VIDIADHAR SURAJPRASAD NAIPAUL (1932-2018)

W związku ze śmiercią V. S. Naipaula przypominam moją recenzję jednej z jego najważniejszych powieści. W zbiorze szkiców i mniejszych artykułów o literaturach anglojęzycznych zatytułowałem ją Trudna tożsamość. Myślę, że znajdzie się jeszcze czas na nowe lektury i napisanie szerszego studium.

Vidiadhar Surajprasad Naipaul, to karaibski prozaik, pochodzenia indyjskiego, laureat Nagrody Nobla z 2001 roku, a zarazem kolejny pisarz, który w swojej twórczości szuka korzeni cywilizacji i demaskuje fałsz kostniejących struktur społecznych. Urodził się w 1932 roku na Trynidadzie, w rodzinie hinduskich braminów i od samego początku swojej literackiej wędrówki, interesował się związkami pomiędzy ludźmi i kulturami, wskazywał nadużycia religii i źle pojętej globalizacji. Po przybyciu do Wielkiej Brytanii, na dobre zakorzenił się w krajobrazie artystycznym wysp, co zaowocowało między innymi Nagrodą Bookera i Eliota, a także licznymi wydaniami książek prozatorskich i eseistycznych. Trzeba spośród nich wymienić Dom Pana Biswasa (1961), W wolnym kraju (1971), Zakręt rzeki (1979), The Enigma of Arrival (1987), Pół życia (2001). Ogromnym powodzeniem czytelniczym cieszyły się też książki eseistyczne i reporterskie Naipaula, a spośród nich: The Middle Passage (1962), Utrata El Dorado (1969), An Area of Darkness (1964), India: A Wounded Civilization (1977),  Among the Believers: An Islamic Journey (1981), Beyond Belief: Islamic Excursion Among the Converted Peoples (1998) oraz A Turn In the South (1989). Pisarstwo Naipaula jest nieustającą podróżą w czasie i w przestrzeni, jego bohaterowie przyglądają się światu i próbują analizować skrajne życiowe sytuacje. Przemieszczając się z cywilizacji do cywilizacji, z kontynentu na kontynent i z kraju do kraju, dokumentują rozdarcie ludzi, którym przyszło żyć w takich czasach. Urodzeni i wychowani w swoim kręgu kulturowym, stają się świadkami niezwykłego przejścia do innej rzeczywistości i próbują znaleźć oparcie w obcych, chybotliwych rewirach. Czują się źle, bo w nowym świecie wszystko ich zdumiewa i odpycha, a ludzie rzadko skłonni są pomagać przyjezdnym. Wędrując po całym świecie, spotykając się z różnymi społecznościami i ugrupowaniami, analizując ruchy religijne i podglądając małe enklawy, stworzył Naipaul niezwykły obraz zmieniającego się globu, stale migrującej i szukającej swego miejsca ludzkości.

Pół życia, to powieść rozgrywająca się na trzech kontynentach – w Azji (Indie), w Europie (Londyn) i w bliżej nieokreślonym kraju afrykańskim, w którym jednak można się doszukiwać elementów, wskazujących na Mozambik. Bohater powieści – Willie Chandran – opowiada najpierw o swoich losach w Indiach, gdzie nie może pogodzić się z wyborami swego ojca i traktowaniem przez niego matki. Pokazuje też zakłamanie różnych ważnych gości z Europy, którzy przyjeżdżając na subkontynent bywają czarujący, obiecują pomoc, pragną jawić się jako cudotwórcy, a potem odwracają się plecami do Hindusów. Bohater doświadcza takiej sytuacji, gdy próbuje wyrwać się z Indii i zdobyć stypendium w Anglii. Zarówno wielki pisarz, jak inni poznani w jego kraju ludzie, przysyłają tylko zdawkowe odpowiedzi i załączają absurdalnie brzmiące życzenia wszelkiej pomyślności. Willie popada w coraz większą depresję, bo nie może zaakceptować próżniaczej świętości ojca i dziwacznej postawy matki, która wyszła z niższej kasty, a po porodzie zaczęła się upodabniać do kobiet lepiej urodzonych. W Indiach podział kastowy wciąż decyduje o losach człowieka i przebicie się przez warstwy wielowiekowych przesądów bywa niezwykle kłopotliwe. Ten świat jawi się bohaterowi powieści jako sztuczny twór, wykreowany przez angielskich kolonizatorów i utrzymywany na niższym poziomie rozwoju dla ich egoistycznych celów. Cała narracja została tutaj podporządkowana dwóm celom – po pierwsze pisarz pragnął stworzyć literacki portret ojca, osoby tragicznie niedorosłej i zdeformowanej przez tradycję. A po drugie – chodziło o oddanie rzeczywistości indyjskiej, z jej jaskrawością, rozgwarem, kontrastami pomiędzy bogactwem maharadżów a biedotą, śpiącą na ulicach, chodziło też o ironiczne ukazanie nieustającego wychylenia ku Europie. W chwili, gdy wydaje się, że nie ma już ratunku dla bohatera, gdy wszystkie prośby i fortele zawodzą, jego zabiegi w końcu przynoszą właściwy skutek: Z Londynu przyszedł w niebieskiej kopercie list od sławnego człowieka, który złożył krótką wizytę w aśramie tuż po ogłoszeniu niepodległości Indii. Dzięki swej sławie i tytułowi zapisał się trwale w pamięci Ojca Williego. Duże, faliste litery na firmowym papierze Izby Lordów świadczyły o sile i ostentacji, a zawartość listu pasowała do charakteru pisma. Wielki człowiek z przyjemnością zademonstrował swą władzę ojcu Williego, zyskał wdzięczność i zasługę w tym odległym zakątku świata, dotknął różdżką, niejako ruszył małym palcem (wszystkie pozostałe zajmowały się poważniejszymi sprawami) i skłonił do działania wielu małych ludzi. W taki sposób sfrustrowany Hindus trafił do kolegium nauczycielskiego w Londynie. Popłynął tam statkiem i zarówno podczas okrętowania się w porcie, jak i podczas podróży, czuł wielkie przerażenie, jakby żegnał się na zawsze z częścią swojego życia, jakby oddawał, handlował tym, to co było istotą jego hinduskiej samoświadomości. Angielski etap w życiu Williego jest pełen sprzeczności i zdarzeń nie dających się ująć w jakąś sensowną formułę. To jest wegetacja i jedynie zapoznawanie nowych, coraz bardziej przypadkowych ludzi. Ten nowy świat ma swoje reguły i stawia wymagania, a nade wszystko oczekuje szybkiej asymilacji. Bohater biega jednak stale myślą do Indii, rozważa swoją sytuację, w kontekście złamanego życia ojca i matki, próbuje znaleźć sobie jakąś enklawę, ale jego poczynania nie dają spodziewanego efektu. Czuje się kimś gorszym i zarazem nosi w sobie poczucie dumy, że pochodzi z indyjskiej kasty wyższej, nie potrafi poradzić sobie z najprostszymi sprawami, a zarazem kpi z rodowitych mieszkańców wysp. Wreszcie zaczyna wnikać w struktury kolegium nauczycielskiego i zawiązuje pierwsze przyjaźnie, które są na tyle kruche, że nie waha się uwodzić kobiet swoich druhów. Także seks w Anglii nie udaje się, jest przypadkowy, obwarowany lękiem o męską sprawność. Willi tęskni do bliskości, a zarazem nie potrafi przywiązać się do nikogo – jego wybory są chybione, a chwile uniesień generują tylko gorycz. Wszystko zdaje mu się sztuczne, w jakiś sposób zdeformowane i obce: Wiedział, że Londyn jest wielkim miastem. Wielkie miasta wyobrażał sobie jako pełne przepychu, olśniewające krainy czarów i gdy dotarł do stolicy Anglii i zaczął przemierzać pieszo jej ulice, czuł się zawiedziony. Nie wiedział co ogląda. Broszurki i foldery, które zbierał bądź kupował na stacjach metra, nie pomogły; ich autorzy zakładali, że opisywane widoki są dobrze znane, a przecież jego znajomość Londynu sprowadzała się właściwie do samej nazwy tego miasta. Jedynymi miejscami, o których coś wiedział, były Buckingham Palace i Speakers’Corner. Pałac rozczarował go. Myśl o tym, że siedziba maharadży w jego ojczystym stanie jest o wiele wspanialsza, bardziej godna miana pałacu, zrodziła w nim przekonanie, iż angielscy monarchowie byli oszustami, a potęga ich kraju blagą. Pobyt w Anglii staje się dla niego ciągiem nieustających rozczarowań, nie potrafi zachwycać się znanymi budynkami i miejscami, ale nade wszystko zawodzą go ludzie. Są zimni i bezduszni, a ich problemy niczym nie różnią się od kłopotów indyjskiej biedoty – oni także mają problem z tożsamością, nie potrafią wokół siebie zabudowywać świata, raczej tworzą w sobie coraz szersze i dłuższe odgałęzienia mentalnych labiryntów.

W tym świecie sztucznych związków międzyludzkich, w tej krainie pośpiesznego seksu i ciągnących się dyskusji o niczym, w tym mglistym i chłodnym kraju nagle zaczyna świecić słońce. W życiu Williego pojawia się kobieta, a stanie się tak za sprawą pasji literackiej. Już w Indiach bohater odkrył w sobie talent do pisania i tworzył długie wypracowania, które ukradkiem czytywał jego ojciec. Teraz skomponował kilkanaście opowiadań, które opublikowało mu pewne wydawnictwo i z zapartym tchem czekał na recenzje, komentarze, głosy krytyków. Zawiódł się bardzo, bo raz jeszcze pojawiło się niezrozumienie i ksenofobia, ale publikacja ta i tak zmieniła radykalnie jego życie. Jedną ze średnich recenzji przeczytała dziewczyna pochodząca z afrykańskiego kraju. Kupiła książkę, przeczytała i zapragnęła poznać jej autora. Willie natychmiast odpowiedział na jej list i umówili się na spotkanie, przed którym nasz bohater miał – jak to on – liczne obawy. Niepotrzebnie, bo gdy tylko ją ujrzał, opuściły go wszelkie obawy. Podbiła jego serce. Zachowywała się tak, jakby znała go od zawsze, jakby zawsze się jej podobał. Była młoda, niska, szczupła i dość ładna. Miała cudownie swobodny sposób bycia. Najbardziej upajające dla Williego było zaś to, że po raz pierwszy w życiu czuł, że przebywa z kimś, kto w pełni go akceptuje. Do tej pory miał zawsze do czynienia z sytuacją obcości, uniesienia nad światem więzi rodzinnych i żarliwej miłości. Niósł w sobie piętno mieszanego dziedzictwa, a mieszkając w Anglii czuł się kimś innym, odmiennym, w sumie – niepotrzebnym. Teraz spotkał istotę, która natychmiast go przygarnęła, obdarzyła uczuciem i zniwelowała dystans między nimi. Miała na imię Ana i patrzyła na świat jasnym wzrokiem, szybko też zawładnęła jego świadomością bez reszty – dawała mu erotyczne zaspokojenie i uniesienie, dyskutowała z nim i zawsze stawała po jego stronie. Szybko podjął decyzję, że pojedzie z nią do jej afrykańskiego kraju i zamieszka w rodowej posiadłości. Tak się też tak stało i rozpoczął się kolejny etap w życiu bohatera – tym razem afrykański. Ale i tutaj rzeczywistość się zmieni, żar miłości i fascynacja ciałem ukochanej, powoli ale nieuchronnie przekształcą się rutynę. Wróci poczucie wyobcowania, którego nie złagodzą nawet piękne afrykańskie krajobrazy i dobrobyt. Z biegiem czasu – a Willie przebywał tam osiemnaście lat – znalazł swoje miejsce i jakieś zajęcia, zaczął też żyć sprawami najbliższego otoczenia, poznał różnych ludzi, zarówno tych wspaniałych, jak i tych staczających się szybko ku upadkowi. Niby był ze swoja kobietą, niby uczestniczył w różnych spotkaniach, uroczystościach, przyjęciach, ale znowu zaczął odczuwać pustkę egzystencji. Jego odnaleziona w Europie siostra, stała się powierniczką jego sekretów i to do niej – ciekawy zabieg narracyjny Naipaula – kieruje bohater opowieść o dniach i nocach afrykańskich. Jest szczery i niczego nie pomija, nawet wstydliwe chodzenie do burdeli staje się pretekstem do snucia szerszych refleksji egzystencjalnych. Takie życie musi jednak mieć swój finał i Willie postanawia opuścić Ane, która początkowo zdziwiona, w końcu na to przystaje i tak jak on zauważa, że przez ostanie lata nie żyła własnym życiem. Powieść V. S. Naipaula została świetnie napisana i opiera się na dobrym pomyśle pisarskim. To jakby historia połowy życia głównego bohatera, który przegląda się w trzech skrajnie różnych rzeczywistościach cywilizacyjnych. Nigdzie też nie znajduje azylu, choć czasem cumuje w jakimś miejscu – w Afryce  nawet bardzo długo – i zdaje mu się, że dotarł do celu. Jeśli odrzucimy sztafaż kulturowy, piękną egzotyczną ornamentykę narracyjną, otrzymamy alegoryczną opowieść o człowieku dwudziestego wieku, który szuka i nie znajduje punktu oparcia w świecie. Podróżuje, bo każda wyprawa jest obietnicą zmiany i wejściem w nową przestrzeń bytowania. A potem, kiedy zadamawia się i próbuje budować swój wymarzony dom, pojawiają się wątpliwości, nadciąga zwątpienie. Naipaul ukazuje w mistrzowski sposób naturę ludzką, która nawet w największym uniesieniu znajdzie coś negatywnego – nie zadowoli się osiągnięciem jakiegoś balansu, bo zawsze jest to równowaga pozorna, dokonująca się na chybotliwej linie życia. Rację ma Jerzy Jarniewicz, który pisze we wstępie do polskiej publikacji powieści – autor bez cienia nostalgii i sentymentalizmu, opisuje podejmowane przez powieściowych bohaterów próby poszukiwania własnej tożsamości i ucieczki przed tożsamością im narzuconą, uznając, że los Hindusa jest losem wędrowca, skazanego na wieczną tułaczkę. Paradoksalnie zatem, to co było przekleństwem bohatera, co pozostawało wstydliwą kartą jego losów; a więc lata spędzone w Indiach i wpływ obrzędowości, kultury hinduskiej na jego wychowanie; to okazało się siłą nie do pokonania, jakimś stale słyszalnym w nim wołaniu. Póki rzeczywistość wokół niego się zmienia, póki wędruje i poznaje nowych ludzi, jego życie ma sens. Gdy tylko osiada w jakimś miejscu, gdy próbuje zatrzymać bieg zdarzeń, w jego psychice pojawiają się myśli destrukcje i zaczyna burzyć to, co z mozołem budował. Choć jego korzenie tkwią w Indiach, choć nie może zapomnieć o swoim rodowodzie i o traumatycznych doświadczeniach dzieciństwa nad Gangesem i Brahmaputrą, to staje się człowiekiem przykładowym, pozbawionym obywatelstwa mieszkańcem świata, kosmopolitą z wyboru i nakazu myśli, nakazu gęstniejącego stale czasu, który domaga się zmian i te zmiany generuje. Willie porzuca wszystko, bo takie porzucenie jest obietnicą jeszcze jednego odnalezienia…

_________

V. S. Naipaul, Pół życia, przeł. Marek Fedyszak, wstęp Jerzy Jarniewicz, „Noir Sur Blanc”, Warszawa 2004, s. 271.

Reklamy

GENEALOGIA I OCALENIE

Od dawien dawna literatura karmi się wspomnieniami, nieustannie wraca do miejsc i zdarzeń, odpomina chwile dobre i złe, szuka w przeszłości potwierdzenia, że życie miało jakiś głębszy sens, a ból i euforia były częścią szerszego planu dziejowego. Punktem wyjścia bywa tutaj dzieciństwo, opromienione matczyną miłością, utwierdzane w rodzinie obecnością ojca i dalszych osób z klanu postaci bliskich. Niedługo po narodzinach, w dniach dorastania i wchodzenia w świat ludzi dorosłych, pojawiają się pierwsze oceny i gradacje, a nade wszystko fascynacje, które ukształtują biografię dorosłego człowieka. W przypadku Jerzego Koreckiego niezwykle ważne są korzenie rodowe, potwierdzone odpowiednim certyfikatem i pieczęciami Związku Szlachty Polskiej Kresów Wschodnich. Może ta domieszka krwi szlachetnej i genetyczne powinowactwo z ludźmi subtelnie wykształconymi spowodowało, że u tego autora pojawiły się nieprzeciętne talenty literackie. Zawsze przebudzenie tego rodzaju prowadzi do publikacji książek i tak się też stało w tym przypadku. Dodatkowo pojawił się imperatyw dziedzictwa – co autor zaznacza w specjalnej dedykacji – chęć przekazania rodzinie informacji i opowieści, rozmów i zdarzeń. To taki rodzaj rodowego utwierdzenia, wskazania genealogii, a zarazem chęć zachowania tego, co mogłoby przepaść bezpowrotnie. Korecki wciela się w rolę rodzinnego bajarza, który ma opowieść na każdą okazję i pragnie nią zaciekawić młodsze pokolenia, dzieci, wnuków i prawnuków, a może też i osoby, które w tej linii dopiero się urodzą. To taki zacny zabieg by korzenie rodowe pozostawały ciągle w pamięci, a genetyczne powinowactwo promieniowało także na życie umysłowe autorskiego klanu krwi.

Jerzy Korecki potrafi pięknie opowiadać, a rozległa wiedza historyczna sprawia, że kolejne narracje są prawdopodobne, pełne istotnych szczegółów, drobnych elementów zamierzchłej rzeczywistości i wyraziście dookreślonych miejsc. Od razu widać, że literackimi antenatami autora są Kraszewski i Sienkiewicz, a księgami wzruszeń literackich były dla niego powieści historyczne, takie jak Stara baśń i Trylogia. Nośność tego rodzaju kreacji pisarskich określa zwykle skala prawdopodobieństwa, która tutaj jest ogromna. Jeśli do tego dodamy klarowny język i umiejętność snucia koherentnej narracji, otrzymamy prozę wysokich wartości i dzieło, które będzie ozdobą rodzinnej biblioteki. Ale przecież – poprzez modelowość sytuacji i liczne interioryzacje – książka ta zadowoli także najwybredniejszego czytelnika zewnętrznego. Zapewne przyczyni się też do tego ciąg portretów niezwykle wyrazistych bohaterów, jako żywo przypominających postaci z powieści wskazanych wyżej autorów. To są żywi ludzie, a ich działania i cierpienia, podejmowane decyzje i uzyskiwane efekty, są realne, potencjalnie możliwe na każdym poziomie literackiej kreacji. Warto też podkreślić umiejętności lingwistyczne Koreckiego, który w kolejnych opowieściach znakomicie posługuje się gwarą lub archaizuje język zgodnie z epoką, w której rozgrywa się akcja. Ważna też jest zmienność kolejnych dekoracji, swobodne przenikanie tkanki czasu i pojawianie się literackich bohaterów w różnych okresach dziejowych. Tak tworzy się panoramę historyczną, tak dookreśla się własną genealogię i ocala to, co w niej najcenniejsze – treść indywidualną, a zarazem stającą się paradygmatem. Autor dąży do tego, by czytelnicy zdali sobie sprawę z tego, że jego opowieści mają tyleż charakter utylitarny, co uniwersalny, a choć wstępne dedykacje i wyrażane nadzieją kierowane są do najważniejszej grupy czytelników, to przecież nie do jedynej.

Niezwykle interesujące są też opowieści bydgoskie z czasów II wojny światowej i lat powojennych. To także dziedzictwo rodzinne, a zarazem ciąg sytuacji układających się w panoramę tamtej rzeczywistości. Korecki jest rzeczowy, konkretny i funkcjonalny, a zarazem jego pióro jest lekko „rozbujane”, co razem daje efekt znakomity – prozy na porządnym, literackim poziomie. Znajdujemy tutaj jakby dalsze ciągi zdarzeń, znane choćby z powieści Jerzego Sulimy-Kamińskiego pt. Most królowej Jadwigi, pojawiają się postaci charakterystyczne dla trudnych czasów, wyodrębnione z opowieści rodzinnych i licznych lektur historycznych. Ta próba uporządkowania rodowej genealogii jest ze wszech miar udana i potwierdzona prawdziwą pasją narracyjną, sięgającą głęboko do jądra zdarzeń. Dodatkową wartością są tutaj fotografie z albumów rodzinnych, pojawiające się przy charakterystykach bohaterów i przybliżeniach wyjątkowych miejsc. Czytelnik może dzięki nim zapoznać się z rzeczywistym wyglądem kolejnych osób, a nawet jeśli pojawiają się jakieś transformacje literackie, może te rzeczywiste postaci umieścić w konkretnych sytuacjach. Rekapitulując, podkreślmy raz jeszcze – proza Jerzego Koreckiego jest sporym osiągnięciem autorskim i zapewne znajdzie swoją kontynuację w kolejnych latach, bo tego rodzaju narracja zawsze domaga się następnych zadośćuczynień i artystycznych spełnień. Na razie cieszmy się tekstami zawartymi w tym tomie i wracajmy do nich przy różnych okazjach rocznicowych – szczególnie dotyczy to najbliższej rodziny, ale przecież proza ta może też być użyteczna w procesie edukacji młodzieży czy inscenizacji historycznych w naszym mieście. Gorąco polecając czytelnikom ten tom opowieści i genealogicznych ocaleń, odkładam go z przekonaniem, że robota literacka została tu znakomicie wykonana, z ogromną kulturą i autentyczną wiedzą o świecie i ludziach.

* * *

Johannes Brahms

Wyrazistość iskier Oriona na lutowym niebie… I świadomość, że wpatrywały się w niego miliardy, miliardy oczu istot żyjących w różnych epokach. To niby tylko zapatrzenie, tylko chwila zamyślenia, ale przecież to też cząstka wieczności, nieustannego trwania jaskrawych świateł pośród mroźnych przepaści. Podkreślenie ulotności ludzkiego istnienia w obliczu gwiazdozbioru, który był miliony lat przed nami i będzie miliony lat po nas. Nie wiem dlaczego, ale zatęskniłem w tej chwili do muzyki Johannesa Brahmsa i w moich myślach pojawiły się czarno-białe fotografie z jego życia. Oto wchodzi do domu Roberta Schumanna i jego żony – Clary… Oto stoi nad świeżą mogiłą tego, który jako pierwszy dostrzegł w nim geniusza, i potem ten ciąg spotkań z nią… gdy wspaniale grała na fortepianie, przygotowywała kawę, albo rozczesywała palcami jego bujne włosy… A potem cmentarz w Bonn i spóźniony przyjazd na jej pogrzeb… I jeszcze dumne tańce węgierskie, a szczególnie pierwszy z nich… Symfonie, serenady, kołysanki doskonałe jak błyski Oriona, jak lodowaty granat nad głową. I to jego zdjęcie ostatnie… Na łożu śmierci… U bram wieczności.

Clara Schumann

HRABIA MONTE CHRISTO

Aleksander Dumas 1802–1870

Pierwszy raz czytałem powieść Aleksandra Dumasa ojca pt. Hrabia Monte Christo w liceum, w wieku szesnastu lat, ale nie przebrnąłem nawet przez pierwsze dwieście stron. Przeraziła mnie objętość trzech grubych tomów i straciłem zainteresowanie dla rozmów i intryg mściwego hrabiego, ciągnących się w nieskończoność. Potem sięgnąłem po ten utwór na studiach i raz jeszcze odrzuciłem, bodajże po przeczytaniu pierwszego tomu. Przeżywałem wtedy rozstanie z moją wielką, młodzieńczą miłością i jakoś nie mogłem się skupić, gubiłem wątki, wracałem stale do przeczytanych już fragmentów, aż w końcu uznałem, że lepiej będzie jak z dziełem francuskiego prozaika pożegnam się na jakiś czas. Miały na to wpływ też adaptacje filmowe, a szczególnie włosko brytyjska produkcja, z 1975 roku, w której główną rolę zagrał słynny aktor amerykański Richard Chamberlain. Po obejrzeniu filmu wszystko stało się dla mnie jasne, wiedziałem, że Dantes zemści się na De Villeforcie, Danglarsie i pomoże ludziom wspaniałym, takim jak jego dawny pracodawca Morrell. W styczniu tego roku – w ciągu moich ostatecznych spotkań z dawnymi lekturami – zadałem sobie trud i po raz trzeci zmierzyłem się z powieścią Dumasa, choć przyznać muszę, że po przeczytaniu pierwszego tomu, zacząłem pomijać rozmowy z części następnych, zerkając tylko na ich fragmenty, pozwalające zorientować się jak rozwinie się akcja. To jest historia marynarza Edmunda Dantesa z Marsylii, który na skutek fałszywego donosu, zostaje skazany na dożywotnie więzienie w mrocznym zamku If. W lochu poznaje księdza Farię, który uczy go i opowiada mu o skarbie ukrytym na śródziemnomorskiej wysepce Monte Christo. Po śmierci księdza, Dantes wchodzi do worka przeznaczonego dla ciała duchownego, zostaje wrzucony do morza i w ten sposób udaje mu się uciec z więzienia, a potem odnaleźć bajeczny skarb. Jedzie wówczas do Paryża, jako hrabia Monte Christo, gdzie zyskuje na znaczeniu i sukcesywnie dokonuje zemsty na sprawcach jego uwięzienia oraz wieloletniej mordęgi w mrocznych lochach zamkowych. Ów główny wątek zemsty nie spodobał się Kościołowi Rzymskokatolickiemu i powieść Dumasa znalazła się na indeksie ksiąg zakazanych, co tylko świadczy o głupocie dziewiętnastowiecznych czytelników w czarnych i karmazynowych sutannach. Przecież w utworze tym jest też wiele wątków, w których widzimy, że zwycięża dobro, a hrabia nie stroni od działań altruistycznych i dobroczynności w iście królewskim stylu. Starczy przypomnieć jak potraktował pana Morrella i jego rodzinę, prawdziwie ratując im życie i programując dalsze losy w szczęściu i miłości.

Obecna lektura tej powieści naznaczona była moimi doświadczeniami życiowymi i spowodowała ciąg refleksji sięgających głęboko do środowisk, w których tkwiłem przez lata, a więc przede wszystkim artystyczno-literackich i naukowych (filologicznych). Przecież zasmakowałem zmowy, którą nakręcały dwie prawdziwe kanalie ludzkie, nie liczące się z moimi osiągnięciami, skalą rozpowszechniania prac, osobami recenzentów, licznymi cytacjami itd. A mógłbym tu jeszcze dorzucić trzecią zawistną kanalię ze środowiska literackiego, działającą równie zjadliwie, niszczącą mój prawdziwy obraz, nieustannie plotkującą i rozsyłającą materiały, które miały mnie kompromitować. Czytając powieść Dumasa rozmyślałem nad barierami etycznymi, które pojawiają się na różnych poziomach naszej egzystencji i cofałem się do wieku młodzieńczego, kiedy to byłem naczelnikiem sporej bandy silnych, znakomicie zbudowanych i gotowych na wszystko chłopaków. Świat wtedy był prostszy, jak ktoś podskakiwał, to dostawał łomot i wracał do szeregu odmieniony, a nawet w tajemny sposób zafascynowany silniejszymi druhami. Nie było mowy o zdradach, zakulisowych intrygach, kłamstwach, w ich miejsce pojawiało się braterstwo, szczególnie widoczne w sytuacjach zagrożenia. Potrafiliśmy wtedy walczyć z chłopcami z innej dzielnicy, bywaliśmy też sprawiedliwi i wielkoduszni dla pokonanych wrogów. Liczne lektury, zainteresowania zoologiczne i geograficzne, godziny spędzone nad mapami świata i jego ciekawość, odmieniły mnie całkowicie i znalazłem się na studiach polonistycznych, a potem zacząłem publikować recenzje, szkice, kolejne książki, zdobywać nagrody literackie i wkraczać do jakże innych środowisk. Szybko zauważyłem, że obowiązują w nich odmienne, chore prawa, a moja tężyzna fizyczna i muskulatura może być tylko obiektem zainteresowań seksualnych różnorakich ważnych decydentów. Nigdy nie interesowały mnie tego rodzaju układy, nie pociągały mnie też stare, roztyte kobiety z tytułami naukowymi, obiecujące mi zrobienie szybkiej kariery. Po hallach uczelni przemykałem ze zjawiskowo pięknymi dziewczynami, więc w naturalny sposób stawałem się celem dla naukowych łowców w spodniach i spódnicach. Jakże to był dziwaczny świat i ile razy świerzbiły mnie ręce by rzucić się na jakiegoś głupio-mądrego chudzielca albo zarozumiałą znawczynię literackich duperel, chwycić za gardło tykowatego pajaca, który wykorzystywał swoją pozycję pupilka homoseksualisty z Warszawy, nabierał go, że jest biseksualny, a potem zagarniał studentki i pracowniczki naukowe do swojego brudnego haremu. Opisał to znakomicie w powieści pt. Wstyd, zmarły w zeszłym roku Krzysztof Derdowski, choć może za mało udzielił wywiadów i tylko w kuluarowych rozmowach wskazywał pierwowzór swojego prozatorskiego „bohatera”.

Zamek i więzienie If

Powieść pt. Hrabia Monte Christo pełna jest dłużyzn i nudnych konwersacji, z lubością rozciąganych przez Dumasa, co zapewne spowodowane było tym, że tekst początkowo ukazywał się w odcinkach, w jednej z gazet i przynosił wymierny zysk wierszówkowy. Moja ostatnia już lektura tego dzieła dała mi jednak sporą radość refleksyjną, bo zapoznając się jeszcze raz z technikami i sposobami zemsty Dantesa, co i rusz widziałem siebie w starciu z moimi wrogami. Z największymi kanaliami w moim życiu jeszcze nie skończyłem starcia i pojawią się konkretne działania natury prawnej, dziennikarskiej i pisarskiej, ale przecież o ile łatwiej byłoby np. zaczaić się na takiego paralityka, oprać mu mordę lub – ha, ha, ha… – połamać giry, albo jeszcze lepiej – łapy, żeby nie mógł przez jakiś czas mącić przy klawiaturze i w Internecie. Dantes nie miał skrupułów i dysponował niewyobrażalną fortuną, więc mógł spokojnie planować zemstę, nie wahając się w sytuacji, gdy w grę wchodziło ludzkie życie. Czy mógłbym zabić któregoś z tych pajaców – zastanawiałem się podczas lektury – i przed oczyma wyobraźni widziałem siebie z karabinkiem wyposażonym w lunetę optyczną, czekającego na dachu jednego z bloków na tykę wracającą do domu, z uczelni albo od kochanki. Czy mógłbym zmasakrować kolesia, który zrzucał mi na głowę różnorakich pomyleńców, opisywał jako tępego mięśniaka i czuł się bezkarny, by po latach podpisywać się jako Pokutujący Łotr i objawiać mesjanistyczne prawdy, niczym Mickiewicz w Paryżu? Oczyma wyobraźni ujrzałem jak to ja-Dantes wpadam do jego gabinetu z japońską kataną i bez litości ścinam mu łeb… Albo ostatnia sytuacja, kiedy parę dni temu zobaczyłem na moście trzecią kanalię, zerkającą na mnie z głupkowatym uśmiechem, wyjątkowo zjadliwą i trudniącą się od lat oczernianiem mnie, gdzie tylko się da. Niewiele by mnie to kosztowało wysiłku, gdybym doskoczył do fircyka, szarpnął go za frak, uniósł w górę i z rozmachem cisnął do Brdy. Ta myśl przemknęła przez moją głowę, gdy zerknąłem na niego i oczyma wyobraźni zobaczyłem, jak machając rękoma i nogami, leci z wrzaskiem do lodowatej toni. Natychmiast pojawiła się jednak refleksja natury etycznej: nie wolno ci… nie możesz… dla takiej kanalii nie warto niszczyć tego, co zrobiłeś i co jeszcze zrobisz… Tak, zapewne tylko etyka i wewnętrzne przekonanie o wyższości dobra nad złem, powstrzymuje nas przed takimi czynami, jakich dokonał hrabia Monte Christo – tylko wewnętrzny imperatyw moralny nie pozwala nam rozprawić się krwawo z tymi, którzy działając w mroku, intrygując w cieniu, czują się tam bezkarni. Ale przecież historia Dantesa uczy, że żaden niszczyciel, kłamca i potwarca, nie może czuć się bezpieczny, tym bardziej, że natura ludzka jest zmienna i osoba kierująca się etyką, tak dobra jak Dantes, gdy zaręczał się z piękną Mercedes, może przemienić się w mściciela Monte Christo.

Wyspa Monte Christo

Jak powszechnie wiadomo, prochy Aleksandra Dumasa ostatecznie złożono w paryskim panteonie, obok szczątków Woltera, Jana Jakuba Rousseau, Wiktora Hugo, Emila Zoli, Antoine’a de Saint-Exupéry’ego czy też małżeństwa Curie. Zapewne wzięto tutaj pod uwagę skalę dorobku pisarskiego autora Trzech muszkieterów, Damy kameliowej i Królowej Margot, bo przecież powieść Hrabia Monte Christo dokumentuje rozwlekłość stylu, przesadne rozbudowanie dialogów i anachroniczność pomysłów pisarskich tego twórcy. Podziwiać wszakże należy odwagę kreacyjną i zmysł narracyjny Dumasa, tym bardziej, iż stworzył on katalog żywych postaci, długo promieniujących na kulturę Francji, Europy i świata. Mściciel Dantes, w czasach napoleońskich i w latach po sławetnych stu dniach Bonapartego, musiał być kimś z marzeń i znacząco oddziaływać na wyobraźnię ludzi uwikłanych w nieustające kłopoty bankowe, rodowe i polityczne. Jeśli podczas lektury w drugim dziesięcioleciu XXI wieku historia tajemniczego hrabiego może jeszcze zaciekawić i rodzić refleksje natury etycznej, rozpalać wyobraźnię i generować żywe obrazy, to jednak udało się francuskiemu pisarzowi stworzyć dzieło istotne. Warstwa wizualna jest może tutaj najwyższym osiągnięciem, szczególnie dzisiaj, gdy w Internecie łatwo znajdziemy fotografie zamku If, wyspy Monte Christo, nabrzeży Marsylii i ulic Paryża, po których jeździły powozy człowieka realizującego konsekwentnie plan diabolicznej zemsty. W dzisiejszym świecie często pojawia się ona w różnych formach, czy to w sytuacjach patologicznych, kryminalnych, w sporach rodzinnych albo społecznych. Starczy przywołać konflikt na Bliskim Wschodzie, kiedy to myśliwce izraelskie niszczą domy palestyńskie, w których wychowali się i żyli ci, którzy dokonali samobójczych zamachów, zaatakowali żołnierzy albo niewinnych obywateli. Kościół z lubością przypomina słowa Jezusa o nadstawianiu drugiego policzka, gdy ktoś zostanie uderzony, zraniony, dotknięty niesprawiedliwością, ale przecież w historii chrześcijaństwa wiele jest sytuacji i zdarzeń, w których nienawiść i zemsta stały się motorem działania różnorakich władców i sprzysiężeń. Starczy przywołać tylko wyprawy krzyżowe, palenie „czarownic” na stosach albo trwające wiele lat wojny religijne i próby zawłaszczenia jakiegoś terytorium. Trudno zapomnieć o Świętej Inkwizycji, rycerskich zakonach misyjnych czy też o mordowaniu Indian w Amerykach, o zabijaniu z krzyżem w ręku Murzynów w Afryce i Aborygenów w Australii. Potępiając plan zemsty Edmunda Dantesa i jego realizację w czasach świetności hrabiego Monte Christo, pamiętajmy o licznych uwarunkowaniach i kontekstach kulturowych i nie zapominajmy o tym, że jego serce całkowicie nie stwardniało na kamień. A choć natura ludzka ma swoje tajemnice i przemiany, niewiniątko może stać się demonem, a kanalia Pokutującym Łotrem, to jednak ci, którzy krzywdzą innych, powinni uważnie przyglądać się temu, co dzieje się za ich plecami.

ALEJA KLONÓW (27)

W lutym wszędzie rosiła się żałobna szarość, osiadająca na dachach i łysych gałęziach klonów, smutek czający się w bramach i na chodnikach, rozpacz powiewająca w przestrzeni jak wielka czarna flaga. Często wtedy zachodziłem do pani Fijałkowskiej, która kupowała ciastka bezowe „japonki” i częstowała mnie nimi z radością. Miała na wychowaniu Zosię, dziewczynę brzydką, ale bardzo dobrą, pomocną w domu, sprzątającą, piorącą brudne ubrania i gotującą obiady. Jej przybrana matka była gruba, miała trudności z poruszaniem się i wykonywaniem najprostszych czynności. W takiej sytuacji dziewczyna z domu dziecka była skarbem i za swoje oddanie otrzymywała ciągle jakieś prezenty, modne czółenka na szpilkach, spódniczki, sweterki i bluzki, a nawet koronkowe halki i bieliznę. Brała czasem pod ramię swoją dobrodziejkę i podprowadzała ją do sklepu spożywczego, do fryzjera albo do rzeźnika. Wyglądały wtedy groteskowo, jakby wyszły wprost z zaświatów, jakby stworzył je złośliwy demiurg albo dawno zapomniany bóg. Zosia często śmiała się i w mig odgadywała, co jest potrzebne w domu, co trzeba zrobić i co kupić. Pewnego razu zapragnęła pójść na zabawę do wojskowej kantyny i pani Fijałkowska kupiła jej na tę okazję wspaniała suknię, pożyczyła złote buty i małą torebkę z dawnych czasów. Miała już siedemnaście lat i czas najwyższy by zaczęła wychodzić do świata, a może nawet by znalazła sobie jakiegoś mężczyznę… Dopiero jak Zosia zniknęła za drzwiami, opiekunka poczuła w sercu pustkę, usiadła na fotelu i głęboko się zamyśliła. Przypomniał się jej dzień, gdy pojechała do sierocińca i jedna z piastunek powiedziała jej, że najbrzydsza jest Zosia i jej chyba nikt nigdy nie adoptuje. Spojrzała na to wychudzone, dziwnie ukształtowane dziecko i błyskawicznie podjęła decyzję… Wzięła ją do swojego domu i obdarzyła miłością, jakiej dotąd nie zaznała, załatwiła operacje w szpitalu, wyprostowała biodra, usunęła narośle z głowy, pojawił się aparat na zębach i okulary na nosie.

Teraz, już w innym czasie, Zosia po raz pierwszy sama wyszła z domu i zaraz poczuła jak serce podeszło jej do gardła. Wyprostowała się i stawiając komicznie kroki próbowała naśladować Polę Rozenfeld, którą czasami widziała jak przemyka przed bramą albo jedzie z wojskowym kochankiem w kosztownym, odkrytym aucie, lśniącym niklem i lakierem. Jeszcze kilkaset metrów, jeszcze trzy chodniki i znajdzie się naprzeciw głównej bramy do koszar, skręci w lewo i skieruje się ku kantynie, gdzie zabawi się do rana. Nie mogła się doczekać, czuła w sercu euforię, ale wiedziała, że musi iść prosto i uważnie stawiać nogi, imitować wielką damę. Pamiętała o przestrogach pani Fijałkowskiej, wiedziała, że musi być czujna, ale też coś pchało ją do przodu, coś dodawało animuszu, było obietnicą jakichś wspaniałych doznań. Przestąpiła drzwi sali balowej, pięknie udekorowanej i lśniącej czystością i natychmiast oszołomiła ją głośna muzyka. Stanęła nieopodal wielkiego okna, zasłoniętego kotarą i patrzyła szeroko otwartymi oczyma na bawiące się pary. Nie zauważyła ironicznych uśmieszków innych kobiet, wpatrywała się w pięknie poruszających się oficerów w paradnych mundurach i żołnierzy niższych rang. Nagle jeden z nich stanął przed nią i ze śmiechem poprosił ją do tańca, podał dłoń i poprowadził ku środkowi sali. Jakaś salwa śmiechu buchnęła obok, ale Zosia niczego nie czuła, niczego nie widziała, zdawało się jej, że znalazła się w niebie. Kapitan, który ją zaprosił tańczył z nią przyciskał jej młode ciało do siebie, dyszał i mówił coś szeptem. Potem pociągnął ją do stołu i nalewał kolejne kieliszki wódki, wina, stawiał przed nią kufle z piwem. Nigdy dotąd nie piła alkoholu, więc szybko świadomość zaczęła ją opuszczać, aż napłynęła gęsta ciemność i tępy ból rozprzestrzenił się w jej ciele. Po jakimś czasie wszystko zawirowało, wielkie wynaturzone twarze pojawiły się nad nią, zakręcił się gwałtownie wir barw, dziwnych kształtów, dźwięków i zapachów, aż nagle i bezpowrotnie wszystko zgasło.

Budziła się z odrętwienia, poczuła zimno i rozdzierający ból między nogami. Z trudem otworzyła oczy i zobaczyła, że leży przy płocie koszar, w krzakach, a na jej ciele pozostały tylko strzępy nowej sukni. Cała była w ranach i sińcach, na jednej nodze miała złoty but, a drugi leżał o kilka metrów dalej.  Chciała krzyczeć, ale nie miała siły, chciała wstać, ale ciało odmawiało posłuszeństwa. Wreszcie uniosła się na łokciu, a potem wstała bardzo powoli i kuśtykając ruszyła w kierunku domu. Była oblepiona krwią i umazana zielonym sokiem traw, jakby ktoś ciągnął jej ciało po ziemi i przerzucał z boku na bok. Wreszcie dotarła do drzwi niewielkiej oficyny, a gdy je przestąpiła zobaczyła swoją opiekunkę, siedzącą przy stole i modlącą się z różańcem na rękach. Kiedy ją spostrzegła zapłakała i niezdarnie ruszyła ku niej, przycisnąwszy ją mocno do piersi, szlochając jak dziecko. Zosia nie wiedziała co się stało, bo straciła świadomość, upojona alkoholem, nie mogła też złożyć skargi na kogokolwiek. Dwa razy przychodził do nich jakiś wysoki oficer, spisywał zeznania, wypytywał o szczegóły, ale szybko ukręcono łeb sprawie, bo gwałciciel był w Partii. Rozpacz po raz pierwszy wtargnęła w życie Zosi, a po miesiącu, gdy umarła Fijałkowska pojawił się dziwny, niematerialny lęk. Na szczęście dobrzy ludzie jej pomogli, dali pracę sprzątaczki w magazynie, a potem otoczyli ją czułością, gdy jej brzuch zaczął się powiększać i po dziewięciu miesiącach urodziła zdrowego, ładnego chłopca. Dała mu na imię Romek i znowu w jej niewielkim mieszkaniu pojawiła się radość, szczęście że ma kogoś tak bliskiego i tak ją kochającego. Ubierała go czyściutko i starannie, chodziła z nim na lekcje religii i odprowadzała do szkoły, karmiła jak mogła najlepiej, a czasem kupowała nawet cukierki i suszone owoce. Podjęła pracę sprzątaczki w zakładach odzieżowych i powoli wszystko w jej życiu zaczęło wracać do normy… Romek był w czwartej klasie i miał dziesięć lat, gdy w pobliskiej szkole podstawowej, na ulicy Kcyńskiej, przewróciły się na niego stalowe drzwi i zabiły go na miejscu.

Na pogrzebie było wielu uczniów, nauczycieli, przyszli też ludzie z Alei Klonów, jacyś panowie w szarych prochowcach i nie wiedzieć kto załatwił orkiestrę wojskową. Ceremonię prowadził grubawy ksiądz Gołębiewski z parafii Świętej Trójcy, pojawili się też ministranci i kilku grabarzy, którzy wykopali dół, ustawili na nim deski, a potem linami spuszczali białą trumnę Romka do grobu. Zosia ubrała się żałobnie, na głowę założyła niewielki toczek, z którego na twarz spływała czarna woalka, pożyczyła od kogoś czarne buty i ruszyła na cmentarz. W lodowatej kaplicy, przy otwartej trumnie płakała cały czas i nie mogła pogodzić się z tym, że jej syn jest już martwy i jakby zdeformowany przez uderzenie wielkich wrót. Gdy harcerze dźwignęli Romka i spuszczano trumnę do piachu i orkiestra wojskowa zaczęła grać marsz żałobny Chopina, chciała wskoczyć do grobu, ale grabarze powstrzymali ją i po godzinie odprowadzili do bramy cmentarza. Gdy zgwałcił ją pijany kapitan wojska polskiego myślała, że już nic gorszego nie przydarzy się w jej życiu, a jednak teraz poczuła się nikomu niepotrzebna, jakby nieżywa, jakby trwająca w dziwnym letargu. Usiadła w ciemnościach w domu i miała wrażenie, że ktoś wpatruje się w nią uparcie i kpi z jej tragedii za zasłoną mroku. Zaczęła pić i szybko w jej domu pojawił się krępy zbieracz złomu, którego na Alei Klonów nazywano po prostu Łysek. Zaczęła chodzić z nim, pchać ogromny wózek na dwóch kołach i zbierać żelastwo z ulicy Gołębiej, Orlej, Kcyńskiej, Strzeleckiej, Kruczej i Jaskółczej. Ludzie szybko zapomnieli jej imię i mówili o niej używając tylko nazwiska – Pięta, choć wielu myślało, że to był jej przydomek. Łysek czasami bił ją po pijanemu, rzucał się na nią z nogą od krzesła, więc straciła zęby, miała zdeformowany nos i powybijane palce. W końcu znaleziono ją martwą tuż przy plocie jednostki wojskowej i pochowano w grobie Romka, po którym już niewiele w ziemi zostało. Jaskółki i jeżyki latały nad grobem, piszczały przeciągle i czasem można było mieć wrażenie, że śmieją się z tego świata.

STO WIERSZY POLSKICH (XXVI)

Andrzej Bursa

Z ZABAW I GIER DZIECIĘCYCH

Gdy ci się wszystko znudzi
spraw sobie aniołka i staruszka
gra się tak:
podstawisz staruszkowi nogę że wyrżnie mordą o bruk
aniołek spuszcza główkę
dasz staruszkowi 5 groszy
aniołek podnosi główkę
stłuczesz staruszkowi kamieniem okulary
aniołek spuszcza główkę
ustąpisz staruszkowi miejsca w tramwaju
aniołek podnosi główkę
wylejesz staruszkowi na głowę nocnik
aniołek spuszcza główkę
powiesz staruszkowi „szczęść Boże”
aniołek podnosi główkę
i tak dalej
potem idź spać
przyśni ci sie aniołek albo diabełek
jak aniołek wygrałeś
jak diabełek przegrałeś
jak ci się nic nie przyśni
r e m i s

 

Andrzej Bursa (1932–1957) – był poetą, prozaikiem i dramaturgiem, który przeżył zaledwie dwadzieścia pięć lat, ale jakże wyraźnie zapisał swoją obecność w historii współczesnej literatury polskiej. Choć jego śmierci towarzyszył mit samobójstwa, zmarł z powodu wrodzonej wady aorty, a jedynie można zastanawiać się czy jego styl życia nie przyśpieszył odejścia. Do tej famy przyczynił się też znacznie Stanisław Czycz, który napisał niezwykle sugestywne opowiadanie pt. And. Jego bohater miał sporo cech Bursy i na końcu popełnił samobójstwo – tak kolega Andrzeja zainicjował czarną legendę, która przydała wiele udręki jego rodzinie. A przecież studiował bułgarystykę i filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim, pracował też jako reporter w „Dzienniku Polskim” w Krakowie, czule opiekował się żoną i synem, a literaturą zajmował się ledwie przez trzy lata. Była to jednak prawdziwa eksplozja twórcza, bo po Bursie pozostał tom sporych rozmiarów, zawierający utwory lepsze i gorsze, ale zawsze pełne pasji i buntu. Od 1967 roku krytycy krakowscy przyznawali Nagrodę imienia Andrzeja Bursy, która znacznie przyczyniła się do rozpropagowania jego osoby i twórczości, choćby przez dobór laureatów: m. in. Rafała Wojaczka, Stanisława Barańczaka, Juliana Kornhausera, Adama Zagajewskiego – w roku 1984 nagrodę tę otrzymał Andrzej Kaliszewski i piszący te słowa. Twórczość Bursy znacznie różniła się od tego, co powstawało w latach pięćdziesiątych i nigdy nie zhańbiła się oportunizmem, jakąkolwiek serwitutową uległością wobec systemu komunistycznego. Choć na jednym ze zdjęć, jakie po nim pozostały, przypomina typowego murarza z lat pięćdziesiątych – podobne uczesanie, kraciasta koszula, podwinięte mankiety i dumne spojrzenie jak z propagandowego plakatu – wszystko w nim przeczyło sztampie, wszystko buntowało się przeciwko schematycznemu wchodzeniu w nową rzeczywistość.

Nie wierzył rozśpiewanym i rozhisteryzowanym tłumom rówieśników, nie zachwycał się ogromnymi posągami Stalina i Lenina, nie przystawał w ich czerwonym cieniu jak esbecy, ormowcy i partyjniacy. Wybierał skrajny sprzeciw – niczym w drastycznym Zabiciu ciotki – bo niósł w sobie ból rzuconej na kolana Polski, ból ruin i zgliszcz, jakże dobrze zapamiętanych i kalających dziecinną wrażliwość, przepełniała go też rozpacz niespełnienia pierwszych lat powojennych, głodu i poniżenia. Nie widział dookoła ładu, więc burzył, buntował się – jego najboleśniejszym przeżyciem egzystencjalnym było doświadczenie chaosu. I temu dawał świadectwo w swojej twórczości, i z nim się w niej zmagał, choć od pierwszego omdlenia podczas wyprawy reporterskiej czuł, że przegra. I gdy inni wznosili z segmencików cegieł domy, ulice i wzorcowe miasteczka – pisał: mam w dupie małe miasteczka/ mam w dupie małe miasteczka/ mam w dupie małe miasteczka! Bulwersował, wzbudzał mieszane uczucia, jego rówieśnicy wielbili go i nienawidzili, stawał się niewygodny, gdy z głupia frant walił pośród dętych dyskusji o poezji: wynieś proszę  to wiadro bo potwornie tu pachnie szczyną. Był poetą i prozaikiem z krwi i kości, a swoje cierpienie, swoje lęki i obsesje potrafił przekuć w samorodny kształt literacki. Często świadomie, wbrew swojemu słabemu ciału, wychodził na spotkanie śmierci. Kiedyś, podczas rodzinnego spotkania upadł i już się nie podniósł, a to, że nikt mu nie pomógł, lekarze nie przybyli i nie znano technik ratowniczych, miało wymiar symboliczny. Pochowano go na cmentarzu Rakowickim w Krakowie, zamykając w ten sposób biografię realnego człowieka i inicjując losy pośmiertne bytu nie poddającego się łatwo jakiejkolwiek weryfikacji.

Jednym z najbardziej znanych wierszy Andrzeja Bursy jest utwór pt Z zabaw i gier dziecięcych, w którym autor zderzył ironię i absurd, komizm i tragedię. Pomysł tego liryka opiera się na przekonaniu, że ludzki świat przypomina teatr kukiełkowy, a nasze działania, ruchy, decyzje, sterowane są przez niewidzialną siłę. Dlatego w sytuacji totalnego znudzenia światem można znaleźć się w przestrzeni teatru pudełkowego, na scenie lalkowej, gdzie steruje się zachowaniami sztucznych bohaterów. Bursa dopuszcza tutaj także możliwość autonomicznego stworzenia postaci, bo przecież owa ironiczna zachęta: spraw sobie aniołka i staruszka, jest zapowiedzią działań dwojakich: kupna w jakimś hipotetycznym, monstrualnym sklepie zabawkarskim, albo własnoręcznego wykonania (wystrugania jak Dżepetto Pionokia) kukiełek, pacynek, poruszających się figurek. To ma być też rodzaj gry, której wynik pojawi się na końcu we śnie i stanie się pointą kolejnych ruchów. Oczywiście chodzi tutaj też – na zasadzie kontrapunktu – o realny świat ludzki i tylko w takich kontekstach ironia zyskuje swoją moc. Brutalność języka pojawia się już przy opisie pierwszego działania – owego podstawienia nogi staruszkowi, który w wyniku tego wyrżnie mordą o bruk. Tak utraci atrybuty ludzkie, stanie się rodzajem istoty wynaturzonej, bliskiej zwierzęciu (morda), a do tego nie upadnie, tylko „wyrżnie” o bruk. Oczywiste jest tutaj nawiązanie do powszechnie znanych określeń: „wylądować na bruku”, „znaleźć się na bruku”, a w dalszym planie do słów Norwida o fortepianie Chopina: Jękły głuche kamienie / Ideał sięgnął bruku . Zachowanie aniołka w tej sytuacji jest jednoznaczne i ustala jego formę dla następnych akcji, zarówno dobrych, jak i złych. Opuszczenie główki ma być wyrazem dezaprobaty, a jej podniesienie – pochwały, nawet jeśli pojawiać się będzie w kolejnych wersach ironia. Podarunek pięciu groszy, to kpina z darczyńcy i obdarowanego, bo niczego nie kupi się za taką sumę, niczego nie wesprze się, a jedynie można w ten sposób zamanifestować dobrą intencję. Aniołek nie wykazuje tutaj inteligencji i bliższy jest odpustowym świątkom, niż czystym duchom, potrafiącym przenikać ludzkie myśli, analizować czyny, ostrzegać przed złem i chronić na drodze życiowej.

Kolejny akt negatywny jest nie mniej brutalny od pierwszego, bo chuligańskie zbicie okularów staruszkowi nie można inaczej zaklasyfikować, niż jako przestępstwo, kodyfikowane określonym paragrafem w Kodeksie Karnym. Możliwe w tej sytuacji jest zranienie, a nawet utrata wzroku, a choć czyn dotyczy mienia staruszka, potencjalnie może naruszyć jego niedotykalność cielesną i mieć opłakane konsekwencje. Ironia Bursy sięga tutaj zenitu i trudno się dziwić, że oceniający tę sytuację aniołek znowu opuszcza główkę. Podniesie ją gdy bohater wiersza ustąpi staruszkowi miejsca w tramwaju, co powszechnie uważane jest za działanie dobroczynne i wskazuje na to, że mamy tu do czynienia z młodzieńcem. Kontrapunktem dla tego staje się kolejny czyn ohydny –wylanie nocnika na głowę staruszka, a właściwie jego zawartości. Może tutaj chodzić o mocz, ale możliwe są też fekalia, co dałoby pożałowania godne efekty i raz jeszcze musiałoby zostać zaklasyfikowane jako przestępstwo. Cóż może zrobić aniołek w takiej sytuacji – tylko ze smutkiem opuścić główkę i zamanifestować swoją dezaprobatę. Co innego, gdy adresat wiersza powie osobie w podeszłym wieku  „szczęść Boże” i poszerzy przestrzeń ziemską o głębie duchowe, sferę istnienia samego Boga, który ma przydawać szczęścia staruszkowi – wtedy świątkowy aniołek lub jego kukiełka, podniesie główkę. Bursa ma doskonałe wyczucie sytuacji, świetnie operuje przykładami zachowań skrajnych i uznaje, że dosyć już ich przywołał. Zamyka zatem tę część utworu krótką pointą – i tak dalej, ale rozszerza ją o właściwe spointowanie, nakazując bohaterowi poddanie się kolejnemu testowi – tym razem ma to być próba snu.

Po ciągu działań absurdalnych i chwalebnych, dzień się skończy i nadejdzie czas pójścia do łóżka. W nim, podczas snu pojawi się odpowiedź, czy gra prowadzona na jawie zakończyła się sukcesem, czy porażką. Do tego celu autor wprowadził do wiersza kolejną postać, cepeliowego diabełka, który ma być znakiem przegranej. Ale przecież nie ten niewielki demon jest tutaj najważniejszy, raczej staje się on równoważnym przeciwnikiem aniołka. Potężny absurd i komizm pojawia się za to w wierszu za sprawą trzeciego, potencjalnego wyniku gry – remisu. Może być dobrze lub źle, ale też może być nijak, ble ble, zero do zera, nic nie przyśni się bohaterowi i sytuacja pozostanie patowa. Musimy przy tym pamiętać w jakich czasach powstał ten utwór, co wtedy pisano i jakie postawy ludzkie afirmowano. Powszechna była jednoznaczność, lewicowość, postawa ateistyczna, a jakiekolwiek wahania nie mogły mieć miejsca pod czerwonymi sztandarami, w rzeczywistości powstającego nowego państwa socjalistycznego. Śpiewano o budowaniu nowych domów, zachwycano się możliwościami technicznymi autobusów, pociągów, dźwigów i spychaczy, a dziwne zachowania ludzkie, wątpliwości teologiczne i niezdecydowanie, spychano na margines życia. Nie dopuszczano do remisu, raczej stawiano na wygraną lub przegraną przeciwników systemu, wszelkie sytuacje „pomiędzy” uważano za skrajny przejaw buntu i karano je bezlitośnie. Bóg w takiej sytuacji stawał się partnerem aniołka i diabełka i lądował pośród odpustowych, przerysowanych i przekolorowanych wizerunków, świątków, kukiełek. Andrzej Bursa – w wierszu pt. Z zabaw i gier dziecięcych – znakomicie ukazał ambiwalencję rzeczywistości, w której żył, a przy tym oszukał cenzurę, ukrył treść dodatkową, w zdawać by się mogło, prostym pomyśle poetyckim, w celowej infantylizacji świata i raz jeszcze zamanifestował własną integralność, owo – jakże dla niego charakterystyczne – stawanie okoniem do jednowymiarowej rzeczywistości…

LUDZKOŚĆ W OBRAZACH (XXI)

Petrus Christus, Święty Eligiusz w warsztacie, 1449

Niewiele wiemy o flamandzkim malarzu, podpisującym się na nielicznych obrazach jako Petrus Christus lub Petrus Christophasen (ok. 1410 – ok. 1476). To ceniony przedstawiciel malarstwa późnogotyckiego, brugijski uczeń Jana van Eycka, po którego śmierci przejął pracownię i dokończył niektóre obrazy (choć niektórzy uważają takie ustalenia za spekulację, wynikającą przede wszystkim z miejsca działalności obu twórców). Tytuł mistrza uzyskał w wieku trzydziestu czterech lat, a potem sporo podróżował, zwiedzając muzea i pracownie malarskie Wenecji, Genui, Mediolanu, wykonując liczne zamówienia kupieckie i kościelne. Od mistrzów włoskich nauczył się innowacyjnego używania farb olejnych i stosowania perspektywy linearnej, dającej wrażenie głębi obrazu, a od nauczyli flamandzkich umiejętność kontrastowego cieniowa i subtelnego doboru barw oraz zastosowania oświetleń. Jako jeden z pierwszych w malarstwie flamandzkim używał też osi geometrycznej, uwzględniającej zbieganie się przeciwstawnych punktów oraz dalekie zamglenia i rozmycia walorowe. Osiem lat przed śmiercią wykonał oprawę dekoracyjną uroczystości zaślubin Karola Śmiałego z Małgorzatą z Yorku. Wraz z żoną należał do Bractwa Matki Bożej od Uschniętego Drzewa, a pochowano go w kościele pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny w Brugii, słynącym z niezwykłej rzeźby Madonny, wykonanej przez Michała Anioła. Sztuka Petrusa Christusa inspirowana była obrazami braci van Eycków, a także Roberta Campina i Rogiera van der Weydena, a choć przez lata uznawany był za ich epigona, doczekał się w końcu akceptacji historyków malarstwa europejskiego. Dzisiaj uznaje się go za twórcę oryginalnego, który dopracował się własnego stylu, swoistej, poetyckiej lekkości przedstawień i wyjątkowo subtelnej kolorystyki. Wiele napisano o jego słynnym obrazie, przedstawiającym św. Eligiusza w warsztacie (ok. 1449), łączącym elementy malarstwa religijnego i rodzajowego, ale obecnie najbardziej ceni się kilka portretów tego twórcy. Większość dzieł powstała na specjalnie przygotowanych i zaimpregnowanych dębowych deskach, a ich tematykę determinowała przede wszystkim religia katolicka i Biblia – starczy przywołać tylko kilka tytułów prac zachowanych do naszych czasów: Św. Hieronim w pracowni (1442), Pietà  (ok. 1444), Madonna z Dzieciątkiem (ok. 1445), Głowa Chrystusa (ok. 1445), Chrystus jako Mąż Boleści (ok. 1450), Boże Narodzenie (ok. 1450), Zwiastowanie (1452), Narodziny (1452), Opłakiwanie (ok. 1455) Madonna Tronująca ze św. Franciszkiem i św. Hieronimem (1457), Zaśnięcie Maryi (1457–67). Jakkolwiek artysta uznawany jest za malarza religijnego, to pozostawił też kilka prac prezentujących osoby świeckie, nie unikał też wprowadzania na płótna elementów ozdobnych i tajemniczych, jak mucha na ramie wizerunku kartuza.

Portret młodej kobiety powstał w latach 1465–1470 i należy obecnie do najważniejszych malarskich przedstawień ludzi przeszłych wieków. Tę subtelną istotę określa się nawet jako Nefertiti Północy, bo czytelne jest tutaj podobieństwo do słynnej rzeźby egipskiej, przedstawiającej królową z XVIII dynastii, żonę faraona heretyka Amenhotepa IV (Echnatona). Elementem wspólnym jest tutaj pociągła, trójkątna twarz i długa, wiotka szyja, a nade wszystko ta sama wzniosłość i opierająca się wiekom kruchość. Cała głowa może sprawiać wrażenie za dużej, ale powoduje to charakterystyczne dla średniowiecza, czarne nakrycie głowy. Gdybyśmy chcieli zgeometryzować ten obraz, musielibyśmy wskazać przewagę trójkątów, mniejszych i większych – sukni i tułowia, czarnej koszuli, naszyjnika i twarzy. Wyraziście trójkątny jest też podbródek, ucho, usta, a nawet oczy i powieki. Czoło to odwrócony trójkąt i taki sam kształt, obrócony o 90 stopni, ma też cień po lewej stronie buzi. Kontrapunktem jest tutaj wydłużony, walcowaty czepek, dodatkowo zaokrąglony szatą biegnącą od góry pod brodę kobiety. Dolne obramowanie, wykonane ze złotej nici, także zawiera trójkąty, a dopełnieniem figur geometrycznych są niewielkie prostokąty i kule perełek trójliniowego diademu. Trudno określić ile lat ma ta kobieta – nie ulega wątpliwości, że jest młoda i równie dobrze może mieć lat piętnaście jak i dwadzieścia. Jej twarz jest pełna życiowej mądrości i jakby potwierdza, że istota ta już urodziła dziecko lub gotowa jest do jego poczęcia. Nie jest to zatem dziewica, a raczej niewiasta, które już sporo o życiu wie i weszła na ściśle określone drogi w hierarchii społeczeństwa flamandzkiego piętnastego wieku. Średniowieczne kobiety szybciej dojrzewały, wychodziły za mąż i musiały przyjmować obowiązki matek i strażniczek domowego ogniska. Tutaj, choć mamy jeszcze niewątpliwie do czynienia z dziewczyną, odnajdujemy w jej postaci jakieś rodzinne usankcjonowanie, jakieś poczucie misji i świadomość sprawowanej funkcji. Subtelność twarzy konstruują tutaj leciutko ściągnięte, drobne usta, kształtny mały podbródek i marzycielskie oczy, w kolorze ciemnego piwa. Kobieta patrzy w lewą stronę, a choć dostrzec można nieznaczną niepewność, to wyraża ona też zrozumienie dla tej sytuacji i pozuje malarzowi z przekonaniem, że warta jest tego, by ją odwzorować na dębowej desce i zachować dla potomności. Tylko dwa elementy – dość wydatny nos i duże ucho – odstają nieco od wzorca klasycznego piękna, ale z drugiej strony przydają autentyczności portretowi. Artysta mógł z łatwością wyprofilować zgrubienia nosa i pomniejszyć ucho, ale przecież miało to być lustrzane odbicie, weryfikowane przez postronnych obserwatorów, uczniów jego warsztatu malarskiego i koneserów sztuki. Zdumiewająca jest ulotność tej postaci, która jakby tylko na chwilę znalazła się w kruchym ludzkim ciele, jakby przez sekundę dziejową zaistniała pośród ludzkości, a potem szybko, nieodwołalnie, pogrążyła się w śmierci. W czasach późnego średniowiecza ludzie umierali w bardzo młodym wieku, do czego przyczyniały się wielkie epidemie, szalejące choroby, przekazywane drogą płciową, a nade wszystko brak skutecznych leków. Ta delikatna kobieta dokumentuje, swoją lekkością i nieomal niematerialnością, podatność na choroby, śmiertelność w obliczu wyzwań zdrowotnych jej czasów. Równie dobrze mogłaby być czułą kochanką jak i ornamentem odwiecznego umierania, mogłaby leciutko dotykać piersi kochanka, jak i leżeć bez ruchu w trumnie. Wyraźne są tutaj nawiązania do sztuki portretowej Jana van Eycka i Rogiera van der Weydena (obecność pereł odbijających światło), ale też pojawia się na portrecie oryginalny wyraz niezależności artystycznej i własnej świadomości malarskiej. Kimkolwiek by nie była ta niewiasta – czy to Angielką czy Francuzką, albo Flamandką – postanie jednym z czytelnych emblematów młodości i kruchości ludzi żyjących w Europie w późnym średniowieczu.

Innym intrygującym i równie słynnym dziełem Petrusa Christusa, jest Portret kartuza z roku 1446. Artysta przedstawił na nim anonimowego mnicha z jednego z najbardziej rygorystycznych, męskich zakonów katolickich, założonego w 1084 roku przez św. Brunona z Kolonii. Jego reguła, zwana Consuetudines Cartusiae, została spisana przez Guigo, piątego przeora klasztoru La Grande Chartreuse, pod Grenoble we Francji. Obraz flamandzkiego twórcy, przedstawiający niezwykle uduchowionego mnicha, jest wyrazistym potwierdzeniem, że kartuzi bardzo dbali o wygląd zewnętrzny, byli znakomicie wykształceni, a większość czasu spędzali na modlitwach i studiowaniu świętych ksiąg. W czasie zadanych prac zajmowali się utrzymaniem siedziby, jak i przepisywaniem oraz tworzeniem wspaniale iluminowanych ksiąg. Ich naczelnym celem było duchowe zbliżenie się do Boga i wyzbycie się ziemskich nawyków, żądz i przyzwyczajeń. Wszelkie informacje o świecie zewnętrznym przekazywał im przeor, a poza mury udawali się tylko w sytuacjach losowych. Zakon przetrwał do naszych czasów i warto tu przypomnieć, że przez całe życie kartuzi wstrzymują się od jedzenia pokarmów mięsnych, a w każdy piątek i w wigilię uroczystych świąt poszczą o chlebie i wodzie. Mnisi żyją w osobnych eremach z ogrodem, połączonych krużgankami, spotykają się na modlitwach w kościele oraz na świątecznych rekreacjach. Maksymą kartuzów jest zdanie stat crux dum volvitur orbis – świat się zmienia, ale krzyż stale trwa. Kandydat na kartuza musiał mieć bardzo dobre zdrowie, bo ich plan dnia był niezwykle wyczerpujący – od budzenia się w środku nocy na modlitwę, poprzez czytanie w czasie jutrzni, uczestniczenie w mszach i nieszporach, prace manualne i zamykanie dnia około godziny dziewiętnastej. Biały habit kartuza składa się z tuniki przepasanej pasem z białej skóry oraz z długiego szkaplerza z kapturem (kukulli). Przód i tył są połączone ze sobą po bokach za pomocą dwóch pasów materiału, które stanowią znak ślubów zakonnych, a złożony szkaplerz ma kształt krzyża. Portret kartuza, pędzla flamandzkiego malarza znajduje się obecnie w Metropolitan Museum of Art i stale przyciąga rzesze widzów. Widać na nim jak wielkim mistrzem był flamandzki artysta i w jakim stopniu opanował trudną sztukę malarstwa olejnego na dębowym drewnie. Każdy element został tutaj w sposób szczególny dopracowany i doprawdy trudno byłoby wskazać miejsce, gdzie geniusz artysty coś przeoczył. Także i tu dominują trójkąty, począwszy od jasno oświetlonej twarzy, dwóch części wypielęgnowanej brody, widocznej części habitu, jak i układającego się z boku kaptura. W trójkąty wpisują się też usta, powieki, nos i ucho, a także cień po prawej stronie twarzy. Mamy tutaj do czynienia z mężczyzną w kwiecie wieku, wyraźnie świadomym swoich celów i życiowych powołań – zapewne przekroczył już czterdzieści lat, na co wskazują nieznaczne zmarszczki na czole, a także bujna broda, przypominająca misterne rozrosty tamaryszków. Jego rysy są silne, a wzrok rozumiejący i świadczący o wielkiej życiowej wiedzy – pozuje spokojnie, a zarazem widać, że nie jest to jego ulubione zajęcie. Jakby tylko na chwilę zatrzymał się w ciągu zakonnych zajęć, jakby wymuszono na nim ów bezruch i udawane zastygnięcie w jednej pozie. Jego piwne oczy są pełne światła, a charakterystycznie, prosto przycięte włosy podkreślają uczestnictwo mnicha w określonej strukturze zakonu kontemplacyjnego. Postać funkcjonuje w określonej głębi, co podkreśla czerwone światło w lewym górnym rogu, zbiegające się linie ścian, jak i tajemnicza mucha, na ramie, namalowanej jako integralna część obrazu. Interpretatorzy doszukiwali się w niej nawiązania do imienia księcia piekielnego Belzebuba (władcy much), wskazywali na powiązanie z grzechem i nieustającą obecnością zła przy bytach czystych i uduchowionych, ale równie dobrze artysta mógł wprowadzić ten element dla dodatkowego podkreślenia głębi przestrzennej.

Zatrzymajmy się jeszcze przy przedstawieniu młodego mężczyzny, ukończonym około 1460 roku i wykazującym wpływy malarstwa włoskiego. Widać wyraźnie, że młodzieniec ten należy do klasy ludzi zamożnych, a to za sprawą wykwintnego ubioru, pierścienia na wskazującym palcu prawej ręki, a nade wszystko pokaźnej sakwy, przytwierdzonej do pasa. Artysta chciał podkreślić jego bogobojność, bo ukazał go w chwili modlitwy, kiedy to trzyma w rękach brewiarz, a usta ma lekko rozchylone, jakby właśnie wypowiadał uświęcone słowa. Jaka to może być modlitwa wskazuje obraz wiszący na ścianie i przedstawiający twarz Jezusa, wzorowaną na licznych przedstawieniach jej odbicia, z chusty Weroniki. W czasach średniowiecza często modlono się do oblicza Syna Bożego, a pośredniczką czyniono właśnie świętą niewiastę, która podała chustę skatowanemu Jezusowi. Mężczyzna reprezentuje styl zamożnych osób, które robiły karierę w różnych stanach ówczesnego społeczeństwa – może zatem należeć do patrycjatu, może być szlachcicem, przygotowującym się do stanu duchowego młodzieńcem, albo nawet księciem. Ma elegancko przycięte włosy, wypielęgnowaną twarz, z wyrazistymi brwiami i przydającym mu wdzięku, dołkiem na brodzie. Widać też, że brakuje mu doświadczenia życiowego i dopiero sposobi się on do jakiejś wielkiej podróży lub przyjęcia ważnej funkcji. I tutaj łatwo wskażemy ciąg trójkątów, począwszy od wpisania weń twarzy, poprzez elementy ubioru, aż do otwartej księgi i frędzli wiszących pod nią. Elementy dekoracyjne i krajobrazowe w obu oknach są na tyle błahe, że nie przytłaczają przedstawienia mężczyzny – raczej delikatnie je eksponują. Niewątpliwie mamy tutaj do czynienia z kimś urodziwym i mogącym być dobrą partią dla dobrze urodzonej, zamożnej niewiasty, ale też owo nieznaczne zniewieścienie może być wskazówką, że jest to adorator, szukający doznań zmysłowych. Tak mógłby wyglądać przyszły członek gildii handlowej, rajca miejski, rycerz, ale też uwodziciel, polujący na wielki posag. Nie wiemy kim był, ale staranność portretowa malarza, pozwala wierzyć, że tak właśnie wyglądał, ubrany w szkarłaty i brązy, patrzący szeroko otwartymi oczyma przed siebie. Jego subtelność podkreśla znakomity dobór barw – brązów i szarości tła, dwóch błękitnych fragmentów nieba oraz zieleni i złota. Jak przystało na malarzy flamandzkich, w mistrzowski sposób zostały tutaj ukazane fałdy materii jego ubioru, a także kolor skóry twarzy i rąk. Proporcje głowy i dość krępa szyja wskazują, że mamy do czynienia z osobą średniego wzrostu, nieco niekształtną, szczególnie w kontekście drobnych, wymuskanych dłoni. Kimkolwiek jednak nie był ten młodzieniec, to za sprawą talentu Petrusa Christusa, na zawsze pozostał modelową postacią swoich czasów – unieśmiertelniony w określonym momencie życia, podążył ku swoim przeznaczeniom, a później – jak wszyscy żywi – umarł i pogrążył się w niepamięci, bez imienia i życiorysu. Strojny, uduchowiony i dumnie patrzący w dal na późnogotyckim obrazie, zatrzymany w określonym momencie średniowiecza i dziejów ludzkości, która była, jest i będzie.

GŁOWA MAKBETA

Théodore Chassériau (1819–1856), Makbet i Banko spotykają wiedźmy na wrzosowisku, 1855

William Szekspir posiadł niezwykłą umiejętność patrzenia na przestrzał przez charaktery i postawy ludzkie. Jego dramaty są oryginalnymi opowieściami, zaczerpniętymi najczęściej z kronik historycznych, ale też są to próby przeniknięcia natury ludzkiej, w skrajnych sytuacjach, w momentach granicznych i wymagających podjęcia decyzji. Przenikliwość dramaturga i jego umiejętność interioryzowania działań, spowodowały, że w poszczególnych dziełach pojawiła się galeria postaci modelowych, charakterystycznych dla epoki i dla konkretnych wyborów człowieczych. Hamlet, król Lear, Otello, to osoby, ale też i paradygmaty człowieczeństwa – wzniosłe i najpodlejsze z podłych, budujące i rodzące smutne refleksje na temat osobowości  władców i żołnierzy, książąt i niepoprawnych marzycieli. Rekapitulując losy jakiejś osoby, dopowiadając w kolejnych aktach dodatkowe informacje o jej naturze i przyzwyczajeniach, twórca w mistrzowski sposób zszywa wątki i prowadzi do tragicznego końca. Za każdym razem naddana świadomość pisarska wskazuje centralne punkty dla zawiązywanej intrygi i tak steruje krokami bohaterów, że muszą oni w scenach końcowych znaleźć się w sytuacji ostatecznego wyboru i podejmować decyzje, które doprowadzą do nieodwołalnych rozwiązań. To tak, jakby Szekspir oddalał się od swoich postaci, zawisał nad nimi, a potem z wysokości orła czy sokoła patrzył na nich, widząc szerszą perspektywę, zauważając skradających się zdrajców i morderców, uciekających winowajców i knujących w swych alkowach władców. Jego obserwacja z wysoka kończy się, gdy wszystko zmierza do finału, a wtedy – jak wskazane wyżej ptaki – niewidzialna świadomość autora pojawia się na scenie i ostatecznie rozstrzyga o życiu i śmierci, o zdradzie i miłości, o krzyku przerażenia i wiecznym zamilknięciu. Pamiętajmy w jakich czasach żył Szekspir i jak powszechne były wtedy zbrodnie, bitwy, wojny, jak często ludzie byli świadkami przebijania ciał mieczem, ścinania głów toporem, przebijania wrogów kopią albo nawet rozrywania ich końmi. Ta powszechność śmierci i okrucieństwa swoiście formatowała umysły ludzi epoki elżbietańskiej i wieków wcześniejszych, w których umiejscowiono akcję i „wymuszała” kształt dzieł literackich.

George Cattermole (1800–1868), Makbet instruuje morderców Banka, 1850

Spośród dramatów Szekspira jednym z najbardziej tajemniczych i najkrwawszych jest Makbet, napisany ok. 1606 roku, a nawiązujący do przekazów historycznych, dotyczących szkockiego króla, zawartych w kronice Raphaela Holinsheda, a pośrednio do kroniki Hectora Boece pt. Historia Gentis Scotorum (1527). Całość intrygi zawiązana została na zarozumialstwie i nieostrożności króla Duncana, który nie docenił ambicji swojego krewnego – Makbeta i jego przyjaciela Banka. Skupiając swoją uwagę na zdradzie tana Kawdoru, nie zauważył, że dowódcy jego armii urośli w siłę i zaczęli paktować przeciwko niemu. Dodatkowo pojawia się tutaj wątek fantastyczny, kiedy to na scenę wchodzą piekielne wiedźmy, przepowiadające Makbetowi panowanie na zamku Glamis i tytuł tana, a Bankowi, że będzie ojcem królów. To, co wydawać się mogło fantasmagorią lub snem na jawie, zaczęło się sprawdzać i Makbet szybko zapragnął zająć miejsce Duncana. Tak oto upostaciowane zło wkracza do świata żywych, tak pojawiające się i znikające jak mgła czarownice, ukierunkowują myślenie niegdyś lojalnego dowódcy. Są odrażające i ich pochodzenie nie budzi wątpliwości, ale przecież są też egzemplifikacją świadomości autorskiej, wiedzy wykraczającej daleko poza ramy dramatu, zawierającej w sobie element historiozoficzny i psychologiczny. Wszakże Szekspir nie buduje wizerunku mordercy z fragmentów i substratów osobowościowych, raczej ukazuje człowieka z krwi i kości, który waha się i zastanawia nad swoimi krokami, a gdy już podejmuje decyzję o zabójstwie – podjudzany przez lady Makbet – ma jak każdy człowiek wyrzuty sumienia, waha się i drży w obliczu ostateczności podjętych wyborów. Zbrodnia na zamku Inverness staje się punktem zwrotnym jego losów, ale rozchwianie osobowościowe i nieostrożność tego mordercy powoduje, że uchodzą stamtąd do Anglii i Irlandii synowie Duncana – Malcolm i Donalbain, a także dwaj panowie szkoccy – Macduff i Lennox. Jeśli zdecydował się na królobójstwo, powinien zgładzić także potencjalnych mścicieli, ale zaniedbał tego i sytuacji nie uratowało oskarżenie o zbrodnię królewskich strażników. Czyn Makbeta i jego żony generuje nowe zabójstwa – giną żona i dzieci Makduffa, co paradoksalnie odmienia sytuację, bo synowie Duncana decydują się wrócić do Szkocji. Nic już nie zdoła odmienić biegu rzeczy, tym bardziej, że u Makbeta i jego zony pojawiają się symptomy szaleństwa. Życie w winie, ze świadomością świętokradztwa, spowodowało, że głowni bohaterowie dramatu zaczynają odchodzić od zmysłów, widzą plamy krwi na rękach, kształtujące się z mgły postaci, fantomy i duchy.

Johann Heinrich Füssli (1741–1825), Płomienna Lady Makbet, 1784

Zanim Lady Makbet popełni samobójstwo; majacząc i wykrzykując, przyzna się do winy i potwierdzi to, o co wraz z mężem była podejrzewana: Precz, przeklęta plamo! Precz, mówię! O, pierwsza… druga! Czas, by to uczynić. Piekło – ach, jakże jest mroczne. Wstyd, mój panie, wstyd! Żołnierz, a boi się? Czemu mamy się lękać czy ktoś wie o tym, gdy nikt nie śmie od nas zażądać wyjaśnień? Ale też – kto by przypuszczał, że ten stary człowiek mógł mieć aż tyle krwi w sobie… (Akt V, sc. I). Jeśli dramat Szekspira porównamy z symfonią, to właśnie w tym momencie zaczynają się wzniosłe tony ostatniej części – wojska mścicieli gromadzą się w pobliżu zjawiskowego zamku Dunsinane i przygotowują atak. Spełnia się też dziwne proroctwo wiedźm, które Makbetowi wydawało się tak nieprawdopodobne, jakby pochodziło ze starych, gaelickich mitów i ballad. Miał rządzić póki Las Birnam nie ruszy z posad i zdawało mu się, że to nigdy nie nastąpi. Tymczasem wkrótce Malcolm nakaże żołnierzom zamaskować się gałęziami i gdy wyda rozkaz do ataku, pojawi się ułuda poruszającego się lasu. Spełni się też drugie proroctwo – Makbet zginie z ręki człowieka nie zrodzonego z kobiecego łona (co też wydawało mu się niedorzecznością), czyli w wyniku cesarskiego cięcia. To zrodzony w taki sposób Macduff stanie do walki z nim i zabije go, a potem odetnie głowę i zaniesie ją do dowódcy wojsk angielskich – Siwarda i nowego króla Szkocji – Malcolma. Sztuka Szekspira to opowieść o tym jak żądza władzy i zdrada przyjaciół obracają się przeciwko mordercom i jak triumfuje zemsta tych, którzy nie pogodzili się z wyrokami losu. Problem winy i kary – tak istotny później dla pisarzy romantycznych – stał się dla Szekspira osią całego dramatu, który czasami określa się jako elżbietański moralitet, mający wiele wspólnego z zawirowaniami konkretnych lat w historii Anglii i Szkocji. Wszakże tworzone wtedy sztuki miały wzruszać i uczyć, ukazywać postawy naganne i wzniosłe czyny, a przy tym były tak moderowane by najwięksi aktorzy mogli dać wyraz swoim zdolnościom. Ścięta głowa Makbeta staje się symbolem sprawiedliwej kary, a zarazem pogańskiego okrucieństwa mścicieli, którzy – kierując się szlachetną ideą – nie potrafili wybaczyć przewiny i stanęli w jednym szeregu z mordercą. Zbrodnia, czy to w złej czy dobrej sprawie, zawsze będzie zbrodnią, a przelana krew w nieskończoność domagać się będzie zadośćuczynienia i wykreuje nowe kryminalne sytuacje.

Théodore Chassériau (1819–1856), Makbet spostrzega ducha Banka, 1855

Makbet był wiele razy tłumaczony na język polski, począwszy od dziewiętnastowiecznych przekładów Stanisława Egberta Koźmiana, Józefa Paszkowskiego, Leona Ulricha, poprzez prace Jana Kasprowicza, Jerzego Stanisława Sity, Macieja Słomczyńskiego i wreszcie Stanisława Barańczaka, a ostatnio Piotra Kamińskiego. Teraz do tego grona dołącza Ryszard Długołęcki, który dał się już poznać jako znakomity, innowacyjny tłumacz Hamleta i Sonetów Szekspira. Fenomen przekładów tego twórcy polega na świetnym wyczuciu języka angielskiego i łatwości w doborze polskich ekwiwalentów. Do czego może prowadzić wydziwianie translatorskie i jak można wyprać Szekspira z wartości literackich, dowodzą przekłady Słomczyńskiego, choć i one miewają swoje piękności, swoje dziwnie adekwatne zakamarki. Tutaj – w przypadku translacji Długołęckiego – mamy do czynienia z pięknym językiem, frazą zbliżoną do Szekspira i niezwykle bystrym oddaniem znaczeń. Autor wyciągnął wnioski z potknięć poprzedników i przedłożył przekład, który równać się może z najlepszymi osiągnięciami w tym względzie. To jest język polski z podszewką angielską i język angielski oprawiony w czystą, nieskazitelną polszczyznę. Dodajmy do tego udane rymotwórstwo w przypadku partii rymowanych i konsekwentne zachowanie szekspirowskiej rytmiki. Warto tutaj zacytować stosowny fragment wypowiedzi trzeciej Wiedźmy: Łuska smoka i kieł wilka/ Truchło wiedźmy, trzewi kilka/ Z rekiniego brzucha branych/ Szalej nocą wykopany/ Z bluźniercy – wątroby strzępy/ Koźla żółć, wiór z cisu – cięty/ Gdy księżyc zaćmienie barwi/ Turka – nos, Tatara – wargi/ Kciuk dziecka, które zdusiła/ Ta, co w rowie je rodziła./ By ciecz lepka, gęsta była/ Wrzućmy tygrysie wnętrzności/ Żeby wszystko mieć w całości. (Akt IV, sc. I) Udało się Długołęckiemu przetransponować na język polski ulotność części fantastycznych, patos wypowiedzi królów i generałów, chorobliwy zapał mścicieli, a także dziwaczność monologów, odchodzących od zmysłów, Makbeta i jego żony. Wszystko to razem składa się na niezwykle wartościową pracę translatorską, którą szybko powinien zainteresować się polski teatr. Nowy przekład, jako propozycja i inspiracja, daje wielkie pole do popisu zarówno tradycjonalistom, jak i innowatorom inscenizacyjnym, a nawet staje się rodzajem wyzwania twórczego. W przypadku pracy Ryszarda Długołęckiego sprawdza się reguła, że każdy wiek ma swój przekład najcenniejszych dramatów Szekspira. Jako wyraz nowoczesności i innowacyjności językowej, dzieło to śmiało staje do konfrontacji z tłumaczeniami z lat poprzednich i pretenduje do miana najważniejszej translacji dwudziestego pierwszego wieku.

STO WIERSZY POLSKICH (XXV)

Zbigniew Jerzyna

* * *

Ja, który biegłem myślą za ptakami,
Idąc krawędzią dnia.
Nie potrafiłem głodów swoich karmić,
Bo żyłem w snach.

Ja, który ręce zaplotłem nad trwaniem,
Nie załamując rąk.
Wiem, co ostatnim będzie mi posłaniem.
Bo jest we mnie ─ widno-krąg.

Ja, który światło wzniosłem nad wodami,
Mętnie płynących rzek.
Wiem, że mnie więcej ciemność nie omami
─ widząc swój brzeg.

Zbigniew Jerzyna (1938–2010) należał bezsprzecznie do najwrażliwszych poetów swojego pokolenia, chociaż nigdy nie osiągnął takiej sławy jak nieco tylko starszy Stanisław Grochowiak czy – nieomal rówieśny mu – Edward Stachura. Jego pasje pisarskie miały zakrój maksymalistyczny, ale życie wielokrotnie złamał mu alkohol i przyjaźnie z pisarzami i artystami owładniętymi tym nałogiem. Będąc ważnym reprezentantem powojennej bohemy artystycznej, wydawcą i krytykiem, Jerzyna z trudem, po latach, uwolnił się od swoich demonów, co niestety przyniosło też obniżenie aktywności twórczej. Nie zatracił jednak nigdy przenikliwości widzenia i przekonania, że poezja jest domeną bytów wybranych, specjalnie przygotowanych przez życie i dotkliwie uwrażliwionych. Obcując z nim, czuło się, ze nieustannie myśli o ludziach, ich zachowaniach i analizuje przestrzeń, w której się znalazł. To była czujność liryczna, sięgająca często do samej istoty rzeczywistości, do głębi ontologicznych – to było próba tworzenia epistemologii codzienności. Ważną sprawą była tutaj też akceptacja, bo jak Jerzyna kogoś zaprosił do swojego świata, nie wyobrażał sobie by kiedyś mogło go tam zabraknąć. Dlatego tak dramatycznie przeżywał śmierci przyjaciół, nagłe odejścia, które dosłownie druzgotały jego świadomość i powodowały, że stale wracał do tych momentów i analizował przyjaźnie z perspektywy pośmiertnej. Tak też tworzył swój prywatny panteon, w którym znaleźli się koledzy z podwórka i znani pisarze, dziwacy tacy jak Himilsbach i Maklakiewicz, ale też filozofowie i literaturoznawcy, dziennikarze i wielu, wielu poetów. Oddanie w przyjaźni, braterstwo i zaufanie, prześledzić można na podstawie listów pisanych do Jerzego Szatkowskiego i publikowanych periodycznie w „Okolicy Poetów”. Widać w nich jak wielką osobowością dysponował i jak musiał się męczyć, redukując wymiary samego siebie, czasem świadomie niszcząc to, co osiągnął, a innym razem wznosząc się gwałtownie ku wyżynom kultury polskiej.

Jerzyna dokumentował swoje życiowe rozedrganie w dramatycznych wierszach, w których nieustannie wskazywał przenikanie się przestrzeni. Mówił: Ja, który biegłem myślą za ptakami,/ Idąc krawędzią dnia./ Nie potrafiłem głodów swoich karmić,/ Bo żyłem w snach. – i była to skarga na świat, do którego nie mogła się dopasować jego wyobraźnia i wyjątkowa przenikliwość. Bieganie myślą za ptakami, to podkreślenie lotności i lekkości, to pochwała niezależności i bezgranicznej wolności, to życie bez ograniczeń przestrzennych i możliwość patrzenia na wszystko z góry. To także kontrapunkt dla wędrówki ziemskiej, nawet jeśli poeta błąkał się po krawędziach dni, nawet jeśli dochodził do miejsc finalnych. Latanie zawsze kojarzy się z żywiołem powietrza, a krawędź z wyraziście obramowaną materią, pojawia się w obrębie dynamiki ziemi, także ciało, głód i pożywienie przynależą do sfery śmiertelności ziemskiej. Poeta zaznacza w wierszu bolesne pęknięcie, które zaczyna się w przestrzeni, a kończy w jego świadomości i zarazem onirycznej nieświadomości, bo przecież najpełniej żyje w snach. Każdy człowiek oddaje nieistnieniu połowę życia, każdy byt zatapia i rozmywa się we śnie, niczym jasna smuga pośród błękitu nieba. Trzeba umieć jednak dostrzec swoją tragedię cielesną i elementarne rozchwianie, bytowanie tu i tam, istnienie i niebyt, upływ czasu i i atemporalną wieczność. To jest skarga, a zarazem wskazanie filozofii mortualnego istnienia, bolesnej rany, która nigdy się nie zagoiła, bólu, który wciąż przypominał, że cielesne byty wędrują skrajem dnia ku rozpadowi. Nicują same siebie w snach, a wyrywając się myślą ku ptakom, spadają boleśnie na ziemię, odczuwają wciąż głód nie do wyobrażenia. Tylko pozornie zderzają się tutaj sensy, bo bieg przypisany został myślom, a wędrówka zatopieniu w ziemskim dniu – tylko przez chwilę nie potrafimy połączyć w jednię ptaków, głodu i snów, ale przecież – jak uczył Gaston Bachelard – wszystko w prawdziwej poezji ma swoje konotacje żywiołowe, wszystko się w niej przenika i wszystko podąża od antytezy do metafory, od nicości do wiedzy.

Życie bywa trudne, trwanie w bycie generuje nieustanne zagrożenia i tylko uświadomienie sobie własnej ułomności, pozwala zrozumieć dialektykę istnienia. Poeta rozumie, że trzeba zapleść ręce nad trwaniem, ale ich nie załamywać, a to znaczy, że trzeba wciąż być gotowym na podjęcie trudu, na podniesienie ciężaru albo podciągnięcie się w górę. Ręce są elementem naszego człowieczeństwa, uruchamiają zmysł dotyku, który w przypadku utraty wzroku, przejmuję jego funkcję. Ruchliwość i sprawność rąk pozwala iść przez życie i tworzyć w nim nowe przestrzenie, a ich manualność jest darem, który trudno przecenić. Poeta wprost wiąże ręce z życiem i czyni je magicznym instrumentem poznania. To dzięki nim i ich magii – mówi: Wiem, co ostatnim będzie mi posłaniem./ Bo jest we mnie ─ widno-krąg. Pracowitość, która tak charakteryzowała Zbigniewa Jerzynę, wykorzystywanie wszelkich atutów rąk, dało mu za życia wiedzę pośmiertną i wizję ostatniego posłania. Dla poetów takich jak on może nim być tylko potężna metafora, coś co będzie końcem i początkiem, co da się umiejscowić, a zarazem czego nie da się uchwycić. Widno-krąg, to przecież nie jest widnokrąg, który obserwujemy w naturze, to nawet nie jest ekliptyka planety – to właśnie metafora, którą staje się po rozdzieleniu dwóch słów krótkim myślnikiem. Widnokrąg przestaje wtedy być linią horyzontu, a staje się nośnikiem energii fotonowej, rozświetlającej wnętrze poety. Widno, to znaczy widzialnie, wyraziście, nieomal dotykalnie – to ukryte wewnętrzne potwierdzenie świetlistości, rozpromienienia, życia i istnienia w sferze widzialnej. Z kolei krąg – np. wg Georgesa Pouleta – to obietnica metamorfozy, przekształceń zaczynających się w punkcie alfa i kończących się w chwili omega, to zapewnienie, że godzimy się na cykliczność, otwieranie się i zamykanie nowych okręgów. Poeta wprowadza tutaj czytelnika w obręb zmian kosmicznych, gdzie obieganie gwiazd przez planety staje się wyznacznikiem czasu i ustala parametry widzialnej przestrzeni. Jego metamorfoza, jego krąg, to droga od narodzin do śmierci, z ostatnim, kosmicznym posłaniem, to przejście od materii ożywionej do martwoty, to zgaśnięcie płomienia i lodowaty chłód wieczności.

Powinnością poety jest oświetlanie mrocznych rewirów, odsłanianie nieuświadamianych tajni, wydobywanie kształtów z otchłani. Może on to uzyskać poprzez autokreację i utrzymywanie wysokiego poziomu intelektualnego tworzonych wierszy i książek. Jedni jego postawę uznają za uzurpację, inni nazwą to zarozumialstwem, a jeszcze inni zarzucą mu autoreklamę. On jednak musi trwać na swoich pozycjach i mówić:  Ja, który światło wzniosłem nad wodami,/ Mętnie płynących rzek./ Wiem, że mnie więcej ciemność nie omami/ ─ widząc swój brzeg. Każdy poeta uczestniczy w jakiejś kosmogonii, choćby przez zakorzenienie we wszechświecie, nieustannie się rozszerzającym i będącym echem stworzenia, ale poeta, taki jak Jerzyna, poczyna też światło na potrzeby prywatnego aktu stwórczego, chwili pozwalającej mu zobaczyć nadużycia mroku, mętność wód rzeki Heraklita i twardość brzegu, na którym stanął. Nie czuje się Bogiem stwarzającym świat, ale jego akt rymuje się z pierwszym słowem i pierwszą drobiną światła. Tak rodzi się w nim pewność, że idzie właściwą drogą, bytuje we śnie i w realnym świecie, widzi to, co jawne i to, co zakryte. Stale próbuje rozwikłać zagadkę samego siebie, krzepiąc się zapewnieniami, wypowiadając słowa magiczne i zwykłe. Rymy, pojawiające się w tym wierszu, są rodzajem archaicznej stylizacji, ale zderzenia sensów przenoszą utwór w obręb poezji nowoczesnej, filozofii i teogonii – to co proste i zdawać by się mogło konwencjonalne – pulsuje tutaj energią podskórną, staje się krwioobiegiem wielkiego organizmu kosmicznego. Trzykrotne podkreślenie autorskiego „ja” jest wskazaniem, że kreatorem, stwórcą chwil i słów jest poeta, znający wartość swojej egzystencji – byt mający świadomość, że wszystko kończy się na ostatnim posłaniu, wraz z ostatnią chwilą i zgaśnięciem światła. Ten, który nie waha się przywoływać samego siebie, został wybrany przez słowo i nadał mu głębszy sens, wyodrębnił boskie brzmienie z chaosu i zapisał na zawsze swoje istnienie w strukturze i znaczeniu wiersza. I tylko tak mógł się ocalić, i tak miało być, tak miało się wszystko potoczyć – tak poeta miał wejść niedostrzegalnie do krainy snu i pozostać w niej na zawsze. Tak wieczny sen miał stać się jego ostatnim posłaniem…

 

Zapisz

DWIE PISARKI

Historia literatury polskiej zna wiele przypadków kultywowania rodzinnej tradycji literackiej przez synów, córki, wnuki i dalsze pokolenia potomków. Począwszy od wzruszających dzieł biograficznych Władysława Mickiewicza, na temat ojca, poprzez prace edytorskie i przyczynkarskie krewnych Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Broniewskiego, Tuwima czy Jastruna. Nie dziwi zatem szczególne zainteresowanie twórczością Wandy Dobaczewskiej, jej wnuczki Heleny, która stworzyła książkę tyleż rodzinną, co w pełni integralną literacko, ukazując dalszy kontekst twórczy zaczynu i fermentu swojej szacownej krewnej. Najważniejsze było tutaj zachowanie dorobku poetyckiego i przeniesienie go ku nowym czasom: „Wiersze z żywego drzewa” to prezentacja twórczości związanej z pielęgnacją tradycji rodzinnych i popularyzacją regionu. Wiele utworów jest inspirowanych przez najbliższych i grono przyjaciół. Tę pokoleniową twórczość Wandy Niedziałkowskiej-Dobaczewskiej i Heleny Dobaczewskiej-Skonieczki splata głęboki i szczery regionalizm, a więc miłość do swojej „Małej Ojczyzny”, którą było Wilno, potem Żnin, a łączy to wszystko Bydgoszcz. Dlatego całość publikacji składa się z trzech części: Wilno, Żnin i Bydgoszcz. W części wileńskiej zamieściłam wiersze sprzed stu lat pisane w Wilnie przez Wandę. To przedruki z wydanych przed wojną tekstów, których nakłady już dawno są wyczerpane, osiągalne tylko w niektórych bibliotekach. Tym większa zasługa edytorki i współautorki, tym wartościowsza jej praca, której efekty oddziaływać będą na czytelników bardzo długo. Krytyka literacka skłonna jest do poszukiwań negatywów i tutaj może kwestionować ukazanie w jednym tomie utworów dwóch literatek, jakże różnych i kontrastowych, ale przecież chodzi o manifestację więzi rodzinnych i ukazanie tego, co osiągnęła Wanda Dobaczewska pośmiertnie. To jej wrażliwość i opiekuńczość, a potem studia nad jej dorobkiem, „wykreowały” kolejną literatkę w rodzinie i wyposażyły ją w takie narzędzia pisarskie, iż stała się ona ważną uczestniczką życia literackiego w Bydgoszczy, a w konsekwencji dały jej członkostwo w Związku Literatów Polskich i rozprzestrzenienie dorobku na cały kraj.

Wanda Dobaczewska (z Niedziałkowskich) urodziła się w ostatnim dziesięcioleciu dziewiętnastego wieku, a jej działalność literacka zaczęła się już w wieku dziewiętnastu lat, kiedy to w roku 1911 opublikowała swój pierwszy wiersz w piśmie „Pobudka”. Czytelnicy nie musieli długo czekać na pierwszy tom liryków, który ukazał się w Wilnie w 1920 roku (Na chwałę słońca), a do wybuchu II wojny światowej autorka miała już w swoim dorobku cztery opublikowane książki poetyckie, dwie powieści i nowele. Dalszy rozwój kariery literackiej tej płodnej pisarki może doprawdy szokować – jak podaje jej wnuczka: „Za swoją aktywną działalność literacko-kulturalną w Wilnie odznaczona została Złotym Krzyżem Zasługi (1930). Była jedną ze znanych postaci wileńskiego ruchu niepodległościowego, oświatowego i publicystycznego. W 1935 r. otrzymała Nagrodę im. Filomatów za powieść pt. Zwycięstwo Józefa Żołądzia. W tym samym roku minister nadał jej, na wniosek Polskiej Akademii Literatury, Srebrny Wawrzyn Akademicki. W 1927 roku została członkinią Związku Zawodowego Literatów Polskich, a od 1933 roku wiceprezesem wileńskiego oddziału ZLP. Była jedną ze współorganizatorek Wileńskich Śród Literackich. Współpracowała także z wieloma pismami: „Kurierem Litewskim”, „Przeglądem Litewskim”, „Słowem”, „Światem”, „Południem”, „Robotnikiem”, kwartalnikiem „Środami Literackimi” (1935-1937). Artykuły o tematyce historyczno-kulturowej w latach 1934-1938 publikowała w „Pomocy dla Nauczycieli”. Jej utwory ukazywały się także w „Almanachu Literackim” oraz „Kurierze Lwowskim” i „Głosie Młodych”. Wszędzie manifestowała miłość i silny związek z „małą ojczyzną”, którą w okresie międzywojennym była Wileńszczyzna”. W 1946 roku ukazała się najbardziej znana powieść Dobaczewskiej, zatytułowana Kobiety z Ravensbrück, nawiązująca do jej tragicznych doświadczeń więźniarki nazistowskiego obozu śmierci. Dalsza działalność, czy to w Toruniu, czy w Bydgoszczy, czy wreszcie finalnie w Żninie, nacechowana była ogromną aktywnością twórczą. Od 1951 roku opublikowała dalszych siedem powieści, współpracowała jako krytyk z „Arkoną” i „Pomorzem”, angażowała się w życie kulturalne Pomorza i Kujaw oraz Pałuk. Pisarka zmarła w roku 1980 i została pochowana na cmentarzu w Żninie, stając się patronką Szkoły Podstawowej w Gąsawie, jednej z ulic Żnina, a także Uniwersytetu III Wieku.

Wiersze wileńskie Wandy Dobaczewskiej znakomicie oddają piękno i wielokulturowość stolicy Litwy. Pośród jej zaułków i majestatycznych budowli sakralnych kwitło życie kulturalne od czasów Kazimierza Macieja Sarbiewskiego, Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Józefa Ignacego Kraszewskiego, a potem Tadeusza Konwickiego, Czesława Miłosza, Witolda Hulewicza, żeby wymienić tylko najbardziej kontrastowe osobowości twórcze. Dobaczewska nawiązuje do naszej chwalebnej przeszłości patriotycznej, do chwały oręża i dorobku wielu pokoleń Polaków, którzy mieszkali w Wilnie i kształtowali charakter tego miasta. Ale ważne są tutaj też nawiązania do naszej romantycznej tradycji literackiej, ze szczególnym uwzględnieniem Adama Mickiewicza i jego ogromnego wpływu na kulturę polską. W jej wierszach pojawiają się postaci znamienne dla tej epoki, jak choćby Śniadecki, Jeżowski, Czeczot, a potem Marszałek Piłsudski i jego legioniści. Najciekawsze są jednak przybliżenia Wilna, z jej charakterystycznymi, barokowymi kościołami i wieżycami, z licznymi, wijącymi się ulicami, cmentarzami, leniwie sunącą Willią i Wilenką. W tych przestrzeniach pisarka dorastała i właśnie tam, w kontaktach z elitą intelektualną miasta, kształtowała się jej osobowość i rodziła niezwykła kreatywność. Autorka podkreśla wyjątkowość miejsca, a także jego wiekowość, ciąg zdarzeń przypisany konkretnym przestrzeniom: Stare zaułki, stare kamienice…/ wilgotną pleśnią porośnięte mury…/ w dziwacznych skrętach/ biegnące ulice…/ błękitne niebo,/ nad miastem u góry… Tak Dobaczewska wpisuje się do ogromnej antologii twórców piszących o tym mieście i wyrażających zachwyt nad jego oryginalnością i nieustającym rytmem kulturowym. Zaowocował on tak znakomitymi osobowościami pisarskimi jak Mickiewicz i Miłosz, ale przecież należałoby tutaj wymienić wielu twórców, pośród których autorka Podwórza uniwersyteckiego  też ma swoje znaczące miejsce. Już w momencie publikacji utworów wileńskich pojawił się u Dobaczewskiej model wiersza prostego, pełnego liryki, tętniącego uczuciami i barwnie odtwarzającego świat. W prezentowanych w tym tomie tekstach z innych okresów, powstających w innych przestrzeniach geograficznych i w innych miastach, łatwo odnajdziemy podobne nastawienie twórcze i inspirację pięknem, czystością i ładem estetycznym. To, co miało swój początek w wierszach patriotycznych i wileńskich, ugruntowało się w naturalistycznych obrazach tomu pt. Na chwałę słońca, a swoje zwieńczenie znalazło w późnych lirykach pałuckich. Łatwo dostrzeżemy tutaj konsekwencję artystyczną i jakże chwalebną dążność do odzwierciedlania piękna świata, pozostającą w opozycji do dziejowych dramatów i tragedii, których pisarka była uczestniczką.

Sporo z tej aury i tych zauroczeń przeniknęło do poezji Heleny Dobaczewskiej-Skonieczki, choć autorka znalazła też własny wyraz oryginalnej twórczości. Pisałem o niej w Posłowiu do jednej z książek: „Liryka ta odzwierciedla harmonię natury, w której jest prostota i pełnia, czystość i oryginalność, a nade wszystko odbicie doskonałości Stwórcy. To ambitne poetyckie zadanie, by w słowach zawrzeć to, co jest elementem wielkiego systemu kosmogonicznego, co podąża od niebytu do świętości. Tylko w transcendencji lirycznej dostrzec można, że kropla nicości opalizuje barwami, połyskuje światłem, a jej znikomość da się porównać z zanikaniem kształtów w mroku, z wyłanianiem się perkozów i nurków z mgły. Analizując kolejne tomy autorki, konsekwentnie publikującej od lat, widzimy ciągłość doświadczenia poetyckiego i jej nieustającą czujność liryczną – umiejętność wyodrębnienia zdarzeń i ludzi, ich przestrzeni życiowych i indywidualnie moderowanych artefaktów. Człowiek jest tutaj częścią natury, ale też integralnym bytem, dekodującym doskonałość pierwotnej kreacji, aktu ciągnącego się od zamierzchłej przeszłości do teraźniejszości, chwili pulsującej w każdej ludzkiej kropli, w elementarnym słowie i każdym promieniu światła. W liryce tej: Smuga światła/ wciśnięta/ między okiennice/ rozdziera ciemność – inicjuje świat i wypełnia go radością, przydaje blasku i pozwala rozróżniać nieskończone odcienie barw. Twórczość może nawiązywać do momentów trudnych, ale – nie zapominając o eschatologii – powinna afirmować istnienie, każdy nowy dzień i każdą tętniącą odgłosami noc. Mądra pochwała świata widoczna jest w tym tomie i stanowi jego ogromną wartość, szczególnie dzisiaj, gdy mnożą się zagrożenia, a dobro i głęboka zaduma wypierane są przez agresję i nienawiść. Proponując świat świetlisty i przejrzysty jak kropla wody, autorka nie bez powodu przytacza na początku tomu słowa filozofa – ustala proporcje i wskazuje zasadę. Czuwając przy słowie, czuwa przy człowieku, stale od nowa zaczyna tworzyć opowieść o sobie i o ludziach, których spotkała na swojej drodze, dopełnia trwanie refleksją liryczną, która staje się filozofią każdego istnienia.” Pośród tych ludzi była Wanda Dobaczewska, jej babcia i nauczycielka literacka, osoba, która wywarła na nią ogromny wpływ i subtelnie ukierunkowała artystycznie. Książka, którą czytelnik ma w dłoniach, jest zatem dokumentem rodzinnych i literackich więzi, a także spłaceniem długu za wrażliwość i przygodę ze sztuką słowa.

« Older entries

%d blogerów lubi to: