BROMBERG (14)

Komendant Policji Jan Kowalski wyszedł z tymczasowej siedziby Selbschutzu, w dawnej willi Blumwego, gdzie uczestniczył w naradzie z SS-Standartenführerem Ludolfem von Alvenslebenem. Dzień był słoneczny, więc postanowił przejść główną ulicą miasta w okolice teatru miejskiego i tam skręcić ku dawnej siedzibie polskich władz rejencyjnych, gdzie mieścił się też komisariat powiatowy. Szedł powoli przyglądając się ludziom i budynkom, z których teraz zwisały wielkie czerwone flagi, z czarnymi swastykami. Jeszcze nie otrząsnął się z wrażeń, jakie przyniosła nieudana ucieczka w kierunku Inowrocławia, a potem przesłuchania i szybkie podpisanie zobowiązania lojalności, w czym dopomógł mu wujek, dawny współwłaściciel składu handlowego. Teraz dziwnie się czuł, idąc ulicą Gdańską, pod okupacją niemiecką przemianowaną na Adolf Hitler Strasse, pełną patroli w masywnych hełmach, oficerów przemykających gdzieś szybko i samochodów z niemieckimi rejestracjami. Na wysepce, przy hotelu Pod Orłem przystanął obok policjanta w granatowym mundurze, który natychmiast mu zasalutował.

– Jak sprawy się mają…? – zapytał podwładnego, nie mogąc sobie przypomnieć jego nazwiska.

– Wszystko pod kontrolą panie komendancie… Melduje się posterunkowy Józef Madej…Duży ruch przy hotelu, podjeżdżają niemieckie auta, wchodzą i wychodzą oficerowie i żołnierze niższej rangi…

– Może dostają posiłki w restauracji – powiedział Kowalski, przypominając sobie niegdysiejszy raut prawniczy w Sali Malinowej, na który został zaproszony w 1933 roku.

 – Pewnie tak… odpowiedział posterunkowy, a potem dodał – Jeden z podoficerów powiedział mi, że Niemcy przemianują nazwę naszego reprezentacyjnego hotelu na Danzinger Hof…

 – To ciekawe…i jakże dziwaczne… – odrzekł Kowalski i już chciał odejść, gdy jego uwagę przykuł orzełek na czapce podwładnego. Zatrzymał się jeszcze na chwilę i cicho wydał rozporządzenie – Kolego ściągnij polskie godło z nakrycia głowy, teraz będziemy nosili na nich herb miasta z czasów niemieckich. Pobierzecie blaszkę w naszym komisariacie…Więc mówicie… Danzinger Hof…

 – Tak jest panie komendancie – zasalutował na pożegnanie Madej i odwrócił się w drugą stronę, przybierając postawę służbistą.

Kowalski ruszył dalej, rozmyślając o tym, co mu powiedział posterunkowy. Jego kroki były sprężyste, a wyglancowane oficerki miarowo stukały o chodnik. Szybko dotarł do kościoła klarysek, wciąż czynnego i gromadzącego wiernych na mszach. Niestety wiedział już od Alvenslebena, że świątynia niebawem zostanie zamknięta… oby tylko znowu nie przemianowali jej na remizę strażacką… pomyślał i ruszył w kierunku kolejnego podwładnego, stojącego na posterunku naprzeciw półokrągłego domu Pfefferkorna, w którym od dziecka bywał w składzie i mieszkaniu swojego wuja. Zbliżył się do policjanta, który nie widział, że dowódca sunie ku niemu. Lubił czasem żartobliwie straszyć swoich podwładnych, więc teraz odezwał się znienacka po niemiecku:

 – Alle achtung!

Wystraszony Posterunkowy odwrócił się błyskawicznie na pięcie, a widząc swojego dowódcę, uśmiechnął się, zasalutował i szybko się zameldował:

 – Na wyznaczonym miejscu, melduje się starszy posterunkowy Józef Glapa…

Tego policjanta Kowalski znał znakomicie i nawet go lubił, więc z uśmiechem nakazał mu konfidencjonalnie zdjąć orzełka z czapki, a potem dalej patrolować przestrzeń ograniczoną z jednej strony przez teatr, a ze strony drugiej przez cukiernię Białeckiego, półokrągłą kamienicę Pfefferkorna i niewielki kościół. Zapytał jeszcze o żonę i dzieci, a potem ruszył równiutkim chodnikiem dawnej ulicy Jagiellońskiej, wzdłuż latarń gazowych i drzewek, posadzonych ledwie kilka lat temu, podtrzymywanych przez żelazne wsporniki i ochranianych przez dookolne siatki. Właśnie dowiedział się, że jego siedziba, w dawnym budynku Rejencji Bydgoskiej, mieścić się teraz będzie przy Hermann Göring Strasse. Nagle jego uwagę przykuł mijający go boy hotelowy, ubrany paradnie w białą kamizelkę, pumpiaste spodnie, kolanówki i dość znoszone brązowe buty, całość uzupełniał paradny, czerwony toczek na głowie, przytrzymywany przez pasek, zapinany pod brodą,. Chłopak zapewne zmierzał do wielkiego budynku pocztowego, wzniesionego przez Prusaków pod koniec ubiegłego wieku w stylu narodowym i ukończonego w roku 1900. Teraz, gdy chłopiec się oddalił, Kowalski przyspieszył nieco kroku i już z daleka zobaczył dwie ogromne flagi ze swastykami, zwisające od dachu do końca elewacji. Przy samym wejściu wyprężyli się przed nim robotnicy budowlani, właśnie demontujący polskie tablice municypalne.

Wszedł do obszernego przedsionka i długim korytarzem skierował się ku pokojom na parterze, w bocznym skrzydle, zajmowanym przez policję. W sekretariacie przywitał go przodownik Kamiński, a po chwili z bocznego pokoju wyszedł też starszy posterunkowy Tabakowski. Nagle poczuł się zmęczony, więc podszedł do stołu, nalał sobie zbożowej  kawy z dzbanka i usiadł na wygodnym fotelu. Współpracownicy zauważyli, że wyciągnął z kieszeni kraciastą chusteczkę i zaczął nią ścierać pot z czoła, zza uszu i z szyi. Dopiero, gdy napił się kawy, sięgnął po papierosa i po pierwszym zaciągnięciu się dymem, wypuścił z ust biały obłok, Kamiński odważył się zapytać:

– Jak tam narada Janku… Szwaby dadzą nam żyć…?

Dowódca zaciągnął się ponownie, a po wydmuchnięciu dymu i wypiciu kolejnej porcji kawy, ociągając się jakby mu to sprawiało przykrość, powiedział:

 – Nie mamy wyjścia, musimy dostosować się do zarządzeń władz okupacyjnych…Wszyscy będziemy musieli podpisać zobowiązania lojalności, każdego dokładnie prześwietlą, sprawdzą genealogię i jeśli znajdą jakieś odgałęzienia żydowskie, wypieprzą na zbity pysk…

  – No to nasz kochany Szmul Lewi pożegna się z posadą…– odezwał się Tabakowski.

  – Niestety tak…I jakże przykro mi będzie mu to zakomunikować… – odparł komendant, a potem ciągnął – Musimy mu jakoś pomóc, bo otrzymałem rozkaz przekazywania wszelkich informacji o Żydach do samego Alvenslebena. Najlepiej by było, gdyby spróbował przedostać się do Rosji, podobno ma tam rodzinę, a jego wujek piastuje wysokie stanowisko w bolszewickim wojsku…

  – Teraz to są nasi przełożeni, a zadaniem policjanta jest służyć władzy, jakakolwiek by ona nie była… – powiedział Kamiński.

  – Taki nasz los i takie zadanie… wielu z nas nienawidziło Piłsudskiego, ale służyliśmy mu wiernie… – zabrał głos w dyskusji starszy posterunkowy.

  – Piłsudski kazał strzelać do tłumów, ale miał zawsze na uwadze interes Polski, jesteśmy warcholską nacją… – powiedział komendant.

  – Choć moja żona tego nie zaakceptuje, podpiszę szybko akt lojalności… powiedział Kamiński.

  – Będziemy też musieli ślubować oddanie Hitlerowi… Alvensleben powiedział mi, że będziemy też wykorzystywani podczas egzekucji…

 – Pełniłem służbę na Starym Rynku i rozstrzeliwanie nie zrobiło na mnie większego wrażenia… W końcu wcześniej, na rozkaz polskich władz wojskowych, strzelaliśmy do niemieckich dywersantów…– powiedział Tabakowski.       

– Policjant musi być twardy… – wtrącił się Kamiński – Szczególnie teraz, gdy Niemcy nie patyczkują się z mięczakami… Historia uczy, że wszelkie zabory i najazdy kiedyś się kończą… A wtedy będziemy potrzebni ojczyźnie żywi…

– To są trudne wybory mój przodowniku…– próbował zamknąć dyskusję Kowalski.

– Tak, ale pamiętaj co Jezus powiedział do faryzeuszy: Oddajcie co jest cesarskie, cesarzowi, a co jest boże Bogu…

– Cały czas brzmiały mi w uszach te znamienne słowa z Ewangelii św. Mateusza, gdy słuchałem Alvenslebena… I cieszę się, że nie będę miał problemu z wyznaczeniem was do planowanej egzekucji Żydów nieopodal Bydgoszczy.

– Myślałem, że rozważaliśmy to wszystko teoretycznie – powiedział czerwony od gniewu Kamiński.

– Tak, ale teoria jest pustą literą, jeśli nie sprawdza się w praktyce – powiedział dowódca, lekko urażony tonem ostatniej wypowiedzi Kamińskiego.

– Jeśli kolega ma jakieś opory, ja ich nie mam i mogę pojechać na akcję za niego… palnął Tabakowski, zasalutował i wyszedł do sąsiedniego pokoju.

Kowalski dopił resztę kawy, po czym dźwignął się z fotela i powędrował do swojego gabinetu. Tam zasiadł za biurkiem i sięgnął po słuchawkę telefonu. Odszukał numer w podręcznym notatniku i wykręcił go powoli. Po chwili usłyszał w słuchawce dźwięczny, znajomy głos:

– Tu Szmul Lewi, czym mogę służyć…?

– Mówi Kowalski…Słuchaj uważnie drogi przyjacielu… Musisz jak najszybciej wziąć najpotrzebniejsze rzeczy, spakować żonę i dzieci, wziąć oszczędności i kosztowności  i zmykać stąd jak najdalej. Jeśli tego nie zrobisz, Niemcy wkrótce zapukają do waszych drzwi i wywloką was na rozstrzelanie…

– O Jahwe, rabinie nad rabinami… – Kowalski usłyszał po drugiej stronie – O Jahwe, a gdzie my się teraz podziejemy…?

– Podobno masz rodzinę w Rosji, więc kieruj się ku wschodniej granicy… – mówił przełożony – Tutaj nie ma dyskusji… Nawet twoi koledzy z naszego komisariatu doniosą na ciebie… Rozmawiałem z nimi i wiem jaki jest ich stosunek do rozkazów władz… A są one bezwzględne dla waszego narodu i już zaplanowali masowe rozstrzelania nieopodal naszego miasta… Masz tylko jedną alternatywę kochany Szmulu, ucieczka albo śmierć…

– Ty jesteś dobrym człowiekiem Janku… dobrym człowiekiem – powiedział dobitnie Szmul, a potem dorzucił – Nigdy ci tego nie zapomnę. Mam sąsiada, bardzo bogatego Żyda, który niedawno kupił duży furgon dostawczy, może zabierze swoją rodzinę i nas i jakoś przemkniemy bocznymi drogami do Wilna, a stamtąd do Głębokiego i Połocka, nieopodal sowieckiej granicy, gdzie od lat mieszkają moi krewni.  Tylko jak ja to wytłumaczę mojej Mirełe…? Ona tak kocha naszą Bydgoszcz… Jak uspokoję małego Chaima i jego siostrę Sarę…?

– Nie masz wyjścia Szmulu… to są prawdziwie szatańskie bestie i nie zlitują się nad wami… Zażądali bym wyznaczył dwóch naszych policjantów do pomocy w rozstrzeliwaniu Żydów w Tryszczynie albo Fordonie, planowanym wkrótce. I dwaj twoi koledzy… nie pytaj którzy…bez mrugnięcia okiem zgłosili się na ochotnika. Biegnij do swojego majętnego przyjaciela, weźcie sporo żywności i wody i uciekajcie jak najszybciej, jedźcie bez świateł przez wsie, lasy i pola, najlepiej nocą, tylko bocznymi drogami, bo wszędzie są posterunki i wszędzie na was będą polować… Jesteś takim inteligentnym szachistą, więc rozegraj tę partię tak, by w Połocku powiedzieć: mat…Już nie liczą się pieniądze, nie liczy się bogactwo, to tylko środki, dzięki którym ocalicie swoje życia.

– Dziękuję raz jeszcze Janku i do zobaczenia w innym świecie…– jęknął boleśnie Szmul.

– Do zobaczenia przyjacielu… – odparł Kowalski i odłożył słuchawkę na widełki.

CZARNY NEFRYT (11)

Dong powoli odzyskiwał świadomość, ale widział wciąż zamazane obrazy, jakby patrzył przez grubą taflę lodu. Dochodziły do niego jakieś dźwięki, pokrzykiwania i nawoływania, ale trudno mu było połączyć je w logiczną całość. Czuł dotkliwy ból z tyłu głowy i bał się poruszyć nią, jakby groziło mu wciąż wielkie niebezpieczeństwo. Uchwycił się tej myśli i powoli zaczął przypominać sobie kim jest i co się stało. Nagle przestrzeń wokół niego zyskała na ostrości i zobaczył grupę ludzi idących przy wielkim wozie, zaprzężonym do dwóch koni. Poruszył się powoli i dotknął rany na głowie, z której lekko sączyła się krew. To była jego wieś i tutaj przyjechał wysłannik cesarski ze swoim oddziałem, by wszystkich wymordować. Przypomniało mu się, że uciekał przed jednym z żołnierzy i otrzymał cios mieczem w głowę, a potem upadł wprost w stóg siana. Oprawcy zapomnieli o nim i tak przeleżał w ukryciu dwa dni, bez czucia i świadomości, aż wreszcie zaczął się budzić i zobaczył szabrowników, odzierających domostwa z tego, co jeszcze pozostało i czego nie strawił ogień. Przez chwilę zastanawiał się czy wyjść z ukrycia czy nie, ale jego decyzję przyspieszyło dwóch rosłych drabów, zbliżających się z widłami do siana. Zanim zagłębili je w nim, wyszedł powoli i stanął na chwiejnych nogach. Pomyślał, że zaraz go zabiją, ale oni podbiegli do niego, wsparli go ramionami i poprowadzili do wozu.

            – Bierzemy co się da i wracamy do miasta – powiedział jakiś starzec – Tutaj już nie masz co robić… Wilki i niedźwiedzie wkrótce nadejdą i mogą ci zrobić krzywdę… Przyłącz się do nas, a znajdzie się miejsce do spania i praca w którymś z domów…

Dong pokiwał potakująco głową i usiadł wygodniej na wozie, na który właśnie ładowano jakieś rolnicze narzędzia, siano i słomę, spętane kozy i barany, nawet psy i koty. Najwięcej sprzętów znaleziono w kuźni, a gdy odkryto schowek w dachu, wyniesiono z niego miecze i kopie, halabardy i noże. Były tam też naczynia z brązu i żelaza, a nawet trzy niewielkie worki z ryżem, pszenicą i grochem, trochę wędzonej wieprzowiny i udziec barani. Przy kuźni nie było starego kowala, ale w ogrodzie znaleziono świeży grób, co było dziwne, bo ciała wszystkich zamordowanych leżały na podwórkach, w sadach i przy drogach, a na środku wsi żołnierze utworzyli piramidę z odciętych głów. Spłoszone sępy odleciały na pobliskie topole, albo krążyły w powietrzu i wydawały pojedyncze, złowieszcze jęki. Nagle jednak wzbiły się znacznie wyżej, co zaniepokoiło starca dowodzącego szabrownikami. Wskazał kołujące ptaki najbliżej stojącemu mężczyźnie i powiedział:

            – Sępy wzbiły się wyżej…           

Ten nie zrozumiał o co chodzi, wzdrygnął ramionami i pobiegł dalej rabować co się da, wynosić ziemniaki i marchew z ziemianek, szukać zwierząt upieczonych żywcem w pożodze.

Wszędzie panowało ożywienie, kobiety i mężczyźni podążali ku miejscom, gdzie ocalały jakieś części chat, wchodzili pod ziemię do schowków, wydobywali ze spichlerzy kosze z jabłkami i gruszkami, owocami morwowca, kasztanami i żołędziami. Nagle, jak na komendę, wszyscy zatrzymali się i zaczęli nasłuchiwać. Od strony cesarskiego dworu nadjeżdżali jeźdźcy i tętent końskich kopyt wzmagał się coraz bardziej.

            – Uciekajmy, to żołnierze cesarza – krzyknął ktoś i puścił się pędem w zarośla bambusowe.

            – Nie uciekniemy – powiedział starzec, zszedł z kozła i stanął przy wozie.

Nie minęło wiele czasu i dwudziestoosobowy oddział, uzbrojony po zęby, w pięknych, lśniących zbrojach z pomalowanych na czerwono płytek z pancerza żółwia, wjechał na główny trakt wiejski. Widząc u końca wsi wielki wóz i umykających ludzi, żołnierze natychmiast skierowali się ku nim, z bojowym okrzykiem. Szybko okrążyli szabrowników i dźgając lekko kopiami w karki, zagonili ich w jedno miejsce, przy koniach i pojeździe. Jako ostatni nadjechał majestatycznie gruby dowódca i zaczął poruszać się pomiędzy złapanymi ludźmi na swoim koniu. Przyjrzał się wszystkim i upewnił, że ma do czynienia z mieszkańcami obrzeża cesarskiego miasta. Nieco dłużej zatrzymał się przy wozie i ze zdumieniem patrzył na leżące na nim miecze i inną, pięknie wykonaną broń.

            – Chcieliście okraść miłościwie nam panującego Qin Shi Huangdi…!?   

Złapani padli na kolana i płakali żałośnie, pochylając głowy i bijąc nimi o ziemię. Jedni milczeli przerażeni, a inni błagali:

            –  Dostojny panie daruj nam życie… Nie zabijaj nas… To bieda nas tutaj przywiodła… Wszystko chcieliśmy oddać cesarzowi…

            –  Teraz łasicie się psy… –  krzyknął dowódca i wciąż siedząc na koniu, kopnął w głowę najbliżej stojącego, łysego i przysadzistego jak on, mężczyznę. –  Zobaczymy co cesarz każe z wami zrobić? Ja bym was wszystkich już tutaj skrócił o głowę, ale może nasz pan będzie miał inny pomysł…

Powiedziawszy to, spiął konia ostrogami i pojechał przyjrzeć się zniszczeniom w różnych miejscach wsi. Zatrzymał się dłużej przy piramidzie z głów i napisie na desce. Przejechał cały trakt od wjazdu, aż do kuźni, pokręcił się na niektórych podwórkach, a potem wrócił do wozu i swoich żołnierzy, którzy spętali już wszystkich schwytanych. Nagle z pojazdu uniósł się zraniony w głowę mężczyzna i krzyknął przeraźliwym głosem:

            –  Panie, panie… ratuj mnie, bo jestem niewinny… Pochodzę z tej wsi i zostałem schwytany przez okrutnych złodziei… –  zawodził Dong i załamywał ręce.

Dowódca podjechał do wozu, przyjrzał się mężczyźnie i od razu zauważył ranę na głowie, po nieudanym cięciu mieczem. To upewniło go, że człowiek ten mówi prawdę i nakazał sprowadzić go na ziemię, dać wody i ryżu, a potem wsadzić na pustego konia.

            –  Staniesz przed obliczem cesarza i opowiesz mu o wszystkim – powiedział dowódca i nakazał ruszać w kierunku dworu.

Dong pierwszy raz w życiu siedział w siodle krwistego rumaka i bardzo się przestraszył. Na szczęście żołnierze spętali mu nogi po brzuchem zwierzęcia i ręce przywiązali do grubego pasa. Jechali teraz wolno skrajem gór i nie wiedzieli, że zza jednej ze skał obserwuje ich kobieta w średnim wieku, która także podąża w okolice pałacu. Dong rozmyślał gorączkowo, co ma powiedzieć cesarzowi, by go nie rozgniewać. Usłyszał od Aia o zbrodniach Wanga i widział pojawienie się siepaczy Czena, a potem prawie całą straszną masakrę. Co jednak na to powie cesarz i co każe z nim zrobić? Może lepiej skłamać, może coś dodać… rozmyślał gorączkowo i szukał rozwiązania. Wydostali się już z górskiego wąwozu, przejechali wielki las bambusowy i pojawili się na głównej drodze, prowadzącej do pałacu. Mijali teraz rolników w słomianych, stożkowych kapeluszach, zmierzających na pola i zatrzymujących się w miejscu, bijących pokłony i ruszających dalej, po przejechaniu oddziału i wozu. Za nimi pozostały wspaniałe góry, które rysowały się wyraziście dzięki słońcu, stojącemu wysoko na czystym niebie. Dong nie miał odwagi patrzeć ludziom w oczy, bo wstydził się swojego czynu. Oni wcześniej zaproponowali mu miejsce i pracę w jakimś domu, a on zdradził ich i nazwał przy grubym dowódcy złodziejami. Wiedział jednak, że musi trzymać się tej wersji, bo to była jego jedyna szansa. Cesarz nie miał litości dla złodziei i na pewno każe ich zbić, może jednak zlituje się nad nim. Skoro ważny żołnierz nakazał posadzić go w siodle i odłączył od szabrowników, to może to jest dobry znak? Obejrzał się za siebie i zobaczył, że nad skałami, zasłaniającymi miejsce, gdzie była jego wieś, unosił się wciąż siny dym dogasających domów i spichlerzy. Tyle lat spędził w tym miejscu i tyle dobrych i złych chwil zapamiętał. Przed oczyma stanęli mu ojciec i matka, brat i siostra, a potem ich śmierci, z powodu starości i choroby. Tylko brat mu pozostał, ale jego, zaraz na początku najazdu, zabili żołnierze Czena. Teraz był sam na świecie i właściwie wszystko mu było jedno, co zrobi z nim cesarz, żałował tylko, że nigdy nie wspiął się na najwyższe szczyty górskie, nie widział innych prowincji i nie zaznał kobiety. Choć miał czterdzieści dwa lata i ładną twarz, żadna dziewczyna we wsi nie chciała iść za mąż za kulawego. Urodził się już z tą przypadłością i im był starszy, tym trudniej mu było poruszać się, wykonywał tylko lżejsze prace i korzystał z gościnności i opieki brata i jego żony. Łza pojawiła mu się w oku, gdy przypomniał sobie jego dzieci, dziewczynkę i chłopca… I czułą bratową, która własnym ciałem osłaniała maleństwa przed razami mieczy. Brat też skoczył z widłami przeciwko mordercom, ale ugodzili go włócznią w brzuch, a potem ścięli głowę, jak wszystkim we wsi. Dlaczego właśnie on ocalał i co powinien teraz zrobić – rozmyślał i wpatrywał się w zwężającą się w dali drogę. Gdzieś daleko połyskiwała w słońcu rzeka Wei He i słychać było z oddali przeczysty śpiew i tęskne tony gruszkowatej pipy.

ZŁY DUCH (5)

Bogini z czarną twarzą zapatrzyła się w ciemność i wyczuła, że jest przy niej jakaś potężna, zła energia, płynąca jakby z samego jądra mroku. Szybko wypowiedziała zaklęcie kosmogoniczne i pośród ognia pojawiła się dziwna postać, ni to garbusa, ni mocarza, z głową hipopotama i wielkimi rogami na niej. Poczuła zapach siarki i rozkładających się zwłok i wpatrzyła się w ślepia bestii, w których odbijał się wszechświat, pulsowała rozżarzona lawa, złowrogo połyskiwały zmrożone klatraty metanu i wybuchały gwiazdy supernowe, w ułamku sekundy grzebiące dalekie światy. On patrzył na nią z ironią i poczuciem siły, gotowy do skoku jak czarna pantera, czujny jak kobra i szczur, nieustannie sondujący przestrzeń między nimi.

– Myślałaś, że beng będzie bezwolny i po zabiciu cygańskiego mordercy, wróci do twojego tronu… – szepnął bezgłośnie, a potem dodał – Zauważyłem go od razu i uczyniłem z niego swoje narzędzie…

– Kim jesteś – posłała ku niemu pytanie pani kosmosu.

– Jestem brakiem dobra… istotą zła… osobą bez ciała i ciałem bez osoby…Jestem nieustającym cierpieniem… – odpowiedział butnie. 

            – To wyczułam od razu, ale jakie jest twoje imię – pytała dalej…

            – Moje imię pośród much gnijącego ścierwa… – chełpił się – Pośród karmazynu i czerni…

            – Kłamstwo jest w każdym twoim słowie, w każdej myśli i geście… – powiedziała.

            – Tak, bo prawda jest nieistotna… to wymysł tego, który nas stworzył… od samego początku nas zwodził i tworzył miraże rzeczywistości… – odrzekł bezgłośnie.

            – Znam użyteczność kłamstwa, ale ty wykorzystujesz je tylko, by krzewić zło we wszechświecie…– szepnęła.

W ułamku sekundy przybliżyła się do niego i wysunęła tysiąc ruchliwych rąk, próbując go zadusić. On jednak był na to przygotowany i uskoczył sprytnie do przodu, tak, że znalazł się za jej plecami. Poczuła jego oślizły chłód, gdy objął ją od tyłu i natychmiast spróbował spenetrować jej łono. Szarpnęła się jak zraniona łania i z dziką furią natarła na niego, chcąc go ugodzić łańcuchem czaszek, ale znowu sprytnie usunął się, zachichotał i syknął:

            – Nie chcesz mnie Cyganko…? A może wolisz bym znalazł się w innej części Twojego martwego ciała… Jak moje psy, Qin Shi Huang, Neron i Kaligula, lubię zdobywać takie gibkie niewolnice, szczególnie od tyłu…

Bogini oddaliła się od niego i przyciągnęła ku sobie energię gwiazdy wybuchającej w dalekiej galaktyce. Uczyniła z niej gorejącą strzałę i z impetem posłała ku niemu, celując w czoło, pomiędzy sterczące rogi. Ale on był na to przygotowany i raz jeszcze uchylił się, chociaż ostrze energii lekko otarło się o włochaty łeb i osłabiło go. Poczuł, że powinien już oddalić się od niej, więc skoczył w otwartą czeluść, odbił się od twardniejącej lawy i wniknął do świadomości benga. Czarnooka usłyszała jeszcze, dobiegające gdzieś z daleka ledwo słyszalne słowa:

            – Twój czas dobiega końca… a beng będzie moim bękartem…

   Nigdy wcześniej nikt nie przeciwstawił się jej w taki sposób, więc pomknęła ku szczytom ośnieżonych gór, przebiegła płaskowyże, pustkowia, doliny i w końcu wniknęła w złotą figurę, ustawioną w hinduskiej świątyni. Potrzebowała czasu, by wszystko przemyśleć i przygotować jakiś podstęp. Musiała też odpocząć, bo miotana energia osłabiła ją także i spowodowała zamęt w głowach, unieruchomiła ręce i nogi. Patrzyła na stada białych ibisów, wznoszące się nad wodami, kontemplowała barwy pawich piór i odcienie na futrach tygrysów i powoli, bezpowrotnie zastygała w ciszy. Duch, z którym się starła przybywał z dalekich, północnych krain, gdzie nikt nie modlił się przy jej figurach. Czasem tylko jakaś Cyganka wzdychała ku niej, jakiś czarnooki młodzieniec wyczuwał jej obecność, ale to było za mało. Zły duch miał wielką armię istot zepsutych i krwiożerczych, przy których cygański czartbył ledwie pogłosem, milknącym echem, wykorzystaną przez niego pustą okrywą trującego nasienia. Teraz beng krył się w chropowatym mroku i czekał aż wilki otoczą zwijającą się z bólu kobietę i zaczną wyć do księżyca. Bibi jakby tylko na to czekała, zebrała w sobie siły i zaczęła przeć, rycząc przy tym jak zwierzę. Z jej łona wolno zaczęła wysuwać się okrwawiona istota, przypominająca strzęp świeżego mięsa, aż wreszcie wyskoczyła z impetem na trawę, a pośród nocy zabrzmiał słaby, ludzki płacz. Tak dziecię skarżyło się, że opuściło bezpieczną samotnię i pojawiło się pośród wrogich mu przestrzeni. Jego matka przymknęła oczy i wyzionęła ducha, a wtedy wielka wadera, pchnięta przez benga, doskoczyła do dziecka, odgryzła pępowinę i chwytając je za skórę, poniosła w mrok. Reszta stada rzuciła się na ciało Bibi i zaczęła je kąsać, rozrywać ręce, nogi, brzuch i wyszarpywać wnętrzności. Gdy przewodniczka dotarła do niewielkiej polanki w gęstwinie brzóz, olch i paproci, z Bibi niewiele zostało.

Beng był już przy waderze i czekał na dogodny moment by wniknąć w ciałko dziecka, ale coś mu przeszkadzało, jakiś żałobny ton snuł się wciąż z oddali. Natychmiast zrozumiał, że sonduje go mniszka znad Renu, postanowił więc czmychnąć na jakiś czas do umysłu wilczycy i pozostać tam, póki nie ucichnie śpiew Hildegardy. Nakazał zwierzęciu przenieść chłopca do sporej nory, opuszczonej przez borsuki i spowodował, że zaczęła go karmić swoim mlekiem, zlizywać krew ze skóry i ogrzewać futrem. Teraz mógł już przenieść się do jego umysłu i odpocząć, teraz mógł już czekać na to, co miało się wydarzyć. Tak jak niedźwiedź zasypia w gawrze, chciał znieruchomieć w świadomości malca i zaczekać aż opuści stado wilków i pojawi się w świecie ludzi. Symbolicznie przymknął oczy, ale nagle z mroku wychynął obrzydliwy, śmierdzący jak trup stwór, z rogatą głową hipopotama i szpotawymi kopytami.

            – Dobrze się spisałeś – odezwał się i przeniknął go lodowatym spojrzeniem, a potem dodał – Zostaniesz tutaj na straży i poprowadzisz go ku zatracie…

            – Kim jesteś panie? – zapytał z przestrachem i jednocześnie zrozumiał, że ma już nową władzę nad sobą.                      

Wyczuł, że ów duch podążył ku niemu z przepastnych głębin wszechświata i wybrał go, by nim kierować i nadać kierunek jego uczynkom. Zrozumiał, iż nie może równać się z nim i nigdy nie wydostanie się matni, a tylko uległość zdoła go ocalić.

            – Jestem odwieczną siłą… erozją i zgnilizną… jestem bólem początku i końca – bez słów odezwał się przybyły.

            – Będę ci wiernie służyć… – odparł bezgłośnie przerażony beng.

Srebrny denar księżyca skrył się za czarne opończe drzew, gdy stado wilków dotarło do przewodniczki i jeden po drugim zaczęło zlizywać resztki zastygłej krwi z ciała chłopca. Dziwna radość zapanowała pośród tych istot, tak jakby czekały na tę chwilę, jakby zdarzyło się wreszcie coś, na co od dawna czekały. Uspokojone i syte położyły się na trawie wokół nory i zasypiały,  jedno po drugim, a tylko wadera wciąż sondowała mrok i czujnie wdychała powietrze napływające do jej nozdrzy. Wielka sowa zsunęła się z gałęzi i poszybowała cicho ku resztkom pozostałym z Bibi. Przysiadła na brzegu czaszki i raz za razem zaczęła wydziobywać oczy, rozrywać skórę, zagłębiać się w wielkiej wyrwie na potylicy i wyjadać z niej galaretowate wnętrze.

BROMBERG (13)

Willi nie wiedział jak dotarł do domu, ale w pamięci majaczyła mu postać jakiegoś podoficera, który zasultował mu przy Brdzie. Początkowo chciał przemknąć bokiem, ale zapomniał, że most cesarski został zburzony przez wycofujące się oddziały polskie i musiał ruszyć wzdłuż rzeki, a potem przedostać się na drugą stronę przeprawą niedaleko teatru, właśnie naprawianą przez robotników. To na nim nieomal otarł się o grubawego dowódcę, który służbiście nakazał przerwać na chwile prace i przepuścić SS-Untersturmführera. Gdy wszedł do domu na Pięknej, niewidzącym wzrokiem ogarnął wąski westybul, nie zauważając wuja i ciotki, wychylających się z kuchni i natychmiast ruszył do swojego pokoju, zamykając drzwi na klucz. Zdjął czapkę, czarne oficerki ustawił w rogu pokoju, a następnie zdjął górną część munduru i w spodniach, przytrzymywanych przez szelki, położył się na starannie pościelonym łóżku. Zasnął natychmiast i nie słyszał jak ciotka pukała kilka razy delikatnie, pragnąc mu zaoferować posiłek. Obudził się późnym wieczorem i poszedł do łazienki, gdzie umył się starannie, a potem wytarł dużym bawełnianym ręcznikiem. Przy wyjściu czekała już ciocia Eleonora, w papilotach na głowie i zielonym, wzorzystym szlafroku.

            – Co się stało mój chłopcze – zapytała z przestrachem w głosie.

Willi zauważył w półmroku małżeńskiej sypialni, że wuj Johann poruszył się niespokojnie, więc przyłożył palec wskazujący do ust i głową dał znać kobiecie, by podążyła za nim. Wszedł do swojego pokoju, a gdy i ona się w nim znalazła, teatralnym szeptem powiedział:

            – Jutro rano muszę się zameldować u dowódcy, ale potem chciałbym się spotkać z ciocią na mieście, może o dwunastej, w samo południe, niedaleko rynku…

Eleonora przestraszyła się konfidencyjnego szeptu bratanka, kiwała jednak głową, potwierdzając każde zdanie, jakby od razu godząc się na wszystko.

            – Może w Cafe Bristol, niedaleko naprawianego mostu… tam jest taka oszklona weranda… – ciągnął dalej Willi.

            –  Tak dawno nie byłam w centrum miasta… – szepnęła Eleonora – Nie wiem który lokal masz na myśli…  Aha, teraz się domyślam, chodzi ci o Cafe Kronprinz… Zdaje się, że Polacy zmienili jej nazwę na Bristol…

            – Jeśli tam jest ta oszklona weranda, to myślimy o tym samym miejscu – potwierdził von Otter, a potem jeszcze ciszej dodał  – Ale proszę o naszym spotkaniu nikomu nie mówić, nawet mężowi, bo to sprawa wagi państwowej, ściśle tajna. Rozumiemy się…?

Kobieta przeraziła się tych słów, ale kiwnęła głową potakująco i natychmiast podreptała w stronę sypialni. Poczuła jednak przyspieszony rytm serca i najpierw skierowała się do kuchni, gdzie po ciemku nabrała nieco wody z wiadra i piła ją dość długo z rzeźbionego kubka. Dopiero, gdy się uspokoiła podążyła do małżeńskiego łoża, zrzuciła przy nim szlafrok i powoli wsunęła się pod kołdrę, myśląc, że małżonek śpi. Ten jednak odwrócił się do niej i zapytał cicho:

            – Co się dzieje…? Ten Willi stale nas budzi w nocy… zachowuje się jakby to mieszkanie do niego należało…

            – Nic się nie stało, on jest tutaj daleko od najbliższej rodziny i czasem potrzebuje jakiejś rozmowy… Powiedział mi, że szykują się nowe akcje przeciwko Polakom… – skłamała szybko i odwróciła się od niego.

            – Musi pomyśleć o jakimś osobnym lokum, bo ja tego nie wytrzymuję – szepnął Johann i też odwrócił się od niej.

            – Wszyscy musimy poświęcać się dla Rzeszy i führera… – odparła wyraźnie niezadowolona.

Po kilku minutach w pokoju słychać już było ich pochrapywanie, docierające do pomieszczenia Williego, który nie mógł zasnąć, siadał na łóżku, albo wędrował do okna i zza zasuniętej zasłony patrzył na ulicę, oświetloną mdłym blaskiem lampy gazowej.  W końcu zdjął spodnie, skarpetki i koszulę, położył się na prawym boku i biegnąc myślą ku zdarzeniom w mieszkaniu Herthy, zasnął głęboko. Nie wiadomo dlaczego w jego śnie pojawił się jakiś mężczyzna z ospowatą twarzą, w czarnym, skórzanym płaszczu i tyrolskim, zielonym kapeluszu na głowie. Wpatrywał się w niego, tak jak wilk próbuje przeniknąć mrok wielkiego lasu i odnaleźć w nim ofiarę. Na szczęście ten obraz rozmył się, a w jego miejsce napłynęły kadry z ekscytującej wyprawy do miasteczka Wirsitz w wschodniej części Prus, kiedy to wraz z ojcem odwiedzili jego dalekiego kuzyna Magnusa von Brauna, sprawującego wtedy funkcję landrata. Zaprzyjaźnił się z jego synami, a szczególnie z nieomal rówieśnikiem – Wernherem, z którym odbywał długie wędrówki po okolicy. We śnie zobaczył teraz dawnego kolegę w mundurze SS-Untersturmführera, stojącego w gronie jakichś osób w białych kitlach, wyraziście gestykulującego i stale kreślącego prawą dłonią jakieś łuki w powietrzu. Znowu był w wielkiej rezydencji landrata, jadł w dużym gronie posiłki, a potem z przyjacielem włóczył się po pobliskich wzgórzach, cmentarzach i wąskich uliczkach, prowadzących do rynku. Ostatni raz spotkał się z Werhnerem w Berlinie w roku 1934, kiedy to wraz z ojcem i matką zostali zaproszeni na obiad po obronie jego doktoratu. Rozmawiali wtedy o rodzącej się sile NSDP, a kolega wspominał swój pierwszy teleskop, otrzymany od mamy w wieku trzynastu lat, który potem ukierunkował jego zainteresowania, studia i pracę nad doktoratem. Postaci we śnie rozmywały się i znikały, by znowu wrócić z jeszcze większą intensywnością, aż w końcu wszystko pochłonęła mleczna mgła. Wernher wołał go po imieniu i słychać było przeciągłe wycie wilka, dobiegające nie wiadomo skąd.

            Willi… Willi… obudź się… – lekko podniesionym głosem mówił nad nim wuj Johann – Przyjechał po ciebie kierowca twojego przełożonego…

Młodzieniec skoczył na obie nogi, podziękował wujowi i nakazał przekazać żołnierzowi, że za piętnaście minut będzie gotowy. Szybko też udał się do łazienki, gdzie spuścił wodę w ubikacji i zwymiotował. Obmył twarz zimną wodą, wrócił do swojego pokoju, szybko założył mundur i czapkę, a potem wsunął na nogi miękkie oficerki. W przedpokoju natknął się znowu na wuja, który od razu zgadał do niego:

            – Drogi chłopcze, wybacz, że powiem wprost, ale za mało tu u nas miejsca dla ciebie i dla nas… Tyle poniemieckich mieszkań stoi pustych… Może przeniósłbyś się gdzieś…, oczywiście często nas odwiedzając…?

            – Też o tym myślałem… wuju nie przejmuj się, niedługo coś wymyślę… – powiedział i wyszedł z mieszkania, a potem szybko zbiegł po schodach.

Przed domem stał czarny, lśniący Mercedes Benz 320 z zasuniętym dachem z grubego, wodoszczelnego brezentu. Tuż przy bocznym kole zapasowym stał wysoki gefrajter w polowej furażerce na głowie, zawadiacko palący papierosa. Na widok Williego, natychmiast rzucił niedopałek na ziemię i przygniótł butem, a potem zasalutował i otworzył szeroko drzwi od samochodu. Gdy SS-untersturmführer ulokował się na przednim siedzeniu, otworzył drzwi z drugiej strony, wsiadł do auta, uruchomił je i ruszył z piskiem ku pobliskiemu skrzyżowaniu.   

            – Jak tam nastrój naszego szefa – Willi próbował dowiedzieć się czegoś od kierowcy.

            – Jeszcze takiego go nie widziałem… od samego rana krzyczy na wszystkich… i mnie też się dostało nie wiadomo dlaczego… – odparł młody chłopak.

            – Czy coś się stało…? – drążył temat Willi.

            – Od czasu zniknięcia jego sekretarki jest bardzo poirytowany… – odrzekł kierowca.

            – Jak to, to ona nie pojawiła się w pracy…? – spytał oficer i poczuł jak zimny pot spływa mu po plecach.

            – Nagle zniknęła, a przecież… a to nie są moje sprawy… – prowadzący samochód uciszył sam siebie.

            – Mnie możesz powiedzieć kolego,  bo przecież jestem jego podwładnym, tak jak ty… – próbował coś uzyskać Willi.

            – To jest piękna kobieta… i może szef nie może się pogodzić, że gdzieś przepadła… Kilka razy… – powiedział chłopak i urwał nagle przerażony tym, co mówi…

            – Co kilka razy…? – syknął oficer i zwrócił twarz ku niemu.

            – Kilka razy wiozłem go do niej…do domu przy Albrecht Dürer Strasse …

Willi zaczerwienił się na całej twarzy, po czym wyjął pistolet z kabury i nagle ryknął z całych sił:

            – Jak śmiesz sugerować coś takiego… Twoim zadaniem jest prowadzenie samochodu… Niczego nie widzisz i niczego nie słyszysz i gęba na kłódkę… Inaczej szybko skończysz przed moim plutonem egzekucyjnym. Jesteś głupi, dlatego nie powiem niczego szefowi, ale pamiętaj kim kurwa jesteś. Morda w kubeł, paliwo, kierownica, opona, to twoje zajęcia…

Kierowca tak się przeraził, że musiał zwolnić, ale na szczęście już dojeżdżali do willi Blumwego.

            – Przepraszam panie SS-untersturmführer, to dla mnie ważna nauka…

            – No dobra, dobra już…tylko zapomnij o komentarzach, żyjemy w czasach stawiających nam wielkie wyzwania – powiedział Willi wysiadając z auta i cały czas gorączkowo myśląc o tym, co zasugerował mu gefrajter.  

            – Tak jest! – zasalutował chłopak już po otwarciu drzwi po stronie Williego.

Przemknął przez posterunki i już był w obszernym sekretariacie Alvenslebena, gdzie przy biurku siedział teraz jasnowłosy SS-Standartenjunker. W jego myślach pojawiła się Hertha wsuwająca mu do dłoni liścik, a potem jeszcze z jakichś czarnych przepaści napłynęła jej wyolbrzymiona, zmasakrowana twarz.

            – Melduje się SS-untersturmführer von Otter… powiedział czując, że brakuje mu powietrza.

            – Proszę wejść panie SS-untersturmführer, dowódca czeka już na pana… – bezceremonialnie wyprzedził go z meldunkiem nowy sekretarz.   

Willi podążył do wielkich drzwi i już po chwili był w gabinecie Alvenslebena, który prowadził rozmowę przez telefon.

– Tak, tak, jak najbardziej panie Neumann… – mówił – Jak pan przyleci nasz człowiek odbierze pana z lotniska i przywiezie bezpośrednio do mnie… Czekam na pana z niecierpliwością i od razu zapraszam na coś mocniejszego… Tak jest, do zobaczenia. Heil Hitler…

MIŁOŚĆ W NOWYM JORKU

Edith Wharton

Edith Wharton urodziła się w 1862 roku w Nowym Jorku, a więc na początku dwudziestego wieku miała już trzydzieści osiem lat i spory bagaż doświadczeń amerykańskich. Nie należała do dam szczególnie urodziwych, ale jako reprezentantka zamożnej rodziny Jonesów, miała dostęp do elitarnych domów Nowego Jorku, a zmysł obserwacji pozwolił jej zgromadzić sporo materiału literackiego, który wykorzystała w pięćdziesięciu powieściach. Choć miały one swoje mankamenty, to były też na tyle interesujące, że w 1921 roku przyznano jej, jako pierwszej kobiecie, Nagrodę Pulitzera. Niestety monotonia narracyjna i powierzchowność charakterologiczna kreowanych postaci nie pozwoliła jej zdobyć Nagrody Nobla, do której wielokrotnie była nominowana. Jej najsłynniejsza powieść Wiek niewinności (1920) ukazuje środowisko bogatych nowojorczyków, skostniałych w swoich obrzędach i celebracjach związanych z pochodzeniem i majętnością, pozwalającą im zaspakajać wszelkie fanaberie. Niewątpliwie najciekawsze w tej powieści są nawiązania do Nowego Jorku, rozwijającego się wtedy niezwykle dynamicznie i mającego przemożny wpływ na kształtowanie ludzkich postaw, obyczajów i wyborów. Wyrazista tutaj jest krytyka zakłamania najbogatszych warstw społecznych metropolii, ale też brakuje w utworze Wharton głębszych opisów psychologicznych i śmielszych diagnoz wielorakich wielkomiejskich patologii. Narracja snuje się leniwie, a choć autorka próbuje porzucać tradycyjną formułę powieści miłosnej, to daleka jest od eksperymentów pisarzy angielskich, francuskich czy niemieckich. Widać tutaj, że pisarka traktowała swoje rzemiosło jako rodzaj obowiązku, a krótkie rozdziały wskazują na to, że pisała je z codzienną regularnością, tak jak grzecznie odpowiadała na listy przyjaciół i znajomych. Choć powieść rozgrywa się w przeważającej mierze w Nowym Jorku, to nie znajdziemy w niej tak udanych opisów miasta, jak w dziele  Johna Dos Passosa Manhattan Transfer (1925), w Wielkim Gatsby’m (1925) Francisa Scotta Fitzgeralda czy późniejszych dziełach Isaaca Bashevisa Singera, E. L. Doctorova, J. D. Salingera, Johna Irvinga, Dona DeLillo, Edwarda Rutherfurda.       

Plakat filmu Wieku niewinności

Kanwą powieści jest tutaj miłość jej głównego bohatera – Newlanda Archera – do przybyłej z Europy Ellen Oleńskiej, żony polskiego arystokraty, osiadłego we Francji. Uczucie to pojawia się nie w porę, bo mężczyzna zaręczony już jest z inną kobietą i dla przyzwoitości, w zgodzie z obyczajami bogaczy nowojorskich, postanawia poddać się biegowi zdarzeń, żeni się z kuzynką Oleńskiej May Welland i płodzi z nią kolejne dzieci. Jego prawdziwa ukochana, dotknięta do żywego i nie chcąca niszczyć małżeństwa Archera, wraca do Francji i nie kontaktuje się z nim. Dopiero po śmierci żony Newland decyduje się pojechać z synem do Paryża i godzi się na zaaranżowane przez niego spotkanie z Ellen. Niestety tchórzy w ostatniej chwili i wraca sam do hotelu, a jego wielka miłość też nie ma odwagi zawołać go z balkonu i każe lokajowi zamknąć okna. Przy okazji bohater dowiaduje się, że jego żona domyślała się, że zakochał się w Ellen, ale zrekompensowało jej to życie rodzinne, narodziny dzieci i fakt, że mąż pozostał przy niej do końca jej dni. Fabuła raczej prosta, powieść lekka, bez przyspieszeń i nagłych zwrotów akcji, bez głębszych analiz osobowościowych. Rozwodząc się nad stosunkami panującymi w klasie społecznej bogatej nowojorskiej finansjery, Wharton zminimalizowała opisy postaci do tego stopnia, że czytelnik ma kłopoty by wyobrazić sobie ich wygląd – stroje są tutaj ważniejsze od twarzy, a bogata biżuteria od koloru oczu i rysunku warg. Podobnie jest z Nowym Jorkiem, tak bujnie rozwijającym się pod koniec dziewiętnastego wieku, a w powieści pojawiającym się tylko z powodu nazw ulic i parków, ewentualnie opery i Metropolitan Museum of Art. Szkoda, że autorka nie nasyciła swojego utworu opisami budowanych wielkich budynków użyteczności publicznej, a jedynie ograniczyła się do przywołań Piątej Alei i kilku domów, w których mieszkali jej bohaterowie (pierwszy wysoki budynek Flatiron Building powstanie w 1902 roku, a charakterystyczny drapacz chmur Woolworth Building w roku 1913). Ważniejsze dla niej były opisy spotkań, obiadów i kolacji, a nade wszystko analiza zachowań ludzkich i zakłamania tzw. elity. Oczywiście krytyka nie szła tutaj zbyt daleko, bo nawet, gdy autorka przeprowadziła się do Francji, nadal pozostawała jej przedstawicielką, a sukcesy literackie tylko zintensyfikowały kontakty i sprawiły, że chętnie była widywana na różnego rodzaju imprezach charytatywnych i proszonych obiadach.

Archer i Ellen

Cóż zatem tak zauroczyło jurorów Nagrody Pulitzera, że postanowili uhonorować autorkę tym zaszczytnym wyróżnieniem. Zapewne udane odwzorowanie psychiki i motywów postępowania Newlanda Archera, jakże żywego i prawdziwie cierpiącego z powodu skrywanej miłości do hrabiny Oleńskiej. Łatwo możemy się domyślić, że wielu amerykańskich dżentelmenów, podobnie cierpiących jak on, czytało książkę z wypiekami na twarzy, odnajdując w niej swoje dzieje. Podobnie mogło być w przypadku wielu żon, które wiedziały o utajnionych miłościach mężów, ale godziły się na to dla dobra rodziny i rozwijających się dzieci. W tym względzie Archer był poprawnym towarzyszem życia May i kochanym ojcem dwóch synów i córki. Tak bardzo doświadczony przez żarliwe uczucie, postanowił zdusić je w sobie i skupić się na zapewnieniu rodzinie godziwych środków do życia. Dzięki temu jego syn Dallas wykształcił się, zaręczył z piękną przedstawicielką elity i miał przed sobą świetlaną przyszłość, a możemy być pewni, że także młodszy syn i córka osiągną wysoki status społeczny. Tworząc postać zakochanego, targanego sprzecznymi uczuciami nowojorczyka, Wharton bez wątpienia zbliżyła się do ideału jakim mogły dla niej być skomplikowane postaci z powieści Honoriusza Balzaka, tak modnego w Ameryce na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Jej powieść zapoczątkowała nurt lekkich, swobodnych opowieści o miłości, których tyle powstało od czasu publikacji Wieku niewinności, a których końca upatrywać należy w długich, komercyjnych seriach, często mających nikłą wartość literacką, jak choćby Harlequiny. Niewątpliwą wartością pisarstwa Wharton jest odwzorowanie przeraźliwej pustki, która otwierała się w świecie bogatych ludzi, mających wszelkie dobra, ale nie potrafiących poradzić sobie z elementarnymi uczuciami. Gdyby Newland Archer porzucił wszystko, wsiadł do transatlantyckiego liniowca i pomknął do ukochanej, może byłby prawdziwszy. Straciłby swój status społeczny, zostałby potępiony przez rodzinę i środowisko, ale zyskałby coś, co jest bezcenne i niepowtarzalne – żarliwą miłość i bliskość istoty – jak mawiali romantycy – bliźniej.

Winnona Ryder jako May, żona Archera

Lektura Wieku niewinności skłoniła mnie do obejrzenia filmu, który nakręcił w 1993 roku hollywoodzki kronikarz Nowego Jorku Martin Scorsese. Już sama obsada tego obrazu jest zachwycająca: Michele Pfeiffer jako Oleńska,  Daniel Day-Lewis jako Archer, Winnona Ryder jako May Welland, Geraldine Chaplin jako pani Welland, a przy nich sporo aktorów, którzy wyraziście zaznaczyli swoją obecność w historii kinematografii amerykańskiej. Film wymagał wprowadzenia narratora auktorialnego, co dodatkowo wzmocniło fabułę i spowodowało, że widz znakomicie został wprowadzony w realia czasu i stosunków międzyludzkich. Znakomite role głównych postaci spowodowały, że obraz ten ma znacznie większą moc oddziaływania od powieści i staje się rodzajem filozoficznej refleksji nad ulotnością ludzkich uczuć i nieuchronnością wyborów, wpływających na kształt egzystencji i losów kochanków po rozstaniu. Co prawda, zarówno w powieści, jak i w filmie nie dochodzi do skonsumowania związku, a Ellen i Newland ledwie całują się namiętnie kilka razy, to i tak aura erotyzmu jest tutaj gorąca i czytelnik oraz widz łatwo mogą się domyślić jaki żar zgaszono nieodwołalnie w obu ciałach. Reżyser z ogromną dbałością odtworzył stroje i zachowania amerykańskiej  elity z końca dziewiętnastego wieku, wzbogacił też opowieść Wharton o fascynujące wizerunki Nowego Jorku, dopiero się budującego, jeszcze bez charakterystycznych wieżowców, ale już zaznaczającego swój wielkomiejski charakter. Na tle pysznych kamienic i bogatych wnętrz rozgrywa się akcja, w której wyraziste kreacje Day-Lewisa i Pfeiffer powodują, że zdarzenia są prawdopodobne, a nawet zyskują wymiar uniwersalności. Ileż było takich sytuacji w historii ludzkości, gdy ktoś, komu przeznaczona była jakaś kobieta, zakochiwał się nagle w innej piękności i nie wiedział jak poradzić sobie z nowym uczuciem, ale brnął dalej, nie wiedząc, że zburzy całe swoje życie. Trudno zrozumieć werdykty gremiów oceniających, które najwyższe noty dawały Winnonie Ryder (Nominacja do Oskara, Złoty Glob – 1993), która była jedynie tłem dla popisów aktorskich głównych postaci. Postać kreowaną przez tę aktorkę mogłoby zagrać wiele innych kobiet, ale nie ulega wątpliwości, że bez Daniela Day-Lewisa i Michele Pfeiffer, film straciłby swój czar i stałby się ledwie łzawym romansem kategorii B. Lokując się pośród największych osiągnięć filmowych Martina Scorsese, Wiek niewinności wszedł przebojem do skarbnicy kina kostiumowego, udanie odtwarzającego aurę charakterystycznych miejsc i ukazującego jakże żywych ludzi.

Świat ludzi bogatych ok. 1870 roku w Nowym Jorku

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (IX)

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie ukraine-608141_960_720.jpg

Hadzibor był starym aniołem, który trafił do nieba wiele lat temu. Niejedno widział, niejedno słyszał, w niejednej wyprawie uczestniczył i stoczył moc walk w oddziałach niebieskich. Uważnie przyglądał się zjawiskom w niebie, potrafił wróżyć z odblasków na piórach i ułożenia skrzydeł, a nade wszystko kochał dysputy teologiczne z innymi aniołami. Był pewien, że w życiu ziemskim był kowalem, pracującym ciężko w kuźni, na obrzeżu malowniczej wsi i mrocznego lasu. Niewiele wspomnień pozostało w jego pamięci, ale nie opuszczały go wizje żaru, podsycanego miechem i rozgrzanego do czerwoności żelaza, wprawnie kształtowanego na kowadle. Gdzieś tam, hen w oparach przeszłości, majaczył dzień, gdy wykuwał wielki krzyż, przeznaczony na grób zakonnika, który powiesił się we własnej celi. Wieśniacy nie wierzyli w jego samobójstwo i głośno mówili, że ktoś z zakonu dopomógł mu w przeniesieniu się w niebyt. Osobno wykuł ramiona żelaznego krucyfiksu i połączył je dużymi nitami, ale prawdziwie po mistrzowsku stworzył koronę cierniową, którą przymocował do krzyża. Hadzibor patrzył niewidzącym wzrokiem w dal, tonął w myślach i wspomnieniach, ale nagle wróciła do niego rzeczywistość dookolna i zauważył, że przyfrunął do niego Yasmen, przysiadając na pobliskiej skale.

– O czym tak rozmyślasz bracie Hadziborze – spytał wygodnie lokując się tuż przy nim.  

– Ach, Yasmenie, jakieś skrawki przeszłego, ziemskiego żywota pojawiają się pośród moich myśli – odrzekł starzec.

– Wszyscy mamy jakieś zatarte wspomnienia, ale przecież nie wrócimy już do tamtego świata… – powiedział przybysz.  

– Tak, musimy się skupić na rzeczywistości tych przestrzeni, chociaż tutaj wcale nie jest łatwiej niż tam…Myślałem, że jak znajdę się w niebie wszystko stanie się jasne, klarowne i czyste… A tutaj też krzewi się grzech, zapalczywość i nieczystość…– snuł rozważania Hadzibor.

Yasmen w mig zrozumiał, że towarzysz nawiązał do jego zachowania w stosunku do Olinopasa, więc chwilę milczał, by nagle zmienić temat. Właśnie napłynęła jakaś sina smuga, a gdy zanikła odsłoniła się czysta dal niebieska, pośród której przemieszczały się śmigłe kohorty anielskie i widać też było osobne duchy, zmierzające ku jakimś celom w dali.

– Gdy widzę jak potężna jest moc archaniołów, zaczynam rozumieć jak wielka jest siła naszego Pana… – odezwał się.

– Tak, ja też to poczułem… – odrzekł Hadzibor i dodał jeszcze – Zauważ też, że ich spryt, logika i strategia są odzwierciedleniem stworzenia, pogłosem pierwszego niech się stanie!

– A ich niewidzialność jest jak Jego tajemnica… – ciągnął Yasmen.

– To najbardziej mnie zdumiewa – konstatował rozmówca – mało kto widział archanioła i ja też może ze dwa razy zobaczyłem Michała i Gabriela, choć później nie mogłem wrócić myślą do barw i kształtów. Wiem tylko, że Michał przyobleczony był w szkarłat, a Gabriel połyskiwał w zieleni i złocie…

– To ich czyny… potrafią wnikać w naszą pamięć i zamazywać wspomnienia – powiedział Yasmen.

– Myślisz, że Pan też to czyni… – spytał rozmówca.

– Pan jest tajemnicą samą w sobie, inaczej nie byłby Bogiem… – zamyślił się Yasmen – Musimy to zaakceptować i szukać go pośród naszych dróg. Każdy z nas może też mieć jakieś jego wyobrażenie. Ja najczęściej myślę o nim jako o starcu z wielką, białą brodą, wędrującym swobodnie po zboczach i wspierającym się na kryształowym pastorale…

– To jest konwencjonalne wyobrażenie… – zauważył Hadzibor – I ja też czasami tak go widzę. Ale bardziej pociąga mnie dziwny kształt, który pojawia się w moich snach… To jakby złota piramida, wszystko rozumiejąca i wszystko wiedząca, potrafiąca się niewidzialnie rozszerzać i przenikać sobą cały przestwór niebieski… Skoro Bóg jest największą doskonałością, to i jego kształt powinien być doskonały…

– Niezwykłe jest Twoje rozumowanie i czasem też myślę, że jeśli kiedyś stanę u wrót Ostatecznej Stanicy, zobaczę Pana w formie doskonałej, bo dlaczego miałby mieć kształt zbliżony do ludzi i aniołów? – dedukował Yasmen – Tylko skąd ta piramida? Przecież najdoskonalszą bryłą jest kula…

– Yasmenie, chyba stale tkwisz w trójwymiarowej przestrzeni ziemskiej i zapominasz, że tutaj wszystko jest zmienne i tajemnicze… – rzekł towarzysz, zamyślił się i po chwili dodał – kule gwiazd i planet mogą fascynować, ale przecież wchodzą w skład większych całości galaktycznych, których kształt zbliżony jest do torusa.

– A cóż to takiego? – zdziwił się dowódca – znam rożki i walce, beczki i wielościany, ale o torusach nie słyszałem…

Hadzibor wyciągnął zza swojej szaty jakiś strzęp miękkiego materiału, wytężył wolę i stworzył na nim hologram, przypominający ziemską dętkę w kole samochodowym.    Zanim hologram zgasł, spojrzał na towarzysza, pokiwał głową i powiedział:

–  To dwuwymiarowa powierzchnia obrotowa, zanurzona w przestrzeni trójwymiarowej, powstała przez obrót okręgu wokół prostej leżącej w płaszczyźnie tego okręgu i nieprzecinającej go.

– Masz doprawdy wielką wiedzę bracie – podsumował Yasmen – I ten kształt rzeczywiście kojarzy mi się z galaktyką. Z drugiej strony kulę ogranicza sfera, która również jest w niej… jak Pan w swojej tajemnicy…

– Torusy też ograniczają jakieś powierzchnie, które są ich cząstkami składowymi – zamyślił się Hadzibor i na chwilę rozpostarł zesztywniałe skrzydła.

– No tak, ale to się odnosi do wszystkich brył… – podsumował dowódca – Do twojej piramidy i do mojej kuli, tylko, że to są realne kształty i dają się opisać, a Pan jest tajemnicą nad tajemnicami. Czasem pociąga mnie myśl, że jest świstem albo blaskiem, zapachem róży i lotnym oparem nad doliną…

Po tych słowach Yasmen nieoczekiwanie stanął na skale, rozprostował skrzydła i pomachał nimi kilka razy, po czym oderwał się od podłoża i bez słowa odleciał ku swojemu oddziałowi. Dopiero teraz, gdy poczuł swoją lotność i przesuwał się w przestrzeni, dotarło do niego, że w ich rozmowie uczestniczył ktoś jeszcze, kto kierował ich myśli ku bryłom, a zrazem generował wątpliwości. To musiała być jakaś niewidzialna materia lub energia, znana tylko wtajemniczonym poszukiwaczom sensu, podążającym stale ku świętości. Rozmyślał bardzo intensywnie i nie zauważył, że leci za szybko, a uświadomił to sobie, gdy wylądował na wielkiej skale i zachwiał się potężnie na nogach. Nie wiedzieć skąd wyrósł przy nim uśmiechnięty Olinopas i chwycił go za ramiona, stabilizując i podtrzymując jednocześnie. Yasmen spojrzał w jego oczy i poczuł jak przechodzi go dreszcz, którego już dawno nie odczuł w anielskim ciele. W obu źrenicach młodego anioła poruszały się złote kule, lekko zmieniające się w torusy, a na skrzydłach połyskiwały złote ostrza przemieniające się w piramidy i wielościany.

– Coś musiało cię poruszyć Yasmenie, że podążałeś tak szybko, nieomal rozbijając się tutaj… – powiedział z czarującym uśmiechem Olinopas i puścił uścisk dłoni, wciąż podtrzymujących brata.

– Zaiste… zaiste Olinopasie… – odrzekł tajemniczo Yasmen.

CZARNY NEFRYT (10)

Był wczesny ranek. Ogień rozniecił się szybko w glinianym piecu i delikatne ciepło rozlało się po całym domu. Czao i Ai, Nan i Yin siedzieli przy szerokim stole, jedli ryż i suszoną rybę, warzywa i owoce. Pili też krystalicznie czystą wodę ze źródła, bijącego na łące i dającego początek strumieniowi, który wpada do rzeki Wei He, a ta niesie jego wody do świętej, odwiecznej i życiodajnej Huang He. Czuli się tutaj bezpieczni jak ślimak w skorupie, jak sroka w swoim kulistym gnieździe, jak pantera na gałęzi wysokiej sosny. Lampy rozświetlały półmrok izby, w której było tylko jedno małe okno. Cienie całej czwórki wydłużyły się i sięgały od przeciwległej ściany do połowy sufitu. Wyglądały jak mityczne postaci, pochylające się nad nimi i przysłuchujące się rozmowie. Może właśnie to, a może przeżycia ostatnich dni spowodowały, że Czao zaczęła barwną opowieść:

– W pradawnych czasach nie wszyscy ludzie byli źli, a nawet pojawiali się tacy, którzy troszczyli się o biednych i najsłabszych. Pamiętacie legendę o potężnym władcy…? Jego matka Fu Bao zobaczyła wielki rozbłysk przy Gwieździe Polarnej i w cudowny sposób zaszła w ciążę. Wiele miesięcy, znacznie dłużej niż normalne kobiety, nosiła w swoim łonie niezwykłe dziecko…

– To światełko nazywamy teraz Gwiazdą Cesarską… – dopowiedział Nan.

– Tak, to jest ta gwiazda – potwierdziła Czao i ciągnęła dalej – Dziecko Fu Bao było bardzo zdolne i inteligentne… Już na samym początku nauczyło się szybko mówić i miało wiedzę wielkich mędrców. To ten chłopiec, a potem mężczyzna, przysposobił do polowania niedźwiedzie, leopardy, tygrysy i razem z nimi walczył ze złem, on też siał i sadził wszystkie zboża, trawy i drzewa. Na imię miał Xianyuan, a kiedy dorósł stał się wielkim mocarzem i panował nad całym Państwem Środka.

– Czy mówisz o Żółtym Cesarzu – wtrącił się raz jeszcze Nan, który właśnie nałożył sobie nową porcję ryżu do małej, czarnej miseczki.

– Tak, to jego mam na myśli – przytaknęła i kontynuowała opowieść – Nie wiemy jak wyglądał, choć niektórzy mówią, że miał cztery twarze i widział wszystko, co dzieje się na świecie…

– Inni mówią, że miał głowę smoka, przydają mu rogi jelenia lub czaszkę latającego węża – włączył się Ai.

– Tak ukochany, o tym też słyszałam, ale mnie najbardziej wzrusza jego dobroć i mądrość… – mówiła dalej Czao – To był czas kształtowania się wszystkiego i wyodrębnienia pięciu pierwiastków: drzewa, wody, ognia, ziemi i metalu. Potem pojawiło się pięć stron świata, pośród których rządziło pięciu władców niebieskich: wschodem zarządzał Wielki Blask czyli Fuxi, któremu pomagał Goumang, zachód leżał w gestii Shaohao z pomocnikiem Ruoshou, południem rządził Płomienny Cesarz Yandi, którego wspierał Czerwony Blask, na północy niepodzielnie panował Zhuanxu i jego pomocnik Ciemny Smok. Naszą częścią kraju, czyli Państwem Środka władał Żółty Cesarz, który miał swoją siedzibę w masywie Kunlun. To tam zaczyna się bieg wielkich rzek: Czarnej, Białej, Czerwonej i Żółtej…

– Moja mama mówiła mi, że jego pałacu strzegł Luwu, tygrys z ptasimi szponami – włączyła się nagle do opowieści Yin.

– Tak… tak skarbie… – potwierdziła z promiennym uśmiechem Czao i dodała – Był tam też ptak Chun, strzegący szat cesarskich. Na stokach Kunlun leżało miasto Żółtego Cesarza i jego pałac, sięgający swoim ogromem nieba, z grubymi murami i basztami…

– Ojciec opowiadał nam, że za tymi murami żyły inne dobre bóstwa i fantastyczne zwierzęta… –  dorzucił Ai.

– Mówił też, że na zachodnich zboczach tych gór rosły drzewa Perłowe, a także pnie Czarnego Nefrytu i Nieśmiertelności… – żywo przyłączył się do wypowiedzi brata Nan.

Iskry strzelały w piecu, a przez niewielkie, otwarte okno zaczęło wpadać coraz więcej światła. Czao wstała z klęczek, podchodziła do każdego z osobna i dolewała gorącej wody do czarek z liśćmi zielonej herbaty. Dołożyła też trochę wędzonej wołowiny na talerz, leżący na środku stołu i wróciła na swoje miejsce.  Ai śledził jej ruchy i widząc niezwykle zgrabną kibić, czuł wielkie podniecenie, pragnął jej teraz, jak nigdy dotąd. W jego myślach pojawiła się znowu naga, leżąca na miękkiej skórze pantery i czekająca na jego dotyk. Jak z zaświatów dobiegły do niego jej słowa:

– Za czasów Żółtego Cesarza skonstruowano dokładniejsze przyrządy astronomiczne, policzono gwiazdy na niebie i stworzono kalendarz. To on wynalazł pismo i kompas, a także koło garncarskie…

– Zawdzięczamy mu też podstawy medycyny i akupunktury – rwał się do uzupełniania opowieści Nan – nauczył nas wytwarzać papier i jedwab…

– O czymkolwiek nie pomyślisz kochany Nanie – powiedziała Czao – może mieć związek z tym władcą. To on każde dwanaście dźwięków w oktawach ułożył w gamy chromatyczne, władał magią i był surowym, ale sprawiedliwym sędzią podległych mu bóstw, duchów i demonów. Dzięki niemu ludzie posiedli umiejętność odpędzania złych duchów, a w Państwie Środka pojawił się feniks i jednorożec, co było znakiem dobrych i sprawiedliwych rządów.

– Gdyby Żółty Cesarz rządził w naszych czasach, moglibyśmy żyć spokojnie na wsi, uprawiać ryż na nawodnionych polach, a pszenicę i proso na górskich tarasach – zadumał się Nan.

– Każde zło ma swój koniec, tylko ludzie strasznie cierpią, gdy ono się rozprzestrzenia – powiedział Ai i spojrzał wymownie na Czao.

– Tak, dobro też zmierza ku jakiejś ostateczności, ale często pozostawia po sobie ludzi i stwory, które będą dalej prowadzić walkę ze złem – przytaknęła jego ukochana – Dobry cesarz jadł pastę nefrytową, dzięki której był nieśmiertelny, ale pewnego dnia pojawił się na świecie smok z długą brodą i zabrał władcę do nieba. Ten usiadł na smoku wraz z siedemdziesięcioma poddanymi i swoim haremem i przeniósł się do nieskończoności. Zostawił jednak pośród ludzi swoją uwielbianą małżonkę – Lei Zu – którą uznawano za boginię piorunów. To ona nauczyła ludzi hodować zwierzęta, przydała im także wiele innych umiejętności, a nawet wynalazła parasol…

– Qin Shi Huangdi jest potworem i tylko demony mogły go zesłać na ziemię – powiedział Ai, a potem ciągnął dalej podjęty temat – Tylko on jest szczęśliwy, otoczony konkubinami, jedzący najlepsze mięsa i ryż, ubrany we wzorzyste szaty z jedwabiu i atłasu. Wszyscy gną się przed nim w ukłonach, wieśniacy oddają mu dziewiątą część zbiorów, rzemieślnicy i artyści wykonują dla niego najpiękniejsze meble, sprzęty i ozdoby. Jest mu tak dobrze, że powinien być wdzięczny bogom i ludziom, a on zabija codziennie tłumy, ścina głowy, torturuje, odbiera nadzieję i szerzy mrok…

– Jest taki potężny, otoczony swoimi wojskami, doradcami, poborcami danin i zaufanymi szpiegami, że nikt nie zdoła się do niego przedostać… – powiedział zamyślony głęboko Nan.

– Sprytem można pokonać największą bestię… – mówił dalej Ai – Przypomnij sobie, czego uczył nas ojciec… Tak, kochany bracie, urodziliśmy się, by zabić tego strasznego człowieka…

Czao, nagle olśniona i przerażona, spojrzała na ukochanego i mimowolne łzy natychmiast pojawiły się w kącikach jej oczu. W mig zrozumiała o czym mówi Ai i przysunęła się do niego, chwyciła za rękę i przytuliła się, cichutko łkając. On otoczył ją ramieniem i kontynuował:

– Kochana Czao, Nanie i ty malutka Yin, to co teraz powiem będzie naszą wielką tajemnicą… Musimy pomścić wszystkich niewinnych ludzi z naszej wsi, musimy upomnieć się o tych, którzy chcieli być szczęśliwi, a nigdy nie zaznali radości… Pracowali ciężko i oddawali swoje płody cesarzowi, wysyłali synów do armii i córki do haremów… Tak jak my budzili się rano i nie wiedzieli, że nowy dzień przyniesie im ból i śmierć…

Czao i Yin płakały, tuląc się do siebie, a twarz Nana przybrała groźny wyraz. Wyprostował się i patrzył przed siebie, jakby widział jakieś dalekie krajobrazy lub przypatrywał się ze wzgórza walczącym armiom.

– Musimy teraz, kochany bracie, wstąpić na drogę, z której możemy nigdy nie wrócić – mówił Ai – Nie mamy jednak wyboru, bo nasz czcigodny ojciec, rodzina Czao i wszyscy niewinnie zamordowani, proszą nas o to… Udamy się do cesarskiego miasta i przenikniemy w pobliże cesarza, a w dogodnej chwili zabijemy go… To jest bardzo trudne zadanie i musimy mądrze przygotować się do niego, inaczej naszym udziałem będzie tylko ból i śmierć…

– Ale jak to zrobić – spytał Nan – Przecież cesarza chroni wielka armia, strażnicy sprawdzają też każdego, kto zbliża się do władcy…

– Wiem i pamiętam, że jest on przebiegły jak wąż, potrafi też znakomicie władać mieczem, kopią i toporem – potwierdził Ai – Musimy jednak znaleźć jakiś sposób… Dopiero jak przedostaniemy się do miasta, znajdziemy pracę, wnikniemy w nowe środowisko, nadarzy się okazja, by skoczyć do gardła mordercy.

– Czy już jutro podążymy tam razem? – spytał Nan.

– Nie, ty udasz się do sąsiedniej prowincji i po jakimś czasie przyjedziesz stamtąd do pracy, ale musisz to zrobić tak, by nie było wątpliwości, że przybywasz z daleka… – instruował go Ai – Pamiętaj, że nigdy nie będzie ci wolno nazwać mnie bratem, choć musisz znaleźć się blisko mnie. Shi Huangdi ma wszędzie wielu szpiegów i prości ludzie też chcą się zasłużyć władcy, poprawić swój byt, więc donoszą, gdy tylko pojawi się ku temu okazja. Tylko ja będę ustalał miejsce i czas naszych spotkań, a ty będziesz czekał i pomagał mi w miarę możliwości… Jesteśmy mistrzami sztuki kowalskiej i musimy tak dobrze pracować, takie piękne rzeczy robić, by w końcu cesarz zapragnął poznać jednego z nas…

– Czy nikt nas nie rozpozna? – spytał Nan – Czasem cesarscy żołnierze przyjeżdżali do kuźni naszego ojca i rozmawiali z nami…

– Czas zmienia twarze i zaciera gesty w pamięci – odrzekł Ai – Ale musimy być bardzo czujni i dla dobra sprawy usuwać tych, którzy mogliby nam zagrozić… Przypomnij sobie słowa mędrca, które tyle razy powtarzał nam ojciec: nie stawiaj siebie na pierwszym miejscu, ale stój na czele, nie dbaj o siebie, a jednak żyj, nie zabiegaj o swoje, a dopniesz swego…

– Czy o takiej drodze mówi Lao Tse? – spytał Nan.

– Każda droga jest dobra, jeśli prowadzi do celu i oddala cierpienie, pomaga stworzyć nowy świat – ciągnął Ai – Przelana krew jest jak wielki, nieustający krzyk. Poprzez nią umarli błagają nas o zemstę… Myślałem, że zabicie jednego mordercy wystarczy, ale po Wangu przyjechał Czen i łańcuch ciągnąłby się w nieskończoność. Musimy zabić tego, który wysyła wszystkich mrocznych jeźdźców i swoje cesarstwo buduje na łzach, bólu i zgruchotanych kościach.

Czao wyszła z Yin na zewnątrz domu i poprowadziła ją w stronę pasących się na łące owiec i kóz. Tylko biały jak stał z drugiej strony, przy skałach, ostro wznoszących się ku niebu i jakby nie przyznawał się do powinowactwa z innymi zwierzętami. Słońce pojawiło się już za załomem gór i prażyło, opalając twarze, przydając energii ciałom. Leciutki wietrzyk poruszał kwietnym dywanem, pochylał chabry i osty, przyginał do ziemi trawy i barwne zioła. Yin zaczęła zrywać najpiękniejsze kwiaty i zapytała:

– Zrobisz mi wianek, Czao?

– Zrobię, ale nie teraz… – odpowiedziała kobieta – Będziemy tutaj żyły wiele dni, może nawet lat i zrobię ci niejeden wianek…

Znowu łzy pojawiły się w czarnych oczach Czao i załkała, tuląc do siebie dziewczynkę i czując jakiś dziwny, niewytłumaczalny niepokój. To nie był strach o Aia, to jakaś wielka groza znajdowała w niej miejsce, gdzie mogłaby się zaczepić i pozostać na zawsze. Poczuła dreszcze w całym ciele i jakby przez ułamek sekundy pojawił się w jej świadomości wielki brodaty smok. Gdy była dziewczynką ciągle śniły jej się te wielkie stwory i zrywała się ze snu, krzyczała i chciała uciekać. Wtedy jej kochająca matka przytulała ją i tak długo głaskała po głowie, aż Czao zasypiała. Zdarzało się, że jej rodzicielka zapadała w sen razem z nią i budziły się razem, w objęciach, czując swoje czułe ciepło. Teraz ciało jej pięknej matki rozszarpały i pożarły sępy, nie ma już jej braci i sióstr, zamordowano też jej ojca. Poczuła przypływ złości, chwyciła za rękę dziewczynkę i poprowadziła ją z powrotem do domu. W drzwiach przywitał ją Ai i zaproponował, by poszli razem do jaskini. Nan zajął się Yin, a oni zaczęli powoli wspinać się ku osłoniętemu skałami wejściu. W końcu znaleźli się na miejscu i natychmiast objęli się, głodni swych ciał i pocałunków. Szybko zrzucili ubrania i położyli się obok siebie na stercie owczych futer. Zaczęli się delikatnie całować i gładzić dłońmi po plecach, piersiach i pośladkach. Teraz Czao decydowała o wszystkim i lekkim ruchem przewróciła go na plecy, a potem usiadła na nim i poczuła jak jego męskość wsuwa się w nią i promieniuje prawdziwym żarem. Kochali się długo, raz to krzycząc w uniesieniu, raz wzdychając i pojękując, przestając na chwilę, a potem znowu zaczynając z wielką energią. W końcu legli obok siebie spoceni i zmęczeni, ale nie rozdzielali rąk, leciutko przesuwając palce i ocierając je o siebie.

– Nie gniewaj się ukochana… – powiedział Ai – Muszę pomścić mojego ojca, twoją rodzinę, naszych sąsiadów i znajomych…

– Wiem… – szepnęła – Ale strasznie się boję, że nie wrócisz…

– Ja też się boję… – potwierdził – Nie mam jednak wyboru. Muszę ruszyć i jeszcze zabieram ze sobą brata, który też może stracić życie…

– Nie ma innego sposobu, mój ukochany… – mocniejszym głosem powiedziała Czao – Pamiętaj jednak, że tutaj, w górach będę na ciebie czekać przez trzy lata… jeśli nie wrócisz, ruszę twoim śladem… Zawsze będę cię kochać i nosić w moim sercu… Nic tego nie zmieni…

– Czasami ludzie muszę od siebie odejść, by potwierdzić jak wielka jest ich miłość…

Muszą żyć w oddaleniu, by w samotności zbudować swoją przyszłość…

– Nie okłamuj mnie – powiedziała z płaczem – Przecież wchodzisz na drogę, z której nie ma powrotu…

– Nie ukochana Czao – nie zgodził się – Gdybym nie wierzył, że wrócę, nie wstępowałbym na ten szlak. Muszę wszystko tak zaplanować i przeprowadzić, by wrócić do ciebie…

Znowu przywarli do siebie i kochali się w zapamiętaniu, czuli słodycz ust i ciepło ciał, głaskali się i pieścili, jakby chcieli zachować na zawsze w pamięci energię tej chwili. Wszystko jednak ma swój koniec i wszystko podąża ku jakiemuś kresowi. Z ociąganiem, powoli, wstali ze skór, otrzepali włosy z sierści i siana, a potem ubrali się i zaczęli schodzić w kierunku domku, przed którym widać było Nana, goniącego się z Yin. Słońce dawno minęło najwyższy punkt na niebie i podążało ku zachodowi, a gdzieś wysoko, w chmurach krążył białozór. Yin wskazała go palcem i podbiegła w stronę Czao, która przystawiła rękę do czoła i spojrzała we wskazanym kierunku. Pokiwała ze zrozumieniem głową i otoczyła ramieniem dziewczynkę. Ai wszedł z Nanem do domu i zaczął, krok po kroku, omawiać szczegóły zbliżającej się wyprawy. Nagle, zza starej skrzyni i sterty kopii, wyszła rdzawa mysz, stanęła na niewielkim pieńku, wzniosła się na tylnych łapkach i poruszając cały czas nosem i wąsikami, zaczęła przyglądać się mężczyznom. Zauważył ją Nan, przyłożył palec do ust, wskazał na nią i szybko doskoczył do miejsca, gdzie stała. Chwycił ją wprawnie i przyniósł do stołu, gdzie trzymając ją, zaczął wsuwać do pyszczka okruchy ze stołu i leżące na nim ziarenka ugotowanego ryżu. Potem schował ją do kieszeni na piersiach i zabezpieczył wyjście. Ai patrzył na niego i myślał, o tym, że brat dopiero co przestał być dzieckiem, a już musi wraz z nim stawić czoła niewyobrażalnym siłom. Groźny, obezwładniający lęk przeszył  mężne serce syna kowala, ale też zniknął tak samo szybko, jak się pojawił. Starszy brat uśmiechnął się do młodszego i dalej tłumaczył mu, co powinien zrobić i jak ma się zachować.

MIŁOŚĆ I NIENAWIŚĆ W CZASACH HUNWEJBINÓW

Gdyby Wang Xiaobo żył dłużej, w roku 2020 miałby sześćdziesiąt osiem lat i może cieszyłby się międzynarodową sławą największego współczesnego pisarza Kraju Środka. Niestety, po śmierci w 1997 roku, przeżywszy niepełne czterdzieści pięć lat, musi zadowolić się określeniem „czarny koń” literatury chińskiej i zdawkowymi informacjami na temat jego biografii. Wiemy zatem, że urodził się i zmarł w Pekinie, ale w drugim roku rewolucji kulturalnej (1968), jako przedstawiciel „młodzieży inteligenckiej” zesłany został na wieś do prowincji Junnan, a potem Szantung. W 1972 roku uzyskał zgodę na powrót do stolicy, gdzie znalazł zatrudnienie w fabryce, a potem podjął studia ekonomiczne w Chińskim Uniwersytecie Ludowym i kontynuował je na Uniwersytecie w Pittsburghu. Uzyskany tam tytuł magistra dał mu podstawy do tego, by podjąć pracę wykładowcy na Wydziale nauk Społecznych rodzimej uczelni, a potem – od roku 1992 – stać się niezależnym pisarzem, utrzymującym się z honorariów za wydawane książki, które nieomal natychmiast tłumaczono na języki obce. Zagraniczni autorzy not biograficznych w książkach Wanga podają, ze zyskał on sławę w Chinach jako kronikarz mrocznych lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, co nie spodobało się szykanującym go władzom i zapewne przyczyniło się do przedwczesnej śmierci na zawał serca. Można zatem powiedzieć, ze zabiła go ambiwalencja rządzących, którzy od czasów Deng Xiaopinga i jego dojścia do władzy w 1978 roku, zgodzili się na zaproponowany nowy kurs i otwarcie Chin na świat, ale jednocześnie – mimo oficjalnego potępienia rewolucji kulturalnej i krytyki dorobku Mao Zedonga – wciąż tęsknili za wielkim przywódcą. Skromny, inteligentny Deng nie mógł zrekompensować utraty ojca narodu, którego wizerunek wciąż reprodukowano na banknotach, któremu stawiano monumentalne pomniki, którego portret stale wisi u wejścia do Zakazanego Miasta. Ten symbol wstecznictwa i zacofania, jakże kontrastujący z rozmachem współczesnych Chin, wciąż przypomina, że to wielkie państwo potrzebuje symboli i czeka na ludowych mesjaszy, którzy popchną społeczeństwo na wyższe tory komunizmu. Na szczęście reformy Denga spowodowały powstanie nowego społeczeństwa, ze znakomicie wykształconą kadrą naukowo-techniczną i biznesową, co z kolei przełożyło się na prawdziwą eksplozję w zakresie budownictwa, transportu i produkcji luksusowych dóbr. Tak powstało państwo, w którym swobodnie rozmawia się o polityce i ekonomii, ale nie wolno krytykować rządu, który decyduje o drogach rozwoju i rozprzestrzenia kult Mao, którego socrealistyczny grobowiec z zabalsamowanym ciałem, okrytym granową flagą z sierpem i młotem, wciąż znajduje się na Placu Niebiańskiego Spokoju.

Wang Xiaobo – pisarz

Przez dziesiątki lat w Chinach nie mówiło się o seksie, a jedynie nawiązywało się do niego w aluzjach, poezji, tendencyjnej prozie i propagandowych filmach. Pojawienie się zatem pisarza, który mówił wprost o miłości cielesnej, a przy tym ukazywał brudne zakamarki Pekinu, śmierdzące ubikacje i śmietniska, zdezelowane fabryki i dziwacznych funkcjonariuszy systemu, było nie na rękę władzy, mającej wszędzie swoich tajnych agentów i podskórnie moderującej zachowania ludzkie. Pisarz we współczesnych Chinach mógł wybrać dwie drogi – albo wyemigrować i przeciwstawić się władzy, jak Gao Xingjian lub rozwijać swój talent w obrębie systemu, jak Mo Yan. Wang Xiaobo wybrał trzecią drogę, publikując utwory, w których była spora doza ironii, ale też jakby podskórne idealizowanie kraju, w którym jednostka mogła zyskać niezależność w obrębie zamkniętego, stworzonego przez siebie świata. Miłość w czasach rewolucji to powieść będąca swoistym eksperymentem narracyjnym, w którym sam autor i jego alter ego Wang Er, toczą wiele walk, ironicznie komentują zdarzenia, a nade wszystko obserwują samych siebie, szczególnie w chwilach erotycznych uniesień. W takim kontekście – jak podpowiada narrator: To książka o pożądaniu. Pożądanie ma własną siłę napędową, niekiedy jednak swobodne zachowanie jest zabronione, co niezwykle komplikuje sprawy. Na przykład, na północ od mojego domu znajduje się Pałac Letni, ale gdyby nie istniał kierunek północny, wtedy mógłbym iść wyłącznie na południe i dopiero po przejściu bieguna południowego i północnego, po czterdziestu tysiącach kilometrów, dotarłbym do pałacu. To właśnie usiłuję powiedzieć. Ludzie naprawdę potrafią wszystko wyrazić zawoalowanymi aluzjami i dotyczy to również pożądania. Dlatego jego źródłem mogą być najmniej godne zaufania rzeczy. Choć autor relacjonuje własne przeżycia, choć nawiązuje do konkretnego życiorysu, to istotą jego powieści jest diagnoza ludzkich zachowań i Chin, w których przyszło mu dojrzewać. To był czas rewolucji kulturalnej, podczas której wywlekano kułaków i inteligentów i wleczono ich po ulicach w komicznych czapkach z papieru – czas ekspansji młodzieńczej głupoty i szalejącej jak zaraza myśli przewodniczącego Mao, który bezwzględnie wykorzystywał rozgorączkowane umysły do walki politycznej. Dochodzili wtedy do głosu hunwejbini, niszczący kulturę i sztukę, pogardliwie odnoszący się do nauki, uciekający się do szantaży i oszustw, a i często zabijający swoich oponentów. Najbardziej radykalna i wpływowa była Czerwona Gwardia i to ona wywlekła ojca Wanga Era z domu, a potem prowadzała go po kampusie jako wroga ludu i wstecznika rewolucji. Wykorzystywani do rozgrywek politycznych lokalnych sekretarzy partyjnych, czuli się bezkarni i z lubością wykrzykiwali sentencje Mao, z jego czerwonej książeczki.

Bohater powieści Wanga Xiaobo mógłby pójść innymi drogami i stać się opozycjonistą na emigracji, jak na przykład chiński laureat Pokojowej Nagrody Nobla z 2010 roku, dramaturg i prozaik Liu Xiaobo, o którym mówi się, że stał się sumieniem Chin po masakrze na Tienanmen. Jednak młody mężczyzna z omawianej tu powieści idzie inna drogą, próbując rozsadzić system sobie tylko znanymi sposobami – najpierw eksperymentując z ledwie przeczuwanym uczuciem homoseksualnym do przyjaciela z pracy, potem bawiąc się elementami sadyzmu i masochizmu w swoich działaniach (pobicie przyjaciela i erekcja w trakcie tego zdarzenia). Dalej – obserwując siebie w relacjach z piękną hunwebinką X Haiying, zatruwającą mu myśli ideologiczną papką, ale – koniec końców nie mogącą stłamsić w sobie kobiety i wciągającą go do łóżka. Ta piękność w zdezelowanym mundurze ma być jego sekretną policjantką i sprawować nadzór nad rozwojem politycznym, ale wspólna droga do komunizmu przeradza się w owo – wskazane we wstępie – „pożądanie”, któremu nawet ona nie potrafi się przeciwstawić. Wang Er próbuje eksperymentować seksualnie z poznaną studentką (Była męcząca, denerwująca i nienawidziłem jej. Ale później bardzo ja kochałem. To pokazuje, że nienawiść i miłość są jednak nierozdzielne.) ale niewiele z tego wychodzi, chociaż pocałunki, dotykanie piersi i przytulanie się do siebie, daje mu podstawy do prowadzenia zaawansowanej gry miłosnej z funkcjonariuszką systemu. Przez kilka lat godzi się na poniżanie i deprecjonowanie swojej wartości, ale wciąż śni o tym, że ją gwałci, bije, morduje i odwdzięcza się w ten sposób za zniewagi. Triumfuje, gdy X Haiying rozbiera się i zmusza go do uprawiania seksu, stale wyposażając wszystko w ideologiczny kontekst i właśnie wtedy jego „stalowy” penis staje się prawdziwym narzędziem odwetu. Kobieta nienawidzi go jako ofermę klasową, ale nie potrafi bronić się przed rozkoszą, którą daje jest stuprocentowy, jakże męski i chropawy Er. Tak akcja powieści z planów miejskich, fabrycznych i biurowych przenosi się do domu dziewczyny, w którym czują się bezpieczni i mogą uprawiać zakazany seks do woli. Niestety bariera jest zbyt duża i X Haiying po każdym zbliżeniu wraca do swojej roli, bezlitośnie kpiąc z Wanga i szukając pretekstu by go srodze ukarać. Jeśli tego nie robi, to tylko dlatego, że potrafi docenić jego męskie walory i nie wyobraża sobie, że mogłaby uprawiać seks z innym mężczyzną. Niestety nie wie, że jego sprawność ma podłoże sadystyczne, a kolejne przyspieszenia i szczytowania podczas stosunków są jak zabicie odwiecznego wroga i zmasakrowanie jego podłych szczątków. (Kochanie się z nią wymagało brutalności, odrobiny żądzy mordu).

Edukacja seksualna Wang Era idzie w parze z jego życiową przebiegłością, która koniec końców doprowadzi go do poznania kobiety, którą poślubi i pociągnie za sobą na studia do Stanów Zjednoczonych. Indoktrynowany przez agentkę systemu Mao, wychodzi cało z tego starcia, przede wszystkim za sprawą swojego wywrotowego charakteru i chęci eksperymentowania ze światem i sobą. Tylko taka postawa pozwala mu przetrwać zbliżenia z funkcjonariuszką, która przy nim powoli traci rozeznanie w hałaśliwym świecie hunwejbinów i wrogów klasowych. Jeszcze rzuca obelgi na Era – Za każdym razem, gdy się kochaliśmy, X Haiying mówiła, że jestem draniem, diabłem, złym nasieniem, wyzywała mnie jak psa. Oto mądrość czasów rewolucji z wyższej półki. Jeszcze próbuje go zadenuncjować, poniżyć, ale, gdy sama staje się obiektem donosu i cała fabryka zaczyna mówić o jej romansie z przerażająco brzydkim mężczyzną, godzi się z porażką i znika z jego życia. Wang Er widzi siebie jako cierpiącego na hemoroidy malarza, marzącego o wielkiej artystycznej karierze, ale borykającego się z problemami, jakie niosą czasy rewolucji kulturalnej. Widząc wszechobecną nienawiść, postanawia walczyć z nią tak, by funkcjonariusze systemu, nie zorientowali się, że jest kimś na kształt duchowego i cielesnego dysydenta. Z pokorą znosi obelgi i intrygi X Haiying, która jednak broni go na wiecach, przedstawiając jako, niegroźnego fajtłapę, a potem z nawiązką odbija sobie wszystko, gdy dominuje nad nią w łóżku i zaspakaja jej wyszukane fantazje erotyczne. Trudno się dziwić, że pisarstwo Wanga Xiaobo nie podobało się ówczesnym władzom chińskim, dążącym do radykalnej unifikacji społeczeństwa i wtłoczenia jednostek w tryby wielkiej machiny, pędzącej do przodu jak szybka kolej i nie dbającej o tych, którzy nie wytrzymali tempa. Po latach pisarz rozprawił się z nimi aluzyjnie w szkicu pt. Przyjemność myślenia, odnosząc swoją wypowiedź do hipotetycznego kolegi: Kilka lat temu, zaraz po tym, jak wyszedłem z ciszy i napisałem książkę, dałem ją starszemu znajomemu. Nie spodobała mu się. Uważał, że nie powinno się pisać w ten sposób. Według niego książki powinny edukować ludzi, uwznioślać ich dusze. Z pewnością przemawiała przez niego sama mądrość. Jednakże spośród wszystkich mieszkańców tego świata tym, którego duszę pragnę uwznioślić najbardziej jestem ja sam. Jest punkt widzenia całkowicie nikczemny i zupełnie egoistyczny, lecz absolutnie szczery. Paradoksalnie owa nikczemność i egoizm pozwoliły stworzyć kontrapunkt w kontaktach z ludźmi czasów rewolucji kulturalnej i pokonać tę, która miała nadzorować jego kształtowanie ideologiczne. Nie ona jedna legła w konfrontacji z „pożądaniem” i poddała mu się jak wiele kobiet przed nią i po niej, przegrała w ramionach Era, choć po latach okazało się, że były to jej i jego największe zwycięstwa.

Hiperrealistyczne obrazy ilustrujące tekst są autorstwa artysty, który nosi takie samo imię i nazwisko jak pisarz – Wang Xiaobo. Może to znaczący pseudonim, może pokrewieństwo, trudno dociec – autorowi nie udało się znaleźć w Internecie wiarygodnych informacji na ten temat.

BROMBERG (12)

Hertha przybliżyła się do Williego i zauważyła, że na jego czoło wystąpiły lśniące kropelki potu, więc zaraz chwyciła go za rękę i powiedziała:

– Może chciałbyś się odświeżyć… dzisiaj jest tak gorąco… weź prysznic, a ja przygotuję coś zimnego do picia.

Willi otarł pot z czoła i zrobiło mu się nieswojo, tym bardziej, że poczuł jak lepkie strużki spływają mu po plecach i suną powoli w dół spod obu pach. Patrzył jak Hertha z gracją podąża małymi krokami do kuchni i zwrócił się ku łazience, gdzie szybko zdjął czarny mundur, jasną koszulę z wyraźnymi, mokrymi plamami i spodnie. Zrzucił resztę ubrania, odkręcił wodę i wskoczył pod prysznic, rozkoszując się chłodnym strumieniem. Namydlił całe ciało jakimś perfumowanym mydłem Herthy, a potem dwa razy spłukał je wodą, która już zdążyła się porządnie ogrzać. Zamyślił się też nad sytuacją, w której się znalazł i nagle wystraszył się konsekwencji, wszak tak szybko trafił do sekretarki słynącego z okrucieństwa przełożonego. Zrobiło mu się sucho w ustach, a jego męskość zmalała natychmiast, powodując, że lęk przerodził się w niemal przerażenie. Teraz wystraszył się jeszcze bardziej, bo wyobraził sobie, że nie sprawdzi się jako mężczyzna. Podążył do górnej części munduru, wiszącej na haku przymocowanym do glazury, odpiął guzik prawej kieszeni i wyjął małe podłużne, okrągłe, pudełeczko z blachy, na które przyklejono czerwoną etykietkę z napisem Pervitin. Wyciągnął z niego białą pastylkę, wsadził ją do ust i szybko rozgryzł, ale po chwili sięgnął po następną i także ją zjadł, popijając wodą z kranu. Sięgnął po duży amarantowy ręcznik, owinął nim się w pasie, zawiązał na gruby supeł, podszedł do zaparowanego lustra, przejechał po nim dłonią i widząc swoje zmierzwione włosy, uczesał je jakimś grzebieniem Herthy, leżącym na szklanej półeczce. Czując się odświeżony i gotowy, otworzył drzwi i wysunął się do sypialni, w której panował już półmrok, a w różnych miejscach płonęły białe świece. Zmieniła się też muzyka i łatwo rozpoznał w niej uwerturę do Tannhäusera Richarda Wagnera, graną często w Niemczech na koncertach dla esesmanów i ich rodzin. Hertha leżała na dużym łożu i miała na sobie tylko koronkową, kremową halkę, opiętą wokół obfitych piersi i podkreślającą rysunek zgrabnych ud i łydek.  Przez świadomość przemknęła mu jeszcze myśl o minnesingerze Wagnera, który spędził długi czas na górze Venusberg, zabawiając się z zaborczą boginią, która potem nie chciała go uwolnić. Powoli podszedł do łoża i przysiadł na jego brzegu, przysuwając usta do ust i jednocześnie gładząc prawą ręką aksamitną skórę jej ud. Przyciągnęła go do siebie, a jej dłoń powędrowała ku jego męskości, znowu ponadnaturalnie wielkiej. Poczuła też siłę jego ramion, twardość mięśni i nie czekając dłużej, sprawnie uniosła się nad niego, tak operując ciałem, by szybko się połączyli. Poczuła cudowne wypełnienie i zaczęła na nim falować, pogrążając się w coraz głębiej w rozkoszy, czując jakąś nieziemską jedność. On trzymał ręce na jej piersiach, przymykał oczy i także czuł się spełniony, w tajemniczy sposób nagle obdarowany jej ciałem i ciepłem. Nie przypuszczał, że ta drobna kobieta ma w sobie tyle energii i teraz pławił się w niej, prawie nic nie robiąc, lekko tylko drgając pośladkami i dociskając się do niej co chwila. Od samego początku rozkosz odebrała jej poczucie rzeczywistości i rozświetliła jaźń wielkimi plamami zmieniających się stale kolorów. Należała do kobiet, które traktowały seks jak kosmiczną komunię z mężczyzną i płonęły od początku do końca. W życiu codziennym sprawiała wrażenie zimnej jak żelazo, ale gdy kochała się z mężczyzną, żelazo rozpalało się do czerwoności, a potem bardzo wolno stygło.

Willi początkowo przeraził się jej zaborczości i sprawności erotycznej, wszak do tej pory miał zwykle do czynienia z dziewczętami, które pozbawiał dziewictwa, albo z zakompleksionymi mieszczankami, dopiero budzącymi się do życia miłosnego. Hertha szybko doprowadziła go do spełnienia, ale wcale nie miała zamiaru poprzestać na tym. Leciutko zsunęła się z niego i zaczęła ustami i językiem pieścić jego piersi, dotykać zębami sutków, podążać ku podbrzuszu i wciąż ogromnej męskości. Bawiła się jak dziewczynka lizakiem, całowała i brała do ust, obiegała językiem wszystkie krągłości, obdarzała ciepłym oddechem skórę wokół jąder i cudownie wadziła się z napletkiem, zsuwając go delikatnie wargami i nosem popychając go ku poprzedniemu ułożeniu. Muzyka stworzyła niepowtarzalny klimat, ale to światła świec spowodowały, że zaczęło mu się wydawać, iż pogrąża się w jakiejś mistycznej toni. Nagle zapragnął zaprezentować swoją przewagę i odsunął ją od siebie jakby gwałtownie popychał wroga. Odebrała to jako rodzaj zabawy i rozmachem uderzyła go otwartą dłonią w prawy pośladek, a potem ponowiła uderzenie w lewe udo, tuż przy podbrzuszu. Zabolało go to trochę, ale z jeszcze większym impetem naparł na nią, z łatwością rozkładając jej ramiona i uda i wnikając w nią z brawurowo. Teraz on chciał dominować i robił to z ogromną wprawą, poruszając się rytmicznie, z wielka dynamiką i powodując, ze prawdziwie straciła kontakt z rzeczywistością. Szybko pojawił się na ich ciałach pot – pościel i poduszki spadły na ziemię i zostali tylko na zmierzwionym, białym prześcieradle. Napierał na nią bez ustanku i czuł, ze wciąż rosną jego możliwości, jakby był biegaczem, który pokonał ogromny dystans i teraz kończył wyścig, dobywając z siebie tytaniczne siły. Jej twarz płonęła czerwienią, a włosy rozpadły się na wszystkie strony, tworząc rodzaj kompozycji, przypominającej stylizacje z rysunków reklamowych Alfonsa Muchy. Przez ułamek sekundy mignęła też w świadomości Williego, wykrzywiona komicznie, czarna twarz jakiejś hinduskiej bogini z kilkoma ramionami, ale zaraz rozmyła się we mgle. Na chwilę zatrzymał ruchy swoich ud i zaczął oplatać dłońmi jej piersi, brzuch, plecy i uda. Wysunął się z niej i zbliżył usta do jej łona, dmuchając leciutko w gęstą kępę czarnych włosów, a potem delikatnie pieszcząc językiem najczulsze miejsce. Ale nagle stało się z nim coś dziwnego, jakby jakaś mroczna siła wniknęła w jego ciało i przydała mu jeszcze większej energii. Gwałtownie przerzucił ją na brzuch i zaczął penetrować ją od tyłu, raz po raz wypadając z niej i z impetem wracając ku niej. Nie słyszał też jak szeptała:

– Willi, to boli… to boli… to bardzo boli…

Nie wiedział co się z nim działo, bo barwy zaczęły silniej pulsować, światła migały jak oszalałe, a jej ciało zaczęło mutować, przeistaczać się w skórę węża i brzydnąć nie wiadomo dlaczego? Napierał na nią, ale jednocześnie miał wrażenie, że obcuje z kimś innym, skarlałym i spotworniałym, ze stopą końsko-szpotawą. Znowu gwałtownie przerzucił ją na plecy i z przerażeniem zobaczył, że leży pod nim Josef Goebbels i śmieje się, odsłaniając końskie zęby. Przeraził się straszliwie i odruchowo chciał zasalutować, ale minister propagandy ubiegł go i odezwał się metalicznym głosem :

– Zdradziłeś swojego dowódcę… Jutro Alvensleben przeczyta mój raport…

Willi zobaczył oczyma wyobraźni jak staje przed plutonem egzekucyjnym na rynku w Brombergu, w tym samym miejscu, gdzie rozstrzeliwał Polaków. Tak pragnął na nowo ujrzeć Herthę, elegancką i pachnącą, tak ciał poczuć jej ciepło, ale miał wrażenie, że obcuje z zimnym trupem. Odezwały się w nim jakieś głosy, Hitler krzyczał: Vernichtung des jüdischen Bolschewismus… …rücksichtslose Germanisierung… a Goebbels wtórował mu: Vorsicht, Hunde… schrieb er, wenn der Teufel in mir ist, wirst du ihn nicht wieder einschränken…Były też jakieś złowieszcze szepty i szumy, a  przy łóżku stanął też kulawy Polak, którego Willi zobaczył na klatce schodowej, gdy szedł do Herthy. Wszystko w nim wirowało, wszystko zaczęło falować i jak tonący wyciągnął ręce przed siebie, schwytał coś i kurczowo zaczął uciskać. Po chwili znowu pojawił się pod nim Goebbels, którego  dusił bezlitośnie, przyciskał do łoża, a gdy poczuł, że osłabł, zaczął go okładać pięściami, drapać paznokciami i znowu bić bez opamiętania. Strach przed raportem ministra, który trafi na biurko Alvenslebena był tak porażający, że dla pewności uderzył jeszcze kilka razy, a potem zwymiotował na trupa i natychmiast stracił przytomność.

Willi obudził się wczesnym rankiem i w pierwszej chwili nie wiedział, gdzie jest, oślepiony światłem, czujący jakąś niewytłumaczalną niemoc i strach. Nagle obrazy zaczęły się jednak klarować, zatrzymał wzrok na dopalających się świecach i rzężącym patefonie, którego igła dotarła do końca płyty i chrobotała miarowo. Spojrzał w lewo i w pierwszej chwili nie skojarzył co ma przed oczyma, ale zaraz serce podeszło mu do gardła i zaczęło bić jak oszalałe. Skoczył z łóżka na pełne nogi i z tej perspektywy zobaczył, że na łożu leży uwalane we krwi i straszliwie zmasakrowane ciało Herthy Kiebitz. Powoli zaczęły do niego wracać zdarzenia wczorajszego dnia, ale nie mógł sobie przypomnieć co właściwie się stało. Usiadł na krześle, schował twarz w dłoniach i zapłakał jak dziecko, trwając w bezruchu kilka minut. Jeszcze raz przyjrzał się ciału sekretarki swojego szefa i zimny pot wystąpił mu na czoło. Jego zimna świadomość wracała coraz intensywniej i odezwała się w niej perfidia, która zawsze pojawiała się, gdy zabijał ludzi. Poszedł do kuchni, znalazł jakąś szmacianą siatkę, do której zaczął wkładać kieliszki i szklanki, z których pili. Potem wszedł do łazienki i pod prysznicem zmył z siebie wszelkie ślady krwi, wytarł się w ten sam ręcznik, co wcześniej, a potem założył mundur i buty. Uczesał się dokładnie przed lustrem i końcem grzebienia wydobył spod paznokci naskórek kobiety. Wytarł chusteczką wszystkie miejsca, na których mogły pozostać jego odciski palców, a potem zgarnął pościele, poduszki, ręcznik i ubiory Herthy na środek pokoju. Polał je benzyną z zapalniczki i poszedł do kuchni, gdzie odkręcił wszystkie kurki gazowe. Wrócił do pokoju i stanął przy łóżku, jeszcze raz spojrzał na zmasakrowaną twarz Herthy, która teraz wydała mu się komiczna i bezsensowna, jak twarze rozstrzelanych Polaków i Żydów. Nie wahając się dłużej, zapalił stertę szmat, czując już wyraźnie napływający z kuchni odór gazu, odwrócił się na pięcie i myśląc o czekających go działaniach pozorujących, ruszył do wyjścia. Jego umysł pracował teraz na najwyższych obrotach i szukał ewentualnych zdarzeń, które mogłyby doprowadzić Gestapo do niego. Na szczęście nikomu nie powiedział o schadzce z sekretarką szefa, a nieobecność w domu krewnych, łatwo mógł usprawiedliwić jakimś wyjazdem. Wyszedł na klatkę schodową i natychmiast przypomniał sobie kulawego starca, który przestraszył się go, gdy zmierzał do Herthy. Zapamiętał dobrze za jakimi drzwiami zniknął i teraz, przeskakując po dwie schody, szybko znalazł się przy nich. Zapukał lekko, tak by nie robić zbędnego hałasu i po jakimś czasie usłyszał szuranie nogami, a potem chrobot w zamku. Drzwi uchyliły się i zobaczył tego samego mężczyznę, który wczoraj  tak się go przestraszył. Willi naparł na drzwi, które nie były zabezpieczone łańcuchem i znalazł się w środku, w małym korytarzyku, prowadzącym do innego pomieszczenia.

– Mamy doniesienie, że jesteś Żydem i ukrywasz się tutaj przed nami…– syknął Willi.

– Panie oficerze!!! Mój Boże, przecież mój ojciec był Niemcem z zagłębia Ruhry, a matka Ślązaczką… przyjechali tutaj w czasach, gdy Bromberg nazywany był Małym Berlinem i rozwijał się znakomicie…

– A my mamy informację, że nazywasz się Goldberg i donosiłeś Polakom na niemieckich braci, przygotowujących nasz powrót do Brombergu…

– Mój Boże, to kłamstwo panie oficerze, zawsze czułem się Niemcem… Czytałem Mein Kampf naszego führera i codziennie słucham w radiu przemówień ministra Goebelsa…

W świadomości Williego mignął obraz ministra Rzeszy, duszonego w łóżku Herthy. Pomyślał też, że ma mało czasu, bo za chwile nastąpi wybuch w mieszkaniu na pierwszym piętrze, a starzec mógłby potwierdzić, że to właśnie on był u niej. Nie zastanawiając się dłużej wyciągnął pistolet i skierował go w stronę przerażonego mężczyzny.

– Proszę nie strzelać… mam wnuka w pana wieku… nikomu nigdy nie zrobiłem nic złego…– lamentował starzec.

Willi w ułamku sekundy uświadomił sobie, że strzał będzie słyszalny na ulicy i spowoduje przybycie żandarmów. Podrzucił zatem pistolet lekko ku górze, zwinnie schwycił go za lufę, a potem z rozmachem uderzył rękojeścią w skroń starca. Ten natychmiast zalał się krwią i upadł na ziemię jak martwy, choć widać było, że wciąż oddycha. Dla pewności Otter jeszcze kilka razy uderzył go kolbą pistoletu, a gdy mężczyzna całkowicie znieruchomiał, poszedł do małej kuchni i w niej także odkręcił kurki z gazem. Nie oglądając się za siebie, zbiegł szybko po schodach i ostrożnie, krok po kroku, wysunął się na pusty chodnik. Nie chciał wchodzić na główną ulicę, więc skierował się w drugą stronę, wzdłuż Albrecht Dürer Strasse. Odszedł może dwieście metrów, gdy usłyszał za sobą potężną eksplozję, a szyby z pobliskich domów powylatywały na bruk. Nie oglądając się za siebie, przyspieszył kroku i z ulgą zaczął się oddalać, a gdy jeszcze usłyszał kolejny, mniejszy wybuch, skrzywił usta cynicznie, strzepnął jakieś pyłki z munduru i skręcił w Lessingstrasse, prowadzącą ku Johann Fichte Platz, tuż przy ogromnych budynkach Instytutu Rolniczego im. cesarza Wilhelma.

– Nie mogę brać dwóch pastylek Pervitinu… – pomyślał – Jak brałem jedną nie traciłem kontroli nad sobą…

CZARNY NEFRYT (9)

Była już późna noc, gdy żołnierze Czena dojechali do jaskini, ukrytej w górach. Tuż za nimi dwa konie wiozły Gao i Liu, a dalej podążały dość szybko trzy wypełnione po brzegi wozy. Stanęli przy wysokich krzakach berberysu, forsycji i czeremchy, które znakomicie maskowały wejście do kryjówki. Rozwiązano jeńców i wszyscy zaczęli przenosić bogactwa Wanga do połączonych ze sobą i ciągnących się daleko, daleko, ogromnych jaskiń. Rozpalono w nich ogniska i zatknięto pochodnie w specjalnych oprawach, przykutych do ścian. Dopiero w trzeciej komnacie były skrzynie, beczki, szerokie koryta wypełnione sianem i tam też znoszono wszystko. Trwało to bardzo długo, bo przejście przez krzaki było wąskie i miejscami trzeba było przeciskać się przez ciemną gęstwinę. Na końcu wniesiono rulony wzorzystej materii, miecze misternie inkrustowane złotem, topory i halabardy. Wszyscy usiedli przy dużym ogniu, by ogrzać się, gdyż zrobiło się bardzo zimno, ale nie posiedzieli długo, bo z daleka dobiegać zaczął odgłos końskich kopyt. Nikt ani nie drgnął, póki u wejścia nie pojawił się Czen i dwóch jego towarzyszy. Dowódca pomaszerował szybkim krokiem do trzeciej jaskini, zlustrował łupy, uśmiechnął się szelmowsko i wrócił do pozostałych.

– Dobra robota – powiedział i klasnął w dłonie – Należy wam się nagroda…

Jeden z przybyłych podał mu czarne dzbanki z wódką i poszedł na zewnątrz, do konia, by wyciągać z worków małe czarki. W Chinach nikt nie pyta o nieobecnych, więc wkrótce zmęczeni żołnierze pili ze smakiem, uderzali naczyniem o naczynie, śmiali się i wesoło rozprawiali. Ta sama wódka, która wcześniej zmorzyła cały oddział, odebrała szybko świadomość pozostałym żołnierzom. Gao i Liu siedzieli z boku, przy innym ognisku i też dostali sporo alkoholu. Przytuleni do siebie rzucali lękliwie spojrzenia ku środkowi jaskini, udawali, że piją i czasem szeptali coś sobie do ucha.

– Nie pij tego Liu – powiedział Gao – nie podoba mi się to, co oni tutaj robią…

– Udajmy, że śpimy, to może dadzą nam spokój… – szepnęła kobieta.

Czen chodził pomiędzy żołnierzami i sprawdzał, czy wszyscy już śpią. Patrzył też raz po raz na Gao i Liu, a w końcu przystanął, wziął się pod boki i ruchem głowy, jakby coś potwierdzał, dał znać najwierniejszym towarzyszom, że mają zająć się upitymi mężczyznami. Ci chwytali jednego po drugim i przeciągali, za ręce, na skraj wewnętrznej przepaści, głębokiej na ponad sto metrów. Tam z rozmachem zrzucali nieprzytomnych i wracali po następnych, a gdy już cisnęli ostatniego, skierowali się ku jeńcom. Czen pokręcił przecząco głową i sam podszedł do nich, sprawdzając jak głęboki jest ich sen. Kopnął z rozmachem Gao w udo, a gdy ten nie drgnął, szarpnął Liu i odciągnął ją na bok. Przykucnął przy udającej sen kobiecie, pogłaskał po piersiach i wsunął jej rękę między uda. W tym samym momencie Gao skoczył w powietrze z dzikim wrzaskiem, szarpnął leżącą na ziemi halabardę i zamachnął się na Czena. Wysłannik był jednak dobrym żołnierzem, wyćwiczonym w licznych wojnach, więc odskoczył błyskawicznie, chwycił długą kopię, z ostrzem jak nóż i z zakrzywionym hakiem i natarł z impetem na napastnika. Pozostali przy życiu dwaj żołnierze, też sięgnęli po halabardy i czekali na dogodny moment, by pomóc swojemu panu. Na razie jednak Gao i Czen toczyli bój, w powietrzu słychać było świśnięcia ostrzy, to tu, to tam migały one i krzesały iskry przy głowach przeciwników. Gao był prawdziwym mistrzem walk, więc szybko zaczął zyskiwać przewagę. W pewnym momencie zdecydowanie przyparł Czena do muru i ten zawołał z rozpaczą:

– Na co czekacie durnie….!!!

Żołnierze doskoczyli do Gao i zaczęli uderzać na oślep. Młodzieniec musiał teraz bronić się przed trzema sprawnymi napastnikami i zrozumiał, że jest to walka na śmierć i życie. Przygryzł wargi i z ogromną siłą zaczął kręcić młynka swoją halabardą. Jednocześnie tak się przesuwał, że stworzył wolne pole dla Liu, wciąż jeszcze udającej, że śpi. W końcu, między szybkimi oddechami, krzyknął:

– Liu przesuń się za mnie, bo cię uderzą…

Kobieta natychmiast wstała i powędrowała kilkanaście kroków ku wnętrzu jaskini. To był sygnał dla jej ukochanego, który przestał kręcić w powietrzu koła swoją bronią i na chwilę zatrzymał się. Czen syknął:

– Bierzcie go z boków…

Gao był na to przygotowany i tak wodził ostrzem w powietrzu, że żołnierze nie mogli przesunąć się za bardzo ani w jedną, ani w drugą stronę. W końcu jednak ruszyli, a wtedy rzucił się też do przodu Czen. Gao podskoczył i miał zamiar wylądować na sporym kamieniu, ale jego noga pechowo skrzywiła się, kość piszczelowa gruchnęła jak suchy patyk i młodzieniec rozpaczliwie zwalił się na ziemię. Na to tylko czekali przeciwnicy, którzy nieomal równocześnie wbili mu w plecy trzy ostrza.

– Liu…. – wrzasnął Gao i wydał ostatnie tchnienie.

Kobieta widząc śmierć ukochanego jęknęła przeraźliwie i ruszyła w kierunku przepaści. Czen szybko zastąpił jej drogę, doskoczył i chwycił ją z ogromną siłą za włosy. Podbiegli też dwaj kompani i chwycili ją za nogi. Wierzgała nimi i próbowała się wyrwać, krzyczała i biła rękoma powietrze. Jeden z zaufanych otworzył jej przemocą usta i wlał w nie alkohol, zmieszany z proszkiem usypiającym. Potem uczynił to raz jeszcze i jeszcze raz, nie bacząc na to, że Liu krztusiła się i prosiła o litość. W końcu rzeczywistość zaczęła niknąć w jej świadomości, zamknęła oczy i zapadła w czarny sen. Czen wskazał na stertę skór i żołnierze zanieśli tam Liu, odarli ją z odzienia, rozszerzyli nogi i czekali na Czena. Ten podszedł szybko, odwiązał rzemień na pasie, zrzucił skórzane spodnie i przybliżył się do uśpionej kobiety. Zaczął ją gwałcić tak intensywnie, że mężczyźni z boku ledwie mogli ją utrzymać. Robił to długo, okrutnie wgryzając się zębami w uda i łydki, aż w końcu poczuł ogromne ciepło i rozkosz. Wysunął się z niej, przysiadł na kamieniu obok, zapalił fajkę, pyknął z niej parę razy, a potem znowu dziko doskoczył do kobiety. Czynił tak trzykrotnie, za każdym razem czując, że rozpala się do czerwoności i uwalnia się od bagażu męskości. Gdy skończył, jego kompani chcieli skorzystać z okazji i też ruszyli do kobiety, ale jedno uderzenie krótkiego bicza w powietrzu spowodowało, że niemal równocześnie odskoczyli w popłochu.

– Ubrać ją – wydał rozkaz Czen – I nie ważcie się jej tknąć…

– Tak jest panie Czen – odpowiedzieli i zaczęli naciągać ubranie na tułów, pośladki, ręce i nogi Liu.

Czen przygotował sobie posłanie ze skór niedźwiedzich i tygrysich, przykrył się ciepłym futrem pantery i nieomal natychmiast zasnął. Dwaj żołnierze doprowadzili do porządku kobietę, przykryli ją owczymi skórami i też przygotowali sobie miejsce do spania. Na wysokiej półce skalnej, w środkowej jaskini, przesuwał się wielki czarny wąż i patrzył z daleka na leżących ludzi. Ciągle żywe ogniska odstraszały go jednak i skierował się ku skałom, które schodziły w dół, ku przepaści. Wyczuwał tam krew i instynktownie kierował się ku leżącym w dole, postrzępionym podczas upadku i powyginanym ciałom. Na stercie kości i czaszek, pośród których buszowały szczury, nietoperze i roje robactwa, leżały też bez bezwładnie, zmasakrowane zwłoki Gao.

Noc przełamywała się nad górami i na wschodzie pojawiła się pierwsza, wąska i niewyraźna smuga światła. Z każdą chwilą jednakże tężała i powiększała się, aż w końcu pierwsze promienie słońca wystrzeliły nad szczyty i rozlały na niebie tęczę barw. Sikorki i zięby, szczygły i pliszki obudziły się i zaczęły głośno pokrzykiwać, śpiewać długimi trelami i nawoływać się z daleka. Przed wejściem do jaskiń przeszedł czarny niedźwiedź, zatrzymał się na chwilę, długo wciągał powietrze w nozdrza, a gdy poczuł woń koni i ludzi, umknął szybko w góry. Liu obudziła się pierwsza i poczuła straszny ból w okolicy łona, dokuczały jej  też rany na nogach i rękach. Kątem oka zauważyła, gdzie śpią żołnierze i ich dowódca, uniosła się na łokciu i zauważyła, że niedaleko Czena leży nóż, który zapewne wypadł zza pasa Gao. Cichuteńko, bezszelestnie wstała i podeszła do niego. Potem jeszcze delikatniej, przesunęła się ku wysłannikowi, który spał głębokim snem i głośno chrapał. Nie zwlekając dłużej wbiła mu nóż w kark i przeciągnęła ku gardłu. Czen zamachał rękoma i wydał z siebie ledwie głuchy dźwięk. Liu odczekała chwilę i przesunęła się ku żołnierzom, którzy nie widząc zagrożenia, wypili wieczorem sporo wódki usypiającej. Pamiętając o naukach Gao, zabiła ich z taką samą wprawą, jak wcześniej zrobiła to z Czenem. Dopiero teraz usiadła na stercie skór i gorzko zapłakała, a łzy zrosiły jej rzęsy, popłynęły po policzkach i zaczęły kapać na ziemię. Jeszcze wczoraj miała ukochanego mężczyznę i chciała ułożyć sobie z nim życie, jeszcze tak niedawno świat wydawał jej się piękny i marzyła o dalekich wyprawach, o wspólnym życiu, o przytulnym domu i o dzieciach. A teraz cóż pocznie i gdzie się podzieje? Wszędzie tylko zbrodnia i zło! Niesprawiedliwość i cierpienie! Z wielkim trudem zaciągnęła trzy ciała nad brzeg przepaści i zrzuciła je w dół, tam gdzie ciśnięto też zwłoki jej mężczyzny. Widziała w tym jakąś zasadę, odbierała to jako rodzaj sprawiedliwości, zapłaty za przewinę. Przez chwilę się wahała, przecież nie zdołałaby zejść na dół i wydobyć ciała ukochanego. Napatrzyła się w życiu na śmierć i podchodziła do niej jak do zwieńczenia naturalnego cyklu. Broniła życia i cieszyła się nim, ale też wiedziała, że porzucenie ciała niczym nie różni się od ścięcia włosów. Wyszła przed jaskinię, wydostała się przed krzaki i natychmiast poczuła jak chłodne, poranne powietrze uderzyło w nią. Na niewielkiej łące narwała pięknych kwiatów i uplotła z nich duży wianek. Wróciła do jaskini i na brzegu przepaści rzuciła go w dół.

– Żegnaj ukochany Gao… – szepnęła suchymi od cierpienia ustami – Żegnaj moja miłości… Muszę wejść na drogę, po której nie chciałam iść… Żegnaj moja miłości… Jestem płaczącą wdową i idę cię pomścić…

« Older entries

%d blogerów lubi to: