OCALIĆ OD ZAPOMNIENIA

Przyjaźnie artystów, muzyków i ludzi pióra zwykle przechodzą próbę czasu i podlegają weryfikacji w zmieniających się okolicznościach życia, w dynamicznie ewoluujących biografiach powiązanych ze sobą twórców. Jeśli taka bliskość trwa wiele lat i udanie opiera się naporowi zdarzeń, możemy mówić o prawdziwej przyjaźni, wzbogacającej twórczość i stymulującej powstawanie kolejnych dzieł. Historia literatury zna wiele przykładów takich związków: Goethe i Schiller, Mickiewicz i Puszkin, Krasiński i Reeve, Hemingway i Fitzgerald, Flaubert i Baudelaire, Stachura, Bruno i Szatkowski. Lista mogłaby być znacznie dłuższa, ale przecież są to sprawy powszechnie znane, opisane w periodykach i pracach naukowych, wielokrotnie komentowane w mediach elektronicznych, a bywało też, że będące podstawą scenariuszy filmowych i sztuk teatralnych. W przestrzeni kultury bydgoskiej twórcy od dawna tworzyli liczne kręgi towarzyskie, najczęściej skupiające się wokół czasopism, klubów, miejsc prezentacji utworów, obrazów, dzieł muzycznych. Różnie też bywało z intensywnością takich związków, które kończyły się przy kolejnych zawirowaniach politycznych, historycznych, środowiskowych i etycznych (słynne rozstanie Sulimy-Kamińskiego i Hoffmana). Zdarzało się też, że związki miękły, gdy twórca przenosił się do innego miasta lub kraju, popadał w uzależnienie od używek, albo zakochiwał się i stawał się przykładnym mężem, partnerem, ojcem, ze ściśle limitowanym czasem i częstymi kontrolami najbliższych osób. Niewielu pisarzom udawało się pozostawać w przyjaźni przez dziesięciolecia, nieliczni też ocalili jej dawną temperaturę, godząc się na powolne i nieuchronne stygnięcie relacji. W takim kontekście cieszyć muszą wszelkie świadectwa związków, które przetrwały próbę czasu, a szczególną wartość mają przekazy powstałe po nagłym odejściu jednego z bohaterów. Książka Marka Kazimierza Siwca pt. Przyjaźń jest zatem dziełem potrzebnym, znakomicie skomponowanym, niosącym przesłanie dla nadchodzących generacji, a nade wszystko – ocalającym chwile, które mogłyby przepaść na zawsze.      

Sierpień 2017 roku nie zapowiadał fatalnych zdarzeń, a spotkanie piszącego te słowa z Krzysztofem Derdowskim w Ministerstwie Wódki i Śledzia na Starym Rynku w Bydgoszczy, miało taki sam charakter jak dziesiątki naszych wcześniejszych dysput przy piwie. Kolega poinformował mnie, że wybiera się do córki, mieszkającej w czeskiej Pradze i wróci po dwóch, trzech tygodniach. Także ostatnia rozmowa telefoniczna, 10 sierpnia, gdy Krzysztof był już w stolicy Czech, nie generowała niepokoju – jak zwykle skomentowaliśmy ostatnie wydarzenia w Bydgoszczy i zachowanie pewnego nadpobudliwego kolesia. Niestety po tygodniu otrzymałem złowieszczego SMS-a od autora omawianego tutaj tomu i dreszcze obsypały całe moje ciało, natychmiast zmieniając perspektywę odbioru biografii autora Wstydu. Śmierć Krzysztofa w mieście życia i grobu Franza Kafki miała w sobie coś z absurdalnego klimatu Procesu i wpisywała się w ciąg wieloletnich kłopotów zdrowotnych bydgoskiego twórcy. Wiedziałem o nich sporo, bo przecież był taki czas, gdy spotykaliśmy się bardzo często, a trwające do rana biesiady dostarczały wiedzy o każdym z nas. To było czytanie wierszy u mnie w domu, na Chodkiewicza, u Krzysztofa na Słupskich, u Marka na Jaskółczej, ale pamięć zachowała też sporo wypraw poza Bydgoszcz – do Gdańska, Poznania, Koronowa, Szubina, Nakła i do wielu innych miejscowości. Krew mieliśmy wtedy gorącą, więc czasem dochodziło do sporów, a raz nawet staliśmy naprzeciwko siebie, gotowi do bitki. Na szczęście koledzy zażegnali konflikt i w następnych latach spotkania miały charakter przyjazny, chociaż w pamięci kolegi mógł pozostać uraz, który powodował, że w niektórych sytuacjach pojawiała się trudna do zaakceptowania ambiwalencja. Nie miałem wątpliwości, że Krzysztof powinien spocząć na bydgoskim cmentarzu dla zasłużonych osobowości, tuż przy takich literatach jak Sulima-Kamiński, Andrzej Baszkowski, Jan Górec-Rosiński, przy malarzach i aktorach, z którymi też miewał liczne kontakty. Poddałem tę myśl jego przyjacielowi, a ten zajął się organizacją pochówku po przywiezieniu prochów naszego kolegi z Czech. Niestety nie mogłem wziąć udziału w ceremonii pogrzebowej, bo przebywałem w Chinach, gdzie tylko ze smutkiem konstatowałem w Internecie fotografie z tego wydarzenia. Tak zamykał się okres naszych wspólnych eskapad, współtworzenia kształtu młodej literatury w Bydgoszczy i w Polsce, czas spotkań na łamach tych samych tygodników i miesięczników, a potem wspierania się w różnych przestrzeniach.

Książka Marka Kazimierza Siwca ma przemyślaną konstrukcję, której wspornikami są wiersze i rozmowy na odległość, a nade wszystko żywa narracja poetycka dwóch jakże odmiennych i bliskich sobie bytów. Mottem całości jest wers Krzysztofa: Żal mi rzeczy nie-zamkniętych w wierszu, świadczący o tym jak wielką wagę przykładał on do poetyckiej funkcji ocalającej, tak jakby życie miało tylko wtedy sens, gdy stawało się zapisem lirycznym. Wszystko jest poezja – przekonywał w tytule swojej powieści Edward Stachura, a tacy samotnicy z jego kręgu jak Babiński, Różański i Szatkowski wcielali tę maksymę w życie. Żal za tym, co stracone dla poezji lokował się po drugiej stronie tego, co przepadło w zakresie planów życiowych, nie odbytych podróży, zarzuconych książek, niedokończonych tekstów. Wiersz ma ogromną siłę ocalającą i dodatkowo wyposaża opisywanych ludzi, zdarzenia, miejsca w kontekst symboliczny, w głębię pojawiającą się pod powierzchnią słów. Zauważamy to w otwierającym tom wierszu Krzysztofa pt. Weranda, będącym apoteozą miejsca szczególnego, zapewne przedsionka domu autora Przyjaźni. Ta prośba o to, by nie ginęła weranda, gdzie się spotykali, jest zarazem próbą unieśmiertelnienia szczególnych momentów w dwóch biografiach: Nie giń werando/ Nie zostawiaj mnie bez swych chropowatych drzwi i wyliniałych okiennych ram/ Nie porzucaj bez pieszczoty żeliwnych okuć i czułości podłogi/ Nie rozpadaj się na drzazgi gwoździe farby kurz/ Werando cytacie z wieczności/ zostań ze mną na zawsze. Derdowski miał wielkie „nabożeństwo” do wieczności,  stanowiącej jedyny pewnik w naszym kruchym świecie, często ją przywoływał i jakby tęsknił za nią, a może za jej idealnością, będącą przeciwieństwem nadgniłej rzeczywistości, w której egzystujemy. Weranda pojawi się w zamknięciu kody poetyckiej Siwca, niemal na końcu tomu i będzie to potwierdzenie, że świat w którym uczestniczyli nie rozpadł się jeszcze – trwa w pamięci i w słowie, przechyla się ku ostateczności eternalnej, ale wciąż trzyma się żywych istnień. Gdziekolwiek byśmy nie poszli, dokądkolwiek byśmy nie pojechali, wrócimy do miejsc wyjścia, a narodziny, życie i śmierć sprasuje rozżarzona do czerwoności chwila ostatnia: Weranda jest tam jeszcze/ i cienie/ postaci/ szkła/ – Za przyjaźń,/ która w uścisku dłoni/ i napowietrzności chwili/ jak ta bańka/ nie pęka. Ta zamykająca wszystko iskra ma w sobie coś z tęsknoty Derdowskiego, by trwała przestrzeń, w której miały miejsce chwalebne zdarzenia, gdzie pojawiali się ludzie, którzy osunęli się w proch i gdzie brzmiało potężnie poetyckie słowo.

Tom Przyjaźń podkreśla muzyczną strukturę naszego świata, a takie tytuły działów jak Preludium i Coda nieodmiennie przywołują arcydzieła muzyki klasycznej. Ale przecież oprócz tego, że jest to coś na kształt Requiem, to bogactwo treści wierszy Siwca każe dopatrywać się tutaj swobodnie rozbudowującej się symfonii. Autor zapragnął pokazać przyjaciela w chwilach centralnych dla ich wspólnoty, czasem zdawać by się mogło – błahych, innym razem mających moc apoteozy. Jednocześnie zapragnął stworzyć swój portret intymny, syntezę chwil, długich przedziałów czasowych i znaczących zamyśleń. Dlatego dobrym pomysłem jest tutaj przywoływanie wierszy wcześniej opublikowanych w innych tomach, gdyż obrazują one punkty dojścia do poetyckiej nadwrażliwości, spotkania z żywymi ludźmi i wnikanie w miejsca szczególne, dotykanie tajemnicy dobra i zła. Motywy wódczane graniczą tutaj z czystą ontologią, a zabawne zdarzenia (spodnie rozdarte na płocie, igły kaktusa wbite w stopę po utracie równowagi) z grozą nieustannego zapadania się w nicość. Obaj twórcy reprezentowali odmienne poetyki, ale w obrębie wierszy Siwca, w których stają się równorzędnymi partnerami, łączą się w jednię literacką, niezwykle udanie oddającą ich wspólne eskapady i spotkania w miejscach zwykłych i szczególnych. Wszystko warte jest ocalenia, a choć zawsze będzie to subiektywny wybór autora, obrazy i słowa ułożą się w narrację ilustrującą fenomen bycia i zapadania się w nieistnienie: To coś w fermentach przyjaźni/ niesie ich przez miasto/ w lutowy chłodny wieczór/ i wódka – /przed chwilą zakupili dodatkową porcję/ trzy flaszki Litewskiej w sklepie na Dworcowej/ kształt pękaty powierzchnia pofałdowana/ jakby pokryta kulkami lodu, które się w nią wtopiły, już skręcają z ulicy w wykopy,/ balansują na zmrożonych fałdach piasku gliny/ przed nimi majaczy w mroku bariera/ Krzysztof zwalisty omija ją. Tak czytelnik staje się świadkiem wędrówek mężczyzn, których połączyła serdecznym węzłem wrażliwość poetycka, ale jednocześnie odkrywa coś nieuchwytnego i niepowtarzalnego – ludzkie wnętrza. Każdy, kto znał Krzysztofa, odnajdzie go bez trudu w tych wierszach, każdy kto wiedział, że miał subtelne ego, bliskie delikatności dziewczęcej, pojmie, że adekwatny opis jego fenomenu możliwy był tylko w takiej mgławicowej etiudzie.

Niewątpliwym wzbogaceniem poetyckiej narracji autora staje się publikacja SMS-ów wymienianych pomiędzy nim i bohaterem jego dzieła. Te zdawkowe i czasem dłuższe pytania, zapewnienia i potwierdzenia są dokumentem tęsknoty za czystością i pełnią, choć uważny czytelnik dostrzeże też wyraźne rozmijanie się celów i możliwości. Marek poleciał do Grecji w poszukiwaniu niezwykłej prze-stronności świata i mitycznej struktury wyobraźni, a w tym samym czasie Krzysztof w Bydgoszczy borykał się z trudami egzystencji, odpracowując za marne grosze nocki jako stróż parkingowy. Jego odpowiedzi na zachwyty kolegi są dość zdawkowe i wyraźnie mają w sobie element żalu (tego z motta inicjującego książkę), jakby doskwierało mu to, że nie może zobaczyć tych błękitów i przestronności, o których donosi mu kolega. Siwiec próbuje mu powiedzieć jak ważne jest dla niego to doświadczenie, a tkwiący w bydgoskiej bylejakości Derdowski potwierdza, że ma permanentny kryzys i jest to – jak mówi – sprawa pomiędzy mną a mną. Przyjaciel w Grecji próbuje znaleźć kafejkę, gdzie był niegdyś szczęśliwy z żoną, a Krzysztof pławi się w rozpaczy, próbuje związać koniec z końcem i wypatruje kolejnych darczyńców, którzy nagle spotkani na ulicy, obdarzą go jakimś datkiem i choć na chwilę pozwolą zapomnieć o troskach humanisty zdobywającego ważne laury w zakresie twórczości literackiej, ale ciągle tkwiącego w martwym punkcie egzystencji. Jeśli do tego dołożymy nagłą śmierć w sierpniu 2017 roku, zauważymy tragiczny profil życia autora Placu Wolności, któremu nie udało się zamknąć w wierszach tego, co miał nadzieję dokonać. Zauważa to jego przyjaciel, przygotowujący się do nowej wyprawy, tym razem na Maltę, tropem Caravaggia: Po nagłym odejściu Krzysztofa w Pradze /żyć/ trudno. Niewątpliwie, trudno żyć, gdy w myślach pojawia się rozległa perspektywa od maltańskiego więzienia, z którego uciekł wielki malarz, poprzez zdarzenia wspólne, aż do chłodu urny z prochami przyjaciela, składanej do grobu na całą wieczność. Nawet jeśli pojawią się w przyszłości jakieś inne entropie i czas zanihiluje cmentarz, nagrobek, urnę, to dla jego kolegi chwila ostatnia zaczęła się i skończyła tego sierpniowego dnia w Pradze.

Dział zatytułowany Z windy jest w zamyśle szeroką prezentacją dźwignięcia się Siwca z martwoty i stagnacji, szaleństw własnych i epoki, ku dalekiemu światu i ludziom. Zawsze istnieje ryzyko, że utkwimy w jakimś miejscu i ominą nas dalekie podróże, nie spotkamy tych, których moglibyśmy obdarzyć bliskością, nie zobaczymy szczególnych miejsc i nie napiszemy tego, co mieliśmy napisać. Wiersze w tym dziale przywołują niezwykłe chwile i ludzi, którzy coś dali autorowi, nawet jeśli była to tylko refleksja nad ich egzystencją, kilka wersów utrwalających nastrój, wygląd, szczególne zachowanie. Krzysztof Derdowski nazwał wiersze z ostatnich tomów piszącego te słowa poezją podróżną i tutaj – w przypadku omawianego działu – to określenie także jest użyteczne, bo Siwiec ukazuje szeroki obszar penetracji, pozwalając by metonimie i metafory zataczały szerokie kręgi, by szybowały od polskiej prowincji, poprzez Grecję, Wielką Brytanię, Maltę, Stany Zjednoczone, aż do dalekiej Australii. Zderzenie lotnych dali z bohaterami przedmieść, przyjaciółmi z dzieciństwa, znaczącymi pisarzami (Miłosz, Herbert, Hoffman, Żwikiewicz, Derdowski, Banach), osobami spotkanymi w pijalni piwa i na szlakach nocnych wędrówek, znakomicie poszerza perspektywę lirycznych penetracji. To są ludzie prawdziwi, a ich losy – nawet jeśli dalekie są od kanonów piękna i mądrości – mają w sobie coś nieuchwytnego i tajemniczego, jakby w takich postaciach skraplał się ekstrakt czystej filozofii, jakby w gronach ich dni dojrzewał sok, który przeistoczy się w najlepsze wino. Od wielu lat wyrazista była w poezji Siwca tendencja do wyszukiwania ludzi i zdarzeń, mogących stać się metaforą człowieczeństwa – wzniosłego i dumnego, ale też wciąż osuwającego się w martwotę entropii, stającego się zaprzeczeniem jakichkolwiek rozpoznawalnych wartości. Poeta był tutaj konsekwentny i od pierwszego tomu pt. Odwrócone lustro (1979), podążał raz wytyczonym azymutem, wysłuchując przypadkowych towarzyszy współistnienia (Grek, którego spotkałem w ekspresie), przypatrując się świadkom przełomów historycznych (Drogomistrz Miłosz, Pan Stanisław) i nieustannie konfrontując swoje doświadczenia w bliskości przyjacielskiej z takimi ofiarami prawdziwego życia jak Derdowski. Pisałem w 1990 roku o tomie pt. Kostka, że Siwiec tworzył wiersze, w których skropliła się pokora, znalazło swoje odbicie wyciszenie, subtelny szept wypowiadany w obliczu tragicznych, niewyobrażalnych sił. W swoich utworach rejestrował też nastroje ludzi, zamykał w słowach ulotność chwili, nazywał po imieniu zakłamaną i sfałszowaną rzeczywistość. Dzisiaj wypadałoby powiedzieć, że w taki sposób osiągnął mistrzostwo cichego słowa, grzmiącego jak dzwon i odwzorował to, co zwykle przepada bezpowrotnie, rozmywa się w szarościach i mgłach, ginie bez jęku i prośby o wspólnotę.

Jakże ciekawe są też w omawianym tomie fragmenty Dziennika życia samego, z lat 2016–2017, w których Marek Kazimierz Siwiec raz jeszcze dokumentuje intymność, budującą się przez lata między nim a autorem Nagiej. To były wzajemne oceny pisanych utworów i zapewnienia, że warto ciągnąć dalej coś, co w przyszłości stanie się integralną całością i zyska wymiar wiersza, poematu, powieści. Zapiski dokumentują też braterstwo obu pisarzy, którzy spotkali się kiedyś w promieniującej klimatem twórczym Bydgoszczy i potem przez lata podążali krok w krok. Zmieniała się rzeczywistość polityczna, upadł komunizm, pojawiły się trudności ekonomiczne nowej rzeczywistości, ale ich przyjaźń oparła się próbie czasu i dotrwała aż do nagłej śmierci Krzysztofa w Pradze. Wzruszającym dowodem tego związku jest omawiana tutaj książka, jakże wartościowa ze strony poetyckiej, dokumentacyjnej i przyczynkarskiej. Derdowski jawi się w niej jako twórca totalny, poświęcający wszystko dla literatury i prawdziwie nią żyjący, znoszący dla niej niewygody życia po przełomie i pragnący doświadczać nowych olśnień. Bezkompromisowość i czystość intencji doprowadziły go do ogromnych kłopotów zawodowych, ekonomicznych i zdrowotnych, ale wciąż pisał książki, w których zawarł wyraziste przesłanie do potomnych i ocalił to, co przepadłoby bezpowrotnie. W jakiś sposób też inspirował do pisania przyjaciela, który przeszedł długą drogę od deklarowanego ateizmu do tworzenia wizyjnych poematów z wyraźnie mistycznym tłem. Razem podążali przez zimne przestrzenie miasta, stawali zdumieni w obliczu świtów i zmierzchów, a nade wszystko stale rozmawiali, wymieniali myśli i dzielili się słowem. To były spotkania intelektualistów, którzy poznali najważniejsze pisma filozoficzne, fascynowali się prawdziwą literaturą, mieli swoich poetyckich przewodników, ale też rozumieli prostych ludzi. Często bratali się z nimi i potrafili poświęcać im swój bezcenny czas, uwagę, bywało, że i pieniądze. Symbolem takich spotkań może być wspólna wyprawa do Poznania, by odwiedzić w domu Witka Różańskiego, postać kultową dla wagabundów i zwykłych ludzi, którym czasem los wyznacza role przewodników w rewirach ducha i wyobraźni. Ostatni dział dzieła Siwca – Z wizji – dokumentuje i taką wspólność i jest zapewne jednym ze szczytów kreacyjnych autora, tylekroć zagubionego pośród dróg świata i tyle razy odnajdującego sens istnienia w burzeniu, szukaniu i budowaniu nowego kształtu.

_______

Marek Kazimierz Siwiec, Przyjaźń, Galeria Autorska, Bydgoszcz 2021, s. 132.            

CZARNE ŚLEPIA

Fiodor Dostojewski – 1876

Czytam Sobowtóra Fiodora Dostojewskiego, choć tytuł w języku rosyjskim (Двойник) wskazuje też na złożoną dwojakość ludzkich doświadczeń. A to może generować interpretacje zmierzające ku stanom schizofrenicznym lub innym chorobom jaźni, co jest właściwym kierunkiem, choć może nieco zubożającym przesłanie utworu. Bohaterem tej rozbudowanej noweli jest Jakub Pietrowicz Goladkin, który jest radcą tytularnym, czyli urzędnikiem niższego stopnia walczącym o sukces i zawodowe przemianowanie, a co za tym idzie lepsze uposażenie. Jest człowiekiem kruchym i znerwicowanym, a praca w ważnej kancelarii generuje ciągłe zagrożenia, które w jego świadomości wciąż ogromnieją i powodują coraz groźniejszy lęk. Czarę goryczy przepełnia próba wproszenia się na raut do kierownika biura i chęć spotkania z jego piękną córką, Klarą Ołsufiewną. Wyproszony jak zwykły natręt, wychodzi wprost na listopadową zadymkę i czuje się jak śmieć: Gdyby teraz jakiś obojętny postronny obserwator spojrzał tak sobie, z boku na martkotny bieg pana Goladkina, to i on od razu przejąłby się całą niesamowitością pana Goladkina i niewątpliwie powiedziałby, że pan Goladkin wygląda teraz tak, jakby chciał się ukryć sam przed sobą, jak gdyby sam od siebie chciał uciec. Tak! Tak było rzeczywiście. Powiemy więcej: pan Goladkin nie tylko nie chciał teraz uciec sam od siebie, lecz całkiem się unicestwić, obrócić się w proch. W tej chwili nie widział nic dokoła, nie rozumiał nic, co się wokół niego dzieje, i wyglądał tak, jak gdyby rzeczywiście nie istniały dla niego ani przykrości słotnej nocy, ani długa droga, ani deszcz, ani śnieg, ani wiatr, ani cała ta okrutna aura.[1] Pogoda miewa przemożny wpływ na nasze życie i komfort psychiczny i domyślać się możemy, że stała się ona dodatkowym elementem, powodującym nagłą zapaść myślową bohatera. W pewnej chwili natknął się on na człowieka idącego w jego stronę, a gdy przyjrzał się dokładnie jego fizjonomii, sposobowi chodzenia, podrygiwania i ubiorowi, przeraził się nie na żarty, bo przecież to był on sam. Choroby psychiczne miewają łagodny przebieg, ale czasem przybierają skrajną formę. Nieustannie poniżany w miejscu pracy, bagatelizowany przez lokaja Pietrka, mający o sobie jak najgorsze zdanie, bohater Dostojewskiego dotarł do takiego punktu, że pojawił się przed nim jego własny omam. Nauczywszy się w biurze trzymać język za zębami i komentować wszystko tylko w myślach, sprawił, że jego sobowtór zaczął istnieć integralnie i sprawiać mu coraz większe kłopoty. Ten fantom miał wszelkie pozytywne cechy, których nie doszukamy się u Goladkina właściwego – potrafił zjednywać sobie ludzi, a lubiany przez kolegów i przełożonych, miał świetne pomysły i szybko alienował się od tego, który go stworzył. Czy to jest schizofrenia? Zapewne tak, chociaż przybiera ona skrajną formę i generuje nieomal realne obrazy. Przynajmniej tak się wydaje Goladkinowi, który przecież widzi wszystko w myślach lub snach i w nich też przemieszcza się po Sankt Petersburgu.   

Newski Prospekt w Petersburgu – Litografia 1823

Sobowtór jest arcydziełem narracyjnym Dostojewskiego, oddającym w kongenialny sposób dezynwolturę życiową głównego bohatera i jego neurasteniczny sposób prowadzenia dysput z samym sobą. Także w kontaktach z innymi ludźmi Goladkin wypowiada się tak, jakby ciągle miał do siebie pretensje, że coś wyszło nie tak, a słowa nie odzwierciedliły jego prawdziwych intencji. Charakterystyczna jest tutaj scena u doktora medycyny Krystiana Iwanowicza Rutenszpica, który szybko orientuje się, że ma do czynienia z chorobą umysłową niezapowiedzianego pacjenta – niby słucha go z uwagą, potakuje, ale wie już jaki będzie finał tej choroby. Goladkin stara się zaprezentować mu z jak najlepszej strony, ale tylko pogrąża się coraz bardziej: Ja, Kristianie Iwanowiczu – ciągnął wciąż dawnym tonem Goladkin, nieco podrażniony i zaskoczony skrajnym uporem Kristiana Iwanowicza – ja, Kristianie Iwanowiczu, lubię spokój, a nie światowy gwar. Tam u nich, powiadam, w wielkim świecie, powiadam, Kristianie Iwanowiczu, trzeba umieć butami szlifować parkiety… (tu pan Goladkin szurnął lekko nóżką po podłodze), tam tego żądają, kalamburów też żądają… wonne komplementy trzeba umieć układać… o, tego właśnie tam żądają. A ja się tego nie uczyłem, Kristianie Iwanowiczu – nie uczyłem się tych wszystkich wymyślności, nie miałem czasu. Jestem człowiekiem prostym, nieskomplikowanym, nie mam zewnętrznego poloru. Pod tym względem, Kristianie Iwanowiczu, składam broń, składam ją mówiąc w tym sensie. – Wszystko to pan Goladkin oczywiście wypowiedział z taką miną, która wyraźnie dawała do poznania, że nasz bohater nie żałuje tego, iż pod tym względem składa broń i że nie uczył się tych wymyślności, lecz że wprost przeciwnie.[2] Dostojewski znakomicie imituje sposób mówienia urzędnika, płaszczącego się przed interlokutorami, a jednocześnie stale nerwowo powtarzającego te same frazy, tytuły, imiona i nazwiska. To jakby swoiste odwzorowanie chorego strumienia świadomości, wydostającego się z trzewi bohatera i wywierającego jak najgorsze wrażenie na jego rozmówcach. Szczególnie wrogowie Goladkina mają uciechę, bo jego zachowanie, sposób bycia i nieustannego multiplikowania tych samych kwestii, wskazuje nieodwołalnie, że jest on wariatem. W środowiskach biurokratycznych dawnej Rosji nie bawiono się w rozbudowane analizy i diagnozy lekarskie, jeśli ktoś zachowywał się dziwnie i nie potrafił skupić się na powierzanych mu obowiązkach, szybko stawał się osobą niepożądaną, obiektem coraz złośliwszych plotek i – koniec końców – wylatywał z hukiem z pracy. Zanim jednak Goladkin trafi do szpitala psychiatrycznego, przejdzie prawdziwe piekło samooskarżeń i lęków, błędnych analiz i dyskusji ze swoim wyimaginowanym sobowtórem. Jego choroba rozwinie się szybko i spowoduje ciąg nieuchronnych zdarzeń, a wewnętrzna alienacja doprowadzi go do izolacji ze społeczeństwa.

Goladkin i sobowtór – mal. Borys Swesznikow

Dostojewski z konsekwencją ukazuje degradację ludzkiego umysłu i upadek człowieka, który nie poradził sobie w drapieżnych środowiskach petersburskich. Chciał zdobywać uznanie, łagodnie mijać kolejne szczeble kariery urzędniczej, a tymczasem coraz bardziej pogrążał się w upadku i generował negatywne sytuacje. Szybko zaczęto widzieć w nim neurastenika, a stąd już tylko krok ku złośliwym, niesprawiedliwym i nieuczciwym komentarzom, ku wariactwu i opętaniu. Bo przecież taka jest wymowa końcowych zdań utworu: Głucho ściskało się serce w piersi pana Goladkina, krew uderzała mu do głowy gorącym strumieniem, było mu duszno, miał ochotę się rozpiąć, obnażyć pierś, obsypać ją śniegiem i oblać zimną wodą. Wreszcie stracił przytomność… Kiedy się ocknął, ujrzał, że konie niosą go jakąś nieznaną drogą. Na prawo i na lewo czerniały lasy, było głucho i pusto. Wtem zdrętwiał: dwoje ognistych oczu patrzało na niego w ciemności i oczy te błyszczały złowieszczą, piekielną radością. To nie Kristian Iwanowicz! Któż to? A może to on! To Kristian Iwanowicz, ale nie ten poprzedni, to inny Kristian Iwanowicz![3] Domyślać się możemy, że lekarz transportuje go do domu wariatów, a diaboliczne omamy są skutkiem wcześniejszych dewiacji. Wielu kościelnych egzorcystów i świeckich psychologów wskazuje, że opętanie bezpośrednio graniczy z obłędem i utratą władz umysłowych. Piekielne oczy wpatrujące się w bohatera są znakiem, że dotarł on na skraj człowieczeństwa i zatracił poczucie integralności. Odtąd przedziwne siły będą go popychały do absurdalnych zachowań i nie możemy wykluczyć, że oddali się od niego sobowtór, a środki psychotropowe złagodzą stany patologiczne. Z narracji Dostojewskiego wynika raczej, że zamknięcie pogłębi neurastenię Goladkina i będzie koniecznością w perspektywie zagrożeń dla społeczeństwa i jego samego. Chora głowa nie przestanie generować dziwnych obrazów, a umysł zacznie wyświetlać w nim coraz to inne dekoracje. Choć bohater zostanie odizolowany w specjalnym pomieszczeniu, zdawać mu się dalej będzie, że wędruje Newskim Prospektem, spotyka przyjaciół i wrogów, a jego przewodnikiem będzie zapewne wcześniej wygenerowany bliźniaczy omam. W prawosławiu straszenie piekłem było równie silne jak w katolicyzmie, trudno się zatem dziwić, że Goladkin wychowany w przestrzeni grozy i drastycznych obrazów infernalnych mąk, zaczyna widzieć w ludziach demony i oskarżać ich o swój upadek. Paradoksalnie najwyrazistszym z nich staje się ten, który niesie mu pomoc, czyli lekarz Rutenszpic, znający wiele takich przypadków i bezbłędnie diagnozujący schizofrenię urzędnika. Decyzja o zamknięciu Goladkina w zakładzie dla umysłowo chorych ma obronić pacjenta przed nim samym, ale jednocześnie jest straszliwym wyrokiem i w jego zranionej wyobraźni urasta do rangi zstąpienia do piekieł. Lekarz staje się w takim kontekście diabłem, który transportuje go ze świata żywych do piekła, z którego nie będzie wyjścia. Tak wysłannik rozumnej ludzkości przybiera rysy diaboliczne, a jego oczy stają się ślepiami, w których połyskuje satanistyczna radość. Goladkinowi w takiej sytuacji zostaje tylko przerażenie, nerwowe ruchy, poczucie ostatecznego przegrania i gdyby nie znalazł się w izolacji, mógłby odebrać sobie życie. Historia ludzkości uczy, że wielu jemu podobnych osobników nie wytrzymywało naporu zdarzeń i decydowało się na gest ostateczny…    

Demony Goladkina – mal. Wiktor Vilner

 [1] F. Dostojewski, Sobowtór [w:] Dzieła wybrane, t. III, przeł. S. Pollak, Warszawa 1984, s. 823.

[2] Tamże, s. 794.

[3] Tamże, s. 938.

* * *

Idąc moją ulicą do sklepu zauważam na niebie lśniącą smugę oparów silnikowych wielkiego samolotu. W perspektywie czarnych gałęzi i gasnącego dnia, przypomina mi ona liczne loty interkontynentalne. Nauczyłem się organizować sobie czas podczas mozolnego podążania do jakiegoś odległego celu i szczególnie przydane w tym względzie były częste wyprawy do Chin. Zwykle czytam jakąś książkę, przeglądam gazety, wzięte ze stolika przy wejściu do aeroplanu, zdarza się, że coś piszę, oglądam jakieś filmy i stale kontroluję na mapie postęp lotu. Pode mną pojawiają się wielkie i mniejsze miasta, górskie osady, największe rzeki świata, ruchliwe autostrady, a jeśli azymut maszyny wyznaczony został nad morzami lub oceanami, próbuje dostrzec jakieś statki, wyspy, zarysy linii brzegowej. Zapamiętałem wiele takich niepowtarzalnych chwil – nad Indiami, gdy błyskawice co chwilę rozświetlały niebo, nad Stanami Zjednoczonymi, gdy wyraźnie widać było pustynne ostańce Arizony i przełom rzeki Colorado. Albo ta obserwacja lodołamaczy, torujących drogę statkom w Zatoce Świętego Wawrzyńca, momenty przy oknie, gdy samoloty znalazły się nad pustynią Gobi i Saharą, nad dżunglami Konga i Angoli. To tylko przykładowe zauroczenia tego typu, bo przecież było ich wiele, tak jak spotkałem mnóstwo ludzi, pojawiających się obok mnie i siedzących w innych częściach kabin. To zastanawiające, że czas zaciera kontury i zapamiętałem tylko najwyrazistsze osobowości: piękną czarną dziewczynę mknącą obok mnie z Amsterdamu na Newark, subtelną Chinkę dzielącą ze mną lot z Moskwy do Pekinu, Afroamerykanina o wadze ze dwieście kilogramów, który przygniótł mnie swoim ciałem, a choć lecieliśmy tylko dwie godziny, z Tampy do Nowego Jorku, to było to doświadczenie ekstremalne. Ciekawe w ilu umysłach zapisałem się dłużej… Może pamięta mnie Holender, który zamawiał u uczynnej stewardesy linii KLM, dla siebie i dla mnie, kolejne buteleczki whisky, choć wcale go o to nie prosiłem. A może stoję w pamięci Nigeryjczyka, z którym rozmawiałem podczas lotu z Warszawy do Stambułu i obaj rozpływaliśmy się nad pięknem kobiet z jego kraju. Czy czasem wspomina mnie ta ekspresyjna pięćdziesięcioletnia blondyna lecąca z Nairobi do Berlina, która już po pół godzinie rozmowy i popijania krwawej Mary, gotowa była brać ze mną ślub. A może pałętam się gdzieś w zakamarkach pamięci ogromnych rzesz stewardes i stewardów, a szczególnie jednej z nich, o urodzie Jennifer Lopez, uśmiechającej się do mnie jakoś tak ponad programowo podczas lotu z Medellín do Panama City? Tak, idąc ulicą w mojej dzielnicy i patrząc na rozognioną strzałę dalekiego samolotu, interaktywnie tęsknię za nowymi lotami…                              

MROŹNA KRAINA

Xiao Hong (1911–1942)

Xiao Hong urodziła się 1 czerwca 1911 roku, w dniu Święta Smoczych Łodzi, w małym miasteczku Hulan, leżącym nad rzeką o tej samej nazwie. To był także dzień w którym ojciec poezji chińskiej Qu Yuan rzucił się do rzeki, protestując przeciwko zepsuciu politycznemu okresu Trzech Królestw. Dzisiaj Hulan jest dzielnicą Harbinu, wspaniałego miasta w Mandżurii, jakże dotkliwie doświadczonego na przełomie XIX i XX wieku. Dziewczynka przyszła na świat w rodzinie bogatych właścicieli ziemskich jako Zhang Naiying, a jej niezwykła wrażliwość kształtowała się w rodzinnym hutongu i w zjawiskowym, wielkim ogrodzie. Podpatrywała tam ptaki, ważki i koniki polne, wraz z ukochanym dziadkiem wykonywała drobne prace, nieustannie dyskutując z nim o ludziach, świecie i gwiazdach na niebie. Inną płaszczyzną obserwacji dziewczynki, wywodzącej się z ludu Han, byli sąsiedzi i niezwykła mozaika narodowościowa w Harbinie, gdzie uczyła się w szkole podstawowej i średniej. Jej matka zmarła, gdy dziewczynka miała dziewięć lat, ale nie przeżyła tego dramatycznie, bo ich więź była problematyczna. Także ojciec nie zapisał się dobrze w biografii przyszłej pisarki, która musiała uciekać z domu przed jego tyranią, by ostatecznie zostać wykreśloną z rejestrów rodzinnych. Żyjąc pośród Mandżurów, Koreańczyków, Mongołów, Ewenków, Rosjan, a nawet Polaków, zesłanych na Sybir, Xiao uczyła się tolerancji i patrzyła na świat szeroko otwartymi oczyma. Jej losy stały się podstawą do scenariusza chińskiego filmu pt. Spadające płatki kwiatów i obecnie jest prawdziwą gwiazdą w świecie chińskiej literatury – ikoną wrażliwości i kobiecej delikatności. Życie doświadczyło tę drobną, urodziwą dziewczynkę w okrutny sposób na wielu poziomach egzystencji i praktycznie nic się jej nie udawało, ani miłość, ani przyjaźnie, ani wydarzenia historyczne, jakże boleśnie nacechowane japońską agresją i utworzeniem marionetkowej republiki Mandżukuo. U sterów jej władzy postawiono Puyi, ostatniego chińskiego cesarza z dynastii Qing, sportretowanego tak udanie przez Bernardo Bertolucciego. Jego film może też obrazować przemiany zachodząc e w Chinach w czasach krótkiego życia Xiao Hong, tak obfitującego w nagłe zwroty akcji i zakończonego przedwcześnie w roku 1942 z powodu gruźlicy, w szpitalu w Hongkongu. Tam też została skremowana, a jej prochy podzielono i pogrzebano na cmentarzu Repulse Bay i w Kantonie.

Najbardziej znaną i cenioną powieścią Xiao Hong są Opowieści znad rzeki Hulan (呼蘭河傳), opublikowane u końca życia pisarki. Są to czarujące narracje nadwrażliwego dziecka, próbującego zrozumieć świat i ukazującego go takim jakim naprawdę jest. Nie znajdziemy tutaj kategorycznych ocen, ale sposób przedstawienia odzwierciedla uczucia autorki i staje się rodzajem wyrzutu. W lodowatej rzeczywistości północnych Chin, nieopodal wielkiej rzeki syberyjskiej Amur i miasta Harbin, określanego jako Paryż północy, rozgrywają się małe i wielkie dramaty, takie jak oderwanie nogi konika polnego i zamęczenie młodej synowej przez teściową, odprawianie prymitywnego rytuału szamańskiego i potajemne schadzki miłosne dziwacznego młynarza, zapadnięcie się konia w błotnistą maź i nagły przylot stad wron. Dziewczynka widzi wszystko ze zdwojoną mocą, analizuje i wymądrza się przed dziadkiem, a ten z przymrużeniem oka znosi wszelkie jej fanaberie. Autorka snuje swoją opowieść spokojnie, jakby chciała odwzorować leniwe nurty pobliskiej rzeki Hulan, a jednocześnie nasącza swoją prozę tak wielką zmysłowością, że staje się ona rodzajem plastycznych obrazów. Ważną rolę odgrywają tutaj też dokładnie odwzorowywane elementy świata i szczegóły najbliższej przestrzeni. Tak powstaje niezwykły hymn istnienia wrażliwego bytu, przeciwstawiającego się mrozom krainy i bezduszności ludzi – opowieść o rzeczach błahych i o samej istocie istnienia. Jakże chińska jest ta proza, przepojona miłością do ludzi i żalem z powodu ich przemijania, a przy tym jakże uniwersalna i sprawiedliwa przy przedstawianiu kolejnych postaci: aptekarzy, młynarza Fenga Krzywa Gęba, starego kucharza, sprzedawców bułeczek z nadzieniem i tofu, a nade wszystko członków rodziny, takich jak Drugi Wuj You. Spojrzenie dziecka zwykle idealizuje rzeczywistość, ale perspektywa dojrzałości kobiecej każe przedstawiać wszystko prawdziwie, bez przerysowań i uwzniośleń. Otrzymujemy zatem niemal malarski szkic miasteczka, w którym życie płynie leniwie, lato trwa krótko, a zimy i mrozy ciągną się w nieskończoność. Trudno się dziwić, że doroczny chiński festiwal rzeźb i budowli lodowych odbywa się w Harbinie, gdzie lód jeziora osiąga grubość jednego metra.

Rzeka Hulan w zimie

Powiernikiem i najczulszym przyjacielem dziewczynki jest jej dziadek ze strony ojca narratorki, jakże różniący się charakterem od niego. Mała bohaterka tej prozy instynktownie wyczuwa w nim wielkie pokłady dobroci i uwielbia przebywać w pobliżu niego, a także odbywać wyprawy do domów innych ludzi. Ma to często miejsce, bo jest on kimś w rodzaju sołtysa lub burmistrza mieściny i często decyduje o sprawach mieszkaniowych i społecznych. Tylko z nim dziewczynka może dyskutować bez lęku, że zostanie skarcona i tylko on udziela jej życzliwych rad, uczy życia w delikatny sposób, przygotowując ją do dalszej drogi. Niestety tak rodzi się też w niej niezwykła wrażliwość i delikatność, która zostanie bezwzględnie wykorzystana przez jej kochanków i partnerów. Na szczęście zrodzi ona też twórczość literacką i plastyczną – wszakże bohaterka powieści jest tylko lekko podkolorowana i w zamyśle autorskim ma odzwierciedlać losy pisarki. Zwykle wnuki zaprzyjaźniają się z rodzicami matki lub ojca, ale w tym przypadku dziadek stał się kimś na kształt strażnika tajemnego edenu dzieciństwa: Dziadek spędzał w ogrodzie całe dnie, a ja mu towarzyszyłam. On nosił duży słomkowy kapelusz, ja miałam mały. Naśladowałam go, gdy sadził kwiaty. Gdy wyrywał chwasty – wyrywałam i ja. Kiedy sadził kapustę, szłam za nim i nogą zasypywałam zagłębienia, w których umieszczał ziarenka. Nie żeby mi to równo wychodziło, ot tak, tu kopnęłam prawą nogą, tam lewą – dziecięce igraszki. Czasem nie tylko ich nie przesypywałam, ale wręcz wykopywałam w powietrze. Ten element zabawowy jest bardzo ważny w narracjach Xiao Hong i często wraca jak przypomnienie, że u podłoża ludzkiej wrażliwości leżą przeżycia dziecinne, doświadczenia pierwszych lat i wskazania naszych przewodników i opiekunów. Dziadek dziewczynki, choć jest dumnym patriarchą rodu, nie celebruje swoich urzędów i do wszystkiego podchodzi na luzie, czym zjednuje sobie nowych przyjaciół. Dziewczynka akceptuje go w chwilach wymuszonej powagi, ale najlepiej czuje się z nim, gdy żartuje, albo opowiada wymyślone historie z morałem lub dydaktycznym podtekstem. Pomiędzy niewinnością dziecka a infantylizmem starca często zawiązuje się rodzaj żartobliwej unii: Oczy dziadka promieniały radością, a jego śmiech brzmiał perliście jak śmiech dziecka. Dziadek był bardzo wysoki, cieszył się dobrym zdrowiem, chodząc, w ręku trzymał często laskę, a w kąciku ust miał swoją nieodłączną fajkę. Spotkawszy któreś z okolicznych dzieci, lubił z nimi pożartować. Tak jego dobra natura i znajomość prawideł życia promieniują na dziewczynkę i najpełniej przygotowują ją do życia.

Plakat chińskiego filmu Spadające płatki kwiatów nakręconego na podstawie powieści Xiao Hong

Choć pisarka nie ocenia ludzi, to jej realistyczne opisy poszczególnych zachowań stają się ostrą krytyką społeczeństwa chińskiego w pierwszych dziesięcioleciach dwudziestego wieku. Najlepiej widać to w rozdziale piątym powieści, będącym opisem dziejów młodziutkiej żony, kupionej przez rodzinę Hu. To co miało być dla niej wielką przygodą i startem w nowe życie, stało się pasmem nieszczęść, płaczu i ciągłej udręki. Wszystko za sprawą złej teściowej, która uznała, że nastolatkę należy często katować, by utemperować jej „hardość” i wybić jej z głowy chęć powrotu do rodzinnego domu. Dziewczyna była maltretowana psychicznie, batożona, a nawet przypalana rozgrzanym do czerwoności pogrzebaczem, co spowoduje u niej najpierw autystyczne zamknięcie, a potem rodzaj choroby umysłowej. Nie wytrzymując ciągłych szykan i spektakli dla sąsiadów, urządzanych przez teściową, nieszczęsna, ubezwłasnowolniona żona umiera bez słowa skargi. Okrucieństwo teściowej idzie tutaj w parze z głupotą społeczności miasteczka Hulan, kibicującej takim przedstawieniom jak odzieranie dziewczyny z odzienia i podtapianie jej w balii z gorącą wodą: Wrzucona do wrzątku dziewczynka wrzeszczała jak opętana i rzucała się, jakby walczyła o życie. Trzy, może cztery osoby stały obok i polewały jej głowę. Po chwili jej twarz zrobiła się purpurowa, a ona sama przestała się wyrywać i stała spokojnie, jakby dała za wygraną. Kadź byłą na tyle ogromna i głęboka, że na zewnątrz wystawała praktycznie tylko głowa dziewczynki. Przyglądałam się jej długo, długo. Po jakimś czasie praktycznie przestała się ruszać, nie płakała już ani się nie śmiała, a jej twarz przybrała taki odcień jak czerwony papier wróżbity. Spływały po niej krople potu. Choć przybywa gapiów, nikt nie potrafił powstrzymać absurdalnych dyspozycji szamanki i członków przybranej rodziny, nakazujących trzykrotną kąpiel we wrzątku i podtapianie w celu wygnania złego ducha. Tak spowodują kilkakrotną utratę przytomności tego prawie dziecka, a w konsekwencji jakże smutną śmierć. Dla społeczności miasteczka ważniejszy jest spektakl, niż życie młodziutkiej żony, przybyłej z daleka i nie godzącej się na wybryki teściowej. Jej odejście traktują tak samo jak zdechnięcie konia lub osła, jak rytualne odcięcie głowy koguta lub kaczki, wreszcie jak ścięcie łanu zboża. Tak musiało się stać, bo takie były prawa współistnienia w mroźnej krainie, a kto się przeciwko nim buntował, płacił cenę najwyższą.

Song Jia jako Xiao Hong w filmie Spadające płatki kwiatów

Powieść Xiao Hong wpisuje się w szeroki nurt chińskiej współczesnej prozy realistycznej, choć sposób opowieści przypomina tutaj też nieco magię dzieł Marqueza i Mo Yana. Opowieści znad rzeki Hulan są też zdumiewającym dokumentem historycznym, opartym na jednej biografii, ale też interioryzującym doświadczenia kilku pokoleń Chińczyków. Podejmowali oni wyprawy ku północnej krainie w poszukiwaniu lepszych warunków życia, ale często nie wytrzymywali skrajnych mrozów i zamknięcia się ludzi w hermetycznych kręgach rodzinnych lub narodowościowych. Dziewczynka z tej powieści i pisarka są przedstawicielami najbardziej ekspansywnego ludu Han, ale przecież zachowania sąsiadów i jej rodziny noszą także znamiona prymitywizmu i automatyzmu przypisywanego społecznościom szamanistycznym. Mandżuria z czasów dorastania dziewczynki, to tygiel kulturowy, w którym mieszały się wpływy i zwyczaje wielu nacji. Zamknięcie się rodzin w hutongach, czyli kwadratach niskich domach z podwórkiem po środku, było koniecznością warunkowaną przez zapobiegliwość i chęć zaznaczenia własnej inności. Pamiętajmy też i o tym – co wskazuje w Posłowiu tłumaczka Małgorzata Stoszek-Deng – że obfitująca w rozmaite surowce rozległa terytorialnie Mandżuria była terenem ścierania się potęg i mocarstw. Początkowo zamknięta na osadnictwo etnicznych Chińczyków Han, pod koniec XIX wieku stała się ich ziemią obiecaną i celem masowej migracji, zwłaszcza z regionów biednych, nawiedzanych przez klęski żywiołowe – z Shandongu i dzisiejszej Hebei. Kusiła przestrzeniami, żyznym czarnoziemem, możliwością zdobycia fortuny przez poszukiwaczy złota. Z podobnych przyczyn była również łakomym kąskiem dla sąsiednich państw. Przybysze z innych części Państwa Środka, tacy jak dziadek dziewczynki, stosowali liczne zabiegi by przetrwać pośród nowej społeczności, od żartobliwego komentowania tragedii i dramatów, po sentencjonalne traktowanie kolejnych zawiłości życiowych. Na tym tle dzieje rezolutnej i mądrej Chinki z miasteczka Hulan stają się opowieścią o wielkiej ludzkiej tęsknocie za czułością, bliskością i pełnią egzystencji – zyskują też wymiar uniwersalistyczny i pod każdą szerokością geograficzną odczytywane będą jako pełne prawdy dopełnienie mitu kalendarzowego, w który od tysiącleci wpisują się ludzkie losy.   

___________

Xiao Hong, Opowieści znad rzeki Hulan, przeł. Małgorzata Stoszek-Deng, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, s. 254.

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (13)

Ryszard Danecki urodził się w Poznaniu 23 sierpnia 1931 roku a zmarł w stolicy Wielkopolski 30 listopada 2013 roku. Jako czternastoletni chłopak brał udział w walkach o wyzwolenie Poznania, a potem – w roku 1950 – podjął studia w Moskiewskim Instytucie Literackim im. Gorkiego i należał do elitarnej grupy kilku zaledwie poetów polskich, którzy legitymowali się dyplomem akademii kształtującej mistrzów słowa. Od momentu ukończenia studiów, pracował w poznańskiej prasie, gdzie był znanym publicystą kulturalnym. Jego debiut literacki miał miejsce w 1952 roku, kiedy to opublikował poemat pt. Wyzwolenie Poznania,  a pierwszy zbiór wierszy – Witryna – ujrzał światło dzienne w roku 1958. W tym samym też roku czytelnicy otrzymali kolejny tomik – Czarny sześcian ciszy, a potem ukazało się kilkadziesiąt książek, spośród których warto wymienić zbiory wierszy: Twarzy odwracanie (1961), Afrasiabe (1964), Na opalenie skrzydeł (1969), Dedykacje (1972), Patrol poetycki (1977), Poemat piastowski (1978), Tobie Poznaniu, ten srebrny liść (1980), Mężczyźni półwieczni (199), Gontyna (2004), Witaj jasności (2008); powieść quasi-biograficzną pt. Kropla oceanu, powieść dla młodzieży pt. Szaraneria i powieść teatralną – Listy do Lili Brik. Był Danecki laureatem licznych konkursów, nagród i wyróżnień, z których wymienić koniecznie trzeba „Czerwoną Różę” i Grand Prix Księżnej Ago Khan we Francji, Złoty Hiopolit, Gloria Artis. Zajmował się też poznański twórca działalnością przekładową z języka niemieckiego, angielskiego i rosyjskiego, był redaktorem licznych publikacji zbiorowych, mecenasem młodych poetów i pisarzy, a jego utwory przetłumaczone już zostały na ponad trzydzieści języków obcych.

Początki działalności literackiej Daneckiego nierozerwalnie związane były z poczynaniami młodoliterackiej grupy „Wierzbak”, która po raz pierwszy określiła się publicznie w połowie 1956 roku. Oprócz Daneckiego należeli do niej Gerard Górnicki, Józef Ratajczak, Marian Grześczak, Maciej Marian Kozłowski, Konrad Sutarski, Eugeniusz Wachowiak. Znacznie później dołączył jeszcze Bohdan Adamczak. W swoistym manifeście grupy, opublikowanym w książce pt. Rzecz poetycka – młodzi (Łódź 1958) tak określał Danecki ramy tej formacji: Powstał jednolity zespół młodych twórców, których prócz węzłów osobistej przyjaźni połączyło nowatorskie spojrzenie na sztukę i zdecydowanie materialistyczny światopogląd. (…) Grupa „Wierzbak „ w swoich założeniach zdąża do sztuki współczesnej, tj. wyrażającej wszystkie węzłowe konflikty społeczne i moralne naszego czasu za pomocą środków artystycznych, zrozumiałych dla współczesnego odbiorcy – poprzez odwołanie się do doświadczeń jego codziennego życia i unikanie zastygłych schematów tradycyjnej sztuki. Obraz poetycki to najkrótszy i najdoskonalszy środek przekazywania myśli i uczuć – musi pomagać, a nie utrudniać zrozumienie zamierzeń autorskich… (…). Twórczość Daneckiego, jak klamra, spinają dwie książki, które ukazały się w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Wybór wierszy Zawsze jest czas teraźniejszy (1985) i wybór opowiadań pt. 112 godzin szczęścia (1988). W książkach tych najwyraźniej dały o sobie znać  centralne problemy i właściwości tej literatury. Te tomy to jakby katalog miejsc szczególnego uwrażliwienia, a zarazem mapa z zaznaczeniem drogowskazów i kamieni milowych egzystencji, jej wzniesień i depresji. Działalność literacka Daneckiego spotykała się z żywym odbiorem czytelników i krytyków, którzy obdarzali go różnorakimi etykietkami – posądzali o konstruktywizm (w złym tego pojęcia znaczeniu), surrealizm i staromodny liryzm. Niewiele tylko odezwało się głosów, aż przykro o tym mówić z perspektywy wieloletniego życia poetyckiego autora, które w sposób mądry i konstruktywny starałyby się określić wyznaczniki tej niełatwej w odbiorze liryki. Ale znalazło się kilku prawdziwych smakoszy słowa, którzy dostrzegli w Daneckim i w jego poezji niezbywalne wartości. Mieczysław Jastrun pisał, iż najciekawsza w tej poezji jest właśnie wrażliwość zmysłowa, odczucie barw, zapachów, zamiłowanie do egzotycznych obrazów i dźwięków, a Julian Przyboś dodawał, iż podobało mu się w poezji Daneckiego to, że utwory te są sprawdzalne, osadzone w konkretnej sytuacji. Nie ulega wątpliwości, że obaj wielcy twórcy mieli rację, była bowiem poezja autora Czarnego sześcianu ciszy niezwykle ekscytującym przykładem umiejętnego poetyckiego przetworzenia wszystkich życiowych przeżyć i zmysłowych doznań, porażek i zauroczeń. Dlatego częstokroć dochodziło w tych utworach do oryginalnych zestawień wyrazowych, gdzie ornamentyka arabska sąsiadowała z lądującym odrzutowcem, a dymy i druty poznańskiej ulicy z bazarem Czikirsarai.

Danecki znakomicie opanował poetyckie rzemiosło – pisał wierszem białym, ale też potrafił posługiwać się klasycznymi formami wersyfikacyjnymi, by nagle zniżyć się do ulotności i zwiewności błahej piosenki czy zastosować ciekawe słowne stylizacje i archaizacje. Właśnie słowo było podstawą swoistej filozofii poetyckiej Daneckiego: Żeby/ świat od nowa powstał / konieczna jest mowa / ta podległa czasom, przypadkom i trybom,/ a nie ta podobna wrzaskowi i piskom… Słowo to przecież istota i miąższ rzeczywistości, rozumiejący to poeta starał się tak dobierać słowa, aby tworzyć swoiste „koronki metaforyczne”, próbujące chociaż w części zrekonstruować złożoność i zawiłość, urok i piękno świata. Są wiersze Daneckiego niezwykłymi dowodami na to, jak chłonna i niezwykła potrafi być ludzka wrażliwość zmysłowa. Nie darmo pojawiają się w poszczególnych utworach przywołania Rubensa czy Hume’a – Danecki zdaje się pisać wszystkimi zmysłami; jest wrażliwy na ciepło i chłód, na delikatność i szorstkość, na barwę i ciemność, wreszcie na zapach i dźwięk: Żywiczny czas w sosnowym sęku/ wybucha nagle ognistym bożkiem / kląskają suche płomienie sekund,/ iskrami tryska igliwie gorzkie. Do tego wszystkiego dodać trzeba tak podobającą się Jastrunowi egzotykę; obok pędów figowych i brązowych Uzbeków, w warstwach metaforycznych i znaczeniowych znajdziemy kindżały, kilimy, Koran i gliniane ossarium, tygrysie skóry i bydło zebu. Wszystkie elementy zestrzelone w obszar wiersza tworzą niebywały poetycki fotoplastykon. W każdym utworze mamy do czynienia z inną konfiguracją znaczeniową, bo Danecki nigdy się nie powtarzał, co najwyżej transponował ten sam motyw w coraz to inne warianty. Częstokroć możemy doszukać się w utworach poznańskiego twórcy obrazów niezwykle ekscytujących oraz wskazań niebywałych możliwości kontaminacyjnych ludzkiej wrażliwości. Ale przecież –  jak pisał Danecki w manifeście „Wierzbaka” – W y o b r a ź n i a  nie decyduje jeszcze o wszystkim, liczy się o tyle, o ile stwarzane przez nią wizje wzbogacają doświadczenie odbiorców sztuki. Jeżeli jest to wyobraźnia nie wykraczająca poza granice doświadczeń dziecka – może stwarzać miłe obrazki, ale ich wartość poznawcza może mieć znaczenie najwyżej w odniesieniu do czytelnika lub widza dziecięcego. Każdy najbardziej zaskakujący obraz jest mniej lub więcej nieoczekiwanym zestawieniem elementów już znanych. Zatem najbogatsza nawet wyobraźnia nie jest w stanie stworzyć obrazu, którego każdy poszczególny element nie dałby się sprowadzić do faktów znanych z doświadczenia. Takie obrazy i metafory jak choćby tlenione krwi gorejące znicze czy posąg drewniany z zachwytu zdają się tę zasadę potwierdzać. O wyobraźni Daneckiego pisał ciekawie w Posłowiu do wierszy wybranych Piotr Kuncewicz: Danecki ma osobliwie konkretną wyobraźnię przestrzenną, może i nie bałbym się określenia „geometryzującą”. Bardzo często jest tak, że jakiś element obrazu ma się do innych przestrzennie właśnie. Coś jest w środku, coś jest okrążone, coś otacza coś jest w kierunku „tam”, coś innego „z powrotem”, coś pomiędzy, wysoko etc. I faktem jest, że obraz Daneckiego wyobrażamy sobie przestrzennie…. Zwróćmy też uwagę na swoistą walkę żywiołów, toczącą się nieustannie w tej liryce. To walka pomiędzy światłem i mrokiem, między barwami jaskrawymi i tonacjami barw złamanych, pomiędzy ogniem i lodem, krwią, ciałem i śmiercią. I choć w jednym z wierszy mówi autor, iż śmierci nie ma (…) tylko formy giną, to jednak w aforyzmie tym odnajdziemy pogłosy pesymizmu. Danecki nasącza też swoją poezję sokami miłości – te wiersze, pisane najczęściej z dystansem, zbliżają się do łagodnej powiewności ludowej piosenki, są czasem prześmiewcze i samokrytyczne. Poeta przecież niesie w sobie widoki Buchary i Leningradu, drążą jego  wyobraźnię   „przestrzenne  iluzje”,  wracają spotkane  niegdyś  egzotyczne postaci – nie tak łatwo daje się więc zaskoczyć przez kobietę. Danecki w perspektywie swoich wierszy jest poetą niesłychanej zachłanności wizualno-semantycznej, twórcą wrażliwym, często nadwrażliwym… Jest też konstruktorem, tym który zawsze budował z rozbitych elementów kształty wyobraźni. Przy czym owo budowanie wcale nie ograniczało jego możliwości percepcyjnych i artystycznych – jak powiedział on na łamach „Nurtu”, w rozmowie z Markiem Obarskim: Konstruktywizm nie ogranicza wizji poetyckiej – narzuca  tylko  logiczny  rygor  w  b u d o w a n i u  wiersza, zrodzonego z tej wizji, z inicjującego go przeżycia emocjonalnego, czy intelektualnego. Słowo musi być po prostu znaczeniowo sprawdzalne. Inaczej wiersz staje się niewiarygodny, niezrozumiały.

Tak jak poezja jest u Daneckiego przede wszystkim domeną iluzji – tak nowelistyka pozostaje w orbicie przestrzeni. Opowiadania autora Kropli oceanu to jakby rozległy katalog ludzkich postaw, w obrębie różnorakich przestrzeni wewnętrznych i zewnętrznych. Autor przez cały czas śledził osobowe interakcje, ukazywał swoich bohaterów w sytuacji wyboru, w momencie zawahania, w najtrudniejszej godzinie życia. Dwa obsesyjne tematy tych krótkich utworów prozatorskich – miłość i śmierć – splatały się nierozerwalnie w ciąg tragedii i chwilowych wzlotów. Miłość z tych opowiadań zdeterminowana została przez instynkt śmierci. Ku niej prowadzi, przed nią ucieka i jej nieustannie się boi; autor w tych utworach – odwrotnie jak to miało miejsce w poezji – opisuje związki pomiędzy kobietą i mężczyzną, przywołując tonacje barw rozmytych walorowo. Mężczyźni pojawiający się w opowiadaniach Daneckiego są pęknięci wewnętrznie, zwykle uwikłani w różnorakie damsko-męskie perypetie (rodzina, młodsza kochanka), nie potrafią zaangażować się bez reszty w proponowane im związki. Zwykle uciekają od kobiet, bądź pozostawiają je swojemu losowi. Konsekwencje tego są często opłakane i przywodzą nawet opuszczone kobiety do samobójczych śmierci (kolejny ważki motyw tej nowelistyki).

Autor ze szczególną wrażliwością odnotowuje te momenty w życiu, które są śmierci przedsionkiem. Często główny bohater może jeszcze w ostatniej chwili odwrócić koło fortuny, ale przygląda się rzeczywistości jakby  pozostawał nad nią w zawieszeniu, jakby świadomość śmierci oddalała go od bólu i krwi, od poczucia winy i wyrządzonej krzywdy. Przy czym stan taki daleki jest od cynizmu, przywodzi raczej na myśl poczucie totalnego osamotnienia i rezygnacji, poczucie bezsensu i absurdu ludzkiej egzystencji. Owa absurdalna strona człowieczego żywota silnie oddziałuje na wyobraźnię autora, ukazuje wszak on sytuacje, które – gdyby nie wieńcząca je śmierć – wydać by się mogły śmieszne, zabawne. Człowiek podążający kanałami do rzeźni, by zabrać schowany kawał świńskiego mięsa zostaje zjedzony przez szczury; jeden z powstańców narażając własne życie czołga się w ogródku by zerwać dla kobiety dojrzałego pomidora; szanowany obywatel małego miasteczka, w zastępstwie pijanego kata, prosi sędziego o pozwolenie wykonania wyroku śmierci na złoczyńcy, a młody chłopak zgarnięty z ulicy przez Niemców i wykorzystany do kopania dołów dla rozstrzelanych – zostaje następnego dnia wezwany do Stadtverwaltung, gdzie wypłaca mu się czterdzieści siedem fenygów za prace ziemne. Ironia Daneckiego tylko pozornie jest efektowna i zdaje się być wytworem literatury, literackiej kultury; w gruncie rzeczy jest ona jednak mocno przywiązana do realnych zdarzeń i dramatów konkretnych ludzi. Jak powiedział Danecki we wspomnianej już rozmowie z Obarskim: Opowiadania te, bez względu na to, gdzie osadzona jest akcja, w kraju czy poza Polską, łączyło jedno: autentyzm. Starałem się jak najwierniej, bez stylistycznych efektów, opowiedzieć o wydarzeniach, w których uczestniczyłem, lub z którymi zetknąłem się i – które mną wstrząsnęły! Mając nadzieję, że podobny wstrząs przeżyją czytelnicy… I rzeczywiście bywali oni zaskoczeni, zaszokowani, szczególnie, gdy leniwa ale konkretna narracja Daneckiego przybierała formę reportażu, sprawiała, że czytało się opowiadania, czując się bezpiecznym, oddalonym. Realia zdarzeń i sprawność warsztatowa urzeczywistniały opisy i prezentacje, ale zwykle na końcu opowiadania czekała na czytelnika jakaś niespodzianka – silny okazuje się słabym, słaby przelewa krew i przemienia się w zwierzę. Danecki nie szuka wymyślonych fabuł, nie uwodzi czytelnika, raczej stara się rzetelnie relacjonować. I choć jego opowiadania rozgrywają się od Poznania i okolic, poprzez Warszawę, aż  do Moskwy i krain polarnych,  łączy je ten sam  obraz ludzi – ukazywanych między miłością i śmiercią, między wahaniem, a podjętą  decyzją. Człowiek tego prozaika jest dobry i pragnie także innym wyświadczać dobro. Nie z własnej winy, a raczej z racji uczuciowej bezradności został wtłoczony w sytuacje, z których nie ma ucieczki, bez sprawienia komuś przykrości, bez zranienia czyjejś duszy. Dlatego cierpi, miota się wewnętrznie, szuka bezskutecznie dróg wyjścia – wreszcie bezradny, zgnębiony, ucieka i dopiero po latach dowiaduje się jakie były jego decyzji konsekwencje.

Forma tych opowiadań jest wynikiem wystudiowanej metody twórczej – oto ich niewielkie rozmiary wymuszają maksymalne skupienie uwagi na opisywanych zdarzeniach. Autor jakby kondensuje na kilku stronicach fakty, gesty i wypowiadane kwestie, które mogłyby stać się fabułą obszernej powieści. Decyduje się jednak na skrótowość i paraboliczność opisu; wybiera raczej to, co ogólne i uniwersalne, co odnieść można do każdej sytuacji ludzkiej i do każdego człowieka. Tak powstaje – składający się z małych punkcików, ledwie impulsów – wyrazisty, holograficzny obraz człowieka. Gdyby się chciało pokusić o jego szczególny opis, należałoby powiedzieć, że jest on dobry, a nawet szlachetny, ale życie uwikłało go w cudze i własne dramaty. Nie chce jednak wyrządzić nikomu krzywdy i podejmuje desperackie próby rozwiązania różnorakich problemów. Jego bezkompromisowość i głęboka wewnętrzna uczciwość powodują, iż brnie on bez końca i ucieczka staje się dla niego jedyną alternatywą, jedynym wyjściem z sytuacji bez wyjścia. Twórczość Ryszarda Daneckiego ma głębokie walory humanistyczne – zarówno wiersze, jak i opowiadania tworzą obraz człowieka nieustannie pętanego przez los. Tym kimś bywa sam autor, bywa przyjaciel poety, ukochana kobieta, przypadkowy bohater nieopacznie zauważonego dramatu. Poznański twórca zawsze pragnął wypełniać swoją pisarską powinność, niosąc czytelnikowi obok piękna i wyczucia materii pisarskiej, także wartości ponadczasowe – pragnął wskazywać graniczne punkty ludzkiej wrażliwości. Doświadczenie było dla niego najważniejszym narzędziem warsztatu pisarskiego. W cytowanej wyżej rozmowie określał jego rolę w swojej sztuce: Chciałem być dyrygentem. Śpiewałem w chórach Kurczewskiego i Stuligrosza, prowadziłem, i to z sukcesami, chór harcerski na Śródce, założyłem w Poznaniu chór Związku Walki Młodych. Kiedy rozpoczynałem naukę w Konserwatorium, zaczęło mi to przeszkadzać w odczuwaniu piękna muzyki: słuchając symfonii zauważyłem tylko nawroty poszczególnych tematów, ich transformację, instrumentację. Później dopiero osiągnąłem trzeci – ten najwyższy stopień: ś w i a d o m e g o przeżywania piękna. Podobnie jest z doświadczeniem w pisaniu wierszy. Ale nie tylko wierszy – te prawa ważne też są utworach prozatorskich Daneckiego, a jego wirtuozeria narracyjna bierze się z dobrej szkoły reportażu, żywej relacji, z którymi autor miał do czynienia przez dziesięciolecia w pracy dziennikarskiej. Skrótowość i esencjonalność dały w tej twórczości zaskakujące efekty – oto otrzymał czytelnik jakby obraz rzeczywistości z kilkoma głębiami; pierwsza z nich, to wiarygodna realistyczna narracja – opis świata z uwzględnieniem wszystkich zakamarków, wszystkich skrywanych przestrzeni. Druga, to przepaść ludzkich charakterów, osobowości – ludzkich przestrzeni wewnętrznych; trzecia – odnosi się do symboliki zdarzeń, wyposaża opisywanie postaci i sytuacje w kontekst kulturowy, naddaje informację wpisaną w ciąg ucieczek i powrotów ludzkości; z kolei głębia czwarta to rzeczywistość metaforyczna – objawiająca się ze szczególną siłą w poezji i prozie: człowiek zjadany przez szczury i szanowany obywatel, który przemienia się w zwierzę; te zdarzenia mają swoją moc, oddziałują poprzez treść, ale też i poprzez warstwę szerszą, rozciągającą się od każdej człowieczej tragedii jednostkowej, od pojedynczej śmierci, do śmierci niejako wpisanej w ludzkie życie extremis malis ex trema remedia. Głębia piąta – to naturalistyczne zwrócenie uwagi czytelnika na zwierzęce i podświadomościowe źródła ludzkich zachowań. Ta głębia najpełniej koresponduje z głębią psychologiczną opisywanych postaci. Wszystkie te zakresy czy przestrzenie nakładają się na siebie wzajemnie, przenikają się i wspierają – a wszystkie razem mówią najpełniej o przepaściach ludzkiego bytu. Nie ulega wątpliwości, że Ryszard Danecki był jednym z najciekawszych w naszej literaturze egzystencjalistów, a jego widzenie człowieka i losu zbliżało go do Alberta Camusa, miało pewne rysy filozofii Martina Heideggera, a przy tym było (i jest) oryginalną próbą stworzenia własnej literacko-filozoficznej aksjologii, własnego świata, w którym pisarz może bytować, z którego musi uciekać i do którego w zawsze wraca.

2022

Zaczyna się nowy rok kalendarzowy i nasza planeta inicjuje kolejny obieg wokół eksplodującego od pięciu miliardów lat Słońca. Pierwsze dwa miesiące zimowe miną bardzo szybko i w przyrodzie zaczną się zmiany, określane jako wiosna. Ptaki europejskie wrócą na północ z Afryki i krajów arabskich, chińscy mieszkańcy przestworzy opuszczą Azję Południową i zakołują nad Pekinem i Harbinem, a skrzydlaki północnoamerykańskie napłyną wielkimi chmurami nad Zatokę Meksykańską, odnajdą swoje miejsca lęgowe na Florydzie, w Kalifornii i nad wielkimi jeziorami. Zamarznięta skorupa ziemska odtaje, lody zaczną zamieniać się w przeźroczystą ciecz i łososie podejmą kolejną wyprawę, by przedłużyć gatunek, a potem przepaść w paszczach niedźwiedzi, dziobach orłów, albo na dnie strumieni. Ruch Ziemi wokół naszej gwiazdy jest znakiem przemijania, czasowym wahadłem, które odmierzając kolejne przedziały chronologiczne, kosi ludzkie roczniki i całe generacje. Nie ma od tego ucieczki, tak jak nie można zatrzymać procesów astronomicznych, jak nie da się zawrócić rzek w ich biegu lub zapobiec wybuchowi wulkanów. Życie na ziemi, tak młode i tak przepełnione tragediami i uzurpacjami kolejnych psychopatów u sterów władzy, rozgrywa się w perspektywie wielkich przemian dokonujących się w obrębie Układu Słonecznego. Z Pasa Kuipera i Obłoku Oorta mkną ku nam asteroidy i komety, gazowe olbrzymy trwają w swoim majestacie, okrążane przez liczne księżyce i tylko na błękitnej planecie krzewi się życie, eksploduje każdego roku od nowa i potwierdza ciągłość odwiecznej metamorfozy. Ludzie wpisują się swoimi losami w te cykle, zapominając o podróży jaką odbywają w ciągu życia wokół słońca i locie całej galaktyki w stronę mgławicy Andromedy. Ileż było jednostkowych biografii, wpisanych w przepaście tysiącleci, iluż ludzi żyło i umierało nie zdając sobie sprawy z kosmologicznych kontekstów istnienia. Jakże tragiczne jest owo ludzkie skupianie się na doraźności i walka o zapewnienie sobie godnych warunków do życia, nieustanne dostarczanie organizmom bogatych w cukier pokarmów i chronienie ich przed zimnem, wiatrem i deszczem. Nikomu tego nie oszczędzono, a tylko wciąż zmieniały się dekoracje, ludzie rodzili się i umierali, zawłaszczali ledwie skrawek historii i znikali jak lotne opary nad górami. W kontekście przemijalności wszystkich i wszystkiego jakiekolwiek utrwalenie czegokolwiek ma ogromną wartość i wpisuje się w ciąg zadań niemożliwych. Ludzkość stworzyła kulturę, chlubi się z osiągnięć swoich cywilizacji, ale przecież za pięć miliardów lat Ziemia przestanie istnieć i nawet jeśli wtedy będzie jeszcze jakaś ludzkość, stanie przed koniecznością wyboru, co zabrać ku nowej kosmicznej lokalizacji. O ile uda się spakować do rakiet obrazy Jana van Eycka i Leonarda da Vinci, o ile zmieszczą się w niej rzeźby Donatella i Michała Anioła, może nawet jakieś wielkie artefakty historyczne, o tyle pozostaną na ziemi piramidy egipskie, grobowce cesarzy chińskich i wielkie miasta dwudziestego wieku, rozbudowane sieci komunikacyjne i oceany. I ostatnie myśli tych, którzy zostaną na niej do końca…                     

SKOK CZERWONEGO SMOKA (4)

Znowu jestem w hotelu i z okna na końcu korytarza patrzę na Nankin, a moja uwagę przykuwa szczególnie kolejne podwórko z innej epoki. To są tyły domów wybudowanych w czasach komunistycznych, upakowanych jeden obok drugiego, szarych i nijakich, jakby z powieści i opowiadań Franza Kafki. Przerażająca rozpacz bije z tego miejsca, w którym nie ma miejsca dla ludzi, dla ich życia i rozwoju. Później wiele razy będę widział w Chinach takie skomasowanie domów i uliczek, brudnych podwórek i zagraconych śmietników. Jakże przerażające jest to, że w takich anty-przestrzeniach rodziły się miliony ludzi i ich życia toczyło się potem wokół nich, a jedyną odmianą była poranna wyprawa do fabryki i powrót o zmierzchu. Na wyciągnięcie ręki są dwa dachy z blachy falistej i metalowych dachówek, jeden brązowy, a drugi rdzawy. Pod jednym z nich widać trochę domu, z oknem kuchennym, za którym zauważam nieco starych mebli, małą kuchenkę na prąd i jakąś starą emaliowaną miskę. Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że brakuje tam bieżącej wody, którą jacyś pracowici ludzie przynoszą wiadrami z ulicznych pomp. Gdy wybuchała moja świadomość i biegałem jako malec po mojej bydgoskiej ulicy, widywałem często ludzi noszących ciężkie wiadra z wodą, napełniane przy pompach. W Chinach w wielu miejscach taka rzeczywistość zatrzymała się w miejscu, ale przecież po drugiej stronie są owe wykwintne apartamentowce, w których elita władzy i finansjera żyje nie gorzej niż w Europie, Australii czy Ameryce Północnej. Widać, że ta przestrzeń nie była remontowana przez wiele lat, a renowacje i udogodnienia przeprowadzano bez troski o elewację i ogólny kształt domów. Stąd tyle tutaj kabli, byle jak zamontowanych rynien, przewodów elektrycznych biegnących do skrzynek zaokiennych klimatyzatorów. Szyby w oknach są brudne i ledwie widać za nimi jakąś czarną przestrzeń, najczęściej przerażająco pustą, z matami do spania na podłogach. Chińczycy rzadko gotują posiłki w domach, bo najczęściej jedzą w niewielkich restauracyjkach, albo przynoszą gotowe dania do swoich mieszkań. Jedno z okien jest wybite, ale zamiast wstawić kosztowną szybę, zakryto je turkusową tekturą, co nie dziwi, bo Nankin jest raczej ciepłym miastem, w którym na porządku dziennym są upały, a temperatura bardzo rzadko spada poniżej zera. Najcieplejszym miesiącem jest lipiec, a najzimniejszym styczeń, choć bliskość Morza Wschodniochińskiego i w dalszym tle Oceanu Spokojnego generuje różne anomalie pogodowe. Szczególnie mgły są tutaj fascynujące, obserwowane z mostu nankińskiego albo przy jednym z dopływów potężnej Jangcy, chociaż i deszcze mają swój urok i zdarzało się, że stawałem na jakiejś ulicy, długo przyglądając się zmieniającej się rzeczywistości, z pokracznymi platanami ulicznymi i ludźmi umykającymi przed ulewą.

Fotografowanie ludzi w Chinach to jedno z moich ulubionych zajęć, związanych z obserwacjami w wielu miejscach. Teraz, patrząc na oba podwórka przy hotelu, przypominam sobie ludzi widzianych nieopodal niego i moje myśli biegną najpierw do łysego ślepca, siedzącego na rozkładanym krzesełku i grającego na miniaturowym èrhú. Jego dwustrunowy instrument wydawał tak żałosne dźwięki, jakby miał odzwierciedlić ogrom tragedii tego starego człowieka, który może urodził się z tą straszliwą niedogodnością, albo stracił wzrok w jakichś dramatycznych okolicznościach. Lewą dłoń oparł na gryfie i dociskał struny, a w prawej trzymał smyczek, którym wydobywał właściwe tony. Stałem jak zauroczony i wyobrażałem sobie kim mógł być ten niepozorny mężczyzna o urodzie japońskiego samuraja, będący wirtuozem èrhú. Przed nim leżał odrapany futerał w formie długiego prostopadłościanu, noszący ślady co najmniej trzech malowań olejną farbą, białą, brązową i błękitną. Na futerale stała duża puszka z napisem Kanbro, zapewne po ciasteczkach z orzeszkami ziemnymi, do której życzliwi ludzie wrzucają jakieś monety, rzadziej banknoty. Moja darowizna w wysokości dwudziestu yuanów zapewniła muzykowi dobry obiad, choć może miewał w swoim życiu szczęśliwe dni, gdy uzbierał znacznie więcej pieniędzy. Jego skromna, elastyczna koszulka i krótkie, zdezelowane spodnie wskazują, iż nie należy do zbyt zamożnych nankińczyków, choć z drugiej strony, może to być rodzaj jego ubrania roboczego, uzupełnionego jeszcze przez tanie, plastikowe laczki. Jakkolwiek by nie było muzyka wydostająca się z jego instrumentu chwyta za serce i przenosi w wyobraźni ku magicznym Chinom, pełnym cudownych górskich zakątków, wijących się między nimi rzek, srebrzyście połyskujących jezior i morskich wybrzeży. Starzec musi siadać w tym miejscu codziennie i grać bez ustanku, na co wskazuje niewielka płachetka cielęcej skóry ułożona na lewym udzie i chroniąca je przed odciśnięciami. Patrzę na tego człowieka, robię mu zdjęcie i staram się przeniknąć materię jego losu, jakże tragicznego i pięknego w kontekście muzyki, z którą stale obcuje. Beethoven powiedział kiedyś, że muzyka jest większym odkryciem niż cała mądrość i filozofia i teraz, gdy tak opromieniła mnie sztuka tego niewielkiego człowieka, znalazłem potwierdzenie tych słów.

Odchodzę od starca, przyglądam się mijającym mnie taksówkom, autobusom i bum bumom i po przejściu dwustu metrów przystaję nieopodal ławki, na której śpi w najlepsze mężczyzna w średnim wieku Ma na sobie schludnie wyglądające spodnie z licznymi kieszeniami zewnętrznymi i niebieską, elastyczną koszulkę. Głowę oparł na szarej siatce z zakupami lub całym jego dobytkiem, ale najbardziej interesująca jest gazeta, którą przyciska rękoma do brzucha i boku. Zastanawiam się, czy jest to jego dziwaczne okrycie, czy też może czytał ją zanim zasnął i tak już zostało. Nie ulega wszakże wątpliwości, że śpi spokojnie, a poruszające się pod powiekami gałki oczne wskazują na to, że właśnie śni w najlepsze. Patrzę na niego i myślę o tym, że przesypiamy co najmniej połowę życia, tkwiąc w dobrowolnych letargach i przemierzając w nich surrealne przestrzenie. Sfotografuję w Chinach wielu śpiących ludzi, a o jednym z nich napiszę nawet wiersz pt. Dowódca, fantazjując o jego śnie w pekińskim metrze.

Młody mężczyzna śpi w wagonie kolei

podziemnej w Pekinie – nie widzi

wsiadających i wysiadających ludzi

nie wie że ktoś zrobił mu zdjęcie

i kiedyś napisze o nim wiersz

ale przecież najważniejsze pytanie

zadaje mu we śnie jego ojciec

zamęczony przez hunwejbinów

ale przecież opowieść o godności

snuje we śnie jego zagłodzona

matka

śpi spokojnie na ławce choć wojska

Mao i Czang Kaj-szeka ścierają się

bezlitośnie

może we śnie dowodzi oddziałem

może wygłasza mowę nad grobem

towarzysza

może wchodzi do podziemnych galerii

grobowca pierwszego cesarza

młody mężczyzna śpiący twardo

w wagonie chińskiej kolei

podziemnej 

Pekin 2015

Trudno powiedzieć o czym śnił mężczyzna na ławce w Nankinie, tym bardziej, że trudno mi było jednoznacznie zaklasyfikować jego wygląd. Był czysty i miarę porządnie ubrany, miał schludnie obcięte włosy, więc może przysnął po powrocie z nocnej zmiany w fabryce lub na budowie, a może był kierowcą autobusu i sen dopadł go w drodze do domu, gdy przeglądał codzienną gazetę na ławce. Śpi przy ruchliwej ulicy i nie zwraca uwagi na mijających go ludzi, na pojawiające się w jego tle rowery i skutery, parkowane przy ścianie dużego budynku. Śpi z ufnością, że nie spotka go nic złego w tym miejscu, złodziej nie pojawi się, a policjanci nie odprowadzą go do aresztu. Nie wygląda na żebraka, miejskiego włóczęgę, a nawet jeśli wstąpił na jakąś wątpliwą ścieżkę, to zapewne znajdzie swoją drogę w życiu – tacy jak on potrafią sobie poradzić i nawet w najtrudniejszych momentach wypływają na powierzchnię życia.

Opuszczam śpiącego i wędruję dalej ulicami Nankinu, a za rogiem dużego domu handlowego nieomal wchodzę na uliczne łoże kolejnego „śpiocha”, bez żenady leżącego na środku chodniku. Ten człowiek bliższy jest wyobrażeniom polskiego lub europejskiego menela, a unoszący się wokół niego nieprzyjemny zapach sytuuje go poza nawiasem chińskiego społeczeństwa. Leży na dużej plastikowej macie w żółtym kolorze i zajmuje jego prawą część, jakby za chwilę miała przyjść jeszcze druga osoba, która położy się obok niego. I tutaj stoi duża puszka na pieniądze, a przy niej rozłożono kartki z informacjami, które odczytała mi z fotografii moja przyjaciółka Zhao. Okazało się, że to była jednak kobieta, bardzo chora i przyniesiona na ulicę przez męża, który umieścił na kartce takie oto informacje: Nazywam się Wang Q. i mieszkam niedaleko Huaibei. Moja żona leży tutaj, bo ma guza macicy, a dodatkowo martwicę naczyń krwionośnych w kończynach dolnych.Jeśli jej nie wyleczę, istnieje ryzyko amputacji. Do tego wszystkiego w mózgu mojej matki są robaki.Pragnę leczyć moją żonę i matkę i błagam życzliwych ludzi, by pomogli mi przejść przez te trudności.Będę wdzięczny za wszelkiego rodzaju pomoc. Dziękuję! Dobre intencje są nagradzane, a dobrzy ludzie są bezpieczni w swoim życiu!Siwe włosy wskazywały na to, że miałem do czynienia z kobietą w podeszłym wieku, a brudna, biała szmata, którą została okryta, określała jej przynależność społeczną. Początkowo trudno mi buło zorientować się czy mam do czynienia z kobietą, czy mężczyzną, bo wełniana opaska zakrywała jej oczy i znaczną część twarzy. Kim by jednak nie była ta osoba, nie przyciągała uwagi przechodniów, bezwolnie ją mijających i podążających ku swoim sprawom. Co działo się w głowie tego kogoś, leżącego pośród nankińskiej ulicy, mającego za nic ruch pojazdów i mijających go ludzi? Podszedłem do puszki i też wrzuciłem dwadzieścia yuanów, choć miałem chęć cisnąć do niej czerwoną setkę. Nie chciało mi się wierzyć, że widoczni nieopodal policjanci nie zgarniali z ulicy tej biedaczki, tak demonstracyjnie tamującej ruch pieszych na chodniku. Jeden z chińskich przyjaciół powiedział mi, że czasami tacy żebracy mają układ z policjantami i dzielą się z nimi codziennym urobkiem, który bywa dość duży. Postałem jeszcze chwilę, zamyśliłem się nad drogami ludzkich przeznaczeń i na koniec zastanowiłem się, czy owa żebraczka może tak leżeć cały dzień? Przecież pojawiłyby się u niej odleżyny i nuda kazałaby jej wstać choćby dla rozprostowania kości. Z drugiej strony – czego ludzie nie robią dla pieniędzy, jakich cudów nie dokonują, by zdobyć upragnione monety i banknoty? Żebracy na ulicach nie są osobliwością nankińską, bo przecież widywałem ich w wielu miastach, w mniejszych ośrodkach, a nawet w górach, w małych społecznościach narodowych. Tutaj sprawę wyjaśniło odczytanie tekstu umieszczonego na kartce, ale Zhao była sceptyczna i kręciła powątpiewająco głową. Ja też byłem zaskoczony i zastanawiałem się, czy miałem do czynienia ze skrajnym poświęceniem i miłością synowską, czy też może z cynicznym żebractwem, żerującym na uczuciach ludzkich.

Ociągając się trochę, ruszyłem dalej ulicą i natknąłem się na przystojnego młodzieńca w granatowej koszulce, z angielską reklamą stylowych podróży i pomarańczową torbą z prawej strony. Chłopak szedł swobodnie, tuż przy parkingu dla setek rowerów i skuterów elektrycznych. Ręce oparł na kieszeniach długich dżinsów i wyraźnie zamyślił się nad czymś, kompletnie nie zwracając uwagi na to, że go fotografowałem. To był dość mglisty dzień i w dali widać było ledwie zarysy wieżowca ze strzelistą iglicą, ale w bliższym planie rysowały się wyraziście wysokie, nowoczesne budynki. Za przejściem dla pieszych zauważyłem też orientalne kształty dawnej cesarskiej fabryki brokatu, jedynie poszerzonej nowymi sześcianami dobudówek. Spokój młodzieńca dobrze współgrał z zatrzymanymi autami i ludźmi przechodzącymi na pasach dwie wstęgi ulicy. Stałem na chodniku i kontemplowałem rozległość Nankinu, jego liczne place i puste przestrzenie po wyburzeniach, jakby specjalnie przygotowane do nowej zabudowy. Po chwili dołączyli do mnie chińscy przyjaciele z Jalalem z Maroka, poetką z Francji i ruszyliśmy pieszo w stronę największej księgarni w mieście, w której miało mieć miejsce nasze czytanie wierszy. Nawet w Chinach nazywa się to już z amerykańska poetry reading i ciekaw byłem jakie będzie zainteresowanie tego rodzaju przekazem. Pamiętałem z wyprawy do Nowego Jorku w roku 2000, opowieść wielkiego poety amerykańskiego Geralda Sterna, który relacjonował mi jego spotkania z publicznością w różnych miejscach USA. Musiano na nie rozbijać specjalne namioty cyrkowe, tak wielu było chętnych, choć bilety wcale nie były tanie. Czasem też organizowano mu poetry reading na stadionach i w wielkich salach, przeznaczonych do spotkań wyborczych, albo imprez sportowych. Okazało się, że publiczność chińska też jest spragniona żywego słowa, bo lekko licząc w największej sali księgarni Librairie Avant-Garde (Księgarni Awangardowej) zasiadło trzysta osób. Moja przyjaciółka przestrzegała mnie, że Chińczycy oczekują przede wszystkim poezji z trudnymi europejskimi metaforami, które pragną dekomponować w czasie dyskusji po spotkaniu. Jakoś nie mogłem w to uwierzyć i czytanie zacząłem od dopiero co napisanego wiersza pt. Chińska dziewczynka:        

Jaka jesteś krucha jaka wiotka jaka zagubiona

gdy patrzysz na mnie w kolei podziemnej

w Nankinie

gdyby ludzie ciągle się nie zabijali i razem

budowali świat szybko doleciałabyś

do dalekich gwiazd

każdy mógłby tam być gubernatorem 

księciem królem jakiejś

dali

dorosłabyś i zostałabyś księżną konstelacji

pacyficznej błyskającego na szafirze nieba

gwiazdozbioru wschodniego

A tak życie będziesz

miała ciężkie –

urodzisz syna i córkę całe dnie pracować

będziesz w składzie jedwabnym fabryce

porcelany albo w hotelu

na razie jeszcze należysz do ludzkości mknącej

do przodu dojrzewającej jak owoc liczi

jak pitaja jak rambutan

ale zwiędła przyszłość czeka już na ciebie

na ostatniej stacji 

życia

Nankin 2015

Choć prowadząca spotkanie Zhao lekko się skrzywiła, rozległy się gromkie oklaski i uśmiechy pojawiły się na twarzach wielu młodych ludzi. Skonsternowany nieco, zapytałem publiczność jakie wiersze mam czytać i usłyszałem, że ciekawie będzie posłuchać jak widzę Chiny i jakie refleksje generują one w umyśle Europejczyka. Na szczęście Zhao przetłumaczyła sporo moich wierszy na chiński, więc mogłem czytać po polsku, wzbudzając niezwykłe zainteresowanie naszym językiem, a Zhao natychmiast prezentowała wersję w mowie Kraju Środka.

Przed Poetry Reading w Nankinie. Od lewej prof. Huang Fan, Mr. Liu, autor wspomnień i marokański poeta Jalal Al-Hakmoui

KSIĄŻKI NAJWAŻNIEJSZE (XVIII)

Powieść  Milana Kundery pt. Nieznośna lekkość bytu zmieniała się w przestrzeniach odbioru w ciągu ostatnich lat. W czasach komunizmu była przede wszystkim wyrazistym manifestem niezgody na sowiecką interwencję w Czechosłowacji i krytyką systemu socjalistycznego, nieustannie inwigilującego obywateli. Czytanie o tych sprawach w dobie komunizmu i w państwie satelickim największej katowni świata, było jak jedzenie zakazanego owocu. Wyciągano zatem z utworu te fragmenty, w których pisarz podsumowywał bez kamuflażu wynaturzenia systemowe i ganił władze za jej uległość i wasalską służalczość. Niestety ta warstwa powieści Kundery z biegiem lat zaczęła się rozmywać, gdy młodsze pokolenia Czechów coraz mniej interesowały się polityczną przeszłością kraju. Wejście do polityki Vaclava Havla i jakby zinstytucjonalizowanie protestów z 1968 roku, spowodowało też obniżenie diapazonu patriotycznych kwestii poruszanych przez pisarza. To, co było siłą tej rozbudowanej prozy w drugiej połowie dwudziestego wieku, po latach okazało się jej słabością. Podobnie stało się w przypadku wielu utworów prozaików bloku wschodniego, nawet jeśli udawali się na emigrację i tam tworzyli teksty krytykujące komunizm. Starczy przywołać Dziennik Witolda Gombrowicza, w którym tego rodzaju krytyka była okrasą kolejnych tomów, ale z czasem zupełnie straciła na wartości. Doraźność w powieści Kundery broni jej przemyślna konstrukcja, w wielu miejscach zaskakująca czytelnika i pozwalająca wierzyć, że mamy do czynienia z udanym odwzorowaniem złożoności świata. Gorzej jest z oddaniem skomplikowania procesów politycznych państwa komunistycznego i czeskiego pisarza na głowę w tym względzie biją klasycy gatunku, na czele z Aleksandrem Sołżenicynem. Jeśli Czesław Miłosz ukazuje w Zniewolonym umyśle opętanie ideologią i brak samokontroli artystycznej poszczególnych bohaterów, o tyle Kundera ledwie muska te kwestie, czyni z nich ozdobnik dla opisów związków międzyludzkich i napięć powstających pomiędzy mężczyzna i kobietą.

Obaj główni bohaterowie męscy, a więc Tomasz i Franz, uwikłani są w wiele związków z kobietami i to jakby rekompensuje im kłopoty życia w socjalistycznym państwie, spychając na plan dalszy chęć manifestowania niezgody na dyktat Związku Radzieckiego czy interwencję państw Układu Warszawskiego. Obaj mają stałe partnerki, ale nie potrafią zrezygnować z przygód z innymi kobietami, które są dla nich jak woda zapomnienia i alibi w sytuacjach, w których oczekuje się od nich zdecydowanych deklaracji politycznych. Nie zgadzają się na wynaturzenia systemowe w swoim państwie, ale też nie potrafią wejść na szlak walki z komunizmem, znajdując ukojenie w ramionach coraz to innych kochanek. Obaj zrozumieli, że wszystko w świecie powtarza się periodycznie i w perspektywie mitu wiecznego powrotu, nie ma sensu jakikolwiek bunt przeciwko doraźnym rozstrzygnięciom. Kundera akcentuje to na samym początku powieści, nawiązując do poglądów Nietzschego:  Mit wiecznego powrotu mówi per negationem, że życie, które znika raz na zawsze i już nigdy nie wróci, podobne jest do cienia, nie ma żadnego ciężaru, jest martwe już w momencie narodzenia i jeśli nawet było piękne, straszne, wzniosłe, to jego piękno, rozpacz i wzniosłość nie mają żadnego znaczenia. Nie musimy przyjmować go do wiadomości, podobnie jak nie przyjmujemy do wiadomości wojny między dwoma państwami afrykańskimi w czternastym wieku, która w niczym nie zmieniła oblicza świata, mimo że zginęło w niej w niewypowiedzianych męczarniach trzysta tysięcy Murzynów. To wskazanie autora jest bardzo ważne, bo jakby powiększa i przesuwa skalę odbioru powieści i na plan pierwszy wydobywa absurdalność przemijalnego świata. Gdy człowiek to sobie uświadomi, szuka czegoś, co mogłoby zrekompensować mu tę gorycz i najprostszym rozwiązaniem jest wejście w interakcje z innymi istotami, obdarzanie siebie chwilowym ciepłem i radość z ułamkowego spełnienia. Zaspokojenie żądz cielesnych jest jak głębszy oddech, ale też staje się rodzajem uzależniającego narkotyku, środka przeciwbólowego, aplikowanego w nadmiarze. Tacy są mężczyźni w powieści Kundery, ale ich kobiety też prowadzą skomplikowaną grę, w którą wciągają partnerów. Spotkania nagich ciał i ich intensywność oddalają poczucie przegrania i czynią jakikolwiek bunt absurdalnym. Wszystko wszakże anihiluje wszechwładna powtarzalność doświadczeń i zawsze ostateczna śmierć:  Przyjmijmy więc – konstatuje Kundera – że idea wiecznego powrotu oznacza specyficzną perspektywę, z której sprawy wyglądają zupełnie inaczej, niż je widzimy normalnie: brak im okoliczności łagodzącej, jaką stanowi przemijalność. Ta okoliczność łagodząca uniemożliwia nam ferowanie jakichkolwiek wyroków. Jak można potępić coś, co przemija? Zorza śmierci opromienia wszystko czarem nostalgii – również gilotynę. Ta śmierć pojawi się też w biografiach głównych bohaterów, Teresy i Tomasza, Sabiny i Franza, choć będzie miała różne formy, od drastyczności wypadku samochodowego, po powolne rozmycie wszystkiego w ułudzie lekkości.

Biografie głównych bohaterów i ich próby zrozumienia świata w kolejnych jego odsłonach podążają nieuchronnie w stronę absurdu istnienia. Ma on tutaj swoje liczne określenia, z których najwyrazistsze stało się tytułem powieści:  Ale co właściwie stało się Sabinie? Nic. Porzuciła mężczyznę, ponieważ chciała go porzucić. Czy prześladował ją później? Czy mścił się na niej? Nie. Jej dramat nie był dramatem ciężaru, ale lekkości. To, co spadło na Sabinę, to nie był ciężar, ale nieznośna lekkość bytu. Kundera wyrokuje, że lekkość może być takim samym przekleństwem jak udręka i cierpienie, bo prowadzi do tych samych rozstrzygnięć egzystencjalnych. Istniejemy, wykonujemy jakieś czynności, potrafimy się fascynować innymi osobami, uprawiamy z nimi seks i cieszymy się z chwilowej bliskości, a potem wszystko i tak trafia szlag. Jedni nazwą to nieznośną lekkością bytu, inni uznają za tragedię, ale przecież w każdym przypadku koniec będzie taki sam, a utwierdzone pojęcia, takie jak miłość, przyjaźń, przywiązanie, zaczną pękać i kruszeć, rozmywać się w obliczu kolejnych metafor istnienia. Człowiek musi je tworzyć, broniąc się przed absurdem istnienia, tak jak musi szukać głębi ontycznych, nawet jeśli będą one sztucznymi tworami. Pomocna może też być poezja, bo przecież: Miłość zaczyna się od metafory. Inaczej mówiąc: miłość zaczyna się w chwili, kiedy kobieta wpisze się swym pierwszym słowem do naszej pamięci poetyckiej. Można by to sparafrazować tak, że śmierć zaczyna się od zamilknięcia, albo od zbytniego ukonkretnienia związków interpersonalnych. Lekkość bytu znajduje się po drugiej stronie aktywności politycznej i właściwie ją wyklucza, jest rodzajem świadomości krańcowej, takim samym punktem dojścia jak nieoczekiwana śmierć. Powieść Kundery broni się w nowym czasie i rzeczywistości postkomunistycznej lub postkolonialnej podążaniem narracji ku absurdom egzystencji. Świat nagłej śmierci i rzeczywistość nieznośnej lekkości bytu są tak samo bezsensowne i przeczą jakiejkolwiek kreatywności. Ludzie będą się buntować, pisać eseje z kluczem o Edypie, ale koniec końców – Jak Tomasz – nie odważą się skonfrontować z bestią narzuconego im systemu społecznego, bo oznaczałoby to porzucenie drobnych przyjemności, takich ja poznawanie nowych ciał, czy poranna filiżanka kawy po nocnych igraszkach z młodym istnieniem. Kłóciłoby się to z odkryciem bezsensowności czegokolwiek i marności spraw ludzkich, które albo się rozmyją, albo zanikną w jednej chwili. Gorący erotyzm jest chwilą zapomnienia i wyzwaniem rzucanym światu, staje się też rodzajem przedłużonej dziecinnej zabawy, jeszcze jednym budowaniem zamków z piasku.Dlatego Tomasz nie podpisze zbiorowego protestu, czym sprawi zawód synowi i redaktorowi, pozostającemu w opozycji do systemu. Dla nich będzie to tchórzostwo, ale dla niego stanie się to jeszcze jednym potwierdzeniem absurdalności świata, w którym przyszło mu bytować i błahości każdego bytu. Dla powtarzalności gestów, twarzy i energii całych pokoleń nie ma znaczenia złożenie podpisu pod jakimś protestem, bo czas znieczuli wszystko i rozmyje jednostkowy los w ciągu nowych zdarzeń i sytuacji granicznych. Tak jak nasze życie nieustannie sąsiaduje ze śmiercią, tak nasz byt wciąż popada w absurdalną lekkość.

Na początku części szóstej swojej powieści, Kundera przywołuje historię Jakowa, syna Stalina, który rzucił się na druty elektryczne w nazistowskim obozie śmierci. Upokorzony przez ojca, który odmówił jego wymiany na niemieckich generałów, został dodatkowo pognębiony przez angielskich współwięźniów za to, że brudził latrynę i nie miał zamiaru jej czyścić. Jego drastyczny gest można by uznać za wyraz ostatecznego buntu, gdyby w grę nie wchodziły tutaj komiczne okoliczności, związane z brudną latryną i bójką z flegmatycznymi Anglikami w jej tle. Bohaterowie Kundery są tak samo podejrzani dla władzy jak ów zdesperowany Jakow, dlatego próbuje się przeciągnąć ich na jedną lub drugą stronę sceny politycznej. Nieszczęśnik był synem ówczesnego „boga”, a przynajmniej najpotężniejszego tyrana świata, w każdej sytuacji mogącym wygenerować jakieś problemy:  Ludzie bali się go podwójnie: mógł im zaszkodzić swą mocą (był przecież synem Stalina) i swą przyjaźnią (zamiast odtrąconego syna ojciec mógł ukarać jego przyjaciół. Odtrącenie i wyniesienie, szczęście i nieszczęście, nikt inny nie odczuł konkretniej, jak wymienne są te przeciwieństwa i że od jednego bieguna ludzkiej egzystencji do drugiego jest tylko krok. Potem, na początku wojny, wzięli go do niewoli Niemcy, a inni jeńcy, należący do narodu, który zawsze był mu do głębi duszy wstrętny przez swoją niezrozumiałą powściągliwość, oskarżyli go, że jest nieczysty. Jego, który niósł na swoich barkach największy dramat, jaki sobie można wyobrazić (był zawsze synem Boga i strąconym aniołem), miano by sądzić za rzeczy podniosłe (dotyczące Boga i aniołów), lecz za gówno? Od najwyższego dramatu do najniższego jest więc tak zawrotnie blisko? Oto najprawdziwszy dylemat świata absurdalnego, w którym nie ma większej różnicy pomiędzy gnębicielem i jego ofiarą, między Stalinem, a gównem. Tomasz, rozumiejący te zależności i mający określone doświadczenia, związane z publikacją jego tekstu o ślepocie Edypa i rytualnym zamordowaniu ojca, odsuwa od siebie możliwość zbicia na tym kapitału politycznego i nie podpisuje memoriału opozycjonistów. Życie przecieka mu przez palce, a rzeczywistość jawi mu się jakby odbita przez ruchome tafle metalicznej folii. Z czasem godzi się na to, co zsyła mu los, rekompensując sobie wszystko w ramionach kochanek – jest seksoholikiem, bo tylko tak może łagodzić w sobie nieznośne odczucie lekkości bytu. Także Franz będzie się miotał i podejmie wyprawę protestacyjną nad granicę Kambodży, ale koniec końców i nad nim zatriumfuje absurd istnienia. Ciężko pobity umrze z poczuciem życiowej klęski i nieodwracalności losu, jak w kwartecie Beethovena, przywoływanym kilka razy w powieści Kundery, w którym kompozytor zakodował pytanie Muss es sein? I jakże bolesną odpowiedź:  Es muss sein! Tak musiało być, tak miały przebiegać losy głównych bohaterów powieści, szukających sensu istnienia i godzących się na rozstrzygnięcia jego nieznośnej lekkości. Tak musiało być…

_______

Milan Kundera, Nieznośna lekkość bytu, przeł. Agnieszka Holland, W.A. B., Warszawa 2016, s. 378.     

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (12)

Wincenty Różański
1938–2009

Poezja jest formą rekreowania świata w stale gasnącej świadomości. Jest walką z biologią i mechanizmami amnezji, z pustką kolejnych nisz czasowych i z odchodzącym stale w przeszłość „ja”. Jest enklawą pośród której bytują ludzie najwrażliwsi i najgłębiej rozumiejący tragizm egzystencji. Ale jest też terytorium goryczy, bólu, samoudręczenia, skąd niebezpiecznie blisko jest ku granicom człowieczeństwa, skąd prowadzą ścieżki ku autodestrukcji, eutanazji, ku depresjom nigdy nie kończącego się snu i pagórom nigdy nie zaczynającego się dnia. To tam znaleźć można dostojne cienie Miltona, Blake’a, Kawafisa, to tam swobodnie kołyszą się w przestrzeni odbicia Hölderlina, Yeatsa, Audena. I jest tam wiele grobów dla biedaków, szulerów, niebieskich wygnańców i wędrowców. Tam jest grób Mozarta – poety skrzypiec, i Haydna – poety myśliwskiej trąbki; tam jest grób Vincenta – poety bez ucha, i Salvadora – poety dali; tam jest też grób Norwida – poety purpurowych kirów, i Stachury – poety dżinsów a pól; tam jest grób Sylvii Plath – poetki trującego gazu, Novalisa – poety ukwieconej śmierci i wielu, wielu innych poetów. Jest tam też sporo wykopanych, pustych grobów. To tam umarli poeci odprawiają misteria/ śpiewają pieśni poematy epopeje/ i krew piją jak spragnione konie. Poezja jest formułą istnienia wrażliwego, istnienia delikatnej istoty w obliczu stale raniących ją krawędzi świata. Nikt poza poetą nie jest w stanie dostrzec wszystkich zadziwiających deseni na stale migotliwej płaszczyźnie bytu. To daje mu przewagę nad zwykłymi śmiertelnikami, ale też to spycha go stale na margines życia. Każe przywdziewać togę błazna, kloszarda, wychodzącego na spotkanie świtu lunarnego wędrowcy. I czyni go kimś nieprzystawalnym do rzeczywistości pieniądza, bogactwa, natrętnej reklamy. To dlatego Czesław Miłosz tylekroć mówi o poetyckim rzemiośle jako o czymś wstydliwym w świecie mknącym z przerażającą szybkością w dal, w świecie stechnicyzowanym i wstydzącym się wrażliwości.

Wincenty Różański jest poetą najprawdziwszym, a jego życie w większej części toczy się pośród wskazanych wyżej lirycznych terytoriów. Gdy wstaje rano na ulicy Ostrobramskiej, pośród poznańskiego Górczyna, gdy wędruje stale tymi samymi ulicami; gdy odwiedza groby ojca i matki na cmentarzu górczyńskim; gdy pije piwo z przygodnymi kompanami i patrzy na umykające za horyzont ptaki; gdy pisze wiersze i wspomina dawne chwile pośród wzgórz Mosiny; gdy ucieka przed cieniami odległych zjaw – jest poetą najprawdziwszym. Gdyby żył w czasach romantyzmu, mógłby stać się kimś na miarę Cypriana Norwida, kimś na miarę Tomasza Olizarowskiego, a może kimś na kształt upadłego anioła. To że żyje w dwudziestym wieku, w chwili gdy ludzie latają promami kosmicznymi na orbitę okołoziemską, a na Marsie ląduje zdalnie kierowany z ziemi pojazd, to że przyszło mu bytować w takim momencie historii ludzkości jest jego przekleństwem i wielkim atutem. Czas jego egzystencji się jeszcze nie skończył, ale też czas jego istnienia poetyckiego się na dobrą sprawę nie zaczął. Jakaż głucha jest krytyka literacka, jeśli nie potrafi usłyszeć w poezji Różańskiego genialnych tonów, jakaż jest ślepa jeśli – poza okazjonalnymi tekstami – nie dostrzega głębi i oryginalności wierszy tego – jak nazywa go Andrzej Sikorski – półświętego z Ostrobramskiej.

W poezji tej wszechświat stale otwiera się i zamyka przed świadomością w nieustającej pulsacji. Przeobraża się  pomiędzy każdym mgnieniem powiek i stale dąży ku nowym metamorfozom – od stanu „natura” do stanu „przestrzeń”; od kształtu  „galaktyka” do nie kończącej się wizji „kosmos”. Poeta czuje stale tę pulsację niczym rytm przepływu  własnej krwi i dlatego stara się stale wychodzić poza to, co skostnienie, stale walczyć o nowy oddech. Interesuje go koniec i początek, inicjacja i żałobna inkantacja. Nieustannie wpisuje się on  w ciąg sprzeczności istniejących w naturze. Gubi się na przedmieściach wielkiego miasta  i odnajduje w samym centrum metropolii. Idzie w dal odważnie przed siebie i przed sobą stale ucieka. Niesie z radością nosidła bytu i ledwie może je udźwignąć. Pławi się w sensach świata    i pozwala przepływać obrazom przez mózg. Może dlatego niektóre wiersze zostały napisane na zasadzie wolnych skojarzeń – wyzwolenia świadomości z jakichkolwiek pęt. Potrafi ona dzięki temu ogarniać coraz szersze i głębsze przestrzenie. To metoda znana z poezji Ezry Pounda, ale też i Edwarda Stachury, to sposób poezjowania Yeatsa i Różewicza. Różański jednak nie naśladuje swoich wielkich protoplastów w poetyckim rzemiośle, raczej łączy się z nimi w wielkim uniwersum świadomości poetyckiej, w wielkim rewirze wszechświatowych t e m a t ó w.  Otwiera i dopełnia, ale też wypija do dna napój egzystencji i zamyka kolejny jej przedział czasowy.

Poezja Różańskiego to struktura migotliwa, pełna nagłych, zdumiewających zmian, zaskakująca sąsiedztwami i niespotykanymi transformacjami. Obok wskazanych wyżej ogromów i perspektywy kosmicznej sąsiadują z nimi przestrzenie mniejsze, lokalne, enklawy swojskości, a nade wszystko kalekie odłamki jakiejś pięknej, wszechogarniającej perspektywy. To dlatego obok herosów pojawiają się w tej poezji kalecy i spotworniałe monstra, a autor raz po raz zmienia skórę. Najciekawsze są te terytoria liryczne, które jako żywo przypominają rzeczywistość z obrazów Pietera Bruegela. Obok prymitywizmu pojawiają się wtedy niespotykane głębie, przepaście sensów. Ważna też jest określona, wprowadzająca właściwy nastrój kolorystyka. Barwy Różańskiego są zawsze wyraźnie określone i najczęściej skontrastowane. Często też pojawiają się przejrzystości i świetlistości, jakby przenikające się wzajemnie struktury tkanek i błonek, kolorowych klisz i przezroczy. W tym świecie szczególną rangę ma klarowny i skojarzony z wyobraźnią obraz poetycki. Ma on wszelkie cechy hologramu, ale też zawsze na jego obrzeżach dają się zauważyć delikatne pęknięcia. Różański przepuszczając rzeczywistość przez filtr świadomości nadaje jej określony kierunek, dynamizuje i energizuje kreowane przestrzenie. Dlatego każdy ląd i każdy akwen przesuwa się u niego ku czerwieni, ale też i ku zieleni; ku fioletom i ku błękitom. Każdy kształt jest połyskliwy, jakby pokryty niewidzialną warstwą lirycznego werniksu.

Narrator wierszy Różańskiego na pewno nie jest dzieckiem. Jest człowiekiem niosącym      w sobie wiele porażek i klęsk, człowiekiem okaleczonym przez świat i ludzi, wewnętrznie popękanym. Jego swoista nadświadomość nie pozwala mu zapomnieć o śmierci, nie pozwala mu przejść do porządku dziennego nad odejściem przyjaciela, w którym wielu odnajdzie smutnego barda lat siedemdziesiątych – Edwarda Stachurę. Poeta nie ma już siły walczyć ze światem, nie potrafi stale od nowa borykać się z coraz większą uciążliwością nadchodzących dni: coraz mniej mogę pisać/ w skurczu serdecznym serca/ coraz mniej pewności życia/ coraz mniej tchu w tętnicach. Jest wykolejeńcem czasu i przestrzeni, poraża go światło słońca i chropowatość kory nocy. Dlatego poprzez zwiewną formę ludowej piosenki patrzy w przeszłość. Pławi się w ciepłych stawach wspomnień, jedynie w nich znajdując dla siebie ukojenie i radość. Wiele miejsca w tych reminiscencjach zajmuje czas sielskiego dzieciństwa i młodości. Dziecko pojawia się już w tytule pierwszego zbioru wierszy Rożańskiego i jest jedną z najczęściej występujących w jego poezji postaci figuralnych. Obok matki, obok kształtów dawnych przyjaciół i wielkich, znaczących wiele twórców przeszłości. To właśnie w usakralnionej formie wiersza poeta powołuje jeszcze raz do życia minione zdarzenia  i wewnętrzne krajobrazy, Każdy nowy utwór jest dla niego tak samo ważny jak narodziny dziecka i każdy nowy tekst musi on wyrzucić z siebie w ciężkich bólach. Jakże mało jest poetów, którzy w ten właśnie sposób podchodzą do swojej twórczości. Polska poezja stała się dla ogromnej rzeszy twórców bądź to działalnością zarobkową, bądź przyjemną odmianą gry towarzyskiej; układaniem kolejnych mydełek domina. Różański mógłby niejednemu operatorowi przy taśmie poezji powiedzieć jaka jest rzeczywista wartość wiersza. A jest on dla niego właśnie ukochanym, bądź znienawidzonym dzieckiem. Chociażby już z tego powodu musi poeta często wracać do swego dzieciństwa, rekonstruować je z perspektywy swojej późniejszej drogi i brzemiennych doświadczeń. Wraca więc do letnich nastrojów w miasteczku m;  pierwszych miłości i onanów,  wraca do sterty słomy na którą kiedyś skakał, odradza w myśli dziecko w kącie chaty (które) modlitwę składa z róż. Pamięta o tym, że tylko dziecko patrzy prosto w oczy, że boi się ciemności. Jak ruchome, kolorowe widokówki wracają chłodne i ciepłe obrazy: Na ślizgawkach dzieci / i kometa na niebiesiech, lipy świecące o zachodzie/(…)/ gwiazdy świecące na wschodzie / liryczny bagaż i pomruk. Świat dziecinnej przeszłości jawi mu się jako coś niezwykle delikatnego i bliskiego naturze: ja dzieciństwa krainę/ źdźbłem trawy znaczę.

Ale z drugiej strony pamięta przecież także poeta i o tych ciemnych zaułkach uświęconych dni i nocy, o których nie mógłby nie wspomnieć, gdyż także i one uwrażliwiły go na to wszystko, co sprzeczne jest z harmonią przyrody i niewinnością myśli małego chłopca: (…) mnie dziecko woła/ patrzę na koleiny życia/  ja z pieniędzmi w portfelu/ idę przez ciemne ulice.W poezji Różańskiego, może najbardziej w ostatnich latach ujawniła się bolesna sprzeczność rodząca się na złączu świata marzeń i wyobrażeń przeszłości, a realnej, krwawej rzeczywistości. Sprzeczność rodząca się pomiędzy tym, co uświęcone, a tym co zamienia się    w pogańską pieśń, pomiędzy sacrum a profanum. Poeta jest punktem przecięcia zwalczających się dynamizmów – kotłują się w nim żywioły, a każdy nowy dzień i każda nowa noc są sprawdzaniem trwałości udręczonej jaźni. Tak stale stawać musi przed ogromną czarą goryczy i spijać ją aż p0o męty na dnie. Taki staje się odkupicielem ludzkości – odwiecznym Prometeuszem, którego tylko na chwilę siły wszechświata uwięziły w matni dwudziestego wieku. Tak staje się synem Jezusa czuwającego w strażniczej wieży na pograniczach mroku. Jeszcze chwila i pchany jakąś fatalną siłą zarzuci podarty kir na ramię, przepasa się sznurem i kosturem w dłoni powędruje na spotkanie tego, co jest najgorsze i nieobliczalne.

Tam  znają  go  już  dobrze.  Pamiętają  go  jak  dumnie  stał naprzeciw ogromnego oka ciemności, jak wspierał firmament, gdy wszystko dookoła waliło się w pył. Jak wędrował w poszukiwaniu kamienia filozoficznego i formuły złota alchemicznego. Jak patrzył mężnie w dal, a świat jawił mu się jako przerażające pobojowisko: opuszczona gwiazda światła/ lękliwe ptaki o świcie/ nieruchome wody życia/ przestrzenie gorejące. To jest przestrzeń, w której czas przestał płynąć, to są łęgi snu zlepiającego się z jawą, to są porohy nocy wyciskającej swoje odbicie w modelinie dnia. Pośród tych pagórkowatych wysoczyzn – jako żywo przypominających rodzinne okolice Mosiny – już się skończyło to co skończyć miało/ już się potoczyło to co się stoczyć miało/ już dzień ostateczny jak belka w oku/ toczy się w czerep świata ze stukotem. Różański stale czuwa, nawet gdy śpi nie opuszcza tych mrocznych przestrzeni. Jego przeznaczeniem jest noc, chociaż kocha dzień; jego droga prowadzi przez labirynty, a chciałby prosto wędrować w kierunku słońca; jego wyprawa nigdy się nie skończy, a pragnąłby wreszcie przybić do portu i cieszyć się powiewem od morza. Jego umysł nie potrafi już nie transponować rzeczywistości, a proste zdawać by się mogło rekwizyty nabierają w jego wierszach głębi semantycznej i nieomal metafizycznej. To tak jakby poeta widział stale otoczkę energetyczną wokół istot i przedmiotów, którą  zwykli ludzie dostrzec mogą tylko na fotografii kirlianowskiej. Nad brzegiem jego mórz to co sielskie staje się zwyrodniałą formułą, a to co malownicze odsłania dziwaczne podkłady wyobraźniowe: wrony niosą w dziobie grzechy/ cierpienie odpływa łódką/ zostaje szkielet ziemi/ przez który przepływają oczy odchodzących/ morze wylewa/ płyną kości opadają na dno/ ryby szukają po omacku wsparcia/ sieci wyrzucają na brzeg myśli/ potępionych/ dymi sodoma/ poeci zamienieni w słupy soli/ kierują ruchem gwiazd pomyślności.

Na ulicy Ostrobramskiej w Poznaniu żył poeta, który kiedyś znajdzie się w niebieskim  panteonie poezji polskiej. Na razie niedoceniany, zapominany i pomijany, stanie nad laureatusami, nad wywyższonymi przez koleżeńskie układy i wzajemnie sobie świadczone uprzejmości. To, co go wyniesie, to jego somnambuliczna i stale jaskrawiejąca wyobraźnia – ta przedziwna broń przeciw zapomnieniu, przeciw destrukcyjnej sile czasu i mechanizmom erozji. Ten poeta czeka na stacji „dzisiaj” na pociąg do stacji „wieczność”, ale stale odwraca się za siebie i patrzy w dal. Żal mu radosnego dzieciństwa, spojrzeń dziewcząt i uścisków przyjacielskich dłoni. Żal mu tego stworzonego przez Boga świata i codziennych wędrówek i codziennych ucieczek.  Stale jednak czuje gorycz w ustach. Mówi: myślałem że jak będę stary/ to zdobędę literaturę i świat/ w rzeczywistości napisałem parę/ wierszy na temat własnej śmierci. Można tak na to patrzeć i poeta ma do tego prawo naznaczony stygmatami bolesnych doświadczeń. Ale przecież te wiersze są też najprawdziwszymi epitalamiami związków życia z losem; tekstami o tym, że rodzimy się, przemijamy i jest w tym jakaś wyższa eschatologiczna logika. I jest w tym nadzieja…

Brak dostępnego opisu zdjęcia.

W NOCY

Milan Kundera
Foto Aaron Manheimer

Przebudzenie około trzeciej w nocy, a przecież zasnąłem około pierwszej, po przeczytaniu siedemdziesięciu stron Niezwykłej lekkości bytu Milana Kundery. Inaczej wyobrażałem sobie tę książkę, ale szybko zaakceptowałem ją, doceniając rozwiązania formalne i ukazywanie świata jakby odbijającego się w taflach metalicznej folii, wirujących na wietrze. Wątki związane z wejściem państw Układu Warszawskiego do Czech w 1968 roku wspaniale wkomponowane w studia na temat miłości i cielesności naszych istnień. Przez pół godziny wierciłem się w łóżku, próbując na nowo zasnąć, aż sięgnąłem raz jeszcze po książkę i przeczytałem kolejne trzydzieści stron. Tak minąłem już setną stronę i coraz bardziej ciekawi mnie rozwój zdarzeń i ciąg analiz bystrego autora. Literatura czeska nigdy nie była moją fascynacją, ale coś przez lata czytałem – Hrabala i Pavla, Skvoreckiego i Topola, z którym byłem  w 2009 roku w Chinach i podczas mroźnego dnia wspinałem się na oblodzony Chiński Mur. Byliśmy też razem na Placu Tienanmen i w mauzoleum Mao Tse-tunga. Pisałem jeszcze mniej, bodaj tylko raz, o wierszach ich noblisty Seiferta, którego cenię na równi z wieloma innymi ważnymi poetami europejskimi.  Spojrzałem teraz na tamtą recenzję i wyłowiłem z niej kilka zdań: Widzi Seifert w rzeczywistości nieustanne dopełniające się misterium przemijania. Zadaniem poety jest pochwycić, utrwalić w słowie wyznaczniki wiecznie trwającego marszu, jego drogowskazy i kłody rzucane pod nogi. Sięga tym twórca do uczuć najprostszych, budując swój poetycki świat i dając odzwierciedlenie rzeczywistości w zgodzie z „ciszą, która jest w kraju”, w zgodzie z „mglistym rankiem wstającym listopadowo”. Najpiękniejsze wiersze Seiferta ogniskują się wokół dwóch jakby praźródeł tej poezji, wiecznie podsycających ogień natchnienia – matki i ojczyzny. Czasem te dwa, jakże ludzkie słowa, używane są zamiennie, czasem się na siebie nakładają. Wspomnienie o matce, to dla poety powrót do „świętego czasu”, do bezpieczeństwa i miłości. Powroty w ramiona ojczyzny, to smutna zaduma nad mechanizmami historii, radość i śmiech zatopionych w miłości dziewcząt, ale też smutek i rozpacz, walka i trwanie na posterunkach czasu. Często Seifert ogranicza pole swojej poetyckiej penetracji do obszaru miasta. Jest ono dla czeskiego twórcy swoistą świątynią, gdzie poeta-augur odczytuje ze znaków wróżebnych kształt nadchodzących dni.

Od wielu lat Kundera kandyduje do Nagrody Nobla, ale wciąż odstawiany jest na boczny tor. Prawdopodobnie jego przeznaczenie będzie takie, jak naszego Zagajewskiego, który był przygotowywany przez ważne gremia, miał wszystko, co trzeba, liczne przekłady książek, podążał drogą ważnych światowych nagród i wyróżnień, dano mu Legię Honorową i doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, a jednak przegrał wszystko z Tokarczuk.   

Grób Adama Zagajewskiego w Krakowie

« Older entries

%d blogerów lubi to: