BIBLIOGRAFIA MIŁOSZA

W edycji Dzieł zebranych Czesława Miłosza Wydawnictwo Literackie opublikowało Bibliografię przedmiotową 1932–2020. Choć opracowanie ma podtytuł Wybór, to jest największą pracą tego typu, umożliwiająca szerokie badania i pozwalająca zorientować się w skali rozprzestrzenienia i recepcji twórczości pisarza. Z radością znajduję tu także moje artykuły, szkice, analizy, a choć niektóre przepadły, to przecież czasami publikowane były w trudnych do odnalezienia periodykach, jak choćby „Okolica Poetów” Jerzego Szatkowskiego. Ukazanie się tego dzieła zamyka ogromne przedsięwzięcie edytorskie Wydawnictwa Literackiego i Znaku, którego spiritus movens był prof. zw. dr hab. Aleksander Fiut. Myślę, że teraz mogę już ruszyć z finalnym pisaniem mojej monografii o naturze i świecie w twórczości Miłosza, której mam już spore fragmenty. Przeglądając tę pracę, wróciłem myślą do mojego zmanipulowanego kolokwium habilitacyjnego w Uniwersytecie Gdańskim (2013), podczas którego wygłosiłem wykład o kobietach w życiu i twórczości autora Ziemii Ulro. Jakoś nie widzę w obszernej bibliografii prac Rośka i Owczarskiego, największych krzykaczy z tamtego dnia, mądrujących się na temat tego, co powiedziałem o Miłoszu. Niewiele też wniosła do opracowań Małgorzata Czermińska, przyjaciółka Tomasika i wieloletnia szefowa wskazanych wyżej osobników.    

BROMBERG (14)

Komendant Policji Jan Kowalski wyszedł z tymczasowej siedziby Selbschutzu, w dawnej willi Blumwego, gdzie uczestniczył w naradzie z SS-Standartenführerem Ludolfem von Alvenslebenem. Dzień był słoneczny, więc postanowił przejść główną ulicą miasta w okolice teatru miejskiego i tam skręcić ku dawnej siedzibie polskich władz rejencyjnych, gdzie mieścił się też komisariat powiatowy. Szedł powoli przyglądając się ludziom i budynkom, z których teraz zwisały wielkie czerwone flagi, z czarnymi swastykami. Jeszcze nie otrząsnął się z wrażeń, jakie przyniosła nieudana ucieczka w kierunku Inowrocławia, a potem przesłuchania i szybkie podpisanie zobowiązania lojalności, w czym dopomógł mu wujek, dawny współwłaściciel składu handlowego. Teraz dziwnie się czuł, idąc ulicą Gdańską, pod okupacją niemiecką przemianowaną na Adolf Hitler Strasse, pełną patroli w masywnych hełmach, oficerów przemykających gdzieś szybko i samochodów z niemieckimi rejestracjami. Na wysepce, przy hotelu Pod Orłem przystanął obok policjanta w granatowym mundurze, który natychmiast mu zasalutował.

– Jak sprawy się mają…? – zapytał podwładnego, nie mogąc sobie przypomnieć jego nazwiska.

– Wszystko pod kontrolą panie komendancie… Melduje się posterunkowy Józef Madej…Duży ruch przy hotelu, podjeżdżają niemieckie auta, wchodzą i wychodzą oficerowie i żołnierze niższej rangi…

– Może dostają posiłki w restauracji – powiedział Kowalski, przypominając sobie niegdysiejszy raut prawniczy w Sali Malinowej, na który został zaproszony w 1933 roku.

 – Pewnie tak… odpowiedział posterunkowy, a potem dodał – Jeden z podoficerów powiedział mi, że Niemcy przemianują nazwę naszego reprezentacyjnego hotelu na Danzinger Hof…

 – To ciekawe…i jakże dziwaczne… – odrzekł Kowalski i już chciał odejść, gdy jego uwagę przykuł orzełek na czapce podwładnego. Zatrzymał się jeszcze na chwilę i cicho wydał rozporządzenie – Kolego ściągnij polskie godło z nakrycia głowy, teraz będziemy nosili na nich herb miasta z czasów niemieckich. Pobierzecie blaszkę w naszym komisariacie…Więc mówicie… Danzinger Hof…

 – Tak jest panie komendancie – zasalutował na pożegnanie Madej i odwrócił się w drugą stronę, przybierając postawę służbistą.

Kowalski ruszył dalej, rozmyślając o tym, co mu powiedział posterunkowy. Jego kroki były sprężyste, a wyglancowane oficerki miarowo stukały o chodnik. Szybko dotarł do kościoła klarysek, wciąż czynnego i gromadzącego wiernych na mszach. Niestety wiedział już od Alvenslebena, że świątynia niebawem zostanie zamknięta… oby tylko znowu nie przemianowali jej na remizę strażacką… pomyślał i ruszył w kierunku kolejnego podwładnego, stojącego na posterunku naprzeciw półokrągłego domu Pfefferkorna, w którym od dziecka bywał w składzie i mieszkaniu swojego wuja. Zbliżył się do policjanta, który nie widział, że dowódca sunie ku niemu. Lubił czasem żartobliwie straszyć swoich podwładnych, więc teraz odezwał się znienacka po niemiecku:

 – Alle achtung!

Wystraszony Posterunkowy odwrócił się błyskawicznie na pięcie, a widząc swojego dowódcę, uśmiechnął się, zasalutował i szybko się zameldował:

 – Na wyznaczonym miejscu, melduje się starszy posterunkowy Józef Glapa…

Tego policjanta Kowalski znał znakomicie i nawet go lubił, więc z uśmiechem nakazał mu konfidencjonalnie zdjąć orzełka z czapki, a potem dalej patrolować przestrzeń ograniczoną z jednej strony przez teatr, a ze strony drugiej przez cukiernię Białeckiego, półokrągłą kamienicę Pfefferkorna i niewielki kościół. Zapytał jeszcze o żonę i dzieci, a potem ruszył równiutkim chodnikiem dawnej ulicy Jagiellońskiej, wzdłuż latarń gazowych i drzewek, posadzonych ledwie kilka lat temu, podtrzymywanych przez żelazne wsporniki i ochranianych przez dookolne siatki. Właśnie dowiedział się, że jego siedziba, w dawnym budynku Rejencji Bydgoskiej, mieścić się teraz będzie przy Hermann Göring Strasse. Nagle jego uwagę przykuł mijający go boy hotelowy, ubrany paradnie w białą kamizelkę, pumpiaste spodnie, kolanówki i dość znoszone brązowe buty, całość uzupełniał paradny, czerwony toczek na głowie, przytrzymywany przez pasek, zapinany pod brodą,. Chłopak zapewne zmierzał do wielkiego budynku pocztowego, wzniesionego przez Prusaków pod koniec ubiegłego wieku w stylu narodowym i ukończonego w roku 1900. Teraz, gdy chłopiec się oddalił, Kowalski przyspieszył nieco kroku i już z daleka zobaczył dwie ogromne flagi ze swastykami, zwisające od dachu do końca elewacji. Przy samym wejściu wyprężyli się przed nim robotnicy budowlani, właśnie demontujący polskie tablice municypalne.

Wszedł do obszernego przedsionka i długim korytarzem skierował się ku pokojom na parterze, w bocznym skrzydle, zajmowanym przez policję. W sekretariacie przywitał go przodownik Kamiński, a po chwili z bocznego pokoju wyszedł też starszy posterunkowy Tabakowski. Nagle poczuł się zmęczony, więc podszedł do stołu, nalał sobie zbożowej  kawy z dzbanka i usiadł na wygodnym fotelu. Współpracownicy zauważyli, że wyciągnął z kieszeni kraciastą chusteczkę i zaczął nią ścierać pot z czoła, zza uszu i z szyi. Dopiero, gdy napił się kawy, sięgnął po papierosa i po pierwszym zaciągnięciu się dymem, wypuścił z ust biały obłok, Kamiński odważył się zapytać:

– Jak tam narada Janku… Szwaby dadzą nam żyć…?

Dowódca zaciągnął się ponownie, a po wydmuchnięciu dymu i wypiciu kolejnej porcji kawy, ociągając się jakby mu to sprawiało przykrość, powiedział:

 – Nie mamy wyjścia, musimy dostosować się do zarządzeń władz okupacyjnych…Wszyscy będziemy musieli podpisać zobowiązania lojalności, każdego dokładnie prześwietlą, sprawdzą genealogię i jeśli znajdą jakieś odgałęzienia żydowskie, wypieprzą na zbity pysk…

  – No to nasz kochany Szmul Lewi pożegna się z posadą…– odezwał się Tabakowski.

  – Niestety tak…I jakże przykro mi będzie mu to zakomunikować… – odparł komendant, a potem ciągnął – Musimy mu jakoś pomóc, bo otrzymałem rozkaz przekazywania wszelkich informacji o Żydach do samego Alvenslebena. Najlepiej by było, gdyby spróbował przedostać się do Rosji, podobno ma tam rodzinę, a jego wujek piastuje wysokie stanowisko w bolszewickim wojsku…

  – Teraz to są nasi przełożeni, a zadaniem policjanta jest służyć władzy, jakakolwiek by ona nie była… – powiedział Kamiński.

  – Taki nasz los i takie zadanie… wielu z nas nienawidziło Piłsudskiego, ale służyliśmy mu wiernie… – zabrał głos w dyskusji starszy posterunkowy.

  – Piłsudski kazał strzelać do tłumów, ale miał zawsze na uwadze interes Polski, jesteśmy warcholską nacją… – powiedział komendant.

  – Choć moja żona tego nie zaakceptuje, podpiszę szybko akt lojalności… powiedział Kamiński.

  – Będziemy też musieli ślubować oddanie Hitlerowi… Alvensleben powiedział mi, że będziemy też wykorzystywani podczas egzekucji…

 – Pełniłem służbę na Starym Rynku i rozstrzeliwanie nie zrobiło na mnie większego wrażenia… W końcu wcześniej, na rozkaz polskich władz wojskowych, strzelaliśmy do niemieckich dywersantów…– powiedział Tabakowski.       

– Policjant musi być twardy… – wtrącił się Kamiński – Szczególnie teraz, gdy Niemcy nie patyczkują się z mięczakami… Historia uczy, że wszelkie zabory i najazdy kiedyś się kończą… A wtedy będziemy potrzebni ojczyźnie żywi…

– To są trudne wybory mój przodowniku…– próbował zamknąć dyskusję Kowalski.

– Tak, ale pamiętaj co Jezus powiedział do faryzeuszy: Oddajcie co jest cesarskie, cesarzowi, a co jest boże Bogu…

– Cały czas brzmiały mi w uszach te znamienne słowa z Ewangelii św. Mateusza, gdy słuchałem Alvenslebena… I cieszę się, że nie będę miał problemu z wyznaczeniem was do planowanej egzekucji Żydów nieopodal Bydgoszczy.

– Myślałem, że rozważaliśmy to wszystko teoretycznie – powiedział czerwony od gniewu Kamiński.

– Tak, ale teoria jest pustą literą, jeśli nie sprawdza się w praktyce – powiedział dowódca, lekko urażony tonem ostatniej wypowiedzi Kamińskiego.

– Jeśli kolega ma jakieś opory, ja ich nie mam i mogę pojechać na akcję za niego… palnął Tabakowski, zasalutował i wyszedł do sąsiedniego pokoju.

Kowalski dopił resztę kawy, po czym dźwignął się z fotela i powędrował do swojego gabinetu. Tam zasiadł za biurkiem i sięgnął po słuchawkę telefonu. Odszukał numer w podręcznym notatniku i wykręcił go powoli. Po chwili usłyszał w słuchawce dźwięczny, znajomy głos:

– Tu Szmul Lewi, czym mogę służyć…?

– Mówi Kowalski…Słuchaj uważnie drogi przyjacielu… Musisz jak najszybciej wziąć najpotrzebniejsze rzeczy, spakować żonę i dzieci, wziąć oszczędności i kosztowności  i zmykać stąd jak najdalej. Jeśli tego nie zrobisz, Niemcy wkrótce zapukają do waszych drzwi i wywloką was na rozstrzelanie…

– O Jahwe, rabinie nad rabinami… – Kowalski usłyszał po drugiej stronie – O Jahwe, a gdzie my się teraz podziejemy…?

– Podobno masz rodzinę w Rosji, więc kieruj się ku wschodniej granicy… – mówił przełożony – Tutaj nie ma dyskusji… Nawet twoi koledzy z naszego komisariatu doniosą na ciebie… Rozmawiałem z nimi i wiem jaki jest ich stosunek do rozkazów władz… A są one bezwzględne dla waszego narodu i już zaplanowali masowe rozstrzelania nieopodal naszego miasta… Masz tylko jedną alternatywę kochany Szmulu, ucieczka albo śmierć…

– Ty jesteś dobrym człowiekiem Janku… dobrym człowiekiem – powiedział dobitnie Szmul, a potem dorzucił – Nigdy ci tego nie zapomnę. Mam sąsiada, bardzo bogatego Żyda, który niedawno kupił duży furgon dostawczy, może zabierze swoją rodzinę i nas i jakoś przemkniemy bocznymi drogami do Wilna, a stamtąd do Głębokiego i Połocka, nieopodal sowieckiej granicy, gdzie od lat mieszkają moi krewni.  Tylko jak ja to wytłumaczę mojej Mirełe…? Ona tak kocha naszą Bydgoszcz… Jak uspokoję małego Chaima i jego siostrę Sarę…?

– Nie masz wyjścia Szmulu… to są prawdziwie szatańskie bestie i nie zlitują się nad wami… Zażądali bym wyznaczył dwóch naszych policjantów do pomocy w rozstrzeliwaniu Żydów w Tryszczynie albo Fordonie, planowanym wkrótce. I dwaj twoi koledzy… nie pytaj którzy…bez mrugnięcia okiem zgłosili się na ochotnika. Biegnij do swojego majętnego przyjaciela, weźcie sporo żywności i wody i uciekajcie jak najszybciej, jedźcie bez świateł przez wsie, lasy i pola, najlepiej nocą, tylko bocznymi drogami, bo wszędzie są posterunki i wszędzie na was będą polować… Jesteś takim inteligentnym szachistą, więc rozegraj tę partię tak, by w Połocku powiedzieć: mat…Już nie liczą się pieniądze, nie liczy się bogactwo, to tylko środki, dzięki którym ocalicie swoje życia.

– Dziękuję raz jeszcze Janku i do zobaczenia w innym świecie…– jęknął boleśnie Szmul.

– Do zobaczenia przyjacielu… – odparł Kowalski i odłożył słuchawkę na widełki.

SKRZYDLACI GOŚCIE

Sikora lazurowa

W mediach pojawiają się informacje, że do Polski zaczęły zalatywać niezwykłe ptaki, rzadko u nas widywane. Sporą sensację wzbudziło przede wszystkim pojawienie się sikor lazurowych (Cyanistes cyanus), przylatujących do nas zza wschodnich granic. To gatunek niewielkiego ptaka, występującego licznie w krainach zimowych Eurazji, aż do Morza Japońskiego. Przypomina sikorę modrą, ale natura ubarwiła ją widowiskowo bielą i odcieniami koloru niebieskiego. Nie zaobserwowano u tych sikor dymorfizmu, a osobniki młode podobne są do dorosłych i przypominają puchate kuleczki. Drugim gatunkiem zalatującym do Polski w zimie jest sowa jarzębata (Surnia ulula), drapieżny ptak z rodziny puszczykowatych. Zamieszkuje głównie tajgę północnej Eurazji (od Norwegii po Kamczatkę i Sachalin) oraz lasotundrę Ameryki Północnej, głównie Kanadę. Ostatnio południowa granica zasięgu przesuwa się ku północy. To ptak osiadły, niekiedy odbywający niewielkie wędrówki na południe, zwłaszcza gdy brakuje pokarmu, albo gdy zima na Wschodzie jest wyjątkowo mroźna. Obok innych ptaków migrujących od października do marca – zięby jery, gile, jemiołuszki, edredony, bernikle, nury – wskazane wyżej gatunki gościnne wzbudzają spore zainteresowanie ornitologów i miłośników przyrody.

Sowa jarzębata

CZARNY NEFRYT (11)

Dong powoli odzyskiwał świadomość, ale widział wciąż zamazane obrazy, jakby patrzył przez grubą taflę lodu. Dochodziły do niego jakieś dźwięki, pokrzykiwania i nawoływania, ale trudno mu było połączyć je w logiczną całość. Czuł dotkliwy ból z tyłu głowy i bał się poruszyć nią, jakby groziło mu wciąż wielkie niebezpieczeństwo. Uchwycił się tej myśli i powoli zaczął przypominać sobie kim jest i co się stało. Nagle przestrzeń wokół niego zyskała na ostrości i zobaczył grupę ludzi idących przy wielkim wozie, zaprzężonym do dwóch koni. Poruszył się powoli i dotknął rany na głowie, z której lekko sączyła się krew. To była jego wieś i tutaj przyjechał wysłannik cesarski ze swoim oddziałem, by wszystkich wymordować. Przypomniało mu się, że uciekał przed jednym z żołnierzy i otrzymał cios mieczem w głowę, a potem upadł wprost w stóg siana. Oprawcy zapomnieli o nim i tak przeleżał w ukryciu dwa dni, bez czucia i świadomości, aż wreszcie zaczął się budzić i zobaczył szabrowników, odzierających domostwa z tego, co jeszcze pozostało i czego nie strawił ogień. Przez chwilę zastanawiał się czy wyjść z ukrycia czy nie, ale jego decyzję przyspieszyło dwóch rosłych drabów, zbliżających się z widłami do siana. Zanim zagłębili je w nim, wyszedł powoli i stanął na chwiejnych nogach. Pomyślał, że zaraz go zabiją, ale oni podbiegli do niego, wsparli go ramionami i poprowadzili do wozu.

            – Bierzemy co się da i wracamy do miasta – powiedział jakiś starzec – Tutaj już nie masz co robić… Wilki i niedźwiedzie wkrótce nadejdą i mogą ci zrobić krzywdę… Przyłącz się do nas, a znajdzie się miejsce do spania i praca w którymś z domów…

Dong pokiwał potakująco głową i usiadł wygodniej na wozie, na który właśnie ładowano jakieś rolnicze narzędzia, siano i słomę, spętane kozy i barany, nawet psy i koty. Najwięcej sprzętów znaleziono w kuźni, a gdy odkryto schowek w dachu, wyniesiono z niego miecze i kopie, halabardy i noże. Były tam też naczynia z brązu i żelaza, a nawet trzy niewielkie worki z ryżem, pszenicą i grochem, trochę wędzonej wieprzowiny i udziec barani. Przy kuźni nie było starego kowala, ale w ogrodzie znaleziono świeży grób, co było dziwne, bo ciała wszystkich zamordowanych leżały na podwórkach, w sadach i przy drogach, a na środku wsi żołnierze utworzyli piramidę z odciętych głów. Spłoszone sępy odleciały na pobliskie topole, albo krążyły w powietrzu i wydawały pojedyncze, złowieszcze jęki. Nagle jednak wzbiły się znacznie wyżej, co zaniepokoiło starca dowodzącego szabrownikami. Wskazał kołujące ptaki najbliżej stojącemu mężczyźnie i powiedział:

            – Sępy wzbiły się wyżej…           

Ten nie zrozumiał o co chodzi, wzdrygnął ramionami i pobiegł dalej rabować co się da, wynosić ziemniaki i marchew z ziemianek, szukać zwierząt upieczonych żywcem w pożodze.

Wszędzie panowało ożywienie, kobiety i mężczyźni podążali ku miejscom, gdzie ocalały jakieś części chat, wchodzili pod ziemię do schowków, wydobywali ze spichlerzy kosze z jabłkami i gruszkami, owocami morwowca, kasztanami i żołędziami. Nagle, jak na komendę, wszyscy zatrzymali się i zaczęli nasłuchiwać. Od strony cesarskiego dworu nadjeżdżali jeźdźcy i tętent końskich kopyt wzmagał się coraz bardziej.

            – Uciekajmy, to żołnierze cesarza – krzyknął ktoś i puścił się pędem w zarośla bambusowe.

            – Nie uciekniemy – powiedział starzec, zszedł z kozła i stanął przy wozie.

Nie minęło wiele czasu i dwudziestoosobowy oddział, uzbrojony po zęby, w pięknych, lśniących zbrojach z pomalowanych na czerwono płytek z pancerza żółwia, wjechał na główny trakt wiejski. Widząc u końca wsi wielki wóz i umykających ludzi, żołnierze natychmiast skierowali się ku nim, z bojowym okrzykiem. Szybko okrążyli szabrowników i dźgając lekko kopiami w karki, zagonili ich w jedno miejsce, przy koniach i pojeździe. Jako ostatni nadjechał majestatycznie gruby dowódca i zaczął poruszać się pomiędzy złapanymi ludźmi na swoim koniu. Przyjrzał się wszystkim i upewnił, że ma do czynienia z mieszkańcami obrzeża cesarskiego miasta. Nieco dłużej zatrzymał się przy wozie i ze zdumieniem patrzył na leżące na nim miecze i inną, pięknie wykonaną broń.

            – Chcieliście okraść miłościwie nam panującego Qin Shi Huangdi…!?   

Złapani padli na kolana i płakali żałośnie, pochylając głowy i bijąc nimi o ziemię. Jedni milczeli przerażeni, a inni błagali:

            –  Dostojny panie daruj nam życie… Nie zabijaj nas… To bieda nas tutaj przywiodła… Wszystko chcieliśmy oddać cesarzowi…

            –  Teraz łasicie się psy… –  krzyknął dowódca i wciąż siedząc na koniu, kopnął w głowę najbliżej stojącego, łysego i przysadzistego jak on, mężczyznę. –  Zobaczymy co cesarz każe z wami zrobić? Ja bym was wszystkich już tutaj skrócił o głowę, ale może nasz pan będzie miał inny pomysł…

Powiedziawszy to, spiął konia ostrogami i pojechał przyjrzeć się zniszczeniom w różnych miejscach wsi. Zatrzymał się dłużej przy piramidzie z głów i napisie na desce. Przejechał cały trakt od wjazdu, aż do kuźni, pokręcił się na niektórych podwórkach, a potem wrócił do wozu i swoich żołnierzy, którzy spętali już wszystkich schwytanych. Nagle z pojazdu uniósł się zraniony w głowę mężczyzna i krzyknął przeraźliwym głosem:

            –  Panie, panie… ratuj mnie, bo jestem niewinny… Pochodzę z tej wsi i zostałem schwytany przez okrutnych złodziei… –  zawodził Dong i załamywał ręce.

Dowódca podjechał do wozu, przyjrzał się mężczyźnie i od razu zauważył ranę na głowie, po nieudanym cięciu mieczem. To upewniło go, że człowiek ten mówi prawdę i nakazał sprowadzić go na ziemię, dać wody i ryżu, a potem wsadzić na pustego konia.

            –  Staniesz przed obliczem cesarza i opowiesz mu o wszystkim – powiedział dowódca i nakazał ruszać w kierunku dworu.

Dong pierwszy raz w życiu siedział w siodle krwistego rumaka i bardzo się przestraszył. Na szczęście żołnierze spętali mu nogi po brzuchem zwierzęcia i ręce przywiązali do grubego pasa. Jechali teraz wolno skrajem gór i nie wiedzieli, że zza jednej ze skał obserwuje ich kobieta w średnim wieku, która także podąża w okolice pałacu. Dong rozmyślał gorączkowo, co ma powiedzieć cesarzowi, by go nie rozgniewać. Usłyszał od Aia o zbrodniach Wanga i widział pojawienie się siepaczy Czena, a potem prawie całą straszną masakrę. Co jednak na to powie cesarz i co każe z nim zrobić? Może lepiej skłamać, może coś dodać… rozmyślał gorączkowo i szukał rozwiązania. Wydostali się już z górskiego wąwozu, przejechali wielki las bambusowy i pojawili się na głównej drodze, prowadzącej do pałacu. Mijali teraz rolników w słomianych, stożkowych kapeluszach, zmierzających na pola i zatrzymujących się w miejscu, bijących pokłony i ruszających dalej, po przejechaniu oddziału i wozu. Za nimi pozostały wspaniałe góry, które rysowały się wyraziście dzięki słońcu, stojącemu wysoko na czystym niebie. Dong nie miał odwagi patrzeć ludziom w oczy, bo wstydził się swojego czynu. Oni wcześniej zaproponowali mu miejsce i pracę w jakimś domu, a on zdradził ich i nazwał przy grubym dowódcy złodziejami. Wiedział jednak, że musi trzymać się tej wersji, bo to była jego jedyna szansa. Cesarz nie miał litości dla złodziei i na pewno każe ich zbić, może jednak zlituje się nad nim. Skoro ważny żołnierz nakazał posadzić go w siodle i odłączył od szabrowników, to może to jest dobry znak? Obejrzał się za siebie i zobaczył, że nad skałami, zasłaniającymi miejsce, gdzie była jego wieś, unosił się wciąż siny dym dogasających domów i spichlerzy. Tyle lat spędził w tym miejscu i tyle dobrych i złych chwil zapamiętał. Przed oczyma stanęli mu ojciec i matka, brat i siostra, a potem ich śmierci, z powodu starości i choroby. Tylko brat mu pozostał, ale jego, zaraz na początku najazdu, zabili żołnierze Czena. Teraz był sam na świecie i właściwie wszystko mu było jedno, co zrobi z nim cesarz, żałował tylko, że nigdy nie wspiął się na najwyższe szczyty górskie, nie widział innych prowincji i nie zaznał kobiety. Choć miał czterdzieści dwa lata i ładną twarz, żadna dziewczyna we wsi nie chciała iść za mąż za kulawego. Urodził się już z tą przypadłością i im był starszy, tym trudniej mu było poruszać się, wykonywał tylko lżejsze prace i korzystał z gościnności i opieki brata i jego żony. Łza pojawiła mu się w oku, gdy przypomniał sobie jego dzieci, dziewczynkę i chłopca… I czułą bratową, która własnym ciałem osłaniała maleństwa przed razami mieczy. Brat też skoczył z widłami przeciwko mordercom, ale ugodzili go włócznią w brzuch, a potem ścięli głowę, jak wszystkim we wsi. Dlaczego właśnie on ocalał i co powinien teraz zrobić – rozmyślał i wpatrywał się w zwężającą się w dali drogę. Gdzieś daleko połyskiwała w słońcu rzeka Wei He i słychać było z oddali przeczysty śpiew i tęskne tony gruszkowatej pipy.

ZŁY DUCH (5)

Bogini z czarną twarzą zapatrzyła się w ciemność i wyczuła, że jest przy niej jakaś potężna, zła energia, płynąca jakby z samego jądra mroku. Szybko wypowiedziała zaklęcie kosmogoniczne i pośród ognia pojawiła się dziwna postać, ni to garbusa, ni mocarza, z głową hipopotama i wielkimi rogami na niej. Poczuła zapach siarki i rozkładających się zwłok i wpatrzyła się w ślepia bestii, w których odbijał się wszechświat, pulsowała rozżarzona lawa, złowrogo połyskiwały zmrożone klatraty metanu i wybuchały gwiazdy supernowe, w ułamku sekundy grzebiące dalekie światy. On patrzył na nią z ironią i poczuciem siły, gotowy do skoku jak czarna pantera, czujny jak kobra i szczur, nieustannie sondujący przestrzeń między nimi.

– Myślałaś, że beng będzie bezwolny i po zabiciu cygańskiego mordercy, wróci do twojego tronu… – szepnął bezgłośnie, a potem dodał – Zauważyłem go od razu i uczyniłem z niego swoje narzędzie…

– Kim jesteś – posłała ku niemu pytanie pani kosmosu.

– Jestem brakiem dobra… istotą zła… osobą bez ciała i ciałem bez osoby…Jestem nieustającym cierpieniem… – odpowiedział butnie. 

            – To wyczułam od razu, ale jakie jest twoje imię – pytała dalej…

            – Moje imię pośród much gnijącego ścierwa… – chełpił się – Pośród karmazynu i czerni…

            – Kłamstwo jest w każdym twoim słowie, w każdej myśli i geście… – powiedziała.

            – Tak, bo prawda jest nieistotna… to wymysł tego, który nas stworzył… od samego początku nas zwodził i tworzył miraże rzeczywistości… – odrzekł bezgłośnie.

            – Znam użyteczność kłamstwa, ale ty wykorzystujesz je tylko, by krzewić zło we wszechświecie…– szepnęła.

W ułamku sekundy przybliżyła się do niego i wysunęła tysiąc ruchliwych rąk, próbując go zadusić. On jednak był na to przygotowany i uskoczył sprytnie do przodu, tak, że znalazł się za jej plecami. Poczuła jego oślizły chłód, gdy objął ją od tyłu i natychmiast spróbował spenetrować jej łono. Szarpnęła się jak zraniona łania i z dziką furią natarła na niego, chcąc go ugodzić łańcuchem czaszek, ale znowu sprytnie usunął się, zachichotał i syknął:

            – Nie chcesz mnie Cyganko…? A może wolisz bym znalazł się w innej części Twojego martwego ciała… Jak moje psy, Qin Shi Huang, Neron i Kaligula, lubię zdobywać takie gibkie niewolnice, szczególnie od tyłu…

Bogini oddaliła się od niego i przyciągnęła ku sobie energię gwiazdy wybuchającej w dalekiej galaktyce. Uczyniła z niej gorejącą strzałę i z impetem posłała ku niemu, celując w czoło, pomiędzy sterczące rogi. Ale on był na to przygotowany i raz jeszcze uchylił się, chociaż ostrze energii lekko otarło się o włochaty łeb i osłabiło go. Poczuł, że powinien już oddalić się od niej, więc skoczył w otwartą czeluść, odbił się od twardniejącej lawy i wniknął do świadomości benga. Czarnooka usłyszała jeszcze, dobiegające gdzieś z daleka ledwo słyszalne słowa:

            – Twój czas dobiega końca… a beng będzie moim bękartem…

   Nigdy wcześniej nikt nie przeciwstawił się jej w taki sposób, więc pomknęła ku szczytom ośnieżonych gór, przebiegła płaskowyże, pustkowia, doliny i w końcu wniknęła w złotą figurę, ustawioną w hinduskiej świątyni. Potrzebowała czasu, by wszystko przemyśleć i przygotować jakiś podstęp. Musiała też odpocząć, bo miotana energia osłabiła ją także i spowodowała zamęt w głowach, unieruchomiła ręce i nogi. Patrzyła na stada białych ibisów, wznoszące się nad wodami, kontemplowała barwy pawich piór i odcienie na futrach tygrysów i powoli, bezpowrotnie zastygała w ciszy. Duch, z którym się starła przybywał z dalekich, północnych krain, gdzie nikt nie modlił się przy jej figurach. Czasem tylko jakaś Cyganka wzdychała ku niej, jakiś czarnooki młodzieniec wyczuwał jej obecność, ale to było za mało. Zły duch miał wielką armię istot zepsutych i krwiożerczych, przy których cygański czartbył ledwie pogłosem, milknącym echem, wykorzystaną przez niego pustą okrywą trującego nasienia. Teraz beng krył się w chropowatym mroku i czekał aż wilki otoczą zwijającą się z bólu kobietę i zaczną wyć do księżyca. Bibi jakby tylko na to czekała, zebrała w sobie siły i zaczęła przeć, rycząc przy tym jak zwierzę. Z jej łona wolno zaczęła wysuwać się okrwawiona istota, przypominająca strzęp świeżego mięsa, aż wreszcie wyskoczyła z impetem na trawę, a pośród nocy zabrzmiał słaby, ludzki płacz. Tak dziecię skarżyło się, że opuściło bezpieczną samotnię i pojawiło się pośród wrogich mu przestrzeni. Jego matka przymknęła oczy i wyzionęła ducha, a wtedy wielka wadera, pchnięta przez benga, doskoczyła do dziecka, odgryzła pępowinę i chwytając je za skórę, poniosła w mrok. Reszta stada rzuciła się na ciało Bibi i zaczęła je kąsać, rozrywać ręce, nogi, brzuch i wyszarpywać wnętrzności. Gdy przewodniczka dotarła do niewielkiej polanki w gęstwinie brzóz, olch i paproci, z Bibi niewiele zostało.

Beng był już przy waderze i czekał na dogodny moment by wniknąć w ciałko dziecka, ale coś mu przeszkadzało, jakiś żałobny ton snuł się wciąż z oddali. Natychmiast zrozumiał, że sonduje go mniszka znad Renu, postanowił więc czmychnąć na jakiś czas do umysłu wilczycy i pozostać tam, póki nie ucichnie śpiew Hildegardy. Nakazał zwierzęciu przenieść chłopca do sporej nory, opuszczonej przez borsuki i spowodował, że zaczęła go karmić swoim mlekiem, zlizywać krew ze skóry i ogrzewać futrem. Teraz mógł już przenieść się do jego umysłu i odpocząć, teraz mógł już czekać na to, co miało się wydarzyć. Tak jak niedźwiedź zasypia w gawrze, chciał znieruchomieć w świadomości malca i zaczekać aż opuści stado wilków i pojawi się w świecie ludzi. Symbolicznie przymknął oczy, ale nagle z mroku wychynął obrzydliwy, śmierdzący jak trup stwór, z rogatą głową hipopotama i szpotawymi kopytami.

            – Dobrze się spisałeś – odezwał się i przeniknął go lodowatym spojrzeniem, a potem dodał – Zostaniesz tutaj na straży i poprowadzisz go ku zatracie…

            – Kim jesteś panie? – zapytał z przestrachem i jednocześnie zrozumiał, że ma już nową władzę nad sobą.                      

Wyczuł, że ów duch podążył ku niemu z przepastnych głębin wszechświata i wybrał go, by nim kierować i nadać kierunek jego uczynkom. Zrozumiał, iż nie może równać się z nim i nigdy nie wydostanie się matni, a tylko uległość zdoła go ocalić.

            – Jestem odwieczną siłą… erozją i zgnilizną… jestem bólem początku i końca – bez słów odezwał się przybyły.

            – Będę ci wiernie służyć… – odparł bezgłośnie przerażony beng.

Srebrny denar księżyca skrył się za czarne opończe drzew, gdy stado wilków dotarło do przewodniczki i jeden po drugim zaczęło zlizywać resztki zastygłej krwi z ciała chłopca. Dziwna radość zapanowała pośród tych istot, tak jakby czekały na tę chwilę, jakby zdarzyło się wreszcie coś, na co od dawna czekały. Uspokojone i syte położyły się na trawie wokół nory i zasypiały,  jedno po drugim, a tylko wadera wciąż sondowała mrok i czujnie wdychała powietrze napływające do jej nozdrzy. Wielka sowa zsunęła się z gałęzi i poszybowała cicho ku resztkom pozostałym z Bibi. Przysiadła na brzegu czaszki i raz za razem zaczęła wydziobywać oczy, rozrywać skórę, zagłębiać się w wielkiej wyrwie na potylicy i wyjadać z niej galaretowate wnętrze.

LUDZIE (1)

Jolanta Nowak-Węklarowa (1940-2016)

Poproszono mnie o wspomnienie na temat Jolanty Nowak-Węklarowej, poetki z Wągrowca, o której twórczości pisywałem w prasie, a szersze omówienie zamieściłem w książce pt. Przedsionek wieczności(1988). Urodziła się w 1940 roku w Ciszkowie koło Czarnkowa, a jej dzieciństwo i młodość związane były z wsią i regionem Ziemi Nadnoteckiej, sąsiadującej z Pałukami. Stąd ruszała na podbój świata, najpierw na studia polonistyczne do Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, a potem do pracy w szkołach podstawowych i średnich. Wykształciła wiele roczników młodzieży w liceach w Czarnkowie, a potem w Wągrowcu, gdzie mieszkała do końca życia, czyli do 12 stycznia 2016 roku. Jako poetka debiutowała zbiorem wierszy pt. Moje ręce (1970), a potem czytelnicy musieli czekać aż dziesięć lat, żeby pękła osławiona „bania z poezją”. W 1980 roku ukazał się drugi zbiór, zatytułowany wymownie Trwająca chwila. Kolejne tomy – uwzględniając cykl wydawniczy, ukazywały się odtąd dość regularnie: Wstępuję w jesień (1987), W twarzy obrazów (1988), Obdarzeni niebem i ziemią (1990),  Lekcja z Hamleta (1991), Przytul mnie Europo (1991), Stroję się w sentymenty  (1993), Między bliznami rzek (1994), Bukiet jubileuszowy (1995), Spokój i niepokoje (1995) oraz Utracone raje (1997), Bez makijażu (2000), Pełni siebie (2004), Niepowroty (2010), Sezon na szarość (2012). Autorka opublikowała też zbiór opowieści o Miłosławiu pt. Buntownice (1991), a jej utwory poetyckie i prozatorskie znalazły się w kilkunastu polskich antologiach literackich. Często uczestniczyła w festiwalach poezji, w sympozjach i zlotach literackich, wyraziście zaznaczając swoją obecność, czytając wiersze i wypowiadając się na istotne tematy artystyczne. W tym celu odwiedziła dawna Jugosławię, Grecję i Litwę i wszędzie ludzie akceptowali jej żywiołowość i bezpośredniość, chętnie wdawali się z nią w dyskusje, a nade wszystko cenili jej niezwykłą twórczość.

Spotkanie z Tadeuszem Wyrwą-Krzyżańskim w Pile (2013)

Poznałem poetkę w roku 1985, gdy po raz pierwszy zostałem zaproszony na Międzynarodowy Listopad Poetycki do Poznania i innych miast Wielkopolski. Okoliczności były dość niezwykłe, bo żyłem wtedy mocno i nie wylewałem za kołnierz. Jola ratowała mnie wtedy podczas imprez i może uchroniła też od trudnych do przewidzenia konsekwencji. Następne spotkania znowu wiązały się z imprezą organizowaną przez Nikosa Chadzinikolau, choć spotykaliśmy się też w innych miastach, na literackich szlakach, podczas spotkań autorskich i czytaniu poezji. Często wtedy opowiadała mi o swoim mężu, ciężko chorującym i wymagającym opieki, a gdy zbliżał się koniec jego życia, konsultowała się ze mną co do bydgoskiego szpitala im. Jurasza. To była spora wyprawa z Wągrowca i Jola chciała wiedzieć jak dojechać, jak zachować się w tej placówce i wreszcie, gdzie zatrzymać się w Bydgoszczy. Po śmierci męża nie zwolniła tempa, dalej pisała i publikowała kolejne zbiory wierszy, na okładkach zamieszczając fragmenty moich recenzji. Niebawem los uśmiechnął się do niej i związała się z kolegą z dawnych czasów, który niegdyś kochał się w niej, ale jakoś nie został jej mężem. Teraz stał się jej partnerem i powiernikiem wszelkich życiowych trosk i – jak się mogłem o tym przekonać odwiedzając ich w 2014 roku w Wągrowcu – zapewnił spokój i stworzył znakomitą atmosferę do pracy twórczej.  Gdy wyszliśmy razem na spacer do ogrodu i pobliskiego lasu, nic nie zapowiadało rychłego końca życia poetki, a jej wypowiedzi wskazywały, iż ma szerokie zamierzenia literackie. Miło było patrzeć na jej szczęście u boku mężczyzny, którego kochała w młodości i który stał się dla niej podporą w ostatnich latach. Jola słynęła z urody, a w młodości była obiektem westchnień wielu mężczyzn, którzy nosili w pamięci jej zgrabną sylwetkę i twarz, z charakterystycznym pieprzykiem na lewym policzku. Szczególnie interesował się nią pewien literat z Zielonej Góry, który często towarzyszył jej podczas imprez literackich i stale zabiegał o jej względy. Jakie były tego konsekwencje, trudno powiedzieć, wszakże nie interesowałem się tym w jakiś specjalny sposób.

Wągrowiec – 2014

Brałem udział w wielu Międzynarodowych Listopadach Poetyckich i zdarzało się, że w przydzielonej mi grupie była poetka z Wągrowca. Sporo wtedy rozmawialiśmy, w autobusach, busach i samochodach, snuliśmy też jakieś plany na przyszłość i niektóre z nich udało nam się zrealizować. Często związane to było z Tadeuszem Wyrwą-Krzyżańskim, z którym przyjaźniliśmy się oboje – żywiołowym organizatorem imprez literackich w Czarnkowie i Pile. Ostatni raz byliśmy razem na takim spotkaniu w maju 2013 roku, kiedy to zostaliśmy zaproszeni na XVI Nadnoteckie Dni Literatury do Biblioteki im. Pantaleona Szumana w Pile.  W moim archiwum literackim zachowały się zdjęcia, które obecnie mają wartość historyczną, bo przecież Tadeusz i Jolanta są już po drugiej stronie istnienia. Byliśmy wtedy w dobrej formie i spotkanie przebiegało w sympatycznej, braterskiej atmosferze, a Jola – jak zwykle – promieniała i obdarzała chwile swoim perlistym śmiechem, sypała jak z rękawa anegdotami i czytała wiersze. Ludzie odbierali ją jako wesołą, komunikatywną osobę, bujającą w obłokach i cieszącą się życiem. Tylko nieliczni wiedzieli o jej kłopotach zdrowotnych, o nieustannej pracy przy ciężko chorym mężu i trudnościach kolejnych dni.  Obserwując ją przez lata, zauważyłem, że była bardzo bystra i potrafiła wnikliwie analizować ludzkie postawy – ukrywając swoje prawdziwe oblicze za maską zabawnej kumpeli, potrafiła właściwie oceniać zachowania i formułować (najczęściej na ucho) sądy o uczestnikach życia literackiego. Jej świat wewnętrzny był przebogaty, o czym świadczą liczne książki i wiersze pozostałe, opublikowane w tomie pt. Mówię o sobie ciszą. Jej nieustanne czuwanie przy wrażliwości stało się sposobem na życie i manifestacją uczestnictwa w odwiecznym rytuale istnienia i przemijania. Odnalezione rękopisy i maszynopisy świadczą o tym, że długo pracowała nad swoimi utworami, kreśląc i modyfikując, dostosowując wersy do własnego modelu wiersza.


Wręczenie Nagrody Pracy Organicznej im. Marii Konopnickiej – Powiatowa Biblioteka Publiczna w Wągrowcu (2014)

            Warto też wspomnieć o pracy pedagogicznej Jolanty Nowak-Węklarowej, najpierw w Czarnkowie, a potem krótko w Żydowie i wreszcie we Wągrowcu. Wiele roczników młodzieży zapamiętało ją jako żywiołową polonistkę, wspaniale interpretującą literaturę polską, znakomicie orientującą się w licznych trendach i odmianach gatunkowych,  a przy tym niezwykle wyrozumiałą dla młodzieży. Pracując w Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego czasem miałem do czynienia z absolwentami I Liceum Ogólnokształcącego w Wągrowcu i za każdym razem dowiadywałem się od nich czegoś nowego o mojej przyjaciółce. Ale o tym, jak znakomicie przygotowywała młodzież do studiów polonistycznych, przekonałem się, gdy jej wychowanka trafiła na moje seminarium magisterskie i napisała świetną pracę o powinowactwach Mickiewicza z romantyczną literaturą niemiecką. Osiągnięcia pedagogiczne, dziennikarskie i artystyczne nie pozostały bez echa, i to zarówno na poziomie państwowym, regionalnym, jak i literackim. Odznaczano ją wysokimi orderami: Złotym Krzyżem Zasługi (1985), Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2003), a także Odznaką Zasłużony Działacz Kultury – na polu literackim ukoronowaniem dorobku stała się Nagroda Pracy Organicznej im. Marii Konopnickiej, którą miałem zaszczyt wręczyć poetce w 2014 roku. Uroczystość w Powiatowej Bibliotece Publicznej w Wągrowcu zgromadziła liczne grono wielbicieli poezji Joli, pojawili się też reprezentanci władz miejskich i Prezes Oddziału Poznańskiego Związku Literatów Polskich. Autorka wystąpiła w seledynowej, powiewnej garsonce, promieniała uśmiechem i widać było, że jest wyraźnie wzruszona, choć może niektórzy zauważyli też łzy w kącikach jej oczu. Może to było przeczucie, że minie półtora roku i niebawem skończy się wszystko, a śmierć zaskoczy ją tak bardzo, że nie zdąży nawet uporządkować swojego archiwum literackiego.    

2021

Takie pomniki stawiają Chińczycy Qu Yuanowi, którego uważają za ojca ich poezji

Minął rok 2020… Dziwny czas pandemii i zamknięcia w domu, w polskich granicach, bez podróży i samolotów, bez nowych miejsc i ludzi. Dziwny rok moich dobrych finansów i wielkiej chińskiej Nagrody Literackiej Imienia Qu Yuana, przyznanej mi w mieście Miluo. Na uroczystości były tłumy Chińczyków w maseczkach, karnie siedzących na widowni w określonych prawem odstępach i tylko szkoda, że nie mogłem tam się znaleźć. Ale nagroda, której patronuje ojciec poezji chińskiej zobowiązuje i zapewne przyczyni się do rozpowszechnienia mojej twórczości w Chinach i w świecie. Organizatorzy wydali na tę uroczystość książkę, drugą już w Państwie Środka, a przecież niebawem ukaże się też tam moja monografia naukowa o twórczości Jidiego Majii. Wszystko to bardzo dziwne, zdumiewające, dopingujące mnie do dalszej pracy i nieustannego wysiłku, tym bardziej, że przeznaczony mi czas drastycznie się kurczy. Szkoda, że zauważa się to dopiero w późnych latach i nie można już w żaden sposób przywrócić zmarnowanych lat. Choć zawsze byłem bardzo pracowity, uprawiałem kilka gatunków literackich, malowałem, rysowałem i fotografowałem, mogłem zrobić znacznie więcej. Szczególnie żałuję, że jeszcze nie wydobyłem z nicości monografii o twórczości Cypriana Norwida i trzech powieści, które wciąż piszę i zapewne nie ukończę ich w roku 2021. W ubiegłym roku przepadł mój wyjazd do Moskwy i Orenburga, zapewne też otrzymałbym kolejne zaproszenie do Chin, za którymi tęsknię każdego dnia. Nie wiadomo też, czy uda mi się polecieć do Argentyny, gdzie mam wybrać się w kwietniu, pod znakiem zapytania stoją też loty do Afryki, USA i na Mauritius. Cóż, nowy rok zaczął się, jak zwykle, w huku fajerwerków, ale co przyniesie będę wiedział mniej więcej o tym samym czasie, po upływie dwunastu miesięcy.

POETA KRUCHEJ LUDZKOŚCI

Foto Bob Jagendorf

Jidi Majia, będąc poetą ludu Yi, był też zawsze piewcą całej ludzkości – głęboko zatroskanym jej kondycją intelektualną i stanem fizycznym. W wierszu pt. Kim byliście? Wskazywał wagę pracy służby zdrowia i poświęcenie poszczególnych lekarzy, pielęgniarek, pracowników szpitalnych dla tych, którzy oczekiwali pomocy. To był zarazem wiersz profetyczny, w jakiś sposób zapowiadający to, co będzie się działo w dobie pandemii koronawirusa Covid-19. Poświęcony osobom, które straciły życie w trakcie wcześniejszej epidemii SARS, był pochwałą poświęcenia i walki bezimiennych bohaterów w sytuacji krańcowej, wymagającej szybko podejmowanych decyzji i oddania służbie dla człowieka. Taka postawa skojarzyła się poecie z tęczą, rozświetlającą zwykłe życie i wskazującą inną rzeczywistość, zakorzenioną w micie i podaniu kulturowym. Ludzie zajmujący się chorymi urastali w wyobraźni poety do rangi przedwiecznych herosów, śmiało idących na spotkanie ze śmiercią i wierzących, że poświęcenie dla drugiego człowieka ustawia takich opiekunów w jednym szeregu z bohaterami mitologicznymi, tworzącymi zręby dawnych struktur społecznych. W nowym poemacie – pt. Rozdarta planeta – poeta wprowadza wyraziste tony ekologiczne, przywołując najpierw zwierzę symboliczne, od dawna zagrożone wyginięciem i słynące ze swojej inteligencji i strategii łowieckich. W dawnych czasach Azję, od północy do południa i od zachodu do wschodu, przemierzały tysiące tych wolnych drapieżników, dbających o równowagę zwierzęcą w ekosystemach. Starczy przypomnieć, że w roku 1900 liczbę azjatyckich tygrysów szacowano na 100 tysięcy osobników, a sto lat później naukowcy doliczyli się ich ledwie około trzech tysięcy. Zaczynając swój poemat od przywołania zwierzęcia symbolicznego dla ludów tubylczych z pograniczy górskich i plemion żyjących w lasach, Majia dedykuje go całej ludzkości i wszystkim żywym istotom naszej planety.

            Zdumiewająca jest wiedza poety, w jednej chwili sięgająca najdalszych zakątków kształtujących się systemów społecznych, mądrze rozumiejąca współistnienie ze światem ptaków, ssaków, ryb i owadów, a potem jednym rzutem przeskakująca ku myśli Marii Curie-Skłodowskiej i jej wizji niebezpieczeństw globalnych. Majia jest intelektualistą nowego czasu, który wyszedł z zamkniętej społeczności Yi, żyjącej w chińskim interiorze, a potem widział przemiany społeczne, gospodarcze i architektoniczne współczesnych Chin, by w końcu zobaczyć cały świat, we wszelkich jego odmianach. Podróżując w imię poezji, biorąc udział w wielu festiwalach literackich, na kilku kontynentach, zauważył jak zmienia się nasz glob i odzwierciedlił to kongenialnie w swojej liryce. Jego fenomen polega na tym, że będąc poetą jakże trudnego chińskiego języka mandaryńskiego, znalazł sposób by jego poezja przeniknęła granice państwowe i kulturowe i stała się znakiem nowoczesnego kraju, rozwijającego się w zawrotnym tempie. A przy tym tak modyfikował swój warsztat liryczny, tak wsłuchiwał się w brzmienie poezji świata, że zaczął pisać wiersze uniwersalne, łatwo dające się interpretować pod różnymi szerokościami geograficznymi. Starodawna ciuchcia z jednego z jego wierszy skojarzyła się twórcom latynoskim z pojazdem wolno wspinającym się po transandyjskich torach, ułożonych przez polskiego inżyniera Ernesta Malinowskiego, ale została też rozpoznana przez poetów i krytyków w krajach europejskich, w Afryce, Australii i Ameryce Północnej. Ciuchcia jest tutaj tylko jednym z elementów, pojawiających się w tej polifonicznej poezji, ale też staje się jednym z jej niezwykłych odnowień – owych zdumiewających podążeń z rzeczywistości chińskiej ku uniwersum świata. Szybko też poeta dostrzegł w tym swoją misję i stał się jednym z najważniejszych ambasadorów kultury chińskiej we współczesnym świecie.

            Jidi Majia zauważa, że w pierwszych dziesięcioleciach XXI wieku toczy się wojna o wiele groźniejsza od starć z przeszłości. Zarazem wskazuje, że ludzkość zatoczyła krąg i znalazła się w tym samym punkcie, w którym była, gdy szalały epidemie dżumy, wietrznej ospy, grypy Hiszpanki, tyle tylko, że obecnie ta wojna jest znacznie trudniejsza. Ludzie bez problemów przekraczają granice, w ciągu jednej doby przelatują z kontynentu na kontynent i roznoszą zarazki, transportują wirusy, przyczyniają się do globalnego rozprzestrzeniania się chorób. Dopiero w takiej sytuacji Zachód po raz kolejny spotkał się ze Wschodem, nowy Jedwabny Szlak został uruchomiony, a idea jednego pasa i jednej drogi, przyczyniła się do strategicznego ożywienia ekonomicznego. Nieszczęsne wydarzenia, związane z rozprzestrzenianiem się koronawirusa nieco spowolniły tempo, ale nie zatrzymały zmian, wskazując niebezpieczeństwa i nowe zagrożenia. Wojna z ukrytym przeciwnikiem stała się realnym starciem z siłami zła – jak w dawnych opowieściach szamanów i bimo ludu Yi – osiągnęła też niespotykany dotąd pułap, mobilizując rządy na całym świecie.  W takiej sytuacji poeta opowiada się po stronie życia, a przywołując wojny przeszłości, mobilizuje światłych ludzi, by podjęli właściwe działania i przestali machać obosiecznym mieczem. Tak wraca idea solidarności i egalitaryzmu, tak poeta podkreśla wagę każdego pojedynczego życia i każdej biografii, jakże potrzebnych w procesie budowania i kształtowania świetlanej przyszłości nowych społeczeństw i kruchej ludzkości. Taki rozwój dokonał się i stale dokonuje się we Chinach i nawet najgorsze wieści z Wuhan, nie były w stanie go zatrzymać – wręcz przeciwnie idea jednego pasa i jednej drogi skonsolidowała siły i wskazała wyrazisty cel. Ludzkość przechodziła już takie krytyczne momenty i rozdzielana bywała czarnymi rowami śmierci, ale zawsze wstawała z kolan i zaczynała nowy marsz do przodu. Dla ludzkości każda śmierć – bez względu na okoliczności – jest znakiem zła i znosi potencjalne linie rozwoju, ruguje tych, którzy nagle odeszli, z planów kreślonych przez wielkich wizjonerów.                 

            Jak w innych dłuższych poematach, Majia stara się nakreślić w Rozdartej planecie wizję świata, w którym uczestniczy. To jest jego świat, oglądany oczyma człowieka Wschodu, a zarazem świat intelektualisty, który stale nawiązuje do swoich wielkich przewodników; wymienia ojców duchowych i tych, z którymi od dawna dyskutuje. Jego ogromna wiedza literacka, historyczna i filozoficzna stają się żyzną glebą, z której kiełkują – niczym rośliny – nowe idee. Poeta jakby przemyca je między słowami, wersami i strofami, ale wyrazisty egalitaryzm i ekologizm jaśnieją w pełnym blasku i stają się zwornikiem ideologicznym na wielu poziomach poematu. Wciąż podkreślając kruchość doświadczenia ludzkości, poeta wydobywa z mroków zapomnienia subtelne myśli, tworzy swoistą sieć metaforyczno-wizyjną, w której niczym poszczególne oka pojawiają się obrazy z Nowego Jorku i Meksyku, z Pekinu i Teheranu, z afrykańskiej dżungli i australijskiego buszu. Powie ktoś może, że takie panoramiczne poematy nie mogą się udać, że rozmyją się w wielosłowiu, a przywoływane obrazy nałożą się na siebie, ale przecież dzieło Majii przeczy tym obiegowym poglądom, a fenomen jego poezji dowodzi, że twórca panuje nad każdą cząstką swojego utworu. Zrozumieją to krytycy, którzy wyruszą na wyprawę do Chin i skonfrontują swoje wyobrażenia o tym kraju z rzeczywistością – zauroczą się nową architekturą miast, zamyślą się pośród grobów przeszłości, przemkną szybką koleją z północy na południe i ze wschodu na zachód.  A do tego zapoznają się z poglądami ludzi, którzy współczesne Chiny tworzą i otwierają je – jak Jidi Majia – na świat i na to, co w nim najlepsze. Wtedy zrozumieją jaką wagę mają dla nich tak symboliczne zwierzęta jak irbis, tygrys, czy cziru, wtedy dotrą do istoty uwielbienia rzek i mórz i wtedy staną w jednym szeregu z mądrymi obrońcami dzieł postępowej ludzkości. Poemat Majii może tutaj być ważnym impulsem, może jak iskra spowodować wybuch intelektualny, który zaowocuje nowymi myślami i nowymi dziełami, który zapoczątkuje wielką fascynację Chinami i światem. Tylko tak wzmocnić można kruchą ludzkość, tylko tak można przyczynić się do rozwoju nauk niezbędnych, by pokonać niewidzialnych wrogów naszej trudnej teraźniejszości.      

            Ekologia – według poety – powinna stać się nieodzowną strategią nowej ludzkości, bo tylko ona da jej szansę przetrwać pośród kataklizmów przyrody i ataków nowego, niewidzialnego wroga. W czasach bimo i opowieści o przodkach zawsze podkreślano wagę współistnienia z naturą, a modlitwy do zabijanych zwierząt nie były tylko próbami usprawiedliwień okrucieństwa związanego z polowaniem, to było ustawianie zwierząt na tym samym poziomie istnienia, to było przyznawanie im należnego miejsca w ekosystemie, obok ludzi i innych istot, egzystujących w swoich niszach istnieniowych.  Mity, opowiadane przez szamanów przy ogniskach, legendy przywoływane przez bimo podczas wielkich obrzędów kulturowych, stawały się szkołą życia i współistnienia, ale dopiero, w umyśle takiego poety jak Majia, magia, mity, historia, filozofia i rzeczywistość XXI wieku zostały wymieszane i stały się tkanką wizyjnego poematu, domagającego się uważnej analizy krytycznoliterackiej i naukowej. Jak w kalejdoskopie migają w nim zwierzęta schodzące w doliny, pierwsze samoloty braci Wright, chleb i ołówek, rakiety i statki kosmiczne, powszechna komunikacja komputerowa i nieustanne przekraczanie granic. A przy tym, przez tkankę utworu, przebija się i połyskuje obraz nieodgadnionego wszechświata, z jego niewyobrażalnymi, przeogromnymi odległościami kosmicznymi, galaktykami, gwiazdami, planetami, asteroidami i kometami. Tak w wyobraźni poety tworzy się   p r z e s t r z a ł   transcendentalny – od niewielkiej, niewidzialnej drobiny, zabijającej człowieka, do monstrualnej struktury kosmicznej, dającej się zmierzyć w parsekach i latach świetlnych. Gdzieś pośrodku tej wielkiej sakralnej przestrzeni poeta lokuje człowieka, gramolącego się na świat z kobiecego łona, a potem próbującego podtrzymać błędny ognik życia, jak najlepiej ochronić go przed deszczem i wiatrem złych dni i nocy. Zdumiewająca jest wizja planetarna poety, który co i rusz zmienia kąt widzenia i z rzeczywistości plemiennej, wiejskiej lub miejskiej kieruje uwagę czytelnika ku dalom kosmicznym, by z ich perspektywy zauważyć piękno i niepowtarzalność błękitnej planety. Chińczycy w szczególny sposób rozumieją skale czasowe w obrębie naszego świata – dla nich życie jest chwilą, stulecie minutą, a dopiero tysiąclecia zyskują wagę dziejowych godzin. Wszystko się zmienia, możemy na chwilę odgrodzić się od świata glinianą czy betonową ścianą, ale postęp jest nieuchronny i przeszłość odchodzi ku nieistnieniu jak poszczególne ludzkie byty. Tak było w czasach chińskich cesarzy, europejskich władców i tyranów i tak jest dzisiaj, gdy ludzkość sięga gwiazd, a pojazd kosmiczny z Państwa Środka ląduje na księżycu.

            Końcowy apel poety nie pozostawia złudzeń – w epoce koronawirusa potrzebna jest nowa solidarność i powrót do korzeni – do tygrysa swobodnie przemierzającego gęstwiny roślin, do irbisa sondującego zbocza gór, do stad suhaków pasących się nad brzegami jeziora Qinghai. Były gubernator tych miejsc doskonale zdaje sobie sprawę z wagi czystości natury i siły odwiecznych procesów przyrodniczych, ożywiających wielkie rzeki, oczyszczających jeziora i mnożących byty w głębinach mórz. Cywilizacje powstawały i wciąż trwają w oparciu o siły natury, a ich rozwój ściśle uwarunkowany jest tym, co dzieje się w świecie ludzkim, w przestrzeniach dominującego gatunku, który jako jedyny wydostał się z wąskich obszarów animistycznych i wzniósł się na wyższy poziom rozwoju. Szkoda byłoby zmarnować osiągnięcia wielu pokoleń i nie wolno dopuścić do tego, by ukryty wróg zawładnął światem. Nigdy dotąd – wskazuje Majia – człowiek nie stanął przed takim zadaniem i nigdy tak wyraziście nie uzewnętrzniła się potrzeba ogólnoludzkiej jedności, sprawnego podążania jedną drogą, w obrębie jednego pasa kulturowego. W takim rozumieniu przyszłość planety zależy od wszystkich żywych istot, od wspólnych działań i jednego, wielkiego wysiłku. Koronawirus powinien stać się ostrzeżeniem i zarazem przypomnieniem, że funkcjonujemy w warunkach kosmicznych, a tylko cieniutka błona ozonu chroni nas przed promieniowaniem kosmicznym i zabójczymi procesami, które w każdej chwili rozgrywają się w kosmosie. Majia nie pragnie być wieszczem i nie chce straszyć ludzkości – jego poemat jest kolejnym zwróceniem uwagi na kruchość rozdartej planety i całej ludzkości. Starczy wejść do grobowca cesarza Wanli z dynastii Ming, starczy zatrzymać się przy pysznych koronach i kościach, zdewastowanych przez czas, by zrozumieć, że w każdej epoce potrzebna jest wielka rekonstrukcja świata, odnowienie wszystkich i wszystkiego. Potrzebne jest wzmocnienie człowieka, w każdej rzeczywistości gotowego podjąć wyzwanie i stanąć do walki z widzialnym i ukrytym wrogiem.  

BROMBERG (13)

Willi nie wiedział jak dotarł do domu, ale w pamięci majaczyła mu postać jakiegoś podoficera, który zasultował mu przy Brdzie. Początkowo chciał przemknąć bokiem, ale zapomniał, że most cesarski został zburzony przez wycofujące się oddziały polskie i musiał ruszyć wzdłuż rzeki, a potem przedostać się na drugą stronę przeprawą niedaleko teatru, właśnie naprawianą przez robotników. To na nim nieomal otarł się o grubawego dowódcę, który służbiście nakazał przerwać na chwile prace i przepuścić SS-Untersturmführera. Gdy wszedł do domu na Pięknej, niewidzącym wzrokiem ogarnął wąski westybul, nie zauważając wuja i ciotki, wychylających się z kuchni i natychmiast ruszył do swojego pokoju, zamykając drzwi na klucz. Zdjął czapkę, czarne oficerki ustawił w rogu pokoju, a następnie zdjął górną część munduru i w spodniach, przytrzymywanych przez szelki, położył się na starannie pościelonym łóżku. Zasnął natychmiast i nie słyszał jak ciotka pukała kilka razy delikatnie, pragnąc mu zaoferować posiłek. Obudził się późnym wieczorem i poszedł do łazienki, gdzie umył się starannie, a potem wytarł dużym bawełnianym ręcznikiem. Przy wyjściu czekała już ciocia Eleonora, w papilotach na głowie i zielonym, wzorzystym szlafroku.

            – Co się stało mój chłopcze – zapytała z przestrachem w głosie.

Willi zauważył w półmroku małżeńskiej sypialni, że wuj Johann poruszył się niespokojnie, więc przyłożył palec wskazujący do ust i głową dał znać kobiecie, by podążyła za nim. Wszedł do swojego pokoju, a gdy i ona się w nim znalazła, teatralnym szeptem powiedział:

            – Jutro rano muszę się zameldować u dowódcy, ale potem chciałbym się spotkać z ciocią na mieście, może o dwunastej, w samo południe, niedaleko rynku…

Eleonora przestraszyła się konfidencyjnego szeptu bratanka, kiwała jednak głową, potwierdzając każde zdanie, jakby od razu godząc się na wszystko.

            – Może w Cafe Bristol, niedaleko naprawianego mostu… tam jest taka oszklona weranda… – ciągnął dalej Willi.

            –  Tak dawno nie byłam w centrum miasta… – szepnęła Eleonora – Nie wiem który lokal masz na myśli…  Aha, teraz się domyślam, chodzi ci o Cafe Kronprinz… Zdaje się, że Polacy zmienili jej nazwę na Bristol…

            – Jeśli tam jest ta oszklona weranda, to myślimy o tym samym miejscu – potwierdził von Otter, a potem jeszcze ciszej dodał  – Ale proszę o naszym spotkaniu nikomu nie mówić, nawet mężowi, bo to sprawa wagi państwowej, ściśle tajna. Rozumiemy się…?

Kobieta przeraziła się tych słów, ale kiwnęła głową potakująco i natychmiast podreptała w stronę sypialni. Poczuła jednak przyspieszony rytm serca i najpierw skierowała się do kuchni, gdzie po ciemku nabrała nieco wody z wiadra i piła ją dość długo z rzeźbionego kubka. Dopiero, gdy się uspokoiła podążyła do małżeńskiego łoża, zrzuciła przy nim szlafrok i powoli wsunęła się pod kołdrę, myśląc, że małżonek śpi. Ten jednak odwrócił się do niej i zapytał cicho:

            – Co się dzieje…? Ten Willi stale nas budzi w nocy… zachowuje się jakby to mieszkanie do niego należało…

            – Nic się nie stało, on jest tutaj daleko od najbliższej rodziny i czasem potrzebuje jakiejś rozmowy… Powiedział mi, że szykują się nowe akcje przeciwko Polakom… – skłamała szybko i odwróciła się od niego.

            – Musi pomyśleć o jakimś osobnym lokum, bo ja tego nie wytrzymuję – szepnął Johann i też odwrócił się od niej.

            – Wszyscy musimy poświęcać się dla Rzeszy i führera… – odparła wyraźnie niezadowolona.

Po kilku minutach w pokoju słychać już było ich pochrapywanie, docierające do pomieszczenia Williego, który nie mógł zasnąć, siadał na łóżku, albo wędrował do okna i zza zasuniętej zasłony patrzył na ulicę, oświetloną mdłym blaskiem lampy gazowej.  W końcu zdjął spodnie, skarpetki i koszulę, położył się na prawym boku i biegnąc myślą ku zdarzeniom w mieszkaniu Herthy, zasnął głęboko. Nie wiadomo dlaczego w jego śnie pojawił się jakiś mężczyzna z ospowatą twarzą, w czarnym, skórzanym płaszczu i tyrolskim, zielonym kapeluszu na głowie. Wpatrywał się w niego, tak jak wilk próbuje przeniknąć mrok wielkiego lasu i odnaleźć w nim ofiarę. Na szczęście ten obraz rozmył się, a w jego miejsce napłynęły kadry z ekscytującej wyprawy do miasteczka Wirsitz w wschodniej części Prus, kiedy to wraz z ojcem odwiedzili jego dalekiego kuzyna Magnusa von Brauna, sprawującego wtedy funkcję landrata. Zaprzyjaźnił się z jego synami, a szczególnie z nieomal rówieśnikiem – Wernherem, z którym odbywał długie wędrówki po okolicy. We śnie zobaczył teraz dawnego kolegę w mundurze SS-Untersturmführera, stojącego w gronie jakichś osób w białych kitlach, wyraziście gestykulującego i stale kreślącego prawą dłonią jakieś łuki w powietrzu. Znowu był w wielkiej rezydencji landrata, jadł w dużym gronie posiłki, a potem z przyjacielem włóczył się po pobliskich wzgórzach, cmentarzach i wąskich uliczkach, prowadzących do rynku. Ostatni raz spotkał się z Werhnerem w Berlinie w roku 1934, kiedy to wraz z ojcem i matką zostali zaproszeni na obiad po obronie jego doktoratu. Rozmawiali wtedy o rodzącej się sile NSDP, a kolega wspominał swój pierwszy teleskop, otrzymany od mamy w wieku trzynastu lat, który potem ukierunkował jego zainteresowania, studia i pracę nad doktoratem. Postaci we śnie rozmywały się i znikały, by znowu wrócić z jeszcze większą intensywnością, aż w końcu wszystko pochłonęła mleczna mgła. Wernher wołał go po imieniu i słychać było przeciągłe wycie wilka, dobiegające nie wiadomo skąd.

            Willi… Willi… obudź się… – lekko podniesionym głosem mówił nad nim wuj Johann – Przyjechał po ciebie kierowca twojego przełożonego…

Młodzieniec skoczył na obie nogi, podziękował wujowi i nakazał przekazać żołnierzowi, że za piętnaście minut będzie gotowy. Szybko też udał się do łazienki, gdzie spuścił wodę w ubikacji i zwymiotował. Obmył twarz zimną wodą, wrócił do swojego pokoju, szybko założył mundur i czapkę, a potem wsunął na nogi miękkie oficerki. W przedpokoju natknął się znowu na wuja, który od razu zgadał do niego:

            – Drogi chłopcze, wybacz, że powiem wprost, ale za mało tu u nas miejsca dla ciebie i dla nas… Tyle poniemieckich mieszkań stoi pustych… Może przeniósłbyś się gdzieś…, oczywiście często nas odwiedzając…?

            – Też o tym myślałem… wuju nie przejmuj się, niedługo coś wymyślę… – powiedział i wyszedł z mieszkania, a potem szybko zbiegł po schodach.

Przed domem stał czarny, lśniący Mercedes Benz 320 z zasuniętym dachem z grubego, wodoszczelnego brezentu. Tuż przy bocznym kole zapasowym stał wysoki gefrajter w polowej furażerce na głowie, zawadiacko palący papierosa. Na widok Williego, natychmiast rzucił niedopałek na ziemię i przygniótł butem, a potem zasalutował i otworzył szeroko drzwi od samochodu. Gdy SS-untersturmführer ulokował się na przednim siedzeniu, otworzył drzwi z drugiej strony, wsiadł do auta, uruchomił je i ruszył z piskiem ku pobliskiemu skrzyżowaniu.   

            – Jak tam nastrój naszego szefa – Willi próbował dowiedzieć się czegoś od kierowcy.

            – Jeszcze takiego go nie widziałem… od samego rana krzyczy na wszystkich… i mnie też się dostało nie wiadomo dlaczego… – odparł młody chłopak.

            – Czy coś się stało…? – drążył temat Willi.

            – Od czasu zniknięcia jego sekretarki jest bardzo poirytowany… – odrzekł kierowca.

            – Jak to, to ona nie pojawiła się w pracy…? – spytał oficer i poczuł jak zimny pot spływa mu po plecach.

            – Nagle zniknęła, a przecież… a to nie są moje sprawy… – prowadzący samochód uciszył sam siebie.

            – Mnie możesz powiedzieć kolego,  bo przecież jestem jego podwładnym, tak jak ty… – próbował coś uzyskać Willi.

            – To jest piękna kobieta… i może szef nie może się pogodzić, że gdzieś przepadła… Kilka razy… – powiedział chłopak i urwał nagle przerażony tym, co mówi…

            – Co kilka razy…? – syknął oficer i zwrócił twarz ku niemu.

            – Kilka razy wiozłem go do niej…do domu przy Albrecht Dürer Strasse …

Willi zaczerwienił się na całej twarzy, po czym wyjął pistolet z kabury i nagle ryknął z całych sił:

            – Jak śmiesz sugerować coś takiego… Twoim zadaniem jest prowadzenie samochodu… Niczego nie widzisz i niczego nie słyszysz i gęba na kłódkę… Inaczej szybko skończysz przed moim plutonem egzekucyjnym. Jesteś głupi, dlatego nie powiem niczego szefowi, ale pamiętaj kim kurwa jesteś. Morda w kubeł, paliwo, kierownica, opona, to twoje zajęcia…

Kierowca tak się przeraził, że musiał zwolnić, ale na szczęście już dojeżdżali do willi Blumwego.

            – Przepraszam panie SS-untersturmführer, to dla mnie ważna nauka…

            – No dobra, dobra już…tylko zapomnij o komentarzach, żyjemy w czasach stawiających nam wielkie wyzwania – powiedział Willi wysiadając z auta i cały czas gorączkowo myśląc o tym, co zasugerował mu gefrajter.  

            – Tak jest! – zasalutował chłopak już po otwarciu drzwi po stronie Williego.

Przemknął przez posterunki i już był w obszernym sekretariacie Alvenslebena, gdzie przy biurku siedział teraz jasnowłosy SS-Standartenjunker. W jego myślach pojawiła się Hertha wsuwająca mu do dłoni liścik, a potem jeszcze z jakichś czarnych przepaści napłynęła jej wyolbrzymiona, zmasakrowana twarz.

            – Melduje się SS-untersturmführer von Otter… powiedział czując, że brakuje mu powietrza.

            – Proszę wejść panie SS-untersturmführer, dowódca czeka już na pana… – bezceremonialnie wyprzedził go z meldunkiem nowy sekretarz.   

Willi podążył do wielkich drzwi i już po chwili był w gabinecie Alvenslebena, który prowadził rozmowę przez telefon.

– Tak, tak, jak najbardziej panie Neumann… – mówił – Jak pan przyleci nasz człowiek odbierze pana z lotniska i przywiezie bezpośrednio do mnie… Czekam na pana z niecierpliwością i od razu zapraszam na coś mocniejszego… Tak jest, do zobaczenia. Heil Hitler…

ANDRZEJ TURCZYŃSKI (1938-2020)

Zmarł Andrzej Turczyński, wybitny polski pisarz, który wciąż czeka na rozpoznanie przez krytykę literacką. Przypominam recenzję jego prozy, którą opublikowałem w roku 1984 w „Życiu Literackim”. (nr 36 – 1693).

Krzyż pokutny Andrzeja Turczyńskiego wyrasta w prostej linii z doświadczeń pisarskich Teodora Parnickiego, a najbliższe tej książce wydają się być takie pozycje jak „Tylko Beatrycze” i „Staliśmy jak dwa sny”. Podobnie jak w przypadku dzieł autora „Nowej Baśni” jest eksperymentem narracyjnym zakrojonym na ogromną skalę. Choć suma zdarzeń wypełniająca tę powieść jest niewielka i powiedzieć można schematyczna, wystarcza to autorowi dla snucia refleksji nad istotą bytu, istnienia w świecie i uczestniczenia w rozgrywającej się wciąż walce sprzecznych żywiołów.

 Oto Katarzyna – nałożnica księcia świdnickiego Jerzego – staje się medium wszechogarniającej katastrofy, wyrzucającym z siebie z ogromną siłą zdania, słowa i westchnienia będące odbiciem lęków, wewnętrznych klęsk, wahań i ogłupiających narkotycznych szeptów pamięci. Katarzyna wypala od wnętrza płomień kobiecego wstydu i zawodu z przegranej. Wychodząc z komnaty księcia wie, że musi urodzić mu syna, który będzie dziedzicem tytułu i obrońcą granic. Czuje na sobie nienawistne spojrzenia niepłodnej księżnej Ofki. Lękająca się ludzi, zdarzeń i snów żyje w obawie, że jeden jej nieostrożny ruch może spowodować pęknięcie bańki mydlanej, we wnętrzu której – jak się jej zdaje – egzystuje. Obawia się nie tylko zazdrości Ofki, która pragnie wydrzeć jej cudowny dar płodności, wyczuwa instynktownie, że zło ma o wiele szerszy wymiar, że należy bać się także samej siebie, swej niedojrzałości i cielesności. Nie potrafi odróżnić rzeczywistego świata, od tego który jawi się jej po drugiej stronie lustra. Wprowadzona brutalnie w dojrzałość, niespełna trzynastoletnia, przyjmuje upokorzenie, ale w zamian rzuca w niebo bluźnierstwo. Nagła śmierć Ofki i następujące po niej samobójstwo księcia wyrywają ją na chwilę z letargu, ledwie na drgnięcie rzęs. Zaraz potem mają miejsce następne zdarzenia, zaraz potem jej myśli rozświetlają iluminacje kolejnych wizji. Wydalona do dalekiego klasztoru rodzi córkę Jolantę. Jest to dla niej cios, gdyż była niemal pewna, że z jej cała zrodzi się mężczyzna. Córka przyniesie na świat te same problemy z jakimi borykała się matka. Katarzyna rozumie to doskonale, a zarazem obawia się swego dziecka. Długo nie może przyjść do siebie, łudzi się, iż jest to stan przejściowy i że wkrótce minie, tak jak zły sen. w tym momencie pojawia się mężczyzna. Ma na imię Daniel i brzmi ono właśnie tak nie bez przyczyny. Turczyński przywołuje Proroctwo Danielowe i odnosi przeżycie swych bohaterów do fantastyki biblijnej. Miłość daje Katarzynie po raz któryś już z rzędu życie, a zarazem rodzi w niej kolejne wątpliwości – rozpala znowu w jej snach ognie trójwymiarowych wizji, wreszcie odradza w niej strach przed śmiercią i umieraniem, uczula ją na nieodwołalność procesów gnicia, butwienia i przemijania. Mężczyzna, rycerz , z całą swą siłą, z mieczem w dłoni i pancerzem na piersi staje się bezbronny wobec ostrza nagości kobiecego ciała, staje się słaby wobec ciepła i wilgoci kobiecego łona. I choć staje do tej walki promieniujący siłą, akt miłosny czyni zeń pokonanego, ofiarę siły, której nie zdołał i nigdy nie zdoła przezwyciężyć.

 Czas nieuchronnie idzie naprzód: „Lata jak jedna chwila, moment uchwycony w dłoń. Wystarczy ją rozewrzeć aby zobaczyć wszystko dokładnie w jaskrawym świetle pamięci.” Pamięć zabija Katarzynę, pamięć jest klęską Daniela. Dlatego ich miłość, ten najbardziej spektakularny akt życia, najtrwalej zapisany w pamięci i podświadomości, musi przestać istnieć. Miłość może zabić tylko miłość. Daniel zdaje się rozumieć tę prawdę, choć broni się przed nią jak przed zbrodnią. w końcu woli jednak zabić miłość do Katarzyny, woli zabić wspomnienie, niż zamordować rodzące się powoli w nim uczucie do Jolanty. Odchodzi więc z przybraną córką, choć  na chwilę postanawia odbudować w sobie ciepło, które zawłaszczyła Katarzyna, choć przez chwilę pragnie być raz zwycięzcą. Tymczasem była nałożnica księcia, upokorzona, zgnębiona, czująca w sobie tylko chłód staje się strzępem człowieka. przez jej umysł przechodzą jedna po drugiej oszalałe wizje – śmierć splata się w morderczym uścisku z miłością, przeszłe zdarzenia dławią teraźniejszość, Jolanta i Daniel ogromniejąc i malejąc rozpływają się w lepkiej smole barw. Ciało Katarzyny – medium trawi gorączka, wizje które odczuwa, targają nawet najmniejszymi cząstkami jej delirycznego ego. Stąd prowadzi już tylko jedna droga – w śmierć. Katarzyna, mimo rozedrgania jaźni, potrafi to zrozumieć i wstępuje na nią. W tym momencie powieść Turczyńskiego najpełniej chyba zaczyna realizować się w planach surrealistycznych, a końcowe jej zdania przemawiają także za tym, żeby odczytywać ją jako metaforę ludzkiego losu.

Wiele dobrego powiedzieć można o „Krzyżu pokutnym”. Jest w tej powieści coś z aury mrocznych obrazów Beksińskiego, jest gorzka ironia Daliego i nowatorstwo formalne dwudziestowiecznej prozy angielskiej i francuskiej. Szukając podobieństw nieodparcie przywołać trzeba tutaj nazwiska Becketta, Robbe-Grilleta i – na gruncie polskim – wspomnianego już Parnickiego.

____________________________________________________________________

Andrzej Turczyński, Krzyż pokutny, Czytelnik, Warszawa 1984.

« Older entries

%d blogerów lubi to: