CIEMNY OCEAN POWIETRZA

Wirginia Woolf

Podczas lektury obszernego zbioru esejów Virginii Woolf, zapewne z powodu moich rozległych zainteresowań naturalistycznych, szczególnie zaciekawił mnie niewielki tekst pt. Motyle i ćmy: owady we wrześniu. Wcześniej, pisując sporo o pisarzach samobójcach i studiując dzieła autorów anglojęzycznych, zapoznałem się z dziejami jej życia i okolicznościami dojścia do dnia, gdy postanowiła rzucić się do rzeki Ouse w Anglii. Teraz jednak zatrzymałem się przy eseju, który na początku odwołuje się do naszych doświadczeń dziecinnych: Czy teraz jest tyle samo motyli co wtedy – pyta Woolf – gdy byliśmy dziećmi? Gdzie się podziały wszystkie te czerwończyki żarki, osadniki, egerie, szlaczkonie siareczniki, które były niegdyś tak powszechne? Można przez godzinę siedzieć w słońcu pośród kwiatów i naliczyć co najwyżej jedna rusałkę pokrzywnika, dwadzieścia bielinków rzepników i trzy przestrojniki jurtiny – a wszystko to są jak na motyle gatunki dość nudnawe.[1] Pytanie pisarki może wydać się naiwne, ale przecież odwołuje się ono do naszego dziecinnego odczuwania cudowności świata. Rodząc się i powoli mijając kolejne miesiące i lata, zaczynamy zauważać barwy i kształty, błękit nieba, odcień sierści kota i psa i metaliczne kolory odwłoków chrząszczy. Pierwsze doświadczenia bywają euforyczne, ale czasami – jak przy próbie dotknięcia osy – kończą się nagłymi doznaniami bólu i płaczem. Zdecydowanie najwięcej jest jednak zachwytu, który pozostaje w naszej pamięci jako czas szczęścia i pełni, oddychania czystym tlenem i chłonięcia doznań pierwiastkowych. Dlatego po latach wydaje nam się, że tamte dni były cieplejsze, noce gęściej wypełnione gwiazdami, w zieleni pojawiało się więcej kolorowych ptaków, w korze drzew przeciskało się więcej owadów a na łąkach polatywało więcej motyli. Doświadczenia przyszłości odbierają nam to, zdawało się bezkresne i niezwykłe, a skupiając naszą uwagę na kłopotach codziennych, kierują ją ku innym rewirom. Ale czy osoba myśląca o odebraniu sobie życia widzi barwy motyli, unoszących się nad jaskrawymi kwiatami, czy zastanawia się nad tym, że pozbawi się wszystkiego, spowoduje, że wymiary i ruch nagle zanikną.

Modraszek Adonis

Wszystko zależy od wrażliwości sensualnej i umiejętności podglądania natury, a nade wszystko od dociekliwości w analizowaniu zdarzeń w lesie, na połoninie czy na łące. Woolf słusznie zauważa, że Niemal każdy krok, który stawiamy wśród wysokich traw, zmusza jakiegoś brązowego owada do chybkiego, łukowatego lotu lub ku następnemu przystankowi, aż nagle zatrzymujemy się na granicy ogromnego obozowiska błękitnych motyli. Podążając przez łąkę płoszymy niewielkie byty i powodujemy, że szybko przemieszczają się ku innym miejscom. Tak nieświadomie uruchamiamy ich instynkt przetrwania, który nakazuje bać się bezruchu, a w migotliwości i zmianie kierunku upatruje sposobu na przetrwanie. Nasze „przeczesywanie” jakiegoś obszaru niejednokrotnie kończyło się zdumiewającym odkryciem i jedno z nich, przywołuje autorka: Na każdej łodyżce trawy, tuż przy wierzchołku, przyczepiony jest niewielki motyl, który tworzy chorągiewkę lub wysoce ozdobny żagiel, powiewający na wietrze. Jeśli się wśród nie wejdzie, powietrze natychmiast wypełnia się cudownymi płatkami błękitu, które po chwili znów osiadają i zwijają złożone skrzydełka. Ale można przejść kolejną milę i nie spotkać nawet tego wytrwałego brązowego motyla, który wygląda jakby gałązka wrzosu na chwilę wzbiła się w powietrze i zaraz opadła z powrotem. Doświadczenie mnogości barw i wielości kształtów należy do dziecinnego centrum świata – to w nim możliwe są tak cudowne odkrycia jak nagły wysyp czerwonych kowali bezskrzydłych na korze dębu czy topoli, albo – przywoływane przez pisarkę – spotkanie z dziesiątkami małych błękitnych motyli, zapewne modraszków. Wiele osobników tego gatunku ma błękitne skrzydełka, a najwyrazistsze są modraszki adonisy, wieszczki i semiargusy. Ten kolor skrzydeł zdaje się zabarwiać całą przestrzeń, która wszakże może też okazać się martwa. Wtedy pisarka wkroczy do krainy swoich lęków i mrocznych obszarów, gdzie nie pojawi się nawet pospolity brązowy motyl (rusałka pawik?), przypominający porwaną przez wiatr gałązkę wrzosu, wtedy umrze najdoskonalej.

Zmierzchnica trupia główka

Dziecinny zachwyt i odczucie cudowności świata kończą się, gdy pojawia się chęć schwytania ulotnego motyla: Nikt, kto kiedykolwiek przez godzinę tropił siarecznika po usianych głazami wrzosowiskach, aż wreszcie złowił go z zamachu, jednym świśnięciem siatki wysoko nad głową, nie będzie już mógł przypatrywać się tańczącym swobodnie motylom i nie poczuć łowczego pożądania. A jeśli ten mieniak tęczowiec sfrunie niżej albo ta rusałka żałobnik? Czy to na pewno jest modraszek ikar, a nie modraszek semiargus albo adonis? Jak na ironię, najlepsze okazje trafiają się człowiekowi, kiedy już zakończy epokę polowań. Wchodzenie do świata natury musi wiązać się ze studiowaniem gatunków i tutaj Virginia wykazuje się ogromną wiedzą entomologiczną, popartą zapewne studiowaniem właściwych atlasów. Schwytanie motyla nicuje marzenie o locie, odbiera mu ulotność barw, a rysunek na skrzydłach staje się zbyt konkretny, bliższy grafice niż biologii. Piękno natury może prawdziwie studiować tylko świadomość krucha, udręczona, szukająca porównań i odwzorowań stanów, których stale doświadcza. Lotność i świetlistość motyla bliska jest niezwykłej migotliwości myśli, radości trwania, a jednak kieruje udręczony umysł Woolf ku śmierci, której symbolem staje się ćma: Pewnego pięknego wrześniowego poranka na ścianie domu pojawiła się czarna plamka. Żarząca się ambicja natychmiast buchnęła płomieniem i orzekliśmy, że to ćma, wielki fruczak gołąbek – a może nawet zmierzchnica trupia główka? A kiedyśmy ją delikatnie przymusili do wylądowania, potwierdziła, że tak jest w istocie; była wielka i puszysta jak mysz, na jak gdyby aksamitnym tle rysowała się czaszka i skrzyżowane piszczele. Przez cały dzień leżała w sennym bezruchu, popiskując, kiedy się ją niepokoiło, a wieczorem odleciała. Takie z pozoru niewinne przejścia od błahości motylej do symboliki nocnej i eschatologicznej charakterystyczne jest dla osobowości obsesyjnie ekscytującej się śmiercią. Widać to w przesadnym emblematyzowaniu wskazanej ćmy, która rzeczywiście ma na sobie coś w rodzaju wizerunku czerepu, ale przydawanie mu piszczeli, to już rodzaj zbyt daleko idącej fantazji nekrologicznej. Są tam dwie pogrubione kreski, a w połączeniu z dołem „czaszki” równie dobrze można je interpretować jako rodzaj korony.             

Fruczak gołąbek

Świadomość udręczona, zdegradowana przez myśli samobójcze, potrzebuje tylko niewielkiego impulsu, jednego znaku, symbolu i już zaczyna metaforyzować rzeczywistość i tworzyć jej opisy, będące rodzajem fascynacji tanatologicznej: Jesienne noce pełne są ciem. Kiedy światło przygasa, rozpoczynają krzątaninę wśród kwiatów i niewiele jest widoków równie czarujących co zawieszony nad kwiatem tytoniu czy wiesiołka fruczak, o skrzydełkach wibrujących tak szybko, że aż w ruchu tracą kontury. Pogoń za ćmami dla wielu dzieci z pewnością była pierwszym doświadczeniem naturalnego piękna. Trudno zrozumieć tę fascynację autorki, tym bardziej, że jest ona wątpliwa jeśli chodzi o logikę i pedagogikę. Którzy rodzice pozwolą dzieciom uganiać się w nocy za ćmami, raczej owe obserwacje fruczaków powinny mieć miejsce w dzień, tym bardziej, że są one wtedy aktywne. Mrok jednak ma ogromną moc i wlewa się do umysłu pisarki, każąc jej wciąż podążać w stronę nicości, a następnym krokiem będzie już instrukcja łowiecka, rodzaj perfidnej zachęty do zabijania ciem: O zmierzchu przypina się do pnia gałganek namoczony w melasie z odrobiną rumu; po zmroku należy się udać w to miejsce i ostrożnie je oświetlić. Melasa spływa po korze drobnymi strumyczkami, a na każdym z nich siedzi po parę ciem z trąbkami głęboko zanurzonymi w cieczy, zazwyczaj tak już pijanych, że kiedy tknąć je palcem, bezbronnie spadają na ziemię. To jest ekscytujący moment. Tak oto przyszła samobójczyni zachęca do zabijania pięknych ciem, które spijają słodycz z kwiatów przy pomocy długich ssawek. A to przecież jest jeden z piękniejszych rytuałów natury, dający się porównać z podobnym zachowaniem kolibrów i nektarników. Trudno zrozumieć dlaczego Woolf tak fascynuje się odbieraniem życia fruczakom („ekscytujący moment”) i tak instruktywnie opisuje jak należy to czynić.

Wstęgówka pąsówka

Podziwiać trzeba dociekliwość i wiedzę lepideroptologiczną pisarki, ale jej fascynacja umartwianiem istot jest doprawdy denerwująca: W udane wieczory cały pień będzie pokryty ciemnymi grudkami. Zwykle są to pospolite ćmy, rolnice tasiemki, rolnice czopówki oraz uporczywi goście, w książkach nazywani „szczeciniastą hebrajską literą”. Czasami jednak w świetle latarki mignie czerwień, by powiedzieć nam, że na nasze delicje złakomiła się wstęgówka pąsówka – nie jest to ćma szczególnie rzadka, a jednak nieodmiennie ma w sobie pewną wzniosłość i splendor. Ale cokolwiek złowimy, mistyczny czar jest już i w samej nocy, i w owadach, które unieruchamiamy w ciemnym oceanie powietrza. Widzimy tutaj jak mrok wnika do świadomości Woolf, powodując, że dostrzega ona mistyczny czar nocy i zabijania owadów. To przecież jest okrucieństwo dla samego okrucieństwa, bo zabite bezkręgowce niczemu nie będą służyć – może przykują na chwilę czyjąś uwagę, może skłonią do refleksji, ale zaraz potem wylądują w śmietniku i osuną się ku wieczności, tak jak pisarka osunęła się w nurty Ouse. Śmierć człowieka, jelenia, wilgi jest tak samo bezduszna jak „unieruchamianie” ciem w „ciemnym oceanie powietrza”. Może właśnie owa obniżona wrażliwość tanatologiczna leżała u podłoża ostatecznego czynu tej kobiety, który przecież został zaplanowany z podobną premedytacją. Nasączanie materii melasą i rumem i zbijanie ciem, miało ten sam wymiar, co obciążenie kieszeni jej płaszcza kamieniami. Oba działania opierały się na określonej wiedzy na temat zabijania i wynikały z determinacji w procesie dojścia do kresu. Pisarka czuła się jak ćma zbliżająca się do płomienia świecy i podobnie jak ona podążała do swojej śmierci. Trudno cokolwiek powiedzieć o świadomości bezkręgowca, tak jak trudno rozwikłać zagadkę świadomości człowieka zabijającego samego siebie, ale podobieństwa są tutaj zdumiewające. Śmierć zawsze pozostanie śmiercią, bezruch bezruchem, a rozkład rozkładem i wielka pisarka angielska znajdzie się w tym samym beznadziejnym punkcie, co ćma, zmierzająca do płomienia lub nieświadomie sącząca zbrodniczy napój z melasy i rumu.

[1] Korzystam tutaj z tekstu: Motyle i ćmy: owady we wrześniu [w:] Virginia Woolf, Eseje wybrane, przeł. Magda Heydel, Kraków 2015, s. 405–407.

Reklamy

BROMBERG (3)

Miasta mają swoje dzieje i skupisko ludzkie Józi też mogło poszczycić się długą historią. Jego nazwa utrwaliła się przez wieki, chociaż nigdy nie było zgodności czy pochodziła z zapisów Ptolomeusza, który osadę Budorgis umieścił na bursztynowym szlaku obok Calisii, czy może od słowiańskiego imienia Bydgost, składającego się z dwóch cząstek, oznaczających budzenie się i gotowość do gościny. Jakkolwiek by nie było, szybko utrwaliła się polska nazwa Bydgoszcz, a potem zaczęła pojawiać się w łacińskich dokumentach  kościelnych i świeckich pismach urzędowych. Niemcy miasto to określali jako Bromberg, i tutaj nie było problemów z dookreśleniem nazwy, bo składała się ona z dwóch jeszcze starogermańskich słów: brom i berg, czyli jeżyna i brzeg. Jakby nie rozumieć słów, najważniejsza była tutaj przepiękna, połyskująca pośród zieleni, krystalicznie czysta rzeka Brda, w której od dawien dawna łowiono ogromne klenie, brzany, trocie i pstrągi potokowe. Z jej koryta dobywano piasek do budowy domów i zamczysk, czerpano czystą wodę do picia i gaszenia pożarów. Ludzie myli się w niej i kąpali, choć czasem musieli przedzierać się do brzegów poprzez gęste zarośla drzew i kolczastych krzewów. Piękno tego miejsca i jego bliskość Wisły, największej polskiej rzeki, sprawiały, że już od epoki brązu, a potem od czasów rzymskich, ludność osiedlała się tu i czerpała korzyści z kontaktów z kupcami, podążającymi nad Bałtyk, po bezcenny jantar. Bród przez Brdę pozwalał omijać głębie Wisły i znacznie skracał drogę na północ tych krain. Szybko też pojawili się tutaj katoliccy misjonarze i księża, którzy zaczęli budować drewniane kościoły i tworzyć wokół nich cmentarze. Ruch stawał się tak duży, że w XIII wieku książę kujawski nakazał wybudować stały most na Brdzie i zaczął pobierać cła od przewożonych towarów. Niestety grabieże i mordy nie omijały tego miejsca, a ludność polska wciąż ścierała się z niemieckimi najeźdźcami. Rycerze z czarnym krzyżem na białych płaszczach wciąż przybywali na silnych koniach i stawali na wzgórzach okalających miasto. Mogli z nich ogarnąć wzrokiem sporą jego przestrzeń i ustalić w jakim kierunku podążą, co splądrują i co podpalą.

Przeciwstawiał się im zdecydowanie polski król Kazimierz Wielki, który w roku 1346 ulokował miasto na prawie magdeburskim i niefortunnie przekazał je niemieckim osadnikom. Nakazał też zbudować solidny zamek na brzegu Brdy, w którym posadził swojego wnuka i przydał mu polską załogę. Przez niemal dwa stulecia budowla ta była gniazdem oporu przeciwko maszerującym armiom i dopiero szwedzkie armaty zburzyły ją w 1656 roku. Złowrogi cień czarnego krzyża raz po raz spowijał miasto, ale polscy królowie i książęta spieszyli mu na pomoc i odbijali zamek, zaczynali odbudowę spalonych domostw i zagród. Zamek z czerwonej cegły, z wyniosłymi wieżami i murami obronnymi,  gościł króla Jagiełłę i Kazimierza Jagiellończyka, który podczas wojny trzydziestoletniej z zakonem, uczynił z niego w XIV wieku swoją ważną twierdzę. Podążały wciąż w dal ołowiane chmury na niebie, a drogami i bezdrożami Pomorza i Kujaw sunęły ciężkie hordy europejskich najemników i niemieckich rycerzy. Ludzie z niepokojem patrzyli na północ   i zachód, a widząc w nocy zbliżające się łuny pożarów, umykali do gęstych lasów, albo kryli się w zaroślach nadbrzeżnych, z dala od miasta. Krzyżacy uznawali Bromberg za ważny przyczółek w walce z Polakami, i już rok po klęsce pod Grunwaldem oblegali miasto. Odpychani przez królewskie i książęce oddziały, kryli się w swoich twierdzach zakonnych, a potem znowu ruszali do walki. Miasto bogaciło się na spławach drewna, piwa i soli i szybko stało się jednym z najważniejszych portów rzecznych na północy Polski, rosła też ranga zamku, w którym podpisywano ważne dokumenty, gromadzono się na obrady sejmowe, a pospolite ruszenie niejednokrotnie odbywało w nim uczty przed bojem. Rosła też ranga bydgoskiej mennicy, cechów rzemieślniczych i manufaktur a nade wszystko szyprów, przewożących głownie zboże, ale też i towary zza morza. Miasto otoczono murami obronnymi z czterema basztami i trzema bramami, na głównym rynku powstał okazały ratusz i zaczęto brukować pierwsze trakty. Przybywało kościołów diecezjalnych i zakonnych, budowano szpitale, klasztory i kamienice bogatych bydgoszczan.  Brda wciąż toczyła swoje krystalicznie czyste nurty, ludzie rodzili się, dorastali i przekraczali linie cienia, a potem ginęli w wirach historii. Bezimienni i cisi jak leśne dukty o poranku, godzący się na swoją rolę niewielkich trybików historii, prawie nic nie znaczących cząstek ludzkości, która przychodzi, trwa przez moment, jak trzepot ćmy nad płomieniem świecy, a potem szybko ginie w odmętach czasu. Jeszcze przez dziesięciolecia lub stulecie ich żółtawe kości zalegały w wilgotnej albo suchej ziemi, ale i one nie mogły przeciwstawić się odwiecznej entropii.

Trzeba tutaj uczciwie powiedzieć, że rozwój miasta dokonywał się też w czasach, gdy pojawiali się w nim Niemcy. Ludność przejmowała od nich umiejętność organizacji, zasadę porządku na każdym poziomie działania, a nade wszystko technikę i urządzenia z Europy Zachodniej. Stale też dochodziło do konfliktów narodowościowych, ale z perspektywy wieków widać było postęp, zarówno w sferach wizualnych, w architekturze i poszerzaniu się granic miasta, jak i w kulturze. Powstawały szkoły parafialne i klasztorne, a nawet Bernardyńskie Studium Filozoficzne i kolegium jezuickie. To tutaj słynny uczony Bartłomiej z Bydgoszczy opracował pierwszy słownik łacińsko-polski, a żarliwa energia duchownych i zakonników generowała coraz więcej ważnych zdarzeń, inicjowała powstawanie nowych budowli, traktów i rynków, nowych mostów i większych cmentarzy. Dopiero podczas siedemnastowiecznego najazdu wojsk szwedzkich na Polskę miasto zostało dotkliwie zburzone, a przez pięć lat przechodząc z rąk do rąk stało się widownią okrucieństwa i bezwzględności luterańskich dowódców i ich ewangelickich sprzymierzeńców z Prus Książęcych. Nie było dziełem przypadku, że król polski Jan Kazimierz zawarł w 1657 roku  w Bydgoszczy rozejm z elektorem pruskim Wilhelmem Hohenzollernem. Niestety w wieku osiemnastym nastąpił upadek gospodarczy grodu nad Brdą, a lepsza koniunktura zaczęła się dopiero za rządów ostatniego króla Polski, choć i wtedy miasta nie odzyskało dawnej rangi. W 1772 roku Bydgoszcz została zaanektowana przez Prusy w ramach pierwszego rozbioru Polski, co paradoksalnie przyczyniło się do odbudowy i rozwoju infrastruktury miejskiej. Wszędzie pełno było końskiego łajna i jego ostrego smrodu, ale zbudowano też Kanał Bydgoski, który przez Noteć i wartę połączył Bromberg z Berlinem i przyczynił się do nowego rozwoju handlu i kontaktów z Europą Zachodnią. W XIX wieku miasto należało do Księstwa Warszawskiego, stając się stolicą departamentu, a potem znowu trawiło do jurysdykcji pruskiej, przeżywając nowy rozwój, związany z rozbudową infrastruktury wodnej i powstaniem węzła kolejowego. To był też czas ożywienia w przemyśle metalowym i maszynowym, drzewnym i spożywczym, a swąd dymu z kominów stał się wyrazistszy niż w dawnych czasach. Prusacy zaczęli rozbierać stare budynki, a choć przede wszystkim dewastowali obiekty związane z polska historią, to tworzone nowe miasto zyskało wiele wielkich budynków, szerokich ulic, parków i pomników i szybko Bromberg zaczęto nazywać małym Berlinem.  Rozebrano bydgoski ratusz i zamek, ale w 1895 roku wybudowano monumentalny gmach teatru, a wiek dwudziesty miasto powitało w glorii wspaniałych budynków Instytutu Rolnictwa, niezwykłej fontanny z brązu „Potop”, wielkiej poczty głównej, budynków zarządu kolei i szkoły kolejowej oraz wielu kościołów ewangelickich. Od roku 1850 zaczęło się też intensywne budowanie kilkupiętrowych secesyjnych kamienic, należących do bogacących się stale Niemców, Żydów i Polaków. Dopiero 20 stycznia 1920 roku, na mocy traktatu wersalskiego,  Bydgoszcz wróciła do macierzy, choć nie obyło się bez walk i groźnych incydentów w obrębie miasta i na jego peryferiach. Garnizon niemiecki musiał opuścić gród nad Brdą i zaczęła się repolonizacja, która pod koniec lat dwudziestych dwudziestego wieku była tak duża, że sięgnęła ponad dziewięćdziesięciu procent obywateli. Zdarzało się, że wyrzucano Niemców z reprezentacyjnych domów, ale też wielu bydgoszczan przyjaźniło się z dawnymi sąsiadami i nie pozwalało im wyrządzać krzywdy. Niestety w mieście pozostało też wielu obywateli, którzy od samego początku fascynowali się ideologią nazistowską, wielbili Hitlera i jego kamratów, a w miarę zbliżania się wojny, odgrażali się, że krwawo zemszczą się na Polakach. Niemiecka gazeta „Deutsche Rundschau” podsycała nastroje nacjonalistyczne, czynili to też pastorzy kościołów ewangelickich, ale najwięcej zła czynili dywersanci, przenikający do miasta z Rzeszy albo lądujący na spadochronach w okolicznych wsiach.

JASNY DZIEŃ

W drugiej połowie listopada 2015 roku brałem udział w międzynarodowym festiwalu literackim Ars Poetica w Bratysławie. Jak zwykle w takich przypadkach sporo zdarzyło się tam w przestrzeniach pisarskich i artystycznych, a nienagannie zorganizowane wydarzenie pozostało głęboko w pamięci wielu uczestników. Ale oprócz tego niezwykle dynamicznie i niemal metafizycznie wniknęło do mojej świadomości owo miasto, położone nad Dunajem, w samym centrum Europy. Zawsze blisko było stamtąd do Wiednia i Pragi, do Budapesztu i Krakowa, a wielka rzeka, do której wpada Morawa, komunikowała je z aglomeracjami niemieckimi i rumuńskimi. Historia nie była łaskawa dla Bratysławy, marginalizowanej i będącej często punktem tranzytowym wielkich wojen i dziejowych zawirowań. Wszystko zaczęło się od założenia w tym miejscu obozu rzymskiego, który dopiero w okresie Państwa Wielkomorawskiego przekształcił się w gród warowny. Od 1536 roku dzisiejsza stolica Słowacji stała się głównym  miastem koronacyjnym władców węgierskich, choć w wieku XIX zaczął się spadek znaczenia, a funkcje monarchistyczne Królestwa Węgierskiego przejmowała Buda. O historycznej świetności grodu świadczy zjawiskowy Zamek Bratysławski, pochodzący z XIV–XV wieku i wielokrotnie przebudowywany. To prawdziwy emblemat kulturowy, z charakterystycznymi czterema wieżami, ufortyfikowany i położony na wyniosłym wzgórzu, osiemdziesiąt metrów nad taflą Dunaju. Warto tutaj też wspomnieć o gotyckim kościele św. Marcina, świątyni franciszkańskiej Zwiastowania Pańskiego z 1297 roku, a także o kościołach barokowych, secesyjnych i gotyckim ratuszu. Zestaw ciekawych obiektów architektonicznych uzupełniają klasycystyczne i eklektyczne pałace, teatr narodowy, siedemnastowieczna brama, synagoga i mosty na Dunaju. Z pozoru nie było nic szczególnego w tej prowincjonalnej, europejskiej stolicy, a jednak pozostała ona w mojej pamięci jako doświadczenie niezwykłe, ocierające się o transgresję i mistykę ruchu.

W wolnych chwilach przemierzałem ulice i chłonąłem nieco senną aurę szarych przestrzeni, ożywianych przez toczące się powoli, nowoczesne, czerwone tramwaje i ludzi spokojnie zmierzających do swoich celów. Któregoś dnia, gdy chmury i mgły rozsunęły się, a w górze zalśnił przeczysty błękit, przystanąłem nieopodal głównego rynku i nagle moja świadomość rozświetliła się. Pamięć tego jasnego dnia, który natychmiast stał się symbolicznym czasem szczęścia i pełni, nie zniknęła do dzisiaj, a napisany w hotelu wiersz, utrwalił go na wiele lat i stał się zaczątkiem książki poetyckiej, akcentującej w tytule żar tamtej rzeczywistości. Wiele godzin spędziłem na ulicach, ale prawdziwie oddychałem światłem na nabrzeżach Dunaju, patrząc na wolno sunące barki, stające się rodzajem zegarowego wahadła. Płynąc w górę i dół stalowej rzeki, stawały się one wspaniałą pointą dla górującego w dali zamku i kolejnych kadencji miasta, łagodnie wspinających się na wzgórza. Przechodziłem wielki most z niefortunną kawiarnią widokową, przypominającą latający talerz, będącą często obiektem kpin mieszkańców i turystów. Ale po drugiej stronie wchodziłem do rozległych parków, gdzie kontemplowałem pomniki,  liście spadające z drzew, pełzacze i kowaliki oplatające żwawymi ruchami chropowate pnie i konary. Nad dębami i topolami unosiły się mewy, gawrony i kawki, a czasem z jednej strony Dunaju na drugą, przelatywała majestatycznie siwo-czarna wrona. Dlaczego czułem się tam tak wspaniale, skąd wzięło się we mnie przekonanie, że uczestniczę w wyjątkowej chwili życia? Chyba przede wszystkim z poczucia uchwycenia upływu czasu, wpisanego w czarne bryły sunących w dal barek, ptaków unoszących się nad tonią i niezwykle dynamicznie zmieniającego się nieba nad miastem.  Czy można się dziwić, że w pewnym momencie stanąłem przed dziewczyną, siedzącą na kamiennej platformie przy moście i czytającą jakąś książkę. Zachowałem jej obraz w moim aparacie fotograficznym, a jednocześnie starałem się jej nie przeszkadzać. Już wtedy zauważyłem, że w jej umiejscowieniu i subtelności było coś z mojego doświadczenia tamtych chwil. Ona to manifestowała całą sobą, ja starałem się zawrzeć moje przemyślenia, odwzorować zauroczenia i euforie w wierszach pisanych w hotelu i dopracowywanych później w Polsce. Stały się one główną częścią nowej książki poetyckiej, a dzięki przychylności i przyjaźni Libora Martinka z Czech i Mariána Hatali ze Słowacji, ożyły też w języku słowackim.

Wiersze słowackie stały się pniem tej publikacji, ale szybko też pojawiło się przekonanie, że powinienem je obudować innymi lirykami słowiańskimi. Podobne doświadczenia transgresji i iluminacji miewałem przecież też w Wilnie, w Moskwie i w kilku polskich miastach. Stając przy katedrze wileńskiej, schodząc do jej podziemi i kontemplując trumnę Barbary Radziwiłłówny, albo czekając na loty do Chin na lotnisku Szeremietiewo i oglądając w Internecie zestaw ikon z Nowogrodu, czy wreszcie pisząc wiersze o Polsce i kojarząc je z tematami rodzinnymi, doświadczałem podobnych stanów, jak w Bratysławie. Te miasta i te przestrzenie wchodziły niezwykle dynamicznie do mojej świadomości i od razu pojawiało się pragnienie zachowania w słowie i w refleksji lirycznej choćby ich wizualnych okruchów, długich godzin i niewielkich cząstek czasowych,. Nasze życie staje się rodzajem katalogu, w którym pojawiają się rozdziały i podrozdziały, mnóstwo fotografii, portretów osób i miejsc. Barwy z czasem matowieją i bledną, odgłosy cichną, światło rozmywa się w granatowych matniach nocy, ale wiersz daje szansę plastycznego zachowania chwil, momentów wzniosłych i zwykłych, daje szansę rekonstrukcji jasnego dnia i odpowiedzi umysłu na jego wyzwania. Taki dzień zdarza się tylko raz, ale może zostać rozciągnięty na wiele dób, miesięcy i lat, a zrodzone wtedy przekonanie o jego wyjątkowości, może inicjować nowe otwarcia, inne doświadczenia i nieustającą czujność liryczną. Upływające lata spłaszczają nasze doświadczenia, odbierają im dynamikę i plastyczność, ale przecież mogą one pozostać żywe we wspomnieniach, esejach i wierszach – mogę przeciwstawić się entropii w przestrzeniach symbolicznych, w metaforach i obrazach, w poszczególnych wersach i strofach. Tak tydzień spędzony w Bratysławie stał się elementem dłuższego ciągu poetyckiego i życiowego, tak okazał się ważnym doświadczeniem literackim i kulturowym, a nade wszystko osobistym. Tak barki płynące po Dunaju, wielki sztandar zamczyska, iglica kościoła św. Marcina i ginące we mgle mosty, zyskały wymiar ponadnaturalny i niewidzialnie wniknęły do moich przestrzeni intymnych. Niezwykłą pointą tego doświadczenia były dreszcze i wzruszenie, gdy na jednym z placów usłyszałem narodowy hymn Słowacji, przypominający dumną pieśń góralską, ale swoją dynamiką i rozmachem podążający ku transgresji świata i mojego „ja”, zamykający muzyczną klamrą to, co przeżyłem i czego doświadczyłem w tym kraju i w tym mieście.

STO WIERSZY POLSKICH (XXX)

Andrzej Babiński

BABIŃSKIEGO ZABIĆ!

Czy ptak co ćwierka na drzewie ma datę i erę?
Nie. Jest z podziemia. Ciemność, że Ziemi nie ma
Stromy mur. Zwęża się w krzyku ptasim uliczka
I pustka trumienna i niżej tej ptak krzykiem upadł…

Z boku głos mnie doszedł. Ktoś krokiem się zbliżał
„Babińskiego zabić” – wołał, gitarą chciał mnie zatłuc
Stanąłem mu naprzeciw, lecz tak jak się schodzi z krzyża
I już poza świat ten. W dole Ziemia, przyjmij zakład – szubieniczna!

Ale po latach, gdy wypływa mój trup i ja… wracam do – życia…

 

Andrzej Babiński urodził się 5 stycznia 1938 roku w Białymstoku. Dzieciństwo i lata okupacji spędził na wsi, nieopodal miejsca urodzenia. Pierwsze wiersze napisał w połowie lat pięćdziesiątych, a potem znany był przede wszystkim w Poznaniu, gdzie bywał na spotkaniach poetyckich i słynął z gwałtownych reakcji, impulsywnych wystąpień i bezceremonialnych ocen. Przyjaźnił się ze Edwardem Stachurą i Jerzym Szatkowskim, a krąg jego znajomych dopełniało jeszcze tylko kilku ludzi. 14 maja 1984 roku popełnił samobójstwo skacząc z poznańskiego mostu. Niewiele tych faktów, niewiele konkretnych elementów życiorysu, a jednak Babiński jest stale żywy w legendzie i wraca w nielicznych przywołaniach, w pisanej przez różnych krytyków historii współczesnej poezji polskiej. Ale nie ulega wątpliwości, że został też zapomniany i nie przebił się do szerszej świadomości – jego najważniejsze utwory nie znalazły się w antologiach, nie są wznawiane czy przypominane, nie wraca się do wcześniejszych analiz, nie tworzy się szerszych opracowań. Spotkał zatem Babińskiego taki sam los, jak kilku innych tragicznych poetów, piszących po wojnie. Najpierw histeryczny wrzask, prześciganie się w relacjonowaniu mniej, lub bardziej autentycznych zdarzeń z jego udziałem, a potem cisza, przerażająca i rozrastająca się niczym chwasty na grobie.

Poezja Andrzeja Babińskiego jest trudna w interpretacji i krytyk musi uważnie wsłuchiwać się w każdą ich cząstkę. Widać to znakomicie w słynnym wierszu z wykrzyknikowym tytułem: Babińskiego zabić! Już w pierwszym wersie mamy do czynienia z charakterystycznym dla niego wymieszaniem wzniosłości i prostoty, patosu i bylejakości. Pytanie – tylko z pozoru retoryczne – o umiejscowienie czasowe ptaka to rodzaj kpiny z rzeczywistości i zderzenie sensów, stylu niskiego i wysokiego, chwili i perspektywy dziejowej. Brak ornitologicznej klasyfikacji gatunkowej wskazuje tutaj na chęć spłaszczenia rzeczywistości przez autora, bo przecież ćwierkanie odnieść możemy tylko do wróbli. Ani sikorki, ani drozdy, ani wilgi, ani kraski nie ćwierkają, a ich głosy określa się raczej jako śpiew – przypisanie świergotu do szarych ptaków jest tak oczywiste, jak łączenie klekotu z bocianami, klangoru z żurawiami czy treli ze słowikami. Mamy zatem do czynienia z ptakiem, który jest symbolem codzienności i zwykłości, domowej doraźności i wszędobylstwa podwórkowego lub ulicznego. Także jego umiejscowienie na drzewie wyprane zostało z dodatkowych sensów – nie wiemy czy chodzi tutaj o sosnę, dąb lub jabłonkę i nie możemy zastosować jakiejkolwiek klasyfikacji dendrologicznej – ot mamy do czynienia z drzewem, jakby symbolem wszelkich drzew. Pytanie o umiejscowienie czasowe ćwierkającego ptaka ustawia go z kolei w dwóch przestrzeniach – codziennej i historycznej. Data to konkretne określenie dnia i roku, ale era, to już rozszerzenie do wymiarów niewyobrażalnych, do spektrum tysięcy dat i miliardów zgubionych chwil. Rozumiejąc tę dziwną dychotomię, poeta ucina wszelkie spekulacje chronologiczne, odrzuca je jako nieistotne w jego wizji świata i otwiera inną perspektywę. Ptak na gałęzi drzewa jest z podziemia, z jakiejś tajemnej rzeczywistości zdegradowanej, surrealistycznej, bo przecież ornitologia naszego świata nie odnotowała żadnego ptaka, żyjącego pod ziemią. Owszem – jaskółki czy żołny żłobią jamy w skarpach i w nich składają jaja, ale nie jest to takie bytowanie podziemne jak w przypadku Charona, kreta czy dżdżownicy. Podziemie natychmiast kojarzy się z piekłem lub Hadesem, ciemnością i bezdechem, więc poeta, idąc tym tropem myślowym, redukuje perspektywę kosmiczną: Ciemność, że Ziemi nie ma i tworzy przerażającą wizję ptaka bez rzeczywistości, jakiegoś wyabstrahowanego istnienia w nicości, a nawet zaniku planety. Dalej pojawia się stromy mur (przypomina się tu nabrzeże Warty), uliczka zwężająca się w krzyku ptasim oraz pustka trumienna. Każdy kto zapoznał się z historią samobójczej śmierci Andrzeja Babińskiego, uzna te wersy za profetyczne, dokładnie pasujące do elementów wizji lokalnej, po jego skoku z wysokiego nabrzeża do Warty.

Złamanie lotności ptasiej i wejście do podziemi ma związek z traumatycznymi przeżyciami poety, do których nawiązuje w drugiej strofie: Z boku głos mnie doszedł. Ktoś krokiem się zbliżał/ „Babińskiego zabić” – wołał, gitarą chciał mnie zatłuc. Najprostsza byłaby tutaj interpretacja biograficzna i skojarzenie tych słów ze znajomością ze Stachurą i awantur, które zdarzały się między poetami. Gitara to nieodłączny atrybut autora Całej jaskrawości, ale – z drugiej strony – nie mamy tutaj wyrazistego ukonkretnienia. Wiemy tylko, że ktoś krzyczał: Babińskiego zabić! i ktoś chciał go zatłuc gitarą. Ta drastyczna scena mordowania instrumentem, kojarzącym się z delikatnością i liryką, wieczornymi zamyśleniami przy blasku zachodzącego słońca, można także interpretować symbolicznie. Jeśli potraktujemy gitarę jako synonim poezji, to wiersz zacznie przechylać w kierunku obwieszczenia presuicydalnego. To poezja wydała wyrok na poetę, to jego konsekwencja w degradowaniu samego siebie doprowadziła go do miejsc, gdzie świat graniczy z podziemiem. Poeta po raz ostatni spróbował się dźwignąć, stanąć na drodze śmierci, ale czuł się zdruzgotany, skatowany przez życie, niczym Jezus. Zejście na chwilę z krzyża nic nie dało, bo dać nie mogło i paradoksalnie stało się kolejnym krokiem ku odebraniu sobie życia. Okazało się zejściem poza realny świat, zbliżeniem się do ptaka podziemia, do bezdechu słów i wizji bez wizji. Na chwilę wróciła tu perspektywa kosmiczna, a poeta wyniesiony ku głębiom wszechświata, zobaczył Ziemię pośród ogromów, która skojarzyła mu się tylko z szubienicą, padołem łez i zbrodni. Jeszcze spróbował ironii, zapragnął zawrzeć zakład nie wiadomo z kim, może z czytelnikiem jego wiersza, a może z tym, który go brutalnie zaatakował. Widzimy, jak subtelnie falują emocje w tym wierszu, jak łagodnie przechodzą od liryki do mordu, od konwencjonalnych obrazów, do tragizmu rozstrzygnięć ostatecznych. Samobójstwo zostało już przesądzone, odejście ze świata jest dla Babińskiego oczywiste, a rozpacz już rozsadza trzewia i popycha go tam, skąd nie ma powrotu. Zostaje tylko nadzieja, że nie wszystko zginie, nie wszystko przepadnie i pojawi się istotna historia pośmiertna: Ale po latach, gdy wypływa mój trup i ja… wracam do – życia… Ten powrót nie będzie możliwy w ciele, ale dokona się w słowach, w publikowanych książkach i tekstach krytycznoliterackich. Ten powrót otworzy nowy rozdział, zainicjuje legendę i przechowa gesty, słowa i czyny, umożliwi powrót do życia fantomu poety, choć on sam należeć  już będzie tylko do podziemia.

PTAKI BASILA EDE’A

Basil Ede (1931–2016) był angielskim malarzem naturalistą, a szczególnie zasłynął jak twórca przedstawień ptaków. Rysowaniem zainteresował się jeszcze w dzieciństwie, a dorastając w czasach drugiej wojny światowej zapełniał notatniki rysunkami samolotów i pojazdów pancernych, armat i statków wojennych. W 1949 roku został powołany do wojska angielskiego i służył w korpusach pomocniczych. Po ukończeniu służby został marynarzem na statku handlowym i pływał regularnie z Southampton na Daleki Wschód. Wtedy właśnie zainteresował się w sposób szczególny kulturą tej części naszego globu. Zaczął tworzyć wiele akwarelowych przedstawień ptaków, eksponując je na wystawach w Europie i w Stanach Zjednoczonych, zdobywając coraz więcej kolekcjonerów i zyskując ogromną sławę. W pewnym  momencie podjął ambitne zadanie dorównania Johnowi Jamesowi Audubonowi i zaczął tworzyć tablice wszystkich 650 gatunków ptaków amerykańskich. Niestety jego plany pokrzyżowały kłopoty zdrowotne, szczególnie po silnym udarze mózgu, kiedy to prawa część jego ciała została sparaliżowana. Nauczył się wtedy malować lewą ręką, ale o kontynuacji szczytnych celów nie było już mowy. Pozostał po nim ogromny dorobek, który zdumiewa swoim zakresem i zachwyca z racji niezwykłej metody twórczej. Obrazy ornitologiczne tego twórcy nie są realistycznymi odwzorowaniami ptaków, znanymi z licznych atlasów – to raczej etiudy malarskie (akwarelowe lub olejne), gdzie wyrazisty jest wpływ dawnej sztuki chińskiej i japońskiej. To jest ta sama lekkość, te same zwiewne pozy, te same stylizacje poszczególnych elementów dzieła.

DALEKIE WOŁANIE


Wczoraj wieczorem przez chwilę byłem na powietrzu i raz jeszcze zachwycił mnie widok konstelacji Oriona, jakże wyrazisty na granatowym niebie. Chmury rozsunęły się, mgły opadły, opory zanikły i w górze pojawiły się znaki tysiącleci, ognie milionów lat. Pisałem już wiele razy o tym, że czuję w takich chwilach łączność z tymi wszystkimi ludźmi, którzy podnosili głowy do góry i wpatrywali się w gwiazdy. Tak było w pradawnych czasach i w kolejnych epokach rozwoju cywilizacji na naszej planecie. Tak będzie za tysiąc lat i za kilkadziesiąt tysięcy, pod warunkiem, że ludzkość nie zniszczy samej siebie. Mroźne powietrze, uspokojenie w naturze, milczenie wiatru i ta odwieczność, ostateczność, chwila niepowtarzalna, pełna mocy i bezradności, poczucia jedności z kosmosem i zatopienia w śmierci. I to pulsowanie niewyobrażalnych dali, bezgłośne wołanie galaktyk zza widzialnych gwiazd, puls wszechświata nieustannie ewoluującego i pędzącego gdzieś, nie wiedzieć gdzie…

KAPLICA (2)

AKT I

SCENA 3

Pracownia rzeźbiarza. Krótki korytarz łączy ją z domem rodzinnym artysty. Na ścianach wiszą maski komiczne i tragiczne odlane w brązie. Na szafkach i postumentach stoją rzeźby aniołów. Na stole leży figura ukrzyżowanego naturalnej wielkości, bez twarzy. W rogu pokoju, na podłodze stoi dwumetrowa figura Matki Boskiej.

RZEŹBIARZ

Jeszcze raz proszę, Panie… natchnij mnie bym prawdziwie oddał twoje święte ciało… Spraw bym zobaczył we śnie lub na jawie twoją boską twarz.

Słychać pukanie do drzwi. Rzeźbiarz podchodzi do nich i otwiera je szeroko. Do pracowni wchodzi Adiutant generała 16 Wielkopolskiego Pułku Ułanów.

ADIUTANT

Przepraszam, że pana niepokoję przy pracy, ale przysyła mnie pan Generał. Pragnie dowiedzieć się jak daleko postąpiły prace przy krucyfiksie cmentarnym…..

RZEŹBIARZ

Proszę spojrzeć i zdać relację Generałowi. Ciało już wydobyłem z kamienia… Została jeszcze twarz do wykonania…

ADIUTANT

Niezwłocznie udam się do mojego dowódcy i zapewnię go, że prace idą w dobrym kierunku…

RZEŹBIARZ

Biorąc ze stołu świecę i przysuwając ją ku twarzy Adiutanta.

Jeszcze tydzień lub dwa i wielki krzyż z ciałem Jezusa będzie gotowy…

ADIUTANT

Z dziwnym uśmiechem

Zatem do widzenia… Niech Duch będzie przy panu…

Adiutant niknie w otwartych drzwiach, w których pojawia się fioletowe światło. Jednocześnie odzywa się głos dobiegający z domu

ŻONA ARTYSTY

Kochany czekam na ciebie tak długo…

RZEŹBIARZ

Zadumany

Twarz tego adiutanta… Czy to możliwe… Te rysy… dzięki ci Panie, że natchnąłeś mnie tak szybko.

Podbiega do stołu i kreśli szybko na papierze kilka kresek układających się w twarz adiutanta. Po chwili przypomina sobie o żonie i odzywa się w kierunku korytarza.

Już idę… idę kochana…

Opuszcza pracownię. Z fioletowego światła wyłania się Starzec w stroju Adiutanta

STARZEC

Jakże wpatrywał się w moją twarz a niczego nie zobaczył… Przybywajcie dzieciątka moje…

Śpiewa na nutę pieśni pogrzebowej

Pająki i karaluchy
Łajno zdechłych koni
Żmije i ropuchy
Odór gnijących dłoni

Pulsuj krwią pochwo głodna
Miecz gotowy by w nią wejść
Sczeźnij w żądzy matko wyrodna
Dzieciątka skaczcie do swoich miejsc

Z sypialni dobiegają odgłosy zabawiających się małżonków. Po jakimś czasie słychać straszliwy krzyk, ni to rozkoszy ni skargi.  W pracowni pojawia się siedem demonów i wnika po kolei w figurę Matki Boskiej i w maski wiszące na ścianach. Starzec wnika w ciało rzeźbionego Chrystusa.

RZEŹBIARZ

Wracając do pracowni w długiej białej koszuli nocnej i ze zmierzwionymi włosami.

Jakże rzeźbić twoją twarz Panie, gdy nagie łono lśni w pokoju obok. Jak myśleć o twoim cierpieniu gdy gładkie piersi pulsują w mych dłoniach?

Sięga po kartkę ze szkicem

Ach tak… Zapomniałem… Już wiem jak oddam twą twarz w kamieniu…Ten Adiutant… Ten młodzieniec może trzydziestoletni…Może trochę starszy…

Zabiera się do pracy, uderza drewnianym młotem w dłuto i wydobywa powoli z bezkształtnej bryły kamienia twarz Adiutanta.

SCENA 4

Pracownia rzeźbiarza po dwóch dniach. Przybywa wikary w czarnej sutannie, z biretem na głowie.

WIKARY

Puka do drzwi pracowni, a gdy nikt mu nie otwiera, naciska klamkę i wchodzi do środka. Mówi, choć nikt go nie słyszy.

Posłał mnie tutaj ksiądz kanonik…

Podchodzi do figury ukrzyżowanego Jezusa i wpatruje się w twarz. Mówi szeptem sam do siebie.

Ta twarz! Tyle razy widziałem ją we śnie… Ta twarz! Tak piękna… i tak straszna… On taki młody… i taki stary!

Wchodzi artysta.

ARTYSTA

Cóż to księdza sprowadza w moje skromne progi? Czyżby ksiądz kanonik zmienił nasze ustalenia?

WIKARY

Zmieszany, wpatrujący się w twarz rzeźby Chrystusa.

To tylko troska mojego pryncypała… Prosił bym zapytał jak postępują prace, ale przecież pytać nie muszę, bo to co zobaczyłem przerosło moje wyobrażenia.

ARTYSTA

Dobrze, że ksiądz przyszedł dzisiaj, bo jeszcze dwa dni temu nasz Pan nie miał twarzy. Modliłem się o natchnienie i łaska spłynęła na mnie. Znam tradycyjne przedstawienia Pana Jezusa, przestudiowałem dzieła malarskie braci van Eycków, Grünewalda, Masaccia i Caravaggia… ale nigdzie nie mogłem znaleźć jego twarzy.

WIKARY

Zdaje mi się, że gdzieś już ją widziałem… Czy nie na płótnie Rembrandta? Może Giotta albo Dürera…?

ARTYSTA

Zanadto ksiądz dla mnie łaskawy… Z drugiej strony wszyscy oni szukali swoich modeli pośród żywych ludzi.

STARZEC

Pojawiając się nad kamienna rzeźbą. Niewidoczny dla odwróconych do niego tyłem mężczyzn.

Maskę zdjąłem z najpiękniejszego trupa na polu bitewnym… Zakryłem rany plwociną i skrzepłą krwią…

Maski na ścianach ożywają i chichoczą histerycznie. Gdy mężczyźni odwracają się, nikną natychmiast razem ze starcem.

WIKARY

Zatem żywy człowiek był dla pana wzorem? Godne to pochwały, bo Chrystus zmartwychwstał i dał nam życie wieczne. Piękna robota… mogę wracać i zakończyć moją misję dyplomatyczną…

STARZEC

Na chwilę znowu wyłaniający się z rzeźby Ukrzyżowanego.

Szpiegowską… ha, ha, ha…

ARTYSTA

Odprowadzając księdza do drzwi.

Proszę zapewnić księdza kanonika, że wyszlifuję to zdruzgotane ciało na czas…

Wracając widzi fioletowe opary znikające nad rzeźbą. Przeciera gwałtownie oczy.

Przebóg…! Za długo pracowałem. Zaczynam mieć omamy…

Idzie w kierunku korytarza

SCENA 5

Pracownia rzeźbiarza.

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ

Swąd tu czuję okrutny… Ciało Pana mego w kamieniu oddane… Takim je widział przez wieki. Tylko ta twarz… ta twarz…

Obok archanioła pojawiają się liczne anioły.

ANIOŁ ZIELONY

Przybywamy dowódco na rozkaz…

ANIOŁ BŁĘKITNY

Z głębin świętości lecimy w zwartym szyku. Ale skąd tutaj ten swąd…? Ten swąd…?

ANIOŁ RÓŻOWY

Może rzeźbiarz ma popsuty piec…?

ANIOŁ ŻÓŁTY

Siarka i koks, diabelski czad…

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ

Bracia zaczajcie się tu i bądźcie czujni… Schowajcie się w ścianach, w suficie i podłodze… Ja muszę lecieć, bo woła mnie ktoś z dali. Ten głos… ten głos…

STARZEC

Wyłaniając się z rzeźby Chrystusa.

Takiś głupi… Starczyło wszcząć nową wojnę… Starczyło pchnąć przeciw sobie żołnierzy…

Zaklina

Niechaj przybędzie tutaj morderca… Niech jego ręka… koścista rączka, ha… ha… dobędzie rzeźnickiego knypa i zabije córkę i syna rzeźbiarza… Wieczne potępienie temu domowi… Wieczna rozpacz w pracowni, w której wykuto jego plugawe ciało…

Niech krew się leje młoda
Niech tryska na ściany
I cień króla Heroda
Niech skazi ich rany

Artysta z żoną wychodzą z domu przez pracownię i zapominają zamknąć drzwi. Po chwili wnika do pracowni jakiś przygarbiony mężczyzna. Dobywa z bocznego stołu wielki nóż i podąża w kierunku korytarza, z którego dobiegają odgłosy radosnego przekomarzania się siostry i brata.

 

MORDERCA

Tam są… Tylko oni… Ciachnę dwa razy i będę mógł zabrać złoto i pieniądze…

STARZEC

Ciachniesz tylko dwa razy… A potem cię powieszą, ha… ha… ha… i staniesz u mego boku. Jazda… Niech krew się leje młoda.

ANIOŁ BŁĘKITNY

Bracia ugrzęzłem  w zgniliźnie…

ANIOŁ ŻÓŁTY

Nie mogę się ruszyć…

ANIOŁ RÓŻOWY

Ani ja…

ANIOŁ ZIELONY

Dowódco wracaj bo stanie się coś strasznego! Dowódco, gdzie jesteś Archaniele…?

STARZEC

Kwilicie ptaszki cieniutko… a rączka już dzierży knyp…

Niech krew się leje młoda
Niech tryska na ściany
I cień króla Heroda
Niech kazi ich rany

GROBY KRÓLEWSKIE DYNASTII HAN

I.

W grobach królewskich dynastii Han myślałem
o grozie i pięknie przemijania o dniach
pierwszych i nocach ostatnich

przy okrytej nefrytem trumnie
długo patrzyłem w otchłań
tysiącleci

widziałem oddziały władcy przemierzające
wyżyny schodzące ze zboczy wkraczające
w wąwozy

sunących wolno piechurów z włóczniami
jeźdźców z halabardami obrońców
zamglonych krain

siejących śmierć niecących pożary
burzących pradawne świątynie
wrogów

gnających na mocarnych koniach
niczym głazy toczące się
ze zboczy

dumnych jak woda
zastygająca
w lód

II.

W grobach królewskich dynastii Han myślałem
o panowaniu nad światem i końcu każdego
trwania

przyobleczonego w złote stroje odzianego
w szmaty nędzarza korony rubiny
zaschłą krew i bród

myślałem o niewinności ofiar i pysze
dowódców o trudnej do pojęcia
symetrii śmierci

 

III.

Myślałem o przeznaczeniu dobrego
człowieka i każdej czułej matki
o losie zabójcy braci i sióstr

o pokoleniach niknących wciąż
pośród czarnych
chwil

wiek w wiek tracących oddech
w dusznych matniach
wieczności

Xuzhou 2015

LUDZKOŚĆ W OBRAZACH (XXII)

Sztuka portretowa Jana van Eycka w czasach późnego średniowiecza sięgnęła wyżyn malarstwa europejskiego. Najlepiej widać to w wizerunku mężczyzny w czerwonym turbanie (ok. 1433), który w historii sztuki traktuje się jako autoportret niderlandzkiego mistrza. Ale przecież równie ekscytujące są inne dzieła tego typu, takie jak Mężczyzna z goździkiem (ok. 1435), Portret Jana de Leeuwa (ok. 1436)  a szczególnie Mężczyzna w niebieskim chaperonie, namalowany w okolicach roku 1430. Nie zachowały się informacje kim jest tak starannie sportretowany człowiek, ale kunsztowny strój świadczy o jego wysokim statusie społecznym. Chaperon to popularne nakrycie głowy, noszone w Europie na przełomie XIV i XV wieku, które zastąpiło wcześniejsze kaptury. Było to połączenie czapki frygijskiej i grubego otoka, ze spływającym z niego kapiszonem, okrywającym ramiona. Tak wyrazisty na obrazie van Eycka, aksamitny lub sukienny wałek, wypełniano skrawkami materiału lub papierem i dołączano do niego „ogon”. Aż do końca XIX wieku uważano, że autorem tego niewielkiego dzieła był Albrecht Dürer, ale najnowsze badania przywróciły autorstwo twórcy niderlandzkiemu. Choć niebieskie nakrycie głowy i strój z dobrego materiału wskazuje, że był to ktoś bardzo dbający o wygląd, to jednak kontrastuje to z jego niechlujnym zarostem, tak wspaniale oddanym przez artystę. Przydaje on męskości prezentowanej postaci, a zarazem pozostaje w łączności z dość dowolnie przedstawioną materią, zwisającą z otoka. To jakby pierwsza jaskółka malarstwa impresjonistycznego i wyraziste wskazanie, że najważniejsza jest twarz mężczyzny, a okrycie głowy i zwisające fałdy materiału, to tylko element dodatkowy, dekoracyjny. Pamiętajmy, że były to czasy czarnej śmierci i ogromnej pauperyzacji społeczeństw europejskich. Wszędzie widziało się roje biednych chłopów i mieszczan, żebraków i kalek, odzianych byle jak lub półnagich. Tu jednak strój mężczyzny jest elegancki, pełen dystynkcji, a nawet nieco zbyt wykwintny, jak dla kogoś, kto posiada tak powszechną i niczym specjalnym nie wyróżniającą się fizjonomię.

Mężczyzna z goździkiem (ok. 1435)

Antropolog bez trudu zauważy, że mamy do czynienia z kimś, kto urodził się i żył w Niderlandach lub Francji, może w Niemczech lub w Szwajcarii. To wyjątkowo emblematyczny Europejczyk o jasnej (a nawet bladej) karnacji, z nieco za długim nosem, który dominuje w obrębie twarzy. Tym bardziej, że usta są niewielkie, oczy lekko zapadnięte, uszy średniej wielkości, a brwi na pewno nie określimy jako krzaczaste. Z długim nosem konweniuje wyrazisty podbródek i dość długa szyja, a dalej subtelne dłonie, z wypielęgnowanymi paznokciami, świadczące o tym, że mężczyzna ten nigdy nie wykonywał ciężkich prac. Przy całej tej zwykłości i przeciętności portretowanego, artyście udało się oddać jego zamyślenie i rodzaj wątpliwości, widoczny w brązowych oczach. Jedno z nich jest otwarte szerzej, a drugie lekko przymrużone, co sugerować może rozważanie jakiegoś problemu i budowę skomplikowanej konstrukcji dedukcyjnej. Także ułożenie ust wskazuje na rodzaj zadumy, a nawet smutku, bo krzywizna linii pojawiającej się między wargami skierowana jest ku dołowi. Nie są to usta zmysłowe, raczej suche i spierzchnięte, jakby wskazujące na jakąś chorobę gastryczną lub immunologiczną. Nie wiem czy kobiety chciałyby całować takie anemiczne wargi – van Eyck był w tym względzie bezlitosny i uwypuklił wszelkie mankamenty twarzy swojego modela, łącznie z mętnymi piegami i dość trupim odcieniem skóry. Trudno zgodzić się z tymi interpretatorami, którzy twierdzą, że mamy tutaj do czynienia z portretem ślubnym i być może powstało też drugie dzieło, przedstawiające wybrankę serca mężczyzny w niebieskim chaperonie. Zapewne ogoliłby się wtedy i miałby na twarzy choć cień uśmiechu lub odświętności, wskazującej ów szczególny moment w jego życiu. Z drugiej strony, jeśli mielibyśmy do czynienia z mezaliansem lub małżeństwem z rozsądku, mogłoby się pojawić tego rodzaju zamyślenie i smutne opuszczenie warg. W czasach późnego średniowiecza zawierano związki małżeńskie wcześnie, często przed dwudziestym rokiem życia, a tutaj mamy do czynienia z mężczyzną w wieku średnim, zapewne po czterdziestce, a może nawet blisko pięćdziesiątki. Cóż i ten argument można łatwo znieść, bo przy powszechnej śmiertelności małżonków, śluby zawierano czasem kilkakrotnie – mogłoby to być zatem kolejne zamążpójście eleganta van Eycka .

Mężczyzna w czerwonym turbanie (1433)

Sporo uwagi interpretatorzy i historycy sztuki poświęcili pierścieniowi, który mężczyzna trzyma w prawej dłoni, tak jakby go komuś prezentował lub miał zamiar ofiarować. To niewątpliwie złoty pierścień z wyrazistym prostokątnym lub owalnym rubinem, który w tamtych czasach musiał mieć ogromną wartość. Abstrahując od tego czy mamy do czynienia ze złotnikiem, czy z żeniącym się właśnie mężczyzną, warto na chwilę zatrzymać się przy symbolice cennego kruszcu i drogocennego kamienia. Złoto od dawien dawna, we wszystkich kulturach i cywilizacjach świata symbolizowało chwałę, bogactwo i wieczność. Z racji tego, że nie ulegało korozji, fascynowano się jego niezniszczalnością i wykonywano z niego korony władców, biżuterię i najwykwintniejsze przedmioty użytkowe. Ale chyba najważniejsza była symbolika sakralna, gdzie odgrywało rolę pośrednika pomiędzy zwykłością i świętością, między sacrum a profanum. Z kolei rubin to kamień, który zawsze symbolizował żarliwą miłość, szczęście i bogactwo. Egipcjanie wierzyli, że rubin, jako minerał najcenniejszy,  chroni zdrowie, przyczynia się do trwałości uczuć i wierności partnerów. Wielką wagę odgrywał w starożytnej Grecji, Indiach i w Chinach – praktycznie nie było koron władców, od Ameryki Południowej, poprzez Afrykę do Azji, na których nie umieszczano by krwiście czerwonych kamieni, a Kleopatra kazała nawet przyozdabiać nimi ściany swoich komnat pałacowych. Jakoś zapomina się przy interpretacjach portretu mężczyzny w niebieskim chaperonie, że złoto i rubiny bywały powodem najstraszliwszych zbrodni i że pozyskiwano je zmuszając ludzi do niewolniczej pracy w warunkach uwłaczających ich istnieniu. Może owo zwątpienie na twarzy mężczyzny wskazuje na ulotność ziemskiego bogactwa, niestabilność zgromadzonych majątków i trudność zachowania ich w obliczu przestępców, szukających łatwego łupu. Jak często w malarstwie Jana van Eycka podskórna geometria tego obrazu oparta została na specjalnej triangulacji – trójkątem jest twarz i szyja mężczyzny, dwoma trójkątami odwróconymi w stosunku do siebie są zwisające „ogony” nakrycia głowy. Także dłonie układają się w dwie osobne figury, przypominające trójkąty, nie mówiąc już o kształtach pomniejszych, takich jak oczy, powieki, usta, broda, ucho, nos, opisanych na trójkątach. Inna charakterystyczną cechą sztuki portretowej niderlandzkiego twórcy jest ów gest rąk i trzymanie jakiegoś elementu, czy to kwiatu, czy biżuterii, wyraziście połączony z wyrazem twarzy modela. Pośród portretów ludzi, powstających w różnych stuleciach, obraz ten zajmuje poczesne miejsce i zapewne jeszcze wielokrotnie będzie reinterpretowany i przywoływany przy szerokich analizach historycznych i estetycznych.

Portret Jana de Leeuwa (ok. 1436)

BROMBERG (2)

3.

Nie wiedziała jak dotarła do domu, nie pamiętała ile czasu zajęło jej przejście kilku ulic Szwederowa. Jej matka, Franciszka, gdy ją zobaczyła, załamała ręce i natychmiast rzuciła się ku niej. Ale Józia gwałtownie odepchnęła matkę, jakby chciała uciekać albo wydostać się z jakiejś matni. Przez chwilę szarpała się, mówiła coś niezrozumiale, by po kilku chwilach upaść na ziemię zemdlona. Franciszka stała za nią i patrzyła na to z przerażeniem, nie rozumiała co się stało i dziesiątki myśli przemykały jej przez głowę.

– Józia, co z tobą? Józia… – lamentowała.

Kok dziewczyny rozpadł się, włosy rozsypały się po podłodze, ręce bezwładnie wylądowały obok ciała, a zza rozpiętej kretonowej bluzki wysunęła się lekko biała pierś. Matka jeszcze raz załamała ręce i pobiegła do drugiego pokoju po męża.

– Wincenty, Wicek, stało się chyba coś strasznego… – wołała.

Mąż odłożył na stolik gazetę, wstał gwałtownie z fotela i podążył ku niej, wytrącony z zadumy siłą jej głosu. Widok córki, leżącej na podłodze zszokował go na chwilę, ale zaraz pochylił się nad nią i zaczął masować skronie.

– Zrób jej gorący kompres… Szybko…

Franciszka podążyła ku kuchni, gdzie dopiero co zagotowała wodę na kawę dla męża. Chwyciła niewielki ręcznik do naczyń, złożyła go w rodzaj tamponu, po czym sięgnęła po duży, srebrny czajnik, z którego wylała na niego wrzątek. Odcisnęła wodę i z gorącym okładem ruszyła ku Józi i mężowi.

– Boże święty, co się stało…? – lamentowała – Co się mogło stać…?

– Coś nią musiało wstrząsnąć i nie wytrzymała tego… – odparł Wincenty.

Ciepły kompres zrobił swoje i Józia zaczęła nabierać rumieńców na twarzy, ruszać bezgłośnie ustami i powiekami.

– Połóżmy ją do łóżka – zadecydował ojciec – Odpocznie, wyśpi się, to opowie nam, co się stało.

Franciszka poszła do głównego pokoju, zdjęła zdobną narzutę z zasłanego łóżka, sięgnęła po puchową pierzynę i podeszła z nią do kaflowego pieca. Przez chwilę trzymała ją przy nim,  po czym zawołała męża:

– Możesz już ją przynieść…

Wincenty delikatnie chwycił córkę pod uda i w okolicach karku i sprawnie przeniósł ją d0 nagrzanego łóżka. Franciszka okryła ją pierzyną po samą brodę i pocałowała w czoło.

– Boję się… strasznie się boję… – szepnęła prawie niesłyszalnie Józia i zasnęła jak kamień.

Rodzice zasłonili okna i ruszyli do kuchni, gdzie czekała na nich wcześniej zalana kawa. Usiedli przy niewielkim stole, pomalowanym w kolorze kości słoniowej i okrytym ceratą w niebieskie ornamenty.

–  Straszne czasy nastały – powiedziała Franciszka i otarła rąbkiem fartucha łzę spływającą jej po policzku.

– Nie chciałem ci o tym mówić, ale widzę, że sprawy tak się komplikują, że musisz zdać sobie sprawę z tego co się teraz dzieje… – powiedział mąż, upił nieco kawy z filiżanki, po czym ciągnął dalej – Wczoraj byłem świadkiem przerażającego zdarzenia na rogu Leszczyńskiego i Podgórnej. Do małego domu na schodzącej ku centrum ulicy przyszło dwóch żołnierzy z karabinami maszynowymi i dwóch kolaborantów z granatowej policji. Weszli do pomieszczeń na parterze i zaczęli wrzeszczeć na ludzi tak głośno, że było ich słychać na ulicy. Stałem po drugiej stronie Podgórnej i udawałem, że przyglądam się butom na wystawie sklepowej szewca. Po chwili zobaczyłem, że z góry tego domu zbiega po drewnianych schodach kilkunastoletni chłopak. Niestety narobił sporo hałasu i ci na dole usłyszeli go…

– Co za potworne czasy… – szepnęła żona i zapłakała cicho.

Ojciec chłopaka próbował im zagrodzić drogę, ale odepchnęli go gwałtownie i wybiegli na podwórko. Młodzieniec właśnie mijał uchyloną furtkę, więc dobrze go widzieli, a pewnie rozochociło ich to, że miał na sobie strój harcerza. Był na środku rozjazdu ulic, bliżej Leszczyńskiego, gdy padły pierwsze strzały. Jeszcze udało mu się uniknąć kul, ale następne serie z karabinów maszynowych powaliły go na ziemię.

– Boże, Boże… przecież ja znałam tego chłopca… lamentowała Franciszka – Czasem odprowadzał do domu naszą Józię…

– Tak, to był on… – potwierdził Wincenty – Upadł na wznak, z rozrzuconymi rękoma i nogami i jakby próbował się jeszcze podnieść, ale podbiegł do niego jeden z Niemców i puścił serię w kierunku klatki piersiowej i głowy…

– Taki sympatyczny, grzeczny chłopiec, zawsze pytał, czy mógłby mi w czymś pomóc… Uwielbiał wyprawy do lasu, nad jeziora… Uczył młodsze dzieci jak powinny postępować… – popłakiwała żona.

– Tym razem trafiony w głowę, znieruchomiał od razu, a na bruku pojawiła się wielka kałuża krwi, która zaczęła spływać w dół ulicy. Z domu wyskoczyła jego matka i podbiegła ze straszliwym krzykiem, pochyliła się nad nim i przyciągnęła broczące krwią ciało do swoich piersi. Granatowy policjant podążył kilka kroków do przodu i natychmiast szarpnął ją w górę.

– Znam tę kobietę, to taka prawa osoba… – powiedziała Franciszka, po czym rozkleiła się zupełnie, pytając żałośnie – Kochany, jak Polacy mogą służyć tym bestiom…?

– Niektórzy z nich starają się nam pomagać… – ciągnął mąż – Gdyby jej nie odciągnął od syna, zabiliby i ją… Już jeden szwab zmieniał magazynek i repetował broń. Policjant odciągnął kobietę i poprowadził w moją stronę. Usłyszałem jak powiedział do niej: Zostaw teraz na ulicy twojego chłopaka, bo i ciebie zastrzelą.

– I co było dalej…? – spytała Franciszka.

– Zebrał się już spory tłum i w milczeniu przyglądał się temu, co się działo. Żołnierze zawiesili karabiny na ramionach i jeden z nich zwrócił się po niemiecku do Polaków: To był polski dywersant, który strzelał do naszego wojska z wieży kościelnej, a potem zamordował na jednym z podwórek niewinnego niemieckiego ojca rodziny. Powiedziała nam o tym jego żona i wskazała tego młodocianego bandytę. Taka kara spotka wszystkich, którzy nie podporządkują się władzom okupacyjnym. Waszej Polski już nie ma i zabijemy każdego, kto będzie się przeciwko nam buntował… Trup ma leżeć na ulicy i nie wolno go ruszać, póki na to nie pozwolimy…

– Mordercy, co za okrutni mordercy… Przecież żyliśmy z Niemcami przez tyle lat w tym samym mieście i nigdy nie wyrządzaliśmy im krzywdy… – łkała kobieta.

– Powiedział mi znajomy, że ciało harcerza leżało na bruku aż do późnej nocy i dopiero wtedy jego ojciec i wuj odważyli się wsadzić je na wózek i zawieźli do kostnicy na cmentarnej przy Kossaka. Podobno matka straciła zmysły i pobiegła całować krew i kawałki mózgu na ulicy… Nie wiadomo, co zobaczyła Józia…Może ktoś opowiedział jej o tym nieszczęsnym chłopaku z Podgórnej…

– Jak się wyśpi, to na pewno nam powie… To jest takie kochane dziecko. Nie przeżyłabym, gdyby coś jej się stało… – zawodziła żona, wciąż ocierając łzy brzegiem fartucha.

Józia spała niespokojnie, wstrząsana spazmami i nie wiedziała, że tata i mama zaglądali do niej na przemian przez całą noc. Czasem pokrzykiwała przez sen, albo roniła łzy, które powoli spływały po jej rozpalonych policzkach. Śniła się jej jakaś szara kraina, pośród której błąkała się prawie naga, uciekała przed straszliwym demonem w mundurze esesmana, który pojawiał się nie wiadomo skąd i celował do niej z pistoletu. Strzelał i repetował broń, a niebo przybierało kolor krwi i pulsowało boleśnie, jak zranione serce. Nagle, gdzieś w dali, na skraju horyzontu rysować się zaczynał wóz z węglem i mężczyzna, którego w tajemnicy kochała. Przystawał na wozie i machał do niej ręką, a ona zrywała się do biegu, choć wciąż tkwiła w miejscu. Nagle obrazy zaczęły się zmieniać i znowu była na plebani kościoła szwederowskiego i patrzyła jak Niemcy rozstrzeliwują Polaków. Gdy jasnowłosy oficer strzelił do jej mężczyzny, poczuła jak kula najrealniej przeszywa jej serce. Chciała krzyczeć, ale głos nie wydobywał się z jej gardła, a obrazy zmieniały się gwałtownie. Teraz leżała nago na tapczanie i przygarniała do piersi tysiące płatków róż, bawiła się nimi i tonęła w nich, odsuwała od siebie, po czym znów przyciągała je ku sobie. Nagle poczuła, że zapada się w sobie, a piekielny ogień trawi jej uda i łono. Chciała się od tego uwolnić, ale nie mogła nic zrobić, szarpała się w sobie, pokrzykiwała bezgłośnie i płakała bez łez. Dopiero gdy pochylił się nad nią młody węglarz i pocałował ją w usta, uspokoiła się na chwilę i utonęła w błogości. Zamknęła oczy, a gdy je otworzyła zobaczyła, że całuje się z pożółkłą czaszką. Jeszcze tylko zauważyła, że zaczęła ona maleć, lśnić w pozłocie i sadowić się na czapce niemieckiego oficera. Wtedy obudziła się z krzykiem, usiadła na łóżku i utonęła w ramionach czuwającej przy niej Franciszki.

– Mamo… mamo… Boję się… – wyszeptała.

« Older entries

%d blogerów lubi to: