ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (7)

Leszek Czuchajowski

Książki poetyckie zawierające wiersze ułożone w cykle stają się rozległymi poematami. Rodzajem takiego utworu jest zatem też książka Leszka Czuchajowskiego wypełniona lirykami o aniołach. Autor podjął odważną próbę powiedzenia czegoś nowego o postaciach symbolicznych, które mają tak wielką literaturę w teologii chrześcijańskiej, w egzegezach, w tekstach źródłowych, a także w licznych książkach na temat malarstwa, sztuki rzeźbiarskiej czy obszaru twórczości ludowej. Od dziecka obcujemy z tymi duchami i tworami wyobraźni ludów Bliskiego Wschodu i wielu innych kultur, bo przecież jeszcze naszą dziewiczą wyobraźnią rządzi opowieść rodziców o aniele stróżu, dziecinnym językiem wypowiadamy kierowaną ku niemu modlitwę. Potem tych aniołów przybywa, bo pojawiają się w niewielkiej książeczce do nabożeństw, na obrazach w kościele, w licznych przedstawieniach rzeźbiarskich na cmentarzu czy w muzeum. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego jak wielki jest wpływ symboliki anielskiej na nasze życie, na nasze wyobrażenia o raju i Bogu, a nawet – na zasadzie kontrapunktu – o szatanie i piekle. Pomysł napisania tego cyklu wierszy ma swoje korzenie podczas pewnej krakowskiej kolacji, w której uczestniczył autor  – jak pisze Józef Baran: Przypominam sobie, że podczas owej kolacji , w ogródku–wypuście  krakowskiej knajpki, siedział obok malarki i wypytywał ją z ożywieniem o wystawę, której tematem były anioły. Malarka Barbara sama brała udział w pewnej wystawie jako autorka jednego z kilkudziesięciu ogromnych aniołów, które powstawały na przełomie lat 1996 i 1997. Podczas wernisaży nowo powstałe anioły każdorazowo dostępowały zaszczytu uroczystego rozwinięcia na ścianach krakowskich kamienic… Odbyło się też parę zbiorowych ekspozycji. Dopiero w jakiś czas potem zrozumiałem, jak istotna była ta rozmowa dla Leszka i jego angelologii. Józek zwraca też uwagę na to, że symbolika anielska musiała już wcześniej drążyć wyobraźnię autora, a owo zdarzenie w ogródku było zaledwie impulsem, jakby przeskokiem iskry, która spowodowała ów liryczny wybuch.

Aniołowie i anielice Czuchajowskiego są niespotykaną strukturą wyobraźniową, jakby swoistą mieszanką kulturową. Ich świat to liczne pogranicza – kultury masowej i wysokiej, sztuki ludowej i wielkiego malarstwa, wreszcie mitu i wierzenia prostych ludzi, od dawien dawna uprawiających rolę i widzących skrzydlate twory we śnie, albo nad horyzontem kończącego się dnia. Ale przecież wiersze te są wywarzonymi konstrukcjami lirycznymi, które więcej mówią o autorze, niż o kreowanym świecie. Widać z nich jak obolała i wrażliwa jest wyobraźnia tego profesora chemii, tego profesora liryki. Jakże wiele można wyczytać z nich o nim samym i o jego genealogii rodzinnej, kulturowej, imaginacyjnej. To jest książka o bolesnej tęsknocie za pięknem tak czystym jak anioł, tak czystym jak powietrze, bo przecież – jak podpowiada Bachelard – aniołowie są jakby złożeni z powietrza, czyli z czystości, czyli są niematerialni, jak nasze myśli, jak uczucia, jak tęsknoty. To doskonale widać w utworach składających się na ten poemat. To jakby wielka, ciągnąca się od kresu świata, po kres nieba, połonina niebieska, gdzie twory anielskie bytują, „pasą” się, odgrywają nieustający spektakl, a nade wszystko wciąż śledzą zachowania ludzi, stale gotowi są pomagać, wspierać, a kiedy trzeba i łajać ludzi. Ta poezja, z racji narracyjnego charakteru zbliża się nieco do klimatu Spoon River Anthology Egara Lee Mastersa, ale też wiele ma z ludowej piosenki, wiele z poezji polskiej o korzeniach ludycznych, wiele wreszcie z mądrości człowieka, który poznał różne kultury i umiał z nich wysyntetyzować to, co najistotniejsze, to co ma wartość uniwersalną. Jakże rozległa jest tutaj gama środków i poetyckich „chwytów” – od subtelnej ironii do nieomal farsy, od symboliki chrześcijańskiej do nieomal herezji, od lekkości piosenki, do nieomal przepaści metafizycznej, wreszcie od subtelnego dźwięku pasterskiego fletu, do nieomal surrealistycznej kakofonii. Tego rodzaju określniki można by mnożyć, ale przecież istota tej poezji jest w gruncie rzeczy poza opisem i poza słowem – żyje w wyobraźni i najpełniej w niej funkcjonuje. Poemat anielski Leszka Czuchajowskiego jest ważkim osiągnięciem w jego dorobku i we współczesnej poezji polskiej. Osiągnięciem tym cenniejszym, że prezentującym wizję świata uśmiechniętego i z uśmiechem otwierającego się dla człowieka. Rację zatem ma Baran gdy pisze: Pod koniec stulecia, gdy w sztuce współczesnej szaleją postmodernizmy, a bohaterem artystów wydaje się raczej diabeł – powstały niepoprawnie słoneczne wiersze Leszka Czuchajowskiego. Dodajmy, wiersze słoneczne i aniołowie we wszystkich zakresach rozszczepiającego się w poezji światła…

________

Leszek Czuchajowski, Wszyscy moi aniołowie, wyb. i wstęp Józef Baran, Wydawnictwo Baran i Suszczyński, Kraków 1998, s. 124.       

    

* * *

Wiersze Leszka Czuchajowskiego dla jego zmarłej tragicznie żony czyta się z bólem i smutkiem. Mówią one o kobiecie, która bezpowrotnie odeszła, ale też i o przemijaniu chwały tego świata. Przypominają, że jesteśmy chwilowi i nie możemy przywiązywać się do miejsc i rzeczy, a to co zsyła Bóg powinniśmy przyjmować jako dar. Ludzie często żyją jakby ich egzystencja miała trwać setki, tysiące lat, a kiedy przydarza się tragedia, nie potrafią sobie z nią poradzić, nie umieją sprostać nieodwracalności śmierci. Idą do przodu nie oglądając się za siebie, nie sumują dokonań, zostawiają to na nie wiadomo kiedy,  zostawiają dla nie wiadomo jakiej przyszłości. Czuchajowski opowiadając Zuzannie świat po jej śmierci, przywraca go każdemu czytelnikowi. Te treny są bolesnym wołaniem o opamiętanie, o znalezienie siebie w gmatwaninie życiowych dróg, wreszcie o zrozumienie logiki przemijania. Jak zły sen wraca w tych wierszach chwila nieszczęśliwego wypadku, a poeta analizuje swoje zachowania, szuka odpowiedzi na pytanie o sens tego zdarzenia. Nie potrafi pogodzić się z nieodwracalnością i niemożliwą do zaakceptowania śmiercią kogoś, kto był miłością i miłość dawał, kogoś, kto był synonimem pulsowania żywej krwi i niewyrażalnej czułości. Jakże pięknie poeta odtwarza w kolejnych cząstkach lirycznych portret ukochanej, to jest opowieść o delikatności, która była wyrzutem w świecie bez uczuć i bez ciepła. To jest przybliżanie czytelnikowi kobiety kochającej i dającej szczęście w miłości. Świat nie lubi szczęścia i wstydzi się czystych uczuć, a dopiero tragiczna śmierć nadaje im wymiar ostateczny. Tutaj nic już się jednak nie zmieni, a ta czysta miłość pozostanie taką miłością na zawsze i chociaż to jest pokrzepiające.

Jakże wiele można z tych lamentacyjnych wierszy wyczytać o życiu i szacunku tych dwojga ludzi. Ile w nich sakralnych odtworzeń chwil, które odeszły na zawsze. Tylko mężczyzna kochający i adorujący kobietę potrafi tak o niej mówić, tylko prawdziwe uczucie rodzi taką lirykę. Smutną, ale przecież wychyloną ku życiu i stale przenoszącą eschatologię na przejawy realnego trwania. Przy całym tragizmie tej sytuacji Czuchajowski ma świadomość tego, że pozostał, żeby dawać świadectwo i stale przypominać, że Zuzanna istniała… i istnieje, w innym wymiarze, w innych przestrzeniach, ale… istnieje. I nie jest to tworzenie prywatnego mitu, który po latach wypierają inne mity, raczej gorąca wiara, że tak naprawdę nie umieramy, nie znikamy bezpowrotnie, a jedynie zmieniamy powłokę. To jest opowieść o miłości idealnej, która była taką wtedy i jest taką teraz. Jak mówi Józef Baran, przyjaciel i wydawca poety, te wiersze są hymnem na cześć Miłości, która – trawestując Biblię – jest najważniejszą ze wszystkich rzeczy. Czuchajowski wpisuje się swoją książką w tradycję polskich wierszy żałobnych, ale nie są to przecież treny w takim znaczeniu, w jakim znamy je z tradycji utrwalonej w dziele Kochanowskiego. To są treny nowoczesne, w których odnajdziemy i charakterystyczną dla poezji amerykańskiej narrację, i błyskotliwy skrót, i wreszcie elementy epitalamium. Bo poeta tęskni, ale nie przestaje wielbić, płacze, ale nie przestaje się modlić, boli go ta strata, ale nieomal czuje fizyczną obecność żony. Jakże rzadko czytamy tego rodzaju wiersze, będące odbiciem miłości do wybranej towarzyszki życia. Poetów fascynują kochanki, przygodnie poznane dziewczyny, wspominają oni chętniej to co wykracza poza ramy konwencji, poza obręb szczęścia rodzinnego. Tutaj epikurejski ton jest czymś oczywistym, a miłość do żony wyrazem uczciwości i oddania. Dlatego wiersze Czuchajowskiego są jednak krzepiące, są pełne pozytywnych treści – dowodzą bowiem, że możliwe jest spotkanie ludzi kiedyś obcych, a potem tak sobie bliskich, że nieomal czujących jeden rytm serca, jedno pulsowanie krwi i jeden oddech.

Poeta daje żonie wspaniałą opowieść o świecie bez niej i jednocześnie uświęca ją w wierszu niczym   t r e ś ć    d u c h o w ą, od zawsze będącą w świecie i od zawsze istniejącą w ludzkich wymiarach. Dlatego często – jak na treny – uśmiecha się i roni łzę radości. I choć są to Uśmiechy milczenia, to niosą one pokrzepienie, dają wiarę w nieustający  b y t.  I choć pojawiają się też w tych wierszach negacje, pytania o sens życia i powód tak gwałtownego odchodzenia, to jednak wpisane one są w ciąg narracji ocalającej i nieustannie odtwarzającej przeszłość zapadłą w niebyt. W tych wierszach poeta stale żyć będzie ze swoją żoną, stale będzie ją kochać i stale mówić do niej czule, bo stworzył jej pomnik i pomnik ich uczucia. To jednak, co najcenniejsze, to ów wymiar ludzki, jaki pojawił się w tej poezji. Uczucie autora i Zuzanny stało się podstawą do wypowiedzenia prawdy o człowieku i jego kruchym bycie, stało się wykładnią prawdziwej miłości i autentycznej egzystencji. Dzięki temu Zuzanna nigdy nie odejdzie, nigdy nie umrze, bo przecież… nie umarła…

___________

Leszek Czuchajowski, Uśmiechy milczenia (Treny dla Zuzanny), wyb. i  posł. J. Baran, Miniatura, Kraków 1999, s. 176. 

BROMBERG (20)

Był wczesny wrześniowy ranek i słońce pojawiło się po wschodniej stronie miasta w całym swoim majestacie. Niebo już było błękitne, choć jeszcze lekko zaróżowione, miejscami granatowe i ptaki zaczęły hałasować w krzewach przy przejściu w głąb podwórka ulicy Strzeleckiej 4. Światło wdarło się do sypialni Józi, usytuowanej w połowie bocznego korytarza obszernego mieszkania. Dalej był pokój lokatorski, teraz pusty, po wyprowadzeniu się  rodziny Gołębiewskich, a na samym końcu znajdował się mały aneks, przerobiony na kuchnię i naprzeciwko niego dość spora łazienka z wanną, umywalką i klozetem. Mogła teraz do woli z niej korzystać, nie budząc rodziców, którzy używali urządzeń sanitarnych w drugiej części domu, na końcu bliźniaczego korytarza, biegnącego w przeciwnym kierunku. Światło przemocą wdarło się do pokoju Józi i spowodowało, że rozbudziła się z głębokiego snu, zaczęła przecierać oczy i przewróciła się na drugi bok. Pomyślała, że jeszcze trochę pośpi, ale poczuła się jakoś dziwnie, jakby nie w swoim ciele i natychmiast napłynęły do niej obrazy ze snu. Znowu była z wozakiem, w którym się podkochiwała, zamordowanym kilkanaście dni temu przed kościołem szwederowskim. Delikatnie zdejmował z niej jedwabną bluzkę i gładził gładkie piersi, a potem całował ją tak namiętnie, tak słodko. Obrazy zmieniały się i już leżeli nago w jej łóżku, tulili się do siebie i falowali wzajemnie, a rozkosz była tak wielka, że zdawało się jej, iż stają się jednością, przenikają się wzajemnie i dopełniają się w magiczny sposób. Dziewczyna na chwilę wróciła do rzeczywistości, sprawdziła na budziku, która jest godzina i z lękiem zauważyła, że jest dopiero siódma trzydzieści.  Poruszyła się niespokojnie, położyła na plecach i poczuła, że jej ogromne piersi nabrzmiały, stercząc w górę jak dwie polodowcowe moreny. To w takiej przestrzeni spacerowała ze swoim ukochanym, wchodząc też do liściastego lasu i zbierając żółte i czerwone liście. On otaczał ją ramieniem i co jakiś czas całował w usta, powodując, ze nogi zaczynały jej drżeć. Znowu zatopiła się w błogości tych obrazów i coraz głębiej wnikała w przestrzenie dopiero co zakończonego snu.  

Lekko musnęła prawą pierś, wysuwającą się z dekoltu białej, bawełnianej koszulki nocnej i poczuła, że zwykle miękka brodawka zmieniła się w twardą grudkę. Przestraszyła się trochę tego i powędrowała dłonią ku drugiej piersi, która też tak samo nienaturalnie nabrzmiała. I ta brodawka też powiększyła się znacznie, a dotknięcie jej spowodowało, że znowu przypomniała sobie fragment snu. Jej ukochany przyciskał ją mocno do siebie i czuła całe jego mocarne, twarde ciało, które też obejmowała i pragnęła w nie wniknąć, zlać się z nim w ogniu czułego pragnienia. I jeszcze ta dziwna obfitość u końca jego ud, wsuwająca się w nią i powodująca przerażenie, zmieniające się w stan dziwnego upojenia, odpływania w barwną dal świata. Niestety po chwili napłynęły straszliwe obrazy mordu, któremu przyglądała się przy kościele i łzy jak grochy zaczęły jej płynąć po policzkach. Na chwilę straciła oddech i poczuła ból w okolicy serca, a w jej świadomości błysnął złowrogo jasnowłosy oficer, strzelający w głowę małej dziewczynce. Przewróciła się na prawy bok i nagle poczuła, że coś dziwnego stało się w miejscu, gdzie zbiegały się jej zgrabne nogi i wąski tułów. Ostrożnie powędrowała tam dłonią, zsunęła ją z brzucha ku łonu, czując, że dotyka gęstej kępki czarnych, miękkich włosów. Przymknęła oczy i wyobraziła sobie, że robi to ten, którego chciała kochać przez całe życie. Dotykanie kępki było dziwnie przyjemne i po chwili podążyła jeszcze dalej, czując z przerażeniem, że jest tam wilgoć. W pierwszej chwili chciała wyskoczyć z łóżka, bo pomyślała, że nadszedł czas krwawienia i pobrudziła bieliznę oraz pościel. Ale jednak to nie było to, bo czuła lekki poślizg i wskazujący palec lekko zsunął się ku nabrzmiałej szczelince. Najdelikatniej jak potrafiła, poruszyła nim i już po chwili napłynęła do niej rozkosz, której nigdy jeszcze nie zaznała. Świat teraz odsunął się od niej i znalazła się w jakiejś magicznej krainie, gdzie wszystko falowało i lekko wnikało w nią. Jej oddech przyspieszył, zacisnęła usta i zamknęła oczy, poczuła dreszcz w łonie i coś nagle trysnęło z niej obficie. Natychmiast też napłynęła ciemność, jakby słońce nagle zgasło i wydarzyła się jakaś kosmiczna tragedia.

Wystraszyła się, ale powoli zaczęła się uspokajać, znowu położyła się na plecach i jeszcze raz pozwoliła by napłynęły do niej obrazy ze snu. Wspinała się z ukochanym na jakieś wyniosłe wzgórze. Prawie u góry ktoś wykopał długie doły i podążały do nich tłumy mężczyzn z rękoma ułożonymi z tyłu szyi. Jej mężczyzna stanął na brzegu wykopu i po chwili podszedł do niego gestapowiec z jasnymi włosami. Wysunął do przodu pistolet, przyłożył mu lufę do skroni i nacisnął cyngiel. Rozległ się w przerażający huk i Józia z bezgłośnym krzykiem zaczęła zbiegać z moreny, czując, że po drodze złapał ją za rękę Niemiec, który zabił jej ukochanego. Wszystko rozmywało się i  falowało, wirowało w oszalałym pędzie i odbierało jej oddech. To był ten sam młody gestapowiec, który kierował rozstrzelaniami przy kościele i na rynku. Stała przy nim teraz tak blisko, że zauważyła, iż jest niezwykle piękny, ma niebieskie oczy, a czarna czapka z trupią główką tworzy całość z jego twarzą.  Popatrzył chwilę na nią, po czym bez słów dał jej znać, żeby zaczęła uciekać. Na wzgórzach rozległy się strzały karabinowe, sójki i grzywacze z hałasem zerwały się z drzew i poleciały ku pobliskim lasom.  Ruszyła gwałtownie z miejsca nie oglądając się za siebie, mijając polne drogi i leśne polany. Coś kierowało ją w stronę miasta, ale las ciągnął się na wielkich obszarach i minęło sporo czasu zanim zobaczyła kilka budowli z czerwonej cegły i jakieś wielkie rury przy nich. Znała to miejsce, bo kiedyś ojciec zabrał ją tu na przechadzkę i powiedział, że są to budynki przepompowni wody pozyskiwanej z ujęć podziemnych. Teraz neogotyckie budynki wydały się jej podobne do niewielkiego kościoła, a iglica na szczycie mniejszej dobudówki była taka sama jak na cmentarnych kaplicach. Przyczaiła się w zaroślach wrotyczy, nawłoci i łopianów obsypanych kolczastymi kulkami i zauważyła, że Szosą Gdańską jadą nieprzebrane, niemieckie transportery wojskowe i trzykołowe motocykle. Wycofała się i podążyła nieco w dal przy torach kolejowych. Tutaj wspomnienie obrazów sennych znowu jej umknęło. Wstała energicznie z łóżka i powędrowała do łazienki, słysząc jakiś hałas przed domem, przypominający odgłos samochodu, hamującego z piskiem opon.

KORONY DRZEW

Szybki wyjazd autem za miasto, kilkanaście kilometrów z dala od gwaru i hałasu. I wejście w majestatyczny, prześwietlony promieniami słońca las. Bliskość roślin, umykających w gęstwinę saren i ptaków, manifestujących swoją obecność głosami, które dzięki płycie dołączonej do dwóch pięknych tomów A. G. Kruszewicza Ptaki Polski, doskonale rozróżniam. Czasem włączam ją, gdy pracuję przy komputerze, piszę jakiś artykuł, recenzję, esej, albo ciągnę do przodu moje nowe powieści. Zauważam młodego kosa przeskakującego leśny dukt, widzę sikory, sójki i sierpówki, a w koronach drzew słyszę krakanie wron i polskich gawronów, charakterystyczne szczękanie kawek. Długo stoję przy młodym dębie i studiuję geometrię jego wielokrotnie zaokrąglonych liści, cieszą mnie zawiązki nowych żołędzi. Głęboko wdycham czyste powietrze, rozkoszuję się kolejnymi dozami tlenu. Ileż było w moim pięknym życiu takich spotkań z lasami i jakże mnie one cieszyły – od młodzieńczych wędrówek po podbydgoskich zadrzewieniach, poprzez studiowanie majestatycznych sosen na Mazurach, aż do przeciskania się przez zarośla górskie. To zawsze była przygoda, tym bardziej, że miewałem szczęście i spotykałem czasem jakże fascynujące zwierzęta (jelenie, łosie, borsuki, lisy, kuny, wydry), jakieś ekscytujące ptaki (kraski, kowaliki, dzięcioły różnej maści, grzywacze). Najczęściej działo się to na obrzeżach dużych rewirów leśnych, na brzegu wielkich polan, gdzie też udawało mi się zaobserwować zające i sarny, bażanty i kuropatwy, a przy tym sporo różnej drobnicy. Idę przez wysokopienny las i rozmyślam o kolejach mojego życia, które przypominało tę piętrową przestrzeń, od dziecinnych mchów, poprzez młodzieńcze krzewy, średniej wielkości drzewa wieku męskiego i rozświetlone korony lat obecnych…za którymi już widać wyrazisty błękit…         

BIBLIOTEKA (12)

W mojej prywatnej bibliotece zawsze ważną rolę odgrywały książki ornitologiczne, fachowe atlasy i przewodniki, a także wszelkie prace związane z ptakami, czy to eseistyczne, czy narracyjne, a nawet poetyckie. Zaczęło się to wszystko od książki Jana Sokołowskiego Ptaki Polski, dzięki której poznałem prawie wszystkie gatunki skrzydlatych zwierząt występujące w naszym kraju, a zdobytą wiedzę spożytkowałem przy pisaniu pracy magisterskiej o symbolice ornitologicznej w twórczości Adama Mickiewicza. Potem wielokrotnie sięgałem do tej jakże pomocnej publikacji, czy to przy pisaniu książek o literaturze romantycznej (Słowacki, Mickiewicz, Norwid, Kraszewski) czy współczesnej (Miłosz, Herbert, Różewicz). Moja fascynacja ornitologią zawdzięcza też wiele barwnym tablicom Władysława Siwka, zamieszczonym w tym dziele, niezwykle udanym i dokładnie odwzorowującym kształty i barwy naszych mieszkańców przestworzy. Prof. Sokołowski pochodził z Wielkopolski, a więc krainy szczególnie zasobnej w ptaki, tam też przede wszystkim pracował, wiążąc się z Uniwersytetem Adama Mickiewicza i Wyższą Szkołą Rolniczą. Jego dorobek życiowy jest przeogromny, zarówno książkowy, jak i w zakresie publikacji osobnych artykułów i broszur popularyzujących, a także opieki nad ptakami. Upamiętniono to nadając jego imię jednej z ulic Poznania, a także czyniąc go patronem szkoły w Czeszewie. Nie znajdziemy też poważnej publikacji naukowej z obrębu ornitologii, w której zabrakłoby wielu przywołań prac tego uczonego. Jego atlas leżał zawsze na poczesnym miejscu w moich domowych bibliotekach, a kartkując go, często wracałem do Wstępu, w którym autor uściślił zakres przedmiotowy, będący też wyznacznikiem moich wstępnych penetracji w terenie:  Niniejszy atlas przedstawia ptaki gnieżdżące się w Polsce oraz te, które wprawdzie gnieżdżą się poza granicami, lecz na wędrówkach regularnie albo dość regularnie kraj nasz odwiedzają. Jest ich w sumie 282 gatunki. Natomiast nie uwzględniono przybyszów bardzo rzadkich lub pojawiających się tylko przypadkowo, jak np. pelikanów, czerwonaków, licznych wschodnioazjatyckich drozdów i wielu innych gatunków mimo to, że ich spreparowane okazy możemy spotkać w muzeach lub zbiorach naukowych. Wobec zdolności lotu i przenoszenia się ptaka z miejsca na miejsce na olbrzymich przestrzeniach, możliwe jest zbłądzenie na tereny środkowej Europy niemal każdego osobnika, żyjącego normalnie w północnej Afryce, wschodniej Azji lub Ameryce Północnej. Atlas Ptaki Polski zawierał też podstawową bibliografię, z której skorzystałem poszerzając moją wiedzę i zapoznając się z pracami J. Domaniewskiego, B. Ferensa, R. Wojtusiaka, W. Taczanowskiego, a potem L. Tomiałojcia, L. Wesołowskiego, L. Stawarczyka i L. Drabińskiego. Z książek Jana Sokołowskiego uważnie przestudiowałem też Ptaki ziem polskich (t. 1-2), monografię o kaczce krzyżówce, wróblu, ziębie i szpaku, a także zarys popularyzatorski pt. Tajemnice ptaków. Spośród prac o polskiej awifaunie, które są w moim posiadaniu warto tutaj jeszcze wymienić: M. Radziszewski, M. Matysiak, Atlas ilustrowana encyklopedia ptaków Polski; D. Marchowski Atlas ptaków; A. Trepka, Encyklopedia zwierząt Ptaki, tegoż, Ilustrowana encyklopedia ptaków; A. G. Kruszewicz, Ptaki Polski; A. G. Kruszewicz, B. Manelski, Bażanty; E. Grzędzicka, Ilustrowany atlas ptaków; R. Dzwonkowski, Leksykon przyrody polskiej. Zainteresowanie ptakami polskimi miało u mnie zawsze też związek z awifauną lokalną, bydgoską i najbliższych okolic, zwiedzanych na rowerze lub podczas wycieczek automobilowych, kiedyś nawet chciałem napisać broszurę na wzór niewielkiej książeczki Z.  Grodzińskiego pt. Krakowskie gawrony, opublikowanej w serii Ossolineum Nauka dla wszystkich. Z tego działu na mojej półce ornitologicznej znalazł się pięknie wydany przewodnik D. Kilona po ścieżce edukacyjnej pt. Flis i Kanał Bydgoski, a także sporych rozmiarów album M. Radziszewskiego i P. Indykiewicza pt. Ptaki Solca Kujawskiego.

Kolejny atlas, który wywarł na mnie ogromne wrażenie i ugruntował moją wiedzę ornitologiczną, to Ptaki Europy K. A. Dobrowolskiego i B. Jabłońskiego, ponownie z barwnymi tablicami W. Siwka. Autor ilustracji wykonał tutaj pracę wprost benedyktyńską, wymagającą wielkiego znawstwa zoologicznego i umiejętności malarskich. To jest w ogóle niezwykła postać w naszej kulturze – więzień nazistowskich obozów koncentracyjnych w Auschwitz i Sachsenhausen, gdzie przetrwał dzięki swojemu talentowi, wykonując prace liternicze i tablice ostrzegawcze. Potajemnie namalował tam dwa tysiące portretów więźniów, które niestety nie ocalały. Potem w latach 1948–1951 wykonywał na zlecenie Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu obrazy olejne, akwarelowe oraz rysunki ilustrujące prace i życie więźniów. Następnie zaczął ilustrować atlasy i albumy przyrodnicze, między innymi W. Puchalskiego i W. Szafera, Obok wskazanych wyżej prac zobrazował też atlasy Gady jadowite i Jadowite węże świata, a także wykonał tablice i ilustracje w tekście do Wielkiej Encyklopedii Powszechnej. Pamiętam jak ucieszyły mnie wskazane wyżej Ptaki Europy, które kupiłem w Warszawie w księgarni PWN-u, a potem wielokrotnie z nich korzystałem, trzymając na biurku codziennych prac lub przy łóżku, by skończyć dzień ostatnim rzutem oka na ilustracje W. Siwka. Ta monumentalna praca zawiera dziewięćdziesiąt sześć barwnych tablic od nurów do trznadlowatych i uwzględnia liczne odmiany gatunkowe. W pierwszej części znajdziemy szczegółowe opisy licznych  gatunków, uwzględniające nazwy w kilku językach, podgatunki, jaja, areał, wędrówki, zimowiska i występowanie w Polsce. Jest też kilkaset map odzwierciedlających występowanie ptaków i ich czarne sylwetki w locie i spoczynku, pomagające w identyfikacji terenowej. Obok tego dzieła w mojej bibliotece ornitologicznej zaczęły pojawiać się nowe albumy fotograficzne i książki poświęcone ptakom Europy: L. Svensson, K. Mullarney, D. Zetterström, Przewodnik Collinsa Ptaki Europy i obszaru śródziemnomorskiego; P. Sterry, A. Cleave, A. Clements, P. Goodfellow, Ptaki Europy Przewodnik ilustrowany; H. Delin, L. Svenson, Przewodnik Ptaki Europy; T. Mebs, Przewodnik Ptaki drapieżne Europy;  M. Cuisin, Ptaki drapieżne Europy; P. Hayman, R. Hume, Ptaki drapieżne; K. Hudec, Przewodnik Ptaki; D. Singer, Ptaki śpiewające Europy Środkowej, tegoż, Ptaki drapieżne i sowy; P. H. Barthel, Ptaki nadmorskie; R. Specht, Ptaki śpiewające w lesie, parku i ogrodzie. Od roku 1998 zaczynają się moje liczne podróże, podczas których zawsze wchodziłem do zagranicznych księgarń i wyławiałem książki o lokalnych i kontynentalnych ptakach. Największe dzieło pt. Encyclopedia of European Birds autorstwa D. Aldertona znalazłem w wielkim, kilkupiętrowym domu książki w Pekinie. Z racji tego, że przewodnik ten został wydrukowany na grubym, kredowym papierze, musiałem dla niego znaleźć miejsce w moim bagażu samolotowym, co nie było łatwe, zważywszy, że zawsze przywożę z Kraju Środka wiele tomów antologii, albumów sztuki, dzieł historycznych i literackich, głownie w języku angielskim. Z kolei z jednej z kilkunastu wypraw do Wilna przywiozłem atlas P. Kurlavičiusa Vadovas Lietuvos Paukščiams Pažinti, wierząc iż przyda mi się podczas pisania monografii o naturze w twórczości Cz. Miłosza. Nieco książek wyłowiłem w warszawskiej księgarni wydawnictw zagranicznych, spośród których z zainteresowaniem później wertowałem Vtáky Slovenska O. Ferianca, a także Atlas Ptáků České a Slovenské republiky J. Dungela i K. Hudeca. Nie wiem skąd wzięła się też w moich zbiorach niewielka książeczka N. N. Bierjozowikowa o rybołowach Kazachstanu pt. Скопа.      

Przy obserwowaniu ptaków w terenie, a ostatnio w przydomowym ogrodzie, przydatne okazały się różnego rodzaju przewodniki i fachowe książki, które w mądry sposób uczyły rozróżniania ptaków. Na początku mojego podpatrywania lokalnej awifauny najbardziej pomocna była praca J. Gotzmana Z lornetką wśród ptaków, która uczyła jak obserwować ptaki i jakich używać narzędzi. Niezwykle instrukcyjne okazały się rozdziały o sylwetkach skrzydlatych zwierząt, sposobie poruszania się, ubarwieniu i głosach, a nade wszystko o technikach ich fotografowania. Tę grupę książek reprezentują w mojej bibliotece jeszcze następujące prace: dz. zbior. Ptaki – Łatwe i pewne rozpoznanie; M. Duquet, Przewodnik młodego Robinsona Ptaki; S. Davidson, S. Courtauld, K. Davies, Przewodnik wycieczkowy Obserwowanie ptaków; P. H. Barthel, Jaki to ptak?; J. Reichholf, Żyją wśród nas Fauna i flora osiedli ludzkich; D. Singer, Ptaki w parku i w ogrodzie; J. Szczepocki, Ptactwo łowne; W. Korsak, Puszcza; J. Szczepocki, Ptactwo łowne. Z serii leksykonów przyrody  wydawnictwa Delta przydatne okazały się książki: S. Chvapil, Ptaki ozdobne i S. Petržilka, M. Tyller, Gołębie. Przeglądając te publikacje wracam myślami do rewirów, które na początku mojej przygody ornitologicznej były dla mnie ważne. Mieszkałem w ciągu bloków przy ulicy Gałczyńskiego i miałem bardzo blisko do szkoły podstawowej – może ze 100 metrów. Tuż za nią był Cmentarz Świętej Trójcy i za nim druga nekropolia, komunalna, wyodrębniona z dawnego cmentarza ewangelickiego. Pojawiłem się w tych przestrzeniach na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku, ale świadome obserwacje żyjących tam ptaków zaczęły się na początku lat osiemdziesiątych. Zdumiało mnie wtedy to, że w tych martwych przestrzeniach, ofiarowanych zmarłym, toczy się tak intensywne życie – ptaki zakładają gniazda i karmią młode osobniki, drapieżcy urządzają polowania, trwa też nieustanne łowienie owadów, zbieranie nasion i owoców. Pisząc tom wierszy pt. Pole umierającej kraski chodziłem przez cały rok po obu cmentarzach i obserwowałem ptaki. Najwięcej zauważałem przedstawicieli rodziny krukowatych – kawek, wron, gawronów, srok, sójek – ale wiele było tam też innych pospolitych ptaków: synogarlic, kosów, drozdów, wróbli, mazurków, sikor, szpaków, pliszek, zięb, pokrzewek, pleszek, rudzików, kopciuszków. Z czasem zacząłem zauważać też ptaki piękniej ubarwione i bardziej płochliwe – jemiołuszki, gile, jery, grubodzioby, dziwonie, dzwońce, kulczyki, szczygły, kowaliki, a nawet tak rzadkie gatunki jak kukułka, pełzacz, wąsatka, raniuszek, wilga i kraska. Często wtedy mijały mnie pochody pogrzebowe, albo samochody transportujące trumny ze zwłokami do kaplic. Musiałem wzbudzać spore zainteresowanie, najpierw grabarzy i pracowników zakładów pogrzebowych, a potem żałobników, szczególnie gdy stałem pomiędzy grobami i przez lornetkę przyglądałem się ptakom na wyniosłej topoli, świerku, brzozie albo olsze. Oprócz cmentarzy ważnymi dla mnie rewirami były lasy, ciągnące się za osiedlem Błonie, a także miejskie parki i tereny wokół Kanału Bydgoskiego. Tam także poczyniłem wiele obserwacji i do zestawu ptaków parkowo-cmentarnych dołączyły gatunki egzystujące w lesie lub na jego skraju – grzywacze, dudki, dzięcioły, sowy, puchacze, kanie, jastrzębie, także ptaki żerujące w wodzie i przy brzegach różnorakich akwenów lub na bagnach – czaple, bociany, bączki, zimorodki, wiele kaczek, tracze, łabędzie, kormorany, czajki i siewki.   

       

Bardzo ważny dla moich zainteresowań ornitologicznych był rok dwutysięczny, kiedy to po raz pierwszy poleciałem do Stanów Zjednoczonych. Znalazłem się wtedy w ornitologicznym raju, a szczególnym polem moich obserwacji był nowojorski Central Park, tereny miejskie Elizabeth w Jersey, a także wybrzeże Atlantyku w kurorcie Atlantic City. Mnogość gatunków i ich różnorodność spowodowały, ze natychmiast zaopatrzyłem się w atlasy amerykańskich ptaków, bo otrzymana od przyjaciela książeczka pt. An Instant Guide to Birds nie wytrzymała próby czasu i ogromu obserwacji. Udałem się zatem do księgarni Barnes & Noble przy Piątej Alei i kupiłem najpierw  atlas Rogera Tory Petersona pt. Birds of Eastern and Central North America. Łakomie patrzyłem też na drugą część tej publikacji pt. Western Birds, ale moje zasoby dolarowe były skromne i zdecydowałem się na zakup kilku tańszych lub przecenionych książek: Ch. S. Robinsa, B. Bruuna, Herberta S. Zima Birds of North America; edycję National Geographic Field Guide to the Birds of North America; A. Rokach, A. Millman, The Field Guide To Photographing Birds; D. H. Patent, Feathers. Dopiero w roku 2002, podczas drugiego pobytu w USA kupiłem wskazaną wyżej drugą część atlasu Petersona, choć moja frustracja powiększyła się, gdyż odkryłem, że takich pięknych opracowań powstało kilkadziesiąt. Chciałem kupić jeszcze kilka z nich, ale moje środki mi na to znowu nie pozwoliły, gdyż każdy tom kosztował powyżej dwadzieścia dolarów.  Twórca tych dzieł był amerykańskim naturalistą, ornitologiem i ilustratorem, a jego prace stały się zaczynem i inspiracją dla wielkiego, dwudziestowiecznego ruchu działającego w zakresie ochrony środowiska naturalnego. Urodził się 28 sierpnia 1908 roku w Jamestown jako dziecko imigranta ze Szwecji i imigrantki z Niemiec. Już w wieku dziesięciu lat Roger stracił ojca i musiał pomagać matce, pracując jako robotnik w młynach. Potem jeszcze trudnił się handlem obwoźnym, co pozwoliło mu poczynić pierwsze obserwacje ptaków i innych zwierząt amerykańskich w różnych biotopach i areałach. Po opublikowaniu w roku 1925 pierwszego artykułu naukowego o sikorach dwubarwnych (Titmouse) i  strzyżyku karolińskim (Carolina wren), zainspirował się schematem systematycznym kaczek, stworzonym przez słynnego naturalistę i twórcę nowoczesnego skautingu E. T. Setona i stworzył pierwszy, przełomowy atlas ptaków – Gide to the Birds. Sprzedał się on w ciągu dwóch tygodni w nakładzie 2000 egzemplarzy i miał sześć wydań, a także zapoczątkował pracę Petersona nad kolejnymi wydawnictwami tego typu. Dwa kraje – Stany Zjednoczone Ameryki i Szwecja – uhonorowały tego niezwykłego człowieka najwyższymi odznaczeniami, otrzymał też on wiele innych nagród i wyróżnień, nominowano go do Pokojowej Nagrody Nobla, a także obdarzono licznymi uniwersyteckimi doktoratami honorowymi. Po śmierci w roku 1996 jego ciało skremowano, a prochy rozrzucono w miejscach szczególnie ważnych dla jego obserwacji naturalistycznych. Obecnie jego wielkim dziedzictwem zajmuje się The Roger Tory Peterson Institute of Natural History w Jamestown, a w stulecie jego urodzin Elizabeth Rosenthal opublikowała obszerną biografię pt. Birdwatcher: The Life of Roger Tory Peterson. Podczas moich kolejnych pobytów w USA kupowałem kolejne albumy i książki ornitologiczne, spośród których wymienić warto: R. Burtona, The Audubon Backyard Birdwatcher Birdfeeders and Bird Gardens, a także S. Buff, Birding For Beginners A Comprehensive Introduction to Birdwatching. Osobną kwestią były moje obserwacje w terenie, które rozszerzyłem w 2008 roku o ptaki z Florydy, a w latach 2018 – 2019 z delty rzeki Missisipi i Kalifornii. Szeroko piszę o tych niezwykłych momentach w moim życiu w powstającej wciąż książce wspomnieniowej pt. Amerykańskie chwile, a tutaj tylko pragnę wskazać, że miałem szczęście zobaczyć w charakterystycznych biotopach tak piękne i oryginalne ptaki jak kardynały, tanagry, modrosójki błękitne, epoletniki krasnoskrzydłe, łuszczyki wielobarwne, wilgi z Baltimore, błękitniki meksykańskie, rybaczki popielate, mrowie ibisów, czapli i kolibrów. 

Nie mogę tutaj nie przywołać też niezwykłego albumu, który otrzymałem od mojego przyjaciela R. M. Giannettiego. Poznałem go w okolicach wodospadów rzeki Niagary, gdzie w urokliwym Leviston prowadził niewielki antykwariat książek używanych, najczęściej skupowanych na aukcjach po zmarłych Amerykanach. Robert także lubi ptaki i ucieszyłem się, że w roku 2008 mogłem go spotkać po raz kolejny na Florydzie. Wymienialiśmy wtedy uwagi na temat zauważonych gatunków, których było prawdziwe mrowie, a największe wrażenie wywarły na mnie stada ibisów przelatujących z akwenu na akwen. Po pobycie na Florydzie otrzymałem paczkę od Boba, pełną cudownych książek, pośród których prawdziwą perłą był album. Johna Jamesa Audubona pt. The Birds of America. Jego autor podkreślał i mitologizował to, że w jego żyłach płynęła krew europejskich kolonizatorów i rdzennych mieszkańców Ameryki. Ojciec – Jean Audubon – był francuskim agentem handlowym, a potem kapitanem statku i zarządcą plantacji cukru na San Domingo. Przeżył tam gorący romans z Kreolką Jeanne Rabin i właśnie z tego mieszanego związku urodził się w 1785 roku John James, przyszły wielki malarz, ornitolog i przyrodnik amerykański. Niestety, w rok po przyjściu na świat, jego matka zmarła i młody plantator, który w międzyczasie spłodził córkę z inną kochanką, zabrał dzieci do Francji, gdzie zaakceptowała i wychowywała je jego prawowita żona. Już tam, na obrzeżach Nantes, podglądał ptaki, łowił je, preparował, wypychał i kolekcjonował. Szybko też zaczął wykorzystywać swój wielki talent rysowniczy i malarski,  tworząc niezwykłe wizerunki mieszkańców przestworzy. Gdy interesy karaibskie ojca załamały się, podjęto decyzję o wysłaniu młodzieńca do Ameryki, gdzie dopłynął jako osiemnastolatek w 1803 roku. Miał tam zająć się handlem i zdobyć nowy majątek, ale on wolał włóczyć się ze strzelbą i psem po lasach i przyglądać się florze i faunie wielkiego kontynentu. Wkrótce poznał wybrankę serca – Lucy – i ożenił się z nią w 1808 roku, pragnąc rozwijać interesy i bogacić się na handlu. Niestety życie szybko zweryfikowało jego plany, w klasyczny sposób zbankrutował i musiał wraz z żoną przenieść się, najpierw do Cincinnati, gdzie pracował jako malarz w muzeum, a potem do Nowego Orleanu, gdzie, Lucy była guwernantką, o on uczył tańca i szermierki. Przez cały czas rysował i malował obserwowane ptaki i szybko uzbierała się ogromna kolekcja tych przedstawień. W 1824 roku powrócił do Filadelfii, z zamiarem opublikowania swoich zbiorów, ale napotkał na liczne trudności, przede wszystkim ze strony konserwatywnego środowiska naukowego, nie szanującego ornitologa bez tytułów naukowych. Na szczęście spotkał tam bratanka Napoleona – Charlesa Luciena Bonaparte – który szybko zorientował się, że ma do czynienia z geniuszem i uruchomił szereg działań, które doprowadziły do zamorskiej wyprawy Audubona. W 1826 roku zapakował do kufra czterysta swoich przedstawień i popłynął z Nowego Orleanu do Liverpoolu, gdzie miał zamiar najpierw skontaktować się ze szwagrem swojej żony, znanym angielskim historykiem, botanikiem i kolekcjonerem. W oparciu o jego kontakty doprowadził do wystawy w Royal Institution i w innych ważnych miejscach. Tak zaczął się czas rosnącej sławy amerykańskiego malarza i znawcy ptaków, między innymi wystawiał w Edynburgu, gdzie został członkiem towarzystw naukowych i spotykał tak znane osobistości jak Sir Walter Scott. Jego egzotyczny wygląd i pochodzenie, a także interesujące opowieści o ptakach i zwierzętach Ameryki, zjednywały mu rzesze słuchaczy i stawiały w rzędzie najciekawszych osobowości dziewiętnastowiecznej Anglii i Europy.

Pomiędzy 1827, a 1838 rokiem Audubon wracał do Ameryki trzykrotnie by rozwiązywać problemy związane z publikacją jego przedstawień ptaków, przede wszystkim generowane przez starsze pokolenie naukowców. W końcu spotkał Roberta Havella, który zajął się wydaniem dzieła jego życia – The Birds of America. Jego obrazy powstawały przy pomocy ołówka i pasteli, a po 1806 roku zaczął stosować akwarele dla wyrazistszego przedstawiania oczu i piór. W tym czasie wypracował też swoistą metodę odwzorowywania schwytanych i uśmierconych ptaków, w ich naturalnych pozach. Zdawał sobie sprawę z tego, że po śmierci ubarwienie skrzydlatych stworzeń szybko się zmienia, pióra tracą połysk i świetlistą intensywność. Dlatego wiele czasu poświęcał na obserwacje ptaków, w ich naturalnych biotopach i czynił szkice, które potem wykorzystywał przy tworzeniu kolejnych tablic poglądowych. Najwięksi krytycy Audubona twierdzili, że jego obrazy są zbyt udramatyzowane i są wynikiem przeniesienia na zwierzęta ludzkiej ekspresji oraz emocji. Od 1822 roku twórca korzystał jedynie z techniki akwarelowej, a okazjonalnie tylko wykorzystywał pastele, by zaznaczyć puszystość piór. Biografowie uważają, że najpiękniejsze przedstawienia powstały w latach 1824 – 1826 i spośród nich wskazują na portrety takich ptaków jak  Mocking Bird, Wood Duck i Carolina Parrot.  Następne lata wypełnione były ożywioną pracą, w czym malarzowi pomagała cała rodzina oraz liczni współpracownicy, przygotowujący wstępnie materiały ilustracyjne. Po kolejnym powrocie do Ameryki, w 1829 roku, Audubon wykonał dziewięćdziesiąt pięć rysunków, brał udział w licznych przedsięwzięciach naukowych, pisał i dzielił się swoja wiedzą podczas odczytów. W końcu, w latach 1845–1848, jego wielkie dzieło, w ostatecznej formie, w siedmiu tomach, z pięciuset litografiami i licznymi opisami, ujrzało światło dzienne. Dzisiaj dokonanie to traktuje się jako jeden z przejawów młodego amerykańskiego ducha i możliwości kreatywnych nowych obywateli, napływających ze wszystkich stron świata, wtapiających się w tamtejszą społeczność i szybko przekształcających świat. Pod koniec życia John James Audubon osiadł w Nowym Jorku, gdzie wraz z żoną wybudował dom. Zmarł w 1851 roku i został pochowany na Cmentarzu Świętej Trójcy na Górnym Manhattanie, gdzie po latach, staraniem towarzystw ornitologicznych zastąpiono prostą tablicę dużym nagrobkiem, z górującym nad nim krzyżem i licznymi elementami nawiązującymi do pracy i pasji najsłynniejszego amerykańskiego ornitologa. 

Na koniec tego syntetycznego przeglądu książek ornitologicznych mojej biblioteki pragnę zaprezentować prace poświęcone ptakom świata, osobnych krain geograficznych lub krajów, które odwiedziłem. Patronuje temu działowi ogromne dzieło sir Davida Attenborough pt. Prywatne życie ptaków, wydane u nas pięknie w 1999 roku. Autor jest brytyjskim biologiem, agnostykiem, pisarzem i podróżnikiem, ale najbardziej znany jest z filmów, w których popularyzuje wiedzę przyrodniczą. Wyróżniony tytułem szlacheckim przez Elżbietę II, otrzymał także wiele orderów, odznaczeń i nagród. 24 września 2020 roku założył konto na Instagramie i w 4 godziny i 44 minuty uzyskał pierwszy milion obserwatorów, a cztery dni później obserwowało go 4,3 mln osób. Prywatne życie ptaków napisane zostało z polotem, znanym już z filmowych narracji autora. W kolejnych rozdziałach omawia on takie fundamentalne dla ornitologii kwestie jak ptasie latanie, niezaspokojony apetyt, mięsożerność, rybołówstwo, sygnały i śpiewy, szukanie partnera, składanie jaj, trudności w zakresie ochrony i wykarmienia piskląt, a także dywaguje na temat barier rozprzestrzeniania się gatunków. Praca ta ogromnie przyczyniła się do rozwoju zainteresowań przyrodniczych w świecie i niejednego młodego człowieka zachęciła do podjęcia studiów w tym zakresie – łącznie z synem autora, który wykłada antropologię fizyczną na Australian National University w Canberze . Na drugim miejscu w tym dziale moich cymesów książkowych prezentujących ptaki wymienić muszę książkę J. Fishera i zaprezentowanego wyżej R. Tory Petersona pt. World of Birds. O dziwo pracę tę kupiłem w polskiej księgarni wydawnictw zagranicznych, płacąc oczywiście potrójną cenę, a potem wielokrotnie studiując ją po angielsku. Autorzy podejmują takie tematy jak niebywała różnorodność ptasia, wskazują jak żyły skrzydlate zwierzęta w przeszłości i jak radzą sobie dzisiaj, rozpatrują też ich ulokowanie na ogromnym drzewie życia. Interesujący jest też rozdział o społecznych zachowaniach i strategiach ptaków, a także zamykająca pracę część poświęcona podglądaniu i odzwierciedlaniu tych jakże płochliwych istot. Przez lata zgromadziłem wiele innych książek o ptakach naszego globu, spośród których warto wymienić: C. Harrisona, A. Greensmitha Ptaki świata; J. Hanzáka Wielki atlas ptaków; prac. zbior. Wielka encyklopedia przyrody Ptaki; J. Baileya Podręczny leksykon ptaków; V. Bejčeka Ptaki wędrowne; H. Kolbego, Ornamental Waterfowl; F. Robillera,Birds throughout the World; w interesujący sposób prezentuje też światową awifaunę podłużna książeczka grupy autorów z serii Fakty o zwierzętach świata, zatytułowana po prostu Ptaki. Od 2015 roku zacząłem też przywozić atlasy ornitologiczne z dalekich i egzotycznych krajów, do których bywałem zapraszany na sympozja i festiwale literackie. Prym wiodą tutaj Chiny, które odwiedziłem już dziesięć razy i bodaj w 2016 roku kupiłem tam ogromny atlas J. MacKinnona i K. Phillipps  A Field Guide to the Birds of China. Z dwóch wypraw afrykańskich przywiozłem pracę D. A. Zimmermana, D. A. Turnera, D. J. Pearsona Birds of Kenya & Northern Tanzania oraz przewodnik JI. Sinclaira, P. Hockeya, W. Tarbotona, P. Ryana Birds of Southern Africa. W Indiach nabyłem obszerny atlas R. Grimmetta, C. Inskipp i T. Inskippa Birds of the Indian Subcontinent, a z wyprawy do Kolumbii książkę, którą sprezentował mi sympatyczny poeta George Mario Angel Quintero – F. Ayerbe Quiñones Avifauna colombiana. Jakże często korzystałem z tych prac na miejscu, podczas dalekich podróży, a potem wielokrotnie w domu, przy pisaniu wspomnień i opracowywaniu nowych książek.

sdr

BANKNOTY OCEANII

Jakże bogate w treści i fascynujące są banknoty obiegowe wysp Oceanii. Ileż na nich wspaniałych motywów florystycznych, ichtiologicznych i ornitologicznych. Wierzę, że jeszcze kiedyś znajdę się w tych przestrzeniach i przywiozę ze sobą nieco tych piękności. Na razie podziwiam je w Internecie i zapraszam czytelników mojego dziennika do zapoznania się z kilkoma zaledwie przykładami. Równie piękne są banknoty wysp Morza Karaibskiego, ale to już inna opowieść…

W OBLICZU GWIAZD

Wczoraj wieczorem usiadłem na tarasie i długo kontemplowałem gwiazdy. Potrafię rozróżniać gwiazdozbiory i moją uwagę przykuła Wielka Niedźwiedzica, w czerwcu lokująca się po zachodniej stronie nieba. Patrząc na te odległe ognie, podsycane w każdym miejscu Wszechświata przez eksplozje termojądrowe, zachwycałem się nimi i czułem jak wielkim cudem jest zaistnienie świadomości, która potrafi rozmyślać o nich. Rzadko kiedy ludzie uświadamiają sobie nad jakimi ogromami zostali zawieszeni i w jakich przepastnych głębiach bytują. Nasza rasa jest bardzo egotyczna, stale prowadząca lokalne wojny, lubująca się w przeszacowaniach, które nijak się mają do rzeczywistej wartości jakże krótkich życiorysów. Dopiero zamyślenie nad tym, co widać w górze, w chłodny albo mroźny wieczór, przywraca właściwe proporcje i uczy pokory. Dla galaktyk i konstelacji gwiezdnych, dla komet lecących po elipsoidalnych orbitach, dla planet i meteorytów, a nade wszystko dla ogromu całego kosmosu, nie mamy znaczenia, jesteśmy jak pyłki, jak organiczne drobinki. Nasze istnienie zostało wpisane w ciąg przemian kosmogonicznych i metamorficznych, niczego nie zdołamy zachować, niczego nie uda się nam ocalić, entropia zatriumfuje w chwili ostatniej. I tylko zapatrzenie w gwiazdy będzie realne, niepowtarzalne, ostateczne…

GRZYWACZ

W czasach mojej młodości grzywacze (Columba palumbus) zauważyć można było niemal wyłącznie w lesie. Bardzo rzadko zalatywały na cmentarze lub pojawiały się w parkach. Może dlatego nazywano je też dzikimi gołębiami, bytującymi na skrajach zalesień sosnowych lub gnieżdżącymi się w lasach mieszanych. W tamtych przestrzeniach były smuklejsze, ale od połowy XIX wieku zaczęły zasiedlać miasta, postępując z zachodu na wschód i tyjąc groźnie na diecie śmietnikowej. Występują w Eurazji i północnej Afryce, a także na niektórych wyspach Oceanu Atlantyckiego. Ptaki te żywią się pędami i nasionami roślin, owocami, warzywami i ślimakami, największą wagę uzyskując jesienią. Najczęściej najpierw usłyszymy ich charakterystyczne gruchanie, a dopiero potem wypatrzymy je w gęstwinie drzew, choć ostatnio to się zmienia i pary, a nawet większe stada widywane są na trawnikach, gdzie szukają owadów. Grzywacze zaliczymy do dużych mieszkańców przestworzy, bo długość ich ciała waha się pomiędzy 40 a 45 centymetrów, a rozpiętość skrzydeł dochodzi do 75 cm. Dobre umięśnienie i wydatne piersi powodują, że gołębie te stają się często ofiarami drapieżców, takich jak jastrzębie, krogulce, kanie i sokoły. Ich niebieskoszare upierzenie maskuje je pośród roślinności, ale nie na otwartej przestrzeni i w locie, gdy wyraziste stają się białe plamy na szyi i takie same zakończenia piór. Ubarwienie dopełniają akcenty czarne, różowawe i sine, a całość pięknie opalizuje w słońcu. Często zaobserwować można dominację silniejszych samców, które nie pozwalają towarzyszkom razem spożywać znalezionego pożywienia i przeganiają je w bezczelny sposób. A jeśli już dopuszczają je do wspólnego posiłku, to tylko po to, by znienacka pokryć partnerkę. Obecnie szacuje się wielkość populacji na 51–73 miliony dorosłych osobników, z czego w samej Polsce jest ich ponad milion. Obserwuje się też trend wzrostowy, do czego zapewne przyczynia się łatwa dostępność pożywienia z ludzkich stołów, znajdowanego w śmietnikach lub w miejscach, gdzie ludzie zostawiają jakieś resztki. Niektórzy ornitolodzy twierdzą, że takie pożywienie szkodzi ptakom, które nie mogą pozbywać się z organizmu soli, ale przecież ogromna ruchliwość tych zwierząt powoduje, że spalają one niemal wszystko, co pochłonęły. Moje pierwsze spotkania z grzywaczami miały miejsce w lesie, nieopodal bydgoskiego osiedla Błonie, ale potem widywałem je wielokrotnie – najpierw w różnych częściach Polski, a potem Eurazji, ze szczególnym uwzględnieniem Belgii, Hiszpanii, Włoch, Turcji, Iraku, Armenii i Gruzji.  Niegdyś te największe gołębie przemieszczały się w zimie na południe, ku cieplejszym krainom, ale ostatnio coraz więcej tych ptaków postanawia zimować w kraju, nie bojąc się, że zabraknie im pożywienia. Gdziekolwiek się nie pojawiają stają się pięknym ornamentem natury, symbolem miłości i wytrwałości egzystencjalnej. Ich głosy, dobiegające z dalekich gęstwin zieleni, należą do najpiękniejszych tajemnych kodów rzeczywistości.

CZERWIEC

Czerwiec jest moim ulubionym miesiącem, szczególnie gdy wychodzi słońce i obdarza rzeczywistość milionami poblasków, lśnień i barw. W mojej pamięci zachowało się wiele meczy, wypraw rowerowych, wędrówek na Mazurach i w Tatrach, gdy nad głową pojawiał się wielki błękitny baldachim, wypełniony okrzykami i świstami skrzydeł jeżyków. Doskonale zapamiętałem ów moment, gdy kiedyś byłem na boisku szkolnym, a ptaki te latały nisko, zataczały wielkie kręgi, odlatywały na chwilę, by wrócić z jeszcze większym zamachem. Wtedy piękna pogoda była elementem sielskiego dzieciństwa, gdy organizm tętnił zdrowiem, a każdy oddech był jak haust krystalicznie czystej, zimnej wody. Teraz to zmieniło się i odczuwam każde wahanie pogody, a szczególnie te momenty, gdy deszczowa aura zaczyna zanikać, a słońce lśni w pełni majestatu. Zapamiętałem też momenty, gdy pływałem w wielu jeziorach i czasem kładłem się na wodzie w bezruchu na plecach i kontemplowałem błękit, albo przesuwające się wolno po niebie czapy jasno oświetlonych cumulusów. Takie szczęśliwe chwile docenia się dopiero po latach, gdy przewali się już większość życiowych burz i sztormów, a pamięć zacznie podsuwać obrazy z przeszłości. Światło i barwa są bardzo ważne w naszej egzystencji i niosą ze sobą poprawę nastroju, przydają energii i wigoru, za co odpowiedzialna jest głównie naturalna witamina D. Oczywiście są też ludzie, którzy z powodu kłopotów zdrowotnych unikają słońca i wyczekują chłodniejszych dni. Pamiętam opowieść mojego serdecznego przyjaciela, od wielu lat żyjącego w Polsce, który podczas powrotów do ojczystej Grecji  musiał ratować się siedzeniem w wannie z chłodną wodą. Jego serce nie tolerowało też upałów, a zdawać by się mogło, że południowcy są w szczególny sposób uodpornieni na taką aurę. Jest jeszcze jeden element, który dochodzi wraz z wiekiem – coraz większa alergizacja i konieczność zażywania tabletek przeciwhistaminowych, które dają chwilową ulgę. Od kwietnia coraz więcej pyłków pojawia się w powietrzu, co przeszkadza w oddychaniu pełną piersią, jak w czasach młodości. Ludzie myślą, że mają nieograniczony kredyt lat i zdrowego bytowania, a tymczasem jesteśmy bardzo delikatnymi organizmami, które z wiekiem coraz gorzej sobie radzą z agresją czynników atmosferycznych. Jak by jednak nie było największą wartością jest samo życie, które ma swoje fazy, lepsze i gorsze okresy, chwile rozpaczy i ekstazy. Dzisiaj mój nastrój jest ekstatyczny, mający w sobie coś chmurnego anielskiego włosia i niechaj mnie nie opuszcza przez wiele, wiele dni…

BROMBERG (19)

Trzynastego września tego straszliwego roku Szmul Lewi z sercem na ramieniu podążał w stronę bramy domu zaprzyjaźnionego przedsiębiorcy Dawida Arona, znajdującego się przy ulicy Orlej i już z daleka zobaczył zielonkawy furgon Fordsona z przebudowanym tyłem, nieco uniesionym i powiększonym. Silnik był z przodu okryty specjalną nakładką ze stalowych pasków, przepuszczających powietrze i umożliwiających chłodzenie. Dwa niewielkie światła umieszczono na szerokich błotnikach. Kierownica była z lewej strony, a przy niej miejsce dla pasażera i szersza ława z tyłu, mogąca pomieścić troje ludzi. Za nią znajdowała się dość duża skrzynia ładunkowa. Na dachu i na bocznych drzwiach był znak czerwonego krzyża, co wskazywało na to, że nowy właściciel nie zdążył jeszcze przemalować swojego nowego auta. Policjant przeraził się, bo zrozumiał, że nie ma mowy, by do tego samochodu zmieścił się jakiś dobytek. Otworzył bramę przy dużym domu ze spadzistym dachem i podszedł do drzwi, pukając mosiężną kołatką. Spłoszona sroka zaskrzeczała na krzewie bzu i odleciała w głąb ogrodu, ale nikt nie otwierał domu. Zapukał drugi raz i czekał podenerwowany na niewielkim podwyższeniu, ale dopiero po trzeciej próbie zachrzęścił klucz w zamku, drzwi uchyliły się i stanął w nich wysoki mężczyzna, może sześćdziesięcioletni. Ubrany w białą koszulę i czarne spodnie, miał ogorzałą twarz, długą, siwą brodę i niewielką jarmułkę na głowie.

 – Szalom Dawidzie… – powiedział policjant na powitanie.

 – Szalom… – odezwał się zdziwiony właściciel domu – a czemu to zawdzięczam pana wizytę… czyżbym coś przeskrobał…?    

 – Nie, nie… Coś znacznie gorszego… – odpowiedział policjant.

 – No to wejdź Szmulu do domu, nie będziemy rozmawiać przy progu…- odrzekł zdziwiony właściciel posesji.

Mężczyźni minęli wąski korytarz i znaleźli się w obszernym salonie, którego bogaty wystrój wskazywał, że codziennie przebywają w nim ludzie o wysokim statusie społecznym. Wielkie kryształowe lustra odbijały wszystko dokoła i powodowały, że przestrzeń wydawała się większa. Na rzeźbionych, dębowych meblach stały mosiężne rzeźby, a na wielkiej komodzie umieszczono potężną menorę z marmuru, na której były nadpalone grube świece. W specjalnych oszklonych regałach ustawiono równo wiele złoconych książek, a na ścianach wisiały obrazy olejne, przedstawiające Żydów i wieśniaków przy domach, na polach i w bożnicach. Gdy już siadali przy stoliku, z drugiego pokoju wychyliła się pięćdziesięcioletnia kobieta z wyraźnymi śladami dawnej urody. Ubrana była jak większość Europejek, a nawet miała na szyi sporej wielkości naturalne korale.

– Esterko przygotuj nam nieco kawy, a może wolisz herbatę…? – zapytał Aron.    

– Chętnie napiję się kawy…– odparł policjant.

Kobieta zniknęła za drzwiami i z kuchni zaczęły dolatywać odgłosy wody gotującej się z szumem i szczękanie filiżanek.  Po dłuższej chwili pani domu wróciła z tacą i zdjęła z niej biały, porcelanowy dzbanek i dwie filiżanki.

– Może przyniesiesz też filiżankę dla siebie, bo sprawa dotyczy również ciebie Estero… – powiedział Szmul.

Kobieta zerknęła z przestrachem na męża, ale gdy zobaczyła spokój na jego twarzy i nieznaczne kiwnięcie głową, poszła po naczynie dla siebie. Aromat kawy rozniósł się natychmiast po salonie, gdy nalała ją do ozdobnych, niewielkich filiżanek.

– Drodzy przyjaciele… – zaczął mówić przybyły – Straszne czasy nastały w naszym pięknym mieście i teraz muszę być posłańcem złej nowiny…

Aronowie spojrzeli na siebie wymownie, napili się nieco kawy, a po odstawieniu filiżanek z powrotem na stół, czekali na dalszy ciąg wywodu, tak lubianego przez nich przyjaciela. Znali się od wielu lat i był taki moment, że Dawid rywalizował w szkole ze Szmulem o wdzięki pięknej Estery, którą często mijali, gdy chodziła z siostrą do szkoły dla dziewcząt.

 – Zapewne dotarły już do was wiadomości o rozstrzelaniach Polaków przy kościele na Szwederowie i na głównym rynku miasta – zapytał Szmul.

 – Tak, znamy te straszne wieści… – odpowiedział gospodarz domu i groźnie ściągnął brwi, jakby chciał wskazać, że nie chce o tym rozmawiać.

 – Przepraszam, że muszę was zmartwić… – ciągnął policjant – Ale sytuacja jest bardzo groźna. Mój przełożony, komendant Kowalski, był na naradzie u dowódcy Selbstchutzu Alvenslebena i otrzymał instrukcje, by granatowa policja wzięła udział w kolejnych rozstrzelaniach… Chcą oczyścić Bromberg z Żydów, uwięzić nas i potem rozstrzeliwać w Fordonie i Tryszczynie.

– Jahwe przenajświętszy… Panie wszelkiego stworzenia…!!! – załamała ręce Estera i niemal z płaczem zapytała – I co teraz z nami będzie…?        

– Dajmy mówić Szmulowi – włączył się Aron, choć widać było, że i on jest bardzo poruszony – Dajmy mu mówić, bo nie przyszedł do nas bez powodu…

– Tak jest drogi Dawidzie… – potwierdził policjant i ciągnął dalej – Kowalski mówi, że musimy stąd jak najszybciej uciekać, nie ma dla nas już przyszłości w Brombergu…

– Jak to uciekać…? – lamentowała Estera – A co z naszym dobytkiem, co z rodzinami… My jesteśmy sami, ale wiele rodzin żydowskich ma dzieci, zdaje się, że pan też ma małego chłopca…?

– Tak i dlatego ja też muszę uciekać… Nie ma znaczenia to, że jestem policjantem… Oni chcą nas wszystkich wymordować…– mówił z bólem na twarzy Szmul.

–  Ile mamy czasu według twojej kalkulacji…i jaki jest twój plan? Nie przyszedłeś przecież do nas bez powodu? – zapytał i zarazem ocenił sytuację Dawid.

– Tak, przyszedłem do was z konkretną propozycją…– powiedział Szmul – To będzie bardzo niebezpieczne, ale możliwe do wykonania, a najważniejszą rolę odegra tutaj wasz furgon.

–Tak myślałem… – wtrącił się Dawid, obwieszczając to takim tonem jakby złapał jakiegoś kontrahenta na szmoncesie.

– Powiem brutalnie…– ciągnął Szmul –  Jeśli zostaniemy w Brombergu, nie przeżyjemy najbliższego miesiąca…a nasze ciała legną w głuchych dołach pośród innych żydowskich trupów…  

– Co my teraz poczniemy, co poczniemy…? – z płaczem odezwała się Estera.

– Plan jest taki… – kontynuował swoją wypowiedź przybysz – Zapakujmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy, kosztowności i pieniądze do waszego furgonu i nocami przemknijmy do Białegostoku, a stamtąd zieloną granicą do Grodna, gdzie mieszkają moi bliscy krewni, ciotka i wuj oraz kuzyni i kuzynki.

– To brzmi bardzo prosto… ale przecież wszędzie jest pełno Niemców…– powątpiewał Dawid – Zgarną nas na pierwszym posterunku i wsadzą do więzienia…

– Na posterunkach mamy niewielkie szanse, ale też nie mamy wyboru – ciągnął narrację Szmul – Nasze szanse zwiększy mój mundur i papiery, które dał mi  komendant Kowalski. Wskazał mi też miejsce, nieopodal  Warszawy, gdzie nie ma Niemców i jest ukryty drewniany prom, którym pokonamy Wisłę…Mój przełożony wystawił mi dokument, świadczący o tym, że eskortuję na przesłuchanie do Białegostoku świadków w jakiejś ważnej sprawie.

– Dziękuję Ci kochany Szmulu za tę propozycję, ale nie jestem przekonany do niej – powiedział Dawid – Może jednak nas zostawią w spokoju… Może jakoś przetrwamy tutaj okupację…

Szmul zamyślił się przez chwilę, po czym sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął z niej kilka kartek papieru. Wstał ze swojego miejsca i podał je gospodarzowi domu.

– Rzuć okiem Dawidzie na tę listę osób, które zostaną szybko aresztowane i rozstrzelane… – Mój komendant dał mi ten wykaz, z prośbą by po zapoznaniu się z nim, jak najszybciej go spalić.

Dawid sięgnął po kartki, rzucił na nie okiem i zaczął głośno wymieniać nazwiska dobrze sobie znanych Żydów z miasta nad Brdą:

– Aronsohn, Arn, Sonnenschein, Breslauer, Cohn, Eisen… Czy to może być kochana Esterko… Friedlander, Heiman, Abraham, Lewi, Jackobi, Silberstein… jest też mój wuj i twój kochanie… i niestety my też jesteśmy…

– O Jahwe, Jahwe… dlaczego tak nas doświadczasz…– załkała kobieta.

– Nie ma o czym mówić…– nagle odezwał się zasadniczym tonem Dawid – Plan Szmula daje nam jakąś szansę… i jakąś przyszłość. Tutaj czeka nas tylko upokorzenie i śmierć…

– Otoczyły nas dzikie bestie Hitlera i musimy wyrwać się stąd – podsumował jego stwierdzenie Szmul – Wracam do domu i będę na was czekał późnym wieczorem… Zajmujemy niewielką kamienicę przy rogu ulicy Jaskółczej i Kruczej… Weźcie tylko trochę ubrań, kosztowności i rodzinne archiwum…

– Jak dziwnie splatają się ludzkie losy… Wczoraj okazyjnie kupiłem beczkę benzyny i teraz może ona uratuje nam życie… – z zadumą w głosie powiedział gospodarz.

– Musimy ruszyć jeszcze dzisiaj wieczorem… Pojedziemy bocznymi drogami… Mam stosowna mapę… Najpierw jednak skierujemy się przez las w stronę jeziora Jezuickiego, by ominąć południowe posterunki niemieckie…Czerwony krzyż na waszym furgonie może nas chronić, papiery też nam pomogą, ale przede wszystkim musimy być sprytni i jechać głównie w nocy.

Po tych słowach Szmul podziękował za gościnę i podjęcie decyzji i skierował się ku drzwiom. Tam pożegnał się z Dawidem i jeszcze usłyszał przeraźliwy płacz kobiety za drzwiami. Teraz czekało go przekonanie własnej żony, że muszą opuścić dom, który tak pokochała. Wyszedł na drogę, utwardzoną żużlem i zobaczył, że na sąsiedniej ulicy Żwirki i Wigury przejeżdża niemiecki konwój złożony z wielkich ciężarówek ciągnących działa i wozów pancernych z czarnymi krzyżami na bokach.

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (6)

Adam Szyper

Adam Szyper urodził się w Łodzi 6 grudnia 1939 roku i jak miliony Żydów przeszedł przez piekło getta i Oświęcimia. Jednak wojna nie stała się głównym motywem w jego wielowymiarowej i mieniącej się odcieniami twórczości. Opuścił Polskę blisko czterdzieści lat temu, ale nigdy nie porzucił języka polskiego. Jego polska poezja była publikowana w amerykańskich periodykach – „Nowy Dziennik” i „Gwiazda Polarna”, w londyńskich „Wiadomościach” oraz w polskich czasopismach – „Przekroju”, „Akcencie”, „Metaforze” i wielu innych. Jego wiersze tłumaczone na język angielski znalazły się w ponad trzydziestu amerykańskich magazynach i antologiach. Opublikował Szyper kilkanaście książek poetyckich. m. in. – Zielony prymityw (Izrael, 1971), Did You Hear the President’s Speech Tonight? (Northwoods, 1984), Chcę tylko być (Łódź 1990), Z poddasza snów (Łódź 1991), Nowy Jork – strach w raju (Łódź 1991), Diabeł Żyd (Łódź 1992), And Suddenly Spring (USA 1992) oraz Wiersze wybrane (Łódź 1996). Otrzymał Nagrodę Ministerstwa Sztuki Stanu Jersey, Nagrodę Ryszarda Milczewskiego-Bruna oraz laur imienia Klemensa Janickiego, przyznawany przez kwartalnik „Mefafora”. Mieszkał z żoną Mirą i synem Danielem w Kendall Park (New Jersey), Elizabeth i w Łodzi. Często podróżował po świecie i prawie każdego roku przyjeżdżał do Polski, gdzie udzielał wywiadów, brał udział w biesiadach literackich i spotykał się z przyjaciółmi pisarzami. Zmarł 30 września 2015 roku w Stanach Zjednoczonych, po ciężkiej chorobie.

Poezja Adama Szypera zrodziła się na styku bolesnych wspomnień dziecka i zachwytu dojrzałego człowieka nad otaczającą go rzeczywistością. Jak monstrualny cień wiszą nad nią śmiertelne kształty strażniczych wież getta i Auschwitzu, barczystych gestapowców, żołnierzy z psami i karabinami maszynowymi. Jakże przejmującą relacją i podsumowaniem pierwszych lat na tej ziemi jest wiersz pt. Dzieciństwo: Byłeś mądrym dzieckiem/ Wiedziałeś że nie wolno płakać./ Milczałeś bo każdy dźwięk/ Oznaczać mógł koniec twego/ Żywego nieistnienia./ Wiedziałeś, że trzeba schodzić/ Silniejszym z drogi, a nigdzie/ Nie widziałeś słabszego od siebie./ Kopałeś matkę po nogach/ Gdy chwiała się, gdy z zimna drżała/ W widmowo trupich szeregach./ Byłeś mądrym dzieckiem, wiedziałeś/ Że godzinami trzeba stać na baczność/ Zimą na porannych apelach/ Że aufzejerka da ci może z litości/ Jeszcze jeden zgniły kartofel./ Strach wznosił cię ponad wszystkie/ Dziecięce reakcje, lecz gdy noc/ Zapadała w cuchnącym baraku/ Wśród ludzi którzy jak otępiałe raki/ Tuż przed ugotowaniem/ W gęstym smrodzie leżeli na sobie/ Na chwile odzyskiwałeś głos/ I pytałeś w końcu jak dziecko:/ Mamo co to znaczy jabłko?/ Mamo co to znaczy kura?/ Mamo co to znaczy człowiek? W wierszu tym poeta w dramatyczny sposób syntetyzuje swoje doświadczenia obozowe i umieszcza je w perspektywie przeżyć tysięcy żydowskich dzieci, maltretowanych przez hitleryzm. Jest to utwór, który powinien się znaleźć w każdej antologii poezji polskiej – wiersz, który trzeba umieścić w jednym szeregu z podobnymi utworami Borowskiego, Różewicza, Broniewskiego. Wrażliwość dziecka i mądrość dorosłego mężczyzny nakładają się w nim na siebie – stają się dwoma biegunami człowieczeństwa i jakby spinają wiek dwudziesty klamrą metafory. Trudno się dziwić, że po takich doświadczeniach poeta napisał też utwór pt. Bunt oświęcimski: Nie pięści me niebiosom wygrażać będą/ ni też kalać się będę w powinnej pokorze/ Jedno chcę tylko dokonać przed końcem –/ w twe oczy Ci spojrzeć Boże./ Jedno chcę jeszcze poznanie/ nim czas mnie wchłonie i spłucze./ Przed Tobą chcę dumnym stać Panie/ gdy płomyk mój życia się stłucze./ Całą mą ziemską prawdę/ wygarnę Ci wtedy hardy/ i zważę tak cienie jak blaski / i worek pękatej wzgardy./ Wyliczę Ci wszystkie piszczele/ czaszki i ślepia rozlane/ a potem zanucę modlitwy/ dla Ciebie z ufnością śpiewane. / I zważę prochy mych dzieci/ na rękach Twojego sądu/ a potem głosy palone/ zachrypią z żywego swądu./ Zwołają badyle śmierci/ szkielety i strzępy ciała/ W bólu i krwi poczęci/ Powrócą do swego Pana… To nie jest bluźnierstwo, bo kto widział tyle śmierci, a mówi tak dobitnie, nie bluźni. To nie jest ironia, bo kto tyle razy nie był pewien czy doczeka następnego dnia, a wadzi się z Bogiem tak delikatnie – nie ironizuje. Rację ma Piotr Kuncewicz, gdy pisze, że łagodna, melancholijna poezja Adama Szypera jest (…) świadectwem „czegoś dobrego”, czego nawet najgorszy los nie potrafi nam do końca odebrać. Jest też prawdą wypowiadaną w obliczu wszechogarniającego fałszu – prawdą łagodnie przeciwstawianą kłamstwom dwudziestego stulecia.

Szyper stale nawiązuje w wierszach do swoich żydowskich korzeni. Stara się rozwikłać w nich zagadkę etosu żydostwa. Czuje się po trosze Żydem Wiecznym Tułaczem, ale nie podąża pchany niewidzialnym instynktem przed siebie, idzie w dal rozważnie, bo natura wyposażyła go w błyskotliwy intelekt, który nakazuje mu właściwie oceniać ludzi, zdarzenia i własne szanse; czy to w chwilach kiedy liczy kloszardów w czasie wystąpienia prezydenta, czy to gdy przygląda się amerykańskim ulicznym dziwkom, albo zastanawia się, co by robił w Jugosławii, gdyby nie wybuchła tam wojna. Szyper potrafi udanie uchwycić w wierszu szczegół i uczynić z niego prawdziwą „perełkę liryczną”.  Składa się ona z masy perłowej czasu, a jej połysk, to iskierki ironii. Często też poeta prowadzi dysputę z niedaleką przeszłością. Pragnąc poznać swoje korzenie, patrzy na pożółkłe fotografie i zastanawia się co wie o swoim dziadku: Cóż o Tobie wiem mój brodaty pradziadku?/ Tylko to, co opowiadała mi Matka:/ Że uciekłeś z domu mając lat szesnaście,/ Że w podeszłym wieku wskakiwałeś do jadącego tramwaju,/ Że na młode dziewczynki mówiłeś „rzodkiewki”. (…) Nie byłeś kapitalistą, nie byłeś komunistą, w czterdziestym roku/ Na wschodzie Polski, nie witałeś sowieckich hord/ I na pewno, mój biedny Szulimie Icku, zanim Cię wykończyli w getcie,/ Nigdy w życiu do macy nie użyłeś krwi/ Niewinnych chrześcijańskich dzieci. Poeta czuje, że wiąże go z przeszłością wiele przedziwnych związków. Przede wszystkim więzów krwi, ale też nie zapomina o koligacjach z całym narodem żydowskim. Dla niego nie ma diaspory, jest tylko to co nazwać by można było wspólnotą ducha. Dlatego podąża za milionami pomordowanych w obozach zagłady, dlatego odmawia kadysz w miejscach, gdzie przelana została judajska krew, dlatego nawet przed boskim tronem stoi hardy i patrzy Bogu prosto w oczy. Nie jest bezimiennym polskim Żydem w Nowym Jorku. Jest dumnym spadkobiercą określonej tradycji kulturowej i wielowiekowego ceremoniału inicjacji. Jego wchodzenie w świat jest sakralnym obłaskawianiem sprzecznych sił. Wie, że każdy jego krok ma symboliczne znaczenie, ma swoją wartość naddaną w perspektywie doświadczeń ludu wybranego. Wie, że Martwi patrzą na nas z daleka/ w śnieżnych połaciach lęku/ zwoje naszej zmęczonej pamięci/ plądrują tajemniczym szyfrem/ (…) Martwi patrzą na nas z daleka/ szepczą do nas wpół drwiącym szeptem/ nie za cichym by ich usłyszeć/ nie za głośnym by się samemu nie obudzić. Liczne nawiązania i kryptocytaty w tej liryce wskazują, iż poeta pragnie lokować swoje przeżycia egzystencjalne w przeogromnym strumieniu świadomości i bólu Żydów. Chce iść ścieżką zagazowanych i tych walczących o nowy Izrael, chce by jego bohaterowie mieli coś z Singera, Babla, Malamuda, ale też z Boba Dylana i Leonarda Cohena. Szuka bohatera uniwersalnego, który pamięta o rodowodzie, ale też nie przestaje orbitować ku uniwersum kultury. Trafnie uchwyciła to Dorota Chróścielewska pisząc, iż Szyper  – Obywatel świata (…) pisze nie o swych satysfakcjach, zachwyceniach, zwycięstwach, ale o bardzo ludzkim zmaganiu się z czasem, z samotnością, z bezradnością, z lękiem ostatecznym. (…) Czytając jego wiersze, odnosi się wrażenie, że całkowicie wyzwolił się on z ram ograniczonego, plemiennego światopoglądu większości i utożsamia się z człowiekiem uniwersalnym (…). Obywatelstwo świata zobowiązuje, więc poeta zatrzymuje się nad każdym cierpieniem – przenosi się na skrzydłach wiersza do wielu zakątków globu i szuka potwierdzenia swoich humanistycznych ideałów. Pragnie czynić dobro i dobra wciąż szuka. I choć świat odsłania swoje krwawe oblicza, stara się ocalać w wierszach wszelkie odruchy człowieczeństwa. Wiele razy bytując w raju chwilowej harmonii – Wiele razy byłem już w raju,/ Lecz za każdym razem gdy zaglądałem/ Pod kamienie prawdy,/ Napotykałem pod nimi strach.– odnajdywał się w piekle strachu. Ale prawdziwego raju, prawdziwego azylu szukać nie przestał nigdy.

Tworzona w Ameryce poezja Szypera staje się wielowymiarową apoteozą i synekdochą miasta. Poeta patrzy na Nowy Jork, na gigantyczne aglomeracje zachodniego i wschodniego wybrzeża i znajduje w nich potwierdzenie apokaliptycznych wizji. Człowiek w nich niewiele znaczy i musi twardo stać na nogach, żeby moloch miasta nie pożarł go, nie wchłonął niczym śmiecia: Miasto najeżone kłami/ Lśni w strugach chłodnego deszczu./ Płazy, gady i praptaki/ Do snu się układa ferajna/ Drapieżnych zwierząt./ Tu i tam śpią – mokną bezdomni/ Policja krąży na East Side./ Żebracy i nożownicy zniknęli./ Prostytutki pochowały się w swoich/ Kondominiach nocy./ Tylko dziecko w nas prosi o zieloną nadzieję/ Tylko żółte taksówki migają/ jak kanarki nad głodnym brukiem/ tylko świetliki koreańskich warzyw i owoców/ Rozpraszają tę ciemność – Broadway./ Więc może teraz wyjdziemy/ Po kruszynkę spokoju w tym plusku/ Jak malowane, wśród czarnych skrzydeł/ Jak dwa roślinożerne dinozaury/ W deszczu mięsnej epoki. Miasto jest snem o śnie, jest dziwaczną, oniryczną przestrzenią pośród której bytują istoty pęknięte w sobie, ptaki ze zwichniętymi skrzydłami i ludzie, którzy są tak dobrzy jak roślinożerne dinozaury – świadomi swojej siły nie chcą nikomu wyrządzać krzywdy. Wychodzą do miasta, dopiero, gdy drapieżcy chowają się w swoich norach, w swoich matecznikach. Człowiek bytując w takich molochach miejskich traci pewność siebie, czuje na sobie stale czyjś badawczy wzrok. I dlatego też buduje swoje małe enklawy, swoje kolejne  d o m y.  Dopiero tam może spokojnie zasnąć, dopiero tam odchodzi w dal sen na jawie, a pojawiają się obrazy surrealne, jak te z obrazów Bruegela: W obszarach jego świadomości/ ciała szybko kościotrupieją/ Wóz-widmo sunie wypełniony/ ludzkimi czaszkami/ Dymy i wszystko obok umiera/ niby zadatek na przyszły Oświęcim. Tak – paradoksalnie – ucieczka przed miastem kończy się w przestrzeni wyobraźni zurbanizowanej śmierci. Stale w podświadomości poety tkwią okupacyjne obrazy i przy lada gwałtowniejszym impulsie pojawiają się we śnie, albo w świadomości niczym monstrualne mary. Czasem mają one postać czarnego sutenera, czasem kloszarda, ale też często bohaterowi tej poezji zdaje się, że: Hieny podchodzą pod nasze okna/ Pod bladym niebem podnoszą łby i węszą/ Czują krew, strach, długo/ mówią o miłości bliźniego (…). To też jest moloch miasta, pulsujący bełkotliwym poszumem; to jakby jego skomplikowana podświadomość. Nad ranem, gdy wszystko w nim zamiera, poeta patrzy nań jakby z góry i widzi wszechogarniający sen – i sutenerzy śpią i przemysłowcy i nobliści/ W Hotelu Plaza i w Waldorf Astorii/ I żebracy i pijacy i sprzedawcy używanych książek/ Śpią na ulicy koło Coloseum Bookstore./ I świat cały śpi i śpi noc i śpią/ Najbardziej wyszukane i eleganckie słowa/ Z nieużywanych tajni wielkiego słownika. Szyper łatwo przenosi się z Nowego Jorku do Bangkoku i zamienia w wyobraźni Manhattan na zieleń Madagaskaru. Jego imaginacja jakby stale drży, stale domaga się nowych metamorficznych cykli obrazowych. To jest ucieczka, ale też pewna właściwość umysłu, poetycka inteligencja, nakazująca stale szukać i stale zmieniać przestrzeń lirycznych penetracji. Tylko świadomość przekonana o trwałości niezmiennych fizykaliów, pośród których bytujemy, może sobie pozwolić na tak odległe skoki w czasie i przestrzeni – świadomość przekonana o tym, że Gdzieś spokojnie istnieje Nieznana Ziemia/ Kraj który nigdy nie istniał/ A istnieje… Szyper jest lirycznym podróżnikiem, ale jego eskapady mają wyraźny cel – poeta pragnie znaleźć człowieka, równie jak on doświadczonego przez życie, by porozmawiać z nim o sprawach najważniejszych, to znaczy – na przykład – o chwilowym  braku przestrzeni, albo o tym, że Dzień który powstał jak wieczór/ Rozjaśnił się w górze jak ogień. Poeta wędruje, bo tak każe mu jego świadomość, sformatowana udrękami przeszłości. I czuje w sobie nieustanną potrzebę sprawdzania „sobą” nowych miejsc i przeglądania się w oczach nowych ludzi, a nade wszystko – jak mówi: Wędruję w poszukiwaniu prawdy, przychodzę po zrozumienie/ bo nad każdą rzeką żyje Człowiek, bo w każdej rzece/ płynie Rzeka Ludzkości. Takie spotkania miały już miejsce i takie spotkania są potencjalnie możliwe. Póki ktoś czeka i póki są na świecie miejsca warte odwiedzenia, gdzie można – jak w Łodzi na ławce rodziców – przysiąść i rozsnuć w sobie smutek; trzeba iść. I bohater Adama Szypera wędruje. Stale się gdzieś wybiera i stale skądś wraca. W jego żyłach płynie wzburzona krew, a w głowie kołatają się obrazy zdarzeń z krain miodem i mlekiem płynących, obrazy z ugorów krwi i cierpienia. Dla tego lirycznego globtrotera nie ma zadań nie do wypełnienia – dla niego: Nie ma odległych miejsc/         Jeśli istnieje ktoś kto o tobie myśli/ Jeśli wiesz, że ktoś o tobie myśli/ Jeśli niebo, które dzieli/ Jest tylko przestrzenią, która łączy… Ileż takich niebieskich baldachimów rozsklepia się w tej mądrej poezji, ileż takich świetlanych tafli znajdziemy w życiu tego tułacza z wyboru, Żyda z uwielbienia i poety z powodu ran pamięci i duszy.

« Older entries

%d blogerów lubi to: