SZCZEKAJĄCA SYMFONIA BEETHOVENA

jill-toyshiba

Billy Collins Foto Jill Toyshiba

William James „Billy” Collins urodził się na Manhattanie w 1941 roku, a wychowywał się w Queensie i miasteczku White Plains, położonym czterdzieści kilometrów od Nowego Jorku. Jego matka Katarzyna była pielęgniarką, która porzuciła pracę, by zajmować się utalentowanym synem. Stale cytowała jakieś wiersze, znane frazy liryczne i tym samym uwrażliwiała syna na słowa, podkreślała ich wagę i wieloznaczność. Może właśnie takie podejście do literatury spowodowało, że Collins podjął studia na Uniwersytecie Kalifornijskim, gdzie uzyskał tytuł magistra, a następnie napisał doktorat z literatury romantycznej. Potem przez trzydzieści lat był nauczycielem akademickim w różnych prestiżowych uczelniach, stale publikował nowe książki poetyckie, tworzył antologie, a w 2001 roku uzyskał tytuł U.S. Poet Laureate. Tych honorów było znacznie więcej i uznanie poety oraz akademika rosło z każdym rokiem, a obecnie – za „New York Timesem” – uważa się go za jednego z najpopularniejszych współczesnych poetów amerykańskich. Zaproszono go nawet do Senatu USA, gdzie na specjalnej sesji czytał wiersz pt. The Names, upamiętniający ofiary zamachów terrorystycznych z 11 września 2001 roku.  Spośród wielu nagród warto wymienić  Mark Twain Prize (2005) za humor w poezji, liczne stypendia, w tym National Endowment for the Arts, the New York Foundation for the Arts i John Simon Guggenheim Foundation. Collins jest autorem licznych zbiorów wierszy: Pokerface (1977), Video Poems (1980), The Apple That Astonished Paris (1988), The Art of Drowning (1995), Picnic, Lightning (1998), Questions About Angels (1999), Taking Off Emily Dickinson’s Clothes (2000), Sailing Alone Around the Room: New and Selected Poems (2001–2002), Nine Horses (2002), The Trouble with Poetry (2005), She Was Just Seventeen (2006), Ballistics (2008), Horoscopes for the Dead (2011), Aimless Love (2013), Voyage (2014), The Rain in Portugal (2016). Na jego spotkania autorskie przyjeżdżają wielbiciele poezji z całej Ameryki i są to prawdziwe wiece liryczne, przerywane oklaskami i okrzykami zachwytu.

Humor Billy’ego Collinsa można wspaniale zobrazować wierszem pt. Inny powód dlaczego nie mam w domu broni, podejmującym temat właścicieli i ich psów. Jak powszechnie wiadomo ludzi dzielimy na „psiarzy” i na tych, którzy ich nie cierpią, są uczuleni na sierść, ślinę, zapach, a dodatkowo cenią sobie spokój, który zostaje zburzony, gdy pojawi się hałaśliwe, natrętne zwierzę w domu. Spośród niedogodności związanych z psem wymienia się częste wychodzenie z nim „za potrzebą”, a także głośne szczekanie, w najmniej spodziewanych momentach. To jest to szaleńcze dobieganie do drzwi, gdy zabrzmi dzwonek, głośne domaganie się pokarmu, albo przeraźliwe skomlenie, wycie, gdy pociechę trzeba na jakiś czas zamknąć w komórce lub łazience. We wskazanym wyżej wierszu poeta niedwuznacznie daje do zrozumienia, że nie może trzymać w domu broni, bo mógłby nie zdzierżyć agresji „psiarzy” i zastrzelić jakieś zwierzę. Nie ulega wątpliwości, że psy zakłócają spokój, a szczególnie kłopotliwe to może być dla poety, który z ciszy wyławia słowa i próbuje wsłuchać się w ich eternalne brzmienie. Wiersz Collinsa jest bardzo zabawny i łatwo możemy sobie wyobrazić twórcę przygotowującego się do pisania, wytrącanego z zamyśleń przez wściekłe szczekanie jakiegoś yorka, sznaucera czy doga. Pierwsza myśl poety biegnie wtedy do strzelby albo karabinu gładkolufowego i pojawia się w jego umyśle obraz psa trafianego kulami, uciszonego raz na zawsze. Sytuacja jest tutaj jednoznaczna: Pies sąsiadów nie przestaje szczekać/ Szczeka tak samo mocno, rytmicznie/ Za każdym razem gdy wychodzą z domu. Zwierzęta nie rozumieją jak bardzo przeszkadza to sąsiadom i potrafią całymi godziny szczekać, wyć zawodzić, co niejednokrotnie powoduje interwencję służb miejskich, policji, a w przypadkach drastycznych nawet straży pożarnej – historia odnotowała niestety także krwawe zdarzenia, kiedy to sąsiad doprowadzony do szewskiej pasji zastrzelił psa, przejechał go samochodem albo uprowadził i porzucił na jakimś pustkowiu. Okrucieństwo ludzi w stosunku do czworonogów bywa niewyobrażalne i stale pojawiają się w prasie, w telewizji i w Internecie relacje na ten temat. Poeta – choć nachodzą go mordercze myśli – może się zemścić tylko w wierszu, ale najpierw jakby przestrzega sąsiadów, wskazuje co mają zrobić, po czym z rezygnacją ustala, że pies nie daje za wygraną: Muszą go wyłączyć w jakiś sposób/ Pies sąsiadów nie przestaje szczekać. Tak, to morze wkurzać, to może zakłócać rytm pracy i przywodzić na myśl postępki tych udręczonych ludzi, którzy nie wytrzymali.

img_5475

Poeta postanawia jednak działać i jakoś zabezpieczyć się przed intruzem z sąsiedztwa, może z naprzeciwka, a może zza płotu, wszak w Ameryce najpopularniejsza jest zabudowa szeregowa. Niewiele tutaj można zrobić, ale przecież nie można nie reagować, postanawia zatem kontratakować: Zamykam wszystkie okna w domu/ I włączam symfonię Beethovena na cały regulator/ Ale przez muzykę wciąż przebija się jego głuche/ Szczekanie, szczekanie, szczekanie. Zawodzenie nie ustaje, a któraś z symfonii Beethovena, włączona na cały regulator nie zagłusza chrapliwych odgłosów psa sąsiadów. Może w domu poety zaczyna rozbrzmiewać majestatyczne Allegro con brio z V symfonii, heroiczna część siódmej, albo pełna patosu, chóralna ostatnia partia dziewiątej symfonii? Żaden jednak utwór wielkiego kompozytora, słynącego z „głośnych” dzieł, wielkich uderzeń w kotły i gry całej orkiestry naraz, nie jest w stanie zagłuszyć rytmicznego, nieustającego szczekania. Cóż robić?  Jedyną bronią może tutaj być ironia, komiczne upozowanie całej sytuacji, ukazanie psa na scenie w filharmonii, grającego z powagą na surrealnym instrumencie, który generuje szczekanie. Pies siedzi dumny pośród członków orkiestry i ma zapewne na sobie paradny frak wirtuoza, co może przywodzić na myśl postać pazia i demona Behemota, z Mistrza i Małgorzaty Michaiła Bułhakowa, przybierającego w niej kształt wielkiego kota. Tutaj Collins przydaje ludzkie cechy swojemu dręczycielowi – nie ma w domu strzelby, nie może zastrzelić intruza, zagłuszanie go symfonią też nic daje, trzeba zatem ośmieszyć psa i ukazać go w sytuacji absurdalnej. Muzycy muszą być bardzo uważni podczas wykonywania wielkich utworów i tutaj wróg poety też pokazany został z taką natężoną uwagą: Gdy płyta się kończy on wciąż ujada/ Siedzi w sekcji szczekających obojów/ Wpatrzony w dyrygenta, który daje/ Mu znak batutą. Jeszcze chwila i pomagając sobie przednimi łapami uniesie obój i wydobędzie z niego najpiękniejsze szczekanie, które Beethoven bez zwłoki włączyłby do swego dzieła, tak jak wprowadził do szóstej symfonii dalekie kukanie kukułki.

Koncert trwa, szczekanie nie ustaje, budząc powszechny aplauz:  Wtedy inni muzycy słuchają z podziwem/ Słynnej solówki szczekającego psa/ Niekończącej się kody genialnie/ Zastosowanej przez Beethovena. Tak oto złość zostaje przekuta w ironię, a poeta zyskuje dzięki szczekającemu psu nowy wiersz, skrzący się dowcipem i ukazujący coś, co stale ma miejsce w USA. Zresztą nie tylko tam, bo konflikty sąsiedzkie zdarzają się wszędzie, a zatargi na kanwie obecności i hałaśliwości zwierząt są bodaj najczęstsze. Poeta nie zastrzelił tego czworonoga, bo nie ma w domu broni, ale wcale nie wyklucza, że nie mogłoby dojść do takiej sytuacji. Jego życie pełne jest zadumy, długich zamyśleń ontologicznych i taka hałaśliwa, sąsiedzka „doraźność” musi mu bardzo przeszkadzać. Pisząc ten wiersz puszcza jednocześnie oko do czytelnika i skłania go do refleksji nad naturą ludzkich związków ze zwierzętami, często bardzo wynaturzonych. Chęć posiadania psa bywa przemożna, szczególnie podsycana przez dzieci i innych „psiarzy”, ale ludzie częstokroć kupują czworonogi zbyt pochopnie, nie mając czasu na opiekę nad nimi. Powszechne wtedy jest zamykanie psa w jakimś pomieszczeniu i zostawianie go na pastwę losu, a filmy z przypadkowo włączonej kamery pokazują co kundel, terier albo buldog potrafi wyczyniać pod nieobecność właścicieli. Szczekanie to dla zwierzaka najprostsza forma manifestowania niezadowolenia, ale w repertuarach mają one jeszcze ogryzanie mebli, ściąganie obrusów ze stołów, łącznie z wazonami pełnymi wody i kwiatów, dalej – zrzucanie telewizorów, odbiorników radiowych, wskakiwanie na szafy, tłuczenie szyb, o rozsiewaniu odchodów gdzie popadnie nie wspominając. Skrajną formą braku opieki nad psami jest pozostawianie ich w zamkniętych samochodach, gdzie też potrafią zniszczyć wystrój i delikatne urządzenia elektroniczne. Może zatem Billy’emu Collinsowi nie przydarzyła się najgorsza uciążliwość, tym bardziej, że potrafił przekuć ją w jakże dowcipny wiersz, pełen ironii i znakomicie się lokujący w amerykańskich realiach literackich, kulturowych i społecznych.

Korzystam tutaj z własnego przekładu wiersza Billy’ego Collinsa.

DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (7)

00023bx6fa87c6tm-c322-f4

Dzisiaj zamieszczam ostatnią część mojego „Dziennika ze stanu wojennego”, który lada chwila ukaże się też drukiem. Choć zdaję sobie sprawę, że nie może on stawać w jednym szeregu z najlepszymi opisami stanu wojennego i czasu zomowców, esbeków i czołgów na ulicach, to jest on jednym z dokumentów naszej trudnej historii.

12 lutego 1982 roku 

Do Berlina Zachodniego uprowadzono samolot PRL-u. Pilot i jego rodzina, a także II pilot poprosili o azyl polityczny. Papież podróżuje po Afryce i przybył do Lagos w Nigerii. Podczas konferencji w Madrycie, USA ponownie ostro skrytykowały wydarzenia w Polsce. Prokurator wojskowy zażądał kary śmierci dla Bogdana Walewskiego, polskiego dyplomaty, którego oskarżono o szpiegostwo na rzecz CIA. Haig przybył z krótką wizyta do Rumunii.

13 lutego 1982 roku

Dzisiaj mijają dwa miesiące od wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Daniel Olbrychski i Krystyna Janda przybyli do Paryża, by kręcić filmy we Francji. Złożyli tam śmiałe oświadczenia w sprawie wydarzeń w naszym kraju. Przy wyjeździe, Olbrychskiego rozebrano do naga i poddano drobiazgowej kontroli jego bagaż. Walewskiego ostatecznie skazano na 25 lat więzienia.

Haig rozmawiał z Nicolae Ceausescu o sytuacji w Polsce. Papież odprawił mszę św. dla milionowego tłumu w Nigerii. Ulicami Warszawy przejechało wczoraj 200 samochodów milicyjnych i wojskowych – była to prezentacja siły reżimu, który obawia się obchodów drugiej miesięcznicy wprowadzenia stanu wojennego. Rakowski przestrzegł przed sianiem niepokoju i zagroził, że władza będzie reagować natychmiast. Ciekawa jest kariera tego zatwardziałego komunisty – kiedyś czytywałem w „Polityce” jego artykuły i wydawało mi się, że jest postępowy, daleko wykraczający poza ramy systemowe. A teraz, w Polsce stanu wojennego, staje się teoretykiem straconej ideologii i zachowuje się jakby był właścicielem Polski. Historia „intelektualistów”, którzy sięgnęli po władzę jest długa i smutna, starczy przywołać Lenina, Mao Tse-tunga, Pol Pota, Fidela Castro.

14 lutego

Wczoraj w Poznaniu miały miejsce zamieszki. Aresztowano 194 osoby, wydłużono godzinę milicyjną i ponownie zakazano używania prywatnych samochodów.

Z Danką chodzę trzymając ją stale za rękę i jest mi z nią bardzo dobrze. Ustąpił przygniatający smutek i często się uśmiecham. Alina zadzwoniła, że chciałaby się spotkać i o wszystkim porozmawiać, ale jej odmówiłem. Była w szoku, coś tam burknęła i szybko się wyłączyła. Nikt jej nigdy nie odmówił, a wszyscy chłopacy utrzymywali ją w przekonaniu, że jest nieziemska pięknością. Niewątpliwie jej uroda jest zjawiskowa, ale co mi po niej, jeśli jej nie mam, albo dostaję na kartki…?

stan-stwojenny2_750_563_80

15 lutego 1982 roku

W Bielsku-Białej oskarżono działaczy Solidarności  o zorganizowanie podziemnej struktury związku. W Polsce nadal trwają internowania i na Śląsku internowani przetrzymywani są w nieodpowiednich warunkach, razem z recydywistami.  Nie mogą otrzymywać książek świeckich ani religijnych. W Strzelcach Opolskich stłoczono w więzieniu 500 internowanych. Za udział w sobotniej manifestacji w Poznaniu zatrzymano i ukarano 160 osób. 13 lutego były też potężne protesty w Świdniku i we Wrocławiu. 31 stycznia, w obawie przed demonstracjami – milicja otoczyła pomnik poległych stoczniowców w Gdańsku. W Warszawie aresztowano studenta, który obrzucił koktajlem Mołotowa pomnik Dzierżyńskiego. Prymas Glemp wyraził ostrożną nadzieję na wznowienie dialogu między władzą a społeczeństwem. W Japonii czterech polskich marynarzy poprosiło o azyl.  

zomo_milicja_koksownik

Paskudny błąd życiowy! Spotkałem się w mieście z Musiałem, najpierw na piwie i winie u niego, gdzie oczerniał Jana Góreca-Rosińskiego, a potem ruszyliśmy do jego przyjaciół „bogaczy”. Po wyjściu z tramwaju chciał przejść się po śluzach bydgoskich i w pewnym momencie położył mi rękę na ramieniu i dramatycznie powiedział: Darek kocham cię… Rozbawiło mnie to i zarazem wkurzyło, ale nie dałem po sobie poznać, że jestem podkurzony. Jakoś obróciłem wszystko w żart i ruszyliśmy pod górkę do domu producenta plastiku. A tam wykwint dość tandetny, jacyś komicznie ufryzowani panowie i ich rozhisteryzowane żony lub partnerki. Na stole pojawiły się mocne alkohole, różne whisky i koniaki, a przy tym wina i wiele piw. Szybko wszyscy przeszli na „ty” i poczułem jak miękną mi nogi, więc raz jeszcze zacząłem oszukiwać i piłem więcej soku niż alkoholu. Jedna z panienek, rzeczywiście ładna i zgrabna, przysiadła się do mnie i zaczęła mnie adorować. Panowie zajmowali się sobą, a Musiał zachwalał bitność jednego z nich, który podobno był ochroniarzem klubu nocnego w Londynie i znakomicie sobie tam radził z oprychami. Jakoś nie mogłem w to uwierzyć, widząc skromną budowę ciała tego faceta o czarnych, dokładnie ułożonych włosach. W pewnym momencie dziewczyna obok mnie, solidnie już wstawiona położyła mi rękę na ramieniu i zbliżyła usta do moich ust. Gdy nasze wargi się połączyły, z drugiej strony stołu zerwał się jak oparzony jej mąż czy konkubent i rzucił się z pięściami na mnie. Zasłonił mnie gospodarz domu i Musiał i szybko znaleźliśmy się na zewnątrz, przy ogrodzie, gdzie tym razem naparło na mnie aż trzech kolesiów. Nie spodziewałem się takiego impetu i uderzony przez jednego z nich w piersi, przewróciłem się do tyłu. Upadłem tak nieszczęśliwie, że uderzyłem tyłem głowy w krawężnik lub spory kamień i straciłem przytomność. Po jakimś czasie wróciła do mnie świadomość i zobaczyłem pochylającego się nade mną Musiała. Powiedział rozpaczliwym tonem: Darek jak to dobrze, że nic ci się nie stało, byłem przerażony jak upadłeś i nie dawałeś znaku życia. Powoli wstałem, dotknąłem tyłu głowy, który cały był we krwi, spojrzałem na okrwawioną dłoń i z rozmachem uderzyłem nią w podbródek Musiała. Usłyszałem jakiś rwetes, ale obróciłem się na pięcie i poszedłem w kierunku drogi prowadzącej na Błonie. Moja matka prawie zemdlała, gdy zobaczyła mnie zakrwawionego w drzwiach, a następnego dnia musiałem jechać do miasta prześwietlić głowę. Ojciec Danki pracował w Pogotowiu Ratunkowym jako radiolog i zrobił to bez skierowania. Jakoś nie chciał uwierzyć, że potknąłem się na prostej drodze i upadłem. Był z tego zdarzenia jeden pożytek, definitywnie zamknąłem moją znajomość z Musiałem, jednym symbolicznym ciosem okrwawionej pięści.

19 lutego 1982 roku

Urban oskarżył Solidarność o próby wywoływania starć zbrojnych i poważnych napięć – jak zwykle wszystko bagatelizował i ironizował.  Wałęsę przeniesiono do czwartego już aresztu domowego i nie wiadomo, gdzie przebywa.

 23 lutego 1982 roku

Przedstawiciel Episkopatu Polski odwiedził Wałęsę i ten wyraził nadzieję, że zostanie wkrótce uwolniony. Jutro odbędzie się pierwsze Plenum PZPR od wprowadzenia stanu wojennego.  W Warszawie zginął jakiś milicjant, co mogło być prowokacją. Gustaw Holoubek zrzekł się mandatu poselskiego.

Powoli wygasa we mnie chęć dalszego pisania tego dziennika, do czego przyczynia się mój nowy, ekscytujący związek z Danką i wiele pracy na studiach filologicznych, jeszcze coś czasem notuję, ale coraz częściej uciekam się tylko do słuchania Wolnej Europy przed snem.

 

OKAWANGO

delta_okawango_widok_z_samolotu

Obejrzałem w telewizji znakomity film przyrodniczy o rzece i delcie Okawango. Jej bieg zaczyna się w górzystych partiach Angoli, a potem płynie przez Namibię, by dotrzeć do Botswany i rozlać się majestatycznie pośród bagien Kotliny Kalahari. Niegdyś bardzo interesowałem się geografią Afryki i siedząc nad atlasami geograficznymi, często zatrzymywałem się w południowej części kontynentu i starałem się wyobrazić sobie przestrzenie największej na świecie delty śródlądowej. Niegdyś było tam jezioro Makgadikgadi, ale wyschło przed dziesięcioma tysiącami lat, zostawiając po sobie kotlinę i zwalniającą bieg rzekę, tworzącą fantastyczne rozlewiska. Parowanie tam jest ogromne, tak że w dalszej części bagniska stają się coraz mniej grząskie i przechodzą w stepy i pustynie Kalahari. To jest prawdziwy raj dla przyrodników i botaników – zoologów, ornitologów, ichtiologów, entomologów, badaczy roślin i wód. W tej wielkiej delcie żyją miliony zwierząt kopytnych, ptaków, gadów, płazów i ryb, a pod połyskującymi taflami rosną prawdziwe podwodne lasy. Film odsłania egzotyczne obrazy, ukazuje głębie, w których polują krokodyle, wielkie tawady, tysiące ryb sumowatych i przypominających piranie, żarłocznych ryb tygrysich (Hydrocynus). Pod powłoką wielkich grzybieni krzewi i kotłuje się życie, wciąż rozgrywają się mniejsze i większe tragedie, a śmierć i zabijanie stają się warunkiem przetrwania. Oglądając film przypomniałem sobie też o artykule prezentującym deltę Okawango, opublikowanym w „National Geographic” w grudniu 2004 roku. Teraz odszukałem odpowiedni wolumin i moją uwagę przykuła opowieść o mitologicznej interpretacji dorocznych wylewów południowoafrykańskiej rzeki: Gdy David Livingstone zapytał ludzi z plemienia Bayei, jak wyjaśniają zjawiska wylewów Okawango, odpowiedzieli mu, ze co roku niejaki Mazzekiva, wódz ludu żyjącego na północy, zabija w ofierze człowieka, a jego ciało wrzuca do rzeki, która wskutek tego wylewa. Autor artykułu – Kennedy Warne – zamyślił się na współczesnym, tragicznym kontekstem tej opowieści, kiedy to podczas wieloletnich wojen w Angoli wrzucano do rzeki tysiące ludzkich ciał i w taki sposób pozbywano się ich bezpowrotnie. Tam błyskawicznie pochłaniały je krokodyle, mnożąc swoje populacje, a czego nie zrobiły gady, dokonywali inni padlinożercy. Wraz z napływającą wodą pojawiają się ziemscy drapieżcy, lwy hieny, lamparty, gepardy, w powietrzu kołują ogromne stada sępów i orłów, rybołowów – wszystkie ślepia sondują przestrzeń w poszukiwaniu potencjalnych ofiar. Wraz z końcem pory suchej rzeka wraca do głównych kanałów i strug, ale w górach Angoli już zaczynają się gromadzić nowe wody, które po kilku miesiącach znowu zaczną rozlewać się po delcie.

663_800_800

1024px-buffalo_herd

1024px-okavango_swamp_botswana

635244240008568331

Cheetah (Acinonyx juvatus) A very atmospheric shot: a Cheetah searching for prey from a termite mound, silhouetted against the orange sky, at sunset. Okavango Delta, Botswana

Fotografie; Wikipedia

STO WIERSZY POLSKICH (XXIV)

herbert

Fortynbras, król norweski, wracający z wojny z Polską, trafia na dwór zaprzyjaźnionego króla duńskiego i zostaje wprawiony w ponure zdumienie. Przywykły do widoku martwych ciał, nie rozumie skąd tyle trupów wzięło się na tym na dworze. A nie są to osoby tak „błahe” jak wcześniej zabity przez Hamleta donosiciel Poloniusz, ani jego córka, ogarnięta obłędem Ofelia – na podłodze leżą ciała króla Klaudiusza, królowej Gertrudy, mściciela Laertesa i księcia Hamleta. Jakiż dramat dokonał się w tym miejscu i kto tak fatalnie fechtował, kto rozdzielał zatruty napój? Jakież szaleństwo popchnęło tych ludzi ku zatracie i czyja nieostrożność była podłożem ciągu tragicznych zdarzeń. Fortynbras nic nie wie o zbrodniach Klaudiusza, nie doniesiono mu jeszcze o udawanym szaleństwie Hamleta, tragicznej śmierci jego ukochanej i o zabójstwie Poloniusza – przybywa obwieścić „dobrą nowinę”, że posłowie duńscy Rozenkranc i Gildenstern zostali zgładzeni po dotarciu do Anglii. Nie wie, że król nie dawał takiego polecenia, a zbrodnia dokonała się za sprawą Hamleta, który podmienił listy dyplomatyczne i skazał na śmierć tych, którzy ku niej jego wiedli. Czuje empatię do księcia, dlatego nakazuje sprawić mu żołnierski pogrzeb: Niech zatem czterech dowódców poniesie/ Ciało Hamleta, jako ciało żołnierza/ Na podwyższenie, bo gdyby mu przyszło–/ Rządziłby pewnie iście po królewsku…/ Niechaj mu przy tym rytuał wojskowy/ Muzyką wsparty, dumnie towarzyszy/ Świadcząc dobitnie, kim był… Pozostałe/ Ciała zabierzcie także, bo ten widok/ Bardziej stosowny jest bitewnej scenie.[1] Czytelnik albo widz w teatrze wie, co się zdarzyło, poznał niecne intrygi Klaudiusza, który zamordował ojca Hamleta, wie też, że ten ostatni udawał szaleństwo by zemścić się na nim. Pechowo ofiarami jego planów stał się też Poloniusz i krucha Ofelia, a potem – w konsekwencji – Laertes, syn starego dworaka. Dramat Szekspira ukazuje jak pokrętną bywa logika zemsty i jak nieopatrznie generuje ciąg nieszczęśliwych wypadków, podłych intryg i zbrodni i jak obraca się przeciwko tym, którzy używają podstępu, trucizny i szpady.

Słynny wiersz Zbigniewa Herberta pt. Tren Fortynbrasa z tomu Studium przedmiotu (1961) oparty został na przekonaniu o niewiedzy norweskiego króla co do działań Hamleta, choć ważną rolę odgrywa tutaj też irracjonalne przekonanie, że Klaudiusz sprowokował wszystko, zabijając jego ojca. Nakazując wyprowadzenie jego zwłok, udaje się za nimi i rozpoczyna swój monolog: Teraz kiedy zostaliśmy sami możemy porozmawiać książę jak mężczyzna z mężczyzną/ chociaż leżysz na schodach i widzisz tyle co martwa mrówka/ to znaczy czarne słońce o złamanych promieniach. To jest monolog, bo rozmowa pomiędzy żywym władcą a martwym księciem jest niemożliwa, a śmierć człowieka jest dla niego tak samo błaha jak zgniecenie mrówki, tak samo absurdalna i generująca oksymoroniczne skojarzenia. Czarne słońce staje się tutaj symbolem bezdennej wieczności, pośród której światło załamuje się i rozszczepia na poszczególne barwy. To jakby przedłużony moment śmierci, podczas której pojawiają się majaki i to, co trwałe, konstruowane w oku przez światło, traci swoje wymiary i kształty. Bycie żywym daje Fortynbrasowi przewagę nad Hamletem, zaznacza on też, że jest człowiekiem silnym, nawykłym do walk, a przedmiotem jego kpiny stają się dłonie i reszta ciała księcia: Nigdy nie mogłem myśleć o twoich dłoniach bez uśmiechu/ i teraz kiedy leżą na kamieniu jak strącone gniazda/ są tak samo bezbronne jak przedtem. To jest właśnie koniec/ Ręce leżą osobno Szpada leży osobno Osobno głowa/ i nogi rycerza w miękkich pantoflach. To raczej opis trupa komicznego błazna, ot takiego jak nieszczęśnik Yorick, a nie następcy tronu, którego mieli wielbić poddani. Zwycięzca podkreśla, że wyrazem śmierci jest statyka i bezład ciała, osobne rozrzucenie jego części, a określenie miękkie pantofle, ma podkreślać niedojrzałość Hamleta i jego przypisanie do młodzieńczości, niedojrzałości, matczynej troski. Prawdziwi rycerze chodzą w butach z ostrogami, a on walczył z Laertesem w miękkich pantoflach, niczym chłopiec fechtujący drewnianym mieczem z nauczycielem szermierki. Także dłonie miał zbyt kruche, delikatne, jakby nie był mężczyzną, jakby nie należały do kogoś, kto często sięgał po floret. Znacząca też jest osobność poszczególnych członków, która symbolizuje tutaj rozpoczęty już rozkład ciała i szybkie rozdzielenie tkanek, które żyją tylko wtedy, gdy krew krąży w żyłach a tlen ożywia mózg.

Ironia Fortynbrasa stale się wzmaga i znajduje swoją kulminację w decyzji o rycerskim pogrzebie księcia: Pogrzeb mieć będziesz żołnierski chociaż nie byłeś żołnierzem/ jest to jedyny rytuał na jakim trochę się znam/ Nie będzie gromnic i śpiewu będą lonty i huk/ kir wleczony po bruku hełmy podkute buty konie artyleryjskie/ werbel werbel wiem nic pięknego/ to będą moje manewry przed objęciem władzy/ trzeba wziąć miasto za gardło i wstrząsnąć nim trochę. To jest też szelmowskie przygotowanie do objęcia władzy i możliwość ukazania się na pogrzebie w wielkiej glorii, zamanifestowania swojej mocy i witalności na mocarnym koniu, pośród uzbrojonych po zęby żołnierzy i dworzan. Wojskowy pogrzeb dla kogoś, kto nie był nigdy żołnierzem i nie umiał zawiązać intrygi bitewnej, a w końcu dał się pokonać przez spiskowców, będzie wyrazem pogardy, nie uwzniośleniem zmarłego. Jego martwota stanie się kontrastem dla siły i możliwości militarnych Fortynbrasa, który otrzymał królestwo Danii bez jednego wystrzału, bez najmniejszej potyczki i przelanej krwi. Ale już na pogrzebie Hamleta wszystko się zmieni, a nowy władca ukaże swoje prawdziwe oblicze, zniszczy w zarodku jakiekolwiek knowania, spiski i intrygi, w których lubował się jego poprzednik na królewskim tronie. Do tej pory wszystko było wiotkie i rozmywało się na granicy szaleństwa, a teraz odezwie się werbel werbel i nada rytm wszystkiemu, a władca wprowadzi wojskowy dryg i nie pozwoli by po jego dworze pałętali się słabowici wizjonerzy w miękkich pantoflach, marzycielki Ofelie albo zbyt wymowni dworzanie, jak Ozyryk i Horacy. Wszystko będzie proste, oparte na raportach takich donosicieli i akolitów jak Poloniusz, Rozenkranc i Gildenstern, a decyzje podejmować będzie tylko Fortynbras. Jego manewry pogrzebowe będą huczne i choćby w taki sposób zabity książę przysłuży się jego panowaniu, odprowadzi go do tronu i jak zjawa jego ojca stanie w tle. Symbolem nowej władzy nie będzie żywy człowiek i nie będą się liczyć jego pragnienia, marzenia i potrzeby – symbolem będzie trup zniewieściałego Hamleta, jako przestroga i przypomnienie, że nie igra się z mocą ziemskich mocarzy, nie lekceważy się czarnej powagi i ostateczności triumfującej nad życiem śmierci. W taki sposób norweski suweren weźmie miasto Helsingør za gardło i wstrząśnie nim tak, że kto stanie u jego wrót, na północnym wschodzie Zelandii, albo kto przypłynie z wrót cieśniny Sund, będzie wiedział, że trafi do przestrzeni zmilitaryzowanej, w której osobne życie nic nie znaczy, a sprzedajna śmierć jest na usługach króla.

Fortynbras nie ma złudzeń, więc jego analiza zachowania Hamleta jest druzgocąca i na końcu przemienia się w zjadliwą ironię, w stylu najeźdźców i najokrutniejszych zdobywców nowych krain: Tak czy owak musiałeś zginąć Hamlecie nie byłeś do życia/ wierzyłeś w kryształowe pojęcia a nie glinę ludzką/ żyłeś ciągłymi skurczami jak we śnie łowiłeś chimery/ łapczywie gryzłeś powietrze i natychmiast wymiotowałeś/ nie umiałeś żadnej ludzkiej rzeczy nawet oddychać nie umiałeś. Hamlet nie był do życia, bo był niepoprawnym marzycielem, wierzącym w czystość (kryształowe pojęcia), a tymczasem wszystko co ważne i mocarne w świecie opiera się na glinie ludzkiej, niczym na najtrwalszym budulcu – wszystko podążą ku putrefactio. Władca musi kształtować tę materię, odcinać jej ogromne kawały, tworzyć formy i wygładzać ją, a potem nadawać ostateczny szlif. Książę duński żył jak we śnie i to, co udawało mu się osiągnąć było znikome, nie miało snycerskich kształtów. To było łowienie chimer (mitologicznych dziwnych tworów z głową lwa, ciałem kozy i ogonem węża), to gryzienie powietrza i wymiotowanie, to istnienie człowieka nieprzysposobionego do życia, który nawet nie umiał oddychać i krztusił się stale, beznadziejnie krążąc po dworze, obcując z duchami, fałszywymi przyjaciółmi i wdając się z grabarzami w pompatyczne dysputy o śmierci. Biorąc do ręki czaszkę Yoricka Hamlet staje się posłańcem śmierci, którą sprawiedliwie i niesprawiedliwie posługiwać się będzie Fortynbras. To on ostatecznie wykorzysta jego śmierć do własnych celów i dostrzeże w niej szansę na zaprowadzenie nowych porządków. W oczach nowego króla Hamlet staje się nieomal przeźroczysty, znikomy i bezsensowny, targany skurczami jak deliryk i wierzący w pojęcia niemożliwe, jak żyjący złudzeniami idealista. Dla Fortynbrasa nie ma znaczenia to, że książę był w szoku po odkryciu zbrodni Klaudiusza i zdradzie swojej matki, nie liczy się też tragedia Ofelii i poszczególne błędy – wszak dla wojskowego liczy się tylko posłuszeństwo i proste podążanie do celu, zadawanie ciosów i celne pozbawianie życia wrogów. W takim kontekście Hamlet rzeczywiście przynależy do innej rzeczywistości i staje się igraszką przeznaczenia, nieuchronnego nadejścia nowego ładu. Przeźroczystość bohatera Szekspira służy jednak też Herbertowi do ukazania tandety i bezceremonialności nowej władzy, a pamiętać trzeba, że wiersz ten powstał w czasach panowania komunistycznych książąt i monarchów, których trzeba było sprytnie oszukać, zastosować określony kostium liryczny, tak by niczego nie zrozumieli i dali się otumanić. Rządy Fortynbrasa jako żywo przypominają władzę komunistyczną, która też lubowała się zawsze w paradnych pogrzebach, wielkich demonstracjach siły, pochodach i okrzykach na cześć aktualnie rządzącego genseka. Herbert był mistrzem takiej skrywanej ironii i w wielu wierszach, niby to przypisanych czasom antycznym, kulturze śródziemnomorskiej lub orientalnej, ukazywał podskórnie rzeczywistość w której żył. W osobie Hamleta poniekąd krytykował też samego siebie i poetów takich jak on, żyjących kryształowymi pojęciami, wyznaczających sobie cele nie do osiągnięcia i szukających złudnych miraży. Ale też wskazywał wyższość konstrukcji rozwibrowanego umysłu Hamleta nad prostą logiką Fortynbrasa, wyższość marzenia nad glina ludzką i militarnym modelem państwa, a wreszcie wyższość poezji nad życiem bez natchnień i wielkich pragnień. Jeśli nawet Hamlet popełnił wiele błędów, jeśli nie umiał oddychać i wciąż wkraczał w zakazane rewiry, to właśnie jego historia utrwaliła w panteonie wielkich postaci, nieśmiertelnych przewodników, którzy odważyli się stanąć do nierównej walki z mocarnym przeciwnikiem i gotowi byli ponieść ofiarę najwyższą.

Dla takich chwilowych dowódców jak Hitler, Stalin, Mao Tsetung czy Fortynbras, jednostka nie ma znaczenia, a jej śmierć staje się wręcz obowiązkiem wobec nowego władcy, któremu trzeba się usunąć, bo inaczej szybko straci się życie z jego polecenia. Hamlet zrobił co do niego należało, odszedł w zaświaty bez zbędnych utrudnień i teraz ma spokój, a raczej wieczny odpoczynek: Teraz masz spokój Hamlecie zrobiłeś co do ciebie należało/ i masz spokój Reszta nie jest milczeniem ale należy do mnie/ wybrałeś część łatwiejszą efektowny sztych/ lecz czymże jest śmierć bohaterska wobec wiecznego czuwania/ z zimnym jabłkiem w dłoni na wysokim krześle/ z widokiem na mrowisko i tarczę zegara. Słynne zdanie Hamleta, wypowiedziane tuż przed śmiercią, iż reszta jest milczeniem zostaje ironicznie skomentowane przez Fortynbrasa, który zostaje pośród żywych i będzie wydawał rozkazy, obdarowywał szpicli, zauszników i skazywał na śmierć niepokornych, stających mu na drodze przeźroczystych, znikomych buntowników. Dla niego samobójstwo nie jest aktem odwagi, lecz elementarnym poddaniem się woli zarządcy, pogodzeniem się z jego wyrokami i zastosowaniem się do nowych reguł. Więcej odwagi wymaga rządzenie, które zawsze obwarowane jest niebezpieczeństwami ze strony ludzkiego mrowiska i największego zdrajcy – czasu, który nieustannie odmierza dni panowania, przygotowuje najdoskonalszy zamach na tego, który zasiadł na wysokim krześle. Przy całej sympatii dla Hamleta, król Norwegów nie może powstrzymać się od ironii i komentować ze swadą prostego żołdaka, dziwacznych i zwariowanych wyczynów Hamleta. Przecież to takie niedorzeczne zabijać starca za kotarą, zwodzić jego córkę, a potem stawać do pojedynku z synem – to takie emocjonalne mścić się na zabójcy ojca, nie rozliczywszy setek, tysięcy innych jego grzechów. A przecież gdyby Hamlet doszedł do władzy, mógłby rzucić na kolana Klaudiusza i pokazać narodowi jaki jest silny, jak sprawiedliwie karze nieprawości, jak mądrze analizuje świat i wyciąga wnioski. Teraz już za późno na „ćwiczenia” Hamleta i glina ludzka nie jest mu już potrzebna – teraz weźmie go w swoje władanie wilgoć i ziemia, szybki rozkład i powrót do materii pierwotnej. Śmierć Hamleta jest dla nowego władcy tak samo absurdalna jak jego życie, a wieczność – w obliczu rychłego „generalskiego” pogrzebu i zapowiedzianych z emfazą manewrów nowego władcy – staje się elementem w grze pomiędzy chwilowym istnieniem a historią dynastii. Efektowny sztych księcia, który pozbawił życia króla, tak naprawdę odebrał jemu wszystko i stał się przekleństwem całego królestwa, oddanego Fortynbrasowi bez walki i negocjacji.

Hamlet był marzycielem i kierował się w swoich poczynaniach odruchami serca, nie mógł wybaczyć Klaudiuszowi, że zamordował jego ojca i zagarnął matkę. Po ujrzeniu ducha swojego rodzica, zaczął snuć skomplikowaną intrygę, która w końcu doprowadziła do tragedii dworu, kochającej go kobiety, rodziny i całego państwa. Fortynbras ma inne cele i inne zadania, a nawet jeśli konstruuje jakieś spiski, to mają one doraźny wymiar – zapowiadając uroczysty pogrzeb, żegna się z martwym marzycielem i wskazuje, co ma do zrobienia: Żegnaj książę czeka na mnie projekt kanalizacji/ i dekret w sprawie prostytutek i żebraków/ muszę także obmyślić lepszy system więzień/ gdyż jak zauważyłeś słusznie Dania jest więzieniem/ Odchodzę do moich spraw Dziś w nocy urodzi się/ gwiazda Hamlet Nigdy się nie spotkamy/ to co po mnie zostanie nie będzie przedmiotem tragedii. W obliczu spraw kosmicznych i narodzin nowej gwiazdy Hamlet, dla Norwega ważniejszy jest nowy projekt kanalizacji, dekret o prostytutkach i żebrakach, a nade wszystko obmyślenie lepszego systemu więzień, do których trafiać będą ludzie niepokorni i tak dziwaczni jak Hamlet. Tutaj nowy władca zgadza się ze zmarłym księciem – Dania jest więzieniem i teraz trzeba zrobić wszystko, by zostało ono dostosowane do jego potrzeb. W ostatnich słowach Fortynbrasa pobrzmiewa już nuta zniechęcenia, bo dostatecznie wiele uwagi poświęcił dziwakowi, nadwrażliwemu idiocie, który doprowadził do totalnej tragedii i nie potrafił wybiegać myślą w przyszłość. Zabiła go chęć zemsty i nieustanne rozpamiętywanie tego, co się stało, jakby nie istniała polityka, przemyślane ruchy, a wszystko miałoby się skończyć wraz z efektownym sztychem. To jest niezrozumiałe dla takiego pragmatyka jak król norweski i nawet jeśli nową gwiazdę nazwą jego imieniem, to będzie to wydarzenie z rzędu tych, które mają wymiar symboliczny, ale nic nie znaczące w obliczu wiecznego czuwania/ z zimnym jabłkiem w dłoni.  Zostaje zatem pożegnanie, bardzo poetyckie i nieprawdopodobne w kontekście wyartykułowanych wyżej zadań:  Ani nam witać się ani żegnać żyjemy na archipelagach/ a ta woda te słowa cóż mogą cóż mogą książę. Tak, bo istnienia tych dwóch mężczyzn były jak osobne archipelagi, którym obojętne było jakie słowa na nich padają i jakie wody je oblewają. Osobność ludzkich bytów staje się wyrazista dopiero w obliczu śmierci, zawsze samotnej, zawsze odnoszącej się do tego, który musi wydać z siebie ostatnie tchnienie. Patrząc na losy duńskiego księcia i parafrazując Fortynbrasa, można na koniec powiedzieć: a to życie, cóż może, cóż może Hamlecie, w obliczu kosmicznych ogromów, sił elementarnych i panowania tych, którzy nadejdą… Cóż może Hamlecie…?

[1] William Szekspir, Hamlet Książę Danii, przekład Ryszard Długołęcki, 
Bydgoszcz-Gniezno-Warszawa 2013, s. 218–219.

KARDYNAŁ

1

Podczas moich trzech pobytów w Stanach Zjednoczonych wielokrotnie obserwowałem na drzewach kardynały szkarłatne (Cardinalis cardinalis). Te zdumiewające ptaki przyciągają wzrok przede wszystkim z racji barwy upierzenia, u samców jaskrawo czerwonego, a u samic sinego lub beżowego. Latem można je zobaczyć w pojedynkę i takie obserwacje czyniłem w nowojorskim Central Parku, w wielu innych miejscach Manhattanu, w pobliskim Elizabeth, ale zimą zbierają się w duże stada, okupują krzewy przy stawach, nadrzeczne drzewa, przysiadają na dachach domów i na trakcjach elektrycznych. Zobaczyć je można w południowo-wschodniej Kandzie, w środkowych i wschodnich stanach USA, z wyjątkiem Georgii i Florydy, choć w stanach zachodnich natkniemy się na ptaki z odmiany Pyrrhuloxia (Cardinalis sinuatus). Kardynały to stosunkowo niewielkie ptaki o wymiarach 21-23 cm, z często nastroszonym grzebieniem, umiejscowionym w tyle głowy. Z czerwonym ubarwieniem samców kontrastuje smoliście czarny dziób, którym wyłuskuje on nasiona roślin, zrywa owoce krzewów, spija syrop klonowy, a czasem dobywa owady, stanowiące znikomą część jego rocznego menu. Nazwa ptaka ma związek z ubarwieniem szat i nakryć głowy najwyższych kapłanów kościoła rzymskokatolickiego, a w Ameryce dodatkowo określa się je jako „północne” (Northern), wskazując charakterystyczne biotopy. Jest to gatunek zaliczany do ptaków śpiewających, choć przekonałem się wielokrotnie, że odgłosy wydawane przez kardynały bliższe są świstowi drutu, którym dla zabawy kręci nad głową mały chłopiec, niż trelom europejskich mieszkańców przestworzy. Jaskrawe ubarwienie samców, zależne od karotenoidowego pigmentu, pozyskiwanego z pożywienia, ma przywabiać samice, które wydają potomstwo nawet do czterech razy w roku, ale jest też jego przekleństwem, bo ptak łatwy jest do wypatrzenia i staje się łupem takich drapieżników jak krogulec czarnołbisty, dzierzba siwa, dzierzba srokosz, wiewiórka szara, sowa uszata, a nawet niewielki syczoń krzykliwy. Także sporo ptaków, małych zwierząt i węży dobiera się do jajek kardynałów i tylko ogromna płodność pozwala im przetrać i mnożyć się nieustannie – podkreślać ich stałą obecność pośród amerykańskiej roślinności. Moje obserwacje kardynałów były jak święte chwile i czasem potrafiłem przyglądać się im przez wiele minut, póki spłoszone lub znudzone, nie odlatywały ku innym miejscom. Już wtedy byłem przekonany, że w naszym życiu zdarzają się sakralne momenty, niezwykłe doznania, których nie wolno zapomnieć i do których stale trzeba wracać. Takie amerykańskie chwile pozostały głęboko w mojej pamięci i jeśli prawdą jest, że nic we wszechświecie nie ginie, wciąż siedzę gdzieś tam, w okolicach wielkich jezior, w Elizabeth, w Princeton, albo w Nowym Jorku i kontempluję piękno, powab i niezwykłość szkarłatnych kardynałów.

2

3

4

5

6

7

7a

8

9

10

11

SINA SMUGA

5739871728_281156b74d_b

Ilekroć czytam Hamleta Williama Szekspira mam wrażenie jakby długo wpatrywał się w siną smużkę dymu, snującą się w dali rozległego duńskiego krajobrazu. Zamek, w którym umiejscowiona została tragedia Szekspira, leży u końca Cieśniny Sund, a z jego okien widać też otwarte morze. To miejsce szczególne, oddzielające wyspę Zelandię od północnych krajów skandynawskich – Norwegii, Szwecji i Finlandii. Tym razem lektura była niezbędna przy rozbudowanej analizie słynnego wiersza Zbigniewa Herberta pt. Tren Fortynbrasa. Taką smużką dymu jest też w angielskiej tragedii Hamlet, znikomy i niemożliwy, nie dający się uchwycić, zatrzymać i zamknąć w określone ramy osobowościowe. Tym razem czytałem utwór Stradforczyka w nowym przekładzie Ryszarda Długołęckiego i spodobała mi się ta rześkość języka i dostosowanie go do potrzeb czytelnika nowego stulecia. Polskie przekłady mają swoją historię, od Wojciecha Bogusławskiego, poprzez Józefa Paszkowskiego, Jana Kasprowicza, Macieja Słomczyńskiego, Jerzego S. Sitę i Stanisława Barańczaka. Najwięcej pochwał zebrał ten ostatni translator, ale jego propozycje zawsze wydawały mi się zbyt filologiczne, pozbawione werwy, niczym nowofalowa poezja autora tomu pt. Jednym tchem (1970). Długołęcki to chirurg i uczestnik wypraw wysokogórskich w Afryce, Alasce, Karakorum i Himalajach i choćby z tego powodu jest mi bliższy od akademika z Harvardu. A przecież Szekspir to gwałtowne życie, igranie ze śmiercią i ekstremalne doznania, to lekkość i aforystyczna pełnia, a nade wszystko groza nie do wyrażenia, śmierć i rozpad, znikomość i smutek, monotonia dali, rozpacz trwania na wysokim tronie, w obliczu mrowiska i tarczy zegara…

Wydanie Hamleta Williama Szekspira w przekładzie Ryszarda Długołęckiego

Wydanie Hamleta Williama Szekspira w przekładzie Ryszarda Długołęckiego

CZĄSTKA WIECZNOŚCI

1985-the-afghan-girl-national-geographic

Pamiętam jakie piorunujące wrażenie zrobiła na mnie ta afgańska dziewczyna, gdy w połowie lat osiemdziesiątych poprzedniego stulecia zobaczyłem ją na okładce magazynu „National Geographic”, kupionego w antykwariacie, bo tylko tam zdarzało mi się znaleźć charakterystyczne, obwiedzione żółtą ramą czasopisma. Po przyniesieniu go do domu, długo wpatrywałem się w fotografię, a zielone oczy tej cudownej, biednej istoty hipnotyzowały mnie i rodziły refleksje natury estetycznej. Wszystko wszakże w tej twarzy było harmonijne, a źrenice zdawały się wręcz nieprawdopodobne, nieziemskie, jakby przynależne do innej przestrzeni ontycznej. Ich piękno porównać można było tylko ze lśniącymi szlachetnymi kamieniami, szmaragdami, jadeitami, ametystami, jakby wprawionymi w głowę przepięknego antycznego popiersia. I ten lekki przestrach, a zarazem zaciekawienie, ustawienie się do fotografii i niechęć by być odwzorowaną, delikatny rysunek ust, nieco zaostrzony nos, krzaczaste brwi i burza ciemnych włosów, gdzieniegdzie przypalonych przez promienie słoneczne. Z artykułu zamieszczonego w tym numerze pisma dowiedziałem się, że fotografię tę, w 1984 roku wykonał Steve McCurry, który jako fotoreporter „National Geographic” przybył do pakistańskiego obozu dla uchodźców Nasir Bagh i tam wypatrzył dwunastoletnią dziewczynkę, uważnie mu się przyglądającą. To były trudne czasy sowieckiej inwazji w Afganistanie i fotograf ryzykował życiem, gdy w przebraniu robił zdjęcia w tym kraju, a i pogranicze pakistańskie wcale nie było bezpieczniejsze. Choć w przyszłości miał wykonać wiele znakomitych fotografii podczas wojny iracko-irańskiej, w trakcie konfliktu w Bejrucie, w czasie pierwszej wojny w Zatoce Perskiej i interwencji wojsk NATO w Afganistanie, to nigdy nie udało mu się zrobić równie ekscytującego i symbolicznego zdjęcia. Pusztuńska dziewczynka, określana nawet mianem współczesnej Mony Lizy, nie zdawała sobie sprawy jak stała się sławna na całym świecie i jak wiele podejmowano prób jej odnalezienia.

jpeg_32100_01__ngm__125__1013-jpeg

W styczniu 2002 roku, po upadku rządu Talików, zespół „National Geographic udał się do Afganistanu by odnaleźć współczesną Giocondę, ale przecież nie było to łatwe. Obóz Nasir Bagh dawno zamknięto, a wiele kobiet – dla zysku i sławy – twierdziło, że jest ową tajemniczą istotą, sfotografowaną przez nowojorskiego reportera. W końcu dowiedział się, że dziewczyna nazywa się Szarbat Gula i mieszka w jakiejś górskiej wiosce, w której przyszła na świat na początku lat siedemdziesiątych. Niestety nigdzie jej nie było i dopiero w odległym regionie Afganistanu, w pobliżu osławionych jaskiń Tora Bora, znaleziono ją u boku męża, wychowującą już własne córki. Tragedia Afganistanu wyryła piętno na jej losach i odcisnęła się na twarzy, trudnej teraz do rozpoznania i jakby wyraźnie sroższej. Do obozu w Pakistanie trafiła, gdy bomby zabiły jej rodziców i musiała nieustannie uczestniczyć w pogrzebach, kryć się przed nadlatującymi samolotami i drżeć z przerażenia, gdy wybuchały pociski. Długa droga do obozu wiodła przez wysokie góry, w których ocalała część rodziny kryła się w jaskiniach, głodowała i stale drżała z zimna. Życie w zatłoczonym miejscu nie było wcale łatwiejsze i podczas przerwy w walkach, Szarbat wraz z bratem wróciła do małej wioski pod ośnieżonymi szczytami, gdzie wiodła nędzną egzystencję, a jedynym jej szczęśliwym dniem był ten, gdy wzięła ślub z Rachmatem, wysokim Pusztunem o groźnym i zadziornym spojrzeniu. Zaczęło się monotonne życie i szybko też pojawiły się córki: Robina, Zahida, Alia i czwarta, która zmarła zaraz po urodzeniu. Jako sunnitka Szarbat zaczynała każdy dzień od modlitwy przed wschodem słońca, a potem nosiła wodę ze strumienia, uprawiała ziemię, prała, gotowała i opiekowała się córkami. Gdyby otrzymała chociaż cząstkę pieniędzy z praw autorskich do słynnej fotografii, jej los odmieniłby się diametralnie, a tak jedynym ważnym wydarzeniem w jej życiu było ponowne pojawienie się fotografa i nowa sesja dla słynnego magazynu. Wszystko za pozwoleniem męża, do którego trafiła zapłata, wszystko z grymasem bólu, wszak Szarbat najlepiej czuje się w burce, która odgradza ją od świata i daje poczucie bezpieczeństwa. Nie nauczyła się czytać, ani pisać, ale chciałaby by jej córki zdobyły wykształcenie, choć czasy są wciąż niespokojne i – jak mówi – tylko rządy Talibanu wprowadzały jakiś ład do jej hermetycznego świata.

sharbat-gula

Dzisiaj, gdy patrzę na zdjęcia trzydziestoletniej Afganki czuję ogromny ból w sercu, bo dokumentuje ono najpełniej nieuchronność ludzkiego przemijania. Tak wyraziści w młodości, nieświadomi swej urody i wyjątkowości, wszystkie byty szybko osuwają się w nicość, giną cząstka po cząstce każdego dnia. Właściwie w każdym momencie życia są inni, ubożsi i brzydsi, starsi i coraz bardziej przygaszeni, schorowani, trudni do rozpoznania po latach. Te dwa zdjęcia dramatycznie dokumentują odejście człowieka, gaśnięcie ognia i blasku w oczach, zanik kruchości i delikatności, ulotnej urody, która – odziana nawet w podarte szmaty – promienieje jak na zdjęciu Mc Curry’ego i staje się symbolem chwili, czasu bezpowrotnie straconego. Gdy na moment, za zgodą męża, podnosi burkę, widać, że jej oczy wciąż są niepokojące, tak samo zielone, chociaż wyraźnie przygaszone. I to już jest twarz dorosłej kobiety, która przeszła wiele w swoim życiu i nie zdawała sobie sprawy jaką karierę w świecie zrobił jej portret. Teraz patrząc na tę fotografię uśmiecha się, ale nie może się pogodzić z tym, że miała wtedy na sobie brązowy łachman z dziurami wypalonymi w kuchni – to takie nieporządne, a przecież muzułmańska kobieta powinna dbać o swój wygląd i nie wolno jej kompromitować męża. Na zdjęciu z dwudziestego wieku bliższa była kruchości egzotycznych dzieci, biegających gdzieś na brzegu Oceanu Indyjskiego, a teraz jej rysy wyraźnie wskazują, że jest hardą Afganką, zawsze stosującą się do religijnych i społecznych nakazów. Jej dziewczynki mają czarne oczy po ojcu i pusztuńską urodę też odziedziczyły po nim, jakby w ten sposób natura podkreśliła jego dominację i zarząd nad wszystkim, co Szarbat robi. Na policzkach ma teraz czerwone żyłki, wskazujące iż stale poddawane są one działaniu mrozu, jej usta są bardziej zmysłowe, brwi jeszcze bardziej krzaczaste i sporo włosów pojawiło się na czole, nad nosem i nad górna wargą. Jeśli pierwsze zdjęcie dokumentowało dojrzewanie ciekawej świata dziewczyny, to drugie ukazuje subtelnie jej dzikość i walkę o przetrwanie w ekstremalnych warunkach. Jedno i drugie jest symbolem człowieczeństwa i  udręki życia, cierpienia, bólu i trwania w obliczu wszechobecnej śmierci. Choć eschatologia odcisnęła swoje piętno na portrecie Szarbat z dwudziestego pierwszego stulecia, światło w jej oczach jest miarą istnienia i potwierdzeniem, że każda ludzka chwila jest cząstką wieczności.

STO WIERSZY POLSKICH (XXIII)

Stanisław Grochowiak rys. Kazimierz Wiśniak

Stanisław Grochowiak    rys. Kazimierz Wiśniak

Stanisław Grochowiak

 CZYŚCI

Wolę brzydotę
Jest bliżej krwiobiegu
Słów gdy prześwietlać
Je i udręczać

Ona ukleja najbogatsze formy
Ratuje kopciem
Ściany kostnicowe
W zziębłość posągów
Wkłada zapach mysi

Są bo na świecie ludzie tak wymyci
Że gdy przechodzą
Nawet pies nie warknie
Choć ani święci
Ani są też cisi

Stanisław Grochowiak był poetą nie stroniącym od artystycznych i życiowych prowokacji, a jego niepohamowany alkoholizm doprowadził go do przedwczesnej śmierci w wieku zaledwie czterdziestu dwóch lat. Zadebiutował w 1951 roku, a potem krytyka wyznaczyła mu naczelne miejsce w obrębie pokolenia „Współczesności”. Do legendy przeszły jego związki z Ireneuszem Iredyńskim, Romanem Śliwonikiem, Zbigniewem Jerzyną, Zbigniewem Bartosiewiczem (Barłogiem), Janem Himilsbachem i Zdzisławem Maklakiewiczem. Obecnie wskazuje się Grochowiaka jako najważniejszego przedstawiciela turpizmu, nieformalnego kierunku w poezji polskiej XX wieku, a jako kompanów przydaje mu się tutaj Andrzeja Bursę i Ernesta Brylla. Te dość ryzykowne ustalenia – wszak każdy z tych twórców miał własną, integralną osobowość – związane są przede wszystkim ze sporem jaki powstał pomiędzy nim i Julianem Przybosiem, który w wierszu Oda do turpistów („Przegląd Kulturalny” 1962 nr 45) skrytykował Grochowiaka, a powodem był przede wszystkim wiersz pt. Czyści, opublikowany w zbiorze pt. Rozbieranie do snu (1959).  Przyboś stworzył określenie turpizm, wywodząc je z łacińskiego słowa turpis (brzydki) i w swojej odzie wyartykułował szereg emocjonalnych epitetów. Padły tam takie określenia jak wyjadacze resztek, ścierwo Charlesa Baudelaire’a, młodość kaleka, noga wyjęta z kubła w prosektorium, moralista od siedmiu czyraków, pegaz-Szczur, deratyzacja wierszy itd. Trudno dzisiaj pojąć zacietrzewienie Przybosia, a tym bardziej jego odę zaklasyfikować jako osiągnięcie poetyckie – raczej wiersz ten kojarzy się z grafomańską fanfaronadą, przeładowaniem znaczeniowym i nadużyciem autorytetu.

Wielosłowiu i zacietrzewieniu Przybosia, Grochowiak przeciwstawia jasny wykład turpistyczny, w którym każde słowo ma swoje znaczenie, każdy wers dopowiada jakiś sens do tego, co zostało wyżej wyartykułowane. Poeta prowokuje: Wolę brzydotę/ Jest bliżej krwiobiegu/ Słów gdy prześwietlać/ Je i udręczać, a jednocześnie odnosi sytuację liryczną do rzeczywistości ludzkiej. Panuje pośród niej przekonanie, że człowiek jest piękny, urodziwy, tworzone są gradacje urody męskiej i żeńskiej, a wręcz wskazuje się konkretne wzorce w świecie aktorskim, artystycznym czy politycznym. Grochowiak przypomina, że ludzkie ciała składają się z kości i mięsa, ożywianych poprzez nieustanne pulsowanie krwiobiegu niosącego tlen i innych płynów ustrojowych. Jeśli zdejmiemy okrywę skóry, jak to możemy zobaczyć w atlasach anatomicznych, ukaże nam się krwawa struktura ludzkiego wnętrza, owa „brzydka” plątanina tkanek i rurek, szkieletu i układu nerwowego. Ludzie stworzyli w swojej wyobraźni fantom urody ludzkiej i nieustannie zapominają o tym, co znajduje się pod skórą. Podobnie jest z prawdziwą poezją, która powinna odzwierciedlać to, co brzydkie i bliższe wnętrzu, a nie generować tylko zachwyty nad „pięknem” i „czystością” ludzkiej egzystencji. W takim kontekście tytuł wiersza zyskuje wydźwięk ironiczny, a czystość staje się określeniem z gatunku niemożliwych, zakłamanych i wynaturzonych. Tak jak prześwietlenie rentgenowskie odsłania w człowieku kościotrupa – wskazuje Grochowiak – tak brzydota demaskuje w wierszu fałsz i prawdziwą udrękę życia. To za każdym razem musi być szok estetyczny, przeniesienie akcentów wartościujących w obręb brzydoty, albo cykliczne powroty do prawdziwego znaczenia przymiotnika turpis. W nim zaczyna i kończy się wszystko – w nim też zaczyna się ciąg opozycji, które uświadomić mają czytelnikowi, że nie znajdzie na ziemi wyabstrahowanego piękna, a wszystko jest tylko kwestią ustaleń i konwencji. Wszak trudno by było nauczyć ludzkiego piękna byty pajęczaste, szponiaste, różnorakie płazy, gady, zwierzęta tak dziwaczne jak słoń, żyrafa czy nosorożec. Te byty także mają swoje kanony piękna i daleko im do ludzkich wyznaczników – łatwo też wyobrazimy sobie jakim straszliwym potworem jest dla pająka krzyżaka lub karalucha Brigitte Bardot, Elizabeth Taylor, Marlon Brando albo Robert Redford.

Grochowiak tworzy na potrzeby wiersza specyficzną mitologię brzydoty, potrafiącej generować bogate formy, spiętrzającej komplikacje, mnożącej asocjacje i będącej zdecydowanie ciekawszą od piękna. Niestety w pierwszym wersie znalazło się niefortunnie użyte słowo ukleja, które może przywodzić na myśl niepotrzebne, błahe konteksty ichtiologiczne. Chodzi oczywiście o sklejanie najbogatszych form, czyli mutowanie, zwielokrotnianie sensów i znaczeń, nieustanne generowanie nowych treści, z których powstają barokowe konstrukcje, surrealistyczne obrazy. Nie przypadkiem zaistnienie turpistów zbiegło się w Polsce z odkryciem nadrealistów francuskich w poezji i malarstwie, ze szczególnym uwzględnieniem liryki André Bretona, Paula Eluarda, Louisa Aragona, obrazów Chirico, Daliego i Magritte’a. Brzydota „retuszuje” absurdalność piękna w obliczu śmierci: Ratuje kopciem/ Ściany kostnicowe, znosi marmurowy patos i W zziębłość posągów/ Wkłada zapach mysi. Ludzkie ułudy związane z pięknem stają się komiczne w obliczu brudu, chaosu, eschatologii i dopiero pojawienie się określenia turpis wprowadza ład do umierania, rozpadu, kremacji i zgnilizny. Najwrażliwsze byty, szukające piękna, muszą przyznać, że brzydota też ma swoja logikę i może stać się inspiracją dla literatury i sztuki. Mamy tego liczne przykłady, choćby w poezji i dramacie epoki romantyzmu, a ostatnio najdobitniej w malarstwie Zdzisława Beksińskiego. Turpiści drugiej połowy dwudziestego wieku opisywali przestrzenie i artefakty odrażające, skupiali swoją uwagę na destrukcji, przemijaniu, kalectwie, chorobach i rozkładzie. Mając świeżo w pamięci okrucieństwa II wojny światowej, Przyboś nie mógł tego zaakceptować i kpił z nich w swojej odzie, dając do zrozumienia, że turpizm jest bez sensu, nie ma podbudowy ideologicznej, a jedynie pragnie szokować czytelnika kolejnymi ewokacjami rodem ze śmietnika. Grochowiak jednak, nie zważając na krytykę przedstawiciela Awangardy Krakowskiej, konsekwentnie stosował swoją strategię antyestetyczną, a czasami wręcz rozsadzał rzeczywistość w wierszu i opisywał poszarpane, zdeformowane cząstki.        

Krytyka turpistyczna szła bardzo daleko i wskazywała, że najmniej ciekawi są ludzie nijacy, dokładnie wymyci, nie mogący zainteresować nikogo, nawet przysłowiowego psa: Są bo na świecie ludzie tak wymyci/ Że gdy przechodzą/ Nawet pies nie warknie/ Choć ani święci/ Ani są też cisi. To wymycie sięga poza obręb skóry i odnosi się też do mózgów, które nie są nośnikami ekscytujących treści, a jedynie podtrzymując nijaką egzystencję, sprawiają, że trwa „coś”, co nie ma wyrazu, nie tworzy i nie potrafi przekształcać świata. To nie są święte byty, ani pokorni ludzie, schylający głowy przed śmiercią i destrukcją – raczej krzykliwi konsumenci, przepychający się do dóbr i żyjący w obrębie sztucznej mitologii piękna. Okrywa skóry i powierzchnia ludzkiego ciała nigdy nie skłoni ich do refleksji nad brzydotą żył, szkieletu i zawsze uciekać będą od sytuacji ekstremalnych, w których przymiotnik turpis odgrywa naczelną rolę. Cywilizacja i kultura stworzyły mechanizmy oczyszczenia, w domach są prysznice i gorąca woda i człowiek może nawet nie mieć do czynienia z własnymi fekaliami, natychmiast spłukiwanymi w dezynfekowanych urządzeniach sanitarnych. Takie tuszowanie wstydliwych wymiarów życia budzi sprzeciw Grochowiaka, który chce żyć w świecie prawdziwym, nie retuszowanym, w którym plwocina i wymiociny, fekalia i jucha sąsiadują z marmurowymi posągami i ze świętością. Tylko takie antytezy stworzą syntezę i pojawi się prawdziwy wymiar ludzkiego losu, zawsze zawieszonego pomiędzy ekstremami. Poeta rozumie, że ludzie tworzą sobie domowe, rodzinne enklawy i sam też żył w takim stadle, ale nigdy nie opuszczała go potrzeba obcowania z brzydotą, czemu dawał wyraz sprowadzając do domu wstrętne kundle, wszczynając burdy, upijając się w towarzystwie meneli i włóczęgów, a potem umierając najprawdziwiej w związku z powikłaniami po chorobie alkoholowej. Zaznając piękna, kochając i dając życie dzieciom, nosząc w pamięci świetlane zdarzenia z dzieciństwa, miał też w sobie bolesne pęknięcie czasu okupacji, a pamięć podsuwała obrazy ciał gnijących na ulicach, rozkładających się koni, szczurów grasujących pośród porozrzucanej w ruinach padliny. Zapewne już wtedy nauczył się, że wszystko w ludzkim świecie jest dwoiste, a potężną przeciwwagą piękno jest wszechobecna brzydota.

ALEJA KLONÓW (22)

guillaume-seignac-virginite-my-dash-museum-dash-of-dash-art-dot-blogspot

Yvette była głęboko nieszczęśliwa i nie mogła zapomnieć swojego ostatniego alfonsa, mistrza bokserskiego o budowie atlety. Wyszła za mąż za tego drobnego fryzjera z wyrachowania, bo uwierzyła mu, że ma ogromne oszczędności. Lubiła też jak strzygł jej czarne włoski u końca ud, a potem rzucał się na nią jak zwierzę i długo, długo się nią sycił. Zanim go znienawidziła, uznawała go za jednego z najlepszych kochanków, śmiało stającego w jednym szeregu z Murzynami, Żydami i Cyganami, których obsługiwała w burdelu na polecenie boksera. Szybko jednak do jej życia wkradła się nuda, brakowało jej szaleństw i orgii, a wciąż ten sam mężczyzna potęgował depresję, budził wstręt. Zaczęła coraz częściej sięgać po wino, które jesienią przygotowywał w wielkich szklanych gąsiorach, a potem zaczęła też spijać bimber, który potajemnie pędził w piwnicy, pod salonem fryzjerskim. Siedziała przy serwantce w różowej, jedwabnej podomce ze sztucznym futerkiem na brzegach i wpatrywała się w swoje obicie w ogromnym, kryształowym lustrze albo półnaga kładła się na sofie. Czasem poprawiła jakiś niesforny lok, czasem umalowała usta krwiście czerwoną szminką, poprawiała brwi henną i cały czas paliła papierosy w długiej szklanej cygarniczce, brązowej od nikotyny i oblepionej od wina. Po wypiciu kilku szklanek alkoholu, jej czarne oczy, tak interesujące dla klientów w domu schadzek, stawały się groźne i przypominać zaczynały diaboliczne ślepia. Zauważała to i uśmiechała się cynicznie, wydymając zalotne usta i szepcząc teatralnie:

   – Przelecisz mnie Szatanku… No pokaż jaki jesteś dobry… Dasz radę ze mną…? Weź mnie na samochodzie jakiegoś frajera albo w ogrodzie, za domem.. Przy tej rozrosłej jabłoni…

Zwykle po takich tyradach stawała w lubieżnej pozie i zaczynała zakładać białe pończochy, a potem przypinać je do koronkowego paska. Gdy przypadkiem wchodził wtedy fryzjer, działała na niego jak narkotyk i szybko lądował z nią w łóżku, dokazując cudów męskiej sprawności.

daniel-hernandez

Po jakimś czasie Yvette zaczęła szaleć, najpierw w swoim pokoju, a potem – gdy mąż tego nie zauważał – na ulicach. Jakież to było widowisko, gdy prawie naga, z powiewającą jedwabną narzutką pędziła w szpilkach Aleją Klonów, potykając się raz po raz o wystające płyty chodnikowe albo grzęznąc w miękkiej ziemi przy rowach ściekowych. Szybko gromadziła się za nią dzieciarnia, nie wiadomo skąd galopował Wuja Koniś, pojawiali się jacyś piekarze, rzeźnicy i szeregowcy z pobliskich koszar. Każdy chciał ją dotknąć, a gruby masarz często wpychał ją w zagłębienie kamienicy, opierał o wielkie wrota i macał w upojeniu. Zaczynała się wtedy śmiać histerycznie i pozwalała na wszystko, czasem nawet sama przyzywając do siebie co przystojniejszych chłopaków. Śmierdziała bimbrem i winem, ale też unosił się wokół niej zapach tanich perfum, wody kolońskiej, pomadek i cieniów do powiek, czasem czosnku i kiszonej kapusty, a innym razem zupy grochowej lub ogórkowej. Nie myła zębów i po zjedzeniu obiadu długo utrzymywały się te aromaty w jej ustach, a swoje robiły też ogromne plamy na podomce, pończochach i jaskrawych czółenkach. Rozkoszowała się tym, że napierało na nią kilku chłopaków albo jakiś kapral ocierał się o jej uda, ale nagle zrywała się jak oparzona, z ogromną siłą odpychała od siebie wszystkich i zaczynała bieg przez Aleję Klonów, skręcała w boczne uliczki i biegła, biegła jak różowy demon pośród szarych domów, rozsychających się płotów i bram. Czasem wykrzykiwała jakieś pojedyncze słowa, ale najczęściej zwracała się do Szatana i lżyła go najgorszymi słowami.

     – Nienawidzę cię… słyszysz gnoju…? Nienawidzę cię!!! Myślisz, że taki jesteś dobry…? No to zobaczymy eunuchu, impotencie!!! Ty gnoju… gnoju… gnoju… Dopadnę cię kiedyś w ogrodzie i zabije bez litości…

Zanim ktoś doniósł mężowi, że Yvette wybiegła na ulicę i zanim fryzjer zdołał ja dopędzić, a potem przerzucając przez plecy, zanieść do domu, zdążyła obrazić wiele kobiet, zaczepić starców i mężczyzn w sile wieku, a raz nawet poszła do piwnicy z brudnym od sadzy wozakiem i pozwoliła się wykorzystać na kupie węgla. Nie wiedziała co się z nią dzieje i miała wrażenie, że Szatan wziął ją na czarnym samochodzie, sprawdzając jej miłosne możliwości. Wszystko ją bolało, jedwabie się ubrudziły czernią, ale traktowała to jak próbę własnych możliwości i wielką bitwę z nieczystymi siłami.

303a77a9-7d54-42be-ab69-6a707dfd6dae

Tylko raz widziano Yvette w czarnym kostiumie, skromnych butach i gustownym toczku z siateczką spadającą na oczy. Ubrała się tak na pogrzeb brata fryzjera i poszła z nim wolno pod rękę, do wielkiego kościoła pod wezwaniem Świętej Trójcy. Usiadła skromnie na dębowej ławce, obok męża, po drugiej stronie mając jakiegoś kuzyna czy stryja – usiadła i pogrążyła się w modlitwie, a z jej oczu tryskały fontanny łez. Ksiądz we fioletowej szacie stanął przy ołtarzu i zaczął odprawiać mszę pogrzebową, a wtedy na jej twarzy pojawił się grymas zdziwienia., coraz intensywniejszy, coraz bardziej groteskowy. Mąż spojrzał z przestrachem na nią, lekko pociągnął ją za koronkę wystającą z rękawów kostiumu, ale to nic nie dało. Słuchała słów księdza i coraz bardziej się dziwiła, a gdy w jej oczach kapłan zmienił się w wielkiego czarnego krokodyla, roześmiała się histerycznie i wrzasnęła:

        – Myślałeś, że Ciebie nie poznam…  Ty podły gnoju!!! Myślałeś, że dam się nabrać… No jazda, pokaż jaki jesteś dobry… Weź mnie na tym tutaj samochodzie… No, pokaż gnoju co potrafisz!!!

Fryzjer zbladł na twarzy, rozejrzał się z przestrachem po żałobnikach i szarpnął Yvette do wyjścia. Tam zostawił ją pod opieką dalekiego krewnego, ogromnego milicjanta, który bez trudu poradził sobie z nią. Wyciągnął ze szlufek spodni wielki, szeroki pas, świsnął nim w powietrzu i zagroził jej:

   – Tylko fiknij dziwko… Tylko podskocz narwana kobyło… To tak ci przyleję, że na dupie nie będziesz mogła siedzieć…

Groźba podziałała trzeźwiąco, tym bardziej, że młodzieniec zmienił się w wielkiego błękitnego hipopotama, śliniącego się i ryczącego straszliwie przed nią.

   – Spokojnie góro mięcha – krzyknęła zjadliwie, ale uspokoiła się na tyle, że jej opiekun puścił ją swobodnie i odszedł na kilka kroków, by spojrzeć przez otwarte wrota co dzieje się w kościele.

Yvette na to tylko czekała i natychmiast ruszyła biegiem na drugą stronę ulicy, a potem szybko zniknęła za rogiem. Co jakiś czas oglądała się jednak za siebie, ale nie widząc pogoni równym krokiem podążyła pod górę, by szybko znaleźć się na Alei Klonów. Nie miała klucza, więc weszła do ogrodu przez furtkę zamykaną na drewniany skobel.

723087747

Stanęła przy wielkiej jabłoni, a w jej uszach rozległy się wysokie tony trąb anielskich, jakieś wielkie chóry, mormoranda i refreny. Uśmiechnęła się lubieżnie i jak tancerka erotyczna w kabarecie zaczęła zrzucać z siebie odzienie, sycząc zalotnie:

   – No jak tam czarny wężu…? Jak tam Szatanku… mój ty krokodylku i hipopotamku… Dasz radę? Weźmiesz mnie w rajskim sadzie…?

Powoli ściągała poszczególne części ubioru i wkrótce już stała w czarnych pończochach i czerwonej bieliźnie. Oparła prawą nogę o pieniek wystający z ziemi, wpatrzyła się w jakiś punkt na drewnianym płocie i zginała wskazujący palec prawej ręki, przyzywając i wabiąc niewidzialnego złego ducha. Wkrótce odpięła pończochy, zsunęła je zalotnie z nóg, a potem zdjęła stanik i fiknęła butami w górę, tak mocno, że jeden z nich zawisł w rozwidleniu grubego konara. Naga podeszła do najbliższej gałęzi, zerwała czerwone jabłko i unosząc je w górę ryknęła:

   – No i co gnoju…? Skusisz się…? Jazda, pokaż ile jesteś wart? Taki z ciebie książę piekielny, taki władca ciemności… No, pokaż co potrafisz…

Gdyby ktoś przyglądał się tej scenie z boku, zobaczyłby, że czarne oczy Yvette zmieniły się nagle w wilcze ślepia, a w kącikach ust pojawiła się piana. Oddychała chrapliwie, nierówno, jakby miała wodę w płucach, a jej łono falowało lubieżnie w rytm jakiejś straszliwej melodii, brzmiącej tylko w jej uchu. Nagle wyprężyła się, jakby trafiona strzałą, jakby przebita piką przez rzymskiego centuriona i padła bez czucia na ziemię. Czerwone jabłko potoczyło się w dal i stanęło dopiero przy jakichś czarnych łapach, ni to pazurach, ni szponach. Mgła napłynęła z północy, pojawiły się jakieś brunatne opary, duszące dymy i nie można było dostrzec kto uniósł owoc i rozgryzł go tak gwałtownie, ze sok trysnął na boki.

Malarstwo: Daniel Hernández Morillo (1856–1932)

LEKKOŚĆ I ZMIENNOŚĆ

3

Poezja Joanny Wrzesińskiej oparta jest na ulotnych paradoksach, nieustannie wyłuskiwanych ze zdarzeń i gestów, spotkań i przeżyć. To jest uważne studiowanie elementów świata, a zarazem ciągłe sondowanie samej siebie. To próba znalezienia w wierszu złotego środka, harmonii pośród niestabilnych cząstek przestrzeni – tutaj: płaski księżyc i białe światła, tutaj wszystko staje się nad-wyraziste i domaga się dopełnienia w słowie. Wrażliwość kobiet bywa zaskakująca i dopiero gdy zaczynają pisać wiersze, gdy dzielą się z czytelnikiem tym, co rozgrywa się w ich wnętrzach, zaczynamy rozumieć kim są i jakże wiele mają do przekazania. Zwykle ich świat kojarzymy z uczuciami, lekkością i zwiewnością, ale jest to przekonanie tyleż prawdziwe, co pobieżne, nie obejmujące fenomenu rozrastającego się wnętrza, kształtującej się przestrzeni intymnej, w której zawsze pojawiają się znaczące cząstki i wyznaczniki. Kobieta niesie swoją tajemnicę przez lata i często się zdarza, że nigdy jej nie uzewnętrznia, nigdy nie odważa się opowiedzieć o sobie i jej świecie. A przecież byłyby to relacje o głębiach i przepaściach, o kolejnych celach i zdobywanych szczytach – o walkach, jakie musi toczyć, by zapewnić byt sobie i rodzinie i żyć stale w euforii zdarzeń prostych albo daleko wykraczających poza codzienność, poza zwykłość: ciągną się niewidzialne pajęczyny/ przypinają kosmyki włosów do twarzy/ strącają barwy korali/ matowieją kształty/ systematycznie powielają/przestrzeń. Poezja daje szansę ukazania choćby części tego, co rozgrywa się w subtelnym kobiecym wnętrzu, co konstruuje je codziennie i co burzy w nim, zdawać by się mogło, trwałe fundamenty. Staje się też rodzajem dziennika lub pamiętnika,  który szybko zyskuje rangę powiernika trosk i radości, nieodzownego elementu życia i jego nieustającego dopełniania.

Ważną rolę w tych wierszach odgrywa natura i mit kalendarzowy – wpisanie ludzkiej egzystencji w doroczne zmiany pór roku, odradzanie się, dojrzewanie, a potem więdnięcie, zamieranie kwiatów i drzew, ziół i krzewów. Szukanie balansu, wyodrębnianie elementów świata, wiąże się tutaj z dopełnianiem kolejnych kręgów czasowych i odnajdywaniem harmonii: na lepkich pajęczynach traw/ snuje się słodycz/ sadów/ pasiek/ wina/ emanują/ nowe doznania. Doświadczanie świata zostało tutaj wpisane w bieg pór roku i podkreślone osobnymi działami zbioru, ale też znalazło swoje odbicie w tkance ulotnych liryków, lekkich jak puch dmuchawca, rozprzestrzeniających się jak jasne smugi pośród błękitnego nieba: chmura przegląda się/ w lustrze nieba/ na błękitno-różowym tle/ układa rozwiane myśli/ w modne fryzury. Spojrzenie poetki jest jasne, pełne miłości i zrozumienia, docierające do tajni przyrody, a subtelna empatia podąża ku sercom najbliższych jej osób. Pragnienie układania myśli i zdarzeń w logiczne ciągi znajduje swoje potwierdzenie w kolejnych wierszach, lekkich i zwiewnych, ale zadziwiająco konkretnych i trafnie analizujących doznania. Prawdziwa sztuka słowa polega na jego dozowaniu, przeciwstawia się gadulstwu, szuka syntezy i takiej konstrukcji wiersza, by pomieścił on treść opisową i naddaną, a przy tym nie zagubił niczego z symboliki chwili: wieczorna herbata/ kropla wiruje/ nie chce rozwiać się w chmurach/ i spocząć. Wrażliwość poetki nie znajduje odpoczynku, stale przesiewa istnienie przez sito delikatności i czułości, a potem znajduje słowa elementarne i tworzy z nich jedwabny kokon kolejnych dni i nocy.

Eschatologia została tutaj wpisana w naturalny bieg rzeczy, w zmienność dobową i roczną, w nieustanną metamorfozę, a jeśli zdarza się jakieś zawieszenie odwiecznych praw, to zyskuje ono wartość liryczną, staje się symbolem chwilowego i jakże kruchego istnienia: ostatni liść akacji/ szepcze/ że wiatr o nim zapomniał/ wilgoć przykleja się do rzęs/ jak łzy. Tak natura rozpościera swoje władanie na ludzki byt, tak staje się jego odbiciem i dopełnia jego immanentną treść. Wiosna, lato, jesień i zima nadchodzą, krzewią się w świadomości, a potem znikają bezpowrotnie – ludzkość nazywa to latami, choć mamy tutaj do czynienia z cyklem kosmicznym i biegiem naszej planety wokół słońca. Każda pora roku ma swoją symbolikę i każda ma swój urok, ale też może generować tony smutne, rodzić melancholię i przenosić myśli w obręb spraw ostatecznych. Wiosna wybucha soczystą zielenią, lato dojrzewa w żółcieniach i czerwieni, jesień to brązy i sienny, a zima to biel, okrywająca wszystko szczelną zasłoną, każąca czekać na znak lub gest, na chwilę, która rozpłomieni wszystko: biel pokryła obrazy/ z dala rozlewają się pleśnie/ noc zapaliła ciszę/ pachnie jak żywica/ wyczekiwana chwila wschodzi. Ale przecież pod okrywą, pod śnieżnym puchem rodzi się już nowe życie, zaczynają wznosić się ku światłu pierwsze kwiaty, przebiśniegi, fiołki i krąg roczny zaczyna się od nowa, a mit kalendarzowy znajduje swoje odzwierciedlenie w powszechnym wzrastaniu, rozkwitaniu, a potem w upadku w kruchość i nietrwałość. Poezja Joanny Wrzesińskiej niesie wyraźne przesłanie, jest pochwałą życia i przemijania, potwierdzaniem egzystencji i zgodą na odejście, ale też jest próbą uchwycenia ulotności świata, jego chwilowości i kruchości w  każdej sekundzie, minucie, godzinie, w każdym dziesięcioleciu i stuleciu. Warto czytać te wiersze, bo jest w nich autentyczność i subtelność, skromność osoby ludzkiej i piękno dziewiczej natury, elementarna siła słowa i metamorfoza świadomości. Słowem – liryka kobiety, która patrzy na świat szeroko otwartymi oczyma i wsłuchuje się w rytm natury, jakże doskonale rymujący się z rytmem jej serca i wyczuwalnym pod powłoką skóry pulsem krwi.

 

« Older entries

%d bloggers like this: