WIEKUISTY POPIÓŁ

W poezji Lilli Latus pojawia się ogromna doza empatii dla drugiego człowieka, a związki międzyludzkie odgrywają w niej jakże istotną rolę. To jest uważne wpatrywanie się w przestrzeń pomiędzy bytami i wypełnianie jej refleksją natury ontologicznej. Poetka wiele wie o świecie i stara się nieustannie pożytkować swoją wiedzę w wierszach, ale jednocześnie podchodzi z ogromną pokorą do rzeczywistości, w której egzystuje i która stale ją zaskakuje swoimi rozwiązaniami. Przydając liryczny i mitologiczny komentarz do modelowych sytuacji i życiorysów, wkracza w przestrzeń literatury i sztuki, znajdując w niej to, co najważniejsze w ludzkiej egzystencji – sens i kierunek.  Człowiek istnieje zaledwie przez chwilę w ogromach wszechświata i nie potrafi zrozumieć wieczności, wpatruje się w czarny przestwór nad głową, kontempluje gwiazdy, ale nigdy nie zdoła rozpoznać tego co niewidzialne i niedotykalne – jakże słusznie autorka przywołuje tutaj maksymę Petroniusza: Supra nos fortuna negotia curat. Ucieczką od przerażenia i depresji egzystencjalnej człowieka – wskazuje autorka – może być filozofia, która czasami staje się wykładnią losów. Nikt nie otrzymał nieograniczonego kredytu lat, nikt nie może liczyć na pobłażliwość historii, wszystko ma swój początek, rozwinięcie i koniec, a prawa eschatologii zawsze triumfują w konfrontacji z witalnością. Jakże mądre są te wiersze, w których skropliła się wiedza o świecie i doświadczenie bólu nie do pokonania, rozpaczy niczym w greckich tragediach. Kolejne końce świata zyskują tutaj absurdalny wymiar i ironiczny komentarz: dziś miał nastąpić/ koniec świata/ na razie skończyła się herbata/ i cukier w osiedlowym sklepie – a to znaczy, że ostateczność nie wytrzymuje konfrontacji z doraźnością, przynajmniej na chwilę triumfującą w konkretnych biografiach.

Autorka potrafi syntetyzować rzeczywistość i wplatać do wierszy esencjonalną gorycz istnienia: dźwięk deszczu padającego/ na parapet/ brzmi jak grudki ziemi/ rzucane na trumnę/ kończy się dzień/ następny już wycelował/ we mnie wylot lufy/ plus minus/ skończoność. Dlatego nie znajdziemy w tym tomie spraw błahych, marginalnych – elementy  związane z konkretami dni i nocy, wplecione zostały w ciąg doświadczeń eternalnych, w ogromne spektrum kosmosu, którego jesteśmy cząstką. Ale przecież pojawia się też tęsknota za czystym uczuciem, za dotykiem i żarem miłości, czasami ubrana w kostium żartu lirycznego, innym razem kamuflowana metaforyką, sięgającą wszakże głęboko ku istocie pragnienia: zrób ze mną to/ co/ mgła robi z łąką/ deszcz ze źdźbłem trawy/ karminowa szminka z ustami/ ziarnko piasku z wnętrzem małży/ zrób to ze mną. To jest prośba o rozbicie w pył i jednocześnie cudowne scalenie cielesności i refleksji nad nią, prośba o bliskość, która w perspektywie ogromów, z którymi obcujemy, przestrzeni nie do ogarnięcia przez umysły, i tak jest niemożliwa lub co najmniej znikoma. Poetka podejmuje jednak trud znalezienia drugiej osoby, podobnie jak ona czującej i tak samo głęboko rozumiejącej świat. Czym innym jest jednak takie pragnienie, nawet jeśli zostało ubrane w kostium wiersza, a czym innym rzeczywistość nie znająca kompromisów, ironicznie pointująca każdy los. Tak jak ów kwiat lilii – pojawiający się pośród żywiołów świata, a potem odwzorowany na obrazach Claude’a Moneta – każdy byt jest kruchy, ma swoją konstrukcję, a nade wszystko wyraża coś niezwykle ważnego, tajemnego i dopełniającego wiedzę o czystości i pełni eksperymentu natury. Jakkolwiek człowiek nie czułby się integralnym bytem, znalazł się w określonym ciągu zdarzeń kosmogonicznych, pierwiastkowych, błędnie podążających od inicjacji do spełnienia.

Poezja bywa doświadczeniem centralnym dla istot nadwrażliwych, głęboko czujących więź ze światem i jednocześnie swoją ludzką odrębność. Staje się alternatywą dla chwilowego istnienia, pośród którego rozgrzeszona wieczność/ sypie w oczy/ wiekuistym popiołem. Rozgrzeszona, bo tylko pogodzenie z nicością może stać się afirmacją, tylko akceptacja naszej ułomności w obliczu doskonałych wartości kosmicznych, może dać ulgę rozognionemu umysłowi. Kolejne odejścia prostych ludzi, młodzieńców mknących na super szybkich motocyklach, a także artystów i poetów, zyskają logikę odwiecznej metamorfozy, w której przemijanie ma taki sam sens jak istnienie, a nawet staje się podłożem nowej egzystencji. Tak bezszelestnie i nieopacznie, a raczej koniecznie w tej liryce, człowiek wkracza w przestrzeń mitu, w obręb idealności wzorcowej, stającej się paradygmatem cierpienia i ekstazy. I choć wrósł głęboko w rzeczywistość przełomu dwóch wieków, zadomowił się nawet w sieci elektronicznej ułudy, gdzie współczesna Penelopa wyznaje: wieczorami flirtuję/ z zalotnikami/ na fejsie, to nieskończoność mitu przydaje mu właściwe konteksty filozoficzne. Mit w wierszach Lilli Latus ma wymiar kosmiczny i przenosi doraźność w obręb dali bezkresnych, antycznych wzorców zachowań, dostrzegalnych we wszystkich kulturach świata. Dopiero wtedy możliwy staje się dialog z Platonem, Arystotelesem, Epikurem i innymi myślicielami, dopiero wtedy energia wiersza znajduje swoje miejsce w określonej przestrzeni intelektualnej, podąża od mitu do wieczności, od pierwszego krzyku narodzonego dziecka, do wiekuistego popiołu. I daje ukojenie, znosi pradawne rytuały wieczności, pozwala wierzyć, że dotyk może stać się początkiem nowego wszechświata, a słowo jego arką, w której schroni się intymność i integralność, a nade wszystko blask źrenic, wpatrzonych w fenomeny naszego świata i stających się lustrem nieskończoności.

W PAPUGARNI

Choć wolę ptaki podpatrywać w naturze, sporo radości dało mi odwiedzenie bydgoskiej papugarni. Wizyta uświadomiła mi raz jeszcze jak kruchymi i ulotnymi są te barwne ptasie stwory. W naturze ich barwy i odcienie są tysiąckrotnie piękniejsze, a różnorodność jest tak wielka, że wymaga lat studiów, porównań, analiz ornitologicznych. 

 

  

PTAKI EGZOTYCZNE

Sporo ostatnio na moim blogu spraw interwencyjnych, a przecież pojawi się ich jeszcze więcej. Jako przeciwwagę dla moich wiernych czytelników, zarazem z przeprosinami, że muszą uczestniczyć wraz ze mną w typowo polskich spektaklach podłości, absurdu i bzdury, zamieszczam piękne portrety ptaków egzotycznych.

UWAGA GRAFOMANIA (2)

Cóż robić z uporczywie produkowaną grafomanią? Jakiś czas temu moja dobra znajoma założyła, wraz z dwoma młodymi kolegami, blog pt. Polska grafomania, który miał wiele odsłon, ale też został natychmiast zakrzyczany przez autorów „omawianych” wierszy, tekstów recenzenckich i wskazywanych postaw. Dziewczyna trochę się wystraszyła, trochę poczuła się dotknięta bezpardonowymi atakami i koniec końców zrejterowała, kasując swoje wpisy, tym bardziej, że zaczęła się typowo polska wojna podjazdowa, wydzwanianie do administratorów portalu internetowego, przekazywanie plotek i kłamstw, straszenie sądami i policją. Podobna sytuacja zaistniała po moim wpisie pt. Uwaga grafomania na blogu Dziennik ornitologa, który prowadzę w obrębie WordPressu od 2008 roku. W grudniu 2015 roku wskazałem tam nadużycie toruńskiego wydawnictwa Algo, które w serii największych poetów polskich (Norwid, Słowacki, Leśmian, Staff, Baczyński, Gałczyński itd.) opublikowało zbiór straszliwej grafomanii toruńskiego wierszoklety Krzysztofa Marii (wł. Grzegorza) Szarszewskiego. Po ukazaniu się mojej recenzji, gdzie cytowałem wiekopomne strofy tego kreatora, zaczął on opluwać mnie w Internecie, używając wulgarnych i plugawych słów. Sprawdziłem w sieci z kim mam do czynienia, a znalazłszy między innymi szereg publikacji na temat oszukańczego pośrednictwa pracy z Torunia, w którym odgrywał jakąś rolę,

http://torun.wyborcza.pl/torun/1,35576,8685716,Kandydat_na_torunskiego_rajce_zmiennym_jest.html#ixzz3wa1z6VHM

http://www.nowosci.com.pl/archiwum/a/to-bylo-nielegalne-posrednictwo-pracy,11317701/

sprawę znieważeń skierowałem do Sądu Rejonowego w Toruniu. Szarszewski – nawet pod grozą wyroku sądowego – podłączył się chętnie do mnie, wietrząc możliwość promocji swoich poronionych tworów. Nie zawracał sobie głowy szkodliwością czarnego PR-u, zarzucając sieć bzdurami na mój temat, kłamliwymi enuncjacjami, zarzutami bez pokrycia, a wisienką na torcie miało być moje rzekome molestowanie kobiet, głównie z jego grona towarzyskiego, w tym jego wieloletniej towarzyszki życia Katarzyny Ż., którą – jak mi mówią przyjaciele z Torunia – strzeże jak Cerber, choć i tak mu się to nie udaje. Sądy w Toruniu wydały dwa wyroki za te bezczelne i absurdalne działania, ale przecież Szarszewski ma gdzieś jakieś tam Sądy.

W międzyczasie skumał się z Prezesem Związku Literatów Polskich Markiem Wawrzkiewiczem, którego bywałem kontrkandydatem (czyli wrogiem klasowym – jak uczył towarzysz Dzierżyński) do funkcji szefa ZLP, podczas wyborów w Warszawie. Nic to, że Szarszewski tworzy grafomanię, nic to, że opluwa główne osoby w naszym państwie w straszliwych wierszydłach, nic to, że Prezesa Oddziału wchodzącego w skład struktury ZLP określa jako gnidę, kanalię, molestanta seksualnego, oszusta, ch…, p…. skurw…, „gumę po ejakulacie” itp. Nic to, bo liczy się tylko to, że atakuje „czarnego luda” z Bydgoszczy, tego „prowincjonalnego” bufona i padalca, który ma czelność stawać do wyborów z Wawrzkiewiczem, wytykać esbecką przeszłość Prezesa i pytać o finanse organizacji. No ale jak dobrać się do tego Lebiody, przecież to piskorz, który nawet za komuny wyśliznął się naszym towarzyszom i cały patrol zomowców nie dał mu rady. Ano tak… trzeba poza prawnie stworzyć funkcję Rzecznika Dyscyplinarnego ZLP, a ten niech napisze pismo do Prokuratury, niech dołoży się Szarszewski z koleżankami i konkubiną! Wcześniej w toruńskiej Prokuraturze się nie udało, więc ta sama, alkoholem spajana gromadka, udała się do bydgoskiego urzędu, z tymi samymi zarzutami, nie popartymi żadnymi sensownymi dowodami. Jedna pani drugiej pani powiedziała, jeden pan drugiemu panu potwierdził, no i już mamy zarzut dla oszusta, molestanta, złodzieja, krótko mówiąc „gumy po ejakulacie”… Nie bacząc na regularne zastraszanie Wawrzkiewicza, jego niezatwierdzonego przez Zarząd Główny ZLP Rzecznika Dyscyplinarnego, nie przejmując się opowieściami o molestowaniu pań, które odsłaniają swoje „ wątpliwe wdzięki” i prezentują je na okładkach książek lub w Internecie, po raz kolejny sprawę znieważeń skierowałem do Sądu. Właśnie zaczął się proces w Bydgoszczy i mam nadzieję, że w moim rodzinnym mieście Sąd sprawiedliwie oceni tę sprawę, tym bardziej, że w zwyczajowo nieprzyjaznym bydgoszczanom Toruniu, wyroki były dotkliwe dla torunianina Szarszewskiego, a przychylne dla kogoś z Bydgoszczy. Tyle tytułem wstępnego zaśpiewu, artykułowanego głównie dla osób niezorientowanych w sprawie, a teraz do dzieła – moja koleżanka ugięła się przed grafomanami, ale ja nie mam się czego bać, jestem kawał chłopa i w razie fizycznego ataku, jako były kulturysta, bokser i karateka, (kompanka Szarszewskiego – Marina Kretkowska, określa mnie nawet w mailu mianem macho…!!!) obronić się potrafię. Choć szkoda mi czasu, bo piszę właśnie o Szekspirze, Dostojewskim, Kafce, Faulknerze, Balzaku, Mo Yanie, to muszę wykroić jakieś godziny i dopełnić opis grafomanii Szarszewskiego i jemu podobnych.

Pierwszy artykuł nosił tytuł Uwaga grafomania i niechaj pojawia się on dalej na moim blogu, tylko z nowymi cyframi, oznaczającymi określoną partię dłuższego ciągu. Może tak się uzbiera pokaźny szkic, a po dodaniu instrumentów naukowych, tropów, cytatów, nawiązań, duże studium źródłowe. Na początku pojawić się musi raz jeszcze Szarszewski, gdyż patologiczny wymiar jego grafomanii daje mi szansę opisu systemowego, który przyda się także innym wierszokletom, a potem wejdzie do obszernej książki. Wiersz pt. Weny… pani szlachetnej sprawczyni jest próbą refleksji nad samą istotą poezji, ale przecież – jak w wielu zapisach tego autora – pojawia się w nim dziwaczność sensów, rozchwianie merytoryczne i jakby „po pijaku” artykułowane „mądrości”:  … Poezji bańka mydlana/ To nie jawny dysonans gry słów/ Ni blizny refleksji talizman/ W librettach niezaadresowanych listów/ Ni echo samotnego szelestu/ Optymizm to… pesymizm żaden/ Słodyczą nie trąci miodną/ Ni czarcim nie słodzi jadem. Ograne porównanie poezji do bańki mydlanej staje się tu pretekstem do wymądrzania się i tworzenia zlepków słownych z wykoślawionymi sensami (blizny refleksji talizman – libretta niezaadresowanych listów). Miało być o poezji, ale dalej wieszcz wymądrza się na temat optymizmu (to pesymizm żaden…), który słodyczą nie trąci miodną (a niby jaka miałaby być słodycz?) i czarcim nie słodzi jadem. Dla aniołów „czarci jad” to piołun nad piołuny, ale dla Szarszewskiego to zapewne słodycz, starczy spojrzeć na jego zdjęcia w Internecie, gdzie przebiera się w sutannę i zakłada koloratkę. To rozchwianie znaczeń charakterystyczne jest dla skrajnej grafomanii i staje się wskazówką dla krytyka, iż mamy do czynienia z tworami poronionymi, a w najlepszym razie wymagającymi poprawy, dyskusji, literackich zajęć warsztatowych (szczerze polecam tutaj Wawrzkiewicza albo Żulińskiego, bo – pomijając zaszłości – na poezji oni naprawdę się znają). Na razie mamy do czynienia ze wzmacnianiem bezsensu: Żadnej żadnej litery nie wplecie/ Ni śladu jej krzywego obrazu/ Strofy z fałszu pachnącym okładem/ Wsze barwy… tchnień sepii odcienie/ Lśniąc śnią na papieru palecie/ Na pamięć… na bezwstydne wspomnienie/ Nie tupią w alergicznej reakcji/ Remediów na zatrzaśnięte milczenie. Nie wiadomo kto nie wplecie, nie wiadomo dlaczego litera ma być krzywym obrazem, skąd się biorą strofy z fałszu pachnącym obrazem i do tego wsze barwy… tchnień sepii odcienie. Tak to zostało napisane i tak odmienione, że nie wiemy czy chodzi o barwy wszy, których karmicielem  – jak powszechnie wiadomo – był ten marny polski poeta Herbert, czy może to tylko nieudolna, zarchaizowana forma słowa „wszystkie”. Ja bym się skłaniał ku wszom, tym bardziej, że takim mianem Szarszewski mnie określał – czuję też w tym głębokie nawiązanie, ukrytą paralelę, co prawda z gorszym od wieszcza toruńskiego autorem, a co tam, w polskiej poezji i tak jest jeden tylko król, jeden prawodawca, autor wykładu o sztuce wierszowania. Te wsze barwy – o odkrywczości odkrywcy – lśniąc lśnią na papieru palecie, a to znaczy, że są na swoim miejscu, bo mogłyby lśniąc nie lśnić!!! Tym bardziej, że chodzi o całą paletę papieru, na którym owe wsze barwy nie tupią w alergicznej reakcji/ Remediów na zatrzaśnięte milczenie. Oj, mam tutaj problem z analizą tych głębokich wskazań, no bo dlaczego „poeta” z Torunia nagle personifikuje barwy, donosi na nie, że nie tupią, że nie mają alergii, a w dodatku nie reagują na Remediów zatrzaśnięte milczenie? No dobra już, zostawmy poecie nieco swobody, on już wie o co mu chodzi, on wie, bo wie, jak barwy lśniąc lśnią…

Najbardziej lubię, kiedy wierszokleci potrafią być samokrytyczni, ot tak jak w ostatniej zwrotce wiersza o bańce mydlanej poezji: I choć krnąbrne pióro czasami/ I pusty nonsens… ten znikąd/ Psikusa poecie uczyni/ Duchowym emanuje bogactwem/ Kryształ kuli w dłoniach świetlanych/ Weny… pani szlachetnej sprawczyni/ Paletą pełną słów wymuskanych/ Efemerycznych… jak szlachetnych kamieni. Co prawda owo przyznanie się do tworzenia pustych nonsensów jest jak wdzięczenie się podstarzałej poetessy z okładki tomiku, która wszem i wobec opowiada, że jest molestowana… ale jednak coś w tym zastanawia. Który autor grafomanii przyzna się, że jego krnąbrne pióro potrafi mu wyciąć numer i powstaje bzdet, ramota, gniot psudopoetycki? Tylko Szarszewski, który przecież duchowym emanuje bogactwem, ma dłonie świetlane, w których dzierży kryształ weny (może dlatego przyznaje swoim znajomym Kryształowe Skrzydełka – Nagrodę Forum Poetis Thoruniensis, na których wykonanie żebrze o grosz, tak jak i inne Kapituły żebrzą). Nic to, że pojawia się na końcu powtórzenie przymiotnika szlachetny, ot takie chwilowe zgaśnięcie geniuszu, gorzej jest z przymiotnikiem wymuskany, bo przecież ma on zawsze konotacje negatywne. Nasz wierszokleta nie rozumie jego znaczenia i jeszcze wzmacnia śmieszność patetycznej puenty, dorzucając kolejny dziwny przymiotnik: efemeryczny, w dodatku jak szlachetne kamienie. Znowu mijamy się tutaj ze znaczeniem słowa, ale, ale… nie czepiajmy się. Lepiej pokuśmy się o podsumowanie! No cóż, wierszydełko to wskazuje, że Szarszewski ma prymitywne i infantylne spojrzenie na poezję, która – z jednej strony – jest dla niego domeną delikatności, zwiewności lekkości bańki mydlanej, a ze strony drugiej – rozmywa się w absurdach, fatalnie użytych słowach, tudzież tautologiach takich jak owo lśnienie lśnienia. Wychodzi z tego taka sama bzdura jak w „łacińskiej” nazwie wskazanego wyżej Forum, gdzie lśni, bo lśni, paskudny byk (Szarszewski lubi się popisywać, że zna łacinę: do mnie np. zwraca się: Erato erotomanie). No, ale nie czepiajmy się… Ważne, że Szarszewski daje skrzydełka i zbiera na nie po sto euro od łebka. A że napis na nich z błędem… nie czepiajmy się… Przecież Prezes Wawrzkiewicz obiecał Szarszewskiemu, że jak już mnie wyrzucą z ZLP, dostanie on funkcję Prezesa Oddziału Bydgosko-Toruńskiego i dopiero wtedy wszystkim pokaże, dopiero naobraża i zdemaskuje wszystkich molestantów, wszystkie prostytutki i grafomanki Europy Wschodniej i Zachodniej…

ZAZDROŚĆ I NIENAWIŚĆ

William Szekspir 1564–1616

Otello Williama Szekspira to dramat o ksenofobii, nienawiści i zazdrości, gdzie główne postaci – Murzyn Otello, piękna wenecjanka Desdemona, generałowie Kasjo i Jagon – wikłają się w konflikt, którego rozwiązaniem mogą być tylko kolejne śmierci. Odrzucany przez ojca przepięknej kobiety, murzyński generał zaskarbia sobie względy Doży, a potem dodatkowo gruntuje swoją pozycję w walce z Imperium Otomańskim i na zwycięstwie nieopodal Cypru. Znakomicie zostało tutaj zastosowane tło historyczne i egzotyka Morza Śródziemnego, dająca szansę kolejnym reżyserom i scenografom na stworzenie spektakli oryginalnych, pełnych złocistych i wzorzystych szat, palm, statków pełnomorskich i widoków słońca, powoli zniżającego się nad falami. Te możliwości zostały wykorzystane dopiero w epoce filmów kolorowych, gdy wykorzystano cały repertuar chwytów zdjęciowych, efektów specjalnych, charakteryzacji, gry aktorskiej itp. Jednakże już w czasach Szekspira dostrzeżono wagę problemu, który pojawił się w utworze, a swoją prawdziwą dramaturgię zyskał na początku dwudziestego pierwszego wieku, gdy ogromne rzesze uchodźców wlały się do Europy. Oto narody takie jak Włosi, Francuzi czy Grecy stanęli przed dylematem, który nie zmienił się od wieków: przyjąć czy odrzucić obcego człowieka? Doża wenecki zaaprobował Otella i dostrzegł jego użyteczność dla jego armii, ale nie mógł przypuszczać, że natura Murzyna, którego przodkowie od wieków polowali na dzikie zwierzęta i zabijali sąsiadów z innych plemion, obudzi się w nim w tak tragicznych okolicznościach. Dzisiaj także mamy do czynienia z tym problemem, gdy zaakceptowani muzułmanie (np. w Niemczech, w Belgii lub we Francji) zamykają się w narodowych enklawach, tworzą grupy przestępcze i obracają się przeciwko tym, którzy okazali im dobroć i otworzyli granice państwa. Szekspir wskazuje, że natura szaleńcza, nawet jeśli chwilowo poskromiona, moderowana przez miłość, może eksplodować w każdej chwili i doprowadzić do tragicznych rozwiązań. W kulturach wschodnich zawsze wiele było zabijania i okrucieństwa, wiele też teatralizacji mordowania, gdy spędzano na place tłumy i na pokaz ścinano głowy, kamienowano lub torturowano niewinne istoty. Miało to służyć określonym celom, przede wszystkim zastraszaniu społeczeństwa, które karnie wykonywało zarządzenia różnorakich kalifów, emirów, sułtanów, muftych i wezyrów. Niestety był też efekt uboczny w postaci swoiście sformatowanych umysłów, mitologii okrucieństwa, szybkiego zadawania śmierci i niszczenia wrogów w sposób bezwzględny, motywowany najczęściej ponurą zemstą.

Otello, mal. William Mulready

Jeśli jednak odrzucimy kostium wschodni Otella, zauważymy, że jest to także – a może przede wszystkim – dramat o walce dobra ze złem i nie bez powodu tyle razy pojawia się w nim imię Szatana. Kusicielem jest tutaj Jago, który dostrzegając chwiejność uczuć, pragnie bezwzględnie wykorzystać gorącą krew Otella i jego totalną miłość do żony. Wykorzystuje do tego celu niewinny rekwizyt, wzorzystą chustkę, którą Murzyn podarował żonie, a kusiciel podrzucił do innej kwatery, sugerując zdradę Desdemony z zasłużonym generałem Kasjo. Jago tak posplatał nici intrygi, że Otello coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że małżonka rzeczywiście dopuściła się niewierności, przyprawiając rogi dumnemu synowi Afryki. Kusiciel staje z boku, chowa się w półcieniach, a przy każdym spotkaniu z Otellem wzmacnia jego przekonanie, że doszło do zbliżenia pomiędzy jego żoną i konkurentem. Umiejętnie intrygując i kłamiąc, wykorzystując własną żonę i służącą Desdemony, popycha Jago swego dowódcę do okrutnych rozwiązań, które i jego samego doprowadzą do śmierci. Te ohydne podszepty mają na celu także osłabienie pozycji Kasja i wyniesienie w górę w hierarchii władzy donosiciela – metoda dobrze znana w dziejach, pojawiająca się na wszystkich dworach i zbierająca obfite krwawe żniwo. Mentalność donosiciela nie zmieniła się przez wieki i za każdym razem – nie licząc się z krzywdami, które wyrządzał – piął się w hierarchii władzy, szukał możliwości lepszych dochodów, poświęcał nawet najbliższych przyjaciół by siać zamęt i zyskiwać pośród niego coraz to inne możliwości destrukcyjne. Jago myśli, że jest nieśmiertelny, a jego zakusy i podłe intrygi dadzą mu korzyści nie do oszacowania, zaczyna zatem przesuwać figury na szachownicy życia, nie wiedząc, że słowa „szach i mat” wybrzmią także i po jego śmierci. Do trupów Desdemony i Otella dołączy kolejne martwe ciało i – koniec końców – wszelkie intrygi, tak pieczołowicie zszywane – staną się też jego przekleństwem i cisną go w przepaście nicości. Szekspir ukazuje sytuację, w której ważny też jest wątek dydaktyczny, owo ukazanie zła w sytuacji bez wyjścia, owo mnożenie zagrożeń przez nierozsądne postępki i używania potwarzy jako oręża w walce. Każdy dwór miał swoje prawa, na każdym pojawiali się ludzie dobrzy i szlachetni, a przy nich kanalie i donosiciele, kierowani chorą ambicją dworacy, gotowi poświęcić nawet władców w drodze do kolejnych zaszczytów i dóbr materialnych.

Śmierć Desdemony – mal Aleksandre Marie Colin

Desdemona była istotą piękną, najczystszą z czystych, jeśli chodzi o uczucia i wierność do męża, za którym poszła, porzucając dom rodzinny. Niestety zniszczyła ją naiwność i dziecinne przekonanie, że wszyscy ludzie są dobrzy, a miłość potrafi pokonać wszelkie interpersonalne bariery. Żar uczuć może się jednak wypalić, a dzika natura Murzyna szukać zacznie innych spełnień, aprobując podszepty złego doradcy. W takim rozumieniu jest to też dramat o nieprzystawalności ludzkich natur – delikatnej, subtelnej osobowości Desdemony i dzikiej, wojowniczej natury Otella. Obserwujemy też tę niemożność pogodzenia temperamentów i zaszłości kulturowych w przypadku emigrantów napływających nieustannie do Europy Zachodniej, z Afryki i Azji. Naturalnym dążeniem tych ludzi jest zamknięcie się w enklawie narodowej, niczym w domostwach, w ich krajach, obwiedzionych wysokim murem. Podejście Otella do Desdemony ma też coś z islamskiego męskiego szowinizmu, który dopuszcza nawet bicie małżonki, dręczenie w domu i czynienie z niej seksualnej nałożnicy. A wszystko podpierane nieludzkim prawem szariatu, odwieczną wschodnią dominacją mężczyzn i ich okrucieństwem w stosunku do niewiast. Desdemona zauroczyła się odmiennością kulturową Otella, jego egzotyczną urodą i zapewne możliwościami seksualnymi, ale nie znała natury człowieka wychowanego w określonej murzyńskiej społeczności, nie zdawała sobie sprawy, że ich miłość oparta jest przede wszystkim na zaspokojeniu seksualnym, a zdrada i niewierność jest jednym z elementów nieustających testów męskości. Tak okazało się, że Otello potraktował żonę jako łup wojenny i traktował ją jak depozyt, np. piękny kryształowy wazon, z wszelkimi prawami do niego. Tłukąc go nagle, mordując tę, która go kochała miłością najczystszą i bezinteresowną, ukazał mroczne przestrzenie swojego ego i potwierdził obawy ojca kobiety. Mieszanie się kultur, łączenie się egzotycznych par może dawać wspaniałe efekty, a urodzone dzieci zachwycać mogą urodą, ale przecież w każdym związku pojawiają się animozje, każda para ma miesiąc miodowy, a potem wielokrotnie przechodzi okres próby, kłótni, nieprzystawalności charakterów i walki o dominację. Otello potrzebował tylko niewielkiego impulsu, ledwie zwrócenia uwagi na wzorzystą chustkę, by zacząć swój rytuał dominacji – chorobliwej manifestacji praw własności do weneckiej piękności, a nade wszystko praw do decydowania o jej życiu i śmierci. Nienawiść jednak zawsze prowadzi do rozwiązań tragicznych, a wypaczona charakterologicznie zazdrość znosi wszelkie hamulce i każe zabijać, niszczyć to, co mogłoby być piękną opowieścią o przywiązaniu i miłości, oddaniu drugiej osobie, od chwili pierwszej do ostatniej.

WAWRZKIEWICZ I SZARSZEWSKI

Po lewej M.Wawrzkiewicz, po prawej – K. Szarszewski

Spotykamy ich na swoich drogach, zawziętych, pyszałkowatych, pewnych siebie, kłamiących, oszukujących i manipulujących opinią społeczną. Zawsze nastawionych na jakąś własną korzyść, na okrzyki zachwytu, poklepywania po plecach, histeryczne zaśpiewy itd. Wszystko kończy się w oparach alkoholu, we wzajemnym zachwalaniu, kpinach z profesjonalistów i próbach obejścia statusu zawodowego, takiego choćby jak Komisja Kwalifikacyjna ZLP. Mój artykuł o nadużyciu toruńskiego wydawnictwa Algo, które w serii wielkich poetów polskich opublikowało zbiór grafomańskich tekstów Krzysztofa Marii Szarszewskiego zyskał ogromny oddźwięk. Dzwonili i pisali do mnie maile pisarze, artyści, naukowcy i wszyscy nie dowierzali, że coś takiego było możliwe. Obok Krasińskiego i Staffa, obok Leśmiana i Grochowiaka facet, którego „twórczość” oceniać powinni psychiatrzy, a w najlepszym przypadku koleżanki i kolesie od kieliszka. Myślałem, że na tym ta humorystyczna, nawet farsowa lub wodewilowa sytuacja się zamknie, a toruński wydawca odpowie na mój list, przeprosi za nieodpowiedzialną decyzję i będzie w przyszłości selektywnie traktował takich geniuszy. Ale gdzie tam… Wydawca się nie odezwał, a nasz wieszcz narodowy (toruński) Krzysztof Maria hrabia Szarszewski rozpętał nade mną prawdziwe piekło pomówień i zniesławień. Każde nowe dzieło w świecie kultury wymaga wsparcia finansowego, każda inicjatywa ciągnięta jest do przodu przez liderów, którzy stają na głowie by zyskała realny kształt i zaczęła mieć swoją wagę i Kapituły Nagród Literackich stale muszą żebrać o wsparcie, szczególnie w sytuacji, gdy centrala ZLP nie daje pisarzom w Oddziałach żadnych dotacji. Szarszewski też chciał stworzyć Kapitułę i zbierał datki na kryształowe skrzydełka, przyznawane koleżankom i kolegom, a wcześniej dał się poznać jako organizator źle przygotowanych wyjazdów do pracy w Wielkiej Brytanii, co opisały toruńskie gazety i sporo zawiedzionych osób gorzko skomentowało w Internecie. Mówią mi jego znajomi z Torunia, że „hrabia” stale próbuje dobrze zarobić, ale mu nie wychodzi, zupełnie tak samo jak z polityką (przegrał wybory w toruńskiej SDRP), jak  z jego „poezją” i jak z promocją partnerki, malującej obrazy na poziomie kółka niedzielnego. W sytuacji, gdy bazuje się na plotkach i po pijaku przekazywanych informacjach, które mają taką wagę jak trollowanie w Internecie, pozostają zniesławienia i brednie produkowane z intensywnością partyjnej agitki. W przypadku Szarszewskiego mamy do czynienia z najniższymi instynktami, gdyż pozwala on sobie na formułowanie zarzutów w związku ze zmyślonymi przewinami seksualnymi. Gdyby to był rodzaj zabawy, a autor puszczałby do mnie oczko, uśmiechnąłbym się i zapomniał o insynuacjach, ale tutaj mamy do czynienia z grubszym szachrajstwem seksualnym, które obraża tyleż mnie, co moją rodzinę i najbliższe mi osoby, a przy tym obniża rangę sprawowanej przeze mnie funkcji.

Yvette Popławska jako Koziołek Matołek – w tym stroju podczas aukcji Orkiestry Owsiaka w Brukseli zaatakowała fizycznie Barbarę Orlowski za co usunięto ją z imprezy

Czasem tak się zdarza, że do takich osób prowadzą nas ludzie zacni, podle przez nich oszukani albo nieświadomie wciągnięci w jakąś plugawą grę. Tak było w przypadku Yvette Popławskiej z Belgii, którą szanowana przeze mnie osoba zaproponowała do Nagrody Pracy Organicznej im. Marii Konopnickiej, a inna równie zacna osoba wzięła na siebie koszty dojazdu do Brukseli i finansowania jej zbioru wierszy. Niestety okazało się, że owa Yvette wymaga jak najszybciej pomocy lekarzy, histerycznie terroryzuje otoczenie, opluwa kogo popadnie, więc wraz z życzliwą jej osobą z Gdańska i jej mężem, natychmiast opuściliśmy dom tej pani. Ale już wtedy Yvette pytała mnie czy znam wielkiego polskiego poetę Krzysztofa Marię Szarszewskiego, bo to geniusz, stający w jednym szeregu z Gałczyńskim i Baczyńskim. Niestety jeszcze wtedy nie znałem autora grafomańskich rymowanek, tudzież ramot opluwających znane osobistości (np. Arcybiskupa Gdańskiego albo Prezydenta RP), a Yvette z zemsty zaczęła opowiadać, że w centrum Brukseli odbyłem stosunek seksualny na samochodzie, zaparkowanym przy budynku Instytutu Polskiego, a jeszcze do tego miałem onanizować się w sali tegoż ośrodka, przy wielu ludziach. Gdy to pierwszy raz usłyszałem, ubawiłem się setnie i zrzuciłem wszystko na karb stanów w jakich Yvette się permanentnie znajduje. Nie przypuszczałem, że kiedyś przyszywany hrabia zacznie wykorzystywać te brednie i robić ze mnie w Internecie erotomana. Cóż, każdy działający w kulturze człowiek narażony jest na trollowanie i wielokrotnie już mnie opluwano, ale to, co wyrabia Szarszewski ma znamiona solidnego przestępstwa. Szczerze żal mi tego człowieka, bo po moim artykule pt. Uwaga grafomania!!! jego stan się znacznie pogorszył i bełkocze teraz teksty, w których brakuje ładu i składu, a ja urastam w nich do rangi największego polskiego zboczeńca. Poziom wypocin Szarszewskiego jest taki, że nie będę ich cytował (wciąż je publikuje w Internecie), tym bardziej, że nie wiem jaki jest jego aktualny stan zdrowotny, ale poczekam co na ten temat powiedzą instytucje powołane do oceny takich zachowań. Jedną z zagrywek Szarszewskiego był list skierowany do Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich, w którym jak pełnoprawny literat, lider ścisłej elity intelektualnej naszego narodu, wyraża zatroskanie z powodu moich niecnych zachowań. Szybko oceniliśmy w naszym Oddziale poziom grafomanii Szarszewskiego i podziękowaliśmy mu, choć miał nadzieję na wstąpienie w nasze szeregi i nawet próbował za moimi plecami urabiać wiceprezesa. Niczego nie uzyskawszy, upubliczniał pełen inwektyw list, który sprokurował na kolanie, w stanie wyraźnie wskazującym na spożycie i swoim zwyczajem insynuował przede wszystkim moje „wyuzdanie seksualne”. Ciekawe to dla mnie, bo jest to rodzaj fantastyki powstającej na kanwie mojego życiorysu, szkoda tylko, że narusza moje dobra osobiste a poziom jest rodem ze śmietnika. Powiem krótko, dosadnie i po raz ostatni: seksistowskie brednie i konfabulacje Krzysztofa Marii Szarszewskiego z Torunia to kłamstwa, pseudointelektualne manipulacje i pomówienia, warto też rzucić okiem na okładkę tomiku poetki, którą on wymienia jako moją ofiarę. Choć ta pani odsłania swoje wdzięki  i rozdaje zbiorek na zakrapianych imprezach komu popadnie, jakoś odrzuca mnie ten tandetny ekshibicjonizm i epatowanie niemłodym już ciałem. Ale Szarszewski czyni z Mariny Kretkowskiej strażniczkę moralności i dobrego smaku, przejętą moimi rzekomymi propozycjami uhonorowania jej jakąś tam nagrodą.

” Wszyscy mnie molestują, a ja taka niewinna…” – okładka tomiku Mariny Kretkowskiej, na której zamieściła swoją obnażoną podobiznę

Będąc od wielu lat kandydatem do funkcji Prezesa Związku Literatów Polskich i przeciwnikiem obecnego Prezesa Marka Wawrzkiewicza, stałem się obiektem jego niewybrednych ataków i napaści skupionych wokół niego akolitów. Człowiek ten został szeroko opisany w książkach i w prasie jako donosiciel SB i dawno powinien zniknąć z naszego życia publicznego, ale intratność posady nie pozwala mu na rezygnację, nawet w sytuacji, gdy osiągnął wiek osiemdziesięciu lat. Taki Szarszewski, opluwający mnie i produkujący wiele kłamstw na mój temat, był nie lada gratką dla Wawrzkiewicza, który natychmiast spostrzegł, że twórca grafomanii może mu się przydać w walce ze mną. Tak zaczął konstruować intrygę, której kanwą miały być moje rzekome przewiny seksualne, „oszustwa” przy pracach nad wydaniem kolejnych książek zaprzyjaźnionych autorów, tudzież zdobywanie milionów złotych z handlu nagrodami literackimi (!!!). Szarszewski zaczął nakręcać swoją gromadkę alkoholową, nawiązał też kontakt z wrogimi mi, a jakże marnymi poetkami z Bydgoszczy, Krystyną Wulert i Wiesławą Barbarą Jendrzejewską, do tego dorzucił wspomniane wyżej Popławską, Kretkowską, Ziębę i swoją konkubinę Żakowską. Wawrzkiewicz promieniał, a spotykając się z Szarszewskim w Warszawie, obiecał mu nawet funkcję Prezesa Oddziału Bydgosko-Toruńskiego po wyrzuceniu mnie z organizacji. Już przed ostatnim Zjazdem ZLP w maju 2015 roku pisząc o wypaczeniach Wawrzkiewicza, zaznaczałem, że od strony literackiej nie można mu prawie niczego zarzucić, bo to interesujący poeta. Tym bardziej trudna do pojęcia jest unia znającego się na poezji człowieka, z autorem straszliwej grafomanii, która ostatnio przybrała formę wulgarnych ataków ad personam, w których pojawia się cały katalog słów powszechnie uznawanych za ohydne. No ale czego się nie robi by pokonać rosnącego w siłę przeciwnika, tym bardziej, że doświadczenia zdobyte w poprzedniej epoce, wskazują, że każde zawirowanie może stać się podstawą do „działań operacyjnych”. Prowadząc tasiemcowe rozmowy telefoniczne i spotykając się z Szarszewskim, dowartościowując go tym, że Prezes ZLP spotyka się z autorem bezsensownych słowotoków, publikowanych najczęściej w Internecie, Wawrzkiewicz próbował skonstruować intrygę przeciwko mnie. Przyjmował przy tym wszelkie bzdurne enuncjacje Szarszewskiego. Szczytem wszystkiego był donos, który wystosował do członków Oddziału Bydgosko-Toruńskiego, w którym oskarżał mnie o to, o co wcześniej oskarżał Szarszewski. Jego donos – jak w czasach, gdy wykazywał aktywność w strukturach milicji obywatelskiej – oparty był o kłamstwa i niesprawdzone informacje, a pointą miało być nieprawdziwe doniesienie jakoby polska poetka z Niemiec – Barbara Orlowski – została przeze mnie ulokowana w Zarządzie Oddziału Bydgosko-Toruńskiego ZLP. Wawrzkiewicz dobrze wiedział, że jego wieloletnia partnerka, zasiadająca teraz w Komisji Kwalifikacyjnej organizacji, odrzuciła kandydaturę poetki z Niemiec, ale postanowił zasiać ziarno destrukcji w kolejnym Oddziale (przypomnijmy przy tym, że wcześniej wchodził w konflikt z Oddziałami w Krakowie, Poznaniu, Katowicach i Ciechanowie). Szarszewski budował w Internecie seksistowską famę moich kontaktów seksualnych z wyżej wskazaną koleżanką, a Wawrzkiewicz natychmiast to podchwycił i potwierdził swoim podpisem nieprawdę w listach do członków naszego Oddziału.

Dla Wawrzkiewicza nie ma znaczenia to, że Szarszewski dwukrotnie przegrał procesy ze mną w Sądzie Rejonowym i Okręgowym w Toruniu, zapłacił duże sumy pieniędzy, a także nakazano mu przeprosić mnie w prasie. Wysyłałem Prezesowi ZLP kopie wyroków, wraz z uzasadnieniami i gdyby nie był zaślepiony nienawiścią do mnie, łatwo by zauważył, że udowodniono Szarszewskiemu znieważenia, nałożono na niego określone prawem kary, wpisano go do rejestru osób skazanych prawomocnymi wyrokami, a po ponownych splugawieniach mojej osoby w Internecie, odbędzie się proces, tym razem przed Sądem Rejonowym w Bydgoszczy. Tutaj warto kilka słów powiedzieć o Związku Literatów Polskich, a właściwie Związku Literatów Warszawskich, bo Wawrzkiewicz tak to sobie poustawiał, że otaczają go przede wszystkim ludzie z Warszawy. Od wielu lat fikcją jest Zarząd Główny organizacji, a wszelkie decyzje podejmuje Prezes i Prezydium, którego skład po każdym Zjeździe proponował sam Prezes. Wszelkie decyzje tego gremium powinien zatwierdzać Zarząd Główny w pełnym składzie, ale nie ma takich posiedzeń, co Wawrzkiewicz tłumaczy brakiem pieniędzy, choć ZLP otrzymywał i otrzymuje określone sumy z Fundacji Domu Literatury i Domów Pracy Twórczej, ma dochody z wpisowego nowych członków, składek i od innych darczyńców. Niedawno powołano także do życia Rzecznika Dyscyplinarnego (i ten dopiero pokaże temu Lebiodzie!!!), nie dokumentując głosowania internetowego członków Zarządu Głównego. Ostatnim razem, gdy Wawrzkiewicz zdecydował się wreszcie zwołać posiedzenie Zarządu Głównego, w pełnym składzie osobowym, (wchodzą do niego także Prezesi wszystkich Oddziałów organizacji) swoje funkcje utracili agenci SB, szeroko opisani przez Joannę Siedlecką w trzech książkach, a także w prasie ( m. in. w „Rzeczpospolitej”). Nadal jednak Prezesem jest konsultant „MW”, a u jego boku są inni dawni agenci – ostatnio w swoich działaniach rekomunizacyjnych posunął się nawet do tego, że Sekretarzem Generalnym ZLP uczynił autora książki pt. Zmiany w funkcjonowaniu gospodarki radzieckiej po XXVII Zjeździe KPZR. Zdaje się, że finalnym posunięciem Wawrzkiewicza, z Szarszewskim u boku, jest doniesienie do bydgoskiej Prokuratury na mnie i moje, wskazane wyżej, straszliwe przewiny. Wcześniej, gdy gromadka niczego nie wskórała w Sądach Torunia, pobiegła do Prokuratury Toruńskiej, a ta w przewidzianym ustawowo czasie odrzuciła pomówienia zbudowane na osobistych animozjach. Wszystko to dość bełkotliwe, absurdalne, pokrętne, oparte o etykę esbecką z poprzedniej epoki, zalane sosem grafomanii i kłamstw, absurdalnych pomówień i prób niszczenia przeciwnika. Cóż robić w takiej sytuacji? Ano będę konsekwentny i podążę ścieżką na którą wszedłem, gdy wystąpiłem w obronie kultury polskiej, wskazując nadużycie publikacji grafomanii Szarszewskiego w jednej serii z Mickiewiczem, Norwidem i Baczyńskim. Obok procesów o zniesławianie, znieważanie, warto sprawdzić jak Prokuratura i Sądy podejdą do ewidentnych dowodów na pieniactwo Szarszewskiego, Prezesa ZLP i reszty gromadki doraźnie skupionej wokół idei zniszczenia „czarnego luda”  z Bydgoszczy (art. 234 k.k.).

Anna Z. – tak się zachowywała w moim domu, gdy upiła się w sztok

KOLIBRY

Podczas lektury starych numerów mojego ulubionego magazynu „National Geographic”, natknąłem się na wolumin z czerwca 1991 roku, a w nim na artykuł o tajemnicach nawigacji w świecie zwierząt – Secrets of Animal navigation. Lektura tego tekstu zbiegła się z informacjami internetowymi na portalach ornitologicznych, które regularnie śledzę – na jednym z nich znalazłem dwie mapy obrazujące napływanie kolibrów z Ameryki Południowej do Ameryki Północnej. Natychmiast też przypomniałem sobie moje obserwacje tych pięknych ptaków, którym oddawałem się z lubością w okolicach Wielkich Jezior, w Elizabeth nieopodal Nowego Jorku, w Central Parku na Manhattanie i na Florydzie. Prawie przy każdym amerykańskim domu właściciele zawieszają na werandach i w ogrodach plastikowe pojemniki z kolorowym, słodkim sokiem. Kolibry przylatują do tych naczyń, zawisają w powietrzu i wsuwają dzióbki do dziurek, które zwykle znajdują sie u dołu naczynia. Opalizujące skrzydełka poruszają się wtedy tak szybko, że powstaje wrażenie ulotnej tęczy oplatającej ptaka. Poszczególne osobniki, szczególnie młode, są niewielkie i przypominają polskie bąki albo nieco większe owady – fruczaki gołąbki. Można wtedy stać bardzo długo i w zauroczeniu przyglądać się tym fantazyjnym lotnikom, których serca biją z ogromną szybkością, a życie warunkowane jest zdobywaniem ogromnych ilości cukru, przede wszystkim wydobywanego z kielichów kwiatowych. To jeden z najpiękniejszych spektakli natury i cieszę się, że mogłem w nim uczestniczyć kilka razy, będąc świadkiem zdumiewającej ekspansji tych malutkich istot, kolonizujących całą Amerykę Północną, przemieszczających się na ogromnych przestrzeniach i dobywających z siebie wprost niewyobrażalną energię. Pierwsza mapa obrazuje napływ kolibrów z Ameryki Południowej do Północnej w lutym i zaledwie cztery obserwacje na Florydzie, Key West i w Teksasie, a druga dokumentuje ogromny napływ do maja i pojawianie się kolibrów od Labradoru po Nowy Meksyk.

AMERYKAŃSKIE CHWILE (4)

Bruno-Schulz

Polscy pisarze często są zarozumiali i tworzą tylko wiekopomne dzieła, wciąż walczą z siłami kosmicznymi, siłą wyobraźni unoszą się w jakieś mistyczne dale, w głębiny wszechświata. Niby szukają prawdy i łakną wielkości, ale nigdy nie wydostają się poza polskie myślenie. Nie potrafią patrzeć na świat szeroko otwartymi oczyma i zawsze orbitują wokół naszej historii, rozgrywek rodaków i spraw o niewielkim dla świata ciężarze gatunkowym. Tworzą książki uwikłane w ich błędną walkę z psyche, rzadko osiągającej stan transgresji. Piszą książki i je wydają, zbierają nagrody, wyróżnienia, dyskutują o swoich tworach, ale nigdy nie myślą o tym by zawojować świat by swoją wizją dotrzeć do świadomości globalnej. Czasem ich dzieła, jak choćby polskich poetów romantycznych, stają w pierwszym szeregu z podobnymi dziełami Anglików, Niemców, Francuzów czy Rosjan. Niestety to co jest ich siłą w Polsce, staje się ich przekleństwem w świecie, a mit tyrtejski zostaje w nich zdegradowany do rangi lokalnej nienawiści, trudnej do zrozumienia bez rozległych przypisów w zakresie słowianofilstwa, patriotyzmu i ksenofobii. Wszystko to szczytne, pełne pasji, rozczulające, ale czyż Hamlet albo Don Kichot byli patriotami, czyż Dymitr Karamazow myślał o Rosji w takich kategoriach, a może Schopenhauer albo Kafka zawarli w swoich dziełach jakieś przesłanie o narodzie wybranym, jakąś niemiecką lub żydowską myśl mesjańską? Swoją drogą warto się zastanowić nad polską mentalnością, nad charakterem ludzi mieszkających nad Wisłą, nad kondycją narodu, który tak rzadko wydawał synów umiejących się dogadać z sąsiadami – tak niewielu wykreował polityków i prawdziwych mężów stanu, którzy umieliby analizować sytuację geopolityczną w Europie i globalne uwarunkowania.

Dom Brunona Schulza w Drohobyczu

Polak, gdy tylko usłyszy bojowe werble. albo gdy ktoś stanie przed nim gotowy do walki, rzuca wszystko i gotów jest szamotać się bez końca. Traci ogląd szeroki, zapomina o gwiazdach na niebie, o dalach planetarnych, a widzi tylko pagórek, który musi obronić, widzi rzeczkę i mostek, ważniejsze dla niego od istnienia we wszechświecie. Maszerując codziennie  ulicami, z Getzville do uniwersytetu w Buffalo, myślałem o tym kogo polska literatura może zaoferować światu. Jakimi dziełami może zainteresować różnokolorową mozaikę ludzką, którą widuję na campusie? Zastanawiałem się też nad tym, przeglądając dzieła polskich pisarzy w sekcji biblioteki SUNY, która nazywa się Polish Division, i wtedy moje myśli jakoś naturalnie i bez trudu podążyły ku dziwacznemu nauczycielowi rysunku z Drohobycza. Jego świat i losy mają głęboki europejski etos a zarazem daleko wykraczają poza granice naszego kontynentu. To jest postać ciekawa, mogąca stać się tematem wykładu dla audytorium złożonego z Azjatów, Afroamerykanów i potomków Irlandczyków, dla Żydów i Polaków. Tak myśląc i przemierzając różne partie północnej i południowej części uniwersytetu w Buffalo, powziąłem postanowienie, że napiszę coś w rodzaju wykładu a zarazem barwnej opowieści o Schulzu. Zacząłem od wypożyczenia jego dzieł i wszystkich dostępnych w bibliotece książek o nim. Siedząc w pokoju, który mi udostępnił prof. Peter Gessner albo siadając na ławkach w campusie, czytałem od nowa opowiadania Brunona Schulza i promieniałem wewnętrznie. Rosła we mnie duma, że mieliśmy kiedyś takiego pisarza. Coraz częściej rozmawiałem też ze studentami i przygodnie spotkanymi naukowcami o tym człowieku i o jego wizjach. Powoli powstawała z tego opowieść, z elementami teoretycznoliterackimi dla słuchacza, który jest obywatelem świata.

Gimnazjum w Drohobyczu

Urodził się pod koniec dziewiętnastego wieku (1892) w Drohobyczu, na polskiej Ukrainie. Wtedy i na początku dwudziestego wieku było to miejsce odcięte od świata, jakby zagubione na krańcach Europy, choć przecież był to jej nieomal geometryczny środek, a do tego jedno z trzech sporych miasteczek nafciarskich obok Borysławia i Truskawca. Z jednej strony toczyło się tutaj gwałtownie życie, rosły fortuny i na głównej ulicy powstawały reprezentacyjne domy, a ze strony drugiej wszędzie wiało nudą, małomiasteczkową bylejakością. Na zachowanych widokówkach widzimy szczelną zabudowę parterowych i jednopiętrowych domów ze spadzistymi dachami i niewielkimi oknami. Tylko trzy budynki jakoś się wyróżniają, a to za sprawą strzelistych wież – kościół farny, cerkiew i ratusz. Wszystko razem ma jakiś charakter syberyjski, miasteczka rosyjskiego czy białoruskiego ale też jakby przedziwnej mieszaniny architektonicznej, odbijającej preferencje trzech nacji: Ukraińców, Żydów i Polaków. Drohobycz niewiele się różni od Witebska z obrazów Marca Chagalla, albo innych miasteczek, malowanych przez Maurycego Gottlieba, Samuela Hirszenberga, Maurycego Trębacza, Fryderyka Kleinman czy Jankiela Adlera. Ledwie pięćdziesiąt lat starczyło Schulzowi by zamanifestować światu swój geniusz prozaika, grafika, malarza, rysownika i krytyka literackiego. Rytualnie obrzezany, syn kupca bławatnego i córki zamożnego handlarza drewnem, od dzieciństwa, tak jak rodzice,  posługiwał się tylko językiem polskim, z czasem stając się jego arcymistrzem. Nie ukończył studiów na politechnice z powodu choroby i wybuchu I wojny światowej, incydentalny charakter miało też jego pojawienie się w Akademii Sztuk Pięknych. Po śmierci ojca, jakże wstrząsającej dla niego, niezwykle utalentowany plastycznie Schulz zaczął wspomagać rodzinę dochodami z malowanych portretów i rysunków, ale kroci na tym nie zarabiał. Bez echa przeszło też wystawienie jego obrazów w 1922 roku w Zachęcie i w Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych we Lwowie. Dopiero kontrakt podpisany ze szkołą, której był absolwentem, a więc z Państwowym Gimnazjum im. Króla Władysława Jagiełły, i przyjęcie posady nauczyciela rysunku, prac ręcznych i matematyki, dało mu jako taką stabilizację finansową. Borykał się jednak z problemami zdrowotnymi i niezrozumieniem swojej sztuki, w której doszukiwano się nawet elementów pornograficznych.

Obraz Brunona Schulza pt. Spotkanie (1920)

Dopiero spotkanie z Zofią Nałkowską i jej mediacja, dopomogły w wydaniu Sklepów cynamonowych w cenionym wydawnictwie „Rój” (1934). Z dnia na dzień stał się znanym pisarzem, choć to niewiele zmieniło w jego życiu, a nawet pojawiły się nowe problemy, gdy życie wyznaczyło mu rolę jedynego żywiciela rodziny (matki, owdowiałej siostry z dwojgiem dzieci i kuzynki). Publikacje książki i osobne pojawienia się jego prozy w periodykach, dały mu nieco pewności siebie, więc rozpisał się na dobre. Dopomogło też mianowanie na funkcję profesora w szkole, a także rosnące uznanie w kręgach intelektualnych międzywojennej Polski (kontakty z Gombrowiczem, Sandauerem, Witkacym), dobre recenzje wielu krytyków i przelotny romans z Nałkowską. Potem był jeszcze sukces Sanatorium pod klepsydrą (1937), ale kłopoty finansowe i nadciągająca apokalipsa wojenna, powodowały, że popadał w stany depresyjne. Po wybuchu II wojny światowej, najpierw wejściu do Drohobycza Niemców, apotem Rosjan, był świadkiem wielu aktów przemocy, zmuszany też był do malowania propagandowych plakatów i portretów Stalina. Po powrocie wojsk niemieckich i wypowiedzeniu nowej wojny przez Hitlera, na wschodnich kresach dawnej Rzeczypospolitej zaczęły się represje narodu żydowskiego. Bruno Schulz, wraz z rodziną trafił do getta, stracił pracę nauczyciela, gdy zamknięto szkoły, a także drżał każdego dnia o życie, gdy Żydów zmuszano do niewolniczej pracy, okradano i mordowano masowo w okolicznych lasach. Może czuł się trochę bezpieczniej, gdy znalazł się blisko nazistowskiego mordercy Feliksa Landau, ozdabiał licznymi przedstawieniami malarskimi jego dom i kasyno wojskowe, ale i tak nic nie zdołało odwrócić fatalnego biegu zdarzeń. 19 listopada 1942 roku został zastrzelony na ulicy Drohobycza, prawdopodobnie przez hitlerowskiego oficera Karla Günthera. Oprawca miał wpakować mu dwie kule w głowę, a potem nie pozwolił usunąć ciała, które miało być „przestrogą” dla innych Żydów i cały dzień leżało na chodniku. Wreszcie pochowano go w zbiorowym grobie, którego wszakże nie udało się odszukać po wojnie, tym bardziej, że Drohobycz znalazł się w granicach Związku Sowieckiego. Elementy biograficzne były ważne podczas mojego spotkania ze studentami w SUNY, gdy miałem do czynienia tylko z dwoma młodzieńcami pochodzenia żydowskiego, jako tako orientującymi się w biografii i dziele Schulza, a poza tym z urodziwą Japonką Michiko, dwiema czarnymi dziewczynami z Barbados i Jamajki, z jakimiś Malajami, Meksykanami, Arabami, z rudąAustralijką i piegowatą na całej twarzy Irlandką. Była też gromadka kilku rodowitych Amerykanów, pośród których byli też i tacy, którzy mieli polskie korzenie. Jak się przekonałem ci najmniej wiedzieli o Schulzu i dziwili się, że nie będę mówił o Mickiewiczu, Sienkiewiczu, Miłoszu. Z racji tej mieszanki kulturowej postanowiłem zwrócićuwagę studentów na funkcje języka poetyckiego w Sklepach cynamonowych, ale najpierw musiał przetłumaczyć mój tekst i wyłowić cytowane fragmenty z wydania anglojęzycznego, co nie było łatwe. Udało mi się jednak zaciekawić tych młodych ludzi i po wykładzie wywiązała się ciekawa dyskusja. A oto polska wersja mojego wystąpienia, doraźnie moderowanego w języku angielskim i skracanego czasem dla uzyskania dynamiki.

Miejsce śmierci Schulza

Trudno wytyczyć granicę pomiędzy językiem prozy, językiem urzędowym, sądowym, czy jakimkolwiek innym, a językiem poetyckim. Mówić tu jedynie możemy o pewnych wyznacznikach, które powodują, że skłonni jesteśmy pewien typ tekstów, typ wyrażania się, zaklasyfikować do tej grupy, a inny typ z kolei, do drugiej. Język poetycki w prozie ma pewne cechy charakterystyczne. Należą do nich częste zastosowania w tekstach środków stylistycznych, które normalnie znamionują utwór liryczny. Występują więc w takim dziele liczne peryfrazy, eufemizmy, deminutiva i augmentativa, personifikacje i inne. Podobnie rzecz się ma ze środkami składniowymi, które charakterystyczne dla utworu poetyckiego, pojawiają się w tego rodzaju dziele prozatorskim w dużej – można nawet powiedzieć – nadmiernej, w stosunku do tzw. „przejrzystej prozy” ilości. Tego typu nagromadzenia, przerysowania i pewien specyficzny, poetycki właśnie, poblask części utworów prozatorskich, powodują, że ogólnie są one nazywane prozą poetycką. Do tego rodzaju twórczości należy też dzieło Brunona Schulza. Narratorem Sklepów cynamonowych jest nadwrażliwe dziecko. Nie możemy jednak powiedzieć, iż dziecko to opowiada swą historię właśnie w okresie dzieciństwa. Jest to narracja małego chłopca, ale zrekonstruowana po latach. Świadczy o tym przede wszystkim pewna sztuczność języka – łatwość z jaką narrator wypowiada swoje prawdy i jego wielka życiowa mądrość. Potrafi on przecież powtórzyć wykład ojca na temat manekinów, który w swych początkowych partiach jest koherentnym systemem filozoficznym, opisującym istotę bytu i rzeczywistości. Syn Jakuba ma niezwykle wyczuloną wyobraźnię i odbiera wrażenia zmysłowe bardziej intensywnie niż pozostałe postacie utworu. Czasem trudno jest powiedzieć, czy ojciec jest w rzeczywistości takim, jakim odmalowują go słowa syna, czy też wszystkie jego dziwactwa, wszystkie metamorfozy, które przechodzi, są wytworem chorej wyobraźni dziecka.

image001

Odnajdujemy tutaj jeden ze znakomitych zabiegów językowych Schulza. Polega on na zagęszczaniu ilości metafor, kiedy narrator opowiada o ojcu. Pełni ten zabieg dwojaką funkcję: Po pierwsze – umiejętnie opóźnia akcję utworu, jakby zatrzymuje bieg zdarzeń, przez co czytelnik szczególnie skupia swą uwagę na postaci ojca i po drugie – sprawnie zaciera granicę między dowolnością w kreowaniu tej postaci przez narratora, a jej rzeczywistym niezrównoważeniem. Taka płynność powieściowej rzeczywistości ułatwia autorowi „przejście w nadrealizm”, pozwala transponować postaci powieści na szereg figur, których rodowodu szukać należy pośród Jungowskich archetypów. Łatwość z jaką Schulz pokonuje granicę realności jest zdumiewająca. Przenosi on z atlasu ptaków skrzydlate stwory na poddasze domu ojca, upodabniając go jednocześnie do wielkiego kondora. Jest to jakby pobłysk groteskowej metafory, która pojawia się przed tą transformacją, konotującą późniejszy bieg zdarzeń:

 Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę symetrycznie do wielkiego wypchanego sępa, który po drugiej stronie okna zawieszony był na ścianie. W tej nieruchomej, przykucniętej pozie, z wzrokiem zamglonym i z miną chytrze uśmiechniętą trwał godzinami, ażeby z nagła przy czyimś wejściu zatrzepotać rękoma jak skrzydłami i zapiać jak kogut.

s_edu1

Metafora ta, już przetworzona w rozpadającego się kondora, pojawi się potem jakby odbita przez system luster. Niezwykła iluzoryczność tej prozy jest najlepiej widoczna, gdy narrator przedstawia czytelnikowi postacie szczególnie dziwne, odmienne od współdomowników, w ich zamkniętym świecie. Zdaje się wtedy, że Ojciec, Pan, Pan Karol i skretyniała córka sprzątaczki, nie istnieją w rzeczywistości, są tylko jakby odbiciem życia toczącego się po drugiej stronie sennej iluzji, pełnej tajemniczych symboli i znaków. Najlepiej widać to we fragmencie krótkiego opowiadania pod tytułem Pan Karol:

(…) i odchodził ku drzwiom zrezygnowany, z wolna, ze spuszczoną głową – gdy w przeciwną stronę oddalał się tymczasem bez pośpiechu – w głąb zwierciadła – ktoś odwrócony na zawsze plecami – przez pustą amfiladę pokojów, które nie istniały.

Jest to ten punkt, w którym zbiegają się dwa światy, w którym przedstawiona przez Schulza rzeczywistość styka się z jej zdeformowaną nadrzeczywistością.

Manekiny

Wróćmy teraz do zabiegu zgęszczania i rozszczepiania ilości metafor. Ich zagęszczenie – kiedy dziecko – narrator mówi o ojcu – jest przeciwstawione przejrzystości, prostocie języka wypranego z metafor, kiedy mówi on o Adeli. Spowodowane to jest tym, że narratorem jest dziecko, przebywające większą część czasu ze służącą, dziecko bojące się jej bardziej niż zdziecinniałego ojca. Strach nakazuje autorowi zastosować w tym wypadku prozę przypominającą swoją prostotą reportaż:

W samej rzeczy z resztą tą, wydaną na jej łaskę, Adela nie robiła sobie długich ceregieli. Wśród brzęku garnków i chlustów zimnej wody likwidowała z energią tych parę godzin do zmierzchu, które matka przesypiała na otomanie.

schulz-zaczarowane miasto_2

A zatem Adela obliguje Schulza do rezygnacji z „rozpoetyzowania”, każe mu mówić o niej wprost. Podkreśla to jeszcze bardziej zdecydowanie służącej i jej nieograniczoną władzę nad ojcem i narratorem. Zwróćmy także uwagę na jakościową klasyfikację metafory u Schulza, wywołującej określoną reakcję u czytelnika. Szczególnie widać to w opisach mroków zimowych, cieni, małomiasteczkowej nudy i szarości. Kiedy narrator mówi o zimowych nocach kilkakrotnie przywołuje metaforę puszystego futra:

 Obległa nas znowu ze wszech stron żałobna szarość miasta, zakwitając w oknach ciemnym liszajem światów, pasożytniczym grzybem zmierzchów, rozrastającym się w puszyste futro długich nocy zimowych.

Służy to – na zasadzie kontrastu – wywołaniu u czytelnika nieomal fizycznego poczucia chłodu i dreszczy. Podobnie rzecz się ma z porównaniami kolorystycznymi, które świadczą o bezbłędnej intuicji malarskiej Schulza. Kiedy mówi on o nudzie i senności, nieodmiennie przywołuje te zestawy barw, które się z tym nastrojem kojarzą. Widzimy wtedy świat w odcieniach szarości, mętnych gamach brązu – spowity w mroku i we mgle. Potęguje to uczucie obcości  i wiszącego wciąż nad osobami powieści zagrożenia. Tego rodzaju tonacje nastrojów są jakby kopułą, która oddziela rzeczywistość od świata zjaw, strachów – od sfery zerkającego przez okno Demiurga. Tak uwypukla się kolejna ważka funkcja języka poetyckiego w Sklepach cynamonowych. Dzięki umiejętnym porównaniom, zastosowaniu odpowiedniej kolorystyki, autor uzyskał iluzję zamknięcia bohaterów dzieła w ich wyobcowanym świecie, a przez niemożność przebicia kopuły nierzeczywistości i lęku, uzyskał efekt absolutnej prawdy.

MIŁOŚĆ OJCOWSKA

Oddanie zwłok Hektora – płaskorzeźba z rzymskiego nagrobka

W naszej kulturze miłość rodzicielską najczęściej egzemplifikują matki, czule kochające synów i córki, codziennie stające na głowie by zapewnić im wszystko, co jest potrzebne do życia. To one pojawiają się na obrazach, gdy karmią niemowlęta piersią, albo opiekują się barwną gromadką malców, wpatrzonych w nie z uwielbieniem. Wbrew powszechnym przekonaniom, że matki czulsze są dla chłopców, stają się one też uważnymi opiekunkami, a potem przyjaciółkami swoich córek. Miłość ojcowska nie bywała tak spektakularna jak matczyna, znacznie rzadziej pojawiała się też jako temat w malarstwie i literaturze, choć zdarzały się dzieła, gdzie była ich osią. Przy takich rozważaniach natychmiast przychodzi na myśl tragedia króla Troi Priama, gotowego znieść wszelkie formy poniżenia, by tylko odzyskać ciało zabitego syna – Hektora. Prosi on, a nawet błaga Achillesa o zwrot zwłok syna: Hektor, zginął od ciebie, walcząc za ojczyznę./ Po niego tu przychodzę. Uczcij mą siwiznę!/ Masz okup wielkiej ceny, masz drogie ofiary:/ Szanuj bogi Achillu, nie gardź mymi dary!/ Przypomnij ojca, obu nas ciężar lat gniecie./ Może być ktoś ode mnie biedniejszy na świecie?/ Jam usta – tegom wreszcie nieszczęśliwy dożył/ Na ręce synów moich zbójcy położył”. (Księga XXIV w. 287-294, przeł. Józef Paszkowski). Priam ofiaruje mordercy syna wóz pełen złota i prosi by złagodził on karę pośmiertną, nałożoną na Hektora, a była ona doprawdy straszliwa. Achilles rzucił zwłoki psom i sępom (brak pochówku był haniebny dla starożytnych, bo wierzyli oni, że dusza stale tuła się pośród żywych), a potem codziennie przyczepiał, coraz to bardziej okaleczone ciało, do swego rydwanu i przejeżdżał przy murach obleganej Troi. Łzy ojca i suty podarunek zmiękczyły serce greckiego herosa i wydał on zwłoki, a potem uszanował nawet dwunastodniowy okres żałoby po uroczystej kremacji. To ojciec, a nie matka Hekabe, zaryzykował i udał się do obozu najeźdźców, a potem odzyskał szczątki ukochanego syna. Jak widać, już w epoce starożytnej miłość ojcowska pojawiała się w największych utworach literackich, a postawa Priama stała się inspiracją dla epok następnych, generując nowych bohaterów nie wahających się poświęcić życia dla swoich dzieci.

Gustav Pope, Córki Króla Leara (1875-1876)

Inaczej ukazał miłość ojcowską William Szekspir w dramacie pt. Król Lear (1623), osią intrygi czyniąc pomyłkę, jaką popełnił sędziwy ojciec. Pytając trzy córki – Gonerylę, Reganę i Kordelię – o siłę miłości do niego, dał się zwieść pierwszym dwóm, a usłyszawszy skromne zapewnienie Kordelii, wydziedziczył ją i wypędził z królestwa. Doprowadziło to do szeregu straszliwych komplikacji i intryg mających na celu ostateczne pozbawienie go władzy i zagarnięcie królestwa przez wiarołomne córki. Stary król popada w obłęd, a skutkiem jego nieroztropnych decyzji jest wojna domowa, podczas której życie traci prawdziwie kochająca go Kordelia, a wreszcie i on sam. Szekspir wykorzystał motyw z anonimowego dramatu angielskiego, popularnego w jego czasach i znacznie go rozbudowując, wsączył jednocześnie do niego wątki uniwersalne. W jego ujęciu dramat rozgrywa się pośród żywiołów natury, a człowiek zdaje się ledwie drobinką, niewiele znaczącą pośród ogromów kosmosu. Można być władcą, można mieć nieograniczoną władzę, a i tak prawa natury i biologii upomną się o ich respektowanie, a śmierć, niczym czarny woal, spowije to, co zdawało się jaskrawe i wyraziste. Oczywistym błędem Leara był ów test, któremu poddał córki – sam w sobie zwierający element nieufności i generujący ciąg oszustw. Prawdziwa miłość nie potrzebuje takich sprawdzianów, rozwija się przez lata i umacnia, a swoje zwieńczenie znajduje w sprawiedliwym podziale majątku ojca lub matki. Dzieci wychowywane w miłości i wzajemnie się szanujące nigdy nie pokłócą się o majątek, a ich ugoda będzie aktem ostatecznego przywiązania i manifestacją uczuć do darczyńców. Król zapragnął potwierdzenia miłości za życia i sprowokował szereg kłamstw i fałszywych zapewnień, co natychmiast wyczuła Kordelia i uczciwie nie zgodziła się na schlebianie ojcu w takiej sytuacji. Ten – niesprawiedliwie ją oceniający i uwiedziony zapewnieniami Regany i Goneryli, dał się wyprowadzić w pole. Po jakimś czasie zorientował się, ale było już za późno dla niego i prawdziwie go kochającej Kordelii, uznał własną porażkę, zapłakał nad jej martwym ciałem, a potem, zgnębiony tragedią, jaka się dokonała, osunął się w nicość.

800px-Father_Goriot_by_H._Daumier_(1842)

Honoré Victorin Daumier, Ojciec Goriot

Motyw totalnej miłości ojcowskiej pojawia się też w jednej z najsłynniejszych powieści Honoriusza Balzaka pt. Ojciec Goriot (1835). W pensjonacie prowadzonym przez Madame Vaquer przy ulicy Neuve-Sainte-Geneviève spotykają się trzy jakże różne postaci: znany z innych powieści Balzaka rzezimieszek i prawdopodobnie homoseksualista Vautrin (Ołży-Śmierć – Trompe-la-Mort), emerytowany producent makaronu Jan Joachim Goriot i student prawa Eugeniusz de Rastignac. Właśnie zaczęły się głębokie zmiany w społeczeństwie francuskim za restauracji Burbonów i jednostki zyskały większą integralność, ale została też zainicjowana powszechna walka o poprawienie własnej pozycji społecznej. Vautrin fascynuje się urodą i świeżością Rastignaca, a jednocześnie próbuje moderować jego rozwój, ale przy okazji gubi gdzieś daleko posuniętą ostrożność. Spowoduje to szereg zdarzeń nie dających się odwrócić i w  konsekwencji ponowne uwięzienie dawnego galernika. Na tle interakcji młodzieńca i wyrachowanego kryminalisty, Balzak umieszcza dramat ojca Goriota, doświadczonego straszliwie przez życie i zdeprawowane jego bogactwem córki. Rastignac zdobywa względy jednej z nich: Delfiny de Nucingen i nie godzi się z krwawym planem Vautrina, mającym na celu zdobycie fortuny innej pensjonariuszki pensjonatu – Wiktoryny Taillefer. Goriot wyprzedaje powoli swoje dobra by zaspakajać zachcianki córek i spłacać ich długi, a w zamian nie może nawet liczyć na publiczne przyznawanie się do niego obu kobiet. Szczególnie druga córka – Anastazja de Restaud – dostarcza mu wielu trosk, a dowiedziawszy się, że sprzedawała rodzinne diamenty męża, by spłacać długi kochanka, doznaje udaru mózgu. Zanim do tego dojdzie, być może najwspanialszy ojciec świata, zazna wielu zgryzot, ale wciąż będzie usprawiedliwiał córki. Stale będzie im pomagał, pogrążając się coraz bardziej. Nieco światła do jego życia wprowadzi de Rastignac i to od niego otrzyma najwięcej  darów serca, i to on odda mu ostatnią posługę, bez wahania zadłużając się na konto pogrzebu. Tak jak ślepa miłość zaprowadziła króla Leara na bezdroża ludzkości, tak samo żarliwa miłość do córek okryła kirem ostatnie lata życia ojca Goriota i zgnębiła ostatecznie Priama. W obu przypadkach doszło do nadużyć, których powodem były nierozważne decyzje dzieci, ale też bezwarunkowa miłość rodzicielska, odsuwająca na plan dalszy zdrowy rozsądek i kierująca się pokrętną logiką. Lear pragnął totalnej miłości trzech córek i zwiodły go fałszywe zapewnienia dwóch z nich – Goriot i Priam stale nosili w pamięci dni szczęścia rodzinnego, gdy syn i córki się rodziły, a potem dorastali w spokoju, stworzonego przez nich, zamożnego domu. Porażka wychowawcza ojców i matek widoczna bywa dopiero w obliczu straszliwej tragedii, bo ojciec i matka do końca stać będą po stronie dzieci, nie widząc ich deprawacji, nie przyjmując do wiadomości wynaturzeń osobowości.

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (10)

1797493_552828628148150_379137163_n

Beata mieszkała na drugim piętrze tego samego bloku, co ja, ale w innej klatce, nieco dalej w kierunku pawilonu Poczty i dużego centrum sklepowego. Bardzo mi się podobała, szczególnie, gdy układała długie, jasne włosy w kok i uwalniała dwa grube kosmyki z boku twarzy, często powiewające na wietrze, albo układające się pięknie na wyraziście uformowanych, okrągłych policzkach. Długo przyglądaliśmy się sobie z daleka, mijaliśmy się bez słowa na chodniku, gdy wyprowadzała sporego, czarno-brązowego boksera. Nie lubiłem go, ale paradoksalnie dzięki niemu poznałem ją bliżej, gdy jednego popołudnia rzucił się na mnie znienacka. Gdybym zgrabnie nie uskoczył, ugryzłby mnie w szyję albo w ramię, może przewróciłby albo podrapał pazurami.

– Holden, co ty wyprawiasz…? – krzyknęła przeraźliwie Beata, szarpnęła warczącego psa i z promiennym uśmiechem zwróciła się udo mnie: Przepraszam cię, nie wiem co mu się stało, od samego rana dzisiaj rozrabia i nawet mój ojciec przylał mu trzcinką…

– Może dlatego jest taki zły Beatko… – powiedziałem pojednawczo i również uśmiechnąłem się do niej.

– Holden!!! Holden!!! Przestań błaźnie… Co ty dzisiaj wyprawiasz – powiedziała i wymierzyła psu kilka razów końcem smyczy.

Bardotka_konczy_lat_3575317

Dopiero teraz zauważyłem jaka jest piękna, jak cudownie ukształtowana, szczupła w pasie, z dużymi, bujającymi się pod bluzką piersiami i kształtnym tyłkiem. I te nogi, okryte czarnymi pończochami, kontrastujące z białą mini spódniczką. Jej bokser był istotą z innego świata i takie piękności jak ona powinny nosić na ręku małe białe pudelki lub puszyste shi tzu, wyprowadzać na spacer przyjazne pieski beagle albo miniaturowe labradory. A ten rozrośnięty buldog ociekał śliną, wydawał się brudny i stale manifestował swoją niezależność. Niejednokrotnie widziałem z okien mojego mieszkania jak ciągnął Beatę, nie zważając na to, że próbowała go szarpać, uderzała raz po raz smyczą albo jakimś wziętym z trawnika kijkiem.

– Holden uspokój się wreszcie…! To jest dobry pan… przestań już szaleć jakbyś zobaczył strasznego demona… – powiedziała, przerywając raz po raz zdania szarpnięciami skórzanej, grubej smyczy.

Miło połechtało mnie to, że tak mnie określiła i jednocześnie zauważyłem inne elementy jej zjawiskowej urody. Miała dziwnie błękitne oczy, które w połączeniu z jaskrawo białymi gałkami przydawały cech lalkowatości jej twarzy, a przecież potrafiła też podkreślać urok swoich ust, malując je wyrazistą, karminową szminką. Do tego dochodził staranny makijaż i dobrze dobrany make up, obwiedzenie oczu niebieskim cieniem, przyczernienie rzęs i brwi, no i te puszyste jak ptasi puch włosy. Jak mogłem nie doceniać w pełni jej transparentnej urody i traktować ją jak jedną z licznych koleżanek z podwórka? Jak mogłem przez tyle lat mijać ją bez słowa i nawet nie zainteresować się, gdy jej mama powiedziała mojej mamie, że Beata bardzo się mną zajmuje? A może po raz pierwszy tak mocno się umalowała i zobaczyłem ją innymi oczyma, jakby była dziewczyną z okładki kolorowego pisma, jak Brigitte Bardot, Claudia Cardinale albo Jane Fonda.

– Nic się nie stało Beatko… – jeszcze raz zapewniłem ją, że incydent z psem nie wywarł na mnie większego wrażenia – Przynajmniej mogłem z tobą zamienić kilka słów.

– Holden stał się nie do zniesienia, ale co mamy teraz zrobić, przecież po tylu latach nie wypędzimy go z domu… – powiedziała i wydęła usta niczym Bardotka ze zdjęcia na odwrocie lusterka, które zawsze nosiłem w kieszeni.

Uśmiechnąłem się raz jeszcze, dokładnie zsumowałem w myślach jej wszystkie zalety, na końcu zauważając lśniące, czerwone pantofelki, okrywające malutkie stopy i poczułem jak wielkie gorąco napływa do mojego ciała. Wyraźnie zbierała się odejścia, więc by ją jeszcze na chwilę zatrzymać, zapytałem:

            – A skąd wzięło się imię Twojego psa?  Przecież nie chodzi tutaj o markę australijskich samochodów…?

Roześmiała się serdecznie i zauważyłem, że ma połyskujące zęby, białe jak perły, wygięła się też jakoś tak powabnie, że nieopatrznie wydałem z siebie przeciągłe westchnienie. Po raz pierwszy kobiecość tak podziałała na mnie i zapragnąłem posiąść ją jak najszybciej.

– Coś ty…! Chodzi o Holdena Caulfielda…

Pokiwałem głupkowato głową, ale nie miałem pojęcia kto to taki. Wzięła to za dobrą monetę i dodała:

– Też lubisz tę powieść…? Moglibyśmy usiąść u mnie w domu i porozmawiać o niej, ja nieustannie czytam ją we fragmentach, wracam do najlepszych scen i marzę o takim chłopaku jak on…

Bardotka_konczy_lat_3579814

Raz jeszcze pokiwałem głową, ale wystraszyłem się nie na żarty, że moja ignorancja wyjdzie na jaw, więc szybko powiedziałem:

– Chętnie, ale musimy się umówić na spotkanie, gdy będziemy mieli kilka wolnych godzin, bo teraz muszę wracać do domu.

– Ok.! Powiedziała, dmuchnęła zalotnie w grzywkę na czole i zaczęła odchodzić w dal ze swoim szarpiącym się stale bokserem.

– To na razie… Trzymam Cię za słowo… Jesteś bardzo podobny do Holdena… Zawsze tak sobie go wyobrażałam…

Odwróciłem się na pięcie i skrzywiłem w bolesnym grymasie twarz, bo w pierwszej chwili skojarzyłem to imię z mordą jej psa, ale po chwili dotarło do mnie, że chodzi o tego tajemniczego Holdena Caulfielda, o którym nigdy nie słyszałem. Szybko zjadłem obiad w domu i natychmiast pobiegłem do osiedlowej biblioteki.

– Chciałbym znaleźć jakieś wiadomości o Holdenie Caulfiedzie… – powiedziałem do zaprzyjaźnionej pani bibliotekarki i zrobiłem minę jakby wszystko wiedział o tej postaci.

Kobieta w pierwszej chwili nie skojarzyła o kogo chodzi, ale zaraz zorientowała się w czym rzecz i poszła do jednej z półek, a następnie przyniosła dwa tomy historii literatury amerykańskiej i zaczytany, straszliwie powydzierany, niewielki tom, wydany w formie broszurowej przez wydawnictwo Iskry. Na samym dole zauważyłem wydrukowany białymi literami tytuł: Buszujący w zbożu i uznałem, że bibliotekarka chyba się pomyliła. Ale ilustracja stylizowanych amerykańskich drapaczy chmur i symbolicznie zaznaczonego, dziwacznego, białego człowieczka w czerwonej czapeczce, a także nazwisko autora – J. D Salinger – zaintrygowały mnie na tyle, że wziąłem do ręki książkę, a po odwróceniu jej zacząłem czytać  notę redakcyjną, wydrukowaną tłustymi, czarnymi literami na żółtym tle: Bohaterem „Buszującego w zbożu” jest szesnastoletni uczeń, Holden Caulfield… Uśmiechnąłem się do kobiety stojącej przede mną i wypożyczyłem dwa tomy analityczne i tę niezbyt efektowną, wydaną 1967 roku książkę. Szybko też podążyłem z powrotem do domu, położyłem się na tapczanie i zacząłem czytać powieść amerykańskiego autora. Ani się nie obejrzałem jak zmieniła się pora dobowa, nadeszła noc, a ja wciąż wpatrywałem się w pożółkłe i przybrudzone stronice.

« Older entries

%d bloggers like this: