TADEUSZ WYRWA-KRZYŻAŃSKI (1947–2019)

23 maja zmarł w Pile Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, mój serdeczny przyjaciel, artysta, krytyk, prozaik i poeta, człowiek wielu talentów, przez wiele lat obecny na łamach licznych periodyków, uczestnik wielu festiwali literackich, kongresów i sympozjów. Wydał kilkadziesiąt książek, kilka tek graficznych, a jego wystawy w Polsce i za granicą zawsze były wielkim wydarzeniem. Przez lata był wizytówka kulturalną ziem nadnoteckich, a szczególnie Czarnkowa, gdzie się urodził i Piły, z którą związał się już w czasach młodości. Pierwszy raz spotkałem go podczas wieczoru poetyckiego w Staromiejskim Domu Kultury w Warszawie, w październiku 1985 roku i były to okoliczności dosyć szczególne. Akurat na starym mieście w Warszawie miały miejsce demonstracje i wszędzie było pełno zomowców, a szczególnie obstawione zostały ulice wokół katedry i rynku. Jakoś przedostałem się do klubu i tam też pojawił się Tadziu razem ze Zdzisławem Smektałą i Andrzejem Lenartowskim. Dopiero co otrzymałem w Krakowie niezwykle prestiżową Nagrodę Imienia Andrzeja Bursy, sporo publikowałem w dziesiątkach periodyków i trochę było wokół mnie absurdalnego szumu. Na spotkaniu doszło między nami do konfliktu, który po latach wspominaliśmy z uśmiechem i całą sytuację tłumaczyliśmy nadużyciem alkoholu. Tak, nie wylewaliśmy go za kołnierz i w następnych latach sporo moich spotkań z Tadziem było sowicie zakrapianych, a to w Gnieźnie, a to w Czarnkowie, Pile, Poznaniu, kilka razy w Warszawie i jeszcze w wielu innych miejscach. Szybko zacząłem też recenzować jego książki, a on odwdzięczał mi się zaproszeniami na imprezy, które organizował. Łatwo dostrzegłem, że jest to osobowość niezwykła, daleko wykraczająca poza ramy regionu, w którym żył i tworzył. Pisałem  wtedy: W poezji Tadeusza Wyrwy-Krzyżańskiego stykają się ze sobą dwie płaszczyzny: semantyczna i strukturalna, które są ze sobą sprzężone. Język służy doświadczeniu, a doświadczenie jest poligonem języka. Poeta jakby sprawdzał siebie i swoje narzędzia penetracji w sytuacjach krańcowych i prozaicznych. Rzeczywistość postrzegana i przeżywana determinuje tu ostateczny kształt wiersza, nieomal porządkuje jego strukturę. Poeta czuwa tylko nad ostatecznym jego wyrazem. Jednocześnie – już w trakcie powstawania czy tworzenia się wiersza – wskazuje te sfery języka, które stają się polifonią, harmonią albo dysharmonią. Autor tworzy swoje wiersze z fragmentów i segmentów ocalonej rzeczywistości; buduje z nich  dom  i  stara się wzmocnić już istniejące konstrukcje. Dom, to naczelna obsesja tej poezji – do domu autor wraca i z domu ucieka, pragnie jego ciepła i buntuje się przeciwko ludziom, którzy odgradzają go od czterech ścian. Narrator wierszy jest tym, który niejednokrotnie „oberwał” od życia, tym, który często nie miał co ze sobą począć i nie wiedział dokąd pójść. Dlatego zawsze wracał do domu, czując przyspieszony łomot serca, czując ściśnięcie gardła. I wcale dom nie musi być budowlą z cegieł i betonu – może być czystym pięknem, może być ciepłem zaklętym w kobiecie: Nawet w tej chwili nagiej przeżera mnie idea/ domu: chcę w tobie pomieszkać, chcę w tobie/ jak w mężczyźnie/ kobieta, jak w człowieku – może – człowiek./ Ubierz się,/ w tę starą sukienkę/ ze zmiętej dobroci,/ mój domu. Poeta jakby wracał z wielkiego wysypiska kultury, jakby na wielkie śmietnisko znaczeń podążał. Jego świat jest pozbawiony jednoznacznie określanych wartości, w jego rzeczywistości jednostronne wartościowanie skazane jest na przegraną. Po odrzuceniu kultury, wartość ma tylko egzystencja, nawet literatura jest ledwie poletkiem, zapuszczonym ogrodem. Poeta nie przykłada już do niej wagi, tak jak nie obchodzą go różnorakie, nagminnie wygłaszane sądy i mądrości. Zmieniła się sytuacja i twórca może powiedzieć: (…) już nie/ czytamy ich/ recenzji./ Nie wlecze się za nami pawi ogon,/ ze śmietniska targów. Kultura legła w gruzach, wszędzie spotkać można tylko rumowiska. Zabiła kulturę lawina informacji, masowość, powielanie danych w nieskończoność i ich reprodukowanie. Tajemnica i piękno dzieła sztuki stały się pojęciami niezrozumiałymi dla pojedynczego konsumenta kultury. W takiej sytuacji człowiek wrażliwy i pragnący obcować z pięknem, zwraca się w stronę prawdziwej poezji, naznaczonej stygmatami cierpienia i wiary – poezji powstającej na rumowiskach, odradzającej się po wielkim kataklizmie czasu i przestrzeni. Jedynie język i wyobraźnia zdołały oprzeć się destrukcyjnej sile mass-mediów, i to w nich właśnie zawiera się prawda o człowieku, prawda o świecie.

Wyrwa-Krzyżański tropi słowa, przeszukuje przebrzmiałe zwaliska znaczeń, dokopuje się do ukrytych sensów. Jego wzrokiem wewnętrznym jest wyobraźnia, głucha na kakofonię rzeczywistości, niemalże dziewicza, generująca obrazy pogranicza snu i przedśmiertelnego, bolesnego rozmycia wizji. Imaginacja poety nie zna żadnych ograniczeń, prowadzi go na sam szczyt śmietniska dwudziestowiecznej kultury. Tutaj walają się zdezelowane aforyzmy, skorupy przemówień i rozbite zegary zgasłych dni. Tutaj znaleźć można portrety dawnych wielkich tego świata, tutaj też kwilą cichuteńko dzieci, które się nie urodziły i wiersze, którym nigdy nie było dane zasmakować ludzkiego brzmienia. Poeta zbiera wszystkie te rupiecie do jednego worka, a potem w  domu  tworzy z nich nowe, inne całości. Modyfikuje znaczenia i nadaje inny sens słowom potocznym. Tak powstaje swoista poetycka „sklejanka”, zestaw wierszy, gdzie sąsiadują ze sobą odniesienia do zapisów czasu komór gazowych, polscy monarchowie, złote krzyżyki zawieszone na łańcuszkach, pytanie o istnienie Boga, narkomani i stary, wykoślawiony mit. Ten katalog, ten scrap-book wierszy, to dom najtrwalszy. W jednym z pożegnań z czytelnikiem, Wyrwa-Krzyżański, szeptem, ale dobitnie to przypomina: Powtarzam dramatycznym szeptem, aż i to odrzucicie/ na śmietnik: umocnijmy dom w sobie. Co ja teraz/ robię? W popielisku wartości szukam małej cegły/ żaru. I te wiersze, i te wiersze, i te wiersze/ też (…). Obsesje literackie Tadeusza orbitowały wokół domu i przestrzeni zabudowanych – próbując przez wiele lat stworzyć bezpieczną enklawę do życia, osiągnął to dopiero w związku małżeńskim z Asią, z którego urodziła się piękna córka. No, ale jak to bywa w życiu, nadeszły trudne doświadczenia i choroba poety odmieniła wszystko. Ale nie zaprzestał pisania i rysowania, zdając sobie sprawę z własnych ograniczeń, zwolnił tempo, chociaż i tak było ono znacznie szybsze niż u innych artystów i malarzy. Nie można tutaj nie wspomnieć o arcydziełach rysunkowych, które Tadziu tworzył z niezwykłą lekkością i pasją. To były surrealistyczne wizje, realizowane najczęściej czarnym tuszem i piórkiem, przy wykorzystaniu kreski najdelikatniejszej z delikatnych, to była poezja zapisana w inny sposób.

Tutaj też pojawiały się tematy, które wyodrębniałem przy okazji analiz poetyckich: Wyrwa-Krzyżański niejednokrotnie podkreślał i zaznaczył to nawet w tytule jednego ze swoich tomów – Siwe dziecko – że doświadczenie dzieciństwa było dla niego przeżyciem inicjacyjnym. Tam, w okolicach Czarnkowa, pośród nadnoteckich wzgórz i rozlewisk, odczuł po raz pierwszy cudowność przestrzeni, w jakiej bytujemy – tam zrodziła się jego wrażliwość i nieustająca potrzeba podróży, wędrowania przez świat i poprzez samego siebie. Permanentnego odkrywania i dopełniania tego, co bolesne, tego co ostateczne. Bo, dodajmy tutaj od razu, owo dzieciństwo było też doświadczeniem traumatycznym i wycisnęło bolesne piętno na poecie i jego bohaterach lirycznych. Było niczym odciśnięcie pieczęci w kształtującej się wyobraźni i  świadomości. Dziwna to była pieczęć, bo raz miała kształt hostii, a kiedy indziej stawała się czarnym kołem, raz była okiem opatrzności, a zaraz zmieniała się w ślepie demona. Była przekleństwem i błogosławieństwem zarazem i kazała iść, poprzez krajobrazy świata i poprzez przestrzenie kolejnych książek, poprzez ruiny i poprzez ogrody. Nie bez powodu poeta w wierszu o Freudzie, wprowadzając do wiersza elementy psychoanalizy, momentalnie neguje je jako pomocne w próbie odnalezienia samego siebie. Jego maksyma jest tyleż trywialna co oczywista i tyleż doraźna, co ostateczna – ból. Tak, ból każdego wyleczy ze złudzeń, bo ból jest stanem permanentnym ludzkiej świadomości. I jakby go nie tłumaczyć, jakby go nie demonizować czy idealizować, jest otwarciem i zamknięciem cudzysłowu – jest echem kosmicznej ciszy i milczeniem Boga. Dla takich obszarów wrażliwości i takich maksymalnych prób znalezienia sensu jest tylko jedna alternatywa – czułość. I poeta podchodzi do ludzi z czułością, z delikatnością, ale nie waha się też obnażać sztuczności, fałszu, zakłamania. Choć i wtedy robi to dla człowieka, dla jego przebudzenia.

Zwróćmy też uwagę na inny obszar poetyckich penetracji, który można by określić jako grę kulturową. Jej wyrazem są wprowadzane jednocześnie do wierszy tematy z obrębu kultury masowej i wysokiej. Tak iluzoryczna przestrzeń wewnętrznego pulsowania rozszerza się i poeta stara się umieścić swoje doświadczenie w perspektywie globalnej. Wykorzystuje do tego celu znane postaci z historii, literatury, sztuki i  albo prowadzi z nimi rozmowę, albo jakby mówi ich ustami. Zawsze jednak stara się zrozumieć świat, stara się przeniknąć materię, szuka d u c h a i podnosi głowę ku górze. Tam – wołanie/ ciszy nadchodzi z hieroglifów/ gwiazdozbiorów, tam rozciąga się wielka przestrzeń niewiadomej i nieogarniona zagadka przestrzeni. Poeta wędruje ze swoimi postaciami i swoimi odbiciami ku wciąż uciekającym dalom. Jawi mu się jakaś tajemna harmonia i dysharmonia zarazem, chciałby powiedzieć o mechanice dziejów i mechanice ludzkiej świadomości, ale wciąż coś staje mu na drodze, wciąż jakaś siła odpycha go na margines. To jest jakby siła odśrodkowa tak wirującej świadomości, która zaczyna rozumieć wszechświat, która zbliża się do Boga, a nie może już pojąć samej siebie. Oddala się od siebie i rejestruje tylko to, co postrzegają zmysły, co poezja wyodrębnia z pustki i oprawia w płonące i tandetne zarazem, ramki liryki. To jest dramat, to jest tragedia wrażliwości nieosiągalnej i nagle spadającej na człowieka w najmniej odpowiednim momencie. To jest świadomość gwałtownego spalania się – Ja, glina, nie/ nie sięgam wyobraźnią za fundament i kamień, spalam się/ i wypalam – na cegłę. Amen.  Poeta jakby pyta co zrobić z tą świadomością i z kim podzielić się bolesną wrażliwością? Z kobietą, przyjacielem, przygodnie spotkanym człowiekiem czy ze samym sobą. I jak umieścić ją pośród swoich miejsc, gdzie z fontann tryska popiół, a oczy dziecka ronią czarną łzę? Może tylko formuła nieistnienia może temu sprostać, może tylko w nim łka boleśnie zduszona prawda, która może jawić się właśnie tak: Poranek. Stoliczki. Lektura tutejszych gazet. Świat/ jest piękny. Ledwo w nim dwa nie wywiezione kubły, trzy zepsute żarówki i z przetrąconym skrzydełkiem/ wróbel. Ciągłe wydania specjalne, dokończenia/ w następnym wydaniu/ wieczności./ Ale i niebo nie jest z jednodniowego papieru,/ u jego fundamentów jest kamień węgielny/ księgi. Zwykłość i wzniosłość, westchnienie za wiecznością i kontemplacja brudnej teraźniejszości – oto dwa rewiry tej zdumiewającej liryki.

Ostatni raz widziałem się z Tadziem 19 października zeszłego roku, podczas jubileuszowej wystawy jego prac plastycznych i licznych fotografii jego publikacji prasowych i magazynowych. Dzięki uprzejmości Asi, zostałem zaproszony na wernisaż z okazji półwiecza pracy twórczej Tadzia i miałem tam dość spore wystąpienie, które zrekapitulowano w jednej z gazet wielkopolskich: Mamy tutaj do czynienia z wielką osobowością kultury nie tylko wielkopolskiej, ale kultury polskiej! Nie waham się powiedzieć, że mamy do czynienia z geniuszem. Bo tylko geniusz tak potrafi zawłaszczać świat i tak potrafi ten świat odzwierciedlać w swoich dziełach. Wiadomość o śmierci Tadzia dopadła mnie w Las Vegas i otoczenie, w którym właśnie się znalazłem, pełne blichtru i tandetnych imitacji, złotych hoteli, fontann i kopii rzymskich rzeźb, spotęgowało absurdalność tego, co się stało w Pile. Wróciłem z USA  w dniu pogrzebu przyjaciela i samolot z Frankfurtu wylądował w Bydgoszczy właśnie wtedy, gdy jego trumnę składano do grobu. Nie mogąc być realnie na tej ceremonii, starałem się być tam duchowo, szukałem nad chmurami przestrzeni łączących mnie z tym miejscem i tą chwilą. Żegnaj mój wspaniały przyjacielu, śmierć zafundowała ci ten marny, ostateczny dom, w którym twoje ciało zamieszka do końca czasu. Jakże szybko odchodzą przyjaciele, jakże trudno się pogodzić z ich nieistnieniem i ostatnim oddechem, jakże boli ich bezruch i rozpoczęty rozpad domów, które budowali. Żegnaj Tadziu, niebawem zaczną się chwiać i zburzą się nasze domostwa i wszyscy, jak jeden rozsypiemy się w pył, staniemy się martwą ruiną i może tylko z ocalałych kawałków cegieł ktoś, kiedyś, wzniesie nową budowlę.

Reklamy

PANTA RHEI

W poezji Krzysztofa J. Lesińskiego mamy do czynienia z rozświetleniem natury, która ma swoje tajnie i ornamenty i stanowi tło pulsujące intensywnego życia.  Staje się sacrum samym w sobie, najpełniej otwierającym się we wnętrzu poety, w tęsknocie wilgi, w ulotnej liryce chwil i w zapachu strzelistych sosen. To patrzenie na świat z określonej perspektywy wiekowej, z miejsc doświadczonych i zapamiętanych, a zarazem synteza tego, co w nim najistotniejsze. Poeta wie, że nie można przeciwstawić się destrukcyjnej sile czasu, ale próbuje utrwalić lśniące chwile w kryształach wierszy – pragnie zatrzymać w nich to, co było istotą dni i nocy, co miało określone barwy, zapachy, co dookreślał dotyk i głęboki namysł. Wciąż zatem wraca myślą do lat pierwszych, gdy jego wrażliwość kształtowała matka, dająca mu ciepło i poczucie bezpieczeństwa, zapewniająca mu wszystko to, co było niezbędne do życia.  W perspektywie wielu przeżytych lat to dalekie macierzyństwo staje się paradygmatem prawdziwego człowieczeństwa i poczucia jedności z rodziną ludzką.  Gdzieś w tle majaczy Bóg, jako symbol, jako realny człowiek ukrzyżowany przez Rzymian dwa tysiące lat temu i jako stwórca całego wszechświata. Jego wizja zmieniała się w miarę zdobywania doświadczeń i pokonywania kolejnych życiowych przeszkód, ale zawsze gdzieś był, czy to w radości zięby, czy w zapachu kwiatów, lśnieniu gwiazd, czy wreszcie w oczach pięknych kobiet. I w obecności matki, której nie ma już fizycznie, ale której energia jest stale wyczuwalna i nie zanika we wszechobecnej entropii. Jej istnienie zaprogramowało egzystencję syna i stało się fundamentem jego kolejnych działań, licznych życiowych sukcesów, ale też i gorzkich porażek. Nikt nie przechodzi przez życie bez potknięć, ale ważniejsze są kolejne dźwignięcia się z kolan i podążanie do przodu, istotna jest też umiejętność zauważania kamieni milowych, nowych inicjacji i otwierania się innych perspektyw. Matka daje dziecku schron swojego ciała, a potem prowadzi go w dal trzymając za rękę, by w pewnym momencie zwolnić uścisk i obserwować dalsze poczynania, doradzać  i czuwać nad jego rozwojem. Nieuchronnie też osuwa się w śmierć i tym samym uczy go, że każdy powinien zaakceptować starzenie się, utratę sił witalnych i rozpad. Zwykle rodzice pierwsi odchodzą z tego świata, zostawiając nam przesłanie – ja zaświaty potwierdzam/ ja/ im zaprzeczam – przypominane przez ich fotografie, pamiątki i artefakty, rezonowane przez nagrobki.

Jakże wzruszające są w tych wierszach refleksje syna, który wciąż wraca myślą do chwil, gdy czuł macierzyńską miłość matki i wiedział, że może w każdej sytuacji na nią liczyć. To są też dramatyczne liryki, potwierdzające nieuchronność rozstań, nieubłagalności czasu, który determinuje kolejne, ostateczne pożegnania – z matką, z ojcem, ze samym sobą. Wszystko płynie, wszystko przesuwa się do przodu i nigdy nie wchodzimy do tej samej rzeki, nigdy nie zatrzymamy nurtu zdarzeń. Zostają tylko wspomnienia, spośród których najwyrazistsze pojawiają się w refleksji poetyckiej, wyposażającej je w głębie metaforyczne i symboliczne. Tak młode zostaje młodym piękne/ pięknym aż/do zniszczenia fotografii – tak chwile rozkwitają i więdną, tak refleksja staje się coraz bardziej matowa, traci barwy i poszczególne elementy dawnego świata. Poeta szuka w rzeczywistości punktów oparcia, zaczepienia dla egzystencji i wyobraźni, ale wszystko rozmywa się we mgle, traci kontury i dawną wyrazistość. Młodość nie zna litości i pomija to, co istotne, nie zauważa barw i zapachów, determinowana przez moc hormonów, prze do przodu bez opamiętania i tylko staruszka w czerni/ z laską/ zatrzymała się/ przy krzewie jaśminowca/ przygięta do ziemi chorobą kręgosłupa/ z trudem wyprostowała się/ i z zachwytem powąchała/ ukwieconą gałązkę. To zatrzymanie jest symboliczne, bo unieruchamia na chwilę pęd życiowy i generuje obrazy pierwiastkowe, chwile jaskrawe jak młodzieńcza miłość, jak zmysłowość mokrego szczęścia. Nasze istnienie zaczyna się w akcie miłosnym dwojga ludzi, ale jego dalszy ciąg to cierpliwe wzrastanie w ciele matki, korzystanie z jej opiekuńczej pomocy. To narodziny w straszliwym bólu i potem poczucie jedności z jej ciepłem i czułością, z jej mądrą czujnością w każdym momencie i potrzebą wspierania kruchego bytu.  Lesiński w swoich wierszach przywołuje też wiele zmysłowych chwil, pełnych erotyki, bliskich seksualnym marzeniom młodzieńca i odważnym obrazom malarstwa francuskiego. To jeszcze jedno potwierdzenie, że macierzyństwo zaczyna się w miłości i rozpłomienieniu i matczyna opieka ma wciąż wiele z inicjacyjnej czułości, z magii dotyku i ciepła. I wtedy pojawia się też obraz ojca, bez którego nie byłoby nowego życia – obraz tego, kry pierwszy nią się zachwycił i obdarzył ją owocem, któremu dane będzie dojrzewać po jego tragicznej śmierci pośród śnieżnych pól Syberii. W tym kontekście zrozumiałe też są przekłady poszczególnych wierszy na język rosyjski, dające im możliwość zaistnienia na – niegdyś – nieludzkiej ziemi.

Ważna też jest w tej poezji perspektywa kosmiczna, wyodrębniająca spadającą gwiazdę, srebrny poblask lunarny na owocach śliwy i niewyobrażalne głębie wszechświata. Człowiek jest ich cząstką, tak jak kwitnące przebiśniegi, jak wielkie bory, rzepakowe rżyska, dziurawce, wrotycze, krwawniki, jak czułe spojrzenie matki i ostatnia myśl ojca. Poeta widzi piękno otaczającego go świata, ale też dokumentuje w wierszach jego rozpad, permanentną entropię, mającą swój początek w pierwszych sekundach istnienia kosmosu. Rozumie, że pojawił się w określonej sytuacji kosmogonicznej i akceptuje te reguły, chociaż nie przestaje zachwycać się ulotnym światem, w którym biała akacja pachnie/ słodko/ miodem/ pszczoły ciężkie/ od pyłku/ odwieczną grają melodię. Największym osiągnięciem liryki wielu epok jest odzwierciedlanie bolesnego pęknięcia, jakie pojawia się w chwili zachwytu, moderowanego wiedzą eschatologiczną. I tutaj mamy do czynienia z taką sytuacją – zjawiskowe obrazy natury, odniesienia do wielkiej sztuki, zderzają się z mrocznym pomrukiem dziejów, bezlitosnym dla śmiertelnych bytów i niwelującym wszystko, co starają się utrwalić. Wielka głębia przesłania matczynej miłości zderza się tutaj z ułomnością świata ludzkiego i poeta bezradnie pyta na końcu tomu: co mam zrobić mamo? To jest ta sama bezradność, która potrzebowała jej pomocy w chwilach wzrastania i dojrzewania dziecka, to jest ten sam etos człowieczeństwa, budzącego się do istnienia i stale szukającego wsparcia u innych bytów. Ale jest to też inne pytanie, pojawiające się od początku świata, w wielu przestrzeniach i wielu stuleciach, pytanie o sens egzystencji i realność tego, co przeżyliśmy i co jest wciąż naszym udziałem. Pytanie o Stwórcę wszechświata lub o pierwszą przyczynę i zasadę wszystkiego – pytanie o tę dziwną sytuację, nazywaną istnieniem, niemożliwą bez krążenia krwi w żyłach i kolejnych natleniających ją oddechów, nieprawdopodobną bez wsparcia rodziców i innych członków rodzin – niemożliwą bez wspomożenia wspólnoty ludzkiej. Rzeczywistość jest grą naszej świadomości, a jej postrzeganie uwarunkowane jest osobniczym doświadczeniem i dynamiką życiową, wiarą w siebie i w realność tego, co postrzegamy. Panta rhei – mówi Heraklit z Efezu i kreśli obraz wielkiej rzeki, stale zmieniającej swój nurt – co mam zrobić mamo? – pyta poeta u początku nowego stulecia, stający na brzegu tego symbolicznego szlaku wodnego, a choć wie, że jest to pytanie retoryczne, ma nadzieję usłyszeć raz jeszcze jej głos…

В поэзии Кшиштофа Я. Лесинского мы имеем дело с изображением природы, у которой есть свои тайны и орнаменты, и которая является пульсирующим фоном напряженной жизни. Она  сама по себе становится святыней, наиболее полно раскрывающейся в душе поэта, в тоске иволги, в мимолетной лирике мгновений и в запахе устремленных к небу сосен. Это взгляд на мир с определенной возрастной точки, из мест, пережитых и запомнившихся, и вместе с тем — синтез самого в нем важного. Поэт знает, что невозможно противостоять разрушительной силе времени, но он пытается записать блистательные моменты в кристаллах стихов — он хочет сохранить в них то, что было сущностью дней и ночей, что имело определенные цвета, запахи, что дополнялось прикосновением и глубоким раздумьем. Поэтому он постоянно мысленно возвращается к детским годам, когда его впечатлительность формировала мать, дающая ему тепло и чувство безопасности, предоставляющая ему всё, что необходимо для жизни.  С перспективы прожитых лет, это далекое материнство становится парадигмой истинной человечности и чувства единства с людским родом.  Где-то на заднем плане маячит Бог, как символ, как реальный человек, распятый римлянами две тысячи лет назад, и как создатель всей вселенной. Его видение изменялось по мере приобретения опыта и преодоления очередных жизненных препятствий, но он всегда где-то был, то в радости зяблика, то в запахе цветов, сиянии звезд или, наконец, в глазах прекрасных женщин. В присутствии матери, которой уже нет физически, но энергия которой постоянно ощущается и не исчезает в вездесущей энтропии. Её существование запрограммировало существование сына и стало основой его последующих действий, многочисленных жизненных успехов, а также горьких поражений. Невозможно пройти по жизни, не споткнувшись, но гораздо важнее  встать с колен и идти вперед, важна также способность видеть вехи, новые инициации и открывать иные перспективы. Мать дает ребенку убежище в своем теле, а затем ведет его вдаль, держа за руку, чтобы в определенный момент отпустить его и наблюдать за его дальнейшими начинаниями, давать советы и наблюдать за его развитием. Она также неизбежно движется к смерти и, таким образом, учит его тому, что каждый должен смириться со старением, утратой жизненных сил и распадом. Обычно родители первыми покидают этот мир, оставляя нам послание — «я загробный мир подтверждаю / я / его отрицаю» — которое напоминают их фотографии, памятные вещи и артефакты, которое звучит отголоском в надгробиях.

Как же трогательны в этих стихах размышления сына, который постоянно возвращается мысленно к тем мгновениям, когда он ощущал материнскую любовь и знал, что может рассчитывать на нее в любой ситуации. Это также драматическая лирика, подтверждающая неизбежность расставания, неумолимость времени, которое определяет очередные последние прощания — с матерью, с отцом, с самим собой. Всё течет, всё движется вперед, и нам никогда не войти в ту же самую реку, никогда нам не остановить поток событий. Остаются только воспоминания, наиболее яркие из которых появляются в поэтических размышлениях, которые придают им метафорическую и символическую глубину. Так «молодое остается молодым прекрасное / прекрасным пока / не будет уничтожена фотография» — так цветут и увядают мгновения, так рефлексия становится все более матовой, теряет краски и подробности прежнего мира. Поэт ищет в реальности точку опоры, привязку для воображения и существования, но все размывается в тумане, утрачивает контуры и былую выразительность. Молодость не знает жалости и пропускает то, что важно, не замечает красок и запахов, ей движет сила гормонов, она в беспамятстве мчится вперед и «только старушка в черном / с тростью / остановилась / у жасминового куста / согнутая к земле болезнью позвоночника / с трудом выпрямилась / и с восторгом понюхала / цветущую веточку». Эта остановка символична, поскольку она на мгновение задерживает движение жизни и генерирует изначальные образы, моменты, яркие как юношеская любовь, как чувственность «влажного счастья». Наше существование начинается в акте любви двух людей, но его продолжение — это терпеливый рост в теле матери, использование ее заботливой помощи. Это рождение в ужасной боли, а затем чувство единства с ее теплом и нежностью, с ее ежесекундной мудрой бдительностью и необходимостью поддерживать хрупкое существо. Лесинский в своих стихах приводит также множество чувственных, полных эротизма мгновений, напоминающих юношеские сексуальные фантазии и смелые картины французской живописи. Это еще одно подтверждение того, что материнство начинается в пламенной любви, а в материнской любви так много от первозданной нежности, от магии прикосновения и тепла. И тогда возникает образ отца, без которого не было бы новой жизни — образ того, кто первый восхитился ею и даровал ей плод, которому будет суждено созревать после его трагической смерти среди сибирских снегов. В этом контексте становятся понятными и переводы отдельных стихотворений на русский язык, дающие им возможность обрести существование на нечеловеческой — когда-то — земле.

В этих стихах важна также космическая перспектива, которая отмечает падающую звезду, серебряный отблеск лунного света на плодах сливы и невообразимую глубину вселенной. Человек является ее частицей, как цветущие подснежники, как огромные леса, как цветущие поля рапса, зверобоя, пижмы, тысячелистника, как нежные взгляды матери и последняя мысль отца. Поэт видит красоту окружающего его мира, но и и документирует в стихах его разложение, непрерывную энтропию, берущую начало в первых секундах существования космоса. Он понимает, что появился в определенной космогонической ситуации и принимает эти правила, хотя и не перестает восхищаться мимолетным миром, в котором «белая акация пахнет / сладко / медом / пчёлы тяжелые / от пыльцы / играют вечную мелодию». Величайшим достижением лирики многих эпох является отражение болезненной трещины, возникающей в момент восхищения, модерируемого эсхатологическим знанием. И здесь мы имеем дело с такой ситуацией — феноменальные образы природы, обращение к великому искусству, сталкиваются с мрачным гулом истории, безжалостным для смертных существ и нивелирующим всё, что те пытаются зафиксировать. Великая глубина смысла материнской любви сталкивается здесь с несовершенством человеческого мира, и поэт беспомощно спрашивает в конце книги стихов: «что мне делать, мама?» Это та самая беспомощность, которая нуждалась в ее помощи, когда ребенок рос и взрослел, это тот же самый этос человечности, пробуждающейся к существованию и постоянно ищущей поддержки других существ. Но есть еще и другой вопрос, возникающий с самого начала мира, на многих просторах и во многих столетиях, вопрос о смысле жизни и реальности пережитого нами, и того, что является нашей судьбой. Вопрос о Создателе вселенной или о первопричине и первооснове всего сущего — вопрос о странной ситуации, называемой существованием, невозможной без циркуляции крови по жилам и без обогащающего ее кислородом дыхания, невероятной без поддержки родителей и других членов семьи — невозможной без помощи человеческого сообщества. Действительность — это игра нашего сознания, а ее постижение обусловлено индивидуальным опытом и жизненной динамикой, верой в себя и в реальность того, что мы постигаем. «Panta rhei» – говорит Гераклит Эфесский и рисует образ большой реки, постоянно меняющей свое течение — «что мне делать, мама?» — спрашивает поэт в начале нового столетия, стоящий на берегу этого символического водного пути, и хотя он знает, что это риторический вопрос, он надеется еще раз услышать ее голос…

Przeł. Vladimir Stockman

AFRYKAŃSKIE SZLAKI

Moje dzieciństwo związane było z osiedlem Błonie w Bydgoszczy, gdzie zamieszkałem z rodzicami i bratem w roku 1964. Kilka miesięcy później poszedłem do szkoły podstawowej i zacząłem się budzić intelektualnie, do czego przyczyniły się pierwsze biblioteki i wspaniali nauczyciele, potrafiący znakomicie moderować dzieci. W piątej klasie, za sprawą lektury książek podróżniczych Alfreda Szklarskiego, Arkadego Fiedlera i Kamila Giżyckiego, eksplodowały moje zainteresowania geograficzne. Rok po roku studiowałem mapy, przynosiłem do domu wiele tomów relacji z egzotycznych krain i wypraw do nich. Szybko zdobyłem ogromną wiedzę, zostałem uznany za najlepszego „geografa” w podstawówce i popisywałem się przed koleżankami i kolegami znajomością stolic świata, rzek, jezior, gór, pustyń i wielkich lodowców. Gdy wszyscy drżeli przed klasówką z geografii, dla mnie to było prawdziwe święto i z wielką radością opisywałem jeziora rynnowe Afryki, wielkie rzeki syberyjskie, archipelagi wysp Pacyfiku i Morza Śródziemnego, podawałem długość największych szlaków wodnych naszego globu i powierzchnię ogromnych jezior. Dość szybko też skupiłem się na geografii Czarnego Lądu, poznając poszczególne kraje, czytając wiele książek o nich, studiując historie odkryć Davida Livingstone’a i Henry’ego Stanleya, Mungo Parka i wielu katolickich lub protestanckich misjonarzy. Szybko też pojawiło się marzenie o wyprawie do dżungli lub na sawannę, podsycane wciąż przez artykuły z miesięczników „Poznaj Świat” i „Kontynenty”. Czytanie wielu książek spowodowało, że zacząłem barwnie pisać, najpierw pamiętnik, a potem teksty fabularne, najczęściej naśladujące ulubionych autorów. Zacząłem też szukać książek poważniejszych, takich jak Zielone piekło – opowieść francuskiego dziennikarza i podróżnika Raymonda Maufraisa, odtworzoną z odnalezionego dziennika. Autor zaginął bez wieści podczas samotnej wyprawy przez dżunglę z Gujany Francuskiej do Belém, w Brazylii i kilka ekspedycji poszukiwawczych nie odnalazło go żywego. Po pierwszej, grupowej wyprawie do Mato Grosso, która zakończyła się porażką, zapragnął z kolei samotnie przejść siedemset kilometrów jednej z najdzikszych dżungli świata i dotrzeć do dziwnego masywu górskiego Tumuc-Humac, gdzie miał zamiar odnaleźć plemiona indiańskie, które nigdy nie miały kontaktu z białymi ludźmi. Ta wyprawa rozpaliła jego wyobraźnię, ale jak się szybko okazało, Maufrais znalazł się w owym tytułowym zielonym piekle, niczym w pułapce bez wyjścia. Nieustanny czterdziestostopniowy upał, mnóstwo węży, wciąż atakujących kajmanów i innych dzikich zwierząt, mrowie najprzeróżniejszego robactwa, a do tego wilgoć w dzień i w nocy, szybko nadwątliły siły młodzieńca. Chyba zbyt zaufał on swoim umiejętnościom komandosa i pierwotna, drapieżna natura nie dała mu szans. Czytałem tę książkę z wypiekami na twarzy, ale też z ogromnym wysiłkiem, bo dopiero wchodziłem w świat prawdziwej literatury. Tak oto trafiłem na zapis, który natychmiast formatował mój umysł i odsłaniał przestrzenie, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Wytrwałem dzielnie do końca lektury, utożsamiając się z autorem, przeżywając jego perypetie, wielokrotnie też chcąc rzucić książką o ścianę. Choć ojciec autora organizował kolejne ekspedycje ratunkowe, znaleziono tylko kilka jego rzeczy osobistych i poplamiony, ledwo dający się odczytać dziennik. Dzisiaj, gdy patrzymy na współczesne fotografie skał Tumuc-Humac, wyrastających nagle z morza gęstej dżungli, zrozumieć możemy pasję i tęsknotę młodego zdobywcy, który oczyma wyobraźni widział się na ich szczytach.

Jeszcze trudniejszą lekturą okazał się dla mnie Smutek tropików (1955) Claude’a Lévi-Straussa, które to dzieło znalazłem w bibliotece osiedlowej i intuicyjnie uznałem, że w jakiś sposób komponuje się ono z Zielonym piekłem. Była to na poły autobiograficzna książka, z elementami eseistycznymi, w której słynny antropolog snuł rozważania o człowieku, postrzeganym w kontekście egzotycznych krain i cywilizacji. Ale jakoś nie mogłem zgodzić się, że Indianie ze szczepów Kadiweu, Bororo, Nambikwara, Tupi-Kawahib górowali nad naszym modelem kultury. Książka francuskiego uczonego udręczyła mnie wtedy straszliwie, ale punktem honoru było przecież przebrnięcie przez nią (to był w ogóle czas dziwnych lektur, takich jak biografia autokratycznego prezydenta Ghany Kwame Nkrumacha) i – co wcale nie było łatwe – zrozumienie najważniejszego przesłania. Zaletą tej lektury było moje otwarcie na inne kultury, przede wszystkim indyjską i amerykańską, bo przecież wcześniej interesowałem się głównie egzotyką afrykańską i południowoamerykańską. Teraz, kiedy myślę o tamtej lekturze, zastanawiam się jak do tego doszło, że zacząłem wybierać takie trudne książki. Zapewne wielka w tym była rola przypadku, ale też moja ambicja miała spore znaczenie i chciałem sobie narzucać „udręczenia” czytelnicze na wysokim poziomie. Potem po latach przeczytałem chyba wszystkie książki tego autora, wielokrotnie cytując je w moich pracach o wielkich romantykach polskich. Tutaj z kolei przydała się przenikliwość Lévi-Straussa w zakresie opisu mitów i motywów kulturowych w literaturze, a także eseistyczne zacięcie. Perspektywa porównawcza była dla mnie czymś nowym, ale wszystko rekompensowały elementy etnologiczne i próba integralnego spojrzenia na innych ludzi, żyjących w dalekich miejscach świata i będących na różnych poziomach rozwoju cywilizacyjnego. Nie pamiętam jak wyglądała motoryka tamtego czytania, ale zdaje się przerywałem je kilka razy, potem jednak na nowo otwierając książkę i podążając do przodu, tak na dobrą sprawę nie wiedząc, z jak ważnym dwudziestowiecznym uczonym mam do czynienia. Przeżył sto lat i zabrakło mu ledwie trzech miesięcy do sto pierwszych urodzin, a jego życie i monumentalne dzieło, to ogromny obszar badawczy, pełen fascynujących przestrzeni, pierwiastkowych studiów, wspomnień i dogłębnych analiz ludzkości, która odchodzi i świata, który zostaje. Mijały dni i lata, przechodziłem z klasy do klasy i z jednej z kolejnych wypraw do biblioteki przyniosłem powieść kubańskiego pisarza i muzykologa Alejo Carpentiera pt. Podróż do źródeł czasu (polski tytuł jest dość dziwny, bo hiszpański brzmi: Los Pasos Perdidos). Autor ten pozostawił po sobie tylko kilka książek, ale powszechnie uważany jest za prekursora realizmu magicznego i wielkiej eksplozji literatury iberoamerykańskiej. Jego matka była Rosjanką, profesorem lingwistyki, a ojciec francuskim architektem, co od razu dało mu wielokulturowe podłoże intelektualne dla rozwoju i rozległej edukacji. Studiował we Francji, gdzie wielki wpływ wywarli na niego najwięksi surrealiści, na czele z Louisem Aragonem, André Bretonem i Paulem Éluardem. Jego twórczość związana była z basenem Morza Karaibskiego, a szczególny wpływ na jego rozwój intelektualny miała podróż na Haiti, która zaowocowała powieścią pt. Królestwo z tego świata. W latach 1945–1959 przebywał w Wenezueli, a doświadczenia z tamtego okresu wykorzystał w swojej najsłynniejszej powieści – Podróż do źródeł czasu (1953). Potem jeszcze sukcesem okazały się powieści: Eksplozja w katedrze (1962), Szaleństwo i metoda (1974) oraz Harfa i cień (1979), ale to opowieść o wędrówce rzeką Orinoko wywarła ogromny wpływ na takich pisarzy jak Gabriel Garcia Marquez, Miguel Ángel Asturias, Jose Lezama Lima i wielu innych twórców. W roku 1977 Capentier otrzymał nagrodę Cervantesa, najważniejszy laur w świecie literatury tworzonej w języku hiszpańskim, w czym nie przeszkodziły jego poglądy i bliskie związki z reżimem Fidela Castro. Wykładał na kubańskich uczelniach, prowadził audycje radiowe, a także jako polityk reprezentował swój kraj za granicą, a przy tym rosła jego sława jako pisarza, choć nigdy nie udało mu się zdobyć Nagrody Nobla. Zmarł wiosną 1980 roku w Paryżu, a jego ciało przetransportowano na Kubę, gdzie znalazł miejsce wiecznego spoczynku na cmentarzu im. Krzysztofa Kolumba w Hawanie. Patrzę teraz na neobarokowy kształt jego nagrobka i rozmyślam jaką rolę odegrał w moim życiu, jak bardzo mnie otworzył na literaturę i kazał szukać utworów równie intrygujących jak jego powieść.

Jak wspomniałem wyżej, w okolicach piątej klasy szkoły podstawowej zacząłem czytać książki Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego i jego łowach na dzikiego zwierza. Przypadkiem w bibliotece była tylko powieść o podróży do Afryki i od niej wszystko się zaczęło, spowodowało lawinę wyobraźniową i prawdziwe wejście do świata książki. Szybko pochłaniałem kolejne tomy z tej serii i otwierałem się na przebogate informacje geograficzne i zoologiczne, które w nich się znajdują. Akurat w piwnicy jednego z pobliskich wieżowców otwarto nową osiedlową bibliotekę, która potem przeniosła się do wspaniałego, nowego lokalu, więc szybko zapisałem się i przynosiłem do domu coraz więcej różnorakich książek. Czytałem przede wszystkim narracje przygodowe i szybko wyodrębniłem serie, w których je publikowano, ale też zacząłem sięgać po poważniejsze tytuły, rzucając się na wybory wierszy, powieści i opracowania popularnonaukowe. Pamiętam jak przyniosłem duże, pięknie ilustrowane wydanie Boskiej komedii Dantego i niewiele z niej rozumiejąc, czytałem mechanicznie, większą uwagę skupiając na niezwykłych obrazach. Z większym samozaparciem brnąłem przez Don Juana Byrona i wiersze Juliusza Słowackiego, choć i tutaj miałem problemy z przyswojeniem sobie treści, gubiłem wątki i miewałem momenty zniechęceń albo wręcz buntu. Patrząc na te zmagania z perspektywy minionego czasu, widzę ze zdumieniem, że prowadziły mnie one ku głównym nurtom moich zainteresowań literackich i późniejszych samodzielnych prób pisarskich. Wraz z ożywieniem czytelniczym, wejściem w okres licealny, a potem studencki, rosły moje domowe biblioteki, choć zawsze ograniczone one były warunkami lokalowymi rodziców. Na szczęście w tamtych czasach można było łatwo sprzedać książki w antykwariatach, więc wymieniałem je często, a za uzyskane pieniądze kupowałem stale sporo nowych tomów. To był już czas pierwszego pisania wierszy i szczególnego zainteresowania światową poezją – na półkach pojawiły się tomy z serii celofanowej, wiśniowe i beżowe, skóropodobne okładki serii klasyki polskiej i obcej, a także pierwsze zestawy dzieł zebranych różnych pisarzy, np. Słowackiego, Conrada i Gałczyńskiego. To był jeszcze groch z kapustą, ale powoli serie wydawnicze kształtowały profil mojej późniejszej biblioteki, którą rozwinąłem po pierwszym ślubie i zamieszkaniu we własnym lokalu. Warto w tym miejscu powiedzieć o tym, że wtedy książki łowiło się jak cenne okazy, bo był na nie wielki popyt, a niskie ceny sprzyjały zakupom. Akurat mój kolega z liceum, podjął pracę jako szef księgarni przy ulicy Koronowskiej i zostawiał mi tam wiele tytułów, które regularnie wykupywałem i znosiłem w wielkich ilościach do domu.

Sam nie wiem kiedy wpadła mi ręce książka niezwykła, która odegrała ogromną rolę w zakresie kształtowania się moich zainteresowań podróżniczych, a także nauki języka angielskiego. Będąc raz w Antykwariacie Naukowym, na Starym Rynku w Bydgoszczy, znalazłem na półce gruby tom, oprawiony w płótno i skórę pt. The Game Animals of Africa. Dzieło zostało wydane w 1926 roku w Londynie, a jego autorem był Richard Lydekker (1849–1915), wielki angielski naturalista i geolog, autor wielu wspaniałych, bogato ilustrowanych prac. Nie wiem skąd miałem wtedy tak duże pieniądze, ale za sporą sumę zakupiłem ten tom i zacząłem go regularnie studiować. Na początku miałem spore trudności, ale licealne lekcje języka angielskiego i intensywne uczenie się słówek, spowodowały, że kolejne rozdziały odsłaniały się przede mną z coraz większą wyrazistością. Już we wstępie autor wskazał złożoność spraw, które opracował, a choć nie przepadałem za łowiectwem, czerpałem z tej różnorodności ujęć i uczyłem się zoologii i geografii: Two points in connection with the African continent demand brief mention: firstly, its enormous area, about four times that of India; and, secondly, the marked distinction of the fauna of Africa north of the Sahara, or north of the tropic of Cancer, from the of all the vast region to the southward of the same. Northern Africa is, in fact, so far as its animals are concerned, a part of Europe. We have, for instance, in this area such groups as deer, sheep, goats, and bears, which are conspicuous by their absence from the rest of the continent, exept so far as sheep and goats have penetrated some distance into the highlands of the north-eastern corner. On the other hand, what may be called the characteristic African animals are to a great extend wanting from the tract north of the Sahara. Rzeczywiście fauna na północ od zwrotnika Raka różni się znacznie od tej na południe od Sahary, nazywanej niegdyś Etiopią. Powyższe porównanie do Indii nie jest dowolne, bo Lydekker odbył wielką podróż na ten azjatycki subkontynent, a także zgromadził tam wielkie zbiory fauny, skamielin i minerałów, które przekazał Muzeum Historii Naturalnej w Cambridge. Owocem wyprawy było też dzieło z 1900 roku pt. The Wild Animals of India, Burma, Malaya, and Tibet, a także współpraca z encyklopedią Britannica. Książka wielkiego Anglika odtąd stała się cenną częścią mojej biblioteki i wielokrotnie ją pokazywałem zaprzyjaźnionym osobom, a także kolejnym moim dziewczynom, które najczęściej nie wykazywały w tym względzie zbyt wielkiego zainteresowania i nie podzielały mojego entuzjazmu. Jedna z nich powiedział wprost: Co ty mi tu kozy będziesz pokazywał…? Mamy chatę wolną, to skaczemy do łóżka… Co było robić, na chwilę odłożyłem pracę Lydekkera i zacząłem studiować anatomię innego rodzaju…        

Książka angielskiego zoologa szczególnie przydała mi się, gdy wielokrotnie czytałem o łowieckich przygodach Tomka Wilmowskiego w Afryce. Akcja oparta została tam na poszukiwaniach i odkryciu legendarnego zwierzęcia, żyjącego w dżunglach Kongo (Ituri), dobrze znanego Pigmejom, ale do roku 1901 będącego wielką zagadką dla cywilizowanej ludzkości. Odkrył ją Sir Henry „Harry” Johnston (1858–1927), organizator ekspedycji, która dostarczyła pierwszy okaz do Europy i wywołała tym wielkie poruszenie. Już na pierwszy rzut oka widać, że jest to zwierzę powstałe w wyniku naturalnej krzyżówki – zaliczono je do żyrafowatych, ale kształt ciała i ubarwienie pasiaste na kończynach wskazywać może, że gatunek ten powstał z połączenia żyrafy i zebry, choć jeszcze zagadką pozostaje uzębienie, tak charakterystyczne dla rogatych przedstawicieli afrykańskiej fauny. Bardzo płochliwe zwierzę żyje na terenach bagnistych i na porośniętych dżunglą wzgórzach, czasem po kilka rozdzielonych osobników w jednym rejonie. Żywi się głównie roślinnością i grzybami, a swoje terytorium znakuje moczem i specjalnie wydzielanymi hormonami. Znane było dość dobrze starożytnym Egipcjanom dwunastej dynastii jako afrykański jednorożec, a Pigmeje od dawien dawna używali jego skóry do wykonywania ozdobnych okryć ciała. Tak jak żyrafa, okapi ma długi fioletowy język, który służy mu do zrywania wyżej położonych liści i gałązek, a także jest na tyle giętki, że może obmyć powieki i wyczyścić dość duże uszy. Zwierzę jest bardzo płochliwe, a stale zagrożone przez polujące na nie lamparty, dobrze się maskuje, w czym bardzo pomaga jego rdzawe ubarwienie i pasiaste desenie na szyi i nogach. Z racji tego, że podejrzewa się iż wizerunek egipskiego boga Seta ma w sobie elementy fizjonomii okapi, formułuje się tezę, że zwierzę to występowało niegdyś w rozlewiskach doliny Nilu Błękitnego, szczególnie w okolicach wodospadów Tissisat. U Szklarskiego, w powieści dla młodzieży, znalazłem tylko podstawowe informacje o tym ssaku, ale u Lydekkera było ich prawdziwe bogactwo i tłumaczyłem poszczególne strony z ogromną frajdą. Jakież to musiało być interesujące także dla czytelników w Europie, na początku dwudziestego wieku, tym bardziej, że zdobycie tych wiadomości okupione zostało wielu trudami, a kolejne wyprawy dotrzeć musiały do samego centrum Afryki, przedzierając się przez gęstą, bagnistą dżunglę. Liczni myśliwi udawali się wtedy na Czarny Ląd by upolować najciekawsze okazy, powszechnie mordowano słonie i nosorożce, żyrafy i zebry, antylopy i dzikie koty, ale prawdziwym łupem tego rodzaju rozbójników było okapi. Na szczęście od 1932 roku zwierzę to jest pod całkowitą ochroną, a liczne okazy zobaczyć można w ogrodach zoologicznych, które znacznie przyczyniły się do zachowania gatunku.

Moje życie tak się kształtowało, że dopiero w wieku sześćdziesięciu lat spełniać się zaczęły marzenia o podróżowaniu po Afryce. Najpierw odwiedziłem Kenię, a potem, pokonując wielkim Boeingiem 777 cały Czarny Ląd, pojawiłem się w Republice Południowej Afryki. Lądując najpierw w Nairobi, sporo wiedziałem o tym mieście i o kraju, którego jest stolicą, a jednak czułem ogromne podniecenie i czekałem niecierpliwie na to, co się wydarzy. Zaproszono mnie tam na Międzynarodowy Festiwal Literacki Kistrech, który rozgrywał się w Nairobi, Kissi, na sawannach Masai Mara i na obrzeżach Parku Narodowego Serengeti. Od chwili, gdy opublikowałem zbiór wierszy amerykańskich pt. Bulwar Singera zacząłem pisać wiele lirycznych tekstów, w których skraplały się moje doznania i przemyślenia podróżnicze. Po wydaniu drugiej książki – Sprzedawca skowronków – myślałem, że na tym zamknie się ten etap pisania, ale mój wieloletni przyjaciel – Jerzy Szatkowski – zasiał we mnie ziarno niepokoju, mówiąc, że nie spocznę, póki na półkach nie pojawi się dziesięć książek tego typu. Roześmiałem się wtedy, bo wskazany zakres był kolosalny, ale przy każdej publikacji nowego tomu, przypominała mi się ta przepowiednia, a kolejne podróże motywowały mnie do pisania wielu nowych wierszy. Może kiedyś napiszę też książki wspomnieniowe lub eseistyczne, ale na razie cieszę się z kolejnych zbiorów, zawierających wiersze z krajów arabskich, liryki ormiańskie, belgijskie, tureckie i gruzińskie, a ostatnio słowiańskie. Wyprawy do Afryki w październiku 2018 roku i marcu 2019 były tak ekscytujące, że pióro właściwie nie wypadało mi z ręki, a moją ambicją stało się liryczne odzwierciedlenie nowych przestrzeni kulturowych. Wszystko tutaj mnie zaskakiwało – wyprawa nad Jezioro Wiktorii, safari na równinie Masai Mara, poznawanie zakamarków Nairobi i Kissi, a nade wszystko spotykani ludzie, ich obyczaje, obrzędy, tańce i śpiewy. Podróżowaliśmy starym autokarem uniwersyteckim i wciąż otwierały się przed nami egzotyczne widoki, wielkie perspektywy i nagle mogłem dotknąć tego, co było istotą moich dziecinnych i młodzieńczych fascynacji. Zobaczyłem tysiące zwierząt podążających do odwiecznych miejsc narodzin potomstwa: zebr, antylop gnu, żyraf, nosorożców, wielu antylop i gazel, słoni i bawołów, za którymi nieodmiennie podążały drapieżniki: lwy, pantery, gepardy, hieny, likaony i szakale. Odwiedziłem wioskę Masajów, zobaczyłem jak żyją i jak dostosowują się do współczesności, oferując turystom swoje wyroby rękodzielnicze z drewna, metalu i plastiku. Każdy dzień był niezwykły i każdy przynosił nowe wiersze, powstające w trasie lub w zaciszu hotelowym. Wypracowałem sobie metodę odręcznego, szkicowego pisania, które staje się podstawą do ostatecznych opracowań domowych i wielu jeszcze poprawek, dostosowań i ulepszeń. Kenia właściwie wiele nie różniła się od moich młodzieńczych wyobrażeń o tym kraju, a jej gruntowe drogi były zapewne takie same, jak w czasach pierwszych eksploracji podróżniczych. Jak zwykle towarzyszył mi aparat fotograficzny i wiele zrobionych tam zdjęć znalazło się w tym tomie. Odwiedziliśmy autentyczną wioskę murzyńską i zaproszono mnie do chaty bardzo ubogiej kobiety, samotnie wychowującej dzieci po śmierci męża. Malaria zabrała tam wiele istnień, ale śmierć jest u tych ludzi tak częstym gościem, że stała się nieomal rodzajem tła dla codziennych zmagań z losem. Uświadomiłem to sobie, gdy zobaczyłem warsztat ulicznego wytwórcy trumien, uśmiechającego się promiennie i zapraszającego mnie do kupna jednej z nich. Z kolei wizyta w szkole podstawowej w Kissi ukazała mi ogromne bogactwo generacyjne tego kraju, a przed moimi oczyma pojawiły się dzieci tak różnorodne, jak kwiaty i owoce w dżungli, jak kolorowe ptaki, buszujące w gałęziach wielkich drzew. Oczarowała mnie ich radość i zaciekawienie, uważne przyglądanie się dziwnym przybyszom, studiowanie ubiorów, ruchów i gestów, w czym było coś z moich młodzieńczych fascynacji afrykańską egzotyką.

Druga podróż – u końca marca i na początku kwietnia 2019 roku, na kolejny festiwal literacki – ukazała mi inną Afrykę, bliższą cywilizacji europejskiej i amerykańskiej i rozwijającą się z wielkim impetem. Lot z Frankfurtu na południe ogromnego kontynentu wydawał mi się karkołomnym przedsięwzięciem, ale jak wszystkie moje eskapady tego rodzaju, przebiegał bez problemów i po kilkunastu godzinach znalazłem się w Johannesburgu, aż na Południowej Półkuli. Natychmiast zaskoczyło mnie ucywilizowanie tego kraju, jakże różniącego się od Kenii, co zapewne jest dziedzictwem afrykanerskim, ale przecież nowe społeczeństwo, ukształtowane przez walkę i myśl społeczną Nelsona Mandeli, także przyczyniło się do nieustającego rozwoju. Jadąc zatem wygodną limuzyną z lotniska do hotelu, zauważyłem wiele nowoczesnych wieżowców ze szkła i betonu, sporo ogromnych, zadbanych budynków użyteczności publicznej, a do tego wygodne szerokie drogi, estakady i zjazdy z nich. Kolejne dni przyniosły nowe obserwacje – w miasteczkach pod Johannesburgiem, w Pretorii, Nelspruit, a nawet w osławionym Soweto, które teraz pełne jest schludnych domków z cegieł i pustaków i jakże dalekie od największych afrykańskich slumsów w Nairobi. Podróżowanie po RPA było bardzo przyjemne i dostarczało wielu wrażeń widokowych, bo teren jest tam różnorodnie ukształtowany, rozległe równiny zmieniają się w wyżyny, a te łagodnie pną się ku zjawiskowym górom i samotnym skałom. Wszędzie też widać dzikie zwierzęta, których najwięcej zobaczyłem w Parku Krugera, na kolejnym safari, wszakże znacznie różniącym się od tego, jakie odbyłem w Kenii. Tutaj, wraz z innymi uczestnikami festiwalu literackiego,  podążałem asfaltowymi drogami wygodnym jeepem, a zwierzęta pojawiały się pomiędzy drzewami i krzewami, na brzegu rzeki lub pośród traw niewielkich bagnisk. Safari było zatem wygodniejsze, pozbawione brązowego kurzu, ale nie mogło równać się z tym, co zobaczyłem na płaskowyżu Masai Mara. Znacznie mniej było tutaj zwierząt, choć ich wtopienie w roślinność i większa płochliwość powodowały, że bezkrwawe łowy stawały się równie ekscytujące. I w tym kraju spotkałem wielu ciekawych ludzi, zarówno czarnych, jak i białych, z radością ściskających moją dłoń i patrzących mi w oczy z poczuciem wielkiej ludzkiej jedności. Może właśnie to spowodowało, że napisałem wiersz o czarnej skórze, która niczym nie różni się od białej, czerwonej i żółtej, a czasy apartheidu oceniłem w nim tak, jak na to zasłużyły. Nie obyło się też bez tonów smutnych, kiedy odwiedziłem dom Mandeli i słuchałem opowieści o Hectorze Petersonie, trzynastoletnim chłopcu, zastrzelonym w roku 1976, podczas powstania w Soweto. Ale zdecydowanie więcej było w tej wyprawie elementów pozytywnych, barwnych rozmów z czarnymi taksówkarzami, poetami i poetkami, osobami sprawującymi władzę i zajmującymi się biznesem. Niewątpliwie RPA jest afrykańskim lwem, który po okresie wyczekiwania, wyprężył się i skoczył do przodu z ogromną siłą. Moja druga afrykańska podróż zaowocowała nowymi wierszami, ale potrzebny był jeszcze łącznik czasowy i literacki, którym okazał się poemat filatelistyczny, będący powrotem do młodzieńczych pasji zbierackich i odpominaniem licznych serii i pojedynczych znaczków z krajów afrykańskich. Zbiór pt. Rzeźba z hebanu jest moim kolejnym zaskoczeniem autorskim i ogromną radością, bo spina w jednym tomie dzieciństwo, młodość i czas wchodzenia w lata ostatnie. To już ósma książka w ciągu poetyckich relacji podróżniczych, ale – tak jak pozostałe – zawierająca też sporo wierszy, które mogłyby się znaleźć w innych książkach i egzystować poza uporządkowaniem tematycznym. Choć to nieprawdopodobne, zbliżam się powoli do tego, co przepowiedział mi Jurek Szatkowski…

 

SZCZĘŚCIE POZA UCZELNIĄ

Prof. zw. dr hab. Józef Banaszak – zawsze mile widziany gość w moim domu

Dobra rozmowa z Józkiem Banaszakiem o ostatnich wydarzeniach i o tym, co ma nadejść niebawem. Jak lejtmotyw wraca temat Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego, który niedawno obchodził pięćdziesięciolecie istnienia. Józek miał ogromne zasługi w zakresie wykreowania tej uczelni i postawienia jej na nogi – potrafił tak prowadzić rozmowy i tak mądrze zszywać działania, że powstała Akademia Bydgoska, która szybko przekształciła się w uniwersytet. Teraz to jakaś dziwna instytucja, kierowana przez przypadkowego Rektora, której nie zależy na bogactwie intelektualnym i indywidualnym dążeniu ku wielkości. Jesteśmy obaj tego dobrym przykładem, a szczególnie Józek, który tak zniechęcił się do uczelni, że w pełni swoich sił kreatywnych, definitywnie postanowił odejść na emeryturę. Nie wziął też udziału w obchodach jubileuszowych, bo nie chciał spotkać się z ludźmi, którzy wyrządzali mu krzywdę i wciąż stawali na drodze, ale wciąż pchają się do pierwszych rzędów. Teraz, gdy posiadł ogromną wiedzę, zgromadził wspaniały dorobek publikacyjny i pedagogiczny i mógłby być ozdobą wielu uniwersytetów amerykańskich i europejskich, obecni zarządcy mają go gdzieś i kierują się tylko literą martwych przepisów. Kto ma uczyć studentów, kto ma ich prowadzić do wielkości, gdy największe osobowości odsuwane są na margines – kto ma wytyczać kierunki eksploracji naukowej, gdy powszechne w tej instytucji jest zastraszanie i tolerowanie intryg, prowadzących do eliminacji zdolnych naukowców. Wiem coś o tym, bo sam jestem ofiarą oszustw kogoś, kto w pewnym momencie próbował zmanipulować cały Wydział Humanistyczny i niszczył przede wszystkim ludzi, którzy mogliby ujawnić jego przestępstwa seksualne i dawanie fragmentów swoich prac naukowych kochankom, w celu stworzenia humbugów prac magisterskich. Gdzie teraz szukać takich uczonych jak Wacław Borowy, Stanisław Pigoń, Kazimierz Wyka, którzy potrafili zauważyć wyjątkowość młodych naukowców i tak nimi kierować, by powstająca praca doktorska stała się też częścią i podstawą habilitacji. Mogłaby o tym coś powiedzieć sanitariuszka z powstania warszawskiego, a potem wielka badaczka romantyzmu – Zofia Stefanowska, wzór kompetencji, uczciwości i pracowitości. Po drugiej stronie postawiłbym Alinę Kowalczyk, autorkę problematycznych prac filologicznych, która z poety genezyjskiego i kosmogonicznego, jakim był Juliusz Słowacki, uczyniła mistyka, tworząc nawet osobny tom Biblioteki Narodowej i formułując swoistą, pokrętną ideologię w tym względzie. Dobrze pamiętam moje rozmowy na ten temat z prof. Stanisławem Makowskim i jego oceny prac prof. Kowalczykowej, co wkrótce znajdzie odzwierciedlenie w nowej edycji mojej monografii autora Kordiana.

Rozmawiamy z Józkiem o naszych rozczarowaniach uniwersyteckich i nieustannych intrygach, które prowadzili ludzie małego intelektu, zdobywający polskie tytuliki naukowe za sprawą fałszerstw i działań pozaprawnych. Nie mówię o tym, ale w moich myślach pojawia się uczony, który jest moim największym rozczarowaniem naukowym i ludzkim. To prof. Józef Bachórz z Uniwersytetu Gdańskiego, który nie umiał odsunąć na bok plotek na mój temat i ostatecznie przyczynił się do tego, co miało miejsce w jego uczelni podczas kolokwium habilitacyjnego. Pamiętam jak w 1983 roku pojawił się na Wydziale Humanistycznym, wtedy jeszcze WSP, zapalając nas do badań nad literaturą romantyzmu i uwodząc swoją interesującą osobowością. Choć już wtedy martwiło mnie jego uwikłanie w komunizm, przemowy na zjeździe PZPR, podziwiałem jego odwagę, gdy w stanie wojennym potrafił bronić ludzi przed restrykcjami władzy. Niestety moje kolejne spotkania z tym człowiekiem utwierdzały mnie w przekonaniu, że stracił swoją ogromną empatię do ludzi, a współpracując stale z Michałem Głowińskim, stał się też adoratorem jego ucznia i mojego największego wroga, bezkrytycznie przyjmując jego „opowieści” i „powiastki”. Przed wejściem na kolokwium, gdy z radością relacjonowałem mu, w końcu promotorowi mojej pracy magisterskiej i recenzentowi doktoratu, że jestem blisko uzyskania habilitacji, warknął coś paskudnie i szybko się oddalił. Jedno jego słowo zmieniłoby sytuację, jedna wypowiedź powstrzymałaby jego bezkarnych uczniów (Rosiek, Owczarski) przed formułowaniem na kolokwium kłamstw na mój temat, ale niestety, tkwiąc w określonym układzie, nie kiwnął palcem. Zbliża się czas odsłonięcia mojej hańby habilitacyjnej, ujawnienia Protokołu z UG i podsumowania tego wszystkiego w osobnej publikacji. Józek Banaszak ciągle mówi o tym, że to, co ze mną zrobiono, przechodzi ludzkie pojęcie i nie mieści się w głowie. Tak, wiem o tym, ale przecież wciąż mamy do czynienia z wydziałowymi matactwami i kombinacjami – nie zdziwiło mnie zatem ostatnie  uwalenie Stefana Pastuszewskiego na kolokwium habilitacyjnym w UKW, gdy jego ogromny dorobek i aktywność polityczną odebrano jako przewinę, a nie zasługę. Nigdy nie doczekamy się takiego rozwoju nauki, jak w uniwersytetach amerykańskich, póki paskudny hamulec, jakim jest habilitacja, wykorzystywany będzie przez zera uczelniane do gier i gierek, mających na celu eliminację zdolnych ludzi.

Robimy sobie z Józkiem kilka zdjęć, by udokumentować spotkanie w moim domu, a potem żegnamy się i wracamy do swoich codziennych zajęć. Wciąż jeszcze jednak rozmyślam o tym, o czym rozmawialiśmy i uśmiecham się do samego siebie. Paradoksalnie mój największy rozwój ma miejsce po odejściu z uczelni, która wciąż hamowała mnie i generowała drastyczne sytuacje. Teraz dopiero mogę spokojnie pisać książki prozatorskie i poetyckie, a także komponować odważne monografie, nie bojąc się, że jakiś „urzędnik” uczelniany poczuje się dotknięty i zemści się negatywną recenzją. Gdy stawałem do kolokwium habilitacyjnego w Gdańsku miałem w dorobku trzy duże monografie o największych polskich romantykach – Mickiewiczu, Słowackim i Krasińskim, a do tego tzw. „dorobek naukowy”, którym mógłbym obdzielić trzech habilitantów. Ostatnia ogromna monografia o gigantomachii Zygmunta Krasińskiego, która była podstawą habilitacji zyskała pozytywne recenzje wydawnicze tak wybitnych humanistów jak prof. Andrzej Fabianowski i prof. Jarosław Ławski, a w przewodzie zachwyciła prof. Zbigniewa Sudolskiego i prof. Tadeusza Linknera, przebiła się też przez niechęć i zazdrość Jerzego Fiećki i Marka Bieńczyka, którzy przy całym swoim wybrzydzaniu, też zwieńczyli swoje recenzje ostateczną formułą pozytywną. A zatem sześć pozytywnych recenzji, ogromny dorobek publikacyjny w Polsce i za granicą, udział w dziesiątkach polskich i międzynarodowych konferencji naukowych, pobyt jako visiting profesor w wielkim uniwersytecie amerykańskim, wypromowanie dwustu magistrów i ponad 60 licencjatów, nie miało znaczenia w konfrontacji z intrygą, którą nakręcił zawistny „badacz” socrealizmu, bojący się, że jako profesor lub urzędnik uczelniany, ujawnię jego igrce seksualne ze studentkami, robienie im dzieci, a w konsekwencji stanie się bohaterem powieści Krzysztofa Derdowskiego pt. „Wstyd”. Nasze ludzkie życie jest bardzo krótkie i w każdym przypadku kończy się śmiercią, czyli tragedią, więc jakiekolwiek działania, intrygi podłości i tak idą do piachu – może przez jakiś czas wikłają ludzkie życiorysy, ale koniec końców i tak nie mają znaczenia dla jednostek takich jak Józek i ja. Mój rozwój po wyjściu z uniwersytetu jest permanentny i będzie taki aż do śmierci. Dopiero teraz czuję się wyzwolony i niczym nie ograniczany, na półkach stają wciąż nowe książki, odbywam wiele intrygujących podróży zagranicznych, poznaję mrowię wspaniałych ludzi różnych kolorów skóry. No i przygotowuję się do ostatecznej rozprawy z tymi, którzy chcieli mnie zniszczyć, a tylko przyczynili się do wielkiej mobilizacji i nieustannego rozszerzania twórczych pasji. Zdjęcie, które zamieszam na końcu tego tekstu ma wymiar symboliczny, bo ukazuje mój uporządkowany pokój codziennych prac, z książkami, które napisałem i atlasami ornitologicznymi, które nieodmiennie przywożę z dalekich wypraw – w rękach trzymam atlas ptaków Republiki Południowej Afryki, który kupiłem w sklepie na skraju Parku Krugera, a którego nigdy nie miałbym w rękach, gdybym dalej tkwił w polskim marazmie uniwersyteckim. Ściskając rękę prof. Józefa Banaszaka na pożegnanie, byłem pewien, że po jego jesiennym odejściu z UKW, zacznie się dla niego nowy, wspanialszy etap życia i nowe otwarcie. Szkoda tylko, że tak późno…

ZDZISŁAW T. ŁĄCZKOWSKI (1926-2019)

Z racji tego, że nieszczęścia chodzą parami, z przykrością odnotowuję też śmierć Zdzisława T. Łączkowskiego, człowieka instytucji – przez wiele dziesięcioleci działającego w obrębie szeroko pojmowanej kultury słowa. Dziennikarz i publicysta prasy katolickiej, krytyk żywo reagujący na najważniejsze wydarzenia artystyczne, a nade wszystko prozaik, dramaturg i poeta, którego książki przekroczyły granice języka polskiego i zostały wchłonięte przez kulturę europejską. Gdyby do tego dorzucić jeszcze działalność w licznych stowarzyszeniach, klubach intelektualnych, jurorowanie w konkursach literackich i nieustającą współpracę z wieloma periodykami, otrzymamy obraz postaci, która w znaczący sposób odcisnęła swój ślad w czasie i publikatorach, w topografii konkretnych miejsc kraju nad Wisłą, a nade wszystko w świadomości ludzi uczestniczących w obiegu myśli europejskiej. Pisarz ów urodził się w 1926 roku w Zawierciu, a potem dorastając na Śląsku, pobierał tam pierwsze lekcje życia i wrażliwości. Impulsem do podjęcia twórczości literackiej stało się dla niego spotkanie z poezją Juliana Przybosia, a potem ferment intelektualny towarzyszący studiom polonistycznym na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Owocem tego otwarcia na świat i sztukę jest kilkadziesiąt opublikowanych książek, tysiące artykułów w prasie powojennej, obecność w licznych antologiach poezji polskiej, nagrody w kraju i za granicą, no i… jak zwykle bywa w przypadku osobowości tego formatu, rozległe grono admiratorów i krytyków. Tacy pisarze jak Łączkowski mają dodatkowo utrudnione zadanie, bo wychodzą zawsze z wyciągniętą dłonią do człowieka, operują w dużych skupiskach ludzkich i nie odrzucają nikogo. Dlatego też często bywają ofiarami swojego otwarcia, swojej wiary w człowieka. Szukają bliskości, a dostają od życia gorzki smutek, samotne chwile w pustym pokoju hotelowym i szyderstwo, które trzeba pokonać, odsunąć od siebie i iść dalej. W książkach tego autora znakomicie widać jak trudnym dla pisarza obszarem jest Warszawa, jak wiele jest w niej oporu, jak trudno przebijać się, docierać do właściwych ludzi – jak skrajne opinie są tutaj formułowane i jak często wyrządza się krzywdę człowiekowi. W takim kontekście jego pisarskie dokumenty humanizmu i wiary we własne siły, ustawiają go w ciągu twórców prawdziwych, autentycznie szukających swojego miejsca w czasie i świecie, a nade wszystko nieustannie pragnącego i dążącego, a to przecież jakby sama istota człowieczeństwa. Zdzisiu należał do poetów maksymalistycznych, gdyż zakładał, że poezja jest unią totalną – jednią zestrzeloną w chwili poczęcia słowa i w rozbłysku myśli. Wyławianie wiersza z nicości jest dla twórcy najintensywniejszym odczuwaniem egzystencji, jest  b y t e m  potwierdzanym i potwierdzającym się na czystej kartce papieru i w nieskazitelnej jaźni. Poeta zasiada zatem do pisania wiersza, tak jak przystępuje się do komunii, jak sonduje się bezkres myślą, jak – wreszcie – próbuje się nieporadnie naśladować doskonałość Stwórcy. Jest też w tej poezji i drugie dno, bo wszystko je ma, wszystko musi istnieć w świecie na zasadzie kontrapunktu. Dobro jest dobrem, gdy przeciwstawi się je złu, piękno pięknem – gdy dostrzega się brzydotę – człowiek człowiekiem, gdy gubi człowieczeństwo i tarza się w swojej zwierzęcości. Oczywiście wszystkie tego rodzaju uściślenia mogą prowadzić donikąd, mogą stać się powodem drwiny, pustego śmiechu. Dlatego też poeta totalny wyposaża swoje wiersze w element ironii i auto-deformacji, nieustannie przygląda się samemu sobie i szuka dla siebie ekwiwalentów słownych, obrazowych, dźwiękowych. To jakby ciągłe czuwanie przy sobie – lęk o to, że j a może się oddalić, a w to miejsce może  pojawić się ślepnący pajęczak/ na skórach kozic Salomona/ na pustyni walki serca z rozumem. Innymi słowy – poezja ta jest ciągłym potwierdzaniem samego siebie, bo życie stale żąda od nas potwierdzania statusu – nieustannego potwierdzania, że istniejemy, że jesteśmy sobą.  Wystarczy lekkie zachwianie, wystarczy niewielka utrata, a już upiory wychylają się z jam i już życie w błyskawiczny sposób oddala się od nas. Łączkowski rejestrował takie chwile i w takich momentach zwracał się ku poezji, jak ku ostatniemu azylowi. W nim było   j a,  które nigdy być nie przestało i nigdy – nawet w konfrontacji ze śmiercią i złem – nie przestanie. Ta poezja jest przejmująca z jeszcze jednego powodu – nawet wtedy gdy opowiada o miłości, nawet gdy zamyka w słowach chwilę bliskości, nie przestaje być potwierdzeniem wielkiej ludzkiej samotności, chwilowego istnienia, bytu pośród niebytów, egzystencji w nieistnieniu – ledwie ulotnej refleksji. Wszystko przepada, wszystko oddala się,  j a  jest nieuchwytne, dzisiaj jest już wczoraj, a jutro nie nadchodzi. Smutek przemijania i smutek samotności, ale też czekanie na coś, co się wydarzy, ale też nadzieja, która jest potwierdzeniem, że przez   c h w i l ę  istniejemy. Jeśli istniejemy… Żegnaj Zdzisiu, dziękuję ci za twoją piękną przyjaźń i chwile spędzone razem w wielu miejscach Polski.

JERZY SZATKOWSKI 1940-2019

Gdy umiera przyjaciel wszystko na chwilę traci sens, ale jeśli przyjaźń była prawdziwa, już następnego dnia po tragicznej wiadomości zaczyna pojawiać się synteza wielu wspólnych godzin, dni i lat, synteza osobowości i najważniejszych działań. Wielu polskim twórcom Jerzy Szatkowski kojarzy się przede wszystkim z ogromnym dziełem, jakim było wznowienie i wydawanie „Okolicy Poetów”, a także z dorocznym przyznawaniem Symbolicznych Nagród Ryszarda Milczewskiego-Bruna. Ale przecież był to przede wszystkim twórca oryginalny, odnotowywany w wielu publikacjach, antologiach, edycjach specjalnych i podsumowaniach. Jego gołębie serce powodowało, że garnęli się do niego ludzie pióra i artyści, a nawet najwięksi twórcy, tacy jak Tadeusz Różewicz nie odmawiali mu przesłania nowych wierszy, czy artykułów. Twórca, zbliżając się nieuchronnie ku osiemdziesięciu latom życia, zaczął porządkować swój dorobek i znalazł środki na znakomite, nowe edycje swoich najważniejszych książek – zarówno tych publikowanych wcześniej, jak i tych pozostających przez wiele lat w szufladach autorskich. Warto przypomnieć tutaj te książki, tym bardziej, że zostały one na nowo zredagowane, specjalnie zweryfikowane i przystosowane do integralnego bytu w każdym czasie, w przyszłości, o której Norwid pisał, że jest korektorką wieczną. Miałem okazję uczestniczyć w pracach redakcyjnych i być wydawcą tych książek i w moim archiwum pozostały listy, korekty, analizy tego, co zostało zrobione i co powinno być poprawione. Jerzy był redaktorem z ogromnym doświadczeniem, bardzo dociekliwym i nigdy nie idącym na kompromisy z autorami. Jego wizje czasopisma i kolejnych książek sprawdziły się w nowym czasie, a prace archiwistyczne – związane z jego najbliższym kręgiem przyjacielskim, a więc z Edwardem Stachurą, Ryszardem Milczewskim-Bruno i Andrzejem Babińskim – wniosły bezcenny wkład do współczesnej literatury polskiej. Już po jednorazowym kontakcie każdy chciał zaprzyjaźniać się z tym człowiekiem, każdego chętnie gościł w swoim domu w Antoniewie, koło wielkopolskich Skoków i każdy wychodził z jego mieszkania wzbogacony opowieściami i pamięcią miejsca pełnego pamiątek, dzieł sztuki i artefaktów z różnych epok. Przypomnijmy zatem ostatnie książki Jerzego, posiłkując się w tym fragmentami Posłowi, które za każdym razem pisałem z poczuciem spełnienia przyjacielskiej misji literackiej.

          

Twórczość tego niezwykłego autora wpisuje się w ciąg – stale nierozpoznanej i w niewielkim tylko stopniu opisanej – historii polskich, dwudziestowiecznych ruchów, działań i projektów kontrkulturowych. To jest nasza odpowiedź na to, co działo się pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku w amerykańskich uniwersytetach, to jest ta sama fala niezgody i manifestacji niezależności, jaka przewaliła się w 1968 roku przez Europę Zachodnią, a nawet przez niektóre kraje bloku wschodniego. Za oceanem ludzie gromadzili się w komunach, uprawiali wyzwoloną miłość, zażywali narkotyki, wpinali we włosy kwiaty, a potem siadając na Harleya lub we wzorzyście przyozdobiony kabriolet, jechali przed siebie. Bywało, że do Nowego Jorku lub – w drugą stronę – do San Francisco, bywało, jak w przypadku Jamesa Deana, Jimmiego Hendrixa czy Janis Joplin, że po śmierć… Szatkowski wędrował po Polsce z wymienionymi wyżej przyjaciółmi, ale „buntował” się też z nimi, przebywając na odludziu, pośród lasów – w Antoniewie, które stało się rodzajem aśramu, do którego zmierzali wędrowcy. To była pustelnia, w której mogli się schronić ci, którzy narazili się różnorakim zarządcom i urzędnikom, to było miejsce, w którym można było przeczekać chwilowe i dłuższe nawałnice. Nie zrozumie tego ten, kto nie pojawi się w tym miejscu, kto nie odwiedzi mieszkania Szatkowskiego, pełnego pamiątek, obrazów i zdjęć, książek, podków i pomalowanych kamieni. Dopiero tam zaczyna się rozumieć niektóre wątki z dzieł Stachury, dopiero tam odsłaniają się głębie poezji Bruna, zamknięte przestrzenie Babińskiego czy Różańskiego. To miejsce należy do ciągu miejsc sakralnych tego pokolenia, obok samotni z Siekierezady i Całej jaskrawości, obok różnych chwalebnych i mniej uświęconych zakątków pojawiających się w wyzwolonej poezji, prozie i korespondencji. Starczy spojrzeć na ich fotografie z tamtego okresu, na długie włosy i brody, na stroje jakie nosili – to byli polscy, najprawdziwsi hipisi, to byli artyści, którzy szli krok dalej od zachodnich inicjatorów ruchu. Czasem starczało im tylko to, że byli ze sobą, że rozmawiali i dzielili się kawałkiem swojego życia – innym razem zadawalali się kartką wysłaną przez Steda z Meksyku, telefonem z Polski, jakimś drobiazgiem, lub wiadomością przekazaną przez kogoś tam… Zawsze jednak do siebie wracali, wciąż gdzieś się odnajdywali, stale się wspomagali i tworzyli swój święty krąg wrażliwości i doświadczenia. To zdumiewające, że dopiero teraz,  w dziesiątym roku kolejnego stulecia, wiele lat po śmierci przyjaciół pokoleniowych, pojawia się powieść Jerzego Szatkowskiego, nawiązująca do wskazanych wyżej dziejów i wydarzeń. To jakby wystudiowana, nowa spowiedź dziecięcia wieku, to summa, w której jest tyle prawdy i oryginalności językowej, tyle obserwacji świata i esencjonalnej mądrości, a zarazem tyle interesujących dopowiedzeń, glos autorskich i faktów, o których nikomu się nie śniło. To także próba rekonstrukcji życiowej filozofii, chęć zamknięcia w dziele prozatorskim tego, co niektórym mogło wydać się chaotyczne lub niezrozumiałe, a dla uczestników wydarzeń było smakowaniem życia i zaprzeczeniem śmierci – obłaskawianiem nicości i negowaniem sztucznej egzystencji. Jak w kalejdoskopie migają tutaj sytuacje i postaci, zmienia się perspektywa narracyjna – twórca w znakomity sposób przybliża i oddala się od realnych spraw, stosuje opis prosty lub zagłębia się w zawiłości semantyczne, dociera do istoty zdarzeń i słów, zachowań i póz. Wszystko inkrustowane wspaniałym humorem i dystansem pisarskim, na który zdobyć się umieją tylko ci, którzy mają też dystans do samego siebie. Trawestując tytuł tomu, można powiedzieć, że to tak prawdziwe, że aż nieprawdopodobne, tak zatopione w polskiej rzeczywistości i tyle do niej dopowiadające. Aż chce się rzucić wszystko, stanąć na szlaku i jak oni ruszyć przed siebie, być wolnym człowiekiem w nieograniczenie rozległej rzeczywistości. A do tego tak kształtować swoje życie by stało się spektaklem i mszą, ceremoniałem i ucztą, by swobodnie przekraczało granice mitu i zyskiwało nowe znaczenia, by dookreślało biografię kontekstami filozoficznymi. Tę książkę trzeba czytać uważnie i podskórnie, tak by wyodrębniając szczegół, nie uronić całości przesłania, którym jest wielka, wzbogacająca i dopełniająca człowieka  p r z y j a ź ń.  Głównym bohaterem tej narracji jest sam autor, ale obok niego staje Bruno i inne postaci, pojawia się też tyle integralnych wątków i „zachowanych” chwil, tyle niezwykłych momentów, że wszystko zaczyna pulsować, interaktywnie wychodzić do czytelnika i zapełniać treścią pustkę wyobraźniową, jaka wciąż rozszerza się w naszej świadomości. Szatkowski prezentuje tutaj własne ujęcie tego, co się wydarzyło, ale stale uwzględnia też potencjalną obecność swoich bohaterów, którzy przecież nigdy dla niego nie umarli, nie odeszli w przeszłość, nie znaleźli się za nieprzenikalną zasłoną czasu. On z nimi wciąż obcuje, czasem widzi ich, jak omamy za oknem, innym razem pojawiają się w jego snach, a potem w rozmowach z przyjaciółmi i bliskimi – w takim rozumieniu czas powieściowy został rozciągnięty i nałożył się na realne życie, a z drugiej strony prawdziwe istnienie wlało się między karty powieści. Oto niezwykła interakcja jak w czasach, gdy byli razem – oto aktywne przenikanie się chwil i gestów, uśmiechów i krzyków, realnego życia i jakże bolesnej, anihilującej wszystko śmierci. Mit wolnego życia i wspaniałej przyjaźni od dawien dawna obecny był w historii ludzkości, przybierał różne formy, stawał się obrzędem przejścia, wzbogacał losy o żar emocji, przydawał im treści eternalnej, przypominał o chwilowości wszystkich i wszystkiego. Tutaj – w powieści Jerzego Szatkowskiego – mit ów został wpisany w dzieje wspólnego bycia w czasach trudnych i pięknych, niemożliwych i jakże realnych, pełnych niezwykłych fenomenów i najprostszych cząstek egzystencji. Nikt nie rodzi się dwa razy i nikt dwa razy nie umiera, ale można odradzać się w swoim czasie wielokrotnie i można umierać po trochu. Kto jednak chce sięgnąć tego, co nieprawdopodobne, kto chce znaleźć to, co prawdziwe, musi stanąć do konfrontacji ze światem, musi zamanifestować swój bunt, ze szklanką wina w dłoni, z palącym alkoholem we krwi i żrącą nikotyną w płucach, musi integrować się z otoczeniem i być w opozycji do niego podczas sakralnych spotkań i rozstań. Musi też wyrazić swoją niezgodę idąc drogą z przyjacielem, wpatrując się mu w oczy, rozmawiając z nim o wszystkim i o niczym, dopełniając jego losy własną treścią egzystencjalną. Autor tej książki utrwala w słowach ważny fragment w życiorysie własnym i swoich bohaterów, a choć jest to proza artystyczna, to czytelnik zdaje sobie sprawę z tego, że wszystko to wydarzyło się naprawdę. Prawda jest tutaj kluczem do poznania, a poszczególne elementy opowieści wspierają ją i wzbogacają o pojemne znaczeniowo głębie. W tym przesłaniu Szatkowskiego, formułowanym u końca drogi – wszak biologia i eschatologia nie oszczędzają nikogo – docieramy do samej istoty człowieczeństwa, odnajdujemy byty, które nie oparły się próbie czasu, ale stały się czytelnymi znakami wrażliwości i poświęcenia, wiary w prawdę eksperymentu życia i przekonania, że nie zmarnowało się danych nam chwil. Dobrze, że ta powieść ujrzała światło dzienne, bo jest ona przywracaniem pamięci, wyłowieniem z nieistnienia chwil, które miały wagę tysiącleci i momentalnie stawały się legendą. Doprawdy, to tak nieprawdopodobne, że aż prawdziwe…

Niezwykle ważna dla Szatkowskiego była forma dzieła, tak jak w przypadku Epistoł, pisanych bez pośredniej interpunkcji, akcentującej tylko zakończenie kolejnych sentencji i transform syntaktycznych. W przypadku strumienia świadomości znaczenia słów są ważniejsze od artykulacji i zaznaczeń przestankowych, bo wszystko mieści się w obrębie szerokiego pasma przekazu, jakby nieustannego podążania myśli do przodu. I tutaj dynamika opowieści wysuwa się na plan pierwszy, wydobywając dzięki temu niezwykle wyraziste postaci, przydając znaczeniom głębi symbolicznej, tworząc rodzaj opowieści kulturowej, w której walka i uwięzienie stają się stereotypem poświęcenia i udręki. Narracja Szatkowskiego umiejscowiona jest konkretnie w polskiej rzeczywistości, ale siłą obrazowania wykracza daleko poza ustalenia topograficzne, stając się figuralną opowieścią o tajemnych wymiarach egzystencji, ludzkich żądzach i postępkach. Czytelnik sam musi rozkładać akcenty ważności i wydobywać obrazy pierwiastkowe, bo przecież tutaj stale coś się dzieje i jedno przedstawienie napiera na kolejne odsłony, nowa sekwencja – stając się naturalną konsekwencją tego, co już zostało powiedziane – natychmiast zyskuje swoją autonomiczność. Świat ludzki niewiele różni się od przestrzeni, w których bytują owady, płazy czy drapieżne ssaki, bo i w nim obowiązują krwawe rytuały przetrwania. Kłamstwo jest takim samym zachowaniem obronnym jak podstęp łowiecki, a zbrodnia staje się częścią walki o przeniesienie jaźni mordercy w czasie i osiągnięcie zaspokojenia. Wiedza niezbędna do przetrwania została przekazana bohaterowi przez starszyznę rodu, w której babcia odgrywa najważniejszą rolę, ale pozostali członkowie klanu też mają swoje ważkie przesłanie. Szymek ze Żwirków korzysta z rad, ale nieustannie też bije się o swoją integralność, próbuje zaznaczyć jak niezwykłą otrzymał wyobraźnie i jak niespotykany jest jego „aparat” interpretacyjny. Rekonstruując rzeczywistość nasącza ją „skazą” i darem własnej wyjatkowości, przydaje znaczeń, rozszerza obszary penetracji, tak że najmniejsze nawet zdarzenie, orbituje w stronę mitu. A tam – przy spotkaniu podświadomości i imaginacji – wszystko układa się w przekaz idealny, pozbawiony ludzkich uczuć i ułomności, bliski boskiej zasadzie uświęcania bytów w procesie świętego doskonalenia, w drodze ku sacrum ostatecznemu, ku Stwórcy gałązki brzozy i gniazda ptaka. Anula – choć zbezczeszczona seksualnie – staje się dla tej kreacji niepokalaną Dziewicą, będącą znakiem czystości i pełni, dziecięcej wiary w czystość i doskonałość. Jakże mądry i głęboki jest tutaj wywód Szymka na temat mitu: Bo proszę Wychowawczyni z mitem to jest że można go podziwiać że można nad nim w zachwyt bezkrytyczny wpaść że można się nim jak winem upoić że można nad nim rozczulić się zapłakać serdecznie że można przez niego w nieutulonym pogrążyć się żalu że można nad nim zadumać się czule a z drugiej strony w jasną cholerę wpaść że można go przyjąć za własny i niejako utożsamić się z nim że można go podjąć i dużo jeszcze z nim zrobić i dużo dzięki niemu osiągnąć że różnie go odczytywać można i na wiele sposobów tłumaczyć i w takim czy innym przedstawiać go świetle i tak dalej i temu podobnie i nieprawdopodobnie i w końcu odejść od niego żeby kiedyś tam do niego powrócić czy zatęsknić że często jak drogowskaz jest jak broń albo opatrunek jak woda chleb i sól. I jak powietrze. Jak słońce. Tak to co szczególne i jednostkowe staje się treścią uniwersalnego przekazu na temat bytu i mechanizmów przetrwania, tak wyłania się z tej opowieści kulturowa ontologia. Jak w kalejdoskopie migają tutaj osoby i zdarzenia, elementarne cząstki życiorysu Szymka, który kształtował się w bolesnych interakcjach z otoczeniem. To była jego szkoła życia i cierpienia, która w narracji Szatkowskiego nabrała cech doskonałości, wiary w przeistoczenie i przebóstwienie, pewności, że jego droga prowadzi do celu, którym zawsze jest wiedza. Choćby chwilowa, choćby osiągana w momencie zranienia lub śmierci – wiedza o ludziach i o sobie samym, wiedza niezbędna dla pojęcia fenomenu pojawienia się w burzliwej chwili dziejowej i w konkretnej przestrzeni bytowania. Autor świadomie przerysowuje główne postaci, ukazując je tak, jak dziecko widzi dorosłych – monumentalnych i komicznych zarazem, górujących nad światem dorastających istot, a zarazem nie rozumiejących na czym polega prawdziwe kształtowanie się żywej świadomości. Jego istnienie warunkują odruchy, ale też tragiczne doświadczenia wojny, śmierci ukochanych zwierząt, a nade wszystko nieustannego zapadania w niebyt świętych chwil, od przebudzenia do zaśnięcia. Nic nie potrafi zrekompensować tej utraty, nawet epistoły pisane do Pani Wychowawczyni, nawet mądre rady babci i obserwacje natury, w której wszystko zdaje się być właściwie poukładane, mające swoje miejsce w logice stworzenia, ale przecież – gdy samochód rozgniata ulubionego kotka, albo gdy w akwarium topi się piesek – budzącej obezwładniające przerażenie. Coś, co zostało zainicjowane w przeszłości, przeobraża świadomość bohatera i podąża ku doskonałości, nawet jeśli będzie nią idealna śmierć, pozostawiająca wspomnienie czynu, daleko wykraczającego poza ludzkie schematy postępowania. Zagrożenie jest realne, bo każda nadwrażliwość orbituje pomiędzy egzystencją a niebytem, każda wyjątkowość domaga się ostatecznych dopełnień, każde zwycięstwo obciążone jest skazą porażki. Biorąc na siebie winę za niepopełniony czyn, Szymek staje w jednym szeregu z niewinną istotą i pokoleniami ofiar, które nie zrozumiawszy do końca na czym polega przetrwanie, odchodziły w bólu i rozpaczy ze świata. Mieli swoje szczytne plany, pragnęli coś osiągnąć, dotrzeć do dalekich krain, ale nie udało się im przedostać przez odwieczne rytuały przejścia, nie udało im się odsączyć chwile jasne od ciemnych, krople łez od strużek krwi. W takim rozumieniu powieść Szatkowskiego jest traktatem o ludzkiej naturze i o pułapkach w jakie ona wpada, o wielkim pragnieniu osiągnięcia stanu wiedzy i pełni szczęścia i o bólu, który stale determinuje postępowanie, niszczy marzenia i zabiera to co najcenniejsze – wyjątkowość i niepowtarzalność chwilowego istnienia. Rodzimy się raz na całą wieczność, ale zło i bezduszność ludzi oddala od nas perspektywę eternalną, musimy zmagać się z kłopotami dnia i nocy, a nie ogromnych przedziałów czasu, pośród których rodzą się gwiazdy i galaktyki, pośród których trwa pradawna metamorfoza. Tylko bohater zraniony, tylko ktoś kto zaznał cierpienia, tylko biorący na siebie winę heros, może przez chwilę spojrzeć na ogromny przestwór, potrafi zatrzymać się w biegu i spojrzeć na gwiazdozbiory rozsiane pośród lodowatej pustki. Tylko człowiek prawdziwy osiągnie pełnię tam, gdzie człowiek niewiele różni się od zwierzęcia, a kolejne postępki układają się ciąg błazeństw nie mających znaczenia i sensu – tylko on zobaczy swoją drogę i pójdzie nią w dal, odczyta szyfr gwiazd, zostawi za sobą skażoną przeszłość i odnajdzie przyszłość. Choć nie odnajdzie…

         

Z kolei Tryptyk Jerzego Szatkowskiego to rozpisana na głosy pieśń pochwalna, song uświęcający – pieśń czasu, który się wypełnił po brzegi i przelał poza krawędzie śmierci. Hymn stworzony z fragmentów dawnej rzeczywistości, z odpomnianych cząstek wspólnie przeżytych chwil; wspólnych wypraw w krainy wyobraźni i ludzkiego cierpienia. Szatkowski opowiadając o przeżytych wraz z Edwardem Stachurą wyprawach ku „cudnym manowcom” stara się zawrzeć w swoim poemacie tak charakterystyczne dla twórczości Steda zauroczenie światem i sytuacjami, w których dochodzi do trudnej do wypowiedzenia unii pomiędzy zwykłością, tandetą i podskórnym rytmem wielkiej, wszechogarniającej tajemnicy życia. Stachura ciągle poszukiwał w rzeczywistości symptomów tego drugiego świata – jakby przestrzeni ukrytych przed zmysłami człowieka, ale przeczuwanych przez jednostki nadwrażliwe, pełne wewnętrznych spękań i egzystencjalnego lęku. Szatkowski należał do jego przyjaciół, gdyż tak jak w Brunie, w Babińskim i Różańskim autor Wszystko jest poezja odnajdywał pogłos tego samego drżącego dźwięku. Jakby zew tajemniczości nie odkrytej, zew śmiertelnej, przyzywającej wciąż siły wszechświata. W prozie i poezji Szatkowskiego Stachura przypisany został dziecinno-młodzieńczej arkadii, do której autor wraca jak do sakralnej krainy pierwszych wtajemniczeń i poetyckich (tzn. życiowych) inicjacji. Stachura czuł i słyszał tę bolesną, smutną nutę, brzmiącą wciąż w autorze Ave, dlatego odnosił się do niego jak do najbardziej zaufanego przyjaciela – ale owe stosunki miały też wymiar mityczny; poprzez poezję, w jej oddechu stawały się jakby stosunkami między członkami tego samego mitycznego klanu ostatnich wolnych wojowników. Szatkowski przenosząc swoje spotkania ze Stachurą w poświatę poezji, w rewiry prozy, nieustannie nadaje im wymiar ogólnoludzki. W takim kontekście poemat opowiada o kosmogonicznym kształtowaniu się przestrzeni, o kategoriach ołtarza, stosu i odwiecznej ofiary. Sted powędrował po śmierci do tej samej krainy, gdzie wcześniej udał się przyjaciel dziecinnych zabaw – Kostek. Jego śmierć i śmierć Stachury miały w sobie właśnie ów element ofiarny – śmierci dla samej śmierci, absurdalnej, ale jakże boleśnie pięknej i  o d r a d z a j ą c e j. Niezwykłą wagę mają tutaj teksty liryczne – to poezja pojmowana i odbierana jako ofiara – magiczna gra z niewiadomą, jako sprawdzian w ludzkiej próbie bytu. Poezja rodząca się w bólu i poniżeniu, osadzająca się między klejącymi się powiekami, a nade wszystko poezja wyszarpywana z żył – to tylko niektóre wyznaczników liryki Szatkowskiego. Te wiersze udowadniają  raz jeszcze jak pojemne i rozległe są przestrzenie słowa, jak wiele niosą informacji, jak wielostronne opisują i określają fenomen życia. Bo przecież odnajdziemy tutaj i przebogatą sferę lingwistyczną – oscylującą między staropolszczyzną, językiem Norwida i Leśmiana, lumpenproletariackiego slangu, stylizowanej gry słownej i przyjacielskiej pogwarki – i elementy etyki, filozofii istnienia, i wreszcie metaforyczną obrazowość, odsłaniającą podświadome, przeczuwane zaledwie sfery egzystencji. Odnajdziemy określoną dramaturgię i fabularny ciąg inicjacji i śmiertelnych porażeń. Życie w wierszach Szatkowskiego zdaje się groźnym rytuałem, żywiołem, który okiełznać może tylko poeta-zaklinacz i jego wypowiadane w określonym momencie formuły. Często wiersz, rzucany w przestrzeń potrafi uleczyć innych ludzi, uciszyć krzyk przerażenia i jęk rozpaczy, ale zawsze pozostawia ranę, bruzdę, bliznę na sercu. Poeta jest ledwie chwilową tamą na drodze prącego wciąż naprzód strumienia – często porywany i rzucany w różne strony, odczuwa najpełniej kruchość i niepewność swego i innych  b y c i a. Jest świadom tego, że prędzej czy później on, albo ktoś tak samo jak on wrażliwy, będzie musiał odkupić te chwile, kiedy zdawało się, że czas przestaje płynąć, a ciepło przyjacielskiej dłoni, ciepło kobiecego ciała jest baldachimem. W dzieła Szatkowskiego wpisany został czarny mit poezji polskiej – mit romantycznego ofiarnictwa, odchodzenia ku miejscom ostatecznych spełnień, płacenia krwią i cierpieniem za błogosławieństwo i wiarę. To jeszcze jedno ogniwo w promieniującym czarnym światłem łańcuchu poetów przeklętych, poetów tragicznych. Szatkowski był ich przyjacielem i orędownikiem, przyjmował wszelkie konsekwencje bycia razem, wędrówki tą samą ścieżką – jak sam mówi, wydawało się zawsze, iż jest z nich najsłabszy, że życie z nim pierwszym się rozprawi, że jego opłakiwać będą koledzy. Ale – jak to bywa w tajemniczym świecie – właśnie jemu wyznaczona została rola tego, który ma dać świadectwo, tego, który ma w słowach ocalić to wszystko, co zdawało się nie do wyrażenia. I ocalił – poszczególne wiersze i cząstki prozatorskie stały się żałobnymi pieśniami tajemnej rzeczywistości, stały się kamieniami nagrobnymi tamtych chwil. A zarazem – wypowiedzeniem poczucia niespełnienia, poczucia bolesnego zawodu, modlitwą odmawianą za zmarłych i szeptem buntu – próbą wytrzymania lodowatego spojrzenia. I nie ma w tych utworach niczego z hagiografii, Stachura jest prawdziwym człowiekiem z krwi i kości, prowadzi nieustanną walkę, zbliżając się do tajemnicy i jest brutalnie od niej odrzucany. Dlatego też w Tryptyku nie ma sfer nieskazitelnych, sacrum zawsze sąsiaduje z profanum, obok miłości jest zdrada, a obok dobra zło. Dzień jest teatrem zdarzeń, które odciskają swoje piętno w podświadomości i pamięci, noc jest chwilą wytchnienia, albo nieustannym czuwaniem – śmierć jest na wyciągnięcie ręki, stale daje o sobie znać i nie pozwala zapomnieć o absurdalnych i ironicznych kontekstach. Szatkowski często odgradza się od niej, tworzy z języka nieprzepuszczalny ekran, ale nawet wtedy śmierć rosi się na jego obrzeżach… Ta literatura jest zarazem miękka i delikatna, cicha i czuła, łagodna i dźwięczna, ale też stonowana i narażona na zbyt powierzchowne odczytania, broniąca się jedynie prawdziwością transponowanych figur i sytuacji, konkretnością metaforycznych złożeń i neologiczną energią języka. Te wiersze można by łatwo zaśpiewać, zaaranżować do wykonania jako ballady, piosenki podróżne, ta proza staje się sakralną opowieścią, modlitwą i hymnem pochwalnym. Wszystko w nich zdaje się płynąć, wszystko dookreśla pozostałe partie utworu, wszystko ma swoje funkcjonalne miejsce; wreszcie wszystko niesie konkretną informację semantyczną. Szatkowski cyzeluje swoje teksty niczym złotnik, do ostatnich chwil przed oddaniem w ręce kupca, pracując nad swoim wyrobem. Trudno byłoby cokolwiek dodać do tych opowieści, strof, wersów i nowych złożeń słownych – wszystko w nich jest na miejscu, wszystko ustawione zostało w szeregu nakładających się na siebie i wzmacniających się sensów. Ta swoista lingwistyczna harmonia dźwięków i semantyczna harmonia obrazów tworzą świat nieopisanie piękny i groźny zarazem. Świat na granicy bajecznego snu, kolorowego przeźrocza, barwności sekwencji lasu czy łąki, a z drugiej strony świat mrocznych korytarzy percepcji, świat chłopców z tatuażami na ciele i „sznytami” na przedramionach, którzy odważnie, chwacko rzucają się w nurty wody i płacą za to życiem. Ten jakże bolesny i absurdalny w swojej istocie kadr jest jednym z centralnych obrazów tej twórczości i rekreowanej rzeczywistości. Staje się też magicznym kluczem do coraz bardziej zagmatwanej łamigłówki życia. Ale jest to też obraz o klarowności spotykanej jedynie w obszarach mitu, podania kulturowego. W nich bohater rzuca się na ratunek potrzebującym pomocy, salwuje niewinnych z czeluści żywiołów, składa swe życie na ołtarzu aby obudzić nową świadomość, wypełnić to, co objawione zostało na górze, z dala od zgiełku świata. Tego rodzaju wiedzę i tak intensywną klarowność sztuka uzyskuje jedynie w obliczu i w kontakcie ze śmiercią. Jerzy Szatkowski patrzył jej w oczy przez wiele lat, przez wiele nocy i dni czuł na sobie jej lodowaty oddech. Uciekał też od niej i chronił się w arce wiersza, w chybotliwym korabiu prozy, i śmiało, bez wahania i gier wstępnych, obnażał jej bezduszność… Tryptyk to dzieło jednorodne i szlachetne w zamyśle artystycznym – to hołd złożony przyjacielowi i nieustanne, żarliwe, indywidualne odkrywanie tajemnicy tajemnic…           

Jerzy Szatkowski od zawsze był słowiarzem – czerpał obficie z wynalazków lingwistycznych Norwida i Leśmiana i modyfikował je na swój sposób, obdarzał też wiersz ogromnym ładunkiem własnej słownej pomysłowości, powidzieć można – inwentyki lingwistycznej. Zasłynął jako przedstawiciel tego samego pokolenia co Stachura, Różański, Babiński, Bruno i wszedł do legendy literackiej jako ich kompan, twórca wyrażający w swoim dziele te same co oni niepokoje, autor chadzający tymi samymi co oni szlakami. Ale przecież – co zauważali liczni krytycy – szedł też swoją drogą i w swoich eksperymentach językowych dotarł zapewne najdalej. Przyjaźń otworzyła przed nim horyzonty poezji, ale kazała też nieustannie weryfikować, stale czujnie przyglądać się swojemu losowi i wierszom, które były jego odbiciem. Tak wpatrywał się w słowa i treści, tak stale szukał neologizmów i transformował w zdumiewający sposób martwą tkankę języka. Tak powstawały wiersze, które wpisywały się w określoną tradycję modyfikacyjną   s ł o w a,  tak rodziła się liryka nie znająca kompromisów – zawsze, ponad wszystko stawiająca efekt artystyczny, oryginalność nie dającą się z niczym porównać. W erotykach pisanych dla swojej wielkiej miłości – Iwony – wykorzystał Szatkowski dwie sfery obrazowania i dwie płaszczyzny językowe. Tak świat roślinny i kształty ludzkie stały się przedmiotem niezwykłych operacji słowno–metaforycznych i dały efekt doprawdy zdumiewający. Oto powstał cykl, w którym miłość wpisana została w ciąg nieustającej metamorfozy, wielkiej – rozgrywającej się w czasie i w przestrzeni – przemiany treści i sensów, słów i znaczeń. Wszelkie innowacje fundują się tutaj w zakresie botanicznej leksyki i antropomorfizacji treściowych – rośliny stają się elementami świata ludzkiego, a w połączeniach metaforycznych wręcz je obrazują. Uczestniczymy wraz z autorem w chwilach przeżywania rozkoszy, w momentach odczuwania ciepła i bliskości, ale też jakby podlegamy wraz z nim prawom, jakie obowiązują w świątyni miłości i w świecie roślin. Tu i tam trwa dynamiczne wzrastanie, tu i tam wybucha kwitnięcie, tu i tam wszystko zapada się w zgniliznę, albo zasycha bezpowrotnie. Poeta pragnie w słowach kultywować swoją miłość – chce ją widzieć w świetle i obfitości żywiołów, chce by krzewiła się nieopisanie, by  była jak swarzybaba, jak kosatka, jak niezapominajka. W takich przedziwnych, oryginalnych transformacjach słownych wiersze stają się rodzajem, tajemnego kodu i mają w sobie coś z miłosnego trelu skowronka i zawodzenia słowika, są poszumem chwastów i kwiatów ocierających się o siebie na wietrze, są szeptem ciał zamykających się w szczelnym uścisku. To są erotyki dla tych, którzy pragną swoją miłość przeżywać w sposób twórczy, to są liryki niespotykane, bo kierowane dla istoty rozumiejącej ich naturę i zarazem strukturę wyobraźni ich autora. Są to też teksty, które są odbiciem subtelności i wyjątkowości kobiety, dla której zostały napisane… I tylko ona może je w pełni zrozumieć, tylko ona może być ich adresatką. Czytelnik wszakże może próbować pobyć w tym świecie, choćby na chwilę, choćby na mgnienie… Może powiedzieć za autorem: pozdrowione niech będą palców twych opuszki/ pozdrowione niech będą piersiąt twych zdrojówki/ pozdrowione niech będą twoich warg wiolinki … Może to zrobić, choć nigdy jego udziałem nie będzie to, co oni przeżyli…

Wskażmy jeszcze ogromną pracę archiwistyczną, ukazującą nieznana twarz Wincentego Różańskiego, jako rysownika, żywo reagującego na sytuacje i uwieczniającego portrety osób, z którymi miał do czynienia. Wiedziałem, że Witek Różański rysuje, bo czasami przysyłał mi w listach swoje wizualizacje, ale zbiór, który otrzymałem do wydania od Jerzego Szatkowskiego, wprawił mnie w wielkie zdumienie. Okazało się wszakże, że poeta z Ostrobramskiej pozostawił po sobie ogromny zestaw rysunków, przedstawiających naturę i miejsca dla niego ważne, dokumentujący literackie kontakty, a nade wszystko ukazujący pisarzy, poetów i innych zaprzyjaźnionych z nim ludzi. To ważny element życia kulturalnego w Wielkopolsce, nie mający precedensu w całym kraju, to czas utrwalony przy pomocy specyficznie kształtowanej kreski. Sam Witek zapewne nie przypuszczał, że jego rysunki zostaną wydane, tworzył je z potrzeby chwili, na marginesie zdarzeń i spotkań, albo by obdarować nimi kolegów, znajomych, osoby w jakiś sposób mu bliskie. Widać w poszczególnych rysunkach, że miał wprawną rękę i potrafił uchwycić coś, co trudne byłoby do ukazania z wykorzystaniem skomplikowanych technik plastycznych. To są chwile, sekundy i minuty, retrospekcje ulotne jak sam czas, spojrzenia na ludzi i miejsca w jakimś kosmicznym skrócie. Poeta założył od samego początku, że będzie wykorzystywał tylko minimum środków, rozumiejąc, że nie dorówna największym twórcom, zastosował własną technikę. Nie był w tym odosobniony, bo przecież i w pracach pozostawionych przez Norwida, Wyspiańskiego, Schulza, a współcześnie Mrożka, też znajdziemy takie skrótowe ujęcia. Powstanie takich rysunków determinowane było chęcią uchwycenia błysku, pozy, jakiejś charakterystycznej cechy i w tym Różański okazał się prawdziwym mistrzem. Pamiętam te jego bystre spojrzenia i błyski w oczach, gdy lekko przekrzywiał głowę i przyglądał się światu. Osoby nieznające go, mogły tego nie zauważać, ale byli też i tacy, którzy łączyli je z równie skrótowymi komentarzami i aforystyczną stroną jego liryki. Będąc poetą najprawdziwszym i artystą bez ograniczeń, tworzył dzieła dla innego czasu, dla swoich losów pośmiertnych i dla dni post mortem jego przyjaciół. Dopiero, gdy odeszli po kolei – Stachura, Bruno, Babiński – jego prace zaczęły pulsować treściami, których wcześniej nie dostrzegano. Teraz widać dobrze, że to nie były igraszki, a raczej przemyślane kompozycje, zestawy kresek, które układały się w bogate ciągi znaczeniowe. Po opublikowaniu tej książki żaden historyk literatury nie będzie mógł pisać o Witku bez znajomości zawartych w niej przedstawień – a gdy pochyli się nad nimi, wniknie w zakodowane treści, znajdzie w nich dopełnienie słów, wierszy, listów i wspomnień śpiewającego dziecka, które szło jak włócznia. Wiersze Różańskiego powstawały metodą błyskawicową, jako odpowiedź na wyzwania świata i jego niezwykłą świetlistość, przypadkowość i konsekwencję, wielowymiarowość i otwartość. W poezji tej wszechświat stale otwiera się i zamyka przed świadomością w nieustającej pulsacji. Przeobraża się pomiędzy każdym mgnieniem powiek i stale dąży ku nowym metamorfozom – od stanu „natura” do stanu „przestrzeń”; od kształtu  „galaktyka” do nie kończącej się wizji „kosmos”. Poeta czuje stale tę pulsację niczym rytm przepływu własnej krwi i dlatego stara się stale wychodzić poza to, co skostniałe, stale walczyć o nowy oddech. Interesuje go koniec i początek, inicjacja i żałobna inkantacja. Nieustannie wpisuje się on w ciąg sprzeczności istniejących w naturze. Gubi się na przedmieściach wielkiego miasta i odnajduje w samym centrum metropolii. Idzie w dal odważnie przed siebie i przed sobą stale ucieka. Niesie z radością nosidła bytu i ledwie może je udźwignąć. Pławi się w sensach świata  i pozwala przepływać obrazom przez mózg. Może dlatego niektóre wiersze zostały napisane na zasadzie wolnych skojarzeń – wyzwolenia świadomości z jakichkolwiek pęt. Potrafi ona dzięki temu ogarniać coraz szersze i głębsze przestrzenie. To metoda znana z poezji Ezry Pounda, ale też i Edwarda Stachury, to sposób poezjowania Yeatsa i Różewicza. Różański jednak nie naśladuje swoich wielkich protoplastów w poetyckim rzemiośle, raczej łączy się z nimi w wielkim uniwersum świadomości, w wielkim rewirze wierszy. Czasami powstawało ich kilkanaście od razu, jakby w ciągu poematowym, jakby w zamyśle książkowym i lęku, że mogą przepaść i nigdy nie pojawić się na papierze. Ta twórcza metoda została zastosowana też w rysunkach Witka, ale jest jeszcze w nich coś absolutnie oryginalnego i wyjątkowego w swej prostocie. To właśnie owa kreska, która będąc czarna jest zarazem jasna, pełna subtelnego światła. Niosąc informację o przestrzeniach i czasie, zawiera w sobie też przekaz świetlny – to jakby odsączenie z elementów świata tego, co nieistotne i ukazanie w    c a ł e j    j a s k r a w o ś c i  tego co najważniejsze, co filozoficzne i pierwiastkowe. On był jasny w swej naturze, wrażliwy na światło i barwy, na dobre uczynki i prawdziwą przyjaźń, która nie znała kompromisów. Takie memento pozostawił w ulotnych, jasnych kreskach, które w tym albumie układają się w potężny przekaz wizualny, w lirykę i dramat, a nade wszystko w prawdę o ludziach, miejscach i czasie, którego nie można zatrzymać. Jemu to się udało, choć się nie udało, on to rozumiał i nie akceptował – przeciwstawił się nieustannemu rozpadowi najdelikatniej jak potrafił, jasną kreską. I w niej prawdziwie nie posmakował śmierci.

Jurek przygotowywał jeszcze do publikacji obszerny wybór swoich wierszy, który także miał się ukazać w Bibliotece „Tematu”. Niestety kłopoty zdrowotne i ogromna trudność w zgromadzeniu sporych środków na tę publikację, wciąż ją opóźniały. Odbyliśmy wiele rozmów na ten temat i teraz punktem mojego honoru jest wydanie tej książki, jeśli tylko rodzina się na to zgodzi i uda mi się znaleźć sponsorów. Nigdy nie zapomnę opinii i słów mojego przyjaciela, szczególnie gdy bywałem atakowany, opluwany, albo gdy dokonano na mnie haniebnej egzekucji w bydgoskim uniwersytecie. Zawsze stał po mojej stronie, nie wierzył w absurdalne opinie, korygował pomówienia i zawsze podkreślał wartość tego, co robiłem i robię. Żegnaj Jurku, nigdy nie usłyszę już twojego głosu przez telefon, nigdy nie odwiedzę cię w domu i nie będę miał okazji snuć z tobą długich dysput literackich. Ale zostanie ze mną twoja wiara we mnie i wskazania w jakich kierunkach powinienem podążać. Odtąd Cmentarz Miłostowski będzie dla mnie jeszcze ważniejszym miejscem niż dotychczas, bo obok grobu Witka Różańskiego, będę odwiedzał tam twoją mogiłę. Żegnaj Jurku, żegnaj przyjacielu…

 

 

DIAMENTOWY PYŁ

Maria Chilicka

Od dawien dawna ludzkość fascynowała się diamentami, ich niezwykłą połyskliwością, światłem uwięzionym w kamieniu i tajemną siłą, promieniującą z mniejszych i większych minerałów tego typu. To zauroczenie było tym większe, że przez stulecia nie zdawano sobie sprawy z tego czym są te klejnoty, a dopiero doświadczenia Antoine’a Lavoisiera udowodniły, że mamy tutaj do czynienia z czystym węglem. Uczony, który ostatecznie został stracony na gilotynie, po haniebnym wyroku Trybunału Rewolucyjnego Republiki Francuskiej, jako pierwszy spalił doświadczalnie diament, wykorzystując do tego celu promienie słoneczne, skupione przez sporych rozmiarów soczewkę. W taki sposób obalił mit niezniszczalności tego kamienia, wywodzący się z czasów greckich i zaznaczony w nazwie – ἀδάμας, adamas, czyli niepokonany. W kolejnych stuleciach od odkrycia francuskiego chemika, ludzkość znalazła wiele zastosowań przemysłowych dla diamentów, ale najważniejsze zawsze było ich wykorzystanie w jubilerstwie. Ileż to najpiękniejszych kobiet świata, władczyń i księżnych, szlachcianek, arystokratek, aktorek i modelek, przyozdabiało się w diamenty, ileż powstawało przepysznych kolii, diademów, pierścionków, bransolet, kolczyków. Najpełniej ten zachwyt wyraziła Marilin Monroe w słynnej piosence pt.  Diamonds Are a Girl’s Best Friend, a nakręcony wtedy teledysk zyskał miano kultowego „hymnu” na cześć jakże pożądanych ozdób. Dzisiaj mamy do czynienia z ogromnym przemysłem diamentowym, powiązanym z miejscami wydobycia – m. in.  w Australii, Indiach, Brazylii, Rosji, RPA, Kongu i Sierra Leone – a także z wyspecjalizowanymi firmami zajmującymi się obróbką minerałów, wykonaniem biżuterii i handlem na całym świecie.

Trudno się dziwić, że Maria Chilicka, bydgoska poetka i pisarka, zainteresowała się diamentami i stworzyła coś na kształt własnej monografii tych minerałów, a przy tym umieściła w niej wiele własnych przemyśleń i opinii, odzwierciedlających jej wieloletnią fascynację. Autorka przez wiele lat pracowała jako nauczycielka fizyki w szkole średniej i podczas swoich lekcji starała się zainteresować uczniów tym, co pierwiastkowe w naszym wszechświecie, co determinuje nasze istnienie na planecie, zagubionej pośród przepastnych głębi, galaktyk, gwiezdnych konstelacji i mgławic. Zapewne w tamtym okresie ugruntowało się w umyśle pisarki przekonanie, że materia bywa niezwykle fascynująca i może odzwierciedlać sekretne głębie duchowe. Jeśli przyjmiemy perspektywę kosmiczną, to nawet największe ziemskie diamenty staną się rodzajem świetlistego pyłu, w który została przyozdobiona ludzkość. Tytułowy smak diamentów, to nic innego jak wskazanie, że kamienie te stały się też elementem konsumpcyjnym, znajdującym się na samym szczycie drabiny cenowej, obok złota, platyny, rubinów, szmaragdów czy najcenniejszych jadeitów. Książka może być też rodzajem kompilacyjnego przewodnika dla osób zainteresowanych diamentami i szukających wiedzy na ten  temat. Autorka zgromadziła w niej wiadomości teoretyczne i praktyczne, opisała ośrodki wydobycia, przyozdabiając je w historie związane z niezniszczalnymi kamieniami.  A choć obecnie najważniejszymi miejscami dla handlu i rozpowszechniania diamentów są Antwerpia i Nowy Jork, to i tak wszystkie ścieżki wiodą ku Republice Południowej Afryki i tam też zaczyna się narracja fabularna bydgoskiej autorki. Jej bohaterowie – podobnie jak ona w swoim zapale twórczym – fascynują się diamentami i próbują stworzyć podstawy biznesu, który mógłby rozrastać się do gigantycznych wymiarów i przynosić niewyobrażalne zyski, ale niestety zderzają się z brutalną, przestępczą rzeczywistością.

Narracja autorki jest prawdopodobna i wciąga czytelnika z niezwykła mocą, dając poczucie obcowania z dobrą prozą i adekwatną wiedzą na temat rzeczywistości ludzi zajmujących się wydobywaniem minerałów w RPA i Rosji. Niezwykle interesujący jest też wątek sensacyjny, który pisarka rozgrywa w sposób perfekcyjny, przykuwając uwagę czytelnika i tak manewrując kolejnymi dawkami informacji, by zakończenie przyniosło niezwykłe rozwiązanie. To zarazem cząstki świata ludzi marzących o fortunie i bezwzględnych przestępców, oświetlane jak reflektorem i pozostawiające czytelnikowi sporo miejsca na własne przemyślenia i fabularne konstrukcje. Tak powieść i zarazem faktografia Marii Chilickiej, zyskuje walor dodatkowy, stając się zaproszeniem czytelnika do współtworzenia książki i dodawania własnych przemyśleń – może w formie recenzji, komentarza, przywoływania dodatkowych faktów lub tworzenia alternatywnych wątków. Autorka realizuje tutaj jedno ze swoich wielkich życiowych pragnień, łącząc w jednym tomie wiedzę zdobywaną przez lata z niezwykle dynamicznie realizowaną narracją. Po prawdziwej eksplozji poetyckiej i publikacji kolejnych sześciu tomów, otrzymujemy książkę prozatorsko-faktograficzną, potwierdzającą ogromny talent literacki i autentyczną potrzebę manifestacji aktywności życiowej. Warto czytać to dzieło, by choć na chwilę przyozdobić się w diamentowy pył i znaleźć się w miejscach, gdzie rozgrywają się ludzkie dramaty, związane z pozyskiwaniem i handlem świetlistych łez Stwórcy, powstających w procesie jego tajemnej kosmogonii.

SAMOBÓJCY SPOD WIELKIEGO WOZU

Asteryzm Wielkiego Wozu

Przedwczoraj wyszedłem na taras mojego domu i długo przyglądałem się gwiazdozbiorom naszego nieba. Po studiach motywów astralnych Juliusza Słowackiego i napisaniu ogromnego rozdziału książki na ten temat, wiele z nich rozpoznaję i o wielu mam określoną wiedzę astronomiczną. Najczęściej moje obserwacje wywodzę od pasa Oriona, czyli złudzenia (asteryzmu) utworzonego przez trzy jasne gwiazdy ζ Ori (Alnitak), ε Ori (Alnilam) i δ Ori (Mintaka), należące do tego gwiazdozbioru. Z Ziemi wyglądają jakby były równe i znalazły się w jednym szeregu, a przecież te błękitne nadolbrzymy, gorętsze i znacznie masywniejsze od Słońca, znajdują się w różnych głębiach wszechświata i są od siebie oddalone o setki lat świetlnych. Do tego Alnitak jest gwiazdą potrójną, a Mintaka składa się z czterech słońc, czego nie można zauważyć z naszej planety gołym okiem. Przyglądając się niebu i przesuwając się od pasa Oriona na południowym zachodzie, wyodrębniam Syriusza, a na północnym wschodzie Aldebarana. Ta pierwsza gwiazda (a właściwie dwie) nie jest olbrzymem, ale przecież jest najjaśniejsza na naszym niebie, a to za sprawą niewielkiej (astronomicznie) odległości od Słońca. Aldebaran to także gwiazda podwójna, przy czym jej główny składnik Alfa Tauri jest pomarańczowym olbrzymem i barwa ta jest widoczna gołym okiem. Towarzysząca gwiazda jest z kolei czerwonym karłem, a stosunkowo niedawno przy pomiarach ruchu Aldebarana, Arktura i Polluksa zauważono długookresowe oscylacje prędkości, które finalnie pozwoliły wyodrębnić planetę sześć i pół raza masywniejszą od Jowisza. Zwracając wzrok w drugą stronę, ku wielkiej Niedźwiedzicy i tej jej części, którą w naszej kulturze określamy jako Wielki Wóz (w Chinach jest to Wielka Chochla) mamy do czynienia z kolejnym asteryzmem. Podobnie jak w przypadku Oriona gwiazdy tworzące tę konstelację oddalone są od siebie znacznie i tylko z Ziemi tworzą coś na kształt konturu pojazdu. Przyglądając się przedwczoraj tym gwiazdom nagle sięgnąłem myślą do moich początków poetyckich i wydania skromnego tomu wierszy pt. Samobójcy spod wielkiego wozu (1980). Pisałem te teksty równo czterdzieści lat temu, w okolicach roku 1979 i był to czas, gdy szczególnie zaczęły mnie interesować gwiazdozbiory na niebie. Gdy stanęło się na środku podwórka, nasze dwa bloki stawały się rodzajem wrót, otwierających się na konstelację Wielkiego Wozu. Gdy powietrze było mroźne, niebo granatowe, światła na nim wyraziste, skojarzyłem je z kolejnymi samobójstwami przyjaciół i w moim umyśle zaczęły się kształtować wizje pokolenia dorastającego pod gwiazdami i odchodzącego z tego świata z własnej woli. Wyczuwałem instynktownie, że jakaś fatalna siła miała związek z ich czynami, jakaś kosmiczna, pradziejowa przemoc wdzierała się do naszego świata i determinowała losy dziewcząt i chłopaków. Wiersze pisałem już od kilku lat, rozkoszując się absurdalnym rymowaniem i dopiero obserwacje gwiazdozbiorów i refleksje natury ogólnej kazały mi porzucić te zabawy i zająć się pisaniem liryków białych, będących podsumowaniem walk i rozejmów generacji i dziejów tych, którzy przed nimi/ i po nich odbierali sobie/ nie dawali nikomu…

ŚWIAT STAROŻYTNY (XXX)

Pomnik Salustiusza w San Vittorino

Jakże niewiele wiemy o Gajuszu Salustiuszu Krispusie, rzymskim pisarzu i polityku, żyjącym prawdopodobnie w latach 86–34 p.n.e. Urodził się w Amiternum, po którym obecnie zostały tylko ruiny amfiteatru i scena, a także pojedyncze mury. To dzisiaj jest niewielkie miasteczko San Vittorino, ale w czasach starożytnych miejsce to tętniło zżyciem i przyciągało przybyszów z wielu krain. Jak w przypadku wielu rzymskich autorów, historycy literatury starożytnej muszą wyławiać osobne fakty biograficzne z jego dzieł. Wiemy zatem na pewno, że przybył do Rzymu jako człowiek niższego pochodzenia i za sprawą swoich talentów politycznych zaczął piąć się w górę, popierany najpierw przez Marka Licyniusza Krassusa, a później przez samego Cezara.  W roku 59 p.n.e. był już kwestorem, a w roku pięćdziesiątym drugim – trybunem ludowym, związanym ze stronnictwem popularów. Ta aktywność polityczna i zajadłe atakowanie Cycerona, spowodowały, że został usunięty ze składu senatu, do którego powrócił w roku 49 p.n.e., by ostatecznie objąć stanowisko pretora w prowincji Africa Nova (obecnie Tunezja i Libia). Kazimierz Kumaniecki (por. Wstęp [w:] Salustiusz, Sprzysiężenie Katyliny Wojna z Jugurtą, przełożył tenże, Wrocław 2006, s. VI) podaje, że zasłynął tam ze zdzierstw i nadużyć, które pozwoliły mu potem zakupić wille Cezara w Tiburze (dzisiaj Tivoli)  i założyć słynne ogrody salustiańskie między Kwirynałem a Pincio. Po zamordowaniu Cezara, w obawie o swoje życie, odsunął się od polityki i spotkań z przedstawicielami różnych frakcji, a skupił się na pracy literackiej. Owocem tej aktywności były co najmniej trzy dzieła: Sprzysiężenie Katyliny (o udaremnieniu spisku Katyliny przez konsula Cycerona), Wojna z Jugurtą (czyli królem Numidii, a obecnie północnej Algierii) i Historia, ocalała tylko we fragmentach. Warto na koniec tych szczątkowych informacji biograficznych przywołać rekonstrukcję osobowościową Kumanieckiego: Salustiusz podobny jest do człowieka, który teoretycznie potępia zło i intelektualnie widzi jego wpływ rozkładowy na społeczeństwo i życie państwa, jednakże nie może wyrwać się z atmosfery zepsucia; ambicja polityczna pchała go na drogę polityczną, a że ta pełna była chwytów i podstępów nieetycznych, więc brnął w niej dalej… choć czasem z obrzydzeniem, które dla tego rodzaju praktyk musiał wynieść z domu rodzicielskiego. (Tamże, s. X) Jakkolwiek by nie było, życiowe wybory i działalność publiczna Salustiusza dały mu określoną wiedzę i przenikliwość, które zaprocentowały w jego dziełach.

Cesare Maccari, Ujawnienie spisku Katyliny

Jak zwykle przy uważnej lekturze starożytnych tekstów, szukam w nich takich fragmentów, które mogą zainteresować współczesnego czytelnika. To są cząstki, które przetrwały długie stulecia i niczego nie straciły ze swej aktualności, a nawet zostały wzmocnione i zuniwersalizowane przez upływ czasu i powtarzalność sytuacji w stuleciach następnych. Tak jest z charakterystyką Katyliny i rozważaniami Salustiusza na temat zła: Jeszcze jako młody człowiek dopuścił się Katylina wielu niecnych wszeteczeństw z pochodzącą z rodu szlacheckiego westalką i innych tego rodzaju wykroczeń przeciw prawu ludzkiemu i boskiemu. Uchodzi za pewnik, że w końcu zapłonowszy miłością do Aurelii Orestilli, w której prócz urody żaden porządny człowiek niczego godnego pochwały dopatrzeć się nie mógł, ponieważ ta wahała się wyjść za niego z obawy przed dorosłym pasierbem, zabił własnego syna; w ten sposób opróżnił swój dom, aby zrobić w nim miejsce dla zbrodniczego małżeństwa. Wydaje mi się, że szczególnie ten fakt był przyczyną przyspieszenia zbrodni. Albowiem duch występny, bogom i ludziom wrogi nie mógł znaleźć uspokojenia ani w czuwaniu, ani we śnie; tak poczucie popełnionej zbrodni dręczyło podnieconą myśl. Więc cera jego była blada, oczy błędne, krok raz szybki, raz ociężały; krótko mówiąc, na twarzy i obliczu malowało się szaleństwo. (Tamże, s. 14) Czyż może być coś gorszego jak oskarżenie rzymskiego polityka o zamordowanie własnego syna, i to dla określonych korzyści seksualnych? Salustiusz wpisuje się tutaj w odwieczną zasadę jak najgorszego ukazywania przeciwników politycznych, od rozwiązłości do morderstwa, od niepohamowanej żądzy do szaleństwa.

Alcide Segoni, Odkrycie zwłok Katyliny na polu bitwy

Z jednej strony mamy zatem określona stylizację pisarską, wpisującą się w schemat walki na słowa, a ze strony drugiej musimy pamiętać, że choć dzieło to zostało napisane dwadzieścia lat po zdemaskowaniu spisku, to rzymski historyk miewał do czynienia z Katyliną i mógł poczynić określone obserwacje. Salustiusz idzie jednak dalej, co już budzić może liczne wątpliwości: Lecz młodzież, którą (…) zwabił do siebie, na różne sposoby wyuczał złego. Z ich grona przygotowywał sobie fałszywych świadków i fałszerzy dokumentów; uczył mieć za nic wiarę, majątek, niebezpieczeństwa, a później, kiedy już ich dobre imię i poczucie honoru nadwyrężył, nakazywał inne większe zbrodnie; jeśli nawet na razie nie było powodu do popełnienia czegoś złego, to mimo to nakazywał zarówno takich, którzy mu nic nie zawinili, jak i takich, co zawinili, osaczać i mordować: robił to oczywiście w tym celu, aby w bezczynności nie rozleniwiły się im ręce albo duch i raczej bez powodu był zły i okrutny. (Tamże, s. 14–1 5) W ujęciu autora Sprzysiężenia… byłby Katylina kimś w rodzaju diabolicznego „trenera” zła, starającego się utrzymać swoich stronników w szaleńczym amoku i nieustannie popychającego ich do zbrodni. Historia zna wiele takich postaci, ale tutaj pewne wątpliwości może budzić nagromadzenie określeń sugerujących totalne zepsucie i zło Katyliny. Jeśli był tak zdemoralizowany, to dlaczego udawało mu się przyciągać do siebie młodzież i znajdować wciąż nowych stronników, którzy po zdemaskowaniu spisku, nie wahali się wszcząć wojny domowej w cesarstwie.

Konsul Gajusz Mariusz

Opis innej, ale jakże schematycznej podłości rzymskiej, w drodze ku władzy i zaszczytom, znajdziemy w 65 rozdziale Wojny z Jugurtą: Był prócz tego w armii naszej pewien Numidyjczyk, nazwiskiem Gauda, syn Mastanabala i wnuk Masynissy, którego Micypsa wyznaczył w testamencie spadkobiercą w drugiej linii, człowiek sterany chorobami i nie będący wskutek tego w pełni władz umysłowych. Jemu proszącemu, żeby mógł obyczajem królewskim siadać na krześle obok naczelnego wodza i żeby mógł mieć oddział jazdy rzymskiej jako straż przyboczną, Metellus odmówił jednego i drugiego, wychodząc z założenia, że zaszczyt siedzenia przy wodzu należy się jedynie tym, których za królów uznał naród rzymski, a danie straży przybocznej przynosiłoby ujmę kawalerzystom rzymskim mającym spełniać rolę przybocznego orszaku Numidyjczyka. (Tamże, s. 135) Tę sytuację w cyniczny sposób wykorzystuje trybun Gajusz Mariusz, mimo licznych zasług wojennych, starający się wiele lat bezskutecznie o konsulat w Nubii: Z tym rozgoryczonym człowiekiem  zaczyna Mariusz rozmawiać i zachęca go, żeby przy jego pomocy zemścił się za zniewagi na konsulu; człowieka z powodu chorób upośledzonego na umyśle wynosi pochwałami wmawiając mu, że jest królem i wybitną osobistością, i przypominając mu, że jest wnukiem Masynissy; mówi, że jeśli Jugurta dostanie się do niewoli albo zginie, to Gauda otrzyma bezzwłocznie królestwo Numidii, i że to bardzo prędko może dojść do skutku, jeżeli tylko Mariuszowi zostanie powierzone prowadzenie tej wojny. (Tamże, s. 135–136) Tak jak wykorzystywał Katylina naiwność młodych ludzi, tak Mariusz próbuje uczynić swoim narzędziem starca, uważanego za chorego umysłowo i dręczonego przez liczne choroby. Zauważa jego zgorzknienie i liczne życiowe porażki i na koniec życia otwiera przed nim perspektywę zaszczytów, o których nie mógł marzyć. To jest ten sam schemat, co w Sprzysiężeniu Katyliny – to te same podstępne działania, które mają doprowadzić do zmiany sytuacji politycznej i wyniesienia w górę intryganta. Koniec końców Mariusz zdobędzie określony urząd, ale po serii wojen, triumfów i porażek zazna też wygnania i poniżenia. Choć całe życie intrygował, zdradzał i pozyskiwał przyjaciół, umrze śmiercią naturalną w 86 roku przed naszą erą.

JEAN STAROBINSKI 1920-2019

Zmarł szwajcarski krytyk literacki i myśliciel Jean Starobinski, wykładowca w uniwersytetach w Baltimore, Bazyleii i Genewie. Kojarzony przede wszystkim ze szkołą genewską w literaturoznawstwie. Podobnie jak Bachelard, doszedł do badań nad twórczością Rousseau, Diderota, Woltera okrężną drogą, studiując najpierw literaturę klasyczną, a potem medycynę, z której uzyskał doktorat.  Wielokrotnie cytowałem jego prace w dziele mojego życia, czyli trzech monografiach o wielkich polskich poetach romantycznych, a i w pisanym tomie o Norwidzie, odwołuję się do jego pomysłów i niezwykłej przenikliwości interpretacyjnej. Warto tutaj przywołać fragment mojego Wprowadzenia do książki Słowacki Kosmogonia, w którym nawiązanie do szkoły tematycznej i fragment pracy Starobinskiego stały się ważnym elementem badawczym, wprowadzającym czytelnika w kosmogonię naszego romantyka:

Francuska krytyczna szkoła fenomenologiczna, nazywana czasami krytyką tematyczną i kojarzona ze szkoła genewską; książki takich badaczy jak Bachelard, Richard, Poulet, Starobinski, Rousset i innych, dały asumpt do pojawienia się wielu studiów, które wykorzystywały jako narzędzie badawcze kategorię  t e m a t u,  a poprzez jej wskazanie porządkowały materiał literacki, ustawiały twórczość pod określonym kątem badawczym, pozwalały spojrzeć na dzieło i autora z innej niż tylko czytelnicza czy apologetyczna perspektywa. Były wyraziście zarysowanym problemem, były stawianiem pytań podstawowych – Czym przede wszystkim różnią się twórcze świadomości? […] swoim porządkiem i strukturą. Rozwijają się zatem w swoistym następstwie czasowym, ponieważ „poznać siebie to odkryć się w pewnym fundamentalnym momencie trwania”. Świadomość może stale powracać do chwil początku, ileż jest jednak początków, raz absolutnych, raz względnych, raz nawrotnych! Czas świadomości bywa ciągły, płynny albo też urywany, punktualny jakby; pusty i pełny, bogaty i jałowy… Forma czasu, nieodłączna od świadomości, okazuje się nieskończenie bogata w odmiany i przekształcenia. Podobnie z przestrzenią. Każdy akt świadomości niesie w sobie centrum i peryferie, zakłada bowiem dystans między     j a  myślącym i  j a  myślanym, uwyraźniony przez stosunki powstałe między narratorem a przedstawionym światem. Tak więc pytanie: kim jestem? – wzbogaca się natychmiast o następne: kim jestem? i gdzie jestem?… wszystkie zaś domagają się odpowiedzi od krytyka. Przedstawionego świata nie powinien on bowiem ujmować inaczej niż w porządku stawania, odsyłającego do form czy kategorii świadomości.[1] To było jakby patrzenie pod światło na świadomość poetycką, na konkretny utwór i na całą twórczość, a zarazem było to jakby odsłanianie kolejnych warstw danego motywu, danej kategorii, danego  t e m a t u, rozumianego jako wielka twórcza obsesja, rozrastająca się w dziełach poetyckich do gigantycznych rozmiarów – do sformowania wielkiego skupiska „sememów”, czyli obrazów, symboli i metaforycznych struktur syntagmatycznych, tak często przeobrażających się w utworze literackim w rodzaj mitu. W takiej twórczości poetyckiej, w takiej przestrzeni i w takiej ­ poetyckiej wypowiedzi, obrazy, symbole itp. to – między innymi – miejsca, gdzie dokonują się przesunięcia i przekształcenia znaczeniowe. Jak to się odbywa? Jednostki znaczenia utożsamiają się i wymieniają wzajemnie: „niebo” niesie na przykład takie same składniki jak „pionowość”, „świetlistość”, „płynność” itd. Jednostki takie wolno teraz uznać za kategorie, służące do klasyfikacji poszczególnych figur (a więc także obrazów) wewnątrz określonego tekstu. Składają się tym samym na swoistą logikę poetycką, którą można starać się odtworzyć, budując – od najczęstszych jednostek począwszy – modele rozkładu znaczeń. Wspomniane kategorie staną się wówczas jakby kośćcem – czy też ramą? – badawczego modelu.[2] Zgodnie z ustaleniami „tematyków”, poeta jest wytworem określonych doświadczeń życiowych, konkretnej tradycji literackiej i ściśle określonej konwencji kulturowej. Pojawia się na świecie w takim, a nie innym momencie kosmogonii, w takiej, a nie innej chwili i przyciąga ku sobie takie, a nie inne obszary, treści, obrazy i symbole, a nade wszystko związane z nimi fenomeny. Potem, szukając ujścia dla „kłębiących” się w jego świadomości światów, rozmyślając i pisząc – w myśl rewolucyjnej tezy Gastona Bachelarda – nie tyle on wybiera dzieło, co owe wszystkie czynniki razem wybierają jego i „każą” mu napisać utwór, w którym skropli się  e k s t r a k t   e p o k i  i jego biografii, powstanie melanż – „napój poetycki”, którego „smak” nie będzie miał sobie równych.

Tematycy szukali w literaturze potwierdzenia, że doświadczenia inicjacyjne, dziecinne „ładowanie” wyobraźni, a potem znaczące przeżycia kolejnych lat, prowadziły poetę do konkretnych utworów, jakby przygotowywały jego erupcję artystyczną. To nie przypadek, że w dziełach Novalisa, tak boleśnie doświadczonego w chwili utraty ukochanej pojawia się apoteoza ciepła utraconego i cała kreowana rzeczywistość zdaje się płonąć; to nie zbieg okoliczności spowodował, że w dziełach E.T.A. Hoffmanna, autora który w dzieciństwie z szeroko otwartymi oczyma przyglądał się przygotowywaniu w domu „przepalanki”, płoną pośród zjawiskowej natury jakieś wielkie znicze i monstrualne stosy – to nie przypadek, że Mickiewicz swój pierwszy utwór poetycki pisze po traumatycznym przeżyciu pożaru nowogródzkiego z 1811 roku – według krytyków francuskiej szkoły fenomenologicznej w danym momencie dziejów musi pojawić się twórca, który ma w swoim życiu określone wydarzenia i potrafi je tak wykorzystać, tak wielokrotnie przetransponować, że stają się one dla jego wyobraźni modelem, paradygmatem i formą odciskającą w tworzonej rzeczywistości coraz to inne realizacje tego samego  t e m a t u. Zdaniem  francuskich „tematyków” poeta nie bierze się znikąd – zawsze jest wytworem, a jego wyobraźnia staje się wręcz idealnym polem do badań krytycznoliterackich nad mechanizmem „stworzenia” w każdej twórczości. Ważna tutaj wtedy jest metoda opisu, wydobycia z ogromnego dzieła wielkiej obsesji, wielkich  t e m a t ó w. Ten moment, unifikujący dzieło i jego interpretację tak określa Jean Starobinski:

Z pewnością nie można poprzestawać na   s z c z e g ó l n y m   p r z y p a d k u  jednego dzieła czy jednego autora, do których myśl krytyczna przystępuje i dostosowuje się, aby zależnie od okoliczności, zaproponować najbardziej adekwatne dopełnienie analityczne. Nie można redukować metody do intuicyjnego szukania na chybił trafił, zmieniającego się zależnie od okazji i jedynie odgadującego; nie wystarczy dawać każdemu dziełu specyficzną odpowiedź, jakiej zdaje się oczekiwać. Byłoby to ograniczenie krytyki do wysłuchiwania echa, intelektualnego przetwarzania wrażeń z kolejnych lektur. Zapominając w ten sposób o jednolitej całości, którą powinna objąć na koniec, krytyka poddawałaby się niezliczonym pokusom różnych form, jakie na swej drodze spotyka. Notowałaby jedynie różnorodność dzieł – ujmowanych jako światy kolejno odwiedzane – zamiast mieć na celu wizję jednoczącą, w której ta różnorodność ukazuje się rozumiejącej kontemplacji właśnie jako różnorodność. W każdej dobrej krytyce ma udział temperament, instynkt, improwizacja, są w niej posunięcia szczęśliwe i momenty wyjątkowe. Ale może ona polegać na nich. Potrzebuje solidniejszych zasad regulatywnych, które nią kierują w niczym nie ograniczając i prowadzą do przedmiotu badań. Te zasady regulatywne, jakkolwiek nie należą do z góry ustalonego kodu, są konieczne: przestrzegają przed zapominaniem kierunku, czuwają nad wychodzeniem od  t e k s t u, zmuszają, żeby przystosować każdy krok do poprzedzającego kroku i do ruchu następnego. Metoda jest ukryta w sposobie postępowania krytycznego, a widać ją wyraźnie dopiero po zakończeniu drogi. Pozorny to paradoks, że metoda daje się sformułować pojęciowo dopiero wtedy, gdy wykona swoje zadanie i jest prawie niepotrzebna. Krytyk dochodzi do pełnej świadomości swojej metody, kiedy patrzy wstecz na przebytą drogę.[3] Tego rodzaju doświadczenie pojawiło się też przy okazji tych dociekań – z ogólnego, na początku intuicyjnego, przekonania o istnieniu w wyobraźni Słowackiego trzech wielkich obsesji i sfer obrazowania, wyłonił się obraz poetyckiej kosmogonii, trzech elementarnych  t e m a t ó w  i całego systemu nawiązań oraz transformacji solarnych, lunarnych i astralnych, lokujących się na pięciu wyraźnych poziomach.

[1] J.  B ł o ń s k i, Przedmowa [w:] G.  P o u l e t, Metamorfozy czasu. Szkice krytyczne, wyb. J.  B ł o ń s k i   i   M.  G ł o w i ń s k i, Warszawa 1977, s.17–18.

[2] J.  B ł o ń s k i, Przedmowa [w:] G.  B a c h e l a r d,  Wyobraźnia poetycka. Wybór pism, wyb.  H.  C h u d a k, Warszawa 1975, s. 21.

[3] J.  S t a r o b i n s k i, Relacja krytyczna, przeł. J. Żurowska [w:] Szkoła genewska w krytyce. Antologia, wyb. H.  C h u d a k,  Z.  N a l i w a j e k,  J.  Ż u r o w s k a,  M.  Ż u r o w s k i, Warszawa 1998, s. 307–308.

 

« Older entries

%d blogerów lubi to: