ZAZDROŚĆ I NIENAWIŚĆ

William Szekspir 1564–1616

Otello Williama Szekspira to dramat o ksenofobii, nienawiści i zazdrości, gdzie główne postaci – Murzyn Otello, piękna wenecjanka Desdemona, generałowie Kasjo i Jagon – wikłają się w konflikt, którego rozwiązaniem mogą być tylko kolejne śmierci. Odrzucany przez ojca przepięknej kobiety, murzyński generał zaskarbia sobie względy Doży, a potem dodatkowo gruntuje swoją pozycję w walce z Imperium Otomańskim i na zwycięstwie nieopodal Cypru. Znakomicie zostało tutaj zastosowane tło historyczne i egzotyka Morza Śródziemnego, dająca szansę kolejnym reżyserom i scenografom na stworzenie spektakli oryginalnych, pełnych złocistych i wzorzystych szat, palm, statków pełnomorskich i widoków słońca, powoli zniżającego się nad falami. Te możliwości zostały wykorzystane dopiero w epoce filmów kolorowych, gdy wykorzystano cały repertuar chwytów zdjęciowych, efektów specjalnych, charakteryzacji, gry aktorskiej itp. Jednakże już w czasach Szekspira dostrzeżono wagę problemu, który pojawił się w utworze, a swoją prawdziwą dramaturgię zyskał na początku dwudziestego pierwszego wieku, gdy ogromne rzesze uchodźców wlały się do Europy. Oto narody takie jak Włosi, Francuzi czy Grecy stanęli przed dylematem, który nie zmienił się od wieków: przyjąć czy odrzucić obcego człowieka? Doża wenecki zaaprobował Otella i dostrzegł jego użyteczność dla jego armii, ale nie mógł przypuszczać, że natura Murzyna, którego przodkowie od wieków polowali na dzikie zwierzęta i zabijali sąsiadów z innych plemion, obudzi się w nim w tak tragicznych okolicznościach. Dzisiaj także mamy do czynienia z tym problemem, gdy zaakceptowani muzułmanie (np. w Niemczech, w Belgii lub we Francji) zamykają się w narodowych enklawach, tworzą grupy przestępcze i obracają się przeciwko tym, którzy okazali im dobroć i otworzyli granice państwa. Szekspir wskazuje, że natura szaleńcza, nawet jeśli chwilowo poskromiona, moderowana przez miłość, może eksplodować w każdej chwili i doprowadzić do tragicznych rozwiązań. W kulturach wschodnich zawsze wiele było zabijania i okrucieństwa, wiele też teatralizacji mordowania, gdy spędzano na place tłumy i na pokaz ścinano głowy, kamienowano lub torturowano niewinne istoty. Miało to służyć określonym celom, przede wszystkim zastraszaniu społeczeństwa, które karnie wykonywało zarządzenia różnorakich kalifów, emirów, sułtanów, muftych i wezyrów. Niestety był też efekt uboczny w postaci swoiście sformatowanych umysłów, mitologii okrucieństwa, szybkiego zadawania śmierci i niszczenia wrogów w sposób bezwzględny, motywowany najczęściej ponurą zemstą.

Otello, mal. William Mulready

Jeśli jednak odrzucimy kostium wschodni Otella, zauważymy, że jest to także – a może przede wszystkim – dramat o walce dobra ze złem i nie bez powodu tyle razy pojawia się w nim imię Szatana. Kusicielem jest tutaj Jago, który dostrzegając chwiejność uczuć, pragnie bezwzględnie wykorzystać gorącą krew Otella i jego totalną miłość do żony. Wykorzystuje do tego celu niewinny rekwizyt, wzorzystą chustkę, którą Murzyn podarował żonie, a kusiciel podrzucił do innej kwatery, sugerując zdradę Desdemony z zasłużonym generałem Kasjo. Jago tak posplatał nici intrygi, że Otello coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że małżonka rzeczywiście dopuściła się niewierności, przyprawiając rogi dumnemu synowi Afryki. Kusiciel staje z boku, chowa się w półcieniach, a przy każdym spotkaniu z Otellem wzmacnia jego przekonanie, że doszło do zbliżenia pomiędzy jego żoną i konkurentem. Umiejętnie intrygując i kłamiąc, wykorzystując własną żonę i służącą Desdemony, popycha Jago swego dowódcę do okrutnych rozwiązań, które i jego samego doprowadzą do śmierci. Te ohydne podszepty mają na celu także osłabienie pozycji Kasja i wyniesienie w górę w hierarchii władzy donosiciela – metoda dobrze znana w dziejach, pojawiająca się na wszystkich dworach i zbierająca obfite krwawe żniwo. Mentalność donosiciela nie zmieniła się przez wieki i za każdym razem – nie licząc się z krzywdami, które wyrządzał – piął się w hierarchii władzy, szukał możliwości lepszych dochodów, poświęcał nawet najbliższych przyjaciół by siać zamęt i zyskiwać pośród niego coraz to inne możliwości destrukcyjne. Jago myśli, że jest nieśmiertelny, a jego zakusy i podłe intrygi dadzą mu korzyści nie do oszacowania, zaczyna zatem przesuwać figury na szachownicy życia, nie wiedząc, że słowa „szach i mat” wybrzmią także i po jego śmierci. Do trupów Desdemony i Otella dołączy kolejne martwe ciało i – koniec końców – wszelkie intrygi, tak pieczołowicie zszywane – staną się też jego przekleństwem i cisną go w przepaście nicości. Szekspir ukazuje sytuację, w której ważny też jest wątek dydaktyczny, owo ukazanie zła w sytuacji bez wyjścia, owo mnożenie zagrożeń przez nierozsądne postępki i używania potwarzy jako oręża w walce. Każdy dwór miał swoje prawa, na każdym pojawiali się ludzie dobrzy i szlachetni, a przy nich kanalie i donosiciele, kierowani chorą ambicją dworacy, gotowi poświęcić nawet władców w drodze do kolejnych zaszczytów i dóbr materialnych.

Śmierć Desdemony – mal Aleksandre Marie Colin

Desdemona była istotą piękną, najczystszą z czystych, jeśli chodzi o uczucia i wierność do męża, za którym poszła, porzucając dom rodzinny. Niestety zniszczyła ją naiwność i dziecinne przekonanie, że wszyscy ludzie są dobrzy, a miłość potrafi pokonać wszelkie interpersonalne bariery. Żar uczuć może się jednak wypalić, a dzika natura Murzyna szukać zacznie innych spełnień, aprobując podszepty złego doradcy. W takim rozumieniu jest to też dramat o nieprzystawalności ludzkich natur – delikatnej, subtelnej osobowości Desdemony i dzikiej, wojowniczej natury Otella. Obserwujemy też tę niemożność pogodzenia temperamentów i zaszłości kulturowych w przypadku emigrantów napływających nieustannie do Europy Zachodniej, z Afryki i Azji. Naturalnym dążeniem tych ludzi jest zamknięcie się w enklawie narodowej, niczym w domostwach, w ich krajach, obwiedzionych wysokim murem. Podejście Otella do Desdemony ma też coś z islamskiego męskiego szowinizmu, który dopuszcza nawet bicie małżonki, dręczenie w domu i czynienie z niej seksualnej nałożnicy. A wszystko podpierane nieludzkim prawem szariatu, odwieczną wschodnią dominacją mężczyzn i ich okrucieństwem w stosunku do niewiast. Desdemona zauroczyła się odmiennością kulturową Otella, jego egzotyczną urodą i zapewne możliwościami seksualnymi, ale nie znała natury człowieka wychowanego w określonej murzyńskiej społeczności, nie zdawała sobie sprawy, że ich miłość oparta jest przede wszystkim na zaspokojeniu seksualnym, a zdrada i niewierność jest jednym z elementów nieustających testów męskości. Tak okazało się, że Otello potraktował żonę jako łup wojenny i traktował ją jak depozyt, np. piękny kryształowy wazon, z wszelkimi prawami do niego. Tłukąc go nagle, mordując tę, która go kochała miłością najczystszą i bezinteresowną, ukazał mroczne przestrzenie swojego ego i potwierdził obawy ojca kobiety. Mieszanie się kultur, łączenie się egzotycznych par może dawać wspaniałe efekty, a urodzone dzieci zachwycać mogą urodą, ale przecież w każdym związku pojawiają się animozje, każda para ma miesiąc miodowy, a potem wielokrotnie przechodzi okres próby, kłótni, nieprzystawalności charakterów i walki o dominację. Otello potrzebował tylko niewielkiego impulsu, ledwie zwrócenia uwagi na wzorzystą chustkę, by zacząć swój rytuał dominacji – chorobliwej manifestacji praw własności do weneckiej piękności, a nade wszystko praw do decydowania o jej życiu i śmierci. Nienawiść jednak zawsze prowadzi do rozwiązań tragicznych, a wypaczona charakterologicznie zazdrość znosi wszelkie hamulce i każe zabijać, niszczyć to, co mogłoby być piękną opowieścią o przywiązaniu i miłości, oddaniu drugiej osobie, od chwili pierwszej do ostatniej.

MIŁOŚĆ OJCOWSKA

Oddanie zwłok Hektora – płaskorzeźba z rzymskiego nagrobka

W naszej kulturze miłość rodzicielską najczęściej egzemplifikują matki, czule kochające synów i córki, codziennie stające na głowie by zapewnić im wszystko, co jest potrzebne do życia. To one pojawiają się na obrazach, gdy karmią niemowlęta piersią, albo opiekują się barwną gromadką malców, wpatrzonych w nie z uwielbieniem. Wbrew powszechnym przekonaniom, że matki czulsze są dla chłopców, stają się one też uważnymi opiekunkami, a potem przyjaciółkami swoich córek. Miłość ojcowska nie bywała tak spektakularna jak matczyna, znacznie rzadziej pojawiała się też jako temat w malarstwie i literaturze, choć zdarzały się dzieła, gdzie była ich osią. Przy takich rozważaniach natychmiast przychodzi na myśl tragedia króla Troi Priama, gotowego znieść wszelkie formy poniżenia, by tylko odzyskać ciało zabitego syna – Hektora. Prosi on, a nawet błaga Achillesa o zwrot zwłok syna: Hektor, zginął od ciebie, walcząc za ojczyznę./ Po niego tu przychodzę. Uczcij mą siwiznę!/ Masz okup wielkiej ceny, masz drogie ofiary:/ Szanuj bogi Achillu, nie gardź mymi dary!/ Przypomnij ojca, obu nas ciężar lat gniecie./ Może być ktoś ode mnie biedniejszy na świecie?/ Jam usta – tegom wreszcie nieszczęśliwy dożył/ Na ręce synów moich zbójcy położył”. (Księga XXIV w. 287-294, przeł. Józef Paszkowski). Priam ofiaruje mordercy syna wóz pełen złota i prosi by złagodził on karę pośmiertną, nałożoną na Hektora, a była ona doprawdy straszliwa. Achilles rzucił zwłoki psom i sępom (brak pochówku był haniebny dla starożytnych, bo wierzyli oni, że dusza stale tuła się pośród żywych), a potem codziennie przyczepiał, coraz to bardziej okaleczone ciało, do swego rydwanu i przejeżdżał przy murach obleganej Troi. Łzy ojca i suty podarunek zmiękczyły serce greckiego herosa i wydał on zwłoki, a potem uszanował nawet dwunastodniowy okres żałoby po uroczystej kremacji. To ojciec, a nie matka Hekabe, zaryzykował i udał się do obozu najeźdźców, a potem odzyskał szczątki ukochanego syna. Jak widać, już w epoce starożytnej miłość ojcowska pojawiała się w największych utworach literackich, a postawa Priama stała się inspiracją dla epok następnych, generując nowych bohaterów nie wahających się poświęcić życia dla swoich dzieci.

Gustav Pope, Córki Króla Leara (1875-1876)

Inaczej ukazał miłość ojcowską William Szekspir w dramacie pt. Król Lear (1623), osią intrygi czyniąc pomyłkę, jaką popełnił sędziwy ojciec. Pytając trzy córki – Gonerylę, Reganę i Kordelię – o siłę miłości do niego, dał się zwieść pierwszym dwóm, a usłyszawszy skromne zapewnienie Kordelii, wydziedziczył ją i wypędził z królestwa. Doprowadziło to do szeregu straszliwych komplikacji i intryg mających na celu ostateczne pozbawienie go władzy i zagarnięcie królestwa przez wiarołomne córki. Stary król popada w obłęd, a skutkiem jego nieroztropnych decyzji jest wojna domowa, podczas której życie traci prawdziwie kochająca go Kordelia, a wreszcie i on sam. Szekspir wykorzystał motyw z anonimowego dramatu angielskiego, popularnego w jego czasach i znacznie go rozbudowując, wsączył jednocześnie do niego wątki uniwersalne. W jego ujęciu dramat rozgrywa się pośród żywiołów natury, a człowiek zdaje się ledwie drobinką, niewiele znaczącą pośród ogromów kosmosu. Można być władcą, można mieć nieograniczoną władzę, a i tak prawa natury i biologii upomną się o ich respektowanie, a śmierć, niczym czarny woal, spowije to, co zdawało się jaskrawe i wyraziste. Oczywistym błędem Leara był ów test, któremu poddał córki – sam w sobie zwierający element nieufności i generujący ciąg oszustw. Prawdziwa miłość nie potrzebuje takich sprawdzianów, rozwija się przez lata i umacnia, a swoje zwieńczenie znajduje w sprawiedliwym podziale majątku ojca lub matki. Dzieci wychowywane w miłości i wzajemnie się szanujące nigdy nie pokłócą się o majątek, a ich ugoda będzie aktem ostatecznego przywiązania i manifestacją uczuć do darczyńców. Król zapragnął potwierdzenia miłości za życia i sprowokował szereg kłamstw i fałszywych zapewnień, co natychmiast wyczuła Kordelia i uczciwie nie zgodziła się na schlebianie ojcu w takiej sytuacji. Ten – niesprawiedliwie ją oceniający i uwiedziony zapewnieniami Regany i Goneryli, dał się wyprowadzić w pole. Po jakimś czasie zorientował się, ale było już za późno dla niego i prawdziwie go kochającej Kordelii, uznał własną porażkę, zapłakał nad jej martwym ciałem, a potem, zgnębiony tragedią, jaka się dokonała, osunął się w nicość.

800px-Father_Goriot_by_H._Daumier_(1842)

Honoré Victorin Daumier, Ojciec Goriot

Motyw totalnej miłości ojcowskiej pojawia się też w jednej z najsłynniejszych powieści Honoriusza Balzaka pt. Ojciec Goriot (1835). W pensjonacie prowadzonym przez Madame Vaquer przy ulicy Neuve-Sainte-Geneviève spotykają się trzy jakże różne postaci: znany z innych powieści Balzaka rzezimieszek i prawdopodobnie homoseksualista Vautrin (Ołży-Śmierć – Trompe-la-Mort), emerytowany producent makaronu Jan Joachim Goriot i student prawa Eugeniusz de Rastignac. Właśnie zaczęły się głębokie zmiany w społeczeństwie francuskim za restauracji Burbonów i jednostki zyskały większą integralność, ale została też zainicjowana powszechna walka o poprawienie własnej pozycji społecznej. Vautrin fascynuje się urodą i świeżością Rastignaca, a jednocześnie próbuje moderować jego rozwój, ale przy okazji gubi gdzieś daleko posuniętą ostrożność. Spowoduje to szereg zdarzeń nie dających się odwrócić i w  konsekwencji ponowne uwięzienie dawnego galernika. Na tle interakcji młodzieńca i wyrachowanego kryminalisty, Balzak umieszcza dramat ojca Goriota, doświadczonego straszliwie przez życie i zdeprawowane jego bogactwem córki. Rastignac zdobywa względy jednej z nich: Delfiny de Nucingen i nie godzi się z krwawym planem Vautrina, mającym na celu zdobycie fortuny innej pensjonariuszki pensjonatu – Wiktoryny Taillefer. Goriot wyprzedaje powoli swoje dobra by zaspakajać zachcianki córek i spłacać ich długi, a w zamian nie może nawet liczyć na publiczne przyznawanie się do niego obu kobiet. Szczególnie druga córka – Anastazja de Restaud – dostarcza mu wielu trosk, a dowiedziawszy się, że sprzedawała rodzinne diamenty męża, by spłacać długi kochanka, doznaje udaru mózgu. Zanim do tego dojdzie, być może najwspanialszy ojciec świata, zazna wielu zgryzot, ale wciąż będzie usprawiedliwiał córki. Stale będzie im pomagał, pogrążając się coraz bardziej. Nieco światła do jego życia wprowadzi de Rastignac i to od niego otrzyma najwięcej  darów serca, i to on odda mu ostatnią posługę, bez wahania zadłużając się na konto pogrzebu. Tak jak ślepa miłość zaprowadziła króla Leara na bezdroża ludzkości, tak samo żarliwa miłość do córek okryła kirem ostatnie lata życia ojca Goriota i zgnębiła ostatecznie Priama. W obu przypadkach doszło do nadużyć, których powodem były nierozważne decyzje dzieci, ale też bezwarunkowa miłość rodzicielska, odsuwająca na plan dalszy zdrowy rozsądek i kierująca się pokrętną logiką. Lear pragnął totalnej miłości trzech córek i zwiodły go fałszywe zapewnienia dwóch z nich – Goriot i Priam stale nosili w pamięci dni szczęścia rodzinnego, gdy syn i córki się rodziły, a potem dorastali w spokoju, stworzonego przez nich, zamożnego domu. Porażka wychowawcza ojców i matek widoczna bywa dopiero w obliczu straszliwej tragedii, bo ojciec i matka do końca stać będą po stronie dzieci, nie widząc ich deprawacji, nie przyjmując do wiadomości wynaturzeń osobowości.

RITES OF ETERNITY

thumb_P1010630_1024

Otrzymałem właśnie od zaprzyjaźnionego tłumacza wspaniały przekład na język angielski mojego Posłowia do książki znakomitego poety chińskiego Jidiego Majii. Przyjaźnię się z nim od 2009 roku, kiedy to spotkaliśmy sie po raz pierwszy na Wyżynie Tybetańskiej. Ilustruję ten tekst moimi zdjęciami ludzi z narodowości Nousu, z której wywodzi się Majia i której jest wieszczem.

Jidi Majia – one of most eminent contemporary poets of China – creates cultural poetry, deeply rooted in the tradition of the Nuosu nation, in ancient magical consciousness, moderated by bimo priests and ghosts of forefathers. They create the invisible, spiritual space, with which the people of the mountains remain in constant touch, which specifies them and, with time, becomes great human longing for purity and fullness. Living in the presence of the magnificent and natural beauty, they continually endeavor to reflect the depth in their fate, giving themselves to it, and connecting it to great cosmogonic systems and elemental mechanisms of persistence. This means sensing the eternal existence, and at the same time completing days and nights, remaining in human body with its morbidity and pain, this is retaining the human form being subject to the elements and the destructive force of time. Rarely does it happen that human awareness appears so vividly in poetry, twinkling and taking the form of a bright ray, permeating enormous time divisions, scanning the space in all its shapes and metamorphoses. Majia can write a poem delicate like flutter of dragonfly’s wings, and at the same time create vast panoramas reflecting the spirit of the whole epoc, ethos of free existence among mountains and lakes, in harmony with animals, birds and all living creatures. Every new lyrical scene continues the story of the tribe and one entity, exclude from it, as if nominated to proclaim its glory. The poet is well aware that he was chosen out of many and is trying to fulfill what fate appointed him – he might as well have lived among the mountains of Liangshan, he might have gone hunting with a gun and live his life peacefully and torpidly in his native clan. He might have danced by the bonfire and looked into the distance from mountaintops, but his fate led him to the worldly poets, where he started to praise the earth and the nation in the distant corners of the world. He might have sung in huts far away from frosty, cosmic voids, he might have listened to the stories of sages and medicine men, but his task was to face the world and repeat the elemental truth of existence: I am Nuosu! This is his great task, and at the same time, a kind of prayer passed from one generation to another, this is a chain of reminders and uplifts, distant echo of ancient stories, which have come about and which will come to be.

46

Cultural rites play an important role in this poetry, where most important are ceremonies connected with transformation of carnal being to spiritual one, and crossing the border of life.  The dead bodies undergo cremation and go through the elemental fire in the act of cosmic metamorphosis, once again they become cosmic matter, microscopic element of the land of mountains, lakes and inconceivably enormous universe. The poetry repeats the motif of body cremation, which is a reference to ancient rituals of burning bodies on the stake, but at the same time it is an element of faith in reincarnation, return to of the spiritual form to the childhood land and to the first love, wandering of the released entity among the peaks and slopes, spreading the one and only ephemeral consciousness in the enormity of space. Cremation becomes the central moment for limited existence, but at the same time depicts the horizon of existence for the spirit, sets it in motion and increases its momentum, takes it the places of first initiations and keeps sending it into the cosmos. Fire purifies, but at once turns cosmic, initiating the breakdown of complex innate structures, introducing them again into the unimaginative dimensions, indistinguishable and ever changing worlds, giving birth to galaxies, supernovas and asteroids. The poet is obviously fascinated with the moment of destruction of the mortal form ad entering the circle of elemental structures of the matter, final merging with rock, with black earth and clay, loam and dust. Fire becomes the sign of eternity, momentarily bounded by human form. Cremation becomes its most important rite, and at the same time an element of reconciliation with the world, consent to breakdown of particles and confirmation that the emperor, the medicine man or the leader will surrender to the same cosmic mechanisms; and whatever they attempt , they will not stop the time and its  final resolution.

56

Creamtion is a kind of purifying the existence of sins, and the mourning rites confirm that the person being bid farewell was someone important for the world and constituted an essential, a kind of a particle of the eternal chain, momentarily taking the form of DNA, and after going through fire, returning to the realm of homogenous elements. Mother’s lamentation, bimo – medicine man’s prayer, brothers and sisters’ wailing, moaning of other relatives within the clan, are like eternal funeral song, reaching its peak at the moment of the body’s breakdown, farewell to the human form and birth of free spirit. Echo repeating sounds, takes them to distant mountains and it seems that the whole of nature is crying over the one who has just gout transformed and entered the circle of eternity for ever. The Nuosu attach a lot of weight to funeral ceremonies, which become a sort of celebrations of the whole society, and escorting the ashes to its burial place is like blessing these who are still alive, but soon will follow the same path and reunite with the deceased in the communion of elemental matter. Everything has its own meaning, beginning with colors and embroidery of clothes – blue, black and yellow – a ending with ritual singing and highlighting integral, tribal ties. In this poetry, cremation is the end of everything and at the same time gives birth to fear of eternity, which opens irretrievably and triumphs over life. This moment is painful and euphoric at the same time, it is a great sorrow and enormous joy, alpha and omega, decay and forming, oblivion and birth of a new form, its eternal rite of transformation.  Regardless of whoever they are and whatever they do, man will be depletes of their strengths, will be damaged by diseases and pain, and finally will die, and the mourners will prepare the cremation ceremony and take part in the funeral. This death will confirm eternal metamorphosis and common dying of beings, plants and animals, rock erosion, and most of all, disintegration of family and tribe relations, disappearing of earthly love and appearing of cosmic energy. At such a moment, one needs guides who will walk the consciousness to the gates of existence and for a moment will permeate the spiritual world to utter the last word of farewell, and return to the living. The Nuosu people believe that bimo are such priests, that is, shamans and wizards, ancient confidants of human sorrows, and storytellers relieving the pain of oblivion. Without doubt, the poetry of Jidi Majia is a kind of such a spell, and the poet grows into a symbol of one of the most important bimo of his nation. Standing proudly on a rock, leaning over the surface of a mountain lake, looking into dying eyes of deer, an eagle, a trout, he utters elemental truths and generates lyrical substance, which tugs at heartstrings and become an intellectual context for simple life in accordance with nature and ancient ceremonies, taking place in the homeland and in distant regions of the universe.

54

These poems underline the inseparability of family and clan ties, testify to perseverance within a small, closed society, but at the same time open to the whole world. In this way they, they become a kind of lyrical announcement and confirmation of the fact that in distant Orient there live wonderful people having practiced cultural rites of passage for long, creating calendar and agrarian myths, but first of all attiring the shape of being in sanctity and praise of eternity. Besides bimo priests, parents and the next of kin to the poet, although the most important is mother. He makes notice of her senility and her visual elements, but at the same time unhesitantingly compares her to the mountains and rivers, attaching almost magical powers to her. It was her who carried him for nine months inside her womb and it was her who looked after him in his childhood, observing him diligently in the adolescence and young manhood – finally, it was her who became multiplication of all mothers in his poetic awareness and gained an epic dimension of Mother of Mountains, the creator of everything, the maker of existence and poetry, the strength and love energy, first and last wounds. We can easily imagine how important mother was for the poet when in a small house, lost among enormous mountains, she enveloped him in love, how important was her breast milk, smile on her face and the warmth of her embrace, how deeply the sweetness of her lips, constantly kissing him, sank into his memory, and her tender vigil by the cradle. It was her who became the foundation of days to come, it was her who first showed him the sky of blue, trees of green and distant fogs over mountainous lakes; it was her who taught him to speak and became a guarantee of poetic language, pointing at a flying swan, black boulders sliding from hills, a snow leopard vanishing in the distance and a mountain goat on a high rocky ledge. It was her who had been in him since the beginning and he was inside her, confirming the eternity of persistence in the shadows of peaks, in forks of great rivers and in the face of dangerous elements – it was she who created him, in the same way as the Invisible Maker created the whole universe and set the course of things running, giving momentum to births and dying. Undoubtedly, poem about mother written by Jidi Majia found its righteous place in the treasury of motherly lyric poetry; they are a confirmation of son’s love and vocation, his gratitude for granted life and for was about to happen after the miracle of birth. No-one else could comprehend the longings and desires of the poet to be, no-one gave him what she had given to him, letting him grow inside her body, and then delivering him to the world in labor pains and granting him cosmic love – no-one took such care of him and did not grant him safety among dangerous elements of nature, no-one watched him through tears walk away to distant towns. This is why Majia’s poems about mother become great paens in praise of longing and devotion, of pure love like water in the spring, sheer feeling like the view of distant, snow-capped peaks silhouetted against the blue sky. It was in mother’s body where the harmony came into being, which echoed in the poems to come, in poems about rivers and mountain chains, about an old bull in the arena, about deer and munjacs crossing the wilderness, about snow leopards and lynxes following them, it was in her, where, for the first time, sounded the tone which was to appear in the songs of Nuosu and his later poems.

34

The poetry abounds also in extremely interesting hunting elements, which remind us that China is inhabited by ancestors of herding tribes, indigenous people, numerous ethnic groups which arrived from Central and Western Asia. Nuosu particularly concentrates on hunters, since they have always provided fresh meat, and most of all, they constituted  a closed clan of grown men wandering from one mountain pass to another, climbing enormous slopes, sleeping in lodges and caves among high peaks. They were the ones young girls sang about longing for great love; they were the ones their mothers had been waiting for when the set out to track a bear, an ibex, deer or a leopard. In Majia’s poetry, young hunters personify childhood dreams, they present great fascinations of the young ones. The child in the poems must stand for the very poet, who wanted to follow their example, follow them along mountain trails and hunt animals. On their return home, hunters had always told stories about inaccessible places, superhuman deeds, fights with powerful enemies. However, they also happened to tell stories about ghosts of the earth, about mystic happenings in a retreat by the Yangzi or the Huang He, gathering their momentum and swelling in the mountains. Then women and children perceived them as mythical heroes, ascending heroic myths from the real world, entering surreal regions neighboring the cosmos, on the edge of a rocky precipice and in a crystal-clear lake. And when they died, their bodies were cremated in a remote corner of Great Liangshan, they became the salt of earth, and at once set out to hunt in the spirit world. Transmigration occurs in poetry as natural continuation of earthly living, as extention of the family line and confirmation of belonging to the great family of Nuosu. Dreams of being hunter who on his own wanders around valleys intermingle with the tragedy of existence in extreme conditions, in the cold and the scorching heat from the sun; in the face of sudden cataclysms and the threat of the universe turning entities inside out, where stars opalesce and the moon shines with deadly light.

50

Jidi Majia’s poetry neither seeks complex metaphors nor lures the reader with complexities of the language, it rather suggest a model of pure, narrative poesy, surprising with an accurate punchline and an ability to name ephemeral states of the mind, frames of mind, premonitions of ghosts in the beyond. This is constant highlighting of family ties and belonging to a definite ethnic group which retained its rituals and gave rise to an integral culture. Within these boundaries masterworks of art and subsequent parts of national epic, Hnewo Tepyy, passed amd modified in every generation by following bimo were created. Majia – following in their footsteps – creates modern poetry, which reaches wide masses in China and all over the world. There are more and more of translations of his poems, and each time it turns out that they perfectly fit new language. This happens due to the universalisms of topics and the lightness of the language, imitating prayer and mourning, extensive ode and light lyric. For centuries, China has been the land of real poetry, great thinkers and poets, this is a land well-oriented in the trends of contemporary verse. Achieving literary success is extremely difficult there, which is even more difficult due to a tendency of following the European or American patterns in snobbish way. Majia follows extraordinary models, cites great poets of the world, but never fails to forget the cultural poetry, which he acquired among small villages  on the border between Sichuan and Yunnan. Listening to stories of bimo, mothers and ancient people, hunters returning with  the kill, he developed particular sensitivity to elemental particles of nature and calling coming from distant voids of the cosmos. Listening to the echo of creation, deciding the proportions and naming hues, making out animals in the darkness, mountain ranges, highest peaks and valleys, poet is at the same time the creator and the last member of the clan, sadly reminiscing the world gone forever. And although it is born again in new poems and human minds of next generations, nothing will bring back the ashes of the dead to life. To be the poet of the Nuosu means to be the guardian of memory, a witness to beautiful deeds looking into the past and bright eyes – it means to pass, just like everything around, constantly creating a story about the time and the past, about the inevitable merging of being onto the death and eternity.

Translated by Wiesław Marcysiak

MAGNETYZM ZŁA

hbalzac

W każdym życiu pojawia się wiele kanalii, donosicieli, błaznów i intrygantów, bezlitośnie wykorzystujących swoją pozycję do niszczenia innych ludzi. Za każdym razem łączy te postaci to samo – działanie zakulisowe, wykorzystywanie do doraźnych celów plotki, pomówienia i własnych ciągów znajomości oraz ich powiązań z innymi ludźmi. Nawet jeśli są spryciarzami i na przykład wykorzystują odmienne preferencje seksualne – niszczenie osób heteroseksualnych przez gejów lub rozpracowywanie homoseksualistów przez radykalnych heretyków – i tak zawsze docierają do punktu bez wyjścia, staczają się w alkoholizm, choroby umysłowe, albo wręcz lądują na ulicy. Kanalia nienawidzi sukcesów ludzi aktywnych i coś osiągających, zwykle zadręcza się tym, histerycznie walczy o dokładne informacje na temat cudzych osiągnięć, a potem je deprecjonuje we wszelkich środowiskach, w których stacjonuje. Prowadzi zakulisową wojnę na pomówienia, rozpuszcza najbardziej nieprawdopodobne plotki, szuka sojuszy z wrogami osób, które uznaje za swoich przeciwników, wykorzystuje je bezlitośnie, a potem porzuca i czyni swoimi nowymi wrogami. Kanalia kocha tylko samą siebie, nawet jeśli nie ma sukcesów, chwyta się panicznie jakiegoś malutkiego wyróżnienia i przez lata trąbi wszem i wobec, że było to osiągnięcie na miarę Nagrody Nobla lub Pulitzera. Jeśli w końcu dochrapie się czegoś większego, na przykład jakiegoś wyróżnienia lobby seksualnego, komunistycznego albo katolickiego – przy czym nie ważne jest to, że zawsze działała w opozycji do tych ruchów – próbuje z wątpliwego zaszczytu uczynić nowy oręż w swoich brudnych wojenkach. Skrajnym przypadkiem jest tutaj wykorzystywanie jakiejś osoby, najczęściej wpatrzonej w kanalię jak w obrazek i niczym adiutant przy generale, gotowej wykonać wszelkie polecenia. Najczęściej chodzi o serwilizm środowiskowy, a więc wykonywanie egzekucji ludzi niewygodnych, niszczenie wrogów przy pomocy pomówień i zaniżanie wartości ich pracy, a w szczególnych przypadkach o jawne intrygi, np. w publikacjach albo wystąpieniach publicznych.

Lucjan i Vautrin, autor nieznany

Lucjan i Vautrin, autor nieznany

Kanalia zwykle znajduje sobie jako przeciwnika osobę o ugruntowanej pozycji, manifestującej witalność twórczą, osiągającej stale spore profity i wali w nią na odlew, rozkręcając jeszcze bardziej machinę absurdu, zawierając wciąż nowe sojusze, intrygując w mroku lub cieniu i unikając jak ognia swojej ofiary. Żadne reguły tutaj się nie liczą, a tylko doraźna korzyść (najlepiej finansowa) ma dla niej znaczenie i przydaje jej energii do dalszych działań. Ulubioną metodą niszczenia wrogów jest tutaj donosicielstwo i łączenie pomówień z plotką, a potem rozszerzanie ich zasięgu na wszelkie możliwe sfery, nie bez znaczenia są też określenia typu ”sukinsyn”, „oszust”, „gnida” i cały ściek jeszcze gorszych wulgaryzmów. Kanalia bezwzględnie wykorzystuje kobiety, zapewnia je o miłości, płodzi z nimi dzieci, ale stale okrada je z pieniędzy i możliwości, które bez żenady zagarnia. Bywa homoseksualistą, który bierze ślub z kobietą i nawet czasami obcuje z nią dla niepoznaki (stąd biorą się dzieci gejów), ale prawdziwie rozkręca się w towarzystwie innych samców, drag queen’ów, podczas alkoholowych party i orgii najohydniejszych. Z drugiej strony bywa heterykiem, który dla kariery i dalekosiężnych korzyści potrafi związać się na jakiś czas z wpływowym gejem i czerpać korzyści z jego znajomości, możliwości destrukcyjnych i finansowych. To tylko dwie sytuacje, ale przecież możemy je rozciągnąć na inne sfery – oto zaprzysięgły komunista, który nagle staje się neofitą katolicyzmu; oto absolwent szkół kościelnych, alumn w seminarium, który staje się emblematem socjalizmu; a to rewolucjonista, stający do konfrontacji z władzą, ale mający w swoim życiorysie etap pracy w tajnej policji politycznej; i jeszcze – zwykły bandyta, który obiecuje ambitnemu młodzieńcowi zrobienie kariery, a wykorzystuje go instrumentalnie do brudnych interesów. Kanalia zawsze znajdzie drogi dojścia do osób naiwnych, biorących ją za świętoszka, dotrze też do zarządców i tzw. autorytetów, a jeśli zostanie szybko rozszyfrowana i zdekonspirowana, chowa się ledwie na chwile w jakiejś norze, a gdy wszystko się uspokaja, wysuwa z niej „ryj” i zaczyna na nowo obwąchiwać fekalia świata. Na całe szczęście kanalia zawsze popełnia jakieś błędy, które wcześniej czy później ja dopadną, staną się kulą u nogi i w końcu pociągną ją na dno.

gaston-bussiere

Szyderstwa z Estery, il. Gaston Bussière

 Tego rodzaju refleksje – rozszerzone nieco o dwudziestowieczne patologie – rodzą się w czytelniku powieści Honoriusza Balzaka pt. Blaski i nędze życia kurtyzany, w której pojawia się Lucjan de Rubempré, cyniczny bawidamek i lekkoduch, znany z Ojca Goriota i Straconych złudzeń. Ma on jeden cel w życiu, gromadzenie dóbr finansowych, bez względu na koszty własne (np. fałszywe pożyczki, lewe zakupy i potwierdzenia), a także podnoszenie własnego statusu społecznego, powrót do rodowego nazwiska, osiągnięcie tytułu margrabiego, a potem księcia, a może nawet para Francji. Ukrytą treścią tej powieści jest wielka, homoseksualna miłość Jakuba Collina (występującego we wskazanych wyżej utworach jako kanonik Karlos Herrera, Ołży-Śmierć i Vautrin) do Lucjana, choć wielu doszukuje się też tutaj figuralnej opowieści o walce dobra ze złem. Trudno wszakże jednoznacznie zaklasyfikować paryskiego pięknisia jako człowieka dobrego, wszak nieustannie wykorzystuje on kochające go kobiety i doprowadza do śmierci dwie z nich: aktoreczkę Koralię i kurtyzanę Esterę. Trudno byłoby też zanegować całkowicie działania Vautrina jako złe, czynione przez uosobienie Szatana, wiodącego młodzieńca na zatracenie. Jedni uważają koncepcję Vautrina za koronę twórczości Balzaka – pisze Tadeusz Żeleński-Boy w nocie tłumacza – gdy drudzy chcą w nim widzieć jedynie figurę z kryminalnego romansu. Pisarz nigdzie nie mówi wprost o tym, że były galernik kocha Lucjana dla jego urody, wdzięku, męskości i wszystko spowija mgła tajemnicy, ale przecież wyraźnie rysuje się tutaj homoseksualne zauroczenie. Oskar Wilde tak dalece utożsami się z młodym poetą, że jego fikcyjne losy uzna za element swojej biseksualnej historii: Konsekwentne studiowanie Balzaka przemienia naszych przyjaciół w cienie, znajomych w cienie cieni. Jedną z największych tragedii mego życia jest śmierć Lucjana de Rubempré. Nigdy nie zdołam się wyzwolić całkowicie z tego przejmującego bólu. Dosięga mnie w chwilach najwyższej radości, tłumi nieraz wybuch śmiechu”. Podobnie dramatycznie i histerycznie zachowywał się po samobójstwie młodzieńca jego samozwańczy opiekun – Vutrin. Doprowadziło to nawet do zdumiewającej przemiany duchowej, która wszakże jest najmniej prawdopodobna w powieści, nawet jeśli poparta rzeczywistą biografią. Według interpretatorów twórczości Balzaka Herrera ma cechy Eugene’a-Françoisa Vidocqa, (1775–1857), francuskiego awanturnika i złodzieja, który utworzył dział kryminalistyki we francuskiej policji, a potem został jego pierwszym kierownikiem. Chociaż Balzak spotykał się z Vidocqem i dobrze poznał jego biografię, to jakoś zbyt łatwo Collin wychodzi z więzienia i układa się z urzędnikami wymiaru sprawiedliwości dziewiętnastowiecznej Francji. Żeleński-Boy wskazał w Posłowiu szereg niekonsekwencji autorskich francuskiego realisty, ale też musiał przyznać, że jego powieści magnetyzują czytelnika jakąś dziwną mocą.

gaston-bussiereq

Śmierć Estery, il. Gaston Bussière

A skoro jesteśmy przy przyciąganiu ciał, warto na chwilę zatrzymać się przy obszernym Balzakowskim nawiązaniu do mesmeryzmu, którym przecież tak interesowali się polscy romantycy: Mickiewicz, Malczewski, Słowacki, Fredro, Wirtemberska. Oto doktor, który został wezwany do więzienia opowiada jego dyrektorowi: Mój stary przyjaciel… (Lekarz ten – wtrącił Lebrun nawiasem – jest to starzec prześladowany przez Fakultet za swoje zapatrywania jeszcze od czasów Mesmera; ma siedemdziesiąt lat z górą i nazywa się Bouvard. Jest to dziś patriarcha nauki o magnetyzmie zwierzęcym. Poczciwiec ten był dla mnie niby ojciec, zawdzięczam mu wszystko.) Zatem stary i czcigodny Bouvard ofiarował się dowieść mi, że siła nerwowa, wprawiona w stan czynny przez magnetyzera, nie jest nieskończona, człowiek bowiem podlega określonym prawom, ale zachowuje się jak siły przyrody, których bezwzględne zasady uchodzą naszym obliczeniom. „I tak – powiadał – jeżeli zechcesz podać swą dłoń dłoni medium, które w stanie normalnym nie ścisnęłoby jej poza granice pewnej dającej się ocenić siły, przekonasz się, iż w stanie tak głupio nazywanym somnambulicznym palce jej będą miały siłę obcęgów dzierżonych dłonią ślusarza!”Otóż, proszę pana, skoro włożyłem rękę w dłoń kobiety, nie uśpionej (…), ale izolowanej, i kiedy starzec rozkazał tej kobiecie, aby mi ścisnęła rękę z całej siły, musiałem prosić o przerwanie doświadczenia, gdyż krew miała mi trysnąć z palców. Lekarz streszcza tutaj jedną z tez Franza Antona Mesmera (1734–1815) dziewiętnastowiecznego twórcy koncepcji magnetyzmu zwierzęcego i sposobów leczenia przy pomocy urządzenia nazywanego baket (parapathos), czyli wanny wypełnionej różnymi materiałami magnetyzującymi, od wody, poprzez piasek, kamienie a nawet żużel kowalski. Mesmer uważał, że w każdym organizmie istnieje „fluid uniwersalny”, zaś oddziałując na niego można wpływać na stany chorobowe pacjenta. Przeprowadzał zabiegi mające na celu przeniesienie siły magnetycznej na chorego. Komisje lekarskie w Paryżu i Berlinie, w 1784 roku uznały jego teorię za pozbawioną podstaw naukowych i odrzuciły ją. Nie przeszkodziło to różnorakim romantykom w bajdurzeniu na temat mesmeryzmu i zjednywaniu w ten sposób sobie pięknych kobiet, żeby wspomnieć tylko Widowisko I cz. Dziadów i zapewnienie Dziewicy: W przyrodzeniu, powszechnej ciał i dusz ojczyźnie,/ Wszystkie stworzenia mają swe istoty bliźnie:/ Każdy promień, głos każdy, z podobnym spojony,/ Harmoniją ogłasza przez farby i tony;/ Pyłek [każdy] błądzący śród istot ogromu,/ Padnie w końcu na serce bliźniego atomu. Na te teorie dała się też złapać zakochana w Antonim Malczewskim Zofia Rucińska, która ubzdurała sobie, że tylko przy poecie czuje się dobrze, chłonąc nieustannie jego „magnetyzm”. Skończyło się to głośnym romansem, potem próbami ucieczki nieszczęsnego kochanka, a wreszcie jego przedwczesną śmiercią.

Samobójstwo Lucjana, il. Gaston Bussière

Samobójstwo Lucjana, il. Gaston Bussière

Najcenniejsze w powieściach Balzaka są opisy patologii różnych, często przeciwstawnych, środowisk społecznych. Okazuje się, że arystokraci niewiele różnią się od przestępców i kanalii, a głupota niektórych z nich (np. barona de Nucingen) jest porażająca. Dla zdobycia fortuny, dla pozyskania pięknej kochanki, dla uzyskania jakiegoś tytułu lub zaszczytu, tacy ludzie gotowi są siać wokół siebie zniszczenie, korzystać z usług płatnych morderców, posługiwać się kłamstwem, szantażem i prowokacją. Ludzkie życie i uczucia takich aniołów jak Esterę Van Gobseck nie mają znaczenia, bo wciąż toczy się walka o dobrą partię, o pozyskanie posagu, o pieniądze chciwych bankierów, hrabin, margrabiów i lichwiarzy. Pasja twórcza francuskiego pisarza nie zawsze dawała dobre efekty, a powieści pisane w celu pozyskania nowych funduszy i spłaty długów, często ulegały spłyceniu, przestawały być prawdopodobne. Rację zatem ma Erich Auerbach, gdy wskazuje, że Balzak w całym swym dziele (…) odczuwał najróżnorodniejsze milieu jako pewną organiczną, ba, demoniczną nawet jedność i wrażenie to próbował narzucić czytelnikowi. Nie tylko, jak Stendhal, umieszczał on ludzi, których losy opowiadał z powagą, w pewnych dokładnie określonych współczesnych ramach społecznych – ale ponadto związek ten traktował jako konieczny; każda przestrzeń życiowa przekształca się u niego w pewną atmosferę zmysłową i moralną, nasycającą krajobraz, mieszkanie, meble, sprzęt, ubiory, ciała, usposobienia, charaktery, sposób bycia, stosunki międzyludzkie, działalność i losy ludzi, przy czym ogólna sytuacja współczesna pojawiała się z kolei znowu jako pewna ogólna atmosfera obejmująca wszystkie poszczególne przestrzenie życiowe. Jest przy tym rzeczą godną odnotowania, że najlepiej i najautentyczniej udało mu się to w odniesieniu do kręgów średniego i drobnego mieszczaństwa Paryża oraz prowincji, podczas gdy sposób przedstawienia eleganckiego towarzystwa bardzo często sprawia tu wrażenie melodramatyczne, nieprawdziwe, a niekiedy i mimo woli groteskowe. Również w odniesieniu do innych środowisk Balzak nie jest wolny od melodramatycznej przesady; gdy jednak w obrazach sfer niższych i średnich przesada ta jedynie rzadko przynosi uszczerbek autentyzmowi całości, w obrazach życia wyżyn – także wyżyn duchowych – pisarz nie był w stanie stworzyć atmosfery prawdziwej. (E. Auerbach, Mimesis, Rzeczywistość przedstawiona w literaturze Zachodu, t. II, przeł. Z. Żabicki, Warszawa 1968, s.297) Pamiętając o tych usterkach Komedii ludzkiej, przyznać jednak trzeba, że efekt końcowy jest wspaniały – to wielka galeria ludzkich typów, charakterów, osobowości, to katalog zachowań skrajnych i zwykłych, najprawdziwszy obraz Francuzów w wieku dziewiętnastym. Dziwna jest właściwość tych powieści, w których czytelnik zanurza się niczym w błotnistym jarze, a potem – po lekturze – wychodzi z niego oczyszczony, pokrzepiony i wzmocniony. I czujny, gdy spotyka na swojej drodze nową kanalię, inne wcielenie Herrery, Oży-Śmierci, Vautrina…

PROWINCJONALNY POETA

honore-de-balzac-015

Lektura powieści Honoriusza Balzaka pt. Stracone złudzenia to przedsięwzięcie czasochłonne i wymagające od czytelnika sporej wiedzy o Francji w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku. Historia bawidamka, pięknisia i niezrównoważonego emocjonalnie Lucjana de Rubempré ukazuje zawiłości życia na prowincji i w Paryżu, przede wszystkim odsłaniając matactwa i intrygi w środowisku dziennikarskim i prawniczym. Autor naszkicował cały ciąg postaci, których nie można uznać za uczciwe, wielkoduszne czy prostolinijne, raczej mamy tutaj do czynienia z osobami złamanymi przez życie, intrygantami, oszustami, kabotynami, lowelasami i małymi cwaniakami. Wszystko kręci się wokół wszechwładnego pieniądza, wszystko ma jeden cel – wzbogacenie się i dotarcie na szczyt drabiny społecznej. Chodzi też o zapewnienie sobie jak najlepszych warunków egzystencji, a w przypadku osiąganego przepychu, elegancji ubiorów i nawiązania nowych znajomości, oczarowania różnych środowisk. Balzak pokazuje mechanizmy oceny ludzi takich jak Lucjan, wchodzących do „elity” intelektualnej Paryża i próbujących zrobić karierę w branży drukarskiej, literackiej albo  dziennikarskiej. Pierwszym warunkiem jest znakomita prezencja, ubiory od najlepszych krawców, buty od modnych szewców, nakrycia głowy od wziętych kapeluszników, nie bez znaczenia jest też tutaj uroda ludzka. Bohater powieści, oszukany przez Luizę, wielką damę z prowincji, szybko zaczyna funkcjonować w środowisku ludzi pióra i bez wahania godzi się być tendencyjnym recenzentem, autorem intryganckich paszkwilów, aż w końcu odważa się też zmienić zapatrywania polityczne i z obozu liberalnego przechodzi pod sztandary rojalistów. Pchany do przodu przez powodzenie, kontemplowany przez kolegów i czytelników ze środowisk arystokratycznych, nie zdaje sobie sprawy, że na tym jego możliwości się kończą. Jeszcze raz negatywną rolę odegra wspomniana wyżej Luiza, a porażka będzie tym dotkliwsza, że mniej więcej w tym samym czasie umrze paryska miłość Lucjana – słodka i naprawdę kochająca go aktoreczka – Koralia. Paryż nie ma litości dla naiwnych marzycieli, wyszydza poetów i nie pozwala zbyt szybko osiągnąć sukces, bezkarnie zdobyć laury i pieniądze. Taki odważny, utalentowany człowiek natychmiast staje się wrogiem publicznym i wielu zawistników, przedstawicieli obozów przeciwnych i niby z nim zaprzyjaźnionych, zaczyna przemyśliwać, jakby tu go urządzić? Lucjan rozrywany towarzysko, komplementowany za urodę i wdzięk osobisty, nie rozumie, że pętla na jego szyi coraz bardziej się zaciska. Nie pomogą szaleńcze próby gry w kasynie, nic nie dadzą chwilowe pożyczki i zastawianie sprzętów, bo logika upadku zawsze jest taka sama – to najpierw powolne, a potem coraz szybsze zsuwanie się w dół, ku ruinie finansowej i mentalnej.

balzaclostillusions02

Buduar pani de Bargeton, il. Adrien Moreau, 1837

Przeciwieństwem Lucjana jest Dawid Séchard, wieloletni serdeczny przyjaciel – a potem po ślubie z jego siostrą Ewą – szwagier. W pierwszej części powieści akcja toczy się w Nowej Akwitanii, w prowincjonalnej mieścinie Angoulême, gdzie Dawid kupuje drukarnię od swojego ojca, straszliwego sknery i naciągacza, który nie waha się oszukiwać i mamić syna. Lucjan mógłby być wspólnikiem przyjaciela i wypracować sobie z czasem dobra pozycję życiową, ale czuje się uwięziony na prowincji. Stając się obiektem zainteresowań bogatej, dobrze sytuowanej mężatki Anais de Bargeton, przyjmuje jej propozycję wspólnej ucieczki do Paryża, gdzie miałaby rozkwitnąć ich miłość, na razie platoniczna i pełna konwenansów. Tam jednak spotyka go bolesne rozczarowanie, bo chciwa tytułów i poklasku arystokracji Anais (nazywana też Luizą) rzuca go bezceremonialnie i daje mu do zrozumienia, że nie życzy sobie kontaktów z osobą tak mizernego pochodzenia. W tym samym czasie Dawid oświadcza się Ewie, a po przyjęciu, żeni się i próbuje wraz z nią budować życie rodzinne. Ale tak jak Lucjan ma obsesję łatwego wzbogacenia się i zrobienia kariery, tak jego druh zostaje owładnięty ideą wynalezienia taniego papieru. I jedna i druga droga została obwarowana licznymi cierpieniami, rozczarowaniami, narastaniem długów i kłopotów w sferze kontaktów interpersonalnych. Koniec końców Lucjan fałszuje podpis przyjaciela na wekslach i powoduje ciąg nieprzewidywalnych wydarzeń, których finałem jest uwięzienie niewinnego człowieka. To za sprawą nieudolności Lucjana Dawid staje się igraszką bogatych konkurentów i dwulicowego prawnika, który wykorzystuje instrumentalnie wszystkich klientów. Balzak pokazuje ile niebezpieczeństw czyha na ludzi z wielką inwencją, jak łatwo stają się oni „łupem” różnorakich ludzkich hien i lampartów. Powieść kończy się dość naciąganym happy endem, wydobyciem się Dawida i jego żony z długów i znalezieniem przez Lucjana bogatego protektora, ale zanim do tego dojdzie francuski pisarz odsłoni przed czytelnikami ogromne pokłady ludzkiej podłości. Trudno się dziwić, że powieść ta, a szczególnie pisana w latach 1832–1839, część środkowa pt. Wielki człowiek z prowincji w Paryżu, spotkała się ze zjadliwą krytyką, szczególnie romantyków. Panował już przecież wtedy we Francji kult wielkich poetów, głosicieli prawd uniwersalnych, tak pompatycznie sportretowanych w utworach, prawie rówieśnika Mickiewicza – Alfreda de Vigny’ego. Szukano wtedy nowych autorów na miarę Waltera Scotta i Lorda Byrona, fascynowano się utworami Hugo, Goethego i Schillera, trudno zatem było zaakceptować postaci tak rozchwiane, nastawione na tani poklask i zysk jak Lucjan de Rubempré. Nie zważając na krytykę i złośliwości przeciwników, Balzak uważał Stracone złudzenia za centralną część swojej ogromnej Komedii ludzkiej, w skład której wchodzi ponad sto trzydzieści utworów (85 ukończonych, reszta w formie notatek, projektów i fragmentów). Pojawia się w niej ponad dwa tysiące postaci, często powtarzających się i stanowiących jakby rodzaj wyselekcjonowanego społeczeństwa francuskiego, ocenianego bezlitośnie i krytykowanego za różnorakie przywary.

Ewa i Dawid Sechard, il. Adrien Moreau, 1843

Ewa i Dawid Sechard, il. Adrien Moreau, 1843

Nie brak też na kartach powieści Balzaka postaci świetlanych, jakby wyraziście antytetycznych w stosunku do ludzi zagubionych, wyrachowanych, do chciwych kanalii i zimnych szubrawców. Taką postacią niewątpliwie jest siostra Lucjana i żona Dawida – przepiękna i subtelna Ewa. Jakże różni się jej natura od brata, jak czułą i prawdziwą miłością otacza swojego męża, biorąc się nawet do pracy w drukarni i zapewniając mu wolny czas na eksperymenty papiernicze. Rodząc dzieci i zajmując się domem staje się w powieści Balzaka symbolem macierzyństwa i oddania, prawdziwego humanizmu i mądrej walki o swoje ideały. Lucjan, otrzymawszy ogromna pomoc od siostry i brata, zmarnuje wszystko, a potem ucieknie się do oszustwa, o którym ich świętoszkowato poinformuje, wyrażając udawaną troskę o dalszy ciąg sprawy. Codzienne zmartwienia Ewy związane odtąd będą z narastającymi długami, które zostaną zlikwidowane dopiero po śmierci chciwego ojca Dawida. Zanim jednak do tego dojdzie małżeństwo przeżyje prawdziwe piekło intryg konkurencji i jej adwokata, udającego przyjaciela tak straszliwie doświadczonej pary. Na szczęście jego dążenie do własnej korzyści spowoduje, że będzie on grał także przeciwko konkurentom Dawida, a dodatkowo sytuacje uratuje piętnaście tysięcy franków niespodziewanie przesłanych przez Lucjana, który zaprzeda się tajemniczemu hiszpańskiemu kanonikowi Karlosowi Herrerze. Tutaj kłopoty się nagle kończą i dobra kobieta może poświęcić się matce i swoim dzieciom, a biorąc na swoje barki prowadzenie domu i uprawę wina w nowej posiadłości, zapewnić Danielowi spokój niezbędny do harmonijnego rozwoju. Szybko też pojawia się u niego nowe zainteresowanie, tym razem entomologiczne, pozwalające się cieszyć nieustannym kontaktem z naturą i różnorodnością skrytych w niej światów. Choć krytycy wskazywali nierealność postaci Ewy, choć jej cukierkowość budziła niedowierzanie, pewnym jest, że takie istoty pojawiały się w rozwydrzonej Francji pierwszej połowy dziewiętnastego wieku. Te natury skrzywdzone, a nie mające w sobie energii niezbędnych do walki, usuwały się i skrywały w jakichś samotniach, godząc się z kolejnymi ciężarami i biorąc je za immanentna cechę życia. Szczęśliwie Ewa i jej matka szybko zaczynają rozumieć jak negatywną rolę odgrywał w ich życiu Lucjan i przestają bezkrytycznie go chwalić, wspomagać, a w to miejsce pojawia się łagodna, ale też i stanowcza krytyka. Miotając się pomiędzy, znowu nim zainteresowaną Luizą, a swoją rodziną, Lucjan nie widzi innego wyjścia jak popełnienie samobójstwa. Pisze dramatyczny list do siostry i już gotowy jest rzucić się do głębokiego jeziora, gdy nagle pojawia się przy nim wspomniany wyżej kanonik, niby kierujący się chrześcijańskimi nakazami wiary i miłosierdzia, ale też – jak mówi – realizujący program ateisty nad ateistami, czyli Woltera. To końcowe przyspieszenie akcji Straconych złudzeń jest najmniej prawdopodobne, motywowane zapewne ogromnymi rozmiarami powieści i chęcią zamknięcia całości w efektowny sposób. Oczywiście takie sytuacje także miały miejsce i trudno się dziwić ludziom żyjącym w tamtych czasach, że z taką niecierpliwością czekali na cud lub należne im spadki po rodzicach lub innych członkach rodzin.

Rękopisy Straconych złudzeń - prawdziwa katorga dla korektorów

Rękopisy Straconych złudzeń – prawdziwa katorga dla korektorów

Do uwag krytycznych dorzucić trzeba pretensje o rozwlekłość prozy Balzaka, którą z łatwością można by skrócić, wyrzucając choćby finansowe wykazy, opisy środowiskowe, listy itp. Ale przecież taka właśnie jest sztuka pisarska tego autora, słusznie łajanego przez tłumacza jego dzieł Boya-Żeleńskiego za nierówność. Pamiętajmy jednak, że nikt nie pisze kilkuset powieści dla samej przyjemności obcowania ze słowem, a Lucjan ma wiele cech samego Balzaka, który po śmierci także pozostawił po sobie spore długi. Spłaciła je dopiero jego kochanka, a potem żona, polska szlachcianka Ewelina Hańska, zresztą po śmierci pochowana w jednym grobie z pisarzem, na cmentarzu Père-Lachaise. Wiele utworów francuskiego realisty powstało w celu spłacenia doraźnych obciążeń finansowych – pamiętajmy też, że znajomość realiów interesu drukarskiego w Straconych złudzeniach także nie wzięła się znikąd, gdyż pisarz próbował w taki sposób zarabiać pieniądze, a po klęsce, spłacał długi do końca życia. Tak jak William Faulkner i wielu innych, później żyjących powieściopisarzy, Balzak brał zaliczki na jeszcze nie napisane utwory, a potem naciskany przez wierzycieli, szybko pisał kolejne tomy Komedii ludzkiej. Ciężko doświadczony przez życie jako dziecko i młodzieniec, nie kochany przez matkę, wychowywany przez obcych ludzi, francuski prozaik i dramaturg, szybko zdobył wiedzę na temat ludzkich przywar i podłości, a błyskotliwość umysłu pozwoliła mu zorientować się w realiach różnych środowisk, od stanu duchownego, poprzez arystokrację, prawników, obszarników ziemskich, aż do biedoty i najdotkliwiej potraktowanych przez życie kloszardów. Jakże przewrotne bywa życie ludzi pióra, jak niesprawiedliwe dla geniuszy, klepiących biedę przez całe życie, a potem dających zatrudnienie tysiącom drukarzy, pracownikom wydawnictw, krytykom, naukowcom itd. Gdyby Balzak dostał choćby jeden procent z kapitału, który na całym świecie wypracowały jego powieści, byłby milionerem i opływałby w zbytki jakich pragnął jego rozchwiany osobowościowo bohater, Lucjan de Rubempré. Jak powszechnie wiadomo śmierć staje się elementem chwały pisarskiej i dopiero wtedy zaczyna się sprawiedliwie oceniać utwory, ważyć kolejne cykle, patrzeć na zamkniętą całość dorobku autorskiego. Zresztą to samo przydarzało się wielkim kompozytorom, malarzom, rzeźbiarzom i architektom, a i współcześni artyści – w pewnym momencie krezusi – popadają w straszliwe kłopoty, tak udanie opisane już przez Balzaka. Jakie przesłanie wyłania się ze Straconych złudzeń i czego ten utwór może nauczyć współczesnego czytelnika? Przede wszystkim wiary we własne siły i nieufności w kontaktach ze środowiskami opiniotwórczymi i prawniczymi, które myślą tylko o własnej korzyści i pragną wycisnąć od potencjalnych klientów jak najwięcej pieniędzy. W tym względzie nic się nie zmieniło i na początku dwudziestego wieku moglibyśmy wskazać wiele postaci balzakowskich i opisać ogrom sytuacji przypominających te z jego powieści.

XIR227263 Honore de Balzac (1799-1850) on his Deathbed, 15th August 1850 (oil on canvas) by Giraud, Emile (1825-92) oil on canvas Musee des Beaux-Arts et d'Archeologie, Besancon, France Lauros / Giraudon French, out of copyright

Emille Giraud  (1825-92) – Balzac na łożu śmierci w 1850 roku

FATALNE TORY

978-83-8083-302-9Życie ludzkie niesie wiele zaskakujących zdarzeń i często generuje absurdalną grozę, stawia wymagania, którym nie sposób sprostać. Szczególnie w młodym wieku pojawia się wiele zagrożeń, którym człowiek nie potrafi się przeciwstawić, tym bardziej, gdy zdaje mu się, że znikąd nie otrzyma pomocy. Próbuje wtedy podejmować jakieś decyzje, coś postanawia, coś próbuje wymyślić, ale najczęściej wpada w jakąś pułapkę, traci nieopatrznie to, co najcenniejsze – zdrowie albo nawet życie, spokój psychiczny i możliwość normalnego rozwoju, założenia rodziny i radości z wydarzeń w jej obrębie. Gdy dochodzi do rozstrzygnięć ostatecznych ludzie zastanawiają się, jak mogło dojść do takiego splątania zdarzeń, w jaki sposób nieszczęśnik albo nieszczęśniczka, znaleźli się w martwym punkcie, z którego nie było już odwrotu. I dlaczego nie zwrócili się o pomoc do tych, którzy kochali ich najbardziej – nie poprosili o wsparcie w trudnym momencie i tym samym uruchomili lawinę, której nie udało się zatrzymać. Zawsze można znaleźć wyjście z trudnej sytuacji, zawsze znajdzie się ktoś, kto wyciągnie pomocną dłoń – trzeba tylko w to wierzyć i uczynić jakiś ruch. Niestety, zanim młody człowiek to zrozumie i zbuntuje się przeciwko własnej bezczynności, mija sporo czasu i zdarzenia, jedno po drugim, odsuwają od niego rozwiązanie. Szczególnie dziewczęta mają problem z podjęciem decyzji i potrafią długo tkwić w marazmie, w sytuacji tragicznej, w bezwolnej akceptacji, w tępym bólu. Inaczej nie byłoby tylu prostytutek w świecie zachodnim, nie znajdowano by tylu martwych ciał w anonimowych grobach i nie opisywano by tylu mrożących krew w żyłach, nieprawdopodobnych historii.  Pragnienie zarobienia pieniędzy i zrobienia błyskawicznej kariery bywa jak narkotyk i odbiera rozum, każe wierzyć, że kiedyś nadejdą lepsze dni i wszystko znajdzie szczęśliwy finał. Ale jakże często pomoc nie nadchodzi, szare dni są podobne do siebie, a tylko sen daje ukojenie, tylko zgaśnięcie świateł jest obietnicą zmian.

Proza Bożeny Heleny Mazur-Nowak ukazuje zdarzenia i sytuacje tragiczne, kończące się najczęściej śmiercią bohaterek. Ale są to opowiadania mówiące o życiu bez ogródek – to narracje chwytające za serce i powodujące, że czytelnik staje się mimowolnym uczestnikiem fatalnych zbiegów okoliczności i splątania różnych życiorysów. Nic już nie można zrobić, niczego nie da się „odkręcić” – mamy do czynienia ze straszną wymową faktów i nieodwracalnością losów. Dziewięć biografii kobiet ukazanych tutaj zostało językiem prostym, zbliżonym do narracji reporterskiej, ale za każdym razem mamy też do czynienia z lekkim pogłębieniem psychologicznym. Autorka nie ocenia swoich bohaterek, nie próbuje dramatyzować, nie wplata do kolejnych historii natrętnego dydaktyzmu. Raczej przywołuje suche fakty i tak prowadzi narrację, że czytelnik szybko zaczyna czuć sympatię do kobiet, obdarza je ogromnym kredytem zaufania. Niestety za każdym razem mamy do czynienia z tragicznym końcem, z pechowym zbiegiem okoliczności, z nieoczekiwanym rozwiązaniem. Ludzie tworzą sobie często ułudę życia szczęśliwego, próbują oszukiwać samych siebie i przekonywać otoczenie, że są spełnieni. Gromadzenie dóbr, odwiedzanie egzotycznych miejsc, radość z rodzących się dzieci ma oddalić to, co bywa ludzką zmorą. Nikt wszakże nie jest w stanie przewidzieć jak rozwinie się psychika nawet najszczęśliwszego dziecka, nikt nie może zagwarantować, że czuli kochankowie będą ze sobą po dwudziestu, trzydziestu albo pięćdziesięciu latach. Niestety pośród milionów ludzi, którzy budzą się codziennie rano, pośród tych, którzy wyruszą ku różnorakim celom, będzie wielu takich, co nie doczekają nocy. Autorka ukazuje kilka kobiet, które znalazły się na fatalnych torach, prowadzących do zderzenia ze śmiercią – jakże nieoczekiwaną i absurdalną w obliczu wcześniej snutych planów i wielkich marzeń.

Czy można tutaj mówić o przeznaczeniu? Czy nie było sposobu, by powstrzymać narastające nawarstwienie negatywnych elementów? Trudno to rozstrzygnąć, tym bardziej, że mamy do czynienia z biografiami przedstawicielek różnych klas społecznych, odmiennych zawodów i przestrzeni geograficznych. Za każdym razem ludzka próba bytu kończy się tutaj klęską, a wymowa faktów nie pozostawia złudzeń, że jakiekolwiek zabiegi ratownicze nic by nie dały. Zapewne proza Bożeny Heleny Mazur-Nowak spotka się z żywiołowym odbiorem, szczególnie tych czytelników, którzy uznają, że nie daje ona żadnej nadziei i ukazuje życie w jego najdramatyczniejszych przejawach. Stale pokutuje tandetne rozumienie literatury, jako dostarczycielki rozrywki, prezentującej świetlane, anielskie przestrzenie. Tacy odbiorcy nie powinni brać do ręki tych opowiadań, bo przecież bliższe one są krwi i bolesnej ranie niż jasnym, trefionym lokom cherubinów – bliższe są cierpieniom i lamentom, nieustannie wydobywającym się z gardeł ludzkich, niż zachwytom nad pięknem i łagodnością życia w sielskiej scenerii. Powodem odrzucenia tych opowiadań może też być styl narracji, jakże łagodny, spokojny, bez niepotrzebnych wzmocnień językowych czy fabularnych – styl, który mógłby się pojawić przy opisie anatomicznym jakiegoś pięknego przedmiotu, rośliny, może osoby. Ale przecież tak to zostało pomyślane… – mamy tutaj do czynienia z anatomicznym opisem ludzkich tragedii, obcujemy z realizmem śmierci i nieoczekiwanego rozwiązania. Jeśli znajdą się czytelnicy, którzy odrzucą tę prozę, to znajdą się też i tacy, którzy uznają ją za wartościową próbę prawdziwego opisu egzystencji ludzkiej i tego, co może się w niej wydarzać. Dla tej drugiej grupy opowiadania te będą rodzajem przestrogi i subtelną prośbą o refleksję i przystanięcie na chwilę w biegu. Wszystko w ludzkim świecie jest przemijalne i wszystko kończy się w przeznaczonym miejscu, w grobie, pośród fal, albo gdzieś, gdzie nikt nigdy nie zagląda. Wszystko ma wymiar chwilowy, fragmentaryczny, ale widzimy to wyraźnie dopiero w obliczu tragedii, przy nieoczekiwanym zwrocie akcji – w chwili absurdalnego odejścia osoby, która mogłaby jeszcze wiele zrobić pośród innych ludzi. Dopiero wtedy…  mówi autorka ściszonym głosem, dopiero wtedy… przypomina pełnym bólu szeptem.

___________

Bożena Helena Mazur-Nowak, Przerwane życie, Novae Res, Gdynia 2016, s. 122.

 

LUDZKOŚĆ W OBRAZACH (XX)

Rafael Santi - Autoportret (1509) INV. 1890 - n° 1706

Rafael Santi – Autoportret (1509)

Rafael Santi urodził się i zmarł tego samego dnia 6 kwietnia, przeżywszy zaledwie trzydzieści siedem lat. Pozostawił jednak po sobie ogromny dorobek i zyskał nieśmiertelną sławę, stając w jednym szeregu z największymi geniuszami włoskiego renesansu – Leonardem da Vinci i Michałem Aniołem. Gorgio Vasari pisał o nim w swym monumentalnym dziele pt. Żywoty najsławniejszych malarzy, rzeźbiarzy i architektów: Jak dalece niebo okazało się szczodre i błogosławione, obdarzając łaskawie tylko jednego człowieka swymi skarbami, dzielonymi przez wieki między wielu, to właśnie widzi się w osobie świetnego i pełnego wdzięku Rafaela Sanzio z Urbino. Natura obdarzyła go hojnie wszystkim, co cenne. Był skromny i uprzejmy, jak to spotyka się u ludzi szlachetnych. Łączą oni piękne zalety z wdzięczną uprzejmością, stosowaną miło i chętnie wobec każdego i w każdej okoliczności. Z Rafaela natura uczyniła ludzkości dar; zniewolona przez sztukę Michała Anioła, dzięki Rafaelowi zabłysnąć mogła i sztuką i pięknymi obyczajami. (G. Vasari, s. t. 4, s. 124) Tworząc dziesiątki biogramów artystów od wieku XIII do XVI, wielokrotnie wskazywał jak porywczy bywali artyści i jak skomplikowane mieli życiorysy. Tutaj jednak podkreślał coś innego i jakże wzniosłego: W Rafaela osobie, przeciwnie, właśnie jasno objawiły się rzadkie zalety ducha razem z wdziękiem, nauką, pięknem i umiarkowaniem, razem z najlepszymi obyczajami, tak że wystarczyłoby, by zakryć jakąkolwiek wadę, choćby dużą, i każdy, choćby największy błąd. Na pewno można powiedzieć, że ci którzy posiedli tak cenne dary, jakie widziało się u Rafaela, nie są zwyczajnymi ludźmi, lecz są (o ile tak można powiedzieć) śmiertelnymi bogami. Jeśli zaś na ziemi zyskali godne imię dzięki swym pracom, mogą słusznie spodziewać się w niebie nagrody godnej ich trudów i zasług. (G. Vasari, tamże.) Nie przeszkadzało współczesnym, że Rafael był bardzo kochliwy i lubował się w nieustannych, żywiołowych romansach z pięknymi kobietami. Ta jego cecha, mająca zapewne związek z rozbuchaniem młodzieńczych hormonów, powodowała, że żył jakby w nieustannej ekstazie, korzystając z zalet swej niezwykłej, nieomal chłopięcej urody. Wielki talent dał mu pieniądze i sławę, a wokół takich ludzi zawsze kręciły się kobiety, pragnące dobrze ulokować depozyt swojej przemijającej urody. Ileż sprzecznych myśli pojawiło się w mojej głowie, gdy stanąłem przy grobie tego geniusza, z jego woli umiejscowionym w starożytnym, rzymskim Panteonie? I jakże byłem dumny z tego człowieka, który stając w jednym szeregu z największymi mistrzami epok starożytnych, potwierdził swoim życiem, że geniusz ludzki jest nieśmiertelny, a wielkie dzieła tworzą ludzie cieleśni, ułomni, mający swoje słabostki, ale też nieustannie podążający ku doskonałości.

la_donna_velata_v2a

Spośród wielu portretów Rafaela, uwagę przyciągają dwie prace, przedstawiające tę sama kobietę, prawdopodobnie jego namiętną, rzymską kochankę. To zapewne Margherita Luti, którą obarcza się odpowiedzialnością za liczne swawole Rafaela i w konsekwencji, jego przedwczesną śmierć po jednej z uczt, a potem – gdy się źle poczuł – po pechowym, znacznie osłabiającym go, upuszczeniu krwi. Malarze renesansowi do mistrzostwa opanowali przedstawianie subtelności ludzkiego ciała i tutaj także mamy do czynienia z istotą, która jakby stworzona została do dotyku i pieszczoty. Ma piękne, czarne włosy, spięte zapinkami z perłami i głębokie, takież same, tajemnicze oczy, które mają w sobie coś z delikatności dziecka, ale też jakby lekki odcień skrywanej lubieżności, nieustannego oczekiwania na kochanka. Rafael uchwycił moment, gdy Margherita, dumna ze swych wdzięków i bogatego stroju, na chwilę zdjęła wzrok z malarza i zatopiła się w rozmyślaniu, jakby wnikliwym rozważaniu tajemnicy istnienia. Osoba ta jest zagadkowa i równie dobrze można by ją było uznać za Madonnę, bogatą patrycjuszkę, albo metresę jakiegoś zamożnego władcy, księcia lub kardynała. Muślinowy welon ma podkreślać kruchość, ulotność i czystość tej kobiety, a jedwabna suknia, pełna fałd i lśnień ma zdobić ją i tworzyć kontrast dla niewinnej twarzyczki. Wszystko w niej zdaje się mieć miniaturowy wymiar – niewielkie czoło, kształtny nos, a nade wszystko subtelne usta, jakby stworzone do czułego całowania, a przy tym piękna broda i odsłonięte, dokładnie wyprofilowane ucho. Szyja i piersi tej niewiasty czekają na dotknięcia męskich ust, a ich niezwykłą plastyczność podkreślają złote hafty na gorsecie, najwykwintniej wylewające się na ramionach. Całość została dopełniona przez drogocenną, złotą biżuterię z topazami lub agatami i wstążeczki ze złotymi, stożkowymi koralikami na końcach. Prawa dłoń, oparta na piersiach, w asocjacji z lewą, symbolizują  zamknięcie i skromność, a zarazem są potwierdzeniem kruchości pięknego kwiatu, który nieustannie musi być otaczany opieką i miłością. Trudno się dziwić, że artysta tak znający się na pięknie, zainteresował się tą damą, a potem pozostawił ludzkości jej przedstawienie, mogące rywalizować z największymi dokonaniami sztuki portretowej w dziejach malarstwa. Zwykle malarze, przedstawiający na płótnach swoje kochanki, pragnęli uwiecznić na nich ich urodę, ale zdarzało się też, że wplatali do swych dzieł jakiś tajemny kod – im tylko znany i przez nich tylko rozszyfrowywany. Tutaj mamy niewątpliwie do czynienia z pochwałą subtelności i delikatności modelki i jakby czułą pieszczotą pędzla, dotykającą miłośnie płótna, potwierdzającą, że to, co wydarzyło się między nimi miało w sobie coś z powabu i tajemnicy wieczności.

fornarina1

Drugi portret Margherity Luti, jeśli to z nią mamy rzeczywiście do czynienia, różni się znacznie od opisanego wyżej. Mamy tutaj wszakże do czynienia z półaktem tej samej kobiety, co łatwo można zauważyć, porównując włosy z taką samą zapinką z perłą, oczy, usta, a nawet rysunek dłoni. Widoczny jest też niewielki postęp czasu, jakby niewiasta wydoroślała i utraciła cechy dziecięce, jakby stała się pewniejsza siebie, znaczniej doświadczona przez życie. Może nawet – co sugerują niektórzy historycy sztuki – ukrywa pod uniesioną materią guza nowotworowego, prawdziwe przekleństwo kobiet wszystkich czasów. Skóra jest ta sama, ten sam rysunek szyi, ale odsłonięte piersi nie prezentują się zbyt imponująco, choć sutki są bardzo subtelne i niezwykle pociągające. Obraz określa się jako La Fornarina, a jego wykonanie datuje się pomiędzy 1518 a 1520 rokiem, tuż przed śmiercią artysty, na co wskazuje szkicowość niektórych partii, zmodyfikowanych przez pomocnika Rafaela – Giulio Romano. Kobieta ukazana została w nocy, na tle mirtu, krzewu bogini Wenus, opiekunki prawdziwej miłości i namiętności, uczuć najpiękniejszych i najgorętszych. Zastanawia tutaj owo orientalne nakrycie głowy, ale to nie jedyna zagadka, wszakże pod przejrzystym muślinem widać wyraźnie, że kobieta ma wydatnie zaznaczony brzuch, co może sugerować dobrobyt albo ciążę. Czy La Fornarina nosiła w sobie dziecię Rafaela, o którym nie wspominają biografowie, a może to tylko znak dobrego apetytu i postępujących lat, wyraziście uzewnętrzniony przez kochanka? Ciekawe są też oczy, które tutaj stały się jakby nieco za duże, świadczące o trudach życia, a może – jak u wielu Włoszek – stające się po latach lekko „wyłupiaste”. Wskazuje się też na nienaturalność pozy i oświetlenia modelki, jakby sztucznie wydobytej z mroku przez umieszczone przy niej świece, co potęguje wrażenie specjalnego, studyjnego ustawienia. Także ułożenie ust jest nienaturalne, jakby kobieta dopiero co spytała się Rafaela, czy dobrze się ustawiła, a potem – być może po potwierdzeniu – uśmiechnęła się do niego. Nad przedstawieniem tym unosi się aura zgody, radości z obcowania ze sobą, która otaczała Rafaela, a którą tak opisywał Vasari: Poza dobrodziejstwami, jakimi obdarzył sztukę, rozmiłowany w niej, nauczył nas życiem swym, jak się współżyje z ludźmi wysokiego, średniego i niskiego stanu. (…) Jeżeli tylko inni mistrzowie czy pomocnicy pracowali w towarzystwie Rafaela, to żyli zgodnie, pojednani, tak iż wszystkie złe i niskie myśli opuszczały ich. Taka jedność zdarzała się tylko w jego towarzystwie. A zdarzała się dzięki jego wielkiej uprzejmości i naturalnej łagodności. (G. Vasari, tamże, s. 160.) Obraz jest zapisem pięknej chwili i patrząc na niego ma się wrażenie, że modelka i artysta, po kolejnej sesji malarskiej, objęli się czule i zapewnili o dozgonnej miłości. A potem odeszli z tego świata, tak jak wszyscy kochankowie, przez chwilę tylko mogący być ze sobą i podlegający prawom ziemskiej ostateczności. Tylko dzięki geniuszowi Rafaela czas został zatrzymany, a wizualność i piękno La Fornariny przetrwała już blisko pięć stuleci i trwać będą dalej w cyfrowej sieci nieskończoności.

KRWAWY SPORT

8375063290-horz

Józef Mikołaj Potocki (1862–1922) należał do grona najbogatszych polskich właścicieli ziemskich, a jego koneksje rodzinne sięgały bardzo daleko. Był  przecież synem Alfreda, ordynata łańcuckiego i namiestnika Galicji, wnukiem Romana Stanisława Sanguszki, uczestnika powstania listopadowego, prawnukiem pisarza i archeologa Jana Potockiego, autora Rękopisu znalezionego w Sarragosie. Zasłynął jako kolekcjoner książek, przemysłowiec i fundator kościołów, a nade wszystko jako myśliwy i podróżnik. Po matce – Marii z Sanguszków – odziedziczył ogromne dobra ziemskie w Smołdyrowie, Antoninach i Szepetówce na Wołyniu, co zapewniło mu dostatnie życie i pozwoliło na wizjonerstwo gospodarcze, uwłaszczanie chłopów, zakładanie gospodarstw rolnych, leśnych i rybackich, a także budowę szlaków kolejowych, tworzenie zwierzyńców. Miał też majątki na obszarze południowego Podkarpacia i ogromny pałac w Warszawie, który odrestaurował i zmodernizował. Powiększył znacznie księgozbiór sławucki Sanguszków, a w pałacu w Antoninach zgromadził około 20 tysięcy tomów i wiele dzieł sztuki, które po wojnie polsko-rosyjskiej przeniósł do Warszawy, gdzie niestety uległy zniszczeniu podczas powstania warszawskiego. Opublikował swoje zapiski z wypraw łowieckich do Azji i Wschodniej Afryki: Notatki myśliwskie z Dalekiego Wschodu. Indie, Cejlon (1894, dwa tomy), Notatki myśliwskie z Afryki. Somali (1897), Nad Nilem Niebieskim (1902). Wspierał prace naukowe, między innymi ofiarował dom Towarzystwu Naukowemu Warszawskiemu, którego był protektorem, a w 1911 roku został jego członkiem honorowym. Był przy tym zapalonym myśliwym i starał się nadać temu hobby specjalną oprawę, przygotowując bogate rauty, zapraszając znamienitych gości. Przyjaźnił się między innymi z Wojciechem Kossakiem, który stworzył w swoim charakterystycznym stylu zaproszenie na jubileuszowy sezon polowań w 1909 roku, a także namalował obraz Wyjazd na polowanie w Antoninach. Hrabia zmarł nagle we Francji w 1922 roku, w wyniku licznych ran odniesionych w wypadku samochodowym i został pochowany na cmentarzu w Montrésor.

412971

Niegdyś czytywałem wiele relacji z polowań w egzotycznych krajach, choć szczególnie podobały mi się opowieści o łowach bezkrwawych, dla europejskich ogrodów zoologicznych. Lubiłem też opowieści fotografów, udających się do odległych krain by utrwalać na kliszach krajobrazy i zwierzęta, zamieszczane w osobnych książkach albo w czasopismach geograficznych, takich jak „Poznaj Świat”, „Kontynenty”, „National Geographic”. Zapoznałem się z wieloma sprawozdaniami z polowań w Afryce, Ameryce Północnej i Ameryce Południowej, w krainach lodu i mrozu, w Australii, a także w Europie. Mógłbym przywołać też wielu autorów, znanych i mniej znanych, polskich i obcych, mających swoje miejsce w historii literatury lub kompletnie zapomnianych. Bodajże w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia zapoznałem się bez większego entuzjazmu z relacją Józefa Mikołaja Potockiego z wypraw łowieckich do Indii i na Cejlon. Wynotowałem wtedy fragment, który wiele lat przeleżał w moich papierach, czekając być może na lekturę kolejnej książki tego autora: Ptaków tu jeszcze więcej niż w okolicach Goony, między innymi widzę po raz pierwszy gatunek jarząbka brunatnego koloru z zielonawym piór odblaskiem (Gallopardix spadiceus). Ptak ten w skałach siedzi a gdy go wystraszyć, piechotą ucieka; nigdy nie widziałem, by się zerwał. Anglicy nazywają go spurfowl, od pazurka u łapki w formie ostrogi (spur ostroga). W niektórych kniejach, szczególnie w pobliżu wody, pawi tak dużo, że się zrywają całymi, tak zwanymi bukietami, jak bażanty w parkach. Mnóstwo też kuropatw, frankolinów i czarnych przepiórek. Wszystko to owoc zakazany: »strzelać nie można, bo pantera ruszy« mówi Mahmud Khan. W ostatnim miocie zabawne miałem stanowisko; obława zajęła stok pagórka mimozami zarosłego; gdy naganka dochodziła, zaczęły się z góry sypać jak z worka, dzikie małpy, jedna po drugiej, małe i duże, rozmaitego wzrostu, stare samce z brodami, samice niosące małpki na grzbiecie pocieszny widok! Ze trzydzieści ich koło mnie przedefilowało. Tak są duże, że gdy się na łapy wzniosą, wzrostu średniego człowieka dochodzą; nie strzela się ich tu, również jak pawi i z tego samego powodu, Hindusi je bowiem za święte uważają. Pewnie powodem zachowania tego fragmentu były moje młodzieńcze zainteresowania ornitologiczne, chociaż dzisiaj trudno mi zrozumieć co mogło mnie zaciekawić w opisach przyciężkawych jarząbków, kuropatw, frankolinów i przepiórek?

1-horz

Autentycznie ucieszyłem się, gdy zobaczyłem na półce w księgarni książkę Józefa Potockiego pt. Notatki myśliwskie z Afryki, wydaną znakomicie przez znane poznańskie wydawnictwo. To jest edycja z ilustracjami Piotra Stachiewicza (1858–1938), znanego malarza krakowskiego, wzbogacającego swoimi pracami dzieła Mickiewicza, Sienkiewicza i Konopnickiej. Kupiłem książkę, ale z racji moich licznych obowiązków literackich i organizacyjnych dopiero niedawno zapoznałem się z nią, czytając szybko, do czego przyczyniała się czcionka sporych rozmiarów. Niestety tym razem nie była to lektura fascynująca, a raczej bardzo krytyczna, bo pióro Potockiego jest ciężkie, jakże dalekie od finezji opisów myśliwskich W Pustyni i puszczy Henryka Sienkiewicza albo Nad Rio de La Plata Karola Maya. Notatki myśliwskie z Afryki to opis wyprawy bogatych polskich włościan, Józefa hr. Potockiego, Tomasz hr. Zamojskiego i Jana hr. Grudzińskiego, do Afryki Wschodniej. Panowie dopływają statkiem do Adenu i potem ledwie unoszącą się na wodzie krypą Tuna, przemierzają Zatokę Adeńską, by znaleźć się w somalijskiej Berberze. To jest słynny róg Afryki, obecnie włączony do niepodległego, muzułmańskiego państwa Somalia. Blisko stąd do Oceanu Indyjskiego i Półwyspu Arabskiego, na południu państwo graniczy z Kenią, na północnym zachodzie z niewielkim państewkiem Dżibuti, a na zachodzie z Etiopią. Pod koniec XIX wieku była to głusza afrykańska, której ekstremalne warunki przyciągały różnorakich awanturników, podróżników i myśliwych. Największym problemem jest tutaj nieustanny brak wody, wysokie temperatury w dzień i minusowe w nocy, a także plagi szarańczy i okresowe ponadnaturalne rozmnożenia się  groźnych drapieżników. Józef hrabia Potocki przybył na te ziemie, gdy swoim protektoratem objęli je Anglicy, nazywając Somalilandem, choć ich panowanie było bardziej formalne, niż rzeczywiste. Dopiero w latach trzydziestych dwudziestego wieku ziemie te odegrały ważniejsza rolę, gdy stały się bazą wypadową Włochów, podczas wojny z Abisynią (1935–1936), a potem zostały włączone do Włoskiej Afryki Wschodniej. Po uzyskaniu niepodległości w 1960 roku, zaczęły się wojny klanów, różnorakich lokalnych dowódców, partii politycznych i band muzułmańskich.

412972

Lektura notatek łowieckich Potockiego rozczarowała mnie pod każdym względem – po pierwsze nie jest to dzieło literackie, a raczej rodzaj nieznacznie tylko rozbudowanego dziennika. Autor nie próbuje plastycznie odwzorować przestrzeni afrykańskich, w których się porusza, ogranicza się do ogólników, powtarzania stale tych samych, sztampowych określeń, nie przedstawia też pogłębionych studiów etnograficznych, botanicznych czy zoologicznych. Wszystko tutaj podporządkowane jest suchym relacjom z polowań, zaczajania się w zeribach, wystawiania drapieżnikom na przynętę żywych osłów, no i nieustannego strzelania. Obrzydzenie budzą takie oto opisy mordowania lwów: Farba miejscami była obfita, gdzieniegdzie postrzałek zalegał. Po chwili widoczne się stało, że zwierz został ranny nisko w łopatkę lub w nogę, bo jedną łapę wlókł po ziemi. Trop drugiej sztuki, zapewne lwicy, bo mniejszej, biegł równolegle zer śladem postrzałka. Po kilkuset krokach doszliśmy do miejsca, skąd lew widocznie dopiero co pomknął przed nami, bo farba świeżutka i wilgotna, jeszcze w ziemię nie wsiąkła; ślad drugiej sztuki odbiegł i znikł w gąszczu. Potem następuje opis sprawnego mordowania rannego lwa i przechwałki ile to słoni, nosorożców, panter, hien, gazeli i oryksów zabili koledzy Potockiego i on sam. Opisy są suche, a autor traktuje ten festiwal mordu jak dyscyplinę sportu, która ma lepszych i gorszych „zawodników”. Krzywda fauny się nie liczy, a wartość mają tylko ustrzelone lwy, skóry zdjęte z zabitych zwierząt, odłączona od wielkich ciał kość słoniowa, rogi nosorożców, czaszki antylop i gazeli. Bogaci właściciele ziemscy z Europy prześcigali się w zwożeniu z Afryki „trofeów” i urządzaniu przeładowanych nimi dworków myśliwskich. Obwieszano je rogami, świetnie wyprawionymi skórami drapieżników, a największe znaczenie miały wielkie ciosy słonia, montowane na ścianie, albo wykorzystywane jako część mebla lub materia do wykonania rzeźb i innych artefaktów. Jakież ogromne pieniądze trzeba było zainwestować w taką wyprawę, ile zapłacić tragarzom, ile wydać srebrnych rupii na zakup wielbłądów, wody w butlach i sprzętu łowieckiego. Ale Potockiego było na to stać i po dotarciu do kolejnych punktów docelowych mógł razem z kolegami do woli strzelać do słoni, nosorożców i lwów, zaczajać się na lamparty i antylopy, a potem mierzyć do nich jak do ruchomych tarczy. Liczyła się przelana krew (farba) i kolejne skóry zdzierane z upolowanych zwierząt – ważne było by wrócić do Europy w chwale „sportsmena”, który zabijał sprawnie, udanie i często, a potem przywiózł do Polski ogromne skrzynie afrykańskich trofeów.

vv

Przechwałki hrabiego Potockiego przybierają pod koniec opowieści charakter zbrodniczych statystyk i przerażają, tym bardziej jeśli uświadomimy sobie, że każdego miesiąca z Europy przyjeżdżało do Afryki wielu takich „myśliwych”. Swoje rozrywki podsumowuje nasz ziemianin jakby relacjonował najoczywistsze sprawy: W czasie kilkudniowego pobytu w Dumbureli pracowaliśmy z Zamoyskim bardzo sumiennie. Od brzasku do południa i od trzeciej do zachodu słońca chodziliśmy za zwierzyną. Nazajutrz po pamiętnej nocy, w której mój towarzysz położył czarnogrzywego lwa, ubiłem dwa oryksy, antylopę Clarke’a – niestety, samicę bez rogów – oraz trzy aule. Jeden z moich oryksów odznaczał się niezwykle długimi rogami, mierzącymi okrągłe trzy stopy. Są one tylko o jeden cal mniejsze od najdłuższej dotychczas znanej pary rogów, które posiada w swym zbiorze Borys książę Czetwertyński i które pochodzą z jego ostatniej wyprawy do Somalilandu podjętej w roku 1895. W tym samym sezonie, od grudnia do końca lutego, roku następnego, hrabia Potocki z kolesiami sprawił się równie „znakomicie”:  Zamoyski rankiem zabił trzy aule, ja przyniosłem jednego. Ogólny nasz rozkład urósł do poważnej liczby około stu siedemdziesięciu sztuk przeróżnej zwierzyny, ubitej w ciągu niespełna trzech miesięcy pobytu w głębi kraju. Rezultat ten świadczy, że choć dzisiaj ziemia Somalijczyków nie jest już tak bogatym matecznikiem, spiżarnią najgrubszej zwierzyny, jak bywało przed laty, jednakże pozostało w nim jeszcze zwierza pod dostatkiem. Lata przeminą, nim w tej krainie zabraknie lwów i gruboskórych dla myśliwych żądnych wrażeń i szlachetnej rozrywki. Jak widać mamy tutaj do czynienia z prawdziwym paroksyzmem zabijania (szlachetna rozrywka), a potem pakowania tzw. trofeów do skrzyń i wywożenia ich do Europy. Chodziło przy tym tylko o zaspokojenie własnej próżności i przechwałki w środowisku ziemiańskim, bo zbliżające się wojny światowe i tak rozproszyły te „zbiory”; przewalające się fronty zrównały z ziemią posiadłości, pałacyki myśliwskie i salony z rogami i czaszkami na ścianach. Mądre myślistwo zakłada stymulowanie przyrostu naturalnego zwierzyny, skupia się na odstrzale osobników chorych, zranionych, nie dających sobie rady w lesie lub na stepie. Tymczasem wyprawy łowieckie Europejczyków do egzotycznych krain miały charakter rabunkowy i przyczyniły się do całkowitego wytrzebienia wielu gatunków (kwagga, antylopa modra, dodo, moa, renifer Dewsona, tygrys kaspijski i jawajski, jeleń Schomburga). Może notatki łowieckie Potockiego mają jakieś znaczenie dla historii myślistwa w Polsce i w krainach, w których grasował, ale są też dokumentem bestialskiego mordowania zwierząt dla próżnej, bezrozumnej rozrywki.

___________

Józef hr. Potocki, Zapiski myśliwskie z Afryki Somali, ilustr. Piotr Stachiewicz, Zysk i S-ka, Poznań 2009, s. 270.

SZCZEKAJĄCA SYMFONIA BEETHOVENA

jill-toyshiba

Billy Collins Foto Jill Toyshiba

William James „Billy” Collins urodził się na Manhattanie w 1941 roku, a wychowywał się w Queensie i miasteczku White Plains, położonym czterdzieści kilometrów od Nowego Jorku. Jego matka Katarzyna była pielęgniarką, która porzuciła pracę, by zajmować się utalentowanym synem. Stale cytowała jakieś wiersze, znane frazy liryczne i tym samym uwrażliwiała syna na słowa, podkreślała ich wagę i wieloznaczność. Może właśnie takie podejście do literatury spowodowało, że Collins podjął studia na Uniwersytecie Kalifornijskim, gdzie uzyskał tytuł magistra, a następnie napisał doktorat z literatury romantycznej. Potem przez trzydzieści lat był nauczycielem akademickim w różnych prestiżowych uczelniach, stale publikował nowe książki poetyckie, tworzył antologie, a w 2001 roku uzyskał tytuł U.S. Poet Laureate. Tych honorów było znacznie więcej i uznanie poety oraz akademika rosło z każdym rokiem, a obecnie – za „New York Timesem” – uważa się go za jednego z najpopularniejszych współczesnych poetów amerykańskich. Zaproszono go nawet do Senatu USA, gdzie na specjalnej sesji czytał wiersz pt. The Names, upamiętniający ofiary zamachów terrorystycznych z 11 września 2001 roku.  Spośród wielu nagród warto wymienić  Mark Twain Prize (2005) za humor w poezji, liczne stypendia, w tym National Endowment for the Arts, the New York Foundation for the Arts i John Simon Guggenheim Foundation. Collins jest autorem licznych zbiorów wierszy: Pokerface (1977), Video Poems (1980), The Apple That Astonished Paris (1988), The Art of Drowning (1995), Picnic, Lightning (1998), Questions About Angels (1999), Taking Off Emily Dickinson’s Clothes (2000), Sailing Alone Around the Room: New and Selected Poems (2001–2002), Nine Horses (2002), The Trouble with Poetry (2005), She Was Just Seventeen (2006), Ballistics (2008), Horoscopes for the Dead (2011), Aimless Love (2013), Voyage (2014), The Rain in Portugal (2016). Na jego spotkania autorskie przyjeżdżają wielbiciele poezji z całej Ameryki i są to prawdziwe wiece liryczne, przerywane oklaskami i okrzykami zachwytu.

Humor Billy’ego Collinsa można wspaniale zobrazować wierszem pt. Inny powód dlaczego nie mam w domu broni, podejmującym temat właścicieli i ich psów. Jak powszechnie wiadomo ludzi dzielimy na „psiarzy” i na tych, którzy ich nie cierpią, są uczuleni na sierść, ślinę, zapach, a dodatkowo cenią sobie spokój, który zostaje zburzony, gdy pojawi się hałaśliwe, natrętne zwierzę w domu. Spośród niedogodności związanych z psem wymienia się częste wychodzenie z nim „za potrzebą”, a także głośne szczekanie, w najmniej spodziewanych momentach. To jest to szaleńcze dobieganie do drzwi, gdy zabrzmi dzwonek, głośne domaganie się pokarmu, albo przeraźliwe skomlenie, wycie, gdy pociechę trzeba na jakiś czas zamknąć w komórce lub łazience. We wskazanym wyżej wierszu poeta niedwuznacznie daje do zrozumienia, że nie może trzymać w domu broni, bo mógłby nie zdzierżyć agresji „psiarzy” i zastrzelić jakieś zwierzę. Nie ulega wątpliwości, że psy zakłócają spokój, a szczególnie kłopotliwe to może być dla poety, który z ciszy wyławia słowa i próbuje wsłuchać się w ich eternalne brzmienie. Wiersz Collinsa jest bardzo zabawny i łatwo możemy sobie wyobrazić twórcę przygotowującego się do pisania, wytrącanego z zamyśleń przez wściekłe szczekanie jakiegoś yorka, sznaucera czy doga. Pierwsza myśl poety biegnie wtedy do strzelby albo karabinu gładkolufowego i pojawia się w jego umyśle obraz psa trafianego kulami, uciszonego raz na zawsze. Sytuacja jest tutaj jednoznaczna: Pies sąsiadów nie przestaje szczekać/ Szczeka tak samo mocno, rytmicznie/ Za każdym razem gdy wychodzą z domu. Zwierzęta nie rozumieją jak bardzo przeszkadza to sąsiadom i potrafią całymi godziny szczekać, wyć zawodzić, co niejednokrotnie powoduje interwencję służb miejskich, policji, a w przypadkach drastycznych nawet straży pożarnej – historia odnotowała niestety także krwawe zdarzenia, kiedy to sąsiad doprowadzony do szewskiej pasji zastrzelił psa, przejechał go samochodem albo uprowadził i porzucił na jakimś pustkowiu. Okrucieństwo ludzi w stosunku do czworonogów bywa niewyobrażalne i stale pojawiają się w prasie, w telewizji i w Internecie relacje na ten temat. Poeta – choć nachodzą go mordercze myśli – może się zemścić tylko w wierszu, ale najpierw jakby przestrzega sąsiadów, wskazuje co mają zrobić, po czym z rezygnacją ustala, że pies nie daje za wygraną: Muszą go wyłączyć w jakiś sposób/ Pies sąsiadów nie przestaje szczekać. Tak, to morze wkurzać, to może zakłócać rytm pracy i przywodzić na myśl postępki tych udręczonych ludzi, którzy nie wytrzymali.

img_5475

Poeta postanawia jednak działać i jakoś zabezpieczyć się przed intruzem z sąsiedztwa, może z naprzeciwka, a może zza płotu, wszak w Ameryce najpopularniejsza jest zabudowa szeregowa. Niewiele tutaj można zrobić, ale przecież nie można nie reagować, postanawia zatem kontratakować: Zamykam wszystkie okna w domu/ I włączam symfonię Beethovena na cały regulator/ Ale przez muzykę wciąż przebija się jego głuche/ Szczekanie, szczekanie, szczekanie. Zawodzenie nie ustaje, a któraś z symfonii Beethovena, włączona na cały regulator nie zagłusza chrapliwych odgłosów psa sąsiadów. Może w domu poety zaczyna rozbrzmiewać majestatyczne Allegro con brio z V symfonii, heroiczna część siódmej, albo pełna patosu, chóralna ostatnia partia dziewiątej symfonii? Żaden jednak utwór wielkiego kompozytora, słynącego z „głośnych” dzieł, wielkich uderzeń w kotły i gry całej orkiestry naraz, nie jest w stanie zagłuszyć rytmicznego, nieustającego szczekania. Cóż robić?  Jedyną bronią może tutaj być ironia, komiczne upozowanie całej sytuacji, ukazanie psa na scenie w filharmonii, grającego z powagą na surrealnym instrumencie, który generuje szczekanie. Pies siedzi dumny pośród członków orkiestry i ma zapewne na sobie paradny frak wirtuoza, co może przywodzić na myśl postać pazia i demona Behemota, z Mistrza i Małgorzaty Michaiła Bułhakowa, przybierającego w niej kształt wielkiego kota. Tutaj Collins przydaje ludzkie cechy swojemu dręczycielowi – nie ma w domu strzelby, nie może zastrzelić intruza, zagłuszanie go symfonią też nic daje, trzeba zatem ośmieszyć psa i ukazać go w sytuacji absurdalnej. Muzycy muszą być bardzo uważni podczas wykonywania wielkich utworów i tutaj wróg poety też pokazany został z taką natężoną uwagą: Gdy płyta się kończy on wciąż ujada/ Siedzi w sekcji szczekających obojów/ Wpatrzony w dyrygenta, który daje/ Mu znak batutą. Jeszcze chwila i pomagając sobie przednimi łapami uniesie obój i wydobędzie z niego najpiękniejsze szczekanie, które Beethoven bez zwłoki włączyłby do swego dzieła, tak jak wprowadził do szóstej symfonii dalekie kukanie kukułki.

Koncert trwa, szczekanie nie ustaje, budząc powszechny aplauz:  Wtedy inni muzycy słuchają z podziwem/ Słynnej solówki szczekającego psa/ Niekończącej się kody genialnie/ Zastosowanej przez Beethovena. Tak oto złość zostaje przekuta w ironię, a poeta zyskuje dzięki szczekającemu psu nowy wiersz, skrzący się dowcipem i ukazujący coś, co stale ma miejsce w USA. Zresztą nie tylko tam, bo konflikty sąsiedzkie zdarzają się wszędzie, a zatargi na kanwie obecności i hałaśliwości zwierząt są bodaj najczęstsze. Poeta nie zastrzelił tego czworonoga, bo nie ma w domu broni, ale wcale nie wyklucza, że nie mogłoby dojść do takiej sytuacji. Jego życie pełne jest zadumy, długich zamyśleń ontologicznych i taka hałaśliwa, sąsiedzka „doraźność” musi mu bardzo przeszkadzać. Pisząc ten wiersz puszcza jednocześnie oko do czytelnika i skłania go do refleksji nad naturą ludzkich związków ze zwierzętami, często bardzo wynaturzonych. Chęć posiadania psa bywa przemożna, szczególnie podsycana przez dzieci i innych „psiarzy”, ale ludzie częstokroć kupują czworonogi zbyt pochopnie, nie mając czasu na opiekę nad nimi. Powszechne wtedy jest zamykanie psa w jakimś pomieszczeniu i zostawianie go na pastwę losu, a filmy z przypadkowo włączonej kamery pokazują co kundel, terier albo buldog potrafi wyczyniać pod nieobecność właścicieli. Szczekanie to dla zwierzaka najprostsza forma manifestowania niezadowolenia, ale w repertuarach mają one jeszcze ogryzanie mebli, ściąganie obrusów ze stołów, łącznie z wazonami pełnymi wody i kwiatów, dalej – zrzucanie telewizorów, odbiorników radiowych, wskakiwanie na szafy, tłuczenie szyb, o rozsiewaniu odchodów gdzie popadnie nie wspominając. Skrajną formą braku opieki nad psami jest pozostawianie ich w zamkniętych samochodach, gdzie też potrafią zniszczyć wystrój i delikatne urządzenia elektroniczne. Może zatem Billy’emu Collinsowi nie przydarzyła się najgorsza uciążliwość, tym bardziej, że potrafił przekuć ją w jakże dowcipny wiersz, pełen ironii i znakomicie się lokujący w amerykańskich realiach literackich, kulturowych i społecznych.

Korzystam tutaj z własnego przekładu wiersza Billy’ego Collinsa.

DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (7)

00023bx6fa87c6tm-c322-f4

Dzisiaj zamieszczam ostatnią część mojego „Dziennika ze stanu wojennego”, który lada chwila ukaże się też drukiem. Choć zdaję sobie sprawę, że nie może on stawać w jednym szeregu z najlepszymi opisami stanu wojennego i czasu zomowców, esbeków i czołgów na ulicach, to jest jednym z dokumentów naszej trudnej historii.

12 lutego 1982 roku 

Do Berlina Zachodniego uprowadzono samolot PRL-u. Pilot i jego rodzina, a także II pilot poprosili o azyl polityczny. Papież podróżuje po Afryce i przybył do Lagos w Nigerii. Podczas konferencji w Madrycie, USA ponownie ostro skrytykowały wydarzenia w Polsce. Prokurator wojskowy zażądał kary śmierci dla Bogdana Walewskiego, polskiego dyplomaty, którego oskarżono o szpiegostwo na rzecz CIA. Haig przybył z krótką wizyta do Rumunii.

13 lutego 1982 roku

Dzisiaj mijają dwa miesiące od wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Daniel Olbrychski i Krystyna Janda przybyli do Paryża, by kręcić filmy we Francji. Złożyli tam śmiałe oświadczenia w sprawie wydarzeń w naszym kraju. Przy wyjeździe, Olbrychskiego rozebrano do naga i poddano drobiazgowej kontroli jego bagaż. Walewskiego ostatecznie skazano na 25 lat więzienia.

Haig rozmawiał z Nicolae Ceausescu o sytuacji w Polsce. Papież odprawił mszę św. dla milionowego tłumu w Nigerii. Ulicami Warszawy przejechało wczoraj 200 samochodów milicyjnych i wojskowych – była to prezentacja siły reżimu, który obawia się obchodów drugiej miesięcznicy wprowadzenia stanu wojennego. Rakowski przestrzegł przed sianiem niepokoju i zagroził, że władza będzie reagować natychmiast. Ciekawa jest kariera tego zatwardziałego komunisty – kiedyś czytywałem w „Polityce” jego artykuły i wydawało mi się, że jest postępowy, daleko wykraczający poza ramy systemowe. A teraz, w Polsce stanu wojennego, staje się teoretykiem straconej ideologii i zachowuje się jakby był właścicielem Polski. Historia „intelektualistów”, którzy sięgnęli po władzę jest długa i smutna, starczy przywołać Lenina, Mao Tse-tunga, Pol Pota, Fidela Castro.

14 lutego

Wczoraj w Poznaniu miały miejsce zamieszki. Aresztowano 194 osoby, wydłużono godzinę milicyjną i ponownie zakazano używania prywatnych samochodów.

Z Danką chodzę trzymając ją stale za rękę i jest mi z nią bardzo dobrze. Ustąpił przygniatający smutek i często się uśmiecham. Alina zadzwoniła, że chciałaby się spotkać i o wszystkim porozmawiać, ale jej odmówiłem. Była w szoku, coś tam burknęła i szybko się wyłączyła. Nikt jej nigdy nie odmówił, a wszyscy chłopacy utrzymywali ją w przekonaniu, że jest nieziemska pięknością. Niewątpliwie jej uroda jest zjawiskowa, ale co mi po niej, jeśli jej nie mam, albo dostaję na kartki…?

stan-stwojenny2_750_563_80

15 lutego 1982 roku

W Bielsku-Białej oskarżono działaczy Solidarności  o zorganizowanie podziemnej struktury związku. W Polsce nadal trwają internowania i na Śląsku internowani przetrzymywani są w nieodpowiednich warunkach, razem z recydywistami.  Nie mogą otrzymywać książek świeckich ani religijnych. W Strzelcach Opolskich stłoczono w więzieniu 500 internowanych. Za udział w sobotniej manifestacji w Poznaniu zatrzymano i ukarano 160 osób. 13 lutego były też potężne protesty w Świdniku i we Wrocławiu. 31 stycznia, w obawie przed demonstracjami – milicja otoczyła pomnik poległych stoczniowców w Gdańsku. W Warszawie aresztowano studenta, który obrzucił koktajlem Mołotowa pomnik Dzierżyńskiego. Prymas Glemp wyraził ostrożną nadzieję na wznowienie dialogu między władzą a społeczeństwem. W Japonii czterech polskich marynarzy poprosiło o azyl.  

zomo_milicja_koksownik

Paskudny błąd życiowy! Spotkałem się w mieście z Musiałem, najpierw na piwie i winie u niego, gdzie oczerniał Jana Góreca-Rosińskiego, a potem ruszyliśmy do jego przyjaciół „bogaczy”. Po wyjściu z tramwaju chciał przejść się po śluzach bydgoskich i w pewnym momencie położył mi rękę na ramieniu i dramatycznie powiedział: Darek kocham cię… Rozbawiło mnie to i zarazem wkurzyło, ale nie dałem po sobie poznać, że jestem podkurzony. Jakoś obróciłem wszystko w żart i ruszyliśmy pod górkę do domu producenta plastiku. A tam wykwint dość tandetny, jacyś komicznie ufryzowani panowie i ich rozhisteryzowane żony lub partnerki. Na stole pojawiły się mocne alkohole, różne whisky i koniaki, a przy tym wina i wiele piw. Szybko wszyscy przeszli na „ty” i poczułem jak miękną mi nogi, więc raz jeszcze zacząłem oszukiwać i piłem więcej soku niż alkoholu. Jedna z panienek, rzeczywiście ładna i zgrabna, przysiadła się do mnie i zaczęła mnie adorować. Panowie zajmowali się sobą, a Musiał zachwalał bitność jednego z nich, który podobno był ochroniarzem klubu nocnego w Londynie i znakomicie sobie tam radził z oprychami. Jakoś nie mogłem w to uwierzyć, widząc skromną budowę ciała tego faceta o czarnych, dokładnie ułożonych włosach. W pewnym momencie dziewczyna obok mnie, solidnie już wstawiona położyła mi rękę na ramieniu i zbliżyła usta do moich ust. Gdy nasze wargi się połączyły, z drugiej strony stołu zerwał się jak oparzony jej mąż czy konkubent i rzucił się z pięściami na mnie. Zasłonił mnie gospodarz domu i Musiał i szybko znaleźliśmy się na zewnątrz, przy ogrodzie, gdzie tym razem naparło na mnie aż trzech kolesiów. Nie spodziewałem się takiego impetu i uderzony przez jednego z nich w piersi, przewróciłem się do tyłu. Upadłem tak nieszczęśliwie, że uderzyłem tyłem głowy w krawężnik lub spory kamień i straciłem przytomność. Po jakimś czasie wróciła do mnie świadomość i zobaczyłem pochylającego się nade mną Musiała. Powiedział rozpaczliwym tonem: Darek jak to dobrze, że nic ci się nie stało, byłem przerażony jak upadłeś i nie dawałeś znaku życia. Powoli wstałem, dotknąłem tyłu głowy, który cały był we krwi, spojrzałem na okrwawioną dłoń i z rozmachem uderzyłem nią w podbródek Musiała. Usłyszałem jakiś rwetes, ale obróciłem się na pięcie i poszedłem w kierunku drogi prowadzącej na Błonie. Moja matka prawie zemdlała, gdy zobaczyła mnie zakrwawionego w drzwiach, a następnego dnia musiałem jechać do miasta prześwietlić głowę. Ojciec Danki pracował w Pogotowiu Ratunkowym jako radiolog i zrobił to bez skierowania. Jakoś nie chciał uwierzyć, że potknąłem się na prostej drodze i upadłem. Był z tego zdarzenia jeden pożytek, definitywnie zamknąłem moją znajomość z Musiałem, jednym symbolicznym ciosem okrwawionej pięści.

19 lutego 1982 roku

Urban oskarżył Solidarność o próby wywoływania starć zbrojnych i poważnych napięć – jak zwykle wszystko bagatelizował i ironizował.  Wałęsę przeniesiono do czwartego już aresztu domowego i nie wiadomo, gdzie przebywa.

 23 lutego 1982 roku

Przedstawiciel Episkopatu Polski odwiedził Wałęsę i ten wyraził nadzieję, że zostanie wkrótce uwolniony. Jutro odbędzie się pierwsze Plenum PZPR od wprowadzenia stanu wojennego.  W Warszawie zginął jakiś milicjant, co mogło być prowokacją. Gustaw Holoubek zrzekł się mandatu poselskiego.

Powoli wygasa we mnie chęć dalszego pisania tego dziennika, do czego przyczynia się mój nowy, ekscytujący związek z Danką i wiele pracy na studiach filologicznych, jeszcze coś czasem notuję, ale coraz częściej uciekam się tylko do słuchania Wolnej Europy przed snem.

« Older entries

%d blogerów lubi to: