RATLEREKI…

Każdy pisarz ma swoją drogę i kolejne lata jego działalności przypominają podróż przez nowe przestrzenie, mijanie i poznawanie miejsc, które nie pojawiają się bez powodu. Wszakże – jak twierdzą krytycy francuskiej szkoły tematycznej – to nie autor wybiera tematy, a właśnie one jego wybierają. Oczywiście pojawiają się stale nowe barwne błony, nowe rozmycia walorowe, nagle też odsłaniają się krajobrazy niezwykłej klarowności, ale droga, którą twórca podążą jest najważniejsza. Patrząc na mój szlak, wiodący od bitnej wspólnoty generacyjnej i wielu tekstów jej poświęconych, poprzez studiowanie i opisywanie europejskiego romantyzmu, zainteresowanie literaturami anglojęzycznymi, fascynację współczesną poezją polską i światową, jestem przekonany, że książki, które publikowałem, w jakiś tajemny sposób mnie wybrały. Oczywiście ważna była konsekwencja i omijanie raf, nauka płynąca z błędów, chwilowych potknięć i zejść ku niewłaściwym celom, ale przecież tworzony dorobek stawał się przez lata rodzajem zbroi, twierdzy i wskazywał dalszy ciąg, nadawał impet kolejnym projektom. Jeśli pisarz podchodzi poważnie do swego rzemiosła, jeśli chce wyławiać z nicości kolejne dzieła, nic nie będzie w stanie zdekomponować jego zamierzeń, nic i nikt go nie zatrzyma, a pojawiające się opinie negatywne będą miały takie znaczenie jak szczekanie ratlerka w zoo, gdy postawi się go przy klatce z czarnym lampartem. I na tym powinienem zakończyć te rozważania, ale jednak zajmijmy się na chwilę kimś, kogo określić można jako pajaca pseudo literackiego, bo to jest z jednej strony zabawne, a ze strony drugiej – pouczające. Na mojej drodze pojawiło się sporo takich pierrotów z połamaną nogą, zwichniętym barkiem, opuchniętym nosem czy nader obfitym garbem. Za każdym razem chcieli mi udowodnić, że jestem nikim, a tworzone przeze mnie książki są bez wartości. Najwięcej zła w tym względzie wyrządził mi histeryczny twórca homoerotyczny, który miał nadzieje być drugim Gombrowiczem, a skończył na jękach w jednym z opublikowanych dzienników, że o nim nie piszą, że po wielkim triumfie amerykańskim (czyt. po pobycie w USA), nie pojawiły się znaczące studia, reporterzy nie czekali na lotnisku i paskudne, polskie gazety nie odnotowały wielkiego come backu. To on napuszczał na mnie różnorakich pomyleńców (czyt. pajaców pseudo literackich), czy to ze środowiska literackiego, gazeciarskiego, naukowego czy artystycznego i przez wiele lat ział nienawiścią. I to jego akolitą i najwierniejszym lokajem jest młodszy ode mnie o dwadzieścia kilka lat pajac, który w ostatnim czasie skacze mi do oczu, płodzi pisaniny, których nikt przy zdrowym umyśle, nie bierze na poważnie, albo napuszcza jakichś pod-pajaców. Pojawienie się takiego pajaca jest możliwe w sytuacji, gdy do władzy w obrębie kultury dochodzą „ludzie-nikt”, marionetki wyniesione przez układ (najczęściej polityczny), rzeczywiście nie mające nic do powiedzenia i potrzebujące różnorakich krzykaczy u swego boku. Szybko zatrudniają one swojego pajaca na etacie, dają mu namiastkę władzy, wytyczają rewir, w którym ma się pojawiać, gardłować i zachwalać człowieka-nikt, który go wylansował. Ten natychmiast rzuca się na wrogów swojego mocodawcy, pluje, gaworzy po pijaku i na jawie, a nawet tworzy swoje stadko pod-idiotów i pod-idiotek, pacynek z plasteliny albo szmatki z odzysku. Sam jest człowiekiem-nikt, więc musi głośno ryczeć by było go słychać, wysilać się by mentor był zadowolony i dawał mu carte blanche na nowe miesiące i lata. Jakie znaczenie mają jego napaści i jaki będzie jego koniec, uczy biografia wskazanego wyżej pisarza homoerotycznego, który po latach szaleństw, kąsania i nabijania się z innych twórców przegrał walkę z konkurentami w obrębie gatunku, który uprawiał, a tzw. sumienie tak go zaczęło gryźć, że jego ulubionym miejscem terapeutycznym stał się konfesjonał. Stare arabskie powiedzenie, nawiązujące do wyniosłości i spokoju wielbłądów – psy szczekają, a karawana idzie dalej – we właściwy sposób oddaje moją sytuację, tylko jeszcze dodajmy, że chodzi o ratlerka z pieskami kanapowymi u boku, który przy lada kopnięciu poleciałby w zarośla ostów, ostropestów, dzikich róż, pokrzyw a lebiody.

Reklamy

UWAGA GRAFOMANIA (2)

Cóż robić z uporczywie produkowaną grafomanią? Jakiś czas temu moja dobra znajoma założyła, wraz z dwoma młodymi kolegami, blog pt. Polska grafomania, który miał wiele odsłon, ale też został natychmiast zakrzyczany przez autorów „omawianych” wierszy, tekstów recenzenckich i wskazywanych postaw. Dziewczyna trochę się wystraszyła, trochę poczuła się dotknięta bezpardonowymi atakami i koniec końców zrejterowała, kasując swoje wpisy, tym bardziej, że zaczęła się typowo polska wojna podjazdowa, wydzwanianie do administratorów portalu internetowego, przekazywanie plotek i kłamstw, straszenie sądami i policją. Podobna sytuacja zaistniała po moim wpisie pt. Uwaga grafomania na blogu Dziennik ornitologa, który prowadzę w obrębie WordPressu od 2008 roku. W grudniu 2015 roku wskazałem tam nadużycie toruńskiego wydawnictwa Algo, które w serii największych poetów polskich (Norwid, Słowacki, Leśmian, Staff, Baczyński, Gałczyński itd.) opublikowało zbiór straszliwej grafomanii toruńskiego wierszoklety Krzysztofa Marii (wł. Grzegorza) Szarszewskiego. Po ukazaniu się mojej recenzji, gdzie cytowałem wiekopomne strofy tego kreatora, zaczął on opluwać mnie w Internecie, używając wulgarnych i plugawych słów. Sprawdziłem w sieci z kim mam do czynienia, a znalazłszy między innymi szereg publikacji na temat oszukańczego pośrednictwa pracy z Torunia, w którym odgrywał jakąś rolę,

http://torun.wyborcza.pl/torun/1,35576,8685716,Kandydat_na_torunskiego_rajce_zmiennym_jest.html#ixzz3wa1z6VHM

http://www.nowosci.com.pl/archiwum/a/to-bylo-nielegalne-posrednictwo-pracy,11317701/

sprawę znieważeń skierowałem do Sądu Rejonowego w Toruniu. Szarszewski – nawet pod grozą wyroku sądowego – podłączył się chętnie do mnie, wietrząc możliwość promocji swoich poronionych tworów. Nie zawracał sobie głowy szkodliwością czarnego PR-u, zarzucając sieć bzdurami na mój temat, kłamliwymi enuncjacjami, zarzutami bez pokrycia, a wisienką na torcie miało być moje rzekome molestowanie kobiet, głównie z jego grona towarzyskiego, w tym jego wieloletniej towarzyszki życia Katarzyny Ż., którą – jak mi mówią przyjaciele z Torunia – strzeże jak Cerber, choć i tak mu się to nie udaje. Sądy w Toruniu wydały dwa wyroki za te bezczelne i absurdalne działania, ale przecież Szarszewski ma gdzieś jakieś tam Sądy.

W międzyczasie skumał się z Prezesem Związku Literatów Polskich Markiem Wawrzkiewiczem, którego bywałem kontrkandydatem (czyli wrogiem klasowym – jak uczył towarzysz Dzierżyński) do funkcji szefa ZLP, podczas wyborów w Warszawie. Nic to, że Szarszewski tworzy grafomanię, nic to, że opluwa główne osoby w naszym państwie w straszliwych wierszydłach, nic to, że Prezesa Oddziału wchodzącego w skład struktury ZLP określa jako gnidę, kanalię, molestanta seksualnego, oszusta, ch…, p…. skurw…, „gumę po ejakulacie” itp. Nic to, bo liczy się tylko to, że atakuje „czarnego luda” z Bydgoszczy, tego „prowincjonalnego” bufona i padalca, który ma czelność stawać do wyborów z Wawrzkiewiczem, wytykać esbecką przeszłość Prezesa i pytać o finanse organizacji. No ale jak dobrać się do tego Lebiody, przecież to piskorz, który nawet za komuny wyśliznął się naszym towarzyszom i cały patrol zomowców nie dał mu rady. Ano tak… trzeba poza prawnie stworzyć funkcję Rzecznika Dyscyplinarnego ZLP, a ten niech napisze pismo do Prokuratury, niech dołoży się Szarszewski z koleżankami i konkubiną! Wcześniej w toruńskiej Prokuraturze się nie udało, więc ta sama, alkoholem spajana gromadka, udała się do bydgoskiego urzędu, z tymi samymi zarzutami, nie popartymi żadnymi sensownymi dowodami. Jedna pani drugiej pani powiedziała, jeden pan drugiemu panu potwierdził, no i już mamy zarzut dla oszusta, molestanta, złodzieja, krótko mówiąc „gumy po ejakulacie”… Nie bacząc na regularne zastraszanie Wawrzkiewicza, jego niezatwierdzonego przez Zarząd Główny ZLP Rzecznika Dyscyplinarnego, nie przejmując się opowieściami o molestowaniu pań, które odsłaniają swoje „ wątpliwe wdzięki” i prezentują je na okładkach książek lub w Internecie, po raz kolejny sprawę znieważeń skierowałem do Sądu. Właśnie zaczął się proces w Bydgoszczy i mam nadzieję, że w moim rodzinnym mieście Sąd sprawiedliwie oceni tę sprawę, tym bardziej, że w zwyczajowo nieprzyjaznym bydgoszczanom Toruniu, wyroki były dotkliwe dla torunianina Szarszewskiego, a przychylne dla kogoś z Bydgoszczy. Tyle tytułem wstępnego zaśpiewu, artykułowanego głównie dla osób niezorientowanych w sprawie, a teraz do dzieła – moja koleżanka ugięła się przed grafomanami, ale ja nie mam się czego bać, jestem kawał chłopa i w razie fizycznego ataku, jako były kulturysta, bokser i karateka, (kompanka Szarszewskiego – Marina Kretkowska, określa mnie nawet w mailu mianem macho…!!!) obronić się potrafię. Choć szkoda mi czasu, bo piszę właśnie o Szekspirze, Dostojewskim, Kafce, Faulknerze, Balzaku, Mo Yanie, to muszę wykroić jakieś godziny i dopełnić opis grafomanii Szarszewskiego i jemu podobnych.

Pierwszy artykuł nosił tytuł Uwaga grafomania i niechaj pojawia się on dalej na moim blogu, tylko z nowymi cyframi, oznaczającymi określoną partię dłuższego ciągu. Może tak się uzbiera pokaźny szkic, a po dodaniu instrumentów naukowych, tropów, cytatów, nawiązań, duże studium źródłowe. Na początku pojawić się musi raz jeszcze Szarszewski, gdyż patologiczny wymiar jego grafomanii daje mi szansę opisu systemowego, który przyda się także innym wierszokletom, a potem wejdzie do obszernej książki. Wiersz pt. Weny… pani szlachetnej sprawczyni jest próbą refleksji nad samą istotą poezji, ale przecież – jak w wielu zapisach tego autora – pojawia się w nim dziwaczność sensów, rozchwianie merytoryczne i jakby „po pijaku” artykułowane „mądrości”:  … Poezji bańka mydlana/ To nie jawny dysonans gry słów/ Ni blizny refleksji talizman/ W librettach niezaadresowanych listów/ Ni echo samotnego szelestu/ Optymizm to… pesymizm żaden/ Słodyczą nie trąci miodną/ Ni czarcim nie słodzi jadem. Ograne porównanie poezji do bańki mydlanej staje się tu pretekstem do wymądrzania się i tworzenia zlepków słownych z wykoślawionymi sensami (blizny refleksji talizman – libretta niezaadresowanych listów). Miało być o poezji, ale dalej wieszcz wymądrza się na temat optymizmu (to pesymizm żaden…), który słodyczą nie trąci miodną (a niby jaka miałaby być słodycz?) i czarcim nie słodzi jadem. Dla aniołów „czarci jad” to piołun nad piołuny, ale dla Szarszewskiego to zapewne słodycz, starczy spojrzeć na jego zdjęcia w Internecie, gdzie przebiera się w sutannę i zakłada koloratkę. To rozchwianie znaczeń charakterystyczne jest dla skrajnej grafomanii i staje się wskazówką dla krytyka, iż mamy do czynienia z tworami poronionymi, a w najlepszym razie wymagającymi poprawy, dyskusji, literackich zajęć warsztatowych (szczerze polecam tutaj Wawrzkiewicza albo Żulińskiego, bo – pomijając zaszłości – na poezji oni naprawdę się znają). Na razie mamy do czynienia ze wzmacnianiem bezsensu: Żadnej żadnej litery nie wplecie/ Ni śladu jej krzywego obrazu/ Strofy z fałszu pachnącym okładem/ Wsze barwy… tchnień sepii odcienie/ Lśniąc śnią na papieru palecie/ Na pamięć… na bezwstydne wspomnienie/ Nie tupią w alergicznej reakcji/ Remediów na zatrzaśnięte milczenie. Nie wiadomo kto nie wplecie, nie wiadomo dlaczego litera ma być krzywym obrazem, skąd się biorą strofy z fałszu pachnącym obrazem i do tego wsze barwy… tchnień sepii odcienie. Tak to zostało napisane i tak odmienione, że nie wiemy czy chodzi o barwy wszy, których karmicielem  – jak powszechnie wiadomo – był ten marny polski poeta Herbert, czy może to tylko nieudolna, zarchaizowana forma słowa „wszystkie”. Ja bym się skłaniał ku wszom, tym bardziej, że takim mianem Szarszewski mnie określał – czuję też w tym głębokie nawiązanie, ukrytą paralelę, co prawda z gorszym od wieszcza toruńskiego autorem, a co tam, w polskiej poezji i tak jest jeden tylko król, jeden prawodawca, autor wykładu o sztuce wierszowania. Te wsze barwy – o odkrywczości odkrywcy – lśniąc lśnią na papieru palecie, a to znaczy, że są na swoim miejscu, bo mogłyby lśniąc nie lśnić!!! Tym bardziej, że chodzi o całą paletę papieru, na którym owe wsze barwy nie tupią w alergicznej reakcji/ Remediów na zatrzaśnięte milczenie. Oj, mam tutaj problem z analizą tych głębokich wskazań, no bo dlaczego „poeta” z Torunia nagle personifikuje barwy, donosi na nie, że nie tupią, że nie mają alergii, a w dodatku nie reagują na Remediów zatrzaśnięte milczenie? No dobra już, zostawmy poecie nieco swobody, on już wie o co mu chodzi, on wie, bo wie, jak barwy lśniąc lśnią…

Najbardziej lubię, kiedy wierszokleci potrafią być samokrytyczni, ot tak jak w ostatniej zwrotce wiersza o bańce mydlanej poezji: I choć krnąbrne pióro czasami/ I pusty nonsens… ten znikąd/ Psikusa poecie uczyni/ Duchowym emanuje bogactwem/ Kryształ kuli w dłoniach świetlanych/ Weny… pani szlachetnej sprawczyni/ Paletą pełną słów wymuskanych/ Efemerycznych… jak szlachetnych kamieni. Co prawda owo przyznanie się do tworzenia pustych nonsensów jest jak wdzięczenie się podstarzałej poetessy z okładki tomiku, która wszem i wobec opowiada, że jest molestowana… ale jednak coś w tym zastanawia. Który autor grafomanii przyzna się, że jego krnąbrne pióro potrafi mu wyciąć numer i powstaje bzdet, ramota, gniot psudopoetycki? Tylko Szarszewski, który przecież duchowym emanuje bogactwem, ma dłonie świetlane, w których dzierży kryształ weny (może dlatego przyznaje swoim znajomym Kryształowe Skrzydełka – Nagrodę Forum Poetis Thoruniensis, na których wykonanie żebrze o grosz, tak jak i inne Kapituły żebrzą). Nic to, że pojawia się na końcu powtórzenie przymiotnika szlachetny, ot takie chwilowe zgaśnięcie geniuszu, gorzej jest z przymiotnikiem wymuskany, bo przecież ma on zawsze konotacje negatywne. Nasz wierszokleta nie rozumie jego znaczenia i jeszcze wzmacnia śmieszność patetycznej puenty, dorzucając kolejny dziwny przymiotnik: efemeryczny, w dodatku jak szlachetne kamienie. Znowu mijamy się tutaj ze znaczeniem słowa, ale, ale… nie czepiajmy się. Lepiej pokuśmy się o podsumowanie! No cóż, wierszydełko to wskazuje, że Szarszewski ma prymitywne i infantylne spojrzenie na poezję, która – z jednej strony – jest dla niego domeną delikatności, zwiewności lekkości bańki mydlanej, a ze strony drugiej – rozmywa się w absurdach, fatalnie użytych słowach, tudzież tautologiach takich jak owo lśnienie lśnienia. Wychodzi z tego taka sama bzdura jak w „łacińskiej” nazwie wskazanego wyżej Forum, gdzie lśni, bo lśni, paskudny byk (Szarszewski lubi się popisywać, że zna łacinę: do mnie np. zwraca się: Erato erotomanie). No, ale nie czepiajmy się… Ważne, że Szarszewski daje skrzydełka i zbiera na nie po sto euro od łebka. A że napis na nich z błędem… nie czepiajmy się… Przecież Prezes Wawrzkiewicz obiecał Szarszewskiemu, że jak już mnie wyrzucą z ZLP, dostanie on funkcję Prezesa Oddziału Bydgosko-Toruńskiego i dopiero wtedy wszystkim pokaże, dopiero naobraża i zdemaskuje wszystkich molestantów, wszystkie prostytutki i grafomanki Europy Wschodniej i Zachodniej…

WAWRZKIEWICZ I SZARSZEWSKI

Po lewej M.Wawrzkiewicz, po prawej – K. Szarszewski

Spotykamy ich na swoich drogach, zawziętych, pyszałkowatych, pewnych siebie, kłamiących, oszukujących i manipulujących opinią społeczną. Zawsze nastawionych na jakąś własną korzyść, na okrzyki zachwytu, poklepywania po plecach, histeryczne zaśpiewy itd. Wszystko kończy się w oparach alkoholu, we wzajemnym zachwalaniu, kpinach z profesjonalistów i próbach obejścia statusu zawodowego, takiego choćby jak Komisja Kwalifikacyjna ZLP. Mój artykuł o nadużyciu toruńskiego wydawnictwa Algo, które w serii wielkich poetów polskich opublikowało zbiór grafomańskich tekstów Krzysztofa Marii Szarszewskiego zyskał ogromny oddźwięk. Dzwonili i pisali do mnie maile pisarze, artyści, naukowcy i wszyscy nie dowierzali, że coś takiego było możliwe. Obok Krasińskiego i Staffa, obok Leśmiana i Grochowiaka facet, którego „twórczość” oceniać powinni psychiatrzy, a w najlepszym przypadku koleżanki i kolesie od kieliszka. Myślałem, że na tym ta humorystyczna, nawet farsowa lub wodewilowa sytuacja się zamknie, a toruński wydawca odpowie na mój list, przeprosi za nieodpowiedzialną decyzję i będzie w przyszłości selektywnie traktował takich geniuszy. Ale gdzie tam… Wydawca się nie odezwał, a nasz wieszcz narodowy (toruński) Krzysztof Maria hrabia Szarszewski rozpętał nade mną prawdziwe piekło pomówień i zniesławień. Każde nowe dzieło w świecie kultury wymaga wsparcia finansowego, każda inicjatywa ciągnięta jest do przodu przez liderów, którzy stają na głowie by zyskała realny kształt i zaczęła mieć swoją wagę i Kapituły Nagród Literackich stale muszą żebrać o wsparcie, szczególnie w sytuacji, gdy centrala ZLP nie daje pisarzom w Oddziałach żadnych dotacji. Szarszewski też chciał stworzyć Kapitułę i zbierał datki na kryształowe skrzydełka, przyznawane koleżankom i kolegom, a wcześniej dał się poznać jako organizator źle przygotowanych wyjazdów do pracy w Wielkiej Brytanii, co opisały toruńskie gazety i sporo zawiedzionych osób gorzko skomentowało w Internecie. Mówią mi jego znajomi z Torunia, że „hrabia” stale próbuje dobrze zarobić, ale mu nie wychodzi, zupełnie tak samo jak z polityką (przegrał wybory w toruńskiej SDRP), jak  z jego „poezją” i jak z promocją partnerki, malującej obrazy na poziomie kółka niedzielnego. W sytuacji, gdy bazuje się na plotkach i po pijaku przekazywanych informacjach, które mają taką wagę jak trollowanie w Internecie, pozostają zniesławienia i brednie produkowane z intensywnością partyjnej agitki. W przypadku Szarszewskiego mamy do czynienia z najniższymi instynktami, gdyż pozwala on sobie na formułowanie zarzutów w związku ze zmyślonymi przewinami seksualnymi. Gdyby to był rodzaj zabawy, a autor puszczałby do mnie oczko, uśmiechnąłbym się i zapomniał o insynuacjach, ale tutaj mamy do czynienia z grubszym szachrajstwem seksualnym, które obraża tyleż mnie, co moją rodzinę i najbliższe mi osoby, a przy tym obniża rangę sprawowanej przeze mnie funkcji.

Yvette Popławska jako Koziołek Matołek – w tym stroju podczas aukcji Orkiestry Owsiaka w Brukseli zaatakowała fizycznie Barbarę Orlowski za co usunięto ją z imprezy

Czasem tak się zdarza, że do takich osób prowadzą nas ludzie zacni, podle przez nich oszukani albo nieświadomie wciągnięci w jakąś plugawą grę. Tak było w przypadku Yvette Popławskiej z Belgii, którą szanowana przeze mnie osoba zaproponowała do Nagrody Pracy Organicznej im. Marii Konopnickiej, a inna równie zacna osoba wzięła na siebie koszty dojazdu do Brukseli i finansowania jej zbioru wierszy. Niestety okazało się, że owa Yvette wymaga jak najszybciej pomocy lekarzy, histerycznie terroryzuje otoczenie, opluwa kogo popadnie, więc wraz z życzliwą jej osobą z Gdańska i jej mężem, natychmiast opuściliśmy dom tej pani. Ale już wtedy Yvette pytała mnie czy znam wielkiego polskiego poetę Krzysztofa Marię Szarszewskiego, bo to geniusz, stający w jednym szeregu z Gałczyńskim i Baczyńskim. Niestety jeszcze wtedy nie znałem autora grafomańskich rymowanek, tudzież ramot opluwających znane osobistości (np. Arcybiskupa Gdańskiego albo Prezydenta RP), a Yvette z zemsty zaczęła opowiadać, że w centrum Brukseli odbyłem stosunek seksualny na samochodzie, zaparkowanym przy budynku Instytutu Polskiego, a jeszcze do tego miałem onanizować się w sali tegoż ośrodka, przy wielu ludziach. Gdy to pierwszy raz usłyszałem, ubawiłem się setnie i zrzuciłem wszystko na karb stanów w jakich Yvette się permanentnie znajduje. Nie przypuszczałem, że kiedyś przyszywany hrabia zacznie wykorzystywać te brednie i robić ze mnie w Internecie erotomana. Cóż, każdy działający w kulturze człowiek narażony jest na trollowanie i wielokrotnie już mnie opluwano, ale to, co wyrabia Szarszewski ma znamiona solidnego przestępstwa. Szczerze żal mi tego człowieka, bo po moim artykule pt. Uwaga grafomania!!! jego stan się znacznie pogorszył i bełkocze teraz teksty, w których brakuje ładu i składu, a ja urastam w nich do rangi największego polskiego zboczeńca. Poziom wypocin Szarszewskiego jest taki, że nie będę ich cytował (wciąż je publikuje w Internecie), tym bardziej, że nie wiem jaki jest jego aktualny stan zdrowotny, ale poczekam co na ten temat powiedzą instytucje powołane do oceny takich zachowań. Jedną z zagrywek Szarszewskiego był list skierowany do Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich, w którym jak pełnoprawny literat, lider ścisłej elity intelektualnej naszego narodu, wyraża zatroskanie z powodu moich niecnych zachowań. Szybko oceniliśmy w naszym Oddziale poziom grafomanii Szarszewskiego i podziękowaliśmy mu, choć miał nadzieję na wstąpienie w nasze szeregi i nawet próbował za moimi plecami urabiać wiceprezesa. Niczego nie uzyskawszy, upubliczniał pełen inwektyw list, który sprokurował na kolanie, w stanie wyraźnie wskazującym na spożycie i swoim zwyczajem insynuował przede wszystkim moje „wyuzdanie seksualne”. Ciekawe to dla mnie, bo jest to rodzaj fantastyki powstającej na kanwie mojego życiorysu, szkoda tylko, że narusza moje dobra osobiste a poziom jest rodem ze śmietnika. Powiem krótko, dosadnie i po raz ostatni: seksistowskie brednie i konfabulacje Krzysztofa Marii Szarszewskiego z Torunia to kłamstwa, pseudointelektualne manipulacje i pomówienia, warto też rzucić okiem na okładkę tomiku poetki, którą on wymienia jako moją ofiarę. Choć ta pani odsłania swoje wdzięki  i rozdaje zbiorek na zakrapianych imprezach komu popadnie, jakoś odrzuca mnie ten tandetny ekshibicjonizm i epatowanie niemłodym już ciałem. Ale Szarszewski czyni z Mariny Kretkowskiej strażniczkę moralności i dobrego smaku, przejętą moimi rzekomymi propozycjami uhonorowania jej jakąś tam nagrodą.

” Wszyscy mnie molestują, a ja taka niewinna…” – okładka tomiku Mariny Kretkowskiej, na której zamieściła swoją obnażoną podobiznę

Będąc od wielu lat kandydatem do funkcji Prezesa Związku Literatów Polskich i przeciwnikiem obecnego Prezesa Marka Wawrzkiewicza, stałem się obiektem jego niewybrednych ataków i napaści skupionych wokół niego akolitów. Człowiek ten został szeroko opisany w książkach i w prasie jako donosiciel SB i dawno powinien zniknąć z naszego życia publicznego, ale intratność posady nie pozwala mu na rezygnację, nawet w sytuacji, gdy osiągnął wiek osiemdziesięciu lat. Taki Szarszewski, opluwający mnie i produkujący wiele kłamstw na mój temat, był nie lada gratką dla Wawrzkiewicza, który natychmiast spostrzegł, że twórca grafomanii może mu się przydać w walce ze mną. Tak zaczął konstruować intrygę, której kanwą miały być moje rzekome przewiny seksualne, „oszustwa” przy pracach nad wydaniem kolejnych książek zaprzyjaźnionych autorów, tudzież zdobywanie milionów złotych z handlu nagrodami literackimi (!!!). Szarszewski zaczął nakręcać swoją gromadkę alkoholową, nawiązał też kontakt z wrogimi mi, a jakże marnymi poetkami z Bydgoszczy, Krystyną Wulert i Wiesławą Barbarą Jendrzejewską, do tego dorzucił wspomniane wyżej Popławską, Kretkowską, Ziębę i swoją konkubinę Żakowską. Wawrzkiewicz promieniał, a spotykając się z Szarszewskim w Warszawie, obiecał mu nawet funkcję Prezesa Oddziału Bydgosko-Toruńskiego po wyrzuceniu mnie z organizacji. Już przed ostatnim Zjazdem ZLP w maju 2015 roku pisząc o wypaczeniach Wawrzkiewicza, zaznaczałem, że od strony literackiej nie można mu prawie niczego zarzucić, bo to interesujący poeta. Tym bardziej trudna do pojęcia jest unia znającego się na poezji człowieka, z autorem straszliwej grafomanii, która ostatnio przybrała formę wulgarnych ataków ad personam, w których pojawia się cały katalog słów powszechnie uznawanych za ohydne. No ale czego się nie robi by pokonać rosnącego w siłę przeciwnika, tym bardziej, że doświadczenia zdobyte w poprzedniej epoce, wskazują, że każde zawirowanie może stać się podstawą do „działań operacyjnych”. Prowadząc tasiemcowe rozmowy telefoniczne i spotykając się z Szarszewskim, dowartościowując go tym, że Prezes ZLP spotyka się z autorem bezsensownych słowotoków, publikowanych najczęściej w Internecie, Wawrzkiewicz próbował skonstruować intrygę przeciwko mnie. Przyjmował przy tym wszelkie bzdurne enuncjacje Szarszewskiego. Szczytem wszystkiego był donos, który wystosował do członków Oddziału Bydgosko-Toruńskiego, w którym oskarżał mnie o to, o co wcześniej oskarżał Szarszewski. Jego donos – jak w czasach, gdy wykazywał aktywność w strukturach milicji obywatelskiej – oparty był o kłamstwa i niesprawdzone informacje, a pointą miało być nieprawdziwe doniesienie jakoby polska poetka z Niemiec – Barbara Orlowski – została przeze mnie ulokowana w Zarządzie Oddziału Bydgosko-Toruńskiego ZLP. Wawrzkiewicz dobrze wiedział, że jego wieloletnia partnerka, zasiadająca teraz w Komisji Kwalifikacyjnej organizacji, odrzuciła kandydaturę poetki z Niemiec, ale postanowił zasiać ziarno destrukcji w kolejnym Oddziale (przypomnijmy przy tym, że wcześniej wchodził w konflikt z Oddziałami w Krakowie, Poznaniu, Katowicach i Ciechanowie). Szarszewski budował w Internecie seksistowską famę moich kontaktów seksualnych z wyżej wskazaną koleżanką, a Wawrzkiewicz natychmiast to podchwycił i potwierdził swoim podpisem nieprawdę w listach do członków naszego Oddziału.

Dla Wawrzkiewicza nie ma znaczenia to, że Szarszewski dwukrotnie przegrał procesy ze mną w Sądzie Rejonowym i Okręgowym w Toruniu, zapłacił duże sumy pieniędzy, a także nakazano mu przeprosić mnie w prasie. Wysyłałem Prezesowi ZLP kopie wyroków, wraz z uzasadnieniami i gdyby nie był zaślepiony nienawiścią do mnie, łatwo by zauważył, że udowodniono Szarszewskiemu znieważenia, nałożono na niego określone prawem kary, wpisano go do rejestru osób skazanych prawomocnymi wyrokami, a po ponownych splugawieniach mojej osoby w Internecie, odbędzie się proces, tym razem przed Sądem Rejonowym w Bydgoszczy. Tutaj warto kilka słów powiedzieć o Związku Literatów Polskich, a właściwie Związku Literatów Warszawskich, bo Wawrzkiewicz tak to sobie poustawiał, że otaczają go przede wszystkim ludzie z Warszawy. Od wielu lat fikcją jest Zarząd Główny organizacji, a wszelkie decyzje podejmuje Prezes i Prezydium, którego skład po każdym Zjeździe proponował sam Prezes. Wszelkie decyzje tego gremium powinien zatwierdzać Zarząd Główny w pełnym składzie, ale nie ma takich posiedzeń, co Wawrzkiewicz tłumaczy brakiem pieniędzy, choć ZLP otrzymywał i otrzymuje określone sumy z Fundacji Domu Literatury i Domów Pracy Twórczej, ma dochody z wpisowego nowych członków, składek i od innych darczyńców. Niedawno powołano także do życia Rzecznika Dyscyplinarnego (i ten dopiero pokaże temu Lebiodzie!!!), nie dokumentując głosowania internetowego członków Zarządu Głównego. Ostatnim razem, gdy Wawrzkiewicz zdecydował się wreszcie zwołać posiedzenie Zarządu Głównego, w pełnym składzie osobowym, (wchodzą do niego także Prezesi wszystkich Oddziałów organizacji) swoje funkcje utracili agenci SB, szeroko opisani przez Joannę Siedlecką w trzech książkach, a także w prasie ( m. in. w „Rzeczpospolitej”). Nadal jednak Prezesem jest konsultant „MW”, a u jego boku są inni dawni agenci – ostatnio w swoich działaniach rekomunizacyjnych posunął się nawet do tego, że Sekretarzem Generalnym ZLP uczynił autora książki pt. Zmiany w funkcjonowaniu gospodarki radzieckiej po XXVII Zjeździe KPZR. Zdaje się, że finalnym posunięciem Wawrzkiewicza, z Szarszewskim u boku, jest doniesienie do bydgoskiej Prokuratury na mnie i moje, wskazane wyżej, straszliwe przewiny. Wcześniej, gdy gromadka niczego nie wskórała w Sądach Torunia, pobiegła do Prokuratury Toruńskiej, a ta w przewidzianym ustawowo czasie odrzuciła pomówienia zbudowane na osobistych animozjach. Wszystko to dość bełkotliwe, absurdalne, pokrętne, oparte o etykę esbecką z poprzedniej epoki, zalane sosem grafomanii i kłamstw, absurdalnych pomówień i prób niszczenia przeciwnika. Cóż robić w takiej sytuacji? Ano będę konsekwentny i podążę ścieżką na którą wszedłem, gdy wystąpiłem w obronie kultury polskiej, wskazując nadużycie publikacji grafomanii Szarszewskiego w jednej serii z Mickiewiczem, Norwidem i Baczyńskim. Obok procesów o zniesławianie, znieważanie, warto sprawdzić jak Prokuratura i Sądy podejdą do ewidentnych dowodów na pieniactwo Szarszewskiego, Prezesa ZLP i reszty gromadki doraźnie skupionej wokół idei zniszczenia „czarnego luda”  z Bydgoszczy (art. 234 k.k.).

Anna Z. – tak się zachowywała w moim domu, gdy upiła się w sztok

MAGNETYZM ZŁA

hbalzac

W każdym życiu pojawia się wiele kanalii, donosicieli, błaznów i intrygantów, bezlitośnie wykorzystujących swoją pozycję do niszczenia innych ludzi. Za każdym razem łączy te postaci to samo – działanie zakulisowe, wykorzystywanie do doraźnych celów plotki, pomówienia i własnych ciągów znajomości oraz ich powiązań z innymi ludźmi. Nawet jeśli są spryciarzami i na przykład wykorzystują odmienne preferencje seksualne – niszczenie osób heteroseksualnych przez gejów lub rozpracowywanie homoseksualistów przez radykalnych heretyków – i tak zawsze docierają do punktu bez wyjścia, staczają się w alkoholizm, choroby umysłowe, albo wręcz lądują na ulicy. Kanalia nienawidzi sukcesów ludzi aktywnych i coś osiągających, zwykle zadręcza się tym, histerycznie walczy o dokładne informacje na temat cudzych osiągnięć, a potem je deprecjonuje we wszelkich środowiskach, w których stacjonuje. Prowadzi zakulisową wojnę na pomówienia, rozpuszcza najbardziej nieprawdopodobne plotki, szuka sojuszy z wrogami osób, które uznaje za swoich przeciwników, wykorzystuje je bezlitośnie, a potem porzuca i czyni swoimi nowymi wrogami. Kanalia kocha tylko samą siebie, nawet jeśli nie ma sukcesów, chwyta się panicznie jakiegoś malutkiego wyróżnienia i przez lata trąbi wszem i wobec, że było to osiągnięcie na miarę Nagrody Nobla lub Pulitzera. Jeśli w końcu dochrapie się czegoś większego, na przykład jakiegoś wyróżnienia lobby seksualnego, komunistycznego albo katolickiego – przy czym nie ważne jest to, że zawsze działała w opozycji do tych ruchów – próbuje z wątpliwego zaszczytu uczynić nowy oręż w swoich brudnych wojenkach. Skrajnym przypadkiem jest tutaj wykorzystywanie jakiejś osoby, najczęściej wpatrzonej w kanalię jak w obrazek i niczym adiutant przy generale, gotowej wykonać wszelkie polecenia. Najczęściej chodzi o serwilizm środowiskowy, a więc wykonywanie egzekucji ludzi niewygodnych, niszczenie wrogów przy pomocy pomówień i zaniżanie wartości ich pracy, a w szczególnych przypadkach o jawne intrygi, np. w publikacjach albo wystąpieniach publicznych.

Lucjan i Vautrin, autor nieznany

Lucjan i Vautrin, autor nieznany

Kanalia zwykle znajduje sobie jako przeciwnika osobę o ugruntowanej pozycji, manifestującej witalność twórczą, osiągającej stale spore profity i wali w nią na odlew, rozkręcając jeszcze bardziej machinę absurdu, zawierając wciąż nowe sojusze, intrygując w mroku lub cieniu i unikając jak ognia swojej ofiary. Żadne reguły tutaj się nie liczą, a tylko doraźna korzyść (najlepiej finansowa) ma dla niej znaczenie i przydaje jej energii do dalszych działań. Ulubioną metodą niszczenia wrogów jest tutaj donosicielstwo i łączenie pomówień z plotką, a potem rozszerzanie ich zasięgu na wszelkie możliwe sfery, nie bez znaczenia są też określenia typu ”sukinsyn”, „oszust”, „gnida” i cały ściek jeszcze gorszych wulgaryzmów. Kanalia bezwzględnie wykorzystuje kobiety, zapewnia je o miłości, płodzi z nimi dzieci, ale stale okrada je z pieniędzy i możliwości, które bez żenady zagarnia. Bywa homoseksualistą, który bierze ślub z kobietą i nawet czasami obcuje z nią dla niepoznaki (stąd biorą się dzieci gejów), ale prawdziwie rozkręca się w towarzystwie innych samców, drag queen’ów, podczas alkoholowych party i orgii najohydniejszych. Z drugiej strony bywa heterykiem, który dla kariery i dalekosiężnych korzyści potrafi związać się na jakiś czas z wpływowym gejem i czerpać korzyści z jego znajomości, możliwości destrukcyjnych i finansowych. To tylko dwie sytuacje, ale przecież możemy je rozciągnąć na inne sfery – oto zaprzysięgły komunista, który nagle staje się neofitą katolicyzmu; oto absolwent szkół kościelnych, alumn w seminarium, który staje się emblematem socjalizmu; a to rewolucjonista, stający do konfrontacji z władzą, ale mający w swoim życiorysie etap pracy w tajnej policji politycznej; i jeszcze – zwykły bandyta, który obiecuje ambitnemu młodzieńcowi zrobienie kariery, a wykorzystuje go instrumentalnie do brudnych interesów. Kanalia zawsze znajdzie drogi dojścia do osób naiwnych, biorących ją za świętoszka, dotrze też do zarządców i tzw. autorytetów, a jeśli zostanie szybko rozszyfrowana i zdekonspirowana, chowa się ledwie na chwile w jakiejś norze, a gdy wszystko się uspokaja, wysuwa z niej „ryj” i zaczyna na nowo obwąchiwać fekalia świata. Na całe szczęście kanalia zawsze popełnia jakieś błędy, które wcześniej czy później ja dopadną, staną się kulą u nogi i w końcu pociągną ją na dno.

gaston-bussiere

Szyderstwa z Estery, il. Gaston Bussière

 Tego rodzaju refleksje – rozszerzone nieco o dwudziestowieczne patologie – rodzą się w czytelniku powieści Honoriusza Balzaka pt. Blaski i nędze życia kurtyzany, w której pojawia się Lucjan de Rubempré, cyniczny bawidamek i lekkoduch, znany z Ojca Goriota i Straconych złudzeń. Ma on jeden cel w życiu, gromadzenie dóbr finansowych, bez względu na koszty własne (np. fałszywe pożyczki, lewe zakupy i potwierdzenia), a także podnoszenie własnego statusu społecznego, powrót do rodowego nazwiska, osiągnięcie tytułu margrabiego, a potem księcia, a może nawet para Francji. Ukrytą treścią tej powieści jest wielka, homoseksualna miłość Jakuba Collina (występującego we wskazanych wyżej utworach jako kanonik Karlos Herrera, Ołży-Śmierć i Vautrin) do Lucjana, choć wielu doszukuje się też tutaj figuralnej opowieści o walce dobra ze złem. Trudno wszakże jednoznacznie zaklasyfikować paryskiego pięknisia jako człowieka dobrego, wszak nieustannie wykorzystuje on kochające go kobiety i doprowadza do śmierci dwie z nich: aktoreczkę Koralię i kurtyzanę Esterę. Trudno byłoby też zanegować całkowicie działania Vautrina jako złe, czynione przez uosobienie Szatana, wiodącego młodzieńca na zatracenie. Jedni uważają koncepcję Vautrina za koronę twórczości Balzaka – pisze Tadeusz Żeleński-Boy w nocie tłumacza – gdy drudzy chcą w nim widzieć jedynie figurę z kryminalnego romansu. Pisarz nigdzie nie mówi wprost o tym, że były galernik kocha Lucjana dla jego urody, wdzięku, męskości i wszystko spowija mgła tajemnicy, ale przecież wyraźnie rysuje się tutaj homoseksualne zauroczenie. Oskar Wilde tak dalece utożsami się z młodym poetą, że jego fikcyjne losy uzna za element swojej biseksualnej historii: Konsekwentne studiowanie Balzaka przemienia naszych przyjaciół w cienie, znajomych w cienie cieni. Jedną z największych tragedii mego życia jest śmierć Lucjana de Rubempré. Nigdy nie zdołam się wyzwolić całkowicie z tego przejmującego bólu. Dosięga mnie w chwilach najwyższej radości, tłumi nieraz wybuch śmiechu”. Podobnie dramatycznie i histerycznie zachowywał się po samobójstwie młodzieńca jego samozwańczy opiekun – Vutrin. Doprowadziło to nawet do zdumiewającej przemiany duchowej, która wszakże jest najmniej prawdopodobna w powieści, nawet jeśli poparta rzeczywistą biografią. Według interpretatorów twórczości Balzaka Herrera ma cechy Eugene’a-Françoisa Vidocqa, (1775–1857), francuskiego awanturnika i złodzieja, który utworzył dział kryminalistyki we francuskiej policji, a potem został jego pierwszym kierownikiem. Chociaż Balzak spotykał się z Vidocqem i dobrze poznał jego biografię, to jakoś zbyt łatwo Collin wychodzi z więzienia i układa się z urzędnikami wymiaru sprawiedliwości dziewiętnastowiecznej Francji. Żeleński-Boy wskazał w Posłowiu szereg niekonsekwencji autorskich francuskiego realisty, ale też musiał przyznać, że jego powieści magnetyzują czytelnika jakąś dziwną mocą.

gaston-bussiereq

Śmierć Estery, il. Gaston Bussière

A skoro jesteśmy przy przyciąganiu ciał, warto na chwilę zatrzymać się przy obszernym Balzakowskim nawiązaniu do mesmeryzmu, którym przecież tak interesowali się polscy romantycy: Mickiewicz, Malczewski, Słowacki, Fredro, Wirtemberska. Oto doktor, który został wezwany do więzienia opowiada jego dyrektorowi: Mój stary przyjaciel… (Lekarz ten – wtrącił Lebrun nawiasem – jest to starzec prześladowany przez Fakultet za swoje zapatrywania jeszcze od czasów Mesmera; ma siedemdziesiąt lat z górą i nazywa się Bouvard. Jest to dziś patriarcha nauki o magnetyzmie zwierzęcym. Poczciwiec ten był dla mnie niby ojciec, zawdzięczam mu wszystko.) Zatem stary i czcigodny Bouvard ofiarował się dowieść mi, że siła nerwowa, wprawiona w stan czynny przez magnetyzera, nie jest nieskończona, człowiek bowiem podlega określonym prawom, ale zachowuje się jak siły przyrody, których bezwzględne zasady uchodzą naszym obliczeniom. „I tak – powiadał – jeżeli zechcesz podać swą dłoń dłoni medium, które w stanie normalnym nie ścisnęłoby jej poza granice pewnej dającej się ocenić siły, przekonasz się, iż w stanie tak głupio nazywanym somnambulicznym palce jej będą miały siłę obcęgów dzierżonych dłonią ślusarza!”Otóż, proszę pana, skoro włożyłem rękę w dłoń kobiety, nie uśpionej (…), ale izolowanej, i kiedy starzec rozkazał tej kobiecie, aby mi ścisnęła rękę z całej siły, musiałem prosić o przerwanie doświadczenia, gdyż krew miała mi trysnąć z palców. Lekarz streszcza tutaj jedną z tez Franza Antona Mesmera (1734–1815) dziewiętnastowiecznego twórcy koncepcji magnetyzmu zwierzęcego i sposobów leczenia przy pomocy urządzenia nazywanego baket (parapathos), czyli wanny wypełnionej różnymi materiałami magnetyzującymi, od wody, poprzez piasek, kamienie a nawet żużel kowalski. Mesmer uważał, że w każdym organizmie istnieje „fluid uniwersalny”, zaś oddziałując na niego można wpływać na stany chorobowe pacjenta. Przeprowadzał zabiegi mające na celu przeniesienie siły magnetycznej na chorego. Komisje lekarskie w Paryżu i Berlinie, w 1784 roku uznały jego teorię za pozbawioną podstaw naukowych i odrzuciły ją. Nie przeszkodziło to różnorakim romantykom w bajdurzeniu na temat mesmeryzmu i zjednywaniu w ten sposób sobie pięknych kobiet, żeby wspomnieć tylko Widowisko I cz. Dziadów i zapewnienie Dziewicy: W przyrodzeniu, powszechnej ciał i dusz ojczyźnie,/ Wszystkie stworzenia mają swe istoty bliźnie:/ Każdy promień, głos każdy, z podobnym spojony,/ Harmoniją ogłasza przez farby i tony;/ Pyłek [każdy] błądzący śród istot ogromu,/ Padnie w końcu na serce bliźniego atomu. Na te teorie dała się też złapać zakochana w Antonim Malczewskim Zofia Rucińska, która ubzdurała sobie, że tylko przy poecie czuje się dobrze, chłonąc nieustannie jego „magnetyzm”. Skończyło się to głośnym romansem, potem próbami ucieczki nieszczęsnego kochanka, a wreszcie jego przedwczesną śmiercią.

Samobójstwo Lucjana, il. Gaston Bussière

Samobójstwo Lucjana, il. Gaston Bussière

Najcenniejsze w powieściach Balzaka są opisy patologii różnych, często przeciwstawnych, środowisk społecznych. Okazuje się, że arystokraci niewiele różnią się od przestępców i kanalii, a głupota niektórych z nich (np. barona de Nucingen) jest porażająca. Dla zdobycia fortuny, dla pozyskania pięknej kochanki, dla uzyskania jakiegoś tytułu lub zaszczytu, tacy ludzie gotowi są siać wokół siebie zniszczenie, korzystać z usług płatnych morderców, posługiwać się kłamstwem, szantażem i prowokacją. Ludzkie życie i uczucia takich aniołów jak Esterę Van Gobseck nie mają znaczenia, bo wciąż toczy się walka o dobrą partię, o pozyskanie posagu, o pieniądze chciwych bankierów, hrabin, margrabiów i lichwiarzy. Pasja twórcza francuskiego pisarza nie zawsze dawała dobre efekty, a powieści pisane w celu pozyskania nowych funduszy i spłaty długów, często ulegały spłyceniu, przestawały być prawdopodobne. Rację zatem ma Erich Auerbach, gdy wskazuje, że Balzak w całym swym dziele (…) odczuwał najróżnorodniejsze milieu jako pewną organiczną, ba, demoniczną nawet jedność i wrażenie to próbował narzucić czytelnikowi. Nie tylko, jak Stendhal, umieszczał on ludzi, których losy opowiadał z powagą, w pewnych dokładnie określonych współczesnych ramach społecznych – ale ponadto związek ten traktował jako konieczny; każda przestrzeń życiowa przekształca się u niego w pewną atmosferę zmysłową i moralną, nasycającą krajobraz, mieszkanie, meble, sprzęt, ubiory, ciała, usposobienia, charaktery, sposób bycia, stosunki międzyludzkie, działalność i losy ludzi, przy czym ogólna sytuacja współczesna pojawiała się z kolei znowu jako pewna ogólna atmosfera obejmująca wszystkie poszczególne przestrzenie życiowe. Jest przy tym rzeczą godną odnotowania, że najlepiej i najautentyczniej udało mu się to w odniesieniu do kręgów średniego i drobnego mieszczaństwa Paryża oraz prowincji, podczas gdy sposób przedstawienia eleganckiego towarzystwa bardzo często sprawia tu wrażenie melodramatyczne, nieprawdziwe, a niekiedy i mimo woli groteskowe. Również w odniesieniu do innych środowisk Balzak nie jest wolny od melodramatycznej przesady; gdy jednak w obrazach sfer niższych i średnich przesada ta jedynie rzadko przynosi uszczerbek autentyzmowi całości, w obrazach życia wyżyn – także wyżyn duchowych – pisarz nie był w stanie stworzyć atmosfery prawdziwej. (E. Auerbach, Mimesis, Rzeczywistość przedstawiona w literaturze Zachodu, t. II, przeł. Z. Żabicki, Warszawa 1968, s.297) Pamiętając o tych usterkach Komedii ludzkiej, przyznać jednak trzeba, że efekt końcowy jest wspaniały – to wielka galeria ludzkich typów, charakterów, osobowości, to katalog zachowań skrajnych i zwykłych, najprawdziwszy obraz Francuzów w wieku dziewiętnastym. Dziwna jest właściwość tych powieści, w których czytelnik zanurza się niczym w błotnistym jarze, a potem – po lekturze – wychodzi z niego oczyszczony, pokrzepiony i wzmocniony. I czujny, gdy spotyka na swojej drodze nową kanalię, inne wcielenie Herrery, Oży-Śmierci, Vautrina…

ŚLEPIA BESTII

Dzisiaj jest ważny dzień… Zaczynam realizować projekt, który czekał na mnie od lat. Zrozumiałem, że muszę podjąć to wyzwanie, gdy znalazłem się w mauzoleum ofiar masakry w Nankinie, a potem pośród kamiennych bloków w Erywaniu, symbolizujących masakrę Ormian. I jeszcze ten zimny dreszcz, gdy przekraczałem bramę nazistowskiego  obozu Auschwitz, gdy patrzyłem na fotografię ofiar czerwonych Khmerów w Kambodży, Hutu w Ruandzie i zamordowane dzieci na Wołyniu. A to przecież ledwie osobne krople krwi pośród oceanu cierpienia dwudziestego stulecia.    

indeks

jew_killings_in_ivangorod_1942

Ślepia jak z popiołu, jak ze spalonego drewna, wpatrujące się w mrok, połyskujące metalicznie, odbijające krwawą poświatę – skupione na ofierze, podążające za każdym jej ruchem. Czujne, nienawistne, czekające na znak, ledwie widzialne mgnienie, gotowe śledzić niewinne dłonie, stopy, czekające na miejscu ataku. Bezlitosne i chciwe, szukające nieustannie słabego bytu, skupione na każdym geście, każdym błysku, każdej bieli i każdym lśnieniu. Nieustannie sondujące mrok, gotowe uchwycić impuls, ulotny znak, łaknące wiotkiej dłoni, delikatnej twarzy, geometrii ud i stóp. Odwieczne jak skały i lody, czarne jak kosmos, zimne jak kamienie na dnie górskiej rzeki, zastygłe w martwym bezruchu odwiecznego umierania. Świadome swego zła, ślepia połyskujące wyraziście w obliczu mordu i gwałtu, zbrodni niewinnych istot, cierpienia nie do wyrażenia i bólu przeszywającego trzewia. Pragnące kolejnych żertw, skupione na ruchach i gestach oprawców, czekające na błędy uciekających i moment schwytania bytów w niewidzialną sieć.

1895erzurum-victims

c1554bfa87e222d9c21a97c525e991f9

0ebde0fad25556a23f81aa488b31f7a5

Ryczące przeraźliwie w niesłyszalnym zakresie, skąpane we łzach, pragnące pić krew, szarpać ciała, niszczyć kształty, gasić dźwięki, zamykać wymiary. Nic nie zdoła ich powstrzymać, nikomu nie uda się ich przebić, były, są i będą zawsze, rosnące w siłę, potężniejące w tle wojennej pożogi i lejącej się niewinnej krwi. Śledzące uniesione miecze i kule mknące ku ciałom, skupione na ostrzu gilotyny, sznurze szubienicy, bombie zrzuconej z samolotu, na pociskach wystrzelonych z dział i czołgów, na sunących ku niebu rakietach. Ślepia odprowadzające rozpalony metal mknący w dal i zabijający po drodze istnienia, nicujący świadomość po świadomości, odbierający oddech i czucie w dłoniach. Nie przymykające się nigdy, bystre jak ślepia lamparta, skupione, ekstatyczne w obliczu tortur i tragedii, szaleństw siepaczy i wydających rozkazy oficerów, generałów, polityków. Niewidzialne pośród ludzkich wymiarów, istniejące w nicości, wtopione w lodowatą czerń odwiecznej nocy, w bezlitosny mróz dalekich przestrzeni, prześwitujące przez zasłony dnia, odradzające się w oczach morderców i synów wyrodnych, katów i strażników lochów. Pewne siebie pewnością astralnych tragedii, kruszenia się kształtów, monstrualnych zderzeń, nieprzewidzianych eksplozji i wyrzutów rozżarzonej magmy, wpatrzone w kruchość istnienia i wciąż pragnące zobaczyć jego dramatyczny koniec.

dc9e2cec02df

nankin-3

naziexecution-rex-v2

Przyczajone w ukryciu, kochające cień i mrok, nienasycone w obliczu krzywdy, wycofujące się w pustkę w obliczu światła i zawsze wracające ku gęstym mrokom. Ruchliwe jak sierść lamparta, skóra żmii, odnóża skolopendry, przechodzące z ciała do ciała zabójców i dręczycieli, umierające w obliczu dobra, odradzające się we wściekłości i kłamstwie. I wciąż, wciąż łaknące przelanej krwi, rozkoszujące się jej smakiem, krzykiem przerażenia, bólem nie do wyobrażenia i umieraniem w męczarniach. Odprowadzające na cmentarz pochód pogrzebowy i natychmiast podążające ku nowym miejscom, potencjalnym konfliktom, wojnom i rewolucjom, szaleńczym pościgom i samosądom tłumów. Wpatrzone w trupy żołnierzy na polach bitew, w dzieci otrute gazem, kobiety zgwałcone i mężczyzn odprowadzanych na podest szubienicy, na szafot, na skraj wapiennego klifu. Szybujące przez chwilę wraz z młodzieńcem zepchniętym w przepaść, dziewczyną zamkniętą w klatce najstraszliwszego bólu, warujące przy stygnących trupach dyktatora i milionów jego ofiar.

armenian_woman_kneeling_beside_dead_child_in_field

nazi_holocaust_by_bullets_-_jewish_mass_grave_near_zolochiv_west_ukraine

foto-02-1

KRWAWY SPORT

8375063290-horz

Józef Mikołaj Potocki (1862–1922) należał do grona najbogatszych polskich właścicieli ziemskich, a jego koneksje rodzinne sięgały bardzo daleko. Był  przecież synem Alfreda, ordynata łańcuckiego i namiestnika Galicji, wnukiem Romana Stanisława Sanguszki, uczestnika powstania listopadowego, prawnukiem pisarza i archeologa Jana Potockiego, autora Rękopisu znalezionego w Sarragosie. Zasłynął jako kolekcjoner książek, przemysłowiec i fundator kościołów, a nade wszystko jako myśliwy i podróżnik. Po matce – Marii z Sanguszków – odziedziczył ogromne dobra ziemskie w Smołdyrowie, Antoninach i Szepetówce na Wołyniu, co zapewniło mu dostatnie życie i pozwoliło na wizjonerstwo gospodarcze, uwłaszczanie chłopów, zakładanie gospodarstw rolnych, leśnych i rybackich, a także budowę szlaków kolejowych, tworzenie zwierzyńców. Miał też majątki na obszarze południowego Podkarpacia i ogromny pałac w Warszawie, który odrestaurował i zmodernizował. Powiększył znacznie księgozbiór sławucki Sanguszków, a w pałacu w Antoninach zgromadził około 20 tysięcy tomów i wiele dzieł sztuki, które po wojnie polsko-rosyjskiej przeniósł do Warszawy, gdzie niestety uległy zniszczeniu podczas powstania warszawskiego. Opublikował swoje zapiski z wypraw łowieckich do Azji i Wschodniej Afryki: Notatki myśliwskie z Dalekiego Wschodu. Indie, Cejlon (1894, dwa tomy), Notatki myśliwskie z Afryki. Somali (1897), Nad Nilem Niebieskim (1902). Wspierał prace naukowe, między innymi ofiarował dom Towarzystwu Naukowemu Warszawskiemu, którego był protektorem, a w 1911 roku został jego członkiem honorowym. Był przy tym zapalonym myśliwym i starał się nadać temu hobby specjalną oprawę, przygotowując bogate rauty, zapraszając znamienitych gości. Przyjaźnił się między innymi z Wojciechem Kossakiem, który stworzył w swoim charakterystycznym stylu zaproszenie na jubileuszowy sezon polowań w 1909 roku, a także namalował obraz Wyjazd na polowanie w Antoninach. Hrabia zmarł nagle we Francji w 1922 roku, w wyniku licznych ran odniesionych w wypadku samochodowym i został pochowany na cmentarzu w Montrésor.

412971

Niegdyś czytywałem wiele relacji z polowań w egzotycznych krajach, choć szczególnie podobały mi się opowieści o łowach bezkrwawych, dla europejskich ogrodów zoologicznych. Lubiłem też opowieści fotografów, udających się do odległych krain by utrwalać na kliszach krajobrazy i zwierzęta, zamieszczane w osobnych książkach albo w czasopismach geograficznych, takich jak „Poznaj Świat”, „Kontynenty”, „National Geographic”. Zapoznałem się z wieloma sprawozdaniami z polowań w Afryce, Ameryce Północnej i Ameryce Południowej, w krainach lodu i mrozu, w Australii, a także w Europie. Mógłbym przywołać też wielu autorów, znanych i mniej znanych, polskich i obcych, mających swoje miejsce w historii literatury lub kompletnie zapomnianych. Bodajże w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia zapoznałem się bez większego entuzjazmu z relacją Józefa Mikołaja Potockiego z wypraw łowieckich do Indii i na Cejlon. Wynotowałem wtedy fragment, który wiele lat przeleżał w moich papierach, czekając być może na lekturę kolejnej książki tego autora: Ptaków tu jeszcze więcej niż w okolicach Goony, między innymi widzę po raz pierwszy gatunek jarząbka brunatnego koloru z zielonawym piór odblaskiem (Gallopardix spadiceus). Ptak ten w skałach siedzi a gdy go wystraszyć, piechotą ucieka; nigdy nie widziałem, by się zerwał. Anglicy nazywają go spurfowl, od pazurka u łapki w formie ostrogi (spur ostroga). W niektórych kniejach, szczególnie w pobliżu wody, pawi tak dużo, że się zrywają całymi, tak zwanymi bukietami, jak bażanty w parkach. Mnóstwo też kuropatw, frankolinów i czarnych przepiórek. Wszystko to owoc zakazany: »strzelać nie można, bo pantera ruszy« mówi Mahmud Khan. W ostatnim miocie zabawne miałem stanowisko; obława zajęła stok pagórka mimozami zarosłego; gdy naganka dochodziła, zaczęły się z góry sypać jak z worka, dzikie małpy, jedna po drugiej, małe i duże, rozmaitego wzrostu, stare samce z brodami, samice niosące małpki na grzbiecie pocieszny widok! Ze trzydzieści ich koło mnie przedefilowało. Tak są duże, że gdy się na łapy wzniosą, wzrostu średniego człowieka dochodzą; nie strzela się ich tu, również jak pawi i z tego samego powodu, Hindusi je bowiem za święte uważają. Pewnie powodem zachowania tego fragmentu były moje młodzieńcze zainteresowania ornitologiczne, chociaż dzisiaj trudno mi zrozumieć co mogło mnie zaciekawić w opisach przyciężkawych jarząbków, kuropatw, frankolinów i przepiórek?

1-horz

Autentycznie ucieszyłem się, gdy zobaczyłem na półce w księgarni książkę Józefa Potockiego pt. Notatki myśliwskie z Afryki, wydaną znakomicie przez znane poznańskie wydawnictwo. To jest edycja z ilustracjami Piotra Stachiewicza (1858–1938), znanego malarza krakowskiego, wzbogacającego swoimi pracami dzieła Mickiewicza, Sienkiewicza i Konopnickiej. Kupiłem książkę, ale z racji moich licznych obowiązków literackich i organizacyjnych dopiero niedawno zapoznałem się z nią, czytając szybko, do czego przyczyniała się czcionka sporych rozmiarów. Niestety tym razem nie była to lektura fascynująca, a raczej bardzo krytyczna, bo pióro Potockiego jest ciężkie, jakże dalekie od finezji opisów myśliwskich W Pustyni i puszczy Henryka Sienkiewicza albo Nad Rio de La Plata Karola Maya. Notatki myśliwskie z Afryki to opis wyprawy bogatych polskich włościan, Józefa hr. Potockiego, Tomasz hr. Zamojskiego i Jana hr. Grudzińskiego, do Afryki Wschodniej. Panowie dopływają statkiem do Adenu i potem ledwie unoszącą się na wodzie krypą Tuna, przemierzają Zatokę Adeńską, by znaleźć się w somalijskiej Berberze. To jest słynny róg Afryki, obecnie włączony do niepodległego, muzułmańskiego państwa Somalia. Blisko stąd do Oceanu Indyjskiego i Półwyspu Arabskiego, na południu państwo graniczy z Kenią, na północnym zachodzie z niewielkim państewkiem Dżibuti, a na zachodzie z Etiopią. Pod koniec XIX wieku była to głusza afrykańska, której ekstremalne warunki przyciągały różnorakich awanturników, podróżników i myśliwych. Największym problemem jest tutaj nieustanny brak wody, wysokie temperatury w dzień i minusowe w nocy, a także plagi szarańczy i okresowe ponadnaturalne rozmnożenia się  groźnych drapieżników. Józef hrabia Potocki przybył na te ziemie, gdy swoim protektoratem objęli je Anglicy, nazywając Somalilandem, choć ich panowanie było bardziej formalne, niż rzeczywiste. Dopiero w latach trzydziestych dwudziestego wieku ziemie te odegrały ważniejsza rolę, gdy stały się bazą wypadową Włochów, podczas wojny z Abisynią (1935–1936), a potem zostały włączone do Włoskiej Afryki Wschodniej. Po uzyskaniu niepodległości w 1960 roku, zaczęły się wojny klanów, różnorakich lokalnych dowódców, partii politycznych i band muzułmańskich.

412972

Lektura notatek łowieckich Potockiego rozczarowała mnie pod każdym względem – po pierwsze nie jest to dzieło literackie, a raczej rodzaj nieznacznie tylko rozbudowanego dziennika. Autor nie próbuje plastycznie odwzorować przestrzeni afrykańskich, w których się porusza, ogranicza się do ogólników, powtarzania stale tych samych, sztampowych określeń, nie przedstawia też pogłębionych studiów etnograficznych, botanicznych czy zoologicznych. Wszystko tutaj podporządkowane jest suchym relacjom z polowań, zaczajania się w zeribach, wystawiania drapieżnikom na przynętę żywych osłów, no i nieustannego strzelania. Obrzydzenie budzą takie oto opisy mordowania lwów: Farba miejscami była obfita, gdzieniegdzie postrzałek zalegał. Po chwili widoczne się stało, że zwierz został ranny nisko w łopatkę lub w nogę, bo jedną łapę wlókł po ziemi. Trop drugiej sztuki, zapewne lwicy, bo mniejszej, biegł równolegle zer śladem postrzałka. Po kilkuset krokach doszliśmy do miejsca, skąd lew widocznie dopiero co pomknął przed nami, bo farba świeżutka i wilgotna, jeszcze w ziemię nie wsiąkła; ślad drugiej sztuki odbiegł i znikł w gąszczu. Potem następuje opis sprawnego mordowania rannego lwa i przechwałki ile to słoni, nosorożców, panter, hien, gazeli i oryksów zabili koledzy Potockiego i on sam. Opisy są suche, a autor traktuje ten festiwal mordu jak dyscyplinę sportu, która ma lepszych i gorszych „zawodników”. Krzywda fauny się nie liczy, a wartość mają tylko ustrzelone lwy, skóry zdjęte z zabitych zwierząt, odłączona od wielkich ciał kość słoniowa, rogi nosorożców, czaszki antylop i gazeli. Bogaci właściciele ziemscy z Europy prześcigali się w zwożeniu z Afryki „trofeów” i urządzaniu przeładowanych nimi dworków myśliwskich. Obwieszano je rogami, świetnie wyprawionymi skórami drapieżników, a największe znaczenie miały wielkie ciosy słonia, montowane na ścianie, albo wykorzystywane jako część mebla lub materia do wykonania rzeźb i innych artefaktów. Jakież ogromne pieniądze trzeba było zainwestować w taką wyprawę, ile zapłacić tragarzom, ile wydać srebrnych rupii na zakup wielbłądów, wody w butlach i sprzętu łowieckiego. Ale Potockiego było na to stać i po dotarciu do kolejnych punktów docelowych mógł razem z kolegami do woli strzelać do słoni, nosorożców i lwów, zaczajać się na lamparty i antylopy, a potem mierzyć do nich jak do ruchomych tarczy. Liczyła się przelana krew (farba) i kolejne skóry zdzierane z upolowanych zwierząt – ważne było by wrócić do Europy w chwale „sportsmena”, który zabijał sprawnie, udanie i często, a potem przywiózł do Polski ogromne skrzynie afrykańskich trofeów.

vv

Przechwałki hrabiego Potockiego przybierają pod koniec opowieści charakter zbrodniczych statystyk i przerażają, tym bardziej jeśli uświadomimy sobie, że każdego miesiąca z Europy przyjeżdżało do Afryki wielu takich „myśliwych”. Swoje rozrywki podsumowuje nasz ziemianin jakby relacjonował najoczywistsze sprawy: W czasie kilkudniowego pobytu w Dumbureli pracowaliśmy z Zamoyskim bardzo sumiennie. Od brzasku do południa i od trzeciej do zachodu słońca chodziliśmy za zwierzyną. Nazajutrz po pamiętnej nocy, w której mój towarzysz położył czarnogrzywego lwa, ubiłem dwa oryksy, antylopę Clarke’a – niestety, samicę bez rogów – oraz trzy aule. Jeden z moich oryksów odznaczał się niezwykle długimi rogami, mierzącymi okrągłe trzy stopy. Są one tylko o jeden cal mniejsze od najdłuższej dotychczas znanej pary rogów, które posiada w swym zbiorze Borys książę Czetwertyński i które pochodzą z jego ostatniej wyprawy do Somalilandu podjętej w roku 1895. W tym samym sezonie, od grudnia do końca lutego, roku następnego, hrabia Potocki z kolesiami sprawił się równie „znakomicie”:  Zamoyski rankiem zabił trzy aule, ja przyniosłem jednego. Ogólny nasz rozkład urósł do poważnej liczby około stu siedemdziesięciu sztuk przeróżnej zwierzyny, ubitej w ciągu niespełna trzech miesięcy pobytu w głębi kraju. Rezultat ten świadczy, że choć dzisiaj ziemia Somalijczyków nie jest już tak bogatym matecznikiem, spiżarnią najgrubszej zwierzyny, jak bywało przed laty, jednakże pozostało w nim jeszcze zwierza pod dostatkiem. Lata przeminą, nim w tej krainie zabraknie lwów i gruboskórych dla myśliwych żądnych wrażeń i szlachetnej rozrywki. Jak widać mamy tutaj do czynienia z prawdziwym paroksyzmem zabijania (szlachetna rozrywka), a potem pakowania tzw. trofeów do skrzyń i wywożenia ich do Europy. Chodziło przy tym tylko o zaspokojenie własnej próżności i przechwałki w środowisku ziemiańskim, bo zbliżające się wojny światowe i tak rozproszyły te „zbiory”; przewalające się fronty zrównały z ziemią posiadłości, pałacyki myśliwskie i salony z rogami i czaszkami na ścianach. Mądre myślistwo zakłada stymulowanie przyrostu naturalnego zwierzyny, skupia się na odstrzale osobników chorych, zranionych, nie dających sobie rady w lesie lub na stepie. Tymczasem wyprawy łowieckie Europejczyków do egzotycznych krain miały charakter rabunkowy i przyczyniły się do całkowitego wytrzebienia wielu gatunków (kwagga, antylopa modra, dodo, moa, renifer Dewsona, tygrys kaspijski i jawajski, jeleń Schomburga). Może notatki łowieckie Potockiego mają jakieś znaczenie dla historii myślistwa w Polsce i w krainach, w których grasował, ale są też dokumentem bestialskiego mordowania zwierząt dla próżnej, bezrozumnej rozrywki.

___________

Józef hr. Potocki, Zapiski myśliwskie z Afryki Somali, ilustr. Piotr Stachiewicz, Zysk i S-ka, Poznań 2009, s. 270.

WIOTKI UMYSŁ KSIĘCIA

6a00e54fe4158b883301b7c8200ea9970b

Książę Myszkin jest ekscentrykiem, dziwnie zachowującym się młodym mężczyzną, raz po raz doświadczanym przez gwałtowne ataki epileptyczne. Odziedziczona fortuna pozwala mu czuć się niezależnym, snuć niegroźne intrygi, odwiedzać domy, w których powinno się bywać i słuchać opowieści o Rosji, milionerach, bankrutach, mordercach i wspaniałomyślnych donatorach. Otoczenie zrazu ma go za idiotę, ale wiele osób zmienia z czasem nastawienie do niego i zaczyna dostrzegać w nim wiele pozytywów, ciekawych reakcji, do wielu docierają też wypowiedzi, poparte rzeczowymi argumentami i znakomicie lokujące się w dyskusjach. Właściwie Lew Nikołajewicz Myszkin sam dla siebie jest zagadką, a jego skłonność do zakochiwania się w biegunowo różnych kobietach, staje się prawdziwym przekleństwem. Dostojewski chciał w powieści Idiota stworzyć portret człowieka doskonałego, ale nieopatrznie skarykaturował go i ukazał liczne jego zależności od nieoczekiwanych zdarzeń, chwilowych zgapień, nieustannej presji osób z kręgu towarzyskiego. Pisał w jednym z listów: Chodzi mianowicie o przedstawienie absolutnie doskonałego człowieka. Moim zdaniem nie może być nic trudniejszego, zwłaszcza w naszych czasach. (…) Już dawniej idea ta pojawiała mi się w głowie jako pewien przebłysk obrazu artystycznego, nie chciałem jednak, aby stanowiła tylko część czegoś, potrzebowałem jej jako całości. Powieść powstała pomiędzy wrześniem 1867 a styczniem 1869 roku i publikowana najpierw w odcinkach w prasie, spotkała się z żywym odbiorem czytelników. W świecie upiorów ludzkich, karciarzy i pijaków, oszustów sądowych i złodziei ktoś taki jak Myszkin musiał jawić się jako idiota, tym bardziej, że był szarmancki, godził się na fanaberie towarzystwa i nie obrażał się za obelgi. Podczas lektury doskonale widać, że jego postawa, czyny i działania stają się prowokacją dla różnorakich oponentów, a Dostojewski używa Myszkina by ukazać wokół niego skłębienie i skarlenie społeczeństwa rosyjskiego w drugiej połowie dziewiętnastego wieku. Całe nieszczęście ludzkości – wskazuje autor powieści – polega na tym, że zbyt pochopnie i powierzchownie ocenia innych ludzi, rwie się do wydawania opinii, a największą przyjemność sprawia jej wyrządzenie komuś krzywdy. Ludzie chełpią się tym wtedy jak wielka zasługą, nie zauważając – lub nie chcąc zauważyć – jakich spustoszeń dokonali i ile zła, w postępie geometrycznym, zaczęło mnożyć się za ich sprawą.

Myszkin może rzeczywiście odstręczać od siebie ludzi, ale najcenniejsze w powieści są portrety postaci z jego otoczenia, najczęściej kanalii, choć zdarzają się też prawdziwi nieszczęśnicy (Hipolit) albo minoderyjne dziewczęta, mające w głowie tylko dobry ożenek i czekające na bogatego kandydata. Wyzwanie, jakim jest dobroć i postawa życiowa księcia, nieustannie wystawiane są na próbę, a kolejni oponenci, dyskutanci, osoby oceniające go, sami stają się podmiotem ocen Dostojewskiego. Jako epileptyk, Myszkin żyje stale w obliczu nieoczekiwanych zdarzeń, pośród których nagłe ataki mogą zburzyć wszelkie jego intelektualne konstrukcje i próby zaprowadzenia ładu. Łagodnie i delikatnie próbuje zbudować swój związek z przepiękną Agłają Iwanowną Jepanczyn, czym naraża się na drwiny jej rodziców, sióstr i całego swojego otoczenia. Dziewczyna dostrzega w nim jednak wyraźny potencjał myślowy i egzystencjalny i zaczyna przyzwyczajać się do myśli, że może stać się jej życiowym partnerem. To, co jedni uznają za idiotyzm, ona zaczyna interpretować jako interesujący profil psychologiczny, a sama będąc niezwykle rozchwiana duchowo i emocjonalnie, szuka pokrewnej duszy, powiernika dla jej romantycznych tęsknot. Wszystko wszakże otacza jakiś dziwny mrok – Dostojewski nie umiał – pisze Szestow – zupełnie nie umiał posługiwać się jasnymi barwami. Sądził, że wystarczy wymyślić pobożną nazwę dla obrazu, a jego temat będzie usprawiedliwiony.[1] Może dlatego wokół Myszkina gromadzi się sporo wykolejeńców i nieudaczników życiowych, cała rzesza pijaków i miernot, przecież każdy może u niego liczyć na rozmowę i wysłuchanie żalów. Dochodzi nawet do tak wynaturzonej sytuacji, że całe towarzystwo wysłuchuje u niego spisanej spowiedzi Hipolita Tierentiewa, a potem jest świadkiem jego pozorowanego (lub nieudolnie przygotowanego) samobójstwa. A wszystko za sprawą łagodności księcia i jego pragnienia zaprowadzania ładu we wszelkich sferach społecznych, w których się znalazł.  Trzeba być idiotą – mówią zdegradowani bohaterowie powieści – żeby wychodzić z sercem na dłoni do prawdziwych ludzkich bestii, trzeba nie mieć oleju w głowie, żeby próbować łagodzić wieloletnie spory, albo okiełznać taką zdeprawowaną istotę jak Nastazja Filipowna. A jednak – świadomie lub nieświadomie – Myszkin podejmuje stale te próby, wciąż chce tworzyć unie pomiędzy wrogami i ludźmi, którzy by nigdy nie podali sobie ręki. Jakoś w jego obecności pękają lody, a to, co wydawać by się mogło nierealne, zyskuje nowy wymiar i staje się rzeczywistością.

Postawa księcia prowadzi do nieuzasadnionych komplikacji, zerwania z Agłają i kolejnej szaleńczej próby poślubienia Nastazji Filipownej. Tutaj akcja powieści wyraźnie przyspiesza, niektórzy bohaterowie umierają, inni popadają w szaleństwo, a najbardziej zaskakująca jest ucieczka Nastazji sprzed ołtarza i ponowne połączenie z Rogożynem. Nieszczęsna kobieta nie zauważa, że doprowadziła już swoich adoratorów do kresu wytrzymałości i może stać się coś naprawdę złego. Książę jedzie do Petersburga i szuka jej w dawnych miejscach zamieszkania, odwiedza też kilkakrotnie dom Rogożyna, ale tam nie mówią prawdy, że przebywa w nim ukochana. Jego stan psychiczny ulega wyraźnemu pogorszeniu, a miotając się pomiędzy Agłają a Nastazją, powoli traci grunt pod nogami i coraz mniej ma pomysłów, co robić, jak przeciwstawić się coraz to straszniejszym zdarzeniom. W pewnym momencie pojawia się obok niego Rogożyn i prosi, by poszedł razem z nim do jego domu, gdyż jest tam potrzebny. Okazuje się, że tego samego dnia zamordował Nastazję Filipowną, a sprowadzenie na miejsce zbrodni Myszkina miało mieć dla niego jakieś znaczenie terapeutyczne. Rację ma Miłosz, gdy wskazuje, że U Dostojewskiego wola każdej jednostki (miłość własna) i samo-wola jest siłą niszczącą i lubuje się w okrucieństwie wobec innych.[2]  Tak wszystko się rozpada, wszystko traci sens – Rogożyn zostaje skazany na wiele lat katorgi syberyjskiej, książę wraca do kliniki w Szwajcarii, gdzie coraz bardziej popada w obłęd, Agłaja wychodzi za mąż za polskiego rewolucjonistę i popada w biedę. Miało się zacząć wspaniałe życie, ale zachowanie „idioty” doprowadziło do ciągu fatalnych rozstrzygnięć, bolesnych zawirowań, których nie można już było opanować. Złą rolę odegrała tutaj też intrygancka natura Nastazji, ale przecież każdy z bohaterów powieści dokładał swoją cząstkę chaosu, dezorientował Myszkina i wpływał na jego dziwaczne decyzje. Powieść Dostojewskiego miała ukazać człowieka nieskończenie dobrego, wspaniałomyślnego i spolegliwego, a udokumentowała rozchwianie rosyjskich charakterów, kłótliwość i pijaństwo, degrengoladę moralną i zawiść, a nade wszystko brak akceptacji dla dobrych uczynków i podchodzenie do nich jak do skrajnych fanaberii.

Po nowej lekturze powieści znalazłem u Maurice’a Merleau-Ponty’ego informację i jakże ważki komentarz: W pierwszym szkicu „Idioty” Dostojewskiego mordercą był książę Myszkin. W końcu został nim Rogożyn. Ale to zastąpienie nie jest dowolne, opiera się na systemie równoważności czy raczej na zasadzie selekcji i regule ekspresji, która formuje tę powieść, aby przekazywała nam określone rzeczy.[3] Rzeczywiście, gdyby Myszkin zabił Nastazję, cała konstrukcja jego postaci ległaby gruzach i okazałoby się, że wszystko jest tylko absurdem. I tak absurdalność życia pojawia się w ostatnich częściach dzieła z ogromną mocą, ale czytelnikowi łatwiej jest znieść nawrót choroby księcia, niż morderstwo Rogożyna. Nie wolno igrać z życiem, a zabawy pionkami, które prowadziła Nastazja Filipowna często prowadzą do tragicznych rozstrzygnięć. Kto wchodzi na drogę zła, zbiera zło, kto niszczy związki międzyludzkie, niszczy samego siebie, kto igra z Bogiem i Szatanem, ten wpisuje swoje losy w odwieczny, kosmiczny konflikt. I nie ma tutaj znaczenia fakt, że Nastazja jest kobietą upadłą, a jej gierki mają wymiar w mikro skali, możliwe są tylko w ściśle określonym środowisku, wąskiej grupie adoratorów i komentatorów jej poczynań. Dlaczego takim, stojącym nad grobem nadwrażliwcom jak Hipolit, śnią się jakieś szatańskie gady, które czyhają na ludzi, dlaczego ataki epileptyczne dotykają człowieka, który pragnie łączyć ludzi i potrafi wybaczyć nawet zamach na własne życie, dlaczego wreszcie dochodzi do tej ohydnej zbrodni? Odpowiedzi może być kilka – stan umysłów ludzi w Rosji pogorszył się, a groza nakazów i kar religijnych przestała działać, do czego przyczyniło się też uzależnienie kleru od mamony. Zanikły bariery pomiędzy szlachetnie urodzonymi, a zwykłą hołotą, która nie waha się wkraczać na spotkanie, w którym bierze udział arystokratyczna rodzina generała Jepanczyna. I wreszcie odwieczna przywara Rosjan – pijaństwo doprowadzone do skrajności i nieustanne poszukiwanie funduszy na nie, wydobywanie spod ziemi fundatorów i tych, którzy dadzą się naciągnąć na zakup kolejnych butelek. Myszkin nieświadomie uczestniczy w tej degrengoladzie i jego postawa odbierana jest opacznie, łatwo go można nazwać „idiotą”, łatwo też można wychwalać go pod niebiosa i prowadzić gierki w jego otoczeniu. Naiwność księcia odbierana jest przez Agłaję jako dobroć, a Nastazję podnieca i rodzi pożądanie, patologiczne marzenie o przyszłych upojnych nocach z tak kruchą istotą. Nieszczęście kumuluje się coraz bardziej, ale główni bohaterowie powieści tego nie dostrzegają, zdają się naiwnie wierzyć, że wszystko poukłada się zgodnie z ich planami. Finał jest bezlitosny i główną rolę odgrywa w nim Rogożyn – zdawać by się mogło najsilniejszy z nich, psychicznie i fizycznie, najbogatszy i mający największe perspektywy rozwoju. To on wbija kuchenny nóż w serce Nastazji i pragnąc dodatkowo zgnębić swojego rywala – prowadzi Myszkina do pokoju, gdzie leży jej ciało okryte płótnem. Tego już wiotka psychika księcia nie jest w stanie wytrzymać…

[1] L. Szestow, Dostojewski i Nietsche Filozofia tragedii, 
przeł. C. Wodziński, Warszawa 1987, s. 95.
[2] Cz. Miłosz, Dostojewski i zachodnia wyobraźnia religijna 
[w:] tegoż, Ziemia Ulro, Kraków 2000, s. 84.
[3] M. Merleau-Ponty, Proza świata Eseje o mowie, 
przeł. E. Bieńkowska, Warszawa, s. 196.

 

DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (6)

11121445-obraz_234_640

26 stycznia 1982 roku

Sejm uchwalił zarządzenia stanu wojennego, a tylko posłowie Karol Małcużyński i Janusz Zabłocki wystąpili z oskarżeniami władz wojskowych. Małcużyński – zwracając się bezpośrednio do Jaruzelskiego – ostrzegał przed gniewem społecznym, a szczególnie młodzieży, stanowiącej 60% społeczeństwa. Gdy mówił do Jaruzelskiego, wybuchła wrzawa komunistycznych posłów, którzy skandowali: Jak śmiesz pouczać premiera?

W Genewie Haig oświadczył, że na jego spotkaniach z Gromyką zaciążyła sytuacja w Polsce. Międzynarodowy Czerwony Krzyż otrzymał pozwolenie na odwiedzenie pięciuset internowanych. Grupa wybitnych polskich opozycjonistów wystąpiła z oskarżeniem władz o pobicia i szykany. Schmidt ponowił wezwanie do zakończenia stanu wojennego w Polsce i zwolnienia osób internowanych.

W Moskwie zmarł czołowy teoretyk KPZR – Michaił Susłow, który przyczynił się do sowieckich interwencji na Węgrzech i w Czechosłowacji. Było coś piekielnego w obrazach z Moskwy, gdy udekorowany na czerwono plac żegnał niesionego w otwartej trumnie trupa. Zakopują tych złoczyńców przy murze kremlowskim, jakby byli świętymi, ale czego się spodziewać po sowietach skoro umieścili tam też ścierwa Lenina, Stalina i Dzierżyńskiego…

27 stycznia 1982 roku

Dzisiaj pierwszy dzień w uczelni. Opiekunka mojego roku – Rubaszewska – jest strasznie egzaltowana i przekonana o swej urodzie, ale może odpuści z tą jej gramatyką historyczną. Od 9.00 do 11.00 jakiś podpułkownik upolityczniał wszystkie roczniki filologii polskiej i działacze socjalistycznego zrzeszenia studentów kiwali z uznaniem głowami i lojalnie, wazeliniarsko komentowali wypowiedzi wojskowego. Powiedział, że internowano 60 oficerów, a po wprowadzeniu stanu wojennego w Szczecinie i w Gdańsku zginęło kilkadziesiąt ludzi. Nawiązał też do kopalni „Wujek”, gdzie „warcholstwo górnicze” odrąbywało siekierami i kilofami ręce schwytanych zomowców. Było to smutne i durne przedstawienie w miejscu, gdzie zwykle analizuje się poezję, dramat albo prozę.

Nie zauważyłem Aliny i chyba ona też mnie nie widziała, ale siedziałem przy takiej sympatycznej Dance, obciętej na chłopca. Fajna dziewczyna i też mieszka na Błoniu, w jakimś bloku przy Okrzei.    

Gromyko powiedział, że USA nie mają żadnego prawa mówić rządowi polskiemu co ma robić. Haig zaoferował dużą pomoc dla Polski, jeśli zostanie zakończony stan wojenny, a Gromyko miał tę propozycję odrzucić. W przyszłym tygodniu prymas Glemp spotka się z papieżem w Rzymie i będzie mu towarzyszył biskup Franciszek Macharski z Krakowa oraz inni członkowie Episkopatu Polski.

Wolna Europa podaje, że Rosjanie wraz z wojskami rządowymi ostrzelali z rakiet miasto Kandahar w Afganistanie. Po ostrzale na teren miasta weszło wojsko sowieckie i zaczął się rabunek bazarów i okolicznych wsi. Pamiętam co moja prababcia opowiadała o wejściu Rosjan do Bydgoszczy – dokwaterowano im wtedy żołnierzy na ulicę Strzelecką i rozgrywały się tam dantejskie sceny, z gwałtami, zabijaniem niewinnych ludzi i nieustannym zastraszaniem. Najgorsi byli sołdaci z mongoloidalnymi rysami twarzy – prawdziwe zwierzęta, ciągle pijani i szukający dziewcząt, by je zgwałcić. Moją babcię pradziadek ukrył w innym domu na strychu, ale nawet dobierali się do prababci.

11121443-obraz_195_640        

28 stycznia 1982 roku

Władze polskie zaczęły kampanię mającą na celu ujawnienie działalności CIA w Polsce. Postanowiono też, że dopuści się przejęcie Wałęsy przez Kościół, po jego uwolnieniu, ale bez kontaktów z innymi przywódcami Solidarności. Dostojnicy kościelni odmówili, bo musieliby stać się więziennymi strażnikami.

Przeczytałem Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya i garść refleksji wpisuję bezpośrednio do mojego dziennika. Nowy wspaniały świat (Brave New World) to słynna antyutopia, powstała na osiem lat przed szaleństwami Hitlera, na parę dziesiątków lat przed próbami uniformizacji narodu chińskiego przez Mao Tse Tunga i prawie pół wieku przed pierwszymi eksperymentami z narodzinami dzieci z próbówki. Huxley opisał dziwaczne społeczeństwo dwudziestego szóstego wieku historii ludzkości, które odcięło się od przeszłości i zaprowadziło porządki przypominające zorganizowanie i podporządkowanie funkcji, jakie obserwujemy w mrowisku czy termitierze. Oto w wielkich kombinatach rozrodczych „produkuje” się istoty ludzkie – w ogromnych butlach, na podłożu świńskich komórek, wzrastają organizmy, które już w trakcie „dojrzewania” poddaje się określonej „obróbce”. Poprzez ograniczenie dostępu tlenu, nasączanie alkoholem, zmniejszanie, bądź zwiększanie racji żywieniowych, doprowadza się do narodzin specyficznie ukształtowanych jednostek, jakby całych rzesz bliźniaków jednojajowych. Do tego dodaje się swoisty system edukacyjny oparty na zastraszaniu i nieograniczonej swobodzie seksualnej (dopuszczenie do gier miłosnych dzieci), a także nauczanie poprzez sen (nieustannie płynący z głośników głos powtarzający te same formułki) kodeksu zawierającego wszystkie prawa i przywileje członka społeczności. W taki sposób dosłownie „produkuje” się określone typy ludzkie (oznaczane pierwszymi literami greckiego alfabetu), przystosowane do wykonywania specjalnych zadań. Wszelkie przejawy buntu i sprzeciwu, wszelkie nastroje frustracji, usuwa się farmakologicznie przez podawanie codziennej racji środka narkotycznego, nazywanego w tym świecie somą. Tak ogłupianym społeczeństwem, łaknącym somy jak pokarmu, kieruje dziesięciu zarządców świata, spośród których czytelnik poznaje Mustafę Monda, zarządcę na Europę, mającego swoją siedzibę w Londynie. Ten inteligentny, a zarazem niesłychanie perfidny decydent ustala prawa, skazuje i nagradza jednostki, jest uwielbiany i otaczany czcią. Łatwo dostrzeżemy w nim wszystkie te cechy, jakie charakteryzują największych oprawców – pseudo kultura osobista, swoista filozofia działania dla dobra mgliście pojmowanego ogółu, umiejętność prowadzenia „wykwintnych” dyskusji z pokonanymi i uwięzionymi, a zarazem skrywany sarkazm, bezduszność i poczucie bezkarności, tak dobrze znane w naszym świecie z poczynań gestapowców, działających w latach trzydziestych enkawudzistów czy współczesnych zarządców w różnych totalitarnych reżimach. W tym świecie, gdzie człowiek zredukowany został do roli automatu pojawia się nagle wyrwany z rezerwatu tzw. „dzikich” syn kobiety, która nieopacznie kiedyś w owym miejscu zaginęła. Został on urodzony w sposób naturalny, a wychował się na swobodzie, pośród Indian meksykańskich. Wspaniały świat jego matki zna tylko z opowieści i wciąż do niego tęskni. Ale gdy przypadkiem zostaje tam przeniesiony, gdy zakochuje się w pięknej kobiecie, odzywają się w nim dawne instynkty, nie może zgodzić się na warunki jakie dyktuje mu ukochana i członkowie społeczności. Jego bunt wywołuje tylko uśmiech na twarzy Wielkiego Zarządcy, który dla dobra eksperymentu zgadza się na umieszczenie Dzikusa w samotnej wieży, na skraju morza. Tutaj pragnie on oczyścić się z brudu cywilizacji i chce odtworzyć w sobie wszystko, czego nauczył się podczas życia w rezerwacie. Niestety, szybko zaczynają działać prawa, jakie zaobserwować możemy w naszym świecie – odgrodzenie się i jawna pogarda dla osiągnięć społeczeństwa, wywołują sensację, którą jeszcze podsyca pewien film, nakręcony ukradkiem przez specjalistę od obserwowania drapieżnych zwierząt. Tak rodzi się histeria i tłumy zaczynają ściągać do miejsca odosobnienia dzikusa, a potem  wdzierać się bezpardonowo do jego nowego świata. Niestety jego kruchy system nerwowy, nie wspierany nieustannie somą i solami magnezu, nie wytrzymuje takiego napięcia i życie przestaje dla niego mieć sens. Jeszcze raz spotworniała cywilizacja odnosi zwycięstwo, jeszcze raz karmi się mitem i nim przykrywa wszelkie ślady okrucieństwa. Jeszcze raz Mustafa Mond uśmiecha się wyrozumiale i zamyka w swoim sejfie te okrutne, bezużyteczne dzieła przeszłości: Stary i Nowy Testament, dzieła Szekspira, książki jakiegoś tam Williama Jamesa, kardynała Newmana, Maine de Birana czy Bradleya. Świat wykreowany przez Huxleya – choć wielu jego mieszkańców jest autentycznie szczęśliwych – oparty został na starym wynalazku – kłamstwie. Huxley musiał z przerażeniem konstatować, iż jego – zdawać by się mogło – superutopijna wizja, staje się rzeczywistością dla wielu społeczeństw i dla licznych krain geograficznych Ziemi. Oto naziści wymyślili, podobnie jak w wykreowanym świecie autora Point Counter Point, masowe zabijanie dla odzyskania materiałów „wartościowych”, pochodzenia ludzkiego, oto samozwańczy przywódca chiński wprowadził jednakowe dla całego społeczeństwa kostiumy rewolucyjne i ogłupił je do tego stopnia, iż jego słynna czerwona książeczka stała się jakby zbiorem najistotniejszych życiowych maksym. Nawet dzisiaj jakże efektywne społeczeństwo japońskie przypomina, w swym produkcyjnym amoku, postaci opisane przez Huxleya. Japończycy także pracują z niewyobrażalną wprost wydajnością, szkolenie zaczyna się już na poziomie przedszkola, a ucieczki od rzeczywistości szuka się we własnej odmianie somy, która nosi tu nazwę: sake. Także gejsze przypominają owe, zawsze chętne do współżycia z różnymi partnerami, kobiety nowego wspaniałego świata. Odkrycie na szerszym forum światowym zbrodni i wypaczeń Stalina stworzyło jakby kolejne podteksty i jeszcze raz uwiarygodniło powieść Huxleya – stała się ona w ten sposób jakby – z jednej strony – spojrzeniem na zbrodnie przeszłych systemów, a zarazem – ze strony drugiej – jakby sondą, wystrzeloną w przyszłość i wskazaniem do czego może prowadzić wszelka unifikacja, standaryzacja i uniformizacja, do czego zdolni są cynicy, siedzący na szczycie drabiny społecznej i czytający z ironicznym uśmiechem zakazane księgi przeszłości.

29 stycznia 1982 roku

Kanclerz RFN i premier Francji stwierdzili w Bonn, że sankcje nie są najlepszym sposobem okazania solidarności z narodem polskim. ZSRR próbuje zdobyć waluty zagraniczne na zakup zboża. Prymas Glemp przybywa z zapowiedzianą wizytą do Rzymu.

30 stycznia 1982 roku

WRON-a oświadczyła, że zostają wznowione telefoniczne rozmowy międzymiastowe. W wielu krajach świata odbyły się dzisiaj manifestacje na rzecz solidarności z Solidarnością.

Wracałem z uczelni do domu z Danką F. i zauważyłem, że ma piękne, delikatne dłonie z subtelnymi palcami. W ogóle zaczyna mi się ta dziewczyna bardzo podobać i chyba spróbuję się z nią umówić na jakieś spotkanie. Mieszkamy przecież niedaleko od siebie i pewnie wiele razy mijaliśmy się na osiedlu, nie wiedząc o sobie. Alina tylko raz mignęła mi na hallu w dali i musiała mnie zauważyć.

dsc04820-1-large

6 lutego 1982 roku

Premier Francji Mauroy powiedział, że jego kraj jest w żałobie po utracie wolności przez Polskę. Francja czeka by ZSRR podjął konkretne kroki dla złagodzenia sytuacji. Odbyło się posiedzenie Biura Politycznego PZPR. W Czechosłowacji i Rumunii podnosi się ceny produktów żywnościowych.

 7 lutego 1982 roku

Prymas Polski powiedział w Rzymie, że w PRL-u powinno się znaleźć miejsce dla Solidarności, tak jak jest taka przestrzeń dla Kościoła, a Polska jest ojczyzną wszystkich Polaków. Minister Baka oświadczył, że zakaz strajkowania nie zostanie zniesiony ani w tym, ani w przyszłym roku.

Australia ograniczyła swobodę poruszania się polskich dyplomatów. We wtorek rozpocznie się w Madrycie konferencja KBWE, a polskie władze zagroziły zbojkotowaniem konferencji, jeżeli jej forum zostanie wykorzystane dla potępienia stanu wojennego.

Jestem zauroczony Danką – jest tak skrajnie różna od Aliny, ciepła i sympatyczna. Czuję, że z tego coś będzie, tym bardziej, że moja poprzednia dziewczyna zachowuje się stale dziwacznie w uczelni.

 8 lutego 1982 roku

Rząd PRL-u podał, że podejmuje kroki dla reorganizacji życia gospodarczego, ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć. W sklepach tylko ocet na półkach i ogromne kolejki do rzeźników, gdzie ekspedientki dzielą mięso na małe porcje i dają je za okazaniem kartek. Wszystko prawie się reglamentuje i jakże wstrząsnęła mną dzisiaj sytuacja z ulicy, gdy spotkałem Krzyśka, kolegę ze szkoły. Mieszkał na Morcinka i był dość dobrym piłkarzem, chociaż może za często popadał w konflikty z rówieśnikami. Potem dowiedziałem się, że wpakował się w jakąś mokrą robotę i został skazany za współudział w zbrodni starszej kobiety. To było gdzieś w okolicach 1976 roku i od tamtego czasu siedzi w różnych więzieniach. Poznał mnie od razu i zaprosił nas piwo przy zielonym kiosku, nieopodal cmentarza parafii Świętej Trójcy. Opowiadał straszne rzeczy o tym, jak zachowują się klawisze i uświadomił mi, że brat naszego kolegi, Waldka z ulicy Korczaka, też jest jednym z nich, ponoć najokrutniejszym, uwielbiającym udział w biciu więźniów w trakcie tzw. „ścieżek zdrowia”. Krzysiek ma teraz kropkę pod okiem i chwali się, że należy do społeczności „grypsujących”, ale w tej nowej Polsce nie może się znaleźć. Wszędzie „psy” na ulicach, stale jeżdżą ulicami suki i budy ZOMO, no i nie można kupić fajek w kiosku, nie udaje mu się przepchać do lady w sklepie. Pierdolę taką Polskę… – powiedział i na odchodne dodał, że dobrze, że niebawem wraca do więzienia, bo tam jest teraz jego prawdziwy dom.

Rodzice Danki dzisiaj wyjechali do rodziny i stało się, pierwszy raz kochaliśmy u niej. Muszę ostatecznie zerwać z Aliną, bo chyba się na nowo zakochuję… Danka powiedziała, że wyrzuciła wszystkie zdjęcia swojego poprzedniego chłopaka, więc ja też po powrocie do domu, spakowałem do dużej szarej koperty fotografie Aliny, zdjąłem ze ściany jej portret i jutro postaram się jej to wszystko oddać w uczelni.

 10 lutego 1982 roku

Od znajomego z Gdańska, którego spotkałem na ulicy w Bydgoszczy, dowiedziałem się, że 17 grudnia w jego mieście, postrzelono śmiertelnie w głowę prawie mojego rówieśnika Antoniego Browarczyka (ur. 1957) i ten kumpel był na jego pogrzebie na Cmentarzu Łostowickim, obstawionym przez esbeków. Zanotowałem to w kalendarzyku na ulicy, a także podane przez niego numery czołgów, które tego dnia pojawiły się w Gdańsku: 279, 188, 274.

Musiał nie przestaje wokół mnie krążyć i już mam tego dosyć. Zaprasza mnie na jakieś spotkanie do domu producenta plastiku na Miedzyniu. Chyba pójdę, bo będzie to okazja, by powiedzieć mu, że nie interesuje mnie jego opcja seksualna i nasze drogi ostatecznie się rozchodzą.

11 lutego 1982 roku

Władze kościelne spodziewają się, że ich przedstawiciel będzie się mógł wreszcie spotkać z Wałęsą, a potem pozwolą mu na spotkanie z Janem Pawłem II. Ambasador Józef Wiejacz zdradził, że Wałęsa rozmawia z Cioskiem, ale obie strony chcą by utrzymano to w tajemnicy. Zastanawiający jest zatem ten przeciek karnego dyplomaty…

Wreszcie porozmawiałem w uczelni z Aliną, która zachowuje się dziwacznie, niby mnie nie chce, ale nie może zrozumieć, że związałem się teraz z dziewczyną tak różną od niej. Czułem wielkie zdenerwowanie widząc jak wciąż jest piękna, ale wszystko już pękło. Zaskoczyłem ją bardzo, gdy na koniec rozmowy wręczyłem jej pękatą kopertę ze zdjęciami i listami do mnie. Wstałem, a ona została na krześle i stojąc przy sali wykładowej, czekając na pojawienie się doc. Józefa Bachórza, widziałem, że siedzi i patrzy nieruchomo przed siebie. Po wyjściu z wykładu już jej nie było…

BRUDNA RETORTA

Fiodor Dostojewski w roku 1879

Fiodor Dostojewski w roku 1879

Wróciłem po trzech dziesięcioleciach do Biesów Fiodora Dostojewskiego, słynnej powieści napisanej w Dreźnie, w latach 1871-1872. W pamięci miałem mglisty zarys zdarzeń i postaci z młodzieńczej lektury, ale gdzieś tam, nie wiadomo gdzie, zgubiłem podstawy tematyczne, głębię problematyki i główny cel, jakim było stworzenie interwencyjnego utworu antynihilistycznego. Teraz odsłoniły się przede mną ogromy, a lektura kolejnych rozdziałów potwierdziła, że rosyjski powieściopisarz należy do wąskiego grona kilku najwybitniejszych literackich twórców świata. Czytelnicy dziewiętnastowieczni zapoznawali się z kolejnymi odcinkami tego dzieła na łamach czasopisma „Russkij Wiestnik”, choć redaktorzy nie zgodzili się na publikację drastycznego rozdziału pt. U Tichona, obecnie publikowanego jako aneks do powieści. Według Dostojewskiego – czarty (biesy), wypędzane z ludzi i pętające się po świecie, znalazły sobie nowe miejsce – niczym w przypowieści z Ewangelii wg św. Łukasza – w „ześwinionych” bytach, w różnorakich nihilistach, organizatorach bezprawia i chaosu w Rosji.  Przywódcą takich opętanych rewolucjonistów jest Piotr Wierchowieński, syn innego dziwaka – Stiepana Trochimowicza, który przez dwadzieścia lat nie potrafił wyznać miłości bogatej wdowie, Barbarze Pietrownie Stawrogin, swojej opiekunce i mentorce. Szereg intryg głównego prowokatora prowadzi do rozkładu życia publicznego w mieście, wyraźnie przypominającego Twer, w którym pisarz spędził ostatnie lata swojego zesłania. Stale spotykamy w naszym życiu błaznów i czasami wpadamy w sieć ich intryg, ale tutaj wszystko zostało „zgęszczone” i obserwujemy działania prawdziwych ludzkich biesów. Nic ich nie powstrzyma, wykorzystają niewinnych nadwrażliwców, zniszczą każdą inicjatywę, a wszystko w imię idei, która okaże się lewacką ułudą, nie mającą podbudowy filozoficznej, ani nawet sensownych ram ideowych. Bojowa piątka, którą zawiązał i moderował Piotr Wierchowieński zostanie przez niego zakażona absurdalną chorobą nienawiści i – jak świnie pędzące w otchłań wodną – weźmie udział w ohydnym morderstwie studenta Iwana Pawłowicza Szatowa. Dostojewski pokazuje jak różnego rodzaju kanalie lgną do siebie, jak zawiązują tajne stowarzyszenie, a potem – w obliczu realnej zbrodni – jak załamują się, denuncjują jeden drugiego, na kolanach błagają o litość oficerów prowadzących dochodzenie. W każdym okresie przejściowym – pisze autor – wypływają na wierzch kanalie, które istnieją przecież w każdym społeczeństwie. Wypływają na wierzch i już zupełnie bezcelowo, nawet bezmyślnie ujawniają i krzewią niepokój i zniecierpliwienie. I te kanalie, może nieświadomie, trafiają pod komendę małej garstki ludzi jutra, którzy działają celowo i kierują tamtymi, jak chcą, o ile zresztą nie są skończonymi idiotami, co także nieraz się zdarza.[1]  Wielki talent narracyjny pozwolił pisarzowi ukazać na wielu stronicach ową bezcelowość działań i marazm myślowy niedoszłych rewolucjonistów, co niestety było zapowiedzią pojawienia się takich gigantów zła i upodlenia jak Lenin, Stalin, Beria.

Prowokator Wierchowieński umyka za granicę i zostawia po sobie same zgliszcza, a destrukcja byłaby jeszcze większa gdyby nie trafił na okres skruchy Mikołaja Stawrogina, kanalii nad kanaliami, który wraca do majątku matki z nikłą nadzieją, że jakoś wyprostuje swoje zdeformowane życie. Skala jego wynaturzeń była jednak tak wielka, że nie poradził sobie z nimi, a gdy dopadły go ostatecznie demony przeszłości, powiesił się na strychu swojego domu. Jak zostało to już wyżej wskazane, redaktorzy prenumerowanego szeroko periodyku nie zgodzili się na publikację tzw. spowiedzi Stawrogina (U Tichona), w której pojawiły się elementy pedofilii i okrucieństwa w stosunku do dziecka. Umawiający się z kochanką w pokoju należącym do ubogich ludzi, obserwuje jak właścicielka często bije i łaje córkę – zaledwie dziesięcioletnią Matrioszę. Znajduje też jakąś specjalną przyjemność w przyglądaniu się jak dziecko jest ćwiczone rózgami, a nawet sam prowokuje takie zdarzenia. Ostatecznie pozwala sobie na czyny lubieżne wobec dziewczynki, a potem interesuje się tylko, czy aby nie wyjawi ona tego rodzicom. Skala tego przewinienia i strach przed karą, powodują, że Matriosza wchodzi do wąskiej komórki i wiesza się w niej. Lubieżnik może odetchnąć, ale raz ukąszony przez zło, zaczyna snuć nici nowej intrygi – pijąc na umór z Wierchowieńskim i kapitanem Lebiadkinem, postanawia poślubić siostrę tego ostatniego – kulawą i psychicznie niezrównoważoną Marią Timofijewną, sycąc się aurą absurdu i traktując ten mezalians jako zemstę na matce i całym jej otoczeniu „wyższych sfer”. To nie koniec – wykorzystując Wierchowieńskiego, doprowadza po czasie do zamordowania żony i jej brata, a potem umyka jak tchórz do Petersburga. Demony przeszłości, biesy pojawiające się w jego wizjach jako skrzywdzone osoby, stale mu towarzyszą, więc podejmuje ostatnią próbę ułożenia życia z Lizawietą Nikołajewną Tuszyn, spotkaną w Szwajcarii piękną damą, która tyleż go kocha, co nienawidzi. Nie można jednak bezkarnie eksperymentować na swoim życiu i na ludziach ze swojego kręgu towarzyskiego – nihilizm Stawrogina „skrapla” się w brudnej retorcie Piotra Wierchowieńskiego i generuje coraz więcej złych zdarzeń.

Realnie przelewana krew, choroby psychiczne i rozpad więzi ludzkich jest efektem działania tej na pół obłąkanej kanalii. Pragnienie epitymii jest tyleż realne, co wypływa z przekonania, że tacy ludzie jak on zdołają oszukać cały świat i nawet najprzenikliwsi jego obserwatorzy nie doszukają się w tym treści szatańskich, nihilistycznych i absurdalnych. Postawa Stawrogina jest charakterystyczna – pisze Borys Bursow. Co prawda napisał „Oświadczenie” i zapoznał z jego treścią żyjącego w klasztorze biskupa Tichona, którego darzył szacunkiem. Czy jednak w rzeczywistości można to wyznanie nazwać spowiedzią? Po pierwsze, Stawrogin, jak sam mówi, poddał ja cenzurze, nie wręczył Tichonowi kartki z opisem szczegółów; po drugie, brak pewności, czy jego wizyta u Tichona nie jest swoistą przechwałką. Ukazał mu się duch Matrioszy, dziewczynki, którą bestialsko zamęczył (…) Stawrogin nie odważył się odczytać spowiedzi publicznie. Biskup Tichon tłumaczy to tym, że „istnieją również zbrodnie hańbiące, wstydliwe mimo całej potworności, jeśli znów można się tak wyrazić, wręcz mało eleganckie”. W słowach Tichona tkwi bez wątpienia wiele prawdy; bohaterowie Dostojewskiego istotnie często są estetami, nie tylko dlatego, że miotają się między pięknem a szpetotą i tracą rozeznanie, co je od siebie różni.[2] W powieściach Dostojewskiego roi się od kanalii, ale każda z nich operuje w innym spektrum zła, czy to będzie Smierdiakow, czy Iwan Karamazow, czy Fiedka Katorżny. Ich czyny wykraczać będą poza ramy człowieczeństwa, a elementy ekspiacji pojawią tylko jako ozdobniki, chwilowe fanaberie i tak nie prowadzące do konkretnych zadośćuczynień. Mechanizm zła jest taki, że rozprzestrzeniają je tchórze, marionetki, osoby nadwrażliwe lub zgoła chore psychicznie, które w obliczu realnej kary uciekają do innego miasta, do odległej guberni, za granicę albo w żałosną śmierć – najmniej generującą fizycznego bólu, najczęściej przez powieszenie. U Dostojewskiego – pisze Lew Szestow – żaden z bohaterów nie rozmyśla według prawideł logiki: wszędzie jest tam wściekłość, furia, płacz i zgrzytanie zębów.[3] To świat wynaturzony, tak jak zdegenerowana była Rosja w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, to piekło na ziemi, pośród którego istoty szlachetne i kierujące się dobrem są niszczone, zastraszane i często tracą zmysły.

Dostojewski nie pozostawia wątpliwości i przenosi patologiczne zachowania swoich bohaterów na cały naród: Jakkolwiek niejeden stroił się w maskę pochmurną i dyplomatyczną, przyznać należy, że na ogół wszelki skandal i zamęt publiczny niezwykle cieszy serce Rosjanina.[4] Dostojewski sam prowadził niezwykle zagmatwaną egzystencję, ale trafnie też diagnozował rosyjskie uwikłania, tworząc galerię kanalii i marzycieli, choć czasem stawiał znak równości pomiędzy nimi. A wiecie, moi państwo, co to jest marzyciel? – pytał w swoim dzienniku. Jest to koszmar petersburski, jest to wcielony grzech, jest to tragedia, milcząca, tajemnicza, ponura, dzika, z wszelkimi niesamowitymi okropnościami, z wszelkimi katastrofami, perypetiami, zawiązkami i rozwiązaniami – mówiąc to wcale nie żartujemy. (…) Marzyciel jest zawsze uciążliwy, bo skrajnie nierówny: to zbyt wesół, to zbyt ponury, to grubiański, to znów uważający i czuły, to egoista, to znów zdolny do najszlachetniejszych uczuć. (…) Osiedlają się najczęściej  na największym odludziu, w niedostępnych kątach, jakby się kryjąc w nich przed ludźmi i światem, i w ogóle zaraz przy pierwszym na nich spojrzeniu rzuca się w oczy coś wręcz melodramatycznego. Są ponurzy i nierozmowni w domu, zagłębieni w sobie, ale bardzo lubią wszystko, co leniwe, lekkie, kontemplacyjne, wszystko co tkliwie działa na uczucie albo podnieca zmysły.[5] Po drugiej stronie tych „marzeń” są straszliwe wynaturzenia, prowadzące do nihilizmu i takiego rozpadu więzi międzyludzkich jak w otoczeniu Stawrogina I Piotra Wierchowieńskiego. Mrzonki o wielkości i rządzie dusz, o możliwości manipulowania kliką, grupą społeczną i całym narodem, obecne były u wielu rosyjskich myślicieli, żeby wspomnieć tylko Michała Bakunina, Michała Łunina, Mikołaja Spieszniewa, czy nawet Aleksandra Hercena. Dostojewski pokazuje w Biesach i w innych swoich wielkich powieściach jak marzenie przemienia się w obsesję i przy chwiejności charakterów prowadzi do destrukcji o ogromnej skali. Tytułowe biesy to tyleż duchy upadłe, co ludzie przewijający się przez karty tej powieści – nie potrafiący sobie poradzić z własnymi uwikłaniami charakterologicznymi i stale generujący, rozprzestrzeniający zło wokół siebie, a przy lada próbie weryfikacji, oceny, osądu z boku, uciekający tchórzliwie od odpowiedzialności jak Wierchowieński, jak Stawrogin.    

_________

[1] F. Dostojewski, Biesy, przeł. T. Zagórski i Z. Podgórzec, 
Warszawa 1984, s. 460.
[2] B. Bursow, Osobowość Dostojewskiego, przeł. A. Wołodźko, 
Warszawa 1983, s. 148-149.
[3] L. Szestow, Dostojewski i Nietzsche Filozofia tragedii, 
przeł.  C. Wodziński, Warszawa 1987, s. 210.
[4] Biesy, dz. cyt., s. 459.
[5] F. Dostojewski, Kronika petersburska [w:] 
Dziennik pisarza 1847-1874, t. I, 
przeł. M. Leśniewska, Warszawa 1982, s. 40–41.

DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (4)

zamieszki

24 grudnia 1981 roku

Dzisiaj jest wigilia i żeby nie przeszkadzać mamie w domu, poszedłem na długi spacer do miasta. Przy dawnym budynku Solidarności stało dwóch zomowców, na ulicach spostrzegłem też kilka wojskowych patroli z karabinami Kałasznikowa na plecach. Zawsze jak mijam takich chłopaków, odczuwam lęk, że któryś z nich wpadnie w szał i zacznie pruć pociskami gdzie popadnie.

Reagan powiedział, że obwieszczenia o stanie wojennym wydrukowano wcześniej w ZSRR. Zdzisław Rurarz – ambasador Polski w Japonii – poprosił o udzielenie mu azylu politycznego w USA.

Jaruzelski powiedział z okazji Bożego Narodzenia, że stan wojenny jest mniejszym złem od wojny domowej. Natomiast Jan Paweł II przyjął w Watykanie grupę kilkuset Polaków, mieszkających w Rzymie i pielgrzymów, których sytuacja w Polsce zatrzymała we Włoszech. Arcybiskup Poggi spotkał się z Jaruzelskim i przekazał mu list od papieża. Z kolei Prymas Polski wystosował list pasterski do wiernych, w którym przypomina, że jednym z obowiązków chrześcijanina jest stałe czuwanie i uczestniczenie w życiu publicznym. Rzecznik Departamentu Stanu USA stwierdził, że w Polsce nadal trwają strajki, miedzy innymi w zakładach azotowych w Puławach.

Jeszcze jeden dzień bez Aliny… Myślałem, że odezwie się i spędzimy razem wigilię, ale nic takiego się nie stało. Pewnie już ma innego chłopaka, albo skupiła się na nauce gramatyki, idiomów i słówek angielskich, tak jak to wielokrotnie robiła, by odsuwać się ode mnie. Nie mogłem spać w nocy i intensywnie o niej myślałem, a w mojej świadomości przesuwały się ruchome obrazy z naszych wspólnych lat.

            25 grudnia 1981 roku

Zakończył się strajk w kopalni „Ziemowit”, ale w „Piaście” górnicy nadal strajkują. W USA – na znak protestu i solidarności z Polską – wygaszono na dziesięć minut światła w domach i urzędach. Oświadczenia potępiające sytuację w Polsce złożyli: Zbigniew Brzeziński, Jerzy Giedroyć, Stefan Korboński, Jan Kott, Czesław Miłosz, Jerzy Mond, Stanisław Skrowaczewski, Piotr Słonimski, Leopold Tyrmand, Adam Ulam.

            26 grudnia 1981 roku

W kopalni „Piast” pod ziemią znajduje się jeszcze 1100 górników, którzy nie godzą się z wprowadzonym stanem wojennym. Solidarność wzywa w wydanym podziemnie biuletynie do stosowania biernego oporu. Według rozgłośni monachijskiej w Polsce są trzy dywizje sowieckie. Doszło do głodówek protestacyjnych w wojsku, a w Polsce utworzono 49 obozów dla internowanych – między innymi w ośrodku wczasowym w Drawsku Pomorskim, w więzieniu w Białołęce, w Arłamowie w Bieszczadach, w więzieniu MO w Warszawie (Pałac Mostowskich), gdzie trwa strajk głodowy, w Puszczy Kampinoskiej, koło Piszu, kobiety uwięziono w więzieniu w Olszynce Grochowskiej.

Jakbym nie mógł znaleźć w tym trudnym dla mnie i Polski czasie innej lektury, przeczytałem opowiadania Tadeusza Borowskiego. W głowie mi się nie mieści jak Niemcy mogli w taki sposób mordować całe narody. Musiało być coś patologicznego w ich psychice, bo normalny człowiek na widok stert trupów w komorach gazowych, nagich ciał targanych do krematoriów, nie wytrzymałby tego. Może dlatego Borowski po wojnie odebrał sobie życie – co za paradoks, ocalał w Oświęcimiu, by samemu sprowadzić na siebie śmierć.

Wolna Europa nadaje: Jan Paweł II podziękował za modlitwy i solidarność z Polską. Według biuletynu Solidarności były ofiary śmiertelne w Gdańsku i Wrocławiu. Obsługę niektórych kopalni na Śląsku przejęło wojsko. Wałęsę odwiedził Rakowski, który wyszedł ze spotkania bardzo poirytowany. Władze przeprowadzą czystkę w redakcjach dzienników i pośród nauczycieli. „Piast” strajkuje nadal. Dietrich Genscher zaapelował do przywódców ZSRR by nie przeszkadzali Polsce w przeprowadzaniu demokratycznych reform, zaapelował też o wycofanie wojsk sowieckich z Afganistanu. Breżniew miał wystosować list do Reagana, w odpowiedzi na planowane sankcje gospodarcze i polityczne. Od tygodnia trwa marsz trzydziestu Polaków, z Hamburga do Kolonii. Po przybyciu na miejsce, zacznie się głodówka w jednym z kościołów.

keakow

28 grudnia 1981

Byłem na nielegalnym spotkaniu w domu Siwca, na ul. Jaskółczej. Przybył Musiał, Derdowski, taki Kalina z polonistyki, Cielesz, gburowaty Banach, no i zaczęło się marudzenie. Założyliśmy Radę Redakcyjna konspiracyjnego pisma literackiego, była też mowa o antologii. Piwo, wino i wódka lały się szerokim strumieniem, mieszanka zrobiła swoje i po godzinie każdy zaczął gadać co innego, było też emfatyczne czytanie wierszy, aż wszystko skończyło się na podwórku domostwa Siwca, gdzie tym razem ja chciałem się zetrzeć z Derdowskim. Na szczęście jakoś mnie powstrzymali i rozeszliśmy się do domów. Podążałem z Musiałem Gnieźnieńską i zaproponowałem mu, że pokażę mu kilka niezwykłych miejsc na cmentarzu Świętej Trójcy, przy ul. Lotników. Okrążyliśmy nekropolię dookoła i na końcu pokazał mi grób swojego ojca, z wykrzywioną brzozą przy nim. Taka jak jego życie… – powiedział. Uścisnął mnie może zbyt wylewnie na pożegnanie i poszedł w dół ulicy Czerwonego Krzyża, a ja skierowałem się do domu, na Gałczyńskiego. To jest dziwny człowiek ten Musiał, z jednej strony manifestuje przyjaźń, a kiedyś po pijaku wygadał się, że napisał paskudną recenzję o moim pierwszym tomiku pt. Samobójcy spod wielkiego wozu. Bardzo na tym zależało jego kolesiowi z redakcji „Studenta” Marianowi Stali, a tytuł tekstu miał brzmieć „Poezja i krzepa”. Koniec końców nie wyekspediował tego do redakcji i jego „przyjaciel” nie doczekał się. Od paru ludzi dochodziły do mnie głosy, że Stala nie może znieść mojej aktywności i zapowiada „dowalenie” mi w „Studencie”. Zastanawia mnie, dlaczego Musiał wycofał się, chociaż napisał prześmiewczy tekst, ponoć akcentujący moje bicepsy w opozycji do intelektu?

Pisarze Günter Grass, Max Frisch, Elias Canetti, Dürrenmatt i Böll zaapelowali do Jaruzelskiego, żeby umożliwił wysłannikom Kościoła spotkanie z Kuroniem i Michnikiem, którzy są bardzo źle traktowani w miejscach internowania.

Czołowy rosyjski bojownik o prawa człowieka prof. Andriej Sacharow wrócił z więzienia do miasta Gorki, gdzie go zesłano. Przyczynił się do powstania bomby wodorowej, a potem widząc skutki wybuchów, odmówił dalszych prac nad nią i stał się bezkompromisowym dysydentem.

Zakończył się strajk w kopalni „Piast”. Były ambasador Rurarz powiedział, że to Związek Sowiecki przygotował akcję represyjną wobec narodu polskiego, a Jaruzelski jest zdrajcą, robiącym najbrudniejszą robotę w historii Polski. Stwierdził też, że już w marcu, po prowokacji bydgoskiej, kiedy pobito działaczy Solidarności, podczas sesji Wojewódzkiej Rady Narodowej, otrzymał depeszę od rządu, informującą o natychmiastowym wprowadzeniu stanu wojennego. Miało to miejsce 19 marca i napisałem po tym wydarzeniu sporo wierszy, między innymi jeden o Janie Rulewskim. Bardzo ten tekst nie podobał się Solińskiemu i radził jak najszybciej go podrzeć, albo spalić. Powiedział, że jest prymitywny i niepotrzebny, nikogo nie zainteresuje, a tylko ściągnie mi na głowę jakieś kłopoty. Nie jestem za bardzo strachliwy, ale to była wyraźna groźba – muszę się dokładniej przyglądać temu rudzielcowi.

Według ludzi bliskich Wałęsie, rozpoczął on strajk głodowy przed świętami, ale po namowach kolegów i wskazaniu mu, że jeszcze będzie w przyszłości potrzebny, zaczął przyjmować posiłki. Pomiędzy cywilami i wojskowymi we władzach polskich są tarcia i nie ma żadnych oznak, że zostanie zwołane Plenum partii. W Krakowie rozwiązano jakąś zbyt aktywną organizację partyjną. W okolicach Poznania skoncentrowano duże siły ZOMO i wojska. Wielka demonstracja odbyła się też w Chicago. Luigi Poggi, po wizycie w Polsce, zdał sprawozdanie papieżowi.

29 grudnia 1981 roku

Jest godzina 23.30 i przed chwilą niedaleko mojego bloku przejechało kilka czołgów. Stale też, na pobliskie lotnisko, latają helikoptery, jakieś samoloty transportowe, a apokaliptyczna atmosfera skłoniła mnie do pisania tekstów w konwencji fantastyki , które nazywam roboczo Piloci ultrafioletowych dali. To historia dziwnych pilotów i tajemniczych wojen, nieustannie krążących w powietrzu helikopterów i przelatujących z hukiem odrzutowców. Wychowałem się na osiedlu graniczącym z wielkim lotniskiem i ryk startujących z dopalaczami samolotów był częstym odgłosem na naszym podwórku, ale teraz to się zwielokrotniło.

Słucham Wolnej Europy: Reagan wprowadził drastyczne sankcje przeciwko ZSRR i jest to kara za wprowadzenie stanu wojennego w Polsce – chociaż raz zachodni „przyjaciele” nas nie zdradzili. Nakazał realizować następujące działania: zawieszenie odnawiania i wydawania licencji na budowę sprzętu niezbędnego do wysyłania gazu do Europy Zachodniej. Zawieszenie dostaw zboża i ograniczenie dostępu do Amerykańskich portów dla sowieckich statków handlowych. Zawieszenie przyjmowania samolotów Aerofłotu do USA. Wstrzymanie wymiany naukowej. Komitet Zakupów ZSRR w USA zostaje rozwiązany.

Miały miejsce zakłócenia w pracy w Warszawie, Katowicach i na Wybrzeżu, aresztowano też dwunastu przywódców strajku w kopalni „Piast”. W TV Urban zaprzeczył zachodnim doniesieniom, że Kuroń i Michnik są źle traktowani. Potwierdził natomiast, że podczas zamieszek w Gdańsku zabito jednego robotnika. Świnia z tego Urbana, który uchodził przez lata za postępowego dziennikarza, a teraz jest tubą WRON-y.

Według Rurarza następuje rozkład PZPR-u w Polsce. W Paryżu Międzynarodówka Socjalistyczna wydała ostre oświadczenie domagające się swobody działania dla Solidarności.

Mario Vargas Llosa urządził demonstrację w Limie i przeszedł w marszu protestacyjnym wraz z pięćdziesięcioma tysiącami robotników peruwiańskich. Z kolei „San Francisco Examiner” zamieścił wywiad z Miłoszem, który powiedział: Jestem głęboko oddany Wałęsie i Solidarności i wielu intelektualistów myśli tak samo. Chaos gospodarczy w Polsce został spowodowany taktyką rządu, a Solidarność próbowała ratować kraj. Do upadku gospodarczego PRL-u przyczynił się przede wszystkim eksport towarów po obniżonych cenach do ZSRR. Według Miłosza: Jawna, czy też podziemna Solidarność, będzie silniejsza od wszystkich junt razem wziętych.

Rakowski jutro ma spotkać z Genscherem. Kołakowski i Smolar określili wprowadzenie stanu wojennego w Polsce jako wojnę z własnym społeczeństwem. Rząd PRL-u robi brudna robotę za ZSRR, który po interwencji w Afganistanie nie może wysłać czołgów do naszego kraju.

30 grudnia 1981 roku

Rakowski spotkał się w Bonn z Genscherem, ale komunikatu nie wydano. Spotkałem na moim osiedlu Derdowskiego i powiedział mi, że podobno zatłukli w jakimś więzieniu Rulewskiego. Ale potem dodał, że informacja jest bardzo niepewna. Krzychu regularnie podąża do domu rodziców na Jarach i czasami obserwuję go z ukrycia. Za każdym razem widać na jego twarzy, że intensywnie myśli, coś rozważa, czegoś wypatruje, gdy tak prze do przodu. Tak coś mieli w mózgu, że często nie zauważa mnie stojącego w kolejce po gazety, przy kiosku Ruchu.

            31 grudnia

Radiostacje podają, że rozmowy Rakowskiego w Niemczech zakończyły się sukcesem, ale jednocześnie pojawia się informacja, że władze wojskowe zaproponowały podwyżki, które trzykrotnie mają podnieść koszty utrzymania w Polsce. Margaret Thatcher i Helmut Schmidt, wobec kryzysu w Polsce, opowiedzieli się za jednością państw zachodnich w stosunku do ZSRR. Mitterand wyraził w telewizji francuskiej solidarność z narodem Polskim. Według niezależnych mediów w fabryce amunicji w Pionkach pod Radomiem trwa strajk i oddziały ZOMO oraz wojska otoczyły zakład.

Wolna Europa podaje, że 17 grudnia w Gdańsku kolumna czołgów zmusiła demonstrantów do skakania z wiaduktu. Jeden czołg miał się ześliznąć ze skarpy i zabić całą załogę. W Stoczni im. Lenina zmusza się robotników do podpisywania deklaracji o wystąpieniu z Solidarności. List papieża do Jaruzelskiego został źle przyjęty przez rząd PRL-u, a misja biskupa Poggi’ego nie dała żadnych rezultatów. Włoska Partia Komunistyczna ponownie potępiła wojskowy zamach stanu w Polsce. Grupa polskich marynarzy opuściła statek w Panamie i poprosiła o azyl polityczny. Partyjny, robociarski gracz Barcikowski, z charakterystyczną grzywką robociarza z lat pięćdziesiątych, powiedział, że partia utrzyma dawną rangę.

z16820842Q,W-latach-80--armatki-wodne-obok-transporterow--gaz

            1 stycznia 1982 roku

Papież Jan Paweł II wyraził pełne poparcie dla ruchu Solidarności w Polsce: Solidarność jako niezależny związek zawodowy, jest częścią dziedzictwa polskich robotników, dziedzictwa robotników całego świata.

Zbigniew Bujak zaapelował do żołnierzy i milicjantów, by kierowali się sumieniem przy wykonywaniu swoich czynności. Trwa czystka wśród dziennikarzy. Redaktor naczelny „Kuriera Polskiego” odmówił podpisania aktu uległości.

Reagan powiedział, że komunizm zbankrutował, a z kolei, forowany przez Kreml komentator polityczny Arbatow, stwierdził na łamach „Prawdy”, że jastrzębie w rządzie USA programują kryzys w Polsce, by utrzymać się przy władzy. 63 marynarzy polskich poprosiło o azyl w Kanadzie.

            2 stycznia 1982 roku

Rozpętano nową nagonkę – tym razem wobec NZS-u. Niektórzy koledzy widzą w tym zapowiedź całościowego wznowienia zajęć na uczelni. Od czwartego stycznia wznawiają naukę czwarte roczniki, które muszą przygotować prace magisterskie.

            3 stycznia 1982 roku

Genscher ma jutro udać się do Waszyngtonu, by wziąć udział w rozmowach Schmidta z Reaganem na temat sytuacji w Polsce. „The Spectator” analizuje osobę Jaruzelskiego, zomowców nazywając chuliganami z UB, nocnymi stworzeniami, nocy długich pałek. Autor artykułu nie wyklucza, że Polska może zostać podzielona między NRD a ZSRR.

Dwudziestopięcioletni syn Rakowskiego zwrócił się o azyl polityczny w RFN, skąd chce wraz z rodziną wyemigrować do Australii. Stwierdził przy tym, że jego decyzja nie ma nic wspólnego z ojcem. Z kolei Wałęsa miał zgodzić się na rozmowy z juntą, pod warunkiem, że zwolnione zostaną osoby z Krajowej Komisji Porozumiewawczej. BBC kolportuje na cały świat powiedzenie Wałęsy: W Polsce każdy jest wodzem. Podobno trzymają go teraz w budynku MSW na Rakowickiej w Warszawie. Jaruzelski zaprosił na spotkanie do Warszawy ambasadorów dziesięciu państw członkowskich EWG.

Według nowego biuletynu Solidarności, od wprowadzenia stanu wojennego, w dwudziestu zakładach w kraju, praca nie przebiega normalnie. Rządy zachodnich państw europejskich na razie nie przyłączyły się do sankcji USA wobec Polski.

            4 stycznia 1982 roku

EWG ostrzegła ZSRR i inne państwa socjalistyczne, by nie ingerowały w sprawy Polski. Nie uchwalono jednak żadnych sankcji, a Jaruzelski spotkał się z ambasadorami państw EWG. Leo Tindemans określił to spotkanie jako tragiczne. Z kolei Stany Zjednoczone opublikowały dokument, w którym w chronologiczny sposób przedstawiają ingerencję ZSRR i innych państw socjalistycznych w Polsce.

Jutro w dziesięciu województwach zostaną włączone telefony i teleksy. Podobno tylko połowę robotników przyjęto z powrotem do pracy w Stoczni im. Lenina. Rozpoczęła się też rozprawa trzech członków Solidarności, organizatorów strajku w Hucie Warszawa, w tym Karola Szadurskiego. Trzystu więźniów w Białołęce złożyło protest z powodu pogorszenia się warunków w tym obozie. Kościół zorganizował odwiedziny rodzin u internowanych. Pojawiają się informacje, że w Nowej Hucie milicja użyła przeciwko robotnikom specjalnie szkolonych psów. Wolna Europa podaje, że podczas starć z milicją w kopalni „Manifest Lipcowy” w Jastrzębiu zginęło co najmniej czternaście osób (informacja podana za biuletynem Solidarności, wydanym 28 grudnia). Na południu Polski żołnierz zastrzelił przełożonego po otrzymaniu wiadomości o zabiciu górników w kopalni „Wujek”. Działacze opozycyjni zwrócili się do społeczeństwa o noszenie czarnych opasek, co ma być znakiem, że Solidarność stale istnieje. Rakowski oskarżył Wałęsę, że w poprzednim okresie zajmował nierealistyczne stanowisko.

5 stycznia 1982

PAP podała, że działacze Solidarności i innych związków zebrali się w gmachu Rady Ministrów i prowadzą rozmowy z rządem. Ogłoszono bezwarunkowe rozwiązanie NZS-u. W Waszyngtonie Schmidt prowadzi rozmowy z Reaganem na temat Polski, a Józef Czyrek złoży wizytę w ZSRR. Zachodni technicy zlokalizowali stacje zagłuszania audycji BBC, Voice of America i Wolnej Europy. Znajdują się one w Związku Sowieckim, w Smoleńsku i Kaliningradzie.

W Warszawie rozpoczął się proces Macieja Szczepańskiego – Przewodniczącego Komitety ds. radia i Telewizji, głównego wykonawcy zadań w ramach propagandy sukcesu Edwarda Gierka. Telewizja robi wokół tego wiele szumu, jakby „Krwawy Maciek” miał być przeciwwagą dla zbrodni stanu wojennego. Rozgłośnie podają, że jedną z ofiar ZOMO, podczas wtargnięcia na teren Politechniki Wrocławskiej, miał być Dziekan Wydziału Matematyki, którego pchnięto brutalnie na jakiś duży stół, gdy próbował bronić studentów. Prymas Glemp powiedział w homilii: Każdy człowiek ma prawo do własnego sumienia.

Ponoć jest strajk głodowy w więzieniu w Białołęce, gdzie uwięziono między innymi Kuronia i Gwiazdę. Reagan i Schmidt nie ustalili nowych wspólnych sankcji wobec ZSRR. W Polsce ma miejsce oczyszczanie szeregów PZPR z rewizjonistów i zwolenników Solidarności.

Dziwny telefon od Joanny Mieszko-Wiórkiewicz, przyjaciółki Ryszarda Kapuścińskiego i Musiała, domagającej się ode mnie zwrotu albumu malarstwa Daliego, który kiedyś udostępnił mi Musiał. Dawno mu go oddałem, ale pewnie ktoś „pożyczył” go od niego po cichu i ten skojarzył, że był w moich rękach. Tylko dwa razy miałem do czynienia z tą dziewczyną, podczas posiedzeń Koła Młodych Związku Literatów Polskich. Była bezczelna i natarczywa przez telefon – nie przyjmowała też do wiadomości, że już dawno ten album zwróciłem Musiałowi.

6 stycznia 1982

Ambasadorowi ZSRR w Wielkiej Brytanii – Wiktorowi Popowowi – wręczono protest rządu tego kraju w związku z zakłócaniem audycji radia BBC w języku polskim, stwierdzono, że jest to złamanie konferencji helsińskich (1973–1975). Mam z tego powodu nieustający problem, bo audycje w moim radiu stale umykają, a zamiast głosu spikerów pojawia się tężejący łomot. I to jest prawdziwy ruski hymn…

Aleksander Haig: Mimo wydarzeń w Polsce, należy zachować otwarte linie łączności między Wschodem i Zachodem; rokowania genewskie będą kontynuowane.

Drugi, starszy syn Rakowskiego, stara się o azyl polityczny w Hiszpanii. Papież wezwał władze rumuńskie, żeby pozwalały swobodnie uprawiać praktyki religijne Rumunom, wyznania Kościoła Obrządku Wschodniego.

Szeregi PZPR zmniejszyły się o połowę i liczą obecnie niespełna milion członków. W 1981 roku po powstaniu Solidarności z szeregów partii wystąpiło 850 tys. członków. Wolna Europa podaje, że ocenzurowano w prasie i telewizji wypowiedź jakiegoś członka KC, który opowiedział o tych wystąpieniach z organizacji. Podobno Wałęsa nadal odmawia rozmów z rządem.

„Der Spiegel” cytuje wypowiedź Rakowskiego: Wprowadzenie stanu wojennego było ostatnią kartą przetargową w ręku rządu PRL, dla ochrony suwerenności kraju w łonie Układu warszawskiego. Francja potwierdziła, że będzie dalej wysyłać pomoc dla Polski. Stanisław Opałko (PZPR) wezwał w Tarnowie do przeprowadzenia czystki w partii. ZSRR i Polska podpisały umowę handlową i Rosjanie udzielą nam kredytu w wysokości 2,7 miliona rubli. Korespondent PAP w Bukareszcie uciekł do Austrii i poprosił o azyl polityczny. Japonia skrytykowała postępowanie ZSRR w Polsce.

Tym razem dzwonił Musiał i domagał się zwrotu albumu Daliego. Jeszcze raz powiedziałem, że dawno mu go zwróciłem i pewnie leży gdzieś pod stertą papierów w jego pokoju. W końcu jakoś to przyjął, a potem zapraszał mnie wylewnie na spotkanie z przyjaciółmi w mieszkaniu jakiegoś Piotra, który mieszka nieopodal szpitala i cmentarza pomordowanych, na górnej skarpie miasta. Zachwalał mi nieziemski widok z okien kawalerki tego kolegi. Mama spytała, co ten Musiał tak do ciebie wydzwania, więc powiedziałem jej, że to bydgoski poeta i lekarz. Swoją drogą mam już go dosyć, bo jestem człowiekiem konkretów, a on jest chybotliwy jak witka na wietrze.

« Older entries

%d blogerów lubi to: