MIŁOŚĆ W NOWYM JORKU

Edith Wharton

Edith Wharton urodziła się w 1862 roku w Nowym Jorku, a więc na początku dwudziestego wieku miała już trzydzieści osiem lat i spory bagaż doświadczeń amerykańskich. Nie należała do dam szczególnie urodziwych, ale jako reprezentantka zamożnej rodziny Jonesów, miała dostęp do elitarnych domów Nowego Jorku, a zmysł obserwacji pozwolił jej zgromadzić sporo materiału literackiego, który wykorzystała w pięćdziesięciu powieściach. Choć miały one swoje mankamenty, to były też na tyle interesujące, że w 1921 roku przyznano jej, jako pierwszej kobiecie, Nagrodę Pulitzera. Niestety monotonia narracyjna i powierzchowność charakterologiczna kreowanych postaci nie pozwoliła jej zdobyć Nagrody Nobla, do której wielokrotnie była nominowana. Jej najsłynniejsza powieść Wiek niewinności (1920) ukazuje środowisko bogatych nowojorczyków, skostniałych w swoich obrzędach i celebracjach związanych z pochodzeniem i majętnością, pozwalającą im zaspakajać wszelkie fanaberie. Niewątpliwie najciekawsze w tej powieści są nawiązania do Nowego Jorku, rozwijającego się wtedy niezwykle dynamicznie i mającego przemożny wpływ na kształtowanie ludzkich postaw, obyczajów i wyborów. Wyrazista tutaj jest krytyka zakłamania najbogatszych warstw społecznych metropolii, ale też brakuje w utworze Wharton głębszych opisów psychologicznych i śmielszych diagnoz wielorakich wielkomiejskich patologii. Narracja snuje się leniwie, a choć autorka próbuje porzucać tradycyjną formułę powieści miłosnej, to daleka jest od eksperymentów pisarzy angielskich, francuskich czy niemieckich. Widać tutaj, że pisarka traktowała swoje rzemiosło jako rodzaj obowiązku, a krótkie rozdziały wskazują na to, że pisała je z codzienną regularnością, tak jak grzecznie odpowiadała na listy przyjaciół i znajomych. Choć powieść rozgrywa się w przeważającej mierze w Nowym Jorku, to nie znajdziemy w niej tak udanych opisów miasta, jak w dziele  Johna Dos Passosa Manhattan Transfer (1925), w Wielkim Gatsby’m (1925) Francisa Scotta Fitzgeralda czy późniejszych dziełach Isaaca Bashevisa Singera, E. L. Doctorova, J. D. Salingera, Johna Irvinga, Dona DeLillo, Edwarda Rutherfurda.       

Plakat filmu Wieku niewinności

Kanwą powieści jest tutaj miłość jej głównego bohatera – Newlanda Archera – do przybyłej z Europy Ellen Oleńskiej, żony polskiego arystokraty, osiadłego we Francji. Uczucie to pojawia się nie w porę, bo mężczyzna zaręczony już jest z inną kobietą i dla przyzwoitości, w zgodzie z obyczajami bogaczy nowojorskich, postanawia poddać się biegowi zdarzeń, żeni się z kuzynką Oleńskiej May Welland i płodzi z nią kolejne dzieci. Jego prawdziwa ukochana, dotknięta do żywego i nie chcąca niszczyć małżeństwa Archera, wraca do Francji i nie kontaktuje się z nim. Dopiero po śmierci żony Newland decyduje się pojechać z synem do Paryża i godzi się na zaaranżowane przez niego spotkanie z Ellen. Niestety tchórzy w ostatniej chwili i wraca sam do hotelu, a jego wielka miłość też nie ma odwagi zawołać go z balkonu i każe lokajowi zamknąć okna. Przy okazji bohater dowiaduje się, że jego żona domyślała się, że zakochał się w Ellen, ale zrekompensowało jej to życie rodzinne, narodziny dzieci i fakt, że mąż pozostał przy niej do końca jej dni. Fabuła raczej prosta, powieść lekka, bez przyspieszeń i nagłych zwrotów akcji, bez głębszych analiz osobowościowych. Rozwodząc się nad stosunkami panującymi w klasie społecznej bogatej nowojorskiej finansjery, Wharton zminimalizowała opisy postaci do tego stopnia, że czytelnik ma kłopoty by wyobrazić sobie ich wygląd – stroje są tutaj ważniejsze od twarzy, a bogata biżuteria od koloru oczu i rysunku warg. Podobnie jest z Nowym Jorkiem, tak bujnie rozwijającym się pod koniec dziewiętnastego wieku, a w powieści pojawiającym się tylko z powodu nazw ulic i parków, ewentualnie opery i Metropolitan Museum of Art. Szkoda, że autorka nie nasyciła swojego utworu opisami budowanych wielkich budynków użyteczności publicznej, a jedynie ograniczyła się do przywołań Piątej Alei i kilku domów, w których mieszkali jej bohaterowie (pierwszy wysoki budynek Flatiron Building powstanie w 1902 roku, a charakterystyczny drapacz chmur Woolworth Building w roku 1913). Ważniejsze dla niej były opisy spotkań, obiadów i kolacji, a nade wszystko analiza zachowań ludzkich i zakłamania tzw. elity. Oczywiście krytyka nie szła tutaj zbyt daleko, bo nawet, gdy autorka przeprowadziła się do Francji, nadal pozostawała jej przedstawicielką, a sukcesy literackie tylko zintensyfikowały kontakty i sprawiły, że chętnie była widywana na różnego rodzaju imprezach charytatywnych i proszonych obiadach.

Archer i Ellen

Cóż zatem tak zauroczyło jurorów Nagrody Pulitzera, że postanowili uhonorować autorkę tym zaszczytnym wyróżnieniem. Zapewne udane odwzorowanie psychiki i motywów postępowania Newlanda Archera, jakże żywego i prawdziwie cierpiącego z powodu skrywanej miłości do hrabiny Oleńskiej. Łatwo możemy się domyślić, że wielu amerykańskich dżentelmenów, podobnie cierpiących jak on, czytało książkę z wypiekami na twarzy, odnajdując w niej swoje dzieje. Podobnie mogło być w przypadku wielu żon, które wiedziały o utajnionych miłościach mężów, ale godziły się na to dla dobra rodziny i rozwijających się dzieci. W tym względzie Archer był poprawnym towarzyszem życia May i kochanym ojcem dwóch synów i córki. Tak bardzo doświadczony przez żarliwe uczucie, postanowił zdusić je w sobie i skupić się na zapewnieniu rodzinie godziwych środków do życia. Dzięki temu jego syn Dallas wykształcił się, zaręczył z piękną przedstawicielką elity i miał przed sobą świetlaną przyszłość, a możemy być pewni, że także młodszy syn i córka osiągną wysoki status społeczny. Tworząc postać zakochanego, targanego sprzecznymi uczuciami nowojorczyka, Wharton bez wątpienia zbliżyła się do ideału jakim mogły dla niej być skomplikowane postaci z powieści Honoriusza Balzaka, tak modnego w Ameryce na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Jej powieść zapoczątkowała nurt lekkich, swobodnych opowieści o miłości, których tyle powstało od czasu publikacji Wieku niewinności, a których końca upatrywać należy w długich, komercyjnych seriach, często mających nikłą wartość literacką, jak choćby Harlequiny. Niewątpliwą wartością pisarstwa Wharton jest odwzorowanie przeraźliwej pustki, która otwierała się w świecie bogatych ludzi, mających wszelkie dobra, ale nie potrafiących poradzić sobie z elementarnymi uczuciami. Gdyby Newland Archer porzucił wszystko, wsiadł do transatlantyckiego liniowca i pomknął do ukochanej, może byłby prawdziwszy. Straciłby swój status społeczny, zostałby potępiony przez rodzinę i środowisko, ale zyskałby coś, co jest bezcenne i niepowtarzalne – żarliwą miłość i bliskość istoty – jak mawiali romantycy – bliźniej.

Winnona Ryder jako May, żona Archera

Lektura Wieku niewinności skłoniła mnie do obejrzenia filmu, który nakręcił w 1993 roku hollywoodzki kronikarz Nowego Jorku Martin Scorsese. Już sama obsada tego obrazu jest zachwycająca: Michele Pfeiffer jako Oleńska,  Daniel Day-Lewis jako Archer, Winnona Ryder jako May Welland, Geraldine Chaplin jako pani Welland, a przy nich sporo aktorów, którzy wyraziście zaznaczyli swoją obecność w historii kinematografii amerykańskiej. Film wymagał wprowadzenia narratora auktorialnego, co dodatkowo wzmocniło fabułę i spowodowało, że widz znakomicie został wprowadzony w realia czasu i stosunków międzyludzkich. Znakomite role głównych postaci spowodowały, że obraz ten ma znacznie większą moc oddziaływania od powieści i staje się rodzajem filozoficznej refleksji nad ulotnością ludzkich uczuć i nieuchronnością wyborów, wpływających na kształt egzystencji i losów kochanków po rozstaniu. Co prawda, zarówno w powieści, jak i w filmie nie dochodzi do skonsumowania związku, a Ellen i Newland ledwie całują się namiętnie kilka razy, to i tak aura erotyzmu jest tutaj gorąca i czytelnik oraz widz łatwo mogą się domyślić jaki żar zgaszono nieodwołalnie w obu ciałach. Reżyser z ogromną dbałością odtworzył stroje i zachowania amerykańskiej  elity z końca dziewiętnastego wieku, wzbogacił też opowieść Wharton o fascynujące wizerunki Nowego Jorku, dopiero się budującego, jeszcze bez charakterystycznych wieżowców, ale już zaznaczającego swój wielkomiejski charakter. Na tle pysznych kamienic i bogatych wnętrz rozgrywa się akcja, w której wyraziste kreacje Day-Lewisa i Pfeiffer powodują, że zdarzenia są prawdopodobne, a nawet zyskują wymiar uniwersalności. Ileż było takich sytuacji w historii ludzkości, gdy ktoś, komu przeznaczona była jakaś kobieta, zakochiwał się nagle w innej piękności i nie wiedział jak poradzić sobie z nowym uczuciem, ale brnął dalej, nie wiedząc, że zburzy całe swoje życie. Trudno zrozumieć werdykty gremiów oceniających, które najwyższe noty dawały Winnonie Ryder (Nominacja do Oskara, Złoty Glob – 1993), która była jedynie tłem dla popisów aktorskich głównych postaci. Postać kreowaną przez tę aktorkę mogłoby zagrać wiele innych kobiet, ale nie ulega wątpliwości, że bez Daniela Day-Lewisa i Michele Pfeiffer, film straciłby swój czar i stałby się ledwie łzawym romansem kategorii B. Lokując się pośród największych osiągnięć filmowych Martina Scorsese, Wiek niewinności wszedł przebojem do skarbnicy kina kostiumowego, udanie odtwarzającego aurę charakterystycznych miejsc i ukazującego jakże żywych ludzi.

Świat ludzi bogatych ok. 1870 roku w Nowym Jorku

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (IX)

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie ukraine-608141_960_720.jpg

Hadzibor był starym aniołem, który trafił do nieba wiele lat temu. Niejedno widział, niejedno słyszał, w niejednej wyprawie uczestniczył i stoczył moc walk w oddziałach niebieskich. Uważnie przyglądał się zjawiskom w niebie, potrafił wróżyć z odblasków na piórach i ułożenia skrzydeł, a nade wszystko kochał dysputy teologiczne z innymi aniołami. Był pewien, że w życiu ziemskim był kowalem, pracującym ciężko w kuźni, na obrzeżu malowniczej wsi i mrocznego lasu. Niewiele wspomnień pozostało w jego pamięci, ale nie opuszczały go wizje żaru, podsycanego miechem i rozgrzanego do czerwoności żelaza, wprawnie kształtowanego na kowadle. Gdzieś tam, hen w oparach przeszłości, majaczył dzień, gdy wykuwał wielki krzyż, przeznaczony na grób zakonnika, który powiesił się we własnej celi. Wieśniacy nie wierzyli w jego samobójstwo i głośno mówili, że ktoś z zakonu dopomógł mu w przeniesieniu się w niebyt. Osobno wykuł ramiona żelaznego krucyfiksu i połączył je dużymi nitami, ale prawdziwie po mistrzowsku stworzył koronę cierniową, którą przymocował do krzyża. Hadzibor patrzył niewidzącym wzrokiem w dal, tonął w myślach i wspomnieniach, ale nagle wróciła do niego rzeczywistość dookolna i zauważył, że przyfrunął do niego Yasmen, przysiadając na pobliskiej skale.

– O czym tak rozmyślasz bracie Hadziborze – spytał wygodnie lokując się tuż przy nim.  

– Ach, Yasmenie, jakieś skrawki przeszłego, ziemskiego żywota pojawiają się pośród moich myśli – odrzekł starzec.

– Wszyscy mamy jakieś zatarte wspomnienia, ale przecież nie wrócimy już do tamtego świata… – powiedział przybysz.  

– Tak, musimy się skupić na rzeczywistości tych przestrzeni, chociaż tutaj wcale nie jest łatwiej niż tam…Myślałem, że jak znajdę się w niebie wszystko stanie się jasne, klarowne i czyste… A tutaj też krzewi się grzech, zapalczywość i nieczystość…– snuł rozważania Hadzibor.

Yasmen w mig zrozumiał, że towarzysz nawiązał do jego zachowania w stosunku do Olinopasa, więc chwilę milczał, by nagle zmienić temat. Właśnie napłynęła jakaś sina smuga, a gdy zanikła odsłoniła się czysta dal niebieska, pośród której przemieszczały się śmigłe kohorty anielskie i widać też było osobne duchy, zmierzające ku jakimś celom w dali.

– Gdy widzę jak potężna jest moc archaniołów, zaczynam rozumieć jak wielka jest siła naszego Pana… – odezwał się.

– Tak, ja też to poczułem… – odrzekł Hadzibor i dodał jeszcze – Zauważ też, że ich spryt, logika i strategia są odzwierciedleniem stworzenia, pogłosem pierwszego niech się stanie!

– A ich niewidzialność jest jak Jego tajemnica… – ciągnął Yasmen.

– To najbardziej mnie zdumiewa – konstatował rozmówca – mało kto widział archanioła i ja też może ze dwa razy zobaczyłem Michała i Gabriela, choć później nie mogłem wrócić myślą do barw i kształtów. Wiem tylko, że Michał przyobleczony był w szkarłat, a Gabriel połyskiwał w zieleni i złocie…

– To ich czyny… potrafią wnikać w naszą pamięć i zamazywać wspomnienia – powiedział Yasmen.

– Myślisz, że Pan też to czyni… – spytał rozmówca.

– Pan jest tajemnicą samą w sobie, inaczej nie byłby Bogiem… – zamyślił się Yasmen – Musimy to zaakceptować i szukać go pośród naszych dróg. Każdy z nas może też mieć jakieś jego wyobrażenie. Ja najczęściej myślę o nim jako o starcu z wielką, białą brodą, wędrującym swobodnie po zboczach i wspierającym się na kryształowym pastorale…

– To jest konwencjonalne wyobrażenie… – zauważył Hadzibor – I ja też czasami tak go widzę. Ale bardziej pociąga mnie dziwny kształt, który pojawia się w moich snach… To jakby złota piramida, wszystko rozumiejąca i wszystko wiedząca, potrafiąca się niewidzialnie rozszerzać i przenikać sobą cały przestwór niebieski… Skoro Bóg jest największą doskonałością, to i jego kształt powinien być doskonały…

– Niezwykłe jest Twoje rozumowanie i czasem też myślę, że jeśli kiedyś stanę u wrót Ostatecznej Stanicy, zobaczę Pana w formie doskonałej, bo dlaczego miałby mieć kształt zbliżony do ludzi i aniołów? – dedukował Yasmen – Tylko skąd ta piramida? Przecież najdoskonalszą bryłą jest kula…

– Yasmenie, chyba stale tkwisz w trójwymiarowej przestrzeni ziemskiej i zapominasz, że tutaj wszystko jest zmienne i tajemnicze… – rzekł towarzysz, zamyślił się i po chwili dodał – kule gwiazd i planet mogą fascynować, ale przecież wchodzą w skład większych całości galaktycznych, których kształt zbliżony jest do torusa.

– A cóż to takiego? – zdziwił się dowódca – znam rożki i walce, beczki i wielościany, ale o torusach nie słyszałem…

Hadzibor wyciągnął zza swojej szaty jakiś strzęp miękkiego materiału, wytężył wolę i stworzył na nim hologram, przypominający ziemską dętkę w kole samochodowym.    Zanim hologram zgasł, spojrzał na towarzysza, pokiwał głową i powiedział:

–  To dwuwymiarowa powierzchnia obrotowa, zanurzona w przestrzeni trójwymiarowej, powstała przez obrót okręgu wokół prostej leżącej w płaszczyźnie tego okręgu i nieprzecinającej go.

– Masz doprawdy wielką wiedzę bracie – podsumował Yasmen – I ten kształt rzeczywiście kojarzy mi się z galaktyką. Z drugiej strony kulę ogranicza sfera, która również jest w niej… jak Pan w swojej tajemnicy…

– Torusy też ograniczają jakieś powierzchnie, które są ich cząstkami składowymi – zamyślił się Hadzibor i na chwilę rozpostarł zesztywniałe skrzydła.

– No tak, ale to się odnosi do wszystkich brył… – podsumował dowódca – Do twojej piramidy i do mojej kuli, tylko, że to są realne kształty i dają się opisać, a Pan jest tajemnicą nad tajemnicami. Czasem pociąga mnie myśl, że jest świstem albo blaskiem, zapachem róży i lotnym oparem nad doliną…

Po tych słowach Yasmen nieoczekiwanie stanął na skale, rozprostował skrzydła i pomachał nimi kilka razy, po czym oderwał się od podłoża i bez słowa odleciał ku swojemu oddziałowi. Dopiero teraz, gdy poczuł swoją lotność i przesuwał się w przestrzeni, dotarło do niego, że w ich rozmowie uczestniczył ktoś jeszcze, kto kierował ich myśli ku bryłom, a zrazem generował wątpliwości. To musiała być jakaś niewidzialna materia lub energia, znana tylko wtajemniczonym poszukiwaczom sensu, podążającym stale ku świętości. Rozmyślał bardzo intensywnie i nie zauważył, że leci za szybko, a uświadomił to sobie, gdy wylądował na wielkiej skale i zachwiał się potężnie na nogach. Nie wiedzieć skąd wyrósł przy nim uśmiechnięty Olinopas i chwycił go za ramiona, stabilizując i podtrzymując jednocześnie. Yasmen spojrzał w jego oczy i poczuł jak przechodzi go dreszcz, którego już dawno nie odczuł w anielskim ciele. W obu źrenicach młodego anioła poruszały się złote kule, lekko zmieniające się w torusy, a na skrzydłach połyskiwały złote ostrza przemieniające się w piramidy i wielościany.

– Coś musiało cię poruszyć Yasmenie, że podążałeś tak szybko, nieomal rozbijając się tutaj… – powiedział z czarującym uśmiechem Olinopas i puścił uścisk dłoni, wciąż podtrzymujących brata.

– Zaiste… zaiste Olinopasie… – odrzekł tajemniczo Yasmen.

CZARNY NEFRYT (10)

Był wczesny ranek. Ogień rozniecił się szybko w glinianym piecu i delikatne ciepło rozlało się po całym domu. Czao i Ai, Nan i Yin siedzieli przy szerokim stole, jedli ryż i suszoną rybę, warzywa i owoce. Pili też krystalicznie czystą wodę ze źródła, bijącego na łące i dającego początek strumieniowi, który wpada do rzeki Wei He, a ta niesie jego wody do świętej, odwiecznej i życiodajnej Huang He. Czuli się tutaj bezpieczni jak ślimak w skorupie, jak sroka w swoim kulistym gnieździe, jak pantera na gałęzi wysokiej sosny. Lampy rozświetlały półmrok izby, w której było tylko jedno małe okno. Cienie całej czwórki wydłużyły się i sięgały od przeciwległej ściany do połowy sufitu. Wyglądały jak mityczne postaci, pochylające się nad nimi i przysłuchujące się rozmowie. Może właśnie to, a może przeżycia ostatnich dni spowodowały, że Czao zaczęła barwną opowieść:

– W pradawnych czasach nie wszyscy ludzie byli źli, a nawet pojawiali się tacy, którzy troszczyli się o biednych i najsłabszych. Pamiętacie legendę o potężnym władcy…? Jego matka Fu Bao zobaczyła wielki rozbłysk przy Gwieździe Polarnej i w cudowny sposób zaszła w ciążę. Wiele miesięcy, znacznie dłużej niż normalne kobiety, nosiła w swoim łonie niezwykłe dziecko…

– To światełko nazywamy teraz Gwiazdą Cesarską… – dopowiedział Nan.

– Tak, to jest ta gwiazda – potwierdziła Czao i ciągnęła dalej – Dziecko Fu Bao było bardzo zdolne i inteligentne… Już na samym początku nauczyło się szybko mówić i miało wiedzę wielkich mędrców. To ten chłopiec, a potem mężczyzna, przysposobił do polowania niedźwiedzie, leopardy, tygrysy i razem z nimi walczył ze złem, on też siał i sadził wszystkie zboża, trawy i drzewa. Na imię miał Xianyuan, a kiedy dorósł stał się wielkim mocarzem i panował nad całym Państwem Środka.

– Czy mówisz o Żółtym Cesarzu – wtrącił się raz jeszcze Nan, który właśnie nałożył sobie nową porcję ryżu do małej, czarnej miseczki.

– Tak, to jego mam na myśli – przytaknęła i kontynuowała opowieść – Nie wiemy jak wyglądał, choć niektórzy mówią, że miał cztery twarze i widział wszystko, co dzieje się na świecie…

– Inni mówią, że miał głowę smoka, przydają mu rogi jelenia lub czaszkę latającego węża – włączył się Ai.

– Tak ukochany, o tym też słyszałam, ale mnie najbardziej wzrusza jego dobroć i mądrość… – mówiła dalej Czao – To był czas kształtowania się wszystkiego i wyodrębnienia pięciu pierwiastków: drzewa, wody, ognia, ziemi i metalu. Potem pojawiło się pięć stron świata, pośród których rządziło pięciu władców niebieskich: wschodem zarządzał Wielki Blask czyli Fuxi, któremu pomagał Goumang, zachód leżał w gestii Shaohao z pomocnikiem Ruoshou, południem rządził Płomienny Cesarz Yandi, którego wspierał Czerwony Blask, na północy niepodzielnie panował Zhuanxu i jego pomocnik Ciemny Smok. Naszą częścią kraju, czyli Państwem Środka władał Żółty Cesarz, który miał swoją siedzibę w masywie Kunlun. To tam zaczyna się bieg wielkich rzek: Czarnej, Białej, Czerwonej i Żółtej…

– Moja mama mówiła mi, że jego pałacu strzegł Luwu, tygrys z ptasimi szponami – włączyła się nagle do opowieści Yin.

– Tak… tak skarbie… – potwierdziła z promiennym uśmiechem Czao i dodała – Był tam też ptak Chun, strzegący szat cesarskich. Na stokach Kunlun leżało miasto Żółtego Cesarza i jego pałac, sięgający swoim ogromem nieba, z grubymi murami i basztami…

– Ojciec opowiadał nam, że za tymi murami żyły inne dobre bóstwa i fantastyczne zwierzęta… –  dorzucił Ai.

– Mówił też, że na zachodnich zboczach tych gór rosły drzewa Perłowe, a także pnie Czarnego Nefrytu i Nieśmiertelności… – żywo przyłączył się do wypowiedzi brata Nan.

Iskry strzelały w piecu, a przez niewielkie, otwarte okno zaczęło wpadać coraz więcej światła. Czao wstała z klęczek, podchodziła do każdego z osobna i dolewała gorącej wody do czarek z liśćmi zielonej herbaty. Dołożyła też trochę wędzonej wołowiny na talerz, leżący na środku stołu i wróciła na swoje miejsce.  Ai śledził jej ruchy i widząc niezwykle zgrabną kibić, czuł wielkie podniecenie, pragnął jej teraz, jak nigdy dotąd. W jego myślach pojawiła się znowu naga, leżąca na miękkiej skórze pantery i czekająca na jego dotyk. Jak z zaświatów dobiegły do niego jej słowa:

– Za czasów Żółtego Cesarza skonstruowano dokładniejsze przyrządy astronomiczne, policzono gwiazdy na niebie i stworzono kalendarz. To on wynalazł pismo i kompas, a także koło garncarskie…

– Zawdzięczamy mu też podstawy medycyny i akupunktury – rwał się do uzupełniania opowieści Nan – nauczył nas wytwarzać papier i jedwab…

– O czymkolwiek nie pomyślisz kochany Nanie – powiedziała Czao – może mieć związek z tym władcą. To on każde dwanaście dźwięków w oktawach ułożył w gamy chromatyczne, władał magią i był surowym, ale sprawiedliwym sędzią podległych mu bóstw, duchów i demonów. Dzięki niemu ludzie posiedli umiejętność odpędzania złych duchów, a w Państwie Środka pojawił się feniks i jednorożec, co było znakiem dobrych i sprawiedliwych rządów.

– Gdyby Żółty Cesarz rządził w naszych czasach, moglibyśmy żyć spokojnie na wsi, uprawiać ryż na nawodnionych polach, a pszenicę i proso na górskich tarasach – zadumał się Nan.

– Każde zło ma swój koniec, tylko ludzie strasznie cierpią, gdy ono się rozprzestrzenia – powiedział Ai i spojrzał wymownie na Czao.

– Tak, dobro też zmierza ku jakiejś ostateczności, ale często pozostawia po sobie ludzi i stwory, które będą dalej prowadzić walkę ze złem – przytaknęła jego ukochana – Dobry cesarz jadł pastę nefrytową, dzięki której był nieśmiertelny, ale pewnego dnia pojawił się na świecie smok z długą brodą i zabrał władcę do nieba. Ten usiadł na smoku wraz z siedemdziesięcioma poddanymi i swoim haremem i przeniósł się do nieskończoności. Zostawił jednak pośród ludzi swoją uwielbianą małżonkę – Lei Zu – którą uznawano za boginię piorunów. To ona nauczyła ludzi hodować zwierzęta, przydała im także wiele innych umiejętności, a nawet wynalazła parasol…

– Qin Shi Huangdi jest potworem i tylko demony mogły go zesłać na ziemię – powiedział Ai, a potem ciągnął dalej podjęty temat – Tylko on jest szczęśliwy, otoczony konkubinami, jedzący najlepsze mięsa i ryż, ubrany we wzorzyste szaty z jedwabiu i atłasu. Wszyscy gną się przed nim w ukłonach, wieśniacy oddają mu dziewiątą część zbiorów, rzemieślnicy i artyści wykonują dla niego najpiękniejsze meble, sprzęty i ozdoby. Jest mu tak dobrze, że powinien być wdzięczny bogom i ludziom, a on zabija codziennie tłumy, ścina głowy, torturuje, odbiera nadzieję i szerzy mrok…

– Jest taki potężny, otoczony swoimi wojskami, doradcami, poborcami danin i zaufanymi szpiegami, że nikt nie zdoła się do niego przedostać… – powiedział zamyślony głęboko Nan.

– Sprytem można pokonać największą bestię… – mówił dalej Ai – Przypomnij sobie, czego uczył nas ojciec… Tak, kochany bracie, urodziliśmy się, by zabić tego strasznego człowieka…

Czao, nagle olśniona i przerażona, spojrzała na ukochanego i mimowolne łzy natychmiast pojawiły się w kącikach jej oczu. W mig zrozumiała o czym mówi Ai i przysunęła się do niego, chwyciła za rękę i przytuliła się, cichutko łkając. On otoczył ją ramieniem i kontynuował:

– Kochana Czao, Nanie i ty malutka Yin, to co teraz powiem będzie naszą wielką tajemnicą… Musimy pomścić wszystkich niewinnych ludzi z naszej wsi, musimy upomnieć się o tych, którzy chcieli być szczęśliwi, a nigdy nie zaznali radości… Pracowali ciężko i oddawali swoje płody cesarzowi, wysyłali synów do armii i córki do haremów… Tak jak my budzili się rano i nie wiedzieli, że nowy dzień przyniesie im ból i śmierć…

Czao i Yin płakały, tuląc się do siebie, a twarz Nana przybrała groźny wyraz. Wyprostował się i patrzył przed siebie, jakby widział jakieś dalekie krajobrazy lub przypatrywał się ze wzgórza walczącym armiom.

– Musimy teraz, kochany bracie, wstąpić na drogę, z której możemy nigdy nie wrócić – mówił Ai – Nie mamy jednak wyboru, bo nasz czcigodny ojciec, rodzina Czao i wszyscy niewinnie zamordowani, proszą nas o to… Udamy się do cesarskiego miasta i przenikniemy w pobliże cesarza, a w dogodnej chwili zabijemy go… To jest bardzo trudne zadanie i musimy mądrze przygotować się do niego, inaczej naszym udziałem będzie tylko ból i śmierć…

– Ale jak to zrobić – spytał Nan – Przecież cesarza chroni wielka armia, strażnicy sprawdzają też każdego, kto zbliża się do władcy…

– Wiem i pamiętam, że jest on przebiegły jak wąż, potrafi też znakomicie władać mieczem, kopią i toporem – potwierdził Ai – Musimy jednak znaleźć jakiś sposób… Dopiero jak przedostaniemy się do miasta, znajdziemy pracę, wnikniemy w nowe środowisko, nadarzy się okazja, by skoczyć do gardła mordercy.

– Czy już jutro podążymy tam razem? – spytał Nan.

– Nie, ty udasz się do sąsiedniej prowincji i po jakimś czasie przyjedziesz stamtąd do pracy, ale musisz to zrobić tak, by nie było wątpliwości, że przybywasz z daleka… – instruował go Ai – Pamiętaj, że nigdy nie będzie ci wolno nazwać mnie bratem, choć musisz znaleźć się blisko mnie. Shi Huangdi ma wszędzie wielu szpiegów i prości ludzie też chcą się zasłużyć władcy, poprawić swój byt, więc donoszą, gdy tylko pojawi się ku temu okazja. Tylko ja będę ustalał miejsce i czas naszych spotkań, a ty będziesz czekał i pomagał mi w miarę możliwości… Jesteśmy mistrzami sztuki kowalskiej i musimy tak dobrze pracować, takie piękne rzeczy robić, by w końcu cesarz zapragnął poznać jednego z nas…

– Czy nikt nas nie rozpozna? – spytał Nan – Czasem cesarscy żołnierze przyjeżdżali do kuźni naszego ojca i rozmawiali z nami…

– Czas zmienia twarze i zaciera gesty w pamięci – odrzekł Ai – Ale musimy być bardzo czujni i dla dobra sprawy usuwać tych, którzy mogliby nam zagrozić… Przypomnij sobie słowa mędrca, które tyle razy powtarzał nam ojciec: nie stawiaj siebie na pierwszym miejscu, ale stój na czele, nie dbaj o siebie, a jednak żyj, nie zabiegaj o swoje, a dopniesz swego…

– Czy o takiej drodze mówi Lao Tse? – spytał Nan.

– Każda droga jest dobra, jeśli prowadzi do celu i oddala cierpienie, pomaga stworzyć nowy świat – ciągnął Ai – Przelana krew jest jak wielki, nieustający krzyk. Poprzez nią umarli błagają nas o zemstę… Myślałem, że zabicie jednego mordercy wystarczy, ale po Wangu przyjechał Czen i łańcuch ciągnąłby się w nieskończoność. Musimy zabić tego, który wysyła wszystkich mrocznych jeźdźców i swoje cesarstwo buduje na łzach, bólu i zgruchotanych kościach.

Czao wyszła z Yin na zewnątrz domu i poprowadziła ją w stronę pasących się na łące owiec i kóz. Tylko biały jak stał z drugiej strony, przy skałach, ostro wznoszących się ku niebu i jakby nie przyznawał się do powinowactwa z innymi zwierzętami. Słońce pojawiło się już za załomem gór i prażyło, opalając twarze, przydając energii ciałom. Leciutki wietrzyk poruszał kwietnym dywanem, pochylał chabry i osty, przyginał do ziemi trawy i barwne zioła. Yin zaczęła zrywać najpiękniejsze kwiaty i zapytała:

– Zrobisz mi wianek, Czao?

– Zrobię, ale nie teraz… – odpowiedziała kobieta – Będziemy tutaj żyły wiele dni, może nawet lat i zrobię ci niejeden wianek…

Znowu łzy pojawiły się w czarnych oczach Czao i załkała, tuląc do siebie dziewczynkę i czując jakiś dziwny, niewytłumaczalny niepokój. To nie był strach o Aia, to jakaś wielka groza znajdowała w niej miejsce, gdzie mogłaby się zaczepić i pozostać na zawsze. Poczuła dreszcze w całym ciele i jakby przez ułamek sekundy pojawił się w jej świadomości wielki brodaty smok. Gdy była dziewczynką ciągle śniły jej się te wielkie stwory i zrywała się ze snu, krzyczała i chciała uciekać. Wtedy jej kochająca matka przytulała ją i tak długo głaskała po głowie, aż Czao zasypiała. Zdarzało się, że jej rodzicielka zapadała w sen razem z nią i budziły się razem, w objęciach, czując swoje czułe ciepło. Teraz ciało jej pięknej matki rozszarpały i pożarły sępy, nie ma już jej braci i sióstr, zamordowano też jej ojca. Poczuła przypływ złości, chwyciła za rękę dziewczynkę i poprowadziła ją z powrotem do domu. W drzwiach przywitał ją Ai i zaproponował, by poszli razem do jaskini. Nan zajął się Yin, a oni zaczęli powoli wspinać się ku osłoniętemu skałami wejściu. W końcu znaleźli się na miejscu i natychmiast objęli się, głodni swych ciał i pocałunków. Szybko zrzucili ubrania i położyli się obok siebie na stercie owczych futer. Zaczęli się delikatnie całować i gładzić dłońmi po plecach, piersiach i pośladkach. Teraz Czao decydowała o wszystkim i lekkim ruchem przewróciła go na plecy, a potem usiadła na nim i poczuła jak jego męskość wsuwa się w nią i promieniuje prawdziwym żarem. Kochali się długo, raz to krzycząc w uniesieniu, raz wzdychając i pojękując, przestając na chwilę, a potem znowu zaczynając z wielką energią. W końcu legli obok siebie spoceni i zmęczeni, ale nie rozdzielali rąk, leciutko przesuwając palce i ocierając je o siebie.

– Nie gniewaj się ukochana… – powiedział Ai – Muszę pomścić mojego ojca, twoją rodzinę, naszych sąsiadów i znajomych…

– Wiem… – szepnęła – Ale strasznie się boję, że nie wrócisz…

– Ja też się boję… – potwierdził – Nie mam jednak wyboru. Muszę ruszyć i jeszcze zabieram ze sobą brata, który też może stracić życie…

– Nie ma innego sposobu, mój ukochany… – mocniejszym głosem powiedziała Czao – Pamiętaj jednak, że tutaj, w górach będę na ciebie czekać przez trzy lata… jeśli nie wrócisz, ruszę twoim śladem… Zawsze będę cię kochać i nosić w moim sercu… Nic tego nie zmieni…

– Czasami ludzie muszę od siebie odejść, by potwierdzić jak wielka jest ich miłość…

Muszą żyć w oddaleniu, by w samotności zbudować swoją przyszłość…

– Nie okłamuj mnie – powiedziała z płaczem – Przecież wchodzisz na drogę, z której nie ma powrotu…

– Nie ukochana Czao – nie zgodził się – Gdybym nie wierzył, że wrócę, nie wstępowałbym na ten szlak. Muszę wszystko tak zaplanować i przeprowadzić, by wrócić do ciebie…

Znowu przywarli do siebie i kochali się w zapamiętaniu, czuli słodycz ust i ciepło ciał, głaskali się i pieścili, jakby chcieli zachować na zawsze w pamięci energię tej chwili. Wszystko jednak ma swój koniec i wszystko podąża ku jakiemuś kresowi. Z ociąganiem, powoli, wstali ze skór, otrzepali włosy z sierści i siana, a potem ubrali się i zaczęli schodzić w kierunku domku, przed którym widać było Nana, goniącego się z Yin. Słońce dawno minęło najwyższy punkt na niebie i podążało ku zachodowi, a gdzieś wysoko, w chmurach krążył białozór. Yin wskazała go palcem i podbiegła w stronę Czao, która przystawiła rękę do czoła i spojrzała we wskazanym kierunku. Pokiwała ze zrozumieniem głową i otoczyła ramieniem dziewczynkę. Ai wszedł z Nanem do domu i zaczął, krok po kroku, omawiać szczegóły zbliżającej się wyprawy. Nagle, zza starej skrzyni i sterty kopii, wyszła rdzawa mysz, stanęła na niewielkim pieńku, wzniosła się na tylnych łapkach i poruszając cały czas nosem i wąsikami, zaczęła przyglądać się mężczyznom. Zauważył ją Nan, przyłożył palec do ust, wskazał na nią i szybko doskoczył do miejsca, gdzie stała. Chwycił ją wprawnie i przyniósł do stołu, gdzie trzymając ją, zaczął wsuwać do pyszczka okruchy ze stołu i leżące na nim ziarenka ugotowanego ryżu. Potem schował ją do kieszeni na piersiach i zabezpieczył wyjście. Ai patrzył na niego i myślał, o tym, że brat dopiero co przestał być dzieckiem, a już musi wraz z nim stawić czoła niewyobrażalnym siłom. Groźny, obezwładniający lęk przeszył  mężne serce syna kowala, ale też zniknął tak samo szybko, jak się pojawił. Starszy brat uśmiechnął się do młodszego i dalej tłumaczył mu, co powinien zrobić i jak ma się zachować.

MIŁOŚĆ I NIENAWIŚĆ W CZASACH HUNWEJBINÓW

Gdyby Wang Xiaobo żył dłużej, w roku 2020 miałby sześćdziesiąt osiem lat i może cieszyłby się międzynarodową sławą największego współczesnego pisarza Kraju Środka. Niestety, po śmierci w 1997 roku, przeżywszy niepełne czterdzieści pięć lat, musi zadowolić się określeniem „czarny koń” literatury chińskiej i zdawkowymi informacjami na temat jego biografii. Wiemy zatem, że urodził się i zmarł w Pekinie, ale w drugim roku rewolucji kulturalnej (1968), jako przedstawiciel „młodzieży inteligenckiej” zesłany został na wieś do prowincji Junnan, a potem Szantung. W 1972 roku uzyskał zgodę na powrót do stolicy, gdzie znalazł zatrudnienie w fabryce, a potem podjął studia ekonomiczne w Chińskim Uniwersytecie Ludowym i kontynuował je na Uniwersytecie w Pittsburghu. Uzyskany tam tytuł magistra dał mu podstawy do tego, by podjąć pracę wykładowcy na Wydziale nauk Społecznych rodzimej uczelni, a potem – od roku 1992 – stać się niezależnym pisarzem, utrzymującym się z honorariów za wydawane książki, które nieomal natychmiast tłumaczono na języki obce. Zagraniczni autorzy not biograficznych w książkach Wanga podają, ze zyskał on sławę w Chinach jako kronikarz mrocznych lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, co nie spodobało się szykanującym go władzom i zapewne przyczyniło się do przedwczesnej śmierci na zawał serca. Można zatem powiedzieć, ze zabiła go ambiwalencja rządzących, którzy od czasów Deng Xiaopinga i jego dojścia do władzy w 1978 roku, zgodzili się na zaproponowany nowy kurs i otwarcie Chin na świat, ale jednocześnie – mimo oficjalnego potępienia rewolucji kulturalnej i krytyki dorobku Mao Zedonga – wciąż tęsknili za wielkim przywódcą. Skromny, inteligentny Deng nie mógł zrekompensować utraty ojca narodu, którego wizerunek wciąż reprodukowano na banknotach, któremu stawiano monumentalne pomniki, którego portret stale wisi u wejścia do Zakazanego Miasta. Ten symbol wstecznictwa i zacofania, jakże kontrastujący z rozmachem współczesnych Chin, wciąż przypomina, że to wielkie państwo potrzebuje symboli i czeka na ludowych mesjaszy, którzy popchną społeczeństwo na wyższe tory komunizmu. Na szczęście reformy Denga spowodowały powstanie nowego społeczeństwa, ze znakomicie wykształconą kadrą naukowo-techniczną i biznesową, co z kolei przełożyło się na prawdziwą eksplozję w zakresie budownictwa, transportu i produkcji luksusowych dóbr. Tak powstało państwo, w którym swobodnie rozmawia się o polityce i ekonomii, ale nie wolno krytykować rządu, który decyduje o drogach rozwoju i rozprzestrzenia kult Mao, którego socrealistyczny grobowiec z zabalsamowanym ciałem, okrytym granową flagą z sierpem i młotem, wciąż znajduje się na Placu Niebiańskiego Spokoju.

Wang Xiaobo – pisarz

Przez dziesiątki lat w Chinach nie mówiło się o seksie, a jedynie nawiązywało się do niego w aluzjach, poezji, tendencyjnej prozie i propagandowych filmach. Pojawienie się zatem pisarza, który mówił wprost o miłości cielesnej, a przy tym ukazywał brudne zakamarki Pekinu, śmierdzące ubikacje i śmietniska, zdezelowane fabryki i dziwacznych funkcjonariuszy systemu, było nie na rękę władzy, mającej wszędzie swoich tajnych agentów i podskórnie moderującej zachowania ludzkie. Pisarz we współczesnych Chinach mógł wybrać dwie drogi – albo wyemigrować i przeciwstawić się władzy, jak Gao Xingjian lub rozwijać swój talent w obrębie systemu, jak Mo Yan. Wang Xiaobo wybrał trzecią drogę, publikując utwory, w których była spora doza ironii, ale też jakby podskórne idealizowanie kraju, w którym jednostka mogła zyskać niezależność w obrębie zamkniętego, stworzonego przez siebie świata. Miłość w czasach rewolucji to powieść będąca swoistym eksperymentem narracyjnym, w którym sam autor i jego alter ego Wang Er, toczą wiele walk, ironicznie komentują zdarzenia, a nade wszystko obserwują samych siebie, szczególnie w chwilach erotycznych uniesień. W takim kontekście – jak podpowiada narrator: To książka o pożądaniu. Pożądanie ma własną siłę napędową, niekiedy jednak swobodne zachowanie jest zabronione, co niezwykle komplikuje sprawy. Na przykład, na północ od mojego domu znajduje się Pałac Letni, ale gdyby nie istniał kierunek północny, wtedy mógłbym iść wyłącznie na południe i dopiero po przejściu bieguna południowego i północnego, po czterdziestu tysiącach kilometrów, dotarłbym do pałacu. To właśnie usiłuję powiedzieć. Ludzie naprawdę potrafią wszystko wyrazić zawoalowanymi aluzjami i dotyczy to również pożądania. Dlatego jego źródłem mogą być najmniej godne zaufania rzeczy. Choć autor relacjonuje własne przeżycia, choć nawiązuje do konkretnego życiorysu, to istotą jego powieści jest diagnoza ludzkich zachowań i Chin, w których przyszło mu dojrzewać. To był czas rewolucji kulturalnej, podczas której wywlekano kułaków i inteligentów i wleczono ich po ulicach w komicznych czapkach z papieru – czas ekspansji młodzieńczej głupoty i szalejącej jak zaraza myśli przewodniczącego Mao, który bezwzględnie wykorzystywał rozgorączkowane umysły do walki politycznej. Dochodzili wtedy do głosu hunwejbini, niszczący kulturę i sztukę, pogardliwie odnoszący się do nauki, uciekający się do szantaży i oszustw, a i często zabijający swoich oponentów. Najbardziej radykalna i wpływowa była Czerwona Gwardia i to ona wywlekła ojca Wanga Era z domu, a potem prowadzała go po kampusie jako wroga ludu i wstecznika rewolucji. Wykorzystywani do rozgrywek politycznych lokalnych sekretarzy partyjnych, czuli się bezkarni i z lubością wykrzykiwali sentencje Mao, z jego czerwonej książeczki.

Bohater powieści Wanga Xiaobo mógłby pójść innymi drogami i stać się opozycjonistą na emigracji, jak na przykład chiński laureat Pokojowej Nagrody Nobla z 2010 roku, dramaturg i prozaik Liu Xiaobo, o którym mówi się, że stał się sumieniem Chin po masakrze na Tienanmen. Jednak młody mężczyzna z omawianej tu powieści idzie inna drogą, próbując rozsadzić system sobie tylko znanymi sposobami – najpierw eksperymentując z ledwie przeczuwanym uczuciem homoseksualnym do przyjaciela z pracy, potem bawiąc się elementami sadyzmu i masochizmu w swoich działaniach (pobicie przyjaciela i erekcja w trakcie tego zdarzenia). Dalej – obserwując siebie w relacjach z piękną hunwebinką X Haiying, zatruwającą mu myśli ideologiczną papką, ale – koniec końców nie mogącą stłamsić w sobie kobiety i wciągającą go do łóżka. Ta piękność w zdezelowanym mundurze ma być jego sekretną policjantką i sprawować nadzór nad rozwojem politycznym, ale wspólna droga do komunizmu przeradza się w owo – wskazane we wstępie – „pożądanie”, któremu nawet ona nie potrafi się przeciwstawić. Wang Er próbuje eksperymentować seksualnie z poznaną studentką (Była męcząca, denerwująca i nienawidziłem jej. Ale później bardzo ja kochałem. To pokazuje, że nienawiść i miłość są jednak nierozdzielne.) ale niewiele z tego wychodzi, chociaż pocałunki, dotykanie piersi i przytulanie się do siebie, daje mu podstawy do prowadzenia zaawansowanej gry miłosnej z funkcjonariuszką systemu. Przez kilka lat godzi się na poniżanie i deprecjonowanie swojej wartości, ale wciąż śni o tym, że ją gwałci, bije, morduje i odwdzięcza się w ten sposób za zniewagi. Triumfuje, gdy X Haiying rozbiera się i zmusza go do uprawiania seksu, stale wyposażając wszystko w ideologiczny kontekst i właśnie wtedy jego „stalowy” penis staje się prawdziwym narzędziem odwetu. Kobieta nienawidzi go jako ofermę klasową, ale nie potrafi bronić się przed rozkoszą, którą daje jest stuprocentowy, jakże męski i chropawy Er. Tak akcja powieści z planów miejskich, fabrycznych i biurowych przenosi się do domu dziewczyny, w którym czują się bezpieczni i mogą uprawiać zakazany seks do woli. Niestety bariera jest zbyt duża i X Haiying po każdym zbliżeniu wraca do swojej roli, bezlitośnie kpiąc z Wanga i szukając pretekstu by go srodze ukarać. Jeśli tego nie robi, to tylko dlatego, że potrafi docenić jego męskie walory i nie wyobraża sobie, że mogłaby uprawiać seks z innym mężczyzną. Niestety nie wie, że jego sprawność ma podłoże sadystyczne, a kolejne przyspieszenia i szczytowania podczas stosunków są jak zabicie odwiecznego wroga i zmasakrowanie jego podłych szczątków. (Kochanie się z nią wymagało brutalności, odrobiny żądzy mordu).

Edukacja seksualna Wang Era idzie w parze z jego życiową przebiegłością, która koniec końców doprowadzi go do poznania kobiety, którą poślubi i pociągnie za sobą na studia do Stanów Zjednoczonych. Indoktrynowany przez agentkę systemu Mao, wychodzi cało z tego starcia, przede wszystkim za sprawą swojego wywrotowego charakteru i chęci eksperymentowania ze światem i sobą. Tylko taka postawa pozwala mu przetrwać zbliżenia z funkcjonariuszką, która przy nim powoli traci rozeznanie w hałaśliwym świecie hunwejbinów i wrogów klasowych. Jeszcze rzuca obelgi na Era – Za każdym razem, gdy się kochaliśmy, X Haiying mówiła, że jestem draniem, diabłem, złym nasieniem, wyzywała mnie jak psa. Oto mądrość czasów rewolucji z wyższej półki. Jeszcze próbuje go zadenuncjować, poniżyć, ale, gdy sama staje się obiektem donosu i cała fabryka zaczyna mówić o jej romansie z przerażająco brzydkim mężczyzną, godzi się z porażką i znika z jego życia. Wang Er widzi siebie jako cierpiącego na hemoroidy malarza, marzącego o wielkiej artystycznej karierze, ale borykającego się z problemami, jakie niosą czasy rewolucji kulturalnej. Widząc wszechobecną nienawiść, postanawia walczyć z nią tak, by funkcjonariusze systemu, nie zorientowali się, że jest kimś na kształt duchowego i cielesnego dysydenta. Z pokorą znosi obelgi i intrygi X Haiying, która jednak broni go na wiecach, przedstawiając jako, niegroźnego fajtłapę, a potem z nawiązką odbija sobie wszystko, gdy dominuje nad nią w łóżku i zaspakaja jej wyszukane fantazje erotyczne. Trudno się dziwić, że pisarstwo Wanga Xiaobo nie podobało się ówczesnym władzom chińskim, dążącym do radykalnej unifikacji społeczeństwa i wtłoczenia jednostek w tryby wielkiej machiny, pędzącej do przodu jak szybka kolej i nie dbającej o tych, którzy nie wytrzymali tempa. Po latach pisarz rozprawił się z nimi aluzyjnie w szkicu pt. Przyjemność myślenia, odnosząc swoją wypowiedź do hipotetycznego kolegi: Kilka lat temu, zaraz po tym, jak wyszedłem z ciszy i napisałem książkę, dałem ją starszemu znajomemu. Nie spodobała mu się. Uważał, że nie powinno się pisać w ten sposób. Według niego książki powinny edukować ludzi, uwznioślać ich dusze. Z pewnością przemawiała przez niego sama mądrość. Jednakże spośród wszystkich mieszkańców tego świata tym, którego duszę pragnę uwznioślić najbardziej jestem ja sam. Jest punkt widzenia całkowicie nikczemny i zupełnie egoistyczny, lecz absolutnie szczery. Paradoksalnie owa nikczemność i egoizm pozwoliły stworzyć kontrapunkt w kontaktach z ludźmi czasów rewolucji kulturalnej i pokonać tę, która miała nadzorować jego kształtowanie ideologiczne. Nie ona jedna legła w konfrontacji z „pożądaniem” i poddała mu się jak wiele kobiet przed nią i po niej, przegrała w ramionach Era, choć po latach okazało się, że były to jej i jego największe zwycięstwa.

Hiperrealistyczne obrazy ilustrujące tekst są autorstwa artysty, który nosi takie samo imię i nazwisko jak pisarz – Wang Xiaobo. Może to znaczący pseudonim, może pokrewieństwo, trudno dociec – autorowi nie udało się znaleźć w Internecie wiarygodnych informacji na ten temat.

BROMBERG (12)

Hertha przybliżyła się do Williego i zauważyła, że na jego czoło wystąpiły lśniące kropelki potu, więc zaraz chwyciła go za rękę i powiedziała:

– Może chciałbyś się odświeżyć… dzisiaj jest tak gorąco… weź prysznic, a ja przygotuję coś zimnego do picia.

Willi otarł pot z czoła i zrobiło mu się nieswojo, tym bardziej, że poczuł jak lepkie strużki spływają mu po plecach i suną powoli w dół spod obu pach. Patrzył jak Hertha z gracją podąża małymi krokami do kuchni i zwrócił się ku łazience, gdzie szybko zdjął czarny mundur, jasną koszulę z wyraźnymi, mokrymi plamami i spodnie. Zrzucił resztę ubrania, odkręcił wodę i wskoczył pod prysznic, rozkoszując się chłodnym strumieniem. Namydlił całe ciało jakimś perfumowanym mydłem Herthy, a potem dwa razy spłukał je wodą, która już zdążyła się porządnie ogrzać. Zamyślił się też nad sytuacją, w której się znalazł i nagle wystraszył się konsekwencji, wszak tak szybko trafił do sekretarki słynącego z okrucieństwa przełożonego. Zrobiło mu się sucho w ustach, a jego męskość zmalała natychmiast, powodując, że lęk przerodził się w niemal przerażenie. Teraz wystraszył się jeszcze bardziej, bo wyobraził sobie, że nie sprawdzi się jako mężczyzna. Podążył do górnej części munduru, wiszącej na haku przymocowanym do glazury, odpiął guzik prawej kieszeni i wyjął małe podłużne, okrągłe, pudełeczko z blachy, na które przyklejono czerwoną etykietkę z napisem Pervitin. Wyciągnął z niego białą pastylkę, wsadził ją do ust i szybko rozgryzł, ale po chwili sięgnął po następną i także ją zjadł, popijając wodą z kranu. Sięgnął po duży amarantowy ręcznik, owinął nim się w pasie, zawiązał na gruby supeł, podszedł do zaparowanego lustra, przejechał po nim dłonią i widząc swoje zmierzwione włosy, uczesał je jakimś grzebieniem Herthy, leżącym na szklanej półeczce. Czując się odświeżony i gotowy, otworzył drzwi i wysunął się do sypialni, w której panował już półmrok, a w różnych miejscach płonęły białe świece. Zmieniła się też muzyka i łatwo rozpoznał w niej uwerturę do Tannhäusera Richarda Wagnera, graną często w Niemczech na koncertach dla esesmanów i ich rodzin. Hertha leżała na dużym łożu i miała na sobie tylko koronkową, kremową halkę, opiętą wokół obfitych piersi i podkreślającą rysunek zgrabnych ud i łydek.  Przez świadomość przemknęła mu jeszcze myśl o minnesingerze Wagnera, który spędził długi czas na górze Venusberg, zabawiając się z zaborczą boginią, która potem nie chciała go uwolnić. Powoli podszedł do łoża i przysiadł na jego brzegu, przysuwając usta do ust i jednocześnie gładząc prawą ręką aksamitną skórę jej ud. Przyciągnęła go do siebie, a jej dłoń powędrowała ku jego męskości, znowu ponadnaturalnie wielkiej. Poczuła też siłę jego ramion, twardość mięśni i nie czekając dłużej, sprawnie uniosła się nad niego, tak operując ciałem, by szybko się połączyli. Poczuła cudowne wypełnienie i zaczęła na nim falować, pogrążając się w coraz głębiej w rozkoszy, czując jakąś nieziemską jedność. On trzymał ręce na jej piersiach, przymykał oczy i także czuł się spełniony, w tajemniczy sposób nagle obdarowany jej ciałem i ciepłem. Nie przypuszczał, że ta drobna kobieta ma w sobie tyle energii i teraz pławił się w niej, prawie nic nie robiąc, lekko tylko drgając pośladkami i dociskając się do niej co chwila. Od samego początku rozkosz odebrała jej poczucie rzeczywistości i rozświetliła jaźń wielkimi plamami zmieniających się stale kolorów. Należała do kobiet, które traktowały seks jak kosmiczną komunię z mężczyzną i płonęły od początku do końca. W życiu codziennym sprawiała wrażenie zimnej jak żelazo, ale gdy kochała się z mężczyzną, żelazo rozpalało się do czerwoności, a potem bardzo wolno stygło.

Willi początkowo przeraził się jej zaborczości i sprawności erotycznej, wszak do tej pory miał zwykle do czynienia z dziewczętami, które pozbawiał dziewictwa, albo z zakompleksionymi mieszczankami, dopiero budzącymi się do życia miłosnego. Hertha szybko doprowadziła go do spełnienia, ale wcale nie miała zamiaru poprzestać na tym. Leciutko zsunęła się z niego i zaczęła ustami i językiem pieścić jego piersi, dotykać zębami sutków, podążać ku podbrzuszu i wciąż ogromnej męskości. Bawiła się jak dziewczynka lizakiem, całowała i brała do ust, obiegała językiem wszystkie krągłości, obdarzała ciepłym oddechem skórę wokół jąder i cudownie wadziła się z napletkiem, zsuwając go delikatnie wargami i nosem popychając go ku poprzedniemu ułożeniu. Muzyka stworzyła niepowtarzalny klimat, ale to światła świec spowodowały, że zaczęło mu się wydawać, iż pogrąża się w jakiejś mistycznej toni. Nagle zapragnął zaprezentować swoją przewagę i odsunął ją od siebie jakby gwałtownie popychał wroga. Odebrała to jako rodzaj zabawy i rozmachem uderzyła go otwartą dłonią w prawy pośladek, a potem ponowiła uderzenie w lewe udo, tuż przy podbrzuszu. Zabolało go to trochę, ale z jeszcze większym impetem naparł na nią, z łatwością rozkładając jej ramiona i uda i wnikając w nią z brawurowo. Teraz on chciał dominować i robił to z ogromną wprawą, poruszając się rytmicznie, z wielka dynamiką i powodując, ze prawdziwie straciła kontakt z rzeczywistością. Szybko pojawił się na ich ciałach pot – pościel i poduszki spadły na ziemię i zostali tylko na zmierzwionym, białym prześcieradle. Napierał na nią bez ustanku i czuł, ze wciąż rosną jego możliwości, jakby był biegaczem, który pokonał ogromny dystans i teraz kończył wyścig, dobywając z siebie tytaniczne siły. Jej twarz płonęła czerwienią, a włosy rozpadły się na wszystkie strony, tworząc rodzaj kompozycji, przypominającej stylizacje z rysunków reklamowych Alfonsa Muchy. Przez ułamek sekundy mignęła też w świadomości Williego, wykrzywiona komicznie, czarna twarz jakiejś hinduskiej bogini z kilkoma ramionami, ale zaraz rozmyła się we mgle. Na chwilę zatrzymał ruchy swoich ud i zaczął oplatać dłońmi jej piersi, brzuch, plecy i uda. Wysunął się z niej i zbliżył usta do jej łona, dmuchając leciutko w gęstą kępę czarnych włosów, a potem delikatnie pieszcząc językiem najczulsze miejsce. Ale nagle stało się z nim coś dziwnego, jakby jakaś mroczna siła wniknęła w jego ciało i przydała mu jeszcze większej energii. Gwałtownie przerzucił ją na brzuch i zaczął penetrować ją od tyłu, raz po raz wypadając z niej i z impetem wracając ku niej. Nie słyszał też jak szeptała:

– Willi, to boli… to boli… to bardzo boli…

Nie wiedział co się z nim działo, bo barwy zaczęły silniej pulsować, światła migały jak oszalałe, a jej ciało zaczęło mutować, przeistaczać się w skórę węża i brzydnąć nie wiadomo dlaczego? Napierał na nią, ale jednocześnie miał wrażenie, że obcuje z kimś innym, skarlałym i spotworniałym, ze stopą końsko-szpotawą. Znowu gwałtownie przerzucił ją na plecy i z przerażeniem zobaczył, że leży pod nim Josef Goebbels i śmieje się, odsłaniając końskie zęby. Przeraził się straszliwie i odruchowo chciał zasalutować, ale minister propagandy ubiegł go i odezwał się metalicznym głosem :

– Zdradziłeś swojego dowódcę… Jutro Alvensleben przeczyta mój raport…

Willi zobaczył oczyma wyobraźni jak staje przed plutonem egzekucyjnym na rynku w Brombergu, w tym samym miejscu, gdzie rozstrzeliwał Polaków. Tak pragnął na nowo ujrzeć Herthę, elegancką i pachnącą, tak ciał poczuć jej ciepło, ale miał wrażenie, że obcuje z zimnym trupem. Odezwały się w nim jakieś głosy, Hitler krzyczał: Vernichtung des jüdischen Bolschewismus… …rücksichtslose Germanisierung… a Goebbels wtórował mu: Vorsicht, Hunde… schrieb er, wenn der Teufel in mir ist, wirst du ihn nicht wieder einschränken…Były też jakieś złowieszcze szepty i szumy, a  przy łóżku stanął też kulawy Polak, którego Willi zobaczył na klatce schodowej, gdy szedł do Herthy. Wszystko w nim wirowało, wszystko zaczęło falować i jak tonący wyciągnął ręce przed siebie, schwytał coś i kurczowo zaczął uciskać. Po chwili znowu pojawił się pod nim Goebbels, którego  dusił bezlitośnie, przyciskał do łoża, a gdy poczuł, że osłabł, zaczął go okładać pięściami, drapać paznokciami i znowu bić bez opamiętania. Strach przed raportem ministra, który trafi na biurko Alvenslebena był tak porażający, że dla pewności uderzył jeszcze kilka razy, a potem zwymiotował na trupa i natychmiast stracił przytomność.

Willi obudził się wczesnym rankiem i w pierwszej chwili nie wiedział, gdzie jest, oślepiony światłem, czujący jakąś niewytłumaczalną niemoc i strach. Nagle obrazy zaczęły się jednak klarować, zatrzymał wzrok na dopalających się świecach i rzężącym patefonie, którego igła dotarła do końca płyty i chrobotała miarowo. Spojrzał w lewo i w pierwszej chwili nie skojarzył co ma przed oczyma, ale zaraz serce podeszło mu do gardła i zaczęło bić jak oszalałe. Skoczył z łóżka na pełne nogi i z tej perspektywy zobaczył, że na łożu leży uwalane we krwi i straszliwie zmasakrowane ciało Herthy Kiebitz. Powoli zaczęły do niego wracać zdarzenia wczorajszego dnia, ale nie mógł sobie przypomnieć co właściwie się stało. Usiadł na krześle, schował twarz w dłoniach i zapłakał jak dziecko, trwając w bezruchu kilka minut. Jeszcze raz przyjrzał się ciału sekretarki swojego szefa i zimny pot wystąpił mu na czoło. Jego zimna świadomość wracała coraz intensywniej i odezwała się w niej perfidia, która zawsze pojawiała się, gdy zabijał ludzi. Poszedł do kuchni, znalazł jakąś szmacianą siatkę, do której zaczął wkładać kieliszki i szklanki, z których pili. Potem wszedł do łazienki i pod prysznicem zmył z siebie wszelkie ślady krwi, wytarł się w ten sam ręcznik, co wcześniej, a potem założył mundur i buty. Uczesał się dokładnie przed lustrem i końcem grzebienia wydobył spod paznokci naskórek kobiety. Wytarł chusteczką wszystkie miejsca, na których mogły pozostać jego odciski palców, a potem zgarnął pościele, poduszki, ręcznik i ubiory Herthy na środek pokoju. Polał je benzyną z zapalniczki i poszedł do kuchni, gdzie odkręcił wszystkie kurki gazowe. Wrócił do pokoju i stanął przy łóżku, jeszcze raz spojrzał na zmasakrowaną twarz Herthy, która teraz wydała mu się komiczna i bezsensowna, jak twarze rozstrzelanych Polaków i Żydów. Nie wahając się dłużej, zapalił stertę szmat, czując już wyraźnie napływający z kuchni odór gazu, odwrócił się na pięcie i myśląc o czekających go działaniach pozorujących, ruszył do wyjścia. Jego umysł pracował teraz na najwyższych obrotach i szukał ewentualnych zdarzeń, które mogłyby doprowadzić Gestapo do niego. Na szczęście nikomu nie powiedział o schadzce z sekretarką szefa, a nieobecność w domu krewnych, łatwo mógł usprawiedliwić jakimś wyjazdem. Wyszedł na klatkę schodową i natychmiast przypomniał sobie kulawego starca, który przestraszył się go, gdy zmierzał do Herthy. Zapamiętał dobrze za jakimi drzwiami zniknął i teraz, przeskakując po dwie schody, szybko znalazł się przy nich. Zapukał lekko, tak by nie robić zbędnego hałasu i po jakimś czasie usłyszał szuranie nogami, a potem chrobot w zamku. Drzwi uchyliły się i zobaczył tego samego mężczyznę, który wczoraj  tak się go przestraszył. Willi naparł na drzwi, które nie były zabezpieczone łańcuchem i znalazł się w środku, w małym korytarzyku, prowadzącym do innego pomieszczenia.

– Mamy doniesienie, że jesteś Żydem i ukrywasz się tutaj przed nami…– syknął Willi.

– Panie oficerze!!! Mój Boże, przecież mój ojciec był Niemcem z zagłębia Ruhry, a matka Ślązaczką… przyjechali tutaj w czasach, gdy Bromberg nazywany był Małym Berlinem i rozwijał się znakomicie…

– A my mamy informację, że nazywasz się Goldberg i donosiłeś Polakom na niemieckich braci, przygotowujących nasz powrót do Brombergu…

– Mój Boże, to kłamstwo panie oficerze, zawsze czułem się Niemcem… Czytałem Mein Kampf naszego führera i codziennie słucham w radiu przemówień ministra Goebelsa…

W świadomości Williego mignął obraz ministra Rzeszy, duszonego w łóżku Herthy. Pomyślał też, że ma mało czasu, bo za chwile nastąpi wybuch w mieszkaniu na pierwszym piętrze, a starzec mógłby potwierdzić, że to właśnie on był u niej. Nie zastanawiając się dłużej wyciągnął pistolet i skierował go w stronę przerażonego mężczyzny.

– Proszę nie strzelać… mam wnuka w pana wieku… nikomu nigdy nie zrobiłem nic złego…– lamentował starzec.

Willi w ułamku sekundy uświadomił sobie, że strzał będzie słyszalny na ulicy i spowoduje przybycie żandarmów. Podrzucił zatem pistolet lekko ku górze, zwinnie schwycił go za lufę, a potem z rozmachem uderzył rękojeścią w skroń starca. Ten natychmiast zalał się krwią i upadł na ziemię jak martwy, choć widać było, że wciąż oddycha. Dla pewności Otter jeszcze kilka razy uderzył go kolbą pistoletu, a gdy mężczyzna całkowicie znieruchomiał, poszedł do małej kuchni i w niej także odkręcił kurki z gazem. Nie oglądając się za siebie, zbiegł szybko po schodach i ostrożnie, krok po kroku, wysunął się na pusty chodnik. Nie chciał wchodzić na główną ulicę, więc skierował się w drugą stronę, wzdłuż Albrecht Dürer Strasse. Odszedł może dwieście metrów, gdy usłyszał za sobą potężną eksplozję, a szyby z pobliskich domów powylatywały na bruk. Nie oglądając się za siebie, przyspieszył kroku i z ulgą zaczął się oddalać, a gdy jeszcze usłyszał kolejny, mniejszy wybuch, skrzywił usta cynicznie, strzepnął jakieś pyłki z munduru i skręcił w Lessingstrasse, prowadzącą ku Johann Fichte Platz, tuż przy ogromnych budynkach Instytutu Rolniczego im. cesarza Wilhelma.

– Nie mogę brać dwóch pastylek Pervitinu… – pomyślał – Jak brałem jedną nie traciłem kontroli nad sobą…

CZARNY NEFRYT (9)

Była już późna noc, gdy żołnierze Czena dojechali do jaskini, ukrytej w górach. Tuż za nimi dwa konie wiozły Gao i Liu, a dalej podążały dość szybko trzy wypełnione po brzegi wozy. Stanęli przy wysokich krzakach berberysu, forsycji i czeremchy, które znakomicie maskowały wejście do kryjówki. Rozwiązano jeńców i wszyscy zaczęli przenosić bogactwa Wanga do połączonych ze sobą i ciągnących się daleko, daleko, ogromnych jaskiń. Rozpalono w nich ogniska i zatknięto pochodnie w specjalnych oprawach, przykutych do ścian. Dopiero w trzeciej komnacie były skrzynie, beczki, szerokie koryta wypełnione sianem i tam też znoszono wszystko. Trwało to bardzo długo, bo przejście przez krzaki było wąskie i miejscami trzeba było przeciskać się przez ciemną gęstwinę. Na końcu wniesiono rulony wzorzystej materii, miecze misternie inkrustowane złotem, topory i halabardy. Wszyscy usiedli przy dużym ogniu, by ogrzać się, gdyż zrobiło się bardzo zimno, ale nie posiedzieli długo, bo z daleka dobiegać zaczął odgłos końskich kopyt. Nikt ani nie drgnął, póki u wejścia nie pojawił się Czen i dwóch jego towarzyszy. Dowódca pomaszerował szybkim krokiem do trzeciej jaskini, zlustrował łupy, uśmiechnął się szelmowsko i wrócił do pozostałych.

– Dobra robota – powiedział i klasnął w dłonie – Należy wam się nagroda…

Jeden z przybyłych podał mu czarne dzbanki z wódką i poszedł na zewnątrz, do konia, by wyciągać z worków małe czarki. W Chinach nikt nie pyta o nieobecnych, więc wkrótce zmęczeni żołnierze pili ze smakiem, uderzali naczyniem o naczynie, śmiali się i wesoło rozprawiali. Ta sama wódka, która wcześniej zmorzyła cały oddział, odebrała szybko świadomość pozostałym żołnierzom. Gao i Liu siedzieli z boku, przy innym ognisku i też dostali sporo alkoholu. Przytuleni do siebie rzucali lękliwie spojrzenia ku środkowi jaskini, udawali, że piją i czasem szeptali coś sobie do ucha.

– Nie pij tego Liu – powiedział Gao – nie podoba mi się to, co oni tutaj robią…

– Udajmy, że śpimy, to może dadzą nam spokój… – szepnęła kobieta.

Czen chodził pomiędzy żołnierzami i sprawdzał, czy wszyscy już śpią. Patrzył też raz po raz na Gao i Liu, a w końcu przystanął, wziął się pod boki i ruchem głowy, jakby coś potwierdzał, dał znać najwierniejszym towarzyszom, że mają zająć się upitymi mężczyznami. Ci chwytali jednego po drugim i przeciągali, za ręce, na skraj wewnętrznej przepaści, głębokiej na ponad sto metrów. Tam z rozmachem zrzucali nieprzytomnych i wracali po następnych, a gdy już cisnęli ostatniego, skierowali się ku jeńcom. Czen pokręcił przecząco głową i sam podszedł do nich, sprawdzając jak głęboki jest ich sen. Kopnął z rozmachem Gao w udo, a gdy ten nie drgnął, szarpnął Liu i odciągnął ją na bok. Przykucnął przy udającej sen kobiecie, pogłaskał po piersiach i wsunął jej rękę między uda. W tym samym momencie Gao skoczył w powietrze z dzikim wrzaskiem, szarpnął leżącą na ziemi halabardę i zamachnął się na Czena. Wysłannik był jednak dobrym żołnierzem, wyćwiczonym w licznych wojnach, więc odskoczył błyskawicznie, chwycił długą kopię, z ostrzem jak nóż i z zakrzywionym hakiem i natarł z impetem na napastnika. Pozostali przy życiu dwaj żołnierze, też sięgnęli po halabardy i czekali na dogodny moment, by pomóc swojemu panu. Na razie jednak Gao i Czen toczyli bój, w powietrzu słychać było świśnięcia ostrzy, to tu, to tam migały one i krzesały iskry przy głowach przeciwników. Gao był prawdziwym mistrzem walk, więc szybko zaczął zyskiwać przewagę. W pewnym momencie zdecydowanie przyparł Czena do muru i ten zawołał z rozpaczą:

– Na co czekacie durnie….!!!

Żołnierze doskoczyli do Gao i zaczęli uderzać na oślep. Młodzieniec musiał teraz bronić się przed trzema sprawnymi napastnikami i zrozumiał, że jest to walka na śmierć i życie. Przygryzł wargi i z ogromną siłą zaczął kręcić młynka swoją halabardą. Jednocześnie tak się przesuwał, że stworzył wolne pole dla Liu, wciąż jeszcze udającej, że śpi. W końcu, między szybkimi oddechami, krzyknął:

– Liu przesuń się za mnie, bo cię uderzą…

Kobieta natychmiast wstała i powędrowała kilkanaście kroków ku wnętrzu jaskini. To był sygnał dla jej ukochanego, który przestał kręcić w powietrzu koła swoją bronią i na chwilę zatrzymał się. Czen syknął:

– Bierzcie go z boków…

Gao był na to przygotowany i tak wodził ostrzem w powietrzu, że żołnierze nie mogli przesunąć się za bardzo ani w jedną, ani w drugą stronę. W końcu jednak ruszyli, a wtedy rzucił się też do przodu Czen. Gao podskoczył i miał zamiar wylądować na sporym kamieniu, ale jego noga pechowo skrzywiła się, kość piszczelowa gruchnęła jak suchy patyk i młodzieniec rozpaczliwie zwalił się na ziemię. Na to tylko czekali przeciwnicy, którzy nieomal równocześnie wbili mu w plecy trzy ostrza.

– Liu…. – wrzasnął Gao i wydał ostatnie tchnienie.

Kobieta widząc śmierć ukochanego jęknęła przeraźliwie i ruszyła w kierunku przepaści. Czen szybko zastąpił jej drogę, doskoczył i chwycił ją z ogromną siłą za włosy. Podbiegli też dwaj kompani i chwycili ją za nogi. Wierzgała nimi i próbowała się wyrwać, krzyczała i biła rękoma powietrze. Jeden z zaufanych otworzył jej przemocą usta i wlał w nie alkohol, zmieszany z proszkiem usypiającym. Potem uczynił to raz jeszcze i jeszcze raz, nie bacząc na to, że Liu krztusiła się i prosiła o litość. W końcu rzeczywistość zaczęła niknąć w jej świadomości, zamknęła oczy i zapadła w czarny sen. Czen wskazał na stertę skór i żołnierze zanieśli tam Liu, odarli ją z odzienia, rozszerzyli nogi i czekali na Czena. Ten podszedł szybko, odwiązał rzemień na pasie, zrzucił skórzane spodnie i przybliżył się do uśpionej kobiety. Zaczął ją gwałcić tak intensywnie, że mężczyźni z boku ledwie mogli ją utrzymać. Robił to długo, okrutnie wgryzając się zębami w uda i łydki, aż w końcu poczuł ogromne ciepło i rozkosz. Wysunął się z niej, przysiadł na kamieniu obok, zapalił fajkę, pyknął z niej parę razy, a potem znowu dziko doskoczył do kobiety. Czynił tak trzykrotnie, za każdym razem czując, że rozpala się do czerwoności i uwalnia się od bagażu męskości. Gdy skończył, jego kompani chcieli skorzystać z okazji i też ruszyli do kobiety, ale jedno uderzenie krótkiego bicza w powietrzu spowodowało, że niemal równocześnie odskoczyli w popłochu.

– Ubrać ją – wydał rozkaz Czen – I nie ważcie się jej tknąć…

– Tak jest panie Czen – odpowiedzieli i zaczęli naciągać ubranie na tułów, pośladki, ręce i nogi Liu.

Czen przygotował sobie posłanie ze skór niedźwiedzich i tygrysich, przykrył się ciepłym futrem pantery i nieomal natychmiast zasnął. Dwaj żołnierze doprowadzili do porządku kobietę, przykryli ją owczymi skórami i też przygotowali sobie miejsce do spania. Na wysokiej półce skalnej, w środkowej jaskini, przesuwał się wielki czarny wąż i patrzył z daleka na leżących ludzi. Ciągle żywe ogniska odstraszały go jednak i skierował się ku skałom, które schodziły w dół, ku przepaści. Wyczuwał tam krew i instynktownie kierował się ku leżącym w dole, postrzępionym podczas upadku i powyginanym ciałom. Na stercie kości i czaszek, pośród których buszowały szczury, nietoperze i roje robactwa, leżały też bez bezwładnie, zmasakrowane zwłoki Gao.

Noc przełamywała się nad górami i na wschodzie pojawiła się pierwsza, wąska i niewyraźna smuga światła. Z każdą chwilą jednakże tężała i powiększała się, aż w końcu pierwsze promienie słońca wystrzeliły nad szczyty i rozlały na niebie tęczę barw. Sikorki i zięby, szczygły i pliszki obudziły się i zaczęły głośno pokrzykiwać, śpiewać długimi trelami i nawoływać się z daleka. Przed wejściem do jaskiń przeszedł czarny niedźwiedź, zatrzymał się na chwilę, długo wciągał powietrze w nozdrza, a gdy poczuł woń koni i ludzi, umknął szybko w góry. Liu obudziła się pierwsza i poczuła straszny ból w okolicy łona, dokuczały jej  też rany na nogach i rękach. Kątem oka zauważyła, gdzie śpią żołnierze i ich dowódca, uniosła się na łokciu i zauważyła, że niedaleko Czena leży nóż, który zapewne wypadł zza pasa Gao. Cichuteńko, bezszelestnie wstała i podeszła do niego. Potem jeszcze delikatniej, przesunęła się ku wysłannikowi, który spał głębokim snem i głośno chrapał. Nie zwlekając dłużej wbiła mu nóż w kark i przeciągnęła ku gardłu. Czen zamachał rękoma i wydał z siebie ledwie głuchy dźwięk. Liu odczekała chwilę i przesunęła się ku żołnierzom, którzy nie widząc zagrożenia, wypili wieczorem sporo wódki usypiającej. Pamiętając o naukach Gao, zabiła ich z taką samą wprawą, jak wcześniej zrobiła to z Czenem. Dopiero teraz usiadła na stercie skór i gorzko zapłakała, a łzy zrosiły jej rzęsy, popłynęły po policzkach i zaczęły kapać na ziemię. Jeszcze wczoraj miała ukochanego mężczyznę i chciała ułożyć sobie z nim życie, jeszcze tak niedawno świat wydawał jej się piękny i marzyła o dalekich wyprawach, o wspólnym życiu, o przytulnym domu i o dzieciach. A teraz cóż pocznie i gdzie się podzieje? Wszędzie tylko zbrodnia i zło! Niesprawiedliwość i cierpienie! Z wielkim trudem zaciągnęła trzy ciała nad brzeg przepaści i zrzuciła je w dół, tam gdzie ciśnięto też zwłoki jej mężczyzny. Widziała w tym jakąś zasadę, odbierała to jako rodzaj sprawiedliwości, zapłaty za przewinę. Przez chwilę się wahała, przecież nie zdołałaby zejść na dół i wydobyć ciała ukochanego. Napatrzyła się w życiu na śmierć i podchodziła do niej jak do zwieńczenia naturalnego cyklu. Broniła życia i cieszyła się nim, ale też wiedziała, że porzucenie ciała niczym nie różni się od ścięcia włosów. Wyszła przed jaskinię, wydostała się przed krzaki i natychmiast poczuła jak chłodne, poranne powietrze uderzyło w nią. Na niewielkiej łące narwała pięknych kwiatów i uplotła z nich duży wianek. Wróciła do jaskini i na brzegu przepaści rzuciła go w dół.

– Żegnaj ukochany Gao… – szepnęła suchymi od cierpienia ustami – Żegnaj moja miłości… Muszę wejść na drogę, po której nie chciałam iść… Żegnaj moja miłości… Jestem płaczącą wdową i idę cię pomścić…

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (VIII)

Niebieskawe mgły napłynęły z daleka i Dararan wpatrzył się w nie z natężoną uwagą, jakby chciał tam znaleźć odpowiedź na nurtujące go pytania. Wyobraźnia raz jeszcze przeniosła go do małego opactwa, zagubionego w ziemskiej przestrzeni i zobaczył brata Marka i Piotra, po  cichu przesuwających się ku celi Pawła. Drzwi było otwarte, więc odsunęli je lekko i już po chwili znaleźli się w środku, widząc Pawła pochylonego nad wielkimi księgami.

– Twoje oszustwa wyszły na jaw – syknął dramatycznym szeptem Marek.

Zakonnik drgnął w przestrachu i skoczył na proste nogi, stając twarzą w twarz z przybyłymi. Zlustrował ich uważnie i od razu zrozumiał w jakim celu pojawili się w jego celi. Miał dar widzenia przyszłych zdarzeń i w jego świadomości mignęło ciało wiszące na sznurze od habitu, chociaż nie dostrzegł jeszcze twarzy nieszczęśnika.

– Nic złego nie zrobiłem… – odezwał się dumnie i pokazując na ścienny krucyfiks, dodał – Oto mój sędzia i prawodawca… On zważy moje uczynki na szali dobra i zła…

– Dlatego zdejmowałeś jego koronę cierniową i zadawałeś nią sobie rany…? – cynicznie odezwał się Piotr.

W tym momencie, w świadomości Dararana pojawił się inny obraz, na początku nieco zamazany, ale potem coraz wyraźniejszy. Ojciec przeor wchodził do jego celi z bratem Miguelem z Lizbony i przymykał cicho drzwi. Obaj zdjęli ze ściany krucyfiks dość pokaźnych rozmiarów i zaczęli manipulować przy koronie cierniowej. Przeor wyjął zza habitu malutką buteleczkę ze świńską krwią i ubrudził nią najdłuższe ciernie, a potem jeszcze dwa razy zrobił to samo. Dopiero, gdy upewnił się, że krew przywarła do ostrzy, pokiwał znacząco głową i Miguel natychmiast powiesił krzyż na ścianie. Teraz obaj uklękli na ziemi i zaczęli cicho odmawiać modlitwę do św. Michała Archanioła. Obraz rozmył się i wyobraźnia Dararana wróciła do celi Pawła w innej chwili, gdy stał przed Piotrem i Markiem.

– Brat Miguel i nasz przeor odkryli twoje oszustwo i teraz zapłacisz za to, że naraziłeś nasze zgromadzenie na szyderstwa innych zakonów – odezwał się Piotr.

– Myślałeś, że bezkarnie będziesz udawał świętego… – dodał Marek.

Paweł bezradnie rozejrzał się po celi, zlustrował też potężne sylwetki współbraci, po czym z rezygnacją spuścił głowę. Nagle wszystko zawirowało i znalazł się w gęstej, czarnej matni, w której słychać było jęki potępionych i umierających w bólach. Przed nim stały dwa czarne demony, z przekrwionymi ślepiami i nietoperzymi skrzydłami na plecach. Jeden z nich podszedł do niego i wprawnie odwinął mu gruby, biały sznur, który nosił wokół talii. Drugi doskoczył dziko i z wielką siłą uniósł go w górę, czekając aż towarzysz zahaczy linę na kratach i poda mu dużą pętlę. Teraz razem unieśli Pawła w górę i potem pociągnęli w dół, aż kości zachrzęściły złowrogo pod sznurem. Zrobili to jeszcze raz i zaśmiali się szyderczo, a potem przeniknęli przez ściany i zniknęli w mroku. Ostatnie spojrzenie nieszczęśnika powędrowało ku koronie cierniowej Chrystusa, a ostatnia myśl przyniosła zwielokrotnione słowo gloria… gloria… gloria…

Pochód pogrzebowy powoli dochodził do wiejskiego cmentarza, gdzie wyraźnie było widać wykopany dół, obwiedziony stertami żółtego piachu. Na jednym z drzew głośno skrzeczała sroka, jakby chciała obwieścić światu zbliżające się niebezpieczeństwo. Wóz przejechał przez bramę, otwartą na oścież i stanął niedaleko grobu, na którym ułożono skrzyżowane deski. Czterej bracia wprawnie zdjęli z niego skrzynię i ustawili ją na prowizorycznym rusztowaniu, a potem stanęli po prawej stronie, naprzeciw wieśniaków i grabarzy.

– Żegnamy dzisiaj naszego brata Pawła, który uczył nas jak naśladować naszego pana w drodze ku świętości… – odezwał się Piotr i złożył ręce do modlitwy.

– Módlmy się za niego… – śpiewem zaintonował Marek i dał znać grabarzom by zaczęli opuszczać trumnę do dołu.

– Niech Pan wybaczy mu to, co zrobił u końca swojego ziemskiego bytowania… – śpiewnie deklamował Piotr.

Grabarze podłożyli grube liny pod trumnę, wprawnie usunęli deski i zaczęli ją wpuszczać do grobu. Znowu odezwała się sroka, jeszcze głośniej skrzecząca i bijąca skrzydłami o liście wysokiego jesionu. Jeden z braci rzucił na nią okiem i przez moment wydało mu się, że tuż przy niej lśni jakaś uskrzydlona, błękitna postać. Szybko przeżegnał się i spuścił oczy ku żółtym grudom. Bracia sięgali po piach u rzucali go na trumnę, a ponure dudnienie rozchodziło się wszędzie i  płoszyło małe ptaki, ukryte w cyprysach. Nagle do przodu postąpił stary wieśniak i odezwał się do Piotra:

– To był święty człowiek… naznaczony ranami Pana za życia… Nigdy nie uwierzymy, że targnął się na własne życie…

– Nigdy…!!! Nigdy nie uwierzymy – powtórzyli jak echo pozostali wieśniacy…

– W waszym klasztorze zalęgły się demony…!!! – ciągnął stary – Ale Pan wszystko widzi i wymierzy karę tym, którzy to zrobili…

Piotr i Marek zerknęli na siebie niepewnie, a pozostali bracia spuścili głowy i zapłakali. Wieśniacy skupili się wokół starca i patrzyli nienawistnie na zakonników. Dararan znowu zobaczył dwa czarne demony, stojące u grobu i szyderczo wpatrujące się w grupę żałobników. Skupił na nich całą swoją moc i  robił wszystko, by stali się widzialni, ale obraz powoli zaczął się zamazywać, tracił wyrazistość, aż rozmył się w niebieskiej mgle.

– Tak to było… – Dararan zamyślił się przez chwilę, po czym rozprostował skrzydła i uniósł się w górę, zawisając nad skałą. Jakiś głos nakazał mu lecieć w stronę wielkiej grupy anielskiej i przyłączyć się do niej. Przez chwilę miał wrażenie, że towarzyszy mu ogromny szkarłatny archanioł, ale gdy próbował go dostrzec, opary rozwiewały się, a w przestrzeni niebieskiej pulsowało ledwie słyszalne brzmienie:

– Któż jak Bóg…

Lecąc w dal, wracał myślą do ziemskich wydarzeń i pytał sam siebie, kto przywróci chwałę Pawłowi, kto zważy uczynki morderców. Wiedział, że w świecie ludzkim nic już nie da się zrobić, ale to ulotne echo, wciąż wibrujące w przestrzeni dodawało mu otuchy. Dolatując do dużego oddziału i lądując na wielkiej bryle krzemienia i złota, szepnął w myślach sam do siebie:

– Któż jak Bóg…

ZŁY DUCH (4)

Piękna mniszka, ubrana w gruby, ciemnoszary habit, siedziała przy oknie swojej celi i wpatrywała się w dal. Na zamglonym Renie powoli przesuwała się samotna łódź rybacka i widać było białe ptaki, unoszące się nad mroczną tonią. Widziała tę przestrzeń, a zarazem przenikała ją i podążała ku niewielkiej wsi Liszkowo, w państwie Polan, gdzie zły duch, przybyły z Indii, wyczyniał złowrogie harce. Gdy wszedł w ciało i myśli młodej wieśniaczki, a potem popchnął ją ku straszliwej zbrodni, Hildegarda chciała uwięzić go w pniu spróchniałej osiki, ale zorientował się w ostatniej chwili i umknął nie wiedzieć gdzie. Teraz szukała go, sondując wielkie przestrzenie, zaglądając w umysły ludzi, przyglądając się rzeczywistości wioski, gdzie ostatni raz go znalazła. Był tam drewniany kościół pod wezwaniem św. Anny i mały cmentarz parafialny, na którym wiele było skromnych grobów z nazwiskiem Ratke, nabazgranym na deskach lub krzyżach. Wąska, gliniana droga wiodła stamtąd do gorzelni i dalej do lasu, w którym nocą połyskiwały ślepia wilków i zalęknione oczy saren. Hildegarda szukała go w wytwórni alkoholu, między kadziami z dojrzewającym zacierem, w beczkach i wydrążonych pniach, a nawet w rozgrzanych do czerwoności piecach. Nigdzie nie mogła go znaleźć, więc podążyła ku nieszczęsnej dziewczynie, która zabiła swojego przyrodniego brata, nie wiedząc, że poczęła z nim dziecię. Zobaczyła ją jak siedzi samotna w chacie i kręci kołowrotkiem, z którego wychodzi powoli szara przędza. Nagle dziewczyna drgnęła jak oparzona, szybko wstała, chwyciwszy się pod boki, krzywiąc twarz w wielkim bólu. Wolno, z trudem, podeszła do glinianego dzbana i napiła się z niego zsiadłego mleka, a potem podążyła ku drzwiom chaty. Narzucając na siebie czerwoną chustę, otworzyła grube drzwi z polan i wystawiła nogę za próg.

– Czy już nadszedł czas…?  – spytała w myślach samą siebie i nie potrzebowała odpowiedzi, bo ból był już tak przenikliwy, że traciła zmysły.

Słońce skryło się już za horyzont i ponura ciemność zaczęła napływać wielkimi płatami ze wschodu i północy. Nie wiedziała dlaczego, ale podążyła w stronę czarnego lasu, a gdy minęła pierwsze zeschłe jodły, znalazła się na niewielkiej polanie, ze wszystkich stron otoczonej zaroślami nawłoci,  wrotyczy i kolczastych łopianów. Poczuła się dziwnie, bo nigdy tam nie zachodziła, a miała wrażenie jakby znała to miejsce i w jakiś sposób była z nim związana. Przez kilka chwil w jej rozpalonej świadomości pojawiła się jej piękna matka, otoczona przez Cyganki i krzycząca z bólu.

– To niemożliwe… – przemknęło jej przez myśl.

Hildegarda usłyszała w sobie rajskie tony i już wiedziała, że za chwilę zobaczy coś, czego nigdy nie doświadczały inne mniszki. Żałowała, że nie może zapisać nut, ale była pewna, że dźwięki, tak harmonijnie w niej brzmiące, zostaną w jej pamięci, niczym obraz i kiedyś zdoła je odtworzyć. Nie przestała też szukać benga, bo przecież czuła, że jest gdzieś blisko, jakby na wyciągnięcie ręki. Przeniknęła wzrokiem ciemność i zaczęła się modlić do Jezusa Chrystusa, przybijanego do krzyża przez rzymskich żołnierzy, zerkających z lękiem na groźnego centuriona. Pan wił się z bólu i wyprężał na krzyżu, jakby chciał się od niego oderwać, ale ćwieki w nadgarstkach i w stopach trzymały mocno i potęgowały tępe cierpienie. Mniszka niewidzialnie przywarła do ciała skazańca i tchnęła w nie całą moc swojej świętości.

– Panie, dziękuję ci, że czynisz to za nasze grzechy… Ból wkrótce umilknie i staniesz twarzą w twarz ze swoim Ojcem… Przyjmij moją energię, którą wzięłam z mocy czterech żywiołów… – szeptała jak czuła kochanka.

Jezus pojął wszystko w jednej chwili, spojrzał na nią niewidzącym wzrokiem, a na jego twarzy pojawił się ledwo dostrzegalny grymas wdzięczności. Ona usłyszała w sobie żałobny płacz tysiącleci i z jeszcze większą siłą pchnęła w jego stronę moce ziemi, wody, powietrza i ognia. Twarz Jezusa zdawała się już przeistaczać w granit i marmur, ale łzy i krwawe krople poty były prawdziwe. Wiedziała, że Pan za chwilę umrze, więc jej modlitwa przybrała kształt płomienia, gorejącego pośród ciemności i podążającego ku jego ciału. Wiedziała, że to cierpienie było nie do wyrażenia, ale czekała na choćby jedno jego słowo. Tajemna, fioletowa zasłona opadła na świat i nagle potężna błyskawica rozświetliła przestwór i uderzyła w ziemię, tuż przy stojących na uboczu żołnierzach. Wtedy muskularny centurion, z wielką blizną na policzku, dał im znak, wskazując na włócznie leżące na ziemi. Najstarszy z nich skinął głową, podniósł ciężką włócznię i podążył z ostrzem w stronę Jezusa. Mijając dowódcę, jeszcze raz spojrzał mu w twarz, a gdy nie znalazł w jego oczach nawet iskry litości, silnym ruchem wbił dzidę w serce skazańca. Natychmiast też odskoczył, bo na wszystkie strony trysnęła krew i woda, a ukrzyżowany zawisł bez ruchu, jakby był ledwie strzępem starej szaty zakonnej. Hildegarda przybliżyła się ku jego twarzy i szeptała akty strzeliste, śpiewała psalmy, zapewniała Pana, że zaślubiona w tej chwili, będzie mu towarzyszyć w drodze poza śmierć. Zobaczyła też jak wielki znicz, gorejący pośród nagich skał, przygasa, zalewany przez strugi deszczu, a jasne powietrze wypełnia się gęstą materią ciemności i osuwa w wielkich grudach na ostre zbocza gór.

Hildegarda spojrzała ostatni raz na Golgotę i w czasie krótkim jak jedno mgnienie powiek, wróciła na leśną polanę. Wtedy pojawiła się jeszcze jedna wizja i spostrzegła, że przez pustą przestrzeń między drzewami, przechodzi pośpiesznie nagi, poraniony i straszliwie pobity Jezus Chrystus. Zanim otarł się o kłębowisko wrotyczy i ostów, nim zniknął w czarnej czeluści lasu, kilka krwawych kropel spadło z jego czoła w trawę. Właśnie ułożyła się na niej Bibi i szeroko rozłożyła nogi, jęcząc i ziejąc jak zdychające zwierzę, szamoczące się samo z sobą, jakby chciało kogoś z siebie wyrzucić. Beng opierał się jak mógł, przybierając znikome wymiary i chowając się w najgłębszych tajniach jej świadomości. Ale to wystarczyło, by Hildegarda zauważyła go i pomknęła ku niemu niczym zimny powiew wiatru.

– Czego chcesz ode mnie…!!! – ryknął bezgłośnie i posłał ku niej niewidzialny cierń.

Mniszka poczuła straszliwie ukłucie w skroniach i napływająca migrena oddaliła ją od tego miejsca i od tej chwili. On tylko na to czekał i skoczywszy poza świadomość dziewczyny pomknął ku czeluściom lasu, gdzie gotowała się do snu wataha wilków. Przewodząca im młoda, wielka wadera natychmiast wyczuła obecność złego ducha i zaczęła warczeć przeraźliwie. Dołączyły do niej inne samice, basiory i wilczęta, przestępując z łapy na łapę, podążając do przodu i cofając się o krok. Nagle przewodniczka wskoczyła na niewielki pagórek, zawyła do srebrzystej tarczy księżyca i jak wściekła pomknęła w mrok. Natychmiast ruszył za nią beng, ciągnąc za sobą całą watahę i jednocześnie sondując przestrzeń wokół nich. Rozpierała go duma i czuł, że jego pani z daleka widzi to wszystko, potrząsa naszyjnikiem z czaszek i śle mu dodatkowe, mroczne moce. Nie mógł wiedzieć, że Kali przegrała wielką batalię w przestworzach i oddała go innym mocom, potężniejszym nawet od niej.

BROMBERG (11)

Długo po zachodzie słońca Izaak Abraham słyszał na ulicy, a nawet na dachu sąsiedniego domu, nerwowe pokrzykiwania niemieckich żołnierzy. Sparaliżowany przez strach, przesiedział przy ciepłym kominie całą noc, a dopiero, gdy zaczęło robić się szaro, a potem pojawiła się czerwona pręga na niebie, wyjął gwóźdź ze skobla, powoli otworzył pokrywę, a zorientowawszy się, że nic nie dzieje się na klatce schodowej, opuścił drabinę i zamontował ją na specjalnych hakach, wmurowanych w ścianę. Odczekał jeszcze kilka minut, po czym zaczął schodzić nogami w dół, czyniąc to tak, by niczego nie było słychać. Gdy stanął na ostatnim piętrze, poczynił zwyczajowe trzy kroki do przodu, skierował się twarzą ku Jerozolimie i zaczął odmawiać kolejne części Amidy. Modlitwy nieco dodały mu sił, ale poruszał się w dół niczym cień, przez cały czas nasłuchując, czy nie odezwą się niemieccy żołnierze. Nagle zastygł w przerażeniu, bo na pierwszym piętrze drzwi otworzyły się z hukiem i usłyszał jak jakaś starsza kobieta zwraca się do kogoś czule:

– Dziękuje ci synku za chlebek, bułki i mąkę… Ale teraz nie przyjeżdżaj tutaj za często, bo wszędzie pełno Niemców… W willi Blumwego stacjonuje chyba jakiś ważny dowódca, bo wciąż zajeżdżają tam samochody i biegają do niego oficerowie i zwykli żołnierze…

– Mam pozwolenie na poruszanie się po mieście… Dostarczamy pieczywo do wielu miejsc… wiesz przecież, że wożę chleb do sklepu na twojej ulicy…– odrzekł młodzieniec.

– Tak, tak… ale bądź ostrożny… wczoraj żandarmi biegali po klatce i kogoś szukali…

Serce Izaaka znowu załomotało jak oszalałe, ale gdy głosy ucichły, szybko podążył w dół, bo wydało mu się, że zna głos tego mężczyzny. Gdy znalazł się przy bramie zobaczył furgon piekarski, a przy nim krzątającego się młodzieńca, w czarnej czapce z daszkiem. Teraz już był pewien, że to Franek Zieliński, pracujący przy piekarni na ulicy Szubińskiej i kilka razy dziennie rozwożący pieczywo po mieście. Widząc, że wozak zamyka drzwiczki z tyłu brązowej budy i kieruje się ku lejcom, owiniętym wokół przedniego drąga, syknął w jego stronę:

– Panie Franuś… Panie Franuś… podejdź no pan tutaj…

Zaskoczony młodzieniec, w pierwszej chwili przeraził się, ale widząc w bramie znanego mu Żyda, odwiesił jeszcze raz lejce i podszedł do niego, rozglądając się na boki.

– Panie Franuś, pomóż mi pan i zabierz mnie na Szubińską… Stamtąd łatwo przeskoczę do domu… – powiedział błagalnie Abraham i utkwił wzrok w mężczyźnie.

– A to pan Izaak… – odezwał się Zieliński i jeszcze raz rozejrzał się płochliwie dookoła.

– Niemcy mnie wczoraj gonili i schowałem się na dachu… – szepnął konspiracyjnie Żyd, a potem jeszcze raz powtórzył prośbę –  Panie Franek, Jahwe zesłał mi pana tutaj… pan mnie pamiętasz…? Tyle razy u was kupowałem bajgle i razowy chlebek…

– Pamiętam… pewnie, że pamiętam… nasz szef czasem grał z panem w szachy… – odpowiedział wozak.

–  Tak, tak złociutki… – potwierdził z ożywieniem Izaak – Ty mi teraz pomożesz…? Prawda…?

Młodzieniec znowu rozejrzał się dookoła, a potem patrząc ze wstydem w ziemię, powiedział:

– Chciałbym panu pomóc, ale jak Niemcy mnie złapią, zabiją moja mamę, żonę i córeczkę…

Żyd zatrwożył się strasznie, bo w mig zrozumiał, że naraża młodego człowieka na wielkie niebezpieczeństwo. Postanowił jednak jeszcze raz spróbować i wyciągnął zza pazuchy sporych rozmiarów portfel.

– Pan masz rodzinę, panie Franek i wciąż potrzebujesz grosza… to może spróbujesz mnie przewieźć, gdy dam ci dwieście złotych… nu… wam się to teraz bardzo przyda – odezwał się Żyd, wyciągając banknoty – Dużo pieniędzy… dla pana i dla mnie… Musiałbym zrobić dziesięć par lakierowanych czółenek na niskich obcasach… Ale życie jest bezcenne…

Mężczyzna podrapał się po głowie, a w jego oczach pojawiły się żywe błyski, zobaczył też w wyobraźni jak w sklepie, na Placu Teatralnym, kupuje piękną, różową sukienkę ukochanej żonie. Raz jeszcze rzucił okiem na portfel Izaaka, a widząc w nim więcej banknotów, powiedział:

– Właściwie to mógłbym pana ukryć za workami z mąką… ale to wielkie ryzyko, tym bardziej, że muszę jeszcze zajechać do fabryki Lukullus, na Poznańskiej i odebrać tam cukier i czekoladę. Jak pan dorzucisz jeszcze stówkę i czerwone czółenka dla mojej Kasi… zapakuję pana do wozu…

Abraham ucieszył się, ale natura podszepnęła mu, by spróbował utargować pięćdziesiąt złotych. Szybko jednak oddalił tę myśl, wyjął szybko trzysta złotych z portfela i wręczył je wozakowi.

Ten schował pieniądze i natychmiast wziął się za przygotowanie wolnego miejsca z tyłu wozu. Potem kazał wskoczyć tam starszemu mężczyźnie i tak ustawił worki z mąką, makiem, otrębami i szerokie deski od chlebów, że całkowicie zamaskował Żyda.

– Ino niech się pan Izaak nie rusza i nie wychyla, jak będę ładował cukier i czekoladę w Lukullusie…– powiedział na odchodne i szybko wskoczył na kozła.

Abraham spocił się ze strachu, ale poczuł się bezpieczny w lewym rogu furgonu, dokładnie zakryty trzema warstwami worków i desek. Zauważył też, że na wysokości jego głowy jest prostokątny odpowietrznik, przez który mógł zobaczyć niewielki fragment mijanej przestrzeni. Para silnych koni ruszyła z miejsca i Żyd zorientował się, że po chwili znaleźli się na głównej ulicy miasta, naprzeciw willi Blumwego. Nagle serce stanęło mu i podeszło do gardła, bo usłyszał okrzyk niemieckiego żołnierza:

– Stać!!! Stać!!! Dokumenty…

Wóz zatrzymał się, a młody woźnica podał swoje upoważnienie kontrolującemu go żandarmowi. Ten wziął papiery, uważnie je przestudiował, po czym kazał zejść z kozła i pokazać, co znajduje się w budzie. Zieliński energicznie zeskoczył na ulicę, podszedł do tyłu pojazdu, z uśmiechem otworzył drzwiczki i powiedział po niemiecku:

– Rozwiozłem pieczywo, a teraz transportuję mąkę, mak i otręby do naszej piekarni…

Niemiec popatrzył do środka, a nie widząc niczego podejrzanego, oddał papiery i zakomenderował:

– Dobrze, dobrze… można jechać…

Furgon potoczył się hałaśliwie po bruku, raz po raz podskakując na nierównościach i torach tramwajowych, tym bardziej, ze woźnica popędzał konie i chciał jak najszybciej znaleźć się poza śródmieściem. Abraham widział przede wszystkim górne piętra i dachy mijanych domów, a że znał miasto bardzo dobrze, znakomicie orientował się, gdzie aktualnie byli. Wóz szybko znalazł się przy Placu Wolności i Żyd rozpoznał zdobiony szczyt i wieżę narożnej kamienicy, zaprojektowanej przez Józefa Święcickiego. Kiedyś jego kolega Josełe Stern, mieszkający nieopodal na Gdańskiej, opowiadał mu, że w czasach niemieckich mieszkali w niej znani handlowcy, przemysłowcy, urzędnicy i oficerowie, między innymi dyrektorzy Bydgoskiego Towarzystwa Żeglugowego Friedrich Wilhelm Bumke i Ernst Müller, właściciel parowej cegielni w Fordonie – Heinrich Englemann, pułkownik i komendant 34 Pomorskiego Pułku Fizylierów – Alexander von Kluck.  Każdy chciał podkreślić swoją wagę, mieszkając w kamienicy, która jako pierwsza w mieście wyposażona została w windę, sprowadzoną z Berlina.

– Ach… Izaak, gdybym był tak bogaty… – rozmarzał się Josełe, patrząc na tę kamienicę – gdybym był tak bogaty…miałbym najpiękniejszą żonę na świecie…

Wóz mijał wielki budynek, a ukryty za workami Żyd przypomniał sobie, że był w nim kilka razy w siedzibie Warszawskiego Banku Handlowego i raz spotkał się z przyjacielem w kawiarni Cristal, oferującej wspaniałe ciastka i kawę o najlepszym smaku. Z ogródka przy lokalu przyglądał się ludziom wchodzącym do salonu samochodowego i pojazdom podjeżdżającym do stacji benzynowej, ustawionej przed budynkiem. Kilka lat temu, gdy wędrował Gdańską, wstąpił tam też do sklepu Wedla i kupił czekoladowe cukierki dla żon swoich przyjaciół, Niemca Spatza i Polaka Rossy. Z rozmyślań wyrwały go odgłosy tramwaju, który dzwoniąc i łomocząc kołami w szyny, mijał właśnie furgon piekarniczy. Abraham zobaczył tylko pantograf przesuwający się po sieci trakcyjnej i po chwili hałasy zaczęły cichnąć, a dzwonki zaczęły odzywać w coraz większym oddaleniu. Izaak zauważył teraz szczyt hotelu Pod Orłem z majestatycznym ptakiem z brązu, jakby rozpościerającym skrzydła nad budynkiem. Był tu w 1921 roku, gdy miasto odwiedził marszałek Józef Piłsudzki, bo chciał go zobaczyć i wysłuchać wystąpienia, ale naczelnik państwa czuł się wtedy nie najlepiej i nie wyszedł na balkon hotelu. Abraham stał długo w tłumie licznie zgromadzonych mieszkańców, ale nie doczekał się i poczłapał w kierunku ulicy Focha, a potem skierował się na plac Poznański i ku klonowej alei na Szubińskiej. Teraz miał do pokonania podobną drogę, z dodatkową pętlą, z Długiej na Poznańską, gdzie miał mieć miejsce kolejny postój.  Na razie konie przyspieszyły nieco i furgon wtoczył się na ostatni odcinek ulicy Gdańskiej, a ukryty pasażer czekał aż zobaczy charakterystyczną wieżę kościoła klarysek. Po kilku minutach zobaczył ją i poczuł, że pojazd skręca najpierw w prawo, a potem w lewo, tocząc się w stronę głównego rynku miasta. Szczyty i dachy  wielkich kamienic, które dobrze znał, utwierdziły go w przekonaniu, że minęli teatr miejski i przemieszczali się w kierunku mostu na Brdzie. Co jakiś czas słyszał woźnicę pokrzykującego na konie i strzelającego z bicza, kilka razy odezwały się też inne, mijające ich tramwaje. Przy wjeździe na rynek patrol niemiecki znowu zatrzymał wóz, ale po zerknięciu na  dokumenty, przepuścił go bez sprawdzenia, co znajduje się w środku. Niewiele brakowało, by konspiracja Abrahama została odkryta, bo pył mączny uniósł się w górę i zaczął wiercić nos uciekiniera, ale na szczęście kichnął on cicho dopiero, gdy wjeżdżali już na Długą. Szybko znaleźli się na ulicy Poznańskiej i zatrzymali się przy bramie wjazdowej do budynku oznaczonego numerem 16, gdzie mieściła się Fabryka Cukrów, Czekolady i Kakao Lukullus, należąca do Franza Lehmanna. Wartownik podszedł do Zielińskiego i nakazał mu otworzyć drzwiczki z tyłu pojazdu, a widząc, że są tam worki i deski, przepuścił pojazd, który potoczył się do niewielkiej rampy. Bezruch i niespokojne rżenie koni, podenerwowały na nowo Abrahama, ale załadunek przebiegł sprawnie i po zamknięciu drzwi we wnętrzu rozniósł się aromat świeżej czekolady. Poczuł też, że znowu jadą, a gdy drzwiczki otworzyły się jeszcze raz na wartowni, pewien był, że zaraz ruszą dalej. Tak też się stało, a konie pociągnęły pojazd ku Placowi Poznańskiemu i minęły go, o czym świadczyło pojawienie się w odpowietrzniku furgonu elementów zwieńczenia dachu okazałej willi Luizy Gisse-Rafalskiej, służącej jako lokum dla samotnych, zamożnych panien. Teraz konie zaczęły ciężko człapać i mocno uderzać podkowami o bruk i Izaak zorientował się, że wspinają się ku piekarni Stefana Stefańskiego.  Sprytny woźnica nie zajechał na podwórze, lecz zatrzymał się przy starej kuźni, oddalonej nieco od zakładu, w którym był zatrudniony. Podszedł do drzwi, rozejrzał się wokół, otworzył na oścież drzwiczki i powiedział:

– Chyba wasz Jahwe miał nas w swojej opiece, bo dotarliśmy tutaj bezpiecznie…

– Tak, na pewno Pan nam dopomógł… – potwierdził Żyd i nieco odrętwiały wysunął się z furgonu.

– Dziękuję panu serdecznie… – powiedział i ruszył ku ulicy Pięknej, by nią przemknąć na Strzelecką, gdzie mieszkał i pracował w swoim niewielkim warsztacie.

– A kiedy będę mógł odebrać czółenka dla mojej Kaśki…? – zawołał za nim Zieliński.

– Musi mi pan podać wymiar jej stopy… a najlepiej, żeby sama do mnie przyszła, to wezmę miarę… – odrzekł Żyd i odwrócił się na pięcie.

Skręcając w ulicę Piękną, z lękiem patrzył na niemieckich żołnierzy stojących na warcie dawnych koszarów ułańskich, ale żaden z nich nie zareagował na jego pojawienie się, więc podążył dalej i po dziesięciu minutach był już przed swoim domem. Otworzył drzwi, wszedł do środka, zaryglował wejście i niemal bezwładnie osunął się na łóżko, zasypiając w jednej chwili.

CZARNY NEFRYT (8)

Słońce powoli zachodziło, tworząc na niebie różnokolorowe pasy, plamy i zakrzywione ostrza. Ai wędrował przez góry, kierując się do rodzinnej wsi. Piął się stromymi ścieżkami na zbocza i szybko schodził w doliny. Czasem zatrzymywał się na jakiejś przełęczy i patrzył w dal, na wspaniały kraj Qin, ciągnący się daleko za horyzont, sięgający szczytami nieba, pełen cudownych dolin, jezior i rzek, kolorowych ptaków i rdzawych antylop, koziorożców na turniach i tygrysów w lasach, niedźwiedzi panda w bambusowych zaroślach i wzorzystych węży pośród traw. Panem tego wszystkiego był król, który przybrał tytuł Pierwszego Cesarza. Wstąpił na tron po swoim ojcu Czuang Siangu, w wieku trzynastu lat i godził się, by królestwem długo władał Liu Pu-wei, potężny konkubent jego matki. Potem jednak wygnał go ze stolicy, a spłodzone dzieci, swoich przybranych braci, kazał wymordować. Ai przystanął na wielkiej półce skalnej, wysuniętej nad przepaść, popatrzył na żółtą brzoskwinię słońca i zamyślił się nad światem, który nie wiadomo kiedy powstał. Nie bardzo wierzył w opowieści o Hun-tunie, mitycznym ni to zwierzęciu, ni bukłaku na wodę, utożsamianym z pierwotnym chaosem. Stwór ten wyglądał dziwacznie, jak skrzyżowanie kilku zwierząt, nie lubił ludzi dobrych, a łasił się do złych. Jedni mówili, że mieszkał na Niebiańskiej Górze, gdzie tańczył, grał na instrumentach i śpiewał, a inni przedstawiali go jako beztalencie, takie samo jak inne demony. Świat powstał w ciągu siedmiu dni i może rzeczywiście wyłonił się z chaosu, z którego powstały też bóstwa Yin i Yang. To pierwsze utworzyło ziemię, a drugie – uformowało niebo i tak powstał pierwszy porządek. Ai pamiętał opowieść ojca o pierwotnych oceanach i ich władcach. Hun-tun rządził Oceanem Środkowym, gwałtowny Szu władał Oceanem Południowym, a porywczy Hu decydował o Oceanie Północnym. To oni sprawili, że nieokrzesany stwór umarł i chaos się zakończył. Patrzył na malownicze krawędzie górskie i na niebieskie zbocza w dali, coraz szczelniej pokryte śniegami na szczytach. Kochał te miejsca i znał je dobrze od dzieciństwa, kiedy to po raz pierwszy poszedł z ojcem i bratem w góry i zobaczył krystalicznie czyste dale, o których wcześniej nie miał pojęcia. Odtąd były one w nim wielką tęsknotą i ilekroć wspinał się na szczyty i patrzył przed siebie, czuł jakby skrzydła rosły mu u ramion. Wznosił się w wyobraźni jak orzeł i bujał pośród obłoków, nad wioskami i cesarskim miastem, kołował nad rzeką Wei He i odprowadzał ją aż do ujścia i połączenia się z Huang He, matką wszystkich płynących wód. Był już blisko wielkiego rumowiska skalnego, za którym prosta droga prowadziła w dół, do rodzinnej wsi. Nagle coś przykuło jego uwagę i zadrżał z lęku, przystanął i osłonił oczy dłonią, by lepiej przyjrzeć się niebu. Krążyły na nim dziesiątki sępów i pojawiła się też między białymi czapami chmur jakaś czarna mgiełka, jakby złowieszczy opar, może dym, a może zapowiedź zbliżającej się burzy.

 Wyszedł zza załomu i jedno spojrzenie w dal prawie przyprawiło go o utratę świadomości. Zachwiał się na nogach, przytrzymał gałęzi dzikiego drzewa brzoskwiniowego i szybko pobiegł na dół. Coraz bardziej przybliżały się do niego ognie pożarów, dopalających się w miejscach, gdzie kiedyś stały domy sąsiadów i dobrze znanych mu ludzi. Tuż przy wejściu na główną ulicę wsi zatrzymał się i przyczaił za dużą stertą drewna. Uważnie sondował przestrzeń przed nim, ale nie zauważył niczego, co wskazywałoby na obecność wojska czy jakiejś bandy złoczyńców. Wyszedł ze swojego ukrycia i ruszył środkiem głównego traktu, co jakiś czas przystając i przyglądając się pozabijanym ludziom i kłębiącym się nad nimi sępom, wronom i krukom. Serce podeszło mu do gardła i cały drżał, kierował się jednak ku placowi na środku wioski, gdzie przepychało się wiele sępów. Chwycił dużego kija i podbiegł z nim do ptaków, które niechętnie odskoczyły, nawet nie wznosząc się w powietrze. To, co zobaczył powaliło go z nóg i zaraz upadł na kolana. Przed nim leżała piramida utworzona z ludzkich głów, a obok wbito w ziemię deskę z napisem: Kara za śmierć poborcy. Choć głowy były zmasakrowane, Ai rozpoznawał przez łzy wiele twarzy, szczególnie dzieci, które często przychodziły do kuźni i przypatrywały się jego pracy. Nagle jego uwagę przykuła posiwiała głowa, leżąca do niego bokiem. Zamarł z przerażenia, podszedł ostrożnie do niej i raz jeszcze upadł na kolana, krzycząc z bezsilnej rozpaczy i rwąc włosy z głowy. To była część ciała jego ojca, choć martwa, pełna powagi i dostojności, jakby bez użycia siły oddzielona od tułowia. Sięgnął ją z nabożną czcią i ucałował w czoło, usiadł na ziemi i patrzył na to, co pozostało z tego, który dał mu życie i wychowywał go przez lata. Zdjął gruby futrzany kubrak, który nosił na koszuli i owinął nim głowę ojca. Podszedł do piramidy i z bólem, z wielką rozpaczą w sercu, zawieszał wzrok na każdej twarzy, bojąc się, że za chwilę zobaczy też głowę swojego brata. Jego myśli biegały jak oszalałe, a w wyobraźni pojawiały się wykrzywione twarze Wanga i Shi Huangdi, jego ojca i brata, przepięknej Czao i dzieci wieśniaków. Myślał o tym, jak bezmyślne było zabicie poborcy i jakich wielkich krzywd przysporzył wsi tym czynem. Ruszył z miejsca, jakby był pijany i słaniając się na nogach, skierował się ku odległej kuźni. Wszędzie pełno było plam rozlanej krwi, na drodze i w bramach podwórek walały się ciała bez głów, odcięte ręce i nogi. Wielkie sępy biły się o łupy, przysiadały na niskich drzewach morwowych, przepychały się i robiły wiele hałasu. W końcu dotarł do swojego domu i zaczął przeszukiwać izby. Niczego nie znalazł, więc poszedł do kuźni, gdzie na środku podłogi, w wielkiej kałuży krwi, leżało ciało ojca. Odwinął głowę z zawiniątka i przyłożył ją do szyi. W tym samym momencie usłyszał głośny płacz, a potem krzyk, dobiegający z tajemnego schowka w dachu, w którym czasem ukrywali wykonane miecze i widły, topory i noże.

– Ai…!  Ai…! Kochany Aiu…

Jego brat, Nan, zeskoczył na ziemię i natychmiast objęli się w czułym uścisku. Drżeli jakby stali długo na mrozie i płakali. W końcu jednak zaczęli się opanowywać i Ai zapytał młodszego brata:

– Kto to zrobił…?

– To Czen i jego żołnierze… Pamiętasz tego złoczyńcę…? Czasami zamawiał u nas broń albo dzbany z brązu… – odpowiedział Nan.

– To on? Skąd się tutaj wziął? – dziwił się Ai.

– Przyjechał pomścić Wanga, ale to wściekły pies i na pewno chodziło mu o coś innego – powiedział młodszy mężczyzna, a potem jeszcze dodał – Nasz ojciec powiedział mi przed śmiercią, zanim przyszli do nas, że cokolwiek zrobiłeś, nie ty jesteś winny, tylko cesarz, który od lat morduje i uczy mordować swoich zauszników… To w jego imieniu przyjechał do naszej wsi Wang, a potem Czen…

– Nie mogłeś obronić staruszka…? – pytał zdesperowany Ai.

– Nakazał mi schronić się w skrytce i stamtąd widziałem jak go dopadli… – powiedział Nan drżącym głosem i zapłakał jak dziecko.

– Ilu ich było…? – pytał Ai.

– Wielu, chyba dwudziestu… Biegali od domu do domu i zabijali wszystkich… Na końcu przyszli do nas i Czen pytał ojca o ciebie i o mnie. Ojciec powiedział mu, że pojechaliśmy do sąsiedniej prowincji handlować wyrobami z żelaza i brązu. Nie wiem czy mu uwierzył czy nie, ale ledwo powstrzymałem się od wyskoczenia z ukrycia, gdy ściął głowę naszemu tacie… – opowiadał Nan i gorzko płakał.

Ai długo tulił go czule, klepał po plecach, w końcu poprawił jego rozczochrane włosy, tak jak czyniła to kiedyś ich matka i powiedział:

– Nie mamy chwili do stracenia… Musimy umykać w góry, do naszej chaty… Jest tam już Czao… – powiedział.

– Ona ocalała…? – zdziwił się Nan.

– Tak i czeka tam na nas…  Zbierajmy się, bo mogą tutaj przyjechać następni wysłannicy cesarscy i z miasta pewnie niedługo nadciągną rabusie.

Wyszli z domu i zobaczyli jakiś ruch za płotem. Ai sięgnął po łuk i oparł strzałę o cięciwę, jednocześnie zaczął zbliżać się do ogrodzenia. Gdy podszedł do niego opuścił jednak broń, bo zobaczył dziesięcioletnią Yin, która często przychodziła do kuźni. Wziął ją drżącą na ręce i wrócił do brata. Dziewczynka ocalała, bo wybrała się do Nana i przez cały czas kryła się za ogrodzeniem ich domostwa. Teraz zabrali ją ze sobą i szybkim krokiem ruszyli przez dopalającą się wieś ku drodze prowadzącej w góry. Gdy byli dość wysoko, odwrócili się za siebie i w ostatnich promieniach słońca zobaczyli, że z przeciwnej strony, traktem wiodącym od cesarskiego pałacu zbliżali się jacyś ludzie. Szli dalej i raz jeden, raz drugi, nieśli na plecach zmartwiałą z przerażenia Yin. Tak przemknęli, najpierw ku łące Czao, skąd popędzili w dół jej zwierzęta, a potem do jaskini, ukrytej za wodospadem. Najwięcej kłopotów mieli z białym jakiem, który często przystawał i nie chciał ruszać dalej. Dopiero uderzany lekko kijem bambusowym, szedł dalej, by po jakimś czasie znowu się zatrzymać. W końcu dotarli jednak do wodospadu, położyli śpiącą dziewczynkę na poszyciu z mchu, a sami zajęli się przeprowadzeniem przez strumień i po wąskiej ścieżce kóz, owiec i jaka. Tym razem zwierzęta przesunęły się szybko i dopiero przed lejącą się z góry wodą, zastygały wystraszone. Jakoś jednak udało się je przepchać i niebawem wszystkie znalazły się w jaskini. Ai wyszedł przed wodospad, obudził delikatnie Yin, okrył ją swoim kubrakiem i przeprowadził przez ukryte przejście. Dopiero w jaskini mogli odetchnąć i zdjąć przemoczone odzienie. Sięgnęli do skrzyni i wyjęli z niej suche koszule i spodnie, jakoś dopasowali też coś dziewczynce, która drżała z zimna i cichutko płakała. Teraz mogli już wypchnąć zwierzęta na łąkę i ruszyć w kierunku domku, z komina którego, cienką smużką wznosił się biały dym. Czao usłyszała beczenie owiec i wybiegła przed drzwi, a gdy zobaczyła Aia i Nana, a potem swojego jaka, kozy i owieczki, puściła się pędem przez łąkę.

« Older entries

%d blogerów lubi to: