SKARBY ŚWIATA

DSC_0084-001

Dzieci są największym skarbem i wspaniałą, bezcenną przyszłością świata… W cudowny sposób rodzą się i szybko uczą wymiarów, kształtów, barw, dźwięków, smaków i zapachów. Wchodzą w kolejne dni, miesiące i lata z szeroko otwartymi oczyma i chłoną wszystko dookoła, starają się obdarzyć dobrą energią członków rodzin i przygodnie spotkanych ludzi, obdarzyć uśmiechem zwierzęta, lalki, plastykowe albo drewniane zabawki. Ich małe serca biją żywo, równomiernie, a gdy rytm staje się szybszy, przeistaczają się w barometry świata, wskazujące nadużycia w obrębie istnienia. Dlatego tak je kochamy, tulimy i pragniemy by było im zawsze dobrze, otaczamy je opieką i pieścimy, a nade wszystko chronimy w budowanych domach i zawiązywanych rodzinach. Spośród krzywd ludzkich największą jest rana dziecka, jego łzy na policzkach, smutek w oczach i żałosna skarga. A przecież tyle jest miejsc na świecie, gdzie małe istoty cierpią i żyją w strachu, tyle łez przelewają na darmo, tyle drżeń małych rączek wyczuwają matki i ojcowie. Dzieciństwo powinno być czasem miłości i radości, a częstokroć przeistacza się w ponury spektakl, rozgrywający się na oczach świata. Cóż z tego, że krzywda dziecka we wszystkich kulturach traktowana jest jako przewina wobec całego świata, cóż z tego, że nieustannie słychać głosy sprzeciwu i niezgody, gdy stale pojawiają się ludzie nie liczący się z tym, wciąż rodzą się konflikty, w których giną niewinne istoty. Pierwsze lata kształtują osobowość człowieka, stają się fundamentem jego późniejszych losów i dokonań, twórczych zamierzeń i spełnień, wielkości i humanistycznej pełni. To stamtąd wiodą ścieżki na szczyty gór i ku rozległym równinom, to tam zaczyna się droga ku sławie, mądrości i podziwianym osiągnięciom. Każdy wielki pisarz, filozof, każdy astronauta i konstruktor, wszyscy politycy i artyści, kompozytorzy i podróżnicy mieli swoje dzieciństwo. Nie bez powodu autorzy biografii, studiów i kronik zaczynają opowieści od lat najmłodszych, od pierwszych chwil kształtowania się przyszłego znaczącego człowieka. To są próby wskazania tego, co stało się początkiem eksplozji w latach przyszłych i ukształtowało wyjątkowy byt, kogoś kto wyraziście zaznaczy swój ślad w historii i wywarł wpływ na ludzi jego czasu i na następne pokolenia. Nie każde dziecko staje się takim przewodnikiem duchowym, nie każdy chłopczyk i dziewczynka sięgają po laury, ale każde z nich nosi w swoim małym sercu energię początku, potencjalności dokonań wieku dorosłego, chwil jasnych i jaskrawych, oklasków i radości ze spełnienia się snów o wielkości.

Jolanta Królikowska skomponowała wspaniałą panoramę kruchości i delikatności światów dzieci, chwil pierwszych i kolejnych, utrwalonych w kadrze aparatu fotograficznego i zatrzymanych na zawsze w ich wyjątkowości i symbolicznym wymiarze. Niezwykła uroda zdjęć komponuje się tutaj wspaniale z pięknem wewnętrznym i zewnętrznym dzieci z różnych stron świata, istot ciekawie zerkających w obiektyw i uchwyconych niespodziewanie w chwili zamyślenia, w smutnej lub pełnej wigoru pozie. To są subtelne portrety, układające się w wielki fresk ludzkości, nieustannie podążającej przed siebie i napotykającej na swej drodze trudności – to panorama naszego gatunku, ukazana z poczuciem misji, zapisania na zawsze tego, co miało przepaść i bezpowrotnie utonąć w głębiach stulecia i tysiąclecia. A teraz utrwalone i umieszczone w ciągu geograficznym, w cyklu odsłon elementarnych, stało się wartością nie do przecenienia, dokonaniem artystycznym jednej osoby i sukcesem całego globu. To jakby druga strona straszliwych doniesień z dzienników telewizyjnych, to wskazanie, że człowiek jest dobry i może ze swojego dzieciństwa wysnuć przyszłość chwalebną, pełną ekscytujących zdarzeń. Potwierdza to też sama autorka tego niezwykłego albumu i przedsięwzięcia artystycznego najwyższej klasy, która też miała swoje dzieciństwo i potrafiła tak kształtować życie, że dotarła do tego artystycznego spełnienia. Wcześniej były inne doznania, nieustanne podróże i obcowanie z tysiącami ludzi, przyglądanie się z uwagą małym istotom i dokumentowanie ich wyjątkowości, smutku i radości, zamyślenia i blasku na twarzach. Rzadko udaje się dostrzec tyle piękna i dobra w jednej publikacji, tyle różnokolorowych oczu, odcieni skóry i finezji włosów, rzadko też zdarza się by autorka fotografii zawarła w nich tak wyraziste, egzystencjalne przesłanie, etos człowieczeństwa podążającego przez swoje czasy i przeistaczającego się nieustannie w kolejnych fazach rozwojowych. Kimkolwiek nie będą te dzieci w przyszłości, zostały tutaj ukazane jako istoty kruche, ulotne, zapatrzone w przyszłość i odwieczność istnienia. Zdumiewająco mądre bywa spojrzenie dwulatka, trzylatka, pięciolatka, jakby istoty te żyły jeszcze w tajemniczym świecie przed narodzinami, jakby niosły w sobie zanikającą szybko wiedzę o metempsychicznej podróży. Stąd zapewne biorą się opowieści o poprzednich bytach, licznych wcieleniach, reinkarnacjach i tak rodzi się przekonanie o nadnaturalnym charakterze naszej egzystencji. Dziecko ma dobrą naturę, patrzy jasnymi oczyma na kolorowe klocki i białe chmury, tonące w błękicie nieba, ogląda świat przez różowe szkiełko i obdarza czułością strzeliste kształty drzew za oknem swojego domu. Te fotografie to odkrywanie zakamarków jego myśli i nieustanne wpatrywanie się w lśniące źrenice, odbijające świat i będące zagadką samą w sobie – to analiza ruchów i gestów rosnącego ciała, dopiero, co wychodzącego z niemowlęctwa, a już wyraźnie podążającego ku chwilom następnym i zaczynającego decydować o samym sobie.

Jakże trudno jest zatrzymać w kadrze cząstkę zwykłości i jakże trudno uczynić z niej element wielkiej panoramy. A jednak w tym albumie znajdziemy zdjęcia, w których odcisnęły się chwile niezwykłe – proste jak podanie ręki i uśmiech na twarzy malca, a zarazem bolesne, jak smutek w szeroko otwartych oczach i łza lśniąca w oku. Dzieci w naturalny sposób łakną ciepła i dobroci, pragną mieć blisko siebie przyjaciela, niepozorna pacynkę, lalkę zrobioną z tego, co było po ręką. To bywa klucz do szyfru ich serc, to bywa powiernik ich dziecinnych trosk i tajemnic. Na całym świecie powtarza się ten sam rytuał, owo otrzymywanie od dorosłych misiów, kukiełek, laleczek, a potem czynienie z nich centrum intymności, punktu środkowego, od którego energie podążą w wielu kierunkach. Dziecko potrzebuje przyjaciela przy zasypianiu i podczas zabawy, w podróży i w drodze do szkoły, a czas spędzony razem staje się częścią tej samej opowieści o czystości i pełni, o przychodzeniu na świat i dorastaniu do zadań wieku dorosłego. Prezentowane tutaj lalki z całego świata mają swoje dusze, jakby żyły wraz z małymi istotami, a choć są też tworami, artefaktami, to czyste uczucia przydają im tajemnej witalności. To jest ta sama ulotność i kruchość, to samo chwilowe pojawienie się w jakimś kraju, w dalekiej lub bliższej przestrzeni, w czasie nieustannie pędzącym do przodu. Tak jak fotografie dzieci Jolanty Królikowskiej mają ogromny walor artystyczny, tak prezentowane tutaj lalki i pacynki stają się elementem sztuki danego regionu, państwa, miasta albo wsi i tworzą kontekst kulturowy. Widać w nich ogromną dbałość o właściwe odwzorowanie realiów, koloru skóry, kształtu fryzury i ubioru, a nawet uczuciowości, przenoszonej z ognisk rodzinnych. Elementy rustykalne mieszają się tutaj z wzornictwem przemysłowym, ale za każdym razem mamy do czynienia z charakterystycznymi modyfikacjami. Zarówno dorośli, jak i dzieci pragną nadać im indywidualny wyraz i przygotować do roli, jaką mają pełnić w czasie dorastania i kształtowania się osobowości małego człowieka. Nasza obecność w świecie jest chwilowa, nasze bycie pośród żywych ma swój początek i koniec, dlatego budujemy enklawy ciszy i spokoju, szukamy przyjaźni i prawdy, piękna i dobra. Dzieci znajdują to wszystko w chwilach zabawy z lalkami i kukiełkami, plastikowymi samochodami i klockami. Ale tylko twory imitujące żywe istoty mogą stać się niemymi przyjaciółmi, wspólnikami w chwilach kształtowania się człowieka i osiągania przez niego określonego stanu wrażliwości. I jakże ważne tutaj są barwy i miękkość, materiały, z których zostały wykonane, a nawet ich zapach – najważniejsza jednak jest bliskość, która ma imitować przywiązanie matki i ojca do dzieci i utwierdzać je w przekonaniu, że współistnienie jest harmonijnym stanem rzeczywistości, w której żyją.

Reklamy

GENEALOGIA I EMIGRACJA

Pisanie wspomnień jest jak podróż w odwrotna stronę i uważne studiowanie drogi, niegdyś pośpiesznie przemierzanej. Ów pęd możliwy jest do zauważenia tylko w chwili zatrzymania i pierwszego spojrzenia w przeszłość, ambitnego początku wyprawy powrotnej. Autor musi przygotować się do niej w sposób szczególny, przede wszystkim osiągając stan uspokojenia, harmonii wewnętrznej, pozwalającej na snucie kolejnych wątków. Poza tym ważne też są talen166296_1256913959432_593091_nty pisarskie i umiejętność stopniowania napięcia, wiązania kolejnych wątków akcji i zaciekawiania nimi czytelnika. Choć w nowej, cyfrowej rzeczywistości przełomu dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku, pisanie jest łatwiejsze, bo zapis na nośnikach elektronicznych łatwo daje się poprawiać, cyzelować i modyfikować, to stale potrzebny jest wewnętrzny „napęd” pisarski i pasja twórcza autora. Tak stało się w tym przypadku i otrzymaliśmy tom wspomnień niezwykle pasjonujących, mających wartość biograficzną, porządkującą fakty konkretnego życiorysu, a zarazem historyczną i przyczynkową, bo opowieść Tadeusza Stańczaka rozgrywa się w konkretnych, rustykalnych przestrzeniach naszego kraju i ukazuje to, czego nie widać było na powierzchni głównych zdarzeń. Ma ona formę retrospekcji, inicjowanej w teraźniejszości, z której autor przechodzi swobodnie do przeszłości. Modelowym przykładem może tutaj być początkowe nawiązanie do śniadań przygotowywanych przez żonę, a następnie przeskok do rodzinnych Krużewnik, w których jadało się rano ziemniaki z barszczem albo ciećkami (skwarkami). To zasada konstrukcyjna tej książki, w której dni przeszłe wypływają z rzeczywistości teraźniejszej, wzajemnie na siebie oddziałując i inspirując tok wypowiedzi. Autor potrafi udanie przykuć uwagę czytelnika i tak snuje opowieść, że natychmiast wciąga go w ciąg sytuacji charakterystycznych dla rzeczywistości polskiej kilku ostatnich dziesięcioleci, akcentując szczególnie momenty centralne dla jego dojrzewania i rozwoju duchowego, edukacji i elementarnej wrażliwości ludzkiej.

Kolejne karty wspomnień Tadeusza Stańczaka przynoszą przepojone uczuciami portrety członków rodziny, poczynając od dziadka, poprzez ojca i matkę, rodzeństwo, a potem wujków i cioć, a skończywszy na kuzynach i kuzynkach i stale rodzących się dzieciach, rozszerzających gałęzie drzewa genealogicznego. W taki sposób stają się rodzajem genealogii rodzinnej, porządkowanej na poziomie codziennych wzajemnych relacji, ale też wpływu, jaki wywierały poszczególne osoby na kształtowanie się osobowości autora. To są retrospekcje z Gaju, Mostówki, Choszczowy i Adelina, czyli tych miejscowości, w których rozsiane były części gospodarstwa rodzinnego. Przy wszystkich uwikłaniach politycznych i społecznych poprzednich lat, udawało się ludziom dorabiać i żyć z uprawy ziemi oraz hodowli zwierząt domowych. Ogromną wartością prozy Stańczaka jest zastosowanie zwrotów i zdań gwarowych, charakterystycznych dla regionów, które opisuje i przydających realizmu kolejnym partiom książki. W każdej części Polski modyfikowano naszą mowę, a szczególnie wyraziste było to na Śląsku, na Mazurach czy właśnie na Mazowszu. W przypadku młodzieży uczącej się w szkołach szybko dochodziło do rozłączenia gwary rodzinnej z językiem oficjalnym, mającym zbliżać się do ideałów literackich. Mamy w historii literatury polskiej wiele przykładów pisarzy, którzy kształtują model języka polskiego, a wywodzą się z ludu i zaczynali od rozmów gwarą, słuchania opowieści tego typu, snutych przez najstarszych członków rodu, rodziców i rodzeństwo. Emigrant na krajowej obczyźnie przynosi interesujący materiał do badań dziejów języka polskiego, a przy tym nie traci niczego z intymności familiarnej, wzmacniając językowo barwne charakterystyki poszczególnych osób. To jest ciąg zdarzeń prostych, takich jak koszenie łąki, wyprawy po chleb do piekarni, zabijanie krowy czy karmienie świń, ale w narracji Stańczaka urastających do rangi sakralnego ceremoniału, uświęcenia prostoty życia i powtarzalności jego elementów. A przy tym stale pojawiają się przebłyski z rzeczywistości bydgoskiej i sprawowania funkcji Prezesa Bydgoskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Owo doglądanie prac budowlanych, lustrowanie trawników, chodników i parkingów ma coś z poprzedniego okresu, kiedy to młody chłopach patrzył rozpłomienionym wzrokiem na pola i drogi, uczestniczył w pracach wiejskich, tak znakomicie opisanych przez Władysława Reymonta, Wiesława Myśliwskiego czy Tadeusza Nowaka.

Lektura tej książki ma ogromne walory poznawcze i widać od razu, że autor z niejednego pieca chleb jadł, a w ciągu doświadczeń dzieciństwa, dorastania i wieku dojrzałego zdobył ogromną mądrość życiową. Jeśli do tego dodamy talenty literackie, które widać szczególnie w sposobie opowiadania i w nowoczesnym ujęciu przenikania się przeszłości i teraźniejszości, to otrzymamy dzieło spełniające założenie wstępne – owo zachowanie i uporządkowanie zdarzeń przede wszystkim dla córki – ale też pracę organiczną nad własnymi dziejami. Jak w przypadku wielu pisarzy polskich i obcych, prywatna historia staje się tutaj rodzajem wykładu na temat świata i zdarzeń konkretnego miejsca w Europie i świecie, małych ojczyzn, znacznie od siebie oddalonych – jak Gaj od Wierzchucina Królewskiego, czy Warszawa od Bydgoszczy, ale współtworzących biografię i stających się elementem rzeczywistości polskiej po drugiej wojnie światowej. Jakże cenne dla historyków, współpracowników autora, dla członków jego rodu, jak i dla pozostałych czytelników są wspomnienia prostego chłopaka, który poprzez upór i chęć zrobienia czegoś sensownego w życiu, uzyskał wykształcenie i doszedł do wysokiej pozycji w społeczeństwie. Ogrom faktów i refleksji oszałamia i zadziwia, gdyż jest niezwykle pojemny myślowo, dający wyobrażenie o wnętrzu jednego człowieka i kształcie epoki, w której żył i żyje. Stańczak posiadł umiejętność syntetyzowania zdarzeń i celnego ich pointowania, ot jak choćby przy okazji doświadczeń z dziecinnym rowerkiem: W technice, jak w życiu, nie ma nic za darmo. Trzeba ponosić konsekwencje wcześniejszych działań. To jest sentencja, tyleż odnosząca się do ekscytującego urządzenia z pierwszych lat dojrzewania, co do życia jako procesu, w którym uczestniczymy i który powinniśmy kształtować dla własnego dobra i wielorakich korzyści. Mały Tadzio jest bardzo bystry i patrzy na świat szeroko otwartymi oczyma, potrafi zauważać i analizować, umie wyciągać wnioski i umieszczać wydarzenia w znaczących ciągach. Ta sama bystrość pojawia się w rzeczywistości wieku dojrzałego, w podejmowanych decyzjach i umiejętnym „dowodzeniu” wielkimi rzeszami ludzkimi. Każde wspomnienie coś wydobywa z zamgleń i mroków przeszłości, każde coś pomija i coś akcentuje, ale zadaniem twórczego umysłu jest stworzenie koherentnego kształtu literackiego, który zacznie żyć swoim życiem i stanie się elementem innych biografii. I jakże ważna jest tutaj dbałość o szczegóły, elementarne cząstki biografii i genealogii, przekazywane członkom rodziny, ale też udostępniane wszystkim czytelnikom i badaczom losów Polaków w określonych latach naszej historii.

W pewnym momencie rodzina autora przenosi się z poprzedniego miejsca zamieszkania w okolice Bydgoszczy, do Wierzchucina Królewskiego. Tutaj mały Tadeusz musi wejść do nowej społeczności młodzieżowej i zaznaje boleśnie uczucia obcości. Mieszkańcy Pomorza zawsze określali pogardliwie mieszkańców innych regionów Polski, o czym pisze obszernie Jerzy Sulima-Kamiński w Moście królowej Jadwigi. Obraźliwe określenie hadziaj – którym obrzucano Tadeusza, także w jego powieści się pojawia w określonym, negatywnym kontekście. Dzieci bywają dla siebie okrutne, ale w przypadku tak dużej przeprowadzki z innej części kraju, rodzina Stańczaków w naturalny sposób budziła zainteresowanie i komentarze, bezwolnie powtarzane przez dzieci, starające się sobie dopiec w szkole. Nie zważając na te negatywy familia zaczyna od nowa budować swoją egzystencję w nowej przestrzeni – zaczyna się murowanie, instalowanie prądu i urządzeń pracujących w oparciu o tę energię, a Tadek zaczyna regularnie uczęszczać do kościoła, gdzie zostaje ministrantem. Tam też rośnie jego ranga pośród chłopców służących do mszy i pojawia się nawet myśl o tym, by zostać księdzem. To jest druga emigracja autora, ale przed nim jeszcze trzecia – bydgoska, najpierw do internatu Technikum Mechaniczno-Elektrycznego, a potem do bursy Akademii Techniczno-Rolniczej. Opisane ze swadą czasy uczniowskie i studenckie przeplatają wspomnienia z wakacji i powrotów do Wierzchucina, w którym też było wiele zdarzeń chwalebnych i smutnych. Trudno się dziwić, że nauczyciel polonista wybrał Tadeusza Stańczaka do redagowania szkolnej gazetki, bo jego styl jest wyborny, a prezentowane tu wspomnienia stają się autentycznym osiągnięciem autorskim na polu literatury faktograficznej naszego regionu. Akcentowana w tytule wspomnień emigracja odnosi się do kolejnych części, ale jest też wskazaniem stanu ducha autora w poszczególnych momentach życia. To jest określenie z przeszłości, zapis stanu, który skończył się w momencie założenia rodziny, narodzin córki i ostatecznego osiedlenia w bloku na bydgoskich Kapuściskach. Warte podkreślenia są też powroty sentymentalne autora do miejsc w centralnej Polsce, jak i do Wierzchucina i Koronowa. Tom wspomnień, który bierze czytelnik do ręki zaświadcza, że siłą woli i pracowitością można osiągnąć stan harmonii wewnętrznej i zakończyć definitywnie kolejne okresy emigracji, budowania i kształtowania rodziny, a nade wszystko samego siebie. Książka napisana przede wszystkim dla córki, staje się wartością bezsprzeczną literatury regionu kujawsko-pomorskiego i niesie ogromną wiedzę o nim i żyjących w nim ludziach.

RUMOWISKA I OTCHŁANIE

WYRWA

O poezji Tadeusza Wyrwy-Krzyżańskiego

Tadeusz Wyrwa–Krzyżański jest poetą trudno poddającym się jednostronnym klasyfikacjom. Autor ponad pięćdziesięciu książek, malarz i grafik, prozaik i krytyk literacki, a nade wszystko wrażliwy poeta, z powodu swojej wybuchowej aktywności wymagał zawsze ocen kompleksowych i kontekstowych. Krytyka literacka woli niewielkie studia i proste wskazania punktów zaczepienia dla wyobraźni, języka, dla kreowanych przestrzeni. Ta żywiołowość autora, która powinna być właściwie oceniana, stała się problemem dla tworzących w tym samym czasie ludzi pióra, dla gremiów wartościujących, czy dla twórców różnorakich antologii, bibliografii i zestawień. Nie zmieniał tej sytuacji fakt, że twórca jest laureatem Nagrody Imienia Wilhelma Macha (1979), że przyznano mu Nagrodę Imienia Stanisława Piętaka (1984), że wywalczył Czerwoną Różę (1987) czy wreszcie, że został wyróżniony Nagrodą Ministra Kultury i Sztuki (1989) i Medalem Jerzego Sulimy-Kamińskiego. W jego kolekcji laurów jest też Nagroda Literacka im. Klemensa Janickiego i Srebrny Krzyż zasługi RP. W krytyce panuje pewien chaos jeśli chodzi o to „zjawisko” pisarskie, ale przecież i kulturowe, bo Wyrwa-Krzyżański przez wiele lat był i jest „ozdobą” licznych festiwali poezji, sesji, spotkań, wydarzeń z pogranicza sztuki i szeroko pojmowanej kultury masowej. Zawsze widoczny, zawsze też jakby szukający punktu oparcia dla swoich światów – często zbyt wrażliwy dla łaknących nieustających ekscytacji „baranów” z poetyckiego „stada”. Taka sytuacja jest dla autora kłopotliwa, ale z drugiej strony powoduje, że staje się on zagadką, wyrzutem na sumieniu, „elementem” nie pasującym do łatwo dostawianych mydełek domina.

W poezji Tadeusza Wyrwy-Krzyżańskiego stykają się ze sobą dwie płaszczyzny: semantyczna i strukturalna, które są ze sobą sprzężone. Język służy doświadczeniu, a doświadczenie jest poligonem języka. Poeta jakby sprawdzał siebie i swoje narzędzia penetracji w sytuacjach krańcowych i prozaicznych. Rzeczywistość postrzegana i przeżywana determinuje tu ostateczny kształt wiersza, nieomal porządkuje jego strukturę. Poeta czuwa tylko nad ostatecznym jego wyrazem. Jednocześnie – już w trakcie powstawania czy tworzenia się wiersza – wskazuje te sfery języka, które stają się polifonią, harmonią albo dysharmonią. Autor tworzy swoje wiersze z fragmentów i segmentów ocalonej rzeczywistości; buduje z nich d o m i stara się wzmocnić już istniejące konstrukcje. Dom, to naczelna obsesja tej poezji – do domu autor wraca i z domu ucieka, pragnie jego ciepła i buntuje się przeciwko ludziom, którzy odgradzają go od czterech ścian. Narrator wierszy jest tym, który niejednokrotnie „oberwał” od życia, tym, który często nie miał co ze sobą począć i nie wiedział dokąd pójść. Dlatego zawsze wraca do domu, czując przyspieszony łomot serca, czując ściśnięcie gardła. I wcale dom nie musi być budowlą z cegieł i betonu – może być czystym pięknem, może być ciepłem zaklętym w kobiecie: Nawet w tej chwili nagiej przeżera mnie idea/ domu: chcę w tobie pomieszkać, chcę w tobie/ jak w mężczyźnie/ kobieta, jak w człowieku – może – człowiek./ Ubierz się,/ w tę starą sukienkę/ ze zmiętej dobroci,/ mój domu. Poeta jakby wracał z wielkiego wysypiska kultury, jakby na wielkie śmietnisko znaczeń podążał. Jego świat jest pozbawiony jednoznacznie określanych wartości, w jego rzeczywistości jednostronne wartościowanie skazane jest na przegraną. Po odrzuceniu kultury, wartość ma tylko egzystencja, nawet literatura jest ledwie poletkiem, zapuszczonym ogrodem. Poeta nie przykłada już do niej wagi, tak jak nie obchodzą go różnorakie, nagminnie wygłaszane sądy i mądrości. Zmieniła się sytuacja i twórca może powiedzieć: (…) już nie/ czytamy ich/ recenzji./ Nie wlecze się za nami pawi ogon,/ ze śmietniska targów. Kultura legła w gruzach, wszędzie spotkać można tylko rumowiska. Zabiła kulturę lawina informacji, masowość, powielanie w nieskończoność i reprodukowanie. Tajemnica i piękno dzieła sztuki stały się pojęciami niezrozumiałymi dla pojedynczego konsumenta kultury. W takiej sytuacji człowiek wrażliwy i pragnący obcować z pięknem, zwraca się w stronę prawdziwej poezji, naznaczonej stygmatami cierpienia i wiary – poezji powstającej na rumowiskach, odradzającej się po wielkim kataklizmie czasu i przestrzeni. Jedynie język i wyobraźnia zdołały oprzeć się destrukcyjnej sile mass-mediów, i to w nich właśnie zawiera się prawda o człowieku, prawda o świecie. Wyrwa-Krzyżański tropi słowa, przeszukuje przebrzmiałe zwaliska znaczeń, dokopuje się do ukrytych sensów. Jego wzrokiem wewnętrznym jest wyobraźnia, głucha na kakofonię rzeczywistości, niemalże dziewicza, generująca obrazy pogranicza snu i przedśmiertelnego, bolesnego rozmycia wizji. Imaginacja poety nie zna żadnych ograniczeń, prowadzi go na sam szczyt śmietniska dwudziestowiecznej kultury. Tutaj walają się zdezelowane aforyzmy, skorupy przemówień i rozbite zegary zgasłych dni. Tutaj znaleźć można portrety dawnych wielkich tego świata, tutaj też kwilą cichuteńko dzieci, które się nie urodziły i wiersze, którym nigdy nie było dane zasmakować ludzkiego brzmienia. Poeta zbiera wszystkie te rupiecie do jednego worka, a potem w d o m u tworzy z nich nowe, inne całości. Modyfikuje znaczenia i nadaje inny sens słowom potocznym. Tak powstaje swoista poetycka „sklejanka”, zestaw wierszy, gdzie sąsiadują ze sobą odniesienia do zapisów czasu komór gazowych, polscy monarchowie, złote krzyżyki zawieszone na łańcuszkach, pytanie o istnienie Boga, narkomani i stary, wykoślawiony m i t. Ten katalog, ten scrap-book wierszy, to dom najtrwalszy. W jednym z pożegnań z czytelnikiem, Wyrwa-Krzyżański, szeptem, ale dobitnie to przypomina: Powtarzam dramatycznym szeptem, aż i to odrzucicie/ na śmietnik: umocnijmy dom w sobie. Co ja teraz/ robię? W popielisku wartości szukam małej cegły/ żaru. I te wiersze, i te wiersze, i te wiersze/ też (…). Podczas lektury tekstów autora, a szczególnie zacytowanego wyżej utworu, nieodmiennie przychodzi na myśl jeden z zapisków pozostałych po Edwardzie Stachurze: Ciało miałem w rozsypce, wszystko osobno. To było niesamowite uczucie. A słowa, które mówiłem, odbijały mi się od mózgu i wracały do mnie bumerangowo. Teraz jest chyba mniej strasznie. Powoli zacząłem stanowić jakąś całość cielesną , zebrało się w jakąś kupę to ubóstwo, ten dom kruchy i wątły. Kiedy Jezus mówi: „ten dom”, czy to znaczy ciało? „Jeśli dwaj zawrą pokój w tym jednym domu, powiedzą oni do góry: »Rusz z miejsca«, i ruszy się”. A także: „Nikt nie może wejść do domu mocarza, jeśliby nie związał rąk jego. Wtedy dom jego ograbi.” A także: „Zburzę ten dom i nikt nie zdoła go odbudować”. O co tu chodzi? Wiersze-notatki niezwykłego poety, jako swoista glosa, uchylają nieco rąbka tajemnicy…

DSC05014

Poezja Wyrwy-Krzyżańskiego jest zatem nieustannym budowaniem domu. Tego miejsca, gdzie rozgrywają się największe życiowe dramaty i tego locum, gdzie może schronić się poeta. Ale owa budowa jest zarazem m i e s z k a n i e m   i – już w trakcie wznoszenia, kształtowania elementarnych wartości – b u r z e n i e m. Pogłosy filozofii egzystencjalnej, ze szczególnym uwzględnieniem myśli Heideggera, są tu wyraźne i trwale oddziałują na psychiczne własności wypowiedzi. Ten konstruktor buduje z najmniejszych cegiełek języka i sprawdza siebie przy pomocy kategorii lingwistycznych – nieustannie poddaje próbie ich właściwości. Jego wypowiedź jest jakby mierzeniem zdarzeń, wartości i uczuć na szali językowej pojemności, na szali frazeologicznej poprawności. Przy czym poetę najbardziej interesują właśnie te rudymenty i substraty językowe, które bądź się na szali nie mieszczą, bądź z niej spadają. Te pojęcia, nie-pojęcia maja inną wartość semantyczną i jakby stają się elementami nowego, odkrytego przez poetę języka. Jest to liryka człowieczego upadku i ruiny wartości moralnych, podstawowych ludzkich pojęć i reguł przetrwania. Akt płciowy sprowadzony tu został do rangi poza uczuciowego eksperymentu. Stał się – o paradoksie ! – polem doświadczalnym  j ę z y k a. Poeta, jakby demonstracyjnie burzy w swoich wierszach to, co życie rodzinne, moralność i obyczaje uznały za sacrum. Owo uświęcone miejsce poezji Wyrwy-Krzyżańskiego w każdym wierszu wali się w gruzy, staje się kupą zdezelowanych pojęć, kłótni, chwilowych zachwytów i przysiąg. Z tego zwałowiska poeta stara się wyłowić to wszystko, co przetrwało próbę śmierci i chaosu. I znowu zaczyna budować, bo w tej poezji trwa nieustanna cykliczne powracanie do punktu wyjścia. Budowanie łączy się z mieszkaniem, z mieszkania wyłania się chęć burzenia, a na gruzach starego rodzi się w poecie tęsknota za ładem i spokojem ograniczonej przestrzeni. Ten cykl sprzężony jest z tajemnicą ludzkich wzlotów i upadków biologicznych oraz psychicznych. Najbardziej twórcze jest samo mieszkanie, które trwa najkrócej i już na samym jego początku nacechowane jest „duchem” rozkładu. Ten rozpad to symptom miłości niechcianej, miłości, przed którą poeta nieustannie się broni i której łaknie w chwilach niekontrolowanych ucieczek.

Miłość w ujęciu Wyrwy-Krzyżańskiego bywa odczłowieczonym pędem ku otchłani, pędem mającym wszelkie znamiona zwierzęcego instynktu krwi, instynktu wzajemnego pożerania, niszczenia wroga i słabszego od siebie. W tej walce pożądań i krwawych celebracji bytu, dochodzi często do zagubienia tego, co dom i mieszkanie mają zakodowane w każdej zespolonej cegle i w każdej wspólnej chwili, dochodzi do zagubienia sensu. Rzeczywistość gruzów i dymiących (parujących) zgliszcz rodzi poczucie braku jakichkolwiek trwałych wartości, rodzi kolejną o-błędną ucieczkę ku początkowi cyklu. Budowa zaczyna się na poziomie najniższym języka, na etapie rozedrganego fonemu i strzaskanego morfemu. Z tych szczątków i fragmentów dawnych reliefów poeta stara się stworzyć wartość, która niosłaby w sobie jakby zew tamtego domu, a jednocześnie stwarzała szansę innego, nowego bycia i życia. Wyrwa-Krzyżański wraca na zwałowiska zdruzgotany wewnętrznie, zgnębiony, a gdy staje na szczycie jest człowiekiem, który ledwo co wyrwał się z objęć kobiety, to znaczy śmierci. Nicość podąża jego śladem, nieustannie nad nim kołuje i czeka na dogodny moment by zaatakować. Poeta rozpoczyna budowę, znajduje to co kiedyś „znaczyło” i miało swój głęboki sens, a teraz jest ledwie okrzykiem, dźwiękiem bez istoty, aktem erekcyjnym mowy. Na nim stanie nowy dom, ale już w tym momencie kreator wie, że ten nowy punkt zaczepienia także nie okaże się ostateczna przystanią. Jednak buduje, wznosi budowlę chybotliwą i kruchą. Gdy stanie już za progiem, gdy obejmie ukochaną kobietę, spojrzy jej w oczy poczuje w sercu radość trwałości. Niestety w tym samym momencie zrodzi się też w nim chęć ucieczki – pragnienie nieograniczoności, otwarcia na wszystko to, co nie posiada jednoznacznych wymiarów. W tej chybotliwości uczuć – od żądzy posiadania i niszczenia, do pragnienia bycia środkiem domkniętego okręgu, zawiera się metafora ludzkiej słabości i skazania na przegraną.

DSC03559
Język jako budulec – a nie uczucie rodzące się między kobietą i mężczyzną podczas aktu płciowego – jest centralnym punktem tej „erotycznej” liryki. Zapewne wielu zbulwersuje takie podejście do tych spraw, ale w tej twórczości wszystko rządzi się zasadą cykliczności i powracania w nowych zestawieniach tych samych substytutów. Ta poezja jest przecież zdominowana przez żądzę burzenia, pełna instynktownych i jakby obrzędowych „mordów lingwistycznych”. Poeta popełniając językowe auto da fé, jednocześnie odradza się jak feniks z popiołów, a odradzając się, zaczyna mówić językiem, który został poddany kolejnej, tym razem cielesnej i krwawej próbie. Poezja Wyrwy-Krzyżańskiego jest tkanką przenikalną, przesyconą i nasyconą do granic możliwości. Obok nasienia i krwi, znajdziemy w niej łzy, fragmenty cząstek językowych, morfologiczną plątaninę szczątkowych sensów, potłuczone szkło, strzępy rozerwanych serc, miękkie włosy; twarde piersi i wielkie, jakże ludzkie, wykwitające na gruzach pragnienie szczęścia, choćby chwilowego spokoju. Ten budowniczy tęskni wciąż za wyimaginowanym domem, bo jest wiecznym tułaczem, który nie potrafi odszukać w sobie właściwej drogi ku jego progom. Wciąż w ekstazie, w ramionach kobiety, w powodzi włosów, w lawinach ciepła, czuje na sobie spojrzenie śmierci. Ucieka, potyka się o słowa, czuje na swoich plecach jej oddech. I wciąż od nowa buduje, mieszka i burzy…

On nieustannie wpatruje i wsłuchuje się w słowa; sięga aż do głębi etymologicznych sensów, poprzez żonglerkę prefiksami i sufiksami tworzy jakby nowy imaginowany język poetycki – pełen świeżości, zaskakujących neologizmów i przerzutni semantycznych. Wiersze stają się, w takim ujęciu, jakby eksperymentalną ścieżką dźwiękową, ilustrującą przeżycia, sny, myśli autora. Poeta wprowadza jeszcze na tej ścieżce – jakby za sprawą animacji na kliszy filmowej – rysunek słowny i wyrazowy, który wzbogaca wiersze o dodatkowe sensy. W tym słowotwórczym drążeniu, poeta poszukuje uniwersalnej formuły języka, mogącego sprostać nawet najbardziej nieprawdopodobnym sytuacjom życiowym – tragedii i komedii, śmiechowi i łzom najgłębszego bólu. I nie może być inaczej, skoro nawet w swoim kulturowym rodowodzie kreator dostrzega piętno języka: Ślepy w wierze i ufności Słowianin, słów/ wiano, i słownik, i słowika/ mam na fundament. W tym miejscu autor raz jeszcze zaczyna budować, tutaj ma swój początek owa przeplatanka semantyczno-lingwistyczna, której końca nie widać, a która jest jakby rymem dla życia i najpełniejszą metaforą istnienia. Wyrwa-Krzyżański wskazuje także w wierszach swoje pokrewieństwa literackie – ich genealogii doszukiwać się należy w ogromnej spuściźnie polskiej literatury i w wielu  m i e j s c a c h  jej przynależnych. Wyobraźnia Wyrwy-Krzyżańskiego stara się nieustannie urbanizować przestrzeń – dlatego też jego spuścizna literacka jest wyrazistym punktem na mapie, wsią, miastem; konkretnym śladem bytowania pisarzy, bądź śladem pozostawianym przez bohaterów literackich. Ci pisarze, ci bohaterowie i miejsca im przynależne są też jakby kontrapunktem dla wielkich ośrodków kulturowych – kamieni węgielnych cywilizacji i współczesności: (…) wszędzie z kamieniem/ na sercu, wyjętym z węgła mego domu, w kamieniach/ Rzymu, Lwowa, Berlina, Paryża – o ile/ się oddalam, o tyle się zbliżam/ do Czarnolasu, do Soplicowa, do Drohobycza,/ do Stawiska. Owa zasada kontrapunktowania rzeczywistości i zarazem podświadomości, jest kolejną z reguł poetyckiego bytowania twórcy – dla jego wibrującej świadomości byt i niebyt wzajemnie się przeplatają, wzajemnie na siebie zachodzą i doskonale się negują: Moje jest coraz bardziej to, co zapominam. Zasada negacji poprzez adopcję, to także jedna z reguł tajemnych tej liryki. Wszystko w niej zmierza ku budowlom – wszystko wokół nich się ogniskuje; stąd tyle tutaj atrybutów im przynależnych: klamek, drzwi, okien, ścian, sufitów, podłóg, fundamentów, cegieł. Poeta wciąż ich szuka i ciągle do nich powraca, a czasem nie potrafi odnaleźć domu w miejscu, gdzie wydawać by się mogło musi się on znajdować. W mieszkaniu poetki Kazimiery Iłłakowiczówny, w Poznaniu przy ulicy Gajowej 4, odkrywa, że tam: (…) nie ma sufitu/ ani ścian./ Jest tak mało, że mieszczą się tylko/ pytania. Lecz/ płacz tutaj sam siebie/ unieważnia, jakby i on/ musiał spoważnieć. Poeta nie potrafi jednak odejść z tego miejsca, choćby bez odrobiny pokrzepienia, dlatego zdając relację ze swojego pobytu w tej na poły magicznej przestrzeni, powiada: Z obłoku podłogi wyjąłem ziarenko/ piasku. Przejęty,/ bo będzie mi umacniało mej bezdomności/ pieśń fundamentów – ani mi to teraz zabrać, ani mi to nadać/ Ja, słów pokorny murator, już wiem odtąd,/ skąd wznosić można najgłębszą poezji wieżę. Dom tego muratora odnaleźć można wszędzie, jest to jakby dom przechodni, dom – na przestrzał, dom przez który się przenika, którym się wędruje. W takim kontekście poeta staje się wędrowcem zamkniętej przestrzeni – tym, który jakby porusza się wewnątrz przezroczystej bryły. Często dom poety jest tylko pojęciem – sensem zaklętym w słowa, często jest rzeczą, często – jak zostało wyżej powiedziane – kobietą, w której także można pomieszkać. Tak zamknięcie, jest też otwarciem, nie ma na tym świecie dla niego przestrzeni nie zurbanizowanych i dlatego też czuje się on wiecznym „mieszkającym”: Ja, wieczny lokator – w podróży, sprawca/ do mówienia świata,/ zamieszkujący celę, świątynię lub przedział,/ gość, ale mogący tych, co mnie witają – witać,/ nie biorę pejzaży/ ani za świadków, ani za widokówki./ Sadybę sobie moszczę z cegieł wziętych z muru/ wędrówki. W tym fragmencie wiersza widać doskonale metodę budowania utworu z wykorzystaniem sprzeczności i oksymoronów – czyż może być coś bardziej nieprawdopodobnego jak mur wędrówki? Poeta tworząc tego rodzaju połączenia semantyczne, tworzy jakby inną perspektywę dla swojego bytowania – nawet droga i wędrowanie jest dla niego synonimem mieszkania, przebywania w zamkniętej przestrzeni. Ta poezja – poprzez wpisane w nią metafory, symbole i figury stylistyczne – opisuje przez cały czas lęki egzystencjalne, przynależne współczesnemu człowiekowi. Jest odbiciem wiecznego rozdarcia pomiędzy tu i teraz, pomiędzy gdzieś i kiedyś. Życie, w ujęciu muratora słów – jest chwilą zamkniętą w obszarze; w określonym przedziale czasowym i przestrzennym. Bycie, polega zatem jakby na zapełnieniu sobą określonych przestrzeni, na zapełnianiu luk – w gruncie rzeczy wszystko, co jest poza człowiekiem, jest przecież „czarną dziurą” niebytu. Zadaniem poety jest penetrować skraj tych bezdennie pustych i przerażających w y r w, tych bezdomnych, ogromniejących wciąż szpar w istnieniu. Zadaniem takiego stwórcy jest nieustannie łowić słowa; z ampli ciemności – światło

DSC03573

B y t Tadeusza Wyrwy-Krzyżańskiego jest próbą znalezienia bezpiecznej enklawy, miejsca, gdzie można mieszkać i myśleć, gdzie promieniuje ciepło bliskich osób, a na stole leżą grafiki i wiersze, czekają na ukończenie obrazy i karty prozatorskie. W tym domu wszystko się zaczyna i wszystko się kończy, tutaj rodzi się słowo i ginie prymarne znaczenie, tu czerń liter swobodnie przechodzi w sadzę kresek i plam. To, co realne rozpływa się we mgle n i e i s t n i e n i a, a to, co przeczute – wnika w świadomość z doskonałością ostrza, rozcinającego płaszczyzny i definiującego cierpienie. Poeta nieustannie antycypuje daleką rzeczywistość, przyciąga ku sobie c o ś, co wydarza się g d z i e ś, a przy tym nie przekracza własnej integralności osobowej, raczej dopełnia siebie tym, co dzieje się wokół; bliżej i dalej, pośród wirów powietrza i w ludzkich umysłach. Każdy wiersz jest komentarzem do egzystencji zamkniętej w ramach czasu i przestrzeni, ale też niezwykle wrażliwym wyodrębnieniem anty-światów, które wciąż generuje pustka, które stale czepiają się ludzkich wyborów i mogą zawłaszczyć samoświadomość. Wędrówka przez świat związana jest z licznymi zagrożeniami i poeta je dostrzega z całą wyrazistością – wskazuje je w wierszach, a nade wszystko broni się słowem przed unicestwieniem t e k s t u wewnętrznego. On wciąż brzmi w nim i eksploduje w jego mózgu, istnieje jak ogromny napis, konceptualnie ujęty w ramę kontekstu i zwieńczony znaczeniem naddanym. Ale jest też abstrakcyjną formułą, połączeniem barw i dźwięków, wrażeń zmysłowych i zapachowych – jest symfonią zmysłów i bytem samym w sobie. Tutaj stale coś się dzieje, wciąż rozgrywa się jakiś bój semantyczny, nieustannie pojawiają się propozycje lingwistyczne, ale najjaskrawiej jawi się nadrealny, pulsujący treścią o b r a z. Współczesność jest dla poety labiryntem, w którym próbuje znaleźć drogę do doczesności. Wejście zawsze jest proste i oczywiste, ale im idzie się dalej, im mija się więcej zakrętów, tym częściej pojawia się niepokój. Ten labirynt składa się z cząstek realnego życia i nierealnego doświadczania. Polityka i kultura, dźwięk i barwa, sława i uznanie, sztuka i słowo, wszystko układa się w szyfr nie do rozwiązania, wszystko prowadzi na poznawcze manowce. Tutaj wielka prawda filozoficzna ma wymiar banału, a najprostsze zawołanie staje się hasłem wyborczym, którym można manipulować w dowolny sposób. Wyrwa-Krzyżański gwałtownie reaguje na wypaczenia w życiu jednostki i całego społeczeństwa, drwi z karłów, błaznów, idiotów i ukazuje sztuczne pozy wielkich myślicieli, mało tego – sam siebie postrzega często z przymrużeniem oka, ale też – bitnie dopomina się o szacunek dla tego, co zrobił i co wydobył słowem z nicości. Jego poezja jest trudna, bo wymaga rozwiniętego aparatu krytycznoliterackiego, bo czeka na czytelnika, który znajdzie w niej p r a w d ę i nie przestraszy się mrowia poruszanych spraw, a nade wszystko wydobędzie to, co najistotniejsze – ów, jakże wyrazisty, kontrapunkt dla rzeczywistości. Tutaj „trudność” jest zaletą, bo jest bliska syntaktycznej gęstości, a ta z kolei podąża ku kompensacji filozoficznej – trudność jest znakiem autentyczności i dopełnieniem tego, co nie nazwane, przeczute, dookreślone metaforą i milczeniem. Człowiek pojawiający się w tej poezji, wraz z autorem, błąka się po labiryncie świata i nie znajduje wyjścia, wciąż wraca do punktu początkowego, stale traci coś z własnej integralności. Tak, pojawiają się jakieś elementy orientacyjne, podobne do siebie cząstki rzeczywistości zdegradowanej, ale wciąż nie widać ostatecznego światła, stale przestrzeń rozbudowuje się w kolejne błędne wnętrza, korytarze, wysypiska i brudne podwórka. W takiej sytuacji ściana staje się fakturą egzystencji, a jej kontemplacja nabiera nieomal mistycznej wymowy, staje się treścią wędrówki. Można na niej malować jakieś znaki, można tworzyć freski, zaznaczać kielnią życia istnienie, można też się o nią oprzeć i poczuć jej pradawny chłód. Stale pojawiają się jakieś ściany – na zewnątrz i w ludziach, również w artyście kontemplującym swój byt; tak oto wciąż dochodzimy do punktu, z którego trzeba wracać, by znaleźć nowy korytarz, by obudzić w sercu nową nadzieję.

Zaprawdę, poeta jest bytem zranionym, stale odbijającym się w krzywych lustrach pomówień, donosów, nieprawdziwych ustaleń. Musi jednakże znaleźć sobie miejsce w tym świecie i próbuje nieustannie zaczepić o coś swoją świadomość. W jego wierszach migają twarze i gesty, pojawiają się postaci ważne i mało znaczące, wciąż pulsuje aura tajemniczości, sprowokowanej i podtrzymywanej dla właściwego efektu. Chodzi przecież o to, by zniszczyć człowieka i udowodnić mu, że jego praca nie ma znaczenia dla „wielkich spraw tego świata”. Kto to robi? Może przedstawiciele tajnych ugrupowań, a może kobieta, która okazała się niewierna – może dawny przyjaciel lub jakiś esbek, może nieznajomy widziany na ulicy lub menel, pijący piwo na brudnym podwórku. Ustalenie prawdy nie ma znaczenia, bo wszystko jest pozorem, wszystko stanowi zasłonę dymną dla prawdziwego istnienia. Poeta – jakże to romantyczna postawa – jednak dramatycznie próbuje tam przeniknąć, chce znaleźć się po drugiej stronie barwnego widma, by z perspektywy lekkości i nieziemskości spojrzeć na samego siebie i na ludzi dookoła. Udaje mu się to na chwilę, ledwie na mgnienie powiek, ale zaraz znowu napływają wątpliwości, nawet te największe, związane z dogmatami Kościoła i ewangelicznymi przekazami. Kto stoi za tym wszystkim, kto rozdaje karty i kto – wreszcie – steruje jego życiem? On stale zadaje w wierszach tego typu pytania i nie uzyskuje odpowiedzi, ale sens leży w pytaniu i w próbie odsłonięcia tego, co zakryte. Niech nie zwodzi nas tutaj poza ironisty i szeroka fraza wierszowa, wszak tutaj mówi się o sprawach najważniejszych, esencjonalnych – tutaj, pod powierzchnią słów, jest dramat największy. Poeta dokumentuje w swoich utworach stopniowe staczanie się ku nicości, nieuchronny ruch w stronę rozpadu. Nikt i nic nie jest w stanie tego powstrzymać, nigdzie nie można się przed tym schronić. Te fakty z życia i nieustające próby zatrzymania zdarzeń w kadrze, są ledwie pozorem prawdziwego trwania. Wiersz Wyrwy-Krzyżańskiego antycypuje przyszłość, ale zakotwiczony jest głęboko w przeszłości. Uczepiony ruchliwych anty-światów i surrealnych przestrzeni, staje się obrazem słownym o wielkiej skali klarowności. Pojawia się na nim światło i ciemność, faktura i walorowe rozmycie barw, a nade wszystko jest określony komunikat, wiadomość o stanie uwrażliwienia i o dokonującej się metamorfozie. I jest kontekst polityczny lub społeczny, obyczajowy albo lingwistyczny – trudno wskazać wiersze, które by się nie angażowały w jakiś spór. Doraźność jest tutaj pozorem, który skrywa rzeczywistą, żarliwą polemikę z samym sobą i ze światem, w jakim przyszło nam egzystować. Historia wydarza się tu i teraz, a zarazem dzieje personalistyczne znikają w ogromie doświadczeń i nadziei, spełnień i rozczarowań, w nieustającym pochodzie życia i śmierci, wzrastania i więdnięcia. Historia wydarza się i kpi z jednostkowych prób jej zagarniania, demaskuje ludzkie usiłowania zamknięcia własnych doświadczeń jakąś klamrą, jakimś cudzysłowem. Rechot jest jednak coraz głośniejszy i coraz częściej pojawia się w miejsce modlitwy, melorecytacji, żałobnego lamentu. Wszystko odchodzi w błyskawicznym tempie i wszystko umyka percepcji – są tylko słowa zapisane na papierze i nadzieja, że w nich utrwalona została m o c, że w nim pozostanie na zawsze to, co było sensem każdego dnia i każdej nocy, co dodawało otuchy i było zapewnieniem, że to co wypowiedziane stanie się cegłą i murem, domem i wypełniającym go ciepłem.

DSC02562

Wyrwa-Krzyżański niejednokrotnie podkreślał i zaznaczył to nawet w tytule jednego ze swoich tomów – Siwe dziecko – że doświadczenie dzieciństwa było dla niego przeżyciem inicjacyjnym. Tam, w okolicach Czarnkowa, pośród nadnoteckich wzgórz i rozlewisk, odczuł po raz pierwszy cudowność przestrzeni, w jakiej bytujemy – tam zrodziła się jego wrażliwość i nieustająca potrzeba podróży, wędrowania przez świat i poprzez samego siebie. Permanentnego odkrywania i dopełniania tego, co bolesne, tego co ostateczne. Bo, dodajmy tutaj od razu, owo dzieciństwo było też doświadczeniem traumatycznym i wycisnęło bolesne piętno na poecie i jego bohaterach lirycznych. Było niczym odciśnięcie pieczęci w kształtującej się wyobraźni i świadomości. Dziwna to była pieczęć, bo raz miała kształt hostii, a kiedy indziej stawała się czarnym kołem, raz była okiem opatrzności, a zaraz zmieniała się w ślepie demona. Była przekleństwem i błogosławieństwem zarazem i kazała iść, poprzez krajobrazy świata i poprzez przestrzenie kolejnych książek, poprzez ruiny i poprzez ogrody. Nie bez powodu poeta, w wierszu o Freudzie, wprowadzając do wiersza elementy psychoanalizy, momentalnie neguje je, jako bezwartościowe w próbie odnalezienia samego siebie. Jego maksyma jest tyleż trywialna co oczywista i tyleż doraźna, co ostateczna – ból. Tak, ból każdego wyleczy ze złudzeń, bo ból jest stanem permanentnym ludzkiej świadomości. I jakby go nie tłumaczyć, jakby go nie demonizować czy idealizować, jest otwarciem i zamknięciem cudzysłowu – jest echem kosmicznej ciszy i milczeniem Boga. Dla takich obszarów wrażliwości i takich maksymalnych prób znalezienia sensu, jest tylko jedna alternatywa – czułość. I poeta podchodzi do ludzi z czułością, z delikatnością, ale nie waha się też obnażać sztuczności, fałszu, zakłamania. Choć i wtedy robi to dla człowieka, dla jego przebudzenia. Zwróćmy też uwagę na inny obszar poetyckich penetracji, który można by określić jako grę kulturową. Jej wyrazem są wprowadzane jednocześnie do wierszy tematy z obrębu kultury masowej i wysokiej. Tak iluzoryczna przestrzeń wewnętrznego pulsowania, rozszerza się i poeta stara się umieścić swoje doświadczenie w perspektywie globalnej. Wykorzystuje do tego celu znane postaci z historii, literatury, sztuki i prowadzi z nimi rozmowę, albo jakby mówi ich ustami. Zawsze jednak stara się zrozumieć świat, stara się przeniknąć materię, szuka d u c h a i podnosi głowę ku górze. Tam – wołanie/ ciszy nadchodzi z hieroglifów/ gwiazdozbiorów, tam rozciąga się wielka przestrzeń niewiadomej i nieogarniona zagadka przestrzeni. Poeta wędruje ze swoimi postaciami i swoimi odbiciami ku wciąż uciekającym dalom. Jawi mu się jakaś tajemna harmonia i dysharmonia zarazem, chciałby powiedzieć o mechanice dziejów i mechanice ludzkiej świadomości, ale wciąż coś staje mu na drodze, wciąż jakaś siła spycha go na margines. To jest jakby siła odśrodkowa tak wirującej świadomości, która zaczyna rozumieć wszechświat, która zbliża się do Boga, a nie może już pojąć samej siebie. Oddala się od siebie i rejestruje tylko to, co postrzegają zmysły, co poezja wyodrębnia z pustki i oprawia w płonące i tandetne zarazem, ramki liryki. To jest dramat, to jest tragedia wrażliwości nieosiągalnej i nagle spadającej na człowieka, w najmniej odpowiednim momencie. To jest świadomość gwałtownego spalania się – Ja, glina, nie/ nie sięgam wyobraźnią za fundament i kamień, spalam się/ i wypalam – na cegłę. Amen. Twórca jakby pyta, co zrobić z tą świadomością i z kim podzielić się bolesną wrażliwością? Z kobietą, przyjacielem, z przygodnie spotkanym człowiekiem czy ze samym sobą. I jak umieścić ją pośród swoich miejsc, gdzie z fontann tryska popiół, a oczy dziecka ronią czarną łzę? Może tylko formuła nieistnienia może temu sprostać, może tylko w nim łka boleśnie zduszona prawda, która może jawić się właśnie tak: Poranek. Stoliczki. Lektura tutejszych gazet. Świat/ jest piękny. Ledwo w nim dwa nie wywiezione kubły, trzy zepsute żarówki i z przetrąconym skrzydełkiem/ wróbel. Ciągłe wydania specjalne, dokończenia/ w następnym wydaniu/ wieczności./ Ale i niebo nie jest z jednodniowego papieru,/ u jego fundamentów jest kamień węgielny/ księgi. Zwykłość i wzniosłość, westchnienie za wiecznością i kontemplacja brudnej teraźniejszości – oto dwa rewiry tej zdumiewającej liryki. Jest ona dziennikiem szaleństwa, jakie dokonuje się każdego dnia w każdym człowieku – jest relacją i narracją zarazem, jest pogłosem czegoś, co się dopiero wydarzy i zapowiedzią czegoś, co nigdy nie nadejdzie. Jest sondowaniem pustki i chaosu, o jakże odważnym sondowaniem. I jest spowiedzią dziecka, którego już nie ma i człowieka, którego nigdy nie było: Z trudem oddychając, bywałem w domach jak trumny;/ pomniejszały mnie słowa bez płci i krwi, pokoje/ przemieniano w przedsionek dla służby; i podobnie/ jak ty, i jak ty, i jak ty – mówiłem także do ścian,/ bo one miały uszy; i to wybaczyłem, bo skąd/ mogłem wiedzieć, że ktoś chce dobrze. Podłogi/ nie podbiegły mi do stóp; czekam na znak. Czy to ma być znak przyzwolenia czy odepchnięcia, czy to ma być symbol dionizyjski czy apolliński, a może ma to być znak czasu – nieustannie dokonującego się odejścia. Od miejsc i od osób, od chwil i od życia? Poeta nie udziela odpowiedzi, pragnie jedynie sprowokować czytelnika – chce by zareagował, albo przynajmniej dał znak istnienia. Ów znak będzie też znakiem istnienia kreatora, który pragnie odbijać się w innych oczach i szuka człowieka równie jak on wrażliwego, równie doświadczonego. Chce by, tak jak on – pojął, pijany/ przestrzenią, że taki nie jest potrzebny – i sobie. Chce więzi z istotą i ze światem, ale z bólem odkrywa czytając nowe wiersze, że są one świadectwem braku tych więzi. Dlatego ogólny ton poezji Tadeusza jest gorzko-słodki, albo słodko-słony – choć może lepsza byłaby tu – w przywołaniu metaforycznym – chińska przyprawa pięć smaków. Dzieje się tak dlatego, że ta poezja jest prawdziwa i ten poeta mówi poważnie – zapisywanie myśli w formie wiersza jest dla niego równie ważne jak podtrzymywanie funkcji życiowych. Trudno sobie wyobrazić Tadeusza w innej roli. Taka wrażliwość, taka obudzona gwałtownie nadświadomość, domaga się kompensacji, zadośćuczynienia i tylko wiersz może zmyć tę krew i tylko słowo może złagodzić ból rozrywanej przez znaczenia egzystencji.

___________
Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Dozorca tytularny, „Świadectwo” – „DIX”, 
Bydgoszcz – Włocławek 2008, s. 88.
Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Całowanie klamek, „Świadectwo” – „DIX”, 
Bydgoszcz – Włocławek 2008, s. 72.
Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Don Juan z Piły, Okolica Poetów, 
Poznań 1999, s. 72.
Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Camera obscura. Powieść teatralna, 
„Świadectwo” – „DIX”, Bydgoszcz – Włocławek 2008, s. 148.
Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Ściśle jawne, „Świadectwo” – „DIX”, 
Bydgoszcz – Włocławek 2008, s. 112.
Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Pocałunek – i- z językiem, Wydawnictwo 
książkowe IBiS, Warszawa 2006, s. 112.
Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Obrus na fundamencie, Oficyna Wydawnicza 
STON2 – „DIX”, Kielce – Włocławek 2008, s. 76.
Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Münchhausen z Czarnkowa, „Świadectwo” – 
„DIX”, Bydgoszcz – Włocławek 2008, s. 92.
Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Kochanie miłości, Oficyna Wydawnicza 
STON2 – „DIX”, Kielce – Włocławek 2008, s. 294.

CZYŻYK

Carduelis_spinus_2_(Martin_Mecnarowski)

Erlenzeisig-m

Wczoraj nieoczekiwanie znalazłem się w ptasim raju… Szedłem pieszo z jednego osiedla na drugie i zauważyłem spore ożywienie w świecie skrzydlatych stworzeń. Przyczynił się do tego zapewne nieco cieplejszy i jasny dzień, ale też zbliżająca się wiosna, którą ptaki wyczuwają. Zapewne widzą pękające już pączki na gałązkach i w jakiś sposób odnotowują przybywanie kolejnych podróżników. Podobno na polach obserwuje się już pojedyncze bociany, albo ogromne stada żurawi, tylko patrzeć jak zaczną krążyć nad domami spore oddziały szpaków. Na wschód odlecą gawrony i sporo drozdów, populacje wron syberyjskich, jemiołuszek, gili i jerów, a pojawią się rzadsze polskie ptaki – wilgi, kopciuszki, jaskółki, jeżyki, dudki, kukułki, dzikie gęsi, perkozy i białe czaple. Wędrując kilka kilometrów widziałem sporo kawek (w tym jedną obsypana białymi plamami), srok, połączonych w małe stadka sikorek, jakieś kosy i drozdy, a przy tym wiele mazurków, obsiadających gęste krzewy. W pewnym momencie stanąłem jak wryty, słysząc najpierw wabiące głosy, które Jan Sokołowski określa jako: tetet dije, a potem śpiewy – w interpretacji tego samego ornitologa: czek czyżyk dedije bee. Wysunąłem się zza bloku i zobaczyłem coś, co zaparło mi dech w piersiach – oto na niewielkim drzewie siedziało chyba ze sto zielonkawych ptaszków i co jakiś czas niektóre z nich przelatywały do karmnika, umocowanego przy jednym z balkonów. W pierwszej chwili myślałem, że obserwuję dzwońce, ale szybko zorientowałem się, że są to ptaki mniejsze, samce lekko baryłkowate, a samice wysmukłe. Bez wątpienia były to czyżyki (Carduelis spinus), które gromadzą się zimą w spore stada i odwiedzają zadrzewiania pomiędzy budynkami jednorodzinnymi i blokami na osiedlach. To sekretni mieszkańcy lasów, przebywający latem przede wszystkim w koronach drzew iglastych, a późna jesienią i zimą łączące się w duże grupy, dające większe szanse na przetrwanie. Ta zieloność czyżyków i ich mnogość zachwyciła mnie i stałem jak zaczarowany, a ptaki nic sobie nie robiły z mojej obecności. Niestety nie miałem przy sobie aparatu fotograficznego, którym udokumentowałbym to spotkanie, ale i tak samo obcowanie z tyloma pięknymi skrzydlatymi istotami było interesujące. Ptaki sfruwały do karmnika i wracały na gałązki drzew, a było ich tak dużo, że stały się rodzajem żywych szyszek na gałązkach młodej olchy. W takiej masie jakże wyrazistsze były ich zielonkawe piórka, żółte podbarwienia i ostre dzióbki, którymi potrafią wyłuskać nasiona z ich koszyczków i okrywek. Z ociąganiem ruszyłem dalej, dziwiąc się, że ruch moich rąk i nóg nie zainteresował czyżyków i nie odfrunęły spłoszone, cały czas pałaszując jakiś pokarm, rozsypany w karmniku balkonu na pierwszym piętrze. (Foto: Wikipedia)

Carduelis_spinus_1_tom_(Marek_Szczepanek)

Ogromne zimowe stado czyżyków

Ogromne zimowe stado czyżyków

ŚWIAT STAROŻYTNY (XXVI)

????????????????????????????????????

Częstokroć nasza wiedza o starożytnych pisarzach bywa szczątkowa i jakiekolwiek informacje o nich czerpiemy z napisanych dzieł, ocalałych szczęśliwie do naszych czasów. W przypadku Plutarcha z Cheronei nie znamy daty urodzin ani śmierci, a jedynie zakładamy, że musiał żyć miedzy rokiem 50 a 120 naszej ery, czyli w czasach panowania cesarzy: Nerona, Wespazjana, Tytusa, Domicjana, Nerwy, Trajana i Hadriana. Egzystencja w Rzymie w tych czasach, nasilających się walk z chrześcijanami, powstawania i upadku kolejnych dynastii, wielkich morderstw i wypraw wojennych, musiała obfitować w wydarzenia, ale w dziełach tego pisarza znajdziemy tylko nikłe echa tego, co gruntownie opisywali inni historycy i pamiętnikarze. Cheroneja leżała w Beocji, stanowiącej część prowincji achajskiej, a zatem była ważną prowincją Rzymu, co z jednej strony dawało określone profity Plutarchowi, a ze strony drugiej ograniczało jego horyzont obserwacji. Z jego pism wyławiamy jakieś szczątkowe informacje o rodzinie, zmarłych dzieciach i żonie, a także o odbywanych podróżach do Rzymu, Azji Mniejszej i Egiptu. Pamiętajmy jednak, że do naszych czasów dotrwała tylko jedna trzecia całego dorobku tego filozofa i moralisty i przypuszczać możemy, że w pozostałych partiach znaleźlibyśmy więcej informacji na jego temat. Niewątpliwie był szanowanym obywatelem rzymskim, mieszkającym w Grecji i mającym liczne kontakty w świecie intelektualnym Rzymu, gdzie zdarzało mu się wygłaszać mowy i uczestniczyć w spotkaniach luminarzy nauki. Jeśli dzieła Platona umieszczono w sześciu tomach, to ów zachowany dorobek Plutarcha, wydawcy rozsiali w tomach dwunastu, podkreślając jego fragmentaryczność, udokumentowaną w starożytnym katalogu. Wiemy z nielicznych ocalałych prac innych autorów, że „Mędrzec z Cheronei”, jak go nazywano, był bardzo życzliwy dla ludzi i zjednywał sobie sympatię w różnych gronach, czasami skrajnie odmiennych politycznie czy myślowo. Studiowanie autorów starożytnych jest pasjonującą przygodą, szczególnie, gdy zdobędziemy już określoną wiedzę o epoce i żyjących w niej ludziach. Filolodzy klasyczni będą wskazywać tutaj charakterystyczne cechy stylu, badać język i konteksty historyczne, ale przecież równie ciekawe jest wyławianie z dzieł takich pisarzy i filozofów zdumiewających cząstek, mających wartość w czasach starożytnych i we współczesnych stuleciach.

36404-rbnz

Czytając Zalecenia małżeńskie, wchodzące w skład Moraliów Plutarcha uśmiechałem się wiele razy, bo owe rady niczego nie straciły ze swej aktualności i były raczej ostrzeżeniami kierowanymi w stronę kobiet. Już pierwsza z nich, będąca cytatem z Solona jest niezwykle konkretna, bo nakazuje by: oblubienica, zanim podzieli łoże z oblubieńcem, spożyła jabłko kydońskie. Komentarz Plutarcha nie pozostawia tu wątpliwości o co chodzi: [Solon] dawał w ten sposób, jak się zdaje, do zrozumienia, że od pierwszej chwili z ust i głosu wionąć powinien zjednywający i nęcący powab. (Moralia, przeł. Z. Abramowiczówna, Wrocław 2005, s. 52) Jak powszechnie wiadomo w krajach basenu Morza Śródziemnego, zarówno europejskich, jak i azjatyckich i afrykańskich powszechne jest używanie dwóch bardzo aromatycznych warzyw: czosnku i cebuli, które mają ogromne wartości odżywcze i prozdrowotne, ale generują odpychający zapach z ust. Gdybyśmy mogli przenieść się do starożytnej Grecji albo Rzymu odczulibyśmy sporo przykrych aromatów, a to końskich odchodów, a to zwierzęcych wnętrzności, oprawianych nieomal na ulicach, czy wreszcie zapachu czosnku i cebuli, wydobywającego się z ust i porów skóry Greków i Rzymian. Niemal wszystkie narody świata odkryły, że spożywanie warzyw aromatycznych niesie za sobą wiele dobroczynnych, nieomal czarodziejskich skutków. Czosnek jest naturalnym antybiotykiem i w połączeniu z miodem i cebulą leczy liczne przypadłości, na czele z przeziębieniem i chorobami układu pokarmowego. Czy jednak zjedzenie jabłka kydońskiego, czyli owocu pigwy mogło zlikwidować przykry zapach z ust kochanków, udających się do małżeńskiego łoża? Można w to wątpić, tym bardziej, że mężczyźni także z upodobaniem jadali czosnek i cebulę, a do tego wszystko obficie zakrapiali winem, które w połączeniu z tymi warzywami, dawało efekt iście piorunujący. Analizując zwyczaje dawnych epok, nie możemy wszakże zapominać o określonych okolicznościach, usankcjonowanych przez wielowiekową tradycję. To, co dzisiaj zaklasyfikujemy jako smród, w czasach dawnych mogło być elementem zwyczajności, codziennego rytuału żywieniowego, zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Nie znano past do zębów, nie używano szczoteczek, często ograniczając się do płukania ust wodą i ewentualnego czyszczenia nalotu nazębnego ziołami, rozprowadzanymi szorstkim płótnem lnianym lub palcem. To, co gromadziło się między zębami wydłubywano rybimi ościami lub kolcami ciernistych krzewów, ale prawdziwy problem pojawiał się, gdy zęby zostały zaatakowane przez próchnicę i zaczynały boleć. Najczęstszym sposobem pozbycia się takiej przypadłości było w takim przypadku wybicie chorego zęba, stąd powszechny był w starożytności widok ludzi szczerbatych.

2

Plutarch podkreśla też wagę prawdziwego uczucia w związkach małżeńskich: Jak ogniowi łatwo rozpłonąć w knocie do lampy, w plewach lub sierści zajęczej, ale szybciej gaśnie, jeśli nie dosięgnie czegoś innego, co by go mogło podtrzymać i żywić, tak nie trzeba namiętnej miłości, nowo zaślubionych, rozpłomienionej pięknością ciała, uważać za wystarczającą i trwałą, dopóki nie ugruntuje się w uczuciu i nie obejmie myśli, a tak nie znajdzie siedziby w samej głębi duszy. (Tamże, s. 53) Uroki ciała mają dla filozofa swoją wagę, a korzystanie z nich porównuje z gwałtownością rozprzestrzeniania się ognia, ale prawdziwa miłość rodzi się wraz z uczuciem, które lokuje on w głębinach duszy. Starożytni uczeni – w odróżnieniu do teoretyków chrześcijańskich – nie negowali wartości zauroczeń cielesnych, ale przestrzegali, by nie stały się one celem samym w sobie. Wszystko powinno prowadzić do prawdziwego rozpłomienienia wewnętrznego, do miłości w przywiązaniu i wzajemnej służbie (jak przekonamy się dalej sporo w tych radach hipokryzji), mogącej przeciwstawić się rozpadowi i starzeniu się ciał, niegdyś tak pięknych i podniecających. Kobiety nie powinny też przesadzać ze specjalnymi miksturami, podnoszącymi witalność seksualną mężów: Ryba bierze się szybko i łatwo na zatrutą przynętę, ale staje się niejadalna i do niczego. Tak i kobiety, przygotowujące podstępnie mężom czarodziejstwa i lubczyki i starające się przykuć ich do siebie rozkoszami miłosnymi, mają potem towarzyszy życia ogłupiałych, bezwolnych i zepsutych. Przecie i Kirke nic nie przyszło z tamtych zaczarowanych i zamieniwszy ich w osły i świnie nie miała co z nimi robić, a Odyseusza rozsądnego i rozumnie z nią przestającego, pokochała nade wszystko. Tak, kobiety bywają podstępne i potrafią podrzucać swoim kochankom różne „świństwa”, a szczytem jest tutaj mieszanie z płynami lub pokarmami stałymi krwi miesięcznej, jakoby na zawsze wiążącej mężczyzn z kobietami. Wiele przesądów ludowych narosło od czasów starożytności w tym względzie, ale jak dotąd nauka nie potwierdziła, że krew menstruacyjna ma właściwości magiczne i potrafi na wieki związać kochanków. O wiele lepiej działały różnorakie lubczyki, napoje z mieszanek ziołowych, tudzież specjalne stroje i miłosne rekwizyty, czasem tak lubieżne, że żaden zdrowy mężczyzna nie mógł nie zareagować. Współcześnie powstał prawdziwy przemysł przedmiotów i specyfików mających poprawić stosunki pomiędzy partnerami i zapewne Plutarchowi nie śniło się, że w takim kierunku on podąży. Jakby nie patrzeć na rady filozofa, mają one swoją wartość, bo częstokroć wypływają ze szlachetnej etyki, mającej w Grecji swoją długą tradycję (długa też jest tradycja nie stosowania się do nich), stymulującą rozwój rodzin.

3

Nie zapominajmy wszakże, że starożytność to czas wszechwładnej dominacji mężczyzn nad kobietami, których los bywał często bardzo smutny. Patriarchat wyznaczał im określoną rolę w dawnym społeczeństwie, a do tego dochodziły jeszcze rządy świekr, które chciały zaznaczać swoją wagę w powiększających się rodzinach. Plutarch w związku z tym daje kobietom taką radę: U królów perskich prawe małżonki siedzą przy stole i biorą udział w ucztach. Gdy zaś oni zechcą pić i bawić się, tamte odsyłają, a wzywają śpiewaczki i nałożnice – i słusznie czynią, że nie pozwalają małżonkom brać udziału w pijaństwie i rozwiązłości. Jeśli więc zwykły obywatel, źle wychowany i pozwalający sobie na wybryki, coś przewini z heterą lub służącą, nie powinna małżonka oburzać się ani obrażać, uświadamiając sobie, że jej on się wstydzi, a pijaństwa, wyuzdania i rozpusty używa z inną. (Tamże, s. 56) Jakież to zakłamanie i jakaż pokrętna etyka, mająca na celu przede wszystkim utrwalanie dominacji mężczyzn nad kobietami i usprawiedliwianie ich bezeceństw. Żony mają znać swoje miejsce i nie buntować się przeciwko tradycji, utrwalonej przez wieki, tym bardziej, że historia przekazała potomnym opowieści o straszliwych zemstach mężów za buntownicze postępki w związkach. W dawnej Grecji sytuacja nie była tak tragiczna jak w Chinach, Indiach czy krajach arabskich, gdzie żona była więźniem w domu, nałożnicą i służącą, a po śmierci pana i władcy najlepiej by było, gdyby popełniła samobójstwo. Skrajną formą tego typu zachowań było odurzanie wdów i palenie ich na stosach pogrzebowych w Indiach, co ponoć zdarza się okazjonalnie jeszcze do dzisiaj. Greckie kobiety, słynące z urody i inteligencji, potrafiły znaleźć złoty środek w domu, schodziły z drogi mężom tyranom, jednocześnie prowadząc bardzo ryzykowną grę z kochankami. Hipokryzja etyki Plutarcha bywa doprawdy zdumiewająca i jakże archaiczna: Hellenom w wojsku Cyrusa kazali dowódcy, gdy nieprzyjaciel atakuje hałaśliwie, stawić mu opór w milczeniu, a gdy następuje milczący, ruszyć na niego z krzykiem. Roztropne żony, gdy mąż w gniewie krzyczy zachowują się cicho, a gdy nic nie mówi, starają się ułagodzić go przemową i perswazją. (Tamże, s. 64) Krótko mówiąc, kobiety mają być fałszywe, wyrachowane i sprytne, a mężczyźni mają dominować w rodzinach i mieć niezachwianą pozycję władców i dowódców. Trudno nie zauważyć, że epoki starożytne nie przekazały nam opowieści o wyjątkowych, integralnie działających damach i chyba tylko Safona w taki sposób zaznaczyła swoją obecność w historii. Częściej mówiło się o jakichś kobiecych nadużyciach, najczęściej seksualnych, karanych z ogromną bezwzględnością przez sprawujących ważne funkcje mężów. Tak było w przypadku Messaliny, żony cesarza Klaudiusza i wielu innych kobiet, dla których wzorcem miała być Penelopa, przez wiele lat, cierpliwie czekająca na Odyseusza i konsekwentnie odrzucająca zaloty licznych adoratorów.

BIBLIOTEKA (9)

1

Jeszcze jedno spotkanie po latach z książką, która niegdyś rozpaliła moją wyobraźnię i popchnęła mnie do przeczytania ogromnego zestawu opisów przygód morskich. Wziąłem udział nawet w kursie sternika jachtowego i prawie bym go ukończył, gdyby na drodze nie pojawiła się żarliwa miłość. Początki mojej fascynacji żeglarstwem i przygodami takich kultowych postaci jak Thor Heyerdal, Alain Bombard, Francis Chichester czy Krzysztof Baranowski, związane były z powieścią Juliusza Verne’a z 1901 roku pt. Wąż morski (tytuł oryginału francuskiego: Les Histoires de Jean-Marie Cabidoulin). Na początku dwudziestego wieku pióro tego pisarza było już lżejsze i tworzone przez niego książki dobrze się czytało, a nawet pochłaniało się je jednym tchem, żałując, że lektura trwała tak krótko. Cała fabuła została oparta na tajemniczych pogłoskach o monstrualnym wężu morskim, pojawiającym się co jakiś czas u wybrzeży różnych kontynentów, albo widywanym na otwartym morzu przez marynarz wielu bander. Po latach powstała nawet kryptozoologia, czyli dziedzina wiedzy zajmująca się tego rodzaju stworzeniami, analizująca relacje i ustawiające je w ciągu historycznym. Oficjalna nauka nigdy nie potwierdziła, że istnieją takie zwierzęta, ale opowieści o nich karmiły wyobraźnię ludzi morza od XVI wieku. Oczywiście takie stworzenia pojawiły się najpierw w mitologiach, spośród których wymienić trzeba nordyckiego Jormunganda czy bytującego w przestworzach Quetzalcoatla, albo chińskiego smoka z czasów dynastii Han. To istoty rozciągające swoje panowanie na obszar kosmiczny i współuczestniczące w pierwszych kosmogoniach. Zanim Verne wziął się za napisanie swojej powieści, węże morskie pojawiały się w relacjach żeglarzy, a nawet w publikacjach „naukowych”, zaczęto też prezentować ryciny i pierwsze fotografie, podważane potem przez specjalistów. Francuz miał w tym względzie wielu poprzedników, którzy tworzyli narracje o monstrualnych ośmiornicach, kałamarnicach, krabach, rekinach, orkach, albo – jak Hermann Melville, w powieści Moby Dick – o ponadnaturalnych wielorybach. Najczęściej wyobrażano sobie węże morskie jako istoty pokryte łuskami, posiadające rogate głowy z ogromnymi oczyma i paszczami, mogącymi połknąć wielotonowe statki. Nie brakowało też historii, w których mowa była o tym, że wielki wąż wypłynął z głębin i jednym uderzeniem ogona pogruchotał jakiś solidny bryg. Nauka zna zwierzęta – jak wstęgor królewski (Regalecus glesne) – które mogły być pierwowzorem fantastycznych opowieści i pobudzać wyobraźnię pisarzy, autorów dzienników z podróży i naukowców. Raz po raz morza i oceany wyrzucają też na brzeg ich szczątki, z których można wnioskować, że osiągają wielkość kilkunastu metrów.

2

Powieść Juliusza Verne’a to historia wyprawy statku wielorybniczego „Saint-Enoch”, dowodzonego przez pięćdziesięcioletniego kapitana Ewarysta-Szymona Bourcarta. Jednostka wypływa 7 listopada 1863 roku z Hawru i kieruje się na południe, by po opłynięciu Przylądka Dobrej Nadziei, skierować się na Ocean Indyjski i dotrzeć do Pacyfiku, w okolice Nowej Zelandii. Tam zaczyna się polowanie na wieloryby, a po ich zabiciu i przyholowaniu do statku, wytapianie tłuszczu i umieszczanie go w specjalnie do tego celu przygotowanych beczkach. Z narracji Verne’a dowiadujemy się, że Statek kapitana Bourcarta, o wyporności około pięciuset ton, był wyposażony we wszelkie urządzenia potrzebne do trudnego polowania na wieloryby w odległych akwenach Pacyfiku. Chociaż zbudowany był jakieś dziesięć lat temu, miał dobrą skuteczność i świetnie sprawował się w morzu. Załoga zawsze starała się, żeby stan jego był bez zarzutu, zarówno jeśli chodzi o omasztowanie, jak i kadłub, a w dodatku jego część podwodna została niedawno całkowicie oczyszczona i pomalowana. Załoga składa się z trzydziestu czterech zaprawionych w trudach ludzi, marynarzy, harpunników, cieśli, kowali, lekarza i bednarza. Spośród nich postacią wyjątkową jest ten ostatni – Jan-Maria Cabidoulin – dbający o jakość beczek do stopionego tłuszczu i stale snujący opowieści o czekających załogę nieoczekiwanych zdarzeniach. Spośród nich największą grozę budzi bajda o wężu morskim, który potrafi pożerać wielkie statki i pojawia się w różnych częściach oceanu. Nic wszakże nie wskazuje na to, że wydarzy się coś strasznego, a załoga sprawnie poluje na kolejne wieloryby i szybko zapełnia ładownie nowymi beczkami z olejem, fiszbinami i ambrą. Lektura sprzed lat nie generowała żadnych refleksji natury etycznej, a opisy kolejnych polowań ekscytowały mnie i zaciekawiały. Wielorybnicy szybko zapełniają przestrzenie pod pokładem swoimi zdobyczami i udają się ku wybrzeżom Kalifornii, a potem płyną wzdłuż wschodniego wybrzeża Ameryki północnej, by z ogromnym zyskiem sprzedać beczki z olejem w kanadyjskim Vancouver. Sukcesy podczas polowań na wieloryby i zyskowna sprzedaż powodują, że kapitan podejmuje decyzje o dalszym pozostawaniu na Pacyfiku i skierowaniu się ku jego północnym rubieżom. Po minięciu Aleutów i Wysp Kurylskich, nowe polowanie ma zacząć się na Morzu Ochockim, gdzie jednak szczęście opuszcza wielorybników i zaczyna się ciąg nieprzewidzianych okoliczności. Coraz częściej bednarz Cabidoulin opowiada o potworze morskim, czyhającym w głębinach, a jego aktywność wzrasta po relacji rybaków, którzy uciekają do jednego z portów, po rzekomym spotkaniu z taką bestią. Załoga nie napotyka wielorybów, co zdaniem bednarza jest znakiem tego, że coś je przestraszyło i skłoniło do opuszczenia akwenu w pobliżu Kamczatki. Wkrótce jakiś tajemniczy prąd albo tsunami zawiedzie statek na Morze Beringa, gdzie dojdzie do dziwnego zdarzenia, kiedy to bryg osiądzie na jakieś skale lub mieliźnie, będącej efektem tektonicznego wyniesienia dna morskiego. Załoga zaczyna wierzyć, że jest to efekt obecności w pobliżu węża morskiego, a gdy zostaje roztrzaskany płynący w pobliżu statek angielski wydarzenia przybierają dramatyczny przebieg. Koniec końców okręt kapitana Bourcarta także zostaje roztrzaskany, a załoga musi ratować się ucieczką w łodziach i wędrówką po polu lodowym. Wszystko kończy się jednak happy endem, bo marynarze zostają odnalezieni przez przepływający okręt „World” i na jego pokładzie dostają się do Nowej Zelandii, a potem wracają do Francji.

3

Powrót do powieści Verne’a po latach, pełen był refleksji, innej natury, niż wcześniej, kiedy to rozsmakowałem się w jej przygodowym charakterze. Teraz przede wszystkim zwróciłem uwagę na sprawność narracyjną pisarza i rezygnację z rozwlekłych opisów, znanych z wcześniejszych jego dzieł, choć może tutaj przydałoby się więcej plastyczności przy szkicach przestrzeni Pacyfiku i odwiedzanych portów, północnych wysp i pola lodowego. Oczywiście bardzo dyskusyjne jest zbyt nachalne podążanie do finału i zakończenie opowieści nieprawdopodobnym – choć możliwym – szczęśliwym trafem. Tutaj najbardziej rażąca była łatwość, z jaką rozbitkowie budują sobie sanie i przy niewyobrażalnym mrozie wędrują przez lody, a potem nagle zauważają na morzu statek, który wysyła do nich łodzie i przyjmuje ich na pokład. Powieść pt. Wąż morski wchodzi w skład długiego cyklu opowieści podróżniczych i fantastycznych francuskiego pisarza i adresowana jest do szerokiego kręgu odbiorców, od młodzieży do osób w średnim wieku i nieco starszych. Tylko wyrobieni czytelnicy zauważą w niej szereg niekonsekwencji autorskich i nieporadność przy końcowym rozwiązywaniu wątku węża z głębin. Choć w oceanach zdarzają się wybuchy wulkanów i nagłe wypiętrzenia dna, to jakoś nieprawdopodobna jest taka historia z Morza Ochockiego, na którym od dawien dawna łowi się wielkie ławice ryb i poluje na wieloryby. Z drugiej strony, jeśli by przyjąć, że statek osiadł na głowie czy innej partii ciała węża morskiego, to gad ów okazałby się wyjątkowo nieroztropny, wręcz głupkowaty, znajdujący upodobanie w rozbiciu statku Anglików, a potem nie decydujący się na podobną akcję w stosunku do Francuzów. Czytelnik do końca nie dowiaduje się, co też właściwie się stało, chociaż bednarz Cabidoulin do końca utrzymywał, że podczas tej jego ostatniej wyprawy w życiu, widział na własne oczy ogromnego węża morskiego i to za jego przyczyną wielorybnicy znaleźli się w tak wielkich opałach. Verne’a usprawiedliwia tutaj to, że pragnął przede wszystkim ukazać polowania na wieloryby, a wątek bestii z głębin oceanu uczynił tylko pobocznym, ubarwiającym kolejne opisy wypraw łodzi w kierunku waleni i kaszalotów. To wydawcy, chcący zarobić na książce, zmieniali tytuł na Wąż morski i sugerowali czytelnikom, że jest to opowieść o straszliwym potworze, jednym kłapnięciem szczęk połykającym okręty. Przy takim nastawieniu czytelnicy mogą czuć u końca lektury pewien niedosyt, a happy end, może im się wydać bzdurny i solidnie naciągany.

4a

Warto wspomnieć tutaj o jeszcze jednej sprawie, która pojawiła się podczas drugiej lektury powieści Verne’a. Chodzi o aspekty etyczne, związane z moimi poglądami na temat polowań na zwierzęta i zabijania ich dla mięsa, skór, kości itp. W jednym z rozdziałów mamy przecież do czynienia z prawdziwym bestialstwem wielorybniczym, kiedy to Anglicy ze statku „Repton”, rywalizującym z „Saint-Enochem”, bezlitośnie mordują młodego wieloryba, nie bacząc na towarzyszącą mu matkę. Opis ich postępowania jest doprawdy przerażający: Dochodziło pół do trzeciej, gdy harpunnik z pierwszej łodzi znalazł się w odpowiedniej pozycji do rzutu. Samica baraszkując z dzieckiem jeszcze nie zauważyła wrogów, kiedy harpun przeciął powietrze. Na pewno Anglicy zdawali sobie sprawę, jak niebezpieczne jest zaatakowanie wielorybiątka. A właśnie ono, przepływając obok łodzi, zostało trafione w wargę. Cios był śmiertelny i po paru konwulsyjnych ruchach mały wieloryb został nieruchomy na powierzchni wody. Ponieważ rękojeść harpuna sterczała do góry, według słów marynarzy wyglądał tak, jakby palił fajkę, gdyż pył wodny wydobywający się z jego paszczy do złudzenia imitował dym. Wtedy samica wpadła w istny szał. Ogonem waląc po wodzie rzuciła się na łódź. Kiedyś nie raziły mnie takie opisy i odbierałem je jako coś oczywistego, związanego z hartem ducha i siłą fizyczną bohaterów powieści przygodowych, ale późniejsze doświadczenia, lektury, filmy uświadomiły mi jak okrutny bywa człowiek w stosunku do zwierząt. Czarę goryczy przepełniła moja wizyta w rzeźni, widok bestialsko zabijanych świń i krów, a potem zawieszania ich na hakach i kawałkowania jeszcze drgających w konwulsjach ciał. Nie zapomnę też opowieści znajomego myśliwego, który relacjonował mi polowanie na sarny – po podejściu do jednej zranionej łani, zauważył, że jeszcze dycha, no to przyłożył sztucer do jej głowy i – jak to określił – „zgasił światło”. Wielorybnicy należeli do najokrutniejszych łowców, nie zwracających uwagi na bestialstwo polowań przy pomocy harpunów, a potem kawałkowania ogromnych części wielorybów na pokładach, obficie zroszonych krwią. Chęć zysku i zdobycia nowych środków na wystawne życie, powodowały, że mordowano tysiące tych zwierząt, doprowadzając do znaczącego spadku populacji, dopiero w ostatnich latach się powiększających. A choć stale poluje się na te ssaki i są miejsca na ziemi, gdzie odbywają się prawdziwe festiwale zbrodni, spadło zapotrzebowanie na olej uzyskiwany z ich tłuszczu i nieprzydatne stały się fiszbiny, zastępowane przez plastik i nowe stopy lekkich metali. Podczas nowej lektury skorzystałem z Internetu i znalazłem ciekawe ilustracje autorstwa Georgesa Rouxa (1855–1929), francuskiego malarza i ilustratora powieści przygodowych i awanturniczych.

5

DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (3)

images

20 grudnia 1981

Przeczytałem cykl artykułów Stanisława Łukasiewicza pt. Byłem sekretarzem Bieruta. Ciekawe informacje o latach powojennych w Polsce, ale autor za bardzo chce siebie eksponować i niechcący wychodzi mu panegiryk na cześć własnej osoby. Wiadomości zasłyszane: Papież zaapelował do wszystkich ludzi dobrej woli o modlitwy w intencji Polski. Podkreślił prawo Polaków do życia w pokoju i poszanowania praw człowieka. Zaapelował o solidarność z Polską i jej narodem, bo to, co jest ważne teraz dla Polski, ważne jest dla całej Europy. Wspomniał też o zabitych i rannych, mówiąc, że są oni powodem jego szczególnej troski.

Nadal trwają strajki w Województwie Katowickim i Gdańskim – według Amerykańskiego Departamentu Stanu na Śląsku zabito ponad pięćdziesięciu górników. Wysłannik Jana Pawła II arcybiskup Poggi przybył do Warszawy, gdzie przywitał go biskup Dąbrowski. Dostojnik przywiózł list papieża do prymasa Polski arcybiskupa Józefa Glempa.

W Zurychu odbyły się obrady działaczy Solidarności przebywających w dziesięciu krajach zachodnich. Będą oni organizować międzynarodową pomoc dla Polski. W Monachium odbędzie się natomiast modlitewna procesja pokutna, którą poprowadzi kardynał Ratzinger. Procesja będzie miała charakter religijny i zorganizowana zostanie w intencji naszego kraju.

Ambasador Polski przy ONZ-ecie Romuald Spasowski poprosił wraz z rodziną, o azyl polityczny w USA. Oznajmił o tym Aleksander Haig, a jest to, od trzydziestu lat, najwyższy rangą polityk polski, który poprosił o azyl na Zachodzie. Spasowski, syn znanego filozofa marksistowskiego, stwierdził, że jest to protest przeciwko uwięzieniu Lecha Wałęsy.

Wczoraj odbył się wiec w Stoczni Remontowej Parnica w Szczecinie, a w mieście tym trwają stale próby zorganizowania strajków. Z kolei na południu Polski żołnierze mieli przyłączyć się do strajkującego zakładu.

Rzecznik Departamentu Stanu USA wyraził zaniepokojenie stosowaniem w Polsce siły wobec ludności cywilnej. Parlament brukselski uczcił minutą ciszy śmierć górników. Premier Belgii Leo Tindemans wezwał do uwolnienia uwięzionych i poszanowania uchwał KBWE. Zbigniew Brzeziński stwierdził, że w Polsce ma miejsce pośrednia interwencja ZSRR.

„Washington Post”: To, co stało się w Polsce okryło hańbą Jaruzelskiego. „New York Times”: Terrorem junta stłumi opór, ale nikt nie będzie za nią pracował. Prywatne niemieckie banki uzależniły dalsze kredyty dla Polski od tego, czy rząd niemiecki udzieli stuprocentowych gwarancji.

W Londynie tysiące osób wzięły udział w wiecu w Hyde Parku. Demonstranci przeszli przed budynek polskiej ambasady i usiłowali wręczyć petycję domagającą się zakończenia stanu wojennego, ale urzędnicy reżimowi odmówili jej przyjęcia. We Wiedniu tysiące polskich uchodźców wzięło udział w mszy w intencji Polski. Jutro w Zurychu zbiorą się przedstawiciele ośmiu banków, które rozpatrzą petycję rządu polskiego o kredyt w wysokości 350 milionów dolarów, z przeznaczeniem na spłatę odsetek zadłużenia zagranicznego.

W Paryżu wybuchła bomba w Polskim Biurze ds. Transportu Międzynarodowego. Podłożyło ją jakieś ugrupowanie komunistyczne, na znak protestu przeciwko terrorowi marksistów w Polsce i innych krajach świata.

Próbowałem się skontaktować z Pastuszewskim, ale mi się nie udało. Miał wcześniej być na nielegalnym zebraniu u Oszubskiego, ale się nie pojawił. Jakoś nie pasuje mi na trybuna ludowego, chociaż ostro się stawia władzy.

Tytuły prasy angielskiej: „Jak zamordowano Solidarność”, „Krwawe urodziny Breżniewa”, „Mężczyzna zginał przeciwstawiając się samotnie czołgom”, „Orzeł w klatce”. „Sunday Times” twierdzi, że Jaruzelski chciał się spotkać z prymasem Glempem, ale ten odmówił, uzależniając to od udziału Wałęsy w tym spotkaniu. Podobno Wałęsa znajduje się Konstancinie pod Warszawą, gdzie udał się do niego jeden z członków rady wojennej i próbował nakłonić do wystąpienia w telewizji, ale spotkał się ze zdecydowana odmową.

0

Jak wynika z relacji jednego z zatrzymanych, a następnie uwolnionych, w obozach dla internowanych panują nieludzkie warunki. Ludzie trzymani są w nieogrzewanych barakach, w których są wybite szyby, nie ma toalet ani wody. Przesłuchujący, dla zastraszenia, bawią się nabojami podczas przesłuchań.

„Sunnday Times”: Nieobecność Jaruzelskiego na Kremlu podczas urodzin Breżniewa, to tak jakby „Hamleta” pozbawić sceny z grabarzami. Ten starzec ze stymulatorem serca może być jednak lepszy od jakiegoś młodszego towarzysza, który serca może nie mieć wcale.

Już dwadzieścia dwa dni nie widziałem Aliny i nie wiem co się z nią dzieje. Ostatniej nocy śniła mi się bardzo wyraziście, całowałem ją i przytulałem się do niej, a potem nagle wszystko rozwiał jakiś senny wiatr, pojawili się zomowcy z karabinami i pałkami, ulicami jeździły czołgi, a nad nimi wznosiły się wielkie helikoptery.

21 grudnia 1981

Dzisiaj byłem w centrum miasta i nie widziałem zbyt wielu zomowców. Nie było też patroli wojskowych. Żadnego uśmiechu na twarzach ludzi, wszyscy gdzieś podążają w skupieniu, zerkając nieufnie na boki. Po powrocie skończyłem czytać Zdobycie władzy Czesława Miłosza, które kupiłem jeszcze w budynku bydgoskiego MKZ-etu. Powieść sztuczna, sztampowa, napisana jakby na modłę socrealistyczną, nie zachwyciła mnie. Większe wrażenie zrobił na mnie tom wierszy Ryszarda Krynickiego pt. Nasze życie rośnie.

Wiadomości: Telewizja i Polskie Radio podały, że w kopalni „Ziemowit” strajkuje pod ziemią ponad tysiąc górników. Obok w kopalni „Piast” strajkuje tysiąc siedmiuset pracowników. Łączność nawiązywana jest przez telefon. Rodziny przynoszą górnikom jedzenie, które dostarcza się pod ziemię.

Romuald Spasowki złożył oświadczenie przed kamerami amerykańskiej telewizji. Potwierdził między innymi, że jego decyzja była aktem protestu przeciwko uwięzieniu Wałęsy.

Pojawiają się informacje co do dalszych uwięzionych: Wojciech Ostrowski (działacz katolicki), Maciej Iłowiecki, Tomasz Łubieński, Maria Wasiek (historyk), Stefan Pastuszewski, Włodzimierz Michalak. Ten Michalak to działacz naszego uczelnianego NZS-u, ale na wydziale krążą plotki, że był też członkiem PZPR-u. Ile w tym prawdy, nie wiem, chociaż facet jest dziwaczny trochę, taki zbyt poważny.

W Niemczech nasilają się protesty z powodu uwięzienia Władysława Bartoszewskiego. Zamknęli też Andrzeja Drawicza, Romana Zimanda, Tadeusza Kantora, Andrzeja Wajdę i rektora Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Gierka, Jaroszewicza i innych dawnych członków Biura Politycznego internowano w ich willach. Protesty i demonstracje w Hamburgu, Karlsruhe i licznych mniejszych miastach niemieckich. Z protestem wystąpił Heinrich Böll i inni znani pisarze niemieccy. Polonia polska złożyła protest w polskiej ambasadzie w Canberze, a w Adelajdzie odbył się wiec i pochód. Niesiono portrety Wałęsy i Jana Pawła II, a także transparenty z napisami: Ręce precz od Polski.

uid_f7ebe4bdfee557193d6cc00b28f0a2c61323933047936_width_633_play_0_pos_0_gs_0_height_355

Jan Paweł II potępił dominację pewnych grup, nadużywających władzy nad narodami, powiedział między innymi, że ludzie mają prawo stosować odpowiednie środki w obronie swej godności. Według rzecznika Białego Domu na Śląsku strajkuje dwadzieścia kopalni, a opór w Polsce zakrojony jest na dużo szerszą skalę, niż dotąd sądzono. Strajkujące zakłady, to: Huta Nowotki w Ostrowcu Świętokrzyskim, Rafineria Płock, Huta Katowice, gdzie zgromadziło się około osiem tysięcy robotników i zespawano bramę wjazdową – rozlokowano też na terenie huty butle z acetylenem i zagrożono wysadzeniem huty w powietrze. Strajkują Świdnickie Zakłady Sprzętu Lotniczego, kopalnia soli w Bochni, a praca w stoczniach została zawieszona na okres świąt.

Carington powiedział, że życzyłby sobie by Zachód rozważył wstrzymanie pomocy żywnościowej dla Polski, ale prezydent Mitterrand stwierdził, że Francja będzie na razie wysyłać żywność, ponieważ – jak powiedział: Ci, co głodują nie są członkami polskiego rządu. We Francji odbędzie się jutro jednogodzinny strajk na znak protestu przeciw sytuacji w Polsce. Czterech marynarzy ze statku Zambrów poprosiło o azyl polityczny w Holandii. Międzynarodowy Czerwony Krzyż wystąpił z apelem o pomoc dla Polski i o zebranie dwudziestu milionów dolarów. W poniedziałek apelował już tylko o sześć milionów.

Dokerzy amerykańscy postanowili zbojkotować wszystkie statki przybywające do USA z Polski i wypływające do naszego kraju, a w proteście uczestniczy sto tysięcy pracowników portowych.

W Londynie kardynał Basil Hume odprawił mszę św. w intencji Polski – zaapelowano o modlitwę wszystkich katolików na świecie. Jutro w Norwegii odbędzie się pięciominutowy strajk protestacyjny. Podobno dwa tysiące górników zabarykadowało się w przejściu z jednej kopalni do drugiej. Milicja wdarła się na teren Politechniki Wrocławskiej i biła kogo popadnie – mówi się o tym, że jeden ze strajkujących uczonych zmarł na atak serca.

Byłem u Grzegorza Musiała, który patetycznie, ale ze wzruszeniem czytał swoje Pieśni wojny. Przybył jego brat, skrajnie różny jeśli chodzi o budowę ciała – raczej solidny byczek. Nie mogę już znieść tych spojrzeń matki i rodzeństwa Grzegorza, którzy niby są dla mnie mili, ale obserwują mnie jak jakiegoś gada w terrarium. Oni myślą, że Grzesiu ma kontakty tylko z homoseksualistami, a tymczasem ja wciąż jestem zakochany w Alinie i nigdy, nawet przez chwilę, nie przyszło mi do głowy zainteresowanie seksualne jakimś mężczyzną. Poznałem sporo kolesiów Musiała i wszyscy są zmanierowani, zniewieściali, a jak już pozują na siłaczy, to i tak jest to podszyte jakąś strategią, która ma doprowadzić do znalezienia się w łóżku z jakimś chłopaczkiem. Na przykład z takim jak ja… Był też Krzysztof Soliński, poeta lingwistyczny i pracownik wydawnictw bydgoskich i straszliwy zarozumialec, starający się pozować na cynika. Po wypiciu dwóch kielichów wina zaczął przysypiać na krześle. Nie ufam mu i u Musiała też miałem wrażenie, że tylko markuje sen i uważnie słucha o czym mówimy.

            22 grudnia 1981 roku

Cały dzień przesiedziałem w domu, łudząc się, że listonosz przyniesie list od Aliny, albo ona sama stanie w drzwiach mieszkania moich rodziców. Patrząc na nią z oddali widzę jej dziwność – taka piękna dziewczyna, taka podniecająca, a stale uwikłana w jakieś bzdurne wspomnienia. Ten jej Józik z Wałdowa, wspomnienia wiejskich zabaw i nocnych wyznań miłości, smętne wracanie do piosenki Angie Rolling Stones i jego „pięknej” twarzy. W końcu pokazała mi jego zdjęcie i byłem w szoku, bo wyglądał jak Tolek Banan ze słynnego serialu telewizyjnego, tylko z większym, kartoflowatym nosem. I ta tandetna dedykacja na odwrocie – Alince zawsze kochający Józik. Na to ją wziął i dlatego ona tak mnie traktuje, jest słaba i nie umie ze mną zerwać do końca, ale wciąż od nowa rozmyśla o nim. Muszę być silny i skończyć to wszystko w jednej chwili – dotąd byłem jej wierny, ale koniec z tym fatalnym zauroczeniem. Sporo dziewcząt się mną interesuje i nie rozumie dlaczego nie odpowiadam na wyraziste sygnały, a jeden z kolegów – widując mnie czasem z Musiałem – rozpuszcza w środowisku literackim wieści, że też jestem pederastą.

Wiadomości z Wolnej Europy: Trwa nadal strajk w kopalniach „Ziemowit”, „Piast” i „Anna”. Solidarność w Szwajcarii wystosowała już drugi apel do żołnierzy polskich, oto on: Żołnierze polscy! Posłużono się wami niegodnie, hańbiąc sławę munduru polskiego, bądźcie świadomi odpowiedzialności jaka na was ciąży. Nie wolno wam rozstrzelać Polski. Głęboko wierzymy w to, że Sierpień 1980 roku przeżyje w sercach Polaków i pozwoli odrodzić się wolności.

Radio Wolna Europa podaje, że do tej pory śmierć w Polsce poniosło dwieście osób. Siły wojskowe liczą obecnie 400 tys. żołnierzy, ale tyle samo liczą oddziały milicji. Przeciwko ogłoszeniu stanu wojennego, wystąpił w Radzie Państwa, Przewodniczący Stowarzyszenia PAX Ryszard Reiff. Episkopat Polski nawiązał kontakt z rządem i może dlatego zniesiono godzinę milicyjną w nocy z 24 na 25 grudnia, żeby Polacy mogli wziąć udział w tradycyjnych pasterkach.

Jan Paweł II wezwał do rozwiązania kryzysu w Polsce na drodze pokojowej, wspomniał też swoje spotkanie z Lechem Wałęsą, a także zapewnił, że modli się stale do Matki Boskiej Częstochowskiej.

Wczoraj odbył się marsz 50 tys. studentów paryskich, którzy przeszli pod ambasadę PRL-u. Grupa prawników paryskich utworzyła Komitet Pomocy Polsce. W Holandii liczba uchodźców wzrosła do 40.

Radom został otoczony kordonami milicji i wojska i jest jednym z głównych punktów oporu. Ludzie czują, że coś się wydarzy w tym mieście, ale wzajemnie się informują o posunięciach władzy, by nie dopuścić do prowokacji. We Wrocławiu spędzono w jedno miejsce dwustu ludzi i kazano im stać bez butów na mrozie.

Romuald Spassowski spotkał się z Reaganem, 39 polskich marynarzy poprosiło o azyl w RPA. Wczoraj wieczorem przybył do Rzymu biskup Dąbrowski, a dzisiaj odprawił z Janem Pawłem II mszę św. W prywatnej kaplicy papieża. Odbył potem godzinną rozmowę z Wojtyłą. Podobno nie żyje Tadeusz Mazowiecki. Biskup Dąbrowski oświadczył, że Wałęsa jest pod Warszawą, ma u boku rodzinę – biskup wielokrotnie z nim rozmawiał.

Zmieniło się na lepsze nastawienie Austriaków do uchodźców polskich, chociaż docierają do urzędników państwowych donosy, informujące, że pośród nich jest sporo zakamuflowanych agentów peerelowskiej Służby Bezpieczeństwa. Jakiś zachodni dyplomata widział walki ZOMO z młodzieżą w Gdańsku i czołg strzelający pod stocznią. W kopalni „Thorez” w Wałbrzychu zomowcy pobili wielu górników i prawdopodobnie byli zabici. Lekarze są wstrząśnięci stanem rannych. W Warszawie pojawiły się ulotki: „Solidarność była, jest i będzie”.

Zomo2

Spotkałem w mieście Krzysztofa Solińskiego i zaproponowałem mu wydanie mojego zbioru erotyków pisanych dla Aliny w Kujawsko-Pomorskim Towarzystwie Kulturalnym, gdzie jest redaktorem. Spytał kogo bym widział jako recenzenta i odparłem, że cenię Andrzeja K. Waśkiewicza, co przyjął z uznaniem. Wygłosił te swoje malkontenckie uwagi, że poezja nie ma sensu, liczy się tylko język, słowo i dłubanie w nich bez końca. Od samego początku ten człowiek mnie odrzucał, szczególnie podczas spotkań literackich – wszystko w jego interpretacji jest do kitu. Spodobało mi się, gdy Siwiec powiedział mu, że zamiast pierwszej literze w alfabecie, lepiej byłoby zadedykować tom jakiejś pięknej dziewczynie. Po Solińskim to spłynęło, gładził swoją rudą brodę i patrzył niewidzącym wzrokiem w dal. Zapewne przenikał głębie istnienia i miał gdzieś nasz światek, wszak przyjaźni się z wielkim krytykiem Krzysztofem Nowickim, który też ma podobne podejście do świata. Kiedyś rozmawiałem z nim na ulicy Pomorskiej i podczas krótkiej wymiany zdań, zdążył powiedzieć mi, że pisanie właściwie nie ma sensu i on świadomie odstawia pióro. Soliński jednak pisze i wydaje swoje kolejne tomiki, a potem dedykuje je literom w alfabecie. Patrząc na niego i widząc jak stale skubie tę swoją brodę, miałem chęć doskoczyć do niego i wyrwać mu ją kłak po kłaku.

23 grudnia 1981 roku

Poszedłem dzisiaj z Błonia do Oszubskiego, starą drogą, którą przemierzałem wielokrotnie chodząc na basen przy ul. Nakielskiej. Dzielnica domków jednorodzinnych spokojna, żadnych milicjantów, zomowców, tylko prywatne samochody na podwórkach. Był straszliwy mróz i poczułem jak skóra na policzkach nabrała jędrności i ściągnęła się. Przy kanale zatrzymałem się na chwilę przy drzewach jarzębinowych, gdzie pożywiało się owocami stado pięknych gili. Tylko ze trzy razy w życiu mogłem obserwować te ptaki, więc teraz wykorzystałem okazję i stojąc nieruchomo, cieszyłem się ze spotkania z czerwonymi skrzydlatymi stworzeniami, które zapewne przyleciały do nas z Syberii albo Skandynawii. U Oszubskiego rozmawialiśmy o wszystkim i niczym, a na końcu pojawiły się analizy obrazów Albrechta Dürera, ze szczególnym uwzględnieniem jego autoportretów. Alicja, żona Oszubskiego, która pracuje w szpitalu, powiedziała, że przywieziono im już pięciu zomowców i żołnierzy samobójców. Widać oni też nie wytrzymują – skomentowałem te informacje. Cholera, podoba mi się ta jego żona i ona też zerka na mnie ciekawie, staram się jednak utrzymywać dystans. Po powrocie do domu słuchałem Wolnej Europy i takie oto wieści wyłowiłem z szumów i rządowych zakłóceń:

Jaruzelski spotkał się z 69 naukowcami polskimi i tłumaczył im dlaczego wprowadził stan wojenny. Episkopat Polski jest w ciągłym kontakcie z Lechem Wałęsą. Podobno Kościół uzyskał obietnicę poprawy warunków w miejscach internowania Polaków. Utworzono komitet Koordynacji Kontaktów Rządu z Lechem Wałęsą. Na jego czele stoi Jerzy Turowicz. Dziesięciu zatrzymanych księży zostało uwolnionych z aresztów. Biskup Dąbrowski zdementował pogłoskę o śmierci Mazowieckiego. Solidarności udało się przesłać na Zachód raport o sytuacji w Polsce. Mówi się w nim o tym, że w środę czołgi wdarły się na teren stoczni gdańskiej, a użyto ich też do stłumienia strajku we Wrocławiu, gdzie miało zginąć wielu studentów.

Portugalia zarządziła przerwanie połączeń dalekopisowych z ambasadą polską. Dziesięć państw zachodnich wyraziło protest wobec dławienia praw człowieka i praw obywatelskich narodu polskiego. Podczas mszy św. w Krakowie, w intencji ofiar Grudnia’70 i w jedenastą rocznicę tamtych wydarzeń, na tłumy wychodzące z kościoła kierowano strumienie wody z armatek zainstalowanych na budach ZOMO. Przy siarczystym, siedemnastostopniowym mrozie, na ubraniach natychmiast tworzyły się sople lodu. Robotnicy informują zachodnich dziennikarzy, że nakłania się pracowników Nowej Huty by wyrzekali się członkostwa w Solidarności. Alternatywą jest zwolnienie z pracy.

ALS ICK KANN

LebiodaZlotaZrenica-OKL2-przod

Wracając kilka lat temu do domu, zobaczyłem niezwykle ubarwione niebo, z błękitami jak z Rubensa i van Dycka, z delikatnymi różami jak u Gillemansa, a wreszcie z matowymi chmurami, przypominającymi złote polichromie Agnes van den Bossche. Stanąłem oszołomiony i kilka minut kontemplowałem ów spektakl naturalny, możliwy tylko w miesiącach chłodnych, gdy podnoszą się wieczorne mgły, a odmiennie ogrzane arterie powietrza mieszają się ze sobą i tworzą w przestrzeni zjawiskowe palety barw. Patrzyłem na niebo i wróciłem myślą do niedawnej podróży do Belgii, gdzie w muzeach i kościołach podziwiałem arcydzieła malarstwa europejskiego, a najwięcej czasu, w katedrze św. Bawona, poświęciłem studiowaniu Ołtarza Gandawskiego, który zdumiał mnie tak samo jak to, co rozegrało się wtedy na niebie. Przede wszystkim zauważyłem, że barwy wielu reprodukcji są fałszywe i nie oddają subtelności laserunkowego malarstwa Jana i Huberta van Eycków, a dodatkowo zachwyciły mnie lekko stylizowane wieże świątyń w tle, które jakoś ginęły na tablicy przedstawiającej adorację baranka, a tutaj, przy bezpośrednim spojrzeniu na dzieło, wynurzyły się pięknie i przykuwały wzrok. Tego dnia, o którym wspomniałem wyżej, niebo nad horyzontem zaczęło zmieniać się w błyskawicznym tempie, więc ruszyłem do domu, by sfotografować je z okna. Coś tam jednak mnie zatrzymało, coś innego domagało się kilku chwil uwagi i gdy stanąłem z aparatem przy parapecie, inny obraz pojawił się przede mną. Teraz cała przestrzeń płonęła, przypominając wyobrażenia martwych homarów z obrazów Fransa Snydersa – złoto wymieszało się z różem i amarantem, pojawiły się wyraziste plamy fioletu i nieubłaganie napływać zaczęły wielkie płaszczyzny granatu. To już było niebo obwieszczające koniec dnia, jak zwykle wspaniałego i tragicznego, podczas którego – parafrazując wiersz Herberta Rovigo – ktoś się urodził i ktoś umarł, ktoś cieszył się ciepłem złączonych dłoni, ciepłem bliskości i płakał nad stygnącym ciałem. Barwy przesunęły się w stronę vanitas, odwiecznej zasady rozkładającej wszystko, co utrwalone na chwilę w ludzkim świecie, walory i rozmycia podążyły ku kosmicznej entropii, nie dającej szans na przetrwanie żadnej strukturze, żadnemu kształtowi.

Od wieków do Belgii podążali podróżnicy i artyści, pragnący studiować dzieła wielkich mistrzów, chcący znaleźć się w magicznych przestrzeniach Gandawy, Antwerpii, Brugii i Brukseli. To było marzenie równie silne, jak chęć wejścia w tła obrazów malarzy niderlandzkich i flamandzkich, stanięcia pośród pól pełnych tulipanów, z charakterystycznymi wiatrakami i konstrukcjami zwodzonych mostów, kanałów i polderów. Kto zatrzymał się przy wyniosłych wieżach katedralnych, kto wkroczył do pracowni Paula Rubensa, Davida Teniersa, kto zamyślił się przy wodnych arteriach Gandawy – czuł łączność ze światem harmonii i pradawnej marności, wielkich uniesień twórców i rozpaczy skazańców, zabijanych w zamkach i na placach. Trzeba było być artystą tej miary co van Dyck, trzeba było być osobowością tak silną jak Snyders, Jordaens, Brouwer, Fyt, żeby osiągnąć szczyty umiejętności malarskich i skupiać wokół siebie liczne grono uczniów. Od czasów średniowiecza wyrazisty był w Belgii podział na klasy, odrębne grupy społeczne, od ubogich chłopów i mieszczan, poprzez pachnących drogimi perfumami artystów, członków zawodowych gildii, aż po bogaczy z grona szlachty i arystokracji, najlepiej sytuowanych członków rodzin panujących i samych władców. Tak brud stuleci mieszał się tutaj z czystością kararyjskich marmurów i był tak samo powszechny jak paradne, jedwabne i aksamitne stroje dam i uzbrojonych w szpady kawalerów. Najbiedniejsi z ogromnym wysiłkiem wznosili strzeliste budowle, kopali kanały i umacniali brzeg morski, a najbogatsi obywatele zamawiali swoje portrety u najsławniejszych mistrzów, spotykali się na ucztach i odbywali dalekie podróże po Europie. Jednych i drugich dosięgła śmierć i vanitas przypomniała o nieuchronności, dotykającej każdy byt – nawet tak dumny, jak ów odwzorowany na słynnym portrecie Jana van Eycka, zreprodukowanym na okładce tej książki.

Jan van Eyck i jego znacznie starszy brat Hubert, dźwignęli flamandzkie malarstwo realistyczne ku wyżynom, których nikt przed nimi nie sięgał. To dzięki nim pojawiły się na płótnach przejrzyste laserunki i tak zjawiskowe odwzorowania realnych postaci, że porównywano je z lustrzanymi odbiciami. Pracując dla kolejnych monarchów, stał się Jan prekursorem europejskiego renesansu, a są i tacy krytycy sztuki, którzy widzą w nim ojca nowoczesnego malarstwa światowego. Jego życie było pełne nagłych zwrotów, zawirowań historii, misji dyplomatycznych do innych krajów, a przede wszystkim do Hiszpanii i Portugalii, aż osiadł w Brugii, gdzie dopiero w roku 1434 ożenił się i zaczął wieść egzystencję bogatego mieszczanina, tworzącego portrety, miniatury i obrazy religijne. W sumie tego spokoju niewiele zaznał, bo zmarł siedem lat później i został pochowany w katedrze miasta, w którym wcześniej zamieszkał. Niestety w biografii tego twórcy więcej jest niewiadomych niż faktów potwierdzonych w dokumentach i wszystko ginie w mrokach przełomu epok – średniowiecza i odrodzenia. To był czas wielu wojen, nienawiści w łonie rodów królewskich i książęcych, wielkich epidemii chorób, a przy tym rozkwitu sztuki we wszystkich jej odmianach, od malarstwa i fresku, poprzez rzeźbę i architekturę. To, że van Eyck jeździł po Europie i zaznajamiał się z wieloma ludźmi i ich poglądami, że miał możliwość podziwiania setek obrazów uznanych mistrzów, wpłynęło zapewne na niezwykłe otwarcie i humanistyczny etos jego dzieł. Widzimy to przede wszystkim na deskach Ołtarza gandawskiego, który – według inskrypcji na ramie – zaczął malować Hubert, a skończył po jego śmierci Jan. Poliptyk ten jest mistyczną opowieścią o ofierze Chrystusa, jako baranka ludzkości, zmazującego grzechy i łączącego ją z Bogiem Ojcem i Duchem Świętym. Przepych i bogactwo, a zarazem energia świętości, zamanifestowane tu zostały przez wielkie płaszczyzny kontrastowych barw, spośród których na plan pierwszy wysuwa się krwista szata Stwórcy, zielone i granatowe okrycia Maryi i św. Jana Chrzciciela, a także wzorzyste suknie chórów anielskich, śpiewających hymny pochwalne. Równie bogate w stroje i ornamenty są grupy kardynałów, biskupów, zakonników, dziewic, rycerzy i wiernych ze wszystkich stanów, a całość uzupełniają niemal koronkowe wieże kościołów.

Malarstwo w czasach dawnych było jedyną formą przenoszenia ku następnym stuleciom wizerunków ludzi i malarze często korzystali z tej możliwości. Od wielu wieków krytyków sztuki zastanawia wspaniałe odwzorowanie mężczyzny w czerwonym turbanie Jana van Eycka (1433) i najczęściej interpretuje się je jako autoportret artysty, namalowany przy wykorzystaniu lustra. Nie wiemy czy to rzeczywiście odbicie twórcy, czy może hrabiego Berlaimont – jak się też sugeruje – ale nie ulega wątpliwości, że zastosowana tutaj metoda lustrzanych powieleń i spojrzenia modela na ludzi, stających przy obrazie, to absolutne novum w malarstwie naszego kontynentu, wspaniale potem rozwinięte przez wielu twórców nowych epok. Wątpliwości nie znosi też słynne motto malarza: Als ick kann (Tak, jak potrafię), bo umieszczał je na wielu swoich dziełach, czyniąc z niego pieczęć i dodatkowe potwierdzenie wiarygodności autorstwa. Simone Ferrari wskazuje, że Lustro – magiczny przedmiot, który od „Portretu małżonków Arnolfich” van Eycka po „Las menińas” Velázqueza wzbogaca malarski ogląd świata, kryje niewyczerpane sensy symboliczne. Jego łacińska nazwa speculum kojarzy się po francusku, a więc w języku dworu Filipa Dobrego, ze spéculation – zarazem obserwacją i rozmyślaniem. W średniowieczu „spekulować’ znaczyło prowadzić obserwacje astrologiczne, a łacińskie sidus (gwiazda) przywołuje francuskie cosidération – rozwagę. (…) Lustro oznacza i los, i namysł, i sumienie, a gdy się w nim przegląda piękna niewiasta, także vanitas – marność jej ziemskiej urody. Dla malarza jest nade wszystko środkiem poszerzania przestrzeni jak też okazją do przedstawiania tego, co poza kadrem obrazu. Szczególnie te ogólne dookreślenia malarstwa van Eycka są przydatne dla zrozumienia jego wspaniałego portretu, choć i uwagi na temat lustra i różnych powinowactw leksykalnych mają swoją wagę. Lustro niczego nie fałszuje, nie przyciemnia i nie rozjaśnia, przekazuje wizerunek takim, jakim on jest, brzydotę nazywa po imieniu, a urodę pokazuje w całej pełni. Różni analitycy tego dzieła, przywołując efekt zwierciadlany, zapominają, że mamy tu do czynienia z portretem en face, a zatem jeśli rzeczywiście zastosowano tu lustro, to musiało ono odbijać postać samego malarza. Tak nakazuje logika, która wszakże nie może być ostatecznym argumentem na „tak”, przecież tak kreatywni ludzie stosowali na przełomie wieków wiele malarskich tricków, nieustannie modyfikując proces powstawania obrazów.

Jakkolwiek by nie było, mężczyzna przedstawiony na portrecie z piętnastego wieku ma silną osobowość, manifestowaną tutaj przez specjalne ułożenie ust i oczu. Zdają się one wyrażać sceptycyzm dla samego siebie i sytuacji portretowania – jakby model chciał powiedzieć, że wiele znaczniejszych osób zasługuje na tego rodzaju przedstawienia. Z drugiej strony, ów jakże wykwintny, czerwony turban, wskazuje, że mamy do czynienia z kimś majętnym, czystym, wypielęgnowanym, co w tamtych czasach charakterystyczne było dla osób z wyższych sfer szlacheckich lub dobrze sytuowanego mieszczaństwa. Jan van Eyck niewątpliwie należał do tego typu ludzi, stać go było na odzienie podszywane futrem i fantazyjne jedwabne lub aksamitne okrycie głowy. Mniej więcej w tym wieku powinien być twórca, gdy powstawał obraz, a charakterystycznie przymknięte prawe oko, wskazuje, że jest to ktoś, kto bystro ocenia rzeczywistość dookolną i przygląda się światu analizując go w różnych odmianach. Mamy tu do czynienia z typem ludzkim charakterystycznym dla Belgii i Francji, z nieco wydłużoną twarzą, wyraźnie już pooraną zmarszczkami, a także z wąskimi ustami i ostrym podbródkiem. Nos ani nie jest duży, ani mały, powiedzieć można, że w sam raz dla tej twarzy, jakkolwiek lekko czubaty, doskonale komponujący się ze ściągniętymi ustami i lekko opuszczoną prawą powieką. Zarost na brodzie i ledwie rysujący się wąs, a także brwi, wskazują, że model mógł być rudawy, a wyraziste są już też akcenty siwizny. Powiększenie obrazu odsłania też przekrwienia gałek ocznych i kontrastowość jasnych refleksów światła, odbijających się w nich, mających zdecydowanie ciemniejszy, przytłumiany kolor. Po niemal pięciuset latach pojawiły się też liczne spękania farb, co przydało przedstawieniu dodatkowej tajemniczości i głębi. Zdecydowanie najciekawszym elementem jest tutaj turban, a właściwie wielki supeł, znakomicie ukazany, z licznymi fałdami i cieniami, malowany tak, jak szaty świętych i dostojników kościelnych, odwzorowywane na wielu religijnych obrazach van Eycka. Artysta opanował to po mistrzowsku, idealnie maskując miejsca przejść barw ciemnych w jasne, matowych i kontrastowych. To nakrycie jest jak wielka róża i znakomicie lokuje się na całej powierzchni obrazu, namalowanego w ciemnej tonacji, z niewielkimi tylko elementami bieli koszuli i gałek ocznych. W galerii portretów malarstwa europejskiego Mężczyzna w turbanie zajmuje poczesne miejsce, wyznaczając drogi rozwojowe i stając się natchnieniem dla malarzy następnych stuleci.

Pisząc tak obszernie o portrecie Jana van Eycka i umieszczając go na okładce tej książki, chciałem podkreślić jego wagę, jako emblematu kultury i świata flamandzkiego, jego finezji i zwykłości, wigoru i odwiecznej vanitas. Podróżując do Belgii, miałem świadomość tego, że zetknę się z legendarnymi miejscami i dziełami, a szczytem tych doznań było długie studiowanie Ołtarza Gandawskiego w katedrze św. Bawona, pośród innych Europejczyków i gości z innych kontynentów. W taki sposób moje młodzieńcze fascynacje, zauroczenia wieku średniego, znalazły swoje spełnienie podczas realnych spotkań i nieomal dotknięcia wielkich dzieł. Ważne też było wnikanie w przestrzenie usakralnione życiem i pracą znamienitych architektów, snycerzy i malarzy, zetknięcie się z ulicami i budynkami, spacery po cmentarzach, nad brzegami Skaldy, Mozy i ich kanałów, zapatrzenie w Morze Północne i zawieszanie wzroku na linii horyzontu w Walonii, Limburgii i Brabancji. To były podróże, które zostają w świadomości do końca życia i generują wiele zdarzeń natury literackiej i artystycznej, a nade wszystko każą pisać wiersze, w których zostanie ulotność chwil i prawda o tym, co było udziałem jednego człowieka, dziwnym zrządzeniem losu wybranego, by dać im świadectwo. Większość z tych liryków napisałem lub naszkicowałem w Belgii, a poemat Ołtarz Gandawski powstał w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku i został tu nieznacznie tylko poprawiony. Od samego początku wiedziałem też, że powinny się znaleźć w tym tomie wiersze inspirowane muzyką poważną, która towarzyszyła mi z iPhona podczas podróżowania, a także podczas pisania i cyzelowania kolejnych wierszy w domu. To moja ogromna, wieloletnia fascynacja, mająca swoje źródło w młodzieńczej pasji gromadzenia płyt winylowych i odkrywania kolejnych dzieł wielkich kompozytorów, od średniowiecza do współczesności. Nasze życia toczą się od chwil pierwszych do ostatnich i nikomu nie uda się uchronić przed rozpadem, destrukcją wszystkiego, co zbudował, czasu gdy krew krążyła w żyłach, a tlen wędrował z płuc do mózgu. Można jednak po sobie coś zostawić, co przetrwa długie lata, zawiśnie w muzeum, stanie w nawie świątyni, znajdzie swoje miejsce na półkach bibliotek. Talent i aktywność takich twórców jak Rubens, van Eyck, Teniers, takich mistrzów jak Haendel, Telemann, Mozart, generują legendę życia niezwykłego, stającego się misją samą w sobie. Marzeniem autora tego tomu było choćby niewielkie zbliżenie się do światów, w których bytowali wskazani wyżej twórcy, a przy tym ważne było pragnienie, by ukazać oblicze dzisiejszej Belgii, sportretować ludzi spotykanych w miastach i pośród pól – byty niosące w sobie tę sama wrażliwość i marność, które krzewiły się w milionach istot, współtworzących wraz z przewodnikami duchowymi, dawne pokolenia. Belgia jako wielka tęsknota i pragnienie współuczestnictwa, przestrzenie nad Skaldą i Mozą jako doświadczenie egzystencjalne i eschatologiczne, a nade wszystko inspiracja do napisania ciągu wierszy, w których skropli się radość istnienia i jego odwieczna marność…

MĘŻCZYZNA CIĄGNĄCY SZNUREK

Spostrzegłem go na skrzyżowaniu ulic
w Brukseli –

ciągnął cztery metry jutowego sznurka
zakręcał wokół świetlnych sygnalizatorów
wił nić wokół drogowych słupków

tramwaje jak anakondy jak żararaki
wolno zsuwały się z wyniosłości
terenu leniwie mijały kamienice
i ludzi

a on przystawał na chwilę przy mnie
warczał jak rottweiler jak bulterier
odsłaniał białe zęby i rozpalał
żagwie czarnych oczu

stary Marokańczyk ciągnący
sznurek na skrzyżowaniu
ulic w Belgii

byt zagubiony na rozdrożach
Europy i świata

sam w sobie
jak sznurek
w sznurku

Bruksela 2015

LUDZKOŚĆ W OBRAZACH (XIX)

Portrait of Clara Serena, daughter of Rubens and Isabella Brant

Peter Paul Rubens należał do elity intelektualnej Flandrii przełomu szesnastego i siedemnastego wieku, a jego pozycja pozostała niezachwiana aż do śmierci. Miałem okazję zwiedzać w Antwerpii dom tego malarza, przekształcony teraz w muzeum i dający wyobrażenie o jego bogactwie i przynależności do klasy najlepiej sytuowanej w Belgii. Malarz dwukrotnie żenił się i z każdego małżeństwa miał potomstwo, które śmiało wchodziło w dorosłe życie, edukowało się i stroiło, co widać na licznych obrazach i rysunkach, na których ojciec przedstawiał je, czy to w grupach rodzinnych, czy na osobnych portretach. Z 1618 roku pochodzi portret Clary Sereny, córki z pierwszego małżeństwa, namalowany dla dziadka, by ukochana wnuczka zawsze była przy nim. To przedstawienie szczęśliwego, pięcioletniego dziecka, które szeroko otwartymi oczyma patrzy na świat i opowiada wszystkim dookoła jaki jest cudowny. Rubens bardzo ją kochał i cieszył się, kiedy przychodziła do jego pracowni i rysowała coś na kawałkach papieru, kolorowała jakieś niepotrzebne szkice i wciąż śmiała się. Nie przeszkadzał jej ostry zapach farb i werniksów i patrzyła z dumą na ojca, stojącego w otoczeniu uczniów, niezmiennie adorujących ją i zapewniających o dozgonnej miłości. Zachowały się przekazy świadczące o tym, że bardzo kochała młodszych braci – Alberta i Nicolasa, lubiła siadać w ogrodzie, gdzie podziwiała dojrzewające winogrona i wróbelki. Napełniała dom Rubensów radosnym śmiechem, wykorzystując czarno-białą podłogę w kuchni do skakania z płytki na płytkę. A potem znowu wracała do rozległego ogrodu, gdzie studiowała długo kształty róż i licznych rzeźbionych postaci. W szczególnie dobrych stosunkach była z Magdaleną, służącą Rubensów, zabawiającą ją piosenkami z okolic Antwerpii, czeszącą i układającą w loki jej włosy. Była bardzo czuła dla zwierząt, kotów i psów, ale chyba najbardziej kochała konie, które chodziła karmić z ręki do stajni i cieszyła się, gdy dotykały jej czoła ciepłymi chrapami i rżały radośnie na jej widok. Rubensowie mieszkali najpierw z rodzicami i po przeprowadzce podarowali dziadkowi dziewczynki jej portret, który miał przypominać, że uwielbiała gonić się z dorosłymi i wołać: „Złap mnie, jeśli potrafisz…” Niestety nagła śmierć przerwała tę idyllę i w wieku dwunastu lat dziewczynka odeszła z tego świata, pogrążając w rozpaczy całą rodzinę, jej przyjaciół i innych domowników.

Dom Rubensa w Antwerpii

Portret córki powstał w chwili, gdy dziewczynka promieniała ze szczęścia i obdarzała wszystkich swoją czystą miłością. Malarzowi udało się odwzorować ją w jednej z takich świetlistych chwil, chociaż strasznie nie lubiła sytuacji, gdy musiała pozostawać w bezruchu. Nieomal impresjonistyczne ujęcie tematu wskazuje, że malarz śpieszył się, by położyć pierwsze warstwy farb i za bardzo nie doświadczać córki przy kończeniu tła. Dzięki temu powstał portret namalowany z ogromną dynamiką, w innym stylu niż reszta tego typu przedstawień z epoki. Zapewne bliższy jest odwzorowaniem ludzkim Renoira, niż malarzy flamandzkich, cyzelujących wykwintne kołnierze, koronki i dopracowujących do ostatniego szczegółu twarze portretowanych osób. Widać to szczególnie w przybliżeniu, gdy powiększymy dzieło i ukażą się poszczególne ruchy pędzli Rubensa, ledwie nikłe dotknięcia farby w obrębie oczu, ust i malutkiego noska. Na plan pierwszy wysuwają się cudownie nadęte, dziewczęce policzki z rumieńcem i szczególnie tutaj wycyzelowane jasne, rudawe włosy. Nie ulega wątpliwości, że mamy tu do czynienia ze słodkim aniołkiem, który tylko czeka, by zerwać się z krzesła w pracowni i pobiec do kuchni, przemknąć przez pokoje, a potem usiąść na ławeczce w ogrodzie i studiować uważnie świat dookoła. Jakże magnetyzujące są jej niebieskie oczy i czarne źrenice, co razem daje kolor granatowy i podkreśla bystrość jej spojrzenia i uwagę, z jaką przygląda się różnorakim kształtom. Jej kształtna twarz zapowiada niezwykłą, potencjalną urodę w wieku późniejszym, wszystkie części są proporcjonalne i nie doszukamy się żadnych przerysowań. Trudno podejrzewać Rubensa o nadmierną idealizację dziecka, bo przecież wykonywał zamówienie dziadka, w którym chodziło o lustrzane odbicie uwielbianej wnuczki. Elementy stroju nie zostały tutaj jakoś specjalnie dopracowane, a najważniejsza stała się twarz, wypływająca jak jasna plama z ciemności i pasma filuternie rozsypanych włosów. Owo wydobycie na plan pierwszy podkreśla też wielki kołnierz, którego biel została specjalnie złamana szarością, podkreślającą fałdy i zaciemnienia i stała się rodzajem wielkich „liści”, z których wyrasta „niezwykły kwiat”.

18_Rubens_Clara_Serena_Private_Collection

Badacze podkreślają podobieństwo dziecka do pierwszej żony, które jest jeszcze wyrazistsze na drugim portrecie, przez lata uznawanym za dzieło któregoś z uczniów Rubensa. Obecnie wielu historyków sztuki i naukowców jest zdania, że mamy tu do czynienia z dziełem wielkiego mistrza z Antwerpii, namalowanym po śmierci Clary Sereny, albo krótko przed nią. Trudno powiedzieć, czy znaczne wychudzenie dziewczynki spowodowane zostało przez chorobę, czy było naturalnym elementem jej dojrzewania, ale przemiana jest znacząca. Nie ulega też wątpliwości, że mamy do czynienia z tą sama osobą, choć utrata urody jest znacząca, co w końcu zdarza się u dzieci, a nawet bywa częste. Aniołek w pierwszych latach życia, zmienia się na niekorzyść, a w grę przecież wchodzi gra sił genetycznych, dziadków, babć i wcześniejszych krewnych. Także pod względem malarskim portret pięcioletniej Klary jest ciekawszy, chociaż ten drugi też zaciekawia i dokumentuje niezwykły talent Rubensa do portretowania ludzi i ukazywania na płótnach ich cech charakterystycznych. Tutaj mamy do czynienia z dziewczynką, która wkracza w dorosłość i wyraźnie wartościuje to, co dzieje się wokół niej. Oczy już tak nie płoną, choć są wyraziste, usta zyskały lekkie skrzywienie, jakby często wyrażały dezaprobatę, a włosy stały się płomiennie rude. Jeśli jest to odtworzenie wyglądu dziecka po śmierci, to zrozumiała staje się nostalgia przedstawienia, niebieska chorobliwość skóry, szczególnie pod oczami. Taka skromność w zakresie doboru barw jest znacząca u jednego z największych kolorystów w dziejach malarstwa światowego i odgrywa określoną rolę we flamandzkim systemie wanitatywnym. Choć czasy były takie, że wiele dzieci umierało przed osiągnięciem wieku dorosłego, każda taka strata jest bardzo bolesna, a tutaj w przypadku dziecka niegdyś tak żywego i kochającego ojca, pogrążyła malarza w wielkim smutku, o czym wiemy z jego listów. Nawet jeśli Clara Serena miała pojawić się na tym świecie, by namalował ją genialny ojciec, a potem obraz ten znalazł się w ciągu najważniejszych malarskich portretów ludzkości – warto było żyć…

« Older entries

%d blogerów lubi to: