EMPATIA

Czytam niezwykła książkę pt. Corvus – Życie wśród ptaków, szkockiej pisarki Esther Woolfson, której rodzina pochodziła z Europy Środkowej. Ta niezwykle interesująca kobieta, która studiowała sinologię na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie i w Edynburgu, byłaby zapewne wymarzoną żoną dla każdego ornitologa, a to za sprawą jej miłości do ptaków i przyrody. Opiniotwórczy „The Obserwer” pisał, że Woolfson ma dwie najważniejsze cechy autora książek przyrodniczych: bystre oko i nienasyconą ciekawość. „Corvus” rozprawia się z powszechnym przekonaniem, że tylko rzadkie i egzotyczne zwierzęta zasługują na uwagę i ochronę. Autorka opowiada o swoich fascynacjach ptakami krukowatymi, ze szczególnym uwzględnieniem gawronicy imieniem „Kurczak”, którą przygarnęła, gdy była jeszcze pisklęciem. Są też liczne refleksje związane ze sroką „Pyskacz”, wroną „Ziki”, a w dopowiedzeniach znajdziemy też informacje o stosunku znanych i wielkich ludzi do ptaków. I tak w opowieści o zdolnościach językowych i muzycznych szpaków pojawia się Mozart: Na duchu podniósł mnie Pliniusz: „teraz, kiedy to piszę, mają młodzi Cezarowie szpaka oraz słowiki, dające się nauczyć po grecku i łacinie, poza tym codziennie ćwiczące i ciągle wymawiające nowe wyrazy, nawet dłuższe zdania.” Mozart także trzymał w Wiedniu szpaczka kupionego za trzydzieści cztery grajcary w 1784 roku. Dziwnym trafem jeszcze w sklepie zoologicznym ptaszek nauczył się gwizdać całe takty z koncertu fortepianowego G-dur KV 453. Ponieważ utwór dopiero co został skomponowany, nie jest jasne, w jaki sposób szpak poznał melodię, lecz przypuszcza się, że usłyszał pogwizdywanie Mozarta, podczas jego wcześniejszych odwiedzin (co dowodzi nadzwyczajnych umiejętności naśladowczych tych ptaków). Kompozytor zanotował pieśń szpaka i zrobił dopisek: Das war schön! Co ciekawe jednak, śpiewak samowolnie zmienił jedną nutę, g na gis, poprawiając (albo wręcz przeciwnie) dzieło wielkiego artysty. (Behawioryści badający zdolności szpaków twierdzą, że późniejsze dzieło Mozarta, divertimento KV 522, czyli „Żart muzyczny”, było inspirowane śpiewem ulubieńca i miało unieśmiertelnić jego geniusz).  Woolfson dokumentuje swoją wielką cierpliwość i empatię, jaką  miała dla ptaków, które ucząc się jej domu, dawały jej też wiedzę o swoich zachowaniach, częstokroć dziwnych i trudnych do zrozumienia. Znamienne tutaj są lęki, które można zrozumieć dopiero po długich obserwacjach: Lęki krukowatych bywają rozmaite: nabyte i wrodzone, zarówno racjonalne, jak i irracjonalne. Laureat Nagrody Nobla, przyrodnik Konrad Lorenz w swojej książce o zachowaniach zwierząt „Rozmawiał z bydlątkami, ptakami i rybami” opisał reakcje kawek na czarny powiewający przedmiot, który trzymał w ręku (były to kąpielówki). Natychmiast został otoczony przez chmarę wściekłych ptaków: wszystkie próbowały go dziobnąć, ponieważ wzięły skrawek materiału za jednego ze swoich, martwą kawkę. Książka szkockiej autorki skrzy się od takich wspaniałych dopowiedzeń i obserwacji, bo mieszkanie z ptakami zawsze związane było u niej z obserwacjami naszych „braci mniejszych”: Mimo wspólnie przeżytych lat Kurczak pod wieloma względami nadal jest dla nas zagadką. Na przykład zmysł wzroku gawrona bardzo różni się od ludzkiego. Ptaki mają najlepszy wzrok ze wszystkich kręgowców; umiejscowienie oczu w czaszce wpływa między innymi na zdolność do wypatrywania drapieżcy albo zdobyczy. Szponiaste i sowy, z oczami z przodu głowy, widzą stereoskopowo jak ludzie, podczas gdy choćby gołębie, z oczami po bokach głowy, często padające łupem drapieżników, widzą monokularnie: każde oko postrzega inny przedmiot. Monokularność zwykle rozszerza pole widzenia: niektóre ptaki, na przykład słonka (o oczach przesuniętych w stronę tyłu głowy), precyzyjniej postrzegają to, co przed nimi. („Mogłaby ci lepiej opowiedzieć, gdzie była, niż dokąd się wybiera” – napisał zasłużony politolog i autor książek przyrodniczych Louis J. Halle). Podczas gdy wzrok człowieka ograniczony jest trzema rodzajami barwników występujących w czopkach, ptaki mają cztery lub pięć rodzajów czopków, wrażliwych na szersze spektrum fal światła, w tym ultrafiolet, dzięki czemu widzą one dwa razy więcej kolorów niż ludzie. Potrafią także rozróżniać długość fal w widmie ultrafioletu, co pomaga im podczas żerowania, gdyż wychwytują całą paletę odcieni w swoim otoczeniu. Szponiaste, choć wyróżnia je najostrzejszy wzrok spośród wszystkich ptaków, prawdopodobnie odbierają mniej barw niż wróblowate. Książka Woolfson napisana została z zacięciem eseistycznym, a warto tez pamiętać o filologicznych zainteresowaniach autorki, która z taką samą oczywistością przywołuje opinie uznanych przyrodników, jak i opowiada o największym angielskim romantyku: Lord Byron, choć oczywiście zasłynął czymś zupełnie innym, miał najwyraźniej eklektyczny gust – zarówno, gdy chodziło o ludzi, jak i o zwierzęta. Z listu Shelleya, który odwiedził przyjaciela w Rawennie, wiemy, że lord dzielił dom z psami, małpkami, kotami, pawiami, perliczkami, orłem, sokołem, koronnikiem szarym i wroną. W swoim dzienniku pod datą 5 stycznia 1821 roku Byron opisuje karmienie sokoła i „potulnej (ale  n i e o s w o j o n e j) wrony”. Dzień później żali się, że jego ulubienica została skaleczona: „Wrona kuleje na jedną nogę – nie wiem, jak to się stało – jakiś dureń nastąpił jej na łapkę”. Codziennie przechodzę obok pomnika Byrona. Od 1794 roku przyszły pisarz, który mieszkał tutaj z matką, uczył się w Aberdeen Grammar School. Choć zabawił w tych murach niedługo, jego okazały pomnik z brązu wznosi się dumnie nad granitową fasadą szkoły. Kiedy mijam postać poety, zawsze go pozdrawiam. To, co o nim mówiła lady Caroline Lamb, jest mi obojętne. Troska o pazurek wrony nie najgorzej świadczy o człowieku. Jakże konkretna, a zarazem zabawna, jest końcowa konstatacja miłośniczki ptaków, pomijająca zdanie kochanki Byrona (która miała go za człowieka złego, szalonego i niebezpiecznego), a wskazująca na wagę empatii poety dla skrzywdzonej wrony. Książka Esther Woolfson jest przebogata i stanowi prawdziwą ucztę dla ornitologa – od dygresji i fachowych obserwacji, poprzez informacje niezbędne dla zrozumienia skrzydlatych mieszkańców przestworzy. Liczne są też porównania zachowań i budowy części anatomicznych człowieka i ptaków, jak choćby w przypadku najważniejszego naszego organu: Centralny układ nerwowy jest podobny u wszystkich kręgowców. Mózg ludzki i ptasi mają wspólną historię i wiele funkcji sprawia wrażenie analogicznych. A jednak organy wyglądają zupełnie inaczej. Powierzchnia ptasiego mózgu jest gładka, ludzkiego – pofałdowana, ze zwojami i bruzdami, gyri i sulci. Mózg ptaków ma to, co tym zwierzętom jest najpotrzebniejsze – czyli duże przodomózgowie, móżdżek zawiadujący mięśniami niezbędnymi do latania i dobrze rozwinięte płaty wzrokowe. Połączenia neuronów umożliwiające złożone zachowania działają prawdopodobnie na identycznych zasadach u nich i u nas, a pewne części ptasiego mózgu mają właściwości, których brakuje naszemu: zdolność do neurogenezy, czyli odnawiania się komórek, okresowe zmiany wielkości hipokampu (obszaru związanego z pamięcią), który pod wpływem intensywnego uwalniania melatoniny powiększa się jesienią (gdy od efektywnego zdobywania, a następnie ukrywania pokarmu zależy przetrwanie mrozów). Niektóre gatunki ptaków cechuje, podobnie jak człowieka, wysoki wskaźnik stosunku masy mózgu do masy ciała (encefalizacji), sugerujący proporcjonalny iloraz inteligencji. Świat pełen jest ptaków i trudno wskazać takie miejsca, gdzie ich nie znajdziemy – autorka nawiązuje jednak do przestrzeni, w których człowiek spowodował ich wyginięcie i ostateczne zamilknięcie: Milczenie ptaków jest jedną z rzeczy, których powinniśmy obawiać się najbardziej. Wróży katastrofę. Taka cisza zalega na jałowych, skażonych terenach – na morzu zanieczyszczonym ropą albo na ziemiach zatrutych pestycydami. Kojarzy się z wojną i zagrożeniem wojną, z klęskami żywiołowymi – suszą, powodzią, nadejściem kolejnego zlodowacenia. Milczenie ptaków to nieobecność ptaków. Książka szkockiej pisarki jest hymnem pochwalnym dla ptaków i dla ludzkiej empatii, będącej przejawem zainteresowania stworzeniem i kreatywnością procesów ewolucyjnych. To zarazem wskazanie, że nie jesteśmy jedynymi mieszkańcami naszej planety, a choć mieliśmy okres łowiecki w historii naszego gatunku, kiedy to zabijaliśmy dzikie zwierzęta w celu zaspokojenia głodu, to obecnie stały się one naszymi partnerami, a często też przyjaciółmi. Zakończmy te rozważania na temat mojej lektury wskazaniem pisarki, które wydawać się może oczywiste, ale po głębszym zastanowieniu, staje się rodzajem niezbędnego i stale aktualnego przypomnienia: W kilku zaledwie miejscach na Ziemi nie ma ptaków. Znajdziemy je nawet na tych obszarach, o których sądzimy, że są zbyt niedostępne, zbyt wysoko położone, zbyt zimne albo gorące. Nieubłagany klimat Arktyki nie odstrasza górniczka, kruka, śnieżycy dużej, sowy śnieżnej, rybitwy popielatej, pardwy górskiej czy poświerki. Antarktydę zamieszkują pingwiny, wydrzyk antarktyczny, rybitwa antarktyczna, albatros, pochwodziób żółtodzioby oraz czarnodzioby, petrel antarktyczny. W najwyższych górach, Himalajach i Ałtaju, żyją ułar tybetański, himalajski, kaukaski, kaspijski i ałtajski, orzeł przedni, orłosęp brodaty, sęp płowy i ibisodziób. Na pustyni występują lelkowate, sieweczka pustynna, brzegówka, stepówka, kruk, kukawka kalifornijska… Wszędzie niosą się głosy ptaków – w mroźnym i rozgrzanym powietrzu. Ptasia pieśń, nierozerwalnie związana z człowiekiem, jest niezbędna naszej synestetycznej pamięci. Podobnie jak zapach czy obraz, wywołuje nagły błysk wspomnienia: ogrodu, lasu, wrzosowiska, portu. Ta obecność ptasich głosów jest nam tak samo potrzebna jak inne elementy naszego świata, a ich zamilknięcie zawsze wróży coś niepokojącego – zbliżanie się drapieżnika, naruszenie systemowe, zachód słońca i nadejście nocy. Rację ma autorka, gdy przypomina i fascynuje się wielorakością głosów w naturze: Ptasia pieśń jest zjawiskiem, które imponuje pod każdym względem. To nieskończenie wiele odcieni i subtelności: dialogi, duety, mimikra poprzez naśladowanie cudzego śpiewu, ostrzeżenia, pozdrowienia, wiadomości, których nie potrafimy jeszcze zrozumieć. Ptaki używają głosu podobnie jak my: aby obwieścić swoją obecność, wyrazić radość, zaalarmować, uwieść, odstraszyć, okazać strach lub dać upust innym emocjom. Warianty melodii, liczba pieśni w repertuarze wprawiają w osłupienie – zięba zna sześć różnych pieśni, słowik dwieście, przedrzeźniacz rudy dwa tysiące. Na jedną linię melodyczną, którą uważamy za charakterystyczną dla określonego gatunku, składają się nawet setki nut. Na modyfikacje częstotliwości, tonacji wpływają kontekst sytuacyjny oraz geograficzny. Na przykład ptaki morskie, nawołujące się w stadzie, robią potworny hałas. Głos maskonura to coś pomiędzy wyciem potępieńca a jazgotem piły łańcuchowej. Rybitwy popielatej – wysoki, natarczywy pisk. Petrela – głośna czkawka. Kormoranów – krztuszenie się albo donośny dźwięk fagotu. Razem tworzą one orkiestrę z piekła rodem, grającą na instrumentach ze złomowiska. Faktycznie – nie wszystkie pieśni są pieśniami. Istnieją również klekoty, stukoty, warkoty i gwizdy, rozmaite komunikaty wydawane dziobami, skrzydłami, stopami… Odkładam książkę Woolfson z żalem, bo każda jej strona jest fascynującą przygodą czytelniczą, nie tylko dla ornitologa – dla każdego poszukiwacza źródeł i sensu, natury i kultury, początku i końca spraw tego świata.

______________

Esther Woolfson, CORVUS Życie wśród ptaków, przeł. A. Pluszka i J. Wajs, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2012, s. 328.

LECHOŃ O MIŁOSZU…

Waszyngton 1948

Sylwetki czterech pisarzy w Zniewolonym umyśle – wspaniałe, określenie „europejski” świetnie przystaje do tego Miłosza, który jest tak bardzo niepolski. Jest to arcydzieło analizy psychologicznej, która nie jest psychoanalizą, przy czym styl, jakiego żaden inny z naszych pisarzy nie ma – tutaj oszczędność naprawdę robi wrażenie ukrywanego bogactwa. Ale przeczytawszy to wszystko, robi się zimno na sercu, podziwia się tego Miłosza, ale zarazem ma się dla niego prawie litość – albo strach przed nim. Ta inteligencja jest jak nóż ostra, ale też jak nóż zimna i okrutna. Myśli się sobie, czy on się kiedyś popłacze, rozryczy właśnie nad sobą, czy zrozumie, że jest właściwie nieszczęśliwy, tak chroniąc ten swój talent przed wszystkimi nieszczęściami, przed wszystkim, co by mogło właśnie zrobić z niego jego wymarzonego siebie, tego wielkiego Miłosza.

Jan Lechoń, Dziennik, t. 3, Warszawa 1993, s. 843.

* * *

Szary, monotonny dzień bez historii… Położyłem się spać po piętnastej i gdy budziłem się około 17.40, w mojej świadomości, wracającej powoli do rzeczywistości, pojawiła się taka myśl: tysiące, miliony i miliardy lat, gdy już miną są tym samym – niczym… Ludzie nieustannie ścierają się ze sobą, walczą o zaszczyty, honory, pieniądze, a nie pamiętają, że operują w obrębie przeogromnej nicości, która była przed nami i która będzie po nich. Jedynie próba ocalenia teraźniejszości ma sens, tylko skupienie się na malutkiej jednostce tej nicości, jaką jest nasze życie, daje chwilowe przekonanie, że istniejemy.

POLACZKI…

Fiodor Dostojewski

Czytam Gracza Fiodora Dostojewskiego, brawurowo napisaną, niewielką powieść z roku 1866. Podobno autor stworzył ten utwór w przeciągu jednego miesiąca, a za otrzymane pieniądze spłacił swoje długi karciane. Wyraźnie nakreślone postaci przypominają persony dramatyczne, co zapewne przyczyniło się do tego, że Sergiej Prokofiew wykorzystał Gracza do stworzenia opery, do której sam stworzył libretto. Choć powieść traktuje o fatalnym zauroczeniu hazardem głównego bohatera Aleksego Iwanowicza, to staje się też portretem zbiorowym międzynarodowego towarzystwa, gromadzącego się wokół stołów z ruletkami i gnieżdżącego się w hotelach Ruletenburga (nazwa fikcyjna, odnosząca się prawdopodobnie do Baden-Baden, Wiesbaden lub Marienbadu). Jest to też opowieść o dziwnej miłości Iwanowicza do Poliny Aleksandrowny, kochającej go, ale też nieustannie grymaszącej i wystawiającej na próby swojego adoratora. Dostojewski – jak w wielu swoich powieściach – wykorzystał tutaj zdarzenia ze swojego życia, wszak powszechnie wiadomo, że był hazardzistą, kochał się w kobiecie o imieniu Polina, a także odbywał podróże niemieckie dla poratowania zdrowia, z hazardem w tle. Zapewne stąd wzięła się tak dogłębna znajomość realiów, wzmocniona przez umiejętność opisu psychologicznego postaci i wyciągania wniosków z ich zachowań. Autor znakomicie kreśli wizerunki kolejnych postaci: roztrzepanego i ślepo zakochanego carskiego generała Sagorjańskiego, jego chciwej kochanki Blanche, wspomnianej wyżej Poliny, dziwacznego Anglika Astleya i francuza de Grieux, którego nazwisko prześmiewczo nawiązuje do słynnej powieści eks-zakonnika Antoine’a Prévosta,.  Na plan pierwszy wysuwa się jednak Iwanowicz, który nie potrafi uwolnić się od przekonania, że wygra fortunę, a gdy do tego rzeczywiście dochodzi, roztrwania ją bezsensownie w Paryżu, u boku Blanche, która ostatecznie i tak go porzuci dla generała i jego spadku. Inną dominującą postacią w tej powieści jest Antonida Wasilewna Tarasewiczewa, która nagle przyjeżdża do uzdrowiska, wszystkimi dyryguje, popisuje się swoją dominacją nad generałem, a potem zasiada do stołu z ruletką. Najpierw wygrywa ogromna sumę, stawiając na zero, a potem sukcesywnie przegrywa sporą część swojej fortuny. Generał czekał na jej śmierć i słał depesze do Rosji z zapytaniem, czy starsza kobieta już umarła, więc jej przyjazd do „letniej stolicy Europy” był dla niego prawdziwym szokiem. W opisie zdarzeń związanych z nią podkreślić należy wielki talent komediowy Dostojewskiego, który tworzy postać zabawną, ale też budzącą sympatię u czytelnika.

Intryga powieściowa służy też pisarzowi do snucia refleksji natury ogólnej, szczególnie na temat charakterów narodowych – najpierw na temat Rosjan trafiających do jaskini hazardu: A Rosjanin nie tylko nie jest zdolny do gromadzenia kapitałów, lecz nawet pozbywa się ich jakoś jawnie i nieprzyzwoicie. Niemniej Rosjanom pieniądze są równie potrzebne – dodałem – a co za tym idzie, jesteśmy bardzo radzi takim okazjom, jak na przykład ruletka, gdzie można wzbogacić się nagle, w ciągu dwóch godzin, bez pracy. (F. Dostojewski, Gracz, przeł. W. Broniewski, Warszawa 1984, s. 890).  Niezwykle zgryźliwy, ale jakże trafny, jest też opis przywar finansowych Niemców: A więc każda taka tutejsza rodzina jest w całkowitej niewoli od  f a t e r a.  Wszyscy pracują jak woły i wszyscy duszą pieniądze jak Żydzi. Dajmy na to, że  f a t e r  uciułał już tyle a tyle guldenów i liczy na starszego syna, chcąc mu przekazać rzemiosło albo ziemię; z tego powodu córka nie otrzymuje posagu i zostaje starą panną. Z tego samego powodu młodszego syna sprzedają prawie w niewolę albo do wojska, a pieniądze dodają do domowego kapitału. Naprawdę, tak się tutaj robi. (…) Cóż dalej? Ano i starszemu synowi również nie jest lżej: ma on tam swoją Amalchen, którą kocha, ale ożenić się nie może, bo jeszcze nie uciułane tyle a tyle guldenów. Więc też czekają, poczciwie i szczerze, i z uśmiechem idą na zarżnięcie. Amalchen zapadają się policzki, schnie. Wreszcie, po dwudziestu latach majątek się powiększył; guldeny uczciwie i cnotliwie zostały uciułane.                F a t e r  błogosławi czterdziestoletniego starszego syna i trzydziestopięcioletnią Amalchen z wyschnięta piersią i czerwonym nosem… Przy tym płacze, prawi morały i umiera. Ze starszego syna robi się cnotliwy  f a t e r i zaczyna się znów ta sama historia. A po latach pięćdziesięciu albo siedemdziesięciu wnuk pierwszego f a t e r a naprawdę zbija poważny kapitał i oddaje go swojemu synowi, ten swojemu, i po pięciu albo sześciu pokoleniach zjawia się sam baron Rothschild albo Hoppe et Comp, czy tam diabli wiedzą kto. (Tamże, s. 891-892) Ileż trzeba było mieć wiedzy o świecie, by tworzyć takie portrety, ale przecież mamy tutaj do czynienia z jednym z największych pisarzy w dziejach świata.

Grób Dostojewskiego na Cmentarzu Tychwińskim w Petersburgu

Z kolei sarkastyczne przeciwstawienie Rosjan Francuzom, pozwala Dostojewskiemu snuć refleksje na ich temat: My, Rosjanie, jesteśmy przeważnie tak bogato uzdolnieni, że dla przyzwoitych form potrzeba nam genialności. No, a na genialności coraz częściej zbywa, bo w ogóle genialność rzadko się trafia. To tylko u Francuzów i może jeszcze u niektórych Europejczyków formy się ułożyły tak doskonale, że można sprawiać wrażenie niesłychanej godności, będąc najnikczemniejszym człowiekiem. Dlatego formy znaczą u nich tak wiele. Francuz zniesie obrazę, prawdziwą, dotkliwą obrazę i ani się skrzywi, ale szczutka w nos za nic w świecie nie zniesie, dlatego że to jest naruszeniem przyjętej i utrwalonej od wieków formy przyzwoitości. Dlatego właśnie nasze panie są tak rade Francuzom, że ci mają ładne formy. Zresztą, moim zdaniem, nie ma żadnej formy, jest tylko kogut, le coq gaulois. (Tamże, s. 897) Dorzućmy do tego jeszcze charakterystykę sprytnego pana de Grieux, który: był taki jak wszyscy Francuzi, czyli wesoły i grzeczny, kiedy to potrzebne i wygodne, a nieznośnie nudny, kiedy nie trzeba było być wesołym i grzecznym. Francuz rzadko jest z natury grzeczny; jest grzeczny zawsze jakby z nakazu, przez wyrachowanie. Jeżeli na przykład uważa, że powinien być fantastyczny, oryginalny, niecodzienny, to jego fantazja, głupia i nienaturalna, posługuje się zawczasu przyjętymi i dawno wytartymi formami. Naturalny zaś Francuz ma w sobie tylko najbardziej mieszczański, drobiazgowy, pospolity pozytywizm – słowem, jest to istota najnudniejsza w świecie. Moim zdaniem, tylko naiwni, zwłaszcza rosyjskie panie, zachwycają się Francuzami. Natomiast każdy porządny człowiek natychmiast spostrzega i odczuwa jako nieznośny ów przymus na zawsze ustanowionych form salonowej grzeczności, nonszalancji i wesołego ożywienia. (Tamże, s. 909). Dostaje się także od Dostojewskiego Anglikowi Astleyowi, przypominającemu groteskowego szpiega, a w gruncie rzeczy będącemu tragikomicznym kochankiem, stale szukającym możliwości zdobycia fortuny i znalezienia się u boku Poliny – główny bohater tak go widzi:  Zaciekawił mnie również wczoraj i dzisiaj mister Astley. Tak, jestem przekonany, że się kocha w Polinie! Ciekawe i zabawne, ile niekiedy może wyrazić spojrzenie człowieka wstydliwego i chorobliwie powściągliwego, który się zakocha, i to właśnie wówczas, gdy ów człowiek wolałby się raczej zapaść w ziemię niż cokolwiek wyrazić słowem lub spojrzeniem. Mister Astley bardzo często spotyka się z nami na spacerach. Zdejmuje kapelusz i mija nas, rozumie się, umierając z chęci przyłączenia się do naszego towarzystwa. Jeżeli zaś bywa zaproszony, natychmiast się wymawia. W miejscach odpoczynku, w kasynie, przy muzyce lub przed fontanną, zatrzymuje się zawsze gdzieś w pobliżu naszej ławki, gdziekolwiek jesteśmy, w parku, w lesie czy na Schlangenbergu – wystarczy tylko rzucić okiem, rozejrzeć się dokoła, a z pewnością gdzieś na pobliskiej ścieżce albo zza krzaka ukaże się sylwetka mister Astleya. (Tamże, s. 887) W powieści znajdziemy też karykaturalny portret fałszywego włoskiego księcia Barberiniego, który nagle ucieka z jaskini hazardu, ale najbardziej komiczne są portrety Polaków.

Pierwsze wydanie Gracza

Dostojewski nazywa ich Polaczkami, a swoją niechęć uzasadniał tym, że lokował nas w obrębie grzesznej kultury Zachodu i obarczał winą za działania destrukcyjne w obrębie narodów słowiańskich. Można by tutaj mnożyć przykłady kanaliowatych Polaczków, ale przywołajmy tych spotkanych na katordze i sportretowanych we Wspomnieniach z domu umarłych i cwaniaczka z pijanej kompanii Rogożyna tudzież tego, który doprowadza do upadku Agłaję. O ile w Idiocie związek z Polaczkiem jest zapowiedzią wielkiej tragedii i rozpadu osobowości, o tyle w Graczu są to tylko wyspecjalizowani oszuści, kradnący pieniądze ze stołów. Towarzyszą oni babci, która wpadła w szał obstawiania kolorów i cyfr przy stole: Polaczki, którzy mentorowali babci, zmienili się tego dnia kilkakrotnie. Babcia zaczęła od tego, że przepędziła owego Polaczka, którego poprzedniego dnia darła za włosy, i wzięła drugiego, ale ów okazał się chyba jeszcze gorszy. Przepędziwszy go i wziąwszy znowu pierwszego, który nie odszedł i przez cały czas swojego wygnania kręcił się tuż obok za jej fotelem, wysuwając co chwila głowę, babcia wpadła wreszcie w zupełną rozpacz. (Tamże, s. 964) Natręctwo Polaczków jest ogromne i ukierunkowane na kradzież środków finansowych Antonidy Wasilewny: Wpędzon y drugi Polaczek również za nic nie chciał odejść; jeden z nich stanął z prawej, a drugi z lewej strony. Przez cały czas kłócili się i wymyślali sobie za wysokość stawek i sposób gry, wyzywając się wzajemnie od „łajdaków” i używając innych polskich uprzejmości, po czym znów się ze sobą godzili, ciskali pieniędzmi bez ładu i składu i rządzili się jak szare gęsi.  Po przegonieniu skłóconych doradców zjawia się współpracujący z nimi inny polski oszust: Babcia niewiele skorzystała na tym, że ją wybawiono od dwóch Polaczków. Zamiast nich zjawił się natychmiast na jej usługi trzeci Polak, najzupełniej już czysto mówiący po rosyjsku, ubrany jak dżentelmen, choć mimo wszystko wyglądający jak lokaj, z ogromnymi wąsami i honorem. I on również „całował stópki i słał się do stópek” jaśnie pani, ale względem otaczających zachowywał się wyniośle, wydawał despotyczne rozporządzenia – słowem, od razu zajął wobec babci pozycję pana, a nie sługi. (Tamże, s. 965) Im babcia więcej przegrywa, tym pojawia się więcej rozwrzeszczanych Polaczków, bez jej wiedzy obstawiających i po kryjomu zagarniających żetony.

Rękopis Dostojewskiego

Niewielką powieść Dostojewskiego określa się czasami jako opowiadanie lub nowelę, ale przecież – według dzisiejszych standardów – jest to dość obszerna, ponad stustronicowa powieść z wyraziście zarysowanymi typami ludzkimi i intrygami, charakterystycznymi dla miejsc, które w dziewiętnastym wieku były tęsknotą i „katorgą” bogatych Rosjan. Autor mimochodem ukazuje chorobliwe zauroczenie jego krajan kulturą Zachodu i tandetne wzorowanie się na dziwacznych cudzoziemcach, przede wszystkim Francuzach. W dalekich rosyjskich guberniach, w Moskwie czy Petersburgu, posiadanie kochanki znad Sekwany albo „bywanie u zachodnioeuropejskich wód” miało ogromne znaczenie i podnosiło rangę Rosjanina. Podczas siarczystych rosyjskich zim, na rautach i w trakcie kameralnych spotkań przy kominkach, rozprawiało się o wizytach w Paryżu, Berlinie, Genewie, a od biedy w okupowanej Warszawie. Jakże mogło być inaczej, gdy nawet carskie rodziny udawały się w podróż do Zachodniej Europy, a sukcesy lub wielkie przegrane przy stole krupierskim bywały przywoływane latami. Wielkie miłości – takie jak ta Dostojewskiego do Poliny Susłowej – rozgrywały się pośród dalekich przestrzeni i zmieniających się dekoracji, między Paryżem a Twerem, albo miedzy Baden-Baden a Moskwą. Gracz, choć może nieco zapomniany, na zawsze pozostanie przykładem niezwykłej dynamiki narracyjnej Dostojewskiego i jego wielkiej umiejętności analizowania ludzkich charakterów. To, że pisarz dyktował swoje powieści swojej przyszłej żonie, nie umniejsza ich rangi, bo przecież potem zasiadał do stenogramów i wielokrotnie je modyfikował. Zaświadczają to jego rękopisy, bogate w wiele poprawek i adjustacji, a często zawierające ogromne, dopisane partie. Dzisiaj także – szczególnie w USA – wielu autorów idzie tym tropem i posługuje się dyktafonem lub wynajmuje sobie kogoś, kto zapisze ich myśli w formie stenogramów. Choć tak nieprzychylny Polakom, zawarł Dostojewski w swoim dziele także sarkastyczne opisy innych nacji, a portret głupkowatego rosyjskiego generała na pewno nie spodobał się w arystokratycznych sferach Rosji. Jakkolwiek by nie patrzeć na Gracza, jest to utwór ważny w dorobku Dostojewskiego i w dziejach dziewiętnastostowiecznej myśli rosyjskiej – tak zadufanej w sobie i tak zmaltretowanej w tym zdumiewającym utworze.

NA KATORDZE

Nikołaj Karazin, Ilustracja do Wspomnień z domu umarłych

Sięgnąłem raz jeszcze po Wspomnienia z domu umarłych, które Fiodor Dostojewski pisał w latach 1860–1861. Książka czekała na mnie czterdzieści lat, bo w młodości ledwie przerzuciłem kilkadziesiąt kartek i szybko odłożyłem ją na półkę. Tak mi się to wszystko wydawało odległe od mojego życia, tak odstręczało powolnością fabuły, szczegółowymi opisami i zagmatwaniem poszczególnych wątków. Nie miałem wtedy cierpliwości do takich lektur, bo czytałem przede wszystkim powieści przygodowe, relacje wielkich podróżników i eksploratorów, a Syberia bardziej interesowała mnie jako przestrzeń geograficzna, pełna tajemniczych zwierząt i ludów, niż jako miejsce zesłania katorżników. Zapiski Dostojewskiego, ubrane tylko dla niepoznaki w kostium literacki, to w gruncie rzeczy wspomnienia z katorgi, na którą pisarz został skazany 22 grudnia 1849 roku. Za udział w konspiracji i przynależność do rewolucyjnego kółka Michała Pietraszewskiego początkowo skazano go na śmierć, ale potem wyrok zamieniono na cztery lata katorgi w Omsku. Moja nowa lektura tego utworu miała już inny charakter i po przestudiowaniu Archipelagu Gułag Aleksandra Sołżenicyna, Opowiadań kołymskich Warłama Szałamowa i Innego świata Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, była uważna i nastawiona na dogłębne poznanie dzieła. W porównaniu z okropieństwami, jakich doświadczali inni skazańcy na Syberii, czteroletnia katorga Dostojewskiego nie należała do najcięższych, tym bardziej, że pisarz dysponował niewielkimi środkami finansowymi, które pozwoliły mu przetrwać.

Nikołaj Karazin, Ilustracja do Wspomnień z domu umarłych

Głównym bohaterem wspomnień i zarazem alter ego autora jest Aleksander Pietrowicz Gorianczykow, katorżnik drugiej kategorii, zesłany na Syberię za zabicie żony. To on jest autorem dziennika, odnalezionego w papierach pośmiertnych, który staje się kanwą opowieści narratora. Trafiając do tzw. twierdzy i wykonując ciężkie roboty drugiej kategorii, morderca zapoznaje się z życiem obozowym, poznaje najprzeróżniejsze typy ludzkie i z czasem dochodzi do przekonania, które tak oto artykułuje: Tak, człowiek jest wytrzymały! Człowiek – to istota, która się do wszystkiego przyzwyczaja, i sądzę, że to najtrafniejsze określenie człowieka. (F. Dostojewski, Wspomnienia z domu umarłych, przeł. Cz. Jastrzębiec-Kozłowski, Warszawa, 1984, s. 578) Aleksandrowi trudno jest jednak przyzwyczaić się do rygorów, a najgorsze są pierwsze miesiące, kiedy to zaczyna poznawać współwięźniów, ich historie, zachowania, charaktery i strategie przetrwania. Tutaj też jest życie, chociaż jego wyznaczniki są inne, a ciężkie roboty przeplatane są pobytami w szpitalu, handlem wódką, karami chłosty i dziwactwami dowódców, takich jak placmajorzy lub placadiutanci, którzy dla zabawy potrafią nawet zabić niewinnego człowieka. Ale są na katordze też ludzie dobrzy, którym przypadkiem powinęła się w życiu noga, a ich jedynym marzeniem jest przetrwać i wrócić do domu. Do tej kategorii Dostojewski zalicza też Polaków, którzy nie umieli dostosować się do społeczności obozowej, co rodziło ogromną niechęć: Katorżnicy strasznie nie lubili Polaków, więcej nawet niż zesłańców spośród szlachty rosyjskiej. Polacy (mówię wyłącznie o przestępcach politycznych) traktowali ich z wyrafinowaną, obraźliwą grzecznością, byli nader powściągliwi i w żaden sposób nie mogli ukryć wstrętu, jaki żywili dla więźniów, ci zaś rozumieli to doskonale i płacili pięknym za nadobne. (Tamże, s. 597) Polacy prawie nie komunikują się z resztą więźniów i starają się tworzyć coś na kształt ekskluzywnej rodziny, z którą chętnie brata się Gorianczykow.

Nikołaj Karazin, Ilustracja do Wspomnień z domu umarłych

Oczywiste jest, że wszystkie postaci, pojawiające się we Wspomnieniach z domu umarłych, miały swoje żywe pierwowzory – podobnie jak we wskazaniu Sołżenicyna, inicjującym pierwszy tom Archipelagu Gułag, możemy zatem powiedzieć: W tej książce nie ma zmyślonych osób, ani zmyślonych wydarzeń. (…) wszystko zaś właśnie tak było.  (A. Sołżenicyn, Archipelag Gułag, t. 1, przeł. J. Pomianowski, Warszawa 1990, s. 11. ) Utwór Dostojewskiego ukazuje prawdziwych ludzi w sytuacjach ekstremalnych, dowodząc, że nawet najsilniejsi z nich nie wytrzymywali naporu agresji i zimna, nieustannej indoktrynacji, braku leków i głodu: Czasami zwierzchnicy się dziwią, ze ten czy ów więzień żył sobie kilka lat tak potulnie, przykładnie, ba, został dziesiętnikiem za wzorowe sprawowanie, aż tu raptem, ni stąd, ni zowąd, jakby mu diabeł wlazł za skórę: zaczyna szaleć, hulać, wyprawiać brewerie, czasami nawet dopuszcza się czynu kryminalnego – jawnie naubliżał wyższym władzom, albo zabił kogoś, albo zgwałcił i tym podobne. Patrzą na niego i dziwią się. A tymczasem może przyczyną wybuchu w tym człowieku, po którym najmniej można się było tego spodziewać, jest smutny, spazmatyczny przejaw osobowości, instynktowna litość nad samym sobą, chęć obnażenia siebie, swej poniżonej osobowości, chęć, która się pojawiła znienacka, i dochodzi aż do zawziętości, do furii, do zamroczenia rozsądku, do ataku, do konwulsji. Może tak właśnie człowiek żywcem pogrzebany i budzący się w grobie wali pięściami w wieko trumny i usiłuje je zrzucić, choć oczywiście rozsądek mógłby go przekonać, że wszystkie jego wysiłki pozostaną płonne. Ale w tym sęk, że tu do głosu dochodzi już nie rozsądek, lecz konwulsje. Uwzględnijmy jeszcze i to, że prawie każdy samowolny przejaw osobowości w więźniu uchodzi za przestępstwo, a zatem już mu wszystko jedno, czy to przejaw wielki, czy mały. Jak hulać, to hulać, jak ryzykować, to ryzykować wszystko, choćby nawet zabójstwo. Przecież wystarczy tylko zacząć: później ogarnie już człowieka taki szał, że nic go nie powstrzyma. (Wspomnienia…, tamże, s. 648) Gorianczykow jest byłym „panem”, którego dawni poddani traktują z pogardą, a często i z nienawiścią, nie mogąc zapomnieć patologii i podziałów w społeczeństwie rosyjskim dziewiętnastego wieku. Pamiętać też trzeba, że jednak większość zesłańców stanowili ludzie źli, skomplikowani psychicznie, nie wahający się kraść i zabijać dla niewielkich korzyści. W twierdzy ciągle wybuchają spory i karczemne awantury, kończące się krwawymi bójkami, a dodatkowo Gorianczykowowi zaczyna doskwierać wielka samotność i poczucie przegrania życiowych szans. Wszystko ustąpi dopiero ostatniego dnia, gdy więzień stawi się u bramy, a po rozkuciu kajdan, powie: Wolność, nowe życie, zmartwychwstanie… Jaka wspaniała chwila!

PRZECIW ROZPADOWI…

Wieści docierające do nas z Włoch, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych są zatrważające, ale jednak staram się pisać. Zapewne tak samo czuli się twórcy podczas II wojny światowej – wszystko wokół waliło się, rozsypywało w pył od wybuchów bomb i pocisków, a oni mimo wszystko pracowali w swoich samotniach. Koronawirus uświadamia ludziom ich śmiertelność i to, że szybko mogą odejść z tego świata, zostawiwszy po sobie bałagan, wiele niedokończonych projektów, pogniecionych papierów i zapomnianych fotografii. Ale przecież atak chińskich drobinek niczego nie zmienia w ludzkiej sytuacji, zawsze na granicy światów, wciąż w obliczu zapadnięcia się w nicość. Naszą świadomość utrzymuje równomierny rytm krwi, krążącej w żyłach, a myśli możliwe są tylko, gdy nieustannie wdychamy i wydychamy powietrze. A jeszcze pożywienie, którego nie może brakować, a jeszcze uczucia, które każą nam wierzyć, że życie ma sens. Ludzie rodzili się i umierali, zawsze tak było i zawsze tak będzie, ale dopiero sytuacje krańcowe przypominały im, że wszystko może się skończyć bardzo szybko. Świadomość – tak krucha i subtelna – zaniknie w ułamku sekundy, otwierając nieodwołalnie czarną czeluść wieczności, nie dając szansy na wypowiedzenie słów pożegnalnych. W obliczu śmierci wszyscy jesteśmy równi, a przetrwać możemy tylko w świecie żywych bytów, chwilowych jak wszystko, ale w procesie wzrastania i zdobywania świadomości, mogących natknąć się na przejawy naszej aktywności. Dzisiaj zmarł Krzysztof Penderecki, a choć pozostawił po sobie przeogromny dorobek muzyczny, choć zasadził wiele drzew, stworzył wspaniały dwór i wielką enklawę parkową, musiał zostawić wszystko i poddać się prawom entropii. W ciągu trzystu sześćdziesięciu pięciu dni jest ten jeden, który będzie jak postawienie finalnej kropki, jak przewrócenie ostatniej karty księgi życia, jak gasnący oddech i światło zamierające w źrenicach. Myślę o śmierci, ale staram się pisać w trudnej, ogólnoludzkiej sytuacji, mimo wszystko próbuję podążać dalej, tworzyć własną historię, bo tylko tak można istnieć i przeciwstawiać się rozpadowi…

NIC NIE ZOSTANIE…

W związku z kolejną rocznicą śmierci Ludwiga van Beethovena znalazłem w Internecie fotografię jego maski pośmiertnej. Wykonano ją po zaledwie pięćdziesięciu sześciu latach niezwykłego życia, które starczyło by tego wspaniałego człowieka uznać za jednego z najwybitniejszych kompozytorów w dziejach muzyki. Choć od dwudziestego piątego roku swej egzystencji, zmagał się z postępującą głuchotą, stworzył wiele dzieł, które stały się prawdziwymi pomnikami sztuki kompozytorskiej, na pograniczu klasycyzmu i romantyzmu i w czasach późniejszych. Zmagając się z chorobami i zrządzeniami okrutnego losu, Beethoven stworzył dzieła, w których doskonała forma łączyła się z apoteozą wolności i godności jednostki, czystego heroizmu oraz autentycznego braterstwa ludzi wszystkich wieków. W moich młodych latach często słuchałem symfonii ostatniego z klasyków wiedeńskich, ale też szybko zacząłem szukać innych jego utw0orów i zainteresowałem się koncertami fortepianowymi, uwerturami, kwartetami i sonatami. Zapewne od niego przejąłem też kult bohaterstwa i zainteresowałem się tonami heroicznymi w twórczości Adama Mickiewicza. Teraz – w czasach światowej epidemii koronawirusa – patrząc na jego maskę pośmiertną pomyślałem o czasie, który każdy z nas otrzymuje w darze od biologicznych rodziców i od wszechświata, którego dziećmi najrealniej jesteśmy. Biografie takich ludzi jak Beethoven uczyć nas powinny pokory i wciąż uświadamiać, że tego czasu mamy bardzo mało i jeśli nie wykorzystamy go właściwie, żadnej powtórki nie będzie. Ludzki geniusz potrafi objawić się już w młodym wieku i często bywa tak intensywny, że potrzebuje zaledwie dwóch, trzech dekad, by lśnić potem w glorii sławy przez stulecia. Tak było w przypadku Artura Rimbauda, Blaise’a Pascala, Fryderyka Szopena, Juliusza Słowackiego, Georga Gordona Byrona, Franza Schuberta, Franza Kafki, żeby przypomnieć tylko kilka biografii. Beethoven żył ledwie pięćdziesiąt sześć lat i trzy miesiące, więc na dobrą sprawę nigdy nie zestarzał się finalnie, choć błędy młodości i choroby tak dały mu się we znaki, że jego zejście z tego świata naznaczone było wielkimi cierpieniami. Ogromną rolę odegrał tutaj ołów powszechny w naczyniach, z których korzystał kompozytor, a także w wodach mineralnych, które pił i okładach, które ordynował mu lekarz. Biografię Beethovena warto przywoływać w rozmowach z tymi, którzy minąwszy barierę sześćdziesięciu czy siedemdziesięciu lat, wciąż zapowiadają stworzenie arcydzieła, które rzuci na kolana całą ludzkość. Ale tacy, nawet, gdy będą umierać, nie zrozumieją, że zmarnowali swój depozyt czasowy i praktycznie nic po nich nie zostanie…

KOSMICZNA SAMOTNOŚĆ

Na platformie Discovery Science obejrzałem wspaniały film o naszej samotności w kosmosie, tak skonstruowanym, że prawdopodobnie nigdy nie spotkamy innych form życia. Nawet, gdybyśmy wymyślili statki kosmiczne mknące w dal z szybkością światła (co jest niemożliwe, bo zamieniłyby się one w rozżarzone fotony), to i tak nie dogonilibyśmy oddalonych od nas i wciąż oddalających się galaktyk. W stosunku do Drogi Mlecznej pędzą one jak oszalałe, osiągając prędkość – zdawać by się mogło – niemożliwą do uzyskania w naszym wszechświecie. Także odległości w obrębie rodzimej galaktyki są tak ogromne, że bardzo wątpliwe jest czy znajdziemy jakąś inną cywilizację, wszak nasze istnienie to zaledwie wycinek historii Układu Słonecznego i wcale nie jest pewne, że nasz rozwój będzie trwał w nieskończoność. Zdarzenia związane z koronawirusem i jego rozprzestrzenianiem się po planecie, dowodzą, że nasz byt jest niewypowiedzianie kruchy i może się skończyć w każdej chwili. Tym bardziej, że przez wieki historii, ludzkość nie wytworzyła skutecznych mechanizmów obronnych, zarówno w swoich ciałach, jak i na zewnątrz ich. Wciąż zapadamy na straszne choroby, a postęp medycyny nie jest tak wielki, jak zakładały futurystyczne przepowiednie i prognozy dziewiętnastego czy dwudziestego stulecia. Niestety nie osiągnęliśmy też takiego rozwoju technicznego, by uchronić planetę przed skutkami pojawienia się na naszym kursie asteroid, komet czy fali uderzeniowej gwiazd supernowych. W licznych powieściach gatunku SF i filmach tego rodzaju, pojawia się specjalna tarcza osłonowa, chroniąca planety, ale przed ludzkością jeszcze ogromna droga, zanim pojawi się pierwsza taka energetyczna bariera. Trudno sobie wyobrazić jakie energie tutaj musiałyby wchodzić w grę, skoro pokonanie grawitacji i wyniesienie w kosmos kilku ton ładunku, wymagało użycia potężnych rakiet typu Saturn lub promów kosmicznych, startujących na wielkim zbiorniku z ciekłym wodorem i utrwalającym go ciekłym tlenem. Oczywiście przyszłość jest nieprzewidywalna i nagle może pojawić się taka technika, która umożliwi stworzenie zapory na granicy atmosfery i kosmosu. Któż mógł przypuszczać na początku dwudziestego wieku, gdy wszędzie powszechne były pojazdy konne, a pierwszy samolot wyglądał jak połączenie skrzydeł nietoperza z odwłokiem pasikonika, że stulecie stworzy super szybkie komputery, wielkie liniowce pasażerskie typu Airbus A380, promy kosmiczne i stacje satelitarne? A jednak do tego doszło i możemy teraz podziwiać nasze wspaniale oświetlone miasta z perspektywy kosmosu, rozwinęliśmy możliwości komunikacyjne i odkrywamy zagubione cywilizacyjne ruiny przy pomocy specjalnych narzędzi przybliżających każdą cząstkę Ziemi.

Jowisz 2020

Autorzy filmu wskazują, że według najnowszych ustaleń, Wszechświat ma 11,4 miliarda lat, a nasz układ planetarny, powstały w wyniku zagęszczenia obłoku molekularnego, zaczął się kształtować około 4,6 miliarda lat temu. Ale dopiero ok. 3,5 miliarda lat temu powstało ziemskie pole magnetyczne, które uchroniło atmosferę przed zaniknięciem i naporem wiatru słonecznego, a potem stworzyło warunki do dalszego rozwoju istot ożywionych. To jeszcze była ziemia bardzo niestabilna, ale zaczęło się już ostateczne kształtowanie i nadszedł wreszcie kambryjski wybuch życia, z ogromną ilością zwierząt i roślin. Naukowcy szybko doszli też do przekonania, że życie na Ziemi kiedyś zaniknie, a to za sprawą utraty zapasów wodoru i przekształcaniem się Słońca w czerwonego karła. Wyparują wtedy oceany, drastycznie zmaleje ilość dwutlenku węgla, niezbędnego do rozwoju roślin, a temperatura planety wzrośnie do siedemdziesięciu stopni w skali Celsjusza. Futuryści wierzą, że do tego czasu ludzkość tak bardzo rozwinie się technicznie, że będzie w stanie „ewakuować” cała cywilizację na inną, bezpieczną planetę, w dogodnej do życia części galaktyki. Trudno w to uwierzyć, bo droga do takiej sytuacji jest bardzo daleka, a komórki współtworzące nasze ciała, ulegną rozpadowi i ich cząstki elementarne staną się budulcem nowych struktur. Na razie – konstatują twórcy filmu – możemy cieszyć się z tego, że zaglądamy do coraz dalszych zakątków naszego układu planetarnego, planujemy lot na Marsa i ku księżycom Jowisza, gdzie możliwe jest funkcjonowanie prostych form życia. Właśnie NASA opublikowała najnowsze zdjęcie największej planety, krążącej wokół Słońca i jest to widok zachwycający, jakże różniący się od pierwszych, prymitywnych i zamglonych fotografii. Widzimy na nim, jak wielką i skomplikowaną strukturą jest ten gazowy olbrzym i jakie moce pojawiają się w kosmosie, będące w stanie wygenerować takie struktury i potem utrzymywać je w stanie względnej stabilności przez miliardy lat. Podczas oglądania filmu zastanawiałem się nad filozofią naszego istnienia, które naznaczone jest wieloma tajemnicami, zarówno w obrębie ciał, jak i struktur kosmicznych. Obrazy zmieniały się, a do mnie wciąż wracało pytanie o sens tych tajemnic, które rodziły przez tysiące lat na naszej planecie ujęcia religijne i przekonanie, że wszystko wokół stworzył nieznany Bóg. To były też pytania o to, jaki jest cel powstania wyższej świadomości – wszak mogliśmy od początku do końca uganiać się, niczym zwierzęta, za pożywieniem i seksem i nigdy w naszych głowach nie pojawiłyby się myśli mknące ku najbardziej skomplikowanym strukturom Wszechświata. Znakomity film pobudził mnie do myślenia, ale zasiał też ziarno niepokoju i wzmocnił przekonanie, że nasze chwilowe istnienie szybko się skończy. Warto zatem dobrze wykorzystać dany nam kredyt czasowy i stworzyć coś, co oprze się naporowi czasu. Nawet jeśli to będzie takie chwilowe zatrzymanie, jak szczęśliwe zawieszenie opadłego liścia na sterczącej gałęzi, przy krawędzi wodospadu, to jednak będzie realne i przeciwstawi się naporowi niewyobrażalnych, pierwotnych energii.

O ROKU ÓW!… (1)

Indie

Autentyczna aktywność ludzka rozgrywa się pomiędzy dwudziestym a sześćdziesiątym piątym rokiem życia. Wszystko, co przydarza się wcześniej i później uwarunkowane jest procesem dochodzenia do samoświadomości i próbom uporządkowania tego, co się zrobiło. W młodości ludzie myślą, że mają nieokreślony kredyt lat, a wiele spraw uda się załatwić w bliżej nieokreślonej przyszłości. Czas biegnie jednak do przodu i szybko okazuje się, że zaległości narastają, a to, co miało być zrobione pomiędzy dwudziestym i trzydziestym rokiem życia traci sens w kolejnych dziesięcioleciach. Oczywiście zdarzają się tacy twórcy – bo o nich tutaj przede wszystkim mówię – którzy potrafią się zmobilizować i „rzutem na taśmę” nadrabiają to, co zaniedbali. Jeśli ktoś nie przeczytał w młodości Boskiej komedii Dantego, najważniejszych dramatów Szekspira, Don Kichota Cervantesa czy Fausta Goethego, jeśli nie zobaczył Ołtarza gandawskiego braci Van Eycków, obrazów Rembrandta, Rubensa, Veermera, francuskich impresjonistów, Dalego – kto nie wysłuchał piątej i dziewiątej symfonii Beethovena, utworów Bacha, Mozarta, Vivaldiego, Haendla, ten mieć będzie szansę jeszcze co najmniej w trzech dziesięcioleciach, chociaż zaległości wciąż będą rosły. Szybko pojawi się też przekonanie, że nasza pamięć jest ulotna, doświadczenia z przeszłości rozmijają się z wyobrażeniami, a to , co wydawało nam się kiedyś istotą życia stanie do konfrontacji z innymi priorytetami. Zaletą lat późnych jest możliwość spojrzenia na życie z rozległej perspektywy i dookreślenie tego, co jeszcze trzeba zrobić, by było ono pełne. Zwykle ludzie łakną czegoś, co określają mianem szczęścia, ale gdy pyta się ich o jego istotę, okazuje się, że różnice są znaczne. Jedni szukają miłości, inni pieniędzy, a jeszcze inni chcieliby podróżować, leżeć w słońcu na egzotycznej plaży lub przemieszczać się z kraju do kraju. Są też tacy, którzy nade wszystko pragną pogody ducha, harmonii rodzinnej, solidarności międzyludzkiej, poczucia życiowego spełnienia. Często jednak zrozumienie samego siebie przychodzi za późno, „wielkie pieniądze” się nie pojawiają, tkwienie w jednym miejscu staje się regułą, a śmierć zbiera obfite żniwo i w końcu odbiera oddech tym, którzy myśleli, że mają do dyspozycji jeszcze wiele czasu. W roku 2020 skończę sześćdziesiąt dwa lata i będzie to czas ambitnego porządkowania tego, co w życiu zrobiłem, postaram się też nadrobić najboleśniejsze zaległości lekturowe, przypomnieć sobie dzieła, które zatarły się w umyśle, sporo rysować i malować, słuchać muzyki i polecieć do kilku zakątków świata. Bywają lata trudne i fatalne, zdarzają się też wyjątkowo nieszczęśliwe, pozostające w pamięci jako czas grozy i rozpaczy. Ale, gdy myślę o mijających trzystu sześćdziesięciu pięciu dniach, mogę przywołać słowa Adama Mickiewicza, inicjujące jedenastą księgę Pana Tadeusza: O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju!/ Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju. Pęd naszego życia jest tak duży, że często nie mamy czasu, by zastanowić się nad tym, co się wydarzyło, posegregować fakty, ułożyć w ciągi doświadczenia i refleksje, a przecież życie powinno składać się ze zdarzeń i myśli, z olśniewających widoków i snów, z nagłych zwrotów i długich okresów zamyśleń. Pisarz weryfikuje wszystko pod kątem planowanych książek, które najpierw pojawiają się w jego umyśle, a potem nabierają realnego kształtu w codziennej pracy, warto jednak też czasami wstępnie uporządkować wrażenia i fotografie, wrócić myślą do rozmów i spotkanych ludzi.

Bubhaneswar

Już w lutym 2019 roku spełniło się moje wielkie marzenie i poleciałem do Wschodnich Indii, gdzie w mieście Bubhaneswar brałem udział w dużym festiwalu literackim. Było sporo paneli dyskusyjnych, czytania poezji, spotkań z pisarzami ze świata i z subkontynentu, a nade wszystko eksplodował w mojej świadomości kraj, o którym wiele wcześniej czytałem, który dotąd znałem tylko z filmów i relacji reporterskich. Nie obyło się bez kłopotów, bo źle sformułowana, polska ministerialna informacja o wymaganiach wizowych, spowodowało, że spędziłem dodatkowy dzień na lotnisku we Frankfurcie, czekając na dokument wjazdowy i zmieniając linie lotnicze, płacąc dodatkowo za nowe bilety. Ale już pobyt na lotnisku w New Delhi zapowiadał to, co zobaczę w Indiach, szczególnie jeśli chodzi o typy ludzkie i ich barwne stroje. Czekając na kolejny lot, spędziłem cały dzień pośród korytarzy i hal tego aeroportu, aż wreszcie znalazłem się w samolocie lecącym nocą w stronę Zatoki Bengalskiej. Było sporo turbulencji i niebo, raz po raz rozświetlały błyskawice, ukazując dalekie przestrzenie w dole, jakby nierealne albo oniryczne, kontrastujące wyraziście z granatem nocy i diademami gwiazd, połyskującymi w górze. Po przylocie do miasta mającego prawie milion mieszkańców, ze zgrozą stwierdziłem, że nikt na mnie nie czeka i musiałem radzić sobie sam. Szybko znalazłem w Internecie informację o hotelu i przejechałem do niego elegancką, żółtą taksówką, rozmawiając po drodze z grubawym kierowcą o życiu w jego mieście. Następnego dnia, podczas dojazdu do centrum konferencyjnego, mogłem już podziwiać wielki ruch uliczny, kawalkady tuk-tuków, czyli małych samochodzików wykonanych z motocykli, wszędzie też zauważałem mrowie ludzi w turbanach na głowach i lekkich, kolorowych strojach. Zauważyłem też, że zabudowa miasta jest raczej niska i królują w niej długie ciągi budynków przydrożnych, w których ulokowano sklepy, stragany i warsztaty rzemieślnicze. Była piękna pogoda i mogłem podziwiać liczne świątynie, głównie poświęcone Sziwie i Wisznu, choć do niektórych nie było wstępu dla obcokrajowców. Ale nawet obserwacja zewnętrzna dawała wyobrażenie o duchowości Hindusów, którzy odbywają wiele pielgrzymek do miejsc świętych i oddają pokłon swoim bóstwom. Chodząc po ulicach, przemieszczając się dziwnymi pojazdami, widziałem święte krowy na ulicach i placach, tłumy ludzi podążających do jakichś celów, moją uwagę przyciągały też białe budynki w stylu kolonialnym i graniczące ze śmietniskami, niskie zabudowy dzielnic mieszkalnych. Po czterech dniach z ulgą opuściłem niezbyt czysty hotel w Bubhaneswarze i udałem się do słynnego indyjskiego kurortu Puri, leżącego nad Oceanem Indyjskim, kuszącego białymi grzywami fal i wspaniałymi plażami. Tutaj hotel był elegancki, posiłki wykwintne, a widok z okna na czwartym piętrze wprost na ocean, z którego każdego dnia wstawało w niebieskawych mgłach czerwone słońce. Po drodze odwiedziłem wraz z poetami z USA, Uzbekistanu i Australii słynną Świątynię Słońca w Konarku, wyglądającą jak wielki wóz, z ogromnymi kołami. Było tam też wiele fryzów zdobionych w płaskorzeźby słoniątek, a także kamiennych przedstawień nagich tancerek i par miłosnych w trakcie stosunku. Od dawien dawna miało to związek z funkcjonowaniem nad Zatoką Bengalską kultów tantrycznych i niezwykłej kochliwości hindusów. Potem, już w Puri, chodziłem daleko po brzegu, przyglądałem się łodziom na horyzoncie, co jakiś czas spotykając ludzi, traktujących mnie niezwykle życzliwie i pragnących zrobić sobie z przybyszem z daleka zdjęcie. Jednego dnia, gdy siedziałem na piasku zobaczyłem, kilkunastoosobowy pochód pogrzebowy, jakże charakterystyczny dla Indii, zbliżający się do mnie rytmicznie, wyłaniający się z porannych mgieł, jakby z jakichś nierzeczywistych czeluści. To byli przede wszystkim barwnie ubrani mężczyźni, niosący na ramionach coś w rodzaju noszy, na których leżało ciało zmarłej osoby, obsypane kwiatami i kolorowymi wstążkami. Słysząc monotonne śpiewy i modlitwy mijającej mnie grupy, pomyślałem, że jest to sytuacja symboliczna dla każdego bytu ziemskiego, który pojawia się w jakiejś rzeczywistości, istniej przez chwilę jak jętka, a potem znika bezpowrotnie w dali. Dni spędzone nad Oceanem Indyjskim były pełne refleksji i pisania wierszy, a nade wszystko chodzenia po brzegu, odważnego zanurzania się w wodzie i wpatrywania się w seledynowe dale. Jednego dnia poszedłem też do centrum miasta, gdzie było sporo egzotycznych domów, długich targów, pełnych ludzi i swobodnie błąkających się krów, a nade wszystko wielka świątynia hinduistyczna, zamknięta przed obcokrajowcami. Przed nią siedziały dziesiątki żebraków, czekających na jałmużnę – bez nóg i rąk, z dziwnie powyginanymi kończynami lub głowami, czasem z odkrytymi ranami lub strupami na ciele. Pamiętając ostrzeżenia organizatorów festiwalu, nie wyciągałem portfela, a tylko przyglądałem się z uwagą ludziom i miejscom. Po powrocie do hotelu podziwiałem z balkonu zachód słońca i wiele brązowawych, wszędobylskich majn brunatnych, robiących wiele hałasu na trawnikach i przy pojemnikach na śmieci. Wracając samochodem do Bubhaneswaru i lecąc  samolotem do Delhi, nie wiedziałem, że czeka mnie tam niespodzianka ze strony Lufthansy, która skasowała mój bilet powrotny, z racji tego, iż z powodu kłopotów z wizą, przeleciałem do tego kraju Air India. Nie było rady i żeby znaleźć się w ogromnym Airbusie A380, wracającym do Frankfurtu, musiałem wyciągnąć z portfela dwa tysiące dolarów i kupić nowy bilet w jedną stronę. Cóż, nawet to zdarzenie, nie mogło odebrać mi radości z mojego pobytu na półwyspie pełnym białych czapli, bezdomnych psów, tuk-tuków, trąbiących wciąż samochodów i jakże interesujących ludzi, stale gdzieś biegnących, wciąż podążających do przodu.

Bubhaneswar

 

Bubhaneswar

Świątynia Słońca w Konarku

Świątynia Słońca w Konarku

Puri

 

Hotel w Puri

Puri

Puri

Puri

 

Zatoka Bengalska

Puri

Puri

 

Puri

 

Puri

Puri

 

 

Puri

Puri

Puri

Puri

Puri

 

Tym Airbusem A380 wróciłem do Europy

TROPEM BA JINA

Nasza wiedza o literaturze chińskiej jest powierzchowna i szczątkowa i dopiero podróże do tego wielkiego kraju odsłaniają ogromne, nieuświadamiane pokłady inspiracji. Szczególnie odnosi się to do współczesnej literatury chińskiej i jej wielkich pisarzy, znanych niestety tylko w Chinach i w wąskich kręgach sinologicznych. Niewielu Polaków słyszało o legendarnych poetach z czasów dynastii Tang – Du Fu i Li Baiu, niewielu studiowało pisma Konfucjusza i komentarze Mencjusza, rzadko sięgano po pisma Lao-cy i Sun Tsu . Skromne ożywienie miało miejsce po przyznaniu dwóch nagród Nobla chińskim pisarzom współczesnym – Gao Xingjianowi (2000) i Mo Yanowi (2012). Trudno się zatem dziwić, że po raz pierwszy usłyszałem o wybitnym pisarzu chińskim Ba Jinie, dopiero podczas mojej wizyty w Szanghaju, w 2018 roku. Wtedy też zwiedziłem jego mieszkanie, zamienione teraz na muzeum i zamyśliłem się w nim nad ulotnością sławy pisarskiej. Autor ten urodził się w 1904 roku w Chengdu, stolicy prowincji Syczuan, a zmarł w 2005 roku w Szanghaju, gdzie znajduje się jego grób i pomnik. Studiował w szkole języków obcych w swoim rodzinnym mieście, a potem w latach dwudziestych ubiegłego stulecia kształcił się we Francji. W czasie pobytu w tym państwie zaczął pisać i publikować swoje utwory pod pseudonimem Ba Jin, przyjętym na cześć teoretyków anarchizmu Bakunina i Kropotkina. Po powrocie do Chin jego kariera rozwinęła się znakomicie, publikował powieści i opowiadania, a także piastował ważne stanowiska w redakcjach i wydawnictwach. W roku 1950 odwiedził Polskę, biorąc udział w Kongresie Pokoju w Warszawie i publikując potem Dziennik polski (1951). Po powstaniu Chińskiej Republiki Ludowej, jako prawowierny komunista i ideolog, zajmował szereg funkcji we władzach – był między innymi przewodniczącym Chińskiego Stowarzyszenia Pisarzy. W okresie tzw. rewolucji kulturalnej, jak wielu intelektualistów, poddany został represjom jako groźny kontrrewolucjonista. Zrehabilitowano go w roku 1977 i uczyniono deputowanym w Ogólnochińskim Zgromadzeniu Przedstawicieli Ludowych. Schyłek jego życia naznaczony został chorobą Parkinsona i katorgą na wózku inwalidzkim, co i tak nie zatrzymało jego aktywności literackiej. Przeżył 101 lat i pozostawił po sobie ogromny dorobek, w którym krytycy dopatrują się wpływów pisarzy dziewiętnastowiecznej Europy – Zoli, Turgieniewa, i Czechowa. Na język polski została przetłumaczona tylko jedna jego powieść – Gdy bogowie odchodzą (1961). Odznaczony między innymi Legią Honorową i Orderem Przyjaźni Narodów przeżywa obecnie w Chinach prawdziwy renesans, a jego książki osiągają zawrotne nakłady. Po mojej wizycie w byłej rezydencji pisarza, napisałem wiersz, w którym pojawia się też wzruszające przypomnienie tego, że po śmierci żony pisarz umieścił urnę z jej prochami na ich łóżku i codziennie zmieniał przy niej kwiaty.

 

 

 

Szanghaj 2018 – Przy byłej rezydencji Ba JIna

« Older entries

%d blogerów lubi to: