BROMBERG (24)

W budzącym się do życia Brombergu był rześki, chłodny ranek i słońce ledwie przebijało się przez sine mgły i błękitne opary, kłębiące się pośród nieba. Dwa czarne, osobowe samochody zajechały z piskiem przed dom przy ulicy Strzeleckiej 4. Z pierwszego z nich, dużego citroena z przednim napędem, określanego w latach trzydziestych jako tracktion avant, wyskoczyło dwóch feldfeblów i zaczęło wypakowywać jakieś rzeczy w kartonach i ubiory na wieszakach. Grubszy z nich otworzył też kufer i wydobył z niego średniej wielkości brązową, skórzaną walizkę. Z mniejszego citroena wysiadł Willi i jego kierowca, który zawiesił sobie na ramieniu karabin, i odpiął kaburę pistoletu, przymocowaną do pasa ze swastyką na metalowym zapięciu. Grupa skierowała się do drzwi wejściowych, narobiła sporo hałasu na drewnianych schodach, po czym stanęła przy drzwiach na pierwszym piętrze, waląc w nie pięściami i kolbami karabinów. Najbardziej aktywny feldfebel komenderował też krzykliwie:

– Otwierać!!! Otwierać!!! Jazda parszywe polskie świnie, otwierać…!!!

W drzwiach zachrobotał klucz i po odsunięciu ich, pojawił się we framudze wysoki mężczyzna po pięćdziesiątce. Żołnierze odepchnęli go i zaczęli wnosić sprzęty do obszernego przedpokoju, a za nimi wszedł Willi w czapce z trupią główką i czarnych rękawiczkach na dłoniach. Obszedł całe mieszkanie, zajrzał do dwóch łazienek, z przodu lokalu i z tyłu, tuż przy dużym, wolnym pokoju. W mig zorientował się, że ciocia Eli mówiła o tym pomieszczeniu, stanął przy oknie i rzucił okiem na podwórze z dużą, drewnianą szopą. Po zlustrowaniu wszystkiego, wyszedł do mężczyzny, przy którym stała już kobieta, wyjął z kieszonki w mundurze jakąś kartkę i przekazując ją gospodarzom, oświadczył:

– Otrzymałem przydział pokoju w waszym mieszkaniu i od dzisiaj będę tutaj mieszkał. Mam nadzieję, że nie będziemy sobie przeszkadzać… – powiedział z wymuszonym uśmiechem, a potem jeszcze dodał – Moje wujostwo powiedziało mi, że jesteście czystymi Polakami, szanującymi nasze niemieckie dziedzictwo, ale jak będziecie niemili, bez mrugnięcia okiem wywalę was stąd…

– Wszystko rozumiemy panie oficerze – odezwał się Wincenty Rossa i po chwili patrząc na żonę potwierdził – Zawsze mieliśmy dobre stosunki z Niemcami, a z pana wujem spotykaliśmy się na szachach i długich dysputach…

– To dobrze, bo nie znoszę sprzeciwu… Dysput też nie lubię… Czy tutaj jeszcze ktoś mieszka oprócz was…?

Franciszka spojrzała z przestrachem w kierunku pokoju Józi i już chciała zaprzeczyć, gdy ubiegł ją mąż:

– Jest jeszcze nasz córka Józia, ale teraz nie ma jej w domu, bo poszła do koleżanki na ulicę Szubińską… to znaczy Schubiner Chaussee…

– Panie untersturmführer po co się z nimi patyczkować, dwie kulki w łeb i całe mieszkanie będzie do dyspozycji… – odezwał się dziwnym, piskliwym głosem jeden z żołnierzy…

Willi zmarszczył brwi, przez chwilę coś rozważał, po czym zakomenderował tonem nie znoszącym sprzeciwu:

– Zostawić wszystko w ostatnim pokoju i jazda na dół… Swoje rady zostawcie dla kolesiów w koszarach…

Żołnierze zrobili jak kazał i solidnie przerażeni, biegiem wynieśli się z mieszkania, stając przy samochodach i natychmiast wyciągając z mundurów papierosy. Obłoki niebieskawego dymu pojawiły się nad nimi, przyciągając uwagę Izaaka Abrahama, obserwującego ich przez dziurkę w czarnej blasze, wstawionej w okno szopy, w której miał warsztat szewski. Tymczasem Willi raz jeszcze obszedł całe mieszkanie, po czym zwrócił się do Rossów:

– Widzę, że macie dwie łazienki, więc tę przy moim pokoju rekwiruję i odtąd tylko ja jej będę używał…

– Dobrze panie oficerze… – powiedział Wincenty.

– My nie chcemy żadnych kłopotów… – dodała Franciszka – Może pan potrzebuje też drugiego pokoju, to córkę przeniesiemy do nas i będziemy zamykać drzwi. Mieszkania staną się całkowicie niezależne i tylko korytarz będzie wspólny…

– Zadecyduję o tym, jak zorientuję się we wszystkim… – odrzekł Willi – Na razie muszę się rozpakować, poustawiać moje graty w pokoju i chyba zmieszczę się w nim, tym bardziej, że jest tam kanapa i szafy po poprzednich lokatorach…

Willi poznał już wielu Polaków i często czuł do nich odrazę, ale ci spokojni ludzie jakoś dziwnie przypominali mu członków jego rodziny i wydawali się być z innej gliny, a znakomita znajomość języka niemieckiego tylko potęgowała to wrażenie. Zasalutował, uderzył oficerkami o siebie, skierował się ku wyjściu i już po chwili Rossowie usłyszeli rytmiczne uderzanie butów o schody. Odczekali jeszcze trzy minuty i Wincenty pociągnął żonę do głównego pokoju, gdzie odezwał się szeptem, jakby ktoś ich mógł podsłuchać:

– Musimy postanowić, co zrobić z Józią…? Czuję, że ten oficer jest niebezpieczny jak jadowity wąż…Zresztą nazywa się Wilhelm von Otter…

– Może wyposażmy ją w nieco pieniędzy i wyślijmy do mojej rodziny do Liszkowa, wciąż mam tam ciocię i dwóch wujków…– powiedziała Franciszka.

– Nie wiadomo, jak ona to potraktuje, tutaj jest cały jej świat, kościół na Szwederowie, do którego chodzi, jej najbliższa koleżanka Marta, no i uwielbiany przez nią pan Abraham, któremu nosi jedzenie i picie…– odrzekł mąż.

– Teraz on będzie największym zagrożeniem dla niej… i dla nas. Okno z pokoju tego gestapowca wychodzi przecież na podwórze i szopę Izaaka – lamentowała kobieta – Mówiłam ci, że ta twoja bliska znajomość z tym Niemcem z Ogrodowej sprowadzi na nas jakieś nieszczęście…

– Za Johanna ręczę własnym słowem, a nawet życiem – powiedział mąż –poznałem go dobrze… wiesz o tym. To szlachetny idealista, rozkochany w filozofii Schopenhauera i muzyce Bacha… Stawiałbym tu raczej na Spatzową, której nie podobały się nasze spotkania szachowe, a jak jeszcze przychodził Izaak, kipiała wręcz ze złości i zamykała się w kuchni… Johann objechał ją kiedyś przy nas i zobaczyłem wtedy w jej oczach taką samą nienawiść jak w ślepiach Hitlera. Na pewno tego nie zapomniała i tylko czekała na dogodną sposobność, by odwdzięczyć się nam sowicie…

– Może masz rację – zgodziła się – podobno zafascynowała się książką Mein Kampf i ten jej Willi wbijał ją w dumę… Jej sąsiadka powiedziała mi, że zmieniła się i zhardziała, gdy pojawił się w ich domu ten chłystek…

– Ci…cho… uważaj kochanie, co teraz mówisz, w okupowanych krajach ściany mają uszy…– syknął Wincenty, po czym położył jej delikatnie prawą dłoń na ustach, starł łzy z obu policzków i przytulił, mocno przyciskając do siebie.

Po chwili usłyszeli trzask drzwi na dole kamienicy i charakterystyczne szuranie butów na schodach. Od razu domyślili się, że to Józia wraca do domu, więc Franciszka pomknęła do przedpokoju, by jej otworzyć. Wincenty stanął przy skręcie do dużego pokoju i ręce oparł na biodrach, by nie było widać, że lekko mu drżą. Matka zrelacjonowała w skrócie to, co się wydarzyło i odwracając się do męża, zakończyła niespodziewaną dla dziewczyny pointą:

– Postanowiliśmy z tatą, że jeszcze dzisiaj spakujesz się i nasz kolega odwiezie cię do Liszkowa, do cioci Poli. Tam przeczekasz ten straszny czas i pomożesz trochę w gospodarstwie jej i wujka Jana … Tyle razy prosili mnie byś ich odwiedziła, to ucieszą się z twojego przyjazdu…

Łzy jak grochy pociekły po policzkach Józi i rzuciła się w ramiona matki, która przycisnęła jej głowę do swoich piersi. Poczekała aż spazm córki ustanie i dopiero wtedy odsunęła ją lekko od siebie i powiedziała:

– Robimy to dla twojego dobra… bo bardzo boimy się o ciebie. Musisz to zrozumieć…

Józia wyjęła chusteczkę z kieszeni w sukni i otarła nią łzy, po czym wyprostowała się, zaczerpnęła głęboko powietrze i powiedziała zdecydowanie:

– Nigdzie nie pojadę… jak mogliście przypuszczać, że w takiej sytuacji zostawię was samych…? Muszę też pomagać kochanemu panu Izaakowi, by nie umarł z zimna i głodu. Nie boję się niczego, bo czuję opiekę Pana Boga…

– Dziecko, zło jest bezlitosne w tych strasznych czasach… – próbował przekonać ją Wincenty.

Dziewczyna zdjęła płaszczyk, powiesiła go na haku przy drzwiach, po czym podeszła do ojca i patrząc mu w oczy szepnęła:            

– Wciąż noszę w sobie słowa, które nie raz przywoływałeś… Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę…

LEKTURA

Jakim wspaniałym darem dla ludzkiego życia jest lektura kolejnych książek i możliwość powrotu do niegdyś przeczytanych dzieł. Każdy człowiek ma określoną liczbę takich spotkań i od nas tylko zależy ile ich będzie – sto, pięćset, tysiąc albo kilka tysięcy. Rekordziści zapewne przekroczą liczbę kilkunastu tysięcy, choć wszystko zweryfikuje czas i możliwości biologiczne naszych organizmów. Jakby jednak nie było każde takie przeglądanie się w cudzych tekstach, każde studiowanie czyichś dziejów, śledzenie zwrotów fabularnych i zapoznawanie się z intrygującymi osobowościami, będzie darem od losu, który mogą docenić tylko ci, którym lektury nagle odebrano. A dzieje się tak wciąż, jak świat światem, gdy nagła choroba, albo realna bliskość śmierci, zmieniają życiowe priorytety i motoryka codziennych działań maleje. Takie refleksje przychodzą mi do głowy, gdy odnawiam moją znajomość z Faraonem Bolesława Prusa – powieścią, którą przeczytałem w młodym wieku, a potem zgubiłem całkowicie w wirze lat. Wcześniejsza lektura była emocjonalna, rozpoznawcza i zapewne nacechowana młodzieńczym zarozumialstwem, może też trochę niepewnością i lękiem, czy zdołam poskładać w całość wszystkie zawiłe wątki tej rozbudowanej partytury pisarskiej. Teraz czytając kolejne części i rozdziały powieści z czasów Ramzesa XII i jego syna, rozkoszuję się wiedzą i talentem pisarskim jednego z naszych największych pisarzy. Widzę też konieczność powrotu do innych jego ważkich dzieł, ze szczególnym uwzględnieniem nowel. Dodatkowo ważne jest też podglądanie mistrza w sytuacji, gdy pojawił się w moich myślach pomysł na nową książkę, umiejscowioną w starożytnym Egipcie i we współczesności. Czas pokaże, co z tego wyniknie…          

NOWE PTAKI WONGA SIFU

Warto zacząć nowy rok i wpisy na moim blogu od nowych zdjęć chińskich ptaków arcymistrza fotografii ornitologicznej Wonga Sifu. Mistrzu prosimy o więcej takich wspaniałych portretów – tak ukazuje pan piękno naszego świata…

2022

Zaczyna się nowy rok kalendarzowy i nasza planeta inicjuje kolejny obieg wokół eksplodującego od pięciu miliardów lat Słońca. Pierwsze dwa miesiące zimowe miną bardzo szybko i w przyrodzie zaczną się zmiany, określane jako wiosna. Ptaki europejskie wrócą na północ z Afryki i krajów arabskich, chińscy mieszkańcy przestworzy opuszczą Azję Południową i zakołują nad Pekinem i Harbinem, a skrzydlaki północnoamerykańskie napłyną wielkimi chmurami nad Zatokę Meksykańską, odnajdą swoje miejsca lęgowe na Florydzie, w Kalifornii i nad wielkimi jeziorami. Zamarznięta skorupa ziemska odtaje, lody zaczną zamieniać się w przeźroczystą ciecz i łososie podejmą kolejną wyprawę, by przedłużyć gatunek, a potem przepaść w paszczach niedźwiedzi, dziobach orłów, albo na dnie strumieni. Ruch Ziemi wokół naszej gwiazdy jest znakiem przemijania, czasowym wahadłem, które odmierzając kolejne przedziały chronologiczne, kosi ludzkie roczniki i całe generacje. Nie ma od tego ucieczki, tak jak nie można zatrzymać procesów astronomicznych, jak nie da się zawrócić rzek w ich biegu lub zapobiec wybuchowi wulkanów. Życie na ziemi, tak młode i tak przepełnione tragediami i uzurpacjami kolejnych psychopatów u sterów władzy, rozgrywa się w perspektywie wielkich przemian dokonujących się w obrębie Układu Słonecznego. Z Pasa Kuipera i Obłoku Oorta mkną ku nam asteroidy i komety, gazowe olbrzymy trwają w swoim majestacie, okrążane przez liczne księżyce i tylko na błękitnej planecie krzewi się życie, eksploduje każdego roku od nowa i potwierdza ciągłość odwiecznej metamorfozy. Ludzie wpisują się swoimi losami w te cykle, zapominając o podróży jaką odbywają w ciągu życia wokół słońca i locie całej galaktyki w stronę mgławicy Andromedy. Ileż było jednostkowych biografii, wpisanych w przepaście tysiącleci, iluż ludzi żyło i umierało nie zdając sobie sprawy z kosmologicznych kontekstów istnienia. Jakże tragiczne jest owo ludzkie skupianie się na doraźności i walka o zapewnienie sobie godnych warunków do życia, nieustanne dostarczanie organizmom bogatych w cukier pokarmów i chronienie ich przed zimnem, wiatrem i deszczem. Nikomu tego nie oszczędzono, a tylko wciąż zmieniały się dekoracje, ludzie rodzili się i umierali, zawłaszczali ledwie skrawek historii i znikali jak lotne opary nad górami. W kontekście przemijalności wszystkich i wszystkiego jakiekolwiek utrwalenie czegokolwiek ma ogromną wartość i wpisuje się w ciąg zadań niemożliwych. Ludzkość stworzyła kulturę, chlubi się z osiągnięć swoich cywilizacji, ale przecież za pięć miliardów lat Ziemia przestanie istnieć i nawet jeśli wtedy będzie jeszcze jakaś ludzkość, stanie przed koniecznością wyboru, co zabrać ku nowej kosmicznej lokalizacji. O ile uda się spakować do rakiet obrazy Jana van Eycka i Leonarda da Vinci, o ile zmieszczą się w niej rzeźby Donatella i Michała Anioła, może nawet jakieś wielkie artefakty historyczne, o tyle pozostaną na ziemi piramidy egipskie, grobowce cesarzy chińskich i wielkie miasta dwudziestego wieku, rozbudowane sieci komunikacyjne i oceany. I ostatnie myśli tych, którzy zostaną na niej do końca…                     

ZŁY DUCH (8)

Powoli uniosłem pierwsze pudełko, całkowicie już opróżnione i przez to lekkie, łatwo dające się przesuwać na stole. W drugiej części, na samym wierzchu była biała, jedwabna chusteczka, pokryta kolorowymi haftami. Uniosłem ją lekko ku górze i aż zachłysnąłem się z rozkoszy, gdy ujrzałem dwa sznury grubych pereł, złotą bransoletkę, wysadzaną turkusami i naszyjnik z kolorowych kryształów. Najpierw sięgnąłem po perły i zacząłem je układać na stole, coraz to zmieniając układ dwóch białych i lśniących żmijek. Wyobraziłem sobie, że jestem wielkim czarownikiem i wydaję tajemne rozkazy poddanym gadom, gotowym wykonać każde moje polecenie.

– Widzisz jakie babcia zgromadziła skarby… – odezwała się Marta i po chwili dodała – Każda z tych ozdób ma swoją historię…Perły dostałam od  bogatego Żyda Samuela, który się we mnie zakochał, a bransoletka to prezent od przystojnego Hansa z Wermachtu…Może twojego dziadka…

Podniosłem ku górze sznur pereł i zacząłem go przeglądać kulka po kulce, jakbym chciał z nich wyczytać w jakich zdarzeniach uczestniczyły. Niestety żadne obrazy nie pojawiały się, a tylko ruchliwe błyski ożywiały martwe twory, niegdyś wydobyte z perłopławów i przysposobione przez jubilera by znaleźć się na szyi pięknej kobiety. Babcia w młodym wieku urodziła moją mamę, a ta także zaszła w ciążę bardzo szybko, bodaj w wieku siedemnastu lat. Teraz babcia miała zaledwie czterdzieści jeden lat i wciąż była piękną kobietą, zgrabną, zadbaną i codziennie stylowo uczesaną. Moja uwaga skierowała się teraz ku dwóm pożółkłym papierkom, na których były jakieś literki i pieczątki. Wyjąłem je z pudełka i uniosłem ku górze, jakbym chciał sprawdzić pod światło, czy mają znak wodny. Babcia przejęła je ode mnie, rzuciła okiem i powiedziała:

– To jest akt mojego urodzenia i zaświadczenie, że zostałam ochrzczona… A ten drugi papierek, to życiorys, który napisałam własnoręcznie… Nie pamiętam już po co…

Musiałem być bardzo zaciekawiony i pewnie otworzyłem buzię, albo szeroko rozwarłem oczy. Marta to zauważyła i zaczęła czytać:  

– Urodziła się 18 marca 1922 roku w Konarach – powiat Inowrocław. We wsi tej została ochrzczona 19 marca tegoż roku w kościele parafialnym pod wezwaniem św. Michała Archanioła.Ojcem chrzestnym był zamieszkały w Liszkowie Władysław Górniak, a matką chrzestną także zamieszkała w tejże wsi Rozalia Ratka. Ojciec – Wincenty – był robotnikiem, a matka – Sara zajmowała się domem i wychowywaniem dzieci. Mieli pięć córek: Jankę, Stefanię, Helenę, Marię i Józefę,  czyli mnie, a do tego spłodzili jeszcze dwóch synów – Janka  i Stanisława. Pierwszy mąż mojej mamy zamarzł na mrozie po pijanemu i jego brat ożenił się z twoją prababcią, płodząc te wszystkie bachory…

Niewiele rozumiałem z tej dziwnej przemowy, więc zainteresowałem się złotą bransoletką, gładząc z lubością turkusy i wyobrażając sobie, że inna, kolorowa żmija pojawiła się przy gadach z pereł. Zacząłem je ze sobą zderzać, jakby zaczęły toczyć ze sobą walkę. Babci widać mało było czytania, bo zamieszała drewnianą łyżką w garnku i ciągnęła dalej, tym razem z papierka z życiorysem:

 – Mieszkałam z mamą i tatą przy ulicy Strzeleckiej 4, a pierwszą komunię świętą przyjęłam w dniu 15 maja 1932 roku w kościele pod wezwaniem matki Boskiej Nieustającej Pomocy na Szwederowie.  Do dziś pamiętam jaka byłam wzruszona, gdy zbliżył się do mnie ksiądz Lech Mnichowski i opłatek z ciałem Jezusa znalazł się w moich ustach. Uczęszczałam przez pięć lat do szkoły podstawowej przy ulicy Dąbrowskiego, a ostatnie dwa lata – przy Nowodworskiej. Przed wojną i w czasie okupacji pracowałam w firmie „Lukulus”, produkującej czekoladę, a następnie w jednostce wojskowej przy ulicy Szubińskiej . Po wojnie zatrudniłam się  w szpitalu garnizonowym i wodociągach miejskich w Opławcu…

Słuchałem słów babci, ale myślami byłem już gdzie indziej, słysząc w sobie jakiś tęskny śpiew. W moich myślach, a może już we śnie, pojawiła się wielka rzeka i jakaś samotna łódź płynąca w dal. Na brzegu, w oknie klasztoru stała mniszka i patrzyła na białe ptaki unoszące się nad wodą. Nagle uniosła prawą dłoń i pobłogosławiła świat, jednocześnie prawą dłoń unosząc do czoła i lekko marszcząc brwi, jakby poczuła przejmujący ból. Zanim odwróciła się od okna śpiewnie szepnęła:

– Benedicat vos omnipotens Deus, Pater, et Filius, et Spiritus Sanctus…

SKOK CZERWONEGO SMOKA (4)

Znowu jestem w hotelu i z okna na końcu korytarza patrzę na Nankin, a moja uwagę przykuwa szczególnie kolejne podwórko z innej epoki. To są tyły domów wybudowanych w czasach komunistycznych, upakowanych jeden obok drugiego, szarych i nijakich, jakby z powieści i opowiadań Franza Kafki. Przerażająca rozpacz bije z tego miejsca, w którym nie ma miejsca dla ludzi, dla ich życia i rozwoju. Później wiele razy będę widział w Chinach takie skomasowanie domów i uliczek, brudnych podwórek i zagraconych śmietników. Jakże przerażające jest to, że w takich anty-przestrzeniach rodziły się miliony ludzi i ich życia toczyło się potem wokół nich, a jedyną odmianą była poranna wyprawa do fabryki i powrót o zmierzchu. Na wyciągnięcie ręki są dwa dachy z blachy falistej i metalowych dachówek, jeden brązowy, a drugi rdzawy. Pod jednym z nich widać trochę domu, z oknem kuchennym, za którym zauważam nieco starych mebli, małą kuchenkę na prąd i jakąś starą emaliowaną miskę. Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że brakuje tam bieżącej wody, którą jacyś pracowici ludzie przynoszą wiadrami z ulicznych pomp. Gdy wybuchała moja świadomość i biegałem jako malec po mojej bydgoskiej ulicy, widywałem często ludzi noszących ciężkie wiadra z wodą, napełniane przy pompach. W Chinach w wielu miejscach taka rzeczywistość zatrzymała się w miejscu, ale przecież po drugiej stronie są owe wykwintne apartamentowce, w których elita władzy i finansjera żyje nie gorzej niż w Europie, Australii czy Ameryce Północnej. Widać, że ta przestrzeń nie była remontowana przez wiele lat, a renowacje i udogodnienia przeprowadzano bez troski o elewację i ogólny kształt domów. Stąd tyle tutaj kabli, byle jak zamontowanych rynien, przewodów elektrycznych biegnących do skrzynek zaokiennych klimatyzatorów. Szyby w oknach są brudne i ledwie widać za nimi jakąś czarną przestrzeń, najczęściej przerażająco pustą, z matami do spania na podłogach. Chińczycy rzadko gotują posiłki w domach, bo najczęściej jedzą w niewielkich restauracyjkach, albo przynoszą gotowe dania do swoich mieszkań. Jedno z okien jest wybite, ale zamiast wstawić kosztowną szybę, zakryto je turkusową tekturą, co nie dziwi, bo Nankin jest raczej ciepłym miastem, w którym na porządku dziennym są upały, a temperatura bardzo rzadko spada poniżej zera. Najcieplejszym miesiącem jest lipiec, a najzimniejszym styczeń, choć bliskość Morza Wschodniochińskiego i w dalszym tle Oceanu Spokojnego generuje różne anomalie pogodowe. Szczególnie mgły są tutaj fascynujące, obserwowane z mostu nankińskiego albo przy jednym z dopływów potężnej Jangcy, chociaż i deszcze mają swój urok i zdarzało się, że stawałem na jakiejś ulicy, długo przyglądając się zmieniającej się rzeczywistości, z pokracznymi platanami ulicznymi i ludźmi umykającymi przed ulewą.

Fotografowanie ludzi w Chinach to jedno z moich ulubionych zajęć, związanych z obserwacjami w wielu miejscach. Teraz, patrząc na oba podwórka przy hotelu, przypominam sobie ludzi widzianych nieopodal niego i moje myśli biegną najpierw do łysego ślepca, siedzącego na rozkładanym krzesełku i grającego na miniaturowym èrhú. Jego dwustrunowy instrument wydawał tak żałosne dźwięki, jakby miał odzwierciedlić ogrom tragedii tego starego człowieka, który może urodził się z tą straszliwą niedogodnością, albo stracił wzrok w jakichś dramatycznych okolicznościach. Lewą dłoń oparł na gryfie i dociskał struny, a w prawej trzymał smyczek, którym wydobywał właściwe tony. Stałem jak zauroczony i wyobrażałem sobie kim mógł być ten niepozorny mężczyzna o urodzie japońskiego samuraja, będący wirtuozem èrhú. Przed nim leżał odrapany futerał w formie długiego prostopadłościanu, noszący ślady co najmniej trzech malowań olejną farbą, białą, brązową i błękitną. Na futerale stała duża puszka z napisem Kanbro, zapewne po ciasteczkach z orzeszkami ziemnymi, do której życzliwi ludzie wrzucają jakieś monety, rzadziej banknoty. Moja darowizna w wysokości dwudziestu yuanów zapewniła muzykowi dobry obiad, choć może miewał w swoim życiu szczęśliwe dni, gdy uzbierał znacznie więcej pieniędzy. Jego skromna, elastyczna koszulka i krótkie, zdezelowane spodnie wskazują, iż nie należy do zbyt zamożnych nankińczyków, choć z drugiej strony, może to być rodzaj jego ubrania roboczego, uzupełnionego jeszcze przez tanie, plastikowe laczki. Jakkolwiek by nie było muzyka wydostająca się z jego instrumentu chwyta za serce i przenosi w wyobraźni ku magicznym Chinom, pełnym cudownych górskich zakątków, wijących się między nimi rzek, srebrzyście połyskujących jezior i morskich wybrzeży. Starzec musi siadać w tym miejscu codziennie i grać bez ustanku, na co wskazuje niewielka płachetka cielęcej skóry ułożona na lewym udzie i chroniąca je przed odciśnięciami. Patrzę na tego człowieka, robię mu zdjęcie i staram się przeniknąć materię jego losu, jakże tragicznego i pięknego w kontekście muzyki, z którą stale obcuje. Beethoven powiedział kiedyś, że muzyka jest większym odkryciem niż cała mądrość i filozofia i teraz, gdy tak opromieniła mnie sztuka tego niewielkiego człowieka, znalazłem potwierdzenie tych słów.

Odchodzę od starca, przyglądam się mijającym mnie taksówkom, autobusom i bum bumom i po przejściu dwustu metrów przystaję nieopodal ławki, na której śpi w najlepsze mężczyzna w średnim wieku Ma na sobie schludnie wyglądające spodnie z licznymi kieszeniami zewnętrznymi i niebieską, elastyczną koszulkę. Głowę oparł na szarej siatce z zakupami lub całym jego dobytkiem, ale najbardziej interesująca jest gazeta, którą przyciska rękoma do brzucha i boku. Zastanawiam się, czy jest to jego dziwaczne okrycie, czy też może czytał ją zanim zasnął i tak już zostało. Nie ulega wszakże wątpliwości, że śpi spokojnie, a poruszające się pod powiekami gałki oczne wskazują na to, że właśnie śni w najlepsze. Patrzę na niego i myślę o tym, że przesypiamy co najmniej połowę życia, tkwiąc w dobrowolnych letargach i przemierzając w nich surrealne przestrzenie. Sfotografuję w Chinach wielu śpiących ludzi, a o jednym z nich napiszę nawet wiersz pt. Dowódca, fantazjując o jego śnie w pekińskim metrze.

Młody mężczyzna śpi w wagonie kolei

podziemnej w Pekinie – nie widzi

wsiadających i wysiadających ludzi

nie wie że ktoś zrobił mu zdjęcie

i kiedyś napisze o nim wiersz

ale przecież najważniejsze pytanie

zadaje mu we śnie jego ojciec

zamęczony przez hunwejbinów

ale przecież opowieść o godności

snuje we śnie jego zagłodzona

matka

śpi spokojnie na ławce choć wojska

Mao i Czang Kaj-szeka ścierają się

bezlitośnie

może we śnie dowodzi oddziałem

może wygłasza mowę nad grobem

towarzysza

może wchodzi do podziemnych galerii

grobowca pierwszego cesarza

młody mężczyzna śpiący twardo

w wagonie chińskiej kolei

podziemnej 

Pekin 2015

Trudno powiedzieć o czym śnił mężczyzna na ławce w Nankinie, tym bardziej, że trudno mi było jednoznacznie zaklasyfikować jego wygląd. Był czysty i miarę porządnie ubrany, miał schludnie obcięte włosy, więc może przysnął po powrocie z nocnej zmiany w fabryce lub na budowie, a może był kierowcą autobusu i sen dopadł go w drodze do domu, gdy przeglądał codzienną gazetę na ławce. Śpi przy ruchliwej ulicy i nie zwraca uwagi na mijających go ludzi, na pojawiające się w jego tle rowery i skutery, parkowane przy ścianie dużego budynku. Śpi z ufnością, że nie spotka go nic złego w tym miejscu, złodziej nie pojawi się, a policjanci nie odprowadzą go do aresztu. Nie wygląda na żebraka, miejskiego włóczęgę, a nawet jeśli wstąpił na jakąś wątpliwą ścieżkę, to zapewne znajdzie swoją drogę w życiu – tacy jak on potrafią sobie poradzić i nawet w najtrudniejszych momentach wypływają na powierzchnię życia.

Opuszczam śpiącego i wędruję dalej ulicami Nankinu, a za rogiem dużego domu handlowego nieomal wchodzę na uliczne łoże kolejnego „śpiocha”, bez żenady leżącego na środku chodniku. Ten człowiek bliższy jest wyobrażeniom polskiego lub europejskiego menela, a unoszący się wokół niego nieprzyjemny zapach sytuuje go poza nawiasem chińskiego społeczeństwa. Leży na dużej plastikowej macie w żółtym kolorze i zajmuje jego prawą część, jakby za chwilę miała przyjść jeszcze druga osoba, która położy się obok niego. I tutaj stoi duża puszka na pieniądze, a przy niej rozłożono kartki z informacjami, które odczytała mi z fotografii moja przyjaciółka Zhao. Okazało się, że to była jednak kobieta, bardzo chora i przyniesiona na ulicę przez męża, który umieścił na kartce takie oto informacje: Nazywam się Wang Q. i mieszkam niedaleko Huaibei. Moja żona leży tutaj, bo ma guza macicy, a dodatkowo martwicę naczyń krwionośnych w kończynach dolnych.Jeśli jej nie wyleczę, istnieje ryzyko amputacji. Do tego wszystkiego w mózgu mojej matki są robaki.Pragnę leczyć moją żonę i matkę i błagam życzliwych ludzi, by pomogli mi przejść przez te trudności.Będę wdzięczny za wszelkiego rodzaju pomoc. Dziękuję! Dobre intencje są nagradzane, a dobrzy ludzie są bezpieczni w swoim życiu!Siwe włosy wskazywały na to, że miałem do czynienia z kobietą w podeszłym wieku, a brudna, biała szmata, którą została okryta, określała jej przynależność społeczną. Początkowo trudno mi buło zorientować się czy mam do czynienia z kobietą, czy mężczyzną, bo wełniana opaska zakrywała jej oczy i znaczną część twarzy. Kim by jednak nie była ta osoba, nie przyciągała uwagi przechodniów, bezwolnie ją mijających i podążających ku swoim sprawom. Co działo się w głowie tego kogoś, leżącego pośród nankińskiej ulicy, mającego za nic ruch pojazdów i mijających go ludzi? Podszedłem do puszki i też wrzuciłem dwadzieścia yuanów, choć miałem chęć cisnąć do niej czerwoną setkę. Nie chciało mi się wierzyć, że widoczni nieopodal policjanci nie zgarniali z ulicy tej biedaczki, tak demonstracyjnie tamującej ruch pieszych na chodniku. Jeden z chińskich przyjaciół powiedział mi, że czasami tacy żebracy mają układ z policjantami i dzielą się z nimi codziennym urobkiem, który bywa dość duży. Postałem jeszcze chwilę, zamyśliłem się nad drogami ludzkich przeznaczeń i na koniec zastanowiłem się, czy owa żebraczka może tak leżeć cały dzień? Przecież pojawiłyby się u niej odleżyny i nuda kazałaby jej wstać choćby dla rozprostowania kości. Z drugiej strony – czego ludzie nie robią dla pieniędzy, jakich cudów nie dokonują, by zdobyć upragnione monety i banknoty? Żebracy na ulicach nie są osobliwością nankińską, bo przecież widywałem ich w wielu miastach, w mniejszych ośrodkach, a nawet w górach, w małych społecznościach narodowych. Tutaj sprawę wyjaśniło odczytanie tekstu umieszczonego na kartce, ale Zhao była sceptyczna i kręciła powątpiewająco głową. Ja też byłem zaskoczony i zastanawiałem się, czy miałem do czynienia ze skrajnym poświęceniem i miłością synowską, czy też może z cynicznym żebractwem, żerującym na uczuciach ludzkich.

Ociągając się trochę, ruszyłem dalej ulicą i natknąłem się na przystojnego młodzieńca w granatowej koszulce, z angielską reklamą stylowych podróży i pomarańczową torbą z prawej strony. Chłopak szedł swobodnie, tuż przy parkingu dla setek rowerów i skuterów elektrycznych. Ręce oparł na kieszeniach długich dżinsów i wyraźnie zamyślił się nad czymś, kompletnie nie zwracając uwagi na to, że go fotografowałem. To był dość mglisty dzień i w dali widać było ledwie zarysy wieżowca ze strzelistą iglicą, ale w bliższym planie rysowały się wyraziście wysokie, nowoczesne budynki. Za przejściem dla pieszych zauważyłem też orientalne kształty dawnej cesarskiej fabryki brokatu, jedynie poszerzonej nowymi sześcianami dobudówek. Spokój młodzieńca dobrze współgrał z zatrzymanymi autami i ludźmi przechodzącymi na pasach dwie wstęgi ulicy. Stałem na chodniku i kontemplowałem rozległość Nankinu, jego liczne place i puste przestrzenie po wyburzeniach, jakby specjalnie przygotowane do nowej zabudowy. Po chwili dołączyli do mnie chińscy przyjaciele z Jalalem z Maroka, poetką z Francji i ruszyliśmy pieszo w stronę największej księgarni w mieście, w której miało mieć miejsce nasze czytanie wierszy. Nawet w Chinach nazywa się to już z amerykańska poetry reading i ciekaw byłem jakie będzie zainteresowanie tego rodzaju przekazem. Pamiętałem z wyprawy do Nowego Jorku w roku 2000, opowieść wielkiego poety amerykańskiego Geralda Sterna, który relacjonował mi jego spotkania z publicznością w różnych miejscach USA. Musiano na nie rozbijać specjalne namioty cyrkowe, tak wielu było chętnych, choć bilety wcale nie były tanie. Czasem też organizowano mu poetry reading na stadionach i w wielkich salach, przeznaczonych do spotkań wyborczych, albo imprez sportowych. Okazało się, że publiczność chińska też jest spragniona żywego słowa, bo lekko licząc w największej sali księgarni Librairie Avant-Garde (Księgarni Awangardowej) zasiadło trzysta osób. Moja przyjaciółka przestrzegała mnie, że Chińczycy oczekują przede wszystkim poezji z trudnymi europejskimi metaforami, które pragną dekomponować w czasie dyskusji po spotkaniu. Jakoś nie mogłem w to uwierzyć i czytanie zacząłem od dopiero co napisanego wiersza pt. Chińska dziewczynka:        

Jaka jesteś krucha jaka wiotka jaka zagubiona

gdy patrzysz na mnie w kolei podziemnej

w Nankinie

gdyby ludzie ciągle się nie zabijali i razem

budowali świat szybko doleciałabyś

do dalekich gwiazd

każdy mógłby tam być gubernatorem 

księciem królem jakiejś

dali

dorosłabyś i zostałabyś księżną konstelacji

pacyficznej błyskającego na szafirze nieba

gwiazdozbioru wschodniego

A tak życie będziesz

miała ciężkie –

urodzisz syna i córkę całe dnie pracować

będziesz w składzie jedwabnym fabryce

porcelany albo w hotelu

na razie jeszcze należysz do ludzkości mknącej

do przodu dojrzewającej jak owoc liczi

jak pitaja jak rambutan

ale zwiędła przyszłość czeka już na ciebie

na ostatniej stacji 

życia

Nankin 2015

Choć prowadząca spotkanie Zhao lekko się skrzywiła, rozległy się gromkie oklaski i uśmiechy pojawiły się na twarzach wielu młodych ludzi. Skonsternowany nieco, zapytałem publiczność jakie wiersze mam czytać i usłyszałem, że ciekawie będzie posłuchać jak widzę Chiny i jakie refleksje generują one w umyśle Europejczyka. Na szczęście Zhao przetłumaczyła sporo moich wierszy na chiński, więc mogłem czytać po polsku, wzbudzając niezwykłe zainteresowanie naszym językiem, a Zhao natychmiast prezentowała wersję w mowie Kraju Środka.

Przed Poetry Reading w Nankinie. Od lewej prof. Huang Fan, Mr. Liu, autor wspomnień i marokański poeta Jalal Al-Hakmoui

KSIĄŻKI NAJWAŻNIEJSZE (XVIII)

Powieść  Milana Kundery pt. Nieznośna lekkość bytu zmieniała się w przestrzeniach odbioru w ciągu ostatnich lat. W czasach komunizmu była przede wszystkim wyrazistym manifestem niezgody na sowiecką interwencję w Czechosłowacji i krytyką systemu socjalistycznego, nieustannie inwigilującego obywateli. Czytanie o tych sprawach w dobie komunizmu i w państwie satelickim największej katowni świata, było jak jedzenie zakazanego owocu. Wyciągano zatem z utworu te fragmenty, w których pisarz podsumowywał bez kamuflażu wynaturzenia systemowe i ganił władze za jej uległość i wasalską służalczość. Niestety ta warstwa powieści Kundery z biegiem lat zaczęła się rozmywać, gdy młodsze pokolenia Czechów coraz mniej interesowały się polityczną przeszłością kraju. Wejście do polityki Vaclava Havla i jakby zinstytucjonalizowanie protestów z 1968 roku, spowodowało też obniżenie diapazonu patriotycznych kwestii poruszanych przez pisarza. To, co było siłą tej rozbudowanej prozy w drugiej połowie dwudziestego wieku, po latach okazało się jej słabością. Podobnie stało się w przypadku wielu utworów prozaików bloku wschodniego, nawet jeśli udawali się na emigrację i tam tworzyli teksty krytykujące komunizm. Starczy przywołać Dziennik Witolda Gombrowicza, w którym tego rodzaju krytyka była okrasą kolejnych tomów, ale z czasem zupełnie straciła na wartości. Doraźność w powieści Kundery broni jej przemyślna konstrukcja, w wielu miejscach zaskakująca czytelnika i pozwalająca wierzyć, że mamy do czynienia z udanym odwzorowaniem złożoności świata. Gorzej jest z oddaniem skomplikowania procesów politycznych państwa komunistycznego i czeskiego pisarza na głowę w tym względzie biją klasycy gatunku, na czele z Aleksandrem Sołżenicynem. Jeśli Czesław Miłosz ukazuje w Zniewolonym umyśle opętanie ideologią i brak samokontroli artystycznej poszczególnych bohaterów, o tyle Kundera ledwie muska te kwestie, czyni z nich ozdobnik dla opisów związków międzyludzkich i napięć powstających pomiędzy mężczyzna i kobietą.

Obaj główni bohaterowie męscy, a więc Tomasz i Franz, uwikłani są w wiele związków z kobietami i to jakby rekompensuje im kłopoty życia w socjalistycznym państwie, spychając na plan dalszy chęć manifestowania niezgody na dyktat Związku Radzieckiego czy interwencję państw Układu Warszawskiego. Obaj mają stałe partnerki, ale nie potrafią zrezygnować z przygód z innymi kobietami, które są dla nich jak woda zapomnienia i alibi w sytuacjach, w których oczekuje się od nich zdecydowanych deklaracji politycznych. Nie zgadzają się na wynaturzenia systemowe w swoim państwie, ale też nie potrafią wejść na szlak walki z komunizmem, znajdując ukojenie w ramionach coraz to innych kochanek. Obaj zrozumieli, że wszystko w świecie powtarza się periodycznie i w perspektywie mitu wiecznego powrotu, nie ma sensu jakikolwiek bunt przeciwko doraźnym rozstrzygnięciom. Kundera akcentuje to na samym początku powieści, nawiązując do poglądów Nietzschego:  Mit wiecznego powrotu mówi per negationem, że życie, które znika raz na zawsze i już nigdy nie wróci, podobne jest do cienia, nie ma żadnego ciężaru, jest martwe już w momencie narodzenia i jeśli nawet było piękne, straszne, wzniosłe, to jego piękno, rozpacz i wzniosłość nie mają żadnego znaczenia. Nie musimy przyjmować go do wiadomości, podobnie jak nie przyjmujemy do wiadomości wojny między dwoma państwami afrykańskimi w czternastym wieku, która w niczym nie zmieniła oblicza świata, mimo że zginęło w niej w niewypowiedzianych męczarniach trzysta tysięcy Murzynów. To wskazanie autora jest bardzo ważne, bo jakby powiększa i przesuwa skalę odbioru powieści i na plan pierwszy wydobywa absurdalność przemijalnego świata. Gdy człowiek to sobie uświadomi, szuka czegoś, co mogłoby zrekompensować mu tę gorycz i najprostszym rozwiązaniem jest wejście w interakcje z innymi istotami, obdarzanie siebie chwilowym ciepłem i radość z ułamkowego spełnienia. Zaspokojenie żądz cielesnych jest jak głębszy oddech, ale też staje się rodzajem uzależniającego narkotyku, środka przeciwbólowego, aplikowanego w nadmiarze. Tacy są mężczyźni w powieści Kundery, ale ich kobiety też prowadzą skomplikowaną grę, w którą wciągają partnerów. Spotkania nagich ciał i ich intensywność oddalają poczucie przegrania i czynią jakikolwiek bunt absurdalnym. Wszystko wszakże anihiluje wszechwładna powtarzalność doświadczeń i zawsze ostateczna śmierć:  Przyjmijmy więc – konstatuje Kundera – że idea wiecznego powrotu oznacza specyficzną perspektywę, z której sprawy wyglądają zupełnie inaczej, niż je widzimy normalnie: brak im okoliczności łagodzącej, jaką stanowi przemijalność. Ta okoliczność łagodząca uniemożliwia nam ferowanie jakichkolwiek wyroków. Jak można potępić coś, co przemija? Zorza śmierci opromienia wszystko czarem nostalgii – również gilotynę. Ta śmierć pojawi się też w biografiach głównych bohaterów, Teresy i Tomasza, Sabiny i Franza, choć będzie miała różne formy, od drastyczności wypadku samochodowego, po powolne rozmycie wszystkiego w ułudzie lekkości.

Biografie głównych bohaterów i ich próby zrozumienia świata w kolejnych jego odsłonach podążają nieuchronnie w stronę absurdu istnienia. Ma on tutaj swoje liczne określenia, z których najwyrazistsze stało się tytułem powieści:  Ale co właściwie stało się Sabinie? Nic. Porzuciła mężczyznę, ponieważ chciała go porzucić. Czy prześladował ją później? Czy mścił się na niej? Nie. Jej dramat nie był dramatem ciężaru, ale lekkości. To, co spadło na Sabinę, to nie był ciężar, ale nieznośna lekkość bytu. Kundera wyrokuje, że lekkość może być takim samym przekleństwem jak udręka i cierpienie, bo prowadzi do tych samych rozstrzygnięć egzystencjalnych. Istniejemy, wykonujemy jakieś czynności, potrafimy się fascynować innymi osobami, uprawiamy z nimi seks i cieszymy się z chwilowej bliskości, a potem wszystko i tak trafia szlag. Jedni nazwą to nieznośną lekkością bytu, inni uznają za tragedię, ale przecież w każdym przypadku koniec będzie taki sam, a utwierdzone pojęcia, takie jak miłość, przyjaźń, przywiązanie, zaczną pękać i kruszeć, rozmywać się w obliczu kolejnych metafor istnienia. Człowiek musi je tworzyć, broniąc się przed absurdem istnienia, tak jak musi szukać głębi ontycznych, nawet jeśli będą one sztucznymi tworami. Pomocna może też być poezja, bo przecież: Miłość zaczyna się od metafory. Inaczej mówiąc: miłość zaczyna się w chwili, kiedy kobieta wpisze się swym pierwszym słowem do naszej pamięci poetyckiej. Można by to sparafrazować tak, że śmierć zaczyna się od zamilknięcia, albo od zbytniego ukonkretnienia związków interpersonalnych. Lekkość bytu znajduje się po drugiej stronie aktywności politycznej i właściwie ją wyklucza, jest rodzajem świadomości krańcowej, takim samym punktem dojścia jak nieoczekiwana śmierć. Powieść Kundery broni się w nowym czasie i rzeczywistości postkomunistycznej lub postkolonialnej podążaniem narracji ku absurdom egzystencji. Świat nagłej śmierci i rzeczywistość nieznośnej lekkości bytu są tak samo bezsensowne i przeczą jakiejkolwiek kreatywności. Ludzie będą się buntować, pisać eseje z kluczem o Edypie, ale koniec końców – Jak Tomasz – nie odważą się skonfrontować z bestią narzuconego im systemu społecznego, bo oznaczałoby to porzucenie drobnych przyjemności, takich ja poznawanie nowych ciał, czy poranna filiżanka kawy po nocnych igraszkach z młodym istnieniem. Kłóciłoby się to z odkryciem bezsensowności czegokolwiek i marności spraw ludzkich, które albo się rozmyją, albo zanikną w jednej chwili. Gorący erotyzm jest chwilą zapomnienia i wyzwaniem rzucanym światu, staje się też rodzajem przedłużonej dziecinnej zabawy, jeszcze jednym budowaniem zamków z piasku.Dlatego Tomasz nie podpisze zbiorowego protestu, czym sprawi zawód synowi i redaktorowi, pozostającemu w opozycji do systemu. Dla nich będzie to tchórzostwo, ale dla niego stanie się to jeszcze jednym potwierdzeniem absurdalności świata, w którym przyszło mu bytować i błahości każdego bytu. Dla powtarzalności gestów, twarzy i energii całych pokoleń nie ma znaczenia złożenie podpisu pod jakimś protestem, bo czas znieczuli wszystko i rozmyje jednostkowy los w ciągu nowych zdarzeń i sytuacji granicznych. Tak jak nasze życie nieustannie sąsiaduje ze śmiercią, tak nasz byt wciąż popada w absurdalną lekkość.

Na początku części szóstej swojej powieści, Kundera przywołuje historię Jakowa, syna Stalina, który rzucił się na druty elektryczne w nazistowskim obozie śmierci. Upokorzony przez ojca, który odmówił jego wymiany na niemieckich generałów, został dodatkowo pognębiony przez angielskich współwięźniów za to, że brudził latrynę i nie miał zamiaru jej czyścić. Jego drastyczny gest można by uznać za wyraz ostatecznego buntu, gdyby w grę nie wchodziły tutaj komiczne okoliczności, związane z brudną latryną i bójką z flegmatycznymi Anglikami w jej tle. Bohaterowie Kundery są tak samo podejrzani dla władzy jak ów zdesperowany Jakow, dlatego próbuje się przeciągnąć ich na jedną lub drugą stronę sceny politycznej. Nieszczęśnik był synem ówczesnego „boga”, a przynajmniej najpotężniejszego tyrana świata, w każdej sytuacji mogącym wygenerować jakieś problemy:  Ludzie bali się go podwójnie: mógł im zaszkodzić swą mocą (był przecież synem Stalina) i swą przyjaźnią (zamiast odtrąconego syna ojciec mógł ukarać jego przyjaciół. Odtrącenie i wyniesienie, szczęście i nieszczęście, nikt inny nie odczuł konkretniej, jak wymienne są te przeciwieństwa i że od jednego bieguna ludzkiej egzystencji do drugiego jest tylko krok. Potem, na początku wojny, wzięli go do niewoli Niemcy, a inni jeńcy, należący do narodu, który zawsze był mu do głębi duszy wstrętny przez swoją niezrozumiałą powściągliwość, oskarżyli go, że jest nieczysty. Jego, który niósł na swoich barkach największy dramat, jaki sobie można wyobrazić (był zawsze synem Boga i strąconym aniołem), miano by sądzić za rzeczy podniosłe (dotyczące Boga i aniołów), lecz za gówno? Od najwyższego dramatu do najniższego jest więc tak zawrotnie blisko? Oto najprawdziwszy dylemat świata absurdalnego, w którym nie ma większej różnicy pomiędzy gnębicielem i jego ofiarą, między Stalinem, a gównem. Tomasz, rozumiejący te zależności i mający określone doświadczenia, związane z publikacją jego tekstu o ślepocie Edypa i rytualnym zamordowaniu ojca, odsuwa od siebie możliwość zbicia na tym kapitału politycznego i nie podpisuje memoriału opozycjonistów. Życie przecieka mu przez palce, a rzeczywistość jawi mu się jakby odbita przez ruchome tafle metalicznej folii. Z czasem godzi się na to, co zsyła mu los, rekompensując sobie wszystko w ramionach kochanek – jest seksoholikiem, bo tylko tak może łagodzić w sobie nieznośne odczucie lekkości bytu. Także Franz będzie się miotał i podejmie wyprawę protestacyjną nad granicę Kambodży, ale koniec końców i nad nim zatriumfuje absurd istnienia. Ciężko pobity umrze z poczuciem życiowej klęski i nieodwracalności losu, jak w kwartecie Beethovena, przywoływanym kilka razy w powieści Kundery, w którym kompozytor zakodował pytanie Muss es sein? I jakże bolesną odpowiedź:  Es muss sein! Tak musiało być, tak miały przebiegać losy głównych bohaterów powieści, szukających sensu istnienia i godzących się na rozstrzygnięcia jego nieznośnej lekkości. Tak musiało być…

_______

Milan Kundera, Nieznośna lekkość bytu, przeł. Agnieszka Holland, W.A. B., Warszawa 2016, s. 378.     

PUSZYSTOŚĆ

Znowu śnieg spowił świat i odnowił wszystko bielą w cudowny sposób. To okrycie jest jak spuszczenie kurtyny w teatrze, to zamaskowanie wszelkich brudów i deformacji świata, każe zastanowić się nad zimami, które już minęły. Były częścią mojego życia, jak wiosny, lata i jesienie, ale przeminęły i stały się tylko elementem wspomnienia, a ich temporalność została sprasowana do wielkości chwili. Dobrze jest stanąć na tarasie i popatrzeć na płaszczyzny bieli, na puszyste muldy uczepione gałęzi cyprysów i kwietnych krzewów. W śniegu, który legł grubą warstwą na trawniku, buszują sroki, ogromne wrony i gawrony, czasem pojawia się kawka albo mewa siodłata – pomiędzy oszronionymi gałązkami trwa też czujnie lub przefruwa gwałtownie z miejsca na miejsce ptasia drobnica: sikorki bogatki, wróble i mazurki, a czasem na większym drzewie pojawia się barwny dziwak: sójka, rudzik, grubodziób. Osobne byty trwają obok siebie, jak śnieg i rośliny, jak przestwór powietrzny i ziemia, osobne światy spotykają się w ludzkiej świadomości. Stoję na tarasie i patrzę na zimową odsłonę mojego tajemniczego świata. Wczoraj, gdy jechaliśmy samochodem do Inowrocławia, żona powiedziała, że nie wahała się oświadczyć w dużej grupie współpracowników, że jest zadowolona ze swojego życia. To było jak wsadzenie kija w mrowisko, bo natychmiast usłyszała z wielu ust narzekania i krytykę, przecież nie można pozytywnie oceniać swojego istnienia. Lepiej narzekać, niczego nie widzieć i nie mieć sukcesów, najlepiej zlać się z bezkształtną i bezbarwną masą, materią chłodu okryć wszystko jak śnieg. Tak, tacy bywają ludzie, ale ja też nie waham się powiedzieć, że jestem zadowolony ze swojego życia, bez względu na to, co się stało i co jeszcze się wydarzy. Szczególnie w chwilach takich jak ta, gdy stoję na tarasie i oddycham chłodnym zimowym powietrzem, kontemplując biel, puszystość śniegu i przemijanie chwil.  

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (12)

Wincenty Różański
1938–2009

Poezja jest formą rekreowania świata w stale gasnącej świadomości. Jest walką z biologią i mechanizmami amnezji, z pustką kolejnych nisz czasowych i z odchodzącym stale w przeszłość „ja”. Jest enklawą pośród której bytują ludzie najwrażliwsi i najgłębiej rozumiejący tragizm egzystencji. Ale jest też terytorium goryczy, bólu, samoudręczenia, skąd niebezpiecznie blisko jest ku granicom człowieczeństwa, skąd prowadzą ścieżki ku autodestrukcji, eutanazji, ku depresjom nigdy nie kończącego się snu i pagórom nigdy nie zaczynającego się dnia. To tam znaleźć można dostojne cienie Miltona, Blake’a, Kawafisa, to tam swobodnie kołyszą się w przestrzeni odbicia Hölderlina, Yeatsa, Audena. I jest tam wiele grobów dla biedaków, szulerów, niebieskich wygnańców i wędrowców. Tam jest grób Mozarta – poety skrzypiec, i Haydna – poety myśliwskiej trąbki; tam jest grób Vincenta – poety bez ucha, i Salvadora – poety dali; tam jest też grób Norwida – poety purpurowych kirów, i Stachury – poety dżinsów a pól; tam jest grób Sylvii Plath – poetki trującego gazu, Novalisa – poety ukwieconej śmierci i wielu, wielu innych poetów. Jest tam też sporo wykopanych, pustych grobów. To tam umarli poeci odprawiają misteria/ śpiewają pieśni poematy epopeje/ i krew piją jak spragnione konie. Poezja jest formułą istnienia wrażliwego, istnienia delikatnej istoty w obliczu stale raniących ją krawędzi świata. Nikt poza poetą nie jest w stanie dostrzec wszystkich zadziwiających deseni na stale migotliwej płaszczyźnie bytu. To daje mu przewagę nad zwykłymi śmiertelnikami, ale też to spycha go stale na margines życia. Każe przywdziewać togę błazna, kloszarda, wychodzącego na spotkanie świtu lunarnego wędrowcy. I czyni go kimś nieprzystawalnym do rzeczywistości pieniądza, bogactwa, natrętnej reklamy. To dlatego Czesław Miłosz tylekroć mówi o poetyckim rzemiośle jako o czymś wstydliwym w świecie mknącym z przerażającą szybkością w dal, w świecie stechnicyzowanym i wstydzącym się wrażliwości.

Wincenty Różański jest poetą najprawdziwszym, a jego życie w większej części toczy się pośród wskazanych wyżej lirycznych terytoriów. Gdy wstaje rano na ulicy Ostrobramskiej, pośród poznańskiego Górczyna, gdy wędruje stale tymi samymi ulicami; gdy odwiedza groby ojca i matki na cmentarzu górczyńskim; gdy pije piwo z przygodnymi kompanami i patrzy na umykające za horyzont ptaki; gdy pisze wiersze i wspomina dawne chwile pośród wzgórz Mosiny; gdy ucieka przed cieniami odległych zjaw – jest poetą najprawdziwszym. Gdyby żył w czasach romantyzmu, mógłby stać się kimś na miarę Cypriana Norwida, kimś na miarę Tomasza Olizarowskiego, a może kimś na kształt upadłego anioła. To że żyje w dwudziestym wieku, w chwili gdy ludzie latają promami kosmicznymi na orbitę okołoziemską, a na Marsie ląduje zdalnie kierowany z ziemi pojazd, to że przyszło mu bytować w takim momencie historii ludzkości jest jego przekleństwem i wielkim atutem. Czas jego egzystencji się jeszcze nie skończył, ale też czas jego istnienia poetyckiego się na dobrą sprawę nie zaczął. Jakaż głucha jest krytyka literacka, jeśli nie potrafi usłyszeć w poezji Różańskiego genialnych tonów, jakaż jest ślepa jeśli – poza okazjonalnymi tekstami – nie dostrzega głębi i oryginalności wierszy tego – jak nazywa go Andrzej Sikorski – półświętego z Ostrobramskiej.

W poezji tej wszechświat stale otwiera się i zamyka przed świadomością w nieustającej pulsacji. Przeobraża się  pomiędzy każdym mgnieniem powiek i stale dąży ku nowym metamorfozom – od stanu „natura” do stanu „przestrzeń”; od kształtu  „galaktyka” do nie kończącej się wizji „kosmos”. Poeta czuje stale tę pulsację niczym rytm przepływu  własnej krwi i dlatego stara się stale wychodzić poza to, co skostnienie, stale walczyć o nowy oddech. Interesuje go koniec i początek, inicjacja i żałobna inkantacja. Nieustannie wpisuje się on  w ciąg sprzeczności istniejących w naturze. Gubi się na przedmieściach wielkiego miasta  i odnajduje w samym centrum metropolii. Idzie w dal odważnie przed siebie i przed sobą stale ucieka. Niesie z radością nosidła bytu i ledwie może je udźwignąć. Pławi się w sensach świata    i pozwala przepływać obrazom przez mózg. Może dlatego niektóre wiersze zostały napisane na zasadzie wolnych skojarzeń – wyzwolenia świadomości z jakichkolwiek pęt. Potrafi ona dzięki temu ogarniać coraz szersze i głębsze przestrzenie. To metoda znana z poezji Ezry Pounda, ale też i Edwarda Stachury, to sposób poezjowania Yeatsa i Różewicza. Różański jednak nie naśladuje swoich wielkich protoplastów w poetyckim rzemiośle, raczej łączy się z nimi w wielkim uniwersum świadomości poetyckiej, w wielkim rewirze wszechświatowych t e m a t ó w.  Otwiera i dopełnia, ale też wypija do dna napój egzystencji i zamyka kolejny jej przedział czasowy.

Poezja Różańskiego to struktura migotliwa, pełna nagłych, zdumiewających zmian, zaskakująca sąsiedztwami i niespotykanymi transformacjami. Obok wskazanych wyżej ogromów i perspektywy kosmicznej sąsiadują z nimi przestrzenie mniejsze, lokalne, enklawy swojskości, a nade wszystko kalekie odłamki jakiejś pięknej, wszechogarniającej perspektywy. To dlatego obok herosów pojawiają się w tej poezji kalecy i spotworniałe monstra, a autor raz po raz zmienia skórę. Najciekawsze są te terytoria liryczne, które jako żywo przypominają rzeczywistość z obrazów Pietera Bruegela. Obok prymitywizmu pojawiają się wtedy niespotykane głębie, przepaście sensów. Ważna też jest określona, wprowadzająca właściwy nastrój kolorystyka. Barwy Różańskiego są zawsze wyraźnie określone i najczęściej skontrastowane. Często też pojawiają się przejrzystości i świetlistości, jakby przenikające się wzajemnie struktury tkanek i błonek, kolorowych klisz i przezroczy. W tym świecie szczególną rangę ma klarowny i skojarzony z wyobraźnią obraz poetycki. Ma on wszelkie cechy hologramu, ale też zawsze na jego obrzeżach dają się zauważyć delikatne pęknięcia. Różański przepuszczając rzeczywistość przez filtr świadomości nadaje jej określony kierunek, dynamizuje i energizuje kreowane przestrzenie. Dlatego każdy ląd i każdy akwen przesuwa się u niego ku czerwieni, ale też i ku zieleni; ku fioletom i ku błękitom. Każdy kształt jest połyskliwy, jakby pokryty niewidzialną warstwą lirycznego werniksu.

Narrator wierszy Różańskiego na pewno nie jest dzieckiem. Jest człowiekiem niosącym      w sobie wiele porażek i klęsk, człowiekiem okaleczonym przez świat i ludzi, wewnętrznie popękanym. Jego swoista nadświadomość nie pozwala mu zapomnieć o śmierci, nie pozwala mu przejść do porządku dziennego nad odejściem przyjaciela, w którym wielu odnajdzie smutnego barda lat siedemdziesiątych – Edwarda Stachurę. Poeta nie ma już siły walczyć ze światem, nie potrafi stale od nowa borykać się z coraz większą uciążliwością nadchodzących dni: coraz mniej mogę pisać/ w skurczu serdecznym serca/ coraz mniej pewności życia/ coraz mniej tchu w tętnicach. Jest wykolejeńcem czasu i przestrzeni, poraża go światło słońca i chropowatość kory nocy. Dlatego poprzez zwiewną formę ludowej piosenki patrzy w przeszłość. Pławi się w ciepłych stawach wspomnień, jedynie w nich znajdując dla siebie ukojenie i radość. Wiele miejsca w tych reminiscencjach zajmuje czas sielskiego dzieciństwa i młodości. Dziecko pojawia się już w tytule pierwszego zbioru wierszy Rożańskiego i jest jedną z najczęściej występujących w jego poezji postaci figuralnych. Obok matki, obok kształtów dawnych przyjaciół i wielkich, znaczących wiele twórców przeszłości. To właśnie w usakralnionej formie wiersza poeta powołuje jeszcze raz do życia minione zdarzenia  i wewnętrzne krajobrazy, Każdy nowy utwór jest dla niego tak samo ważny jak narodziny dziecka i każdy nowy tekst musi on wyrzucić z siebie w ciężkich bólach. Jakże mało jest poetów, którzy w ten właśnie sposób podchodzą do swojej twórczości. Polska poezja stała się dla ogromnej rzeszy twórców bądź to działalnością zarobkową, bądź przyjemną odmianą gry towarzyskiej; układaniem kolejnych mydełek domina. Różański mógłby niejednemu operatorowi przy taśmie poezji powiedzieć jaka jest rzeczywista wartość wiersza. A jest on dla niego właśnie ukochanym, bądź znienawidzonym dzieckiem. Chociażby już z tego powodu musi poeta często wracać do swego dzieciństwa, rekonstruować je z perspektywy swojej późniejszej drogi i brzemiennych doświadczeń. Wraca więc do letnich nastrojów w miasteczku m;  pierwszych miłości i onanów,  wraca do sterty słomy na którą kiedyś skakał, odradza w myśli dziecko w kącie chaty (które) modlitwę składa z róż. Pamięta o tym, że tylko dziecko patrzy prosto w oczy, że boi się ciemności. Jak ruchome, kolorowe widokówki wracają chłodne i ciepłe obrazy: Na ślizgawkach dzieci / i kometa na niebiesiech, lipy świecące o zachodzie/(…)/ gwiazdy świecące na wschodzie / liryczny bagaż i pomruk. Świat dziecinnej przeszłości jawi mu się jako coś niezwykle delikatnego i bliskiego naturze: ja dzieciństwa krainę/ źdźbłem trawy znaczę.

Ale z drugiej strony pamięta przecież także poeta i o tych ciemnych zaułkach uświęconych dni i nocy, o których nie mógłby nie wspomnieć, gdyż także i one uwrażliwiły go na to wszystko, co sprzeczne jest z harmonią przyrody i niewinnością myśli małego chłopca: (…) mnie dziecko woła/ patrzę na koleiny życia/  ja z pieniędzmi w portfelu/ idę przez ciemne ulice.W poezji Różańskiego, może najbardziej w ostatnich latach ujawniła się bolesna sprzeczność rodząca się na złączu świata marzeń i wyobrażeń przeszłości, a realnej, krwawej rzeczywistości. Sprzeczność rodząca się pomiędzy tym, co uświęcone, a tym co zamienia się    w pogańską pieśń, pomiędzy sacrum a profanum. Poeta jest punktem przecięcia zwalczających się dynamizmów – kotłują się w nim żywioły, a każdy nowy dzień i każda nowa noc są sprawdzaniem trwałości udręczonej jaźni. Tak stale stawać musi przed ogromną czarą goryczy i spijać ją aż p0o męty na dnie. Taki staje się odkupicielem ludzkości – odwiecznym Prometeuszem, którego tylko na chwilę siły wszechświata uwięziły w matni dwudziestego wieku. Tak staje się synem Jezusa czuwającego w strażniczej wieży na pograniczach mroku. Jeszcze chwila i pchany jakąś fatalną siłą zarzuci podarty kir na ramię, przepasa się sznurem i kosturem w dłoni powędruje na spotkanie tego, co jest najgorsze i nieobliczalne.

Tam  znają  go  już  dobrze.  Pamiętają  go  jak  dumnie  stał naprzeciw ogromnego oka ciemności, jak wspierał firmament, gdy wszystko dookoła waliło się w pył. Jak wędrował w poszukiwaniu kamienia filozoficznego i formuły złota alchemicznego. Jak patrzył mężnie w dal, a świat jawił mu się jako przerażające pobojowisko: opuszczona gwiazda światła/ lękliwe ptaki o świcie/ nieruchome wody życia/ przestrzenie gorejące. To jest przestrzeń, w której czas przestał płynąć, to są łęgi snu zlepiającego się z jawą, to są porohy nocy wyciskającej swoje odbicie w modelinie dnia. Pośród tych pagórkowatych wysoczyzn – jako żywo przypominających rodzinne okolice Mosiny – już się skończyło to co skończyć miało/ już się potoczyło to co się stoczyć miało/ już dzień ostateczny jak belka w oku/ toczy się w czerep świata ze stukotem. Różański stale czuwa, nawet gdy śpi nie opuszcza tych mrocznych przestrzeni. Jego przeznaczeniem jest noc, chociaż kocha dzień; jego droga prowadzi przez labirynty, a chciałby prosto wędrować w kierunku słońca; jego wyprawa nigdy się nie skończy, a pragnąłby wreszcie przybić do portu i cieszyć się powiewem od morza. Jego umysł nie potrafi już nie transponować rzeczywistości, a proste zdawać by się mogło rekwizyty nabierają w jego wierszach głębi semantycznej i nieomal metafizycznej. To tak jakby poeta widział stale otoczkę energetyczną wokół istot i przedmiotów, którą  zwykli ludzie dostrzec mogą tylko na fotografii kirlianowskiej. Nad brzegiem jego mórz to co sielskie staje się zwyrodniałą formułą, a to co malownicze odsłania dziwaczne podkłady wyobraźniowe: wrony niosą w dziobie grzechy/ cierpienie odpływa łódką/ zostaje szkielet ziemi/ przez który przepływają oczy odchodzących/ morze wylewa/ płyną kości opadają na dno/ ryby szukają po omacku wsparcia/ sieci wyrzucają na brzeg myśli/ potępionych/ dymi sodoma/ poeci zamienieni w słupy soli/ kierują ruchem gwiazd pomyślności.

Na ulicy Ostrobramskiej w Poznaniu żył poeta, który kiedyś znajdzie się w niebieskim  panteonie poezji polskiej. Na razie niedoceniany, zapominany i pomijany, stanie nad laureatusami, nad wywyższonymi przez koleżeńskie układy i wzajemnie sobie świadczone uprzejmości. To, co go wyniesie, to jego somnambuliczna i stale jaskrawiejąca wyobraźnia – ta przedziwna broń przeciw zapomnieniu, przeciw destrukcyjnej sile czasu i mechanizmom erozji. Ten poeta czeka na stacji „dzisiaj” na pociąg do stacji „wieczność”, ale stale odwraca się za siebie i patrzy w dal. Żal mu radosnego dzieciństwa, spojrzeń dziewcząt i uścisków przyjacielskich dłoni. Żal mu tego stworzonego przez Boga świata i codziennych wędrówek i codziennych ucieczek.  Stale jednak czuje gorycz w ustach. Mówi: myślałem że jak będę stary/ to zdobędę literaturę i świat/ w rzeczywistości napisałem parę/ wierszy na temat własnej śmierci. Można tak na to patrzeć i poeta ma do tego prawo naznaczony stygmatami bolesnych doświadczeń. Ale przecież te wiersze są też najprawdziwszymi epitalamiami związków życia z losem; tekstami o tym, że rodzimy się, przemijamy i jest w tym jakaś wyższa eschatologiczna logika. I jest w tym nadzieja…

Brak dostępnego opisu zdjęcia.

W NOCY

Milan Kundera
Foto Aaron Manheimer

Przebudzenie około trzeciej w nocy, a przecież zasnąłem około pierwszej, po przeczytaniu siedemdziesięciu stron Niezwykłej lekkości bytu Milana Kundery. Inaczej wyobrażałem sobie tę książkę, ale szybko zaakceptowałem ją, doceniając rozwiązania formalne i ukazywanie świata jakby odbijającego się w taflach metalicznej folii, wirujących na wietrze. Wątki związane z wejściem państw Układu Warszawskiego do Czech w 1968 roku wspaniale wkomponowane w studia na temat miłości i cielesności naszych istnień. Przez pół godziny wierciłem się w łóżku, próbując na nowo zasnąć, aż sięgnąłem raz jeszcze po książkę i przeczytałem kolejne trzydzieści stron. Tak minąłem już setną stronę i coraz bardziej ciekawi mnie rozwój zdarzeń i ciąg analiz bystrego autora. Literatura czeska nigdy nie była moją fascynacją, ale coś przez lata czytałem – Hrabala i Pavla, Skvoreckiego i Topola, z którym byłem  w 2009 roku w Chinach i podczas mroźnego dnia wspinałem się na oblodzony Chiński Mur. Byliśmy też razem na Placu Tienanmen i w mauzoleum Mao Tse-tunga. Pisałem jeszcze mniej, bodaj tylko raz, o wierszach ich noblisty Seiferta, którego cenię na równi z wieloma innymi ważnymi poetami europejskimi.  Spojrzałem teraz na tamtą recenzję i wyłowiłem z niej kilka zdań: Widzi Seifert w rzeczywistości nieustanne dopełniające się misterium przemijania. Zadaniem poety jest pochwycić, utrwalić w słowie wyznaczniki wiecznie trwającego marszu, jego drogowskazy i kłody rzucane pod nogi. Sięga tym twórca do uczuć najprostszych, budując swój poetycki świat i dając odzwierciedlenie rzeczywistości w zgodzie z „ciszą, która jest w kraju”, w zgodzie z „mglistym rankiem wstającym listopadowo”. Najpiękniejsze wiersze Seiferta ogniskują się wokół dwóch jakby praźródeł tej poezji, wiecznie podsycających ogień natchnienia – matki i ojczyzny. Czasem te dwa, jakże ludzkie słowa, używane są zamiennie, czasem się na siebie nakładają. Wspomnienie o matce, to dla poety powrót do „świętego czasu”, do bezpieczeństwa i miłości. Powroty w ramiona ojczyzny, to smutna zaduma nad mechanizmami historii, radość i śmiech zatopionych w miłości dziewcząt, ale też smutek i rozpacz, walka i trwanie na posterunkach czasu. Często Seifert ogranicza pole swojej poetyckiej penetracji do obszaru miasta. Jest ono dla czeskiego twórcy swoistą świątynią, gdzie poeta-augur odczytuje ze znaków wróżebnych kształt nadchodzących dni.

Od wielu lat Kundera kandyduje do Nagrody Nobla, ale wciąż odstawiany jest na boczny tor. Prawdopodobnie jego przeznaczenie będzie takie, jak naszego Zagajewskiego, który był przygotowywany przez ważne gremia, miał wszystko, co trzeba, liczne przekłady książek, podążał drogą ważnych światowych nagród i wyróżnień, dano mu Legię Honorową i doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, a jednak przegrał wszystko z Tokarczuk.   

Grób Adama Zagajewskiego w Krakowie

« Older entries

%d blogerów lubi to: