W KNIEI

Publikuję nieco fotografii przyrodniczych mojego brata – Jacka. Z kolejnych wypraw rowerowych przywozi sporo interesujących zdjęć, które prezentował już na kilku wystawach. W tym zestawie dudek, żuraw, sikorka i jakże subtelne sarny.

* * *

Cały dzień w domu, z ważkimi lekturami i pisaniem, a przy tym słuchaniem utworów Adriana von Zieglera. Jest już prawie dwudziesta. Siadam na tarasie z lampką Chardonnay i kontempluję ogród…  Powietrze jest czyste i pełne ozonu, po rzęsistym deszczu sprzed godziny. Mętna szarość stopniała jak wosk i na błękitnym niebie pojawiło się niezwykłe rozmycie chmur, niczym anielski puch, albo delikatne tchnienie bieli. Nagle zauważam stado młodych srok, lecących szybko z zachodu na wschód i zaczynam rozmyślać o ich istnieniu, o sroczośći z wiersza Miłosza i refleksji poety nad istnieniem bytów. Po pierwszym stadzie nadlatują jeszcze cztery kolejne, a ptaków w sumie jest ponad pięćdziesiąt, co jest dość zdumiewające. Na pewno podążają ku jakiemuś nocowisku, na odległych drzewach, które sobie upodobały. Wdycham głęboko powietrze, piję wino i rozmyślam o kierunkach mojego rozwoju w nowym dziesięcioleciu. Poprzednia dekada, tak pechowo kończąca się epidemią koronawirusa, była bardzo bogata i obfitowała w wiele chwalebnych zdarzeń. Teraz myślę o tym, co wydarzy się w kolejnych dziesięciu latach, jakże ważnych dla mnie, sumujących wszystko i stanowiących dla mnie nie lada wyzwanie. Jeszcze jakieś pojedyncze sroki przemierzają niebo, słychać odgłosy dalekich samochodów i ludzkich rozmów z sąsiednich domostw. Noc zaczyna rozpościerać czarne sukno mroku w rześkiej przestrzeni, dopijam wino, wstaję z krzesła i wchodzę do domu, by przygotować się do snu.

MIŁOŚĆ I NIENAWIŚĆ W CZASACH HUNWEJBINÓW

Gdyby Wang Xiaobo żył dłużej, w roku 2020 miałby sześćdziesiąt osiem lat i może cieszyłby się międzynarodową sławą największego współczesnego pisarza Kraju Środka. Niestety, po śmierci w 1997 roku, przeżywszy niepełne czterdzieści pięć lat, musi zadowolić się określeniem „czarny koń” literatury chińskiej i zdawkowymi informacjami na temat jego biografii. Wiemy zatem, że urodził się i zmarł w Pekinie, ale w drugim roku rewolucji kulturalnej (1968), jako przedstawiciel „młodzieży inteligenckiej” zesłany został na wieś do prowincji Junnan, a potem Szantung. W 1972 roku uzyskał zgodę na powrót do stolicy, gdzie znalazł zatrudnienie w fabryce, a potem podjął studia ekonomiczne w Chińskim Uniwersytecie Ludowym i kontynuował je na Uniwersytecie w Pittsburghu. Uzyskany tam tytuł magistra dał mu podstawy do tego, by podjąć pracę wykładowcy na Wydziale nauk Społecznych rodzimej uczelni, a potem – od roku 1992 – stać się niezależnym pisarzem, utrzymującym się z honorariów za wydawane książki, które nieomal natychmiast tłumaczono na języki obce. Zagraniczni autorzy not biograficznych w książkach Wanga podają, ze zyskał on sławę w Chinach jako kronikarz mrocznych lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, co nie spodobało się szykanującym go władzom i zapewne przyczyniło się do przedwczesnej śmierci na zawał serca. Można zatem powiedzieć, ze zabiła go ambiwalencja rządzących, którzy od czasów Deng Xiaopinga i jego dojścia do władzy w 1978 roku, zgodzili się na zaproponowany nowy kurs i otwarcie Chin na świat, ale jednocześnie – mimo oficjalnego potępienia rewolucji kulturalnej i krytyki dorobku Mao Zedonga – wciąż tęsknili za wielkim przywódcą. Skromny, inteligentny Deng nie mógł zrekompensować utraty ojca narodu, którego wizerunek wciąż reprodukowano na banknotach, któremu stawiano monumentalne pomniki, którego portret stale wisi u wejścia do Zakazanego Miasta. Ten symbol wstecznictwa i zacofania, jakże kontrastujący z rozmachem współczesnych Chin, wciąż przypomina, że to wielkie państwo potrzebuje symboli i czeka na ludowych mesjaszy, którzy popchną społeczeństwo na wyższe tory komunizmu. Na szczęście reformy Denga spowodowały powstanie nowego społeczeństwa, ze znakomicie wykształconą kadrą naukowo-techniczną i biznesową, co z kolei przełożyło się na prawdziwą eksplozję w zakresie budownictwa, transportu i produkcji luksusowych dóbr. Tak powstało państwo, w którym swobodnie rozmawia się o polityce i ekonomii, ale nie wolno krytykować rządu, który decyduje o drogach rozwoju i rozprzestrzenia kult Mao, którego socrealistyczny grobowiec z zabalsamowanym ciałem, okrytym granową flagą z sierpem i młotem, wciąż znajduje się na Placu Niebiańskiego Spokoju.

Wang Xiaobo – pisarz

Przez dziesiątki lat w Chinach nie mówiło się o seksie, a jedynie nawiązywało się do niego w aluzjach, poezji, tendencyjnej prozie i propagandowych filmach. Pojawienie się zatem pisarza, który mówił wprost o miłości cielesnej, a przy tym ukazywał brudne zakamarki Pekinu, śmierdzące ubikacje i śmietniska, zdezelowane fabryki i dziwacznych funkcjonariuszy systemu, było nie na rękę władzy, mającej wszędzie swoich tajnych agentów i podskórnie moderującej zachowania ludzkie. Pisarz we współczesnych Chinach mógł wybrać dwie drogi – albo wyemigrować i przeciwstawić się władzy, jak Gao Xingjian lub rozwijać swój talent w obrębie systemu, jak Mo Yan. Wang Xiaobo wybrał trzecią drogę, publikując utwory, w których była spora doza ironii, ale też jakby podskórne idealizowanie kraju, w którym jednostka mogła zyskać niezależność w obrębie zamkniętego, stworzonego przez siebie świata. Miłość w czasach rewolucji to powieść będąca swoistym eksperymentem narracyjnym, w którym sam autor i jego alter ego Wang Er, toczą wiele walk, ironicznie komentują zdarzenia, a nade wszystko obserwują samych siebie, szczególnie w chwilach erotycznych uniesień. W takim kontekście – jak podpowiada narrator: To książka o pożądaniu. Pożądanie ma własną siłę napędową, niekiedy jednak swobodne zachowanie jest zabronione, co niezwykle komplikuje sprawy. Na przykład, na północ od mojego domu znajduje się Pałac Letni, ale gdyby nie istniał kierunek północny, wtedy mógłbym iść wyłącznie na południe i dopiero po przejściu bieguna południowego i północnego, po czterdziestu tysiącach kilometrów, dotarłbym do pałacu. To właśnie usiłuję powiedzieć. Ludzie naprawdę potrafią wszystko wyrazić zawoalowanymi aluzjami i dotyczy to również pożądania. Dlatego jego źródłem mogą być najmniej godne zaufania rzeczy. Choć autor relacjonuje własne przeżycia, choć nawiązuje do konkretnego życiorysu, to istotą jego powieści jest diagnoza ludzkich zachowań i Chin, w których przyszło mu dojrzewać. To był czas rewolucji kulturalnej, podczas której wywlekano kułaków i inteligentów i wleczono ich po ulicach w komicznych czapkach z papieru – czas ekspansji młodzieńczej głupoty i szalejącej jak zaraza myśli przewodniczącego Mao, który bezwzględnie wykorzystywał rozgorączkowane umysły do walki politycznej. Dochodzili wtedy do głosu hunwejbini, niszczący kulturę i sztukę, pogardliwie odnoszący się do nauki, uciekający się do szantaży i oszustw, a i często zabijający swoich oponentów. Najbardziej radykalna i wpływowa była Czerwona Gwardia i to ona wywlekła ojca Wanga Era z domu, a potem prowadzała go po kampusie jako wroga ludu i wstecznika rewolucji. Wykorzystywani do rozgrywek politycznych lokalnych sekretarzy partyjnych, czuli się bezkarni i z lubością wykrzykiwali sentencje Mao, z jego czerwonej książeczki.

Bohater powieści Wanga Xiaobo mógłby pójść innymi drogami i stać się opozycjonistą na emigracji, jak na przykład chiński laureat Pokojowej Nagrody Nobla z 2010 roku, dramaturg i prozaik Liu Xiaobo, o którym mówi się, że stał się sumieniem Chin po masakrze na Tienanmen. Jednak młody mężczyzna z omawianej tu powieści idzie inna drogą, próbując rozsadzić system sobie tylko znanymi sposobami – najpierw eksperymentując z ledwie przeczuwanym uczuciem homoseksualnym do przyjaciela z pracy, potem bawiąc się elementami sadyzmu i masochizmu w swoich działaniach (pobicie przyjaciela i erekcja w trakcie tego zdarzenia). Dalej – obserwując siebie w relacjach z piękną hunwebinką X Haiying, zatruwającą mu myśli ideologiczną papką, ale – koniec końców nie mogącą stłamsić w sobie kobiety i wciągającą go do łóżka. Ta piękność w zdezelowanym mundurze ma być jego sekretną policjantką i sprawować nadzór nad rozwojem politycznym, ale wspólna droga do komunizmu przeradza się w owo – wskazane we wstępie – „pożądanie”, któremu nawet ona nie potrafi się przeciwstawić. Wang Er próbuje eksperymentować seksualnie z poznaną studentką (Była męcząca, denerwująca i nienawidziłem jej. Ale później bardzo ja kochałem. To pokazuje, że nienawiść i miłość są jednak nierozdzielne.) ale niewiele z tego wychodzi, chociaż pocałunki, dotykanie piersi i przytulanie się do siebie, daje mu podstawy do prowadzenia zaawansowanej gry miłosnej z funkcjonariuszką systemu. Przez kilka lat godzi się na poniżanie i deprecjonowanie swojej wartości, ale wciąż śni o tym, że ją gwałci, bije, morduje i odwdzięcza się w ten sposób za zniewagi. Triumfuje, gdy X Haiying rozbiera się i zmusza go do uprawiania seksu, stale wyposażając wszystko w ideologiczny kontekst i właśnie wtedy jego „stalowy” penis staje się prawdziwym narzędziem odwetu. Kobieta nienawidzi go jako ofermę klasową, ale nie potrafi bronić się przed rozkoszą, którą daje jest stuprocentowy, jakże męski i chropawy Er. Tak akcja powieści z planów miejskich, fabrycznych i biurowych przenosi się do domu dziewczyny, w którym czują się bezpieczni i mogą uprawiać zakazany seks do woli. Niestety bariera jest zbyt duża i X Haiying po każdym zbliżeniu wraca do swojej roli, bezlitośnie kpiąc z Wanga i szukając pretekstu by go srodze ukarać. Jeśli tego nie robi, to tylko dlatego, że potrafi docenić jego męskie walory i nie wyobraża sobie, że mogłaby uprawiać seks z innym mężczyzną. Niestety nie wie, że jego sprawność ma podłoże sadystyczne, a kolejne przyspieszenia i szczytowania podczas stosunków są jak zabicie odwiecznego wroga i zmasakrowanie jego podłych szczątków. (Kochanie się z nią wymagało brutalności, odrobiny żądzy mordu).

Edukacja seksualna Wang Era idzie w parze z jego życiową przebiegłością, która koniec końców doprowadzi go do poznania kobiety, którą poślubi i pociągnie za sobą na studia do Stanów Zjednoczonych. Indoktrynowany przez agentkę systemu Mao, wychodzi cało z tego starcia, przede wszystkim za sprawą swojego wywrotowego charakteru i chęci eksperymentowania ze światem i sobą. Tylko taka postawa pozwala mu przetrwać zbliżenia z funkcjonariuszką, która przy nim powoli traci rozeznanie w hałaśliwym świecie hunwejbinów i wrogów klasowych. Jeszcze rzuca obelgi na Era – Za każdym razem, gdy się kochaliśmy, X Haiying mówiła, że jestem draniem, diabłem, złym nasieniem, wyzywała mnie jak psa. Oto mądrość czasów rewolucji z wyższej półki. Jeszcze próbuje go zadenuncjować, poniżyć, ale, gdy sama staje się obiektem donosu i cała fabryka zaczyna mówić o jej romansie z przerażająco brzydkim mężczyzną, godzi się z porażką i znika z jego życia. Wang Er widzi siebie jako cierpiącego na hemoroidy malarza, marzącego o wielkiej artystycznej karierze, ale borykającego się z problemami, jakie niosą czasy rewolucji kulturalnej. Widząc wszechobecną nienawiść, postanawia walczyć z nią tak, by funkcjonariusze systemu, nie zorientowali się, że jest kimś na kształt duchowego i cielesnego dysydenta. Z pokorą znosi obelgi i intrygi X Haiying, która jednak broni go na wiecach, przedstawiając jako, niegroźnego fajtłapę, a potem z nawiązką odbija sobie wszystko, gdy dominuje nad nią w łóżku i zaspakaja jej wyszukane fantazje erotyczne. Trudno się dziwić, że pisarstwo Wanga Xiaobo nie podobało się ówczesnym władzom chińskim, dążącym do radykalnej unifikacji społeczeństwa i wtłoczenia jednostek w tryby wielkiej machiny, pędzącej do przodu jak szybka kolej i nie dbającej o tych, którzy nie wytrzymali tempa. Po latach pisarz rozprawił się z nimi aluzyjnie w szkicu pt. Przyjemność myślenia, odnosząc swoją wypowiedź do hipotetycznego kolegi: Kilka lat temu, zaraz po tym, jak wyszedłem z ciszy i napisałem książkę, dałem ją starszemu znajomemu. Nie spodobała mu się. Uważał, że nie powinno się pisać w ten sposób. Według niego książki powinny edukować ludzi, uwznioślać ich dusze. Z pewnością przemawiała przez niego sama mądrość. Jednakże spośród wszystkich mieszkańców tego świata tym, którego duszę pragnę uwznioślić najbardziej jestem ja sam. Jest punkt widzenia całkowicie nikczemny i zupełnie egoistyczny, lecz absolutnie szczery. Paradoksalnie owa nikczemność i egoizm pozwoliły stworzyć kontrapunkt w kontaktach z ludźmi czasów rewolucji kulturalnej i pokonać tę, która miała nadzorować jego kształtowanie ideologiczne. Nie ona jedna legła w konfrontacji z „pożądaniem” i poddała mu się jak wiele kobiet przed nią i po niej, przegrała w ramionach Era, choć po latach okazało się, że były to jej i jego największe zwycięstwa.

Hiperrealistyczne obrazy ilustrujące tekst są autorstwa artysty, który nosi takie samo imię i nazwisko jak pisarz – Wang Xiaobo. Może to znaczący pseudonim, może pokrewieństwo, trudno dociec – autorowi nie udało się znaleźć w Internecie wiarygodnych informacji na ten temat.

JOANNA SIEDLECKA O SEKRETARZU ANDRZEJEWSKIEGO

Jakiż to bydgoski „inteligentny i kulturalny” student zaopatrywał Andrzejewskiego w alkohol i był jego „kochankiem”? Ciekawa sprawa… Zaczynam drążyć ten temat jako samozwańczy dziennikarz śledczy. Może dowiem się czegoś ciekawego i informację zamieszczę w przygotowywanej książce? I nie będzie to jakieś siusiu…

Zięć Andrzejewskiego informował też o przyjacielu domu – sekretarzu i zarazem kochanku teścia, który u niego pomieszkiwał. Akceptowała go jeszcze żona Andrzejewskiego, wolała, gdy miał stałych i znanych jej partnerów, a nie przygodne męty z „Bristolu”, na jedną noc. Tym bardziej, że sekretarz był inteligentnym, kulturalnym studentem. Pochodził z prowincji, Andrzejewski płacił mu za wynajmowany pokój, popychał zawodowo, pomagał nawiązywać kontakty. I oczywiście z nim pił, do jego głównych obowiązków należało zaopatrywanie Andrzejewskiego w alkohol, raportował zięć. Według niego – to właśnie sekretarz był współautorem żenująco słabych felietonów teścia w „Literaturze” z cyklu „Z dnia na dzień”, pisanych zwykle rano, na kacu, z ogromnym wysiłkiem. Zawsze przy pomocy sekretarza, bez którego w ogóle by nie powstały, powinien być pod nimi podpisany.

„Nasz Jerzy pieprzy niemożebnie w tym strasznym piśmie Literatura – pisał Zygmunt Hertz 9 kwietnia 1976 roku. „Raz, czy dwa czytałem. Jakieś siusiu” – odpowiadał Miłosz.

Joanna Siedlecka, Sekretarz pisał mu felietony? [w:] Biografie odtajnione Z archiwów literackich bezpieki, Poznań 2015, s. 266.

 

TWÓRCZE OŻYWIENIE STEFANA PASTUSZEWSKIEGO

Stefan Pastuszewski zawsze był płodnym literatem, a ostatnio stał się też bardzo aktywnym naukowcem i eseistą, sięgającym po niezwykle interesujące tematy. Wyraziste staje się jteż zadanie, które przed sobą postawił, owo wypełnianie luk w zakresie opisu życia literackiego i kulturalnego ostatnich dziesięcioleci dwudziestego wieku i pierwszych dekad wieku następnego. W roku 2016 ukazała się pierwsza praca w ambitnie zaplanowanym ciągu: Edytorstwo literatury pięknej w latach 1956-1989, będąca syntetycznym przybliżeniem osiągnięć edytorów z naszego miasta, a także analizą złożonych procesów promocji i kształtowania nurtów, lansowania twórców i stowarzyszeń literackich. Pastuszewski posiadł ogromną wiedzę na ten temat, gdyż pracował jako dziennikarz i literat, a nade wszystko był wydawcą, który musiał pokonywać wskazane we wstępie bariery: Wydawca musiał uzyskać zgodę Ministerstwa na wydanie tytułu, z czym wiązał się uzależniony od nakładu przydział papieru, o co też trzeba było się starać oraz zgodę Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Obejście tych barier było niemożliwe, bowiem upaństwowiony przemysł poligraficzny – pod groźbą sankcji – ściśle przestrzegał tych uregulowań. Paradoksalnie, ale za ich sprawą, badanie ruchu wydawniczego po 1948 roku jest ułatwione, gdyż każda wydana książka pozostawiła wyraźny ślad w różnych instytucjach. Czwartą barierą dla ruchu wydawniczego była centralizacja państwowych i spółdzielczych wydawnictw. Regionalizacja, która nastąpiła po okresie stalinowsko-bierutowskim była tylko pozorna, bo i tak finansowanie pozostało centralne. Pastuszewski poświęca temu zjawisku pierwszy rozdział swojej książki, wskazując, że Bydgoszcz znalazła się na granicy wielkich regionów i twórcy z naszego miasta musieli najpierw pukać do drzwi Wydawnictwa Morskiego i Wydawnictwa Poznańskiego, a dopiero w maju 1971 roku utworzono w Bydgoszczy Oddział Wydawnictwa Morskiego. Najpierw kierowała nim Maria Kalota-Szymańska, a potem wieloletni agent SB Czesław Slezák. Autor wskazuje, iż Oddział wydawał głównie książki pisarzy z regionu kujawsko-pomorskiego, około 6-9 tytułów rocznie. Był to precedens w skali kraju, gdyż Oddział był w zasadzie dwuosobową (redaktor + sekretarka) redakcją bez bazy technicznej i administracyjnej. A choć próbowano go dwukrotnie zlikwidować, przetrwał do czasów przemian i dopiero wtedy został przemianowany na wydawnictwo „Pomorze”. Pastuszewski wskazuje, że powstanie tych instytucji przyczyniło się do rozwoju literatury, w czym spore zasługi miał też lokalny Oddział Związku Literatów Polskich. Stał się on retortą, w której kształtowały się takie osobowości literackie jak Władysław Dunarowski, Alfred Kowalkowski, Bogusław Sujkowski, Jan Górec-Rosiński, Andrzej Baszkowski, ważną rolę odgrywały też Koła Młodych i środowiska dziennikarskie. O niezależności nie mogło jednak być mowy i utworzenie Kujawsko-Pomorskiego Towarzystwa Kulturalnego wcale nie poprawiło sytuacji wydawniczej miasta, gdyż we władzach znalazło się sporo radykalnych komunistów. Literatom udawało się jednak negocjować korzystne dla siebie ustalenia i po powstaniu Sekcji Literacko-Odczytowej zaczęto publikować książki lokalnych autorów, a także wspomagać ich honorariami za spotkania autorskie. Pastuszewski zamieszcza sporo fotografii osób związanych z literackim ruchem wydawniczym w Bydgoszczy i przypomina takie osoby jak Wiesław Rogowski, Maria Kowalewska, Zofia Wachowiak, Krzysztof Soliński (jak się okazało Kontakt Operacyjny SB „Pegaz”), Czesław Niedzielski. KPTK było instytucją sterowaną przez PZPR, ale osoby z nią związane znajdowały luki, w których można było lokować książki nieideologiczne, literackie, naukowe, a nawet debiuty młodych autorów. Pastuszewski wskazuje też, że na bazie Związku Literatów polskich rozwijał się pozainstytucjonalny ruch wydawniczy, który owocował nowymi seriami, takimi jak Zbliżenia czy Galeria Poezji. Ożywienie literackie w Bydgoszczy nie umknęło uwadze partyjnych zarządców, którzy dostrzegli w nim elementy pozytywne, ale też i potencjalne zagrożenia. Odpowiedzią było tutaj utworzenie w 1982 roku samodzielnego wydawnictwa „Pomorze” i obstawienie go agentami SB, a także ludźmi z określonego układu pezetperowskiego. Pierwszym Redaktorem Naczelnym został Wiesław Woźniak, a po nim funkcję tę pełnili: Zbigniew Cieśliński, ściągnięty z Torunia Wiesław Krzysztoszek i Ryszard Ziętek. Wydawnictwo było ściśle kontrolowane, a i tak ukazały się w nim książki autorów kontestujących system, co uznać należy za sukces naszego środowiska. Autor wskazuje też błędy, które popełnili zarządcy wydawnictwa, które nie wiedzieć dlaczego zaczęło wydawać wielką literaturę światową. Krzysztof Soliński był wtedy pod przemożnym wpływem Grzegorza Musiała, który namawiał go do publikacji książek swoich przyjaciół, szczególnie translatorów i poetów. Akcje te nie miały większego sensu i oficyna musiała przekształcić się w Spółdzielnię Pracy Wydawców „Pomorze”, która nie radziła sobie na polskim rynku wydawniczym i w końcu została rozwiązana w 1996 roku. Praca Pastuszewskiego wypełnia bolesną lukę w zakresie opracowania życia literackiego Bydgoszczy w latach zakreślonych w tytule, a poprzez swoją bezstronność i dokumentację archiwalną może być traktowana jako popularny zarys naukowy, będący wstępem do dalszych badań.

 

Kolejna książka tego autora pt. Rewolucja, odnowa i ożywienie w bydgoskiej kulturze od sierpnia 1980 do grudnia 1981, oprócz tego, że jest cennym opracowaniem naukowym, ma też charakter iście sensacyjny. Jest to omówienie wielu dziedzin aktywności kulturalnej, takich jak teatr, kabaret, estrada, czasopiśmiennictwo i twórczość literacka, a także sztuki wizualne, krytyka artystyczna i upowszechnianie kultury. A wszystko na tle ożywienia społecznego po Sierpniu 1980 roku, powstaniu „Solidarności” i daleko idących zmianach życia w Polsce. To był prawdziwy szok: Wybuch „Solidarności” zaskoczył społeczeństwo Bydgoszczy, a szczególnie środowisko artystyczne. Wszystko było dotąd poukładane, przeważająca większość postaw wobec rzeczywistości społeczno-politycznej to eskapizm, konformizm i oportunizm. Zarzewia kontestacji, krytyki i buntu tliły się głównie w środowiskach młodych twórców, szczególnie tych, którzy nie byli związani etatowo z instytucjami. Było to bowiem pokolenie bez doświadczeń II wojny światowej i w zasadzie także doświadczenia stalinizmu. Korzystając z „przecieków” z Zachodu pewna część młodych twórców nabierała przekonania, że wolna kultura to taran, który rozbija tyranię. Więź międzypokoleniowa była słaba z uwagi na różne drogi życiowe, a szczególnie oczekiwania jeśli idzie o młodych, którzy narzekali na zastój, stagnację, jak się wtedy mówiło. Miała miejsce wyraźna konkurencja, dotycząca głównie pokolenia, które „ustawiło się” w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku oraz pokolenia pierwszych dwóch dekad po II wojnie światowej. Nie ulega wątpliwości, że monografia Pastuszewskiego jest rodzajem pisania historii na nowo, a przy tym próbą ustalenia jaką rolę w czasie przemian odegrały konkretne osoby bydgoskiej kultury. I tutaj pojawia się ów element sensacyjny, bo autor ujawnia wiele niewygodnych faktów z życia poszczególnych twórców, moderatorów i zarządców, a czyni to zawsze na rozległym tle historyczno-społecznym. Tak jest w przypadku Krzysztofa Solińskiego: Próby nagabywania przez SB były jednak przez przeważającą większość młodych twórców, głownie ze względów moralnych, odrzucane. Nie odmówił jednak wcześniej – jak wynika ze zgromadzonych w IPN dokumentów ewidencyjnych i operacyjnych Służby Bezpieczeństwa – Krzysztof Soliński (1950–2006). 27 maja 1977 roku został on zwerbowany i zarejestrowany pod numerem 16376 jako Kontakt Operacyjny „Pegaz”. Do momentu zdjęcia z ewidencji 12 grudnia 1989 roku współpraca ta musiała być na tyle owocna, że KO „Pegaz” wraz ze swoimi „prowadzącymi”, w ciągu 12 lat co najmniej nominalnej współpracy, wyprodukował dwie „teczki pracy”, które po przeleżeniu przez pewien czas w archiwum (nr archiwalny I-41164), zostały 18 maja 1990 roku zniszczone „we własnym zakresie z uwagi na znikomą wartość operacyjną”. Trudno dzisiaj powiedzieć czy przyczynił się do tego sam agent Soliński, bo przecież szczątkowe dane wskazują, że mącił solidnie w wielu środowiskach, a jego delatorstwo miało na celu przede wszystkim skanalizowanie ruchu młodoliterackiego. Pastuszewski – jakby nie było ofiara donosów KO „Pegaza” – wskazuje też zasługi edytorskie i literackie Solińskiego, które wszakże znacznie tracą na znaczeniu w obliczu odsłanianej drugiej twarzy tego człowieka. Inną postacią uwikłaną w kontakty z SB, a której działalność donosicielską analizuje autor monografii, jest Wiesław Trzeciakowski: Mimo buntowniczych nastrojów społecznych oraz początkowego chaosu władza realizowała swoje dotychczasowe plany sterowania kulturą, w tym za pośrednictwem tajnych służb. W styczniu 1981 roku przy ul. Pomorskiej 5 otworzył swoje podwoje Klub Miłośników Sztuki. Kierownikiem został Wiesław Trzeciakowski (1950 –). Był on od 19 czerwca 1980 roku tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie „Mercedes” (nr rejestracji 18642). Jego zadaniem było zapewnienie dopływu informacji o stanie zagrożeń występujących w środowisku literackim miasta Bydgoszczy, a w szczególności w odniesieniu do mogących występować działań antysocjalistycznych”. Miał to czynić poprzez ustalanie osób o poglądach wrogich politycznie, ujawnianie faktów wykorzystywania spotkań autorskich do prowadzenia działalności antysocjalistycznej, przekazywanie charakterystyki osób w opracowaniu lub rozpoznaniu”. Pastuszewski obnaża delatorstwo Trzeciakowskiego, ale też – co jest wątpliwe – wskazuje jego obywatelską postawę, szczególnie w przygotowywanych dla SB elaboratach socjologicznych, które przecież dzisiaj brzmią jak wypowiedzi Papkina. Trudno też zgodzić się z naciąganym usprawiedliwianiem donosiciela, jakoby ofiary szantażu ze strony SB, która założyła mu akta „H”, wskazujące na ściśle określone upodobania seksualne. Przeglądając teczkę tego skomplikowanego mentalnie człowieka, natkniemy się przecież na własnoręcznie podpisane pisma, informacje o otrzymanych prezentach, a i przetrzebienie dokumentacji wskazuje na to, że zakres jego perfidnych działań był znacznie szerszy. Pastuszewski ujawnia też informacje o innych agentach SB wkorzenionych w struktury literackie Bydgoszczy, a więc o Czesławie Slezáku (TW „Leszek”), Tadeuszu Petrykowskim (TW „Bury Wiesław”), Januszu Kryszaku (TW „Krzysztof”). Niezwykle interesujące – chociaż niepełne – są informacje autora o donosicielach SB w bydgoskim środowisku artystycznym, ze szczególnym uwzględnieniem Jerzego Puciaty (TW „Lewandowski”, TW „Lew”, TW „Piast”), choć i tutaj wątpliwość budzi swoista rehabilitacja delatora: Przyczyną zgody na współpracę, być może nawet nie udzielonej na piśmie, mógł być szantaż oparty o publiczne ujawnienie współpracy w latach 1967-1975, jak również sprawy obyczajowe. Można przypuszczać – znając beztroskie podejście malarza do życia – że nie w pełni zdawał on sobie sprawę z tego co czyni. Jak na opracowanie naukowe, jest to zbytnia dowolność, nie poparta stosownymi dokumentami, które mogłyby przeciwstawić się sporej dokumentacji świadczącej o współpracy z SB. I choć Pastuszewski podaje sporo faktów związanych z pozytywną działalnością (jego „oczyszczaniem się w ogniu rewolucji solidarnościowej”), to zniszczenie teczek przez SB, dowodzi o wadze spraw, które Puciata poruszał i analizował. Monografia przynosi też informacje o innych agentach ze środowiska plastycznego, teatralnego i estradowego, a więc o informatorze Wojskowych Służb Specjalnych Andrzeju Stanisławie Budniku, o Zygmuncie Bobrowskim, Grażynie Juszczyk (TW „Róża”), Urszuli Tauzik. Zdziwienie musi też budzić zaklasyfikowanie jako rewolucjonistów i odnowicieli kultury bydgoskiej takich osób jak Józef Herold, Piotr Szymański, czy Marek Zagórski, brakuje też analiz agentury w Polskim Radiu, wyraziście odnotowanej w IPN-ie.

 

Dwaj agenci SB, których działalność opisuje S. Pastuszewski – od lewej: Krzysztof Soliński (TW „Pegaz”) i Wiesław Trzeciakowski (TW „Mercedes”)

Kontynuacją i dopełnieniem omówionych wyżej prac jest Krótka historia literatury Bydgoszczy, którą Stefan Pastuszewski przygotował do druku i udostępnił recenzentom. Autor dookreśla we wstępie, iż jego książka jest ledwie rejestrem ważniejszych faktów literackich i okołoliterackich oraz procesów zachodzących w tej strefie, w pewnym tylko stopniu zaopatrzonym w szerszy opis. Zarówno z uwagi na ową skrótowość i świadomie założony charakter dokumentacyjny, ale też ze względu na fakt, że autor sam uczestniczy w życiu literackim miasta i regionu, opracowanie to pozbawione jest w zasadzie ocen, chyba że są one utrwalone i stosunkowo mało kontrowersyjne; zazwyczaj są to przytoczenia innych autorów. Skrótowość monografii wynika także z faktu, że założono sporządzenie syntezy, całościowego oglądu funkcjonowania literatury w Bydgoszczy na przestrzeni dziejów. Kryterium wyboru przywołanych twórców to przede wszystkim rola jaką odegrali oni w tym, co kolokwialnie nazywa się duchowością i życiem artystycznym miasta. Są to więc pisarze trwale z Bydgoszczą związani, albo też świadomie przez dłuższy czas współdziałający w pomnażaniu jej dorobku kulturalnego. W opracowaniu przywołuje się też, głównie w Aneksie 1, twórców, którzy pochodzili z Bydgoszczy lub przez pewien czas w niej przebywali. Urodzili się w Bydgoszczy lub byli z nią związani, ale dla tego miasta, oprócz popularyzacji jego nazwy w swoich notach biograficznych, zazwyczaj niewiele uczynili. Odnotowano więc „dla porządku” pisarzy, których związki z tym miastem można nazwać „symbolicznymi”, choć trudno tak nazwać formowanie się i kształcenie w okresie dziecięco-młodzieńczym. W monografii tej nie używa się określenia bydgoski, bowiem „pisarze zmieniają miejsce zamieszkania, w sposób naturalny zrywają więzi bezpośrednie, wchodzą w inne regionalne i lokalne zależności o charakterze instytucjonalnym”. „Żaden twórca nie jest przywiązany na stałe do swego miejsca pobytu i miejsca twórczości. Każde środowisko twórcze ulega fluktuacjom. Przybywają doń ludzie nowi z innych środowisk twórczych, mający już na swym koncie mniejszy lub większy dorobek literacki, z drugiej zaś strony notujemy często odpływ twórców. jednym słowem mamy do czynienia ze zjawiskiem migracji literatów. Wybór przywołanych w tej monografii pisarzy, jest więc w mniejszym lub większym stopniu subiektywny, jak subiektywne są zaliczenia do kategorii pisarz lub literat. Choć autor stara się zminimalizować swoją rolę, to nie ulega wątpliwości, że jego praca jest bardzo cenna i wypełnia kolejna lukę w zakresie poznania kultury naszego miasta. Wszak każde dzieło tego typu wzbogaca dorobek regionu i interioryzuje go w ściśle określonym czasie. Praca ta prawdopodobnie będzie wstępem do szerszego, panoramicznego opracowania, które może stanie się wykładnią tego, co literatura bydgoska osiągnęła. Może też będzie impulsem do utworzenia instytucji, która by zbierała i opracowywała dane na ten temat. Od dawna mówi się, że powinno powstać w Bydgoszczy Archiwum Pisarzy Pomorza i Kujaw, którego utrzymanie zapewne nie kosztowałoby zbyt wiele. Pastuszewski ma wszelkie dane ku temu, żeby stworzyć grupę badawczą, zajmującą się opracowaniem archiwów zmarłych pisarzy, zbiorów bardzo bogatych i narażonych na rozsypanie w kolejnych latach. Cieszy zatem takie wstępne uporządkowanie literatury naszego kręgu, mające swoje braki, ale też będące wyrazistą propozycją periodyzacji i ustalenia zachodzących procesów literackich oraz kształtowania się kanonów gatunkowych i tematycznych. Oczywiście praca ta powinna też posiadać Aneks innego autora, który by opracował dorobek samego Stefana Pastuszewskiego, będącego ważnym uczestnikiem życia literackiego Bydgoszczy, obecnego w niej od lat siedemdziesiątych XX wieku i stale tworzącym wartościowe dzieła.

KRÓLESTWO ZA KONIA!

Theodor Hildebrandt  (1804–1874), Zabójstwo synów Edwarda IV

Prawdziwe dzieje króla Anglii Ryszarda III, z rodu Yorków, giną w pomrokach wieków, zniekształcane i manipulowane przez kronikarzy, wrogów i pseudohistorycznych fałszerzy. Nie ulega jednak wątpliwości, że był on znakomitym strategiem, a w swoich kalkulacjach i planach nie wahał się skazywać na szafot zaciekłych oponentów, a także skrytobójczo zabić w twierdzy Tower niekoronowanego, nastoletniego króla Edwarda V i jego młodszego brata Ryszarda. Czujny i lojalny wspólnik króla Edwarda IV, piął się powoli ku zaszczytom, pomnażał bogactwa, aż w końcu postawił wszystko na jedną kartę i tak jak wielu angielskich władców przed nim i po nim, nie zawahał się przelewać krwi braci, intrygować i skłócać swoje otoczenie, a potem trzymać wszystko żelazną ręką. Dawni historycy angielscy – z których dzieł Szekspir czerpał wiedzę – zapewne czytaliby ze zdziwieniem późniejsze analizy uczciwszych dziejopisów, którzy widzieli w Ryszardzie III tego, który umocnił władzę królewską w Anglii i stworzył solidny fundament dla rządów dynastii Tudorów[1]. Z drugiej strony opisy „najkrwawszego” z królów tego kraju, pozostawione przez Tomasza More’a i innych historyków dynastii przychodzących po Plantagenetach, a także sztuka Szekspira, dały pośrednio legitymację dla późniejszych mordów politycznych i ugruntowały wizerunek władcy tyrana, nie wahającego się zabijać dla własnych korzyści. Tragedia Ryszarda III, zaliczana do Kronik Szekspira, ma wszelkie cechy gatunkowe tragedii i śmiało może stawać w szranki z najbardziej znanymi utworami tego autora – Hamletem, Makbetem czy Otellem. Ale przecież ma też rys indywidualny, doraźnie zakotwiczony w historii Anglii XV wieku, obecnie dogłębnie zanalizowanej i opisanej, a nieoczekiwanie zwieńczonej odnalezieniem szczątków króla w 2002 roku i jego nowym, paradnym pochówkiem w katedrze św. Marcina w Leicester. Nie ulega wątpliwości, że pod zwykłym miejskim parkingiem archeolodzy odkryli szkielet Ryszarda III, pochowanego po przegranej bitwie pod Bosworth w klasztorze franciszkanów, który zburzono doszczętnie już w roku 1538, skazując na zapomnienie miejsce pierwszego pochówku króla. Autentyczność potwierdziło datowanie radiowęglowe i porównawcze badania genetyczne żyjącej potomkini władcy. Okazało się, że był on niewielkiego wzrostu i kruchej budowy ciała, a zginął najprawdopodobniej od ciosu halabardą w głowę. Szkielet nosił też ślady wielu innych ran, które człowiek ten odniósł w licznych walkach – nie potwierdziła się też diagnoza Szekspira, że Ryszard III cierpiał na kifozę (garb), współcześni radiolodzy uznali, że jego dolegliwością była skolioza, a więc skrzywienie boczne kręgosłupa.

William Szekspir lubował się w przerysowaniach charakterologicznych i przedstawianiu realnych postaci w perspektywie kosmicznej walki elementarnych żywiołów. Według niego władcy i mordercy należeli do tej samej kasty nieszczęśników, nie potrafiących poradzić sobie z obciążeniami genetycznymi, cechami indywidualnymi, a nade wszystko z bieżącymi wydarzeniami, najczęściej zaskakującymi i stawiającymi ich pod murem straceń. Powstało już wiele prac wskazujących ciąg patologicznych osobowości[2] elżbietańskiego twórcy i jego upodobanie do wzmacniania wymowy ich działań, a i często zakłamywania realiów epoki. Cóż, każdy twórca, czy to poeta, prozaik czy dramaturg, ma prawo w swoich tekstach modyfikować realia, a jeśli osiąga tak niezwykły efekt artystyczny jak autor Otella i kreator diabolicznego Jagona, prawda i fałsz zaczynają bytować w innej przestrzeni i stają się tak samo kowalne, jak życiorysy poszczególnych postaci. Nie ulega wszakże wątpliwości, że Ryszard III jest w utworze Szekspira postacią odrażającą, uciekającą się do zbrodni i wiarołomstwa, a dodatkowo ohydną z ludzkiego punktu widzenia – to studium tyranii władzy, która nie cofa się przed niczym, a ostatecznie gaśnie jak świeca, przy silniejszym powiewie historii. Wokół tego schorowanego i dziwacznego człowieka narosło wiele fałszywych opinii i analiz, ale wspólne dla wielu władców i przywódców pozostaje pytanie o kontekst historyczny i efekt jaki uzyskali podczas swoich rządów. To jest ten sam dylemat, jaki pojawia się, gdy porównujemy zbrodnie Stalina z jego sukcesami w walce z Hitlerem, a w szerszej perspektywie – to pytanie o stosunek wszelkiej destrukcji do konstrukcji i finalnie osiąganych efektów. W tym przypadku mamy niewątpliwie do czynienia z manipulacją historyków z okresu panowania Tudorów, a i tak postać Ryszarda III – w ujęciu Szekspira – zastanawia i każe podjąć źródłowe badania, ustalające rzeczywisty wkład tego władcy w historię Anglii i dzieje sztuki wojennej. Tak szekspirowski garbaty karzeł z uschniętą ręką staje się żywym człowiekiem, który śmiało staje do konfrontacji z Lancasterami i nie przeczuwa, że zdradzą go suto nagradzani lordowie. Jego działania wojenne pozostają w sprzeczności z ułomnościami, które wskazał dramaturg, a ostateczne zawołanie Królestwo za konia!, świadczy o tym, że potrafił analizować sytuację i w obliczu niechybnej śmierci gotów był poświęcić wszystko. Okrucieństwo czasów, w jakich żył, nie dawało szans na jakiekolwiek kompromisy, a jedynie śmierć władcy dawała pewność, że na tron zostanie wyniesiony jego oponent. Pamiętajmy, że działo się to w kraju katolickim, przed reformą kościoła dokonaną przez Henryka VIII Tudora i ludzie postrzegali Boga jako Stwórcę świata, istniejącego realnie w niebie i przenikającego cały przestwór swoją mistyczną mocą. Badacze wszakże zwracają uwagę, że koncepcja zła w Tragedii Ryszarda III bliska jest poglądom Fryderyka Nietzschego[3] i łączą ją z makiaweliczną naturą głównego bohatera, wykorzystującego zło do ściśle określonych celów. W takim ujęciu zło jest brakiem dobra i może istnieć w świecie za przyzwoleniem tych, którzy mogą o tym decydować, a nawet zawieszać prawa natury w sytuacjach, gdy wkraczają do niej duchy i siły niewyobrażalne. Mogą tego dokonywać ludzie, którzy traktują etykę jako coś, co można dowolnie kształtować, naginając ją do własnych celów i często okrutnych koncepcji. Cynizm łączy się tutaj z odwagą, a brak litości z przekonaniem o wyższości celów i nieomylności rozstrzygnięć królewskich – rozlewana krew staje się błahą cieczą, tak samo niezbędną do życia jak woda. Bez mordów i egzekucji majestat władzy byłby pustym frazesem, a tak staje się groźnym synonimem Boskiej kary, egzekwowanej przez zarozumiałego szafarza.

Autor tej dramatyzowanej kroniki zrobił wszystko, by czytelnik czy widz uwierzyli, że Ryszard był ohydnym mordercą. Ta kreacja postaci, oprócz zastosowań doraźnie użytkowych, miała też wzmacniać efekt dramaturgiczny i powodować, że werdykt Szekspira był bezdyskusyjny. Twórca nie był wszakże nowicjuszem literackim i doskonale wiedział, że od oskarżenia bardzo blisko jest do przerysowania – zastosował zatem sprytny trick, każąc Ryszardowi złożyć samokrytykę już na początku utworu. Dowiadujemy się z tej wypowiedzi, że przyszły król jest zbyt toporny i szorstki by się przeglądać w lustrze i wdzięczyć do dam, a przy tym: pozbawiony przez zdradną Naturę/ Proporcji ciała i gładkości rysów,/ Zdeformowany, posłany przed czasem/ Do świata żywych, choć nań niegotowy,/ I aż tak szpetny w moich zniekształceniach,/ Że psy szczekają na mnie, gdy się zbliżam.[4] Ileż trzeba mieć kompleksów, by podkreślać tylko własne ułomności i jakie piorunujące wrażenie musiało to wywierać na ludziach współcześnie żyjących z Szekspirem. W tej pierwszej wypowiedzi pojawia się też główny problem dramatu, wszak książę Gloucesteru i późniejszy król, nie waha się scharakteryzować siebie jako uosobienie zła: Jestem stworzony, bym zło uosabiał/ I gardził blichtrem leniwych dni uciech./ Podjąłem spisek, ryzykowny zrazu,/ By mętną wróżbą, treścią snu, oszczerstwem,/ Zasiać śmiertelną nienawiść pomiędzy/ Mojego brata – Clarence`a i króla.[5] Te określenia i wiele innych w kolejnych partiach dramatu, stają w sprzeczności z dynamiką wojenną i przenikliwością strategiczną Ryszarda, znajdującą swoje zwieńczenie w scenie trzeciej aktu piątego, nie mogącą niestety przewidzieć zdrady dawnych stronników. Jak w wielu utworach Szekspira osoba uosabiająca zło staje się centrum dziejowego zawirowania[6] i zawiesza prawa natury – powoduje, że sfera materialna i duchowa staje się jedną przestrzenią. Oprócz realnych ludzi opluwających monarchę, pojawiają się także duchy osób, które zamordował lub zabił w walce. Wszystko zdaje się sprzysięgać przeciwko temu człowiekowi, który – może zbyt naiwnie – uwierzył we własne talenty przywódcze, wszystko postawił na jedną kartę i przegrał w konfrontacji z przewrotnością ludzkiej natury i fałszem swojego najbliższego otoczenia. Ale przecież w ostatnich chwilach zyskał wiedzę o świecie i sobie samym, której nie był świadomy. Prosząc o konia, który mógłby go wywieźć z tej matni, gotów był poświęcić to, co było istotą jego działań i walk – królestwo ziemskie. Nagle stało się ono błahe w konfrontacji ze złem i bliską śmiercią i jakże niewielkie w obrębie przeogromnych, destrukcyjnych energii kosmicznych.

Nowy przekład Tragedii Ryszarda III, dokonany z oryginału przez Ryszarda Długołęckiego jest kolejnym ważkim osiągnięciem tego translatora, który coraz konsekwentniej zaczyna podążać drogą swoich znakomitych poprzedników. Mając do dyspozycji wcześniejsze przekłady, autor nowego spolszczenia mógł skorygować wszelkie błędy i usterki, a także zaproponować własną wizję językowego kształtu dzieła. Podobnie, jak w pracach wcześniejszych – Hamlet, Makbet, Król Lear i Sonety – tłumacz osiągnął niezwykły efekt mimetyczny, a przy tym raz jeszcze wydobył z dzieła czystą klarowność, powodującą, że staje się ono tyleż kreacją Szekspira, co pogłosem prawdziwych dziejów Anglii. Zdumiewająca jest owa konkretność i funkcjonalność języka zaproponowanego przez translatora, powodująca, iż czytelnik ma wrażenie, że obcuje jakby z dziełem napisanym w oryginale po polsku. Trudno tutaj wskazać jakieś wątpliwe uniki czy nadużycia słowotwórcze, raczej mamy do czynienia z autentycznym odwzorowaniem, świadczącym o głębokim zrozumieniu języka Szekspira i stosowanych przez niego tropów stylistycznych. Przekład Ryszarda Długołęckiego niczego nie traci z wymowy oryginału, a poprzez wskazaną wyżej klarowność językową, orbituje ku najważniejszym dokonaniom translatorów tego dzieła, jakże skomplikowanego w swojej strukturze i treści. Tłumacz zaczął swoją pracę nad dziełami elżbietańskiego twórcy od utworów najbardziej znanych i zarazem najtrudniejszych, będących sprawdzianem jego możliwości naśladowczych i wybór Tragedii Ryszarda III ma swoją wymowę i ustawia tę kronikę w ciągu najważniejszych osiągnięć scenicznych autora. Miejmy nadzieję, że translator nie zwolni tempa i niebawem ujrzy światło dzienne kolejny ekscytujący i wyjątkowy przekład angielskiego twórcy, stawianego powszechnie na samym szczycie literatury światowej.

____________________

[1] Por. G. Sampson, Historia literatury angielskiej w zarysie, Warszawa 1967, s. 293.

[2] A. Bennett, N. Royle, Literature, Criticism and Theory, Harlow 1988, s. 224.

[3] Por. A. Astha, Shakespeare’s paradoxical portrayal of Richard III: Early-modern notion of Evil and the Tudor idea of history, Kolkata 2020, s. 1–2.

[4] W. Szekspir, Tragedia Ryszarda III, Akt I, s. 1, przeł. R. Długołęcki.

[5] Tamże.

[6] Por. R. Castleden, Wcielenia zła, przeł. K. Bieniaszewska, Warszawa 2008, s. 46–49.

* * *

Morze bezsensownego zła, z którego wynurzają się coraz nowe, coraz większe nonsensy. Góry kłamstwa, do którego tak przyzwyczailiśmy się, że sami kłamiemy z ironicznym uśmiechem. Najpoważniejsi ludzie mówią o „nowym człowieku” – bez mrugania okiem, chociaż wiedzą, że żaden nowy człowiek nie istnieje: jest wciąż ten sam stary człowiek, który sam na siebie zastawił najstraszliwsze sidła, pojmał się w nie i szarpie się bez żadnych rezultatów. Okropność męki owadów, zwierząt, człowieka. Wszystko trzeba przyjmować tak, jakby to miało jakieś znaczenie, a znaczenia to nie ma.

Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki 1964-1980, oprac. Agnieszka i Robert Papiescy, Warszawa 2012.

SIMPLEX  POTENTIA

Nie ulega wątpliwości, że siłą sprawczą poezji Barbary Orlowski jest simplex potentia miłości. Pojmowana jako integralna siła, ożywiająca świat, wartościująca zdarzenia i dająca ludziom poczucie spełnienia. Tylko nadwrażliwa istota jest w stanie dostrzec magiczny wymiar rzeczywistości, w którym wszystko się łączy i pulsuje, a kwiaty całują niebo, otwierając przejście do tajemnej nadrzeczywistości.  Takie otwarcie na świat implikuje wspaniałe, pierwiastkowe doznania, ale jednocześnie czyni istotę ludzką kruchą i niezwykle podatną na ciosy. Widać to znakomicie w kolejnych wierszach tego tomu, jakże prawdziwych i pulsujących podskórnym drżeniem, kwietną subtelnością i bólem pojawiającym się na obrzeżach euforii. Byt w tej liryce egzystuje pod gwiazdami i stara się harmonizować swoje istnienie w kontakcie z naturą, w dopełnianiu kielichów storczyków świeżą rosą słów. Przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć, ale poezja tworzy balans pomiędzy tym, co było, co jest i co będzie, daje nadzieję, że dni znowu ruszą do przodu. Zranienie podmiotu było realne, ale paradoksalnie przyczyniło się do otwarcia świata i odnalezienia w sobie nieuświadamianych, twórczych głębi. Rany zabliźnione uszlachetniają istnienie, ale te, które wciąż jątrzą się w świadomości, powodują, że pojawia się w nim kontekst filozoficzny i zrozumienie ukrytych mechanizmów. Przeżywając miłość, godzimy się na świadomą eutanazję, ale dopiero rozstanie daje nam wiedzę o jednym i drugim, przydaje mocy słowom i powoduje, że wiersz brzmi jak wykładnia czegoś, co miało pozostać w ukryciu i było tajemnicą związku dwojga ludzi. Za każdym razem takie spotkanie jest ryzykowne, bo partnerzy niosą w sobie różne doświadczenia, odmienny szyfr genetyczny istnienia – choć szukają w sobie podobieństw, znajdują coraz więcej różnic i oddalają się od siebie. Ich droga tak długo będzie wspólnym doświadczeniem, póki nie pojawią się pierwsze wichry i burze, a czas stanie się tak samo błahy jak inne fizykalia. Gdy drogi zaczną się rozdwajać, wróci groza istnienia pośród groźnych żywiołów, a chwile złowrogo przyspieszą, domagając się zadośćuczynienia i świadectwa. Jak Safona, jak Sylvia Plath, Poetka zapatrzy się w siebie i zacznie dostrzegać to, czego nie widziała – osiągnie stan równowagi, niemożliwy we wcześniejszej egzystencji. Kwiaty zaczną całować niebo, ale ich kruchość wciąż będzie zapowiedzią dramatu, tak oczywistego w ludzkim świecie i tak zawsze bolesnego.

Teraz filozofią życia stanie się wyrzeczenie i zaklęcie ustalające nowe zasady: zostaw za sobą/ każde głupie słowo/ każdy lekki osąd/ każdą zniewagę/ każdą urazę/ i przemoc/ aby iść dalej/ musisz zabrać ze sobą/ tylko to/ co jest dobre/ i to wszystko co masz. Poetka zrozumie, że tylko odrzucenie przeszłych zdarzeń pozwoli jej otworzyć się na nowe doznania. Nie będą one takie same, ale ich inność jest pociągająca i warto przygotować się na ich nadejście. Nie bez znaczenia jest tutaj i to, że podmiot tych wierszy jest piękną kobietą, wciąż przyciągającą spojrzenia mężczyzn i będącą obietnicą „jakiegoś szczęścia”, jakiejś wielkiej „życiowej przygody”. Nowe wiersze Barbary Orlowski dokumentują jednak i to, że żyje ona teraz w szczelnym kokonie doświadczeń, które nie pozwalają jej wchodzić w nowe relacje interpersonalne bez dogłębnej analizy wszelkich „za” i „przeciw”. To studiowanie mężczyzn pojawiających się w jej życiu stało się teraz studiowaniem samej siebie, szukaniem kogoś, kto mógłby spełnić jej poetyckie oczekiwania. Pamięć wciąż przypomina bolesne zdarzenia, przemoc psychiczną i kłamstwa, Judaszowe obietnice i trudno jest odsunąć to wszystko w niepamięć – trudno znaleźć miejsce poza czasem, gdzie nie napływałyby jątrzące wyobraźnię obrazy. Jedynym wyjściem jest zamknięcie się w sobie i obserwowanie świata, nieustająca analiza, sięgająca tym razem do samej istoty miłości i oddania. Byty zranione zyskują większą wrażliwość, ale też cierpią ponad miarę, jakby były wciąż doświadczane tym, czego nie miało być – tym, co nie miało się zdarzyć. Ale jednak było, miało realny wymiar i nawet teraz – odgrodzone przeszłymi dniami i nocami – wraca z ogromną intensywnością w snach i wspomnieniach, w chwilowych załamaniach i zapatrzeniach w dal. Pojawiają się nowe przestrzenie, świat otwiera się w tajemniczy sposób – magiczna Brazylia, zamglone Chiny, spacer ulicami Łodzi – nowa rzeczywistość negująca przeszłość, oferująca nowe doznania i generująca nowe wiersze. Poetka zdaje sobie sprawę, że wciąż bytuje na granicy przeszłości i przyszłości, ale wie też, że musi odważnie wchodzić do nowego świata, w którym czeka jej przeznaczenie. W chwili rozstania z ukochanym myślała, że już się nie dźwignie, nie zdoła wykrzesać z siebie żaru, a tymczasem to, co teraz przeżywa jest równie ekscytujące i pobudzające wyobraźnie. Obok wierszy pojawiają się obrazy na płótnach, malowane w poczuci nowej misji, abstrakcyjne i dające radość z samego aktu tworzenia. To jest twórcza odpowiedź umysłu na rozpacz i poczucie przegrania, to jest odrodzenie się w słowie, barwie i ekscytującej wizji, jakże realnie nasączonej kolorami chwil nad oceanem i w cieni u kakaowca.   

Wspomnienia wracają do poetki falami, raz niosąc ukojenie, innym razem generując ból, ale zawsze ich tłem jest zjawiskowa natura. To ona przydaje sensu znaczeniom i ona urealnia to, co się wydarzyło, było jak sen i nie wróci nigdy z taką sama intensywnością. Tylko kwitnące jabłonie staną się przypomnieniem chwil szczęścia, tylko rześka bryza od oceanu przypomni dawne szepty.  Ważną rolę w poezji Barbary Orlowski pełnią kwiaty i ich barwy – to one przypominają żywą matkę, przenoszą poetkę do konkretnych przestrzeni i stają się symbolem żywych cieni. Maki, jaśminy, mimozy, piwonie, kwiaty tropikalne, stają się w tej liryce kontrapunktem dla czerni i szarości, dla burych tonów wspomnień raniących świadomość. Ale jest coś jeszcze – tak jak w poprzednich tomach pojawiały się egzotyczne motywy południowoamerykańskie, tak tutaj wkracza do nowego tomu malowniczość i teraźniejszość chińska. Niewiele znajdziemy w polskiej poezji takich motywów, ale pośród tych, które są, liryka Orlowski opalizuje wielu barwami i staje się autentycznym przywołaniem tego, co przeżyła w Państwie Środka. Pojechała tam na wielki festiwal literacki w Xi Chang, położonym w Syczuanie, w górach Liangshan, ale przecież zwiedziła też i inne miejsca, co zaświadczają dopiski lokalizacyjne pod wierszami. Od razu widać, że Chiny stały się wielką fascynacją autorki i otworzyły przed nią nowe przestrzenie, wyposażyły wiele wierszy w tajemnicze, dalekowschodnie tła. Choć i tam – może nawet z większą mocą – nie opuszczały ją wspomnienia, a tęsknota za dawną miłością podsuwała obrazy nie mniej bolesne. Tutaj, gdzie słychać szum drzew/ i cichy śpiew ptaków, tutaj gdzie granatowo niebiesko zielone pawie/ dumnie kroczą po zielonej trawie, gdzie wysokie tajemnicze góry i błękitne jezioro Qionghai mogłoby być to miejsce, które tyle razy widziała w snach, tutaj mogłaby rozgrywać się jej wyidealizowana miłość, gdyby rozstanie nie zburzyło wszystkiego. Doświadczenie Chin zintensyfikowało doznania i dało poetce nowy impuls twórczy – bo było spotkaniem z nowymi ludźmi i wejściem w magiczne przestrzenie, gdzieś tam, w sennej nierzeczywistości, łączące się z egzotyką brazylijską. Nie ulega wątpliwości, że bycie w podróży staje się inspiracją dla poetki – czy będzie ona w Wilnie, czy w Belgii, we Francji, czy nad oceanem w Brazylii, czy wreszcie w zagubionej górskiej osadzie w Chinach – wszędzie pojawi się szlachetna nostalgia, która podyktuje jej nowe wiersze. Warto je czytać, bo jest w nich prawda o naturze i uczuciach, a nade wszystko niezwykła czułość, jaką poetka obdarza świat i ludzi.

Barbara Orlowski, Kiedy kwiaty całują niebo, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2020, s. 124.

LUDZIE LUDZIOM

Bogdan Bartnikowski po latach w Auschwitz   Foto: wp.pl

Dzisiaj osiemdziesiąta rocznica przyjazdu pierwszego transportu więźniów do nazistowskiego obozu w Auschwitz. W telewizji Polsat film z udziałem Bogdana Bartnikowskiego, którego miałem zaszczyt poznać na literackich szlakach, przede wszystkim w Poznaniu i Warszawie. To człowiek legenda, który walczył w powstaniu warszawskim, a potem wraz z matką został przewieziony do najhaniebniejszego z niemieckich obozów śmierci. Udało mu się przeżyć, ale musiał jeszcze potem pracować przymusowo przy odgruzowywaniu Berlina i dopiero po powrocie do Polski wziął się za edukację, został pilotem i redaktorem pism wojskowych. Straszliwe przeżycia wieku młodzieńczego obudziły w nim niezwykłą wrażliwość i został też poetą z dużym dorobkiem książkowym. Dzisiaj opowiada o Auschwitz łamiącym się głosem i w jego oczach lśnią przeczyste łzy – choć ocalał, niesie przez życie krzyki ludzi mordowanych w komorach gazowych, obraz snujących się „kościotrupów”, których nie warto było już Niemcom zabijać i butne spojrzenia bestii w ludzkim ciele: Hoessa, Mengele, Liebehenschela, Grabnera i kierowniczki obozu kobiecego – Marie Mandel. On wie czym był ten obóz, tak jak wie, że ludzie ludziom zgotowali ten los…

CZYTAJĄC DICKENSA (1)

Charles Dickens – 1843

3 stycznia 1842 roku Charles Dickens wszedł na pokład parowca Britannia, ważącego 1156 ton i zmierzającego z Liverpoolu do Halifaxu, a potem dalej – do Bostonu. Statek został zbudowany przez Roberta Duncana, a zwodowano go 5 lutego 1840 roku i od czerwca tegoż roku zaczął regularnie kursować jako liniowiec Cunarda – Brytyjskiej i Północnoamerykańskiej Królewskiej Parowcowej Kompanii Pocztowej (British and North American Royal Mail Steam Packet Company). Magnat morski Samuel Cunard założył ją do spółki z kilkoma udziałowcami w 1838 roku, siedzibę lokując w mieście Halifax, na Nowej Szkocji. Do linii Cunarda należał pierwszy żelazny transatlantyk Persia, a także ostatni bocznokołowiec Scotia, który był zdobywcą Błękitnej Wstęgi Atlantyku. Dickensa skusiła reklama, którą potem złośliwie wykpił w pierwszym rozdziale swoich Notatek z podróży do Ameryki (1842), przyjętych z entuzjazmem w Anglii i skrytykowanych bezlitośnie w USA. Trzydziestoletni Dickens był już człowiekiem zamożnym i stać go było na podróż z żoną nowoczesnym statkiem parowym. Takiej możliwości nie miał ubogi polski poeta romantyczny Cyprian Norwid, który znacznie później, bo w roku 1852 podróżował do Ameryki tańszym, ale i mniej bezpiecznym kliprem Margaret Evans, dodatkowo narażonym na długie postoje w trakcie ciszy na morzu. Norwid opisał takie nostalgiczne chwile w Czarnych kwiatach, dokumentując między innymi długi bezruch po wypłynięciu klipra z Londynu, najprawdopodobniej w okolicach wysp Faroe.  Statek Dickensa płynął 18 dni i nigdy potem nie uległ kolizji, przewożąc wielu emigrantów do nowej ojczyzny i podróżników pragnących zobaczyć budzący się do życia kontynent. Ogromny postęp techniki spowodował, że już w 1849 roku Britannia została sprzedana Niemcom i przemianowana na jednostkę wojenną Barbarossa, a u końca swojej historii znalazła się nawet Gdańsku, gdzie służyła jako jednostka hotelowa, by ostatecznie trafić na złom w Kilonii w roku 1880. Pisarzowi nie spodobała się wąska kajuta, do której nie mógł nawet wcisnąć ogromnych waliz, ale z czasem przyzwyczaił się do niej i uznał za dobre schronienie pośród oceanicznych odmętów.

Parowiec Britannia

Podróż była niezwykle uciążliwa i obfitowała w chwile, raz to euforii, a innym razem smutku, zwątpienia i poczucia bezsensu. Nowość i wyjątkowość tej sytuacji rodziła w Dickensie  romantyczne porównania i zachwyty: Mrok, przez który wielka czarna bryła przebija sobie pewną i nieomylną drogę; gwałtowny pęd wody, wyraźnie dosłyszalny, lecz słabo dostrzegalny; szeroka, biała, iskrząca się smuga w kilwaterze statku. Marynarze na wachcie u przodu statku, co byliby zaledwie widzialni na tle ciemnego nieba, gdyby nie zasłaniali sobą jakiejś plejady jarzących się gwiazd. Sternik u koła sterowego z oświetloną przed sobą mapą, jasną plamą blasku wśród ciemności – niby jakaś czująca istota o boskiej przenikliwości i rozumie. Melancholijne wzdychanie wiatru pośród bloków, lin i łańcuchów. Prześwitywanie światła z każdej szpary, wnęki i z najdrobniejszego szkiełka na pokładach, jakby statek płynął napełniony ukrytym ogniem, co gotów buchnąć z każdego otworu, szalony w nieodpartej potędze śmierci i zniszczenia. Również na początku, i to nawet wówczas, gdyśmy się już oswoili z godziną, co czyni każdą rzecz wyższą i bardziej tajemniczą, trudno nam było – pogrążonym w samotności i zadumie – sprowadzić wszystko do właściwych kształtów i zarysów. Zmieniają się one zależnie od gry wyobraźni. Zaczynają przypominać rzeczy, któreśmy zostawili za sobą gdzieś daleko, udają dobrze nam znany widok ulubionych miejsc serdecznie drogich, a nawet zaludniają je cieniami. (Ch. Dickens, Notatki z podróży do Ameryki, t. 1, przeł. B. Czerwijowska, Warszawa 2020, s.19-20) Wyobraźnia ludzka reaguje na mrok niezwykle dynamicznie i najczęściej generuje obrazy katastrof i zagrożeń. Podobnie było z Dickensem, który przedstawił przedzieranie się okrętu jak tytaniczną walkę potworów: Nigdy nie zapomnę, jak statek pracowicie przedzierał się tej nocy przez wzburzone morze. „Czy może być kiedy gorzej niż teraz?” – słyszałem często takie pytanie, gdy wszystko wokoło osuwało się i zderzało i gdy możliwość, by w ogóle coś, co pływa, było bardziej przerzucane, a nie przewróciło się i nie poszło na dno, zdawała się prawie niepojęta. Najżywsza zaś wyobraźnia nie potrafi sobie wystawić, czym jest podrzucanie parowca w burzliwą noc zimową na rozszalałym Atlantyku. Nie wyrażę tego, choć powiem, że zostaje on powalony na burtę między fale, z masztami pogrążonymi w wodzie, że się podrywa i znów przetacza na drugi bok, aż wreszcie wzburzone morze uderza weń z hukiem stu ciężkich dział i odtrąca go wstecz. Że przystaje, słania się i dygoce jak ogłuszony, a potem z gwałtownym pulsowaniem  w sercu miota się naprzód niby potwór dźgany ościeniem aż do szału, że rozszalałe morze bije go, tłucze, miażdży i skacze nań z furią. Że grzmoty, błyskawice, grad i ulewa, i wichura wiodą z nim srogi bój o zwycięstwo, że każda deska statku wydaje swój jęk, każdy gwóźdź – zwój zgrzyt, a każda kropla wody wielkiego oceanu swoje wycie – opisać to wszystko jest niczym. Lęk łączy się tutaj z fascynacją siłami natury i wytrzymałości okrętu, który wolno posuwa się do przodu. Tuż przy wejściu do Halifaxu, pilot popełnia błąd i jednostka na krótko osiada na mieliźnie, a potem musi lawirować pomiędzy rafami. W końcu podróżni schodzą na ląd, a choć jest noc, czują podniecenie, widząc zabudowania, ludzi i liczne światła na brzegu.

Dziewiętnastowieczny Boston

Dalsza trasa wiedzie do Bostonu, gdzie Dickens natychmiast zaczyna zapoznawać się ze społecznością amerykańską, dziwi się ilości wyznań i różnorodności architektonicznej kościołów. Zapraszany do wielu miejsc, odwiedza między innymi zakład dla niewidomych dzieci i opisuje heroiczne zmagania małej dziewczynki Laury Bridgman, która straciwszy wzrok, słuch, węch i smak, tylko przy pomocy dotyku nauczyła się porozumiewać z otoczeniem. Istota ta – tak godna podziwu – staje się bohaterką pierwszych amerykańskich dni pisarza i zyskuje jego wielką sympatię. Bytując w mroku i ciszy, nauczyła się czytać wypukłe litery, rozpoznawać przedmioty, a nade wszystko artykułować swoje uczucia i doznania dzięki alfabetowi palcowemu. Pisarz zauważył niezwykłą ruchliwość i migotliwość Bostonu, miasta położonego nad rzeką Charles, wpadającą do zatoki Massachusetts, będącą częścią znacznie większej Zatoki Maine i chronioną przez liczne wysepki, moczary i mielizny przed sztormami Atlantyku. Starczy spojrzeć na stare ryciny, by zdać sobie sprawę jak wiele statków obsługiwał ten port w połowie dziewiętnastego wieku i jak szybko rozwijało się tam niskie budownictwo mieszkalne i użyteczności publicznej. Dickens odwiedza domy poprawcze dla dziewcząt i chłopców, gdzie przywraca się młodzież społeczeństwu przede wszystkim poprzez pracę. Ogląda też bostońskie domy dla obłąkanych, gdzie dziwi go to, że pensjonariusze podczas posiłków i wykonywanych prac, mają do dyspozycji noże, widelce i ostre narzędzia. Jako pisarz stale analizujący zachowania ludzkie i snujący w swych utworach refleksje na ich temat, Dickens nie omieszkał odwiedzić też sądu, uczestniczyć w kazaniu kapłana z przeszłością marynarską i używającego w swych mowach słownictwa marynistycznego, a także brał udział w licznych „proszonych obiadach”, na których królowały dymiące steki i wazy pełne żurawiny. Odnotował też istnienie w Bostonie całkowicie bezużytecznego teatru, do którego chodzi kilka pań do towarzystwa i opisał bar z hotelem, w którym przebywał razem z żoną. Przez cały czas pisarz porównuje instytucje amerykańskie z angielskimi, najczęściej chwaląc otwartość i sprawiedliwość tych zza oceanu. Nie waha się też krytykować zachowań i poglądów, jak wtedy, gdy rozprawia się z źle rozumianym transcendentalizmem:  Owoce ziemi czerpią swą siłę ze zgnilizny i rozkładu. Z mierzwy tych wszystkich zjawisk wystrzeliła setka filozofów zwana transcendentalistami. Gdy spytałem, co by mogła przypuszczalnie oznaczać ta nazwa, dano mi do zrozumienia, że wszelka rzecz niezrozumiała będzie z pewnością transcendentalna. Ponieważ to wyjaśnienie małą mi dało pociechę, prowadziłem dalej moje dochodzenie i odkryłem, że transcendentaliści to wyznawcy mego przyjaciela pana Carlyle’a – albo powinienem raczej powiedzieć, jego zwolennika Ralfa Waldo Emersona. Człowiek ten napisał tom „Szkiców”, w których między wielu innymi rzeczami wysnutymi z marzeń i fantazji (niechże mi te moje słowa wybaczy) znajduje się znacznie więcej myśli słusznych i męskich, uczciwych i śmiałych. Transcendentalizm miewa niekiedy swoje dziwactwa (a któraż szkoła filozoficzna ich nie ma?), ale mimo tych chimerycznych myśli ma swoje zalety. Nie najmniejszą z nich jest serdeczna niechęć do obłudy i zdolność tropienia tejże wśród miliona odmian jej wiekuistych przebrań. Toteż, gdybym był bostończykiem, sądzę, że zostałbym transcendentalistą.  Końcowy żart miał tutaj złagodzić dość ostrą krytykę, ale w gruncie rzeczy tylko ją wzmocnił, ustawiając tego typu poglądy w jednym szeregu z innymi dziwactwami mieszkańców Bostonu – pierwszego amerykańskiego miasta, które zobaczył autor Klubu Pickwicka i Oliwiera Twista.

« Older entries

%d blogerów lubi to: