MIŁOŚĆ W NOWYM JORKU

Edith Wharton

Edith Wharton urodziła się w 1862 roku w Nowym Jorku, a więc na początku dwudziestego wieku miała już trzydzieści osiem lat i spory bagaż doświadczeń amerykańskich. Nie należała do dam szczególnie urodziwych, ale jako reprezentantka zamożnej rodziny Jonesów, miała dostęp do elitarnych domów Nowego Jorku, a zmysł obserwacji pozwolił jej zgromadzić sporo materiału literackiego, który wykorzystała w pięćdziesięciu powieściach. Choć miały one swoje mankamenty, to były też na tyle interesujące, że w 1921 roku przyznano jej, jako pierwszej kobiecie, Nagrodę Pulitzera. Niestety monotonia narracyjna i powierzchowność charakterologiczna kreowanych postaci nie pozwoliła jej zdobyć Nagrody Nobla, do której wielokrotnie była nominowana. Jej najsłynniejsza powieść Wiek niewinności (1920) ukazuje środowisko bogatych nowojorczyków, skostniałych w swoich obrzędach i celebracjach związanych z pochodzeniem i majętnością, pozwalającą im zaspakajać wszelkie fanaberie. Niewątpliwie najciekawsze w tej powieści są nawiązania do Nowego Jorku, rozwijającego się wtedy niezwykle dynamicznie i mającego przemożny wpływ na kształtowanie ludzkich postaw, obyczajów i wyborów. Wyrazista tutaj jest krytyka zakłamania najbogatszych warstw społecznych metropolii, ale też brakuje w utworze Wharton głębszych opisów psychologicznych i śmielszych diagnoz wielorakich wielkomiejskich patologii. Narracja snuje się leniwie, a choć autorka próbuje porzucać tradycyjną formułę powieści miłosnej, to daleka jest od eksperymentów pisarzy angielskich, francuskich czy niemieckich. Widać tutaj, że pisarka traktowała swoje rzemiosło jako rodzaj obowiązku, a krótkie rozdziały wskazują na to, że pisała je z codzienną regularnością, tak jak grzecznie odpowiadała na listy przyjaciół i znajomych. Choć powieść rozgrywa się w przeważającej mierze w Nowym Jorku, to nie znajdziemy w niej tak udanych opisów miasta, jak w dziele  Johna Dos Passosa Manhattan Transfer (1925), w Wielkim Gatsby’m (1925) Francisa Scotta Fitzgeralda czy późniejszych dziełach Isaaca Bashevisa Singera, E. L. Doctorova, J. D. Salingera, Johna Irvinga, Dona DeLillo, Edwarda Rutherfurda.       

Plakat filmu Wieku niewinności

Kanwą powieści jest tutaj miłość jej głównego bohatera – Newlanda Archera – do przybyłej z Europy Ellen Oleńskiej, żony polskiego arystokraty, osiadłego we Francji. Uczucie to pojawia się nie w porę, bo mężczyzna zaręczony już jest z inną kobietą i dla przyzwoitości, w zgodzie z obyczajami bogaczy nowojorskich, postanawia poddać się biegowi zdarzeń, żeni się z kuzynką Oleńskiej May Welland i płodzi z nią kolejne dzieci. Jego prawdziwa ukochana, dotknięta do żywego i nie chcąca niszczyć małżeństwa Archera, wraca do Francji i nie kontaktuje się z nim. Dopiero po śmierci żony Newland decyduje się pojechać z synem do Paryża i godzi się na zaaranżowane przez niego spotkanie z Ellen. Niestety tchórzy w ostatniej chwili i wraca sam do hotelu, a jego wielka miłość też nie ma odwagi zawołać go z balkonu i każe lokajowi zamknąć okna. Przy okazji bohater dowiaduje się, że jego żona domyślała się, że zakochał się w Ellen, ale zrekompensowało jej to życie rodzinne, narodziny dzieci i fakt, że mąż pozostał przy niej do końca jej dni. Fabuła raczej prosta, powieść lekka, bez przyspieszeń i nagłych zwrotów akcji, bez głębszych analiz osobowościowych. Rozwodząc się nad stosunkami panującymi w klasie społecznej bogatej nowojorskiej finansjery, Wharton zminimalizowała opisy postaci do tego stopnia, że czytelnik ma kłopoty by wyobrazić sobie ich wygląd – stroje są tutaj ważniejsze od twarzy, a bogata biżuteria od koloru oczu i rysunku warg. Podobnie jest z Nowym Jorkiem, tak bujnie rozwijającym się pod koniec dziewiętnastego wieku, a w powieści pojawiającym się tylko z powodu nazw ulic i parków, ewentualnie opery i Metropolitan Museum of Art. Szkoda, że autorka nie nasyciła swojego utworu opisami budowanych wielkich budynków użyteczności publicznej, a jedynie ograniczyła się do przywołań Piątej Alei i kilku domów, w których mieszkali jej bohaterowie (pierwszy wysoki budynek Flatiron Building powstanie w 1902 roku, a charakterystyczny drapacz chmur Woolworth Building w roku 1913). Ważniejsze dla niej były opisy spotkań, obiadów i kolacji, a nade wszystko analiza zachowań ludzkich i zakłamania tzw. elity. Oczywiście krytyka nie szła tutaj zbyt daleko, bo nawet, gdy autorka przeprowadziła się do Francji, nadal pozostawała jej przedstawicielką, a sukcesy literackie tylko zintensyfikowały kontakty i sprawiły, że chętnie była widywana na różnego rodzaju imprezach charytatywnych i proszonych obiadach.

Archer i Ellen

Cóż zatem tak zauroczyło jurorów Nagrody Pulitzera, że postanowili uhonorować autorkę tym zaszczytnym wyróżnieniem. Zapewne udane odwzorowanie psychiki i motywów postępowania Newlanda Archera, jakże żywego i prawdziwie cierpiącego z powodu skrywanej miłości do hrabiny Oleńskiej. Łatwo możemy się domyślić, że wielu amerykańskich dżentelmenów, podobnie cierpiących jak on, czytało książkę z wypiekami na twarzy, odnajdując w niej swoje dzieje. Podobnie mogło być w przypadku wielu żon, które wiedziały o utajnionych miłościach mężów, ale godziły się na to dla dobra rodziny i rozwijających się dzieci. W tym względzie Archer był poprawnym towarzyszem życia May i kochanym ojcem dwóch synów i córki. Tak bardzo doświadczony przez żarliwe uczucie, postanowił zdusić je w sobie i skupić się na zapewnieniu rodzinie godziwych środków do życia. Dzięki temu jego syn Dallas wykształcił się, zaręczył z piękną przedstawicielką elity i miał przed sobą świetlaną przyszłość, a możemy być pewni, że także młodszy syn i córka osiągną wysoki status społeczny. Tworząc postać zakochanego, targanego sprzecznymi uczuciami nowojorczyka, Wharton bez wątpienia zbliżyła się do ideału jakim mogły dla niej być skomplikowane postaci z powieści Honoriusza Balzaka, tak modnego w Ameryce na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Jej powieść zapoczątkowała nurt lekkich, swobodnych opowieści o miłości, których tyle powstało od czasu publikacji Wieku niewinności, a których końca upatrywać należy w długich, komercyjnych seriach, często mających nikłą wartość literacką, jak choćby Harlequiny. Niewątpliwą wartością pisarstwa Wharton jest odwzorowanie przeraźliwej pustki, która otwierała się w świecie bogatych ludzi, mających wszelkie dobra, ale nie potrafiących poradzić sobie z elementarnymi uczuciami. Gdyby Newland Archer porzucił wszystko, wsiadł do transatlantyckiego liniowca i pomknął do ukochanej, może byłby prawdziwszy. Straciłby swój status społeczny, zostałby potępiony przez rodzinę i środowisko, ale zyskałby coś, co jest bezcenne i niepowtarzalne – żarliwą miłość i bliskość istoty – jak mawiali romantycy – bliźniej.

Winnona Ryder jako May, żona Archera

Lektura Wieku niewinności skłoniła mnie do obejrzenia filmu, który nakręcił w 1993 roku hollywoodzki kronikarz Nowego Jorku Martin Scorsese. Już sama obsada tego obrazu jest zachwycająca: Michele Pfeiffer jako Oleńska,  Daniel Day-Lewis jako Archer, Winnona Ryder jako May Welland, Geraldine Chaplin jako pani Welland, a przy nich sporo aktorów, którzy wyraziście zaznaczyli swoją obecność w historii kinematografii amerykańskiej. Film wymagał wprowadzenia narratora auktorialnego, co dodatkowo wzmocniło fabułę i spowodowało, że widz znakomicie został wprowadzony w realia czasu i stosunków międzyludzkich. Znakomite role głównych postaci spowodowały, że obraz ten ma znacznie większą moc oddziaływania od powieści i staje się rodzajem filozoficznej refleksji nad ulotnością ludzkich uczuć i nieuchronnością wyborów, wpływających na kształt egzystencji i losów kochanków po rozstaniu. Co prawda, zarówno w powieści, jak i w filmie nie dochodzi do skonsumowania związku, a Ellen i Newland ledwie całują się namiętnie kilka razy, to i tak aura erotyzmu jest tutaj gorąca i czytelnik oraz widz łatwo mogą się domyślić jaki żar zgaszono nieodwołalnie w obu ciałach. Reżyser z ogromną dbałością odtworzył stroje i zachowania amerykańskiej  elity z końca dziewiętnastego wieku, wzbogacił też opowieść Wharton o fascynujące wizerunki Nowego Jorku, dopiero się budującego, jeszcze bez charakterystycznych wieżowców, ale już zaznaczającego swój wielkomiejski charakter. Na tle pysznych kamienic i bogatych wnętrz rozgrywa się akcja, w której wyraziste kreacje Day-Lewisa i Pfeiffer powodują, że zdarzenia są prawdopodobne, a nawet zyskują wymiar uniwersalności. Ileż było takich sytuacji w historii ludzkości, gdy ktoś, komu przeznaczona była jakaś kobieta, zakochiwał się nagle w innej piękności i nie wiedział jak poradzić sobie z nowym uczuciem, ale brnął dalej, nie wiedząc, że zburzy całe swoje życie. Trudno zrozumieć werdykty gremiów oceniających, które najwyższe noty dawały Winnonie Ryder (Nominacja do Oskara, Złoty Glob – 1993), która była jedynie tłem dla popisów aktorskich głównych postaci. Postać kreowaną przez tę aktorkę mogłoby zagrać wiele innych kobiet, ale nie ulega wątpliwości, że bez Daniela Day-Lewisa i Michele Pfeiffer, film straciłby swój czar i stałby się ledwie łzawym romansem kategorii B. Lokując się pośród największych osiągnięć filmowych Martina Scorsese, Wiek niewinności wszedł przebojem do skarbnicy kina kostiumowego, udanie odtwarzającego aurę charakterystycznych miejsc i ukazującego jakże żywych ludzi.

Świat ludzi bogatych ok. 1870 roku w Nowym Jorku

SKOK CZERWONEGO SMOKA (1)

Barki na Jangcy

Opowieść o wyprawie do Chin w 2015 roku zaczyna się pod koniec sierpnia, w mieście Nankin, tak straszliwie doświadczonym w trakcie napaści japońskiej. Przed podróżą szybką koleją z Pekinu, przeczytałem sporo artykułów i studiów o tym mieście, a teraz nagle stanąłem na słynnym moście nad Jangcy i przyglądałem się dziesiątkom barek, wolno sunących w górę rzeki. Pomyślałem, że symbolizują one powolne, mozolne i odwieczne podążanie Chin do przodu, aż do niezwykłego skoku Czerwonego Smoka, który nakręcił gospodarkę i spowodował, że państwo nad Jangcy i Huang-he stało się jednym z najbardziej rozwiniętych krajów świata. W każdym z płaskodennych statków byli ludzie, niezwykle uważni, bystro patrzący w dal, niezwykle dumni z tego, co robią, gotowi wykonać każde zadanie – krążąc po sieci kanałów, pokonując ogromne przestrzenie wielkich rzek i jezior. Stałem przy balustradzie, na górnym poziomie kratowej konstrukcji, tuż przy socrealistycznych figurach, nawiązujących do walk Mao Zedonga i patrzyłem jak zauroczony na ginące w sinych oparach wielkie barki z piaskiem i kamieniami, maszynami i skrzyniami z żywnością. Ten trzeci zbudowany most na Jangcy, po przeprawach w Wuhan i Chongqing, przez dziesiątki lat był symbolem dokonań Chin i ich niezgody na warunki narzucone przez Związek Sowiecki. Rosjanie pomagali przy projekcie i budowie, ale po słynnym konflikcie granicznym i oziębieniu stosunków miedzy dwoma wielkimi krajami, podziękowano im za współpracę i dokończono budowę we własnym zakresie. Potem przez lata most był dumą miasta i całego kraju, a niektórzy młodzi ludzie odbywali specjalne wyprawy, by stanąć na nim i skonfrontować swoje wyobrażenia z jego ogromem. To konstrukcja dwupoziomowa, drogowo-kolejowa, opierająca się na dziewięciu podporach, spośród których największa mierzy osiemdziesiąt pięć metrów wysokości. Liczby są tutaj porażające: Most główny ma długość 1 577 m, a górny pomost drogowy długości 4 588 metrów jest kratownicą z 8 przęsłami po 160 metrów rozpiętości. Pomost dolny długości 6 772 metrów dźwiga dwa tory linii kolejowej i jego szerokość wynosi 14 metrów. Przez wiele lat był to najdłuższy na świecie dwupoziomowy most drogowo-kolejowy.[1] Stanąłem tam o zmierzchu słońca, podziwiając szeroką wstęgę Jangcy, niknącą w szarościach i bielach, a schodziłem z mostu, gdy było już ciemno i nieprzerwany sznur skuterów, motocykli i rowerów płynął ścieżką dla pieszych, stwarzając pewne zagrożenie, ale też generując niezwykłe efekty świetlne z reflektorów.

Szybka kolej CRH na dworcu w Pekinie

Każda wyprawa do Chin jest wielką przygodą i przynosi doznania niewyobrażalne dla kogoś, kto nie stanął tam swoją stopą. Najlepiej widać rozwój tego państwa z okien szybkiej kolei CRH, której sieć pokryła obszar Chin w zawrotnym tempie. Samo wejście do wagonu tych długich, futurystycznych bolidów jest niepowtarzalnym przeżyciem i wskazuje jak zdyscyplinowane jest to społeczeństwo. Cała rozbudowana operacja od momentu zakupienia biletu, poprzez ustawienie się w kolejce do odpowiedniego zejścia ze schodami ruchomymi, a potem ulokowania się w wagonie, trwa kilka minut i już chińska strzała rusza do przodu, z oszałamiającą szybkością ponad trzysta kilometrów na godzinę. Przed oknami przesuwają się ogromne osiedla mieszkaniowe z charakterystycznymi wieżowcami, rozbudowana infrastruktura dróg z licznymi żelbetonowymi estakadami, sieć kanałów i rzek, jezior i pól, na których widać żywiołowe prace rolników. Zanim wsiadłem do pociągu jadącego z Pekinu do Nankinu myślałem, że bagaże zostaną jakoś specjalnie zamocowane, a ludzie obligatoryjnie zapną pasy, tymczasem okazało się, że wnętrza wagonów są bardzo stabilne, wędruje się po nich jak po zwykłej, wolnej kolei i nie trzeba zabezpieczać się pasami na wyznaczonym miejscu. Oczywiście wyobraźnia natychmiast podsuwa obrazy straszliwej katastrofy z 2011 roku w Wenzhou, w której zginęło czterdzieści osób, kiedy to jeden z wagonów wypadł z torów i zawisł na dwunastometrowym prześle. Wszystkie pociągi CRH mkną po specjalnie przygotowanych, żelbetonowych estakadach, wytyczonych w linii prostej. Dla ich budowniczych nie ma takich przeszkód, których by nie pokonali, a szczytem wszystkiego są długie tunele pod górami i pod rzekami, a także nowe, nowoczesne mosty, jak Dashengguan na linii Pekin–Szanghaj. W wagonach jednakowo ubrane, sympatyczne hostessy roznoszą specjalnie przygotowane, gorące zestawy obiadowe i napoje, przy czym dozwolone jest też picie piwa, zakazane w niektórych kolejach europejskich czy amerykańskich. Krajobraz za oknami zmienia się jak w kalejdoskopie – wyniosłe góry zastępują rozległe doliny, miasta wykwitają jak futurystyczne kwiaty ze szkła i betonu, co jakiś czas pojawia się deszcz, innym razem zza chmur wychodzi słońce. Trasa z Pekinu do Nankinu wchodzi w skład dłuższej linii, która kończy się w Szanghaju i liczy 1318 kilometrów. Dziewięćdziesiąt pociągów dużych prędkości codziennie pokonuje trasę na żelbetonowych estakadach w ciągu czterech godzin i czterdziestu ośmiu minut, a w mieście docelowym można się jeszcze przesiąść do najszybszej w Chinach kolei magnetycznej, przemieszczającej się z prędkością ponad czterystu kilometrów na godzinę i pokonującej trasę do centrum miasta, długości trzydzieści kilometrów, w zaledwie siedem minut.

Dworzec szybkiej kolei w Nankinie

Warto też chwilę zatrzymać się przy nowoczesnych dworcach kolei CRH, przestronnych jak wielkie hale zawodów lekkoatletycznych, znakomicie przygotowanych do przyjęcia milionów podróżnych. Znajdziemy w nich liczne sklepy i sklepiki, zarówno wielkich producentów światowych, jak i chińskich, a szczególnie wytwórców herbat i tradycyjnych słodyczy, tofu w słojach, mocnych wódek i słabych win ryżowych, śliwkowych lub z owoców liczi. Choć przez dworce przewijają się tłumy podróżnych, panuje powaga, a powszechna dyscyplina w ogóle nie generuje konfliktów. Wielkie tablice świetlne informują o przyjeżdżających i odjeżdżających pociągach i dopiero, gdy zjedzie się na dół, a przypadkiem przejeżdża przez stację pociąg, nie zatrzymujący się na niej, można sobie uzmysłowić z jakim pędem mamy do czynienia. Zaostrzony przód strzały pojawia się nie wiadomo skąd i już po kilku sekundach cały skład przetacza się ku dalszym celom. Moim ulubionym zajęciem w Chinach jest przyglądanie się ludziom i fotografowanie ich, gdy o tym nie wiedzą. Pozwala mi to uchwycić ich zachowania i pozy, a poza tym mogę w ten sposób utrwalić na zawsze kształt niepowtarzalnej chwili. Charakterystyczne jest to, że nawet, gdy jakieś osoby zauważą, że je fotografuję, nie zakazują mi tego, lecz najczęściej odsłaniają w uśmiechu białe zęby. Różnorodność typów ludzkich jest na tych dworcach przeogromna, dlatego oczekiwanie na pociąg nie dłuży się, a wręcz staje się czasem niezwykle twórczym. Zdarza mi się zanotować pierwszy zarys jakiegoś wiersza, zapisuję też moje wrażenia, ale najczęściej fotografuję, wyławiając najbardziej charakterystyczne chińskie typy i postaci. Najwięcej jest ludzi o cechach narodowości Han, ale przecież sporo widzę też osób z elementami urody mongolskiej. Charakterystyczne białe czapeczki na głowach mężczyzn i chusty na włosach kobiet wskazują mi muzułmanów i mieszkańców Wyżyny Tybetańskiej lub Tybetu. Czasem trafi się jakaś kobieta w stroju ludowym narodowości Yi lub ponad pięćdziesięciu innych nacji, ale najwięcej jest ludzi ubranych nowocześnie, jak Europejczycy czy Amerykanie. Bogatsze kobiety dumnie prezentują torebki Gucciego, a mężczyźni zakładają kurtki Tommy’ego Hilfigera i przynajmniej niektóre z nich są oryginalne. Przekonam się później w Szanghaju, że w kraju tym łatwo można kupić tanie podróbki, które oferują uliczni „naganiacze”, uprzejmie prowadzący klienta do zakamuflowanych sklepów. Tam też rozbawią mnie prostytutki, którym nieodmiennie mówię, że jestem w związku z piękną kobietą i nie skorzystam z ich usług. Na pewno jest wstrętna… pokrzykują za mną urodziwe Azjatki, ale nawet w tych okrzykach jest jakiś odcień ludzkiej życzliwości.


[1] Por. A. Niemierko, Mosty w Chinach, cz. II, „Drogownictwo” 2013, nr 10, s. 296–297.

DWIE OTCHŁANIE

Dariusz Bereski (w środku) jako Fiodor Karamazow – Teatr Polski we Wrocławiu

Moja trzecia lektura Braci Karamazow Fiodora Dostojewskiego… Dwie wcześniejsze skończyły się porażką, gdy nie doczytywałem powieści do końca. Obecne i jakże emocjonalne studiowanie kolejnych rozdziałów, uświadomiło mi, że do pewnych książek trzeba jednak dorosnąć. To, co kiedyś wydało mi się nudne i rozwlekłe, teraz wprawia mnie w prawdziwy zachwyt, a sam wykład i pojawianie się kolejnych wątków skłania mnie do uznania tego utworu za jedno z największych arcydzieł pisarskich. Każdego dnia jestem głodny nowych stron i nie potrafię odłożyć grubego tomu, póki nie przeczytam choćby stu stron. To jest prawdziwie ludzka opowieść, snująca się gdzieś w przestrzeniach dziewiętnastowiecznej Rosji, przywołująca typy osobowe, które miały swoich odpowiedników w rzeczywistości i podejmująca dyskusję na temat Boga, grzechu i naszej natury, jakże różnej w odmiennych przestrzeniach osobowych. Szkoda, że Dostojewski zmarł tak nagle, z powodu pęknięcia aorty w trakcie ataku epilepsji, na którą od dawna chorował – wszakże planował napisanie dalszych losów rodziny i najpierw chciał opowiedzieć o Aloszy, po skazaniu Miti i prawdopodobnym wyzdrowieniu Iwana. Życie trzech braci nie byłoby tak skomplikowane, gdyby nie zaczęły się szaleństwa ich ojca – Fiodora, który zgromadził sporą fortunę i ani myślał dzielić się nią z potomkami. To jego życiowe wybory i związki z kobietami, spowodowały, że synowie mieli różne matki i co za tym idzie, odmienne temperamenty. Dymitr był szalony, jak ojciec, i dopiero proces sądowy wyzwolił go od własnych kompleksów i szałów. Iwan – syn innej matki, określanej przez ojca jako wariatka, był zamknięty w sobie, ale kłębiły się w nim żądze nie mniejsze, niż w rodzicu i starszym bracie. Tylko najmłodszy potomek z prawego łoża – Alosza – był łagodny i dobry, starający się łagodzić wszelkie konflikty rodzinne, a nade wszystko rozumieć braci i ojca. Jego decyzja o wstąpieniu do klasztoru powodowana była chęcią znalezienia enklawy, z której mógłby obserwować świat i przygotowywać swoje humanitarne akcje ratunkowe. Niestety, śmierć uwielbianego starca Zosimy, spowodowała szereg zdarzeń, z którymi i ten idealista sobie nie poradził. Dostojewski ukazuje do czego prowadzi ojcowskie zaniechanie, odsunięcie się od synów, dawanie im złego przykładu i zgoda na moderowanie ich przez przypadkowych opiekunów, ale też wskazuje jaką wagę mają indywidualne cechy osobowościowe.

Osią powieści jest morderstwo domniemanego bękarta Fiodora i zarazem służącego – Smierdiakowa, który tak wszystko zaplanował, że nieomal pewnym podejrzanym stał się gwałtownik i furiat Dymitr Karamazow. To on wielokrotnie zapewniał, że zabije ojca, a feralnego dnia udał się do jego domu ze skradzionym tłuczkiem od mosiężnego moździerza. To on też najbardziej nienawidził ojca z powodu jego matactw spadkowych i pozbawienia go należnych pieniędzy. Służący wykorzystał swoją chorobę epileptyczną – opisaną ze znawstwem przez Dostojewskiego, także na nią cierpiącego – i tak pozszywał sznurki intrygi, że śledczy i prokuratura uznali, iż jedynym potencjalnym mordercą może być Mitia. Nic nie dała wspaniała oracja obrońcy oskarżonego i sympatia widzów procesowych, nikt nie uwierzył w oświadczenia podsądnego, iż nie zabił ojca. Wszystko wskazywało na niego, a tylko bracia i ukochana Gruszeńka, byli pewni, że zabójcą był Smierdiakow, który ostatecznie – po przyznaniu się do winy Iwanowi – uciekł przed odpowiedzialnością, odbierając sobie życie. Dostojewski drąży głębie psychiki ludzkiej, pokazuje szarpaninę wewnętrzną swoich bohaterów, popełniane przez nich błędy, ciągłe galopady donikąd  i histeryczne uwikłanie w toksyczne miłości. Ale przesłanie powieści jest głęboko humanistyczne i krzepiące – wszak autor ukazuje też niezłomną moc ludzkiego ducha, tak wystawianego na ciężkie próby i tak silnego w obliczu nieustającego ataku zła. Dymitr mógłby załamać się w wielu momentach swojego życia, Iwan także mógłby zatracić się w trudnej miłości, a Alosza – utraciwszy przekonanie, że jego wstąpienie do stanu duchownego było właściwe – też mógłby popaść w jakieś rosyjskie patologie. Ale kłopoty i życiowe szaleństwa – paradoksalnie – wiodą braci dalej, pozwalają im pokonywać kolejne przeszkody i istnieć w świecie, w którym śmierć zbiera straszliwe żniwo, a postawa romantyczna jest wydrwiwana przez takich ludzi jak Smierdiakow, który mówi o poezji z sarkazmem: Brednie, mówię łaskawej pani. Niech pani sama na rozum weźmie, kto na świecie do rymu gada? I gdybyśmy z rozkazu władzy zaczęli wszyscy gadać do rymu, to wiele byśmy się nagadali? Wiersze to żaden interes, Mario Kondratiewno.[1] Musimy tutaj brać poprawkę na rozwichrzoną naturę służącego, który zaznał wielu krzywd i koniec końców przejął od swojego pana (i prawdopodobnie ojca) pogląd, iż: Rosyjskich ludzi powinno się trzymać pod batem…[2]

Braci popycha do przodu pragnienie życia, jakże różnie realizowane, od szaleństwa do głębokiej pokory, od wrzasku w szynku do modlitwy w monasterze. Wszyscy są o tym przekonani, ale to Iwan najpełniej wyartykułuje je podczas mistycznego spotkania z Aloszą: Choćbym nawet utracił wiarę w życie, choćbym się zawiódł na ukochanej kobiecie, choćbym przestał wierzyć w porządek rzeczy i przekonał się, że wszystko jest przeklętym, skłębionym i piekielnym chaosem, choćbym zaznał wszelkich okropności ludzkiego rozczarowania – jednak będę nadal chciał żyć, jednak, przywarłszy raz ustami do brzegów pucharu, nie oderwę się od niego, dopóki nie wychylę go do dna![3]  Dostojewski ukazuje, jak owa chęć życia zderza się z kłopotami i tragediami dni, miesięcy i lat, a nade wszystko wskazuje, jak destruktywny dla losów ludzkich może być wpływ żarliwej miłości i żądza posiadania na zawsze innej osoby. Zarówno Fiodor, Dymitr jak i Iwan wpadają w sieci zastawione przez kobiety, a tylko Alosza potrafi znieść fanaberie swojej wybranki. Jest przekonany, że koniec końców zwiąże się z Lizawietą Chochłakow i potrafi patrzeć z boku na jej wybryki, tak jak interioryzuje krzepnące w nim uczucie. Ale przecież tylko on zdaje się rozszerzać swoje bytowanie i dostrzegać, że jest cząstką szerszej przestrzeni, ledwie drobinką pośród ogromów kosmosu. Autor wskazuje, że jego zachwytem przepełniona dusza pragnęła wolności, wolnych rozłogów. Nad nim zawisł ogromny strop niebieski, usiany cichymi, migocącymi gwiazdami. Od zenitu do widnokręgu majaczyła niewyraźnie Droga Mleczna. Orzeźwiająca i aż zamarła w cichości noc oblała ziemię. Białe wieżyczki i złote kopuły soboru połyskiwały na szafirowym niebie. Jesienne wspaniałe kwiaty na klombach przed domem zasnęły do rana. Cisza na ziemi zlewała się jak gdyby z ciszą niebios, tajemnica ziemi, stykała się z tajemnicą niebios…[4] Jego oniemienie i zachwyt nad światem, jego zapatrzenie w głębie kosmosu, pozwalają podążać do przodu i mijać rafy, które stają się tak fatalnymi miejscami dla pozostałych braci. Dla Aloszy ważna też jest wiara w Boga, utwierdzona przy starcu Zosimie i niezachwiana od czasów młodości. Dla niego – odmiennie jak dla dyskutującego z nim młodzieńca Koli Krasotkina – Bóg nie jest hipotezą i nie robią na nim wrażenia formuły filozoficzne, próbujące się go minimalizować. Kola anektuje dla własnych potrzeb zdanie Woltera – jeśli nie ma Boga, to trzeba go wymyślić – ale Alosza wpatruje się przecież w inne głębie ontologiczne.[5]

Dostojewski wciąż penetruje ludzką osobowość i strona po stronie dorzuca coś nowego, stale odkrywa jakieś nieuświadamiane mechanizmy. Tak prowadzi swoich bohaterów, by – relacjonując ich drogę – mógł także powiedzieć coś ogólnego o człowieku. Znamienna w tym względzie jest charakterystyka Dymitra Karamazowa, która pojawiła się w mowie oskarżycielskiej podczas procesu: Zazwyczaj w życiu bywa tak, że mając dwie przeciwne sobie rzeczy, szuka się prawdy pośrodku; w obecnym wypadku reguła ta nie znajduje potwierdzenia. Prawdopodobnie w pierwszym wypadku był szczerze szlachetny, a w drugim równie szczerze podły. Dlaczego? Dlatego że jest szeroką naturą, karamazowską – wszak do tego zmierzam – naturą, która mieści w sobie wszelkie krańcowości i jednocześnie zdolna jest kontemplować obie otchłanie: otchłań wzniosłych ideałów, otchłań nad nami, i otchłań najniższego i cuchnącego upadku. Przypomnijcie sobie błyskotliwą myśl, którą wypowiedział młody obserwator, głęboko i blisko znający rodzinę Karamazowów, pan Rakitin: „Odczuwanie głębi upadku jest równie niezbędne tym rozklekotanym, niepowściągliwym naturom jak odczuwanie wzniosłej szlachetności” – i to prawda: właśnie potrzebna im jest ta nienaturalna mieszanina, potrzebna stale i bez przerwy. Dwie otchłanie, jednocześnie dwie otchłanie, panowie – bez tego jest nieszczęśliwy i niezadowolony, życie jego jest niepełne.[6] Dostojewski nie przesadza – wie, co mówi, bo przecież w swojej prozie sportretował też samego siebie, którego najbliższe osoby określały mianem potwora. Ten tonący w długach, obsesyjny hazardzista, także stał nad dwiema otchłaniami, a jego życie pełne było nagłych zwrotów i tragedii – od chwil przed plutonem egzekucyjnym, poprzez lata spędzone na katordze, a skończywszy na burdach rodzinnych i atakach epilepsji. Zaletą pisarstwa rosyjskiego mistrza słowa była umiejętność tworzenia niezwykle pojemnych postaci, w których mógłby pomieścić własne doświadczenia i obserwacje spotkanych ludzi. I czynił to z niezwykłą dociekliwością i konsekwencją, korzystając z wielkiego talentu pisarskiego i rozległej wiedzy naukowej. Nie bez powodu w powieściach i nowelach tego autora pojawia się tyle nawiązań do nowinek naukowych i wiele odniesień do myśli filozofów kilku epok. To był bardzo oczytany, mądry i inteligentny, niezależny obserwator, który na kartach swojej prozy tworzył rozległe, transcendentalne panoramy – od bezkresnych przestrzeni Rosji, do równie bezbrzeżnych głębi ludzkiej natury. Zdumiewające jest też to, że ustalenia pisarza niczego nie straciły ze swej aktualności i mogłyby zostać przeniesione do wieku dwudziestego, dwudziestego pierwszego, a zapewne także i do stuleci następnych. Bracia Karamazow są przedstawicielami świata dziewiętnastowiecznego, rzeczywistości, w której tkwił Dostojewski, ale stając nad dwiema otchłaniami, są też postaciami uniwersalnymi i jakże ludzkimi w swoim dążeniu do doskonałości i poddawaniu się potężnemu przyciąganiu zła.

           

 __________________

[1] F. Dostojewski, Bracia Karamazow, przeł. A. Wat, PIW, Warszawa 1984, s. 267.

[2] Tamże, s. 268.

[3] Tamże, s. 274.

[4] Tamże, s. 427.

[5]Tamże, s. 274. Cz. Miłosz zapewne zbyt wielką wagę przykłada (za Szestowem) do religijnych rojeń Iwana i jego kreacji Wielkiego Inkwizytora. Por. tegoż, Ziemia Ulro, Kraków 2000, s. 86-87.

[6] Tamże, s. 809 i 831.

TWÓRCZE OŻYWIENIE STEFANA PASTUSZEWSKIEGO

Stefan Pastuszewski zawsze był płodnym literatem, a ostatnio stał się też bardzo aktywnym naukowcem i eseistą, sięgającym po niezwykle interesujące tematy. Wyraziste staje się jteż zadanie, które przed sobą postawił, owo wypełnianie luk w zakresie opisu życia literackiego i kulturalnego ostatnich dziesięcioleci dwudziestego wieku i pierwszych dekad wieku następnego. W roku 2016 ukazała się pierwsza praca w ambitnie zaplanowanym ciągu: Edytorstwo literatury pięknej w latach 1956-1989, będąca syntetycznym przybliżeniem osiągnięć edytorów z naszego miasta, a także analizą złożonych procesów promocji i kształtowania nurtów, lansowania twórców i stowarzyszeń literackich. Pastuszewski posiadł ogromną wiedzę na ten temat, gdyż pracował jako dziennikarz i literat, a nade wszystko był wydawcą, który musiał pokonywać wskazane we wstępie bariery: Wydawca musiał uzyskać zgodę Ministerstwa na wydanie tytułu, z czym wiązał się uzależniony od nakładu przydział papieru, o co też trzeba było się starać oraz zgodę Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Obejście tych barier było niemożliwe, bowiem upaństwowiony przemysł poligraficzny – pod groźbą sankcji – ściśle przestrzegał tych uregulowań. Paradoksalnie, ale za ich sprawą, badanie ruchu wydawniczego po 1948 roku jest ułatwione, gdyż każda wydana książka pozostawiła wyraźny ślad w różnych instytucjach. Czwartą barierą dla ruchu wydawniczego była centralizacja państwowych i spółdzielczych wydawnictw. Regionalizacja, która nastąpiła po okresie stalinowsko-bierutowskim była tylko pozorna, bo i tak finansowanie pozostało centralne. Pastuszewski poświęca temu zjawisku pierwszy rozdział swojej książki, wskazując, że Bydgoszcz znalazła się na granicy wielkich regionów i twórcy z naszego miasta musieli najpierw pukać do drzwi Wydawnictwa Morskiego i Wydawnictwa Poznańskiego, a dopiero w maju 1971 roku utworzono w Bydgoszczy Oddział Wydawnictwa Morskiego. Najpierw kierowała nim Maria Kalota-Szymańska, a potem wieloletni agent SB Czesław Slezák. Autor wskazuje, iż Oddział wydawał głównie książki pisarzy z regionu kujawsko-pomorskiego, około 6-9 tytułów rocznie. Był to precedens w skali kraju, gdyż Oddział był w zasadzie dwuosobową (redaktor + sekretarka) redakcją bez bazy technicznej i administracyjnej. A choć próbowano go dwukrotnie zlikwidować, przetrwał do czasów przemian i dopiero wtedy został przemianowany na wydawnictwo „Pomorze”. Pastuszewski wskazuje, że powstanie tych instytucji przyczyniło się do rozwoju literatury, w czym spore zasługi miał też lokalny Oddział Związku Literatów Polskich. Stał się on retortą, w której kształtowały się takie osobowości literackie jak Władysław Dunarowski, Alfred Kowalkowski, Bogusław Sujkowski, Jan Górec-Rosiński, Andrzej Baszkowski, ważną rolę odgrywały też Koła Młodych i środowiska dziennikarskie. O niezależności nie mogło jednak być mowy i utworzenie Kujawsko-Pomorskiego Towarzystwa Kulturalnego wcale nie poprawiło sytuacji wydawniczej miasta, gdyż we władzach znalazło się sporo radykalnych komunistów. Literatom udawało się jednak negocjować korzystne dla siebie ustalenia i po powstaniu Sekcji Literacko-Odczytowej zaczęto publikować książki lokalnych autorów, a także wspomagać ich honorariami za spotkania autorskie. Pastuszewski zamieszcza sporo fotografii osób związanych z literackim ruchem wydawniczym w Bydgoszczy i przypomina takie osoby jak Wiesław Rogowski, Maria Kowalewska, Zofia Wachowiak, Krzysztof Soliński (jak się okazało Kontakt Operacyjny SB „Pegaz”), Czesław Niedzielski. KPTK było instytucją sterowaną przez PZPR, ale osoby z nią związane znajdowały luki, w których można było lokować książki nieideologiczne, literackie, naukowe, a nawet debiuty młodych autorów. Pastuszewski wskazuje też, że na bazie Związku Literatów polskich rozwijał się pozainstytucjonalny ruch wydawniczy, który owocował nowymi seriami, takimi jak Zbliżenia czy Galeria Poezji. Ożywienie literackie w Bydgoszczy nie umknęło uwadze partyjnych zarządców, którzy dostrzegli w nim elementy pozytywne, ale też i potencjalne zagrożenia. Odpowiedzią było tutaj utworzenie w 1982 roku samodzielnego wydawnictwa „Pomorze” i obstawienie go agentami SB, a także ludźmi z określonego układu pezetperowskiego. Pierwszym Redaktorem Naczelnym został Wiesław Woźniak, a po nim funkcję tę pełnili: Zbigniew Cieśliński, ściągnięty z Torunia Wiesław Krzysztoszek i Ryszard Ziętek. Wydawnictwo było ściśle kontrolowane, a i tak ukazały się w nim książki autorów kontestujących system, co uznać należy za sukces naszego środowiska. Autor wskazuje też błędy, które popełnili zarządcy wydawnictwa, które nie wiedzieć dlaczego zaczęło wydawać wielką literaturę światową. Krzysztof Soliński był wtedy pod przemożnym wpływem Grzegorza Musiała, który namawiał go do publikacji książek swoich przyjaciół, szczególnie translatorów i poetów. Akcje te nie miały większego sensu i oficyna musiała przekształcić się w Spółdzielnię Pracy Wydawców „Pomorze”, która nie radziła sobie na polskim rynku wydawniczym i w końcu została rozwiązana w 1996 roku. Praca Pastuszewskiego wypełnia bolesną lukę w zakresie opracowania życia literackiego Bydgoszczy w latach zakreślonych w tytule, a poprzez swoją bezstronność i dokumentację archiwalną może być traktowana jako popularny zarys naukowy, będący wstępem do dalszych badań.

 

Kolejna książka tego autora pt. Rewolucja, odnowa i ożywienie w bydgoskiej kulturze od sierpnia 1980 do grudnia 1981, oprócz tego, że jest cennym opracowaniem naukowym, ma też charakter iście sensacyjny. Jest to omówienie wielu dziedzin aktywności kulturalnej, takich jak teatr, kabaret, estrada, czasopiśmiennictwo i twórczość literacka, a także sztuki wizualne, krytyka artystyczna i upowszechnianie kultury. A wszystko na tle ożywienia społecznego po Sierpniu 1980 roku, powstaniu „Solidarności” i daleko idących zmianach życia w Polsce. To był prawdziwy szok: Wybuch „Solidarności” zaskoczył społeczeństwo Bydgoszczy, a szczególnie środowisko artystyczne. Wszystko było dotąd poukładane, przeważająca większość postaw wobec rzeczywistości społeczno-politycznej to eskapizm, konformizm i oportunizm. Zarzewia kontestacji, krytyki i buntu tliły się głównie w środowiskach młodych twórców, szczególnie tych, którzy nie byli związani etatowo z instytucjami. Było to bowiem pokolenie bez doświadczeń II wojny światowej i w zasadzie także doświadczenia stalinizmu. Korzystając z „przecieków” z Zachodu pewna część młodych twórców nabierała przekonania, że wolna kultura to taran, który rozbija tyranię. Więź międzypokoleniowa była słaba z uwagi na różne drogi życiowe, a szczególnie oczekiwania jeśli idzie o młodych, którzy narzekali na zastój, stagnację, jak się wtedy mówiło. Miała miejsce wyraźna konkurencja, dotycząca głównie pokolenia, które „ustawiło się” w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku oraz pokolenia pierwszych dwóch dekad po II wojnie światowej. Nie ulega wątpliwości, że monografia Pastuszewskiego jest rodzajem pisania historii na nowo, a przy tym próbą ustalenia jaką rolę w czasie przemian odegrały konkretne osoby bydgoskiej kultury. I tutaj pojawia się ów element sensacyjny, bo autor ujawnia wiele niewygodnych faktów z życia poszczególnych twórców, moderatorów i zarządców, a czyni to zawsze na rozległym tle historyczno-społecznym. Tak jest w przypadku Krzysztofa Solińskiego: Próby nagabywania przez SB były jednak przez przeważającą większość młodych twórców, głownie ze względów moralnych, odrzucane. Nie odmówił jednak wcześniej – jak wynika ze zgromadzonych w IPN dokumentów ewidencyjnych i operacyjnych Służby Bezpieczeństwa – Krzysztof Soliński (1950–2006). 27 maja 1977 roku został on zwerbowany i zarejestrowany pod numerem 16376 jako Kontakt Operacyjny „Pegaz”. Do momentu zdjęcia z ewidencji 12 grudnia 1989 roku współpraca ta musiała być na tyle owocna, że KO „Pegaz” wraz ze swoimi „prowadzącymi”, w ciągu 12 lat co najmniej nominalnej współpracy, wyprodukował dwie „teczki pracy”, które po przeleżeniu przez pewien czas w archiwum (nr archiwalny I-41164), zostały 18 maja 1990 roku zniszczone „we własnym zakresie z uwagi na znikomą wartość operacyjną”. Trudno dzisiaj powiedzieć czy przyczynił się do tego sam agent Soliński, bo przecież szczątkowe dane wskazują, że mącił solidnie w wielu środowiskach, a jego delatorstwo miało na celu przede wszystkim skanalizowanie ruchu młodoliterackiego. Pastuszewski – jakby nie było ofiara donosów KO „Pegaza” – wskazuje też zasługi edytorskie i literackie Solińskiego, które wszakże znacznie tracą na znaczeniu w obliczu odsłanianej drugiej twarzy tego człowieka. Inną postacią uwikłaną w kontakty z SB, a której działalność donosicielską analizuje autor monografii, jest Wiesław Trzeciakowski: Mimo buntowniczych nastrojów społecznych oraz początkowego chaosu władza realizowała swoje dotychczasowe plany sterowania kulturą, w tym za pośrednictwem tajnych służb. W styczniu 1981 roku przy ul. Pomorskiej 5 otworzył swoje podwoje Klub Miłośników Sztuki. Kierownikiem został Wiesław Trzeciakowski (1950 –). Był on od 19 czerwca 1980 roku tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie „Mercedes” (nr rejestracji 18642). Jego zadaniem było zapewnienie dopływu informacji o stanie zagrożeń występujących w środowisku literackim miasta Bydgoszczy, a w szczególności w odniesieniu do mogących występować działań antysocjalistycznych”. Miał to czynić poprzez ustalanie osób o poglądach wrogich politycznie, ujawnianie faktów wykorzystywania spotkań autorskich do prowadzenia działalności antysocjalistycznej, przekazywanie charakterystyki osób w opracowaniu lub rozpoznaniu”. Pastuszewski obnaża delatorstwo Trzeciakowskiego, ale też – co jest wątpliwe – wskazuje jego obywatelską postawę, szczególnie w przygotowywanych dla SB elaboratach socjologicznych, które przecież dzisiaj brzmią jak wypowiedzi Papkina. Trudno też zgodzić się z naciąganym usprawiedliwianiem donosiciela, jakoby ofiary szantażu ze strony SB, która założyła mu akta „H”, wskazujące na ściśle określone upodobania seksualne. Przeglądając teczkę tego skomplikowanego mentalnie człowieka, natkniemy się przecież na własnoręcznie podpisane pisma, informacje o otrzymanych prezentach, a i przetrzebienie dokumentacji wskazuje na to, że zakres jego perfidnych działań był znacznie szerszy. Pastuszewski ujawnia też informacje o innych agentach SB wkorzenionych w struktury literackie Bydgoszczy, a więc o Czesławie Slezáku (TW „Leszek”), Tadeuszu Petrykowskim (TW „Bury Wiesław”), Januszu Kryszaku (TW „Krzysztof”). Niezwykle interesujące – chociaż niepełne – są informacje autora o donosicielach SB w bydgoskim środowisku artystycznym, ze szczególnym uwzględnieniem Jerzego Puciaty (TW „Lewandowski”, TW „Lew”, TW „Piast”), choć i tutaj wątpliwość budzi swoista rehabilitacja delatora: Przyczyną zgody na współpracę, być może nawet nie udzielonej na piśmie, mógł być szantaż oparty o publiczne ujawnienie współpracy w latach 1967-1975, jak również sprawy obyczajowe. Można przypuszczać – znając beztroskie podejście malarza do życia – że nie w pełni zdawał on sobie sprawę z tego co czyni. Jak na opracowanie naukowe, jest to zbytnia dowolność, nie poparta stosownymi dokumentami, które mogłyby przeciwstawić się sporej dokumentacji świadczącej o współpracy z SB. I choć Pastuszewski podaje sporo faktów związanych z pozytywną działalnością (jego „oczyszczaniem się w ogniu rewolucji solidarnościowej”), to zniszczenie teczek przez SB, dowodzi o wadze spraw, które Puciata poruszał i analizował. Monografia przynosi też informacje o innych agentach ze środowiska plastycznego, teatralnego i estradowego, a więc o informatorze Wojskowych Służb Specjalnych Andrzeju Stanisławie Budniku, o Zygmuncie Bobrowskim, Grażynie Juszczyk (TW „Róża”), Urszuli Tauzik. Zdziwienie musi też budzić zaklasyfikowanie jako rewolucjonistów i odnowicieli kultury bydgoskiej takich osób jak Józef Herold, Piotr Szymański, czy Marek Zagórski, brakuje też analiz agentury w Polskim Radiu, wyraziście odnotowanej w IPN-ie.

 

Dwaj agenci SB, których działalność opisuje S. Pastuszewski – od lewej: Krzysztof Soliński (TW „Pegaz”) i Wiesław Trzeciakowski (TW „Mercedes”)

Kontynuacją i dopełnieniem omówionych wyżej prac jest Krótka historia literatury Bydgoszczy, którą Stefan Pastuszewski przygotował do druku i udostępnił recenzentom. Autor dookreśla we wstępie, iż jego książka jest ledwie rejestrem ważniejszych faktów literackich i okołoliterackich oraz procesów zachodzących w tej strefie, w pewnym tylko stopniu zaopatrzonym w szerszy opis. Zarówno z uwagi na ową skrótowość i świadomie założony charakter dokumentacyjny, ale też ze względu na fakt, że autor sam uczestniczy w życiu literackim miasta i regionu, opracowanie to pozbawione jest w zasadzie ocen, chyba że są one utrwalone i stosunkowo mało kontrowersyjne; zazwyczaj są to przytoczenia innych autorów. Skrótowość monografii wynika także z faktu, że założono sporządzenie syntezy, całościowego oglądu funkcjonowania literatury w Bydgoszczy na przestrzeni dziejów. Kryterium wyboru przywołanych twórców to przede wszystkim rola jaką odegrali oni w tym, co kolokwialnie nazywa się duchowością i życiem artystycznym miasta. Są to więc pisarze trwale z Bydgoszczą związani, albo też świadomie przez dłuższy czas współdziałający w pomnażaniu jej dorobku kulturalnego. W opracowaniu przywołuje się też, głównie w Aneksie 1, twórców, którzy pochodzili z Bydgoszczy lub przez pewien czas w niej przebywali. Urodzili się w Bydgoszczy lub byli z nią związani, ale dla tego miasta, oprócz popularyzacji jego nazwy w swoich notach biograficznych, zazwyczaj niewiele uczynili. Odnotowano więc „dla porządku” pisarzy, których związki z tym miastem można nazwać „symbolicznymi”, choć trudno tak nazwać formowanie się i kształcenie w okresie dziecięco-młodzieńczym. W monografii tej nie używa się określenia bydgoski, bowiem „pisarze zmieniają miejsce zamieszkania, w sposób naturalny zrywają więzi bezpośrednie, wchodzą w inne regionalne i lokalne zależności o charakterze instytucjonalnym”. „Żaden twórca nie jest przywiązany na stałe do swego miejsca pobytu i miejsca twórczości. Każde środowisko twórcze ulega fluktuacjom. Przybywają doń ludzie nowi z innych środowisk twórczych, mający już na swym koncie mniejszy lub większy dorobek literacki, z drugiej zaś strony notujemy często odpływ twórców. jednym słowem mamy do czynienia ze zjawiskiem migracji literatów. Wybór przywołanych w tej monografii pisarzy, jest więc w mniejszym lub większym stopniu subiektywny, jak subiektywne są zaliczenia do kategorii pisarz lub literat. Choć autor stara się zminimalizować swoją rolę, to nie ulega wątpliwości, że jego praca jest bardzo cenna i wypełnia kolejna lukę w zakresie poznania kultury naszego miasta. Wszak każde dzieło tego typu wzbogaca dorobek regionu i interioryzuje go w ściśle określonym czasie. Praca ta prawdopodobnie będzie wstępem do szerszego, panoramicznego opracowania, które może stanie się wykładnią tego, co literatura bydgoska osiągnęła. Może też będzie impulsem do utworzenia instytucji, która by zbierała i opracowywała dane na ten temat. Od dawna mówi się, że powinno powstać w Bydgoszczy Archiwum Pisarzy Pomorza i Kujaw, którego utrzymanie zapewne nie kosztowałoby zbyt wiele. Pastuszewski ma wszelkie dane ku temu, żeby stworzyć grupę badawczą, zajmującą się opracowaniem archiwów zmarłych pisarzy, zbiorów bardzo bogatych i narażonych na rozsypanie w kolejnych latach. Cieszy zatem takie wstępne uporządkowanie literatury naszego kręgu, mające swoje braki, ale też będące wyrazistą propozycją periodyzacji i ustalenia zachodzących procesów literackich oraz kształtowania się kanonów gatunkowych i tematycznych. Oczywiście praca ta powinna też posiadać Aneks innego autora, który by opracował dorobek samego Stefana Pastuszewskiego, będącego ważnym uczestnikiem życia literackiego Bydgoszczy, obecnego w niej od lat siedemdziesiątych XX wieku i stale tworzącym wartościowe dzieła.

KRÓLESTWO ZA KONIA!

Theodor Hildebrandt  (1804–1874), Zabójstwo synów Edwarda IV

Prawdziwe dzieje króla Anglii Ryszarda III, z rodu Yorków, giną w pomrokach wieków, zniekształcane i manipulowane przez kronikarzy, wrogów i pseudohistorycznych fałszerzy. Nie ulega jednak wątpliwości, że był on znakomitym strategiem, a w swoich kalkulacjach i planach nie wahał się skazywać na szafot zaciekłych oponentów, a także skrytobójczo zabić w twierdzy Tower niekoronowanego, nastoletniego króla Edwarda V i jego młodszego brata Ryszarda. Czujny i lojalny wspólnik króla Edwarda IV, piął się powoli ku zaszczytom, pomnażał bogactwa, aż w końcu postawił wszystko na jedną kartę i tak jak wielu angielskich władców przed nim i po nim, nie zawahał się przelewać krwi braci, intrygować i skłócać swoje otoczenie, a potem trzymać wszystko żelazną ręką. Dawni historycy angielscy – z których dzieł Szekspir czerpał wiedzę – zapewne czytaliby ze zdziwieniem późniejsze analizy uczciwszych dziejopisów, którzy widzieli w Ryszardzie III tego, który umocnił władzę królewską w Anglii i stworzył solidny fundament dla rządów dynastii Tudorów[1]. Z drugiej strony opisy „najkrwawszego” z królów tego kraju, pozostawione przez Tomasza More’a i innych historyków dynastii przychodzących po Plantagenetach, a także sztuka Szekspira, dały pośrednio legitymację dla późniejszych mordów politycznych i ugruntowały wizerunek władcy tyrana, nie wahającego się zabijać dla własnych korzyści. Tragedia Ryszarda III, zaliczana do Kronik Szekspira, ma wszelkie cechy gatunkowe tragedii i śmiało może stawać w szranki z najbardziej znanymi utworami tego autora – Hamletem, Makbetem czy Otellem. Ale przecież ma też rys indywidualny, doraźnie zakotwiczony w historii Anglii XV wieku, obecnie dogłębnie zanalizowanej i opisanej, a nieoczekiwanie zwieńczonej odnalezieniem szczątków króla w 2002 roku i jego nowym, paradnym pochówkiem w katedrze św. Marcina w Leicester. Nie ulega wątpliwości, że pod zwykłym miejskim parkingiem archeolodzy odkryli szkielet Ryszarda III, pochowanego po przegranej bitwie pod Bosworth w klasztorze franciszkanów, który zburzono doszczętnie już w roku 1538, skazując na zapomnienie miejsce pierwszego pochówku króla. Autentyczność potwierdziło datowanie radiowęglowe i porównawcze badania genetyczne żyjącej potomkini władcy. Okazało się, że był on niewielkiego wzrostu i kruchej budowy ciała, a zginął najprawdopodobniej od ciosu halabardą w głowę. Szkielet nosił też ślady wielu innych ran, które człowiek ten odniósł w licznych walkach – nie potwierdziła się też diagnoza Szekspira, że Ryszard III cierpiał na kifozę (garb), współcześni radiolodzy uznali, że jego dolegliwością była skolioza, a więc skrzywienie boczne kręgosłupa.

William Szekspir lubował się w przerysowaniach charakterologicznych i przedstawianiu realnych postaci w perspektywie kosmicznej walki elementarnych żywiołów. Według niego władcy i mordercy należeli do tej samej kasty nieszczęśników, nie potrafiących poradzić sobie z obciążeniami genetycznymi, cechami indywidualnymi, a nade wszystko z bieżącymi wydarzeniami, najczęściej zaskakującymi i stawiającymi ich pod murem straceń. Powstało już wiele prac wskazujących ciąg patologicznych osobowości[2] elżbietańskiego twórcy i jego upodobanie do wzmacniania wymowy ich działań, a i często zakłamywania realiów epoki. Cóż, każdy twórca, czy to poeta, prozaik czy dramaturg, ma prawo w swoich tekstach modyfikować realia, a jeśli osiąga tak niezwykły efekt artystyczny jak autor Otella i kreator diabolicznego Jagona, prawda i fałsz zaczynają bytować w innej przestrzeni i stają się tak samo kowalne, jak życiorysy poszczególnych postaci. Nie ulega wszakże wątpliwości, że Ryszard III jest w utworze Szekspira postacią odrażającą, uciekającą się do zbrodni i wiarołomstwa, a dodatkowo ohydną z ludzkiego punktu widzenia – to studium tyranii władzy, która nie cofa się przed niczym, a ostatecznie gaśnie jak świeca, przy silniejszym powiewie historii. Wokół tego schorowanego i dziwacznego człowieka narosło wiele fałszywych opinii i analiz, ale wspólne dla wielu władców i przywódców pozostaje pytanie o kontekst historyczny i efekt jaki uzyskali podczas swoich rządów. To jest ten sam dylemat, jaki pojawia się, gdy porównujemy zbrodnie Stalina z jego sukcesami w walce z Hitlerem, a w szerszej perspektywie – to pytanie o stosunek wszelkiej destrukcji do konstrukcji i finalnie osiąganych efektów. W tym przypadku mamy niewątpliwie do czynienia z manipulacją historyków z okresu panowania Tudorów, a i tak postać Ryszarda III – w ujęciu Szekspira – zastanawia i każe podjąć źródłowe badania, ustalające rzeczywisty wkład tego władcy w historię Anglii i dzieje sztuki wojennej. Tak szekspirowski garbaty karzeł z uschniętą ręką staje się żywym człowiekiem, który śmiało staje do konfrontacji z Lancasterami i nie przeczuwa, że zdradzą go suto nagradzani lordowie. Jego działania wojenne pozostają w sprzeczności z ułomnościami, które wskazał dramaturg, a ostateczne zawołanie Królestwo za konia!, świadczy o tym, że potrafił analizować sytuację i w obliczu niechybnej śmierci gotów był poświęcić wszystko. Okrucieństwo czasów, w jakich żył, nie dawało szans na jakiekolwiek kompromisy, a jedynie śmierć władcy dawała pewność, że na tron zostanie wyniesiony jego oponent. Pamiętajmy, że działo się to w kraju katolickim, przed reformą kościoła dokonaną przez Henryka VIII Tudora i ludzie postrzegali Boga jako Stwórcę świata, istniejącego realnie w niebie i przenikającego cały przestwór swoją mistyczną mocą. Badacze wszakże zwracają uwagę, że koncepcja zła w Tragedii Ryszarda III bliska jest poglądom Fryderyka Nietzschego[3] i łączą ją z makiaweliczną naturą głównego bohatera, wykorzystującego zło do ściśle określonych celów. W takim ujęciu zło jest brakiem dobra i może istnieć w świecie za przyzwoleniem tych, którzy mogą o tym decydować, a nawet zawieszać prawa natury w sytuacjach, gdy wkraczają do niej duchy i siły niewyobrażalne. Mogą tego dokonywać ludzie, którzy traktują etykę jako coś, co można dowolnie kształtować, naginając ją do własnych celów i często okrutnych koncepcji. Cynizm łączy się tutaj z odwagą, a brak litości z przekonaniem o wyższości celów i nieomylności rozstrzygnięć królewskich – rozlewana krew staje się błahą cieczą, tak samo niezbędną do życia jak woda. Bez mordów i egzekucji majestat władzy byłby pustym frazesem, a tak staje się groźnym synonimem Boskiej kary, egzekwowanej przez zarozumiałego szafarza.

Autor tej dramatyzowanej kroniki zrobił wszystko, by czytelnik czy widz uwierzyli, że Ryszard był ohydnym mordercą. Ta kreacja postaci, oprócz zastosowań doraźnie użytkowych, miała też wzmacniać efekt dramaturgiczny i powodować, że werdykt Szekspira był bezdyskusyjny. Twórca nie był wszakże nowicjuszem literackim i doskonale wiedział, że od oskarżenia bardzo blisko jest do przerysowania – zastosował zatem sprytny trick, każąc Ryszardowi złożyć samokrytykę już na początku utworu. Dowiadujemy się z tej wypowiedzi, że przyszły król jest zbyt toporny i szorstki by się przeglądać w lustrze i wdzięczyć do dam, a przy tym: pozbawiony przez zdradną Naturę/ Proporcji ciała i gładkości rysów,/ Zdeformowany, posłany przed czasem/ Do świata żywych, choć nań niegotowy,/ I aż tak szpetny w moich zniekształceniach,/ Że psy szczekają na mnie, gdy się zbliżam.[4] Ileż trzeba mieć kompleksów, by podkreślać tylko własne ułomności i jakie piorunujące wrażenie musiało to wywierać na ludziach współcześnie żyjących z Szekspirem. W tej pierwszej wypowiedzi pojawia się też główny problem dramatu, wszak książę Gloucesteru i późniejszy król, nie waha się scharakteryzować siebie jako uosobienie zła: Jestem stworzony, bym zło uosabiał/ I gardził blichtrem leniwych dni uciech./ Podjąłem spisek, ryzykowny zrazu,/ By mętną wróżbą, treścią snu, oszczerstwem,/ Zasiać śmiertelną nienawiść pomiędzy/ Mojego brata – Clarence`a i króla.[5] Te określenia i wiele innych w kolejnych partiach dramatu, stają w sprzeczności z dynamiką wojenną i przenikliwością strategiczną Ryszarda, znajdującą swoje zwieńczenie w scenie trzeciej aktu piątego, nie mogącą niestety przewidzieć zdrady dawnych stronników. Jak w wielu utworach Szekspira osoba uosabiająca zło staje się centrum dziejowego zawirowania[6] i zawiesza prawa natury – powoduje, że sfera materialna i duchowa staje się jedną przestrzenią. Oprócz realnych ludzi opluwających monarchę, pojawiają się także duchy osób, które zamordował lub zabił w walce. Wszystko zdaje się sprzysięgać przeciwko temu człowiekowi, który – może zbyt naiwnie – uwierzył we własne talenty przywódcze, wszystko postawił na jedną kartę i przegrał w konfrontacji z przewrotnością ludzkiej natury i fałszem swojego najbliższego otoczenia. Ale przecież w ostatnich chwilach zyskał wiedzę o świecie i sobie samym, której nie był świadomy. Prosząc o konia, który mógłby go wywieźć z tej matni, gotów był poświęcić to, co było istotą jego działań i walk – królestwo ziemskie. Nagle stało się ono błahe w konfrontacji ze złem i bliską śmiercią i jakże niewielkie w obrębie przeogromnych, destrukcyjnych energii kosmicznych.

Nowy przekład Tragedii Ryszarda III, dokonany z oryginału przez Ryszarda Długołęckiego jest kolejnym ważkim osiągnięciem tego translatora, który coraz konsekwentniej zaczyna podążać drogą swoich znakomitych poprzedników. Mając do dyspozycji wcześniejsze przekłady, autor nowego spolszczenia mógł skorygować wszelkie błędy i usterki, a także zaproponować własną wizję językowego kształtu dzieła. Podobnie, jak w pracach wcześniejszych – Hamlet, Makbet, Król Lear i Sonety – tłumacz osiągnął niezwykły efekt mimetyczny, a przy tym raz jeszcze wydobył z dzieła czystą klarowność, powodującą, że staje się ono tyleż kreacją Szekspira, co pogłosem prawdziwych dziejów Anglii. Zdumiewająca jest owa konkretność i funkcjonalność języka zaproponowanego przez translatora, powodująca, iż czytelnik ma wrażenie, że obcuje jakby z dziełem napisanym w oryginale po polsku. Trudno tutaj wskazać jakieś wątpliwe uniki czy nadużycia słowotwórcze, raczej mamy do czynienia z autentycznym odwzorowaniem, świadczącym o głębokim zrozumieniu języka Szekspira i stosowanych przez niego tropów stylistycznych. Przekład Ryszarda Długołęckiego niczego nie traci z wymowy oryginału, a poprzez wskazaną wyżej klarowność językową, orbituje ku najważniejszym dokonaniom translatorów tego dzieła, jakże skomplikowanego w swojej strukturze i treści. Tłumacz zaczął swoją pracę nad dziełami elżbietańskiego twórcy od utworów najbardziej znanych i zarazem najtrudniejszych, będących sprawdzianem jego możliwości naśladowczych i wybór Tragedii Ryszarda III ma swoją wymowę i ustawia tę kronikę w ciągu najważniejszych osiągnięć scenicznych autora. Miejmy nadzieję, że translator nie zwolni tempa i niebawem ujrzy światło dzienne kolejny ekscytujący i wyjątkowy przekład angielskiego twórcy, stawianego powszechnie na samym szczycie literatury światowej.

____________________

[1] Por. G. Sampson, Historia literatury angielskiej w zarysie, Warszawa 1967, s. 293.

[2] A. Bennett, N. Royle, Literature, Criticism and Theory, Harlow 1988, s. 224.

[3] Por. A. Astha, Shakespeare’s paradoxical portrayal of Richard III: Early-modern notion of Evil and the Tudor idea of history, Kolkata 2020, s. 1–2.

[4] W. Szekspir, Tragedia Ryszarda III, Akt I, s. 1, przeł. R. Długołęcki.

[5] Tamże.

[6] Por. R. Castleden, Wcielenia zła, przeł. K. Bieniaszewska, Warszawa 2008, s. 46–49.

CZYTAJĄC DICKENSA (1)

Charles Dickens – 1843

3 stycznia 1842 roku Charles Dickens wszedł na pokład parowca Britannia, ważącego 1156 ton i zmierzającego z Liverpoolu do Halifaxu, a potem dalej – do Bostonu. Statek został zbudowany przez Roberta Duncana, a zwodowano go 5 lutego 1840 roku i od czerwca tegoż roku zaczął regularnie kursować jako liniowiec Cunarda – Brytyjskiej i Północnoamerykańskiej Królewskiej Parowcowej Kompanii Pocztowej (British and North American Royal Mail Steam Packet Company). Magnat morski Samuel Cunard założył ją do spółki z kilkoma udziałowcami w 1838 roku, siedzibę lokując w mieście Halifax, na Nowej Szkocji. Do linii Cunarda należał pierwszy żelazny transatlantyk Persia, a także ostatni bocznokołowiec Scotia, który był zdobywcą Błękitnej Wstęgi Atlantyku. Dickensa skusiła reklama, którą potem złośliwie wykpił w pierwszym rozdziale swoich Notatek z podróży do Ameryki (1842), przyjętych z entuzjazmem w Anglii i skrytykowanych bezlitośnie w USA. Trzydziestoletni Dickens był już człowiekiem zamożnym i stać go było na podróż z żoną nowoczesnym statkiem parowym. Takiej możliwości nie miał ubogi polski poeta romantyczny Cyprian Norwid, który znacznie później, bo w roku 1852 podróżował do Ameryki tańszym, ale i mniej bezpiecznym kliprem Margaret Evans, dodatkowo narażonym na długie postoje w trakcie ciszy na morzu. Norwid opisał takie nostalgiczne chwile w Czarnych kwiatach, dokumentując między innymi długi bezruch po wypłynięciu klipra z Londynu, najprawdopodobniej w okolicach wysp Faroe.  Statek Dickensa płynął 18 dni i nigdy potem nie uległ kolizji, przewożąc wielu emigrantów do nowej ojczyzny i podróżników pragnących zobaczyć budzący się do życia kontynent. Ogromny postęp techniki spowodował, że już w 1849 roku Britannia została sprzedana Niemcom i przemianowana na jednostkę wojenną Barbarossa, a u końca swojej historii znalazła się nawet Gdańsku, gdzie służyła jako jednostka hotelowa, by ostatecznie trafić na złom w Kilonii w roku 1880. Pisarzowi nie spodobała się wąska kajuta, do której nie mógł nawet wcisnąć ogromnych waliz, ale z czasem przyzwyczaił się do niej i uznał za dobre schronienie pośród oceanicznych odmętów.

Parowiec Britannia

Podróż była niezwykle uciążliwa i obfitowała w chwile, raz to euforii, a innym razem smutku, zwątpienia i poczucia bezsensu. Nowość i wyjątkowość tej sytuacji rodziła w Dickensie  romantyczne porównania i zachwyty: Mrok, przez który wielka czarna bryła przebija sobie pewną i nieomylną drogę; gwałtowny pęd wody, wyraźnie dosłyszalny, lecz słabo dostrzegalny; szeroka, biała, iskrząca się smuga w kilwaterze statku. Marynarze na wachcie u przodu statku, co byliby zaledwie widzialni na tle ciemnego nieba, gdyby nie zasłaniali sobą jakiejś plejady jarzących się gwiazd. Sternik u koła sterowego z oświetloną przed sobą mapą, jasną plamą blasku wśród ciemności – niby jakaś czująca istota o boskiej przenikliwości i rozumie. Melancholijne wzdychanie wiatru pośród bloków, lin i łańcuchów. Prześwitywanie światła z każdej szpary, wnęki i z najdrobniejszego szkiełka na pokładach, jakby statek płynął napełniony ukrytym ogniem, co gotów buchnąć z każdego otworu, szalony w nieodpartej potędze śmierci i zniszczenia. Również na początku, i to nawet wówczas, gdyśmy się już oswoili z godziną, co czyni każdą rzecz wyższą i bardziej tajemniczą, trudno nam było – pogrążonym w samotności i zadumie – sprowadzić wszystko do właściwych kształtów i zarysów. Zmieniają się one zależnie od gry wyobraźni. Zaczynają przypominać rzeczy, któreśmy zostawili za sobą gdzieś daleko, udają dobrze nam znany widok ulubionych miejsc serdecznie drogich, a nawet zaludniają je cieniami. (Ch. Dickens, Notatki z podróży do Ameryki, t. 1, przeł. B. Czerwijowska, Warszawa 2020, s.19-20) Wyobraźnia ludzka reaguje na mrok niezwykle dynamicznie i najczęściej generuje obrazy katastrof i zagrożeń. Podobnie było z Dickensem, który przedstawił przedzieranie się okrętu jak tytaniczną walkę potworów: Nigdy nie zapomnę, jak statek pracowicie przedzierał się tej nocy przez wzburzone morze. „Czy może być kiedy gorzej niż teraz?” – słyszałem często takie pytanie, gdy wszystko wokoło osuwało się i zderzało i gdy możliwość, by w ogóle coś, co pływa, było bardziej przerzucane, a nie przewróciło się i nie poszło na dno, zdawała się prawie niepojęta. Najżywsza zaś wyobraźnia nie potrafi sobie wystawić, czym jest podrzucanie parowca w burzliwą noc zimową na rozszalałym Atlantyku. Nie wyrażę tego, choć powiem, że zostaje on powalony na burtę między fale, z masztami pogrążonymi w wodzie, że się podrywa i znów przetacza na drugi bok, aż wreszcie wzburzone morze uderza weń z hukiem stu ciężkich dział i odtrąca go wstecz. Że przystaje, słania się i dygoce jak ogłuszony, a potem z gwałtownym pulsowaniem  w sercu miota się naprzód niby potwór dźgany ościeniem aż do szału, że rozszalałe morze bije go, tłucze, miażdży i skacze nań z furią. Że grzmoty, błyskawice, grad i ulewa, i wichura wiodą z nim srogi bój o zwycięstwo, że każda deska statku wydaje swój jęk, każdy gwóźdź – zwój zgrzyt, a każda kropla wody wielkiego oceanu swoje wycie – opisać to wszystko jest niczym. Lęk łączy się tutaj z fascynacją siłami natury i wytrzymałości okrętu, który wolno posuwa się do przodu. Tuż przy wejściu do Halifaxu, pilot popełnia błąd i jednostka na krótko osiada na mieliźnie, a potem musi lawirować pomiędzy rafami. W końcu podróżni schodzą na ląd, a choć jest noc, czują podniecenie, widząc zabudowania, ludzi i liczne światła na brzegu.

Dziewiętnastowieczny Boston

Dalsza trasa wiedzie do Bostonu, gdzie Dickens natychmiast zaczyna zapoznawać się ze społecznością amerykańską, dziwi się ilości wyznań i różnorodności architektonicznej kościołów. Zapraszany do wielu miejsc, odwiedza między innymi zakład dla niewidomych dzieci i opisuje heroiczne zmagania małej dziewczynki Laury Bridgman, która straciwszy wzrok, słuch, węch i smak, tylko przy pomocy dotyku nauczyła się porozumiewać z otoczeniem. Istota ta – tak godna podziwu – staje się bohaterką pierwszych amerykańskich dni pisarza i zyskuje jego wielką sympatię. Bytując w mroku i ciszy, nauczyła się czytać wypukłe litery, rozpoznawać przedmioty, a nade wszystko artykułować swoje uczucia i doznania dzięki alfabetowi palcowemu. Pisarz zauważył niezwykłą ruchliwość i migotliwość Bostonu, miasta położonego nad rzeką Charles, wpadającą do zatoki Massachusetts, będącą częścią znacznie większej Zatoki Maine i chronioną przez liczne wysepki, moczary i mielizny przed sztormami Atlantyku. Starczy spojrzeć na stare ryciny, by zdać sobie sprawę jak wiele statków obsługiwał ten port w połowie dziewiętnastego wieku i jak szybko rozwijało się tam niskie budownictwo mieszkalne i użyteczności publicznej. Dickens odwiedza domy poprawcze dla dziewcząt i chłopców, gdzie przywraca się młodzież społeczeństwu przede wszystkim poprzez pracę. Ogląda też bostońskie domy dla obłąkanych, gdzie dziwi go to, że pensjonariusze podczas posiłków i wykonywanych prac, mają do dyspozycji noże, widelce i ostre narzędzia. Jako pisarz stale analizujący zachowania ludzkie i snujący w swych utworach refleksje na ich temat, Dickens nie omieszkał odwiedzić też sądu, uczestniczyć w kazaniu kapłana z przeszłością marynarską i używającego w swych mowach słownictwa marynistycznego, a także brał udział w licznych „proszonych obiadach”, na których królowały dymiące steki i wazy pełne żurawiny. Odnotował też istnienie w Bostonie całkowicie bezużytecznego teatru, do którego chodzi kilka pań do towarzystwa i opisał bar z hotelem, w którym przebywał razem z żoną. Przez cały czas pisarz porównuje instytucje amerykańskie z angielskimi, najczęściej chwaląc otwartość i sprawiedliwość tych zza oceanu. Nie waha się też krytykować zachowań i poglądów, jak wtedy, gdy rozprawia się z źle rozumianym transcendentalizmem:  Owoce ziemi czerpią swą siłę ze zgnilizny i rozkładu. Z mierzwy tych wszystkich zjawisk wystrzeliła setka filozofów zwana transcendentalistami. Gdy spytałem, co by mogła przypuszczalnie oznaczać ta nazwa, dano mi do zrozumienia, że wszelka rzecz niezrozumiała będzie z pewnością transcendentalna. Ponieważ to wyjaśnienie małą mi dało pociechę, prowadziłem dalej moje dochodzenie i odkryłem, że transcendentaliści to wyznawcy mego przyjaciela pana Carlyle’a – albo powinienem raczej powiedzieć, jego zwolennika Ralfa Waldo Emersona. Człowiek ten napisał tom „Szkiców”, w których między wielu innymi rzeczami wysnutymi z marzeń i fantazji (niechże mi te moje słowa wybaczy) znajduje się znacznie więcej myśli słusznych i męskich, uczciwych i śmiałych. Transcendentalizm miewa niekiedy swoje dziwactwa (a któraż szkoła filozoficzna ich nie ma?), ale mimo tych chimerycznych myśli ma swoje zalety. Nie najmniejszą z nich jest serdeczna niechęć do obłudy i zdolność tropienia tejże wśród miliona odmian jej wiekuistych przebrań. Toteż, gdybym był bostończykiem, sądzę, że zostałbym transcendentalistą.  Końcowy żart miał tutaj złagodzić dość ostrą krytykę, ale w gruncie rzeczy tylko ją wzmocnił, ustawiając tego typu poglądy w jednym szeregu z innymi dziwactwami mieszkańców Bostonu – pierwszego amerykańskiego miasta, które zobaczył autor Klubu Pickwicka i Oliwiera Twista.

DRAGON WYSTARTOWAŁ

Start rakiety kosmicznej Dragon, wyprodukowanej przez prywatną firmę Elona Muska SpaceX. Pierwsze podejście sprzed trzech dni nie udało się i kosmonauci musieli wyjść z kapsuły, a prezydent Donald Tramp i inni oficjele przybyli na przylądek Canaveral niepotrzebnie. Wszystko tutaj jest rewolucyjne – kształt kapsuły w formie ściętego stożka, nowe skafandry kosmiczne i powrót modułów nośnych na specjalną barkę, zakotwiczoną na oceanie. Do orbitalnej, międzynarodowej stacji kosmicznej polecieli dwaj kosmonauci – Robert Behnken (50) oraz Douglas Hurley (54) – mający ogromne doświadczenie w lotach kosmicznych. Wszak wcześniej uczestniczyli oni w lotach promów kosmicznych Endeavour i Atlantis, a ciekawostką jest to, że ich żony także są astronautkami, które spędziły wiele godzin w kosmosie. Media na całym świecie obwieściły początek nowej ery  w zakresie badania Układu Słonecznego i wszechświata, ale na to chyba jest jeszcze za wcześnie. Wiadomo jak labilne bywają prywatne środki finansowe, a kolejne katastrofy, powstrzymują rozwój kosmonautyki na wiele lat. Na razie mamy do czynienia z jednym udanym startem i miejmy nadzieję bezpiecznym powrotem na Ziemię. Choć firma Muska ma ogromne ambicje i zapowiada załogowe loty na Marsa, wszystko zweryfikują ewentualne sukcesy lub porażki kolejnych misji.

Kosmonauci misji Dragona – po lewej Douglas Hurley, po prawej – Robert Behnken

NATURA

Człowiek późno poznaje naturę. Człowiek miejski dlatego, że żyje z dala od niej, wiejski – bo nazbyt blisko. Ale natura jest najważniejszą szkołą i człowiek zbyt późno zdaje sobie sprawę z tego, że to co ludzie nazywają „rozwojem”, nie jest w istocie niczym innym, jak tylko dokonującym się okrężną drogą naśladownictwem „wynalazków” urzeczywistnionych już przez inne istoty – owady, zwierzęta, ptaki, kwiaty – żyjące na ziemi od znacznie dawniej. Możliwe więc, że istnieje poezja kwiatów, podobnie jak istnieje muzyka ptaków, technika strukturalna roślin i zwierząt.

Sándor Márai, Dziennik 1967-1976, wyb. przeł. i oprac. Teresa Worowska, Warszawa 2019. s. 70.

EMPATIA

Czytam niezwykła książkę pt. Corvus – Życie wśród ptaków, szkockiej pisarki Esther Woolfson, której rodzina pochodziła z Europy Środkowej. Ta niezwykle interesująca kobieta, która studiowała sinologię na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie i w Edynburgu, byłaby zapewne wymarzoną żoną dla każdego ornitologa, a to za sprawą jej miłości do ptaków i przyrody. Opiniotwórczy „The Obserwer” pisał, że Woolfson ma dwie najważniejsze cechy autora książek przyrodniczych: bystre oko i nienasyconą ciekawość. „Corvus” rozprawia się z powszechnym przekonaniem, że tylko rzadkie i egzotyczne zwierzęta zasługują na uwagę i ochronę. Autorka opowiada o swoich fascynacjach ptakami krukowatymi, ze szczególnym uwzględnieniem gawronicy imieniem „Kurczak”, którą przygarnęła, gdy była jeszcze pisklęciem. Są też liczne refleksje związane ze sroką „Pyskacz”, wroną „Ziki”, a w dopowiedzeniach znajdziemy też informacje o stosunku znanych i wielkich ludzi do ptaków. I tak w opowieści o zdolnościach językowych i muzycznych szpaków pojawia się Mozart: Na duchu podniósł mnie Pliniusz: „teraz, kiedy to piszę, mają młodzi Cezarowie szpaka oraz słowiki, dające się nauczyć po grecku i łacinie, poza tym codziennie ćwiczące i ciągle wymawiające nowe wyrazy, nawet dłuższe zdania.” Mozart także trzymał w Wiedniu szpaczka kupionego za trzydzieści cztery grajcary w 1784 roku. Dziwnym trafem jeszcze w sklepie zoologicznym ptaszek nauczył się gwizdać całe takty z koncertu fortepianowego G-dur KV 453. Ponieważ utwór dopiero co został skomponowany, nie jest jasne, w jaki sposób szpak poznał melodię, lecz przypuszcza się, że usłyszał pogwizdywanie Mozarta, podczas jego wcześniejszych odwiedzin (co dowodzi nadzwyczajnych umiejętności naśladowczych tych ptaków). Kompozytor zanotował pieśń szpaka i zrobił dopisek: Das war schön! Co ciekawe jednak, śpiewak samowolnie zmienił jedną nutę, g na gis, poprawiając (albo wręcz przeciwnie) dzieło wielkiego artysty. (Behawioryści badający zdolności szpaków twierdzą, że późniejsze dzieło Mozarta, divertimento KV 522, czyli „Żart muzyczny”, było inspirowane śpiewem ulubieńca i miało unieśmiertelnić jego geniusz).  Woolfson dokumentuje swoją wielką cierpliwość i empatię, jaką  miała dla ptaków, które ucząc się jej domu, dawały jej też wiedzę o swoich zachowaniach, częstokroć dziwnych i trudnych do zrozumienia. Znamienne tutaj są lęki, które można zrozumieć dopiero po długich obserwacjach: Lęki krukowatych bywają rozmaite: nabyte i wrodzone, zarówno racjonalne, jak i irracjonalne. Laureat Nagrody Nobla, przyrodnik Konrad Lorenz w swojej książce o zachowaniach zwierząt „Rozmawiał z bydlątkami, ptakami i rybami” opisał reakcje kawek na czarny powiewający przedmiot, który trzymał w ręku (były to kąpielówki). Natychmiast został otoczony przez chmarę wściekłych ptaków: wszystkie próbowały go dziobnąć, ponieważ wzięły skrawek materiału za jednego ze swoich, martwą kawkę. Książka szkockiej autorki skrzy się od takich wspaniałych dopowiedzeń i obserwacji, bo mieszkanie z ptakami zawsze związane było u niej z obserwacjami naszych „braci mniejszych”: Mimo wspólnie przeżytych lat Kurczak pod wieloma względami nadal jest dla nas zagadką. Na przykład zmysł wzroku gawrona bardzo różni się od ludzkiego. Ptaki mają najlepszy wzrok ze wszystkich kręgowców; umiejscowienie oczu w czaszce wpływa między innymi na zdolność do wypatrywania drapieżcy albo zdobyczy. Szponiaste i sowy, z oczami z przodu głowy, widzą stereoskopowo jak ludzie, podczas gdy choćby gołębie, z oczami po bokach głowy, często padające łupem drapieżników, widzą monokularnie: każde oko postrzega inny przedmiot. Monokularność zwykle rozszerza pole widzenia: niektóre ptaki, na przykład słonka (o oczach przesuniętych w stronę tyłu głowy), precyzyjniej postrzegają to, co przed nimi. („Mogłaby ci lepiej opowiedzieć, gdzie była, niż dokąd się wybiera” – napisał zasłużony politolog i autor książek przyrodniczych Louis J. Halle). Podczas gdy wzrok człowieka ograniczony jest trzema rodzajami barwników występujących w czopkach, ptaki mają cztery lub pięć rodzajów czopków, wrażliwych na szersze spektrum fal światła, w tym ultrafiolet, dzięki czemu widzą one dwa razy więcej kolorów niż ludzie. Potrafią także rozróżniać długość fal w widmie ultrafioletu, co pomaga im podczas żerowania, gdyż wychwytują całą paletę odcieni w swoim otoczeniu. Szponiaste, choć wyróżnia je najostrzejszy wzrok spośród wszystkich ptaków, prawdopodobnie odbierają mniej barw niż wróblowate. Książka Woolfson napisana została z zacięciem eseistycznym, a warto tez pamiętać o filologicznych zainteresowaniach autorki, która z taką samą oczywistością przywołuje opinie uznanych przyrodników, jak i opowiada o największym angielskim romantyku: Lord Byron, choć oczywiście zasłynął czymś zupełnie innym, miał najwyraźniej eklektyczny gust – zarówno, gdy chodziło o ludzi, jak i o zwierzęta. Z listu Shelleya, który odwiedził przyjaciela w Rawennie, wiemy, że lord dzielił dom z psami, małpkami, kotami, pawiami, perliczkami, orłem, sokołem, koronnikiem szarym i wroną. W swoim dzienniku pod datą 5 stycznia 1821 roku Byron opisuje karmienie sokoła i „potulnej (ale  n i e o s w o j o n e j) wrony”. Dzień później żali się, że jego ulubienica została skaleczona: „Wrona kuleje na jedną nogę – nie wiem, jak to się stało – jakiś dureń nastąpił jej na łapkę”. Codziennie przechodzę obok pomnika Byrona. Od 1794 roku przyszły pisarz, który mieszkał tutaj z matką, uczył się w Aberdeen Grammar School. Choć zabawił w tych murach niedługo, jego okazały pomnik z brązu wznosi się dumnie nad granitową fasadą szkoły. Kiedy mijam postać poety, zawsze go pozdrawiam. To, co o nim mówiła lady Caroline Lamb, jest mi obojętne. Troska o pazurek wrony nie najgorzej świadczy o człowieku. Jakże konkretna, a zarazem zabawna, jest końcowa konstatacja miłośniczki ptaków, pomijająca zdanie kochanki Byrona (która miała go za człowieka złego, szalonego i niebezpiecznego), a wskazująca na wagę empatii poety dla skrzywdzonej wrony. Książka Esther Woolfson jest przebogata i stanowi prawdziwą ucztę dla ornitologa – od dygresji i fachowych obserwacji, poprzez informacje niezbędne dla zrozumienia skrzydlatych mieszkańców przestworzy. Liczne są też porównania zachowań i budowy części anatomicznych człowieka i ptaków, jak choćby w przypadku najważniejszego naszego organu: Centralny układ nerwowy jest podobny u wszystkich kręgowców. Mózg ludzki i ptasi mają wspólną historię i wiele funkcji sprawia wrażenie analogicznych. A jednak organy wyglądają zupełnie inaczej. Powierzchnia ptasiego mózgu jest gładka, ludzkiego – pofałdowana, ze zwojami i bruzdami, gyri i sulci. Mózg ptaków ma to, co tym zwierzętom jest najpotrzebniejsze – czyli duże przodomózgowie, móżdżek zawiadujący mięśniami niezbędnymi do latania i dobrze rozwinięte płaty wzrokowe. Połączenia neuronów umożliwiające złożone zachowania działają prawdopodobnie na identycznych zasadach u nich i u nas, a pewne części ptasiego mózgu mają właściwości, których brakuje naszemu: zdolność do neurogenezy, czyli odnawiania się komórek, okresowe zmiany wielkości hipokampu (obszaru związanego z pamięcią), który pod wpływem intensywnego uwalniania melatoniny powiększa się jesienią (gdy od efektywnego zdobywania, a następnie ukrywania pokarmu zależy przetrwanie mrozów). Niektóre gatunki ptaków cechuje, podobnie jak człowieka, wysoki wskaźnik stosunku masy mózgu do masy ciała (encefalizacji), sugerujący proporcjonalny iloraz inteligencji. Świat pełen jest ptaków i trudno wskazać takie miejsca, gdzie ich nie znajdziemy – autorka nawiązuje jednak do przestrzeni, w których człowiek spowodował ich wyginięcie i ostateczne zamilknięcie: Milczenie ptaków jest jedną z rzeczy, których powinniśmy obawiać się najbardziej. Wróży katastrofę. Taka cisza zalega na jałowych, skażonych terenach – na morzu zanieczyszczonym ropą albo na ziemiach zatrutych pestycydami. Kojarzy się z wojną i zagrożeniem wojną, z klęskami żywiołowymi – suszą, powodzią, nadejściem kolejnego zlodowacenia. Milczenie ptaków to nieobecność ptaków. Książka szkockiej pisarki jest hymnem pochwalnym dla ptaków i dla ludzkiej empatii, będącej przejawem zainteresowania stworzeniem i kreatywnością procesów ewolucyjnych. To zarazem wskazanie, że nie jesteśmy jedynymi mieszkańcami naszej planety, a choć mieliśmy okres łowiecki w historii naszego gatunku, kiedy to zabijaliśmy dzikie zwierzęta w celu zaspokojenia głodu, to obecnie stały się one naszymi partnerami, a często też przyjaciółmi. Zakończmy te rozważania na temat mojej lektury wskazaniem pisarki, które wydawać się może oczywiste, ale po głębszym zastanowieniu, staje się rodzajem niezbędnego i stale aktualnego przypomnienia: W kilku zaledwie miejscach na Ziemi nie ma ptaków. Znajdziemy je nawet na tych obszarach, o których sądzimy, że są zbyt niedostępne, zbyt wysoko położone, zbyt zimne albo gorące. Nieubłagany klimat Arktyki nie odstrasza górniczka, kruka, śnieżycy dużej, sowy śnieżnej, rybitwy popielatej, pardwy górskiej czy poświerki. Antarktydę zamieszkują pingwiny, wydrzyk antarktyczny, rybitwa antarktyczna, albatros, pochwodziób żółtodzioby oraz czarnodzioby, petrel antarktyczny. W najwyższych górach, Himalajach i Ałtaju, żyją ułar tybetański, himalajski, kaukaski, kaspijski i ałtajski, orzeł przedni, orłosęp brodaty, sęp płowy i ibisodziób. Na pustyni występują lelkowate, sieweczka pustynna, brzegówka, stepówka, kruk, kukawka kalifornijska… Wszędzie niosą się głosy ptaków – w mroźnym i rozgrzanym powietrzu. Ptasia pieśń, nierozerwalnie związana z człowiekiem, jest niezbędna naszej synestetycznej pamięci. Podobnie jak zapach czy obraz, wywołuje nagły błysk wspomnienia: ogrodu, lasu, wrzosowiska, portu. Ta obecność ptasich głosów jest nam tak samo potrzebna jak inne elementy naszego świata, a ich zamilknięcie zawsze wróży coś niepokojącego – zbliżanie się drapieżnika, naruszenie systemowe, zachód słońca i nadejście nocy. Rację ma autorka, gdy przypomina i fascynuje się wielorakością głosów w naturze: Ptasia pieśń jest zjawiskiem, które imponuje pod każdym względem. To nieskończenie wiele odcieni i subtelności: dialogi, duety, mimikra poprzez naśladowanie cudzego śpiewu, ostrzeżenia, pozdrowienia, wiadomości, których nie potrafimy jeszcze zrozumieć. Ptaki używają głosu podobnie jak my: aby obwieścić swoją obecność, wyrazić radość, zaalarmować, uwieść, odstraszyć, okazać strach lub dać upust innym emocjom. Warianty melodii, liczba pieśni w repertuarze wprawiają w osłupienie – zięba zna sześć różnych pieśni, słowik dwieście, przedrzeźniacz rudy dwa tysiące. Na jedną linię melodyczną, którą uważamy za charakterystyczną dla określonego gatunku, składają się nawet setki nut. Na modyfikacje częstotliwości, tonacji wpływają kontekst sytuacyjny oraz geograficzny. Na przykład ptaki morskie, nawołujące się w stadzie, robią potworny hałas. Głos maskonura to coś pomiędzy wyciem potępieńca a jazgotem piły łańcuchowej. Rybitwy popielatej – wysoki, natarczywy pisk. Petrela – głośna czkawka. Kormoranów – krztuszenie się albo donośny dźwięk fagotu. Razem tworzą one orkiestrę z piekła rodem, grającą na instrumentach ze złomowiska. Faktycznie – nie wszystkie pieśni są pieśniami. Istnieją również klekoty, stukoty, warkoty i gwizdy, rozmaite komunikaty wydawane dziobami, skrzydłami, stopami… Odkładam książkę Woolfson z żalem, bo każda jej strona jest fascynującą przygodą czytelniczą, nie tylko dla ornitologa – dla każdego poszukiwacza źródeł i sensu, natury i kultury, początku i końca spraw tego świata.

______________

Esther Woolfson, CORVUS Życie wśród ptaków, przeł. A. Pluszka i J. Wajs, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2012, s. 328.

LECHOŃ O MIŁOSZU…

Waszyngton 1948

Sylwetki czterech pisarzy w Zniewolonym umyśle – wspaniałe, określenie „europejski” świetnie przystaje do tego Miłosza, który jest tak bardzo niepolski. Jest to arcydzieło analizy psychologicznej, która nie jest psychoanalizą, przy czym styl, jakiego żaden inny z naszych pisarzy nie ma – tutaj oszczędność naprawdę robi wrażenie ukrywanego bogactwa. Ale przeczytawszy to wszystko, robi się zimno na sercu, podziwia się tego Miłosza, ale zarazem ma się dla niego prawie litość – albo strach przed nim. Ta inteligencja jest jak nóż ostra, ale też jak nóż zimna i okrutna. Myśli się sobie, czy on się kiedyś popłacze, rozryczy właśnie nad sobą, czy zrozumie, że jest właściwie nieszczęśliwy, tak chroniąc ten swój talent przed wszystkimi nieszczęściami, przed wszystkim, co by mogło właśnie zrobić z niego jego wymarzonego siebie, tego wielkiego Miłosza.

Jan Lechoń, Dziennik, t. 3, Warszawa 1993, s. 843.

« Older entries

%d blogerów lubi to: