BROMBERG (2)

3.

Nie wiedziała jak dotarła do domu, nie pamiętała ile czasu zajęło jej przejście kilku ulic Szwederowa. Jej matka, Franciszka, gdy ją zobaczyła, załamała ręce i natychmiast rzuciła się ku niej. Ale Józia gwałtownie odepchnęła matkę, jakby chciała uciekać albo wydostać się z jakiejś matni. Przez chwilę szarpała się, mówiła coś niezrozumiale, by po kilku chwilach upaść na ziemię zemdlona. Franciszka stała za nią i patrzyła na to z przerażeniem, nie rozumiała co się stało i dziesiątki myśli przemykały jej przez głowę.

– Józia, co z tobą? Józia… – lamentowała.

Kok dziewczyny rozpadł się, włosy rozsypały się po podłodze, ręce bezwładnie wylądowały obok ciała, a zza rozpiętej kretonowej bluzki wysunęła się lekko biała pierś. Matka jeszcze raz załamała ręce i pobiegła do drugiego pokoju po męża.

– Wincenty, Wicek, stało się chyba coś strasznego… – wołała.

Mąż odłożył na stolik gazetę, wstał gwałtownie z fotela i podążył ku niej, wytrącony z zadumy siłą jej głosu. Widok córki, leżącej na podłodze zszokował go na chwilę, ale zaraz pochylił się nad nią i zaczął masować skronie.

– Zrób jej gorący kompres… Szybko…

Franciszka podążyła ku kuchni, gdzie dopiero co zagotowała wodę na kawę dla męża. Chwyciła niewielki ręcznik do naczyń, złożyła go w rodzaj tamponu, po czym sięgnęła po duży, srebrny czajnik, z którego wylała na niego wrzątek. Odcisnęła wodę i z gorącym okładem ruszyła ku Józi i mężowi.

– Boże święty, co się stało…? – lamentowała – Co się mogło stać…?

– Coś nią musiało wstrząsnąć i nie wytrzymała tego… – odparł Wincenty.

Ciepły kompres zrobił swoje i Józia zaczęła nabierać rumieńców na twarzy, ruszać bezgłośnie ustami i powiekami.

– Połóżmy ją do łóżka – zadecydował ojciec – Odpocznie, wyśpi się, to opowie nam, co się stało.

Franciszka poszła do głównego pokoju, zdjęła zdobną narzutę z zasłanego łóżka, sięgnęła po puchową pierzynę i podeszła z nią do kaflowego pieca. Przez chwilę trzymała ją przy nim,  po czym zawołała męża:

– Możesz już ją przynieść…

Wincenty delikatnie chwycił córkę pod uda i w okolicach karku i sprawnie przeniósł ją d0 nagrzanego łóżka. Franciszka okryła ją pierzyną po samą brodę i pocałowała w czoło.

– Boję się… strasznie się boję… – szepnęła prawie niesłyszalnie Józia i zasnęła jak kamień.

Rodzice zasłonili okna i ruszyli do kuchni, gdzie czekała na nich wcześniej zalana kawa. Usiedli przy niewielkim stole, pomalowanym w kolorze kości słoniowej i okrytym ceratą w niebieskie ornamenty.

–  Straszne czasy nastały – powiedziała Franciszka i otarła rąbkiem fartucha łzę spływającą jej po policzku.

– Nie chciałem ci o tym mówić, ale widzę, że sprawy tak się komplikują, że musisz zdać sobie sprawę z tego co się teraz dzieje… – powiedział mąż, upił nieco kawy z filiżanki, po czym ciągnął dalej – Wczoraj byłem świadkiem przerażającego zdarzenia na rogu Leszczyńskiego i Podgórnej. Do małego domu na schodzącej ku centrum ulicy przyszło dwóch żołnierzy z karabinami maszynowymi i dwóch kolaborantów z granatowej policji. Weszli do pomieszczeń na parterze i zaczęli wrzeszczeć na ludzi tak głośno, że było ich słychać na ulicy. Stałem po drugiej stronie Podgórnej i udawałem, że przyglądam się butom na wystawie sklepowej szewca. Po chwili zobaczyłem, że z góry tego domu zbiega po drewnianych schodach kilkunastoletni chłopak. Niestety narobił sporo hałasu i ci na dole usłyszeli go…

– Co za potworne czasy… – szepnęła żona i zapłakała cicho.

Ojciec chłopaka próbował im zagrodzić drogę, ale odepchnęli go gwałtownie i wybiegli na podwórko. Młodzieniec właśnie mijał uchyloną furtkę, więc dobrze go widzieli, a pewnie rozochociło ich to, że miał na sobie strój harcerza. Był na środku rozjazdu ulic, bliżej Leszczyńskiego, gdy padły pierwsze strzały. Jeszcze udało mu się uniknąć kul, ale następne serie z karabinów maszynowych powaliły go na ziemię.

– Boże, Boże… przecież ja znałam tego chłopca… lamentowała Franciszka – Czasem odprowadzał do domu naszą Józię…

– Tak, to był on… – potwierdził Wincenty – Upadł na wznak, z rozrzuconymi rękoma i nogami i jakby próbował się jeszcze podnieść, ale podbiegł do niego jeden z Niemców i puścił serię w kierunku klatki piersiowej i głowy…

– Taki sympatyczny, grzeczny chłopiec, zawsze pytał, czy mógłby mi w czymś pomóc… Uwielbiał wyprawy do lasu, nad jeziora… Uczył młodsze dzieci jak powinny postępować… – popłakiwała żona.

– Tym razem trafiony w głowę, znieruchomiał od razu, a na bruku pojawiła się wielka kałuża krwi, która zaczęła spływać w dół ulicy. Z domu wyskoczyła jego matka i podbiegła ze straszliwym krzykiem, pochyliła się nad nim i przyciągnęła broczące krwią ciało do swoich piersi. Granatowy policjant podążył kilka kroków do przodu i natychmiast szarpnął ją w górę.

– Znam tę kobietę, to taka prawa osoba… – powiedziała Franciszka, po czym rozkleiła się zupełnie, pytając żałośnie – Kochany, jak Polacy mogą służyć tym bestiom…?

– Niektórzy z nich starają się nam pomagać… – ciągnął mąż – Gdyby jej nie odciągnął od syna, zabiliby i ją… Już jeden szwab zmieniał magazynek i repetował broń. Policjant odciągnął kobietę i poprowadził w moją stronę. Usłyszałem jak powiedział do niej: Zostaw teraz na ulicy twojego chłopaka, bo i ciebie zastrzelą.

– I co było dalej…? – spytała Franciszka.

– Zebrał się już spory tłum i w milczeniu przyglądał się temu, co się działo. Żołnierze zawiesili karabiny na ramionach i jeden z nich zwrócił się po niemiecku do Polaków: To był polski dywersant, który strzelał do naszego wojska z wieży kościelnej, a potem zamordował na jednym z podwórek niewinnego niemieckiego ojca rodziny. Powiedziała nam o tym jego żona i wskazała tego młodocianego bandytę. Taka kara spotka wszystkich, którzy nie podporządkują się władzom okupacyjnym. Waszej Polski już nie ma i zabijemy każdego, kto będzie się przeciwko nam buntował… Trup ma leżeć na ulicy i nie wolno go ruszać, póki na to nie pozwolimy…

– Mordercy, co za okrutni mordercy… Przecież zżyliśmy z Niemcami przez tyle lat w tym samym mieście i nigdy nie wyrządzaliśmy im krzywdy… – łkała kobieta.

– Powiedział mi znajomy, że ciało harcerza leżało na bruku aż do późnej nocy i dopiero wtedy jego ojciec i wuj odważyli się wsadzić je na wózek i zawieźli do kostnicy na cmentarnej przy Kossaka. Podobno matka straciła zmysły i pobiegła całować krew i kawałki mózgu na ulicy… Nie wiadomo, co zobaczyła Józia…Może ktoś opowiedział jej o tym nieszczęsnym chłopaku z Podgórnej…

– Jak się wyśpi, to na pewno nam powie… To jest takie kochane dziecko. Nie przeżyłabym, gdyby coś jej się stało… – zawodziła żona, wciąż ocierając łzy brzegiem fartucha.

Józia spała niespokojnie, wstrząsana spazmami i nie wiedziała, że tata i mama zaglądali do niej na przemian przez całą noc. Czasem pokrzykiwała przez sen, albo roniła łzy, które powoli spływały po jej rozpalonych policzkach. Śniła się jej jakaś szara kraina, pośród której błąkała się prawie naga, uciekała przed straszliwym demonem w mundurze esesmana, który pojawiał się nie wiadomo skąd i celował do niej z pistoletu. Strzelał i repetował broń, a niebo przybierało kolor krwi i pulsowało boleśnie, jak zranione serce. Nagle, gdzieś w dali, na skraju horyzontu rysować się zaczynał wóz z węglem i mężczyzna, którego w tajemnicy kochała. Przystawał na wozie i machał do niej ręką, a ona zrywała się do biegu, choć wciąż tkwiła w miejscu. Nagle obrazy zaczęły się zmieniać i znowu była na plebani kościoła szwederowskiego i patrzyła jak Niemcy rozstrzeliwują Polaków. Gdy jasnowłosy oficer strzelił do jej mężczyzny, poczuła jak kula najrealniej przeszywa jej serce. Chciała krzyczeć, ale głos nie wydobywał się z jej gardła, a obrazy zmieniały się gwałtownie. Teraz leżała nago na tapczanie i przygarniała do piersi tysiące płatków róż, bawiła się nimi i tonęła w nich, odsuwała od siebie, po czym znów przyciągała je ku sobie. Nagle poczuła, że zapada się w sobie, a piekielny ogień trawi jej uda i łono. Chciała się od tego uwolnić, ale nie mogła nic zrobić, szarpała się w sobie, pokrzykiwała bezgłośnie i płakała bez łez. Dopiero gdy pochylił się nad nią młody węglarz i pocałował ją w usta, uspokoiła się na chwilę i utonęła w błogości. Zamknęła oczy, a gdy je otworzyła zobaczyła, że całuje się z pożółkłą czaszką. Jeszcze tylko zauważyła, że zaczęła ona maleć, lśnić w pozłocie i sadowić się na czapce niemieckiego oficera. Wtedy obudziła się z krzykiem, usiadła na łóżku i utonęła w ramionach czuwającej przy niej Franciszki.

– Mamo… mamo… Boję się… – wyszeptała.

Reklamy

* * *

Gdzieś w Internecie znalazłem zdjęcie rzeźby, które powinno znaleźć się na moim blogu. To jakby emblemat dźwigania się z upadku i wznoszenia ku górze niczym ptak. Po zniszczeniu moich dwóch habilitacji przez bydgoskiego błazna pseudonaukowego, zbieracza rozkładów jazdy i seksualnego dewianta, robiącego dzieci studentkom, to Dziennik ornitologa dźwigał mnie z kolan.

 

 

ŚWIAT STAROŻYTNY (XXIX)

Pierwsze mozaiki powstały zapewne przypadkiem, gdy na brzegu mórz lub rzek jacyś nieznani artyści dalekiej przeszłości zabawiali się w układanie obrazów z kamieni i muszli. Technikę tę, wykorzystującą otoczaki, a zwaną opus barbaricum, zastosowano w starożytnej Grecji, gdzie w miarę upływu stuleci mozaikarstwo dźwignięto do poziomu jednej z najważniejszych sztuk, zachowujących do naszych czasów twarze i gesty dawno odeszłych pokoleń. Materiału nie brakowało, bo w pracowniach rzeźbiarskich zawsze znaleźć można było cenne odpady, małe fragmenty marmuru czy miki. Szybko też powstały pracownie, które zaczęły produkować regularne płytki i kostki, przy czym pojawiało się coraz więcej nowych materiałów, kamieni szlachetnych i półszlachetnych, takich jak agat, chalcedon, jaspis, lapis lazuli, koral. Wykorzystywano też macicę perłową, złoto, a dla realistycznych odwzorowań stosowano malutkie elementy, przypominające drobne robaczki – stąd nazwa tej techniki: opus vermiculatumi. Zawsze była to praca bardzo pobudzająca do myślenia i stawiająca ogromne wymagania artystom, którzy musieli się też wykazać ogromną cierpliwością i znajomością podkładów wapiennych, cementowych lub organicznych. Mozaiki starożytne w trakcie następnych wieków często ulegały zniszczeniu, ale przetrwały w takich miejscach jak Pompeje, zakonserwowane pyłem wulkanicznym, jak północna Afryka, gdzie zachowały się pod warstwami suchego piasku pustynnego. Techniki te, znane także w sztuce Mezopotamii i Chin, przejęli artyści zdobiący świątynie zachodniochrześcijańskie, bizantyńskie i muzułmańskie. Osiągano tak daleko idące efekty realistyczne, że szybko mozaiki stały się nieodłącznym elementem w obiektach sakralnych całego świata. Rzadko kiedy zachowały się informację o ich twórcach, ale owa bezimienność przydaje im nimbu tajemniczości i powoduje, że stają się one dziedzictwem kulturowym całej ludzkości.

W ostatnich latach głośno było o odkryciach niezwykłych mozaik w ruinach Zeugmy, antycznego miasta leżącego na pograniczu Azji Mniejszej, Syrii i Mezopotami. Położone na zachodnim brzegu Eufratu, największą wagę zyskało, gdy było macedońską kolonią wojskową i strzegło przeprawy mostowej przez rzekę. W okresie świetności mieszkało w nim osiemdziesiąt tysięcy ludzi, ale prawdziwy rozkwit zaczął  się od roku 64 przed naszą erą, kiedy to Zeugma weszła w skład imperium rzymskiego. Przez miasto przebiegał jedwabny szlak, łączący Chiny z Antiochią, pojawiało się więc w nim wielu kupców z dalekich krain, którzy przywozili drogocenne kamienie, materię i przyprawy. Stacjonujący tam IV legion scytyjski, przyciągał najzdolniejszych artystów cesarstwa rzymskiego, którzy przyozdabiali pałace i obiekty użyteczności publicznej rzeźbami i płaskorzeźbami, wykwintnymi stelami i ołtarzami, a nade wszystko mozaikami. Miasto nie przetrwało kolejnych najazdów arabskich i kataklizmów tektonicznych, ostatecznie znikając z map i przekształcając się w niewielką osadę abbasydzką. W tak żywo pulsującej osadzie powstawało wiele rezydencji ważnych osób i bogatych kupców, które często przyozdabiano wspaniałymi mozaikami. Widać w nich elementy znane z tego rodzaju dzieł, zachowanych w licznych miejscach  Grecji i Macedonii, które nieodmiennie wskazują na styl klasyczny i hellenistyczny. Niestety, szybko pojawili się w Zeugmie współcześni rabusie, którzy zaczęli kopać na własną rękę, tworzyć tajemne korytarze i podziemne piwnice, a potem wydobywać mozaiki, by sprzedać je kolekcjonerom antyków. Przeciwstawił się temu zdecydowanie turecki rząd, który prosił nawet FBI o pomoc w odzyskaniu niektórych niepowtarzalnych dzieł. Dzisiaj dysponujemy już wieloma odsłoniętymi mozaikami z Zeugmy, spośród których na plan pierwszy wysuwają się te z motywami mitologicznymi.

Najbardziej znana jest jednak mozaika przedstawiająca boginię ziemi Gaję, którą określa się też jako Cygańską Dziewczynę. Nie brakuje też takich interpretatorów, którzy porównują tę niekompletną pracę z Moną Lizą Leonarda da Vinci. Tak jak w dziele renesansowego artysty, udało się antycznemu twórcy stworzyć tajemnicze przedstawienie pięknej kobiety, w której spojrzeniu jest ciekawość, powab i lęk. Ta rozjaśniona marmurowymi kostkami twarz, przyozdobiona burzą pięknych, czarnych i kasztanowych włosów, ma w sobie podobny element tajemnicy. Jest niezwykle prawdopodobna, ludzka i żywa – zdawać by się mogło, że za chwilę w cudowny sposób dźwignie się ze starożytnej posadzki i majestatycznie ruszy przed siebie. Jej spojrzenie jest połyskliwe, pełne mądrości, świadome, potwierdzające autentyczność sportretowanej osoby, a lekki cień pod oczami wskazuje na jej orientalne pochodzenie. Ileż takich tajemniczych postaci przekazała nam starożytność grecka i rzymska, ale też ileż zginęło w otchłaniach czasu i nie miało szansy zaistnieć w dziejach planety. Ta istota też zginęłaby bezpowrotnie, ale tysiąclecia zakonserwowały jej przedstawienie pod warstwami ziemi, a potem delikatnie odsłoniły ją zastępy archeologów. Dzisiaj już nie dowiemy się kim była i co robiła, jakie miała pragnienia i co rozświetlało jej jaźń, wyraziście jednak rysuje się osobność jej osobowości. Ta twarz, chociaż przechowana tylko częściowo, jest realna, budząca zaufanie, a owa lekka nieufność między źrenicami, przydaje jej nimbu tajemnicy. To jest wyrazisty emblemat człowieczeństwa sprzed ponad dwóch tysiącleci historii naszego trwania, to twarz, która oparła się naporowi czasu i pojawiła się w naszej współczesności jako znak tego co było i co na zawsze przepadło. Tylko dzieła sztuki i tylko artefakty kulturowe zaświadczają o tym, jakże trudne było wtedy życie i ile niosło ze sobą zagrożeń, nieustających walk o przetrwanie, lęku przed zbliżającymi się oddziałami wrogów i potencjalnymi klęskami żywiołowymi. Ale wtedy powstawały też dzieła na miarę epoki, tworzono wspaniałe rzeźby i budynki, które przyozdabiano przedstawieniami bogów i zwierząt, kwiatów i krajobrazów. Tajemnicza kobieta z Zeugmy jest wielką zagadką, ale też i potwierdzeniem ciągłości ludzkich dziejów, nieustannej ciekawości i mądrości, wykorzystywanej mądrze w procesie rozwoju.

PIĄTA RANO

Bez względu na to o której godzinie idę spać, coraz częściej budzę się około piątej rano. Zapalam lampkę przy łóżku i czytam książki. Ostatnio na moim stoliku nocnym leży ogromna monografia norweskiego sinologa i dziennikarza Torbjørna Færøvika o Mao Tsetungu. Potem wędruję do kuchni, przygotowuję kawę lub herbatę i zaczynam myśleć o tym, co mam do zrobienia, gdzie muszę wyjść i co napisać. Właściwie nie zdarzają mi się już dni bez pisania, tym bardziej, że uprawiam wiele gatunków i zawsze jakieś poletko jest do obrobienia. Siadam do komputera i przeglądam maile, szczególnie te z odmiennych stref czasowych, a więc z Australii, Chin, Indii, Stanów Zjednoczonych. Jeszcze nie zaglądam do portali internetowych, raczej porządkuję papiery, odpowiadam na listy. Odsłaniam zasłony na oknach i widzę światło powoli rysujące się na wschodniej stronie nieba. Z każdą chwilą jest go więcej, dynamicznie zaczyna wschodzić słońce, odwieczne i milczące jak pradawne bóstwo. Jeszcze spowite otuliną poziomych, granatowych chmur, ale już wyraziście przebijające się poprzez szarość i poranne mgły.  Myślę o tym, co mi się śniło, patrzę przez chwilę na jaskrawe światełko Wenus i otaczające ją gwiazdozbiory. Moje trwanie jest stabilne i pulsujące nieustannym dążeniem ku nowym chwilom, obrazom i gestom, ku temu, co mnie jeszcze czeka.

KAPLICA

INKANTACJA

 Jary i pagórki. Piaszczysta droga wijąca się pomiędzy nimi, zanikająca czasem pośród mgieł i oparów. Z daleka idzie starzec w połyskującej złotem szacie. Prowadzi ogromnego kozła, który wciąż prycha i próbuje uwolnić się z uścisku. Wchodzą na duży płaskowyż. Na środku mężczyzna przystaje, wyciąga spod odzienia wielki rzeźnicki nóż. Kozioł beczy przeraźliwie, ale są to już jego ostatnie chwile. Uniesiony do góry knyp spada na szyję zwierzęcia i oddziela głowę od reszty ciała, które chwilę chwieje się na mięknących nogach i pada na ziemię. Starzec unosi głowę, z której ścieka krew. Zatacza z nią krąg wokół zabitego kozła i kropi ziemię szkarłatnymi kroplami.

 STARZEC

Przeklinam tę ziemię w imię pana mojego i władcy. Przeklinam ją po kres czasu. Przeklinam każdą grudę gliny, każde ziarno kwarcu i każdy kamień. Niechaj krew zabitego kozła nieustannie jęczy tutaj, niech paruje boleśnie, niech dławi światło. Niechaj wciąż zdycha tutaj miłość.

Nie wiadomo skąd napływają zjawy demonów, ubranych w czerwone i czarne szaty. Zbliżają się do krwawego kręgu, a potem zawisają w powietrzu nad starcem i ciałem kozła.

PIERWSZY DEMON

Dziękuję ci książę, żeś zhańbił tę ziemię i po kres czasu oddał ją w nasze władanie.

DRUGI DEMON

Nie odejdziemy stąd nigdy.

TRZECI DEMON

Będziemy tu trzymać straż.

CZWARTY DEMON

Niewidoczni dla żywych, zalśnimy w oczach trupów osuwających się w pył.

 STARZEC

O, bracia piekielni, wiedziałem, że przybędziecie. Wiedziałem, że mnie nie opuścicie i zaczniecie tu trzymać straż. Teraz już mogę odejść spokojnie na dwór pana i zasiąść przy jego tronie.

PIĄTY DEMON

Ach jakże już czuć tutaj zgniliznę…

SZÓSTY DEMON

I robactwo zaczyna pełzać zewsząd…

SIÓDMY DEMON

Stulecie minie jak drgnięcie powiek.  Tysiąclecie zgaśnie jak knot gromnicy. I nawet za milion lat trwać będzie klątwa tej ziemi.

STARZEC

Niech tak się stanie

Mgły unoszą się ku górze, słońce oświetla ciało i odciętą głowę kozła. Demony blakną i zanikają. Starzec murszeje, skręca się jak zwiędłe liście. Zaczyna wiać wiatr, który porywa jego próchno i rozrzuca po wszystkich stronach świata. Gdzieś z daleka dobiega ledwie słyszalna Serenada Franciszka Schuberta. Brzmi coraz głośniej przy ciemniejącej scenie i zanika w całkowitej ciemności.

 

 AKT 1

 SCENA 1

Kwiecień roku 1932. Pokój dowódcy 16 Pułku Ułanów Wielkopolskich. Na ścianie wisi portret Józefa Piłsudskiego i Ignacego Mościckiego. Pośrodku godło narodowe – orzeł w koronie. Kilka zdjęć Pułkownika w czapce ułańskiej, na koniu i w grupie oficerów.

 

KANONIK

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus…

PUŁKOWNIK

Na wieki wieków… Witam księdza proboszcza i mam wreszcie dobrą wiadomość. Dowództwo zatwierdziło nasz wniosek i możemy podpisać akt przekazania czterech hektarów ziemi z naszego poligonu na utworzenia cmentarza parafialnego. Nasz generał, dowódca garnizonu, bardzo nam dopomógł…

KANONIK

Bogu dzięki… Czy to będzie ta część Pola Ułańskiego, o której wcześniej mówiliśmy?

PUŁKOWNIK

Tak, ale trochę przesuniemy ją w kierunku dzielnicy Jary, tak że dostaniecie płaskowyż pomiędzy skarpą schodzącą ku Wilczakowi a naszym poligonem. Ludzie mówią, że to ziemia przeklęta, więc dobrze się stanie, że ksiądz ją weźmie we władanie i poświęci zgodnie z prawami Kościoła.

KANONIK

Słyszałem te głosy… Ale przecież to polska ziemia, a dla nas Polaków każda jej piędź jest święta… Pan coś wie o tym, bo walczył pan o nią z szablą w ręku… I wie pan też wiele o śmierci.

PUŁKOWNIK

Wiem, wiem… Wiele tych ruskich łbów naciąłem… I wiele razy widziałem jak człowiek umiera. Godny pogrzeb na poświęconym cmentarzu to jednak sprawa żywych i dobrze, że ksiądz kanonik zajął się tym. Musimy wydzielić też część komunalną, na której miasto będzie grzebać żołnierzy naszego garnizonu, obywateli niemieckich, Żydów, a nawet prawosławnych, przybywających do tego miasta ze wschodnich kresów.

KANONIK

Śmierć dla nikogo nie ma litości. Każdego prędzej czy później dopadnie. Żyda, Niemca, Rosjanina, katolika i innowiercę, każdego pozbawi oddechu… Ekumenizm nakazuje szanować wszystkich zmarłych, tylko musimy tę część też poświęcić, bo w katolickim kraju jest to regułą.

PUŁKOWNIK

Właśnie miałem o to poprosić księdza… Ale skoro tak, to nie ma już żadnych przeszkód i możemy za kilka dni podpisać umowę. Polecę przygotować wszystko mojemu biuru i wtedy zaproszę księdza kanonika raz jeszcze do naszych koszarów.

KANONIK

Bóg zapłać panie pułkowniku. To wszystko dla ludzi, którzy w następnych latach znajdą tam miejsce spoczynku.

 

SCENA 2

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ

 Zwracając się do oddziału aniołów.

Bracia nie zwlekajcie i lećcie do domu Dyrektora Ogrodów Miejskich, przeniknijcie ściany budowniczego kaplicy, ukryjcie się w pyle pracowni rzeźbiarza. Niech wielki krucyfiks Pański stanie na środku tego pola. Niech będzie dźwigarem czasu i przestrzeni, podporą dni i lat, które nadejdą.

ANIOŁ BŁĘKITNY

Bracia lećmy tam wielką kohortą i czuwajmy by czarny diabelski dym nie przeniknął do tych miejsc. Ustawmy straże na krańcach ścian i godzin, zewrzyjmy szyki i nie zawiedźmy dowódcy. Nasz Pan jest największą tajemnicą światów…

ANIOŁ ZIELONY

Uformujmy oddział we włócznię i mknijmy w dal…

ANIOŁ ŻÓŁTY

Zasypmy ich domy świętym pyłem, zrośmy serdecznymi łzami, ustanówmy znaki na podłogach i sufitach…

ANIOŁ RÓŻOWY

Umieśćmy niewidzialne krzyże na ścianach…

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ

Do siebie

 Dzielni wojownicy świętości… Nie wiedzą jak ważna jest ich misja. Tam musi stanąć wielki krzyż z rzeźbą naszego Zbawiciela. Tchnę w nich siły by promieniowali na ludzi dobrej woli, a potem wrócili na pole i zmazali śnieżnymi piórami krew kozła. Słyszę śpiewy tysięcy pogrzebów, marsze orkiestr wojskowych i strażackich. Wyraziście brzmi w przestrzeni głos trąbki i dzwonów kościelnych. Niechaj świętość snuje się między drzewami i marmurowymi nagrobkami, niechaj wnika jak  biały dym do kaplicy i spowija trumny tych, którzy zrzucili chorowite powłoki cielesne.

STARZEC

Ukryty za pniem drzewa.

Nie widzisz mnie dowódco, a twoje ptaki nie zobaczą moich wysłanników… Sępy i czarne kanie rzucą się na nie i rozszarpią na strzępy. Niechaj zaduch zgnilizny wypełni to pole. Niech mętne opary spowiją jego twarz i odbiorą kamienny oddech. Przeklinam raz jeszcze to miejsce. Przeklinam tych, którzy tu wnikną w ziemię i rozpadną się w pył.  Przeklinam grubego kanonika i chorującego na suchoty generała, matkę zakonnicy i sprzedajnej dziewki, ojca dyrektora i mordercy dziecka.

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ

Usuń się stąd Władco Much, bo mój miecz rozetnie przestrzeń i stoczysz się z powrotem do wiecznych otchłani, ściekniesz jak zielona ropa z rany…

STARZEC

Wyczuł mnie ten zwierz… Uciekać czas najwyższy…

Umyka w popłochu

 

 

 

 

 

 

 

 

ZIMORODEK

Zimorodki zwyczajne (Alcedo atthis) podglądałem jeszcze w szkole podstawowej, gdy z moim bliskim kolegą, pojechałem podczas wakacji nad Jezioro Ostrowieckie, niedaleko Żnina. Chyba tam po raz pierwszy zauroczyłem się tym niebieskim łowcą małych rybek, którego spostrzegłem siedzącego na gałęziach albo przemierzającego nisko przestrzeń nadbrzeżną. Potem były obserwacje nad dziewiczą Brdą, za miastem, gdzie z kumplami jeździłem kąpać się w krystalicznie czystej wodzie. Jak dowiedziałem się później czystość akwenu jest jednym z warunków występowania zimorodka, który najczęściej wypatruje swoje ofiary na przejrzystych płyciznach. Każde pojawienie się tych ptaków, czy to na mazurach, czy na rozlewiskach wiślanych, było dla mnie fascynujące i zdarzało się, że podążałem za nimi łodzią, kajakiem albo ścieżką nadbrzeżną. To były obserwacje całoroczne, gdyż owe niebieskie twory rzadko opuszczały miejsca lęgowe, przemieszczając się tylko podczas srogich zim, gdy lód pokrywał zbiorniki wodne. Podczas tej pory roku łatwo można było wyodrębnić kolorowego ptaka, którego błękitna okrywa i jaskrawo pomarańczowe podbrzusze odcinało się na tle śniegu lub lodu. Niestety dawno nie widziałem zimorodków, co potwierdza fakt, że jest to obecnie w Polsce nieliczny ptak lęgowy. Obserwuje się go na całym niżowym obszarze kraju, ale nie w takich ilościach jak czterdzieści lat temu, gdy w ciągu roku miałem do czynienia z nim kilkakrotnie. Zauważyłem wtedy, iż ma on nieproporcjonalnie dużą głowę, zakończoną sporych rozmiarów dziobem. To ten bagnet (określenie Słowackiego) służy do zabijania małych ryb, żab i raków, owadów wodnych, w czym zimorodki wykazują wielką cierpliwość, zawisając nad wodą na trzcinach, gałązkach lub grubszych konarach. Gdy zauważą ofiarę, reagują natychmiast, rzucając się w toń i nurkując dość głęboko. Jeśli chodzi o spektrum kultury, to niebiescy łowcy pojawiają się w mitologii greckiej (księżniczka Alkione i jej małżonek), słynny jest też dialog pt. Zimorodek, którego autorstwo jest dyskusyjne. Często ptaki te malowali malarze flamandzcy i holenderscy, pojawia się też on w Ogrodzie ziemskich rozkoszy Hieronima Boscha, gdzie symbolizuje hipokryzję i zakłamanie. W literaturze polskiej najpiękniejsze przedstawienie tego ptaka znajdziemy w niewielkim fragmencie naśladowania Pana Tadeusza Mickiewicza, napisanym przez Juliusza Słowackiego:

Wielkimi gromadami — przez [bramę] do sieni
Wchodzą strzynadle złote i gile w czerwieni,
A nawet ów dziw lasu, tak rzadko widziany
Halcyjon, a na Litwie zimorodkiem zwany,
Który czasem strzelcowi pokaże się w borach
Przez mgłę gałązek, niby w anioła kolorach,
Nad zwierciadłem przełomki, piękny i błyszczący
Jak anioł, w równi złote skrzydła trzymający —
Nawet ów ptak pięknością zaklęty i dziki
Zbłąkał się i nad domu zleciał gołębniki,
A potem nad sadzawki w ogrodzie kopane,
Gdzie leszcze, karpie, pstrągi pięknie malowane
Wojski kazał powpuszczać, ów ptak z jasnym grzbietem
Poleciał i bił w ryby dziobem jak sztyletem.

Swoją drogą piękny byłby anioł, którego postać przyozdobiły by barwy i wzory z piór zimorodka. Muszę zastanowić się nad tym i znaleźć czas na namalowanie takiego skrzydlatego ducha. Tylko jak oddać na płótnie tę świetlistość i połyskliwość ubarwienia zimorodków?

WIATR I ŚWIATŁO

 

Życie pozostawia nikły ślad pośród energii wszechświata, szybko zanikający, gasnący bezpowrotnie, jakby przeczący samemu sobie. Jak odciski stóp na piasku, rozwiewane przez wiatry, rozmywane przez przypływ morza, niknie pośród wieczności wraz z planetą i gwiazdą, przeogromną galaktyką, wirującą wokół własnej osi. Istnienie i świadomość możliwe są tylko w obrębie określonej sytuacji kosmicznej i biologicznej – potrzebują krążenia krwi i nieustannego dopływu tlenu, pojawiania się cząstek elementarnych, pierwiastków powstałych w pierwszych chwilach stworzenia. Człowiek buduje sobie życiowe schrony, pragnie ocalić ulotność egzystencji i jej wyjątkowość, a starzeniu się i ustawaniu funkcji życiowych, przeciwstawia miłość i bliskość, opiekuńczość i zawierzenie. Najpełniej jednak ocala świat w słowach, w konstrukcjach fabularnych i lirycznych, w opowiadaniu, powieści i w wierszu, który może konkurować z ostateczną otwartością struktur kosmicznych. To w nim odnajdziemy odbicie jaźni poety, jego charakteru i siły imaginacyjnej, to on ekspanduje wyobraźnię czytelnika tam, gdzie nikt, oprócz poety, nie ma dostępu. Tak można zbliżyć się do fenomenów intymności i źródeł człowieczeństwa, tak można dotknąć cząstki tego, co zanika jak ślad na piasku. W przypadku poezji tworzonej przez kobiety dochodzi jeszcze określona stylizacja, najczęściej romantyczna, choć nie brakuje też opcji przeciwstawnych, prób wyrwania się z zaklętego kręgu wspomnień, roztrząsania zdarzeń, gestów i złamanych obietnic. Kobiety mają labilną jaźń, subtelną świadomość i łakną nieustannie miłości, ale też potrafią spojrzeć na swoje życie z ukosa i zauważyć w nim elementy destrukcyjne. Zrywają z mężczyzną, który ich zawiódł, odchodzą od toksycznego partnera i zaczynają walczyć o nowe uczucie. Dziennikiem takiego wojowania staje się często wiersz, a w szerszym kontekście – książka poetycka. Piękno istoty ludzkiej splata się w niej z urodą liryków, a emblematyczne fotografie stają się dopowiedzeniem lub kontrapunktem dla słów, porównań i metafor.

W poezji Barbary Orlowski tęsknota splata się z buntem, a wspomnienia przeszłych doświadczeń wypierają nowe ekscytujące zdarzenia. To zdumiewające jak świat, symbolizowany przez chłodny powiew wiatru, może zastąpić żar uczucia i złagodzić ból rozstania. A jednocześnie jak bolesne są obrazy pojawiające się w wyobraźni, utwierdzające miłość w określonym przedziale życiowym, którego nie zdołało zanegować nawet rozstanie: zagubiona w ciszy i czerwonej sukience/ kocham i kocham coraz bardziej kocham/ wspomnienia i słońce zabawne uśmiechy/ jesienne kolory i szron na dachu. Tak ból przeplata się z radością, a jaskrawość miłości z więdnięciem, zmatowieniem i chłodem świata. W takiej sytuacji liryka staje się rodzajem rozmowy z powidokami, z gasnącymi obrazami, ze stale odnawianymi gestami, stygnącym dotykiem i nocą wdzierającą się nieuchronnie do rozświetlonego spektrum.  Poetka szuka ratunku dla siebie i tego, który ją zawiódł, próbuje żyć nowym dniem, chronić się pośród innej nocy, tworzy też wykładnię nowej sytuacji: może na szczęście trzeba poczekać/ jak zwykle w mitach i opowieściach/ na przekór nocy tak bez przyczyny/ powędrować gdzieś w nieznane/ i tylko tyle pozostało/ sen stracił już znaczenie. Mitologizacja miłości ma w naszej kulturze długą historię i nieodmiennie kojarzy się z wielkimi kochankami, od Erosa i Psyche, poprzez Orfeusza i Eurydykę, Heloizę i Abelarda, aż do Romea i Julii i współczesnych uczuciowych dramatów, pośród wojen i bezdusznych konfliktów ludzkości. Poetka także zaczyna dostrzegać szerszy kontekst tego, co przeżyła a zamykając dawny rozdział, nie potrafi ostatecznie odrzucić wspomnień. Wciąż trwa myślą przy kochanku i chwilach, które rozpłomieniały jej życie, wciąż analizuje to, co się stało.

Ale życie podąża do przodu i autorka tych wierszy wchodzi w nie z przekonaniem, że przyniesie jej spełnienie, przyda barw ciemnym tonacjom. Niestety chwile jaskrawe zawsze graniczą z mrokiem i zdarza się, że wkrada się on bezlitośnie do jej świata. Jeszcze wspomina radość obcowania z matką, która nad oceanem, w Brazylii, przyglądała się kolorowym motylom, a już konstatuje jej śmierć: za oknem już świt mgła powoli opada/ pozostały tylko wspomnienia i wiatr z cicha jęczy/ jak we śnie rozpłynęły się myśli/ pozostał tylko w pamięci odcisk twarzy. Ta symboliczna maska pośmiertna matki jest zarazem odciskiem przeszłości, której nie da się już przywrócić do istnienia. Trzeba pogodzić się z nieuchronnością odejścia rodzicielki, tak jak trzeba było odsunąć od siebie obrazy żarliwej miłości i spełnień bliskości. Nic nie wyrówna strat, ale życie domaga się nowych aktywności i niesie w przyszłości nieznane, ekscytujące zdarzenia, spotkania z wieloma ludźmi i obecność pośród zjawiskowych przestrzeni. Barbara Orlowski zawsze była istotą podróżną, często latała wielkimi odrzutowcami z kontynentu na kontynent i przeglądała się w anabatycznych rzeczywistościach. Z czasem, to co przeżyła i zobaczyła, stało się jej atutem w grze ze światem i poezją, która zyskała niespotykaną głębię i przenikalność, a nade wszystko zaczęła pulsować wieloma odcieniami, egzotycznymi przywołaniami i opisami.  Choć poetka pojawia się nad Morzem Północnym i Bałtykiem, wciąż jest w niej ciepły powiew wiatru od morza/ szum palm i ptaków śpiew, rzeczywistość jak z bajki albo z jej drugiej przestrzeni życiowej. Ona przecież czuje, że została stworzona do wielkich natchnień i niezwykłych przeżyć, ale jakże często zamknięta w pokoju, kontempluje deszcz i szarość, pochmurny dzień i rozpaczliwe wołanie zza krawędzi bytu. Pamięta jednak, że po słocie przychodzi jasny dzień, a słońce potrafi przedrzeć się przez nawet najciemniejsze chmury. Czując wiatr na twarzy, czeka na światło i odmianę losu, wspominając miłość, wierzy, że czas odsłoni przed nią kogoś, kto od dawna na nią czekał i był obietnicą zmian. A jeśli nawet miałby się nie pojawić, samo czekanie i kontemplowanie istnienia w wierszu staje się jej największą wartością.

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (11)

To był piękny wrześniowy wtorek… Lato nie chciało odejść i trwało w najlepsze, choć nocne chłody już przydały liściom żółcieni, czerwieni i brązu. Słońce świeciło jak w lipcu, czasami tylko matowiejąc za białymi chmurami, ginąc w odmętach granatu i szarości, opalizując w szybach bloków i wieżowców. Cały dzień siedziałem w domu, czytałem powieść Tadeusza Sochy pt. Tajemnica Joliby, przeglądałem mapy w wielkim atlasie geograficznym, uczyłem się na pamięć nazw rzek, mórz i pustyń.  O godzinie szesnastej miałem się spotkać przed blokiem z moim przyjacielem Arielem, z którym od roku chodziłem na treningi karate. Odbywały się one w sali gimnastycznej jednej z podstawówek, do której szło się przez część naszego osiedla i przez dzielnicę Jary. Ariel miał najoryginalniejsze imię w naszej szkole średniej, ale wcale nie była to fanaberia rodziców. Pochodził z rodziny żydowskiej, której korzenie sięgały wschodnich kresów dawnej Rzeczypospolitej, bodajże z Brodów, gdzie jego pradziadek był rabinem. Lubiłem go, bo miał wielką wiedzę geograficzną i na przerwach mogłem z nim dyskutować o afrykańskich wyprawach Henry’ego Stanleya, Davida Livingstone’a i Mungo Parka, testować znajomość nazw stolic, wysp i parków narodowych. Poza tym wzbudzał we mnie podziw, bo wspaniale grał na skrzypcach, opowiadał mi o wielkich kompozytorach, czym zaszczepił we mnie miłość do muzyki poważnej, a szczególnie do Beethovena i Haydna. Jak wszyscy chłopcy w naszym wieku, słuchaliśmy też muzyki rockowej, wymienialiśmy się drogocennymi taśmami magnetofonowymi z nagraniami piosenek zespołów Slade, Black Sabath i Led Zeppelin. Ariel był dość niepozorny, wręcz filigranowy, miał jasną karnację cery, kruczoczarne włosy, wyrazisty pieprzyk nad górną wargą, głębokie, czarne oczy, w których stale rysowało się rozmarzenie. Często wzruszał się przy graniu i słuchaniu muzyki i nie wstydził się ronić łez, czym zjednywał sobie wielu przyjaciół. Tylko jego zbyt ostry nos szpecił trochę jego twarz i powodował, że wyglądał zawadiacko, choć częsty uśmiech i odsłanianie białych zębów, łagodziły jego ostre rysy. Cała szkoła biła mu brawo, gdy grał koncerty skrzypcowe Telemanna, Mozarta I Vivaldiego, a dyrektor nieodmiennie prosił go, by na bis zagrał fragment koncertu a-moll Jana Sebastiana Bacha.

Zbiegając po schodach na podwórko, brzmiały we mnie jeszcze słowa z przeboju grupy Black SabathI need someone to show me the things in life that I can’t find/ I can’t see the things that make true happiness…Na przekór nim miałem dobry humor i z uśmiechem powitałem Ariego, który czekał już na mnie przed klatką ze skrzypcami w futerale. Po treningu miał jechać do szkoły muzycznej, gdzie miał umówione spotkanie z nauczycielem z filharmonii.  Przybiliśmy piątkę i ruszyliśmy przed siebie, rozmawiając o tym i owym, relacjonując  sobie ostatnie zdarzenia szkolne i podwórkowe. Trenowaliśmy karate w obrębie stylu  Shōtōkan, co szczególnie ważne było dla Ariela, który nie mógł forsować rąk, tak cennych dla jego talentów muzycznych.  Nasz trener odwiedził Japonię, gdzie zapoznał się ze szkołą mistrza Gichina Funakoshi, który wyszkolił wielu mistrzów. Shōtō znaczy po japońsku „falowanie sosen”, ale był to też pseudonim literacki Funakoshiego, który podpisywał w ten sposób swoje kaligrafie. Z kolei „kan” oznacza budynek, pawilon, siedzibę, w której mistrz nauczał. Choć określał on do końca swój styl jedynie jako karate, to jego syn i uczniowie nazwali go Shōtōkan. Wiele godzin poświęciliśmy z Arielem na trenowanie kopnięć i uników, nagłych wyskoków w górę i opadania do pozycji „szpagatu”. Przy naszym wielkim zaangażowaniu traktowaliśmy treningi w białych karate-gach ogólnorozwojowo, unikając zawodów, na których wiele było urazów. Oprócz karate lubiliśmy jeździć na rowerach, pływać w jeziorach, rzekach i morzu, wspinać się na szczyty górskie w Tatrach, odbywać dalekie marsze i grać w piłkę nożną. Wielokrotnie nauczyciele muzyczni nakłaniali Ariela, by zrezygnował z karate, bo jest wielkim talentem i może z czasem stać się prawdziwym wirtuozem. Moja mama też buntowała się przeciwko moim treningom, szczególnie, gdy wracałem do domu z fioletową fifą pod okiem, rozciętym łukiem brwiowym albo wybitymi palcami u nóg.  My jednak chcieliśmy trenować i nasza determinacja powodowała, że zmieniały się kolory pasów zawiązywanych na naszych karate-gach.

Teraz już wychodziliśmy z naszego osiedla i sunąc przy wielkim cmentarzu podążaliśmy śmiało ku Jarom. Na końcu ogrodzenia cmentarnego, niczym huba przylepiona do drzewa, stał wielki zielony kiosk. Gromadziło się zawsze przy nim sporo amatorów piwa, pijanego w małych, baryłkowatych butelkach. Tym razem dostrzegliśmy z daleka, że koło kiosku koczuje kilkunastu chłopaków i starszych mężczyzn. Jedni siedzieli na drucianych krzesłach, inni stali w kręgach i żywo o czymś dyskutowali, jeszcze inni skupiali się przy siatce okalającej nekropolię. Szliśmy żwawo i zapewne nic by się nie stało, gdyby Arielowi nie zachciało się pić. Kupiliśmy dwie „Mandarynki” za dwa złote i zaczęliśmy je wolno pić, chwaląc smak i rozkoszując się gazem, który leciutko głaskał nasze podniebienia.

– Te, skrzypek, chcesz dostać w ryja…?! – dobiegł do nas z boku jakiś głos.

Natychmiast wybuchła salwa śmiechu, a gruby chłopak wysunął się przed grupę osobników trzymających w rękach butelki z piwem. Poznałem go od razu, bo wiele razy miałem z nim do czynienia na naszym podwórku. To był starszy od nas o dwa lata Wiesiek, przezywany „Czarodziej” albo „Czary”, mający na swoim koncie pierwsze konflikty z prawem i słynący z różnych dziwnych wyskoków. Ariel zmarszczył brwi, dokończył spokojnie picie napoju, po czym oddał butelkę i odwrócił się od bandy pijącej piwa. Zrobiłem to samo i już ruszaliśmy w dalszą drogę, gdy nagle „Czary” wykazał się wielką sprawnością, wykonał kilka susów, doskoczył do nas i próbował wyszarpnąć futerał ze skrzypcami z rąk mojego kolegi. Ariel wykazał wielki refleks i natychmiast przerzucił instrument do moich rąk, jednocześnie stając w pozycji wykrocznej. Patrzył uważnie na to, co zrobi napastnik, a gdy ten próbował go uderzyć pięścią w twarz, śmignął błyskawicznie nogą i czubkiem buta uderzył go w grdykę. Cios był tak silny, że grubas upadł na ziemię i zaczął charczeć boleśnie, pluć krwią i sapać z nienawiścią.

– Osz ty kurwa skrzypku…! – krzyknął histerycznie Kulczyk, trzasnął butelką po piwie o kamień i z koronką w ręku podbiegł do Ariela.

Ten podskoczył do góry, ominął dłoń nowego napastnika i z rozmachem kopnął go kolanem w czoło. Kulczyk upadł jak rażony gromem, ale „czary” już się podnosił i trzech nieznanych mi kolesiów dźwignęło się z ziemi i ruszyło ku nam. Widząc co się święci, odłożyłem futerał na ladę kiosku i podążyłem do przodu. Choć trenowałem karate i stosowałem się do zasad szkoły oraz naszego mistrza, poczułem się zwolniony z przysięgi i w stosunku do nadbiegających osiłków zastosowałem tzw. „trójkę”, czyli kombinowane uderzenia, siejące prawdziwe spustoszenie. Ariel raz jeszcze kopnął „Czarego” w szyję, a ja trafiłem pierwszego kolesia z pięści w podbródek, po czym wykonałem obrót całego ciała, strzeliłem łokciem w brzuch drugiego z nich, a „trójkę” zakończyłem uderzeniem w czoło trzeciego napastnika. Uderzaliśmy w czułe miejsca, bo koronki w rękach chuliganów wskazywały na to, że są zdeterminowani uczynić nam krzywdę.

– Chłopaki, spierdalamy, to karatecy… – krzyknął nagle jeden z przeciwników, ale „Czary” nie dawał za wygraną.

– Ja im kurwa mać pokaże… – wrzasnął, splunął krwią na ziemię i ruszył ku Arielowi.

Ten sprytnie uchylił się, odskoczył na bok i jednocześnie pchnął grubasa ku ścianie kiosku. Tym samym rozkwasił mu nos, zmaltretował łuki brwiowe i brodę. „Czary” opadł na ziemię i patrzył niewidzącym wzrokiem przed siebie. Ariel wolno sięgnął po skrzypce, poklepał mnie po ramieniu i sprężyście ruszyliśmy ku naszej sali treningowej. Po kilku dniach, gdy wracaliśmy z kolejnego treningu i znowu przechodziliśmy obok zielonego kiosku, zauważyliśmy „Czarego” z butelką w dłoni, patrzącego na nas złowrogim wzrokiem. Jego głowa owinięta była opatrunkiem gipsowym, który sięgał do piersi i obejmował oba ramiona. Uśmiechnęliśmy się do siebie, a Ari zapytał mnie teatralnym szeptem:

– Myślisz, że „Czary” w tym hełmie leci w kosmos…?

– Pewnie tak… – odparłem ze śmiechem.

Ariel z rozmachem bujnął futerałem od skrzypiec, jakby prasował nim sukno powietrza, po czym podsumował naszą walkę w charakterystyczny dla siebie sposób:

– Czym byłoby życie, gdyby nie można było spuścić łomotu paru kanaliom…?

STO WIERSZY POLSKICH (XXIX)

Miron Białoszewski. Fot. PAP/H. Rosiak

 

Miron Białoszewski

NAMUZOWYWANIE

Muzo
Natchniuzo
tak
ci
końcówkuję
z niepisaniowości

natreść
mi
ości
i
uzo

Poezję Mirona Białoszewskiego lokować należy w tym samym nurcie liryki polskiej, co dokonania Cypriana Norwida, Bolesława Leśmiana i Ryszarda Milczewskiego-Bruna. Jego innowacyjność językowa wpłynęła też znacząco na kształt wiersza Stanisława Grochowiaka, Edwarda Stachury, Andrzeja Babińskiego, Tymoteusza Karpowicza i Stanisława Swena Czachorowskiego. Urodził się w 1922 roku w Warszawie, a jego burzliwe dorastanie przypadło na czas okupacji niemieckiej. Na tajnych kompletach zdał maturę i zaczął studiować polonistykę, prowadzić konspiracyjny teatr, a potem przeszedł piekło powstania warszawskiego, wydostając się ze Starego Miasta kanałami i trafiając do niewoli niemieckiej. Po wojnie włączył się w nurt życia kulturalnego, stając się ważną osobowością pokolenia „Współczesności”. Po jego głośnym, właściwym debiucie z 1955 roku w „Życiu Literackim” (wraz z Herbertem, Czyczem, Drozdowskim i Harasymowiczem), zaczęła rosnąć jego ranga jako poety i prozaika (Pamiętnik z powstania warszawskiego, Szumy, zlepy, ciągi), a także autora i aktora Teatru na Tarczyńskiej I Teatru Osobnego. Przez większość życia borykał się z problemami kardiologicznymi i zmarł po kolejnym zawale serca w 1983 roku, znajdując miejsce spoczynku na warszawskich Powązkach. Zalicza się go nieodmiennie do największych innowatorów języka polskiego, a jego neologiczne wiersze stają się często prawdziwym wyzwaniem dla translatorów i edytorów naszej poezji za granicą. Wnikając głęboko w materię języka, transponując formuły gramatyczne i semantyczne, osiągnął Białoszewski niezwykły efekt w postaci ekstraktu lirycznego, sięgającego często najgłębszych źródeł polszczyzny. To jakby odsłanianie kolejnych warstw językowych i przybliżanie rdzeni fonetycznych i morfologicznych, a jednocześnie próba dookreślenia prymarnych cząstek znaczeniowych (fonemów i morfemów, tematów i końcówek, absurdalnej syntagmatyki i transformacyjnej neologii).

W znanym powszechnie liryku pt. Namuzowywanie, który trafił nawet do podręczników szkolnych, mamy do czynienia z modelowym dziełem Białoszewskiego i jego giętkością neologiczną, sondującą głęboko świadomość. Sam tytuł jest propozycją określenia stanu, w jakim znajduje się poeta podczas pisania wierszy i jakby stopniowego wprowadzania się w stan inkantacji – pernamentnego namuzowywania. Mamy tutaj też do czynienia z apostrofą do muzy natchnienia, którą poeta określa jako Natchniuzę  oraz z nawiązaniem do kultury greckiej, w której muzy były boginiami sztuki i nauki, a ośrodkami ich kultu były przede wszystkim Delfy, Parnas i Helikon. Trudno wskazać do której muzy odwołuje się Białoszewski, bo Grecy nie wyodrębnili muzy natchnienia, ale przecież prosili o przychylność Aojde – muzę śpiewu i poezji, Nete, Mese i Hypate – muzy trzech antycznych muzycznych strun. Modlili się też do Kaliope – muzy poezji epickiej, Erato – muzy poezji miłosnej, przedstawianej z kitarą, Euterpe – muzy poezji lirycznej, grającej na flecie, Polihymnii – muzy poezji chóralnej. Zwykle boginki te pojawiały się w orszaku Apollina i tylko ich przychylność mogła spowodować, że autorzy wydobywali z nicości wiekopomne dzieła. Białoszewski zwraca się do opiekunki natchnienia, którą sam stworzył i wyodrębnił z kilku antycznych kreacji deistycznych. Obłaskawić można ją rymowaniem (końcówkowaniem), które królowało w poezji przez wieki i dopiero w naszych czasach zostało skutecznie zanegowane i zastąpione wierszem białym. Rymowanie poety powiązane zostało z „niepisaniowością”, czyli neologicznym określeniem braku natchnienia, niemożności pisania i metaforyzowania. Neologizm powstał ze złożenia zaprzeczenia „nie” z rzeczownikiem rodzaju nijakiego „pisanie” oraz końcówki „-ością”. Razem nowy wyraz ma podkreślać bezradność poety i niemożność pisania bez wsparcia Natchniuzy.  Prosi ją zatem o specjalną ingerencję i całkowicie zawierza niezwykłej mocy kreatywnej jej tchnienia.

Muza natchnienia ma „natreścić”, czyli przydać treści tematom i końcówkom jego słów, a w szerszym kontekście – ma spowodować, by powstał sensowny, wartościowy wiersz, iskrzący się energiami pomiędzy poszczególnymi warstwami semantycznymi.  Także strona wizualna jest tutaj istotna, bo ości zawsze wiążą się z rybami, a więc przydawanie im treści interpretować można jako wypełnianie szkieletu pływającego organizmu ciałem. To wydobycie na światło dzienne zasady biologicznej obowiązującej w naszym świecie – organizmy mają swoje kostne elementy konstrukcyjne, ale o ciele możemy mówić tylko wtedy, gdy zostaną one obudowane organami anatomicznymi i skórą. W sensie metaforycznym słowa też mają swoje szkielety, które poeta musi wypełnić sensem. Oczekuje przy tym pomocy ze strony muzy natchnienia, która dookreśli wszystko – „natreści ości i uzo”, czyli tematy i końcówki wyrazowe, metafory i oksymorony, zdania, równoważniki zdań i całe strofy. Zauważmy też tutaj korespondencję z wyrazami, które wcześniej się pojawiły: „–ości” to cząstka neologizmu „niepisaniowości”, a „–uzo” to końcówka nowatorskiego określenia muzy: „Natchniuzo”. To takie puszczanie oczka d0 greckiej boginki i zarazem do czytelnika, który w mig zrozumie kod, zastosowany w tym wierszu, a oparty na „końcówkowaniu”, czyli dobieraniu rymów. Tak wyrazy z wersów 2 i 6 wchodzą w alianse muzyczne z cząstkami z wersów 9 i 11, a początek liryka zostaje zamknięty klamrą i skonsolidowany z całością. Widzimy wyraźnie, jak ważny dla Białoszewskiego był też element zabawowy, dający mu szansę modyfikowania znaczeń wyrazowych i kształtowania języka w charakterystyczny dla niego sposób. Dla jednych interpretatorów będzie to odejściem od kanonów poezji wysokiej, maksymalistycznej, dla innych – sięganiem do samego dna egzystencji i wydobywaniem na światło dzienne ukrytych mechanizmów języka.

 

 

 

 

 

 

 

BROMBERG (1)

Rozpoczynam publikację mojej nowej powieści, rozgrywającej się w północnej Polsce i w Południowych Niemczech. To historia rodzinna, związana przede wszystkim z moją babcią i mamą, mająca swój początek we wrześniu 1939 roku. Wszakże jej podstawowe pytanie, o naturę i immanentność zła odnosi się do wszelkich czasów i staje się wielkim wyrzutem na sumieniu ludzkości, która odeszła, która jest i która nadejdzie.

PÓŁNOCNA POLSKA

1.

Była połowa września 1939 roku. W mieście Bromberg, na północy Polski, Józia Rossa szła na Mszę św. do kościoła parafialnego w dzielnicy Szwederowo. Żółte, czerwone i brązowe liście spadały na ziemię i okrywały grubym dywanem ulice, parki i skwery. Wiatr przenosił je z miejsca na miejsce, podrywał ku górze, ciskał to w tę, to w inną stronę, szeleścił, jakby przerzucał kolejne karty niewidzialnej księgi. Czasem silniejszy powiew wzbijał tumany, albo kręcił liśćmi na koślawych chodnikach i chłostał nimi twarze przechodniów. Ludzie podnosili do góry kołnierze, zsuwali kapelusze albo daszki czapek i pochyleni podążali przed siebie. Józia lubiła szurać nogami w miękkich kopcach, więc z uciechą je deptała. Przeskakiwała z kopca na kopiec, łapała w locie wirujące płatki. Co chwilę też spoglądała na daleką wieżę świątyni, która wyglądała majestatycznie w tle rozmazanych szaro–granatowych chmur i dalekiego chłodnego błękitu nieba. Dziewczę miało zaledwie piętnaście lat, ale natura rozbuchała jej kształty do tego stopnia, że ktoś, kto jej nie znał, mógłby powiedzieć, że osiągnęła już pełnoletniość. Miała długie szatynowe włosy, które najczęściej nosiła rozpuszczone, a tylko gdy szła do kościoła upinała je w rozległy kok. Była wysoka i spod długiego płaszcza, raz po raz, wysuwały się zgrabne nogi. Pierś rytmicznie falowała i zdradzała pod paltem biust sporych – jak na tak młodą dziewczynę – rozmiarów. Jej twarz natrętnie przypominała fizjonomię madonny z obrazu Rafaela, choć była też w niej jakaś drapieżność, coś co nieznajomi brali za lubieżne wyzwanie. Jej zielone oczy miały smutny melancholijny wyraz, a okrągły, mały nos i wydęte usta uwydatniały zmysłowość. Słowem, była delikatnym stworzeniem, jakby z innego świata i innej rzeczywistości. Pod tanim, połatanym płaszczem ukrywała przepiękne ciało, oszałamiający zapach świeżości i delikatności dziecka. Szła szybkim krokiem i już niebawem znalazła się w alei wysokich topól, prowadzącej ku świątyni. Wychudzone gawrony przysiadały na strzelistych drzewach i bujały się na nich bezwładnie, w prawo i w lewo, wydając raz po raz metaliczne krakanie.

Tuż przy Józi przejechał czarny mercedes i na chwilę jej spojrzenie skrzyżowało się z lodowatym wzrokiem, siedzącego z tyłu, jasnowłosego niemieckiego oficera, w czapce z trupią główką. Ale trwało to krócej niż mrugnięcie powiek i samochód skręcił na pobocze, z lewej strony kościoła, gdzie stała ciężarówka z opuszczoną plandeką. Józia poczuła jak dreszcz przebiegł przez jej ciało, a w okolicach piersi zrobiło się gorąco, gwałtownie więc przyspieszyła i po chwili znalazła się w wypełnionym ludźmi kościele. Msza trwała już dość długo i ksiądz Konopczyński właśnie podnosił do góry hostię, mówiąc: Oto baranek Boży, który gładzi grzechy świata, błogosławieni, którzy przybyli na ucztę baranka… Dziewczyna, speszona, że tak bardzo się spóźniła, przyklękła i rozejrzała się nieśmiało dookoła. Obok niej stało małżeństwo z małym dzieckiem. Dziewczynka ubrana w różową kurteczkę, zapinaną na zamek błyskawiczny, wierciła się i matce trudno ją było utrzymać. Stojący przy niej mężczyzna patrzył na nią groźnie, ale znać było w tym spojrzeniu ogrom ojcowskiej miłości. Dalej stali ludzie, których widywała tutaj często. Była to dzielnica robotnicza i obok stolarzy, murarzy, szewców i drobnych sklepikarzy rzadko spotykało się w świątyni ludzi z innych sfer. Teraz jej uwagę przykuło dwóch chłopców modlących się przy bocznym ołtarzu św. Franciszka. Józia pochyliła się do przodu i spostrzegła też w dali rosłego mężczyznę, w czarnej skórzanej kurtce. Ilekroć go widziała jej serce zaczynało bić żywiej. Był wozakiem i czasem widziała go z okien swojego domu, jak wiózł węgiel do fabryki odczynników chemicznych Alfa. Prawdę powiedziawszy szła zawsze do kościoła z nadzieją, że go w nim zobaczy, że choć na chwilę skrzyżuje z nim swoje spojrzenie. Teraz stał kilkanaście metrów od niej i dość dobrze mogła mu się przyglądać. Jej oczy biegały szybko, od księdza przy ołtarzu, do postawnego mężczyzny. Serce znowu biło jej szybko, spoglądała do góry i przyglądała się scenom na sufitowych freskach. Na jednym z nich przedstawiono ukrzyżowanie Jezusa, trzech oprawców przybijających ręce i nogi do krzyża, dalej żołnierzy rzymskich przyglądających się z oddali. Nagle zimna kropla uderzyła ją w nos, zlękła się, bo pomyślała, że to kropla krwi ściekła z rany Chrystusa. Dotknęła palcem końca nosa i domyśliła się, że to woda kapie z sufitu nieogrzewanego kościoła. Ludzie powoli zaczęli przesuwać się do komunii. Józia podeszła do pierwszego rzędu i przyklękła przed prezbiterium obok mężczyzny, którego wcześniej wypatrywała. Czuła wyraźnie zapach tytoniu i końskiego potu, który bił z jego skórzanej kurtki. Ksiądz podszedł do niej, więc otworzyła usta i przyjęła komunię. Ksiądz pochylił się nad nią i powiedział:

– Ciało Chrystusa…

– Amen – odpowiedziała Józia.

Wstając z klęczek dostrzegła jeszcze kącikiem oka jak mężczyzna otwiera usta i ukazuje rząd białych, lśniących zębów. Na jego policzkach rysował się wyraźnie czarny, kilkudniowy zarost, a w niebieskich oczach odbijały się złocenia ołtarza. Odwróciła się na pięcie i powędrowała ku miejscu, w którym wcześniej stała. Uklękła i zaczęła odmawiać modlitwę, ale nie mogła jakoś pozbierać słów, bo przez jej głowę przelatywały jak oszalałe myśli. Chrystus prężył się z bólu na krzyżu, wozak uderzał batem konia, jacyś ludzie pochylali się nad nią, rzymscy legioniści schodzili ze wzgórza. Oddychała szybko i czuła jak pod płaszczem lekko falują jej piersi. Bała się spojrzeć przed siebie, drżała, że ktoś odgadnie jej tajemnicę. Po chwili jednak przemogła lęk i spojrzała do góry, tuż przy niej stał wozak i patrzył w głąb kościoła. Nagle zwrócił wzrok w jej stronę i jakby – dopiero ją zauważając – skłonił się nieznacznie. Spłoszona opuściła szybko oczy i zatopiła się w modlitwie. Chór śpiewał głośno Sanctus i wydawało się jej, że cały kościół wiruje, chybocze się na niewidzialnych falach. Miała wrażenie, że jeszcze chwila i mury upadną, dach zawali się, a przed nią otworzy się wielka przepaść piekielna. Nie mogła wyrzucić ze swoich myśli obrazu jego owłosionych piersi, które przez ułamek sekundy spostrzegła pod koszulą, gdy zwrócił się do niej. Przepraszała Pana Boga za swoje myśli i uderzała się w pierś lekko złożoną w kułak dłonią. Msza św. kończyła się powoli, ksiądz wraz z ministrantami skłonił się przed ołtarzem i wyszedł do zakrystii, a ludzie powoli zaczęli przesuwać się do wyjścia. Dziewczynka w różowej kurteczce ciągnęła matkę za rękę i ta pierwsza zbliżała się do drzwi kościoła. Józia nadal klęczała i wpatrywała się w posadzkę. W jej myślach rozgrywały się teraz sceny ukrzyżowania. Widziała Chrystusa wspinającego się na Golgotę i dźwigającego wielki krzyż. Właśnie przystanął na moment, a Józia w myślach otarła jego twarz z potu. Ruszył z wysiłkiem dalej i już po chwili nie było go widać. Dziewczyna nie spostrzegła, że prawie wszyscy ludzie opuścili już kościół i że została w nim sama. Dopiero jakieś krzyki i hałasy za drzwiami świątyni wyrwały ją z zadumy. Wstała z klęczek, przeżegnała się i zwróciła się ku wyjściu.

2.

Wychodząc z półmroku kościoła, Józia zmrużyła oczy, a kiedy jej wzrok przyzwyczaił się do światła, otworzyła szeroko usta i przeraziła się. Starcy, kobiety. mężczyźni i dzieci biegali we wszystkich kierunkach. Od strony bramy i ulicy żołnierze Wehrmachtu pchali tłum kolbami karabinów w kierunku bocznego trawnika. Tych, którzy próbowali przedostać się przez ten kordon dźgano lufami, uzbrojonymi w bagnety, kopano, popychano i z powrotem wciskano w tłum. Z boku kościoła szedł ksiądz z ministrantami, a widząc żołnierzy zachodzących z boku, i starających się odciąć ludziom drogę powrotną do świątyni, schwycił pod lewe ramię Józię i popchnął ją, wolną ścieżką, ku plebani. Przerażona dziewczyna podążyła za nim jak w transie. Gdy znalazła się w środku, zatrzaśnięto drzwi i spuszczono natychmiast drewniane rolety. Ksiądz i wszyscy domownicy plebani, a także kilku ludzi, którym udało się wskoczyć do otwartych na chwilę drzwi, stali jak osłupiali i patrzyli na to co się dzieje. Tłum zagoniono na trawę naprzeciw plebani i otoczono wojskiem. Nieco z boku, bliżej ciężarówki i osobowego fiata, stał młody Niemiec i rozmawiał z jakąś przygarbioną kobietą, żywo gestykulującą i wygrażającą pięścią w stronę Polaków. Po dłuższej chwili oficer ruszył w kierunku tłumów, a za nim podążyła starucha. Żołnierze wyodrębnili z ciżby kilku rosłych mężczyzn, pchnęli ich ku ciężarówce i kazali wziąć z niej łopaty. Józia zobaczyła przez okno, zza opuszczonych i lekko rozchylonych rolet, że jest wśród nich jej wozak z Alfy. To właśnie on wskoczył na platformę i podawał łopaty innym. Po jego zejściu na dół żołnierze pchnęli ich ku tłumom i kazali, tuż przed falującą ludzką masą, kopać dół.

– Kopać, kopać, szybciej – wrzeszczeli jak oszalali

Podbiegali do kopiących i bili ich kolbami karabinów. Wozak, trafiony twardym drzewcem w czoło, miał całą twarz oblana krwią. Z policzków Józi ściekały równymi strużkami łzy, trzymała dłonie złączone i aż do bólu wbijała paznokcie w skórę. Modliła się w myślach po łacinie… Ave maria gratia plena, dominus tecum… Tymczasem ksiądz proboszcz przyniósł z domowej kaplicy ogromny krucyfiks i postawił go na oknie parapetu. Zza niego także przyglądał się co się dzieje naprzeciwko plebani.

– Kim jest ta kobieta, z tym Szwabem? – spytał nie wiadomo kogo.

– To jest Ingrid Braun. Nasi uciekający żołnierze rozstrzelali na podwórku jej ojca, bo kierował niemieckimi bojówkami, strzelającymi z wież kościoła ewangelickiego – odpowiedział piekarz Zieliński.

– Boże Przenajświętszy, Matko Boska… zawołał przerażony ksiądz – To oni przyjechali tutaj się mścić na ludziach z naszej dzielnicy za spalenie ich świątyni…

– A może chcą nas tylko nastraszyć… – wyraził wątpliwość jakiś nieznany księdzu młodzieniec.

– Niemcy nie żartują, to są prawdziwe bestie – rzuciła jakaś kobieta.

Uwagę Józi od dłuższego czasu przykuwała dziewczynka w jaskrawej kurteczce, która płakała i wyrywała się przytrzymywana przez matkę, kopała ją nóżkami i czasem też trafiała najbliżej stojącego Niemca. Matka jak mogła odciągała ją od brzegu tłumu, ale popychana od środka stale pojawiała się na brzegu falującej masy. Józia spostrzegła, że jej mąż i zarazem ojciec dziecka, znalazł się w grupie kopiącej dół. Ich praca postępowała tak szybko, że już ich prawie nie było widać. W tym momencie oficer podszedł do Niemki i pokazał jej ruchem głowy, że ma zacząć wskazywać. Ta podeszła do tłumów i wygrażając rękoma wskazywała na mężczyzn i kobiety, jednocześnie groziła im zaciśniętą w kułak pięścią, wymachiwała rękoma, wskazywała też na mężczyzn wyrzucających z dołu tumany żółtego piasku. Odłączonych postawiono w szeregu tuż obok dołu i popchnięto kolbami tłum ku innej stronie trawnika. Oficer podszedł na brzeg dołu, wyciągnął z kabury pistolet i strzelił kilka razy do kopiących. Ludzie wtedy zaczęli krzyczeć i przeraźliwie płakać, Niemcy pilnujący tłumu poruszyli się nerwowo i oddali kilka salw w powietrze. Wrzawa natychmiast przycichła. Józia, przerażona i ledwie stojąca na nogach, spostrzegła, że jej wozak próbuje wyskoczyć z dołu. Oficer jednak natychmiast zwrócił się ku niemu i strzelił mu kilka razy w głowę, dosłownie rozbijając ją na strzępy. W tym momencie z dołu próbował wyskoczyć inny mężczyzna, ale powoli zaczął osuwać się z miałkiego piasku. Próbował jeszcze uchwycić się brzegu, jakichś traw, jakichś perzów, ale ciężar ściągał go ku dołowi. Oficer podszedł ku niemu, pchnął butem jego głowę i strzelił, ale rozległ się tylko trzask iglicy. Sięgnął więc ręką do kieszeni i wyciągnął nowy magazynek, powoli, z cynicznym uśmiechem, zaczął przeładowywać broń. W tym samym czasie z tłumu wyrwała się z przeraźliwym krzykiem kobieta z dziewczynką w różowym okryciu i szarpiąc się ze stającymi jej na drodze żołnierzami, podbiegła do oficera. Jedną ręką trzymając z boku krzyczącą córkę, drugą starała się powstrzymać dłoń z pistoletem. Niemiec szarpnął się ze złością, odepchnął kobietę, ale ta jak bumerang wróciła do niego i zaczęła go szarpać, krzycząc coraz głośniej i zawodząc:

– Nie, nie…! To jest mój mąż….! Ojciec mojego dziecka….! Nie, nie… proszę pana, proszę darować… niech pan nas puści, litości… litości…!

Niemiec, nie mogąc uwolnić się od kobiety szarpnął ją mocno w kierunku dołu i ta wpadła do niego razem z dzieckiem. Rozległy się dramatyczne krzyki w tłumie, a stojąca przy szeregu Niemka zaśmiała się szyderczo. Oficer stanął na brzegu i zaczął strzelać, Oddał trzy strzały, do ojca, matki i ich córeczki. Popatrzył jeszcze nad dołem, czy nikt się nie rusza, a gdy dostrzegł, że dziecko zamyka i otwiera rączkę, podszedł z drugiej strony dołu i strzelił jej z bliskiej odległości w głowę. Ksiądz i ludzie na plebani głośno płakali, a Józia wręcz zanosiła się od szlochu, całe jej ciało drżało i zrobiło jej się zimno, jak w chorobie. Oddychała ciężko i opierała się całym ciałem o parapet, a właściwie wisiała na nim bezwładnie.

– Bóg na to patrzy – powiedział ksiądz – i przygarnie do siebie niewinnych…

– Nie ma Boga w takim świecie – powiedziała jakaś szlochająca kobieta.

– Wszędzie tylko panoszy się Szatan… – rzucił ktoś z tyłu.

Ksiądz nie odpowiedział. Józia spostrzegła przez łzy, że żołnierze prowadzili teraz nad brzeg dołu mężczyzn wskazanych przez Niemkę. Postawiono ich w szeregu, a potem kazano uklęknąć nad dołem. Naprzeciwko ich stanęło kilku żołnierzy. Na komendę oficera podnieśli karabiny i bezwolnie oddali salwę. Mężczyźni przygarbieni, zakrywający twarze rękoma, skrzywili się w spazmie bólu i spadli do dołu. Oficer stanął nad nimi w pozie rzymskiego dowódcy kohorty i krzyknął do tłumu po niemiecku:

– Taka kara spotka każdego, kto podniesie rękę na przedstawiciela narodu niemieckiego.

Podszedł bliżej plebani i stanął zaledwie o kilka metrów od okna, przy którym tkwiła Józia. Widziała go teraz dobrze. To był ten sam blondyn, to był ten oficer, którego wzrok skrzyżował się z jej oczyma w drodze do kościoła. To on jechał w czarnym mercedesie. Był wysoki, miał zapewne blisko dwa metry wzrostu, szkliście niebieskie oczy i burzę jasnych, powiewających na wietrze włosów. Patrzyła na niego z przerażeniem, z taką samą zgrozą, z jaką patrzyła kiedyś podczas wycieczki do lasu na przemykającego w trawie węża. On stanął twarzą do okna plebani i widząc w szybie swoje odbicie, zaczął układać sobie grzywkę na czole. Ksiądz uniósł krucyfiks i prawie przyłożył do szyby w miejscu, w którym prawdopodobnie odbijała się twarz Niemca.

– Do pojazdów, koniec akcji… biegiem, jazda… – krzyknął dowódca, chowając pistolet.

Ścisnął pas, zapiął kaburę, a potem powiódł wzrokiem po dygoczących tłumach i powoli skierował się ku samochodowi. Razem z nim, wsiadła ceremonialnie do niego, szwargocząca coś, Niemka. Jego żołnierze też zajmowali miejsce w ciężarówce i już po kilku minutach samochody wyjeżdżały z terenu parafii. Ludzie zaczęli zbliżać się powoli do dołu. Kobiety i mężczyźni płakali, dzieci rwały się by zobaczyć rozstrzelanych. Ksiądz otworzył drzwi od plebani, wziął stułę z serwantki i niewielki krucyfiks i też poszedł w kierunku dołu. Gdy się tam znalazł ludzie rozstąpili się i zobaczył zabitych. Młodzi mężczyźni z przestrzelonymi głowami i piersiami, kobieta leżąca w pozie straszliwego śmiertelnego skurczu i dziecko z prawie odstrzeloną główką, z jakimś krwawym strzępem, zlepionym włosami i fragmentami różowej podszewki kurtki. Nóżki w różowych rajstopach, rozrzucone na boki i rączka wczepiona w dłoń matki. Gawrony i kawki, które uciekły w popłochu na odgłos wystrzałów zlatywały teraz całymi stadami, krakały chrapliwie i przysiadały na szczytach topól. Przekręcając głowy wpatrywały się w plamy krwi i poranione ciała. Józia wyszła powoli z plebani i skierowała się ku bramie. Szła powolutku, jakby badała nogami pewność gruntu przed sobą, co chwilę zatrzymywała się i bała się że zemdleje, ale jednak podążała naprzód. Liście spadały z drzew i wirując w powietrzu lądowały przed jej nogami, przylepiały się na chwilę do łez na policzkach. Deptała je zatopiona w myślach i drżąca wolniutko sunęła dalej. Stale przed oczyma miała wysokiego wozaka i jego próbę wyrwania się z dołu, stale widziała matkę z dziewczynką w jaskrawym odzieniu. W jej uszach brzmiał wciąż rozpaczliwy krzyk dziecka, bolesne nawoływanie tłumu i salwy wystrzałów.

« Older entries

%d blogerów lubi to: