BROMBERG (23)

Dwa dni minęły od momentu, gdy Szmul Lewi przeniósł z domu do furgonu Arona dwie duże walizy i kilka toreb, a potem z żoną Mirełe i synem Chaimem wsiadł do niego. Wracając z Orlej zaszedł jeszcze do zaprzyjaźnionego szewca Izaaka Abrahama i próbował go przekonać, by też wsiadł do furgonu i pomknął z uciekinierami na wschód. Wierzył, że przekona przedsiębiorcę, by zabrał jeszcze jednego człowieka, lokując go z tyłu pojazdu, pomiędzy paczkami, beczką z benzyną i workami z żywnością, ale szewc zdecydowanie odmówił.

– Jestem już stary i nie wytrzymam tak długiej podróży… – mówił i teologicznie dedukował – Co ma być to będzie… Jahwe decyduje o naszych losach…

– Ale ucieczka przed złem nie obraża go, natomiast zbytnia pewność w jego wyroki może jawić się jako wielkie zarozumialstwo…– nie ustępował Szmul.

– Nasz Pan wie jaki zawsze byłem pokorny… Dziękuję ci przyjacielu, ale czuję, że tutaj mam jeszcze coś do zrobienia. Jedźcie z opieką Jahwe… Będę się modlił za was każdego dnia.   

Po powrocie do domu, żona policjanta strasznie rozpaczała, ale w końcu zdecydowała się na podjęcie ryzyka, tym bardziej, że nie było innej szansy na ocalenie syna. Spory dobytek, z którego tak była dumna, stracił dla niej teraz wartość i podczas selekcji rzeczy, które mieli wziąć, była radykalniejsza od męża.

– Zobacz kochany jak mało znaczymy… Udało mi się zapakować wszystko w trzy kartony i dwa worki…– powiedziała, gdy byli już gotowi do wyjazdu.

Aron przyjechał o oznaczonej godzinie i okazało się, że jego bagaże i żony wcale nie okazały się1) większe, a jedyną fanaberią była piękna, inkrustowana szkatułka z kosztownościami i albumy ze zdjęciami, które Estera cyzelowała przez lata. Zapadła noc, a oni ruszyli szybko w stronę Inowrocławia, po drodze mijając posterunek na południowych rogatkach miasta, gdzie akurat zatrzymano jakiś pojazd i przepuszczono ich bez kontroli. Szmul ubrany w mundur policyjny, usiadł koło kierowcy, a na tylnym siedzeniu ulokowały się kobiety i mały Chaim. Policjant doskonale znał te tereny, bo często wysyłano go do pobliskich wsi na interwencje. Po pół godzinie jazdy skierowali się ku wsi Liszkowo, a z niej odbili w stronę Radziejowa, gdzie chcieli poczekać na następną noc u znajomego Żyda, ale zobaczyli, że miasto jest już obsadzone Wermachtem, więc skierowali się do lasu, gdzie przespali się na swoich miejscach, a tylko Chaima położyli z tyłu, na podłodze auta. Estera i Mirełe przygotowały mu prowizoryczne posłanie z koców i przykryły go zielonym brezentem. Spali dość twardo, zmęczeni wydarzeniami poprzedniego dnia i nocy, ale co jakiś czas budziły ich odgłosy salw artyleryjskich, przemieszczających się wozów pancernych i czołgów. Dość nisko przelatywały też eskadry samolotów kierujących się ku centrum kraju, prawdopodobnie niosąc bomby przeznaczone do zrzucenia na Warszawę. Czekali dość długo by słońce całkowicie schowało się za horyzontem, a potem ruszyli z impetem w stronę Włocławka, co jakiś czas zamieniając się przy kierownicy i wybierając polne, nieutwardzone drogi. Tak udało im się dotrzeć bez kłopotów w okolice Płocka i odbić na południe, w stronę Łowicza, gdzie zatrzymano ich po raz pierwszy, ale po spojrzeniu na papiery i prowadzącego furgon granatowego policjanta, machnięto ręką i kazano jechać dalej. Ominęli Łódź od południa, pod Pabianicami i zatrzymali się dopiero za Tomaszowem Mazowieckim, znowu przeczekując dzień w lesie, nieopodal wsi Jeleń.

– Jak na razie udaje nam się podążać do przodu drogi Szmulu… – powiedział Dawid i wyszedł na chwilę z samochodu.

– Trzeba rozprostować kości, bo strasznie zesztywniałem… Ty pewnie też, bo jesteś ode mnie starszy o pięć lat – pociągnął rozmowę policjant, gdy stanął przy nim.

– Tak, ja mam już sześćdziesiąt dwa lata i czuję brzemię wieku. Ale oby tak dalej nam szło, chociaż potworne odgłosy wciąż niosą się od granic Warszawy, gdzie Niemcy stanęli już ósmego września… – powiedział starszy mężczyzna.

– Musimy przedostać się na drugą stronę Wisły w okolicy wsi Latków… Tam kiedyś był most, a teraz można dostać się na drugi brzeg prostym promem. Mam nadzieję, że nic się nie zmieniło i szybko znajdziemy się we wschodniej Polsce – odrzekł Szmul.

Noc zapadła szybko i cała piątka zasnęła w furgonie, tym razem nie budząc się aż do rana.  Szmul miał mroczny koszmar, w którym jacyś podejrzani żołnierze z mongolskimi twarzami wpychali go do ciężarówki i wraz z innymi mężczyznami w polskich mundurach, wieźli go gdzieś do lasu. Po dotarciu na miejsce zaprowadzono ich na niewielką polanę, gdzie stał mały spychacz, który wydrążył dość głęboki i szeroki rów. Żołnierze chwytali każdego z osobna pod ramiona, prowadzili nad skraj dołu, zarzucali płaszcz na głowę nieszczęśnika, a trzeci z nich strzelał w potylicę. Gdy przyszła kolej na niego powiedli go w to samo miejsce, a że nie miał płaszcza, zdjęli mu górną część policyjnego munduru i zarzucili na górę. Poczuł dojmujący chłód, zdążył jeszcze spojrzeć na błękitne niebo i usłyszał szczęk pistoletu, który zaciął się w zamku. Poczuł jak trzęsą mu się nogi ze strachu, a egzekutor mówi po rosyjsku:

Cука блять! Дерьмо от стрельбы перегревается … Даешь Вальтеру, потому что Коровины отстой...

Jeszcze odnotował w świadomości odgłos przeładowania, metaliczny trzask i spotworniały odgłos wystrzału, który natychmiast przygłuchł i ciemność rozlała się w nim.

Pierwszy otworzył oczy Aron i zobaczył, że koło ich samochodu usadowiło się kilka saren i jeleń z ogromnym porożem. Dotknął ramienia Szmula, wstrząsanego dreszczami i pokazał mu zwierzęta na niewielkiej polance.

 – Przestraszyły je odgłosy wojny… i garną się do ludzi… Całkowicie zatraciły poczucie bezpieczeństwa…– skomentował sytuację przedsiębiorca i włączył silnik furgonu.

– Jesteśmy w okolicach wsi – nomen omen – Jeleń… Ach jakiż straszliwy miałem koszmar – powiedział spocony Szmul, ale zaraz wziął do ręki mapę i wytyczył kierunek jazdy.

Ominęli stację kolejową i skierowali się bocznymi drogami w stronę Radomia, otaczając miasto szerokim łukiem. W okolicy Głowaczowa złapali gumę i musieli wymienić całe koło, co znacznie opóźniło jazdę, ale pozwoliło im coś zjeść, obmyć się w strumieniu i wytyczyć dalszą trasę, nieco na północ, prosto do Latkowa, gdzie spodziewali się znaleźć prom rzeczny. Po przybyciu na miejsce okazało się, że duża platforma stoi przy brzegu, ale nie ma na niej żywej duszy. Po jakimś czasie pojawił się zalękniony miejscowy przewoźnik, który najpierw nie chciał popłynąć na przeciwległy brzeg, ale dał się przekonać, gdy Dawid suto mu zapłacił srebrnymi monetami z wizerunkiem Piłsudskiego. Wjechali na prom i szybko pokonali niewielką odległość na drugą stronę, do wału, z którego trakt wiódł do Gończyc, Żelechowa i dalej do Sokołowa Podlaskiego. Po drodze rozmawiali o ostatnich wydarzeniach i przystawali by uzupełnić paliwo, którego było coraz mniej, bo marne drogi wymagały częstych postojów, zwalniania i gwałtownego przyspieszania na piaskach. Na szczęście udało im się kupić dwa dodatkowe kanistry benzyny od jakiegoś grubawego wieśniaka, a na dokładkę dostali bochen świeżo upieczonego chleba, trochę soli i smalec w kamionkowym kubełku. Pieczywo było tak smaczne, a smarowidło ze skwarkami tak do niego pasowało, że szybo zjedli wszystko i pokrzepieni skupili się na drodze. Planowali zatrzymać się za Siemiatyczami, ale przy dojeździe do lasu zatrzymał ich patrol konny polskiego wojska, nakazując odwrót na południe, bo w Białymstoku nie było już naszych oddziałów i władz. Przez chwilę rozważali zmianę trasy i skierowanie się do Brześcia, ale nie byli pewni czy pokonają Bug i czy znajdą właściwe drogi prowadzące w stronę Grodna. Ostatecznie postanowili jechać do Bielska Podlaskiego i dalej do Białegostoku, skąd chcieli dostać się na wschód. Udali, że jadą na południe, ale przy trzecim zjeździe do lasu, skręcili zataczając koło pośród wysokopiennych sosen, modrzewi i zagajników świerkowych. Gdy byli już pewni, że oddalili się od żołnierzy, wyjechali z borów i pustą drogą pomknęli w kierunku Zabłudowa, gdzie skręcili na wschód i omijając stolicę województwa, przez Michałowo i Gródek dotarli do Krynki. Stamtąd bocznymi drogami przemieścili się w okolice Sokółki, gdzie chcieli przenocować w dużym kompleksie leśnym przez który wiodła droga do Grodna. Niestety trudy podróży dały o sobie znać i mały Chaim zaczął gorączkować, prawdopodobnie przeziębiwszy się w nocy, gdy z mamą musiał wychodzić za potrzebą w krzaki. Na szczęście bydgoski przedsiębiorca zabrał ze sobą dobrze wyposażoną apteczkę, więc zaaplikowano chłopcu witaminę C i aspirynę i kazano leżeć przez cały czas z tyłu pojazdu, dodatkowo przykrywając go kocem, wziętym z drugiej ławki samochodowej. Kobiety też lekko pokasływały, więc i one otrzymały po witaminie i białej tabletce, popijając kwasem chlebowym z dużych zielonych butelek, zapinanych na porcelitowo-druciany pałąk.  

PRZECIW KSENOFOBII

Triumfatorka US OPEN 2021 Emma Raducanu
Foto Euronews

Konsekwentnie w ostatnich latach wolę oglądać tenis kobiecy, więc z ogromnym zainteresowaniem obejrzałem wczoraj finał US Open w Nowym Jorku. Na kort wyszły nastolatki Leylah Annie Fernandez z Kanady i Emma Raducanu z Wielkiej Brytanii, przy czym ta druga dziewczyna musiała przebrnąć przez sito kwalifikacyjne. Nazwiska mogłyby sugerować, że panie pochodzą z Hiszpanii i Rumunii, a tymczasem to ich ojcowie spowodowali, że otrzymały od nich te dziwnie brzmiące uściślenia osobowe. Ojciec Leylah pochodzi z Ekwadoru i znalazł sobie towarzyszkę życia z Filipin, a tata Emmy wywodzi się z Rumunii, a jej matka z Chin. Obie tenisistki dały prawdziwy popis znakomitej gry, choć od końca pierwszego seta zdecydowanie dominowała Brytyjka. Jakże to był wykwintny tenis, z licznymi crossami, skrótami przy liniach i slajsami, nie brakowało też asów i wysokich lobów. Nie bez znaczenia była też młodzieńczość zawodniczek i ich nieco azjatycka uroda, podkreślana promiennymi uśmiechami. Wygrała Raducanu, po ostatniej piłce kładąc się z wrażenia na korcie, a potem czule obejmując konkurentkę przy siatce. To pierwsza kwalifikantka, która zaszła tak wysoko w wielkim szlemie, wygrywając przy tym dziewiętnaście setów z rzędu. Patrzyłem na to widowisko i myślałem o polskiej ksenofobii, objawiającej się atakami na obcokrajowców w autobusach, pociągach i tramwajach, albo nawet na ulicach. Ciągle mam nadzieję, że trafię na taką sytuację w moim mieście i uczynię użytek z umiejętności, które posiadłem na treningach karate, boksu i kulturystyki. Gdyby nie daj Boże jakiś ksenofob z mordą goryla zaatakował w mojej obecności osobę z innego kraju, o odmiennych rysach lub kolorze skóry, nie wahałbym się ani chwili i następnego dnia byłyby w gazetach tytuły: Poeta zdemolował bandziora! Na razie uczestniczyłem w prawdziwej uczcie sportowej i manifestacji humanizmu, przekraczającego granice państwowe i rodzącego takie owoce jak Laylah i Emma. Myślę, że panie szybko okrzepną i w przyszłych latach będą dostarczać nam jeszcze sporo emocji. Tak działają i wyglądają przedstawicielki ludzkości, która podąża do przodu…

Z lewej: Leylah Annie Fernandez
Foto: Euronews

ZALEW KORONOWSKI

Wyprawa nad Zalew Koronowski, który pojawiał się w moim życiu wielokrotnie, począwszy od lat osiemdziesiątych XX wieku, gdy byłem wychowawcą kolonijnym w Pólku, poprzez pływanie pod żaglami po roku 2000, a skończywszy na osobnych wycieczkach samochodowych do Pieczysk, Samociążka i Sokole-Kuźnicy w latach 2012–2021. Jakże dobrze jest stanąć na brzegu i cieszyć się widokiem ogromnej płaszczyzny wodnej, na której widać wiele białych, płóciennych plam. Wszystko tutaj takie spokojne, wszystko na swoim miejscu – piękno niemal mazurskie, cisza jak nad Bełdanami, błękit jak nad Mamrami, głosy ptaków niczym w sitowiach nad Śniardwami. Mógłbym tak stać kilka godzin, rozkoszując się dziewiczą naturą, patrząc jak zmieniają się kolory wody, brzegów, zarośli trzcinowych i wielkiego baldachimu nieba. Bliskość dwudziestoletniej rocznicy zamachów na Nowy Jork generuje jednak do moich myśli obrazy groźne, destrukcyjne i każe pytać o jakość zabezpieczeń akwenu przed klęskami natury.  Jak wiadomo koncepcja jego utworzenia powstała już w 1928 roku w pracowni prof. Karola Pomianowskiego, ale z powodu wojny do projektu powrócono dopiero w 1946 roku, co było dobre, bo znacznie rozwinięto pierwotne plany, oparte o wykorzystanie równoległych do Brdy jezior polodowcowych (Lipkusz Duży, Lipkusz Mały, Moczar, Czarne i Białe). Ostateczną decyzję podjęto w 1953 roku, a prace trwały do roku 1960, obejmując między innymi całkowity demontaż zabudowań wsi Olszewka i przesiedlenie jej mieszkańców. Tak pod wodą znikła szkoła z czerwonej cegły, wzniesiona w czasach pruskich, mostek na niewielkiej strudze, liczne domy, zabudowania gospodarcze i dwa niewielkie cmentarze – pocholeryczny i ewangelicki. Przez wieki żyło w tej wsi wiele rodzin polskich i niemieckich, uprawiano zboża i ziemniaki, tworzono nowe gospodarstwa, nie przeczuwając, że wszystko to znajdzie się kiedyś pod wodą. Napełnianie zbiornika zakończono 30 listopada 1960 roku, a elektrownia została oddana do eksploatacji 4 marca 1961 roku. Zbiornik powstał z podpiętrzonej Brdy, przegrodzonej zaporą ziemną o długości 49 kilometrów oraz połączenia wielu jezior rynnowych. Teraz stojąc nad tym cudem myśli hydrologicznej, zachwycam się rozmachem, w którym siły natury odegrały najważniejszą rolę. Dzisiaj Zalew Koronowski wydaje się oazą spokoju i stanowi cel licznych wycieczek dla mieszkańców Koronowa i Bydgoszczy. Stojąc na wyniosłej skarpie i przyglądając się toniom myślałem o tym, że nad pięknym zalewem stale wisi groźba naturalnej katastrofy, wszak chronią go konstrukcje sprzed siedemdziesięciu lat. Odpowiednie służby zapewniają, że nasyp ziemny stworzony został z zachowaniem norm bezpieczeństwa, ale przecież zmieniający się klimat może mieć wpływ na powstanie nowych problemów. Łatwo można sobie wyobrazić co by się stało, gdyby jakiś sabotaż lub katastrofa naturalna doprowadziły do rozszczelnienia tamy. Odpowiednie symulacje komputerowe wskazały, że woda i błoto z obszaru 1560 hektarów zniszczyłyby położone w dolinie Koronowo, a także elektrownie wodne w Samociążku, Tryszczynie i Smukale. Do rogatek Bydgoszczy fala zalewowa dotarłaby po około dwóch godzinach, a do centrum miasta po dwóch następnych. Najgorszy scenariusz zakłada, że kulminacyjna fala o wysokości 6,5 – 7,5 m ponad linię brzegową rzeki i średniej prędkości około 5,5 m/sek, spowodowałaby zatopienie terenu miasta o szerokości od 700 do 1500 m i powierzchni 3600 hektarów, zamieszkałych przez około 100 tys. ludzi, zniszczenie wszystkich przepraw przez rzekę, jazów na Wyspie Młyńskiej, śluzy nr 2, w Czersku Polskim i śluzy nr 1 w Brdyujściu oraz kilkuset mniejszych i większych zakładów pracy. Na razie jednak stojąc nad brzegiem zbiornika utworzonego przez ludzi rozkoszowałem się jego pięknem i ku niewiadomej, dalekiej przyszłości odsuwałem ewentualny kataklizm. Prawdopodobnie nigdy do niego nie dojdzie, ale warto pamiętać o historii nowego bydgoskiego mostu, który przeszedł wszelkie niezbędne ekspertyzy i próby obciążeniowe, a po kilku latach okazał się bublem konstrukcyjnym, którego nagłe zamknięcie sparaliżowało komunikację w Bydgoszczy.

ROZBŁYSK I DAL

Poezja bywa najprawdziwsza, gdy staje się odzwierciedleniem życiowych wyborów i wciąż toczącej się walki o kształt i sens nowych dni, o integralność osobową w zamykających się przestrzeniach. Taka sztuka słowa rodzi się w momencie autorskiego uświadomienia odrębności, wyjątkowości i niezwykłości podarowanych mu chwil. Może wtedy stać się drogowskazem albo latarnią morską, oświetlającą rozległe brzegi i tonące we mgle dale, może przydać dodatkowych znaczeń temu, co było, jest i będzie. Pisanie wierszy to dar od losu, pozwalający weryfikować kolejne wybory i dający poczucie artystycznego spełnienia, ale jest to też czuwanie przy bycie, reagowanie na zagrożenia, wskazywanie nowych możliwości obrony. Dzieje ludzkie są krótkie i nie mogą konkurować z cywilizacyjnymi przestrzeniami historii, zamknięte w obrębie jakiegoś wieku, rozgrywające się na przełomie dziesięcioleci, zawsze kończą się rozpadem budowanych z mozołem struktur. Ale w przypadku artystów, prozaików i poetów pozostają kolejne książki, które są dokumentem działań i wyrazistym śladem pośród rozrastającej się nicości. To są schody, po których twórca wchodzi na wyższe poziomy rozumienia i interpretacji świata, to platformy spotkań z czytelnikami, którzy też szukają sensu istnienia i potrzebują przewodników pośród życiowych dróg. Nie bez powodu na początku nowego tomu wierszy Barbary Filipiak pojawia się wyrazisty kształt latarni, rozsiewającej światło pośród mroku, będącej rękojmią przetrwania pośród żywiołów i znakiem istnienia, dobicia do portu i zakończenia okresu błądzenia. To wskazówka dla interpretatorów, ale też metafora naszego chwilowego istnienia, pojawiania się świata w rozbłyskach, wyłaniania się kształtów z ciemności i równie szybko ginących pośród czerni. Zadaniem poety jest odzwierciedlenie bolesnej chwilowości i znalezienie ekwiwalentów słownych dla tego, co pojawia się w świadomości i czeka na nazwanie, celne dopełnienie treścią językową. Ludzie rodzą się nadzy (tabula rasa), bez narzędzi niezbędnych dla poznania świata, ale dzięki rodzicom i życzliwym ludziom uczą się słów, poznają znaczenia i zaczynają nazywać kolejne odsłony rzeczywistości. Ten rozwój zwykle zatrzymuje się na określonym poziomie rozumienia i edukacji, ale w przypadku poetów trwa nadal, często stając się istotą ich człowieczeństwa, miarą niezależności artystycznej i duchowej.

Barbara Filipiak w nowych wierszach dokumentuje niezwykły rozwój jej literackiego rzemiosła, jakże często dochodząc do nowych, zdumiewających efektów twórczych. To jest podglądanie świata, ale też nieustanne jego komentowanie, wyodrębnianie sytuacji i zdarzeń centralnych dla jednej biografii, dla konkretnej rodziny i dla całej ludzkości. To wiara w przeznaczenie, ale też przekonanie, że możemy kształtować życie i trafnymi wyborami wpływać na kształt nieodgadnionej przyszłości. Każdy z nas ma bagaż doświadczeń dobrych i złych, każdy nosi w pamięci ciąg zdarzeń kształtujących osobowość i konstruujących wyobraźnię. Tak czysta tablica zostaje zapisana różnymi znakami, symbolami, zdaniami i cyframi, które zyskują znaczenie w obrębie biografii autorki i stają się zaczątkami wierszy. Plastyczne obrazy zmieniają się w obrębie kolejnych liryków, myśl migruje ku przeszłości i staje się odzwierciedleniem zdumiewającej teraźniejszości. Coraz większe znaczenie zyskują też głębie, otwierające się w wierszach i stające się potwierdzeniem tego, że istniejemy interaktywnie w przestrzeni ziemskiej i kosmicznej – jesteśmy drobinkami, które potrafią zinterioryzować swoją małość i chwilowość i nie przestają dążyć ku wielkości, to jest jeden żywot/ a kolorów tysiące/ które barwią moją tożsamość/ wpisaną w porządek/ tego świata. Poezja rodzi się w miejscu przecięcia doświadczenia jednostkowego i wielości impulsów odbieranych przez nadwrażliwy byt. I staje się tęsknotą za czystością i pełnią – wykładnią dobra danego nam w spadku po tych, którzy przez wieki i tysiąclecia kształtowali kulturę, budowali cywilizacje i stawali się znakiem permanentnego rozwoju. To ku nim orbituje myśl poetki, starającej się ocalić jak najwięcej ze swojego człowieczeństwa i zaznaczyć odrębność, dopełnić kolejny cykl astralny i kalendarzowy, bo przecież: Najważniejsze w życiu/ są piękne spotkania/ gdy na moście przeznaczenia/ człowiek podaje dłoń człowiekowi/ czasem chwila wystarczy/ by szczęście zakwitło/ i zostało z nami  na/ zawsze. Tak bywa często, ale nie powstawałaby tak ważka poezja, gdyby w świadomości autorki nie ćmił się smutek, a obok doświadczeń euforycznych nie pojawiałyby się wspomnienia traumatyczne. Eschatologia zawsze triumfuje nad ludzkim losem, a choć staramy się odsuwać ją poza marginesy codzienności, to i tak upomina się o swoje prawa, triumfuje w chwilach ostatecznych. A choć tęsknimy do szlachetności, na naszej drodze pojawia się ludzka nikczemność, burząca wszystko i próbująca pomniejszać osiągnięcia dnia, roku, całego życia. Na szczęście pomaga wtedy refleksja poetycka, będąca jak rozbłysk światła i ustalająca na nowo proporcje dobra i zła. 

Istniejemy pośród fenomenów świata, jakże celnie odwzorowanych w tym tomie w formie barwnych, autorskich fotografii, ale też jesteśmy częścią ogromnego systemu doświadczeń ludzkich, przekazanych nam w genach i w zapisach historycznych, mających formę ukrytego kodu lub jawnej opowieści w gronie rodziny, narracji przyjaciół lub przypadkowo spotkanych osób. Ważne jest by to rozumieć i tworzyć wciąż od nowa ewangelię jasnej strony życia, a potem cieszyć się owocami świadomej egzystencji, spaceru przez życie, pozostawiającego w pamięci wyraziste ślady. Czym innym jednak są pragnienia, a czym innym realne bytowanie w trudnym świecie ludzkim, gdzie obok przewodników spotykamy tych, o których chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć. W nowym tomie wierszy Barbary Filipiak wiele jest tekstów dokumentujących ludzką małość, ale przecież wszyscy borykamy się z takimi problemami – Na moim Westerplatte/ codziennie ktoś/ kamień kładzie/ który jak pocisk wyrzuca/ z własnych myśli/ by zabić wiarę/ w otaczającą mnie/ rzeczywistość – wszyscy doświadczamy agresji ze strony wrogich osób i niewidzialnych sił. I wszyscy musimy sobie z tym radzić, tworząc strategie przetrwania, walcząc o jasny kształt, wciąż zapisując czystą tablicę nowymi zdaniami, pięknymi sentencjami i wierszami. Może w tym pomagać patriotyzm i ściśle określone poglądy na temat państwa, prawa i systemów, w których egzystujemy. Autorka wiele razy upomina się o tych, którzy zostali skrzywdzeni, przywołuje zdarzenia tragiczne z naszej historii, ale też wyraziście formułuje oceny, stawia skrzywdzonych i poniżonych pośród bohaterów trudnej polskości. Przywołując słowa Cypriana Norwida – Gorzki to chleb jest polskość – wierzy, że poezja ocali to, co w naszym narodzie jest najpiękniejsze i określi prawdziwe ramy zbiorowych i jednostkowych doświadczeń. Wchodząc w polemikę z polską rzeczywistością, nie zapomina jednak poetka o swoim skrawku wieczności, lokując egzystencję ludzką pośród ogromów niewyobrażalnych, pierwotnych struktur metamorficznych, nieustannie wywierających wpływ na nas. Tak tworzy poezję pulsującą licznymi odcieniami – tak pisze wiersze, w których jest prawda o niej i o świecie, opowieść o zmieniających się stale perspektywach i potrzebie czujności w obliczu skradającego się podstępnie czasu, pragnącego odebrać nam oddech i stawiającego przed człowiekiem coraz trudniejsze zadania. Jakby jednak nie było, ważny jest punkt dojścia, stanięcie na szczycie, zauważenie zmiany i nazwanie codziennej treści, bo przecież: tak mało trzeba/ do szczęścia/ wystarczy tylko/ z oddali zobaczyć/ wschód nowego dnia…

* * *

Ludzie najczęściej przypisani są do konkretnych miejsc i rzadko decydują się na egzystencję w drodze. Choćby nie wiadomo jak daleko odjechali, choćby wytyczyli sobie odważny azymut podróżniczy, prędzej czy później wrócą do swoich domów, zatoczą wielki krąg i znowu pojawiają się w miejscu wyjścia. Chmury będą sunąć po niebie, wody wielkich rzek będą przelewać się przez katarakty i wpadać do morza, drzewa spotężnieją i wrosną w niebo. Urodzą się nowe pokolenia i wejdą w dorosłość, a generacje wcześniejsze sukcesywnie stracą swoich przedstawicieli i zaczną nieodwracalnie zamierać. Wszak egzystencja ludzka, tak zmienna i tak zaskakująca w swoich rozwiązaniach, odwzorowuje najwierniej metamorfozy dokonujące się w kosmosie. To jest takie samo kosmogoniczne podążanie od narodzin, poprzez wzrost i rozkwit, do nieuchronnego rozpadu. Jakże łatwo zapominamy o chwilowości naszego życia, wpisanego w cykle rozwojowe galaktyk i całego wszechświata, Układu Słonecznego i konkretnej planety, jakiegoś kontynentu i państwa, miasta albo wsi. Kultura przeciwstawia się entropii, ale przecież finalnie niczego nie zdoła ocalić, upadną cywilizacje i w ostatnim akcie dramatu, eksplozja supernowej rozrzuci pył gwiezdny na ogromnych obszarach. Tak jak ułudą było ocalenie ciała, marzenie o pozostawaniu wiecznie młodym, tak rozpadnie się Ziemia i inne struktury planetarne. Naukowcy i fantaści literaccy będą nas karmić opowieściami o tym, że ludzkość przeniesie się na inne globy, do dalekich galaktyk, albo do wszechświatów równoległych. A przecież tylko na Ziemi możemy być sobą i tylko w konkretnej przestrzeni kulturowej możemy rozwijać się, tworząc arcydzieła na miarę braci Van Eycków, Michała Anioła, Moneta i Einsteina. Tak jak pszczoły tworzą regularne struktury, które wypełniają miodem, jak remizy tkają gniazda z traw i gałązek, tak człowiek wznosi dom, w którym chroni się przed naturalnymi kataklizmami. I nawet jeśli uda mu się stworzyć na chwilę jakąś szczelną enklawę, okrutny czas przesieje byty przez sito nicości, miliardy lat zrównają się z chwilą i wszystko zaniknie, zgaśnie jak świeca w ciemności. Cóż więc jest? Co zostało nam, co wszystko wiemy, dla których żadna z dawnych wiar już nie wystarcza? – pytał w wierszu pt. Koniec wieku XIX Kazimierz Przerwa-Tetmajer, wiedząc, że nie otrzyma odpowiedzi na postawione pytania. Dzisiaj równie trudno o odpowiedź, chociaż jeśli miliard lat staje się z czasem chwilą, to może warto ją wyodrębnić – usiąść na brzegu oceanu, na szczycie góry, zatrzymać się na pustyni, na rozległym lodowcu, albo w wysokim lesie unieść głowę ku górze i patrząc na prześwity między koronami drzew poczuć, że istniejemy.  

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (10)

Ryszard Kapuściński – Foto Horst Tappe

Ryszarda Kapuścińskiego nie trzeba dzisiaj w Polsce nikomu przedstawiać. Jest on autorem niezwykle prawdziwych, tętniących życiem reportaży ze wszystkich stron świata, ale także i pisarzem umiejącym mówić odważnie o naszej rzeczywistości. To reporter wciąż usilnie, z narażeniem życia, tropiący prawdę o człowieku dwudziestego stulecia. Ryszarda Kapuścińskiego nie trzeba też specjalnie rekomendować czytelnikom w świecie, starczy przypomnieć niezwykły jak na autora ze Wschodniej Europy sukces opowieści o władcy Etiopii w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej. Nawet tak ekskluzywne pismo jak „Newsweek” przyniosło w 1983 roku obszerne recenzje, a potem mieliśmy do czynienia z prawdziwą lawiną tekstów o autorze w najpoczytniejszych dziennikach świata. Nie znamy jednak Ryszarda Kapuścińskiego poety, choć zapewne co niektórzy czytelnicy pamiętają, że najlepszy polski reporter zaczynał swoją drogę pisarską od poezji. Duży talent poetycki autora Buszu po polsku zdradzały także liczne fragmenty jego książek narracyjnych, gdzie aż prosiło się by ten czy ów fragment rozpisać na wersy. I oto dzięki sporej dozie odwago autora i „Czytelnikowi” otrzymaliśmy pierwszy zbiór wierszy Ryszarda Kapuścińskiego.  

Notes to tomik szczególny pod każdym względem. Uderza w nim niesłychana prostota wyrazu, którą ostatnio – nie bójmy się tego porównania, gdyż pewnie i sam Mistrz nie miałby nic przeciwko niemu – wyczytać można było w wierszach Tadeusza Różewicza.              W utworach Kapuścińskiego nie znajdziemy elementów żadnej z popularnych obecnie w naszej poezji konwencji. Może tylko czasami prześwitywać zaczyna po przez strukturę tego czy owego tekstu mądra zaduma Czesława Miłosza, jego chęć mówienia o rzeczach najboleśniejszych w sposób jak najbardziej esencjonalny. Prostota wyrazu Kapuścińskiego przejawia się w spokojnym, mądrym i wyważonym podejściu do świata i prezentowanych sytuacji. I na dobrą sprawę – po raz już któryś u Kapuścińskiego – jest to książka w całości poświęcona człowiekowi. Każdy kolejny wiersz jest jakby uzupełnieniem, zawartego we wcześniejszych książkach, wykładu na temat ludzkiej natury, miejsca człowieka pośród innych ludzi, wreszcie roli jednostkowego istnienia w świecie i jego uzależnienia od cywilizacji. I trudno się dziwić, że są to częstokroć przemyślenia gorzkie, jeszcze jakby pogłębione w swoim wyrazie poprzez umieszczenie ich w perspektywie tradycji mitycznej czy biblijnej. To przemyślenia gorzkie, jak życie człowieka, a któż lepiej zna jego położenie, jeśli nie reporter-wagabunda, przenoszący się co chwilę z miejsca na miejsce, stykający się z ludźmi różnych narodowości, najprzeróżniejszych odcieni skóry, przeciwstawnych zapatrywań politycznych i ekonomicznych. Któż lepiej jeśli nie człowiek, który wielokrotnie patrzył na niewinnie przelewaną krew i utrwalał w pamięci, a potem odwzorowywał na papierze sytuacje, gdy nagiemu człowieczeństwu przeciwstawiano palbę karabinową albo głuchy chlust wody skrępowanego, padającego w głębinę ciała. I trudno się dziwić, że ogólna wizja człowieka, jaka zawarta jest w tym tomie nie  nastraja optymistycznie. Cóż, powinno się płakać nad biedą ludzką/ nad okrutną bezkresną biedą człowieka/ biedą serca i umysłu/ biedą wzroku i słuchu/ rąk i nóg/ biedą własną i innych/ biedą szatańską i ślepą/ biedą losu/ niezgłębioną niewymierną niepojętą biedą/ biedą istnienia/ biedą Boga. Jakże gorzkie są słowa Kapuścińskiego, ale też jakże trafne. Ze zdumieniem stwierdzamy, że autor Czarnych gwiazd jest poetą w sposób doskonały potrafiącym posługiwać się słowem, obrazem, pointą i wpisana w cały utwór metaforą. Iluż twórców wierszy – młodych, nieco starszych i już dobiegających życiowego kresu – powinno pochylić głowę przed poetą-reporterem. Wszak w obliczu tej monumentalnej liryki znikają nasze „durne i chmurne” dyskusje literackie, kawalkady papierowych pokoleń, pyskówki, wzloty i upadki malutkich gwiazdek i meteorków. Tomik Kapuścińskiego to niebywały fenomen edytorski i niespotykanej miary wydarzenie literackie – oto ukazała się książka poetycka, która w perspektywie odeszłego 1986 roku, jawi się jako dzieło wyjątkowe, ekscytujące, będące znaczącym osiągnięciem polskiej poezji.. Czyż to nie paradoks, kiedy wydali swoje książki w tym samym roku poeci już bardzo uznani, żeby tylko wspomnieć raz jeszcze Tadeusza Różewicza (Leśne echa), dalej Tadeusza Śliwiaka (Koń maści muzycznej) czy Jerzego Harasymowicza (Klękajcie narody i Na cały regulator). Na czym polega ten zdumiewający paradoks? Jakimi drogami doszedł Kapuściński do takiego efektu artystycznego? Nie ulega kwestii, że dzieje się tak za sprawą języka. On to właśnie – powiedzmy to raz jeszcze: prosty, jasny, rygorystycznie zwięzły, potrafiący ogarnąć istotę najbardziej nawet ważkich problemów – stanowi podstawę wszystkich konstrukcji lirycznych tego efektownego (o następny paradoksie!) tomiku-notesu.

Czymże jest dla autora Wojny futbolowej pisanie wierszy? Na pewno nie taśmową produkcją, polegającą na płodzeniu jeden po drugim najbardziej pogmatwanych semantycznie potworków. Dla Kapuścińskiego napisać wiersz, to: Znaleźć słowo trafne/ który jest w pełni sił/ jest spokojne/ nie histeryzuje/ nie ma gorączki/ nie przeżywa depresji/ można mu ufać. Dla tego autora stworzyć liryk to: Znaleźć słowo czyste/ które nie spotwarzyło/ nie doniosło/ nie wzięło udziału w nagonce/ nie mówiło że czarne to białe. I wreszcie dla Kapuścińskiego napisać nowy utwór to: Znaleźć słowa skrzydła/ które by pozwoliły/ bodaj na milimetr/ unieść się nad tym wszystkim. A unieść się można wchodząc pomiędzy ludzi, w ich twarzach, czynach, spuściźnie odnajdując te wartości, których nie dostrzeże się siedząc przy biurku, czy w wygodnym fotelu. Dlatego też przewija się przez ten tomik cała plejada postaci. Od starej kobiety dostrzeżonej na wystawie fotografii chłopów polskich, poprzez księdza Jerzego Popiełuszkę, Homera, Michała Anioła, Mozarta, Boscha, Renoira, Chagalla, Arnolda Słuckiego, aż po jogina Ramamurti, który dla życia schodzi do grobu, a potem „zmartwychwstaje” by stwierdzić na koniec, że tylko w śmierci życie. Zauważmy też, że snuje się pomiędzy tymi postaciami nutka żalu, smutku, zawiedzenia. Oto liryczny portret Ryszarda Kapuścińskiego, portret powstający przez lata, przez lata ulepszany, przez lata też pozostający w ukryciu. To dziwne, ale kiedy już książka się ukazała i kiedy autor (jak wskazuje to w recenzji wewnętrznej Krzysztof Karasek) – pewny wartości swoich wierszy – rzucił na szalę cały swój autorytet i dorobek, trudno jest nam widzieć inaczej całą twórczość Kapuścińskiego, jak właśnie poprzez pryzmat tych wnikliwych, ostatecznych wierszy. Historia literatury, dzieje poezji, uczą że najpiękniejsze utwory powstawały jakby na marginesie głównego nurtu zainteresowań i prac autorskich, jakby w podręcznym notatniku. Notes liryczny Ryszarda Kapuścińskiego w pełni tę prawdę potwierdza.

__________

Ryszard Kapuściński, Notes, Czytelnik, Warszawa 1986, s. 45.

ZAGANIACZ

Zaganiacz – Foto Artur Buczkowski

Zaganiacza (Hippolais icterina) łatwiej można usłyszeć, niż zobaczyć, bo trzyma się konsekwentnie wysokich partii krzewów i drzew. Uchodzi za jednego z najlepszych europejskich śpiewaków i nie milknie nawet w południe. Jego ubarwienie to mimetyczny kamuflaż, powodujący, że w gęstwinie liści jest prawie niewidoczny. Natura znajduje swoje rozwiązania i zapewne brak dymorfizmu płciowego i takie same umaszczenie samca i samicy powoduje, że ptak ma większe szanse na przetrwanie. Może z tego powodu jest tak liczny w Eurazji, a w Polsce jego liczebność ornitolodzy szacują na prawie pół miliona osobników. Jego pióra są zielonkawe z elementami żółcienia, ma też ledwo widoczną żółtą brew nad oczami, spód cytrynowo-groszkowy, ciemne lotki na ogonie i grafitowe pazurki. Tęczówki oczu ma intensywnie brązowe, dziób dość długi, szarobrązowy, wyraziście rysujący się w gęstwinach podczas obserwacji. To doprawdy maleństwo, bo waży ok 12 gramów, przy wymiarach ciała 12–14 cm i skrzydeł zaledwie 69–85 milimetrów.  Natkniemy się na niego głównie na nizinach, w wilgotnych i umiarkowanie wilgotnych lasach liściastych oraz mieszanych. Lubi opuszczone ogrody, zadrzewienia nadrzeczne z prześwitami, pojawia się też w kępach drzew na polach. Pierwszego mojego zaganiacza wyśledziłem pośród drzew cmentarza Świętej Trójcy w Bydgoszczy,  bodaj na drzewach olchowych. Było to na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku i początkowo myślałem, że mam do czynienia z wychudzonym wróblem. Dopiero obserwacja z użyciem lornetki pozwoliła mi właściwie  sklasyfikować ruchliwego i pięknie śpiewającego ptaka. Choć należy do rodziny trzciniaków ożywia się jak większość ptaków pojawiających się w jego biotopach, a więc drobnymi owadami, pająkami i jagodami, nie pogardzi owocami czarnego bzu, porzeczki a nawet czereśni. Choć tak liczny, w Polsce objęty jest ścisłą ochrona gatunkową.

MROŻEK O MIŁOSZU

Miłosz, Gombrowicz – wywiedli się ze świata scalonego. Choć wydawało im się, Miłoszowi zwłaszcza, że z rozbitego. To może jest nieznośne (dla mnie u Miłosza). Kokietuje tym rozbiciem, a zwłaszcza tym, że go Duch dziejów napadł i naruszył. Nic go nie naruszyło i tym lepiej dla niego. Ja należę do ofiar Ducha dziejów, on nie. Nie moja wina, nie jego zasługa. Tylko daty urodzenia. Miejsca urodzenia, okoliczności. Ja należę do gnoju, przez Ducha Dziejów jeszcze bardziej zgnojonego. On nigdy do gnoju nie należał. Przed wojną należał do panów, ja do Dziadów. To nie jest żadna dialektyka, Pany i Dziady. Pany są pany, Dziady to Dziady i koniec. Ja zawsze miałem dziadowskie kłopoty, on pańskie. To nie jest ta sama Polska. Jego D.D. uszczknął duchowo, mnie i tylu innych Dziadów oszukał nie duchowo tylko, ale i fizycznie. Jemu obiecywał jakieś tam fanaberie duchowe, nam – Dziadom, że Panami zostaniemy. On dostał tylko w Dupę Duchową, my po prostu w Dupę.

_______________________

Sławomir Mrożek, Dziennik 1980–1989, t. 3, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.

Zaskakujące słowa, ale czy prawdziwe? Wszelkie generalizacje w przypadku pisarzy skazane są na niepowodzenie. To ludzie, ale też wdzięczące się panienki. Mrożek nie mniej wdzięczył się od Miłosza… I to jego kepi jako znak firmowy, rodzaj stylizacji, czy skrajny infantylizm? Na pewno jakaś oryginalność…

BROMBERG (22)

Prezydent Barciszewski usiadł przy biurku tymczasowego mieszkania, udostępnionego mu przez władze Zaleszczyk. Ostatnie wiadomości rozkojarzyły go i postanowił wrócić do notatek, które robił od chwili, gdy pojawił się w Bydgoszczy. Chciał jak najlepiej poznać jej dzieje i wynotowywał z książek i gazet cenne informacje, które miał zamiar wykorzystać w przemówieniach lub podczas spotkań z urzędnikami. Zapragnął zaszczepić im miłość do tego miejsca, które mogło poszczycić się długą historią. Otworzył duży zeszyt w twardej oprawie i zaczął czytać:

Nazwa tego miejsca utrwaliła się przez wieki, chociaż nigdy nie było zgodności czy pochodziła z zapisów Ptolomeusza, który osadę Budorgis umieścił na bursztynowym szlaku obok Calisii, czy może od słowiańskiego imienia Bydgost, składającego się z dwóch cząstek, oznaczających budzenie się i gotowość do gościny. Jakkolwiek by nie było, szybko utrwaliła się polska nazwa Bydgoszcz, a potem zaczęła pojawiać się w łacińskich dokumentach  kościelnych i świeckich pismach urzędowych. Niemcy miasto to określali jako Bromberg, i tutaj nie było problemów z dookreśleniem nazwy, bo składała się ona z dwóch jeszcze starogermańskich słów: brom i berg, czyli jeżyna i brzeg. Jakby nie rozumieć słów, najważniejsza była tutaj przepiękna, połyskująca pośród zieleni, krystalicznie czysta rzeka Brda, w której od dawien dawna łowiono ogromne klenie, brzany, trocie, lipienie i pstrągi potokowe. Z jej koryta dobywano piasek do budowy domów i zamczysk, czerpano czystą wodę do picia i gaszenia pożarów. Ludzie myli się w niej i kąpali, choć czasem musieli przedzierać się do brzegów poprzez gęste zarośla drzew i kolczastych krzewów. Piękno tego miejsca i jego bliskość Wisły, największej polskiej rzeki, sprawiały, że już od epoki brązu, a potem od czasów rzymskich, ludność osiedlała się tu i czerpała korzyści z kontaktów z kupcami, podążającymi nad Bałtyk, po bezcenny jantar. Bród przez Brdę pozwalał omijać głębie Wisły i znacznie skracał drogę na północ tych krain. Szybko też pojawili się tutaj katoliccy misjonarze i księża, którzy zaczęli budować drewniane kościoły i tworzyć wokół nich cmentarze. Ruch stawał się tak duży, że w XIII wieku książę kujawski nakazał wybudować stały most na Brdzie i zaczął pobierać cła od przewożonych towarów. Niestety grabieże i mordy nie omijały tego miejsca, a ludność polska wciąż ścierała się z niemieckimi najeźdźcami. Rycerze z czarnym krzyżem na białych płaszczach wciąż przybywali na silnych koniach i stawali na wzgórzach okalających miasto. Mogli z nich ogarnąć wzrokiem sporą jego przestrzeń i ustalić w jakim kierunku podążą, co splądrują i co podpalą.

Prezydent wstał na chwilę od biurka, zdjął elegancką marynarkę od garnituru i przewiesił ją przez oparcie krzesła, stojącego przy stole. W tym momencie do pokoju weszła jego żona i zapytała:

– Kochanie czy mam ci podać herbatę… Przepraszam, że ci przeszkadzam w pracy, ale może napijesz się i zjesz kawałek ciasta.

– Z przyjemnością Skarbie… – odparł i ponownie usiadł przy biurku zagłębiając się w lekturze:

Krzyżakom przeciwstawiał się zdecydowanie polski król Kazimierz Wielki, który w roku 1346 ulokował miasto na prawie magdeburskim i niefortunnie przekazał je niemieckim osadnikom. Nakazał też zbudować solidny zamek na brzegu Brdy, w którym posadził swojego wnuka i przydał mu polską załogę. Przez niemal dwa stulecia budowla ta była gniazdem oporu przeciwko maszerującym armiom i dopiero szwedzkie armaty zburzyły ją w 1656 roku. Złowrogi cień czarnego krzyża raz po raz spowijał miasto, ale polscy królowie i książęta spieszyli mu na pomoc i odbijali zamek, zaczynali odbudowę spalonych domostw i zagród. Zamek z czerwonej cegły, z wyniosłymi wieżami i murami obronnymi, gościł króla Jagiełłę i Kazimierza Jagiellończyka, który podczas wojny trzydziestoletniej z zakonem, uczynił z niego w XIV wieku swoją ważną twierdzę. Podążały wciąż w dal ołowiane chmury na niebie, a drogami i bezdrożami Pomorza i Kujaw sunęły ciężkie hordy europejskich najemników i niemieckich rycerzy. Ludzie z niepokojem patrzyli na północ i zachód, a widząc w nocy zbliżające się łuny pożarów, umykali do gęstych lasów, albo kryli się w zaroślach nadbrzeżnych, z dala od miasta. Krzyżacy uznawali Bromberg za ważny przyczółek w walce z Polakami i już rok po klęsce pod Grunwaldem oblegali miasto. Odpychani przez królewskie i książęce oddziały, kryli się w swoich twierdzach zakonnych, a potem znowu ruszali do walki. Miasto bogaciło się na spławach drewna, piwa i soli i szybko stało się jednym z najważniejszych portów rzecznych na północy Polski, rosła też ranga zamku, w którym podpisywano ważne dokumenty, gromadzono się na obrady sejmowe, a pospolite ruszenie niejednokrotnie odbywało w nim uczty przed bojem. Rosła też ranga bydgoskiej mennicy, cechów rzemieślniczych i manufaktur a nade wszystko szyprów, przewożących głownie zboże, ale też i towary zza morza. Miasto otoczono murami obronnymi z czterema basztami i trzema bramami, na głównym rynku powstał okazały ratusz i zaczęto brukować pierwsze trakty. Przybywało kościołów diecezjalnych i zakonnych, budowano szpitale, klasztory i kamienice bogatych bydgoszczan. 

Małżonka Prezydenta weszła ponownie do pokoju, niosąc tacę z porcelanowym dzbankiem i wzorzystą filiżanką. Widząc męża zatopionego w lekturze odważyła się zapytać:

– Co tak studiujesz kochany, pewnie jakieś nowe raporty…?

– Nie Zosiu, przeglądam moje notatki o historii Bydgoszczy i zamyślam się nad logiką dziejów. Patrzę w dal i widzę Brdę wciąż toczącą swoje krystalicznie czyste nurty. To przy niej ludzie rodzili się, dorastali i przekraczali linie cienia, a potem ginęli w wirach historii. Bezimienni i cisi jak leśne dukty o poranku, godzący się na rolę niewielkich trybików historii, prawie nic nie znaczących cząstek ludzkości, która przychodzi, trwa przez moment, jak trzepot ćmy nad płomieniem świecy, a potem szybko ginie w odmętach czasu. Jeszcze przez dziesięciolecia lub stulecie ich żółtawe kości zalegały w wilgotnej albo suchej ziemi, ale i one nie mogły przeciwstawić się odwiecznej entropii.

– Leosiu dlaczego teraz tak się smucisz i tak często mówisz o śmierci…? Wystarczy, że żołnierze Hitlera sieją ją nieustannie i niszczą to, co budowaliśmy przez lata… – powiedziała żona i wpatrzyła się w niego.

– Są Niemcy dobrzy i źli, przecież wiesz, że miałem z nimi do czynienia przez wiele lat… – powiedział i zaczął czytać na głos z kolejnej przewróconej strony:

Trzeba tutaj uczciwie powiedzieć, że rozwój miasta dokonywał się też w czasach, gdy pojawiali się w nim Niemcy. Ludność przejmowała od nich umiejętność organizacji, zasadę porządku na każdym poziomie działania, a nade wszystko technikę i urządzenia z Europy Zachodniej. Stale też dochodziło do konfliktów narodowościowych, ale z perspektywy wieków widać było postęp, zarówno w sferach wizualnych, w architekturze i poszerzaniu się granic miasta, jak i w kulturze. Powstawały szkoły parafialne i klasztorne, a nawet Bernardyńskie Studium Filozoficzne i kolegium jezuickie. To tutaj słynny uczony Bartłomiej z Bydgoszczy opracował pierwszy słownik łacińsko-polski, a żarliwa energia duchownych i zakonników generowała coraz więcej ważnych zdarzeń, inicjowała powstawanie nowych budowli, traktów i rynków, nowych mostów i większych cmentarzy. Dopiero podczas siedemnastowiecznego najazdu wojsk szwedzkich na Polskę miasto zostało dotkliwie zburzone, a przez pięć lat przechodząc z rąk do rąk stało się widownią okrucieństwa i bezwzględności luterańskich dowódców i ich ewangelickich sprzymierzeńców z Prus Książęcych.

– To bardzo ciekawe – odezwała się kobieta i zaraz zapytała – czy pozwolisz, że przyniosę też sobie filiżankę i posiedzę przy tobie, słuchając tych informacji.

– Chciałem ci to zaproponować Kochanie… ostatnio czuję się bardzo osamotniony i tylko twoja bliskość łagodzi tę udrękę… – powiedział Prezydent.

Zofia wstała i poszła do kuchni, by po chwili wrócić z filiżanką i dodatkowym kawałkiem drożdżówki na talerzyku. Nalała sobie herbaty, a potem usiadła w fotelu naprzeciwko Leona i skinieniem głowy dała mu znak, że może kontynuować lekturę. Zaczął zatem, nawiązując do wątku niemieckiego w historii miasta:

Nie było dziełem przypadku, że król polski Jan Kazimierz zawarł w 1657 roku w Bydgoszczy rozejm z elektorem pruskim Wilhelmem Hohenzollernem. Niestety w wieku osiemnastym nastąpił upadek gospodarczy grodu nad Brdą, a lepsza koniunktura zaczęła się dopiero za rządów ostatniego króla Polski, choć i wtedy miasta nie odzyskało dawnej rangi. W 1772 roku Bydgoszcz została zaanektowana przez Prusy w ramach pierwszego rozbioru Polski, co paradoksalnie przyczyniło się do odbudowy i rozwoju infrastruktury miejskiej. Wszędzie pełno było końskiego łajna i jego ostrego smrodu, ale zbudowano też Kanał Bydgoski, który przez Noteć i wartę połączył Bromberg z Berlinem i przyczynił się do nowego rozwoju handlu i kontaktów z Europą Zachodnią. W XIX wieku miasto należało do Księstwa Warszawskiego, stając się stolicą departamentu, a potem znowu trafiło do jurysdykcji pruskiej, przeżywając nowy rozwój, związany z rozbudową infrastruktury wodnej i powstaniem węzła kolejowego. To był też czas ożywienia w przemyśle metalowym i maszynowym, drzewnym i spożywczym, a swąd dymu z kominów stał się wyrazistszy niż w dawnych czasach. Prusacy zaczęli rozbierać stare budynki, a choć przede wszystkim dewastowali obiekty związane z polską historią, to tworzone nowe miasto zyskało wiele wielkich budynków, szerokich ulic, parków i pomników i szybko Bromberg zaczęto nazywać małym Berlinem.  

Przerwał na chwilę i zjadł kawałek ciasta, popijając go obficie herbatą, a żona podeszła do biurka, pocałowała go w policzek i dolała mu gorącego napoju. Pokiwał głową z wdzięcznością i kontynuował czytanie:

Rozebrano bydgoski ratusz i zamek, ale w 1895 roku wybudowano monumentalny gmach teatru, a wiek dwudziesty miasto powitało w glorii wspaniałych budynków Instytutu Rolnictwa, niezwykłej fontanny z brązu „Potop”, wielkiej poczty głównej, budynków zarządu kolei i szkoły kolejowej oraz wielu kościołów ewangelickich. Od roku 1850 zaczęło się też intensywne budowanie kilkupiętrowych secesyjnych kamienic, należących do bogacących się stale Niemców, Żydów i Polaków. Dopiero 20 stycznia 1920 roku, na mocy traktatu wersalskiego,  Bydgoszcz wróciła do macierzy, choć nie obyło się bez walk i groźnych incydentów w obrębie miasta i na jego peryferiach. Garnizon niemiecki musiał opuścić gród nad Brdą i zaczęła się repolonizacja, która pod koniec lat dwudziestych dwudziestego wieku była tak duża, że sięgnęła ponad dziewięćdziesięciu procent obywateli. Zdarzało się, że wyrzucano Niemców z reprezentacyjnych domów, ale też wielu bydgoszczan przyjaźniło się z dawnymi sąsiadami i nie pozwalało im wyrządzać krzywdy. Niestety w mieście pozostało też wielu obywateli, którzy od samego początku fascynowali się ideologią nazistowską, wielbili Hitlera i jego kamratów, a w miarę zbliżania się wojny, odgrażali się, że krwawo zemszczą się na Polakach. Niemiecka gazeta „Deutsche Rundschau” podsycała nastroje nacjonalistyczne, robili to też pastorzy kościołów ewangelickich, ale najwięcej zła czynili dywersanci, przenikający do miasta z Rzeszy albo lądujący na spadochronach w okolicznych wsiach.

– Tak, to już nasza wspólna historia Leosiu, gdy pojawiliśmy się w Bydgoszczy – podsumowała małżonka, widząc, że Prezydent zamyka zeszyt i zamyśla się wymownie.

Barciszewski nagle poczuł zmęczenie i zapragnął położyć się do łóżka, wszak nie był już młodym człowiekiem. W maju skończył pięćdziesiąt sześć lat i trudy ucieczki z Polski dały mu się bardzo we znaki. Wstał od biurka i zaczął się rozbierać, a Zofia podążyła do sypialni, by pościelić łóżko i przygotować nocleg. Położył się przy niej, ale odwrócił się w drugą stronę, patrząc w czarne okno i wyraziste gwiazdy na niebie. Po chwili przymknął oczy, a spod powiek wypłynęły mu lśniące łzy, sunące po policzkach i szybko wsiąkające w śnieżnobiałą poduszkę. Zasnął w ułamku sekundy i nie usłyszał jak żona wstała, poszła do kuchni i długo łkała przy stole.

O ROKU ÓW… (6)

Hotel Roosevelt

Zjeżdżamy windą do głównego hallu hotelowego i czekamy na Sonę Van i Beatę Poźniak, by razem udać się do restauracji La Fonda del Sol, gdzie nasz przyjaciel Stanley H. Barkan podejmuje uczestników wieczoru autorskiego tradycyjną kolacją. Panie pojawiają się po chwili i możemy pieszo ruszać w stronę pobliskiej Vanderbilt Avenue, gdzie znajduje się Yale Club i wspomniana wyżej restauracja. Stanleya poznałem w 2000 roku dzięki Adamowi Szyperowi, gdy poleciałem do ONZ-etu na wieczór autorski poetów polskich i amerykańskich. To pierwsze spotkanie zaowocowało bliską współpracą literacką i w oficynie Stanleya Cross Culture Communications opublikowałem trzy zbiory wierszy. Były też spotkania w Krakowie, a także następne na Manhattanie, w jego domu na Long Island, a także w Waszyngtonie, gdzie razem udaliśmy się do Ambasady Armenii w USA, by wręczyć Sonie Van Europejski Medal Poezji i Sztuki. Stanley fascynował mnie od samego początku, czemu dawałem wyraz w licznych publikacjach, szczególnie ceniąc jego wielowymiarową poezję. Twórca ten potrafi znakomicie kontrastować sytuacje kulturowe; motywy z wielkich ksiąg i podań przeciwstawiając szyderstwu i nadrealnym kształtom współczesności. Jego wiersze są erudycyjnymi syntezami sytuacji w jakich od wieków pojawiał się człowiek, a jednocześnie są wyszukaną grą z cywilizacją. Poeta orbituje ku odległym inicjacjom, ale nie potrafi porzucić czasów współczesnych. Tak powstają liryki, które obejmują doświadczenie bytu ludzkiego, od czasów biblijnych do epoki lotów kosmicznych. Z równą autentycznością pisze Barkan o zapachu kobiety na poduszce, o żegludze po Jangcy, wyprawie do synagogi, jak i o biedaku z Manhattanu. Stan w jakim poeta się znajduje, to nieustanne zdziwienie i euforyczny zachwyt nad rzeczywistością. To tacy jak on ocalają wrażliwość i piękno, odbywają stale w myślach i w wierszach wędrówki ku  istocie i pełni, a potem unieśmiertelniają w słowie włóczęgów, przechodniów, przygodnych gapiów i zarazem całą ludzkość. Jego działalność to też tysiące przygotowanych spotkań literackich, wielkie podróże i współpraca z twórcami z całego świata. To jest właśnie owa łączność międzykulturowa, która pojawia się w nazwie jego cenionej oficyny wydawniczej, komplementowanej w „New York Timesa”. Dodatkowo Stanley jest przemiłym człowiekiem szybko zaprzyjaźniającym się z wieloma artystami, a jego sława sięga daleko poza Nowy Jork. 

Restauracja La Fonda del Sol

Idziemy powoli z Soną i Beatą do restauracji i już witamy się ze Stanleyem i jego żoną Bebe, wspaniałą malarką, której dzieła zdobią ich dom na Long Island, w miasteczku Merrick. Na miejscu są już inni uczestnicy Poetry Reading w Yale Club – Peter Thabit Jones z Walii, Kristine Doll z USA, żyjący z rodziną  w Queensie Hassanal Abdullah z Bangladeszu, a także rezydujące w USA bułgarskie małżeństwo Vantzeti Vassilev i Bissera Videnova. Zamawiamy potrawy i zaczynamy ożywioną konwersację, zmierzającą ku zbliżającemu się wydarzeniu. Jeszcze raczymy się znakomitym winem, jemy obfity deser i owoce, a potem gremialnie wstajemy i ruszamy na drugą stronę ulicy. Tam w szarym wieżowcu mieści się prestiżowy Yale Club, w którym wystąpię już po raz drugi, a wraz ze mną zadebiutuje na tych światowych salonach moja żona. Przy budynku fotografujemy się i wchodzimy do środka, by windą wjechać na osiemnaste piętro i wejść do obszernej sali, w której zgromadzi się też publiczność. Poprzednim razem było jej więcej, ale przecież najważniejsze jest spotkanie poetów w tym miejscu i to pod dowództwem Stanleya H. Barkana. Po kolei czytamy po kilka wierszy, a najdłuższe wystąpienie ma poeta z USA Bill Wolak, uczący kreatywnego pisania w William Paterson University. To jest spotkanie odmiennych kultur i prezentacja różnorodnych poetyk, ale też przyjacielska dysputa poetycka i wymiana doświadczeń. Przychodzi czas na wręczanie nagród, przyjacielskie uściski, zakup nowości wydawniczych i wymianę książek przywiezionych na spotkanie. Stanley podsumowuje nasze lektury i zaprasza do kolejnych prezentacji, tym razem krótkich wierszy pożegnalnych, bo każdego dnia żegnamy się z czymś lub kimś, choć o tym nie wiemy. Jakże prorocze były to słowa w kontekście zbliżającej się pandemii koronawirusa, który zamknął granice i uniemożliwił takie spotkania, jak to w Yale Club. Nasze Poetry Reading kończy się, więc przechodzimy do wind i zjeżdżamy na dół, by jeszcze trochę porozmawiać w głównym hallu dwudziestodwupiętrowego budynku. Rozdzielamy się z Soną i Beatą i jeszcze trochę chodzimy z Anią po ulicach Nowego Jorku, zaglądając do otwartych sklepów i restauracyjek. Kupujemy sobie coś do picia i jedzenia i wracamy do hotelu Roosevelt, wjeżdżamy na górę nieco staroświecką windą, bierzemy kąpiel i szybko zasypiamy, bo następnego dnia czeka nas pięciogodzinna podróż z lotniska JFK do Los Angeles. Samolotem popularnego w USA przewoźnika Alaska Airlines, przelecimy 2475 mil, czyli prawie cztery tysiące kilometrów.     

Budynek Yale Club

          Noc mija szybko i już jesteśmy przed hotelem, gdzie bierzemy dużą żółtą taksówkę, w której mieścimy się we czworo razem z bagażami. Beata ma tylko jedną torbę, ale Sona jak zwykle transportuje ogromną walizę i jeszcze dwie mniejsze. Ruszamy z Ulicy 45 Wschodniej i kierujemy się ku mostowi Queensboro nad East River, a potem szybko przemierzamy część Brooklynu, mijamy słynny cmentarz Cypress Hills i wjeżdżamy do dzielnicy Queens. Tutaj kierujemy się ku drodze szybkiego ruchu, prowadzącej do międzynarodowego lotniska Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. Wysiadamy z taksówki, ładujemy bagaże na specjalne wózki lotniskowe i kierujemy się ku hali odlotów. Po nadaniu ich i otrzymaniu biletów pokładowych wchodzi za bramki i siadamy w niewielkiej restauracji, gdzie mamy zamiar coś zjeść przed długim lotem. Sona proponuje amerykańskie hamburgery i idzie je zamówić u grubej Afroamerykanki, jakoś dziwnie się zachowującej i cmokającej wymownie na widok „białasów”. Początkowo myślałem, że przesadzam i moja obserwacja jest na wyrost, ale po otrzymaniu dań okazało się, że mięso jest nieomal spalone, a bułki stare i twarde – najlepiej zatem na tym wyszła Beata, która wzięła jakąś lekką sałatkę. Zbliża się już pora naszego odlotu, więc kierujemy się ku właściwej bramce i siadamy na fotelach, ustawionych w rzędach przy niej. Rozmawiamy o wczorajszym wydarzeniu w Yale Club, a także o naszych zamierzeniach na przyszłość. Widzę za wielkimi oknami, że już podjeżdża do nas sporych rozmiarów boeing z granatowym napisem Alaska z boku, a na korytarzu zaczyna się ustawiać kolejka podróżnych. Sprawnie wchodzimy na pokład, witani przez piękne, czarnoskóre stewardesy i zajmujemy wyznaczone miejsca w środku maszyny. Ania siedzi przy oknie, co jak się okaże nie będzie dla niej najlepsze, z powodu złego samopoczucia nad Ameryką. Na szczęście zza jej ramienia mam dobrą widoczność i podczas całego lotu będę przyglądał się magicznym przestrzeniom tego kontynentu, zmieniającym się jak w kalejdoskopie. To, co zobaczę skonfrontuję z mapą na wyświetlaczu, wmontowanym w siedzenie przede mną i dzięki temu będę wiedział nad jakim stanem lecimy. Start z Nowego Jorku był zjawiskowy, bo była ładna, majowa pogoda i doskonale widać było wieżowce Manhattanu, Central Park, obie wielkie rzeki, a potem ocean z tysiącami okrętów pełnomorskich, jachtów i żaglówek, operujących w strefie przybrzeżnej.  Potem łatwo wyodrębniam wielkie rzeki – Missouri  i Missisipi, Kansas, a przed samym lądowaniem, Colorado i część jej słynnego kanionu. Zauważę też wielkie miasta – Saint Louis, Denver, Phoenix, pustynie, lasy, pasma górskie i samotne szczyty, nawet w maju pokryte śniegiem.

Po Poetry Reading w Yale Club

Lądowanie w Los Angeles tym razem miało być o 16.15, a ja wciąż miałem w pamięci przybliżanie się do tego lotniska sprzed roku. Samolot wtedy lądował w nocy i w jego oknie mogłem podziwiać niezwykły spektakl kolorowych świateł, oświetlonych jaskrawo autostrad i budynków. Skojarzyło mi się to z bogato udekorowaną choinką świąteczną i umieściłem te chwile pośród najcudowniejszych doznań mojego życia. Do rzeczywistości przywróciło mnie wtedy dość twarde lądowanie, ale tym razem piloci delikatnie posadzili maszynę na pasie startowym i zaczęli kołować ku siódmemu terminalowi. Gdy samolot zatrzymał się, wraz z innymi pasażerami udaliśmy się do hali przylotów, gdzie czekał już na nas mąż Sony dr Noobar Janoian, właściciel wielu klinik medycznych w Kalifornii. Ormianie to ludzie wielu talentów, z niezwykłą umiejętnością przystosowania się do zagranicznych warunków, więc nie zdziwiło nas, że kierowcą  dużego samochodu doktora była kobieta. Ruszyliśmy sprzed terminala i szybko znaleźliśmy się na wielopasmowej autostradzie prowadzącej do Glendale, choć tym razem musieliśmy jeszcze zahaczyć o Beverly Hills, by tam zostawić Beatę. Zatrzymaliśmy się na chwilę przed domem zaprojektowanym w nowoczesnym stylu przez jej męża architekta i już mknęliśmy inną szeroką trasą do domu Sony i Noobara. Ania była nim oczarowana, bo to trzykondygnacyjna, obszerna willa, zbudowana  przy samej skarpie Doliny San Fernando. Najcudowniejszy tutaj jest widok obszernej niecki, nieustannie tętniącej życiem, a najlepszym punktem obserwacyjnym jest ogromny taras, na którym stoją drzewka bonsai, a przy specjalnych poidłach z sokiem pojawiają się barwne kolibry. Byłem tu już przed rokiem i teraz oprowadzam Anię po domu, objaśniając funkcjonalne urządzenia i wskazując obszerne pokoje, aneksy, a nawet małe mieszkanie ogrodnika, dozorującego wszystkie rośliny, a przede wszystkim owe japońskie mini drzewka. Stajemy przy balustradzie i długo patrzymy na dolinę, nad którą raz po raz pojawiają się samoloty schodzące ku niewielkiemu lotnisku w Burbank. Po powrocie na górę zostajemy zaproszeni do stołu i jemy pyszną kolację, złożoną z sałatek i owoców, ormiańskiego chleba lawasz i wybornego wina. Rozmawiamy o zdarzeniach ostatnich dni, a potem wsiadamy do auta i jedziemy do hotelu, zafundowanego nam przez Sonę. Znam doskonale to miejsce, bo rok temu obszedłem ogromną przestrzeń w tejże dzielnicy, przede wszystkim podglądając ptaki na podwórkach, w parkach i alejach palmowych. To rzeczywistość z niebieskawymi górami w dali, poprzetykana zielenią, kwiatami, kwitnącymi krzewami i drzewami. Ania po raz pierwszy zobaczyła drzewa jakaranda, kwitnące fioletowo i jakby przeniesione do Kalifornii z rajskiego ogrodu. Po drodze do hotelu Sona zatrzymuje się jeszcze przy niewielkiej ormiańskiej restauracji, wchodzi do niej na kilka minut, a potem wraca z papierowymi torbami, pełnymi smakołyków. Tak zostajemy wyposażeni na cały pobyt w Glendale i po wejściu do pokoju hotelowego umieszczamy te dary w lodówce. Tutaj też mamy niewielki balkon, z którego roztacza się widok na góry, zarośla kaktusowe i część dzielnicy, głównie zamieszkanej przez imigrantów z Armenii. Nalewamy sobie po kielichu białego wina, siadamy na tarasie i rozmawiamy o tym, co przeżyliśmy od momentu, gdy wsiedliśmy do samolotu Lufthansy na bydgoskim lotnisku i przelecieliśmy do Frankfurtu, a potem dalej, do Nowego Jorku.

Nowy Jork
Nowy Jork
Hotel Plaza w Nowym Jorku
Handel uliczny w Nowym Jorku
Nad Ameryką
Kolacja w domu Sony i Noobara
Charakterystyczna zabudowa Glendale
Kwitnące fioletowo drzewa jakaranda w Glendale
Glendale
Wszędzie aleje palmowe
Widok na Los Angeles z okolic domu Sony
Kolibry na tarasie Sony
Glendale i góry w tle
Nowoczesna część Glendale
Amerykański sen

« Older entries

%d blogerów lubi to: