ALEJA KLONÓW (28)

Zamieszczony tutaj wpis jest ostatnim w ciągu prezentacji fragmentów prozy opisującej kształtowanie się wrażliwości i wyobraźni małego chłopca. Powieść pt. „Aleja Klonów” ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Temat i została skierowana do księgarń. 

Szare i granatowe chmury pędziły donikąd, a gwałtowne, zimne wiatry rozbierały klony z tunik i sukni złotawych liści. W grafice czarnych konarów, w miedziorytach gałęzi siedziały stada gawronów i spokojnie czekały, aż nad horyzontem zgasną wielkie głownie zmierzchu. Właśnie wtedy, któregoś jesiennego dnia, mój ojciec przywiózł do domu wielki karton i postawił go na stole w kuchni, robiąc dziwne miny. Wtedy mama przerwała przygotowywanie klopsów z wieprzowiny, wytarła ręce w fartuch, otworzyła usta ze zdziwieniem i zapytała:

            Coś ty tu przyniósł? Znowu jakieś gipsowe miski dla gołębi, albo nowe poidło dla nich?

            Sama zobacz, tylko uważaj… odparł tajemniczo.

Mama przelękła się nie na żarty i odrzuciła zwiędły liść klonu, który spadł na pudło po drodze. Po chwili odważnie zaczęła też rozcinać karton wielkim, ostrym knypem, służącym do kawałkowania wołowego mięsa. Po chwili otworzyła pakę, zajrzała do środka i wciąż zdumiona, odwróciła się do ojca. Ten podszedł do rozciętego opakowania, wsunął ręce i z wysiłkiem wydobył sporych rozmiarów drewniany, politurowany sześcian. Postawił go na stole i zdjął biały, płócienny worek, którym był okryty, a potem z uśmiechem popatrzył na mnie i na mamę.

            Kupiłem telewizor…– powiedział i serdecznie objął mamę ramieniem.

A skąd ty chuliganie na to miałeś pieniądze…? – spytała mama i załamując ręce dodała Pewnie znowu pożyczyłeś od kolegów…? Albo od jakichś bogatych gołębiarzy…?

            Dostałem pożyczkę z zakładów rowerowych i pomyślałem, że telewizor będzie dla was wspaniałym prezentem… odrzekł.

            – Boże drogi, a z czego my to spłacimy…? Chcesz bym urodziła drugie dziecko, a nie potrafisz utrzymać pieniędzy w kieszeni – lamentowała mama.

            – Damy jakoś radę, tym bardziej, że będę teraz woził więcej wycieczek po Polsce i zarobię na łebkach, zabieranych po drodze…. – przekomarzał się z nią tata.

Tego dnia dwie intrygujące informacje donośnie dźwięczały we mnie i powracały stale jak echo – ojciec chce by mama urodziła drugie dziecko… A jak to będzie głupia, pyskata dziewczynka? Co wtedy pocznę, gdzie się podzieję? A jak na świat przyjdzie chłopiec, to czy będzie chciał się ze mną bawić? No i to drugie zdarzenie – telewizor w naszym domu, jakieś tajemnicze urządzenie, nie wiadomo do czego służące. O ile wiadomość o tym, że mama będzie jeszcze raz w ciąży nie dawała mi spokoju, o tyle pojawienie się dziwnego sześcianu przyjąłem z wielkim zaciekawieniem i entuzjazmem. Wzrosło ono jeszcze mocniej, gdy przyszedł do nas chudy kolega taty o imieniu Jurek, zajmujący się instalacją anten i uruchamianiem nowych odbiorników.

            – Jaki model kupiłeś druhu – zapytał, wchodząc do naszego domu z ogromną skórzaną torbą, wypełnioną śrubokrętami, nakrętkami, lampami i przewodami różnej grubości. W drugiej ręce miał spory zwój płaskiej anteny, znacznie sztywniejszej od kabli okrągłych, których tyle było w naszym domu i w warsztacie szewskim dziadka.

            – Szmaragd, bracie, szmaragd… – odpowiedział ojciec i poprowadził kolegę do pokoju, gdzie telewizor znalazł już swoje miejsce na zamykanej bieliźniarce.

            – A… dobry odbiornik, dobry… – pochwalił kolega i zaraz zabrał się do pracy, przekręcając dwie gałki, umieszczone pod niewielkim ekranem i zdejmując obudowę z tyłu urządzenia.

Jeszcze tego samego dnia, po tym jak Jurek wraz z ojcem, weszli po drabinie na dach i zamontowali tam antenę, zasiedliśmy całą rodziną przed telewizorem. Przyszła babcia i dziadek Mojżesz, nie wiedzieć skąd pojawiła się prababcia Franciszka, a nawet przybiegły dwie piękne dziewczyny z podwórka, Mela i Jola. Pola Rozenfeld też się rwała do nas, ale mąż nie pozwolił jej wyjść z domu, zamknął na klucz w pokoju i nic sobie nie robił z tego, że dramatycznie płakała i co chwilę wydmuchiwała nos. Mama wzięła mnie na kolana, ojciec i babcia usiedli obok nas na kanapie, a po jakimś czasie doszła jeszcze gruba znachorka Kozłowska. Wieść o tym, że mamy telewizor lotem błyskawicy rozchodziła się po podwórkach i niemal całej Alei Klonów. Kłęby papierosowego dymu zaczęły unosić się w pokoju i mama musiała często otwierać nasze jedyne okno. Z tych pierwszych dni, kiedy to przychodzili sąsiedzi i znajomi z dalszych zakątków miasta, szczególnie zapamiętałem wizytę ciotki Zochy, nadąsanej, krzykliwej i nieustannie pytającej, skąd tata wziął tyle pieniędzy? O ile nie podobały mi się te zgromadzenia, dyskusje i nieustanne spory, o tyle telewizor stał się moim ukochanym urządzeniem. I ciągle śniły mi się sceny z filmów Walta Disneya, albo kadry z amerykańskiego Disneylandu, w którym, dzieci kręciły się w ogromnych filiżankach, zwiedzały zamki z bajecznymi wieżyczkami, albo z uciechą puszczały się w dół z wysokich, lśniących zjeżdżalni.

            Telewizor był u nas już od roku, gdy nagle przybiegł zaaferowany dziadek i wykrzyknął w drzwiach wejściowych:

             – W radiu mówią, że zabili Kennedy’ego…!!!

Nie wiedziałem o kogo chodzi, ale sądząc z reakcji ojca i mamy, musiał to być ktoś bardzo ważny, jeden z tych mężczyzn, którzy stawać mogli w jednym szeregu z generałami z jednostki wojskowej albo z towarzyszami, Gomułką, Cyrankiewiczem i Zawadzkim. Tata natychmiast przekręcił gałkę Szmaragda i po chwili na ekranie pojawiły się czarno-białe obrazy z dalekiej Ameryki. Było już bardzo późno, a listopadowa pora powodowała, że do domu przedostawało się coś z atmosfery mroku, mgieł unoszących się nad ogrodem i lodowatych powiewów wiatru. Jakiś spiker mówił podniesionym i lekko drżącym głosem:

– Stale nie możemy w to uwierzyć, ale potwierdzają się wcześniejsze doniesienia o tym, że dzisiaj w Dallas zamordowano Johna Fitzgeralda Kennedy’ego, trzydziestego piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych…

Na ekranie powtarzano wciąż jego przejazd szeroką ulicą, w ogromnej, czarnej i odkrytej limuzynie. Siedział w niej na tylnym siedzeniu, wraz żoną, która była niezwykle elegancko ubrana i miała na głowie zabawny toczek. Patrzyłem z lękiem w sercu jak przy głowie prezydenta pojawia się rodzaj podmuchu, a straszliwie przerażona piękna pani, przesuwa się na maskę i próbuje wyskoczyć z auta. Wszyscy zaczęli biegać, za kolumną samochodową ruszyli szybko stojący przy drodze policjanci, a ludzie chowali twarze w dłoniach i gorzko płakali. Zrobiło mi się bardzo żal tego Kennedy’ego, łzy zaszkliły się w moich oczach i zacząłem z uwagą przysłuchiwać się temu, co mówi dziadek, mama i tata.

            – Komuniści go zabili, bo im nadepnął na piętę – powiedział dziadek i zrobił minę, która miała wyrażać niesmak i pewność, że się nie myli.

            – Komuniści w Ameryce, co też tata mówi – odezwała się mama.

            – Kuba niedaleko i Chruszczow nigdy nie darował mu inwazji w Zatoce Świń – powiedział mój ojciec i zaciągnął się głęboko tanim papierosem Silesia.

Zatoka Świń… Jakże spodobała mi się ta nazwa i natychmiast w mojej wyobraźni pojawiły się świnie z rozciętymi brzuchami, kwiczące straszliwie i biegające na brzegu oceanu. Z rozharatanych ciał wylatywały im wnętrzności, tak jak podczas uboju, kiedy to rzeźnicy sprawnie oporządzali żywe jeszcze, zawieszone na hakach zwierzęta. Słowo zatoka kazało mi przypuszczać, że świnie są tam wolne i szczęśliwe, a nawet jak mają śmiertelne okaleczenia, to w tajemny sposób goją się one w tej przestrzeni, a flaki, wątroby i nerki same wracają na swoje miejsce.

            – Castro i ten jego partyzant Che Guevara to zrobili – perorował dziadek – Tylko oni mogli to zorganizować, tylko bolszewicy mogli się na to poważyć…

            – Tata wszędzie widzi ich spiski… – uciszała go zalękniona mama.

            – Ja myślę, że to raczej zrobiła mafia… – powiedział mój tata, by po chwili dodać – Czytałem w jednej gazecie, że Kennedy im się bardzo naraził…

             – To też możliwe…- wyrokował dziadek – Ale to komuniści mogli ich wynająć…

            – Zatrzymano już podejrzanego o to ohydne zabójstwo – mówił spiker – To pracownik składnicy księgarskiej Harvey Lee Oswald, który uciekając zastrzelił jeszcze niewinnego policjanta.

            – Zobacz jak szybko działa FBI w Ameryce – dziadek zwrócił się do ojca i odpalając od niego papierosa, dodał – Szkoda tego Kennedy’ego, dobrze mu z oczu patrzyło…

               – I taki był przystojny, taki podobny do naszego taty – powiedziała mama przytulając się do piersi męża.

Następnego dnia bawiliśmy się na podwórku w zabijanie prezydenta Stanów Zjednoczonych. Starszy Marasek ciągnął mnie w drewnianym wózku, a jego młodszy brat wybiegał z korytarza i udawał, że strzela do mnie z kawałka patyka. W jego oczach lśniła nienawiść, a mały palec wskazujący raz po raz zginał się, jakby naciskał cyngiel.

            – Już nie żyjesz Kennedy… Już po tobie… – pokrzykiwał nade mną, a ja kładłem się na wózku, jakby trafiły mnie mordercze kule zamachowca.

Reklamy

HRABIA MONTE CHRISTO

Aleksander Dumas 1802–1870

Pierwszy raz czytałem powieść Aleksandra Dumasa ojca pt. Hrabia Monte Christo w liceum, w wieku szesnastu lat, ale nie przebrnąłem nawet przez pierwsze dwieście stron. Przeraziła mnie objętość trzech grubych tomów i straciłem zainteresowanie dla rozmów i intryg mściwego hrabiego, ciągnących się w nieskończoność. Potem sięgnąłem po ten utwór na studiach i raz jeszcze odrzuciłem, bodajże po przeczytaniu pierwszego tomu. Przeżywałem wtedy rozstanie z moją wielką, młodzieńczą miłością i jakoś nie mogłem się skupić, gubiłem wątki, wracałem stale do przeczytanych już fragmentów, aż w końcu uznałem, że lepiej będzie jak z dziełem francuskiego prozaika pożegnam się na jakiś czas. Miały na to wpływ też adaptacje filmowe, a szczególnie włosko brytyjska produkcja, z 1975 roku, w której główną rolę zagrał słynny aktor amerykański Richard Chamberlain. Po obejrzeniu filmu wszystko stało się dla mnie jasne, wiedziałem, że Dantes zemści się na De Villeforcie, Danglarsie i pomoże ludziom wspaniałym, takim jak jego dawny pracodawca Morrell. W styczniu tego roku – w ciągu moich ostatecznych spotkań z dawnymi lekturami – zadałem sobie trud i po raz trzeci zmierzyłem się z powieścią Dumasa, choć przyznać muszę, że po przeczytaniu pierwszego tomu, zacząłem pomijać rozmowy z części następnych, zerkając tylko na ich fragmenty, pozwalające zorientować się jak rozwinie się akcja. To jest historia marynarza Edmunda Dantesa z Marsylii, który na skutek fałszywego donosu, zostaje skazany na dożywotnie więzienie w mrocznym zamku If. W lochu poznaje księdza Farię, który uczy go i opowiada mu o skarbie ukrytym na śródziemnomorskiej wysepce Monte Christo. Po śmierci księdza, Dantes wchodzi do worka przeznaczonego dla ciała duchownego, zostaje wrzucony do morza i w ten sposób udaje mu się uciec z więzienia, a potem odnaleźć bajeczny skarb. Jedzie wówczas do Paryża, jako hrabia Monte Christo, gdzie zyskuje na znaczeniu i sukcesywnie dokonuje zemsty na sprawcach jego uwięzienia oraz wieloletniej mordęgi w mrocznych lochach zamkowych. Ów główny wątek zemsty nie spodobał się Kościołowi Rzymskokatolickiemu i powieść Dumasa znalazła się na indeksie ksiąg zakazanych, co tylko świadczy o głupocie dziewiętnastowiecznych czytelników w czarnych i karmazynowych sutannach. Przecież w utworze tym jest też wiele wątków, w których widzimy, że zwycięża dobro, a hrabia nie stroni od działań altruistycznych i dobroczynności w iście królewskim stylu. Starczy przypomnieć jak potraktował pana Morrella i jego rodzinę, prawdziwie ratując im życie i programując dalsze losy w szczęściu i miłości.

Obecna lektura tej powieści naznaczona była moimi doświadczeniami życiowymi i spowodowała ciąg refleksji sięgających głęboko do środowisk, w których tkwiłem przez lata, a więc przede wszystkim artystyczno-literackich i naukowych (filologicznych). Przecież zasmakowałem zmowy, którą nakręcały dwie prawdziwe kanalie ludzkie, nie liczące się z moimi osiągnięciami, skalą rozpowszechniania prac, osobami recenzentów, licznymi cytacjami itd. A mógłbym tu jeszcze dorzucić trzecią zawistną kanalię ze środowiska literackiego, działającą równie zjadliwie, niszczącą mój prawdziwy obraz, nieustannie plotkującą i rozsyłającą materiały, które miały mnie kompromitować. Czytając powieść Dumasa rozmyślałem nad barierami etycznymi, które pojawiają się na różnych poziomach naszej egzystencji i cofałem się do wieku młodzieńczego, kiedy to byłem naczelnikiem sporej bandy silnych, znakomicie zbudowanych i gotowych na wszystko chłopaków. Świat wtedy był prostszy, jak ktoś podskakiwał, to dostawał łomot i wracał do szeregu odmieniony, a nawet w tajemny sposób zafascynowany silniejszymi druhami. Nie było mowy o zdradach, zakulisowych intrygach, kłamstwach, w ich miejsce pojawiało się braterstwo, szczególnie widoczne w sytuacjach zagrożenia. Potrafiliśmy wtedy walczyć z chłopcami z innej dzielnicy, bywaliśmy też sprawiedliwi i wielkoduszni dla pokonanych wrogów. Liczne lektury, zainteresowania zoologiczne i geograficzne, godziny spędzone nad mapami świata i jego ciekawość, odmieniły mnie całkowicie i znalazłem się na studiach polonistycznych, a potem zacząłem publikować recenzje, szkice, kolejne książki, zdobywać nagrody literackie i wkraczać do jakże innych środowisk. Szybko zauważyłem, że obowiązują w nich odmienne, chore prawa, a moja tężyzna fizyczna i muskulatura może być tylko obiektem zainteresowań seksualnych różnorakich ważnych decydentów. Nigdy nie interesowały mnie tego rodzaju układy, nie pociągały mnie też stare, roztyte kobiety z tytułami naukowymi, obiecujące mi zrobienie szybkiej kariery. Po hallach uczelni przemykałem ze zjawiskowo pięknymi dziewczynami, więc w naturalny sposób stawałem się celem dla naukowych łowców w spodniach i spódnicach. Jakże to był dziwaczny świat i ile razy świerzbiły mnie ręce by rzucić się na jakiegoś głupio-mądrego chudzielca albo zarozumiałą znawczynię literackich duperel, chwycić za gardło tykowatego pajaca, który wykorzystywał swoją pozycję pupilka homoseksualisty z Warszawy, nabierał go, że jest biseksualny, a potem zagarniał studentki i pracowniczki naukowe do swojego brudnego haremu. Opisał to znakomicie w powieści pt. Wstyd, zmarły w zeszłym roku Krzysztof Derdowski, choć może za mało udzielił wywiadów i tylko w kuluarowych rozmowach wskazywał pierwowzór swojego prozatorskiego „bohatera”.

Zamek i więzienie If

Powieść pt. Hrabia Monte Christo pełna jest dłużyzn i nudnych konwersacji, z lubością rozciąganych przez Dumasa, co zapewne spowodowane było tym, że tekst początkowo ukazywał się w odcinkach, w jednej z gazet i przynosił wymierny zysk wierszówkowy. Moja ostatnia już lektura tego dzieła dała mi jednak sporą radość refleksyjną, bo zapoznając się jeszcze raz z technikami i sposobami zemsty Dantesa, co i rusz widziałem siebie w starciu z moimi wrogami. Z największymi kanaliami w moim życiu jeszcze nie skończyłem starcia i pojawią się konkretne działania natury prawnej, dziennikarskiej i pisarskiej, ale przecież o ile łatwiej byłoby np. zaczaić się na takiego paralityka, oprać mu mordę lub – ha, ha, ha… – połamać giry, albo jeszcze lepiej – łapy, żeby nie mógł przez jakiś czas mącić przy klawiaturze i w Internecie. Dantes nie miał skrupułów i dysponował niewyobrażalną fortuną, więc mógł spokojnie planować zemstę, nie wahając się w sytuacji, gdy w grę wchodziło ludzkie życie. Czy mógłbym zabić któregoś z tych pajaców – zastanawiałem się podczas lektury – i przed oczyma wyobraźni widziałem siebie z karabinkiem wyposażonym w lunetę optyczną, czekającym na dachu jednego z bloków na tykę wracającą do domu, z uczelni albo od kochanki. Czy mógłbym zmasakrować kolesia, który zrzucał mi na głowę różnorakich pomyleńców, opisywał jako tępego mięśniaka i czuł się bezkarny, by po latach podpisywać się jako Pokutujący Łotr i objawiać mesjanistyczne prawdy, niczym Mickiewicz w Paryżu? Oczyma wyobraźni ujrzałem jak to ja-Dantes wpadam do jego gabinetu z japońską kataną i bez litości ścinam mu łeb… Albo ostatnia sytuacja, kiedy parę dni temu zobaczyłem na moście trzecią kanalię, zerkającą na mnie z głupkowatym uśmiechem, wyjątkowo zjadliwą i trudniącą się od lat oczernianiem mnie, gdzie tylko się da. Niewiele by mnie to kosztowało wysiłku, gdybym doskoczył do fircyka, szarpnął go za frak, uniósł w górę i z rozmachem cisnął do Brdy. Ta myśl przemknęła przez moją głowę, gdy zerknąłem na niego i oczyma wyobraźni zobaczyłem, jak machając rękoma i nogami, leci z wrzaskiem do lodowatej toni. Natychmiast pojawiła się jednak refleksja natury etycznej: nie wolno ci… nie możesz… dla takiej kanalii nie warto niszczyć tego, co zrobiłeś i co jeszcze zrobisz… Tak, zapewne tylko etyka i wewnętrzne przekonanie o wyższości dobra nad złem, powstrzymuje nas przed takimi czynami, jakich dokonał hrabia Monte Christo – tylko wewnętrzny imperatyw moralny nie pozwala nam rozprawić się krwawo z tymi, którzy działając w mroku, intrygując w cieniu, czują się tam bezkarni. Ale przecież historia Dantesa uczy, że żaden niszczyciel, kłamca i potwarca, nie może czuć się bezpieczny, tym bardziej, że natura ludzka jest zmienna i osoba kierująca się etyką, tak dobra jak Dantes, gdy zaręczał się z piękną Mercedes, może przemienić się w mściciela Monte Christo.

Wyspa Monte Christo

Jak powszechnie wiadomo, prochy Aleksandra Dumasa ostatecznie złożono w paryskim panteonie, obok szczątków Woltera, Jana Jakuba Rousseau, Wiktora Hugo, Emila Zoli, Antoine’a de Saint-Exupéry’ego czy też małżeństwa Curie. Zapewne wzięto tutaj pod uwagę skalę dorobku pisarskiego autora Trzech muszkieterów, Damy kameliowej i Królowej Margot, bo przecież powieść Hrabia Monte Christo dokumentuje rozwlekłość stylu, przesadne rozbudowanie dialogów i anachroniczność pomysłów pisarskich tego twórcy. Podziwiać wszakże należy odwagę kreacyjną i zmysł narracyjny Dumasa, tym bardziej, iż stworzył on katalog żywych postaci, długo promieniujących na kulturę Francji, Europy i świata. Mściciel Dantes, w czasach napoleońskich i w latach po sławetnych stu dniach Bonapartego, musiał być kimś z marzeń i znacząco oddziaływać na wyobraźnię ludzi uwikłanych w nieustające kłopoty bankowe, rodowe i polityczne. Jeśli podczas lektury w drugim dziesięcioleciu XXI wieku historia tajemniczego hrabiego może jeszcze zaciekawić i rodzić refleksje natury etycznej, rozpalać wyobraźnię i generować żywe obrazy, to jednak udało się francuskiemu pisarzowi stworzyć dzieło istotne. Warstwa wizualna jest może tutaj najwyższym osiągnięciem, szczególnie dzisiaj, gdy w Internecie łatwo znajdziemy fotografie zamku If, wyspy Monte Christo, nabrzeży Marsylii i ulic Paryża, po których jeździły powozy człowieka realizującego konsekwentnie plan diabolicznej zemsty. W dzisiejszym świecie często pojawia się ona w różnych formach, czy to w sytuacjach patologicznych, kryminalnych, w sporach rodzinnych albo społecznych. Starczy przywołać konflikt na Bliskim Wschodzie, kiedy to myśliwce izraelskie niszczą domy palestyńskie, w których wychowali się i żyli ci, którzy dokonali samobójczych zamachów, zaatakowali żołnierzy albo niewinnych obywateli. Kościół z lubością przypomina słowa Jezusa o nadstawianiu drugiego policzka, gdy ktoś zostanie uderzony, zraniony, dotknięty niesprawiedliwością, ale przecież w historii chrześcijaństwa wiele jest sytuacji i zdarzeń, w których nienawiść i zemsta stały się motorem działania różnorakich władców i sprzysiężeń. Starczy przywołać tylko wyprawy krzyżowe, palenie „czarownic” na stosach albo trwające wiele lat wojny religijne i próby zawłaszczenia jakiegoś terytorium. Trudno zapomnieć o Świętej Inkwizycji, rycerskich zakonach misyjnych czy też o mordowaniu Indian w Amerykach, o zabijaniu z krzyżem w ręku Murzynów w Afryce i Aborygenów w Australii. Potępiając plan zemsty Edmunda Dantesa i jego realizację w czasach świetności hrabiego Monte Christo, pamiętajmy o licznych uwarunkowaniach i kontekstach kulturowych i nie zapominajmy o tym, że jego serce całkowicie nie stwardniało na kamień. A choć natura ludzka ma swoje tajemnice i przemiany, niewiniątko może stać się demonem, a kanalia Pokutującym Łotrem, to jednak ci, którzy krzywdzą innych, powinni uważnie przyglądać się temu, co dzieje się za ich plecami.

ALEJA KLONÓW (27)

W lutym wszędzie rosiła się żałobna szarość, osiadająca na dachach i łysych gałęziach klonów, smutek czający się w bramach i na chodnikach, rozpacz powiewająca w przestrzeni jak wielka czarna flaga. Często wtedy zachodziłem do pani Fijałkowskiej, która kupowała ciastka bezowe „japonki” i częstowała mnie nimi z radością. Miała na wychowaniu Zosię, dziewczynę brzydką, ale bardzo dobrą, pomocną w domu, sprzątającą, piorącą brudne ubrania i gotującą obiady. Jej przybrana matka była gruba, miała trudności z poruszaniem się i wykonywaniem najprostszych czynności. W takiej sytuacji dziewczyna z domu dziecka była skarbem i za swoje oddanie otrzymywała ciągle jakieś prezenty, modne czółenka na szpilkach, spódniczki, sweterki i bluzki, a nawet koronkowe halki i bieliznę. Brała czasem pod ramię swoją dobrodziejkę i podprowadzała ją do sklepu spożywczego, do fryzjera albo do rzeźnika. Wyglądały wtedy groteskowo, jakby wyszły wprost z zaświatów, jakby stworzył je złośliwy demiurg albo dawno zapomniany bóg. Zosia często śmiała się i w mig odgadywała, co jest potrzebne w domu, co trzeba zrobić i co kupić. Pewnego razu zapragnęła pójść na zabawę do wojskowej kantyny i pani Fijałkowska kupiła jej na tę okazję wspaniała suknię, pożyczyła złote buty i małą torebkę z dawnych czasów. Miała już siedemnaście lat i czas najwyższy by zaczęła wychodzić do świata, a może nawet by znalazła sobie jakiegoś mężczyznę… Dopiero jak Zosia zniknęła za drzwiami, opiekunka poczuła w sercu pustkę, usiadła na fotelu i głęboko się zamyśliła. Przypomniał się jej dzień, gdy pojechała do sierocińca i jedna z piastunek powiedziała jej, że najbrzydsza jest Zosia i jej chyba nikt nigdy nie adoptuje. Spojrzała na to wychudzone, dziwnie ukształtowane dziecko i błyskawicznie podjęła decyzję… Wzięła ją do swojego domu i obdarzyła miłością, jakiej dotąd nie zaznała, załatwiła operacje w szpitalu, wyprostowała biodra, usunęła narośle z głowy, pojawił się aparat na zębach i okulary na nosie.

Teraz, już w innym czasie, Zosia po raz pierwszy sama wyszła z domu i zaraz poczuła jak serce podeszło jej do gardła. Wyprostowała się i stawiając komicznie kroki próbowała naśladować Polę Rozenfeld, którą czasami widziała jak przemyka przed bramą albo jedzie z wojskowym kochankiem w kosztownym, odkrytym aucie, lśniącym niklem i lakierem. Jeszcze kilkaset metrów, jeszcze trzy chodniki i znajdzie się naprzeciw głównej bramy do koszar, skręci w lewo i skieruje się ku kantynie, gdzie zabawi się do rana. Nie mogła się doczekać, czuła w sercu euforię, ale wiedziała, że musi iść prosto i uważnie stawiać nogi, imitować wielką damę. Pamiętała o przestrogach pani Fijałkowskiej, wiedziała, że musi być czujna, ale też coś pchało ją do przodu, coś dodawało animuszu, było obietnicą jakichś wspaniałych doznań. Przestąpiła drzwi sali balowej, pięknie udekorowanej i lśniącej czystością i natychmiast oszołomiła ją głośna muzyka. Stanęła nieopodal wielkiego okna, zasłoniętego kotarą i patrzyła szeroko otwartymi oczyma na bawiące się pary. Nie zauważyła ironicznych uśmieszków innych kobiet, wpatrywała się w pięknie poruszających się oficerów w paradnych mundurach i żołnierzy niższych rang. Nagle jeden z nich stanął przed nią i ze śmiechem poprosił ją do tańca, podał dłoń i poprowadził ku środkowi sali. Jakaś salwa śmiechu buchnęła obok, ale Zosia niczego nie czuła, niczego nie widziała, zdawało się jej, że znalazła się w niebie. Kapitan, który ją zaprosił tańczył z nią przyciskał jej młode ciało do siebie, dyszał i mówił coś szeptem. Potem pociągnął ją do stołu i nalewał kolejne kieliszki wódki, wina, stawiał przed nią kufle z piwem. Nigdy dotąd nie piła alkoholu, więc szybko świadomość zaczęła ją opuszczać, aż napłynęła gęsta ciemność i tępy ból rozprzestrzenił się w jej ciele. Po jakimś czasie wszystko zawirowało, wielkie wynaturzone twarze pojawiły się nad nią, zakręcił się gwałtownie wir barw, dziwnych kształtów, dźwięków i zapachów, aż nagle i bezpowrotnie wszystko zgasło.

Budziła się z odrętwienia, poczuła zimno i rozdzierający ból między nogami. Z trudem otworzyła oczy i zobaczyła, że leży przy płocie koszar, w krzakach, a na jej ciele pozostały tylko strzępy nowej sukni. Cała była w ranach i sińcach, na jednej nodze miała złoty but, a drugi leżał o kilka metrów dalej.  Chciała krzyczeć, ale nie miała siły, chciała wstać, ale ciało odmawiało posłuszeństwa. Wreszcie uniosła się na łokciu, a potem wstała bardzo powoli i kuśtykając ruszyła w kierunku domu. Była oblepiona krwią i umazana zielonym sokiem traw, jakby ktoś ciągnął jej ciało po ziemi i przerzucał z boku na bok. Wreszcie dotarła do drzwi niewielkiej oficyny, a gdy je przestąpiła zobaczyła swoją opiekunkę, siedzącą przy stole i modlącą się z różańcem na rękach. Kiedy ją spostrzegła zapłakała i niezdarnie ruszyła ku niej, przycisnąwszy ją mocno do piersi, szlochając jak dziecko. Zosia nie wiedziała co się stało, bo straciła świadomość, upojona alkoholem, nie mogła też złożyć skargi na kogokolwiek. Dwa razy przychodził do nich jakiś wysoki oficer, spisywał zeznania, wypytywał o szczegóły, ale szybko ukręcono łeb sprawie, bo gwałciciel był w Partii. Rozpacz po raz pierwszy wtargnęła w życie Zosi, a po miesiącu, gdy umarła Fijałkowska pojawił się dziwny, niematerialny lęk. Na szczęście dobrzy ludzie jej pomogli, dali pracę sprzątaczki w magazynie, a potem otoczyli ją czułością, gdy jej brzuch zaczął się powiększać i po dziewięciu miesiącach urodziła zdrowego, ładnego chłopca. Dała mu na imię Romek i znowu w jej niewielkim mieszkaniu pojawiła się radość, szczęście że ma kogoś tak bliskiego i tak ją kochającego. Ubierała go czyściutko i starannie, chodziła z nim na lekcje religii i odprowadzała do szkoły, karmiła jak mogła najlepiej, a czasem kupowała nawet cukierki i suszone owoce. Podjęła pracę sprzątaczki w zakładach odzieżowych i powoli wszystko w jej życiu zaczęło wracać do normy… Romek był w czwartej klasie i miał dziesięć lat, gdy w pobliskiej szkole podstawowej, na ulicy Kcyńskiej, przewróciły się na niego stalowe drzwi i zabiły go na miejscu.

Na pogrzebie było wielu uczniów, nauczycieli, przyszli też ludzie z Alei Klonów, jacyś panowie w szarych prochowcach i nie wiedzieć kto załatwił orkiestrę wojskową. Ceremonię prowadził grubawy ksiądz Gołębiewski z parafii Świętej Trójcy, pojawili się też ministranci i kilku grabarzy, którzy wykopali dół, ustawili na nim deski, a potem linami spuszczali białą trumnę Romka do grobu. Zosia ubrała się żałobnie, na głowę założyła niewielki toczek, z którego na twarz spływała czarna woalka, pożyczyła od kogoś czarne buty i ruszyła na cmentarz. W lodowatej kaplicy, przy otwartej trumnie płakała cały czas i nie mogła pogodzić się z tym, że jej syn jest już martwy i jakby zdeformowany przez uderzenie wielkich wrót. Gdy harcerze dźwignęli Romka i spuszczano trumnę do piachu i orkiestra wojskowa zaczęła grać marsz żałobny Chopina, chciała wskoczyć do grobu, ale grabarze powstrzymali ją i po godzinie odprowadzili do bramy cmentarza. Gdy zgwałcił ją pijany kapitan wojska polskiego myślała, że już nic gorszego nie przydarzy się w jej życiu, a jednak teraz poczuła się nikomu niepotrzebna, jakby nieżywa, jakby trwająca w dziwnym letargu. Usiadła w ciemnościach w domu i miała wrażenie, że ktoś wpatruje się w nią uparcie i kpi z jej tragedii za zasłoną mroku. Zaczęła pić i szybko w jej domu pojawił się krępy zbieracz złomu, którego na Alei Klonów nazywano po prostu Łysek. Zaczęła chodzić z nim, pchać ogromny wózek na dwóch kołach i zbierać żelastwo z ulicy Gołębiej, Orlej, Kcyńskiej, Strzeleckiej, Kruczej i Jaskółczej. Ludzie szybko zapomnieli jej imię i mówili o niej używając tylko nazwiska – Pięta, choć wielu myślało, że to był jej przydomek. Łysek czasami bił ją po pijanemu, rzucał się na nią z nogą od krzesła, więc straciła zęby, miała zdeformowany nos i powybijane palce. W końcu znaleziono ją martwą tuż przy plocie jednostki wojskowej i pochowano w grobie Romka, po którym już niewiele w ziemi zostało. Jaskółki i jeżyki latały nad grobem, piszczały przeciągle i czasem można było mieć wrażenie, że śmieją się z tego świata.

ALEJA KLONÓW (26)

Gaba była kiedyś wiotką, energiczną dziewczyną, pracującą w fabryce kabli, ale z wiekiem znacznie przytyła, jej twarz stała się pucułowata, nos powiększył się, nogi i ręce pogrubiały, cera nabrała niezdrowego koloru. Sama bała się swojego wyglądu i próbowała ratować sytuację przez farbowanie włosów na rudy kolor, używanie jaskrawych szminek i ciemnego pudru. Niestety, najgorsze dopiero miało nadejść, a zapowiedzią strasznych chwil była pierwsza brodawka, która wyszła jej na czubku nosa. Przebijała ją igłą, nacinała żyletką, poszła do lekarza, który próbował koagulować, ale obce ciało wciąż odrastało, a po jakimś czasie brodawki zaczęły pojawiać się też na brodzie, policzkach i szyi. Gaba była zrozpaczona, tym bardziej, że następnego dnia znalazła kilka nowych ognisk, podejrzanie wyglądających wybrzuszeń na nogach, rękach, a nawet na pośladkach i łonie. Jakaś kobieta w sklepie poradziła jej, by poszła do kościoła i poprosiła księdza o odprawienie egzorcyzmów, bo to na pewno działanie jakieś siły nieczystej, jakiegoś złego ducha, który wszedł w nią i pragnie ją zniszczyć. Wtedy przypomniała sobie, że jak poszła do łóżka z siwym, niskim wozakiem, zauważyła, że ma on czarną brodawkę na udzie. Początkowo myślała, że to brud, plama zostawiona przez węgiel, który woził rozpadającym się wozem, ale gdy w uniesieniu miłosnym zbliżyła usta, przekonała się, że jest to brodawka. Na białej skórze wyglądała jak martwy, spłaszczony chrząszcz, który przywarł do nogi. Nie wiedzieć dlaczego zaczęła ją całować, bo przypominał też niewielki sutek męskiej piersi. Wtedy po raz pierwszy pojawiła się w jej myślach gęsta ciemność, w której utonęła, straszliwa maź, przygniatająca ją i wnikająca w pory skóry. Przyglądając się swoim nowym brodawkom, nabrała pewności, że zaraziła się nimi od tego dziwnego kochanka, a gdy jeszcze ktoś powiedział jej, że jej partner zniknął, nie wiedzieć gdzie i kiedy, była nieomal pewna, że obcowała ze złym duchem.

Każdego dnia odkrywała nowe wyrostki i z czasem było już ich tak wiele, że każdy nowy świt witała z trwogą i bała się podejść do lustra. Nic nie dały wizyty u lekarzy i znachorów, odczynianie uroków przez starą Kozłowską, a nawet – w końcu wyproszony – egzorcyzm w kościele na obrzeżach miasta. Dwa ogromne guzy pojawiły się w okolicy prawego oka i lewej górnej wargi, a gdy zaczęły się rozrastać, zdeformowały gałkę oczną i cały paliczek. Ludzie zaczęli odwracać się od niej, uciekać z kolejek sklepowych, w których się ustawiała, a co niektórzy spluwali na jej widok i wycofywali się czym prędzej. Po roku nie było miejsca na jej ciele bez brodawek, a najgorzej drażniły ją te, które pojawiały się w pochwie, w okolicach odbytu, na piersiach, plecach i między palcami rąk i nóg, a nawet pod stopami. Jeszcze próbowała walczyć, jeszcze wychodziła z domu i kierowała się do sklepu, piekarni, albo na plac miejski, gdzie ustawiały się wiejskie furmanki z ziemniakami i warzywami, z klatkami z drobiem, królikami, a czasem nawet z prosiakami. Podejmowała próby, starała się rozmawiać z ludźmi, ale najczęściej odwracano się od niej, czyniąc znak krzyża albo bezceremonialnie plując na boki. Zaczęła wyglądać jak zezowaty demon, cały w tłuszczakach, z wykrzywioną twarzą i dziwnie powykręcanymi rękoma. Coraz częściej pojawiał się też ból i maź ciemności gasiła jej świadomość, a tylko sen dawał ukojenie i przywracał wspomnienia przeszłych dni. Któregoś ranka stłukła wszystkie lustra w mieszkaniu, a na szyby nakleiła gazety, nawet blaty stołów i szafek pokryła papierem pakowym, by jej obicia nie pojawiały się na nich. Ale  prawdziwie załamała się, gdy z Niemiec przyjechał do niej jej dawny kochanek. Ponad rok temu pojechał do pracy na roli, a stęskniwszy się za nią, bezskutecznie czekając na listy, zawitał z powrotem na Aleję Klonów, przeszedł długi, mroczny korytarz i zapukał do drzwi. Gaba otworzyła je dopiero po kilku minutach i po ponawianych uderzeniach palców w drewno. Nagle w czarnym mroku pojawiło się jaskrawe światło zza uchylonych drzwi, a w futrynie stanęła dziewczyna, prawie naga, ledwie okryta jakąś brudną szmatą. W pierwszej chwili myślał, że zobaczył demona i krzyknął z przestrachem, ale gdy wzrok przyzwyczaił się do światła, zrozumiał, że stoi przed nim zdeformowana, łkająca cicho, dawna kochanka. Nie wiedząc co ma zrobić, odwrócił się szybko na pięcie i uciekł ku ulicy, nie zważając na bełkotliwe nawoływanie Gaby.

Od tamtego dnia przestała się myć, czesać resztki włosów, pośród których pełno było czarnych i cielistych wyrostków. Siedziała godzinami na kanapie i patrzyła przed siebie niewidzącymi oczyma, prawie nic nie jadła, a piła tylko czasem wodę z kranu, żuła kawałki suchego chleba albo brukwi lub czarnej rzepy. Postanowiła zabić się w Wielki Piątek, ale wcześniej chciała spotkać się z diabłem i zapytać go, dlaczego właśnie ją tak straszliwie naznaczył? Wołała go wciąż bezgłośnie, modliła się do niego i któregoś marcowego wieczoru została wreszcie wysłuchana. Długo wpatrywała się w ciemność, aż nagle pojawiły się jaskrawe kolory – biel i błękit, czerwień i żółcień, a wszystko mieszające i rozmywające się w dali. Nagle barwy zaczęły kształtować się w uskrzydlone postaci, tłumy Żydów w jarmułkach i chałatach, pojawiły się jakieś drabiniaste wozy, pełne obrzydliwych tworów, jakby wielkich, ruchomych, nieustannie drgających brodawek. Wszystko snujące się w górze i stale rozciągane przez niewidzialną siłę. Gdzieś już widziała te postaci, ktoś pokazywał jej kiedyś obrazy, które przypominały to, co teraz widziała.

 – Tak… – szepnęła w ciemności, gdy przypomniała sobie chwile z przeszłości.

 Jej kuzynka Zosia, która miała artystyczną duszę, pokazała jej kiedyś album reprodukcji Marca Chagalla i powiedziała, że jego dzieła są świadectwem wielkiej walki sił dobra i zła. Teraz anioły i demony snuły się nad nią, pulsowały tajemniczo w dali. Przeraziły ją te nad-wyraziste obrazy, ciała wydłużające się i nagle wracające do niewielkich wymiarów, potrafiące rozsmużyć się po całym niebie. Drżała z przerażenia, ale nie umiała wygasić kolejnych wizji.

Napływającą czerń przywitała z poczuciem ulgi, ale zaraz też pożałowała tego, bo wyłoniła się z niej wielka, czerwona paszcza z ostrym dziobem, ni to człowiek, ni lampart, ni kruk, i zaczęła przemawiać do niej:

– Jesteś już gotowa Gabrielo, więc przybyłem by się z tobą kochać i począć tego, który zniszczy ten parszywy świat –szeptał diabeł, sycząc przy tym jak żmija.

         

Zwinęła się w kłębek na tapczanie, zamknęła oczy i zaczęła płakać bezgłośnie, czując jak łzy spływają jej po zdeformowanej twarzy. Nagle jakaś niewidzialna siła pchnęła ją z impetem na plecy i zaczęła rozchylać pełne wyrostków nogi. Poczuła straszliwy smród, jakby jakieś ogromne zwierzę zbliżyło pysk i ziało nad nią zapachem powolnego rozkładu. Twardy pazur wbił się w jej łono, a potem wsunął się w nie sopel lodu i zaczął poruszać się rytmicznie.

– Taka  jesteś piękna i tak wspaniałego urodzisz mi syna… – usłyszała szept nad sobą i wrzasnęła przerażona.

– Widzę, że ci dobrze kochanie… – syk pojawił się znowu w ciemności.

Jeszcze usłyszała wycie wilków i dalekie szczekanie psów, jeszcze gdzieś w górze zarżał koń, odezwał się kruk, a potem wszystko ucichło i utonęło w gęstej czerni. Zasnęła w jednej chwili i przespała trzy dni i noce. Po przebudzeniu, czując, że na jej ciele pojawiło się wiele nowych brodawek, a we wnętrzu brzucha narastać zaczął czarny guz, podeszła do okna, wdrapała się na parapet, zamknęła oczy i bezwolnie osunęła się w dół.

               – Nie pozwolę mu się urodzić…– przemknęła jej przez głowę ostatnia myśl.

Nie poczuła uderzenia, wyzionęła ducha natychmiast i tylko krew wylewająca się z pękniętej czaszki, jaskrawo czerwona i parująca, spływała z oszronionego chodnika ku kanałowi ściekowemu. I tylko nad horyzontem rozmywały się pastelowe barwy, snuły się w dal oprawione w światło biele, czerwienie i błękity, złota, fiolety i jaskrawe żółcienie. A wielkie stada kruków, gawronów i kawek odlatywały w milczeniu w rozżarzoną czeluść zmierzchu. Tylko jeden czarny punkt trwał nieruchomo w górze, niedaleko Alei Klonów, ale i on po chwili zniknął w mroku napływającym ze wschodu i – niby czarny całun – okrywającym świat i zwłoki kobiety, leżące na chodniku.

ALEJA KLONÓW (25)

Nie wiem kiedy to było, może w lipcu, sierpniu, albo może we wrześniu. Chyba w październiku, bo na chodnikach była już gruba warstwa żółtych liści, które wiatr podrywał raz po raz w górę, kręcił nimi i ciskał to tu, to tam. Wtedy właśnie przybiegł do mnie zaaferowany młodszy Marasek, przez chwilę sapał, ział jak mój pies Murzyn, rozglądając się na boki i nie mogąc wydusić słowa z ust, aż w końcu powiedział:

– Na naszym podwórku jest cielaczek…

– Jak to…? – spytałem zdziwiony.

– Przywiózł go wozem drabiniastym  jakiś gruby pan w czarnym kapeluszu i filcowych butach – powiedział i zaczął płakać.

– Czemu ryczysz – spytałem

– Bo on jest taki kochany… – pociągał nosem, chlipał i uderzał rytmicznie lewą stopą o ziemię.

– To fajnie… powiem mamie, że idę na wasze podwórko… odrzekłem i odwróciłem się na pięcie.

Po kilku minutach przeszedłem mroczny korytarz i znalazłem się na dużym podwórzu, które tyle razy podglądałem przez dziurę w murze z czerwonych cegieł. W pierwszej chwili niczego nie zauważyłem, ale gdy ruszyłem do przodu, spostrzegłem, że przy szopie masarni stoi trójka dzieci – bracia Maraskowie i jeszcze jakiś chłopiec, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Podążyłem do nich i dopiero, gdy doszedłem, spostrzegłem cielaka, przywiązanego grubym sznurem do niewielkiego drzewka, rosnącego przy skraju budynku. Stał twardo na rozszerzonych nogach i raz po raz próbował skubać trawę, wyrastającą spomiędzy potłuczonych płytek chodnikowych. Stanąłem przy nim i zaraz zaczął mnie lizać ciepłym językiem po czole i nosie. Bardzo mnie to rozbawiło, odsunąłem się trochę i zacząłem głaskać biało-czarną sierść na łbie, a potem ośmielony objąłem go i poczułem bijące od niego ciepło. Nie szarpał się, stał grzecznie i tylko lekko ocierał się o mnie przednimi nogami i tułowiem. Maraskowie i chłopiec roześmiali się i też zaczęli głaskać cielaka, to po karku, to po grzbiecie, po bokach i nawet po ogonie. Wziąłem w dłonie jego małe uszy i trzymałem je z uśmiechem, z poczuciem, że mam do czynienia z czymś niewyobrażalnie pięknym. Nagle okno kamienicy się otworzyło i matka Marasków zawołała ich na obiad, więc nie ociągając się odwrócili się ode mnie i ruszyli biegiem do klatki schodowej. Za chwilę słychać było jak tupią nogami po drewnianych schodach i wchodzą przez wielkie drzwi do domu. Nieznany chłopiec zrobił jakąś tajemniczą minę, ręką puknął lekko zwierzę w kark, nie powiedział ani słowa i także pobiegł gdzieś przez czarny korytarz. Zostałem sam na sam z cielęciem, słysząc jakieś metaliczne zgrzytanie za drzwiami masarni.

– Jesteś piękny… – wyszeptałem – Ale co tu robisz biedaku…?

Myślałem, że mówię sam do siebie, ale nagle, w tajemny sposób usłyszałem jego odpowiedź w dziwnym języku gestów. Kiwał głową, a ja rozumiałem co znaczą te ruchy.

– Gospodarz przywiózł mnie tutaj na wozie…

– Ale po co… – nie chciałem dopuścić do siebie myśli, że stanie się z nim to samo, co z innymi zwierzętami, taszczonymi wiele razy przez podwórze.

– Nie wiem… – powiedział bezgłośnie –  Nie wiem… – powtórzyło echo w niebie.

Coś zapiszczało radośnie nad moją głową, więc spojrzałem w górę i zobaczyłem goniące się jerzyki. Jakby ślizgały się z wielkiej rynny błękitu, jakby wycinały w ogromnych arkuszach ciszy zdobne wycinanki. Nagle zaczął wiać silniejszy wiatr i włoski sierści na uszach cielaka zaczęły poruszać się nieregularnie, w różne strony. Jeszcze raz pogłaskałem go czule po głowie i spostrzegłem, że jego oczy są bardzo żałosne. Usłyszałem znowu, jak wyraźnie mówi:

– Wiatr się śmieje… śmieje się cały czas… wiatr się śmieje z całych sił…

Nie wiedziałem o co mu chodzi, ale zrobiło mi się bardzo, bardzo smutno, jakby zdradził mi straszną tajemnicę.

– Nie martw się cielaczku… – odezwałem się wpatrując się cały czas w czarne ślepia, w których refleksy światła i kształty jerzyków na niebie, wirowały w szalonym tańcu.

Przez chwilę poczułem się dziwnie, jakbym nagle zaczął spadać w przepaść, razem z tumanami liści, ze stadami świstających w powietrzu jaskółek i aniołów. Światła przygasły i otworzył się eter dawno zgubionych dźwięków. Z kakofonii najpierw doleciało do mnie zdanie wypowiedziane twardym, męskim głosem:

– Nie płacz już malcze… kto ci powiedział, że cielęciem masz być…? Przytwierdź sobie skrzydła i fruń dumnie jak swobodne jaskółki…

Poczułem ból w sercu, wróciła przestrzeń podwórka i znowu stałem przy cielaku, dotykałem leciutko jego chrap i czułem ciepło języka oblizującego moje dłonie. Poruszył głową i raz jeszcze usłyszałem bez słów:

– Wiatr się śmieje… śmieje się cały czas… wiatr się śmieje z całych sił…

Wtedy zobaczyłem łzy lśniące w ślepiach cielaka i też zapłakałem tuląc się do jego głowy. Przeczułem, że stanie się coś strasznego, ale nie mogłem stamtąd odejść. Nie mogłem się ruszyć i tylko śmigające w powietrzu jerzyki, tylko pędzące i piszczące ptaki przywracały mnie rzeczywistości. Nagle wielkie drzwi masarni otworzyły się, stanął w nich gruby rzeźnik w białym fartuchu, pochlapanym krwią, ostrzący nóż o nóż i promiennie uśmiechający się do mnie. Poczułem lodowate zimno w całym ciele, jakby ktoś nagle wsypał we mnie kawałki lodu. Chciałem krzyczeć, zerwać się z miejsca, ale nie miałem sił. Grubas cały czas patrzył na mnie w zachwycie, podszedł wolno już do cielaka i odwiązywał go od pnia drzewa. Wreszcie odwrócił się i pociągnął go do wnętrza masarni, a odchodząc powiedział:

– Nie ma kłopotu… cielaka łatwo można związać i ubić… nawet nie poczuje… no Donna, Donna, chodź już Donna, dziecinko…

Myślałem, że upadnę na ziemię, ale hałas zamykanych odrzwi spowodował, że postąpiłem do przodu, przesunąłem się ku ścianie budynku z dużym oknem i patrzyłem szeroko otwartymi oczyma na to, co dzieje się w środku. Ciele szarpnięte na środek pomieszczenia pozostawiono na chwilę samo sobie, a wtedy odwróciło głowę i oczami pełnymi łez odezwało się raz ostatni do mnie:

– Wiatr się śmieje… śmieje się cały czas… wiatr się śmieje z całych sił…

Po chwili dwóch rzeźników podeszło do cielaka, jeden z wielkim wiadrem, a drugi, ten gruby, z długim knypem, który wcześniej ostrzył o inny nóż. Chudszy mężczyzna chwycił łeb zwierzęcia i wykręcił go w stronę kompana. Zwierzę zaparło się chudymi nogami, rozszerzyło je dramatycznie i zaczęło rozpaczliwie beczeć, ale grubas już zamierzył się knypem i wbił go z całych sił w gardło nieszczęśnika. Przez chwilę malec szarpał się i bił kopytami o ziemię, charczał straszliwym głosem, a krew chlustała do nadstawionego wiadra. Jeszcze spojrzał mętniejącym wzrokiem ku szybie, za którą stałem i wysłał mi ostatni, urywający się komunikat:

– Wiatr się śmieje… Wiatr…

Trząsłem się na całym ciele, dygotałem jak w chorobie, a na czoło wystąpiły mi wielkie krople potu. Cielak już się nie szarpał, ale masarze trzymali jeszcze jego łeb nad wiadrem by cenna krew się nie zmarnowała. W końcu jednak pociągnęli zdychające zwierzę ku wielkiemu, pokrytemu blachą stołowi i wspólnymi siłami wrzucili na blat drżące w konwulsjach ciało. Jerzyki latały coraz niżej i ogromnymi grupami wycinały wielkie okręgi na niebie, za każdym nawrotem omijając masarnię i piszcząc radośnie. Szybkością lotu i zwinnością skrzydeł, podkreślały, że są wolne i mogą unieść się wysoko, polecieć na skraj miasta, minąć karawele klonów i po jakimś czasie wrócić w to samo miejsce. Szczupły rzeźnik podciągnął łańcuch zwisający z sufitu i zakończony ostrym hakiem, a potem przekuł stale drgające, tylne nogi zwierzęcia. Grubas zaczął ciągnąć za drugi koniec łańcucha, przechodzącego przez blok i już po chwili cielak zwisał nad stołem, a jego chrapy, ociekające krwią, poruszały się jakby chciał powiedzieć jeszcze jedno słowo. Nadchodziło jednak znieruchomienie, martwota i jego ostatnia chwila …

Mężczyźni pracowali sprawnie, pogwizdując radośnie, puszczając do siebie oczko i robiąc to, co już tyle razy robili. Najpierw odcięli głowę z otwartym pyskiem, potem dolne nogi, a w końcu zaczęli wprawnie nacinać skórę i ściągać ją w dół. Przecięli brzuch i wydobyli parujące wnętrzności malca, by na końcu przeciąć go w połowie, obie części zdjąć z haka i zrzucić na stół. Grubas sięgnął po siekierę, odrąbał górne nogi i gwiżdżąc jakąś nieznaną piosenkę, zaczął kawałkować mięso. Kolorowe jelita i narządy zsunęli do wielkiej misy, stojącej na podłodze, a odcinane kawałki mięsa rzucali na koniec stołu. Po kilkunastu minutach to, co było cielakiem zmieniło się w prostokątne plastry i kwadraty mięsa. Grubas sięgnął po wiadro z krwią wlał ją do wielkiego kotła z kaszą, a chudy masarz zaczął segregować wnętrzności, odcinać je i wrzucać do małych, drewnianych skrzynek. Przerażony odsunąłem się od szyby i zacząłem iść ku mrocznemu korytarzowi, by znaleźć się na Alei Klonów i dalej udać się do domu. Wyschło mi w gardle i czułem się jakbym miał zemdleć, rozmyć się w żółcieniach liści i błękicie nieba. Uniosłem głowę ku górze i zobaczyłem śmigające jerzyki i jaskółki, rymujące się w locie jak strofy smutnej pieśni. Jakieś samotne echo pojawiło się w eterze i zabrzmiało wyraźnie tuż przy mnie:

– Wiatr się śmieje… śmieje się cały czas… wiatr się śmieje z całych sił…

Po chwili jednak wszystko zgasło, ucichło i słychać było tylko oddalające się i powracające piski.

ALEJA KLONÓW (24)

Chwile sunęły leniwie, jak mętna woda przesuwająca się w kanałach ściekowych, przy chodnikach, jak białe cumulusy, wyłaniające się zza zielonych koron drzew. Któregoś dnia, może to był wtorek, a może czwartek, gruchnęła wieść, że w sobotę przejedzie Aleją Klonów towarzysz Zawadzki. Nie miałem pojęcia, kim był, ale magia dwóch słów „towarzysz Zawadzki” była niesamowita i powodowała, że zacząłem uważnie przysłuchiwać się rozmowom dorosłych. W południe dziadek Mojżesz przyszedł na obiad do mojej mamy i wymądrzał się pomiędzy jedną łyżką rosołu, a drugą, między kęsem mięsa, a kartoflem uwalanym w brązowym sosie.

– To stary komunista, z podejrzaną przeszłością, to Przewodniczący Rady Państwa… ohydna świnia…

– Niech ojciec przestanie, bo jeszcze ktoś usłyszy, doniesie i będziemy mieli problemy – uciszała go mama.

– A czego mamy się bać – podjął wątek mój tata i dodał – to generał dywizji, ale szkolony przez Rusków… na pewno ma krew na łapach…

– Przestań i ty wygadywać takie rzeczy, chcesz trafić do więzienia…? – mówiła teatralnym szeptem mama.

– Świnia, komunistyczna świnia i powinno się ją postawić pod płotem, a potem zastrzelić ze starego mauzera… – gardłował dziadek, popijając obiad piwem z baryłkowatej, zielonej butelki.

– Ale czytałem w gazecie, że to syn hutnika ze Śląska i robota mu nieobca, nawet u Szwabów pracował, i w hucie, i w kopalni też… – powiedział tata.

            – No właśnie – włączyła się znowu mama – to może być porządny człowiek…

– Każdy komunista to bandyta – oburzył się dziadek – złodziej, świnia i diabeł wcielony…

– Co ojciec tak przy dziecku bluźni – zaperzyła się mama – nie wolno tak mówić, bo to przywoływanie złej mocy.

–  Siedział w paru więzieniach, a potem wstąpił do armii i piął się w górę, stopień po stopniu – ciągnął tata.

– Jakby mu kazali strzelić ci w łeb, zrobiłby to natychmiast… – skwitował rozmowę dziadek.

Przeraziłem się nie na żarty i pobiegłem na podwórko podzielić się nowymi wieściami z kolegami z sąsiedniego domu, którzy właśnie grali w kluchę. Wybijali niewielki patyk dłuższym kijem i biegali wokół wyłysiałego trawnika.

– Wiecie, że w sobotę przejedzie naszą ulicą towarzysz Zawadzki? – zapytałem, kładąc nacisk na słowo „towarzysz”.

– A kto to taki…? – zapytał młodszy Marasek.

– Jakiś generał, komunista, a może diabeł jakiś… – odpaliłem od niechcenia.

– Przestańcie, bo ja się boję… – powiedziała dziewczynka mieszkająca obok salonu fryzjerskiego – u nas za ścianą ciągle słychać straszliwe ryki. Mój tata mówi, że w żonę fryzjera wszedł Szatan…

–  Ja tam się nie boję, bo babcia zawiesiła mi na szyi, złoty krzyżyk na łańcuszku – powiedział starszy Marasek.

Był czerwiec, ale mama zwykle wołała mnie z podwórka około siódmej, myła brudne ciało w ocynkowanej wannie, dokładnie czesała włosy, zakładała flanelową piżamę i kładła do łóżka. Po całodziennym bieganiu, gonieniu się z innymi dziećmi, po wdrapywaniu się na drzewa i wyścigach wokół ulicy Kcyńskiej, zasypiałem natychmiast. Tym razem jednak nie mogłem zapaść w sen, a w moich myślach pojawiała się jakaś dziwna postać, ni to człowiek, ni pień klonowego drzewa. W końcu oczy skleiły się na dobre i zacząłem oddychać równomiernie, a dziwna błogość rozlała się po całym ciele. Sen pojawił się niczym film, jakbym otworzył oczy wewnętrzne i znalazł się w jakiejś dziwnej, nieznanej przestrzeni. To było nasze podwórko, ale nie było bramy, ani muru granicznego, zniknęły płytki chodnikowe i trawnik, a wszystko pokrywały bąble krwi, pulsujące lekko i pękające raz za razem. Stałem pośród czerwonej przestrzeni i patrzyłem w dal, poza podwórze, gdzie powinna być Aleja Klonów, ale różowawe i błękitne mgły spowijały wszystko i niczego nie mogłem dostrzec. Ruszyłem przed siebie, a wtedy opary też się poruszyły i nagle ukazała się droga biegnąca w stronę horyzontu. Z dala nadjeżdżał jakiś silnie oświetlony pojazd, a nad nim leciały stada gawronów, kawek i pasiastych ryb, przypominających okonie i szczupaki. Dopiero gdy pojazd przybliżył się, zauważyłem, że jest to wielka, czarna, odkryta limuzyna, w której stoi mały człowieczek w drucianych okularach, jako żywo przypominający sprzedawcę gazet, z kiosku na rogu ulicy. Światła oślepiły mnie na chwilę, a gdy przyzwyczaiłem się do ich intensywności, stało się coś przerażającego i tak nieprawdopodobnego, że zacząłem płakać przez sen. Mały człowieczek urósł nagle do wielkości najwyższego klona z naszej alei, a na jego skroniach pojawiły się wielkie, skręcone rogi. Marynarka pękła na strzępy i wydostało się z niej wielkie cielsko, pokryte czarną szczeciną, ręce zamieniły się w drapieżne szpony, a trzonowe zęby wydłużyły się i wyostrzyły jak u wampira. Pochylił się nade mną i zawył straszliwie, a pulsujące bańki krwi pękły w jednej chwili i zrosiły się na moim ciele, jakby ktoś chlusnął mnie z wiadra świeżo utoczoną świńską posoką. Wrzasnąłem jak opętany i skoczyłem z łóżka, ale już była przy mnie mama i przyciskała mnie do piersi.

– Śpij synuś spokojnie… co też ci się takiego przyśniło…? – pytała wystraszona.

– Towarzysz Zawadzki… towarzysz… wydukałem łkając i drżąc na całym ciele.

Wkrótce nadeszła długo oczekiwana sobota i zaraz po śniadaniu pobiegłem ku Alei Klonów, gdzie gromadziło się wielu ludzi. Stanąłem naprzeciw bramy do naszego podwórka, przy asfaltowej jezdni, i przyglądałem się wszystkim dookoła. Tuż przy mnie stał Janek Wodogłowiec i wykręcając głowę, machał jakąś papierową, biało-czerwoną chorągiewką, upapraną w psim łajnie. Za nim stała rozkrzyczana, wielka grupa harcerzy, w szarych i zielonych mundurkach, z trójkątami żółtych chust na plecach i z fińskimi nożami przy paskach. Ledwie przyszli, zaczęli skandować:

– Młodzież z partią… młodzież z partią…

Nieco dalej zauważyłem trzech kominiarzy w czarnych uniformach ze srebrnymi guzikami, a przy nich rozchichotaną Yvette, żonę fryzjera, wystrojoną jak dziwka w koronki i woalki. Po drugiej stronie ulicy ulokowało się kilku masarzy, w białych fartuchach i cały oddział wojska, z karabinami na ramionach. Wszędzie widać było dzieci, przebiegające ulicę, zatrzymywane w pół drogi przez milicjantów i kierowane z powrotem ku miejscu, skąd ruszały. Po obu stronach stało też wielu dorosłych, a przy jednym z drzew zauważyłem mojego dziadka rozprawiającego z garbatym teściem sprzedawczyni ze sklepu spożywczego. Jakże uradowało się moje serce, gdy nagle mój tata podjechał wielkim Jelczem z zakładów rowerowych i przywiózł wielu, wielu pracowników, którzy wysiadając znajdowali sobie miejsce na skraju asfaltu i szybko rozpościerali flagi, transparenty propagandowe i sztandary zakładowe. Niektórzy z nich zaczęli zasłaniać mi widok, więc bezpardonowo przeciskałem się do przodu, przechodząc pod ich nogami, sunąc sprytnie po ziemi ku wolnym przestrzeniom. Po jakimś czasie tłum zaczął falować i zewsząd dolatywały radosne okrzyki:

– Jeeeedzieee… Już jeeeedzieee… Niech żyje… Niech żyje Przewodniczący Rady Państwa…

Chciałem wyjść na ulicę, by zobaczyć, co dziej się w dali, ale nagle znalazł się przy mnie dziadek i szepnął mi do ucha:

– Gdzie się tak pchasz kozi boblu, chcesz, żeby ta świnia ciebie stratowała…?

Odsunąłem się wystraszony, a wtedy dziadek uniósł mnie w górę i posadził na swoim karku, skąd miałem wspaniały widok. Tłum falował, słychać było wiwaty, okrzyki zachwytu, a czasami odzywał się jakiś pieśniarz, zawodzący pierwsze zwrotki Międzynarodówki i cichnący szybko, jakby ktoś mu zamykał usta dłonią. Dziadek trzymał mnie za ręce, a czasem puszczał je i opierał na moich nogach, na których miałem podziurawione, czerwone rajtuzy.

– Jedzie ta świnia bolszewicka… – szepnął i przesunął się ze mną nieco do przodu.

Spojrzałem w lewo i zobaczyłem wielką, odkrytą, czarną limuzynę, a w niej niepozornego człowieka w ciemnym garniturze i drucianych okularach na nosie. Miał dość bujną, czarną czuprynę, z długą grzywką, jak u robociarzy, zaczesywaną na bok. Co jakiś czas machał to prawą, to lewą ręką, pozdrawiał tłumy i mówił coś do mężczyzn, siedzących z nim w aucie. Nagle spostrzegł mnie, siedzącego na ramieniu dziadka, nakazał zatrzymać samochód i wyciągnął ku mnie ręce. Dziadek w pierwszej chwili cofnął się z obrzydzeniem, ale lekko popchnięty przez milicjanta, ruszył ze mną do limuzyny, z której wyskoczyło dwóch rosłych panów w czarnych garniturach i podało mnie towarzyszowi Zawadzkiemu. Ten rozpromienił się, uniósł mnie w górę, jak generalissimus Stalin dziecko z pochodu pierwszomajowego. Z namaszczeniem złożył pocałunek na moim czole, a potem nakazał mnie oddać z powrotem czerwonemu ze złości dziadkowi, który natychmiast pociągnął mnie poza tłum i powędrował do domu. Nie mógł się uspokoić, palił papierosa za papierosem i pociągał wino z wielkiej butelki. Usiadłem na krześle, przy stole i zacząłem bawić się niewielkim samochodem z plastiku i blachy, do którego wsadziłem ludka z czerwonej plasteliny.

– Uwaga, uwaga – pokrzykiwałem – jedzie towarzysz Zawadzki… towarzysz Zawadzki…

Dziadek popatrzył na mnie z wyrzutem, uniósł okopconym haczykiem fajerki na piecu i splunął rzęsiście do ognia. Odwrócił się do mnie, pogroził palcem i poszedł do swojego warsztatu kleić i szyć nowe buty.

– Job twoja mać… usłyszałem jeszcze przez niedomknięte drzwi, a potem wszystko ucichło i tylko raz po raz słychać było w pustym domu moje radosne okrzyki:

– Jedzie, brrrr…. jedzie towarzysz Zawadzki… towarzysz… Zawadzki… Niech żyje… niech żyje…

 

ALEJA KLONÓW (22)

guillaume-seignac-virginite-my-dash-museum-dash-of-dash-art-dot-blogspot

Yvette była głęboko nieszczęśliwa i nie mogła zapomnieć swojego ostatniego alfonsa, mistrza bokserskiego o budowie atlety. Wyszła za mąż za tego drobnego fryzjera z wyrachowania, bo uwierzyła mu, że ma ogromne oszczędności. Lubiła też jak strzygł jej czarne włoski u końca ud, a potem rzucał się na nią jak zwierzę i długo, długo się nią sycił. Zanim go znienawidziła, uznawała go za jednego z najlepszych kochanków, śmiało stającego w jednym szeregu z Murzynami, Żydami i Cyganami, których obsługiwała w burdelu na polecenie boksera. Szybko jednak do jej życia wkradła się nuda, brakowało jej szaleństw i orgii, a wciąż ten sam mężczyzna potęgował depresję, budził wstręt. Zaczęła coraz częściej sięgać po wino, które jesienią przygotowywał w wielkich szklanych gąsiorach, a potem zaczęła też spijać bimber, który potajemnie pędził w piwnicy, pod salonem fryzjerskim. Siedziała przy serwantce w różowej, jedwabnej podomce ze sztucznym futerkiem na brzegach i wpatrywała się w swoje obicie w ogromnym, kryształowym lustrze albo półnaga kładła się na sofie. Czasem poprawiła jakiś niesforny lok, czasem umalowała usta krwiście czerwoną szminką, poprawiała brwi henną i cały czas paliła papierosy w długiej szklanej cygarniczce, brązowej od nikotyny i oblepionej od wina. Po wypiciu kilku szklanek alkoholu, jej czarne oczy, tak interesujące dla klientów w domu schadzek, stawały się groźne i przypominać zaczynały diaboliczne ślepia. Zauważała to i uśmiechała się cynicznie, wydymając zalotne usta i szepcząc teatralnie:

   – Przelecisz mnie Szatanku… No pokaż jaki jesteś dobry… Dasz radę ze mną…? Weź mnie na samochodzie jakiegoś frajera albo w ogrodzie, za domem.. Przy tej rozrosłej jabłoni…

Zwykle po takich tyradach stawała w lubieżnej pozie i zaczynała zakładać białe pończochy, a potem przypinać je do koronkowego paska. Gdy przypadkiem wchodził wtedy fryzjer, działała na niego jak narkotyk i szybko lądował z nią w łóżku, dokazując cudów męskiej sprawności.

daniel-hernandez

Po jakimś czasie Yvette zaczęła szaleć, najpierw w swoim pokoju, a potem – gdy mąż tego nie zauważał – na ulicach. Jakież to było widowisko, gdy prawie naga, z powiewającą jedwabną narzutką pędziła w szpilkach Aleją Klonów, potykając się raz po raz o wystające płyty chodnikowe albo grzęznąc w miękkiej ziemi przy rowach ściekowych. Szybko gromadziła się za nią dzieciarnia, nie wiadomo skąd galopował Wuja Koniś, pojawiali się jacyś piekarze, rzeźnicy i szeregowcy z pobliskich koszar. Każdy chciał ją dotknąć, a gruby masarz często wpychał ją w zagłębienie kamienicy, opierał o wielkie wrota i macał w upojeniu. Zaczynała się wtedy śmiać histerycznie i pozwalała na wszystko, czasem nawet sama przyzywając do siebie co przystojniejszych chłopaków. Śmierdziała bimbrem i winem, ale też unosił się wokół niej zapach tanich perfum, wody kolońskiej, pomadek i cieniów do powiek, czasem czosnku i kiszonej kapusty, a innym razem zupy grochowej lub ogórkowej. Nie myła zębów i po zjedzeniu obiadu długo utrzymywały się te aromaty w jej ustach, a swoje robiły też ogromne plamy na podomce, pończochach i jaskrawych czółenkach. Rozkoszowała się tym, że napierało na nią kilku chłopaków albo jakiś kapral ocierał się o jej uda, ale nagle zrywała się jak oparzona, z ogromną siłą odpychała od siebie wszystkich i zaczynała bieg przez Aleję Klonów, skręcała w boczne uliczki i biegła, biegła jak różowy demon pośród szarych domów, rozsychających się płotów i bram. Czasem wykrzykiwała jakieś pojedyncze słowa, ale najczęściej zwracała się do Szatana i lżyła go najgorszymi słowami.

     – Nienawidzę cię… słyszysz gnoju…? Nienawidzę cię!!! Myślisz, że taki jesteś dobry…? No to zobaczymy eunuchu, impotencie!!! Ty gnoju… gnoju… gnoju… Dopadnę cię kiedyś w ogrodzie i zabije bez litości…

Zanim ktoś doniósł mężowi, że Yvette wybiegła na ulicę i zanim fryzjer zdołał ja dopędzić, a potem przerzucając przez plecy, zanieść do domu, zdążyła obrazić wiele kobiet, zaczepić starców i mężczyzn w sile wieku, a raz nawet poszła do piwnicy z brudnym od sadzy wozakiem i pozwoliła się wykorzystać na kupie węgla. Nie wiedziała co się z nią dzieje i miała wrażenie, że Szatan wziął ją na czarnym samochodzie, sprawdzając jej miłosne możliwości. Wszystko ją bolało, jedwabie się ubrudziły czernią, ale traktowała to jak próbę własnych możliwości i wielką bitwę z nieczystymi siłami.

303a77a9-7d54-42be-ab69-6a707dfd6dae

Tylko raz widziano Yvette w czarnym kostiumie, skromnych butach i gustownym toczku z siateczką spadającą na oczy. Ubrała się tak na pogrzeb brata fryzjera i poszła z nim wolno pod rękę, do wielkiego kościoła pod wezwaniem Świętej Trójcy. Usiadła skromnie na dębowej ławce, obok męża, po drugiej stronie mając jakiegoś kuzyna czy stryja – usiadła i pogrążyła się w modlitwie, a z jej oczu tryskały fontanny łez. Ksiądz we fioletowej szacie stanął przy ołtarzu i zaczął odprawiać mszę pogrzebową, a wtedy na jej twarzy pojawił się grymas zdziwienia., coraz intensywniejszy, coraz bardziej groteskowy. Mąż spojrzał z przestrachem na nią, lekko pociągnął ją za koronkę wystającą z rękawów kostiumu, ale to nic nie dało. Słuchała słów księdza i coraz bardziej się dziwiła, a gdy w jej oczach kapłan zmienił się w wielkiego czarnego krokodyla, roześmiała się histerycznie i wrzasnęła:

        – Myślałeś, że Ciebie nie poznam…  Ty podły gnoju!!! Myślałeś, że dam się nabrać… No jazda, pokaż jaki jesteś dobry… Weź mnie na tym tutaj samochodzie… No, pokaż gnoju co potrafisz!!!

Fryzjer zbladł na twarzy, rozejrzał się z przestrachem po żałobnikach i szarpnął Yvette do wyjścia. Tam zostawił ją pod opieką dalekiego krewnego, ogromnego milicjanta, który bez trudu poradził sobie z nią. Wyciągnął ze szlufek spodni wielki, szeroki pas, świsnął nim w powietrzu i zagroził jej:

   – Tylko fiknij dziwko… Tylko podskocz narwana kobyło… To tak ci przyleję, że na dupie nie będziesz mogła siedzieć…

Groźba podziałała trzeźwiąco, tym bardziej, że młodzieniec zmienił się w wielkiego błękitnego hipopotama, śliniącego się i ryczącego straszliwie przed nią.

   – Spokojnie góro mięcha – krzyknęła zjadliwie, ale uspokoiła się na tyle, że jej opiekun puścił ją swobodnie i odszedł na kilka kroków, by spojrzeć przez otwarte wrota co dzieje się w kościele.

Yvette na to tylko czekała i natychmiast ruszyła biegiem na drugą stronę ulicy, a potem szybko zniknęła za rogiem. Co jakiś czas oglądała się jednak za siebie, ale nie widząc pogoni równym krokiem podążyła pod górę, by szybko znaleźć się na Alei Klonów. Nie miała klucza, więc weszła do ogrodu przez furtkę zamykaną na drewniany skobel.

723087747

Stanęła przy wielkiej jabłoni, a w jej uszach rozległy się wysokie tony trąb anielskich, jakieś wielkie chóry, mormoranda i refreny. Uśmiechnęła się lubieżnie i jak tancerka erotyczna w kabarecie zaczęła zrzucać z siebie odzienie, sycząc zalotnie:

   – No jak tam czarny wężu…? Jak tam Szatanku… mój ty krokodylku i hipopotamku… Dasz radę? Weźmiesz mnie w rajskim sadzie…?

Powoli ściągała poszczególne części ubioru i wkrótce już stała w czarnych pończochach i czerwonej bieliźnie. Oparła prawą nogę o pieniek wystający z ziemi, wpatrzyła się w jakiś punkt na drewnianym płocie i zginała wskazujący palec prawej ręki, przyzywając i wabiąc niewidzialnego złego ducha. Wkrótce odpięła pończochy, zsunęła je zalotnie z nóg, a potem zdjęła stanik i fiknęła butami w górę, tak mocno, że jeden z nich zawisł w rozwidleniu grubego konara. Naga podeszła do najbliższej gałęzi, zerwała czerwone jabłko i unosząc je w górę ryknęła:

   – No i co gnoju…? Skusisz się…? Jazda, pokaż ile jesteś wart? Taki z ciebie książę piekielny, taki władca ciemności… No, pokaż co potrafisz…

Gdyby ktoś przyglądał się tej scenie z boku, zobaczyłby, że czarne oczy Yvette zmieniły się nagle w wilcze ślepia, a w kącikach ust pojawiła się piana. Oddychała chrapliwie, nierówno, jakby miała wodę w płucach, a jej łono falowało lubieżnie w rytm jakiejś straszliwej melodii, brzmiącej tylko w jej uchu. Nagle wyprężyła się, jakby trafiona strzałą, jakby przebita piką przez rzymskiego centuriona i padła bez czucia na ziemię. Czerwone jabłko potoczyło się w dal i stanęło dopiero przy jakichś czarnych łapach, ni to pazurach, ni szponach. Mgła napłynęła z północy, pojawiły się jakieś brunatne opary, duszące dymy i nie można było dostrzec kto uniósł owoc i rozgryzł go tak gwałtownie, ze sok trysnął na boki.

Malarstwo: Daniel Hernández Morillo (1856–1932)

LEONARD COHEN 1934-2016

mtiwnja4njmznzc1mji4ndi4

Smutek od samego rana… Wczoraj poinformowano, że 7 listopada zmarł w Stanach Zjednoczonych Leonard Cohen, jeden z moich przewodników życiowych, osoba bliska mi jak członek rodziny. Kochałem jego ballady od pierwszych chwil, gdy je wysłuchałem, wczytywałem się w teksty, bo była w nich mądrość i filozofia życia, prawda o czasie i ludziach. Sięgając myślą do wielu etapów mojego życia, zawsze słyszę jego wspaniałe pieśni, czy to w małym pokoiku na bydgoskim osiedlu Błonie, czy na szlakach Ameryki, Chin, wielu krajów Europy i Azji, w przygodnych mansardach artystów i w pokojach luksusowych hoteli, zawsze on – z taśmy, z płyty, a potem z ipodów i smartfonów. Wiele razy stylizowałem szczególne momenty mojego życia i wplatałem w nie jego muzykę, głos, poezję – stojąc na Liberty Island, wspinając się na chiński mur, zbliżając się do Araratu, albo płynąc statkiem po Bosforze, zamyślając się nad Niemnem, wpatrując w fale Atlantyku i Morza Śródziemnego. Tak łączyłem magię tych chwil z głębią jego przesłania – dla ludzkości, która odeszła, odchodzi i dla tej, która nadejdzie. Mógłbym tu przywołać wiele szczególnych pieśni, wiele clipów, ale przecież w takiej chwili trzeba przede wszystkim podkreślić żal i ból z powodu jego odejścia. Wczoraj świat zubożał w jednej chwili, a ja – od momentu gdy zobaczyłem ostatnie publiczne wystąpienie Leonarda – wiedziałem, że jego życie nieubłaganie zbliża się do końca. Utwierdziłem się w tym przekonaniu, gdy wysłuchałem niezwykłych songów z ostatniej płyty, dopiero co opublikowanej w październiku tego roku, w której pojawiły się tony eschatologiczne i poeta wprost mówił: I am ready my Lord… Ta śmierć pokazuje jak mało mamy czasu, nawet jeśli osiągamy szczyty sławy, tworzymy wielkie dzieła, nie starcza chwil, by ogarnąć wszystko wzrokiem i spojrzeć na nasze dzieje ze szczytu pięknej góry. Ona przychodzi nieodwołalnie i burzy wszystko, a szczególnie te ludzkie konstrukcje, które wydawały się wieczne, nienaruszalne. Głos w ostatnich pieśniach jest przytłumiony, brunatny, czarny, przechodzący w melorecytację, ale to jest najpełniejsze podsumowanie i potwierdzenie, że wszystko przemija i każdy płomień gaśnie… Jeszcze jedno mądre, bolesne wskazanie, których tyle w utworach barda z Kanady, jeszcze jedno arcydzieło w ciągu wielu niezwykłych realizacji. Dzisiaj stając nad otwierającym się grobem Leonarda Cohena, wpatruję się w ciemność, szukam potwierdzenia, że liczy się tylko życie, aktywność i twórczość – liczy się indywidualny wymiar egzystencji, który zaczyna promieniować na coraz szersze kręgi, a potem staje się legendą. Żegnaj przyjacielu, żegnaj bracie – żyliśmy w tym samym czasie na Ziemi i wspierałeś mnie wiele razy… Dziękuję Ci za poezję i każdą pieśń z osobna, dziękuję za twoją obecność w moim losie. Odchodzisz w ciemność, ale za tobą snuje się najczystsze, żywe światło – odchodzisz do wieczności, ale zostajesz w sercach ludzkich, w pieśniach i w chwilach, w ulotnej energii i bólu…

DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (3)

images

20 grudnia 1981

Przeczytałem cykl artykułów Stanisława Łukasiewicza pt. Byłem sekretarzem Bieruta. Ciekawe informacje o latach powojennych w Polsce, ale autor za bardzo chce siebie eksponować i niechcący wychodzi mu panegiryk na cześć własnej osoby. Wiadomości zasłyszane: Papież zaapelował do wszystkich ludzi dobrej woli o modlitwy w intencji Polski. Podkreślił prawo Polaków do życia w pokoju i poszanowania praw człowieka. Zaapelował o solidarność z Polską i jej narodem, bo to, co jest ważne teraz dla Polski, ważne jest dla całej Europy. Wspomniał też o zabitych i rannych, mówiąc, że są oni powodem jego szczególnej troski.

Nadal trwają strajki w Województwie Katowickim i Gdańskim – według Amerykańskiego Departamentu Stanu na Śląsku zabito ponad pięćdziesięciu górników. Wysłannik Jana Pawła II arcybiskup Poggi przybył do Warszawy, gdzie przywitał go biskup Dąbrowski. Dostojnik przywiózł list papieża do prymasa Polski arcybiskupa Józefa Glempa.

W Zurychu odbyły się obrady działaczy Solidarności przebywających w dziesięciu krajach zachodnich. Będą oni organizować międzynarodową pomoc dla Polski. W Monachium odbędzie się natomiast modlitewna procesja pokutna, którą poprowadzi kardynał Ratzinger. Procesja będzie miała charakter religijny i zorganizowana zostanie w intencji naszego kraju.

Ambasador Polski przy ONZ-ecie Romuald Spasowski poprosił wraz z rodziną, o azyl polityczny w USA. Oznajmił o tym Aleksander Haig, a jest to, od trzydziestu lat, najwyższy rangą polityk polski, który poprosił o azyl na Zachodzie. Spasowski, syn znanego filozofa marksistowskiego, stwierdził, że jest to protest przeciwko uwięzieniu Lecha Wałęsy.

Wczoraj odbył się wiec w Stoczni Remontowej Parnica w Szczecinie, a w mieście tym trwają stale próby zorganizowania strajków. Z kolei na południu Polski żołnierze mieli przyłączyć się do strajkującego zakładu.

Rzecznik Departamentu Stanu USA wyraził zaniepokojenie stosowaniem w Polsce siły wobec ludności cywilnej. Parlament brukselski uczcił minutą ciszy śmierć górników. Premier Belgii Leo Tindemans wezwał do uwolnienia uwięzionych i poszanowania uchwał KBWE. Zbigniew Brzeziński stwierdził, że w Polsce ma miejsce pośrednia interwencja ZSRR.

„Washington Post”: To, co stało się w Polsce okryło hańbą Jaruzelskiego. „New York Times”: Terrorem junta stłumi opór, ale nikt nie będzie za nią pracował. Prywatne niemieckie banki uzależniły dalsze kredyty dla Polski od tego, czy rząd niemiecki udzieli stuprocentowych gwarancji.

W Londynie tysiące osób wzięły udział w wiecu w Hyde Parku. Demonstranci przeszli przed budynek polskiej ambasady i usiłowali wręczyć petycję domagającą się zakończenia stanu wojennego, ale urzędnicy reżimowi odmówili jej przyjęcia. We Wiedniu tysiące polskich uchodźców wzięło udział w mszy w intencji Polski. Jutro w Zurychu zbiorą się przedstawiciele ośmiu banków, które rozpatrzą petycję rządu polskiego o kredyt w wysokości 350 milionów dolarów, z przeznaczeniem na spłatę odsetek zadłużenia zagranicznego.

W Paryżu wybuchła bomba w Polskim Biurze ds. Transportu Międzynarodowego. Podłożyło ją jakieś ugrupowanie komunistyczne, na znak protestu przeciwko terrorowi marksistów w Polsce i innych krajach świata.

Próbowałem się skontaktować z Pastuszewskim, ale mi się nie udało. Miał wcześniej być na nielegalnym zebraniu u Oszubskiego, ale się nie pojawił. Jakoś nie pasuje mi na trybuna ludowego, chociaż ostro się stawia władzy.

Tytuły prasy angielskiej: „Jak zamordowano Solidarność”, „Krwawe urodziny Breżniewa”, „Mężczyzna zginał przeciwstawiając się samotnie czołgom”, „Orzeł w klatce”. „Sunday Times” twierdzi, że Jaruzelski chciał się spotkać z prymasem Glempem, ale ten odmówił, uzależniając to od udziału Wałęsy w tym spotkaniu. Podobno Wałęsa znajduje się Konstancinie pod Warszawą, gdzie udał się do niego jeden z członków rady wojennej i próbował nakłonić do wystąpienia w telewizji, ale spotkał się ze zdecydowana odmową.

0

Jak wynika z relacji jednego z zatrzymanych, a następnie uwolnionych, w obozach dla internowanych panują nieludzkie warunki. Ludzie trzymani są w nieogrzewanych barakach, w których są wybite szyby, nie ma toalet ani wody. Przesłuchujący, dla zastraszenia, bawią się nabojami podczas przesłuchań.

„Sunnday Times”: Nieobecność Jaruzelskiego na Kremlu podczas urodzin Breżniewa, to tak jakby „Hamleta” pozbawić sceny z grabarzami. Ten starzec ze stymulatorem serca może być jednak lepszy od jakiegoś młodszego towarzysza, który serca może nie mieć wcale.

Już dwadzieścia dwa dni nie widziałem Aliny i nie wiem co się z nią dzieje. Ostatniej nocy śniła mi się bardzo wyraziście, całowałem ją i przytulałem się do niej, a potem nagle wszystko rozwiał jakiś senny wiatr, pojawili się zomowcy z karabinami i pałkami, ulicami jeździły czołgi, a nad nimi wznosiły się wielkie helikoptery.

21 grudnia 1981

Dzisiaj byłem w centrum miasta i nie widziałem zbyt wielu zomowców. Nie było też patroli wojskowych. Żadnego uśmiechu na twarzach ludzi, wszyscy gdzieś podążają w skupieniu, zerkając nieufnie na boki. Po powrocie skończyłem czytać Zdobycie władzy Czesława Miłosza, które kupiłem jeszcze w budynku bydgoskiego MKZ-etu. Powieść sztuczna, sztampowa, napisana jakby na modłę socrealistyczną, nie zachwyciła mnie. Większe wrażenie zrobił na mnie tom wierszy Ryszarda Krynickiego pt. Nasze życie rośnie.

Wiadomości: Telewizja i Polskie Radio podały, że w kopalni „Ziemowit” strajkuje pod ziemią ponad tysiąc górników. Obok w kopalni „Piast” strajkuje tysiąc siedmiuset pracowników. Łączność nawiązywana jest przez telefon. Rodziny przynoszą górnikom jedzenie, które dostarcza się pod ziemię.

Romuald Spasowki złożył oświadczenie przed kamerami amerykańskiej telewizji. Potwierdził między innymi, że jego decyzja była aktem protestu przeciwko uwięzieniu Wałęsy.

Pojawiają się informacje co do dalszych uwięzionych: Wojciech Ostrowski (działacz katolicki), Maciej Iłowiecki, Tomasz Łubieński, Maria Wasiek (historyk), Stefan Pastuszewski, Włodzimierz Michalak. Ten Michalak to działacz naszego uczelnianego NZS-u, ale na wydziale krążą plotki, że był też członkiem PZPR-u. Ile w tym prawdy, nie wiem, chociaż facet jest dziwaczny trochę, taki zbyt poważny.

W Niemczech nasilają się protesty z powodu uwięzienia Władysława Bartoszewskiego. Zamknęli też Andrzeja Drawicza, Romana Zimanda, Tadeusza Kantora, Andrzeja Wajdę i rektora Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Gierka, Jaroszewicza i innych dawnych członków Biura Politycznego internowano w ich willach. Protesty i demonstracje w Hamburgu, Karlsruhe i licznych mniejszych miastach niemieckich. Z protestem wystąpił Heinrich Böll i inni znani pisarze niemieccy. Polonia polska złożyła protest w polskiej ambasadzie w Canberze, a w Adelajdzie odbył się wiec i pochód. Niesiono portrety Wałęsy i Jana Pawła II, a także transparenty z napisami: Ręce precz od Polski.

uid_f7ebe4bdfee557193d6cc00b28f0a2c61323933047936_width_633_play_0_pos_0_gs_0_height_355

Jan Paweł II potępił dominację pewnych grup, nadużywających władzy nad narodami, powiedział między innymi, że ludzie mają prawo stosować odpowiednie środki w obronie swej godności. Według rzecznika Białego Domu na Śląsku strajkuje dwadzieścia kopalni, a opór w Polsce zakrojony jest na dużo szerszą skalę, niż dotąd sądzono. Strajkujące zakłady, to: Huta Nowotki w Ostrowcu Świętokrzyskim, Rafineria Płock, Huta Katowice, gdzie zgromadziło się około osiem tysięcy robotników i zespawano bramę wjazdową – rozlokowano też na terenie huty butle z acetylenem i zagrożono wysadzeniem huty w powietrze. Strajkują Świdnickie Zakłady Sprzętu Lotniczego, kopalnia soli w Bochni, a praca w stoczniach została zawieszona na okres świąt.

Carington powiedział, że życzyłby sobie by Zachód rozważył wstrzymanie pomocy żywnościowej dla Polski, ale prezydent Mitterrand stwierdził, że Francja będzie na razie wysyłać żywność, ponieważ – jak powiedział: Ci, co głodują nie są członkami polskiego rządu. We Francji odbędzie się jutro jednogodzinny strajk na znak protestu przeciw sytuacji w Polsce. Czterech marynarzy ze statku Zambrów poprosiło o azyl polityczny w Holandii. Międzynarodowy Czerwony Krzyż wystąpił z apelem o pomoc dla Polski i o zebranie dwudziestu milionów dolarów. W poniedziałek apelował już tylko o sześć milionów.

Dokerzy amerykańscy postanowili zbojkotować wszystkie statki przybywające do USA z Polski i wypływające do naszego kraju, a w proteście uczestniczy sto tysięcy pracowników portowych.

W Londynie kardynał Basil Hume odprawił mszę św. w intencji Polski – zaapelowano o modlitwę wszystkich katolików na świecie. Jutro w Norwegii odbędzie się pięciominutowy strajk protestacyjny. Podobno dwa tysiące górników zabarykadowało się w przejściu z jednej kopalni do drugiej. Milicja wdarła się na teren Politechniki Wrocławskiej i biła kogo popadnie – mówi się o tym, że jeden ze strajkujących uczonych zmarł na atak serca.

Byłem u Grzegorza Musiała, który patetycznie, ale ze wzruszeniem czytał swoje Pieśni wojny. Przybył jego brat, skrajnie różny jeśli chodzi o budowę ciała – raczej solidny byczek. Nie mogę już znieść tych spojrzeń matki i rodzeństwa Grzegorza, którzy niby są dla mnie mili, ale obserwują mnie jak jakiegoś gada w terrarium. Oni myślą, że Grzesiu ma kontakty tylko z homoseksualistami, a tymczasem ja wciąż jestem zakochany w Alinie i nigdy, nawet przez chwilę, nie przyszło mi do głowy zainteresowanie seksualne jakimś mężczyzną. Poznałem sporo kolesiów Musiała i wszyscy są zmanierowani, zniewieściali, a jak już pozują na siłaczy, to i tak jest to podszyte jakąś strategią, która ma doprowadzić do znalezienia się w łóżku z jakimś chłopaczkiem. Na przykład z takim jak ja… Był też Krzysztof Soliński, poeta lingwistyczny i pracownik wydawnictw bydgoskich i straszliwy zarozumialec, starający się pozować na cynika. Po wypiciu dwóch kielichów wina zaczął przysypiać na krześle. Nie ufam mu i u Musiała też miałem wrażenie, że tylko markuje sen i uważnie słucha o czym mówimy.

            22 grudnia 1981 roku

Cały dzień przesiedziałem w domu, łudząc się, że listonosz przyniesie list od Aliny, albo ona sama stanie w drzwiach mieszkania moich rodziców. Patrząc na nią z oddali widzę jej dziwność – taka piękna dziewczyna, taka podniecająca, a stale uwikłana w jakieś bzdurne wspomnienia. Ten jej Józik z Wałdowa, wspomnienia wiejskich zabaw i nocnych wyznań miłości, smętne wracanie do piosenki Angie Rolling Stones i jego „pięknej” twarzy. W końcu pokazała mi jego zdjęcie i byłem w szoku, bo wyglądał jak Tolek Banan ze słynnego serialu telewizyjnego, tylko z większym, kartoflowatym nosem. I ta tandetna dedykacja na odwrocie – Alince zawsze kochający Józik. Na to ją wziął i dlatego ona tak mnie traktuje, jest słaba i nie umie ze mną zerwać do końca, ale wciąż od nowa rozmyśla o nim. Muszę być silny i skończyć to wszystko w jednej chwili – dotąd byłem jej wierny, ale koniec z tym fatalnym zauroczeniem. Sporo dziewcząt się mną interesuje i nie rozumie dlaczego nie odpowiadam na wyraziste sygnały, a jeden z kolegów – widując mnie czasem z Musiałem – rozpuszcza w środowisku literackim wieści, że też jestem pederastą.

Wiadomości z Wolnej Europy: Trwa nadal strajk w kopalniach „Ziemowit”, „Piast” i „Anna”. Solidarność w Szwajcarii wystosowała już drugi apel do żołnierzy polskich, oto on: Żołnierze polscy! Posłużono się wami niegodnie, hańbiąc sławę munduru polskiego, bądźcie świadomi odpowiedzialności jaka na was ciąży. Nie wolno wam rozstrzelać Polski. Głęboko wierzymy w to, że Sierpień 1980 roku przeżyje w sercach Polaków i pozwoli odrodzić się wolności.

Radio Wolna Europa podaje, że do tej pory śmierć w Polsce poniosło dwieście osób. Siły wojskowe liczą obecnie 400 tys. żołnierzy, ale tyle samo liczą oddziały milicji. Przeciwko ogłoszeniu stanu wojennego, wystąpił w Radzie Państwa, Przewodniczący Stowarzyszenia PAX Ryszard Reiff. Episkopat Polski nawiązał kontakt z rządem i może dlatego zniesiono godzinę milicyjną w nocy z 24 na 25 grudnia, żeby Polacy mogli wziąć udział w tradycyjnych pasterkach.

Jan Paweł II wezwał do rozwiązania kryzysu w Polsce na drodze pokojowej, wspomniał też swoje spotkanie z Lechem Wałęsą, a także zapewnił, że modli się stale do Matki Boskiej Częstochowskiej.

Wczoraj odbył się marsz 50 tys. studentów paryskich, którzy przeszli pod ambasadę PRL-u. Grupa prawników paryskich utworzyła Komitet Pomocy Polsce. W Holandii liczba uchodźców wzrosła do 40.

Radom został otoczony kordonami milicji i wojska i jest jednym z głównych punktów oporu. Ludzie czują, że coś się wydarzy w tym mieście, ale wzajemnie się informują o posunięciach władzy, by nie dopuścić do prowokacji. We Wrocławiu spędzono w jedno miejsce dwustu ludzi i kazano im stać bez butów na mrozie.

Romuald Spassowski spotkał się z Reaganem, 39 polskich marynarzy poprosiło o azyl w RPA. Wczoraj wieczorem przybył do Rzymu biskup Dąbrowski, a dzisiaj odprawił z Janem Pawłem II mszę św. W prywatnej kaplicy papieża. Odbył potem godzinną rozmowę z Wojtyłą. Podobno nie żyje Tadeusz Mazowiecki. Biskup Dąbrowski oświadczył, że Wałęsa jest pod Warszawą, ma u boku rodzinę – biskup wielokrotnie z nim rozmawiał.

Zmieniło się na lepsze nastawienie Austriaków do uchodźców polskich, chociaż docierają do urzędników państwowych donosy, informujące, że pośród nich jest sporo zakamuflowanych agentów peerelowskiej Służby Bezpieczeństwa. Jakiś zachodni dyplomata widział walki ZOMO z młodzieżą w Gdańsku i czołg strzelający pod stocznią. W kopalni „Thorez” w Wałbrzychu zomowcy pobili wielu górników i prawdopodobnie byli zabici. Lekarze są wstrząśnięci stanem rannych. W Warszawie pojawiły się ulotki: „Solidarność była, jest i będzie”.

Zomo2

Spotkałem w mieście Krzysztofa Solińskiego i zaproponowałem mu wydanie mojego zbioru erotyków pisanych dla Aliny w Kujawsko-Pomorskim Towarzystwie Kulturalnym, gdzie jest redaktorem. Spytał kogo bym widział jako recenzenta i odparłem, że cenię Andrzeja K. Waśkiewicza, co przyjął z uznaniem. Wygłosił te swoje malkontenckie uwagi, że poezja nie ma sensu, liczy się tylko język, słowo i dłubanie w nich bez końca. Od samego początku ten człowiek mnie odrzucał, szczególnie podczas spotkań literackich – wszystko w jego interpretacji jest do kitu. Spodobało mi się, gdy Siwiec powiedział mu, że zamiast pierwszej literze w alfabecie, lepiej byłoby zadedykować tom jakiejś pięknej dziewczynie. Po Solińskim to spłynęło, gładził swoją rudą brodę i patrzył niewidzącym wzrokiem w dal. Zapewne przenikał głębie istnienia i miał gdzieś nasz światek, wszak przyjaźni się z wielkim krytykiem Krzysztofem Nowickim, który też ma podobne podejście do świata. Kiedyś rozmawiałem z nim na ulicy Pomorskiej i podczas krótkiej wymiany zdań, zdążył powiedzieć mi, że pisanie właściwie nie ma sensu i on świadomie odstawia pióro. Soliński jednak pisze i wydaje swoje kolejne tomiki, a potem dedykuje je literom w alfabecie. Patrząc na niego i widząc jak stale skubie tę swoją brodę, miałem chęć doskoczyć do niego i wyrwać mu ją kłak po kłaku.

23 grudnia 1981 roku

Poszedłem dzisiaj z Błonia do Oszubskiego, starą drogą, którą przemierzałem wielokrotnie chodząc na basen przy ul. Nakielskiej. Dzielnica domków jednorodzinnych spokojna, żadnych milicjantów, zomowców, tylko prywatne samochody na podwórkach. Był straszliwy mróz i poczułem jak skóra na policzkach nabrała jędrności i ściągnęła się. Przy kanale zatrzymałem się na chwilę przy drzewach jarzębinowych, gdzie pożywiało się owocami stado pięknych gili. Tylko ze trzy razy w życiu mogłem obserwować te ptaki, więc teraz wykorzystałem okazję i stojąc nieruchomo, cieszyłem się ze spotkania z czerwonymi skrzydlatymi stworzeniami, które zapewne przyleciały do nas z Syberii albo Skandynawii. U Oszubskiego rozmawialiśmy o wszystkim i niczym, a na końcu pojawiły się analizy obrazów Albrechta Dürera, ze szczególnym uwzględnieniem jego autoportretów. Alicja, żona Oszubskiego, która pracuje w szpitalu, powiedziała, że przywieziono im już pięciu zomowców i żołnierzy samobójców. Widać oni też nie wytrzymują – skomentowałem te informacje. Cholera, podoba mi się ta jego żona i ona też zerka na mnie ciekawie, staram się jednak utrzymywać dystans. Po powrocie do domu słuchałem Wolnej Europy i takie oto wieści wyłowiłem z szumów i rządowych zakłóceń:

Jaruzelski spotkał się z 69 naukowcami polskimi i tłumaczył im dlaczego wprowadził stan wojenny. Episkopat Polski jest w ciągłym kontakcie z Lechem Wałęsą. Podobno Kościół uzyskał obietnicę poprawy warunków w miejscach internowania Polaków. Utworzono komitet Koordynacji Kontaktów Rządu z Lechem Wałęsą. Na jego czele stoi Jerzy Turowicz. Dziesięciu zatrzymanych księży zostało uwolnionych z aresztów. Biskup Dąbrowski zdementował pogłoskę o śmierci Mazowieckiego. Solidarności udało się przesłać na Zachód raport o sytuacji w Polsce. Mówi się w nim o tym, że w środę czołgi wdarły się na teren stoczni gdańskiej, a użyto ich też do stłumienia strajku we Wrocławiu, gdzie miało zginąć wielu studentów.

Portugalia zarządziła przerwanie połączeń dalekopisowych z ambasadą polską. Dziesięć państw zachodnich wyraziło protest wobec dławienia praw człowieka i praw obywatelskich narodu polskiego. Podczas mszy św. w Krakowie, w intencji ofiar Grudnia’70 i w jedenastą rocznicę tamtych wydarzeń, na tłumy wychodzące z kościoła kierowano strumienie wody z armatek zainstalowanych na budach ZOMO. Przy siarczystym, siedemnastostopniowym mrozie, na ubraniach natychmiast tworzyły się sople lodu. Robotnicy informują zachodnich dziennikarzy, że nakłania się pracowników Nowej Huty by wyrzekali się członkostwa w Solidarności. Alternatywą jest zwolnienie z pracy.

BIBLIOTEKA (8)

okl1-horz

Obszerną, dwutomową powieść Juliusza Verne’a pt. Tajemnicza wyspa czytałem w młodości dwukrotnie i za każdym razem czułem jakiś niedosyt, coś nie pozwalało mi spokojnie dokończyć lektury. Pierwsze spotkanie było zdecydowanie przedwczesne i spowodowane podszeptem szkolnej bibliotekarki, której się wydawało, że w piątej klasie szkoły podstawowej, będę w stanie przełknąć ją bez trudu. Tak się jednak nie stało, bo po lżejszych powieściach przygodowych, nie mogłem zaakceptować rozwlekłych opisów francuskiego fantasty. Zdaje się, że oddałem oba tomy do biblioteki po przeczytaniu jednej trzeciej całości i dopiero w ósmej klasie wróciłem do tego utworu. Byłem wtedy już po lekturze Dzieci kapitana Granta i Dwudziestu tysięcy mil podmorskiej żeglugi, więc zapragnąłem raz jeszcze zmierzyć się z trzecim tomem tzw. dużej trylogii Verne’a, wchodzącej w obręb dzieła życia, czyli wielotomowych Niezwykłych podróży. Ta druga lektura też obfitowała w momenty zwątpienia i wiele razy miałem chęć zamknąć książkę i nigdy do niej nie wracać, a to przede wszystkim za sprawą ciągłych spowolnień akcji przez wskazane wyżej opisy zaradności wyspiarzy. To, co zapowiadało się znakomicie na początku i mocno przykuwało uwagę, zostało w dalszej części monstrualnie rozciągnięte, zagmatwane i naciągnięte zarazem. To jest historia z czasów wojny secesyjnej w Ameryce Północnej (1861–1865), kiedy to grupka uciekinierów z miasta Richmond, obleganego przez generała Ulissesa Granta, uprowadziła balon i znalazła się siedem tysięcy kilometrów od Wirginii, głównej twierdzy separatystów. Gdy huragan uszkodził poszycie i powłokę balonu, a aeronauci wyrzucili już wszystko, co mogli usunąć z kosza, gdy wreszcie pozostali tylko na linach i spadł do wody jeden z nich, dotarli do nieznanej wyspy na Pacyfiku, którą potem ochrzcili imieniem Abrahama Lincolna. Ucieczkę podjęli: inżynier Cyrus Smith, dziennikarz Gedeon Spilett, marynarz Bonawentura Pencroff, chłopiec Harbert Brown oraz służący Nab (Nabuchodonozor), a potem do tego grona dołączył jeszcze, znany z powieści Dzieci kapitana Granta Tom Ayrton – złoczyńca, który przeszedł przemianę na bezludnej wyspie Tabor. Koloniści mają też psa Topa i oswajają orangutana, którego nazwą Jup i uczynią z niego przydatnego kelnera oraz tragarza. Trzeba przyznać, że pisarstwo Verne’a kreuje typ szlachetnego bohatera, kochającego wolność i walczącego o sprawiedliwość. W tym względzie może on jeszcze wiele lat być cenną pomocą w edukacji młodych pokoleń, a jego postacie mogą stawać się wzorami postaw obywatelskich i działań dla dobra ogółu.

1

To, co zapowiadało się sensacyjnie i przykuwało moją uwagę na początku, niestety zaczęło się rozmywać przez naciągane opisy niezwykłych umiejętności Cyrusa Smitha, cudownie ocalonego podczas upadku do oceanu i potem odnalezionego na plaży przez służącego Naba. Koloniści zaczynają zaprowadzać swoje porządki na wyspie i jakoś dziwnie łatwo im to idzie, a problemu nie stanowi nawet wyprodukowanie kwasu azotowego czy siarkowego, bez trudu tworzą dymarki i wytapiają żelazo, a potem kształtują z niego niezbędne narzędzia i instrumenty. Odbywając wędrówki po wyspie, nazywają jej kolejne partie, tworzą też powoli mapę, na której pojawiają się określenia związane z historią Stanów Zjednoczonych, jak i charakterystycznymi cechami danych miejsc. Ich determinacja jest ogromna, a w skrajnych momentach pomaga im jakiś nieznajomy dobroczyńca, który urasta w ich wyobrażeniach niemal do wymiarów boskich. Po zbudowaniu łodzi, kilku kolonistów udaje się do pobliskiej wyspy Tabor, skąd przywozi nieomal zdziczałego mężczyznę. Okazuje się on skazanym na zesłanie dawnym złoczyńcą i piratem Tomem Ayrtonem, który po przyjeździe na wyspę Lincolna, powoli wraca do społeczności i zostaje całkowicie zresocjalizowany, a potem oddaje nieocenione usługi całej grupie. Najbardziej spektakularną interwencją nieznajomego pomocnika jest wysadzenie miną statku piratów, którzy pewnego dnia pojawiają się na wyspie i chcą ją zagarnąć. Gdy sytuacja była już tragiczna, ogromny wybuch wstrząsnął ich jednostką i wyleciała ona w powietrze, natychmiast osiadając na dnie wraz z załogą. Na wyspie pozostało zaledwie kilku złoczyńców, z którymi koloniści prowadzili walkę, póki nie znaleźli ich na brzegu strumienia martwych, jakby porażonych prądem. I tym razem dopomógł im ktoś, kogo nie znali, a kto ujawnił się na końcu powieści. Okazało się, że był to znany z wcześniejszych utworów Verne’a Kapitan Nemo, którego Nautilus zaklinował się w wielkiej grocie i nie mógł wypłynąć w morze. Koloniści docierają do niego w momencie, gdy gaśnie już w nim życie i stają się mimowolnymi świadkami jego umierania. Okazuje się, że to on pomagał im przez cały czas i on podrzucił im butelkę z informacją, że na pobliskiej wyspie Tabor znajduje się człowiek potrzebujący pomocy. Niestety, bogate w wydarzenia życie kapitana Nemo dobiega końca i koloniści stają się wykonawcami jego ostatniej woli, czyli zatopienia go w odmętach oceanu, razem ze statkiem podwodnym, który stworzył. To istotne dopowiedzenie do powieści pt. Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi, która nie wyjaśnia czy Nemo poniósł śmierć w odmętach Atlantyku, czy uszedł z życiem z sytuacji nieomal bez wyjścia.

2

Przed śmiercią kapitan Nemo powierzył Cyrusowi Smithowi smutną tajemnicę, związaną ze zbliżającą się wielką katastrofą wulkaniczną. Według niego, wyspa miała zapaść się pod wodę podczas wielkiego wybuchu, spowodowanego wtargnięciem oceanu do głównej niecki lawy. Przerażeni koloniści próbują jak najszybciej ukończyć budowę nowego statku, ale widzą, że katastrofa zbliża się wielkimi krokami, a strumienie lawy niszczą całą roślinność i zabijają przerażone zwierzęta. W końcu następuje przewidywany wybuch i z wielkiej wyspy zostaje tylko niewielka skała, ledwo wystająca ponad poziom wody. Mężczyźni chronią się na niej, ale z powodu braku żywności i słodkiej wody, siły ich coraz bardziej słabną i nie widzą już żadnych szans na ratunek. Ten jednak nadchodzi niespodzianie, gdy na wyspę Tabor przypływa po skazańca statek parowy, a nie znalazłszy go tam – po przeczytaniu wiadomości umieszczonej na wyspie przez kapitana Nemo – kieruje się wprost ku samotnej skale i ratuje skazanych na szybką śmierć kolonistów. Opisy wybuchu wulkanu i jego skutków należą do najlepszych w powieści i warto tutaj zacytować choćby niewielki fragment: W pierwszym tygodniu marca Góra Franklina nabrała znów groźnego wyglądu. Tysiące szklanych niteczek zastygłej w powietrzu lawy spadały jak deszcz na ziemię. Krater znów wypełnił się po brzegi. Lawa przelewała się przez wszystkie zbocza wulkanu. Jej strumienie popełzły po skamieniałych tufach i do reszty zniszczyły nędzne kikuty drzew, które oparły się pierwszemu wybuchowi. Tym razem posunęła się ona południowo-zachodnim brzegiem Jeziora Granta poza Glicerynowy Potok i ogarnęła Płaskowzgórze Rozległego Widoku. Ten ostatni cios, zadany dziełu kolonistów, był zaiste straszliwy. Z młyna, zabudowań ptaszarni i stajen nie pozostało ani śladu. Przerażone ptaki rozleciały się na wszystkie strony. Top i Jup okazywały najwyższe przerażenie, gdyż instynkt ostrzegał je przed bliską katastrofą. Dużo zwierząt zginęło w czasie pierwszego wybuchu wulkanu. Z tych, co ocalały, część znalazła schronienie na Bagnie Podgorzałek, niektóre zaś uciekły na Płaskowzgórze Rozległego Widoku. Jednakże to ostatnie schronienie zostało niebawem odcięte i strumienie lawy, wylewając się poza występ granitowej ściany, runęły na wybrzeże jak ogniste wodospady. Żadne słowa nie potrafią opisać niesłychanej grozy tego widoku. W nocy wyglądało to jak Niagara płynnej surówki hutniczej z unoszącymi się nad nią kłębami rozżarzonych gazów i wrzącymi wirami u dołu. (Przeł. Jadwiga Kaczmarewicz-Fedorowska) Po wielu stronach leniwej narracji, po rozdziałach opisujących wdrażanie skomplikowanych technologii na wyspie, nagle wszystko przyspiesza i staje się prawdziwą literaturą przygodową.

4

Moja trzecia i zapewne ostatnia lektura Tajemniczej wyspy, miała już inny charakter, bo przede wszystkim przyglądałem się warsztatowi pisarskiemu Juliusza Verne’a i łapałem go na niekonsekwencjach autorskich. Nie zgadzają się przede wszystkim daty, jakby trzy tomy trylogii były całkowicie od siebie niezależne, a zazębiające się dzieje nie miały ze sobą wiele wspólnego. Jako chłopak nie zwracałem uwagi na rozdęte opisy wdrażania nowych wynalazków na wyspie, choć wiele z nich pojawiało się w życiu kolonistów zbyt łatwo. To tak, jakby Cyrus Smith był cudownym czarodziejem i dostarczał przyjaciołom wszystkiego, co niezbędne – ot „pstryk” i już jest żelazo, „pstryk” i są odczynniki chemiczne, niezbędne do produkcji środków wybuchowych, a potem „pstryk” i tworzy już wyciągarkę do drutu i rozwiesza na wyspie sieć telegraficzną. Zastanawia też mała inwencja grupy w zakresie wydostania się z wyspy i budowanie łodzi, potem statku i wiązanie przyszłych losów z podróżą oceaniczną, gdy w posiadaniu grupy znalazła się powłoka balonu i wystarczyło ją załatać, skonstruować urządzenie do ogrzewania powietrza, a potem przelecieć niewielką odległość, dzieląca ich od Nowej Zelandii. Skoro umieli wytapiać żelazo i budować różnorakie sprzęty, niezrozumiałe jest to, że nie odtworzyli balonu i nie polecieli na północny-zachód. Trochę raził mnie też ten równy podział dawek narracyjnych, jakby Verne codziennie tworzył jeden lub dwa rozdziały, a potem umieszczał je w ciągu opowieści. Aż prosiło się, by po drodze pojawił się jakiś specjalny wstrząs, a prace kolonistów zostały zakłócone. Dopiero pojawienie się piratów wprowadziło do powieści nieco wigoru i akcja przyspieszyła, chociaż po tym wydarzeniu znowu wiele stron miało charakter usypiający i tworzyło wrażenie, że powieść na końcu rozmyje się w nijakości. Oczywiście wybuch wulkanu wszystko zmienił, ale pojawiły się tez nowe dziwności, jak opisy linii telegraficznej kapitana Nemo, który musiałby chyba być nadczłowiekiem by na tak długiej trasie rozwiesić na drzewach swą sieć. Elementem komediowym w powieści jest postać orangutana Jupa, który zostaje niemal myślącym członkiem całego towarzystwa i bierze nawet udział w walkach ze złoczyńcami. Choć małpy te są bardzo inteligentne, trudno byłoby znaleźć taką, która wykonywałaby czynności opisane przez Verne’a. Podczas dwóch pierwszych lektur nie zadawałem sobie pytań o sens tej powieści, a teraz przez cały czas poddawałem w wątpliwość strategię pisarską autora. Miała to być przecież powieść przygodowa, a zmieniła się w opis pobytu na wyspie i ciągów wdrażania kolejnych udogodnień. W tym względzie przypominała opisy działań Robinsona Cruzoe ze ze słynnego dzieła Daniela Defoe’a i nie wnosiła nic nowego do wykreowanej przez tego pisarza postaci rozbitka. Papierową postacią jest też kapitan Nemo, który potrafi taszczyć na brzeg oceanu wielka skrzynię, odbywa samotną wyprawę łodzią na wyspę Tabor i dokonuje wielu innych cudów, spośród których najbardziej wątpliwy jest stały monitoring tego, co robią koloniści. Jakby dysponował kamerami i z pokładu Nautilusa obserwował kolejne kroki Smitha i jego kolegów. Trzecia lektura niewątpliwie była najbardziej efektywna i nie męczyłem się już tak, jak podczas wcześniejszych spotkań z przestrzenią i bohaterami wyspy Lincolna. A choć wiedziałem jaki będzie rozwój wypadków, narracja i opisy zaciekawiały mnie lub budziły sprzeciw, co – koniec końców – też miało swoją wartość intelektualną.

7

« Older entries

%d blogerów lubi to: