ŚWIAT STAROŻYTNY (XXVII)

1

Wydobywanie jakiejś postaci z mroków przeszłości jest rodzajem intelektualnej archeologii, próbą znalezienia choćby szczątkowych informacji o wyglądzie, wzroście, postawie, rysach twarzy, kolorze oczu i włosów. Najczęściej jednak bazować musimy na wyobraźni i przyoblekamy takie postaci w kształty hipotetyczne, prawdopodobne lub po prostu fantastyczne. Nie inaczej jest ze słynnym rzymskim historykiem Tytusem Liwiuszem, autorem monumentalnego dzieła pt. Dzieje od założenia miasta Rzymu. Liczyło ono 142 księgi, spośród których do naszych czasów ocalało zaledwie 35, czyli mniej niż jedna trzecia całości. Równie fragmentaryczne są wiadomości na temat tego człowieka, który zachwycał współczesnych swoją pracowitością, ale jakoś nikt nie wpadł na pomysł by wykonać jego podobiznę malarską lub rzeźbiarską. Wiemy tylko, że urodził się w 59 roku przed naszą erą, a zmarł w 17 roku naszej ery, przeżył zatem ledwie pięćdziesiąt osiem lat, chociaż w czasach starożytnych był to wiek podeszły. Gdy przyszedł na świat w słynącym z bogactw Patawium (dzisiejsza Padwa), konsulem rzymskim był Gajusz Juliusz Cezar, a umierał, gdy na scenę polityczną wchodził Klaudiusz, zachęcony przez niego do prac historycznych. (W. Strzelecki, Wstęp [w:] Tytus Liwiusz, Dzieje od założenia miasta Rzymu. Wybór, Wrocław 2004, s. 19-20.) Pochodził z rodziny zamożnej, która umożliwiła mu wczesne pojawienie się w Rzymie, zapewniła godziwe środki do życia i umożliwiła studia w zakresie filozofii i historii. W miarę jak pojawiały się kolejne księgi jego wielkiego dzieła, rosła sława pisarza i jego znaczenie, które zawiodło go nawet na dwór cesarza Augusta. Dzieło zaczynało się – pisze W. Strzelecki – od epoki legendarnej, tj. od wędrówek Antenora i Eneasza po zburzeniu Troi, i doprowadzało opowiadanie historyczne do śmierci Druzusa, pasierba Augusta, w roku 9 przed naszą erą. Nie jest wykluczone, że zgodnie z przypuszczeniem niektórych badaczy dzieło Liwiusza nie zostało dokończone, że zamierzał on prowadzić wątek opowiadania dalej, może do śmierci Augusta w roku 14 naszej ery, a przypuszczenie to jest tym prawdopodobniejsze, że śmierć Druzusa nie stanowiła żadnej epoki w dziejach Rzymu, która by skłaniała historyka do zakończenia swego dzieła na tym właśnie momencie. (Tamże, s. 21) Jak to często miało miejsce, Liwiusz korzystał z prac poprzedników, które nie zachowały się do naszych czasów, a brak przypisów nie pozwala ich choćby szczątkowo zidentyfikować. Była to metoda szeroko stosowana w starożytności i nikt wtedy nie zarzucał pisarzom plagiatu, wszak uświadomić sobie musimy na jak wielkich obszarach czasowych pracowali, jak ogromne pod-epoki próbowali ogarnąć refleksją.

2

Dzisiejsza lektura Liwiusza Tytusa to wyławianie z tekstu co ciekawszych fragmentów, gdyż trudno mówić tu o adekwatnym wykładzie historycznym, dodatkowo udokumentowanym źródłowo. Tym niemniej warto sięgać do tej pracy, by potwierdzać, że Rzymianie byli ludźmi z krwi i kości, a ich biografie pełne były skrajności, żywiołowych reakcji i niezwykłych czynów. Znamienna jest tutaj choćby historia pohańbienia Lukrecji, żony Kollatyna, przyjaciela króla Sekstusa Tarkwiniusza Pysznego, ukazująca jak niebezpieczne może być zachwalanie pozytywnych cech własnej żony. Ta dama, słynąca z urody i łagodnego usposobienia, wielbiona przez męża, tak rozpaliła żądze w umyśle króla, że potajemnie zjawił się on w jej komnacie, a nie mogąc jej zdobyć perswazją i czarem osobistym, zagroził mieczem i dalszymi konsekwencjami. Te miały być przerażające, bo wpadł na pomysł, że zamorduje niewolnika i położy gołego koło jej martwego ciała, rozgłaszając, że została zabita za hańbiące cudzołóstwo. Cóż było robić kobiecie, uległa napastnikowi, ale zastanawiające jest to, że Liwiusz podważa tu wspaniałość przymiotów małżeńskich Lukrecji, pisząc, iż dzika żądza wzięła górę nad niezachwianą moralnością. Trudno rozstrzygnąć czy chodziło mu o żądzę króla, czy też w sytuacji bez wyjścia kobieta zaznała rozkoszy w tym akcie, ale konsekwencje miały okazać się tragiczne. Po zhańbieniu niewiasta przywołuje swego męża, który przybywa niezwłocznie wraz z Lucjuszem Juniuszem Brutusem i dowiedziawszy się co się stało poprzysięga krwawą zemstę. Niestety Lukrecja nie może znieść hańby i na oczach mężczyzn wbija sobie nóż w serce i natychmiast pada martwa, co powoduje ogromne wzburzenie. Ciało Lukrecji zostaje zabrane na rynek i zaczyna się bunt przeciwko królowi, który doprowadzi ostatecznie do jego wygnania z Rzymu. Trudno pojąć zachowanie tego władcy, który przecież miał do dyspozycji setki niewolnic, częstokroć oryginalnej, bajecznej urody, wiele dam dworu, gotowych oddać mu się na jedno skinienie, a tymczasem zapragnął zdobyć kobietę niewinną, oddającą się z lubością pracom domowym i wnoszącą harmonię do własnego związku. Jej czyn świadczył o tym, że kierowała się w życiu uczciwością, choć może – w trakcie aktu seksualnego, z tak agresywnym kochankiem – zapomniała na chwilę o wszystkim i doznania wzięły górę nad rozsądkiem. Czy tak było? Trudno rozstrzygnąć, choć zastanawia ów tragiczny czyn, niewspółmierny do przewiny, a będący w gruncie rzeczy jeszcze jednym ciosem dla męża i najbliższej rodziny kobiety. Wygnanie króla i utrata władzy byłyby wystarczającą karą dla gwałciciela, tym bardziej, że w starożytności zdarzało się to często i było tuszowane, gdy w grę wchodzili wysocy dostojnicy lub władcy.

3

Inna historia wydaje się równie nieprawdopodobna, a dotyczy rządów Marka Furiusza Kamillusa, który prowadził wojnę z Faliskami, ludem zamieszkującym miasto Falerii, leżące zaledwie pięćdziesiąt kilometrów od pierwotnego Rzymu. To historia zdrady nauczyciela, który chciał się przypodobać Kamillusowi w sposób budzący grozę:  Panował u Falisków taki zwyczaj, że jeden człowiek bywał równocześnie i nauczycielem, i opiekunem młodzieży, a większą liczbę chłopców oddawano pod opiekę jednego nauczyciela. Ten sam obyczaj istnieje w Grecji jeszcze do dnia dzisiejszego. – Synów dostojników, jak to zwykle ma miejsce, wychowywał taki, który odznaczał się najwybitniejszą wiedzą. Otóż ten człowiek wyprowadzał zwykle w czasie pokoju chłopców za miasto, by tam się bawili i odbywali ćwiczenia gimnastyczne; w okresie wojny też nie zarzucił tego trybu postępowania, ale przez dłuższy czas oddalał się z dziećmi od bramy miasta to na krótsze, to znów na dłuższe spacery, zmieniając przy tym rodzaj zabawy i temat pogadanki, aż raz – gdy nadarzyła się odpowiednia chwila – poszedł z nimi dalej niż zwykle i wreszcie przeprowadził ich poprzez warty nieprzyjacielskie, a stamtąd do obozu rzymskiego, do namiotu wodza naczelnego, do Kamillusa. Tam to swój zbrodniczy postępek okrasił jeszcze bardziej zbrodniczą przemową, oświadczając, że faktycznie oddał Rzymianom w ręce miasto Falerii oddawszy im w ręce tych chłopców, których ojcowie sprawują tam najwyższą władzę. Reakcja wodza była zdumiewająca – brzydząc się tym czynem, nakazał obnażyć złoczyńcę, związać mu ręce z tyłu i dać chłopcom rózgi, którymi chłoszcząc bez litości, pognali go z powrotem do miasta. Postępek ten wywarł tak wielkie wrażenie na Faliskach, że postanowiono zawrzeć pokój i zaprzestać dalszego przelewu krwi, zgodzono się też na warunki Rzymian, które wyraźnie zostały złagodzone. Cała historia – czy była prawdziwa czy nie – posłużyła Liwiuszowi Tytusowi do wyartykułowania prawdy moralnej, która mogłaby stać się wykładnią etyczną dla następnych przywódców i nowych pokoleń. Po zawarciu przymierza obrońcy miasta zwrócili się do triumfatorów w te słowa: Senatorowie, wy i wasz wódz odnieśliście nad nami takie zwycięstwo, że nie może go pozazdrościć ani bóg żaden, ani człowiek; poddajemy się więc wam w głębokim przekonaniu, że lepiej żyć będziemy pod waszą władzą niż pod własnym rządem; dla zwycięzcy nie ma nic bardziej zaszczytnego nad takie oświadczenie. Rezultat tej wojny dał ludzkości dwa piękne przykłady: wy woleliście prawość na wojnie niż niechybne zwycięstwo, my zaś, ujęci tą waszą prawością, sami zaofiarowaliśmy wam zwycięstwo. Oczywiste jest tutaj przesłanie historyka, kierowane może do przeciwników Rzymu, choć – w kontekście niewyobrażalnych okrucieństw starożytnej armii – budzące liczne kontrowersje. Nie można wszakże zakładać, że historia ta nigdy nie miała miejsca, bo pośród okrutników i zwyczajnych przestępców zdarzali się ludzie prawi, kierujący się sumieniem i odruchami serca. Tylko czy takim człowiekiem mógł być krwawy wódz Kamillus, opisany wcześniej jako ten, który pustoszył wioski, budował kontrszańce i stosował liczne podstępy wojskowe?

4

Znakomity styl pisarski tego wybitnego historyka możemy też zauważyć w opisie krwawej bitwy wojsk Hannibala z oddziałami konsula Flaminiusza. Miała ona miejsce 24 czerwca roku 217 przed naszą erą, nad Jeziorem Trazymeńskim (Umbria) i była jedną z większych porażek II wojny punickiej, pomiędzy Kartaginą i Rzymem. Liwiusz w niezwykle barwny i dynamiczny sposób ukazuje dotarcie Rzymian do jeziora i kolejne fazy walki: Flaminiusz o zachodzie słońca przybył nad jezioro; nazajutrz nie wysłał przodem zwiadów, ale o ledwie szarzejącym, świcie przeszedł przez przesmyk, a skoro kolumna marszowa zaczęła rozpościerać się na szerszej przestrzeni, zauważył tylko tych wrogów, którzy byli na przedzie; zasadzka zgotowana z tyłu i nad głową uszła jego uwagi. Hannibal osiągnął zamierzony cel; miał wroga otoczonego i zupełnie zamkniętego jeziorem, górami i swoim wojskiem: dał wszystkim wojskom hasło do jednoczesnego uderzenia. Skoro oddziały zbiegły – każdy najbliższą drogą – stało się to dla Rzymian tym bardziej nagle i niespodziewanie, że mgła dobywająca się z jeziora gęściej osiadła na równinie niż na górach i zastępy wrogów widząc się nawzajem z większej liczby pagórków, tym bardziej mogły o tym samym czasie zbiec w dolinę. Krzyk rozległ się ze wszystkich stron. Rzymianin poznał, że wpadł w pułapkę, zanim jeszcze mógł wyraźnie ujrzeć wrogów. I bój rozpoczął się na przedzie i na skrzydłach, zanim zdołano wziąć broń do ręki i miecze dobyć z pochew. (Tamże, s. 314)  Dalszy opis odważnej walki Flaminiusza, wskazuje iż nawet w najtrudniejszych momentach legiony próbowały formować swoje manipuły, a w późniejszym okresie – za rządów Mariusza – kohorty. To była straszliwa bitwa, w której bez litości, niczym w rzeźni, cięto i przebijano ciała wrogów, a krzyki umierających mieszały się z komendami i rżeniem koni. Ten ogromny hałas dezorganizował walkę obronną i żołnierze Hannibala zyskiwać zaczęli coraz większą przewagę. W końcu dopadnięto i samego konsula: Walka trwała już mniej więcej trzy godziny, a w każdej stronie była zażarta. Wokół osoby konsula wrzał jednak bój o wiele sroższy i krwawszy. Szli za nim doborowi mężowie, a on sam ochoczo zwracał się z pomocą w każdym kierunku, gdzie widział swych ludzi w opałach i trudnym położeniu. Z daleka wyróżniał się zbroją, więc wrogowie całą mocą nacierali na niego, a z drugiej strony osłaniali go właśni obywatele, aż pewien jeździec insuberyjski – nazwiskiem Dukariusz – poznał też z twarzy konsula i zawołał do swoich rodaków: „Oto ten, który wyciął nasze wojska, spustoszył wsie i miasto; już ja go złożę na ofiarę cieniom współobywateli, haniebnie przez niego pomordowanych!” – Wbił ostrogi w bok konia i rzucił się w najgłębszy tłum wrogów. Zabił najpierw giermka, który zagradzał drogę atakującemu, a następnie przebił konsula włócznią; chciał zedrzeć z niego zbroję, ale triarzy zasłonili ciało tarczami i odepchnęli go w tył. (Tamże, s. 316) Śmierć wodza spowodowała panikę w szeregach Rzymian, którzy nie mieli gdzie się schronić, ani w wodzie, ani w górach, a tym bardziej na brzegu jeziora. Nie pomogła nadciągająca konnica, która w obliczu przeważających sił wroga wycofała się, a potem po poddaniu, została niemal w całości zakuta w kajdany. Wyrżnięto piętnaście tysięcy Rzymian, a dziesięć tysięcy rozproszyło się i różnymi bocznymi drogami wracało do Rzymu. Zanim Scypion Afrykański ostatecznie rozprawił się z Kartagińczykami w bitwie pod Zamą (202 p. n. e.), minąć miało jeszcze pięć lat. Hannibal nigdy nie wpadł w ręce Rzymian, by w końcu uciec do dalekiej Bitynii (dzisiejsza Turcja Północna) i wypić tam truciznę, którą stale nosił w pierścieniu, podarowanym mu przez ojca.

5

Liwiusz pozostawił nam także w swoim dziele opis ostatnich chwil Marka Tulliusza Cycerona, należącego przez dziesięciolecia do elity intelektualnej Rzymu. Niestety, ten słynny retor, wiążący się z różnymi władcami i frakcjami politycznymi w pewnym momencie uwikłał się straszliwie jako konsul, gdy kazał bez sądu stracić kilku uczestników spisku Katyliny. Jego przeciwnicy polityczni, a przede wszystkim Publiusz Klodiusz Pulcher doprowadzili wtedy do skazania go na wygnanie w Tesalonice. Te wydarzenia ostatecznie położyły cień na jego ostatnich latach, po powrocie do Rzymu, kiedy stał się jednym z największych wrogów Marka Antoniusza. To jego wysłannicy dopadli go ostatecznie w pięknej willi w Tesculanum, gdzie go zdekapitowali i dodatkowo, makabrycznie zhańbili zwłoki: Są pewne wiadomości, że niewolnicy byli gotowi dzielnie i wiernie walczyć w jego obronie, ale on kazał im postawić lektykę na ziemi i spokojnie przyjąć wszystko, co przyniesie zły los. Wychylił się z lektyki i nastawił nieruchomo karku, a wtedy odcięto mu głowę. Ale głupi i okrutni żołdacy nie poprzestali na tym: obcięli także ręce, klnąc na nie, że niejedno wypisywały przeciw Antoniuszowi. Tak więc zaniesiono głowę do Antoniusza, a na jego rozkaz umieszczono ją między dwiema rękami na mównicy, z której przemawiając jako konsul, jako mąż konsularny, a w tym właśnie roku jako przeciwnik Antoniusza, był słuchany i budził taki podziw wśród ludzi czarem swej wymowy, jak żaden inny głos ludzki. Ludzie z trudem tylko podnosili zalane łzami oczy i nie mogli patrzeć na poćwiartowane ciało tak wielkiego obywatela. (Tamże, s. 417– 418) Czasy rzymskie pełne były sprzeczności, politycznych swarów i walk stronnictw, więc osoba tak czynna publicznie jak Cyceron musiała prędzej czy później popaść w konflikty nie do rozwiązania. Liwiusz jako jeden z pierwszych historyków ocenia go pozytywnie, usuwa w cień jego morderstwa, a skupia się przede wszystkim na talentach pisarskich i retorycznych: Żył lat sześćdziesiąt trzy; śmierć ta nie mogłaby uchodzić za przedwczesną, gdyby nie to, że nastąpiła skutkiem aktu przemocy. Talent jego wydał plony a on zbierał za nie nagrody. Długi czas uśmiechało się doń szczęście, ale po długim łańcuchu powodzenia spadły ciężkie ciosy, wygnanie, upadek stronnictwa, z którym trzymał, śmierć córki, a wreszcie tak smutny i bolesny koniec. Ze wszystkich nieszczęść nie zniósł po męsku niczego prócz samej śmierci. Sądząc bezstronnie, śmierć ta może dlatego wydać się mniej tragiczna, że ze strony zwycięskiego wroga nie doznał Cycero większego okrucieństwa nad to, które sam byłby popełnił, gdyby znalazł się w sytuacji zwycięzcy. Jeżeli ktoś jednak dokładnie rozważy jego zalety i wady, to był to w każdym razie mąż wielki i godzien pamięci; taki, że dla godnego wysławiania go trzeba by pochwał z usta… samego Cycerona. (Tamże, s. 418)  Może gdyby na tych talentach retor rzymski poprzestał, jego koniec byłby inny, a tak Liwiusz zaświadcza, że spełniło się w jego losie stare porzekadło: kto mieczem wojuje, od miecza ginie.

Ilustracje Wikipedia: płaskorzeźby ze słynnego Wielkiego sarkofagu Ludovisi (III wiek n. e.)

MARSOWE DZIECI

5771074b804fc_o

Tak wspaniale wydana poezja to dzisiaj prawdziwa rzadkość – Karolina Kusek ponownie przypomniała o sobie, przedkładając czytelnikom dzieło wybitne pod wieloma względami – od merytorycznych wartości, poprzez piękno słowa, do uniwersalnego przesłania dla wnuków i następnych pokoleń.

Książka Karoliny Kusek ukazuje się w czasie szczególnym, wpisując się w obchody siedemdziesiątej rocznicy zakończenia II wojny światowej. Autorka ma ważne powody by upamiętniać tę rocznicę, bo należy do pokolenia Marsowych dzieci, a jej wiersze są jak krzyk i ostrzeżenie, a zarazem zawołanie: NIGDY WIĘCEJ! To także spłata długu i wyraz wdzięczności za ocalone życie, gdy radziecki zwiadowca odgrzebał małą dziewczynkę z gruzów zburzonego domu. W najstraszliwszej z wojen poległ ojciec poetki, a walczył w niej także jej brat (saper) i wujowie, legioniści, Sybiracy, żołnierze Armii Andersa, a w nowej polskiej rzeczywistości –żołnierze wyklęci. Te elementarne fakty przypominają się przy lekturze nowego zbioru wierszy Karoliny Kusek, poetki, która zawarła w swoich książkach tak wielki ładunek dobra i współczucia, miłości i prawdy o świecie, że trudno znaleźć w polskiej literaturze równie ekscytujące dokonania. A przecież, co dodatkowo procentuje, jest to twórczość, która sonduje przeszłość, przyszłość i stawia odważne diagnozy dla przyszłości. Obok doktora Korczaka, towarzyszącego dzieciom w ostatniej drodze do komory gazowej, znajdziemy w niej niezwykły tren, napisany po śmierci polskiego wiceministra spraw zagranicznych w katastrofie smoleńskiej, przywołania wojennych losów ojca i brata, a także dni pokoju, kształtowania dziecinnych charakterów i wpływania na ich rozwój, specjalnie ukierunkowaną poezją, setkami wierszy, które zachwycają urodą słowa i edukują. Na tym tle nowy zbiór liryków stanowi ważkie osiągnięcie, a jego tematyka – wojenna, militarna i interwencyjna – wpisuje się w określony nurt literacki autorki, w jej nieustannie podejmowane próby komentowania i dopełniania w wierszu treści, które się tego domagają.

W książce dedykowanej wybitnemu profesorowi kardiochirurgii, a więc osobie operującej i mającej stale do czynienia z sytuacjami na granicy istnienia i śmierci, poetka próbuje dookreślić najważniejsze doświadczenia swojego życia, a zarazem obrazuje kształt świata w drugim dziesięcioleciu nowego wieku. To jest wizja doprawdy szeroka, pulsująca odcieniami, to poezja codzienności i historii, liryka zdarzeń eschatologicznych i szczegółów tak – zdawać by się mogło – nieistotnych, że natychmiast ginących w lawinie informacji i medialnych pokrzykiwań. A przecież są to ważne cząstki naszego świata, w którym fioletowe wrzosy są równie cenne jak stare ordery legionistów i Sybiraków, w pudełku na strychu, a zachodzące słońce buduje taki sam potężny dramatyzm, jak uśmiech dziecka i majowy deszcz. Kusek potrafi malować słowami, ale gdy trzeba, jest też esencjonalna, nieomal aforystyczna, potrafiąca zawrzeć w jednym wersie syntezę dziejów. To jest liryka interwencyjna, ale też mediacyjna, szukająca dróg wyjścia z impasu, w jakim znalazła się ludzkość w naszym czasie. Choć światowe potęgi mnożą zagrożenia i uderzają w siebie, zawsze każdy konflikt kończy się słowem, pojednaniem podczas spotkania przywódców i zapisem na papierze. Rodzajem takiego wstępnego rozejmu, a zarazem prośbą o zaprzestanie walk, są wiersze, które jak w czasach celtyckich druidów, mogą zażegnać konflikt, choćby poprzez skłonienia antagonistów do refleksji.

Kusek stworzyła w swojej twórczości system etyczny, zbudowany na wrażliwości i ciepłu dziecka, na harmonijnym życiu rodzinnym w czasach pokoju i na nieustającym czuwaniu w słowie, w geście, w działaniu. Jakże interesujące są tutaj inwencyjne motywy militarne, nawiązania do sytuacji, w jakich stają żołnierze w czasach niepokoju. Czy to będą reminiscencje z II wojny światowej, czy opis powrotu ciała żołnierza, zabitego na misji pokojowej, za każdym razem mamy do czynienia z poezją wielkich wzruszeń i życiowego doświadczenia. Jakże to krzepiące, że są tacy twórcy, którzy rozmyślają o całym świecie i próbują powiedzieć coś sensownego w sytuacji, gdy inni milkną i drżą ze strachu. W czasach terroru niemieckiego czy stalinowskiego za takie odważne diagnozy szło się do więzienia, trafiało się do gułagów, albo traciło się życie w katowniach. Poetka ma świadomość, że tworzy w czasie pokoju, ale przecież sprawy, których dotyka mają wagę globalną, są wyrazem sprzeciwu przeciwko bezduszności polityków i nieustannych kalkulacji, co bardziej się opłaci, co przyniesie większy zysk. W takiej sytuacji ukazywanie drżącego serca dziecka, czułe mówienie o wnukach i przypadkowo podpatrzonych chłopcach i dziewczętach, jest rodzajem odważnej unii myślowej i wnoszeniem dobra, tworzeniem enklaw ciepła. Te liryki to światła, zapalane pośród mroków i widoczne z bardzo daleka, to ogniki wzruszeń, utrwalonych w słowie, których nic nie zmoże. Gdy przeminie chwała świata, gdy umilkną działa, a żołnierze wrócą do koszar, przekaz poetki wyjdzie z wszystkich konfliktów nienaruszony i świadczyć będzie o trosce, dokumentować będzie jej mądrość w obliczu śmierci i chaosu. W takim rozumieniu poeci bywają nauczycielami ludzkości, wskazują drogę, tworzą syntezy tego, co – niedostrzegalne dla uczestników walk – mogło zostać dookreślone trafną metaforą i porównaniem, bezbronnym zdrobnieniem i alegorią. Nie jest przypadkiem, że z wielkich cywilizacji przeszłości pozostały ruiny budowli i zapisy kulturowe, spośród których najwięcej było tekstów poetyckich. Ryte pismem klinowym na glinianych tabliczkach, albo ciosane dłutem w kamieniu, przetrwały tysiąclecia i stały się dziedzictwem ludzkości. Żyjąc na początku nowego stulecia nie dostrzegamy wagi takich mediacji i interwencji, jak w poezji Karoliny Kusek, ale przecież po latach, gdy zgasną dziesięciolecia, gdy przeminą kolejne wieki, będzie to czytelny zapis siły i wrażliwości ludzkiego intelektu, jego dobrej natury, która nawet w obliczu ostateczności, w chwili bolesnej i beznadziejnej, próbowała tworzyć wizje świata bez wojen i godnie żyjących ludzi – uprawiających ogrody, zamyślających się nad pięknem natury i jej odbiciem w jasnych oczach dziecka. Składając pocałunek na jego czole, poetka obdarza subtelnym ciepłem cały nasz rozogniony świat, a zamykając kolejny dzień, wierzy, że wstanie kiedyś słońce czasu pokoju, wybuchy umilkną na zawsze i sięgający gwiazd mały marzyciel siądzie za sterami statku kosmicznego i poleci tam, gdzie wszystko się zaczęło. I gdzie wszystko się skończy…

__________
Karolina Kusek, Marsowe dzieci / Marszeitkinder/ Дети Марса, Tradycja i sztuka, Warszawa 2016, s. 242.

 

 

WÓZ TESPISA

b 001

Dariusz Bereski tworzy poezję jakby przygotowywał spektakl teatralny, w którym ważną rolę odgrywa scenografia, światło i barwa, a nade wszystko właściwie inscenizowane słowo, brzmiące w różnych zakresach modulacji. Wzniosłość ludzkiego przemijania łagodzi tutaj ulotność przestrzeni i echa pierwotnych kosmogonii, ciągnących się od zamierzchłych czasów. Liryk staje się w takich kreacjach rodzajem mitu i filozofią istnienia, w zgodzie z ludźmi i naturą, ale nie traci też niczego z magii, mgiełki tajemnicy, nieustannego szukania ścieżek i dróg. Bereski jest mistrzem zatrzymanej chwili, w obrębie której potrafi wyodrębnić centralne elementy świata, ważkie dla jednego życia i dla całej egzystencji. Lokuje je w kosmosie i pośród ziemskich draperii, co jest dziedzictwem romantyzmu i symboliki głębi, ciągnących się pod powłoką rzeczywistości i wywierających wpływ na nasze decyzje, ciągłe ucieczki i powroty. Udaje się poecie odwzorować w tych wierszach zasadę konstrukcyjną rzeczywistości, ale odnajdziemy też w jego kreacjach łączące się ze sobą swobodne przestwory, jasne przestrzenie, rozświetlające pradawny mrok i poruszające się we wszechświecie z lekkością nasion dmuchawca. Taka wrażliwość bywa darem, ale też boli w sytuacjach krańcowych, nie pozwala zamknąć oczu w chwilach zmęczenia i wymusza nieustanną czujność liryczną. Nowe dni i noce, równomierne tętno krwi i dalekie pogłosy stworzenia, rodzą wiersze utrwalające kolejne stany świadomości, będące raportem z uwrażliwienia, niosącego otuchę i burzącego chwilowy ład. Przepływanie i przesączanie się energii ożywia słowa, a te układają się w sensy pulsujące licznymi odcieniami, pierwotnymi znaczeniami i interpretacjami. Warto czytać te wiersze, bo jest w nich antyczna zasada harmonii, piękna immanentnego, a nade wszystko, odwiecznej i chwilowej siły, kształtującej, dopełniającej i stale moderującej ludzki los.             

Nota, którą autor zamieścił w nowym zbiorze wierszy.

______________
Dariusz Bereski, Wóz Tespisa, M-Druk, Wągrowiec 2016, s. 153.

KROPLA NICOŚCI

sny przedranne po korekcie 03 07 2016 okładka.cdrBycie poetką bywa trudne, bo role życiowe kobiet są wielorakie, uwikłane w rodzicielstwo, pracę zawodową, nieustanne towarzyszenie wybranemu mężczyźnie i budowanie więzi najbliższych osób. Poezja pojawia się u nich jako wyraz niezależności twórczej, szlachetnego smutku i liryzmu wewnętrznego, pojmowanego jak w motcie do tej książki, zaczerpniętym z myśli wielkiego filozofa i etyka Henryka Elzenberga: Liryzm jest pięknością jedyną,/ w nim ta smutna kropla nicości,/ którą nazywamy człowiekiem… A choć jest to aforyzm gorzki, wskazujący nasze zwieszenie pomiędzy bytem a pustką, jest w nim prawda o chwilowej egzystencji, o istnieniu w nieistnieniu i autentycznej formie niezależności, jaką jest poezja. Smutna kropla nicości jest wszakże cząstką wody, tworem pełnym energii, nie mogącym zastygnąć w ściśle określonej chwili, podążającym ku nowym przestrzeniom, istniejącym w obliczu zagrożeń, wyschnięcia i zamrożenia, rozbicia na cząstki i całkowitego zniknięcia. Ta sytuacja rodzi refleksję filozofa i poety, że owa kropla pojawia się w pięknym liryzmie, w zamyśleniu autorskim i wpatrzeniu w głębie otwierające się stale przed nami. To wyraz wolności ludzkiej i umiejętności analizowania chwil, wielkich przedziałów czasowych, momentów inicjacji i eschatologicznej pełni. Życie/ przeplata się/ ze śmiercią/ zawsze jest czas/ i nigdy go nie ma – nicość stale wdziera się do naszego życia, wciąż próbuje anihilować kształty i dokonania, a jakby się człowiek nie starał i cokolwiek nie robił, triumfuje u kresu dni, zabiera ludzki kształt, urodę i kolor oczy, uśmiech ust i gest dłoni.  Jest zapowiedzią niebytu wieczności i staje się jego formą dla zamkniętej biografii, przypominanej przez tych, którzy zostali, nieuchronnie osuwającej się w przeszłość i zapomnienie. Wiersz i książka poetycka powstrzymują entropię, w danym momencie stulecia, w określonej fazie życia autora i są utrwaleniem rzeczywistości w kadrze dziejącej się chwili.

Poezja Heleny Dobaczewskiej-Skonieczki jest próbą wtopienia w bursztyn wiersza tego, co było żywe i tętniące znaczeniami, co stanowiło treść prawdziwego trwania i miało wpływ na kształtowanie się biografii. Wyjątkowa jest tutaj umiejętność kontrapunktowania i ukazywania własnych losów w perspektywie ogromów wszechświata, galaktyk i gwiazdozbiorów, nieba dramatycznie tężejącego wieczorem i rozświetlającego się rano. To wskazanie, że istniejemy w określonej przestrzeni kosmicznej, a nasze utrwalenia rzeczywistości, kolejne odcinki drogi, bywają przegraną lub osiągnięciem, częścią większego systemu, który nas stworzył i wciąż generuje nowe konteksty. Zaletą tej poezji jest jej eteryczność i umiejętność ukazywania bytu w mgnieniu, w ulotnym zachwycie, w sytuacji wyjątkowej, która była cząstką wieczności i może się nigdy więcej nie powtórzyć. Słowa poetki układają się w szyfr tęsknoty i pełni, odsłaniają jej subtelne wnętrze, a zarazem stają się świadectwem wrażliwości na wszelkie odcienie świata, na cienie i blaski miłości: Twoje dłonie/ wędrowały/ po wszystkich/ zakamarkach/ mojego ciała/ śledziły wypukłości/ które mi dała natura. Nuta liryczna przypomina tutaj szlachetny dźwięk skrzypiec, ballady Chopina albo daleki odgłos pasterskiego fletu, a wszystko w obrębie krainy wyodrębnionej z chaosu i kreowanej na trudną arkadię. Kwitną w niej kwiaty i przechodzą burze świata czarnego, pojawiają się piękne ptaki i śmierć nieustannie przypomina, że jesteśmy bytami chwilowymi i mamy niewiele czasu by uzewnętrznić naszą wyjątkowość. Ale jednak wiersz staje się magicznym obszarem, w obrębie którego obowiązują inne prawa, zostają zatrzymane fizykalia, a refleksja może rozprzestrzeniać się swobodnie i rozświetlać przestwór.

Liryka Dobaczewskiej-Skonieczki odzwierciedla harmonię natury, w której jest prostota i pełnia, czystość i oryginalność, a nade wszystko odbicie doskonałości Stwórcy. To ambitne poetyckie zadanie, by w słowach zawrzeć to, co jest elementem wielkiego systemu kosmogonicznego, co podąża od niebytu do świętości. Tylko w transcendencji lirycznej dostrzec można, że kropla nicości opalizuje barwami, połyskuje światłem, a jej znikomość da się porównać z zanikaniem kształtów w mroku, z wyłanianiem się perkozów i nurków z mgły. Analizując kolejne tomy autorki, konsekwentnie publikującej od lat, widzimy ciągłość doświadczenia poetyckiego i jej nieustającą czujność liryczną – umiejętność wyodrębnienia zdarzeń i ludzi, ich przestrzeni życiowych i indywidualnie moderowanych artefaktów: Rzeka ludzi/ płynie ulicami/ i w podziemiach metra/ wszyscy spieszą się/ zajęci sobą/ mrówki/ Patrzę z boku/ płynę/ swoim nurtem/ na moście Millenium/ wiatr urywa głowy/ można je stracić/ od nadmiaru wrażeń.  Człowiek jest tutaj częścią natury, ale też integralnym bytem, dekodującym doskonałość pierwotnej kreacji, aktu ciągnącego się od zamierzchłej przeszłości do teraźniejszości, chwili pulsującej w każdej ludzkiej kropli, w elementarnym słowie i każdym promieniu światła. W liryce tej: Smuga światła/ wciśnięta/ między okiennice/ rozdziera ciemność – inicjuje świat i wypełnia go radością, przydaje blasku i pozwala rozróżniać nieskończone odcienie barw. Twórczość może nawiązywać do momentów trudnych, ale – nie zapominając o eschatologii – powinna afirmować istnienie, każdy nowy dzień i każdą tętniącą odgłosami noc. Mądra pochwała świata widoczna jest w tym tomie i stanowi jego ogromną wartość, szczególnie dzisiaj, gdy mnożą się zagrożenia, a dobro i głęboka zaduma wypierane są przez agresję i nienawiść. Proponując świat świetlisty i przejrzysty jak kropla wody, autorka nie bez powodu przytacza na początku tomu słowa filozofa – ustala proporcje i wskazuje zasadę. Czuwając przy słowie, czuwa przy człowieku, stale od nowa zaczyna tworzyć opowieść o sobie i o ludziach, których spotkała na swojej drodze, dopełnia trwanie refleksją liryczną, która staje się filozofią każdego istnienia.
__________
Helena Dobaczewska-Skonieczka, Przedranne sny, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2016, s. 140.

PIĘKNO (3)

Pora letnia i rozgwar w ogrodzie nastrajają do przypominania, że na tym świecie żyją wraz z nami piękne ptaki. Ich barwy może są rozkrzyczane, może zbyt jaskrawe, ale przecież pośród ludzi też zdarzają się istoty nieziemsko urodziwe – starczy tylko rozejrzeć się dookoła…

 13174186_497543160437340_8446105195883355723_n

13094241_1593089877671173_3166909324963750232_n

13165898_497543243770665_7354007504957456880_n

13103484_497544163770573_7742885941419570987_n

13094264_502072403317749_8929244096826374977_n

13237876_502791189912537_6441788565110911778_n

13237824_502072629984393_8678422015618107580_n

13240518_502072623317727_3483227906361881076_n

13256288_502789003246089_3842665144476575795_n

13254464_502788873246102_2309794423161701053_n

2adb7e561f9749033b244d438d9d8c70

13102717_497543167104006_4862739089974874389_n

12994363_1589772254669602_5821314713376161474_n

13227208_500540063470983_7730033828225112381_n

KOLEJNE BALLADY TOMKA BATEŃCZUKA

LebiodaZlotaZrenica-OKL2-przod

Tomek Bateńczuk znowu mnie zaskoczył… Dziękując raz jeszcze wsłuchuję się w słowa wierszy z mojego nowego tomu poetyckiego – Złota źrenica Wiersze belgijskie 1985-2015. Właśnie ukazał się i jest to już piata publikacja w ciągu lirycznych wspomnień z podróży. To określenie ma tutaj charakter umowny – zaproponowany przez Krzysztofa Derdowskiego – ale są w tych tomach także wiersze, nazwijmy to „ogólne”, w których „dekoracje” nie mają znaczenia, a liczy się myśl i próba mierzenia się z ludzkim losem, z ogromami i treściami ważnymi dla mnie w danym okresie.

RYTY WIECZNOŚCI

Jidi-1Jidi Majia – jeden z najwybitniejszych, współczesnych poetów chińskich – tworzy poezję kulturową, głęboko zakorzenioną w tradycji narodu Nuosu, w pradawnej świadomości magicznej, moderowanej przez kapłanów bimo i duchy przodków. To oni tworzą niewidzialną przestrzeń spirytualną, z którą ludzie gór pozostają w nieustającej interakcji, która ich dookreśla i staje się z wiekiem wielką ludzką tęsknotą za czystością i pełnią. Żyjąc w obliczu ogromów i piękna naturalnego, dążą oni nieustannie do odzwierciedlenia w swoich losach głębi, nad którymi się pochylają, a które łączą się z wielkimi systemami kosmogonicznymi i elementarnymi mechanizmami trwania. To jest przeczuwanie bytu eternalnego, a zarazem dopełnianie dni i nocy, trwanie przy ludzkim ciele, z jego chorowitością i bólem, to jest czuwanie w kształcie ludzkim, narażonym na działanie czynników atmosferycznych, poddawanym destrukcyjnej sile czasu. Rzadko się zdarza by w poezji pojawiała się tak wyraziście świadomość człowieka, migotliwa i przybierająca kształt jasnego promienia, przenikająca ogromne przedziały czasu, skanująca przestrzeń we wszelkich jej kształtach i metamorfozach. Majia potrafi napisać wiersz delikatny jak ruch skrzydeł ważki, a zarazem tworzyć szerokie panoramy, w których odzwierciedla się duch całej epoki, etos wolnej egzystencji pośród gór i jezior, w harmonii ze zwierzętami, ptakami i wszelkimi istotami żywymi. Każda kolejna odsłona liryczna staje się tutaj dalszym ciągiem opowiadanej historii plemienia i jednego, wyodrębnionego z niego bytu, jakby specjalnie powołanego by głosić jego chwałę. Poeta ma świadomość tego, że został wybrany z wielu i stara się wypełnić to, co wyznaczyło mu przeznaczenie – mógł przecież żyć stale pośród gór Liangshanu, mógł ze strzelbą wychodzić na polowania i wieść senną, spokojną egzystencję pośród klanu rodzinnego. Mógł tańczyć przy ogniskach i spoglądać w dal ze szczytów górskich, ale jego losy tak się potoczyły, że znalazł się w gronie poetów świata, zaczął głosić chwałę ziemi i narodu w najdalszych zakątkach globu. Mógł śpiewać w małych chatkach, odgrodzony od mroźnych, kosmicznych dali, mógł wsłuchiwać się w opowieści starców i szamanów, ale dane mu było stanąć w obliczu świata i nieustannie powtarzać elementarna prawdę o istnieniu: Jestem Nuosu! To jest jego wielkie zadanie, a zarazem rodzaj modlitwy powtarzanej przez pokolenia, to ciąg przypomnień i uwzniośleń, daleki pogłos dziejów, które się dokonały i które nadejdą.

Ważną rolę odgrywają w tej poezji obrzędy kulturowe, a na plan pierwszy wysuwają się ceremonie związane z przejściem bytu cielesnego do duchowego i mijaniem granicy życia. Martwe ciała poddaje się wtedy kremacji i w akcie kosmicznego przeistoczenia, przejścia przez elementarny ogień, stają się one z powrotem materią kosmiczną, mikroskopijną cząstką krainy gór, jezior i niewyobrażalnie wielkiego wszechświata. Wielokrotnie wraca w tej poezji motyw kremacji ciała, który jest nawiązaniem do odwiecznych rytuałów palenia zwłok na stosie, a zarazem staje się elementem wiary w reinkarnację, powrotu powłoki duchowej do krain dzieciństwa i pierwszej miłości, snucia się uwolnionego bytu pośród zboczy i turni, rozprzestrzeniania się jednej, ulotnej świadomości pośród ogromów kosmosu. Kremacja staje się tu momentem centralnym dla skończonej egzystencji, a zarazem wyznacza horyzont istnienia dla ducha, uruchamia go i przydaje mu impetu, prowadzi do miejsc pierwszych inicjacji i nieustannie ekspanduje w kosmos. Ogień oczyszcza, ale też natychmiast kosmizuje, inicjując rozpad złożonych struktur organicznych i wprowadzając je na nowo w obręb wielkości niewyobrażalnych, światów lustrzanych i wiecznie się zmieniających, powołujących do życia galaktyki, gwiazdy supernowe, planety i asteroidy. Poetę wyraźnie fascynuje ów moment zniszczenia powłoki cielesnej i ponownego wejścia w obręb elementarnych struktur materii, ostatecznego połączenia z kamieniem i skałą, z czarną ziemią i gliną, z rzucanym przez wiatr iłem i ziarnem piasku. Ogień staje się też znakiem wieczności, na chwilę uwięzionej w ludzkim ciele, ale natychmiast uruchomionej, z jej ogromami sprzed narodzin i tymi po śmierci człowieka. Kremacja staje się jej najważniejszym rytuałem, a zarazem elementem pogodzenia ze światem, zgody na rozpad cząstek i potwierdzeniem, że cesarz, szaman czy przywódca, tak samo podlegają mechanizmom kosmicznym, a choćby nie wiadomo co robili, nie powstrzymają biegu czasu i jego ostatecznego postanowienia.

Kremacja jest rodzajem oczyszczenia bytu z grzechów, a rytuały żałobne maja potwierdzać, że żegnana właśnie istota była kimś ważnym dla świata i stanowiła niezbędny jego element, jakby cząstkę ciągnącego się od wieków łańcucha, chwilowo przybierającego formę DNA, a po przejściu przez ogień, wracającego w obręb jednorodnych pierwiastków. Lament płaczącej matki, modlitwa czarownika bimo, szloch sióstr i braci, zawodzenie innych członków wspólnoty rodowej, są jak odwieczna żałobna pieśń, potęgująca się w chwili rozpadu ciała, pożegnania ludzkiego kształtu i narodzin wolnego ducha. Echo powtarzające dźwięki, rozprzestrzenia je pośród dalekich gór i zdaje się wtedy, że cała natura płacze nad tym, który właśnie przeistoczył się i wszedł na zawsze w obręb wieczności. Nuosu przykładają wielką wagę do ceremonii pogrzebowych i stają się one rodzajem święta całej społeczności, a gremialne odprowadzanie prochów do miejsca spoczynku jest jak błogosławieństwo tych którzy jeszcze żyją, ale niebawem podążą tym samym szlakiem i połączą się ze zmarłym w komunii elementarnej materii. Wszystko tutaj ma swoje znaczenie, począwszy od kolorów stroju i haftów odzienia – niebieskiego, czarnego i żółtego – a skończywszy na rytualnych śpiewach i podkreślaniu integralnej, plemiennej więzi. Kremacja jest w tej poezji kresem wszystkiego i rodzi też lęk przed wiecznością, otwierającą się bezpowrotnie i triumfującą nad życiem. To jest chwila bolesna i euforyczna zarazem, to wielki smutek i wielka radość, alfa i omega, rozpad i kształtowanie, niebyt i narodziny nowej formy, to eternalny ryt przejścia. Kimkolwiek człowiek by nie był i cokolwiek by nie zrobił, dojdzie do kresu sił, zostanie zdruzgotany przez choroby i ból i wreszcie umrze, a żałobnicy przygotują ceremonię kremacji i wezmą udział w obrzędach funeralnych. Ta śmierć będzie potwierdzeniem odwiecznej metamorfozy i powszechnego umierania bytów, roślin i zwierząt, erozji skał i kamieni, a nade wszystko rozpadu więzi rodzinnych i plemiennych, zanikania miłości ziemskiej i pojawiania się energii kosmicznej. W takim momencie potrzebni są przewodnicy, którzy odprowadzą świadomość do bram istnienia i wraz z nią wnikną na chwilę do świata duchowego, by wypowiedzieć tam ostatnie słowo pożegnania i wrócić z powrotem do żywych. Takimi kapłanami są dla ludu Nuosu bimo, czyli czarownicy i szamani, odwieczni powiernicy ludzkich trosk i ci, którzy swoimi opowieściami łagodzą ból przemijania. Nie ulega wątpliwości, że poezja Jidiego Majii staje się rodzajem takiego zaklęcia, a poeta zyskuje rangę jednego z najważniejszych bimo swojego ludu. Stając na wyniosłej skale, pochylając się nad taflą górskiego jeziora, patrząc w gasnące oczy jelenia i orła, pstrąga, wypowiada prawdy elementarne i generuje liryczne treści, które chwytają za serce i stają się intelektualnym kontekstem dla prostego, zgodnego z naturą życia i odwiecznych ceremonii, rozgrywających się pośród rodzinnej ziemi i w dalekich rewirach wszechświata.

Wiersze  te podkreślają nierozerwalność więzi rodzinnych i rodowych, dokumentują trwanie w obrębie niewielkiej, zamkniętej społeczności, ale też otwierają się na cały świat. Tak stają się czymś na kształt lirycznego obwieszczenia i potwierdzenia, że w dalekich wschodnich krainach żyją wspaniali ludzie, od dawien dawna praktykujący kulturowe obrzędy przejścia, tworzący mity kalendarzowe i agrarne, a nade wszystko przyoblekający kształt istnienia w świętość i chwałę wieczności. Obok kapłanów bimo najważniejsi tutaj są rodzice i najbliżsi członkowie rodzinnego klanu poety, choć na plan pierwszy wysuwa się ta która go urodziła. Dostrzega on jej starość i jej wizualne elementy, ale jednocześnie nie waha się porównywać ją do gór i rzek, przydając jej mocy nieomal magicznej. To ona nosiła go przez dziewięć miesięcy w swoim ciele i ona pielęgnowała go w dzieciństwie, bacznie przyglądając się mu w latach dorastania i wchodzenia w męskość – to ona wreszcie stała się w jego świadomości poetyckiej multiplikacją wszystkich matek i zyskała wymiar przeogromny Matki Gór, stworzycielki wszystkiego, kreatorki bytu i poezji, siły i energii miłości, ran pierwszych i ostatnich. Łatwo możemy sobie wyobrazić jak ważną istotą była matka dla poety, gdy w niewielkim domostwie, zagubionym pośród przeogromnych gór, otaczała go czułością, jak ważne dla niego było mleko z jej piersi, uśmiech na twarzy i ciepło tulących go ramion, jak głęboko wryła się w pamięć słodycz ust całujących go nieustanie i jej czułe czuwanie u kołyski. To ona stała się fundamentem przyszłych dni, to ona pierwsza pokazała mu błękit nieba, zieleń  drzew i dalekie mgły nad górskimi jeziorami, to ona nauczyła go mówić i stała się rękojmią poetyckiego języka, wskazując lecącego łabędzia, czarne głazy osuwające się ze zboczy, śnieżną panterę podążającą w dal i górskiego kozła chroniącego się na wysokiej półce skalnej. To ona była w nim od początku i on od początku był w niej, potwierdzając odwieczność trwania, w cieniu szczytów, w rozwidleniu wielkich rzek i w obliczu groźnych żywiołów – to ona go stworzyła, tak jak niewidzialny kreator stworzył cały wszechświat i uruchomił bieg rzeczy, nadał impetu narodzinom i umieraniu. Bez wątpienia wiersze o matce, stworzone przez Jidiego Majię, weszły do światowej skarbnicy motywów macierzyńskich w liryce, stały się potwierdzeniem miłości i synowskiego oddania, wdzięczności za przekazane życie i za to, co miało się przydarzyć po cudzie narodzin. Nikt tak jak matka nie rozumiał tęsknot i pragnień przyszłego poety, nikt nie dał mu tego, co ona mu dała, pozwalając kształtować się w swoim ciele, a potem w bólach wydając go na świat i natychmiast obdarzając kosmiczna miłością – nikt nie otoczył go taką opieką i nie zapewnił mu bezpieczeństwa pośród groźnych sił natury, nikt – wreszcie – nie odprowadzał go pełnym łez okiem, gdy odchodził ku dalekim miastom. To dlatego wiersze o matce Majii stają się wspaniałym hymnem tęsknoty i oddania, miłości czystej jak woda w strumieniu, uczucia klarownego jak widok dalekich, ośnieżonych szczytów, rysujących się w dali, pośród błękitnego nieba. To w ciele matki zainicjowana została harmonia, która wracała jak echo w kolejnych lirykach, w wierszach o rzekach i łańcuchach górskich, o starym byku na arenie, o jeleniach i podążających w głuszy mundżakach, o tropiących ich śnieżnych panterach i rysiach, to w niej zabrzmiał po raz pierwszy ton, który pojawiać miał się w pieśniach Nuosu i w jego późniejszych poematach.

Niezwykle interesujące są też w tej poezji motywy myśliwskie, będące przypomnieniem, że w Chinach żyją potomkowie ludów pasterskich, plemion tubylczych, licznych szczepów, które przywędrowały z centralnej i zachodniej Azji.  Szczególną wagę mają łowcy dla Nuosu, bo od dawien dawna zapewniali oni dostawy świeżego mięsa, a nade wszystko stanowili zamknięty klan dojrzałych mężczyzn, wędrujących od przełęczy do przełęczy, wspinających się na wielkie zbocza, śpiących w chatkach i jaskiniach pośród wysokich gór. To o nich od dawien dawna śpiewały młode dziewczyny tęskniące za wielką miłości, to ich wyczekiwały matki, gdy ruszali tropić niedźwiedzia, koziorożca, jelenia lub panterę. W poezji Majii myśliwi pojawiają się jako wspomnienie marzeń dziecinnych, jako nawiązanie do wielkiej młodzieńczej fascynacji. Dziecko z tych wierszy, to najpewniej sam poeta, który pragnął ich naśladować, wraz z nimi podążać górskimi ścieżkami i polować na zwierzęta. Myśliwi zawsze snuli opowieści o wyprawach do niedostępnych miejsc, opowiadali po powrocie do domu o nadludzkich czynach, relacjonowali walki z potężnymi przeciwnikami. Ale zdarzało się też, że snuli opowieść o duchach ziemi, o mistycznych doświadczeniach w jakiejś samotni, na brzegu rzeki Jangcy albo Huang Ho, nabierających impetu i potężniejących w górach. Wtedy w wyobraźni dzieci i kobiet stawali się mitycznymi herosami, wkraczającymi z realnego świata w przestrzenie mitów bohaterskich, w rewiry surrealne, łączące się z kosmosem, na krawędzi skalnej grani i w krystalicznie czystej toni jeziora. A gdy umierali i ich ciała kremowano w jakimś odosobnionym zakątku Wielkiego Liangshanu, stawali się solą ziemi i ruszali natychmiast na łowy w zaświaty. Transmigracja pojawia się w tej poezji jako naturalna kontynuacja życia ziemskiego, jako przedłużenie istnienia rodu i potwierdzenie przynależności do wielkiej rodziny Nuosu. Marzenie by być myśliwym, by samotnie snuć się pośród dolin, przeplata się tutaj z tragizmem istnienia w ekstremalnych warunkach, pośród mrozu i żaru lejącego się z nieba; w obliczu nadchodzących znienacka kataklizmów i grozy nicującego byty wszechświata, wciąż opalizującego gwiazdami i połyskującego martwym blaskiem księżyca.

Poezja Jidiego Majii nie szuka skomplikowanych metafor, nie uwodzi czytelnika zawiłościami języka, raczej proponuje model poezji czystej, narracyjnej, zaskakującej celną pointą i umiejętnością nazywania ulotnych stanów umysłu, nastrojów, przeczuciem form egzystencji duchów w zaświatach. To jest nieustanne podkreślanie wagi więzi rodzinnych i przynależności do określonej grupy etnicznej, która zachowała swoje obyczaje i wytworzyła integralną kulturę. W jej obrębie powstawały arcydzieła sztuki i kolejne partie narodowego eposu Hnewo Tepyy, przekazywanego i modyfikowanego w każdym pokoleniu przez kolejnych bimo. Majia – stając w ich szeregu – tworzy zarazem nowoczesna poezję, która dociera do szerokich rzesz odbiorców w Chinach i na całym świecie. Zaczyna pojawiać się coraz więcej przekładów wierszy wybranych tego poety i za każdym razem okazuje się, że udanie przechodzą one próbę zaistnienia w nowym brzmieniu narodowym. Dzieje się tak za sprawą uniwersalizmu podejmowanych tematów i lekkości języka, udanie naśladującego modlitwę i lament żałobny, rozbudowaną odę i ulotny liryk. Chiny to od tysiącleci kraina prawdziwej poezji, wielkich myślicieli i poetów, to kraj znakomicie zorientowany w trendach poezji współczesnej. Osiągnięcie sukcesu literackiego jest tam bardzo trudne, tym bardziej, że pojawia się tendencja snobistycznego naśladowania wzorów europejskich czy amerykańskich. Majia nawiązuje do znakomitych wzorców, cytuje wielkich poetów światowych, ale ani przez chwilę nie traci z oczy perspektywy poezji kulturowej, której nauczył się pośród małych wiosek na pograniczu Sichuanu i Yunnanu. Słuchając opowieści bimo, starych ludzi i matek, myśliwych wracających z polowań, wytworzył w sobie niezwykłą wrażliwość na elementarne cząstki natury i wołanie dochodzące z dalekich otchłani kosmosu. Słysząc echo pierwszych chwil stworzenia, ustalania proporcji i nazywania barw, wyodrębniania z mroku zwierząt, pasm górskich, najwyższych szczytów i dolin, poeta jest tyleż kreatorem, co ostatnim członkiem klanu, ze smutkiem wracającym wspomnieniem do świata, który przepadł na zawsze. A choć odradza się w nowych wierszach i w umysłach ludzi następnych generacji, nic nie przywróci do życia prochów przodków. Być poetą z ludu Nuosu, to znaczy być strażnikiem pamięci, wpatrzonym w przeszłość świadkiem pięknych czynów, uśmiechniętych twarzy i lśniących oczu – to znaczy przemijać, jak wszystko wokół, wciąż tworzyć opowieść o czasie i przestrzeni, o nieuchronnym wnikaniu bytu w śmierć i w wieczność.

DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (5)

88c63de98070da1646c45cf26009e0e4

7 stycznia 1982 roku

„Żołnierz Wolności” zaapelował do tzw. patriotów, by pokierowali Solidarnością.  Korespondenci pism zagranicznych wystąpili z apelem o zniesienie cenzury. Według zachodnich finansistów rezerwy walutowe Polski wynoszą obecnie tylko 200 milionów dolarów. Brytyjczycy, którzy wrócili z Polski mówią, że w kraju panuje spokój, ale pod pomnikiem poległych stoczniowców czuć stale gaz łzawiący i leży tam wiele pustych pojemników po nim. Do Londynu dotarł biuletyn Solidarności nr 7 z dnia 30 grudnia 1981 roku, w którym czytamy: W wielu zakładach pracy wydaje się nielegalne biuletyny. 17 grudnia w Gdańsku demonstrowało 100 tys. ludzi, spalono milicyjną Nysę, zbudowano barykadę i zdjęcia z tych wydarzeń pokazała telewizja brytyjska. Na teren stoczni wdarły się specjalne oddziały ZOMO. Bujak wystosował apel o pomoc dla ukrywających się członków Solidarności. Na byłej siedzibie niezależnego związku zawodowego w Lublinie umieszczono tablicę z napisem WRZZ. Władze przegrodziły zasiekami Stocznię im. Lenina i zakłady w Ursusie. Osoby internowane w Białołęce wystąpiły z protestem przeciwko traktowaniu ich jak zwykłych przestępców kryminalnych.

Nie mam żadnych wieści od Aliny i powoli przyzwyczajam się do tego, że ją straciłem. Starałem się być dla niej jak najlepszy, spełniać wszystkie jej zachcianki, znosić okresy smutku i depresji, ale widać to było za mało. Znowu dzwonił Musiał i powiedział, że ten jego przyjaciel Piotr przeczytał w zachwycie moich Samobójców spod wielkiego wozu i bardzo chce mnie poznać.

8 stycznia 1982

Prymas Polski wezwał Jaruzelskiego do wstrzymania usuwania z pracy członków Solidarności, a także o przywrócenie do pracy tych, którzy wcześniej zostali usunięci. Wezwał też do wycofania okólnika, na mocy którego zwalnia się z roboty urzędników rządowych, członków Solidarności. W jednym z kazań potępił też zmuszanie ludzi do podpisywania list uległości. Jan Paweł II przekazał osiemdziesiąt tysięcy dolarów jako pomoc dla Polski. Inne kraje też przygotowują duże sumy dla naszego kraju i podobno rząd Jugosławii wyasygnował 10 mln dolarów. Francuscy i niemieccy biskupi ogłosili akt solidarności z narodem polskim. Według reżimowego radia i telewizji, obecnie w Polsce internowano 5000 ludzi, a ostatnio skazano na więzienie 1200 oskarżonych o sianie zamętu.

Dowcip z BBC: Polska jest jak USA, w obu krajach niczego nie można kupić za złotówkę. Na skutek pogorszenia się warunków życia w Białołęce trwają trzydniowe głodówki wyznaczonych grup internowanych. Barcikowski obwieścił w Warszawie, że niebawem odbędzie się kolejne plenum partii komunistycznej.

Członkowie Solidarności, którzy uniknęli uwięzienia wydali komunikat, który stwierdza, że nikt ze związku nie został upoważniony do rozmów z rządem. Powoli zaczynają wychodzić na światło dzienne fakty na temat tego, co stało się w Polsce po wprowadzeniu stanu wojennego. Ktoś z rządu ujawnił w prywatnej rozmowie, że w kopalni „Manifest Lipcowy” podczas akcji porządkowej  ranne zostały 43 osoby.

9 stycznia 1982 roku     

W Warszawie odbyło się spotkanie Prymasa Polski arcybiskupa Józefa Glempa z Jaruzelskim. Zniesiono cenzurę nałożoną na doniesienia zagranicznych korespondentów. Grupa intelektualistów polskich wystosowała do władz apel-protest. Pośród nich Wanda Wiłkomirska, była żona Rakowskiego, a także Zofia Kuratowska (lekarka), Marian Brandys, Stefan Kieniewicz, Daniel Olbrychski, Stanisław Broniewski (były dowódca szarych szeregów), Józef Rybicki (AK), ks. Jan Zieja (Naczelny kapelan Szarych Szeregów). Grupa członków Solidarności, przebywająca na Zachodzie zaproponowała zorganizowanie dnia ”Solidarności z Solidarnością”. Od jutra LOT wznawia loty do Europy Zachodniej, przywraca się też łączność w całym kraju. W Gdańsku pozbawiono Tadeusza Fiszbacha funkcji I sekretarza PZPR, a w Katowicach odebrano władzę Andrzejowi Żabińskiemu.

Przeczytałem powieść Williama Goldinga pt. Władca much i zanotowałem kilka zdań do planowanej recenzji: Jeśli dobrze się przyjrzeć, w postaci głównego bohatera powieści, Jacka Merridewa, odkryć można symptomy patologicznego zauroczenia posiadaną władzą i pewne elementy nazizmu. To właśnie jego – jako zapewne najbardziej wrażliwego – powieściowe zło wykorzystuje do swoich celów. To on zostaje oczarowany ideą konchy, ideą absolutnej władzy nad pozostałymi chłopcami, to jego nienawiść do Ralfa rodzi konflikt, który doprowadzi do skłócenia wszystkich chłopców i do tragedii opłaconej śmiercią dwóch maluchów. Oficer marynarki, który wychodzi na ląd tej, płonącej już wyspy, nie potrafi ukryć swojego zdziwienia i przerażenia; oto stoi przed nim, z zaostrzonym kijkiem w ręku, mały chłopczyk – Ralf, a w jego oczach błyszczy nienawiść i na całym ciele widać ślady krwi. W oddali pojawia się grupka jego kolegów, podobnie jak i on uzbrojonych w ostre kije, pomalowanych niczym wojownicy indiańscy podczas wojny. Ale oprócz zwykłej ludzkiej nienawiści, w powieści Goldinga dostrzec można jeszcze inne odmiany, przerażające zła. Władcę much” lokować należy w innym wymiarze, bo jest to metafizyczny obraz człowieka, w którym wciąż żywe są zwierzęce instynkty, człowieka będącego więźniem okrucieństwa, człowieka, w którym okrucieństwo budzi się przy każdym, nawet najbłahszym przywołaniu czy przypomnieniu władcy much. Ten angielski pisarz, z barwną przeszłością wojskową, powinien dostać Nagrodę Nobla za tę niezwykłą powieść.

10 stycznia 1982 roku

Wczorajsze spotkanie prymasa z szefem WRON-y nie przyniosło żadnych rezultatów, a Ojciec Święty zarzucił władzom, że łamią podstawowe prawa człowieka. Pogwałcenie sumienia człowieka jest równoważne ze zranieniem fizycznym i w pewnym sensie jest gorsze od pozbawienia życia. Apel prymasa o zniesienie stanu wojennego trafił w próżnię. Czyrek przybył do Moskwy.

Wisła wystąpiła z brzegów i duża część ziem na zachód od Warszawy została zalana. Muszę pojechać autobusem do Fordonu i sprawdzić jak to wygląda pod Bydgoszczą. Wielokrotnie wędrowałem tam między krzewami i drogami zawsze podmokłych lasów.

4b22049796d62_o,size,933x0,q,70,h,d10ee1

11 stycznia 1982 roku  

Dzisiaj realnie zobaczyłem czym jest stan wojenny. Byłem u Oszubskiego na Bronikowskiego i wychodząc od niego zobaczyłem dwóch milicjantów taszczących bezwładne ciało człowieka do zomowskiej suki (numer rejestracji: MOA 06-60). Ciągnęli go z jednego domu za ręce jak trupa, a potem wrzucili do samochodu jak wór kartofli. Zatrzasnęli drzwi przesuwane i szybko odjechali.

12 stycznia 1982

Władze PRL-u dały do zrozumienia, że biorą pod uwagę bliskie zakończenie stanu wojennego. Rakowski: Niektórych internowanych trzeba będzie zatrzymać dłużej… Czyrek: Stan wojenny zostanie zakończony, gdy tylko sytuacja na to pozwoli. Przewodniczący Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej – J. Urbański: Powinniśmy przeprowadzić czystki w PZPR i w związkach zawodowych. W Województwie Katowickim skrócono godzinę milicyjną, a papież Jan Paweł II przyjął Szablewskiego – wysłannika rządu PRL, który prawdopodobnie wręczył mu list od Jaruzelskiego. W Genewie wznowiono rozmowy rozbrojeniowe pomiędzy USA i ZSRR. Beton partyjny Olszowski: spośród 7000 dziennikarzy tylko 1500 będzie nadal wykonywało swoją pracę. Prawdopodobnie Glemp uzyskał od Jaruzelskiego obietnicę szybkiego uwolnienia Wałęsy.

13 stycznia 1982 roku

Związek Sowiecki odpowiedział obszernie na ostrzeżenie państw NATO, że możliwe jest wprowadzenie sankcji przeciw ZSRR i PRL. Rosjanie oświadczyli, że jest to mieszanie się w wewnętrzne sprawy Polski pod naciskiem USA. W Paryżu odbywają się rozmowy pomiędzy Mitterrandem i Schmidtem, dotyczące sytuacji kryzysowej w Polsce.

14 stycznia 1982 roku

Zachodnioniemiecki Bundestag zatwierdził projekt rezolucji w sprawie Polski, popierający uchwałę państw NATO. Solidarność nadal wydaje biuletyny i ulotki, które są kolportowane nielegalnie w wielu środowiskach. W Nowym Sączy skazano działacza Solidarności za zorganizowanie strajku, w którym udział wzięło dwa tysiące ludzi.

Rakowski złożył niezapowiedzianą wizytę w Bukareszcie. Schmidt: Sytuacja w Polsce się poprawiła, ale nie ma oznak, że władze wojskowe będą reformować system. Zdzisław Rozwalak z wielkopolskiej Solidarności oświadczył, że zmuszano go do podpisania oświadczenia uległości. Ukazał się pierwszy numer nowego dziennika – „Rzeczpospolita”.

15.12.1981 GDANSK , STOCZNIA GDANSKA . NOC Z 15 NA 16 GRUDNIA W STOCZNI GDANSKIEJ . ZOMO BLOKUJE ULICE PROWADZACA DO BRAMY STOCZNI OD STRONY ULICY WALOWEJ . FOT. LESZEK BIERNACKI Noc z 15 na 16 grudnia w Stoczni Gdañskiej. ZOMO blokujê ulicê prowadz¹c¹ do bramy stoczni od str. ulicy Wa³owej.

15 stycznia 1982 roku

Za dziesięć dni ma się zebrać sejm, który ma uchwalić zakaz strajków i ograniczenie możliwości zebrań publicznych. Kanclerz Austrii Bruno Kreisky zakwestionował dobrą jakość rad, które Kościół dawał Solidarności, a kardynał Franz König uznał to za kolosalną pomyłkę.

Przeczytałem słynną książkę Orwella pt. 1984 i zanotowałem nieco refleksji: Przerażające w wizji Orwella jest to, że ów wyimaginowany świat, na pozór przerysowany i wynaturzony, znalazł niestety swoje realne odzwierciedlenie. Orwell – policjant imperialny w Indiach – zapewne doskonale zdawał sobie sprawę z możliwości sprawdzenia się tej wymyślonej apokalipsy. I wcale nie pomylił się jeśli chodzi o periodyzację – starczy wspomnieć krwawe łaźnie niegdysiejszego słuchacza wykładów Sartre’a – Pol Pota w Kambodży, wystarczy przypomnieć wieloletnie represje stalinowskie, tułaczkę tysięcy ludzi w łagrach i gułagach, starczy przypomnieć co działo się na Placu Niebiańskiego Spokoju w 1989 roku, w Chinach, a wreszcie starczy przywołać obrazy z Ameryki Południowej (Chile, Salvador, Nikaragua) z Azji (Afganistan, Indie Sri Lanca) i wszystkich tych miejsc, gdzie wynaturzona idea przyoblekła się we włosiennicę krwi, potu i łez, jak choćby w RPA, na Wyżynie Irańskiej i w Pakistanie. Orwell stworzył wizję, która wyprzedziła historię, a zarazem obnażyła jej mechanizmy. Jakże prawdziwy jest ów szafarz ludzkich istnień, wielki zegarmistrz układu – O’Brien. To właśnie jego metody prowadzą do przekształceń, czy zwyrodnień świadomości Winstona. To właśnie pod wpływem jego wywodów główny bohater powoli zaczyna akceptować i… kochać Wielkiego Brata, Partię i jej metody. Jego wykład o totalitaryzmie brzmi tak prawdziwie i przekonująco, że Winston najpierw na chwilę, a potem na zawsze… zapomina, że w gruncie rzeczy inkwizytor opowiada o sobie samym i o swoich towarzyszach. Winston słucha: w dwudziestym wieku pojawili się zwolennicy totalitaryzmu: hitlerowcy w Niemczech i komuniści w Rosji. Rosjanie tępili herezję znacznie okrutniej niż inkwizycja. Wydawało im się, że nauczyli się czegoś od przeszłości; w każdym razie wiedzieli, że nie należy przysparzać męczenników. Zanim wystawiali swoje ofiary na pokaz podczas publicznych procesów, najpierw świadomie niszczyli ich godność. Poprzez tortury i izolację przemieniali tych ludzi w obrzydliwe, kulące się ze strachu wraki, gotowe zeznać wszystko, co im kazano, lżyć się, oskarżać wzajemnie i skamleć o litość. A jednak po kilku latach historia się powtórzyła. Główny bohater powieści słucha, a przyoblekając słowa inkwizytora w wyobraźni w kształt – zapomina, że przecież jego także kazał on bić, kazał rzucać na kolana i kopać; że sam dręczył go wymyślnymi urządzeniami do torturowania. Pozwalając Winstonowi myśleć, O’Brien powoli, ale sukcesywnie, przekształca jego świadomość, a bunt kieruje ku samemu sobie. To prawdziwy mistrz kamuflażu, a zarazem morderca najwyższej próby. Czytając o nim nieodmiennie przychodzi na myśl wysoki urzędnik NKWD, który kierował likwidacją obozów polskich oficerów zamordowanych w Katyniu. Ta sama elegancja, nienaganne maniery, dyskutowanie z więźniem i odciskanie w jego świadomości piętna, poczucia winy i przegranej, w obliczu tak dystyngowanych i inteligentnych przeciwników. Winston nie widzi możliwości prowadzenia walki z tak silną Partią, mającą w swoich szeregach tego rodzaju członków i „intelektualistów”. Poddaje się – sprzedaje przeszłe życie, swój bunt, miłość i własną podmiotowość – w zamian wychodzi na wolność, pije alkohol, czuje się bezkarny i… z utęsknieniem czeka na zbawienne rozstrzelanie, które stanowić będzie jakby akt krwawego pojednania z wieczną i niezwyciężoną Partią. Postać O’Briena jest doprawdy intrygująca i nawet Czesław Miłosz w swoim zbiorze wierszy i notatek na kanwie ważkich lektur pt. Nieobjęta ziemia zatrzymuje się na chwilę nad swoistą filozofią inkwizytora. Powieść Orwella jest jeszcze jednym wykładem na temat rewolucji i rewolucjonistów. Angielski pisarz przygląda się takim wydarzeniom u samego ich zarania i dochodzi do smutnego wniosku, wypowiedzianego ustami O’Briena: Nie wprowadza się dyktatury po to, by chronić rewolucję; wznieca się rewolucję w celu narzucenia dyktatury. Celem prześladowań są prześladowania. Celem tortur są tortury. Celem władzy jest władza. Orwell wskazuje, że nie może jeden człowiek czy grupa ludzi narzucać swojego punktu widzenia, pojmowania rzeczywistości i egzystencji, innym ludziom. Nie wolno budować systemów władzy opartych na krzywdzie jednostek i grup społecznych. Jedynie współistnienie i rozwój, w oparciu o zdobycze demokracji, umożliwia prawdziwy, niczym nieskrępowany postęp. Przegrana buntownika Winstona Smitha jest jakby smutnym memento – przypomnieniem, że totalitaryzm potrafi skruszyć nawet najtwardsze kamienie, a koła miażdżące, raz puszczone w ruch, trudno zatrzymać…

 16 stycznia 1982

 Papież Jan Paweł II powiedział, że sytuacja w Polsce pogarsza się, a ludzi zmusza się do uległości. Potępił występowanie stref wpływów w Europie, bo wszystkie narody mają prawo do decydowania o swojej przyszłości. Z kolei Urban zaprzeczył, że stan wojenny zostanie wkrótce zniesiony.

17 stycznia 1982

Prymas Polski Arcybiskup Józef Glemp ponownie w ostry sposób skrytykował władze wojskowe. Powiedział między innymi: W kraju szerzy się wrogie nastawienie do rządu. Trwają aresztowania, robotników zmusza się do podpisywania oświadczeń o zaniechaniu działalności politycznej i podległości. Nie można ciągle zastraszać społeczeństwa. Prymas zaapelował o stworzenie warunków do kontynuowania dialogu. Ambasador Polski w Londynie stwierdził, że otrzymał wiadomość o szybkim zwolnieniu Lecha Wałęsy, ale zaprzeczył temu Górnicki – adiutant Jaruzelskiego. Członkowie Solidarności na Zachodzie zaapelowali o bojkot eksportu żywności z Polski. Junta: Jurczyk stanie przed sądem.

18 stycznia 1982 roku

Władze PRL-u zaprzeczyły, że stan wojenny zostanie szybko zakończony, a Wałęsa nie zostanie zwolniony. Rakowski: Zbyt wcześnie jest jeszcze, by mówić o zniesieniu stanu wojennego. Podczas wizyty w Liege Jurija Breżniewa (syna przywódcy ZSRR), pięćdziesiąt osób pochodzenia polskiego zorganizowało demonstrację, obrzucając go jajkami i powiewając transparentami Solidarności.

19 stycznia 1982 roku

Prezydent Reagan oświadczył, że Ameryka nie zamierza odkładać w nieskończoność oczekiwań nas poprawę życia w naszym kraju. Sytuacja w Polsce – powiedział – w dalszym ciągu się pogarsza. Przetrzymuje się ludzi w więzieniach, Nie ma kontaktów rządu z wolnymi związkami zawodowymi. Stwierdził też, że otrzymał długi list od Jana Pawła II, który w pełni popiera jego dotychczasowe posunięcia.

Do Wolnej Europy dotarły wiadomości, iż jeden z przywódców Solidarności został zabrany z obozu internowanych na luksusowy obiad do ministra Cioska, a kiedy odmówił współpracy z władzami, jeszcze przed podaniem posiłku, zabrano go z powrotem za druty. Zbigniew Bujak w wywiadzie dla „New York Timesa” powiedział, że Solidarność mogła uniknąć konfrontacji 13 grudnia 1981 jedynie schodząc z drogi reform i zdradzając interesy robotników. Stwierdził też, że przewiduje długą, podziemną walkę z władzą, przeciwny jest jednak zamieszkom, choć ich nie wyklucza.

20 stycznia 1982 roku

Podczas audiencji generalnej w Rzymie papież Jan Paweł II powierzył Polskę opiece Matki Boskiej Częstochowskiej. Zaproponował też nielicznej garstce Polaków modlitwę własnego autorstwa.

Rolnicy zostali zmuszeni do przymusowego dostarczania zboża państwu – za każde zakupione 12 kilogramów ziarna siewnego, rolnik musi dostarczyć 10 kilogramów zboża.

Prezydent Reagan ogłosił 30 stycznia dniem solidarności z Solidarnością.Z początkiem lutego nastąpi podwyżka cen żywności od 200 do 400%. Rakowski znowu potwierdził, że stan wojenny będzie utrzymany, dopóki robotnicy nie przyzwyczają się do zaproponowanych cen.

Wczoraj w Warszawie miało miejsce posiedzenie Episkopatu Polski i biskupi wystosowali specjalne pismo do Jaruzelskiego. Wzrasta też ich oburzenie w stosunku do junty. Międzynarodowy Czerwony Krzyż ma zwiększyć pomoc dla polskich szpitali o trzy miliony funtów szterlingów. ZSRR prosi Zachód o pożyczkę w wysokości 130 milionów dolarów. W Warszawie miał się dziś zakończyć proces przeciwko członkom Solidarności, oskarżonym o organizowanie strajków po ogłoszeniu stanu wojennego, ale grupa obrońców sprzeciwiła się żądaniom prokuratora o wydanie wysokich wyroków. Jeden z nich miał nawet zakwestionować status prawny WRON-y.

Dzialania_ZOMO_1982

21 – 23 stycznia 1982 roku

Stefan Bratkowski, w liście otwartym – krążącym po Warszawie – ostro skrytykował władze wojskowe w Polsce. Powiedział, że rządzący sparaliżowali życie polityczne i zrujnowali szansę na porozumienie.

Polska zgodziła się zapłacić resztę odsetek (250 milionów dolarów), które powinna zapłacić już dwa miesiące temu. Czerwony Krzyż wystąpił z apelem o zebranie 22 milionów dolarów na pomoc dla powodzian w Polsce.

Już dwustu intelektualistów podpisało apel o uwolnienie internowanych i zakończenie stanu wojennego w Polsce, m. in. Tadeusz Konwicki, Marek Nowakowski, Andrzej Wajda, Feliks Falk, Krzysztof Kieślowski, Daniel Olbrychski, Edward Żebrowski. Apel skierowano do Sejmu, bo sygnatariusze nie traktują junty jak legalnego rządu.

Francja podpisała kontrakt na zakup wielkich ilości gazu z ZSRR. Umowa opiewa na osiem miliardów sześciennych tego surowca, dostarczanego w okresie dwudziestu pięciu lat. Państwa NATO przeprowadziły w Brukseli rozmowy na temat reakcji krajów sojuszu na wprowadzenie stanu wojennego w Polsce. Ich zdaniem sytuacja w naszym kraju uległa znacznemu pogorszeniu od 13 stycznia. Natomiast „Prawda” pisze, że w Polsce poprawia się produkcja przemysłowa i wszystko wraca do normy.

Ustąpił Wojewoda Gdański Jerzy Kołodziejski, który asystował podczas podpisywania porozumień sierpniowych. W odwecie za postawę Ryszarda Reiffa, w zarządzie PAX-u przeprowadzono szereg zmian i zastąpiono go Zenonem Komenderem. Pierwszym sekretarzem organizacji partyjnej Związku Literatów Polskich został Józef Lenart.

„Prawda” skrytykowała stanowisko Włoskiej Partii Komunistycznej, oskarżającej ZSRR o współudział w decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce. W kościołach odczytano list biskupów polskich, podpisany także przez prymasa Glempa. W Warszawie są dwa pełne domy dziecka, w których umieszczono pociechy odebrane rodzinom internowanych. Internowani z Białołęki i Olszynki Grochowskiej są gdzieś wywożeni milicyjnymi budami.

Papież poparł wezwanie Episkopatu Polski do zakończenia stanu wojennego w Polsce. Sejm rozpoczął obrady i Jaruzelski mówił o perspektywach zakończenia stanu wojennego pod koniec przyszłego miesiąca. Pewne zarządzenia dotyczące przemysłu zostaną utrzymane dłużej. Obecnie w Polsce internowano cztery i pół tysiąca ludzi. Kto chce („Komu się nie podoba…”), może bez kłopotów wyjechać z Polski. W przyszłym tygodniu wznowiona będzie sprzedaż benzyny dla posiadaczy prywatnych samochodów.

 Znowu dzwonił Musiał i umówiłem się z nim na spotkanie u tego Piotra, który mieszka koło szpitala. Okazało się, że to jest malutka kawalerka na ostatnim piętrze i zgromadziło się w niej kilku kolegów Grzegorza. Postawiono wódkę i sok dodoni w puszkach, a potem zrobiono ze mnie „polewoja”, co dało mi pewną przewagę nad nimi. Wódka z sokiem wspaniale wchodziła i szybko poczułem, że miękną mi nogi. Szybko zorientowałem się, że wszyscy zaproszeni panowie są homoseksualistami, a jak Piotr, szpakowaty koleś o wyglądzie playboya usiadł przy mnie i zaczął mi wsuwać rękę za koszulę, myślałem tylko o tym jak stamtąd zwiać. Nalewałem im więcej wódki niż soku, więc w pewnym momencie panowie byli już bardzo pijani i zaczęli wykrzykiwać… Gdy zdjęli spodnie, udałem, że jestem już pijany w sztok i chcę wyjść prze okno z dziesiątego piętra. Powstrzymali mnie przed tym gremialnie, a ja wykorzystałem moment i przemknąłem błyskawicznie do drzwi wyjściowych. Przekręciłem klucz w zamku i wybiegłem na korytarz, a potem nie czekając na windę, sunąłem w dół po schodach. Gdy byłem już w dole miasta, w okolicach nabrzeża Brdy dogonił mnie Musiał i zaczął usprawiedliwiać całe zdarzenie. To taka piękna miłość, bez zazdrości, miłość braterska, czysta i dająca wiele w zamian… – powiedział. Pokiwałem głową i ruszyłem biegiem do przodu, zostawiając go wyraźnie zdezorientowanego.

WIERSZE (1)

Hitler-page-001

DAWNA KOLEKCJA (7)

3557123_m1-vert

Wracam myślą do znaczków trójkątnych z mojej starej kolekcji i przypomina mi się przede wszystkim walor za pół franka z Republiki Środkowoafrykańskiej. Jak później sprawdziłem, cała seria przedstawiała piękne afrykańskie chrząszcze, a temu znaczkowi przypisano zielonkawego przedstawiciela kózkowatych Sternotomis virescens, którego wielu entomologów określa jako żywy klejnot. Owad ten ma długie czułki na głowie i jakże ciekawy zielony rysunek na białym chitynowym pancerzu, a żeruje jak większość chrząszczy pośród starych, spróchniałych drzew, na gałęziach i liściach. Jego specjalne ubarwienie chroni go przed naturalnymi wrogami, większymi owadami, jaszczurkami i ptakami, a wysoce wyspecjalizowane czułki pozwalają poruszać się w różnorodnych przestrzeniach. Ileż godzin spędziłem układając znaczki w klaserze, zmieniając miejsce położenia nowych serii, modyfikując rozmieszczenie pojedynczych walorów. Zdaję się, że ten pojedynczy trójkąt z serca Afryki umieszczałem w jednej linii z tak samo ukształtowanym znaczkiem z Gabonu, prezentującym smakowicie wyglądający owoc Mango, należącym do serii ukazującej owoce tropikalne. I ten znaczek był jedynym reprezentantem serii owocowej, która składała się z kilku znaczków, na których zaprezentowano jeszcze papaję, ananasa, mandarynki, pomelo, pomarańczę, orzecha kokosowego i awokado. Pięknie dobrane barwy, z przewagą zieleni i żółcieni, powodowały, że owoce wyglądały bardzo apetycznie i marzyłem by je kiedyś zjeść. Miało to się zdarzyć po wielu latach, bo w czasach, gdy zbierałem znaczki, egzotyczne owoce nie docierały do polskich sklepów, a jeśli już to tylko w małych ilościach, przede wszystkim kwaśne, kubańskie pomarańcze, hiszpańskie mandarynki czy cytryny z Cypru lub krajów arabskich. Przypominają mi się jeszcze dwa, odłączone od serii, trójkątne znaczki, pochodzące ze wschodniej części Afryki. Wyemitowała je Kompania Niasy, działająca na terenie portugalskiej kolonii Mozambik, mającej koncesję na działalność w latach 1891–1929 na obszarach prowincji Cabo Delgado i Niasy, na północy kraju. Na pierwszym z nich przedstawiono statek flagowy portugalskiego odkrywcy Vasco da Gamy – San Gabriel. Podróżnik popłynął nim do Indii w latach 1497–1499, osiągając subkontynent i wytyczając trasę dla swoich następców. Drugi znaczek, wydrukowany czerwoną farbą, prezentował zebrę, zwierze charakterystyczne dla sawannowych przestrzeni w okolicy jeziora Niasa. Wędrując po różnych zakamarkach moich klaserów, trójkątne znaczki w końcu zostały wymienione na inne i dopiero Internet przypomniał mi je, a do tego ukazał całe serie, do których należały.

« Older entries

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 614 obserwujących.

%d bloggers like this: