CZARNY NEFRYT (8)

Słońce powoli zachodziło, tworząc na niebie różnokolorowe pasy, plamy i zakrzywione ostrza. Ai wędrował przez góry, kierując się do rodzinnej wsi. Piął się stromymi ścieżkami na zbocza i szybko schodził w doliny. Czasem zatrzymywał się na jakiejś przełęczy i patrzył w dal, na wspaniały kraj Qin, ciągnący się daleko za horyzont, sięgający szczytami nieba, pełen cudownych dolin, jezior i rzek, kolorowych ptaków i rdzawych antylop, koziorożców na turniach i tygrysów w lasach, niedźwiedzi panda w bambusowych zaroślach i wzorzystych węży pośród traw. Panem tego wszystkiego był król, który przybrał tytuł Pierwszego Cesarza. Wstąpił na tron po swoim ojcu Czuang Siangu, w wieku trzynastu lat i godził się, by królestwem długo władał Liu Pu-wei, potężny konkubent jego matki. Potem jednak wygnał go ze stolicy, a spłodzone dzieci, swoich przybranych braci, kazał wymordować. Ai przystanął na wielkiej półce skalnej, wysuniętej nad przepaść, popatrzył na żółtą brzoskwinię słońca i zamyślił się nad światem, który nie wiadomo kiedy powstał. Nie bardzo wierzył w opowieści o Hun-tunie, mitycznym ni to zwierzęciu, ni bukłaku na wodę, utożsamianym z pierwotnym chaosem. Stwór ten wyglądał dziwacznie, jak skrzyżowanie kilku zwierząt, nie lubił ludzi dobrych, a łasił się do złych. Jedni mówili, że mieszkał na Niebiańskiej Górze, gdzie tańczył, grał na instrumentach i śpiewał, a inni przedstawiali go jako beztalencie, takie samo jak inne demony. Świat powstał w ciągu siedmiu dni i może rzeczywiście wyłonił się z chaosu, z którego powstały też bóstwa Yin i Yang. To pierwsze utworzyło ziemię, a drugie – uformowało niebo i tak powstał pierwszy porządek. Ai pamiętał opowieść ojca o pierwotnych oceanach i ich władcach. Hun-tun rządził Oceanem Środkowym, gwałtowny Szu władał Oceanem Południowym, a porywczy Hu decydował o Oceanie Północnym. To oni sprawili, że nieokrzesany stwór umarł i chaos się zakończył. Patrzył na malownicze krawędzie górskie i na niebieskie zbocza w dali, coraz szczelniej pokryte śniegami na szczytach. Kochał te miejsca i znał je dobrze od dzieciństwa, kiedy to po raz pierwszy poszedł z ojcem i bratem w góry i zobaczył krystalicznie czyste dale, o których wcześniej nie miał pojęcia. Odtąd były one w nim wielką tęsknotą i ilekroć wspinał się na szczyty i patrzył przed siebie, czuł jakby skrzydła rosły mu u ramion. Wznosił się w wyobraźni jak orzeł i bujał pośród obłoków, nad wioskami i cesarskim miastem, kołował nad rzeką Wei He i odprowadzał ją aż do ujścia i połączenia się z Huang He, matką wszystkich płynących wód. Był już blisko wielkiego rumowiska skalnego, za którym prosta droga prowadziła w dół, do rodzinnej wsi. Nagle coś przykuło jego uwagę i zadrżał z lęku, przystanął i osłonił oczy dłonią, by lepiej przyjrzeć się niebu. Krążyły na nim dziesiątki sępów i pojawiła się też między białymi czapami chmur jakaś czarna mgiełka, jakby złowieszczy opar, może dym, a może zapowiedź zbliżającej się burzy.

 Wyszedł zza załomu i jedno spojrzenie w dal prawie przyprawiło go o utratę świadomości. Zachwiał się na nogach, przytrzymał gałęzi dzikiego drzewa brzoskwiniowego i szybko pobiegł na dół. Coraz bardziej przybliżały się do niego ognie pożarów, dopalających się w miejscach, gdzie kiedyś stały domy sąsiadów i dobrze znanych mu ludzi. Tuż przy wejściu na główną ulicę wsi zatrzymał się i przyczaił za dużą stertą drewna. Uważnie sondował przestrzeń przed nim, ale nie zauważył niczego, co wskazywałoby na obecność wojska czy jakiejś bandy złoczyńców. Wyszedł ze swojego ukrycia i ruszył środkiem głównego traktu, co jakiś czas przystając i przyglądając się pozabijanym ludziom i kłębiącym się nad nimi sępom, wronom i krukom. Serce podeszło mu do gardła i cały drżał, kierował się jednak ku placowi na środku wioski, gdzie przepychało się wiele sępów. Chwycił dużego kija i podbiegł z nim do ptaków, które niechętnie odskoczyły, nawet nie wznosząc się w powietrze. To, co zobaczył powaliło go z nóg i zaraz upadł na kolana. Przed nim leżała piramida utworzona z ludzkich głów, a obok wbito w ziemię deskę z napisem: Kara za śmierć poborcy. Choć głowy były zmasakrowane, Ai rozpoznawał przez łzy wiele twarzy, szczególnie dzieci, które często przychodziły do kuźni i przypatrywały się jego pracy. Nagle jego uwagę przykuła posiwiała głowa, leżąca do niego bokiem. Zamarł z przerażenia, podszedł ostrożnie do niej i raz jeszcze upadł na kolana, krzycząc z bezsilnej rozpaczy i rwąc włosy z głowy. To była część ciała jego ojca, choć martwa, pełna powagi i dostojności, jakby bez użycia siły oddzielona od tułowia. Sięgnął ją z nabożną czcią i ucałował w czoło, usiadł na ziemi i patrzył na to, co pozostało z tego, który dał mu życie i wychowywał go przez lata. Zdjął gruby futrzany kubrak, który nosił na koszuli i owinął nim głowę ojca. Podszedł do piramidy i z bólem, z wielką rozpaczą w sercu, zawieszał wzrok na każdej twarzy, bojąc się, że za chwilę zobaczy też głowę swojego brata. Jego myśli biegały jak oszalałe, a w wyobraźni pojawiały się wykrzywione twarze Wanga i Shi Huangdi, jego ojca i brata, przepięknej Czao i dzieci wieśniaków. Myślał o tym, jak bezmyślne było zabicie poborcy i jakich wielkich krzywd przysporzył wsi tym czynem. Ruszył z miejsca, jakby był pijany i słaniając się na nogach, skierował się ku odległej kuźni. Wszędzie pełno było plam rozlanej krwi, na drodze i w bramach podwórek walały się ciała bez głów, odcięte ręce i nogi. Wielkie sępy biły się o łupy, przysiadały na niskich drzewach morwowych, przepychały się i robiły wiele hałasu. W końcu dotarł do swojego domu i zaczął przeszukiwać izby. Niczego nie znalazł, więc poszedł do kuźni, gdzie na środku podłogi, w wielkiej kałuży krwi, leżało ciało ojca. Odwinął głowę z zawiniątka i przyłożył ją do szyi. W tym samym momencie usłyszał głośny płacz, a potem krzyk, dobiegający z tajemnego schowka w dachu, w którym czasem ukrywali wykonane miecze i widły, topory i noże.

– Ai…!  Ai…! Kochany Aiu…

Jego brat, Nan, zeskoczył na ziemię i natychmiast objęli się w czułym uścisku. Drżeli jakby stali długo na mrozie i płakali. W końcu jednak zaczęli się opanowywać i Ai zapytał młodszego brata:

– Kto to zrobił…?

– To Czen i jego żołnierze… Pamiętasz tego złoczyńcę…? Czasami zamawiał u nas broń albo dzbany z brązu… – odpowiedział Nan.

– To on? Skąd się tutaj wziął? – dziwił się Ai.

– Przyjechał pomścić Wanga, ale to wściekły pies i na pewno chodziło mu o coś innego – powiedział młodszy mężczyzna, a potem jeszcze dodał – Nasz ojciec powiedział mi przed śmiercią, zanim przyszli do nas, że cokolwiek zrobiłeś, nie ty jesteś winny, tylko cesarz, który od lat morduje i uczy mordować swoich zauszników… To w jego imieniu przyjechał do naszej wsi Wang, a potem Czen…

– Nie mogłeś obronić staruszka…? – pytał zdesperowany Ai.

– Nakazał mi schronić się w skrytce i stamtąd widziałem jak go dopadli… – powiedział Nan drżącym głosem i zapłakał jak dziecko.

– Ilu ich było…? – pytał Ai.

– Wielu, chyba dwudziestu… Biegali od domu do domu i zabijali wszystkich… Na końcu przyszli do nas i Czen pytał ojca o ciebie i o mnie. Ojciec powiedział mu, że pojechaliśmy do sąsiedniej prowincji handlować wyrobami z żelaza i brązu. Nie wiem czy mu uwierzył czy nie, ale ledwo powstrzymałem się od wyskoczenia z ukrycia, gdy ściął głowę naszemu tacie… – opowiadał Nan i gorzko płakał.

Ai długo tulił go czule, klepał po plecach, w końcu poprawił jego rozczochrane włosy, tak jak czyniła to kiedyś ich matka i powiedział:

– Nie mamy chwili do stracenia… Musimy umykać w góry, do naszej chaty… Jest tam już Czao… – powiedział.

– Ona ocalała…? – zdziwił się Nan.

– Tak i czeka tam na nas…  Zbierajmy się, bo mogą tutaj przyjechać następni wysłannicy cesarscy i z miasta pewnie niedługo nadciągną rabusie.

Wyszli z domu i zobaczyli jakiś ruch za płotem. Ai sięgnął po łuk i oparł strzałę o cięciwę, jednocześnie zaczął zbliżać się do ogrodzenia. Gdy podszedł do niego opuścił jednak broń, bo zobaczył dziesięcioletnią Yin, która często przychodziła do kuźni. Wziął ją drżącą na ręce i wrócił do brata. Dziewczynka ocalała, bo wybrała się do Nana i przez cały czas kryła się za ogrodzeniem ich domostwa. Teraz zabrali ją ze sobą i szybkim krokiem ruszyli przez dopalającą się wieś ku drodze prowadzącej w góry. Gdy byli dość wysoko, odwrócili się za siebie i w ostatnich promieniach słońca zobaczyli, że z przeciwnej strony, traktem wiodącym od cesarskiego pałacu zbliżali się jacyś ludzie. Szli dalej i raz jeden, raz drugi, nieśli na plecach zmartwiałą z przerażenia Yin. Tak przemknęli, najpierw ku łące Czao, skąd popędzili w dół jej zwierzęta, a potem do jaskini, ukrytej za wodospadem. Najwięcej kłopotów mieli z białym jakiem, który często przystawał i nie chciał ruszać dalej. Dopiero uderzany lekko kijem bambusowym, szedł dalej, by po jakimś czasie znowu się zatrzymać. W końcu dotarli jednak do wodospadu, położyli śpiącą dziewczynkę na poszyciu z mchu, a sami zajęli się przeprowadzeniem przez strumień i po wąskiej ścieżce kóz, owiec i jaka. Tym razem zwierzęta przesunęły się szybko i dopiero przed lejącą się z góry wodą, zastygały wystraszone. Jakoś jednak udało się je przepchać i niebawem wszystkie znalazły się w jaskini. Ai wyszedł przed wodospad, obudził delikatnie Yin, okrył ją swoim kubrakiem i przeprowadził przez ukryte przejście. Dopiero w jaskini mogli odetchnąć i zdjąć przemoczone odzienie. Sięgnęli do skrzyni i wyjęli z niej suche koszule i spodnie, jakoś dopasowali też coś dziewczynce, która drżała z zimna i cichutko płakała. Teraz mogli już wypchnąć zwierzęta na łąkę i ruszyć w kierunku domku, z komina którego, cienką smużką wznosił się biały dym. Czao usłyszała beczenie owiec i wybiegła przed drzwi, a gdy zobaczyła Aia i Nana, a potem swojego jaka, kozy i owieczki, puściła się pędem przez łąkę.

BROMBERG (10)

Po powrocie do domu Józia umyła ręce i twarz w łazience i natychmiast skierowała się do łóżka, stojącego przy kaflowym piecu. Mama i tata patrzyli na nią zasmuceni, ale widząc jej nieobecne spojrzenie, nie mieli odwagi jej zatrzymać. Wsunęła się pod grubą, białą pierzynę, położyła głowę na puszystej poduszce w małe różyczki, zamknęła oczy i niemal od razu zasnęła. Zanim zaczęła wyodrębniać senne obrazy znalazła się w mętnej mgle, snującej się między drzewami, wlewającej się w jakieś puste ulice. Nagle zauważyła, że jest na Leszczyńskiego, tuż przy kościele ewangelickim Marcina Lutra, gdzie czasem chodziła razem z panią Spatz i na przekór Niemcom modliła się do Najświętszej Panienki, jakże samotnej w tym miejscu. Teraz biegali tam polscy żołnierze i próbowali sforsować drzwi, prowadzące na wieżę. Nagle pojawił się rosły dowódca, który uniósł w górę pistolet i wydawał rozkazy:

– Oni tam stale są… I strzelają do naszych… Myślą, że jak się zabarykadowali, to ich nie dostaniemy… Jazda, zanieście ławki pod ołtarz i dajcie tutaj kanister benzyny…

Obrazy we śnie Józi zanikały, a potem wracały do niej z jeszcze większą wyrazistością i silniejszym nasyceniem barw. Mundury polskich żołnierzy były nienaturalnie zielone, a ich buty lśniły czernią, jakby dopiero zostały wykonane przez najzdolniejszych szewców. Widziała teraz jak młodzi chłopcy z dzielnicy pomagali wojskowym przerzucać ławki do przodu świątyni. Zaraz też doskoczył do nich wysoki kapral i zaczął je polewać benzyną z zielonego kanistra. Po chwili pobiegł schodami na górę i dołączył do trzech innych żołnierzy, którzy rozlewali benzynę na emporach. Wtedy oficer rozejrzał się po całym, rozległym wnętrzu kościoła i wydał komendę:

– Zapalać…! Szybko…!!! I wynosimy się… Poczekamy na nich na placu, przy tym dużym dębie…

Ojciec Józi podszedł do jej łóżka, przykrył ją pierzyną aż po samą szyję i zauważył, że jej gałki oczne biegają pod powiekami jak oszalałe. Popatrzył chwilę na córkę i po cichu wycofał się do kuchni, gdzie już na niego czekała Franciszka ze świeżo zaparzoną herbatą. Gdy usiadł przy stole i zaczął pić w milczeniu gorący napar, Józia wydała jakby cichy jęk przez sen i przewróciła się z boku na bok. Chwilę znowu błądziła we mgle, po czym znalazła się przy polskich żołnierzach, strzelających z karabinów w stronę ceglanej dzwonnicy kościoła, z każdej strony zwieńczonej dodatkowo czterema małymi szpiczastymi wieżyczkami. Nagle zobaczyła, że z otwartych na oścież wrót zaczął wydobywać się czarny dym, a w wielkich oknach zalśniła migotliwa czerwień. Kula wystrzelona z wieży świsnęła jej koło głowy i trafiła stojącego przy niej młodego, niskiego szeregowca.

– Kryć się… – krzyknął dramatycznie dowódca, widząc jak jego podwładny rozkrzyżował ramiona i runął bezwładnie na ziemię – Zobaczyli, że ich podpaliliśmy i wpadli w szał…

– Łatwo nie sprzedadzą skóry… – odezwał się grubawy sierżant, który co jakiś czas wychylał się zza dużego wozu i strzelał z niewielkiego pistoletu.

Józia stała za dębem i patrzyła w przerażeniu jak żołnierze transportują na noszach okrwawione ciało kolegi. Z jego dłoni, swobodnie zwieszonej w dół spływał strumień krwi i znaczył drogę, którą umykali w dal. Nagle stało się coś niepojętego, bo plama krwi na bruku rozdęła się do ogromnych rozmiarów jak bańka mydlana i pociągnęła za sobą dziewczynę. Nie wiedzieć w jaki sposób, znalazła się na wieży, niewidzialna pośród czterech młodych mężczyzn i jednego starszego, który kogoś jej przypominał. Tak… pomyślała we śnie… to był dozorca tej świątyni… Wszyscy mieli w rękach karabiny i co jakiś czas przybliżali się do boków okienek, oddając pojedyncze strzały. Nagle najmłodszy z nich, z dużą, jasną czupryną, wciągnął głęboko powietrze i przerażony wykrzyknął:

– Panie Krause, Polacy podpalili kościół… spłoniemy tu wszyscy…

– Wywalcie okno z tyłu… – wydał komendę najstarszy z nich, ubrany w zieloną bluzę z kapturem i obcisłe, czarne spodnie, stukający co i rusz po drewnianej podłodze wysokimi oficerkami – Utnijcie linę od dzwonu, spuścimy się na dach głównej nawy.

Józia stała w rogu dzwonnicy jak bezbarwny duch i przyglądała się mężczyznom uderzającym grubą belką we framugę okna. Jeden z nich wspiął się po drabinie na oprawę dzwonu i szybkimi ruchami odcinał gruby, jutowy sznur.

– Ta lina jest za krótka… – rozpaczliwie wykrzykiwał najmłodszy – Wszyscy zaraz zginiemy… A ja tak bardzo chcę żyć…

– Nie jęcz…Jak będzie za krótka… skoczysz z niej na dach… To nasza ostatnia szansa… – skarcił go dowódca.

Wzrok Józi przeniknął przez mury i zobaczyła jak wielki pożar rozprzestrzenia się we wnętrzu kościoła. Spostrzegła też trzech polskich żołnierzy z karabinami w dłoniach, przemykających wzdłuż ścian ku tyłowi głównej nawy. Gdy zajęli miejsca w krzakach i zaczęli obserwować odsłonięte okno, na chwilę znowu znalazła się w dzwonnicy i zobaczyła jak Krauze skierował broń do jasnowłosego Niemca i wskazując mu okno wrzeszczał:

– Jazda…ty pierwszy…

– Ale ja się boję… po co ja tutaj przyszedłem… Mam dziewczynę… Chcę dla niej żyć… Dlaczego pan mnie tutaj zabrał…?

Ledwie wybrzmiały ostatnie słowa chłopaka, Krauze uniósł pistolet i strzelił mu trzy razy prosto w pierś. Szybko zlustrował pozostałych, a nie widząc sprzeciwu, wskazał okno następnemu mężczyźnie. Ten nie czekając, przesadził nogę przez ceglany parapet i zaczął opuszczać się w dół, bardzo przy tym naprężając linę. Po chwili jednak padły dwa strzały i lina znowu stała się wiotka, a czarny dym zaczął przesączać się przez dziury w deskach.

– Krauze… za chwilę spłoniemy… – krzyknął wysoki brunet w czapce z daszkiem, jaką nosili wtedy wozacy i zamiatacze ulic – Ty nas tu zwołałeś, to musisz zrobić to, co do ciebie należy. Nasi nas pomszczą i zapłacą im za spalenie naszego zboru…

Józia widziała jak z ciała najmłodszego z nich sączy się jaskrawa krew i czuła, że zaraz wydarzy się coś jeszcze gorszego. Jeden z Niemców, w brązowej jesionce i kapeluszu, wskoczył na drabinę i chciał wspinać się po niej ku najwyższej części wieży, pod samym dachem, ale gdy był na drugim stopniu, usłyszał huk wystrzału i spadł bezwładny na ziemię. Teraz Krauze podał rękę ostatniemu koledze i bez wahania strzelił mu w skroń, a potem zrezygnowany osunął się na ziemię i krztusząc się dymem, rozejrzał się po raz ostatni po dzwonnicy. Wyciągnął jeszcze z kieszeni bluzy trzy zdjęcia, na których była jego żona, syn i córka i patrząc na nie wsunął wolno pistolet do ust, kierując lufę ku górnemu podniebieniu. Nie czekał dłużej, nacisnął spust, rozległ się huk i z tyłu jego głowy chlusnęła krew, zmieszana z kawałkami mózgu.

Dziewczyna raz jeszcze przeniknęła we śnie mury kościoła i nie wiedzieć jak znalazła się w dużej wojskowej ciężarówce, jadącej po wyboistej drodze. W środku stali stłoczeni ludzie, głównie mężczyźni w średnim wieku, jakieś dwie grubawe kobiety w robionych na drutach, burych swetrach, a za nimi kilku starców i młodzieńców w marynarkach i brudnych jesionkach. Przy samej klapie, na którą spuszczono brezent, stało dwóch żandarmów w żelaznych hełmach, mundurach Wermachtu i z karabinami u boku. Dopiero po chwili zorientowała się, że ktoś trzyma ją za ramiona, chroniąc tym samym przed upadkiem. Spojrzała na  zarośniętego mężczyznę i na początku nie poznała go, ale po chwili jego czarne oczy odesłały jej myśli do malutkiego warsztatu szewskiego, w którym czasem przysiadała i patrzyła jak jego właściciel robi piękne trzewiki. Uśmiechnęła się przez łzy do niego i była już pewna, że stał przy niej Izaak Abraham, chudszy niż zwykle, kościsty, z zaschniętą krwią na włosach, ostrym nosie i brodzie.

– Nie martw się dziecko, Jahwe przygarnie nas i otoczy opieką… – powiedział z bólem i zakołysał się, gdy samochód podskoczył nieco w górę.

Józia znowu roztopiła się we mgle, jeszcze przez chwilę wspinała się wzgórze, ale gdy stanęła nad świeżo wykopanym dołem, usłyszała przeraźliwie głośną palbę wystrzałów i obrazy natychmiast zgasły, jakby je nagle zdmuchnął jakiś niewidzialny, potężny demon.

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (VII)

Dararan przyleciał z bardzo daleka i lekko przysiadł na czarnej skale, otrzepał skrzydła i złożył je majestatycznie za plecami. W jego ciele migały ruchliwe ogniki i przelewały się jaskrawe barwy. Zdawał się opalizować, lśnić pośród mgieł i oparów, a nade wszystko promieniował jakąś różowawą, złocistą mgiełką. Skrzyżował dłonie na piersiach i patrzył w dal, na wielki zamek, pełen przyczepionych gniazd, na wyniosłe wieże i na wielką dolinę przed nim. Wszędzie latały klucze aniołów, ich punkciki migały, połyskiwały, czasem łączyły się w świetliste linie. W niektórych miejscach widać było większe zgromadzenia, rojowiska, pulsujące emocjami i falujące niczym wielki ocean. Gdzie indziej sunęły równe oddziały, a ponad nimi śmigali pojedynczy posłańcy. Przestrzeń niebieska falowała i tętniła licznymi głosami, słychać było szum skrzydeł, który przypominał odgłosy ziemskich cykad, zwielokrotnione i dopełnione jakimiś wzniosłymi tonami, jakimiś pieśniami i oratoriami. Patrzył na to wszystko i myślał o drodze jaką pokonał. Jakaś siła pchała go tutaj, jakaś moc odciskała się w jego myślach i wytyczała azymut. Wznosił się wysoko w górę, ogarniał wzrokiem rozległe przestrzenie, a potem ślizgał się ku dalekim punktom granicznym. Przebył tak wielką odległość by dowiedzieć się czegoś nowego o Panu i spojrzeć na jego tron.

– Jak ogarnąć myślą to, co jest nieskończone – myślał – jak znaleźć punkt oparcia dla oblicza ukrywającego się za zasłoną nicości?

Zawsze wyobrażał go sobie jako dumnego starca z gładką skórą, długimi siwymi włosami i taką samą, gęstą brodą. Jego spojrzenie miało moc przenikania wszystkich i wszystkiego, a purpurowa szata mieniła się od różnobarwnych deseni i refleksów. Stojąc teraz naprzeciw zamczyska i patrząc dumnie przed siebie, nie był już pewny, czy Bóg jest starcem z głębin jego wyobrażeń. Nie widział go, ale wiedział, że stoi twarzą w twarz, a każda jego myśl pojawia się natychmiast w Jego świadomości. Chciał zrozumieć swój anielski byt i chciał zrozumieć naturę przedwiecznej świętości, ale nie znajdował słów, by sformułować pytanie.

Patrzył na różnorodność anielskich sfer i kontemplował ogromy, nieskończone dale, ciągnące się bez końca, bez początku – i te chmary skrzydlatych bytów, w każdej cząstce Nieba, w górze i na dole, z boków i za plecami. Nie pamiętał kim był w ziemskim życiu, jakimi ścieżkami chodził i kiedy umarł – nie pamiętał kiedy pojawił się pośród kolorowych smug i srebrzystych mgieł, czy ktoś uczył go latać czy może pokazał drogę ku temu miejscu. Wiedział, że stanął tutaj by zadać pytanie pierwsze i ostateczne, by wyjaśnić zagadkę Pana. Ale nie mógł wydusić z siebie nawet jednego słowa, ani jednego zdania. Wszystko gdzieś umykało, wszystko ginęło pośród innych myśli i obrazów. Patrzył w dal i czekał aż coś się wydarzy, aż pojawi się jakiś znak, może rozbłysk albo intensywniej pulsujący punkt. Ale nic się nie działo, tysiące aniołów przelatywały koło niego i tylko niektóre przystawały, zataczały krąg i szybko odlatywały w dal. Czasem jakiś seledynowy serafin zatrzymywał się przed nim i ruszając szybko skrzydłami, przypatrywał mu się uważnie. W tym powszechnym ruchu, łopotaniu, ruszaniu lotkami i powiewaniu barwnych włosów, był jak statyczna wyspa, przy której można było na chwilę zacumować. Patrzył na dalekie wieże i dachy innych budowli i zastanawiał się jak tam się dostać. Widział w dali liczne kordony ochronne, poszczególne sfery, aniołów z oddziałów tronowych, serafinów z błyskającymi żarem włóczniami, czasem też zdawało mu się, że dostrzegł zwinnie szybującego archanioła, po przelocie którego zostawały kolorowe wiry i powoli niknące pośród błękitu jaśniejsze koła. Ta droga, którą przebył była niczym w porównaniu z wyprawą, jaką musiałby podjąć by znaleźć się przy wielkim zamku. Czuł zmęczenie, oczy kleiły mu się i miał wrażenie, że momentami zamyka je nieświadomie. Ale zaraz wracał do rzeczywistości i zawieszał wzrok na jakimś oddziale, na połyskującym w dali punkcie. Przysiadł na skale i oparł się na mieczu, jeszcze walczył z sennością, ale czuł, że powoli, bezpowrotnie zatapia się w innej przestrzeni. Jeszcze zobaczył młodą, wyrazistą twarz Pana, jeszcze wymienił z nim myśli, ale coraz silniej przyciągała go już senna nieświadomość. W końcu zasnął na skale, połyskującej dziwną migającą energią, okryty jednym skrzydłem i częścią szaty, przechylony na mieczu. Jego złociste włosy rozsypały się na wszystkie strony, a drugie skrzydło zgięło się i pomarszczyło jak złota folia.

Sen od razu wprowadził go w stan rozkoszy, której nie zaznał nigdy w ziemskim życiu, gdy miał ciało i czuł w nim święte pulsowanie krwi. Ta senna myśl przeniosła go do jakiejś śródziemnomorskiej krainy, z brązowymi drogami, pełnymi kolein, a przy nich ze strzelającymi w niebo cyprysami. Jednym z tych szlaków podążał w dal niewielki pochód pogrzebowy, składający się z zakonników w czarnych habitach i kilku wieśniaków w białych, lnianych koszulach i spodniach. Drewniane saboty mnichów i pozostałych żałobników stukały lekko w stwardniałą ziemię i wzbijały w górę brunatny kurz, przez który przesuwały się lekko duże koła drabiniastego wozu. Leżała na nich podłużna sosnowa skrzynia, na której ktoś położył wielki bukiet świeżo zerwanych bzów. Czuł, że w trumnie leży jego ziemskie ciało, ale nie mógł sobie przypomnieć, co stało się wcześniej i dlaczego opuścił tamten świat. Zauważył, że dwaj zakonnicy, idący na czele pochodu szepczą coś cicho do siebie, co jakiś czas lękliwie oglądając się do tyłu.

– Nasz brat powinien spocząć w krypcie naszej katedry, a nie w piachu, pośród wieśniaków… – mówił wyższy i starszy z nich.

– Zaiste bracie Lucjuszu… On przecież nigdy nie zrobił nic złego… – potwierdził młodszy z nich.

– Ale, gdy wszedłem do jego celi i znalazłem go wiszącego na sznurze od habitu, przymocowanym do kraty okiennej, miałem wrażenie, że umknęły stamtąd czarne demony ze skrzydłami nietoperzy i dziobami jastrzębi… – ciągnął starszy.

– Czy może to być…? Przecież on modlił się najgorliwiej, a Pan naznaczył go swoimi ranami na dłoniach, nogach i w prawym boku…– szeptał młodszy, który przyjął imię zakonne Jan.

– Nasz przeor mówił, że to było oszustwo… Wciąż też szukał w celi Pawła jakichś ostrych narzędzi, którymi sam zadawałby sobie rany…– syknął nieco za głośno Lucjusz, czym wzbudził zainteresowanie dwóch rosłych braci, podążających tuż za nimi.

– Tak, ale niczego tam nie znalazł… Raz nawet zlecił takie przeszukanie mnie, ale nic tam nie było, oprócz dużego krucyfiksu na ścianie, dzieł św. Augustyna i Tomasza z Akwinu, pism doktorów Kościoła i starej, wielkiej Biblii, leżącej na stole… Na tym samym, na który wszedł, gdy założył sobie pętlę na szyję… – snuł opowieść Jan.

– Tylko korona cierniowa na głowie Chrystusa była luźna – mówił starszy – i kiedyś łatwo ją uniosłem… Może ranił się nią…?

Jan przeżegnał się szybko, pociągnął Lucjusza nieco do przodu i przysuwając się do jego kaptura, syknął:

– Bluźnisz ojcze… doprawdy bluźnisz… To był święty człowiek i gromadził tłumy nie bez powodu… Jeszcze wydobędą jego ciało z ziemi i ustawią na ołtarzu… Zobaczysz…

– Daj Bóg… Daj Bóg… – zakończył rozmowę wyższy zakonnik.

W śnie Dararana nastąpiła nagła zmiana planu i zobaczył teraz grubego przeora, modlącego się przy wielkim pulpicie, zerkającego co chwilę na wielki krucyfiks z ciałem Chrystusa naturalnej wielkości. Był niespokojny, co jakiś czas wstawał z klęczek i chodził po przestronnej celi, upijał nieco wina ze złotego kielicha, by po jakimś czasie znowu klęknąć przed krzyżem i modlić się szeptem. Nagle usłyszał kroki za drzwiami, a potem wyraźne pukanie do drzwi. Dźwignął się z trudem z kolan i podszedł do dębowych wrót, na których wyrzeźbiono sceny z ukrzyżowania. Do celi wsunęło się dwóch postawnych mnichów z różańcami, oplecionymi wokół dłoni. Pod ich czystymi habitami rysowały się muskularne kształty, jakże odmienne od suchotniczych i wychudzonych ciał innych współbraci.

– Nikt was nie widział bracia…? – zapytał przeor i pociągnął ich ku rzeźbionym krzesłom, stojącym wokół stołu.

– Nikt ojcze przeorze – odpowiedział pierwszy z przybyłych.

– To dobrze Piotrze… – odparł zwierzchnik, usiadł przy szczycie stołu, wskazując im miejsca obok, a potem dodał – Przyglądałem się wam uważnie odkąd do nas przybyliście i zaczęliście podążać drogą cnoty ku pierwszym święceniom…

– Zawdzięczamy to ojcu przeorowi… – pośpieszył z pochlebstwem drugi z przybyłych.

– Bracie Marku, wszystko dzieje się za sprawą Boga i ludzie nie spotykają się bez powodu… – sentencjonalnie rzekł przeor.

Na chwilę wstał od stołu, przewędrował od ściany do ściany, nalał wina z dzbana do dwóch szklanych, zielonych kielichów i przysunął je do nich, po czym wrócił na swoje miejsce i patrząc uważnie w oczy współbraci, zaczął mówić dobrze słyszalnym szeptem:

– Zauważyliście zapewne, że straszne rzeczy dzieją się w naszej wspólnocie św. Ignacego… – znowu upił trochę wina i ruchem głowy zachęcił ich by przybyli też się napili, a potem kontynuował – A wszystko za sprawą brata Pawła, który uwierzył, że jest świętym i zaczął obnażać krwawiące rany przed wiernymi…

– Owijał dłonie szmatami, ale jak udzielał komunii, ludzie i tak widzieli czerwone plamy na nich… – potwierdził skwapliwie Piotr.

– Nie prał też habitu i wyraźnie widać było wielką, krwawą plamę pod sercem… – dodał Marek.

Przeor zamyślił się głęboko, rzucił okiem na wiszące na krzyżu ciało Jezusa, przeżegnał się i powiedział:

– Od samego początku mu nie wierzyłem i przerażało mnie to, co działo się w katedrze, przy jego konfesjonale i przy ołtarzu… Lubiłem jego kazania i dawno temu prowadziłem z nim dysputy teologiczne… Ale potem coraz częściej zaczął mówić o sobie i porównywać swoje cierpienia do męki naszego Pana… Jego stygmatyzacja była bardzo podejrzana i Ojciec Święty szybko zażądał ode mnie wyjaśnień…

Piotr i Marek kiwali potakująco głowami i patrzyli w uniesieniu na przełożonego, który zrobił się czerwony na twarzy, a jego oczy zaczęły płonąć jak na obrazach świętych mężów i męczenników.

– Przez ostatnie lata próbowałem go złapać na oszustwie, ale bracia, którzy na moje polecenie przeszukiwali jego celę, niczego nie znaleźli prócz plam krwi na podłodze, stole i łożu…Dopiero kilka dni temu , dzięki spostrzeżeniu ojca Miguela z Lizbony, zrozumiałem jak on to robił…

Przybyli bracia wychylili kielichy i odczekali aż przeor doleje im znakomitego, czerwonego wina z Malagi i słuchali jak mówi dalej:

– To on zlustrował jego celę centymetr po centymetrze, nie znalazł noża, ćwieka, ani ostrego szkła, ale gdy już miał wychodzić stamtąd i chciał pocałować stopy Chrystusa na krucyfiksie Pawła, zauważył krople krwi w koronie cierniowej Pana. Początkowo przeraził się, bo pomyślał, że spostrzegł jeszcze jeden znak świętości w tej celi, ale po chwili zaczął podążać myślą ku temu, co mogło się tam rozgrywać nocą i dniem…

– Czy może to być…? – dziwił się Piotr.

– Niepodobna… – powiedział Marek kiwając przecząco głową.

Przeor teraz dolał sobie wina do kielicha, wolno opróżnił jego zawartość, po czym ciągnął dalej:

– Od razu przybiegł do mnie i poszliśmy razem do celi Pawła… Sięgnąłem po koronę cierniową Pana i stwierdziłem, że leżała swobodnie na głowie, a drut przytrzymujący ją od tyłu był odgięty. Brat Miguel zaproponował, żebyśmy wyczyścili ślady krwi i za jakiś czas zobaczyli, czy pojawią się nowe plamy. Dałem mu przyzwolenie, więc wytarł ciernie dołem swojego habitu, który zwilżył śliną…

Dararan przebudził się na chwilę, zmienił pozycję, przenosząc lewe skrzydło na prawą stronę, ale zaraz ponownie zapadł w sen i znowu znalazł się w celi przeora, który przysunął się właśnie do Piotra i Marka i dalej szeptał:

– Bracia, raz jeszcze muszę prosić was, byście pomogli naszemu zgromadzeniu… Tak jak wtedy, gdy dzięki waszej pomysłowości usunęliśmy z naszego grona opętanego Tarsycjusza… Udzielam wam raz jeszcze dyspensy samego Ojca Świętego, na chwilę przystaniecie w drodze ku trzeciej probacji… ale potem odpokutujecie wszystko, ruszając z jeszcze większym impetem i moim błogosławieństwem…Tylko to musi wyglądać tak, jakby zwariował i sam odebrał sobie życie…

– Musimy tylko znaleźć dogodny moment – odezwał się Marek – Tak jak wtedy, gdy Tarsycjusz podążył do studni na dziedzińcu i zaczął przeklinać wodę…

– Jednym skokiem złapałem go za łydki i cisnąłem w dół… – chełpił się Piotr.

– Ci… ci… cicho bracie… ściany czasem mają uszy… – syknął przeor, chwycił ich pod ramiona, poprowadził do drzwi, a na odchodne jeszcze dodał – Pojutrze nakażę mu specjalne modlitwy pokutne w celi, więc jak wszyscy pójdą spać, będziecie mogli wśliznąć się do niego… Niech nasz Pan i papieskie błogosławieństwo was prowadzą…

– Niech Pan da siłę i zdrowie Ojcu Świętemu i naszemu przeorowi – powiedział Piotr i pierwszy wyszedł na korytarz, a za nim jak cień zaraz wysunął się Marek.

CZARNY NEFRYT (7)

Zapadł czarny, groźny, nieodgadniony mrok. Jakiś nocny ptak pohukiwał na pobliskim drzewie i słychać było szczekanie psów na obrzeżu miasta. Księżyc w pełni, w całym swoim majestatycznym ogromie, połyskujący złociście, pojawił się nad górami. Gao i Liu siedzieli na ławce, przy otwartej studni i z ożywieniem rozmawiali.

– Co robić, ukochana, co robić? Jeśli pojedziemy z nim na dwór, zabije mnie i ciebie zniewoli… – powiedział zdesperowany Gao.

– Ale jak uciekniemy, to oskarży nas o zabicie Wanga i będą nas szukać we wszystkich prowincjach – odrzekła Liu.

Pochylili głowy i co chwilę oddychali głęboko, jakby chcieli zrzucić z siebie to brzemię. Chwycił jej palce lewą dłonią, a prawą otoczył drobne ramię. Zbliżył twarz do jej głowy i zaczął czule całować w usta, ocierać nos o jej niewielki kształtny nosek, zwilżać językiem delikatne brwi i ruchliwe rzęsy. Liu płakała i czuła tak wielką więź ze swoim młodszym o piętnaście lat kochankiem, tak wielką czułość miała dla niego, jakby był jej synem, potrzebującym opieki i tulącym się do niej z oddaniem.

– Co zrobimy? – powtórzyła bezwiednie, odsunęła się nieco i spojrzała na niego z wyrazem przerażenia na twarzy.

– Musimy być mądrzy… Nie mamy wyjścia… Możemy tylko pojechać z nimi na dwór… – artykułował oderwane od siebie zdania.

– Może tam nadarzy się jakaś okazja… – ożywiła się Liu – Cesarz nie zna litości dla zdrajców i kłamców…

– Myślisz, że uwierzyłby nam, gdybyśmy opowiedzieli mu o wszystkim? – zapytał.

– Nie wiem… Nie wiem co robić… – lamentowała Liu.

Minęło jeszcze sporo czasu zanim usłyszeli koński tętent, zbliżający się i coraz głośniejszy, aż w końcu jeźdźcy pojawili się na podwórzu. Zeskoczyli z siodeł, uwiązali uzdy do specjalnych drągów i podbiegli do wielkiej kadzi z wodą, z której nabierali płyn brązowymi naczyniami i pili łapczywie. Gao zauważył, że ich zbroje i koszule, spodnie i buty pochlapane były krwią i w mig zorientował się, co stało się we wsi. Zadrżał, bo zrozumiał, że ma przed sobą bezwzględnych morderców, zabijających bez drgnięcia powiek. Czen zbliżał się do nich, więc skoczyli z ławki i zgięli się w ukłonach przed nim.

– Powiecie cesarzowi… – zwrócił się do nich bezceremonialnie – Powiecie, co widzieliście… Wieśniacy napadli na dom Wanga i prawie wszystkich wymordowali. Rozkradli dobytek i dla zatarcia śladów  wszystko podpalili.

– Zrobimy jak każesz panie – wyszeptała Liu, a Gao kiwał cały czas głową potakująco.

– Opowiecie o waszej miłości i o tym, co widzieliście z ukrycia w ogrodzie – powiedział Czen i po chwili dorzucił, cedząc sykliwie każde słowo – Pamiętajcie jednak, że zabezpieczyłem się dobrze i w razie, gdybyście chcieli mnie zdradzić… moi ludzie złapią was, poddadzą strasznym torturom, a dopiero potem zabiją… Mam wielu przyjaciół…

Gao poruszał głową i chwiał się w ukłonach, potwierdzając swoje oddanie. Pomyślał jednak, że kto ma wielu przyjaciół, ma też wielu wrogów i to może być szansa dla niego i Liu. Trzej żołnierze z domu Wanga, którzy także pojechali do wsi, nie wrócili już z niej, na podwórzu byli teraz tylko jego ludzie i para zakochanych. Wysłannik cesarski podszedł do kobiety, nakazał jej wstać i z błyskiem w oku pogładził ją po delikatnej cerze, wsunął palce we włosy i przytrzymał przez chwilę, jakby chciał wyrwać ich trochę. W taki sposób przyciągnął jej głowę do siebie i spojrzał w oczy. Liu przeraziła się śmiertelnie, ale poczuła też zapach końskiego potu i mieszankę innych woni, będących istotą chińskiej męskości. Bała się strasznie i odczuwała ból, ale zalotnie spojrzała na Wanga i otworzyła lubieżnie usta. Ten, nie zwracając uwagi na Gao, wsunął do nich swój język, pocałował ją gwałtownie, a potem zaśmiał się szelmowsko i odepchnął ją od siebie. Skoczył do swoich żołnierzy i zaczął wydawać komendy. Cztery wielkie wozy zapełniono sprzętami i naczyniami, szerokimi misami, lampami i porcelanowymi wazami. Piękne materie zwinięto w rulony, zdemontowano misterne parawany i abażury, załadowano meble, ręcznie kute kielichy, amfory i dzbany z brązu. Pościągano ozdoby z trupów, żołnierze pozrywali też co lepsze buty i części ubiorów. Najcenniejsze kosztowności Czen zapakował do dwóch wielkich skórzanych worów, które przytwierdził do swojego zapasowego konia. Dom poborcy wyglądał teraz jak miejsce z jakiegoś strasznego snu, wszędzie walały się półnagie ciała pomordowanych, pokoje były złupione i zdemolowane, na podłogach leżały bambusowe deszczułki ksiąg i potłuczona porcelana. Wozy wyjeżdżały już ku pobliskim górom, gdzie Czen chciał wszystko ukryć, w jednej z jaskiń, a potem po trochu przewozić do swojego domu. Liu i Gao rzucono na dwa konie, a potem skrępowano im ręce i nogi, pod brzuchami zwierząt. Kilku żołnierzy chodziło z pochodniami i podpalało kolejne partie posiadłości. Ogień szybko zajmował łatwopalne budynki, przeskakiwał ku następnym dachom i szybko powstał tak wielki żar, że jeźdźcy musieli  w popłochu uciekać za bramę, którą też zaczynały lizać płomienie. Gęsty czarny dym bił w niebo i ginął pośród coraz gęstszych ciemności. Pożar rozświetlił mroki i wszystko stało się widoczne z dużej odległości. Czen zorientował się, że popełnił błąd i wrzasnął:

– Jazda… Uciekamy do lasu…

Wreszcie dopadli wolno jadące wozy i podążali dalej, ku drzewom, dziwacznie oświetlonym światłem księżycowym. Znaleźli się już w bezpiecznym miejscu, gdy na peryferiach miasta zauważono wielki pożar i natychmiast ruszyli ku niemu pierwsi jeźdźcy. Czen wiedział, że minie sporo czasu, zanim więcej ludzi tam się zgromadzi. Wydał więc ostatnie komendy woźnicom i trzem żołnierzom, kierując wypełnione wozy i jeńców ku pewnej przełęczy, a potem dalej, do tajemnej jaskini, w której wiele razy gromadził zrabowane dobra. Z pozostałymi żołnierzami zatrzymał się w lesie i dopiero gdy księżyc zaczął obniżać się nad najwyższą górę, ruszył zataczając krąg, z powrotem do tego, co zostało z domu Wanga. Wiedział, że cesarz ma wszędzie wielu szpiegów i chciał sprawić wrażenie, że przybył od strony miasta, już po masakrze i po podpaleniu domostwa przez ludzi ze wsi. Kawalkada jeźdźców zbliżyła się do dopalających się zgliszczy, wokół których był już spory tłum ludzi. Czen zeskoczył z konia i z wściekłością ruszył ku największej grupie.

– Kto to zrobił…? – ryknął przerażająco i wyszarpnął miecz z pochwy.

Ludzie upadli przed nim na kolana i pokrzykiwali w przerażeniu, potwierdzali swoją niewiedzę, prosili o litość. To był dobry znak dla wysłannika, ale żeby wzbudzić strach i uwiarygodnić swoje działania, podszedł do jednego z dobrze zbudowanych mężczyzn, szarpnął go do przodu i wciąż trzymając za białą koszulę, wrzasnął:

– Kto odważył się zszargać majestat cesarski… Może to byłeś ty…?!

Podniósł miecz i błyskawicznym ciosem ściął młodzieńcowi głowę. Rozległ się świst, ciało opadło bezwładnie na ziemię i z czerwonej wyrwy w szyi trysnęła jaskrawa krew.  Odezwały się krzyki, tłum zafalował. Wielu wstało z klęczek i zaczęło uciekać w kierunku miasta, inni pochylili głowy jeszcze niżej, prawie kładąc się na brzuchach. Czen tylko na to czekał, podskoczył ku następnemu mężczyźnie, szarpnął go ku sobie, przyciągnął jego głowę ku swoim ustom i jadowicie szepnął do ucha:

– Krzyknij, że to na pewno zrobili wieśniacy ze wsi, bo inaczej spotka cię to samo, co stało się przed chwilą…

Młodzieniec natychmiast zaczął krzyczeć, że widział kto to zrobił i trzeba zemścić się na zbrodniarzach. Odepchnięty z rozmachem, wpadł w tłum i zniknął w nim, ale ziarno zostało już zasiane.

– Kto jeszcze widział, że to zrobili wieśniacy…? – krzyknął Czen i z zadowoleniem zauważył, że liczne ręce zaczynają się podnosić ku górze.

Po kilku chwilach wielu krzyczało, że to zrobili wieśniacy i prawie wszyscy podnosili ręce ku niebu. Wang chodził w koło obok zabitego człowieka, wznosił miecz do góry, jakby potwierdzając te okrzyki, a potem głośno zawołał:

– Każdy kto podniesie rękę na cesarskiego urzędnika zostanie zabity, a jego dobra przejdą na własność Qin Shi Huangdi…

Schował miecz do pochwy, wskoczył z rozmachem na konia, pogalopował w kierunku końca tłumu, zawrócił i pojechał ku drugiej krawędzi zbiegowiska, a potem wrócił na środek i jeszcze raz głośno obwieścił:

– Wieśniacy muszą zapłacić za morderstwa i grabieże! Żołnierze, za mną, jedziemy do wsi ukarać winnych…

Oddział ruszył z kopyta w kierunku gór, a ludzie powoli zaczęli się rozchodzić i wracać do miasta. Czenowi chodziło o to, by sprawić wrażenie, że ruszył do wsi dopiero, gdy dowiedział się przy zgliszczach, kto to zrobił. Dumny z siebie i zadowolony z racji ogromnych łupów, które już pewnie dotarły do jaskini, wjeżdżał teraz do wielkiego lasu bambusowego. Wraz z żołnierzami podążał dość długo w mroku, aż wszyscy stanęli na rozległej polanie, gdzie krzyżowały się inne szlaki. Rozkazał wydać wódkę ryżową i niedługo poprawiły się humory żołnierskie. Szybko rozpalono ognisko, wyciągnięto wino i wodę, duże kawałki wędzonego mięsa i owoce. Czen był nad wyraz rozmowny, chodził od kompana do kompana, poklepywał po plecach i dolewał wódki do małych czarek. Jednocześnie zerkał na dwóch starszych żołnierzy, którzy wstrzymywali się od picia mocnych trunków i dla niepoznaki sączyli ze swoich naczyń trochę wina. Księżyc już całkowicie zaszedł za góry i teraz tylko światło ogniska rozjaśniało mroki, przydawało grozy osmolonym i ubrudzonym zakrzepłą krwią twarzom. Wódka, specjalnie wzmocniona proszkiem usypiającym, zrobiła swoje i żołnierze, jeden po drugim, osuwali się na ziemię, tracili świadomość w pół słowa, padali na twarz lub na plecy. Wang dał znak dwóm trzeźwym podwładnym i zaczął się cichy mord. Cała trójka podchodziła do leżących i podrzynała gardła, wbijała krótkie miecze w serca i w plecy. Krew tryskała na boki i wylewała się obok leżących bezwładnie ciał. Zebrano broń, godła i flagi oraz wszystko, co mogłoby wskazywać, że byli to żołnierze Czena.

– Zostawimy ich tutaj panie…? To niebezpieczne… Ktoś może znaleźć trupy i kogoś rozpoznać – powiedział jeden z zaufanych.

 – Masz rację Ma Xiao, wierny druhu… Myślałem, że sępy i wilki zrobią szybko z nimi porządek, ale to jednak zawsze trochę trwa… – Przytaknął Czen i szybko dodał – Odetnijcie im zatem głowy, zabierzemy je stąd i wrzucimy do górskiego jeziora.

Żołnierze chodzili teraz od trupa do trupa i jednym ciosem topora, odrąbywali głowę po głowie. Przeliczyli, że było ich piętnaście, zapakowali do worków i przytwierdzili do swobodnego konia, bez jeźdźca, który rżał jakby wyczuwał trupie szczątki. Połączono też pozostałe zwierzęta tak, by nie zgubiły się podczas jazdy, wygaszono ognisko i ruszono szybko w kierunku górskich jaskiń. Ogromne stado wilków, zwabione zapachem krwi, trzymające się dotąd z dala od ognia, teraz mogło wyjść z mroku i zacząć swoją ucztę. Na pobliskich gałęziach siedziały  też już sowy i jeden wielki puchacz, przekręcający głowę w prawo i w lewo, nasłuchujący zanikających odgłosów, oddalających się coraz bardziej jeźdźców. Zapadła złowroga cisza, przerywana tylko warczeniem i ujadaniem wilków, szarpiących mięso i kąsających się w walce o większe kęsy.

SZKATUŁKA Z LAKI (3)

Minęły setki lat i beng był już w umyśle Vano, dalekiego wnuka Busta, któremu aż do końca, mącił w myślach, podsuwał pomysły kolejnych oszustw, kradzieży i zbrodni. To on kazał też jego potomkowi porzucić tabor i nie bacząc na klątwy Cyganów, osiąść w niewielkiej chatce na skraju wsi. Za jego sprawą pojawiła się w nim myśl o kowalstwie i to on towarzyszył mu w wyprawach do starej, szczerbatej zielarki, mieszkającej w leśnym szałasie. Dostawał od niej gorzkie napary, które rozpłomieniały jego myśli i przydawały męskiej mocy, a często też przenosiły go do żyznych dolin i łąk na półwyspie przypominającym ząb rekina. Czuł, że stamtąd pochodzi, a kolorowo ubrane kobiety i mężczyźni w turbanach należą do jego wielkiej pradawnej rodziny. Nienawidził staruchy, gdy rozkraczała się przed nim i wrzeszczała, że ma ją wziąć na trawie albo na żółtym piachu, a potem rechotała bez końca. Czynił to z obrzydzeniem, ale wciąż pragnął migrować myślami do tajemniczych przestrzeni, w których połyskiwały złote posągi czarnej bogini z czterema parami rąk, zgrabnymi nogami i naszyjnikiem z czaszek na szyi. Im był okrutniejszy dla staruchy, tym bardziej ją zaspakajał, a na końcu poczuł też coś, jakby przedwieczne, zwierzęce spełnienie. Beng przyglądał się temu z wyrachowaniem i czekał aż pojawi się inna kobieta, opętana przez wesitkę albo panitkę, która omota go niewidzialną siecią. Dopiero, gdy z sąsiedniej wsi przybyła do rodziny urodziwa Bibi i zaczęła chodzić w zboże z coraz to z innym rosłym chłopem, a nawet wchodziła do dworskiego spichlerza i kładła się na sianie z chudym, chorym na gruźlicę paniczem, beng podszepnął Vano by zatłukł staruchę dębowym kijem, a trupa porzucił w płytkim dole i zepchnął do niego duże mrowisko. Na chwilę też opuścił ciało kowala i pomknął do wsi, by przeniknąć do myśli  Bibi, przegonić z niej pomniejsze demony i przywieść ją nieprzytomną do chaty za wsią. Słońce było już nisko horyzontu i barwiło łany zbóż odcieniami krwi i szkarłatu, przyoblekało drzewa i dachy chat w złoto i fiolet, wydobywało czerń z dalekich konturów lasów i zagajników. Na zachód leciały ogromne stada gawronów, przypominające grubą czarną flagę, łopoczącą żałobnie w powietrzu. Vano wrócił do domu, sięgnął po stojący na stole dzban wódki, stanął w rozkroku i wypił ją duszkiem, wstrząsnął się jakby przełknął rozżarzony ołów, po czym legł ciężko na łożu, zasypiając niemal natychmiast.

Bibi szła polną drogą i raz po raz wchodziła w rozpłomienione łany żyta, zrywała chabry i maki i wplatała je w grube, czarne warkocze. Czuła się dziwnie, jakby jakaś siła pchała ją w stronę samotnej kuźni i domu wielkiego Cygana, pojawiającego się czasem we wsi i pijącego okowitę w żydowskiej karczmie. Słońce spłynęło już całkowicie za widnokrąg, gdy przestąpiła próg chaty i stanęła przy łożu zbitym z wielkich bali, okrytym owczymi i krowimi skórami. Jej oczy płonęły niczym dwa znicze, serce łomotało jak szalone, a w myślach pojawiały się nagie męskie torsy, pośladki i nabrzmiałe, tryskające nasieniem członki. Kilka chwil stała w bezruchu, przyzwyczajając się do ciemności i wyławiając z niej kształt rosłego mężczyzny, leżącego na wznak i ciężko oddychającego. Przysiadła na brzegu łoża i zaczęła z niego ściągać szmaty, w które był poowijany, a na końcu rozsznurowała brudne, obuwie ze skóry jelenia i przysunęła się bliżej do niego. Beng w tym czasie wpatrywał się w jej przeszłość i widział małą cygańską dziewczynkę, bez litości topiącą w studni dopiero co urodzone kocięta, zabijającą żaby i robaki na ziemi; patrzył dalej i śledził jej dzikie orgie, szaleństwa z chłopcami, rosłymi mężczyznami i starcami. Zatrzymał się dłużej, gdy zobaczył Bibi kąpiącą się w jeziorze z piękną, jasnowłosą dziewczyną z odległej wsi, a potem tulącą się do niej w stogu siana i wreszcie – nie wiedzieć dlaczego – duszącą ją długo bez litości. To wtedy podjął decyzję o opuszczeniu Vano na zawsze i pozostaniu w rozdygotanym, pulsującym żądzami ciele jego przyrodniej siostry. Ona odwijała ostatnie taśmy z ciała kowala i czuła coraz mocniej jego ostry, męski zapach, najintensywniejszy w okolicach pośladków. Nagle wzięła do rąk jego męskość i zaczęła ją masować dłonią zgiętą w kabłąk, delikatnie przesuwać w górę i w dół, a gdy poczuła, że narzędzie zgrubiało i strzeliło w górę, przełożyła nogę przez jego silne uda i wskoczyła na nie, tak układając się, by członek od razu znalazł się w niej. Teraz zaczęła falować, wznosić się i opadać, a rozkosz rozlewała się w jej głowie coraz mocniej i gwałtowniej. Oczy rozpłomieniły się, usta rozchyliły lubieżnie i zaczęła dziko ziać jak wadera, którą wreszcie dopadł młody basior, prowadzący od niedawna stado wilków przez ciemność i chłód.

Gdy Vano zamknął oczy, natychmiast stanął twarzą w twarz z przepiękną boginią o czarnej skórze i czterech parach ramion. Jej źrenice, lśniące jak dwa węgle, wpatrywały się w niego z uwagą, a ręce wciąż poruszały się, falowały od ramion ku dłoniom, naśladując ruch kobry. Wreszcie jedna z rąk wysunęła się ku niemu, chwyciła wielkie palce i pociągnęła je ku sobie. Zaczęli tańczyć w rytm głośnej, egzotycznej muzyki, w której dominowały bębenki i tamburyny, a czasem odzywały się struny sitar i tanbur, szarpane jedną z jej wolnych dłoni.

– Jakie jest twoje imię? – zapytał bezgłośnie.

– Rozkosz… – odpowiedziała bez słów marszcząc dziwnie brwi.

– Kim była twoja matka…? – pytał dalej.

– Ona była samą śmiercią… śmiercią… śmiercią… odpowiedziała unosząc wskazujący palec jednej z dłoni ku górze.

Zbliżył się do tancerki i zobaczył, że jej ciało pulsuje z pożądania, a z ust wydobywa się zmysłowy, jaśminowy oddech. Nie czekał dłużej, przyciągnął ją ku sobie i wszedł w nią głęboko, czując, ze otwierają się przed nim kosmiczne ogromy. Chciał tego i bał się straszliwie, że naruszy jakieś odwieczne tabu – uczyni coś, czego nie wolno robić śmiertelnym bytom. Przymknął z rozkoszy oczy i przyspieszył, a gdy skończył i światło wdarło się do jego źrenic, zobaczył, że bogini trzyma w jednej dłoni kindżał, a w drugiej jego ściętą głowę. Spojrzał zalękniony na bok, jakby szukał możliwości ucieczki, ale przeraził się jeszcze bardziej, gdy ujrzał stojącą też przy nim dziwną męską postać, rozmywającą się we mgle z kurkumy i białego pieprzu.

– Kto to jest…? – zapytał tancerkę z wężami we włosach.

– To beng, mój odwieczny, parszywy pachoł…– odrzekła ze śmiechem i świsnęła w powietrzu połyskującym ostrzem długiego, zakrzywionego noża.

Bibi wciąż falowała na nim, uderzając raz po raz długimi warkoczami o belki ustawiane przy łożu i podtrzymujące strop strzechy. Szczytowała już kilka razy, ale wciąż było jej mało i zaczęła wpadać w dziki szał, miotać się jak w transie. Beng był w niej i czuł też w sobie tajemną moc czarnej bogini – coraz bardziej też podobała mu się ta nowa sytuacja, dająca nadzieję, że kobieta szybko stanie się jego bezwolnym narzędziem.

Gwałtowność Bibi spowodowała, że pijany Vano zaczął się budzić i wodzić niewidzącymi oczyma w ciemności, w której jakby powiewała jakaś biała flaga, szarpana przez niewidzialną wichurę. Wódka zrobiła swoje i nie mógł dojrzeć kto jest na nim, ale czuł nieziemską rozkosz i poddawał się ruchowi, narzucanemu przez nią. Gdy kobieta zaczęła charczeć i ryczeć jak wilczyca, Beng skierował jej wzrok ku siekierze, leżącej na stołku, tuż przy boku łoża i pchnął ku myślom obrazy Cyganów uderzających w ciało Janniego. Potrzebowała tego impulsu i gdy kolejny raz uniosła się nad nim, wychyliła się ku trzonkowi narzędzia, chwyciła je i z rozmachem uderzyła ostrzem w szyję Cygana. Poczuła jak natychmiast zesztywniał, a jego męskość zaczęła wysuwać się z niej, aż zmalała tak bardzo, że Bibi zeskoczyła z łoża i wściekła zaczęła walić z rozmachem w to samo miejsce, w które uderzyła po raz pierwszy. Krew tryskała na boki strumieniami, z półotwartych ust sączyła się biała piana, a ciało Vano drżało już w ostatnich konwulsjach. Zamachnęła się raz jeszcze i ostatecznie odcięła głowę od korpusu, po czym chwyciła ją za włosy i przesunęła się do wyjścia. Tylko beng wiedział, że była jego przyrodnią siostrą, spłodzoną przez ich ojca z wiotką Słowianką w wielkiej stodole, tuż przy wiejskiej gorzelni. Teraz spojrzał w jej przyszłość i zobaczył ogromniejący brzuch, ucieczkę ze wsi i ciężki poród w gęstych zaroślach.

Powrócił do chaty przy kuźni i zobaczył, że potargana, półnaga kobieta wyszła z chaty kowala i z jego głową w prawej dłoni zaczęła iść w stronę wsi.  Na skraju lasu cisnęła nią w ciemność i miała wrażenie, że od razu sfrunęły do niej ze szczytów drzew stada czarnych ptaków i nietoperzy. Powoli beng zaczął do niej dopuszczać świadomość i wreszcie spostrzegła, że jej odzienie jest całe we krwi. Zaczęła gorączkowo myśleć o tym co się stało i zaraz postanowiła skręcić w boczną drogę, prowadzącą do małego jeziora. Noc była ciepła i parna jak zwykle w chwili zrównania się z dniem, a światło księżyca w pełni pozwalało rozpoznawać najbliższe kształty, drogi i ścieżki. Szybko dotarła nad brzeg, zobaczyła srebrne błyski na wodzie i weszła do niej aż po szyję, stojąc tak długo i wpatrując się długo w wielkie srebrzyste ślepie na niebie. Potem cofnęła się o kilka kroków i zmyła krew z rąk, ramion i twarzy, zdjęła odzienie i zaczęła przepłukiwać je, wyciskać krew. W końcu rzuciła mokre szmaty na brzeg i naga zaczęła płynąć się ku środkowi jeziora. Beng patrzył na nią i rozglądał się w niej, próbując przeniknąć przyszłe wydarzenia, ale coś mu przeszkadzało i nie pozwalało dojrzeć finalnej tragedii.  Ona też to usłyszała i przeraziła się, gdy pieśń dziewczyny, którą udusiła w sianie,  spotężniała i zaczęła wirować w powietrzu jak pogłos odległego szeptu, wzmocnionego przez śmierć i ból. Beng natychmiast podążył za tym głosem i zobaczył żywe oczy anachoretki, próbującej go uwięzić w spróchniałym pniu trafionego przez piorun drzewa. Gdy umknął jej w ostatniej chwili, zobaczył młodą mniszkę w benedyktyńskim habicie, śpiewającą pieśń, którą usłyszała Bibi. Zorientował się, że znalazł się w rozległej dolinie w której płynęła szeroka rzeka, otoczona majestatycznymi wzgórzami.  Nigdy tam nie był, ale wiedział, że dźwięki poniosły go ku mieścinie nazywanej Bingen. W jego świadomości pojawiło się też drżące jak płatek róży i bolesne imię:

– Hildegarda… Hildegarda…

BROMBERG (9)

z11365843X

Willi chciał jechać do Herthy żółtym tramwajem, ale zdarzenie z polskim Żydem i jego ucieczka tak go zdenerwowały, że postanowił, że pójdzie pieszo, by uspokoić się i przemyśleć jak ma się zachować, by nie stracić okazji spotykania się z piękną Niemką. Bromberg nudził go straszliwie i stale miał nadzieję, ze wróci do Berlina, albo dostanie przydział do jakiegoś innego wielkiego miasta niemieckiego, gdzie jego kariera nabrałaby impetu. Podszedł jeszcze raz do wartownika, który natychmiast służbiście mu zasalutował. Otter skrzywił się, jakby miał do czynienia z oślizłym gadem, pokiwał z dezaprobatą głową i powiedział cedząc każde słowo:

– Powiedz tym waszym ofermom z Wermachtu, że mają być czujni i przez cały czas muszą obserwować pobliskie ulice. Ten brudny Żyd będzie musiał wyjść z ukrycia i będzie chciał przedostać się do domu… Musicie go złapać, a potem zamknąć w ciemnicy rezydencji standartenführera Alvenslebena…

– Tak jest panie untersturmführer…!!! – potwierdził żołnierz prężąc się i czerwieniąc przed Willim.

Wydany rozkaz uspokoił go nieco i zaraz ruszył chodnikiem Adolf Hitler Strasse w stronę dawnej ulicy Chodkiewicza, którą ku jego radości przemianowano już na Albrecht Dürer Strasse. Od dawna uwielbiał malarstwo i ksylografy tego twórcy, tym bardziej, że w jego rodzinnym domu, w pokoju matki wisiała barwna reprodukcja obrazu Dziewica i Dzieciątko z gruszką. Szedł sprężyście, słysząc jak dumnie skrzypią jego oficerki i czuł, że jest coraz bardziej podniecony, a w jego myślach wciąż pojawiała się kusząca go piękna Hertha. Przystanął w okolicy skrzyżowania z Felix-Dahn-Strasse i popatrzył na stojących nieopodal dwóch żołnierzy Wermachtu, którzy natychmiast zasalutowali mu służbiście. Czekając aż przejadą samochody ciężarowe, ciągnące działa i trzy czarne, auta osobowe, usłyszał rozmowę żołnierzy.

– Wiesz Hans, tak się nudzę w tych koszarach, że nie mogę już wytrzymać… I jeszcze ta tęsknota za Annemarie… Dopiero teraz zrozumiałem jak bardzo ją kocham…

– Jeszcze się nią nasycisz Heinrich… – pocieszał go kolega.

– Jak tylko pojadę na urlop de Reichu, wezmę z nią ślub… – odparł ten, który pierwszy zagadał. A po chwili jeszcze dodał:

– Pisałem niedawno w liście do rodziny, że Bromberg jest uroczym miastem, w pewnych miejscach, szczególnie nad Brdą, z tą jego ulotną wschodnią melancholią. O Polakach wiadomo, że to obcy i nie mogą być naszymi przyjaciółmi. Tak, oni wszyscy sprawiają przygnębiające wrażenie, ale za melancholią ich oczu kryje się nienawiść i szaleńczy fanatyzm… Ani się nie spostrzeżesz jak wbiją ci nóż w serce…

Willi zamyślił się przez chwilę, jeszcze raz zlustrował wzrokiem żołnierzy, po czym ruszył dalej w stronę domu Herthy. Była go0dzina 19.40, ale po gorącym dniu wciąż czuło się ciepło w powietrzu. Energiczny marsz w pełnym umundurowaniu spowodował, że na jego czole pojawiły się kropelki potu. Wytarł je prawą dłonią i trochę się zaniepokoił, bo zawsze dbał o swój wygląd i czystość, stosował drogie wody kolońskie i nakładał brylantynę na włosy. Postanowił nieco zwolnić, tym bardziej, że jego kieszonkowy zegarek ze swastyką w czerwonym kółku, wskazywał, iż ma jeszcze piętnaście minut do schadzki. Nie lubił niepunktualności, zawsze przychodził na czas na spotkania i kolejne akcje planował niezwykle skrupulatnie. Tak jak pojawił się przy szwederowskim kościele w chwili, gdy Polacy wychodzili ze mszy, tak jak dotarł na czas na główny rynek miasta, by nadzorować rozstrzelanie zakładników, tak teraz podążał na Albrecht Dürer Strasse jak na nową, odpowiedzialną akcję. Niebawem znalazł się niedaleko skrzyżowania i przystanął na chwilę, by przyjrzeć się ludziom wysiadającym z tramwaju, który właśnie stanął na ulicy. Brudni Polacy wracali do domów z fabryk i warsztatów, z trudem wysiadała też niska kobieta w ciąży, która w pewnym momencie zachwiała się i niechybnie spadłaby ze stopnia, gdyby nie podtrzymał jej młody feldfebel, wysiadający tuż przy niej, przednimi drzwiami pojazdu. Willi skrzywił się, ale pot ściekający z włosów spowodował, że zdjął czapkę i zaczął wycierać czoło chusteczką, coraz bardziej martwiąc się, że jego zapach podczas spotkania z Herthą nie będzie najlepszy. Chciał zrugać żołnierza, że pomaga wrogom, ale i on i kobieta oddalili się szybko. Założył więc czapkę z powrotem na głowę i ruszył ku narożnemu domowi, po chwili odepchnął grube, dębowe drzwi i przestąpił próg. Szerokie schody wiodły na górę, wstąpił więc na nie i podpierając się o kunsztownie rzeźbioną poręcz, wspiął się szybko na pierwsze piętro. Na drzwiach nie było żadnej plakietki ani kartki, spostrzegł tylko dużą, mosiężną kołatkę w kształcie głowy lwa. Nie czekając więc dłużej, uderzył nią trzy razy w drzwi i czekał z niepokojem i szybko bijącym sercem, jakby miał stanąć oko w oko z uzbrojonym wrogiem. Z góry dał się słyszeć jakiś hałas i Willi spostrzegł, że z wyższego piętra gramoli się na dół jakiś stary, kulawy Polak, wspierający się na lasce. Spojrzał na niego groźnie, jakby był zły, że ktoś jest świadkiem jego schadzki z sekretarką przełożonego, co tak wystraszyło starca, że zaraz zawrócił i zaczął wspinać się z powrotem ku górze.

– Nasz führer ma rację – pomyślał – To są podludzie i trzeba ich jak najszybciej wytępić… Jak pluskwy… Jak karaluchy…

Ledwie zniknął w jego umyśle obraz czarnych, ohydnych karaczanów, gdy usłyszał chrobot klucza w zamku i drzwi otworzyły się ze sporym hałasem. Stała w nich Hertha w szkarłatnej podomce, spod której zalotnie wysunęła piękną, prawą nogę w czarnych, siatkowanych pończochach i różowym pantoflu z błękitnym pomponem. Przybysza widok ten prawdziwie zatkał i nie mógł w pierwszej chwili wydusić z siebie słowa. Szybko jednak się opanował, podniósł rękę w geście nazistowskiego powitania i powiedział może zbyt służbiście:

– Melduje się SS-untersturmführer Willhelm Otter…

Hertha uśmiechnęła się czarująco, podała mu rękę i podążyła ku drzwiom, by je zamknąć. Zauważył wtedy, że z tyłu podomki ma chińskiego smoka, wyhaftowanego pięknie złotą i białą nicią. Zauważył, że jej mieszkanie jest bardzo duże, a z przestronnego przedpokoju prowadzi kilka odgałęzień do bocznych pokoi. Kobieta wskazała mu drzwi do pomieszczenia po lewej stronie i podążyła tam, pukając pantoflami o lśniący, jesionowy parkiet. Otworzyła drzwi i wskazując mu wejście, odezwała się ze słodyczą w głosie:

– Zapraszam cię Willi, dobrze, że już jesteś… cały dzień nie mogłam się Ciebie doczekać…

Otter podążył do przodu, a gdy ją mijał, przyciągnął mocno do siebie, czując miękkość jej piersi i zapach francuskich perfum. Bez wahania pocałował ją w usta, okryte czerwoną pomadką i poczuł jak jego męskość eksploduje do ogromnych rozmiarów. Od dawna nie miał kobiety i teraz nagromadzona w nim energia erotyczna domagała się uwolnienia, a słodycz jej ust była tak subtelna, że wydało mu się, że obcuje z samą dziewicą z obrazu Dürera.

– Chodź mój lwie…twoja lwica jest gotowa… – szepnęła Hertha i pociągnęła go do swojego buduaru.

Podeszła do patefonu i uruchomiła go wprawnie umieszczając igłę na płycie, a z głośnika zaczęły dobiegać harmonijne tony jakiejś nieznanej mu muzyki.

– To Muzyka Ogni Sztucznych, napisana przez Händla na zamówienie angielskiego króla… Mam nadzieję, ze ci się spodoba…

CZARNY NEFRYT (6)

Nadszedł nowy dzień, a  Czao powoli zaczynała się budzić. Otworzyła oczy i przez chwilę miała wrażenie, że jest w swoim rodzinnym domu. Szybko jednak zorientowała się, że znajduje się gdzieś indziej, w chłodnym pomieszczeniu, którego wcześniej nigdy nie widziała. Uniosła się i usiadła na posłaniu, odwróciła się za siebie i zobaczyła Aia, śpiącego głęboko, tuż przy niej. Palenisko wygasło i poranny ziąb wdzierał się do jaskini, powoli jednak coraz więcej kształtów zaczynało wyłaniać się z mroku. W mgnieniu oka przypomniała sobie zdarzenia ostatnich dwóch dni i poczuła przejmujący ból w żołądku. Przykryła twarz otwartymi dłońmi, zamknęła oczy i cichuteńko zapłakała. Strużki łez pojawiły się na jej palcach i popłynęły dalej, po policzkach, aż ku brodzie, skąd zaczęły kapać na uda. Myślała o swoim życiu we wsi, o ojcu, którego tak kochała, o czułej matce i o cudownym rodzeństwie. Oczyma wyobraźni zobaczyła ojca siedzącego na ławeczce, grającego na èrhú i jakby przez chwilę słyszała jego piękne dźwięki. Jednakże w łagodną harmonię tego obrazu wkraczały wciąż barwy i tony mroczne, przelana krew i przebite ciała, zabici rodzice, bracia i siostry. Odjęła ręce z twarzy i ponownie spojrzała na ukochanego, który cicho majaczył przez sen. Powoli wstała i wyszła na łąkę i skierowała się ku domowi, gdzie znalazła wielką konchę z wodą. Nalała jej sporo do brązowej misy i umyła się, nie zważając na chłód i lodowate powiewy wiatru. Napiła się trochę z misternego kubka, nabrała też wody do żelaznego czajniczka i wróciła do chaty. Zajęła się rozpaleniem ognia i przyrządzeniem herbaty. Zobaczyła, że na stole leżą owoce i trochę suszonego mięsa, więc ułożyła je na głębokim talerzu, a obok niego postawiła dzbanek zsiadłego mleka. Gdy ciepło zaczęło wypełniać całe pomieszczenie, a aromat herbaty uniósł się nad paleniskiem, wróciła do Aia i usiadła przy nim. Patrzyła na jego ładną twarz i delikatnie muskała palcami policzki i zamknięte oczy, usta i nos, podbródek i czoło. Po chwili mężczyzna zaczął się budzić, aż nagle skoczył jak oparzony, rozejrzał się dookoła, gotowy bronić się przed nieznanym wrogiem. Szybko jednak zrozumiał gdzie jest, wszystko sobie przypomniał, uśmiechnął się promiennie do Czao, podszedł, przytulił ją do piersi i poczuł zapach czarnych włosów. Pocałował ją w usta i wyszedł z nią na łąkę, gdzie ukląkł i pochylił się ku wstającemu słońcu, a potem wykąpał się w strumieniu.

Po dłuższej nieobecności przyszedł do domu, gdzie i zjadł z dziewczyną śniadanie, a potem delektował się zieloną herbatą. Widział rozpacz na twarzy Czao, która dramatycznie wydobywała jej piękno i kruchość, rysy tak delikatne i regularne, że miało się wrażenie, iż należą do najpiękniejszej księżniczki. Przysunął się i przytulił do niej, znowu czując niezwykły powiew świeżości, przemieszany z wonią skóry i włosów. Rozpostarł palce prawej dłoni i splótł je z jej kształtnymi, malutkimi paluszkami. Po chwili uczynił to samo z drugą ręką i teraz czuł jej ciepło, pulsowanie krwi w skroniach i bicie serca. Zbliżył usta do jej ust, otarł leciutko wargi o policzek i całując go, podążał niżej. Ona zaczęła lekko drżeć z podniecenia, przesunęła się ku grubej stercie skór i pociągnęła go za sobą. Tak długo czekali na tę chwilę, że teraz wszystko przebiegało w błyskawicznym tempie. Całowali się i rozbierali nawzajem, aż wreszcie legli obok siebie nadzy, spleceni w uścisku, wpatrujący się w oczy i delikatnie głaszczący palcami swoje ciała.

 – Kocham cię Aiu – szepnęła, zamknęła oczy, spod których popłynęły łzy, i ze słodyczą całowała się z nim.

On czuł falowanie jej cudownego ciała i sam też leciutko przybliżał i oddalał się od niej. Gładził włosy, obiegał językiem nabrzmiałe piersi, zastygał na chwilę i otaczał ją ramieniem.

– Ale ja nigdy nie byłam z mężczyzną… – powiedziała i odwróciła od niego wzrok zawstydzona.

Uśmiechnął się czule, odetchnął głęboko, przyciągnął ją ku sobie, spojrzał w czarne oczy i po dłuższej chwili szepnął:

– Ja też nigdy nie byłem z kobietą… ale wiele razy marzyłem o takiej chwili z tobą…

Znowu zaczęli się całować, teraz gwałtowniej, coraz mocniej, jakby chcieli wypić z siebie całą słodycz miłości. Ai ośmielony tym, zaczął dotykać miejsca, gdzie kończyły się jej wiotkie uda i poczuł ciepłą wilgoć na palcach. Delikatnie, ale też zdecydowanie, wsunął się wreszcie tam, gdzie krzewiły się włosy i było tak bardzo mokro. Czao krzyknęła dość głośno i załkała, więc szybko się odsunął od niej. Ona jednak przyciągnęła go ku sobie i zaczęli falować jak dwa żurawie, ocierające się o siebie szyjami. Im dłużej ją kochał, tym większe ciepło rozlewało się w niej i jeszcze bardziej go pragnęła. Nie czuła już bólu, a tylko regularne powiewy żaru, jakby fale czystej miłości, uderzające w nią i osłaniające ją przed złem świata. Nagle zaczęła zapadać się w sobie i lecieć gdzieś wysoko, fruwać w powietrzu, płynąć i mknąć gdzieś w dal. Usłyszała jego łagodny krzyk i poczuła się zjednoczona z nim, jak in i jang, jak niebo i ziemia, jak błękit i turkus. Ai zsunął się z niej i położył obok, głośno oddychając i patrząc w sufit domku. Jej piersi falowały, a dłonie powędrowały ku jego męskości, ciągle nabrzmiałej i lekko przybrudzonej krwią. Sięgnęła po jakąś szmatkę i zaczęła wycierać go w tym miejscu, leciutko całować i dotykać ustami, a na końcu usunęła też plamy na swoim ciele. Wstała na chwilę i otoczyła swoje pośladki oraz łono pasem czarnego jedwabiu, wypiła filiżankę herbaty i podała mu naczynie z napojem. Usiadł na skórach i pił łapczywie, a potem znowu przyciągnął ją do siebie, pieścił, całował i kochał się z nią. Czuli się jakby byli w jakiejś magicznej krainie i wiele razy ponawiali akt miłosny, głośno oddychali i leżeli obok siebie po spełnieniu. Prawie nie rozmawiali, czasem tylko szepcząc sobie do uszu jakieś miłosne zaklęcie, jakąś ostateczną obietnicę. Kochali się z jakąś niezwykłą dystynkcją, z jakąś dbałością o to, by dać sobie tyle ciepła i zadowolenia, ile tylko ludzie mogą sobie dać. Dzień mijał, a oni stale byli siebie głodni i wciąż zaczynali nową batalię, oblewali się potem, który zastygał na ich ciałach i stawał się tajemnym aromatem tej chwili.

Tyle zdarzyło się w życiu Czao, w tak krótkim czasie. Straciła rodzinę, została uprowadzona i uciekła z domu Wanga, a teraz stała się prawdziwą kobietą i kochała się z wymarzonym Aiem, którego dawno temu wybrała i o którym stale rozmyślała, śniła, marzyła. Teraz ten silny mężczyzna leżał przy niej i łaknęła jego ciepła, zapachu – docierały do niej jego miłosne zapewnienia. Czuła, że wiele razy wlewały się w nią męskie cząstki i rozmyślała o tym, co się wydarzy, gdy w jej łonie pojawi się dziecko. On jakby wyczuł o czym myśli jego kobieta, bo powiedział:

– Nie martw się kochana Czao… odtąd zawsze już będziemy razem i nic nas nie rozdzieli… Nawet gdybyśmy mieli spędzić resztę życia na Łące Tajemnic…

– Więc to jest twoja Łąka tajemnic, ale ja kocham ludzi i chciałabym żyć pośród nich – odrzekła i pogłaskała go po włosach.

– Ja też, ale na razie będziemy musieli tutaj przeczekać nawałnice – powiedział – W nocy pójdę do wsi, przekradnę się do kuźni mojego ojca i dowiem się co się stało po znalezieniu Wanga…

– Musimy też przyprowadzić moje zwierzęta, bo same zginą w górach – powiedziała i po chwili jeszcze dodała – Trudno będzie sprowadzić tu mojego jaka…

– Nie martw się kochana – uspokoił ją – nawet jakbym miał spuścić go na linach ze skał, zrobię to…

Dzień zaczynał zbliżać się ku końcowi, Czao posprzątała w izbie i poza nią, a jednocześnie nie mogła się nadziwić ile funkcjonalnych rzeczy ojciec i dwaj bracia zgromadzili w tej samotni. Było tutaj wszystko, co człowiekowi potrzebne jest do życia. Były też prawdziwe skarby, cudownie wykute naczynia, wielkie misy i dzbany, czajniki do herbaty i talerze, wiele skór upolowanych zwierząt, w tym tak groźnych jak tygrys czy pantera. Widać, że mężczyźni byli bardzo zapobiegliwi i stworzyli tutaj kryjówkę, w której można by przebywać długie lata, a może nawet spędzić całe życie. Lubiła czasami odgradzać się od świata, chodzić w góry, modlić się i rozmyślać pośród ukwieconych łąk i na półkach skalnych. Teraz jednak wszystko się zmieniło, nie była już sama, miała przy sobie tego, którego pokochała. Zło i ludzka podłość, mordy i grabieże, pozostały za wodospadem, a tutaj było miejsce, gdzie nikt ich nie znajdzie. Ai przygotowywał się do wyprawy, ubrał czysty strój, zaplótł włosy w warkocz i przytwierdził dwa miecze do boku. Za pas włożył też dwa bardzo ostre noże, a trzeci umieścił pod koszulą, w specjalnej pochwie, przywiązanej do piersi. W końcu, gdy był już gotów, podszedł do ukochanej i powiedział:

– Świat ludzki jest pełen niebezpieczeństw… gdybym nie wrócił…

Nie zdążył dokończyć, bo dziewczyna położyła mu dłoń na ustach, drugą wsunęła w jego lśniące od słońca włosy i szepnęła:

– Wrócisz… bo ja ciebie kocham i będę cierpliwie czekała…

– Gdybym jednak nie wrócił – ciągnął dalej Ai – Pamiętaj, że byli tacy, którzy widzieli cię w domu Wanga…

– Pamiętam… – odrzekła –  Ale ty też musisz być ostrożny jak gazela i sprytny jak irbis… Poproszę Zhunti by nad tobą czuwała i użyczyła ci swoich rąk, gdy tego będziesz potrzebował.

Ai dobrze znał opowieści o dobrej bogini światła, znanej też jako Tianhou i Doumu, która była wyrocznią w sprawach niebiańskich i pomagała śmiertelnikom. Uczestniczyła w bitwie Dziesięciu Tysięcy Duchów na równinie Mu, mieszkała na Nefrytowej Górze, a jeździła powozem ciągniętym przez siedem wieprzy, odpowiadających odwiecznej konstelacji Chochli. Wyobraził sobie tę piękną kobietę, z kilkoma rękoma, w których dzierżyła broń i wszystko, co jest człowiekowi niezbędne. To dziwne, ale wiele razy wyobrażał ją sobie z twarzą Czao i teraz jej przywołanie uznał za dobry znak. Wierzył, że ludzie spotykają się na świecie nie bez powodu, a bogowie mają wielki wpływ na ich losy. Każdy ma swoją drogę, którą musi kroczyć i jeśli spotyka na niej jakąś istotę, to znaczy, że wszystkie ścieżki wiodły ją ku niemu. Linie wędrówki gwiazd na niebie i ziemskie ścieżki przecinają się. Wszystko zaczyna się w nicości, a byt jest matką wszelkiego stworzenia. Gdyby nie było nicości, nie można by zrozumieć żadnej zasady, nie dałoby się pojąć drogi, którą kroczy człowiek. Byt i nicość są na przeciwległych końcach narodzin, a przestrzeń między niebem i ziemią jest jak kowalski miech, pusta, a jednak niewyczerpana, za każdym podmuchem dająca siłę. Ai rozmyślał i przypominały mu się wykłady ojca, gdy razem wykuwali miecze i halabardy, gdy kształtowali koła do rydwanów i powozów. Stęsknił się za swoim mądrym ojcem, a na myśl o bracie, poczuł ciepło rozlewające się w całym ciele. Czao pocałowała go w usta i zawiesiła na jego szyi rzemyk, z przyczepionym do niego, niewielkim krążkiem z czarnego nefrytu.

– Niech dobre duchy towarzyszą tobie i nigdy cię nie opuszczają – powiedziała – Ten nefryt jest znakiem mojego oddania i wielkiej wiary w nas… Póki będzie z tobą, ja też będę z tobą…

– Do zobaczenia moja miłości – szepnął i zaczął powoli wspinać się po nierówności łąki ku jaskini i wodospadowi.

BROMBERG (8)

Izaak Abraham schodził powoli ulicą Podgórną ze Szwederowa, gdzie czasami bywał u zaprzyjaźnionego sklepikarza i chasydzkiego mistyka Mosze Goldbluma. Uważnie stawiał kroki, bo miał na nogach buty ze specjalnie pogrubioną podeszwą, które zrobił sobie, gdy zaczęła się u niego rozwijać podagra. Tak wyprofilował kształt trzewików, że przypominały one czarne żelazka do prasowania, a w środku umieścił odpowiednio przycięte wkładki. Dawało mu to nieco ulgi w cierpieniach, choć musiał uważać przy chodzeniu, by buty nie wykrzywiły się nagle. Krok po kroku zmierzał w stronę Zbożowego Rynku, skąd miał zamiar skręcić w stronę ulicy Jana Kazimierza, gdzie górowała nad pobliskimi domami okazała synagoga. Zawsze, gdy na nią patrzył rozczulał się, bo przecież jego ojciec był jednym z jej budowniczych, a matka, gdy żyła, stale do niej chodziła na nabożeństwa. Szedł powoli, ale równomiernie zbliżał się do budynku z wielką kopułą na środku i dwiema mniejszymi, owalnymi zwieńczeniami od strony zachodniej. Na ulicy Wały Jagiellońskie minął patrol dwóch żołnierzy w żelaznych hełmach, dźwigających karabiny na prawych ramionach. Ale tak był zatopiony w myślach, że nie zauważył, że zatrzymali się za nim i patrząc na niego zaczęli o czymś żywo rozmawiać. W końcu jednak jeden z nich machnął ręką, jakby chciał podkreślić swoje lekceważenie dla starego Żyda i ruszyli dalej przed siebie. Izaak chciał wejść do świątyni głównym wejściem dla mężczyzn, ale zauważył, że jest zamknięte, a kraty ktoś owinął grubym, żelaznym łańcuchem z dwiema wielkimi kłódkami. Postał trochę przed wrotami, po czym oddalił się o jakieś sto kroków ulicą biegnącą do rynku i znowu przystanął w podcieniu jednej z bram, tuż przy żeliwnej lampie gazowej. Kontemplował budynek, o którym wiedział wszystko już jako dziecko, dzięki opowieściom ojca i zaprzyjaźnionych z nim innych budowniczych. Jego myśl pobiegła najpierw ku starej synagodze, której nigdy nie widział, ale wiedział, że od roku 1834 stała na ulicy Pod Blankami. Gmina żydowska szybko się rozrosła i postanowiono gremialnie, że powstanie nowy, większy budynek, co stało się faktem dopiero w roku 1884. Wtedy też jego ojciec Dawid pracował przy ostatecznym wykończeniu bożnicy, a że był znakomitym cieślą, to miał swój udział w przyozdobieniu kopuł i filarów, a także licznych elementów wnętrza. To pod jego kierunkiem stolarze i złotnicy wykonali monumentalny aron ha-kodesz i ozdobną bimę i to on nadzorował wykonanie licznych ornamentów, drzwi i ławek. Izaak patrzył na zamknięte trzy kute w żelazie odrzwia, zwieńczone sześciopromiennymi gwiazdami, a unosząc głowę ku górze przyglądał się filarom drugiej kondygnacji i kopułom, z których raz po raz odrywały się samotne gołębie i kawki.  Stał tak może z dziesięć minut, a potem ruszył powoli w stronę chederu i przedszkola, które otoczone murem tworzyły wraz z synagogą żydowskie centrum miasta. Brama na podwórze na szczęście była otwarta, więc wszedł tam przez nikogo nie zatrzymywany i skierował się do pomieszczeń biurowych. Nie spodziewał się zastać tam nikogo znajomego, ale ku jego zdziwieniu w jednym z pokoi zobaczył siedzącego przy biurku doktora Efraima Sonnenscheina, rabina gminy, od wielu lat sprawującego swoją funkcję.

– Szalom alejchem – niepewnie odezwał się Izaak…

Rabin uniósł głowę znad sterty dokumentów, poprawił druciane okulary na nosie, a rozpoznawszy gościa odpowiedział zwyczajowo:

– Alejchem szalom Izaaku…

Przybysz odczekał dłuższą chwilę, a widząc badawczy wzrok doktora, odezwał się sentencjonalnie:

– Jakich potwornych czasów doczekaliśmy się w naszym spokojnym mieście…

Rabin odłożył na bok ogromną, złoconą księgę, przesunął stertę papierów, po czym wskazał gościowi miejsce na krześle, stojącym przed biurkiem. Strzepnął jeszcze kurz z prawego rękawa swojego chałatu i odezwał się tak, jakby komentował jakiś fragment Tory:

– Historia ludzkości to ciąg straszliwych zbrodni… Czuliśmy się tutaj bezpieczni, ale ja zawsze wiedziałem, że nadejdą ponure dni…

– Mój ojciec stale przypominał fragment Księgi Powtórzonego Prawa, mówiący o sercu drżącym ze strachu, łzach w oczach i duszy skołatanej… – odezwał się Izaak.

– Nie zaznasz pokoju u tych narodów ani stopa twej nogi tam nie odpocznie. Da ci tam Pan serce drżące ze strachu, oczy wypłakane z tęsknoty i duszę utrapioną – Sonnenschein natychmiast wyrecytował stosowny fragment i po chwili dodał – Od wielu lat śniła mi się bestia pożerająca przerażonych ludzi… I teraz zrozumiałem, że jest nią Hitler…

– Cóż teraz będzie z nami…? Co stanie się z tą piękną synagogą…? – pytał Abraham, nie spodziewając się odpowiedzi.

– Wczoraj wezwał mnie kreisleiter Werner Kampe i butnie nakazał mi zamknąć naszą bożnicę… Odgrażał się też, że Bromberg wkrótce będzie miastem wolnym od Żydów…– odpowiedział ze smutkiem rabin.

– Hitler spuścił ze smyczy swoje wściekłe psy – powiedział Izaak – I teraz kąsają one niewinnych ludzi. Straszne rzeczy działy się na Szwederowie, przy kościele katolickim, gdzie zabito wielu ludzi…

– Na Rynku Piłsudskiego i w koszarach wojskowych wciąż mają miejsce rozstrzelania – dodał duchowny – Wszędzie przemoc, krew i zło… wielkie, odwieczne zło…

– Więc nie ma dla nas nadziei…? – zapytał Izaak i poczuł, że łzy spływają mu po policzkach.

– Nie ma żadnej nadziei i każdy Żyd powinien tak żyć, jakby za chwilę miał umrzeć… – odpowiedział  Sonnenschein.

Abraham opuścił biuro rabina i podążył w kierunku rynku, by sprawdzić, co tam się dzieje. Trupy sprzed kościoła jezuickiego uprzątnięto, ale ludzi było bardzo mało, a ci, którzy pojawiali się na jego drodze, przemykali chyłkiem, nie zatrzymując się ani na chwilę. Z okien domów zwisało wiele dużych, czerwonych flag z białym kołem w środku i czarną swastyką, umieszczoną w nim ukośnie. Wyszedł z ulicy Jana Kazimierza i zlustrował wzrokiem zachodnią pierzeję, przy której ustawiono posterunek, otoczony workami z piasku, z karabinem maszynowym na drewnianym podwyższeniu. Odważnie podążył na środek placu i zobaczył, że wtacza się na niego hałaśliwy, jasnożółty tramwaj z zielonym pasem na boku. Na przedzie zauważył siedemnastkę, oznaczającą numer wozu, a na dachu literkę A i napis Okole, więc przyspieszył nieco i znalazł się w miejscu, gdzie elektryczne wozy zwykle przystawały. Postawił prawą stopę na metalowym stopniu i z trudem podciągnął się do góry, korzystając ze specjalnej poręczy zamontowanej przy drzwiach. Znalazł miejsce w środku i usadowił się przy oknie, widząc, że niektórzy ludzie patrzą na niego z jakimś nienaturalnym zaciekawieniem. Tramwaj wtoczył się na ulicę Mostową i powoli podążał w stronę Mostu Gdańskiego i wielkiego Teatru Miejskiego. Pojazd szybko minął narożne, reprezentacyjne kamienice, w tym tę z Cafe Bristol i zatrzymał się na wysokości starych spichrzów miejskich, gdzie dwie osoby pośpiesznie wysiadły, a potem ruszył dalej. Izaak spostrzegł, ze Brdą płynęły dwie barki ciągnięte przez ogromny holownik z wielkim kominem, z którego buchały czarne kłęby dymu. Dzień był pogodny, świeciło słońce, a niebo było błękitne, gdzieniegdzie tylko upstrzone białymi chmurami. Tramwaj zbliżał się do kolejnego przystanku, tuż przy budynku teatru miejskiego, wzniesionego w tym kształcie przez Niemców w 1896 roku. Tyle razy chciał pójść do niego na jakiś spektakl, tyle razy pragnął wysłuchać w nim pieśni albo koncertu, ale jakoś nigdy mu się to nie udawało. A gdy wreszcie kupił bilet na koncert orkiestry Edwarda Straussa w 1900 roku, rozchorował się na półpasiec i przeleżał w domu dwa tygodnie, obsypany czerwonymi krostami i cierpiący z bólu. Teraz mijając gmach teatru, patrzył na realistyczne rzeźby nagich, muskularnych postaci na tympanonie, pamiętał też, że w czasach pruskich podziwiano pod przednimi łukami monumentalne popiersia Goethego i Schillera. Było już wczesne popołudnie i na przystanku przy teatrze wsiadły cztery osoby, w tym jakiś młody oficer SS w czarnym, galowym mundurze, który zaczął mu się przyglądać badawczo. Izaak w mig zrozumiał zagrożenie, wstał ze swego miejsca i przesunął się do przodu, przed ludzi stojących na przednim pomoście, tuż przy konduktorze i motorniczym. Zastanawiał się czy nie wysiąść na pierwszym przystanku przy ulicy Gdańskiej, obwieszczanej teraz przez biletera jako Adolf-Hitler-Strasse, ale zauważył na ulicy dwóch żandarmów, idących powoli po prawej stronie, a dalej dwóch roześmianych oficerów Wermachtu, podążających w odwrotnym kierunku. Dopiero jak tramwaj zbliżył się do ulicy Augusta Cieszkowskiego i usłyszał jej nazwę z czasów pruskich – Moltkestrasse – przygotował się do wyjścia. Z pomocą konduktora postawił nogę na ażurowym stopniu i znalazł się na ulicy, natychmiast kierując się ku wyniosłym  kamienicom, biegnącym od ulicy Gdańskiej ku Pomorskiej, gdzie mieszkali bogaci bydgoszczanie i gdzie w suterenie jednej z nich miał swój warsztat złotniczy jego przyjaciel z młodości i zwolennik syjonizmu Chaim Rozenfeld. Wysiadając przed gmachem dawnej willi Wilhelma Blumwego, z okien której zwisały nowiutkie flagi nazistowskie, nie zauważył, że młody gestapowiec także wyszedł z tramwaju i skierował się ku wartownikowi, stojącemu przy wejściu do budynku. Z ożywieniem coś mu mówił i wskazywał na Żyda, oddalającego się w stronę bocznej ulicy, a żołnierz kiwał głową i służbiście salutował. Zauważył to wszystko młody pracownik gazowni, który właśnie zmierzał do pracy i nie namyślając się długo, podbiegł do Izaaka i szepnął:

– Uciekaj mosiek, bo szwaby cię namierzają…

Izaak w mig zrozumiał powagę sytuacji i zaraz za rogiem skierował się do pierwszej otwartej bramy, znalazł się na podwórzu, słysząc za sobą wołanie żołnierzy:

– Stać!!! Stać!!! Stać bo strzelam!!!

Zimny pot wystąpił mu na skórze, ale wszedł do otwartej klatki schodowej, gdzie przy wejściu zauważył drzwi do piwnicy. Choć były uchylone, coś podpowiedziało mu, by tam nie wchodzić, więc zaczął wspinać się po schodach w górę. Gdy żołnierze wpadli do środka i z hałasem zaczęli przeszukiwać najpierw piwnicę, był już na najwyższym piętrze domu i zaczął wspinać się po niewielkiej drabinie ku wyjściu na dach. Na szczęście było otwarte, więc szybko znalazł się na zewnątrz budynku, wciągnął drabinę, zamknął właz, a skobel zamknięcia zabezpieczył wielkim zardzewiałym gwoździem. Serce biło mu jak oszalałe, gdy usłyszał odgłos żołnierskich buciorów na schodach i pokrzykiwanie z dołu, a odetchnął dopiero, gdy jakiś Niemiec krzyknął w dialekcie bawarskim:

– Nie ma go tu… Pewnie uciekł do innego domu…

– A sprawdziłeś wyjście na dach – dopytywał jakiś inny młodzieniec czystą niemczyzną.

– Tak, jest wysoko i nie ma jak tam wejść… Kolbą karabinu próbowałem unieść właz, ale jest zamknięty – odrzekł Bawarczyk.

Izaak czekał aż mu się uspokoi serce i oddech wyrówna, a potem przybliżył się do komina, tak by być niewidocznym z dachów sąsiednich budynków. Słońce grzało jeszcze mocno, ale on wiedział, że musi tam przeczekać do zmroku. Nie mógł sobie darować lekkomyślności i zapragnął być już w domu, na ulicy Strzeleckiej, choć powrót jawił mu się teraz jak pełna niebezpieczeństw wyprawa do Palestyny.

SZKATUŁKA Z LAKI (2)

 

Beng nie wiedział jak powstał, ale w jego czarnej świadomości pojawiały się czasami obrazy wielkiej rozpłomienionej kuli, zderzającej się z miriadami żagwi, mknącymi ze świstem w przestrzeni. Migały w niej eksplodujące góry i gęste dymy, wielkie rzeki i jeziora lawy pośród wypalonej ziemi i nieprzebranych zwałowisk żelaza, niklu, siarki i węgla. Jego pierwsza myśl pojawiła się w głowie wielkiego gada, przemierzającego głębiny i wciąż szukającego ofiar, a potem nagle przeniknęła do głowy barwnego, jadowitego węża. Sunął wtedy między zaroślami, zagłębiał się w rowy i czatował na żółtawe szczury, myszy, norniki i wielobarwne ropuchy, czekał cierpliwie i zabijał je jednym ukąszeniem półokrągłych kłów. Jego świadomość wędrowała dalej, ale rozświetliła się dopiero w mózgu wieśniaka, który przysiadł na brzegu drabiniastego wozu dużej rodziny, podążającego ku zachodzącemu słońcu. Miał na imię Janni i był niezwykle urodziwy, a jego czarne, lśniące oczy i gęste włosy, fioletowawa skóra i wiotkie kształty, przyciągały spojrzenia wielu kobiet. Jego tabor ruszył wczesną wiosną, podążając dolinami wielkich rzek, pokonując pasma górskie, rozległe równiny i pola, zatrzymując się często w dogodnych miejscach, z dala od siedzib ludzkich. Janni pragnął kobiet i udawało mu się zaciągać je w zarośla, wyprowadzać poza obóz, wspinać się na skały, albo chować się z nimi w jaskiniach. Kobiety lubiły jego piękny głos i łaknęły jego silnych ramion, chętnie też całowały się z nim i pieściły, bo był czuły i delikatny. Dopiero, gdy wnikał w nie z impetem, przerażały się, bo jego gwałtowność zmieniała się w agresję, której dotąd nie zaznały. Gryzł je do krwi i drapał boleśnie, wykręcał ręce i nogi, a w momencie najwyższego uniesienia bił pięściami po całym ciele. Nie potrafił się opamiętać i zdarzało się, że chwytał leżący na ziemi kamień i masakrował nim kochankę. Myślał, że jest pojedynczym bytem, a to beng ryczał w nim jak tygrys i domagał się nowych ofiar, czekając aż tryśnie krew i ból przepali mózgi niewinnych istot. Demon szeptał mu jak ma przygotowywać kolejne spotkania, jak kopać płytkie doły i ukrywać ofiary, jak przywiązywać do nich głazy i wrzucać je do rzek i czarnych stawów, jak oddalać od siebie zarzuty i obarczać winą wieśniaków i mieszkańców obcych miasteczek.

Udawało mu się za każdym razem, ale gdy dotarli do małej, karpackiej wsi, w środku płaskiego kontynentu, noga mu się powinęła. Wiotka czarnowłosa piękność, maltretowana w leśnej głuszy, zdołała chwycić szorstki głaz i zdzielić nim Janniego w tył głowy. Padł jak rażony gromem i natychmiast stracił przytomność, a dziewczyna zaczęła umykać w stronę obozu. Beng śledził ją przez cały czas i spostrzegł, że odszukała starego ojca, który był wójtem kilku rodzin, wędrujących po świecie w tym samym taborze. Okrwawiona i posiniaczona, z wieloma śladami zadrapań, opowiedziała mu wszystko, żywo gestykulując i płacząc jak dziecko. Przywódca zwołał natychmiast najsilniejszych mężczyzn, którzy wraz z nim zapalili pochodnie i powędrowali ku miejscu, wskazanemu przez niedoszłą ofiarę. Wciąż był nieprzytomny, więc bez trudu skrępowali mu ręce i nogi, zawiesili go na wielkim drągu i ponieśli w stronę obozu. Tam obudził się i z przerażeniem zobaczył, że leży nieopodal grupy starszych mężczyzn, żywiołowo rozmawiających ze sobą i gwałtownie gestykulujących. Co chwilę jeden z nich wstawał z klęczek i pokazywał w jego stronę, plując na boki lub czyniąc ruch imitujący cios nożem. Janni zrozumiał, ze nie ma już dla niego ratunku i odezwał się w myślach sam do siebie:

– Dlaczego byłem tak nieostrożny…?

Nieoczekiwanie usłyszał w myślach odpowiedź, dolatującą z daleka, a zarazem będącą cząstką jego świadomości:

– To ja nie zauważyłem kruka siedzącego na gałęzi, nie usłyszałem wściekłego psa, wyjącego do księżyca… Tak kończy się nasza wspólna droga…

W tym samym niemal czasie mężczyźni podeszli do Janniego i otoczyli go kołem, mrucząc pradawną pieśń zemsty, bólu i hańby. Każdy z nich trzymał w ręku dużą siekierę i patrzył na niego wzrokiem pełnym jadu i nienawiści, gotowy skoczyć do przodu na jedno skinienie wójta. Ten jednak zwlekał i mamrotał coś coraz głośniej, przestępując z nogi na nogę i czyniąc lewą ręką w powietrzu jakieś znaki. W końcu doskoczył do młodzieńca i rąbnął go z rozmachem siekierą w głowę, a ta rozpołowiła się natychmiast, odsłaniając pulsujące, krwawe wnętrze. Następni mężczyźni doskakiwali pojedynczo do trupa i cięli siekierami, gdzie popadnie, tak że szybko zamienił się w kupę czerwonego mięsa. Beng wyskoczył z jego ciała chwilę przed pierwszym ciosem i usłyszał jeszcze rozpaczliwy krzyk, ni to gasnącą prośbę, ni to skargę na okrutny los. Teraz demon przyglądał się mężczyznom rąbiącym ciało Janniego i jego uwagę zwrócił dobrze zbudowany woźnica, który wrzeszczał najgłośniej i nie mógł przestać uderzać narzędziem w mięso. Jego twarz zachlapana była krwią, kawałkami kości i mózgu skazańca, a brudne, grube paluchy lepiły się na drzewcu siekiery. Dopiero gwałtowny ruch wójta i wskazanie na woźnicę, spowodowało, ze pozostali mężczyźni odsunęli go od ścierwa. Demon nie czekał dłużej i poprzez czarne oczy, lśniące złowrogo jak u atakującego wilka, wniknął w niego tak szybko, że wozak niczego nie poczuł, a tylko wydało mu się, że jakaś zbłąkana myśl przemknęła przez jego umysł.  Nagle szorstki głos jednego z mężczyzn przywrócił mu jasne myślenie:

– Rąbałeś go Bust jakby był mokrym pieńkiem z wierzby albo osiki… Teraz idź i spuść psy, niech zeżrą to ścierwo…

Mężczyzna spojrzał niewidzącym wzrokiem po pozostałych katach, skinął lekko głową w stronę przywódcy i powędrował ku wozom, by uwolnić miotające się na uwięzi psy. Nie wiedział, że nie był już sam w sobie, nie poczuł, że demon zaczął przeglądać w nim jego dnie i noce, chwile jaskrawe i mroczne jak bezgwiezdna noc.

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (VI)

Dotarli do niewielkiej stanicy, zagubionej pośród chmur,  wyraziście rysującej się w tle dalekich błękitów i seledynów – czarnej, miejscami też brązowej i fioletowej. Aniołowie Yasmena znaleźli sobie miejsca w pustych celach i na zewnątrz budowli, pośród ruchomych chmur i wyłaniających się z nich dziwnych kształtów, przypominających wielkie czerepy i golenie. Olinopas długo krążył w powietrzu, szukając dogodnego miejsca, obserwując braci w różnych lokalizacjach i świadomie zbliżając się do dowódcy, który znalazł gniazdo na samym szczycie warowni. W końcu wylądował tuż przy nim, niewidoczny dla innych, roztapiający się w unoszących się ku górze różnobarwnych oparach. Yasmen wyczuł jego bliskość i przeląkł się, że pozostali aniołowie znowu zaczną to komentować i pokpiwać w ukryciu. Nic wszakże nie mógł zrobić, bo subtelne wnętrze Olinopasa słało mu coś na kształt cichego szeptu, ledwie dającego się wyodrębnić bezgłośnego zapewnienia:

– Jestem przy tobie…

Ułożył się do snu, ale wciąż coś mu przeszkadzało – zanikający szept ulubionego anioła, myśli innych członków oddziału i jakiś daleki ból, sondujący uważnie jego świadomość. W końcu przymknął oczy i zasnął, raz po raz wybudzając się i znowu zapadając w odrętwienie. Przyśniło mu się, że Olinopas ulokował się przy nim, niczym dziecko przy ojcu, czule wsłuchując się w rytm jego serca i drżenie piór, oddychając coraz szybciej i szybciej. Poczuł jak jego prawa dłoń oplata jego szyję, a palce lewej ręki muskają delikatnie jasne włosy, przesuwają się ku piersiom i mkną dalej ku brzuchowi. Nagle usłyszał wyrazisty szept, choć nie mógł zorientować się skąd dochodzi:

– Pragnę cię… tak bardzo cię pragnę… porzućmy to wszystko i lećmy na skraj przestrzeni niebieskiej… Znajdźmy opuszczone gniazdo i żyjmy w nim jak bracia…

Wystraszył się tych niecnych słów i pomyślał, że sprawdza go jakiś archanioł, albo sam Pan poddaje go ostatecznej próbie. Chciał zerwać się do lotu, unieść nad stanicą i zlustrować swój oddział, ale niewidzialna siła trzymała go w miejscu. Otworzył na kilka sekund oczy i przeraził się, bo nad nim zawisła jakaś postać w czarnej szacie, poruszająca bezszelestnie fioletowymi piórami i wpatrująca się w niego czarnymi ślepiami. Czuł, że to ułuda, ale nie mógł pozbyć się wrażenia, że sen przeniknął ku jawie i dzieje się coś złego wokół niego. Przemógł się w tej strasznej nierzeczywistości i uniósł się lekko nad miejscem, gdzie stacjonował, czując, że płonie od środka. Zobaczył Olinopasa śpiącego ufnie tuż przy jego gnieździe, z szeroko rozpostartymi rękoma i lekko uchylonymi ustami. Zielono-złocista szata rozchyliła się znacznie i dowódca zobaczył jego delikatne piersi, lekko zaokrąglone, zachwycające miękkością i subtelnym kształtem. Bał się, że ktoś go zauważy, ale nie mógł nic zrobić i nie spostrzegł, że przybliżył się do brata nieomal na odległość ciepłego oddechu. Wiedział, że robi coś bardzo złego, ale przybliżył usta do różowego sutka i musnął go prawie niedotykalnie. Natychmiast też zerwał się do lotu i poszybował ku ostatnim posterunkom, nie wiedząc, że Pludas uważnie obserwuje go zza chropowatej skały. Dopiero, gdy znalazł się w dużej odległości od ulubionego brata, gniewnie przeskanował umysły i sny wszystkich swoich aniołów, ale niczego szczególnego nie zauważył. Nie wiedział, że Pludas od dawna posiadł umiejętność maskowania myśli i udawania, że śpi, albo modli się do niewidzialnego Pana. Wszystko zdawało się być na swoim miejscu, umysły i sny falowały harmonijnie, a najgłębiej zapadł w sen zmysłowy Olinopas. Znowu zaczął zbliżać się do niego, a gdy był już bardzo blisko zauważył, że ulubiony anioł przekręcił się we śnie i leżąc na brzuchu i piersi, odsłonił  plecy i fragment lewego pośladka. Przymknął oczy i chciał wyszeptać słowa modlitwy pokutnej, ale zdumiony usłyszał znowu w  sobie czuły szept:

– Nigdy cię nie opuszczę… gdzie ty, tam ja…

Zbliżył się do śpiącego brata na wyciągnięcie ręki, rozejrzał się wokół, a potem chwycił w dwa palce jego szatę i powoli okrył nią nagi pośladek. Niechcący przy tym trącił lekko jasną okrągłość i znowu, speszony, rozpłomieniony i przerażony, wystrzelił w górę, oddalił się czym prędzej, czując już wyraźnie, że nie był sam przy przyjacielu. Skupił całą swoją uwagę na jednej ze skał i zaczął zauważać za nią jakiś pulsujący kształt, raz stający się mroczną postacią, a znowu zbierający ciemne cząstki, układające się w sylwetkę Pludasa. Pomknął natychmiast ku temu miejscu i zatrzymał się przy podglądającym go aniele.

– Dlaczego nie śpisz Pludasie? – zapytał i przeraził się tego, że jego tajemnica została odkryta.

– Wpatruję się w tę skałę i modlę się do Pana – odpowiedział Pludas, udając zaskoczenie.

– Wszyscy już dawno zasnęli, a twoja świadomość błąka się nie wiedzieć gdzie – skarcił go Yasmen i po chwili dodał – jest czas lotu i czas odpoczynku, czas rozmowy i modlitwy…

– Jest czas żaru i czas miłości… – wygłosił sentencję Pludas i uważnie spojrzał na dowódcę, jednocześnie zerkając do jego wnętrza.

Yasmen poczuł natychmiast, że jest przez niego skanowany, ale też wyodrębnił w sobie coś na kształt ciernia albo ostrza noża. Tylko przez chwilę przeraził się, a potem naparł na wnętrze przeciwnika z tak wielką mocą, że natychmiast spadła z niego okrywa energetyczna, zniknął anioł, a pojawił się czarny, uskrzydlony demon, gotowy rzucić się na Yasmena. Ten jednak wyprzedził atak i krzyknął:

– Wstawajcie bracia… Zdrajca jest pośród nas…

Pierwszy zerwał się Olinopas i skierował kryształowy miecz w stronę demona, a za nim ruszył cały oddział. Z daleka dobiegł też wirujący odgłos archanioła, zbliżającego się w wielkim pędzie i rozpłomieniającego przestrzeń niebieską. Zanim bracia dopadli zdrajcę, wielki wir wchłonął go w kilka chwil i odrzucił gdzieś daleko, dalej niż sięgał wzrok. Yasmen gotów był pożegnać się ze swoim oddziałem i czekał spokojnie na powrót archanioła, ale nagle jakaś siła, jakby zasłona modlitwy, jakby materia miłości najczystszej z czystych, osłoniły go ukryły obrazy sprzed pojawienia się złego ducha. Nagle poczuł, że archanioł, niewidzialny i czujny, jest już znowu przy nich, więc odezwał się do niego:

– Jakże wielka jest twoja moc o dowódco nad dowódcami…

Nie zabrzmiała jednak żadna odpowiedź, ale w myślach całego oddziału pojawiło się wyraziste zdanie:

– Światło Boga rozlewa się wciąż po przestworze…

Yasmen zafrasował się straszliwie, bo przecież słyszał tyle razy opowieści o Urielu, wygnanym z przestrzeni niebieskiej i żyjącym gdzieś pośród dalszych kręgów przestrzeni. Przypomniał sobie, że w jednej z ksiąg czytał o tym, że stoi on blisko tronu niebieskiego, razem z sześcioma innymi archaniołami. Nie było czasu na rozmyślanie, bo jego oddział drżał  lekko w przestworze i czekał na rozkazy.

– Musimy wypocząć przed drogą… wracajcie do gniazd i cel twierdzy i śpijcie spokojnie – przesłał wiadomość do wszystkich umysłów – Ja już nie zasnę, więc będę czuwał nad wami…

Po chwili ucichły skrzydła, lotki ułożyły się w senny szyfr, a powieki opadły na zmęczone oczy. Yasmen rozmyślał o tym, co się zdarzyło, odsuwając od siebie myśli o Olinopasie i wyczuwając wciąż w przestrzeni tajemny puls.

– Światło Boga… szeptał bezgłośnie – Światło Boga… Światło… Boga…

« Older entries

%d blogerów lubi to: