BROMBERG (26)

Józia szła wolno do kościoła Świętej Trójcy, by wziąć udział w wieczornej mszy świętej i po spowiedzi przyjąć komunię. Od czasu, gdy była świadkiem wydarzeń przy świątyni szwederowskiej bała się tam pójść i stanąć nad świeżą ziemią, którą pokryto ciała rozstrzelanych. Pośród nich był jej wozak, który teraz zdawał jej się tak nierealny, jak postaci ze snów albo opowieści o Cyganach u cioci Poli. Szurała nogami, raz po raz rozrzucając nimi kupki żółtych liści i zerkając na boki, sondując przestrzeń przed sobą. Minęła już dawną ulicę Ogrodową i zmierzała w dół Schubiner Chaussee, a w jej głowie wciąż pojawiały się dziwne obrazy i przypomnienia. Postanowiła pójść do spowiedzi po tym jak bezwstydnie dotykała się w łóżku i poczuła łączność z czymś, czego nie potrafiła określić, rozkosz i strach, uniesienie i grozę dziwnej bliskości. Początkowo myślała, że to było jednorazowe zdarzenie, ale następnego dnia jej prawa ręka znowu powędrowała ku temu miejscu, gdzie kończą się uda. Skoczyła jak oparzona z łóżka i zaczęła szybko oddychać, po czym zrzuciła wszystko, co miało na sobie i weszła pod prysznic. Letnia woda trochę ją ocuciła, ale gdy stanęła przed lustrem spostrzegła, że ma na twarzy mocny rumieniec i oczy lśniące jak po sporym wysiłku. Teraz, mijając Brunnenplatz, zastanawiała się jak ma o tym powiedzieć księdzu w konfesjonale, przecież nie mogła opisać wprost tego, co zrobiła. Bała się spytać matki i nie była pewna, czy znajdzie ulgę po spowiedzi, gdyż wciąż czuła w sobie ten dziwny żar. Szybko znalazła się przy neobarokowym kościele z czerwonej cegły, przyozdobionym białymi tynkowanymi płycinami. Weszła po schodach ku otwartym drzwiom i skierowała się ku lewej ścianie, gdzie trzy kobiety i staruszek czekali na spowiedź. Celowo przeszła przed konfesjonałem, by sprawdzić który ksiądz siedzi w środku, a gdy zobaczyła młodego wikarego, skręciła w drugą stronę i znalazła się przy drugim konfesjonale, przy którym była tylko jedna kobieta i jeden mężczyzna. Przechodząc przed jego frontem zauważyła, że spowiada w nim starszy ksiądz, ze znaczną siwizną na głowie. Poczuła się nieco pewniej i ustawiła się w kolejce, zerkając ciekawie na wspaniałe malowidła na suficie i ścianach bocznych kościoła. Podobne podziwiała w szwederowskim sanktuarium i może malarz był ten sam, choć równie dobrze mogła to być tylko maniera, mająca kierować myśli ludzi ku męce Chrystusa i królowaniu Boga w niebiosach. Założyła ręce z tyłu, na dole pleców i detal po detalu studiowała zdobienia, rzeźby i polichromie, dłużej zatrzymując wzrok na ambonie i barwnych witrażach. Ksiądz szybko wyspowiadał kobietę, nieco dłużej mówił do mężczyzny, po czym udzielił mu rozgrzeszenia i stuknął palcem w konfesjonał, dając dziewczynie znak ręką, że może podejść. Józia nagle przeraziła się i już nawet była gotowa uciec, ale coś nakazało jej przyklęknąć przy ażurowym okienku z listewek i zacząć spowiedź.

 –  Ojcze wielebny… zgrzeszyłam… – zaczęła niepewnie i dopiero po dłuższej chwili ciągnęła dalej – Dotykałam z przyjemnością mojego ciała i myślałam o niecnych rzeczach…

 – O czym myślałaś dziecko…? – spytał spokojnie ksiądz.

Józia znowu się wystraszyła i zamilkła na moment, nie wiedząc jak ma nazwać obrazy z jej myśli.

 – Byłam nago z chłopakiem, którego kilka dni temu Niemcy zabili przy kościele na Szwederowie…a potem…– urwała zakłopotana.

 – Musisz mi wszystko dokładnie opowiedzieć – zachęcił ją do zwierzeń spowiednik.

 – Najpierw to był sen, ale potem zaczęłam dotykać swoich piersi i miejsca u zbiegu ud i wyobraziłam sobie, że on jest we mnie… Nie chciałam tego, ale nie mogłam przestać się dotykać… i po jakimś czasie poczułam w sobie ogień…

Po tych słowach ksiądz poruszył się nerwowo, odchrząknął, zamilkł na chwilę po czym przybliżył się do okienka, czarnymi oczyma wpatrując się w Józię. W końcu odezwał się nieprzyjemnym tonem:

 – To jest bardzo trudny czas dla ciebie dziecko… straciłaś ukochanego, codziennie widzisz zbrodnie Niemców i do tego jeszcze zaczęłaś dojrzewać… Jeszcze chwila i staniesz się kobietą, gotową począć dziecię… Maryja też była bardzo młoda…

Józia poczuła dziwny niepokój w sercu, gdy usłyszała o dziecku, a jej lewa ręka zaczęła lekko drżeć tuż przy okienku.

– Szatan szuka takich niewinnych dusz – ciągnął ksiądz cedząc zdanie po zdaniu – szczególnie takich pięknych istot jak ty… Wszyscy kiedyś stracimy urodę i zmurszejemy jak drzewo w wodzie, wszyscy umrzemy po kolei…On tego pragnie i cieszy się, gdy ciało człowieka jest w trumnie i zostanie pogrzebane w ziemi.

Józia przez moment wyobraziła sobie poskręcane zwłoki wozaka, wtłoczone w cudze nogi i ręce i przygniecione piachem.

– On czeka na nasze błędy i podsuwa nam grzeszne myśli, byśmy porzucili świętość i podążyli za nim ku piekłu. Nie wyobrażasz sobie dziecko jak tam jest strasznie, jak wszyscy płaczą i jęczą z bólu, jak płoną i kruszeją wciąż od nowa. On boi się tylko potężnego imienia Jezus i odsuwa się od nas, gdy nosimy je w sercu…

– Tak, ojcze… – przytaknęła dziewczyna i dodała – Ja bardzo kocham Pana Jezusa i jego matkę… modlę się też do Ducha Świętego i Opatrzności Bożej, jak nauczył mnie mój tata. Ale to zdarzenie było tak nagłe i nie mogłam mu się przeciwstawić… jakby jakaś siła odsuwała i zarazem przyciągała moją dłoń…

– Tylko komunia święta cię ochroni… Tylko modlitwa da ci ulgę… Musisz jednak przeciwstawić się sobie… Szatan będzie na ciebie zsyłał lubieżne obrazy i będzie cię zachęcał do niecnych czynów… Ale ty wtedy proś św. Michała Archanioła i Matkę Najświętszą o wsparcie i nie pozwól, by czerń krzewiła się w twoim ciele… Weź przykład z sióstr zakonnych, które codziennie prowadzą walkę z demonami i zostały zaślubione naszemu Panu.

Józia miała oczy pełne łez i przeraziła się straszliwie, a w jej głowie otworzyła się rana, która momentalnie zaczęła się jątrzyć. Nie chciała tego, co się stało, a zarazem pragnęła by ktoś potwierdził, że jest piękną kobietą. Ale słowa spowiednika tylko na chwilę dały jej wytchnienie i gdy po spowiedzi uniosła głowę ku rzeźbionemu ołtarzowi, zaczęły do niej znowu napływać grzeszne obrazy. Ze smutkiem wzięła udział w mszy świętej i przyjęła ciało Chrystusa, prosząc Boga by oddalił od niej grzeszny żar. Wychodząc z kościoła płonęła znowu najprawdziwiej i czuła, że ktoś wpatruje się w nią uważnie, śledzi każdy jej ruch, analizuje każdą myśl. Niemal pobiegła do domu, ale tuż przy nim zmieniła swój zamiar i skręciła do szopy pana Abrahama. Zapukała trzy razy, po czym zgodnie z umową jeszcze raz ponowiła sygnał i drzwi otworzyły się powoli. Weszła do środka, usiadła na drewnianym taborecie i zaczęła płakać rzęsistymi łzami. Żyd ze zrozumieniem odczekał dłuższą chwilę, sięgnął po odrobinę ligniny i podał ją Józi, by otarła swoje oczy. Dopiero po dziesięciu minutach, gdy uspokoiła się, powiedział:

– Co się stało moja księżniczko? Wyrzuć z siebie koszmar, który cię męczy…

– Ogień zaczął palić mnie od środka… – powiedziała z rozpaczą w głosie Józia, otarła oczy i mówiła dalej – Jednego ranka obudziłam się wcześnie i jakaś siła kazała mi dotykać mojego ciała… To było straszne i pociągające zarazem… Nie mogłam przestać aż coś we mnie wybuchło…

– No tak moje dziecko, no tak… – potwierdził spokojnie Abraham.

– A dzisiaj poszłam do spowiedzi i komunii, bo myślałam, że to mi pomoże… Po słowach księdza przez chwilę poczułam ulgę i ciało Chrystusa też uciszyło we mnie dziwne głosy… ale jak wyszłam ze świątyni ogień w moim ciele rozpalił się z nową mocą… Co mam robić panie Izaaku…?

Szewc przyniósł sobie krzesło i usiadł naprzeciwko Józi, odczekał chwilę, aż jeszcze raz otrze oczy z łez, po czym powiedział:

– Nie wiem co ci powiedział katolicki ksiądz, ale domyślam się, że ciebie solidnie przestraszył. Oni zawsze straszą ludzi piekłem, ogniem i Szatanem…

 – To właśnie powiedział… – przytaknęła dziewczyna.

– No tak… no tak moje dziecko…– ciągnął mężczyzna – A tymczasem sprawa jest innego rodzaju… Gwałtownie dojrzewasz i twoje ciało zaczęło domagać się spełnienia… Nie ty pierwsza i nie ostatnia… Gdybyś była z tym wytęsknionym chłopakiem, co woził węgiel, to szybko doszłoby między wami do zbliżenia… Takie jest życie… I żaden ksiądz, żaden rabin tutaj nie pomoże…   

–  Brakuje mi go… ale przecież nie wstanie z grobu i nie przytuli mnie… – szepnęła Józia.

– Musisz być dzielna i cierpliwa… jak znajdziesz nowego chłopaka, jak stworzysz z nim rodzinę, wszystko ucichnie…

– I Szatan zostawi mnie w spokoju…? – z lękiem spytała dziewczyna.

– Szatan dziecko to wynalazek księży i rabinów i nie zaprzątaj sobie nim głowy. Najgorsi są ludzie… Zobacz co ten dureń Hitler wyprawia na świecie… A co robią jego żołnierze? Ich musimy się bać i przed nimi się kryć. Nic się nie stanie jeśli czasem dotkniesz swojego ciała… Nic się nie stanie, kochane dziecko… Naprawdę…– powiedział i trochę się przeraził swoich słów. Przecież wierzył, że istnieje osobowe zło i teraz pewnie szczególnie zacznie się w niego wpatrywać.

Józia poczuła przypływ sympatii do tego dobrotliwego, zarośniętego człowieka i zadecydowała, że czas wracać do domu. Podziękowała za rozmowę i rady, po czym podeszła do drzwi i wysunęła się z nich, a za nią lekko wysunął się Abraham. Uścisnął jej dłoń i uśmiechnął się jakby to wszystko było żartem. Dziewczyna też uśmiechnęła się i pobiegła ku klatce schodowej jej domu. Żyd jeszcze przez chwilę trwał przy progu, wciągnął głęboko do płuc wieczorne powietrze, sięgnął ku klamce drzwi i przyciągnął je ku framudze. Nie wiedział, że z okna pokoju w mieszkaniu Rossów patrzy na niego młody mężczyzna w białej koszuli i oficerskich spodniach, podtrzymywanych szelkami.

 – Czy to możliwe? – zadał sam sobie pytanie Willi, gdy zobaczył Józię wychodzącą z szopy i żegnającą się z Żydem, którego kilka dni temu próbował pochwycić na Adolf Hitler Strasse – Czyżby los był dla mnie taki łaskawy…?  

Chwilę jeszcze stał przy oknie i dopiero pojawienie się dziewczyny w korytarzu odwróciło jego uwagę od warsztatu szewskiego. Zauważył, że jej cień przemknął szybko do swojego pokoju i klucz zachrobotał w zamku jej drzwi.               

– Jutro szykuje się ciekawy dzień… – powiedział sam do siebie i położył się  na szerokim tapczanie, nie zdejmując spodni i okrywając się tylko zielonym, wojskowym kocem – Jutro… ostatnie słowo zamajaczyło w jego świadomości i usnął natychmiast.

ZŁY DUCH (9)

Był ciepły ranek w drugiej połowie sierpnia 1939 roku i niebo było jednolicie błękitne, bez jednej chmurki. Marta wstała z łóżka, umyła się dokładnie w cynkowej wannie, zmoczyła włosy i namydliła je szarym mydłem, po czym spłukała pianę ciepłą wodą z małego, emaliowanego dzbanka, dodatkowo masując skórę głowy palcami prawej dłoni. Matki i ojca nie było już w domu, więc wyszła nago z kąpieli i zaczęła wycierać się dużym, płóciennym ręcznikiem. Podeszła do lustra i wyraźnie zadowolona zaczęła przeglądać się w nim, unosić po kolei nogi i ręce, aż w końcu roztrzepała leciutko włosy łonowe u zbiegu ud, uniosła ku górze kształtne piersi i cmoknęła zalotnie ustami. Po tym sięgnęła po białe majtki i biustonosz, założyła je w mig i szybko też przyoblekła się w brązową, stylonową sukienkę w duże, białe grochy, sięgającą tuż za kolana. Usiadła przy toaletce i zaczęła rozczesywać długie, gęste włosy, a potem przyczerniła sobie brwi i rzęsy, pomalowała czerwoną pomadką usta i na końcu przypięła czarny toczek z kawałkiem nicianej siateczki. Wstała i podeszła do stołu, gdzie leżał czarny fartuszek z białą, koronkową nakładką i czarny pasek z przypiętymi do niego dwiema nylonowymi pończochami z szewkiem. Odpięła je, uniosła sukienkę, wsunęła się w pasek i sprawnie naciągnęła czarne nylony. Przygotowywała strój służącej od dwóch dni, kiedy to zawołał ją sąsiad, stary żydowski jubiler Jakub Rozenfeld i powiedział, że jego przyjaciel z okolic ulicy Jatki pragnie zatrudnić do pomocy dobrze prezentującą się dziewczynę, szanującą obyczaje żydowskie i umiejącą się zachować w bogobojnym towarzystwie. Marta rozkwitła jak piękna róża i jej świeżość przyciągała oczy wielu mężczyzn, tym bardziej, że umiała podkreślać swoją nieco ostrą urodę, lokującą ją pomiędzy pięknymi Cygankami i Żydówkami. Jakub patrzył w jej zielone oczy i w zachwycie porównywał je w myślach z połyskliwymi szmaragdami. Nie mógł się też powstrzymać by nie chwycić dziewczyny za prawą rękę, tuż nad łokciem i niby niechcący przesunąć ją ku miękkiej piersi. Szybko jednak opamiętał się, szepnął coś po żydowsku i odsunął się od Marty, tym bardziej, że usłyszał zbliżającą się żonę Polę, równie piękną jak ich sąsiadka. Panie bardzo się nie lubiły i teraz przybyła, nadąsana i zastygła w wymownej pozie, mierzyła dziewczynę lodowatym wzrokiem, obdarzając ją dodatkowo cynicznym uśmieszkiem.

Jakub zdążył przekazać Marcie pełną informację o pracy u majętnego handlarza drewnem, sprowadzającego ogromne sosnowe bale z Borów Tucholskich. Jego pracownicy spławiali je rzeką Brdą i przekazywali do bydgoskiego tartaku, a zdarzało się też, że holowniki przeciągały je przez stary kanał aż do Wisły, skąd trafiały do Torunia, Płocka, a nawet do Warszawy. Codziennie nowe pnie podążały do miasta, które Prusacy określali jako Mały Berlin, wzbogacając Dawida Cohna i jego rozhisteryzowaną żonę Mirełe. Na początku małżeństwo było wyjątkowo harmonijne i rok po roku pojawiały się na świecie piękne dzieci: Aron, Sara, Samuel, Miriam i Josełe, z których każde miało inne talenty. Jednak po urodzeniu ostatniego chłopca Mirełe zaczęła zachowywać się dziwnie, co chwilę zgłaszając mężowi jakieś pretensje. Odsunęła się też od niego i zaczęła sypiać sama, w pokoju sąsiadującym z sypialnią, zaczytując się we francuskich romansach i powieściach płaszcza i szpady. Przestała zajmować się domem i dla Dawida stało się oczywistym, że ktoś będzie musiał doglądać dzieci, sprzątać, gotować i usługiwać gościom. Zakomunikował to Mirełe, właśnie pochłaniającej kolejną miłosną opowieść George Sand, a ta nawet nie unosząc głowy znad książki, kiwnęła tylko przytakująco głową i odwróciła się w drugą stronę. Początkowo Dawid był załamany, ale po rozmowie z rabinem gminy żydowskiej, zagłębił się w studiach talmudycznych i wiele godzin spędzał w miejskiej synagodze, usytułowanej tuż za głównym rynkiem, niedaleko jego domu. Tylko nocą doskwierał mu brak żony, w snach pojawiały się nagie dziewice, biegające po polach rusałki o twarzach Mirełe i sąsiadek z okolicznych domów. Raz nawet zbuntował się i podążył do pokoju małżonki, ale drzwi były zamknięte, a cisza za nimi wskazywała, że żona śpi w najlepsze. Coraz uważniej zaczął przyglądać się kobietom handlującym na pobliskim Rybim Rynku, wieśniaczkom pojawiającym się na Rynku Piłsudskiego i próbującym sprzedać płody rolne, kury, kozy, a nawet prosiaki. Zwykle były zaniedbane, choć czasem zdarzało mu się zauważyć jakąś słowiańska piękność z obfitym biustem, wylewającym się z dekoltu tradycyjnej płóciennej sukienki. Stawał wtedy z boku i długo przyglądał się dziewczynie, czując, że jego męskość grzesznie powiększa się i zaczyna go uwierać w spodniach. Po jakimś czasie zamyślał się nad sobą, odwracał od kobiet i przyspieszonym krokiem szedł do synagogi. Widok jej pysznych kopuł, umieszczonych nad kształtną bryłą budynku i gwiazd Dawida w rozetach okiennych, przywracał go do życia, a gdy wchodził do sąsiadującej z nią mykwy i obmywał się powoli, gotów był przekroczyć próg jesziwy i studiować komentarze talmudyczne, rozważać mądrość ksiąg Tory. Uczestniczył w codziennych liturgiach, w zależności od tego, kiedy trafiał do synagogi, najczęściej odmawiając modlitwę zaczynającą się od słów Szema Jisrael. Okrywał wtedy głowę białym tałesem z czarnymi pasami na bokach i frędzlami w rogach, na czole umieszczał tefilin i zawodził rzewnie, pochylając się rytmicznie ku Świętej Arce: Słuchaj, Izraelu! Wiekuisty jest naszym Bogiem, Wiekuisty jest jeden! A będziesz miłował Wiekuistego, Boga twojego całym sercem twoim, i całą duszą twoją, i całą mocą twoją. I niechaj będą słowa te, które przekazuję ci dzisiaj na sercu twoim! I wpajaj je dzieciom twoim, i rozmawiaj o nich, przebywając w domu twoim, i idąc drogą, i kładąc się, i wstając. I przywiążesz je jako znak na rękę twoją, i niechaj będą jako przepaska między oczyma twoimi. I napiszesz je na odrzwiach domu twojego, i na bramach twoich! I stanie się, gdy słuchać będziecie przykazań moich, które przekazuję wam dzisiaj, abyście miłowali Wiekuistego, Boga waszego, i służyli Mu całym sercem waszym i całą duszą waszą… Zwykle w tym momencie z oczu Dawida zaczynały płynąć łzy, ale przedsiębiorca nie śmiał ocierać ich tałesem i zwykle dopiero po modlitwie wyciągał z kieszeni dużą chustkę i osuszał nią oczy, a potem wydmuchiwał nos.

Miał pięćdziesiąt dwa lata i zdrowie mu dopisywało, ale zamożność szybko obdarzyła go też sporym brzuchem, który szpecił go przy zaledwie średnim wzroście. Jadał niewiele, choć uwielbiał desery i może to one przydawały mu ciągle nowych fałd, tym bardziej, że lekarz domowy zdiagnozował u niego początki cukrzycy. Łzy nie przestawały płynąć po jego policzkach, w myślach pojawiały się tłumy Żydów modlących się na wzgórzach, w dolinach i w świątyni jerozolimskiej. Przenosił się tam duchowo i szeptał: Dam wtedy deszcz ziemi waszej w czasie swoim, wczesny i późny; i będziesz zbierał zboże twoje, i wino twoje, i oliwę twoją. Dam też trawę na polu twoim dla bydła twego; i będziesz jadł, a nasycisz się. Strzeżcie się, aby nie dało uwieść się serce wasze, abyście nie odstąpili i nie służyli bogom innym i nie korzyli się im. Gdyż zapłonie gniew Wiekuistego przeciwko wam i zamknie On niebo, i nie będzie deszczu, ziemia też nie wyda plonu swego; a zginiecie rychło z ziemi pięknej, którą Wiekuisty daje wam. I tak przyjmijcie te słowa moje do serca waszego, i do duszy waszej; i zawiążcie je jako znak na rękę waszą, i niechaj będą przepaską między oczyma twoimi… Zdarzało się podczas modlitwy, że zapominał, gdzie jest i co robi, szybował gdzieś w niebiosach, nieomal tracił przytomność i dopiero po jakimś czasie wracał do wnętrza bożnicy, sondował wzrokiem Żydów stojących przy nim, wpatrujących się w aron ha-kodesz i jak on pochylających się w rytm modlitwy: A nauczajcie ich synów waszych, mówiąc o nich, gdy siedzisz w domu twoim, i gdy idziesz drogą, i gdy kładziesz się, i gdy wstajesz. I napiszesz je na odrzwiach domu twego, i na bramach twoich: Aby pomnożyły się dni wasze, i synów waszych na ziemi, którą zaprzysiągł Wiekuisty ojcom waszym oddać im jak długo niebo nad ziemią. I oświadczył Wiekuisty Mojżeszowi, i rzekł: „Powiedz synom Izraela, a poleć im, aby zrobili sobie frędzle na krajach szat swoich, w pokoleniach swych, i niech dodadzą na frędzlach narożnych nić z błękitu. A niechaj to będzie dla was cicit, abyście spoglądając nań wspominali na wszystkie przykazania Wiekuistego, i spełniali je, a nie podążali za sercem waszym i za oczyma waszymi, za którymi się uganiacie. Abyście pamiętali i spełniali wszystkie przykazania moje, a byli świętymi Bogu waszemu. Jam Wiekuisty, Bóg wasz, którym wywiódł was z ziemi Egiptu, aby być wam Bogiem, Jam Wiekuisty, Bóg wasz!” Ostatnie słowa powodowały, że wpadał nieomal w trans i długo musiał wracać do swoich myśli i ciała, do bali spławianych Brdą i żony czytającej romanse. Tylko raz przeraził się straszliwie, gdy po odmówieniu całej modlitwy poczuł, że jego męskość znowu nabrzmiała do nienaturalnych rozmiarów i zaczęła odznaczać się w spodniach. Rozejrzał się z lękiem po sali, szybko zrzucił tałes i nie oglądając się za siebie, pomknął do drzwi. Po drodze zerkał na współbraci i na babiniec u góry budynku, bojąc się, że ktoś może zauważyć tę jego nagłą przypadłość. Niestety, znowu napłynęły do jego myśli obrazy nagich dziewcząt, wyobraził sobie jak dotyka ich nabrzmiałych piersi i zagłębia głowę między udami, całując to straszliwe miejsce. Przerażenie nieomal uniosło mu włosy, przyspieszył gwałtownie by nie zbrukać synagogi i odetchnął dopiero na ulicy, czując jak po prawym udzie przesuwają się wilgotne krople. Natychmiast zawrócił raz jeszcze do mykwy, w której mył się bardzo długo, szeptał cząstki modlitw i dopiero, gdy się uspokoił, wyszedł z wody, osuszył się, narzucił chałat, ubrał spodnie, pończochy i buty i podążył do swojego kantoru. Właśnie wtedy dogonił go Jakub Rozenfeld, który też zakończył modlitwę i rozglądał się, z kim mógłby porozmawiać.

Szalom alejchem Dawidzie… jak idą interesy… wykrzyknął w kierunku oddalającego się Żyda.

Zaskoczony nieco Cohn odwrócił się niechętnie, ale gdy zobaczył ulubionego kolegę, odezwał się z promiennym uśmiechem:

Alejchem szalom… Moje interesy zawsze mają się dobrze, kochany Jakubie…Tak jak Twoje…

No tak złoto i drewno zawsze dobrze stoją… powiedział Rozenfeld, kiwając głową i śmiejąc się od ucha do ucha Ale gdzie mnie tam równać się z takim bogaczem…

Nie narzekaj, bo słyszę na prawo i lewo, że otworzyłeś już trzeci warsztat i masz coraz więcej zamówień… odrzekł Jakub.

Mężczyźni omówili jeszcze ostatnie notowania giełdowe, ceny kruszców i węgla i już chcieli się pożegnać, gdy pozdrowienia żon podtrzymały ich dialog.

Ach Jakubie nie przywołuj tej mojej dziwy…znalazła sobie jakiegoś szofera i wzdycha do jego brudnego szmoka… – żalił się jubiler.

– A moja Mirełe ciągle tylko czyta francuskie romansidła i odstawiła mnie już od łoża…– ze smutną miną mówił Jakub – Muszę wynająć jakąś służącą, bo wszędzie brudno, dzieci płaczą, a ja chodzę głodny…

  – Tak, dobra służąca zaprowadzi porządek w Twoim domu – zgodził się z kolegą jubiler – Ale… ale… dobrze się składa, bo koło mnie mieszka schludna dziewczyna… Jej matka mówiła mi, że sposobi się do pracy…

– Powiedz jej, żeby przyszła jutro do mnie o godzinie dwunastej – ucieszył się Dawid – Tylko czy ona poradzi sobie z domem i dziećmi…?

– Na pewno – odrzekł Jakub – Wygląda jak księżniczka z czasów króla Solomona, więc i goście będą mieli na co popatrzeć… Ma na imię Marta.

– Ach… dajże spokój stary lubieżniku – zaperzył się Cohn, ale wyraźnie zaciekawiła go ta informacja.

Mężczyźni pożegnali się i przedsiębiorca ruszył do kantoru, słysząc wciąż słowa: wygląda jak księżniczka z czasów króla Salomona. Dopiero w biurze uspokoił się i zaczął wydawać zdawkowe polecenia swoim pracownikom. Właśnie nadszedł duży transport drewna i trzeba było załatwić holownik, który przeciągnie bale do Płocka. Tylko dobrze zarobione pieniądze dawały mu satysfakcję i sprawiały, że czuł się spełniony. Podszedł do szafy i nalał sobie kielich wina, pociągnął sporo, a potem z westchnieniem wypowiedział sam do siebie zdanie z Talmudu:            

– Ach… Nie ma radości bez wina…

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (XVI)

Oddział Yasmena sunął powoli i wszyscy byli przekonani, że dowódca ma jakiś plan i wie co robi. Tymczasem w jego myślach kłębiły się obrazy, a niepewność co i rusz skłaniała go do zmiany kierunku, dłuższego postoju, albo nawet powrotu do cudownego sadu. Nagle nie wiadomo skąd napłynął błękit, który szybko przybrał odcień seledynowy, z niewielkimi żyłkami złota. Aniołowie odczuli dziwny niepokój, który spotęgował się, gdy zobaczyli zbliżający się ku nim owalny, złocisty kształt. Yasmen obserwował go z natężoną uwagą, próbując przeniknąć lśniącą osłonę i czując, że za nią jest jakiś byt. Jego pojawienie się zmieniło fizyczną strukturę otoczenia i oddział ze zdumieniem ujrzał, że na skrajach przestrzeni suną w dół ogromne galaktyki, barwne mgławice kosmicznego pyłu i wszędzie połyskują osobne gwiazdy, z obiegającymi je planetami. Na jednej z nich strzelały w górę gejzery gorącej pary, na innej bulgotała czerwona lawa, a na największej, chmury formowały się w wielkie, mgliste wiry. Kształt wyraźnie zwolnił, a potem zatrzymał się przy szpicy drużyny, oświetlając swoim blaskiem Yasmena i wyraźnie skanując wszystkich wokół. Nagle błyskawica rozświetliła przestwór i donośne gromy wybrzmiały nad nimi jak czteronutowy motyw pierwszej części ziemskiej symfonii głuchego kompozytora z Wiednia. Dziwna forma zaczęła rozmywać się w tle i zanikać, odsłaniając niebieskiego anioła, którego ciało pulsowało leciutko niczym puch na piersi grandali. Był zwiewny, ale też wszyscy odczuli, że jest w nim coś z subtelnej twardości howlitu i jego mocy wyznaczania życiowej drogi, wspierania entuzjazmu, potęgowania koncentracji i wspinania się na wyższy poziom poznania. Anioł zbliżył się do Yasmena, rozświetlając przestrzeń i wywołując żywą radość w grupie.

– Witajcie podróżnicy w niebieskich przestrzeniach ducha, prowadzeni przez jakże zacnego dowódcę… Archaniołowie prześwietlili wasze dusze i powłoki energetyczne i pozwolili wam wniknąć w nowe głębie – powiedział śpiewnym  i melodyjnym głosem.

Yasmen spróbował przeniknąć do ziemskich lat przybysza, ale nie mógł przedostać się przez sine obłoki, różowe opary i mlecznobiałe mgły. Tajemnicą była też jego niebieska funkcja i sposób w jaki się pojawił, jako żywo przypominający lot ziemskiej rakiety. Niebieski anioł  wyczuł to, spojrzał żywiej na dowódcę i szepnął do niego bezgłośnie:

– W swoim czasie dowiesz się kim byłem w tamtym świecie, ale na razie wesprzyj się na mnie, tak jak kapitan zawierza swój los pilotowi, wprowadzającemu jego statek do portu. Nie szukaj też mojego imienia, bo nikt go tutaj nie zna, a jeśli musisz jakoś mnie określić, myśl o mnie jak o przewodniku…

– Tak się stanie – szepnął Yasmen, ale nie mógł pozbyć się przeświadczenia, że za chwilę ujrzy przeszłość niebieskiego pilota. Choć czekał na dalsze polecenia, choć pociągały go niewypowiedziane słowa, podjął jeszcze jedną próbę i zdziwiony łatwością przeniknięcia, natychmiast przeniósł się ku dalekiej rzeczywistości. Wyczuł, że była to połowa siedemnastego wieku, a miasto bez wątpienia było Lipskiem. Młoda kobieta o imieniu Katarzyna urodziła właśnie chłopca, którego natychmiast pokazano dumnemu ojcu. Dziecię jakby od samego początku wkroczyło na drogę wiedzy, bo jego rodzic był profesorem uniwersytetu i zgromadził w domu sporą bibliotekę. Malec o imieniu Gottfried dorastał w szczęśliwym stadle rodzinnym, rozpieszczany przez mamę i przytulany często przez ojca. Niestety ta sielanka nie trwała długo, bo już po sześciu latach profesor pożegnał się z ziemskim światem i spoczął pod czarnym głazem na miejskim cmentarzu. Jego syn był brzydki, ale wykazywał niezwykłe talenty poznawcze i szybko zaczął przeglądać, a potem studiować księgi z półek ojca. W tym celu musiał nauczyć się łaciny, bo większość z nich powstała w języku, który odtąd miał stać się jego ważnym narzędziem. Matka robiła co mogła, by zapewnić mu godziwe warunki życia, zaoszczędziła pieniądze i już w wieku czternastu lat wstąpił na uniwersytet i zaczął studiować filozofię. Pociągała go też matematyka i prawo,  interesował się alchemią, historiografią, etymologią, lubił żywo komentować obrazy olejne i utwory muzyczne. Szybko piął się w hierarchii naukowej i już w 1666 roku z drżeniem serca odebrał z drukarni swoją pierwszą książkę. Po jednym z ważnych egzaminów namawiano go, by rozwinął karierę akademicką, ale on inaczej widział swoją przyszłość, dążąc ku niezależności i otwarciu na wszystko, co mogłoby go zaciekawić. Yasmen chłonął kolejne obrazy i zdał sobie sprawę z tego, że migawki oddzielają długie okresy życia Gottfrieda i kierują jego uwagę ku centralnym zdarzeniom. Kolejny przeskok spowodował, że dowódca oddziału zobaczył już dojrzałego mężczyznę, w kunsztownie ufryzowanej peruce, siedzącego przy intarsjowanym biurku i piszącego list do jakiegoś paryskiego polityka, będący rodzajem streszczenia jego filozofii: cały wszechświat stworzeń składa się wyłącznie z prostych substancji, albo monad i ich zbiorów. Te proste substancje są tym, co w nas samych i wyższych bytach racjonalnych określamy jako duchy, a w zwierzętach jako dusze… Prawda jest powszechniejsza, niż się to ludziom wydaje, jednak często występuje ona pod przebraniem albo bywa zakryta, czy wręcz osłabiona, okaleczona i przeinaczona poprzez różne dodatki, które ją zanieczyszczają albo czynią mniej użyteczną. Yasmen zauważył, że obrazy zaczęły się rozmywać, a na twarzy niebieskiego anioła pojawił się lekki uśmiech. Jeszcze zobaczył zapomniany grób w kościele św. Jana w Hanowerze, a potem robotników porządkujących miejsce pochówku i wznoszących na placu pyszny pomnik z brązu. Jeszcze ujrzał złocistą maszynę liczącą i napis na kamieniu, informujący gdzie złożono kości, które po nim pozostały.

Yasmen spojrzał ciekawie na niebieskiego przewodnika, uznając bez cienia wątpliwości, że był on w poprzednim życiu filozofem, ale nagły rozbłysk przeniósł go do Brabancji i ujrzał młodego malarza mieszającego w niewielkim spodeczku ultramarynę z bielą. Coś mu nie wyszło, bo podszedł do kominka i chlusnął w ogień zawartość naczynka, a potem skierował się do stołu i zaczął przygotowywać nową farbę. Przy bocznej ścianie, na wielkiej podporze stał duży obraz przedstawiający zdjęcie Jezusa z krzyża. Tylko na łokciu słaniającej się z bólu Maryi brakowało trochę barwy i malarz po dokładnym wymieszaniu składników zaczął ją nakładać pędzlem na deskę. Robił to powoli i delikatnie, jakby muskał dłonią pukle włosów kochanki, odchodził na kilka kroków i mierzył wzrokiem efekt swoich działań, po czym wracał i coś poprawiał. Obraz miał dziwny kształt z dodatkowym prostokątem wysuniętym ku górze, tak by zmieścił się na nim cały Pański krzyż. Rogier był pewien, że Wielka Gildia Kuszników będzie zadowolona, ale dla pewności umieścił w górnych rogach dzieła stylizowane maswerki w formie kusz, z cierniami w tle. Po nałożeniu niebieskiej farby na rękę matki Mesjasza i dodatkowym zaznaczeniu światłocieni na szatach, odłożył pędzel, stanął w szerokim rozkroku i z dumą patrzył na swoje dzieło. Odwzorował na nim postaci nieomal tego samego wzrostu, co realni ludzie, dodatkowo przydając im grozy i dramaturgii. Józef z Arymatei przytrzymuje martwe ciało Pana, a Maryja pada na ziemię powalona potwornością tego zdarzenia i niemal słychać szloch innych kobiet. Maria Magdalena załamała rozpaczliwie ręce, a św. Jan Ewangelista zagłębił się w czarnym smutku i chłonął bolesne chwile, by je potem właściwie odwzorować na papirusie. Yasmen natychmiast przypomniał sobie słowa z czwartej Ewangelii: Potem Józef z Arymatei, który był uczniem Jezusa, lecz krył się z tym z obawy przed Żydami, poprosił Piłata, aby mógł zabrać ciało Jezusa. a Piłat zezwolił. Poszedł więc i zabrał Jego ciało. Przybył również i Nikodem, ten, który po raz pierwszy przyszedł do Jezusa nocą, i przyniósł około stu funtów mieszaniny mirry i aloesu. Zabrali więc ciało Jezusa i owinęli je w płótna razem z wonnościami, stosownie do żydowskiego sposobu grzebania. A w miejscu, gdzie Go ukrzyżowano, był ogród, w ogrodzie zaś nowy grób, w którym jeszcze nie złożono nikogo. Tam to więc, ze względu na żydowski dzień Przygotowania, złożono Jezusa, bo grób znajdował się w pobliżu.[1] Rogier zawierzył Janowi i umieścił na głównej tablicy także Nikodema, nie mógł też pominąć Maryi, chociaż żadna z Ewangelii nie mówi o jej obecności podczas zdjęcia ciała Jezusa z krzyża. Obrazy znowu mignęły w świadomości Yasmena i zobaczył teraz dwóch uczniów, którzy zakradli się do pracowni mistrza i z lichtarzami świec uniesionymi ku górze, przyglądali się dziełu.

– Przerażający jest ten nowy obraz naszego dobroczyńcy – powiedział wyższy z nich – wszystko w nim takie prawdziwe…

– Mnie się nie podoba, bo Chrystus wygląda na nim jak zwiędły liść, a pozostałe osoby przypominają ludzi, których spotykam na ulicach Brukseli…– komentował drugi, niższy i nieco przysadzisty.

– Może o to chodziło panu mistrzowi… – zaperzył się pierwszy z nich.

Yasmen zauważył, że młodzieńcy zaczęli zmieniać się w mężczyzn w słusznym wieku, ubranych niezwykle wykwintnie. Teraz ich dystyngowana rozmowa była pochwałą obrazu:

 – O panie… o miłościwy władco… wiele widziałem dzieł w zamkach i muzeach, ale to jest zapewne najlepszy obraz w rezydencji królowej Marii – powiedział dworzanin – Powiem więcej… może to jest najlepszy obraz na świecie… żaden nie dorównuje mu w prawdzie wobec natury i pobożności…

Towarzyszący mężczyźnie bogato odziany i obwieszony biżuterią młodzian podszedł bliżej do tablic i kiwając potakująco głową rzekł:

 – Masz rację Vicente… to arcydzieło… Musimy je zdobyć, bo jego miejsce jest w naszej katolickiej Hiszpanii…

 – Jeśli książę Filip zwiąże swoje imię z tym przedstawieniem zyska wielką sławę w Europie… – perorował dworzanin – A jeśli jako król ofiaruje go jakiemuś klasztorowi, zyska obietnicę szczęścia w wieczności…

Yasmen jeszcze zobaczył jak dzieło mistrza Rogiera podąża na wielkim wozie w stronę zachodzącego słońca i wszystko raz jeszcze się rozmyło. Niebieski anioł spojrzał na niego wymownie, uśmiechnął się szerzej i pokiwał znacząco głową, jakby chciał potwierdzić, że ostatni wizja była właściwa. Ale niemal w tej samej chwili w myślach dowódcy pojawiła się inna postać, młodego mężczyzny w białej peruce, zasiadającego do klawesynu i grającego delikatną melodię w obliczu polskiej królowej Marii Kazimiery i jej licznych dzieci. Ten obraz był jak błysk flesza, bo natychmiast zmieniła się przestrzeń, a muzyk grał teraz dla dworzan króla Portugalii. Wiele osób rytmicznie poruszało stopami i dłońmi, a sam władca zdawał się śledzić w przestrzeni niewidoczne dla innych nuty. I ten obraz szybko zgasł, a w jego miejsce pojawił się wielki zamek  w Madrycie, widoczny najpierw z zewnątrz, a potem otwierający się jak pudełko czekoladek. W wielkiej złoconej sali, pełnej dworzan w wykwintnych strojach, siedzących rzeźbionych krzesłach, w obliczu władcy na tronie i jego rodziny, grała niewielka orkiestra, a przy klawesynie siedział ten sam, wysoki mężczyzna. Yasmen wpatrzył się w jego postać i zobaczył szczęśliwy dom w Neapolu, matkę podsuwającą mu smakowite kąski i ojca zasiadającego z nim do klawesynu i uczącego go jak na nim grać. Były też wspólne wyprawy nad morze, na stoki Wezuwiusza i na wieś, a wszędzie rozbrzmiewała radosna muzyka. Malec, a potem młodzieniec wsłuchiwał się w nią bez ustanku, a jego rodzic objaśniał jakich instrumentów używali muzycy, by wydobyć fascynujące dźwięki.

–  Tak Domenico, skrzypce płaczą najrzewniej… – mówił głaskając syna po głowie – ale klawesyn przydaje im tła i wzmacnia dźwięki…

– Alessandro nie zamęczaj go tymi opowieściami… – odezwała się piękna kobieta, odziana w gustownie dobrane szaty – Sam zdecyduje, co będzie robić w życiu…

– Ależ kochana Antonio, wszyscy w naszej rodzinie są muzykami i wierzę, że nasz syn tak samo zarobi na chleb…– odpowiedział ojciec. Dźwięki klawesynu zaczęły cichnąć, w myślach Yasmena klarowny obraz stracił swoją wyrazistość i znowu bystre oczy niebieskiego anioła wyraziły coś na kształt rozbawienia. Dowódca nie próbował więcej przeniknąć przeszłości pilota, jeszcze tylko mignęła mu w myślach ogromna równina i wielkie miasto otoczone murem, jeszcze ujrzał rycerza dumnie siedzącego na koniu i dającego oddziałom znak by ruszały do boju, aż jego świadomość ogarnęła nieprzenikliwa ciemność. Gdy wrócił ku niebieskiej rzeczywistości, zauważył, że jego oddział podążał do przodu za przewodnikiem, mijając wielkie filary, barwne stalaktyty i wyraźnie kierując się w stronę monstrualnej płaskiej skały, na środku której, w złotym kole, stał biały ołtarz, a przy nim lądowały inne oddziały anielskie.   

[1] J 19, 38–42

BROMBERG (25)

Było ciepłe, wrześniowe popołudnie i SS-Sturmbannführer Franz Neumann szedł sprężystym krokiem chodnikiem Adolf Hitler Strasse. Ubrany w czarny, galowy mundur, uważnie przyglądał się wysokim kamienicom, przyozdobionym secesyjnymi elementami i ludziom, których mijał. Miał wrażenie, że byli to przede wszystkim Niemcy, na co wskazywały ich aryjskie rysy i eleganckie stroje. Mężczyźni podążali w dal w dobrze skrojonych garniturach, a kobiety w gustownych pelisach, z dopiętymi kołnierzami ze srebrnych lub rudych lisów. Rzadko tylko zauważał Polaków ubranych w robocze stroje, sprzedawców i robotników, odzianych  w brudne, szare fartuchy. Co jakiś czas salutował przechodzącym patrolom, a przy dawnej willi Blumwego zatrzymał się na chwilę, podszedł do wartownika i upewnił się, że jej nowy gospodarz wyjechał już z budynku. Gdy uzyskał potwierdzenie, ruszył dalej szybszym krokiem i po kilku minutach był przy kamienicy oznaczonej numerem 84. Szybko zorientował się, że wejście do niej znajduje się od strony Stein Strasse, a wkraczając na nią spostrzegł, że dwoje robotników przykręca do ogrodzenia tabliczkę z niemieckim patronem, a na ziemi leży zdjęty element na którym z trudem odczytał polskie nazwisko: Zamoyskiego. Uśmiechnął się do siebie i żwawym krokiem skierował do malowniczego budynku, który od razu go zaciekawił, przywołując w pamięci podobne domy w Niemczech. Wszedł do środka i zameldował się wartownikowi, siedzącemu przy biurku, a ten wskazał mu drogę do dużej sali balowej, zaadaptowanej na kantynę wojskową. Zanim gość ruszył do przodu, rozejrzał się po przestronnej klatce schodowej, zajmującej przestrzeń dwóch kondygnacji. Masywna, bogato zdobiona dębowa balustrada chroniła przed upadkiem osoby wspinające się na piętra, a przy każdych drzwiach zamontowano eklektyczną boazerię i szerokie futryny. Najciekawsze były jednak witraże w oknach, powodujące, że we wnętrzu pojawiały się różne barwy, szczególnie dobrze widoczne na sztukateriach sufitowych i ściennych. Na jednym z witraży widać było kobietą i mężczyznę, a na pozostałych umieszczono elementy geometryczne, układające się w modernistyczne wzory. Neumann wkroczył do wskazanej sali i od razu zauważył przy dwóch połączonych stolikach Williego i jego szefa. Wszystko tutaj było jeszcze w trakcie modernizacji i gościa nie zdziwiły brudne ściany i zaniedbana podłoga, choć prawdę powiedziawszy, po zapoznaniu się z wnętrzami Danzinger Hof, spodziewał się zobaczyć coś innego. Stając przy połączonych stolikach obu oficerów, stuknął oficerkami i wyciągnął prawą rękę ku górze, w geście rzymskiego salutu członków Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników.

– Heil Hitler, melduje się SS-Sturmbannführer Franz Neumann, witam pana SS-Standartenführera i pana adiutanta, którego poznałem już wczoraj na lotnisku…

Willi wstał służbiście i pozdrowił gościa wysunięciem ramienia ku górze, ale łysy jak kolano Ludolf Alvensleben siedział wciąż rozparty na swoim miejscu i tylko lekko machnął dłonią jakby od razu chciał zaznaczyć niewielką rangę przybyłego oficera, po czym powiedział:

– Witamy SS-Sturmbannführera w Brombergu i postaramy się umilić panu tutaj pobyt… Na początek proponuję po sznapsie mojego ulubionego alkoholu, a na kolację zaordynowałem przygotowanie golonki w piwie, ma się rozumieć niemieckim…Proszę siadać i powiedzieć czego pan od nas oczekuje…?

Neumann zajął wolne krzesło, rozejrzał się jeszcze raz po sali, a gdy kelner przyniósł tacę z kieliszkami i z półlitrową butelką Jagermeistra, bez pośpiechu wyjął z bocznej kieszeni munduru papierośnicę, a z drugiej wydobył szklaną cygarniczkę. Dopiero, gdy umieścił w niej papierosa i zapalił go, korzystając z zapalniczki podsuniętej przez Williego, odezwał się przymilnie z dziwnym uśmiechem:

–  Jak to dobrze być w starym pruskim mieście, wracającym do Rzeszy dzięki cudownym talentom strategicznym naszego führera… A jeszcze do tego nasze spotkanie w takim ciekawym miejscu… Moje oczekiwania są bardzo skromne…

Alvensleben skinął na Williego i gdy ten napełnił kieliszki ziołowym likierem, uniósł jeden z nich, uśmiechnął się lekko, wypił i powiedział:

– Za naszego gościa i za sprawę, w imię której tutaj jesteśmy…

– Za zwycięstwo i nową przestrzeń życiową naszego wspaniałego narodu, którego korzenie sięgają tak głęboko w przeszłość – wzniośle potwierdził  przybyły oficer i także pochłonął w mig zawartość kieliszka.

– Miejsce rzeczywiście jest ciekawe i gdy tylko zapoznałem się z jego historią, zarządziłem stworzenie tutaj naszego domu żołnierskiego – odrzekł   standartenführer.

– Rozumiem, że jesteśmy w niemieckim budynku, spotykałem podobną architekturę w okolicach Drezna i Norymbergii…– ciągnął dialog Neumann.

– Tak, ma pan rację – potwierdził dowódca Selbstschutzu i wyraźnie się ożywiając zaczął referować dzieje domu – Ta otoczona ogrodem willa została zbudowana w ciągu dwóch lat według projektu Karla Bergnera dla właściciela Ostdeutsche Kork-Fabrik Carla Grosse. Budowę ukończono w 1899 roku i różne były jej dzieje, o czym dowiedziałem się od nowych właścicieli, goszcząc u moich krewnych, w ich posiadłości w Ostromecku. Te mury przesiąkły niemieckim duchem, bo posiadłość znalazła się w rękach kupca Alfreda Kolwitza i przedsiębiorcy budowlanego Eugena Krügera. Latem 1918 roku dom kupił hurtownik drewna Otto Schmitt i gruntownie go przebudował, sprowadzając z Berlina witraże zaprojektowane przez Augusta  Ungera. To dzięki temu właścicielowi willa otrzymała bogate sztukaterie i stolarkę drzwiową z supraportami, szafami, półkolumnami i boazeriami. Schmitt długo nie cieszył się posiadłością, bo już w 1920 roku stała się ona własnością kupca Erwina Wodtke, który nie wyczuł jakie mogą być skutki zawirowań po haniebnym traktacie wersalskim i po wejściu polskiej hordy do Brombergu. Dom sprzedał ze sporą stratą jakiemuś Polaczkowi, bodaj producentowi pudeł i papieru toaletowego. Tutejsi podludzie zaczęli niszczyć malowidła i rozkradać elementy wystroju, aż doprowadzili dom do takiej ruiny, w jakiej jest teraz.

– To straszne… odezwał się Neumann – na szczęście wróciliśmy tutaj i doprowadzimy tę posiadłość do dawnej świetności… Inne także…

– Zadbamy o to… wiedziałem to już wtedy, gdy z Willim organizowaliśmy naszą dywersję na Pomorzu… Często wtedy bywaliśmy w Brombergu i stworzyliśmy katalog posiadłości, które mogłyby nam się przydać po odbiciu miasta z rąk tych ohydnych podludzi… Sobie przeznaczyłem dom przy skwerku Bismarcka i tam teraz stacjonuję.

Willi pokiwał głową, potwierdzając słowa przełożonego i poczuł zapach smakowitej golonki, którą kelner właśnie wniósł na owalnych talerzach, stawiając przy niej salaterki z musztardą i koszyki z pieczywem.

–  Nasz wódz jest genialnym strategiem, ale jego najbliżsi współpracownicy to także ludzie wielkich horyzontów… powiedział standartenführer.

– Wspiera go przede wszystkim reichsmarschall Göring i reichsführer Himmler… – odezwał się Willi.

– Pan standartenführer wie o tym najlepiej, bo przecież jako adiutant reichsführera… – zwrócił się do dowódcy z uśmiechem Neumann – … mógł pan obserwować ich zażyłość.

Niech pan nie przesadza – obruszył się Alvensleben – Tak wielcy ludzie jak Adolf Hitler nie pozwalają sobie na poufałość. Może ze dwa razy słyszałem jak zwrócił się po imieniu do mojego szefa, ale nigdy nie zagadnął tak do Göringa…

Ostatnie słowa łysy oficer wypowiedział niemal syczącym tonem, w którym znać było cynizm i pewność siebie. Po ich wybrzmieniu zapadła znacząca cisza i mężczyźni wzięli się za pałaszowanie golonek. Willi wybierał tylko chude mięso, a jego towarzysze przy stoliku odcinali skórę z tłuszczem, zanurzali ją w musztardzie i szybko połykali. Dopiero, gdy uporali się z wierzchnią warstwą, zaczęli jeść chude wnętrze, uważnie oddzielając je od kości. W pewnym momencie Willi poczuł, że kolano Neumanna lekko dotknęło jego uda, ale nie odsunęło się natychmiast. Postanowił to wytrzymać i ze zdumieniem stwierdził, że pozostało ono w takiej pozycji.

– Może wydałem się panom zbyt oficjalny, ale to nawyk zawodowy, przyleciałem wszak tutaj z ramienia reichsführera, by przeprowadzić śledztwo…

– Śledztwo zostało już zakończone – raz jeszcze cynicznie syknął dowódca – Raczej zlecono panu sprawdzenie, czy przebiegło właściwie…

– To właśnie miałem na myśli… – proszę mi wybaczyć tę niezręczność w wypowiedzi… Wiem, że tylko pan standartenführer może mi w tym pomóc…

Słowa te rozluźniły nieco sytuację, co Neumann natychmiast wyczuł i postanowił skierować rozmowę na inne tory. Poruszył się na krześle i odsunął kolano od uda Williego, a potem powiedział:

– Jako doświadczeni członkowie NSDAP musieliśmy wiele razy ocierać się o siebie w Berlinie… Wczoraj ustaliliśmy z panem untersturmführerem, że spotkaliśmy się na obronie doktoratu Wernhera von Brauna… mam też wrażenie, że spotkałem gdzieś pana standartenführera… o tak, już wiem… to było podczas mszy za Piłsudskiego, w której uczestniczył nasz führer…kiedy to było…?

– 18 maja 1935 roku w katedrze św. Jadwigi w Berlinie – pośpieszył z pomocą Willi – Zapamiętałem dobrze tę datę, bo też tam byłem z moim ojcem…

– A ja redagowałem telegram führera do rządu polskiego i żony Piłsudskiego… – wreszcie odezwał się sympatyczniej Alvensleben – Nasz wódz cenił ich marszałka i gdyby on dalej żył, pewnie nie doszłoby do wojny. Zamiast układu z Rosją zawarlibyśmy pakt z Polską i razem poszlibyśmy na wschód… Niestety takie błazny jak Mościcki, Rydz-Śmigły i Beck popsuli wszystko i geniusz najwybitniejszego Niemca naszych czasów wybrał inne rozwiązanie…

– Przed wylotem z Berlina słyszałem od jednego z oficerów Abwehry, że po zdobyciu Krakowa generał Werner Kienitz udał się na Wawel i złożył wieniec u grobu tego ich  marszałka, zaś przed kryptą wystawiono naszą wartę honorową.

– Tak, nie ulega wątpliwości, że nas wódz go cenił… – powiedział szef Selbschutzu – zawieszając na chwilę widelec z kęsem mięsa przy ustach – Ale nie będziemy przecież wychwalać polskiego marszałka, który nie wiadomo jak by się zachował w obliczu naszego powrotu do ojczyzny… Byliśmy tutaj od wielu, wielu lat, o czym świadczą choćby nagrobki na pobliskim cmentarzu ewangelickim przy Hermann-Göring Strasse… a wcześniej Wilhelm Strasse…

– Słyszałem, że pochowano na nim znamienite postaci naszego życia naukowego, artystycznego i politycznego… – podchwycił temat Neumann – Jako protestanta szczególnie ciekawi mnie postać  Theodora Gottlieba von Hippela…

– A zatem jutro mój adiutant zabierze pana na ten cmentarz, pokaże groby, a potem zapraszam do mnie do domu, to ledwie dwie ulice dalej.

– Niestety panie standartenführer, jutro mam wizję lokalną w mieszkaniu pani Herthy Kiebitz, ale może pan Willi będzie tak miły i zawiezie mnie na tę nekropolię pojutrze. Będę mógł też zdać panom relację z oględzin domu tej nieszczęsnej sekretarki.

– Pojutrze ja mam inne plany, jednak po południu będę na raucie u moich krewnych w Ostromecku. Zapraszam zatem tam i pana, po tym jak untersturmführer pokaże panu cmentarz, Ostromecko jest tuż za mostem na Wiśle, doprawdy niedaleko…

– Dziękuję za zaproszenie, skorzystam z niego z radością… – powiedział z uśmiechem Neumann wydobywając niedopałek z cygarniczki  i kładąc ją przy pustym talerzu.

– Zatem ustalone… – tonem nie znoszącym sprzeciwu powiedział Alvensleben, a gestem prawej dłoni nakazał dopicie ostatnich kieliszków Jagermeistra. Gdy cała trójka to zrobiła, energicznie wstał od stołu i skierował się do wyjścia. Za nim ruszył Willi i gość z Berlina, który po uściśnięciu dłoni dowódcy i jego adiutanta, powiedział, że ruszy do hotelu piechotą. Nagle też żachnął się i powiedział:

– Ale ze mnie osioł… zapomniałem wziąć ze stołu cygarniczkę… Cofnę się po nią, bo nie mogę inaczej palić papierosów. Do zobaczenia niebawem…

Ledwie Neumann zniknął za framugą drzwi, gdy dowódca nachylił się do ucha Williego i szepnął:

– Nie jest on takim kretynem za jakiego chciałby uchodzić…Uważaj na niego chłopcze… i nie wchodź w zbyt bliską komitywę, bo moi szpiedzy z Berlina donieśli mi, że to kamuflujący się schwuchtel…

– To dlatego jego kolano dwa razy zbliżyło się pod stołem do mojego uda… – szepnął ze śmiechem adiutant i obaj panowie w dobrym humorze opuścili kantynę.

Franz Neumann dotarł do stolika, przy którym już krzątał się kelner i skrzywił się na widok trzech kieliszków znajdujących się na jego tacy. Natychmiast jednak wpadł na pomysł co ma zrobić.

– Cofnąłem się po moją cygarniczkę… – wytłumaczył się przed zdziwionym pracownikiem –  A może też użyczy mi pan tych kieliszków, bo dzisiaj jeszcze mam spotkać się z kimś w hotelu, a nie mam szkła…Oddam je jak kupię sobie jutro nowe…

– O nie musi pan sturmbannführer oddawać… zaraz przyniosę czyste…i jakiś papier do zabezpieczenia – odparł kelner.

– Nie przesadzajmy przyjacielu… rzekł Neumann, wyciągnął z kieszeni chusteczkę i sięgnął po kieliszki na tacy… Chusteczka je zabezpieczy… A tak w ogóle to jak masz na imię…? Ładny z ciebie chłopak…Masz takie klasyczne aryjskie rysy… Kelner spojrzał z przestrachem na oficera, burknął coś pod nosem i natychmiast oddalił się ku zapleczu dużej sali. Franz założył czapkę na głowę, odczekał jeszcze chwilę przy wyjściu, a gdy upewnił się, że samochód dowódcy Selbschutzu odjeżdża, wyszedł na ulicę, rozkoszując się czystym powietrzem, w którym tylko lekko czuć było dym z kominów pobliskich kamienic.  

BROMBERG (24)

W budzącym się do życia Brombergu był rześki, chłodny ranek i słońce ledwie przebijało się przez sine mgły i błękitne opary, kłębiące się pośród nieba. Dwa czarne, osobowe samochody zajechały z piskiem przed dom przy ulicy Strzeleckiej 4. Z pierwszego z nich, dużego citroena z przednim napędem, określanego w latach trzydziestych jako tracktion avant, wyskoczyło dwóch feldfeblów i zaczęło wypakowywać jakieś rzeczy w kartonach i ubiory na wieszakach. Grubszy z nich otworzył też kufer i wydobył z niego średniej wielkości brązową, skórzaną walizkę. Z mniejszego citroena wysiadł Willi i jego kierowca, który zawiesił sobie na ramieniu karabin, i odpiął kaburę pistoletu, przymocowaną do pasa ze swastyką na metalowym zapięciu. Grupa skierowała się do drzwi wejściowych, narobiła sporo hałasu na drewnianych schodach, po czym stanęła przy drzwiach na pierwszym piętrze, waląc w nie pięściami i kolbami karabinów. Najbardziej aktywny feldfebel komenderował też krzykliwie:

– Otwierać!!! Otwierać!!! Jazda parszywe polskie świnie, otwierać…!!!

W drzwiach zachrobotał klucz i po odsunięciu ich, pojawił się we framudze wysoki mężczyzna po pięćdziesiątce. Żołnierze odepchnęli go i zaczęli wnosić sprzęty do obszernego przedpokoju, a za nimi wszedł Willi w czapce z trupią główką i czarnych rękawiczkach na dłoniach. Obszedł całe mieszkanie, zajrzał do dwóch łazienek, z przodu lokalu i z tyłu, tuż przy dużym, wolnym pokoju. W mig zorientował się, że ciocia Eli mówiła o tym pomieszczeniu, stanął przy oknie i rzucił okiem na podwórze z dużą, drewnianą szopą. Po zlustrowaniu wszystkiego, wyszedł do mężczyzny, przy którym stała już kobieta, wyjął z kieszonki w mundurze jakąś kartkę i przekazując ją gospodarzom, oświadczył:

– Otrzymałem przydział pokoju w waszym mieszkaniu i od dzisiaj będę tutaj mieszkał. Mam nadzieję, że nie będziemy sobie przeszkadzać… – powiedział z wymuszonym uśmiechem, a potem jeszcze dodał – Moje wujostwo powiedziało mi, że jesteście czystymi Polakami, szanującymi nasze niemieckie dziedzictwo, ale jak będziecie niemili, bez mrugnięcia okiem wywalę was stąd…

– Wszystko rozumiemy panie oficerze – odezwał się Wincenty Rossa i po chwili patrząc na żonę potwierdził – Zawsze mieliśmy dobre stosunki z Niemcami, a z pana wujem spotykaliśmy się na szachach i długich dysputach…

– To dobrze, bo nie znoszę sprzeciwu… Dysput też nie lubię… Czy tutaj jeszcze ktoś mieszka oprócz was…?

Franciszka spojrzała z przestrachem w kierunku pokoju Józi i już chciała zaprzeczyć, gdy ubiegł ją mąż:

– Jest jeszcze nasz córka Józia, ale teraz nie ma jej w domu, bo poszła do koleżanki na ulicę Szubińską… to znaczy Schubiner Chaussee…

– Panie untersturmführer po co się z nimi patyczkować, dwie kulki w łeb i całe mieszkanie będzie do dyspozycji… – odezwał się dziwnym, piskliwym głosem jeden z żołnierzy…

Willi zmarszczył brwi, przez chwilę coś rozważał, po czym zakomenderował tonem nie znoszącym sprzeciwu:

– Zostawić wszystko w ostatnim pokoju i jazda na dół… Swoje rady zostawcie dla kolesiów w koszarach…

Żołnierze zrobili jak kazał i solidnie przerażeni, biegiem wynieśli się z mieszkania, stając przy samochodach i natychmiast wyciągając z mundurów papierosy. Obłoki niebieskawego dymu pojawiły się nad nimi, przyciągając uwagę Izaaka Abrahama, obserwującego ich przez dziurkę w czarnej blasze, wstawionej w okno szopy, w której miał warsztat szewski. Tymczasem Willi raz jeszcze obszedł całe mieszkanie, po czym zwrócił się do Rossów:

– Widzę, że macie dwie łazienki, więc tę przy moim pokoju rekwiruję i odtąd tylko ja jej będę używał…

– Dobrze panie oficerze… – powiedział Wincenty.

– My nie chcemy żadnych kłopotów… – dodała Franciszka – Może pan potrzebuje też drugiego pokoju, to córkę przeniesiemy do nas i będziemy zamykać drzwi. Mieszkania staną się całkowicie niezależne i tylko korytarz będzie wspólny…

– Zadecyduję o tym, jak zorientuję się we wszystkim… – odrzekł Willi – Na razie muszę się rozpakować, poustawiać moje graty w pokoju i chyba zmieszczę się w nim, tym bardziej, że jest tam kanapa i szafy po poprzednich lokatorach…

Willi poznał już wielu Polaków i często czuł do nich odrazę, ale ci spokojni ludzie jakoś dziwnie przypominali mu członków jego rodziny i wydawali się być z innej gliny, a znakomita znajomość języka niemieckiego tylko potęgowała to wrażenie. Zasalutował, uderzył oficerkami o siebie, skierował się ku wyjściu i już po chwili Rossowie usłyszeli rytmiczne uderzanie butów o schody. Odczekali jeszcze trzy minuty i Wincenty pociągnął żonę do głównego pokoju, gdzie odezwał się szeptem, jakby ktoś ich mógł podsłuchać:

– Musimy postanowić, co zrobić z Józią…? Czuję, że ten oficer jest niebezpieczny jak jadowity wąż…Zresztą nazywa się Wilhelm von Otter…

– Może wyposażmy ją w nieco pieniędzy i wyślijmy do mojej rodziny do Liszkowa, wciąż mam tam ciocię i dwóch wujków…– powiedziała Franciszka.

– Nie wiadomo, jak ona to potraktuje, tutaj jest cały jej świat, kościół na Szwederowie, do którego chodzi, jej najbliższa koleżanka Marta, no i uwielbiany przez nią pan Abraham, któremu nosi jedzenie i picie…– odrzekł mąż.

– Teraz on będzie największym zagrożeniem dla niej… i dla nas. Okno z pokoju tego gestapowca wychodzi przecież na podwórze i szopę Izaaka – lamentowała kobieta – Mówiłam ci, że ta twoja bliska znajomość z tym Niemcem z Ogrodowej sprowadzi na nas jakieś nieszczęście…

– Za Johanna ręczę własnym słowem, a nawet życiem – powiedział mąż –poznałem go dobrze… wiesz o tym. To szlachetny idealista, rozkochany w filozofii Schopenhauera i muzyce Bacha… Stawiałbym tu raczej na Spatzową, której nie podobały się nasze spotkania szachowe, a jak jeszcze przychodził Izaak, kipiała wręcz ze złości i zamykała się w kuchni… Johann objechał ją kiedyś przy nas i zobaczyłem wtedy w jej oczach taką samą nienawiść jak w ślepiach Hitlera. Na pewno tego nie zapomniała i tylko czekała na dogodną sposobność, by odwdzięczyć się nam sowicie…

– Może masz rację – zgodziła się – podobno zafascynowała się książką Mein Kampf i ten jej Willi wbijał ją w dumę… Jej sąsiadka powiedziała mi, że zmieniła się i zhardziała, gdy pojawił się w ich domu ten chłystek…

– Ci…cho… uważaj kochanie, co teraz mówisz, w okupowanych krajach ściany mają uszy…– syknął Wincenty, po czym położył jej delikatnie prawą dłoń na ustach, starł łzy z obu policzków i przytulił, mocno przyciskając do siebie.

Po chwili usłyszeli trzask drzwi na dole kamienicy i charakterystyczne szuranie butów na schodach. Od razu domyślili się, że to Józia wraca do domu, więc Franciszka pomknęła do przedpokoju, by jej otworzyć. Wincenty stanął przy skręcie do dużego pokoju i ręce oparł na biodrach, by nie było widać, że lekko mu drżą. Matka zrelacjonowała w skrócie to, co się wydarzyło i odwracając się do męża, zakończyła niespodziewaną dla dziewczyny pointą:

– Postanowiliśmy z tatą, że jeszcze dzisiaj spakujesz się i nasz kolega odwiezie cię do Liszkowa, do cioci Poli. Tam przeczekasz ten straszny czas i pomożesz trochę w gospodarstwie jej i wujka Jana … Tyle razy prosili mnie byś ich odwiedziła, to ucieszą się z twojego przyjazdu…

Łzy jak grochy pociekły po policzkach Józi i rzuciła się w ramiona matki, która przycisnęła jej głowę do swoich piersi. Poczekała aż spazm córki ustanie i dopiero wtedy odsunęła ją lekko od siebie i powiedziała:

– Robimy to dla twojego dobra… bo bardzo boimy się o ciebie. Musisz to zrozumieć…

Józia wyjęła chusteczkę z kieszeni w sukni i otarła nią łzy, po czym wyprostowała się, zaczerpnęła głęboko powietrze i powiedziała zdecydowanie:

– Nigdzie nie pojadę… jak mogliście przypuszczać, że w takiej sytuacji zostawię was samych…? Muszę też pomagać kochanemu panu Izaakowi, by nie umarł z zimna i głodu. Nie boję się niczego, bo czuję opiekę Pana Boga…

– Dziecko, zło jest bezlitosne w tych strasznych czasach… – próbował przekonać ją Wincenty.

Dziewczyna zdjęła płaszczyk, powiesiła go na haku przy drzwiach, po czym podeszła do ojca i patrząc mu w oczy szepnęła:            

– Wciąż noszę w sobie słowa, które nie raz przywoływałeś… Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę…

ZŁY DUCH (8)

Powoli uniosłem pierwsze pudełko, całkowicie już opróżnione i przez to lekkie, łatwo dające się przesuwać na stole. W drugiej części, na samym wierzchu była biała, jedwabna chusteczka, pokryta kolorowymi haftami. Uniosłem ją lekko ku górze i aż zachłysnąłem się z rozkoszy, gdy ujrzałem dwa sznury grubych pereł, złotą bransoletkę, wysadzaną turkusami i naszyjnik z kolorowych kryształów. Najpierw sięgnąłem po perły i zacząłem je układać na stole, coraz to zmieniając układ dwóch białych i lśniących żmijek. Wyobraziłem sobie, że jestem wielkim czarownikiem i wydaję tajemne rozkazy poddanym gadom, gotowym wykonać każde moje polecenie.

– Widzisz jakie babcia zgromadziła skarby… – odezwała się Marta i po chwili dodała – Każda z tych ozdób ma swoją historię…Perły dostałam od  bogatego Żyda Samuela, który się we mnie zakochał, a bransoletka to prezent od przystojnego Hansa z Wermachtu…Może twojego dziadka…

Podniosłem ku górze sznur pereł i zacząłem go przeglądać kulka po kulce, jakbym chciał z nich wyczytać w jakich zdarzeniach uczestniczyły. Niestety żadne obrazy nie pojawiały się, a tylko ruchliwe błyski ożywiały martwe twory, niegdyś wydobyte z perłopławów i przysposobione przez jubilera by znaleźć się na szyi pięknej kobiety. Babcia w młodym wieku urodziła moją mamę, a ta także zaszła w ciążę bardzo szybko, bodaj w wieku siedemnastu lat. Teraz babcia miała zaledwie czterdzieści jeden lat i wciąż była piękną kobietą, zgrabną, zadbaną i codziennie stylowo uczesaną. Moja uwaga skierowała się teraz ku dwóm pożółkłym papierkom, na których były jakieś literki i pieczątki. Wyjąłem je z pudełka i uniosłem ku górze, jakbym chciał sprawdzić pod światło, czy mają znak wodny. Babcia przejęła je ode mnie, rzuciła okiem i powiedziała:

– To jest akt mojego urodzenia i zaświadczenie, że zostałam ochrzczona… A ten drugi papierek, to życiorys, który napisałam własnoręcznie… Nie pamiętam już po co…

Musiałem być bardzo zaciekawiony i pewnie otworzyłem buzię, albo szeroko rozwarłem oczy. Marta to zauważyła i zaczęła czytać:  

– Urodziła się 18 marca 1922 roku w Konarach – powiat Inowrocław. We wsi tej została ochrzczona 19 marca tegoż roku w kościele parafialnym pod wezwaniem św. Michała Archanioła.Ojcem chrzestnym był zamieszkały w Liszkowie Władysław Górniak, a matką chrzestną także zamieszkała w tejże wsi Rozalia Ratka. Ojciec – Wincenty – był robotnikiem, a matka – Sara zajmowała się domem i wychowywaniem dzieci. Mieli pięć córek: Jankę, Stefanię, Helenę, Marię i Józefę,  czyli mnie, a do tego spłodzili jeszcze dwóch synów – Janka  i Stanisława. Pierwszy mąż mojej mamy zamarzł na mrozie po pijanemu i jego brat ożenił się z twoją prababcią, płodząc te wszystkie bachory…

Niewiele rozumiałem z tej dziwnej przemowy, więc zainteresowałem się złotą bransoletką, gładząc z lubością turkusy i wyobrażając sobie, że inna, kolorowa żmija pojawiła się przy gadach z pereł. Zacząłem je ze sobą zderzać, jakby zaczęły toczyć ze sobą walkę. Babci widać mało było czytania, bo zamieszała drewnianą łyżką w garnku i ciągnęła dalej, tym razem z papierka z życiorysem:

 – Mieszkałam z mamą i tatą przy ulicy Strzeleckiej 4, a pierwszą komunię świętą przyjęłam w dniu 15 maja 1932 roku w kościele pod wezwaniem matki Boskiej Nieustającej Pomocy na Szwederowie.  Do dziś pamiętam jaka byłam wzruszona, gdy zbliżył się do mnie ksiądz Lech Mnichowski i opłatek z ciałem Jezusa znalazł się w moich ustach. Uczęszczałam przez pięć lat do szkoły podstawowej przy ulicy Dąbrowskiego, a ostatnie dwa lata – przy Nowodworskiej. Przed wojną i w czasie okupacji pracowałam w firmie „Lukulus”, produkującej czekoladę, a następnie w jednostce wojskowej przy ulicy Szubińskiej . Po wojnie zatrudniłam się  w szpitalu garnizonowym i wodociągach miejskich w Opławcu…

Słuchałem słów babci, ale myślami byłem już gdzie indziej, słysząc w sobie jakiś tęskny śpiew. W moich myślach, a może już we śnie, pojawiła się wielka rzeka i jakaś samotna łódź płynąca w dal. Na brzegu, w oknie klasztoru stała mniszka i patrzyła na białe ptaki unoszące się nad wodą. Nagle uniosła prawą dłoń i pobłogosławiła świat, jednocześnie prawą dłoń unosząc do czoła i lekko marszcząc brwi, jakby poczuła przejmujący ból. Zanim odwróciła się od okna śpiewnie szepnęła:

– Benedicat vos omnipotens Deus, Pater, et Filius, et Spiritus Sanctus…

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (XV)

Keleken zamknął oczy i pogrążył się w gęstej czerni, jakby nagle zsunął się do dziwnej mazi, ni to galarety, ni smoły. Zdawało mu się, że mijają wieki, ale gdy przeciągły świst obudził go z letargu, uznał, że śmignęła ledwie chwila i został przeniesiony do jakiejś wielkiej budowli z czarnego granitu. Przybliżył się do jednego z filarów i targnęły nim dreszcze, gdy zobaczył, że materiał, z którego wniesiono pałac współtworzą miliardy bytów, jęczących w rozpaczy i cierpiących niewypowiedziane męki. Razem zawodziły, wykrzywiały się w bolesnych spazmach i kamieniały, stając się ruchomą i martwą tkanką filarów, łuków i ścian. Znowu przymknął oczy i usłyszał jakiś nienaturalny ryk, jakby hipopotama, lwa i hieny, z każdej strony zaczął też narastać coraz głośniejszy szum, jakby jakieś przepastne tłumy szeptały wyzwiska i najohydniejsze, lubieżne zdania. Uniósł powieki i przeraził się straszliwie, bo stał teraz u jakiegoś ogromnego tronu z wyginających się i syczących jadowitych żmij, traszek i ropuch. Stały przy nim wielkie demony z owadzimi głowami, chitynowymi pancerzami i hakowatymi odnóżami. Na siedzisku ulokował się monstrualny fioletowy karaluch, z którego wydobywały się żółte gazowe strumienie, cuchnące siarką i zgnilizną, rozgałęziające się, a potem wnikające w przyboczne duchy i każdą cząstkę przestrzeni. Keleken zadrżał i nie miał siły się ruszyć z miejsca, a myśli zaczęły krążyć w jego głowie jak oszalałe.         

– Dobrze, że lękasz się naszego pana – odezwał się oślizły, szkarłatny robak, stojący najbliżej tronu – Lepiej jednak będzie, gdy przybierzemy kształty dobrze ci znane. Jestem Mefisto, generał czarnej armii i książę tej pięknej krainy, a przy mnie stoi starzec Belial, który dobrze poznał chóry anielskie, ale gdy zrozumiał, ze uzurpator nie jest jego władcą, znalazł się pomiędzy nami.

Andriej spostrzegł, że po jego słowach, wszystko zmieniło się w ułamku sekundy, zniknęły owady i ropuchy, gdzieś przepadły pyski hien, likaonów, tygrysów i lwów, a wszystko przybrało odświętny wygląd. Na tronie siedział teraz siwy starzec w złotej szacie i przenikliwym wzrokiem ogarniał wszystko dookoła. Jego czarne ślepia zdawały się kierować wszystkim i dawały niewidzialne znaki tym, którzy prowadzili ceremonię. Nie wiedział jak to się stało, ale w jego myślach pojawiło się wyraziste dookreślenie kim jest mężczyzna odziany w czerwony kostium, który pierwszy do niego przemówił. Zobaczył go pośród rewirów niebieskich, gdy okryty nieprzenikliwym granatem zbliżył się do tronów archanielskich i już miał cisnąć czarny dziryt w stronę śpiącego Rafaela, gdy nagle zachwycił się harmonią jego kształtów, dotknął leciutko prawego pośladka i poczuł pulsowanie żyznej energii. Tak nieopacznie przebudził Gabriela i Michała i w jednej chwili został ciśnięty w otchłań piekielną. Chciał jeszcze się bronić i krzyknął rozpaczliwie: Jestem częścią owej siły, której władza pragnie zło zawsze czynić, a dobro sprowadza[1], ale niebo się już zawarło. Andriej spojrzał na niego i poczuł przenikliwy ból, jakby raz jeszcze kat przestrzelił jego głowę, a zarazem usłyszał jadowity śmiech.

– Musiałem uzmysłowić ci moją moc, bo zapatrzyłeś się w dawne dzieje, gdy popełniłem straszliwy błąd i zapragnąłem wniknąć w ciało Rafaela – odezwał się czerwony demon – Ale to stare sprawy, bez znaczenia i teraz liczy się tylko to, co czynię dla mojego prawdziwego władcy.  On jest we mnie i ja jestem w nim i to on decyduje o twoim losie. Dopiero co przybyłeś ze świata cielesnych kalek, więc przybrałem postać Woltera, byś lepiej zrozumiał wagę rozkazów, które ci przekażę.

Andriej dławił się z przerażenia, ale skinął głową i przesłał do świadomości starca na tronie wyrazista obietnicę posłuszeństwa. Mefisto też odebrał ten sygnał i ciągnął dalej:

– Wskazałem ci Beliala, którego aniołowie utożsamiają z naszym panem, nie wiedząc, że jest tylko jego prawą ręką i tym który wykonuje wszystkie bezgłośne rozkazy. Zwiódł też św. Pawła i wielu klechów w czerni i bieli, a teraz w kuźniach piekielnych przygotował twoje ostrze.

Andriej spróbował przeniknąć do świadomości Beliala, ale napotkał zaporę z kłębiących się nagich ciał, bezwstydnie kopulujących i lubieżnie go przyzywających. Ujrzał pośród nich też króla Salomona, który próbował zamknąć Beliala w butelce po winie, ale przeszacował swoje siły, gdy zaczął do niej też upychać legiony posłusznych mu demonów. Obrazy szybko zniknęły i Andriej usłyszał metaliczny głos tego, który chełpił się, że jako pierwszy wydostał się z władzy uzurpatora.

– Nie pytaj o nic i niczego nie planuj, moc naszego pana będzie cię prowadzić ku temu, którego zgładzisz. Pisane mu wieczne zapomnienie i udręka pośród najplugawszych naszych gadów.

Głos Beliala ucichł i starzec usunął się do tyłu, a jego miejsce zajął połyskliwy mężczyzna w kwiecie wieku, o urodzie rzymskiego centuriona. Spojrzał wymownie na pośrednika ostrza i odezwał się aksamitnym głosem:

– Będą ci kłamliwie opowiadać o mnie, relacjonować jak przez wieki spadałem z nieba, a ja wciąż lśnię jak gwiazda poranna, helel ben-szachar, a ja wciąż służę naszemu panu i wspieram go na obrzeżach ciemności i mdłego światła. I choćby nie wiadomo jakie głupstwa wypisywali tacy idioci jak Milton i Dante, moi bracia wiedzą kim jestem.    

Słowa mężczyzny ucichły, a w świadomości Andrieja pojawiło się imię tego, który do niego przemówił. Wcześniej coś słyszał o Lucyferze, ale nie potrafił określić jego piekielnej rangi.

– Jak widzisz Kelekenie,  twoją ceremonię zaszczycił obecnością nasz władca i jego książęta – odezwał się Mefistofeles – Poznałeś już mnie, Beliala i Lucyfera, a teraz pozwól sobie przedstawić mistrza ceremonii, znienawidzonego przez ludzi i aniołów Lewiatana. To ten postawny mężczyzna w czarnym surducie, którego kłamcy ukazują jako wielkiego krokodyla z szeroko rozwartą paszczą.

Lewiatan wpatrzył się w Andrieja i przesłał mu ciąg obrazów, od czasów starożytnych do współczesności, a potem odezwał się tubalnym głosem:

– Przybyłeś tutaj nasz ulubiony morderco by podjąć czarne ostrze i ruszyć ku sferom niebieskim, by zaprzepaścić dumnego Yasmena, który podąża ku swojemu królowi i myśli, że zyska wielką rangę. Nasz szpieg wprowadzi cię do jego oddziału i będziesz w nim długo uśpiony, by archaniołowie nie mogli cię rozpoznać, a gdy usłyszysz w sobie ryk hipopotama, uwolnisz ostrze, które wniknie w jego duszę i zrujnuje ją do szczętu. Teraz przygotuj się na chwilę chwały i wielki ból, który wypełni cię po brzegi, byś zawsze pamiętał jaka godność stała się twoim udziałem.

Ledwie wybrzmiały słowa bestii, rozległy się płaczliwe fanfary i ze wszystkich stron zaczęły dobiegać jęki konających i cierpiących w chorobach, ginących nagle i odbierających sobie życie. Strój władcy piekieł przybrał krwawy kolor, a z głowy wysunęły mu się ogromne czarne rogi. Uniósł się lekko nad tronem i prawą ręką wskazał na Kelekena. W powietrzu zaczął wibrować przeciągły świst i z mroku wypłynęło srebrzyste, potrójne ostrze. Chwilę zawisło przy Szatanie, po czym z impetem uderzyło w żertwę i wniknęło w nią.

Andriej zachłysnął się z bólu i upadł bez czucia, jak podczas ziemskiej egzekucji, momentalnie tracąc świadomość. Po chwili jakaś siła wydobyła go z mroku, przeniosła ku tajemniczym żółtym i seledynowym oparom i usłyszał jak Mefistofeles mówi z oddali:

– Zostałeś powołany, by dać świadectwo i jeśli wykonasz swoją misję i wrócisz z niebieskich jarów, znajdziesz się blisko tronu naszego pana…

Jeszcze dotarły do niego jakieś tajemnicze szepty i prawie niezrozumiały dialog pomiędzy książętami, zdającymi się wątpić w jego możliwości. Na samym końcu pojawił się syk węża i Andriej zobaczył Szatana unoszącego obie ręce w jego stronę i szepczącego coś po hebrajsku. Poczuł, że opuścił podziemia i znalazł się pośród bezbrzeżnych przestrzeni niebieskich.

[1] J. W. Goethe, Faust, tłum. E. Zegadłowicz, Tragedii Część Pierwsza, Pracownia.

BROMBERG (23)

Dwa dni minęły od momentu, gdy Szmul Lewi przeniósł z domu do furgonu Arona dwie duże walizy i kilka toreb, a potem z żoną Mirełe i synem Chaimem wsiadł do niego. Wracając z Orlej zaszedł jeszcze do zaprzyjaźnionego szewca Izaaka Abrahama i próbował go przekonać, by też wsiadł do furgonu i pomknął z uciekinierami na wschód. Wierzył, że przekona przedsiębiorcę, by zabrał jeszcze jednego człowieka, lokując go z tyłu pojazdu, pomiędzy paczkami, beczką z benzyną i workami z żywnością, ale szewc zdecydowanie odmówił.

– Jestem już stary i nie wytrzymam tak długiej podróży… – mówił i teologicznie dedukował – Co ma być to będzie… Jahwe decyduje o naszych losach…

– Ale ucieczka przed złem nie obraża go, natomiast zbytnia pewność w jego wyroki może jawić się jako wielkie zarozumialstwo…– nie ustępował Szmul.

– Nasz Pan wie jaki zawsze byłem pokorny… Dziękuję ci przyjacielu, ale czuję, że tutaj mam jeszcze coś do zrobienia. Jedźcie z opieką Jahwe… Będę się modlił za was każdego dnia.   

Po powrocie do domu, żona policjanta strasznie rozpaczała, ale w końcu zdecydowała się na podjęcie ryzyka, tym bardziej, że nie było innej szansy na ocalenie syna. Spory dobytek, z którego tak była dumna, stracił dla niej teraz wartość i podczas selekcji rzeczy, które mieli wziąć, była radykalniejsza od męża.

– Zobacz kochany jak mało znaczymy… Udało mi się zapakować wszystko w trzy kartony i dwa worki…– powiedziała, gdy byli już gotowi do wyjazdu.

Aron przyjechał o oznaczonej godzinie i okazało się, że jego bagaże i żony wcale nie okazały się1) większe, a jedyną fanaberią była piękna, inkrustowana szkatułka z kosztownościami i albumy ze zdjęciami, które Estera cyzelowała przez lata. Zapadła noc, a oni ruszyli szybko w stronę Inowrocławia, po drodze mijając posterunek na południowych rogatkach miasta, gdzie akurat zatrzymano jakiś pojazd i przepuszczono ich bez kontroli. Szmul ubrany w mundur policyjny, usiadł koło kierowcy, a na tylnym siedzeniu ulokowały się kobiety i mały Chaim. Policjant doskonale znał te tereny, bo często wysyłano go do pobliskich wsi na interwencje. Po pół godzinie jazdy skierowali się ku wsi Liszkowo, a z niej odbili w stronę Radziejowa, gdzie chcieli poczekać na następną noc u znajomego Żyda, ale zobaczyli, że miasto jest już obsadzone Wermachtem, więc skierowali się do lasu, gdzie przespali się na swoich miejscach, a tylko Chaima położyli z tyłu, na podłodze auta. Estera i Mirełe przygotowały mu prowizoryczne posłanie z koców i przykryły go zielonym brezentem. Spali dość twardo, zmęczeni wydarzeniami poprzedniego dnia i nocy, ale co jakiś czas budziły ich odgłosy salw artyleryjskich, przemieszczających się wozów pancernych i czołgów. Dość nisko przelatywały też eskadry samolotów kierujących się ku centrum kraju, prawdopodobnie niosąc bomby przeznaczone do zrzucenia na Warszawę. Czekali dość długo by słońce całkowicie schowało się za horyzontem, a potem ruszyli z impetem w stronę Włocławka, co jakiś czas zamieniając się przy kierownicy i wybierając polne, nieutwardzone drogi. Tak udało im się dotrzeć bez kłopotów w okolice Płocka i odbić na południe, w stronę Łowicza, gdzie zatrzymano ich po raz pierwszy, ale po spojrzeniu na papiery i prowadzącego furgon granatowego policjanta, machnięto ręką i kazano jechać dalej. Ominęli Łódź od południa, pod Pabianicami i zatrzymali się dopiero za Tomaszowem Mazowieckim, znowu przeczekując dzień w lesie, nieopodal wsi Jeleń.

– Jak na razie udaje nam się podążać do przodu drogi Szmulu… – powiedział Dawid i wyszedł na chwilę z samochodu.

– Trzeba rozprostować kości, bo strasznie zesztywniałem… Ty pewnie też, bo jesteś ode mnie starszy o pięć lat – pociągnął rozmowę policjant, gdy stanął przy nim.

– Tak, ja mam już sześćdziesiąt dwa lata i czuję brzemię wieku. Ale oby tak dalej nam szło, chociaż potworne odgłosy wciąż niosą się od granic Warszawy, gdzie Niemcy stanęli już ósmego września… – powiedział starszy mężczyzna.

– Musimy przedostać się na drugą stronę Wisły w okolicy wsi Latków… Tam kiedyś był most, a teraz można dostać się na drugi brzeg prostym promem. Mam nadzieję, że nic się nie zmieniło i szybko znajdziemy się we wschodniej Polsce – odrzekł Szmul.

Noc zapadła szybko i cała piątka zasnęła w furgonie, tym razem nie budząc się aż do rana.  Szmul miał mroczny koszmar, w którym jacyś podejrzani żołnierze z mongolskimi twarzami wpychali go do ciężarówki i wraz z innymi mężczyznami w polskich mundurach, wieźli go gdzieś do lasu. Po dotarciu na miejsce zaprowadzono ich na niewielką polanę, gdzie stał mały spychacz, który wydrążył dość głęboki i szeroki rów. Żołnierze chwytali każdego z osobna pod ramiona, prowadzili nad skraj dołu, zarzucali płaszcz na głowę nieszczęśnika, a trzeci z nich strzelał w potylicę. Gdy przyszła kolej na niego powiedli go w to samo miejsce, a że nie miał płaszcza, zdjęli mu górną część policyjnego munduru i zarzucili na górę. Poczuł dojmujący chłód, zdążył jeszcze spojrzeć na błękitne niebo i usłyszał szczęk pistoletu, który zaciął się w zamku. Poczuł jak trzęsą mu się nogi ze strachu, a egzekutor mówi po rosyjsku:

Cука блять! Дерьмо от стрельбы перегревается … Даешь Вальтеру, потому что Коровины отстой...

Jeszcze odnotował w świadomości odgłos przeładowania, metaliczny trzask i spotworniały odgłos wystrzału, który natychmiast przygłuchł i ciemność rozlała się w nim.

Pierwszy otworzył oczy Aron i zobaczył, że koło ich samochodu usadowiło się kilka saren i jeleń z ogromnym porożem. Dotknął ramienia Szmula, wstrząsanego dreszczami i pokazał mu zwierzęta na niewielkiej polance.

 – Przestraszyły je odgłosy wojny… i garną się do ludzi… Całkowicie zatraciły poczucie bezpieczeństwa…– skomentował sytuację przedsiębiorca i włączył silnik furgonu.

– Jesteśmy w okolicach wsi – nomen omen – Jeleń… Ach jakiż straszliwy miałem koszmar – powiedział spocony Szmul, ale zaraz wziął do ręki mapę i wytyczył kierunek jazdy.

Ominęli stację kolejową i skierowali się bocznymi drogami w stronę Radomia, otaczając miasto szerokim łukiem. W okolicy Głowaczowa złapali gumę i musieli wymienić całe koło, co znacznie opóźniło jazdę, ale pozwoliło im coś zjeść, obmyć się w strumieniu i wytyczyć dalszą trasę, nieco na północ, prosto do Latkowa, gdzie spodziewali się znaleźć prom rzeczny. Po przybyciu na miejsce okazało się, że duża platforma stoi przy brzegu, ale nie ma na niej żywej duszy. Po jakimś czasie pojawił się zalękniony miejscowy przewoźnik, który najpierw nie chciał popłynąć na przeciwległy brzeg, ale dał się przekonać, gdy Dawid suto mu zapłacił srebrnymi monetami z wizerunkiem Piłsudskiego. Wjechali na prom i szybko pokonali niewielką odległość na drugą stronę, do wału, z którego trakt wiódł do Gończyc, Żelechowa i dalej do Sokołowa Podlaskiego. Po drodze rozmawiali o ostatnich wydarzeniach i przystawali by uzupełnić paliwo, którego było coraz mniej, bo marne drogi wymagały częstych postojów, zwalniania i gwałtownego przyspieszania na piaskach. Na szczęście udało im się kupić dwa dodatkowe kanistry benzyny od jakiegoś grubawego wieśniaka, a na dokładkę dostali bochen świeżo upieczonego chleba, trochę soli i smalec w kamionkowym kubełku. Pieczywo było tak smaczne, a smarowidło ze skwarkami tak do niego pasowało, że szybo zjedli wszystko i pokrzepieni skupili się na drodze. Planowali zatrzymać się za Siemiatyczami, ale przy dojeździe do lasu zatrzymał ich patrol konny polskiego wojska, nakazując odwrót na południe, bo w Białymstoku nie było już naszych oddziałów i władz. Przez chwilę rozważali zmianę trasy i skierowanie się do Brześcia, ale nie byli pewni czy pokonają Bug i czy znajdą właściwe drogi prowadzące w stronę Grodna. Ostatecznie postanowili jechać do Bielska Podlaskiego i dalej do Białegostoku, skąd chcieli dostać się na wschód. Udali, że jadą na południe, ale przy trzecim zjeździe do lasu, skręcili zataczając koło pośród wysokopiennych sosen, modrzewi i zagajników świerkowych. Gdy byli już pewni, że oddalili się od żołnierzy, wyjechali z borów i pustą drogą pomknęli w kierunku Zabłudowa, gdzie skręcili na wschód i omijając stolicę województwa, przez Michałowo i Gródek dotarli do Krynki. Stamtąd bocznymi drogami przemieścili się w okolice Sokółki, gdzie chcieli przenocować w dużym kompleksie leśnym przez który wiodła droga do Grodna. Niestety trudy podróży dały o sobie znać i mały Chaim zaczął gorączkować, prawdopodobnie przeziębiwszy się w nocy, gdy z mamą musiał wychodzić za potrzebą w krzaki. Na szczęście bydgoski przedsiębiorca zabrał ze sobą dobrze wyposażoną apteczkę, więc zaaplikowano chłopcu witaminę C i aspirynę i kazano leżeć przez cały czas z tyłu pojazdu, dodatkowo przykrywając go kocem, wziętym z drugiej ławki samochodowej. Kobiety też lekko pokasływały, więc i one otrzymały po witaminie i białej tabletce, popijając kwasem chlebowym z dużych zielonych butelek, zapinanych na porcelitowo-druciany pałąk.  

BROMBERG (22)

Prezydent Barciszewski usiadł przy biurku tymczasowego mieszkania, udostępnionego mu przez władze Zaleszczyk. Ostatnie wiadomości rozkojarzyły go i postanowił wrócić do notatek, które robił od chwili, gdy pojawił się w Bydgoszczy. Chciał jak najlepiej poznać jej dzieje i wynotowywał z książek i gazet cenne informacje, które miał zamiar wykorzystać w przemówieniach lub podczas spotkań z urzędnikami. Zapragnął zaszczepić im miłość do tego miejsca, które mogło poszczycić się długą historią. Otworzył duży zeszyt w twardej oprawie i zaczął czytać:

Nazwa tego miejsca utrwaliła się przez wieki, chociaż nigdy nie było zgodności czy pochodziła z zapisów Ptolomeusza, który osadę Budorgis umieścił na bursztynowym szlaku obok Calisii, czy może od słowiańskiego imienia Bydgost, składającego się z dwóch cząstek, oznaczających budzenie się i gotowość do gościny. Jakkolwiek by nie było, szybko utrwaliła się polska nazwa Bydgoszcz, a potem zaczęła pojawiać się w łacińskich dokumentach  kościelnych i świeckich pismach urzędowych. Niemcy miasto to określali jako Bromberg, i tutaj nie było problemów z dookreśleniem nazwy, bo składała się ona z dwóch jeszcze starogermańskich słów: brom i berg, czyli jeżyna i brzeg. Jakby nie rozumieć słów, najważniejsza była tutaj przepiękna, połyskująca pośród zieleni, krystalicznie czysta rzeka Brda, w której od dawien dawna łowiono ogromne klenie, brzany, trocie, lipienie i pstrągi potokowe. Z jej koryta dobywano piasek do budowy domów i zamczysk, czerpano czystą wodę do picia i gaszenia pożarów. Ludzie myli się w niej i kąpali, choć czasem musieli przedzierać się do brzegów poprzez gęste zarośla drzew i kolczastych krzewów. Piękno tego miejsca i jego bliskość Wisły, największej polskiej rzeki, sprawiały, że już od epoki brązu, a potem od czasów rzymskich, ludność osiedlała się tu i czerpała korzyści z kontaktów z kupcami, podążającymi nad Bałtyk, po bezcenny jantar. Bród przez Brdę pozwalał omijać głębie Wisły i znacznie skracał drogę na północ tych krain. Szybko też pojawili się tutaj katoliccy misjonarze i księża, którzy zaczęli budować drewniane kościoły i tworzyć wokół nich cmentarze. Ruch stawał się tak duży, że w XIII wieku książę kujawski nakazał wybudować stały most na Brdzie i zaczął pobierać cła od przewożonych towarów. Niestety grabieże i mordy nie omijały tego miejsca, a ludność polska wciąż ścierała się z niemieckimi najeźdźcami. Rycerze z czarnym krzyżem na białych płaszczach wciąż przybywali na silnych koniach i stawali na wzgórzach okalających miasto. Mogli z nich ogarnąć wzrokiem sporą jego przestrzeń i ustalić w jakim kierunku podążą, co splądrują i co podpalą.

Prezydent wstał na chwilę od biurka, zdjął elegancką marynarkę od garnituru i przewiesił ją przez oparcie krzesła, stojącego przy stole. W tym momencie do pokoju weszła jego żona i zapytała:

– Kochanie czy mam ci podać herbatę… Przepraszam, że ci przeszkadzam w pracy, ale może napijesz się i zjesz kawałek ciasta.

– Z przyjemnością Skarbie… – odparł i ponownie usiadł przy biurku zagłębiając się w lekturze:

Krzyżakom przeciwstawiał się zdecydowanie polski król Kazimierz Wielki, który w roku 1346 ulokował miasto na prawie magdeburskim i niefortunnie przekazał je niemieckim osadnikom. Nakazał też zbudować solidny zamek na brzegu Brdy, w którym posadził swojego wnuka i przydał mu polską załogę. Przez niemal dwa stulecia budowla ta była gniazdem oporu przeciwko maszerującym armiom i dopiero szwedzkie armaty zburzyły ją w 1656 roku. Złowrogi cień czarnego krzyża raz po raz spowijał miasto, ale polscy królowie i książęta spieszyli mu na pomoc i odbijali zamek, zaczynali odbudowę spalonych domostw i zagród. Zamek z czerwonej cegły, z wyniosłymi wieżami i murami obronnymi, gościł króla Jagiełłę i Kazimierza Jagiellończyka, który podczas wojny trzydziestoletniej z zakonem, uczynił z niego w XIV wieku swoją ważną twierdzę. Podążały wciąż w dal ołowiane chmury na niebie, a drogami i bezdrożami Pomorza i Kujaw sunęły ciężkie hordy europejskich najemników i niemieckich rycerzy. Ludzie z niepokojem patrzyli na północ i zachód, a widząc w nocy zbliżające się łuny pożarów, umykali do gęstych lasów, albo kryli się w zaroślach nadbrzeżnych, z dala od miasta. Krzyżacy uznawali Bromberg za ważny przyczółek w walce z Polakami i już rok po klęsce pod Grunwaldem oblegali miasto. Odpychani przez królewskie i książęce oddziały, kryli się w swoich twierdzach zakonnych, a potem znowu ruszali do walki. Miasto bogaciło się na spławach drewna, piwa i soli i szybko stało się jednym z najważniejszych portów rzecznych na północy Polski, rosła też ranga zamku, w którym podpisywano ważne dokumenty, gromadzono się na obrady sejmowe, a pospolite ruszenie niejednokrotnie odbywało w nim uczty przed bojem. Rosła też ranga bydgoskiej mennicy, cechów rzemieślniczych i manufaktur a nade wszystko szyprów, przewożących głownie zboże, ale też i towary zza morza. Miasto otoczono murami obronnymi z czterema basztami i trzema bramami, na głównym rynku powstał okazały ratusz i zaczęto brukować pierwsze trakty. Przybywało kościołów diecezjalnych i zakonnych, budowano szpitale, klasztory i kamienice bogatych bydgoszczan. 

Małżonka Prezydenta weszła ponownie do pokoju, niosąc tacę z porcelanowym dzbankiem i wzorzystą filiżanką. Widząc męża zatopionego w lekturze odważyła się zapytać:

– Co tak studiujesz kochany, pewnie jakieś nowe raporty…?

– Nie Zosiu, przeglądam moje notatki o historii Bydgoszczy i zamyślam się nad logiką dziejów. Patrzę w dal i widzę Brdę wciąż toczącą swoje krystalicznie czyste nurty. To przy niej ludzie rodzili się, dorastali i przekraczali linie cienia, a potem ginęli w wirach historii. Bezimienni i cisi jak leśne dukty o poranku, godzący się na rolę niewielkich trybików historii, prawie nic nie znaczących cząstek ludzkości, która przychodzi, trwa przez moment, jak trzepot ćmy nad płomieniem świecy, a potem szybko ginie w odmętach czasu. Jeszcze przez dziesięciolecia lub stulecie ich żółtawe kości zalegały w wilgotnej albo suchej ziemi, ale i one nie mogły przeciwstawić się odwiecznej entropii.

– Leosiu dlaczego teraz tak się smucisz i tak często mówisz o śmierci…? Wystarczy, że żołnierze Hitlera sieją ją nieustannie i niszczą to, co budowaliśmy przez lata… – powiedziała żona i wpatrzyła się w niego.

– Są Niemcy dobrzy i źli, przecież wiesz, że miałem z nimi do czynienia przez wiele lat… – powiedział i zaczął czytać na głos z kolejnej przewróconej strony:

Trzeba tutaj uczciwie powiedzieć, że rozwój miasta dokonywał się też w czasach, gdy pojawiali się w nim Niemcy. Ludność przejmowała od nich umiejętność organizacji, zasadę porządku na każdym poziomie działania, a nade wszystko technikę i urządzenia z Europy Zachodniej. Stale też dochodziło do konfliktów narodowościowych, ale z perspektywy wieków widać było postęp, zarówno w sferach wizualnych, w architekturze i poszerzaniu się granic miasta, jak i w kulturze. Powstawały szkoły parafialne i klasztorne, a nawet Bernardyńskie Studium Filozoficzne i kolegium jezuickie. To tutaj słynny uczony Bartłomiej z Bydgoszczy opracował pierwszy słownik łacińsko-polski, a żarliwa energia duchownych i zakonników generowała coraz więcej ważnych zdarzeń, inicjowała powstawanie nowych budowli, traktów i rynków, nowych mostów i większych cmentarzy. Dopiero podczas siedemnastowiecznego najazdu wojsk szwedzkich na Polskę miasto zostało dotkliwie zburzone, a przez pięć lat przechodząc z rąk do rąk stało się widownią okrucieństwa i bezwzględności luterańskich dowódców i ich ewangelickich sprzymierzeńców z Prus Książęcych.

– To bardzo ciekawe – odezwała się kobieta i zaraz zapytała – czy pozwolisz, że przyniosę też sobie filiżankę i posiedzę przy tobie, słuchając tych informacji.

– Chciałem ci to zaproponować Kochanie… ostatnio czuję się bardzo osamotniony i tylko twoja bliskość łagodzi tę udrękę… – powiedział Prezydent.

Zofia wstała i poszła do kuchni, by po chwili wrócić z filiżanką i dodatkowym kawałkiem drożdżówki na talerzyku. Nalała sobie herbaty, a potem usiadła w fotelu naprzeciwko Leona i skinieniem głowy dała mu znak, że może kontynuować lekturę. Zaczął zatem, nawiązując do wątku niemieckiego w historii miasta:

Nie było dziełem przypadku, że król polski Jan Kazimierz zawarł w 1657 roku w Bydgoszczy rozejm z elektorem pruskim Wilhelmem Hohenzollernem. Niestety w wieku osiemnastym nastąpił upadek gospodarczy grodu nad Brdą, a lepsza koniunktura zaczęła się dopiero za rządów ostatniego króla Polski, choć i wtedy miasta nie odzyskało dawnej rangi. W 1772 roku Bydgoszcz została zaanektowana przez Prusy w ramach pierwszego rozbioru Polski, co paradoksalnie przyczyniło się do odbudowy i rozwoju infrastruktury miejskiej. Wszędzie pełno było końskiego łajna i jego ostrego smrodu, ale zbudowano też Kanał Bydgoski, który przez Noteć i wartę połączył Bromberg z Berlinem i przyczynił się do nowego rozwoju handlu i kontaktów z Europą Zachodnią. W XIX wieku miasto należało do Księstwa Warszawskiego, stając się stolicą departamentu, a potem znowu trafiło do jurysdykcji pruskiej, przeżywając nowy rozwój, związany z rozbudową infrastruktury wodnej i powstaniem węzła kolejowego. To był też czas ożywienia w przemyśle metalowym i maszynowym, drzewnym i spożywczym, a swąd dymu z kominów stał się wyrazistszy niż w dawnych czasach. Prusacy zaczęli rozbierać stare budynki, a choć przede wszystkim dewastowali obiekty związane z polską historią, to tworzone nowe miasto zyskało wiele wielkich budynków, szerokich ulic, parków i pomników i szybko Bromberg zaczęto nazywać małym Berlinem.  

Przerwał na chwilę i zjadł kawałek ciasta, popijając go obficie herbatą, a żona podeszła do biurka, pocałowała go w policzek i dolała mu gorącego napoju. Pokiwał głową z wdzięcznością i kontynuował czytanie:

Rozebrano bydgoski ratusz i zamek, ale w 1895 roku wybudowano monumentalny gmach teatru, a wiek dwudziesty miasto powitało w glorii wspaniałych budynków Instytutu Rolnictwa, niezwykłej fontanny z brązu „Potop”, wielkiej poczty głównej, budynków zarządu kolei i szkoły kolejowej oraz wielu kościołów ewangelickich. Od roku 1850 zaczęło się też intensywne budowanie kilkupiętrowych secesyjnych kamienic, należących do bogacących się stale Niemców, Żydów i Polaków. Dopiero 20 stycznia 1920 roku, na mocy traktatu wersalskiego,  Bydgoszcz wróciła do macierzy, choć nie obyło się bez walk i groźnych incydentów w obrębie miasta i na jego peryferiach. Garnizon niemiecki musiał opuścić gród nad Brdą i zaczęła się repolonizacja, która pod koniec lat dwudziestych dwudziestego wieku była tak duża, że sięgnęła ponad dziewięćdziesięciu procent obywateli. Zdarzało się, że wyrzucano Niemców z reprezentacyjnych domów, ale też wielu bydgoszczan przyjaźniło się z dawnymi sąsiadami i nie pozwalało im wyrządzać krzywdy. Niestety w mieście pozostało też wielu obywateli, którzy od samego początku fascynowali się ideologią nazistowską, wielbili Hitlera i jego kamratów, a w miarę zbliżania się wojny, odgrażali się, że krwawo zemszczą się na Polakach. Niemiecka gazeta „Deutsche Rundschau” podsycała nastroje nacjonalistyczne, robili to też pastorzy kościołów ewangelickich, ale najwięcej zła czynili dywersanci, przenikający do miasta z Rzeszy albo lądujący na spadochronach w okolicznych wsiach.

– Tak, to już nasza wspólna historia Leosiu, gdy pojawiliśmy się w Bydgoszczy – podsumowała małżonka, widząc, że Prezydent zamyka zeszyt i zamyśla się wymownie.

Barciszewski nagle poczuł zmęczenie i zapragnął położyć się do łóżka, wszak nie był już młodym człowiekiem. W maju skończył pięćdziesiąt sześć lat i trudy ucieczki z Polski dały mu się bardzo we znaki. Wstał od biurka i zaczął się rozbierać, a Zofia podążyła do sypialni, by pościelić łóżko i przygotować nocleg. Położył się przy niej, ale odwrócił się w drugą stronę, patrząc w czarne okno i wyraziste gwiazdy na niebie. Po chwili przymknął oczy, a spod powiek wypłynęły mu lśniące łzy, sunące po policzkach i szybko wsiąkające w śnieżnobiałą poduszkę. Zasnął w ułamku sekundy i nie usłyszał jak żona wstała, poszła do kuchni i długo łkała przy stole.

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (XIV)

Yasmen nie mógł otrząsnąć się po zdarzeniu z Kelekenem, którego od samego początku podejrzewał o skrywanie jakiejś tajemnicy. Dziwiło go też i to, że nigdy nie udało mu się wejrzeć w jego przeszłość, jakby moment śmierci i znalezienia się pośród innych aniołów, był bramą nie do sforsowania. Ale teraz nagle zaczęły napływać obrazy i zobaczył kto krył się pod postacią korpulentnego członka oddziału. Oczyma wyobraźni powędrował do kraju nad dwiema wielkimi rzekami, w którym były tysiące podobnych do siebie miasteczek i wiosek. W jednej z nich urodził się Keleken, noszący tam imię Andriej, którego dzieciństwo naznaczone było wielkim cierpieniem. Dopiero co skończyła się klęska głodu, podczas której zjedzono ciało jego starszego brata. Chłopcu nie oszczędzono opowieści rodzinnych o tym jak brat męczył się z powodu braku żywności, a potem jak gotowano zupy na jego mięsie i wysysano szpik z kości. Wkrótce wybuchła wielka wojna, podczas której przyglądał się egzekucjom, dokonywanym przez nazistowskie oddziały specjalne, a w nocy śniło mu się, że sprowadza niemieckich żołnierzy do lasu i tam ich morduje. Jego ojciec poszedł na front, a on musiał spać z matką i często się moczył w łóżku, za co obrywał lanie i bywał wydrwiwany przez rodzicielkę. Powrót ojca niczego nie zmienił, tym bardziej, że udało mu się przeżyć niewolę, co uważano za przejaw tchórzostwa. Chłopak dorastał w atmosferze lęku i poniżenia, ale ukończył szkołę i nawet próbował dostać się na uniwersytet.

Yasmen na chwilę zgubił trop i korygując lot zaczął jeszcze mocniej wpatrywać się w przeszłość Kelekena. Odnalazł go najpierw w mundurze sowieckiego żołnierza, który po odbyciu służby, znowu pełnej udręk i zniewag, zaczął pracować jako telefonista w jednym z miasteczek. Jego siostra zaaranżowała małżeństwo ze swoją przyjaciółką, z którą spłodził syna i córkę. To ona zdopingowała go też by ukończył studia korespondencyjne, a potem podjął pracę jako nauczyciel w szkole. Już wtedy czuł się zdegradowany i nieustannie poniżany z powodu impotencji i dziwacznych wypowiedzi. Śmiała się z niego żona i uczniowie, którzy zaczęli też przebąkiwać, że bywali molestowani albo zapraszani na dziwne „łowy”, podczas których popisywał się mordowaniem małych zwierząt, ptaków i płazów. Żona podpatrzyła jak kiedyś przyniósł znad wody salamandrę, ropuchę i kilka żab, a potem z lubością odcinał im kończyny i głowy. Gdy pojawiało się coraz więcej uczniowskich oskarżeń, musiał opuścić szkołę i podjął pracę urzędnika w wielkiej fabryce. Zaczęto go wysyłać w delegacje i podczas jednej z nich schwytał dziewięcioletnią dziewczynkę, usiłując ją zgwałcić. Gdy dziecko zaczęło uciekać, pchnął je kilkakrotnie nożem, co spowodowało u niego erekcję. Szybko dokonał  kolejnych morderstw, szukając zaspokojenia i próbując pożerać fragmenty ciał ofiar. Tak chciał zanegować drastyczne opowieści o zjedzeniu brata podczas Wielkiego Głodu. To wtedy zrozumiał, że jest drapieżnikiem i zaczął polować na nowe ofiary na podmiejskich dworcach kolejowych i autobusowych, bez trudu wyodrębniając uciekinierów z domu i osoby włóczące się bez celu. W półmroku, o świcie lub w czasie zachodu słońca, umiał oszukiwać biedaków, obiecując alkohol, pieniądze albo drogą zabawkę, a potem zaciągał ich do lasu, gdzie próbował odbyć stosunek, a gdy to się nie udawało, mordował bez litości. Wsadzano go do więzienia na krótko, powodu braku dowodów uznawano, że jest tylko niegroźnym dziwakiem i zwalniano szybko.       

Yasmen skorygował nieco lot całego oddziału, rozkoszując się widokami wielkiej jamy lub jaskini i jakiegoś tajemniczego wnętrza, rozjaśniającego się w dali. Ściany przypominały splątane konary drzew lub grubych lian albo monstrualna tkankę nerwową. Nie mógł jednak uwolnić się od obrazów z kraju nad wielkimi rzekami i teraz, po kolejnym wniknięciu w wizje związane z Kelekenem, zobaczył jak aresztują go grubawi milicjanci w wielkich czapkach, a potem biorą go na przesłuchanie. Początkowo próbował się opierać, ale jeden z nich zdjął gruby pas i zaczął nim okładać mordercę, który kwiczał jak osaczone zwierzę i błagał na kolanach:

– Towarzyszu nie bijcie, moja matka i ojciec wciąż mnie tak łoili… Wszystko powiem, do wszystkiego się przyznam…

Na stole pojawiły się papierosy, świeżo zaparzona herbata, a nawet jakieś podeschłe ciastka z cukrem. Andriej zaczął swoją ponurą opowieść i przyznał się do zabicia pięćdziesięciu sześciu osób. Śledczych zdumiała dokładność opisów i pamięć mordercy, który zaczął wskazywać miejsca, gdzie ukrywał ciała, skarżąc się na swoje dzieciństwo i system, w którym żył, nieustannie wydrwiwany i tłamszony. Zbrodnie dawały mu poczucie niezależności i zaspokojenie erotyczne, a kolejne polowania utwierdzały go w przekonaniu, że niczym nie różni się od lwów zabijających gazele, tygrysów rzucających się na jelonki, jaguarów potrafiących upolować krokodyla na brzegu rzeki Orinoko. Zaczął wytwarzać w sobie przekonanie, że należy do szlachetnej gromady stworzeń, która musi zabijać, by żyć. Jego okrucieństwo było straszliwe, a niewinność ofiar tylko potęgowała zajadłość i kazała mu wymyślać coraz to sprytniejsze fortele.   

Dowódca oddziału chciał już porzucić wizje związane z ziemską historią Kelekena, ale nagle napłynęły nowe niepokojące obrazy. Mordercę prowadziło korytarzem kilku strażników, ale za nimi pojawił się wyrazisty czarny cień, który zaczął tężeć i w końcu przybrał kształty ni to hipopotama, ni to rogatego smoka, nad którym unosiły się roje tłustych much. Grupa zeszła po schodach do podziemia więziennego i zatrzymała się dopiero w niewielkiej celi, gdzie odczytano sentencję wyroku. Na skazanym nie wywarła żadnego wrażenia i jeszcze ze straceńczą fantazją podzielił się głupawą autorefleksją:

– Teraz mój mózg powinien zostać zabrany i zbadany, kawałek po kawałku, by już nigdy nie było nikogo takiego…

Kat nie czekał dłużej, skinął na kolegów, a gdy ci przytrzymali mordercę, przystawił za prawym uchem do jego głowy pistolet i strzelił dwa razy. Mózg trysnął wraz z kawałkami czerepu w górę i Andriej bezwładnie osunął się na podłogę. Na to tylko czekał czarny zwierz, który wniknął w ciało, a po chwili wyleciał z niego dźwigając w szponach ducha nieszczęśnika. Morderca odzyskał świadomość dopiero za jakąś ogromną bramą, gdzie otoczyło go wiele straszliwych tworów, bijących brawo i poklepujących go po plecach.

 – Widzisz jak tutaj ciebie cenimy Andriej… Wciąż słychać u nas opowieści o twoich chwalebnych czynach… Nikt nie mordował z taką fantazja jak ty… – odezwał się do niego ten, który go przetransportował.

 – Nie wierzyłem, że istnieje inne życie… – bąknął przerażony mężczyzna, a potem zapatrzył się w dal.

– Potrzebujemy takich chwatów i nasz władca upatrzył sobie ciebie, wyznaczając ci specjalne zadanie. Przyobleczemy cię w kształty anielskie i wyślemy ku dalekim rewirom niebieskim. Tam będziesz czekał na sygnał i w dogodnym momencie zabijesz niebezpiecznego anioła, którego ich tyran chce uczynić księciem. Patrząc w przyszłość, widzimy zamazane obrazy wielkiej wojny, podczas której mógłby poczynić nam rozliczne szkody.

– Ale jak ja go rozpoznam…? – zapytał zdumiony Andriej.

– Nie martw się o to, nasi szpiedzy tak tobą pokierują, że znajdziesz się w jego oddziale – powiedział jakiś inny mroczny duch w tyrolskim kapelusiku i eleganckim kostiumie z kraciastego tweedu.            

– Ruszysz już jutro Kelekenie, bo takie imię przybierzesz – powiedział zły duch – A wróg, którego wieczyście unieszkodliwisz to Yasmen… Najpierw się z nim zaprzyjaźnisz, a potem przetniesz mu szyję tajemnym czarnym ostrzem, tak jak ścinałeś głowy salamandrom, ropuchom i dzieciom… Jeszcze dzisiaj czeka cię ceremonia przekazania ostrza, nie ma chwili do stracenia…

« Older entries

%d blogerów lubi to: