LUDZIE LUDZIOM

Bogdan Bartnikowski po latach w Auschwitz   Foto: wp.pl

Dzisiaj osiemdziesiąta rocznica przyjazdu pierwszego transportu więźniów do nazistowskiego obozu w Auschwitz. W telewizji Polsat film z udziałem Bogdana Bartnikowskiego, którego miałem zaszczyt poznać na literackich szlakach, przede wszystkim w Poznaniu i Warszawie. To człowiek legenda, który walczył w powstaniu warszawskim, a potem wraz z matką został przewieziony do najhaniebniejszego z niemieckich obozów śmierci. Udało mu się przeżyć, ale musiał jeszcze potem pracować przymusowo przy odgruzowywaniu Berlina i dopiero po powrocie do Polski wziął się za edukację, został pilotem i redaktorem pism wojskowych. Straszliwe przeżycia wieku młodzieńczego obudziły w nim niezwykłą wrażliwość i został też poetą z dużym dorobkiem książkowym. Dzisiaj opowiada o Auschwitz łamiącym się głosem i w jego oczach lśnią przeczyste łzy – choć ocalał, niesie przez życie krzyki ludzi mordowanych w komorach gazowych, obraz snujących się „kościotrupów”, których nie warto było już Niemcom zabijać i butne spojrzenia bestii w ludzkim ciele: Hoessa, Mengele, Liebehenschela, Grabnera i kierowniczki obozu kobiecego – Marie Mandel. On wie czym był ten obóz, tak jak wie, że ludzie ludziom zgotowali ten los…

POLACZKI…

Fiodor Dostojewski

Czytam Gracza Fiodora Dostojewskiego, brawurowo napisaną, niewielką powieść z roku 1866. Podobno autor stworzył ten utwór w przeciągu jednego miesiąca, a za otrzymane pieniądze spłacił swoje długi karciane. Wyraźnie nakreślone postaci przypominają persony dramatyczne, co zapewne przyczyniło się do tego, że Sergiej Prokofiew wykorzystał Gracza do stworzenia opery, do której sam stworzył libretto. Choć powieść traktuje o fatalnym zauroczeniu hazardem głównego bohatera Aleksego Iwanowicza, to staje się też portretem zbiorowym międzynarodowego towarzystwa, gromadzącego się wokół stołów z ruletkami i gnieżdżącego się w hotelach Ruletenburga (nazwa fikcyjna, odnosząca się prawdopodobnie do Baden-Baden, Wiesbaden lub Marienbadu). Jest to też opowieść o dziwnej miłości Iwanowicza do Poliny Aleksandrowny, kochającej go, ale też nieustannie grymaszącej i wystawiającej na próby swojego adoratora. Dostojewski – jak w wielu swoich powieściach – wykorzystał tutaj zdarzenia ze swojego życia, wszak powszechnie wiadomo, że był hazardzistą, kochał się w kobiecie o imieniu Polina, a także odbywał podróże niemieckie dla poratowania zdrowia, z hazardem w tle. Zapewne stąd wzięła się tak dogłębna znajomość realiów, wzmocniona przez umiejętność opisu psychologicznego postaci i wyciągania wniosków z ich zachowań. Autor znakomicie kreśli wizerunki kolejnych postaci: roztrzepanego i ślepo zakochanego carskiego generała Sagorjańskiego, jego chciwej kochanki Blanche, wspomnianej wyżej Poliny, dziwacznego Anglika Astleya i francuza de Grieux, którego nazwisko prześmiewczo nawiązuje do słynnej powieści eks-zakonnika Antoine’a Prévosta,.  Na plan pierwszy wysuwa się jednak Iwanowicz, który nie potrafi uwolnić się od przekonania, że wygra fortunę, a gdy do tego rzeczywiście dochodzi, roztrwania ją bezsensownie w Paryżu, u boku Blanche, która ostatecznie i tak go porzuci dla generała i jego spadku. Inną dominującą postacią w tej powieści jest Antonida Wasilewna Tarasewiczewa, która nagle przyjeżdża do uzdrowiska, wszystkimi dyryguje, popisuje się swoją dominacją nad generałem, a potem zasiada do stołu z ruletką. Najpierw wygrywa ogromna sumę, stawiając na zero, a potem sukcesywnie przegrywa sporą część swojej fortuny. Generał czekał na jej śmierć i słał depesze do Rosji z zapytaniem, czy starsza kobieta już umarła, więc jej przyjazd do „letniej stolicy Europy” był dla niego prawdziwym szokiem. W opisie zdarzeń związanych z nią podkreślić należy wielki talent komediowy Dostojewskiego, który tworzy postać zabawną, ale też budzącą sympatię u czytelnika.

Intryga powieściowa służy też pisarzowi do snucia refleksji natury ogólnej, szczególnie na temat charakterów narodowych – najpierw na temat Rosjan trafiających do jaskini hazardu: A Rosjanin nie tylko nie jest zdolny do gromadzenia kapitałów, lecz nawet pozbywa się ich jakoś jawnie i nieprzyzwoicie. Niemniej Rosjanom pieniądze są równie potrzebne – dodałem – a co za tym idzie, jesteśmy bardzo radzi takim okazjom, jak na przykład ruletka, gdzie można wzbogacić się nagle, w ciągu dwóch godzin, bez pracy. (F. Dostojewski, Gracz, przeł. W. Broniewski, Warszawa 1984, s. 890).  Niezwykle zgryźliwy, ale jakże trafny, jest też opis przywar finansowych Niemców: A więc każda taka tutejsza rodzina jest w całkowitej niewoli od  f a t e r a.  Wszyscy pracują jak woły i wszyscy duszą pieniądze jak Żydzi. Dajmy na to, że  f a t e r  uciułał już tyle a tyle guldenów i liczy na starszego syna, chcąc mu przekazać rzemiosło albo ziemię; z tego powodu córka nie otrzymuje posagu i zostaje starą panną. Z tego samego powodu młodszego syna sprzedają prawie w niewolę albo do wojska, a pieniądze dodają do domowego kapitału. Naprawdę, tak się tutaj robi. (…) Cóż dalej? Ano i starszemu synowi również nie jest lżej: ma on tam swoją Amalchen, którą kocha, ale ożenić się nie może, bo jeszcze nie uciułane tyle a tyle guldenów. Więc też czekają, poczciwie i szczerze, i z uśmiechem idą na zarżnięcie. Amalchen zapadają się policzki, schnie. Wreszcie, po dwudziestu latach majątek się powiększył; guldeny uczciwie i cnotliwie zostały uciułane.                F a t e r  błogosławi czterdziestoletniego starszego syna i trzydziestopięcioletnią Amalchen z wyschnięta piersią i czerwonym nosem… Przy tym płacze, prawi morały i umiera. Ze starszego syna robi się cnotliwy  f a t e r i zaczyna się znów ta sama historia. A po latach pięćdziesięciu albo siedemdziesięciu wnuk pierwszego f a t e r a naprawdę zbija poważny kapitał i oddaje go swojemu synowi, ten swojemu, i po pięciu albo sześciu pokoleniach zjawia się sam baron Rothschild albo Hoppe et Comp, czy tam diabli wiedzą kto. (Tamże, s. 891-892) Ileż trzeba było mieć wiedzy o świecie, by tworzyć takie portrety, ale przecież mamy tutaj do czynienia z jednym z największych pisarzy w dziejach świata.

Grób Dostojewskiego na Cmentarzu Tychwińskim w Petersburgu

Z kolei sarkastyczne przeciwstawienie Rosjan Francuzom, pozwala Dostojewskiemu snuć refleksje na ich temat: My, Rosjanie, jesteśmy przeważnie tak bogato uzdolnieni, że dla przyzwoitych form potrzeba nam genialności. No, a na genialności coraz częściej zbywa, bo w ogóle genialność rzadko się trafia. To tylko u Francuzów i może jeszcze u niektórych Europejczyków formy się ułożyły tak doskonale, że można sprawiać wrażenie niesłychanej godności, będąc najnikczemniejszym człowiekiem. Dlatego formy znaczą u nich tak wiele. Francuz zniesie obrazę, prawdziwą, dotkliwą obrazę i ani się skrzywi, ale szczutka w nos za nic w świecie nie zniesie, dlatego że to jest naruszeniem przyjętej i utrwalonej od wieków formy przyzwoitości. Dlatego właśnie nasze panie są tak rade Francuzom, że ci mają ładne formy. Zresztą, moim zdaniem, nie ma żadnej formy, jest tylko kogut, le coq gaulois. (Tamże, s. 897) Dorzućmy do tego jeszcze charakterystykę sprytnego pana de Grieux, który: był taki jak wszyscy Francuzi, czyli wesoły i grzeczny, kiedy to potrzebne i wygodne, a nieznośnie nudny, kiedy nie trzeba było być wesołym i grzecznym. Francuz rzadko jest z natury grzeczny; jest grzeczny zawsze jakby z nakazu, przez wyrachowanie. Jeżeli na przykład uważa, że powinien być fantastyczny, oryginalny, niecodzienny, to jego fantazja, głupia i nienaturalna, posługuje się zawczasu przyjętymi i dawno wytartymi formami. Naturalny zaś Francuz ma w sobie tylko najbardziej mieszczański, drobiazgowy, pospolity pozytywizm – słowem, jest to istota najnudniejsza w świecie. Moim zdaniem, tylko naiwni, zwłaszcza rosyjskie panie, zachwycają się Francuzami. Natomiast każdy porządny człowiek natychmiast spostrzega i odczuwa jako nieznośny ów przymus na zawsze ustanowionych form salonowej grzeczności, nonszalancji i wesołego ożywienia. (Tamże, s. 909). Dostaje się także od Dostojewskiego Anglikowi Astleyowi, przypominającemu groteskowego szpiega, a w gruncie rzeczy będącemu tragikomicznym kochankiem, stale szukającym możliwości zdobycia fortuny i znalezienia się u boku Poliny – główny bohater tak go widzi:  Zaciekawił mnie również wczoraj i dzisiaj mister Astley. Tak, jestem przekonany, że się kocha w Polinie! Ciekawe i zabawne, ile niekiedy może wyrazić spojrzenie człowieka wstydliwego i chorobliwie powściągliwego, który się zakocha, i to właśnie wówczas, gdy ów człowiek wolałby się raczej zapaść w ziemię niż cokolwiek wyrazić słowem lub spojrzeniem. Mister Astley bardzo często spotyka się z nami na spacerach. Zdejmuje kapelusz i mija nas, rozumie się, umierając z chęci przyłączenia się do naszego towarzystwa. Jeżeli zaś bywa zaproszony, natychmiast się wymawia. W miejscach odpoczynku, w kasynie, przy muzyce lub przed fontanną, zatrzymuje się zawsze gdzieś w pobliżu naszej ławki, gdziekolwiek jesteśmy, w parku, w lesie czy na Schlangenbergu – wystarczy tylko rzucić okiem, rozejrzeć się dokoła, a z pewnością gdzieś na pobliskiej ścieżce albo zza krzaka ukaże się sylwetka mister Astleya. (Tamże, s. 887) W powieści znajdziemy też karykaturalny portret fałszywego włoskiego księcia Barberiniego, który nagle ucieka z jaskini hazardu, ale najbardziej komiczne są portrety Polaków.

Pierwsze wydanie Gracza

Dostojewski nazywa ich Polaczkami, a swoją niechęć uzasadniał tym, że lokował nas w obrębie grzesznej kultury Zachodu i obarczał winą za działania destrukcyjne w obrębie narodów słowiańskich. Można by tutaj mnożyć przykłady kanaliowatych Polaczków, ale przywołajmy tych spotkanych na katordze i sportretowanych we Wspomnieniach z domu umarłych i cwaniaczka z pijanej kompanii Rogożyna tudzież tego, który doprowadza do upadku Agłaję. O ile w Idiocie związek z Polaczkiem jest zapowiedzią wielkiej tragedii i rozpadu osobowości, o tyle w Graczu są to tylko wyspecjalizowani oszuści, kradnący pieniądze ze stołów. Towarzyszą oni babci, która wpadła w szał obstawiania kolorów i cyfr przy stole: Polaczki, którzy mentorowali babci, zmienili się tego dnia kilkakrotnie. Babcia zaczęła od tego, że przepędziła owego Polaczka, którego poprzedniego dnia darła za włosy, i wzięła drugiego, ale ów okazał się chyba jeszcze gorszy. Przepędziwszy go i wziąwszy znowu pierwszego, który nie odszedł i przez cały czas swojego wygnania kręcił się tuż obok za jej fotelem, wysuwając co chwila głowę, babcia wpadła wreszcie w zupełną rozpacz. (Tamże, s. 964) Natręctwo Polaczków jest ogromne i ukierunkowane na kradzież środków finansowych Antonidy Wasilewny: Wpędzon y drugi Polaczek również za nic nie chciał odejść; jeden z nich stanął z prawej, a drugi z lewej strony. Przez cały czas kłócili się i wymyślali sobie za wysokość stawek i sposób gry, wyzywając się wzajemnie od „łajdaków” i używając innych polskich uprzejmości, po czym znów się ze sobą godzili, ciskali pieniędzmi bez ładu i składu i rządzili się jak szare gęsi.  Po przegonieniu skłóconych doradców zjawia się współpracujący z nimi inny polski oszust: Babcia niewiele skorzystała na tym, że ją wybawiono od dwóch Polaczków. Zamiast nich zjawił się natychmiast na jej usługi trzeci Polak, najzupełniej już czysto mówiący po rosyjsku, ubrany jak dżentelmen, choć mimo wszystko wyglądający jak lokaj, z ogromnymi wąsami i honorem. I on również „całował stópki i słał się do stópek” jaśnie pani, ale względem otaczających zachowywał się wyniośle, wydawał despotyczne rozporządzenia – słowem, od razu zajął wobec babci pozycję pana, a nie sługi. (Tamże, s. 965) Im babcia więcej przegrywa, tym pojawia się więcej rozwrzeszczanych Polaczków, bez jej wiedzy obstawiających i po kryjomu zagarniających żetony.

Rękopis Dostojewskiego

Niewielką powieść Dostojewskiego określa się czasami jako opowiadanie lub nowelę, ale przecież – według dzisiejszych standardów – jest to dość obszerna, ponad stustronicowa powieść z wyraziście zarysowanymi typami ludzkimi i intrygami, charakterystycznymi dla miejsc, które w dziewiętnastym wieku były tęsknotą i „katorgą” bogatych Rosjan. Autor mimochodem ukazuje chorobliwe zauroczenie jego krajan kulturą Zachodu i tandetne wzorowanie się na dziwacznych cudzoziemcach, przede wszystkim Francuzach. W dalekich rosyjskich guberniach, w Moskwie czy Petersburgu, posiadanie kochanki znad Sekwany albo „bywanie u zachodnioeuropejskich wód” miało ogromne znaczenie i podnosiło rangę Rosjanina. Podczas siarczystych rosyjskich zim, na rautach i w trakcie kameralnych spotkań przy kominkach, rozprawiało się o wizytach w Paryżu, Berlinie, Genewie, a od biedy w okupowanej Warszawie. Jakże mogło być inaczej, gdy nawet carskie rodziny udawały się w podróż do Zachodniej Europy, a sukcesy lub wielkie przegrane przy stole krupierskim bywały przywoływane latami. Wielkie miłości – takie jak ta Dostojewskiego do Poliny Susłowej – rozgrywały się pośród dalekich przestrzeni i zmieniających się dekoracji, między Paryżem a Twerem, albo miedzy Baden-Baden a Moskwą. Gracz, choć może nieco zapomniany, na zawsze pozostanie przykładem niezwykłej dynamiki narracyjnej Dostojewskiego i jego wielkiej umiejętności analizowania ludzkich charakterów. To, że pisarz dyktował swoje powieści swojej przyszłej żonie, nie umniejsza ich rangi, bo przecież potem zasiadał do stenogramów i wielokrotnie je modyfikował. Zaświadczają to jego rękopisy, bogate w wiele poprawek i adjustacji, a często zawierające ogromne, dopisane partie. Dzisiaj także – szczególnie w USA – wielu autorów idzie tym tropem i posługuje się dyktafonem lub wynajmuje sobie kogoś, kto zapisze ich myśli w formie stenogramów. Choć tak nieprzychylny Polakom, zawarł Dostojewski w swoim dziele także sarkastyczne opisy innych nacji, a portret głupkowatego rosyjskiego generała na pewno nie spodobał się w arystokratycznych sferach Rosji. Jakkolwiek by nie patrzeć na Gracza, jest to utwór ważny w dorobku Dostojewskiego i w dziejach dziewiętnastostowiecznej myśli rosyjskiej – tak zadufanej w sobie i tak zmaltretowanej w tym zdumiewającym utworze.

SZKODNIK TABACZYŃSKI

W bezdyskusyjnym przekonaniu o swojej wyjątkowości, młodość zawsze była głupkowata, zarozumiała, pewna siebie, zacietrzewiona i absurdalna,. Ale po młodzianie, który osiągnął wiek czterdziestu czterech lat można by się było spodziewać, że trochę zmądrzał… Poznałem go w czasach, gdy trwał jeszcze nieustający atak na mnie jego wieloletniego mentora i promotora, autora wątpliwej wartości próz – Grzegorza Musiała. Od swojego mistrza przejął Michał Tabaczyński – bo o nim przecież mowa – przekonanie o swojej wyjątkowości i sile pióra, które wydobędzie na światło dzienne wszelkie tajemnice tego marnego świata. Z tego okresu zapamiętałem żenujące spotkanie dwóch bydgoskich organizacji pisarskich w WSG, kiedy to nie indagowany o preferencje seksualne zapewniał, że nie jest gejem, i dodawał – dla potwierdzenia – że po publikacji swojej antologii pt. Parada równości dostał popalić od tych kochających inaczej i od heteryków. Nigdy nie interesowało mnie jakie są preferencje seksualne tego ogolonego na łyso pana, a jego teksty „teoretyczne” o homoseksualizmie, publikowane w powołanych przez niego „Fabulariach”, odbierałem jako rodzaj osobistej fascynacji lub chęć przypodobania się środowiskom genderowym. Jakoś nie spotkałem się z artykułami tego typu na temat miłości heteroseksualnej, tak samo oczywistej we współczesnym świecie, jak te innego rodzaju. Co prawda ja nigdy nie interesowałem się panami w takim rozumieniu, bo spotkanie kobiety i mężczyzny było dla mnie rodzajem mistyki, nie dającej się powtórzyć w jakichkolwiek innych relacjach. Później było wiele spięć, absurdalnych opinii, kwestionowania werdyktów uznanych krytyków, nagradzających moje książki w konkursie o Strzałę Łuczniczki, no i oczywiście nieustającego plotkarstwa, kpiarstwa i prób pomniejszania mojego dorobku. Nie chce mi się o tym pisać, bo przedmiot refleksji po prostu na to nie zasługuje, a z opinii na jego temat wyciągam tylko dwie – Krzysztofa Derdowskiego, który określił go w „Tygodniku Bydgoskim” mianem „pisarzyny” i Marka Bieńczyka, który twierdzi, że „cudne strony Tabaczyńskiego są hołdem dla literatury”. Z racji moich doświadczeń życiowych z Bieńczykiem, a konkretnie z jego postawą na moim kolokwium habilitacyjnym w UG, gdzie nie potrafił stać murem przy swojej recenzji, oczywiste jest, że bliższe mi jest określenie Derdowskiego, który też bywał obiektem ataków naszego „zoila”. Tabaczyński, gdy zadekował się w MCK-u  i zapewnił sobie jako takie zabezpieczenie finansowe, założył, że w tymże BIK-u będzie uprawiał „wielką krytykę literacką”. A wyglądało to tak, że zaczął walić w wielu ludzi, obśmiewać książki i poglądy, podżegać do opluwania i ironizowania (Bartłomiej Siwiec super star…), a nade wszystko tworzyć koterie i kółka wzajemnych adoracji. Ewa Starosta opublikowała swego czasu tekst interwencyjny na portalu bydgoszcz24.pl, w którym pokazała hipokryzję Tabaczyńskiego i jego nieustanną chęć dezinformowania opinii publicznej na temat lokalnej kultury: Krzysztof Derdowski został opisany przez Tabaczyńskiego, oczywiście  w miejskim informatorze kulturalnym, jako „niedoszły kandydat na wojewodę o ambicjach literackich i dziennikarskich”. Redaktor naczelny BIK-u nie wie, że za debiutancki tomik poezji Krzysztof został nagrodzony Czerwoną Różą, a za powieści dwukrotnie Strzałą Łuczniczki? Zaś kandydatem na wojewodę nie był niedoszłym, tylko jak najbardziej rzeczywistym. Starosta kpiła z tandetnej zjadliwości naszego czterdziestoczterolatka i podkreślała to, że uczynił z informatora poletko uprawy własnych kompleksów.

Dawno już przestałem przykładać wagę do działalności dezinformacyjnej Tabaczyńskiego i jego wiekopomnych osiągnięć w zakresie prozy, eseju, przekładu, recenzji, tekstów publikowanych pod pseudonimem, no i oczywiście „działalności redaktorskiej”. I tak po jakimś czasie okres zawłaszczenia BIK-u zostanie opisany i podsumowany i nie ma wątpliwości, że będzie to ocena bardzo zła. Zresztą ów BIK jest tylko lokalnym pisemkiem, o którym nikt nic nie wie w Polsce (choć Tabaczyński myśli, ze dyskutowane stale jest w wielu krajach świata…) i przykładanie do niego jakiejkolwiek wagi, mija się z celem. Można tylko bawić się tym, co prezentuje na łamach tej trybunki jej redaktorek i momentami śmiać się do rozpuku. Tak było i w tym momencie, gdy zapoznałem się z nowymi wypocinami Tabaczyńskiego pt. Wojna i nuda, mającymi na celu deprecjację całego środowiska literackiego Bydgoszczy. Rechotałem solidnie, wyobrażając sobie wielki posąg niezłomnego krytyka z BIK-u, przypominający kolosa z Rodos, a pod nim tych malutkich jak smerfy, garbatych, kulawych, najczęściej tandetnie heteroseksualnych pisarzy z grodu nad Brdą i Wisłą. Co takiego wymyślił tym razem nasz nieoceniony, genialny krytyk i literaturoznawca, kulturoznawca i sędzia pokoleń?  Ano zacytujmy najpierw jego histeryczny  zaśpiew z najnowszego BIK-u – nr 3/2020: Bydgoszcz w kilku aspektach nie ma szczęścia. Nie ma szczęścia to zresztą mało powiedziane; ma pecha. Brawurowego. Niespotykanego. Tragicznego czasem. W dwóch przynajmniej – bolesnego, choć w różnym zupełnie, nieporównywalnym stopniu, i tylko korzystając z literackiej formy, pozwalam sobie na brawurę ich zestawienia. A i to nie bez wahań. Po lekturze tego wstępu czytelnik oczekuje jakiejś wielkiej, brawurowej rewelacji, jakiegoś odsłonięcia skrzętnie skrywanej tajemnicy i rzeczywiście pojawia się konstatacja na miarę – co najmniej – nagrody im. Kazimierza Wyki: Ten pierwszy, zacznijmy od lekkiego tematu, to literatura. Nie miała Bydgoszcz żadnej literackiej mitologii, nie miała żadnego wielkiego pisarza, który by ją do literatury przeniósł na tyle skutecznie, by przekroczyć regionalne granice. (…) naszego miasta nikt, jak to się ładnie mówi, nie rozsławił piórem. Nasza przedziwna duma z Salingera, który tu przecież przejazdem bawił, jest znacząca. Cóż ładnie, to się mówi inaczej, a pisze przede wszystkim stylistycznie, ale gdzież tam by nasz geniusz dbał o stylistykę. Od dawna uprawia rąbaninę słowną, w której takie określenia jak „rozsławił piórem” są na porządku dziennym, a sensy mają tylko znaczenie użytkowe, w zależności od tego, kogo właśnie chce ugryźć lub opluć krytyk, tłumacz z języka czeskiego i antologista. Oj chyba też jest już na bakier ze swoim dawnym mistrzem, bo naigrywa się z fascynacji pobytem autora Buszującego w zbożu w Bydgoszczy, a to przecież Grzegorz Musiał pierwszy dął w tę absurdalną tubę i przyczynił się do umieszczenia informującej o tym tablicy, na murze dawnej rzeźni. (Por. https://culture.pl/pl/wydarzenie/jd-salinger) Pal sześć aktualne sojusze i wzajemne lansowanie się w kółkach Tabaczyńskiego, skupmy się raczej na manipulacji, jakiej dopuścił się po raz kolejny w periodyku, z założenia informacyjnym. Sam określa swoje potworki myślowe jako brawurowe, a przecież jest to paskudna próba zniszczenia dorobku kilku pokoleń pisarzy.

Nie sądzę, żeby nasz „krytyk” nie wiedział, że Bydgoszcz pojawiła się w wielu powieściach, opowiadaniach, esejach, wierszach, a co najmniej kilku autorów swoje teksty opublikowało w językach obcych, od Stanów Zjednoczonych, poprzez Niemcy, Włochy, Francję, a skończywszy na Rosji, krajach arabskich i Dalekim Wschodzie. Tutaj znowu Tabaczyński zaparł się swojego pierwszego promotora, bo jego liczne książki rozgrywają się przecież w Bydgoszczy, a choć tyle w nich mizoginizmu, to przyznać trzeba, że sporo też znajdziemy tam trafnych przybliżeń naszego miasta. No, ale pomińmy Musiała i przywołajmy tylko kilka książek, w których pojawia się Bydgoszcz, a które przekroczyły lokalne opłotki i odbiły się szerokim echem w kraju, tudzież poza jego granicami – Tabaczyński „brawurowo„ zapomniał o bydgostianach Adama Grzymały-Siedleckiego, o Obozie wszystkich Świętych i Urzeczeniu Tadeusza Nowakowskiego, o Moście królowej Jadwigi Jerzego Sulimy-Kamińskiego, o Klatce Kazimierza Kummera, o opowiadaniach Władysława Dunarowskiego i Stefana Pastuszewskiego, o powieściach Krzysztofa Derdowskiego, nie mówiąc już o zbiorach wierszy wielu bydgoskich poetów, diarystów i dramaturgów, zaznaczających nawet w tytułach bydgoskość tematyki (np. Plac Piastowski i inne wiersze, Góra szybowcowa, Wybrałem Bydgoszcz, Zmierzch w mieście B.). Przywołań mogłoby tutaj być więcej, ale na pewno nie znalazłyby się w nich żadne książki Tabaczyńskiego i autorów z jego środowiska. Może zatem owo niespełnienie każe mu deprecjonować dorobek wspaniałych pisarzy, a przy okazji, w oficjalnym periodyku bydgoskiego Ratusza, spychać Bydgoszcz do rangi zaścianka literackiego Polski. Ciekaw jestem czy widział on w rocznikach ogólnopolskich periodyków artykuły Krzysztofa Nowickiego i piszącego te słowa, czy wie, ze Alfred Kowalkowski – jakby nie było Prezes znienawidzonego przez niego Związku Literatów Polskich – był wspaniałym tłumaczem Franza Kafki, a książki Góreca-Rosińskiego, Bogusława Sujkowskiego, Tadeusza Nowakowskiego ukazały się w wielu krajach świata, od Nowej Zelandii, poprzez Niemcy, Jugosławię, Meksyk, Indie aż do Słowacji, Rosji i Białorusi.  No ale co to jest dla naszego dezinformatora? Nicość, nicość, nicość… Jego dezynwoltura i warczenie na nasze środowisko domagały się jakiegoś kontrapunktu i „pisarzyna” (przypominam określenie Derdowskiego) brawurowo go znalazł. A zrobił to tak: przypomniał powszechnie znane nawiązania do Bydgoszczy z listów niemieckiego laureata Literackiej Nagrody Nobla  Heinricha Bölla, przywołał też jego opowiadanie  pt. Dzieje pewnego chlebaka, w którym akcja zaczyna się w Bydgoszczy. To miała być przeciwwaga dla jego bzdurnej tezy o nijakości literatury bydgoskiej i nieobecności naszego miasta w kulturze Polski i świata.  Oczywiście te głupotki Tabaczyńskiego nie zasługują na jakąś szczególną uwagę, a opublikowane w jego organie dezinformacyjnym, zmanipulują niewielką grupę uczestników kultury. I tak same świadczą o sobie, klecone w prosty sposób, zawsze według tego samego schematu – oplucie kogoś lub czegoś, a potem popisywanie się swoją ponadnaturalną „wiedzą tajemną”, nie mieszczącą się w żadnych intelektualnych kanonach (!) – obliczone są na poklask jego niewielkiego środowiska i zaspakajają tylko egoistyczną potrzebę nieustannego prowokowania konfliktów. Z Derdowskim, Jakubowskim, Banachem, z autorami ZLP i kontestującymi członkami SPP, jak Częstochowski, byle tylko trwał bajzel, byle była zadyma. Ale przecież w ludzkim świecie wszystko przemija i Tabaczyński odejdzie w niepamięć razem z jego BIK-iem, jadem, głupkowatymi tezami i pseudointelektualnymi konstrukcjami. Na razie jednak jest solidnym szkodnikiem, który zamiast służyć lokalnej kulturze, niszczy co popadnie, strzela na oślep z korkowca i myśli, że zabija swoich wyimaginowanych wrogów. Wyimaginowanych, bo tak naprawdę wszyscy śmieją się tylko z jego nadętych „akcji”…

TRUMNA RASKOLNIKOWA

Nie ulega wątpliwości, że dwudziestotrzyletni Rodion Raskolnikow jest neurastenikiem, nie potrafiącym wydostać się z długich okresów skrajnej depresji. Może przyczyniła się do tego nadopiekuńczość jego matki Pulcherii Aleksandrowny i idealizowanie go przez siostrę – Awdotię Romanowną, a może okoliczności życia w Petersburgu. Gdyby te kobiety nie kochały go tak bardzo i nie pomagałyby mu finansowo, zapewne szybko popełniłby samobójstwo, popadł w alkoholizm albo znalazłby się w więzieniu za jakieś drobne przestępstwo. Niestety jego poglądy na społeczeństwo i „teoria” wszy, które je obsiadają, spowodowały, że uciekł się do popełnienia straszliwej zbrodni. Jego działanie w tym względzie charakteryzuje jednostki tchórzliwe, ale chorobliwie pragnące udowodnić sobie, że są wybitne i zdolne do działań ekstremalnych. Choć jego przygotowania i realizacja planu zamordowania z zimną krwią starej lichwiarki Alony Iwanowny, mają znamiona premedytacji, to wykonanie tylko cudem się udaje i Raskolnikow nie zostaje schwytany na miejscu zbrodni. Jego nieporadność i totalna nieumiejętność przewidywania możliwych konsekwencji, a nade wszystko rozchwianie emocjonalne, prowadzą do rozszerzenia morderstwa, kiedy to w mieszkaniu pojawia się nagle Lizawieta, nieco dziwaczna siostra lichwiarki. Skala tej makabry jest ogromna, a narzędzie typowe dla prymitywnych zabójców, wpadających w szał w chwili wykonywania egzekucji na niewinnych ofiarach. Szybko też dociera do bohatera powieści, że jego czyn był obrzydliwy, a konsekwencje będą daleko idące, wykraczające poza ramy jego dotychczasowego życia. Dlatego kradnie tylko trochę biżuterii i pieniędzy, a nie zauważa pudełka pełnego rubli i innych cennych przedmiotów. Równie szybko pojawia się w jego świadomości przerażenie, rozrastające się niemal do rozmiarów choroby umysłowej.  Postępuje nieracjonalnie, miewa napady gorączki i majaczy przez sen, często niebezpiecznie ujawniając okoliczności zbrodni. W obliczu tragicznej śmierci alkoholika Marmieładowa, którego poznał w szynku, przekazuje jego rodzinie pieniądze, które z ogromnym trudem zdobyła dla niego matka. Poznaje też jego córkę, prostytutkę Sonię, która po latach przebywania na katordze, stanie się jego jedyną nadzieją na powrót do normalnego życia.

 

Michaił Pietrowicz Klodt, Raskolnikow i Marmieładow w szynku

Powieści Dostojewskiego skonstruowane zostały na zasadzie licznych kontrapunktów osobowościowych i w Zbrodni i karze znajdziemy jedną z najwyrazistszych takich opozycji. Neurastenicznemu studentowi i mordercy przeciwstawił autor śledczego Porfirego Pietrowicza, który krok po kroku potwierdzi, że jego podejrzenie, co do osoby Raskolnikowa od samego początku było słuszne.  Raskolnikow od razu zauważy, że jego przeciwnik jest niezwykle inteligentny, kieruje się żelazną logiką, a nie brakuje mu też dociekliwości psychologicznej i umiejętności łączenia – zdawać by się mogło – odległych faktów, rozsypanych elementów wielu układanek. To starcie karła z olbrzymem musiało zakończyć się tak, jak zakładał Porfiry i nie miało tutaj znaczenia mylenie tropów przez byłego studenta i podejmowane próby oddalenia od niego kolejnych podejrzeń. Na przykładzie artykułu Raskolnikowa, opublikowanego w prasie, Dostojewski ukazuje jak pokrętna ideologia może opanować ludzki umysł i doprowadzić do straszliwych tragedii. Koniec końców, za sprawą podstępu Porfirego, przyczyni się ona do zdemaskowania mordercy i jego przyznania się do winy, a potem szczegółowego opisu zbrodni przed sądem. Ogromną rolę odegra tutaj też miłość Soni, która – tak doświadczona przez życie, gdy była sprzedajną dziewczyną – dostrzeże w Rodionie dobro, które dopiero po latach odbywania kary, objawi się w pełnym świetle i stanie się zaczątkiem ich nowego życia.

           

Mal. N. N. Karazin

Sonia Siemionowna Marmieładowa, piękna, szczupła blondynka o zjawiskowych niebieskich oczach jest w powieści Dostojewskiego kolejnym kontrapunktem dla szaleństw i zła Raskolnikowa. Pijaństwo ojca i bieda w rodzinie popchnęły ją do wyjścia na ulicę, gdzie zaczęła zarabiać jako prostytutka. Jej dzieciństwo zakończyło się szybko i gwałtownie, a śmierć ojca odmieniła wszystko w tym smutnym życiu, choć poznanie byłego studenta nie zwiastowało przecież wydarzeń chwalebnych. Ujął ją jednak darowizną na wydatki pogrzebowe, a szybko też zaczęła dostrzegać jego inną, ukrytą naturę, którą postanowiła ujawnić, bez względu na skalę poświęcenia. A choć miała do czynienia z okrutnym mordercą, zauważała, że tylko on traktuje ją z szacunkiem. Z czasem w obskurnym pokoiku studenta zaczynają razem czytać Nowy Testament, fascynując się sytuacjami ewangelicznego wybaczenia. Jej miłość do przyjaciela wybucha z pełną mocą, gdy ten przyznaje się do popełnionej zbrodni, a ofiarę dostrzega ona tylko w nim. To za jej sprawą Raskolnikow uda się na policję i przyzna do wszystkiego, a potem na sali sądowej nie zawaha się opisywać ze szczegółami wydarzeń z domu lichwiarki. Miłość Soni do niego jest bezwarunkowa i tak wielka, że postanawia udać się z mordercą na osiem lat katorgi, a potem towarzyszy mu w jego przemianie duchowej i akceptacji chrześcijańskiej filozofii wybaczenia i dźwignięcia się z martwoty. Jej dobre serce, tyle razy wykorzystywane i jej dobra natura, tylekroć wystawiana na próby, znajdują wsparcie w przywołaniach Chrystusa, niosącemu krzyż na Kalwarię. Nie bez powodu Dostojewski porównuje pokój Raskolnikowa do trumny, a upadek Sonii ma wszelkie cechy tragedii i śmierci za życia jawnogrzesznicy Marii Magdaleny. Nędza i brak perspektyw popychają ich do podjęcia tragicznych wyborów, ale szansa dana przez społeczeństwo powoduje, że kochający się partnerzy zaczynają widzieć dalekie, nikłe światełko w tunelu. Funkcja dydaktyczna powieści Dostojewskiego jawi się tutaj z całą mocą, a dwoje głównych bohaterów personifikuje jego wielką tęsknotę za czystością i pełnią spokojnego życia. Podobnie doświadczony, poprzez pracę i ogromną chęć życia, wzniósł się na wyżyny człowieczeństwa i stał się jednym z największych twórców w dziejach.

W. Świerdzewski, Śledczy, 2017

Wróćmy jeszcze na chwile do postaci śledczego policji petersburskiej, którego postępowanie staje się kontrapunktem dla zachowań i czynów Raskolnikowa. Dostojewski robi wszystko, żeby czytelnik zniechęcił się do niego, tworząc postać niemal odrażającą: Mógł mieć jakieś trzydzieści pięć lat, wzrostu mniej niż średniego, tłuściutki, z lekko zaokrąglonym brzuszkiem, gładko wygolony, bez wąsów i bez bokobrodów, o krótko ostrzyżonych włosach na ogromnej, kulistej głowie, z jakimś osobliwym, wypukłym zaokrągleniem na potylicy. W pulchnej, okrąglutkiej twarzy z nieco zadartym nosem, o chorobliwej żółtowoskowej cerze, było coś chwackiego, a nawet jakby szyderczego. Można by go uznać nawet za dobrodusznego, gdyby nie wyraz jego oczu, błyszczących jakimś wodnistym blaskiem i skrytych pod powiekami z niemal białymi rzęsami. Powiekami, którymi ustawicznie mrugał, jakby porozumiewawczo, jakby ciągle puszczał do kogoś oko. Wyraz owych oczu dziwnie nie pasował do jego nieco zniewieściałej postaci i sprawiał, że wyglądał znacznie stateczniej niż mogłoby się to na pierwszy rzut oka wydawać. A jednak w miarę poznawania tego człowieka, zaczynamy rozumieć jego metody i rodzi się w nas coś na kształt podziwu dla tego młodego przecież człowieka. Nic nie wiemy o jego przeszłości, na kartach powieści nie pojawiają się też jakikolwiek fakty z jego życia, jakby wyłonił się z tajemniczej mgły i został powołany do tego, by wskazać mordercę dwóch samotnych kobiet. Niewątpliwie jest prawym człowiekiem, którego celem jest zdemaskowanie mordercy, ale też uwolnienie go od poczucia winy i skierowanie na inne tory życiowe. Jest świetnym psychologiem, zadającym punktowe pytania i tak kierującym rozmowami, by podejrzanemu wydało się bezsensowne dalsze ukrywanie prawdy. Pisząc swoją powieść Dostojewski korzystał z własnych doświadczeń, a jej nieco dewiacyjna aura brała się z przede wszystkim z cech osobowości autora. Zastanowiły mnie słowa Sándora Máraia z jego Dziennika 1943-1948: Dostojewski tak mnie męczy, jakbym się zamknął w pokoju z szaleńcem, ale takim szaleńcem, który może kiedyś ogłoszony zostanie świętym. Nie mogę się pogodzić z tym, że perspektywą człowieka jest ta ograniczona bezkresność, jestem Europejczykiem, ufam raczej miarom i danym kartograficznym. Opór, jaki czuję wobec jego stylu, topnieje w płomieniu temperatury dzieła niczym ołów w żarze kotła. Dostojewski zmiata wszelki opór: to jest coś więcej niż „literatura”, z tym nie sposób dyskutować. Albo trzeba się do niego przyłączyć, albo uciec. I właśnie nad tym zastanawia się teraz świat, oceniając rzeczywistość, która z dzieł Dostojewskiego powstała do życia; ale to już ostatnia rzecz, jaką człowiek Zachodu może w tej chwili jeszcze przeciwstawić rosyjskiemu mesjanizmowi.[1] I jeszcze jedna zdumiewająca konstatacja: Wydaje mi się najzupełniej możliwe – co może któregoś dnia udokumentuje policja – że Dostojewski zabił człowieka[2]. A jeśli tego nie uczynił – co wydaje się wątpliwe – to długie lata, spędzone na zesłaniu dały mu głęboką wiedzę o ludziach i ich zachowaniach, o metodach śledztw i psychologii najokropniejszych zabójstw.

_________________

[1] Sándor Márai, Dziennik 1943-1948, wyb. przeł. i oprac. Teresa Worowska, Warszawa 2016.

[2] Tamże, s. 15-16.

POWIEŚĆ ABSURDALNA

 Autentyczny krytyk literacki zawsze z zainteresowaniem czeka na autorów nowych, wstępujących pokoleń. W pamięci ma liczne „odkrycia” w tym względzie, bezdyskusyjne werdykty, potwierdzone po latach w naukowych podsumowaniach, w wielkich syntezach krytycznoliterackich, a na koniec w encyklopediach, leksykonach i słownikach tematycznych. Niestety często się zdarza, że na horyzoncie pojawia się krytyk układowy, spowinowacony z jakąś koterią, należący do jakiegoś lobby, który miast forować sprawiedliwe sądy, kieruje się dobrem „układu”, chwilowego rozdania kart, lansu konkretnego wydawnictwa, związku twórczego lub grupy nacisku. Przypomina się w tym momencie powieść Honoriusza Balzaka pt. Stracone złudzenia, w której bohater (Lucjan) wchodzi do świata recenzentów i dziennikarzy i z przerażeniem odkrywa, że jest on przeżarty przez korupcję, fałsz, kłamstwo, a na porządku dziennym jest wzajemne wyświadczanie sobie mniejszych lub większych przysług. Nagrody bywają wciąż takie same – dobre pieniądze, obecność na łamach, zasiadanie w gremiach i radach, urodziwa aktoreczka, albo „ładny chłopiec”. W polskiej krytyce powojennej mamy przede wszystkim do czynienia z krytykami podlizującymi się władzy komunistycznej, często będącymi agentami policji politycznej albo członkami PZPR-u. Nowy wynalazek, po 1989 roku, to krytyk medialny, odwalający pańszczyznę za pieniądze, wychwalający określony układ i będący klakierem określonych nagród, wchodzący w skład jury tychże „zaszczytów”. Mamy już też dowody – w formie publikacji książkowych – jak ogromne były nadużycia tego rodzaju krytyków i jak wiele klęsk ponieśli. Ich analizy i syntezy pełne są histerycznych sądów, patetycznych kreacji nowych Faulknerów i Bułhakowów, którzy bezpowrotnie utonęli w smole czasu. Nikt i nic ich już z niej nie wydobędzie, no chyba że inny krytyk, uniwersytecki filolog, który wyszpera sądy poprzedników i dla korzyści własnej poprze je w jakimś przewodzie doktorskim, habilitacyjnym czy profesorskim. Polska kultura, ponad siedemdziesiąt lat po drugiej wojnie światowej, nie wytworzyła magazynów branżowych, tygodników i dzienników, które by w sposób kompetentny oceniały naszą literaturę i sztukę. Próżno szukać też teraz krytyków na miarę Kazimierza Wyki czy Jana Błońskiego, próżno szukać ich następców. Dominuje strategia recenzencka, a pojawienie się zoila, reprezentującego określoną szkołę krytycznoliteracką bywa prawdziwym ewenementem.

Łukasz Orbitowski w powieści pt. Inna dusza, zapragnął odzwierciedlić miałkość i absurdalność zachowań dorastających chłopaków z Bydgoszczy. A przy tym poczuł się jak Dostojewski – poklepywany po plecach przez krytyków i kumpli – i zamarzył sobie by ukazać wnętrze młodocianego mordercy. Mnożąc monologi wewnętrzne bohatera, doprowadził swoją powieść do absurdu i zaplątał się w niej bezsensownie. Pisarz musi panować nad materiałem literackim, który generuje, a tutaj mamy sieć bełkotliwych dopowiedzi, nieustającą ewokację pustki myślowej, momentami tak przerażającej, że aż nieprawdopodobnej. Jakież to mało interesujące – ów infantylizm myślowy narratora, syna alkoholika, toczącego wciąż walki z własną psychiką i otoczeniem. Opis takiego dewianta sam w sobie byłby może interesujący, gdyby wykonanie było należyte, na dobrym poziomie literackim. Tutaj niestety mamy do czynienia z ogromną nieudolnością narracyjną, która w końcu rozmywa się w wielkiej nudzie i rozdrobnieniu celów pośrednich, nie mówiąc już o owym szczytnym marzeniu, by pokazać psychikę i mechanizm postępowania mordercy. Tak jak Jędrek jest niedojrzały emocjonalnie, tandetny w swoich zachowaniach, tak samo nieudolny jest autor powieści, mnożący marne opisy rodziny bohatera (tatka i mamusi), dorzucający ze strony na stronę opisy zachowań, w których nie ma niczego wartościowego. Przy tym najbardziej rażą tutaj doraźności, ciągłe nawiązywanie do tandetnych elementów kultury masowej (nie wiadomo jaką funkcję ma pełnić pomysł z tytułami rozdziałów wziętymi z utworów polskich zespołów rozrywkowych i piosenkarzy od Sasa do Lasa). Dobra powieść musi mieć swój rytm, wewnętrzną dynamikę, zachęcającą do dalszej lektury – musi wciągać w sposób magiczny, albo choćby denerwować na tyle, by chciało się ją dokończyć i posiąść określoną wiedzę o niej. Tutaj mamy do czynienia z przerażającym rozmamłaniem narracyjnym, jakby autor nie mógł się zdecydować, czy chce tworzyć portret psychologiczny narratora czy mordercy, czy tworzy studium psychoanalityczne czy tylko dokleja kolejne „kawałki” rozbitego lustra. Tak jego postaci – nawet jeśli ma to być odbiciem niedojrzałości – stają się niewiarygodne, równie sztuczne jak umieszczenie akcji w Bydgoszczy.

Wszystko w tej powieści zostało spłaszczone, zmarginalizowane i ciąg zdarzeń nie układa się w logiczną całość – to raczej cząstki, notatki, z których dopiero należałoby wysnuć narrację. Trudno się dziwić, że czytelnicy tego „dzieła” nie potrafią powiedzieć nic sensownego na jego temat, tak jak choćby Sylwia Chutnik, której opinię wydrukowano na okładce: Opowieść pełna szczegółów, które oddają klimat lat dziewięćdziesiątych w kraju Polska i klimat wieku dojrzewania: gdy chciało się po prostu szybko jeździć na rowerze, strzelać z procy, znaleźć sposób na samego siebie. Ojciec to był tatko, meblościanka gnieździła skarby z całego dzieciństwa. Przyszłość to decyzja o wyborze szkoły, nie myślało się o śmierci. Tylko robiło rzeczy zakazane. I dlatego powieść Łukasza ściska za gardło. Bo tu nie ma typowo złych bohaterów. Jest to ich zły koniec. Można by powiedzieć: jaki pisarz, tacy krytycy, ale przecież trudno wyartykułować coś sensownego o tej pisaninie, sztucznie dostosowanej do realiów lat dziewięćdziesiątych. Mogłaby jednak Chutnik wystrzegać się błędów stylistycznych, choć – nolens volens – oddają one to, co w powieści Orbitowskiego się nie udało. Dążąc do stworzenia specyficznej aury, pragnąc wypracować własną stylistykę nowoczesnej powieści, przedłożył autor czytelnikom mieszaninę nudy z powieści obyczajowych Kraszewskiego, z wydumanymi konceptami ostatnio nagłaśnianych autorów jego pokolenia. Niedookreśloność bohatera może być wartością powieści, ale w tym przypadku przełożyła się też ona na nieokreśloność narracyjną, pustkę myślową kolejnych stronic, a nade wszystko absurdalne fajerwerki zdarzeniowe, mające wzbogacić utwór; a to wyjazd na wybrzeże, gdzie Jędrek prawie zabija dziewczynę, a to jego pobyt w Legii Cudzoziemskiej. Wydawnictwo Od deski doi deski reklamuje tę powieść jako opartą na faktach, a tu przecież mamy do czynienia z rozmamłaniem faktów i absurdalnym ich rozdęciem. Może dlatego na końcu dzieła pojawiła się taka asekuracyjna dopowiedź: Zarys fabuły książki „Inna dusza” jest oparty na prawdziwych zdarzeniach. Trzeba jednak pamiętać, że tekst nie jest reportażem, tylko dziełem fikcji literackiej. Nie należy go traktować jako dokumentu. Wypowiedzi i myśli bohaterów, ich charakterystyka, a także opisy szczegółów miejsc i wydarzeń nie mogą stanowić źródła wiedzy o faktach. Szczytne założenie, próba ukazania psychiki i motywów postępowania młodocianego mordercy, zrodziło dzieło zaświadczające, iż jego autor nie zrozumiał podstawowej zasady wszelkiej wartościowej prozy: jeśli nawet bohater jest prymitywny, jeśli jego świat rozpada się jak domek z kart, narrator musi nad nim panować, strategicznie wprowadzać kolejne wątki, tak by na końcu wyłonił się kształt dający się obronić w każdej rzeczywistości i w każdym języku. Jako powieść w rozsypce, powieść bez reguł i bez wewnętrznej dynamiki, jest ona nieprzydatna przy opisie polskiej rzeczywistości, a tym bardziej nieprzekładalna na wielkie języki europejskie, gdyż glosy i przypisy zajęłyby w takich edycjach kolejne sto albo dwieście stron. Pracując w latach osiemdziesiątych w uniwersytecie i mając nieustannie do czynienia z młodymi ludźmi, mogę zaświadczyć, że miałem często do czynienia ze wspaniałymi osobowościami, które potem wyraziście zaznaczyły swoją obecność w społeczeństwie. Tutaj sugeruje się całkowite zepsucie młodzieży tego pokolenia, degrengoladę moralną, tandetę myślenia i konsumpcyjny model życia.

Założenie Orbitowskiego, że Bydgoszcz jest miastem mordu i przegrania to ogromne nadużycie, w taki tandetny sposób argumentowane przez Tomasza Sekielskiego: Wychowywałem się w Bydgoszczy, znam ją i pamiętam jej klimat. W „Innej duszy” Orbitowski odmalowuje niepokojący obraz miasta i jego mieszkańców z lat dziewięćdziesiątych., Chaos początków transformacji i społeczeństwo próbujące odnaleźć się w pierwszych latach przemian. Mord, który wtedy wstrząsnął bydgoszczanami, był symbolicznym znakiem tamtego czasu. Niepojęty, niezrozumiały, a przez to jeszcze bardziej przerażający. Ciekawe, bo ja też wychowałem się w Bydgoszczy i niczego takiego nie pamiętam, jak w każdym mieście zdarzały się tutaj patologie, ale tak daleko idące uogólnienie jest sporym nadużyciem. Opisy Bydgoszczy to nieustający ciąg przegięć, wypaczeń i przerysowań – ot tak jak w przypadku opisu wschodniej dzielnicy miasta: Fordon ciemnieje wcześnie. Latarnie znajdują się tylko przy głównych ulicach, niektórym utrącono głowy, pozostałe nie palą się jeszcze z innego powodu. Droga łącząca dzielnicę z resztą Bydgoszczy również bywa nieoświetlona. Jest jeszcze ciepło, więc wina wciąż pija się pod chmurką. Nie ma tutaj knajp. Nie ma tutaj bibliotek, kin, pubów z bilardem, nie ma klubów tanecznych ani ogniska kulturystycznego, nie ma placów zabaw ani kwiaciarni, nie ma kręgielni, pływalni czy hali do koszykówki. Salonów z flipperami również nie ma, podobnie jak działek. Są tylko niewielkie ogródki, po których schodzi się po brązowych schodach z pierwszych pięter bloków. Bloki te ciągną się w nieskończoność czy jeszcze dalej, do morza, osadzone na zielonych wzgórzach i wrosłe w kotliny, czteropiętrowe i dziesięciopiętrowe, przedzielone przez parkingi, przedszkola, podstawówki tysiąclatki i dyskonty spożywcze o dachach pokrytych blacha falistą. W chaszczach Fordonu chrumkają dziki. Kuny skaczą po gałęziach. Lis myszkuje w śmietniku. Jakaż psychika widzi jedynie negatywy i przerysowuje co i rusz opisy rzeczywistości – jakaż próbuje przekonywać, że w takiej przestrzeni muszą pojawiać się patologiczne typy ludzkie – ot takie jak Malwina: U nas po Fordonie włóczy się taka Malwina. Weźmie do ręki za dziesięć, do buzi za dwadzieścia, a za trzydzieści pięć całą resztę, czy jakoś tak, w każdym razie taniej niż Aneta Gorące Usta, co jest w gazecie, albo babeczki w hotelu Brda. To też ma być znak firmowy miasta, jakby w innych aglomeracjach nie pojawiały się prostytutki albo zdegenerowane, bezdomne kobiety. Dalej opisy orbitują ku granicom absurdu: Bydgoszcz rozwadnia się za oknem autobusu. Kamienice, pościskane w centrum jak gołębie podczas ulewy, rozluźniają się z każdym kolejnym przystankiem. Ich okna robią się mniejsze, bramy zieją czernią i pyłem. Między nimi wyrastają czteropiętrowe bloki, plomby, mokre ogródki i place zabaw z rdzewiejącymi zjeżdżalniami. Błyska stalowa tafla Brdy. Pojawiają się zaniedbane wille ze sztucznymi kwiatami na parapetach i wiejski domki, pobielane, o czerwonych dachówkach. Są też szare kloce, bliźniaki, gdzie każde okno i drzwi są inne, obsypane przez anteny satelitarne, z gałęziami i liśćmi na dachach. Autor szczególnie upodobał sobie Fordon, dzielnicę pięknie położoną, pełną szerokich ulic i wysokościowców. W jego opisach wygląda ona tak: Fordon o poranku jest szary jak gołąb. Dalekie bloki zlewają się z zachmurzonym niebem, w bliższych rozpalają się światła, które z trudem przebijają się przez mgłę. Pod budką fryzjerską przycupnęła jakaś sylwetka w kożuchu i wełnianej czapie. Przypomina pogańskie bóstwo zagubione w betonowej pustyni. Kobiety z pustymi siatkami, pijaczkowie w dresowych bluzach i zmęczeni bezrobotni oczekują na otwarcie spożywczaka.

Jakże absurdalna jest metoda twórcza Orbitowskiego, który pragnąc wzmocnić opisy psychiki mordercy, opluwa miasto, w którym on nieszczęśliwie zaistniał. Kontrapunktem czyni Warszawę, idealizując ją, choć i ona nie znajduje u niego pełnej akceptacji: Ale Warszawa to nie prawdziwe miasto, choć może kiedyś nim będzie. Na pewno jest lepsza niż Bydgoszcz. W prawdziwych miastach nie znajdziesz cuchnącej bramy, tylko sklepy, kawiarnie i restauracje. Ludzie noszą tylko nowe ubrania i piją wino do obiadu. Nie ma miast bez cuchnącej bramy, znajdziemy je w Nowym Jorku, Pekinie i Buenos Aires, nie ma też przestrzeni idealnych, o których opowiada autor. Dla niego: Bydgoszcz jest nierzeczywista jak malunek na szkle – byle jakie domy, ludzie byle jacy i słońce nasmarowane na niebie. W jego promieniach tańczy świetlisty kurz. W spożywczaku zaduch i mrok, mydło przygniata powidło. Do tego jeszcze: Na dachach kręcą się gołębie i leżą butelki. W trawie tkwią klapy studzienek kanalizacyjnych, a w chaszczach obok bloków zalegają hałdy śmieci. Te znaczące przerysowania sąsiadują z błędami topograficznymi i onomastycznymi (Wypaleniska to u autora Wykopaliska), a Bydgoszcz zyskuje w końcu miano miasta przeklętego. I tak jak trudno znaleźć jakieś pozytywy w tej powieści, tak trudno przypisać jej określone wartości pisarskie lub artystyczne. To ciąg napastliwych relacji, opisów, rozmów, nie przystających do wagi problemu, jakim jest niewytłumaczalna zbrodnia, której dopuścił się człowiek daleki od profilów osobowościowych innych morderców. Tak oto coś, co miało aspirować do pokrewieństwa z prozą Dostojewskiego, stało się rodzajem śmietnika pisarskiego, worka, do którego autor wpakował co się dało, przyozdabiając wszystko wulgaryzmami, uproszczeniami i opluwaniem dużego polskiego miasta, o którym tak naprawdę niczego nie wie, a tym bardziej nie jest w stanie zrozumieć jego etosu. Starczy spojrzeć na pocztówki z okresu międzywojennego, starczy przejść się ulicą Gdańską, Dworcową lub Cieszkowskiego, by zauważyć, że obraz Bydgoszczy, wykreowany na kartach prozy Orbitowskiego jest z gruntu fałszywy i szkodliwy. Tym bardziej zaskakuje to, że książkę uhonorowano największym bydgoskim wyróżnieniem literackim – Strzałą Łuczniczki.

_____________

Łukasz Orbitowski, Inna dusza, Od deski do deski, Warszawa 2015, s. 430.

SZCZĘŚCIE POZA UCZELNIĄ

Prof. zw. dr hab. Józef Banaszak – zawsze mile widziany gość w moim domu

Dobra rozmowa z Józkiem Banaszakiem o ostatnich wydarzeniach i o tym, co ma nadejść niebawem. Jak lejtmotyw wraca temat Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego, który niedawno obchodził pięćdziesięciolecie istnienia. Józek miał ogromne zasługi w zakresie wykreowania tej uczelni i postawienia jej na nogi – potrafił tak prowadzić rozmowy i tak mądrze zszywać działania, że powstała Akademia Bydgoska, która szybko przekształciła się w uniwersytet. Teraz to jakaś dziwna instytucja, kierowana przez przypadkowego Rektora, której nie zależy na bogactwie intelektualnym i indywidualnym dążeniu ku wielkości. Jesteśmy obaj tego dobrym przykładem, a szczególnie Józek, który tak zniechęcił się do uczelni, że w pełni swoich sił kreatywnych, definitywnie postanowił odejść na emeryturę. Nie wziął też udziału w obchodach jubileuszowych, bo nie chciał spotkać się z ludźmi, którzy wyrządzali mu krzywdę i wciąż stawali na drodze, ale wciąż pchają się do pierwszych rzędów. Teraz, gdy posiadł ogromną wiedzę, zgromadził wspaniały dorobek publikacyjny i pedagogiczny i mógłby być ozdobą wielu uniwersytetów amerykańskich i europejskich, obecni zarządcy mają go gdzieś i kierują się tylko literą martwych przepisów. Kto ma uczyć studentów, kto ma ich prowadzić do wielkości, gdy największe osobowości odsuwane są na margines – kto ma wytyczać kierunki eksploracji naukowej, gdy powszechne w tej instytucji jest zastraszanie i tolerowanie intryg, prowadzących do eliminacji zdolnych naukowców. Wiem coś o tym, bo sam jestem ofiarą oszustw kogoś, kto w pewnym momencie próbował zmanipulować cały Wydział Humanistyczny i niszczył przede wszystkim ludzi, którzy mogliby ujawnić jego przestępstwa seksualne i dawanie fragmentów swoich prac naukowych kochankom, w celu stworzenia humbugów prac magisterskich. Gdzie teraz szukać takich uczonych jak Wacław Borowy, Stanisław Pigoń, Kazimierz Wyka, którzy potrafili zauważyć wyjątkowość młodych naukowców i tak nimi kierować, by powstająca praca doktorska stała się też częścią i podstawą habilitacji. Mogłaby o tym coś powiedzieć sanitariuszka z powstania warszawskiego, a potem wielka badaczka romantyzmu – Zofia Stefanowska, wzór kompetencji, uczciwości i pracowitości. Po drugiej stronie postawiłbym Alinę Kowalczyk, autorkę problematycznych prac filologicznych, która z poety genezyjskiego i kosmogonicznego, jakim był Juliusz Słowacki, uczyniła mistyka, tworząc nawet osobny tom Biblioteki Narodowej i formułując swoistą, pokrętną ideologię w tym względzie. Dobrze pamiętam moje rozmowy na ten temat z prof. Stanisławem Makowskim i jego oceny prac prof. Kowalczykowej, co wkrótce znajdzie odzwierciedlenie w nowej edycji mojej monografii autora Kordiana.

Rozmawiamy z Józkiem o naszych rozczarowaniach uniwersyteckich i nieustannych intrygach, które prowadzili ludzie małego intelektu, zdobywający polskie tytuliki naukowe za sprawą fałszerstw i działań pozaprawnych. Nie mówię o tym, ale w moich myślach pojawia się uczony, który jest moim największym rozczarowaniem naukowym i ludzkim. To prof. Józef Bachórz z Uniwersytetu Gdańskiego, który nie umiał odsunąć na bok plotek na mój temat i ostatecznie przyczynił się do tego, co miało miejsce w jego uczelni podczas kolokwium habilitacyjnego. Pamiętam jak w 1983 roku pojawił się na Wydziale Humanistycznym, wtedy jeszcze WSP, zapalając nas do badań nad literaturą romantyzmu i uwodząc swoją interesującą osobowością. Choć już wtedy martwiło mnie jego uwikłanie w komunizm, przemowy na zjeździe PZPR, podziwiałem jego odwagę, gdy w stanie wojennym potrafił bronić ludzi przed restrykcjami władzy. Niestety moje kolejne spotkania z tym człowiekiem utwierdzały mnie w przekonaniu, że stracił swoją ogromną empatię do ludzi, a współpracując stale z Michałem Głowińskim, stał się też adoratorem jego ucznia i mojego największego wroga, bezkrytycznie przyjmując jego „opowieści” i „powiastki”. Przed wejściem na kolokwium, gdy z radością relacjonowałem mu, w końcu promotorowi mojej pracy magisterskiej i recenzentowi doktoratu, że jestem blisko uzyskania habilitacji, warknął coś paskudnie i szybko się oddalił. Jedno jego słowo zmieniłoby sytuację, jedna wypowiedź powstrzymałaby jego bezkarnych uczniów (Rosiek, Owczarski) przed formułowaniem na kolokwium kłamstw na mój temat, ale niestety, tkwiąc w określonym układzie, nie kiwnął palcem. Zbliża się czas odsłonięcia mojej hańby habilitacyjnej, ujawnienia Protokołu z UG i podsumowania tego wszystkiego w osobnej publikacji. Józek Banaszak ciągle mówi o tym, że to, co ze mną zrobiono, przechodzi ludzkie pojęcie i nie mieści się w głowie. Tak, wiem o tym, ale przecież wciąż mamy do czynienia z wydziałowymi matactwami i kombinacjami – nie zdziwiło mnie zatem ostatnie  uwalenie Stefana Pastuszewskiego na kolokwium habilitacyjnym w UKW, gdy jego ogromny dorobek i aktywność polityczną odebrano jako przewinę, a nie zasługę. Nigdy nie doczekamy się takiego rozwoju nauki, jak w uniwersytetach amerykańskich, póki paskudny hamulec, jakim jest habilitacja, wykorzystywany będzie przez zera uczelniane do gier i gierek, mających na celu eliminację zdolnych ludzi.

Robimy sobie z Józkiem kilka zdjęć, by udokumentować spotkanie w moim domu, a potem żegnamy się i wracamy do swoich codziennych zajęć. Wciąż jeszcze jednak rozmyślam o tym, o czym rozmawialiśmy i uśmiecham się do samego siebie. Paradoksalnie mój największy rozwój ma miejsce po odejściu z uczelni, która wciąż hamowała mnie i generowała drastyczne sytuacje. Teraz dopiero mogę spokojnie pisać książki prozatorskie i poetyckie, a także komponować odważne monografie, nie bojąc się, że jakiś „urzędnik” uczelniany poczuje się dotknięty i zemści się negatywną recenzją. Gdy stawałem do kolokwium habilitacyjnego w Gdańsku miałem w dorobku trzy duże monografie o największych polskich romantykach – Mickiewiczu, Słowackim i Krasińskim, a do tego tzw. „dorobek naukowy”, którym mógłbym obdzielić trzech habilitantów. Ostatnia ogromna monografia o gigantomachii Zygmunta Krasińskiego, która była podstawą habilitacji zyskała pozytywne recenzje wydawnicze tak wybitnych humanistów jak prof. Andrzej Fabianowski i prof. Jarosław Ławski, a w przewodzie zachwyciła prof. Zbigniewa Sudolskiego i prof. Tadeusza Linknera, przebiła się też przez niechęć i zazdrość Jerzego Fiećki i Marka Bieńczyka, którzy przy całym swoim wybrzydzaniu, też zwieńczyli swoje recenzje ostateczną formułą pozytywną. A zatem sześć pozytywnych recenzji, ogromny dorobek publikacyjny w Polsce i za granicą, udział w dziesiątkach polskich i międzynarodowych konferencji naukowych, pobyt jako visiting profesor w wielkim uniwersytecie amerykańskim, wypromowanie dwustu magistrów i ponad 60 licencjatów, nie miało znaczenia w konfrontacji z intrygą, którą nakręcił zawistny „badacz” socrealizmu, bojący się, że jako profesor lub urzędnik uczelniany, ujawnię jego igrce seksualne ze studentkami, robienie im dzieci, a w konsekwencji stanie się bohaterem powieści Krzysztofa Derdowskiego pt. „Wstyd”. Nasze ludzkie życie jest bardzo krótkie i w każdym przypadku kończy się śmiercią, czyli tragedią, więc jakiekolwiek działania, intrygi podłości i tak idą do piachu – może przez jakiś czas wikłają ludzkie życiorysy, ale koniec końców i tak nie mają znaczenia dla jednostek takich jak Józek i ja. Mój rozwój po wyjściu z uniwersytetu jest permanentny i będzie taki aż do śmierci. Dopiero teraz czuję się wyzwolony i niczym nie ograniczany, na półkach stają wciąż nowe książki, odbywam wiele intrygujących podróży zagranicznych, poznaję mrowię wspaniałych ludzi różnych kolorów skóry. No i przygotowuję się do ostatecznej rozprawy z tymi, którzy chcieli mnie zniszczyć, a tylko przyczynili się do wielkiej mobilizacji i nieustannego rozszerzania twórczych pasji. Zdjęcie, które zamieszam na końcu tego tekstu ma wymiar symboliczny, bo ukazuje mój uporządkowany pokój codziennych prac, z książkami, które napisałem i atlasami ornitologicznymi, które nieodmiennie przywożę z dalekich wypraw – w rękach trzymam atlas ptaków Republiki Południowej Afryki, który kupiłem w sklepie na skraju Parku Krugera, a którego nigdy nie miałbym w rękach, gdybym dalej tkwił w polskim marazmie uniwersyteckim. Ściskając rękę prof. Józefa Banaszaka na pożegnanie, byłem pewien, że po jego jesiennym odejściu z UKW, zacznie się dla niego nowy, wspanialszy etap życia i nowe otwarcie. Szkoda tylko, że tak późno…

* * *

Gdzieś w Internecie znalazłem zdjęcie rzeźby, które powinno znaleźć się na moim blogu. To jakby emblemat dźwigania się z upadku i wznoszenia ku górze niczym ptak. Po zniszczeniu moich dwóch habilitacji przez bydgoskiego błazna pseudonaukowego, zbieracza rozkładów jazdy i seksualnego dewianta, robiącego dzieci studentkom, to Dziennik ornitologa dźwigał mnie z kolan.

 

 

OKOPY ŚMIERCI…

Krzysztof Derdowski, przez blisko czterdzieści lat, był ważnym elementem mojego literackiego świata. Najpierw jako starszy kolega z Wydziału Humanistycznego Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bydgoszczy, potem jako członek Koła Młodych Związku Literatów Polskich i współuczestnik różnorakich działań wolnościowych, a wreszcie jako bardzo bliski kolega ze środowiska artystycznego naszego miasta. Już wtedy wyraziście określił swój maksymalistyczny profil, czy to pisząc pracę magisterską o Rafale Wojaczku, czy nawiązując w wierszach do Szymanowicza, Bursy, Stachury, Polsakiewicza i Milczewskiego-Bruna. Ucieszyłem się zatem, gdy Jerzy Szatkowski, prawodawca Symbolicznych Nagród Bruna, poinformował mnie, że pragnie uhonorować go w sposób szczególny i na zawsze związać z autorem Poboków. W informacjach, które pojawiły się po śmierci  Krzysztofa, podaje się, że był trzykrotnym laureatem konkursu na Bydgoską Książkę Roku i otrzymał Strzały Łuczniczki, ale przecież nagroda Bruna jest o wiele ważniejsza, a przypomnieć też trzeba, że otrzymał Medal Jerzego Sulimy-Kamińskiego i Nagrodę Literacką im. Klemensa Janickiego. Na wiele lat zawiesił pisanie wierszy i skupił się na tworzeniu prozy – eseistyki, opowiadań, a nade wszystko powieści. W pracach tych, najczęściej motywowanych osobistymi przeżyciami, dokumentował znakomity styl, umiejętność snucia narracji, łączenia przeciwstawnych wątków, a przy tym funkcjonalnie kreślił portrety psychologiczne osób niezwykłych i destrukcyjnych kanalii. Ceniłem jego Chłód, Robala, Nagą, ale nade wszystko stawiałem Wstyd, powieść, w której ukazał profesora socrealizmu, wchodzącego w kontakty seksualne ze studentkami i pracowniczkami uczelni, a przed Warszawką i swoimi promotorami, udającego instancję etyczną. Będąc ofiarą tego kogoś, wiele rozmawiałem z Krzysztofem o jego powieści, a po zaprezentowaniu mu materiałów, które zgromadziłem, powstała w nim myśl, by powieść Wstyd (pierwszy tytuł: Wyuzdanie) pociągnąć dalej lub napisać choćby dłuższe opowiadanie. Trochę to hamowało moje działania interwencyjne, ale teraz nie będę już czekał i opublikuję szokujące dokumenty.

Wspominając Krzysztofa nie mogę nie podejmować tematów etycznych, bo była to zawsze jego domena i nawet, gdy zdarzało mi się odkrywać jakieś jego ambiwalencje – wszak w anabatycznych przestrzeniach miewaliśmy kontakty z osobami wzajemnie nam wrogimi – kładłem to na karb jego wyjątkowej osobowości i nieustannego pobudzenia intelektualnego. Ostatnimi czasy Krzysztof blisko związał się ze środowiskiem Galerii Autorskiej w Bydgoszczy, ale podczas naszych spotkań, także w obecności Ryszarda Częstochowskiego, podkreślał, że nie może pogodzić się z tym, że spotyka tam za każdym razem osoby skompromitowane, o których haniebnej przeszłości miał określoną wiedzę. Deklarował, że porozmawia o tym z właścicielem Galerii i postawi sprawę na ostrzu noża, ale nie wiem czy zdążył to zrobić? Zapewne ważniejsze dla niego było to, że mógł tam obcować także z prawdziwymi artystami i pisarzami, a i undergroundowy charakter tego miejsca dobrze komponował się z jego zainteresowaniami literackimi i artystycznymi. Podziwiałem też jego bezkompromisowość w ocenach tego, co działo się w Teatrze Polskim w Bydgoszczy i to zapewne przede wszystkim jemu zawdzięczamy zmiany, które tam miały miejsce. Jego krytyka była ostra, ale zawsze sprawiedliwa, a ostatnie teksty o bydgoskim pisarczyku, uzurpującym sobie rozdawanie kart w kulturze tego miasta, należą do jego najlepszych działań interwencyjnych. Wielką zasługą Krzysztofa było „rozbujanie” eseistyki i publicystyki na portalu bydgoszcz24.pl. Niestety po jego odejściu z redakcji, całkowicie zmienił się charakter tych stron internetowych, pełnych hejtu w tzw. opiniach. Ewa Starosta, która niegdyś miała niezłe pióro, nie dźwignęła tego, co on robił, nie stworzyła właściwego kontrapunktu dla tekstów nacechowanych politycznie, często mających jedynie charakter użytkowy. Ach, ileż było tych spotkań z Krzychem, ile razy spotykaliśmy się przy kawiarnianych stolikach, w naszych domach, podczas wyjazdów na spotkania autorskie, gdzieś w Polsce. Gdy popadł w kłopoty, starałem się pomagać mu w miarę możliwości, a jakieś dwa tygodnie przed śmiercią spotkałem, się z nim i z Częstochowskim na Starym Rynku, a na odchodne umówiliśmy się, że jak wróci uderzymy razem we wspomnianego wyżej pisarczyka i zapytamy Prezydenta Bydgoszczy, dlaczego przyznawana przez niego nagroda za najlepszą książkę roku, nie została odnotowana w BIK-u. Niestety, Krzysztof zmarł w Pradze, do Bydgoszczy wróciły już tylko jego prochy, a w informatorze pojawił się jego nekrolog i haniebna napaść na mnie Bartłomieja Siwca, który naigrywał się, że wydano wybór moich wierszy w języku mandaryńskim w Chinach.

Bartłomiej Siwiec to syn poety, z którym wiele lat się przyjaźniłem, choć była to raczej „szorstka przyjaźń” (raz lepiej, raz gorzej), a nasze kontakty urwały się, gdy dowiedziałem się, że uważa on, iż moje książki naukowe nie mają głębi i wychwala pod niebiosa T., choć dobrze wie, że to on stał za ostatnimi wydarzeniami w moim życiu. Teraz z charakteru napaści jego syna wnioskuję, że musiałem być bohaterem negatywnym w jego domu od dłuższego czasu, co pośrednio potwierdzało też  demonstracyjne bratanie się z moimi wrogami. Pal sześć, spotykamy jakichś ludzi w życiu, przez jakiś czas idziemy razem, a potem odlatujemy w różne strony, jak rzucane wiatrem klonowe liście, takie życie, taki los. Teraz pisząc o Krzysztofie muszę raz jeszcze nawiązać do Bartłomieja, którego dorastanie od małego obserwowałem, żywo interesowałem się jego sukcesami szachowymi, a potem z ogromnym zaciekawieniem sięgałem po książki, które zaczął publikować. Niestety, tutaj nie było już tak dobrze jak na szachownicach, coraz to odkładałem jego prace z przekonaniem, że są to wprawki, ledwo próby zaistnienia w języku, który – w jego wersji – „nie miał głębi” i bywał niechlujny. Przedmiotem tego wpisu wszakże nie jest twórczość tego chłopaka, a raczej jego ostatnie wystąpienie pt. Iskra buntu Rzecz o Krzysztofie Derdowskim. Publikacja ukazała się w „Dzienniku Bydgoszczy”, z którym także współpracuję, i w zamyśle miała być czymś na kształt wspomnienia o naszym wspólnym znajomym, który niestety nie przetrzymał czwartego zawału serca. Biorąc do rąk gazetę i widząc ten tekst, podejrzewałem, że coś mi się w nim nie spodoba, ot takie wewnętrzne przekonanie i skupienie uwagi, po wskazanej wyżej napaści w BIK-u. Okazało się, że grzech numer jeden pisania Bartłomieja, czyli płaskość, jednoznaczność, przegięcie, bufonada, i tutaj dały o sobie znać. W ujęciu Siwca juniora Derdowski staje się heroicznym bojownikiem i buntownikiem, walczącym o dobro ludu, mającym w sobie ową patetyczną, tytułową iskrę buntu. Nie wiem, co powiedziałby Krzychu, gdyby przeczytał ten tekst – zapewne przymknąłby oko na niechlujstwo językowe, uproszczenia i naginanie faktów, wszak był to dobry człowiek, mający wiele wyrozumiałości dla uczniów i stażystów w literackim rzemiośle. My jednak, opluci wcześniej przez BS, nie musimy być tacy grzeczni i wskażemy naszemu harcownikowi, że nie godzi się we wspomnieniu o zmarłym koledze wykorzystywać jego śmierci i owego tekstu do podnoszenia własnych zasług. To mniej więcej tak samo płaskie i żenujące, jak atak po przegranym konkursie na kogoś, kto w tym konkursie wygrał. Brak klasy w stosunku do niezależnych jurorów, fundatora nagrody i współuczestników zawodów – ot takie – jak to dowcipnie określają szachiści – bicie konia w obecności królowej….

Pisze nasz Bartłomiej tak, cytuję dosłownie, zachowując „styl” i nielogiczności autora: Już po 1989 roku okazało się, że najważniejsze będą ojczyzny lokalne z ich własną historią, kulturą i tradycją, ale przede wszystkim z ich odrębnością. (…) A co z Bydgoszczą? I tutaj nasze drogi zeszły się ponownie. Gdy w 2010 r. zadebiutowałem powieścią historyczną „Zbrodnia, miłość, przeznaczenie”, której akcja toczy się na naszym terenie, Krzysztof wyczuł potencjał tej historii – i co tu mówić – stał się gorącym orędownikiem książki. Zapamiętał ją na wiele lat do tego stopnia, że jeszcze w pierwszym tegorocznym numerze ogólnopolskiego czasopisma „Wyspa”, pisząc o mojej najnowszej powieści, zarazem przywołał mój debiut. No tak – „i co tu mówić” – ano, że mamy wrażenie, iż całe to nadęte wspomnienie zostało napisane przez Siwca dla tego jednego wskazania i monstrualnego nadmuchania balona samozadowolenia, przekonania o wielkości i bliskiej już wiekuistej chwale. Tego rodzaju spłaszczenie osiągnięć pisarza, zasłużonego dla kultury naszego miasta, wskazuje na rozchwianie emocjonalne autora wspomnienia i jego dezynwolturę literacką. Sięgnie ona zenitu, gdy na końcu tekstu przybierze kształt takiej oto głupawki: Zastanawiałem się, jak zakończyć tekst o Krzysztofie, wybitnym pisarzu i moim dobrym druhu. Przyszło mi na myśl, że On był trochę jak kawalerzysta, mocno w życiu szarżował (a może nawet walczył z życiem?) i bez ustanku. Mimo słabowitego zdrowia i kilku bardzo poważnych sygnałów ostrzegawczych, nie potrafił zaprzestać walki, nie potrafił żyć inaczej. Czyżby nie zdawał sobie sprawy z tego, że okopy śmierci są nie do zdobycia? No i co? No i kulawy koń kawalerzysty by się uśmiał – o ile samozadowolenie Bartłomieja wyprowadziło mnie z równowagi, o tyle zaśpiew końcowy autentycznie rozbawił. Krzychu jako kawalerzysta – już go widzę jak galopuje na kuniu w rogatywce i krzyczy: walczę, cały czas walczę, chociaż okopy śmierci są nie do zdobycia… Taki poważny bojownik, taki nosiciel iskry buntu… A gdzie, kolego Siwiec, jego szaleństwa, o których wspólnie wiemy, gdzie jego prawdziwy kształt ludzki, z elementami przystającymi jak ulał do życiorysów poetów wyklętych? Gdzie pracowitość i talenty polemiczne? Derdowskiemu niepotrzebne jest zakłamywanie jego dni i robienie z niego romantycznego herosa, on rzeczywiście walczył, ale przede wszystkim z własną słabością i fatalnymi zrządzeniami losu, każącymi jemu – wybitnemu humaniście – żebrać o grosz, podejmować prace zlecone w stróżówce i zalewać się z rozpaczy. Cokolwiek się nie powie o Krzysztofie, daleka mu była doraźna rąbanina pseudo literacka, którą na razie uprawia autor wskazywanego tutaj „wspomnienia”.

RATLERKI…

Każdy pisarz ma swoją drogę i kolejne lata jego działalności przypominają podróż przez nowe przestrzenie, mijanie i poznawanie miejsc, które nie pojawiają się bez powodu. Wszakże – jak twierdzą krytycy francuskiej szkoły tematycznej – to nie autor wybiera tematy, a właśnie one jego wybierają. Oczywiście pojawiają się stale nowe barwne błony, nowe rozmycia walorowe, nagle też odsłaniają się krajobrazy niezwykłej klarowności, ale droga, którą twórca podążą jest najważniejsza. Patrząc na mój szlak, wiodący od bitnej wspólnoty generacyjnej i wielu tekstów jej poświęconych, poprzez studiowanie i opisywanie europejskiego romantyzmu, zainteresowanie literaturami anglojęzycznymi, fascynację współczesną poezją polską i światową, jestem przekonany, że książki, które publikowałem, w jakiś tajemny sposób mnie wybrały. Oczywiście ważna była konsekwencja i omijanie raf, nauka płynąca z błędów, chwilowych potknięć i zejść ku niewłaściwym celom, ale przecież tworzony dorobek stawał się przez lata rodzajem zbroi, twierdzy i wskazywał dalszy ciąg, nadawał impet kolejnym projektom. Jeśli pisarz podchodzi poważnie do swego rzemiosła, jeśli chce wyławiać z nicości kolejne dzieła, nic nie będzie w stanie zdekomponować jego zamierzeń, nic i nikt go nie zatrzyma, a pojawiające się opinie negatywne będą miały takie znaczenie jak szczekanie ratlerka w zoo, gdy postawi się go przy klatce z czarnym lampartem. I na tym powinienem zakończyć te rozważania, ale jednak zajmijmy się przez chwilę kimś, kogo określić można jako pajaca pseudo literackiego, bo to jest z jednej strony zabawne, a ze strony drugiej – pouczające. Na mojej drodze pojawiło się sporo takich pierrotów z połamaną nogą, zwichniętym barkiem, opuchniętym nosem czy nader obfitym garbem. Za każdym razem chcieli mi udowodnić, że jestem nikim, a tworzone przeze mnie książki są bez wartości. Najwięcej zła w tym względzie wyrządził mi histeryczny twórca homoerotyczny, który miał nadzieje być drugim Gombrowiczem, a skończył na jękach w jednym z opublikowanych dzienników, że o nim nie piszą, że po wielkim triumfie amerykańskim (czyt. po pobycie w USA), nie pojawiły się znaczące studia, reporterzy nie czekali na lotnisku i paskudne, polskie gazety nie odnotowały wielkiego come backu. To on napuszczał na mnie różnorakich pomyleńców (czyt. pajaców pseudo literackich), czy to ze środowiska literackiego, gazeciarskiego, naukowego czy artystycznego i przez wiele lat ział nienawiścią. I to jego akolitą i najwierniejszym lokajem jest młodszy ode mnie o dwadzieścia kilka lat pajac, który w ostatnim czasie skacze mi do oczu, płodzi pisaniny, których nikt przy zdrowym umyśle, nie bierze na poważnie, albo napuszcza jakichś pod-pajaców. Pojawienie się takiego pajaca jest możliwe w sytuacji, gdy do władzy w obrębie kultury dochodzą „ludzie-nikt”, marionetki wyniesione przez układ (najczęściej polityczny), rzeczywiście nie mające nic do powiedzenia i potrzebujące różnorakich krzykaczy u swego boku. Szybko zatrudniają one swojego pajaca na etacie, dają mu namiastkę władzy, wytyczają rewir, w którym ma się pojawiać, gardłować i zachwalać człowieka-nikt, który go wylansował. Ten natychmiast rzuca się na wrogów swojego mocodawcy, pluje, gaworzy po pijaku i na jawie, a nawet tworzy swoje stadko pod-idiotów i pod-idiotek, pacynek z plasteliny albo szmatki z odzysku. Sam jest człowiekiem-nikt, więc musi głośno ryczeć by było go słychać, wysilać się by mentor był zadowolony i dawał mu carte blanche na nowe miesiące i lata. Jakie znaczenie mają jego napaści i jaki będzie jego koniec, uczy biografia wskazanego wyżej pisarza homoerotycznego, który po latach szaleństw, kąsania i nabijania się z innych twórców przegrał walkę z konkurentami w obrębie gatunku, który uprawiał, a tzw. sumienie tak go zaczęło gryźć, że jego ulubionym miejscem terapeutycznym stał się konfesjonał. Stare arabskie powiedzenie, nawiązujące do wyniosłości i spokoju wielbłądów – psy szczekają, a karawana idzie dalej – we właściwy sposób oddaje moją sytuację, tylko jeszcze dodajmy, że chodzi o ratlerka z pieskami kanapowymi u boku, który przy lada kopnięciu poleciałby w zarośla ostów, ostropestów, dzikich róż, pokrzyw a lebiody.

UWAGA GRAFOMANIA (2)

Cóż robić z uporczywie produkowaną grafomanią? Jakiś czas temu moja dobra znajoma założyła, wraz z dwoma młodymi kolegami, blog pt. Polska grafomania, który miał wiele odsłon, ale też został natychmiast zakrzyczany przez autorów „omawianych” wierszy, tekstów recenzenckich i wskazywanych postaw. Dziewczyna trochę się wystraszyła, trochę poczuła się dotknięta bezpardonowymi atakami i koniec końców zrejterowała, kasując swoje wpisy, tym bardziej, że zaczęła się typowo polska wojna podjazdowa, wydzwanianie do administratorów portalu internetowego, przekazywanie plotek i kłamstw, straszenie sądami i policją. Podobna sytuacja zaistniała po moim wpisie pt. Uwaga grafomania na blogu Dziennik ornitologa, który prowadzę w obrębie WordPressu od 2008 roku. W grudniu 2015 roku wskazałem tam nadużycie toruńskiego wydawnictwa Algo, które w serii największych poetów polskich (Norwid, Słowacki, Leśmian, Staff, Baczyński, Gałczyński itd.) opublikowało zbiór straszliwej grafomanii toruńskiego wierszoklety Krzysztofa Marii (wł. Grzegorza) Szarszewskiego. Po ukazaniu się mojej recenzji, gdzie cytowałem wiekopomne strofy tego kreatora, zaczął on opluwać mnie w Internecie, używając wulgarnych i plugawych słów. Sprawdziłem w sieci z kim mam do czynienia, a znalazłszy między innymi szereg publikacji na temat oszukańczego pośrednictwa pracy z Torunia, w którym odgrywał jakąś rolę,

http://torun.wyborcza.pl/torun/1,35576,8685716,Kandydat_na_torunskiego_rajce_zmiennym_jest.html#ixzz3wa1z6VHM

http://www.nowosci.com.pl/archiwum/a/to-bylo-nielegalne-posrednictwo-pracy,11317701/

sprawę znieważeń skierowałem do Sądu Rejonowego w Toruniu. Szarszewski – nawet pod grozą wyroku sądowego – podłączył się chętnie do mnie, wietrząc możliwość promocji swoich poronionych tworów. Nie zawracał sobie głowy szkodliwością czarnego PR-u, zarzucając sieć bzdurami na mój temat, kłamliwymi enuncjacjami, zarzutami bez pokrycia, a wisienką na torcie miało być moje rzekome molestowanie kobiet, głównie z jego grona towarzyskiego, w tym jego wieloletniej towarzyszki życia Katarzyny Ż., którą – jak mi mówią przyjaciele z Torunia – strzeże jak Cerber, choć i tak mu się to nie udaje. Sądy w Toruniu wydały dwa wyroki za te bezczelne i absurdalne działania, ale przecież Szarszewski ma gdzieś jakieś tam Sądy.

W międzyczasie skumał się z Prezesem Związku Literatów Polskich Markiem Wawrzkiewiczem, którego bywałem kontrkandydatem (czyli wrogiem klasowym – jak uczył towarzysz Dzierżyński) do funkcji szefa ZLP, podczas wyborów w Warszawie. Nic to, że Szarszewski tworzy grafomanię, nic to, że opluwa główne osoby w naszym państwie w straszliwych wierszydłach, nic to, że Prezesa Oddziału wchodzącego w skład struktury ZLP określa jako gnidę, kanalię, molestanta seksualnego, oszusta, ch…, p…. skurw…, „gumę po ejakulacie” itp. Nic to, bo liczy się tylko to, że atakuje „czarnego luda” z Bydgoszczy, tego „prowincjonalnego” bufona i padalca, który ma czelność stawać do wyborów z Wawrzkiewiczem, wytykać esbecką przeszłość Prezesa i pytać o finanse organizacji. No ale jak dobrać się do tego Lebiody, przecież to piskorz, który nawet za komuny wyśliznął się naszym towarzyszom i cały patrol zomowców nie dał mu rady. Ano tak… trzeba poza prawnie stworzyć funkcję Rzecznika Dyscyplinarnego ZLP, a ten niech napisze pismo do Prokuratury, niech dołoży się Szarszewski z koleżankami i konkubiną! Wcześniej w toruńskiej Prokuraturze się nie udało, więc ta sama, alkoholem spajana gromadka, udała się do bydgoskiego urzędu, z tymi samymi zarzutami, nie popartymi żadnymi sensownymi dowodami. Jedna pani drugiej pani powiedziała, jeden pan drugiemu panu potwierdził, no i już mamy zarzut dla oszusta, molestanta, złodzieja, krótko mówiąc „gumy po ejakulacie”… Nie bacząc na regularne zastraszanie Wawrzkiewicza, jego niezatwierdzonego przez Zarząd Główny ZLP Rzecznika Dyscyplinarnego, nie przejmując się opowieściami o molestowaniu pań, które odsłaniają swoje „ wątpliwe wdzięki” i prezentują je na okładkach książek lub w Internecie, po raz kolejny sprawę znieważeń skierowałem do Sądu. Właśnie zaczął się proces w Bydgoszczy i mam nadzieję, że w moim rodzinnym mieście Sąd sprawiedliwie oceni tę sprawę, tym bardziej, że w zwyczajowo nieprzyjaznym bydgoszczanom Toruniu, wyroki były dotkliwe dla torunianina Szarszewskiego, a przychylne dla kogoś z Bydgoszczy. Tyle tytułem wstępnego zaśpiewu, artykułowanego głównie dla osób niezorientowanych w sprawie, a teraz do dzieła – moja koleżanka ugięła się przed grafomanami, ale ja nie mam się czego bać, jestem kawał chłopa i w razie fizycznego ataku, jako były kulturysta, bokser i karateka, (kompanka Szarszewskiego – Marina Kretkowska, określa mnie nawet w mailu mianem macho…!!!) obronić się potrafię. Choć szkoda mi czasu, bo piszę właśnie o Szekspirze, Dostojewskim, Kafce, Faulknerze, Balzaku, Mo Yanie, to muszę wykroić jakieś godziny i dopełnić opis grafomanii Szarszewskiego i jemu podobnych.

Pierwszy artykuł nosił tytuł Uwaga grafomania i niechaj pojawia się on dalej na moim blogu, tylko z nowymi cyframi, oznaczającymi określoną partię dłuższego ciągu. Może tak się uzbiera pokaźny szkic, a po dodaniu instrumentów naukowych, tropów, cytatów, nawiązań, duże studium źródłowe. Na początku pojawić się musi raz jeszcze Szarszewski, gdyż patologiczny wymiar jego grafomanii daje mi szansę opisu systemowego, który przyda się także innym wierszokletom, a potem wejdzie do obszernej książki. Wiersz pt. Weny… pani szlachetnej sprawczyni jest próbą refleksji nad samą istotą poezji, ale przecież – jak w wielu zapisach tego autora – pojawia się w nim dziwaczność sensów, rozchwianie merytoryczne i jakby „po pijaku” artykułowane „mądrości”:  … Poezji bańka mydlana/ To nie jawny dysonans gry słów/ Ni blizny refleksji talizman/ W librettach niezaadresowanych listów/ Ni echo samotnego szelestu/ Optymizm to… pesymizm żaden/ Słodyczą nie trąci miodną/ Ni czarcim nie słodzi jadem. Ograne porównanie poezji do bańki mydlanej staje się tu pretekstem do wymądrzania się i tworzenia zlepków słownych z wykoślawionymi sensami (blizny refleksji talizman – libretta niezaadresowanych listów). Miało być o poezji, ale dalej wieszcz wymądrza się na temat optymizmu (to pesymizm żaden…), który słodyczą nie trąci miodną (a niby jaka miałaby być słodycz?) i czarcim nie słodzi jadem. Dla aniołów „czarci jad” to piołun nad piołuny, ale dla Szarszewskiego to zapewne słodycz, starczy spojrzeć na jego zdjęcia w Internecie, gdzie przebiera się w sutannę i zakłada koloratkę. To rozchwianie znaczeń charakterystyczne jest dla skrajnej grafomanii i staje się wskazówką dla krytyka, iż mamy do czynienia z tworami poronionymi, a w najlepszym razie wymagającymi poprawy, dyskusji, literackich zajęć warsztatowych (szczerze polecam tutaj Wawrzkiewicza albo Żulińskiego, bo – pomijając zaszłości – na poezji oni naprawdę się znają). Na razie mamy do czynienia ze wzmacnianiem bezsensu: Żadnej żadnej litery nie wplecie/ Ni śladu jej krzywego obrazu/ Strofy z fałszu pachnącym okładem/ Wsze barwy… tchnień sepii odcienie/ Lśniąc śnią na papieru palecie/ Na pamięć… na bezwstydne wspomnienie/ Nie tupią w alergicznej reakcji/ Remediów na zatrzaśnięte milczenie. Nie wiadomo kto nie wplecie, nie wiadomo dlaczego litera ma być krzywym obrazem, skąd się biorą strofy z fałszu pachnącym obrazem i do tego wsze barwy… tchnień sepii odcienie. Tak to zostało napisane i tak odmienione, że nie wiemy czy chodzi o barwy wszy, których karmicielem  – jak powszechnie wiadomo – był ten marny polski poeta Herbert, czy może to tylko nieudolna, zarchaizowana forma słowa „wszystkie”. Ja bym się skłaniał ku wszom, tym bardziej, że takim mianem Szarszewski mnie określał – czuję też w tym głębokie nawiązanie, ukrytą paralelę, co prawda z gorszym od wieszcza toruńskiego autorem, a co tam, w polskiej poezji i tak jest jeden tylko król, jeden prawodawca, autor wykładu o sztuce wierszowania. Te wsze barwy – o odkrywczości odkrywcy – lśniąc lśnią na papieru palecie, a to znaczy, że są na swoim miejscu, bo mogłyby lśniąc nie lśnić!!! Tym bardziej, że chodzi o całą paletę papieru, na którym owe wsze barwy nie tupią w alergicznej reakcji/ Remediów na zatrzaśnięte milczenie. Oj, mam tutaj problem z analizą tych głębokich wskazań, no bo dlaczego „poeta” z Torunia nagle personifikuje barwy, donosi na nie, że nie tupią, że nie mają alergii, a w dodatku nie reagują na Remediów zatrzaśnięte milczenie? No dobra już, zostawmy poecie nieco swobody, on już wie o co mu chodzi, on wie, bo wie, jak barwy lśniąc lśnią…

Najbardziej lubię, kiedy wierszokleci potrafią być samokrytyczni, ot tak jak w ostatniej zwrotce wiersza o bańce mydlanej poezji: I choć krnąbrne pióro czasami/ I pusty nonsens… ten znikąd/ Psikusa poecie uczyni/ Duchowym emanuje bogactwem/ Kryształ kuli w dłoniach świetlanych/ Weny… pani szlachetnej sprawczyni/ Paletą pełną słów wymuskanych/ Efemerycznych… jak szlachetnych kamieni. Co prawda owo przyznanie się do tworzenia pustych nonsensów jest jak wdzięczenie się podstarzałej poetessy z okładki tomiku, która wszem i wobec opowiada, że jest molestowana… ale jednak coś w tym zastanawia. Który autor grafomanii przyzna się, że jego krnąbrne pióro potrafi mu wyciąć numer i powstaje bzdet, ramota, gniot psudopoetycki? Tylko Szarszewski, który przecież duchowym emanuje bogactwem, ma dłonie świetlane, w których dzierży kryształ weny (może dlatego przyznaje swoim znajomym Kryształowe Skrzydełka – Nagrodę Forum Poetis Thoruniensis, na których wykonanie żebrze o grosz, tak jak i inne Kapituły żebrzą). Nic to, że pojawia się na końcu powtórzenie przymiotnika szlachetny, ot takie chwilowe zgaśnięcie geniuszu, gorzej jest z przymiotnikiem wymuskany, bo przecież ma on zawsze konotacje negatywne. Nasz wierszokleta nie rozumie jego znaczenia i jeszcze wzmacnia śmieszność patetycznej puenty, dorzucając kolejny dziwny przymiotnik: efemeryczny, w dodatku jak szlachetne kamienie. Znowu mijamy się tutaj ze znaczeniem słowa, ale, ale… nie czepiajmy się. Lepiej pokuśmy się o podsumowanie! No cóż, wierszydełko to wskazuje, że Szarszewski ma prymitywne i infantylne spojrzenie na poezję, która – z jednej strony – jest dla niego domeną delikatności, zwiewności lekkości bańki mydlanej, a ze strony drugiej – rozmywa się w absurdach, fatalnie użytych słowach, tudzież tautologiach takich jak owo lśnienie lśnienia. Wychodzi z tego taka sama bzdura jak w „łacińskiej” nazwie wskazanego wyżej Forum, gdzie lśni, bo lśni, paskudny byk (Szarszewski lubi się popisywać, że zna łacinę: do mnie np. zwraca się: Erato erotomanie). No, ale nie czepiajmy się… Ważne, że Szarszewski daje skrzydełka i zbiera na nie po sto euro od łebka. A że napis na nich z błędem… nie czepiajmy się… Przecież Prezes Wawrzkiewicz obiecał Szarszewskiemu, że jak już mnie wyrzucą z ZLP, dostanie on funkcję Prezesa Oddziału Bydgosko-Toruńskiego i dopiero wtedy wszystkim pokaże, dopiero naobraża i zdemaskuje wszystkich molestantów, wszystkie prostytutki i grafomanki Europy Wschodniej i Zachodniej…

« Older entries

%d blogerów lubi to: