TRANSGRESJA

Wieczorny powrót do domu ze wschodniej części miasta… Jasne rozświetlenie ulic, pulsowanie kolorów, płynne podążanie nowoczesnego tramwaju w dal, a potem przesiadka do autobusu. Ludzie zmierzający ku jakimś celom, spoglądający za okna, zamyśleni, albo wpatrzeni w telefony komórkowe. To już trzecie dziesięciolecie dwudziestego pierwszego wieku i moja siódma dekada, nieubłaganie mknąca ku następnym latom i niewyobrażalnemu niegdyś jubileuszowi siedemdziesięciolecia. Patrzę za szybę i widzę ukochane miasto, z jego odrestaurowanymi kamienicami i znajomymi ulicami. Mijam znaczące dla mnie miejsca, gdzie mieszkałem i toczyły się codzienne boje o przetrwanie, byłem szczęśliwy, albo doświadczałem niezasłużonych krzywd. Róg ulicy Chodkiewicza i Gdańskiej, duża kamienica, gdzie od 1984 roku miałem mieszkanie z moją pierwszą żoną, wychowywałem syna i ruszałem do pracy w szkole podstawowej, średniej, a potem w uczelni. Ciąg domów przy głównej arterii Bydgoszczy, przemierzanej tyle razy, w drodze do sklepów, na spacery z synem, do galerii miejskiej, muzeum Leona Wyczółkowskiego, do kin lub ku dalszym celom. Miasto nie potrzebuje ludzi, domy istnieją bez żywej materii, zaprojektowane i wzniesione, trwają w czasie jak skały, drzewa, moreny. Jesteśmy tylko chwilowymi dekoracjami, przesuwającymi się obrazami, dla których stają się one punktem odniesienia. Przypominam sobie niektóre osoby, z którymi podążałem ulicą Gdańską, prowadząc ożywione rozmowy, słuchając jakichś opowieści, albo wymownie milcząc – Krzysztof Zanussi, Krzysztof Kolberger, Leonard Pietraszak, Jerzy Sulima-Kamiński, Krzysztof Nowicki, Joanna i inne piękne kobiety, a także opromienieni młodością mężczyźni ze środowisk literacko-artystycznych. Wszystko jak kolorowy film, jak nasycone barwami wyraziste przeźrocza, pełne aktualnych treści i lśniące wyraziście we wspomnieniach. Poddaję się magii wieczoru, podążam w dwie strony – pojazdami komunikacji miejskiej ku ulicom Szwederowa i myślami w głąb siebie, ku przeszłym latom i wydarzeniom. Światła odbijają się w szybach witryn sklepowych, połyskują w oknach dawnej willi Blumwego, secesyjnych budynków i placów zaprojektowanych przez Józefa Święcickiego, Josepha Stübbena, Bogdana Raczkowskiego, Kazimierza Tołłoczkę, Bronisława Jankowskiego, Jana Kossowskiego i Maksymiliana Reicha. Poddaję się z rozkoszą magicznej transgresji i kołyszę się w bycie, niczym boja na rozhukanej tafli oceanu. Podróż się kończy, wracam do domu i kładę się spać, znowu szybuję w dal, tym razem we śnie, ale budzę się po trzeciej i idę na górny poziom mojego domu, by napisać ten tekst. Lampki chilijskiego wina chardonnay Como Sur, pitego z sokiem mandarynkowym, znieczulają mnie, a wspomnienie podróży do tego kraju przydaje kolejnych świetlistych treści. Stoję nad oceanem w miejscowości Isla Negra, przy grobie Pabla Nerudy i patrzę na czarne skały, o które rozbijają się ogromne fale. Białe mewy unoszą się nad toniami i gdzieś w dali, nie wiadomo gdzie, słychać śpiew barwnego ptaka, jęk muszli albo skargę pięknej syreny…

            

DAWNA KOLEKCJA (9)

W związku ze śmiercią Edsona Arantesa do Nascimento, czyli Pelego, przypomniałem sobie historię brazylijskiego znaczka pocztowego, którego właścicielem był mój kolega szkolny Jurek Kowalski. Przedstawiał wydarzenie z 19 listopada 1969 roku, kiedy to najwspanialszy napastnik Santosu strzelił bramkę drużynie Vasco da Gama, a potem z ogromną radością skoczył w górę. Był to dokładnie tysięczny gol Brazylijczyka i został specjalnie uhonorowany przez bramkarza drużyny przeciwnej, który miał pod swoją bluzą koszulkę ze specjalnym jubileuszowym napisem. Jurek mieszkał na naszym osiedlu i byłem wtedy w mieszkaniu jego rodziców razem z Witkiem Hryncewiczem, ówczesnym geniuszem klasowym. Długo przyglądaliśmy się znaczkowi i próbowaliśmy wysondować kolegę, czy byłby skłonny wymienić go na równie ciekawe walory lub cokolwiek innego, ale nie było o tym mowy. Najcenniejszy papierek w kolekcji przyjaciela był jego wielkim skarbem, który pokazywał tylko wąskiej grupie rówieśniczej. Przedstawiał piłkarza w charakterystycznej żółtej koszulce z numerem dziesięć i niebieskich spodenkach, a także zarysy stadionu i bramki z piłką w siatce. To był czas naszych częstych wspólnych meczów na boisku szkolnym, gdy walczyliśmy z sąsiednią klasą albo nawet całą dzielnicą. Zwykle w tamtych dniach stawałem między słupkami i zdarzało się, że broniłem jak natchniony, a moi koledzy znakomicie grali w polu. Mieliśmy wtedy wspaniałych polskich idoli piłkarskich, ale Pele był dla nas niekwestionowanym królem futbolu, a jego akcje, które pokazywano czasami w telewizji, urastały do rangi cudownych zdarzeń piłkarskich. Nie oglądałem na żywo żadnego meczu tego magika sportu, bo gdy zdobywał swój pierwszy tytuł Mistrza Świata, dopiero rodziłem się w małym domku przy ulicy Szubińskiej 33 w Bydgoszczy. Z kolei w 1962 roku miałem tylko cztery lata i zdaję się nie było jeszcze wtedy telewizora w naszym skromnym mieszkaniu. Potem w roku 1974, gdy Brazylia wygrała trzeci najważniejszy puchar w świecie piłkarskim, rozgrywała się moja gorąca miłość do dziewczyny, poznanej w szkole średniej i większość czasu z nią spędzałem, poświęcając nawet takie wielkie wydarzenia jak mistrzostwa świata. Dopiero po latach przyjrzałem się w Internecie i na platformach telewizyjnych akcjom Pelego, jakże szybkiego, sprytnego i innowacyjnego zawodnika. Potrafił dokonywać cudów, miał wspaniałą „kiwkę”, a nade wszystko kosmiczne przyspieszenie, które „włączał”, gdy zbliżał się do pola karnego, ogrywając nawet najlepszych światowych obrońców. Także znakomici bramkarze kapitulowali po jego strzałach z daleka, które były niezwykle silne i świetnie mierzone w „okienka” lub dolne rogi. Gdy rozgrywaliśmy mecze przy naszej szkole, albo podczas miejskich turniejów juniorskich, mieliśmy na sobie jakieś przygodne koszulki i spodenki, bo przecież daleko jeszcze było do powszechnej sprzedaży strojów klubowych lub narodowych. Gdyby to było wtedy możliwe, zapewne niektórzy z nas występowaliby w żółtych koszulkach z dziesiątką, tak jak teraz młodzi ludzie zakładają stroje współczesnych gwiazd futbolu. Dzisiaj, żegnając Pelego, oddaję mu hołd jako ważnej części mojego sportowego życiorysu, a choć w bydgoskich drużynach, w których potem grałem (Zawisza i Polonia) zawsze byłem bramkarzem, ceniłem go jak inni koledzy. Zdaję się wtedy też obejrzałem mecz jego amerykańskiego klubu New York Kosmos i byłem zachwycony grą oraz oprawą widowiska.

JABŁKO NEWTONA

Poezja bywa wyzwaniem dla umysłu, pragnącego odzwierciedlić w niej głębie istnienia, nakładające się na siebie i generujące nową jakość ontologiczną. Nieustanna „czujność” poety powoduje, że widzi on więcej od ludzi, nie zranionych ostrzem metafory, nie szukających odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencji. Od samego początku aktywności twórczej, w poezji Wojciecha Kloski pojawia się refleksja nad sobą i światem, próba zrozumienia skąd wzięła się wrażliwość nie pozwalająca odkładać pióra. To jest nieustanne wyczuwanie pulsu świadomości i odważne wychylenie ku przyszłości, która zna odpowiedź na odwieczne pytanie: co będzie dalej? Antropologia oparta na słowie pozwala widzieć szerzej i dalej i staje się sposobem życia, tworzenia kontekstów, nazywania chwil i długich przedziałów czasowych, wszak bycie dosłownym/ bywa nużące. Poeta przygląda się światu, bo jest on dla niego rodzajem zmieniającego się zjawiska, rzeczywistości wciąż mutującej w obiektywie myśli i kadrze wiersza. Każda próba zapisu ma dla niego ogromną wartość, a każda metafora staje się cząstką szerokiej panoramy, nowego tomu wierszy, ustalającego proporcje na określonym etapie wrażliwości. Zdumiewająca jest konsekwencja twórcza poety, który tworzy cząstkowe artefakty i komponuje z nich spektralne obrazy, ożywające na każdym poziomie interioryzacji. Staje się to realne dzięki opanowaniu etymologii słowa i ejdetycznej umiejętności syntetyzowania nowych zdarzeń. Takie wpatrywanie się w świat jest zarazem wnikaniem w samego  siebie i odnajdywaniem istoty przeznaczonego nam czasu. Ale ważne są tutaj też przekształcenia, jakby rodem z malarstwa Salvadore’a Daliego, nagłe zwroty odrealniające świat, natychmiastowe metamorfozy: po drodze/ nieraz  można przejść/ na jedną lub na drugą stronę/ wciąż wierząc, że obrany skrót/ nie jest takim łatwym wyjściem/ jakim go malują –/ życie dobitnie wskaże/ czyje reguły powinny obowiązywać. To są przejścia w realnej rzeczywistości, ale też oniryczne skróty, przeskoki między obrazami i przenikanie z głębi do głębi.

W tomie pt. Bez pamięci wyrazisty jest model wiersza białego, zaproponowany przez Tadeusza Różewicza, choć moglibyśmy wskazać też podskórne nawiązania do konstrukcji lirycznych Czechowicza, Przybosia i Lechonia. Z kolei nawiązania do kultury śródziemnomorskiej i pojawianie się w lirykach toposów kulturowych, powoduje, że bliskie stają się one rekapitulacjom Herberta. To tylko zewnętrzna warstwa poetycka, bo przecież pod nią odnajdziemy niezmienny od lat kształt wiersza, drążący odważnie materię rzeczywistości, demaskujący wynaturzenia i proponujący ważkie rozwiązania. Wiąże się to ze współczesnymi ustaleniami, sięgającymi czasów Cesarstwa Rzymskiego: tyle lat doświadczeń/ a my wciąż mówimy o szczęściu/ że ktoś ma go mniej od innych/ zrzucając winę na wiekową Fortunę/ której szczyt boskiej kariery/ pamięta czasy starożytne/ (siedzi po turecku obok pustego krzesła Oktawiana)/ łatwiej marzyć niż śnić na jawie/ łatwiej przypisywać niż brać odpowiedzialność/ łatwiej oskarżać niż posypywać głowę popiołem. Taka pokora jest dla poety wykładnią człowieczeństwa i potwierdzeniem, że inteligencja daje szansę zweryfikowania każdego fałszu, choć – z drugiej strony – nawet skromny sukces/ jest obwarowany szeregiem niepowodzeń/ które z reguły lubią się powtarzać. Tak powtarzalność chwil ciemnych i jaskrawych, tak dopełnianie kręgów temporalnych staje się istotą świata plastikowych bohaterów, wspinających się na Kapitol kolejnych zmanipulowanych demokracji, a złoto istnienia zmienia się w reklamiarskie cynfolie globalnej wioski. Jakże trudno w takim świecie snuć refleksje historiozoficzne, sięgające czasów mitycznych, podążające przez głębiny stuleci i odnajdujące sens w jedni magnetycznej naszej rzeczywistości. Kloska nie byłby jednak sobą, gdyby i tutaj nie zastosował zaskakującego przekształcenia: czy nikomu nie ciąży/ los jabłka Newtona/ zgniło/ a może w nagrodę skończyło na tacy/ (za namową jakiejś Salome)/ czy w ogóle było. Zgniłe jabłko Newtona nie zdążyło spaść na ziemię, bo poeta przekształcił je w wyobraźniową transformę, surrealny kształt z niezwykłą treścią naddaną.

Zwieszenie praw natury, wyciszenie krzyku i zatrzymanie magnetyzmu, mają na celu stworzenie przestrzeni idealnej, w której możliwe będą kolejne obserwacje poetyckie. To jest rzeczywistość ponowoczesna, ale też stale pozostająca w orbicie kreacji judaistycznych i chrześcijańskich, gdzie Jahwe i Jezus są wyznacznikami kierunków działań, a Biblia jest księgą ksiąg. Oczywiście nie mamy tutaj do czynienia z wykładniami scholastycznymi – raczej różne rzeczywistości współuczestniczą tu w opisie świata – nauka i religia koegzystują w obrębie wielowymiarowych wizji poetyckich. I to liryka jest siłą tego tomu, w którym pamięć odgrywa ważną rolę, a jej brak staje się znakiem czasu pędzących w dal stuleci i kolejnych upadków: czas płynie/ odmierzany liczbą potknięć/ i powstawania z kolan/ aż kości zostaną rzucone ostatni raz/ by potem ktoś mógł się grzebać/ w cudzej historii. Lektura wierszy Wojciecha Kloski generuje czasem smutek i gorycz, ale przy tym uświadamia jak ważne jest ludzkie życie i jak wielkich dzieł można w nim dokonać. Rozpięte między brutalną eschatologią ciał, a duchową świętością idei, każe wierzyć, że nasze narodziny nie były dziełem przypadku. Zarówno tytuł tomu, jak i treść nazywającego go wiersza mogłyby sugerować, że wszystko zaniknie, zniwelowane przez upływ czasu – znany z imienia i nazwiska/ (nielicznym)/ za kilka pokoleń/ zostanie całkiem bez pamięci/ kreśląc krótki życiorys/ własnymi kośćmi/ z kruchą wiarą/ w cud archeologii – i tak mogłoby być, gdyby nie istniały słowa i gdyby człowiek nie zaczął zapisywać swoich dziejów. Żylibyśmy wtedy w jednym okresie historycznym, niczego nie wiedząc o następstwie pokoleń i walkach o duchowy kształt istnienia. A jednak ludzkość potrafiła wznieść się na wyższy poziom egzystencji i ustalić swoje cykle rozwojowe, wskazać przewodników duchowych i wyodrębnić tych, którzy zatrzymywali jej rozwój. Każda chwila miała swoją wagę i była obietnicą spełnienia, każda myśl wzlatywała ku wyżynom świata i stawała się cząstką wielkiego dorobku intelektualnego. Dialektyka rozwojowa musiała uwzględniać okresy rozwojowe i regresywne, ale zawsze triumfowała σοφία, dająca szansę następnym pokoleniom. Czytając wiersze z tego tomu obcujemy z mądrością nieustannie i docieramy do prawd pierwiastkowych, kładziemy raz jeszcze na dłoni jabłko Newtona, wyciszamy się i kierujemy myśli ku uniwersum ludzkiemu. I wraca ziemski magnetyzm…

SHERKO BEKAS I LITERATURA KURDYJSKA           

Do Katalogu wystawy sztuki kurdyjskiej napisałem tekst o wielkim poecie Kurdystanu i literaturze tego dumnego narodu.

Sherko Bekas urodził się 2 maja 1940 roku, w pasterskiej As-Sulajmanijji, jako syn wybitnego poety Fayaka Bekasa i był świadkiem wielu dziejowych zawirowań i walki Kurdów o niepodległość własnego państwa. Jego miasto rozwijało się dynamicznie i dzisiaj jest wielką metropolią, w której wznosi się najnowocześniejsze budynki, a pieniądze z wydobycia ropy naftowej pozwalają na planowanie daleko idących inwestycji i działań prospołecznych. W 1965 roku przyłączył się do ruchów wolnościowych i zaczął pracować w radiu Głos Kurdystanu, gdzie zasłynął jako bezkompromisowy komentator bieżących wydarzeń. W związku ze swoją działalnością w 1986 musiał roku uciekać z Iraku, przed reżimem Saddama Husajna, po czym osiadł w Szwecji, gdzie przebywał aż do roku 1992. Gdy skończyła się Wojna w Zatoce i pojawiły się pierwsze oznaki suwerenności, wrócił ze Skandynawii do Kurdystanu. Natychmiast też zaangażował się w pracę polityczną, społeczną i literacką, przyjmując tekę ministra kultury w lokalnym rządzie. Swoją pierwszą książkę poetycką opublikował w wieku siedemnastu lat, a potem odegrał znaczącą rolą w nowoczesnej literaturze kurdyjskiej, wprowadzając do niej wizyjny element Rûwange i świadomie rezygnując z tradycyjnych rymów. Był też twórcą krótkich „wierszy plakatowych”, powiązanych ze sztukami plastycznymi i będących rodzajem mistycznego misterium. Tłumaczony na wiele języków świata (w Polsce przez Hatifa Janabiego[1]), uhonorowany został stypendium Kurta Tucholskiego, przyjęty do szwedzkiego Pen Clubu, a także otrzymał Nagrodę Wolności Florencji. Honorowy obywatel Mediolanu, czytał z charyzmą swoje wiersze w wielu krajach świata i opublikował książki poetyckie za granicą, za co bywał nominowany do Nagrody Nobla. W eseju pt. Wykorzenienie i tożsamość Hatif Janabi pisał: Czas pozostaje dla Sherko przemijalnością ciągłą jak łańcuch, składający się z ogniw, które w każdej chwili mogą się urwać. Z punktu widzenia metafizycznego i filozoficznego, klasyczni muzułmanie tak rozumieli pojęcie zmienności temporalnej. Czas przestał płynąć podczas wydarzeń w Halabdży czy al-Anfal, ale miał swoją  kontynuację w biografiach  zamordowanych i zagazowanych, niewinnych Kurdów oraz żywych uciekinierów, maszerujący przez góry, doliny, uciekających przez morza i mijających posterunki graniczne – szukających schronienia w dalekim świecie.[2] Przejmującym doświadczeniem w dziele Bekasa jest samotność[3], przeżywana pośród rojnych miast świata i w górach Kurdystanu, podczas spotkań z innymi poetami (Adonis, Darwisz) i na ludowej agorze.

Poezja Sherko Bekasa jest próbą rozpoznania kondycji człowieka i świata, w licznych jego odmianach, mutacjach i projekcjach. Punktem wyjścia dla kolejnych opisów staje się anatomia różnych osób – spotykanych w podróży i w tajniach Kurdystanu, egzystujących na emigracji i w rodzinnych stronach. Tak jak zróżnicowany jest katalog typów ludzkich, tak wiele pojawia się sytuacji, z których poeta wyodrębnia jakiś wzorzec zachowań, postanowień i rozstrzygnięć. Świadomość ludzka nieustannie migruje i dociera do przestrzeni zamkniętych, a potem, stając się kluczem, otwiera je i objaśnia celnie dobranym słowem lub symbolem. W wierszu pt. Płaszcz taką sondą anatomiczną stają się dłonie i ruchliwe palce wsuwane do kieszeni płaszcza: Od lat/ mięły kieszenie starego płaszcza/ dotykając zakurzonych wspomnień/ Ilekroć wkładam do nich rękę/ czuję że dotykam dłoni/ poprzedniego właściciela/ a moje palce ocierają się o palce/ innej przeszłości/ Kto wie/ gdybym go sprzedał/ czyja ręka dotknęłaby mojej/ Czyje palce/ znalazłbym w tych kieszeniach/ Palce moich/ niknących wspomnień. Pustka graniczy tutaj z pełnią, zamknięta przestrzeń kieszeni z otwarciem świata, w którym ubrania i sprzęty zmieniają swoich właścicieli. Bekas potwierdza w wierszu, że ciepło ludzkie nie zanika i migruje wraz z nowymi właścicielami, którzy często nie zdają sobie sprawy z tego z czym obcują. Jakże przejmująca jest symbolika samotności i alienacji w tej liryce i jak koherentnie opisuje sytuację wiecznego tułacza, emigranta z konieczności, wciąż szukającego swojego miejsca w świecie. Diaspora kurdyjska[4] jest ogromna, rozsiana po całym świecie i poeta nie raz miał okazję wysłuchiwać relacji o osobniczych doświadczeniach przedstawicieli swego narodu. Ten mężczyzna o ostrych rysach twarzy miał gołębie serce i potrafił wyrazić w wierszu ogrom wzruszeń istot nadwrażliwych, skrzywdzonych, poszukujących czystego piękna w świecie nieustających wojen i zbrodni. Pisał w wierszu pt. Oblężenie: W tych górach i wąwozach/ od dwóch lat/ jestem oblężony przez miłość,/i to jest jedyne oblężenie,/ którego moja dusza pragnie,/ aby się wzmocniło,/ aby zacisnęło pętlę dzień po dniu/ Jedyne oblężenie,/ które im bardziej zaciska,/ tym bardziej wyzwala,/ to jest jedyne oblężenie,/ od którego nie chce się uwolnić. Tak brzmiała jego odpowiedź, formułowana w obliczu lodowatego i bezdusznego świata, tak poeta wyrażał swój program życiowy.

Miłość może przeciwstawić się złu i nawet jeśli człowiek przegrywa w ostatecznej batalii, pozostaje legenda czystości i pełni, odwiecznie kultywowana i rekreowana w nowych tekstach pisarzy kurdyjskich. To jest ta sama energia, którą Bekas wyczuwał w pustych kieszeniach i to samo pragnienie połączenia się z drugim człowiekiem: Wchodzisz do mojej duszy/ a nie jesteś płomieniem./ wchodzisz do ciała/ a nie jesteś krwią./ wchodzisz do oczu/ a nie jesteś barwą/ wchodzisz do uszu/ a nie jesteś/ dźwiękiem/ Ty/ jesteś/ tajemnicą miłości.[5] Energia uczucia jest nieuchwytna, ale wyczuwają ją istoty nadwrażliwe i pozostające w związku dusz i ciał. To ona ożywia świat i przydaje mu sens, przenika wszystkich i wszystko jak czarna materia kosmosu, która istnieje, choć nie przestaje być tajemnicą. Śpiewano i rozprawiano o niej od dawna, przede wszystkim przy ogniskach i w domowych zaciszach – zapewne stanowiła główny temat sunnickiej i jezydzkiej literatury mówionej[6], wszak prawdziwa eksplozja tekstów pisanych miała nadejść dopiero w połowie dwudziestego wieku. Wcześniej pierwsze kurdyjskie zabytki literackie powstawały wraz z konsolidacją imperiów: osmańskiego i perskiego, inspirowane przez zamożnych mecenasów.[7] Słowem pisanym posługiwała się elita intelektualna, choć z powodów politycznych wykorzystywano najczęściej język arabski, perski lub turecki. Wszakże do szóstego dziesięciolecia ubiegłego wieku w Kurdystanie powszechny był analfabetyzm i dopiero poprawa warunków bytowych oraz rozbudowa miast, dotowana przez bogatych książąt, wpłynęły na rozwój literatury. Generowała go głównie poezja, inspirowana historią i przeżyciami poszczególnych autorów, a konsolidacja języka narodowego szybko zaczęła domagać się zapisów na papierze. Może dlatego z takim entuzjazmem czytano nowe wiersze Sherko Bekasa, który z roku na rok stawał się najważniejszym poetą kurdyjskim, po śmierci uhonorowanym specjalnym mauzoleum i określeniem „bard”, wyrytym na grobie. Jego potężna wiara w miłość rymowała się z poczuciem narodowej dumy, a opisywane historie chwytały za serce, często przywodząc motywy utrwalone przez światową tradycję literacką. Czytelnicy sytuowali je w Kurdystanie, permanentnie nękanym wojnami, wybuchami i śmiercią, ale rozumieli też szerszy kontekst kulturowy. W wierszu pt. Historia miłosna poeta mówi o kurdyjskich kochankach, ale czytelnik bez trudu powiąże ich z dramatem Romea i Julii z dzieła Szekspira:Dwoje zakochanych/ Dwa przeciwległe balkony/ Obdarowują się każdego wieczoru/ Poezją falami kwiatami i pocałunkami/ Zmieniają barwy wiatru które są pomiędzy nimi/ Każdego wieczoru pokazują swoje ciała/ Deszczowi namiętności/ Moknąc do suchej nitki/ Ale tej nocy jeden z balkonów pozostał ciemny/ Dziewczyna odchodzi/ Pocałunki są bez skrzydeł/ A goździk czeka Nieoczekiwanie wstrząsnęło nocą/ Goździk złamał się/ Dziewczyna znikła z balkonu/ Kiedy młodzieniec powrócił martwy/ Na jego piersi wyrósł/ Czerwony sztylet! Takie historie zdarzają się pod każdą szerokością geograficzną, a zapewne i w Kurdystanie, w którym nie brakowało tragedii miłosnych w ostatnich stuleciach.

Wszakże w tych przestrzeniach zderzały się prądy kulturowe, mieszały się nacje i wizje świata – arabska i perska gwałtowność stawała się kontrapunktem dla pogodnej natury kurdyjskiej, a turecka i syryjska zachłanność terytorialna dyktowały twarde warunki egzystencji. Miłość jednak pozostawała niezmienna, gorąca i kształtująca ludzkie charaktery, taka sama jak w Europie czy Ameryce – jak wskazuje Bekas – taka sama jak w słynnym dramacie największego pisarza epoki elżbietańskiej. Wielką zasługą autora Historii miłosnej jest wprowadzanie kultury kurdyjskiej do obiegu światowego i czerpanie soków z jej dziedzictwa artystycznego. Poeta nie waha się nawiązywać do arcydzieł literatury światowej[8], choć interioryzacja najtrudniejszych motywów wymagała od jego czytelników sporego wysiłku intelektualnego. W takim rozumieniu poeta ten stał się nauczycielem nowoczesnej literatury i kultury kurdyjskiej, a jego obecność w ogromnym spektrum dokonań literackich świata, stała się bezdyskusyjna. Po długim okresie dominacji literatury mówionej, polifoniczne wiersze Bekasa stały się mądrymi dyrektywami w trudnym procesie rozwoju i metamorfizacji kultury największego indoeuropejskiego narodu bez uznanej państwowości. Wraz z nim przyczynili się do tego inni pisarze, publikujący coraz więcej książek w kraju i na emigracji, a po upadku reżimu Saddama Husajna, coraz dynamiczniej rozwijające się uniwersytety W Erbilu i As-Sulenmanijji. To był czas odkrywania klasycznej literatury kurdyjskiej, powstającej między XV a XVIII wiekiem i takich jej czołowych przedstawicieli jak Melayê Batê, Şukriyê Bedlîsî, Melayê Djazîrî, Feqiyê Teyran, Ehmedê Xanî, Yûsuf Yeska, Ehmed Textî Marduxî, Mustafa Besarani. Niestety wciąż obecna była w tej literaturze dyglosja, gdyż wielu intelektualistów tworzyło w językach krajów, w których przebywali na emigracji, szczególnie w Turcji, znacznie poszerzając ich dorobek narodowy (Yaşar Kemal, Ahmet Arif). Z drugiej strony nurt nacjonalistyczny stale podkreślał wagę i piękno języka kurdyjskiego, dla którego stworzył nowy łaciński alfabet i domagał się zerwania starych więzów.

Działania te spowodowały, iż od roku 1965 trend zaczął się odwracać, bo liczni twórcy mogli już mówić prawdę o represjach w Turcji, Syrii, Iraku i Iranie we własnym języku. Wielu z nich było więzionych i pragnęło zrelacjonować w utworach literackich to, co przeżyli w mrocznych kazamatach i katowniach – spośród nich wymienić trzeba takich twórców jak Edip Karahan, Goran, Hassan Ali Qizilji, Hessen Hisyar i Osman Sabri,  Cigerxwîn, Mehmet Emin Bozarslan, Mehmed Uzun, Tewfik Wehbi. Ich głos był ważny też dla tych, którzy zostali zamordowani, jak Alisêr, Musa Anter i Yekta Uzunoglu, a choć najczęściej ich utwory bywały mroczne i miały związek z odwieczną walką, wnosiły ogromne ożywienie do spektrum kultury narodowej. Jeśli do tego dodamy aktywność pisarzy kurdyjskich w dawnej sowieckiej Armenii, Syrii (Szkoła Damasceńska skupiona wokół braci Celadeta i Kamurana Bedirów Khanów), Szwecji (Szkoła szwedzka: Rojen Barnas, Mehmet Emin Bozarslan, Cigerxwîn, Mehmet Uzun, Mahmut Baksî, Firat Ceweri, Hesenê Metê), to zyskamy obraz rozwijającej się nowej literatury. Szwecja stanie się też drugą ojczyzną Sherko Bekasa, który w nowoczesny poetycki sposób zacznie oddawać w swoich wierszach skomplikowanie świata dwudziestowiecznego: Na tym szczycie/ drzewo nie może się zdecydować/ czy ucieknie czy pozostanie/ drewnem w rzece/ woda nie może się zdecydować/ czy zmieni się w wilgoć czy w parę/ na tej drodze,/ stopa nie może się zdecydować/ czy się wycofać czy dalej się posuwać/ W tym sadzie/ ptak nie ,może się zdecydować/ czy usiąść czy odlecieć/ a w tej chwili,/ moje słowa nie mogą się zdecydować/ czy dopełnić ten wiersz/ czy go wam zostawić/ Niech zostanie.[9] Kurdowie czytający takie utwory rozumieli, że wyrażają one symbolicznie ich sytuację w świecie i przyczyniają się do wzrostu samoświadomości narodowej. Choć to nie były oskarżenia, to pośrednio generowały one krytykę postawy wyczekującej, godzącej się na rolę jaką wyznaczono temu ludowi od wieków w miejscu przecinania się wpływów potężnych potęg militarnych. Ta zagmatwana sytuacja rodziła bunt, który znalazł swoje apogeum w czasie powstania kurdyjskiego w 1991 roku, a choć przyczynił się do zaistnienia nowej literatury kurdyjskiej, to sporo było w niej tonów krytycznych, adresowanych do systemu kształtującego się w południowej części autonomii, po upadku reżimu irackiego, zmianach politycznych związanych z zaistnieniem Państwa Islamskiego i konfliktach między rodzimymi partiami politycznymi (PDK i PUK).

Bekas dokumentował wykorzenienie i dziwność sytuacji ludzi[10], którzy znaleźli się poza swoją ojczyzną i musieli od nowa budować egzystencję. Ich dążenia często bywały okupione ogromnym wysiłkiem, poczynając od przyswojenia sobie trudnych języków europejskich, a kończąc na unormowaniu stosunków mieszanych rodzin i grup generacyjnych. Sytuacja Kurda w Szwecji, Norwegii, Wielkiej Brytanii, Francji, Szwajcarii bywała tak samo zagmatwana jak los wskazanego przez poetę drzewa, które nie wiedziało jaką rolę wyznaczą mu kolejne lata, tak samo dziwaczna jak konsystencja wody tracącej swoje naturalne właściwości. Mieszając żywioły, wprowadzając tony ciemne[11] i tworząc określone napięcie liryczne, Bekas próbował łagodnie usprawiedliwiać to, co przydarzało się kolejnym pokoleniom jego pobratymców. Tak tworzył przestrzenie surrealne, w których nie obowiązywała logika rzeczywistości widzialnej, a pojawiała się nieustanna zmienność oniryczna: Drzwi do pszenicy/ Drzwi do cukru/ Drzwi do pola/ i drzwi do naszej rany…/ Wszystkie są dla ludzi/ Jak pieśń o panu cenzorze…/ Tylko klucze/ Są w kieszeniach/ złodziei.[12] Istnienie jest jak stawanie ludzi przed kolejnymi drzwiami, jak gotowość do podążenia ku nowym głębiom; tylko brakuje kluczy, zagarniętych przez złodziei. To mogą być kolejni cenzorzy, ale też – symbolicznie – może to być milczenie świata w obliczu tragedii, zapominanie o Kurdach i marginalizowanie ich roli w świecie. Dobrobyt pojawia się w czasie pokoju i obecna sytuacja w irackim Kurdystanie może być odbierana przez czynniki zewnętrzne jako harmonijny rozwój. Widać to szczególnie w obrębie nowoczesnych inwestycji w największych miastach, Erbilu i As-Sulenmanijji, które zaczynają wyglądać jak rozwinięte metropolie Zatoki Perskiej i Półwyspu Arabskiego. To w nich trwa ożywienie intelektualne młodych autorów, powstają nowe dzieła i duży nacisk kładzie się na wymianę międzynarodową, organizując festiwale literackie i artystyczne, konferencje naukowe i sympozja. Dopiero w takiej sytuacji stają się zrozumiałe profetyczne słowa poety, a surrealistyczne desygnaty znaczeniowe wracają ku przestrzeniom realnym: Oto tutaj tej nocy/ Góra jest poetą/ Drzewo jest piórem/ Step jest papierem/ Rzeka jest kreską/ Kamień jest kropką/ A ja:/ Wykrzyknikiem![13] Rzeczywiście przesłanie poetyckie Bekasa należy rozważać w kategoriach napomknień i wykrzyknień, a triumfalny marsz jego poezji przez świat jest ziszczeniem kurdyjskich marzeń o niezależności i sprawiedliwej ocenie prastarych wartości kulturowych.

[1] Por. blok wierszy Sherko Bekasa w bydgoskim magazynie filologiczno-artystycznym przetłumaczonych przez H. Janabiego: „Temat” 2006, nr 6-7. Wszystkie wiersze Bekasa cytuję ze wskazanych tutaj przekładów.

 [2]H. J a n a b i,  Wykorzenienie i tożsamość w poezji Sherko Bekasa [w:]  A b b a s  A. (red.), Z kręgu problematyki Kurdów i Kurdystanu. Materiały Międzynarodowej Konferencji Naukowej, Poznań, 20-21 października 2004, Wydawnictwo UAM, Poznań 2004. s. 97–106.

[3]Jego nazwisko po kurdyjsku znaczy Samotny Lew.

[4]Por.  M.  M.  G u n t e r,  Kurdish diaspora [w:], Historical Dictionary of the Kurds, Lanham – Oxford 2004, s. 42.

[5] S.  B e k a s,  Miłość.

[6] Por.  A.  K o r a n g y,  Kurdish Art And Identity, Berlin–Boston 2020.

[7] Por.  A.  K r a s n o w o l s k a,  Aleksander Chodźko’s Reports on the Kurds of North and East Iran, „Fritillaria Kurdica. Bulletin of Kurdish Studies”, nr 1/9, Kraków 2013, s. 47.

[8] I.  M.  F a h m i,  S a m a n  D i z a y i,  The Thematic presence of The Waste Land in Sherko Bekas’ Jĭngl [w:] „University-Erbil Scientific Journal” Special Issue 2018, nr 1, s. 71–90.

[9] S.  B e k a s,  Zagmatwanie.

[10] Por. wiersz S. Bekasa pt. Chleb powszedni, w którym ta dziwność jest wyrazista: Nagi zniszczony pokój./ Staruszka./ Kotka./ Staruszka drzemie Chwilę/ i wraca do swojego stwórcy/ na drodze ”wiatru”/ Nagle kotka skacze/ ku przeznaczonemu jej/ pokarmowi od Boga.

[11] Por.  I.  Ali  M u r a d,  The role of colour in selected poems by Sherko Bekas, “International Journal of Arts & Sciences” 2015, s. 41–50.

[12] S.  B e k a s,  Klucz i drzwi.

[13] S.  B e k a s,  Oto tutaj.

RATUNEK

W wydawnictwie Znak ukazała się niezwykła książka, składająca się z rozmów z ptasiarzami, dla których pasja obserwowania, fotografowania lub opisywania skrzydlatych mieszkańców przestworzy jest ważnym życiowym doświadczeniem. Tom sprowokował i rozmowy przeprowadził Maciej Zdziarski, który był reporterem Trójki i przygotowywał programy w telewizji, a obecnie jego największą pasją jest fotografowanie ptaków. W książce tej obok wielu znanych i mniej znanych Polaków znalazła się też rozmowa z Dariuszem Tomaszem Lebiodą zatytułowana „Ratunek”. Oto jej zapis ilustrowany fotografiami pięknych chińskich ptaków Wonga Sifu.

Czy Mickiewicz znał się na ptakach?

I tak i nie, raczej średnio…

Ale to go nie zrażało.

Ani trochę. Miał ambicję, żeby w „Panu Tadeuszu” pokazać prawie wszystkie gatunki, które żyły w jego czasach na Litwie.

Nieźle przeinaczał wiedzę ornitologiczną: „On patrzył z wyciągniętą szyją, jak dziobaty żuraw, z dala od stada, gdy odprawia czaty, stojąc na jednej nodze, z czujnemi oczyma, i by nie zasnąć, kamień w drugiej nodze trzyma”.

Żaden z ornitologów nie potwierdzi, by żuraw trzymał kamień, żeby nie zasnąć. Może Mickiewicz gdzieś usłyszał taka opowieść…

Idziemy dalej: „Zaś jastrząb, pod jasnemi wiszący błękity, trzepie skrzydłem jak motyl na szpilce przybity”.

To solidny błąd merytoryczny. Jastrząb nigdy nie zawisa w powietrzu i nie trzepocze skrzydłami, tylko zatacza wielkie koła w powietrzu, aż nagle spada na ofiarę. Ptak, który zawisa w powietrzu i poluje na wróble oraz mniejsze ptactwo, to pustułka. Mickiewicz omyłkowo obserwację pustułki przeniósł na jastrzębia.

„A najstraszniej pan Rejent był zacietrzewiony: jak raz zaczął, bez przerwy rzecz swoją tokował i gestami ją bardzo dobitnie malował”.

Tutaj Mickiewicz przesadził z określeniem tokować, chociaż fraza poetycka jest smaczna. W mickiewiczologii mówimy o tzw. niekonsekwencjach autorskich i  najzabawniejszy lapsus związany jest z Zosią, którą Mickiewicz opisał w ten sposób: „Zosia, jak wróbel w piasku, trzepioce się, myje, z pomocą sługi ręce, oblicze i szyję”. Dowcip polega na tym, że wróble myją się trojako: po pierwsze w wodzie,  po drugie – zimą w śniegu, a po trzecie – w piachu, pyle ulicznym i kurzu, gdy chcą się pozbyć wszołów spomiędzy piór. Porównanie Zosi do wróbla myjącego się w piasku jest więc ryzykowne, bo sugeruje, jakoby Zosia miała wszoły!

Może Słowacki był bardziej, jak mówi młodzież, ogarnięty?

Był  świetnym ornitologiem. Pojawiają się u niego choćby białozory. To ptaki drapieżne, które u Mickiewicza nie występują. Gdy Słowacki opisuje wschodnie krainy, przywołuje gatunki charakterystyczne dla tych regionów.

No i we własnej wersji „Pana Tadeusza” napisał o zimorodku.

 „A nawet ów dziw lasu, tak rzadko widziany halcyjon, a na Litwie zimorodkiem zwany, który czasem strzelcowi pokaże się w borach przez mgłę gałązek, niby w anioła kolorach, nad zwierciadłem Przełomki, piękny i błyszczący jak anioł, w równi złote skrzydła trzymające”. Piękne i prawdziwe!

To słynny fragment, który odnaleziono po śmierci poety. Słowacki, gdy przeczytał „Pana Tadeusza”, tak był zachwycony poematem, że napisał fragmencik  z tytułem pożyczonym od Mickiewicza i właśnie tam pojawia się halcyjon, czyli zimorodek.

Zanim zaczął pan jako filolog badać ornitologiczną wiedzę wieszczów – sam nauczył się ptasiarstwa?

Tak, od wieku młodzieńczego. Wychowałem się na osiedlu Błonie w Bydgoszczy, na obrzeżach miasta, gdzie obok ciągną się lasy. Naturalną koleją rzeczy chodziliśmy w dzieciństwie do nich, i  to była nasza pierwsza szkoła ornitologiczna. Zbiegło się to w czasie z tym, że mój brat Jacek, sześć lat młodszy ode mnie, zaczął interesować się ptakami i je fotografować. Przynosił do domu książki ornitologiczne, atlasy i albumy. Mieliśmy bardzo dobry kontakt ze sobą. Rozmawialiśmy o ptakach, przeglądaliśmy albumy.

Dostałem się na studia polonistyczne do Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bydgoszczy. Moim promotorem był Józef Bachórz z Gdańska, który dojeżdżał do nas na seminarium. Spytałem go, czy nie mógłbym napisać pracy magisterskiej o ptakach Mickiewicza. On na to przystał, zaproponował tytuł: „Symbolika ornitologiczna w twórczości Adama Mickiewicza”. Wtedy zacząłem studiować literaturę romantyczną pod kątem awifauny.

W czasie studiów debiutował pan jako poeta, w 1988 roku wydał tomik, w którego tytule pojawia się ptak – „Pole umierającej kraski”.

To była próba opisu dwóch cmentarzy niedaleko blokowiska, na którym mieszkałem. Jeden z nich to cmentarz Świętej Trójcy, obok którego znajduje się cmentarz komunalny i rozdziela  je od siebie ulica Lotników. Na tym drugim pochowany jest mój ojciec, a na pierwszym – brat Piotruś, który umarł po trzech miesiącach od narodzin.

Poza tym to był taki czas w moim życiu, kiedy wielu przyjaciół popełniło samobójstwo. Jeden z kolegów powiesił się na cmentarzu z powodu nieszczęśliwej miłości. Wlazł na drzewo i zawisł na szaliku. Pochowani tam byli również inni moi przyjaciele: Andrzej, Leszek, ach, wiele imion mógłbym tutaj przywołać. Jeden otruł się gazem, inny przygotował pętlę w piwnicy, kolejny rzucił się pod pociąg.

Tak nagle z raju dzieciństwa przeniosłem się do krainy śmierci. Chodziłem na pogrzeby, widziałem ciała kolegów w otwartych trumnach. Było to wstrząsające przeżycie. Dodatkowo w ’82 roku opłakiwałem gorącą młodzieńczą miłość. Słowem – byłem w stanie wielkiej depresji. Chodziłem po cmentarzach, ale być może właśnie to mnie uratowało.

Jak to?

Zauważyłem, że pomiędzy grobami pulsuje życie. Wokół rosły wysokie drzewa, topole, morwowce i głogi, a ptaki zlatywały się do owoców i szukały nasion. Pamiętam, jak szedłem koło drzewa z grubą korą, usłyszałem szelest. Stanąłem, zacząłem się rozglądać. W pierwszej chwili nie zauważyłem pełzacza. A to ciekawy ptak, który chodzi po korze drzewa, z głową skierowaną w dół. Na cmentarz zlatywały też ptaki leśne, między innymi dzięcioły. Swój tomik zatytułowałem „Pole umierającej kraski”, bo pewnego razu zauważyłem tam kraskę, a już wtedy to był rzadki gatunek. Obecnie kraski w Polsce niemalże nie występują.

Są prawdziwym dziełem sztuki.

Rysował je Albrecht Dürer i pozostawił nam wspaniałe studium piór. Na cmentarzach widywałem też wilgę, całe mrowie barwnej drobnicy: sikorki, jery, gile, trznadle, dzwońce.

Rzecz dzieje się we wczesnych latach 80. To dość ponure czasy, stan wojenny, wielka smuta.

Tak, poczucie utraty szans. Wtedy eksplodowała we mnie poezja, stanowiła formę pomocy samemu sobie. Byłem przekonany, że również moje życie zaraz się skończy, bo nie wytrzymam presji. I nagle, w tej beznadziei, pojawiła się ambicja: chciałem opisać rzeczywistość cmentarzy, pokazać drzewa, ptaki, symbole religijne.

Po latach myślę, że uratowała mnie literatura, ale również pasja ornitologiczna.Ptaki ukazały mi witalność świata. Uzmysłowiły, że cmentarz nie jest wcale miejscem stagnacji, leżenia w postawie horyzontalnej w ziemi, powolnego gnicia i rozkładu ciał.

Jest równoległa rzeczywistość.Drzewa wydają owoce, są nasiona, ptaki znajdują więc pożywienie. Poza tym wiją gniazda, mają więcej możliwości niż na blokowisku, gdzie nie ma aż tylu drzew.

I za nic mają żałobną naturę cmentarza.

Oczywiście, bo jest w nich życie, energia, potrzeba zdobywania pokarmu. Lubiłem obserwować  ptaki wlatujące do kaplicy, która stoi na środku cmentarza. Zalatują pod dach, chowają się w dziurach. Podczas jednego z pogrzebów widziałem wróbla, który latał pod sufitem…

…zakłócając powagę uroczystości.

Z jednej strony tak, a z drugiej – wzbogacał ją.

Obserwacje cmentarne to był początek pańskich zainteresowań ptasich. Czy gdyby wtedy ktoś panu powiedział, że dekadę lub dwie później p będzie podziwiał ptaki w Central Parku, to by pan uwierzył?

Byłbym bardzo zdziwiony! Wiadomo, że w PRL-u dostać paszport i polecieć do USA to była ekwilibrystyka. Do Stanów wybrałem się po raz pierwszy w 2000 roku na zaproszenie poety Adama Szypera, który mieszkał tam od końca lat 50. To było spotkanie w Organizacji Narodów Zjednoczonych w sali Daga Hammarskjölda i nazywało się „American Poets Meets Polish Poets”. Polecieliśmy we trójkę – oprócz mnie zaproszono Józefa Barana i Bogusława Żurakowskiego z Krakowa. Mieliśmy zaszczyt spotkać uznanych autorów amerykańskich – Geralda Sterna, Stanleya Kunitza, Henry’ego Taylora.

Było to wielkie przeżycie literackie, a przy okazji znalazłem się w ptasim raju. Adam Szyper mieszkał pod Nowym Jorkiem, w miasteczku Elizabeth. Widziałem tam blue jaye, czyli ptaki będące połączeniem sójki ze sroką, o pastelowym, błękitnawym upierzeniu. A gdy pojechaliśmy do Nowego Jorku i Adam zaprowadził mnie do Central Parku, miałem poczucie, że znalazłem się w środku ptasiego raju.

Jakie gatunki widział pan w Central Parku?

 Pamiętam kardynała, to piękny czerwony ptak. Widziałem wilgę z Baltimore, po angielsku: Baltimore oriole – wspaniałą, pomarańczowo-żółtą. Obserwowałem też pirangę szkarłatną, której samica w ogóle nie jest czerwona, ma upierzenie koloru khaki, a samce pysznią się w pięknej czerwieni! Od tamtej pory wielokrotnie wracałem do Central Parku, siadałem na ławce i podziwiałem ptasie eldorado.

To ciekawe, jak pasja zmienia perspektywę. Ludzi, którzy przybywają po raz pierwszy do Nowego Jorku, zazwyczaj oszałamiają wieżowce i ogólny przepych.

Gdy zabrałem tam żonę w 2019 roku, pokazywałem jej wszystkie miejsca, które znamy z popkultury. Widzieliśmy Empire State Building, Chrysler Building, byliśmy w hotelu Roosevelt, ale oprowadzanie po ptasim Central Parku stanowiło punkt kulminacyjny wycieczki. Oglądaliśmy amerykańskie drozdy, czyli American robin, które biegały po trawie. Widuje się  je wszędzie wokół, mają rdzawe upierzenie, nawet nie bardzo boją się ludzi, więc można podejść do nich bardzo blisko.

Niezwykłym przeżyciem w Ameryce było także podążanie szlakiem ptasich fascynacji Czesława Miłosza, który zawarł w swojej poezji ogrom motywów ornitologicznych, napisałem o tym szkic, ale planuję stworzyć szerszą panoramę. Gdy w 2018 roku byłem w Waszyngtonie, przypomniał mi się słynny wiersz „Na śpiew ptaka nad brzegami Potomaku”.

„Kiedy zakwita magnoliowe drzewo i park zielonym zmąca się obłokiem, słyszę twój śpiew nad brzegiem Potomaku w uśpione płatkiem wiśniowym wieczory”.

No właśnie… Wydaje mi się, że Miłosz obserwował kardynały, często je widać na magnoliach. Noblista przez długi czas mieszkał w Beverly Hills w okolicach San Francisco, gdzie był wykładowcą uniwersyteckim, dlatego w wierszach pozostawił sporo obrazów kalifornijskich ptaków. Miłosz nie był wytrawnym ornitologiem i niektóre gatunki stanowiły dla niego zagadkę, dlatego stosował nazwy angielskie. Gdy swego czasu pisałem do niego list, wyjaśniłem mu, jak te ptaki nazywają się po polsku. Dostałem miłą odpowiedź. Wyjaśnił, że w czasach litewskich uczył się wielu łacińskich nazw.  Będąc na Litwie przeprowadziłem piękną obserwację żołny w dolinie Niewiaży, właśnie tam, gdzie wychował się Miłosz – i mu o tym napisałem. Odpowiedział, że nie miał szczęścia zobaczyć żołny. U nas to bardzo rzadki ptak, ale na przykład w Iraku, nad rzekami Eufrat czy Tygrys, jest prawdziwe mrowie żołn. Byłem tam dwukrotnie. To innego rodzaju żołny, u nasze są żółto-rdzawo-pomarańczowe, w Iraku mają zielone upierzenie.

Od wielu lat jeździ pan po całym świecie na festiwale literackie i artystyczne.

I przy okazji prowadzę obserwacje, a także chętnie rozmawiam z twórcami z innych krajów o ptakach. Nie po to, żeby popisywać się wiedzą, jestem po prostu ciekawy, jak oni je postrzegają.  Najczęśćiej ich wiedza jest szczątkowa, ale zdarza się, że trafiam na kogoś, kto interesuje się skrzydlatymi stworzeniami. Byłem między innymi w Kenii, w Republice Południowej Afryki, w Indiach, Kolumbii. W tych krajach odbywały się wielkie imprezy literackie. W Kenii widziałem zatrzęsienie ptaków, barwnych, przepięknych. Byłem przygotowany na ten wyjazd, bo zawsze przed wyjazdem kupuję książki poświęcone ptakom danego kraju, na półce mam więc „Birds of Kenya and Northern Tanzania”. Na miejscu szukałem gatunków, które widziałem wcześniej w atlasie. W Afryce Zaliczyłem kilka wspaniałych obserwacji. Jeśli miałbym wybrać jedną, która najbardziej mnie zachwyciła, to byłyby to ibisy nad Jeziorem Wiktorii. Ogrom białych i purpurowych ptaków krążących nad taflą wody, coś niesamowitego! Z kolei w Republice Południowej Afryki wzruszyłem się na widok szpaków i jeżyków. Pomyślałem, że to ptaki z Polski, które przyleciały przezimować. W Kolumbii zaskoczył mnie poeta George Mario Angel Quintero, który sporo lat mieszkał w Kalifornii i mogłem z nim dyskutować o ptakach USA i jego kraju rodzinnego. Zaskoczył mnie, gdy sprezentował mi spory informator Avifauna Colombiana.

A jak było w Indiach?

Przy hotelu w miejscowości Puri, nad Oceanem Indyjskim, obserwowałem majny błękitne. Buszowały przy śmietnikach hotelowych i latały między ogrodami.

W dzieciństwie zbierałem pocztówki i miałem, sam nie wiem skąd, czarno-białą pocztówkę właśnie z Puri. Widać było na niej łodzie na brzegu Oceanu Indyjskiego. To zaskakujące, że po latach mogłem odwiedzić to miasto.

Nałóg zbieractwa w moim przypadku połączył się zresztą z zainteresowaniami ptasiarskimi.

Co najpierw pan zbierał?

Znaczki pocztowe, zwłaszcza z Afryki, ze szczególnym uwzględnieniem fauny. Z czasem, gdy moje zbiory się rozrosły, ograniczyłem się tylko do ptaków. Tyle miałem klaserów, że co mogłem, to posprzedawałem, a zostawiłem tylko te ornitologiczne. Z czasem zbiór zaczął zbytnio się rozrastać, więc część kolekcji przekazałem wnuczce i wnukowi, a sobie pozostawiłem mały wycinek. Bo co tu wiele gadać, mam 64 lata, nie żyjemy wiecznie. Już w Biblii napisano, że żaden bogacz nie przeciśnie się przez ucho igielne ze swoim majątkiem.

Musiałby pan przeciskać się z klaserami, figurkami, monetami i książkami…

Tak, byłoby to trudne. Od dłuższego czasu upłynniam więc to, co zebrałem. Zostawiłem banknoty świata, dużą ich część stanowią te z ptakami. Szczególnie dotyczy to krajów afrykańskich czy krajów Ameryki Południowej i Środkowej. Ich banknoty są niezwykle barwne.

Dlaczego dorośli ludzie siadają przy stole, przeglądają banknoty, znaczki i zachwycają się: „O, tu jest taki ptak, a tu inny”. O co w tym chodzi?

Myślę, że każde zbieractwo ma sens, kiedy służy pogłębianiu wiedzy. Jeśli kolekcjonujemy znaczki z ptakami, to zwykle chcemy dowiedzieć się o nich czegoś więcej. Sprawdzamy, jak nazywa się gatunek przedstawiony na znaczku, gdzie żyje, czym się charakteryzuje. Zbieractwo stanowi furtkę do zdobywania nowych wiadomości. Ale w zasadzie podobną rolę może wypełniać każdy kontakt  z przyrodą. Obecnie w miejscu mojego zamieszkania często dokarmiam ptaki. Widuję mnóstwo gatunków, pojawiają się też drapieżniki. Jeśli przylatuje stado wróbli, które czekają na ziarno, to prędzej czy później pojawi się i mickiewiczowska pustułka…

Nazwana przez niego jastrzębiem.

Zawisa nad drzewami i próbuje któregoś z wróbli upolować. Widziałem też krogulca, który usiadł na płotku przy tarasie i czekał na ofiarę.  Po każdym takim spotkaniu wracam do książek, atlasów.  Tak doświadczenia z bydgoskiego podwórka przeplatają się  ze wspomnieniami z egzotycznych eskapad.

Ważnym miejscem pańskich wypraw poetyckich i ornitologicznych są Chiny. Skąd wzięła się fascynacja tym krajem?

Chiny po raz pierwszy odwiedziłem w 2009 roku, gdy dostałem zaproszenie na festiwal literacki w Xining. To sporej wielkości miejscowość. Widziałem ptaki, które przylatują z różnych zadrzewień, z gajów bambusowych. Obserwowałem między innymi dudka, którego w Polsce widuje się rzadko. Tam też prowadziłem rozmowy z chińskimi poetami, którzy znają się na ptakach i żywo reagują na nie w swoich wierszach. Do jednej z rozmów włączyła się jamie Xu, która pozostawała kilka lat w związku z chińczykiem i urodziła dziecko z tego związku. Jej fascynacja ptakami jest ogromna, a oprócz chińskich gatunków interesuje się bardzo kolib, które każdego roku ma w przydomowym ogrodzie.  Z wypraw chińskich przywiozłem sporo literatury przedmiotowej i najwięcej frajdy dała mi lektura książki o ptakach symbolicznych dla kultury Wschodu, czyli żurawi mandżurskich (w jęz. angielskim red-crowned crane) pt. The Red-crowned Cranes of Yancheng. Bogato ilustrowany tom znalazł się w serii wydawnictwa Xanadu zatytułowanej Symbols of Jiangsu i w niej zaciekawiła mnie też książka pt. The Wu School of Chinese Painting, prezentujące tradycyjne chińskie ujęcia ptaków na papierze i jedwabiu.

Rzadko, ale jesteśmy dumni z piękna dudka, który zdobi  okładkę kultowej książki Jana Sokołowskiego „Ptaki Polski”.

Gdy ukaże się mój „Dziennik ornitologa” w formie papierowej, dudek również będzie na okładce. W każdym razie obserwowałem w Chinach całe stado.

Wątek chiński w moich ptasich zainteresowaniach ma swoją kontynuację w przyjaźni z tamtejszym  policjantem, fotografem i ptasiarzem, który nazywa się Wong Sifu. Na blogu publikuję niekiedy jego prace. To prawdziwa bajka ornitologiczna! Wong mieszka w Hongkongu – ciepły klimat, ornitofauna egzotyczna. Ptaki są barwne, niesamowicie zróżnicowane, coś niebywałego!

W ciągu 10 lat byłem 11 razy w Chinach. Mam szczęście, że mogłem je odwiedzać tak często. Pamiętam pobyt w Chengdu, to jedno z wielkich miast . Znajduje się tam słynny park z pandami. Wszystko jest zorganizowane jak w naturze – ogromne połacie gajów bambusowych, pandy wchodzą na drzewa. Gaje bambusowe przyciągają też mnóstwo barwnych ptaków.

Które gatunki zapadły panu w pamięć?

Ilekroć jestem w Chinach, fascynuję się srokami błękitnymi. Polskie sroki mają kolory ewangelickie – sama czerń i biel…

Chociaż jak przyjrzeć się sroce w promieniach słońca, to wcale taka czarno-biała nie jest, ma błękitny połysk.

Zgadza się, widać u niej tę metaliczność piór. Podobnie szpaki wydają się jednolite, a gdy spojrzy się z bliska, to dostrzegamy, że mają mnóstwo lśniących barw.

Wracamy do chińskich srok…

Zwykłe chińskie sroki też są biało-czarne, ale poza nimi spotyka się mnóstwo srok błękitnych. Są smuklejsze od naszych, a upierzenie jest w kolorze błękitu, bieli i szarości. To bardzo widowiskowe ptaki.

W Chinach widziałem  także zimorodki. To nie halcyjony z wiersza Słowackiego, najczęściej widzi się zimorodka srokatego, w czarno-białym upierzeniu. Obserwowałem go też na Florydzie.

Wygląda trochę jak gość we fraku.

Tak, ma w sobie rodzaj majestatu. A przy okazji Florydy wspomnę, że to kolejny ptasi raj. Idąc na spacer, można na trawniku spotkać w jednym miejscu 30 ibisów! Ja byłem akurat w miasteczku Clearwater, nad Zatoką Meksykańską. Na brzegu, przy wielkich kutrach, które wracają z połowów, oprawia się ryby i handluje nimi. Mnogość ryb przyciąga ptaki, które mogą pożywić się szczątkami. Zlatują się albatrosy, ślepowrony, różne gatunki czapli.

Ślepowrony widziałem też w Szanghaju, nieopodal wyspy Pudong. Było ich wiele, wyglądały pięknie na tle strzelistych wieżowców i statków wypływających z portu, bo niedaleko jest Morze Wschodniochińskie. Ślepowrony w Polsce są bardzo płochliwe, a tam widziałem je w ogromnych ilościach, niczym nasze mewy latające przy brzegu.

Jeśli ktoś interesuje się ptakami i ma okazję trafić do egzotycznych krajów, obserwować niespotykane na co dzień gatunki, to  odczuwa wielkie szczęście. We mnie każde spotkanie z ptakami wywołuje euforię.

Jest pan tym samym obserwatorem, który spacerował po cmentarzach w Bydgoszczy w latach 80?

I tym samym, i całkiem innym. Nigdy bym nie przypuszczał, że takie życie czeka młodego chuligana z osiedla! W młodości byłem przecież przywódcą bitnej bandy. Co prawda szybko się od nich odciąłem, poszedłem na studia, zainteresowałem się literaturą, ale nie wyprę się tego, że uczestniczyłem w generacyjnych bachanaliach i dopuszczałem się różnych, czasem mocno dyskusyjnych zachowań. Nie przypuszczałbym, że odbędę w przyszłości tyle wspaniałych podróży, dokonam tylu obserwacji, napiszę tyle wierszy… I że tak wiele motywów ornitologicznych pojawi się w mojej poezji.

A czy ma pan relacje z ludźmi oparte na wspólnej fascynacji ptakami?

Przede wszystkim musiałbym wymienić  wspomnianego na początku młodszego brata, Jacka. Ale oczywiście tych kontaktów jest znacznie więcej, od zawodowych ornitologów po fanów i przygodnych czytelników mojego bloga Dziennik ornitologa, który generuje sporo komentarzy. Czasami dochodzi nawet do twórczych sporów, gdy mamy odmienne zdania na temat wyglądu, głosu lub zwyczaju jakiegoś ptaka.

Rzadko się zdarza, że ktoś przejmuje pasję od młodszego – a nie starszego – rodzeństwa.

On ode mnie także sporo przejął. Miałem wtedy inne pasje, głównie sportowe, bo uprawiałem szermierkę, boks i kulturystykę. Byłem nawet bramkarzem w drugim zespole Zawiszy Bydgoszcz. Brat nie miał serca do sportu, za to poznał ornitologa, z którym chodził nad stawy rybne pod Bydgoszczą. Z uwagą słuchałem jego relacji i momentami uśmiechałem się, gdyż Jacek opowiadał najwięcej o ptakach wodnych (kaczki, gęsi, siewki), a ja najbardziej lubię gatunki śpiewające. Dopiero po latach zainteresowałem się wodniakami, gdy nad jeziorem Eire wsłuchiwałem się w głosy nurów, a potem u jednego ze znajomych poetów z okolic Niagary przeglądałem klaser z kanadyjskimi seriami, prezentującymi takie gatunki.   

Jacek obserwował ptaki, zaczął je fotografować i z czasem przerodziło się to w pasję fotograficzną. Niedługo wydamy album z jego zdjęciami. Nie tak dawno temu w domu kultury Orion w Bydgoszczy odbyła się jego wystawa i gościliśmy syna Arkadego Fiedlera. Bardzo chwalił fotografie Jacka.

Czy  pan także fotografuje?

Tak, chociaż bez spektakularnych sukcesów o charakterze zawodowym. Za każdym razem próbuję jednak zatrzymać na zdjęciu jakąś świetlistą chwilę. Pamiętam sroki błękitne, które widziałem w ogrodzie dynastii Ming w Nankinie. Chodziły po trawniku, i tak bardzo chciałem je wtedy sfotografować z bliższej perspektywy, ale jak tylko się zbliżałem, to umykały.  To była jedna z tych chwil szczęścia, o których wspomniałem wcześniej…

RETARDACJE

Żyjemy w ciągłym biegu, pędzimy donikąd, stale wyznaczamy sobie odległe cele. Czasami jednak zatrzymujemy się w pędzie – kontemplujemy granat nieba i delikatny rysunek igieł wiecznie zielonego drzewa. To są nasze najpełniejsze chwile, pulsujące myślą i barwą, dalekim poblaskiem i ledwie słyszalną melodią świata. Są takie momenty w symfoniach Beethovena i Dworzaka, gdy nagle orkiestra cichnie – po wzniosłych tonach, po dumnych fanfarach i zaangażowaniu wszystkich instrumentów, nagle robi się cicho i tylko flet, fagot albo rożek angielski nucą smutną melodię istnienia. Jakże ważne w naszym życiu jest zauważenie takich zatrzymań w kadrze, jakże potrzebna jest głęboka refleksja i wyodrębnianie chwil pierwiastkowych. Nasze losy miały swoją inicjację i wciąż podążają do finału, lepszego czy gorszego, marnego lub wzniosłego. Ten ruch oddala refleksję, uwodzi nas dynamiką i poczuciem skończoności, zamykania się kolejnych etapów i czasem wręcz gasi świat. A przecież – jak Homer w Iliadzie – musimy wprowadzać do życia retardacje, musimy potęgować napięcie i rozglądać się uważnie dookoła. Okaże się wtedy, że światło na liściach topól ma taką samą wartość jak błyski na wodzie jeziora o zmierzchu, a błękit nieba jest potwierdzeniem oddechu i dopełnieniem kolejnego magicznego kręgu. Jeśli prawdziwie istnieje rzeczywistość, w której jesteśmy zatopieni, jak pradawny owad w bursztynie, nasze zamyślenia konstruują światy wewnętrzne i organizację życia przenoszą na wyższy poziom samoświadomości. Dlatego… zatrzymujmy się w pędzie… kontemplujmy świat i samych siebie… bądźmy sobą w sobie… Takie retardacje są nieodzowne.

       

ZŁY DUCH (10)

Wiele lat minęło od momentu, gdy beng wniknął w czarny kolec i zmartwiał, zasnął, postanowił przeczekać wielkie dziejowe burze. Nie wiedział, że jego niezwykłą kryjówkę pochwycił wielki ptak chtoniczny i zaniósł do pruskiego miasta, położonego nad niewielką rzeką, toczącą w dal czyste wody, pełnego kościołów i spichlerzy. Kolec upuszczony w locie spadł na dwupiętrowy budynek i wbił się w papę, okrywającą dach, dodatkowo zakonserwowaną czarną smołą. Uderzenie przebudziło go na chwilę i ujrzał Hildegardę leżącą w zakonnej infirmerii, otoczoną innymi mniszkami, trzymającymi płonące gromnice i szepczącymi modlitwy. Wyczuł, że został przeniesiony ku siedemnastemu dniu września 1179 roku i znalazł się ponownie w Rupertsburgu koło Bingen nie bez powodu. Umierająca staruszka w habicie nie miała już siły mówić, ale dała znak by ukochana nowicjuszka zaczęła czytać wybrane przez nią fragmenty pism. Przepiękna dziewczyna postąpiła do przodu, skłoniła się matce przełożonej i zaczęła głosić przesłanie tembrem wyrazistym i dźwięczącym jak dzwonki mszalne: Są cztery rodzaje śmierci, tak jak możemy wyodrębnić cztery kategorie umierających ludzi. Śmierć świętych, którzy wnikają w wieczność w ekstazie i poczuciu łączności z Trójcą Przenajświętszą. Te byty topnieją jak śnieg pośród ciepłych, wiosennych powiewów i łączą się ze stwórcą w sposób doskonały. Po drugiej stronie istnienia są ludzie silnie uzależnieni od spraw ziemskich, toczący nieustanne boje o przetrwanie, pławiący się w użyciu i drwiący z nakazów boskich. Ci są jak liście oderwane od drzew i targane we wszystkie strony chłodnymi wiatrami jesieni. Nie oni są jednakże najgorsi, bo szybciej do piekła trafią ci, którzy zostali obdarzeni talentami i boskimi darami, a sprzeniewierzyli się i wszystko zmarnowali. Malarze, którzy nie stworzyli wielkich dzieł, snycerze bez posągów i sarkofagów, muzycy bez koncertów i symfonii, złotnicy, którzy nie przyoblekli koron królewskich w drogie kamienie i nigdy nie zobaczyli pysznych bransolet, które mieli wydobyć z nicości. Cienie dwudziestu zakapturzonych mniszek, powiększone przez płomienie świec, pochylały się na ścianach nad umierającą, a beng skupił swój wzrok na wielkiej rzeźbie Jezusa, wykonanej z kararyjskiego marmuru i zawieszonej na ścianie. Wyczuł w niej jakąś dziwną anomalię i już po chwili wypłynął z niej jego pan, rozpostarł nietoperze skrzydła, uniósł do góry prawy szpon i czarnymi ślepiami przeszył zgromadzone osoby. Przez chwilę zawiesił też wzrok na bengu i bez słowa nakazał mu natychmiast wniknąć w ciało Hildegardy, ale nie zauważył, że jego podwładny jest tylko nikłym poblaskiem dawnego sługi. Nowicjuszka czytała dalej: Najbliższa Panu jest śmierć zwykłych, szarych ludzi, którzy nigdy nie zwątpili w jego istnienie i wychwalali go rankiem, w południe i o zmierzchu. W tej chwili za oknami klasztoru zaczął wiać silny wiatr, a wysokie drzewa pochylały się rytmicznie w dół i w górę. Mniszki śpiewały cicho tęskną pieśń skomponowaną przez ich przełożoną, a Szatan tylko skrzywił się w sobie i dał niewidzialny znak demonom, by wychyliły się zza granic piekła i stanęły w szeregach, gotowe do boju. Hildegarda czuła, że opuszczają ją siły i traci wiarę, ale z żalu za grzechy wydobyła ostatnią pochwałę Boga i uprosiła go, by jeszcze raz pozwolił jej stoczyć walkę ze złem. Beng zadrżał, gdy ujrzał, że z płomieni gromnic wypływają najpierw trzej mocarni archaniołowie z kryształowymi mieczami, a za nimi suną ogromne, uzbrojone hufce anielskie. W górze, niczym wielka aureola, pojawił się sam Jezus, migotliwy, jasny, powiewający jak sztandar, błogosławiący Hildegardę. Zobaczyła to i uśmiechnęła się do swego życia, pełnego cudownych roślin, jaskrawych ptaków i smutnych pieśni głoszących pochwałę życia w świętości. Zamykając oczy była pewna, że siły zła nie przemogą dobra i świat nie skończy się wraz z jej odejściem.      

Beng w jednej chwili zrozumiał, że władca sadzy i spalenizny poniósł straszliwą porażkę i bojąc się jego gniewu, czym prędzej wrócił na dach dalekiego domu. Już chciał ponownie wniknąć w kolec, gdy nagle zobaczył nagą Martę, stojącą przed lustrem i mierzwiącą włosy na swoim łonie, a potem ubierającą się  strojnie. Zaciekawiony i onieśmielony jej urodą, wniknął w nią, myśląc, że pobędzie w tym pięknym ciele przez chwilę, rozejrzy się w niej, spojrzy jej oczyma na świat i wróci do swojej kryjówki. Nieoczekiwanie zobaczył w niej coś, co go zafrapowało, a jak Marta przysiadła na sofie, wsunęła dłoń za majtki i zaczęła delikatnie dotykać swojego łona, postanowił pobyć w niej nieco dłużej. Dziewczyna nie rozumiała dlaczego wychodząc z domu poczuła nagle pulsowanie krwi u zbiegu ud, a w jej wyobraźni pojawił się urodziwy kominiarz, z którym czasem rozmawiała przy domu lub na ulicy. Na jej twarzy zakwitł  wyraźny rumieniec, ciało zaczęło lekko pulsować, a dłoń stała się dociekliwa, jakby szukała czegoś w ciemności. Nagle napłynęło wielkie gorąco, coś trysnęło w niej, przymknęła oczy i wydała z siebie jęk zadowolenia, czując się spełniona i wyzwolona. Zdarzało się jej wcześniej dotykać łona, ale pierwszy raz zrobiła to tak intensywnie, że zniknęła sama w sobie i poszybowała ku niewidzialnym dalom. Szybko oddychająca odczekała kilka minut, po czym podeszła do lustra, poprawiła fryzurę i lekki makijaż, spod którego wciąż wyraziście wydostawał się rumieniec. Miała umówione spotkanie w domu bogatego Żyda, więc wyszła na ulicę i skierowała się ku centrum miasta, gdzie miała zamiar dojść w pół godziny. Robiła to wielokrotnie i doskonale wiedziała ile czasu zajmie jej droga, musiała tylko zejść do Placu Poznańskiego, a potem ulicą Poznańską i Długą przedostać się do Starego Rynku i niewielkiego zakątka handlowego przy uliczce Jatki. Wychodząc z podwórza ze zdumieniem zobaczyła kominiarza, który na jej widok przystanął na rowerze, ściągnął czarny melonik i z promiennym uśmiechem na umorusanej sadzami twarzy, odezwał się do niej:

– Pani Marta, jak zawsze piękna… pewnie do kawalera jakiegoś idzie…

Dziewczyna uśmiechnęła się na widok mężczyzny i pomyślała o tym, że dopiero co kochała się z nim  w wyobraźni. Patrząc z satysfakcją na jego mocarną sylwetkę, powiedziała filuternie:

– Gorącą randkę już dzisiaj miałam i nigdy nie zgadłby Bronek, z kim… Może kiedyś Ci powiem, ale teraz muszę iść na spotkanie z pracodawcą, który chce mnie zatrudnić. Kominiarz poczuł się jakby nagle poraził go grom, bo od dawna podkochiwał się w najpiękniejszej dziewczynie na ulicy Strzeleckiej i czasem nawet podglądał ją w pokoju z dachu domu usytuowanego naprzeciwko. Ach, ile by dał, by jego wybrała i została wytęsknioną żoną i jakże by ją kochał, jak czule by pieścił i otaczał opieką. Jej żartobliwe słowa zdruzgotały go, wsiadł na rower i ruszył przed siebie, a ona poszła w drugą stronę, czując się lekka i pachnąca, podekscytowana nową życiową sytuacją, która nagle pojawiła się nie wiadomo skąd. Beng też ożywił się w niej i poczuł się niezależny, jakby nie był pasożytem lecz integralną cząstką jej bytu. Zwolniła nieco kroku, bo zerkając na mały, damski zegarek, stwierdziła, że ma jeszcze sporo czasu do spotkania, a nie chciała się spocić podczas drogi, a do tego skórzane czółenka lekko obcierały jej najmniejsze palce u stóp. Znalazła się u wejścia na plac, leżący w rozległej dolinie i minęła duży dom pensji dla zamożnych panien, w którym pokojówką była jej przyjaciółka Herta, Niemka prawie tak piękna jak i ona. Czasem, gdy razem szły ulicą, rozkoszowały się cmoknięciami i pogwizdywaniem mężczyzn, ale wciąż nie miały narzeczonych, choć ciekawie popatrywały na niektórych chłopców. Tak była zatopiona w swoich myślach, że sama zdziwiła się , gdy stanęła u drzwi Dawida Cohna uderzyła w nie dużą, mosiężną kołatkę w kształcie lwa i zerknęła na mezuzę przyczepioną do zewnętrznej futryny. Dobrze zapamiętała napomnienie Jakuba Rozenfelda, by dotknąć jej gdy otworzą jej drzwi. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo i już chciała drugi raz zakołatać, gdy nagle klucz zachrzęścił w zamku i tafla bogato rzeźbionego dębu odsunęła się do środka. Przed nią stał nieco grubawy mężczyzna w czarnym chałacie i kapeluszu, z mycką na głowie i niezbyt długimi pejsami wiszącymi przy obu policzkach. W ostatniej chwili przypomniało się jej, że powinna dotknąć mezuzy i dopiero wtedy postąpiła do przodu, wycierając jeszcze swoje buty o grubą wycieraczkę z juty. Gdy znalazła się w środku poczuła się oszołomiona bogactwem mebli i czystością obrusów, zasłon i kilimów. Na stole przy ścianie stał ogromny kryształowy wazon, a przy nim leżała płaska czara, pełna czekoladowych cukierków w kolorowych papierkach. Dawid tylko raz spojrzał na dziewczynę i natychmiast zrozumiał, co miał na myśli jego przyjaciel, gdy powiedział, że kandydatka na służącą ma urodę księżniczki z czasów króla Salomona. W swoim życiu widział wiele pięknych kobiet i kilka z nich miał w swoich ramionach, ale uroda i kształty tej istoty prawdziwie go zdruzgotały. Pomyślał, że demony piekielne przysłały mu pokusę w ludzkim ciele, której nie zdoła sprostać i był prawie pewien, że nie zatrudni Marty. Beng natychmiast to wyczuł i posłał ku niemu przekaz energetyczny, płynący z samego jądra wszechświata i z czasów, gdy materie zderzały się ze sobą i natychmiast rozżarzały się do czerwoności.

BEZKRWAWE ŁOWY WONGA SIFU (3)

Raz jeszcze publikuję nieco zdjęć zjawiskowych chińskich ptaków fotografa i ornitologa z Hong Kongu Wonga Sifu. To ogromna rzadkość móc obcować z tak klarownym i czystym pięknem…

BROMBERG (27)

Wczesnym rankiem dwudziestego września 1939 roku furgon sanitarny Dawida Arona dotarł do Grodna, ale podróżni postanowili nie zatrzymywać się w mieście i szybko podążyli na północ, w stronę Litwy i państwa sowieckiego, gdzie spodziewali się znaleźć azyl u rodziny Szmula Lewiego. Minęli szybko rynek i ledwie zerkając na okazałą, białą bazylikę z zielonymi kopułami, pod wezwaniem św. Franciszka Ksawerego, mknęli dalej do mostu na Niemnie. W mieście panował harmider i sporo wozów wypełnionych ludźmi i ich dobytkami jechało na południe, na wchód lub na zachód. Tłumy pieszych też tam się kierowały, co zaskoczyło Dawida i Szmula, ale panikę uznali za efekt szybkiego zbliżania się wojsk niemieckich. Przystanęli na wzgórzu, za mostem i przyglądali się z przyjemnością wolno płynącej rzece, która nie była jeszcze zbyt szeroka w tych okolicach i wyglądała malowniczo pośród pagórków. Zjedli coś ze swoich zapasów i wytyczyli kierunek ku wsi Pyszki, w której chcieli przenocować i wykąpać się w bani u żydowskiej rodziny, którą policjant odwiedził podczas podróży na wschód w 1935 roku. Bali się chłopów, i nikogo o nic nie pytali, bo wcześniej niejednokrotnie słyszeli relacje o zabijaniu bogatych Polaków i Żydów na wschodnich kresach. Furgon i ich dobytek mogły być łakomymi kąskami w tym podłym czasie, a przemykanie polskimi drogami nauczyło ich, że najlepiej podążać do przodu i nie oglądać się za siebie. Już mieli wsiadać do samochodu, gdy nagle zza gęstych drzew wyłonił się niewielki czołg z dwoma wojskowymi w hełmofonach, stojącymi w otwartej wieżyczce. Po chwili za nim wyszło kilkunastu piechurów w zielonych kurtkach i okrągłych czapkach z daszkiem na głowach i inne wozy bojowe. Kroczyli w wysokich buciorach, z karabinami na ramionach i kocami zwiniętymi w rulon, owiniętymi wokół tułowi. Jeden z nich wycelował w mężczyzn stojących przy samochodzie i strzelił, trafiając w prawe drzwi pojazdu. Także jeden z czołgistów wycelował w nich, ale sunący na czele piechurów dowódca uniósł rękę ku górze i krzyknął:

Не стреляйте, нам нужны языки…[1]

Na ucieczkę już było za późno, więc Dawid i Szmul unieśli ręce ku górze i czekali na dalszy bieg zdarzeń. Szybko otoczyła ich spora grupa żołnierzy, z której wysunęli się czterej niscy enkawudziści w czarnych skórzanych kurtkach. Jeden z nich wyciągnął pistolet Walter i wymachując nim w kierunku schwytanych, nakazał:

 – Отведите их в ту лачугу в роще, где мы тех мужиков уничтожили… Там их допросим.[2]

Natychmiast wysunęło się do przodu kilku piechurów i jeden z nich otworzył tylne drzwi furgonu, a potem  jako pierwszy wskoczył do środka. Pozostali wepchnęli do niego obu Żydów i też wgramolili się do blaszanej budy, a jeden z nich wsiadł do szoferki razem z grubawym enkawudzistą i przekręcił kluczyk w stacyjce, uruchamiając auto. Zawrócił  wprawnie na niewielkiej przestrzeni i pomknął gliniastą drogą, mijając oddziały i kolejne czołgi, sunące w stronę Grodna. Obie kobiety okryły drżącego Chaima kocem i przytuliły się do niego, lokując się przy prawej ścianie auta, trzymając się za ręce i pochlipując cicho. Żołnierze o mongoloidalnych twarzach patrzyli rozpłomienionymi, czarnymi ślepiami na nie bez słowa, od czasu do czasu zerkając na siebie i odsłaniając zepsute i żółte od tytoniu zęby.

 – Смотри, Саша, две хорошенькие суки… Посмотрим, будут ли они лучше последних мужиков[3] – odezwał się wreszcie jeden z nich do siedzącego obok niskiego chłopaka w za dużej czapce z daszkiem, stale zsuwającej się mu na nos.    

Nie jechali długo, może dwadzieścia minut, może pół godziny i znaleźli się przy typowej wiejskiej chacie, pomalowanej na niebieski kolor i krytej grubą strzechą. Wyszarpnięto ich z furgonu i natychmiast rozdzielono, kobiety popychając ku niewielkiej stodole, a mężczyzn i chłopca prowadząc do środka domostwa. Uwadze Arona i Szmula nie umknęły okrwawione trupy dwóch chłopów, starca i młodzieńca, wiszące z boku chaty, zaczepione u powały dachu. Nieco dalej, w gnoju, przy oborze leżały na brzuchach dwie półnagie kobiety, z odsłoniętymi okrwawionymi pośladkami. W środku domu panował straszliwy bałagan, jakby potężny wicher przetoczył się przez niego kilka razy. Na podłodze leżały zbite butelki po wódce, jakieś papiery, garnki zrzucone z pieca i łuski od pocisków. Enkawudzista pchnął uwięzionych mężczyzn i chłopca do bocznej komórki, a sam rozsiadł się na ławie, przy jeszcze ciepłym piecu. Wyciągnął z kieszeni skórzanej kurtki paczkę papierosów, zapalił jednego z nich i szybko wydał rozkaz szeregowcowi, stojącemu przy drzwiach komórki:

– Dawajcie najpierw tego starego…

Żołnierz zasalutował do daszka czapki, wszedł za futrynę bez drzwi i po chwili wyszarpnął z izby Dawida. Bezceremonialnie pchnął go do przodu i przycisnął bagnetem karabinu, tak, że mężczyzna upadł na kolana.

– Co tutaj robiliście, żydowskie skurwysyny…? – odezwał się enkawudzista nienaganną polszczyzną, z poprawnym akcentem.

Aron bał się unieść głowę, robiło mu się niedobrze, ciągle przed jego oczyma byli żołdacy popychający do obory obie kobiety, ale od razu odpowiedział:

– Jak to podczas wojny panie dowódco, uciekaliśmy z Bydgoszczy przed Niemcami, do Rosji, bo tam mieszka rodzina mojego przyjaciela, tego tu policjanta…

– I myśleliście gnoje, że nasza ojczyzna przyjmie was z otwartymi rękoma…? Znam ja dobrze takich jak wy, bo mój ojciec harował pół życia u żydowskiego fabrykanta… Za psie pieniądze…, a ten chuj mieszkał w wielkiej kamienicy i jebał najładniejsze pracownice…Moją siostrę też skaził swoim brudem…

– Ja zawsze szanowałem moich pracowników panie dowódco…– powiedział ze smutkiem Aron.

– Ach… to ty też bogaciłeś się na klasie robotniczej…? No to teraz zapłacimy ci za to…Z nawiązką… A twoją babę oddam najgłupszemu Uzbekowi…– z szyderczą miną powiedział wojskowy, cedząc słówka syczącym głosem.

Spojrzał na dwóch innych żołnierzy stojących przy wejściu do chaty i ruchem głowy dał im znać, że mają zabrać mężczyznę. Ci natychmiast doskoczyli do niego i chwytając go pod ramiona, szarpnęli tak, że od razu stanął na nogach i potoczył się między nimi na zewnątrz. Gdy mijali enkawudzistę, ten zrobił znaczący ruch wskazującym palcem pod brodą i zacisnął pięść z zaciętą miną. Aron zamarł z przerażenia, bo zrozumiał, że to są już jego ostatnie chwile, a gdy jeszcze usłyszał krzyk żony w oborze, tak przeraźliwy jakby ją odzierano ze skóry, poruszał nogami jak omdlały i szeptał tylko: O Adonai…, Adonai… Doprowadzili go przed dół z gnojem, gdzie leżały zabite wieśniaczki, wyciągnęli z kieszeni srebrne monety, mały grzebień i jakieś puzderko, a potem, nie czekając dłużej, zarepetowali karabiny. Jeszcze zdążył spojrzeć w górę, na błękitne niebo i raz jeszcze szepnąć imię Pana, po czym głośna salwa z dwóch mauzerów rozerwała jego głowę i zgasiła świadomość.

 W tym samym czasie Szmul Lewi tulił swojego cicho płaczącego syna wierząc, że wszystko się jakoś odmieni, ale gdy usłyszał salwę karabinową stracił wszelką nadzieję. Docierały też do niego krzyki żon, dobiegające spoza domu i przez chwilę zaczął rozważać, czy nie rzucić się na wartownika, wydrzeć mu karabin i walczyć o życie własne i bliskich. Niestety nie było już na to czasu, bo enkawudzista nakazał przyprowadzić go do siebie i zaczął przesłuchanie.

– Podobno twoja rodzina mieszka w naszym kraju…? – spytał.

– Tak panie oficerze – grzecznie odpowiedział Szmul po czym dodał – Dwa razy ich odwiedziłem i zawsze wpuszczano mnie do Rosji bez problemów. Zawsze popierałem wasze przemiany, a towarzysza Stalina szczerze podziwiam…

Przesłuchujący uśmiechnął się cierpko, popukał w czoło Szmula, po czym odwrócił się na pięcie, usiadł z powrotem na ławie i powiedział:

– Widzę, że masz olej w głowie i gorączkowo próbujesz wyprowadzić mnie w pole… Wy brataliście się z Piłsudskim, a nie z Josipem Wissarionowiczem… A teraz nasza Czerwona Armia weszła nagle ze wschodu do kraju Polaczków i razem z Hitlerem zapłaci wam za lata zniewag…i za ten wasz, ha, ha… cud nad Wisłą… Nie ma już dla was ratunku…Chociaż może ty nam się przydasz i udzielisz informacji o ich strukturach wojskowych i policyjnych. Odsyłam cię na tyły, gdzie się tobą zajmą nasi towarzysze… Jeśli powiesz wszystko, o co cię zapytają, może przeżyjesz…

– A co się stanie z moją żoną i synkiem panie dowódco…? – spytał z przerażeniem w głosie Szmul.

– Z twoją suką może sam się zabawię… – powiedział cynicznie enkawudzista, dotykając lufą pistoletu skroni policjanta – a tego zasmarkanego pędraka weźmiemy do Rosji i wychowamy na naszego obywatela, więc nie martw się o niego. Nasz batiuszka ma dobre serce…i kocha pionierów…

Szmul nie wiedział kiedy znalazł się poza wiejską chatą, bo jakby stracił przytomność. Powłóczył nogami, podążał tam, gdzie mu kazano, ale nie było go już w sobie. Zarekwirowanym furgonem Arona powieźli go na jakiś dworzec kolejowy i wsadzili do bydlęcego wagonu, w którym tłoczyło się już sporo polskich oficerów. Usiadł na podłodze i zakrył dłońmi twarz, nie czując, że ktoś litościwie okrył go wojskowym płaszczem. Łkał jak dziecko, a myślami biegał do szczęśliwych chwil z żoną i synkiem, do wspólnych spacerów nad brzegiem Brdy i do spotkań rodzinnych w kawiarni na głównej ulicy miasta. W tym samym czasie, w śmierdzącej świńskimi fekaliami oborze czterech rosyjskich żołnierzy trzymało w powietrzu obdarte z ubrań ciało Mirełe, a kolejni skośnoocy pobratymcy dostawiali się do niego i wykonywali szalone ruchy. Na ziemi dogorywała jeszcze Estera, którą gwałcili na zmianę przez cały dzień i pół nocy, aż straciła przytomność. Teraz w nagie łono celował z oddali z karabinu najbardziej pijany żołnierz, ale jeszcze miał tyle sił, by podejść bliżej, wsunąć jej lufę między nogi i pociągnąć za cyngiel. Salwa, która się rozległa dodała im animuszu, pili i skakali przy Mirełe, a potem i ją w pijackiej furii zadźgali bagnetami. Dopiero rankiem następnego dnia oba trupy zawlekli na gnojowisko i porzucili obok ciał wieśniaków i żydowskiego przedsiębiorcy.

[1] Nie strzelać,   potrzebujemy języków…

[2] Wziąć ich do tej chałupy na zagajnikiem, przy której rozwaliliśmy tych chłopów…Tam ich przesłuchamy.

[3] Sasza zobacz, dwie niezłe suki… Zobaczymy czy będą lepsze od tych ostatnich chłopek…

POWIEW HISTORII

W jednym z bydgoskich bookcrossingów znalazłem sześć tomów wydania Historii powszechnej Trzaski, Everta i Michalskiego, którą opublikowano w latach 1934–1937. Zaniosłem tam zatem nieco swoich książek i wymieniłem na tę niegdyś luksusową edycję. Wyczytałem na stronach redakcyjnych, że drukowano ją czcionkami Drukarni Narodowej w Krakowie i dodatkowo wyposażono w wiele ilustracji, map oraz kilkadziesiąt tablic czarno-białych i wielobarwnych. Tomy wydano w twardych, wiśniowych oprawach, z tworzywa imitującego skórę i opatrzono charakterystycznym godłem oficyny, w dolnej części grzbietu. W latach trzydziestych dwudziestego wieku musiało to być bardzo pożądane wydawnictwo, dające wyobrażenie o najważniejszych wydarzeniach historycznych i osiągnięciach ludzkości przed II wojną światową. Obecnie te artykuły i hasła w większości się zdezaktualizowały, a w częściach geograficznych brakuje informacji o najważniejszych odkryciach i ustaleniach, które miały miejsce w latach późniejszych. Porażające są też błędy zespołu opracowującego tomy, pracującego w czasach, gdy daleko jeszcze było do Internetu i powszechnej dostępności informacji. Jakkolwiek by jednak nie traktować tej publikacji, będącej wyciągiem z Wielkiej historii powszechnej tego zasłużonego dla kultury polskiej wydawnictwa, warto było zapoznać się z kolejnymi tomami, a potem odstawić je z powrotem na półki bookcrossingowe. Kiedyś mi się wydawało, że będę gromadził książki w nieskończoność, ale teraz już wiem, że muszę zmniejszać moje zbiory, bo nie przecisnę się z nimi przez ucho igielne ostatniego dnia. Nie mogę też sprawić kłopotu żonie, dzieciom i znajomym, którzy też nie mają miejsca na tak wielkie biblioteki. Z bólem serca zacznę od likwidowania opracowań na temat pisarzy, którymi się zajmowałem i którym niebawem poświęcę nowe wersje potężnych monografii.

Wertując kolejne tomy Historii powszechnej nieoczekiwanie poczułem powiew historii, gdyż znalazłem w nich niezwykłe skrawki papieru, którymi ktoś zaznaczył ważne dla niego miejsca. Najpierw zauważyłem fragment winiety nazistowskiego dziennika „Ostdeuchen Beobachter” (Wschodnioniemiecki Obserwator), mutacji wcześniej ukazującego się pisma „Völkischer Beobachter”. Najpierw to był tygodnik, własność Hitlera, który uczynił z niego organ bojowy partii nazistowskiej. Od 1923 roku zaczął ukazywać się codziennie, aż do puczu monachijskiego, kiedy to jego właściciel trafił do więzienia i tytuł zamknięto. Wznowienie nastąpiło w 1925 roku, po wyjściu Hitlera na wolność i jego ranga zaczęła rosnąć, tak, że z czasem stał się symbolem niemieckiej narodowosocjalistycznej propagandy. Drukowano go w wydawnictwach Franz-Eher-Verlag i Münchner Buchgewerbehaus M. Müller & Sohn aż do 30 kwietnia 1945 roku, kiedy to ukazał się jego ostatni numer. Znaleziony przeze mnie fragment winiety pochodził z 23 czerwca 1942 roku, a cząstka artykułu świadczyła o tym, że na pierwszej stronie relacjonowano sukcesy armii Erwina Rommla w Afryce, brawurowo atakującej wojska osi antynazistowskiej. Tobruk poddał się wtedy po siedmiu dniach, a niemiecki generał zyskał przydomek „Lis pustyni”. Patrząc na ten skrawek gazety pomyślałem o tysiącach żołnierzy, którzy zginęli wtedy w Libii i o bezduszności Hitlera, realizującego chore pomysły imperialistyczne. Dodatkowo zamyśliłem się nad dwudziestym wiekiem i moim pojawieniem się dopiero w 1958 roku. Na razie – w 1942 roku – moja mama miała dwa latka i bawiła się w piasku przy domu na ulicy Strzeleckiej w Bydgoszczy, a mój tata miał lat osiem i pracował ciężko na polu ojca w Wielkopolsce. Dokumentują to czarno-białe, pogniecione fotografie, które zachowały się w archiwach rodzinnych i zostały mi przekazane do digitalizacji. W roku 1942 ktoś oderwał kawałek pierwszej strony starej strony gazety i wsunął między karty grubej książki i zapewne czynił tak często, bo w kolejnych tomach zachowały się inne skrawki. Myślę, że mole książkowe mają wiele takich doświadczeń, a w bibliotekach świata znajdziemy ogromne ilości ulotnych świadectw czasu i ludzkiego działania. To znakomity pomysł na powieść – jakiś bohater znajduje coś w książkach i zaczyna podążać tropem znaleziska, dodając kolejne elementy jakiejś intrygi. Poniekąd tak czynię w tym wpisie, zaczynając od części winiety „Ostdeuchen Beobachter” i podążając torem wiadomości znalezionych w necie.

Wskazywane wyżej tomy Trzaski, Everta i Michalskiego związane były z Bydgoszczą, o czym świadczą dwa kolejne znaleziska. Pierwsze z nich, to fragment okólnika pochodzący z 24 listopada 1941 roku: Rundschreiben! An die Baufūhrer, Poliere, Lagerverwalter und Bauschsreiber! (Okólnik! Do brygadzistów, majstrów, kierowników magazynów i pracowników budowlanych!). Ktoś na początku lat czterdziestych i w trzecim roku okupacji odciął od kartki urzędowego maszynopisu górną część i umieścił ją w tomie jako zakładkę. Nagłówek z nazwiskiem rzuca nieco światła na to, kim mógł być właściciel książek, bo pojawia się on w licznych dokumentach historycznych, niestety często w niechlubnych sytuacjach. Mowa o Richardzie Mielkie, właścicielu firmy budowlanej Bau und Holzindustrie, której główna siedziba mieściła się w domu numer 22, przy ówczesnej ulicy Alberta Forstera. To obecnie znane miejsce w Bydgoszczy – Dworcowa 22, gdzie mieści się popularna pizzeria Ambar. W czasie okupacji rezydował tam człowiek, który podjął się rozbiórki kościoła pojezuickiego pod wezwaniem św. Ignacego Loyoli. Był on właścicielem firmy Hoch und Tiefbau Holzidustrie, która rozebrała to, co pozostało ze świątyni po eksplozjach dynamitu, dodatkowo niwelując także sąsiednie domy przy niej. Według zachowanego kosztorysu Mielke zażądał za te prace od gminy miejskiej 25 tysięcy 391 marek, a zarządcy miasta przejęli też cegły do powtórnego wykorzystania. Niemiecki przedsiębiorca był bardzo sprawny, bo rozbiórka i sprzątanie trwały tylko od lutego do kwietnia 1940 roku. Mielkie wykonywał swoje prace, gdy właściwe rozkazy wydali Gauleiter Forster i nadburmistrz Brombergu Werner Kampe. Pierwszy z nich był patronem ulicy, przy której mieszkał właściciel firmy i 28 lutego 1952 roku został stracony za zbrodnie wojenne w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Z kolei wykonawca jego rozkazów i kat Bydgoszczy, ukrywał się w sowieckiej strefie okupacyjnej Niemiec, a potem przedostał się do RFN-u i zmarł dopiero w 1974 roku w Hannowerze. Polskiemu reporterowi Krzysztofowi Kąkolewskiemu, który go odszukał i poprosił o wywiad, powiedział: O czasach wojny najlepiej niech pan zapomni…

Także trzecie znalezisko z tomów Historii powszechnej związane jest z Bydgoszczą – niewielka, prostokątna karteczka reklamowa introligatorni Karola Górala, mieszczącej się przy ulicy Krasińskiego 4. To także znane miejsce w naszym mieście, tuż za kamienicą narożną ulicy Gdańskiej i wielu mieszkańców przechodziło tamtędy przed wojną, zmierzając ku cmentarzowi ewangelickiemu w obecnym Parku Ludowym. Nie udało mi się znaleźć szerszych informacji o tym zakładzie i jego właścicielu, ale nazwisko Góral zaistniało w moim życiu, gdy zacząłem trenować piłkę nożną w Polonii Bydgoszcz. Wtedy moim trenerem był Jan Góral, znany niegdyś w Bydgoszczy piłkarz i doskonale zapamiętałem jak dawał mi w kość podczas treningów bramkarskich. Nie potrafię powiedzieć czy był spokrewniony z przedwojennym introligatorem, czy też nie, i może któryś z czytelników mojego bloga dopowie coś w tej sprawie.

« Older entries

%d blogerów lubi to: