BROMBERG (20)

Był wczesny wrześniowy ranek i słońce pojawiło się po wschodniej stronie miasta w całym swoim majestacie. Niebo już było błękitne, choć jeszcze lekko zaróżowione, miejscami granatowe i ptaki zaczęły hałasować w krzewach przy przejściu w głąb podwórka ulicy Strzeleckiej 4. Światło wdarło się do sypialni Józi, usytuowanej w połowie bocznego korytarza obszernego mieszkania. Dalej był pokój lokatorski, teraz pusty, po wyprowadzeniu się  rodziny Gołębiewskich, a na samym końcu znajdował się mały aneks, przerobiony na kuchnię i naprzeciwko niego dość spora łazienka z wanną, umywalką i klozetem. Mogła teraz do woli z niej korzystać, nie budząc rodziców, którzy używali urządzeń sanitarnych w drugiej części domu, na końcu bliźniaczego korytarza, biegnącego w przeciwnym kierunku. Światło przemocą wdarło się do pokoju Józi i spowodowało, że rozbudziła się z głębokiego snu, zaczęła przecierać oczy i przewróciła się na drugi bok. Pomyślała, że jeszcze trochę pośpi, ale poczuła się jakoś dziwnie, jakby nie w swoim ciele i natychmiast napłynęły do niej obrazy ze snu. Znowu była z wozakiem, w którym się podkochiwała, zamordowanym kilkanaście dni temu przed kościołem szwederowskim. Delikatnie zdejmował z niej jedwabną bluzkę i gładził gładkie piersi, a potem całował ją tak namiętnie, tak słodko. Obrazy zmieniały się i już leżeli nago w jej łóżku, tulili się do siebie i falowali wzajemnie, a rozkosz była tak wielka, że zdawało się jej, iż stają się jednością, przenikają się wzajemnie i dopełniają się w magiczny sposób. Dziewczyna na chwilę wróciła do rzeczywistości, sprawdziła na budziku, która jest godzina i z lękiem zauważyła, że jest dopiero siódma trzydzieści.  Poruszyła się niespokojnie, położyła na plecach i poczuła, że jej ogromne piersi nabrzmiały, stercząc w górę jak dwie polodowcowe moreny. To w takiej przestrzeni spacerowała ze swoim ukochanym, wchodząc też do liściastego lasu i zbierając żółte i czerwone liście. On otaczał ją ramieniem i co jakiś czas całował w usta, powodując, ze nogi zaczynały jej drżeć. Znowu zatopiła się w błogości tych obrazów i coraz głębiej wnikała w przestrzenie dopiero co zakończonego snu.  

Lekko musnęła prawą pierś, wysuwającą się z dekoltu białej, bawełnianej koszulki nocnej i poczuła, że zwykle miękka brodawka zmieniła się w twardą grudkę. Przestraszyła się trochę tego i powędrowała dłonią ku drugiej piersi, która też tak samo nienaturalnie nabrzmiała. I ta brodawka też powiększyła się znacznie, a dotknięcie jej spowodowało, że znowu przypomniała sobie fragment snu. Jej ukochany przyciskał ją mocno do siebie i czuła całe jego mocarne, twarde ciało, które też obejmowała i pragnęła w nie wniknąć, zlać się z nim w ogniu czułego pragnienia. I jeszcze ta dziwna obfitość u końca jego ud, wsuwająca się w nią i powodująca przerażenie, zmieniające się w stan dziwnego upojenia, odpływania w barwną dal świata. Niestety po chwili napłynęły straszliwe obrazy mordu, któremu przyglądała się przy kościele i łzy jak grochy zaczęły jej płynąć po policzkach. Na chwilę straciła oddech i poczuła ból w okolicy serca, a w jej świadomości błysnął złowrogo jasnowłosy oficer, strzelający w głowę małej dziewczynce. Przewróciła się na prawy bok i nagle poczuła, że coś dziwnego stało się w miejscu, gdzie zbiegały się jej zgrabne nogi i wąski tułów. Ostrożnie powędrowała tam dłonią, zsunęła ją z brzucha ku łonu, czując, że dotyka gęstej kępki czarnych, miękkich włosów. Przymknęła oczy i wyobraziła sobie, że robi to ten, którego chciała kochać przez całe życie. Dotykanie kępki było dziwnie przyjemne i po chwili podążyła jeszcze dalej, czując z przerażeniem, że jest tam wilgoć. W pierwszej chwili chciała wyskoczyć z łóżka, bo pomyślała, że nadszedł czas krwawienia i pobrudziła bieliznę oraz pościel. Ale jednak to nie było to, bo czuła lekki poślizg i wskazujący palec lekko zsunął się ku nabrzmiałej szczelince. Najdelikatniej jak potrafiła, poruszyła nim i już po chwili napłynęła do niej rozkosz, której nigdy jeszcze nie zaznała. Świat teraz odsunął się od niej i znalazła się w jakiejś magicznej krainie, gdzie wszystko falowało i lekko wnikało w nią. Jej oddech przyspieszył, zacisnęła usta i zamknęła oczy, poczuła dreszcz w łonie i coś nagle trysnęło z niej obficie. Natychmiast też napłynęła ciemność, jakby słońce nagle zgasło i wydarzyła się jakaś kosmiczna tragedia.

Wystraszyła się, ale powoli zaczęła się uspokajać, znowu położyła się na plecach i jeszcze raz pozwoliła by napłynęły do niej obrazy ze snu. Wspinała się z ukochanym na jakieś wyniosłe wzgórze. Prawie u góry ktoś wykopał długie doły i podążały do nich tłumy mężczyzn z rękoma ułożonymi z tyłu szyi. Jej mężczyzna stanął na brzegu wykopu i po chwili podszedł do niego gestapowiec z jasnymi włosami. Wysunął do przodu pistolet, przyłożył mu lufę do skroni i nacisnął cyngiel. Rozległ się w przerażający huk i Józia z bezgłośnym krzykiem zaczęła zbiegać z moreny, czując, że po drodze złapał ją za rękę Niemiec, który zabił jej ukochanego. Wszystko rozmywało się i  falowało, wirowało w oszalałym pędzie i odbierało jej oddech. To był ten sam młody gestapowiec, który kierował rozstrzelaniami przy kościele i na rynku. Stała przy nim teraz tak blisko, że zauważyła, iż jest niezwykle piękny, ma niebieskie oczy, a czarna czapka z trupią główką tworzy całość z jego twarzą.  Popatrzył chwilę na nią, po czym bez słów dał jej znać, żeby zaczęła uciekać. Na wzgórzach rozległy się strzały karabinowe, sójki i grzywacze z hałasem zerwały się z drzew i poleciały ku pobliskim lasom.  Ruszyła gwałtownie z miejsca nie oglądając się za siebie, mijając polne drogi i leśne polany. Coś kierowało ją w stronę miasta, ale las ciągnął się na wielkich obszarach i minęło sporo czasu zanim zobaczyła kilka budowli z czerwonej cegły i jakieś wielkie rury przy nich. Znała to miejsce, bo kiedyś ojciec zabrał ją tu na przechadzkę i powiedział, że są to budynki przepompowni wody pozyskiwanej z ujęć podziemnych. Teraz neogotyckie budynki wydały się jej podobne do niewielkiego kościoła, a iglica na szczycie mniejszej dobudówki była taka sama jak na cmentarnych kaplicach. Przyczaiła się w zaroślach wrotyczy, nawłoci i łopianów obsypanych kolczastymi kulkami i zauważyła, że Szosą Gdańską jadą nieprzebrane, niemieckie transportery wojskowe i trzykołowe motocykle. Wycofała się i podążyła nieco w dal przy torach kolejowych. Tutaj wspomnienie obrazów sennych znowu jej umknęło. Wstała energicznie z łóżka i powędrowała do łazienki, słysząc jakiś hałas przed domem, przypominający odgłos samochodu, hamującego z piskiem opon.

BROMBERG (19)

Trzynastego września tego straszliwego roku Szmul Lewi z sercem na ramieniu podążał w stronę bramy domu zaprzyjaźnionego przedsiębiorcy Dawida Arona, znajdującego się przy ulicy Orlej i już z daleka zobaczył zielonkawy furgon Fordsona z przebudowanym tyłem, nieco uniesionym i powiększonym. Silnik był z przodu okryty specjalną nakładką ze stalowych pasków, przepuszczających powietrze i umożliwiających chłodzenie. Dwa niewielkie światła umieszczono na szerokich błotnikach. Kierownica była z lewej strony, a przy niej miejsce dla pasażera i szersza ława z tyłu, mogąca pomieścić troje ludzi. Za nią znajdowała się dość duża skrzynia ładunkowa. Na dachu i na bocznych drzwiach był znak czerwonego krzyża, co wskazywało na to, że nowy właściciel nie zdążył jeszcze przemalować swojego nowego auta. Policjant przeraził się, bo zrozumiał, że nie ma mowy, by do tego samochodu zmieścił się jakiś dobytek. Otworzył bramę przy dużym domu ze spadzistym dachem i podszedł do drzwi, pukając mosiężną kołatką. Spłoszona sroka zaskrzeczała na krzewie bzu i odleciała w głąb ogrodu, ale nikt nie otwierał domu. Zapukał drugi raz i czekał podenerwowany na niewielkim podwyższeniu, ale dopiero po trzeciej próbie zachrzęścił klucz w zamku, drzwi uchyliły się i stanął w nich wysoki mężczyzna, może sześćdziesięcioletni. Ubrany w białą koszulę i czarne spodnie, miał ogorzałą twarz, długą, siwą brodę i niewielką jarmułkę na głowie.

 – Szalom Dawidzie… – powiedział policjant na powitanie.

 – Szalom… – odezwał się zdziwiony właściciel domu – a czemu to zawdzięczam pana wizytę… czyżbym coś przeskrobał…?    

 – Nie, nie… Coś znacznie gorszego… – odpowiedział policjant.

 – No to wejdź Szmulu do domu, nie będziemy rozmawiać przy progu…- odrzekł zdziwiony właściciel posesji.

Mężczyźni minęli wąski korytarz i znaleźli się w obszernym salonie, którego bogaty wystrój wskazywał, że codziennie przebywają w nim ludzie o wysokim statusie społecznym. Wielkie kryształowe lustra odbijały wszystko dokoła i powodowały, że przestrzeń wydawała się większa. Na rzeźbionych, dębowych meblach stały mosiężne rzeźby, a na wielkiej komodzie umieszczono potężną menorę z marmuru, na której były nadpalone grube świece. W specjalnych oszklonych regałach ustawiono równo wiele złoconych książek, a na ścianach wisiały obrazy olejne, przedstawiające Żydów i wieśniaków przy domach, na polach i w bożnicach. Gdy już siadali przy stoliku, z drugiego pokoju wychyliła się pięćdziesięcioletnia kobieta z wyraźnymi śladami dawnej urody. Ubrana była jak większość Europejek, a nawet miała na szyi sporej wielkości naturalne korale.

– Esterko przygotuj nam nieco kawy, a może wolisz herbatę…? – zapytał Aron.    

– Chętnie napiję się kawy…– odparł policjant.

Kobieta zniknęła za drzwiami i z kuchni zaczęły dolatywać odgłosy wody gotującej się z szumem i szczękanie filiżanek.  Po dłuższej chwili pani domu wróciła z tacą i zdjęła z niej biały, porcelanowy dzbanek i dwie filiżanki.

– Może przyniesiesz też filiżankę dla siebie, bo sprawa dotyczy również ciebie Estero… – powiedział Szmul.

Kobieta zerknęła z przestrachem na męża, ale gdy zobaczyła spokój na jego twarzy i nieznaczne kiwnięcie głową, poszła po naczynie dla siebie. Aromat kawy rozniósł się natychmiast po salonie, gdy nalała ją do ozdobnych, niewielkich filiżanek.

– Drodzy przyjaciele… – zaczął mówić przybyły – Straszne czasy nastały w naszym pięknym mieście i teraz muszę być posłańcem złej nowiny…

Aronowie spojrzeli na siebie wymownie, napili się nieco kawy, a po odstawieniu filiżanek z powrotem na stół, czekali na dalszy ciąg wywodu, tak lubianego przez nich przyjaciela. Znali się od wielu lat i był taki moment, że Dawid rywalizował w szkole ze Szmulem o wdzięki pięknej Estery, którą często mijali, gdy chodziła z siostrą do szkoły dla dziewcząt.

 – Zapewne dotarły już do was wiadomości o rozstrzelaniach Polaków przy kościele na Szwederowie i na głównym rynku miasta – zapytał Szmul.

 – Tak, znamy te straszne wieści… – odpowiedział gospodarz domu i groźnie ściągnął brwi, jakby chciał wskazać, że nie chce o tym rozmawiać.

 – Przepraszam, że muszę was zmartwić… – ciągnął policjant – Ale sytuacja jest bardzo groźna. Mój przełożony, komendant Kowalski, był na naradzie u dowódcy Selbstchutzu Alvenslebena i otrzymał instrukcje, by granatowa policja wzięła udział w kolejnych rozstrzelaniach… Chcą oczyścić Bromberg z Żydów, uwięzić nas i potem rozstrzeliwać w Fordonie i Tryszczynie.

– Jahwe przenajświętszy… Panie wszelkiego stworzenia…!!! – załamała ręce Estera i niemal z płaczem zapytała – I co teraz z nami będzie…?        

– Dajmy mówić Szmulowi – włączył się Aron, choć widać było, że i on jest bardzo poruszony – Dajmy mu mówić, bo nie przyszedł do nas bez powodu…

– Tak jest drogi Dawidzie… – potwierdził policjant i ciągnął dalej – Kowalski mówi, że musimy stąd jak najszybciej uciekać, nie ma dla nas już przyszłości w Brombergu…

– Jak to uciekać…? – lamentowała Estera – A co z naszym dobytkiem, co z rodzinami… My jesteśmy sami, ale wiele rodzin żydowskich ma dzieci, zdaje się, że pan też ma małego chłopca…?

– Tak i dlatego ja też muszę uciekać… Nie ma znaczenia to, że jestem policjantem… Oni chcą nas wszystkich wymordować…– mówił z bólem na twarzy Szmul.

–  Ile mamy czasu według twojej kalkulacji…i jaki jest twój plan? Nie przyszedłeś przecież do nas bez powodu? – zapytał i zarazem ocenił sytuację Dawid.

– Tak, przyszedłem do was z konkretną propozycją…– powiedział Szmul – To będzie bardzo niebezpieczne, ale możliwe do wykonania, a najważniejszą rolę odegra tutaj wasz furgon.

–Tak myślałem… – wtrącił się Dawid, obwieszczając to takim tonem jakby złapał jakiegoś kontrahenta na szmoncesie.

– Powiem brutalnie…– ciągnął Szmul –  Jeśli zostaniemy w Brombergu, nie przeżyjemy najbliższego miesiąca…a nasze ciała legną w głuchych dołach pośród innych żydowskich trupów…  

– Co my teraz poczniemy, co poczniemy…? – z płaczem odezwała się Estera.

– Plan jest taki… – kontynuował swoją wypowiedź przybysz – Zapakujmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy, kosztowności i pieniądze do waszego furgonu i nocami przemknijmy do Białegostoku, a stamtąd zieloną granicą do Grodna, gdzie mieszkają moi bliscy krewni, ciotka i wuj oraz kuzyni i kuzynki.

– To brzmi bardzo prosto… ale przecież wszędzie jest pełno Niemców…– powątpiewał Dawid – Zgarną nas na pierwszym posterunku i wsadzą do więzienia…

– Na posterunkach mamy niewielkie szanse, ale też nie mamy wyboru – ciągnął narrację Szmul – Nasze szanse zwiększy mój mundur i papiery, które dał mi  komendant Kowalski. Wskazał mi też miejsce, nieopodal  Warszawy, gdzie nie ma Niemców i jest ukryty drewniany prom, którym pokonamy Wisłę…Mój przełożony wystawił mi dokument, świadczący o tym, że eskortuję na przesłuchanie do Białegostoku świadków w jakiejś ważnej sprawie.

– Dziękuję Ci kochany Szmulu za tę propozycję, ale nie jestem przekonany do niej – powiedział Dawid – Może jednak nas zostawią w spokoju… Może jakoś przetrwamy tutaj okupację…

Szmul zamyślił się przez chwilę, po czym sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął z niej kilka kartek papieru. Wstał ze swojego miejsca i podał je gospodarzowi domu.

– Rzuć okiem Dawidzie na tę listę osób, które zostaną szybko aresztowane i rozstrzelane… – Mój komendant dał mi ten wykaz, z prośbą by po zapoznaniu się z nim, jak najszybciej go spalić.

Dawid sięgnął po kartki, rzucił na nie okiem i zaczął głośno wymieniać nazwiska dobrze sobie znanych Żydów z miasta nad Brdą:

– Aronsohn, Arn, Sonnenschein, Breslauer, Cohn, Eisen… Czy to może być kochana Esterko… Friedlander, Heiman, Abraham, Lewi, Jackobi, Silberstein… jest też mój wuj i twój kochanie… i niestety my też jesteśmy…

– O Jahwe, Jahwe… dlaczego tak nas doświadczasz…– załkała kobieta.

– Nie ma o czym mówić…– nagle odezwał się zasadniczym tonem Dawid – Plan Szmula daje nam jakąś szansę… i jakąś przyszłość. Tutaj czeka nas tylko upokorzenie i śmierć…

– Otoczyły nas dzikie bestie Hitlera i musimy wyrwać się stąd – podsumował jego stwierdzenie Szmul – Wracam do domu i będę na was czekał późnym wieczorem… Zajmujemy niewielką kamienicę przy rogu ulicy Jaskółczej i Kruczej… Weźcie tylko trochę ubrań, kosztowności i rodzinne archiwum…

– Jak dziwnie splatają się ludzkie losy… Wczoraj okazyjnie kupiłem beczkę benzyny i teraz może ona uratuje nam życie… – z zadumą w głosie powiedział gospodarz.

– Musimy ruszyć jeszcze dzisiaj wieczorem… Pojedziemy bocznymi drogami… Mam stosowna mapę… Najpierw jednak skierujemy się przez las w stronę jeziora Jezuickiego, by ominąć południowe posterunki niemieckie…Czerwony krzyż na waszym furgonie może nas chronić, papiery też nam pomogą, ale przede wszystkim musimy być sprytni i jechać głównie w nocy.

Po tych słowach Szmul podziękował za gościnę i podjęcie decyzji i skierował się ku drzwiom. Tam pożegnał się z Dawidem i jeszcze usłyszał przeraźliwy płacz kobiety za drzwiami. Teraz czekało go przekonanie własnej żony, że muszą opuścić dom, który tak pokochała. Wyszedł na drogę, utwardzoną żużlem i zobaczył, że na sąsiedniej ulicy Żwirki i Wigury przejeżdża niemiecki konwój złożony z wielkich ciężarówek ciągnących działa i wozów pancernych z czarnymi krzyżami na bokach.

BROMBERG (18)

Eleonora z dumą patrzyła na Williego, jakże przystojnie wyglądającego w galowym mundurze oficera SS. Pamiętała go przecież jako małego chłopca, przyjeżdżającego do nich na wakacje z Berlina. Towarzyszyła mu w pociągu jadącym do Wirsitz i tam sprawowała nad nim opiekę, martwiąc się, że wciąż włóczy się na peryferiach miasteczka z kolegą Wernherem, synem tamtejszego landrata. Obaj mieli wtedy poranione kolana i podrapane przedramiona, bo włazili na drzewa i wspinali się na skalne ścianki, wystające ze wzgórz. Uspakajała się dopiero wtedy, gdy chłopiec kładł się do łóżka i od razu zasypiał, przykryty pierzyną, ogrzaną przez nią przy piecu kaflowym. Teraz siedział przy niej mężczyzna, który mógłby uchodzić za najprzystojniejszego na świecie. Miał bujną blond czuprynę, niebieskie oczy i wyraziste kości policzkowe, a jego podbródek kończył się głębokim dołkiem. Usta miał wąskie, jakby stworzone do całowania, nos kształtny, ani za duży, ani za mały, brwi i rzęsy wyraziste, a skórę nieco przyciemnioną, zapewne z racji słońca, mocno operującego we wrześniu tego roku. Jakże cieszyło ją to spotkanie w owianym sławą lokalu, w tej części Brombergu, który najbardziej lubiła i który mijała przez wiele lat, podążając z górnego tarasu miasta do Höhere Mädchenschule, ulokowanej przy Schule Strasse. Szczególnie zapamiętała okres po roku 1911, gdy jednostka ta przekształciła się w szkołę dla pielęgniarek, wychowawczyń żłobków i przedszkoli. Miała wtedy wspaniałą przyjaciółkę Margarete, mieszkającą na stancji w Brombergu, z którą chodziła do Teatru Miejskiego, zwiedzała wielki cmentarz ewangelicki z grobami znamienitych Niemców i odbywała wyprawy na skraj miasta, gdzie Brahe miała krystalicznie czysta wodę i dawała ukojenie w upalne lata.

            – Ciocia pewnie dziwi się, że jestem w mundurze galowym…? – odezwał się Willi,  gdy kelner zrealizował zamówienie, z gracją ustawiając na stoliku aromatyczne kawy i ciasta.   

            – Coś ty chłopaku kochany… według mnie mógłbyś tak chodzić ubrany codziennie… ktoś wspaniale zaprojektował wasze uniformy…– podjęła dialog Eleonora.

            – Przypadkowo wiem, że stworzyli je dwaj artyści Karl Diebitsch i Walter Heck, a produkcją zajął się Hugo Boss.

Eleonora spojrzała na posrebrzany pas Williego, na którym widniał napis Meine Ehre heißt Treue i przeniosła wzrok na czapkę z orłem, umieszczonym na swastyce i trupią główką, którą Willi położył na wolnym krześle.

            – Wolę mój mundur polowy – ciągnął von Otter – ale dzisiaj musiałem dobrze się zaprezentować, bo miałem spotkanie z wysokimi rangą dowódcami… Nie zdradzę tajemnicy wojskowej, jeśli powiem, że do Brombergu przyjechał  SS-Obersturmbannführer Hans Kölzow, który przywiózł z Berlina specjalne rozkazy naczelnego wodza. Był też szef VI Inspektoratu Selbschutzu SS-Obersturmbannführer Erich Spaarmann, SS-Sturmbannführer Christian Schnug no i mój szef SS-Standartenführer Ludolf Jacob von Alvensleben, jedyny człowiek na świecie, którego się boję…

            – To są wasze sprawy chłopcze, ja wierzę w ciebie bezgranicznie…- entuzjazmowała się kobieta – Dzisiaj, jak szłam na nasze spotkanie, z obrzydzeniem patrzyłam jak Polacy byle jak odmienili nasze miasto… Wszędzie te ich i Żydów krzykliwe reklamy, swarliwe rozmowy w dziwacznym języku i bezczelność na każdym kroku…

            – SS-Obersturmbannführer Kölzow ma rację, codziennie musimy stawiać Polaków pod ścianami, bo tylko tak zdławimy ich absurdalną dumę… – odrzekł Willi.

            – Ty możesz nie pamiętać Brombergu sprzed lat, ale ja wciąż go noszę w sercu…– mówiła kobieta – i dzisiaj jak szłam, uroniłam łzy nad zniszczeniami, których dokonali. Jak oni mogli zburzyć wieżę Bismarcka, ten jakże wspaniały monument, upamiętniający naszego heroicznego ojca narodu… i dlaczego rzucili na ziemię pomniki cesarskie na rynkach i placach…?

            – Już odwdzięczyliśmy się im z nawiązką za Krwawą Niedzielę i za te zniszczenia także, przy pobliskim kościele pojezuickim. I szybko wróci na rynek pomnik Fryderyka II – podjął wątek rozmowy Willi i nagle zmieniając ton głosu niemal wykrzyknął – podjęliśmy już stosowne decyzje i niebawem wypierdolimy w powietrze ich ukochane symbole…Najpierw synagogę…

            – Ach mój ty wyzwolicielu… – powiedziała ubawiona wulgaryzmem Eleonora, napiła się kawy, a potem nabrała łyżeczką nieco ciasta i po przełknięciu potwierdziła – Tak, macie rację, tylko to ich nauczy szacunku dla naszej wspaniałej historii…

            – Prowadzimy szereg tajnych operacji, nadzorowanych bezpośrednio przez Reichsführera-SS i każdy ma swoje zadania. Właśnie dlatego też dzisiaj się tutaj spotkaliśmy…– powiedział oficer.

            – Mówisz o Heinrichu Himmlerze…? Nie uwierzysz, ale znam jego żonę…

            – Jak to… skąd…– zdziwił się Willi.        

            – Chodziłyśmy razem do żeńskiej szkoły… Margarete była moją najbliższą przyjaciółką…Odbyłyśmy liczne wyprawy za miasto i raz nawet zaprosiła mnie do swojej wsi, gdzie jej ojciec był bogatym junkrem…– odrzekła raz jeszcze dopijając kawę z filiżanki.

            – Nie wiedziałem, że ona stąd pochodzi, ale będę o tym pamiętał, bo może to się przydać. Z drugiej strony, dowiedziałem się od mojego szefa, że Himmler żyje z nią na odległość i ma piękną kochankę Hedwig, zresztą jego sekretarkę…

            – O tym nie wiedziałam, bo moje kontakty z Margarete urwały się, gdy jej rodzina wyprowadziła się pod Berlin. Jeszcze do mnie przysłała dwie pocztówki z Reichstagiem i Bramą Brandenburską, ze zdawkowymi pozdrowieniami na odwrotach, a potem nastąpiła cisza. Wiem tylko, że w 1929 roku urodziła ze związku z Himmlerem córkę Gudrun.

            – Tak, widziałem te pyzatą dziewczynę… strasznie zarozumiała szczeniara… ojciec wszędzie ją zabiera…– ze śmiechem powiedział Willi, a potem spoważniał i ciągnął dalej – ale wracając do naszego spotkania… Ciocia pamięta mojego kolegę z Wirsitz Werhnera… Jest teraz bardzo ważną osobą w przemyśle zbrojeniowym Rzeszy.

            – Co ty mówisz, ten wiecznie zasmarkany Wehrni…? – zdziwiła się Eleonora.

            – Ha, ha, ha… tak ten smarkacz jest teraz kimś bardzo ważnym, od którego zależeć będą losy wojny, szczególnie po 3 września, kiedy to angielscy i francuscy zarozumialcy wypowiedzieli nam wojnę…Nie wierzę, że zdecydują się nas zaatakować, bo tak naprawdę Polska dla nich się nie liczy. Tylko prężą muskuły, wiele gadają, markują, a zapewne w tajemnicy tylko zintensyfikują zbrojenia. Na szczęście nasz führer jest przewidujący i potrafi korzystać z talentów takich geniuszy jak mój dawny kolega z Wirsitz…

            – To on zrobił taką karierę, że współpracuje z samym naczelnym wodzem? – dziwiła się kobieta.

            – Tak i teraz ciocia także dostanie swoje zadanie… – powiedział Willi, ściszając tajemniczo głos – Pamięta ciocia, że jedną noc spędziłem poza waszym domem…

            – Martwiłam się o ciebie, bo praktycznie, nie było cię od rana, do rana następnego dnia… – potwierdziła.

            – No właśnie, a ja pojechałem w tajemnicy do Wirsitz, by wykonać pewne zdanie najwyższej wagi państwowej… – przytaknął.

Eleonora nieco przeraziła się jego słów i rzuciła okiem poza balkon, na którym się spotkali. Właśnie na rzece pojawił się jakiś spory holownik, ciągnący aż trzy barki i wyrzucający z komina kłęby czarnego dymu. Po lewej rysował się fragment Teatru Miejskiego z pomnikiem nagiej Łuczniczki, który tak lubiły z Margarete, a za mostem ginął pośród czarnej chmury wielki budynek domu towarowego „Hohenzollern”, słynącego niegdyś z narożnej rzeźby cesarza z tego rodu, przedstawionego w zbroi rycerskiej. Na niebie wolno przesuwały się podświetlone przez słońce cumulusy, nad tonią unosiły się liczne, swarliwe mewy, a po pobliskim moście przejeżdżały z hałaśliwym dzwonieniem dwa mijające się tramwaje.  

– Moja prośba jest taka… – ciągnął mężczyzna – Gdyby ktokolwiek pytał ciocię, czy każdej nocy, od zamieszkania u was, spałem w swoim pokoju, to proszę o potwierdzenie. Nikt, absolutnie nikt, łącznie z moim dowódcą i innymi wojskowymi, nie może wiedzieć, że jeździłem do tego małego miasta… Musi ciocia też przekonać kochanego wuja Johanna, by w razie jakiegokolwiek pytania, potwierdził, że co noc spałem na Garten Strasse… To bardzo ważne…

Eleonora natychmiast przysięgła, że będzie milczeć jak grób, ale dostrzegła w tej sytuacji możliwość zrealizowania prośby męża, któremu doskwierało już wspólne mieszkanie z Willim.

            – Wszystko, co ważne jest dla Rzeszy leży na moim sercu i ufam ci bezgranicznie…– powiedziała i na chwilę zawiesiła głos, by dopiero po jakiejś minucie kontynuować – Ale ja mam też pewną trudną dla mnie sprawę… Jak wiesz wuj Johhan ma kłopoty ze snem i zaczynają mu trochę przeszkadzać twoje późne powroty do domu… To chyba jest za małe mieszkanie dla nas trojga…

            – Też już o tym myślałem – odrzekł z promiennym uśmiechem Willi – ale nie chciałbym mieszkać w koszarach, tam jest za duży hałas, stale ktoś biega, wciąż ktoś wrzeszczy… Może ciocia wie, gdzie jest jakieś ładne lokum, opuszczone przez czystych Polaków…?

            – Przychodzi mi na myśl mieszkanie państwa Rossów na Tauben Strasse, ulokowanej blisko nas. Polacy przemianowali ją na Strzelecka Strasse. Ci Polacy wynajmowali duży pokój, ale teraz on jest pusty, a przy nim osobna łazienka i kuchnia. W sam raz dla ciebie kochany chłopaku…

            – Dziękuję cioci za tę informację i już jutro odwiedzę to mieszkanie – powiedział, sięgnął po czapkę, zasalutował, unosząc prawą rękę ku górze i udał się do lady, przy kredensie by zapłacić rachunek.

Jeszcze stamtąd machnął jej ręką na pożegnanie i zniknął za załomem ściany. Eleonora powoli dopiła kawę i dojadła ciastko, a potem wstała, przejrzała się w wielkim lustrze, wiszącym na ścianie, poprawiła przekrzywiony kapelusz i ruszyła ku wyjściu z lokalu.

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (XII)

Darbon ulokował się w środku oddziału i mknął w szyku, przez cały czas pilnując by jego kształty układały się w jednej linii z najbliższymi towarzyszami. Nikomu o tym nie mówił, ale od dłuższego czasu prześwitywały w jego świadomości tajemnicze obrazy, twarze i gesty, pojedyncze zdarzenia i całe ich ciągi. Teraz wpatrywał się w poślednią wieżę, przybliżającą się i potężniejącą z każdą chwilą, pełną zakamarków i okrągłych okien, z których wylatywali uskrzydleni. Za nią ciągnęły się niebieskawe wzgórza, choć mogły to też być chmury układające się warstwami. Od nieustannego pędu łzy pojawiły się w jego oczach i obrazy zaczęły się zamazywać, lekko przechodzić ku wizji ogromnego zamczyska z czerwonej cegły, ulokowanego przy zamulonej odnodze wielkiej rzeki. Ogromne budynki, kryte dachówkami otoczono wysokim murem strzelały w niebo, a wjazd na dziedziniec dodatkowo chroniły dwie wysokie baszty z dachami przypominającymi zwieńczenie wiejskich, walcowatych barci. Na chwilę powrócił obraz pośledniej wieży, ale zaraz utonął w sinej mgle i Darbon znalazł się w długim korytarzu, prowadzącym do wielkiego refektarza. Miał na sobie zbroję okrytą białym płaszczem z czarnym krzyżem, a tuż za nim podążał giermek, odziany w kaftan z sarniej skóry i kilku knechtów w hełmach, uzbrojonych w krótkie miecze. Szli tak dość długo, ale przed refektarzem Henryk, bo tak tam miał na imię, skręcił ku wąskiemu przesmykowi, którym powędrował do swojej komnaty. Wszedł do niej wraz z giermkiem i odprężył się widząc ogromną balię napełnioną gorącą wodą, przy której uwijały się dwie piękne kobiety, odziane tylko w białe koszule. Po trudach długiej drogi w siodle o niczym innym nie marzył, jak tylko wejść do ukropu i wypić kielich czerwonego wina. Stanął na specjalnym podwyższeniu na środku komnaty, a giermek zaczął zdejmować z niego zbroję, odpinać pasy i specjalne metalowe zatrzaski. Biały płaszcz z czarnym krzyżem położył na oparciu fotela, wielki miecz w srebrzystej pochwie umieścił na stole, na którym też poczęły lądować poszczególne elementy stalowej zbroi. Po chwili Darbon stał już nagi i poczuł swój intensywny zapach, wszak w tak długiej drodze nie miał okazji się umyć i teraz rozsiewał woń potu i uryny, mieszającą się z gorzkim smrodem, dobywającym się z miejsc intymnych. Nie czekając dłużej wszedł po specjalnych schodkach do balii i zanurzył się w wodzie, aż po czubek głowy, rozkoszując się przenikającym go gorącem. Po chwili wynurzył się i pozwolił by kobiety zaczęły wolno obmywać jego wciąż jędrne, czterdziestoletnie ciało, polewać je coraz to nowymi strumieniami, namydlać mydłem sprowadzanym z francuskich manufaktur. Przymknął oczy, gdy niewiasty zaczęły myć mu długie włosy i twarz, nie chcąc by mydliny dostały się do oczu. Gdy to uczynił, zobaczył w wyobraźni wielkie pole bitwy, zasłane trupami rycerzy z całej Europy, martwych koni, rozbitych wozów i gromadzących się już czarnych ptaków. Nie było mu dane stanąć do walki z poganami u boku Ulryka, ale hiobowe wieści lotem błyskawicy dotarły do niego.

Kobiety umyły go szybko i ustawiły się przy balii, gotowe wykonać każdy rozkaz, ale on zdawał się być zatopiony w modlitwie, odmawianej bezgłośnie z bolesnym grymasem na twarzy. W końcu otworzył oczy i chwycił kielich z winem, podany przez giermka, skinął też znacząco na służące, a te natychmiast zrzuciły koszule i weszły do balii, lokując się po obu stronach jego ciała. Dopiero w tym momencie odprężył się i odetchnął głęboko, odsunął od siebie grozę wiadomości, o przegranym starciu z wojskami polskimi i litewskimi. Po długiej, konnej gonitwie, poczuł teraz błogość niewyobrażalną, jakby znalazł się w raju. Zaczął delikatnie muskać obfite piersi kobiet, a te odwdzięczały się pieszczotą jego ud i brzucha, coraz to zapuszczając się w zakazane rewiry. Tym razem im na to pozwalał, bo bardzo już tęsknił za wieśniaczkami i potrzebował ich bliskości po makabrach opisów lipcowej sromoty. Czuł, że jego męskość nabrzmiała obficie i przyciągnął ku sobie jedną z pomocnic, lekko wnikając w jej ciało. Poruszył się kilka razy, szybko zyskał zadowolenie i odepchnął drugą z nich, także domagającą się specjalnej uwagi – dał znak giermkowi, a ten klasnął w ręce i dziewczęta szybko wyskoczyły z balii, sięgnęły po swoje odzienie i wyszły z komnaty. Pomocnik dolał mu wina i oddalił się do wysokiego, romańskiego okna, w całości wypełnionego barwnymi witrażami ze scenami z życia Maryi. Henryk przymknął oczy, a w całkowitej ciemności zaczęły pojawiać się ruchome obrazy – dom rodzinny w Turyngii, pierwsze rycerskie turnieje, pasowanie na rycerza i przywdzianie płaszcza zakonnego. Przez kształty pośledniej wieży zaczęli też prześwitywać znamienici rycerze z jego rodziny, a potem wszystko na moment zgasło, by wybuchnąć z nową intensywnością.  Oto jedzie do Prus w charakterze gościa zakonu i zostaje jego pełnoprawnym członkiem, cenionym przez przyjaciół i znienawidzonym przez wewnętrznych wrogów. Potem obejmuje pierwsze komturie, dostaje się do polskiej niewoli i zostaje szczęśliwie oswobodzony przez zakonników, kierujących się ku wielkiemu miastu, by je oblegać i zdobyć. I jeszcze ten lipcowy dzień, gdy umyślny przybył do niego niemal z samego pola wielkiej bitwy i opowiedział o masakrach i ostatecznej przegranej. Nie wahał się ani chwili i zarządził wymarsz do Marienburga, gdzie zapewne skierują się pogańscy wrogowie, by bez litości dobić święty zakon. Wielokrotnie ostrzegał Ulryka, że jego polityczna napastliwość doprowadzi do klęski, ale mistrz nie słuchał go, przekonany o tym, że zakon jest pod specjalną pieczą Bożej Opatrzności.

Darbon wielokrotnie chciał powiedzieć Yasmenowi o tym, czego doświadczał, ale lękał się zrelacjonować wizję, która wracała do niego jak zły sen i męczyła skołataną wyobraźnię. Był w głównej sali wysokiego zamku, gdzie zgromadzili się najznamienitsi zakonnicy i w uznaniu zasług dla obrony wielkiego zamczyska, obwołali go nowym mistrzem zakonu. Lękał się przyjąć ten zaszczyt, ale korciło go, by ukarać wrogów w białych płaszczach, pojawiających się nie wiadomo skąd. Chciał też prowadzić pokojową politykę, przypominając najbardziej jazgotliwym braciom, że zostali powołani by służyć ubogim i odbywać krucjaty ku krainom opanowanym przez pogan. Od Jerozolimy po ziemie Prus Wschodnich, Łotwy i Estonii mieli nieść słowo Boże i poszerzać granice chrześcijaństwa. Szybko wszakże przekonał się, że tylko miecz może zaprowadzić porządek, a przelana krew tyle waży, co topniejący śnieg. Odtąd miał już dwa oblicza, to widzialne, uduchowionego męża, często leżącego krzyżem w kaplicy i modlącego się do matki Chrystusa i drugie – okrutnego mordercy, każącego ścinać przeciwników i mordować niewinnych ludzi. Współbracia zaczęli szeptać, że opętał go szatan, a okrwawiona szubienica stała się jego herbem. Coraz częściej słyszano jak rozmawia z kimś w pustej komnacie, jak przekrzykuje straszliwe wrzaski, dobiegające jakoby z samych czeluści piekielnych. Podpisał pokój z wrogami, ale nie przestał zbroić zakonu i szykować go do walki z sąsiadami. W pewnym momencie zaczął widzieć straszliwego demona z ciałem ogromnego jaszczura i twarzą komtura Michaela Küchmeistra von Sterberga, śmiejącego się szyderczo i obnażającego okrwawione kły. Ostatecznie przegrał z nim walkę o tron i na dziesięć lat uwięziono go w lodowatej celi, co zniszczyło jego zdrowie i szybko doprowadziło go do śmierci. Stronnicy wroga zadbali o to, by jego ciało nie zostało złożone w podziemiach stolicy i wywieziono je w niewiadomym kierunku. Darbon wiedział, że złożono je w krypcie katedry wschodniej komturii, razem z dwoma innymi wyklętymi mistrzami zakonu i tak zamaskowano pochówek, by nikt o nim nie wiedział. Teraz, gdy zbliżał się do celu kolejnej anielskiej wyprawy, a nieprzebrane rzesze uskrzydlonych duchów, lecących w dal, napełniały jego serce otuchą i wiarą w opiekę Boga, usłyszał nagle w sobie niepokojący głos:

–  Henryku nie ukryjesz się przede mną… znajdę cię w niebie i w najgłębszych matniach piekła…

Początkowo myślał, że to któryś ze skrzydlatych współbraci zrobił mu psikusa, wszak Okinages lubował się w tym, ale gdy na pierwszym mijanym wzgórzu pojawiła się twarz jego największego wroga, wzdrygnął się i przerażony i pomknął w stronę Yasmena. Dowódca zdziwił się nagłym pojawieniem się Darbona i bez słów upomniał go, by go nie wyprzedzał. Zagłębił swoje myśli w jego wnętrzu, ale niczego nie zobaczył, jakby jakaś siła chciała zamaskować wszystko przed nim. Tylko gdzieś tam, pośród białych chmur i oparów, otoczony wielkimi płatami błękitu pysznił się wielki średniowieczny zamek, z basztami i wieżami, otoczony murem i odbijający się w wodzie, płynącej przed nim rzeki. Już chciał zgasić w sobie tę wizję, gdy nagle zobaczył wiele ciał bujających się na sznurach i Nicolasa von Renisa prowadzonego w powrozach na rynek miejski. Zobaczył też Darbona w zbroi i szatach mistrza zakonu, piętnującego tajne sprzysiężenie braci i nakazujący ściąć jego przywódcę.

 – Nieszczęsny bracie, cóżeś ty uczynił w tych mrocznych czasach…- powiedział ni to do siebie, ni do Olinopasa.

Darbon, gdy to usłyszał, czmychnął z powrotem ku środkowi oddziału i zatopił się w ponurych myślach. Nie wiedział jak to się stało, że znalazł się pośród aniołów, przecież był lubieżny i łakomy, mordował ludzi i palił ich chaty, często też drwił z Boga, modląc się do niewidzialnego demona.      

 – Muszę uważnie mu się przyglądać – szepnął Yasmen i skierował oddział ku najwyższym półkom pośledniej wieży – Czasem demony przenikają tutaj i pozostają w uśpieniu…

BROMBERG (17)

Prezydent Leon Barciszewski stał na wyniosłym wzgórzu i odprowadzał wzrokiem siwą czaplę, lecącą majestatycznie w stronę horyzontu. Myślał o tym jak dziwne i nieprzewidywalne bywają ludzkie losy i jak zagadkowe jest przeznaczenie. Jeszcze trzeciego września był w Bydgoszczy, skąd ruszał samochodem do Włocławka na naradę prezydentów miast, zwołaną przez wojewodę pomorskiego Władysława Raczkiewicza, a potem dalej ku wschodniej granicy odrodzonej Rzeczypospolitej. Teraz przed oczyma przesuwały mu się ruchome obrazy, jakby wypływające z głębokiego jaru, widoku miasteczka Zaleszczyki i wielkiego zakola Dniestru. Niby patrzył na czaplę przemierzającą siną przestrzeń i coraz bardziej oddalającą się od niego, ale widział też dynamiczne kadry ze swojego życia. Oto jako młodzieniec wyjeżdża do Berlina, gdzie jest ślusarzem w wielkiej fabryce, a jednocześnie działa w licznych towarzystwach polonijnych, zyskując coraz większy szacunek. Zaczyna redagować i wydawać gazety dla Polaków, prowadzić działalność charytatywną i zostaje członkiem banku Skarbona. Już wtedy doskonale poznał Niemców, nauczył się ich języka, a powołanie do armii pruskiej w 1915 roku pozwoliło mu zorientować się jakie są nastroje w niemieckim społeczeństwie i wojsku, od feldfebla do generała.

Na szczęście Skarbona wyreklamowała go od poboru i mógł zająć się działalnością dyplomatyczną, którą tak sobie cenił. Może byłby wciąż konsulem generalnym w Berlinie albo konsulem pierwszego stopnia w Essen, ale zbyt często wdawał się w awantury z Niemcami, nie godząc się na ich drapieżność w stosunku do Żydów i chęć zdobywania nowych ziem przy pomocy ognia i żelaza. Czapla zakręciła lekko w lewo i mijała właśnie jedyny most na rzece, prowadzący na półwysep, a on wpatrywał się też w swoje lata gnieźnieńskie, gdy był tam burmistrzem miasta i próbował przeprowadzić reformy komunalne. Dopiero za drugim razem wygrał wybory prezydenckie w Bydgoszczy i w 1932 roku został zaprzysiężony na urząd. Przypomniało mu się pierwsze przemówienie, kiedy to zapewniał pracowników magistratu, że nie będzie nadużywał władzy, gdyż jego i podwładnych przełożonym będzie tylko miasto. Ukochał je od samego początku, a choć jego aura, po wieloletniej dominacji pruskiej, miała coś z eklektyzmu berlińskiego, dostrzegał też jego głębokie zakorzenienie w historii Polski. Lubił wraz z żoną, synem i córką spacerować nabrzeżem Brdy, a potem siadać w kawiarni Bristol, popijać kawę z mlekiem i delektować się ciastkami z kremem.  

Po dojściu Hitlera do władzy coraz niespokojniej patrzył ku zachodniej stronie Polski, bo wiedział, że wojna jest nieunikniona. Z uwagą śledził niemieckie gazety, a potem dyskutował w gronie światłych ludzi jakie kroki powinien podjąć jako włodarz wielkiego pomorskiego miasta. Czym innym były jednak chęci, a czym innym możliwości w dobie ogólnoświatowego kryzysu ekonomicznego. Trudne było też lawirowanie pomiędzy dwoma krzykliwymi ugrupowaniami politycznymi – sanacją i endecją i utrzymywanie w ryzach największych radykałów pośród ludności niemieckiej. Chciał działać dla dobra ludności, więc angażował się w budowę miejskiego szpitala i elektrowni na Jachcicach, umożliwiał modernizację wiodących przedsiębiorstw – „Kabla Polskiego”, „Karbidu Wielkopolskiego”, rzeźni miejskiej i „Bydgoskiego Lloyda”. Uśmiechnął się do swoich myśli i odwrócił do tyłu, gdzie przy czarnym samochodzie Fiat 508 stała jego żona, ubrana w skromną, granatową garsonkę, zwieńczoną czarnym lisem. Jeszcze raz spojrzał na majestatyczne zakole Dniestru, na ledwo już widoczną czaplę, która zniżyła lot i kierowała się ku gęstym zaroślom nadrzecznym, po czym ruszył w kierunku samochodu. Tuż przy nim zatrzymał się i zwrócił się do małżonki:

 – Zosiu, hiobowe wieści dotarły do mnie wczoraj z Bydgoszczy… politykierzy oskarżają mnie o defraudację pieniędzy miejskich…

 – Ciebie kochanie, najuczciwszego człowieka pod słońcem…? – zdziwiła się dama.

 – Wiesz jacy oni zawsze byli swarliwi… Mój wyjazd stał się dla nich znakomitą okazją do artykułowania kłamliwych oskarżeń – Ciągnął prezydent – Ale to jeszcze nie byłoby najgorsze… zawsze radziłem sobie z pomówieniami…

 – A cóż mogłoby być gorszego Leonku od szargania twojego dobrego imienia? Zdrowie i siły oddałeś temu miastu –oburzyła się kobieta.  

 – Losy jego mieszkańców… – odpowiedział Barciszewski i otarł łzę z kącika lewego oka – Straszne informacje o rozstrzelaniach, uwięzieniach i groźbach…

 – Tyle dobrego zrobiłeś dla społeczności niemieckiej… tylu ich pracodawcom pomogłeś przetrwać po powrocie Pomorza do macierzy – lamentowała Zofia.

 – To teraz nie ma najmniejszego znaczenia… – odrzekł Leon – Jest wojna sprowokowana przez tego drania Hitlera i niewinni ludzie zginęli przy kościele szwederowskim, miały też miejsce rozstrzelania na Rynku Piłsudskiego, tuż przy kościele…

 – Co ty mówisz…? – prawie krzyknęła kobieta i załamała ręce.

 –  Tak, to prawda… – potwierdził – otrzymałem te informacje drogą radiową, od oficera, którego poznałem w Warszawie – Doprawdy nie wiem, co robić? Musimy wszakże podjąć jakąś decyzję…

Wsiedli do samochodu i ulokowali się na tylnym siedzeniu, on z lewej strony, ona z prawej. Gdy pojazd ruszył, odruchowo zbliżyli ku sobie ręce i poczuli ich ciepło – wszak zbliżał się mrok i nadciągał chłód, a kilka minut byli na dworze. Gdyby ktoś pozostał przy drodze, tuż przy koleinach wydrążonych przez koła ciężkiej limuzyny, ujrzałby jak raz po raz zanurza się ona w parowach, a potem wypływa ku górze, by w końcu długim zjazdem skierować się ku mostowi na Dnieprze, prowadzącym do centrum miasteczka. Zofia patrzyła na krajobraz za bocznym oknem i martwiła się tym, co powiedział jej mąż, tym bardziej, że ostatnio miała dziwne, symboliczne sny, związane z męką Chrystusa.  W jej mózgu pojawiały się niezwykle realistyczne obrazy biczowania, dręczenia, chłostania i przybijania Jezusa do belek, ale ostatniej nocy sen był tak straszliwy, że aż przebudziła się z krzykiem. Śnił się jej Syn Boży wędrujący z krzyżem na Golgotę, popychany przez rzymskich żołnierzy, opluwany przez gapiów, upadający pod ciężarem i znowu pnący się w górę z masywnym drzewcem na plecach. W pewnym momencie zachwiał się na nogach i jeszcze raz upadł z impetem na ziemię, a Rzymianin doskoczył do niego i zaczął go bić dużym flagrum, zakończonym metalowymi kulkami i haczykami. Jej przebudzenie spowodował obraz twarzy skazańca, początkowo niewyraźny, ale potem zmieniający się w krwawe oblicze jej męża, ze szpiczastą bródką i prostymi wąsami nad górną wargą. Bicz straszliwie ranił jego bok i plecy, wyszarpywał kawałki mięsa z ramion i nóg.

– Nie mogę przestać myśleć o biednych obywatelach Bydgoszczy – odezwał się cicho.           

– Zrobiłeś wszystko, co było w Twojej mocy… – uspakajała go czule, ale zimny pot pojawił się na jej czole, gdy usłyszała odpowiedź.

– Czuję, że zbliża się moja Golgota…

ZŁY DUCH (6)

Opowieści wieśniaków ze wsi Konary bardzo zaniepokoiły leśniczego, więc postanowił zakraść się w najgłębsze leśne gęstwiny, by sprawdzić ile było w nich prawdy. Miał na imię Gabriel i mieszkał w niewielkiej chacie na skraju lasu, przy której hodował owce i krowy, a czasem też gościł sarny, jelenie i daniele. Często z dwulufowym sztucerem na ramieniu zapuszczał się w knieje i przyglądał się życiu dzikich mieszkańców – niedźwiedzi i borsuków, odyńców i lisów, wilków i łosi. Teraz stał przy lustrze i golił dokładnie brodę, niedawno naostrzoną brzytwą, a potem wycierał ją o gruby, czarny, skórzany pas. Nie wiadomo dlaczego miał wrażenie, że ktoś mu towarzyszy i nawet raz po raz odwracał się za siebie z niepokojem.

            – No już… Ciachnij się w gardło… – dziwna myśl nagle przemknęła mu przez głowę.

Zatrzymał na chwilę ostrze w powietrzu, zamyślił się, po czym spokojnie dokończył golenia i obmył dokładnie twarz w cynkowej misie. Na chwile przyklęknął przy obrazie swojego patrona i przeżegnał się, prosząc go o opiekę podczas planowanej wyprawy. Ludzie opowiadali mu, że stado wilków bardzo się rozrosło, a przy wielkiej waderze pojawia się piękny czarnowłosy chłopiec, biegający na rękach i nogach, jak inni członkowie stada. Początkowo uznał to za wytwór chorej wyobraźni wieśniaków, nadużywających alkoholu, kradzionego z wiejskiej gorzelni, zbudowanej przez właściciela wsi. Później jednak, gdy opowieści się mnożyły, postanowił zbadać sprawę, wszak wiele już widział i niejednokrotnie miał wrażenie, że jakieś licho gnieździ się w gęstwinie. Wyszedł z domu, przewiesił sztucer przez ramię i w perspektywie pomarańczowej kuli zachodzącego słońca, wszedł na leśny dukt, prowadzący ku wielkiej polanie, na której wielokrotnie widywał wilki. Robiło się już szaro, ale on znał każdą ścieżkę w ostępach, więc podążał dumnie do przodu, przekonany, że nic mu nie grozi. Gdy dotarł na miejsce, wszedł na niewielką ambonę, z której zdarzało mu się obserwować zwierzęta. Usadowił się wygodnie w środku, a potem wyjął z torby kawałek wątroby łosia i z rozmachem rzucił go w dal, o jakieś dziesięć kroków od siebie. Okrył się też świeżo ściętymi gałązkami świerku i czekał w milczeniu, przekonany, że zapach świeżego mięsa przyciągnie wilki. Wyciągnął różaniec i zaczął po kolei odmawiać kolejne modlitwy, przesuwając w palcach czarne koraliki. Nagle poczuł dziwne znużenie i nie wiedzieć kiedy zasnął, śniąc o jakimś straszliwym tworze, który chciał zawładnąć jego wnętrzem. Obudził się dopiero nad ranem, gdy sine opary już zaczęły unosić się nad łąką, drzewa odzyskały swe kontury, a tuż przed nim, w półokręgu stało duże stado wilków. Pośrodku, na niewielkim pagórku, ulokowała się masywna wadera, która uniosła głowę ku górze i zawyła przeraźliwie. Odpowiedziały jej młode samce i jakiś dziwny głos, naśladujący wilcze wycie, ale mający też w sobie coś z ludzkiej skargi. Dopiero wtedy Gabriel zobaczył czarnowłosego chłopca, przykucniętego tuż za przewodniczką i próbującego wyć jak inne zwierzęta. Myśliwy zarepetował broń, wycelował i strzelił wilczycy prosto w czoło, natychmiast też, z drugiej rury, położył trupem dużego basiora i po otwarciu komory sztucera, umieścił w niej kolejne dwa duże naboje. Stado jednak natychmiast się rozbiegło i skryło w pobliskiej gęstwinie, a tylko chłopiec pozostał przy ciepłym ciele wilczycy. Objął ją ramionami i łkał po ludzku, wstrząsany spazmami, jakby stracił kogoś bardzo bliskiego.

            Gabriel odrzucił gałęzie świerku i sprawnie zsunął się z drabiny, a potem podążył śmiało ku  chłopcu, wyglądającemu jakby miał jakieś dwanaście lat. Słyszał złowrogie warczenie wilków na skrajach polany, ale ufny w moc swojej strzelby doszedł do zabitych zwierząt. Dopiero wtedy przeraził się, bo zobaczył w oczach dziecka dzikość, którą dotąd widywał tylko w ślepiach drapieżników. Wyciągnął do niego dłoń, chcąc go odciągnąć od zdechłej przewodniczki, ale chłopiec natychmiast ugryzł go w nią boleśnie, aż krew trysnęła na boki. Myśliwy sięgnął do swojej torby i wydobył z niej szmaciany bandaż, którym natychmiast owinął ranę, a potem sięgnął do niej raz jeszcze i wyjął białą linkę. Uczynił z niej dość szerokie oko i zarzucił na tułów dziecka, natychmiast zaciskając pętlę, tak jak to czynił wielokrotnie, gdy chciał żywcem schwytać sarnę albo młodego daniela. Mały stanął na nogi i zawył przeraźliwie, jakby przywoływał stado na pomoc, ale dwa strzały w powietrze przeraziły go i zatrzymały wilki w gęstwinie. Teraz Gabriel skoczył sprawnie ku plecom chłopca, jeszcze dwa razy owinął wokół niego linę, po czym schwycił ją między wystającymi wyraźnie łopatkami i pchnął go do przodu, cały czas kontrolując kierunek podążania. Nie zwracał uwagi na odgłosy wokół niego, raz tylko przystanął by naładować broń na nowo, po czym pchnął go dalej. Z niemałym trudem dotarł do leśniczówki, przy której jego zwierzęta natychmiast zaczęły boleśnie ryczeć, jakby wyczuły stado wilków, krążące wokół nich. Było to dziwne, bo przecież wszystkie drapieżniki pozostały na skraju lasu, a leśniczówka była trochę od niego oddalona i dodatkowo zabezpieczona wysokimi płotami z bali sosnowych. Myśliwy zamknął  wrota na żelazny skobel i powiódł chłopca do domu, lokując go w małej, pustej komórce, w której był tylko wąski tapczan i stół, służącej czasem za lokum dla zaprzyjaźnionych myśliwych i leśników. Tam rozwiązał linę i uwolnił go, bacząc by nie udało mu się jeszcze raz go ugryźć, odezwał się też do niego, nie wiedząc czy zrozumie ludzką mowę:

            – Nie zrobię ci nic złego…– uspokój się wreszcie… Twój czarny sen skończył się na zawsze…

Chłopiec zawył przeraźliwie i wskoczył pod stół, cały czas wydając z siebie dziwne dźwięki, jakby komunikował się z kimś niewidocznym, jakby przywoływał kogoś z oddali.         

Hildegarda wstała wcześnie rano, przyrządziła sobie zioła, wypiła je i podążyła do refektarza katedralnego, by odmówić codzienne modlitwy. Szybko też wpadła w ekstazę i zobaczyła młodego myśliwego, przygotowującego się do wyjścia z leśniczówki. Jej serce przeszył straszliwy skurcz, gdy ujrzała za nim też ropuchowatego stwora wielkości  psa, trzymanego na niewidzialnej smyczy przez ogromną bestię. Od razu rozpoznała benga i jego nowego pana, usłyszała też jak sączą do ucha mężczyzny plugawą zachętę, by odebrał sobie życie. Natychmiast pomknęła duchem ku dalekim przestrzeniom w kraju Polan, gdzie lekko wniknęła w kolorową sójkę. Zobaczyła myśliwego, kierującego się ku polanie śródleśnej, a potem przysiadła na gałęzi modrzewia, niedaleko ambony, na której się ulokował. To ona wysłała mu senny impuls, a gdy zasnął, znalazła sobie miejsce na skraju niewielkiego daszku. Od razu wyczuły ją wilki, które nadciągnęły z chaszczy i ustawiły się w półokręgu przed myśliwskim podwyższeniem. Hildegarda wpatrzyła się w czarnookiego chłopca, który przywędrował przy wielkiej waderze i przykucnął tuż za nią. Przez cały czas widziała też benga i wyczuwała obecność ogromnej, mrocznej mocy, płynącej gdzieś z głębin kosmosu. Jej modlitwy utrzymywały balans i nic nie wydarzyło się do rana, jakby rzeczywistość nagle została zmrożona, a noc stała się nieprzenikalną, czarną kurtyną. Towarzyszyła myśliwemu, gdy zabił przewodniczkę wilków i jej rosłego towarzysza, a potem spętał chłopca i poprowadził do swojego domu. Wpatrzyła się w umysł dziecka i w jej świadomości pojawiły się sceny mordów, cierpienia i bólu, dobrze widziała też benga, który to wszystko przygotowywał, a potem umykał przed nią, chroniąc się w drzewach, głazach i umysłach Cyganów. Już chciała wracać do swojego opactwa, uspokojona na chwilę i przekonana, że mężczyzna dokona właściwych wyborów i uratuje chłopca. Ale nagle, tuż przed nią pojawił się ogromny cień puchacza, który sfrunął z wysokiej sosny i od razu zagłębił pazury w niewielkim ciele sójki. Zdołała umknąć w ostatniej chwili i z powrotem znalazła się w refektarzu, gdzie poczuła straszliwy ból w skroniach i padła nieprzytomna na kamienną posadzkę.

Zły duch nakazał bengowi wyskoczyć z ciała puszczyka i zaczął chłostać go niewidzialnym biczem. Uderzał raz za razem i rzucał pradawne przekleństwa, szarpał go i kopał, aż w końcu cisnął na sam środek polany.

             – Zrobiłem wszystko, co kazałeś panie i myślałem, że ją schwytałem…- lamentował pachoł.

            – Zrozum głupcze, że ona zawiesza istnienie i w jednej chwili umyka ku zakolu Renu… Miałeś wniknąć w jej umysł, zawładnąć jej duszą, a ty zabiłeś tego kolorowego ptaszka… Nie potrzebuję już ciebie i zetrę cię w pył, a potem rozsypię pośród martwych wąwozów…

            – Panie, daj mi jeszcze jedną szansę… podążę do domu myśliwego i ukryję się w ciele syna Bibi…

Przez jakiś czas zaległa cisza i tylko budzące się ptaki, odzywały się raz po raz w gęstwinach. Beng czekał na jeszcze jeden cios bolesnego bicza, ale usłyszał w sobie tylko dobiegające z daleka słowa:

            – Idź… zapoluj raz jeszcze na ptaszynę… I nie zawiedź mnie parszywy psie…

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (2)

Niebieskooka Greczynka – druga powieść Nikosa Chadzinikolau – rozgrywa się jakby poza rzeczywistością. Choć realia zostały wyraźnie określone, choć pisarz przenosi nas do Grecji, tuż po II wojnie światowej, czytelnik  ma ważenie jakby opisywane zdarzenia rozgrywały się gdzieś w tajemniczej przestrzeni, jakby w obrębie wiecznie żywego mitu gasnącej ludzkości. Choć bohaterowie są wyraźnie zarysowani, choć mają współcześnie brzmiące imiona i mieszkają we konkretnych skupiskach ludzkich, ich etos sytuować należy gdzieś na mitycznych polanach, pośród mitycznych skał i mórz. W postaci Tespiny, kochanki głównego bohatera powieści, odnajdujemy wiele cech przypisywanych nieustraszonym Greczynkom, odnajdujemy jakby poblaski rozchodzące się z tajemniczej zbroi Ateny, lśnienia  zwiewnych szat Afrodyty, Kasandry czy Kirke. Chadzinikolau przedstawił czytelnikom antyczną tragedię, przekutą we współczesną prozę poetycką. Bohaterowie tej niewielkiej powieści nieustannie prowadzą walkę – stając w obliczu groźnych sił przyrody, niosąc w sobie bunt  i rozpacz i nie potrafią sobie poradzić  z rozterkami własnego wnętrza. Ich wyobraźnia bytuje gdzieś w odległych  – ogrodzonych zasłoną historii, bądź mitologii – rejonach absolutnej wolności, a oni sami muszą nieustannie borykać się z przeciwnościami ziemskich losów. Dlatego są wiecznie zmartwieni, a w smutku ich pobrzmiewają echa żałosnych pieśni zburzonej Troi i odgłos sandałów idącego na śmierć wojska Leonidasa i żałosna skarga rozognionej przestrzeni.

Jest też   powieść   Chadzinikolau  jeszcze jednym powrotem  do  dziecinnej arkadii  –  wszak ten wątek obecny jest w całej jego twórczości. Autor  opisuje rzeczywistość, jakby patrzył na nią oczyma tamtego chłopca,  jakże delikatnego  i  przerażonego  wspaniałością, ogromem i grozą Natury. Sakralizując obrzędy pamięci, powoduje  autor,  iż  dawno  przeszłe  i  zapomniane  zdarzenie, przedmioty  i  miejsca  nabierają  intensywności  i  lśnią, bądź brzmią,  odkrywając  ukryty sens istnienia. Opisywany świat powraca, jakby  przepuszczony  przez  filtr  pamięci  i wrażliwości dziecka, a zatoczywszy łuk, jawi się przed oczyma czytelnika, odwołując się do jego najgłębszych pragnień i najgłębiej  skrywanych  marzeń.  Sens działań głównych bohaterów zawsze potwierdza umieszczone w tle, groźne morze – żywioł, który  towarzyszy Grekom od momentu narodzin aż do śmierci i jest jak tajemne memento. Dlatego bohaterowie Chadzinikolau patrzą na morze  z  uczuciem radości i pełni, ale też z niepokojem. Wszak morze karmi ich i dostarcza pieniędzy na utrzymanie, ale  też  często  każe  płacić  daninę  największą. Bohaterowie Niebieskookiej  Greczynki pamiętają o tej groźnej stronie morza i dlatego  patrzą na ojców, wypływających na połów, tak jakby patrzyli na tych, którzy wsiedli do łodzi Charona.

Niebieskooka    Greczynka,  to opowieść o miłości dwudziestoletniego  młodzieńca do pięknej i dobrej Despiny. Jego wybranka żyje w rodzinie rozbitej i nieszczęśliwej z powodu niestałości matki. Gdy  ojciec wypływa w morze, ta oddaje  się  nauczycielowi, który pragnie posiąść też Despinę. Główny  bohater  jest  człowiekiem  raczej spokojnym, jednak nie może  się pogodzić z tym, iż jego wybranka jest krzywdzona przez człowieka bez honoru, okradającego z miłości uczciwego rybaka. Ale dopiero, gdy w odległym mieście dowiaduje się o ciemnych sprawach nauczyciela z czasów wojny, wraca do swojej wsi i czeka na  dogodny moment. Nie spodziewa się jednak że po powrocie ojca Despiny dojdzie w jej domu do tragedii. Rozjuszona, matka wywołała  awanturę,  podczas której ojciec dowie się, iż spłodził córki. Z ostatniego rejsu wrócił sparaliżowany, więc  ten  cios  jest  już ponad jego siły. Nagle pada martwy, a Despina rzuca  się na matkę, która musi schronić się na jachcie nauczyciela. Już po  chwili jest jednak przy nich gromada rozwścieczonych mieszkańców wsi. Łódź z nauczycielem i niewierną żoną zostaje odholowana na głębszą wodę i  zatopiona. I wydawać  by się mogło, iż odtąd życie głównego bohatera będzie już biegło spokojnie i szczęśliwie. Niestety ci, którzy  zostali  uwikłani  w  walkę  sprzecznych żywiołów, muszą płacić  za  każdą chwilę szczęścia i triumfu. Nie zdradzajmy jednak jak kończy się powieść, gdyż – zaplanowany przez autora – efekt  końcowy jest nieoczekiwany…. Powieść  Nikosa  Chadzinikolau traktuje o pięknie i ranach, o smutnym  spojrzeniu  kobiety patrzącej  na  morze i czekającej na powrót kochanka, jak i o tym, iż w żyłach współczesnych Greków płynie  wciąż  czarna i błękitna krew Grecji antycznej. Na dobrą sprawę  powieść tę można by rozpisać na poszczególne kwestie i zmieniając  nieco  realia,  odegrać  w jakimś greckim amfiteatrze  – wszak mamy tu do czynienia a tymi samymi elementami tragizmu,  które odnajdziemy w Antygonie, Królu Edypie czy Elektrze.  Chadzinikolau czerpie obficie ze skarbnicy  śródziemnomorskiego  mitu, opisuje ten sam gorzki  i słony ból,  tę samą rozpacz w promieniach słońca i  pod włóczniami gwiazd Peloponezu, Epiru, Tesalii i tysięcy wysp.

__________

Nikos Chadzinikolau, Niebieskooka Greczynka, Iskry, Warszawa 1987, s. 132.

BROMBERG (16)

Eleonora Spatz wyszła z domu przy Schöne Strasse i zauważyła, że jest jasny dzień, a słońce zbliżające się do zenitu zapowiada wspaniałą aurę. Liście na klonach przy Hauptstrasse pożółkły już i wyraziście obijały się pośród czarnych konarów. Z upodobaniem używała niemieckich nazw ulic i teraz w jej myślach też królowały takie formy. Była pewna, że Bromberg pozostanie na zawsze w rękach niemieckich i takie nazwy jak Piękna, Szubińska trafią do lamusa historii. Gdziekolwiek się udawała, zawsze pilnowała, by być punktualnie i teraz wyszła z domu około jedenastej, licząc, że droga do Cafe Kronprinz zajmie jej około czterdzieści minut, a jeśli nawet będzie tam prędzej, poczeka na kochanego Williego. Jakąż dumą napełniał jej serce ten chłopak, tak przystojny i tak wspaniale prezentujący się w czarnym mundurze, ale teraz czuła lekki niepokój, bo nie lubiła ukrywać swoich zamiarów przed mężem. Minęła piekarnię na rogu i sklep firmowy Polaka Piekarskiego, czując wspaniały zapach świeżo upieczonego chleba. Schodziła powoli w dół i już zauważyła wspaniałą willę Louisy Giese-Rafalskiej, w której mieszkały samotne bydgoskie kobiety. Właścicielka majątku Rupienica, ulokowanego na południowych rogatkach miasta, wybudowała ten dom lat ostatnich dla niewiast, które były rodowitymi bydgoszczankami, pochodziły z dobrych domów i dysponowały określonymi środkami na utrzymanie. Uśmiechnęła się do swoich myśli, bo przecież przez kilka lat pracowała w tym instytucie i dopiero przejęcie go przez Polaków spowodowało, że straciła pracę. Zbliżała się do okazałego budynku z czerwonej cegły, z charakterystycznymi białymi zdobieniami i rozmyślała o właścicielce i jej pannach, spośród których kilka szczególnie zapadło jej w pamięci. Była wtedy intendentką, ale też wykonywała wszystkie polecenia, zaopatrywała dom w produkty spożywcze, towarzyszyła chorym osobom w drodze do szpitala, a także pomagała w przygotowaniach do pogrzebów, które miały najczęściej miejsce na wielkim cmentarzu ewangelickim przy Wilhelmstrasse.

Droga schodziła dość stromo w dół i Eleonora w naturalny sposób przyspieszała kroku, będąc już naprzeciw wielkiego, dwupiętrowego budynku. Z radością zauważyła przy nim dwóch wartowników z karabinami, w hełmach na głowach i mundurach Wehrmachtu. Wkraczając na Brunnenplatz znowu uśmiechnęła się do swoich myśli, bo przecież tutaj poznała swojego męża Johanna, gdy pani Louisa wysłała ją na targ świński, by wybrała solidnego wieprzka, a potem zajęła się przygotowaniem szynek i kiełbas. To wtedy wpadł jej w oko wysoki mężczyzna, żywo rozmawiający z jakimś sprzedawcą i to wtedy udała, że niechcący na niego wpadła. Podtrzymał ją natychmiast i przestrzegł, że na ziemi jest sporo odchodów i gdyby przewróciła się nieopacznie, jej piękna, różowa sukienka straszliwie by ucierpiała. To spotkanie odmieniło jej życie i spowodowało, że w końcu wzięła ślub z Johhanem i zamieszkała nieopodal tego miejsca, na górce, przy  Schöne Strasse. Zawsze, gdy wkraczała na ten plac, patrzyła na pobliskie skarpy i cieszyła się widokiem wysokiej wieży ciśnień, a nieco dalej charakterystyczną sylwetką wieży Bismarcka. Bodaj w maju 1913 roku poszła wraz z rodzicami na otwarcie tego wspaniałego monumentu i była dumna, że jej tata Helmut, pracujący w Deutscher Ostmarkenverein, przyczynił się do jego powstania. Wszedł do komitetu budowy i wiele razy spotykał się nadburmistrzem Alfredem Knoblochem, z którym też w tej sprawie kilka razu pojechał do Berlina. Szła teraz wolno, przypatrując się okolicznym domom i ludziom, którzy ją mijali i bała się spojrzeć na wzgórza, bo wiedziała, że Polacy z nienawiści do Bismarcka, zburzyli upamiętniającą go wieżę. Ciągle miała w pamięci ów majowy dzień, gdy tata zabrał ją na sam szczyt ogromnego budynku, gdzie w mosiężnej, trzy i pół metrowej misie płonął ogień. Z rozkoszą delektowała się wtedy panoramą Brombergu, wielkimi budynkami, wybudowanymi przez Niemców, ewangelickimi kościołami, wstęgą Brahe i kanałami, które powstały dzięki przychylności króla Prus Fryderyka II, wielkiemu geniuszowi Franza von Brenckenhoffa i modernizatora Ernsta Conrada Petersona. W domu rodzinnym Eleonory kultywowało się pruskie tradycje i z dumą mówiło się o jej mieście, często używając określenia Kleine Berlin. Sprzyjało to rozlicznym lekturom, a szczególnie często młoda dziewczyna zaglądała do „Bromberger Zeitung”, gdzie pojawiało się wiele artykułów o chwalebnej pruskiej historii. Zwiedzając z ojcem i mamą sale w wieży, upamiętniające Żelaznego Kanclerza, z wypiekami na twarzy patrzyła na jego wielki posąg, odlany z brązu i prezentujący go w stroju kirasjera. Wielkie wrażenie zrobiło też na niej dwadzieścia pięć pamiątkowych tablic, ufundowanych przez niemieckie miasta i wielkie osobistości, w tym przez cesarza Wilhelma II i kanclerza Rzeszy Niemieckiej Theobalda von Bethmanna Hollwega. Jak Polacy mogli zburzyć tak wspaniały monument, jak mogli to zrobić? Co to za podły naród?

Rozmyślała o tym, gdy wchodziła na Posener Strasse, a potem przemknęła przez trójkątny Wollmarkt i Friedrichstrasse, na której czuła się dziwnie po długiej nieobecności. Nigdzie nie było już niemieckich nazw, a sklepy galanteryjne, które znała z dawnych czasów zmieniły witryny i wystrój wewnętrzny. Tylko tramwaje wciąż kursowały tą wąską ulicą i mijały się z piskiem i dzwonieniem w okolicach Hofstrasse. Eleonora wcześniej jednak skręciła w lewo i krótką nitką Poststrasse dostała się na Friedrichs-Platz, gdzie znowu poczuła się strasznie nieswojo pośród krzykliwych polskich reklam. Na środku nie było już pomnika Fryderyka II Wielkiego, który nie wadził nikomu przez prawie siedemdziesiąt lat i był atrakcją rynku, obok uruchomionej w 1909 roku fontanny i niewielkiego pomnika dzieci bawiących się z gęsią. Ojciec opowiadał jej, że był świadkiem jak Polacy zrzucili ten piękny monument z cokołu i śmiali się do rozpuku. Ileż razy pojawiała się w tym miejscu na sezonowych jarmarkach i zwykłych targach tygodniowych, podczas których plac wypełniał się furmankami i końmi, a także naprędce skleconymi stoiskami. Teraz przez chwilę stanęła na środku rozległej przestrzeni i spojrzała na zegary na obu wieżach polskiego kościoła pojezuickiego. Nie lubiła go, bo miał dziwaczną architekturę i został wtłoczony między kamienice i Muzeum Miejskie. Miała jeszcze dwadzieścia minut czasu do spotkania z Willim, więc postanowiła jeszcze podejść na most i spojrzeć na rzekę, którą tak wielbiła, szczególnie pod Brombergiem, gdzie z przyjaciółkami jeździła kąpać się w krystalicznie czystej wodzie. Jeszcze raz rozejrzała się po rynku, który sprawiał wrażenie obcego, nie należącego do jej przeszłości, straszącego polską pstrokacizną. Brakowało przede wszystkim niemieckich napisów, nazw sklepów, Damen Confection, Mode Bazar, Bürger Bierhaus i nazwisk ich właścicieli: Adolpha Eberle, Simona Schendela, Hermanna Krause i wielu innych. Z rynku zjeżdżał właśnie tramwaj numer jeden, pozbawiony niemieckich napisów i niepodobny do wozów, które zapamiętała z dawnych lat. Weszła w Brückenstrasse i podążyła nią ku mostowi, właśnie naprawianemu po działaniach wojennych z początku września. Chciała podejść do balustrady, ale drogę zastąpił jej spory oddział Wermachtu maszerujący w stronę teatru i Danzingerstrasse. Trochę rozbawił ją widok żołnierzy w hełmach, z granatami u boku i karabinami na prawych ramionach, tak różniących się wzrostem i posturą. W końcu jednak zatrzymała wzrok na najroślejszych piechurach i poczuła dumę, że armia niemiecka znowu jest na ulicach Brombergu.

Popatrzyła na statki płynące środkiem rzeki i pnie drzew spławiane gdzieś daleko, może nawet do samego morza. W końcu, ociągając się trochę, ruszyła ku wejściu do kawiarni, znanej z licznych opowieści osób, które chętnie spotykały się w niej i czasem balowały do późnej nocy. Czuła lekkie podniecenie, ale górę brała ciekawość i przekonanie, że Willi chce jej przekazać coś bardzo ważnego. Przy drzwiach przywitał ją kelner w białym stroju i z uśmiechem zapytał po niemiecku, bez trudu rozpoznając w niej Niemkę:

– Czym mogę  pani służyć…?

– Nazywam się Spatz i umówiłam się tutaj z kimś… – odpowiedziała i zaraz zagadnęła – Czy może mnie pan zaprowadzić na waszą słynną werandę, nigdy tam nie byłam…

Kelner skinął głową i poprosił by Eleonora podążyła za nim ku schodom prowadzącym na balkon, z którego roztaczał się wspaniały widok na teatr miejski i nabrzeża Brahe, na których królował wielki budynek z niezwykłymi ozdobami. Znała go jako dom towarowy Hohenzollernów, ale teraz pozbawiony niemieckich napisów i witryn pełnił chyba funkcję mieszkalną. Kawiarnia nieco ją oszołomiła, szczególnie główna sala, w której  przy bufecie ustawiono ogromny kredens z kryształowymi szybami, za którymi znajdowały się drogie alkohole i lśniące naczynia, kieliszki i szklanice różnego rodzaju. Poszczególne części lokalu rozdzielały kute z żelaza przepierzenia, przydające przytulności i sugerujące wielkie bogactwo. Po wejściu na werandę zdziwiła się nieco, bo jej wystrój był znacznie skromniejszy, a ubóstwo miały maskować girlandy zieleni, zawieszone naprzeciwko okien. Stoliki miały blaty z marmuru, ale przy nich ustawiono dość prymitywne, białe, metalowe krzesła. Nikogo nie było jeszcze w tym pomieszczeniu, a choć kelner wskazał jej miejsce przy ścianie z kwadratowym stolikiem na rzeźbionej nodze, to wybrała blat w kształcie koła, po drugiej stronie, tuż przy wielkiej witrynie okiennej. Rozsiadła się wygodnie i nakazała, by przyprowadzono do niej młodego SS-Untersturmführera, gdy tylko się pojawi. Rozsiadła się wygodnie, choć przez głowę przemknęła jej myśl, że zawieszony nad rzeką balkon może się nagle zawalić. Szybko jednak odsunęła od siebie tę obawę, słysząc już głos Willego, pytającego na dole o frau Spatz. Kelner doprowadził oficera do jej stolika i stanął w słusznej odległości, gotowy by przyjąć zamówienie. Willi usiadł naprzeciw cioci, zdjął czapkę z trupią główką i położył ją na wolnym krześle, a potem uśmiechnął się promiennie i spytał:

– Na co ciocia ma ochotę…? Bo ja musze wypić kawę…

– Tak młodzieńcze, ja też chętnie wypiję kawę z mlekiem i zjem szarlotkę… – odpowiedziała odwracając się do kelnera.

– To dla mnie to samo… chłopcze przynieś nam dwie filiżanki mokki i dwie szarlotki… – oficer zwrócił się chłodno do kelnera, jakby wydawał mu rozkaz. Eleonora miała wrażenie, że Willi jest nieco spięty, zdawało jej się też, że ma lekki rumieniec na twarzy, ale przecież jego obowiązki były rozległe i może dopiero co wrócił z jakiejś narady lub akcji. Spała jeszcze, gdy rano wychodził z domu, ale teraz miała go do własnej dyspozycji i czekała na rozmowę, jakby miał jej objawić jakąś wielką tajemnicę.

BROMBERG (15)

Noc była ciężka, przytłaczająca i Józia znowu miała senne koszmary. Wstała wcześnie rano i przygotowała rodzicom na śniadanie kawę zbożową z mlekiem, jajecznicę i nieco chleba z dżemem truskawkowym. Matka wstała pierwsza i podeszła do córki, by ją czule objąć.

            – Kochanie, mam do ciebie prośbę… – zagadnęła – Zejdź do pana Abrahama i poproś go, żeby wymienił obcasy w tych moich brązowych butach. Całkiem się starły… Aha… i niech przybije blaszki z przodu podeszwy…   

Dziewczyna poszła do swojej sypialni, a po drodze postanowiła spojrzeć na dwa duże pokoje, ulokowane na końcu długiego korytarz, odchodzącego od ich partii mieszkania. Kiedyś mieli w nich lokatorów, ale jak wojna wybuchła, najemcy ruszyli do rodziny, gdzieś na wieś, pod Inowrocław. Miała zamiar posprzątać całe mieszkanie i teraz chciała się przekonać, czy w wolnych pokojach jest porządek. Szybko zlustrowała pierwszy z nich, a potem weszła do drugiego i przysunęła się do okna, z którego jak na dłoni miała warsztat żydowskiego szewca. Przekonawszy się, że oba pokoje zostały posprzątane przez mamę, wróciła do kuchni i przywitała się z ojcem, który też już wstał.

            – Jak się czuje mój największy skarb…? – zapytał z szerokim uśmiechem.

           – Dobrze…jak jutrzenka na porannym niebie… – odpowiedziała czarująco, a potem poszła do łazienki by umyć się i rozczesać długie, gęste włosy.

Zrobiło się już jasno i raz po raz słychać było głośny skrzek sroki, siedzącej na pobliskim drzewie jarzębinowym. Te biało-czarne ptaki w taki sposób ostrzegały inne skrzydlate stwory, że w pobliżu jest kot. Józia znała wszystkie dachowce, pojawiające się w okolicy jej domu i czasem nalewała im nieco mleka do talerzyków, stojących tuż za kamienicą. Mieszkali na drugim piętrze dwupiętrowego domu przy Strzeleckiej 4, za którym były szopy, warsztat szewski i duży gołębnik jej ojca. Rodzice nie wiedzieli, że dziewczyna miała swój sekret, którego strzegła jak oka w głowie. Czasem nocą, gdy już spali, przez uchylny otwór w suficie klatki schodowej, wchodziła na dach budynku i długo patrzyła na konstelacje gwiezdne. Z czasem nauczyła się wyodrębniać charakterystyczne układy: Wielką Niedźwiedzicę, Plejady i Oriona, który ekscytował ją najbardziej. Pociągała ją wielka tajemnica wszechświata i kiedyś przyniosła do domu książkę o astronomii, którą przeczytała w mig od początku do końca.

            Teraz  zeszła już przed dom z butami mamy w ręku i okrążając go z lewej strony, przeszła na podwórze po drugiej stronie. Podeszła do warsztatu pana Abrahama i lekko zapukała do drzwi, czekając cierpliwie aż szewc jej otworzy. Minęła minuta, potem dwie następne i nic się działo, więc dziewczyna zastukała raz jeszcze. Teraz miała wrażenie, że przybrudzona firanka poruszyła się z lewej strony okna, a potem usłyszała jakieś głuche hałasy i drzwi wreszcie otworzyły się z chrzęstem. Stał w nich Żyd z długą brodą, odziany w spodnie i białą koszulę, z czarna mycką na głowie.

            – A… a… to pani Józia… Proszę wejść… Bałem się otworzyć… – powiedział i zrobił jej miejsce w otwartych drzwiach.

            – Mama prosiła mnie, bym dała panu te buty do naprawy – powiedziała – Mają zdarte obcasy i potrzebne też są blaszki z przodu.

            – No tak, no tak… – potwierdził zlecenie mężczyzna, rozglądając się niewidzącym wzrokiem po swoim warsztacie.

Józia znała dobrze to miejsce, bo uwielbiała przychodzić do starego rzemieślnika, gdy była mała. Sadzał ją wtedy obok siebie, szewcował spokojnie i opowiadał jej wspaniałe historie ze swego życia i chwalebnych dziejów ludzkości. Miał ogromną wiedzę, a jego kantorek, graniczący z warsztatem wypełniony był książkami, obrazkami i mapami. To od niego dowiedziała się sporo o wszechświecie, planetach, asteroidach i kometach i to on opowiedział jej o wyjściu Mojżesza z ziemi egipskiej, domu niewoli. Wyobraziła sobie jak prowadzi wielki lud, wsparty tylko na drewnianym kosturze i jak prosi Boga, by rozstąpiły się wody Morza Czerwonego.

            Weszła do środka i od razu zauważyła liczne zmiany w wystroju pomieszczenia. Narzędzia były na swoim miejscu, ale znikły sterty butów, które ludzie przynosili do naprawy. Okno było zasłonięte czarną szmatą i tylko z boku, przy framudze pojawił się niewielki prześwit światła.

            – Zrobię je na jutro… albo nie, może lepiej szybko… dzisiaj na wieczór…- powiedział Żyd, lękliwie rozglądając się na boki.

            – To nie jest takie pilne… może pan je zrobić na jutro – z promiennym uśmiechem odparła Józia i już chciała podziękować i wyjść, ale mężczyzna powstrzymał ją ruchem ręki i poprowadził ku krzesłu.

            – Muszę naprawić je szybko, bo nie wiem co będzie jutro… Drogie dziecko nastały trudne czasy… Mój przyjaciel Szmul… wiesz ten granatowy policjant, co mieszka na Jaskółczej, dzisiaj rusza z innym Żydem, który ma ciężarówkę… rusza na wschód, do rodziny… Namawiają też mnie bym z nimi się zabrał, ale wciąż się waham… nie wiem, czy tam ocalę życie…

            – Widziałam straszne rzeczy… – odezwała się Józia – zabijanie ludzi przy kościele na Szwederowie… i te rozstrzelania na Rynku Piłsudzkiego…

            – Tak, dziecko… tak, nastały straszne czasy… Nie wiem co robić… Na razie naprawiłem wszystkie buty i zamknąłem warsztat, ale nie wiem, z czego będę żyć…

            – Niech pan się nie martwi… moja mama wczoraj mówiła, że będziemy panu pomagać… Znajdzie się trochę chleba i owoców, a ja codziennie przyniosę panu trochę mleka…- Powiedziała z czułością.

Abraham poczuł ciepło w okolicach serca i usadowił się naprzeciwko niej, delektując się jej świeżością i prawdziwie zjawiskowym pięknem. Już dawno zauważył, że była tak urodziwa jak Sara, żona patriarchy Izraela, noszącego takie samo imię jak jego nazwisko – Abraham. Ilekroć wyobrażał sobie pramatkę, jak towarzyszy mężowi w drodze z Mezopotamii do Kanaanu, albo, gdy czytał w księgach o tym, że pożądał ją faraon i Abimelek, król Geraru, miał przed oczami postać tej zjawiskowej dziewczyny z sąsiedztwa. Często też mówił do niej „Księżniczko”, co po hebrajsku brzmi Sara, choć ona o tym nie wiedziała. 

            – Najważniejsze, żeby miał pan czym w piecu napalić, bo idzie zima… – powiedziała czując chłód w warsztacie.

            – Dla oszczędności ogrzewam tylko mój kantorek – przytaknął i zniżając głos dodał – Ja już jestem stary, sporo widziałem, chodziłem do teatru miejskiego na przedstawienia i koncerty, jadłem chleb z masłem i comber barani… ale teraz najważniejsi są młodzi. Czuję, że mój świat niedługo się skończy…

            – Wszyscy ludzie są ważni… – próbowała oponować Józia.

            – Tak, wszyscy… ale młodzi najbardziej – potwierdził i ciągnął dalej – To wy zbudujecie nowy świat, musicie jednak przeżyć. Ty szczególnie jesteś narażona, bo podczas wojny bestie w ludzkich skórach polują na piękne kobiety… Ty może tego nie rozumiesz, ale twoja uroda teraz jest dla ciebie największym zagrożeniem… Musisz ściąć włosy, zrezygnować z pomadki i henny, musisz stać się bezbarwna, jak większość naszych kobiet…

Józia wiedziała, że jest urodziwa, widziała też jakie piorunujące wrażenie robiła na niektórych mężczyznach, szczególnie na tym biednym wozaku węglowym, którego śmierć widziała przy szwederowskim kościele. Dotarło do niej też ostrzeżenie pana Abrahama, ale przecież tak kochała swoje włosy i tak lubiła je czesać rano i wieczorem. Jakże mogłaby je ściąć i co na to powiedziałaby jej mama, która tylekroć zaplatała jej warkocze.

            –  Mama mówi, żebym jak najwięcej siedziała w domu…– powiedziała – A mój tata twierdzi, że jak nie wychodzi się naprzeciw zła, to ono nas nie widzi…

           – Wiesz jak lubię i cenię twojego ojca, wiesz jak go kocham jako ludzkiego sąsiada i kompana do szachów, ale tym razem nie ma racji. Zło jest jak straszliwy drapieżnik, ukryty w zaroślach. Stale czeka i stale jest gotowe by zaatakować… Tak samo wilk zaczaja się na sarnę… A ty jesteś jak ona, bezbronna i piękna…Musisz księżniczko bardzo na siebie uważać i stale pamiętać moje słowa…

Józia zamyśliła się przez chwilę, po czym pożegnała się z szewcem i wyszła z jego warsztatu na podwórko. Sroka wciąż głośno skrzeczała w czarnych konarach jarzębiny, a szary kot patrzył na nią łakomie z plątaniny krzewów porzeczkowych, zasadzonych przy płocie sąsiedniej posesji. Wyczuła, że zerwał się lekki wiatr i żółte liście zaczęły snuć się po chodniku jak nocne mary z jej snu. Nagle większy podmuch rozwiał włosy dziewczyny i całkowicie zakrył jej twarz. Poruszyła głową, opuściła ja na dół, by wszystkie opadły, o potem nagłym ruchem odrzuciła je do tyłu.            

– Nie mogę ich obciąć – pomyślała – może starczy jak będę je upinać w kok… albo zaplatać w grube warkocze…?

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (XI)

Olinopas przybliżył się do Yasmena i utkwił wzrok w jego twarzy. Czekał cierpliwie aż dowódca odezwie się do niego, ale mijały chwile i nic się nie działo, żadne słowo nie pojawiało się na jego ustach. Po długim śnie czuł w sobie dziwną energię i był gotowy czerpać z niej długimi haustami. Yasmen zdawał się o czymś rozmyślać,  albo wpatrywać się w coś niewidocznego, coś głęboko skrytego, oddzielonego od nich wielkimi przestrzeniami niebieskimi. Przymknął oczy i pozostawał w czujnym letargu, ale gdy dowódca wreszcie odezwał się, drgnął lekko przestraszony.

            – O czym medytujesz bracie…?

Pytanie Yasmena przydało mu znowu energii i zapragnął wystawić go na nową próbę.  Nie ociągając się zatem powiedział.

            – Nie wiem dlaczego, ale znalazłem się znowu w przeszłym życiu i zacząłem obserwować piękną rzymską niewolnicę. Zajmowała się włosami jakiejś ważnej pani, obmywała jej ciało w oślim mleku, a potem długo namaszczała je aromatycznymi olejkami. Miała na sobie białą szatę i wyraźnie rysowały się pod nią piękne kształty, przypominające antyczną rzeźbę. Po jakimś czasie pani odesłała ją i niewolnica poszła do komnaty jej męża, mocarnie zbudowanego legionisty, który natychmiast wciągnął ją do łoża…

            – To zapewne był sen… – Powiedział Yasmen.

            – Tak, to mógł być sen… – przytaknął Olinopas, ale zaraz dodał – Tylko dlaczego czułem, że jestem w ciele tej niewolnicy?

Dowódca zapatrzył się w dal i też przez chwilę wniknął do tamtej przestrzeni. Znalazł się przy kobiecie, właśnie wychodzącej z pokoju centuriona i odprowadził ją aż do pobliskiej łaźni, gdzie zrzuciła szatę i zaczęła obmywać swoje ciało. Zdało mu się, że niewolnica zaczęła popłakiwać i przybliżył się nieco, by to potwierdzić.

            – Dawno już miałem zapytać cię panie, dlaczego w niebie nie ma uskrzydlonych kobiet…? – zapytał Olinopas.

Yasmen wyrwany z rzeczywistości rzymskiej, spojrzał na ulubionego anioła i dopiero po chwili dotarł do niego sens jego wątpliwości.

            – Zadajesz tak naiwne pytania bracie, że zaczynam wątpić, czy cokolwiek rozumiesz ze swojej nowej sytuacji…  

            – Nie rozumiem wszystkiego panie, ale kto pyta, nie błądzi…– ciągnął urodziwy towarzysz.

             – Myślałem, że te dylematy został daleko, za bramną śmierci… i nikt tutaj nie będzie kwestionował boskich rozstrzygnięć – dziwił się Yasmen – Widzę jednak, że muszę przypomnieć to, co powinno dla ciebie być oczywistością. W niebie nie ma żeńskich aniołów, ale my też nie jesteśmy mężczyznami… Bóg pozbawił nas tych dylematów i chociaż w naszych myślach i rozmowach pojawia się rodzaj męski, to ma to tylko charakter użytkowy. Chyba Ewangelia według św. Mateusza całkowicie zatarła się w twojej pamięci, bo inaczej pamiętałbyś, co powiedział Pan o ludziach po zmartwychwstaniu: ani żenić się nie będą, ani za mąż wychodzić, lecz będą jak aniołowie w niebie… Dlatego tutaj nie rozmnażamy się i nie odczuwamy ziemskich pokus…

            – To dlaczego dowódco tak drżę, gdy jestem blisko ciebie…– odważnie zapytał Olinopas.

            – To normalne napięcie… na linii służbowej… – powiedział Yasmen, czując, że zaczęły się w niego wpatrywać jakieś potężne byty – Nie jesteśmy już ludźmi i nie zajmujemy się ich sprawami. Myśl tylko o Bogu i staraj się przeniknąć jego tajemnicę, a będziesz szczęśliwy i spełniony…

Olinopas zamyślił się głęboko, zastanawiając się, czy ciągnąć ten wątek rozmowy i zdradzić dowódcy swoją tajemnicę. Wszak czuł wyraźnie, że w jego bliskości dzieje się z nim coś dziwnego, a napływające do świadomości obrazy nagich ciał, przerażają go. Pamiętał też o tym, co poczuł, gdy Yasmen położył mu rękę na ramieniu i inne momenty, gdy coś kazało mu podfruwać jak najbliżej do dowódcy. Zaczął się rozmarzać, ale oschły głos towarzysza w jednej chwili przywrócił go do rzeczywistości niebieskiej.

            –  Jesteśmy bytami bezcielesnymi, a nasz obraz jest tyleż ludzki, co boski… mówił – Bóg też jawi się nam jako mężczyzna, choć, tak jak my, jest też bezcielesnym duchem…Tylko to pozwala mu być ojcem i istnieć w trzech osobach… Tak jest i tak nie jest, bo przecież i tam i tu Bóg jest przede wszystkim tajemnicą… Zyskujemy świętość, zbliżając się ku niej…  

            – Będąc na tamtym świecie, myślałem, że aniołowie są cieleśni, chociażby dla widzialności i wzajemnej komunikacji – powiedział urodziwy.

            – I poniekąd tak jest, ale przecież mamy tutaj do czynienia z wieloma formami wizualności… Pomyśl tylko o archaniołach… i o najważniejszym z nich…

Ledwie Yasmen wypowiedział te słowa, w jego myślach pojawiła się grupa nagich mężczyzn i kobiet, kotłujących się i lubieżnie dotykających miejsc intymnych. Mężczyźni kopulowali z mężczyznami i kobietami, kobiety pieściły piersi i waginy innych kobiet. A przy tym wszyscy byli jakby przylepieni do czarnego, oślizłego twora, ni to hipopotama, ni krokodyla, leżącego na wielkich złożonych skrzydłach nietoperza albo sowy. Cała grupa pulsowała i rozpryskiwała się w jednej chwili, jak muchy unoszące się nad padliną, a potem scalające się na nowo w jeden kształt. Yasmen przeraził się tej wizji i podążył myślą ku głębinom niebieskim, zawodząc z przerażenia i jakby wzywając na pomoc potężnego ducha. Zaraz też usłyszał w sobie przeciągły świst, przez ułamek sekundy zobaczył archanioła Gabriela, dmącego w długą trąbę, a potem wszystko zniknęło i tylko echo powtarzało monotonnie po aramejsku słowa: Bóg jest moją siłą…Yasmen zawstydził się straszliwie i zerknął na towarzysza, próbując przeniknąć jego myśli i zrozumieć to, co się stało. Dlaczego pojawiła się w nim ta ohydna wizja i kto za nią stał, Olinopas, Satanael czy sam Bóg? Odczuł jakiś dziwny lęk i by go zwalczyć, odsunął się od towarzyszącego mu anioła i zarządził przygotowanie do odlotu. Dawno przebudzeni towarzysze przyglądali mu się z uwagą, jakby też byli świadkami ingerencji archanielskiej. Uznał to za złudzenie i wskazał prawą ręką kierunek, w którym mieli podążyć, a potem wydał krótką komendę:

            – W imię Boga… Ruszamy…!!!   

Odział wzniósł się powoli ku górze, uformował w szyk bojowy i coraz szybciej pomknął ku wielkiej wieży, granatowiejącej przy jasnych zboczach, tuż przy linii horyzontu. Rozpędzili się szybko i teraz, każdy, kto na nich patrzył z oddali, brał ich za wielką, lśniącą strzałę, lecącą ku dalekiemu celowi. Mijali inne oddziały i samotnych wędrowców, pozostawiali za sobą puste przestrzenie, jakby pulsujące tęsknym wołaniem, dalekim jękiem generowanym przez ból lub rozkosz. Yasmen nie mógł przyjść do siebie, wciąż niosąc w pamięci ohydne obrazy i pojawienie się archanioła, tak łagodnego i tak gwałtownie niszczącego to, co podstępnie wniknęło w jego świadomość. Kącikiem oczu zauważył Olinopasa, wyprężonego i dynamicznie mknącego we wskazanym kierunku. Chciał skupić uwagę na jego prawej dłoni, torującej drogę pośród przestrzeni niebieskiej, ale jego wzrok powędrował ku zielonej-złotej szacie, unoszącej się lekko i odsłaniającej kształtne uda. Choć bardzo pragnął odwrócić głowę, jeszcze kilka razy spojrzał na Olinopasa i dopiero, gdy urodziwy anioł zniknął na chwilę w białej chmurze, wpatrzył się w daleki cel. Znowu usłyszał w sobie słowa: Bóg jest moją siłą… i przekazał je wszystkim  członkom oddziału, a oni zaczęli przekazywać je wszystkim mijanym, uskrzydlonym duchom. Jeśli na ich drodze pojawiłby się choćby okruch zła,  zmietliby go natychmiast, odrzucili daleko za siebie. Nie mogli jednak wiedzieć, że bystre, czarne ślepia wpatrzyły się w nich i uważnie śledziły pokonywaną drogę.

« Older entries

%d blogerów lubi to: