałacu cesarza… – odezwał się starzec, przyglądając się z uwagą kobiecie.

– Wieziemy kapustę na dwór cesarski… – dodał młodzieniec i odsłonił w uśmiechu swoje białe zęby.

Zauważyła, że byli bardzo biedni, ubrania mieli podarte i postrzępione, ledwie okrywające ich ciała. Na nogach nosili najprostsze sandały z łyka, spodnie mieli obwiązane sznurem, a na głowach słomiane kapelusze. Byli wychudzeni, choć mężczyzna w sile wieku był bardzo urodziwy i Liu natychmiast to zauważyła. Odpowiedziała uśmiechem na jego uśmiech i zwróciła się do niego:

            – Idę z bardzo daleka, aż z komandorii Hedong, gdzie przez wiele lat pracowałam jako kucharka w bogatym domu – skłamała Liu. Po śmierci męża – ciągnęła dalej – nie mogłam znieść wspomnień, związanych z tamtymi miejscami i rok temu ruszyłam do stolicy.

            – Tutaj, o piękna pani nikt nie pyta podróżnych, dlaczego ruszyli w drogę… – powiedział starzec i dał znak, że trzeba jechać.

            – Jeśli pozwolicie, przyłączę się do was, bo doprowadzicie mnie do pałacu – zapytała Liu i zarazem wskazała palcem kierunek.

            – My najpierw zatrzymamy się u naszego wuja, w przydrożnej gospodzie, gdzie zostawimy trochę kapusty i wymienimy ją na ziemniaki i marchew… – rzekł starzec i niespokojnie rozejrzał się na boki.      

Liu zauważyła lęk w jego oczach i zrozumiała, że może być zagrożeniem dla tych prostych ludzi. Mieszkała przecież długo nieopodal tego miejsca i wiedziała jak niebezpieczni bywają nieznajomi, więc szybko pośpieszyła z dopowiedzią:

            – O, to znakomicie, miałam zatrzymać się w jakimś miejscu, zjeść coś i odpocząć po trudach podróży… Gospoda będzie dobrym miejscem…

            – Tak pani, tam kupisz dobry ryż i warzywa, a nawet kawałek mięsa… – dodał młodzieniec i znowu uśmiechnął się zalotnie do kobiety.

            – Nazywam się Ho – budowała swój nowy wizerunek Liu. Mój ojciec był pszczelarzem, a matka szyła jedwabne suknie dla bogatych ludzi… – zwróciła się do młodego chłopa.

            – Tutaj nikt nie pyta ludzi, co robili… – raz jeszcze sentencjonalnie powiedział starzec.

Wędrowali długo gliniastą drogą, wijącą się między polami i wspinającą się na pagórki, aż w dali zobaczyli liczne dachy, przylepionych do siebie domów. Właśnie dochodzili do dawnej posiadłości Wanga i Liu znowu stanęły przed oczyma ostatnie wydarzenia. Dom spalił się całkowicie, ale ocalał ogród, w którym spotykała się z Gao – jakże to ją zabolało, znowu poczuła go w swoich ramionach, a samotna łza pojawiła się na jej policzku. Spostrzegła ją dziewczyna, która towarzyszył mężczyznom, ciągnącym wóz. Liu szybko otarła kroplę spływającą po jej twarzy i ostatni raz spojrzała na miejsce, gdzie przez lata gotowała i przy pomocy różnych sztuczek ukrywała swoją urodę przed Wangiem i jego kompanami. Świat pełen jest złych ludzi, ale czasami spotyka się kogoś takiego jak Gao i wtedy wszystko się rozpłomienia. Ludzie szukają miłości, a kiedy ją wreszcie znajdują, upływ czasu i śmierć niweczą wszystko. Pozostają tylko wspomnienia i dla nich warto żyć, dla nich też trzeba wejść na szlak i podążyć nim ku nieznanemu przeznaczeniu – myślała smutna Liu, patrząc na dużą siwo-czarną wronę mijającą ich i odlatującą w kierunku doliny.        

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (X)

Znad fioletowej mgły i tężejącego szkarłatu dali, nakładających się na siebie, wyłonił się anioł, mknący gdzieś niczym ognista pika. Tuż za nim podążał spory oddział i Yasmen wyczuł, że skrzydlaci śmigają w tę samą stronę, w którą poleci jego drużyna. Skupił swoją uwagę na dowódcy i przez głębiny zaczęło się do niego przedzierać jego imię: Istaran… Jeszcze mocniej wpatrzył się w niego i niechcący znalazł się w jego świadomości, przebił zasłony niebieskie i spłynął z góry ku niewielkiemu miastu w Langwedocji. Teraz przedni anioł był biskupem i nosił imię Bertrand, a wokół niego gromadzili się rycerze. Dał znak małej grupce i podążył ku podcieniom katedry, nad którymi umieszczono ślepe triforium. Po chwili wszyscy znaleźli się w małej salce i zasiedli przy wielkim, dębowym stole. Biskup dał znak ręką i przybyli zaczęli nalewać do kielichów wino z wielkiego dzbana. Sam napełnił naczynie wodą, pociągnął z niego spory łyk i przemówił:

            – Bracia… nadchodzi dla nas trudny czas… moi szpiedzy donoszą, że Innocenty III ogłosił przeciwko nam kolejną wyprawę. Wyznaczył w tym celu legata – Arnauda Amaury…

            – Znam tę świętoszkowatą kanalię… – odezwał się rudobrody rycerz – Udaje świętego męża, a potajemnie gromadzi bogactwa i zabawia się z nagimi chłopcami…

            – Gorszy jest dowódca wojsk krzyżowych Szymon z Montfort… włączył się długowłosy, grubawy mężczyzna bez zbroi – Bertrandzie znam go z licznych nieustępliwych wypowiedzi o nas i dysput bez końca…

            – Nie mamy chwili do stracenia… – ciągnął dalej biskup – wszyscy czyści muszą się udać wraz z nami do miasta Béziers, gdzie podążą wojska krzyżowe… tam z nimi stoczymy bitwę i pokonamy ich…

Yasmen usilnie wpatrywał się w dal i śledził ruchy biskupa, który po zakończeniu narady przeszedł do krypty i zaczął się modlić w towarzystwie zaufanych rycerzy. Dopiero po dłuższej chwili odezwał się uroczyście:

            – Bracia nie możemy się poddać, bo zatriumfuje ten, który pomieszał umysły naszych wrogów. O to mu chodzi, by jak najwięcej ludzi uwierzyło, że pan ma nad nim władzę… A tymczasem to on, przedwieczny Satanael, stworzył świat i nasączył go złem, przyoblekł nas w te podłe, grzeszne ciała i nakazał wpatrywać się w ciemne zakamarki, cuchnące moczem i kałem…  

            – Doskonali nie mają takich pokus ojcze Bertrandzie…– odezwał się wysoki brunet, z ogromną czarną brodą.

            – Wiem bracie Stefanie…– potwierdził biskup i ciągnął dalej –  Ale wciąż jest ich za mało. Ludzie łakną uciech, obżerają się mięsem i chlebem, płacą za nagość i cierpkie wino… Nie przyjmują naszej nauki o wędrówce dusz i nie wierzą, że nagle mogą się znaleźć w ciele ciepłokrwistego zwierzęcia…

            – Wolą harować dla panów i królów, bo myślą tylko o pławieniu się w uciechach… gdy zapada zmrok zmieniają się w bestie – powiedział zakonnik w szarej szacie.

            – On to wszystko uczynił – ciągnął biskup – Pomieszał języki i wciąż zaciemnia umysły. Papież mówi, że powołał go dobry Bóg, by wykorzystywać go do swoich celów… A przecież dobro nie idzie na żadne kompromisy, dobro jest czystą energią, która musi nieustannie zmagać się ze złem i walczyć z Satanaelem… Gdyby ludzie chociaż raz ujrzeli jego prawdziwe oblicze…

            – Ohydny jak ropucha, oślizły jak wąż, cuchnący jak wilk… – powiedział młodzieniec w sfatygowanej zbroi.

            – O nie bracie… – przeciwstawił mu się Bertrand – To są ludzkie określenia, czerpiące materię porównawczą z otaczającego nas świata. Nie jesteś w stanie wyobrazić sobie jak jest wielki, jak przenika każdą cząstkę rzeczywistości… jak jest czujny, cierpliwy i w każdej chwili gotowy siać zniszczenie…

Yasmen słuchał tych słów ze zdumieniem, bo trafiały gdzieś głęboko do jego świadomości. Wiele razy rozmyślał o dualizmie dobra i zła i toczył dyskusje w gronie starych aniołów. Liczni z nich mówili podobnie – szukając odpowiedzi na pytanie o naturę Boga, uciekali się do ziemskich porównań i przeciwstawiali go równemu mu przeciwnikowi. Śledził jak Istaran i jego oddział przemierzają dalekie połacie nieba i uczynił jeszcze jeden myślowy wysiłek. Pragnął znowu znaleźć się obok biskupa, choć obrazy, które zaczęły ku niemu podążać, przeraziły go i osłabiły. Zobaczył krzyżowców w bogatych, lśniących zbrojach, wdzierających się do niewielkiego miasta i odczuł, że znowu jest w Langwedocji. Jakiś rycerz podbiegł do dowódcy na wielkim czarnym koniu i krzyknął:

            – Panie, jak mamy ich odróżniać od prawdziwych wyznawców…?

            – Mordujcie wszystkich… Bóg oddzieli ziarno od plew…

Wszędzie biegali i jeździli na koniach krzyżowcy, siekąc ludzi długimi mieczami, tnąc toporami i przekłuwając ostrymi pikami. Krzyk przerażenia mieszał się z rozpaczliwym płaczem, a tętent końskich kopyt złowieszczo zapowiadał jak skończy się to wszystko. Biskup Bertrand patrzył przez okno jednego z budynków, przylegających do kościoła św. Magdaleny i raz po raz szeptał słowa modlitwy. Zobaczył rycerza w złotej zbroi pędzącego na koniu za trzema niewiastami, które szybko dotarły do muru świątyni, a widząc, że nie ma dla nich ratunku klękły przed zbliżającym się oprawcą i zaczęły głośno prosić go o litość. Biskup widział jak zbliża się do nich i jak z furią uderza w jedną po drugiej, jak przecina je  w tali, a potem ściąga konia i pędzi dalej mordować. W bocznej uliczce zobaczył kilku mężczyzn stojących w szeregu, a przy nich siepacza, który podchodził po kolei do każdego  z nich i wielkim nożem podcinał gardła. Krew tryskała na prawo i lewo, zwłoki walały się wszędzie i już zaczęły zlatywać z pobliskich wzgórz czarne ptaki.

            – Panie, musimy umykać… Béziers stracone… musimy schronić się w jakieś wyniosłej twierdzy… – pokrzykiwał młody zakonnik z krótkim mieczem w dłoni.

            – Ale jak wydostać się z tego piekła – spytał biskup i załamał ręce.

            – Musimy wejść do podziemi – brat Jules wyprowadzi nas za mury… zna sekretne zakamarki miasta…– odpowiedział młodzieniec i pociągnął za sobą dostojnika.

            – Zaiste tylko Satanael mógł stworzyć taki świat… Dobry Bóg nie zgodziłby się na mordy i ból niewinnych istot – szepnął biskup i podążył we wskazanym mu kierunku.

Szare opary okryły zmierzający oddział i Yasmen  stracił go z oczu, a choć patrzył na nich wzrokiem wewnętrznym, nie mógł niczego rozróżnić. Wielkie skrzydło nocy przechylało się w kierunku zachodnim i wszystko zaczęło się rozmazywać. Nagle jednak oddział wypłynął z mgły i jaskrawo oświetlony ostatnimi promieniami dnia, majestatycznie mknął do przodu za swoim dowódcą. Yasmen raz jeszcze skupił uwagę na lśniącym punkcie, sunącego po niebie Istarana i znów został wstrzelony ku dalekim przestrzeniom ziemskim. Miejsce nazywało się Mont Segure i było białą, wyniosłą skałą, na której wzniesiono zamczysko obronne. Tu odnalazł Yasmen raz jeszcze biskupa Bertranda, a przy nim innych doskonałych i czystych. Zwycięscy zbudowali ogromną palisadę z zaostrzonych beli, a w środku umieścili wiele kloców, gałęzi i chrustu. Nagle pojawił się przed nią łysy dominikanin z mieczem w prawej i krzyżem w lewej dłoni. Stanął przed spętanymi mężczyznami i kobietami i podniesionym głosem powiedział:

            – Pan daje wam ostatnią szansę i moimi ustami pyta czy wyrzekacie się swojej herezji? Czy potwierdzacie, że jest tylko jeden Bóg, stworzyciel nieba, ziemi i człowieka?

Cisza zaległa przy palisadzie i tylko ciche chlipanie kobiet świadczyło o tym, że ludzie, stojący w wielkiej masie są żywi. Po dłuższej chwili z tłumu wystąpił starszy mężczyzna, uczynił znak krzyża i przemówił:

             – Nie do ciebie zwracam się panie… lecz do moich współbraci i sióstr…Byłem waszym biskupem i razem z wami wstąpię w ogień… Nie ma już dla nas ratunku, a to czego byliśmy świadkami w ostatnich latach dowodzi, że świat został stworzony przez złośliwego demona… On nie poprzestanie na tym, nie napoi się naszą krwią, nie przestanie zwodzić ludzkości…A w końcu rozszarpie i naszych oprawców…

            – Twoja przemowa jest zbędna, zarówno twoi ludzie jak ci, którzy przyszli tu by wykorzenić herezję, wiedzą że bluźnicie panu od dawna… – odezwał się inkwizytor.

            – To, co wy nazywacie herezją, jest samą istotą świata, stworzonego przez Satanaela – waszego świata, pełnego zbrodni, krwi i bólu, świata zrodzonego w krzyku przerażenia i kończącego się w nim… – odparł biskup Bertrand.

            – Odmawiasz zatem… Nie wyrzekasz się waszej straszliwej herezji…? Giń tedy pyszny kłamco i pociągnij za sobą tłum twoich wyznawców… Straże, wepchnąć ich za palisadę…

Rycerze na koniach sprawnie zapędzili skazańców za ogrodzenie, zamknięto wrota i zabezpieczono je grubą belką. Ucichły łkania i szepty i słychać tylko było ogień skwierczący w pochodniach, trzymanych przez giermków. Inkwizytor wzniósł się nieco w ostrogach i krzyknął:

            – Podpalać…!!! Niech giną nieprzyjaciele Boga i Ojca Świętego, niech sczezną heretycy siadający do uczt z diabłami…         

Yasmen patrzył jak ogień rozpala się coraz mocniej, jak zmienia się w jeden wielki, przerażający płomień, z którego dolatywać zaczęły krzyki i jęki. Języki zyskały potworną moc destrukcyjną i szybko zawładnęły drewnem i ludźmi. Jeszcze tylko jeden krzyk przedarł się ku żywym i Yasmen bez trudu rozpoznał w nim głos zabijanego biskupa Tuluzy Bertranda.            

– Umieramy za dobrego Boga… Tylko on może uratować świat…    

BROMBERG (14)

Komendant Policji Jan Kowalski wyszedł z tymczasowej siedziby Selbschutzu, w dawnej willi Blumwego, gdzie uczestniczył w naradzie z SS-Standartenführerem Ludolfem von Alvenslebenem. Dzień był słoneczny, więc postanowił przejść główną ulicą miasta w okolice teatru miejskiego i tam skręcić ku dawnej siedzibie polskich władz rejencyjnych, gdzie mieścił się też komisariat powiatowy. Szedł powoli przyglądając się ludziom i budynkom, z których teraz zwisały wielkie czerwone flagi, z czarnymi swastykami. Jeszcze nie otrząsnął się z wrażeń, jakie przyniosła nieudana ucieczka w kierunku Inowrocławia, a potem przesłuchania i szybkie podpisanie zobowiązania lojalności, w czym dopomógł mu wujek, dawny współwłaściciel składu handlowego. Teraz dziwnie się czuł, idąc ulicą Gdańską, pod okupacją niemiecką przemianowaną na Adolf Hitler Strasse, pełną patroli w masywnych hełmach, oficerów przemykających gdzieś szybko i samochodów z niemieckimi rejestracjami. Na wysepce, przy hotelu Pod Orłem przystanął obok policjanta w granatowym mundurze, który natychmiast mu zasalutował.

– Jak sprawy się mają…? – zapytał podwładnego, nie mogąc sobie przypomnieć jego nazwiska.

– Wszystko pod kontrolą panie komendancie… Melduje się posterunkowy Józef Madej…Duży ruch przy hotelu, podjeżdżają niemieckie auta, wchodzą i wychodzą oficerowie i żołnierze niższej rangi…

– Może dostają posiłki w restauracji – powiedział Kowalski, przypominając sobie niegdysiejszy raut prawniczy w Sali Malinowej, na który został zaproszony w 1933 roku.

 – Pewnie tak… odpowiedział posterunkowy, a potem dodał – Jeden z podoficerów powiedział mi, że Niemcy przemianują nazwę naszego reprezentacyjnego hotelu na Danzinger Hof…

 – To ciekawe…i jakże dziwaczne… – odrzekł Kowalski i już chciał odejść, gdy jego uwagę przykuł orzełek na czapce podwładnego. Zatrzymał się jeszcze na chwilę i cicho wydał rozporządzenie – Kolego ściągnij polskie godło z nakrycia głowy, teraz będziemy nosili na nich herb miasta z czasów niemieckich. Pobierzecie blaszkę w naszym komisariacie…Więc mówicie… Danzinger Hof…

 – Tak jest panie komendancie – zasalutował na pożegnanie Madej i odwrócił się w drugą stronę, przybierając postawę służbistą.

Kowalski ruszył dalej, rozmyślając o tym, co mu powiedział posterunkowy. Jego kroki były sprężyste, a wyglancowane oficerki miarowo stukały o chodnik. Szybko dotarł do kościoła klarysek, wciąż czynnego i gromadzącego wiernych na mszach. Niestety wiedział już od Alvenslebena, że świątynia niebawem zostanie zamknięta… oby tylko znowu nie przemianowali jej na remizę strażacką… pomyślał i ruszył w kierunku kolejnego podwładnego, stojącego na posterunku naprzeciw półokrągłego domu Pfefferkorna, w którym od dziecka bywał w składzie i mieszkaniu swojego wuja. Zbliżył się do policjanta, który nie widział, że dowódca sunie ku niemu. Lubił czasem żartobliwie straszyć swoich podwładnych, więc teraz odezwał się znienacka po niemiecku:

 – Alle achtung!

Wystraszony Posterunkowy odwrócił się błyskawicznie na pięcie, a widząc swojego dowódcę, uśmiechnął się, zasalutował i szybko się zameldował:

 – Na wyznaczonym miejscu, melduje się starszy posterunkowy Józef Glapa…

Tego policjanta Kowalski znał znakomicie i nawet go lubił, więc z uśmiechem nakazał mu konfidencjonalnie zdjąć orzełka z czapki, a potem dalej patrolować przestrzeń ograniczoną z jednej strony przez teatr, a ze strony drugiej przez cukiernię Białeckiego, półokrągłą kamienicę Pfefferkorna i niewielki kościół. Zapytał jeszcze o żonę i dzieci, a potem ruszył równiutkim chodnikiem dawnej ulicy Jagiellońskiej, wzdłuż latarń gazowych i drzewek, posadzonych ledwie kilka lat temu, podtrzymywanych przez żelazne wsporniki i ochranianych przez dookolne siatki. Właśnie dowiedział się, że jego siedziba, w dawnym budynku Rejencji Bydgoskiej, mieścić się teraz będzie przy Hermann Göring Strasse. Nagle jego uwagę przykuł mijający go boy hotelowy, ubrany paradnie w białą kamizelkę, pumpiaste spodnie, kolanówki i dość znoszone brązowe buty, całość uzupełniał paradny, czerwony toczek na głowie, przytrzymywany przez pasek, zapinany pod brodą,. Chłopak zapewne zmierzał do wielkiego budynku pocztowego, wzniesionego przez Prusaków pod koniec ubiegłego wieku w stylu narodowym i ukończonego w roku 1900. Teraz, gdy chłopiec się oddalił, Kowalski przyspieszył nieco kroku i już z daleka zobaczył dwie ogromne flagi ze swastykami, zwisające od dachu do końca elewacji. Przy samym wejściu wyprężyli się przed nim robotnicy budowlani, właśnie demontujący polskie tablice municypalne.

Wszedł do obszernego przedsionka i długim korytarzem skierował się ku pokojom na parterze, w bocznym skrzydle, zajmowanym przez policję. W sekretariacie przywitał go przodownik Kamiński, a po chwili z bocznego pokoju wyszedł też starszy posterunkowy Tabakowski. Nagle poczuł się zmęczony, więc podszedł do stołu, nalał sobie zbożowej  kawy z dzbanka i usiadł na wygodnym fotelu. Współpracownicy zauważyli, że wyciągnął z kieszeni kraciastą chusteczkę i zaczął nią ścierać pot z czoła, zza uszu i z szyi. Dopiero, gdy napił się kawy, sięgnął po papierosa i po pierwszym zaciągnięciu się dymem, wypuścił z ust biały obłok, Kamiński odważył się zapytać:

– Jak tam narada Janku… Szwaby dadzą nam żyć…?

Dowódca zaciągnął się ponownie, a po wydmuchnięciu dymu i wypiciu kolejnej porcji kawy, ociągając się jakby mu to sprawiało przykrość, powiedział:

 – Nie mamy wyjścia, musimy dostosować się do zarządzeń władz okupacyjnych…Wszyscy będziemy musieli podpisać zobowiązania lojalności, każdego dokładnie prześwietlą, sprawdzą genealogię i jeśli znajdą jakieś odgałęzienia żydowskie, wypieprzą na zbity pysk…

  – No to nasz kochany Szmul Lewi pożegna się z posadą…– odezwał się Tabakowski.

  – Niestety tak…I jakże przykro mi będzie mu to zakomunikować… – odparł komendant, a potem ciągnął – Musimy mu jakoś pomóc, bo otrzymałem rozkaz przekazywania wszelkich informacji o Żydach do samego Alvenslebena. Najlepiej by było, gdyby spróbował przedostać się do Rosji, podobno ma tam rodzinę, a jego wujek piastuje wysokie stanowisko w bolszewickim wojsku…

  – Teraz to są nasi przełożeni, a zadaniem policjanta jest służyć władzy, jakakolwiek by ona nie była… – powiedział Kamiński.

  – Taki nasz los i takie zadanie… wielu z nas nienawidziło Piłsudskiego, ale służyliśmy mu wiernie… – zabrał głos w dyskusji starszy posterunkowy.

  – Piłsudski kazał strzelać do tłumów, ale miał zawsze na uwadze interes Polski, jesteśmy warcholską nacją… – powiedział komendant.

  – Choć moja żona tego nie zaakceptuje, podpiszę szybko akt lojalności… powiedział Kamiński.

  – Będziemy też musieli ślubować oddanie Hitlerowi… Alvensleben powiedział mi, że będziemy też wykorzystywani podczas egzekucji…

 – Pełniłem służbę na Starym Rynku i rozstrzeliwanie nie zrobiło na mnie większego wrażenia… W końcu wcześniej, na rozkaz polskich władz wojskowych, strzelaliśmy do niemieckich dywersantów…– powiedział Tabakowski.       

– Policjant musi być twardy… – wtrącił się Kamiński – Szczególnie teraz, gdy Niemcy nie patyczkują się z mięczakami… Historia uczy, że wszelkie zabory i najazdy kiedyś się kończą… A wtedy będziemy potrzebni ojczyźnie żywi…

– To są trudne wybory mój przodowniku…– próbował zamknąć dyskusję Kowalski.

– Tak, ale pamiętaj co Jezus powiedział do faryzeuszy: Oddajcie co jest cesarskie, cesarzowi, a co jest boże Bogu… – perorował podwładny.

– Cały czas brzmiały mi w uszach te znamienne słowa z Ewangelii św. Mateusza, gdy słuchałem Alvenslebena… I cieszę się, że nie będę miał problemu z wyznaczeniem was do planowanej egzekucji Żydów nieopodal Bydgoszczy.

– Myślałem, że rozważaliśmy to wszystko teoretycznie – powiedział czerwony od gniewu Kamiński.

– Tak, ale teoria jest pustą literą, jeśli nie sprawdza się w praktyce – powiedział dowódca, lekko urażony tonem ostatniej wypowiedzi Kamińskiego.

– Jeśli kolega ma jakieś opory, ja ich nie mam i mogę pojechać na akcję za niego… palnął Tabakowski, zasalutował i wyszedł do sąsiedniego pokoju.

Kowalski dopił resztę kawy, po czym dźwignął się z fotela i powędrował do swojego gabinetu. Tam zasiadł za biurkiem i sięgnął po słuchawkę telefonu. Odszukał numer w podręcznym notatniku i wykręcił go powoli. Po chwili usłyszał w słuchawce dźwięczny, znajomy głos:

– Tu Szmul Lewi, czym mogę służyć…?

– Mówi Kowalski…Słuchaj uważnie drogi przyjacielu… Musisz jak najszybciej zgarnąć najpotrzebniejsze rzeczy, spakować żonę i dzieci, wziąć oszczędności i kosztowności  i zmykać stąd jak najdalej. Jeśli tego nie zrobisz, Niemcy wkrótce zapukają do waszych drzwi i wywloką was na rozstrzelanie…

– O Jahwe, rabinie nad rabinami… – Kowalski usłyszał po drugiej stronie – O Jahwe, a gdzie my się teraz podziejemy…?

– Podobno masz rodzinę w Rosji, więc kieruj się ku wschodniej granicy… – mówił przełożony – Tutaj nie ma dyskusji… Nawet twoi koledzy z naszego komisariatu doniosą na ciebie… Rozmawiałem z nimi i wiem jaki jest ich stosunek do rozkazów władz… A są one bezwzględne dla waszego narodu i już zaplanowali masowe rozstrzelania nieopodal naszego miasta… Masz tylko jedną alternatywę kochany Szmulu, ucieczka albo śmierć…

– Ty jesteś dobrym człowiekiem Janku… dobrym człowiekiem – powiedział dobitnie Szmul, a potem dorzucił – Nigdy ci tego nie zapomnę. Mam sąsiada, bardzo bogatego Żyda, który niedawno kupił duży furgon dostawczy, może zabierze swoją rodzinę i nas i jakoś przemkniemy bocznymi drogami do Wilna, a stamtąd do Głębokiego i Połocka, nieopodal sowieckiej granicy, gdzie od lat mieszkają moi krewni.  Tylko jak ja to wytłumaczę mojej Mirełe…? Ona tak kocha naszą Bydgoszcz… Jak uspokoję małego Chaima i jego siostrę Sarę…?

– Nie masz wyjścia Szmulu… to są prawdziwie szatańskie bestie i nie zlitują się nad wami… Zażądali bym wyznaczył dwóch naszych policjantów do pomocy w rozstrzeliwaniu Żydów w Tryszczynie albo Fordonie, planowanym wkrótce. I dwaj twoi koledzy… nie pytaj którzy…bez mrugnięcia okiem zgłosili się na ochotnika. Biegnij do swojego majętnego przyjaciela, weźcie sporo żywności i wody i uciekajcie jak najszybciej, jedźcie bez świateł przez wsie, lasy i pola, najlepiej nocą, tylko bocznymi drogami, bo wszędzie są posterunki i wszędzie na was będą polować… Jesteś takim inteligentnym szachistą, więc rozegraj tę partię tak, by w Połocku powiedzieć: mat…Już nie liczą się pieniądze, nie liczy się bogactwo, to tylko środki, dzięki którym ocalicie swoje życia.

– Dziękuję raz jeszcze Janku i do zobaczenia w innym świecie…– jęknął boleśnie Szmul.

– Do zobaczenia przyjacielu… – odparł Kowalski i odłożył słuchawkę na widełki.

CZARNY NEFRYT (11)

Dong powoli odzyskiwał świadomość, ale widział wciąż zamazane obrazy, jakby patrzył przez grubą taflę lodu. Dochodziły do niego jakieś dźwięki, pokrzykiwania i nawoływania, ale trudno mu było połączyć je w logiczną całość. Czuł dotkliwy ból z tyłu głowy i bał się poruszyć nią, jakby groziło mu wciąż wielkie niebezpieczeństwo. Uchwycił się tej myśli i powoli zaczął przypominać sobie kim jest i co się stało. Nagle przestrzeń wokół niego zyskała na ostrości i zobaczył grupę ludzi idących przy wielkim wozie, zaprzężonym do dwóch koni. Poruszył się powoli i dotknął rany na głowie, z której lekko sączyła się krew. To była jego wieś i tutaj przyjechał wysłannik cesarski ze swoim oddziałem, by wszystkich wymordować. Przypomniało mu się, że uciekał przed jednym z żołnierzy i otrzymał cios mieczem w głowę, a potem upadł wprost w stóg siana. Oprawcy zapomnieli o nim i tak przeleżał w ukryciu dwa dni, bez czucia i świadomości, aż wreszcie zaczął się budzić i zobaczył szabrowników, odzierających domostwa z tego, co jeszcze pozostało i czego nie strawił ogień. Przez chwilę zastanawiał się czy wyjść z ukrycia czy nie, ale jego decyzję przyspieszyło dwóch rosłych drabów, zbliżających się z widłami do siana. Zanim zagłębili je w nim, wyszedł powoli i stanął na chwiejnych nogach. Pomyślał, że zaraz go zabiją, ale oni podbiegli do niego, wsparli go ramionami i poprowadzili do wozu.

            – Bierzemy co się da i wracamy do miasta – powiedział jakiś starzec – Tutaj już nie masz co robić… Wilki i niedźwiedzie wkrótce nadejdą i mogą ci zrobić krzywdę… Przyłącz się do nas, a znajdzie się miejsce do spania i praca w którymś z domów…

Dong pokiwał potakująco głową i usiadł wygodniej na wozie, na który właśnie ładowano jakieś rolnicze narzędzia, siano i słomę, spętane kozy i barany, nawet psy i koty. Najwięcej sprzętów znaleziono w kuźni, a gdy odkryto schowek w dachu, wyniesiono z niego miecze i kopie, halabardy i noże. Były tam też naczynia z brązu i żelaza, a nawet trzy niewielkie worki z ryżem, pszenicą i grochem, trochę wędzonej wieprzowiny i udziec barani. Przy kuźni nie było starego kowala, ale w ogrodzie znaleziono świeży grób, co było dziwne, bo ciała wszystkich zamordowanych leżały na podwórkach, w sadach i przy drogach, a na środku wsi żołnierze utworzyli piramidę z odciętych głów. Spłoszone sępy odleciały na pobliskie topole, albo krążyły w powietrzu i wydawały pojedyncze, złowieszcze jęki. Nagle jednak wzbiły się znacznie wyżej, co zaniepokoiło starca dowodzącego szabrownikami. Wskazał kołujące ptaki najbliżej stojącemu mężczyźnie i powiedział:

            – Sępy wzbiły się wyżej…           

Ten nie zrozumiał o co chodzi, wzdrygnął ramionami i pobiegł dalej rabować co się da, wynosić ryż i marchew z ziemianek, szukać zwierząt upieczonych żywcem w pożodze.

Wszędzie panowało ożywienie, kobiety i mężczyźni podążali ku miejscom, gdzie ocalały jakieś części chat, wchodzili pod ziemię do schowków, wydobywali ze spichlerzy kosze z jabłkami i gruszkami, owocami morwowca, kasztanami i żołędziami. Nagle, jak na komendę, wszyscy zatrzymali się i zaczęli nasłuchiwać. Od strony cesarskiego dworu nadjeżdżali jeźdźcy i tętent końskich kopyt wzmagał się coraz bardziej.

            – Uciekajmy, to żołnierze cesarza – krzyknął ktoś i puścił się pędem w zarośla bambusowe.

            – Nie uciekniemy – powiedział starzec, zszedł z kozła i stanął przy wozie.

Nie minęło wiele czasu i dwudziestoosobowy oddział, uzbrojony po zęby, w pięknych, lśniących zbrojach z pomalowanych na czerwono płytek z pancerza żółwia, wjechał na główny trakt wiejski. Widząc u końca wsi wielki wóz i umykających ludzi, żołnierze natychmiast skierowali się ku nim, z bojowym okrzykiem. Szybko okrążyli szabrowników i dźgając lekko kopiami w karki, zagonili ich w jedno miejsce, przy koniach i pojeździe. Jako ostatni nadjechał majestatycznie gruby dowódca i zaczął poruszać się pomiędzy złapanymi ludźmi na swoim koniu. Przyjrzał się wszystkim i upewnił, że ma do czynienia z mieszkańcami obrzeża cesarskiego miasta. Nieco dłużej zatrzymał się przy wozie i ze zdumieniem patrzył na leżące na nim miecze i inną, pięknie wykonaną broń.

            – Chcieliście okraść miłościwie nam panującego Qin Shi Huangdi…!?   

Złapani padli na kolana i płakali żałośnie, pochylając głowy i bijąc nimi o ziemię. Jedni milczeli przerażeni, a inni błagali:

            –  Dostojny panie daruj nam życie… Nie zabijaj nas… To bieda nas tutaj przywiodła… Wszystko chcieliśmy oddać cesarzowi…

            –  Teraz łasicie się psy… –  krzyknął dowódca i wciąż siedząc na koniu, kopnął w głowę najbliżej stojącego, łysego i przysadzistego jak on, mężczyznę. –  Zobaczymy co cesarz każe z wami zrobić? Ja bym was wszystkich już tutaj skrócił o głowę, ale może nasz pan będzie miał inny pomysł…

Powiedziawszy to, spiął konia ostrogami i pojechał przyjrzeć się zniszczeniom w różnych miejscach wsi. Zatrzymał się dłużej przy piramidzie z głów i napisie na desce. Przejechał cały trakt od wjazdu, aż do kuźni, pokręcił się na niektórych podwórkach, a potem wrócił do wozu i swoich żołnierzy, którzy spętali już wszystkich schwytanych. Nagle z pojazdu uniósł się zraniony w głowę mężczyzna i krzyknął przeraźliwym głosem:

            –  Panie, panie… ratuj mnie, bo jestem niewinny… Pochodzę z tej wsi i zostałem schwytany przez okrutnych złodziei… –  zawodził Dong i załamywał ręce.

Dowódca podjechał do wozu, przyjrzał się mężczyźnie i od razu zauważył ranę na głowie, po nieudanym cięciu mieczem. To upewniło go, że człowiek ten mówi prawdę i nakazał sprowadzić go na ziemię, dać wody i ryżu, a potem wsadzić na pustego konia.

            –  Staniesz przed obliczem cesarza i opowiesz mu o wszystkim – powiedział dowódca i nakazał ruszać w kierunku dworu.

Dong pierwszy raz w życiu siedział w siodle krwistego rumaka i bardzo się przestraszył. Na szczęście żołnierze spętali mu nogi po brzuchem zwierzęcia i ręce przywiązali do grubego pasa. Jechali teraz wolno skrajem gór i nie wiedzieli, że zza jednej ze skał obserwuje ich kobieta w średnim wieku, która także podąża w okolice pałacu. Dong rozmyślał gorączkowo, co ma powiedzieć cesarzowi, by go nie rozgniewać. Usłyszał od Aia o zbrodniach Wanga i widział pojawienie się siepaczy Czena, a potem prawie całą straszną masakrę. Co jednak na to powie cesarz i co każe z nim zrobić? Może lepiej skłamać, może coś dodać… rozmyślał gorączkowo i szukał rozwiązania. Wydostali się już z górskiego wąwozu, przejechali wielki las bambusowy i pojawili się na głównej drodze, prowadzącej do pałacu. Mijali teraz rolników w słomianych, stożkowych kapeluszach, zmierzających na pola i zatrzymujących się w miejscu, bijących pokłony i ruszających dalej, po przejechaniu oddziału i wozu. Za nimi pozostały wspaniałe góry, które rysowały się wyraziście dzięki słońcu, stojącemu wysoko na czystym niebie. Dong nie miał odwagi patrzeć ludziom w oczy, bo wstydził się swojego czynu. Oni wcześniej zaproponowali mu miejsce i pracę w jakimś domu, a on zdradził ich i nazwał przy grubym dowódcy złodziejami. Wiedział jednak, że musi trzymać się tej wersji, bo to była jego jedyna szansa. Cesarz nie miał litości dla złodziei i na pewno każe ich zbić, może jednak zlituje się nad nim. Skoro ważny żołnierz nakazał posadzić go w siodle i odłączył od szabrowników, to może to jest dobry znak? Obejrzał się za siebie i zobaczył, że nad skałami, zasłaniającymi miejsce, gdzie była jego wieś, unosił się wciąż siny dym dogasających domów i spichlerzy. Tyle lat spędził w tym miejscu i tyle dobrych i złych chwil zapamiętał. Przed oczyma stanęli mu ojciec i matka, brat i siostra, a potem ich śmierci, z powodu starości i choroby. Tylko brat mu pozostał, ale jego, zaraz na początku najazdu, zabili żołnierze Czena. Teraz był sam na świecie i właściwie wszystko mu było jedno, co zrobi z nim cesarz, żałował tylko, że nigdy nie wspiął się na najwyższe szczyty górskie, nie widział innych prowincji i nie zaznał kobiety. Choć miał czterdzieści dwa lata i ładną twarz, żadna dziewczyna we wsi nie chciała iść za mąż za kulawego. Urodził się już z tą przypadłością i im był starszy, tym trudniej mu było poruszać się, wykonywał tylko lżejsze prace i korzystał z gościnności i opieki brata i jego żony. Łza pojawiła mu się w oku, gdy przypomniał sobie jego dzieci, dziewczynkę i chłopca… I czułą bratową, która własnym ciałem osłaniała maleństwa przed razami mieczy. Brat też skoczył z widłami przeciwko mordercom, ale ugodzili go włócznią w brzuch, a potem ścięli głowę, jak wszystkim we wsi. Dlaczego właśnie on ocalał i co powinien teraz zrobić – rozmyślał i wpatrywał się w zwężającą się w dali drogę. Gdzieś daleko połyskiwała w słońcu rzeka Wei He i słychać było z oddali przeczysty śpiew i tęskne tony gruszkowatej pipy.

« Older entries

<span>%d</span> blogerów lubi to: