HELPHINE

Helpine Moraa z Kissi w Kenii

Przebudzenie w środku nocy, około godziny czwartej… Niegdyś w takich przypadkach sięgało się po książkę, oglądało się jakiś film w telewizji. A teraz jest tylko jeden kierunek po podniesieniu się z łóżka – podejście do komputera i wejście do sieci internetowej. Sprawdzenie e-maili, bo wiele z nim przychodzi do mnie w nocy, szczególnie z Chin i USA, a potem przeglądanie stron, zapoznawanie się z nowymi postami w mediach społecznościowych. W Internecie widać, że świat nigdy nie zasypia i tyle wciąż się wydarza, tyle w nim zaskakuje i oszałamia i nie zwalnia licznik narodzin i zgonów. Czasem podczas takiej nocnej warty docierają do mnie informacje dobre i krzepiące, ale niestety za każdym razem przeważają złe. Teraz też taka pojawiła się nagle – młoda, piękna dziewczyna o imieniu Helphine, którą poznałem w Kenii w 2018 roku, zginęła w wypadku samochodowym. Była tak subtelna i żywotna, uczestniczyła w wydarzeniach festiwalu literackiego w Nairobi i opowiadała o swoim małym synku, który teraz pozostał bez mamy. Śledziłem jej działania na Facebooku i czasem zaznaczałem, że coś mnie poruszyło, coś zastanowiło lub dotknęło. Teraz paskudna wiadomość przygnębiła mnie ogromnie i nie pozostało nic innego, jak tylko wrócić do łóżka i dospać kolejne godziny do rana. Zdruzgotany i zszokowany, zasnąłem natychmiast…

MIT – PRZEŚWIT – EKSTAZA

Jacek Strzelecki – Antygona

Sztuka Jacka Strzeleckiego rodzi się z najwyższych ambicji artystycznych, w których naczelnymi kierunkami eksploracji są filozofia, mit i antropologia. Artysta tworzy niezwykłe monumentalizacje, mające walor rzeźbiarski i jakże odkrywcze malarsko, czy rysowniczo, pełne zaskakujących rozwiązań formalnych i treściowych. To są ważkie próby dopowiedzenia nowych sensów do ludzkich kształtów i wymiarów, wskazania kontekstów istnienia, pełnego bólu i tylko na chwilę wydostającego się z mroku, z ciemnych, walorowo rozmytych teł. Ukazując ludzkie ciało, stylizowane na wzór rzeźb greckich i rzymskich, artysta tworzy apoteozę siły i walki o kształt, ale jednocześnie ukazuje kruchość bytu, chwilowość egzystencji, temporalność wszelkich rosnących i rozpadających się struktur. Ta osobowa gigantomachia została swoiście upozowana, co podkreślają laserunki szat, najczęściej rozmywających się w błękitach, ale czasem jaskrawych, jak u wielkich malarzy schyłku średniowiecza i początków renesansu. Tak poszczególne dzieła układają się w ciąg refleksowych odsłon ciała, pojawiającego się nagle w przestrzeni, dochodzącego w sile i tężyźnie do stadium finalnego, a potem powoli, bezpowrotnie osuwającego się w nicość i proch. To jest antropologia ściśle ukierunkowana, wskazująca ruch w czasie, przesuwanie się ku celom nieuchronnym, a zarazem sztuka ocalająca, odzwierciedlająca to, co się wydarzyło i znalazło swój kształt w nieustannie deformującej się rzeczywistości. Dlatego uwznioślenie sąsiaduje tutaj z rozpaczą, a kalectwo z uskrzydleniem, moment uspokojenia ze stale toczącą się wojną – to jest bolesne dokumentowanie chwili, nieuchronnie tonącej w wieczności, znajdującej swoją integralną cząstkę w czymś, co jest nie do ogarnięcia myślą, w kształtowaniu się świata podczas pierwszych kosmogonii. Ta sztuka rodzi się z głębokiego namysłu nad człowiekiem, ale nie mogłaby zaistnieć, gdyby autor nie miał rozległej wiedzy filozoficznej i historyczno-artystycznej, gdyby głęboko nie przeżył rzeczywistości w jej kontrapunktowych odsłonach – od bólu do ekstazy, od rany do uzdrowienia.       

Jacek Strzelecki – Centaur

Strzelecki przypomina, że po odrzuceniu szat jesteśmy nadzy i stajemy się w mniejszym lub większym stopniu antycznymi rzeźbami herosów, bogiń i muskularnie ukształtowanych wojowników. Przynajmniej takie ludzkie kształty są w nas potencjalne, tak nas widziała sztuka od wieków, we wszelkich jej realizacjach i odmianach, za każdym razem dopowiadając coś istotnego dla zrozumienia fenomenu ludzkości. Tutaj ciało wyłania się z materii, przypominającej rysunek żył marmuru, powierzchnię nadpalonego drewna, albo rozmycie energetycznych struktur galaktyki. Tak artysta miesza żywioły i kruchość ustawia w opozycji do twardości, ciężar po przeciwległej stronie lekkości, płynność walorów naprzeciw zastygnięcia barw podstawowych. Ciało jest fenomenem samo w sobie, a jego kształt nie zmienił się od wieków, będąc natchnieniem dla malarzy i poetów, stając się obiektem żarliwej miłości kochanków, albo mrocznym marzeniem morderców. Pełniąc swoje użyteczne funkcje, nie przestało zachwycać formą rozbudowanej muskulatury, ale też i przerażać w odmianach rozpasanych, z monstrualnymi nawisami tłuszczowymi lub na fotografiach stosów wychudzonych trupów z obozów zagłady. Widać, że przedstawienia artysty powstawały w wielkim zapamiętaniu, w efektywnym natężeniu energii twórczych, co podkreślać mają stróżki farby, pozostawione celowo na płótnach czy papierze, stające się wizualnym znakiem głębi tego, co znalazło się poza nimi. Podobną rolę pełnią jaskrawe barwy szat, jakby udrapowanych od niechcenia, jakby tworzących chwilową przestrzeń opozycyjną. Centrum jest ciało w jego gigantycznym wymiarze, nośnik erotyzmu i piękna, prawzór kształtów idealnych, zastygających w rzeźbie, między ramami obrazu, na przedstawieniu papierowym. Samo w sobie będące kosmosem, składające się z rurek i błonek, a jednocześnie otwierające się na wszechświat, którego jest integralnym tworem.             

Warto też wskazać w tym dorobku dzieła, w których pojawia się nieomal metafizyczny ból, przerażające zdruzgotanie organizmu, natychmiast przeistaczającego się w martwą materię. To śmierć za życia i zapowiedź ostatecznego rozpadu, to przypomnienie, że jesteśmy organiczni, ożywiani tylko tlenem, transportowanym w żyłach przez żelazo i żyjemy dzięki nieustannie dostarczanym dawkom cukru, minerałów, wody. Fizyczność naszego świata jest jednak taką samą ułudą jak jego duchowość, bo przecież wszystko jest energią i nawet twardość diamentu czy gładkość kamienia dadzą się na nią zamienić. Wielką zaletą przedstawień Strzeleckiego jest pojawienie się tej energii nieomal w wizualnym wymiarze, tętniącej w każdej cząstce dzieła, w dokładnie rozpracowanych elementach teł, w konstrukcji ciał, w barwie i fakturze. Filozofia człowieka sąsiaduje tutaj z liryką istnienia, a metamorfoza kształtów prowadzi do rozmyślań ontologicznych, nieuchronności naszego losu i zatopienia w przestrzeni euklidesowej i jej wariantach unitarnych. Człowiek nigdy nie przeistoczy się w najdoskonalszy kształt kuli, nigdy nie przybierze kształtów krystalicznych, nie przeobrazi się w bryłę monolityczną – wciąż bytować będzie pomiędzy komórkową martwotą a myślowym ożywieniem, stale będzie musiał dbać o podtrzymanie ogników życia, bo dookolna śmierć nie zmarnuje szansy i natychmiast obwieści światu swoje zwycięstwo. Cielesność jest wielką tragedią ludzkiego rodu, ale też uświęceniem bytu, który musi sam siebie wyodrębnić i zrozumieć, a nade wszystko uświęcić w pracy dla ludzkości i dla samego siebie. Tylko jednostki ukierunkowane na rozwój, kopiujące podążanie pięknej rośliny ku światłu, tylko prawdziwi mocarze ducha osiągnąć mogą stan równowagi z naturą i kosmosem. Głębia przesłania Jacka Strzeleckiego lokuje go wysoko w hierarchii twórców totalnych, rygorystycznie realizujących ambitny program, nieustających w wysiłkach by choć na chwilę odsłonić to, co zwykle jest zakryte, by dotrzeć do samej istoty człowieczeństwa.

Jacek Strzelecki – Żona Lota

Jak w ujęciach antycznych, a potem w romantycznych uwzniośleniach, w sztuce Jacka Strzeleckiego wyodrębnić można rozległe mitologizacje. Nawiązania do znanych podań o Prometeuszu, Andromedzie, Atenie, Pegazie, Minotaurze, Hydrze, do opowieści kosmogonicznych i eschatologicznych. Człowiek przybiera w nich jakąś legendarną postać, wchodzi w obręb przestrzeni mitycznej i zyskuje niezwykłą wielowymiarowość. Staje się symbolem siły i alegorią walki, zyskuje monumentalny kontekst kulturowy, stawiający go na równi z bóstwami olimpijskimi. Artysta potrafi tak upozować ciała, tak je przyoblec w tiule i żywe świetlne refleksy, że stają się snem na jawie i niezwykle inspirują wyobraźnię. To są ewokacje przestrzenno-antropomorficzne, w których ukryte jest filozoficzne przesłanie na temat naszej boskiej i szatańskiej natury, uwikłania w miliardowy system  cząstek organizmu, a zarazem w przeogromne struktury kosmiczne. Tak rodzi się transcendencja, a byt staje się punktem przecięcia tych immanentnych przestrzeni, tak jak czas przechodzących przez nas na przestrzał i przenikających najmniejszą drobinę atomową. Mit generuje ciągnące się w przeszłość ciągi znaczeniowe, a więc interpretacji tej sztuki może być wiele, tutaj staramy się tylko wskazać ogólne jej ramy, zakorzenienie w człowieku i w opowieści kulturowej, istnienie w pulsie krwi, w locie myśli podążającej ku multiplikacjom bohaterskim i anielskim. Twórca znalazł niezwykle pojemną formułę dla prac, w których sąsiadują ze sobą elementy antyczne i specjalnie upozowana archaiczność, rodzaj przyćmienia, sennego rozmycia i przeniesienia ku rzeczywistości nicowanej przez śmierć. Gdyby przydać tym dziełom muzykę, to trzeba by szukać pośród barokowych oratoriów, koncertów na trąbkę Telemanna i Haydna, ale znakomicie brzmiałyby tutaj też heroiczne tony symfonii Mozarta i Beethovena, Dworzaka i Czajkowskiego. To byłoby podkreślenie świętego gigantyzmu człowieka wykreowanego przez artystę i jego boskich atrybutów – istnienia niosącego w sobie potencjalność zbrodni i wykwintnej kreacji artystycznej, rozpiętego między przeciwstawnymi pierwiastkami swojej trudnej do pojęcia natury.  

Jacek Strzelecki – Z cyklu Bramy

Warto też wskazać w sztuce Strzeleckiego inne ważkie opozycje, niezwykle pociągające w aspektach interpretacyjnych. Szczególnie ważne są tutaj bramy i widoczne za nimi prześwity, wskazujące na nasze odwieczne zakorzenienie w przestrzeni zamkniętej. Żyjemy w domach, bytujemy w różnorakich utylitarnych budynkach, zamykamy się w samotniach pracowni i biur, ale zawsze tęsknimy za dalą i czystością otwartych przestrzeni. To tam możemy w pełni docenić operacje świetlne i doznać twórczego olśnienia, połączyć się w błysku z chwilą pierwszą i ostatnią. Artysta szuka właściwego miejsca w świecie i nieustannie konfrontuje swoje doświadczenia z immanentnym wzorcem mitologiczno-kulturowym. Zastanawia się na ile jest Odyseuszem, Hektorem i Achillesem i wtedy nagle zauważa ciąg monstrualnych bram, pojawiających przed człowiekiem w różnych głębiach ontologicznych, wzrastających się przy każdej mobilizacji i próbie wzniesienia się na wyższy poziom poznania. To jest owo mitologiczne wyrywanie się tytanów z uścisków śmierci, to chęć znalezienia nowego wyrazu artystycznego, mitycznego przesłania ciągnącego się przez wieki. Brama kojarzy się z zamknięciem, ale też jest obietnicą otwarcia – z jednej strony przywołuje grozę piekielną, ale może też być wejściem do otwartej przestrzeni niebieskiej, przy której stoi odwieczny strażnik i sprawdza uczynki ludzkie. Od dawien dawna obszarami tymi interesowali się malarze totalni, tacy, jak Hans Memling, Hieronim Bosch, Luka Signorelli czy William Blake, przedkładając ludziom swojego czasu własne wizje furt infernalnych i odrzwi edeńskich. Jacek Strzelecki zawsze wychodzi od człowieka, kontynuując od lat swoje cykle antropomorficzne i mitologiczne. W nim widzi ostateczne zamknięcia i nagłe otwarcia, stosując kolorystykę znaną z jego wcześniejszych dzieł, ale też modyfikując ją o kolejne tonacje, wprowadzając szokujące kontrasty różu i żółcieni, błękitu, fioletu i zieleni. Tragizm sąsiaduje tutaj z nadzieją, a pulsujące żądzami ciało z zimnym, rozsypanym prochem. Bramy wtłaczają się wielkimi plastrami barwnymi do przedstawień, a jednocześnie stają się ludzkimi, mocarnymi piersiami, jakby nagle przetransplantowanymi z przedstawień wielkich mocarzy, wtłoczonych w cykle kolejnych gigantomachii. To są obrazy, na których nieustannie toczy się walka, ktoś mocuje się by otworzyć wielkie odrzwia i ktoś zapiera się, by powstrzymać napór wroga.

Jacek Strzelecki – Z cyklu Bramy

Zdumiewające są też w malarstwie Strzeleckiego głębokie wniknięcia w materię ożywioną i odzwierciedlenia na płótnach splątań żylnych, arterii limfatycznych, rur, którymi tlen podąża do płuc, a potem do krwi. To jest rodzaj odwiecznego mesjanizmu anatomicznego, ciągłej świadomości skomplikowania ukrytych procesów, przebiegających w naszych ciałach, każdorazowego otwierania się i zamykania zastawek w sercu i żyłach, ruchu dookolnego, wciąż ożywiającego myśli i kształtującego wrażliwość malarską. Bez tych procesów nie byłoby świadomości mitologicznej i bystra myśl artysty nie szybowałaby między kontekstami kulturowymi, zataczając koło od wyżyn Olimpu, poprzez jaskinie Hadesu i głębie oceaniczne, do kruchości anatomicznej ludzkich kończyn i narządów. Jeśli sztuka może być świadectwem istnienia w określonych ramach biologicznych, to w tym przypadku mamy do czynienia ze zrozumieniem niepowtarzalnej transcendencji. Człowiek ma bardzo mało czasu, by odzwierciedlić swoją wyjątkowość i jeśli zaczyna sondować konteksty filozoficzne, zauważa ciąg pojawiających się przeszkód, bram zamykających się z jękiem i łoskotem, generujących poczucie niemożności i przegrania. Tylko prawdziwy artysta pokonuje je w kolejnych dziełach, realizując rozszerzającą się wizję kosmogoniczną, próbując objąć ramy stworzenia od błysku do zgaśnięcia barw, od słowa do zamilknięcia, od narodzin do śmierci. Bytując pośród przepaści mitologicznych Strzelecki nie przestaje być człowiekiem z krwi i kości, udręczonym bytem, dodatkowo doświadczonym przez życiowe rozstrzygnięcia, wiedzącym czym jest ból i absurdalne zamykanie się kolejnych bram. Jego obrazy pulsują bólem, takim samym jaki pojawia się w pięknej przestrzeni, gdzie cierpienie sąsiaduje z błękitem nieba i blaskiem słońca pośród morskich lazurów i turkusów. W takiej rzeczywistości żołna pożera lśniącą pszczołę, rybołów zagłębia szpony w toni by pochwycić srebrzystą doradę, a nagły piorun zabija wędrowca pośród dróg wiodących ku arkadii. To są opozycje i ambiwalencje trwania w naszym świecie, a zarazem dialektyka świadomego istnienia, moderowanego przez specyficznie sformatowaną świadomość.           

Jacek Strzelecki – Z cyklu Bramy

Jak w każdej monumentalnej sztuce, w malarstwie prof. Jacka Strzeleckiego zakodowane zostało dodatkowe przesłanie. Rodzimy się i wzrastamy, kształtujemy wiedzę, ćwiczymy i budujemy ciała, a potem osuwamy się w pył, toniemy w nieistnieniu. Ale świat i entropia nie mogą nam odebrać tego, co jest immanentną cechą każdego ambitnego istnienia – nie są w stanie spowolnić w nas dążenia do euforii, pragnienia przeżywania chwil niepowtarzalnych, konstruujących krajobrazy wewnętrzne, w których pojawia się głębia. Prześwity i jasne polany w mrocznych lasach (Lichtungen), które tak fascynowały Martina Heideggera są także istotą tego malarstwa i jak u niemieckiego filozofa wiążą się z Heraklitejskim κεραυνός – mistycznym światłem, nagle pojawiającym się w przestrzeni i opalizującym pośród mroków. Chwilowość i fragmentaryczność naszych rzeczywistości zanika w błysku ekstazy i może najbardziej ekscytujące na tych obrazach są jasne przestrzenie za bramami, za anatomicznymi zaporami, gdzie wszystko płynie i rozgrywa się nowa odsłona dramatu istnienia. Tam lokować należy tajemnicę kreatywnego malarstwa, filozofii stającej się tłem dla życiorysu i źródłem kosmicznej energii, przenikającej niewidzialnie świat. Tak zamknięcie staje się otwarciem, a brama początkiem nowej drogi – tak kolor zyskuje wymiar epistemologiczny, a kruchy kształt anatomiczny ma wartość ponadczasową.

PRZECIW KSENOFOBII

Triumfatorka US OPEN 2021 Emma Raducanu
Foto Euronews

Konsekwentnie w ostatnich latach wolę oglądać tenis kobiecy, więc z ogromnym zainteresowaniem obejrzałem wczoraj finał US Open w Nowym Jorku. Na kort wyszły nastolatki Leylah Annie Fernandez z Kanady i Emma Raducanu z Wielkiej Brytanii, przy czym ta druga dziewczyna musiała przebrnąć przez sito kwalifikacyjne. Nazwiska mogłyby sugerować, że panie pochodzą z Hiszpanii i Rumunii, a tymczasem to ich ojcowie spowodowali, że otrzymały od nich te dziwnie brzmiące uściślenia osobowe. Ojciec Leylah pochodzi z Ekwadoru i znalazł sobie towarzyszkę życia z Filipin, a tata Emmy wywodzi się z Rumunii, a jej matka z Chin. Obie tenisistki dały prawdziwy popis znakomitej gry, choć od końca pierwszego seta zdecydowanie dominowała Brytyjka. Jakże to był wykwintny tenis, z licznymi crossami, skrótami przy liniach i slajsami, nie brakowało też asów i wysokich lobów. Nie bez znaczenia była też młodzieńczość zawodniczek i ich nieco azjatycka uroda, podkreślana promiennymi uśmiechami. Wygrała Raducanu, po ostatniej piłce kładąc się z wrażenia na korcie, a potem czule obejmując konkurentkę przy siatce. To pierwsza kwalifikantka, która zaszła tak wysoko w wielkim szlemie, wygrywając przy tym dziewiętnaście setów z rzędu. Patrzyłem na to widowisko i myślałem o polskiej ksenofobii, objawiającej się atakami na obcokrajowców w autobusach, pociągach i tramwajach, albo nawet na ulicach. Ciągle mam nadzieję, że trafię na taką sytuację w moim mieście i uczynię użytek z umiejętności, które posiadłem na treningach karate, boksu i kulturystyki. Gdyby nie daj Boże jakiś ksenofob z mordą goryla zaatakował w mojej obecności osobę z innego kraju, o odmiennych rysach lub kolorze skóry, nie wahałbym się ani chwili i następnego dnia byłyby w gazetach tytuły: Poeta zdemolował bandziora! Na razie uczestniczyłem w prawdziwej uczcie sportowej i manifestacji humanizmu, przekraczającego granice państwowe i rodzącego takie owoce jak Laylah i Emma. Myślę, że panie szybko okrzepną i w przyszłych latach będą dostarczać nam jeszcze sporo emocji. Tak działają i wyglądają przedstawicielki ludzkości, która podąża do przodu…

Z lewej: Leylah Annie Fernandez
Foto: Euronews

* * *

Ludzie najczęściej przypisani są do konkretnych miejsc i rzadko decydują się na egzystencję w drodze. Choćby nie wiadomo jak daleko odjechali, choćby wytyczyli sobie odważny azymut podróżniczy, prędzej czy później wrócą do swoich domów, zatoczą wielki krąg i znowu pojawiają się w miejscu wyjścia. Chmury będą sunąć po niebie, wody wielkich rzek będą przelewać się przez katarakty i wpadać do morza, drzewa spotężnieją i wrosną w niebo. Urodzą się nowe pokolenia i wejdą w dorosłość, a generacje wcześniejsze sukcesywnie stracą swoich przedstawicieli i zaczną nieodwracalnie zamierać. Wszak egzystencja ludzka, tak zmienna i tak zaskakująca w swoich rozwiązaniach, odwzorowuje najwierniej metamorfozy dokonujące się w kosmosie. To jest takie samo kosmogoniczne podążanie od narodzin, poprzez wzrost i rozkwit, do nieuchronnego rozpadu. Jakże łatwo zapominamy o chwilowości naszego życia, wpisanego w cykle rozwojowe galaktyk i całego wszechświata, Układu Słonecznego i konkretnej planety, jakiegoś kontynentu i państwa, miasta albo wsi. Kultura przeciwstawia się entropii, ale przecież finalnie niczego nie zdoła ocalić, upadną cywilizacje i w ostatnim akcie dramatu, eksplozja supernowej rozrzuci pył gwiezdny na ogromnych obszarach. Tak jak ułudą było ocalenie ciała, marzenie o pozostawaniu wiecznie młodym, tak rozpadnie się Ziemia i inne struktury planetarne. Naukowcy i fantaści literaccy będą nas karmić opowieściami o tym, że ludzkość przeniesie się na inne globy, do dalekich galaktyk, albo do wszechświatów równoległych. A przecież tylko na Ziemi możemy być sobą i tylko w konkretnej przestrzeni kulturowej możemy rozwijać się, tworząc arcydzieła na miarę braci Van Eycków, Michała Anioła, Moneta i Einsteina. Tak jak pszczoły tworzą regularne struktury, które wypełniają miodem, jak remizy tkają gniazda z traw i gałązek, tak człowiek wznosi dom, w którym chroni się przed naturalnymi kataklizmami. I nawet jeśli uda mu się stworzyć na chwilę jakąś szczelną enklawę, okrutny czas przesieje byty przez sito nicości, miliardy lat zrównają się z chwilą i wszystko zaniknie, zgaśnie jak świeca w ciemności. Cóż więc jest? Co zostało nam, co wszystko wiemy, dla których żadna z dawnych wiar już nie wystarcza? – pytał w wierszu pt. Koniec wieku XIX Kazimierz Przerwa-Tetmajer, wiedząc, że nie otrzyma odpowiedzi na postawione pytania. Dzisiaj równie trudno o odpowiedź, chociaż jeśli miliard lat staje się z czasem chwilą, to może warto ją wyodrębnić – usiąść na brzegu oceanu, na szczycie góry, zatrzymać się na pustyni, na rozległym lodowcu, albo w wysokim lesie unieść głowę ku górze i patrząc na prześwity między koronami drzew poczuć, że istniejemy.  

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (10)

Ryszard Kapuściński – Foto Horst Tappe

Ryszarda Kapuścińskiego nie trzeba dzisiaj w Polsce nikomu przedstawiać. Jest on autorem niezwykle prawdziwych, tętniących życiem reportaży ze wszystkich stron świata, ale także i pisarzem umiejącym mówić odważnie o naszej rzeczywistości. To reporter wciąż usilnie, z narażeniem życia, tropiący prawdę o człowieku dwudziestego stulecia. Ryszarda Kapuścińskiego nie trzeba też specjalnie rekomendować czytelnikom w świecie, starczy przypomnieć niezwykły jak na autora ze Wschodniej Europy sukces opowieści o władcy Etiopii w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej. Nawet tak ekskluzywne pismo jak „Newsweek” przyniosło w 1983 roku obszerne recenzje, a potem mieliśmy do czynienia z prawdziwą lawiną tekstów o autorze w najpoczytniejszych dziennikach świata. Nie znamy jednak Ryszarda Kapuścińskiego poety, choć zapewne co niektórzy czytelnicy pamiętają, że najlepszy polski reporter zaczynał swoją drogę pisarską od poezji. Duży talent poetycki autora Buszu po polsku zdradzały także liczne fragmenty jego książek narracyjnych, gdzie aż prosiło się by ten czy ów fragment rozpisać na wersy. I oto dzięki sporej dozie odwago autora i „Czytelnikowi” otrzymaliśmy pierwszy zbiór wierszy Ryszarda Kapuścińskiego.  

Notes to tomik szczególny pod każdym względem. Uderza w nim niesłychana prostota wyrazu, którą ostatnio – nie bójmy się tego porównania, gdyż pewnie i sam Mistrz nie miałby nic przeciwko niemu – wyczytać można było w wierszach Tadeusza Różewicza.              W utworach Kapuścińskiego nie znajdziemy elementów żadnej z popularnych obecnie w naszej poezji konwencji. Może tylko czasami prześwitywać zaczyna po przez strukturę tego czy owego tekstu mądra zaduma Czesława Miłosza, jego chęć mówienia o rzeczach najboleśniejszych w sposób jak najbardziej esencjonalny. Prostota wyrazu Kapuścińskiego przejawia się w spokojnym, mądrym i wyważonym podejściu do świata i prezentowanych sytuacji. I na dobrą sprawę – po raz już któryś u Kapuścińskiego – jest to książka w całości poświęcona człowiekowi. Każdy kolejny wiersz jest jakby uzupełnieniem, zawartego we wcześniejszych książkach, wykładu na temat ludzkiej natury, miejsca człowieka pośród innych ludzi, wreszcie roli jednostkowego istnienia w świecie i jego uzależnienia od cywilizacji. I trudno się dziwić, że są to częstokroć przemyślenia gorzkie, jeszcze jakby pogłębione w swoim wyrazie poprzez umieszczenie ich w perspektywie tradycji mitycznej czy biblijnej. To przemyślenia gorzkie, jak życie człowieka, a któż lepiej zna jego położenie, jeśli nie reporter-wagabunda, przenoszący się co chwilę z miejsca na miejsce, stykający się z ludźmi różnych narodowości, najprzeróżniejszych odcieni skóry, przeciwstawnych zapatrywań politycznych i ekonomicznych. Któż lepiej jeśli nie człowiek, który wielokrotnie patrzył na niewinnie przelewaną krew i utrwalał w pamięci, a potem odwzorowywał na papierze sytuacje, gdy nagiemu człowieczeństwu przeciwstawiano palbę karabinową albo głuchy chlust wody skrępowanego, padającego w głębinę ciała. I trudno się dziwić, że ogólna wizja człowieka, jaka zawarta jest w tym tomie nie  nastraja optymistycznie. Cóż, powinno się płakać nad biedą ludzką/ nad okrutną bezkresną biedą człowieka/ biedą serca i umysłu/ biedą wzroku i słuchu/ rąk i nóg/ biedą własną i innych/ biedą szatańską i ślepą/ biedą losu/ niezgłębioną niewymierną niepojętą biedą/ biedą istnienia/ biedą Boga. Jakże gorzkie są słowa Kapuścińskiego, ale też jakże trafne. Ze zdumieniem stwierdzamy, że autor Czarnych gwiazd jest poetą w sposób doskonały potrafiącym posługiwać się słowem, obrazem, pointą i wpisana w cały utwór metaforą. Iluż twórców wierszy – młodych, nieco starszych i już dobiegających życiowego kresu – powinno pochylić głowę przed poetą-reporterem. Wszak w obliczu tej monumentalnej liryki znikają nasze „durne i chmurne” dyskusje literackie, kawalkady papierowych pokoleń, pyskówki, wzloty i upadki malutkich gwiazdek i meteorków. Tomik Kapuścińskiego to niebywały fenomen edytorski i niespotykanej miary wydarzenie literackie – oto ukazała się książka poetycka, która w perspektywie odeszłego 1986 roku, jawi się jako dzieło wyjątkowe, ekscytujące, będące znaczącym osiągnięciem polskiej poezji.. Czyż to nie paradoks, kiedy wydali swoje książki w tym samym roku poeci już bardzo uznani, żeby tylko wspomnieć raz jeszcze Tadeusza Różewicza (Leśne echa), dalej Tadeusza Śliwiaka (Koń maści muzycznej) czy Jerzego Harasymowicza (Klękajcie narody i Na cały regulator). Na czym polega ten zdumiewający paradoks? Jakimi drogami doszedł Kapuściński do takiego efektu artystycznego? Nie ulega kwestii, że dzieje się tak za sprawą języka. On to właśnie – powiedzmy to raz jeszcze: prosty, jasny, rygorystycznie zwięzły, potrafiący ogarnąć istotę najbardziej nawet ważkich problemów – stanowi podstawę wszystkich konstrukcji lirycznych tego efektownego (o następny paradoksie!) tomiku-notesu.

Czymże jest dla autora Wojny futbolowej pisanie wierszy? Na pewno nie taśmową produkcją, polegającą na płodzeniu jeden po drugim najbardziej pogmatwanych semantycznie potworków. Dla Kapuścińskiego napisać wiersz, to: Znaleźć słowo trafne/ który jest w pełni sił/ jest spokojne/ nie histeryzuje/ nie ma gorączki/ nie przeżywa depresji/ można mu ufać. Dla tego autora stworzyć liryk to: Znaleźć słowo czyste/ które nie spotwarzyło/ nie doniosło/ nie wzięło udziału w nagonce/ nie mówiło że czarne to białe. I wreszcie dla Kapuścińskiego napisać nowy utwór to: Znaleźć słowa skrzydła/ które by pozwoliły/ bodaj na milimetr/ unieść się nad tym wszystkim. A unieść się można wchodząc pomiędzy ludzi, w ich twarzach, czynach, spuściźnie odnajdując te wartości, których nie dostrzeże się siedząc przy biurku, czy w wygodnym fotelu. Dlatego też przewija się przez ten tomik cała plejada postaci. Od starej kobiety dostrzeżonej na wystawie fotografii chłopów polskich, poprzez księdza Jerzego Popiełuszkę, Homera, Michała Anioła, Mozarta, Boscha, Renoira, Chagalla, Arnolda Słuckiego, aż po jogina Ramamurti, który dla życia schodzi do grobu, a potem „zmartwychwstaje” by stwierdzić na koniec, że tylko w śmierci życie. Zauważmy też, że snuje się pomiędzy tymi postaciami nutka żalu, smutku, zawiedzenia. Oto liryczny portret Ryszarda Kapuścińskiego, portret powstający przez lata, przez lata ulepszany, przez lata też pozostający w ukryciu. To dziwne, ale kiedy już książka się ukazała i kiedy autor (jak wskazuje to w recenzji wewnętrznej Krzysztof Karasek) – pewny wartości swoich wierszy – rzucił na szalę cały swój autorytet i dorobek, trudno jest nam widzieć inaczej całą twórczość Kapuścińskiego, jak właśnie poprzez pryzmat tych wnikliwych, ostatecznych wierszy. Historia literatury, dzieje poezji, uczą że najpiękniejsze utwory powstawały jakby na marginesie głównego nurtu zainteresowań i prac autorskich, jakby w podręcznym notatniku. Notes liryczny Ryszarda Kapuścińskiego w pełni tę prawdę potwierdza.

__________

Ryszard Kapuściński, Notes, Czytelnik, Warszawa 1986, s. 45.

MROŻEK O MIŁOSZU

Miłosz, Gombrowicz – wywiedli się ze świata scalonego. Choć wydawało im się, Miłoszowi zwłaszcza, że z rozbitego. To może jest nieznośne (dla mnie u Miłosza). Kokietuje tym rozbiciem, a zwłaszcza tym, że go Duch dziejów napadł i naruszył. Nic go nie naruszyło i tym lepiej dla niego. Ja należę do ofiar Ducha dziejów, on nie. Nie moja wina, nie jego zasługa. Tylko daty urodzenia. Miejsca urodzenia, okoliczności. Ja należę do gnoju, przez Ducha Dziejów jeszcze bardziej zgnojonego. On nigdy do gnoju nie należał. Przed wojną należał do panów, ja do Dziadów. To nie jest żadna dialektyka, Pany i Dziady. Pany są pany, Dziady to Dziady i koniec. Ja zawsze miałem dziadowskie kłopoty, on pańskie. To nie jest ta sama Polska. Jego D.D. uszczknął duchowo, mnie i tylu innych Dziadów oszukał nie duchowo tylko, ale i fizycznie. Jemu obiecywał jakieś tam fanaberie duchowe, nam – Dziadom, że Panami zostaniemy. On dostał tylko w Dupę Duchową, my po prostu w Dupę.

_______________________

Sławomir Mrożek, Dziennik 1980–1989, t. 3, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.

Zaskakujące słowa, ale czy prawdziwe? Wszelkie generalizacje w przypadku pisarzy skazane są na niepowodzenie. To ludzie, ale też wdzięczące się panienki. Mrożek nie mniej wdzięczył się od Miłosza… I to jego kepi jako znak firmowy, rodzaj stylizacji, czy skrajny infantylizm? Na pewno jakaś oryginalność…

O ROKU ÓW… (6)

Hotel Roosevelt

Zjeżdżamy windą do głównego hallu hotelowego i czekamy na Sonę Van i Beatę Poźniak, by razem udać się do restauracji La Fonda del Sol, gdzie nasz przyjaciel Stanley H. Barkan podejmuje uczestników wieczoru autorskiego tradycyjną kolacją. Panie pojawiają się po chwili i możemy pieszo ruszać w stronę pobliskiej Vanderbilt Avenue, gdzie znajduje się Yale Club i wspomniana wyżej restauracja. Stanleya poznałem w 2000 roku dzięki Adamowi Szyperowi, gdy poleciałem do ONZ-etu na wieczór autorski poetów polskich i amerykańskich. To pierwsze spotkanie zaowocowało bliską współpracą literacką i w oficynie Stanleya Cross Culture Communications opublikowałem trzy zbiory wierszy. Były też spotkania w Krakowie, a także następne na Manhattanie, w jego domu na Long Island, a także w Waszyngtonie, gdzie razem udaliśmy się do Ambasady Armenii w USA, by wręczyć Sonie Van Europejski Medal Poezji i Sztuki. Stanley fascynował mnie od samego początku, czemu dawałem wyraz w licznych publikacjach, szczególnie ceniąc jego wielowymiarową poezję. Twórca ten potrafi znakomicie kontrastować sytuacje kulturowe; motywy z wielkich ksiąg i podań przeciwstawiając szyderstwu i nadrealnym kształtom współczesności. Jego wiersze są erudycyjnymi syntezami sytuacji w jakich od wieków pojawiał się człowiek, a jednocześnie są wyszukaną grą z cywilizacją. Poeta orbituje ku odległym inicjacjom, ale nie potrafi porzucić czasów współczesnych. Tak powstają liryki, które obejmują doświadczenie bytu ludzkiego, od czasów biblijnych do epoki lotów kosmicznych. Z równą autentycznością pisze Barkan o zapachu kobiety na poduszce, o żegludze po Jangcy, wyprawie do synagogi, jak i o biedaku z Manhattanu. Stan w jakim poeta się znajduje, to nieustanne zdziwienie i euforyczny zachwyt nad rzeczywistością. To tacy jak on ocalają wrażliwość i piękno, odbywają stale w myślach i w wierszach wędrówki ku  istocie i pełni, a potem unieśmiertelniają w słowie włóczęgów, przechodniów, przygodnych gapiów i zarazem całą ludzkość. Jego działalność to też tysiące przygotowanych spotkań literackich, wielkie podróże i współpraca z twórcami z całego świata. To jest właśnie owa łączność międzykulturowa, która pojawia się w nazwie jego cenionej oficyny wydawniczej, komplementowanej w „New York Timesa”. Dodatkowo Stanley jest przemiłym człowiekiem szybko zaprzyjaźniającym się z wieloma artystami, a jego sława sięga daleko poza Nowy Jork. 

Restauracja La Fonda del Sol

Idziemy powoli z Soną i Beatą do restauracji i już witamy się ze Stanleyem i jego żoną Bebe, wspaniałą malarką, której dzieła zdobią ich dom na Long Island, w miasteczku Merrick. Na miejscu są już inni uczestnicy Poetry Reading w Yale Club – Peter Thabit Jones z Walii, Kristine Doll z USA, żyjący z rodziną  w Queensie Hassanal Abdullah z Bangladeszu, a także rezydujące w USA bułgarskie małżeństwo Vantzeti Vassilev i Bissera Videnova. Zamawiamy potrawy i zaczynamy ożywioną konwersację, zmierzającą ku zbliżającemu się wydarzeniu. Jeszcze raczymy się znakomitym winem, jemy obfity deser i owoce, a potem gremialnie wstajemy i ruszamy na drugą stronę ulicy. Tam w szarym wieżowcu mieści się prestiżowy Yale Club, w którym wystąpię już po raz drugi, a wraz ze mną zadebiutuje na tych światowych salonach moja żona. Przy budynku fotografujemy się i wchodzimy do środka, by windą wjechać na osiemnaste piętro i wejść do obszernej sali, w której zgromadzi się też publiczność. Poprzednim razem było jej więcej, ale przecież najważniejsze jest spotkanie poetów w tym miejscu i to pod dowództwem Stanleya H. Barkana. Po kolei czytamy po kilka wierszy, a najdłuższe wystąpienie ma poeta z USA Bill Wolak, uczący kreatywnego pisania w William Paterson University. To jest spotkanie odmiennych kultur i prezentacja różnorodnych poetyk, ale też przyjacielska dysputa poetycka i wymiana doświadczeń. Przychodzi czas na wręczanie nagród, przyjacielskie uściski, zakup nowości wydawniczych i wymianę książek przywiezionych na spotkanie. Stanley podsumowuje nasze lektury i zaprasza do kolejnych prezentacji, tym razem krótkich wierszy pożegnalnych, bo każdego dnia żegnamy się z czymś lub kimś, choć o tym nie wiemy. Jakże prorocze były to słowa w kontekście zbliżającej się pandemii koronawirusa, który zamknął granice i uniemożliwił takie spotkania, jak to w Yale Club. Nasze Poetry Reading kończy się, więc przechodzimy do wind i zjeżdżamy na dół, by jeszcze trochę porozmawiać w głównym hallu dwudziestodwupiętrowego budynku. Rozdzielamy się z Soną i Beatą i jeszcze trochę chodzimy z Anią po ulicach Nowego Jorku, zaglądając do otwartych sklepów i restauracyjek. Kupujemy sobie coś do picia i jedzenia i wracamy do hotelu Roosevelt, wjeżdżamy na górę nieco staroświecką windą, bierzemy kąpiel i szybko zasypiamy, bo następnego dnia czeka nas pięciogodzinna podróż z lotniska JFK do Los Angeles. Samolotem popularnego w USA przewoźnika Alaska Airlines, przelecimy 2475 mil, czyli prawie cztery tysiące kilometrów.     

Budynek Yale Club

          Noc mija szybko i już jesteśmy przed hotelem, gdzie bierzemy dużą żółtą taksówkę, w której mieścimy się we czworo razem z bagażami. Beata ma tylko jedną torbę, ale Sona jak zwykle transportuje ogromną walizę i jeszcze dwie mniejsze. Ruszamy z Ulicy 45 Wschodniej i kierujemy się ku mostowi Queensboro nad East River, a potem szybko przemierzamy część Brooklynu, mijamy słynny cmentarz Cypress Hills i wjeżdżamy do dzielnicy Queens. Tutaj kierujemy się ku drodze szybkiego ruchu, prowadzącej do międzynarodowego lotniska Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. Wysiadamy z taksówki, ładujemy bagaże na specjalne wózki lotniskowe i kierujemy się ku hali odlotów. Po nadaniu ich i otrzymaniu biletów pokładowych wchodzi za bramki i siadamy w niewielkiej restauracji, gdzie mamy zamiar coś zjeść przed długim lotem. Sona proponuje amerykańskie hamburgery i idzie je zamówić u grubej Afroamerykanki, jakoś dziwnie się zachowującej i cmokającej wymownie na widok „białasów”. Początkowo myślałem, że przesadzam i moja obserwacja jest na wyrost, ale po otrzymaniu dań okazało się, że mięso jest nieomal spalone, a bułki stare i twarde – najlepiej zatem na tym wyszła Beata, która wzięła jakąś lekką sałatkę. Zbliża się już pora naszego odlotu, więc kierujemy się ku właściwej bramce i siadamy na fotelach, ustawionych w rzędach przy niej. Rozmawiamy o wczorajszym wydarzeniu w Yale Club, a także o naszych zamierzeniach na przyszłość. Widzę za wielkimi oknami, że już podjeżdża do nas sporych rozmiarów boeing z granatowym napisem Alaska z boku, a na korytarzu zaczyna się ustawiać kolejka podróżnych. Sprawnie wchodzimy na pokład, witani przez piękne, czarnoskóre stewardesy i zajmujemy wyznaczone miejsca w środku maszyny. Ania siedzi przy oknie, co jak się okaże nie będzie dla niej najlepsze, z powodu złego samopoczucia nad Ameryką. Na szczęście zza jej ramienia mam dobrą widoczność i podczas całego lotu będę przyglądał się magicznym przestrzeniom tego kontynentu, zmieniającym się jak w kalejdoskopie. To, co zobaczę skonfrontuję z mapą na wyświetlaczu, wmontowanym w siedzenie przede mną i dzięki temu będę wiedział nad jakim stanem lecimy. Start z Nowego Jorku był zjawiskowy, bo była ładna, majowa pogoda i doskonale widać było wieżowce Manhattanu, Central Park, obie wielkie rzeki, a potem ocean z tysiącami okrętów pełnomorskich, jachtów i żaglówek, operujących w strefie przybrzeżnej.  Potem łatwo wyodrębniam wielkie rzeki – Missouri  i Missisipi, Kansas, a przed samym lądowaniem, Colorado i część jej słynnego kanionu. Zauważę też wielkie miasta – Saint Louis, Denver, Phoenix, pustynie, lasy, pasma górskie i samotne szczyty, nawet w maju pokryte śniegiem.

Po Poetry Reading w Yale Club

Lądowanie w Los Angeles tym razem miało być o 16.15, a ja wciąż miałem w pamięci przybliżanie się do tego lotniska sprzed roku. Samolot wtedy lądował w nocy i w jego oknie mogłem podziwiać niezwykły spektakl kolorowych świateł, oświetlonych jaskrawo autostrad i budynków. Skojarzyło mi się to z bogato udekorowaną choinką świąteczną i umieściłem te chwile pośród najcudowniejszych doznań mojego życia. Do rzeczywistości przywróciło mnie wtedy dość twarde lądowanie, ale tym razem piloci delikatnie posadzili maszynę na pasie startowym i zaczęli kołować ku siódmemu terminalowi. Gdy samolot zatrzymał się, wraz z innymi pasażerami udaliśmy się do hali przylotów, gdzie czekał już na nas mąż Sony dr Noobar Janoian, właściciel wielu klinik medycznych w Kalifornii. Ormianie to ludzie wielu talentów, z niezwykłą umiejętnością przystosowania się do zagranicznych warunków, więc nie zdziwiło nas, że kierowcą  dużego samochodu doktora była kobieta. Ruszyliśmy sprzed terminala i szybko znaleźliśmy się na wielopasmowej autostradzie prowadzącej do Glendale, choć tym razem musieliśmy jeszcze zahaczyć o Beverly Hills, by tam zostawić Beatę. Zatrzymaliśmy się na chwilę przed domem zaprojektowanym w nowoczesnym stylu przez jej męża architekta i już mknęliśmy inną szeroką trasą do domu Sony i Noobara. Ania była nim oczarowana, bo to trzykondygnacyjna, obszerna willa, zbudowana  przy samej skarpie Doliny San Fernando. Najcudowniejszy tutaj jest widok obszernej niecki, nieustannie tętniącej życiem, a najlepszym punktem obserwacyjnym jest ogromny taras, na którym stoją drzewka bonsai, a przy specjalnych poidłach z sokiem pojawiają się barwne kolibry. Byłem tu już przed rokiem i teraz oprowadzam Anię po domu, objaśniając funkcjonalne urządzenia i wskazując obszerne pokoje, aneksy, a nawet małe mieszkanie ogrodnika, dozorującego wszystkie rośliny, a przede wszystkim owe japońskie mini drzewka. Stajemy przy balustradzie i długo patrzymy na dolinę, nad którą raz po raz pojawiają się samoloty schodzące ku niewielkiemu lotnisku w Burbank. Po powrocie na górę zostajemy zaproszeni do stołu i jemy pyszną kolację, złożoną z sałatek i owoców, ormiańskiego chleba lawasz i wybornego wina. Rozmawiamy o zdarzeniach ostatnich dni, a potem wsiadamy do auta i jedziemy do hotelu, zafundowanego nam przez Sonę. Znam doskonale to miejsce, bo rok temu obszedłem ogromną przestrzeń w tejże dzielnicy, przede wszystkim podglądając ptaki na podwórkach, w parkach i alejach palmowych. To rzeczywistość z niebieskawymi górami w dali, poprzetykana zielenią, kwiatami, kwitnącymi krzewami i drzewami. Ania po raz pierwszy zobaczyła drzewa jakaranda, kwitnące fioletowo i jakby przeniesione do Kalifornii z rajskiego ogrodu. Po drodze do hotelu Sona zatrzymuje się jeszcze przy niewielkiej ormiańskiej restauracji, wchodzi do niej na kilka minut, a potem wraca z papierowymi torbami, pełnymi smakołyków. Tak zostajemy wyposażeni na cały pobyt w Glendale i po wejściu do pokoju hotelowego umieszczamy te dary w lodówce. Tutaj też mamy niewielki balkon, z którego roztacza się widok na góry, zarośla kaktusowe i część dzielnicy, głównie zamieszkanej przez imigrantów z Armenii. Nalewamy sobie po kielichu białego wina, siadamy na tarasie i rozmawiamy o tym, co przeżyliśmy od momentu, gdy wsiedliśmy do samolotu Lufthansy na bydgoskim lotnisku i przelecieliśmy do Frankfurtu, a potem dalej, do Nowego Jorku.

Nowy Jork
Nowy Jork
Hotel Plaza w Nowym Jorku
Handel uliczny w Nowym Jorku
Nad Ameryką
Kolacja w domu Sony i Noobara
Charakterystyczna zabudowa Glendale
Kwitnące fioletowo drzewa jakaranda w Glendale
Glendale
Wszędzie aleje palmowe
Widok na Los Angeles z okolic domu Sony
Kolibry na tarasie Sony
Glendale i góry w tle
Nowoczesna część Glendale
Amerykański sen

WITKACY

Podczas tegorocznego pobytu nad morzem zatrzymałem się w słupskim Muzeum Pomorza Środkowego i w tzw. Białym Spichlerzu zwiedziłem aktualne wystawy. Najważniejsza była wizyta w salach prezentujących portrety Witkacego, wykonane najczęściej pastelami, w ramach jego słynnej firmy portretowej. To już któreś z rzędu moje spotkanie z tymi dziełami, a sporo podwzorowań widziałem też w innych muzeach. Prawdopodobnie zmienia się moje postrzeganie tych prac, bo tym razem byłem bardzo krytyczny. Oczywiście trzeba cenić metodę błyskawicowego rysowania tego twórcy, ale przy takim tempie powstawania prac, zawsze mogą pojawić się wątpliwe ujęcia. Witkacy miał wiele talentów i pozostawił po sobie ogromny dorobek literacki, estetyczny, malarski i rysowniczy, ale w zakresie komercyjnej firmy portretowej często nie potrafił zapanować nad procesem twórczym i tworzył komiczne bohomazy. Nie jestem znawcą jego twórczości, nie ustawiam się też w szeregu tych, którzy uważają go za zwykłego wariata, ale potrafię odróżnić dzieło sztuki od kitu. I tym razem jakoś sporo prac klasyfikowałem jako chybione, albo wymuszone określoną sytuacją finansową artysty. Potwierdza to fragment z jego zapisków, umieszczony na klatce schodowej muzeum, w którym żali się, że znowu będzie musiał rysować jakieś mordy za pieniądze. Wyraźnie widać, że wiele tych prac powstało pod wpływem różnych alkoholi i narkotyków, co wszakże nie było niczym nowym w historii sztuki. Jednak tutaj artysta umieszczał pod portretami skróty literowe, dokumentujące co akurat zażył. A było tego sporo – kokaina i kofeina, eter, eukodal, harmina, meskalina, a także mocna herbata i papierosy. Zanim 18 września 1939 roku Witkacy podetnie sobie gardło we wsi Jeziory Wielkie na Polesiu, zdąży wyraziście zamanifestować niezwykłość swojej osobowości w dwudziestoleciu międzywojennym. Oglądając pastelowe portrety tego nadwrażliwca, rozmyślałem o jego losach pośmiertnych, a szczególnie o nieudanej ekshumacji, gdy do polski przywieziono szkielet młodej kobiety i z pompą pochowano jako szczątki Witkiewicza na Pęksowym Brzysku w Zakopanem. Po badaniach antropologów nie ma wątpliwości, że strona rosyjska przekazała Polakom kości innej osoby, a nasza bezkrytyczna „przyjaźń” z bratnim sąsiadem nie pozwalała u końca lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku na weryfikację tego „daru”.  

Autoportret
Autoportret
Portret mężczyzny

Portret kobiety
Portret Neny Stachurskiej
Kuszenie św. Antoniego

AREOPAG

Im człowiek starszy, tym uważniej przypatruje się światu, próbuje zrozumieć niezwykłą sytuację – wstrzelenia do ziemskiej rzeczywistości. Zapewne ludzkość nigdy nie pozna wielkiej tajemnicy wszechświata, a po kolejnych odkryciach pojawią się nowe niewiadome, inne zaskakujące ustalenia. Tak bywało już wiele razy, gdy coraz lepsze narzędzia eksploracyjne ukazywały jeszcze dalsze dale, jeszcze głębsze głębie, a zaledwie przeczuwane inne układy planetarne stały się faktem. Siedząc na tarasie mojego domu przyglądam się chmurom, rozbudowującym się we wszystkich kierunkach. I czuję swoją kruchość, niepowtarzalność i wyjątkowość w tym miejscu i w tym momencie historii naszej galaktyki, Układu Słonecznego, trzeciej planety od naszej gwiazdy i piątej w kategorii wielkości. Tak jak pojawiają się abstrakcje chmurne na niebie, tak jak zmieniają się konfiguracje bieli, błękitu, szarości ultramaryny i granatu, tak wirowały zdarzenia naszego życia, integralne, zaskakujące, oczywiste, a jednak wpisane w ciąg epizodów kosmicznych i niewidzialną sieć chronologiczną. Dynamizm tego, co rozgrywa się na niebie sam w sobie jest niepowtarzalny i zdumiewa niezwykłą kombinatoryką, której nie dorówna żaden ziemski abstrakcjonista. Od dawien dawna chmury były tłem dla ziemskiej historii, a w ich perspektywie pojawiały się wojska faraonów i dynastii Han, równomiernie maszerujący Spartanie, zbrodnicze rzymskie legiony, statki hiszpańskich konkwistadorów i armaty armii szwedzkiej, sowieckie tanki i nazistowskie hordy Hitlera. Ludzkość rzadko próbowała zgłębić fenomen istnienia, ale wciąż prowadziła wojny i wojenki – stale pojawiali się ślepi przewodnicy, prowadzący niewinne byty na zatracenie. Najczęściej szermowali hasłami religijnymi, powoływali się na kolejnych bogów, którzy szybko tonęli w czarnej smole zapomnienia, znikali jak chwilowy rysunek cirrocumulusów i nimbostratusów. Innym razem kreślili jakieś utopijne wizje świetlanej przyszłości, albo torturowali ludzi swoimi poglądami na temat życia pośmiertnego. Wygłaszali kazania o strukturze piekieł, a tak naprawdę tworzyli je na ziemi. Kazali budować piramidy, wielkie świątynie, triumfalne bramy i wieże, za nic mając pot i krew, odciski na skórze i krwawe otarcia, fioletowiejące z biegiem dni. Szkoda, ze nasz rodzaj nie stworzył skutecznych mechanizmów selekcji tyranów i błaznów, dochodzących do władzy pod każdą szerokością geograficzną. Wspólnota międzynarodowa jest już tak silna, że mogłaby stworzyć doskonale uzbrojoną armię, którą wysyłałoby się w zapalne regiony – nie jakieś tam drętwe, niczego nie mogące zrobić siły pokojowe, ale jednostki interwencyjne, które w mig rozwaliłyby struktury kolejnych dewiantów, mordujących w imię religii lub interesów politycznych. Zdaję sobie sprawę z tego, jak trudno byłoby zorganizować i wyposażyć takie grupy, tym bardziej, że historia ludzkości uczy, iż najwięcej zła wiązało się z przywództwem i aktualną ideologią. Mówi o tym Orwell i Huxley, mówią krytycy marksizmu i religijnych wynaturzeń. Kto miałby kierować taką armią i decydować, gdzie ma się pojawić, kto wyznaczałby jej cele i tworzył plany wojenne? Może kiedyś pojawią się takie rozwiązania i wielki areopag ziemski decydować będzie, gdzie wysłać karnych najemników, strzegących interesów ludzkości, gdzie skierować niewidzialne drony, które w ułamku sekundy zdemolują przywódców, szkodzących rozwojowi planety i życiu na niej. Ale nawet wtedy chmury na niebie nie przestaną płynąć, czas nie stanie w miejscu…

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (9)

Jerzy Pietrkiewicz 1916–2007

Jerzy Pietrkiewicz należał do grona kilkunastu polskich pisarzy rozpoznawalnych w świecie. Szczególnie w krajach anglojęzycznych osiągnął pozycję niekwestionowanego ambasadora polskiej kultury i cenionego translatora z dwóch języków – polskiego i angielskiego. Znakomity szkic o życiu i twórczości tego wielowymiarowego twórcy i badacza napisał w 1985 roku Jerzy Starnawski[1]. Znalazł się w nim opis życia, działalności naukowej i najważniejszych obszarów twórczej penetracji autora, pochodzącego z Ziemi Dobrzyńskiej. Znajdziemy też w tym tekście nawiązanie do omawianej tutaj antologii liryki angielskiej: Do pełnego obrazu działalności poety polskiego i powieściopisarza angielskiego pozostaje jeszcze pogranicze: działalność translatorska. Polskiemu czytelnikowi przybliżył poezję angielską, wydając „Antologię liryki angielskiej (1300–1950)”. Zebrał tu utwory stu dwudziestu poetów od Chaucera, poprzedzonego anonimowymi utworami średniowiecznymi, aż do Dylana Thomasa. Tłumacząc wiersze poezji angielskiej, wczuwał się w styl poezji polskiej w odpowiedniej epoce. (…) Edytorzy wielotomowej antologii „Poeci języka angielskiego”, Henryk Krzeczkowski, Jerzy S. Sito, Juliusz Żuławski, wydawanej nakładem PIW-u w Warszawie, przejęli tłumaczenia Pietrkiewicza, którego „ładne spolszczenia” pochwaliła recenzentka tomu II (1971) Alina Szalanka. Niektóre przekłady prozy angielskiej pióra Pietrkiewicza są znane poza wymienioną antologią, między innymi Pietrkiewicz był jednym z tłumaczy „Pism wybranych” Chestertona, opublikowanych w wydawnictwie Znak (1974).[2] Antologia poezji jest zwykle tworem sztucznym – mniej lub bardziej udaną próbą połączenia skrajnych postaw, osobowości, poetyckich i estetycznych programów. Autorski, chronologiczny zestaw przekładów wierszy angielskich od 1300 roku do roku 1950 jest przedsięwzięciem karkołomnym, niezwykle trudnym, wręcz eksperymentalnym. Chyba, że twórcą tego rodzaju antologii jest człowiek, który – poprzez stałe przebywanie w Wielkiej Brytanii – zgłębił tajniki języka, poznał literaturę angielską pracując jako wykładowca uniwersytecki i tworząc rozległe panoramy tej domeny, a przy tym jest to jeszcze ktoś, kto jest cenionym poetą i prozaikiem. Taką postacią jest zapewne Jerzy Pietrkiewicz, którego różnorodna twórczość obejmuje sztuki teatralne, szkice krytyczne, około dziesięciu powieści i poezje. Autor ten, od roku 1940 mieszkający w Londynie, gdzie przez długie lata był profesorem języka polskiego i literatury polskiej na Uniwersytecie Londyńskim, jest niezwykle oryginalnym tłumaczem literatury polskiej na język angielski i równie oryginalnym czytelnikiem, interpretatorem dzieł wielu epok. Szczególnie uwidoczniło się to w pracy na temat Juliusza Słowackiego pt. Proroctwo mesjaniczne[3]. Pietrkiewicz wydał też w 1960 roku w Londynie antologię pt. Five Centuries of Polish Poetry 1450–1950, a także przełożył wszystkie opublikowane wiersze Karola Wojtyły, które ukazały się potem w 1982 roku w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Niestety dopiero w latach osiemdziesiątych polscy wydawcy zaczęli szerzej sięgać po utwory tego zasłużonego dla polskiej literatury twórcy – nakładem LSW ukazały się dwa tomiki jego wierszy: Kula magiczna (1980) i Poezje wybrane (Biblioteka poetów 1986). PIW opublikował też cenny zbiór esejów pt. Literatura polska w perspektywie europejskiej (1986) i powieść pt. Izolacja, a PAX wybór wierszy. Tylko ktoś piszący w dwu językach mógł pokusić się o skonstruowanie tego rodzaju antologii, tylko autor znający doskonale zarówno jedną, jak i drugą literaturę, zdobyć się mógł na tego rodzaju wysiłek. Antologia liryki angielskiej 1300–1950 obejmuje wiersze od Anonima (Pochwała Najświętszej Marii Panny) do Październikowego poematu Dylana Thomasa – Obok utworów znanych z wielu przedruków, jak Elegia Graya, Kubla Khan Coleridge’a, Ode to a Nightingale Keatsa czy Tarantella Belloca –pisze we wstępie autor, wyjaśniając swój zamysł konstrukcyjny – wybrałem wiersze ilustrujące formy i okresy liryki angielskiej od anonimowej poezji średniowiecznej do chwili obecnej (tj. roku 1950 – dop. D.T.L.). Układ chronologiczny nie według kolejności dat urodzin czy śmierci, lecz według życia utworów w rozwoju literatury, tak, żeby czytelnik sam mógł zauważyć zmiany w stylu lub cechy uwydatniające poszczególne okresy (np. barok), grupy autorów, nawroty do pewnych tradycji itp. Wydaje mi się, że takie obcowanie z literaturą, a więc z żywym tekstem, ważniejsze jest od znajomości faktów monograficznych czy „tła epoki”: kto woli przemieloną naukowość, niech sobie weźmie encyklopedię czy „zarys literatury”.[4] Jak widać stawia Pietrkiewicz na literaturę, konkretne wartości tekstu i jego znaczenie w perspektywie całej poezji angielskiej i jej etosów. We wspomnianym wstępie formułuje także autor swoje uwagi na temat samego przekładu i jego strategii: Przekład nie jest kopią oryginału, tak jak żaden język nie jest kopią drugiego języka. Dosłowność a wierność przekładu to dwie różne sprawy. Jeśli zaś chodzi o tłumaczenie poezji prozą, szczególnie poezji lirycznej, to mija się ono z celem, ponieważ rozbija jednolitość wrażenia, odbiera wierszowi siłę bezpośredniego oddziaływania. Tłumacz z natury swego zadania musi posługiwać się kompromisem (…)[5]. Pietrkiewicz w swojej antologii wskazuje iż motywy bólu i cierpienia pojawiają się w wierszach angielskich jak powracający refren. Życie w perspektywie tej poezji to nieustanne ścieranie się z przeciwnościami losu, ciągła walka o błogosławioną chwilę wytchnienia. Najpełniej wyraził to Anonim z XIV wieku: Żywotem ziemskim/ Wiatr włada marnie/ Płacz i ciemności/ Oraz męczarnie./ Z wiatrem kwitniemy,/ Z wiatrem spadamy,/ Z płaczem idziemy,/ Z płaczem znikamy./ W męce się kończym,/ W męce się rodzim,/ Z trwogą żyjemy,/ Z trwogą odchodzim. Te same tony odnajdziemy w wierszu Eliota pt. Podróż Trzech Króli: A to Narodzenie dla nas/ Stało się ciężką i gorzką agonią jak śmierć, nasza śmierć. Podobnie jest też w stylizowanej wypowiedzi poetyckiej podmiotu z wiersza pt. Październikowy poemat Dylana Thomasa: Dzień mych urodzin zaczęły ptaki wód/ Ptaki skrzydlatych drzew furkocząc mym imieniem/ Nad zagrodami nad białymi końmi/ I wstałem ze snu/ Jesienią dżdżystą/ Wyszedłem na ulewę wszystkich moich dni. Ale też i w wierszach innych epok odnajdziemy ten sam ton i tę samą żałosną skargę – to jakby jedna z cech konstytutywnych angielskiej dykcji poetyckiej. Zauważymy ją w sonetach Szekspira, wierszach Marlowe’a, Donne’a, Vaughana, Miltona, Pope’a, Graya, Blake’a, Coleridge’a, Byrona, Keatsa, Shelleya, Browninga, Arnolda, Swinburne’a, Hardy’ego, Thomasa, Yeatsa, Daviesa, Lawrence’a, odnajdziemy ją w utworach dramatycznych tych pisarzy i często niezwykle bogatej epistolografii. Ale jakby kontrapunktem dla tego rodzaju pojmowania świata i zadań poezji są wiersze poetów chwalących naturę, spokojne wiejskie życie, twórców z zachwytem spoglądających na zachód słońca czy dziwnego ptaka. I nie powinno dziwić, że wśród autorów tego rodzaju wierszy znajdą się wymienieni wyżej jako ci, którzy w swoich utworach odzwierciedlili ową destrukcyjną, niszczącą stronę egzystencji, a więc: Chaucer, Sidney, Daniel, Szekspir, Dekker, Johnson, Donne, Herbert, Marvell, Herrick, Lovelace, D’Avenant, Milton, Collins, Burns, Coleridge, Wordsworth, Byron, Keats, Hood, Browning, Newman, Hopkins, Philips, Kipling, Chesterton, Joyce, Turner, Belloc, a także Dylan Thomas i Eliot jako autor pięknego wiersza do żony: Której zawdzięczam niespodziany zachwyt,/ co pobudza me zmysły w czasie przebudzenia,/ rytm, co rządzi naszym spoczynkiem podczas snu,/ harmonijny oddech kochanków,/ których ciała pachną jedno drugim,/ myślą te same myśli bez potrzeby słów,/ paplą te same słowa bez potrzeby sensu./ Nie wyziębi zgryźliwy wiatr zimy/ i nie wysuszy ciężki żar spiekoty/ róż w ogrodzie różanym, który jest nasz, nasz tylko./ Ale tę dedykację będą czytać inni;/ intymne słowa dla ciebie pójdą między ludzi. Poezja angielska – jak każda wartościowa i prawdziwa sztuka, rozpierana jest wewnętrznymi sprzecznościami, pełna jest kryptocytatów i świadomych nawiązań do dorobku poprzedników. Liryka ta świadomie kultywuje przez wieki jakby stałe nurty rozwojowe. Nawet poeci współcześni, tacy jak Eliot, Joyce czy Dylan Thomas, mają w swoich wierszach ów ton i dykcję wieków. Zarówno w Ziemi jałowej jak i w Muzyce kameralnej pobrzmiewają wyraźnie echa Chaucera, Marlowe’a, Donne’a, no i oczywiście Szekspira, a także Byrona i innych poetów romantycznych. Owa polifoniczność angielskiej poezji spowodowała, iż stała się ona także swoistym europejskim zbiorem metatekstów; matryc i sztanc, niejako gotowych do wykorzystania przez inne poezje. Dlatego tak wielki jest wkład Szekspira do kultury światowej, dlatego tak silnie oddziaływał na język poetycki całego świata Eliot czy Dylan Thomas. Dzieje się tak, bo jest poezja angielska jakby przekaźnikiem treści uniwersalnych – nie odnajdziemy w niej tych jakże charakterystycznych dla, na przykład, literatury polskiej i innych literatur słowiańskich, treści regionalnych, zaściankowych, a przez to nieczytelnych dla przedstawicieli innych narodowości. Pietrkiewicz przekonuje nie bez racji, iż: Liryka angielska jest zaiste warta poznania: dużo w niej poetyckich eksperymentów oraz odczuć i wypowiedzi wspólnych nam wszystkim. Jak cała poezja liryczna obraca się ona między dwoma biegunami: miłością doczesną i miłością Bożą. W liryce naprawdę natchnionej nie ma dualizmu ciało – duch, nie ma dwu miłości, a owe przeciwległe bieguny to może tylko kontrast, bez którego forma obyć się nie potrafi.[6] W zestawie wierszy zaprezentowanym przez Jerzego Pietrkiewicza szczególnie ciekawić mogą polskiego czytelnika utwory o Polsce i Polakach. Znajdziemy w antologii takich utworów kilka – John Keats napisał piękny wiersz o Tadeuszu Kościuszce: O, szlachetny Kościuszko, wielkie imię twoje/ To plon, to żniwo dla nas, z którego zbieramy/ Uczuć snopy bogate – dźwięczy ponad nami/ Dzwonieniem sfer niebiańskich, gdzie wieczności zdroje. Alfred Tennyson stworzył niezwykle sugestywną wizję Polski: Boże, jak długo będzie człowiek tratowany/ Przez najgorszego z ludzi? Jeszcze nie przestało/ Serce Polski bić w piersiach, choć krew święta z ciała/ Spływa na pola żyzne, a zwęglone ściany/ Z każdego miasta proszą Cię, Panie nad Pany / Nim barbarzyńca wschodni nie sięgnie znów śmiało/ Po czyjś tron, czyjeś berło i po cudze łany,/ Utrwalając ową przemoc odpowiedz: Czy mało/ Było cierpień, o Boże? I czy długie lata/ Ma kraj ów gnębić Moskal o sercu z kamienia?/ Nam zaś o Sprawiedliwy i Dobry nam przebacz. Wiersz pt. Polska napisał także Gilbert Keith Chesterton: Lecz wyniesione to godło zostało/ Od chwili, kiedy Bóg gniew okrył chwałą/ I gdy zawisły nad domostwem sławy/ Znów orły czarne oraz sępy szare./ W nim to, gdzie wojna świętsza jest niż pokój/ I gdzie nad miłość nienawiść zachwyca,/ Zabłysł straszliwy jako Duch Święty/ Orzeł, co bielszy jest niż gołębica.. Z kolei inny znany poeta, żyjący w latach 1870–1953 Hilaire Belloc, napisał wiersz, który ma w sobie jakąś tajemnicę i tęskną nutę polskości: Pani i Królowo, tajemnic Tajemnico,/ Któraś Regentką na niezmąconych niebiosach,/ Święta Hilda widziała we śnie Twoje lice,/ A muzyka szła za Tobą lasem po rosach./ Gdy do owczarni wrócą owce i noc bosa./ To jest wiara, w której trwam i trwałem przez lata;/ W niej chcę umrzeć, gdy przyjdzie mi zejść z tego świata. Antologia liryki angielskiej Jerzego Pietrkiewicza daje polskiemu czytelnikowi jakby „skondensowany” obraz dokonań poetów z Wysp Brytyjskich od średniowiecza do współczesności. Jest wyważona, czyta się ją jak rozwijający się wciąż i zmierzający ku coraz to innym możliwościom kreacyjny poemat. Pietrkiewicz ustala proporcje pomiędzy poszczególnymi poetami – przenosi akcenty z postaci przereklamowanych, bądź przecenianych w Polsce, na twórczość poetów rzeczywistych i na ich najwartościowsze teksty. Stanowiąc swoistą formę przewodnika po liryce angielskiej, jest omawiana tu antologia jednorodnym dziełem profesora. Wywarła też ona duży wpływ na polskich poetów, szczególnie na tych najmłodszych. Tego rodzaju dobra praca literacka i naukowa ustawia Pietrkiewicza w rzędzie najwybitniejszych humanistów dwudziestego wieku i powoduje, że zacierają się granice pomiędzy narodami i kulturami, a wartości ogólnoludzkie wypierają przemoc, gwałt i wszelkie próby dehumanizacji. W tym przypadku wygnanie zaowocowało dziełami, które czas zapewne wpisze obręb szeroko pojmowanej polskiej kultury naukowej i nada im odpowiednią rangę w szeregu dokonań ważkich, oddziałujących z niezwykłą siłą na świadomość i intelekt, programujących na długi czas odbiór i rozumienie tego, co w poezji anglosaskiej najwartościowsze, najbardziej zasługujące na uwagę.

[1] J. Starnawski, Jerzy Pietrkiewicz jako badacz literatury polskiej i porównawczej [w:] J. Pietrkiewicz, Literatura polska w perspektywie europejskiej, przeł. A. Olszewska-Marcinkiewicz, I. Sieradzki, Warszawa 1986.

[2] Ibidem, s. 11–12; Starnawski przywołuje recenzję A. Szalanki z „Rocznika Literackiego” 1971, Warszawa 1973, s. 388–389. Przekłady Pietrkiewicza chwaliła też Z. Kozarynowa [w:] Literatura polska na obczyźnie, t. 2, Londyn 1965, s. 360–361.

[3] J. Pietrkiewicz, Proroctwo mesjaniczne/ Messianic Prophecy, London 1991; Oryginalność odczytań Pietrkiewicza podkreślałem w artykułach: Szamanizm i praktyki szamanistyczne w twórczości Adama Mickiewicza [w:] Adam Mickiewicz. Kontext und Wirkung/ Adam Mickiewicz. Contexte et rayonnement. Actes du colloque Mickiewicz Fribourg/Suisse, ed. Rolf Fieguth, Fribourg/Suisse 1999 oraz w W nicość śniąca się droga. Nad ontologią poetycką Bolesława Leśmniana [w:] Leśmian. Studia, Kraków 2000. Oba artykuły zostały też przedrukowane w mojej książce pt. Marmur i blask. Studia. Szkice. Artykuły o poezji polskiej od Mickiewicza do Miłosza, Bydgoszcz 2000.

[4] J. Pietrkiewicz, Wstęp [w:] Antologia liryki angielskiej, Warszawa 1997.

[5] J. Pietrkiewicz, Tamże.

[6] Tamże.

« Older entries

%d blogerów lubi to: