CZARNY NEFRYT (9)

Była już późna noc, gdy żołnierze Czena dojechali do jaskini, ukrytej w górach. Tuż za nimi dwa konie wiozły Gao i Liu, a dalej podążały dość szybko trzy wypełnione po brzegi wozy. Stanęli przy wysokich krzakach berberysu, forsycji i czeremchy, które znakomicie maskowały wejście do kryjówki. Rozwiązano jeńców i wszyscy zaczęli przenosić bogactwa Wanga do połączonych ze sobą i ciągnących się daleko, daleko, ogromnych jaskiń. Rozpalono w nich ogniska i zatknięto pochodnie w specjalnych oprawach, przykutych do ścian. Dopiero w trzeciej komnacie były skrzynie, beczki, szerokie koryta wypełnione sianem i tam też znoszono wszystko. Trwało to bardzo długo, bo przejście przez krzaki było wąskie i miejscami trzeba było przeciskać się przez ciemną gęstwinę. Na końcu wniesiono rulony wzorzystej materii, miecze misternie inkrustowane złotem, topory i halabardy. Wszyscy usiedli przy dużym ogniu, by ogrzać się, gdyż zrobiło się bardzo zimno, ale nie posiedzieli długo, bo z daleka dobiegać zaczął odgłos końskich kopyt. Nikt ani nie drgnął, póki u wejścia nie pojawił się Czen i dwóch jego towarzyszy. Dowódca pomaszerował szybkim krokiem do trzeciej jaskini, zlustrował łupy, uśmiechnął się szelmowsko i wrócił do pozostałych.

– Dobra robota – powiedział i klasnął w dłonie – Należy wam się nagroda…

Jeden z przybyłych podał mu czarne dzbanki z wódką i poszedł na zewnątrz, do konia, by wyciągać z worków małe czarki. W Chinach nikt nie pyta o nieobecnych, więc wkrótce zmęczeni żołnierze pili ze smakiem, uderzali naczyniem o naczynie, śmiali się i wesoło rozprawiali. Ta sama wódka, która wcześniej zmorzyła cały oddział, odebrała szybko świadomość pozostałym żołnierzom. Gao i Liu siedzieli z boku, przy innym ognisku i też dostali sporo alkoholu. Przytuleni do siebie rzucali lękliwie spojrzenia ku środkowi jaskini, udawali, że piją i czasem szeptali coś sobie do ucha.

– Nie pij tego Liu – powiedział Gao – nie podoba mi się to, co oni tutaj robią…

– Udajmy, że śpimy, to może dadzą nam spokój… – szepnęła kobieta.

Czen chodził pomiędzy żołnierzami i sprawdzał, czy wszyscy już śpią. Patrzył też raz po raz na Gao i Liu, a w końcu przystanął, wziął się pod boki i ruchem głowy, jakby coś potwierdzał, dał znać najwierniejszym towarzyszom, że mają zająć się upitymi mężczyznami. Ci chwytali jednego po drugim i przeciągali, za ręce, na skraj wewnętrznej przepaści, głębokiej na ponad sto metrów. Tam z rozmachem zrzucali nieprzytomnych i wracali po następnych, a gdy już cisnęli ostatniego, skierowali się ku jeńcom. Czen pokręcił przecząco głową i sam podszedł do nich, sprawdzając jak głęboki jest ich sen. Kopnął z rozmachem Gao w udo, a gdy ten nie drgnął, szarpnął Liu i odciągnął ją na bok. Przykucnął przy udającej sen kobiecie, pogłaskał po piersiach i wsunął jej rękę między uda. W tym samym momencie Gao skoczył w powietrze z dzikim wrzaskiem, szarpnął leżącą na ziemi halabardę i zamachnął się na Czena. Wysłannik był jednak dobrym żołnierzem, wyćwiczonym w licznych wojnach, więc odskoczył błyskawicznie, chwycił długą kopię, z ostrzem jak nóż i z zakrzywionym hakiem i natarł z impetem na napastnika. Pozostali przy życiu dwaj żołnierze, też sięgnęli po halabardy i czekali na dogodny moment, by pomóc swojemu panu. Na razie jednak Gao i Czen toczyli bój, w powietrzu słychać było świśnięcia ostrzy, to tu, to tam migały one i krzesały iskry przy głowach przeciwników. Gao był prawdziwym mistrzem walk, więc szybko zaczął zyskiwać przewagę. W pewnym momencie zdecydowanie przyparł Czena do muru i ten zawołał z rozpaczą:

– Na co czekacie durnie….!!!

Żołnierze doskoczyli do Gao i zaczęli uderzać na oślep. Młodzieniec musiał teraz bronić się przed trzema sprawnymi napastnikami i zrozumiał, że jest to walka na śmierć i życie. Przygryzł wargi i z ogromną siłą zaczął kręcić młynka swoją halabardą. Jednocześnie tak się przesuwał, że stworzył wolne pole dla Liu, wciąż jeszcze udającej, że śpi. W końcu, między szybkimi oddechami, krzyknął:

– Liu przesuń się za mnie, bo cię uderzą…

Kobieta natychmiast wstała i powędrowała kilkanaście kroków ku wnętrzu jaskini. To był sygnał dla jej ukochanego, który przestał kręcić w powietrzu koła swoją bronią i na chwilę zatrzymał się. Czen syknął:

– Bierzcie go z boków…

Gao był na to przygotowany i tak wodził ostrzem w powietrzu, że żołnierze nie mogli przesunąć się za bardzo ani w jedną, ani w drugą stronę. W końcu jednak ruszyli, a wtedy rzucił się też do przodu Czen. Gao podskoczył i miał zamiar wylądować na sporym kamieniu, ale jego noga pechowo skrzywiła się, kość piszczelowa gruchnęła jak suchy patyk i młodzieniec rozpaczliwie zwalił się na ziemię. Na to tylko czekali przeciwnicy, którzy nieomal równocześnie wbili mu w plecy trzy ostrza.

– Liu…. – wrzasnął Gao i wydał ostatnie tchnienie.

Kobieta widząc śmierć ukochanego jęknęła przeraźliwie i ruszyła w kierunku przepaści. Czen szybko zastąpił jej drogę, doskoczył i chwycił ją z ogromną siłą za włosy. Podbiegli też dwaj kompani i chwycili ją za nogi. Wierzgała nimi i próbowała się wyrwać, krzyczała i biła rękoma powietrze. Jeden z zaufanych otworzył jej przemocą usta i wlał w nie alkohol, zmieszany z proszkiem usypiającym. Potem uczynił to raz jeszcze i jeszcze raz, nie bacząc na to, że Liu krztusiła się i prosiła o litość. W końcu rzeczywistość zaczęła niknąć w jej świadomości, zamknęła oczy i zapadła w czarny sen. Czen wskazał na stertę skór i żołnierze zanieśli tam Liu, odarli ją z odzienia, rozszerzyli nogi i czekali na Czena. Ten podszedł szybko, odwiązał rzemień na pasie, zrzucił skórzane spodnie i przybliżył się do uśpionej kobiety. Zaczął ją gwałcić tak intensywnie, że mężczyźni z boku ledwie mogli ją utrzymać. Robił to długo, okrutnie wgryzając się zębami w uda i łydki, aż w końcu poczuł ogromne ciepło i rozkosz. Wysunął się z niej, przysiadł na kamieniu obok, zapalił fajkę, pyknął z niej parę razy, a potem znowu dziko doskoczył do kobiety. Czynił tak trzykrotnie, za każdym razem czując, że rozpala się do czerwoności i uwalnia się od bagażu męskości. Gdy skończył, jego kompani chcieli skorzystać z okazji i też ruszyli do kobiety, ale jedno uderzenie krótkiego bicza w powietrzu spowodowało, że niemal równocześnie odskoczyli w popłochu.

– Ubrać ją – wydał rozkaz Czen – I nie ważcie się jej tknąć…

– Tak jest panie Czen – odpowiedzieli i zaczęli naciągać ubranie na tułów, pośladki, ręce i nogi Liu.

Czen przygotował sobie posłanie ze skór niedźwiedzich i tygrysich, przykrył się ciepłym futrem pantery i nieomal natychmiast zasnął. Dwaj żołnierze doprowadzili do porządku kobietę, przykryli ją owczymi skórami i też przygotowali sobie miejsce do spania. Na wysokiej półce skalnej, w środkowej jaskini, przesuwał się wielki czarny wąż i patrzył z daleka na leżących ludzi. Ciągle żywe ogniska odstraszały go jednak i skierował się ku skałom, które schodziły w dół, ku przepaści. Wyczuwał tam krew i instynktownie kierował się ku leżącym w dole, postrzępionym podczas upadku i powyginanym ciałom. Na stercie kości i czaszek, pośród których buszowały szczury, nietoperze i roje robactwa, leżały też bez bezwładnie, zmasakrowane zwłoki Gao.

Noc przełamywała się nad górami i na wschodzie pojawiła się pierwsza, wąska i niewyraźna smuga światła. Z każdą chwilą jednakże tężała i powiększała się, aż w końcu pierwsze promienie słońca wystrzeliły nad szczyty i rozlały na niebie tęczę barw. Sikorki i zięby, szczygły i pliszki obudziły się i zaczęły głośno pokrzykiwać, śpiewać długimi trelami i nawoływać się z daleka. Przed wejściem do jaskiń przeszedł czarny niedźwiedź, zatrzymał się na chwilę, długo wciągał powietrze w nozdrza, a gdy poczuł woń koni i ludzi, umknął szybko w góry. Liu obudziła się pierwsza i poczuła straszny ból w okolicy łona, dokuczały jej  też rany na nogach i rękach. Kątem oka zauważyła, gdzie śpią żołnierze i ich dowódca, uniosła się na łokciu i zauważyła, że niedaleko Czena leży nóż, który zapewne wypadł zza pasa Gao. Cichuteńko, bezszelestnie wstała i podeszła do niego. Potem jeszcze delikatniej, przesunęła się ku wysłannikowi, który spał głębokim snem i głośno chrapał. Nie zwlekając dłużej wbiła mu nóż w kark i przeciągnęła ku gardłu. Czen zamachał rękoma i wydał z siebie ledwie głuchy dźwięk. Liu odczekała chwilę i przesunęła się ku żołnierzom, którzy nie widząc zagrożenia, wypili wieczorem sporo wódki usypiającej. Pamiętając o naukach Gao, zabiła ich z taką samą wprawą, jak wcześniej zrobiła to z Czenem. Dopiero teraz usiadła na stercie skór i gorzko zapłakała, a łzy zrosiły jej rzęsy, popłynęły po policzkach i zaczęły kapać na ziemię. Jeszcze wczoraj miała ukochanego mężczyznę i chciała ułożyć sobie z nim życie, jeszcze tak niedawno świat wydawał jej się piękny i marzyła o dalekich wyprawach, o wspólnym życiu, o przytulnym domu i o dzieciach. A teraz cóż pocznie i gdzie się podzieje? Wszędzie tylko zbrodnia i zło! Niesprawiedliwość i cierpienie! Z wielkim trudem zaciągnęła trzy ciała nad brzeg przepaści i zrzuciła je w dół, tam gdzie ciśnięto też zwłoki jej mężczyzny. Widziała w tym jakąś zasadę, odbierała to jako rodzaj sprawiedliwości, zapłaty za przewinę. Przez chwilę się wahała, przecież nie zdołałaby zejść na dół i wydobyć ciała ukochanego. Napatrzyła się w życiu na śmierć i podchodziła do niej jak do zwieńczenia naturalnego cyklu. Broniła życia i cieszyła się nim, ale też wiedziała, że porzucenie ciała niczym nie różni się od ścięcia włosów. Wyszła przed jaskinię, wydostała się przed krzaki i natychmiast poczuła jak chłodne, poranne powietrze uderzyło w nią. Na niewielkiej łące narwała pięknych kwiatów i uplotła z nich duży wianek. Wróciła do jaskini i na brzegu przepaści rzuciła go w dół.

– Żegnaj ukochany Gao… – szepnęła suchymi od cierpienia ustami – Żegnaj moja miłości… Muszę wejść na drogę, po której nie chciałam iść… Żegnaj moja miłości… Jestem płaczącą wdową i idę cię pomścić…

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (VIII)

Niebieskawe mgły napłynęły z daleka i Dararan wpatrzył się w nie z natężoną uwagą, jakby chciał tam znaleźć odpowiedź na nurtujące go pytania. Wyobraźnia raz jeszcze przeniosła go do małego opactwa, zagubionego w ziemskiej przestrzeni i zobaczył brata Marka i Piotra, po  cichu przesuwających się ku celi Pawła. Drzwi było otwarte, więc odsunęli je lekko i już po chwili znaleźli się w środku, widząc Pawła pochylonego nad wielkimi księgami.

– Twoje oszustwa wyszły na jaw – syknął dramatycznym szeptem Marek.

Zakonnik drgnął w przestrachu i skoczył na proste nogi, stając twarzą w twarz z przybyłymi. Zlustrował ich uważnie i od razu zrozumiał w jakim celu pojawili się w jego celi. Miał dar widzenia przyszłych zdarzeń i w jego świadomości mignęło ciało wiszące na sznurze od habitu, chociaż nie dostrzegł jeszcze twarzy nieszczęśnika.

– Nic złego nie zrobiłem… – odezwał się dumnie i pokazując na ścienny krucyfiks, dodał – Oto mój sędzia i prawodawca… On zważy moje uczynki na szali dobra i zła…

– Dlatego zdejmowałeś jego koronę cierniową i zadawałeś nią sobie rany…? – cynicznie odezwał się Piotr.

W tym momencie, w świadomości Dararana pojawił się inny obraz, na początku nieco zamazany, ale potem coraz wyraźniejszy. Ojciec przeor wchodził do jego celi z bratem Miguelem z Lizbony i przymykał cicho drzwi. Obaj zdjęli ze ściany krucyfiks dość pokaźnych rozmiarów i zaczęli manipulować przy koronie cierniowej. Przeor wyjął zza habitu malutką buteleczkę ze świńską krwią i ubrudził nią najdłuższe ciernie, a potem jeszcze dwa razy zrobił to samo. Dopiero, gdy upewnił się, że krew przywarła do ostrzy, pokiwał znacząco głową i Miguel natychmiast powiesił krzyż na ścianie. Teraz obaj uklękli na ziemi i zaczęli cicho odmawiać modlitwę do św. Michała Archanioła. Obraz rozmył się i wyobraźnia Dararana wróciła do celi Pawła w innej chwili, gdy stał przed Piotrem i Markiem.

– Brat Miguel i nasz przeor odkryli twoje oszustwo i teraz zapłacisz za to, że naraziłeś nasze zgromadzenie na szyderstwa innych zakonów – odezwał się Piotr.

– Myślałeś, że bezkarnie będziesz udawał świętego… – dodał Marek.

Paweł bezradnie rozejrzał się po celi, zlustrował też potężne sylwetki współbraci, po czym z rezygnacją spuścił głowę. Nagle wszystko zawirowało i znalazł się w gęstej, czarnej matni, w której słychać było jęki potępionych i umierających w bólach. Przed nim stały dwa czarne demony, z przekrwionymi ślepiami i nietoperzymi skrzydłami na plecach. Jeden z nich podszedł do niego i wprawnie odwinął mu gruby, biały sznur, który nosił wokół talii. Drugi doskoczył dziko i z wielką siłą uniósł go w górę, czekając aż towarzysz zahaczy linę na kratach i poda mu dużą pętlę. Teraz razem unieśli Pawła w górę i potem pociągnęli w dół, aż kości zachrzęściły złowrogo pod sznurem. Zrobili to jeszcze raz i zaśmiali się szyderczo, a potem przeniknęli przez ściany i zniknęli w mroku. Ostatnie spojrzenie nieszczęśnika powędrowało ku koronie cierniowej Chrystusa, a ostatnia myśl przyniosła zwielokrotnione słowo gloria… gloria… gloria…

Pochód pogrzebowy powoli dochodził do wiejskiego cmentarza, gdzie wyraźnie było widać wykopany dół, obwiedziony stertami żółtego piachu. Na jednym z drzew głośno skrzeczała sroka, jakby chciał obwieścić światu zbliżające się niebezpieczeństwo. Wóz przejechał przez bramę, otwartą na oścież i stanął niedaleko grobu, na którym ułożono skrzyżowane deski. Czterej bracia wprawnie zdjęli z niego skrzynię i ustawili ją na prowizorycznym rusztowaniu, a potem stanęli po prawej stronie, naprzeciw wieśniaków i grabarzy.

– Żegnamy dzisiaj naszego brata Pawła, który uczył nas jak naśladować naszego pana w drodze ku świętości… – odezwał się Piotr i złożył ręce do modlitwy.

– Módlmy się za niego… – śpiewem zaintonował Marek i dał znać grabarzom by zaczęli opuszczać trumnę do dołu.

– Niech Pan wybaczy mu to, co zrobił u końca swojego ziemskiego bytowania… – śpiewnie deklamował Piotr.

Grabarze podłożyli grube liny pod trumnę, wprawnie usunęli deski i zaczęli ją wpuszczać do grobu. Znowu odezwała się sroka, jeszcze głośniej skrzecząca i bijąca skrzydłami o liście wysokiego jesionu. Jeden z braci rzucił na nią okiem i przez moment wydało mu się, że tuż przy niej lśni jakaś uskrzydlona, błękitna postać. Szybko przeżegnał się i spuścił oczy ku żółtym grudom. Bracia sięgali po piach u rzucali go na trumnę, a ponure dudnienie rozchodziło się wszędzie i  płoszyło małe ptaki, ukryte w cyprysach. Nagle do przodu postąpił stary wieśniak i odezwał się do Piotra:

– To był święty człowiek… naznaczony ranami Pana za życia… Nigdy nie uwierzymy, że targnął się na własne życie…

– Nigdy…!!! Nigdy nie uwierzymy – powtórzyli jak echo pozostali wieśniacy…

– W waszym klasztorze zalęgły się demony…!!! – ciągnął stary – Ale Pan wszystko widzi i wymierzy karę tym, którzy to zrobili…

Piotr i Marek zerknęli na siebie niepewnie, a pozostali bracia spuścili głowy i zapłakali. Wieśniacy skupili się wokół starca i patrzyli nienawistnie na zakonników. Dararan znowu zobaczył dwa czarne demony, stojące u grobu i szyderczo wpatrujące się w grupę żałobników. Skupił na nich całą swoją moc i  robił wszystko, by stali się widzialni, ale obraz powoli zaczął się zamazywać, tracił wyrazistość, aż rozmył się w niebieskiej mgle.

– Tak to było… – Dararan zamyślił się przez chwilę, po czym rozprostował skrzydła i uniósł się w górę, zawisając nad skałą. Jakiś głos nakazał mu lecieć w stronę wielkiej grupy anielskiej i przyłączyć się do niej. Przez chwilę miał wrażenie, że towarzyszy mu ogromny szkarłatny archanioł, ale gdy próbował go dostrzec, opary rozwiewały się, a w przestrzeni niebieskiej pulsowało ledwie słyszalne brzmienie:

– Któż jak Bóg…

Lecąc w dal, wracał myślą do ziemskich wydarzeń i pytał sam siebie, kto przywróci chwałę Pawłowi, kto zważy uczynki morderców. Wiedział, że w świecie ludzkim nic już nie da się zrobić, ale to ulotne echo, wciąż wibrujące w przestrzeni dodawało mu otuchy. Dolatując do dużego oddziału i lądując na wielkiej bryle krzemienia i złota, szepnął w myślach sam do siebie:

– Któż jak Bóg…

SZKATUŁKA Z LAKI (4)

Piękna mniszka, ubrana w gruby, ciemnoszary habit, siedziała przy oknie swojej celi i wpatrywała się w dal. Na zamglonym Renie powoli przesuwała się samotna łódź rybacka i widać było białe ptaki, unoszące się nad mroczną tonią. Widziała tę przestrzeń, a zarazem przenikała ją i podążała ku niewielkiej wsi Liszkowo, w państwie Polan, gdzie zły duch, przybyły z Indii, wyczyniał złowrogie harce. Gdy wszedł w ciało i myśli młodej wieśniaczki, a potem popchnął ją ku straszliwej zbrodni, Hildegarda chciała uwięzić go w pniu spróchniałej osiki, ale zorientował się w ostatniej chwili i umknął nie wiedzieć gdzie. Teraz szukała go, sondując wielkie przestrzenie, zaglądając w umysły ludzi, przyglądając się rzeczywistości wioski, gdzie ostatni raz go znalazła. Był tam drewniany kościół pod wezwaniem św. Anny i mały cmentarz parafialny, na którym wiele było skromnych grobów z nazwiskiem Ratke, nabazgranym na deskach lub krzyżach. Wąska, gliniana droga wiodła stamtąd do gorzelni i dalej do lasu, w którym nocą połyskiwały ślepia wilków i zalęknione oczy saren. Hildegarda szukała go w wytwórni alkoholu, między kadziami z dojrzewającym zacierem, w beczkach i wydrążonych pniach, a nawet w rozgrzanych do czerwoności piecach. Nigdzie nie mogła go znaleźć, więc podążyła ku nieszczęsnej dziewczynie, która zabiła swojego przyrodniego brata, nie wiedząc, że poczęła z nim dziecię. Zobaczyła ją jak siedzi samotna w chacie i kręci kołowrotkiem, z którego wychodzi powoli szara przędza. Nagle dziewczyna drgnęła jak oparzona, szybko wstała, chwyciwszy się pod boki, krzywiąc twarz w wielkim bólu. Wolno, z trudem, podeszła do glinianego dzbana i napiła się z niego zsiadłego mleka, a potem podążyła ku drzwiom chaty. Narzucając na siebie czerwoną chustę, otworzyła grube drzwi z polan i wystawiła nogę za próg.

– Czy już nadszedł czas…?  – spytała w myślach samą siebie i nie potrzebowała odpowiedzi, bo ból był już tak przenikliwy, że traciła zmysły.

Słońce skryło się już za horyzont i ponura ciemność zaczęła napływać wielkimi płatami ze wschodu i północy. Nie wiedziała dlaczego, ale podążyła w stronę czarnego lasu, a gdy minęła pierwsze zeschłe jodły, znalazła się na niewielkiej polanie, ze wszystkich stron otoczonej zaroślami nawłoci,  wrotyczy i kolczastych łopianów. Poczuła się dziwnie, bo nigdy tam nie zachodziła, a miała wrażenie jakby znała to miejsce i w jakiś sposób była z nim związana. Przez kilka chwil w jej rozpalonej świadomości pojawiła się jej piękna matka, otoczona przez Cyganki i krzycząca z bólu.

– To niemożliwe… – przemknęło jej przez myśl.

Hildegarda usłyszała w sobie rajskie tony i już wiedziała, że za chwilę zobaczy coś, czego nigdy nie doświadczały inne mniszki. Żałowała, że nie może zapisać nut, ale była pewna, że dźwięki, tak harmonijnie w niej brzmiące, zostaną w jej pamięci, niczym obraz i kiedyś zdoła je odtworzyć. Nie przestała też szukać benga, bo przecież czuła, że jest gdzieś blisko, jakby na wyciągnięcie ręki. Przeniknęła wzrokiem ciemność i zaczęła się modlić do Jezusa Chrystusa, przybijanego do krzyża przez rzymskich żołnierzy, zerkających z lękiem na groźnego centuriona. Pan wił się z bólu i wyprężał na krzyżu, jakby chciał się od niego oderwać, ale ćwieki w nadgarstkach i w stopach trzymały mocno i potęgowały tępe cierpienie. Mniszka niewidzialnie przywarła do ciała skazańca i tchnęła w nie całą moc swojej świętości.

– Panie, dziękuję ci, że czynisz to za nasze grzechy… Ból wkrótce umilknie i staniesz twarzą w twarz ze swoim Ojcem… Przyjmij moją energię, którą wzięłam z mocy czterech żywiołów… – szeptała jak czuła kochanka.

Jezus pojął wszystko w jednej chwili, spojrzał na nią niewidzącym wzrokiem, a na jego twarzy pojawił się ledwo dostrzegalny grymas wdzięczności. Ona usłyszała w sobie żałobny płacz tysiącleci i z jeszcze większą siłą pchnęła w jego stronę moce ziemi, wody, powietrza i ognia. Twarz Jezusa zdawała się już przeistaczać w granit i marmur, ale łzy i krwawe krople poty były prawdziwe. Wiedziała, że Pan za chwilę umrze, więc jej modlitwa przybrała kształt płomienia, gorejącego pośród ciemności i podążającego ku jego ciału. Wiedziała, że to cierpienie było nie do wyrażenia, ale czekała na choćby jedno jego słowo. Tajemna, fioletowa zasłona opadła na świat i nagle potężna błyskawica rozświetliła przestwór i uderzyła w ziemię, tuż przy stojących na uboczu żołnierzach. Wtedy muskularny centurion, z wielką blizną na policzku, dał im znak, wskazując na włócznie leżące na ziemi. Najstarszy z nich skinął głową, podniósł ciężką włócznię i podążył z ostrzem w stronę Jezusa. Mijając dowódcę, jeszcze raz spojrzał mu w twarz, a gdy nie znalazł w jego oczach nawet iskry litości, silnym ruchem wbił dzidę w serce skazańca. Natychmiast też odskoczył, bo na wszystkie strony trysnęła krew i woda, a ukrzyżowany zawisł bez ruchu, jakby był ledwie strzępem starej szaty zakonnej. Hildegarda przybliżyła się ku jego twarzy i szeptała akty strzeliste, śpiewała psalmy, zapewniała Pana, że zaślubiona w tej chwili, będzie mu towarzyszyć w drodze poza śmierć. Zobaczyła też jak wielki znicz, gorejący pośród nagich skał, przygasa, zalewany przez strugi deszczu, a jasne powietrze wypełnia się gęstą materią ciemności i osuwa w wielkich grudach na ostre zbocza gór.

Hildegarda spojrzała ostatni raz na Golgotę i w czasie krótkim jak jedno mgnienie powiek, wróciła na leśną polanę. Wtedy pojawiła się jeszcze jedna wizja i spostrzegła, że przez pustą przestrzeń między drzewami, przechodzi pośpiesznie nagi, poraniony i straszliwie pobity Jezus Chrystus. Zanim otarł się o kłębowisko wrotyczy i ostów, nim zniknął w czarnej czeluści lasu, kilka krwawych kropel spadło z jego czoła w trawę. Właśnie ułożyła się na niej Bibi i szeroko rozłożyła nogi, jęcząc i ziejąc jak zdychające zwierzę, szamoczące się samo z sobą, jakby chciało kogoś z siebie wyrzucić. Beng opierał się jak mógł, przybierając znikome wymiary i chowając się w najgłębszych tajniach jej świadomości. Ale to wystarczyło, by Hildegarda zauważyła go i pomknęła ku niemu niczym zimny powiew wiatru.

– Czego chcesz ode mnie…!!! – ryknął bezgłośnie i posłał ku niej niewidzialny cierń.

Mniszka poczuła straszliwie ukłucie w skroniach i napływająca migrena oddaliła ją od tego miejsca i od tej chwili. On tylko na to czekał i skoczywszy poza świadomość dziewczyny pomknął ku czeluściom lasu, gdzie gotowała się do snu wataha wilków. Przewodząca im młoda, wielka wadera natychmiast wyczuła obecność złego ducha i zaczęła warczeć przeraźliwie. Dołączyły do niej inne samice, basiory i wilczęta, przestępując z łapy na łapę, podążając do przodu i cofając się o krok. Nagle przewodniczka wskoczyła na niewielki pagórek, zawyła do srebrzystej tarczy księżyca i jak wściekła pomknęła w mrok. Natychmiast ruszył za nią beng, ciągnąc za sobą całą watahę i jednocześnie sondując przestrzeń wokół nich. Rozpierała go duma i czuł, że jego pani z daleka widzi to wszystko, potrząsa naszyjnikiem z czaszek i śle mu dodatkowe, mroczne moce. Nie mógł wiedzieć, że Kali przegrała wielką batalię w przestworzach i oddała go innym mocom, potężniejszym nawet od niej.

BROMBERG (11)

Długo po zachodzie słońca Izaak Abraham słyszał na ulicy, a nawet na dachu sąsiedniego domu, nerwowe pokrzykiwania niemieckich żołnierzy. Sparaliżowany przez strach, przesiedział przy ciepłym kominie całą noc, a dopiero, gdy zaczęło robić się szaro, a potem pojawiła się czerwona pręga na niebie, wyjął gwóźdź ze skobla, powoli otworzył pokrywę, a zorientowawszy się, że nic nie dzieje się na klatce schodowej, opuścił drabinę i zamontował ją na specjalnych hakach, wmurowanych w ścianę. Odczekał jeszcze kilka minut, po czym zaczął schodzić nogami w dół, czyniąc to tak, by niczego nie było słychać. Gdy stanął na ostatnim piętrze, poczynił zwyczajowe trzy kroki do przodu, skierował się twarzą ku Jerozolimie i zaczął odmawiać kolejne części Amidy. Modlitwy nieco dodały mu sił, ale poruszał się w dół niczym cień, przez cały czas nasłuchując, czy nie odezwą się niemieccy żołnierze. Nagle zastygł w przerażeniu, bo na pierwszym piętrze drzwi otworzyły się z hukiem i usłyszał jak jakaś starsza kobieta zwraca się do kogoś czule:

– Dziękuje ci synku za chlebek, bułki i mąkę… Ale teraz nie przyjeżdżaj tutaj za często, bo wszędzie pełno Niemców… W willi Blumwego stacjonuje chyba jakiś ważny dowódca, bo wciąż zajeżdżają tam samochody i biegają do niego oficerowie i zwykli żołnierze…

– Mam pozwolenie na poruszanie się po mieście… Dostarczamy pieczywo do wielu miejsc… wiesz przecież, że wożę chleb do sklepu na twojej ulicy…– odrzekł młodzieniec.

– Tak, tak… ale bądź ostrożny… wczoraj żandarmi biegali po klatce i kogoś szukali…

Serce Izaaka znowu załomotało jak oszalałe, ale gdy głosy ucichły, szybko podążył w dół, bo wydało mu się, że zna głos tego mężczyzny. Gdy znalazł się przy bramie zobaczył furgon piekarski, a przy nim krzątającego się młodzieńca, w czarnej czapce z daszkiem. Teraz już był pewien, że to Franek Zieliński, pracujący przy piekarni na ulicy Szubińskiej i kilka razy dziennie rozwożący pieczywo po mieście. Widząc, że wozak zamyka drzwiczki z tyłu brązowej budy i kieruje się ku lejcom, owiniętym wokół przedniego drąga, syknął w jego stronę:

– Panie Franuś… Panie Franuś… podejdź no pan tutaj…

Zaskoczony młodzieniec, w pierwszej chwili przeraził się, ale widząc w bramie znanego mu Żyda, odwiesił jeszcze raz lejce i podszedł do niego, rozglądając się na boki.

– Panie Franuś, pomóż mi pan i zabierz mnie na Szubińską… Stamtąd łatwo przeskoczę do domu… – powiedział błagalnie Abraham i utkwił wzrok w mężczyźnie.

– A to pan Izaak… – odezwał się Zieliński i jeszcze raz rozejrzał się płochliwie dookoła.

– Niemcy mnie wczoraj gonili i schowałem się na dachu… – szepnął konspiracyjnie Żyd, a potem jeszcze raz powtórzył prośbę –  Panie Franek, Jahwe zesłał mi pana tutaj… pan mnie pamiętasz…? Tyle razy u was kupowałem bajgle i razowy chlebek…

– Pamiętam… pewnie, że pamiętam… nasz szef czasem grał z panem w szachy… – odpowiedział wozak.

–  Tak, tak złociutki… – potwierdził z ożywieniem Izaak – Ty mi teraz pomożesz…? Prawda…?

Młodzieniec znowu rozejrzał się dookoła, a potem patrząc ze wstydem w ziemię, powiedział:

– Chciałbym panu pomóc, ale jak Niemcy mnie złapią, zabiją moja mamę, żonę i córeczkę…

Żyd zatrwożył się strasznie, bo w mig zrozumiał, że naraża młodego człowieka na wielkie niebezpieczeństwo. Postanowił jednak jeszcze raz spróbować i wyciągnął zza pazuchy sporych rozmiarów portfel.

– Pan masz rodzinę, panie Franek i wciąż potrzebujesz grosza… to może spróbujesz mnie przewieźć, gdy dam ci dwieście złotych… nu… wam się to teraz bardzo przyda – odezwał się Żyd, wyciągając banknoty – Dużo pieniędzy… dla pana i dla mnie… Musiałbym zrobić dziesięć par lakierowanych czółenek na niskich obcasach… Ale życie jest bezcenne…

Mężczyzna podrapał się po głowie, a w jego oczach pojawiły się żywe błyski, zobaczył też w wyobraźni jak w sklepie, na Placu Teatralnym, kupuje piękną, różową sukienkę ukochanej żonie. Raz jeszcze rzucił okiem na portfel Izaaka, a widząc w nim więcej banknotów, powiedział:

– Właściwie to mógłbym pana ukryć za workami z mąką… ale to wielkie ryzyko, tym bardziej, że muszę jeszcze zajechać do fabryki Lukullus, na Poznańskiej i odebrać tam cukier i czekoladę. Jak pan dorzucisz jeszcze stówkę i czerwone czółenka dla mojej Kasi… zapakuję pana do wozu…

Abraham ucieszył się, ale natura podszepnęła mu, by spróbował utargować pięćdziesiąt złotych. Szybko jednak oddalił tę myśl, wyjął szybko trzysta złotych z portfela i wręczył je wozakowi.

Ten schował pieniądze i natychmiast wziął się za przygotowanie wolnego miejsca z tyłu wozu. Potem kazał wskoczyć tam starszemu mężczyźnie i tak ustawił worki z mąką, makiem, otrębami i szerokie deski od chlebów, że całkowicie zamaskował Żyda.

– Ino niech się pan Izaak nie rusza i nie wychyla, jak będę ładował cukier i czekoladę w Lukullusie…– powiedział na odchodne i szybko wskoczył na kozła.

Abraham spocił się ze strachu, ale poczuł się bezpieczny w lewym rogu furgonu, dokładnie zakryty trzema warstwami worków i desek. Zauważył też, że na wysokości jego głowy jest prostokątny odpowietrznik, przez który mógł zobaczyć niewielki fragment mijanej przestrzeni. Para silnych koni ruszyła z miejsca i Żyd zorientował się, że po chwili znaleźli się na głównej ulicy miasta, naprzeciw willi Blumwego. Nagle serce stanęło mu i podeszło do gardła, bo usłyszał okrzyk niemieckiego żołnierza:

– Stać!!! Stać!!! Dokumenty…

Wóz zatrzymał się, a młody woźnica podał swoje upoważnienie kontrolującemu go żandarmowi. Ten wziął papiery, uważnie je przestudiował, po czym kazał zejść z kozła i pokazać, co znajduje się w budzie. Zieliński energicznie zeskoczył na ulicę, podszedł do tyłu pojazdu, z uśmiechem otworzył drzwiczki i powiedział po niemiecku:

– Rozwiozłem pieczywo, a teraz transportuję mąkę, mak i otręby do naszej piekarni…

Niemiec popatrzył do środka, a nie widząc niczego podejrzanego, oddał papiery i zakomenderował:

– Dobrze, dobrze… można jechać…

Furgon potoczył się hałaśliwie po bruku, raz po raz podskakując na nierównościach i torach tramwajowych, tym bardziej, ze woźnica popędzał konie i chciał jak najszybciej znaleźć się poza śródmieściem. Abraham widział przede wszystkim górne piętra i dachy mijanych domów, a że znał miasto bardzo dobrze, znakomicie orientował się, gdzie aktualnie byli. Wóz szybko znalazł się przy Placu Wolności i Żyd rozpoznał zdobiony szczyt i wieżę narożnej kamienicy, zaprojektowanej przez Józefa Święcickiego. Kiedyś jego kolega Josełe Stern, mieszkający nieopodal na Gdańskiej, opowiadał mu, że w czasach niemieckich mieszkali w niej znani handlowcy, przemysłowcy, urzędnicy i oficerowie, między innymi dyrektorzy Bydgoskiego Towarzystwa Żeglugowego Friedrich Wilhelm Bumke i Ernst Müller, właściciel parowej cegielni w Fordonie – Heinrich Englemann, pułkownik i komendant 34 Pomorskiego Pułku Fizylierów – Alexander von Kluck.  Każdy chciał podkreślić swoją wagę, mieszkając w kamienicy, która jako pierwsza w mieście wyposażona została w windę, sprowadzoną z Berlina.

– Ach… Izaak, gdybym był tak bogaty… – rozmarzał się Josełe, patrząc na tę kamienicę – gdybym był tak bogaty…miałbym najpiękniejszą żonę na świecie…

Wóz mijał wielki budynek, a ukryty za workami Żyd przypomniał sobie, że był w nim kilka razy w siedzibie Warszawskiego Banku Handlowego i raz spotkał się z przyjacielem w kawiarni Cristal, oferującej wspaniałe ciastka i kawę o najlepszym smaku. Z ogródka przy lokalu przyglądał się ludziom wchodzącym do salonu samochodowego i pojazdom podjeżdżającym do stacji benzynowej, ustawionej przed budynkiem. Kilka lat temu, gdy wędrował Gdańską, wstąpił tam też do sklepu Wedla i kupił czekoladowe cukierki dla żon swoich przyjaciół, Niemca Spatza i Polaka Rossy. Z rozmyślań wyrwały go odgłosy tramwaju, który dzwoniąc i łomocząc kołami w szyny, mijał właśnie furgon piekarniczy. Abraham zobaczył tylko pantograf przesuwający się po sieci trakcyjnej i po chwili hałasy zaczęły cichnąć, a dzwonki zaczęły odzywać w coraz większym oddaleniu. Izaak zauważył teraz szczyt hotelu Pod Orłem z majestatycznym ptakiem z brązu, jakby rozpościerającym skrzydła nad budynkiem. Był tu w 1921 roku, gdy miasto odwiedził marszałek Józef Piłsudzki, bo chciał go zobaczyć i wysłuchać wystąpienia, ale naczelnik państwa czuł się wtedy nie najlepiej i nie wyszedł na balkon hotelu. Abraham stał długo w tłumie licznie zgromadzonych mieszkańców, ale nie doczekał się i poczłapał w kierunku ulicy Focha, a potem skierował się na plac Poznański i ku klonowej alei na Szubińskiej. Teraz miał do pokonania podobną drogę, z dodatkową pętlą, z Długiej na Poznańską, gdzie miał mieć miejsce kolejny postój.  Na razie konie przyspieszyły nieco i furgon wtoczył się na ostatni odcinek ulicy Gdańskiej, a ukryty pasażer czekał aż zobaczy charakterystyczną wieżę kościoła klarysek. Po kilku minutach zobaczył ją i poczuł, że pojazd skręca najpierw w prawo, a potem w lewo, tocząc się w stronę głównego rynku miasta. Szczyty i dachy  wielkich kamienic, które dobrze znał, utwierdziły go w przekonaniu, że minęli teatr miejski i przemieszczali się w kierunku mostu na Brdzie. Co jakiś czas słyszał woźnicę pokrzykującego na konie i strzelającego z bicza, kilka razy odezwały się też inne, mijające ich tramwaje. Przy wjeździe na rynek patrol niemiecki znowu zatrzymał wóz, ale po zerknięciu na  dokumenty, przepuścił go bez sprawdzenia, co znajduje się w środku. Niewiele brakowało, by konspiracja Abrahama została odkryta, bo pył mączny uniósł się w górę i zaczął wiercić nos uciekiniera, ale na szczęście kichnął on cicho dopiero, gdy wjeżdżali już na Długą. Szybko znaleźli się na ulicy Poznańskiej i zatrzymali się przy bramie wjazdowej do budynku oznaczonego numerem 16, gdzie mieściła się Fabryka Cukrów, Czekolady i Kakao Lukullus, należąca do Franza Lehmanna. Wartownik podszedł do Zielińskiego i nakazał mu otworzyć drzwiczki z tyłu pojazdu, a widząc, że są tam worki i deski, przepuścił pojazd, który potoczył się do niewielkiej rampy. Bezruch i niespokojne rżenie koni, podenerwowały na nowo Abrahama, ale załadunek przebiegł sprawnie i po zamknięciu drzwi we wnętrzu rozniósł się aromat świeżej czekolady. Poczuł też, że znowu jadą, a gdy drzwiczki otworzyły się jeszcze raz na wartowni, pewien był, że zaraz ruszą dalej. Tak też się stało, a konie pociągnęły pojazd ku Placowi Poznańskiemu i minęły go, o czym świadczyło pojawienie się w odpowietrzniku furgonu elementów zwieńczenia dachu okazałej willi Luizy Gisse-Rafalskiej, służącej jako lokum dla samotnych, zamożnych panien. Teraz konie zaczęły ciężko człapać i mocno uderzać podkowami o bruk i Izaak zorientował się, że wspinają się ku piekarni Stefana Stefańskiego.  Sprytny woźnica nie zajechał na podwórze, lecz zatrzymał się przy starej kuźni, oddalonej nieco od zakładu, w którym był zatrudniony. Podszedł do drzwi, rozejrzał się wokół, otworzył na oścież drzwiczki i powiedział:

– Chyba wasz Jahwe miał nas w swojej opiece, bo dotarliśmy tutaj bezpiecznie…

– Tak, na pewno Pan nam dopomógł… – potwierdził Żyd i nieco odrętwiały wysunął się z furgonu.

– Dziękuję panu serdecznie… – powiedział i ruszył ku ulicy Pięknej, by nią przemknąć na Strzelecką, gdzie mieszkał i pracował w swoim niewielkim warsztacie.

– A kiedy będę mógł odebrać czółenka dla mojej Kaśki…? – zawołał za nim Zieliński.

– Musi mi pan podać wymiar jej stopy… a najlepiej, żeby sama do mnie przyszła, to wezmę miarę… – odrzekł Żyd i odwrócił się na pięcie.

Skręcając w ulicę Piękną, z lękiem patrzył na niemieckich żołnierzy stojących na warcie dawnych koszarów ułańskich, ale żaden z nich nie zareagował na jego pojawienie się, więc podążył dalej i po dziesięciu minutach był już przed swoim domem. Otworzył drzwi, wszedł do środka, zaryglował wejście i niemal bezwładnie osunął się na łóżko, zasypiając w jednej chwili.

CZARNY NEFRYT (8)

Słońce powoli zachodziło, tworząc na niebie różnokolorowe pasy, plamy i zakrzywione ostrza. Ai wędrował przez góry, kierując się do rodzinnej wsi. Piął się stromymi ścieżkami na zbocza i szybko schodził w doliny. Czasem zatrzymywał się na jakiejś przełęczy i patrzył w dal, na wspaniały kraj Qin, ciągnący się daleko za horyzont, sięgający szczytami nieba, pełen cudownych dolin, jezior i rzek, kolorowych ptaków i rdzawych antylop, koziorożców na turniach i tygrysów w lasach, niedźwiedzi panda w bambusowych zaroślach i wzorzystych węży pośród traw. Panem tego wszystkiego był król, który przybrał tytuł Pierwszego Cesarza. Wstąpił na tron po swoim ojcu Czuang Siangu, w wieku trzynastu lat i godził się, by królestwem długo władał Liu Pu-wei, potężny konkubent jego matki. Potem jednak wygnał go ze stolicy, a spłodzone dzieci, swoich przybranych braci, kazał wymordować. Ai przystanął na wielkiej półce skalnej, wysuniętej nad przepaść, popatrzył na żółtą brzoskwinię słońca i zamyślił się nad światem, który nie wiadomo kiedy powstał. Nie bardzo wierzył w opowieści o Hun-tunie, mitycznym ni to zwierzęciu, ni bukłaku na wodę, utożsamianym z pierwotnym chaosem. Stwór ten wyglądał dziwacznie, jak skrzyżowanie kilku zwierząt, nie lubił ludzi dobrych, a łasił się do złych. Jedni mówili, że mieszkał na Niebiańskiej Górze, gdzie tańczył, grał na instrumentach i śpiewał, a inni przedstawiali go jako beztalencie, takie samo jak inne demony. Świat powstał w ciągu siedmiu dni i może rzeczywiście wyłonił się z chaosu, z którego powstały też bóstwa Yin i Yang. To pierwsze utworzyło ziemię, a drugie – uformowało niebo i tak powstał pierwszy porządek. Ai pamiętał opowieść ojca o pierwotnych oceanach i ich władcach. Hun-tun rządził Oceanem Środkowym, gwałtowny Szu władał Oceanem Południowym, a porywczy Hu decydował o Oceanie Północnym. To oni sprawili, że nieokrzesany stwór umarł i chaos się zakończył. Patrzył na malownicze krawędzie górskie i na niebieskie zbocza w dali, coraz szczelniej pokryte śniegami na szczytach. Kochał te miejsca i znał je dobrze od dzieciństwa, kiedy to po raz pierwszy poszedł z ojcem i bratem w góry i zobaczył krystalicznie czyste dale, o których wcześniej nie miał pojęcia. Odtąd były one w nim wielką tęsknotą i ilekroć wspinał się na szczyty i patrzył przed siebie, czuł jakby skrzydła rosły mu u ramion. Wznosił się w wyobraźni jak orzeł i bujał pośród obłoków, nad wioskami i cesarskim miastem, kołował nad rzeką Wei He i odprowadzał ją aż do ujścia i połączenia się z Huang He, matką wszystkich płynących wód. Był już blisko wielkiego rumowiska skalnego, za którym prosta droga prowadziła w dół, do rodzinnej wsi. Nagle coś przykuło jego uwagę i zadrżał z lęku, przystanął i osłonił oczy dłonią, by lepiej przyjrzeć się niebu. Krążyły na nim dziesiątki sępów i pojawiła się też między białymi czapami chmur jakaś czarna mgiełka, jakby złowieszczy opar, może dym, a może zapowiedź zbliżającej się burzy.

 Wyszedł zza załomu i jedno spojrzenie w dal prawie przyprawiło go o utratę świadomości. Zachwiał się na nogach, przytrzymał gałęzi dzikiego drzewa brzoskwiniowego i szybko pobiegł na dół. Coraz bardziej przybliżały się do niego ognie pożarów, dopalających się w miejscach, gdzie kiedyś stały domy sąsiadów i dobrze znanych mu ludzi. Tuż przy wejściu na główną ulicę wsi zatrzymał się i przyczaił za dużą stertą drewna. Uważnie sondował przestrzeń przed nim, ale nie zauważył niczego, co wskazywałoby na obecność wojska czy jakiejś bandy złoczyńców. Wyszedł ze swojego ukrycia i ruszył środkiem głównego traktu, co jakiś czas przystając i przyglądając się pozabijanym ludziom i kłębiącym się nad nimi sępom, wronom i krukom. Serce podeszło mu do gardła i cały drżał, kierował się jednak ku placowi na środku wioski, gdzie przepychało się wiele sępów. Chwycił dużego kija i podbiegł z nim do ptaków, które niechętnie odskoczyły, nawet nie wznosząc się w powietrze. To, co zobaczył powaliło go z nóg i zaraz upadł na kolana. Przed nim leżała piramida utworzona z ludzkich głów, a obok wbito w ziemię deskę z napisem: Kara za śmierć poborcy. Choć głowy były zmasakrowane, Ai rozpoznawał przez łzy wiele twarzy, szczególnie dzieci, które często przychodziły do kuźni i przypatrywały się jego pracy. Nagle jego uwagę przykuła posiwiała głowa, leżąca do niego bokiem. Zamarł z przerażenia, podszedł ostrożnie do niej i raz jeszcze upadł na kolana, krzycząc z bezsilnej rozpaczy i rwąc włosy z głowy. To była część ciała jego ojca, choć martwa, pełna powagi i dostojności, jakby bez użycia siły oddzielona od tułowia. Sięgnął ją z nabożną czcią i ucałował w czoło, usiadł na ziemi i patrzył na to, co pozostało z tego, który dał mu życie i wychowywał go przez lata. Zdjął gruby futrzany kubrak, który nosił na koszuli i owinął nim głowę ojca. Podszedł do piramidy i z bólem, z wielką rozpaczą w sercu, zawieszał wzrok na każdej twarzy, bojąc się, że za chwilę zobaczy też głowę swojego brata. Jego myśli biegały jak oszalałe, a w wyobraźni pojawiały się wykrzywione twarze Wanga i Shi Huangdi, jego ojca i brata, przepięknej Czao i dzieci wieśniaków. Myślał o tym, jak bezmyślne było zabicie poborcy i jakich wielkich krzywd przysporzył wsi tym czynem. Ruszył z miejsca, jakby był pijany i słaniając się na nogach, skierował się ku odległej kuźni. Wszędzie pełno było plam rozlanej krwi, na drodze i w bramach podwórek walały się ciała bez głów, odcięte ręce i nogi. Wielkie sępy biły się o łupy, przysiadały na niskich drzewach morwowych, przepychały się i robiły wiele hałasu. W końcu dotarł do swojego domu i zaczął przeszukiwać izby. Niczego nie znalazł, więc poszedł do kuźni, gdzie na środku podłogi, w wielkiej kałuży krwi, leżało ciało ojca. Odwinął głowę z zawiniątka i przyłożył ją do szyi. W tym samym momencie usłyszał głośny płacz, a potem krzyk, dobiegający z tajemnego schowka w dachu, w którym czasem ukrywali wykonane miecze i widły, topory i noże.

– Ai…!  Ai…! Kochany Aiu…

Jego brat, Nan, zeskoczył na ziemię i natychmiast objęli się w czułym uścisku. Drżeli jakby stali długo na mrozie i płakali. W końcu jednak zaczęli się opanowywać i Ai zapytał młodszego brata:

– Kto to zrobił…?

– To Czen i jego żołnierze… Pamiętasz tego złoczyńcę…? Czasami zamawiał u nas broń albo dzbany z brązu… – odpowiedział Nan.

– To on? Skąd się tutaj wziął? – dziwił się Ai.

– Przyjechał pomścić Wanga, ale to wściekły pies i na pewno chodziło mu o coś innego – powiedział młodszy mężczyzna, a potem jeszcze dodał – Nasz ojciec powiedział mi przed śmiercią, zanim przyszli do nas, że cokolwiek zrobiłeś, nie ty jesteś winny, tylko cesarz, który od lat morduje i uczy mordować swoich zauszników… To w jego imieniu przyjechał do naszej wsi Wang, a potem Czen…

– Nie mogłeś obronić staruszka…? – pytał zdesperowany Ai.

– Nakazał mi schronić się w skrytce i stamtąd widziałem jak go dopadli… – powiedział Nan drżącym głosem i zapłakał jak dziecko.

– Ilu ich było…? – pytał Ai.

– Wielu, chyba dwudziestu… Biegali od domu do domu i zabijali wszystkich… Na końcu przyszli do nas i Czen pytał ojca o ciebie i o mnie. Ojciec powiedział mu, że pojechaliśmy do sąsiedniej prowincji handlować wyrobami z żelaza i brązu. Nie wiem czy mu uwierzył czy nie, ale ledwo powstrzymałem się od wyskoczenia z ukrycia, gdy ściął głowę naszemu tacie… – opowiadał Nan i gorzko płakał.

Ai długo tulił go czule, klepał po plecach, w końcu poprawił jego rozczochrane włosy, tak jak czyniła to kiedyś ich matka i powiedział:

– Nie mamy chwili do stracenia… Musimy umykać w góry, do naszej chaty… Jest tam już Czao… – powiedział.

– Ona ocalała…? – zdziwił się Nan.

– Tak i czeka tam na nas…  Zbierajmy się, bo mogą tutaj przyjechać następni wysłannicy cesarscy i z miasta pewnie niedługo nadciągną rabusie.

Wyszli z domu i zobaczyli jakiś ruch za płotem. Ai sięgnął po łuk i oparł strzałę o cięciwę, jednocześnie zaczął zbliżać się do ogrodzenia. Gdy podszedł do niego opuścił jednak broń, bo zobaczył dziesięcioletnią Yin, która często przychodziła do kuźni. Wziął ją drżącą na ręce i wrócił do brata. Dziewczynka ocalała, bo wybrała się do Nana i przez cały czas kryła się za ogrodzeniem ich domostwa. Teraz zabrali ją ze sobą i szybkim krokiem ruszyli przez dopalającą się wieś ku drodze prowadzącej w góry. Gdy byli dość wysoko, odwrócili się za siebie i w ostatnich promieniach słońca zobaczyli, że z przeciwnej strony, traktem wiodącym od cesarskiego pałacu zbliżali się jacyś ludzie. Szli dalej i raz jeden, raz drugi, nieśli na plecach zmartwiałą z przerażenia Yin. Tak przemknęli, najpierw ku łące Czao, skąd popędzili w dół jej zwierzęta, a potem do jaskini, ukrytej za wodospadem. Najwięcej kłopotów mieli z białym jakiem, który często przystawał i nie chciał ruszać dalej. Dopiero uderzany lekko kijem bambusowym, szedł dalej, by po jakimś czasie znowu się zatrzymać. W końcu dotarli jednak do wodospadu, położyli śpiącą dziewczynkę na poszyciu z mchu, a sami zajęli się przeprowadzeniem przez strumień i po wąskiej ścieżce kóz, owiec i jaka. Tym razem zwierzęta przesunęły się szybko i dopiero przed lejącą się z góry wodą, zastygały wystraszone. Jakoś jednak udało się je przepchać i niebawem wszystkie znalazły się w jaskini. Ai wyszedł przed wodospad, obudził delikatnie Yin, okrył ją swoim kubrakiem i przeprowadził przez ukryte przejście. Dopiero w jaskini mogli odetchnąć i zdjąć przemoczone odzienie. Sięgnęli do skrzyni i wyjęli z niej suche koszule i spodnie, jakoś dopasowali też coś dziewczynce, która drżała z zimna i cichutko płakała. Teraz mogli już wypchnąć zwierzęta na łąkę i ruszyć w kierunku domku, z komina którego, cienką smużką wznosił się biały dym. Czao usłyszała beczenie owiec i wybiegła przed drzwi, a gdy zobaczyła Aia i Nana, a potem swojego jaka, kozy i owieczki, puściła się pędem przez łąkę.

BROMBERG (10)

Po powrocie do domu Józia umyła ręce i twarz w łazience i natychmiast skierowała się do łóżka, stojącego przy kaflowym piecu. Mama i tata patrzyli na nią zasmuceni, ale widząc jej nieobecne spojrzenie, nie mieli odwagi jej zatrzymać. Wsunęła się pod grubą, białą pierzynę, położyła głowę na puszystej poduszce w małe różyczki, zamknęła oczy i niemal od razu zasnęła. Zanim zaczęła wyodrębniać senne obrazy znalazła się w mętnej mgle, snującej się między drzewami, wlewającej się w jakieś puste ulice. Nagle zauważyła, że jest na Leszczyńskiego, tuż przy kościele ewangelickim Marcina Lutra, gdzie czasem chodziła razem z panią Spatz i na przekór Niemcom modliła się do Najświętszej Panienki, jakże samotnej w tym miejscu. Teraz biegali tam polscy żołnierze i próbowali sforsować drzwi, prowadzące na wieżę. Nagle pojawił się rosły dowódca, który uniósł w górę pistolet i wydawał rozkazy:

– Oni tam stale są… I strzelają do naszych… Myślą, że jak się zabarykadowali, to ich nie dostaniemy… Jazda, zanieście ławki pod ołtarz i dajcie tutaj kanister benzyny…

Obrazy we śnie Józi zanikały, a potem wracały do niej z jeszcze większą wyrazistością i silniejszym nasyceniem barw. Mundury polskich żołnierzy były nienaturalnie zielone, a ich buty lśniły czernią, jakby dopiero zostały wykonane przez najzdolniejszych szewców. Widziała teraz jak młodzi chłopcy z dzielnicy pomagali wojskowym przerzucać ławki do przodu świątyni. Zaraz też doskoczył do nich wysoki kapral i zaczął je polewać benzyną z zielonego kanistra. Po chwili pobiegł schodami na górę i dołączył do trzech innych żołnierzy, którzy rozlewali benzynę na emporach. Wtedy oficer rozejrzał się po całym, rozległym wnętrzu kościoła i wydał komendę:

– Zapalać…! Szybko…!!! I wynosimy się… Poczekamy na nich na placu, przy tym dużym dębie…

Ojciec Józi podszedł do jej łóżka, przykrył ją pierzyną aż po samą szyję i zauważył, że jej gałki oczne biegają pod powiekami jak oszalałe. Popatrzył chwilę na córkę i po cichu wycofał się do kuchni, gdzie już na niego czekała Franciszka ze świeżo zaparzoną herbatą. Gdy usiadł przy stole i zaczął pić w milczeniu gorący napar, Józia wydała jakby cichy jęk przez sen i przewróciła się z boku na bok. Chwilę znowu błądziła we mgle, po czym znalazła się przy polskich żołnierzach, strzelających z karabinów w stronę ceglanej dzwonnicy kościoła, z każdej strony zwieńczonej dodatkowo czterema małymi szpiczastymi wieżyczkami. Nagle zobaczyła, że z otwartych na oścież wrót zaczął wydobywać się czarny dym, a w wielkich oknach zalśniła migotliwa czerwień. Kula wystrzelona z wieży świsnęła jej koło głowy i trafiła stojącego przy niej młodego, niskiego szeregowca.

– Kryć się… – krzyknął dramatycznie dowódca, widząc jak jego podwładny rozkrzyżował ramiona i runął bezwładnie na ziemię – Zobaczyli, że ich podpaliliśmy i wpadli w szał…

– Łatwo nie sprzedadzą skóry… – odezwał się grubawy sierżant, który co jakiś czas wychylał się zza dużego wozu i strzelał z niewielkiego pistoletu.

Józia stała za dębem i patrzyła w przerażeniu jak żołnierze transportują na noszach okrwawione ciało kolegi. Z jego dłoni, swobodnie zwieszonej w dół spływał strumień krwi i znaczył drogę, którą umykali w dal. Nagle stało się coś niepojętego, bo plama krwi na bruku rozdęła się do ogromnych rozmiarów jak bańka mydlana i pociągnęła za sobą dziewczynę. Nie wiedzieć w jaki sposób, znalazła się na wieży, niewidzialna pośród czterech młodych mężczyzn i jednego starszego, który kogoś jej przypominał. Tak… pomyślała we śnie… to był dozorca tej świątyni… Wszyscy mieli w rękach karabiny i co jakiś czas przybliżali się do boków okienek, oddając pojedyncze strzały. Nagle najmłodszy z nich, z dużą, jasną czupryną, wciągnął głęboko powietrze i przerażony wykrzyknął:

– Panie Krause, Polacy podpalili kościół… spłoniemy tu wszyscy…

– Wywalcie okno z tyłu… – wydał komendę najstarszy z nich, ubrany w zieloną bluzę z kapturem i obcisłe, czarne spodnie, stukający co i rusz po drewnianej podłodze wysokimi oficerkami – Utnijcie linę od dzwonu, spuścimy się na dach głównej nawy.

Józia stała w rogu dzwonnicy jak bezbarwny duch i przyglądała się mężczyznom uderzającym grubą belką we framugę okna. Jeden z nich wspiął się po drabinie na oprawę dzwonu i szybkimi ruchami odcinał gruby, jutowy sznur.

– Ta lina jest za krótka… – rozpaczliwie wykrzykiwał najmłodszy – Wszyscy zaraz zginiemy… A ja tak bardzo chcę żyć…

– Nie jęcz…Jak będzie za krótka… skoczysz z niej na dach… To nasza ostatnia szansa… – skarcił go dowódca.

Wzrok Józi przeniknął przez mury i zobaczyła jak wielki pożar rozprzestrzenia się we wnętrzu kościoła. Spostrzegła też trzech polskich żołnierzy z karabinami w dłoniach, przemykających wzdłuż ścian ku tyłowi głównej nawy. Gdy zajęli miejsca w krzakach i zaczęli obserwować odsłonięte okno, na chwilę znowu znalazła się w dzwonnicy i zobaczyła jak Krauze skierował broń do jasnowłosego Niemca i wskazując mu okno wrzeszczał:

– Jazda…ty pierwszy…

– Ale ja się boję… po co ja tutaj przyszedłem… Mam dziewczynę… Chcę dla niej żyć… Dlaczego pan mnie tutaj zabrał…?

Ledwie wybrzmiały ostatnie słowa chłopaka, Krauze uniósł pistolet i strzelił mu trzy razy prosto w pierś. Szybko zlustrował pozostałych, a nie widząc sprzeciwu, wskazał okno następnemu mężczyźnie. Ten nie czekając, przesadził nogę przez ceglany parapet i zaczął opuszczać się w dół, bardzo przy tym naprężając linę. Po chwili jednak padły dwa strzały i lina znowu stała się wiotka, a czarny dym zaczął przesączać się przez dziury w deskach.

– Krauze… za chwilę spłoniemy… – krzyknął wysoki brunet w czapce z daszkiem, jaką nosili wtedy wozacy i zamiatacze ulic – Ty nas tu zwołałeś, to musisz zrobić to, co do ciebie należy. Nasi nas pomszczą i zapłacą im za spalenie naszego zboru…

Józia widziała jak z ciała najmłodszego z nich sączy się jaskrawa krew i czuła, że zaraz wydarzy się coś jeszcze gorszego. Jeden z Niemców, w brązowej jesionce i kapeluszu, wskoczył na drabinę i chciał wspinać się po niej ku najwyższej części wieży, pod samym dachem, ale gdy był na drugim stopniu, usłyszał huk wystrzału i spadł bezwładny na ziemię. Teraz Krauze podał rękę ostatniemu koledze i bez wahania strzelił mu w skroń, a potem zrezygnowany osunął się na ziemię i krztusząc się dymem, rozejrzał się po raz ostatni po dzwonnicy. Wyciągnął jeszcze z kieszeni bluzy trzy zdjęcia, na których była jego żona, syn i córka i patrząc na nie wsunął wolno pistolet do ust, kierując lufę ku górnemu podniebieniu. Nie czekał dłużej, nacisnął spust, rozległ się huk i z tyłu jego głowy chlusnęła krew, zmieszana z kawałkami mózgu.

Dziewczyna raz jeszcze przeniknęła we śnie mury kościoła i nie wiedzieć jak znalazła się w dużej wojskowej ciężarówce, jadącej po wyboistej drodze. W środku stali stłoczeni ludzie, głównie mężczyźni w średnim wieku, jakieś dwie grubawe kobiety w robionych na drutach, burych swetrach, a za nimi kilku starców i młodzieńców w marynarkach i brudnych jesionkach. Przy samej klapie, na którą spuszczono brezent, stało dwóch żandarmów w żelaznych hełmach, mundurach Wermachtu i z karabinami u boku. Dopiero po chwili zorientowała się, że ktoś trzyma ją za ramiona, chroniąc tym samym przed upadkiem. Spojrzała na  zarośniętego mężczyznę i na początku nie poznała go, ale po chwili jego czarne oczy odesłały jej myśli do malutkiego warsztatu szewskiego, w którym czasem przysiadała i patrzyła jak jego właściciel robi piękne trzewiki. Uśmiechnęła się przez łzy do niego i była już pewna, że stał przy niej Izaak Abraham, chudszy niż zwykle, kościsty, z zaschniętą krwią na włosach, ostrym nosie i brodzie.

– Nie martw się dziecko, Jahwe przygarnie nas i otoczy opieką… – powiedział z bólem i zakołysał się, gdy samochód podskoczył nieco w górę.

Józia znowu roztopiła się we mgle, jeszcze przez chwilę wspinała się wzgórze, ale gdy stanęła nad świeżo wykopanym dołem, usłyszała przeraźliwie głośną palbę wystrzałów i obrazy natychmiast zgasły, jakby je nagle zdmuchnął jakiś niewidzialny, potężny demon.

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (VII)

Dararan przyleciał z bardzo daleka i lekko przysiadł na czarnej skale, otrzepał skrzydła i złożył je majestatycznie za plecami. W jego ciele migały ruchliwe ogniki i przelewały się jaskrawe barwy. Zdawał się opalizować, lśnić pośród mgieł i oparów, a nade wszystko promieniował jakąś różowawą, złocistą mgiełką. Skrzyżował dłonie na piersiach i patrzył w dal, na wielki zamek, pełen przyczepionych gniazd, na wyniosłe wieże i na wielką dolinę przed nim. Wszędzie latały klucze aniołów, ich punkciki migały, połyskiwały, czasem łączyły się w świetliste linie. W niektórych miejscach widać było większe zgromadzenia, rojowiska, pulsujące emocjami i falujące niczym wielki ocean. Gdzie indziej sunęły równe oddziały, a ponad nimi śmigali pojedynczy posłańcy. Przestrzeń niebieska falowała i tętniła licznymi głosami, słychać było szum skrzydeł, który przypominał odgłosy ziemskich cykad, zwielokrotnione i dopełnione jakimiś wzniosłymi tonami, jakimiś pieśniami i oratoriami. Patrzył na to wszystko i myślał o drodze jaką pokonał. Jakaś siła pchała go tutaj, jakaś moc odciskała się w jego myślach i wytyczała azymut. Wznosił się wysoko w górę, ogarniał wzrokiem rozległe przestrzenie, a potem ślizgał się ku dalekim punktom granicznym. Przebył tak wielką odległość by dowiedzieć się czegoś nowego o Panu i spojrzeć na jego tron.

– Jak ogarnąć myślą to, co jest nieskończone – myślał – jak znaleźć punkt oparcia dla oblicza ukrywającego się za zasłoną nicości?

Zawsze wyobrażał go sobie jako dumnego starca z gładką skórą, długimi siwymi włosami i taką samą, gęstą brodą. Jego spojrzenie miało moc przenikania wszystkich i wszystkiego, a purpurowa szata mieniła się od różnobarwnych deseni i refleksów. Stojąc teraz naprzeciw zamczyska i patrząc dumnie przed siebie, nie był już pewny, czy Bóg jest starcem z głębin jego wyobrażeń. Nie widział go, ale wiedział, że stoi z nim twarzą w twarz, a każda jego myśl pojawia się natychmiast w Jego świadomości. Chciał zrozumieć swój anielski byt i chciał zrozumieć naturę przedwiecznej świętości, ale nie znajdował słów, by sformułować pytanie.

Patrzył na różnorodność anielskich sfer i kontemplował ogromy, nieskończone dale, ciągnące się bez końca, bez początku – i te chmary skrzydlatych bytów, w każdej cząstce Nieba, w górze i na dole, z boków i za plecami. Nie pamiętał kim był w ziemskim życiu, jakimi ścieżkami chodził i kiedy umarł – nie pamiętał kiedy pojawił się pośród kolorowych smug i srebrzystych mgieł, czy ktoś uczył go latać czy może pokazał drogę ku temu miejscu. Wiedział, że stanął tutaj by zadać pytanie pierwsze i ostateczne, by wyjaśnić zagadkę Pana. Ale nie mógł wydusić z siebie nawet jednego słowa, ani jednego zdania. Wszystko gdzieś umykało, wszystko ginęło pośród innych myśli i obrazów. Patrzył w dal i czekał aż coś się wydarzy, aż pojawi się jakiś znak, może rozbłysk albo intensywniej pulsujący punkt. Ale nic się nie działo, tysiące aniołów przelatywały koło niego i tylko niektóre przystawały, zataczały krąg i szybko odlatywały w dal. Czasem jakiś seledynowy serafin zatrzymywał się przed nim i ruszając szybko skrzydłami, przypatrywał mu się uważnie. W tym powszechnym ruchu, łopotaniu, ruszaniu lotkami i powiewaniu barwnych włosów, był jak statyczna wyspa, przy której można było na chwilę zacumować. Patrzył na dalekie wieże i dachy innych budowli i zastanawiał się jak tam się dostać. Widział w dali liczne kordony ochronne, poszczególne sfery, aniołów z oddziałów tronowych, serafinów z błyskającymi żarem włóczniami, czasem też zdawało mu się, że dostrzegł zwinnie szybującego archanioła, po przelocie którego zostawały kolorowe wiry i powoli niknące pośród błękitu jaśniejsze koła. Ta droga, którą przebył była niczym w porównaniu z wyprawą, jaką musiałby podjąć by znaleźć się przy wielkim zamku. Czuł zmęczenie, oczy kleiły mu się i miał wrażenie, że momentami zamyka je nieświadomie. Ale zaraz wracał do rzeczywistości i zawieszał wzrok na jakimś oddziale, na połyskującym w dali punkcie. Przysiadł na skale i oparł się na mieczu, jeszcze walczył z sennością, ale czuł, że powoli, bezpowrotnie zatapia się w innej przestrzeni. Jeszcze zobaczył młodą, wyrazistą twarz Pana, jeszcze wymienił z nim myśli, ale coraz silniej przyciągała go już senna nieświadomość. W końcu zasnął na skale, połyskującej dziwną migającą energią, okryty jednym skrzydłem i częścią szaty, przechylony na mieczu. Jego złociste włosy rozsypały się na wszystkie strony, a drugie skrzydło zgięło się i pomarszczyło jak złota folia.

Sen od razu wprowadził go w stan rozkoszy, której nie zaznał nigdy w ziemskim życiu, gdy miał ciało i czuł w nim święte pulsowanie krwi. Ta senna myśl przeniosła go do jakiejś śródziemnomorskiej krainy, z brązowymi drogami, pełnymi kolein, a przy nich, ze strzelającymi w niebo ciemnozielonymi cyprysami. Jednym z tych szlaków podążał w dal niewielki pochód pogrzebowy, składający się z zakonników w czarnych habitach i kilku wieśniaków w białych, lnianych koszulach i spodniach. Drewniane saboty mnichów i pozostałych żałobników stukały lekko w stwardniałą ziemię i wzbijały w górę brunatny kurz, przez który przesuwały się lekko duże koła drabiniastego wozu. Leżała na nich podłużna sosnowa skrzynia, na której ktoś położył wielki bukiet świeżo zerwanych bzów. Czuł, że w trumnie leży jego ziemskie ciało, ale nie mógł sobie przypomnieć, co stało się wcześniej i dlaczego opuścił tamten świat. Zauważył, że dwaj zakonnicy, idący na czele pochodu szepczą coś cicho do siebie, co jakiś czas lękliwie oglądając się do tyłu.

– Nasz brat powinien spocząć w krypcie naszej katedry, a nie w piachu, pośród wieśniaków… – mówił wyższy i starszy z nich.

– Zaiste bracie Lucjuszu… On przecież nigdy nie zrobił nic złego… – potwierdził młodszy z nich.

– Ale, gdy wszedłem do jego celi i znalazłem go wiszącego na sznurze od habitu, przymocowanym do kraty okiennej, miałem wrażenie, że umknęły stamtąd czarne demony ze skrzydłami nietoperzy i dziobami jastrzębi… – ciągnął starszy.

– Czy może to być…? Przecież on modlił się najgorliwiej, a Pan naznaczył go swoimi ranami na dłoniach, nogach i w prawym boku…– szeptał młodszy, który przyjął imię zakonne Jan.

– Nasz przeor mówił, że to było oszustwo… Wciąż też szukał w celi Pawła jakichś ostrych narzędzi, którymi sam zadawałby sobie rany…– syknął nieco za głośno Lucjusz, czym wzbudził zainteresowanie dwóch rosłych braci, podążających tuż za nimi.

– Tak, ale niczego tam nie znalazł… Raz nawet zlecił takie przeszukanie mnie, ale nic tam nie było, oprócz dużego krucyfiksu na ścianie, dzieł św. Augustyna i Tomasza z Akwinu, pism doktorów Kościoła i starej, wielkiej Biblii, leżącej na stole… Na tym samym, na który wszedł, gdy założył sobie pętlę na szyję… – snuł opowieść Jan.

– Tylko korona cierniowa na głowie Chrystusa była luźna – mówił starszy – i kiedyś łatwo ją uniosłem… Może ranił się nią…?

Jan przeżegnał się szybko, pociągnął Lucjusza nieco do przodu i przysuwając się do jego kaptura, syknął:

– Bluźnisz ojcze… doprawdy bluźnisz… To był święty człowiek i gromadził tłumy nie bez powodu… Jeszcze wydobędą jego ciało z ziemi i złożą na ołtarzu… Zobaczysz…

– Daj Bóg… Daj Bóg… – zakończył rozmowę wyższy zakonnik.

W śnie Dararana nastąpiła nagła zmiana planu i zobaczył teraz grubego przeora, modlącego się przy wielkim pulpicie, zerkającego co chwilę na wielki krucyfiks z ciałem Chrystusa naturalnej wielkości. Był niespokojny, co jakiś czas wstawał z klęczek i chodził po przestronnej celi, upijał nieco wina ze złotego kielicha, by po jakimś czasie znowu klęknąć przed krzyżem i modlić się szeptem. Nagle usłyszał kroki za drzwiami, a potem wyraźne pukanie do drzwi. Dźwignął się z trudem z kolan i podszedł do dębowych wrót, na których wyrzeźbiono sceny z ukrzyżowania. Do celi wsunęło się dwóch postawnych mnichów z różańcami, oplecionymi wokół dłoni. Pod ich czystymi habitami rysowały się muskularne kształty, jakże odmienne od suchotniczych i wychudzonych ciał innych współbraci.

– Nikt was nie widział bracia…? – zapytał przeor i pociągnął ich ku rzeźbionym krzesłom, stojącym wokół stołu.

– Nikt ojcze przeorze – odpowiedział pierwszy z przybyłych.

– To dobrze Piotrze… – odparł zwierzchnik, usiadł przy szczycie stołu, wskazując im miejsca obok, a potem dodał – Przyglądałem się wam uważnie odkąd do nas przybyliście i zaczęliście podążać drogą cnoty ku pierwszym święceniom…

– Zawdzięczamy to ojcu przeorowi… – pośpieszył z pochlebstwem drugi z przybyłych.

– Bracie Marku, wszystko dzieje się za sprawą Boga i ludzie nie spotykają się bez powodu… – sentencjonalnie rzekł przeor.

Na chwilę wstał od stołu, przewędrował od ściany do ściany, nalał wina z dzbana do dwóch szklanych, zielonych kielichów i przysunął je do nich, po czym wrócił na swoje miejsce i patrząc uważnie w oczy współbraci, zaczął mówić dobrze słyszalnym szeptem:

– Zauważyliście zapewne, że straszne rzeczy dzieją się w naszej wspólnocie św. Ignacego… – znowu upił trochę wina i ruchem głowy zachęcił ich by przybyli też się napili, a potem kontynuował – A wszystko za sprawą brata Pawła, który uwierzył, że jest świętym i zaczął obnażać krwawiące rany przed wiernymi…

– Owijał dłonie szmatami, ale jak udzielał komunii, ludzie i tak widzieli czerwone plamy na nich… – potwierdził skwapliwie Piotr.

– Nie prał też habitu i wyraźnie widać było wielką, krwawą plamę pod sercem… – dodał Marek.

Przeor zamyślił się głęboko, rzucił okiem na wiszące na krzyżu ciało Jezusa, przeżegnał się i powiedział:

– Od samego początku mu nie wierzyłem i przerażało mnie to, co działo się w katedrze, przy jego konfesjonale i przy ołtarzu… Lubiłem jego kazania i dawno temu prowadziłem z nim dysputy teologiczne… Ale potem coraz częściej zaczął mówić o sobie i porównywać swoje cierpienia do męki naszego Pana… Jego stygmatyzacja była bardzo podejrzana i Ojciec Święty szybko zażądał ode mnie wyjaśnień…

Piotr i Marek kiwali potakująco głowami i patrzyli w uniesieniu na przełożonego, który zrobił się czerwony na twarzy, a jego oczy zaczęły płonąć jak na obrazach świętych mężów i męczenników.

– Przez ostatnie lata próbowałem go złapać na oszustwie, ale bracia, którzy na moje polecenie przeszukiwali jego celę, niczego nie znaleźli prócz plam krwi na podłodze, stole i łożu…Dopiero kilka dni temu , dzięki spostrzeżeniu ojca Miguela z Lizbony, zrozumiałem jak on to robił…

Przybyli bracia wychylili kielichy i odczekali aż przeor doleje im znakomitego, czerwonego wina z Malagi i słuchali jak mówi dalej:

– To on zlustrował jego celę centymetr po centymetrze, nie znalazł noża, ćwieka, ani ostrego szkła, ale gdy już miał wychodzić stamtąd i chciał pocałować stopy Chrystusa na krucyfiksie Pawła, zauważył krople krwi w koronie cierniowej Pana. Początkowo przeraził się, bo pomyślał, że spostrzegł jeszcze jeden znak świętości w tej celi, ale po chwili zaczął podążać myślą ku temu, co mogło się tam rozgrywać nocą i dniem…

– Czy może to być…? – dziwił się Piotr.

– Niepodobna… – powiedział Marek kiwając przecząco głową.

Przeor teraz dolał sobie wina do kielicha, wolno opróżnił jego zawartość, po czym ciągnął dalej:

– Od razu przybiegł do mnie i poszliśmy razem do celi Pawła… Sięgnąłem po koronę cierniową Pana i stwierdziłem, że leżała swobodnie na głowie, a drut przytrzymujący ją od tyłu był odgięty. Brat Miguel zaproponował, żebyśmy wyczyścili ślady krwi i za jakiś czas zobaczyli, czy pojawią się nowe plamy. Dałem mu przyzwolenie, więc wytarł ciernie dołem swojego habitu, który zwilżył śliną…

Dararan przebudził się na chwilę, zmienił pozycję, przenosząc lewe skrzydło na prawą stronę, ale zaraz ponownie zapadł w sen i znowu znalazł się w celi przeora, który przysunął się właśnie do Piotra i Marka i dalej szeptał:

– Bracia, raz jeszcze muszę prosić was, byście pomogli naszemu zgromadzeniu… Tak jak wtedy, gdy dzięki waszej pomysłowości usunęliśmy z naszego grona opętanego Tarsycjusza… Udzielam wam raz jeszcze dyspensy samego Ojca Świętego, na chwilę przystaniecie w drodze ku trzeciej probacji… ale potem odpokutujecie wszystko, ruszając z jeszcze większym impetem i moim błogosławieństwem…Tylko to musi wyglądać tak, jakby zwariował i sam odebrał sobie życie…

– Musimy tylko znaleźć dogodny moment – odezwał się Marek – Tak jak wtedy, gdy Tarsycjusz podążył do studni na dziedzińcu i zaczął przeklinać wodę…

– Jednym skokiem złapałem go za łydki i cisnąłem w dół… – chełpił się Piotr.

– Ci… ci… cicho bracie… ściany czasem mają uszy… – syknął przeor, chwycił ich pod ramiona, poprowadził do drzwi, a na odchodne jeszcze dodał – Pojutrze nakażę mu specjalne modlitwy pokutne w celi, więc jak wszyscy pójdą spać, będziecie mogli wśliznąć się do niego… Niech nasz Pan i papieskie błogosławieństwo was prowadzą…

– Niech Pan da siłę i zdrowie Ojcu Świętemu i naszemu przeorowi – powiedział Piotr i pierwszy wyszedł na korytarz, a za nim jak cień zaraz wysunął się Marek.

CZARNY NEFRYT (7)

Zapadł czarny, groźny, nieodgadniony mrok. Jakiś nocny ptak pohukiwał na pobliskim drzewie i słychać było szczekanie psów na obrzeżu miasta. Księżyc w pełni, w całym swoim majestatycznym ogromie, połyskujący złociście, pojawił się nad górami. Gao i Liu siedzieli na ławce, przy otwartej studni i z ożywieniem rozmawiali.

– Co robić, ukochana, co robić? Jeśli pojedziemy z nim na dwór, zabije mnie i ciebie zniewoli… – powiedział zdesperowany Gao.

– Ale jak uciekniemy, to oskarży nas o zabicie Wanga i będą nas szukać we wszystkich prowincjach – odrzekła Liu.

Pochylili głowy i co chwilę oddychali głęboko, jakby chcieli zrzucić z siebie to brzemię. Chwycił jej palce lewą dłonią, a prawą otoczył drobne ramię. Zbliżył twarz do jej głowy i zaczął czule całować w usta, ocierać nos o jej niewielki kształtny nosek, zwilżać językiem delikatne brwi i ruchliwe rzęsy. Liu płakała i czuła tak wielką więź ze swoim młodszym o piętnaście lat kochankiem, tak wielką czułość miała dla niego, jakby był jej synem, potrzebującym opieki i tulącym się do niej z oddaniem.

– Co zrobimy? – powtórzyła bezwiednie, odsunęła się nieco i spojrzała na niego z wyrazem przerażenia na twarzy.

– Musimy być mądrzy… Nie mamy wyjścia… Możemy tylko pojechać z nimi na dwór… – artykułował oderwane od siebie zdania.

– Może tam nadarzy się jakaś okazja… – ożywiła się Liu – Cesarz nie zna litości dla zdrajców i kłamców…

– Myślisz, że uwierzyłby nam, gdybyśmy opowiedzieli mu o wszystkim? – zapytał.

– Nie wiem… Nie wiem co robić… – lamentowała Liu.

Minęło jeszcze sporo czasu zanim usłyszeli koński tętent, zbliżający się i coraz głośniejszy, aż w końcu jeźdźcy pojawili się na podwórzu. Zeskoczyli z siodeł, uwiązali uzdy do specjalnych drągów i podbiegli do wielkiej kadzi z wodą, z której nabierali płyn brązowymi naczyniami i pili łapczywie. Gao zauważył, że ich zbroje i koszule, spodnie i buty pochlapane były krwią i w mig zorientował się, co stało się we wsi. Zadrżał, bo zrozumiał, że ma przed sobą bezwzględnych morderców, zabijających bez drgnięcia powiek. Czen zbliżał się do nich, więc skoczyli z ławki i zgięli się w ukłonach przed nim.

– Powiecie cesarzowi… – zwrócił się do nich bezceremonialnie – Powiecie, co widzieliście… Wieśniacy napadli na dom Wanga i prawie wszystkich wymordowali. Rozkradli dobytek i dla zatarcia śladów  wszystko podpalili.

– Zrobimy jak każesz panie – wyszeptała Liu, a Gao kiwał cały czas głową potakująco.

– Opowiecie o waszej miłości i o tym, co widzieliście z ukrycia w ogrodzie – powiedział Czen i po chwili dorzucił, cedząc sykliwie każde słowo – Pamiętajcie jednak, że zabezpieczyłem się dobrze i w razie, gdybyście chcieli mnie zdradzić… moi ludzie złapią was, poddadzą strasznym torturom, a dopiero potem zabiją… Mam wielu przyjaciół…

Gao poruszał głową i chwiał się w ukłonach, potwierdzając swoje oddanie. Pomyślał jednak, że kto ma wielu przyjaciół, ma też wielu wrogów i to może być szansa dla niego i Liu. Trzej żołnierze z domu Wanga, którzy także pojechali do wsi, nie wrócili już z niej, na podwórzu byli teraz tylko jego ludzie i para zakochanych. Wysłannik cesarski podszedł do kobiety, nakazał jej wstać i z błyskiem w oku pogładził ją po delikatnej cerze, wsunął palce we włosy i przytrzymał przez chwilę, jakby chciał wyrwać ich trochę. W taki sposób przyciągnął jej głowę do siebie i spojrzał w oczy. Liu przeraziła się śmiertelnie, ale poczuła też zapach końskiego potu i mieszankę innych woni, będących istotą chińskiej męskości. Bała się strasznie i odczuwała ból, ale zalotnie spojrzała na Wanga i otworzyła lubieżnie usta. Ten, nie zwracając uwagi na Gao, wsunął do nich swój język, pocałował ją gwałtownie, a potem zaśmiał się szelmowsko i odepchnął ją od siebie. Skoczył do swoich żołnierzy i zaczął wydawać komendy. Cztery wielkie wozy zapełniono sprzętami i naczyniami, szerokimi misami, lampami i porcelanowymi wazami. Piękne materie zwinięto w rulony, zdemontowano misterne parawany i abażury, załadowano meble, ręcznie kute kielichy, amfory i dzbany z brązu. Pościągano ozdoby z trupów, żołnierze pozrywali też co lepsze buty i części ubiorów. Najcenniejsze kosztowności Czen zapakował do dwóch wielkich skórzanych worów, które przytwierdził do swojego zapasowego konia. Dom poborcy wyglądał teraz jak miejsce z jakiegoś strasznego snu, wszędzie walały się półnagie ciała pomordowanych, pokoje były złupione i zdemolowane, na podłogach leżały bambusowe deszczułki ksiąg i potłuczona porcelana. Wozy wyjeżdżały już ku pobliskim górom, gdzie Czen chciał wszystko ukryć, w jednej z jaskiń, a potem po trochu przewozić do swojego domu. Liu i Gao rzucono na dwa konie, a potem skrępowano im ręce i nogi, pod brzuchami zwierząt. Kilku żołnierzy chodziło z pochodniami i podpalało kolejne partie posiadłości. Ogień szybko zajmował łatwopalne budynki, przeskakiwał ku następnym dachom i szybko powstał tak wielki żar, że jeźdźcy musieli  w popłochu uciekać za bramę, którą też zaczynały lizać płomienie. Gęsty czarny dym bił w niebo i ginął pośród coraz gęstszych ciemności. Pożar rozświetlił mroki i wszystko stało się widoczne z dużej odległości. Czen zorientował się, że popełnił błąd i wrzasnął:

– Jazda… Uciekamy do lasu…

Wreszcie dopadli wolno jadące wozy i podążali dalej, ku drzewom, dziwacznie oświetlonym światłem księżycowym. Znaleźli się już w bezpiecznym miejscu, gdy na peryferiach miasta zauważono wielki pożar i natychmiast ruszyli ku niemu pierwsi jeźdźcy. Czen wiedział, że minie sporo czasu, zanim więcej ludzi tam się zgromadzi. Wydał więc ostatnie komendy woźnicom i trzem żołnierzom, kierując wypełnione wozy i jeńców ku pewnej przełęczy, a potem dalej, do tajemnej jaskini, w której wiele razy gromadził zrabowane dobra. Z pozostałymi żołnierzami zatrzymał się w lesie i dopiero gdy księżyc zaczął obniżać się nad najwyższą górę, ruszył zataczając krąg, z powrotem do tego, co zostało z domu Wanga. Wiedział, że cesarz ma wszędzie wielu szpiegów i chciał sprawić wrażenie, że przybył od strony miasta, już po masakrze i po podpaleniu domostwa przez ludzi ze wsi. Kawalkada jeźdźców zbliżyła się do dopalających się zgliszczy, wokół których był już spory tłum ludzi. Czen zeskoczył z konia i z wściekłością ruszył ku największej grupie.

– Kto to zrobił…? – ryknął przerażająco i wyszarpnął miecz z pochwy.

Ludzie upadli przed nim na kolana i pokrzykiwali w przerażeniu, potwierdzali swoją niewiedzę, prosili o litość. To był dobry znak dla wysłannika, ale żeby wzbudzić strach i uwiarygodnić swoje działania, podszedł do jednego z dobrze zbudowanych mężczyzn, szarpnął go do przodu i wciąż trzymając za białą koszulę, wrzasnął:

– Kto odważył się zszargać majestat cesarski… Może to byłeś ty…?!

Podniósł miecz i błyskawicznym ciosem ściął młodzieńcowi głowę. Rozległ się świst, ciało opadło bezwładnie na ziemię i z czerwonej wyrwy w szyi trysnęła jaskrawa krew.  Odezwały się krzyki, tłum zafalował. Wielu wstało z klęczek i zaczęło uciekać w kierunku miasta, inni pochylili głowy jeszcze niżej, prawie kładąc się na brzuchach. Czen tylko na to czekał, podskoczył ku następnemu mężczyźnie, szarpnął go ku sobie, przyciągnął jego głowę ku swoim ustom i jadowicie szepnął do ucha:

– Krzyknij, że to na pewno zrobili wieśniacy ze wsi, bo inaczej spotka cię to samo, co stało się przed chwilą…

Młodzieniec natychmiast zaczął krzyczeć, że widział kto to zrobił i trzeba zemścić się na zbrodniarzach. Odepchnięty z rozmachem, wpadł w tłum i zniknął w nim, ale ziarno zostało już zasiane.

– Kto jeszcze widział, że to zrobili wieśniacy…? – krzyknął Czen i z zadowoleniem zauważył, że liczne ręce zaczynają się podnosić ku górze.

Po kilku chwilach wielu krzyczało, że to zrobili wieśniacy i prawie wszyscy podnosili ręce ku niebu. Wang chodził w koło obok zabitego człowieka, wznosił miecz do góry, jakby potwierdzając te okrzyki, a potem głośno zawołał:

– Każdy kto podniesie rękę na cesarskiego urzędnika zostanie zabity, a jego dobra przejdą na własność Qin Shi Huangdi…

Schował miecz do pochwy, wskoczył z rozmachem na konia, pogalopował w kierunku końca tłumu, zawrócił i pojechał ku drugiej krawędzi zbiegowiska, a potem wrócił na środek i jeszcze raz głośno obwieścił:

– Wieśniacy muszą zapłacić za morderstwa i grabieże! Żołnierze, za mną, jedziemy do wsi ukarać winnych…

Oddział ruszył z kopyta w kierunku gór, a ludzie powoli zaczęli się rozchodzić i wracać do miasta. Czenowi chodziło o to, by sprawić wrażenie, że ruszył do wsi dopiero, gdy dowiedział się przy zgliszczach, kto to zrobił. Dumny z siebie i zadowolony z racji ogromnych łupów, które już pewnie dotarły do jaskini, wjeżdżał teraz do wielkiego lasu bambusowego. Wraz z żołnierzami podążał dość długo w mroku, aż wszyscy stanęli na rozległej polanie, gdzie krzyżowały się inne szlaki. Rozkazał wydać wódkę ryżową i niedługo poprawiły się humory żołnierskie. Szybko rozpalono ognisko, wyciągnięto wino i wodę, duże kawałki wędzonego mięsa i owoce. Czen był nad wyraz rozmowny, chodził od kompana do kompana, poklepywał po plecach i dolewał wódki do małych czarek. Jednocześnie zerkał na dwóch starszych żołnierzy, którzy wstrzymywali się od picia mocnych trunków i dla niepoznaki sączyli ze swoich naczyń trochę wina. Księżyc już całkowicie zaszedł za góry i teraz tylko światło ogniska rozjaśniało mroki, przydawało grozy osmolonym i ubrudzonym zakrzepłą krwią twarzom. Wódka, specjalnie wzmocniona proszkiem usypiającym, zrobiła swoje i żołnierze, jeden po drugim, osuwali się na ziemię, tracili świadomość w pół słowa, padali na twarz lub na plecy. Wang dał znak dwóm trzeźwym podwładnym i zaczął się cichy mord. Cała trójka podchodziła do leżących i podrzynała gardła, wbijała krótkie miecze w serca i w plecy. Krew tryskała na boki i wylewała się obok leżących bezwładnie ciał. Zebrano broń, godła i flagi oraz wszystko, co mogłoby wskazywać, że byli to żołnierze Czena.

– Zostawimy ich tutaj panie…? To niebezpieczne… Ktoś może znaleźć trupy i kogoś rozpoznać – powiedział jeden z zaufanych.

 – Masz rację Ma Xiao, wierny druhu… Myślałem, że sępy i wilki zrobią szybko z nimi porządek, ale to jednak zawsze trochę trwa… – Przytaknął Czen i szybko dodał – Odetnijcie im zatem głowy, zabierzemy je stąd i wrzucimy do górskiego jeziora.

Żołnierze chodzili teraz od trupa do trupa i jednym ciosem topora, odrąbywali głowę po głowie. Przeliczyli, że było ich piętnaście, zapakowali do worków i przytwierdzili do swobodnego konia, bez jeźdźca, który rżał jakby wyczuwał trupie szczątki. Połączono też pozostałe zwierzęta tak, by nie zgubiły się podczas jazdy, wygaszono ognisko i ruszono szybko w kierunku górskich jaskiń. Ogromne stado wilków, zwabione zapachem krwi, trzymające się dotąd z dala od ognia, teraz mogło wyjść z mroku i zacząć swoją ucztę. Na pobliskich gałęziach siedziały  też już sowy i jeden wielki puchacz, przekręcający głowę w prawo i w lewo, nasłuchujący zanikających odgłosów, oddalających się coraz bardziej jeźdźców. Zapadła złowroga cisza, przerywana tylko warczeniem i ujadaniem wilków, szarpiących mięso i kąsających się w walce o większe kęsy.

SZKATUŁKA Z LAKI (3)

Minęły setki lat i beng był już w umyśle Vano, dalekiego wnuka Busta, któremu aż do ostatnich chwil, mącił w myślach, podsuwał pomysły kolejnych oszustw, kradzieży i zbrodni. To on kazał też jego potomkowi porzucić tabor i nie bacząc na klątwy Cyganów, osiąść w niewielkiej chatce na skraju wsi. Za jego sprawą pojawiła się w nim myśl o kowalstwie i to on towarzyszył mu w wyprawach do starej, szczerbatej zielarki, mieszkającej w leśnym szałasie. Dostawał od niej gorzkie napary, które rozpłomieniały jego myśli i przydawały męskiej mocy, a często też przenosiły go do żyznych dolin i łąk na półwyspie przypominającym ząb rekina. Czuł, że stamtąd pochodzi, a kolorowo ubrane kobiety i mężczyźni w turbanach należą do jego wielkiej pradawnej rodziny. Nienawidził staruchy, gdy rozkraczała się przed nim i wrzeszczała, że ma ją wziąć na trawie albo na żółtym piachu, a potem rechotała bez końca. Czynił to z obrzydzeniem, ale wciąż pragnął migrować myślami do tajemniczych przestrzeni, w których połyskiwały złote posągi czarnej bogini z czterema parami rąk, zgrabnymi nogami i naszyjnikiem z czaszek na szyi. Im był okrutniejszy dla staruchy, tym bardziej ją zaspakajał, a na końcu czuł też coś, jakby przedwieczne, zwierzęce spełnienie. Beng przyglądał się temu z wyrachowaniem i czekał aż pojawi się inna kobieta, opętana przez wesitkę albo panitkę, która omota go niewidzialną siecią. Dopiero, gdy z sąsiedniej wsi przybyła do rodziny urodziwa Bibi i zaczęła chodzić w zboże z coraz to z innym rosłym chłopem, a nawet wchodziła do dworskiego spichlerza i kładła się na sianie z chudym, chorym na gruźlicę paniczem, beng podszepnął Vano by zatłukł staruchę dębowym kijem, a trupa porzucił w płytkim dole i zepchnął do niego duże mrowisko. Na chwilę też opuścił ciało kowala i pomknął do wsi, by przeniknąć do myśli  Bibi, przegonić z niej pomniejsze demony i przywieść ją nieprzytomną do chaty za wsią. Słońce było już nisko nad horyzontem i barwiło łany zbóż odcieniami krwi i szkarłatu, przyoblekało drzewa i dachy chat w złoto i fiolet, wydobywało czerń z dalekich konturów lasów i zagajników. Na zachód leciały ogromne stada gawronów, przypominające grubą, czarną flagę, łopoczącą żałobnie w powietrzu. Vano wrócił do domu, sięgnął po stojący na stole dzban wódki, stanął w rozkroku i wypił ją duszkiem, wstrząsnął się jakby przełknął rozżarzony ołów, po czym legł ciężko na łożu, zasypiając niemal natychmiast.

Bibi szła polną drogą i raz po raz wchodziła w rozpłomienione łany żyta, zrywała chabry i maki i wplatała je w grube, czarne warkocze. Czuła się dziwnie, jakby jakaś siła pchała ją w stronę samotnej kuźni i domu wielkiego Cygana, pojawiającego się czasem we wsi i pijącego okowitę w żydowskiej karczmie. Słońce spłynęło już całkowicie za widnokrąg, gdy przestąpiła próg chaty i stanęła przy łożu zbitym z wielkich bali, okrytym owczymi i krowimi skórami. Jej oczy płonęły niczym dwa znicze, serce łomotało jak szalone, a w myślach pojawiały się nagie męskie torsy, pośladki i nabrzmiałe, tryskające nasieniem członki. Kilka chwil stała w bezruchu, przyzwyczajając się do ciemności i wyławiając z niej kształt rosłego mężczyzny, leżącego na wznak i ciężko oddychającego. Przysiadła na brzegu łoża i zaczęła z niego ściągać szmaty, w które był poowijany, a na końcu rozsznurowała brudne, obuwie ze skóry jelenia i przysunęła się bliżej do niego. Beng w tym czasie wpatrywał się w jej przeszłość i widział małą cygańską dziewczynkę, bez litości topiącą w studni dopiero co urodzone kocięta, zabijającą żaby i robaki na ziemi; patrzył dalej i śledził jej dzikie orgie, szaleństwa z chłopcami, rosłymi mężczyznami i starcami. Zatrzymał się dłużej, gdy zobaczył Bibi kąpiącą się w jeziorze z piękną, jasnowłosą dziewczyną z odległej wsi, a potem tulącą się do niej w stogu siana i wreszcie – nie wiedzieć dlaczego – duszącą ją długo bez litości. To wtedy podjął decyzję o opuszczeniu Vano na zawsze i pozostaniu w rozdygotanym, pulsującym żądzami ciele jego przyrodniej siostry. Ona odwijała ostatnie taśmy z ciała kowala i czuła coraz mocniej jego ostry, męski zapach, najintensywniejszy w okolicach pośladków. Nagle wzięła do rąk jego męskość i zaczęła ją masować dłonią zgiętą w kabłąk, delikatnie przesuwać w górę i w dół, a gdy poczuła, że narzędzie zgrubiało i strzeliło w górę, przełożyła nogę przez jego silne uda i wskoczyła na nie, tak układając się, by członek od razu znalazł się w niej. Teraz zaczęła falować, wznosić się i opadać, a rozkosz rozlewała się w jej głowie coraz mocniej i gwałtowniej. Oczy rozpłomieniły się, usta rozchyliły lubieżnie i zaczęła dziko ziać jak wadera, którą wreszcie dopadł młody basior, od niedawna prowadzący  stado wilków przez ciemność i chłód.

Gdy Vano zamknął oczy, natychmiast stanął twarzą w twarz z przepiękną boginią o czarnej skórze i czterech parach ramion. Jej źrenice, lśniące jak dwa węgle, wpatrywały się w niego z uwagą, a ręce wciąż poruszały się, falowały od ramion ku dłoniom, naśladując ruch kobry. Wreszcie jedna z rąk wysunęła się ku niemu, chwyciła wielkie palce i pociągnęła je ku sobie. Zaczęli tańczyć w rytm głośnej, egzotycznej muzyki, w której dominowały bębenki i tamburyny, a czasem odzywały się struny sitar i tanbur, szarpane jedną z jej wolnych dłoni.

– Jakie jest twoje imię? – zapytał bezgłośnie.

– Rozkosz… – odpowiedziała bez słów marszcząc dziwnie brwi.

– Kim była twoja matka…? – pytał dalej.

– Ona była samą śmiercią… śmiercią… śmiercią… odpowiedziała unosząc wskazujący palec jednej z dłoni ku górze.

Zbliżył się do tancerki i zobaczył, że jej ciało pulsuje z pożądania, a z ust wydobywa się zmysłowy, jaśminowy oddech. Nie czekał dłużej, przyciągnął ją ku sobie i wszedł w nią głęboko, czując, ze otwierają się przed nim kosmiczne ogromy. Chciał tego i bał się straszliwie, że naruszy jakieś odwieczne tabu – uczyni coś, czego nie wolno robić śmiertelnym bytom. Przymknął z rozkoszy oczy i przyspieszył, a gdy skończył i światło wdarło się do jego źrenic, zobaczył, że bogini trzyma w jednej dłoni kindżał, a w drugiej jego ściętą głowę. Spojrzał zalękniony na bok, jakby szukał możliwości ucieczki, ale przeraził się jeszcze bardziej, gdy ujrzał, stojącą też przy nim, dziwną męską postać, rozmywającą się we mgle z kurkumy i białego pieprzu.

– Kto to jest…? – zapytał tancerkę z wężami we włosach.

– To beng, mój odwieczny, parszywy pachoł…– odrzekła ze śmiechem i świsnęła w powietrzu połyskującym ostrzem długiego, zakrzywionego noża.

Bibi wciąż falowała na nim, uderzając raz po raz długimi warkoczami o belki ustawiane przy łożu i podtrzymujące strop strzechy. Szczytowała już kilka razy, ale wciąż było jej mało i zaczęła wpadać w dziki szał, miotać się jak w transie. Beng był w niej i czuł też w sobie tajemną moc czarnej bogini – coraz bardziej też podobała mu się ta nowa sytuacja, dająca nadzieję, że kobieta szybko stanie się jego bezwolnym narzędziem.

Gwałtowność Bibi spowodowała, że pijany Vano zaczął się budzić i wodzić niewidzącymi oczyma w ciemności, w której jakby powiewała jakaś biała flaga, szarpana przez niewidzialną wichurę. Wódka zrobiła swoje i nie mógł dojrzeć kto jest na nim, ale czuł nieziemską rozkosz i poddawał się ruchowi, narzucanemu przez nią. Gdy kobieta zaczęła charczeć i ryczeć jak wilczyca, Beng skierował jej wzrok ku siekierze, leżącej na stołku, tuż przy boku łoża i pchnął ku jej myślom obrazy Cyganów uderzających w ciało Janniego. Potrzebowała tego impulsu i gdy kolejny raz uniosła się nad nim, wychyliła się ku trzonkowi narzędzia, chwyciła je i z rozmachem uderzyła ostrzem w szyję Cygana. Poczuła jak natychmiast zesztywniał, a jego męskość zaczęła wysuwać się z niej, aż zmalała tak bardzo, że Bibi zeskoczyła z łoża i wściekła zaczęła walić z rozmachem w to samo miejsce, w które uderzyła po raz pierwszy. Krew tryskała na boki strumieniami, z półotwartych ust sączyła się biała piana, a ciało Vano drżało już w ostatnich konwulsjach. Zamachnęła się raz jeszcze i ostatecznie odcięła głowę od korpusu, po czym chwyciła ją za włosy i przesunęła się do wyjścia. Tylko beng wiedział, że była jego przyrodnią siostrą, spłodzoną w wielkiej stodole przez ich ojca z wiotką Słowianką, tuż przy wiejskiej gorzelni. Teraz spojrzał w jej przyszłość i zobaczył ogromniejący brzuch, ucieczkę ze wsi i ciężki poród w gęstych zaroślach.

Powrócił do domostwa przy kuźni i zobaczył, że potargana, półnaga kobieta wyszła z chaty kowala i z jego głową w prawej dłoni zaczęła iść w stronę wsi.  Na skraju lasu cisnęła nią w ciemność i miała wrażenie, że od razu sfrunęły tam ze szczytów drzew stada czarnych ptaków i nietoperzy. Powoli beng zaczął do niej dopuszczać świadomość i wreszcie spostrzegła, że jej odzienie jest całe we krwi. Zaczęła gorączkowo myśleć o tym co się stało i zaraz postanowiła skręcić w boczną drogę, prowadzącą do małego jeziora. Noc była ciepła i parna jak zwykle w chwili zrównania się z dniem, a światło księżyca w pełni pozwalało rozpoznawać najbliższe kształty, drogi i ścieżki. Szybko dotarła nad brzeg, zobaczyła srebrne błyski na wodzie i weszła do niej aż po szyję, stojąc tak długo i wpatrując się w wielkie srebrzyste ślepie na niebie. Potem cofnęła się o kilka kroków i zmyła krew z rąk, ramion i twarzy, zdjęła odzienie i zaczęła przepłukiwać je, raz za razem wyciskać krew. W końcu rzuciła mokre szmaty na brzeg i naga zaczęła płynąć ku środkowi jeziora. Beng patrzył na nią i rozglądał się w niej, próbując przeniknąć przyszłe wydarzenia, ale coś mu przeszkadzało i nie pozwalało dojrzeć finalnej tragedii.  Ona też to usłyszała i przeraziła się, gdy pieśń dziewczyny, którą udusiła w sianie,  spotężniała i zaczęła wirować w powietrzu jak pogłos odległego szeptu, wzmocnionego przez śmierć i ból. Beng natychmiast podążył za tym głosem i zobaczył żywe oczy anachoretki, próbującej go uwięzić w spróchniałym pniu trafionego przez piorun drzewa. Gdy umknął jej w ostatniej chwili, zobaczył młodą mniszkę w benedyktyńskim habicie, śpiewającą pieśń, którą usłyszała Bibi. Zorientował się, że znalazł się w rozległej dolinie w której płynęła szeroka rzeka, otoczona majestatycznymi wzgórzami.  Nigdy tam nie był, ale wiedział, że dźwięki poniosły go ku mieścinie nazywanej Bingen. W jego świadomości pojawiło się też drżące jak płatek róży i bolesne imię:

– Hildegarda… Hildegarda…

BROMBERG (9)

z11365843X

Willi chciał jechać do Herthy żółtym tramwajem, ale zdarzenie z polskim Żydem i jego ucieczka tak go zdenerwowały, że postanowił, że pójdzie pieszo, by uspokoić się i przemyśleć jak ma się zachować, by nie stracić okazji spotykania się z piękną Niemką. Bromberg nudził go straszliwie i stale miał nadzieję, ze wróci do Berlina, albo dostanie przydział do jakiegoś innego wielkiego miasta niemieckiego, gdzie jego kariera nabrałaby impetu. Podszedł jeszcze raz do wartownika, który natychmiast służbiście mu zasalutował. Otter skrzywił się, jakby miał do czynienia z oślizłym gadem, pokiwał z dezaprobatą głową i powiedział cedząc każde słowo:

– Powiedz tym waszym ofermom z Wermachtu, że mają być czujni i przez cały czas muszą obserwować pobliskie ulice. Ten brudny Żyd będzie musiał wyjść z ukrycia i będzie chciał przedostać się do domu… Musicie go złapać, a potem zamknąć w ciemnicy rezydencji standartenführera Alvenslebena…

– Tak jest panie untersturmführer…!!! – potwierdził żołnierz prężąc się i czerwieniąc przed Willim.

Wydany rozkaz uspokoił go nieco i zaraz ruszył chodnikiem Adolf Hitler Strasse w stronę dawnej ulicy Chodkiewicza, którą ku jego radości przemianowano już na Albrecht Dürer Strasse. Od dawna uwielbiał malarstwo i ksylografy tego twórcy, tym bardziej, że w jego rodzinnym domu, w pokoju matki wisiała barwna reprodukcja obrazu Dziewica i Dzieciątko z gruszką. Szedł sprężyście, słysząc jak dumnie skrzypią jego oficerki i czuł, że jest coraz bardziej podniecony, a w jego myślach wciąż pojawiała się kusząca go piękna Hertha. Przystanął w okolicy skrzyżowania z Felix-Dahn-Strasse i popatrzył na stojących nieopodal dwóch żołnierzy Wermachtu, którzy natychmiast zasalutowali mu służbiście. Czekając aż przejadą samochody ciężarowe, ciągnące działa i trzy czarne, auta osobowe, usłyszał rozmowę żołnierzy.

– Wiesz Hans, tak się nudzę w tych koszarach, że nie mogę już wytrzymać… I jeszcze ta tęsknota za Annemarie… Dopiero teraz zrozumiałem jak bardzo ją kocham…

– Jeszcze się nią nasycisz Heinrich… – pocieszał go kolega.

– Jak tylko pojadę na urlop de Reichu, wezmę z nią ślub… – odparł ten, który pierwszy zagadał. A po chwili jeszcze dodał:

– Pisałem niedawno w liście do rodziny, że Bromberg jest uroczym miastem, w pewnych miejscach, szczególnie nad Brdą, z tą jego ulotną wschodnią melancholią. O Polakach wiadomo, że to obcy i nie mogą być naszymi przyjaciółmi. Tak, oni wszyscy sprawiają przygnębiające wrażenie, ale za melancholią ich oczu kryje się nienawiść i szaleńczy fanatyzm… Ani się nie spostrzeżesz jak wbiją ci nóż w serce…

Willi zamyślił się przez chwilę, jeszcze raz zlustrował wzrokiem żołnierzy, po czym ruszył dalej w stronę domu Herthy. Była go0dzina 19.40, ale po gorącym dniu wciąż czuło się ciepło w powietrzu. Energiczny marsz w pełnym umundurowaniu spowodował, że na jego czole pojawiły się kropelki potu. Wytarł je prawą dłonią i trochę się zaniepokoił, bo zawsze dbał o swój wygląd i czystość, stosował drogie wody kolońskie i nakładał brylantynę na włosy. Postanowił nieco zwolnić, tym bardziej, że jego kieszonkowy zegarek ze swastyką w czerwonym kółku, wskazywał, iż ma jeszcze piętnaście minut do schadzki. Nie lubił niepunktualności, zawsze przychodził na czas na spotkania i kolejne akcje planował niezwykle skrupulatnie. Tak jak pojawił się przy szwederowskim kościele w chwili, gdy Polacy wychodzili ze mszy, tak jak dotarł na czas na główny rynek miasta, by nadzorować rozstrzelanie zakładników, tak teraz podążał na Albrecht Dürer Strasse jak na nową, odpowiedzialną akcję. Niebawem znalazł się niedaleko skrzyżowania i przystanął na chwilę, by przyjrzeć się ludziom wysiadającym z tramwaju, który właśnie stanął na ulicy. Brudni Polacy wracali do domów z fabryk i warsztatów, z trudem wysiadała też niska kobieta w ciąży, która w pewnym momencie zachwiała się i niechybnie spadłaby ze stopnia, gdyby nie podtrzymał jej młody feldfebel, wysiadający tuż przy niej, przednimi drzwiami pojazdu. Willi skrzywił się, ale pot ściekający z włosów spowodował, że zdjął czapkę i zaczął wycierać czoło chusteczką, coraz bardziej martwiąc się, że jego zapach podczas spotkania z Herthą nie będzie najlepszy. Chciał zrugać żołnierza, że pomaga wrogom, ale i on i kobieta oddalili się szybko. Założył więc czapkę z powrotem na głowę i ruszył ku narożnemu domowi, po chwili odepchnął grube, dębowe drzwi i przestąpił próg. Szerokie schody wiodły na górę, wstąpił więc na nie i podpierając się o kunsztownie rzeźbioną poręcz, wspiął się szybko na pierwsze piętro. Na drzwiach nie było żadnej plakietki ani kartki, spostrzegł tylko dużą, mosiężną kołatkę w kształcie głowy lwa. Nie czekając więc dłużej, uderzył nią trzy razy w drzwi i czekał z niepokojem i szybko bijącym sercem, jakby miał stanąć oko w oko z uzbrojonym wrogiem. Z góry dał się słyszeć jakiś hałas i Willi spostrzegł, że z wyższego piętra gramoli się na dół jakiś stary, kulawy Polak, wspierający się na lasce. Spojrzał na niego groźnie, jakby był zły, że ktoś jest świadkiem jego schadzki z sekretarką przełożonego, co tak wystraszyło starca, że zaraz zawrócił i zaczął wspinać się z powrotem ku górze.

– Nasz führer ma rację – pomyślał – To są podludzie i trzeba ich jak najszybciej wytępić… Jak pluskwy… Jak karaluchy…

Ledwie zniknął w jego umyśle obraz czarnych, ohydnych karaczanów, gdy usłyszał chrobot klucza w zamku i drzwi otworzyły się ze sporym hałasem. Stała w nich Hertha w szkarłatnej podomce, spod której zalotnie wysunęła piękną, prawą nogę w czarnych, siatkowanych pończochach i różowym pantoflu z błękitnym pomponem. Przybysza widok ten prawdziwie zatkał i nie mógł w pierwszej chwili wydusić z siebie słowa. Szybko jednak się opanował, podniósł rękę w geście nazistowskiego powitania i powiedział może zbyt służbiście:

– Melduje się SS-untersturmführer Willhelm Otter…

Hertha uśmiechnęła się czarująco, podała mu rękę i podążyła ku drzwiom, by je zamknąć. Zauważył wtedy, że z tyłu podomki ma chińskiego smoka, wyhaftowanego pięknie złotą i białą nicią. Zauważył, że jej mieszkanie jest bardzo duże, a z przestronnego przedpokoju prowadzi kilka odgałęzień do bocznych pokoi. Kobieta wskazała mu drzwi do pomieszczenia po lewej stronie i podążyła tam, pukając pantoflami o lśniący, jesionowy parkiet. Otworzyła drzwi i wskazując mu wejście, odezwała się ze słodyczą w głosie:

– Zapraszam cię Willi, dobrze, że już jesteś… cały dzień nie mogłam się Ciebie doczekać…

Otter podążył do przodu, a gdy ją mijał, przyciągnął mocno do siebie, czując miękkość jej piersi i zapach francuskich perfum. Bez wahania pocałował ją w usta, okryte czerwoną pomadką i poczuł jak jego męskość eksploduje do ogromnych rozmiarów. Od dawna nie miał kobiety i teraz nagromadzona w nim energia erotyczna domagała się uwolnienia, a słodycz jej ust była tak subtelna, że wydało mu się, że obcuje z samą dziewicą z obrazu Dürera.

– Chodź mój lwie…twoja lwica jest gotowa… – szepnęła Hertha i pociągnęła go do swojego buduaru.

Podeszła do patefonu i uruchomiła go wprawnie umieszczając igłę na płycie, a z głośnika zaczęły dobiegać harmonijne tony jakiejś nieznanej mu muzyki.

– To Muzyka Ogni Sztucznych, napisana przez Händla na zamówienie angielskiego króla… Mam nadzieję, ze ci się spodoba…

« Older entries

%d blogerów lubi to: