ŻONA HIMMLERA

Margarete Himmler z domu Boden

W związku z pisaną powieścią pt. Bromberg przeprowadziłem historyczne dochodzenie i wybrałem się samochodem do Goncarzewa, nieopodal mojego miasta. Starczyło minąć Osową Górę, przemknąć do Wojnowa i Sicienka i już pojawiła się niewielka wieś, w której 9 września 1893 roku urodziła się Margarete Boden, zapisana w historii jako żona Heinricha Himmlera, jednego z największych oprawców nazistowskich. Kobieta musiała być w młodości bardzo kochliwa, bo szybko wyszła za mąż, przyjęła nazwisko Siegroth i również ekspresowo, rozwiodła się z owym tajemniczym mężczyzną, o którym niewiele wiemy. Może po tym zniknęłaby w otchłaniach historii, gdyby nie wybrała się na wakacje do Włoch i w pociągu nie poznała przyszłego kata narodu żydowskiego. Kobieta wychowała się w bogatym majątku ojca i szybko zasłynęła w okolicy z delikatnej urody. Lubiła wtedy wędrować po polach i często zachodziła też na niewielki cmentarzyk ewangelicki w jej wsi, gdzie składała polne kwiaty na niemieckich grobach. Dzisiaj Goncarzewo jest typową polską wioską, z zabudową z czasów PRL-u, powoli zyskującą nowe, nowocześniejsze domostwa – łatwo też możemy sobie wyobrazić jak wyglądało to miejsce w czasach pruskich, zatopione pośród łanów złocistych zbóż, ocienione sadami jabłoni, śliw i grusz. Ojciec Margarete – Hans Boden – pochodził z Pyritz, historycznego miasta pomiędzy Gorzowem a Szczecinem, które w polskich czasach nazywało się Pyrzyce. Zapewne on zadecydował, że wraz z żoną Elfride przeniosą się bliżej wschodniej granicy Rzeszy, gdzie były lepsze warunki prowadzenia gospodarki rolnej. Wszak pod koniec dziewiętnastego wieku i na początku następnego stulecia nikt nawet nie przypuszczał, że Niemcy utracą te ziemie i będą musieli wynosić się na zachód. Jak zwykle w rodzinach gospodarskich, gdzie potrzebne były ręce do pracy, Margarete dorastała w rustykalnych przestrzeniach z dwoma braćmi i trzema siostrami. Z tamtych czasów zapamiętała wyprawy bryczkami do pobliskiej wsi Klein Sittno (Sicienko), gdzie w dużym kościele protestanckim pastorem był dr. Oswald Teper, misjonarz z Chin. To on udzielił jej pierwszego ślubu i później wielokrotnie opowiadał o sztuce i kulturze Kraju Środka. Te barwne narracje powodowały, że w jej wyobraźni pojawiały się wielkie rzeki, ośnieżone szczyty i dziwne zwierzęta, a nade wszystko nieprzebrane rzesze skośnookich ludzi.

Kępa roślinności w Goncarzewie kryjąca w sobie stary ewangelicki cmentarzyk

Himmler zauroczył się, nieco już korpulentną blondynką, i zaczął prowadzić z nią korespondencję, w której podkreślał, że wyczuł w niej niezwykle energiczną osobę. W systemie jego poglądów na temat czystości rasy germańskiej, takie kobiety miały w przyszłości rodzić nowych Niemców. Margarete miała niebieskie oczy, burzę jasnych włosów i do tego jeszcze była pielęgniarką, co miało dodatkowy walor utylitarny dla agronoma, robiącego oszałamiającą karierę w partii nazistowskiej. Nie przeszkadzało mu, że była od niego starsza o siedem lat, wszak wyczuwał, że jako reproduktorka podoła zadaniom żony, a dodatkowo będzie u jego boku wyrazistą manifestacją cech aryjskich. Podobało mu się też i to, że Margarete umiała brać sprawy w swoje ręce i realizować trudne przedsięwzięcia. Po tym jak ojciec dopomógł jej w kupnie udziałów w berlińskim domu opieki, zaczęła go prowadzić i pracować w nim jako siostra przełożona, z bardzo dobrą pensją. Połączyła ich także wspólna nienawiść do Żydów, których oboje określali jako motłoch. Żona Himmlera poznała ich w Brombergu, gdzie zaczęła uczęszczać do szkół dla dziewcząt i gdzie często chodziła do Teatru Miejskiego. Miasto rozwijało się wtedy w zawrotnym tempie i szybko zaczęto je określać jako kleine Berlin, a wielkie parki i reprezentacyjne budynki użyteczności publicznej wyrastały każdego roku jak grzyby po deszczu. Córka bogatego junkra z Goncarzewa nie mogła wszakże zaakceptować powiększającej się społeczności żydowskiej, manifestującej swoją odrębność i bogacącej się na podejrzanych interesach. Młode małżeństwo często prowadziło długie dysputy – on mówił o nadużyciach w Republice Weimarskiej i inwazji Żydów w Niemczech, a ona wspominała swoje bydgoskie lata i także w negatywnym świetle przedstawiała tendencje filosemickie władz miasta, w którym się kształciła. Himmler był dumny, że jego żona brała udział w Brombergu w licznych uroczystościach o charakterze narodowym, a potem została pielęgniarką i na frontach pierwszej wojny światowej pielęgnowała rannych żołnierzy niemieckich. Z wielkim żalem opuszczała rodzinne Goncarzewo, gdy ziemie te po Traktacie Wersalskim przyznano Polsce, ale też szybko zaaklimatyzowała się w Berlinie, który był dla niej nowym wyzwaniem i szansą na osiągnięcie określonego statusu społecznego.

Niszczejące pozostałości po cmentarzu

Himmlerowie pobrali się w 1928 roku, a rok później na świat przyszła ich jedyna córka – Gudrun. Kupili niewielki majątek, niedaleko Monachium, gdzie on wrócił do swoich pasji rolniczych, uprawy ziół i hodowli kurczaków, a ona mogła organizować rauty i zapraszać żony innych ważnych nazistów. Wstąpiła też do NSDAP i szybko stała się ważną postacią w środowisku, generując tyleż pochlebnych, co negatywnych opinii. Niektóre z żon przywódców III Rzeszy zauważyły, że miała przemożny wpływ na męża, otaczała go opieką, a nawet tolerowała to, że szybko znalazł sobie kochankę. Była nią Hedwig Potthas – prywatna sekretarka, doskonale wykształcona, władająca obcymi językami, a nade wszystko o dwanaście lat młodsza od Reichsführera SS. Szybko urodziła mu syna i córkę, co nie było tajemnicą w ówczesnych niemieckich gremiach dygnitarskich i traktowane było jako powiększanie zasobu czystych Aryjczyków. Małżeństwo z Margarete szybko zamieniło się w związek na odległość – on stale podróżował do wielu miejsc okupowanych przez Niemców, a ona, jako nadinspektorka Niemieckiego Czerwonego Krzyża jeździła po Europie i troszczyła się o żołnierzy oraz volksdeutschów z okupowanych terenów. Jako fanatyczna wielbicielka Hitlera wierzyła w każde jego słowo i nawet, gdy wojna była już przegrana, głosiła rychły triumf III Rzeszy. Jej mąż, zdając sobie sprawę z konsekwencji swoich zbrodni na ludzkości, 23 maja 1945 roku popełnił samobójstwo, połykając cyjanek potasu. Po wojnie żona Himmlera i jego córka Gudrun przetrzymywane były w obozach dla uchodźców we Włoszech, Francji i w Niemczech, przez cały czas udając, że niczego nie wiedziały o zbrodniach męża i ojca. Ostatecznie Margarete uznano za osobę czerpiącą korzyści z nazistowskiego systemu i skazano ją jedynie na trzydzieści dni karnych robót. Nie wyzbyła się wszakże swoich narodowosocjalistycznych idei i mieszkając z córką, działała skrycie w organizacji pomagającej byłym nazistom. Choć zabrano jej emeryturę i pozbawiono praw wyborczych, żyła aż do 25 sierpnia 1967 roku, kiedy to zmarła w Monachium i została pochowana w niewiadomym miejscu. Jej i Himmlera córka odeszła z tego świata w 2018 roku.

Nagrobek nieznanej osoby w Goncarzewie

Moje historyczne dochodzenie nie odpowiedziało na pytanie, czy na zaniedbanym cmentarzu ewangelickim w Goncarzewie pochowani zostali jacyś krewni żony Himmlera. Obecnie znajduje się on w granicach niewielkiej wysepki roślinności, na rozległym, zaoranym polu i doskonale widać jak destrukcyjny charakter miał dla tej nekropolii upływ czasu. Od ostatniego pobytu Margarete w Gonarzewie, a być może też i na tym cmentarzu, minęło już ponad sto lat. Dzisiaj jest tam zaledwie kilka zniszczonych nagrobków, spośród których tylko na jednym z trudem odczytać można jakieś litery. Reszta zapadła się pod ziemię, albo została rozkradziona, z trudem też wyodrębnić można pośród hałd śmieci fragmenty muru cmentarnego z czerwonej cegły. Wszystko zarosły dzikie krzewy, w górę wystrzeliły rosochate drzewa, a zarośnięte doły świadczą o tym, że w jakichś momentach historii próbowano rozkopywać groby w poszukiwaniu kosztowności. Niczego nie dała też kwerenda w parafii w Sicienku, do której należał ten teren w czasach niemieckich, bo wszelkie dokumenty zostały zabrane za zachodnią granicę. Jakkolwiek by jednak nie było, bardzo prawdopodobne jest, że na tym opuszczonym poniemieckim cmentarzyku pochowano jakieś osoby spokrewnione z przyszłą żoną Himmlera. Zapewne wprowadzę wątek córki bogatego junkra z Goncarzewa do pisanej powieści, choć jeszcze nie wiem w jakim kierunku podążę. Możliwości narracyjnych jest tutaj sporo i są one bardzo pociągające z punktu widzenia strategii pisarskich… Wracając przez pole z samotnej kępy roślinności nie mogłem pozbyć się wrażenia, że stawiając tam kroki, dotknąłem jakiejś cząstki prawdziwej historii.           

Pozostałości pocmentarne
Śmietnisko z widocznym fragmentem dawnego muru cmentarnego
Pozostałości pocmentarne
Próby rozkopywania grobów
dav

BROMBERG (17)

Prezydent Leon Barciszewski stał na wyniosłym wzgórzu i odprowadzał wzrokiem siwą czaplę, lecącą majestatycznie w stronę horyzontu. Myślał o tym jak dziwne i nieprzewidywalne bywają ludzkie losy i jak zagadkowe jest przeznaczenie. Jeszcze trzeciego września był w Bydgoszczy, skąd ruszał samochodem do Włocławka na naradę prezydentów miast, zwołaną przez wojewodę pomorskiego Władysława Raczkiewicza, a potem dalej ku wschodniej granicy odrodzonej Rzeczypospolitej. Teraz przed oczyma przesuwały mu się ruchome obrazy, jakby wypływające z głębokiego jaru, widoku miasteczka Zaleszczyki i wielkiego zakola Dniestru. Niby patrzył na czaplę przemierzającą siną przestrzeń i coraz bardziej oddalającą się od niego, ale widział też dynamiczne kadry ze swojego życia. Oto jako młodzieniec wyjeżdża do Berlina, gdzie jest ślusarzem w wielkiej fabryce, a jednocześnie działa w licznych towarzystwach polonijnych, zyskując coraz większy szacunek. Zaczyna redagować i wydawać gazety dla Polaków, prowadzić działalność charytatywną i zostaje członkiem banku Skarbona. Już wtedy doskonale poznał Niemców, nauczył się ich języka, a powołanie do armii pruskiej w 1915 roku pozwoliło mu zorientować się jakie są nastroje w niemieckim społeczeństwie i wojsku, od feldfebla do generała.

Na szczęście Skarbona wyreklamowała go od poboru i mógł zająć się działalnością dyplomatyczną, którą tak sobie cenił. Może byłby wciąż konsulem generalnym w Berlinie albo konsulem pierwszego stopnia w Essen, ale zbyt często wdawał się w awantury z Niemcami, nie godząc się na ich drapieżność w stosunku do Żydów i chęć zdobywania nowych ziem przy pomocy ognia i żelaza. Czapla zakręciła lekko w lewo i mijała właśnie jedyny most na rzece, prowadzący na półwysep, a on wpatrywał się też w swoje lata gnieźnieńskie, gdy był tam burmistrzem miasta i próbował przeprowadzić reformy komunalne. Dopiero za drugim razem wygrał wybory prezydenckie w Bydgoszczy i w 1932 roku został zaprzysiężony na urząd. Przypomniało mu się pierwsze przemówienie, kiedy to zapewniał pracowników magistratu, że nie będzie nadużywał władzy, gdyż jego i podwładnych przełożonym będzie tylko miasto. Ukochał je od samego początku, a choć jego aura, po wieloletniej dominacji pruskiej, miała coś z eklektyzmu berlińskiego, dostrzegał też jego głębokie zakorzenienie w historii Polski. Lubił wraz z żoną, synem i córką spacerować nabrzeżem Brdy, a potem siadać w kawiarni Bristol, popijać kawę z mlekiem i delektować się ciastkami z kremem.  

Po dojściu Hitlera do władzy coraz niespokojniej patrzył ku zachodniej stronie Polski, bo wiedział, że wojna jest nieunikniona. Z uwagą śledził niemieckie gazety, a potem dyskutował w gronie światłych ludzi jakie kroki powinien podjąć jako włodarz wielkiego pomorskiego miasta. Czym innym były jednak chęci, a czym innym możliwości w dobie ogólnoświatowego kryzysu ekonomicznego. Trudne było też lawirowanie pomiędzy dwoma krzykliwymi ugrupowaniami politycznymi – sanacją i endecją i utrzymywanie w ryzach największych radykałów pośród ludności niemieckiej. Chciał działać dla dobra ludności, więc angażował się w budowę miejskiego szpitala i elektrowni na Jachcicach, umożliwiał modernizację wiodących przedsiębiorstw – „Kabla Polskiego”, „Karbidu Wielkopolskiego”, rzeźni miejskiej i „Bydgoskiego Lloyda”. Uśmiechnął się do swoich myśli i odwrócił do tyłu, gdzie przy czarnym samochodzie Fiat 508 stała jego żona, ubrana w skromną, granatową garsonkę, zwieńczoną czarnym lisem. Jeszcze raz spojrzał na majestatyczne zakole Dniestru, na ledwo już widoczną czaplę, która zniżyła lot i kierowała się ku gęstym zaroślom nadrzecznym, po czym ruszył w kierunku samochodu. Tuż przy nim zatrzymał się i zwrócił się do małżonki:

            – Zosiu, hiobowe wieści dotarły do mnie wczoraj z Bydgoszczy… politykierzy oskarżają mnie o defraudację pieniędzy miejskich…

            – Ciebie kochanie, najuczciwszego człowieka pod słońcem…? – zdziwiła się dama.

            – Wiesz jacy oni zawsze byli swarliwi… Mój wyjazd stał się dla nich znakomitą okazją do artykułowania kłamliwych oskarżeń – Ciągnął prezydent – Ale to jeszcze nie byłoby najgorsze… zawsze radziłem sobie z pomówieniami…

            – A cóż mogłoby być gorszego Leonku od szargania twojego dobrego imienia? Zdrowie i siły oddałeś temu miastu –oburzyła się kobieta.  

            – Losy jego mieszkańców… – odpowiedział Barciszewski i otarł łzę z kącika lewego oka – Straszne informacje o rozstrzelaniach, uwięzieniach i groźbach…

            – Tyle dobrego zrobiłeś dla społeczności niemieckiej… tylu ich pracodawcom pomogłeś przetrwać po powrocie Pomorza do macierzy – lamentowała Zofia.

            – To teraz nie ma najmniejszego znaczenia… – odrzekł Leon – Jest wojna sprowokowana przez tego drania Hitlera i niewinni ludzie zginęli przy kościele szwederowskim, miały też miejsce rozstrzelania na Rynku Piłsudskiego, tuż przy kościele…

            – Co ty mówisz…? – prawie krzyknęła kobieta i załamała ręce.

            –  Tak, to prawda… – potwierdził – otrzymałem te informacje drogą radiową, od oficera, którego poznałem w Warszawie – Doprawdy nie wiem, co robić? Musimy wszakże podjąć jakąś decyzję…

Wsiedli do samochodu i ulokowali się na tylnym siedzeniu, on z lewej strony, ona z prawej. Gdy pojazd ruszył, odruchowo zbliżyli ku sobie ręce i poczuli ich ciepło – wszak zbliżał się mrok i nadciągał chłód, a kilka minut byli na dworze. Gdyby ktoś pozostał przy drodze, tuż przy koleinach wydrążonych przez koła ciężkiej limuzyny, ujrzałby jak raz po raz zanurza się ona w parowach, a potem wypływa ku górze, by w końcu długim zjazdem skierować się ku mostowi na Dnieprze, prowadzącym do centrum miasteczka. Zofia patrzyła na krajobraz za bocznym oknem i martwiła się tym, co powiedział jej mąż, tym bardziej, że ostatnio miała dziwne, symboliczne sny, związane z męką Chrystusa.  W jej mózgu pojawiały się niezwykle realistyczne obrazy biczowania, dręczenia, chłostania i przybijania Jezusa do belek, ale ostatniej nocy sen był tak straszliwy, że aż przebudziła się z krzykiem. Śnił się jej Syn Boży wędrujący z krzyżem na Golgotę, popychany przez rzymskich żołnierzy, opluwany przez gapiów, upadający pod ciężarem i znowu pnący się w górę z masywnym drzewcem na plecach. W pewnym momencie zachwiał się na nogach i jeszcze raz upadł z impetem na ziemię, a Rzymianin doskoczył do niego i zaczął go bić dużym flagrum, zakończonym metalowymi kulkami i haczykami. Jej przebudzenie spowodował obraz twarzy skazańca, początkowo niewyraźny, ale potem zmieniający się w krwawe oblicze jej męża, ze szpiczastą bródką i prostymi wąsami nad górną wargą. Bicz straszliwie ranił jego bok i plecy, wyszarpywał kawałki mięsa z ramion i nóg.

            – Nie mogę przestać myśleć o biednych obywatelach Bydgoszczy – odezwał się cicho.           

            – Zrobiłeś wszystko, co było w Twojej mocy… – uspakajała go czule, ale zimny pot pojawił się na jej czole, gdy usłyszała odpowiedź.

            – Czuję, że zbliża się moja Golgota…

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (3)

Andrzej Kaliszewski jest poetą, krytykiem i wydawcą. Opublikował m. in. zbiory wierszy: Popiół (1976), Galop (1978) i Paszcza (1985) – a także książkę krytyczną poświęconą liryce Zbigniewa Herberta pt. Gry Pana Cogito (1982). Już w niej krakowski poeta określił swoją metodę interpretacji twórczości bliskich mu autorów; jakby w nieustannej walce i ścieraniu się sprzecznych żywiołów lirycznych. W przypadku Herberta była to więc próba ukazania jego bohatera, jako tego, który „staje na polu wiersza przeciwko stereotypowi bólu i stereotypowi poświęcenia”. Podmiot wierszy Herberta ukazany zatem został w sieci różnorakich sprzeczności i uwarunkowań i jako ten, któremu przyszło spełnić swoją misję, dać świadectwo, a nade wszystko jako ten, który w perspektywie mitu i kolejnych mitopoez urasta do miana „tego, który wie”. Kolejna książka krytyczna krakowskiego twórcy młodszego pokolenia poświęcona została innemu poecie, który podobnie jak Herbert debiutował na łamach „Życia Literackiego” w 1956 roku – Jerzemu Harasymowiczowi. Podobnie jak w przypadku Herberta, kiedy to studium Kaliszewskiego było pierwszą monografią poświęconą autorowi Trenu Fortynbrasa, tak i w tym przypadku – w trzydzieści dwa lata od momentu wspomnianej prezentacji piątki debiutantów – ukazuje się pierwsza monografia w całości poświęcona Harasymowiczowi i jego poezji. A nie miał tutaj Kaliszewski łatwego zadania, bo jak sam pisze we wstępie: Można bez większego ryzyka stwierdzić, iż ten pięćdziesięciokilkuletni poeta należy do najbardziej zagadkowych, kontrowersyjnych postaci w naszej literaturze powojennej.”

            Studium to podzielone zostało na cztery działy: „Księstwa wewnętrzne”, „Karpaty – między Arkadią i Apokalipsą”, „Kraków – czynszowe Ateny”, i „Kresy”. Oś wywodu Kaliszewskiego osnuta została jakby wokół trzech wątków wiodących – pierwszy, to recepcja twórczości autora Cudów, analiza i dyskusja z licznymi głosami krytycznymi, adoratorami i zdecydowanymi oponentami. Drugi – to chęć odnalezienia kamieni granicznych genealogii samego Harasymowicza, korzeni biograficznych i wewnętrznych jego liryki, a trzeci, to próba analizy wierszy i tomików z punktu widzenia nauk teoretycznych o literaturze, a także próba uchwycenia i wskazania odrębnych pierwiastków tej liryki, całego wachlarza innowacji i oryginalnych ujęć tematów. Książka Kaliszewskiego napisana została z ogromną żarliwością – autor nie obawia się cytować głosów krytyków z czasu debiutu Harasymowicza, nawet jeśli są to dzisiaj autorzy dysponujący silnym orężem prasowym i określonym – bardzo rozległym – obszarem swoich wpływów. Nie obawia się cytować komicznych i błędnych sądów, nie obawia się przypominać absurdalnych dookreśleń. Ale narażając się ciętym polemistom, czyni to jakby dla dobra sprawy, pragnie ukazać w odpowiednim świetle narosłe wokół liryki Harasymowicza legendy, stereotypy i przeinaczenia. Opowieść Kaliszewskiego jest wartka, a narracja prowadzona z dużym znawstwem krytycznych reguł gry. Czytelnik przez cały czas ma wrażenie, iż obcuje nie tylko z książką, która w przystępny sposób omawia jedną z najbardziej brzemiennych w dzieła karier poetyckich po II wojnie światowej, ale także, iż ma do czynienia z koherentną w y k ł a d n i ą  tej twórczości. Kaliszewski potrafi przemycać „między wierszami” cytaty i odniesienia i tak wkomponowywać je w ciąg logiczny wywodu, iż czytelnik nie zatraca poczucia ciągłości, wrażenia koherencji. To rzadka umiejętność w naszych czasach, gdy krytyk prezentuje portret poety złożony z fragmentów wierszy, cząstek opublikowanych i prywatnych wypowiedzi, zdań wyjętych z recenzji i szkiców oraz z ogólnego, zbierającego wszystko i podsumowującego, komentarza autora monografii. To cenna umiejętność, gdy w prasie króluje wszechobecna trzystronicowa recenzja, gdy krytycy wydają książki, klecąc je ze wcześniej opublikowanych not. Oczywiście nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, iż tacy krytycy, w dbałości o honoraria, upychają do swoich książek co się da. Kaliszewski natomiast specjalizuje się – jeśli można tak powiedzieć, czytając drugą książkę – w przemyślanych od A do Z „studiach przedmiotu”. Po wnikliwej analizie poezji Zbigniewa Herberta, jednej z trudniejszych pod względem treściowym, interpretacyjnym i teoretyczno-literackim, krakowski krytyk wziął na warsztat poezję i poetę, którego dorobek na tyle przerażał polską krytykę, iż przez prawie dwadzieścia lat nie była ona w stanie zdobyć się na całościową analizę potwierdzoną publikacją książkową.

            Dorobek Harasymowicza jest rzeczywiście imponujący, składający się z ponad trzydziestu zbiorów wierszy, licznych wywiadów, szkiców rozsianych po periodykach najprzeróżniejszych nacji, wreszcie ataków, wreszcie nagród i splendorów. Chociaż – jak wykazuje to Kaliszewski – Harasymowicza droga na parnas polskiej poezji wcale nie była łatwa, bo na początku walczono z poetą ostro. Czynili to nawet współdebiutanci z „Życia Literackiego”, jak choćby Bohdan Drozdowski. Dzisiaj kiedy patrzy się na dorobek Harasymowicza poprzez filtr wywodu Kaliszewskiego, nie można nie ulec fascynacji – wszak mamy oto poetę, który wbrew polskiej skłonności do fałszywej ascezy, tworzył nieprzerwanie przez ponad ćwierć wieku, miał odwagę być tylko poetą, nie pracować w żadnej instytucji i pisać. I choć często był atakowany, choć starano się z niego zrobić wioskowego lirnika, cepeliarza i świątkarza (Jan Marx), to jego kolejne poetyckie metamorfozy i rezurekcje muszą czytelnika dziwić i fascynować. Mamy wszak tu do czynienia z prawdziwym lirycznym fenomenem i autentycznym  p o e t ą. Także młodsi autorzy atakowali Harasymowicza – twórcy Nowej Fali (Kornhauser) wyciągali jego „zajączki” i kpili z nich, ale przecież potem inni krytycy odpłacili im tym samym. Zarzucając poecie eklektyzm, wyciągając pojedyncze metafory, przypisując mu tandetne gusty i szafowanie licznymi pięknościami, sami zatracili się w swoich demaskatorskich zapędach. Stworzyli poezję, która nie wytrzymała naporu czasu; trudno dzisiaj byłoby wskazać konkretne wiersze, które w sposób jednoznaczny określić można by było jako modelowe czy uniwersalne dla poetyki Nowej Fali. A tymczasem takich wierszy Harasymowicza można by łowić z jego tomików na kopy. Gdy twórcy nowofalowi stworzyli ledwie kilka tomików i może dwa, trzy naprawdę wartościowe (Jednym tchem, Nasze życie rośnie czy Inna bajka), to tomiki Harasymowicza mają liczne wznowienia i w wielkich nakładach sprzedawane są w księgarniach. Stał się twórca Wesela rusałek niekłamanym poetą wszystkich ludzi, bez względu na wykształcenie, wykonywany zawód czy status społeczny, a to jest chyba jedno z największych wyróżnień. Te wiersze czyta się, o tych wierszach się dyskutuje, śpiewa się je i inscenizuje. Jak podpowiada Kaliszewski – do Harasymowicza przystaje chyba najlepiej dawne określenie „wieszcz”. A przecież jest to też poeta, który otwiera ciemne korytarze ludzkiej percepcji i każe błąkać się po nich jak w transie, twórca, który z równym wdziękiem i grozą opisuje przedziwne bachanalia Natury, jak i podąża, w kapturze nadrealnego proroka, poprzez zgliszcza spalonych cerkwi i lasów, twórca, który też tumani zwiewnością i ciepłem miłości, autor, który zmienia się z dnia na dzień – równie prawdziwy, gdy opisuje atmosferę baru w Krakowie, jak i gdy podąża brzegiem Popradu, czy gdy zastanawiają go i odmładzają przedziwni młodociani kontrkulturowcy, punki i różni życiowi wykolejeńcy.

            Dobrze się stało, że zdolny krakowski krytyk, o wrażliwości poety, podjął się opisania tego fenomenu życia i poezji, tym bardziej, że jest to już drugi portret imaginowany i adnotowany poety z burzliwego pokolenia 1956, poety kontrowersyjnego i odkrywczego, najspokojniejszego ze spokojnych i buntownika, twórcy jakże zmiennego, choć też jak uświadamia to Kaliszewski – stałego w swych kreacjach. Wszak paradygmatem tej poezji nie jest jednak wymierna, konsekwentna przemiana form czy ukierunkowany rozwój świadomości estetycznej autora (w tej sferze znaczeń można tutaj mówić o jakiejś zawiłej sinusoidzie): jest nim natomiast wędrówka  p o   t e m a t a c h    k r a i n a c h, które z magiczną siłą metafory przeistaczają się w wielość poetyckich światów, o różnym stopniu realności. Poznajmy zatem te krainy, którymi nasz Książę Poezji włada. Zobaczmy, które okolice walczą w tej niepowtarzalnej federacji o palmę pierwszeństwa. Czytając tę monografię, uwierzmy krytykowi, uwierzmy poecie…

________________________

Andrzej Kaliszewski, Książę z Kraju Łagodności, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988, s.283.

O ROKU ÓW… (5)

Empire State Building rysujący się w dali

Szybko docieramy do charakterystycznego budynku, patrzymy w górę i od razu przypomina mi się katastrofa z 28 lipca 1945 roku. Warto tu zacytować fragment mojego eseju pt. Nowojorczycy, w którym nawiązałem do tego zdarzenia. Przed Empire State Building stoi stary, krępy Afroamerykanin i przygarbionej, malutkiej żonie, trzymającej go pod ramię, opowiada coś w ożywieniu. Mijający ich szczupły i pachnący wodą kolońską policjant słyszy fragment opowieści. I tam, widzisz Darling, nad tamtym oknem, o tam na siedemdziesiątym dziewiątym… uderzył, a potem szczątki spadły na Trzydziestą Trzecią i Trzydziestą Czwartą… Był ogromny, większy chyba od tego, którym lecieliśmy z Nowego Orleanu… Policjant zaintrygowany przystaje i pyta czy czarny mężczyzna widział katastrofę na własne oczy. A jakże… byłem wtedy windowym przy platformie widokowej na osiemdziesiątym szóstym piętrze i cudem uniknąłem śmierci… Wszyscy moi znajomi zginęli… ogień buchał szybami wind i zabijał… O, o, o, tutaj, Darling, gdzie stoi teraz ta taksówka, spadł na ziemię… Policjant kiwa ze zrozumieniem głową i wysłuchuje dalszego ciągu relacji o katastrofie z dwudziestego ósmego lipca. Potem podaje rękę kobiecie i mężczyźnie i odprowadza wzrokiem oddalającą się wolno parę. Patrzy w górę, zdejmuje czapkę i ociera pot z czoła. Sporo lat minęło od czasu, gdy B–25  „Billy Mitchell”, pilotowany przez podpułkownika Williama F. Smitha Jra., uderzył w ten gmach. Ludzie biegali wtedy jak oszalali i płonęli żywcem. Została ogromna dziura, którą potem zalepiał jego wuj James z Bostonu i opowiadał tę historię gdy wypił za dużo whisky, albo kiedy się zestarzał, zachorował na Alzheimera i nie pamiętał kim jest. Policjant podchodzi do radiowozu i słyszy meldunek, że w okolicach dawnego portu jakiś młodzieniec zranił nożem sprzedawcę koszulek, czapek i plastikowych gadżetów. Wóz włącza głośny sygnał i rusza szybko, przeciskając się pomiędzy żółtymi taksówkami jadącymi 33 Ulicą. Teraz też słyszymy wciąż odgłosy syren wozów uprzywilejowanych, ale nie zatrzymujemy się i wchodzimy bocznym wejściem do Empire State Building. Na dole jest punkt fotograficzny, gdzie szybko wykonują nam zdjęcia, które przy wyjściu spróbują nam wdusić za horrendalną sumę. No, ale w tym miejscu wszystko jest drogie, a przede wszystkim wjazd na platformę widokową, nie mamy jednak wyjścia i kupujemy bilety.

Wspomnienie z budynkiem Imperium Stanowego z roku 2002

Z poprzednich moich wizyt w słynnym budynku zapamiętałem przede wszystkim duże windy, mknące szybko ku górze, ale teraz widzę, że wymieniono je na mniejsze, a dodatkową atrakcją jest ruchomy obraz na suficie, imitujący lot ku niebu. Szybko docieramy na osiemdziesiąte piąte piętro, na którym stoi ogromna kolejka, wolno przesuwająca się ku wyjściu na dokładnie ogrodzoną platformę, znajdującą się na następnym poziomie, trzysta dwadzieścia metrów nad ziemią. To miejsce owiane złą sławą, bo stało się rodzajem trampoliny dla samobójców, których było już w historii istnienia budynku ponad trzydziestu. Pierwszym z nich był robotnik, zwolniony z pracy jeszcze przed ukończeniem budowy, a ostatnim prawnik, który w 2007 roku wyskoczył z sześćdziesiątego dziewiątego piętra. Często przywołuje się też czyn młodej księgowej Evelyn McHale, która odebrała sobie życie 1 maja 1947 roku, skacząc z punktu widokowego i spadając na limuzynę należącą do ONZ-tu. Po tym, jak na okładce magazynu „Life”, udostępniono zdjęcie kobiety w białych rękawiczkach, leżącej we wgniecionym dachu samochodu, uznano je za rodzaj ikony XX wieku, dokumentujące „najpiękniejsze samobójstwo” w historii świata. Samobójczynię porównywano też do Śpiącej Królewny z bajki Disneya i próbowano dociekać dlaczego odebrała sobie życie, ale poza tym, że wcześniej spotkała się ze swoim narzeczonym i celebrowała z nim jego urodziny, niczego nie stwierdzono. Jedynym usprawiedliwieniem był zdawkowy list przedśmiertny, w którym napisała, że nie byłaby dobrą żoną dla żadnego mężczyzny. Dzisiaj, gdy patrzy się na fotografię, wykonaną przez studenta Roberta Wilesa, zaledwie w kilka minut po uderzeniu ciała w dach pojazdu, zdumiewa niezwykły majestat śmierci i spokój rysujący się na twarzy tej nieszczęsnej istoty. Przesuwamy się powoli ku górze, a ja wciąż rozmyślam o niej i oczyma wyobraźni widzę jak pikuje w dół, w ostatniej chwili lecąc nieomal płasko i uderzając plecami o samochód, który okazał się rodzajem „materaca”, łagodzącego skutki uderzenia. W kolejce przyglądam się ludziom, jak zwykle w Ameryce, różniącym się kolorem skóry i budową ciała, a nade wszystko pochodzeniem, bo przecież łatwo wyodrębnić można Latynosów, Azjatów, czarnych mieszkańców krajów afrykańskich i Europejczyków. Z tarasu rozpościera się wspaniały widok na cały Manhattan i ze znajomością rzeczy, wskazuję Ani charakterystyczne budynki – wieżowiec Chryslera, nową wieżę World Trade Center, Woolwoorth Building. Każda zmiana kierunku zwiedzania platformy, przynosi nowe, niezwykłe widoki – na południu rysuje się ogromne ujście Hudson River, wysepki Ellis Island i Liberty Island z zieleniejącą w dali statuą Wolności; na północy wyrazisty jest zielony prostokąt Central Parku, a na zachodzie znakomicie widać mosty na East River. Z kolei wschodnia strona jest nawet dla mnie zaskakująca, bo przecież wcześniej nie było tylu wielkich wieżowców po drugiej stronie Hudson, a tylko niska zabudowa New Jersey rozmywała się w błękitach dali.   

Samobójstwo młodej księgowej Evelyn McHale (1947)

Po dwóch godzinach wychodzimy z Empire State Building i kierujemy się ku dolnemu Manhattanowi, lekko odbijając na wschód, bo chcę pokazać żonie miejsce upamiętnienia tragedii z 11 września 2001 roku. Po drodze przyglądam się ludziom i widzę, ze wciąż aktualny jest mój opis z 2000 roku – podążają szybkim, miarowym krokiem przez ciągnące się w dal, szerokie ulice. Mijanym ludziom nie patrzą w oczy, ledwie przez ułamek sekundy spoglądają na zbliżające się postaci i to im w zupełności starcza. Oceniają błyskawicznie, sprawnie jak stworzone przez cywilizację automaty. Ta sekunda niesie zestaw informacji o zamożności i rasie, o zagrożeniu lub obojętności, o urodzie, o brzydocie, o sile. Hebanowe Afroamerykanki, pewnie podążające i drepczące przy nich wykwintnie ufryzowane dzieci; skośnookie Azjatki i krępi Kreole, grubi biali policjanci i ubrani w garnitury urzędnicy, Hindusi i Pakistańczycy z niebieskim odcieniem skóry, taksówkarz z Jamajki i krzykliwy włoski sprzedawca pizzy. Każdy z nich ma jakiś cel, każdy ku czemuś podąża i każdy wie jakie jest jego miejsce pośród krzyżujących się pod kątem prostym ulic. Zdają się nie zwracać uwagi na pędzące na sygnale karetki pogotowia, na połyskujące niklem wozy strażackie mknące do pożaru, na taksówki odjeżdżające wolno spod hoteli. W tym mieście ważna jest szybka ocena i natychmiastowy ruch. Krok do przodu, rzut oka na sygnalizację i podjęcie decyzji czy zbliżająca się kawalkada samochodów pozwoli przejść na drugą stronę ulicy. Nie liczą się światła, nie mają znaczenia napisy sygnalizacyjne Don’t Walk, jeśli tylko droga jest wolna, trzeba to wykorzystać. Jak w kalejdoskopie migają wystawy sklepowe małych marketów i wielkich domów towarowych, informacje o przecenach w Macy, ruchome manekiny i bukiety kwiatów; jak w lustrze czarnej wody kołyszą się w nich twarze i gesty, odbijają się o nie słowa artykułowane w dziesiątkach języków świata. Ledwie kilka chwil wystarcza by u niskiego Latynosa kupić hot doga i zjeść go w drodze pomiędzy kolejnymi blokami. Kawalkady samochodów trąbią bez przerwy, żółte taksówki przyspieszają i zwalniają, czerwony, wycieczkowy autobus bez dachu, przejeżdża majestatycznie w kierunku dolnego Manhattanu i odbija się, zwielokrotniony i wyolbrzymiony, w połyskujących ciemnym błękitem lustrach nowej wieży World Trade Center. Prowadzę żonę ku centrum handlowemu, gdzie jemy niewielki posiłek, a potem wychodząc z drugiej strony budynku, wychodzimy na deptak przy Hudson River. Lubię to miejsce i zawsze z radością tu wracam, biegając myślami ku podróżom w roku dwutysięcznym, dwutysięcznym drugim i ósmym i stosunkowo niedawno, ku wyprawie w roku 2018, gdy oprowadzałem po Nowym Jorku ormiańską poetkę Sonę Van.

Mieszanka kulturowa nowojorskiej ulicy

Sporo tutaj się zmieniło, szczególnie jeśli chodzi o zabudowę, ale wciąż funkcjonalny jest mój opis z pierwszego pobytu w tym miejscu. Przy nabrzeżu tłum czekający na przybicie stateczku płynącego do Liberty Island i Ellis Island patrzy z zaciekawieniem na grupkę czarnych, trzymających szarpiącego się białego. Po chwili radiowóz podjeżdża z impetem, ubrani na granatowo policjanci wyskakują i podbiegają do nożownika. Wprawnie odwracają go do tyłu i w ułamku sekundy skuwają ręce kajdankami. Potem popychają go do radiowozu i wrzuciwszy na tylne siedzenie, odjeżdżają powoli w górę Manhattanu. Od strony Ellis Island podpływa majestatycznie biały stateczek, kursujący w tę i z powrotem. Tłum ludzi przygląda mu się, to zerka na trzymane bilety za prawie pięćdziesiąt dolarów, to spogląda na młodzieńców, podchodzących co chwilę i próbujących sprzedać zegarek, portfel, albo koszulkę z napisem New York lub z dużym czerwonym jabłkiem. Trap już przerzucono i tłum powoli wlewa się na pokład stateczku. Czarni i biali, czerwoni i żółci, z aparatami fotograficznymi i kamerami, z przewodnikami w dłoniach i mapami, wolno suną do przodu. W środku są dwa pokłady, na górnym można wypić colę i kupić statuę wolności z plastiku, albo z mosiądzu, małą, albo dużą, tandetną, albo wiernie oddającą wygląd oryginału. Na górnym pokładzie ludzie wpatrują się w rysującą się w dali wielką postać ze spatynowanej miedzi. Silnik pracuje cicho, a tłum patrzy, to na oddalające się kryształy domów Manhattanu, to na ledwie rysujący się w dali Brooklyn Bridge, to na zamgloną Ellis, to znów na statuę. Idziemy dalej, tym razem w górę Manhattanu – jest już godzina dwunasta, a więc z biur, z wieżowców, z parkietów giełdy, wybiegają porządnie ubrani ludzie i pędzą na lunch. Wielki byk z brązu stoi w swej majestatycznej pozie tuż przy Custom House, a w pizzerii po drugiej stronie placu coraz więcej urzędników kupuje pokrojone w trójkąty kawałki pizzy. W pizzerii stale przybywa ludzi, ale są też tacy, którzy wchodzą i widząc sporą kolejkę przy kasie, ruszają dalej. Do restauracji chińskiej, albo japońskiej, tajskiej, albo greckiej, może hiszpańskiej, albo meksykańskiej. Nieliczni zatrzymują się przy niewielkim kiosku i zamawiają hot–doga. Jedzą w skupieniu jednego, potem drugiego, popijają wodą Polish Spring i już ruszają z powrotem do biur, na parkiet, do drapaczy chmur i niewysokich gmachów Wall Street. W dali rysują się stare cegły Trynity Church, do którego wchodzi niewielu ludzi, czasem ktoś przystaje i czyta ogłoszenia zawieszone w gablotach. Tuż obok cmentarzyk, a na nim nagrobki wielkich amerykanów. Przyprószony starością grób męża stanu Aleksandra Hamiltona, szary nagrobek wynalazcy parowców Roberta Fultona i podobny Williama Bradforda, założyciela pierwszej nowojorskiej gazety. W środku katedry zimne, czyste powietrze, kolorowe światło witraży pada na ławki i marmurową posadzkę. Młody biały mężczyzna, w żółtej koszuli i czarnych spodniach, przysiadł w trzecim rzędzie, sięgnął po Biblię i czyta w skupieniu. Z boku kościoła przechodzi etatowy strażnik i jakaś drobna Chinka podąża za nim w kierunku Kaplicy Wszystkich Świętych, po chwili klęka przed marmurowym krzyżem i żarliwie się modli. Coraz większe tłumy na ulicach podążają do budynków, przystają przed przejściem przy katedrze, gdzie ogromny żółty autobus zatarasował drogę. Stoją spokojnie i czekają aż odjedzie, po czym ruszają szybkim krokiem przed siebie. Jedno machnięcie ręki i już siedzimy w żółtej taksówce, wiozącej nas ku hotelowi, w którym odświeżamy się i przygotowujemy do wystąpienia w Yale Club.

Nowa wieża World Trade Center
Miejsce upamiętnienia tragedii z 11 września 201 roku
Ania nad Hudson River
Statki wożące turystów na Hudson River i Statua Wolności w dali
W drodze na taras widokowy na 86 pietrze Empire State Building
Ujście Hudson River do oceanu
Widok na zachodnią stronę z Chryslerem i mostem nad East River
East River i budynek ONZ (u góry z lewej)
W dali Central Park
Przybliżenie kadru z Central Parkiem
Spojrzenie na New Jersey
Powrót na nowojorskie ulice
Antykwariat
Wnętrze antykwariatu, czyli marzenie pań urządzających domy w starym stylu
Jeszcze dwa byki – symbol siły Nowego Jorku i byk zodiakalny

PIERWSZA SESJA FOTOGRAFICZNA

Przez jakiś czas publikowałem na moim blogu fotografie pod wspólnym tytułem Radość fotografowania, a teraz porządkując moje archiwum z wielu lat, znalazłem zdjęcia z pierwszej sesji. Byłem wtedy młodzieńcem i miałem aparat fotograficzny Smiena-8, którym zacząłem się żywiej interesować. Wtedy jeszcze używało się klisz i trzeba bylo zdjęcia wywoływać w paskudnych chemikaliach. Odwiedziłem kilka miejsc w Bydgoszczy i okolicach i zrobiłem sporo fotografii – choć nie są najlepsze, publikuję je jako zapis z połowy lat siedemdziesiątych XX wieku.

Brdyujście

Brdyujście
Kanał Bydgoski
Stateczek na Brdzie
Nad Brdą – zapewne chciałem udokumentować jaki wcześniej był poziom wody
Nad Wisłą – jedna z pierwszych moich kreacji artystycznych w naturze
Pola nad Wisłą w okolicach Łęgnowa
Droga na Solec Kujawski
Ludzie na ulicy Grunwaldzkiej
Kiedyś na postojach taksówek były kolejki

ZŁY DUCH (6)

Opowieści wieśniaków ze wsi Konary bardzo zaniepokoiły leśniczego, więc postanowił zakraść się w najgłębsze leśne gęstwiny, by sprawdzić ile było w nich prawdy. Miał na imię Gabriel i mieszkał w niewielkiej chacie na skraju lasu, przy której hodował owce i krowy, a czasem też gościł sarny, jelenie i daniele. Często z dwulufowym sztucerem na ramieniu zapuszczał się w knieje i przyglądał się życiu dzikich mieszkańców – niedźwiedzi i borsuków, odyńców i lisów, wilków i łosi. Teraz stał przy lustrze i golił dokładnie brodę, niedawno naostrzoną brzytwą, a potem wycierał ją o gruby, czarny, skórzany pas. Nie wiadomo dlaczego miał wrażenie, że ktoś mu towarzyszy i nawet raz po raz odwracał się za siebie z niepokojem.

            – No już… Ciachnij się w gardło… – dziwna myśl nagle przemknęła mu przez głowę.

Zatrzymał na chwilę ostrze w powietrzu, zamyślił się, po czym spokojnie dokończył golenia i obmył dokładnie twarz w cynkowej misie. Na chwile przyklęknął przy obrazie swojego patrona i przeżegnał się, prosząc go o opiekę podczas planowanej wyprawy. Ludzie opowiadali mu, że stado wilków bardzo się rozrosło, a przy wielkiej waderze pojawia się piękny czarnowłosy chłopiec, biegający na rękach i nogach, jak inni członkowie stada. Początkowo uznał to za wytwór chorej wyobraźni wieśniaków, nadużywających alkoholu, kradzionego z wiejskiej gorzelni, zbudowanej przez właściciela wsi. Później jednak, gdy opowieści się mnożyły, postanowił zbadać sprawę, wszak wiele już widział i niejednokrotnie miał wrażenie, że jakieś licho gnieździ się w gęstwinie. Wyszedł z domu, przewiesił sztucer przez ramię i w perspektywie pomarańczowej kuli zachodzącego słońca, wszedł na leśny dukt, prowadzący ku wielkiej polanie, na której wielokrotnie widywał wilki. Robiło się już szaro, ale on znał każdą ścieżkę w ostępach, więc podążał dumnie do przodu, przekonany, że nic mu nie grozi. Gdy dotarł na miejsce, wszedł na niewielką ambonę, z której zdarzało mu się obserwować zwierzęta. Usadowił się wygodnie w środku, a potem wyjął z torby kawałek wątroby łosia i z rozmachem rzucił go w dal, o jakieś dziesięć kroków od siebie. Okrył się też świeżo ściętymi gałązkami świerku i czekał w milczeniu, przekonany, że zapach świeżego mięsa przyciągnie wilki. Wyciągnął różaniec i zaczął po kolei odmawiać kolejne modlitwy, przesuwając w palcach czarne koraliki. Nagle poczuł dziwne znużenie i nie wiedzieć kiedy zasnął, śniąc o jakimś straszliwym tworze, który chciał zawładnąć jego wnętrzem. Obudził się dopiero nad ranem, gdy sine opary już zaczęły unosić się nad łąką, drzewa odzyskały swe kontury, a tuż przed nim, w półokręgu stało duże stado wilków. Pośrodku, na niewielkim pagórku, ulokowała się masywna wadera, która uniosła głowę ku górze i zawyła przeraźliwie. Odpowiedziały jej młode samce i jakiś dziwny głos, naśladujący wilcze wycie, ale mający też w sobie coś z ludzkiej skargi. Dopiero wtedy Gabriel zobaczył czarnowłosego chłopca, przykucniętego tuż za przewodniczką i próbującego wyć jak inne zwierzęta. Myśliwy zarepetował broń, wycelował i strzelił wilczycy prosto w czoło, natychmiast też, z drugiej rury, położył trupem dużego basiora i po otwarciu komory sztucera, umieścił w niej kolejne dwa duże naboje. Stado jednak natychmiast się rozbiegło i skryło w pobliskiej gęstwinie, a tylko chłopiec pozostał przy ciepłym ciele wilczycy. Objął ją ramionami i łkał po ludzku, wstrząsany spazmami, jakby stracił kogoś bardzo bliskiego.

            Gabriel odrzucił gałęzie świerku i sprawnie zsunął się z drabiny, a potem podążył śmiało ku  chłopcu, wyglądającemu jakby miał jakieś dwanaście lat. Słyszał złowrogie warczenie wilków na skrajach polany, ale ufny w moc swojej strzelby doszedł do zabitych zwierząt. Dopiero wtedy przeraził się, bo zobaczył w oczach dziecka dzikość, którą dotąd widywał tylko w ślepiach drapieżników. Wyciągnął do niego dłoń, chcąc go odciągnąć od zdechłej przewodniczki, ale chłopiec natychmiast ugryzł go w nią boleśnie, aż krew trysnęła na boki. Myśliwy sięgnął do swojej torby i wydobył z niej szmaciany bandaż, którym natychmiast owinął ranę, a potem sięgnął do niej raz jeszcze i wyjął białą linkę. Uczynił z niej dość szerokie oko i zarzucił na tułów dziecka, natychmiast zaciskając pętlę, tak jak to czynił wielokrotnie, gdy chciał żywcem schwytać sarnę albo młodego daniela. Mały stanął na nogi i zawył przeraźliwie, jakby przywoływał stado na pomoc, ale dwa strzały w powietrze przeraziły go i zatrzymały wilki w gęstwinie. Teraz Gabriel skoczył sprawnie ku plecom chłopca, jeszcze dwa razy owinął wokół niego linę, po czym schwycił ją między wystającymi wyraźnie łopatkami i pchnął go do przodu, cały czas kontrolując kierunek podążania. Nie zwracał uwagi na odgłosy wokół niego, raz tylko przystanął by naładować broń na nowo, po czym pchnął go dalej. Z niemałym trudem dotarł do leśniczówki, przy której jego zwierzęta natychmiast zaczęły boleśnie ryczeć, jakby wyczuły stado wilków, krążące wokół nich. Było to dziwne, bo przecież wszystkie drapieżniki pozostały na skraju lasu, a leśniczówka była trochę od niego oddalona i dodatkowo zabezpieczona wysokimi płotami z bali sosnowych. Myśliwy zamknął  wrota na żelazny skobel i powiódł chłopca do domu, lokując go w małej, pustej komórce, w której był tylko wąski tapczan i stół, służącej czasem za lokum dla zaprzyjaźnionych myśliwych i leśników. Tam rozwiązał linę i uwolnił go, bacząc by nie udało mu się jeszcze raz go ugryźć, odezwał się też do niego, nie wiedząc czy zrozumie ludzką mowę:

            – Nie zrobię ci nic złego…– uspokój się wreszcie… Twój czarny sen skończył się na zawsze…

Chłopiec zawył przeraźliwie i wskoczył pod stół, cały czas wydając z siebie dziwne dźwięki, jakby komunikował się z kimś niewidocznym, jakby przywoływał kogoś z oddali.         

Hildegarda wstała wcześnie rano, przyrządziła sobie zioła, wypiła je i podążyła do refektarza katedralnego, by odmówić codzienne modlitwy. Szybko też wpadła w ekstazę i zobaczyła młodego myśliwego, przygotowującego się do wyjścia z leśniczówki. Jej serce przeszył straszliwy skurcz, gdy ujrzała za nim też ropuchowatego stwora wielkości  psa, trzymanego na niewidzialnej smyczy przez ogromną bestię. Od razu rozpoznała benga i jego nowego pana, usłyszała też jak sączą do ucha mężczyzny plugawą zachętę, by odebrał sobie życie. Natychmiast pomknęła duchem ku dalekim przestrzeniom w kraju Polan, gdzie lekko wniknęła w kolorową sójkę. Zobaczyła myśliwego, kierującego się ku polanie śródleśnej, a potem przysiadła na gałęzi modrzewia, niedaleko ambony, na której się ulokował. To ona wysłała mu senny impuls, a gdy zasnął, znalazła sobie miejsce na skraju niewielkiego daszku. Od razu wyczuły ją wilki, które nadciągnęły z chaszczy i ustawiły się w półokręgu przed myśliwskim podwyższeniem. Hildegarda wpatrzyła się w czarnookiego chłopca, który przywędrował przy wielkiej waderze i przykucnął tuż za nią. Przez cały czas widziała też benga i wyczuwała obecność ogromnej, mrocznej mocy, płynącej gdzieś z głębin kosmosu. Jej modlitwy utrzymywały balans i nic nie wydarzyło się do rana, jakby rzeczywistość nagle została zmrożona, a noc stała się nieprzenikalną, czarną kurtyną. Towarzyszyła myśliwemu, gdy zabił przewodniczkę wilków i jej rosłego towarzysza, a potem spętał chłopca i poprowadził do swojego domu. Wpatrzyła się w umysł dziecka i w jej świadomości pojawiły się sceny mordów, cierpienia i bólu, dobrze widziała też benga, który to wszystko przygotowywał, a potem umykał przed nią, chroniąc się w drzewach, głazach i umysłach Cyganów. Już chciała wracać do swojego opactwa, uspokojona na chwilę i przekonana, że mężczyzna dokona właściwych wyborów i uratuje chłopca. Ale nagle, tuż przed nią pojawił się ogromny cień puchacza, który sfrunął z wysokiej sosny i od razu zagłębił pazury w niewielkim ciele sójki. Zdołała umknąć w ostatniej chwili i z powrotem znalazła się w refektarzu, gdzie poczuła straszliwy ból w skroniach i padła nieprzytomna na kamienną posadzkę.

Zły duch nakazał bengowi wyskoczyć z ciała puszczyka i zaczął chłostać go niewidzialnym biczem. Uderzał raz za razem i rzucał pradawne przekleństwa, szarpał go i kopał, aż w końcu cisnął na sam środek polany.

             – Zrobiłem wszystko, co kazałeś panie i myślałem, że ją schwytałem…- lamentował pachoł.

            – Zrozum głupcze, że ona zawiesza istnienie i w jednej chwili umyka ku zakolu Renu… Miałeś wniknąć w jej umysł, zawładnąć jej duszą, a ty zabiłeś tego kolorowego ptaszka… Nie potrzebuję już ciebie i zetrę cię w pył, a potem rozsypię pośród martwych wąwozów…

            – Panie, daj mi jeszcze jedną szansę… podążę do domu myśliwego i ukryję się w ciele syna Bibi…

Przez jakiś czas zaległa cisza i tylko budzące się ptaki, odzywały się raz po raz w gęstwinach. Beng czekał na jeszcze jeden cios bolesnego bicza, ale usłyszał w sobie tylko dobiegające z daleka słowa:

            – Idź… zapoluj raz jeszcze na ptaszynę… I nie zawiedź mnie parszywy psie…

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (2)

Niebieskooka Greczynka – druga powieść Nikosa Chadzinikolau – rozgrywa się jakby poza rzeczywistością. Choć realia zostały wyraźnie określone, choć pisarz przenosi nas do Grecji, tuż po II wojnie światowej, czytelnik  ma ważenie jakby opisywane zdarzenia rozgrywały się gdzieś w tajemniczej przestrzeni, jakby w obrębie wiecznie żywego mitu gasnącej ludzkości. Choć bohaterowie są wyraźnie zarysowani, choć mają współcześnie brzmiące imiona i mieszkają we konkretnych skupiskach ludzkich, ich etos sytuować należy gdzieś na mitycznych polanach, pośród mitycznych skał i mórz. W postaci Tespiny, kochanki głównego bohatera powieści, odnajdujemy wiele cech przypisywanych nieustraszonym Greczynkom, odnajdujemy jakby poblaski rozchodzące się z tajemniczej zbroi Ateny, lśnienia  zwiewnych szat Afrodyty, Kasandry czy Kirke. Chadzinikolau przedstawił czytelnikom antyczną tragedię, przekutą we współczesną prozę poetycką. Bohaterowie tej niewielkiej powieści nieustannie prowadzą walkę – stając w obliczu groźnych sił przyrody, niosąc w sobie bunt  i rozpacz i nie potrafią sobie poradzić  z rozterkami własnego wnętrza. Ich wyobraźnia bytuje gdzieś w odległych  – ogrodzonych zasłoną historii, bądź mitologii – rejonach absolutnej wolności, a oni sami muszą nieustannie borykać się z przeciwnościami ziemskich losów. Dlatego są wiecznie zmartwieni, a w smutku ich pobrzmiewają echa żałosnych pieśni zburzonej Troi i odgłos sandałów idącego na śmierć wojska Leonidasa i żałosna skarga rozognionej przestrzeni.

Jest też   powieść   Chadzinikolau  jeszcze jednym powrotem  do  dziecinnej arkadii  –  wszak ten wątek obecny jest w całej jego twórczości. Autor  opisuje rzeczywistość, jakby patrzył na nią oczyma tamtego chłopca,  jakże delikatnego  i  przerażonego  wspaniałością, ogromem i grozą Natury. Sakralizując obrzędy pamięci, powoduje  autor,  iż  dawno  przeszłe  i  zapomniane  zdarzenie, przedmioty  i  miejsca  nabierają  intensywności  i  lśnią, bądź brzmią,  odkrywając  ukryty sens istnienia. Opisywany świat powraca, jakby  przepuszczony  przez  filtr  pamięci  i wrażliwości dziecka, a zatoczywszy łuk, jawi się przed oczyma czytelnika, odwołując się do jego najgłębszych pragnień i najgłębiej  skrywanych  marzeń.  Sens działań głównych bohaterów zawsze potwierdza umieszczone w tle, groźne morze – żywioł, który  towarzyszy Grekom od momentu narodzin aż do śmierci i jest jak tajemne memento. Dlatego bohaterowie Chadzinikolau patrzą na morze  z  uczuciem radości i pełni, ale też z niepokojem. Wszak morze karmi ich i dostarcza pieniędzy na utrzymanie, ale  też  często  każe  płacić  daninę  największą. Bohaterowie Niebieskookiej  Greczynki pamiętają o tej groźnej stronie morza i dlatego  patrzą na ojców, wypływających na połów, tak jakby patrzyli na tych, którzy wsiedli do łodzi Charona.

Niebieskooka    Greczynka,  to opowieść o miłości dwudziestoletniego  młodzieńca do pięknej i dobrej Despiny. Jego wybranka żyje w rodzinie rozbitej i nieszczęśliwej z powodu niestałości matki. Gdy  ojciec wypływa w morze, ta oddaje  się  nauczycielowi, który pragnie posiąść też Despinę. Główny  bohater  jest  człowiekiem  raczej spokojnym, jednak nie może  się pogodzić z tym, iż jego wybranka jest krzywdzona przez człowieka bez honoru, okradającego z miłości uczciwego rybaka. Ale dopiero, gdy w odległym mieście dowiaduje się o ciemnych sprawach nauczyciela z czasów wojny, wraca do swojej wsi i czeka na  dogodny moment. Nie spodziewa się jednak że po powrocie ojca Despiny dojdzie w jej domu do tragedii. Rozjuszona, matka wywołała  awanturę,  podczas której ojciec dowie się, iż spłodził córki. Z ostatniego rejsu wrócił sparaliżowany, więc  ten  cios  jest  już ponad jego siły. Nagle pada martwy, a Despina rzuca  się na matkę, która musi schronić się na jachcie nauczyciela. Już po  chwili jest jednak przy nich gromada rozwścieczonych mieszkańców wsi. Łódź z nauczycielem i niewierną żoną zostaje odholowana na głębszą wodę i  zatopiona. I wydawać  by się mogło, iż odtąd życie głównego bohatera będzie już biegło spokojnie i szczęśliwie. Niestety ci, którzy  zostali  uwikłani  w  walkę  sprzecznych żywiołów, muszą płacić  za  każdą chwilę szczęścia i triumfu. Nie zdradzajmy jednak jak kończy się powieść, gdyż – zaplanowany przez autora – efekt  końcowy jest nieoczekiwany…. Powieść  Nikosa  Chadzinikolau traktuje o pięknie i ranach, o smutnym  spojrzeniu  kobiety patrzącej  na  morze i czekającej na powrót kochanka, jak i o tym, iż w żyłach współczesnych Greków płynie  wciąż  czarna i błękitna krew Grecji antycznej. Na dobrą sprawę  powieść tę można by rozpisać na poszczególne kwestie i zmieniając  nieco  realia,  odegrać  w jakimś greckim amfiteatrze  – wszak mamy tu do czynienia a tymi samymi elementami tragizmu,  które odnajdziemy w Antygonie, Królu Edypie czy Elektrze.  Chadzinikolau czerpie obficie ze skarbnicy  śródziemnomorskiego  mitu, opisuje ten sam gorzki  i słony ból,  tę samą rozpacz w promieniach słońca i  pod włóczniami gwiazd Peloponezu, Epiru, Tesalii i tysięcy wysp.

__________

Nikos Chadzinikolau, Niebieskooka Greczynka, Iskry, Warszawa 1987, s. 132.

STO WIERSZY POLSKICH (XXXII)

Mitologia grecka stanowiła ogromne wyzwanie dla wyobraźni Zbigniewa Herberta, stale wibrującej i zataczającej wiele kręgów, od starożytności do czasów współczesnych, od realizmu do symbolizmu, od prostoty do filozofii i od podania kulturowego do nadrealizmu. W wierszu pt. Apollo i Marsjasz pojawia się dwóch wyrazistych bohaterów, mających szerokie konotacje imaginacyjne w literaturze i sztuce wielu wieków.[1] Pierwszy z nich to Apollo, syn Zeusa i nimfy Leto, urodzony na wyspie Delos, bliźniaczy brat Artemidy[2], między innymi bóg piękna, blasku i nagłego rozświetlenia, życia i śmierci, przewodnik muz i patron poetyckich natchnień. Genialnie grał na kitarze i lubował się w pięknych krajobrazach, a swoją siedzibę miał na górze Parnas, skąd przyglądał się poczynaniom bogów i ludzi. Jego przeciwnikiem w micie i w wierszu Herberta jest satyr Marsjasz, który znalazł zgubiony flet Ateny i tak pięknie nauczył się na nim grać, że zaczął wzbudzać powszechny zachwyt we Frygii. Dotarło to do uszu zawistnego i mściwego Apolla, który natychmiast wyzwał nieszczęśnika na muzyczny pojedynek, komplikując sprytnie jego reguły.[3] Marsjasz godzi się na odwrócenie instrumentów, ale nie potrafi jednocześnie grać i śpiewać, co przy kunszcie Apolla, prezentującego cudowne pieśni olimpijskie, powoduje, iż muzy uznają go za zwycięzcę. Satyr był tak zarozumiały, że zgodził się na ustalenie dowolnej kary dla pokonanego, nie przypuszczając, że okrutny Apollo wykorzysta to i obedrze go ze skóry. Dopiero w tym momencie zaczyna się poetycka akcja wiersza Herberta: właściwy pojedynek Apollona/ z Marsjaszem/ (słuch absolutny/ kontra ogromna skala)/ odbywa się pod wieczór/ gdy jak już wiemy/ sędziowie/ przyznali zwycięstwo bogu[4], dopiero w tym momencie wyobraźnia poety znajduje właściwą sobie przestrzeń interpretacyjną i może zweryfikować wymowę mitu, przekornie przyznając zwycięstwo sylenowi.[5]

Przeciwnik został mocno przywiązany do drzewa i dokładnie odarty ze skóry, co spowodowało, że zaczął rozpaczliwie krzyczeć, a potem jakby zatopił się w monotonii wysokiego dźwięku, w nieustannym artykułowaniu, odzwierciedlającej cierpienie, głoski A. Apollo w tym czasie zdaje się już być w innych przestrzeniach i demonstracyjnie czyści swój instrument, skalany krwią w trakcie torturowania przeciwnika. Ale to, co dla postronnych obserwatorów jest monotonnym wrzaskiem, dla poety staje się pretekstem do odwrócenia sytuacji – wszak ból ofiary kala też krzywdziciela i rani jego psychikę, tym bardziej, że zdjęcie skóry przyczyniło się wzmocnienia organicznego bogactwa wnętrza satyra: w istocie/ opowiada/ Marsjasz/ nieprzebrane bogactwo/ swego ciała/ łyse góry wątroby/ pokarmów białe wąwozy/ szumiące lasy płuc/ słodkie pagórki mięśni/ stawy żółć krew i dreszcze/ zimowy wiatr kości/ nad solą pamięci. Metaforyzacja podąża tutaj w kierunku natury, zmienności pór roku i kruchości ludzkich organów, pośród których trwa nieustanna akcja – krew przesącza się przez tkanki, żółć uczestniczy w rozkładzie złożonych pokarmów, a dreszcze przypominają o potencjalnym i zawsze przyczajonym cierpieniu. Apollo tyleż bytuje pośród przestrzeni ziemskich, co duchowych i brzydzi się jawną, krwawą cielesnością, a poeta kieruje uwagę czytelnika ku niezwykłym możliwościom jakie niosą reinterpretacje mitu. Kolejne kadencje bólu generują jeszcze wyższe tony, zdające się dobywać aż ze stosu pacierzowego fauna: teraz do chóru/ przyłącza się stos pacierzowy Marsjasza/ w zasadzie to samo A/ tylko głębsze z dodatkiem rdzy. Takie przemieszanie przestrzeni dźwiękowych i materialnych daje niezwykły efekt, gdy na artykułowanej głosce A pojawia się rdza. Z kolei rozchybotanie rzeczywistości staje się zaczynem nowej dekompozycji, gdy bóg piękna okazuje się tandetną imitacją samego siebie, boga nie potrafiącego utrzymać się w ryzach i zbyt często zachowującego się jak człowiek. Jego nerwy, zdawać by się mogło nie do zdarcia, nie reagujące na martyrologię sylena i makabrę odzierania go ze skóry, nagle stają się błahe, jakby wykonane z tworzyw sztucznych.  

W tym momencie Apollo jest już postacią stricte surrealistyczną, jakby namalowaną pędzlem Salvadore’a Daliego i czym prędzej umyka z miejsca kaźni Marsjasza, zbyt dla niego realnego, przepełnionego krzykiem i bólem. Markuje przy tym spokojny odwrót, jakby po zakończeniu mistrzowskiego koncertu: żwirową aleją/ wysadzaną bukszpanem/ odchodzi zwycięzca/ zastanawiając się/ czy z wycia Marsjasza/ nie powstanie z czasem/ nowa gałąź/ sztuki – powiedzmy – konkretnej. Ironia wszechmocnego boga jest tutaj niezwykle zjadliwa, zważywszy, że domaga się ukonkretnienia sztuki, i to na bazie owej nieustannie brzmiącej w przestworze głoski A. Poetyckie odrealnienie rymuje się tutaj z przepastną głębią mitu, który zawsze jest wieloznaczny i może generować nieskończone interpretacje. Tak przestaje mieć znaczenie ból Marsjasza i jego gehenna, a zyskują moc dziwne konotacje, jakby rodem ze snu, gdzie wszystko jest możliwe, a dekompozycja staje się tak samo adekwatna jak logiczny ciąg znaczeniowy. Apollo oddala się, a perspektywa bukszpanowej alei zwęża się coraz bardziej – i tak mogłoby się zakończyć to dramatyczne zdarzenie, ale przecież nie byłoby w nim niczego szczególnego, ot jeszcze jedna batalia kochliwego[6] i wojowniczego boga olimpijskiego, który potrafił przeciwstawić się samemu Zeusowi.[7] Herbert zdaje sobie z tego sprawę i wprowadza do utworu jeszcze jeden zaskakujący trop: Nagle/ pod nogi upada mu/ skamieniały słowik. Jak wiadomo ptak ten od najdawniejszych czasów symbolizuje najwyższe uniesienia miłosne i jakby docieranie wydawanymi dźwiękami do samej istoty bytu.[8] Sugerowałoby to, że Marsjasz odniósł jednak zwycięstwo i w swoim bólu i „śmiertelnym śpiewie” pojął to, co miało dla niego pozostać zakryte. W taki też sposób zemścił się na swoim wrogu, hardo rzucił mu pod nogi skamieniałego słowika i nagle przyspieszył upływ czasu. Drzewo, do którego został przywiązany zyskało cechy ludzkie i posiwiało jak starzec: odwraca głowę/ i widzi/ że drzewo do którego przywiązany był Marsjasz/ jest siwe/ zupełnie. Tego rodzaju antropologizacja ma sens w surrealnym świecie, wykreowanym przez poetę i staje się elementem jego dziwności, nagłego wymknięcia się ze sztywnych ram podaniowych. Dodatkowo zawiera drugie dno i jakby wskazanie opisywanych szeroko sytuacji, gdy jakiś bohater w jednej chwili posiwiał. Tutaj przytrafiło się to drzewu, które miało być niemym świadkiem cierpienia Marsjasza, ale wydostało się ze swej statyczności i dynamicznie dookreśliło finał tej konfrontacji.

[1] Motyw ten odnajdziemy na wazach greckich, licznych mozaikach, odwzorowywany jest w rzeźbach, a potem pojawia się w malarstwie, między innymi na obrazach Pietra Perugina (ok 1490), Michelangela Anselmiego (ok. 1540), Bartolomea Manfrediego (ok. 1616), Jusepe de Ribery (1637). 

[2] Por. R. Graves, Mity greckie, przeł. H. Krzeczkowski, Warszawa 1982, s. 63-64.

[3] Por. Tamże, s. 81.

[4] Tekst z tomu Studium przedmiotu podaję za: Z. Herbert, Wiersze zebrane, oprac. R. Krynicki, Kraków 2008, s. 247–249.

[5] Por. M. Mikołajczak, Wstęp w: Z. Herbert, Wybór poezji, Wrocław 2019, s. LXXVI.

[6] R. Graves tak podsumowuje jego podboje miłosne: Choć Apollo nie chciał się krępować więzami małżeńskimi, spłodził dzieci z wieloma nimfami i śmiertelnymi kobietami. Z Fitą na przykład spłodził Dorosa i jego braci, z muzą Talią korybantów, z Koronis Asklepiosa, z Arią Miletosa, a z Kyrene Aritajosa. Uwiódł również nimfę Dryope (…)., dz. cyt. s. 81–82.

[7] Tamże: zob. historię odwetu Apolla na Zeusie, po zabiciu jego syna, lekarza Asklepiosa, który odważył się wskrzesić zmarłego i odebrać w ten sposób poddanego Hadesowi.

[8] Por. słynną Odę do słowika Johna Keatsa, w której mamy do czynienia z takim przekraczaniem granic ontologicznych.

BROMBERG (16)

Eleonora Spatz wyszła z domu przy Schöne Strasse i zauważyła, że jest jasny dzień, a słońce zbliżające się do zenitu zapowiada wspaniałą aurę. Liście na klonach przy Hauptstrasse pożółkły już i wyraziście obijały się pośród czarnych konarów. Z upodobaniem używała niemieckich nazw ulic i teraz w jej myślach też królowały takie formy. Była pewna, że Bromberg pozostanie na zawsze w rękach niemieckich i takie nazwy jak Piękna, Szubińska trafią do lamusa historii. Gdziekolwiek się udawała, zawsze pilnowała, by być punktualnie i teraz wyszła z domu około jedenastej, licząc, że droga do Cafe Kronprinz zajmie jej około czterdzieści minut, a jeśli nawet będzie tam prędzej, poczeka na kochanego Williego. Jakąż dumą napełniał jej serce ten chłopak, tak przystojny i tak wspaniale prezentujący się w czarnym mundurze, ale teraz czuła lekki niepokój, bo nie lubiła ukrywać swoich zamiarów przed mężem. Minęła piekarnię na rogu i sklep firmowy Polaka Piekarskiego, czując wspaniały zapach świeżo upieczonego chleba. Schodziła powoli w dół i już zauważyła wspaniałą willę Louisy Giese-Rafalskiej, w której mieszkały samotne bydgoskie kobiety. Właścicielka majątku Rupienica, ulokowanego na południowych rogatkach miasta, wybudowała ten dom lat ostatnich dla niewiast, które były rodowitymi bydgoszczankami, pochodziły z dobrych domów i dysponowały określonymi środkami na utrzymanie. Uśmiechnęła się do swoich myśli, bo przecież przez kilka lat pracowała w tym instytucie i dopiero przejęcie go przez Polaków spowodowało, że straciła pracę. Zbliżała się do okazałego budynku z czerwonej cegły, z charakterystycznymi białymi zdobieniami i rozmyślała o właścicielce i jej pannach, spośród których kilka szczególnie zapadło jej w pamięci. Była wtedy intendentką, ale też wykonywała wszystkie polecenia, zaopatrywała dom w produkty spożywcze, towarzyszyła chorym osobom w drodze do szpitala, a także pomagała w przygotowaniach do pogrzebów, które miały najczęściej miejsce na wielkim cmentarzu ewangelickim przy Wilhelmstrasse.

Droga schodziła dość stromo w dół i Eleonora w naturalny sposób przyspieszała kroku, będąc już naprzeciw wielkiego, dwupiętrowego budynku. Z radością zauważyła przy nim dwóch wartowników z karabinami, w hełmach na głowach i mundurach Wehrmachtu. Wkraczając na Brunnenplatz znowu uśmiechnęła się do swoich myśli, bo przecież tutaj poznała swojego męża Johanna, gdy pani Louisa wysłała ją na targ świński, by wybrała solidnego wieprzka, a potem zajęła się przygotowaniem szynek i kiełbas. To wtedy wpadł jej w oko wysoki mężczyzna, żywo rozmawiający z jakimś sprzedawcą i to wtedy udała, że niechcący na niego wpadła. Podtrzymał ją natychmiast i przestrzegł, że na ziemi jest sporo odchodów i gdyby przewróciła się nieopacznie, jej piękna, różowa sukienka straszliwie by ucierpiała. To spotkanie odmieniło jej życie i spowodowało, że w końcu wzięła ślub z Johhanem i zamieszkała nieopodal tego miejsca, na górce, przy  Schöne Strasse. Zawsze, gdy wkraczała na ten plac, patrzyła na pobliskie skarpy i cieszyła się widokiem wysokiej wieży ciśnień, a nieco dalej charakterystyczną sylwetką wieży Bismarcka. Bodaj w maju 1913 roku poszła wraz z rodzicami na otwarcie tego wspaniałego monumentu i była dumna, że jej tata Helmut, pracujący w Deutscher Ostmarkenverein, przyczynił się do jego powstania. Wszedł do komitetu budowy i wiele razy spotykał się nadburmistrzem Alfredem Knoblochem, z którym też w tej sprawie kilka razu pojechał do Berlina. Szła teraz wolno, przypatrując się okolicznym domom i ludziom, którzy ją mijali i bała się spojrzeć na wzgórza, bo wiedziała, że Polacy z nienawiści do Bismarcka, zburzyli upamiętniającą go wieżę. Ciągle miała w pamięci ów majowy dzień, gdy tata zabrał ją na sam szczyt ogromnego budynku, gdzie w mosiężnej, trzy i pół metrowej misie płonął ogień. Z rozkoszą delektowała się wtedy panoramą Brombergu, wielkimi budynkami, wybudowanymi przez Niemców, ewangelickimi kościołami, wstęgą Brahe i kanałami, które powstały dzięki przychylności króla Prus Fryderyka II, wielkiemu geniuszowi Franza von Brenckenhoffa i modernizatora Ernsta Conrada Petersona. W domu rodzinnym Eleonory kultywowało się pruskie tradycje i z dumą mówiło się o jej mieście, często używając określenia Kleine Berlin. Sprzyjało to rozlicznym lekturom, a szczególnie często młoda dziewczyna zaglądała do „Bromberger Zeitung”, gdzie pojawiało się wiele artykułów o chwalebnej pruskiej historii. Zwiedzając z ojcem i mamą sale w wieży, upamiętniające Żelaznego Kanclerza, z wypiekami na twarzy patrzyła na jego wielki posąg, odlany z brązu i prezentujący go w stroju kirasjera. Wielkie wrażenie zrobiło też na niej dwadzieścia pięć pamiątkowych tablic, ufundowanych przez niemieckie miasta i wielkie osobistości, w tym przez cesarza Wilhelma II i kanclerza Rzeszy Niemieckiej Theobalda von Bethmanna Hollwega. Jak Polacy mogli zburzyć tak wspaniały monument, jak mogli to zrobić? Co to za podły naród?

Rozmyślała o tym, gdy wchodziła na Posener Strasse, a potem przemknęła przez trójkątny Wollmarkt i Friedrichstrasse, na której czuła się dziwnie po długiej nieobecności. Nigdzie nie było już niemieckich nazw, a sklepy galanteryjne, które znała z dawnych czasów zmieniły witryny i wystrój wewnętrzny. Tylko tramwaje wciąż kursowały tą wąską ulicą i mijały się z piskiem i dzwonieniem w okolicach Hofstrasse. Eleonora wcześniej jednak skręciła w lewo i krótką nitką Poststrasse dostała się na Friedrichs-Platz, gdzie znowu poczuła się strasznie nieswojo pośród krzykliwych polskich reklam. Na środku nie było już pomnika Fryderyka II Wielkiego, który nie wadził nikomu przez prawie siedemdziesiąt lat i był atrakcją rynku, obok uruchomionej w 1909 roku fontanny i niewielkiego pomnika dzieci bawiących się z gęsią. Ojciec opowiadał jej, że był świadkiem jak Polacy zrzucili ten piękny monument z cokołu i śmiali się do rozpuku. Ileż razy pojawiała się w tym miejscu na sezonowych jarmarkach i zwykłych targach tygodniowych, podczas których plac wypełniał się furmankami i końmi, a także naprędce skleconymi stoiskami. Teraz przez chwilę stanęła na środku rozległej przestrzeni i spojrzała na zegary na obu wieżach polskiego kościoła pojezuickiego. Nie lubiła go, bo miał dziwaczną architekturę i został wtłoczony między kamienice i Muzeum Miejskie. Miała jeszcze dwadzieścia minut czasu do spotkania z Willim, więc postanowiła jeszcze podejść na most i spojrzeć na rzekę, którą tak wielbiła, szczególnie pod Brombergiem, gdzie z przyjaciółkami jeździła kąpać się w krystalicznie czystej wodzie. Jeszcze raz rozejrzała się po rynku, który sprawiał wrażenie obcego, nie należącego do jej przeszłości, straszącego polską pstrokacizną. Brakowało przede wszystkim niemieckich napisów, nazw sklepów, Damen Confection, Mode Bazar, Bürger Bierhaus i nazwisk ich właścicieli: Adolpha Eberle, Simona Schendela, Hermanna Krause i wielu innych. Z rynku zjeżdżał właśnie tramwaj numer jeden, pozbawiony niemieckich napisów i niepodobny do wozów, które zapamiętała z dawnych lat. Weszła w Brückenstrasse i podążyła nią ku mostowi, właśnie naprawianemu po działaniach wojennych z początku września. Chciała podejść do balustrady, ale drogę zastąpił jej spory oddział Wermachtu maszerujący w stronę teatru i Danzingerstrasse. Trochę rozbawił ją widok żołnierzy w hełmach, z granatami u boku i karabinami na prawych ramionach, tak różniących się wzrostem i posturą. W końcu jednak zatrzymała wzrok na najroślejszych piechurach i poczuła dumę, że armia niemiecka znowu jest na ulicach Brombergu.

Popatrzyła na statki płynące środkiem rzeki i pnie drzew spławiane gdzieś daleko, może nawet do samego morza. W końcu, ociągając się trochę, ruszyła ku wejściu do kawiarni, znanej z licznych opowieści osób, które chętnie spotykały się w niej i czasem balowały do późnej nocy. Czuła lekkie podniecenie, ale górę brała ciekawość i przekonanie, że Willi chce jej przekazać coś bardzo ważnego. Przy drzwiach przywitał ją kelner w białym stroju i z uśmiechem zapytał po niemiecku, bez trudu rozpoznając w niej Niemkę:

– Czym mogę  pani służyć…?

– Nazywam się Spatz i umówiłam się tutaj z kimś… – odpowiedziała i zaraz zagadnęła – Czy może mnie pan zaprowadzić na waszą słynną werandę, nigdy tam nie byłam…

Kelner skinął głową i poprosił by Eleonora podążyła za nim ku schodom prowadzącym na balkon, z którego roztaczał się wspaniały widok na teatr miejski i nabrzeża Brahe, na których królował wielki budynek z niezwykłymi ozdobami. Znała go jako dom towarowy Hohenzollernów, ale teraz pozbawiony niemieckich napisów i witryn pełnił chyba funkcję mieszkalną. Kawiarnia nieco ją oszołomiła, szczególnie główna sala, w której  przy bufecie ustawiono ogromny kredens z kryształowymi szybami, za którymi znajdowały się drogie alkohole i lśniące naczynia, kieliszki i szklanice różnego rodzaju. Poszczególne części lokalu rozdzielały kute z żelaza przepierzenia, przydające przytulności i sugerujące wielkie bogactwo. Po wejściu na werandę zdziwiła się nieco, bo jej wystrój był znacznie skromniejszy, a ubóstwo miały maskować girlandy zieleni, zawieszone naprzeciwko okien. Stoliki miały blaty z marmuru, ale przy nich ustawiono dość prymitywne, białe, metalowe krzesła. Nikogo nie było jeszcze w tym pomieszczeniu, a choć kelner wskazał jej miejsce przy ścianie z kwadratowym stolikiem na rzeźbionej nodze, to wybrała blat w kształcie koła, po drugiej stronie, tuż przy wielkiej witrynie okiennej. Rozsiadła się wygodnie i nakazała, by przyprowadzono do niej młodego SS-Untersturmführera, gdy tylko się pojawi. Rozsiadła się wygodnie, choć przez głowę przemknęła jej myśl, że zawieszony nad rzeką balkon może się nagle zawalić. Szybko jednak odsunęła od siebie tę obawę, słysząc już głos Willego, pytającego na dole o frau Spatz. Kelner doprowadził oficera do jej stolika i stanął w słusznej odległości, gotowy by przyjąć zamówienie. Willi usiadł naprzeciw cioci, zdjął czapkę z trupią główką i położył ją na wolnym krześle, a potem uśmiechnął się promiennie i spytał:

            – Na co ciocia ma ochotę…? Bo ja musze wypić kawę…

            – Tak młodzieńcze, ja też chętnie wypiję kawę z mlekiem i zjem szarlotkę… – odpowiedziała odwracając się do kelnera.

            – To dla mnie to samo… chłopcze przynieś nam dwie filiżanki mokki i dwie szarlotki… – oficer zwrócił się chłodno do kelnera, jakby wydawał mu rozkaz. Eleonora miała wrażenie, że Willi jest nieco spięty, zdawało jej się też, że ma lekki rumieniec na twarzy, ale przecież jego obowiązki były rozległe i może dopiero co wrócił z jakiejś narady lub akcji. Spała jeszcze, gdy rano wychodził z domu, ale teraz miała go do własnej dyspozycji i czekała na rozmowę, jakby miał jej objawić jakąś wielką tajemnicę.

UKEREWE

Miałem jedenaście lat i byłem w piątej klasie szkoły podstawowej… I właśnie wtedy zaczął się niezwykły okres w moim życiu, kiedy to, z wypiekami na twarzy, czytałem wiele książek i zmieniła się moja sytuacja w szkole. Po licznych problemach w klasie czwartej, nagle pojawiły  się znakomite oceny i średnia ostro poszybowała w górę. Szczególnie interesowałem się geografią Afryki, zapoznając się z relacjami podróżników, studiując mapy i fotografie, ucząc się na pamięć nazw rzek, gór i miast. Klasówka z tego przedmiotu była prawdziwym świętem i jakże czułem się szczęśliwy, gdy na pytanie o wielkie rowy afrykańskie jak z rękawa sypałem nazwami: Ukerewe, Niasa, Tanganika, Turkana, Nakuru, Kiwu. Myślałem, że zostanę geografem i będę przemierzał kontynent afrykański jak Mungo Park, Henry Stanley lub David Livingstone, ale miało minąć czterdzieści pięć lat zanim po raz pierwszy stanąłem na afrykańskiej ziemi. W roku 2018 poleciałem na festiwal literacki do Kenii, w którego programie było też safari na obszarze chronionym Masai Mara i podróż nad Jezioro Wiktorii. Zobaczyłem wtedy tysiące zwierząt, byłem w masajskiej wiosce i stanąłem nad brzegiem największego słodkowodnego i tropikalnego akwenu Afryki. Gdy dojechaliśmy na miejsce, nieopodal wioski Muhuru, z premedytacją oddaliłem się nieco od grupy i kontemplowałem widoki, roztaczające się przede mną. Nad toń unosiły się czaple, kormorany i ibisy, przy brzegu stały charakterystyczne, wydłużone łodzie i czarne dzieci kąpały się z rozkoszą w połyskującej wodzie. Byłem bardzo wzruszony i myślą biegałem ku moim dziecinnym marzeniom, spełniającym się w tak nieoczekiwany sposób. Jezioro zdawało się szeptać cicho do mnie, łza oderwała się od oka i czułem się spełniony jak nigdy dotąd…

« Older entries

<span>%d</span> blogerów lubi to: