ALEJA KLONÓW (26)

Gaba była kiedyś wiotką, energiczną dziewczyną, pracującą w fabryce kabli, ale z wiekiem znacznie przytyła, jej twarz stała się pucułowata, nos powiększył się, nogi i ręce pogrubiały, cera nabrała niezdrowego koloru. Sama bała się swojego wyglądu i próbowała ratować sytuację przez farbowanie włosów na rudy kolor, używanie jaskrawych szminek i ciemnego pudru. Niestety, najgorsze dopiero miało nadejść, a zapowiedzią strasznych chwil była pierwsza brodawka, która wyszła jej na czubku nosa. Przebijała ją igłą, nacinała żyletką, poszła do lekarza, który próbował koagulować, ale obce ciało wciąż odrastało, a po jakimś czasie brodawki zaczęły pojawiać się też na brodzie, policzkach i szyi. Gaba była zrozpaczona, tym bardziej, że następnego dnia znalazła kilka nowych ognisk, podejrzanie wyglądających wybrzuszeń na nogach, rękach, a nawet na pośladkach i łonie. Jakaś kobieta w sklepie poradziła jej, by poszła do kościoła i poprosiła księdza o odprawienie egzorcyzmów, bo to na pewno działanie jakieś siły nieczystej, jakiegoś złego ducha, który wszedł w nią i pragnie ją zniszczyć. Wtedy przypomniała sobie, że jak poszła do łóżka z siwym, niskim wozakiem, zauważyła, że ma on czarną brodawkę na udzie. Początkowo myślała, że to brud, plama zostawiona przez węgiel, który woził rozpadającym się wozem, ale gdy w uniesieniu miłosnym zbliżyła usta, przekonała się, że jest to brodawka. Na białej skórze wyglądała jak martwy, spłaszczony chrząszcz, który przywarł do nogi. Nie wiedzieć dlaczego zaczęła ją całować, bo przypominał też niewielki sutek męskiej piersi. Wtedy po raz pierwszy pojawiła się w jej myślach gęsta ciemność, w której utonęła, straszliwa maź, przygniatająca ją i wnikająca w pory skóry. Przyglądając się swoim nowym brodawkom, nabrała pewności, że zaraziła się nimi od tego dziwnego kochanka, a gdy jeszcze ktoś powiedział jej, że jej partner zniknął, nie wiedzieć gdzie i kiedy, była nieomal pewna, że obcowała ze złym duchem.

Każdego dnia odkrywała nowe wyrostki i z czasem było już ich tak wiele, że każdy nowy świt witała z trwogą i bała się podejść do lustra. Nic nie dały wizyty u lekarzy i znachorów, odczynianie uroków przez starą Kozłowską, a nawet – w końcu wyproszony – egzorcyzm w kościele na obrzeżach miasta. Dwa ogromne guzy pojawiły się w okolicy prawego oka i lewej górnej wargi, a gdy zaczęły się rozrastać, zdeformowały gałkę oczną i cały paliczek. Ludzie zaczęli odwracać się od niej, uciekać z kolejek sklepowych, w których się ustawiała, a co niektórzy spluwali na jej widok i wycofywali się czym prędzej. Po roku nie było miejsca na jej ciele bez brodawek, a najgorzej drażniły ją te, które pojawiały się w pochwie, w okolicach odbytu, na piersiach, plecach i między palcami rąk i nóg, a nawet pod stopami. Jeszcze próbowała walczyć, jeszcze wychodziła z domu i kierowała się do sklepu, piekarni, albo na plac miejski, gdzie ustawiały się wiejskie furmanki z ziemniakami i warzywami, z klatkami z drobiem, królikami, a czasem nawet z prosiakami. Podejmowała próby, starała się rozmawiać z ludźmi, ale najczęściej odwracano się od niej, czyniąc znak krzyża albo bezceremonialnie plując na boki. Zaczęła wyglądać jak zezowaty demon, cały w tłuszczakach, z wykrzywioną twarzą i dziwnie powykręcanymi rękoma. Coraz częściej pojawiał się też ból i maź ciemności gasiła jej świadomość, a tylko sen dawał ukojenie i przywracał wspomnienia przeszłych dni. Któregoś ranka stłukła wszystkie lustra w mieszkaniu, a na szyby nakleiła gazety, nawet blaty stołów i szafek pokryła papierem pakowym, by jej obicia nie pojawiały się na nich. Ale  prawdziwie załamała się, gdy z Niemiec przyjechał do niej jej dawny kochanek. Ponad rok temu pojechał do pracy na roli, a stęskniwszy się za nią, bezskutecznie czekając na listy, zawitał z powrotem na Aleję Klonów, przeszedł długi, mroczny korytarz i zapukał do drzwi. Gaba otworzyła je dopiero po kilku minutach i po ponawianych uderzeniach palców w drewno. Nagle w czarnym mroku pojawiło się jaskrawe światło zza uchylonych drzwi, a w futrynie stanęła dziewczyna, prawie naga, ledwie okryta jakąś brudną szmatą. W pierwszej chwili myślał, że zobaczył demona i krzyknął z przestrachem, ale gdy wzrok przyzwyczaił się do światła, zrozumiał, że stoi przed nim zdeformowana, łkająca cicho, dawna kochanka. Nie wiedząc co ma zrobić, odwrócił się szybko na pięcie i uciekł ku ulicy, nie zważając na bełkotliwe nawoływanie Gaby.

Od tamtego dnia przestała się myć, czesać resztki włosów, pośród których pełno było czarnych i cielistych wyrostków. Siedziała godzinami na kanapie i patrzyła przed siebie niewidzącymi oczyma, prawie nic nie jadła, a piła tylko czasem wodę z kranu, żuła kawałki suchego chleba albo brukwi lub czarnej rzepy. Postanowiła zabić się w Wielki Piątek, ale wcześniej chciała spotkać się z diabłem i zapytać go, dlaczego właśnie ją tak straszliwie naznaczył? Wołała go wciąż bezgłośnie, modliła się do niego i któregoś marcowego wieczoru została wreszcie wysłuchana. Długo wpatrywała się w ciemność, aż nagle pojawiły się jaskrawe kolory – biel i błękit, czerwień i żółcień, a wszystko mieszające i rozmywające się w dali. Nagle barwy zaczęły kształtować się w uskrzydlone postaci, tłumy Żydów w jarmułkach i chałatach, pojawiły się jakieś drabiniaste wozy, pełne obrzydliwych tworów, jakby wielkich, ruchomych, nieustannie drgających brodawek. Wszystko snujące się w górze i stale rozciągane przez niewidzialną siłę. Gdzieś już widziała te postaci, ktoś pokazywał jej kiedyś obrazy, które przypominały to, co teraz widziała.

 – Tak… – szepnęła w ciemności, gdy przypomniała sobie chwile z przeszłości.

 Jej kuzynka Zosia, która miała artystyczną duszę, pokazała jej kiedyś album reprodukcji Marca Chagalla i powiedziała, że jego dzieła są świadectwem wielkiej walki sił dobra i zła. Teraz anioły i demony snuły się nad nią, pulsowały tajemniczo w dali. Przeraziły ją te nad-wyraziste obrazy, ciała wydłużające się i nagle wracające do niewielkich wymiarów, potrafiące rozsmużyć się po całym niebie. Drżała z przerażenia, ale nie umiała wygasić kolejnych wizji.

Napływającą czerń przywitała z poczuciem ulgi, ale zaraz też pożałowała tego, bo wyłoniła się z niej wielka, czerwona paszcza z ostrym dziobem, ni to człowiek, ni lampart, ni kruk, i zaczęła przemawiać do niej:

– Jesteś już gotowa Gabrielo, więc przybyłem by się z tobą kochać i począć tego, który zniszczy ten parszywy świat –szeptał diabeł, sycząc przy tym jak żmija.

         

Zwinęła się w kłębek na tapczanie, zamknęła oczy i zaczęła płakać bezgłośnie, czując jak łzy spływają jej po zdeformowanej twarzy. Nagle jakaś niewidzialna siła pchnęła ją z impetem na plecy i zaczęła rozchylać pełne wyrostków nogi. Poczuła straszliwy smród, jakby jakieś ogromne zwierzę zbliżyło pysk i ziało nad nią zapachem powolnego rozkładu. Twardy pazur wbił się w jej łono, a potem wsunął się w nie sopel lodu i zaczął poruszać się rytmicznie.

– Taka  jesteś piękna i tak wspaniałego urodzisz mi syna… – usłyszała szept nad sobą i wrzasnęła przerażona.

– Widzę, że ci dobrze kochanie… – syk pojawił się znowu w ciemności.

Jeszcze usłyszała wycie wilków i dalekie szczekanie psów, jeszcze gdzieś w górze zarżał koń, odezwał się kruk, a potem wszystko ucichło i utonęło w gęstej czerni. Zasnęła w jednej chwili i przespała trzy dni i noce. Po przebudzeniu, czując, że na jej ciele pojawiło się wiele nowych brodawek, a we wnętrzu brzucha narastać zaczął czarny guz, podeszła do okna, wdrapała się na parapet, zamknęła oczy i bezwolnie osunęła się w dół.

               – Nie pozwolę mu się urodzić…– przemknęła jej przez głowę ostatnia myśl.

Nie poczuła uderzenia, wyzionęła ducha natychmiast i tylko krew wylewająca się z pękniętej czaszki, jaskrawo czerwona i parująca, spływała z oszronionego chodnika ku kanałowi ściekowemu. I tylko nad horyzontem rozmywały się pastelowe barwy, snuły się w dal oprawione w światło biele, czerwienie i błękity, złota, fiolety i jaskrawe żółcienie. A wielkie stada kruków, gawronów i kawek odlatywały w milczeniu w rozżarzoną czeluść zmierzchu. Tylko jeden czarny punkt trwał nieruchomo w górze, niedaleko Alei Klonów, ale i on po chwili zniknął w mroku napływającym ze wschodu i – niby czarny całun – okrywającym świat i zwłoki kobiety, leżące na chodniku.

Reklamy

ALEJA KLONÓW (25)

Nie wiem kiedy to było, może w lipcu, sierpniu, albo może we wrześniu. Chyba w październiku, bo na chodnikach była już gruba warstwa żółtych liści, które wiatr podrywał raz po raz w górę, kręcił nimi i ciskał to tu, to tam. Wtedy właśnie przybiegł do mnie zaaferowany młodszy Marasek, przez chwilę sapał, ział jak mój pies Murzyn, rozglądając się na boki i nie mogąc wydusić słowa z ust, aż w końcu powiedział:

– Na naszym podwórku jest cielaczek…

– Jak to…? – spytałem zdziwiony.

– Przywiózł go wozem drabiniastym  jakiś gruby pan w czarnym kapeluszu i filcowych butach – powiedział i zaczął płakać.

– Czemu ryczysz – spytałem

– Bo on jest taki kochany… – pociągał nosem, chlipał i uderzał rytmicznie lewą stopą o ziemię.

– To fajnie… powiem mamie, że idę na wasze podwórko… odrzekłem i odwróciłem się na pięcie.

Po kilku minutach przeszedłem mroczny korytarz i znalazłem się na dużym podwórzu, które tyle razy podglądałem przez dziurę w murze z czerwonych cegieł. W pierwszej chwili niczego nie zauważyłem, ale gdy ruszyłem do przodu, spostrzegłem, że przy szopie masarni stoi trójka dzieci – bracia Maraskowie i jeszcze jakiś chłopiec, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Podążyłem do nich i dopiero, gdy doszedłem, spostrzegłem cielaka, przywiązanego grubym sznurem do niewielkiego drzewka, rosnącego przy skraju budynku. Stał twardo na rozszerzonych nogach i raz po raz próbował skubać trawę, wyrastającą spomiędzy potłuczonych płytek chodnikowych. Stanąłem przy nim i zaraz zaczął mnie lizać ciepłym językiem po czole i nosie. Bardzo mnie to rozbawiło, odsunąłem się trochę i zacząłem głaskać biało-czarną sierść na łbie, a potem ośmielony objąłem go i poczułem bijące od niego ciepło. Nie szarpał się, stał grzecznie i tylko lekko ocierał się o mnie przednimi nogami i tułowiem. Maraskowie i chłopiec roześmiali się i też zaczęli głaskać cielaka, to po karku, to po grzbiecie, po bokach i nawet po ogonie. Wziąłem w dłonie jego małe uszy i trzymałem je z uśmiechem, z poczuciem, że mam do czynienia z czymś niewyobrażalnie pięknym. Nagle okno kamienicy się otworzyło i matka Marasków zawołała ich na obiad, więc nie ociągając się odwrócili się ode mnie i ruszyli biegiem do klatki schodowej. Za chwilę słychać było jak tupią nogami po drewnianych schodach i wchodzą przez wielkie drzwi do domu. Nieznany chłopiec zrobił jakąś tajemniczą minę, ręką puknął lekko zwierzę w kark, nie powiedział ani słowa i także pobiegł gdzieś przez czarny korytarz. Zostałem sam na sam z cielęciem, słysząc jakieś metaliczne zgrzytanie za drzwiami masarni.

– Jesteś piękny… – wyszeptałem – Ale co tu robisz biedaku…?

Myślałem, że mówię sam do siebie, ale nagle, w tajemny sposób usłyszałem jego odpowiedź w dziwnym języku gestów. Kiwał głową, a ja rozumiałem co znaczą te ruchy.

– Gospodarz przywiózł mnie tutaj na wozie…

– Ale po co… – nie chciałem dopuścić do siebie myśli, że stanie się z nim to samo, co z innymi zwierzętami, taszczonymi wiele razy przez podwórze.

– Nie wiem… – powiedział bezgłośnie –  Nie wiem… – powtórzyło echo w niebie.

Coś zapiszczało radośnie nad moją głową, więc spojrzałem w górę i zobaczyłem goniące się jerzyki. Jakby ślizgały się z wielkiej rynny błękitu, jakby wycinały w ogromnych arkuszach ciszy zdobne wycinanki. Nagle zaczął wiać silniejszy wiatr i włoski sierści na uszach cielaka zaczęły poruszać się nieregularnie, w różne strony. Jeszcze raz pogłaskałem go czule po głowie i spostrzegłem, że jego oczy są bardzo żałosne. Usłyszałem znowu, jak wyraźnie mówi:

– Wiatr się śmieje… śmieje się cały czas… wiatr się śmieje z całych sił…

Nie wiedziałem o co mu chodzi, ale zrobiło mi się bardzo, bardzo smutno, jakby zdradził mi straszną tajemnicę.

– Nie martw się cielaczku… – odezwałem się wpatrując się cały czas w czarne ślepia, w których refleksy światła i kształty jerzyków na niebie, wirowały w szalonym tańcu.

Przez chwilę poczułem się dziwnie, jakbym nagle zaczął spadać w przepaść, razem z tumanami liści, ze stadami świstających w powietrzu jaskółek i aniołów. Światła przygasły i otworzył się eter dawno zgubionych dźwięków. Z kakofonii najpierw doleciało do mnie zdanie wypowiedziane twardym, męskim głosem:

– Nie płacz już malcze… kto ci powiedział, że cielęciem masz być…? Przytwierdź sobie skrzydła i fruń dumnie jak swobodne jaskółki…

Poczułem ból w sercu, wróciła przestrzeń podwórka i znowu stałem przy cielaku, dotykałem leciutko jego chrap i czułem ciepło języka oblizującego moje dłonie. Poruszył głową i raz jeszcze usłyszałem bez słów:

– Wiatr się śmieje… śmieje się cały czas… wiatr się śmieje z całych sił…

Wtedy zobaczyłem łzy lśniące w ślepiach cielaka i też zapłakałem tuląc się do jego głowy. Przeczułem, że stanie się coś strasznego, ale nie mogłem stamtąd odejść. Nie mogłem się ruszyć i tylko śmigające w powietrzu jerzyki, tylko pędzące i piszczące ptaki przywracały mnie rzeczywistości. Nagle wielkie drzwi masarni otworzyły się, stanął w nich gruby rzeźnik w białym fartuchu, pochlapanym krwią, ostrzący nóż o nóż i promiennie uśmiechający się do mnie. Poczułem lodowate zimno w całym ciele, jakby ktoś nagle wsypał we mnie kawałki lodu. Chciałem krzyczeć, zerwać się z miejsca, ale nie miałem sił. Grubas cały czas patrzył na mnie w zachwycie, podszedł wolno już do cielaka i odwiązywał go od pnia drzewa. Wreszcie odwrócił się i pociągnął go do wnętrza masarni, a odchodząc powiedział:

– Nie ma kłopotu… cielaka łatwo można związać i ubić… nawet nie poczuje… no Donna, Donna, chodź już Donna, dziecinko…

Myślałem, że upadnę na ziemię, ale hałas zamykanych odrzwi spowodował, że postąpiłem do przodu, przesunąłem się ku ścianie budynku z dużym oknem i patrzyłem szeroko otwartymi oczyma na to, co dzieje się w środku. Ciele szarpnięte na środek pomieszczenia pozostawiono na chwilę samo sobie, a wtedy odwróciło głowę i oczami pełnymi łez odezwało się raz ostatni do mnie:

– Wiatr się śmieje… śmieje się cały czas… wiatr się śmieje z całych sił…

Po chwili dwóch rzeźników podeszło do cielaka, jeden z wielkim wiadrem, a drugi, ten gruby, z długim knypem, który wcześniej ostrzył o inny nóż. Chudszy mężczyzna chwycił łeb zwierzęcia i wykręcił go w stronę kompana. Zwierzę zaparło się chudymi nogami, rozszerzyło je dramatycznie i zaczęło rozpaczliwie beczeć, ale grubas już zamierzył się knypem i wbił go z całych sił w gardło nieszczęśnika. Przez chwilę malec szarpał się i bił kopytami o ziemię, charczał straszliwym głosem, a krew chlustała do nadstawionego wiadra. Jeszcze spojrzał mętniejącym wzrokiem ku szybie, za którą stałem i wysłał mi ostatni, urywający się komunikat:

– Wiatr się śmieje… Wiatr…

Trząsłem się na całym ciele, dygotałem jak w chorobie, a na czoło wystąpiły mi wielkie krople potu. Cielak już się nie szarpał, ale masarze trzymali jeszcze jego łeb nad wiadrem by cenna krew się nie zmarnowała. W końcu jednak pociągnęli zdychające zwierzę ku wielkiemu, pokrytemu blachą stołowi i wspólnymi siłami wrzucili na blat drżące w konwulsjach ciało. Jerzyki latały coraz niżej i ogromnymi grupami wycinały wielkie okręgi na niebie, za każdym nawrotem omijając masarnię i piszcząc radośnie. Szybkością lotu i zwinnością skrzydeł, podkreślały, że są wolne i mogą unieść się wysoko, polecieć na skraj miasta, minąć karawele klonów i po jakimś czasie wrócić w to samo miejsce. Szczupły rzeźnik podciągnął łańcuch zwisający z sufitu i zakończony ostrym hakiem, a potem przekuł stale drgające, tylne nogi zwierzęcia. Grubas zaczął ciągnąć za drugi koniec łańcucha, przechodzącego przez blok i już po chwili cielak zwisał nad stołem, a jego chrapy, ociekające krwią, poruszały się jakby chciał powiedzieć jeszcze jedno słowo. Nadchodziło jednak znieruchomienie, martwota i jego ostatnia chwila …

Mężczyźni pracowali sprawnie, pogwizdując radośnie, puszczając do siebie oczko i robiąc to, co już tyle razy robili. Najpierw odcięli głowę z otwartym pyskiem, potem dolne nogi, a w końcu zaczęli wprawnie nacinać skórę i ściągać ją w dół. Przecięli brzuch w połowie i wydobyli parujące wnętrzności malca, by na końcu przeciąć go w połowie, obie części zdjąć z haka i zrzucić na stół. Grubas sięgnął po siekierę, odrąbał górne nogi i gwiżdżąc jakąś nieznaną piosenkę, zaczął kawałkować mięso. Kolorowe jelita i narządy zsunęli do wielkiej misy, stojącej na podłodze, a odcinane kawałki mięsa rzucali na koniec stołu. Po kilkunastu minutach to, co było cielakiem zmieniło się w prostokątne plastry i kwadraty mięsa. Grubas sięgnął po wiadro z krwią wlał ją do wielkiego kotła z kaszą, a chudy masarz zaczął segregować wnętrzności, odcinać je i wrzucać do małych, drewnianych skrzynek. Przerażony odsunąłem się od szyby i zacząłem iść ku mrocznemu korytarzowi, by znaleźć się na Alei Klonów i dalej udać się do domu. Wyschło mi w gardle i czułem się jakbym miał zemdleć, rozmyć się w żółcieniach liści i błękicie nieba. Uniosłem głowę ku górze i zobaczyłem śmigające jerzyki i jaskółki, rymujące się w locie jak strofy smutnej pieśni. Jakieś samotne echo pojawiło się w eterze i zabrzmiało wyraźnie tuż przy mnie:

– Wiatr się śmieje… śmieje się cały czas… wiatr się śmieje z całych sił…

Po chwili jednak wszystko zgasło, ucichło i słychać było tylko oddalające się i powracające piski.

ALEJA KLONÓW (24)

Chwile sunęły leniwie, jak mętna woda przesuwająca się w kanałach ściekowych, przy chodnikach, jak białe cumulusy, wyłaniające się zza zielonych koron drzew. Któregoś dnia, może to był wtorek, a może czwartek, gruchnęła wieść, że w sobotę przejedzie Aleją Klonów towarzysz Zawadzki. Nie miałem pojęcia, kim był, ale magia dwóch słów „towarzysz Zawadzki” była niesamowita i powodowała, że zacząłem uważnie przysłuchiwać się rozmowom dorosłych. W południe dziadek Mojżesz przyszedł na obiad do mojej mamy i wymądrzał się pomiędzy jedną łyżką rosołu, a drugą, między kęsem mięsa, a kartoflem uwalanym w brązowym sosie.

– To stary komunista, z podejrzaną przeszłością, to Przewodniczący Rady Państwa… ohydna świnia…

– Niech ojciec przestanie, bo jeszcze ktoś usłyszy, doniesie i będziemy mieli problemy – uciszała go mama.

– A czego mamy się bać – podjął wątek mój tata i dodał – to generał dywizji, ale szkolony przez Rusków… na pewno ma krew na łapach…

– Przestań i ty wygadywać takie rzeczy, chcesz trafić do więzienia…? – mówiła teatralnym szeptem mama.

– Świnia, komunistyczna świnia i powinno się ją postawić pod płotem, a potem zastrzelić ze starego mauzera… – gardłował dziadek, popijając obiad piwem z baryłkowatej, zielonej butelki.

– Ale czytałem w gazecie, że to syn hutnika ze Śląska i robota mu nieobca, nawet u Szwabów pracował, i w hucie, i w kopalni też… – powiedział tata.

            – No właśnie – włączyła się znowu mama – to może być porządny człowiek…

– Każdy komunista to bandyta – oburzył się dziadek – złodziej, świnia i diabeł wcielony…

– Co ojciec tak przy dziecku bluźni – zaperzyła się mama – nie wolno tak mówić, bo to przywoływanie złej mocy.

–  Siedział w paru więzieniach, a potem wstąpił do armii i piął się w górę, stopień po stopniu – ciągnął tata.

– Jakby mu kazali strzelić ci w łeb, zrobiłby to natychmiast… – skwitował rozmowę dziadek.

Przeraziłem się nie na żarty i pobiegłem na podwórko podzielić się nowymi wieściami z kolegami z sąsiedniego domu, którzy właśnie grali w kluchę. Wybijali niewielki patyk dłuższym kijem i biegali wokół wyłysiałego trawnika.

– Wiecie, że w sobotę przejedzie naszą ulicą towarzysz Zawadzki? – zapytałem, kładąc nacisk na słowo „towarzysz”.

– A kto to taki…? – zapytał młodszy Marasek.

– Jakiś generał, komunista, a może diabeł jakiś… – odpaliłem od niechcenia.

– Przestańcie, bo ja się boję… – powiedziała dziewczynka mieszkająca obok salonu fryzjerskiego – u nas za ścianą ciągle słychać straszliwe ryki. Mój tata mówi, że w żonę fryzjera wszedł Szatan…

–  Ja tam się nie boję, bo babcia zawiesiła mi na szyi, złoty krzyżyk na łańcuszku – powiedział starszy Marasek.

Był czerwiec, ale mama zwykle wołała mnie z podwórka około siódmej, myła brudne ciało w ocynkowanej wannie, dokładnie czesała włosy, zakładała flanelową piżamę i kładła do łóżka. Po całodziennym bieganiu, gonieniu się z innymi dziećmi, po wdrapywaniu się na drzewa i wyścigach wokół ulicy Kcyńskiej, zasypiałem natychmiast. Tym razem jednak nie mogłem zapaść w sen, a w moich myślach pojawiała się jakaś dziwna postać, ni to człowiek, ni pień klonowego drzewa. W końcu oczy skleiły się na dobre i zacząłem oddychać równomiernie, a dziwna błogość rozlała się po całym ciele. Sen pojawił się niczym film, jakbym otworzył oczy wewnętrzne i znalazł się w jakiejś dziwnej, nieznanej przestrzeni. To było nasze podwórko, ale nie było bramy, ani muru granicznego, zniknęły płytki chodnikowe i trawnik, a wszystko pokrywały bąble krwi, pulsujące lekko i pękające raz za razem. Stałem pośród czerwonej przestrzeni i patrzyłem w dal, poza podwórze, gdzie powinna być Aleja Klonów, ale różowawe i błękitne mgły spowijały wszystko i niczego nie mogłem dostrzec. Ruszyłem przed siebie, a wtedy opary też się poruszyły i nagle ukazała się droga biegnąca w stronę horyzontu. Z dala nadjeżdżał jakiś silnie oświetlony pojazd, a nad nim leciały stada gawronów, kawek i pasiastych ryb, przypominających okonie i szczupaki. Dopiero gdy pojazd przybliżył się, zauważyłem, że jest to wielka, czarna, odkryta limuzyna, w której stoi mały człowieczek w drucianych okularach, jako żywo przypominający sprzedawcę gazet, z kiosku na rogu ulicy. Światła oślepiły mnie na chwilę, a gdy przyzwyczaiłem się do ich intensywności, stało się coś przerażającego i tak nieprawdopodobnego, że zacząłem płakać przez sen. Mały człowieczek urósł nagle do wielkości najwyższego klona z naszej alei, a na jego skroniach pojawiły się wielkie, skręcone rogi. Marynarka pękła na strzępy i wydostało się z niej wielkie cielsko, pokryte czarną szczeciną, ręce zamieniły się w drapieżne szpony, a trzonowe zęby wydłużyły się i wyostrzyły jak u wampira. Pochylił się nade mną i zawył straszliwie, a pulsujące bańki krwi pękły w jednej chwili i zrosiły się na moim ciele, jakby ktoś chlusnął mnie z wiadra świeżo utoczoną świńską posoką. Wrzasnąłem jak opętany i skoczyłem z łóżka, ale już była przy mnie mama i przyciskała mnie do piersi.

– Śpij synuś spokojnie… co też ci się takiego przyśniło…? – pytała wystraszona.

– Towarzysz Zawadzki… towarzysz… wydukałem łkając i drżąc na całym ciele.

Wkrótce nadeszła długo oczekiwana sobota i zaraz po śniadaniu pobiegłem ku Alei Klonów, gdzie gromadziło się wielu ludzi. Stanąłem naprzeciw bramy do naszego podwórka, przy asfaltowej jezdni, i przyglądałem się wszystkim dookoła. Tuż przy mnie stał Janek Wodogłowiec i wykręcając głowę, machał jakąś papierową, biało-czerwoną chorągiewką, upapraną w psim łajnie. Za nim stała rozkrzyczana, wielka grupa harcerzy, w szarych i zielonych mundurkach, z trójkątami żółtych chust na plecach i z fińskimi nożami przy paskach. Ledwie przyszli, zaczęli skandować:

– Młodzież z partią… młodzież z partią…

Nieco dalej zauważyłem trzech kominiarzy w czarnych uniformach ze srebrnymi guzikami, a przy nich rozchichotaną Yvette, żonę fryzjera, wystrojoną jak dziwka w koronki i woalki. Po drugiej stronie ulicy ulokowało się kilku masarzy, w białych fartuchach i cały oddział wojska, z karabinami na ramionach. Wszędzie widać było dzieci, przebiegające ulicę, zatrzymywane w pół drogi przez milicjantów i kierowane z powrotem ku miejscu, skąd ruszały. Po obu stronach stało też wielu dorosłych, a przy jednym z drzew zauważyłem mojego dziadka rozprawiającego z garbatym teściem sprzedawczyni ze sklepu spożywczego. Jakże uradowało się moje serce, gdy nagle mój tata podjechał wielkim Jelczem z zakładów rowerowych i przywiózł wielu, wielu pracowników, którzy wysiadając znajdowali sobie miejsce na skraju asfaltu i szybko rozpościerali flagi, transparenty propagandowe i sztandary zakładowe. Niektórzy z nich zaczęli zasłaniać mi widok, więc bezpardonowo przeciskałem się do przodu, przechodząc pod ich nogami, sunąc sprytnie po ziemi ku wolnym przestrzeniom. Po jakimś czasie tłum zaczął falować i zewsząd dolatywały radosne okrzyki:

– Jeeeedzieee… Już jeeeedzieee… Niech żyje… Niech żyje Przewodniczący Rady Państwa…

Chciałem wyjść na ulicę, by zobaczyć, co dziej się w dali, ale nagle znalazł się przy mnie dziadek i szepnął mi do ucha:

– Gdzie się tak pchasz kozi boblu, chcesz, żeby ta świnia ciebie stratowała…?

Odsunąłem się wystraszony, a wtedy dziadek uniósł mnie w górę i posadził na swoim karku, skąd miałem wspaniały widok. Tłum falował, słychać było wiwaty, okrzyki zachwytu, a czasami odzywał się jakiś pieśniarz, zawodzący pierwsze zwrotki Międzynarodówki i cichnący szybko, jakby ktoś mu zamykał usta dłonią. Dziadek trzymał mnie za ręce, a czasem puszczał je i opierał na moich nogach, na których miałem podziurawione, czerwone rajtuzy.

– Jedzie ta świnia bolszewicka… – szepnął i przesunął się ze mną nieco do przodu.

Spojrzałem w lewo i zobaczyłem wielką, odkrytą, czarną limuzynę, a w niej niepozornego człowieka w ciemnym garniturze i drucianych okularach na nosie. Miał dość bujną, czarną czuprynę, z długą grzywką, jak u robociarzy, zaczesywaną na bok. Co jakiś czas machał to prawą, to lewą ręką, pozdrawiał tłumy i mówił coś do mężczyzn, siedzących z nim w aucie. Nagle spostrzegł mnie, siedzącego na ramieniu dziadka, nakazał zatrzymać samochód i wyciągnął ku mnie ręce. Dziadek w pierwszej chwili cofnął się z obrzydzeniem, ale lekko popchnięty przez milicjanta, ruszył ze mną do limuzyny, z której wyskoczyło dwóch rosłych panów w czarnych garniturach i podało mnie towarzyszowi Zawadzkiemu. Ten rozpromienił się, uniósł mnie w górę, jak generalissimus Stalin dziecko z pochodu pierwszomajowego. Z namaszczeniem złożył pocałunek na moim czole, a potem nakazał mnie oddać z powrotem czerwonemu ze złości dziadkowi, który natychmiast pociągnął mnie poza tłum i powędrował do domu. Nie mógł się uspokoić, palił papierosa za papierosem i pociągał wino z wielkiej butelki. Usiadłem na krześle, przy stole i zacząłem bawić się niewielkim samochodem z plastiku i blachy, do którego wsadziłem ludka z czerwonej plasteliny.

– Uwaga, uwaga – pokrzykiwałem – jedzie towarzysz Zawadzki… towarzysz Zawadzki…

Dziadek popatrzył na mnie z wyrzutem, uniósł okopconym haczykiem fajerki na piecu i splunął rzęsiście do ognia. Odwrócił się do mnie, pogroził palcem i poszedł do swojego warsztatu kleić i szyć nowe buty.

– Job twoja mać… usłyszałem jeszcze przez niedomknięte drzwi, a potem wszystko ucichło i tylko raz po raz słychać było w pustym domu moje radosne okrzyki:

– Jedzie, brrrr…. jedzie towarzysz Zawadzki… towarzysz… Zawadzki… Niech żyje… niech żyje…

 

ALEJA KLONÓW (22)

guillaume-seignac-virginite-my-dash-museum-dash-of-dash-art-dot-blogspot

Yvette była głęboko nieszczęśliwa i nie mogła zapomnieć swojego ostatniego alfonsa, mistrza bokserskiego o budowie atlety. Wyszła za mąż za tego drobnego fryzjera z wyrachowania, bo uwierzyła mu, że ma ogromne oszczędności. Lubiła też jak strzygł jej czarne włoski u końca ud, a potem rzucał się na nią jak zwierzę i długo, długo się nią sycił. Zanim go znienawidziła, uznawała go za jednego z najlepszych kochanków, śmiało stającego w jednym szeregu z Murzynami, Żydami i Cyganami, których obsługiwała w burdelu na polecenie boksera. Szybko jednak do jej życia wkradła się nuda, brakowało jej szaleństw i orgii, a wciąż ten sam mężczyzna potęgował depresję, budził wstręt. Zaczęła coraz częściej sięgać po wino, które jesienią przygotowywał w wielkich szklanych gąsiorach, a potem zaczęła też spijać bimber, który potajemnie pędził w piwnicy, pod salonem fryzjerskim. Siedziała przy serwantce w różowej, jedwabnej podomce ze sztucznym futerkiem na brzegach i wpatrywała się w swoje obicie w ogromnym, kryształowym lustrze albo półnaga kładła się na sofie. Czasem poprawiła jakiś niesforny lok, czasem umalowała usta krwiście czerwoną szminką, poprawiała brwi henną i cały czas paliła papierosy w długiej szklanej cygarniczce, brązowej od nikotyny i oblepionej od wina. Po wypiciu kilku szklanek alkoholu, jej czarne oczy, tak interesujące dla klientów w domu schadzek, stawały się groźne i przypominać zaczynały diaboliczne ślepia. Zauważała to i uśmiechała się cynicznie, wydymając zalotne usta i szepcząc teatralnie:

   – Przelecisz mnie Szatanku… No pokaż jaki jesteś dobry… Dasz radę ze mną…? Weź mnie na samochodzie jakiegoś frajera albo w ogrodzie, za domem.. Przy tej rozrosłej jabłoni…

Zwykle po takich tyradach stawała w lubieżnej pozie i zaczynała zakładać białe pończochy, a potem przypinać je do koronkowego paska. Gdy przypadkiem wchodził wtedy fryzjer, działała na niego jak narkotyk i szybko lądował z nią w łóżku, dokazując cudów męskiej sprawności.

daniel-hernandez

Po jakimś czasie Yvette zaczęła szaleć, najpierw w swoim pokoju, a potem – gdy mąż tego nie zauważał – na ulicach. Jakież to było widowisko, gdy prawie naga, z powiewającą jedwabną narzutką pędziła w szpilkach Aleją Klonów, potykając się raz po raz o wystające płyty chodnikowe albo grzęznąc w miękkiej ziemi przy rowach ściekowych. Szybko gromadziła się za nią dzieciarnia, nie wiadomo skąd galopował Wuja Koniś, pojawiali się jacyś piekarze, rzeźnicy i szeregowcy z pobliskich koszar. Każdy chciał ją dotknąć, a gruby masarz często wpychał ją w zagłębienie kamienicy, opierał o wielkie wrota i macał w upojeniu. Zaczynała się wtedy śmiać histerycznie i pozwalała na wszystko, czasem nawet sama przyzywając do siebie co przystojniejszych chłopaków. Śmierdziała bimbrem i winem, ale też unosił się wokół niej zapach tanich perfum, wody kolońskiej, pomadek i cieniów do powiek, czasem czosnku i kiszonej kapusty, a innym razem zupy grochowej lub ogórkowej. Nie myła zębów i po zjedzeniu obiadu długo utrzymywały się te aromaty w jej ustach, a swoje robiły też ogromne plamy na podomce, pończochach i jaskrawych czółenkach. Rozkoszowała się tym, że napierało na nią kilku chłopaków albo jakiś kapral ocierał się o jej uda, ale nagle zrywała się jak oparzona, z ogromną siłą odpychała od siebie wszystkich i zaczynała bieg przez Aleję Klonów, skręcała w boczne uliczki i biegła, biegła jak różowy demon pośród szarych domów, rozsychających się płotów i bram. Czasem wykrzykiwała jakieś pojedyncze słowa, ale najczęściej zwracała się do Szatana i lżyła go najgorszymi słowami.

     – Nienawidzę cię… słyszysz gnoju…? Nienawidzę cię!!! Myślisz, że taki jesteś dobry…? No to zobaczymy eunuchu, impotencie!!! Ty gnoju… gnoju… gnoju… Dopadnę cię kiedyś w ogrodzie i zabije bez litości…

Zanim ktoś doniósł mężowi, że Yvette wybiegła na ulicę i zanim fryzjer zdołał ja dopędzić, a potem przerzucając przez plecy, zanieść do domu, zdążyła obrazić wiele kobiet, zaczepić starców i mężczyzn w sile wieku, a raz nawet poszła do piwnicy z brudnym od sadzy wozakiem i pozwoliła się wykorzystać na kupie węgla. Nie wiedziała co się z nią dzieje i miała wrażenie, że Szatan wziął ją na czarnym samochodzie, sprawdzając jej miłosne możliwości. Wszystko ją bolało, jedwabie się ubrudziły czernią, ale traktowała to jak próbę własnych możliwości i wielką bitwę z nieczystymi siłami.

303a77a9-7d54-42be-ab69-6a707dfd6dae

Tylko raz widziano Yvette w czarnym kostiumie, skromnych butach i gustownym toczku z siateczką spadającą na oczy. Ubrała się tak na pogrzeb brata fryzjera i poszła z nim wolno pod rękę, do wielkiego kościoła pod wezwaniem Świętej Trójcy. Usiadła skromnie na dębowej ławce, obok męża, po drugiej stronie mając jakiegoś kuzyna czy stryja – usiadła i pogrążyła się w modlitwie, a z jej oczu tryskały fontanny łez. Ksiądz we fioletowej szacie stanął przy ołtarzu i zaczął odprawiać mszę pogrzebową, a wtedy na jej twarzy pojawił się grymas zdziwienia., coraz intensywniejszy, coraz bardziej groteskowy. Mąż spojrzał z przestrachem na nią, lekko pociągnął ją za koronkę wystającą z rękawów kostiumu, ale to nic nie dało. Słuchała słów księdza i coraz bardziej się dziwiła, a gdy w jej oczach kapłan zmienił się w wielkiego czarnego krokodyla, roześmiała się histerycznie i wrzasnęła:

        – Myślałeś, że Ciebie nie poznam…  Ty podły gnoju!!! Myślałeś, że dam się nabrać… No jazda, pokaż jaki jesteś dobry… Weź mnie na tym tutaj samochodzie… No, pokaż gnoju co potrafisz!!!

Fryzjer zbladł na twarzy, rozejrzał się z przestrachem po żałobnikach i szarpnął Yvette do wyjścia. Tam zostawił ją pod opieką dalekiego krewnego, ogromnego milicjanta, który bez trudu poradził sobie z nią. Wyciągnął ze szlufek spodni wielki, szeroki pas, świsnął nim w powietrzu i zagroził jej:

   – Tylko fiknij dziwko… Tylko podskocz narwana kobyło… To tak ci przyleję, że na dupie nie będziesz mogła siedzieć…

Groźba podziałała trzeźwiąco, tym bardziej, że młodzieniec zmienił się w wielkiego błękitnego hipopotama, śliniącego się i ryczącego straszliwie przed nią.

   – Spokojnie góro mięcha – krzyknęła zjadliwie, ale uspokoiła się na tyle, że jej opiekun puścił ją swobodnie i odszedł na kilka kroków, by spojrzeć przez otwarte wrota co dzieje się w kościele.

Yvette na to tylko czekała i natychmiast ruszyła biegiem na drugą stronę ulicy, a potem szybko zniknęła za rogiem. Co jakiś czas oglądała się jednak za siebie, ale nie widząc pogoni równym krokiem podążyła pod górę, by szybko znaleźć się na Alei Klonów. Nie miała klucza, więc weszła do ogrodu przez furtkę zamykaną na drewniany skobel.

723087747

Stanęła przy wielkiej jabłoni, a w jej uszach rozległy się wysokie tony trąb anielskich, jakieś wielkie chóry, mormoranda i refreny. Uśmiechnęła się lubieżnie i jak tancerka erotyczna w kabarecie zaczęła zrzucać z siebie odzienie, sycząc zalotnie:

   – No jak tam czarny wężu…? Jak tam Szatanku… mój ty krokodylku i hipopotamku… Dasz radę? Weźmiesz mnie w rajskim sadzie…?

Powoli ściągała poszczególne części ubioru i wkrótce już stała w czarnych pończochach i czerwonej bieliźnie. Oparła prawą nogę o pieniek wystający z ziemi, wpatrzyła się w jakiś punkt na drewnianym płocie i zginała wskazujący palec prawej ręki, przyzywając i wabiąc niewidzialnego złego ducha. Wkrótce odpięła pończochy, zsunęła je zalotnie z nóg, a potem zdjęła stanik i fiknęła butami w górę, tak mocno, że jeden z nich zawisł w rozwidleniu grubego konara. Naga podeszła do najbliższej gałęzi, zerwała czerwone jabłko i unosząc je w górę ryknęła:

   – No i co gnoju…? Skusisz się…? Jazda, pokaż ile jesteś wart? Taki z ciebie książę piekielny, taki władca ciemności… No, pokaż co potrafisz…

Gdyby ktoś przyglądał się tej scenie z boku, zobaczyłby, że czarne oczy Yvette zmieniły się nagle w wilcze ślepia, a w kącikach ust pojawiła się piana. Oddychała chrapliwie, nierówno, jakby miała wodę w płucach, a jej łono falowało lubieżnie w rytm jakiejś straszliwej melodii, brzmiącej tylko w jej uchu. Nagle wyprężyła się, jakby trafiona strzałą, jakby przebita piką przez rzymskiego centuriona i padła bez czucia na ziemię. Czerwone jabłko potoczyło się w dal i stanęło dopiero przy jakichś czarnych łapach, ni to pazurach, ni szponach. Mgła napłynęła z północy, pojawiły się jakieś brunatne opary, duszące dymy i nie można było dostrzec kto uniósł owoc i rozgryzł go tak gwałtownie, ze sok trysnął na boki.

Malarstwo: Daniel Hernández Morillo (1856–1932)

LEONARD COHEN 1934-2016

mtiwnja4njmznzc1mji4ndi4

Smutek od samego rana… Wczoraj poinformowano, że 7 listopada zmarł w Stanach Zjednoczonych Leonard Cohen, jeden z moich przewodników życiowych, osoba bliska mi jak członek rodziny. Kochałem jego ballady od pierwszych chwil, gdy je wysłuchałem, wczytywałem się w teksty, bo była w nich mądrość i filozofia życia, prawda o czasie i ludziach. Sięgając myślą do wielu etapów mojego życia, zawsze słyszę jego wspaniałe pieśni, czy to w małym pokoiku na bydgoskim osiedlu Błonie, czy na szlakach Ameryki, Chin, wielu krajów Europy i Azji, w przygodnych mansardach artystów i w pokojach luksusowych hoteli, zawsze on – z taśmy, z płyty, a potem z ipodów i smartfonów. Wiele razy stylizowałem szczególne momenty mojego życia i wplatałem w nie jego muzykę, głos, poezję – stojąc na Liberty Island, wspinając się na chiński mur, zbliżając się do Araratu, albo płynąc statkiem po Bosforze, zamyślając się nad Niemnem, wpatrując w fale Atlantyku i Morza Śródziemnego. Tak łączyłem magię tych chwil z głębią jego przesłania – dla ludzkości, która odeszła, odchodzi i dla tej, która nadejdzie. Mógłbym tu przywołać wiele szczególnych pieśni, wiele clipów, ale przecież w takiej chwili trzeba przede wszystkim podkreślić żal i ból z powodu jego odejścia. Wczoraj świat zubożał w jednej chwili, a ja – od momentu gdy zobaczyłem ostatnie publiczne wystąpienie Leonarda – wiedziałem, że jego życie nieubłaganie zbliża się do końca. Utwierdziłem się w tym przekonaniu, gdy wysłuchałem niezwykłych songów z ostatniej płyty, dopiero co opublikowanej w październiku tego roku, w której pojawiły się tony eschatologiczne i poeta wprost mówił: I am ready my Lord… Ta śmierć pokazuje jak mało mamy czasu, nawet jeśli osiągamy szczyty sławy, tworzymy wielkie dzieła, nie starcza chwil, by ogarnąć wszystko wzrokiem i spojrzeć na nasze dzieje ze szczytu pięknej góry. Ona przychodzi nieodwołalnie i burzy wszystko, a szczególnie te ludzkie konstrukcje, które wydawały się wieczne, nienaruszalne. Głos w ostatnich pieśniach jest przytłumiony, brunatny, czarny, przechodzący w melorecytację, ale to jest najpełniejsze podsumowanie i potwierdzenie, że wszystko przemija i każdy płomień gaśnie… Jeszcze jedno mądre, bolesne wskazanie, których tyle w utworach barda z Kanady, jeszcze jedno arcydzieło w ciągu wielu niezwykłych realizacji. Dzisiaj stając nad otwierającym się grobem Leonarda Cohena, wpatruję się w ciemność, szukam potwierdzenia, że liczy się tylko życie, aktywność i twórczość – liczy się indywidualny wymiar egzystencji, który zaczyna promieniować na coraz szersze kręgi, a potem staje się legendą. Żegnaj przyjacielu, żegnaj bracie – żyliśmy w tym samym czasie na Ziemi i wspierałeś mnie wiele razy… Dziękuję Ci za poezję i każdą pieśń z osobna, dziękuję za twoją obecność w moim losie. Odchodzisz w ciemność, ale za tobą snuje się najczystsze, żywe światło – odchodzisz do wieczności, ale zostajesz w sercach ludzkich, w pieśniach i w chwilach, w ulotnej energii i bólu…

DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (3)

images

20 grudnia 1981

Przeczytałem cykl artykułów Stanisława Łukasiewicza pt. Byłem sekretarzem Bieruta. Ciekawe informacje o latach powojennych w Polsce, ale autor za bardzo chce siebie eksponować i niechcący wychodzi mu panegiryk na cześć własnej osoby. Wiadomości zasłyszane: Papież zaapelował do wszystkich ludzi dobrej woli o modlitwy w intencji Polski. Podkreślił prawo Polaków do życia w pokoju i poszanowania praw człowieka. Zaapelował o solidarność z Polską i jej narodem, bo to, co jest ważne teraz dla Polski, ważne jest dla całej Europy. Wspomniał też o zabitych i rannych, mówiąc, że są oni powodem jego szczególnej troski.

Nadal trwają strajki w Województwie Katowickim i Gdańskim – według Amerykańskiego Departamentu Stanu na Śląsku zabito ponad pięćdziesięciu górników. Wysłannik Jana Pawła II arcybiskup Poggi przybył do Warszawy, gdzie przywitał go biskup Dąbrowski. Dostojnik przywiózł list papieża do prymasa Polski arcybiskupa Józefa Glempa.

W Zurychu odbyły się obrady działaczy Solidarności przebywających w dziesięciu krajach zachodnich. Będą oni organizować międzynarodową pomoc dla Polski. W Monachium odbędzie się natomiast modlitewna procesja pokutna, którą poprowadzi kardynał Ratzinger. Procesja będzie miała charakter religijny i zorganizowana zostanie w intencji naszego kraju.

Ambasador Polski przy ONZ-ecie Romuald Spasowski poprosił wraz z rodziną, o azyl polityczny w USA. Oznajmił o tym Aleksander Haig, a jest to, od trzydziestu lat, najwyższy rangą polityk polski, który poprosił o azyl na Zachodzie. Spasowski, syn znanego filozofa marksistowskiego, stwierdził, że jest to protest przeciwko uwięzieniu Lecha Wałęsy.

Wczoraj odbył się wiec w Stoczni Remontowej Parnica w Szczecinie, a w mieście tym trwają stale próby zorganizowania strajków. Z kolei na południu Polski żołnierze mieli przyłączyć się do strajkującego zakładu.

Rzecznik Departamentu Stanu USA wyraził zaniepokojenie stosowaniem w Polsce siły wobec ludności cywilnej. Parlament brukselski uczcił minutą ciszy śmierć górników. Premier Belgii Leo Tindemans wezwał do uwolnienia uwięzionych i poszanowania uchwał KBWE. Zbigniew Brzeziński stwierdził, że w Polsce ma miejsce pośrednia interwencja ZSRR.

„Washington Post”: To, co stało się w Polsce okryło hańbą Jaruzelskiego. „New York Times”: Terrorem junta stłumi opór, ale nikt nie będzie za nią pracował. Prywatne niemieckie banki uzależniły dalsze kredyty dla Polski od tego, czy rząd niemiecki udzieli stuprocentowych gwarancji.

W Londynie tysiące osób wzięły udział w wiecu w Hyde Parku. Demonstranci przeszli przed budynek polskiej ambasady i usiłowali wręczyć petycję domagającą się zakończenia stanu wojennego, ale urzędnicy reżimowi odmówili jej przyjęcia. We Wiedniu tysiące polskich uchodźców wzięło udział w mszy w intencji Polski. Jutro w Zurychu zbiorą się przedstawiciele ośmiu banków, które rozpatrzą petycję rządu polskiego o kredyt w wysokości 350 milionów dolarów, z przeznaczeniem na spłatę odsetek zadłużenia zagranicznego.

W Paryżu wybuchła bomba w Polskim Biurze ds. Transportu Międzynarodowego. Podłożyło ją jakieś ugrupowanie komunistyczne, na znak protestu przeciwko terrorowi marksistów w Polsce i innych krajach świata.

Próbowałem się skontaktować z Pastuszewskim, ale mi się nie udało. Miał wcześniej być na nielegalnym zebraniu u Oszubskiego, ale się nie pojawił. Jakoś nie pasuje mi na trybuna ludowego, chociaż ostro się stawia władzy.

Tytuły prasy angielskiej: „Jak zamordowano Solidarność”, „Krwawe urodziny Breżniewa”, „Mężczyzna zginał przeciwstawiając się samotnie czołgom”, „Orzeł w klatce”. „Sunday Times” twierdzi, że Jaruzelski chciał się spotkać z prymasem Glempem, ale ten odmówił, uzależniając to od udziału Wałęsy w tym spotkaniu. Podobno Wałęsa znajduje się Konstancinie pod Warszawą, gdzie udał się do niego jeden z członków rady wojennej i próbował nakłonić do wystąpienia w telewizji, ale spotkał się ze zdecydowana odmową.

0

Jak wynika z relacji jednego z zatrzymanych, a następnie uwolnionych, w obozach dla internowanych panują nieludzkie warunki. Ludzie trzymani są w nieogrzewanych barakach, w których są wybite szyby, nie ma toalet ani wody. Przesłuchujący, dla zastraszenia, bawią się nabojami podczas przesłuchań.

„Sunnday Times”: Nieobecność Jaruzelskiego na Kremlu podczas urodzin Breżniewa, to tak jakby „Hamleta” pozbawić sceny z grabarzami. Ten starzec ze stymulatorem serca może być jednak lepszy od jakiegoś młodszego towarzysza, który serca może nie mieć wcale.

Już dwadzieścia dwa dni nie widziałem Aliny i nie wiem co się z nią dzieje. Ostatniej nocy śniła mi się bardzo wyraziście, całowałem ją i przytulałem się do niej, a potem nagle wszystko rozwiał jakiś senny wiatr, pojawili się zomowcy z karabinami i pałkami, ulicami jeździły czołgi, a nad nimi wznosiły się wielkie helikoptery.

21 grudnia 1981

Dzisiaj byłem w centrum miasta i nie widziałem zbyt wielu zomowców. Nie było też patroli wojskowych. Żadnego uśmiechu na twarzach ludzi, wszyscy gdzieś podążają w skupieniu, zerkając nieufnie na boki. Po powrocie skończyłem czytać Zdobycie władzy Czesława Miłosza, które kupiłem jeszcze w budynku bydgoskiego MKZ-etu. Powieść sztuczna, sztampowa, napisana jakby na modłę socrealistyczną, nie zachwyciła mnie. Większe wrażenie zrobił na mnie tom wierszy Ryszarda Krynickiego pt. Nasze życie rośnie.

Wiadomości: Telewizja i Polskie Radio podały, że w kopalni „Ziemowit” strajkuje pod ziemią ponad tysiąc górników. Obok w kopalni „Piast” strajkuje tysiąc siedmiuset pracowników. Łączność nawiązywana jest przez telefon. Rodziny przynoszą górnikom jedzenie, które dostarcza się pod ziemię.

Romuald Spasowki złożył oświadczenie przed kamerami amerykańskiej telewizji. Potwierdził między innymi, że jego decyzja była aktem protestu przeciwko uwięzieniu Wałęsy.

Pojawiają się informacje co do dalszych uwięzionych: Wojciech Ostrowski (działacz katolicki), Maciej Iłowiecki, Tomasz Łubieński, Maria Wasiek (historyk), Stefan Pastuszewski, Włodzimierz Michalak. Ten Michalak to działacz naszego uczelnianego NZS-u, ale na wydziale krążą plotki, że był też członkiem PZPR-u. Ile w tym prawdy, nie wiem, chociaż facet jest dziwaczny trochę, taki zbyt poważny.

W Niemczech nasilają się protesty z powodu uwięzienia Władysława Bartoszewskiego. Zamknęli też Andrzeja Drawicza, Romana Zimanda, Tadeusza Kantora, Andrzeja Wajdę i rektora Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Gierka, Jaroszewicza i innych dawnych członków Biura Politycznego internowano w ich willach. Protesty i demonstracje w Hamburgu, Karlsruhe i licznych mniejszych miastach niemieckich. Z protestem wystąpił Heinrich Böll i inni znani pisarze niemieccy. Polonia polska złożyła protest w polskiej ambasadzie w Canberze, a w Adelajdzie odbył się wiec i pochód. Niesiono portrety Wałęsy i Jana Pawła II, a także transparenty z napisami: Ręce precz od Polski.

uid_f7ebe4bdfee557193d6cc00b28f0a2c61323933047936_width_633_play_0_pos_0_gs_0_height_355

Jan Paweł II potępił dominację pewnych grup, nadużywających władzy nad narodami, powiedział między innymi, że ludzie mają prawo stosować odpowiednie środki w obronie swej godności. Według rzecznika Białego Domu na Śląsku strajkuje dwadzieścia kopalni, a opór w Polsce zakrojony jest na dużo szerszą skalę, niż dotąd sądzono. Strajkujące zakłady, to: Huta Nowotki w Ostrowcu Świętokrzyskim, Rafineria Płock, Huta Katowice, gdzie zgromadziło się około osiem tysięcy robotników i zespawano bramę wjazdową – rozlokowano też na terenie huty butle z acetylenem i zagrożono wysadzeniem huty w powietrze. Strajkują Świdnickie Zakłady Sprzętu Lotniczego, kopalnia soli w Bochni, a praca w stoczniach została zawieszona na okres świąt.

Carington powiedział, że życzyłby sobie by Zachód rozważył wstrzymanie pomocy żywnościowej dla Polski, ale prezydent Mitterrand stwierdził, że Francja będzie na razie wysyłać żywność, ponieważ – jak powiedział: Ci, co głodują nie są członkami polskiego rządu. We Francji odbędzie się jutro jednogodzinny strajk na znak protestu przeciw sytuacji w Polsce. Czterech marynarzy ze statku Zambrów poprosiło o azyl polityczny w Holandii. Międzynarodowy Czerwony Krzyż wystąpił z apelem o pomoc dla Polski i o zebranie dwudziestu milionów dolarów. W poniedziałek apelował już tylko o sześć milionów.

Dokerzy amerykańscy postanowili zbojkotować wszystkie statki przybywające do USA z Polski i wypływające do naszego kraju, a w proteście uczestniczy sto tysięcy pracowników portowych.

W Londynie kardynał Basil Hume odprawił mszę św. w intencji Polski – zaapelowano o modlitwę wszystkich katolików na świecie. Jutro w Norwegii odbędzie się pięciominutowy strajk protestacyjny. Podobno dwa tysiące górników zabarykadowało się w przejściu z jednej kopalni do drugiej. Milicja wdarła się na teren Politechniki Wrocławskiej i biła kogo popadnie – mówi się o tym, że jeden ze strajkujących uczonych zmarł na atak serca.

Byłem u Grzegorza Musiała, który patetycznie, ale ze wzruszeniem czytał swoje Pieśni wojny. Przybył jego brat, skrajnie różny jeśli chodzi o budowę ciała – raczej solidny byczek. Nie mogę już znieść tych spojrzeń matki i rodzeństwa Grzegorza, którzy niby są dla mnie mili, ale obserwują mnie jak jakiegoś gada w terrarium. Oni myślą, że Grzesiu ma kontakty tylko z homoseksualistami, a tymczasem ja wciąż jestem zakochany w Alinie i nigdy, nawet przez chwilę, nie przyszło mi do głowy zainteresowanie seksualne jakimś mężczyzną. Poznałem sporo kolesiów Musiała i wszyscy są zmanierowani, zniewieściali, a jak już pozują na siłaczy, to i tak jest to podszyte jakąś strategią, która ma doprowadzić do znalezienia się w łóżku z jakimś chłopaczkiem. Na przykład z takim jak ja… Był też Krzysztof Soliński, poeta lingwistyczny i pracownik wydawnictw bydgoskich i straszliwy zarozumialec, starający się pozować na cynika. Po wypiciu dwóch kielichów wina zaczął przysypiać na krześle. Nie ufam mu i u Musiała też miałem wrażenie, że tylko markuje sen i uważnie słucha o czym mówimy.

            22 grudnia 1981 roku

Cały dzień przesiedziałem w domu, łudząc się, że listonosz przyniesie list od Aliny, albo ona sama stanie w drzwiach mieszkania moich rodziców. Patrząc na nią z oddali widzę jej dziwność – taka piękna dziewczyna, taka podniecająca, a stale uwikłana w jakieś bzdurne wspomnienia. Ten jej Józik z Wałdowa, wspomnienia wiejskich zabaw i nocnych wyznań miłości, smętne wracanie do piosenki Angie Rolling Stones i jego „pięknej” twarzy. W końcu pokazała mi jego zdjęcie i byłem w szoku, bo wyglądał jak Tolek Banan ze słynnego serialu telewizyjnego, tylko z większym, kartoflowatym nosem. I ta tandetna dedykacja na odwrocie – Alince zawsze kochający Józik. Na to ją wziął i dlatego ona tak mnie traktuje, jest słaba i nie umie ze mną zerwać do końca, ale wciąż od nowa rozmyśla o nim. Muszę być silny i skończyć to wszystko w jednej chwili – dotąd byłem jej wierny, ale koniec z tym fatalnym zauroczeniem. Sporo dziewcząt się mną interesuje i nie rozumie dlaczego nie odpowiadam na wyraziste sygnały, a jeden z kolegów – widując mnie czasem z Musiałem – rozpuszcza w środowisku literackim wieści, że też jestem pederastą.

Wiadomości z Wolnej Europy: Trwa nadal strajk w kopalniach „Ziemowit”, „Piast” i „Anna”. Solidarność w Szwajcarii wystosowała już drugi apel do żołnierzy polskich, oto on: Żołnierze polscy! Posłużono się wami niegodnie, hańbiąc sławę munduru polskiego, bądźcie świadomi odpowiedzialności jaka na was ciąży. Nie wolno wam rozstrzelać Polski. Głęboko wierzymy w to, że Sierpień 1980 roku przeżyje w sercach Polaków i pozwoli odrodzić się wolności.

Radio Wolna Europa podaje, że do tej pory śmierć w Polsce poniosło dwieście osób. Siły wojskowe liczą obecnie 400 tys. żołnierzy, ale tyle samo liczą oddziały milicji. Przeciwko ogłoszeniu stanu wojennego, wystąpił w Radzie Państwa, Przewodniczący Stowarzyszenia PAX Ryszard Reiff. Episkopat Polski nawiązał kontakt z rządem i może dlatego zniesiono godzinę milicyjną w nocy z 24 na 25 grudnia, żeby Polacy mogli wziąć udział w tradycyjnych pasterkach.

Jan Paweł II wezwał do rozwiązania kryzysu w Polsce na drodze pokojowej, wspomniał też swoje spotkanie z Lechem Wałęsą, a także zapewnił, że modli się stale do Matki Boskiej Częstochowskiej.

Wczoraj odbył się marsz 50 tys. studentów paryskich, którzy przeszli pod ambasadę PRL-u. Grupa prawników paryskich utworzyła Komitet Pomocy Polsce. W Holandii liczba uchodźców wzrosła do 40.

Radom został otoczony kordonami milicji i wojska i jest jednym z głównych punktów oporu. Ludzie czują, że coś się wydarzy w tym mieście, ale wzajemnie się informują o posunięciach władzy, by nie dopuścić do prowokacji. We Wrocławiu spędzono w jedno miejsce dwustu ludzi i kazano im stać bez butów na mrozie.

Romuald Spassowski spotkał się z Reaganem, 39 polskich marynarzy poprosiło o azyl w RPA. Wczoraj wieczorem przybył do Rzymu biskup Dąbrowski, a dzisiaj odprawił z Janem Pawłem II mszę św. W prywatnej kaplicy papieża. Odbył potem godzinną rozmowę z Wojtyłą. Podobno nie żyje Tadeusz Mazowiecki. Biskup Dąbrowski oświadczył, że Wałęsa jest pod Warszawą, ma u boku rodzinę – biskup wielokrotnie z nim rozmawiał.

Zmieniło się na lepsze nastawienie Austriaków do uchodźców polskich, chociaż docierają do urzędników państwowych donosy, informujące, że pośród nich jest sporo zakamuflowanych agentów peerelowskiej Służby Bezpieczeństwa. Jakiś zachodni dyplomata widział walki ZOMO z młodzieżą w Gdańsku i czołg strzelający pod stocznią. W kopalni „Thorez” w Wałbrzychu zomowcy pobili wielu górników i prawdopodobnie byli zabici. Lekarze są wstrząśnięci stanem rannych. W Warszawie pojawiły się ulotki: „Solidarność była, jest i będzie”.

Zomo2

Spotkałem w mieście Krzysztofa Solińskiego i zaproponowałem mu wydanie mojego zbioru erotyków pisanych dla Aliny w Kujawsko-Pomorskim Towarzystwie Kulturalnym, gdzie jest redaktorem. Spytał kogo bym widział jako recenzenta i odparłem, że cenię Andrzeja K. Waśkiewicza, co przyjął z uznaniem. Wygłosił te swoje malkontenckie uwagi, że poezja nie ma sensu, liczy się tylko język, słowo i dłubanie w nich bez końca. Od samego początku ten człowiek mnie odrzucał, szczególnie podczas spotkań literackich – wszystko w jego interpretacji jest do kitu. Spodobało mi się, gdy Siwiec powiedział mu, że zamiast pierwszej literze w alfabecie, lepiej byłoby zadedykować tom jakiejś pięknej dziewczynie. Po Solińskim to spłynęło, gładził swoją rudą brodę i patrzył niewidzącym wzrokiem w dal. Zapewne przenikał głębie istnienia i miał gdzieś nasz światek, wszak przyjaźni się z wielkim krytykiem Krzysztofem Nowickim, który też ma podobne podejście do świata. Kiedyś rozmawiałem z nim na ulicy Pomorskiej i podczas krótkiej wymiany zdań, zdążył powiedzieć mi, że pisanie właściwie nie ma sensu i on świadomie odstawia pióro. Soliński jednak pisze i wydaje swoje kolejne tomiki, a potem dedykuje je literom w alfabecie. Patrząc na niego i widząc jak stale skubie tę swoją brodę, miałem chęć doskoczyć do niego i wyrwać mu ją kłak po kłaku.

23 grudnia 1981 roku

Poszedłem dzisiaj z Błonia do Oszubskiego, starą drogą, którą przemierzałem wielokrotnie chodząc na basen przy ul. Nakielskiej. Dzielnica domków jednorodzinnych spokojna, żadnych milicjantów, zomowców, tylko prywatne samochody na podwórkach. Był straszliwy mróz i poczułem jak skóra na policzkach nabrała jędrności i ściągnęła się. Przy kanale zatrzymałem się na chwilę przy drzewach jarzębinowych, gdzie pożywiało się owocami stado pięknych gili. Tylko ze trzy razy w życiu mogłem obserwować te ptaki, więc teraz wykorzystałem okazję i stojąc nieruchomo, cieszyłem się ze spotkania z czerwonymi skrzydlatymi stworzeniami, które zapewne przyleciały do nas z Syberii albo Skandynawii. U Oszubskiego rozmawialiśmy o wszystkim i niczym, a na końcu pojawiły się analizy obrazów Albrechta Dürera, ze szczególnym uwzględnieniem jego autoportretów. Alicja, żona Oszubskiego, która pracuje w szpitalu, powiedziała, że przywieziono im już pięciu zomowców i żołnierzy samobójców. Widać oni też nie wytrzymują – skomentowałem te informacje. Cholera, podoba mi się ta jego żona i ona też zerka na mnie ciekawie, staram się jednak utrzymywać dystans. Po powrocie do domu słuchałem Wolnej Europy i takie oto wieści wyłowiłem z szumów i rządowych zakłóceń:

Jaruzelski spotkał się z 69 naukowcami polskimi i tłumaczył im dlaczego wprowadził stan wojenny. Episkopat Polski jest w ciągłym kontakcie z Lechem Wałęsą. Podobno Kościół uzyskał obietnicę poprawy warunków w miejscach internowania Polaków. Utworzono komitet Koordynacji Kontaktów Rządu z Lechem Wałęsą. Na jego czele stoi Jerzy Turowicz. Dziesięciu zatrzymanych księży zostało uwolnionych z aresztów. Biskup Dąbrowski zdementował pogłoskę o śmierci Mazowieckiego. Solidarności udało się przesłać na Zachód raport o sytuacji w Polsce. Mówi się w nim o tym, że w środę czołgi wdarły się na teren stoczni gdańskiej, a użyto ich też do stłumienia strajku we Wrocławiu, gdzie miało zginąć wielu studentów.

Portugalia zarządziła przerwanie połączeń dalekopisowych z ambasadą polską. Dziesięć państw zachodnich wyraziło protest wobec dławienia praw człowieka i praw obywatelskich narodu polskiego. Podczas mszy św. w Krakowie, w intencji ofiar Grudnia’70 i w jedenastą rocznicę tamtych wydarzeń, na tłumy wychodzące z kościoła kierowano strumienie wody z armatek zainstalowanych na budach ZOMO. Przy siarczystym, siedemnastostopniowym mrozie, na ubraniach natychmiast tworzyły się sople lodu. Robotnicy informują zachodnich dziennikarzy, że nakłania się pracowników Nowej Huty by wyrzekali się członkostwa w Solidarności. Alternatywą jest zwolnienie z pracy.

BIBLIOTEKA (8)

okl1-horz

Obszerną, dwutomową powieść Juliusza Verne’a pt. Tajemnicza wyspa czytałem w młodości dwukrotnie i za każdym razem czułem jakiś niedosyt, coś nie pozwalało mi spokojnie dokończyć lektury. Pierwsze spotkanie było zdecydowanie przedwczesne i spowodowane podszeptem szkolnej bibliotekarki, której się wydawało, że w piątej klasie szkoły podstawowej, będę w stanie przełknąć ją bez trudu. Tak się jednak nie stało, bo po lżejszych powieściach przygodowych, nie mogłem zaakceptować rozwlekłych opisów francuskiego fantasty. Zdaje się, że oddałem oba tomy do biblioteki po przeczytaniu jednej trzeciej całości i dopiero w ósmej klasie wróciłem do tego utworu. Byłem wtedy już po lekturze Dzieci kapitana Granta i Dwudziestu tysięcy mil podmorskiej żeglugi, więc zapragnąłem raz jeszcze zmierzyć się z trzecim tomem tzw. dużej trylogii Verne’a, wchodzącej w obręb dzieła życia, czyli wielotomowych Niezwykłych podróży. Ta druga lektura też obfitowała w momenty zwątpienia i wiele razy miałem chęć zamknąć książkę i nigdy do niej nie wracać, a to przede wszystkim za sprawą ciągłych spowolnień akcji przez wskazane wyżej opisy zaradności wyspiarzy. To, co zapowiadało się znakomicie na początku i mocno przykuwało uwagę, zostało w dalszej części monstrualnie rozciągnięte, zagmatwane i naciągnięte zarazem. To jest historia z czasów wojny secesyjnej w Ameryce Północnej (1861–1865), kiedy to grupka uciekinierów z miasta Richmond, obleganego przez generała Ulissesa Granta, uprowadziła balon i znalazła się siedem tysięcy kilometrów od Wirginii, głównej twierdzy separatystów. Gdy huragan uszkodził poszycie i powłokę balonu, a aeronauci wyrzucili już wszystko, co mogli usunąć z kosza, gdy wreszcie pozostali tylko na linach i spadł do wody jeden z nich, dotarli do nieznanej wyspy na Pacyfiku, którą potem ochrzcili imieniem Abrahama Lincolna. Ucieczkę podjęli: inżynier Cyrus Smith, dziennikarz Gedeon Spilett, marynarz Bonawentura Pencroff, chłopiec Harbert Brown oraz służący Nab (Nabuchodonozor), a potem do tego grona dołączył jeszcze, znany z powieści Dzieci kapitana Granta Tom Ayrton – złoczyńca, który przeszedł przemianę na bezludnej wyspie Tabor. Koloniści mają też psa Topa i oswajają orangutana, którego nazwą Jup i uczynią z niego przydatnego kelnera oraz tragarza. Trzeba przyznać, że pisarstwo Verne’a kreuje typ szlachetnego bohatera, kochającego wolność i walczącego o sprawiedliwość. W tym względzie może on jeszcze wiele lat być cenną pomocą w edukacji młodych pokoleń, a jego postacie mogą stawać się wzorami postaw obywatelskich i działań dla dobra ogółu.

1

To, co zapowiadało się sensacyjnie i przykuwało moją uwagę na początku, niestety zaczęło się rozmywać przez naciągane opisy niezwykłych umiejętności Cyrusa Smitha, cudownie ocalonego podczas upadku do oceanu i potem odnalezionego na plaży przez służącego Naba. Koloniści zaczynają zaprowadzać swoje porządki na wyspie i jakoś dziwnie łatwo im to idzie, a problemu nie stanowi nawet wyprodukowanie kwasu azotowego czy siarkowego, bez trudu tworzą dymarki i wytapiają żelazo, a potem kształtują z niego niezbędne narzędzia i instrumenty. Odbywając wędrówki po wyspie, nazywają jej kolejne partie, tworzą też powoli mapę, na której pojawiają się określenia związane z historią Stanów Zjednoczonych, jak i charakterystycznymi cechami danych miejsc. Ich determinacja jest ogromna, a w skrajnych momentach pomaga im jakiś nieznajomy dobroczyńca, który urasta w ich wyobrażeniach niemal do wymiarów boskich. Po zbudowaniu łodzi, kilku kolonistów udaje się do pobliskiej wyspy Tabor, skąd przywozi nieomal zdziczałego mężczyznę. Okazuje się on skazanym na zesłanie dawnym złoczyńcą i piratem Tomem Ayrtonem, który po przyjeździe na wyspę Lincolna, powoli wraca do społeczności i zostaje całkowicie zresocjalizowany, a potem oddaje nieocenione usługi całej grupie. Najbardziej spektakularną interwencją nieznajomego pomocnika jest wysadzenie miną statku piratów, którzy pewnego dnia pojawiają się na wyspie i chcą ją zagarnąć. Gdy sytuacja była już tragiczna, ogromny wybuch wstrząsnął ich jednostką i wyleciała ona w powietrze, natychmiast osiadając na dnie wraz z załogą. Na wyspie pozostało zaledwie kilku złoczyńców, z którymi koloniści prowadzili walkę, póki nie znaleźli ich na brzegu strumienia martwych, jakby porażonych prądem. I tym razem dopomógł im ktoś, kogo nie znali, a kto ujawnił się na końcu powieści. Okazało się, że był to znany z wcześniejszych utworów Verne’a Kapitan Nemo, którego Nautilus zaklinował się w wielkiej grocie i nie mógł wypłynąć w morze. Koloniści docierają do niego w momencie, gdy gaśnie już w nim życie i stają się mimowolnymi świadkami jego umierania. Okazuje się, że to on pomagał im przez cały czas i on podrzucił im butelkę z informacją, że na pobliskiej wyspie Tabor znajduje się człowiek potrzebujący pomocy. Niestety, bogate w wydarzenia życie kapitana Nemo dobiega końca i koloniści stają się wykonawcami jego ostatniej woli, czyli zatopienia go w odmętach oceanu, razem ze statkiem podwodnym, który stworzył. To istotne dopowiedzenie do powieści pt. Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi, która nie wyjaśnia czy Nemo poniósł śmierć w odmętach Atlantyku, czy uszedł z życiem z sytuacji nieomal bez wyjścia.

2

Przed śmiercią kapitan Nemo powierzył Cyrusowi Smithowi smutną tajemnicę, związaną ze zbliżającą się wielką katastrofą wulkaniczną. Według niego, wyspa miała zapaść się pod wodę podczas wielkiego wybuchu, spowodowanego wtargnięciem oceanu do głównej niecki lawy. Przerażeni koloniści próbują jak najszybciej ukończyć budowę nowego statku, ale widzą, że katastrofa zbliża się wielkimi krokami, a strumienie lawy niszczą całą roślinność i zabijają przerażone zwierzęta. W końcu następuje przewidywany wybuch i z wielkiej wyspy zostaje tylko niewielka skała, ledwo wystająca ponad poziom wody. Mężczyźni chronią się na niej, ale z powodu braku żywności i słodkiej wody, siły ich coraz bardziej słabną i nie widzą już żadnych szans na ratunek. Ten jednak nadchodzi niespodzianie, gdy na wyspę Tabor przypływa po skazańca statek parowy, a nie znalazłszy go tam – po przeczytaniu wiadomości umieszczonej na wyspie przez kapitana Nemo – kieruje się wprost ku samotnej skale i ratuje skazanych na szybką śmierć kolonistów. Opisy wybuchu wulkanu i jego skutków należą do najlepszych w powieści i warto tutaj zacytować choćby niewielki fragment: W pierwszym tygodniu marca Góra Franklina nabrała znów groźnego wyglądu. Tysiące szklanych niteczek zastygłej w powietrzu lawy spadały jak deszcz na ziemię. Krater znów wypełnił się po brzegi. Lawa przelewała się przez wszystkie zbocza wulkanu. Jej strumienie popełzły po skamieniałych tufach i do reszty zniszczyły nędzne kikuty drzew, które oparły się pierwszemu wybuchowi. Tym razem posunęła się ona południowo-zachodnim brzegiem Jeziora Granta poza Glicerynowy Potok i ogarnęła Płaskowzgórze Rozległego Widoku. Ten ostatni cios, zadany dziełu kolonistów, był zaiste straszliwy. Z młyna, zabudowań ptaszarni i stajen nie pozostało ani śladu. Przerażone ptaki rozleciały się na wszystkie strony. Top i Jup okazywały najwyższe przerażenie, gdyż instynkt ostrzegał je przed bliską katastrofą. Dużo zwierząt zginęło w czasie pierwszego wybuchu wulkanu. Z tych, co ocalały, część znalazła schronienie na Bagnie Podgorzałek, niektóre zaś uciekły na Płaskowzgórze Rozległego Widoku. Jednakże to ostatnie schronienie zostało niebawem odcięte i strumienie lawy, wylewając się poza występ granitowej ściany, runęły na wybrzeże jak ogniste wodospady. Żadne słowa nie potrafią opisać niesłychanej grozy tego widoku. W nocy wyglądało to jak Niagara płynnej surówki hutniczej z unoszącymi się nad nią kłębami rozżarzonych gazów i wrzącymi wirami u dołu. (Przeł. Jadwiga Kaczmarewicz-Fedorowska) Po wielu stronach leniwej narracji, po rozdziałach opisujących wdrażanie skomplikowanych technologii na wyspie, nagle wszystko przyspiesza i staje się prawdziwą literaturą przygodową.

4

Moja trzecia i zapewne ostatnia lektura Tajemniczej wyspy, miała już inny charakter, bo przede wszystkim przyglądałem się warsztatowi pisarskiemu Juliusza Verne’a i łapałem go na niekonsekwencjach autorskich. Nie zgadzają się przede wszystkim daty, jakby trzy tomy trylogii były całkowicie od siebie niezależne, a zazębiające się dzieje nie miały ze sobą wiele wspólnego. Jako chłopak nie zwracałem uwagi na rozdęte opisy wdrażania nowych wynalazków na wyspie, choć wiele z nich pojawiało się w życiu kolonistów zbyt łatwo. To tak, jakby Cyrus Smith był cudownym czarodziejem i dostarczał przyjaciołom wszystkiego, co niezbędne – ot „pstryk” i już jest żelazo, „pstryk” i są odczynniki chemiczne, niezbędne do produkcji środków wybuchowych, a potem „pstryk” i tworzy już wyciągarkę do drutu i rozwiesza na wyspie sieć telegraficzną. Zastanawia też mała inwencja grupy w zakresie wydostania się z wyspy i budowanie łodzi, potem statku i wiązanie przyszłych losów z podróżą oceaniczną, gdy w posiadaniu grupy znalazła się powłoka balonu i wystarczyło ją załatać, skonstruować urządzenie do ogrzewania powietrza, a potem przelecieć niewielką odległość, dzieląca ich od Nowej Zelandii. Skoro umieli wytapiać żelazo i budować różnorakie sprzęty, niezrozumiałe jest to, że nie odtworzyli balonu i nie polecieli na północny-zachód. Trochę raził mnie też ten równy podział dawek narracyjnych, jakby Verne codziennie tworzył jeden lub dwa rozdziały, a potem umieszczał je w ciągu opowieści. Aż prosiło się, by po drodze pojawił się jakiś specjalny wstrząs, a prace kolonistów zostały zakłócone. Dopiero pojawienie się piratów wprowadziło do powieści nieco wigoru i akcja przyspieszyła, chociaż po tym wydarzeniu znowu wiele stron miało charakter usypiający i tworzyło wrażenie, że powieść na końcu rozmyje się w nijakości. Oczywiście wybuch wulkanu wszystko zmienił, ale pojawiły się tez nowe dziwności, jak opisy linii telegraficznej kapitana Nemo, który musiałby chyba być nadczłowiekiem by na tak długiej trasie rozwiesić na drzewach swą sieć. Elementem komediowym w powieści jest postać orangutana Jupa, który zostaje niemal myślącym członkiem całego towarzystwa i bierze nawet udział w walkach ze złoczyńcami. Choć małpy te są bardzo inteligentne, trudno byłoby znaleźć taką, która wykonywałaby czynności opisane przez Verne’a. Podczas dwóch pierwszych lektur nie zadawałem sobie pytań o sens tej powieści, a teraz przez cały czas poddawałem w wątpliwość strategię pisarską autora. Miała to być przecież powieść przygodowa, a zmieniła się w opis pobytu na wyspie i ciągów wdrażania kolejnych udogodnień. W tym względzie przypominała opisy działań Robinsona Cruzoe ze ze słynnego dzieła Daniela Defoe’a i nie wnosiła nic nowego do wykreowanej przez tego pisarza postaci rozbitka. Papierową postacią jest też kapitan Nemo, który potrafi taszczyć na brzeg oceanu wielka skrzynię, odbywa samotną wyprawę łodzią na wyspę Tabor i dokonuje wielu innych cudów, spośród których najbardziej wątpliwy jest stały monitoring tego, co robią koloniści. Jakby dysponował kamerami i z pokładu Nautilusa obserwował kolejne kroki Smitha i jego kolegów. Trzecia lektura niewątpliwie była najbardziej efektywna i nie męczyłem się już tak, jak podczas wcześniejszych spotkań z przestrzenią i bohaterami wyspy Lincolna. A choć wiedziałem jaki będzie rozwój wypadków, narracja i opisy zaciekawiały mnie lub budziły sprzeciw, co – koniec końców – też miało swoją wartość intelektualną.

7

AROMAT POMARAŃCZY

okladkaDzieciństwo najpełniej kształtuje naszą osobowość, programując to, co będzie się działo w przyszłości, wpływając na decyzje i wybory ścieżek życiowych. To jest czas narodzin wrażliwości, w którym nic nie idzie na marne, wszystko ma jakiś elementarny sens i skutkuje rozwojem. Dziecko płaczące po rozbiciu kolana, uczy się czym jest ból i czego nie należy robić, zauważa też, że nic nie jest bezkarne w naszym świecie. Tutaj, w niewielkiej powieści Anny Cybulskiej mamy do czynienia z odtwarzaniem tropów dzieciństwa – głębokim zamyśleniem nad tym co się zdarzyło i miało znaczenie dla ukształtowania się świadomości artystycznej, ale przecież jest w tej książce jeszcze jedno ważne założenie. Ma ona być dialogiem z synami, a potem wnukami, z którymi autorka straciła kontakt w trudnych okolicznościach życiowych. To ma być opowieść o dzieciństwie dla dzieci, ale też odsłanianie przed nimi, tego co ukształtowało wnętrze osoby, która przekazała im istnienie. Bez jej życia i pierwiastkowych doświadczeń nigdy nie pojawiliby się na świecie, nie zaczerpnęliby pierwszego oddechu. Założenie jest szczytne – ma to być dziennik tego, co się przydarzyło, ale też próba wskazania jak kruche jest wszystko, jak trzeba w życiu uważać i jak należy siebie kształtować od samego początku. Autorka sięga pamięcią głęboko, do pierwszych zauroczeń i porażek, stara się w subtelny sposób odtworzyć drogę, którą przeszła, próbuje raz jeszcze spojrzeć w oczy osobom ważnym dla jej losów, a przy tym nie gubi samej siebie, raz to stając się małą dziewczynką odkrywającą na strychu tajemniczą żółtą walizeczkę, innym razem, dojrzałą kobietą, oceniającą sprawiedliwie swoje utracone kontakty z wnukami. Wszystko razem układa się w ciąg zdarzeń i analiz, które stają się rodzajem strumienia świadomości, połyskującego odcieniami, niosącego zapachy i odgłosy dawnych chwil.

Ważną rolę odgrywa tutaj magia, która pojawia się w obrębie prostych sytuacji, takich jak choćby siedzenie w poczekalni do lekarza. Oto nagle po hallu zaczynają się toczyć pomarańcze, których aromat czuć wszędzie. Nie są to zwykłe owoce, to jakby wspomnienie cudowności, którą symbolizowały w czasach dzieciństwa, pojawiając się nagle na stołach w czasie świątecznym. W takim rozumieniu stawały się nośnikami sacrum, chwil oprawionych w konteksty uczuciowe, przywoływanych w pamięci jako czas szczęścia i pełni emocjonalnej, jakiegoś nagłego obłaskawienia świata. Autorka chciałaby zaszczepić wnukom wrażliwość, która stała się jej udziałem, ale doskonale wie, że nie jest to takie łatwe i ma związek z licznymi potknięciami, bólem stłuczonego kolana i nagle przeciętego nożem palca. Wierzy, że swoją książką ocali je i spowoduje, że złych doświadczeń będzie mniej, choć też doskonale zdaje sobie sprawę, że to one współtworzą osobowość każdego człowieka. Ta książka została tak napisana, że przeczyta ją z zaciekawieniem dziecko i osoba dorosła, bo ma przecież swoje głębie i swoje tajemnice, niczym tytułowa żółta walizeczka. Nawet jeśli jej synowie i wnuki przeczytają tę opowieść w wieku późniejszym, szukając może swoich korzeni i odtwarzając w przeciwną stronę drogę, która doprowadziła ich do narodzin, będzie to wartość ogromna, być może przełomowa dla ich jednostkowych doświadczeń. Zauważmy też, że narracja autorki zawiera w sobie cichy bunt, bo nie wolno żadnej babci pozbawiać kontaktu z wnukami, a tym samym odzierać je z intymności, która powinna się pojawić w egzystencji każdego dziecka.

Dziewczynki miewają swoje tajemne światy i tutaj jesteśmy świadkami rekonstrukcji przestrzeni, w których miały miejsce duchowe przygody autorki. To obszar małego miasteczka, w którym jak w soczewce skupiały się promienie biegnące z różnych kierunków. Niczym Ania z Zielonego Wzgórza – jej wielka fascynacja lekturowa – miała swoją skarpę, na której bawiła się z innymi dziećmi, przy której dorastała i która pozostała w jej pamięci jako miejsce szczególne, pełne zakamarków i dziwnych kryjówek. Pomarańcze pachniały na świątecznym stole, ale magia tego zapachu przesunęła się aż do lat dojrzałych i powróciła w kreacji nowej książki. To oczywiście metafora, nawiązanie i przeniesienie w przyszłość tego, co kiedyś autorkę zauroczyło, a teraz stało się jedną z tajemnic żółtej walizeczki. Każdy dorosły człowiek niesie w sobie dziecko, każdy ma wspomnienia dobre i złe, ale tylko umysł twórczy potrafi wydobywać szczególne elementy, na nowo przydawać ciepła chwilom i sytuacjom sprzed wielu lat. Książkę Anny Cybulskiej można kartkować jak album starych fotografii, ożywionych nagle i ubarwionych subtelnym opisem, źródłowym komentarzem. To są wspomnienia rekreowane wyobraźnią, a zarazem wskazania dla dzieci i wnuków, którzy zaczynają wędrować swoimi życiowymi drogami. Kiedyś dorosną i będą mogli wtedy powiedzieć, że babcia myślała o nich wiele lat temu i zajmowało ją to, co się z nimi stanie, na kogo wyrosną i gdzie wyruszą. Taka rodzinna czułość, takie uczucie znajdujące powinowactwo w tej samej krwi i łączności genetycznej, jest zapewnieniem, że miłość zainicjowana w momencie ich narodzin, nigdy nie ustanie. A zapach pomarańczy będzie im to zawsze przypominał, tak jak będzie znakiem łączności ta książka, napisana dla nich i w nich. Ta żółta walizeczka, pełna tajemnic i niezwykłości, prawdziwy skarb, dający się znaleźć i otworzyć w każdym czasie…

_________

Anna Alina Cybulska, Dziewczynka z żółtą walizeczką, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2015, s. 124.

ALEJA KLONÓW (21)

aec04331c3e60e95d2d691faf5adec99-horz

Co jakiś czas ojciec uznawał, że mam za długie włosy, brał mnie za rękę i prowadził do fryzjera Frosta. Jego malutki zakładzik mieścił się na parterze dwupiętrowej kamienicy z czerwonej cegły, wybudowanej dawno temu i nigdy nie otynkowanej. Strasznie bałem się tych wizyt, tym bardziej, że mistrz czasami śnił mi się w nocy i przemieniał się wtedy z niewielkiego człowieczka w piekielnego potwora, czarnego karalucha, wielkiego smoka, albo monstrualnego nietoperza. Nie wiedziałem co znaczył jego szelmowski uśmieszek i nerwowo ruszający się wąsik, dla żartu uruchamiane wielkie małżowiny uszne i stale poprawiany małym grzebykiem przedziałek na środku głowy. Dopiero po latach uznałem, że był bardzo podobny do Franza Kafki, tylko ten hitlerowski wąsik absolutnie nie pasował do jego fizjonomii. Ojciec wprowadzał mnie do fryzjerni i Frost zacierał ręce, wyciągał zza szafy specjalną deskę i zapraszającym ruchem prawej ręki wskazywał, że mam na niej usiąść. Z trudem wdrapywałem się na nią, a on ustalał z moim rodzicem, jak ma obciąć moje włosy.

       – Przytnij delikatnie, leciutko, żebym go mógł czesać w pizdeczkę… – mówił mój ojciec i kreślił rękoma jakieś koła w powietrzu.

      – Dobra, dobra… w pizdeczkę, jasne, jasne… w pizdeczkę…

Siedziałem jak na rozżarzonych ogniach, wierciłem się nerwowo i czekałem z bijącym sercem na bieg wypadków. Fryzjer jeszcze coś ustalał z tatą, ale już strzygł powietrze ostrymi nożyczkami, raz to zbliżając się do mnie, raz oddalając, aż w końcu założył mi białe okrycie, zawiązał je pod szyją i zaczął sukcesywnie ścinać włosy. Przy każdym zbliżaniu się odgłosu cięcia bałem się, że zetnie mi płatek ucha, ale był ostrożny, tym bardziej, że ojciec był w pobliżu. Usiadł na krzesełku i przeglądał jakąś świńska gazetkę, którą mu Frost wyjął specjalnie z szuflady. Raz po raz zerkał na otwarte właśnie strony i mrugał porozumiewawczo do ojca, który tak się usadowił, żebym niczego nie widział. Nie wiedział, że ciąg luster odbijał od siebie obrazy i w górnym, prawym rogu tafli, przed którą siedziałem, widziałem fragmenty kolorowych fotografii, prezentujących wielkie biusty, nagie tyłki, łydki i uda pięknych kobiet. Poczułem, że mój siusiak naprężył się mocno i bałem się, że fryzjer zauważy to przez białą powłokę, ale on tak był zaaferowany swoją pracą, że nie widział odbić w górnej części lustra i tego, co działo się ze mną. Był osobą głęboko nieszczęśliwą, bo ożenił się z dziwką Yvette, która nie mogła zapomnieć swoich szaleństw, siedziała na piętrze w różowym, muślinowym szlafroku i piła wódkę na przemian z winem. Zdarzało się, że nagle zrzucała z siebie wszystko, zbiegała po schodach i naga pędziła przez ulicę. Dołączał czasem do niej Wuja Koniś i tak, niczym dwa konie w zaprzęgu, pędzili obok siebie przez Aleję Klonów. Yvette farbowała sobie loki na blond, miała czarne oczy, używała jaskrawych szminek i przeklinała jak szewc, czego nauczył ją ostatni alfons, dawny mistrz bokserski.

Nożyczki zgrzytały metalicznie i moje obfite włosy lądowały najpierw na białej szacie, a potem zsuwały się na podłogę. Co jakiś czas Frost przekręcał moją głowę, odchodził na niewielką odległość, przekrzywiał tułów, podchodził do ojca, zaglądał do gazetki, uśmiechał się lubieżnie, mrugał oczami i potakująco kiwał łepetyną. Potem wracał do mnie i jeszcze ścinał jakieś odstające włosy, jeszcze coś wyrównywał, dmuchając z impetem w jakieś miejsce głowy. Zbliżała się chwila, której bałem się najbardziej i zacząłem się nerwowo wiercić na desce, zerkać na boki i szukać pomocy u ojca, który z niczego sobie nie zdawał sprawy, a tylko zawzięcie wertował kolejne kolorowe karty czasopisma. Frost sięgnął po brzytwę i zaczął ją ostrzyć na specjalnym skórzanym pasie z napisem Juchten u góry, a potem namydlił mi tył szyi i zaczął delikatnie wygalać resztki włosów. Miałem łzy w oczach, bo przypomniałem sobie niedawny sen, kiedy to fryzjer przeistoczony w czarnego diabła z głową karalucha i ruchomymi czułkami, podcinał mi gardło, świstał brzytwą w powietrzu i śmiał się szyderczo. Na szczęście długo to nie trwało i golibroda odłożył brzytwę, wytarł mi resztki mydła białym ręcznikiem i zaczął spryskiwać włosy jakimś płynem, intensywnie pachnącym jak woda kolońska. Potem niedelikatnie zaczął wmasowywać kosmetyk w moją skórę i czesać wielkim grzebieniem w brązowe i białe plamy, odsuwając na bok pokaźną grzywkę. W końcu odwiązał białą szatę, zmiótł ze mnie włosy specjalną, mięciutką szczotką, stanął obok i znacząco chrząknął do ojca. Ten natychmiast zamknął pisemko, odłożył je na jakiś stoliczek i przysunął się do mnie, coraz bardziej czerwieniejąc na twarzy.

     – Coś ty zrobił najlepszego Edziu – wyrzucił z siebie – miało być w pizdeczkę, a ty zrobiłeś z niego Hitlerka…

Spojrzałem na swoje odbicie w lustrze i zauważyłem spore podobieństwo do znienawidzonego wodza III Rzeszy, tylko wąsika mi brakowało. Frost natychmiast się naprężył, zrobił kilka kroków do przodu i do tyłu, spojrzał na mnie w lustrze, lekko odgarnął grzywkę grzebykiem w drugą stronę i syknął:

    – A teraz…?

    – Hitlerek chłopie, ostrzygłeś go na Hitlerka… mówiłem ci, że chcę go czesać w pizdeczkę… ach, z tobą tak zawsze, wszystkie dzieciaki strzyżesz jakby miały iść do Hitlerjugend…

   – No co ty gadasz bracie – przymilał się fryzjer – To tylko kwestia uczesania…

Ojciec obchodził mnie z każdej strony, nie bacząc na to, że ryczałem już w niebogłosy i chciałem jak najszybciej zejść z deski. Wreszcie nakazał mi wymownym skrzywieniem twarzy posłuszeństwo, sięgnął po jakiś grzebyk i zaczął mi robić przedziałek na środku głowy.

Miałem już dosyć fryzjera i coraz mocniej manifestowałem swoją dezaprobatę dla tego, co dwaj mężczyźni nade mną wyprawiali. Tata przeczesał mnie, ale skrzywił się bardzo, spojrzał na kompana, a gdy ten też zrobił dziwny grymas twarzy, zaczął czesać mnie do tyłu, unosząc włosy do góry. I to się nie spodobało, więc zwrócił się do fryzjera:

    – Wiesz co, ty skróć te jego włosy, idą upały, po co ma się męczyć…?

   – Znaczy maszynką…? – spytał Frost.

  – Najlepiej maszynką… tak będzie najszybciej – odparł.

Z przerażeniem przyglądałem się jak moja głowa się zaokrągla, a włosy spadają na ponownie rozpostartą białą materię. Tego było za wiele i zacząłem chlipać, pociągać nosem, aż ojciec szturchnął mnie ze dwa razy w ramię, wyciągnął kretonową chusteczkę z kieszeni i kazał mi wydmuchać nos. Fryzjer przerwał na chwilę, obiegł mnie szybko i cmoknął z zachwytem. Tak samo obszedł mnie dookoła ojciec i też wydał z siebie dźwięk aprobaty, jakieś takie długie syknięcie. Zostałem ponownie otrzepany, wyszczotkowany, tata zapłacił fryzjerowi i wyszliśmy z zakładu, kierując się do domu. Popłakiwałem cicho, bo to, co zobaczyłem w lustrze na końcu roboty Frosta, prawdziwie mnie wystraszyło. Nie byłem podobny do siebie, a moja głowa zmieniła się w coś, co mój dziadek nazywał zawsze łysą pałą. Minęliśmy po drodze Wuja Konisia, który zmierzał ku Pięknej, a na mój widok zatrzymał się i zaczął rżeć przeraźliwie, jak zraniony koń. To jeszcze bardziej mnie przeraziło i zacząłem beczeć najgłośniej jak umiałem, powodując zamieszanie na ulicy i wychylanie się ludzi z okien kamieniczek. W końcu doszliśmy do domu, a gdy przekroczyłem próg prawie zderzyłem się z prababcią, właśnie wychodzącą do siebie. Gdy mnie zobaczyła, wzięła się pod boki i zaczęła rechotać jak żaba, odwracać się do mojej matki i pokazywać palcem ogoloną głowę.

  – Zobacz ino jak ten go obrąbał… – zaskrzeczała – Toć Lenina z niego zrobił, łysego Lenina z niego zrobił…

Nie wiedziałem jeszcze wtedy kim był Lenin i co to znaczyło, ale reakcja mojej matki, która wyzwała ojca od cymbałów i kazała mu się wynosić do gołębnika, uświadomiła mi, że nie akceptuje tego, co się stało. Gdy prababcia przestała się histerycznie śmiać, mama podeszła do mnie, zaczęła mnie głaskać po głowie i pocieszać z czułością:

  – Nie martw się, włoski szybko odrosną, a ojcu to ja powiem co swojego… pożałuje, pożałuje, że tak cię urządził.

Chciałem się zemścić i powiedzieć mamie, że przeglądał u fryzjera gazetkę z gołymi babami, ale byłem tym wszystkim tak zmęczony, że położyłem się na kanapie i szybko zasnąłem. Matka przykryła mnie kocykiem, pogłaskała jeszcze raz po głowie i odeszła do kuchni. A mnie natychmiast przyśniła się naga Yvette z papierosem w cygarniczce i fryzjer Eduardo, wyglądający jak czarny anioł z rogami i skrzydłami smoka, z głową Franza Kafki, a po chwili Lenina, a potem Hitlera. To przybliżał się do mnie, to oddalał, aż w końcu zapadł się bez reszty w głębie mojego snu, odpłynął w niebyt i pękł jak bańka mydlana. I tylko wielki czerwony sztandar powiewał na wietrze, a w dali słychać było strzyżenie nożyc fryzjerskich i jakieś patetyczne przemówienia, wykrzykiwane po rusku albo po szwabsku. W końcu i one ucichły, a w moim śnie rozlała się cudowna błogość… lekkość i cisza.

ALEJA KLONÓW (20)

marc-chagall-3

Poranek był jasny, a na bezchmurnym, błękitnym niebie rysowały się tylko niewielkie, jaśniejsze smugi oparów. Słońce wstawało w glorii złota, czerwieni i lekko rozmytych żółcieni, a w czarnej grafice gałęzi klonów rozsiadły się małe stada gawronów, wydając raz po raz chrapliwe krakanie. Aleja była prawie pusta, choć w dali widać było stojącego przy drzwiach kamienicy Janka Wodogłowca, niedaleko piekarni stał też koń przy wozie i pomocnicy piekarscy zdejmowali z niego pękate worki mąki, zarzucali je na plecy i taszczyli w stronę magazynu. Ulicą rzadko przejeżdżały samochody, najczęściej wojskowe cysterny albo półciężarówki, jakieś pojedyncze wozy osobowe, o tej porze wiozące dowódców i pilotów na lotnisko. Senność nocy nie oddaliła się jeszcze, ludzie przecierali oczy rękoma i nic nie zapowiadało burzy, jaka miała się niebawem rozpętać. Wyszedłem z podwórka na ulicę i stanąłem przy pompie, przyglądając się jak jakaś starsza kobieta, mieszkająca w dalszym domu, nalewa wodę do wiadra. Uniosłem głowę ku niebu i zobaczyłem jastrzębia, majestatycznie kołującego pośród błękitu, wypatrującego gołębi wylatujących z gołębników i przysiadających na pokrytych dachówkami dachach. Śledziłem drapieżnika dość długo, aż nagle zmienił trajektorię lotu i z impetem zaczął spadać w kierunku nieostrożnego ptaka, który wzleciał zbyt wysoko. Dopadł go szybko, wbił szpony w pierś i bezwładnego pociągnął chybotliwym lotem ku wieży pobliskiego kościoła Świętej Trójcy. Żal mi się zrobiło sinoniebieskiego gołębia i przypomniałem sobie jakie piękne, czerwone oczy mają te bezbronne istoty, jak gruchają miłośnie w gołębniku mojego ojca i jak radośnie wylatują w niebo, krążąc wiele razy nad naszą dzielnicą.

paradisbig

Nagle dotarł do moich uszu jakiś przeraźliwy krzyk kobiecy, wyraźnie dobiegający z korytarza, oddzielającego dwa podwórka naszej posesji. Podbiegłem do bramy i zobaczyłem jak z mroku przejścia wybiega Pola Rozenfeld w amarantowym szlafroku z satyny, z rozwichrzonymi włosami. Kuśtykając komicznie w eleganckich pantoflach z puszystymi, różowymi pomponami, podbiegła pod niewielkie wzniesienie na podwórku, minęła bramę i skierowała się w prawo, ku dalekiej piekarni i kuźni. Mijając mnie, spojrzała filuternie, na sekundę przystanęła, obejrzała się za siebie i ruszyła dalej. Z korytarza wyłonił się jej brodaty mąż Jakub, człapiąc pośpiesznie w wielkich czarnych butach, spodniach za kolana, białych kolanówkach i byle jak narzuconym chałacie, wymachując wielkim, skórzanym paskiem od spodni, który trzymał w prawej ręce.

chagall-arca-di-noe

Gewalt! Oj gewalt[1]… Ja ci dam latawico tego szofera… ja ci dam mój gelt[2]… Od trzech lat mnie oddalasz z łoża… Fertik! Fertik![3] To małżeństwo to mój najgorszy geszeft! Ty latawico jedna… Fertik… zaraz dostaniesz ode mnie get[4]

Jarmułka zsunęła mu się na bok, biała koszula wypadła ze spodni, a rozsznurowane buty prawie spadały mu z nóg. Pola podążała aleją klonów wolno, ale rytmicznie, niczym barwny pociąg osobowy, a Jakub co chwila przystawał, sapał i wznosił ręce do nieba. Z bramy sąsiedniej kamienicy wyszedł rzeźnik Jasiu, w poplamionym krwią, gumowym fartuchu i białej czapeczce na głowie, a szybko zorientowawszy co się dzieje, udał oburzonego i zawołał do Żyda:

– A co to panu Jakubowi się stało, co za nieszczęście od rana…?

chagall

Złotnik wykorzystał te okazję by przystanąć, oparł ręce na biodrach, spojrzał teatralnie ku niebu i wyrzucił z siebie:

– Panie Janek, panie Janek, żyłem z wielką nierządnicą… Szatan wlazł w moją żonę… Miszegas[5] Dzisiaj rano po powrocie ze składu wszedłem do domu, a tam ona leżała naga w naszym łożu z tym szoferem z naprzeciwka…

Rzeźnik odwrócił głowę, uśmiechnął się przez chwilę, a potem zwrócił twarz do Jakuba i powiedział z wyrzutem:

– Bo pan Jakub jej wcale nie pilnował… To piękna kobieta i stale chłopy na nią mają chrapkę… Jak się ma taką urodziwą żonę, trzeba ją pilnować… nawet na klucz zamykać…– odrzekł przekornie.

– Ona roniła łzy ze mną pod chupą[6] A potem szeptała mi czułe słówka do ucha… Obiecywała, że urodzi pięcioro dzieci… Co teraz będzie ze mną…

– Każdy by się skusił panie Jakubie… Żaden chłop nie wytrzymałby jej spojrzenia… a kształty, jak metka, jak pasztetowa, jak szyneczka najlepsza… – kpił bez pardonu rzeźnik.

chagall-adao-e-eva-expulsos-do-paraiso

Jakub popatrzył ze złością na niego, zmierzył odległość do żony, splunął na bok z rozmachem, pogroził rozmówcy i ruszając w dalszy pościg, wycedził:

Mamzer… paskudny mamzer[7] – a na koniec zakrzyknął jeszcze – Kisz mir in toches!…[8] Obyś miał parch na głowie i za krótkie ręce…

Pola zauważyła, że Jakub przystanął i rozmawia z rzeźnikiem, więc też zatrzymała się by zaczerpnąć oddechu. Fryzjer Frost, z czarnym, ruchliwym wąsikiem jak u Hitlera, wychylił się ze swojego zakładu, spojrzał w lewo, potem na roznegliżowaną Polę i w mig zrozumiał co się stało. Zdążyłem już podbiec do Poli, a wraz ze mną przybliżyły się do niej jakieś dwie kobiety i wozak, który przywiózł mąkę do piekarni. Fryzjer pomachał ręką i zawołał w stronę niewiernej:

– Pani Polu, niech pani się schroni u mnie… Zawrę odrzwia i Jakub tutaj nie wejdzie…

Kobieta nie namyślała się długo, zaciągnęła satynowy pasek na brzuchu, zakryła piersi częścią szlafroka i chyłkiem wsunęła się do fryzjerni. Frost natychmiast zamknął drzwi i zasunął od środka żelazną kratę, a potem poprowadził Polę na zaplecze. Jakub nie zauważył, że żona nagle zniknęła, zaczął człapać i wymachiwać pasem, ale po jakimś czasie zorientował się, że w dali nie ma już amarantowej plamy jej podomki. Szybko wyjął z kieszeni chałatu druciane okularki, założył je na nos, zaczepił o uszy i zaczął sondować dal. Pomyślał, że dobiegła już do rogu alei i skręciła w ulicę Piękną, ruszył więc dalej, wkrótce mijając zakład fryzjerski.

images

– Ja ci dam gojowskiego kapoca… ja ci dam szoferskiego szmoka[9] – rozpaczał i patrzył ze złością na mijających ludzi. Schroniłem się za jedną z kobiet, bo zawsze bałem się jego groźnego spojrzenia.

Minął zbiegowisko i podreptał dalej, cały czas unosząc ręce ku niebu, wciąż potrząsając pasem od spodni. Nagle zza rogu wybiegł Wuja Koniś, który odbywał kolejny przebieg najbliższych ulic. Zatrzymał się w pędzie na widok Jakuba, nie przestając w miejscu uderzać nogami o ziemię, po czym zarżał jak ogier, ustawił się z boku Jakuba i zaczął razem z nim podążać do przodu. Stary złotnik zatrzymał się zdezorientowany, spojrzał na wariata, a ten wtedy też przystanął i zaczął uderzać w ziemię prawą nogą jak kasztanka kopytem. Znowu ruszył do przodu a Wuja Koniś przeszedł z lekkiego galopu w rytm stępa, prychając raz po raz i rozglądając się nerwowo na boki.

marc-chagall-song-of-songs

– A szlag zol dich trefn…[10] – wrzasnął Jakub w stronę nieoczekiwanego towarzysza.

Ludzie stojący przy brzegu chodnika rechotali ze śmiechu, wskazywali palcami Konisia i zginali się w komicznych pozach. Ten usłyszawszy żydowskie przekleństwo, zarżał najgłośniej jak umiał i pocwałował w przeciwną stronę. Jakub dotarł już do rogu ulicy, a nie znalazłszy żony, odwrócił się na pięcie i zaczął powoli człapać w kierunku domu. Mamrotał cały czas coś pod nosem w jidysz i jak muzyczny refren wracały słowa oj wej, oj wej ismir…[11] Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że piękna Pola poszła do łóżka z moim ojcem, ale po miesiącu wszystko wróciło do normy, bo Jakub kupił potężną kamienicę w centrum miasta, gdzie przeprowadził się ze skruszoną Polą. Na parterze otworzył zakład złotniczy, a żonę zamykał na piętrze, pilnie czuwając nad pękiem kluczy, obsypując ją złotem i drogimi strojami, kupując ciasta i czekoladki.

__________

[1] O zgrozo! Biada!
[2] Pieniądze
[3] Koniec.
[4] Żydowski list rozwodowy.
[5] Szaleństwo
[6] Baldachim ślubny w żydowskiej ceremonii zaślubin.
[7] Bękart, oszust.
[8] Pocałuj mnie w dupę.
[9] Kapoc i szmok – wulgarne określenia penisa.
[10] A niech cię szlag trafi.
[11] Oj nieszczęście, oj biada.

« Older entries

%d blogerów lubi to: