IRONIA LOSU

JataszwiliZlotyPrzekroj aaaOKL-page-001Poezja miewa wiele wymiarów i często staje się znakiem rozpoznawczym poety, którego można zidentyfikować nawet na podstawie niepodpisanych tekstów. Tak jest też w przypadku gruzińskiego autora Szoty Jataszwiliego, który pisze wiersze innowacyjne i niezwykle ironiczne, potwierdzające dystans twórcy do rzeczywistości. Przeciwieństwa i przestawienia sensów – zgodnie z klasyczną definicją ironii sokratycznej  – stają się tutaj rodzajem gry z otoczeniem i samym sobą, a udawanie niedoświadczonego, stale zdziwionego i zdegradowanego człowieka, ma służyć określonym celom poznawczym i literackim. To jest rodzaj gry znaczeniowej, w której rekwizyt i pomysł poetycki odgrywają niezwykle ważną rolę, stając się istotą kolejnych narracji, ocen i point. Pamiętajmy też o tym, że ironia jest jednym z podstawowych tropów w estetyce i pozwala docierać twórcy do obszarów zamkniętych dla powagi, sztucznej wzniosłości i patosu. Jataszwili najczęściej tworzy w swojej liryce sytuacje, pozwalające mu na rozwinięcie talentów poetyckich i umiejętności ironicznego ujęcia tematu, wskazania jakichś nadużyć, dziwnych postaw i zachowań. Często do tego celu wykorzystuje artefakty i przestrzenie, które określa się jako niepoetyckie, przypisane raczej prozie lub opisowi dyskursywnemu. I nie chodzi tutaj o wyśmiewanie, sarkastyczne komentowanie czy kpinę, bo pod powierzchnią tych wierszy pojawia się tragedia i cierpienie, pytania o sens egzystencji w świecie, w którym może pojawić się nagle złowieszcza ironia losu, a największy geniusz może – oklaskiwany i chwalony, nagradzany i wielbiony – znaleźć się na scenie w stroju pierrota. Ale przecież mamy też do czynienia w tych wierszach z pozorowaniem sytuacji przegrania, upadku, nagłego potknięcia i braku dalszego ciągu przyczynowo-skutkowego, co daje poecie szansę na zastosowanie autoironii i urozmaica wywód.

Choć wiersze, komentarze i pointy bywają tutaj najczęściej ironiczne, czasem pojawia się realna groza śmierci, pytanie o samobójstwo, o konteksty istnienia liryki po tym akcie. Życie jest komiczne, nawet jeśli człowiek zyskuje zaszczyty, obwieszany jest orderami, a media papierowe i elektroniczne trąbią o nim przez wiele lat, mnożą zachwyty, kumulują nieomal unieśmiertelniające określenia. Jataszwili ma jednak świadomość tego, że każde życie kończy się tragedią, każdy los zwieńczy ironia, bo człowiek złożony do trumny zostaje zrównany z innymi ludzkimi trupami, a majestatyczny rozkład (lub kosmiczna kremacja) stają się cudzysłowem i wykrzyknikiem, sarkastyczną i nihilistyczną pointą. Czy było się cesarzem czy żebrakiem, czy po naszych wystąpieniach były oklaski, czy gwizdy, śmierć wieńczy wszystko nieodwracalną ironią eschatologii i rozłączenia cząstek, na chwilę tylko spojonych w żywym ciele. Przykładów mamy tutaj wiele, mnóstwo też zaskoczeń, kiedy to nagła śmierć przerywa, zdawać by się mogło, znakomity rozwój, piękne perspektywy, jakiś wspaniały cykl albo ciąg kreacji – iluż to geniuszy odeszło w młodym wieku, iluż kompozytorów i poetów kończyło swoją egzystencję po trzydziestce lub czterdziestce, ilu zyskało sławę zaczynając zaledwie trzecie dziesięciolecie życia. Mozart, Schubert i Chopin, Rimbaud i Puszkin, Novalis i Jesienin (В этой жизни умирать не ново,/ Но и жить, конечно, не новей) – to tylko kilka przykładów triumfu śmiertelnej ironii losu, to ledwie początek ogromnego zestawu życiorysów, które mogły mieć dalszy ciąg, a skończyły się bezsensownym znakiem zapytania. Jataszwili, w swej pomysłowości, potrafi mówić o sprawach wzniosłych w sposób nieomal żartobliwy, a choć często jest to śmiech przez łzy, to jednak komizm sytuacyjny i ironiczne pointowanie są tutaj wyraziste i prawdziwe. Interpretacja żadnego jego wiersza nie może być jednoznaczna, a wręcz domaga się objaśnień wariantowych, sięgających coraz głębiej do istoty podejmowanych tematów, analizowanych sytuacji.

Poeta potrafi też znakomicie oddać nastrój chwili, szczególnego zauroczenia uczuciem, nawet jeśli bywa trudne i absurdalne. Jest przy tym niezwykle dociekliwy ontologicznie – nieustannie stara się odnaleźć tropy prowadzące ku istocie poznania, ku żarowi uczuć pierwiastkowych. Jego krytycyzm musi generować sytuacje trudne, niemożliwe, a zmysł estetyczny domaga się by słowa miały swoje ważkie odniesienia w świecie sztuki, muzyki, teatru i filmu. Ontologię tych wierszy lokować należy pomiędzy krytyką czystego rozumu Kanta, z jej fundamentalnym pytaniem o możliwość pojawienia się metafizyki w świecie, a kartezjańskim wątpieniem, prowadzącym do sceptycyzmu metodologicznego. Poeta  jest dla Jataszwiliego dziwnym człowiekiem, a prawdziwa poezja staje się rodzajem gry z niewiadomą i jakże poważnej zabawy sensami. Ryzyko tutaj jest wielkie i trudno się dziwić, że pojawiają się w wierszach zapowiedzi suicydalne, albo komiczne próby samobójcze, obudowane semantycznie, stające się elementem wielkiej komedii dziejowej i zarazem nieustającej tragedii. Ważne w tej liryce jest też pomieszanie sensów i tropów, zdegradowanie toposu do rangi jednorazowego doświadczenia i rozdęcie szczegółu do wymiarów hiperboli, kosmicznych ogromów, pojawiających się nagle i równie szybko zanikających. Nikt nie może przewidzieć jakie będą kolejne dni i noce, nikt nie może być pewny dalszego ciągu życiorysu, ale przecież można zaplanować jakieś działania w przyszłości. Jeśli się spełnią, to zanegują ironię, a jeśli pojawi się utrata, ból, choroba, śmierć, to też staną się one elementem jednostkowego doświadczenia. Jataszwili stale gra ze swoją inteligencją, bo wie, że może sobie na to pozwolić, a najprostsze rekwizyty (ołówek, gumka, zegarek na rękę) zyskują w jego wierszach niespotykaną głębię, stając się elementem ogromnego spektrum lirycznego i ontologicznego. Wrażliwość bywa bolesna, wytrącająca świadomość z bytu, ale potrafi ona też generować stany euforyczne, potwierdzające wielkość człowieka i realność jego codzienności. Warto czytać wiersze gruzińskiego poety, bo jest w nich prawda i autentyzm doświadczeń ludzkich, ironia chwili i całego losu, a nade wszystko dystans do świata i samego siebie.

Reklamy

STO WIERSZY POLSKICH (XXVII)

Julian Przyboś (1901-1970) postrzegany jest jako poeta nowoczesny i ma to przede wszystkim związek z jego udziałem w wystąpieniach Awangardy Krakowskiej. W jego przedwojennej twórczości widać ogromny wpływ teorii Tadeusza Peipera, a utwory często dotyczą mozolnego procesu twórczego. Charakterystyczny wtedy jest specjalnie unaukowiony język, który z biegiem lat „złagodnieje”, a miejsce „cywilizacji” i „miasta” zajmą liczne pejzaże i ulotne refleksje. W wierszu pt. Równanie serca rozgrywa się znamienna walka – świat ludzki został zduszony przez manifestacje zbuntowanych ludzi, którzy nie godzą się na triumfy odchodzącej epoki i pod jej symbole (triumfalne bramy) podkładają dynamit. W poezji polskiej wskazać można cały nurt „liryki wybuchowej” (na czele ze Stanisławem Grochowiakiem), w której poeci demolują rzeczywistość (podkładają dynamit), a potem ze szczątków, fragmentów, specjalnie spreparowanych elementów, tworzą nową jakość znaczeniową. Przyboś czuły jest na wszelką defragmentację i patrząc na siebie z boku, pyta o własny status, a potem określa siebie jako wygnańca ptaków, co można interpretować jako wydalenie z natury, z sielskości dzieciństwa i dojrzewania w wiejskim pejzażu, pośród prostych ludzi. Pisanie wierszy – to także charakterystyczna cecha tej liryki – staje się zamiennikiem pracy fizycznej na roli albo robociarskiego trudu w fabryce. Wiersze mają swój ciężar gatunkowy i gdy pojawiają się na papierze, pisane na stole, powodują, że mebel ów przebiera swą miarę i stają się ciężkie jak czołg, który ma ruszyć do ataku. Oto surrealizm poetycki Przybosia, który potrafi z pierwiastkowego obrazu wysnuć metaforę techniczną, nadać jej określony kierunek i spowodować, że świat traci swoją stabilność. Czołg jest wielkim zagrożeniem w rzeczywistości ludzkiej i sytuować go należy w sąsiedztwie „wybuchu” i „dynamitu”, a jeśli – w przenośni – pojawia się na stole, to musi go przeważyć i spowodować, że realność natychmiast zsunie się na bok, w stronę fantasmagorii.

Po eksplozji pojawiają się pożary zewnętrzne, ale też w ciele poety trwa rewolucja i serce staje się napastnikiem – atakuje mię prędzej­ – przyspiesza rytm i twórca musi w jakiś sposób na to reagować. Ale jak to robić? Jak złagodzić napór świata po nieustających eksplozjach, gdy szrapnel pęka ze słupów latarni i światło wdziera się do świata ławą, a wszystko razem ma dynamikę żołnierskiej pieśni. Tak świat rzęzi w poecie, tak życie staje się batalią bez końca, ciągłym zadawaniem ran delikatności i lekkości. Dzień mija w obliczu zagrożeń wojennych: czołgów, eksplozji uzbrojonych żołnierzy, pożarów i ekspansji światła, w którym wszystko widać nadwyraziście. Przyboś zauważa, że w jaskrawym blasku wszystko rudzieje i tworzy olśniewającą metaforę: Z rudej trawy zjeżyły żebra poległych darń, co znaczy, że rzeczywistość została na chwilę pokonana, przygnieciona przez eksplodującą wyobraźnię. Trawa zyskała walor ludzki, jej źdźbła przedzierzgały się w żebra, a rozległe jej przestrzenie (darń) poległy jak żołnierze w walce. Tego rodzaju antropomorfizacja pozostaje w zgodzie z wcześniejszymi metamorfozami świata, w którym – jak we śnie – wszystko jest możliwe i nic nie ma trwałych podstaw. Poeta dostrzega rozchybotanie przestworu, jego trupi poblask, a nade wszystko jego dziwną ulotność, nietrwałość, fragmentaryczność. Ciało ludzkie, przy nieustannych bataliach serca i innych narządów próbuje bronić się przed dekonstrukcją, ale wiedza o mechanizmach życia nie pozwala zapomnieć o przelewaniu się płynów ustrojowych w arteriach, o pulsowaniu tkanek i chemicznym niszczeniu materii pokarmów. To jest wojna, którą dostrzec może umysł nadwrażliwy – to walka o kształt ludzki i niezależność wyobraźni, bliższej duchowi, stale dążącej do wyzwolenia.

Poeta podkreśla swoją żywotność pośród miasta, ale przecież jest to zarazem wskazywanie, że otaczają nas powidoki aglomeracji i stołów, czołgów i uzbrojonych żołnierzy: Żywy idę miastem będącym, a już tylko byłym. Byt i niebyt, istnienie i odsunięcie ku ułudzie – oto wyznaczniki poezji Juliana Przybosia, twórcy zmagającego się z materią świata i wciąż eksperymentującego na niej. To jest owo – raz jeszcze akcentowane – wygnanie z rewirów ptasich, z ogrodów ukazujących dalszy kontekst – kosmiczny, lunarny i antropomorficzny, będący obrazem księżyca na nowiu i ciernia, czyli obietnicy bolesnej rany. A przy tym wszystkim – o ironio naszej rzeczywistości! – ludzki byt i jego świadomość wcale nie są konieczne, by trwało istnienie zinterioryzowanych przestrzeni, bo Świat beze mnie się spełnia wolny i bezczuły/ i tylko liści jesiennych opada na głowę laur. Jakże przerażająca jest owa   b e z c z u ł o ś ć   świata, który bez względu na „ofiary” chwil, na panoszącą się śmierć i postępujący wciąż rozkład, podąża do przodu, ubierając się w kostiumy nowych pór roku. W takim rozumieniu spadające z drzew liście stają się błazeńskim laurem poetyckim, ale też potęgują moc słowa, przydają mu tragicznej głębi. Poeta wie, że ten napór natury i wewnętrznej batalii organizmu ma swój cel i określa go jednoznacznie:  …abym już nigdy nie ucichł. To metafora nieśmiertelności w słowie, która jest taką samą ułudą jak wszystko wokół, bo przecież nie można zatrzymać kosmicznego zegara, który ruszył w chwili wielkiej eksplozji i stanie, gdy słońce eksploduje po raz ostatni.  Cóż zatem zostaje twórcy nadwrażliwemu, cóż ma robić awangardysta, który doświadcza też wielkiej łagodności, a wspomnienia dzieciństwa i wsi nie pozwalają mu ostatecznie wysadzić świata z podstaw? Zostaje obietnica: każdą kieszeń obróciłbym w gniazdo dla jaskółek/ odlatujących od ludzi – tylko i aż obietnica. Zapatrzenie, które uświęca każdą cząstkę przestrzeni i przekonanie, że żył realnie, dotykalnie, prawdziwie… zanim okryły go żebra poległych darń… Patrzył i czuł, a nade wszystko rozumiał więcej i lepiej od innych śmiertelników.

ŚNIEŻNA PANTERA

Ludzkość wzrastała i zyskiwała rozleglejszą samoświadomość w otoczeniu zwierząt, budując z nimi coraz bliższe związki, wchodząc w coraz szersze relacje. Pierwsi przedstawiciele naszego gatunku ubierali się w skóry jaków, antylop, tygrysów, zakładali na głowę czapki z futer lisów, saren i kun, chronili nogi butami wykonanymi z twardych skór bawołów i mamutów. Żywili się mięsem zabitych ssaków, próbowali je też udomowić, choć niektóre z nich były tak dzikie, że nigdy nie udało się ich okiełznać. Od samego początku ludzie próbowali też przeniknąć świadomość istot, na które polowali, tworzyli opowieści, legendy i mity, których bohaterami bywały zwierzęta. W kulturze chińskiej znajdziemy wiele takich podań, a każdy z kilkudziesięciu ludów, tworzących wielki konglomerat kulturowy, scentralizowany przez Pierwszego Cesarza i późniejszych przywódców, wprowadzał inne treści do wielkiej księgi jaźni i cierpienia, odwagi i przebiegłości, siły i przetrwania. Ileż to razy myśliwi ruszali na łowy, odmawiając najpierw modlitwy, zaklinając drapieżniki i próbując obłaskawić rącze jelenie, a potem starając się przeniknąć umysły zwierząt. Czekając cierpliwie na ich pojawienie się, tropiąc ślady, wdychając powietrze i szukając ostrego zapachu, rozmyślali o tym, co uczyni przeciwnik, jaką strategię obrony wybierze. Jednocześnie próbowali przechytrzyć ofiarę, omamić wyborem kryjówki, strojem lub umaszczeniem swojego okrycia jej piżmem, krwią lub moczem. Zwierzęta instynktownie wyczuwają niebezpieczeństwo i ostrożnie przemykają pośród lasów, stepów, gór i dolin, ale łowcy – bogatsi o opowieści przodków, rady dziadów, ojców, wujków, bohaterów wielkich polowań – zawsze starali się je przechytrzyć, zagonić ku miejscom bez wyjścia, zaskoczyć nagle na szlaku lub w gęstwinie roślin. W takich sytuacjach rodziła się świadomość szamanistyczna, ciąg rytuałów myśliwskich, w których ogromną rolę odgrywały tańce i teatralne odtwarzanie przebiegu polowań w plemiennym kręgu. Szaman zakładał maskę na głowę, stawał się na chwilę lwem albo kojotem, krokodylem lub krukiem i tworzył w kręgu plemiennym rodzaj spektaklu kulturowego, zwracając uwagę na poszczególne gesty, imitując ruchy drapieżników i zwierząt kopytnych, ukazując złożoność związków człowieka z jego ofiarami, utrwalając jednocześnie wiarę w jego ponadludzkie możliwości, bliskość świadomości animistycznej, pokrewieństwo duchowe z wilkiem i lampartem, hieną i cziru.

Jidi Majia – chiński współczesny poeta kulturowy, wywodzący się z ludu Yi – podąża tropem starożytnych szamanów (nazywanych przez jego lud bimo) i próbuje przeniknąć świadomość drapieżnika, jakże wyjątkowego pośród ośnieżonych szczytów i przełęczy jego krainy dzieciństwa i dorastania, a potem pierwszych męskich inicjacji. Poemat pt. Ja, śnieżna pantera jest odważną, nie mającą precedensu, próbą odtworzenia w wierszu świadomości dzikiego kota. Nie bez powodu autor utwór ten zadedykował słynnemu amerykańskiemu zoologowi i biologowi George’owi Bealsowi Schallerowi, prezydentowi Korporacji Pantery i prezesowi Cat Advisory Council. To jego liczne książki o drapieżnikach Tybetu i innych części Azji, oparte na własnych obserwacjach, dały poecie głęboką wiedzę o zachowaniach i zwyczajach irbisów, choć zapewne ważniejszą rolę odegrały tu własne przeżycia i wskazane wyżej opowieści, zasłyszane przy ogniskach i w domostwach jego ludu. Punktem zaczepienia narracji lirycznej staje się nagłe, inicjacyjne przejście energii kosmicznej przez świadomość poety i ciało śnieżnej pantery, skradającej się zboczami ośnieżonych gór. Tę moc symbolizuje lecący przez atmosferę meteoryt, przypominający wielką błyskawicę i srebrzysta ryba, podążająca mistycznie z głębin wodnych ku mrocznym sklepieniom nieba. To jest pierwsze połączenie jaźni, pierwsze zespolenie myśli człowieka i zwierzęcia – pierwsza próba osiągnięcia równowagi pomiędzy dwiema, jakże odmiennymi świadomościami. Śnieżna pantera staje na zboczu ogromnej góry i ogarnia wzrokiem zjawiskową przestrzeń swojego rewiru łowieckiego. Żyją w nim różne potencjalne ofiary, ale jest to też ziemia ludu Nousu (Yi), który zawsze szczycił się wieloma wspaniałymi myśliwymi, przemierzającymi mroźne przestrzenie w ślad za lampartem. Tak łączą się dwie jaźnie, a na nie jeszcze poeta projektuje własną refleksję, która staje się tkanką łączną wspaniałej wizji, poematu rozrastającego się w kolejne części. To cudowne, kosmiczne narodziny zwierzęcia i człowieka spowodowały, owo nieustanne uszlachetnianie krwi i wygenerowały myśl, próbującą ogarnąć swoim rozmachem ogrom stworzenia. Tak zaczęło się codzienne patrolowanie bezkresu, wchodzenie na zbocza i zbieganie ku dolinom, tak pojawiła się pierwsza krew na śniegu – tak smak surowego mięsa określił kształt nadchodzących dni, a cętkowane futro stało się znakiem dokonującej się zbrodni – życia za cenę śmierci. Majia ukazuje irbisa jako element odwiecznej przemiany, dokonującej się pośród gór Liangszanu, ale też mającej miejsce w każdej krainie planety. Takie przekształcenia były nieodzowne by pojawiła się ludzka świadomość i krąg egzystencji domknął się, gdy myśliwy Yi ruszył na łowy. Odtąd zwierze i człowiek mogli powiedzieć: zawsze żyć będę ponad granicami/ Ukształtowany niematerialnie./ I nigdy stąd nie odejdę/ Nawet, gdy śmierć upomni się/ O te ośnieżone szczyty. Ludy Chin wierzą, że człowiek wnika w duszę drapieżnika i zyskuje jego przebiegłość, zwinność, umiejętność odnajdywania śladów, tropienia ofiar i dopadania ich w sekretnym miejscu. W takim rozumieniu obie jaźnie stają się rodzajem przekazu energetycznego, który powoli zanika w przestrzeni, ale nigdy nie ginie całkowicie – nakłada się na głosy przodków, brzmi w huku wiatru i krzyku orła, kołującego nad szczytami.    

Poeta podąża zboczem góry i czuje, że jego świadomość uniwersalizuje przestrzeń, a jednocześnie – na zasadzie poblasku – staje się rodzajem przekazu doskonałego, samej istoty wszechświata, wlewającego się swobodnie w bezchmurne noce do rzeczywistości ludzkiej i zwierzęcej. Stając się zwornikiem pomiędzy ogromami, świadomość poety podąża ku gwiazdom i ku najmniejszym, budulcowym cząstkom natury. Tak doświadcza głębi czerni i treści nicości, tak wyodrębnia pradawny kod genetyczny ludu żyjącego pośród gór i polującego na zwierzęta, dla przetrwania w ekstremalnych warunkach. To jest droga jednej samowiedzy i jednego człowieka, ale też szeroki szlak ludzkości podążającej od narodzin do śmierci – szlak jednego ciała i nieustanne orbitowanie miriad ciał astralnych. W tym pochodzie dusza myśliwego Yi jest tak samo nieważka jak czyste, górskie powietrze i osiąga stan podobnej klarowności – może migrować ku galaktykom i zagłębiać się w przepaście jaźni. Podobnie przejrzysta i bezcielesna jest jego świadomość, która odbiera impulsy płynące z mózgu drapieżnika i wyodrębnia jego ślady, zapachy, fragmenty sierści na kolczastych krzewach. Tak rodzi się transcendentna unia pomiędzy tym, który się skrada i tym, który umyka – tak przekazy zaczynają się na siebie nakładać, a tropiący staje się potencjalną ofiarą; Bo między polowaniem a nowym życiem/ Nie ma większej różnicy. Teatrem walki jest zjawiskowa przestrzeń górska, dzicz najpiękniejsza, rewir wolnych zwierząt i niezależnych ludzi, dla których wieki i kolejne systemy polityczne nie miały większego znaczenia. Zmieniali się cesarze, wzrastały i upadały królestwa, struktury państwowe współczesności, partyjne ideologie i złowrogie reżimy, a tam czas stawał w miejscu i stawał się echem pradawnej jaźni szamanistycznej, monotonnych śpiewów przodków przy ogniskach, wołania matki na zboczu góry i pomruku irbisa w mroku. Gdy w całych Chinach miała miejsce rewolucja kulturalna, a Mao ogłaszał czas wielkiego skoku, śnieżna pantera przemierzała górskie ścieżki jak przed wiekami i tysiącleciami – gdy na placach wykrzykiwano haniebne słowa przeciwko intelektualistom – takim jak poeta Ai Qing, mistrz Jidiego Majii – drapieżnik wpatrywał się w dal ze szczytu wzniesienia i wyczuwał krew koziorożca, antylopy i człowieka. To była niezależność egzystencji, taka sama jak w najdalszych rewirach wszechświata, gdzie gwiazdy i galaktyki istnieją samoistnie, rodzą się i umierają bez wiedzy o ekstazach i tragediach w innych miejscach kosmosu. Tak poeta pragnie przenikać tajemnice istnienia i podpatruje je w sytuacjach ekstremalnych, gdy dziki kot rzuca się na niewinną sarnę, błyskawica uderza znienacka w kobietę wspinającą się ścieżką ku wiosce, a skały pękają z hukiem, rozsadzane przez lód i osuwają się w przepaść.

Drżący strumień świadomości, naśladuje w tej poezji prawdziwe górskie nurty, spadające z impetem ze skał, przelewające się przez zbocza i ogromne głazy, niosące w dal rozdrobnioną materię miki, bazaltu i piaskowca. I taka jest też imaginowana jaźń drapieżnika, który podąża śladem świstaka i mundżaka w ogromnym skupieniu, studiuje tropy, wdycha zapach sierści, patrzy w dal i wyodrębnia ruchome kształty, a potem – w zdumiewający sposób przemienia się w mordercę, rzuca się na ofiarę bez litości, szarpie mięso i rozlewa krew. To jest równie zdumiewająca przemiana jak ta w świecie ludu Yi, gdy spokojny rolnik, cierpliwie uprawiający górską grykę, przeistacza się w tropiciela śladów, podąża wiele dni za irbisem, a potem zabija go w makabrycznych okolicznościach dla pięknego futra:  Błyskawiczna pogoń … siła odśrodkowa … nieważkość … błysk piorunu … iskrzący łuk pożądania… pęknięty klejnot… swobodna przestrzeń – Powtórny skok … grot języka zapachu … twardość chłonności… bieg i cel… zaciśnięcie szczęk… niedościgły lot powracającej światłości… szarpnięcie rozpadu… ciężar niebytu…  zaciśnięcie szczęk… niepokój… luminofor żył… sycący dar… fale oddechu… nagły wzlot… gwałtowny jak na początku… taniec uderzeń… śmierć ciągnąca ku krawędzi… pustka… pustka… Śmierć jest tutaj początkiem i końcem drogi, staje się zwieńczeniem i dramatem nie do opisania, przyobleka skronie myśliwego w chwałę, jednocześnie daje zadośćuczynienie żądzy i zaspakaja głód zwinnego kota. Majia potrafi ukazać w rozbudowanym poemacie jak dwie świadomości pulsują symultanicznie i wzajemnie się uzupełniają – człowiek musi przeniknąć do morderczej logiki drapieżnika i porzucić kulturę, z jej łagodnością, pochwalną pieśnią i czułością wzniosłej miłości. Musi też – jak w zamierzchłych rytuałach – przedzierzgnąć się w śnieżną panterę, a zarazem musi ją zabić, tak jak ona zabijała inne byty. Tylko poezja kulturowa najwyższych lotów, zbliżająca się do mitu i legendy, czerpiąca soki z ludowych pieśni i podań, może wznieść się tak wysoko, może tak się rozwibrować, że stanie się czystym przekazem jaźni animistycznej, strumieniem świadomości generującym treści idealne. To rodzaj rytuału, w którym poeta-bimo wyczarowuje pierwiastkowe obrazy i wydobywa je z nicości, wyświetlając je najpierw w swojej świadomości, a potem – przy pomocy wiersza – rozprzestrzeniając je pośród ludu Yi i tych, którzy wezmą do ręki jego książki. Trudno się dziwić, że w ostatnich latach powstała ogromna konstelacja wydań poezji tego twórcy w językach obcych i stał się on jednym z najbardziej rozpoznawalnych współczesnych poetów chińskich. A przy tym jednym z najwybitniejszych poetów kulturowych naszego globu, rozumianym i podziwianym na wszystkich niemal kontynentach, w jakże odmiennych kulturach i tradycjach poetyckich.

Warto też wspomnieć o pojawiających się w tej poezji nawiązaniach do wielkiej poezji światowej, o cytatach i przywołaniach, a nade wszystko o próbach interpretacji wierszy Czesława Miłosza i Giuseppe Ungarettiego, Pabla Nerudy i Desanki Maksimović, Octavia Paza i Mahmuda Darwisza, Juana Gelmana i Tomasa Venclovy. To otwarcie chińskiego twórcy na kulturę światową jest zdumiewającym fenomenem, tym większym, gdy uświadomimy sobie z jakich górskich tajni wyszedł ten człowiek i jaką drogę pokonał, zdobywając w niełatwych czasach kolejne stopnie edukacji, pisząc wiersze i poematy i wydając książkę za książką. Może dlatego kulturowa liryka Jidiego Majii, choć na wskroś przesiąknięta tradycją ludu Nuosu, jest nowoczesna w swoim wyrazie, ekspresjonistyczna, metaforyczna, nie stroniąca od oksymoronów i hiperboli, charakteryzująca się swobodną frazą, bliską narracjom wielu twórców  przywoływanych w wierszach tego tomu. Połączenie tradycji i współczesności, ludowego podania i mitu z elementarną tkanką naszych dni, dało zaskakujące efekty i spowodowało, że Majia stał się znakomitym nauczycielem chińskiej oryginalności i kulturowej mnogości, dalekowschodniej wyobraźni i najczulszej wrażliwości, a jego animistyczne wizje z poematu o śnieżnej panterze przekroczyły horyzont literacki i stały się rodzajem doświadczenia magicznego. Kolejna już na naszym rynku książka tego twórcy umacnia jego pozycję w języku polskim i jest zapowiedzią dalszych osiągnięć, takich jak choćby uhonorowanie go Europejskim Medalem Poezji i Sztuki – Homer.

___________

Jidi Majia, Śnieżna pantera, Wiersze wybrane, z jęz. angielskiego przeł. Dariusz T. Lebioda, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2017, s. 160.

 

CYWILIZACJA MLECZY

Jakiż to dziwny i tajemniczy świat – fotografując mlecze z różnych perspektyw wyobrażałem sobie malutkiego, lśniącego owada, który przeciska się pomiędzy nimi. Dla niego mlecze są wielkim lasem, w którym czyha sporo zagrożeń i nieoczekiwanych spotkań z innymi żywymi mieszkańcami tych chaszczy. Muszę sprawić sobie koniecznie specjalne obiektywy, które pozwolą mi fotografować małe obiekty i wnikać do światów ukrytych przed naszym wzrokiem.

GENEALOGIA I OCALENIE

Od dawien dawna literatura karmi się wspomnieniami, nieustannie wraca do miejsc i zdarzeń, odpomina chwile dobre i złe, szuka w przeszłości potwierdzenia, że życie miało jakiś głębszy sens, a ból i euforia były częścią szerszego planu dziejowego. Punktem wyjścia bywa tutaj dzieciństwo, opromienione matczyną miłością, utwierdzane w rodzinie obecnością ojca i dalszych osób z klanu postaci bliskich. Niedługo po narodzinach, w dniach dorastania i wchodzenia w świat ludzi dorosłych, pojawiają się pierwsze oceny i gradacje, a nade wszystko fascynacje, które ukształtują biografię dorosłego człowieka. W przypadku Jerzego Koreckiego niezwykle ważne są korzenie rodowe, potwierdzone odpowiednim certyfikatem i pieczęciami Związku Szlachty Polskiej Kresów Wschodnich. Może ta domieszka krwi szlachetnej i genetyczne powinowactwo z ludźmi subtelnie wykształconymi spowodowało, że u tego autora pojawiły się nieprzeciętne talenty literackie. Zawsze przebudzenie tego rodzaju prowadzi do publikacji książek i tak się też stało w tym przypadku. Dodatkowo pojawił się imperatyw dziedzictwa – co autor zaznacza w specjalnej dedykacji – chęć przekazania rodzinie informacji i opowieści, rozmów i zdarzeń. To taki rodzaj rodowego utwierdzenia, wskazania genealogii, a zarazem chęć zachowania tego, co mogłoby przepaść bezpowrotnie. Korecki wciela się w rolę rodzinnego bajarza, który ma opowieść na każdą okazję i pragnie nią zaciekawić młodsze pokolenia, dzieci, wnuków i prawnuków, a może też i osoby, które w tej linii dopiero się urodzą. To taki zacny zabieg by korzenie rodowe pozostawały ciągle w pamięci, a genetyczne powinowactwo promieniowało także na życie umysłowe autorskiego klanu krwi.

Jerzy Korecki potrafi pięknie opowiadać, a rozległa wiedza historyczna sprawia, że kolejne narracje są prawdopodobne, pełne istotnych szczegółów, drobnych elementów zamierzchłej rzeczywistości i wyraziście dookreślonych miejsc. Od razu widać, że literackimi antenatami autora są Kraszewski i Sienkiewicz, a księgami wzruszeń literackich były dla niego powieści historyczne, takie jak Stara baśń i Trylogia. Nośność tego rodzaju kreacji pisarskich określa zwykle skala prawdopodobieństwa, która tutaj jest ogromna. Jeśli do tego dodamy klarowny język i umiejętność snucia koherentnej narracji, otrzymamy prozę wysokich wartości i dzieło, które będzie ozdobą rodzinnej biblioteki. Ale przecież – poprzez modelowość sytuacji i liczne interioryzacje – książka ta zadowoli także najwybredniejszego czytelnika zewnętrznego. Zapewne przyczyni się też do tego ciąg portretów niezwykle wyrazistych bohaterów, jako żywo przypominających postaci z powieści wskazanych wyżej autorów. To są żywi ludzie, a ich działania i cierpienia, podejmowane decyzje i uzyskiwane efekty, są realne, potencjalnie możliwe na każdym poziomie literackiej kreacji. Warto też podkreślić umiejętności lingwistyczne Koreckiego, który w kolejnych opowieściach znakomicie posługuje się gwarą lub archaizuje język zgodnie z epoką, w której rozgrywa się akcja. Ważna też jest zmienność kolejnych dekoracji, swobodne przenikanie tkanki czasu i pojawianie się literackich bohaterów w różnych okresach dziejowych. Tak tworzy się panoramę historyczną, tak dookreśla się własną genealogię i ocala to, co w niej najcenniejsze – treść indywidualną, a zarazem stającą się paradygmatem. Autor dąży do tego, by czytelnicy zdali sobie sprawę z tego, że jego opowieści mają tyleż charakter utylitarny, co uniwersalny, a choć wstępne dedykacje i wyrażane nadzieją kierowane są do najważniejszej grupy czytelników, to przecież nie do jedynej.

Niezwykle interesujące są też opowieści bydgoskie z czasów II wojny światowej i lat powojennych. To także dziedzictwo rodzinne, a zarazem ciąg sytuacji układających się w panoramę tamtej rzeczywistości. Korecki jest rzeczowy, konkretny i funkcjonalny, a zarazem jego pióro jest lekko „rozbujane”, co razem daje efekt znakomity – prozy na porządnym, literackim poziomie. Znajdujemy tutaj jakby dalsze ciągi zdarzeń, znane choćby z powieści Jerzego Sulimy-Kamińskiego pt. Most królowej Jadwigi, pojawiają się postaci charakterystyczne dla trudnych czasów, wyodrębnione z opowieści rodzinnych i licznych lektur historycznych. Ta próba uporządkowania rodowej genealogii jest ze wszech miar udana i potwierdzona prawdziwą pasją narracyjną, sięgającą głęboko do jądra zdarzeń. Dodatkową wartością są tutaj fotografie z albumów rodzinnych, pojawiające się przy charakterystykach bohaterów i przybliżeniach wyjątkowych miejsc. Czytelnik może dzięki nim zapoznać się z rzeczywistym wyglądem kolejnych osób, a nawet jeśli pojawiają się jakieś transformacje literackie, może te rzeczywiste postaci umieścić w konkretnych sytuacjach. Rekapitulując, podkreślmy raz jeszcze – proza Jerzego Koreckiego jest sporym osiągnięciem autorskim i zapewne znajdzie swoją kontynuację w kolejnych latach, bo tego rodzaju narracja zawsze domaga się następnych zadośćuczynień i artystycznych spełnień. Na razie cieszmy się tekstami zawartymi w tym tomie i wracajmy do nich przy różnych okazjach rocznicowych – szczególnie dotyczy to najbliższej rodziny, ale przecież proza ta może też być użyteczna w procesie edukacji młodzieży czy inscenizacji historycznych w naszym mieście. Gorąco polecając czytelnikom ten tom opowieści i genealogicznych ocaleń, odkładam go z przekonaniem, że robota literacka została tu znakomicie wykonana, z ogromną kulturą i autentyczną wiedzą o świecie i ludziach.

CZECZOTKA

Za oknem domu, w którym mieszkam, rozrósł się znacznie cyprysik Lawsona, krzew popularny na działkach i w ogrodach. Spędzając wiele godzin przy biurku dostawionym do okna, obserwuję ptaki przybywające do niego, przeskakujące z gałęzi na gałąź, czasem kryjące się przed okrutnym drapieżnikiem lub startujące do dalszego lotu. Dzień w dzień pojawiają się sroki, kawki i synogarlice, roje sikorek, zdarza się wizyta wrony, gawrona, sójki, grubodzioba, rudzika, szczygła, dzwońca, ale najczęściej na charakterystycznych, postrzępionych gałązkach przysiadają stadka wróbli i mazurków. Tak też było wczoraj, choć moją uwagę przykuł inny, mały ptaszek, znacznie ruchliwszy od pospolitych szaraków. Mogłem dość długo przyglądać się mu, gdy posilał się nasionami cyprysika i zawisał nieruchomo głową w dół, toteż łatwo zauważyłem charakterystyczną czerwoną plamkę na głowie, wyraziście żółty dzióbek i czarny akcent pod nim. Ostatecznie dwie białe pręgi na złożonych skrzydłach przekonały mnie, że mam do czynienia z samicą czeczotki (Acanthis flammea), ptaka z rodziny łuszczaków, którego łatwiej dostrzec w zimie, w stadach lub na drzewach pozbawionych liści. Jak zwykle u skrzydlatych mieszkańców przestworzy, samiec jest ładniejszy i ma znacznie wyrazistsze, czerwone ubarwienie kuperka. Ornamenty na piórach podobne są do tych, które możemy dostrzec u wróbli i mazurków, ale większa ruchliwość – jak u czyżyka – i barwy bliskie tym z piór makolągwy, powodują, że nawet początkujący ornitolog łatwo wyodrębnia ten gatunek. Czeczotka, którą przez kilka chwil obserwowałem mogła do Polski przylecieć z Syberii, ale równie dobrze mogła przemieścić się z gór Środkowej Europy, gdzie przeczesuje brzozy, olchy i drzewa iglaste. Ptak ma zaledwie dwanaście i pół centymetra długości, przy rozpiętości skrzydeł dwadzieścia jeden i pół centymetra, a waży ledwie trzynaście gram. Ileż miliardów tych kruchych istot przemierzało Europę, Azję Północną Amerykę przez tysiąclecia, wszak ich skamieliny znaleziono już w warstwach geologicznych plejstocenu. Patrzyłem na to ulotne istnienie i zamyśliłem się nad jego dziejami, bo takie właśnie jest nasze życie, łączące się z monstrualnymi ciągami czasowymi, wielkimi połaciami wieków, tysiącleci i er w historii planety. Przyglądając się drobnemu, ruchliwemu ptaszkowi, ot takiej czeczotce na gałęziach cyprysika Lawsona, nie zdajemy sobie sprawy, że obcujemy z chronologicznymi ogromami i niezmienną, wręcz niewyobrażalną powtarzalnością gatunkową. To trwający przez miliony lat lot, łączenie się w zimowe stada, przysiadanie na gałęziach i pożywianie się nasionami brzozy, olchy, różnorodnych krzewów, to reprodukcja osobników z filuterną czerwoną plamką na głowie i żółtym dziobem, to znak życia pośród nieustannego umierania.

Fotografie: Wikipedia

* * *

Johannes Brahms

Wyrazistość iskier Oriona na lutowym niebie… I świadomość, że wpatrywały się w niego miliardy, miliardy oczu istot żyjących w różnych epokach. To niby tylko zapatrzenie, tylko chwila zamyślenia, ale przecież to też cząstka wieczności, nieustannego trwania jaskrawych świateł pośród mroźnych przepaści. Podkreślenie ulotności ludzkiego istnienia w obliczu gwiazdozbioru, który był miliony lat przed nami i będzie miliony lat po nas. Nie wiem dlaczego, ale zatęskniłem w tej chwili do muzyki Johannesa Brahmsa i w moich myślach pojawiły się czarno-białe fotografie z jego życia. Oto wchodzi do domu Roberta Schumanna i jego żony – Clary… Oto stoi nad świeżą mogiłą tego, który jako pierwszy dostrzegł w nim geniusza, i potem ten ciąg spotkań z nią… gdy wspaniale grała na fortepianie, przygotowywała kawę, albo rozczesywała palcami jego bujne włosy… A potem cmentarz w Bonn i spóźniony przyjazd na jej pogrzeb… I jeszcze dumne tańce węgierskie, a szczególnie pierwszy z nich… Symfonie, serenady, kołysanki doskonałe jak błyski Oriona, jak lodowaty granat nad głową. I to jego zdjęcie ostatnie… Na łożu śmierci… U bram wieczności.

Clara Schumann

OKOPY ŚMIERCI…

Krzysztof Derdowski, przez blisko czterdzieści lat, był ważnym elementem mojego literackiego świata. Najpierw jako starszy kolega z Wydziału Humanistycznego Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Bydgoszczy, potem jako członek Koła Młodych Związku Literatów Polskich i współuczestnik różnorakich działań wolnościowych, a wreszcie jako bardzo bliski kolega ze środowiska artystycznego naszego miasta. Już wtedy wyraziście określił swój maksymalistyczny profil, czy to pisząc pracę magisterską o Rafale Wojaczku, czy nawiązując w wierszach do Szymanowicza, Bursy, Stachury, Polsakiewicza i Milczewskiego-Bruna. Ucieszyłem się zatem, gdy Jerzy Szatkowski, prawodawca Symbolicznych Nagród Bruna, poinformował mnie, że pragnie uhonorować go w sposób szczególny i na zawsze związać z autorem Poboków. W informacjach, które pojawiły się po śmierci  Krzysztofa, podaje się, że był trzykrotnym laureatem konkursu na Bydgoską Książkę Roku i otrzymał Strzały Łuczniczki, ale przecież nagroda Bruna jest o wiele ważniejsza, a przypomnieć też trzeba, że otrzymał Medal Jerzego Sulimy-Kamińskiego i Nagrodę Literacką im. Klemensa Janickiego. Na wiele lat zawiesił pisanie wierszy i skupił się na tworzeniu prozy – eseistyki, opowiadań, a nade wszystko powieści. W pracach tych, najczęściej motywowanych osobistymi przeżyciami, dokumentował znakomity styl, umiejętność snucia narracji, łączenia przeciwstawnych wątków, a przy tym funkcjonalnie kreślił portrety psychologiczne osób niezwykłych i destrukcyjnych kanalii. Ceniłem jego Chłód, Robala, Nagą, ale nade wszystko stawiałem Wstyd, powieść, w której ukazał profesora socrealizmu, wchodzącego w kontakty seksualne ze studentkami i pracowniczkami uczelni, a przed Warszawką i swoimi promotorami, udającego instancję etyczną. Będąc ofiarą tego kogoś, wiele rozmawiałem z Krzysztofem o jego powieści, a po zaprezentowaniu mu materiałów, które zgromadziłem, powstała w nim myśl, by powieść Wstyd (pierwszy tytuł: Wyuzdanie) pociągnąć dalej lub napisać choćby dłuższe opowiadanie. Trochę to hamowało moje działania interwencyjne, ale teraz nie będę już czekał i opublikuję szokujące dokumenty.

Wspominając Krzysztofa nie mogę nie podejmować tematów etycznych, bo była to zawsze jego domena i nawet, gdy zdarzało mi się odkrywać jakieś jego ambiwalencje – wszak w anabatycznych przestrzeniach miewaliśmy kontakty z osobami wzajemnie nam wrogimi – kładłem to na karb jego wyjątkowej osobowości i nieustannego pobudzenia intelektualnego. Ostatnimi czasy Krzysztof blisko związał się ze środowiskiem Galerii Autorskiej w Bydgoszczy, ale podczas naszych spotkań, także w obecności Ryszarda Częstochowskiego, podkreślał, że nie może pogodzić się z tym, że spotyka tam za każdym razem osoby skompromitowane, o których haniebnej przeszłości miał określoną wiedzę. Deklarował, że porozmawia o tym z właścicielem Galerii i postawi sprawę na ostrzu noża, ale nie wiem czy zdążył to zrobić? Zapewne ważniejsze dla niego było to, że mógł tam obcować także z prawdziwymi artystami i pisarzami, a i undergroundowy charakter tego miejsca dobrze komponował się z jego zainteresowaniami literackimi i artystycznymi. Podziwiałem też jego bezkompromisowość w ocenach tego, co działa się w Teatrze Polskim w Bydgoszczy i to zapewne przede wszystkim jemu zawdzięczamy zmiany, które tam miały miejsce. Jego krytyka była ostra, ale zawsze sprawiedliwa, a ostatnie teksty o bydgoskim pisarczyku, uzurpującym sobie rozdawanie kart w kulturze tego miasta, należą do jego najlepszych działań interwencyjnych. Wielką zasługą Krzysztofa było „rozbujanie” eseistyki i publicystyki na portalu bydgoszcz24.pl. Niestety po jego odejściu z redakcji, całkowicie zmienił się charakter tych stron internetowych, pełnych hejtu w tzw. opiniach. Ewa Starosta, która niegdyś miała niezłe pióro, nie dźwignęła tego, co on robił, nie stworzyła właściwego kontrapunktu dla tekstów nacechowanych politycznie, często mających jedynie charakter użytkowy. Ach, ileż było tych spotkań z Krzychem, ile razy spotykaliśmy się przy kawiarnianych stolikach, w naszych domach, podczas wyjazdów na spotkania autorskie, gdzieś w Polsce. Gdy popadł w kłopoty, starałem się pomagać mu w miarę możliwości, a jakieś dwa tygodnie przed śmiercią spotkałem, się z nim i z Częstochowskim na Starym Rynku, a na odchodne umówiliśmy się, że jak wróci uderzymy razem we wspomnianego wyżej pisarczyka i zapytamy Prezydenta Bydgoszczy, dlaczego przyznawana przez niego nagroda za najlepszą książkę roku, nie została odnotowana w BIK-u. Niestety, Krzysztof zmarł w Pradze, do Bydgoszczy wróciły już tylko jego prochy, a w informatorze pojawił się jego nekrolog i haniebna napaść na mnie Bartłomieja Siwca, który naigrywał się, że wydano wybór moich wierszy w języku mandaryńskim w Chinach.

Bartłomiej Siwiec to syn poety, z którym wiele lat się przyjaźniłem, choć była to raczej „szorstka przyjaźń”(raz lepiej, raz gorzej), a nasze kontakty urwały się, gdy dowiedziałem się, że uważa on, iż moje książki naukowe nie mają głębi i wychwala pod niebiosa T., choć dobrze wie, że to on stał za ostatnimi wydarzeniami w moim życiu. Teraz z charakteru napaści jego syna wnioskuję, że musiałem być bohaterem negatywnym w jego domu od dłuższego czasu, co pośrednio potwierdzało też  demonstracyjne bratanie się z moimi wrogami. Pal sześć, spotykamy jakichś ludzi w życiu, przez jakiś czas idziemy razem, a potem odlatujemy w różne strony, jak rzucane wiatrem klonowe liście, takie życie, taki los. Teraz pisząc o Krzysztofie muszę raz jeszcze nawiązać do Bartłomieja, którego dorastanie od małego obserwowałem, żywo interesowałem się jego sukcesami szachowymi, a potem z ogromnym zaciekawieniem sięgałem po książki, które zaczął publikować. Niestety, tutaj nie było już tak dobrze jak na szachownicach, coraz to odkładałem jego prace z przekonaniem, że są to wprawki, ledwo próby zaistnienia w języku, który – w jego wersji – nie miał głębi i bywał niechlujny. Przedmiotem tego wpisu wszakże nie jest twórczość tego chłopaka, a raczej jego ostatnie wystąpienie pt. Iskra buntu Rzecz o Krzysztofie Derdowskim. Publikacja ukazała się w „Dzienniku Bydgoszczy”, z którym także współpracuję, i w zamyśle miała być czymś na kształt wspomnienia o naszym wspólnym znajomym, który niestety nie przetrzymał czwartego zawału serca. Biorąc do rąk gazetę i widząc ten tekst, podejrzewałem, że coś mi się w nim nie spodoba, ot takie wewnętrzne przekonanie i skupienie uwagi, po wskazanej wyżej napaści w BIK-u. Okazało się, że grzech numer jeden pisania Bartłomieja, czyli płaskość, jednoznaczność, przegięcie, bufonada, i tutaj dały o sobie znać. W ujęciu Siwca juniora Derdowski staje się heroicznym bojownikiem i buntownikiem, walczącym o dobro ludu, mającym w sobie ową patetyczną, tytułową iskrę buntu. Nie wiem, co powiedziałby Krzychu, gdyby przeczytał ten tekst – zapewne przymknąłby oko na niechlujstwo językowe, uproszczenia i naginanie faktów, wszak był to dobry człowiek, mający wiele wyrozumiałości dla uczniów i stażystów w literackim rzemiośle. My jednak, opluci wcześniej przez BS, nie musimy być tacy grzeczni i wskażemy naszemu harcownikowi, że nie godzi się we wspomnieniu o zmarłym koledze wykorzystywać jego śmierci i owego tekstu do podnoszenia własnych zasług. To mniej więcej tak samo płaskie i żenujące, jak atak po przegranym konkursie na kogoś, kto w tym konkursie wygrał. Brak klasy w stosunku do niezależnych jurorów, fundatora nagrody i współuczestników zawodów – ot takie – jak to dowcipnie określają szachiści – bicie konia w obecności królowej….

Pisze nasz Bartłomiej tak, cytuję dosłownie, zachowując „styl” i nielogiczności autora: Już po 1989 roku okazało się, że najważniejsze będą ojczyzny lokalne z ich własną historią, kulturą i tradycją, ale przede wszystkim z ich odrębnością. (…) A co z Bydgoszczą? I tutaj nasze drogi zeszły się ponownie. Gdy w 2010 r. zadebiutowałem powieścią historyczną „Zbrodnia, miłość, przeznaczenie”, której akcja toczy się na naszym terenie, Krzysztof wyczuł potencjał tej historii – i co tu mówić – stał się gorącym orędownikiem książki. Zapamiętał ją na wiele lat do tego stopnia, że jeszcze w pierwszym tegorocznym numerze ogólnopolskiego czasopisma „Wyspa”, pisząc o mojej najnowszej powieści, zarazem przywołał mój debiut. No tak – „i co tu mówić” – ano, że mamy wrażenie, iż całe to nadęte wspomnienie zostało napisane przez Siwca dla tego jednego wskazania i monstrualnego nadmuchania balona samozadowolenia, przekonania o wielkości i bliskiej już wiekuistej chwale. Tego rodzaju spłaszczenie osiągnięć pisarza, zasłużonego dla kultury naszego miasta, wskazuje na rozchwianie emocjonalne autora wspomnienia i jego dezynwolturę literacką. Sięgnie ona zenitu, gdy na końcu tekstu przybierze kształt takiej oto głupawki: Zastanawiałem się, jak zakończyć tekst o Krzysztofie, wybitnym pisarzu i moim dobrym druhu. Przyszło mi na myśl, że On był trochę jak kawalerzysta, mocno w życiu szarżował (a może nawet walczył z życiem?) i bez ustanku. Mimo słabowitego zdrowia i kilku bardzo poważnych sygnałów ostrzegawczych, nie potrafił zaprzestać walki, nie potrafił żyć inaczej. Czyżby nie zdawał sobie sprawy z tego, że okopy śmierci są nie do zdobycia? No i co? No i kulawy koń kawalerzysty by się uśmiał – o ile samozadowolenie Bartłomieja wyprowadziło mnie z równowagi, o tyle zaśpiew końcowy autentycznie rozbawił. Krzychu jako kawalerzysta – już go widzę jak galopuje na kuniu w rogatywce i krzyczy: walczę, cały czas walczę, chociaż okopy śmierci są nie do zdobycia… Taki poważny bojownik, taki nosiciel iskry buntu… A gdzie, kolego Siwiec, jego szaleństwa, o których wspólnie wiemy, gdzie jego prawdziwy kształt ludzki, z elementami przystającymi jak ulał do życiorysów poetów wyklętych? Gdzie pracowitość i talenty polemiczne? Derdowskiemu niepotrzebne jest zakłamywanie jego dni i robienie z niego romantycznego herosa, on rzeczywiście walczył, ale przede wszystkim z własną słabością i fatalnymi zrządzeniami losu, każącymi jemu – wybitnemu humaniście – żebrać o grosz, podejmować prace zlecone w stróżówce i zalewać się z rozpaczy. Cokolwiek się nie powie o Krzysztofie, daleka mu była doraźna rąbanina pseudo literacka, którą na razie uprawia autor wskazywanego tutaj „wspomnienia”.

ALEJA KLONÓW (28)

Zamieszczony tutaj wpis jest ostatnim w ciągu prezentacji fragmentów prozy opisującej kształtowanie się wrażliwości i wyobraźni małego chłopca. Powieść pt. „Aleja Klonów” ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Temat i została skierowana do księgarń. 

Szare i granatowe chmury pędziły donikąd, a gwałtowne, zimne wiatry rozbierały klony z tunik i sukni złotawych liści. W grafice czarnych konarów, w miedziorytach gałęzi siedziały stada gawronów i spokojnie czekały, aż nad horyzontem zgasną wielkie głownie zmierzchu. Właśnie wtedy, któregoś jesiennego dnia, mój ojciec przywiózł do domu wielki karton i postawił go na stole w kuchni, robiąc dziwne miny. Wtedy mama przerwała przygotowywanie klopsów z wieprzowiny, wytarła ręce w fartuch, otworzyła usta ze zdziwieniem i zapytała:

            Coś ty tu przyniósł? Znowu jakieś gipsowe miski dla gołębi, albo nowe poidło dla nich?

            Sama zobacz, tylko uważaj… odparł tajemniczo.

Mama przelękła się nie na żarty i odrzuciła zwiędły liść klonu, który spadł na pudło po drodze. Po chwili odważnie zaczęła też rozcinać karton wielkim, ostrym knypem, służącym do kawałkowania wołowego mięsa. Po chwili otworzyła pakę, zajrzała do środka i wciąż zdumiona, odwróciła się do ojca. Ten podszedł do rozciętego opakowania, wsunął ręce i z wysiłkiem wydobył sporych rozmiarów drewniany, politurowany sześcian. Postawił go na stole i zdjął biały, płócienny worek, którym był okryty, a potem z uśmiechem popatrzył na mnie i na mamę.

            Kupiłem telewizor…– powiedział i serdecznie objął mamę ramieniem.

A skąd ty chuliganie na to miałeś pieniądze…? – spytała mama i załamując ręce dodała Pewnie znowu pożyczyłeś od kolegów…? Albo od jakichś bogatych gołębiarzy…?

            Dostałem pożyczkę z zakładów rowerowych i pomyślałem, że telewizor będzie dla was wspaniałym prezentem… odrzekł.

            – Boże drogi, a z czego my to spłacimy…? Chcesz bym urodziła drugie dziecko, a nie potrafisz utrzymać pieniędzy w kieszeni – lamentowała mama.

            – Damy jakoś radę, tym bardziej, że będę teraz woził więcej wycieczek po Polsce i zarobię na łebkach, zabieranych po drodze…. – przekomarzał się z nią tata.

Tego dnia dwie intrygujące informacje donośnie dźwięczały we mnie i powracały stale jak echo – ojciec chce by mama urodziła drugie dziecko… A jak to będzie głupia, pyskata dziewczynka? Co wtedy pocznę, gdzie się podzieję? A jak na świat przyjdzie chłopiec, to czy będzie chciał się ze mną bawić? No i to drugie zdarzenie – telewizor w naszym domu, jakieś tajemnicze urządzenie, nie wiadomo do czego służące. O ile wiadomość o tym, że mama będzie jeszcze raz w ciąży nie dawała mi spokoju, o tyle pojawienie się dziwnego sześcianu przyjąłem z wielkim zaciekawieniem i entuzjazmem. Wzrosło ono jeszcze mocniej, gdy przyszedł do nas chudy kolega taty o imieniu Jurek, zajmujący się instalacją anten i uruchamianiem nowych odbiorników.

            – Jaki model kupiłeś druhu – zapytał, wchodząc do naszego domu z ogromną skórzaną torbą, wypełnioną śrubokrętami, nakrętkami, lampami i przewodami różnej grubości. W drugiej ręce miał spory zwój płaskiej anteny, znacznie sztywniejszej od kabli okrągłych, których tyle było w naszym domu i w warsztacie szewskim dziadka.

            – Szmaragd, bracie, szmaragd… – odpowiedział ojciec i poprowadził kolegę do pokoju, gdzie telewizor znalazł już swoje miejsce na zamykanej bieliźniarce.

            – A… dobry odbiornik, dobry… – pochwalił kolega i zaraz zabrał się do pracy, przekręcając dwie gałki, umieszczone pod niewielkim ekranem i zdejmując obudowę z tyłu urządzenia.

Jeszcze tego samego dnia, po tym jak Jurek wraz z ojcem, weszli po drabinie na dach i zamontowali tam antenę, zasiedliśmy całą rodziną przed telewizorem. Przyszła babcia i dziadek Mojżesz, nie wiedzieć skąd pojawiła się prababcia Franciszka, a nawet przybiegły dwie piękne dziewczyny z podwórka, Mela i Jola. Pola Rozenfeld też się rwała do nas, ale mąż nie pozwolił jej wyjść z domu, zamknął na klucz w pokoju i nic sobie nie robił z tego, że dramatycznie płakała i co chwilę wydmuchiwała nos. Mama wzięła mnie na kolana, ojciec i babcia usiedli obok nas na kanapie, a po jakimś czasie doszła jeszcze gruba znachorka Kozłowska. Wieść o tym, że mamy telewizor lotem błyskawicy rozchodziła się po podwórkach i niemal całej Alei Klonów. Kłęby papierosowego dymu zaczęły unosić się w pokoju i mama musiała często otwierać nasze jedyne okno. Z tych pierwszych dni, kiedy to przychodzili sąsiedzi i znajomi z dalszych zakątków miasta, szczególnie zapamiętałem wizytę ciotki Zochy, nadąsanej, krzykliwej i nieustannie pytającej, skąd tata wziął tyle pieniędzy? O ile nie podobały mi się te zgromadzenia, dyskusje i nieustanne spory, o tyle telewizor stał się moim ukochanym urządzeniem. I ciągle śniły mi się sceny z filmów Walta Disneya, albo kadry z amerykańskiego Disneylandu, w którym, dzieci kręciły się w ogromnych filiżankach, zwiedzały zamki z bajecznymi wieżyczkami, albo z uciechą puszczały się w dół z wysokich, lśniących zjeżdżalni.

            Telewizor był u nas już od roku, gdy nagle przybiegł zaaferowany dziadek i wykrzyknął w drzwiach wejściowych:

             – W radiu mówią, że zabili Kennedy’ego…!!!

Nie wiedziałem o kogo chodzi, ale sądząc z reakcji ojca i mamy, musiał to być ktoś bardzo ważny, jeden z tych mężczyzn, którzy stawać mogli w jednym szeregu z generałami z jednostki wojskowej albo z towarzyszami, Gomułką, Cyrankiewiczem i Zawadzkim. Tata natychmiast przekręcił gałkę Szmaragda i po chwili na ekranie pojawiły się czarno-białe obrazy z dalekiej Ameryki. Było już bardzo późno, a listopadowa pora powodowała, że do domu przedostawało się coś z atmosfery mroku, mgieł unoszących się nad ogrodem i lodowatych powiewów wiatru. Jakiś spiker mówił podniesionym i lekko drżącym głosem:

– Stale nie możemy w to uwierzyć, ale potwierdzają się wcześniejsze doniesienia o tym, że dzisiaj w Dallas zamordowano Johna Fitzgeralda Kennedy’ego, trzydziestego piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych…

Na ekranie powtarzano wciąż jego przejazd szeroką ulicą, w ogromnej, czarnej i odkrytej limuzynie. Siedział w niej na tylnym siedzeniu, wraz żoną, która była niezwykle elegancko ubrana i miała na głowie zabawny toczek. Patrzyłem z lękiem w sercu jak przy głowie prezydenta pojawia się rodzaj podmuchu, a straszliwie przerażona piękna pani, przesuwa się na maskę i próbuje wyskoczyć z auta. Wszyscy zaczęli biegać, za kolumną samochodową ruszyli szybko stojący przy drodze policjanci, a ludzie chowali twarze w dłoniach i gorzko płakali. Zrobiło mi się bardzo żal tego Kennedy’ego, łzy zaszkliły się w moich oczach i zacząłem z uwagą przysłuchiwać się temu, co mówi dziadek, mama i tata.

            – Komuniści go zabili, bo im nadepnął na piętę – powiedział dziadek i zrobił minę, która miała wyrażać niesmak i pewność, że się nie myli.

            – Komuniści w Ameryce, co też tata mówi – odezwała się mama.

            – Kuba niedaleko i Chruszczow nigdy nie darował mu inwazji w Zatoce Świń – powiedział mój ojciec i zaciągnął się głęboko tanim papierosem Silesia.

Zatoka Świń… Jakże spodobała mi się ta nazwa i natychmiast w mojej wyobraźni pojawiły się świnie z rozciętymi brzuchami, kwiczące straszliwie i biegające na brzegu oceanu. Z rozharatanych ciał wylatywały im wnętrzności, tak jak podczas uboju, kiedy to rzeźnicy sprawnie oporządzali żywe jeszcze, zawieszone na hakach zwierzęta. Słowo zatoka kazało mi przypuszczać, że świnie są tam wolne i szczęśliwe, a nawet jak mają śmiertelne okaleczenia, to w tajemny sposób goją się one w tej przestrzeni, a flaki, wątroby i nerki same wracają na swoje miejsce.

            – Castro i ten jego partyzant Che Guevara to zrobili – perorował dziadek – Tylko oni mogli to zorganizować, tylko bolszewicy mogli się na to poważyć…

            – Tata wszędzie widzi ich spiski… – uciszała go zalękniona mama.

            – Ja myślę, że to raczej zrobiła mafia… – powiedział mój tata, by po chwili dodać – Czytałem w jednej gazecie, że Kennedy im się bardzo naraził…

             – To też możliwe…- wyrokował dziadek – Ale to komuniści mogli ich wynająć…

            – Zatrzymano już podejrzanego o to ohydne zabójstwo – mówił spiker – To pracownik składnicy księgarskiej Harvey Lee Oswald, który uciekając zastrzelił jeszcze niewinnego policjanta.

            – Zobacz jak szybko działa FBI w Ameryce – dziadek zwrócił się do ojca i odpalając od niego papierosa, dodał – Szkoda tego Kennedy’ego, dobrze mu z oczu patrzyło…

               – I taki był przystojny, taki podobny do naszego taty – powiedziała mama przytulając się do piersi męża.

Następnego dnia bawiliśmy się na podwórku w zabijanie prezydenta Stanów Zjednoczonych. Starszy Marasek ciągnął mnie w drewnianym wózku, a jego młodszy brat wybiegał z korytarza i udawał, że strzela do mnie z kawałka patyka. W jego oczach lśniła nienawiść, a mały palec wskazujący raz po raz zginał się, jakby naciskał cyngiel.

            – Już nie żyjesz Kennedy… Już po tobie… – pokrzykiwał nade mną, a ja kładłem się na wózku, jakby trafiły mnie mordercze kule zamachowca.

NA GRANICY JAŹNI I NIESKOŃCZONOŚCI

                                                  Janusz A. Bałdyga

Janusz A. Bałdyga wykazuje wciąż zdumiewającą konsekwencję w tworzonych obrazach, stale drążąc formę odkrytą przez lata, będącą jego twórczą wizytówką. To, w warstwie pierwszej, oczywiste nawiązania do bogatej, wizyjnej twórczości Renégo Magritte’a i jego niepowtarzalnego surrealizmu, ale przecież dzieła te mają też indywidualny wymiar, stają się daleko idącą modyfikacją, rozwinięciem intelektualnym i malarskim komentarzem. Będąc wariacją, dokumentują także rzetelność artysty wobec własnej podświadomości, chęć wydobywania z nicości tego, co rodzi się w umyśle na jawie i we śnie, ze szczególnym uwzględnieniem momentów onirycznych. Można by pokusić się tutaj o stworzenie modelowej przestrzeni z tych obrazów, a wtedy okazałoby się, że ma ona wiele z baśni, legendy i mitu, gdzie obok rozhukanych mórz pojawiają się tajemnicze lasy, pustynie, konstrukcje architektoniczne, zamki i dziedzińce z amfiladami łuków i kolumn, z posadzkami, schodami i fontannami. To świat, gdzie nieustannie wdziera się wieloznaczna pustka, a człowiek podlega takim samym nadrealnym transformacjom jak muzyczne instrumenty, trumny, żagle, butelki i kwiaty. Ważne przy tym jest owo wyjątkowe kawałkowanie wyodrębnianych przestrzeni, w czym pomocne bywają barwne materie (najczęściej czerwone, burgundowe), rozwieszane między ramami kolejnych obrazów. To podkreślenie, że kreowany świat jest rodzajem teatru, odsłanianej sceny, przez kurtynę separowanej od innych zakamarków i głębi. Zabieg ten przydaje tajemniczości i powoduje, że spektrum wydłuża się i rozszerza granice postrzegania, daje szansę widzowi na dopowiedzenie innej fabuły – dalszego ciągu zdarzeń. Jakże fascynujące są te odsłony i jak wielkie pojawia się przy nich zaskoczenie, przekonanie, że uczestniczymy w spektaklu granicznym jaźni i nieskończoności, dotykamy niedotykalnego i wkraczamy do krainy, w której swobodnie mieszają się sny i marzenia, wizje na jawie i refleksy, ostre przebicia nicości i śmiertelne bezdechy. Artyści często zmieniają techniki i rodzaj tworzonych dzieł, eksperymentują na sobie i materii malarskiej, czasami wchodząc w ślepe uliczki i konstatując u końca życia, że nie udało im się stworzyć emblematów swojego malarstwa. Bywa, że nie identyfikują się z tym, co stworzyli w poprzednich okresach, w dziesięcioleciach, w pięćdziesięcioleciu – bywa, iż wciąż zapowiadają jakieś wielkie przebudzenie, jakąś ekspozycję, która rzuci na kolana Paryż, Nowy Jork i Rzym. Bałdyga wciąż tworzy w obrębie poetyki surrealnej, jakby stale ciekawy kolejnych odsłon swojego spektaklu malarskiego – generując kolejne obrazy modyfikuje kształty metafizyczne i oniryczne przestrzenie, ale technika – użyteczna i sprawdzona przez lata – konsekwentnie pozostaje ta sama.

Artysta posiadł niezwykłą umiejętność modelowania świata nierzeczywistego, w którym nic nie ma sensu i zarazem wszystko zyskuje wartość symboliczną, naddaną w stosunku do realnych kształtów, miejsc i osób. W stosunku do snu, który pojawia się w chwili zamknięcia dnia, są to przestrzenie wyraziście wybarwione, ale przecież żadne malarstwo nie byłoby w stanie oddać matowej fragmentaryczności, nagłych zdławień i rozświetleń sennych – zawsze artysta próbuje nakłonić widza do przyjęcia jego wizji i interpretacji. W tym przypadku barwa odgrywa ogromną rolę i staje się znakiem firmowym Bałdygi, zyskuje odpowiednie nasycenie i pojawia się w ostrych, kontrastowych zderzeniach. Paradoksalnie staje się to siłą obrazów, których nie można pominąć, zmarginalizować w natłoku powstających stale dzieł. Dlatego malarstwo to ma swoich wielbicieli, kolekcjonerów, a także zaprzysięgłych dyskutantów – jak każda inspirująca sztuka odwołuje się do indywidualnych doświadczeń ludzkich, jak i do zakorzenionych w umysłach stereotypów bajkowości, legendarności, odważnego wkraczania do krain mitycznych. Jeśli odrzucimy wskazaną wyżej warstwę pierwszą tych przedstawień, pojawią zdumiewające tropy, wiodące do życia, lektur i tajemnic artysty, do jego wyborów i egzystencjalnych rozstrzygnięć. Wskazuje on, że wszyscy gramy w życiu różne role, czasem chwalebne, innym razem takie, których wstydzimy się po latach. Wszyscy też wchodzimy na wiele ścieżek, które prowadzą nas do niezwykłych i przerażających miejsc – ruszamy na podniebne szlaki ze skrzydłami albo żaglami u ramion, zrywamy się do lotu ze skał jak ptaki, nietoperze i anioły, toczymy się ze zboczy jak wielkie głazy. Ale przecież pośród naszych dni pojawiają się też zdarzenia dziwne, niewytłumaczalne, doświadczamy też stanów, gdy rzeczywistość zaczyna się przekształcać w rodzaj tajemnej opowieści na skraju snu i jawy. Pięknie upięte włosy przybierają wtedy kształt pysznej gruszki, na plecach nagiej odaliski otwierają się otwory jak na pudle wiolonczeli, wieko trumny staje się błękitnym niebem z czapami chmur, a butelki wypitego alkoholu unoszą się w górę i zaczynają płynąć w dal jak elementy ukrytego kodu. Ogromną rolę w malarstwie Janusza Bałdygi odgrywa magnetyzm i takie modulowanie przestrzeni, że zaczynamy zdawać sobie z niego sprawę, nagle tracimy grunt pod nogami, stajemy się cząstką sugestywnych wyobrażeń, które przekroczyły ramy obrazów. I nie jest to złudzenie, raczej poddajemy się z lubością magii tych światów, wkraczamy do nich swobodnie, bez lęku, a tylko z przekonaniem, że uczestniczymy w czymś wyjątkowym, surrealnym, onirycznym – jesteśmy świadkami ożywania podświadomości w barwie, cieniu i jaskrawym poblasku ognia.

Warto też zwrócić uwagę na ogromny ładunek erotyczny tych dzieł, będących często komentarzem do psychoanalizy Zygmunta Freuda i jego przekonania, że libido wywiera najważniejszy wpływ na nasze decyzje i działania. Ale przecież artyście nieobce jest też określenie przeciwne – tanatos – w którym austriacki lekarz upatrywał energii destrukcyjnej, rodzącej depresję i ból. Konflikt pomiędzy tymi siłami zawsze rodził napięcie twórcze i domagał się sublimacji, czy to w formie artystycznej, czy seksualnej. U Bałdygi widzimy, że możliwy jest balans pomiędzy tymi sferami i jedna może stymulować drugą – starczy tutaj przywołać powszechnie znany obraz ukazujący nagą kobietę w ciąży, której brzuch zapinany jest na zamek błyskawiczny. W tym kontekście też można by zastanawiać się czy malarstwo to nie jest jednak bliższe teorii Carla Gustava Junga, który twierdził, że libido jest energią psychiczną w ogóle i determinuje nasze zachowania ekstrawertyczne i introwertyczne? Jakkolwiek byśmy nie próbowali interpretować poszczególnych dzieł i jakichkolwiek narzędzi badawczych byśmy nie używali, nie ulega wątpliwości, że artysta odsłania przed nami tajnie, które miały zostać zakryte, obnaża wizje senne i ich konstrukcje, a zarazem proponuje mobilną interpretację. Dlatego twórczość ta od lat cieszy się uznaniem krytyków i historyków sztuki, a nade wszystko jej miłośników, którzy pragną mieć te dzieła w swoich domach. Zaznaczmy jeszcze, że erotyzm nie jest tutaj celem samym w sobie, to raczej ukryta siła sprawcza, która pojawia się na obrzeżu światła i cienia, barwy i blasku – to przedwieczna moc, która jest w każdej cząstce przestrzeni, to radosna, libidalna energia, uwalniana w procesie twórczym. Może dlatego Janusz A. Bałdyga pragnie też żartować sam z siebie i ukazywać sytuacje, które mogą rodzić uśmiech i przenosić poważne rozważania o jego malarstwie na grunt anegdoty, zabawnego dopowiedzenia lub personalnego, nieomal poetyckiego uściślenia. Jakkolwiek głęboko by nie sięgały korzenie obrazu ukazującego mężczyznę z rogami jelonka na czole, zawsze gdzieś w pobliżu będzie interpretacja najprostsza, wskazująca na zdradę partnerki lub załamanie się przyjaźni. Ale przecież nie chodzi tutaj o taką dosłowność i artysta zawsze wyposaża swoje przedstawienia w dodatkowe treści, ironiczne elementy, jak owa pajęczyna między rogami. Człowiek jest dla niego skomplikowanym bytem, którego nie sposób przedstawiać jednowymiarowo – zawsze przecież pojawią inne wskazania i wciąż z zakamarków snu i dziennych wizji sączyć się będzie mętny opar tajemnicy. Zawsze na granicy jaźni i nieskończoności otworzą się głębie ontyczne, które nie dadzą się spenetrować w żaden, znany ludzkości sposób. Tylko odważne wchodzenie w mrok i oświetlanie coraz to innych rewirów, odsłanianie kolejnych obrazów, stworzy katalog scen i zdarzeń pierwotnych, jednorodnych, autentycznie wydarzających się podczas snu i za sprawą niezwykłego talentu, znajdujących swoje odwzorowanie na kolejnych płótnach.

*

ON THE BORDERLINE BETWEEN CONSCIOUSNESS AND ETERNITY

Janusz A. Bałdyga is astonishingly consequent while creating his own paintings, constantly delving deeper and deeper the form discovered years ago, which is his creative visiting card. This, in its outer layer, is an obvious reference to rich visual creation of René Magritte and his unique surrealism, but these works of art also have their individual dimension; they become a far advanced modification, an intellectual development and artistic commentary. Being a variation, they testify to the artist’s reliability in regard to his own subconsciousness, the eagerness to retrieve out of nothingness whatever is born in the mind, both in reality and in daydreaming, with particular attention to oneiric elements. One may attempt now to create a model space using these paintings, and this would prove that it comprises fables, legends and myths, where wild seas share the space with mysterious forests, deserts, architectural constructions, castles and courtyards with an enfilade of columns and archways, with stone floors, stairways, and fountains. This is a world constantly invaded by ambiguous emptiness, and where man is subject to the same surreal transformations as musical instruments, coffins, sails, bottles, and flowers. What is of importance here is this exceptional fragmentation of excluded spaces, which is fostered by colourful materials (most often red and burgundy) hung on frames of consequent pictures.

This highlights the fact that the created world is a kind of a theatre, an unveiled stage, curtained off from other recesses and depths. Such a treatment creates mysteriousness, and enlarges the spectrum of perception, giving the onlooker a chance to guess a different plot – a further sequence of events. How fascinating is the unveiling, and how big surprises follow – a belief that we are a part of a performance on the borderline of consciousness and eternity, that we touch the untouchable and enter the realm where dreams mingle freely, conscious visions and reflections, sharp emergences of nothingness and deadly breath absence. Artists often change techniques and types of their works; they experiment with themselves and the artistic matter, sometimes entering cul-de-sacs and, in their declining years, find that they have failed to create the emblems of their art. Sometimes, they happen not to identify themselves with what they created in former periods, over the last ten years or fifty years – sometimes they announce a great awakening, an exhibition which will amaze Paris, New York and Rome. Bałdyga is faithful to surreal poetics and awaits further unveilings of his artistic performance – creating subsequent paintings which modify metaphysical shapes and oneiric spaces, but the technique – useful and relied on for years – remains the same.

Janusz Bałdyga has mastered an extraordinary skill of modeling the unreal world, where nothing has sense, and at the same time, everything gains a symbolic value, additional to real shapes, places an people. In contrast to the dream which appears with decline of the day, these are spaces saturated with hue, but no painting is capable of presenting the matt fragmentation, sudden stifling and dreamy illuminations – the artist always tries to encourage the onlooker to accept his vision and interpretation. In this case, colour plays an important role and becomes Bałdyga’s trademark; it gains proper saturation and appears in sharp, contrasting collisions. Paradoxically, this becomes the strength of the paintings, which cannot be omitted or marginalized in the abundance of created pieces of art. This is why Bałdyga’s painting attracts its admirers and collectors, as well as sworn discussants – like every inspiring art, it appeals to own experiences of individuals, and to stereotypes of fairy-tales, legends and visited mythical realms, deeply rooted in mind. If we discard the above mentioned outer layer of these presentations, unusual trail will appear, leading to Bałdyga’s life, books read, mysteries, choices and existential decisions. The artist shows that we all play different roles in lives, sometimes praiseworthy, and sometimes condemnable, even after passing years. Sometimes, all of us follow many footpaths which take us to extraordinary and frightening places – we set out on aerial trails or with spread sails we fly out from the rock like birds, bats or angels; we roll down the slopes like boulders. But, on the other hand, among our days, there are strange events, unexplainable; we also experience states when the reality begins to transform into a kind of a mysterious story of dreams and consciousness. Then, beautifully done hair into a bun changes into a pear; on a naked odalisque’ s back open f-holes, like on the cello body; the coffin lid becomes a blue sky with puffs of clouds; and emptied spirit bottles soar and sail away like elements of hidden code. In Janusz Bałdyga’s paintings, magnetism and space modulation are of prime importance, and when we become aware of them, we suddenly feel that the world is collapsing around us; we become a part of these suggestive imaginings which stepped out of the frames. And this is not an illusion; we indulge ourselves in the magic of these worlds, entering them freely, having no fear, only with conviction that we take part in the exceptional, the surreal, the onieric – we are witnesses to bringing subconsciousness to life by means of colour, shadow and bright gleam of fire.

It is also worth drawing attention to an enormous load of eroticism in these works of art, which is often a commentary to Freud’s psychoanalysis and his conviction that libido has the greatest impact on our decisions and actions. But Baldyga is also familiar with an opposite description – tenatos – in which the Austrian psychoanalyst found a destructive energy, the source of depression and pain. The conflict between these forces have always given rise to creative tension, and demanded sublimation, either in an artistic form, or sexual. Bałdyga presents these spheres in a balanced state, where one can stimulate the other – it is enough to remember here a well-know painting of a pregnant woman, whose womb is opened with a zipper. In this context we may wonder whether Bałdyga’s paintings are not closer to Carl Gustav Jung’s theory, according to which libido is a psychic energy in general, and determines our extrovert and introvert behaviour? In whatever way we interpret these particular works and whatever research tools we use, there is do doubt that Bałdyga reveals obscurities which were meant to be hidden, exposes dreams and their construction, and at the same time suggests a mobile interpretation. This is why his art has bees appreciated by critics and art historians, and first of all, its admirers, who desire to become owners of these paintings. It should be stressed that the eroticism is not the aim in itself; it is rather modus operandi, which appears on the borderline between light and shadow, colour and gleam – this an ancient prime mover, present in every particle of the space; it is cheerful, libidinal energy released in the creative process.

Maybe this is why Janusz A. Bałdyga sometimes decides to make fun of himself and present hilarious situations, which can move away from serious considerations into the realm of anecdotes of his paintngs, funny narration or personal, almost poetic specification. However deep are the roots of a painting showing a man with deers antlers on the forehead, the simplest explanation at hand suggesting his partner’s infidelity or breaking the friendship. But such literalism is not the point here; Bałdyga furnishes his imaginings with additional content, ironic elements, just like the spider’s web between the antlers. For him, man is a complex being, which cannot be presented in one dimension – there are always other factors, and blurry haze of mystery will seep from the recesses of dream and day’s visions. Ontological depths will always open on the borderline between consciousness and eternity, which cannot be penetrated in any way known to the human race. One cannot go gently into the dark, but cast light onto other recesses, unveil subsequent images, this way creating a catalogue of scenes and primal events, homogeneous, taking place in dreams, and  by means of extraordinary talent being mirrored on framed canvases.

Translated by Wiesław Marcysiak

 

« Older entries

%d blogerów lubi to: