KATASTROFA

Dzisiaj rano wydarzyła się straszna katastrofa samolotowa w okolicach Smoleńska. Zginął w niej Prezydent RP Lech Kaczyński, a także jego małżonka i wiele znaczących postaci świata polityki, wojska, Kościoła i ruchów społecznych. Śmierć poniósł także były Prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski – symbolicznie zakończyła swoje życie w lesie katyńskim Anna Walentynowicz. To przeklęte dla Polaków miejsce jeszcze raz zapisało się w historii naszego narodu. Prezydent kraju i ważne osobistości nie powinny latać starymi, zdezelowanymi samolotami z poprzedniej epoki. Ktoś odpowiada za taką sytuację i ten ktoś powinien ponieść pełne konsekwencje polityczne swoich działań. Zdruzgotała mnie dzisiaj ta wiadomość doszczętnie i trudno jest mi się pozbierać. Nasze życie to mgnienie, to ledwie chwila…

Reklamy

* * *

Dawno nie zapisałem nowych kart w moim dzienniku, co spowodowane było przede wszystkim brakiem czasu. Piszę obecnie aż trzy znaczące dla mnie książki i wolne chwile dzielę równo pomiędzy nie. W międzyczasie wiele się działo, a szczególnie pogoda dała się we znaki mieszkańcom naszej części Europy. Sterty śniegu i lodu powoli znikają, choć znowu zima jest w natarciu i jakoś nie chce ustąpić. Szczególnie w nocy pada śnieg i wraca mróz. Pojawiły się już wszakże pierwsze przebiśniegi, gdzieniegdzie zaczynają grubieć pąki na gałęziach, więc wiosna nadejdzie nieodwołalnie. Zaczynam dostrzegać, że moje życie zatoczyło wyraźny krąg i tak wiele się w nim dzieje, że czasami żałuję, że z poprzednich lat nie wycisnąłem tyle samo treści. Trochę zrobiłem, ale na pewno mogłem więcej… A może to była cena za obecny mój stan i świadomość tego, jak ważna jest każda chwila…

* * *

Wczoraj, gdy stałem na przystanku autobusowym, słońce wschodziło we mgłach i prześwitywało przez nie. Myślałem o tym, jak trudno byłoby to namalować, szczególnie pędzlem. Może specjalne urządzenia do rozpylania farby byłyby tu pomocne, ale to wyższa szkoła jazdy. Było w tym wschodzie słońca coś z aury obrazu Moneta, przedstawiającego most Waterloo na Tamizie, we mgle, ale też był jakiś ledwie uchwytny element ciepła, przenikania wielkiej energii naszej gwiazdy żywicielki. Zagłębiłem się w swoich myślach i patrząc na te rozmycia, rozmazania walorowe, wędrowałem ku uczuciom, które mnie ożywiały i do dzisiaj prześwitują przez mgłę zapomnienia, niepamięci, zgasłego czasu. Zbliżają się święta i czas ubierać choinkę, przygotowywać różne potrawy, porządkować mieszkanie i narosłe sterty papierów. Nadjechał autobus i jeszcze z jego wnętrza rzuciłem raz okiem na ten zdumiewający spektakl porannej natury, a potem zacząłem przyglądać się ludziom wokół mnie. Czynię to zawsze, z wielkim zainteresowaniem, bo każdy człowiek jest dla mnie kimś ważnym i interesującym i każdy ma swoją opowieść i w każdym snują się jakieś mgły…

SŁOŃCE

Znowu miałem kilka dni bez internetu. Ostatnie deszczowe dni znowu coś tam spowodowały i – klapa. Ale w moim dzienniku został tekst z niedzieli, który teraz tu wprowadzam.

Kolejny piękny, jesienny dzień. Słońce rozświetliło świat i przydało barw liściom i dalekim wzgórzom za miastem. Siedziałem nad moimi pracami i nagle zapragnąłem wyjść na świat, zostawić komputer i pisane teksty, zrobić sobie choćby kilkugodzinne wakacje. Zawsze u mnie obwarowane jest to myślą o utracie czasu i możliwości stworzenia czegoś nowego. Czeka kilka dużych projektów, które rosną wolno, ale sukcesywnie, mam też obrazy do dokończenia i nowe pomysły na rysunki. Czekają prace krytycznoliterackie i artykuły naukowe, muszę też sporo materiałów zeskanować, bo od kilku lat porządkuję moje wielkie archiwum literackie. Mam w nim listy od noblistów i wielu, wielu pisarzy, polskich poetów, mam korespondencję z artystami i ważnymi osobami dla naszej rzeczywistości. Setki książek z dedykacjami autorskimi, po zeskanowaniu okładek i tychże dedykacji, od dłuższego czasu przekazuję mojej bibliotece uniwersyteckiej. Każde zatem porzucenie mojego pokoju, obwarowane jest wyrzutemw mojej psychice, tym bardziej, że w tym semestrze mam sporo zajęć dydaktycznych i naukowych. No i staram się wyszarpnąć od życia jak najwięcej chwil z książką, pośród różnych nurtów moich zainteresowań. Ale jednak słońce i barwy października tak kusiły, tak mnie przyzywały, że zostawiłem wszystko i powędrowałem piechotą do miasta, zrobiłem kilkanaście kilometrów na świeżym powietrzu. Idąc obrzeżem Bydgoszczy, na skraju lasów i wielu zadrzewień przyglądałem się ptakom i umykającym zwierzętom. Na jednym chodniku leżał martwy padalec i już na pobliskich drzewach zgromadziły się sroki, gawrony i duża wrona. Jak tylko przyjrzałem się z bliska zesztywniałemu gadowi i ruszyłem dalej, pierwsza sfrunęła wrona, złapała go i goniona przez inne ptaki, pofrunęła ku dalekim drzewom. Przechodząc przez las dość długo przyglądałem się sikorom czubatkom (Parus cristatus), z których jedna odważnie osiadła na poszyciu leśnym i nie bacząc na mnie spacerowała, wydziobywała z mchu jakieś owady i nasiona sosen. Nieco wyżej, na zwisających gałęziach myszkowały sikory sosnówki (Parus ater)  i całe stado sikor modrych (Parus careuleus). Te zwierzątka dziwnie się poruszają, jakby w podrygach, jakby rzucane w różne rewiry przez chwilowe dreszcze. Nigdy nie zagrzewają jakiegoś miejsca na dłużej i szybko przeskakują z gałązki na gałązkę. Dlatego sporo uwagi poświęciłem czubatkom, tak spokojnie i dostojnie wędrującym wokół drzew i zawisających na najniższych sękach, gałązkach, nierównościach kory. W doskonałym nastroju przeszedłem przy ogródkach działkowych i zauważyłem, że na drzewach pełno jest w tym roku dorodnych, czerwonych jabłek, wiele śliwek i gruszek, wyrosło też sporo kwiatów jesiennych, a krzewy obsypały owoce dzikiego bzu, jarzębiny i dzikiej róży. Tuż przy płocie ogródków rosną wyniosłe topole, których liście mienią się teraz ochrą, sienną i złotem. Inne – jakby wbrew porze roku i chłodom nocnym – wciąż są zielone i połyskują w jaskrawym słońcu. Nad sadami przelatują stada szpaków, trznadli (Emberiza citrinella) i kawek, w jednym miejscu zatrzymałem się na chwilę, bo na niskiej gałęzi olchy zauważyłem pokrzewkę czarnołbistą (Sylvia aricapilla). To smukły ptak, pospolity w parkach i lasach, żywiący się głównie owadami i jagodami. Po trzech godzinach docieram do cmentarza przy ulicy Artyleryjskiej, trochę chodzę pośród grobów i przystaję przy pomniku Adama Grzymały-Siedleckiego. Zdumiewające koleje losów rzuciły tego znakomitego twórcę do mojego miasta, tak przeciwnego wszelkiej oryginalności, tak chętnie niszczącego talenty i bawiącego się w żałosne gierki. Być pisarzem w Bydgoszczy to znaczy być na pierwszej linii frontu, tutaj albo osiągnie się coś wielkiego, albo zginie się z kretesem pośród złamanych, zdziwaczałych i manifestujących niechęć do wszystkich i wszystkiego postaci. W końcu dochodzę do dworca kolejowego i czuję już w nogach kilometry, które przeszedłem w dość szybkim tempie. Wsiadam do m-busa i szybko wracam do domu. Tutaj niemiła niespodzianka, znowu nie działa Internet, co zawsze odbieram jako rodzaj zamknięcia, wyrzucenia poza margines świata. Żyjemy w czasach błyskawicznej komunikacji i takie odłączenie bardzo boli…

* * *

Coś się wydarza i przemija coś, coś rozświetla nasze życie na chwilę i jesteśmy świadkami gaśnięcia, dopalania się ognia. Żar jeszcze lśni w czerwonych polanach, ale nieuchronnie nadchodzi chłód i popiół. Grecki poeta Kawafis, który kochał młodych chłopców i miasto Aleksandrię, napisał kiedyś wiersz o świecach, które stoją przed nami i za nami. Porównał do nich dni, te przygasłe, coraz zimniejsze i te radośnie połyskujące ogniem. Przed nami – nie wiadomo jaki długi – szereg świec zapalonych; za nami coraz dłuższy ciąg – wygasłych. Jest noc i myślę o kolejnym zgasłym dniu, świetlistym, rozpłomienionym, pośród szarości i deszczu października. Myślę o dniu, którego płomień zgasł bezpowrotnie. Może jednak ogień zostaje w nas…

JESIENNE LIŚCIE

Żółkną, blakną, czerwienieją, schną i powoli spadają z drzew, a dla mnie jest to dobry czas do pisania. Jakoś tak się złożyło, że większość moich obszernych książek eseistycznych napisałem jesienią. Teraz też rozpala mnie do czerwoności tom o Krasińskim i coraz głębiej wchodzę w jego światy. Liście spadają, zaczepiają się na krzakach i tworzą miękki dywan pod nogami. Kiedyś chodziłem po lesie z piękną, długowłosą dziewczyną i zbierałem z nią bukiet liści dębowych i bukowych. To było nasze pierwsze spotkanie, które potem przekształciło się w gorącą miłość. Ale jednak nie udało się nam zbudować wspólnego domu, liście zbierałem raz jeszcze, z inną kobietą, która została moją żoną i urodziła mi dwójkę dzieci. Liście i ich jesienne umieranie są jak ludzie, którzy wypełnili już treścią życia cały swój czas i nieuchronnie odchodzą w nieistnienie. Na szczęście w świecie ludzkim jest pamięć i pozostają po nas dzieci, książki, wspomnienia, jakieś fotografie i zapisy w księgach urodzin, księgach wieczystych, w bibliografiach i rocznikach periodyków. Liście tylko żółkną, bledną, czerwienieją…

NAGLE SZPITAL

Wczoraj nagle, bez  jakichkolwiek symptomów tego, że zbliżają się kłopoty, znalazłem się w szpitalu. W trakcie remontu mojego pokoju, po zjedzeniu obiadu, wystąpiły u mnie jakieś paskudne, silne bóle brzucha. Chciałem to opanować, chciałem być twardy, ale się nie dało. Wsiadłem zatem do taksówki i pojechałem do szpitala, gdzie okazało się, że muszę mieć skierowanie. Podobno teraz, po osiemnastej, trzeba mieć taki papierek. Cóż było robić, powędrowałem na Wyżyny, do najbliższej przychodni i załatwiłem co trzeba. Przy okazji trafiłem na sympatycznego lekarza z Jemenu. Pogawędziłem z nim trochę o tym pustynnym kraju, pochwaliłem się, że znam profesora o jemeńskim rodowodzie i ruszyłem z powrotem do szpitala. W międzyczasie zauważyłem, że ból zaczął stopniowo ustępować. Powiedziałem o tym lekarzowi, który jednak poradził mi, bym zrobił wszystkie badania – oddałem się zatem w ręce fachowców w białych kitlach. Zrobiono mi zdjęcie rentgenowskie i USG jamy brzusznej, pobrano krew, zbadano mocz. W międzyczasie ból całkowicie ustąpił, ale pojawiło się zmęczenie, które zapewne było wynikiem stresu. Gdy bolało, myślałem, że to ostry atak woreczka żółciowego, ale okazało się, że nie mam złogów, nerki też mam czyste, wyniki krwi i moczu w normie, z nieznacznymi, standardowymi odchyleniami. Koniec końców przebadał mnie młody chirurg i zadecydował, że mogę wracać do domu. Z racji tego, że cała awantura trwała kilka godzin, mogłem przyjrzeć się osobom pracującym w szpitalu i pacjentom trafiającym do niego. Jakaś babinka ledwie mogła siedzieć na wózku inwalidzkim, jakaś inna starsza pani powtarzała, że bardzo źle się czuje i nie może czekać na lekarza, był też jeden staruszek z obrzmiałymi nogami i bólem w klatce piersiowej. Najżywiej zainteresowałem się dziesięcioletnią dziewczynką, która doznała kontuzji oka i dzielnie odpowiadała na wszystkie pytania doktora. Pękła i rozpłakała się dopiero, gdy lekarz powiedział jej, że będzie musiała zostać na oddziale, całą noc, bez mamy. Z prowadzonej półgębkiem rozmowy dwóch lekarzy wywnioskowałem, że w sąsiednim pomieszczeniu właśnie umarł człowiek i nie było żadnej możliwości utrzymania go przy życiu. Byli oczywiście też pacjenci z drobnymi urazami kończyn, ze zwichnięciem nóg, złamaniem rąk, jeden koleś w czarnej skórze, poobcierany na boku i poharatany na łokciu – zapewne jeden z motocyklistów, pędzących na ścigaczach po ulicach miasta. Szpital jest dla mnie trudnym doświadczeniem, a tak realne ludzkie cierpienie, nie nastraja optymistycznie. Podziwiam ludzi, którzy pracują w takich warunkach i rozumiem, że czasem ratują się dowcipem, jakimś komicznym komentarzem. Oni też są ludźmi i też muszą sobie poradzić ze stresem, z płaczem dzieci i starców, z nagłym odejściem kogoś, kogo chcieli uratować. Dzisiaj dokończyłem ustawiania mebli, układania książek, po remoncie pokoju, ale wczorajszą przygodę traktuję jako napomnienie. Nie jesteśmy z żelaza i w każdej chwili możemy pożegnać się z tym światem. To jest ta przedwieczna równość każdego wobec śmierci, każdego wobec praw biologii i raz uruchomionego zegara.

ROWER

Kupiłem sobie porządny rower. W moim wieku jest to inwestycja słuszna i sensowna. Od dwóch lat nie miałem tego pojazdu, bo stare, po Tomku, nadawały się do wyrzucenia. Ten zakup spowodował, że zadumałem się nad dawnymi moimi rowerami. Najpierw był chyba Bobik, taki malutki, na którym jako chłopiec zapierniczałem po ulicy Szubińskiej. Potem jakiś pośredni, którego prawie nie pamiętam, aż nastała era mojego ukochanego Uniwersala. To był zwykły rower, który wielokrotnie modyfikowałem, a to zmieniając koła, a to dodając ręczne hamulce, jakieś światełka odblaskowe, naklejając kalkomanie. Stale też zmieniałem profil kierownicy, raz rogami ku górze, innym razem ku dołowi. Bywały takie dni, że jeździłem tym rowerem przez cały dzień, okrążając osiedle Błonie, ścigając się z kolegami, podążając w kierunku lasu, na wiadukt kolejowy, by przyjrzeć się startującym samolotom lub ku sąsiednim dzielnicom. Ileż było wypadków i otarć naskórka i ile potem zrywania, po kawałku, twardych skrzepów. Kiedyś rozpędziłem się z tegoż wiaduktu w kierunku Białych Błot i na samym dole, przy szybkości chyba ze czterdzieści, może pięćdziesiąt na godzinę, gwizdnąłem się jak długi. Szorowałem kilka metrów na lewym boku i straszliwie otarłem sobie udo, łokieć i nadgarstek oraz cały kawał brzucha. Innym razem – jadąc z kolegą na ramie – wylądowałem na płocie fabryki. Ile dżinsów zniszczyłem, wkręcając je w zębatki od łańcucha, ile miałem odcisków na dłoniach, od trzymania kierownicy, a ile dętek i opon przebiłem. Był taki moment, że w mojej szkole podstawowej zrobiono asfaltowe uliczki do nauki jazdy i egzaminów na kartę rowerową. Stały się one ulubionym miejscem do jeżdżenia i organizacji wyścigów. Do dzisiaj mam w pamięci wszystkie zakręty i rozkład tych dróżek. Też wiele razy na nich leżałem i miałem liczne kolizje z innymi rowerami. Im byłem starszy, tym dalej jeździłem. Pojawiły się więc eskapady do innych dzielnic, objeżdżałem Jary, Szwederowo, zjeżdżałem ulicą Szubińską do Placu Poznańskiego i dalej do Starego Rynku. Potem zaczęły się wyprawy do Trzcińca, gdzie było niewielkie bajoro, służące bydgoszczanom do kąpieli, do Białych Błot, Ciela i Lisiego Ogona, a następnie – całymi grupami – do Solca Kujawskiego, do Chmielnik, a nawet do Torunia. W końcu pękły widełki Uniwersala, chyba też poszła kierownica i mój wierny przyjaciel skończył w śmietniku. Potem jeszcze był czas składaka, który był hitem PRL-u, jakiegoś dużego ruskiego roweru. Była też zgrabna wyścigówka i jednoślad turystyczny, aż w końcu rowery zastąpiłem motorowerami marki Komar i pierwszym motocyklem, ale to już zdecydowanie inna opowieść. Z dreszczykiem…

PIESKI

Pieski szczekają – karawana idzie dalej… Mógłbym napisać o tych pieskach, ale szkoda mi czasu, wole pisać o Faulknerze, Coetzee, o Herbercie lub Miłoszu. Wolę czytać Rushdiego i Coelho, studiować Krasińskiego i Mickiewicza, jakie znaczenie mają szczekające pieski?

* * *

Dziwny czas… Dopiero co było zaćmienie słońca, a dzisiaj to samo dzieje się z księżycem. Jakaś purpurowa poświata na niebie, może to zapowiedź czegoś wielkiego… Tylu ludzi tęskni za czystością i pełnią, tylu ma dobre serca i wiele czułości dla każdego bytu. Skąd zatem tyle zła na świecie…

« Older entries

%d blogerów lubi to: