WIECZNOŚĆ

    

    Na pożegnanie Aliny Jelińskiej

Żegnajcie zielone oczy żegnajcie
czułe muśnięcia ust –

nigdy nie zapomnę drżenia
ramion kolan i rzęs

byłaś krucha jak błękit
subtelna jak turkus

w długim czarnym swetrze
i obcisłych dżinsach –

żegnajcie puszyste włosy
żegnajcie złączone dłonie

odeszły jaskrawe chwile
w zamglonym lesie

skruszał bukiet zielonych
złotych i czerwonych liści

ale nigdy nie zgasną słowa
miłości i rozstania –

choć został już tylko proch
i czarny atłas mroku

lodowaty szept ostatniego
oddechu

eternity eternity
eternity…

20 września 2017

Reklamy

ALEJA KLONÓW (24)

Chwile sunęły leniwie, jak mętna woda przesuwająca się w kanałach ściekowych, przy chodnikach, jak białe cumulusy, wyłaniające się zza zielonych koron drzew. Któregoś dnia, może to był wtorek, a może czwartek, gruchnęła wieść, że w sobotę przejedzie Aleją Klonów towarzysz Zawadzki. Nie miałem pojęcia, kim był, ale magia dwóch słów „towarzysz Zawadzki” była niesamowita i powodowała, że zacząłem uważnie przysłuchiwać się rozmowom dorosłych. W południe dziadek Mojżesz przyszedł na obiad do mojej mamy i wymądrzał się pomiędzy jedną łyżką rosołu, a drugą, między kęsem mięsa, a kartoflem uwalanym w brązowym sosie.

– To stary komunista, z podejrzaną przeszłością, to Przewodniczący Rady Państwa… ohydna świnia…

– Niech ojciec przestanie, bo jeszcze ktoś usłyszy, doniesie i będziemy mieli problemy – uciszała go mama.

– A czego mamy się bać – podjął wątek mój tata i dodał – to generał dywizji, ale szkolony przez Rusków… na pewno ma krew na łapach…

– Przestań i ty wygadywać takie rzeczy, chcesz trafić do więzienia…? – mówiła teatralnym szeptem mama.

– Świnia, komunistyczna świnia i powinno się ją postawić pod płotem, a potem zastrzelić ze starego mauzera… – gardłował dziadek, popijając obiad piwem z baryłkowatej, zielonej butelki.

– Ale czytałem w gazecie, że to syn hutnika ze Śląska i robota mu nieobca, nawet u Szwabów pracował, i w hucie, i w kopalni też… – powiedział tata.

            – No właśnie – włączyła się znowu mama – to może być porządny człowiek…

– Każdy komunista to bandyta – oburzył się dziadek – złodziej, świnia i diabeł wcielony…

– Co ojciec tak przy dziecku bluźni – zaperzyła się mama – nie wolno tak mówić, bo to przywoływanie złej mocy.

–  Siedział w paru więzieniach, a potem wstąpił do armii i piął się w górę, stopień po stopniu – ciągnął tata.

– Jakby mu kazali strzelić ci w łeb, zrobiłby to natychmiast… – skwitował rozmowę dziadek.

Przeraziłem się nie na żarty i pobiegłem na podwórko podzielić się nowymi wieściami z kolegami z sąsiedniego domu, którzy właśnie grali w kluchę. Wybijali niewielki patyk dłuższym kijem i biegali wokół wyłysiałego trawnika.

– Wiecie, że w sobotę przejedzie naszą ulicą towarzysz Zawadzki? – zapytałem, kładąc nacisk na słowo „towarzysz”.

– A kto to taki…? – zapytał młodszy Marasek.

– Jakiś generał, komunista, a może diabeł jakiś… – odpaliłem od niechcenia.

– Przestańcie, bo ja się boję… – powiedziała dziewczynka mieszkająca obok salonu fryzjerskiego – u nas za ścianą ciągle słychać straszliwe ryki. Mój tata mówi, że w żonę fryzjera wszedł Szatan…

–  Ja tam się nie boję, bo babcia zawiesiła mi na szyi, złoty krzyżyk na łańcuszku – powiedział starszy Marasek.

Był czerwiec, ale mama zwykle wołała mnie z podwórka około siódmej, myła brudne ciało w ocynkowanej wannie, dokładnie czesała włosy, zakładała flanelową piżamę i kładła do łóżka. Po całodziennym bieganiu, gonieniu się z innymi dziećmi, po wdrapywaniu się na drzewa i wyścigach wokół ulicy Kcyńskiej, zasypiałem natychmiast. Tym razem jednak nie mogłem zapaść w sen, a w moich myślach pojawiała się jakaś dziwna postać, ni to człowiek, ni pień klonowego drzewa. W końcu oczy skleiły się na dobre i zacząłem oddychać równomiernie, a dziwna błogość rozlała się po całym ciele. Sen pojawił się niczym film, jakbym otworzył oczy wewnętrzne i znalazł się w jakiejś dziwnej, nieznanej przestrzeni. To było nasze podwórko, ale nie było bramy, ani muru granicznego, zniknęły płytki chodnikowe i trawnik, a wszystko pokrywały bąble krwi, pulsujące lekko i pękające raz za razem. Stałem pośród czerwonej przestrzeni i patrzyłem w dal, poza podwórze, gdzie powinna być Aleja Klonów, ale różowawe i błękitne mgły spowijały wszystko i niczego nie mogłem dostrzec. Ruszyłem przed siebie, a wtedy opary też się poruszyły i nagle ukazała się droga biegnąca w stronę horyzontu. Z dala nadjeżdżał jakiś silnie oświetlony pojazd, a nad nim leciały stada gawronów, kawek i pasiastych ryb, przypominających okonie i szczupaki. Dopiero gdy pojazd przybliżył się, zauważyłem, że jest to wielka, czarna, odkryta limuzyna, w której stoi mały człowieczek w drucianych okularach, jako żywo przypominający sprzedawcę gazet, z kiosku na rogu ulicy. Światła oślepiły mnie na chwilę, a gdy przyzwyczaiłem się do ich intensywności, stało się coś przerażającego i tak nieprawdopodobnego, że zacząłem płakać przez sen. Mały człowieczek urósł nagle do wielkości najwyższego klona z naszej alei, a na jego skroniach pojawiły się wielkie, skręcone rogi. Marynarka pękła na strzępy i wydostało się z niej wielkie cielsko, pokryte czarną szczeciną, ręce zamieniły się w drapieżne szpony, a trzonowe zęby wydłużyły się i wyostrzyły jak u wampira. Pochylił się nade mną i zawył straszliwie, a pulsujące bańki krwi pękły w jednej chwili i zrosiły się na moim ciele, jakby ktoś chlusnął mnie z wiadra świeżo utoczoną świńską posoką. Wrzasnąłem jak opętany i skoczyłem z łóżka, ale już była przy mnie mama i przyciskała mnie do piersi.

– Śpij synuś spokojnie… co też ci się takiego przyśniło…? – pytała wystraszona.

– Towarzysz Zawadzki… towarzysz… wydukałem łkając i drżąc na całym ciele.

Wkrótce nadeszła długo oczekiwana sobota i zaraz po śniadaniu pobiegłem ku Alei Klonów, gdzie gromadziło się wielu ludzi. Stanąłem naprzeciw bramy do naszego podwórka, przy asfaltowej jezdni, i przyglądałem się wszystkim dookoła. Tuż przy mnie stał Janek Wodogłowiec i wykręcając głowę, machał jakąś papierową, biało-czerwoną chorągiewką, upapraną w psim łajnie. Za nim stała rozkrzyczana, wielka grupa harcerzy, w szarych i zielonych mundurkach, z trójkątami żółtych chust na plecach i z fińskimi nożami przy paskach. Ledwie przyszli, zaczęli skandować:

– Młodzież z partią… młodzież z partią…

Nieco dalej zauważyłem trzech kominiarzy w czarnych uniformach ze srebrnymi guzikami, a przy nich rozchichotaną Yvette, żonę fryzjera, wystrojoną jak dziwka w koronki i woalki. Po drugiej stronie ulicy ulokowało się kilku masarzy, w białych fartuchach i cały oddział wojska, z karabinami na ramionach. Wszędzie widać było dzieci, przebiegające ulicę, zatrzymywane w pół drogi przez milicjantów i kierowane z powrotem ku miejscu, skąd ruszały. Po obu stronach stało też wielu dorosłych, a przy jednym z drzew zauważyłem mojego dziadka rozprawiającego z garbatym teściem sprzedawczyni ze sklepu spożywczego. Jakże uradowało się moje serce, gdy nagle mój tata podjechał wielkim Jelczem z zakładów rowerowych i przywiózł wielu, wielu pracowników, którzy wysiadając znajdowali sobie miejsce na skraju asfaltu i szybko rozpościerali flagi, transparenty propagandowe i sztandary zakładowe. Niektórzy z nich zaczęli zasłaniać mi widok, więc bezpardonowo przeciskałem się do przodu, przechodząc pod ich nogami, sunąc sprytnie po ziemi ku wolnym przestrzeniom. Po jakimś czasie tłum zaczął falować i zewsząd dolatywały radosne okrzyki:

– Jeeeedzieee… Już jeeeedzieee… Niech żyje… Niech żyje Przewodniczący Rady Państwa…

Chciałem wyjść na ulicę, by zobaczyć, co dziej się w dali, ale nagle znalazł się przy mnie dziadek i szepnął mi do ucha:

– Gdzie się tak pchasz kozi boblu, chcesz, żeby ta świnia ciebie stratowała…?

Odsunąłem się wystraszony, a wtedy dziadek uniósł mnie w górę i posadził na swoim karku, skąd miałem wspaniały widok. Tłum falował, słychać było wiwaty, okrzyki zachwytu, a czasami odzywał się jakiś pieśniarz, zawodzący pierwsze zwrotki Międzynarodówki i cichnący szybko, jakby ktoś mu zamykał usta dłonią. Dziadek trzymał mnie za ręce, a czasem puszczał je i opierał na moich nogach, na których miałem podziurawione, czerwone rajtuzy.

– Jedzie ta świnia bolszewicka… – szepnął i przesunął się ze mną nieco do przodu.

Spojrzałem w lewo i zobaczyłem wielką, odkrytą, czarną limuzynę, a w niej niepozornego człowieka w ciemnym garniturze i drucianych okularach na nosie. Miał dość bujną, czarną czuprynę, z długą grzywką, jak u robociarzy, zaczesywaną na bok. Co jakiś czas machał to prawą, to lewą ręką, pozdrawiał tłumy i mówił coś do mężczyzn, siedzących z nim w aucie. Nagle spostrzegł mnie, siedzącego na ramieniu dziadka, nakazał zatrzymać samochód i wyciągnął ku mnie ręce. Dziadek w pierwszej chwili cofnął się z obrzydzeniem, ale lekko popchnięty przez milicjanta, ruszył ze mną do limuzyny, z której wyskoczyło dwóch rosłych panów w czarnych garniturach i podało mnie towarzyszowi Zawadzkiemu. Ten rozpromienił się, uniósł mnie w górę, jak generalissimus Stalin dziecko z pochodu pierwszomajowego. Z namaszczeniem złożył pocałunek na moim czole, a potem nakazał mnie oddać z powrotem czerwonemu ze złości dziadkowi, który natychmiast pociągnął mnie poza tłum i powędrował do domu. Nie mógł się uspokoić, palił papierosa za papierosem i pociągał wino z wielkiej butelki. Usiadłem na krześle, przy stole i zacząłem bawić się niewielkim samochodem z plastiku i blachy, do którego wsadziłem ludka z czerwonej plasteliny.

– Uwaga, uwaga – pokrzykiwałem – jedzie towarzysz Zawadzki… towarzysz Zawadzki…

Dziadek popatrzył na mnie z wyrzutem, uniósł okopconym haczykiem fajerki na piecu i splunął rzęsiście do ognia. Odwrócił się do mnie, pogroził palcem i poszedł do swojego warsztatu kleić i szyć nowe buty.

– Job twoja mać… usłyszałem jeszcze przez niedomknięte drzwi, a potem wszystko ucichło i tylko raz po raz słychać było w pustym domu moje radosne okrzyki:

– Jedzie, brrrr…. jedzie towarzysz Zawadzki… towarzysz… Zawadzki… Niech żyje… niech żyje…

 

ŚWIATŁOŚĆ ŚWIATA

Światłość odgrywa wielką rolę w rozumieniu świętości i bywa jej najczęstszą egzemplifikacją, pozwalającą zbliżyć się  do numinotycznej nieuchwytności i wyjątkowości. Oświetlenie mroku staje się dyrektywą dla proroka i kapłana, a nade wszystko jest domeną Stwórcy, który świat wydobył z ciemności, mówiąc: Niech się stanie światłość! To było porządkowanie chaosu, wydobywanie z niebytu kształtów i ożywionych przestrzeni, lasów i pól, zwierząt i ludzi. Tak jak woda i powietrze, jak ogień i ziemia, staje się światło piątym żywiołem elementarnym, pośród którego bytujemy i możemy działać, dookreślać to, co już zrobiliśmy i widzieć wszystko kontrastowo, wyraziście. Światło ożywia przestrzeń, czy to poczęte z ognia, czy ze słońca, staje się elementem konstrukcyjnym każdego obrazu, każdej cząstki widzialnej, każdej barwy i walorowo rozmytego odcienia. Szczególnie zajmowało ono wielkich malarzy i rzeźbiarzy, którzy jego zrozumienie stawiali sobie za cel główny, a osiągając skończoną wiedzę o nim, tworzyli dzieła, w których ukazywali jego tajemną grę na twarzach ludzi i pośród przeróżnych krajobrazów i pór roku. Wielką rolę odgrywa też światło w kontekstach symbolicznych walki dobra z niegodziwością, gdzie przyporządkowane jest dobru i staje się antytezą ciemności, czyli zła. Dlatego wielkie postaci światowych religii wychodzą ze światła, a nawet stają się lampą, latarnią morską, wskazującą właściwy kierunek w drodze do ostatecznego portu. Chrystus wręcz mówi do apostołów: Ja jestem światłością świata, kto we mnie wierzy, będzie żył na wieki, a św. Jan wskazuje jeszcze wagę uświęconego słowa: W nim było życie, a życie było światłością ludzi. Trudno się zatem dziwić, że także poezja, obcująca stale z nieuchwytnością sensów i stanów duchowych, starająca się nazywać to, co niedotykalne, sięga do symboliki światła, jako domeny wieczności i niematerialności, natchnienia, wiedzy i intuicji. Dante Alighieri wskaże w Boskiej komedii jego wagę dla poety: O ty, poetów światło i zaszczycie!/ Niech mię zalecą miłość i uwaga,/ Com z nią na myśli/  twojej szedł wykrycie./ Ty jesteś Mistrz mój, ty moja Powaga – a Zygmunt Krasiński ukaże porażkę Pankracego z Nie-Boskiej komedii jako zwycięstwo Chrystusowej światłości nad mrokiem: Jak słup śnieżnej jasności stoi ponad przepaściami – oburącz wsparty na krzyżu, jak na szabli mściciel. – Ze splecionych piorunów korona cierniowa. To jest świetlna symbolika ostatecznej potęgi Chrystusa i jego roli w kształtowaniu się historii ludzkości, kroczącej za blaskiem.

Antonio, bohater liryczny ostatnich tomów wierszy Ks. Jana Wojciecha Pomina bytuje pośród światła, a choć często wkracza w rewiry cienia i mroku, czyni to, by z jeszcze większą mocą opowiadać się po stronie jasności, wskazywać antytetyczność dobra i zła. Charakterystyczny jest tutaj wiersz otwierający nowy tom pt. Moja liryka, w którym pojawia się symbolika ornitologiczna, spleciona konkretnie z kreacją świetlną i wydobywaniem barw z ciemności: Moja liryka/ jest wielobarwna/ ma różne odcienie/ podobne do stwórczej/ kreacji ptaka// spłoszona/ z gałązki Światła/ przebita promieniem/ odlatuje w przestrzeń/ otwartego powietrza/ zerwana z rzeczywistości/ czasem coś zostawia// na krzewie zostaje/ drgająca struna/ instrument myśli/ do powstania kompozycji/ różnej dla zmysłów ucha/ może ma wymiar piękna. Ptaki należą do świata widzialnego, a tam konstruktorem jest światło, bez którego nie widzielibyśmy barw i refleksów na piórach. Podobnie jest z liryką, nieuchwytną jak ruch gałązki po oderwaniu się od niej skrzydlatego mieszkańca przestworzy:  moja liryka/ jest w różnych barwach/ otwarta na tropy poznania/ w szerokiej gamie/ i wielkości twórczej/ od kolibra do albatrosa/ może jest fruwająca. Lotność i świetlistość to atrybuty liryki najdelikatniejszej, subtelnie prezentującej określoną wizję rzeczywistości, funkcjonującej w ściśle określonym czasie, jak każdy człowiek, od poczęcia do zgaśnięcia świadomości. Antonio, alter ego autora, ubrany w świetlistość, staje się sakralnym przewodnikiem po świecie i gdzie nie padnie jego wzrok pojawia się uświęcenie, jakikolwiek obraz nie wydobędzie z niebytu, zyskuje on symboliczną głębię. Nawet jeśli to jest zbocze góry, albo rosnąca na nim tarnina, nawet jeśli to jest grzeszny człowiek, Antonio zawsze szukać będzie światła, a jego największym pragnieniem będzie odsuwanie mroku i zastępowanie go czystością i pełnią światła. W takim rozumieniu jego misja przypomina misję Chrystusa jako nosiciela światła i jest kontrapunktem dla zachowań lucyferycznych, wskazuje fałszywych proroków i upadłych aniołów, którzy nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że zostali strąceni z firmamentu niebieskiego. Patrząc na wszystko z boku, z lotu ptaka, z wnętrza świątyni, Antonio oprawia chwile w mądrość ewangeliczną i stara się sprowadzać zagubione byty na właściwą drogę. Wyprowadza je nieustannie z ciemności i podążając na czele pochodu, kieruje się ku blaskowi spełnienia, ku szczęśliwości wiecznej, ku światłu wiary, oddalającemu czerń śmierci i bolesną myśl o ostatecznym rozpadzie ciała.

Niestety Antonio egzystuje w świecie, gdzie obok aniołów pojawiają się ogromne rzesze demonów, gromadzące się na placach i wrzeszczące, bełkoczące coś niezrozumiale. On zna doskonale te odgłosy, dobiegające jakby z głębin piekielnych i rozumie ich wymowę, która zawsze jest satanistycznie jednoznaczna: Demony/ wyczuły pogodę/ co prawda/ deszczową słotę/ przyjęły realną wizję/ realne objawienie/ wcieloną obecność/ ulicznym pochodem/ demony/ o ludzkich twarzach/ opętanym krzykiem/ walczą o prawo/ do śmierci/ by zamknąć oddech/ przed zewnętrznym/ naturalnym powietrzem. Jakże bolesne musi być dla Antonia kontemplowanie ludzkiego zgiełku, schodzenia tłumów z drogi światła i wkraczania w rewiry absurdalnej ciemności. Subtelność tej poetyckiej kreacji nie pozwala na jednoznaczne nawiązywanie do wydarzeń politycznych, do zachowań społecznych, ale symbolika, jaką posługuje się bohater liryczny Pomina jest wyrazista i nie pozostawia złudzeń o co chodzi i jacy pojawiają się w niej fałszywi przewodnicy. To jest modlitewna i liryczna kontemplacja, ale mająca właściwości terapeutyczne, stająca się nauką wiary i wykładnią istnienia w zgodzie z Boskimi nakazami. Każdy, kto rozumie poezję i kto przeczyta ten tom, zrozumie, że jego bohaterami są ludzie, których mijamy na ulicy i ci, których widzimy w telewizji, słyszymy w radiu – gardłujący na wielkich wiecach i stający się przewodnikami czarnych marszów.  Ale przecież jest inna perspektywa, inna rzeczywistość i to z niej:  Antonio/ z boku i tylko z daleka/ patrzy na czarną sotnie/ niosącą pogardę w sobie/ walczącą parasolami/ ze Światłem/ i życiodajną kroplą/ wody deszczowej. Absurd walki przy pomocy parasoli został tutaj skontrastowany ze światłem i życiodajną kroplą wody, a w dalszym planie z chrztem świętym. Poezja Ks. Jana Wojciech Pomina zawsze była polemiczna i jej autor nie wahał się przy podejmowaniu tematów trudnych, ustawiających go natychmiast po jednej ze stron barykady, ale zarazem zawsze pojawiała się w niej znamienna stylizacja liryczna, wyraźnie obrysowany bohater, jak Pan Cogito Zbigniewa Herberta, stający do konfrontacji z siłami zła. Antonio także jest maksymalistą i prowadzi swoją walkę w sytuacji beznadziejnej, stale się komplikującej i zastawiającej pułapki na rycerza światła, ale przecież stoi po jego stronie, trwa przy cierpieniu, opowiada się za strażą na straconych pozycjach do samego końca, wybiera barwy ptasich piór i kwiatów, a nade wszystko ludzi, w których oczach dostrzega pierwotny blask stworzenia. W takim rozumieniu staje się samym światłem i skutecznie oddala ciemność, każdym słowem nawiązuje do swojego credo: Czas Światła/ jest i nie gaśnie/ istnieje nieugięty/ i niezmienny/ od zawsze. Od zawsze… czyli wiecznie… nawet po zgaśnięciu ludzkiego czasu.

 

STO WIERSZY POLSKICH (XXV)

Zbigniew Jerzyna

* * *

Ja, który biegłem myślą za ptakami,
Idąc krawędzią dnia.
Nie potrafiłem głodów swoich karmić,
Bo żyłem w snach.

Ja, który ręce zaplotłem nad trwaniem,
Nie załamując rąk.
Wiem, co ostatnim będzie mi posłaniem.
Bo jest we mnie ─ widno-krąg.

Ja, który światło wzniosłem nad wodami,
Mętnie płynących rzek.
Wiem, że mnie więcej ciemność nie omami
─ widząc swój brzeg.

Zbigniew Jerzyna (1938–2010) należał bezsprzecznie do najwrażliwszych poetów swojego pokolenia, chociaż nigdy nie osiągnął takiej sławy jak nieco tylko starszy Stanisław Grochowiak czy – nieomal rówieśny mu – Edward Stachura. Jego pasje pisarskie miały zakrój maksymalistyczny, ale życie wielokrotnie złamał mu alkohol i przyjaźnie z pisarzami i artystami owładniętymi tym nałogiem. Będąc ważnym reprezentantem powojennej bohemy artystycznej, wydawcą i krytykiem, Jerzyna z trudem, po latach, uwolnił się od swoich demonów, co niestety przyniosło też obniżenie aktywności twórczej. Nie zatracił jednak nigdy przenikliwości widzenia i przekonania, że poezja jest domeną bytów wybranych, specjalnie przygotowanych przez życie i dotkliwie uwrażliwionych. Obcując z nim, czuło się, ze nieustannie myśli o ludziach, ich zachowaniach i analizuje przestrzeń, w której się znalazł. To była czujność liryczna, sięgająca często do samej istoty rzeczywistości, do głębi ontologicznych – to było próba tworzenia epistemologii codzienności. Ważną sprawą była tutaj też akceptacja, bo jak Jerzyna kogoś zaprosił do swojego świata, nie wyobrażał sobie by kiedyś mogło go tam zabraknąć. Dlatego tak dramatycznie przeżywał śmierci przyjaciół, nagłe odejścia, które dosłownie druzgotały jego świadomość i powodowały, że stale wracał do tych momentów i analizował przyjaźnie z perspektywy pośmiertnej. Tak też tworzył swój prywatny panteon, w którym znaleźli się koledzy z podwórka i znani pisarze, dziwacy tacy jak Himilsbach i Maklakiewicz, ale też filozofowie i literaturoznawcy, dziennikarze i wielu, wielu poetów. Oddanie w przyjaźni, braterstwo i zaufanie, prześledzić można na podstawie listów pisanych do Jerzego Szatkowskiego i publikowanych periodycznie w „Okolicy Poetów”. Widać w nich jak wielką osobowością dysponował i jak musiał się męczyć, redukując wymiary samego siebie, czasem świadomie niszcząc to, co osiągnął, a innym razem wznosząc się gwałtownie ku wyżynom kultury polskiej.

Jerzyna dokumentował swoje życiowe rozedrganie w dramatycznych wierszach, w których nieustannie wskazywał przenikanie się przestrzeni. Mówił: Ja, który biegłem myślą za ptakami,/ Idąc krawędzią dnia./ Nie potrafiłem głodów swoich karmić,/ Bo żyłem w snach. – i była to skarga na świat, do którego nie mogła się dopasować jego wyobraźnia i wyjątkowa przenikliwość. Bieganie myślą za ptakami, to podkreślenie lotności i lekkości, to pochwała niezależności i bezgranicznej wolności, to życie bez ograniczeń przestrzennych i możliwość patrzenia na wszystko z góry. To także kontrapunkt dla wędrówki ziemskiej, nawet jeśli poeta błąkał się po krawędziach dni, nawet jeśli dochodził do miejsc finalnych. Latanie zawsze kojarzy się z żywiołem powietrza, a krawędź z wyraziście obramowaną materią, pojawia się w obrębie dynamiki ziemi, także ciało, głód i pożywienie przynależą do sfery śmiertelności ziemskiej. Poeta zaznacza w wierszu bolesne pęknięcie, które zaczyna się w przestrzeni, a kończy w jego świadomości i zarazem onirycznej nieświadomości, bo przecież najpełniej żyje w snach. Każdy człowiek oddaje nieistnieniu połowę życia, każdy byt zatapia i rozmywa się we śnie, niczym jasna smuga pośród błękitu nieba. Trzeba umieć jednak dostrzec swoją tragedię cielesną i elementarne rozchwianie, bytowanie tu i tam, istnienie i niebyt, upływ czasu i i atemporalną wieczność. To jest skarga, a zarazem wskazanie filozofii mortualnego istnienia, bolesnej rany, która nigdy się nie zagoiła, bólu, który wciąż przypominał, że cielesne byty wędrują skrajem dnia ku rozpadowi. Nicują same siebie w snach, a wyrywając się myślą ku ptakom, spadają boleśnie na ziemię, odczuwają wciąż głód nie do wyobrażenia. Tylko pozornie zderzają się tutaj sensy, bo bieg przypisany został myślom, a wędrówka zatopieniu w ziemskim dniu – tylko przez chwilę nie potrafimy połączyć w jednię ptaków, głodu i snów, ale przecież – jak uczył Gaston Bachelard – wszystko w prawdziwej poezji ma swoje konotacje żywiołowe, wszystko się w niej przenika i wszystko podąża od antytezy do metafory, od nicości do wiedzy.

Życie bywa trudne, trwanie w bycie generuje nieustanne zagrożenia i tylko uświadomienie sobie własnej ułomności, pozwala zrozumieć dialektykę istnienia. Poeta rozumie, że trzeba zapleść ręce nad trwaniem, ale ich nie załamywać, a to znaczy, że trzeba wciąż być gotowym na podjęcie trudu, na podniesienie ciężaru albo podciągnięcie się w górę. Ręce są elementem naszego człowieczeństwa, uruchamiają zmysł dotyku, który w przypadku utraty wzroku, przejmuję jego funkcję. Ruchliwość i sprawność rąk pozwala iść przez życie i tworzyć w nim nowe przestrzenie, a ich manualność jest darem, który trudno przecenić. Poeta wprost wiąże ręce z życiem i czyni je magicznym instrumentem poznania. To dzięki nim i ich magii – mówi: Wiem, co ostatnim będzie mi posłaniem./ Bo jest we mnie ─ widno-krąg. Pracowitość, która tak charakteryzowała Zbigniewa Jerzynę, wykorzystywanie wszelkich atutów rąk, dało mu za życia wiedzę pośmiertną i wizję ostatniego posłania. Dla poetów takich jak on może nim być tylko potężna metafora, coś co będzie końcem i początkiem, co da się umiejscowić, a zarazem czego nie da się uchwycić. Widno-krąg, to przecież nie jest widnokrąg, który obserwujemy w naturze, to nawet nie jest ekliptyka planety – to właśnie metafora, którą staje się po rozdzieleniu dwóch słów krótkim myślnikiem. Widnokrąg przestaje wtedy być linią horyzontu, a staje się nośnikiem energii fotonowej, rozświetlającej wnętrze poety. Widno, to znaczy widzialnie, wyraziście, nieomal dotykalnie – to ukryte wewnętrzne potwierdzenie świetlistości, rozpromienienia, życia i istnienia w sferze widzialnej. Z kolei krąg – np. wg Georgesa Pouleta – to obietnica metamorfozy, przekształceń zaczynających się w punkcie alfa i kończących się w chwili omega, to zapewnienie, że godzimy się na cykliczność, otwieranie się i zamykanie nowych okręgów. Poeta wprowadza tutaj czytelnika w obręb zmian kosmicznych, gdzie obieganie gwiazd przez planety staje się wyznacznikiem czasu i ustala parametry widzialnej przestrzeni. Jego metamorfoza, jego krąg, to droga od narodzin do śmierci, z ostatnim, kosmicznym posłaniem, to przejście od materii ożywionej do martwoty, to zgaśnięcie płomienia i lodowaty chłód wieczności.

Powinnością poety jest oświetlanie mrocznych rewirów, odsłanianie nieuświadamianych tajni, wydobywanie kształtów z otchłani. Może on to uzyskać poprzez autokreację i utrzymywanie wysokiego poziomu intelektualnego tworzonych wierszy i książek. Jedni jego postawę uznają za uzurpację, inni nazwą to zarozumialstwem, a jeszcze inni zarzucą mu autoreklamę. On jednak musi trwać na swoich pozycjach i mówić:  Ja, który światło wzniosłem nad wodami,/ Mętnie płynących rzek./ Wiem, że mnie więcej ciemność nie omami/ ─ widząc swój brzeg. Każdy poeta uczestniczy w jakiejś kosmogonii, choćby przez zakorzenienie we wszechświecie, nieustannie się rozszerzającym i będącym echem stworzenia, ale poeta, taki jak Jerzyna, poczyna też światło na potrzeby prywatnego aktu stwórczego, chwili pozwalającej mu zobaczyć nadużycia mroku, mętność wód rzeki Heraklita i twardość brzegu, na którym stanął. Nie czuje się Bogiem stwarzającym świat, ale jego akt rymuje się z pierwszym słowem i pierwszą drobiną światła. Tak rodzi się w nim pewność, że idzie właściwą drogą, bytuje we śnie i w realnym świecie, widzi to, co jawne i to, co zakryte. Stale próbuje rozwikłać zagadkę samego siebie, krzepiąc się zapewnieniami, wypowiadając słowa magiczne i zwykłe. Rymy, pojawiające się w tym wierszu, są rodzajem archaicznej stylizacji, ale zderzenia sensów przenoszą utwór w obręb poezji nowoczesnej, filozofii i teogonii – to co proste i zdawać by się mogło konwencjonalne – pulsuje tutaj energią podskórną, staje się krwioobiegiem wielkiego organizmu kosmicznego. Trzykrotne podkreślenie autorskiego „ja” jest wskazaniem, że kreatorem, stwórcą chwil i słów jest poeta, znający wartość swojej egzystencji – byt mający świadomość, że wszystko kończy się na ostatnim posłaniu, wraz z ostatnią chwilą i zgaśnięciem światła. Ten, który nie waha się przywoływać samego siebie, został wybrany przez słowo i nadał mu głębszy sens, wyodrębnił boskie brzmienie z chaosu i zapisał na zawsze swoje istnienie w strukturze i znaczeniu wiersza. I tylko tak mógł się ocalić, i tak miało być, tak miało się wszystko potoczyć – tak poeta miał wejść niedostrzegalnie do krainy snu i pozostać w niej na zawsze. Tak wieczny sen miał stać się jego ostatnim posłaniem…

 

Zapisz

DWIE PISARKI

Historia literatury polskiej zna wiele przypadków kultywowania rodzinnej tradycji literackiej przez synów, córki, wnuki i dalsze pokolenia potomków. Począwszy od wzruszających dzieł biograficznych Władysława Mickiewicza, na temat ojca, poprzez prace edytorskie i przyczynkarskie krewnych Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Broniewskiego, Tuwima czy Jastruna. Nie dziwi zatem szczególne zainteresowanie twórczością Wandy Dobaczewskiej, jej wnuczki Heleny, która stworzyła książkę tyleż rodzinną, co w pełni integralną literacko, ukazując dalszy kontekst twórczy zaczynu i fermentu swojej szacownej krewnej. Najważniejsze było tutaj zachowanie dorobku poetyckiego i przeniesienie go ku nowym czasom: „Wiersze z żywego drzewa” to prezentacja twórczości związanej z pielęgnacją tradycji rodzinnych i popularyzacją regionu. Wiele utworów jest inspirowanych przez najbliższych i grono przyjaciół. Tę pokoleniową twórczość Wandy Niedziałkowskiej-Dobaczewskiej i Heleny Dobaczewskiej-Skonieczki splata głęboki i szczery regionalizm, a więc miłość do swojej „Małej Ojczyzny”, którą było Wilno, potem Żnin, a łączy to wszystko Bydgoszcz. Dlatego całość publikacji składa się z trzech części: Wilno, Żnin i Bydgoszcz. W części wileńskiej zamieściłam wiersze sprzed stu lat pisane w Wilnie przez Wandę. To przedruki z wydanych przed wojną tekstów, których nakłady już dawno są wyczerpane, osiągalne tylko w niektórych bibliotekach. Tym większa zasługa edytorki i współautorki, tym wartościowsza jej praca, której efekty oddziaływać będą na czytelników bardzo długo. Krytyka literacka skłonna jest do poszukiwań negatywów i tutaj może kwestionować ukazanie w jednym tomie utworów dwóch literatek, jakże różnych i kontrastowych, ale przecież chodzi o manifestację więzi rodzinnych i ukazanie tego, co osiągnęła Wanda Dobaczewska pośmiertnie. To jej wrażliwość i opiekuńczość, a potem studia nad jej dorobkiem, „wykreowały” kolejną literatkę w rodzinie i wyposażyły ją w takie narzędzia pisarskie, iż stała się ona ważną uczestniczką życia literackiego w Bydgoszczy, a w konsekwencji dały jej członkostwo w Związku Literatów Polskich i rozprzestrzenienie dorobku na cały kraj.

Wanda Dobaczewska (z Niedziałkowskich) urodziła się w ostatnim dziesięcioleciu dziewiętnastego wieku, a jej działalność literacka zaczęła się już w wieku dziewiętnastu lat, kiedy to w roku 1911 opublikowała swój pierwszy wiersz w piśmie „Pobudka”. Czytelnicy nie musieli długo czekać na pierwszy tom liryków, który ukazał się w Wilnie w 1920 roku (Na chwałę słońca), a do wybuchu II wojny światowej autorka miała już w swoim dorobku cztery opublikowane książki poetyckie, dwie powieści i nowele. Dalszy rozwój kariery literackiej tej płodnej pisarki może doprawdy szokować – jak podaje jej wnuczka: „Za swoją aktywną działalność literacko-kulturalną w Wilnie odznaczona została Złotym Krzyżem Zasługi (1930). Była jedną ze znanych postaci wileńskiego ruchu niepodległościowego, oświatowego i publicystycznego. W 1935 r. otrzymała Nagrodę im. Filomatów za powieść pt. Zwycięstwo Józefa Żołądzia. W tym samym roku minister nadał jej, na wniosek Polskiej Akademii Literatury, Srebrny Wawrzyn Akademicki. W 1927 roku została członkinią Związku Zawodowego Literatów Polskich, a od 1933 roku wiceprezesem wileńskiego oddziału ZLP. Była jedną ze współorganizatorek Wileńskich Śród Literackich. Współpracowała także z wieloma pismami: „Kurierem Litewskim”, „Przeglądem Litewskim”, „Słowem”, „Światem”, „Południem”, „Robotnikiem”, kwartalnikiem „Środami Literackimi” (1935-1937). Artykuły o tematyce historyczno-kulturowej w latach 1934-1938 publikowała w „Pomocy dla Nauczycieli”. Jej utwory ukazywały się także w „Almanachu Literackim” oraz „Kurierze Lwowskim” i „Głosie Młodych”. Wszędzie manifestowała miłość i silny związek z „małą ojczyzną”, którą w okresie międzywojennym była Wileńszczyzna”. W 1946 roku ukazała się najbardziej znana powieść Dobaczewskiej, zatytułowana Kobiety z Ravensbrück, nawiązująca do jej tragicznych doświadczeń więźniarki nazistowskiego obozu śmierci. Dalsza działalność, czy to w Toruniu, czy w Bydgoszczy, czy wreszcie finalnie w Żninie, nacechowana była ogromną aktywnością twórczą. Od 1951 roku opublikowała dalszych siedem powieści, współpracowała jako krytyk z „Arkoną” i „Pomorzem”, angażowała się w życie kulturalne Pomorza i Kujaw oraz Pałuk. Pisarka zmarła w roku 1980 i została pochowana na cmentarzu w Żninie, stając się patronką Szkoły Podstawowej w Gąsawie, jednej z ulic Żnina, a także Uniwersytetu III Wieku.

Wiersze wileńskie Wandy Dobaczewskiej znakomicie oddają piękno i wielokulturowość stolicy Litwy. Pośród jej zaułków i majestatycznych budowli sakralnych kwitło życie kulturalne od czasów Kazimierza Macieja Sarbiewskiego, Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Józefa Ignacego Kraszewskiego, a potem Tadeusza Konwickiego, Czesława Miłosza, Witolda Hulewicza, żeby wymienić tylko najbardziej kontrastowe osobowości twórcze. Dobaczewska nawiązuje do naszej chwalebnej przeszłości patriotycznej, do chwały oręża i dorobku wielu pokoleń Polaków, którzy mieszkali w Wilnie i kształtowali charakter tego miasta. Ale ważne są tutaj też nawiązania do naszej romantycznej tradycji literackiej, ze szczególnym uwzględnieniem Adama Mickiewicza i jego ogromnego wpływu na kulturę polską. W jej wierszach pojawiają się postaci znamienne dla tej epoki, jak choćby Śniadecki, Jeżowski, Czeczot, a potem Marszałek Piłsudski i jego legioniści. Najciekawsze są jednak przybliżenia Wilna, z jej charakterystycznymi, barokowymi kościołami i wieżycami, z licznymi, wijącymi się ulicami, cmentarzami, leniwie sunącą Willią i Wilenką. W tych przestrzeniach pisarka dorastała i właśnie tam, w kontaktach z elitą intelektualną miasta, kształtowała się jej osobowość i rodziła niezwykła kreatywność. Autorka podkreśla wyjątkowość miejsca, a także jego wiekowość, ciąg zdarzeń przypisany konkretnym przestrzeniom: Stare zaułki, stare kamienice…/ wilgotną pleśnią porośnięte mury…/ w dziwacznych skrętach/ biegnące ulice…/ błękitne niebo,/ nad miastem u góry… Tak Dobaczewska wpisuje się do ogromnej antologii twórców piszących o tym mieście i wyrażających zachwyt nad jego oryginalnością i nieustającym rytmem kulturowym. Zaowocował on tak znakomitymi osobowościami pisarskimi jak Mickiewicz i Miłosz, ale przecież należałoby tutaj wymienić wielu twórców, pośród których autorka Podwórza uniwersyteckiego  też ma swoje znaczące miejsce. Już w momencie publikacji utworów wileńskich pojawił się u Dobaczewskiej model wiersza prostego, pełnego liryki, tętniącego uczuciami i barwnie odtwarzającego świat. W prezentowanych w tym tomie tekstach z innych okresów, powstających w innych przestrzeniach geograficznych i w innych miastach, łatwo odnajdziemy podobne nastawienie twórcze i inspirację pięknem, czystością i ładem estetycznym. To, co miało swój początek w wierszach patriotycznych i wileńskich, ugruntowało się w naturalistycznych obrazach tomu pt. Na chwałę słońca, a swoje zwieńczenie znalazło w późnych lirykach pałuckich. Łatwo dostrzeżemy tutaj konsekwencję artystyczną i jakże chwalebną dążność do odzwierciedlania piękna świata, pozostającą w opozycji do dziejowych dramatów i tragedii, których pisarka była uczestniczką.

Sporo z tej aury i tych zauroczeń przeniknęło do poezji Heleny Dobaczewskiej-Skonieczki, choć autorka znalazła też własny wyraz oryginalnej twórczości. Pisałem o niej w Posłowiu do jednej z książek: „Liryka ta odzwierciedla harmonię natury, w której jest prostota i pełnia, czystość i oryginalność, a nade wszystko odbicie doskonałości Stwórcy. To ambitne poetyckie zadanie, by w słowach zawrzeć to, co jest elementem wielkiego systemu kosmogonicznego, co podąża od niebytu do świętości. Tylko w transcendencji lirycznej dostrzec można, że kropla nicości opalizuje barwami, połyskuje światłem, a jej znikomość da się porównać z zanikaniem kształtów w mroku, z wyłanianiem się perkozów i nurków z mgły. Analizując kolejne tomy autorki, konsekwentnie publikującej od lat, widzimy ciągłość doświadczenia poetyckiego i jej nieustającą czujność liryczną – umiejętność wyodrębnienia zdarzeń i ludzi, ich przestrzeni życiowych i indywidualnie moderowanych artefaktów. Człowiek jest tutaj częścią natury, ale też integralnym bytem, dekodującym doskonałość pierwotnej kreacji, aktu ciągnącego się od zamierzchłej przeszłości do teraźniejszości, chwili pulsującej w każdej ludzkiej kropli, w elementarnym słowie i każdym promieniu światła. W liryce tej: Smuga światła/ wciśnięta/ między okiennice/ rozdziera ciemność – inicjuje świat i wypełnia go radością, przydaje blasku i pozwala rozróżniać nieskończone odcienie barw. Twórczość może nawiązywać do momentów trudnych, ale – nie zapominając o eschatologii – powinna afirmować istnienie, każdy nowy dzień i każdą tętniącą odgłosami noc. Mądra pochwała świata widoczna jest w tym tomie i stanowi jego ogromną wartość, szczególnie dzisiaj, gdy mnożą się zagrożenia, a dobro i głęboka zaduma wypierane są przez agresję i nienawiść. Proponując świat świetlisty i przejrzysty jak kropla wody, autorka nie bez powodu przytacza na początku tomu słowa filozofa – ustala proporcje i wskazuje zasadę. Czuwając przy słowie, czuwa przy człowieku, stale od nowa zaczyna tworzyć opowieść o sobie i o ludziach, których spotkała na swojej drodze, dopełnia trwanie refleksją liryczną, która staje się filozofią każdego istnienia.” Pośród tych ludzi była Wanda Dobaczewska, jej babcia i nauczycielka literacka, osoba, która wywarła na nią ogromny wpływ i subtelnie ukierunkowała artystycznie. Książka, którą czytelnik ma w dłoniach, jest zatem dokumentem rodzinnych i literackich więzi, a także spłaceniem długu za wrażliwość i przygodę ze sztuką słowa.

WIEKUISTY POPIÓŁ

W poezji Lilli Latus pojawia się ogromna doza empatii dla drugiego człowieka, a związki międzyludzkie odgrywają w niej jakże istotną rolę. To jest uważne wpatrywanie się w przestrzeń pomiędzy bytami i wypełnianie jej refleksją natury ontologicznej. Poetka wiele wie o świecie i stara się nieustannie pożytkować swoją wiedzę w wierszach, ale jednocześnie podchodzi z ogromną pokorą do rzeczywistości, w której egzystuje i która stale ją zaskakuje swoimi rozwiązaniami. Przydając liryczny i mitologiczny komentarz do modelowych sytuacji i życiorysów, wkracza w przestrzeń literatury i sztuki, znajdując w niej to, co najważniejsze w ludzkiej egzystencji – sens i kierunek.  Człowiek istnieje zaledwie przez chwilę w ogromach wszechświata i nie potrafi zrozumieć wieczności, wpatruje się w czarny przestwór nad głową, kontempluje gwiazdy, ale nigdy nie zdoła rozpoznać tego co niewidzialne i niedotykalne – jakże słusznie autorka przywołuje tutaj maksymę Petroniusza: Supra nos fortuna negotia curat. Ucieczką od przerażenia i depresji egzystencjalnej człowieka – wskazuje autorka – może być filozofia, która czasami staje się wykładnią losów. Nikt nie otrzymał nieograniczonego kredytu lat, nikt nie może liczyć na pobłażliwość historii, wszystko ma swój początek, rozwinięcie i koniec, a prawa eschatologii zawsze triumfują w konfrontacji z witalnością. Jakże mądre są te wiersze, w których skropliła się wiedza o świecie i doświadczenie bólu nie do pokonania, rozpaczy niczym w greckich tragediach. Kolejne końce świata zyskują tutaj absurdalny wymiar i ironiczny komentarz: dziś miał nastąpić/ koniec świata/ na razie skończyła się herbata/ i cukier w osiedlowym sklepie – a to znaczy, że ostateczność nie wytrzymuje konfrontacji z doraźnością, przynajmniej na chwilę triumfującą w konkretnych biografiach.

Autorka potrafi syntetyzować rzeczywistość i wplatać do wierszy esencjonalną gorycz istnienia: dźwięk deszczu padającego/ na parapet/ brzmi jak grudki ziemi/ rzucane na trumnę/ kończy się dzień/ następny już wycelował/ we mnie wylot lufy/ plus minus/ skończoność. Dlatego nie znajdziemy w tym tomie spraw błahych, marginalnych – elementy  związane z konkretami dni i nocy, wplecione zostały w ciąg doświadczeń eternalnych, w ogromne spektrum kosmosu, którego jesteśmy cząstką. Ale przecież pojawia się też tęsknota za czystym uczuciem, za dotykiem i żarem miłości, czasami ubrana w kostium żartu lirycznego, innym razem kamuflowana metaforyką, sięgającą wszakże głęboko ku istocie pragnienia: zrób ze mną to/ co/ mgła robi z łąką/ deszcz ze źdźbłem trawy/ karminowa szminka z ustami/ ziarnko piasku z wnętrzem małży/ zrób to ze mną. To jest prośba o rozbicie w pył i jednocześnie cudowne scalenie cielesności i refleksji nad nią, prośba o bliskość, która w perspektywie ogromów, z którymi obcujemy, przestrzeni nie do ogarnięcia przez umysły, i tak jest niemożliwa lub co najmniej znikoma. Poetka podejmuje jednak trud znalezienia drugiej osoby, podobnie jak ona czującej i tak samo głęboko rozumiejącej świat. Czym innym jest jednak takie pragnienie, nawet jeśli zostało ubrane w kostium wiersza, a czym innym rzeczywistość nie znająca kompromisów, ironicznie pointująca każdy los. Tak jak ów kwiat lilii – pojawiający się pośród żywiołów świata, a potem odwzorowany na obrazach Claude’a Moneta – każdy byt jest kruchy, ma swoją konstrukcję, a nade wszystko wyraża coś niezwykle ważnego, tajemnego i dopełniającego wiedzę o czystości i pełni eksperymentu natury. Jakkolwiek człowiek nie czułby się integralnym bytem, znalazł się w określonym ciągu zdarzeń kosmogonicznych, pierwiastkowych, błędnie podążających od inicjacji do spełnienia.

Poezja bywa doświadczeniem centralnym dla istot nadwrażliwych, głęboko czujących więź ze światem i jednocześnie swoją ludzką odrębność. Staje się alternatywą dla chwilowego istnienia, pośród którego rozgrzeszona wieczność/ sypie w oczy/ wiekuistym popiołem. Rozgrzeszona, bo tylko pogodzenie z nicością może stać się afirmacją, tylko akceptacja naszej ułomności w obliczu doskonałych wartości kosmicznych, może dać ulgę rozognionemu umysłowi. Kolejne odejścia prostych ludzi, młodzieńców mknących na super szybkich motocyklach, a także artystów i poetów, zyskają logikę odwiecznej metamorfozy, w której przemijanie ma taki sam sens jak istnienie, a nawet staje się podłożem nowej egzystencji. Tak bezszelestnie i nieopacznie, a raczej koniecznie w tej liryce, człowiek wkracza w przestrzeń mitu, w obręb idealności wzorcowej, stającej się paradygmatem cierpienia i ekstazy. I choć wrósł głęboko w rzeczywistość przełomu dwóch wieków, zadomowił się nawet w sieci elektronicznej ułudy, gdzie współczesna Penelopa wyznaje: wieczorami flirtuję/ z zalotnikami/ na fejsie, to nieskończoność mitu przydaje mu właściwe konteksty filozoficzne. Mit w wierszach Lilli Latus ma wymiar kosmiczny i przenosi doraźność w obręb dali bezkresnych, antycznych wzorców zachowań, dostrzegalnych we wszystkich kulturach świata. Dopiero wtedy możliwy staje się dialog z Platonem, Arystotelesem, Epikurem i innymi myślicielami, dopiero wtedy energia wiersza znajduje swoje miejsce w określonej przestrzeni intelektualnej, podąża od mitu do wieczności, od pierwszego krzyku narodzonego dziecka, do wiekuistego popiołu. I daje ukojenie, znosi pradawne rytuały wieczności, pozwala wierzyć, że dotyk może stać się początkiem nowego wszechświata, a słowo jego arką, w której schroni się intymność i integralność, a nade wszystko blask źrenic, wpatrzonych w fenomeny naszego świata i stających się lustrem nieskończoności.

W PAPUGARNI

Choć wolę ptaki podpatrywać w naturze, sporo radości dało mi odwiedzenie bydgoskiej papugarni. Wizyta uświadomiła mi raz jeszcze jak kruchymi i ulotnymi są te barwne ptasie stwory. W naturze ich barwy i odcienie są tysiąckrotnie piękniejsze, a różnorodność jest tak wielka, że wymaga lat studiów, porównań, analiz ornitologicznych. 

 

  

PTAKI EGZOTYCZNE

Sporo ostatnio na moim blogu spraw interwencyjnych, a przecież pojawi się ich jeszcze więcej. Jako przeciwwagę dla moich wiernych czytelników, zarazem z przeprosinami, że muszą uczestniczyć wraz ze mną w typowo polskich spektaklach podłości, absurdu i bzdury, zamieszczam piękne portrety ptaków egzotycznych.

UWAGA GRAFOMANIA (2)

Cóż robić z uporczywie produkowaną grafomanią? Jakiś czas temu moja dobra znajoma założyła, wraz z dwoma młodymi kolegami, blog pt. Polska grafomania, który miał wiele odsłon, ale też został natychmiast zakrzyczany przez autorów „omawianych” wierszy, tekstów recenzenckich i wskazywanych postaw. Dziewczyna trochę się wystraszyła, trochę poczuła się dotknięta bezpardonowymi atakami i koniec końców zrejterowała, kasując swoje wpisy, tym bardziej, że zaczęła się typowo polska wojna podjazdowa, wydzwanianie do administratorów portalu internetowego, przekazywanie plotek i kłamstw, straszenie sądami i policją. Podobna sytuacja zaistniała po moim wpisie pt. Uwaga grafomania na blogu Dziennik ornitologa, który prowadzę w obrębie WordPressu od 2008 roku. W grudniu 2015 roku wskazałem tam nadużycie toruńskiego wydawnictwa Algo, które w serii największych poetów polskich (Norwid, Słowacki, Leśmian, Staff, Baczyński, Gałczyński itd.) opublikowało zbiór straszliwej grafomanii toruńskiego wierszoklety Krzysztofa Marii (wł. Grzegorza) Szarszewskiego. Po ukazaniu się mojej recenzji, gdzie cytowałem wiekopomne strofy tego kreatora, zaczął on opluwać mnie w Internecie, używając wulgarnych i plugawych słów. Sprawdziłem w sieci z kim mam do czynienia, a znalazłszy między innymi szereg publikacji na temat oszukańczego pośrednictwa pracy z Torunia, w którym odgrywał jakąś rolę,

http://torun.wyborcza.pl/torun/1,35576,8685716,Kandydat_na_torunskiego_rajce_zmiennym_jest.html#ixzz3wa1z6VHM

http://www.nowosci.com.pl/archiwum/a/to-bylo-nielegalne-posrednictwo-pracy,11317701/

sprawę znieważeń skierowałem do Sądu Rejonowego w Toruniu. Szarszewski – nawet pod grozą wyroku sądowego – podłączył się chętnie do mnie, wietrząc możliwość promocji swoich poronionych tworów. Nie zawracał sobie głowy szkodliwością czarnego PR-u, zarzucając sieć bzdurami na mój temat, kłamliwymi enuncjacjami, zarzutami bez pokrycia, a wisienką na torcie miało być moje rzekome molestowanie kobiet, głównie z jego grona towarzyskiego, w tym jego wieloletniej towarzyszki życia Katarzyny Ż., którą – jak mi mówią przyjaciele z Torunia – strzeże jak Cerber, choć i tak mu się to nie udaje. Sądy w Toruniu wydały dwa wyroki za te bezczelne i absurdalne działania, ale przecież Szarszewski ma gdzieś jakieś tam Sądy.

W międzyczasie skumał się z Prezesem Związku Literatów Polskich Markiem Wawrzkiewiczem, którego bywałem kontrkandydatem (czyli wrogiem klasowym – jak uczył towarzysz Dzierżyński) do funkcji szefa ZLP, podczas wyborów w Warszawie. Nic to, że Szarszewski tworzy grafomanię, nic to, że opluwa główne osoby w naszym państwie w straszliwych wierszydłach, nic to, że Prezesa Oddziału wchodzącego w skład struktury ZLP określa jako gnidę, kanalię, molestanta seksualnego, oszusta, ch…, p…. skurw…, „gumę po ejakulacie” itp. Nic to, bo liczy się tylko to, że atakuje „czarnego luda” z Bydgoszczy, tego „prowincjonalnego” bufona i padalca, który ma czelność stawać do wyborów z Wawrzkiewiczem, wytykać esbecką przeszłość Prezesa i pytać o finanse organizacji. No ale jak dobrać się do tego Lebiody, przecież to piskorz, który nawet za komuny wyśliznął się naszym towarzyszom i cały patrol zomowców nie dał mu rady. Ano tak… trzeba poza prawnie stworzyć funkcję Rzecznika Dyscyplinarnego ZLP, a ten niech napisze pismo do Prokuratury, niech dołoży się Szarszewski z koleżankami i konkubiną! Wcześniej w toruńskiej Prokuraturze się nie udało, więc ta sama, alkoholem spajana gromadka, udała się do bydgoskiego urzędu, z tymi samymi zarzutami, nie popartymi żadnymi sensownymi dowodami. Jedna pani drugiej pani powiedziała, jeden pan drugiemu panu potwierdził, no i już mamy zarzut dla oszusta, molestanta, złodzieja, krótko mówiąc „gumy po ejakulacie”… Nie bacząc na regularne zastraszanie Wawrzkiewicza, jego niezatwierdzonego przez Zarząd Główny ZLP Rzecznika Dyscyplinarnego, nie przejmując się opowieściami o molestowaniu pań, które odsłaniają swoje „ wątpliwe wdzięki” i prezentują je na okładkach książek lub w Internecie, po raz kolejny sprawę znieważeń skierowałem do Sądu. Właśnie zaczął się proces w Bydgoszczy i mam nadzieję, że w moim rodzinnym mieście Sąd sprawiedliwie oceni tę sprawę, tym bardziej, że w zwyczajowo nieprzyjaznym bydgoszczanom Toruniu, wyroki były dotkliwe dla torunianina Szarszewskiego, a przychylne dla kogoś z Bydgoszczy. Tyle tytułem wstępnego zaśpiewu, artykułowanego głównie dla osób niezorientowanych w sprawie, a teraz do dzieła – moja koleżanka ugięła się przed grafomanami, ale ja nie mam się czego bać, jestem kawał chłopa i w razie fizycznego ataku, jako były kulturysta, bokser i karateka, (kompanka Szarszewskiego – Marina Kretkowska, określa mnie nawet w mailu mianem macho…!!!) obronić się potrafię. Choć szkoda mi czasu, bo piszę właśnie o Szekspirze, Dostojewskim, Kafce, Faulknerze, Balzaku, Mo Yanie, to muszę wykroić jakieś godziny i dopełnić opis grafomanii Szarszewskiego i jemu podobnych.

Pierwszy artykuł nosił tytuł Uwaga grafomania i niechaj pojawia się on dalej na moim blogu, tylko z nowymi cyframi, oznaczającymi określoną partię dłuższego ciągu. Może tak się uzbiera pokaźny szkic, a po dodaniu instrumentów naukowych, tropów, cytatów, nawiązań, duże studium źródłowe. Na początku pojawić się musi raz jeszcze Szarszewski, gdyż patologiczny wymiar jego grafomanii daje mi szansę opisu systemowego, który przyda się także innym wierszokletom, a potem wejdzie do obszernej książki. Wiersz pt. Weny… pani szlachetnej sprawczyni jest próbą refleksji nad samą istotą poezji, ale przecież – jak w wielu zapisach tego autora – pojawia się w nim dziwaczność sensów, rozchwianie merytoryczne i jakby „po pijaku” artykułowane „mądrości”:  … Poezji bańka mydlana/ To nie jawny dysonans gry słów/ Ni blizny refleksji talizman/ W librettach niezaadresowanych listów/ Ni echo samotnego szelestu/ Optymizm to… pesymizm żaden/ Słodyczą nie trąci miodną/ Ni czarcim nie słodzi jadem. Ograne porównanie poezji do bańki mydlanej staje się tu pretekstem do wymądrzania się i tworzenia zlepków słownych z wykoślawionymi sensami (blizny refleksji talizman – libretta niezaadresowanych listów). Miało być o poezji, ale dalej wieszcz wymądrza się na temat optymizmu (to pesymizm żaden…), który słodyczą nie trąci miodną (a niby jaka miałaby być słodycz?) i czarcim nie słodzi jadem. Dla aniołów „czarci jad” to piołun nad piołuny, ale dla Szarszewskiego to zapewne słodycz, starczy spojrzeć na jego zdjęcia w Internecie, gdzie przebiera się w sutannę i zakłada koloratkę. To rozchwianie znaczeń charakterystyczne jest dla skrajnej grafomanii i staje się wskazówką dla krytyka, iż mamy do czynienia z tworami poronionymi, a w najlepszym razie wymagającymi poprawy, dyskusji, literackich zajęć warsztatowych (szczerze polecam tutaj Wawrzkiewicza albo Żulińskiego, bo – pomijając zaszłości – na poezji oni naprawdę się znają). Na razie mamy do czynienia ze wzmacnianiem bezsensu: Żadnej żadnej litery nie wplecie/ Ni śladu jej krzywego obrazu/ Strofy z fałszu pachnącym okładem/ Wsze barwy… tchnień sepii odcienie/ Lśniąc śnią na papieru palecie/ Na pamięć… na bezwstydne wspomnienie/ Nie tupią w alergicznej reakcji/ Remediów na zatrzaśnięte milczenie. Nie wiadomo kto nie wplecie, nie wiadomo dlaczego litera ma być krzywym obrazem, skąd się biorą strofy z fałszu pachnącym obrazem i do tego wsze barwy… tchnień sepii odcienie. Tak to zostało napisane i tak odmienione, że nie wiemy czy chodzi o barwy wszy, których karmicielem  – jak powszechnie wiadomo – był ten marny polski poeta Herbert, czy może to tylko nieudolna, zarchaizowana forma słowa „wszystkie”. Ja bym się skłaniał ku wszom, tym bardziej, że takim mianem Szarszewski mnie określał – czuję też w tym głębokie nawiązanie, ukrytą paralelę, co prawda z gorszym od wieszcza toruńskiego autorem, a co tam, w polskiej poezji i tak jest jeden tylko król, jeden prawodawca, autor wykładu o sztuce wierszowania. Te wsze barwy – o odkrywczości odkrywcy – lśniąc lśnią na papieru palecie, a to znaczy, że są na swoim miejscu, bo mogłyby lśniąc nie lśnić!!! Tym bardziej, że chodzi o całą paletę papieru, na którym owe wsze barwy nie tupią w alergicznej reakcji/ Remediów na zatrzaśnięte milczenie. Oj, mam tutaj problem z analizą tych głębokich wskazań, no bo dlaczego „poeta” z Torunia nagle personifikuje barwy, donosi na nie, że nie tupią, że nie mają alergii, a w dodatku nie reagują na Remediów zatrzaśnięte milczenie? No dobra już, zostawmy poecie nieco swobody, on już wie o co mu chodzi, on wie, bo wie, jak barwy lśniąc lśnią…

Najbardziej lubię, kiedy wierszokleci potrafią być samokrytyczni, ot tak jak w ostatniej zwrotce wiersza o bańce mydlanej poezji: I choć krnąbrne pióro czasami/ I pusty nonsens… ten znikąd/ Psikusa poecie uczyni/ Duchowym emanuje bogactwem/ Kryształ kuli w dłoniach świetlanych/ Weny… pani szlachetnej sprawczyni/ Paletą pełną słów wymuskanych/ Efemerycznych… jak szlachetnych kamieni. Co prawda owo przyznanie się do tworzenia pustych nonsensów jest jak wdzięczenie się podstarzałej poetessy z okładki tomiku, która wszem i wobec opowiada, że jest molestowana… ale jednak coś w tym zastanawia. Który autor grafomanii przyzna się, że jego krnąbrne pióro potrafi mu wyciąć numer i powstaje bzdet, ramota, gniot psudopoetycki? Tylko Szarszewski, który przecież duchowym emanuje bogactwem, ma dłonie świetlane, w których dzierży kryształ weny (może dlatego przyznaje swoim znajomym Kryształowe Skrzydełka – Nagrodę Forum Poetis Thoruniensis, na których wykonanie żebrze o grosz, tak jak i inne Kapituły żebrzą). Nic to, że pojawia się na końcu powtórzenie przymiotnika szlachetny, ot takie chwilowe zgaśnięcie geniuszu, gorzej jest z przymiotnikiem wymuskany, bo przecież ma on zawsze konotacje negatywne. Nasz wierszokleta nie rozumie jego znaczenia i jeszcze wzmacnia śmieszność patetycznej puenty, dorzucając kolejny dziwny przymiotnik: efemeryczny, w dodatku jak szlachetne kamienie. Znowu mijamy się tutaj ze znaczeniem słowa, ale, ale… nie czepiajmy się. Lepiej pokuśmy się o podsumowanie! No cóż, wierszydełko to wskazuje, że Szarszewski ma prymitywne i infantylne spojrzenie na poezję, która – z jednej strony – jest dla niego domeną delikatności, zwiewności lekkości bańki mydlanej, a ze strony drugiej – rozmywa się w absurdach, fatalnie użytych słowach, tudzież tautologiach takich jak owo lśnienie lśnienia. Wychodzi z tego taka sama bzdura jak w „łacińskiej” nazwie wskazanego wyżej Forum, gdzie lśni, bo lśni, paskudny byk (Szarszewski lubi się popisywać, że zna łacinę: do mnie np. zwraca się: Erato erotomanie). No, ale nie czepiajmy się… Ważne, że Szarszewski daje skrzydełka i zbiera na nie po sto euro od łebka. A że napis na nich z błędem… nie czepiajmy się… Przecież Prezes Wawrzkiewicz obiecał Szarszewskiemu, że jak już mnie wyrzucą z ZLP, dostanie on funkcję Prezesa Oddziału Bydgosko-Toruńskiego i dopiero wtedy wszystkim pokaże, dopiero naobraża i zdemaskuje wszystkich molestantów, wszystkie prostytutki i grafomanki Europy Wschodniej i Zachodniej…

ZAZDROŚĆ I NIENAWIŚĆ

William Szekspir 1564–1616

Otello Williama Szekspira to dramat o ksenofobii, nienawiści i zazdrości, gdzie główne postaci – Murzyn Otello, piękna wenecjanka Desdemona, generałowie Kasjo i Jagon – wikłają się w konflikt, którego rozwiązaniem mogą być tylko kolejne śmierci. Odrzucany przez ojca przepięknej kobiety, murzyński generał zaskarbia sobie względy Doży, a potem dodatkowo gruntuje swoją pozycję w walce z Imperium Otomańskim i na zwycięstwie nieopodal Cypru. Znakomicie zostało tutaj zastosowane tło historyczne i egzotyka Morza Śródziemnego, dająca szansę kolejnym reżyserom i scenografom na stworzenie spektakli oryginalnych, pełnych złocistych i wzorzystych szat, palm, statków pełnomorskich i widoków słońca, powoli zniżającego się nad falami. Te możliwości zostały wykorzystane dopiero w epoce filmów kolorowych, gdy wykorzystano cały repertuar chwytów zdjęciowych, efektów specjalnych, charakteryzacji, gry aktorskiej itp. Jednakże już w czasach Szekspira dostrzeżono wagę problemu, który pojawił się w utworze, a swoją prawdziwą dramaturgię zyskał na początku dwudziestego pierwszego wieku, gdy ogromne rzesze uchodźców wlały się do Europy. Oto narody takie jak Włosi, Francuzi czy Grecy stanęli przed dylematem, który nie zmienił się od wieków: przyjąć czy odrzucić obcego człowieka? Doża wenecki zaaprobował Otella i dostrzegł jego użyteczność dla jego armii, ale nie mógł przypuszczać, że natura Murzyna, którego przodkowie od wieków polowali na dzikie zwierzęta i zabijali sąsiadów z innych plemion, obudzi się w nim w tak tragicznych okolicznościach. Dzisiaj także mamy do czynienia z tym problemem, gdy zaakceptowani muzułmanie (np. w Niemczech, w Belgii lub we Francji) zamykają się w narodowych enklawach, tworzą grupy przestępcze i obracają się przeciwko tym, którzy okazali im dobroć i otworzyli granice państwa. Szekspir wskazuje, że natura szaleńcza, nawet jeśli chwilowo poskromiona, moderowana przez miłość, może eksplodować w każdej chwili i doprowadzić do tragicznych rozwiązań. W kulturach wschodnich zawsze wiele było zabijania i okrucieństwa, wiele też teatralizacji mordowania, gdy spędzano na place tłumy i na pokaz ścinano głowy, kamienowano lub torturowano niewinne istoty. Miało to służyć określonym celom, przede wszystkim zastraszaniu społeczeństwa, które karnie wykonywało zarządzenia różnorakich kalifów, emirów, sułtanów, muftych i wezyrów. Niestety był też efekt uboczny w postaci swoiście sformatowanych umysłów, mitologii okrucieństwa, szybkiego zadawania śmierci i niszczenia wrogów w sposób bezwzględny, motywowany najczęściej ponurą zemstą.

Otello, mal. William Mulready

Jeśli jednak odrzucimy kostium wschodni Otella, zauważymy, że jest to także – a może przede wszystkim – dramat o walce dobra ze złem i nie bez powodu tyle razy pojawia się w nim imię Szatana. Kusicielem jest tutaj Jago, który dostrzegając chwiejność uczuć, pragnie bezwzględnie wykorzystać gorącą krew Otella i jego totalną miłość do żony. Wykorzystuje do tego celu niewinny rekwizyt, wzorzystą chustkę, którą Murzyn podarował żonie, a kusiciel podrzucił do innej kwatery, sugerując zdradę Desdemony z zasłużonym generałem Kasjo. Jago tak posplatał nici intrygi, że Otello coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że małżonka rzeczywiście dopuściła się niewierności, przyprawiając rogi dumnemu synowi Afryki. Kusiciel staje z boku, chowa się w półcieniach, a przy każdym spotkaniu z Otellem wzmacnia jego przekonanie, że doszło do zbliżenia pomiędzy jego żoną i konkurentem. Umiejętnie intrygując i kłamiąc, wykorzystując własną żonę i służącą Desdemony, popycha Jago swego dowódcę do okrutnych rozwiązań, które i jego samego doprowadzą do śmierci. Te ohydne podszepty mają na celu także osłabienie pozycji Kasja i wyniesienie w górę w hierarchii władzy donosiciela – metoda dobrze znana w dziejach, pojawiająca się na wszystkich dworach i zbierająca obfite krwawe żniwo. Mentalność donosiciela nie zmieniła się przez wieki i za każdym razem – nie licząc się z krzywdami, które wyrządzał – piął się w hierarchii władzy, szukał możliwości lepszych dochodów, poświęcał nawet najbliższych przyjaciół by siać zamęt i zyskiwać pośród niego coraz to inne możliwości destrukcyjne. Jago myśli, że jest nieśmiertelny, a jego zakusy i podłe intrygi dadzą mu korzyści nie do oszacowania, zaczyna zatem przesuwać figury na szachownicy życia, nie wiedząc, że słowa „szach i mat” wybrzmią także i po jego śmierci. Do trupów Desdemony i Otella dołączy kolejne martwe ciało i – koniec końców – wszelkie intrygi, tak pieczołowicie zszywane – staną się też jego przekleństwem i cisną go w przepaście nicości. Szekspir ukazuje sytuację, w której ważny też jest wątek dydaktyczny, owo ukazanie zła w sytuacji bez wyjścia, owo mnożenie zagrożeń przez nierozsądne postępki i używania potwarzy jako oręża w walce. Każdy dwór miał swoje prawa, na każdym pojawiali się ludzie dobrzy i szlachetni, a przy nich kanalie i donosiciele, kierowani chorą ambicją dworacy, gotowi poświęcić nawet władców w drodze do kolejnych zaszczytów i dóbr materialnych.

Śmierć Desdemony – mal Aleksandre Marie Colin

Desdemona była istotą piękną, najczystszą z czystych, jeśli chodzi o uczucia i wierność do męża, za którym poszła, porzucając dom rodzinny. Niestety zniszczyła ją naiwność i dziecinne przekonanie, że wszyscy ludzie są dobrzy, a miłość potrafi pokonać wszelkie interpersonalne bariery. Żar uczuć może się jednak wypalić, a dzika natura Murzyna szukać zacznie innych spełnień, aprobując podszepty złego doradcy. W takim rozumieniu jest to też dramat o nieprzystawalności ludzkich natur – delikatnej, subtelnej osobowości Desdemony i dzikiej, wojowniczej natury Otella. Obserwujemy też tę niemożność pogodzenia temperamentów i zaszłości kulturowych w przypadku emigrantów napływających nieustannie do Europy Zachodniej, z Afryki i Azji. Naturalnym dążeniem tych ludzi jest zamknięcie się w enklawie narodowej, niczym w domostwach, w ich krajach, obwiedzionych wysokim murem. Podejście Otella do Desdemony ma też coś z islamskiego męskiego szowinizmu, który dopuszcza nawet bicie małżonki, dręczenie w domu i czynienie z niej seksualnej nałożnicy. A wszystko podpierane nieludzkim prawem szariatu, odwieczną wschodnią dominacją mężczyzn i ich okrucieństwem w stosunku do niewiast. Desdemona zauroczyła się odmiennością kulturową Otella, jego egzotyczną urodą i zapewne możliwościami seksualnymi, ale nie znała natury człowieka wychowanego w określonej murzyńskiej społeczności, nie zdawała sobie sprawy, że ich miłość oparta jest przede wszystkim na zaspokojeniu seksualnym, a zdrada i niewierność jest jednym z elementów nieustających testów męskości. Tak okazało się, że Otello potraktował żonę jako łup wojenny i traktował ją jak depozyt, np. piękny kryształowy wazon, z wszelkimi prawami do niego. Tłukąc go nagle, mordując tę, która go kochała miłością najczystszą i bezinteresowną, ukazał mroczne przestrzenie swojego ego i potwierdził obawy ojca kobiety. Mieszanie się kultur, łączenie się egzotycznych par może dawać wspaniałe efekty, a urodzone dzieci zachwycać mogą urodą, ale przecież w każdym związku pojawiają się animozje, każda para ma miesiąc miodowy, a potem wielokrotnie przechodzi okres próby, kłótni, nieprzystawalności charakterów i walki o dominację. Otello potrzebował tylko niewielkiego impulsu, ledwie zwrócenia uwagi na wzorzystą chustkę, by zacząć swój rytuał dominacji – chorobliwej manifestacji praw własności do weneckiej piękności, a nade wszystko praw do decydowania o jej życiu i śmierci. Nienawiść jednak zawsze prowadzi do rozwiązań tragicznych, a wypaczona charakterologicznie zazdrość znosi wszelkie hamulce i każe zabijać, niszczyć to, co mogłoby być piękną opowieścią o przywiązaniu i miłości, oddaniu drugiej osobie, od chwili pierwszej do ostatniej.

« Older entries

%d blogerów lubi to: