DIAMENTOWY PYŁ

Maria Chilicka

Od dawien dawna ludzkość fascynowała się diamentami, ich niezwykłą połyskliwością, światłem uwięzionym w kamieniu i tajemną siłą, promieniującą z mniejszych i większych minerałów tego typu. To zauroczenie było tym większe, że przez stulecia nie zdawano sobie sprawy z tego czym są te klejnoty, a dopiero doświadczenia Antoine’a Lavoisiera udowodniły, że mamy tutaj do czynienia z czystym węglem. Uczony, który ostatecznie został stracony na gilotynie, po haniebnym wyroku Trybunału Rewolucyjnego Republiki Francuskiej, jako pierwszy spalił doświadczalnie diament, wykorzystując do tego celu promienie słoneczne, skupione przez sporych rozmiarów soczewkę. W taki sposób obalił mit niezniszczalności tego kamienia, wywodzący się z czasów greckich i zaznaczony w nazwie – ἀδάμας, adamas, czyli niepokonany. W kolejnych stuleciach od odkrycia francuskiego chemika, ludzkość znalazła wiele zastosowań przemysłowych dla diamentów, ale najważniejsze zawsze było ich wykorzystanie w jubilerstwie. Ileż to najpiękniejszych kobiet świata, władczyń i księżnych, szlachcianek, arystokratek, aktorek i modelek, przyozdabiało się w diamenty, ileż powstawało przepysznych kolii, diademów, pierścionków, bransolet, kolczyków. Najpełniej ten zachwyt wyraziła Marilin Monroe w słynnej piosence pt.  Diamonds Are a Girl’s Best Friend, a nakręcony wtedy teledysk zyskał miano kultowego „hymnu” na cześć jakże pożądanych ozdób. Dzisiaj mamy do czynienia z ogromnym przemysłem diamentowym, powiązanym z miejscami wydobycia – m. in.  w Australii, Indiach, Brazylii, Rosji, RPA, Kongu i Sierra Leone – a także z wyspecjalizowanymi firmami zajmującymi się obróbką minerałów, wykonaniem biżuterii i handlem na całym świecie.

Trudno się dziwić, że Maria Chilicka, bydgoska poetka i pisarka, zainteresowała się diamentami i stworzyła coś na kształt własnej monografii tych minerałów, a przy tym umieściła w niej wiele własnych przemyśleń i opinii, odzwierciedlających jej wieloletnią fascynację. Autorka przez wiele lat pracowała jako nauczycielka fizyki w szkole średniej i podczas swoich lekcji starała się zainteresować uczniów tym, co pierwiastkowe w naszym wszechświecie, co determinuje nasze istnienie na planecie, zagubionej pośród przepastnych głębi, galaktyk, gwiezdnych konstelacji i mgławic. Zapewne w tamtym okresie ugruntowało się w umyśle pisarki przekonanie, że materia bywa niezwykle fascynująca i może odzwierciedlać sekretne głębie duchowe. Jeśli przyjmiemy perspektywę kosmiczną, to nawet największe ziemskie diamenty staną się rodzajem świetlistego pyłu, w który została przyozdobiona ludzkość. Tytułowy smak diamentów, to nic innego jak wskazanie, że kamienie te stały się też elementem konsumpcyjnym, znajdującym się na samym szczycie drabiny cenowej, obok złota, platyny, rubinów, szmaragdów czy najcenniejszych jadeitów. Książka może być też rodzajem kompilacyjnego przewodnika dla osób zainteresowanych diamentami i szukających wiedzy na ten  temat. Autorka zgromadziła w niej wiadomości teoretyczne i praktyczne, opisała ośrodki wydobycia, przyozdabiając je w historie związane z niezniszczalnymi kamieniami.  A choć obecnie najważniejszymi miejscami dla handlu i rozpowszechniania diamentów są Antwerpia i Nowy Jork, to i tak wszystkie ścieżki wiodą ku Republice Południowej Afryki i tam też zaczyna się narracja fabularna bydgoskiej autorki. Jej bohaterowie – podobnie jak ona w swoim zapale twórczym – fascynują się diamentami i próbują stworzyć podstawy biznesu, który mógłby rozrastać się do gigantycznych wymiarów i przynosić niewyobrażalne zyski, ale niestety zderzają się z brutalną, przestępczą rzeczywistością.

Narracja autorki jest prawdopodobna i wciąga czytelnika z niezwykła mocą, dając poczucie obcowania z dobrą prozą i adekwatną wiedzą na temat rzeczywistości ludzi zajmujących się wydobywaniem minerałów w RPA i Rosji. Niezwykle interesujący jest też wątek sensacyjny, który pisarka rozgrywa w sposób perfekcyjny, przykuwając uwagę czytelnika i tak manewrując kolejnymi dawkami informacji, by zakończenie przyniosło niezwykłe rozwiązanie. To zarazem cząstki świata ludzi marzących o fortunie i bezwzględnych przestępców, oświetlane jak reflektorem i pozostawiające czytelnikowi sporo miejsca na własne przemyślenia i fabularne konstrukcje. Tak powieść i zarazem faktografia Marii Chilickiej, zyskuje walor dodatkowy, stając się zaproszeniem czytelnika do współtworzenia książki i dodawania własnych przemyśleń – może w formie recenzji, komentarza, przywoływania dodatkowych faktów lub tworzenia alternatywnych wątków. Autorka realizuje tutaj jedno ze swoich wielkich życiowych pragnień, łącząc w jednym tomie wiedzę zdobywaną przez lata z niezwykle dynamicznie realizowaną narracją. Po prawdziwej eksplozji poetyckiej i publikacji kolejnych sześciu tomów, otrzymujemy książkę prozatorsko-faktograficzną, potwierdzającą ogromny talent literacki i autentyczną potrzebę manifestacji aktywności życiowej. Warto czytać to dzieło, by choć na chwilę przyozdobić się w diamentowy pył i znaleźć się w miejscach, gdzie rozgrywają się ludzkie dramaty, związane z pozyskiwaniem i handlem świetlistych łez Stwórcy, powstających w procesie jego tajemnej kosmogonii.

Reklamy

SAMOBÓJCY SPOD WIELKIEGO WOZU

Asteryzm Wielkiego Wozu

Przedwczoraj wyszedłem na taras mojego domu i długo przyglądałem się gwiazdozbiorom naszego nieba. Po studiach motywów astralnych Juliusza Słowackiego i napisaniu ogromnego rozdziału książki na ten temat, wiele z nich rozpoznaję i o wielu mam określoną wiedzę astronomiczną. Najczęściej moje obserwacje wywodzę od pasa Oriona, czyli złudzenia (asteryzmu) utworzonego przez trzy jasne gwiazdy ζ Ori (Alnitak), ε Ori (Alnilam) i δ Ori (Mintaka), należące do tego gwiazdozbioru. Z Ziemi wyglądają jakby były równe i znalazły się w jednym szeregu, a przecież te błękitne nadolbrzymy, gorętsze i znacznie masywniejsze od Słońca, znajdują się w różnych głębiach wszechświata i są od siebie oddalone o setki lat świetlnych. Do tego Alnitak jest gwiazdą potrójną, a Mintaka składa się z czterech słońc, czego nie można zauważyć z naszej planety gołym okiem. Przyglądając się niebu i przesuwając się od pasa Oriona na południowym zachodzie, wyodrębniam Syriusza, a na północnym wschodzie Aldebarana. Ta pierwsza gwiazda (a właściwie dwie) nie jest olbrzymem, ale przecież jest najjaśniejsza na naszym niebie, a to za sprawą niewielkiej (astronomicznie) odległości od Słońca. Aldebaran to także gwiazda podwójna, przy czym jej główny składnik Alfa Tauri jest pomarańczowym olbrzymem i barwa ta jest widoczna gołym okiem. Towarzysząca gwiazda jest z kolei czerwonym karłem, a stosunkowo niedawno przy pomiarach ruchu Aldebarana, Arktura i Polluksa zauważono długookresowe oscylacje prędkości, które finalnie pozwoliły wyodrębnić planetę sześć i pół raza masywniejszą od Jowisza. Zwracając wzrok w drugą stronę, ku wielkiej Niedźwiedzicy i tej jej części, którą w naszej kulturze określamy jako Wielki Wóz (w Chinach jest to Wielka Chochla) mamy do czynienia z kolejnym asteryzmem. Podobnie jak w przypadku Oriona gwiazdy tworzące tę konstelację oddalone są od siebie znacznie i tylko z Ziemi tworzą coś na kształt konturu pojazdu. Przyglądając się przedwczoraj tym gwiazdom nagle sięgnąłem myślą do moich początków poetyckich i wydania skromnego tomu wierszy pt. Samobójcy spod wielkiego wozu (1980). Pisałem te teksty równo czterdzieści lat temu, w okolicach roku 1979 i był to czas, gdy szczególnie zaczęły mnie interesować gwiazdozbiory na niebie. Gdy stanęło się na środku podwórka, nasze dwa bloki stawały się rodzajem wrót, otwierających się na konstelację Wielkiego Wozu. Gdy powietrze było mroźne, niebo granatowe, światła na nim wyraziste, skojarzyłem je z kolejnymi samobójstwami przyjaciół i w moim umyśle zaczęły się kształtować wizje pokolenia dorastającego pod gwiazdami i odchodzącego z tego świata z własnej woli. Wyczuwałem instynktownie, że jakaś fatalna siła miała związek z ich czynami, jakaś kosmiczna, pradziejowa przemoc wdzierała się do naszego świata i determinowała losy dziewcząt i chłopaków. Wiersze pisałem już od kilku lat, rozkoszując się absurdalnym rymowaniem i dopiero obserwacje gwiazdozbiorów i refleksje natury ogólnej kazały mi porzucić te zabawy i zająć się pisaniem liryków białych, będących podsumowaniem walk i rozejmów generacji i dziejów tych, którzy przed nimi/ i po nich odbierali sobie/ nie dawali nikomu…

ŚWIAT STAROŻYTNY (XXX)

Pomnik Salustiusza w San Vittorino

Jakże niewiele wiemy o Gajuszu Salustiuszu Krispusie, rzymskim pisarzu i polityku, żyjącym prawdopodobnie w latach 86–34 p.n.e. Urodził się w Amiternum, po którym obecnie zostały tylko ruiny amfiteatru i scena, a także pojedyncze mury. To dzisiaj jest niewielkie miasteczko San Vittorino, ale w czasach starożytnych miejsce to tętniło zżyciem i przyciągało przybyszów z wielu krain. Jak w przypadku wielu rzymskich autorów, historycy literatury starożytnej muszą wyławiać osobne fakty biograficzne z jego dzieł. Wiemy zatem na pewno, że przybył do Rzymu jako człowiek niższego pochodzenia i za sprawą swoich talentów politycznych zaczął piąć się w górę, popierany najpierw przez Marka Licyniusza Krassusa, a później przez samego Cezara.  W roku 59 p.n.e. był już kwestorem, a w roku pięćdziesiątym drugim – trybunem ludowym, związanym ze stronnictwem popularów. Ta aktywność polityczna i zajadłe atakowanie Cycerona, spowodowały, że został usunięty ze składu senatu, do którego powrócił w roku 49 p.n.e., by ostatecznie objąć stanowisko pretora w prowincji Africa Nova (obecnie Tunezja i Libia). Kazimierz Kumaniecki (por. Wstęp [w:] Salustiusz, Sprzysiężenie Katyliny Wojna z Jugurtą, przełożył tenże, Wrocław 2006, s. VI) podaje, że zasłynął tam ze zdzierstw i nadużyć, które pozwoliły mu potem zakupić wille Cezara w Tiburze (dzisiaj Tivoli)  i założyć słynne ogrody salustiańskie między Kwirynałem a Pincio. Po zamordowaniu Cezara, w obawie o swoje życie, odsunął się od polityki i spotkań z przedstawicielami różnych frakcji, a skupił się na pracy literackiej. Owocem tej aktywności były co najmniej trzy dzieła: Sprzysiężenie Katyliny (o udaremnieniu spisku Katyliny przez konsula Cycerona), Wojna z Jugurtą (czyli królem Numidii, a obecnie północnej Algierii) i Historia, ocalała tylko we fragmentach. Warto na koniec tych szczątkowych informacji biograficznych przywołać rekonstrukcję osobowościową Kumanieckiego: Salustiusz podobny jest do człowieka, który teoretycznie potępia zło i intelektualnie widzi jego wpływ rozkładowy na społeczeństwo i życie państwa, jednakże nie może wyrwać się z atmosfery zepsucia; ambicja polityczna pchała go na drogę polityczną, a że ta pełna była chwytów i podstępów nieetycznych, więc brnął w niej dalej… choć czasem z obrzydzeniem, które dla tego rodzaju praktyk musiał wynieść z domu rodzicielskiego. (Tamże, s. X) Jakkolwiek by nie było, życiowe wybory i działalność publiczna Salustiusza dały mu określoną wiedzę i przenikliwość, które zaprocentowały w jego dziełach.

Cesare Maccari, Ujawnienie spisku Katyliny

Jak zwykle przy uważnej lekturze starożytnych tekstów, szukam w nich takich fragmentów, które mogą zainteresować współczesnego czytelnika. To są cząstki, które przetrwały długie stulecia i niczego nie straciły ze swej aktualności, a nawet zostały wzmocnione i zuniwersalizowane przez upływ czasu i powtarzalność sytuacji w stuleciach następnych. Tak jest z charakterystyką Katyliny i rozważaniami Salustiusza na temat zła: Jeszcze jako młody człowiek dopuścił się Katylina wielu niecnych wszeteczeństw z pochodzącą z rodu szlacheckiego westalką i innych tego rodzaju wykroczeń przeciw prawu ludzkiemu i boskiemu. Uchodzi za pewnik, że w końcu zapłonowszy miłością do Aurelii Orestilli, w której prócz urody żaden porządny człowiek niczego godnego pochwały dopatrzeć się nie mógł, ponieważ ta wahała się wyjść za niego z obawy przed dorosłym pasierbem, zabił własnego syna; w ten sposób opróżnił swój dom, aby zrobić w nim miejsce dla zbrodniczego małżeństwa. Wydaje mi się, że szczególnie ten fakt był przyczyną przyspieszenia zbrodni. Albowiem duch występny, bogom i ludziom wrogi nie mógł znaleźć uspokojenia ani w czuwaniu, ani we śnie; tak poczucie popełnionej zbrodni dręczyło podnieconą myśl. Więc cera jego była blada, oczy błędne, krok raz szybki, raz ociężały; krótko mówiąc, na twarzy i obliczu malowało się szaleństwo. (Tamże, s. 14) Czyż może być coś gorszego jak oskarżenie rzymskiego polityka o zamordowanie własnego syna, i to dla określonych korzyści seksualnych? Salustiusz wpisuje się tutaj w odwieczną zasadę jak najgorszego ukazywania przeciwników politycznych, od rozwiązłości do morderstwa, od niepohamowanej żądzy do szaleństwa.

Alcide Segoni, Odkrycie zwłok Katyliny na polu bitwy

Z jednej strony mamy zatem określona stylizację pisarską, wpisującą się w schemat walki na słowa, a ze strony drugiej musimy pamiętać, że choć dzieło to zostało napisane dwadzieścia lat po zdemaskowaniu spisku, to rzymski historyk miewał do czynienia z Katyliną i mógł poczynić określone obserwacje. Salustiusz idzie jednak dalej, co już budzić może liczne wątpliwości: Lecz młodzież, którą (…) zwabił do siebie, na różne sposoby wyuczał złego. Z ich grona przygotowywał sobie fałszywych świadków i fałszerzy dokumentów; uczył mieć za nic wiarę, majątek, niebezpieczeństwa, a później, kiedy już ich dobre imię i poczucie honoru nadwyrężył, nakazywał inne większe zbrodnie; jeśli nawet na razie nie było powodu do popełnienia czegoś złego, to mimo to nakazywał zarówno takich, którzy mu nic nie zawinili, jak i takich, co zawinili, osaczać i mordować: robił to oczywiście w tym celu, aby w bezczynności nie rozleniwiły się im ręce albo duch i raczej bez powodu był zły i okrutny. (Tamże, s. 14–1 5) W ujęciu autora Sprzysiężenia… byłby Katylina kimś w rodzaju diabolicznego „trenera” zła, starającego się utrzymać swoich stronników w szaleńczym amoku i nieustannie popychającego ich do zbrodni. Historia zna wiele takich postaci, ale tutaj pewne wątpliwości może budzić nagromadzenie określeń sugerujących totalne zepsucie i zło Katyliny. Jeśli był tak zdemoralizowany, to dlaczego udawało mu się przyciągać do siebie młodzież i znajdować wciąż nowych stronników, którzy po zdemaskowaniu spisku, nie wahali się wszcząć wojny domowej w cesarstwie.

Konsul Gajusz Mariusz

Opis innej, ale jakże schematycznej podłości rzymskiej, w drodze ku władzy i zaszczytom, znajdziemy w 65 rozdziale Wojny z Jugurtą: Był prócz tego w armii naszej pewien Numidyjczyk, nazwiskiem Gauda, syn Mastanabala i wnuk Masynissy, którego Micypsa wyznaczył w testamencie spadkobiercą w drugiej linii, człowiek sterany chorobami i nie będący wskutek tego w pełni władz umysłowych. Jemu proszącemu, żeby mógł obyczajem królewskim siadać na krześle obok naczelnego wodza i żeby mógł mieć oddział jazdy rzymskiej jako straż przyboczną, Metellus odmówił jednego i drugiego, wychodząc z założenia, że zaszczyt siedzenia przy wodzu należy się jedynie tym, których za królów uznał naród rzymski, a danie straży przybocznej przynosiłoby ujmę kawalerzystom rzymskim mającym spełniać rolę przybocznego orszaku Numidyjczyka. (Tamże, s. 135) Tę sytuację w cyniczny sposób wykorzystuje trybun Gajusz Mariusz, mimo licznych zasług wojennych, starający się wiele lat bezskutecznie o konsulat w Nubii: Z tym rozgoryczonym człowiekiem  zaczyna Mariusz rozmawiać i zachęca go, żeby przy jego pomocy zemścił się za zniewagi na konsulu; człowieka z powodu chorób upośledzonego na umyśle wynosi pochwałami wmawiając mu, że jest królem i wybitną osobistością, i przypominając mu, że jest wnukiem Masynissy; mówi, że jeśli Jugurta dostanie się do niewoli albo zginie, to Gauda otrzyma bezzwłocznie królestwo Numidii, i że to bardzo prędko może dojść do skutku, jeżeli tylko Mariuszowi zostanie powierzone prowadzenie tej wojny. (Tamże, s. 135–136) Tak jak wykorzystywał Katylina naiwność młodych ludzi, tak Mariusz próbuje uczynić swoim narzędziem starca, uważanego za chorego umysłowo i dręczonego przez liczne choroby. Zauważa jego zgorzknienie i liczne życiowe porażki i na koniec życia otwiera przed nim perspektywę zaszczytów, o których nie mógł marzyć. To jest ten sam schemat, co w Sprzysiężeniu Katyliny – to te same podstępne działania, które mają doprowadzić do zmiany sytuacji politycznej i wyniesienia w górę intryganta. Koniec końców Mariusz zdobędzie określony urząd, ale po serii wojen, triumfów i porażek zazna też wygnania i poniżenia. Choć całe życie intrygował, zdradzał i pozyskiwał przyjaciół, umrze śmiercią naturalną w 86 roku przed naszą erą.

DZIKIE GĘSI

Z końcem jesieni i na przednówku wiosny pojawiają się na niebie klucze dzikich gęsi (Anser anser). Czasem najpierw słychać ich żałosne jęki, a dopiero potem ukazują się w górze i szybko przesuwają się z południowego zachodu na północny wschód. Najczęściej są to gęgawy, które jesienią przelatują ku basenowi Morza Śródziemnego, a w lutym lub marcu wracają na swoje odwieczne tereny północne. W Skandynawii, Islandii, a nawet pod kołem polarnym samce i samice łączą się w pary i rozmnażają się, zwykle wyprowadzając dwa lęgi. Są to związki na całe życie, a gdy jedno z nich ginie, drugie pozostaje samotne do końca swoich dni. Ptaki te są szaro-popielate, na wierzchu i bokach z poprzecznym prążkowaniem, spód jaśniejszy z ciemniejszym pręgowaniem. Brzuch i podogonie białe, a na szyi podłużne pręgi, łatwo zauważymy też charakterystyczne różowe nogi i pomarańczowy dziób. W locie widać srebrzystoszary spód i przód skrzydeł, co odróżnia gęgawy od innych gęsi, ale to wymaga już obserwacji specjalistycznych, przy użyciu lornet. W lutym tego roku zauważyłem wiele kluczy gęgaw przesuwających się po niebie i wciąż jeszcze pojawiają się na nim osobne grupy. Ilekroć je widzę, myślę o tym, że są naturalnym chronometrem i swoimi przelotami zamykają okres jesienny lub otwierają wiosenny. Od dawien dawna ludzie wpatrywali się w niebo i od ich pojawienia się uzależniali swoje podróże, wyprawy łowieckie, przygotowania do srogiej zimy. Dzikie gęsi upodobały sobie słodkowodne zbiorniki, gęsto zarośnięte trzcinami, a także trudno dostępne bagniste łąki i moczary. Już dawno nauczyły się ostrożności, bo z racji swoich tusz, zawsze były łakomym kąskiem dla drapieżników, a i ludzie polowali na nie z upodobaniem i częstokroć – z bezmyślną satysfakcją. Dzikie gęsi na niebie, są w naszym życiu symbolem zmienności i przemijania, bo pojawiają się nagle i równie szybko znikają, podkreślając kruchą ulotność chwil. Czasem tylko udaje się zatrzymać je w kadrze i unieśmiertelnić jeden mikroskopijny moment w historii stulecia, w dziejach jednego życia i jakiegoś dnia…

WYKŁADNIA ISTNIENIA

Obrazy Caspara Davida Friedricha, przedstawiające zachody słońca i wschody księżyca, powszechnie uznawane są za przedstawienia wyrażające romantyczny smutek, nostalgię i zapatrzenie w dal nieuchronnie nadchodzących zdarzeń. W muzeum w Sankt Petersburgu znajdują się dwa tego rodzaju dzieła. Oba przedstawiają postacie ludzkie nad brzegiem morza i wschód Księżyca w pełni nad horyzontem morskim. Pierwsze przedstawienie, to dwóch mężczyzn w pirogach, i długich pelerynach, stojących na kamieniach przybrzeżnych i wpatrujących się w światło miesiąca. Właśnie wszedł on nad wody i nasączył całą naturę swoim srebrzysto–bladym, kosmicznym  „oparem”. W perspektywie ostateczności tego krajobrazu, postacie na brzegu jakby nie pochodzą z tego świata i niczym dwudziestowieczni lunonauci, stają w obliczu ogromu i piękna eschatologicznego. Wszak jedną z najważniejszych funkcji księżyca jest jego cykliczne odmierzanie upływającego czasu, powolne zanikanie i równie powolne powiększanie się, nieustanne „umieranie” i „odradzanie” się na niebie. Ci mężczyźni przystanęli tutaj podróżując może do dalekich krain, albo tylko zatrzymali się, bo zapragnęli nagle spojrzeć na te rozległe płaszczyzny; mogli też znaleźć się tu przyciągnięci magią odbitego światła. Ono zdaje się do nich podążać, ale też trwa w oddaleniu, jakby nie mogło przebić się przez niewidzialną taflę czasu. Mężczyźni stoją i patrzą w dal, jak miliony ludzi przed nimi, wpatrują się w ten kosmiczny spektakl, tak jak wpatrywali się odlegli przodkowie, jak wpatrywać się będą pokolenia przychodzące po nich. Znakomicie tu widać jak Księżyc nicuje każdy byt, jak rozpuszcza go w swojej martwej poświacie, jak dookreśla i zarazem neguje autentyczność istnienia. Świat ze wschodzącym księżycem jest rzeczywistością a rebour, wszystko w niej traci powoli swoje kształty, wszystko wnika bezszelestnie w mrok, albo niepostrzeżenie z mroku wypływa.

Drugi obraz z Sankt Petersburga jest jakby następną klatką, nowym ujęciem w tym spektaklu nieuchronnego przemijania. Tutaj widzimy dwóch stojących mężczyzn i dwie siedzące na kamieniu kobiety,  do tego jeszcze ledwie widoczne w dali żaglowe łodzie, na brzegu jakieś kotwice, jakieś drzewce. I księżyc w pełni, już wyżej na niebie, już lekko zawoalowany chmurami. Barwy oliwkowe i czerń kamieni, liliowo–złote odcienie nieba i chmur i wyraźna tarcza Księżyca – niczym kosmiczna hostia, niczym Oko Opatrzności, niczym źrenica samego Boga. Ludzie bywają szczególnie wrażliwi na magnetyzm i magię owej lampy tysiącleci, odbijającej blask słoneczny i utwierdzającej byt romantyczny w przekonaniu, że istnieje egzystencja blasków i poblasków, błysków i pobłysków, że jest jakby drugi wymiar tej rzeczywistości – inna wartość światła padającego na kamienie i postaci ludzkie. To z takich zapewne zapatrzeń zrodziło się przekonanie, że na księżycu jest lepszy świat, że żyją tam ludzie , a także opowieści o Limbusie Księżyca, legendarnej krainie lunarnej, gdzie przechowuje się wszystko, co zmarnowano na ziemi: stracony czas, roztrwonione bogactwa, nie dotrzymane przyrzeczenia, nie wysłuchane modlitwy, daremne łzy, bezowocne próby, nie spełnione marzenia, płonne nadzieje, próżne chęci, itp.  Nie wiemy, czy Słowacki widział kiedykolwiek obrazy Caspara Davida Friedricha, ale obrazom księżyca i jego symbolice w tej poezji patronuje podobne, niezwykłe zapatrzenie w to ciało niebieskie. I w tym malarstwie i w tej poezji odczytamy tę samą tęsknotę do rzeczywistości idealnej, ten sam zew natury dziewiczej i czystej jak gra świateł lunarnych na wodzie. Jak pisze Mircea Eliade: Na różnych rejestrach (kosmologicznych, antropologicznych, „duchowych”) rytm księżycowy odsłania struktury homologiczne: wszędzie chodzi o sposoby istnienia poddane prawu Czasu i cyklicznego stawania się, to znaczy o egzystencje przeznaczone do „Życia” obejmującego w samej swej strukturze śmierć i odrodzenie. Dzięki symbolice Księżyca Świat nie ukazuje się już jako arbitralny zbiór różnorodnych i rozbieżnych rzeczywistości. Różne płaszczyzny kosmiczne utrzymują ze sobą łączność, są ze sobą w pewien sposób „związane” tym samym rytmem księżycowym, podobnie jak życie ludzkie jest „tkane” przez Księżyc i obdzielone przeznaczeniem przez boginie–tkaczki.  Może to właśnie te boginie przysiadły na głazie nadbrzeżnym z obrazu Friedricha i patrzą jak księżyc stwarza powoli świat, jak wyławia go z nicości, jak wydobywa z czerni przepastnej nocy. A wtedy jest niczym Bóg stwarzający „coś” z „niczego”, kreujący pierwszy byt i pierwsze tchnienie. Wtedy jest w nim coś z ostateczności, jaka pozostała na płótnie prerafaelity W. H. Hunta, przedstawiającym Chrystusa jako światłość świata.

Dlaczego obrazy Caspara Davida Friedricha znalazły się w kolejnym zbiorze wierszy ks. Jana Wojciecha Pomina? Zapewne dlatego, że pojawiający się na nich Księżyc jest naturalnym zegarem dziejów. To także symbol uniesień poetyckich, sięgających nieomal stanów ekstatycznych i lunatycznych. Bohater poezji ks. Pomina – Antonio – to alter ego autora, ale też postać symboliczna, mająca wszelkie atrybuty romantyka i zarazem pozytywisty, naukowca badającego strukturę świata i astronoma studiującego ciała niebieskie. To także socjolog, głęboko wnikający w strukturę społeczeństwa i komentujący zdarzenia, ludzkie postawy, sytuację polityczną i stan wiary na przełomie dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku. To wreszcie teolog starający się zrozumieć Boga i stworzony przez niego świat, to jakby oczy ludzkości wpatrzone w ostateczność i starające się dojrzeć światło na skrajach wszechświata. Jego wiara jest żarliwa i czysta, a próby analizy kompetentne i pełne naukowej pasji, ale nigdy nie przestaje być poetą i nie zarzuca studiowania samego siebie. Jego wybory – jak każdego człowieka – bywały różne, ale skrajności zawsze były odrzucane i w kolejnych wierszach pojawiała się jasna wykładnia istnienia. To zawsze było takie samo zapatrzenie jak na obrazach Friedricha, taka sama próba wniknięcia w istotę rzeczywistości i odkrycia jej tajemnych mechanizmów. Wpatrzenie w ciała niebieskie zatrzymuje czas i łączy się z miliardami istnień, które unosiły głowę i wpatrywały się w niebo. Obraz Słońca, Księżyca, konstelacji gwiezdnych i komet praktycznie nie zmienił się od tysiącleci, a choć ludzie rodzili się, dojrzewali i przemijali, magia kosmogoniczna powodowała, że stawali się samą istotą odwiecznej metamorfozy. Antonio – obcując z ogromami – potrafi zachować dla potomności najmniejszą cząstkę człowieczeństwa, potrafi wysnuć z niej ogólną teorię istnienia. To filozof i kapłan, ale przede wszystkim człowiek, łączący się z ludzkością w komunii chwil pierwszych i ostatnich. To sumienie naszych dni i prawda o świecie ulegającym nieustannie erozji, pośród nie przystającego czasu, pośród dali nie do zmierzenia – to doświadczanie bytu w ekstazie poetyckiej i chwilach pierwiastkowych nie do wyrażenia. Jeśli Caspar David Fridrich odzwierciedlił na swoich płótnach tajnie romantycznej duszy, to Antonio dookreślił jej przepaście w wieku dwudziestym i wskazał kierunek w wiekach następnych.

JEAN STAROBINSKI 1920-2019

Zmarł szwajcarski krytyk literacki i myśliciel Jean Starobinski, wykładowca w uniwersytetach w Baltimore, Bazyleii i Genewie. Kojarzony przede wszystkim ze szkołą genewską w literaturoznawstwie. Podobnie jak Bachelard, doszedł do badań nad twórczością Rousseau, Diderota, Woltera okrężną drogą, studiując najpierw literaturę klasyczną, a potem medycynę, z której uzyskał doktorat.  Wielokrotnie cytowałem jego prace w dziele mojego życia, czyli trzech monografiach o wielkich polskich poetach romantycznych, a i w pisanym tomie o Norwidzie, odwołuję się do jego pomysłów i niezwykłej przenikliwości interpretacyjnej. Warto tutaj przywołać fragment mojego Wprowadzenia do książki Słowacki Kosmogonia, w którym nawiązanie do szkoły tematycznej i fragment pracy Starobinskiego stały się ważnym elementem badawczym, wprowadzającym czytelnika w kosmogonię naszego romantyka:

Francuska krytyczna szkoła fenomenologiczna, nazywana czasami krytyką tematyczną i kojarzona ze szkoła genewską; książki takich badaczy jak Bachelard, Richard, Poulet, Starobinski, Rousset i innych, dały asumpt do pojawienia się wielu studiów, które wykorzystywały jako narzędzie badawcze kategorię  t e m a t u,  a poprzez jej wskazanie porządkowały materiał literacki, ustawiały twórczość pod określonym kątem badawczym, pozwalały spojrzeć na dzieło i autora z innej niż tylko czytelnicza czy apologetyczna perspektywa. Były wyraziście zarysowanym problemem, były stawianiem pytań podstawowych – Czym przede wszystkim różnią się twórcze świadomości? […] swoim porządkiem i strukturą. Rozwijają się zatem w swoistym następstwie czasowym, ponieważ „poznać siebie to odkryć się w pewnym fundamentalnym momencie trwania”. Świadomość może stale powracać do chwil początku, ileż jest jednak początków, raz absolutnych, raz względnych, raz nawrotnych! Czas świadomości bywa ciągły, płynny albo też urywany, punktualny jakby; pusty i pełny, bogaty i jałowy… Forma czasu, nieodłączna od świadomości, okazuje się nieskończenie bogata w odmiany i przekształcenia. Podobnie z przestrzenią. Każdy akt świadomości niesie w sobie centrum i peryferie, zakłada bowiem dystans między     j a  myślącym i  j a  myślanym, uwyraźniony przez stosunki powstałe między narratorem a przedstawionym światem. Tak więc pytanie: kim jestem? – wzbogaca się natychmiast o następne: kim jestem? i gdzie jestem?… wszystkie zaś domagają się odpowiedzi od krytyka. Przedstawionego świata nie powinien on bowiem ujmować inaczej niż w porządku stawania, odsyłającego do form czy kategorii świadomości.[1] To było jakby patrzenie pod światło na świadomość poetycką, na konkretny utwór i na całą twórczość, a zarazem było to jakby odsłanianie kolejnych warstw danego motywu, danej kategorii, danego  t e m a t u, rozumianego jako wielka twórcza obsesja, rozrastająca się w dziełach poetyckich do gigantycznych rozmiarów – do sformowania wielkiego skupiska „sememów”, czyli obrazów, symboli i metaforycznych struktur syntagmatycznych, tak często przeobrażających się w utworze literackim w rodzaj mitu. W takiej twórczości poetyckiej, w takiej przestrzeni i w takiej ­ poetyckiej wypowiedzi, obrazy, symbole itp. to – między innymi – miejsca, gdzie dokonują się przesunięcia i przekształcenia znaczeniowe. Jak to się odbywa? Jednostki znaczenia utożsamiają się i wymieniają wzajemnie: „niebo” niesie na przykład takie same składniki jak „pionowość”, „świetlistość”, „płynność” itd. Jednostki takie wolno teraz uznać za kategorie, służące do klasyfikacji poszczególnych figur (a więc także obrazów) wewnątrz określonego tekstu. Składają się tym samym na swoistą logikę poetycką, którą można starać się odtworzyć, budując – od najczęstszych jednostek począwszy – modele rozkładu znaczeń. Wspomniane kategorie staną się wówczas jakby kośćcem – czy też ramą? – badawczego modelu.[2] Zgodnie z ustaleniami „tematyków”, poeta jest wytworem określonych doświadczeń życiowych, konkretnej tradycji literackiej i ściśle określonej konwencji kulturowej. Pojawia się na świecie w takim, a nie innym momencie kosmogonii, w takiej, a nie innej chwili i przyciąga ku sobie takie, a nie inne obszary, treści, obrazy i symbole, a nade wszystko związane z nimi fenomeny. Potem, szukając ujścia dla „kłębiących” się w jego świadomości światów, rozmyślając i pisząc – w myśl rewolucyjnej tezy Gastona Bachelarda – nie tyle on wybiera dzieło, co owe wszystkie czynniki razem wybierają jego i „każą” mu napisać utwór, w którym skropli się  e k s t r a k t   e p o k i  i jego biografii, powstanie melanż – „napój poetycki”, którego „smak” nie będzie miał sobie równych.

Tematycy szukali w literaturze potwierdzenia, że doświadczenia inicjacyjne, dziecinne „ładowanie” wyobraźni, a potem znaczące przeżycia kolejnych lat, prowadziły poetę do konkretnych utworów, jakby przygotowywały jego erupcję artystyczną. To nie przypadek, że w dziełach Novalisa, tak boleśnie doświadczonego w chwili utraty ukochanej pojawia się apoteoza ciepła utraconego i cała kreowana rzeczywistość zdaje się płonąć; to nie zbieg okoliczności spowodował, że w dziełach E.T.A. Hoffmanna, autora który w dzieciństwie z szeroko otwartymi oczyma przyglądał się przygotowywaniu w domu „przepalanki”, płoną pośród zjawiskowej natury jakieś wielkie znicze i monstrualne stosy – to nie przypadek, że Mickiewicz swój pierwszy utwór poetycki pisze po traumatycznym przeżyciu pożaru nowogródzkiego z 1811 roku – według krytyków francuskiej szkoły fenomenologicznej w danym momencie dziejów musi pojawić się twórca, który ma w swoim życiu określone wydarzenia i potrafi je tak wykorzystać, tak wielokrotnie przetransponować, że stają się one dla jego wyobraźni modelem, paradygmatem i formą odciskającą w tworzonej rzeczywistości coraz to inne realizacje tego samego  t e m a t u. Zdaniem  francuskich „tematyków” poeta nie bierze się znikąd – zawsze jest wytworem, a jego wyobraźnia staje się wręcz idealnym polem do badań krytycznoliterackich nad mechanizmem „stworzenia” w każdej twórczości. Ważna tutaj wtedy jest metoda opisu, wydobycia z ogromnego dzieła wielkiej obsesji, wielkich  t e m a t ó w. Ten moment, unifikujący dzieło i jego interpretację tak określa Jean Starobinski:

Z pewnością nie można poprzestawać na   s z c z e g ó l n y m   p r z y p a d k u  jednego dzieła czy jednego autora, do których myśl krytyczna przystępuje i dostosowuje się, aby zależnie od okoliczności, zaproponować najbardziej adekwatne dopełnienie analityczne. Nie można redukować metody do intuicyjnego szukania na chybił trafił, zmieniającego się zależnie od okazji i jedynie odgadującego; nie wystarczy dawać każdemu dziełu specyficzną odpowiedź, jakiej zdaje się oczekiwać. Byłoby to ograniczenie krytyki do wysłuchiwania echa, intelektualnego przetwarzania wrażeń z kolejnych lektur. Zapominając w ten sposób o jednolitej całości, którą powinna objąć na koniec, krytyka poddawałaby się niezliczonym pokusom różnych form, jakie na swej drodze spotyka. Notowałaby jedynie różnorodność dzieł – ujmowanych jako światy kolejno odwiedzane – zamiast mieć na celu wizję jednoczącą, w której ta różnorodność ukazuje się rozumiejącej kontemplacji właśnie jako różnorodność. W każdej dobrej krytyce ma udział temperament, instynkt, improwizacja, są w niej posunięcia szczęśliwe i momenty wyjątkowe. Ale może ona polegać na nich. Potrzebuje solidniejszych zasad regulatywnych, które nią kierują w niczym nie ograniczając i prowadzą do przedmiotu badań. Te zasady regulatywne, jakkolwiek nie należą do z góry ustalonego kodu, są konieczne: przestrzegają przed zapominaniem kierunku, czuwają nad wychodzeniem od  t e k s t u, zmuszają, żeby przystosować każdy krok do poprzedzającego kroku i do ruchu następnego. Metoda jest ukryta w sposobie postępowania krytycznego, a widać ją wyraźnie dopiero po zakończeniu drogi. Pozorny to paradoks, że metoda daje się sformułować pojęciowo dopiero wtedy, gdy wykona swoje zadanie i jest prawie niepotrzebna. Krytyk dochodzi do pełnej świadomości swojej metody, kiedy patrzy wstecz na przebytą drogę.[3] Tego rodzaju doświadczenie pojawiło się też przy okazji tych dociekań – z ogólnego, na początku intuicyjnego, przekonania o istnieniu w wyobraźni Słowackiego trzech wielkich obsesji i sfer obrazowania, wyłonił się obraz poetyckiej kosmogonii, trzech elementarnych  t e m a t ó w  i całego systemu nawiązań oraz transformacji solarnych, lunarnych i astralnych, lokujących się na pięciu wyraźnych poziomach.

[1] J.  B ł o ń s k i, Przedmowa [w:] G.  P o u l e t, Metamorfozy czasu. Szkice krytyczne, wyb. J.  B ł o ń s k i   i   M.  G ł o w i ń s k i, Warszawa 1977, s.17–18.

[2] J.  B ł o ń s k i, Przedmowa [w:] G.  B a c h e l a r d,  Wyobraźnia poetycka. Wybór pism, wyb.  H.  C h u d a k, Warszawa 1975, s. 21.

[3] J.  S t a r o b i n s k i, Relacja krytyczna, przeł. J. Żurowska [w:] Szkoła genewska w krytyce. Antologia, wyb. H.  C h u d a k,  Z.  N a l i w a j e k,  J.  Ż u r o w s k a,  M.  Ż u r o w s k i, Warszawa 1998, s. 307–308.

 

STO WIERSZY POLSKICH (XXXI)

Kazimierz Wierzyński

LIRYKA

Jest po to, aby w każdym człowieku
Ciemne, podziemne drążyć kopalnie,
W sekundzie każdej i w każdym wieku
Rozstrzygać nieodwołalnie.

W skałach korytarz przebić wybuchem,
Zetlałe w mroku roztrącić kości,
Trafić przeczuciem ślepym i głuchym
Wprost w sedno ostateczności.

I nocą zguby, gdy światy runą,
Na same dno się zwalą rozbicia,
Trwać ocalałą, świetlistą łuną
Nad sensem śmierci i życia.

W pięćdziesiątą rocznicę śmierci

Biografia literacka Kazimierza Wierzyńskiego (1894–1969) była niewątpliwie spełniona, a wybitni uczeni i humaniści Kazimierz Nitsch i Roman Jacobson uznawali go nawet za największego polskiego poetę dwudziestego wieku. Urodził się w roku 1894 w Drohobyczu, a choć jego ojciec, urzędnik kolejowy, miał niemieckie korzenie, to już w młodości żywiołowo manifestował polski patriotyzm. Studiował polonistykę, romanistykę i filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim, a na Uniwersytecie we Wiedniu slawistykę, filozofię i germanistykę. Jako poeta debiutował w drohobyckiej jednodniówce w 1913 roku, a po powrocie z wojska i perypetiach rosyjskiej niewoli, gdy osiadł na stałe w Warszawie, stał się czołowym poetą międzywojnia, tworząc wraz ze Słonimskim, Lechoniem, Tuwimem i Iwaszkiewiczem niezwykle kulturotwórczą grupę poetycką Skamander. Brał udział w walkach wojny polsko-bolszewickiej 1919–1921, a po jej zakończeniu rozwinął szeroką działalność literacką, publikując wiersze, recenzje i sprawozdania, m. in. W „Skamandrze”, „Wiadomościach Literackich”, tygodniku „Kultura” i „Przeglądzie Sportowym”. Już w tym okresie doceniono jego twórczość i działalność kulturalno-dziennikarską, honorując go Złotym Wawrzynem Polskiej Akademii Literatury, a także Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski i Nagrodą Literacką Ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. W 1928 roku otrzymał złoty medal w konkursie literackim IX Igrzysk Olimpijskich w Amsterdamie, za tom poezji Laur olimpijski, co zapewne znacznie przyczyniło się też do tego, że uczyniono go w 1938 roku członkiem Polskiej Akademii Literatury. W czasie drugiej wojny światowej przebywał we Francji, Portugalii, Brazylii, a potem osiadł na wiele lat w USA, w małej osadzie rybackiej Sag Harbor, u krańca Long Island. W tej samotni tworzył wiersze i artykuły, które publikował w londyńskich „Wiadomościach”, paryskiej „Kulturze” oraz w prasie emigracyjnej w USA i na antenie rozgłośni Wolna Europa. Nigdy nie splamił się kolaboracją z komunistami, nie zgadzając się na postawy oportunistyczne lub jakiekolwiek kontakty z reżimami wschodniej Europy i lewakami Europy Zachodniej. W 1964 roku powrócił na stary kontynent, osiadając najpierw w Rzymie, a potem w Londynie, gdzie zmarł pięć lat później, tuż po zakończeniu prac nad redakcją ostatniego tom wierszy pt. Sen mara.

Programowy wiersz pt. Liryka pochodzi z tomu Gorzki urodzaj, opublikowanego przez wydawnictwo Jakuba Mortkowicza w 1933 roku. Jest to niezwykłe wskazanie, jak wielka była wiara Wierzyńskiego w moc liryki, a zarazem wyraziste określenie własnej drogi poetyckiej. Poeta czyni z wiersza narzędzie, nieomal „górnicze” a zarazem symboliczne, służące do drążenia w świadomości człowieka „kopalni”. Każdy człowiek ma swoje tajnie, każdy też ciekaw jest odkryć związanych z nimi i godzi się na tworzenie przyczółków w głębinach jaźni, z których mogłaby ruszyć eksploracja ku dalszym przestrzeniom. Wyraziście prześwituje tutaj poprzez słowa nauka Zygmunta Freuda o ludzkich umysłach i tym, co determinuje nasze działania. Liryka w momencie poczęcia i rozświetlenia myśli, ukazuje to, co zwykle jest zakryte i przyczynia się do odkryć na miarę życia i całej epoki. Człowiek jest dla poety czymś w rodzaju złożonej struktury geologicznej, w której można drążyć, niczym w skałach i odkrywać w niej ukryte głębie, skarby i cenne minerały. Autor nie precyzuje o jakie kopalnie realnego świata mu chodzi, choć przecież od razu narzucają się tutaj porównania ekstremalne, a więc z kopalniami diamentów, złota, platyny. Z drugiej strony kopalnia węgla też jest miejscem wydobywania skarbów energetycznych, pozwalających ludziom przetrwać w warunkach ekstremalnych. Inną właściwością liryki jest jej umiejętność tworzenia syntez, wywodzenia prawd pierwiastkowych z głębin sekundy i przepaści całego wieku. W błysku metafory, w rozświetleniach hiperbol czy zderzeniach oksymoronicznych pojawić się może wiedza o jednym bycie i o całej generacji, może uformować się rozstrzygnięcie nieodwołalne, sentencja na wiele lat ustalająca porządek rzeczy. W takim rozumieniu liryka jest narzędziem najdoskonalszym z doskonałych, a choć wyśmiewana przez ludzi niewrażliwych, dalekich od humanistycznych syntez, w dziwny sposób formułuje ścisłe, naukowe prawdy. Moglibyśmy tutaj wskazać wiele biografii, które za sprawą pojawiającej się w nich poezji, zaprowadziły autorów na sam szczyt ludzkich dokonań, umożliwiły dalekie podróże, wydobyły byty z zapadni lęków i – zdawać by się mogło – niemożliwych do pokonania depresji. Wierzyński wskazuje też na celowość liryki, która nie istnieje ot tak sobie, ale ma konkretne zadania do wykonania i wyraziste cele do osiągnięcia.

W zwrotce drugiej znowu pojawia się metaforyka górnicza i minerska, a liryka staje się rodzajem „urządzenia”, drążącego korytarze w twardych skałach. W życiu ludzkim możliwe to jest za sprawą wybuchów podziemnych i tutaj tak samo, eksplozja poetycka może utorować drogę do zamkniętych głębin, stworzyć przejścia, umożliwiające wydobycie cennych minerałów. Ale przecież pojawi się w tym wierszu też rozszerzenie o – znaną z romantyzmu – eschatologiczną symbolikę podziemia, bo korytarze mogą doprowadzić do tajemnych miejsc pochówków. Tam zetlałe przez lata kości rozkładają się w mroku, martwieją bardziej i bardziej, a wybuch liryczny może je nagle roztrącić, pokonać ich odwieczną statykę. System podziemi ma w wierszu Wierzyńskiego swoje głębie i miejsca, gdzie łączy się z podskórnymi przestrzeniami cmentarzy i gdzie pojawić się może refleksja egzystencjalna. To tam liryka trafia w punkt, gdzie poprzez przeczucie, jak w świecie ludzkim – ślepe i głuche – dotrzeć może wprost do sedna ostateczności. Pytanie o koniec wszystkiego towarzyszy ludzkości od samego początku świadomego myślenia o istnieniu – to zawsze było filozofowanie na poły euforyczne i katastroficzne, nieodparcie podążające ku ujęciom religijnym. Śmierć wszystkich i zniknięcie wszystkiego, chwila wnikania w wieczność i łączenia się z niewyobrażalnie wielką materią czasu, który już był i będzie nadal. To właśnie pytanie o sedno ostateczności, to dociekanie ku czemu idziemy i jaki cel osiągniemy, gdy ustanie krążenie krwi, zaniknie oddech i aktywność elektryczna mózgu – to próba wyobrażenia sobie świata bez nas. To też pytanie natury teologicznej, wychodzące naprzeciw odwiecznej zagadce Stwórcy, który milczał i milczy, a zapewne będzie też milczał nadal. Człowiek wyobraża sobie, że mógłby być jego partnerem, a tymczasem jest ledwie pyłkiem pośród eternalnej zamieci, nic nie znaczącym okruchem zetlałych kości. Wierzyński wierzy, że eksplozja liryczna może ożywić na chwilę martwotę wieczności, ale pytania o sedno ostateczności zostaną bez odpowiedzi i nawet najwięksi poeci świata nie znajdą sposobu by przeniknąć do numinosum lub choćby otrzeć się o jego świętą powierzchnię. Nie wiemy czy poeta znał teorię Rudolfa Otto, ale jakkolwiek by nie było, jest ona przydatna, przy zrozumieniu rozstrzygnięć tego wiersza.

Kazimierza Wierzyńskiego zalicza się często do wybitnych poetów katastroficznych, choć materia jego poezji bywała różnorodna. Pojawiały się przecież w niej rozległe afirmację życia i wzniosłe tony olimpijskie, a wiersze falowały niczym ocean uderzający o brzegi Bay Harbor. W trzeciej zwrotce wiersza pt. Liryka, katastrofizm pojawia się jako pewnik, ostatni akord istnienia ludzkości na ziemi. To jest zapowiedź nadchodzącej nocy zguby i zapadnięcia się konstrukcji światów, które runą na samo dno rozbicia, czyli osuną się w pył. Noc bywa często tłem proroctw katastroficznych, a żywiołem porównawczym bywa wtedy czarny ocean, wzburzony i destrukcyjny, na którego dno opadają gruzy wielkich cywilizacji. Poeta wierzy żarliwie, że w takiej dziejowej chwili, liryka ocaleje i zamanifestuje swoją obecność nad rumowiskami świetlistą łuną. To ona wzniesie się nad sens śmierci i życia, wleje nadzieję do serc tych, którzy ocaleją i utrzymają się na powierzchni żywiołu, a potem zaczną kształtować nową rzeczywistość. Jak na wiersz opublikowany w 1933 roku, zastanawiająca jest siła jego katastroficznych przeczuć, zapowiadających apokalipsę II wojny światowej, kolejnych śmierci w rodzinie poety i grozy ruin dawnych pięknych miast. Powikłane losy autora dokumentują wagę wiersza i jego zdumiewającą profetyczną prawdziwość, a wiersze pisane po wojnie, na emigracji, potwierdzają sprawdzenie się dumnych zapowiedzi. Świetlista łuna poezji, zapalona w okresie dwudziestolecia międzywojennego, rozbudowywała się w latach następnych i stawała się kontrapunktem dla pytań o sens istnienia i koniec wszystkiego. Dobrowolna, amerykańska banicja Wierzyńskiego, spowodowała, iż nie doświadczył on takiej sławy jak jego koledzy ze Skamandra, ale przecież zyskał ogromne grono wielbicieli, często stawiających go wyżej od nich. Miłosz podkreślał obecną w jego tekstach nutę goryczy, ale sprokurował w swojej Historii literatury polskiej eklektyczną notę, która więcej zaciemnia, niż wyjaśnia. Prawdą wszakże jest, że Wierzyński jest poetą trudnym, wymagającym głębokiej zadumy i wciąż czekającym na swojego dociekliwego i sprawiedliwego monografistę. Tak jak prawdą jest, że tworzył on wiersze, recenzje, prozę i artykuły, które stały się integralną i ważką częścią literatury polskiej dwudziestego wieku.

PROMIENNY PORANEK

Ostatni tydzień lutego… Godzina ósma rano. Słońce zaczyna promiennie przygrzewać, niebo jest błękitne, rozświetlone, jakby pokryte niewidzialnym lakierem. Wychodzę na taras i wdycham z rozkoszą chłodne, poranne powietrze. Przyglądam się wróblom i srokom zalatującym do mojego ogrodu. Pojawiają się też już pierwsze szpaki i klucze dzikich gęsi, ociężale lecących z południa na północ. Nie przestaje mnie zdumiewać ta część życia, gdy wszystko powinno się kończyć, a jednak stale pojawia się przyspieszenie i zdarzenia zmieniają się jak w kalejdoskopie. Dopiero co wróciłem z Indii, gdzie przeżyłem niepowtarzalne chwile w Delhi, Bhubaneswarze, Konarku i Puri. Obrazy znane z książek, albumów i Internetu ożyły i poczułem łączność z pradawną kulturą wielkiego subkontynentu. A teraz stoję już na tarasie swojego domu i jestem olśniony porankiem w Polsce, w środku Europy, tuż przy bydgoskim lotnisku. Krzewy i drzewa gotują się do nowej eksplozji zieleni, wrony i synogarlice kreślą elipsy nad ogrodami. Pod koniec marca znowu ruszę stąd w świat, ku nowym fenomenom, ludziom i miejscom, ale na razie… na razie nie zapeszajmy…

DARY LOSU

Dawne przedstawienie świątyni w Puri

Nasze życie staje się często elementem jakiegoś tajemnego kodu, trudnego do pojęcia i zaskakującego swoimi niezwykłymi rozwiązaniami. Tak stało się i teraz, gdy nagle stanąłem u wrót Zatoki Bengalskiej, na brzegu Oceanu Indyjskiego, w niewielkim jak na warunki indyjskie mieście Puri. Chodząc brzegiem wielkiej przestrzeni błękitu, lazuru i szarości, siadając na piasku i wchodząc do wody, a potem kontemplując regularność przypływów i odpływów, wracałem myślą do moich świetlistych lat dziecinnych. Jako wrażliwy chłopiec, może jedenastoletni, może dwunastoletni, uczestniczyłem w komicznych walkach i przyjaznych spotkaniach ogromnej wspólnoty pokoleniowej. W chwilach pokoju i radosnego zawieszania dłoni na ramionach, w momentach uspokojenia i poczucia braterskiej więzi, oddawaliśmy się pasjom zbierackim. Najczęściej były to znaczki pocztowe, gromadzone w klaserach, kupowane u filatelisty lub w specjalnych pakietach, w kioskach „Ruchu”. Osiedle Błonie dopiero się budowało i nie mieliśmy jeszcze wtedy domów kultury, czytelni bibliotecznych ani klubów osiedlowych – w naturalny sposób gromadziliśmy się więc na klatkach schodowych i w piwnicach. Pamiętam wiele takich spotkań, kiedy to „handlowaliśmy” znaczkami, etykietami zapałczanymi, kolorowymi czasopismami, a także widokówkami. Na schodach siadaliśmy najczęściej we dwoje, ale w wąskich piwnicach potrafiliśmy się gnieździć w kilkoro, toczyć dysputy, podnosić ciężary, a nade wszystko wymieniać się zbiorami. To za sprawą nieżyjącego już dziś kolegi – Piotra Murawki – nie bez oporów zacząłem zbierać kolorowe widokówki. Jego brat pływał na statkach handlowych i stale przywoził karty pocztowe, które lśniły lakierem i uwodziły kolorami nie z tej ziemi. Szczególnie zapamiętałem serię z Republiki Południowej Afryki, prezentującą egzotyczne widoki okolic Kapsztadu i Kraju Przylądkowego oraz przedstawicieli ludu Zulusów. Pisząc koledze wypracowania z polskiego, czasem płacąc niewielkie sumy lub wymieniając się na fiński nóż lub koło do roweru, zgromadziłem sporo barwnych kartek, które z czasem zacząłem wymieniać na pakiety nowych przedstawień tego typu albo inne artefakty.

Pocztówka z dziecinnych zbiorów

Zapewne podczas jednej z takich sesji trafiła do moich rąk dziwna, czarno-biała kartka z indyjskiego Puri, przedstawiająca spore fale oceaniczne, jakichś Hindusów w szpiczastych czapkach na brzegu i jedną łódź w oddali, ślizgającą się po spienionych bałwanach. Prosta wizualność widokówki nie wzbudziła mojego zachwytu, ale obudziła ciekawość, która znakomicie lokowała się w obrębie ówczesnych szerokich zainteresowań geograficznych. Daleko jeszcze wtedy było do Internetu, więc wszelkie sprawdzanie, porównywanie, dociekanie faktów i lokalizacji, dokonywało się za sprawą encyklopedii, książek podróżniczych i atlasów geograficznych. Bez trudu jednak znalazłem stutysięczne miasto Puri, położone na brzegu Oceanu Indyjskiego, przy zachodnim brzegu Zatoki Bengalskiej.   Okazało się, że jest to znane miejsce kultu hinduistycznego, a to za sprawą znajdującej się tam Dźagannathy – świątyni Pana Świata (Dźagannath Mandir) i odbywającym się tam festiwalom wozów (Ratha Jatra).  Hindusi pielgrzymują tu od wieków by pokłonić się słynnym przedstawieniom Kryszny, jego brata i siostry, a nade wszystko zaznać błogosławieństwa na długie lata. Jako nastolatek interesowałem się przede wszystkim geografią Afryki, więc informacje o lokalnych indyjskich bogach, władcach i kultach nie wywarły na mnie wielkiego wrażenia. Odnotowałem w pamięci przechodzenie tego miejsca z rąk do rąk, okresy panowania najeźdźców z Afganistanu i Mogołów, a potem walki Hindusów o odzyskanie swoich świętych rewirów. Większe wrażenie robiło na mnie owo dynamiczne przedstawienie oceanu z czarno-białej pocztówki, tym bardziej, że mapy geograficzne wskazywało na to, iż Puri leży u wrót wielkiej głębi wodnej, dochodzącej do pięciu tysięcy metrów. Moja wyobraźnia natychmiast podsunęła obrazy monumentalnych skarp podwodnych, pełnych korali i wodorostów, pośród których roi się od barwnych ryb z rodziny wargaczowatych (Labridae), skrzydlic, barakud, delfinów, żółwi i krabów, rekinów, a także ośmiornic i gąbek, meduz i rozgwiazd.

Puri 2019

Mój tajemny życiowy kod odsłonił się zatem, gdy w lutym 2019 roku dotarłem do Puri i oszołomiony stanąłem na brzegu Oceanu Indyjskiego. Czarno-biała widokówka nagle ożyła, a choć pewnie dawno zmarli i zostali skremowani ludzie, którzy pojawili się na niej, to tak samo jak za ich czasów, w przepaściach dwudziestego wieku, szumiał ocean i fale monotonnie uderzały o brzeg. Tyle razy miało to się nie zdarzyć, w tylu sytuacjach mogłem stracić życie, podążyć innymi ścieżkami, które oddalałyby mnie od Puri, tyle mogło być innych wyborów. Jeszcze w trakcie podróży do Indii wszystko zawisło na włosku, gdy pojawiły się kłopoty z elektroniczną wizą i już kupiłem bilet powrotny z Frankfurtu do Warszawy. Na szczęście wszystko zmieniło się w jednej chwili, gdy wiza wreszcie dotarła do mnie i innymi liniami lotniczymi poszybowałem w kierunku Delhi, a potem Bhubaneswaru i Puri. Trzy dni spędzone nad jednym z najżywszych światowych ekosystemów, dały mi wiele radości, ale nade wszystko pobudziły do myślenia, kontemplacji wielkich dali i obserwacji zachowań ludzkich. Przemierzyłem wiele kilometrów brzegiem zatoki, znajdując na brzegu elementy specjalnie przygotowanych wyobrażeń bóstw, orzechy kokosowe, koraliki wotywne, muszle, zdechłe ryby i kraby, a także sporo jakże niebezpiecznych dla fauny podwodnej plastikowych śmieci, skłębionych pośród płacht zużytych plastikowych sieci rybackich. Podczas takich wędrówek najważniejsza była transgresja oceanu w mojej świadomości i jakby wypełnienie nim myśli, swobodne przenikanie rześkości i wilgoci do jaźni i nieustanne kołysanie się we mnie refleksji, powracanie do zdarzeń dzieciństwa, wieku dorosłego i nieuchronnie zainicjowanej starości. To było też obcowanie z ostatecznością słońca, odwiecznymi barwami pojawiającymi się pomiędzy horyzontem  i brzegiem, z szyfrem mgieł, oparów, chmur i szeptu, a czasem pokrzykiwania, spienionej kipieli. Jacy dziwni wydali mi się ludzie na brzegu, oddający cześć oceanowi, wrzucający do niego orzechy kokosowe i niewielkie wyobrażenia bóstw, a nade wszystko wierzący, że ta odwieczna, przeogromna przestrzeń spowoduje jakieś zmiany w ich życiu. Wędrując tak godzinami, przysiadłem wreszcie przy rybackich łodziach i w ich cieniu zacząłem zapisywać notatki, szkice wierszy, wracając myślami do czarno-białej pocztówki z mojego dzieciństwa, będącej tajemnicą i nieprzeczuwaną zapowiedzią niezwykłych darów losu i spełnienia najskrytszych pragnień.

ŁAD

Pierwsze miesiące roku to czas zmiennej pogody, mrozu i wiatru, paru dób cieplejszych i znowu napastliwego chłodu. Krótkie dni pełne są szarości, sinych oparów i mlecznych mgieł, pojawiającego się nagle i szybko topniejącego śniegu albo lodowatego deszczu. Ratunkiem w takim czasie jest ciepły dom i praca w pokoju wypełnionym książkami, obrazami i grafikami, a nade wszystko gorąca herbata, kawa i muzyka dolatująca z głośników. Praca literacka jest moim wielkim błogosławieństwem, a stabilność życiowa tego momentu pozwala mi realizować kolejne projekty, czasem zakrojone na szeroką skalę. To także czas porządkowania i przygotowań do kolejnych podróży, chwile niepowtarzalne, wieńczone wydrukami kolejnych tekstów i książek. Od czasów młodzieńczych słucham wiele muzyki klasycznej i teraz też rozbrzmiewają w moim pokoju koncerty uroczyste Georga Philippa Telemanna. Ostatnio znowu upodobałem sobie muzykę barokową, a nowością są utwory wokalne epoki, szczególnie te wplecione w większe kompozycje. Piękne dźwięki stają się kontrapunktem dla zamglenia, ledwie widocznego słońca i braku witaminy D, ale też tworzą klimat, przydają energii, wnoszą do życia harmonię i ład.

« Older entries

%d blogerów lubi to: