POWIEŚĆ ABSURDALNA

 Autentyczny krytyk literacki zawsze z zainteresowaniem czeka na autorów nowych, wstępujących pokoleń. W pamięci ma liczne „odkrycia” w tym względzie, bezdyskusyjne werdykty, potwierdzone po latach w naukowych podsumowaniach, w wielkich syntezach krytycznoliterackich, a na koniec w encyklopediach, leksykonach i słownikach tematycznych. Niestety często się zdarza, że na horyzoncie pojawia się krytyk układowy, spowinowacony z jakąś koterią, należący do jakiegoś lobby, który miast forować sprawiedliwe sądy, kieruje się dobrem „układu”, chwilowego rozdania kart, lansu konkretnego wydawnictwa, związku twórczego lub grupy nacisku. Przypomina się w tym momencie powieść Honoriusza Balzaka pt. Stracone złudzenia, w której bohater (Lucjan) wchodzi do świata recenzentów i dziennikarzy i z przerażeniem odkrywa, że jest on przeżarty przez korupcję, fałsz, kłamstwo, a na porządku dziennym jest wzajemne wyświadczanie sobie mniejszych lub większych przysług. Nagrody bywają wciąż takie same – dobre pieniądze, obecność na łamach, zasiadanie w gremiach i radach, urodziwa aktoreczka, albo „ładny chłopiec”. W polskiej krytyce powojennej mamy przede wszystkim do czynienia z krytykami podlizującymi się władzy komunistycznej, często będącymi agentami policji politycznej albo członkami PZPR-u. Nowy wynalazek, po 1989 roku, to krytyk medialny, odwalający pańszczyznę za pieniądze, wychwalający określony układ i będący klakierem określonych nagród, wchodzący w skład jury tychże „zaszczytów”. Mamy już też dowody – w formie publikacji książkowych – jak ogromne były nadużycia tego rodzaju krytyków i jak wiele klęsk ponieśli. Ich analizy i syntezy pełne są histerycznych sądów, patetycznych kreacji nowych Faulknerów i Bułhakowów, którzy bezpowrotnie utonęli w smole czasu. Nikt i nic ich już z niej nie wydobędzie, no chyba że inny krytyk, uniwersytecki filolog, który wyszpera sądy poprzedników i dla korzyści własnej poprze je w jakimś przewodzie doktorskim, habilitacyjnym czy profesorskim. Polska kultura, ponad siedemdziesiąt lat po drugiej wojnie światowej, nie wytworzyła magazynów branżowych, tygodników i dzienników, które by w sposób kompetentny oceniały naszą literaturę i sztukę. Próżno szukać też teraz krytyków na miarę Kazimierza Wyki czy Jana Błońskiego, próżno szukać ich następców. Dominuje strategia recenzencka, a pojawienie się zoila, reprezentującego określoną szkołę krytycznoliteracką bywa prawdziwym ewenementem.

Łukasz Orbitowski w powieści pt. Inna dusza, zapragnął odzwierciedlić miałkość i absurdalność zachowań dorastających chłopaków z Bydgoszczy. A przy tym poczuł się jak Dostojewski – poklepywany po plecach przez krytyków i kumpli – i zamarzył sobie by ukazać wnętrze młodocianego mordercy. Mnożąc monologi wewnętrzne bohatera, doprowadził swoją powieść do absurdu i zaplątał się w niej bezsensownie. Pisarz musi panować nad materiałem literackim, który generuje, a tutaj mamy sieć bełkotliwych dopowiedzi, nieustającą ewokację pustki myślowej, momentami tak przerażającej, że aż nieprawdopodobnej. Jakież to mało interesujące – ów infantylizm myślowy narratora, syna alkoholika, toczącego wciąż walki z własną psychiką i otoczeniem. Opis takiego dewianta sam w sobie byłby może interesujący, gdyby wykonanie było należyte, na dobrym poziomie literackim. Tutaj niestety mamy do czynienia z ogromną nieudolnością narracyjną, która w końcu rozmywa się w wielkiej nudzie i rozdrobnieniu celów pośrednich, nie mówiąc już o owym szczytnym marzeniu, by pokazać psychikę i mechanizm postępowania mordercy. Tak jak Jędrek jest niedojrzały emocjonalnie, tandetny w swoich zachowaniach, tak samo nieudolny jest autor powieści, mnożący marne opisy rodziny bohatera (tatka i mamusi), dorzucający ze strony na stronę opisy zachowań, w których nie ma niczego wartościowego. Przy tym najbardziej rażą tutaj doraźności, ciągłe nawiązywanie do tandetnych elementów kultury masowej (nie wiadomo jaką funkcję ma pełnić pomysł z tytułami rozdziałów wziętymi z utworów polskich zespołów rozrywkowych i piosenkarzy od Sasa do Lasa). Dobra powieść musi mieć swój rytm, wewnętrzną dynamikę, zachęcającą do dalszej lektury – musi wciągać w sposób magiczny, albo choćby denerwować na tyle, by chciało się ją dokończyć i posiąść określoną wiedzę o niej. Tutaj mamy do czynienia z przerażającym rozmamłaniem narracyjnym, jakby autor nie mógł się zdecydować, czy chce tworzyć portret psychologiczny narratora czy mordercy, czy tworzy studium psychoanalityczne czy tylko dokleja kolejne „kawałki” rozbitego lustra. Tak jego postaci – nawet jeśli ma to być odbiciem niedojrzałości – stają się niewiarygodne, równie sztuczne jak umieszczenie akcji w Bydgoszczy.

Wszystko w tej powieści zostało spłaszczone, zmarginalizowane i ciąg zdarzeń nie układa się w logiczną całość – to raczej cząstki, notatki, z których dopiero należałoby wysnuć narrację. Trudno się dziwić, że czytelnicy tego „dzieła” nie potrafią powiedzieć nic sensownego na jego temat, tak jak choćby Sylwia Chutnik, której opinię wydrukowano na okładce: Opowieść pełna szczegółów, które oddają klimat lat dziewięćdziesiątych w kraju Polska i klimat wieku dojrzewania: gdy chciało się po prostu szybko jeździć na rowerze, strzelać z procy, znaleźć sposób na samego siebie. Ojciec to był tatko, meblościanka gnieździła skarby z całego dzieciństwa. Przyszłość to decyzja o wyborze szkoły, nie myślało się o śmierci. Tylko robiło rzeczy zakazane. I dlatego powieść Łukasza ściska za gardło. Bo tu nie ma typowo złych bohaterów. Jest to ich zły koniec. Można by powiedzieć: jaki pisarz, tacy krytycy, ale przecież trudno wyartykułować coś sensownego o tej pisaninie, sztucznie dostosowanej do realiów lat dziewięćdziesiątych. Mogłaby jednak Chutnik wystrzegać się błędów stylistycznych, choć – nolens volens – oddają one to, co w powieści Orbitowskiego się nie udało. Dążąc do stworzenia specyficznej aury, pragnąc wypracować własną stylistykę nowoczesnej powieści, przedłożył autor czytelnikom mieszaninę nudy z powieści obyczajowych Kraszewskiego, z wydumanymi konceptami ostatnio nagłaśnianych autorów jego pokolenia. Niedookreśloność bohatera może być wartością powieści, ale w tym przypadku przełożyła się też ona na nieokreśloność narracyjną, pustkę myślową kolejnych stronic, a nade wszystko absurdalne fajerwerki zdarzeniowe, mające wzbogacić utwór; a to wyjazd na wybrzeże, gdzie Jędrek prawie zabija dziewczynę, a to jego pobyt w Legii Cudzoziemskiej. Wydawnictwo Od deski doi deski reklamuje tę powieść jako opartą na faktach, a tu przecież mamy do czynienia z rozmamłaniem faktów i absurdalnym ich rozdęciem. Może dlatego na końcu dzieła pojawiła się taka asekuracyjna dopowiedź: Zarys fabuły książki „Inna dusza” jest oparty na prawdziwych zdarzeniach. Trzeba jednak pamiętać, że tekst nie jest reportażem, tylko dziełem fikcji literackiej. Nie należy go traktować jako dokumentu. Wypowiedzi i myśli bohaterów, ich charakterystyka, a także opisy szczegółów miejsc i wydarzeń nie mogą stanowić źródła wiedzy o faktach. Szczytne założenie, próba ukazania psychiki i motywów postępowania młodocianego mordercy, zrodziło dzieło zaświadczające, iż jego autor nie zrozumiał podstawowej zasady wszelkiej wartościowej prozy: jeśli nawet bohater jest prymitywny, jeśli jego świat rozpada się jak domek z kart, narrator musi nad nim panować, strategicznie wprowadzać kolejne wątki, tak by na końcu wyłonił się kształt dający się obronić w każdej rzeczywistości i w każdym języku. Jako powieść w rozsypce, powieść bez reguł i bez wewnętrznej dynamiki, jest ona nieprzydatna przy opisie polskiej rzeczywistości, a tym bardziej nieprzekładalna na wielkie języki europejskie, gdyż glosy i przypisy zajęłyby w takich edycjach kolejne sto albo dwieście stron. Pracując w latach osiemdziesiątych w uniwersytecie i mając nieustannie do czynienia z młodymi ludźmi, mogę zaświadczyć, że miałem często do czynienia ze wspaniałymi osobowościami, które potem wyraziście zaznaczyły swoją obecność w społeczeństwie. Tutaj sugeruje się całkowite zepsucie młodzieży tego pokolenia, degrengoladę moralną, tandetę myślenia i konsumpcyjny model życia.

Założenie Orbitowskiego, że Bydgoszcz jest miastem mordu i przegrania to ogromne nadużycie, w taki tandetny sposób argumentowane przez Tomasza Sekielskiego: Wychowywałem się w Bydgoszczy, znam ją i pamiętam jej klimat. W „Innej duszy” Orbitowski odmalowuje niepokojący obraz miasta i jego mieszkańców z lat dziewięćdziesiątych., Chaos początków transformacji i społeczeństwo próbujące odnaleźć się w pierwszych latach przemian. Mord, który wtedy wstrząsnął bydgoszczanami, był symbolicznym znakiem tamtego czasu. Niepojęty, niezrozumiały, a przez to jeszcze bardziej przerażający. Ciekawe, bo ja też wychowałem się w Bydgoszczy i niczego takiego nie pamiętam, jak w każdym mieście zdarzały się tutaj patologie, ale tak daleko idące uogólnienie jest sporym nadużyciem. Opisy Bydgoszczy to nieustający ciąg przegięć, wypaczeń i przerysowań – ot tak jak w przypadku opisu wschodniej dzielnicy miasta: Fordon ciemnieje wcześnie. Latarnie znajdują się tylko przy głównych ulicach, niektórym utrącono głowy, pozostałe nie palą się jeszcze z innego powodu. Droga łącząca dzielnicę z resztą Bydgoszczy również bywa nieoświetlona. Jest jeszcze ciepło, więc wina wciąż pija się pod chmurką. Nie ma tutaj knajp. Nie ma tutaj bibliotek, kin, pubów z bilardem, nie ma klubów tanecznych ani ogniska kulturystycznego, nie ma placów zabaw ani kwiaciarni, nie ma kręgielni, pływalni czy hali do koszykówki. Salonów z flipperami również nie ma, podobnie jak działek. Są tylko niewielkie ogródki, po których schodzi się po brązowych schodach z pierwszych pięter bloków. Bloki te ciągną się w nieskończoność czy jeszcze dalej, do morza, osadzone na zielonych wzgórzach i wrosłe w kotliny, czteropiętrowe i dziesięciopiętrowe, przedzielone przez parkingi, przedszkola, podstawówki tysiąclatki i dyskonty spożywcze o dachach pokrytych blacha falistą. W chaszczach Fordonu chrumkają dziki. Kuny skaczą po gałęziach. Lis myszkuje w śmietniku. Jakaż psychika widzi jedynie negatywy i przerysowuje co i rusz opisy rzeczywistości – jakaż próbuje przekonywać, że w takiej przestrzeni muszą pojawiać się patologiczne typy ludzkie – ot takie jak Malwina: U nas po Fordonie włóczy się taka Malwina. Weźmie do ręki za dziesięć, do buzi za dwadzieścia, a za trzydzieści pięć całą resztę, czy jakoś tak, w każdym razie taniej niż Aneta Gorące Usta, co jest w gazecie, albo babeczki w hotelu Brda. To też ma być znak firmowy miasta, jakby w innych aglomeracjach nie pojawiały się prostytutki albo zdegenerowane, bezdomne kobiety. Dalej opisy orbitują ku granicom absurdu: Bydgoszcz rozwadnia się za oknem autobusu. Kamienice, pościskane w centrum jak gołębie podczas ulewy, rozluźniają się z każdym kolejnym przystankiem. Ich okna robią się mniejsze, bramy zieją czernią i pyłem. Między nimi wyrastają czteropiętrowe bloki, plomby, mokre ogródki i place zabaw z rdzewiejącymi zjeżdżalniami. Błyska stalowa tafla Brdy. Pojawiają się zaniedbane wille ze sztucznymi kwiatami na parapetach i wiejski domki, pobielane, o czerwonych dachówkach. Są też szare kloce, bliźniaki, gdzie każde okno i drzwi są inne, obsypane przez anteny satelitarne, z gałęziami i liśćmi na dachach. Autor szczególnie upodobał sobie Fordon, dzielnicę pięknie położoną, pełną szerokich ulic i wysokościowców. W jego opisach wygląda ona tak: Fordon o poranku jest szary jak gołąb. Dalekie bloki zlewają się z zachmurzonym niebem, w bliższych rozpalają się światła, które z trudem przebijają się przez mgłę. Pod budką fryzjerską przycupnęła jakaś sylwetka w kożuchu i wełnianej czapie. Przypomina pogańskie bóstwo zagubione w betonowej pustyni. Kobiety z pustymi siatkami, pijaczkowie w dresowych bluzach i zmęczeni bezrobotni oczekują na otwarcie spożywczaka.

Jakże absurdalna jest metoda twórcza Orbitowskiego, który pragnąc wzmocnić opisy psychiki mordercy, opluwa miasto, w którym on nieszczęśliwie zaistniał. Kontrapunktem czyni Warszawę, idealizując ją, choć i ona nie znajduje u niego pełnej akceptacji: Ale Warszawa to nie prawdziwe miasto, choć może kiedyś nim będzie. Na pewno jest lepsza niż Bydgoszcz. W prawdziwych miastach nie znajdziesz cuchnącej bramy, tylko sklepy, kawiarnie i restauracje. Ludzie noszą tylko nowe ubrania i piją wino do obiadu. Nie ma miast bez cuchnącej bramy, znajdziemy je w Nowym Jorku, Pekinie i Buenos Aires, nie ma też przestrzeni idealnych, o których opowiada autor. Dla niego: Bydgoszcz jest nierzeczywista jak malunek na szkle – byle jakie domy, ludzie byle jacy i słońce nasmarowane na niebie. W jego promieniach tańczy świetlisty kurz. W spożywczaku zaduch i mrok, mydło przygniata powidło. Do tego jeszcze: Na dachach kręcą się gołębie i leżą butelki. W trawie tkwią klapy studzienek kanalizacyjnych, a w chaszczach obok bloków zalegają hałdy śmieci. Te znaczące przerysowania sąsiadują z błędami topograficznymi i onomastycznymi (Wypaleniska to u autora Wykopaliska), a Bydgoszcz zyskuje w końcu miano miasta przeklętego. I tak jak trudno znaleźć jakieś pozytywy w tej powieści, tak trudno przypisać jej określone wartości pisarskie lub artystyczne. To ciąg napastliwych relacji, opisów, rozmów, nie przystających do wagi problemu, jakim jest niewytłumaczalna zbrodnia, której dopuścił się człowiek daleki od profilów osobowościowych innych morderców. Tak oto coś, co miało aspirować do pokrewieństwa z prozą Dostojewskiego, stało się rodzajem śmietnika pisarskiego, worka, do którego autor wpakował co się dało, przyozdabiając wszystko wulgaryzmami, uproszczeniami i opluwaniem dużego polskiego miasta, o którym tak naprawdę niczego nie wie, a tym bardziej nie jest w stanie zrozumieć jego etosu. Starczy spojrzeć na pocztówki z okresu międzywojennego, starczy przejść się ulicą Gdańską, Dworcową lub Cieszkowskiego, by zauważyć, że obraz Bydgoszczy, wykreowany na kartach prozy Orbitowskiego jest z gruntu fałszywy i szkodliwy. Tym bardziej zaskakuje to, że książkę uhonorowano największym bydgoskim wyróżnieniem literackim – Strzałą Łuczniczki.

_____________

Łukasz Orbitowski, Inna dusza, Od deski do deski, Warszawa 2015, s. 430.

Reklamy

SZCZĘŚCIE POZA UCZELNIĄ

Prof. zw. dr hab. Józef Banaszak – zawsze mile widziany gość w moim domu

Dobra rozmowa z Józkiem Banaszakiem o ostatnich wydarzeniach i o tym, co ma nadejść niebawem. Jak lejtmotyw wraca temat Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego, który niedawno obchodził pięćdziesięciolecie istnienia. Józek miał ogromne zasługi w zakresie wykreowania tej uczelni i postawienia jej na nogi – potrafił tak prowadzić rozmowy i tak mądrze zszywać działania, że powstała Akademia Bydgoska, która szybko przekształciła się w uniwersytet. Teraz to jakaś dziwna instytucja, kierowana przez przypadkowego Rektora, której nie zależy na bogactwie intelektualnym i indywidualnym dążeniu ku wielkości. Jesteśmy obaj tego dobrym przykładem, a szczególnie Józek, który tak zniechęcił się do uczelni, że w pełni swoich sił kreatywnych, definitywnie postanowił odejść na emeryturę. Nie wziął też udziału w obchodach jubileuszowych, bo nie chciał spotkać się z ludźmi, którzy wyrządzali mu krzywdę i wciąż stawali na drodze, ale wciąż pchają się do pierwszych rzędów. Teraz, gdy posiadł ogromną wiedzę, zgromadził wspaniały dorobek publikacyjny i pedagogiczny i mógłby być ozdobą wielu uniwersytetów amerykańskich i europejskich, obecni zarządcy mają go gdzieś i kierują się tylko literą martwych przepisów. Kto ma uczyć studentów, kto ma ich prowadzić do wielkości, gdy największe osobowości odsuwane są na margines – kto ma wytyczać kierunki eksploracji naukowej, gdy powszechne w tej instytucji jest zastraszanie i tolerowanie intryg, prowadzących do eliminacji zdolnych naukowców. Wiem coś o tym, bo sam jestem ofiarą oszustw kogoś, kto w pewnym momencie próbował zmanipulować cały Wydział Humanistyczny i niszczył przede wszystkim ludzi, którzy mogliby ujawnić jego przestępstwa seksualne i dawanie fragmentów swoich prac naukowych kochankom, w celu stworzenia humbugów prac magisterskich. Gdzie teraz szukać takich uczonych jak Wacław Borowy, Stanisław Pigoń, Kazimierz Wyka, którzy potrafili zauważyć wyjątkowość młodych naukowców i tak nimi kierować, by powstająca praca doktorska stała się też częścią i podstawą habilitacji. Mogłaby o tym coś powiedzieć sanitariuszka z powstania warszawskiego, a potem wielka badaczka romantyzmu – Zofia Stefanowska, wzór kompetencji, uczciwości i pracowitości. Po drugiej stronie postawiłbym Alinę Kowalczyk, autorkę problematycznych prac filologicznych, która z poety genezyjskiego i kosmogonicznego, jakim był Juliusz Słowacki, uczyniła mistyka, tworząc nawet osobny tom Biblioteki Narodowej i formułując swoistą, pokrętną ideologię w tym względzie. Dobrze pamiętam moje rozmowy na ten temat z prof. Stanisławem Makowskim i jego oceny prac prof. Kowalczykowej, co wkrótce znajdzie odzwierciedlenie w nowej edycji mojej monografii autora Kordiana.

Rozmawiamy z Józkiem o naszych rozczarowaniach uniwersyteckich i nieustannych intrygach, które prowadzili ludzie małego intelektu, zdobywający polskie tytuliki naukowe za sprawą fałszerstw i działań pozaprawnych. Nie mówię o tym, ale w moich myślach pojawia się uczony, który jest moim największym rozczarowaniem naukowym i ludzkim. To prof. Józef Bachórz z Uniwersytetu Gdańskiego, który nie umiał odsunąć na bok plotek na mój temat i ostatecznie przyczynił się do tego, co miało miejsce w jego uczelni podczas kolokwium habilitacyjnego. Pamiętam jak w 1983 roku pojawił się na Wydziale Humanistycznym, wtedy jeszcze WSP, zapalając nas do badań nad literaturą romantyzmu i uwodząc swoją interesującą osobowością. Choć już wtedy martwiło mnie jego uwikłanie w komunizm, przemowy na zjeździe PZPR, podziwiałem jego odwagę, gdy w stanie wojennym potrafił bronić ludzi przed restrykcjami władzy. Niestety moje kolejne spotkania z tym człowiekiem utwierdzały mnie w przekonaniu, że stracił swoją ogromną empatię do ludzi, a współpracując stale z Michałem Głowińskim, stał się też adoratorem jego ucznia i mojego największego wroga, bezkrytycznie przyjmując jego „opowieści” i „powiastki”. Przed wejściem na kolokwium, gdy z radością relacjonowałem mu, w końcu promotorowi mojej pracy magisterskiej i recenzentowi doktoratu, że jestem blisko uzyskania habilitacji, warknął coś paskudnie i szybko się oddalił. Jedno jego słowo zmieniłoby sytuację, jedna wypowiedź powstrzymałaby jego bezkarnych uczniów (Rosiek, Owczarski) przed formułowaniem na kolokwium kłamstw na mój temat, ale niestety, tkwiąc w określonym układzie, nie kiwnął palcem. Zbliża się czas odsłonięcia mojej hańby habilitacyjnej, ujawnienia Protokołu z UG i podsumowania tego wszystkiego w osobnej publikacji. Józek Banaszak ciągle mówi o tym, że to, co ze mną zrobiono, przechodzi ludzkie pojęcie i nie mieści się w głowie. Tak, wiem o tym, ale przecież wciąż mamy do czynienia z wydziałowymi matactwami i kombinacjami – nie zdziwiło mnie zatem ostatnie  uwalenie Stefana Pastuszewskiego na kolokwium habilitacyjnym w UKW, gdy jego ogromny dorobek i aktywność polityczną odebrano jako przewinę, a nie zasługę. Nigdy nie doczekamy się takiego rozwoju nauki, jak w uniwersytetach amerykańskich, póki paskudny hamulec, jakim jest habilitacja, wykorzystywany będzie przez zera uczelniane do gier i gierek, mających na celu eliminację zdolnych ludzi.

Robimy sobie z Józkiem kilka zdjęć, by udokumentować spotkanie w moim domu, a potem żegnamy się i wracamy do swoich codziennych zajęć. Wciąż jeszcze jednak rozmyślam o tym, o czym rozmawialiśmy i uśmiecham się do samego siebie. Paradoksalnie mój największy rozwój ma miejsce po odejściu z uczelni, która wciąż hamowała mnie i generowała drastyczne sytuacje. Teraz dopiero mogę spokojnie pisać książki prozatorskie i poetyckie, a także komponować odważne monografie, nie bojąc się, że jakiś „urzędnik” uczelniany poczuje się dotknięty i zemści się negatywną recenzją. Gdy stawałem do kolokwium habilitacyjnego w Gdańsku miałem w dorobku trzy duże monografie o największych polskich romantykach – Mickiewiczu, Słowackim i Krasińskim, a do tego tzw. „dorobek naukowy”, którym mógłbym obdzielić trzech habilitantów. Ostatnia ogromna monografia o gigantomachii Zygmunta Krasińskiego, która była podstawą habilitacji zyskała pozytywne recenzje wydawnicze tak wybitnych humanistów jak prof. Andrzej Fabianowski i prof. Jarosław Ławski, a w przewodzie zachwyciła prof. Zbigniewa Sudolskiego i prof. Tadeusza Linknera, przebiła się też przez niechęć i zazdrość Jerzego Fiećki i Marka Bieńczyka, którzy przy całym swoim wybrzydzaniu, też zwieńczyli swoje recenzje ostateczną formułą pozytywną. A zatem sześć pozytywnych recenzji, ogromny dorobek publikacyjny w Polsce i za granicą, udział w dziesiątkach polskich i międzynarodowych konferencji naukowych, pobyt jako visiting profesor w wielkim uniwersytecie amerykańskim, wypromowanie dwustu magistrów i ponad 60 licencjatów, nie miało znaczenia w konfrontacji z intrygą, którą nakręcił zawistny „badacz” socrealizmu, bojący się, że jako profesor lub urzędnik uczelniany, ujawnię jego igrce seksualne ze studentkami, robienie im dzieci, a w konsekwencji stanie się bohaterem powieści Krzysztofa Derdowskiego pt. „Wstyd”. Nasze ludzkie życie jest bardzo krótkie i w każdym przypadku kończy się śmiercią, czyli tragedią, więc jakiekolwiek działania, intrygi podłości i tak idą do piachu – może przez jakiś czas wikłają ludzkie życiorysy, ale koniec końców i tak nie mają znaczenia dla jednostek takich jak Józek i ja. Mój rozwój po wyjściu z uniwersytetu jest permanentny i będzie taki aż do śmierci. Dopiero teraz czuję się wyzwolony i niczym nie ograniczany, na półkach stają wciąż nowe książki, odbywam wiele intrygujących podróży zagranicznych, poznaję mrowię wspaniałych ludzi różnych kolorów skóry. No i przygotowuję się do ostatecznej rozprawy z tymi, którzy chcieli mnie zniszczyć, a tylko przyczynili się do wielkiej mobilizacji i nieustannego rozszerzania twórczych pasji. Zdjęcie, które zamieszam na końcu tego tekstu ma wymiar symboliczny, bo ukazuje mój uporządkowany pokój codziennych prac, z książkami, które napisałem i atlasami ornitologicznymi, które nieodmiennie przywożę z dalekich wypraw – w rękach trzymam atlas ptaków Republiki Południowej Afryki, który kupiłem w sklepie na skraju Parku Krugera, a którego nigdy nie miałbym w rękach, gdybym dalej tkwił w polskim marazmie uniwersyteckim. Ściskając rękę prof. Józefa Banaszaka na pożegnanie, byłem pewien, że po jego jesiennym odejściu z UKW, zacznie się dla niego nowy, wspanialszy etap życia i nowe otwarcie. Szkoda tylko, że tak późno…

* * *

Gdzieś w Internecie znalazłem zdjęcie rzeźby, które powinno znaleźć się na moim blogu. To jakby emblemat dźwigania się z upadku i wznoszenia ku górze niczym ptak. Po zniszczeniu moich dwóch habilitacji przez bydgoskiego błazna pseudonaukowego, zbieracza rozkładów jazdy i seksualnego dewianta, robiącego dzieci studentkom, to Dziennik ornitologa dźwigał mnie z kolan.

 

 

OKOPY ŚMIERCI…

Krzysztof Derdowski, przez blisko czterdzieści lat, był ważnym elementem mojego literackiego świata. Najpierw jako starszy kolega z Wydziału Humanistycznego Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bydgoszczy, potem jako członek Koła Młodych Związku Literatów Polskich i współuczestnik różnorakich działań wolnościowych, a wreszcie jako bardzo bliski kolega ze środowiska artystycznego naszego miasta. Już wtedy wyraziście określił swój maksymalistyczny profil, czy to pisząc pracę magisterską o Rafale Wojaczku, czy nawiązując w wierszach do Szymanowicza, Bursy, Stachury, Polsakiewicza i Milczewskiego-Bruna. Ucieszyłem się zatem, gdy Jerzy Szatkowski, prawodawca Symbolicznych Nagród Bruna, poinformował mnie, że pragnie uhonorować go w sposób szczególny i na zawsze związać z autorem Poboków. W informacjach, które pojawiły się po śmierci  Krzysztofa, podaje się, że był trzykrotnym laureatem konkursu na Bydgoską Książkę Roku i otrzymał Strzały Łuczniczki, ale przecież nagroda Bruna jest o wiele ważniejsza, a przypomnieć też trzeba, że otrzymał Medal Jerzego Sulimy-Kamińskiego i Nagrodę Literacką im. Klemensa Janickiego. Na wiele lat zawiesił pisanie wierszy i skupił się na tworzeniu prozy – eseistyki, opowiadań, a nade wszystko powieści. W pracach tych, najczęściej motywowanych osobistymi przeżyciami, dokumentował znakomity styl, umiejętność snucia narracji, łączenia przeciwstawnych wątków, a przy tym funkcjonalnie kreślił portrety psychologiczne osób niezwykłych i destrukcyjnych kanalii. Ceniłem jego Chłód, Robala, Nagą, ale nade wszystko stawiałem Wstyd, powieść, w której ukazał profesora socrealizmu, wchodzącego w kontakty seksualne ze studentkami i pracowniczkami uczelni, a przed Warszawką i swoimi promotorami, udającego instancję etyczną. Będąc ofiarą tego kogoś, wiele rozmawiałem z Krzysztofem o jego powieści, a po zaprezentowaniu mu materiałów, które zgromadziłem, powstała w nim myśl, by powieść Wstyd (pierwszy tytuł: Wyuzdanie) pociągnąć dalej lub napisać choćby dłuższe opowiadanie. Trochę to hamowało moje działania interwencyjne, ale teraz nie będę już czekał i opublikuję szokujące dokumenty.

Wspominając Krzysztofa nie mogę nie podejmować tematów etycznych, bo była to zawsze jego domena i nawet, gdy zdarzało mi się odkrywać jakieś jego ambiwalencje – wszak w anabatycznych przestrzeniach miewaliśmy kontakty z osobami wzajemnie nam wrogimi – kładłem to na karb jego wyjątkowej osobowości i nieustannego pobudzenia intelektualnego. Ostatnimi czasy Krzysztof blisko związał się ze środowiskiem Galerii Autorskiej w Bydgoszczy, ale podczas naszych spotkań, także w obecności Ryszarda Częstochowskiego, podkreślał, że nie może pogodzić się z tym, że spotyka tam za każdym razem osoby skompromitowane, o których haniebnej przeszłości miał określoną wiedzę. Deklarował, że porozmawia o tym z właścicielem Galerii i postawi sprawę na ostrzu noża, ale nie wiem czy zdążył to zrobić? Zapewne ważniejsze dla niego było to, że mógł tam obcować także z prawdziwymi artystami i pisarzami, a i undergroundowy charakter tego miejsca dobrze komponował się z jego zainteresowaniami literackimi i artystycznymi. Podziwiałem też jego bezkompromisowość w ocenach tego, co działo się w Teatrze Polskim w Bydgoszczy i to zapewne przede wszystkim jemu zawdzięczamy zmiany, które tam miały miejsce. Jego krytyka była ostra, ale zawsze sprawiedliwa, a ostatnie teksty o bydgoskim pisarczyku, uzurpującym sobie rozdawanie kart w kulturze tego miasta, należą do jego najlepszych działań interwencyjnych. Wielką zasługą Krzysztofa było „rozbujanie” eseistyki i publicystyki na portalu bydgoszcz24.pl. Niestety po jego odejściu z redakcji, całkowicie zmienił się charakter tych stron internetowych, pełnych hejtu w tzw. opiniach. Ewa Starosta, która niegdyś miała niezłe pióro, nie dźwignęła tego, co on robił, nie stworzyła właściwego kontrapunktu dla tekstów nacechowanych politycznie, często mających jedynie charakter użytkowy. Ach, ileż było tych spotkań z Krzychem, ile razy spotykaliśmy się przy kawiarnianych stolikach, w naszych domach, podczas wyjazdów na spotkania autorskie, gdzieś w Polsce. Gdy popadł w kłopoty, starałem się pomagać mu w miarę możliwości, a jakieś dwa tygodnie przed śmiercią spotkałem, się z nim i z Częstochowskim na Starym Rynku, a na odchodne umówiliśmy się, że jak wróci uderzymy razem we wspomnianego wyżej pisarczyka i zapytamy Prezydenta Bydgoszczy, dlaczego przyznawana przez niego nagroda za najlepszą książkę roku, nie została odnotowana w BIK-u. Niestety, Krzysztof zmarł w Pradze, do Bydgoszczy wróciły już tylko jego prochy, a w informatorze pojawił się jego nekrolog i haniebna napaść na mnie Bartłomieja Siwca, który naigrywał się, że wydano wybór moich wierszy w języku mandaryńskim w Chinach.

Bartłomiej Siwiec to syn poety, z którym wiele lat się przyjaźniłem, choć była to raczej „szorstka przyjaźń” (raz lepiej, raz gorzej), a nasze kontakty urwały się, gdy dowiedziałem się, że uważa on, iż moje książki naukowe nie mają głębi i wychwala pod niebiosa T., choć dobrze wie, że to on stał za ostatnimi wydarzeniami w moim życiu. Teraz z charakteru napaści jego syna wnioskuję, że musiałem być bohaterem negatywnym w jego domu od dłuższego czasu, co pośrednio potwierdzało też  demonstracyjne bratanie się z moimi wrogami. Pal sześć, spotykamy jakichś ludzi w życiu, przez jakiś czas idziemy razem, a potem odlatujemy w różne strony, jak rzucane wiatrem klonowe liście, takie życie, taki los. Teraz pisząc o Krzysztofie muszę raz jeszcze nawiązać do Bartłomieja, którego dorastanie od małego obserwowałem, żywo interesowałem się jego sukcesami szachowymi, a potem z ogromnym zaciekawieniem sięgałem po książki, które zaczął publikować. Niestety, tutaj nie było już tak dobrze jak na szachownicach, coraz to odkładałem jego prace z przekonaniem, że są to wprawki, ledwo próby zaistnienia w języku, który – w jego wersji – „nie miał głębi” i bywał niechlujny. Przedmiotem tego wpisu wszakże nie jest twórczość tego chłopaka, a raczej jego ostatnie wystąpienie pt. Iskra buntu Rzecz o Krzysztofie Derdowskim. Publikacja ukazała się w „Dzienniku Bydgoszczy”, z którym także współpracuję, i w zamyśle miała być czymś na kształt wspomnienia o naszym wspólnym znajomym, który niestety nie przetrzymał czwartego zawału serca. Biorąc do rąk gazetę i widząc ten tekst, podejrzewałem, że coś mi się w nim nie spodoba, ot takie wewnętrzne przekonanie i skupienie uwagi, po wskazanej wyżej napaści w BIK-u. Okazało się, że grzech numer jeden pisania Bartłomieja, czyli płaskość, jednoznaczność, przegięcie, bufonada, i tutaj dały o sobie znać. W ujęciu Siwca juniora Derdowski staje się heroicznym bojownikiem i buntownikiem, walczącym o dobro ludu, mającym w sobie ową patetyczną, tytułową iskrę buntu. Nie wiem, co powiedziałby Krzychu, gdyby przeczytał ten tekst – zapewne przymknąłby oko na niechlujstwo językowe, uproszczenia i naginanie faktów, wszak był to dobry człowiek, mający wiele wyrozumiałości dla uczniów i stażystów w literackim rzemiośle. My jednak, opluci wcześniej przez BS, nie musimy być tacy grzeczni i wskażemy naszemu harcownikowi, że nie godzi się we wspomnieniu o zmarłym koledze wykorzystywać jego śmierci i owego tekstu do podnoszenia własnych zasług. To mniej więcej tak samo płaskie i żenujące, jak atak po przegranym konkursie na kogoś, kto w tym konkursie wygrał. Brak klasy w stosunku do niezależnych jurorów, fundatora nagrody i współuczestników zawodów – ot takie – jak to dowcipnie określają szachiści – bicie konia w obecności królowej….

Pisze nasz Bartłomiej tak, cytuję dosłownie, zachowując „styl” i nielogiczności autora: Już po 1989 roku okazało się, że najważniejsze będą ojczyzny lokalne z ich własną historią, kulturą i tradycją, ale przede wszystkim z ich odrębnością. (…) A co z Bydgoszczą? I tutaj nasze drogi zeszły się ponownie. Gdy w 2010 r. zadebiutowałem powieścią historyczną „Zbrodnia, miłość, przeznaczenie”, której akcja toczy się na naszym terenie, Krzysztof wyczuł potencjał tej historii – i co tu mówić – stał się gorącym orędownikiem książki. Zapamiętał ją na wiele lat do tego stopnia, że jeszcze w pierwszym tegorocznym numerze ogólnopolskiego czasopisma „Wyspa”, pisząc o mojej najnowszej powieści, zarazem przywołał mój debiut. No tak – „i co tu mówić” – ano, że mamy wrażenie, iż całe to nadęte wspomnienie zostało napisane przez Siwca dla tego jednego wskazania i monstrualnego nadmuchania balona samozadowolenia, przekonania o wielkości i bliskiej już wiekuistej chwale. Tego rodzaju spłaszczenie osiągnięć pisarza, zasłużonego dla kultury naszego miasta, wskazuje na rozchwianie emocjonalne autora wspomnienia i jego dezynwolturę literacką. Sięgnie ona zenitu, gdy na końcu tekstu przybierze kształt takiej oto głupawki: Zastanawiałem się, jak zakończyć tekst o Krzysztofie, wybitnym pisarzu i moim dobrym druhu. Przyszło mi na myśl, że On był trochę jak kawalerzysta, mocno w życiu szarżował (a może nawet walczył z życiem?) i bez ustanku. Mimo słabowitego zdrowia i kilku bardzo poważnych sygnałów ostrzegawczych, nie potrafił zaprzestać walki, nie potrafił żyć inaczej. Czyżby nie zdawał sobie sprawy z tego, że okopy śmierci są nie do zdobycia? No i co? No i kulawy koń kawalerzysty by się uśmiał – o ile samozadowolenie Bartłomieja wyprowadziło mnie z równowagi, o tyle zaśpiew końcowy autentycznie rozbawił. Krzychu jako kawalerzysta – już go widzę jak galopuje na kuniu w rogatywce i krzyczy: walczę, cały czas walczę, chociaż okopy śmierci są nie do zdobycia… Taki poważny bojownik, taki nosiciel iskry buntu… A gdzie, kolego Siwiec, jego szaleństwa, o których wspólnie wiemy, gdzie jego prawdziwy kształt ludzki, z elementami przystającymi jak ulał do życiorysów poetów wyklętych? Gdzie pracowitość i talenty polemiczne? Derdowskiemu niepotrzebne jest zakłamywanie jego dni i robienie z niego romantycznego herosa, on rzeczywiście walczył, ale przede wszystkim z własną słabością i fatalnymi zrządzeniami losu, każącymi jemu – wybitnemu humaniście – żebrać o grosz, podejmować prace zlecone w stróżówce i zalewać się z rozpaczy. Cokolwiek się nie powie o Krzysztofie, daleka mu była doraźna rąbanina pseudo literacka, którą na razie uprawia autor wskazywanego tutaj „wspomnienia”.

RATLERKI…

Każdy pisarz ma swoją drogę i kolejne lata jego działalności przypominają podróż przez nowe przestrzenie, mijanie i poznawanie miejsc, które nie pojawiają się bez powodu. Wszakże – jak twierdzą krytycy francuskiej szkoły tematycznej – to nie autor wybiera tematy, a właśnie one jego wybierają. Oczywiście pojawiają się stale nowe barwne błony, nowe rozmycia walorowe, nagle też odsłaniają się krajobrazy niezwykłej klarowności, ale droga, którą twórca podążą jest najważniejsza. Patrząc na mój szlak, wiodący od bitnej wspólnoty generacyjnej i wielu tekstów jej poświęconych, poprzez studiowanie i opisywanie europejskiego romantyzmu, zainteresowanie literaturami anglojęzycznymi, fascynację współczesną poezją polską i światową, jestem przekonany, że książki, które publikowałem, w jakiś tajemny sposób mnie wybrały. Oczywiście ważna była konsekwencja i omijanie raf, nauka płynąca z błędów, chwilowych potknięć i zejść ku niewłaściwym celom, ale przecież tworzony dorobek stawał się przez lata rodzajem zbroi, twierdzy i wskazywał dalszy ciąg, nadawał impet kolejnym projektom. Jeśli pisarz podchodzi poważnie do swego rzemiosła, jeśli chce wyławiać z nicości kolejne dzieła, nic nie będzie w stanie zdekomponować jego zamierzeń, nic i nikt go nie zatrzyma, a pojawiające się opinie negatywne będą miały takie znaczenie jak szczekanie ratlerka w zoo, gdy postawi się go przy klatce z czarnym lampartem. I na tym powinienem zakończyć te rozważania, ale jednak zajmijmy się przez chwilę kimś, kogo określić można jako pajaca pseudo literackiego, bo to jest z jednej strony zabawne, a ze strony drugiej – pouczające. Na mojej drodze pojawiło się sporo takich pierrotów z połamaną nogą, zwichniętym barkiem, opuchniętym nosem czy nader obfitym garbem. Za każdym razem chcieli mi udowodnić, że jestem nikim, a tworzone przeze mnie książki są bez wartości. Najwięcej zła w tym względzie wyrządził mi histeryczny twórca homoerotyczny, który miał nadzieje być drugim Gombrowiczem, a skończył na jękach w jednym z opublikowanych dzienników, że o nim nie piszą, że po wielkim triumfie amerykańskim (czyt. po pobycie w USA), nie pojawiły się znaczące studia, reporterzy nie czekali na lotnisku i paskudne, polskie gazety nie odnotowały wielkiego come backu. To on napuszczał na mnie różnorakich pomyleńców (czyt. pajaców pseudo literackich), czy to ze środowiska literackiego, gazeciarskiego, naukowego czy artystycznego i przez wiele lat ział nienawiścią. I to jego akolitą i najwierniejszym lokajem jest młodszy ode mnie o dwadzieścia kilka lat pajac, który w ostatnim czasie skacze mi do oczu, płodzi pisaniny, których nikt przy zdrowym umyśle, nie bierze na poważnie, albo napuszcza jakichś pod-pajaców. Pojawienie się takiego pajaca jest możliwe w sytuacji, gdy do władzy w obrębie kultury dochodzą „ludzie-nikt”, marionetki wyniesione przez układ (najczęściej polityczny), rzeczywiście nie mające nic do powiedzenia i potrzebujące różnorakich krzykaczy u swego boku. Szybko zatrudniają one swojego pajaca na etacie, dają mu namiastkę władzy, wytyczają rewir, w którym ma się pojawiać, gardłować i zachwalać człowieka-nikt, który go wylansował. Ten natychmiast rzuca się na wrogów swojego mocodawcy, pluje, gaworzy po pijaku i na jawie, a nawet tworzy swoje stadko pod-idiotów i pod-idiotek, pacynek z plasteliny albo szmatki z odzysku. Sam jest człowiekiem-nikt, więc musi głośno ryczeć by było go słychać, wysilać się by mentor był zadowolony i dawał mu carte blanche na nowe miesiące i lata. Jakie znaczenie mają jego napaści i jaki będzie jego koniec, uczy biografia wskazanego wyżej pisarza homoerotycznego, który po latach szaleństw, kąsania i nabijania się z innych twórców przegrał walkę z konkurentami w obrębie gatunku, który uprawiał, a tzw. sumienie tak go zaczęło gryźć, że jego ulubionym miejscem terapeutycznym stał się konfesjonał. Stare arabskie powiedzenie, nawiązujące do wyniosłości i spokoju wielbłądów – psy szczekają, a karawana idzie dalej – we właściwy sposób oddaje moją sytuację, tylko jeszcze dodajmy, że chodzi o ratlerka z pieskami kanapowymi u boku, który przy lada kopnięciu poleciałby w zarośla ostów, ostropestów, dzikich róż, pokrzyw a lebiody.

UWAGA GRAFOMANIA (2)

Cóż robić z uporczywie produkowaną grafomanią? Jakiś czas temu moja dobra znajoma założyła, wraz z dwoma młodymi kolegami, blog pt. Polska grafomania, który miał wiele odsłon, ale też został natychmiast zakrzyczany przez autorów „omawianych” wierszy, tekstów recenzenckich i wskazywanych postaw. Dziewczyna trochę się wystraszyła, trochę poczuła się dotknięta bezpardonowymi atakami i koniec końców zrejterowała, kasując swoje wpisy, tym bardziej, że zaczęła się typowo polska wojna podjazdowa, wydzwanianie do administratorów portalu internetowego, przekazywanie plotek i kłamstw, straszenie sądami i policją. Podobna sytuacja zaistniała po moim wpisie pt. Uwaga grafomania na blogu Dziennik ornitologa, który prowadzę w obrębie WordPressu od 2008 roku. W grudniu 2015 roku wskazałem tam nadużycie toruńskiego wydawnictwa Algo, które w serii największych poetów polskich (Norwid, Słowacki, Leśmian, Staff, Baczyński, Gałczyński itd.) opublikowało zbiór straszliwej grafomanii toruńskiego wierszoklety Krzysztofa Marii (wł. Grzegorza) Szarszewskiego. Po ukazaniu się mojej recenzji, gdzie cytowałem wiekopomne strofy tego kreatora, zaczął on opluwać mnie w Internecie, używając wulgarnych i plugawych słów. Sprawdziłem w sieci z kim mam do czynienia, a znalazłszy między innymi szereg publikacji na temat oszukańczego pośrednictwa pracy z Torunia, w którym odgrywał jakąś rolę,

http://torun.wyborcza.pl/torun/1,35576,8685716,Kandydat_na_torunskiego_rajce_zmiennym_jest.html#ixzz3wa1z6VHM

http://www.nowosci.com.pl/archiwum/a/to-bylo-nielegalne-posrednictwo-pracy,11317701/

sprawę znieważeń skierowałem do Sądu Rejonowego w Toruniu. Szarszewski – nawet pod grozą wyroku sądowego – podłączył się chętnie do mnie, wietrząc możliwość promocji swoich poronionych tworów. Nie zawracał sobie głowy szkodliwością czarnego PR-u, zarzucając sieć bzdurami na mój temat, kłamliwymi enuncjacjami, zarzutami bez pokrycia, a wisienką na torcie miało być moje rzekome molestowanie kobiet, głównie z jego grona towarzyskiego, w tym jego wieloletniej towarzyszki życia Katarzyny Ż., którą – jak mi mówią przyjaciele z Torunia – strzeże jak Cerber, choć i tak mu się to nie udaje. Sądy w Toruniu wydały dwa wyroki za te bezczelne i absurdalne działania, ale przecież Szarszewski ma gdzieś jakieś tam Sądy.

W międzyczasie skumał się z Prezesem Związku Literatów Polskich Markiem Wawrzkiewiczem, którego bywałem kontrkandydatem (czyli wrogiem klasowym – jak uczył towarzysz Dzierżyński) do funkcji szefa ZLP, podczas wyborów w Warszawie. Nic to, że Szarszewski tworzy grafomanię, nic to, że opluwa główne osoby w naszym państwie w straszliwych wierszydłach, nic to, że Prezesa Oddziału wchodzącego w skład struktury ZLP określa jako gnidę, kanalię, molestanta seksualnego, oszusta, ch…, p…. skurw…, „gumę po ejakulacie” itp. Nic to, bo liczy się tylko to, że atakuje „czarnego luda” z Bydgoszczy, tego „prowincjonalnego” bufona i padalca, który ma czelność stawać do wyborów z Wawrzkiewiczem, wytykać esbecką przeszłość Prezesa i pytać o finanse organizacji. No ale jak dobrać się do tego Lebiody, przecież to piskorz, który nawet za komuny wyśliznął się naszym towarzyszom i cały patrol zomowców nie dał mu rady. Ano tak… trzeba poza prawnie stworzyć funkcję Rzecznika Dyscyplinarnego ZLP, a ten niech napisze pismo do Prokuratury, niech dołoży się Szarszewski z koleżankami i konkubiną! Wcześniej w toruńskiej Prokuraturze się nie udało, więc ta sama, alkoholem spajana gromadka, udała się do bydgoskiego urzędu, z tymi samymi zarzutami, nie popartymi żadnymi sensownymi dowodami. Jedna pani drugiej pani powiedziała, jeden pan drugiemu panu potwierdził, no i już mamy zarzut dla oszusta, molestanta, złodzieja, krótko mówiąc „gumy po ejakulacie”… Nie bacząc na regularne zastraszanie Wawrzkiewicza, jego niezatwierdzonego przez Zarząd Główny ZLP Rzecznika Dyscyplinarnego, nie przejmując się opowieściami o molestowaniu pań, które odsłaniają swoje „ wątpliwe wdzięki” i prezentują je na okładkach książek lub w Internecie, po raz kolejny sprawę znieważeń skierowałem do Sądu. Właśnie zaczął się proces w Bydgoszczy i mam nadzieję, że w moim rodzinnym mieście Sąd sprawiedliwie oceni tę sprawę, tym bardziej, że w zwyczajowo nieprzyjaznym bydgoszczanom Toruniu, wyroki były dotkliwe dla torunianina Szarszewskiego, a przychylne dla kogoś z Bydgoszczy. Tyle tytułem wstępnego zaśpiewu, artykułowanego głównie dla osób niezorientowanych w sprawie, a teraz do dzieła – moja koleżanka ugięła się przed grafomanami, ale ja nie mam się czego bać, jestem kawał chłopa i w razie fizycznego ataku, jako były kulturysta, bokser i karateka, (kompanka Szarszewskiego – Marina Kretkowska, określa mnie nawet w mailu mianem macho…!!!) obronić się potrafię. Choć szkoda mi czasu, bo piszę właśnie o Szekspirze, Dostojewskim, Kafce, Faulknerze, Balzaku, Mo Yanie, to muszę wykroić jakieś godziny i dopełnić opis grafomanii Szarszewskiego i jemu podobnych.

Pierwszy artykuł nosił tytuł Uwaga grafomania i niechaj pojawia się on dalej na moim blogu, tylko z nowymi cyframi, oznaczającymi określoną partię dłuższego ciągu. Może tak się uzbiera pokaźny szkic, a po dodaniu instrumentów naukowych, tropów, cytatów, nawiązań, duże studium źródłowe. Na początku pojawić się musi raz jeszcze Szarszewski, gdyż patologiczny wymiar jego grafomanii daje mi szansę opisu systemowego, który przyda się także innym wierszokletom, a potem wejdzie do obszernej książki. Wiersz pt. Weny… pani szlachetnej sprawczyni jest próbą refleksji nad samą istotą poezji, ale przecież – jak w wielu zapisach tego autora – pojawia się w nim dziwaczność sensów, rozchwianie merytoryczne i jakby „po pijaku” artykułowane „mądrości”:  … Poezji bańka mydlana/ To nie jawny dysonans gry słów/ Ni blizny refleksji talizman/ W librettach niezaadresowanych listów/ Ni echo samotnego szelestu/ Optymizm to… pesymizm żaden/ Słodyczą nie trąci miodną/ Ni czarcim nie słodzi jadem. Ograne porównanie poezji do bańki mydlanej staje się tu pretekstem do wymądrzania się i tworzenia zlepków słownych z wykoślawionymi sensami (blizny refleksji talizman – libretta niezaadresowanych listów). Miało być o poezji, ale dalej wieszcz wymądrza się na temat optymizmu (to pesymizm żaden…), który słodyczą nie trąci miodną (a niby jaka miałaby być słodycz?) i czarcim nie słodzi jadem. Dla aniołów „czarci jad” to piołun nad piołuny, ale dla Szarszewskiego to zapewne słodycz, starczy spojrzeć na jego zdjęcia w Internecie, gdzie przebiera się w sutannę i zakłada koloratkę. To rozchwianie znaczeń charakterystyczne jest dla skrajnej grafomanii i staje się wskazówką dla krytyka, iż mamy do czynienia z tworami poronionymi, a w najlepszym razie wymagającymi poprawy, dyskusji, literackich zajęć warsztatowych (szczerze polecam tutaj Wawrzkiewicza albo Żulińskiego, bo – pomijając zaszłości – na poezji oni naprawdę się znają). Na razie mamy do czynienia ze wzmacnianiem bezsensu: Żadnej żadnej litery nie wplecie/ Ni śladu jej krzywego obrazu/ Strofy z fałszu pachnącym okładem/ Wsze barwy… tchnień sepii odcienie/ Lśniąc śnią na papieru palecie/ Na pamięć… na bezwstydne wspomnienie/ Nie tupią w alergicznej reakcji/ Remediów na zatrzaśnięte milczenie. Nie wiadomo kto nie wplecie, nie wiadomo dlaczego litera ma być krzywym obrazem, skąd się biorą strofy z fałszu pachnącym obrazem i do tego wsze barwy… tchnień sepii odcienie. Tak to zostało napisane i tak odmienione, że nie wiemy czy chodzi o barwy wszy, których karmicielem  – jak powszechnie wiadomo – był ten marny polski poeta Herbert, czy może to tylko nieudolna, zarchaizowana forma słowa „wszystkie”. Ja bym się skłaniał ku wszom, tym bardziej, że takim mianem Szarszewski mnie określał – czuję też w tym głębokie nawiązanie, ukrytą paralelę, co prawda z gorszym od wieszcza toruńskiego autorem, a co tam, w polskiej poezji i tak jest jeden tylko król, jeden prawodawca, autor wykładu o sztuce wierszowania. Te wsze barwy – o odkrywczości odkrywcy – lśniąc lśnią na papieru palecie, a to znaczy, że są na swoim miejscu, bo mogłyby lśniąc nie lśnić!!! Tym bardziej, że chodzi o całą paletę papieru, na którym owe wsze barwy nie tupią w alergicznej reakcji/ Remediów na zatrzaśnięte milczenie. Oj, mam tutaj problem z analizą tych głębokich wskazań, no bo dlaczego „poeta” z Torunia nagle personifikuje barwy, donosi na nie, że nie tupią, że nie mają alergii, a w dodatku nie reagują na Remediów zatrzaśnięte milczenie? No dobra już, zostawmy poecie nieco swobody, on już wie o co mu chodzi, on wie, bo wie, jak barwy lśniąc lśnią…

Najbardziej lubię, kiedy wierszokleci potrafią być samokrytyczni, ot tak jak w ostatniej zwrotce wiersza o bańce mydlanej poezji: I choć krnąbrne pióro czasami/ I pusty nonsens… ten znikąd/ Psikusa poecie uczyni/ Duchowym emanuje bogactwem/ Kryształ kuli w dłoniach świetlanych/ Weny… pani szlachetnej sprawczyni/ Paletą pełną słów wymuskanych/ Efemerycznych… jak szlachetnych kamieni. Co prawda owo przyznanie się do tworzenia pustych nonsensów jest jak wdzięczenie się podstarzałej poetessy z okładki tomiku, która wszem i wobec opowiada, że jest molestowana… ale jednak coś w tym zastanawia. Który autor grafomanii przyzna się, że jego krnąbrne pióro potrafi mu wyciąć numer i powstaje bzdet, ramota, gniot psudopoetycki? Tylko Szarszewski, który przecież duchowym emanuje bogactwem, ma dłonie świetlane, w których dzierży kryształ weny (może dlatego przyznaje swoim znajomym Kryształowe Skrzydełka – Nagrodę Forum Poetis Thoruniensis, na których wykonanie żebrze o grosz, tak jak i inne Kapituły żebrzą). Nic to, że pojawia się na końcu powtórzenie przymiotnika szlachetny, ot takie chwilowe zgaśnięcie geniuszu, gorzej jest z przymiotnikiem wymuskany, bo przecież ma on zawsze konotacje negatywne. Nasz wierszokleta nie rozumie jego znaczenia i jeszcze wzmacnia śmieszność patetycznej puenty, dorzucając kolejny dziwny przymiotnik: efemeryczny, w dodatku jak szlachetne kamienie. Znowu mijamy się tutaj ze znaczeniem słowa, ale, ale… nie czepiajmy się. Lepiej pokuśmy się o podsumowanie! No cóż, wierszydełko to wskazuje, że Szarszewski ma prymitywne i infantylne spojrzenie na poezję, która – z jednej strony – jest dla niego domeną delikatności, zwiewności lekkości bańki mydlanej, a ze strony drugiej – rozmywa się w absurdach, fatalnie użytych słowach, tudzież tautologiach takich jak owo lśnienie lśnienia. Wychodzi z tego taka sama bzdura jak w „łacińskiej” nazwie wskazanego wyżej Forum, gdzie lśni, bo lśni, paskudny byk (Szarszewski lubi się popisywać, że zna łacinę: do mnie np. zwraca się: Erato erotomanie). No, ale nie czepiajmy się… Ważne, że Szarszewski daje skrzydełka i zbiera na nie po sto euro od łebka. A że napis na nich z błędem… nie czepiajmy się… Przecież Prezes Wawrzkiewicz obiecał Szarszewskiemu, że jak już mnie wyrzucą z ZLP, dostanie on funkcję Prezesa Oddziału Bydgosko-Toruńskiego i dopiero wtedy wszystkim pokaże, dopiero naobraża i zdemaskuje wszystkich molestantów, wszystkie prostytutki i grafomanki Europy Wschodniej i Zachodniej…

WAWRZKIEWICZ I SZARSZEWSKI

Po lewej M.Wawrzkiewicz, po prawej – K. Szarszewski

Spotykamy ich na swoich drogach, zawziętych, pyszałkowatych, pewnych siebie, kłamiących, oszukujących i manipulujących opinią społeczną. Zawsze nastawionych na jakąś własną korzyść, na okrzyki zachwytu, poklepywania po plecach, histeryczne zaśpiewy itd. Wszystko kończy się w oparach alkoholu, we wzajemnym zachwalaniu, kpinach z profesjonalistów i próbach obejścia statusu zawodowego, takiego choćby jak Komisja Kwalifikacyjna ZLP. Mój artykuł o nadużyciu toruńskiego wydawnictwa Algo, które w serii wielkich poetów polskich opublikowało zbiór grafomańskich tekstów Krzysztofa Marii Szarszewskiego zyskał ogromny oddźwięk. Dzwonili i pisali do mnie maile pisarze, artyści, naukowcy i wszyscy nie dowierzali, że coś takiego było możliwe. Obok Krasińskiego i Staffa, obok Leśmiana i Grochowiaka facet, którego „twórczość” oceniać powinni psychiatrzy, a w najlepszym przypadku koleżanki i kolesie od kieliszka. Myślałem, że na tym ta humorystyczna, nawet farsowa lub wodewilowa sytuacja się zamknie, a toruński wydawca odpowie na mój list, przeprosi za nieodpowiedzialną decyzję i będzie w przyszłości selektywnie traktował takich geniuszy. Ale gdzie tam… Wydawca się nie odezwał, a nasz wieszcz narodowy (toruński) Krzysztof Maria hrabia Szarszewski rozpętał nade mną prawdziwe piekło pomówień i zniesławień. Każde nowe dzieło w świecie kultury wymaga wsparcia finansowego, każda inicjatywa ciągnięta jest do przodu przez liderów, którzy stają na głowie by zyskała realny kształt i zaczęła mieć swoją wagę i Kapituły Nagród Literackich stale muszą żebrać o wsparcie, szczególnie w sytuacji, gdy centrala ZLP nie daje pisarzom w Oddziałach żadnych dotacji. Szarszewski też chciał stworzyć Kapitułę i zbierał datki na kryształowe skrzydełka, przyznawane koleżankom i kolegom, a wcześniej dał się poznać jako organizator źle przygotowanych wyjazdów do pracy w Wielkiej Brytanii, co opisały toruńskie gazety i sporo zawiedzionych osób gorzko skomentowało w Internecie. Mówią mi jego znajomi z Torunia, że „hrabia” stale próbuje dobrze zarobić, ale mu nie wychodzi, zupełnie tak samo jak z polityką (przegrał wybory w toruńskiej SDRP), jak  z jego „poezją” i jak z promocją partnerki, malującej obrazy na poziomie kółka niedzielnego. W sytuacji, gdy bazuje się na plotkach i po pijaku przekazywanych informacjach, które mają taką wagę jak trollowanie w Internecie, pozostają zniesławienia i brednie produkowane z intensywnością partyjnej agitki. W przypadku Szarszewskiego mamy do czynienia z najniższymi instynktami, gdyż pozwala on sobie na formułowanie zarzutów w związku ze zmyślonymi przewinami seksualnymi. Gdyby to był rodzaj zabawy, a autor puszczałby do mnie oczko, uśmiechnąłbym się i zapomniał o insynuacjach, ale tutaj mamy do czynienia z grubszym szachrajstwem seksualnym, które obraża tyleż mnie, co moją rodzinę i najbliższe mi osoby, a przy tym obniża rangę sprawowanej przeze mnie funkcji.

Yvette Popławska jako Koziołek Matołek – w tym stroju podczas aukcji Orkiestry Owsiaka w Brukseli zaatakowała fizycznie Barbarę Orlowski za co usunięto ją z imprezy

Czasem tak się zdarza, że do takich osób prowadzą nas ludzie zacni, podle przez nich oszukani albo nieświadomie wciągnięci w jakąś plugawą grę. Tak było w przypadku Yvette Popławskiej z Belgii, którą szanowana przeze mnie osoba zaproponowała do Nagrody Pracy Organicznej im. Marii Konopnickiej, a inna równie zacna osoba wzięła na siebie koszty dojazdu do Brukseli i finansowania jej zbioru wierszy. Niestety okazało się, że owa Yvette wymaga jak najszybciej pomocy lekarzy, histerycznie terroryzuje otoczenie, opluwa kogo popadnie, więc wraz z życzliwą jej osobą z Gdańska i jej mężem, natychmiast opuściliśmy dom tej pani. Ale już wtedy Yvette pytała mnie czy znam wielkiego polskiego poetę Krzysztofa Marię Szarszewskiego, bo to geniusz, stający w jednym szeregu z Gałczyńskim i Baczyńskim. Niestety jeszcze wtedy nie znałem autora grafomańskich rymowanek, tudzież ramot opluwających znane osobistości (np. Arcybiskupa Gdańskiego albo Prezydenta RP), a Yvette z zemsty zaczęła opowiadać, że w centrum Brukseli odbyłem stosunek seksualny na samochodzie, zaparkowanym przy budynku Instytutu Polskiego, a jeszcze do tego miałem onanizować się w sali tegoż ośrodka, przy wielu ludziach. Gdy to pierwszy raz usłyszałem, ubawiłem się setnie i zrzuciłem wszystko na karb stanów w jakich Yvette się permanentnie znajduje. Nie przypuszczałem, że kiedyś przyszywany hrabia zacznie wykorzystywać te brednie i robić ze mnie w Internecie erotomana. Cóż, każdy działający w kulturze człowiek narażony jest na trollowanie i wielokrotnie już mnie opluwano, ale to, co wyrabia Szarszewski ma znamiona solidnego przestępstwa. Szczerze żal mi tego człowieka, bo po moim artykule pt. Uwaga grafomania!!! jego stan się znacznie pogorszył i bełkocze teraz teksty, w których brakuje ładu i składu, a ja urastam w nich do rangi największego polskiego zboczeńca. Poziom wypocin Szarszewskiego jest taki, że nie będę ich cytował (wciąż je publikuje w Internecie), tym bardziej, że nie wiem jaki jest jego aktualny stan zdrowotny, ale poczekam co na ten temat powiedzą instytucje powołane do oceny takich zachowań. Jedną z zagrywek Szarszewskiego był list skierowany do Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich, w którym jak pełnoprawny literat, lider ścisłej elity intelektualnej naszego narodu, wyraża zatroskanie z powodu moich niecnych zachowań. Szybko oceniliśmy w naszym Oddziale poziom grafomanii Szarszewskiego i podziękowaliśmy mu, choć miał nadzieję na wstąpienie w nasze szeregi i nawet próbował za moimi plecami urabiać wiceprezesa. Niczego nie uzyskawszy, upubliczniał pełen inwektyw list, który sprokurował na kolanie, w stanie wyraźnie wskazującym na spożycie i swoim zwyczajem insynuował przede wszystkim moje „wyuzdanie seksualne”. Ciekawe to dla mnie, bo jest to rodzaj fantastyki powstającej na kanwie mojego życiorysu, szkoda tylko, że narusza moje dobra osobiste a poziom jest rodem ze śmietnika. Powiem krótko, dosadnie i po raz ostatni: seksistowskie brednie i konfabulacje Krzysztofa Marii Szarszewskiego z Torunia to kłamstwa, pseudointelektualne manipulacje i pomówienia, warto też rzucić okiem na okładkę tomiku poetki, którą on wymienia jako moją ofiarę. Choć ta pani odsłania swoje wdzięki  i rozdaje zbiorek na zakrapianych imprezach komu popadnie, jakoś odrzuca mnie ten tandetny ekshibicjonizm i epatowanie niemłodym już ciałem. Ale Szarszewski czyni z Mariny Kretkowskiej strażniczkę moralności i dobrego smaku, przejętą moimi rzekomymi propozycjami uhonorowania jej jakąś tam nagrodą.

” Wszyscy mnie molestują, a ja taka niewinna…” – okładka tomiku Mariny Kretkowskiej, na której zamieściła swoją obnażoną podobiznę

Będąc od wielu lat kandydatem do funkcji Prezesa Związku Literatów Polskich i przeciwnikiem obecnego Prezesa Marka Wawrzkiewicza, stałem się obiektem jego niewybrednych ataków i napaści skupionych wokół niego akolitów. Człowiek ten został szeroko opisany w książkach i w prasie jako donosiciel SB i dawno powinien zniknąć z naszego życia publicznego, ale intratność posady nie pozwala mu na rezygnację, nawet w sytuacji, gdy osiągnął wiek osiemdziesięciu lat. Taki Szarszewski, opluwający mnie i produkujący wiele kłamstw na mój temat, był nie lada gratką dla Wawrzkiewicza, który natychmiast spostrzegł, że twórca grafomanii może mu się przydać w walce ze mną. Tak zaczął konstruować intrygę, której kanwą miały być moje rzekome przewiny seksualne, „oszustwa” przy pracach nad wydaniem kolejnych książek zaprzyjaźnionych autorów, tudzież zdobywanie milionów złotych z handlu nagrodami literackimi (!!!). Szarszewski zaczął nakręcać swoją gromadkę alkoholową, nawiązał też kontakt z wrogimi mi, a jakże marnymi poetkami z Bydgoszczy, Krystyną Wulert i Wiesławą Barbarą Jendrzejewską, do tego dorzucił wspomniane wyżej Popławską, Kretkowską, Ziębę i swoją konkubinę Żakowską. Wawrzkiewicz promieniał, a spotykając się z Szarszewskim w Warszawie, obiecał mu nawet funkcję Prezesa Oddziału Bydgosko-Toruńskiego po wyrzuceniu mnie z organizacji. Już przed ostatnim Zjazdem ZLP w maju 2015 roku pisząc o wypaczeniach Wawrzkiewicza, zaznaczałem, że od strony literackiej nie można mu prawie niczego zarzucić, bo to interesujący poeta. Tym bardziej trudna do pojęcia jest unia znającego się na poezji człowieka, z autorem straszliwej grafomanii, która ostatnio przybrała formę wulgarnych ataków ad personam, w których pojawia się cały katalog słów powszechnie uznawanych za ohydne. No ale czego się nie robi by pokonać rosnącego w siłę przeciwnika, tym bardziej, że doświadczenia zdobyte w poprzedniej epoce, wskazują, że każde zawirowanie może stać się podstawą do „działań operacyjnych”. Prowadząc tasiemcowe rozmowy telefoniczne i spotykając się z Szarszewskim, dowartościowując go tym, że Prezes ZLP spotyka się z autorem bezsensownych słowotoków, publikowanych najczęściej w Internecie, Wawrzkiewicz próbował skonstruować intrygę przeciwko mnie. Przyjmował przy tym wszelkie bzdurne enuncjacje Szarszewskiego. Szczytem wszystkiego był donos, który wystosował do członków Oddziału Bydgosko-Toruńskiego, w którym oskarżał mnie o to, o co wcześniej oskarżał Szarszewski. Jego donos – jak w czasach, gdy wykazywał aktywność w strukturach milicji obywatelskiej – oparty był o kłamstwa i niesprawdzone informacje, a pointą miało być nieprawdziwe doniesienie jakoby polska poetka z Niemiec – Barbara Orlowski – została przeze mnie ulokowana w Zarządzie Oddziału Bydgosko-Toruńskiego ZLP. Wawrzkiewicz dobrze wiedział, że jego wieloletnia partnerka, zasiadająca teraz w Komisji Kwalifikacyjnej organizacji, odrzuciła kandydaturę poetki z Niemiec, ale postanowił zasiać ziarno destrukcji w kolejnym Oddziale (przypomnijmy przy tym, że wcześniej wchodził w konflikt z Oddziałami w Krakowie, Poznaniu, Katowicach i Ciechanowie). Szarszewski budował w Internecie seksistowską famę moich kontaktów seksualnych z wyżej wskazaną koleżanką, a Wawrzkiewicz natychmiast to podchwycił i potwierdził swoim podpisem nieprawdę w listach do członków naszego Oddziału.

Dla Wawrzkiewicza nie ma znaczenia to, że Szarszewski dwukrotnie przegrał procesy ze mną w Sądzie Rejonowym i Okręgowym w Toruniu, zapłacił duże sumy pieniędzy, a także nakazano mu przeprosić mnie w prasie. Wysyłałem Prezesowi ZLP kopie wyroków, wraz z uzasadnieniami i gdyby nie był zaślepiony nienawiścią do mnie, łatwo by zauważył, że udowodniono Szarszewskiemu znieważenia, nałożono na niego określone prawem kary, wpisano go do rejestru osób skazanych prawomocnymi wyrokami, a po ponownych splugawieniach mojej osoby w Internecie, odbędzie się proces, tym razem przed Sądem Rejonowym w Bydgoszczy. Tutaj warto kilka słów powiedzieć o Związku Literatów Polskich, a właściwie Związku Literatów Warszawskich, bo Wawrzkiewicz tak to sobie poustawiał, że otaczają go przede wszystkim ludzie z Warszawy. Od wielu lat fikcją jest Zarząd Główny organizacji, a wszelkie decyzje podejmuje Prezes i Prezydium, którego skład po każdym Zjeździe proponował sam Prezes. Wszelkie decyzje tego gremium powinien zatwierdzać Zarząd Główny w pełnym składzie, ale nie ma takich posiedzeń, co Wawrzkiewicz tłumaczy brakiem pieniędzy, choć ZLP otrzymywał i otrzymuje określone sumy z Fundacji Domu Literatury i Domów Pracy Twórczej, ma dochody z wpisowego nowych członków, składek i od innych darczyńców. Niedawno powołano także do życia Rzecznika Dyscyplinarnego (i ten dopiero pokaże temu Lebiodzie!!!), nie dokumentując głosowania internetowego członków Zarządu Głównego. Ostatnim razem, gdy Wawrzkiewicz zdecydował się wreszcie zwołać posiedzenie Zarządu Głównego, w pełnym składzie osobowym, (wchodzą do niego także Prezesi wszystkich Oddziałów organizacji) swoje funkcje utracili agenci SB, szeroko opisani przez Joannę Siedlecką w trzech książkach, a także w prasie ( m. in. w „Rzeczpospolitej”). Nadal jednak Prezesem jest konsultant „MW”, a u jego boku są inni dawni agenci – ostatnio w swoich działaniach rekomunizacyjnych posunął się nawet do tego, że Sekretarzem Generalnym ZLP uczynił autora książki pt. Zmiany w funkcjonowaniu gospodarki radzieckiej po XXVII Zjeździe KPZR. Zdaje się, że finalnym posunięciem Wawrzkiewicza, z Szarszewskim u boku, jest doniesienie do bydgoskiej Prokuratury na mnie i moje, wskazane wyżej, straszliwe przewiny. Wcześniej, gdy gromadka niczego nie wskórała w Sądach Torunia, pobiegła do Prokuratury Toruńskiej, a ta w przewidzianym ustawowo czasie odrzuciła pomówienia zbudowane na osobistych animozjach. Wszystko to dość bełkotliwe, absurdalne, pokrętne, oparte o etykę esbecką z poprzedniej epoki, zalane sosem grafomanii i kłamstw, absurdalnych pomówień i prób niszczenia przeciwnika. Cóż robić w takiej sytuacji? Ano będę konsekwentny i podążę ścieżką na którą wszedłem, gdy wystąpiłem w obronie kultury polskiej, wskazując nadużycie publikacji grafomanii Szarszewskiego w jednej serii z Mickiewiczem, Norwidem i Baczyńskim. Obok procesów o zniesławianie, znieważanie, warto sprawdzić jak Prokuratura i Sądy podejdą do ewidentnych dowodów na pieniactwo Szarszewskiego, Prezesa ZLP i reszty gromadki doraźnie skupionej wokół idei zniszczenia „czarnego luda”  z Bydgoszczy (art. 234 k.k.).

Anna Z. – tak się zachowywała w moim domu, gdy upiła się w sztok

MAGNETYZM ZŁA

hbalzac

W każdym życiu pojawia się wiele kanalii, donosicieli, błaznów i intrygantów, bezlitośnie wykorzystujących swoją pozycję do niszczenia innych ludzi. Za każdym razem łączy te postaci to samo – działanie zakulisowe, wykorzystywanie do doraźnych celów plotki, pomówienia i własnych ciągów znajomości oraz ich powiązań z innymi ludźmi. Nawet jeśli są spryciarzami i na przykład wykorzystują odmienne preferencje seksualne – niszczenie osób heteroseksualnych przez gejów lub rozpracowywanie homoseksualistów przez radykalnych heretyków – i tak zawsze docierają do punktu bez wyjścia, staczają się w alkoholizm, choroby umysłowe, albo wręcz lądują na ulicy. Kanalia nienawidzi sukcesów ludzi aktywnych i coś osiągających, zwykle zadręcza się tym, histerycznie walczy o dokładne informacje na temat cudzych osiągnięć, a potem je deprecjonuje we wszelkich środowiskach, w których stacjonuje. Prowadzi zakulisową wojnę na pomówienia, rozpuszcza najbardziej nieprawdopodobne plotki, szuka sojuszy z wrogami osób, które uznaje za swoich przeciwników, wykorzystuje je bezlitośnie, a potem porzuca i czyni swoimi nowymi wrogami. Kanalia kocha tylko samą siebie, nawet jeśli nie ma sukcesów, chwyta się panicznie jakiegoś malutkiego wyróżnienia i przez lata trąbi wszem i wobec, że było to osiągnięcie na miarę Nagrody Nobla lub Pulitzera. Jeśli w końcu dochrapie się czegoś większego, na przykład jakiegoś wyróżnienia lobby seksualnego, komunistycznego albo katolickiego – przy czym nie ważne jest to, że zawsze działała w opozycji do tych ruchów – próbuje z wątpliwego zaszczytu uczynić nowy oręż w swoich brudnych wojenkach. Skrajnym przypadkiem jest tutaj wykorzystywanie jakiejś osoby, najczęściej wpatrzonej w kanalię jak w obrazek i niczym adiutant przy generale, gotowej wykonać wszelkie polecenia. Najczęściej chodzi o serwilizm środowiskowy, a więc wykonywanie egzekucji ludzi niewygodnych, niszczenie wrogów przy pomocy pomówień i zaniżanie wartości ich pracy, a w szczególnych przypadkach o jawne intrygi, np. w publikacjach albo wystąpieniach publicznych.

Lucjan i Vautrin, autor nieznany

Lucjan i Vautrin, autor nieznany

Kanalia zwykle znajduje sobie jako przeciwnika osobę o ugruntowanej pozycji, manifestującą witalność twórczą, osiągającą stale spore profity i wali w nią na odlew, rozkręcając jeszcze bardziej machinę absurdu, zawierając wciąż nowe sojusze, intrygując w mroku lub cieniu i unikając jak ognia swojej ofiary. Żadne reguły tutaj się nie liczą, a tylko doraźna korzyść (najlepiej finansowa) ma dla niej znaczenie i przydaje jej energii do dalszych działań. Ulubioną metodą niszczenia wrogów jest tutaj donosicielstwo i łączenie pomówień z plotką, a potem rozszerzanie ich zasięgu na wszelkie możliwe sfery, nie bez znaczenia są też określenia typu ”sukinsyn”, „oszust”, „gnida” i cały ściek jeszcze gorszych wulgaryzmów. Kanalia bezwzględnie wykorzystuje kobiety, zapewnia je o miłości, płodzi z nimi dzieci, ale stale okrada je z pieniędzy i możliwości, które bez żenady zagarnia. Bywa homoseksualistą, który bierze ślub z kobietą i nawet czasami obcuje z nią dla niepoznaki (stąd biorą się dzieci gejów), ale prawdziwie rozkręca się w towarzystwie innych samców, drag queen’ów, podczas alkoholowych party i orgii najohydniejszych. Z drugiej strony bywa heterykiem, który dla kariery i dalekosiężnych korzyści potrafi związać się na jakiś czas z wpływowym gejem i czerpać korzyści z jego znajomości, możliwości destrukcyjnych i finansowych. To tylko dwie sytuacje, ale przecież możemy je rozciągnąć na inne sfery – oto zaprzysięgły komunista, który nagle staje się neofitą katolicyzmu; oto absolwent szkół kościelnych, alumn w seminarium, który staje się emblematem socjalizmu; a to rewolucjonista, stający do konfrontacji z władzą, ale mający w swoim życiorysie etap pracy w tajnej policji politycznej; i jeszcze – zwykły bandyta, który obiecuje ambitnemu młodzieńcowi zrobienie kariery, a wykorzystuje go instrumentalnie do brudnych interesów. Kanalia zawsze znajdzie drogi dojścia do osób naiwnych, biorących ją za świętoszka, dotrze też do zarządców i tzw. autorytetów, a jeśli zostanie szybko rozszyfrowana i zdekonspirowana, chowa się ledwie na chwile w jakiejś norze, a gdy wszystko się uspokaja, wysuwa z niej „ryj” i zaczyna na nowo obwąchiwać fekalia świata. Na całe szczęście kanalia zawsze popełnia jakieś błędy, które wcześniej czy później ja dopadną, staną się kulą u nogi i w końcu pociągną ją na dno.

gaston-bussiere

Szyderstwa z Estery, il. Gaston Bussière

 Tego rodzaju refleksje – rozszerzone nieco o dwudziestowieczne patologie – rodzą się w czytelniku powieści Honoriusza Balzaka pt. Blaski i nędze życia kurtyzany, w której pojawia się Lucjan de Rubempré, cyniczny bawidamek i lekkoduch, znany z Ojca Goriota i Straconych złudzeń. Ma on jeden cel w życiu, gromadzenie dóbr finansowych, bez względu na koszty własne (np. fałszywe pożyczki, lewe zakupy i potwierdzenia), a także podnoszenie własnego statusu społecznego, powrót do rodowego nazwiska, osiągnięcie tytułu margrabiego, a potem księcia, a może nawet para Francji. Ukrytą treścią tej powieści jest wielka, homoseksualna miłość Jakuba Collina (występującego we wskazanych wyżej utworach jako kanonik Karlos Herrera, Ołży-Śmierć i Vautrin) do Lucjana, choć wielu doszukuje się też tutaj figuralnej opowieści o walce dobra ze złem. Trudno wszakże jednoznacznie zaklasyfikować paryskiego pięknisia jako człowieka dobrego, wszak nieustannie wykorzystuje on kochające go kobiety i doprowadza do śmierci dwie z nich: aktoreczkę Koralię i kurtyzanę Esterę. Trudno byłoby też zanegować całkowicie działania Vautrina jako złe, czynione przez uosobienie Szatana, wiodącego młodzieńca na zatracenie. Jedni uważają koncepcję Vautrina za koronę twórczości Balzaka – pisze Tadeusz Żeleński-Boy w nocie tłumacza – gdy drudzy chcą w nim widzieć jedynie figurę z kryminalnego romansu. Pisarz nigdzie nie mówi wprost o tym, że były galernik kocha Lucjana dla jego urody, wdzięku, męskości i wszystko spowija mgła tajemnicy, ale przecież wyraźnie rysuje się tutaj homoseksualne zauroczenie. Oskar Wilde tak dalece utożsami się z młodym poetą, że jego fikcyjne losy uzna za element swojej biseksualnej historii: Konsekwentne studiowanie Balzaka przemienia naszych przyjaciół w cienie, znajomych w cienie cieni. Jedną z największych tragedii mego życia jest śmierć Lucjana de Rubempré. Nigdy nie zdołam się wyzwolić całkowicie z tego przejmującego bólu. Dosięga mnie w chwilach najwyższej radości, tłumi nieraz wybuch śmiechu”. Podobnie dramatycznie i histerycznie zachowywał się po samobójstwie młodzieńca jego samozwańczy opiekun – Vutrin. Doprowadziło to nawet do zdumiewającej przemiany duchowej, która wszakże jest najmniej prawdopodobna w powieści, nawet jeśli poparta rzeczywistą biografią. Według interpretatorów twórczości Balzaka Herrera ma cechy Eugene’a-Françoisa Vidocqa, (1775–1857), francuskiego awanturnika i złodzieja, który utworzył dział kryminalistyki we francuskiej policji, a potem został jego pierwszym kierownikiem. Chociaż Balzak spotykał się z Vidocqem i dobrze poznał jego biografię, to jakoś zbyt łatwo Collin wychodzi z więzienia i układa się z urzędnikami wymiaru sprawiedliwości dziewiętnastowiecznej Francji. Żeleński-Boy wskazał w Posłowiu szereg niekonsekwencji autorskich francuskiego realisty, ale też musiał przyznać, że jego powieści magnetyzują czytelnika jakąś dziwną mocą.

gaston-bussiereq

Śmierć Estery, il. Gaston Bussière

A skoro jesteśmy przy przyciąganiu ciał, warto na chwilę zatrzymać się przy obszernym Balzakowskim nawiązaniu do mesmeryzmu, którym przecież tak interesowali się polscy romantycy: Mickiewicz, Malczewski, Słowacki, Fredro, Wirtemberska. Oto doktor, który został wezwany do więzienia opowiada jego dyrektorowi: Mój stary przyjaciel… (Lekarz ten – wtrącił Lebrun nawiasem – jest to starzec prześladowany przez Fakultet za swoje zapatrywania jeszcze od czasów Mesmera; ma siedemdziesiąt lat z górą i nazywa się Bouvard. Jest to dziś patriarcha nauki o magnetyzmie zwierzęcym. Poczciwiec ten był dla mnie niby ojciec, zawdzięczam mu wszystko.) Zatem stary i czcigodny Bouvard ofiarował się dowieść mi, że siła nerwowa, wprawiona w stan czynny przez magnetyzera, nie jest nieskończona, człowiek bowiem podlega określonym prawom, ale zachowuje się jak siły przyrody, których bezwzględne zasady uchodzą naszym obliczeniom. „I tak – powiadał – jeżeli zechcesz podać swą dłoń dłoni medium, które w stanie normalnym nie ścisnęłoby jej poza granice pewnej dającej się ocenić siły, przekonasz się, iż w stanie tak głupio nazywanym somnambulicznym palce jej będą miały siłę obcęgów dzierżonych dłonią ślusarza!”Otóż, proszę pana, skoro włożyłem rękę w dłoń kobiety, nie uśpionej (…), ale izolowanej, i kiedy starzec rozkazał tej kobiecie, aby mi ścisnęła rękę z całej siły, musiałem prosić o przerwanie doświadczenia, gdyż krew miała mi trysnąć z palców. Lekarz streszcza tutaj jedną z tez Franza Antona Mesmera (1734–1815) dziewiętnastowiecznego twórcy koncepcji magnetyzmu zwierzęcego i sposobów leczenia przy pomocy urządzenia nazywanego baket (parapathos), czyli wanny wypełnionej różnymi materiałami magnetyzującymi, od wody, poprzez piasek, kamienie a nawet żużel kowalski. Mesmer uważał, że w każdym organizmie istnieje „fluid uniwersalny”, zaś oddziałując na niego można wpływać na stany chorobowe pacjenta. Przeprowadzał zabiegi mające na celu przeniesienie siły magnetycznej na chorego. Komisje lekarskie w Paryżu i Berlinie, w 1784 roku uznały jego teorię za pozbawioną podstaw naukowych i odrzuciły ją. Nie przeszkodziło to różnorakim romantykom w bajdurzeniu na temat mesmeryzmu i zjednywaniu w ten sposób sobie pięknych kobiet, żeby wspomnieć tylko Widowisko I cz. Dziadów i zapewnienie Dziewicy: W przyrodzeniu, powszechnej ciał i dusz ojczyźnie,/ Wszystkie stworzenia mają swe istoty bliźnie:/ Każdy promień, głos każdy, z podobnym spojony,/ Harmoniją ogłasza przez farby i tony;/ Pyłek [każdy] błądzący śród istot ogromu,/ Padnie w końcu na serce bliźniego atomu. Na te teorie dała się też złapać zakochana w Antonim Malczewskim Zofia Rucińska, która ubzdurała sobie, że tylko przy poecie czuje się dobrze, chłonąc nieustannie jego „magnetyzm”. Skończyło się to głośnym romansem, potem próbami ucieczki nieszczęsnego kochanka, a wreszcie jego przedwczesną śmiercią.

Samobójstwo Lucjana, il. Gaston Bussière

Samobójstwo Lucjana, il. Gaston Bussière

Najcenniejsze w powieściach Balzaka są opisy patologii różnych, często przeciwstawnych, środowisk społecznych. Okazuje się, że arystokraci niewiele różnią się od przestępców i kanalii, a głupota niektórych z nich (np. barona de Nucingen) jest porażająca. Dla zdobycia fortuny, dla pozyskania pięknej kochanki, dla uzyskania jakiegoś tytułu lub zaszczytu, tacy ludzie gotowi są siać wokół siebie zniszczenie, korzystać z usług płatnych morderców, posługiwać się kłamstwem, szantażem i prowokacją. Ludzkie życie i uczucia takich aniołów jak Esterę Van Gobseck nie mają znaczenia, bo wciąż toczy się walka o dobrą partię, o pozyskanie posagu, o pieniądze chciwych bankierów, hrabin, margrabiów i lichwiarzy. Pasja twórcza francuskiego pisarza nie zawsze dawała dobre efekty, a powieści pisane w celu pozyskania nowych funduszy i spłaty długów, często ulegały spłyceniu, przestawały być prawdopodobne. Rację zatem ma Erich Auerbach, gdy wskazuje, że Balzak w całym swym dziele (…) odczuwał najróżnorodniejsze milieu jako pewną organiczną, ba, demoniczną nawet jedność i wrażenie to próbował narzucić czytelnikowi. Nie tylko, jak Stendhal, umieszczał on ludzi, których losy opowiadał z powagą, w pewnych dokładnie określonych współczesnych ramach społecznych – ale ponadto związek ten traktował jako konieczny; każda przestrzeń życiowa przekształca się u niego w pewną atmosferę zmysłową i moralną, nasycającą krajobraz, mieszkanie, meble, sprzęt, ubiory, ciała, usposobienia, charaktery, sposób bycia, stosunki międzyludzkie, działalność i losy ludzi, przy czym ogólna sytuacja współczesna pojawiała się z kolei znowu jako pewna ogólna atmosfera obejmująca wszystkie poszczególne przestrzenie życiowe. Jest przy tym rzeczą godną odnotowania, że najlepiej i najautentyczniej udało mu się to w odniesieniu do kręgów średniego i drobnego mieszczaństwa Paryża oraz prowincji, podczas gdy sposób przedstawienia eleganckiego towarzystwa bardzo często sprawia tu wrażenie melodramatyczne, nieprawdziwe, a niekiedy i mimo woli groteskowe. Również w odniesieniu do innych środowisk Balzak nie jest wolny od melodramatycznej przesady; gdy jednak w obrazach sfer niższych i średnich przesada ta jedynie rzadko przynosi uszczerbek autentyzmowi całości, w obrazach życia wyżyn – także wyżyn duchowych – pisarz nie był w stanie stworzyć atmosfery prawdziwej. (E. Auerbach, Mimesis, Rzeczywistość przedstawiona w literaturze Zachodu, t. II, przeł. Z. Żabicki, Warszawa 1968, s.297) Pamiętając o tych usterkach Komedii ludzkiej, przyznać jednak trzeba, że efekt końcowy jest wspaniały – to wielka galeria ludzkich typów, charakterów, osobowości, to katalog zachowań skrajnych i zwykłych, najprawdziwszy obraz Francuzów w wieku dziewiętnastym. Dziwna jest właściwość tych powieści, w których czytelnik zanurza się niczym w błotnistym jarze, a potem – po lekturze – wychodzi z niego oczyszczony, pokrzepiony i wzmocniony. I czujny, gdy spotyka na swojej drodze nową kanalię, inne wcielenie Herrery, Oży-Śmierci, Vautrina…

ŚLEPIA BESTII

Dzisiaj jest ważny dzień… Zaczynam realizować projekt, który czekał na mnie od lat. Zrozumiałem, że muszę podjąć to wyzwanie, gdy znalazłem się w mauzoleum ofiar masakry w Nankinie, a potem pośród kamiennych bloków w Erywaniu, symbolizujących masakrę Ormian. I jeszcze ten zimny dreszcz, gdy przekraczałem bramę nazistowskiego  obozu Auschwitz, gdy patrzyłem na fotografię ofiar czerwonych Khmerów w Kambodży, Hutu w Ruandzie i zamordowane dzieci na Wołyniu. A to przecież ledwie osobne krople krwi pośród oceanu cierpienia dwudziestego stulecia.    

indeks

jew_killings_in_ivangorod_1942

Ślepia jak z popiołu, jak ze spalonego drewna, wpatrujące się w mrok, połyskujące metalicznie, odbijające krwawą poświatę – skupione na ofierze, podążające za każdym jej ruchem. Czujne, nienawistne, czekające na znak, ledwie widzialne mgnienie, gotowe śledzić niewinne dłonie, stopy, czekające na miejscu ataku. Bezlitosne i chciwe, szukające nieustannie słabego bytu, skupione na każdym geście, każdym błysku, każdej bieli i każdym lśnieniu. Nieustannie sondujące mrok, gotowe uchwycić impuls, ulotny znak, łaknące wiotkiej dłoni, delikatnej twarzy, geometrii ud i stóp. Odwieczne jak skały i lody, czarne jak kosmos, zimne jak kamienie na dnie górskiej rzeki, zastygłe w martwym bezruchu odwiecznego umierania. Świadome swego zła, ślepia połyskujące wyraziście w obliczu mordu i gwałtu, zbrodni niewinnych istot, cierpienia nie do wyrażenia i bólu przeszywającego trzewia. Pragnące kolejnych żertw, skupione na ruchach i gestach oprawców, czekające na błędy uciekających i moment schwytania bytów w niewidzialną sieć.

1895erzurum-victims

c1554bfa87e222d9c21a97c525e991f9

0ebde0fad25556a23f81aa488b31f7a5

Ryczące przeraźliwie w niesłyszalnym zakresie, skąpane we łzach, pragnące pić krew, szarpać ciała, niszczyć kształty, gasić dźwięki, zamykać wymiary. Nic nie zdoła ich powstrzymać, nikomu nie uda się ich przebić, były, są i będą zawsze, rosnące w siłę, potężniejące w tle wojennej pożogi i lejącej się niewinnej krwi. Śledzące uniesione miecze i kule mknące ku ciałom, skupione na ostrzu gilotyny, sznurze szubienicy, bombie zrzuconej z samolotu, na pociskach wystrzelonych z dział i czołgów, na sunących ku niebu rakietach. Ślepia odprowadzające rozpalony metal mknący w dal i zabijający po drodze istnienia, nicujący świadomość po świadomości, odbierający oddech i czucie w dłoniach. Nie przymykające się nigdy, bystre jak ślepia lamparta, skupione, ekstatyczne w obliczu tortur i tragedii, szaleństw siepaczy i wydających rozkazy oficerów, generałów, polityków. Niewidzialne pośród ludzkich wymiarów, istniejące w nicości, wtopione w lodowatą czerń odwiecznej nocy, w bezlitosny mróz dalekich przestrzeni, prześwitujące przez zasłony dnia, odradzające się w oczach morderców i synów wyrodnych, katów i strażników lochów. Pewne siebie pewnością astralnych tragedii, kruszenia się kształtów, monstrualnych zderzeń, nieprzewidzianych eksplozji i wyrzutów rozżarzonej magmy, wpatrzone w kruchość istnienia i wciąż pragnące zobaczyć jego dramatyczny koniec.

dc9e2cec02df

nankin-3

naziexecution-rex-v2

Przyczajone w ukryciu, kochające cień i mrok, nienasycone w obliczu krzywdy, wycofujące się w pustkę w obliczu światła i zawsze wracające ku gęstym mrokom. Ruchliwe jak sierść lamparta, skóra żmii, odnóża skolopendry, przechodzące z ciała do ciała zabójców i dręczycieli, umierające w obliczu dobra, odradzające się we wściekłości i kłamstwie. I wciąż, wciąż łaknące przelanej krwi, rozkoszujące się jej smakiem, krzykiem przerażenia, bólem nie do wyobrażenia i umieraniem w męczarniach. Odprowadzające na cmentarz pochód pogrzebowy i natychmiast podążające ku nowym miejscom, potencjalnym konfliktom, wojnom i rewolucjom, szaleńczym pościgom i samosądom tłumów. Wpatrzone w trupy żołnierzy na polach bitew, w dzieci otrute gazem, kobiety zgwałcone i mężczyzn odprowadzanych na podest szubienicy, na szafot, na skraj wapiennego klifu. Szybujące przez chwilę wraz z młodzieńcem zepchniętym w przepaść, dziewczyną zamkniętą w klatce najstraszliwszego bólu, warujące przy stygnących trupach dyktatora i milionów jego ofiar.

armenian_woman_kneeling_beside_dead_child_in_field

nazi_holocaust_by_bullets_-_jewish_mass_grave_near_zolochiv_west_ukraine

foto-02-1

KRWAWY SPORT

8375063290-horz

Józef Mikołaj Potocki (1862–1922) należał do grona najbogatszych polskich właścicieli ziemskich, a jego koneksje rodzinne sięgały bardzo daleko. Był  przecież synem Alfreda, ordynata łańcuckiego i namiestnika Galicji, wnukiem Romana Stanisława Sanguszki, uczestnika powstania listopadowego, prawnukiem pisarza i archeologa Jana Potockiego, autora Rękopisu znalezionego w Sarragosie. Zasłynął jako kolekcjoner książek, przemysłowiec i fundator kościołów, a nade wszystko jako myśliwy i podróżnik. Po matce – Marii z Sanguszków – odziedziczył ogromne dobra ziemskie w Smołdyrowie, Antoninach i Szepetówce na Wołyniu, co zapewniło mu dostatnie życie i pozwoliło na wizjonerstwo gospodarcze, uwłaszczanie chłopów, zakładanie gospodarstw rolnych, leśnych i rybackich, a także budowę szlaków kolejowych, tworzenie zwierzyńców. Miał też majątki na obszarze południowego Podkarpacia i ogromny pałac w Warszawie, który odrestaurował i zmodernizował. Powiększył znacznie księgozbiór sławucki Sanguszków, a w pałacu w Antoninach zgromadził około 20 tysięcy tomów i wiele dzieł sztuki, które po wojnie polsko-rosyjskiej przeniósł do Warszawy, gdzie niestety uległy zniszczeniu podczas powstania warszawskiego. Opublikował swoje zapiski z wypraw łowieckich do Azji i Wschodniej Afryki: Notatki myśliwskie z Dalekiego Wschodu. Indie, Cejlon (1894, dwa tomy), Notatki myśliwskie z Afryki. Somali (1897), Nad Nilem Niebieskim (1902). Wspierał prace naukowe, między innymi ofiarował dom Towarzystwu Naukowemu Warszawskiemu, którego był protektorem, a w 1911 roku został jego członkiem honorowym. Był przy tym zapalonym myśliwym i starał się nadać temu hobby specjalną oprawę, przygotowując bogate rauty, zapraszając znamienitych gości. Przyjaźnił się między innymi z Wojciechem Kossakiem, który stworzył w swoim charakterystycznym stylu zaproszenie na jubileuszowy sezon polowań w 1909 roku, a także namalował obraz Wyjazd na polowanie w Antoninach. Hrabia zmarł nagle we Francji w 1922 roku, w wyniku licznych ran odniesionych w wypadku samochodowym i został pochowany na cmentarzu w Montrésor.

412971

Niegdyś czytywałem wiele relacji z polowań w egzotycznych krajach, choć szczególnie podobały mi się opowieści o łowach bezkrwawych, dla europejskich ogrodów zoologicznych. Lubiłem też opowieści fotografów, udających się do odległych krain by utrwalać na kliszach krajobrazy i zwierzęta, zamieszczane w osobnych książkach albo w czasopismach geograficznych, takich jak „Poznaj Świat”, „Kontynenty”, „National Geographic”. Zapoznałem się z wieloma sprawozdaniami z polowań w Afryce, Ameryce Północnej i Ameryce Południowej, w krainach lodu i mrozu, w Australii, a także w Europie. Mógłbym przywołać też wielu autorów, znanych i mniej znanych, polskich i obcych, mających swoje miejsce w historii literatury lub kompletnie zapomnianych. Bodajże w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia zapoznałem się bez większego entuzjazmu z relacją Józefa Mikołaja Potockiego z wypraw łowieckich do Indii i na Cejlon. Wynotowałem wtedy fragment, który wiele lat przeleżał w moich papierach, czekając być może na lekturę kolejnej książki tego autora: Ptaków tu jeszcze więcej niż w okolicach Goony, między innymi widzę po raz pierwszy gatunek jarząbka brunatnego koloru z zielonawym piór odblaskiem (Gallopardix spadiceus). Ptak ten w skałach siedzi a gdy go wystraszyć, piechotą ucieka; nigdy nie widziałem, by się zerwał. Anglicy nazywają go spurfowl, od pazurka u łapki w formie ostrogi (spur ostroga). W niektórych kniejach, szczególnie w pobliżu wody, pawi tak dużo, że się zrywają całymi, tak zwanymi bukietami, jak bażanty w parkach. Mnóstwo też kuropatw, frankolinów i czarnych przepiórek. Wszystko to owoc zakazany: »strzelać nie można, bo pantera ruszy« mówi Mahmud Khan. W ostatnim miocie zabawne miałem stanowisko; obława zajęła stok pagórka mimozami zarosłego; gdy naganka dochodziła, zaczęły się z góry sypać jak z worka, dzikie małpy, jedna po drugiej, małe i duże, rozmaitego wzrostu, stare samce z brodami, samice niosące małpki na grzbiecie pocieszny widok! Ze trzydzieści ich koło mnie przedefilowało. Tak są duże, że gdy się na łapy wzniosą, wzrostu średniego człowieka dochodzą; nie strzela się ich tu, również jak pawi i z tego samego powodu, Hindusi je bowiem za święte uważają. Pewnie powodem zachowania tego fragmentu były moje młodzieńcze zainteresowania ornitologiczne, chociaż dzisiaj trudno mi zrozumieć co mogło mnie zaciekawić w opisach przyciężkawych jarząbków, kuropatw, frankolinów i przepiórek?

1-horz

Autentycznie ucieszyłem się, gdy zobaczyłem na półce w księgarni książkę Józefa Potockiego pt. Notatki myśliwskie z Afryki, wydaną znakomicie przez znane poznańskie wydawnictwo. To jest edycja z ilustracjami Piotra Stachiewicza (1858–1938), znanego malarza krakowskiego, wzbogacającego swoimi pracami dzieła Mickiewicza, Sienkiewicza i Konopnickiej. Kupiłem książkę, ale z racji moich licznych obowiązków literackich i organizacyjnych dopiero niedawno zapoznałem się z nią, czytając szybko, do czego przyczyniała się czcionka sporych rozmiarów. Niestety tym razem nie była to lektura fascynująca, a raczej bardzo krytyczna, bo pióro Potockiego jest ciężkie, jakże dalekie od finezji opisów myśliwskich W Pustyni i puszczy Henryka Sienkiewicza albo Nad Rio de La Plata Karola Maya. Notatki myśliwskie z Afryki to opis wyprawy bogatych polskich włościan, Józefa hr. Potockiego, Tomasz hr. Zamojskiego i Jana hr. Grudzińskiego, do Afryki Wschodniej. Panowie dopływają statkiem do Adenu i potem ledwie unoszącą się na wodzie krypą Tuna, przemierzają Zatokę Adeńską, by znaleźć się w somalijskiej Berberze. To jest słynny róg Afryki, obecnie włączony do niepodległego, muzułmańskiego państwa Somalia. Blisko stąd do Oceanu Indyjskiego i Półwyspu Arabskiego, na południu państwo graniczy z Kenią, na północnym zachodzie z niewielkim państewkiem Dżibuti, a na zachodzie z Etiopią. Pod koniec XIX wieku była to głusza afrykańska, której ekstremalne warunki przyciągały różnorakich awanturników, podróżników i myśliwych. Największym problemem jest tutaj nieustanny brak wody, wysokie temperatury w dzień i minusowe w nocy, a także plagi szarańczy i okresowe ponadnaturalne rozmnożenia się  groźnych drapieżników. Józef hrabia Potocki przybył na te ziemie, gdy swoim protektoratem objęli je Anglicy, nazywając Somalilandem, choć ich panowanie było bardziej formalne, niż rzeczywiste. Dopiero w latach trzydziestych dwudziestego wieku ziemie te odegrały ważniejsza rolę, gdy stały się bazą wypadową Włochów, podczas wojny z Abisynią (1935–1936), a potem zostały włączone do Włoskiej Afryki Wschodniej. Po uzyskaniu niepodległości w 1960 roku, zaczęły się wojny klanów, różnorakich lokalnych dowódców, partii politycznych i band muzułmańskich.

412972

Lektura notatek łowieckich Potockiego rozczarowała mnie pod każdym względem – po pierwsze nie jest to dzieło literackie, a raczej rodzaj nieznacznie tylko rozbudowanego dziennika. Autor nie próbuje plastycznie odwzorować przestrzeni afrykańskich, w których się porusza, ogranicza się do ogólników, powtarzania stale tych samych, sztampowych określeń, nie przedstawia też pogłębionych studiów etnograficznych, botanicznych czy zoologicznych. Wszystko tutaj podporządkowane jest suchym relacjom z polowań, zaczajania się w zeribach, wystawiania drapieżnikom na przynętę żywych osłów, no i nieustannego strzelania. Obrzydzenie budzą takie oto opisy mordowania lwów: Farba miejscami była obfita, gdzieniegdzie postrzałek zalegał. Po chwili widoczne się stało, że zwierz został ranny nisko w łopatkę lub w nogę, bo jedną łapę wlókł po ziemi. Trop drugiej sztuki, zapewne lwicy, bo mniejszej, biegł równolegle zer śladem postrzałka. Po kilkuset krokach doszliśmy do miejsca, skąd lew widocznie dopiero co pomknął przed nami, bo farba świeżutka i wilgotna, jeszcze w ziemię nie wsiąkła; ślad drugiej sztuki odbiegł i znikł w gąszczu. Potem następuje opis sprawnego mordowania rannego lwa i przechwałki ile to słoni, nosorożców, panter, hien, gazeli i oryksów zabili koledzy Potockiego i on sam. Opisy są suche, a autor traktuje ten festiwal mordu jak dyscyplinę sportu, która ma lepszych i gorszych „zawodników”. Krzywda fauny się nie liczy, a wartość mają tylko ustrzelone lwy, skóry zdjęte z zabitych zwierząt, odłączona od wielkich ciał kość słoniowa, rogi nosorożców, czaszki antylop i gazeli. Bogaci właściciele ziemscy z Europy prześcigali się w zwożeniu z Afryki „trofeów” i urządzaniu przeładowanych nimi dworków myśliwskich. Obwieszano je rogami, świetnie wyprawionymi skórami drapieżników, a największe znaczenie miały wielkie ciosy słonia, montowane na ścianie, albo wykorzystywane jako część mebla lub materia do wykonania rzeźb i innych artefaktów. Jakież ogromne pieniądze trzeba było zainwestować w taką wyprawę, ile zapłacić tragarzom, ile wydać srebrnych rupii na zakup wielbłądów, wody w butlach i sprzętu łowieckiego. Ale Potockiego było na to stać i po dotarciu do kolejnych punktów docelowych mógł razem z kolegami do woli strzelać do słoni, nosorożców i lwów, zaczajać się na lamparty i antylopy, a potem mierzyć do nich jak do ruchomych tarczy. Liczyła się przelana krew (farba) i kolejne skóry zdzierane z upolowanych zwierząt – ważne było by wrócić do Europy w chwale „sportsmena”, który zabijał sprawnie, udanie i często, a potem przywiózł do Polski ogromne skrzynie afrykańskich trofeów.

vv

Przechwałki hrabiego Potockiego przybierają pod koniec opowieści charakter zbrodniczych statystyk i przerażają, tym bardziej jeśli uświadomimy sobie, że każdego miesiąca z Europy przyjeżdżało do Afryki wielu takich „myśliwych”. Swoje rozrywki podsumowuje nasz ziemianin jakby relacjonował najoczywistsze sprawy: W czasie kilkudniowego pobytu w Dumbureli pracowaliśmy z Zamoyskim bardzo sumiennie. Od brzasku do południa i od trzeciej do zachodu słońca chodziliśmy za zwierzyną. Nazajutrz po pamiętnej nocy, w której mój towarzysz położył czarnogrzywego lwa, ubiłem dwa oryksy, antylopę Clarke’a – niestety, samicę bez rogów – oraz trzy aule. Jeden z moich oryksów odznaczał się niezwykle długimi rogami, mierzącymi okrągłe trzy stopy. Są one tylko o jeden cal mniejsze od najdłuższej dotychczas znanej pary rogów, które posiada w swym zbiorze Borys książę Czetwertyński i które pochodzą z jego ostatniej wyprawy do Somalilandu podjętej w roku 1895. W tym samym sezonie, od grudnia do końca lutego, roku następnego, hrabia Potocki z kolesiami sprawił się równie „znakomicie”:  Zamoyski rankiem zabił trzy aule, ja przyniosłem jednego. Ogólny nasz rozkład urósł do poważnej liczby około stu siedemdziesięciu sztuk przeróżnej zwierzyny, ubitej w ciągu niespełna trzech miesięcy pobytu w głębi kraju. Rezultat ten świadczy, że choć dzisiaj ziemia Somalijczyków nie jest już tak bogatym matecznikiem, spiżarnią najgrubszej zwierzyny, jak bywało przed laty, jednakże pozostało w nim jeszcze zwierza pod dostatkiem. Lata przeminą, nim w tej krainie zabraknie lwów i gruboskórych dla myśliwych żądnych wrażeń i szlachetnej rozrywki. Jak widać mamy tutaj do czynienia z prawdziwym paroksyzmem zabijania (szlachetna rozrywka), a potem pakowania tzw. trofeów do skrzyń i wywożenia ich do Europy. Chodziło przy tym tylko o zaspokojenie własnej próżności i przechwałki w środowisku ziemiańskim, bo zbliżające się wojny światowe i tak rozproszyły te „zbiory”; przewalające się fronty zrównały z ziemią posiadłości, pałacyki myśliwskie i salony z rogami i czaszkami na ścianach. Mądre myślistwo zakłada stymulowanie przyrostu naturalnego zwierzyny, skupia się na odstrzale osobników chorych, zranionych, nie dających sobie rady w lesie lub na stepie. Tymczasem wyprawy łowieckie Europejczyków do egzotycznych krain miały charakter rabunkowy i przyczyniły się do całkowitego wytrzebienia wielu gatunków (kwagga, antylopa modra, dodo, moa, renifer Dewsona, tygrys kaspijski i jawajski, jeleń Schomburga). Może notatki łowieckie Potockiego mają jakieś znaczenie dla historii myślistwa w Polsce i w krainach, w których grasował, ale są też dokumentem bestialskiego mordowania zwierząt dla próżnej, bezrozumnej rozrywki.

___________

Józef hr. Potocki, Zapiski myśliwskie z Afryki Somali, ilustr. Piotr Stachiewicz, Zysk i S-ka, Poznań 2009, s. 270.

« Older entries

%d blogerów lubi to: