ŻONA HIMMLERA

Margarete Himmler z domu Boden

W związku z pisaną powieścią pt. Bromberg przeprowadziłem historyczne dochodzenie i wybrałem się samochodem do Goncarzewa, nieopodal mojego miasta. Starczyło minąć Osową Górę, przemknąć do Wojnowa i Sicienka i już pojawiła się niewielka wieś, w której 9 września 1893 roku urodziła się Margarete Boden, zapisana w historii jako żona Heinricha Himmlera, jednego z największych oprawców nazistowskich. Kobieta musiała być w młodości bardzo kochliwa, bo szybko wyszła za mąż, przyjęła nazwisko Siegroth i również ekspresowo, rozwiodła się z owym tajemniczym mężczyzną, o którym niewiele wiemy. Może po tym zniknęłaby w otchłaniach historii, gdyby nie wybrała się na wakacje do Włoch i w pociągu nie poznała przyszłego kata narodu żydowskiego. Kobieta wychowała się w bogatym majątku ojca i szybko zasłynęła w okolicy z delikatnej urody. Lubiła wtedy wędrować po polach i często zachodziła też na niewielki cmentarzyk ewangelicki w jej wsi, gdzie składała polne kwiaty na niemieckich grobach. Dzisiaj Goncarzewo jest typową polską wioską, z zabudową z czasów PRL-u, powoli zyskującą nowe, nowocześniejsze domostwa – łatwo też możemy sobie wyobrazić jak wyglądało to miejsce w czasach pruskich, zatopione pośród łanów złocistych zbóż, ocienione sadami jabłoni, śliw i grusz. Ojciec Margarete – Hans Boden – pochodził z Pyritz, historycznego miasta pomiędzy Gorzowem a Szczecinem, które w polskich czasach nazywało się Pyrzyce. Zapewne on zadecydował, że wraz z żoną Elfride przeniosą się bliżej wschodniej granicy Rzeszy, gdzie były lepsze warunki prowadzenia gospodarki rolnej. Wszak pod koniec dziewiętnastego wieku i na początku następnego stulecia nikt nawet nie przypuszczał, że Niemcy utracą te ziemie i będą musieli wynosić się na zachód. Jak zwykle w rodzinach gospodarskich, gdzie potrzebne były ręce do pracy, Margarete dorastała w rustykalnych przestrzeniach z dwoma braćmi i trzema siostrami. Z tamtych czasów zapamiętała wyprawy bryczkami do pobliskiej wsi Klein Sittno (Sicienko), gdzie w dużym kościele protestanckim pastorem był dr. Oswald Teper, misjonarz z Chin. To on udzielił jej pierwszego ślubu i później wielokrotnie opowiadał o sztuce i kulturze Kraju Środka. Te barwne narracje powodowały, że w jej wyobraźni pojawiały się wielkie rzeki, ośnieżone szczyty i dziwne zwierzęta, a nade wszystko nieprzebrane rzesze skośnookich ludzi.

Kępa roślinności w Goncarzewie kryjąca w sobie stary ewangelicki cmentarzyk

Himmler zauroczył się, nieco już korpulentną blondynką, i zaczął prowadzić z nią korespondencję, w której podkreślał, że wyczuł w niej niezwykle energiczną osobę. W systemie jego poglądów na temat czystości rasy germańskiej, takie kobiety miały w przyszłości rodzić nowych Niemców. Margarete miała niebieskie oczy, burzę jasnych włosów i do tego jeszcze była pielęgniarką, co miało dodatkowy walor utylitarny dla agronoma, robiącego oszałamiającą karierę w partii nazistowskiej. Nie przeszkadzało mu, że była od niego starsza o siedem lat, wszak wyczuwał, że jako reproduktorka podoła zadaniom żony, a dodatkowo będzie u jego boku wyrazistą manifestacją cech aryjskich. Podobało mu się też i to, że Margarete umiała brać sprawy w swoje ręce i realizować trudne przedsięwzięcia. Po tym jak ojciec dopomógł jej w kupnie udziałów w berlińskim domu opieki, zaczęła go prowadzić i pracować w nim jako siostra przełożona, z bardzo dobrą pensją. Połączyła ich także wspólna nienawiść do Żydów, których oboje określali jako motłoch. Żona Himmlera poznała ich w Brombergu, gdzie zaczęła uczęszczać do szkół dla dziewcząt i gdzie często chodziła do Teatru Miejskiego. Miasto rozwijało się wtedy w zawrotnym tempie i szybko zaczęto je określać jako kleine Berlin, a wielkie parki i reprezentacyjne budynki użyteczności publicznej wyrastały każdego roku jak grzyby po deszczu. Córka bogatego junkra z Goncarzewa nie mogła wszakże zaakceptować powiększającej się społeczności żydowskiej, manifestującej swoją odrębność i bogacącej się na podejrzanych interesach. Młode małżeństwo często prowadziło długie dysputy – on mówił o nadużyciach w Republice Weimarskiej i inwazji Żydów w Niemczech, a ona wspominała swoje bydgoskie lata i także w negatywnym świetle przedstawiała tendencje filosemickie władz miasta, w którym się kształciła. Himmler był dumny, że jego żona brała udział w Brombergu w licznych uroczystościach o charakterze narodowym, a potem została pielęgniarką i na frontach pierwszej wojny światowej pielęgnowała rannych żołnierzy niemieckich. Z wielkim żalem opuszczała rodzinne Goncarzewo, gdy ziemie te po Traktacie Wersalskim przyznano Polsce, ale też szybko zaaklimatyzowała się w Berlinie, który był dla niej nowym wyzwaniem i szansą na osiągnięcie określonego statusu społecznego.

Niszczejące pozostałości po cmentarzu

Himmlerowie pobrali się w 1928 roku, a rok później na świat przyszła ich jedyna córka – Gudrun. Kupili niewielki majątek, niedaleko Monachium, gdzie on wrócił do swoich pasji rolniczych, uprawy ziół i hodowli kurczaków, a ona mogła organizować rauty i zapraszać żony innych ważnych nazistów. Wstąpiła też do NSDAP i szybko stała się ważną postacią w środowisku, generując tyleż pochlebnych, co negatywnych opinii. Niektóre z żon przywódców III Rzeszy zauważyły, że miała przemożny wpływ na męża, otaczała go opieką, a nawet tolerowała to, że szybko znalazł sobie kochankę. Była nią Hedwig Potthas – prywatna sekretarka, doskonale wykształcona, władająca obcymi językami, a nade wszystko o dwanaście lat młodsza od Reichsführera SS. Szybko urodziła mu syna i córkę, co nie było tajemnicą w ówczesnych niemieckich gremiach dygnitarskich i traktowane było jako powiększanie zasobu czystych Aryjczyków. Małżeństwo z Margarete szybko zamieniło się w związek na odległość – on stale podróżował do wielu miejsc okupowanych przez Niemców, a ona, jako nadinspektorka Niemieckiego Czerwonego Krzyża jeździła po Europie i troszczyła się o żołnierzy oraz volksdeutschów z okupowanych terenów. Jako fanatyczna wielbicielka Hitlera wierzyła w każde jego słowo i nawet, gdy wojna była już przegrana, głosiła rychły triumf III Rzeszy. Jej mąż, zdając sobie sprawę z konsekwencji swoich zbrodni na ludzkości, 23 maja 1945 roku popełnił samobójstwo, połykając cyjanek potasu. Po wojnie żona Himmlera i jego córka Gudrun przetrzymywane były w obozach dla uchodźców we Włoszech, Francji i w Niemczech, przez cały czas udając, że niczego nie wiedziały o zbrodniach męża i ojca. Ostatecznie Margarete uznano za osobę czerpiącą korzyści z nazistowskiego systemu i skazano ją jedynie na trzydzieści dni karnych robót. Nie wyzbyła się wszakże swoich narodowosocjalistycznych idei i mieszkając z córką, działała skrycie w organizacji pomagającej byłym nazistom. Choć zabrano jej emeryturę i pozbawiono praw wyborczych, żyła aż do 25 sierpnia 1967 roku, kiedy to zmarła w Monachium i została pochowana w niewiadomym miejscu. Jej i Himmlera córka odeszła z tego świata w 2018 roku.

Nagrobek nieznanej osoby w Goncarzewie

Moje historyczne dochodzenie nie odpowiedziało na pytanie, czy na zaniedbanym cmentarzu ewangelickim w Goncarzewie pochowani zostali jacyś krewni żony Himmlera. Obecnie znajduje się on w granicach niewielkiej wysepki roślinności, na rozległym, zaoranym polu i doskonale widać jak destrukcyjny charakter miał dla tej nekropolii upływ czasu. Od ostatniego pobytu Margarete w Gonarzewie, a być może też i na tym cmentarzu, minęło już ponad sto lat. Dzisiaj jest tam zaledwie kilka zniszczonych nagrobków, spośród których tylko na jednym z trudem odczytać można jakieś litery. Reszta zapadła się pod ziemię, albo została rozkradziona, z trudem też wyodrębnić można pośród hałd śmieci fragmenty muru cmentarnego z czerwonej cegły. Wszystko zarosły dzikie krzewy, w górę wystrzeliły rosochate drzewa, a zarośnięte doły świadczą o tym, że w jakichś momentach historii próbowano rozkopywać groby w poszukiwaniu kosztowności. Niczego nie dała też kwerenda w parafii w Sicienku, do której należał ten teren w czasach niemieckich, bo wszelkie dokumenty zostały zabrane za zachodnią granicę. Jakkolwiek by jednak nie było, bardzo prawdopodobne jest, że na tym opuszczonym poniemieckim cmentarzyku pochowano jakieś osoby spokrewnione z przyszłą żoną Himmlera. Zapewne wprowadzę wątek córki bogatego junkra z Goncarzewa do pisanej powieści, choć jeszcze nie wiem w jakim kierunku podążę. Możliwości narracyjnych jest tutaj sporo i są one bardzo pociągające z punktu widzenia strategii pisarskich… Wracając przez pole z samotnej kępy roślinności nie mogłem pozbyć się wrażenia, że stawiając tam kroki, dotknąłem jakiejś cząstki prawdziwej historii.           

Pozostałości pocmentarne
Śmietnisko z widocznym fragmentem dawnego muru cmentarnego
Pozostałości pocmentarne
Próby rozkopywania grobów
dav

O ROKU ÓW… (5)

Empire State Building rysujący się w dali

Szybko docieramy do charakterystycznego budynku, patrzymy w górę i od razu przypomina mi się katastrofa z 28 lipca 1945 roku. Warto tu zacytować fragment mojego eseju pt. Nowojorczycy, w którym nawiązałem do tego zdarzenia. Przed Empire State Building stoi stary, krępy Afroamerykanin i przygarbionej, malutkiej żonie, trzymającej go pod ramię, opowiada coś w ożywieniu. Mijający ich szczupły i pachnący wodą kolońską policjant słyszy fragment opowieści. I tam, widzisz Darling, nad tamtym oknem, o tam na siedemdziesiątym dziewiątym… uderzył, a potem szczątki spadły na Trzydziestą Trzecią i Trzydziestą Czwartą… Był ogromny, większy chyba od tego, którym lecieliśmy z Nowego Orleanu… Policjant zaintrygowany przystaje i pyta czy czarny mężczyzna widział katastrofę na własne oczy. A jakże… byłem wtedy windowym przy platformie widokowej na osiemdziesiątym szóstym piętrze i cudem uniknąłem śmierci… Wszyscy moi znajomi zginęli… ogień buchał szybami wind i zabijał… O, o, o, tutaj, Darling, gdzie stoi teraz ta taksówka, spadł na ziemię… Policjant kiwa ze zrozumieniem głową i wysłuchuje dalszego ciągu relacji o katastrofie z dwudziestego ósmego lipca. Potem podaje rękę kobiecie i mężczyźnie i odprowadza wzrokiem oddalającą się wolno parę. Patrzy w górę, zdejmuje czapkę i ociera pot z czoła. Sporo lat minęło od czasu, gdy B–25  „Billy Mitchell”, pilotowany przez podpułkownika Williama F. Smitha Jra., uderzył w ten gmach. Ludzie biegali wtedy jak oszalali i płonęli żywcem. Została ogromna dziura, którą potem zalepiał jego wuj James z Bostonu i opowiadał tę historię gdy wypił za dużo whisky, albo kiedy się zestarzał, zachorował na Alzheimera i nie pamiętał kim jest. Policjant podchodzi do radiowozu i słyszy meldunek, że w okolicach dawnego portu jakiś młodzieniec zranił nożem sprzedawcę koszulek, czapek i plastikowych gadżetów. Wóz włącza głośny sygnał i rusza szybko, przeciskając się pomiędzy żółtymi taksówkami jadącymi 33 Ulicą. Teraz też słyszymy wciąż odgłosy syren wozów uprzywilejowanych, ale nie zatrzymujemy się i wchodzimy bocznym wejściem do Empire State Building. Na dole jest punkt fotograficzny, gdzie szybko wykonują nam zdjęcia, które przy wyjściu spróbują nam wdusić za horrendalną sumę. No, ale w tym miejscu wszystko jest drogie, a przede wszystkim wjazd na platformę widokową, nie mamy jednak wyjścia i kupujemy bilety.

Wspomnienie z budynkiem Imperium Stanowego z roku 2002

Z poprzednich moich wizyt w słynnym budynku zapamiętałem przede wszystkim duże windy, mknące szybko ku górze, ale teraz widzę, że wymieniono je na mniejsze, a dodatkową atrakcją jest ruchomy obraz na suficie, imitujący lot ku niebu. Szybko docieramy na osiemdziesiąte piąte piętro, na którym stoi ogromna kolejka, wolno przesuwająca się ku wyjściu na dokładnie ogrodzoną platformę, znajdującą się na następnym poziomie, trzysta dwadzieścia metrów nad ziemią. To miejsce owiane złą sławą, bo stało się rodzajem trampoliny dla samobójców, których było już w historii istnienia budynku ponad trzydziestu. Pierwszym z nich był robotnik, zwolniony z pracy jeszcze przed ukończeniem budowy, a ostatnim prawnik, który w 2007 roku wyskoczył z sześćdziesiątego dziewiątego piętra. Często przywołuje się też czyn młodej księgowej Evelyn McHale, która odebrała sobie życie 1 maja 1947 roku, skacząc z punktu widokowego i spadając na limuzynę należącą do ONZ-tu. Po tym, jak na okładce magazynu „Life”, udostępniono zdjęcie kobiety w białych rękawiczkach, leżącej we wgniecionym dachu samochodu, uznano je za rodzaj ikony XX wieku, dokumentujące „najpiękniejsze samobójstwo” w historii świata. Samobójczynię porównywano też do Śpiącej Królewny z bajki Disneya i próbowano dociekać dlaczego odebrała sobie życie, ale poza tym, że wcześniej spotkała się ze swoim narzeczonym i celebrowała z nim jego urodziny, niczego nie stwierdzono. Jedynym usprawiedliwieniem był zdawkowy list przedśmiertny, w którym napisała, że nie byłaby dobrą żoną dla żadnego mężczyzny. Dzisiaj, gdy patrzy się na fotografię, wykonaną przez studenta Roberta Wilesa, zaledwie w kilka minut po uderzeniu ciała w dach pojazdu, zdumiewa niezwykły majestat śmierci i spokój rysujący się na twarzy tej nieszczęsnej istoty. Przesuwamy się powoli ku górze, a ja wciąż rozmyślam o niej i oczyma wyobraźni widzę jak pikuje w dół, w ostatniej chwili lecąc nieomal płasko i uderzając plecami o samochód, który okazał się rodzajem „materaca”, łagodzącego skutki uderzenia. W kolejce przyglądam się ludziom, jak zwykle w Ameryce, różniącym się kolorem skóry i budową ciała, a nade wszystko pochodzeniem, bo przecież łatwo wyodrębnić można Latynosów, Azjatów, czarnych mieszkańców krajów afrykańskich i Europejczyków. Z tarasu rozpościera się wspaniały widok na cały Manhattan i ze znajomością rzeczy, wskazuję Ani charakterystyczne budynki – wieżowiec Chryslera, nową wieżę World Trade Center, Woolwoorth Building. Każda zmiana kierunku zwiedzania platformy, przynosi nowe, niezwykłe widoki – na południu rysuje się ogromne ujście Hudson River, wysepki Ellis Island i Liberty Island z zieleniejącą w dali statuą Wolności; na północy wyrazisty jest zielony prostokąt Central Parku, a na zachodzie znakomicie widać mosty na East River. Z kolei wschodnia strona jest nawet dla mnie zaskakująca, bo przecież wcześniej nie było tylu wielkich wieżowców po drugiej stronie Hudson, a tylko niska zabudowa New Jersey rozmywała się w błękitach dali.   

Samobójstwo młodej księgowej Evelyn McHale (1947)

Po dwóch godzinach wychodzimy z Empire State Building i kierujemy się ku dolnemu Manhattanowi, lekko odbijając na wschód, bo chcę pokazać żonie miejsce upamiętnienia tragedii z 11 września 2001 roku. Po drodze przyglądam się ludziom i widzę, ze wciąż aktualny jest mój opis z 2000 roku – podążają szybkim, miarowym krokiem przez ciągnące się w dal, szerokie ulice. Mijanym ludziom nie patrzą w oczy, ledwie przez ułamek sekundy spoglądają na zbliżające się postaci i to im w zupełności starcza. Oceniają błyskawicznie, sprawnie jak stworzone przez cywilizację automaty. Ta sekunda niesie zestaw informacji o zamożności i rasie, o zagrożeniu lub obojętności, o urodzie, o brzydocie, o sile. Hebanowe Afroamerykanki, pewnie podążające i drepczące przy nich wykwintnie ufryzowane dzieci; skośnookie Azjatki i krępi Kreole, grubi biali policjanci i ubrani w garnitury urzędnicy, Hindusi i Pakistańczycy z niebieskim odcieniem skóry, taksówkarz z Jamajki i krzykliwy włoski sprzedawca pizzy. Każdy z nich ma jakiś cel, każdy ku czemuś podąża i każdy wie jakie jest jego miejsce pośród krzyżujących się pod kątem prostym ulic. Zdają się nie zwracać uwagi na pędzące na sygnale karetki pogotowia, na połyskujące niklem wozy strażackie mknące do pożaru, na taksówki odjeżdżające wolno spod hoteli. W tym mieście ważna jest szybka ocena i natychmiastowy ruch. Krok do przodu, rzut oka na sygnalizację i podjęcie decyzji czy zbliżająca się kawalkada samochodów pozwoli przejść na drugą stronę ulicy. Nie liczą się światła, nie mają znaczenia napisy sygnalizacyjne Don’t Walk, jeśli tylko droga jest wolna, trzeba to wykorzystać. Jak w kalejdoskopie migają wystawy sklepowe małych marketów i wielkich domów towarowych, informacje o przecenach w Macy, ruchome manekiny i bukiety kwiatów; jak w lustrze czarnej wody kołyszą się w nich twarze i gesty, odbijają się o nie słowa artykułowane w dziesiątkach języków świata. Ledwie kilka chwil wystarcza by u niskiego Latynosa kupić hot doga i zjeść go w drodze pomiędzy kolejnymi blokami. Kawalkady samochodów trąbią bez przerwy, żółte taksówki przyspieszają i zwalniają, czerwony, wycieczkowy autobus bez dachu, przejeżdża majestatycznie w kierunku dolnego Manhattanu i odbija się, zwielokrotniony i wyolbrzymiony, w połyskujących ciemnym błękitem lustrach nowej wieży World Trade Center. Prowadzę żonę ku centrum handlowemu, gdzie jemy niewielki posiłek, a potem wychodząc z drugiej strony budynku, wychodzimy na deptak przy Hudson River. Lubię to miejsce i zawsze z radością tu wracam, biegając myślami ku podróżom w roku dwutysięcznym, dwutysięcznym drugim i ósmym i stosunkowo niedawno, ku wyprawie w roku 2018, gdy oprowadzałem po Nowym Jorku ormiańską poetkę Sonę Van.

Mieszanka kulturowa nowojorskiej ulicy

Sporo tutaj się zmieniło, szczególnie jeśli chodzi o zabudowę, ale wciąż funkcjonalny jest mój opis z pierwszego pobytu w tym miejscu. Przy nabrzeżu tłum czekający na przybicie stateczku płynącego do Liberty Island i Ellis Island patrzy z zaciekawieniem na grupkę czarnych, trzymających szarpiącego się białego. Po chwili radiowóz podjeżdża z impetem, ubrani na granatowo policjanci wyskakują i podbiegają do nożownika. Wprawnie odwracają go do tyłu i w ułamku sekundy skuwają ręce kajdankami. Potem popychają go do radiowozu i wrzuciwszy na tylne siedzenie, odjeżdżają powoli w górę Manhattanu. Od strony Ellis Island podpływa majestatycznie biały stateczek, kursujący w tę i z powrotem. Tłum ludzi przygląda mu się, to zerka na trzymane bilety za prawie pięćdziesiąt dolarów, to spogląda na młodzieńców, podchodzących co chwilę i próbujących sprzedać zegarek, portfel, albo koszulkę z napisem New York lub z dużym czerwonym jabłkiem. Trap już przerzucono i tłum powoli wlewa się na pokład stateczku. Czarni i biali, czerwoni i żółci, z aparatami fotograficznymi i kamerami, z przewodnikami w dłoniach i mapami, wolno suną do przodu. W środku są dwa pokłady, na górnym można wypić colę i kupić statuę wolności z plastiku, albo z mosiądzu, małą, albo dużą, tandetną, albo wiernie oddającą wygląd oryginału. Na górnym pokładzie ludzie wpatrują się w rysującą się w dali wielką postać ze spatynowanej miedzi. Silnik pracuje cicho, a tłum patrzy, to na oddalające się kryształy domów Manhattanu, to na ledwie rysujący się w dali Brooklyn Bridge, to na zamgloną Ellis, to znów na statuę. Idziemy dalej, tym razem w górę Manhattanu – jest już godzina dwunasta, a więc z biur, z wieżowców, z parkietów giełdy, wybiegają porządnie ubrani ludzie i pędzą na lunch. Wielki byk z brązu stoi w swej majestatycznej pozie tuż przy Custom House, a w pizzerii po drugiej stronie placu coraz więcej urzędników kupuje pokrojone w trójkąty kawałki pizzy. W pizzerii stale przybywa ludzi, ale są też tacy, którzy wchodzą i widząc sporą kolejkę przy kasie, ruszają dalej. Do restauracji chińskiej, albo japońskiej, tajskiej, albo greckiej, może hiszpańskiej, albo meksykańskiej. Nieliczni zatrzymują się przy niewielkim kiosku i zamawiają hot–doga. Jedzą w skupieniu jednego, potem drugiego, popijają wodą Polish Spring i już ruszają z powrotem do biur, na parkiet, do drapaczy chmur i niewysokich gmachów Wall Street. W dali rysują się stare cegły Trynity Church, do którego wchodzi niewielu ludzi, czasem ktoś przystaje i czyta ogłoszenia zawieszone w gablotach. Tuż obok cmentarzyk, a na nim nagrobki wielkich amerykanów. Przyprószony starością grób męża stanu Aleksandra Hamiltona, szary nagrobek wynalazcy parowców Roberta Fultona i podobny Williama Bradforda, założyciela pierwszej nowojorskiej gazety. W środku katedry zimne, czyste powietrze, kolorowe światło witraży pada na ławki i marmurową posadzkę. Młody biały mężczyzna, w żółtej koszuli i czarnych spodniach, przysiadł w trzecim rzędzie, sięgnął po Biblię i czyta w skupieniu. Z boku kościoła przechodzi etatowy strażnik i jakaś drobna Chinka podąża za nim w kierunku Kaplicy Wszystkich Świętych, po chwili klęka przed marmurowym krzyżem i żarliwie się modli. Coraz większe tłumy na ulicach podążają do budynków, przystają przed przejściem przy katedrze, gdzie ogromny żółty autobus zatarasował drogę. Stoją spokojnie i czekają aż odjedzie, po czym ruszają szybkim krokiem przed siebie. Jedno machnięcie ręki i już siedzimy w żółtej taksówce, wiozącej nas ku hotelowi, w którym odświeżamy się i przygotowujemy do wystąpienia w Yale Club.

Nowa wieża World Trade Center
Miejsce upamiętnienia tragedii z 11 września 201 roku
Ania nad Hudson River
Statki wożące turystów na Hudson River i Statua Wolności w dali
W drodze na taras widokowy na 86 pietrze Empire State Building
Ujście Hudson River do oceanu
Widok na zachodnią stronę z Chryslerem i mostem nad East River
East River i budynek ONZ (u góry z lewej)
W dali Central Park
Przybliżenie kadru z Central Parkiem
Spojrzenie na New Jersey
Powrót na nowojorskie ulice
Antykwariat
Wnętrze antykwariatu, czyli marzenie pań urządzających domy w starym stylu
Jeszcze dwa byki – symbol siły Nowego Jorku i byk zodiakalny

PIERWSZA SESJA FOTOGRAFICZNA

Przez jakiś czas publikowałem na moim blogu fotografie pod wspólnym tytułem Radość fotografowania, a teraz porządkując moje archiwum z wielu lat, znalazłem zdjęcia z pierwszej sesji. Byłem wtedy młodzieńcem i miałem aparat fotograficzny Smiena-8, którym zacząłem się żywiej interesować. Wtedy jeszcze używało się klisz i trzeba bylo zdjęcia wywoływać w paskudnych chemikaliach. Odwiedziłem kilka miejsc w Bydgoszczy i okolicach i zrobiłem sporo fotografii – choć nie są najlepsze, publikuję je jako zapis z połowy lat siedemdziesiątych XX wieku.

Brdyujście

Brdyujście
Kanał Bydgoski
Stateczek na Brdzie
Nad Brdą – zapewne chciałem udokumentować jaki wcześniej był poziom wody
Nad Wisłą – jedna z pierwszych moich kreacji artystycznych w naturze
Pola nad Wisłą w okolicach Łęgnowa
Droga na Solec Kujawski
Ludzie na ulicy Grunwaldzkiej
Kiedyś na postojach taksówek były kolejki

BROMBERG (16)

Eleonora Spatz wyszła z domu przy Schöne Strasse i zauważyła, że jest jasny dzień, a słońce zbliżające się do zenitu zapowiada wspaniałą aurę. Liście na klonach przy Hauptstrasse pożółkły już i wyraziście obijały się pośród czarnych konarów. Z upodobaniem używała niemieckich nazw ulic i teraz w jej myślach też królowały takie formy. Była pewna, że Bromberg pozostanie na zawsze w rękach niemieckich i takie nazwy jak Piękna, Szubińska trafią do lamusa historii. Gdziekolwiek się udawała, zawsze pilnowała, by być punktualnie i teraz wyszła z domu około jedenastej, licząc, że droga do Cafe Kronprinz zajmie jej około czterdzieści minut, a jeśli nawet będzie tam prędzej, poczeka na kochanego Williego. Jakąż dumą napełniał jej serce ten chłopak, tak przystojny i tak wspaniale prezentujący się w czarnym mundurze, ale teraz czuła lekki niepokój, bo nie lubiła ukrywać swoich zamiarów przed mężem. Minęła piekarnię na rogu i sklep firmowy Polaka Piekarskiego, czując wspaniały zapach świeżo upieczonego chleba. Schodziła powoli w dół i już zauważyła wspaniałą willę Louisy Giese-Rafalskiej, w której mieszkały samotne bydgoskie kobiety. Właścicielka majątku Rupienica, ulokowanego na południowych rogatkach miasta, wybudowała ten dom lat ostatnich dla niewiast, które były rodowitymi bydgoszczankami, pochodziły z dobrych domów i dysponowały określonymi środkami na utrzymanie. Uśmiechnęła się do swoich myśli, bo przecież przez kilka lat pracowała w tym instytucie i dopiero przejęcie go przez Polaków spowodowało, że straciła pracę. Zbliżała się do okazałego budynku z czerwonej cegły, z charakterystycznymi białymi zdobieniami i rozmyślała o właścicielce i jej pannach, spośród których kilka szczególnie zapadło jej w pamięci. Była wtedy intendentką, ale też wykonywała wszystkie polecenia, zaopatrywała dom w produkty spożywcze, towarzyszyła chorym osobom w drodze do szpitala, a także pomagała w przygotowaniach do pogrzebów, które miały najczęściej miejsce na wielkim cmentarzu ewangelickim przy Wilhelmstrasse.

Droga schodziła dość stromo w dół i Eleonora w naturalny sposób przyspieszała kroku, będąc już naprzeciw wielkiego, dwupiętrowego budynku. Z radością zauważyła przy nim dwóch wartowników z karabinami, w hełmach na głowach i mundurach Wehrmachtu. Wkraczając na Brunnenplatz znowu uśmiechnęła się do swoich myśli, bo przecież tutaj poznała swojego męża Johanna, gdy pani Louisa wysłała ją na targ świński, by wybrała solidnego wieprzka, a potem zajęła się przygotowaniem szynek i kiełbas. To wtedy wpadł jej w oko wysoki mężczyzna, żywo rozmawiający z jakimś sprzedawcą i to wtedy udała, że niechcący na niego wpadła. Podtrzymał ją natychmiast i przestrzegł, że na ziemi jest sporo odchodów i gdyby przewróciła się nieopacznie, jej piękna, różowa sukienka straszliwie by ucierpiała. To spotkanie odmieniło jej życie i spowodowało, że w końcu wzięła ślub z Johhanem i zamieszkała nieopodal tego miejsca, na górce, przy  Schöne Strasse. Zawsze, gdy wkraczała na ten plac, patrzyła na pobliskie skarpy i cieszyła się widokiem wysokiej wieży ciśnień, a nieco dalej charakterystyczną sylwetką wieży Bismarcka. Bodaj w maju 1913 roku poszła wraz z rodzicami na otwarcie tego wspaniałego monumentu i była dumna, że jej tata Helmut, pracujący w Deutscher Ostmarkenverein, przyczynił się do jego powstania. Wszedł do komitetu budowy i wiele razy spotykał się nadburmistrzem Alfredem Knoblochem, z którym też w tej sprawie kilka razu pojechał do Berlina. Szła teraz wolno, przypatrując się okolicznym domom i ludziom, którzy ją mijali i bała się spojrzeć na wzgórza, bo wiedziała, że Polacy z nienawiści do Bismarcka, zburzyli upamiętniającą go wieżę. Ciągle miała w pamięci ów majowy dzień, gdy tata zabrał ją na sam szczyt ogromnego budynku, gdzie w mosiężnej, trzy i pół metrowej misie płonął ogień. Z rozkoszą delektowała się wtedy panoramą Brombergu, wielkimi budynkami, wybudowanymi przez Niemców, ewangelickimi kościołami, wstęgą Brahe i kanałami, które powstały dzięki przychylności króla Prus Fryderyka II, wielkiemu geniuszowi Franza von Brenckenhoffa i modernizatora Ernsta Conrada Petersona. W domu rodzinnym Eleonory kultywowało się pruskie tradycje i z dumą mówiło się o jej mieście, często używając określenia Kleine Berlin. Sprzyjało to rozlicznym lekturom, a szczególnie często młoda dziewczyna zaglądała do „Bromberger Zeitung”, gdzie pojawiało się wiele artykułów o chwalebnej pruskiej historii. Zwiedzając z ojcem i mamą sale w wieży, upamiętniające Żelaznego Kanclerza, z wypiekami na twarzy patrzyła na jego wielki posąg, odlany z brązu i prezentujący go w stroju kirasjera. Wielkie wrażenie zrobiło też na niej dwadzieścia pięć pamiątkowych tablic, ufundowanych przez niemieckie miasta i wielkie osobistości, w tym przez cesarza Wilhelma II i kanclerza Rzeszy Niemieckiej Theobalda von Bethmanna Hollwega. Jak Polacy mogli zburzyć tak wspaniały monument, jak mogli to zrobić? Co to za podły naród?

Rozmyślała o tym, gdy wchodziła na Posener Strasse, a potem przemknęła przez trójkątny Wollmarkt i Friedrichstrasse, na której czuła się dziwnie po długiej nieobecności. Nigdzie nie było już niemieckich nazw, a sklepy galanteryjne, które znała z dawnych czasów zmieniły witryny i wystrój wewnętrzny. Tylko tramwaje wciąż kursowały tą wąską ulicą i mijały się z piskiem i dzwonieniem w okolicach Hofstrasse. Eleonora wcześniej jednak skręciła w lewo i krótką nitką Poststrasse dostała się na Friedrichs-Platz, gdzie znowu poczuła się strasznie nieswojo pośród krzykliwych polskich reklam. Na środku nie było już pomnika Fryderyka II Wielkiego, który nie wadził nikomu przez prawie siedemdziesiąt lat i był atrakcją rynku, obok uruchomionej w 1909 roku fontanny i niewielkiego pomnika dzieci bawiących się z gęsią. Ojciec opowiadał jej, że był świadkiem jak Polacy zrzucili ten piękny monument z cokołu i śmiali się do rozpuku. Ileż razy pojawiała się w tym miejscu na sezonowych jarmarkach i zwykłych targach tygodniowych, podczas których plac wypełniał się furmankami i końmi, a także naprędce skleconymi stoiskami. Teraz przez chwilę stanęła na środku rozległej przestrzeni i spojrzała na zegary na obu wieżach polskiego kościoła pojezuickiego. Nie lubiła go, bo miał dziwaczną architekturę i został wtłoczony między kamienice i Muzeum Miejskie. Miała jeszcze dwadzieścia minut czasu do spotkania z Willim, więc postanowiła jeszcze podejść na most i spojrzeć na rzekę, którą tak wielbiła, szczególnie pod Brombergiem, gdzie z przyjaciółkami jeździła kąpać się w krystalicznie czystej wodzie. Jeszcze raz rozejrzała się po rynku, który sprawiał wrażenie obcego, nie należącego do jej przeszłości, straszącego polską pstrokacizną. Brakowało przede wszystkim niemieckich napisów, nazw sklepów, Damen Confection, Mode Bazar, Bürger Bierhaus i nazwisk ich właścicieli: Adolpha Eberle, Simona Schendela, Hermanna Krause i wielu innych. Z rynku zjeżdżał właśnie tramwaj numer jeden, pozbawiony niemieckich napisów i niepodobny do wozów, które zapamiętała z dawnych lat. Weszła w Brückenstrasse i podążyła nią ku mostowi, właśnie naprawianemu po działaniach wojennych z początku września. Chciała podejść do balustrady, ale drogę zastąpił jej spory oddział Wermachtu maszerujący w stronę teatru i Danzingerstrasse. Trochę rozbawił ją widok żołnierzy w hełmach, z granatami u boku i karabinami na prawych ramionach, tak różniących się wzrostem i posturą. W końcu jednak zatrzymała wzrok na najroślejszych piechurach i poczuła dumę, że armia niemiecka znowu jest na ulicach Brombergu.

Popatrzyła na statki płynące środkiem rzeki i pnie drzew spławiane gdzieś daleko, może nawet do samego morza. W końcu, ociągając się trochę, ruszyła ku wejściu do kawiarni, znanej z licznych opowieści osób, które chętnie spotykały się w niej i czasem balowały do późnej nocy. Czuła lekkie podniecenie, ale górę brała ciekawość i przekonanie, że Willi chce jej przekazać coś bardzo ważnego. Przy drzwiach przywitał ją kelner w białym stroju i z uśmiechem zapytał po niemiecku, bez trudu rozpoznając w niej Niemkę:

– Czym mogę  pani służyć…?

– Nazywam się Spatz i umówiłam się tutaj z kimś… – odpowiedziała i zaraz zagadnęła – Czy może mnie pan zaprowadzić na waszą słynną werandę, nigdy tam nie byłam…

Kelner skinął głową i poprosił by Eleonora podążyła za nim ku schodom prowadzącym na balkon, z którego roztaczał się wspaniały widok na teatr miejski i nabrzeża Brahe, na których królował wielki budynek z niezwykłymi ozdobami. Znała go jako dom towarowy Hohenzollernów, ale teraz pozbawiony niemieckich napisów i witryn pełnił chyba funkcję mieszkalną. Kawiarnia nieco ją oszołomiła, szczególnie główna sala, w której  przy bufecie ustawiono ogromny kredens z kryształowymi szybami, za którymi znajdowały się drogie alkohole i lśniące naczynia, kieliszki i szklanice różnego rodzaju. Poszczególne części lokalu rozdzielały kute z żelaza przepierzenia, przydające przytulności i sugerujące wielkie bogactwo. Po wejściu na werandę zdziwiła się nieco, bo jej wystrój był znacznie skromniejszy, a ubóstwo miały maskować girlandy zieleni, zawieszone naprzeciwko okien. Stoliki miały blaty z marmuru, ale przy nich ustawiono dość prymitywne, białe, metalowe krzesła. Nikogo nie było jeszcze w tym pomieszczeniu, a choć kelner wskazał jej miejsce przy ścianie z kwadratowym stolikiem na rzeźbionej nodze, to wybrała blat w kształcie koła, po drugiej stronie, tuż przy wielkiej witrynie okiennej. Rozsiadła się wygodnie i nakazała, by przyprowadzono do niej młodego SS-Untersturmführera, gdy tylko się pojawi. Rozsiadła się wygodnie, choć przez głowę przemknęła jej myśl, że zawieszony nad rzeką balkon może się nagle zawalić. Szybko jednak odsunęła od siebie tę obawę, słysząc już głos Willego, pytającego na dole o frau Spatz. Kelner doprowadził oficera do jej stolika i stanął w słusznej odległości, gotowy by przyjąć zamówienie. Willi usiadł naprzeciw cioci, zdjął czapkę z trupią główką i położył ją na wolnym krześle, a potem uśmiechnął się promiennie i spytał:

            – Na co ciocia ma ochotę…? Bo ja musze wypić kawę…

            – Tak młodzieńcze, ja też chętnie wypiję kawę z mlekiem i zjem szarlotkę… – odpowiedziała odwracając się do kelnera.

            – To dla mnie to samo… chłopcze przynieś nam dwie filiżanki mokki i dwie szarlotki… – oficer zwrócił się chłodno do kelnera, jakby wydawał mu rozkaz. Eleonora miała wrażenie, że Willi jest nieco spięty, zdawało jej się też, że ma lekki rumieniec na twarzy, ale przecież jego obowiązki były rozległe i może dopiero co wrócił z jakiejś narady lub akcji. Spała jeszcze, gdy rano wychodził z domu, ale teraz miała go do własnej dyspozycji i czekała na rozmowę, jakby miał jej objawić jakąś wielką tajemnicę.

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (1)

Przez czterdzieści lat mojej pracy pisarskiej nazbierało się sporo recenzji, które publikowałem w wielu periodykach literackich, pismach społeczno-kulturalnych i magazynach artystycznych. Postanowiłem stopniowo wprowadzać te teksty do mojego dziennika internetowego. Niechaj zaistnieją też w rzeczywistości cyfrowej, w której podobno nic nie ginie, nic nie przepada, a określone instytucje chomikują takie materiały. Zaczynam od zaprzyjaźnionej ze mną Łucji Danielewskiej, wielkiej damy poezji wielkopolskiej, a czas teraźniejszy w tekstach ma związek z datą ich publikacji.

Łucja Danielewska jest poetką, prozaiczką, cenioną tłumaczką z chorwackiego oraz z kilku jeszcze innych języków. Wydała kilkadziesiąt książek, w tym znaczące tomy poetyckie, trzy książki prozatorskie, kilka tomów przekładów, do tego jeszcze publikowała setki razy utwory oryginalne i tłumaczenia w wielu periodykach, magazynach literackich i antologiach. Była dostrzegana i nagradzana, między innymi przez Jury Warszawskiej Jesieni Poezji i Międzynarodowego Listopada Poetyckiego. To ją obdarzyła swoim zaufaniem w ostatnich latach życia Kazimiera Iłłakowiczówna i ona przyjaźni się z jedną z największych poetek chorwackich Vesną Parun. Słowem, jest to autorka o znaczącym dorobku, wyraziście rysującym się na mapie Wielkopolski i całego kraju – kobieta renesansowa, obdarzona przez życie wieloma talentami i potrafiąca w mądry sposób z nich korzystać. Do tego obfitego plonu literackiego dorzuciła jeszcze autorka na początku 2002 roku mikropowieść pt. Człowiek, który ubrał choinkę. Jest to proza psychologiczna, prezentująca postawy głównych bohaterów, przede wszystkim matki i jej studiującego syna, a także jego dziewczyny, ojca lekkoducha i jeszcze kilku innych postaci. Autorka znakomicie, z lekkością i wyczuciem prowadzi narrację, której zwieńczeniem jest dzień Bożego Narodzenia. Nie znajdziemy tutaj dłużyzn ani dysonansów narracyjnych, a lekkość słowa jest doprawdy zdumiewająca. Niczym w Opowieściach wigilijnych Dickensa, narrator prowadzi zgrabnie czytelnika od człowieka do człowieka, od jego historii, do jego marzeń, od lęków do frustracji.

Znajdziemy w tym utworze młodzieńczy język studencki, z którym Danielewska – nauczyciel akademicki – ma stale kontakt w Uniwersytecie Adama Mickiewicza; znajdziemy tutaj też jakby próbę naszkicowania portretu psychologicznego Adama, syna głównej bohaterki. Jak wielu ludzi w tym wieku jest on trochę roztrzepany, trochę pogubiony, nie radzi sobie z burzą hormonów i z wchodzeniem w dorosłość. Na szczęście na jego drodze pojawia się Jowita, która – równie jak on rozchwiana – wyraźnie lgnie ku niemu. Danielewska opisała ze znawstwem i wyczuciem punktów dramatycznych jeden z najtrudniejszych momentów w życiu młodego człowieka. To jakby czas wykluwania się mężczyzny z młodzieńca, a zarazem niebezpieczny moment podejmowania wyborów, które będą miały wpływ na całe jego życie. Matka Adama, jak to matka, buntuje się, że inna kobieta pojawia się obok jej syna, ale potrafi w takim momencie taktownie usunąć się w tło, zniknąć na kilka dni. To jest dla niej rodzaj szoku, ale wie, że i ona, i on, muszą sobie z tym poradzić. Wszystkie wątki opowieści zmierzają od samego początku do rozwiązania podczas wigilii, gdy nawet bezdomni znajdują trochę ciepła w domu, a kłopoty codzienności maleją w perspektywie   s p o t k a n i a   i w tle odwiecznego mitu szczęśliwości, czasu złotych godów.

Książkę Danielewskiej mogą czytać ludzie młodzi i ci, którzy zaliczyli kolejny krzyżyk po czterdziestce. Wszak jest to proza napisana z młodzieńczą witalnością, jakby uśmiechająca się stale do czytelnika i szanująca go. Czytając odczuwamy sympatię zarówno do syna, jak i do matki, a i sylwetki pozostałych bohaterów nakreślone zostały tak, że ich losy stają się rodzajem modelowych interakcji międzyludzkich. Wyraźnie widać, że pod powierzchnią zgrabnie układanych w rozdziały słów, jest głębsze przesłanie autorki. Mówi ona poprzez swoją opowieść, że życie jest krótkie i szkoda czasu na wzajemne nienawiści, na podsycanie zimnego żaru i nieustającą lawinę zarzutów. Każdy ma tylko jedno życie i każdy sam przed sobą i przed innymi ludźmi za nie odpowiada – dlatego warto szukać więzi z człowiekiem, dlatego trzeba takie związki podtrzymywać. Tylko tego rodzaju szukanie nadaje sens egzystencji, tylko nieustające kultywowanie ognia domowego, paleniska uczuć, dodaje chęci do życia. Matka Adama posiadła wiedzę o świecie i o ludzkich zachowaniach, jest świetnym psychologiem i tak prowadzi swego syna, że omija on mielizny swego wieku. Oczywiście zdarzają mu się – jak w życiu – potknięcia i chwile gorsze, zasmucające, ale przecież nikt na tym świecie nie był szczęśliwy w każdym momencie życia i zapewne nikt takiej permanentnej szczęśliwości by nie chciał. Szczęście jest chwilą, która przydarza się i która potem rozświetla pamięć. Trzeba do niej dążyć, a później trzeba ją pielęgnować, jak ulotny płomień, który i tak gasi zimny wiatr, który i tak kruszeje pośród mrozu. Opowieść Danielewskiej napisana została przeciw nienawiści, przeciw tym, którzy w innych ludziach widzą tylko przeciwników. To jest opowieść o dobru, które jest w człowieku i przebija się do świata bez względu na to, jakie przeszkody znajdzie na swojej drodze. Opowieść dobra, bo dobry jest świat… choć człowiek gubi się w nim i wchodzi stale w konflikt z innymi ludźmi, choć giną więzi i nikną uczucia, są chwile szczęścia i trzeba o nie dbać, tak jak dba się o zdrowie. Matka Adama wierzy w człowieka i niesie swoje humanistyczne przesłanie światu. Kolacja wigilijna jest zwieńczeniem jej zabiegów, ale też symbolem tego dobra, które pragnie ona z najbliższych wydobyć.

_________

Łucja  Danielewska, Człowiek, który ubrał choinkę, Wydawnictwo Kontekst, Poznań 2002, s. 68.                 

ADAM ZAGAJEWSKI 1945–2021

W związku z nieoczekiwaną śmiercią Adama Zagajewskiego przypominam jeden z jego najbardziej znanych wierszy i moją analizę, która została opublikowana w „Okolicy Poetów”.

JECHAĆ DO LWOWA

        Rodzicom

Jechać do Lwowa. Z którego dworca jechać
do Lwowa, jeżeli nie we śnie, o świcie,
gdy rosa na walizkach i właśnie rodzą się
ekspresy i torpedy. Nagle wyjechać do
Lwowa, w środku nocy, w dzień, we wrześniu
lub w marcu. Jeżeli Lwów istnieje, pod
pokrowcami granic i nie tylko w moim
nowym paszporcie, jeżeli proporce drzew
jesiony i topole wciąż oddychają głośno
jak Indianie a strumienie bełkocą w swoim
ciemnym esperanto a zaskrońce jak miękki
znak w języku rosyjskim znikają wśród
traw. Spakować się i wyjechać, zupełnie
bez pożegnania, w południe, zniknąć
tak jak mdlały panny. I łopiany, zielona
armia łopianów, a pod nimi, pod parasolami
weneckiej kawiarni, ślimaki rozmawiają
o wieczności. Lecz katedra wznosi się,
pamiętasz, tak pionowo, tak pionowo
jak niedziela i serwetki białe i wiadro
pełne malin stojące na podłodze i moje
pragnienie, którego jeszcze nie było,
tylko ogrody chwasty i bursztyn
czereśni i Fredro nieprzyzwoity.
Zawsze było za dużo Lwowa, nikt nie umiał
zrozumieć wszystkich dzielnic, usłyszeć
szeptu każdego kamienia, spalonego przez
słońce, cerkiew w nocy milczała zupełnie
inaczej niż katedra, Jezuici chrzcili
rośliny, liść po liściu, lecz one rosły,
rosły bez pamięci, a radość kryła się
wszędzie, w korytarzach i młynkach do
kawy, które obracały się same, w niebieskich
imbrykach i w krochmalu, który był pierwszym
formalistą, w kroplach deszczu i w kolcach
róż. Pod oknem żółkły zamarznięte forsycje.
Dzwony biły i drżało powietrze, kornety
zakonnic jak szkunery płynęły pod
teatrem, świata było tak wiele, że musiał
bisować nieskończoną ilość razy,
publiczność szalała i nie chciała
opuszczać sali. Moje ciotki jeszcze
nie wiedziały, że je kiedyś wskrzeszę
i żyły tak ufnie i tak pojedynczo,
służące biegły po świeżą śmietanę,
czyste i wyprasowane, w domach trochę
złości i wielka nadzieja. Brzozowski
przyjechał na wykłady jeden z moich
wujów pisał poemat pod tytułem Czemu,
ofiarowany wszechmogącemu i było za dużo
Lwowa, nie mieścił się w naczyniu,
rozsadzał szklanki, wylewał się ze
stawów, jezior, dymił ze wszystkich
kominów, zamieniał się w ogień i w burzę,
śmiał się błyskawicami, pokorniał,
wracał do domu, czytał Nowy Testament,
spał na tapczanie pod huculskim kilimem,
było za dużo Lwowa a teraz nie ma
go wcale, rósł niepowstrzymanie a nożyce
cięły, zimni ogrodnicy jak zawsze
w maju bez litości bez miłości
ach poczekajcie aż przyjdzie ciepły
czerwiec i miękkie paprocie, bezkresne
pole lata czyli rzeczywistości.
Lecz nożyce cięły, wzdłuż linii i poprzez
włókna, krawcy, ogrodnicy i cenzorzy
cięli ciało i wieńce, sekatory niezmordowanie
pracowały, jak w dziecinnej wycinance
gdzie trzeba wystrzyc łabędzia lub sarnę.
Nożyczki, scyzoryki i żyletki drapały
cięły i skracały pulchne sukienki
prałatów i placów i kamienic, drzewa
padały bezgłośnie jak w dżungli
i katedra drżała i żegnano się o poranku
bez chustek i bez łez, takie suche
wargi, nigdy cię nie zobaczę, tyle śmierci
czeka na ciebie, dlaczego każde miasto
musi stać się Jerozolimą i każdy
człowiek Żydem i teraz tylko w pośpiechu
pakować się, zawsze, codziennie
i jechać bez tchu, jechać do Lwowa, przecież
istnieje, spokojny i czysty jak
brzoskwinia. Lwów jest wszędzie.

Adam Zagajewski urodził się we Lwowie w 1945 roku i przed repatriacją na ziemie poniemieckie, do Gliwic, nie mógł zapamiętać czegokolwiek z tamtych czasów. Jego powroty do tego miasta miały zatem wymiar archeologii rodzinnej i konfrontowane ze wspomnieniami rodziców i zdobywaną wiedzą, musiały być rodzajem konstrukcji intelektualnej. Ta niedookreśloność sytuacji geograficznej, ta imaginowana bliskość miasta ważnego dla kultury kresów wschodnich, generuje swoiste liryczne roztargnienie i na początku wiersza poeta pyta: Jechać do Lwowa. Z którego dworca jechać/ do Lwowa, jeżeli nie we śnie, o świcie,/ gdy rosa na walizkach i właśnie rodzą się/ ekspresy i torpedy. Tak zaczyna się ten szamański pomruk, inkantacja rzeczywistości, która kiedyś była ważna dla drobnego ciała, a z czasem stała się mitem świata odeszłego i krzewiącego się bujnie we wspomnieniach klanu rodzinnego. Bliskość snu i pora dobowa wskazują, że mamy tutaj do czynienia z próbą obłaskawiania ulotności, mgiełki, chwili zaklętej w słowa i mutującej swobodnie we śnie. Zresztą wszelkie wyraziste ustalenia natychmiast stracą rację bytu, rozpłyną się we mgle przeszłości, a wyjazd może się zacząć o każdej godzinie, rano, w południe lub wieczorem, w marcu lub we wrześniu i równie dobrze może w ogóle nie dojść do skutku. Nasza realność, a zatem i istnienie Lwowa stale poddawane są ludzkiej próbie bytu, wciąż rodzą się od nowa w mózgu, stale podtrzymywane są nowymi strumieniami natlenionej i niosącej cukier krwi – zasadne zatem jest pytanie o autentyczność tego, co postrzegamy: Jeżeli Lwów istnieje, pod/ pokrowcami granic i nie tylko w moim/ nowym paszporcie, jeżeli proporce drzew/ jesiony i topole wciąż oddychają głośno/ jak Indianie a strumienie bełkocą w swoim/ ciemnym esperanto a zaskrońce jak miękki/ znak w języku rosyjskim znikają wśród traw. Spakować się i wyjechać, zupełnie/ bez pożegnania, w południe, zniknąć/ tak jak mdlały panny. Znaki istnienia, potwierdzenia realności miasta, gdzieś za granicami, jako zapis w paszporcie, łączą się z elementami charakterystycznymi dla przestrzeni europejskiej, jesionami i topolami, zaskrońcami w trawie, ale są też ornamentowane w szczególny sposób przez – zdawać by się mogło – odległe semantycznie określniki. W takim ustawieniu odbioru, drzewa mają w sobie coś z proporców pogrzebowych, są żywymi organizmami, oddychającymi jak człowiek lub zwierzę, z kolei antropomorfizowane strumienie wydają dźwięki bliskie bełkotowi w ciemnym języku esperanto, a zaskrońce umykają w trawach i kojarzą się poecie ze znakiem miękkości w języku rosyjskim. To może być wyjazd bez wyjazdu, bez pożegnania, ale zupełny, to może być chwila równie niedookreślona jak nagłe zgaśnięcie świata w chwili znamiennego omdlenia panien.

Powrót do Lwowa, jak ponowne pojawienie się w każdym miejscu, dziwnie ulokowanym w ludzkiej biografii, ma wydobyć elementy najistotniejsze w topografii miasta, ale też ma odsłonić wewnętrzną strukturę liryczną przestrzeni i czasu. Dlatego ważne staje się to, co zwykle umyka percepcji: I łopiany, zielona/ armia łopianów, a pod nimi, pod parasolami/ weneckiej kawiarni, ślimaki rozmawiają/ o wieczności. Charakterystyczne dla poezji Zagajewskiego jest ciągłe odbieganie myślą ku innym miejscom, ciągłe wplatanie elementów odległej, ale równie energetycznej i absolutnej epifanii. Tak łopiany stają się światem samym w sobie, orbitującym ku wspomnieniom parasoli weneckich, ale też są draperią przestrzeni, w której istnieją inne byty, reprezentowane tutaj przez ślimaki, rozmyślające o wieczności i bytujące w płaszczyźnie horyzontalnej, kryjące się w cieniu zieleni rozrosłych roślin.Myśl poety nigdy nie zastyga w jednym kształcie, nie przywiązuje się do żadnej formy, nieustannie skanuje rzeczywistość i przebiega ją niczym impuls elektryczny. Przeskok iskry bywa gwałtowny i z płaskiego świata pod łopianami wzrok pada, a przypomnienie jest tutaj wyraźnie ukierunkowane, na wertykalną oś lwowskiej świątyni: Lecz katedra wznosi się,/ pamiętasz, tak pionowo, tak pionowo/ jak niedziela i serwetki białe i wiadro/ pełne malin stojące na podłodze i moje/ pragnienie, którego jeszcze nie było,/ tylko ogrody chwasty i bursztyn/ czereśni i Fredro nieprzyzwoity. Ta pionowość jest realna i zarazem umowna, natychmiast przywołująca inne cząstki świata, w których pion wcale nie jest konstytutywny – no bo jak zauważyć wertykalność niedzieli, jak wyodrębnić ją z białych serwetek i z białego wiadra wypełnionego malinami, jak wreszcie połączyć pragnienie, którego nie było z chwastami, bursztynową barwą czereśni i bezeceństwami Aleksandra Fredry? Tylko poetyka mgnień i prześwitów, tylko rzucanie światła na coraz to inne elementy świata mogą być tutaj pomocne. Z mroku przeszłości wydobywa ją iskra lub błyskawica, nagłe rozświetlenie i równie nagłe przygaśnięcie, istnienie w nieistnieniu, byt w niebycie, egzystencja bez kolejnych potwierdzeń. Poeta dorastał już w innym mieście i stale słuchał opowieści o Lwowie, wciąż sycił zmysły aurą, której dotknął realnie jako niemowlę, a to znaczy, że właściwie nigdy jej nie zaznał. W pewnym momencie pojawiło się uczucie przesytu, które skojarzone zostało z kolejnymi cząstkami imaginatywnymi, z drobinami i wielkimi elementami miejskiej zabudowy: Zawsze było za dużo Lwowa, nikt nie umiał/ zrozumieć wszystkich dzielnic, usłyszeć/ szeptu każdego kamienia, spalonego przez/ słońce, cerkiew w nocy milczała zupełnie/ inaczej niż katedra, Jezuici chrzcili/ rośliny, liść po liściu, lecz one rosły,/ rosły bez pamięci, a radość kryła się/ wszędzie, w korytarzach i młynkach do/ kawy, które obracały się same, w niebieskich/ imbrykach i w krochmalu, który był pierwszym/ formalistą, w kroplach deszczu i w kolcach róż. Ta mnogość odsłon, to nieustanne, lamentacyjne przywoływanie miasta, powiązane było z sytuacją rodzinną, z wygnaniem i pasją odkrywczą, choć tak naprawdę nikt nigdy nie wniknął w  c a ł o ś ć  tej struktury, nikt nie przedostał się do tajni wewnętrznej kamieni, nikt nie usłyszał bezgłośnej mowy świątyń katolickich i prawosławnych, nikt nie rozmyślał tak intensywnie o Jezuitach i roślinach, o młynkach do kawy i krochmalu, o imbrykach, kroplach deszczu i kolcach róż. W innym świecie i w innych przestrzeniach musiał dorosnąć poeta, musiał w doświadczeniach dni i nocy odnaleźć swoją epifaniczna wyobraźnię i zacząć mnożyć ekwiwalenty słowne w kolejnych wierszach. To jakby zagęszczanie przestrzeni, to nieustanne ewokowanie treści, które łączą się ze sobą i natychmiast zderzają się z innymi elementami lirycznego przedstawienia.

Z opisów, z rozmów i przywołań, ze studiowania sztychów i fotografii, a nade wszystko z czytania książek wspomnieniowych powstał w wyobraźni twórcy obraz wyrazisty i zamglony, pełen drobnych szczegółów i nieustannie orbitujący ku uniwersum wszechrzeczy i ku prawdzie absolutu: Pod oknem żółkły zamarznięte forsycje./ Dzwony biły i drżało powietrze, kornety/ zakonnic jak szkunery płynęły pod/ teatrem, świata było tak wiele, że musiał/ bisować nieskończoną ilość razy,/ publiczność szalała i nie chciała/ opuszczać sali. Nic nie jest tutaj utrwalone, nic nie zastyga, wszystko podąża od realności zapisanej w czasie do wyobraźniowych ewokacji, od obrazu podążających zakonnic do migających w myślach szkunerów, od żółknących na mrozie forsycji do bicia dzwonów i stale multiplikującego się świata, przypominającego też aktora, nieustannie odgrywającego tę samą rolę i bisującego przed publicznością całej ludzkości. To wszystko przepadłoby bezpowrotnie gdyby nie pojawił się poeta, gdyby nie ukształtował tak swojego umysłu, że zaczął on konstruować wiersze, w których odradzały się sytuacje i byty, wracały ulotne fakty, lśniła na nowo rzeczywistość zgubiona pośród wirów czasu. Ludzie rodzili się i umierali, a członkinie rodzin uczestniczyły w ślepym rytuale istnienia rodzinnego, wypełniania przypisanych im ról i do głowy im nie przychodziło, że kiedyś pojawią się w wierszu chłopca urodzonego u końca wielkiej wojny: Moje ciotki jeszcze/ nie wiedziały, że je kiedyś wskrzeszę/ i żyły tak ufnie i tak pojedynczo,/ służące biegły po świeżą śmietanę,/ czyste i wyprasowane, w domach trochę/ złości i wielka nadzieja. Zagajewski ukazuje byty osobne na tle innych bytów osobnych, ludzi w grupach, ale jednak nieopisanie samotnych, dążących do jakiegoś celu, a zarazem poruszających się po omacku pośród głuchych, przepastnych ciemni. Często pośród tych światów pojawia się gość z zewnątrz i jego wizyta staje się pretekstem do uruchomienia lawiny wyobraźniowej. Wielki krytyk przyjeżdża do Lwowa i staje się wyzwaniem dla wyobraźni, chwilą, którą trzeba wyodrębnić, a potem ustawić ją w obrębie innych, zdawać by się mogło, nieistotnych chwil:  Brzozowski/ przyjechał na wykłady jeden z moich/ wujów pisał poemat pod tytułem Czemu,/ ofiarowany wszechmogącemu i było za dużo/ Lwowa, nie mieścił się w naczyniu,/ rozsadzał szklanki, wylewał się ze/ stawów, jezior, dymił ze wszystkich/ kominów, zamieniał się w ogień i w burzę,/ śmiał się błyskawicami, pokorniał,/ wracał do domu, czytał Nowy Testament,/ spał na tapczanie pod huculskim kilimem,/ było za dużo Lwowa a teraz nie ma/ go wcale, rósł niepowstrzymanie a nożyce/ cięły, zimni ogrodnicy jak zawsze/ w maju bez litości bez miłości/ ach poczekajcie aż przyjdzie ciepły/ czerwiec i miękkie paprocie, bezkresne/ pole lata czyli rzeczywistości. Zewsząd płyną obrazy i wzmacnia się przekonanie w poecie, że miasto zdominowało jego wyobraźnię, dokonało na nim aktu agresji, której nie równoważy nawet wykład Brzozowskiego. Lwowskość rzeczywistości w każdej inkantacji i w powracających lamentach była wręcz nie do zniesienia, przybierała formę materialną, przelewała się przez naczynia, eksplodowała w szklankach, przepełniała sobą stawy, jeziora, a nawet dymiła z kominów, stawała się samą istotą żywiołów. Ale właśnie pośród tej ekspansywnej lwowskości pojawiają się pierwsze zapowiedzi przyszłości, oprawianej w kształt wiersza i wracającej w wyobraźni poetyckiej jako ciąg znaków, emblematów i symbolicznych dopełnień. Wujek pisze poemat pt. Czemu, ofiarowany Bogu, a poszczególni ludzie wypełniają swoje role, wpisują się w lwowski model egzystencji, szaleńczej i nudnej, pełnej znaczeń i zarazem jakże bezsensownej. Mieści się w niej lektura Nowego Testamentu i wylegiwanie się pod huculskim kilimem, zimno maja i upały czerwca, nożyce ścinające rośliny i miękkość paproci, a wszystko razem jest epifanią, uświęceniem prostoty, dopowiedzeniem treści do tego co na zawsze miało zostać bez komentarza.      

 Nożyce są użytecznym narzędziem w praktyce ogrodniczej czy krawieckiej, ale mogą też symbolizować śmierć, nieustannie zrywającą łączność między komórkami i inicjującą bezpowrotny rozpad. To także symbol bezduszności ludzkiej, obecnej także w przestrzeniach Lwowa i nieustannie generującej cierpienia, kojarzącej się z uważną pracą dziecka przy wycinance. Urzędnicy i cenzorzy cięli ludzkie marzenia i nieudolne próby stworzenia enklaw, bezpiecznych miejsc w czasie i pośród kresowej przestrzeni, a dzieci mozoliły się by jak najlepiej odwzorować łabędzia lub sarnę. Jedno pozostawało wszakże niezmienne, szczęk metalu i odgłos strzyżenia, ucięcia, przerwania więzi – śmierć, bezduszna i groteskowa jak wyabstrahowane z rzeczywistości nożyce, zbierała swoje żniwo: Nożyczki, scyzoryki i żyletki drapały/ cięły i skracały pulchne sukienki/ prałatów i placów i kamienic, drzewa/ padały bezgłośnie jak w dżungli/ i katedra drżała i żegnano się o poranku/ bez chustek i bez łez. Szczęk nożyc, cięcie scyzoryków i noży, drapanie żyletek pojawiało się w każdym życiu, światy padały jak drzewa w dżungli i traciły swoją wartość ludzkie godności i wielkie budowle – wszystko zmierzało ku ostatecznym pożegnaniom, wszystko poddawało się nieuchronnej, bezlitosnej władzy czasu. Dopiero poeta, odwieczny tułacz wyobraźni, połączy wszystko w wielką, stale rozrastającą się i pulsującą żywymi głosami jednię, dopiero epifaniczna wyobraźnia wydobędzie z mroku to, co miało na zawsze w nim przepaść. Zapłaci za to lękiem, suchością warg nad ranem i poczuciem nieustannej podróży, ciągłego pakowania się i przemieszczania się z miejsca na miejsce: takie suche/ wargi, nigdy cię nie zobaczę, tyle śmierci/ czeka na ciebie, dlaczego każde miasto/ musi stać się Jerozolimą i każdy/ człowiek Żydem i teraz tylko w pośpiechu/ pakować się, zawsze, codziennie/ i jechać bez tchu, jechać do Lwowa, przecież/ istnieje, spokojny i czysty jak/ brzoskwinia. Lwów jest wszędzie. Wyprawa do Lwowa jest podróżą w głąb siebie, przyjęciem roli nigdy nie zatrzymującego się podróżnego i ustawianiem miasta urodzenia w ciągu symbolicznym miejsc na ziemi, poczynając od uświęconej i umęczonej po wielokroć Jerozolimy. Śmierć i bieg czasu niszczą utrwalane przez ludzi kształty, degradują budowle z kamienia i cegieł, ścierają na pył bramy i ogrody, zamieniają w proch kruche ciała, ale słowo może wskrzesić struktury i elementy, może spowodować, że nagle objawi się świeżość jak we wnętrzu brzoskwini, a  prywatna wizja miasta rozprzestrzeni się do wymiarów gigantycznych i wypełni sobą wszystko. Zagajewski tworzy wiersze, w których pulsuje prawdziwe życie, a zarazem rozmywa wszystko niczym subtelny akwarelista, swobodnie porusza się pośród przestrzeni mitu, a zarazem stale dociera do elementarnych cząstek rzeczywistości. Jego gigantyzm mieści się w obrębie jednej komórki, a to co mikroskopijne i niewidoczne dla oka, eksploduje nieoczekiwanie i rozszerza się do wymiarów kosmicznych.   

LUDZIE (2)

Nauczyciele V LO w Bydgoszczy
Stoi prof. dr Wiesław Szalla, pierwszy z lewej dyrektor dr Marian Szczerba

Wracam myślą do moich nauczycieli z V Liceum Ogólnokształcącego w Bydgoszczy. Naturalnym łącznikiem pomiędzy Szkołą Podstawową nr 60, mieszczącą się na osiedlu Błonie, tuż przy moim bloku, był wuefista, profesor Wiesław Szalla. Niestety, któregoś roku nagle zniknął z mojej podstawówki i dopiero, gdy zacząłem naukę w szkole średniej, zrozumiałem, że awansował i zaczął pracować na Kapuściskach. Jakaż to była barwna postać i jak go kochaliśmy, nawet wtedy, gdy ordynował niektórym z nas tzw. „poranki”, czyli dodatkowe ćwiczenia wczesną porą, niwelujące złe oceny i wszelkie sportowe zaległości. Myślę, że mnie lubił i dostrzegał moją rozbudowaną muskulaturę, co przejawiało się tym, że powierzał mi prowadzenie rozgrzewek podczas planowych lekcji. To było dziesięć minut szczególnie uciążliwych skoków, przewrotów, rozgwiazd itp., a chłopak prowadzący to i narzucający innym kolejne zadania, zyskiwał sporą renomę w wielu klasach. Profesor Szalla słynął ze zgryźliwych i komicznych powiedzonek, którymi komentował przede wszystkim nieudolność łamagowatych kolegów, choć potrafił też zrugać tych najlepszych. Jego sposobem na zrównoważony rozwój była siatkówka, za którą nie przepadałem, choć znalazłem miejsce w klasowej drużynie i udanie wystawiałem piłki najlepszemu pośród nas – Wiechowi Jabłońskiemu. O wiele lepiej szło mi podczas meczów piłki ręcznej i moja postawa na bramce przyczyniła się do zdobycia mistrzostwa szkoły przez naszą klasę. Tutaj Jabcol też był najlepszy, choć dopomagał mu udanie Wojtek Łoś, Lechu Kocoń, Sławek Dąbrowski, Irek Urbańczyk i rezerwowy Krzychu Kołaczyk. W decydującym meczu obroniłem karnego i potem profesor Szalla nachwalić się nie mógł jak mu to się spodobało. Zawsze z utęsknieniem czekałem na lekcje wuefu, na których wykonywałem najtrudniejsze ewolucje gimnastyczne, popisywałem się robieniem pompek, wspinałem się na grubych linach aż pod dach sali gimnastycznej, a nade wszystko grałem w siatkówkę i koszykówkę. W szkole podstawowej poznałem też ojca naszego wuefisty, który kiedyś przyszedł na lekcję wychowania obywatelskiego i opowiadał nam o swojej działalności konspiracyjnej, w trakcie okupacji niemieckiej. Jego syn pozostał w pamięci wielu chłopaków, którzy uczyli się w V LO i niejedna oferma batalionowa zawdzięcza mu wyjście na człowieka i zainteresowanie się sportem na poważnie.

Klasowa drużyna siatkarska Stoją od lewej: Wojtek Łoś, Wiesiek Pokora, Irek Urbańczyk, Dariusz T. Lebioda, klęczą od lewej: Sławek Dąbrowski, Leszek Kocoń

Innym nauczycielem, który utkwił mi w pamięci jest Dyrektor liceum – dr Marian Szczerba, pieszczotliwie przez wszystkich określany jako „Maniuś”. Nie miałem z nim zajęć z chemii, ale kilkakrotnie uczestniczyłem w akademiach, które organizował, wykorzystując uzdolnionych recytatorów. Raz też trafiłem na dywanik dyrektorski, gdy z ułańską fantazją chciałem otworzyć drzwi wejściowe do szkoły nogą i zbiłem szybę. Uciekłem przerażony, ale widziała to jedna z nauczycielek i natychmiast doniosła szefowi. Ten zjawił się podczas wuefu i kazał mi wyjść z sali gimnastycznej, a potem, bez awantury i reprymendy, rzeczowo ustalił ze mną, że mam dogadać się z pedlem i zapłacić mu za wstawienie nowej szyby.  „Maniuś” budził lęk w uczniach, gdy rano stał u wejścia do liceum i sprawdzał czy wszyscy mają tarcze lub błyszczące znaczki z wizerunkiem Leona Kruczkowskiego, ówczesnego patrona szkoły. Potrafił zawracać uczniów lub kierować ich do sekretariatu, by zakupili tarczę lub znaczek. Do legendy przeszła też jego dbałość o strój chłopców i dziewcząt, prezentujących się okazale w mundurkach, białych bluzkach i granatowych spódnicach. Nie wolno było też zapuszczać zbyt długich włosów, co powodowało wielkie awantury klasowe, bo przecież chcieliśmy wyglądać jak członkowie zespołów Led Zeppelin, Black Sabath lub Slade. Dyrektor stale kursował po holach, a szczególnie aktywny był podczas przerw, gdy chodziliśmy karnie parami przy ścianach. Stawał wtedy na środku korytarza, w najlepszym punkcie obserwacyjnym i wyławiał tych, którzy nie stosowali się do jego zaleceń. Nie wiem dlaczego wtedy nie kwestionował mojego wyglądu, a przecież nosiłem błękitne sztruksy i granatowo-biały sweterek, spod którego wyciągałem kołnierzyki koszuli w biało-niebieskie kwadraty. „Maniuś” był bardzo dobrym człowiekiem, dbającym o nauczycieli i uczniów, którzy wciąż próbowali go „na niby” swatać z jakimiś rusycystkami, lektorkami języków lub chemiczkami. Dyrektor był też czułym, przykładnym synem, mieszkającym z matką w przyszkolnym mieszkaniu i często wychodzącym z nią pod rękę na spacer po osiedlu. Do legendy przeszła jego fryzura z długą grzywką, co chwilę odgarnianą z czoła i nieco za duże garnitury, tudzież znoszone buty, średnio pasujące do całości stroju. Jakkolwiek jednak nie oceniałoby się tego pedagoga, należał on do najzacniejszych i najbarwniejszych postaci grona pedagogicznego.

Profesor Alina Michałowska

Z kolei jedną z najurodziwszych nauczycielek, była moja matematyczka, profesor Alina Michałowska, na którą czekałem zawsze przy sali lekcyjnej z drżeniem serca. Przede wszystkim dlatego, że zachwycałem się jej figurą i bardzo kobiecym, zalotnym wręcz, sposobem chodzenia, a po drugie – dlatego, ze byłem wtedy osłem matematycznym i tylko tej pedagog zawdzięczam dojście do matury i zdanie jej na dobrym poziomie. Nie lubiłem przedmiotów ścisłych i często obrywałem z nich dwóje, ale pani profesor za każdym razem wyciągała mnie z tarapatów, dostawiając trzy z dwoma minusami, niwelujące wcześniejsze pały. Raz tylko, gdy zakochałem się nieszczęśliwie w pięknej uczennicy i zawaliłem wszystko, co możliwe, musiałem przystąpić do egzaminu poprawkowego. Czekałem wtedy na korytarzu z Wojtkiem Łosiem i z drżącym sercem odprowadzałem wzrokiem profesor Michałowską, wchodzącą do sali. Na szczęście wszystko poszło gładko i mogłem dalej kontynuować naukę w czwartej klasie, w której znowu ratowały mnie tak wspaniałe oceny jak trzy z dwoma… W mojej pamięci pozostało też specjalne zadanie, które otrzymałem od matematyczki, związane z moimi zdolnościami plastycznymi. Miałem wykonać gazetkę ścienną, prezentującą wielkich matematyków i zrobiłem to z ochotą, tudzież ekscytacją, że tyle razy będę rozmawiał na osobności z piękną panią profesor. Zadanie zostało wykonane i spodobało się na tyle, że podobną gazetkę pt. Wielcy fizycy zamówiła u mnie pani profesor Barbara Lamęcka-Behring, wychowawczyni mojej klasy i znakomita fizyczka. Niestety za sprawą złośliwych kolegów, zaczęła się rozpowszechniać w szkole plotka, że zadrwiłem z nauczycielek i wykonałem karykatury wielkich matematyków i fizyków, co mijało się z prawdą. Niektórzy koledzy byli tak leniwi, że nie zadali sobie trudu by sprawdzić jak naprawdę wyglądały odwzorowane przeze mnie osoby i ich defekty urody przypisali mojej rzekomej złośliwości. Po jakimś czasie przystąpiono do remontu szkoły i gazetki w naturalny sposób zastąpione zostały innymi ozdobami. Wspominając profesor Alinę Michałowską wciąż mam w pamięci jej eleganckie ubiory, nienaganną sylwetkę, starannie zaczesane włosy i piękne oczy, a zarazem przypominają mi się tortury oczekiwania, kto zostanie wywołany do odpowiedzi przy tablicy. Gdy trafiało na mnie, serce podchodziło mi do gardła i szedłem na środek klasy jak na stracenie, tym bardziej, że wiedziałem, iż znowu zawiodę piękną panią profesor.

Alina – moja piękna dziewczyna z czasów licealnych

Moją dość dobrą znajomość języka angielskiego zawdzięczam przede wszystkim pani Profesor Annie Dutce, która znakomicie uczyła tego języka. Była bardzo wymagająca, ale potrafiła zachęcić nas do wkuwania słówek i zapoznawania się z gramatyką, sprawiedliwie oceniając postępy i karząc tych, którzy lekceważyli jej zalecenia. Niewiele brakowało, a wybrałbym język angielski jako przedmiot egzaminacyjny na ustnej maturze, ale w końcu zdecydowałem się na ukochaną geografię, wykładaną przez profesora Romana Golla, jako żywo przypominającego Alfreda Szklarskiego, autora mojego ulubionego cyklu podróżniczego o przygodach Tomka Wilmowskiego. Gdy uczyłem się angielskiego, prof. Dutka była już starszą kobietą, ale zawsze nienagannie ubraną i jak angielska królowa Elizabeth, noszącą eleganckie torebki. Zapamiętałem zabawne zdarzenie z jednej z lekcji, kiedy to jeden z naszych kolegów przyniósł do szkoły jakiś płyn, śmierdzący jak zgniłe jaja. Przed lekcją angielskiego nakapał kilka kropli na stół nauczyciela i po jakimś czasie pani profesor zaczęła czuć ten zapach i podejrzliwie patrzeć na dwie koleżanki, siedzące w pierwszej ławce. Te siedziały spokojnie, a po którymś spojrzeniu zaczęły się ukradkiem śmiać do siebie, co wywołało prawdziwą lawinę zdarzeń. Nauczycielka nie wytrzymała i wprost zapytała jedną z nich: To ty tak tutaj dzisiaj smrodzisz? Obie dziewczyny wybuchły histerycznym śmiechem i zostały za to natychmiast wyrzucone za drzwi. Niestety zapach się nie ulatniał, nawet przy otwartym oknie i dochodzenie trwało dalej, aż doprowadziło do tajemniczych żółtawych plam na stole i donosu najbardziej znienawidzonej skarżypyty z naszej klasy. Innym razem pani profesor musiała wyjść z klasy, krztusząc się ze śmiechu, gdy jeden z naszych kolegów zamiast powiedzieć po angielsku, że ma dobry ołówek (pencil), palnął: I have good penis… Nie muszę chyba mówić jaki przydomek przylgnął od tamtego zdarzenia do tego kolegi, który nomen omen na imię miał Ryszard, co po angielsku skraca się do formuły Dick. Bardzo lubiłem lekcje języka angielskiego i łasy byłem na pochwały profesor Dutki, tym bardziej, że nigdy potem nie spotkałem tak dobrej anglistki. Latając do wielu krain i posługując się uniwersalnym językiem światowym, wdzięczny byłem tej skromnej pani, za jej pasję pedagogiczną i za to, że potrafiła mnie zachęcić do nieustannego ulepszania tego narzędzia komunikacji. Mógłbym tutaj przywołać jeszcze wielu nauczycieli z grona pedagogicznego V Liceum Ogólnokształcącego w Bydgoszczy, z którymi dane mi było się zetknąć. Kilku z nich bardzo lubiłem, jak na przykład rusycystkę Czesławę Obuchowską, polonistkę Ewę Poleską-Kosowską, biologiczkę Marię Pastuszewską, a innych zachowałem w życzliwej pamięci. Żałuję też, że dałem się bardzo we znaki pani profesor Irenie Kuchczyńskiej, osobie o anielskim charakterze, którą denerwowaliśmy podczas zajęć z wychowania technicznego, gadając jak najęci, a nawet przekrzykując się bezczelnie. Z własnej praktyki pedagogicznej wiem jak przeszkadzają takie osoby i jak wpływają destrukcyjnie na innych. Muszę zatem gorąco przeprosić tę panią za siebie i za innych hałaśliwych zarozumialców z naszej klasy. Czas nauki w V LO pozostanie w mojej pamięci jako okres bardzo ważny w moim życiu, gdy coraz bardziej zaczynałem interesować się literaturą. Prowadziłem wtedy sporo dyskusji z profesor Ewą Poleską, uważnie przy tym zerkając na jej urodziwą siostrę. Niestety były to też lata pierwszych zawodów miłosnych, najpierw z powodu pięknej Aleksandry, a potem Aliny, z którą spotykałem się przez pięć lat, ostatecznie zrywając znajomość, gdy podjęliśmy studia – ona anglistyczne, a ja polonistyczne. Ta istota, tak upragniona i tak wrażliwa, przyczyniła się do tego, że zacząłem pisać wiersze i opowiadania. Po latach opublikowałem też tomik pt. Maria, w którym zamieściłem część liryków napisanych dla niej i będących relacją z tego, co wtedy przeżywaliśmy. Dzisiaj, ilekroć przemykam w okolicach mojej dawnej szkoły, wracam myślą do wielu nauczycieli i do zdarzeń z nimi związanych, przypominam sobie koleżanki i kolegów, przystaję i zastanawiam się nad ścieżkami ludzkich przeznaczeń. Z wielką wdzięcznością i sporym  zażenowaniem czytam na stronie szkoły, że należę do jej znanych absolwentów, obok tak naprawdę cenionych wychowanków jak: socjolog prof. Andrzej Zyberowicz, reżyser Jarosław Żamojda, dyplomata Aleksander Fedorowicz, kurator oświaty Marek Gralik, czy prawniczka Sławomira Wronkowska-Jaśkiewicz. Czytam to z zażenowaniem, bo przecież stale jestem jeszcze w drodze ku wytyczonym celom i pamiętam o moich szkolnych potknięciach, z których udało mi się dźwignąć dzięki mądrym, wspaniałym i jakże ludzkim pedagogom mojego już na zawsze, V Liceum Ogólnokształcącego w Bydgoszczy, które nosi teraz jakże zobowiązujące imię Ignacego Paderewskiego.

V LO w Bydgoszczy z lotu ptaka

TAIPI

Wyspa Nuku Hiva

Czytam Taipi, pierwszą książkę amerykańskiego romantyka Hermana Melville’a, opublikowaną w 1846 roku. Niezwykła żywiołowość narracji odzwierciedla tu wiek pisarza, który w trakcie tworzenia swojego dzieła miał zaledwie dwadzieścia sześć lat. Dzieło zalicza się do klasycznych utworów w kategorii podróżniczej i przygodowej, chociaż zawiera też sporo obserwacji natury ludzkiej, ze szczególnym uwzględnieniem etnografii i antropologii kulturowej. Akcja Taipi rozgrywa się latem 1842 roku, na wyspie Nuku Hiva, wchodzącej w skład archipelagu Markizów, należących z kolei do Polinezji, większej struktury wyspiarskiej środkowego Pacyfiku. Jest to historia ucieczki dwóch marynarzy ze statku wielorybniczego Acushnet i spod kurateli despotycznego kapitana. Wykorzystują oni dogodny moment, by czmychnąć na brzegu i zostać pośród krajowców, choć nie przypuszczają jakie tego będą konsekwencje. Jeden z nich to alter ego Melville’a – Tommo, a drugi to Richard Tobias (Toby) Greene. Choć zachowała się lista marynarzy i oświadczenie kapitana, że doszło do takiego zdarzenia, a potem jego towarzysz potwierdził prawdziwość narracji, znaleźli się naukowcy i pisarze, którzy kwestionowali autentyczność zdarzeń, a szczególnie wskazywany przez autora czteromiesięczny przedział czasowy. Kłopoty sprawiała też klasyfikacja utworu, który tyleż jest powieścią, co relacją z podróży, odtworzonym po czasie dziennikiem zdarzeń, albo pracą o ambicjach niemal naukowych. Opowieść zaczyna się, gdy okręt wpływa do zatoki Taio Hae, a kapitan pozwala marynarzom na opuszczenie pokładu, nie zdając sobie sprawy z tego, że dwóch z nich planuje ucieczkę. Zagrożenie ze strony ludożerców Nuku Hivy jest tak duże, że dowódca nie dopuszcza do siebie myśli, iż ktokolwiek mógłby roić sobie, iż zdoła zachować życie pośród tubylców. Wyspa jest przecież górzysta, poorana licznymi skalnymi parowami, a w nielicznych dolinach żyją owiani złą sławą krajowcy, często toczący ze sobą walki o terytoria, łupy i ciała wrogów. Pamiętajmy, że opisywane zdarzenia dotyczą piątego dziesięciolecia dziewiętnastego wieku, kiedy na mapach było jeszcze wiele białych plam, a relacje podróżników miały w sobie wiele sprzeczności. Trudno zatem się dziwić, że opowieść Melville’a o przedostaniu się z Tobym do wioski plemienia Taipi i pozostawaniu w niej ponad sto dni[1], budziła zdziwienie i niedowierzanie. Jednak jak byśmy jednak nie traktowali pracy amerykańskiego prozaika, stanowi ona cenny przyczynek do poznania obyczajów ludów Oceanii i późniejszych, szerszych opracowań, takich jak dzieła polskiego antropologa Bronisława Malinowskiego.

Paul Gauguin, Fatata te Miti, 1892

Tytuł powieści może intrygować i wyraźnie wskazuje, iż pochodzi z języka ludów Polinezji. Jego etymologię tak tłumaczy autor: Ci słynni wojownicy najwyraźniej budzą niewymowny lęk w innych wyspiarzach. Samo ich imię jest przerażające, albowiem słowo „Taipi” w dialekcie markizańskim oznacza miłośnika ludzkiego mięsa. Jest raczej dziwne, iż miano to zostało nadane wyłącznie im, jako że tubylcy z całej tej grupy są niepoprawnymi kanibalami. Być może nazwę tę dano, aby podkreślić szczególną drapieżność owego szczepu oraz naznaczyć go specjalnym piętnem.[2]Okazuje się jednak, że plemię, do którego trafiają uciekinierzy wiedzie spokojne życie, przerywane tylko atakami Happarów, czyli ich sąsiadów z innej doliny. To właśnie oni mieli być łagodni, a tymczasem okazało się, że kultywują zwyczaj jedzenia ludzkiego mięsa i napadają na sąsiadów. Opowieść snuje Tom, główny bohater, a zarazem narrator wszechwiedzący, często wybiegający myślą ku przyszłości. Dowiadujemy się zatem jak wyglądało życie w wiosce, toczące się leniwie, od zbiorów owoców do polowań na niewielkie zwierzęta i ptaki, od rytualnych obmyć w strumieniu, do ceremonii tatuowania mężczyzn i kobiet. Obaj przyjaciele są podejrzliwi i nie mogą uwierzyć w dobrą naturę i gościnność Taipisów, podejrzewają nawet, ze są specjalnie tuczeni, by skończyć w żołądkach wyspiarzy. Na szczęście te strachy okazują się niezdrowym rojeniem umęczonych mężczyzn, którzy zaczynają planować opuszczenie plemienia i informują o tym swoich gospodarzy. Choć im się to nie podoba, umożliwiają Tobby’emu podjęcie wyprawy ku brzegom wyspy, co za pierwszym razem kończy się niemal utratą życia przez młodzieńca. Dopiero druga próba okazuje się skuteczna i udaje mu się dotrzeć do oceanu, gdzie przybywają żeglarze, wymieniający z krajowcami świecidełka na mięso i tropikalne owoce. Chłopak wykorzystuje tę sytuację i ucieka do cywilizacji, błędnie poinformowany, że Tommo został zabity. Tracąc nadzieję, że zobaczy jeszcze przyjaciela, zaciąga się na statek i odpływa do Nowej Zelandii, skąd po wielu perypetiach wraca do Stanów Zjednoczonych. Jak się okaże, to jego relacja będzie jednym z dowodów na to, że zdarzenia opisywane przez Mellvile’a miały naprawdę miejsce i prawie nic nie zostało w nich przesadzone. Pisarz miał kłopoty z wydaniem swojego dzieła, bo nie brakowało w nim tonów krytycznych, kierowanych ku cywilizacji zachodniej i pracy misjonarzy katolickich na wyspach Oceanii. 

Paul Gauguin, Nave Nave Mahana, 1986

Dzisiaj, gdy czytam tę relację, łatwo mogę sobie wyobrazić jakie wrażenie zrobiła ona na czytelnikach dziewiętnastowiecznych i jak bardzo przyczyniła się do rozsławienia młodego pisarza. Zasmakował on życia pośród krajowców, tak jak Paul Gauguin, który u końca życia zamieszkał na innej wyspie w archipelagu Markizów – Hiva Oa. Nie wiadomo czy przed podjęciem decyzji o wyjeździe do Polinezji, francuski malarz zapoznał się z opowieścią Melville’a, która po raz pierwszy ukazała się w Londynie w roku 1846.[3] Jeśli nie, to mógł mieć do czynienia z ludźmi, którzy ją czytali i potem rozpowszechniali wiadomości o magicznych wyspach. Pierwsze kontakty Europejczyków i Amerykanów z rdzennymi mieszkańcami Polinezji miały charakter testowy i dopiero nowe fale napływających przybyszów wszystko odmieniły. Warto tutaj zacytować ocenę Henri’ego  Perruchota, autora biografii Paula Gauguina: W rzeczywistości mieszkańcy Markiz niezbyt dobrze wyszli na kontaktach z białymi. O ile nie przejęli od Europejczyków żadnej cnoty – a pewno i nie mogli tego zrobić – o tyle wzięli od nich kilka dodatkowych występków. Żeglarze zachęcali ich do rozpusty, przyzwyczaili do opium lub nie znanych dotąd trunków, jak na przykład rum, za którym teraz tubylcy szaleją. Jeśli nie uda im się jakimś oszustwem zdobyć rumu, zapijają się wodą lawendową. Zmuszono ich, żeby się ubierali – z powodu wstydu, uczucia, którego nie znali, i stracili przez to całą dotychczasową odporność. Stali się bardzo podatni na choroby, zwłaszcza na gruźlicę – pokopoko – i to w tym większym stopniu, że wskutek izolacji nic ich nie uodporniło przeciw zarazkom. Najlżejsza epidemia czyni wśród nich straszliwe spustoszenie. Zawleczenie syfilisu stało się dla nich zgubne i wielu skazało na bezpłodność. Wczoraj dzicy wojownicy, dziś to już tylko bierne, lękliwe plemię, wyrwane ze swojej pierwotnej egzystencji – tyle tylko, że jeszcze żyjące. Według spisów z 1840 roku na jedenastu wyspach archipelagu żyło dwadzieścia tysięcy tubylców; dziś liczy się ich na niecałe trzy tysiące pięćset.[4] Melville dokumentuje jedno z takich spotkań cywilizacyjnych i w jego opisach nie brakuje elementów komicznych, jak choćby ten, gdy relacjonuje prośbę wodza plemienia o przekazanie mu starych, zdezelowanych butów, które potem używa jako specjalną ozdobę i nosi zawieszone na szyi. Zdumiewająca jest sprawność narracyjna młodego pisarza, którego książkę czyta się  na początku trzeciej dekady dwudziestego pierwszego wieku, jakby została napisana wczoraj, a jej wiarygodność nie budzi większych wątpliwości. Trudno się jednak dziwić, że czytelnicy dziewiętnastowieczni reagowali histerycznie, wszak autor naruszał wiele tabu zachodniej kultury. Śmiało mówił o wspólnych kąpielach z polinezyjskimi kobietami, krytykował misjonarzy i ukazywał francuskich kolonizatorów w złym świetle. Także jego zauroczenie Faiewai, piękną mieszkanką doliny i pływanie z półnagą w jednej łodzi, mogło się nie podobać purytańskim czytelnikom, dla których wzorem kobiecego piękna była królowa Wiktoria. 

Paul Gauguin – Sjesta, 1984

[1] Por. Paweł Jędrzejko, Melville w kontekstach czyli prolegomena do studiów melvillistycznych, Kierunki  badań – biografia – kultura, Katowice, 2007, s. 79–82.

[2] Cyt. za H. Melville, Taipi, przeł. B. Zieliński, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, s. 43.

[3] Por. M. Wiśniewski, Posłowie, tamże, s.398. Gaugin czytał natomiast powieść francuskiego pisarza Pierre’a Lotiego pt. Rarahu o egzotycznym związku z młodą Tahitanką.

[4] H. Perruchot, Gauguin, przeł. H. Olędzka, Warszawa 1963, s. 400. W 1926 roku zaludnienie Markiz wynosiło 2000 osób, ale zaczęło regularnie rosnąć.

ZEGAR I PRÓG

Odbiór ludzkiego wieku schyłkowego w literaturze polskiej, na wiele lat ustalił manifest poetycki Adama Mickiewicza pt. Romantyczność (1822). Pojawił się w nim starzec, reprezentujący klasycyzm i negujący istnienia świata nadprzyrodzonego. Opowieści Karusi, widzącej postać zmarłego ukochanego, przeciwstawiał on butne słowa: Ufajcie memu oku i szkiełku,/ Nic tu nie widzę dokoła. A choć odnosił się przede wszystkim do poglądów braci Śniadeckich i był wyrazem buntu ucznia w stosunku do postawy nauczycieli, stał się zaczynem nowego prądu myślowego w Polsce. Romantyzm był pochwałą młodości i wyobraźni, wiary w podłoże spirytualne naszej egzystencji, a przy tym, niezwykłych stanów świadomościowych, takich jak obłąkanie, sen, transmigracja, mesmeryzm. Wiersz Mickiewicza ustalił też wzorzec starości, jako domeny wiedzy i zrozumienia naukowych mechanizmów świata, a także korzyści płynących z badań scjentystycznych, odkrywających – przy pomocy mikroskopu – ukryte wymiary naszej rzeczywistości. Młodość, targana pierwiastkowymi uczuciami, przypomina stan mediumiczny, w którym kontury zacierają się, a kształty przestają mieć znaczenie i nikną w żarze miłości, pragnienia, chęci zaspokojenia żądz cielesnych. W literaturze światowej znajdziemy wiele sugestywnych portretów starców, poczynając od skąpca Moliera, poprzez Ojca Goriota Honoriusza Balzaka, Doriana Graya Oscara Wilde’a, a skończywszy na latarniku Henryka Sienkiewicza i Santiago z opowiadania Hemingwaya pt. Stary człowiek i morze. Pisarze portretują swoich starych bohaterów w różnoraki sposób, od ubolewania nad straconymi szansami, poprzez afirmację zdobytego doświadczenia, aż do sarkazmu i ujęć prześmiewczych. Charakterystyczne są tutaj podsumowania Szekspira w Królu Learze, ujęcia Nałkowskiej w Granicy, a tendencję sarkastyczną reprezentują choćby zdania Czesława Miłosza, sumującego swoje szanse w konfrontacji z młodością i jurnością kobiet, zauważanych na lotnisku: Stary lubieżny dziadu, pora tobie do grobu, nie na gry i zabawy/ młodości. O ile młodość bywa żywiołem nie do opanowania, o tyle starość jawić się powinna jako czas uspokojenia i ukojenia, ale przecież – co dokumentują wiersze Krzysztofa J. Lesińskiego – perspektywa ludzka stale się zmienia, a to co zdawać się mogło trwale utwierdzone, w konfrontacji z biologią traci jakikolwiek sens.  

            Czas działa zawsze na niekorzyść człowieka, ale widzimy to dopiero w podeszłym wieku, kiedy suma pozostałych lat drastycznie się kurczy. Młodość zdaje się być bezpieczna, nieskończenie oddalona od dni schyłkowych i niedogodności zdrowotnych, a nawet jeśli spotyka nas wtedy jakaś przypadłość, jesteśmy pewni, że szybko się skończy. Tak witalność pierwszych dekad zakłamuje naszą rzeczywistą sytuację, ludzi nieustannie podążających ku końcowi postrzeganego świata, zgaśnięciu barw, zapachów, dźwięków i kształtów. Człowiek pragnąłby jeszcze wyrwać pióro/ ze skrzydła anioła/ upadłego/ prześcignąć czas/ odkryć tajemnicę/ pisać krwią/ z otwartego serca, ale wszystko się zamyka, aktywność telomerazy maleje i zaczyna brakować sił, a kalendarz przypomina, że jesteśmy zbudowani z cząstek, których wymiana spada drastycznie już od czwartego dziesięciolecia. To generuje nową jakość i przekonanie, że tylko ból jest wierny/ ból nigdy nie zdradza/ ból zawsze powraca – pewność, że jesteśmy cieleśni, uzależnieni od tlenu, krążenia krwi w żyłach, pokarmu bogatego w cukier i biopierwiastki. Nikt nie spowolnił upływu czasu, nawet taki eksperymentator jak doktor Faust; niektórym tylko udało się od niego uciec za cenę utraty życia i odrzucenia potencjalności następnych lat. Krzysztof J. Lesiński przypomina w swoich wierszach, że wszystko jest względne, chwilowe, uzależnione od szeregu czynników, a w każdym momencie naszej egzystencji możemy podsumować doświadczenia formułą: jeszcze tylko krok/ do wieczności. Pozostają zatem wspomnienia, coraz jaskrawsze, zakłamujące symptomy starości i przenoszące nas do idealnego świata, który przepadł na zawsze i nigdy już nie powróci. Entropia ma swoje prawa, wpisane w druga zasadę termodynamiki i jakiekolwiek próby pominięcia jej destrukcyjnych zasad, skazane są na niepowodzenie. Niestety procesy gerontologiczne nie przebiegają jednakowo na wszystkich poziomach, a starzeniu się ciała przeciwstawia się często jasność umysłu i niezgoda na zwiotczenie mięśni, skóry, pogorszenie się wzroku i słuchu, uszkodzenia czynności narządów czy spadek aktywności enzymów. Każdy chce żyć, pragnie kontynuować to, czego doświadczał w młodości, dlatego poety nie opuszczają wspomnienia i wciąż tli się w nim nadzieja, tak oto artykułowana w wierszu: Chciałbym/ jeszcze trochę/ poprzechadzać się po tym/ świecie/ z rękoma w kieszeniach/ jeszcze popatrzeć/ jeszcze popłakać/ jeszcze pocierpieć/ poprzekomarzać się/ z bogiem/ jeszcze raz się zakochać. Choć autor prosi życie o trochę, to jego pragnienia są maksymalistyczne, sięgające głęboko do ludzkich doświadczeń egzystencjalnych, od tysiącleci przeciwstawiających się nieuchronności rozpadu.

            Starość pozwala intensywniej zauważać procesy przebiegające w naturze i piękno świata, ale też kumuluje myśli o nieuchronności śmierci i zbliżającym się rozpadzie. Poeta ma tego świadomość i stosuje w swoich wierszach liczne strategie niwelujące wymowę zdarzeń; głęboko wnika w naturę szukając w niej odpowiedzi na bolesne pytania o sens istnienia, ale też minimalizuje potworność końca: a cóż to śmierć/ to tylko próg/ który musimy/ przekroczyć/ z ostatnim skurczem/ serca/ ale/ nie spiesz się śmierci/ szpetota starości/ nie odbiera piękna/ dobra/ i miłości. Z jednej strony są tutaj ewidentne symptomy postępującego rozpadu, spowolnienie metabolizmu, siwienie, pogorszenie wzroku, a ze strony drugiej pojęcia i stany nie podlegające tym prawom: piękno, dobro i miłość. Gdyby ich nie było, mielibyśmy do czynienia z bezmyślnym, chwilowym bytowaniem pośród świata i niczym nie różnilibyśmy się od bakterii, wirusów, najprostszych organizmów, istniejących tylko dzięki wewnętrznemu kodowi reprodukcyjnemu. Istota ludzka bytuje tyleż w obrębie rzeczywistości biologicznej, co w sferze uczuć i pojęć wyższych. Ich zaistnienie uwarunkowane jest zdrowiem wszelkich struktur organizmu, właściwościami mózgu i indywidualną energią, ale też jest najwyższą formą rozwoju w znanym nam wszechświecie. Człowiek potrafi analizować rzeczywistość i snuć wnioski, może zaplanować rozwój wypadków i szukać odpowiedzi na dręczące go pytania. Może to czynić wielorako, w obrębie eksperymentów naukowych i badań filozoficznych, może odnosić wszystko do procesów przebiegających w kosmosie i do energii sprawczej niewidzialnego Boga. Tak poeta szuka odpowiedzi na najważniejsze pytania swojego życia i ze zdumieniem konstatuje, że za każdym razem kontrapunktem staje się bliskość i miłość: nie ma boga nie ma/ świata/ tylko my i rozkosz. Krzysztof J. Lesiński znakomicie moduluje swoją poezję i oprócz ujęć wysokich wprowadza czasem do wierszy żartobliwe komentarze, jak ów, gdy zastanawia się co będzie wspominał, gdy stuknie mu dziewięćdziesiątka i z rozbrajającą szczerością wyznaje: zrzucone w pośpiechu/ twoje majteczki. Może właśnie tak powinno się obłaskawiać zegary i zawsze potencjalną śmierć, może tak powinno się podchodzić do wielkich pytań naszej egzystencji. Jej wymiar filozoficzny jest ważny, ale nawet najwięksi filozofowie oddawali się uciechom ciała, kopulowali i odsłaniali wstydliwe zakamarki ciała. Metoda poetycka autora, polegająca na podglądaniu starca w samym sobie, nie odrzuca różnych ujęć, nie boi się nagłych zwrotów, pulsuje w obrębie znaczeń, jak życie w przeznaczonym mu czasie. Tak w zdumiewający sposób czyni starość okresem równie interesującym jak dzieciństwo, wiek młodzieńczy, dojrzałość lat średnich, tak też łagodzi jej wymowę i zapowiada dalszy ciąg…

_____________

Krzysztof J. Lesiński, Podglądanie starca, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2021, s. 118.

TŁUM ISTNIEŃ

(C) 2009-2015 by Leonardo Orazi – All rights reserved

Wieczorem spędziłem kilka minut na powietrzu, czując mroźne powiewy i wpatrując się w niezwykle wyrazistą konstelację Oriona. I nagle pojawiła się dziwna łączność z tymi, którzy przede mną patrzyli w gwiazdy i wyodrębniali trzy niewielkie światełka, ustawione w jednej linii. Odetchnąłem głęboko i zrozumiałem, że w tej samej chwili stoją za mną faraonowie, Cheops, Ramzes Wielki, Amenhotep IV, stoją chińscy cesarze z kilku dynastii, stoi Aleksander Wielki i Juliusz Cezar, a przy nich jeszcze Napoleon Bonaparte, król Henryk VIII, rosyjscy carowie i francuscy monarchowie. Mordercy też potrafili zapatrzyć się w gwiazdy, więc nikt nie zaprzeczy, że głowę ku górze unosił Stalin, Hitler i Mao Tsetung, a także ich ofiary, od Kamczatki po Normandię i od Władywostoku po Hongkong. Jak długie są dzieje człowieka, zawsze jakaś istota patrzyła ku niebu i kontemplowała gwiazdozbiory. Tak czynili pierwsi łowcy w Afryce, ludzie ze stepów Azji Centralnej, Inkowie i Aztekowie, aborygeni i papuasi, mieszkańcy wysp pacyficznych i wyżyny Dekan. Stałem jak zauroczony, samotny, a zarazem w wielkim tłumie istnień, chwilowy, ale też przemijający jak wszystko we wszechświecie. Stałem i patrzyłem…

« Older entries

<span>%d</span> blogerów lubi to: