CZARNY NEFRYT (2)

Czao wracała z gór, gdzie wydoiła kozy i dokładnie oczyściła niewielką zagrodę dla zwierząt. Nie lubiła siąpiącego deszczu, ale musiała wykonać swoją codzienną pracę, bo każdy w jej rodzinie miał jakieś obowiązki. Wczesnym rankiem pięła się ścieżką po stromych zboczach i docierała do niewielkiej polany, gdzie pasły się dwie owce, trzy kozy i biały jak. To było ogromne bogactwo, ale Tang, jej ojciec był jednym z najzamożniejszych ludzi we wsi, dobrze żyjącym z sąsiadami, z bezwzględnymi poborcami podatków, groźnymi żołnierzami i cesarskimi urzędnikami. Nigdy niczego nie zatajał, dawał więcej, niż musiał, nigdy nie zalegał z opłatami, a na stole dziesięcioosobowej rodziny nie brakowało ryżu, koziego i owczego sera, mleka i owoców, a zdarzały się też obfitsze posiłki, z mięsem i gotowaną rybą. Czao bardzo kochała swojego ojca, który był dość wysoki, miał równe białe zęby, kruczoczarne, dziwnie puszyste włosy. Największym uczuciem darzyła jednak matkę i dziewięcioro rodzeństwa, cztery siostry i trzech braci, spośród których najwięcej czasu spędzała z najmniejszym i najzabawniejszym, zaledwie trzyletnim Luo. Śmiech często gościł w dużym domu Tanga, a gdy gospodarz siadał na ławce, na ogrodzonym glinianym murem podwórku i zaczynał grać na èrhú, zbiegało się wiele dzieci ze wsi i wielu dorosłych zatrzymywało się, by wysłuchać nowych utworów, skomponowanych ostatnio przez niego. Szesnastoletnia Czao często wtedy podśpiewywała, a że miała krystalicznie czysty głos, pieśń niosła się daleko, obijała się o wzgórza, docierała do pól ryżowych na tarasach, a nawet biegła ku odległej rzece, gdzie w łodziach siedzieli rybacy. Iluż młodzieńców prostowało się wtedy na polach, iluż odsłaniało w uśmiechu lśniące zęby? Ale któż nie chciałby takiej żony, któż nie śnił o pięknych ustach i dłoniach tej młodej kobiety, któż nie marzył o nocach spędzonych z nią, o cudownej gładkości skóry, o włosach czarnych jak węgiel i oczach tajemniczych, zawsze przysłoniętych mgiełką długich rzęs. Wszystkie dzieci Tanga były bardzo urodziwe, bo połączyła się w nich uroda gospodarza i jego żony Li, niegdyś także bardzo pożądanej przez młodzieńców i często pojawiającej się w opowieściach przy ogniskach, na targach i podczas niewielkich męskich zgromadzeń, jako synonim piękna i delikatności. Czao cieszyła się, że wraca do ukochanego domu ze świeżym kozim mlekiem, miała też nadzieję, że przechodząc koło lepianki starego kowala, zobaczy jego najmłodszego syna Aia, w którym była nieszczęśliwie zakochana. Bała się powiedzieć ojcu o nim, bo był bardzo ubogi, a jedynym jego bogactwem była młodzieńcza uroda i piękna budowa ciała, wyćwiczonego podczas ciężkich prac kowalskich, zahartowanego podczas mrozu i w skwarnym upale.

Czao dochodziła już do rodzinnego podwórka i nagle dreszcz przerażenia przeszył jej świadomość. Usłyszała coś jakby rozpaczliwy krzyk najmniejszego brata i zaraz po nim spotęgowane przez echo rżenie koni. Zdziwiło ją też, że ptaki nie śpiewają, nie słychać głosów ludzkich w osadzie i nawet hałaśliwe psy umilkły – wszędzie panowała martwa, spowijająca wszystko cisza. Deszcz zacinał coraz mocniej, na niebie krążyły sępy i wielki bielik, co nie wróżyło niczego dobrego. Nie wiedziała dlaczego, ale czuła drętwienie skóry, ściśnięcie gardła w przełyku i jakieś groźne, nieznane dotąd irracjonalne przerażenie. Weszła z impetem na podwórze i natychmiast się zatrzymała, bo zobaczyła cztery konie, spośród których jednego zaprzężono do rodzinnego wozu. Krzątało się przy nim trzech żołnierzy, pakując worki z ryżem, suszone mięso oraz dzbany z miodem i mlekiem. Czao skręciła w bok i zobaczyła coś, co było najstraszniejszym obrazem w jej życiu. Na drewnianych żerdziach, okalających niewielki ogródek warzywny, zatknięte były zmasakrowane głowy jej ojca i matki, a na ziemi leżały ich martwe korpusy oraz ciała wszystkich sióstr i braci. Ogromna kałuża krwi wezbrała przed nimi i był to ostatni widok, jaki dotarł do umysłu Czao, zanim padła zemdlona. Jeszcze tylko gdzieś z dali, jakby z innego świata dotarły do niej wynaturzone, jakby wypowiadane w zwolnionym tempie słowa:

– Jeszcze jedna… Co z nią zrobić, panie Wang? Zobacz jaka ładna…

Poborca i jego banda, egzekwując karę za niezapłacony podatek Yao Minga, skorzystali z okazji i napadli na domostwo bogatego Tanga. Szybko i sprawnie zabili rodzinę, a głowy matki i ojca, zatknęli na ogrodowych drągach. Każdy z nich zabił dwie, trzy osoby, więc morderstwa trwały ledwie chwilę, a najwięcej kłopotu było z maluchem, który sprytnie uciekał i próbował omijać oprawców. W końcu go jednak złapali, przebili mieczem brzuch i chłopiec wrzasnął z przerażenia. Zabójca rzucił jego drgające konwulsyjnie ciało na resztę zwłok i poszedł rabować domowe mienie. Wang nie wiedział, że gliniany mur miał sporej wielkości dziurę, przez którą wlatywały czasami szczygły i sikorki, a teraz lśniły w niej czarne oczy starszego syna kowala, który chciał popatrzeć na wracającą Czao, a stał się mimowolnym świadkiem zbrodni. Zobaczył też, że po grabieży i spakowaniu łupów, Wang podszedł z dwoma żołnierzami do leżącej dziewczyny i wyciągnął z pochwy miecz. Już miał uderzyć z ogromną siła w jej szyję, gdy zatrzymał ostrze w połowie ruchu. Serce Aia stanęło na chwilę i poczuł, że włosy unoszą mu się na głowie, a zimny pot zlał całe jego ciało. Poborca przyklęknął przy dziewczynie, odgarnął jej długie włosy z czoła i cmoknął z zadowolenia. Dawno nie widział tak pięknej istoty i natychmiast zapragnął ją posiąść, ale inna myśl przemknęła mu też przez głowę. Kazał położyć Czao na wozie i szybko wskoczył na konia. Nie wiedział, że w ten sposób ocalił życie, bo Ai wspiął się już na mur i zza wysokiej morwy celował strzałą z łuku w jego szyję. Gdy jeźdźcy oddalali się, powoli zwolnił cięciwę i patrzył przez łzy na coraz mniejszy i mniejszy wóz. Wiedział, co musi zrobić, więc zeskoczył z mokrej gałęzi na grząską ziemię i pobiegł szybko do ojca. Na ciało dziewczyny spadały krople deszczu, ale nie cuciły jej, leżała jak martwa w potokach potężniejącej stale ulewy.

Czao widziała we śnie wielka wodę zbliżającą się do niej. Wskoczyła szybko na skałę i spostrzegła, że potężne fale uderzają o wzgórza, ale to już nie była woda, tylko rzadka, jaskrawa krew. Na innym głazie stał cesarz, wielki jak topola i krzyczał do niej:

– Jeśli będziesz pokorna i posłuszna, pozwolę ci opanować potop!

Czao uniosła się w górę jak ptak i skoczyła na coś, co wydawało jej się wielkim kamieniem, śmiało przeciwstawiającym się odmętom. Stanęła na nim lekko, jak lądują ptaki i poczuła od razu ruch głazu. Okazało się, że był to wielki żółw, który wysunął głowę z pancerza, odezwał się do niej ludzkim głosem i zapewnił, że jej pomoże. Nagle pojawiła się nad nimi sowa i huknęła głośno:

– Musisz sięgnąć po cudowną grudkę ziemi i zbudować wielka tamę, która zatrzyma napierające wody.

Żółw kiwnął potakująco głową i skierował się na zachód. Czao usiadła na jego skorupie i patrzyła jak pomarańczowa kula słońca opada za horyzont. W końcu dopłynęli do wielkiej wyspy, na której siedziały stada żurawi i kormoranów, a na samym szczycie wzniesienia stał kozioł górski. Czao nabrała ziemi w niewielką dłoń i z powrotem weszła na skorupę. Ruszyli przez gęstniejąca ciemność na północ, skąd napływały potoki krwawej wody i dziewczyna zasnęła raz jeszcze, tym razem we śnie. Wszystko trwało jak jedno mgnienie powiek, bo zaraz się obudziła i spostrzegła słońce tronujące wysoko na niebie. Dopływali do półwyspu, z którego widać było inny półwysep, po drugiej stronie wielkiej wody. Stanęła na gruncie, podeszła do najdalej wysuniętego punktu ziemi i zanurzyła cudowną grudkę w cieczy. Ta natychmiast zaczęła się rozrastać, ogromnieć i już po paru chwilach stała się potężna jak dom, a potem jeszcze większa i większa. Wody napierały, ale ona tamowała przepływ i w końcu całkowicie zamknęła dostęp na południe. Rosła jednak dalej i stawała się wielką górą, z której wypiętrzały się szybko kolejne szczyty, łąki, zbocza. Sowa pokiwała głową i odleciała w dal, żółw zsunął się do wody i odpłynął, a Czao czuła się zdruzgotana, przybita, jakby z jej ciała wypłynęła cała energia, którą cudowna grudka spożytkowała na zatrzymanie potopu. Gdzieś z daleka dochodził do niej jakiś głos i powoli zaczynała się budzić z omdlenia. Zobaczyła nad sobą niewyraźne kształty starej kobiety, która obmywała jej twarz i nagie ciało. Chciała zerwać się i biec, ale kobieta delikatnie ją przytrzymała i dalej wycierała skórę mokrą szmatą. Czao rozejrzała się dookoła i stwierdziła, że jest w jakimś bogatym domu, a obok niej siedzi służąca, myjąca ją, a potem namaszczająca ciało wonnymi olejkami. W tej samej chwili przypomniała się jej zbrodnia na domowym podwórku i straszny ból głowy spowodował, że raz jeszcze straciła świadomość.

Reklamy

ODWIECZNY OGIEŃ (1)

 

  1. Ogromne oddalenie

Ogromne oddalenie Polski od Chin spowodowało, że wzajemna wymiana treści literackich i intelektualnych była przez wieki na bardzo niskim poziomie, daleka od autentycznych inspiracji kulturowych i artystycznych. Do naszego kraju docierały informacje spaczone i często zdawkowe, wszechobecne były też przeinaczenia interpretacyjne, lingwistyczne i intuicyjne rozstrzygnięcia. Symbolem takich niepogłębionych korespondencji może być zagubione dzieło największego polskiego poety Adama Mickiewicza pt. Historia przyszłości, w której autor czynił z Chińczyków agresorów najeżdżających Europę. Ta wizja katastroficzna zapożyczona została przez twórcę przede wszystkim z kultury rosyjskiej i daleko wyprzedzała koncepcje Herberta George’a Wellsa, ale nie miała żadnej podbudowy politycznej, bo Chiny w tym czasie nie odgrywały ważnej roli w świecie. O dziele wiemy z książki wspomnieniowej Antoniego Edwarda Odyńca[1], z listów innych przyjaciół i samego Mickiewicza, a także z opisów jego okresu mesjanistycznego, w którym lansował wizję Polski, jako Chrystusa narodów[2], ratującej Europę przed wschodnią nawałą (czy to rosyjską, czy mongolską, czy właśnie chińską).[3] Naiwność tych wizji, krytykowana przez przyjaciół i naukowych recenzentów, przyczyniła się ostatecznie do zniszczenia obszernych rękopisów przez polskiego poetę, ale ich promieniowanie, po częstym rozpowszechnianiu w Paryżu, dało się odczuć w następnych epokach literackich i przede wszystkim w potocznym rozumieniu związków polsko-chińskich. Do dziś pojawia się przekonanie spoza sfer intelektualnych, że Europa może się spodziewać jakiegoś wielkiego, absurdalnego najazdu chińskiego – w czasach Mao Tse-tunga żartowało się np., że Chińczycy zdobędą Plac Czerwony, a potem ruszą na Polskę i zakryją ją charakterystycznymi wojskowymi czapkami z czerwoną gwiazdą. Wybitny polski sinolog  Mieczysław Jerzy Künstler, pisząc wstęp do wspaniałej monografii Marcela Graneta, tak precyzował w 1995 roku nasze wzajemne interakcje:

Zainteresowanie Wschodem nie jest w naszym kraju niczym nowym. Wprawdzie główny nurt skierowany był przez całe stulecia ku Bliskiemu Wschodowi, jednakże nasze tradycje kontaktów z dalekim Wschodem sięgają w przeszłość głębiej, niżby  to się mogło zdawać na pierwszy rzut oka. Co więcej, są one starsze niż bezpośrednie nasze związki z krajami Bliskiego Wschodu. Są bowiem podstawy, by przypuszczać, że najazdy mongolskie – zwane u nas tatarskimi – przyniosły nie tylko zniszczenia kraju, lecz przyczyniły się także do znajomości pewnych elementów cywilizacji Dalekiego Wschodu. Jednakże mimo tak dawnych tradycji bezpośrednich kontaktów z krajami Dalekiego Wschodu w społeczeństwie naszym zdaje się przeważać dość mgliste o nich pojęcie, ograniczone często do znajomości pewnego zespołu ciekawostek, lecz nie podbudowane solidniejszą wiedzą z zakresu historii i kultury. Toteż  wydaje się, że dziś – gdy Chiny, największy z krajów Dalekiego Wschodu, odgrywać poczynają coraz znaczniejsza rolę już    nie tylko w Azji, lecz i w polityce światowej – dostarczenie czytelnikowi polskiemu przynajmniej pewnych elementów wiedzy winno stanowić właściwą reakcję na wzrastające bez wątpienia zapotrzebowanie na informacje o tym kraju.[4]

Künstler przyczynił się do zacieśnienia związków intelektualnych z Dalekim Wschodem, zgromadził też ogromny dorobek naukowy, przede wszystkim zorientowany na lingwistykę, kulturę i religię Chin.[5] Choć w Polsce funkcjonuje pięć uniwersyteckich wydziałów sinologicznych, to wciąż brakuje syntetycznych studiów na temat współczesnej literatury chińskiej, a sytuacji nie zmieniają wstępy i posłowia publikowane w książkach najsłynniejszych ostatnio prozaików chińskich, takich jak Gao Xingjian, Mo Yan i Tie Ning. Dwaj pierwsi otrzymali Literackie nagrody Nobla, w 2000 i 2012 roku, a trzecia z wymienionych, to pisarka nurtu psychologicznego, którą japoński noblista Kenzaburo Ōe nie wahał się zaliczyć do najwybitniejszych autorek światowych.

  1. Patologie interpretacyjne

Niestety wciąż brakuje w Polsce wielkiej monografii, poświęconej literaturze chińskiej od czasów najdawniejszych do współczesności – nie dysponujemy też obszernymi antologiami, wartościującymi i ustalającymi miejsce poszczególnych pisarzy w różnych epokach i w dziejach kultury narodu.[6] Starczy powiedzieć, że jedyną historię literatury chińskiej (łącznie z japońską) opublikowano w Polsce w roku 1901 i trudno dzisiaj nazwać ją nowoczesną monografią.[7] Jej autor był mistrzem w komponowaniu prac sugerujących komplementarność naukową, a w gruncie rzeczy będących kompilacją wszelkich dostępnych wiadomości na temat kraju, języka i kultury. Czytamy zatem u Święcickiego o Wielkim Murze chińskim i Wielkim Kanale, o instrumentach muzycznych i pieśniach, a analizy literackie przesuwają się w kierunku filozoficznych dzieł  Konfucjusza i Lao-tsy’ego[8].  Wiele też w tej pracy zbyt daleko idących uogólnień typu nienaukowego, jak choćby tych na temat charakteru Chińczyków i posiadania 400 milionów dzieci przez ich cesarza:

Chińczycy są narodem par exelence zachowawczym. Tak wytrwale trzymać się zwykli formy pierwotnej zasad życiowych, że wszelki postęp tylko w łonie tych zasad dokonywać się może, nie przekraczając granic odwiecznych. Chińczycy nie starają się wcale o rozwój wszechstronny sił duchowych i ich harmonię, lecz o zupełną ich jedność. Owa potęga jedności, panująca tutaj nad wielością, tamuje swobodny przepływ ducha, który nie mogąc sięgnąć do wyżyn, na poziomie bezbarwnej mierności trzymać się musi. Podstawą państwa chińskiego jest rodzina, której wytworzenie stanowi najświętszy obowiązek mężczyzny, spełniającego w małżeństwie swe przeznaczenie na ziemi. Największym szczęściem rodziny – syn: głową jej – ojciec, tak jak głową państwa – cesarz, który jest ojcem 400 milionów dzieci.[9]

Nawet jeśli przyjmiemy, że informacja o dzieciach cesarza jest rodzajem metafory, to i tak drażniące są daleko idące uogólnienia  i przerost informacji geograficznych oraz religijnych nad analizami literackimi. Także założenie, że filozoficzne pisma Konfucjusza i interpretacje jego pism dokonane przez Mencjusza, zaliczyć należy do literatury pięknej, jest zbyt daleko idące i stanowi rodzaj wybiegu, pozwalającego Święcickiemu uchodzić za historyka literatury. Od jego czasów sinologia światowa bardzo się rozwinęła i nie przypisuje się już autorstwa Księgi przemian Konfucjuszowi, raczej wskazuje się, że wraz z księgą Pieśni  i Księgą rytuałów, powstała znacznie wcześniej i została zaanektowana przez konfucjanizm.  Autor Historii literatury chińskiej i japońskiej szeroko analizuje kolejne księgi, głównie skupiając się na odtworzeniu ich treści, ale prawie nic nie mówi na temat wartości literackich. Jakże kontrowersyjna metoda przeciągania treści filozoficznych i religijnych ku nauce o literaturze, nie sprawdza się też w przypadku Mencjusza, Lao-tsy’ego i taoizmu. Po szeregu długich cytatów następują tutaj skromne „analizy”, wspierające się uogólnieniami z prac zachodnich sinologów. Dopiero w XIV rozdziale pracy, na stronie 217 pojawiają się zdania na temat chińskiej poezji, chociaż ich wartość jest praktycznie żadna, a zastosowane spłaszczenia są niesprawiedliwe i często wręcz komiczne. Oto próbka umiejętności dawnego polskiego interpretatora poezji chińskiej:

Ze wszystkich sztuk pięknych poezja jest w Chinach najbardziej umiłowana i najwięcej rozpowszechniona. Ale pomimo tego, że wszyscy robią tu wiersze, a raczej dlatego właśnie – poezja prawdziwa jeszcze się w Chinach nie narodziła, a ta, jaka jest, ma dla nas, powiedzmy szczerze, tę samą wartość artystyczną, co muzyka chińska, którą tamta przewyższa tylko ważnością dziejowo-obyczajową. Wspominaliśmy wyżej, że Chińczyk, składający egzamin, musi między innymi, napisać wiersz. Fakt ten świadczy najwymowniej jakie pojęcie mają Chińczycy o twórczości poetyckiej, skoro poczytują każdego osobnika za powołanego do pisania wierszy. […]   Wszystkie dzieła najpoważniejsze, wszystkie dramaty, powieści itp., bywają przeplatane wierszami, które naturalnie są tylko prozą rymowaną. Do poezji trzeba przede wszystkim fantazji, której Chińczycy nie posiadają, a następnie zaś tych czynników potężnych, które są w stanie zapładniać ową fantazję, a na tych także Chińczykom zbywa zupełnie. Chińczyk, z charakteru swego na wskroś praktyczny i oddany całą duszą sprawom powszednim życia, jest uosobieniem prozy. Fantazja jego musi być zimna, jałowa i wyższej twórczości pozbawiona, gdyż jej nie rozpala żadne z tych ognisk, które innym narodom dają natchnienie. Widzieliśmy, że religia nie dostarcza Chińczykom wątku żadnego do poetycznej ekstazy, życie rodzinne w którym kobieta jest sprzętem bardzo podrzędnym, nie przedstawia również pierwiastków ożywczych dla uniesienia poetycznego. W życiu społecznym i państwowym Chińczyk jest tylko maszyną, działającą wedle formułek odwiecznych, które mu nie dają żadnej podniety do energii twórczej, do odkrywania nowych światów w dziedzinie wiedzy, do sięgania po laur sławy. W dodatku Chińczycy, będąc narodem miłującym pokój nade wszystko, nie czcili nigdy bohaterów wojennych, którzy gdzie indziej zapładniali czynami swymi fantazję poetów narodowych.[10]

Czytając te słowa zastanawiamy się czy ich autor w ogóle rozumiał czym jest literatura i zapoznał się z jakimiś arcydziełami poetów chińskich wielu wieków? Ciekawe też jak reagował na informacje o tym, że Mickiewicz także otrzymywał w szkole dominikańskiej w Nowogródku zadania napisania wiersza? Absurdalne ustalenia Święcickiego nijak się mają do rzeczywistości i fantazji poezji Kraju Środka, od dawien dawna stawianej za wzór lekkości i delikatności, a nade wszystko umiłowania kosmosu i przyrody. W przypadku natury autor nieco łagodzi swoje pompatyczne sądy, ale jego wnioski są znowu zaskakujące:

Jedna tylko natura, mająca dla Chińczyka urok wyjątkowy, panuje wszechwładnie w jego utworach poetyckich, jakkolwiek i to poczucie natury jest także bardzo powierzchowne, gdyż poeci chińscy, obserwując bacznie różne zjawiska w przyrodzie, nie przepuszczają ich nigdy przez pryzmat fantazji twórczej, która by spostrzeżenia rzeczywiste pogłębiła, nadając im barwę poetycką. W wierszu chińskim wszystko jest jasne i prawidłowe, ale pospolite i bezbarwne.[11]

Nie ma większego sensu przywoływać opinii Święcickiego na temat kilku dowolnie dobranych poetów chińskich, bo za każdym razem górę bierze malkontenctwo i zarozumialstwo, jakaś trudna do pojęcia pycha europejskiego autora, który stawia od razu zachodnią literaturę wyżej od dzieł twórców z Kraju Środka.

III. Nowe badania

Na szczęście współcześni polscy sinolodzy autentycznie kochają literaturę chińską i przybliżają ją sukcesywnie naszemu czytelnikowi. Może zatem świadomie polemicznie, w stosunku do Święcickiego, fantastyczną stronę literatury chińskiej opisuje Ewa Paśnik z Uniwersytetu Warszawskiego, biorąc na warsztat cenne arcydzieło pt. Zebrane zapiski o zjawiskach nadprzyrodzonych[12], stworzone w wersji oryginalnej przez Gan Bao, w czwartym wieku naszej ery, a potem odtworzone przez Hu Yinglina (1551–1602). Święcicki twierdził, że Chińczykom i ich dziełom brakowało fantazji, a polska sinolog młodszego pokolenia zdecydowanie stoi na stanowisku przeciwnym:  

Celem tej książki jest nie tylko przedstawienie polskiemu czytelnikowi treści poszczególnych powiastek zawartych w owym chińskim zbiorze, lecz przede wszystkim przybliżenie okoliczności powstania Zebranych zapisków o zjawiskach nadprzyrodzonych, ich skomplikowanych losów i wreszcie ich bogatej zawartości, dzięki której można zapoznać się zarówno z wysoko cenioną w dawnym piśmiennictwie chińskim tradycją historiograficzną, jak i przepełnionym duchami, demonami i bóstwami folklorem Chin. Wynika to z wyjątkowego statusu Zapisków w historii piśmiennictwa, albowiem w literaturze przedmiotu zarówno chińskiej, jak i zachodniej Zapiski były i do chwili obecnej są traktowane jako zbiór powiastek najbardziej reprezentatywnych dla zjawiska określanego terminem zhiguai xiaoshuo i uznawanego za początek chińskiej prozy fikcjonalnej. Jednocześnie należy zauważyć, że dodatkowym elementem tej wyjątkowości był fakt, że oryginalne dzieło zaginęło i nie sposób stwierdzić jednoznacznie, w jakim stopniu zostało ono zrekompilowane z zachowanych fragmentów.[13]

Książka warszawskiej badaczki ukazuje prawdziwe bogactwo literatury chińskiej, uwzględniając przy tym trzy podstawowe konteksty Zapisków… – historyczno-kulturowy, literaturoznawczy i ludowy. Właściwie wyodrębnia też intencje dawnego autora w zakresie informacji, moralistyki, chęci wzbudzenia strachu lub śmiechu. Ważna tutaj jest też intencja kompensacyjna, a największą wartość w tym opracowaniu mają rozdziały traktujące soushenji jako transteksualny palimpsest literacki i kulturowy, z uwzględnieniem odniesień mitologicznych, kultów i pierwotnych obrzędów przejścia. Ta nowoczesna praca sinologiczna wskazuje, że kolejne lata będą owocne dla polskiej nauki zajmującej się Chinami, a wybrana przecież tutaj tylko przykładowo, nie jest jedyną o takim zakresie penetracji naukowej.  Autorka tak tłumaczy zastosowanie pojęcia palimpsestu do fantastycznych zapisków Gana Bao:

Fakt, że każdy tekst zarówno literacki, jak i (w szerszym ujęciu) kulturowy, występuje w relacji z innymi tekstami i niesie w sobie wcześniejsze treści, co czyni go wielopoziomowym, nie budzi żadnych wątpliwości od czasów rozważań Michaiła Bachtina o dialogiczności czy Julii Kristevy o intertekstualności. Nie inaczej jest w przypadku Zapisków. Jednakże to, co czyni Zapiski utworem wyjątkowym i szczególnie podatnym na badania poprzez analizę jego wielowarstwowości to fakt, że kompilowany był dwukrotnie. Dzięki temu miał dwukrotnie możliwość przyjęcia kolejnych literackich oraz kulturowych naleciałości i właśnie z tego powodu Zebrane zapiski o zjawiskach nadprzyrodzonych zasługują na miano palimpsestu zarówno literackiego, w rozumieniu Gérarda Genette’a, jak i kulturowego, jak przedstawia to Piotr Kowalski. [14]

Cieszy tego rodzaju pionierska monografia, tym bardziej, że autorka zapoznała się z rozległą literaturą przedmiotu, zarówno anglojęzyczną jak i chińską. W zakresie obszernych prac literaturoznawczych – jak dotąd – nie mieliśmy się czym pochwalić przed chińskimi naukowcami, ale sytuacja dynamicznie się zmienia, tym bardziej, że polskie uniwersyteckie sinologie są ostatnio prawdziwie oblegane przez absolwentów szkół średnich. Może w przyszłości zajmą się oni też współczesną poezją chińską, która wcale nie jest gorsza od takich autorów jak Tao Yuanming, Wang Wei, Li Bai czy Du Fu. Prezentowana tutaj monografia wskazuje, że obok tak sławnych na zachodzie poetów jak Bei Dao, obok prozaików zdobywających Nagrody Nobla, są w Chinach autorzy nawiązujący do tradycji kulturowych, znakomicie lokujący się w obrębie poezji nowoczesnej. Jednym z nich jest Jidi Majia, sławny już dzisiaj poeta, wywodzący się z ludu Yi (Nuosu), organizator wielu międzynarodowych festiwali literackich w Chinach i autor tłumaczony na kilkadziesiąt języków świata.

  1. Wielkie otwarcie

Poezja chińska jest niezwykle różnorodna, co jest wynikiem rozczłonkowania państwa w różnych okresach historycznych, a także unii ponad pięćdziesięciu narodów, posługujących się różnymi językami i wywodzącymi się z wielu tradycji kulturowych. Ważna też była długa, twórcza izolacja – jak wskazuje Tomas Venclova:

Przez stulecia i nawet tysiąclecia literatura chińska rozwijała się w bardzo swoisty sposób, była prawie szczelnie odgrodzona od tradycji zachodnich, czemu sprzyjałа izolacja przestrzenna (symbolem której stał się Wielki Mur), szczególna struktura społeczna, a również – i chyba przede wszystkim – specyfika piśmiennictwa hieroglificznego. Z innej strony, kultura chińska wywierała wpływ, i to często decydujący, na inne kultury dalekowschodnie.  Pięknym płodem tego rozwoju była dawna liryka Chin, zaczynająca się od ksiąg kanonicznych. Przedmiotem słusznej dumy narodu chińskiego są tacy poeci jak Qu Yuan, Tao Yuanming, Li Bai oraz Du Fu, którzy zajmują w kulturze światowej miejsce porównywalne z Homerem, Horacym, Petrarką. Na Zachodzie, aż do XVII wieku, klasyka chińska pozostawała zupełnie nieznana.[15]

Izolacja miała swoje wielkie plusy w Chinach i wielkie minusy w badaniach europejskich (głównie niemieckich, angielskich i rosyjskich), a potem amerykańskich, bo uczeni – jak polski dziwaczny sinolog Święcicki – sami sobie wytyczali drogi, którymi podążali we wszystkich kierunkach na raz. Zamknięcie granic i brak syntetycznych opracowań powodowały, że powstawały książki dziwaczne, pełne przeinaczeń i naciągania treści filozoficzno-religijnych w studiach literaturoznawczych. Wszystko tutaj miało swoje źródła w niezrozumieniu mentalności i świadomości orientalnej:

Na tej drodze wschodni badacze świadomości doszli do rozumienia zależności i subtelności w rozróżnianiu czynników, które świat i naszą świadomość „wewnętrznie spajają”, a które Zachodowi są jeszcze w znacznym stopniu nie znane, toteż na ich określenie nie ma tu żadnych pojęć. Wobec braku, zdobytej własnym doświadczeniem, wiedzy o znaczeniu terminów używanych we wschodnich źródłach mądrości, uczeni zachodni szeroko posługiwali się spekulacją, interpretacją i projekcją, skutkiem czego nie ma dwu dzieł różnych autorów, w których omawiane tu terminy byłyby rozumiane w ten sam sposób. A nawet i tam, gdzie u podstaw leży rzeczywiście wiedza doświadczalna, różni się nieraz znacznie jej wyraz językowy. Należy też zauważyć, że przez długi czas prawie każdy z uczonych zachodnich stosował swą własną transkrypcję języków azjatyckich, co doprowadziło do tego, że poszczególne terminy pojawiają się w znacznie różniących się notacjach.[16]

W stuleciach następnych sytuacja zaczęła się powoli zmieniać, klarować i nastąpiło – jak nazywa to Venclova – wielkie otwarcie:

W wieku XIX, a zwłaszcza XX, nastąpiło jednak wielkie otwarcie obustronne: Europa i Ameryka zainteresowali się Chinami, a Chiny Europą i Ameryką. Poetyka dalekowschodnia zaczęła wpływać na światową literaturę modernistyczną, a nowe kierunki zachodnioeuropejskie,  amerykańskie, rosyjskie czy polskie, przenikać do kultury chińskiej, chociaż jedno i drugie odbywało się z pewnym, czasem niemałym opóźnieniem. Zakłócała ten proces nie tylko krańcowa odrębność kultur, ale i  bardzo złożona, trudna droga, którą przeszły i wciąż przechodzą Chiny w nowych czasach. [17]

Wszelkie badania sinologiczne muszą uwzględniać różnice pomiędzy kulturami europejskimi i orientalnymi, a nade wszystko, za każdym razem wkomponować powinny w studia, nasze i chińskie poczucie odległości. Niezwykle użyteczne dla naszego wywodu będą w tym względzie syntetyczne ustalenia Mieczysława J. Künstlera, sięgające aż ku europejskim i chińskim podświadomościom:

Żyjąc w kraju o niezbyt wielkiej powierzchni, w kręgu kulturowym obejmującym bądź kraje od naszego mniejsze, bądź też niewiele od niego większe, mamy w podświadomości wyryte niezbyt wielkie miary, posługujemy się podświadomie narzuconą nam przez okoliczności i ukształtowaną przez dzieje skalą. Te nasze przyzwyczajenia uczą nas na przykład, iż większe ośrodki miejskie, owe przez całe wieki promieniujące centra kultury, nie są od siebie zbyt oddalone, że odległości między nimi rzadko tylko przekraczają trzysta kilometrów, co z pewnością jest prawdą, gdy chodzi o Europę Środkową. Spójrzmy na mapę w kierunku, w którym ze stołecznego Krakowa młodzież podróżowała w dobie renesansu do uniwersytetów włoskich. Główne miasta na trakcie wiodącym do Wenecji: Bratysława – Brno  –Wiedeń – Graz – Klagenfurt (Celowiec) – leżą niezbyt daleko. To samo można powiedzieć o odległościach dzielących miasta także i w innych kierunkach, jak na przykład Kraków – Opole – Wrocław – Praga – Ratyzbona – Monachium itd. W północnych Włoszech są to odległości na miarę piechura, gdyż nieraz nie przekraczają nawet pięćdziesięciu kilometrów. Z Wenecji do Padwy, z jej słynnym uniwersytetem, jest ledwie 20 km; stamtąd do najbliższego uniwersytetu w esteńskiej Ferrarze jest tylko 67 kilometrów. Z kolei zaś z Ferrary do papieskiej Bolonii i jej uniwersytetu już tylko 46 kilometrów. Dalsze etapy szlaku to medycejska Florencja i jej uniwersytet odległy od Bolonii tylko o 100 km i pobliska Siena, do której z Florencji jest 76 km. Można więc było wiedzę czerpać odbywając między tymi uniwersytetami niezbyt długie wędrówki, które zresztą dla poruszającego się zwykle konno szlachcica były doprawdy nie bardzo męczące. A przy tym na tak niewielkiej przestrzeni jakże często przechodziło się z jednego państwa na ziemie innego, całkowicie niezależnego. Z potężnej  republiki weneckiej do ferrareńskiego księstwa d’Estów, następnie na ziemie państwa papieskiego, a potem znów do władztwa książąt Medici. I takie właśnie doświadczenia kształtowały naszą skalę, nasze podświadome poczucie odległości.[18]

Te przypomnienia zdawać się mogą oczywiste, ale często zanikają podczas badań polonistyczno-sinologicznych. A to przecież bardzo ważne, szczególnie jeśli snujemy rozważania na temat literatury chińskiej, różnorodnej w odmiennych okresach historycznych i zmieniającej się w przeogromnych przestrzeniach geograficznych. Warto zatem przywołać dalszy ciąg rozważań jednego z największych polskich sinologów:

Dzisiejsze Chiny to kraj o powierzchni ponad 31 razy większej od obszaru Polski, kraj bez mała dwa razy większy od Europy (bez obszaru ZSRR), kraj większy od Australii, a więc stanowiący niemal odrębny kontynent i mający silne poczucie tego właśnie faktu. Nic też dziwnego, że główne ośrodki miejskie są w tym rozległym kraju znacznie od siebie oddalone. Z Pekinu do Szanghaju odległość koleją wynosi 1490 km, do Kantonu zaś aż 2332 km, a i do położonego na zachodzie Chin Właściwych miasta Lanczou w prowincji Kansu jest ze stolicy 1872 km. Pekin, który jest miastem położonym na północy Chin Właściwych, jest od przejścia granicznego w Manzhouli, na granicy z Rosją, oddalony także o 2334 km. Jest więc z Pekinu do granicy północnej dalej niż z Kantonu, a to już niełatwo sobie uświadomić. Wyliczankę tego typu można bez trudu kontynuować. Aby jednak nie stała się ona zbyt nużąca, powiedzmy tylko jeszcze, że ze wspomnianego już miasta Lanczou do położonego w Turkiestanie Chińskim miasta Urumczi jest 2009 km (to jest z Pekinu bez mała 4000 km), A z Chengdu, stolicy zachodniej prowincji Syczuan, do Lhasy, stolicy Tybetu, jest aż 2414 km. Zarówno zaś Urumczi, jak Lhasa są przecież bardzo oddalone od zachodniej granicy państwa. Ale i w samych Chinach Właściwych odległości bywają spore, albowiem obszar terenów rdzennie chińskich równy jest dziś powierzchni Europy bez Rosji. Tak więc można po rzece Jangcy odbyć podróż z miejscowości Iping w prowincji Syczuan do samego Szanghaju. Podróż taka wyniesie 2867 km, a jest to o 7 km więcej, niż wynosi długość Dunaju od jego źródeł do ujścia! Nie chodzi tu zresztą wyłącznie o te setki czy wręcz tysiące kilometrów dzielące od siebie główne miasta, lecz o sam ogrom skali. Można co prawda argumentować, że przecież Chiny starożytne – czyli Chiny epoki Konfucjusza – były o wiele mniejsze od dzisiejszych, więc całe te rozważania nie są tu potrzebne, gdyż była to kraina o znacznie mniejszej skali. A jednak…[19]

Zrozumiałe jest owo końcowe wahanie znakomitego polskiego badacza kultury chińskiej, obejmującego swoją penetracją różne epoki historyczne i zmieniające się kształty państw, ale jego „a jednak” nie odnosi się do literatury współczesnej i w tym studium obrazuje chociażby ogromy, które przemierzają współcześni Chińczycy. Uzmysławia wciąż od nowa rozległość państwa[20] i trudności, jakie musieli pokonać współcześni intelektualiści w drodze ku wiedzy i centralnym ośrodkom naukowym oraz literacko-artystycznym. A choć odległości i godziny podróży skróciły się dzięki samolotom i kolejom dużych prędkości[21], to podróżowanie stało się częścią życia współczesnych Chińczyków i nauczyło ich, że zmienność jest elementem rozwoju, a ekspansywność przynosi owoce, o których nie śniło się dawnym woźnicom cesarskich rydwanów, nawigatorom barek pływających po Jangcy, Huang-he czy Wielkim Kanale, podróżnikom z wielbłądzich karawan, zmierzających ku Tybetowi albo kulisom z ulic Szanghaju. Dzisiejsze Chiny otwarte są na wszelkie kontakty międzynarodowe, a literatura tego kraju zdobywa wciąż nowe przestrzenie, do czego przyczyniają się znakomicie finansowane programy kulturalne, organizowane festiwale i konferencje naukowe, sponsoring przekładów książek i nieustanna wymiana kulturowa. Ważną rolę w tym względzie odgrywa bohater tej książki, potrafiący wykorzystać wiele możliwości, jakie dają mu sprawowane funkcje, a także nieustająca współpraca z intelektualistami chińskimi i światowymi, ze wszystkich kontynentów i nawet najodleglejszych państw.

  1. Wzajemne przenikanie

Wspaniałe wieloletnie programy, finansujące kontakty twórców chińskich ze światem, przyczyniają się do coraz lepszego poznania kultury i literatury chińskiej w Europie, Stanach Zjednoczonych, w obu Amerykach i w Australii, a prym wiodą tutaj sławni ambasadorzy, którzy – jak Mo Yan, czy Tie Ning – przeniknęli do świadomości zbiorowej. Klan czerwonego sorga Mo Yana w wersji filmowej, czy Kobiety w kąpieli pekińskiej pisarki są powszechnie komentowane i rodzą dyskusje od Nowego Jorku, poprzez Paryż, od Buenos Aires do Limy, aż do Sydney i Wellington. Takie oddziaływanie ma na myśli Tomas Venclova, gdy nie waha się wskazać kolejnego twórcy, kandydującego do nagrody Nobla i przyczyniającego się do wielkiego otwarcia kulturowego między Chinami a resztą planety:

Dziś także płyniemy w tym nurcie wzajemnego przenikania, o czym świadczy twórczość Jidiego Majii. Jest on jednym z najbardziej znanych współczesnych poetów chińskich i jedną z najlepiej rozpoznawalnych postaci nie tylko chińskiej kultury. Poezja Jidiego Majii jest niezwykłym, chociaż jednocześnie charakterystycznym faktem kultury światowej nowych czasów. Pisze po chińsku, ale należy do narodowości Yi albo Nuosu, liczącej ponad osiem milionów ludzi, zamieszkującej górską krainę niezbyt daleko od Wietnamu i Tajlandii. Tym samym jest, powiedziałbym, oddalony o dodatkowy stopień od naszej kultury – a przecież od razu zrozumiały dla czytelnika europejskiego.[22]

W Polsce twórczość tego autora jest dobrze znana, a to przede wszystkim za sprawą pięciu zbiorów wierszy, które ukazały się w naszym kraju po polsku. Twórca ten, sławny już dziś, współczesny poeta chiński, kaligraf, rysownik i eseista urodził się w 1961 roku w górach Liangshan, w autonomicznym okręgu zamieszkałym przez  lud Yi  (Nuosu), wchodzącym w skład prowincji Syczuan.  Jak podaje Małgorzata Religa – w wieku siedemnastu lat został przyjęty na Wydział Języka i Literatury Południowo-Zachodniego Uniwersytetu Narodowości Xinan Minzu Daxue w Chengdu, stolicy Syczuanu. Tam zetknął się z wielką poezją chińska i światową i wkrótce po ukończeniu studiów opublikował kilka swoich wierszy w ważnym piśmie literackim „Xingxing” (Gwiazdy).[23] Dojrzewanie i młodość Majii przypadła na bardzo burzliwe czasy, kiedy to za rządów Mao Tsetunga dochodziło do licznych nadużyć władzy, a ludzi starano się zająć absurdalnymi akcjami.  Jego rodzice przeżyli tak zwany Wielki Skok, rewolucję kulturalną czy ogólnonarodowe polowanie na cztery plagi – komarów, much, wróbli i szczurów. Dzisiaj to wydaje się nieprawdopodobne, ale takie zdarzenia rzeczywiście miały miejsce i są szeroko opisywane przez historyków i sinologów – jako ilustrację tych trudnych czasów warto tutaj przywołać relację norweskiego badacza – Torbjørna Færøvika:

W Pekinie 27 kwietnia 1958 roku zaczęła się kampania przeciwko wróblom. Żeby podnieść bojowe morale, Radio Pekin zaczęło swoją poranną audycję dobrze dobraną piosenką: „Wstańcie, wstańcie miliony ludzi połączone jednym sercem, maszerujcie śmiało przez ogień wroga!” Nagle trzy miliony mieszkańców wyległy na ulice z gongami i garnkami. Strategia polegała na tym, by straszyć wróble tak długo, żeby padły wycieńczone lataniem. „Żaden wojownik nie może się wycofać, zanim bitwa nie zostanie wygrana, napominał „Dziennik Ludowy”. Kiedy bój dobiegł końca, na ziemi – według gazety – leżało 310 tysięcy wróbli. Na terenie całego kraju padło ich cztery miliony. Dzieci wyposażone w proce też się świetnie spisały. Według gazety wiele z nich narażało życie, wspinając się na drzewa, żeby dusić całe rodziny wróbli. „To się nazywa rewolucyjna, bohaterska odwaga!” Szesnastoletni chłopak, który zdołał zabić dwadzieścia tysięcy wróbli, był przedstawiany jako wzór dla całego narodu. Następnego dnia mieszkańcy świętowali zwycięstwo pieśniami i tańcami, a wyróżniający się wojownicy nosili czerwone rozetki. Gazety przywoływały jednak wszystkich do rzeczywistości. Mao nie pokonał Japończyków i chińskich nacjonalistów w jednej bitwie. Bitew było wiele. Takiej samej wytrwałości wymaga walka z „czterema plagami”. W kolejnych miesiącach kampania rozwijała się z nie mniejszą siłą. Zmobilizowano wszystkich ludzi zdolnych do pracy, także administrację państwową.[24]

Jidi Majia znał te wydarzenia z relacji starszych osób ze swego plemienia, a także z rodzinnych rozmów, ale zamknięcie w górskiej enklawie przez wiele lat chroniło go przed propagandowymi działaniami różnorakich komisarzy i modyfikatorów. Inteligentnie podążał do przodu, kończył szkoły, kształcił się w uniwersytecie, w którym uzyskał tytuł magistra w 1982 roku. W tym samym też czasie rozpoczął pracę w Syczuańskim Oddziale Związku Pisarzy[25], a w 1986 roku zdobył za swoja poezję nagrodę Chińskiego Związku Pisarzy i zwrócił na siebie uwagę wielkiego poety Ai Qinga (1910–1996), który został jego wiernym mentorem. Po latach syn tego wielkiego poety stworzy projekt stadionu olimpijskiego, nazywanego „ptasim gniazdem”, a także narysuje jeden z najbardziej udanych portretów Majii,  reprodukowany tutaj na początku książki. Rysunek ten, stworzony specjalnie do polskiego wydania wierszy zebranych, zachwyca swoją prostotą i udanym odwzorowaniem powagi oraz mądrości chińskiego twórcy. Małgorzata Religa podaje, że od połowy lat osiemdziesiątych Majia pełnił liczne funkcje w Chińskim Stowarzyszeniu Pisarzy, by w roku 2015 stać się jednym z jego wiceprzewodniczących.[26] Warto też wskazać, że pełnił inne ważne role, między innymi był wicegubernatorem prowincji Qinghai, a od 2010 do 2014 roku wicedyrektorem Departamentu Propagandy we władzach tego regionu.[27] Przyczyniając się do rozwoju prowincji, nie zapominał o kulturze, a szczególnie o literaturze i organizował wielkie festiwale literackie w mieście stołecznym Xining, przyznając też tam cenioną w świecie Nagrodę Złotej Antylopy. Pisarze przyjeżdżający z wielu krajów świata byli zszokowani dziewiczą, zjawiskową przyrodą, ale też ogromnym rozwojem, jaki dokonał się przede wszystkim w czasach, gdy poeta był tam we władzach.  Qinghai to śródlądowa prowincja w północno-zachodnich Chinach, czwarta co do wielkości powierzchni w kraju, ale trzecia pod względem najmniejszej populacji.  Na północnym wschodzie graniczy z prowincją Gansu, z Xinjiang na północnym zachodzie, z kolei z Syczuanem na południowym wschodzie i Tybetańskim Regionem Autonomicznym na południowym zachodzie.  Jej nazwa pochodzi od przepięknego jeziora Qinghai (mong. Kuku-nor), największego zbiornika wodnego tego rodzaju w Chinach i największego słonego jeziora w Azji.[28] Jezioro położone jest w tektonicznym zagłębieniu Wyżyny Tybetańskiej i zasilane w wodę przez dwadzieścia trzy rzeki i strumienie – przez pięć miesięcy w roku zostaje zamarznięte. Stanowi jeden z cudów świata, o czym w 1872 roku jako pierwszy informował świat naukowy Mikołaj Przewalski. Prowincja jest tyglem wielu grup etnicznych, w tym Han, Tybetańczyków, Hui, Tu, Mongołów i Salars, a pośród nich jest też naród Yi, określany też mianem Nuosu. Jego historię i zwyczaje przybliża we wstępie do wyboru wierszy Majii Małgorzata Religa:

Wśród 56 grup etnicznych oficjalnie uznawanych w CHRL jako „narodowości” (minzu) znajduje się narodowość Yi (uprzednio znana głównie jako Lolo), stanowiąca konglomerat blisko spokrewnionych ze sobą grup etniczno-językowych. Ludy zaliczane obecnie do narodowości Yi liczą razem prawie 8 milionów i zamieszkują południowo-zachodnie prowincje Chin: Yunnan (4,5 mln), Syczuan (2 mln), Gizhou (1 mln) i Gungxi (kilkadziesiąt tysięcy). Posługują się blisko spokrewnionymi (ale na tyle różnymi, że nie są wzajemnie zrozumiałe) językami z rodziny tybeto-birmańskiej i wykształciły własne, także spokrewnione ze sobą pisma, odrębne zarówno od pisma chińskiego, jak i tybetańskiego. Najliczniejszym i najlepiej opisanym z tych ludów, charakteryzującym się szczególnie silnym poczuciem własnej tożsamości są Nuosu – co dosłownie znaczy „Czarni ludzie”. Z tej właśnie grupy wywodzi się Jidi Majia. [29]

Każde spotkanie Europejczyka z tymi ludźmi jest nacechowane zdumieniem, a to przede wszystkim z racji zwyczajów, w których ważną role odgrywa ogień i wieczność, a także strojów ludowych, w których dominują czerń, czerwień i kolor niebieski. Warto wspomnieć też o niezwykłej biżuterii ze srebra, czasami ogromnych rozmiarów, z jakże oryginalną ornamentyką. Religa podaje, że mamy tutaj do czynienia z ogromną społecznością, porównywalną z populacją np. Armenii lub Mongolii i znacznie większą od wielu małych krajów świata:

Nuosu liczą 2,5 miliona osób i zamieszkują górzyste terytorium na granicy południowego Syczuanu i północnego Yunnanu, znane jako Wielki i Mniejszy Liangshan w Autonomicznej prefekturze Narodowości Yi w Liangshanie (Liangshan Yizu zizhi zhou). Tradycyjnie życie ludu Nuosu opierało się na myślistwie, pasterstwie i rolnictwie, a jedną z podstawowych tutejszych upraw była gryka. Społeczeństwo Nuosu zorganizowane było w patrylinearne, ściśle egzogamiczne klany, dzielące się na „czarne”, czyli arystokratyczne, i „białe”, czyli wolnych chłopów. Historycznie istniała także grupa niewolnej służby, która z reguły wywodziła się spoza Nuosu – z jeńców zdobytych na wrogach lub porwanych z terenów zamieszkałych przez obcych, głownie Chińczyków Han. Charakterystyczne stroje Nuosu to haftowane kaftany o zbliżonym kroju dla obu płci, dla kobiet długa, plisowana spódnica i zdobne, skomplikowane nakrycia głowy (różne w zależności od wieku) oraz wielka ilość srebrnej biżuterii: kolczyków, naszyjników, ozdób przy kołnierzu i bransolet. Jedną z ważniejszych ceremonii w życiu kobiety jest ceremonia „zmiany spódnicy”, która ma miejsce w wieku kilkunastu lat i oznacza wejście w dorosłość i gotowość do zamęścia. Męskie nakrycie głowy to rodzaj turbanu, czasami ozdobiony na czole długim, mocno splecionym z materiału „węzłem bohatera” przypominającym nieco róg. Mężczyźni noszą też pojedyncze kolczyki ze srebra, zawsze w lewym uchu. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety okrywają się długimi czarnymi lub białymi pelerynami i opończami bez rękawów, wykonanymi z wełny – uprzędzionej i utkanej zawsze przez kobiety – lub filcu, którego wykonaniem zawsze zajmują się mężczyźni.[30]

Dzieciństwo i dojrzewanie Jidiego Majii przepełnione było rytuałami i zajęciami charakterystycznymi dla jego społeczności.  Wykształciło to w nim ogromne poczucie więzi z rodową wspólnotą, ale też dało podstawy ludowej mądrości, którą potem dodatkowo sformatowały studia uniwersyteckie. Zdobywając kolejne stopnie kariery zawodowej, chłopak z gór Liangshan wnikał coraz mocniej w chińskie środowiska literackie. Zaczęła się też rozwijać kariera międzynarodowa, liczne edycje książek za granicą, przekłady na podstawowe języki świata i ich odmiany egzotyczne, w ponad pięćdziesięciu krajach. W roku 2006 Rosyjskie Stowarzyszenie Pisarzy uhonorowało go pamiątkowym Medalem imienia Michaiła Szołochowa, posypały się też nagrody w Bułgarii, Rumunii, w republice Południowej Afryki, a zwieńczeniem tego okresu w życiu i twórczości Majii było uhonorowanie go Europejskim Medalem Poezji i Sztuki Homer (Bruksela 2015).  Chiński Poeta był pierwszym laureatem tego Medalu, a po nim otrzymali go tak ekscytujący twórcy jak Ataol Behramoğlu (Turcja), Tomas Venclova (Litwa-USA), Stanley H. Barkan (USA), Simon J. Ortiz (USA), Juan Carlos Mestre (Hiszpania), Patrick Lane (Kanada), Tim Lilburn (Kanada), Amir Or (Izrael), Germain Droogenbroodt (Belgia), Fernando Rendón (Kolumbia) i reżyser Krzysztof Zanussi (Polska). Przyznając to zaszczytne wyróżnienie współczesnemu poecie chińskiemu, wywodzącemu się ze społeczności Yi, jurorzy z kilkunastu krajów świata tak określali jego powinowactwo z antycznym twórcą i pięknem:

Homer jest ojcem kultury europejskiej i światowej, a dwa jego wielkie eposy – Iliada i Odyseja – są fundamentem literatury, odwieczną inspiracją dla sztuki i kultury. Niewidomy śpiewak pozostawił po sobie przekaz uniwersalny i zbudował pomnik, którego nie starły wieki. Wizje tego wspaniałego twórcy miały siłę płomieni i rozpalały wyobraźnię od starożytności do współczesności. Nawiązując do tego wielkiego dziedzictwa grupa artystów świata powołała do istnienia we wrześniu 2015 roku, w Brukseli, Kapitułę Europejskiego Medalu Poezji i Sztuki. Depozytariuszami Medalu zostali twórcy z USA,  Belgii, Niemiec, Peru, Bułgarii, Brazylii, Maroka i Chin, a jego Prezydentem Dariusz T. Lebioda z Polski. Europejski Medal Poezji i Sztuki – HOMER, będzie przyznawany wybitnym światowym twórcom literatury, sztuk plastycznych i filmu. Kapituła nagradzać będzie artystów, w których dziełach pojawi się uniwersalne przesłanie do świata, prostota i piękno bliskie wzorcom starożytnym. Najważniejszą kategorią wartościującą jest poziom artystyczny i siła przekazu, tak by kolejni laureaci wzbogacali swoimi osobowościami panteon ich ojca duchowego – Homera. Pierwszym laureatem zostaje dzisiaj chiński poeta Jidi Maji, przedstawiciel ludu Yi,. Ale też uniwersalny mieszkaniec świata, nieustannie moderujący własną twórczość i poezję światową.[31]

Podczas wspaniałej uroczystości, z udziałem ogromnej orkiestry symfonicznej, wybitni aktorzy recytowali z pasją poemat Maji pt. Ja, śnieżna pantera,  a widzowie uświadomili sobie jak daleką drogę przeszedł ten twórca, będący łącznikiem pomiędzy odwieczną naturą, a kulturą współczesną. Ceremonia miała miejsce w październiku 2016 roku w mieście Xi Chang i poeta, odziany w ludowy strój męski Nuosu, odpowiedział w następujący sposób na przyznanie mu Medalu HOMER:

Zacni jurorzy Europejskiego Medalu Poezji i Sztuki HOMER 2016, Zacni przyjaciele i moi rodacy Yi. Los obchodzi się ze mną dobrze i powinienem być mu wdzięczny, że nadszedł kolejny świt, który, przyniósł  tak niezwykły zaszczyt, jak  Europejski Medal Poezji i Sztuki HOMER 2016. To tak dobra nowina, w mojej czułej i dalekiej ziemskiej podróży, jak pojawienie się ognia pośród członków mojego plemienia. Nagroda ta ucieszyła mnie i moich pobratymców, ponieważ wskazuje ona z europejskiej perspektywy, że szlachetna literatura wciąż budzi zainteresowanie, a nawet uznanie dla jej głębokich korzeni narodowych Yi, etosu etnicznego ludu Nuosu, i jako taka, ma głęboką wartość społeczną i estetyczną. A dzieje się tak przecież za sprawą mojego uporczywego trwania przy temacie tożsamości Yi, przeciwstawiającej się nowoczesności – bez względu na czasem pojawiające się opinie o hermetyczności mojej literatury. Ów werdykt jurorów jest tak ważny, gdyż jest kolejnym potwierdzeniem wagi duchowości Yi, tak dziwnej i cudownej, tak chwalebnej i mogącej konkurować z innymi jej przejawami. Wasza nagroda jest również wspaniałym darem dla tej krainy, pełnej wrażliwych istot, pieśni i cnót, wysokich szczytów, dziewiczych potoków, wiecznie zielonych lasów, zawsze krystalicznie czystego nieba nad trawiastymi zboczami, pachnącymi bezimiennymi ziołami. W tej chwili muszę brzmieć nie jak Nuosu, i jakże kłopotliwe jest owo wyrażenie mojej wdzięczności w tak prosty sposób, biorąc pod uwagę, że podróżowaliście z całego świata do moich progów, by wręczyć to wielkie wyróżnienie. Dlaczego właśnie mnie? Cóż, protokoły przyjaźni Yi nakazują, by posłańców dobrych wieści, takich jak wy, zaskoczyć nieobecnością w chwili przybycia i jak każe kult hojności Yi, nie stać tutaj i mówić jakieś uprzejme frazesy, ale pośpieszyć z pomocą na dziedziniec, by ubić kozła, byka lub świnię, i jako gościnny  gospodarz, autentyczny przedstawiciel ludu Nuosu, obdarzyć gości kolejnym toastem podczas uczty.

   Drodzy przyjaciele, Medal którym mnie obdarowano nosi imię Homera, największego poety starożytnego świata zachodniego. Wraz z Homerem, dwie wielkie epopeje Iliada i Odyseja, najstarsze z zachowanych dzieł Zachodu, stały się istotną częścią literatury Zachodu i Orientu, prawdziwym dziedzictwem pozostawionym potomkom przez ślepego poetę, niczym bliźniacze fontanny kultury i tradycji. Waham się porównywać Homera, proroka i bramina poezji z wcieleniem prawdy, ale on z pewnością nią jest. A nawet kimś więcej. Dlatego pragnę podkreślić, z pokorną szczerością, z niezachwianym przekonaniem, mój rosnący wciąż podziw dla jego zasług. Prostota, nieskalany język i wierność życiu, to tylko niektóre z uznanych wartości Homera. W jego prostych i bezpośrednich wersach jest szlachetność i godność,  a w Iliadzie Achilles mówi, że jego wiersze przetrwają wieki i nigdy nie spalą się na popiół. W pełni akceptuję to proroctwo i wciąż widzę, jak literackie niebo płonie pieśniami i hymnami Homera. Pewne jest to, że bez tego ślepego pieśniarza z VIII wieku przed naszą erą, historia literatury byłaby uboższa. Choć powoływał do życia bohaterów hałaśliwych i frywolnych, takich jak Achilles i Agamemnon, zawsze czynił to dostojnie i dawał im wieczne życie, gdy nawet brąz rdzewieje, a głazy się rozpadają. Pamiętajcie, moi przyjaciele, mówię o tej nagrodzie z dumą, związaną z wielkim Homerem. To jakiś rodzaj telepatii, to tajemnicza wiadomość lub proroctwo Homera, za sprawą której  kieruję wzrok ku wszelkim intencjom i celom, ku dwóm wielkim epopejom ludu Yi, Leer Meige i Aji Xianji, będącym wspaniałą pochwałą wszystkiego co istnieje w górach Liangshan. Zauroczony, zdaje mi się, że znów wstepuję na majestatyczne wyżyny Natury i Duchowości mojej ukochanej ziemi Yi, gotowej przyjąć chrzest Słonecznego Złota. Realnie i dosłownie wracam do miejsca, z którego ruszyłem trzydzieści lat temu w dziewiczą podróż do świata. Wybaczcie mi to skupienie na sobie, poety dziedziczącego jakże znakomitą genealogię pradawnych bohaterów. Jak Homer śpiewał hymny, tak cieszę się w tej chwili, wraz z moimi drogimi członkami plemienia, z tego powodu, że jestem bardem Nuosu, przywiązanym proroctw, a moje wiersze będą trwać i nadal połyskiwać w świecie, dzięki mojemu ludowi i z jego powodu. Dziękuję za uwagę.[32]

Dzisiaj, gdy czytamy na nowo te słowa, uświadamiamy sobie wielką skromność poety, która kazała mu czynić liczne zastrzeżenia i jakby przyjmować europejski honor z lekkim zażenowaniem. Pamiętajmy jednak, że Majia wywodzi się z dumnego ludu, mającego swoją historię i genealogię, starającego się żyć skromnie, w zgodzie z naturą i prawami kosmosu. Jego ogromna wiedza, zaprezentowana w cytowanym wyżej podziękowaniu, każe mu wszystko widzieć w sieci względności, a owo zatrzymanie na chwilę w Xi Chang napawa go tyleż dumą, co mobilizuje do dalszej pracy. Zakończmy te wstępne rozważania i przybliżenia przywołaniem zdań polskiego krytyka, wskazującego czytelnikom wyjątkowość i autentyczny humanizm twórczości chińskiego poety:

W centrum świata poetyckiego Jidiego Maji stoi człowiek, związany nierozerwalnymi nićmi z przyrodą, z ziemią ojczystą – związany przede wszystkim miłością i dziedzictwem kulturowym: Niech obie bose stopy osiądą/ Głęboko w ziemi/  Niech krew w naszych ciałach/ Spokojnie wraca/ Do miejsca, które nas zrodziło (Tylko dlatego). Podobnie jak nasi klasycy – Adam Mickiewicz, Maria Konopnicka, Jan Kasprowicz, Majia prowadzi żywy dialog z przyrodą, w dodatku  czyni to w tonacji ekstremalnej,  aż po w pełni zobrazowany animizm i liczne personifikacje zwierząt (byka, jelenia, kozła górskiego, orła, pantery etc.). Znamienna tu jest inwokacja do gryki (przywoływanej  też w innych wierszach, np. Inna droga: Widzę jak moje drugie ja przechodzi przez/ Koronę ciemności i trwania/ Pielęgnowane przez chłód gryki): Gryko, przepełniona duchem natury/ Wyznaczasz kierunek naszego losu/ Jesteś starożytnym językiem (…) Pragniemy twej pieszczoty i opiewamy cię/ Tak jak śpiewamy o naszych matkach (Gorzka gryka). Pełne narracyjnego napięcia są też apostrofy poety skierowane do wyspy, a zwłaszcza do rzek, np. w wierszu pt. Dedykowane rzekom świata: To wy stworzyłyście najstarsze/ mity/ I wy swymi niewidzialnymi dłońmi/ Zaczynałyście uprawiać glebę na złocistych brzegach/ Zaprawdę wszystkie ziemskie cywilizacje/ Czerpały nieograniczone życiodajne siły/ Z waszych głębokich nurtów. Wszechmoc rzek na sposób ludzki wcielają w życie przodkowie poety, a zwłaszcza matka: Moja matka która się nie starzeje / (…) Jest głęboką i rwącą rzeką / (…) Na końcu tysiąca rytów żałobnych/ Jestem drżącymi sylabami matki/ Wciąż mnie obejmującej (Autoportret). Nie ma takich zdarzeń w klepsydrze przemijania, którymi nie władałaby matka. Ona jest strażniczką życia w chwili pierwszej i ostatniej; Pewnego dnia nadejdzie czas mojej  śmierci/ I przekroczę długie cienie/ Kładące się na wysokich górach/ Ach matko, gdzie wtedy będziesz? Dalej – w tymże wierszu pt. Moje życzenie – autor odpowiada sobie: Na ziemi twojej kremacji. Motyw kremacji jest kilka razy podejmowany w tej poezji. To bodaj najważniejszy rytuał potwierdzający koniec egzystencji ciała, a zarazem wyznaczający horyzont istnienia ducha, jego mocy i energii przenikania w głąb pokoleń. Każda cząstka prochu uczestniczy w tworzeniu nowych form życia, a ogień pozostaje znakiem wieczności, na chwilę objawionej w ludzkim ciele. Stanowi ogniwo nie kończącego się łańcucha przemian.[33]

Odwieczny ogień fascynuje poetów od dawien dawna, ale w poezji Jidiego Majii zyskuje szczególny wymiar – jakby eternalne prawa natury wsączyły się do słów i zyskały moc porównywalną z gwałtownością procesu spalania. Jakby otwierały przed jaźnią kosmos i przyciągały ją ku centrum galaktyki, w której byliśmy na początku, jesteśmy teraz i będziemy na końcu wszechrzeczy.

__________________

[1] E.  A.  O d y n i e c,  Listy z podróży t. 1–2, oprac. M. Toporowski, Warszawa 1961.

[2] Por. S. S k w a r c z y ń s k a:  Kształt artystyczny drugiej wersji Mickiewiczowskiej „Historii przyszłości”, “Pamiętnik Literacki” 1962, nr 53/1, s. 71 – stosując określenia gatunkowe “proroctwo” I “wizja” badaczka tak lokuje ich miejsce w obrębie romantycznych polskich mesjanizmów: Otóż dość powszechne zaliczenie „Historii przyszłości” do tej sfery gatunków nic jeszcze nie wyjaśnia. Przede wszystkim dlatego, że zaciera ono rożność ich typów historycznych; jedna nazwa służy zjawiskom bardzo sobie dalekim. Jeśli weźmiemy pod uwagę tylko te dwie kultury, które zaważyły w sposób podstawowy na kulturze literackiej naszej ery, a więc kulturę antyczną grecką i rzymską, oraz kulturę starohebrajską, to stwierdzić nam wypadnie, że spotykając tu i tam proroctwo, wizję przyszłości, sen wróżebny — mamy do czynienia z dwoma rożnymi ich typami, które zresztą jeszcze w obrębie tych kultur podlegają przekształceniom i swoistym precyzacjom. Nowym ujęciom i przekształceniom ulegają te typy na gruncie naszej ery, w której w poszczególnych okresach ciążył na literaturze silniej raz typ jeden, raz typ drugi. (Tamże)

[3] Por.  tejże szersza praca: Mickiewicza „Historia przyszłości” i jej realizacje literackie : wraz z podobizną autografu, Łódź 1964. Por też: S. Pi g o ń , Metamorfozy „Historii przyszłości”. w: Zawsze o Nim, Kraków 1960.

[4] M.  J.  K ü n s t l e r,  Od tłumacza, w: M. Granet, Cywilizacja chińska, wyd. II, przeł. tenże, Warszawa 1995, s. 9.

[5] Jego prace to:  Rozmówki polsko-chińskie: ze słownikiem, 1966;   Ma Jong. Vie et oeuvre, 1969;  Pismo chińskie, 1970; Pierwsze wieki cesarstwa chińskiego, 1972, 2007; Aforyzmy chińskie, 1977; Sprawa Konfucjusza, 1983; Mitologia chińska, 1985, 2001; Tradycje architektury chińskiej, 1986;  po chińsku – 1991; Sztuka Chin, 1991; Dzieje kultury chińskiej, 1994; Mały słownik sztuki chińskiej, 1996; Języki chińskie, 2000.

[6] Ostatnia skromna praca tego typu to: Antologia literatury chińskiej pod red.  W.  J a b ł o ń s k i e g o, Warszawa 1959.

[7] J.  A.  Ś w i ę c i c k i,  Historia literatury chińskiej i japońskiej, Warszawa 1901.

[8] Stosuje tutaj odmianę nazwiska zaproponowaną przez  J a r o s ł a w a   Z a w a d z k i e g o. Por. tegoż: Przedmowa tłumacza, w: Lao Tse, Wielka księga Tao, przeł. tenże, Warszawa 2009, s. 7.

[9] Tamże, s. 66.

[10] Tamże, s. 219–220. Oczywistą nieprawdę, wyartykułowaną na końcu cytatu, warto skonfrontować z tym, o czym Jidi Majia mówi podczas uroczystości przyznania mu Medalu HOMER. Por przyp.32.

[11] Tamże, s. 220-221.

[12] E. P a ś n i k, Duchy i czary chińskie, czyli palimpsestowy charakter „Zebranych zapisków o zjawiskach nadprzyrodzonych (Soushenji), Warszawa 2013.

[13] Tamże, s. 9–10.

[14] Tamże, s. 30.

[15] T.  V e n c l o v a, Wprowadzenie, w: J i d i  M a j i a, Czerń i cisza Wiersze zebrane, zebr. i z jęz. ang. przeł.  D.  T.  L e b i o d a, Bydgoszcz 2018,  s. 5.

[16] Encyklopedia Mądrości Wschodu pod red.  S.  S c h u h m a c h e r a  i  G.  W o e r n e r a,  przeł.  z jęz. niemieckiego M.  J.  K ü n s t l e r, Warszawa 1997, s. VI.

[17] T.  V e n c l o v a, Wprowadzenie, w: J i d i  M a j i a, Czerń i cisza, dz. cyt. S. 5–6.

[18] M.  J.  K ü n s t l e r, Sprawa Konfucjusza, Warszawa 1983, s. 11–12.

[19] Tamże, s. 12–13.

[20] Por.  Chiny  w:  Azja  Encyklopedia  geografii świata, oprac.  red.  J.  K w i a t e k,  J. M a j – S z a t- k o w s k a,  E. O l s z e w s k a, L. P a ł a s z, T. S ł a b c z y ń s k i, Warszawa 1995, s. 108–114.

[21] Oprócz sieci torów łączących miasta, warto też pamiętać o magnetycznym pociągu z Szanghaju i jego symbolicznych konotacjach – pisze o nim refleksyjnie  J.  Ż d ż a r s k i: 431 km/h to maksymalna prędkość, jaką osiąga Maglev, kolej łącząca biznesowe centrum Szanghaju z miejscowym lotniskiem. Ten ultra nowoczesny, mega szybki pociąg jest kwintesencją Chin dwudziestego pierwszego wieku. Prędkość – tu wszystko pędzi w zawrotnym tempie. Chińczycy często gnają tak szybko, że nie mają czasu zastanowić się czemu służy ten ogromny pęd… Pociąg nie ma kontaktu z torami – porusza się ponad nimi, w polu magnetycznym. Lewituje, podobnie jak większość Chińczyków, zawieszona gdzieś pomiędzy przeszłością a przyszłością. Ciężko odnaleźć jest teraźniejszość, bo to co jest, zaraz znika. Tegoż, Wstęp w: Chiny 431 km/h, Warszawa 2008, s. 3.

[22] T. V e n c l o v a, dz. cyt. s. 6.

[23] Por.  M. R e l i g a,  Wstęp, w: J i d i  M a j i a, Słowa i płomienie Wybór wierszy, z chińskiego przeł. M. Religa, Warszawa 2015, s. 8–9.

[24] Torbjørn Færøvik, Mao Cesarstwo cierpienia, przeł. Ewa Partyga, Warszawa 2018, s. 155–156.

[25] Por.  M.  R e l i g a,  dz. cyt. s. 8–9.

[26] Tamże.

[27] Tamże, s. 9.

[28] Por.  G r a h a m   H u t c h i n g s,  Modern China: a Guide to a Century of Change, Cambridge 2001.

[29] M.  R e l i g a,  dz. cyt. s. 5.

[30] Tamże, s. 5–6.

[31] Mottem każdej ceremonii jest fragment wiersza z 1942 roku Alfreda Tennysona pt Ulysses: To strive, to seek, to find, and not to yield… (Walczyć, szukać, znajdować i nie poddawać się…), znakomicie oddający charakter poezji Jidiego Majii. Por dalszą część ang. wersji laudacji z Xi Chang: Jidi Majia is one of the greatest contemporary Chinese poets. His poetry is culturally bounded, which is in fact deeply rooted to the tradition of the nation, Nuosu. He also wrote poetry to enhance the ancient magical consciousness that is moderated by priests Bimo unholding the spirits of his ancestors. Form of his art is an invisible space of spirituality, from which mountain people remain in constant interaction, that clarifies to bestow the age of great human longing for purity and fullfilment. Living in the face of vastness and natural beauty, his work constantly strives to reflect the depth of human fate, over which it slopes, and connects to the large cosmogonic systems and the elementary mechanisms of duration. It has sensed eternity through completion of day and night; sticking to the human body, with its illness and pain, it vigils in the shape of a human, exposes to weather conditions, that is subjected to be the destructive power of time. It is rare and appeares to be so clear to human consciousness, shimmering to ever shape a bright beam, penetrating to the large time intervals, and scanning space in all its shapes and metamorphoses. Majia can write a poem similar to the gentle movement of the wings of dragonflies, and create wide panoramas, which reflects the spirit of a whole epoch, the ethos of free existence in the midst of mountains and lakes, in harmony with animals, birds and all living beings. Every scene of his poem becomes the continuation of the story of the tribe, as if it is specially appointed to proclaim its glory. The poet is aware that his work has been selected from the many in order to fulfill his desired destiny. He understood that he could not live permanently in the mountains of Liangshan, where he could go out with a shotgun for hunting and lead a peaceful life only with his family clan. He could dance around campfires and look into the distance from the top of the mountain, but his virtue is set to be among the poets of the world, and proclaim the glory of his land and people in the farthest corners of the globe. He could sing in small huts, separated from the cold, cosmic distance, he could listen to the stories of elders and shamans, but his work interpretes the elementary truth of existence: I am a Nuosu! This is his great task, and at the same time a kind of prayer that is repeated for generations, in a series of reminders and sublimations, a distant echo of history that reflects the past and the glorious future.

[32] J.  M a j i a, Noble Literature Is Still of Interest and Moment. Acceptance Speech at the Awarding Ceremony of The European Medal of Poetry and Art Homer 2016, w:  Jidi Majia Poetry and the World t. II, Chengdu 2017, s. 737–739.

[33] M.  W o j t a s i k, Jezioro Lugu jest góralską panną, „Akant 2016, nr 11. Przedruk w:  Jidi Majia Poetry and the World, dz. cyt. t. I, s. 686–690.

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (III)

Yasmen Stał u wrót wielkiej doliny, nad którą latały liczne roje aniołów. Niektóre z nich krążyły jakby w kominach powietrza, inne zlatywały z góry ku wybranym punktom, a jeszcze inne wzbijały się jak ptaki ku majaczącym w dali budowlom. Wielkie granatowe góry z ośnieżonymi szczytami otaczały dolinę ze wszystkich stron, a na ich zboczach ułożyły się, niczym wielkie gniazda, zamki i zameczki ze strzelistymi wieżami, jakieś wielkie koszary niebieskie, w oknach których widać było wiele anielskich konturów. Jeden z ogromnych szczytów wieńczyło białe zamczysko, przypominające tysiące zlepionych ze sobą minaretów. Niektóre budowle jakby wrastały w niebo i łączyły się z całymi systemami mniejszych domów i domków w chmurach, na białych czapach cumulusów. I tam tętniło życie, aniołowie, jak roje meszek, ciągnęli całymi chmarami do tych chmurnych osad. Tuż przy nim latało kilku młodzieńców, krążyło nad nim, zataczało kręgi i zawisało, trzepocąc skrzydłami jak kolibry. Dwoje z nich rozmawiało ze sobą i Yasmen domyślił się, że wymieniają uwagi na jego temat. Ciekawskich przybywało i już po kilku chwilach kłębiło się nad nim rojowisko, a szum skrzydeł był tak głośny, że aż lekko pochylił się ze strachu. Każdy anioł miał piękną twarz, długie blond włosy, gęste brody, albo odkryte, delikatne, jakby pokryte niemowlęcą skórą twarze. Wszystkich spowijały szaty w różnych kolorach i odcieniach, a na nogach mieli jakby skórzane ciżemki, także różnokolorowe, także we wszystkich możliwych barwach. Tuż nad jego głową zawisł anioł w błękitnej komży i złotym obuwiu, a nieco dalej kołysał się w przestrzeni skrzydlaty byt w szacie o kolorze kardynalskim i ciżmach zielonych jak ziemska trawa. Yasmen stał w osłupieniu i patrzył to na lewo, to na prawo, to wyżej, to niżej. Czuł się odprężony i onieśmielony, a nade wszystko zdziwiony, zaskoczony różnorodnością przestrzeni, która się przed nim odsłoniła.

Ta dolina, niczym głęboka niecka w pięknym ciele, ciągnęła się od krańca do krańca Nieba. Yasmen stał na jakimś podwyższeniu i patrzył szeroko otwartymi oczyma na to, co rozgrywało się przed nim. Wszędzie latały nieprzebrane chmary aniołów, pojedynczych wojowników i całych grup, a gdzieś daleko, ze wschodu na zachód leciał przeogromny oddział. Przypominał włócznię ciśniętą z rozmachem, a jednocześnie bliski był kształtom śmigającego jeżyka. Aniołowie trzymali się swoich miejsc i ani na moment nie pozostawali w tyle. Jakaś tęskna pieśń snuła się za nimi jakby gregoriański chorał albo smutna wokaliza syreny pochylającej się nad taflą wody i lamentującej nad swoim odbiciem. Chybki oddział anielski mienił się i opalizował, przy nagłych zwrotach, tracił na chwilę część ze swego kształtu, to wnikał w Wielkie Światło, to znowu wyłaniał się niczym mroczna, purpurowa albo granatowa materia jakiegoś monstrualnego sztandaru. Pojedynczy aniołowie latali we wszystkich możliwych kierunkach i na wszystkich wysokościach, czasem na chwilę znikali w chmurach, wlatywali do domów przypominających wielkie gołębniki albo domki dla ptaków. Czasem śmigał jakiś Archanioł w poprzek doliny albo błękitny młodzieniec przylatywał ku Yasmenowi, zawisał na chwilę w powietrzu, po czym odlatywał majestatycznie w dal. Była jakaś tajemna harmonia w tym świecie, jakieś zdumiewające tchnienie dobroci i tajemnicy, coś jakby czuły szept, stale ponawiane słowo miłość, miłość, miłość… Do tego jeszcze to pulsowanie, nieomal wyczuwalne w przestrzeni, rytmiczne skurcze i rozkurcze całej rzeczywistości, odsłanianie się i zakrywanie, mruganie światła, nieustające, prawie niewidzialne zmiany w kształtach i barwach, pulsowanie świadomego siebie i cieszącego się sobą życia. W wielkich miastach chmurnych, w samotnych anielskich gołębnikach, w jaskiniach pełnych skrzydlatych postaci – wszędzie, gdzie tylko okiem sięgnąć, pulsowało istnienie, egzystencja świadoma i piękna pięknem niewyobrażalnym. To była rzeczywistość inna ziemskich rewirów, które gdzieś tam jeszcze pozostały w pamięci Yasmena, cudowna i dramatyczna, nieustannie zmieniająca się i trwała w swym majestacie, we wciąż ponawianych, niesłyszalnych uświęcających wszystko szeptach. Wsłuchiwał się zauroczony w te śpiewy bez muzyki i w tę muzykę bez słów, próbował wyłowić jakieś słowa, jakieś zdania, ale przy natężeniu słuchu zawsze wracało tylko jedno zwielokrotnione i chóralnie wzmocnione słowo  m i ł o ś ć…  Zawiesił wzrok na parze czerwonych aniołów siedzących na niewielkiej chmurze i przyciągnął ku sobie przestrzeń w której byli. jeden z nich miał czerwono–złote skrzydła i krwistoczerwoną togę a drugi miał skrzydła różowe a togę czerwono–błękitną. Obaj mieli złote ciżemki i rudziejące brody. Ich włosy, złocisto–rude z odcieniami czerwieni, przypominały syntetyczne włosy ziemskich lalek. Patrzyli na siebie z miejsc, gdzie przysiedli i rozmawiali bez słów, myśląc, że nikt ich nie słyszy.

– Zdecydowałeś się kochany przyjacielu ruszyć na tę wyprawę wraz ze mną? – pytał czerwony.

– Przecież wiesz bracie, że dla ciebie zrobiłbym wszystko… – odpowiadał łagodnie czerwono–błękitny.

– Ale to może być niebezpieczne, Pan może nas strącić w czeluść i skazać na wieczne potępienie – wątpił pierwszy z nich.

– Tajemnica wymaga poświęcenia, cokolwiek się nie wydarzy będziemy dążyć ku tajemnicy, a to nie może się nie podobać Panu – odrzekł drugi.

– Kiedy byłem jeszcze na tamtym świecie myślałem, że trafię przed złoty tron i wszystko zostanie powiedziane, wszystko odsłoni się bezszelestnie, a ja pełen wiary i wiedzy stanę w gronie tych, którzy dostąpili bycia w Nim i z Nim… Myślałem, że tutaj wszystko jest proste… – mówił czerwony.

– A ja chciałem spojrzeć Panu w oczy, chciałem oprzeć głowę na jego kolanach… byłem tak naiwny, że myślałem, że zacznę rozmowę z Nim… – rzekł z kolei czerwono–błękitny.

– On musi być tajemnicą, bo tylko w tajemnicy możliwa jest świętość… Dlatego chcę chociaż zbliżyć się do niej… chcę zapukać do jej drzwi, nawet jeśli nie usłyszę żadnego odzewu…. – ciągnął pierwszy

– A ja chcę się przekonać czy On tam jest i… czy w ogóle jest…. – dramatycznie powiedział  drugi.

– Psttt, co ty mówisz, to bluźnierstwo… – przeraził się czerwony – Pan jest bo jest, jeśli by go nie było, to by znaczyło, że i nas nie ma… albo, co gorsza, że nas ktoś stale zwodzi…

– A jeśli nam się tylko wydaje, że widzimy to, co widzimy, a jeśli to wszystko ułuda…

– Milcz bracie, zagłusz w sobie ten głos, bo to nie ty mówisz – dalej drżał czerwony – Twoja dusza jest blisko Boga i to jest pewnik. Czego jeszcze chcesz?

– Chcę wiedzieć wszystko…

– Jak możesz tak bluźnić….?! Nikt nigdy nie dowie się wszystkiego… Bóg na tamtym świecie i na tym musi być tajemnicą… Bóg musi być nią we wszystkich światach… Zamiast Bóg mów  t a j e m n i c a …

– To dlaczego chcesz lecieć ze mną do Najwyższej Stanicy?

– Bo chcę być blisko Pana, chcę poczuć jego tchnienie… Chcę się przekonać czy on w niej jest…

– Teraz ty bluźnisz, bo on jest przecież wszędzie, w każdej lotce Twojego pióra i w każdej złotej nici włosa… On przenika nas na przestrzał i widzi wszystko w każdej chwili…. On jest świadomością przestrzeni, w której jesteśmy zanurzeni….

– I słyszy nasze myśli? Słyszy naszą rozmowę?

– Tak i to on chce byśmy ruszyli w drogę…

BROMBERG (5)

Jedenastego września Józia ledwie zdawkowo opowiedziała matce o tym, co stało się przy szwederowskim kościele, bo długo spała, a jak budziła się, czuła tak dojmujący smutek, że aż nie mogła oddychać. Nie mogła pogodzić się z tym, że jej ukochany leży teraz martwy pod ziemią a to, co się miało zdarzyć w ich wspólnym życiu, nigdy już się nie stanie, nie poczuje jego ciepła, nie urodzą się dzieci, nie będzie do niego czule szeptać pośród dni i nocy. Matka, by ją zająć i jakoś odciągnąć od złych myśli, poprosiła by zaniosła jej koleżance, mieszkającej przy Rynku Marszałka Piłsudskiego, zrobiony na drutach, gruby sweter z czerwonej wełny. Dziewczyna przyjęła polecenie bez komentarza, zarzuciła na siebie czarną kurtkę, sięgnęła po siatkę z zawiniątkiem, pocałowała matkę w policzek i skierowała się ku drzwiom.

– Tylko bardzo uważaj na siebie, bo wszędzie teraz czyha zło… Spuszczaj oczy, gdy będziesz mijać niemieckich żołnierzy i nie przystawaj nigdzie…– Przestrzegła ją strapiona matka.

– Dobrze mamusiu… Nie martw się o mnie… – odpowiedziała dziewczyna i lekko domknęła za sobą drzwi.

Minęła swój dom przy ulicy Strzeleckiej i ruszyła Piękną w stronę ulicy Szubińskiej, która łagodnie schodziła w stronę Placu Poznańskiego. Szła chodnikiem, tuż przy lewej stronie jezdni,  a w jej myślach wciąż pojawiały się sceny z poprzedniego dnia. Powoli zbliżała się do skrzyżowania i chciała już przejść na drugą stronę, gdy nagle stanęła jak wryta. Przy nieotynkowanym domu z czerwonej cegły stało to samo auto, które minęło ją wczoraj, przed rozstrzelaniem mieszkańców dzielnicy. Znała dobrze ten dom, bo czasami odwiedzała w nim, z matką lub ojcem, zaprzyjaźnioną niemiecką rodzinę Eleonory i Johanna Spatzów. Lubiła ich, a oni, z racji tego, że nie mieli dzieci, traktowali ją niemal jak córkę, za co odwdzięczała się zanosząc pranie do magla, biegając po zakupy, a nawet opatrując schorowane nogi pani domu. Teraz z przerażeniem zobaczyła, że nagle otworzyła się brama domu, stanęła w niej pani Eleonora, a za nią postępował mężczyzna w czarnym mundurze i oficerskiej czapce z trupią główką. Nogi natychmiast ugięły się pod nią, bo był to ten sam oficer, który kierował akcją przy kościele, choć teraz wydał się jej nieco wyższy i smuklejszy. Niemka przytuliła go na chwilę i pocałowała w policzek, a potem jeszcze pomachała mu ręką, gdy wsiadł do samochodu i odjechał ku Szubińskiej. Józia przemogła strach i ruszyła przed siebie, ale pani Spatz zauważyła ją w ostatniej chwili, uśmiechnęła się szeroko jakby zobaczyła kogoś bardzo bliskiego i zawołała po niemiecku:

 – Józka, Józka… – chodź no  tylko tutaj…

Dziewczyna zdziwiła się, bo Spatzowie nigdy nie rozmawiali z nią w swoim rodzimym języku, a nawet często traktowali polski jako bardziej komunikatywny. Dziewczyna miała w gimnazjum lekcje języka niemieckiego i znakomicie się nim posługiwała, toteż bez trudu zrozumiała zachętę i przeszła ulicę.

– Dzień dobry Józka, dzień dobry kochana dziewczyno…– kobieta ciągnęła po niemiecku. Widziałaś jaki przystojny oficer teraz u nas mieszka…? To jest mój daleki krewniak Willy… Zajmie się praworządnością w naszym mieście, bo czas już najwyższy uporządkować ten chaos… Niebawem wszystko wróci do normy, tylko władza się zmieni. Tyle lat mieszkaliśmy tu, gdy rządzili Polacy, to teraz wy będziecie pod naszymi rządami… I tylko tyle…

Józia uśmiechnęła się nieznacznie, choć od wczoraj już była pewna, jak będą wyglądały rządy Niemców. Strzepnęła kilka długich włosów ze swojej kurtki i nie wiedziała, co ma powiedzieć. Na szczęście pani Spatz szybko zadała jej  kolejne pytanie:

– A gdzie to moje szczęście tak wędruje…? Młode dziewczyny powinny teraz siedzieć w domu, bo pojawiają się jakieś bandy w naszej dzielnicy, które dopiero Willi zlikwiduje…

– Idę na Rynek Piłsudskiego, zanieść sweter koleżance mojej mamusi…

– Willi powiedział, że to teraz będzie znowu plac generała von Kluge… musisz nauczyć się niemieckich nazw… Poznam cię z nim, to wspaniały młody mężczyzna…może znajdzie dla ciebie jakąś pracę w biurze… przecież ty mówisz dobrze po niemiecku.

Dziewczyna pożegnała się z panią Eleonorą i podążyła dalej w tym samym kierunku, w którym pojechał czarny samochód jej kuzyna. Szybko zeszła do Placu Poznańskiego, a mijając pomnik Jezusa z sercem na piersi, nieopodal szpitala gruźliczego, przeżegnała się i bezgłośnie odmówiła modlitwę maryjną. Dalej powędrowała ulicą Poznańską, minęła Wełniany Rynek, gdzie trzech żołnierzy niemieckich obrzuciło ją ciekawym spojrzeniem i zaczęło sprośnie żartować. Pamiętając o przestrodze matki, szybko spuściła oczy i przemknęła w kierunku ulicy Długiej i Batorego, którą dostała się na rynek. Prawie nie było na nim ludzi, a tylko u wlotu na Mostową i przy wejściu na ulicę Magdzińskiego stały jakieś samochody i kręcili się granatowi policjanci. Weszła na klatkę schodową wysokiego domu i po schodach dostała się na drugie piętro, gdzie mieszkała pani Jadzia, którą jej mama znała jeszcze ze szkoły podstawowej, mieszczącej się przy ulicy Leszczyńskiego.

– Dzień dobry pani – powiedziała z uśmiechem – mamusia kazała mi przynieść pani ten nowy, zamówiony sweter…

– Dzień dobry drogie dziecko – odpowiedziała tęga kobieta, wprowadzając ją do przedpokoju i pytając – Ale dlaczego Franciszka wysłała cię w taki straszny czas…? Przecież ty powinnaś siedzieć w domu…

 – Idą chłody i mamusia chciała, żeby pani miała co na siebie włożyć… – odrzekła Józia.

– Tak… tak… idą straszliwe chłody moje dziecko… – odpowiedziała w zamyśleniu pani Jadzia, a potem dodała – Jestem ci bardzo wdzięczna, bo rzeczywiście stary sweter podarł się dawno.  Akurat upiekłam ciasto drożdżowe z kruszonką, to dam ci kawałek, ale najpierw zrobię herbatę.

Józia zdjęła kurtkę i przewiesiła ją przez oparcie krzesła, a widząc, że kobieta wyszła do kuchni, zaczęła rozglądać się po jadalni. Był tam duży, dębowy stół, a przy nim sześć krzeseł obitych grubą, pasiastą, zielono-białą satyną. Na jednej ścianie była stara gdańska szafa z serwisem obiadowym, a na drugiej komoda z piękną, abażurową lampą. Dwa wielkie okna, z firanami i ciężkimi, aksamitnymi storami, wychodziły na rynek i znakomicie rozświetlały cały pokój. Na podłodze leżał wielki czerwony dywan w stylu tureckim, a tam gdzie go nie było, lśniły pomalowane na wiśniowy kolor deski. Przy drzwiach wejściowych było jeszcze sporo miejsca na dużą kanapę i dwa ogromne fotele, przy których stały wzorzyste podnóżki. Widać że gospodarze lubili na nich siadać, a czytając gazety lub dyskutując, nogi opierali na tych mniejszych, tapicerowanych meblach. Józia zatrzymała wzrok na wielkim ozdobnym żyrandolu, sporządzonym z dziesiątków kryształowych sopli, ale z głębokiej zadumy wyrwała ją koleżanka mamy, która weszła do pokoju z tacą, na której były talerze z ciastem, filiżanki i biały dzbaneczek. Położyła tacę na rogu pięknego obrusa i zaczęła wszystko rozkładać po obu stronach stołu.

– Tacy byliśmy szczęśliwi w tej odrodzonej Polsce, a już czarne chmury zebrały się nad nią i pioruny biją jak oszalałe – powiedziała – Jakich straszliwych zdarzeń doczekaliśmy się w naszym pięknym mieście…

– Tak… – potwierdziła Józia i zalała się łzami – Wczoraj Niemcy rozstrzelali wielu Polaków przy kościele na Ugorach…

– Tam też…? Moje dziecko…!!! Co z nami będzie? Co będzie z Polską? Zjedz tę drożdżówkę i jak najszybciej wracaj do domu… to miejsce jest przeklęte.

Józia napiła się gorącej herbaty i zaczęła jeść ciasto, gdy nagle na rynku odezwały się głośne głosy po niemiecku, dał się słyszeć warkot silników ciężarówek i huk wystrzałów. Pani Jadzia podbiegła szybko do okien i zasłoniła je szczelnie storami, jakby bała się, że zło przeniknie do jej mieszkania i skazi je na zawsze.

– Znowu to samo… – powiedziała łkając boleśnie – Stań dziecko przy drugim oknie i patrz przez szparę. Młodzi muszą to zapamiętać i po wojnie opowiedzieć o wszystkim światu…

ŚWIAT STAROŻYTNY (XXXI)

Jakież iście piorunujące wrażenie musiała wywierać na starożytnych Grekach Atena, bogini chmur i błyskawic, znakomicie posługująca się dzidą, opiekunka wojowników, podczas świętych wojen zawsze krocząca w pierwszym szeregu. Urodziła się z głowy Zeusa, gdy ta nabrzmiała od bólu i została przecięta toporem przez Hefajstosa. Od razu miała kopię i tarczę, a jej narodziny miały wymiar atmosferyczny i grozę najpotężniejszych sił natury. Nie bała się walczyć z gigantami, a u Homera była boginią wojny, ścierającą w pył wrogów i prowadzącą do zwycięstwa takich herosów jak Odyseusz. Ludzkość zawdzięcza jej ujeżdżenie dzikich koni, instrument muzyczny aulos (jedna lub dwie niezależne, cylindryczne piszczałki, wyposażone w podwójny stroik), który przekazała Marsjaszowi, a także podstawowe narzędzie rolnicze – pług. Żadna kobieta nie mogła jej dorównać w przędzeniu i tkaniu, a z czasem bogini ta stała się też synonimem mądrości i roztropności i zsyłała ludziom dobre rady. Modlono się zatem do niej często i gorliwie, szczególnie w miastach, których była opiekunką, a atrybutami jej była sowa, kogut, wrzeciono, tarcza, dzida i hełm. (Por. Mała encyklopedia kultury antycznej pod red. Z. Piszczka, Warszawa 1983, s. 95) Choć była symbolicznym bóstwem mitologii greckiej, to jej narodziny miały miejsce nad rzeką Tritonia, w Libii, o czym niewielu pamięta i od razu lokuje ją pośród wysp i wysepek Hellady. Interesującą sprawą jest też seksualność Ateny, która będąc kobietą, zachowywała się i postępowała jak umięśniony mężczyzna, śmiało kroczący do boju i nie lękający się najtrudniejszych wyzwań. Ten archetyp przetrwał do naszych czasów i bywa wykorzystywany przy opisach zachowań erotycznych współczesnych kobiet. Szczególnie tych zimnych i wyrachowanych, dokładnie planujących swoje związki, najczęściej też aseksualnych, używających mężczyzn jako reproduktorów, albo głoszących tylko pochwałę miłości lesbijskiej.

Dzięki współczesnym rekonstrukcjom możemy zdać sobie sprawę jak wielkim szacunkiem darzono Atenę – rzeźba dłuta Fidiasza, znajdująca się w Partenonie, jest tego wyrazistym dowodem, a choć nie przetrwała do naszych czasów, nowoczesne techniki audiowizualne pozwoliły ją w całości zrekonstruować. Grecki rzeźbiarz wykonał ją w latach 447–438, stosując technikę chryzelefantową (nakładanie na drewnianą konstrukcję płyt złota i kości słoniowej) i przydał wiele dodatkowych elementów. Rzeźba miała 12 metrów wysokości wraz z bazą, oszałamiała bogactwem, dekoracyjnością i rozmachem artystycznym i przyczyniła się do nieśmiertelnej sławy jej autora. Posąg umieszczony we wnętrzu Partenonu wyobrażał majestatyczną boginię w złotym hełmie i długim, powiewnym peplosie. Atena wyposażona została także w złotą figurę Nike na prawej dłoni, o rozmiarach żywej kobiety (1,77 m) oraz kunsztownie przyozdobioną egidę i włócznię przy lewym boku. Na szczycie jej hełmu Fidiasz umieścił gryfa z dwoma sfinksami, na egidzie głowę Meduzy, na sandałach sceny z centauromachii, a na fryzie moment narodzin Pandory, której to przygląda się dwunastu bogów. Rzeźbę wielokrotnie uzupełniano, a jej kruszec, wagi ok. 1151 kilogramów stanowił skarb państwa ateńskiego. Losy tego przedstawienia dopełniły się w piątym wieku naszej ery, kiedy to miał miejsce ogromny, destrukcyjny pożar. Przypuszcza się też, że złoto i kość słoniowa zostały wywiezione przez Turków do Konstantynopola, gdzie zostały użyte do wykonania innych artefaktów. Od dłuższego czasu trwają prace rekonstrukcyjne na wzgórzu akropolskim i planuje się odzyskać oryginalne, marmurowe rzeźby z muzeów europejskich, a także odtworzyć ze współczesnych materiałów ogromny posąg Ateny Dziewicy (gr. Partenos)

Rekonstrukcja z Nashville

Zapewne pomocne w tym względzie będą rzymskie marmurowe kopie – Atena z Warwakionu, z Lenormantu, Pergamonu i Palmyry a także intaglio Aspazjosa i ateńska tetradrachma z drugiego wieku naszej ery, wiernie przedstawiająca głowę bogini. Wyobrażenie o monumentalizmie rzeźby Fidiasza daje też niezwykłe jej odtworzenie w naturalnych wymiarach, które miało miejsce w Nashville, stolicy amerykańskiego stanu Tennessee. Możemy tam podziwiać kopię Ateny Partenos, wykonaną w 1990 roku przez  Alana LeQuire, z nowoczesnych materiałów, a przede wszystkim z aluminium, stali, plastiku i kompozytów gipsu oraz włókien szklanych. Artysta zadbał by jego dzieło było wiernym odwzorowaniem greckiego oryginału i teraz zdumiewa ono  swoim rozmachem i wielkością, przyciągając ogromne rzesze turystów. Archeolodzy i historycy zajmujący się światem antycznym dzielą się na tych, którzy są przeciwni jakimkolwiek rekonstrukcjom i na tych, którzy są gorącymi zwolennikami wszelkich oryginalnych odtworzeń. Po jednej stronie stawia się marne odnowienie ruin Babilonu, dokonane przez Saddama Husseina, a po stronie drugiej moderowaną przez naukowców odbudowę Partenonu, zniszczonego przez ogromną eksplozję w czasach okupacji tureckiej (1687). Od czasów najdawniejszych wszelkie  naturalne wzgórza, rozległe przestrzenie wyniesione przez procesy geologiczne, takie jak wapienny akropol ateński, wykorzystywano do kultów religijnych. Archaiczne świątynie, które wznoszono w tym miejscu od czasów neolitu, zostały zniszczone podczas wojen perskich i dopiero decyzje Peryklesa spowodowały, że rozpoczęto budowę nowego kompleksu świątynnego, poświęconego przede wszystkim Atenie. To ona przyciągała tam  rzesze Greków, którzy wierzyli, że jej przychylność pomoże im w życiu i tak pokieruje ich losami, że wejdą w wiek starczy spełnieni i szczęśliwi. Od dawna mówi się o tym, że gdyby ludzkość przeznaczała ogromne środki, ze zbrojeń i prac badawczych nad udoskonalaniem bomb, czołgów i okrętów, na odbudowę wielkich budowli starożytności, już dawno Partenon lśniłby w centrum Aten, mielibyśmy odnowione egipskie i azteckie piramidy, mezopotamskie zigguraty, grobowce chińskich cesarzy, świątynie indyjskie czy pożerany przez dżunglę Angkor. I szybko wróciłaby na swoje miejsce rzeźba Ateny Dziewicy, zachwycająca ogromem i dająca wyobrażenie o wspaniałościach starożytnego świata, na zawsze odgrodzonego od nas nieprzepuszczalną taflą czasu.

SOWA USZATA

Na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku spędzałem wakacje nad jeziorem Ostrowickim, w okolicach Jadownik Rycerskich. Byłem tam dzięki uprzejmości mojego najlepszego kolegi – Marka Maślanki – i zapamiętałem te chwile bardzo dobrze, tym bardziej, że wciąż kąpaliśmy się w jeziorze, pływaliśmy na łodziach, kajakach i rowerach wodnych, a nade wszystko wędrowaliśmy wokół jakże cudownego akwenu. Tam zapewne należy szukać korzeni moich fascynacji ornitologicznych, gdy zatrzymując się łodzią przy brzegu, przyglądałem się zjawiskowym zimorodkom i przelatującym majestatycznie nad tonią bączkom, mewom i rybitwom. Podczas jednej samotnej wędrówki na drugi brzeg jeziora znalazłem w trawie kilka pięknych piór jakiegoś ptasiego drapieżnika. To one doprowadziły mnie do kilku skarlałych sosen, na których swoje gniazda miały uszatki, albo inaczej sowy uszate (Asio otus), ptaki z charakterystycznymi piórkami na głowie, przypominającymi małe uszy. Pamiętam jakie wrażenie na mnie zrobiły, pozwalając mi na długą obserwację, czasem tylko przefruwając z drzewa na drzewo. Długo w moich zbiorach leżały te pióra, aż w końcu jakiś powiew czasu cisnął je gdzieś, nie wiadomo gdzie, ale na szczęście nie przepadły zainteresowania ornitologiczne. Studiując atlasy, albumy fotograficzne i fachowe poradniki, zatrzymywałem się nieraz przy sowach, fascynując się puchaczami, puszczykami i pójdźkami, a ilustracje związane z uszatkami nieodparcie przywoływały pierwsze spotkanie z nimi w okolicach Żnina. Dopiero perspektywa wielu lat, pozwala zobaczyć ważne momenty naszego życia w długich ciągach zdarzeń i wyodrębnić je z natłoku innych chwil. Jakże wciąż wyrazisty jest w mojej pamięci ten moment, gdy schylałem się ku trawie, podnosiłem pióra sów i podążałem w kierunku niewielkich sosen, na których siedziała ich duża rodzina.

Pióra sowy uszatej

Uszatki są ptakami dość licznymi w naszej strefie geograficznej, a ich zasięg jest przeogromny i obejmuje Eurazję, północno-zachodnią Afrykę i Amerykę Północną. Występowanie i lawinowy rozród uwarunkowany jest od ilości pożywienia, a przede wszystkim od niepohamowanych rozmnożeń myszy, ryjówek, norników i mniejszych szczurów. Wtedy rodzicom udaje się wychować więcej piskląt (dwa lęgi), które szybko rosną, opuszczają gniazdo, łączą się w pary i znajdują własny areał łowiecki. Uszatki podobne są do puchaczy, ale ich ciała nie są tak duże – samica jest większa od samca, który z kolei ma jaśniejszy spód skrzydeł. Upierzenie – jak u wielu sów – jest rdzawo-brązowe, a znakomity efekt maskujący dają setki ciemnych plamek i kresek, zlewających się z gęstwiną krzewów, skąd ptaki wypatrują swych ofiar. Na zbliżeniach filmowych ogromne wrażenie robią pomarańczowe tęczówki tych drapiezników, a także kępki nastroszonych piórek na ruchliwej głowie, mylnie określanych jako uszy. Poszczególne osobniki osiągają długość 35-37 cm, a rozpiętość skrzydeł samic dochodzi do jednego metra, co daje ogromną siłę nośną i bardzo dynamizuje lot, szczególnie w sytuacji pogoni za ofiarami. Przy ogromnej aktywności łowieckiej uszatki mają znakomitą przemianę materii i osiągają wagę zaledwie 260-280 gramów. Zbliżając się do gniazdujących ptaków, nie słyszałem ich głosów, bo charakterystyczne pohukiwanie wydają one z siebie tylko w nocy. To jest czas ich przygotowania do krwawych łowów, bo najbardziej aktywne są o zmierzchu i świcie, kiedy to można je zobaczyć, jak lotem ślizgowym przemykają pomiędzy krzewami i niskimi drzewami. Najważniejszą rolę odgrywa ich słuch, pozwalający polować nawet w całkowitych ciemnościach i dający ogromną przewagę nad ofiarami. Od marca do sierpnia można zaobserwować akrobacje samców, które w ten sposób przyciągają uwagę samic i zaznaczają swoje panowanie nad sporym areałem łowieckim. Pary łączą się ze sobą tylko podczas jednego sezonu i w następnym roku szukają już innych partnerów, a żyją jedynie około dwudziestu kilku lat. Od dawien dawna sowy są symbolem mądrości, czujności i inteligencji, a także mają wstęp do świata duchów. Jako ptak chtoniczny łączą niebo z ziemią i wraz z sępami, krukami, wronami i kawkami uczestniczą w ucztach nad martwymi ciałami zwierząt i ludzi.

PRZED ZAŚNIĘCIEM…

Już szedłem położyć się do łóżka, gdy nagle zobaczyłem, że za oknem dramatycznie zmienia się oświetlenie nieba. Zamiast szarości popadającej w burość i czerń, pojawiła się na nim tajemnicza ultramaryna, z której białe chmury wyłaniały się jak ośnieżone górskie szczyty. Ku zachodowi zsuwały się też bladoniebieskie formacje, przypominające lekkie odciski lnianego płótna, używanego do czyszczenia pędzli, a czasem do pieczętowania płaszczyzny obrazu. Otworzyłem okno balkonowe i wyszedłem na taras, rozkoszując się tym spektaklem barwy i światła, wzmocnionym światłem księżyca, który nagle wyłonił się spoza oparów, a po chwili zniknął bezpowrotnie. Stałem jak urzeczony i myślałem o tym, ile takich niezwykłych chwil tracimy w życiu, ile obrazów nigdy nie zobaczymy, ile pozostanie w niepamięci, w przeszłości, która prasuje dni i noce, ściska je w jeden bezbarwny płatek nicości. Wróciłem do domu po aparat i zrobiłem zdjęcie, ale niestety nie udawało się utrwalić obrazu kończącego się dnia. Dopiero założenie specjalnego obiektywu do zdjęć nocnych, w czarodziejski sposób przywróciło fotografii barwy, tony i półtony. Niestety nie udało się odwzorować połyskliwości bieli, ale i tak na zdjęciu zostało coś z tego, co widziałem i nad czym się zamyśliłem. Kładąc się spać, miałem cały czas w pamięci obraz chmur i ultramarynę tła, które zanikły dopiero, gdy włączyłem płytę z kanonem D-dur Pachelbela i lekko, leciutko osunąłem się w sen…

TONI MORRISON 1931–2019

Gdy 18 lutego 1931 roku Chloe Ardelia Wofford przychodziła na świat w afroamerykańskiej rodzinie robotniczej w Lorain, nieopodal Cleveland, daleko jeszcze było do pełnego równouprawnienia czarnej i białej ludności w Ohio i w całych Stanach Zjednoczonych. W roku 1915 wznowiły swoją działalność lokalne odłamy Ku Klux Klanu i dochodziło do licznych aktów przemocy, a we władzach i na kierowniczych stanowiskach, w różnorakich instytucjach, wciąż zasiadli biali konserwatyści, nienawidzący czarnoskórych. Trudno było wtedy kształcić się i awansować dzieciom z biednych, wielodzietnych rodzin, ale z biegiem lat sytuacja się zmieniała i coraz więcej młodych ludzi, mających swoje korzenie w Afryce, wkraczało odważnie do życia społeczeństwa amerykańskiego. Chloe przeszła na katolicyzm i zmieniła swoje imię na Antonina, a przyjaciele zaczęli nazywać ją Toni, do którego to imienia dołączyło jeszcze nazwisko Morrison, po zawarciu związku małżeńskiego z pochodzącym z Jamajki architektem. Dalej droga życiowa prowadziła Toni do wydawnictwa Random House i do kolejnych uniwersytetów, gdzie wykładała, w tym do tak prestiżowych jak w Albany i w Princeton. Jej debiut z 1970 roku – powieść pt. Blue Eye o samotności czarnego dziecka pośród rasistów  – został zauważony przez krytykę i czytelników, ale dopiero kolejne dzieła ugruntowały jej pozycję. Saga o ubogiej czarnoskórej rodzinie pt. Pieśń Salomonowa (1977) uznana została za książkę roku w Stanach Zjednoczonych, a obszerną powieść pt. Umiłowana (1987) uhonorowano nagrodą Pulitzera. Gdy Toni Morrison umierała 5 sierpnia 2019 roku na zapalenie płuc, była już laureatką Nagrody Nobla w dziedzinie literatury (1993), sławną na całym świecie pisarką i feministką, autorką kolejnych powieści, opowiadań, faktografii, libretta do opery, książek dla dzieci i wyjątkowego zbioru esejów pt. Grając w ciemnościach (1992), a Uniwersytet w Princeton przemianował budynek West College na Morrison  Hall. W Polsce autorka jest dobrze znana, a to szczególnie dzięki wydawnictwu Świat Książki, które opublikowało kilka jej najważniejszych powieści, a także za sprawą ekranizacji Umiłowanej z 1998 roku, którą wyprodukowała i główną rolę zagrała Oprah Winfrey.

Warto pamiętać o tym że Toni Morrison uważnie studiowała powieści i opowiadania Williama Faulknera i Wirginii Woolf, którym w młodości poświęciła swoją pracę magisterską. Znalazło to swoje odbicie w jej prozie, mającej w sobie wiele z innowacji narracyjnych autora Wściekłości i wrzasku, a także z lekkości opowieści i magii, charakterystycznej dla autorki A Haunted House and Other Stories. Jej największe dzieło – Umiłowana – to wielowątkowa powieść, inspirowana autentycznymi losami zbiegłej niewolnicy, która zamordowała swoją córkę, by uchronić ją przed łowcami niewolników. Powieść szybko znalazła się na liście najważniejszych utworów literackich ostatnich lat, stworzonej przez „New York Times”, a także stała się podstawą skandalu, który wybuchł po tym jak w finale National Book Award, nie przyznano jej głównej premii. Dzieło zadedykowane zostało ponad sześćdziesięciu milionom Afroamerykanów, którzy cierpieli nieopisane męki i stracili życie w wyniku handlu niewolnikami, a jego tytuł ma też związek z Listem do Rzymian (9,25), napisanym przez św. Pawła w latach pięćdziesiątych pierwszego wieku naszej ery, najprawdopodobniej w Koryncie. Powieść jest historią boleśnie doświadczonej przez białych Sethe i jej najmłodszej córki Denver, a ważną rolę w konstrukcji utworu odgrywa też ich dom w Cincinatti, nawiedzany przez ducha najstarszej córki czarnej kobiety. Jej synowie, Howard i Buglar, nie wytrzymali metafizycznego napięcia oraz komentarzy społeczności  i uciekli z domostwa w wieku trzynastu lat, a jej stara matka otępiała i zmarła obojętna na to, co przydarzyło się w przeszłości. Sytuacja zmienia się, gdy w nawiedzonym domu pojawia się Paul D i nawiązuje gorący romans z Sethe, powoli odkrywając jej straszną tajemnicę – zabicie najstarszej córki piłą do drewna i próbę pozbawienia życia pozostałych dzieci. Był to akt krańcowej rozpaczy, ale Paul D nie potrafi zmierzyć się z duchem dziecka  i prawdą o kochance i w końcu ją opuszcza. Morrison tak prowadzi narrację, że czytelnik nie wie co w niej jest snem, a co jawą, co konfabulacją, a co realnym faktem, co zdarzyło się kiedyś, a co dopiero nadejdzie. Zawsze wszakże górę bierze główny temat utworu – pragnienie wskazania wielkiej wrażliwości czarnoskórych mieszkańców Ameryki, ich cierpień, pragnień, żądz i marzeń. Wielką zasługo tej pisarki było wskazanie, że ludzie wszelkich ras tak samo myślą i przeżywają, mają swoje wewnętrzne rozterki i tajemnice, a nade wszystko tak samo szukają szczęścia i żarliwej miłości.

Amerykańscy krytycy powieści głównie skupiali się na wątkach fabularnych, znakomicie pozszywanych i rozmieszczonych w kolejnych rozdziałach i częściach. Wskazując jak wiele dzieje się tu w przestrzeniach międzyludzkich, próbowali rozszyfrować tajemnicę postaci tytułowej i dociekali co kierowało Sethe, gdy zabijała swoją córkę. Tymczasem prawdziwa głębia tego utworu odsłania się, gdy czytelnik zaakceptuje pomysłowość narracyjną pisarki i zacznie podążać ruchem konika szachowego w głąb labiryntu kolejnych opowieści, powrotów do przeszłości i projekcji przyszłości. Zrozumie wtedy monumentalny zamysł pisarski, będący próbą odzwierciedlenia zranionych jaźni dawnych niewolników, starających się na nowo konstruować swoje światy i wnikać w nowe amerykańskie społeczeństwo. W takim rozumieniu Sethe staje się symbolem odwiecznej matki, chcącej ocalić swoje dzieci od cierpienia, nawet jeśli spróbuje je zabić i ostatecznie pozbawi życia najstarszą córkę. Wszakże jej akt rozpaczy ma swoje uwarunkowaniu w doświadczeniach niewolniczej udręki, która jest dla niej większym złem od podcięcia gardła dziecku piłą. W jej patologicznym czynie zbiegają się miliony ścieżek, wydeptanych przez czarnych niewolników, codziennie karnie podążających na pola i pracujących dla białych panów, znoszących poniżenie, kary chłosty, lincze, a także umieszczanie w ich ustach żelaznych wędzideł. Taki los spotkał też męża Sethe, który ostatecznie prawdopodobnie zwariował, a owo określenie „prawdopodobnie” ma tutaj swoją wartość, bo raz jeszcze wskazuje, że wszelkie zdarzenia w powieści zostały ukazane jakby poprzez mgłę lub łzy zrozpaczonych ludzi. Tak jak u Faulknera, narracja jest tutaj rozkołysana, pulsująca i nieustannie ogniskująca się na czynach i psychikach najważniejszych postaci, wciąż zaskakujących czytelnika. Rozmycie wyobraźniowe zderza się tu z ogromną dynamika narracyjną, co powoduje, że powieść, nieomal od pierwszych kart, staje się monumentalnym zapisem tego, co miało na zawsze przepaść, stłamszone i zakłamane przez białych. Tak historia konkretnych ludzi staje się zarazem opowieścią o wrażliwości bytów, bez względu na kolor skóry, pochodzenie społeczne, wiarę i wiedzę o świecie. Morrison wskazuje, że wszyscy jesteśmy równi w obliczu czasu, który został nam przeznaczony i śmierci, nieuchronnie, ostatecznie pointującej każdy los.

Wielu interpretatorów próbowało dociec kim jest tajemnicza Ukochana, pojawiająca się nagle w domu numer 124, przy  Bluestone Rd.,  w  Cincinnati, a interpretacje zwykle podążały ku zabitej córce, odradzającej się w młodej dziewczynie, jak Feniks z popiołów. Tymczasem jest to postać wielowymiarowa, transgeniczna, przenikająca swobodnie błony czasu kilku dziesięcioleci drugiej połowy dziewiętnastego wieku, tuż po zniesieniu niewolnictwa. To jakby żywe memento, nieustające przypomnienie, że cierpienia i udręka milionów Afroamerykanów ukształtowały specyficzne jaźni, przepełnione dumą, mądrością życiową i wiarą w nadejście lepszych czasów. Tłumaczka powieści – Renata Gorczyńska – wskazuje, że Umiłowana jest personifikacją świadomości (i podświadomości) zbiorowej afroamerykańskich niewolników, a jej kluczowy monolog wewnętrzny można zrozumieć tylko wtedy, gdy odczyta się go jako metaforyczną przypowieść o tragicznej przeprawie milionów Afrykanów przez ocean, przeprawie zakończonej jej masową śmiercią w męczarniach na statkach-więzieniach. Ostatecznie czarna ludność Ameryki Północnej zasymilowała się z białymi, a jej przedstawiciel został nawet Prezydentem USA, wielu braci i mnóstwo sióstr sięgnęło też po najwyższe urzędy w Kongresie, Sądzie Najwyższym, armii, Hollywood i wielu organach administracji publicznej. Nagroda Pulitzera dla Umiłowanej i Nagroda Nobla dla jej autorki, symbolicznie wieńczyły okres upokorzenia i walki i przydawały mocy kolejnym generacjom czarnoskórych mieszkańców planety. Ważne w tym względzie są doświadczenia i decyzje Denver, najmłodszej córki Sethe, urodzonej na łodzi z pomocą białej altruistki, przyczyniającej się do przetrwania matki i dziecka. Jej ostateczne przeniknięcie ku czarnej społeczności i zaakceptowanie swojej wybujałej wrażliwości, da też uspokojenie Sethe i przyczyni się do powrotu Paula D, który zrozumie, że tylko przy swojej kobiecie będzie szczęśliwy i spełniony. Jak wskazuje Gorczyńska – Powieść jest zbudowana z okruchów pamięci, czy też raczej przypomnień. Ta mozaika dopełnia się stopniowo i na ogół jakieś wydarzenie, opisane w części pierwszej, staje się w pełni zrozumiałe dzięki dopowiedzeniu, dorzuconemu w części trzeciej. Początek powieści, jak przyznają krytycy, jest prawie niezrozumiały w trakcie pierwszej lektury: czytelnik zostaje wciągnięty w sam środek akcji, a wszelkie zawęźlenia są rozsupływane powoli, aż do ostatniej stronicy. Dlatego zapewne powieść Toni Morrison jest wielkim wyzwaniem dla myślących interpretatorów i domaga się przez cały czas żywej interakcji, ciągłego weryfikowania poszczególnych wątków i sprawdzania ich na różnych poziomach procesu czytania.

Przyznajmy też, że powieść Umiłowana i całe pisarstwo Morrison ma swoich zapiekłych krytyków, którzy przede wszystkim zarzucają jej epatowanie okrucieństwem, sentymentalizm opisów i zbyt daleko idące uogólnienia w kwestii natury ludzkiej.  Nie można pominąć tych głosów, ale warto też przywołać opinię Margaret Atwood, zamykającej usta malkontentom: Rzeczywiście, wszechstronność pani Morrison oraz jej zakres techniczny i emocjonalny wydają się nie mieć granic. Jeśli pojawiają się jakiekolwiek wątpliwości co do jej rangi jako wybitnego amerykańskiego pisarza, jej lub innego pokolenia, Umiłowana”  natychmiast studzi te zapały. A co do okrucieństwa, to pamiętajmy, że powieść ta jest głosem sumienia czarnej Ameryki i nieustającym przypominaniem straszliwych krzywd: Choć był już rok 1874, biali byli ciągle opętani żądzą krwi. Całe miasta wybijały swoich Murzynów. W jednym tylko roku w Kentucky dokonano osiemdziesiąt siedem linczów, cztery szkoły dla kolorowych spalono do cna, mężczyzn bito jak dzieci, dzieci bito jak dorosłych, czarne kobiety gwałcono, łamano ludziom karki, rodzinom odbierano wszystko, co miały. (s. 240). Nie ulega wątpliwości, że dzieło Morrison jest wielkim triumfem artystycznym, dokumentującym niezwykłe talenty Afroamerykanów, spychanych przez dziesięciolecia do roli niewolników, robotników w fabrykach, podludzi przeznaczanych do najbrudniejszych i najgorszych prac. Podążając z nizin społecznych, zdobywając kolejne stopnie kariery naukowej i pełniąc coraz ważniejsze role w wydawnictwie Random House, pisarka znalazła się na samym szczycie społeczeństwa amerykańskiego, uhonorowana najważniejszymi światowymi nagrodami literackimi i tytułem profesora w Uniwersytecie w Princeton. To jest symboliczny szlak, wiodący z dżungli nad Zatoką Gwinejską, poprzez Atlantyk, a potem pola bawełny w Luizjanie, mroczne zakątki wielkiego kraju, gdzie zamęczano niewinnych ludzi, aż do magicznych i tajemniczych przestrzeni z powieści pt. Umiłowana. To zarazem wielkie dźwignięcie świadomości ludzkiej ku wręcz niewyobrażalnym wyżynom, a zarazem pokorne schylenie głowy przed śmiercią, weryfikującą i zamazującą wszystko…

CZARNY NEFRYT (1)

Powieść z czasów Pierwszego Cesarza

1. Ulewny, rzęsisty deszcz padał już od miesiąca i zamieniał brunatne wzgórza prowincji Qin w grzęzawisko lepkiego błota, trawy i chwastów. Odsłaniał korzenie krzewów dzikiego bzu i żurawiny, wypłukiwał mniejsze kamienie i kawałki skał, a wielkie głazy podmywał, aż zaczynały wolno osuwać się i toczyć w dół. Porywisty wiatr poruszał miarowo łodygami i rzadkimi liśćmi bambusów, naginał topole, brzozy i dzikie grusze, powodował nieustanne falowanie rozrosłych ponad miarę traw i dzikiego ryżu. Świat przyoblekł się w kontrastowe tonacje szarości, brązu i czerni, a lecące wciąż z nieba strugi powodowały, że wszystko zdawało się rozmywać, roztapiać w smutku i beznadziei, ledwie na chwilę przyoblekać się w jaśniejsze światło i znowu popadać w burość, siność, brudny błękit i ultramarynę, gdzieniegdzie tylko złamaną srebrem lub bielą. Gdzieś daleko słychać było krzyk sępów, kołujących nad górami i wypatrujących przeczuwanej zdobyczy. Ulewa raz wzmagała się, raz cichła, ale wciąż rosiła się na gałęziach drzew morwowych i pośród gęstwin kolczastych krzewów. Górskie ścieżki szybko zanikły, koleiny w glinianych drogach rozpłynęły się i nawet świeże ślady końskich kopyt gwardii egzekutora cesarskiego traciły swoje kształty i wypełniały się czarną i żółtawą wodą. W taką pogodę ludzie siedzieli w niewielkich chatach, grzali się przy ogniskach, jedli ceremonialnie ostatnie miseczki ryżu i pili gorącą, zieloną herbatę. Wilgoć przenikała do środka domostw, a z nią wlatywał dotkliwy chłód i wiatr, jakby nad wsiami i samotnymi chatynkami, ogrodzonymi glinianym murem podwórkami, stał ogromny, czarny smok i ział dookoła zamrażającym wszystko oddechem.

Sześcioosobowa rodzina Yao Minga klęczała przed domem, w grząskim, brązowo-żółtym błocie, tuż przy starej gruszy, na której w tym roku nie pojawiły się owoce. Ojciec uznał to za zły znak, ale jego żona śmiała się z tych przepowiedni i chodziła z córkami na pobliskie wzgórza, by patrzeć jak na brzegach jeziora defilują dostojnie żurawie i czaple. Teraz wszyscy płakali, ojciec wznosił błagalnie ręce ku górze, matka pochylała się nad kałużą, w której widać było jej czarne odbicie, dwie pięcioletnie bliźniaczki trzymały się za ręce, drżały wstrząsane dreszczami i chlipały leciutko, a dziesięcioletni i dwunastoletni synowie, zrezygnowani i przybici, jęczeli żałośnie i kątem oczu przyglądali się cesarskiemu poborcy i żołnierzom, którzy rozmawiali o czymś przy koniach i żywo gestykulowali, wskazując na wieśniaków. Zza muru wyglądało wielu ciekawskich, chłopcy wspinali się na drzewa, a dziewczynki wchodziły na sterty chrustu i dachy komórek, w bramie stało też wielu sąsiadów i gapiów z wioski. Jeden z żołnierzy, o nazwisku Lou Lin, odłączył się od pozostałych i podszedł do klęczących. Wyciągnął zakrzywiony miecz, chwycił za czarne włosy żonę, a wprawnym cięciem przeciął ciała dziewczynek na wysokości ramion. Cztery części drgającego mięsa spadły na ziemię, ręce powyginały się i rozłożyły na wszystkie strony, uwolniona krew poleciała do przodu jakby nią ktoś chlusnął z wiadra. Krzyki na zewnątrz domostwa i lament zrozpaczonej matki wybuchły z taką siłą, że nie można było ich słuchać. Lou Lin nie czekał więc dłużej i równie szybko ściął głowy chłopcom, a te spadły i potoczyły się z niewielkiego pagórka na środek placyku. W zagłębieniach w glinie i w dołkach po ludzkich śladach pojawiało się coraz więcej jaskrawo czerwonej krwi. Teraz żołnierz stanął przy ojcu rodziny, krzyczał i gestykulował, a w końcu znienacka śmignął mieczem i ściął głowę klęczącej przy nim kobiecie. Krew ochlapała Yao Minga, który poczuł jej smak i zapach, wzmocniony przez wilgoć i wiatr. Przymknął powieki i z rezygnacją czekał na koniec swojego życia. Ale żołnierz uderzył go tylko silnie rękojeścią w nos, wybił kilka zębów, a potem flegmatycznie otarł zakrwawione ostrze o ciało kobiety i korpus jednego z synów. Następnie, patrząc dumnie w jeden punkt, gdzieś daleko, nad wzgórzami, wolnym krokiem podszedł do konia, wskoczył na ozdobne siodło, i już po paru chwilach pędził wraz ze swoim dowódcą, poborcą Wangiem, w kierunku innego, dalekiego domostwa.

Yao Ming czuł smak krwi w ustach, stale klęczał zdrętwiały i osowiały z przerażenia, ale nie miał siły się ruszyć. W końcu uniósł się na sztywnych nogach, spojrzał na zamordowane dzieci i żonę, skierował wzrok ku rozchodzącym się ludziom i powlókł się do domu. Wyciągnął gruby sznur z odrapanej, drewnianej skrzyni, zrobił pętlę, po czym przerzucił linę przez wystającą z muru belkę. Tak, z trudem i niezgrabnie, manipulował nią, by zaczepiła się mocno, a potem z niemałym trudem, chwiejąc się i kaszląc, wszedł na trzeszczącą skrzynię, założył pętlę na szyję, zacisnął ją i bez wahania odepchnął nogami podporę. Chwilę drżał w powietrzu, machał rękoma i nogami, ale szybko oznaki życia ustały. Deszcz bębnił o dach, wlewał się żółto-czerwonym strumieniem przez uchylone drzwi, niesiony przez wiatr, zacinał ostro, a wodne kaskady to wznosiły się, to opadały, jak wielkie stado szpaków, które gwałtownie zmienia kierunki lotu. Na pustym podwórku nie było już nikogo i sępy ośmielone zaczęły krążyć coraz niżej i niżej, aż wreszcie spadły z wrzaskiem na części ludzkich ciał i zaczęły swoją ucztę. Największe ptaki chwyciły głowy i części ramion dziewczynek i uniosły się z nimi w powietrze. Szerokie zamachy skrzydeł i latające na wszystkie strony niewielkie rączki, powodowały, że ścierwojady wyglądały teraz jak czarne flagi, bez drzewców, powiewające pośród szarych i granatowych przestrzeni. Inne, mniejsze ptaki zaczęły rozrywać ciała chłopców i kobiety, a zauważywszy leżące niedaleko głowy, także je porwały i poleciały w dal. Pożeranie ciał trwałaby dalej, gdyby nagle, na podwórze, nie wsunął się powoli cień mężczyzny w słomkowym, szpiczastym kapeluszu. Ptaki natychmiast to zauważyły i z wrzaskiem wzbiły się w powietrze. Sąsiad Yao Minga, myśląc, że się przyda, dopomoże w trudnych chwilach, przyszedł oddać ostatnią posługę jego rodzinie. Wolniutko, ostrożnie przesuwał się przy murze, aż znalazł się naprzeciwko otwartych drzwi. Wszedł do środka, rozejrzał się, a kiedy oczy przyzwyczaiły mu się do półmroku, krzyknął z przestrachem, gdy zauważył ciało zawieszone na linie. Natychmiast podbiegł do sąsiada, chwycił go wpół, ale zaraz zorientował się, że nic już nie da się zrobić. Opuścił zatem trupa, który gwałtownie zakołysał się w powietrzu. Jeszcze raz rozejrzał się dookoła i zaczął zbierać, do uniesionej koszuli, drewniane talerzyki i czajniczek do parzenia herbaty, pałeczki do ryżu i kamienne zabawki, przedstawiające zwierzęta. Zgarnął co się dało, a potem obładowany, szybko wyskoczył na deszcz i uciekł poza bramę. W chacie Yao Minga zaległa grobowa cisza, przerywana tylko okrzykami sępów, które znowu zaczęły lądować przed domem i popiskiwaniem szczurów, ośmielonych ciszą, wychodzących z zakamarków, stających na tylnych łapach i próbujących dosięgnąć trupa, bujającego się lekko w mroku i połyskującego złowieszczo przekrwionymi białkami oczu.

LUDZKOŚĆ W OBRAZACH (XXIII)

Przeżył zaledwie sześćdziesiąt trzy lata w siedemnastym stuleciu, ale to starczyło by wyraziście zamanifestować swoją obecność i znaleźć się w panteonie największych malarzy w dziejach świata. Jego droga jest świadectwem tego, że nie ma znaczenia w jakim środowisku rodzi się późniejszy geniusz, a wszystko zależy od jego siły przebicia i niezwykłej wewnętrznej energii, która popychać go będzie ku wielkim dziełom. Zanim zaczął sygnować swoje obrazy jedynie imieniem Rembrandt, urodził się w rodzinie młynarza i córki piekarza, co w żywiołowo rozwijającej się Holandii nie dawało wielkich szans na znalezienie się w gronie wielkich ludzi epoki. Rodzicom starczyło jednak pieniędzy na posłanie go do szkoły łacińskiej i na naukę w uniwersytecie w Lejdzie, gdzie wszakże spędził tylko kilka miesięcy, coraz bardziej przekonując się do tego, że będzie malarzem. A mógł przecież – jak bracia – zostać rzemieślnikiem, dekarzem, młynarzem, piekarzem lub szewcem, on  jednak odkrywając swoje talenty, rozpoczął naukę malarstwa w pracowni Jacoba van Swanenburgha, a po trzech latach – w 1624 roku – udał się do Amsterdamu i doskonalił swój warsztat u Pietera Lastmana, uznanego twórcy realistycznych i dramatycznych obrazów historycznych. Przejął od niego wiele i gdy wraz z przyjacielem otwierał własną pracownię w Lejdzie, wiedział już jak stosować światłocień, jak wyposażać swoje postaci w głębię psychologiczną, a nade wszystko jak operować kolorem i chropowatą fakturą. Szczęśliwym wydarzeniem w jego życiu było spotkanie z Constantijnem Huygensem, wpływową osobistością ówczesnej Holandii, który szybko stał się kimś w rodzaju agenta artysty, generującego zamówienia i utrwalającego jego sławę w całej Europie.

Rozumiejąc wagę malarstwa mimetycznego, przez całe niemal życie malował też swoje autoportrety. To były próby przekazania potomności swojego wizerunku, ale też udane odwzorowania twarzy zmieniającej się dynamicznie w czasie. Ta anatomia starzenia się i nieuchronnego brzydnięcia, była uczciwą grą z czasem, w której mógł być tylko jeden zwycięzca. Zanim jednak artysta zbankrutował i umarł w biedzie w roku 1669, stworzył około stu autoportretów, spośród których wiele wskazywanych jest jako arcydzieła. Przyjrzyjmy się niektórym z nich, na początek wyodrębniając portret z 1628 roku, gdy twórca miał zaledwie dwadzieścia dwa lata. Z obrazu spogląda na nas młodzieniec z bujną burzą włosów, namalowanych i wyrysowanych dla lepszego efektu graficznego ostrą końcówką pędzla. Pozwoliło to malarzowi odwzorować gęstą czuprynę, ocieniającą połowę twarzy i powodującą, że staje się ona tajemnicza i pełna młodzieńczej melancholii. Już na tym przedstawieniu widzimy, że najważniejsze dla Rembrandta jest wierne odzwierciedlenie rysów, bez ukrywania mankamentów urody, takich jak nieco kartoflowaty nos czy dość szeroka twarz. Zwracają też uwagę elementy oliwkowo-burego stroju, z wyrazistymi partiami kołnierza białej koszuli, wykonanej z nicianej koronki. Zarówno tło, jak i faktura odzienia potraktowane zostały jako rodzaj malarskiego wypełnienia płaszczyzny, a na plan pierwszy wysuwa się gładki policzek, z wyrazistym rumieńcem. Z racji zastosowania techniki światłocieniowej tylko jedno oko jest dobrze widoczne, stające się na płótnie czarna plamą. Usta z kolei są dość wyraźne, pulsujące krwią i jakby domagają się damskich pieszczot, co u kochliwego młodzieńca było częstym zajęciem. Ocieniona czupryną głowa, osadzona jest na dość grubej szyi, z rysującym się fałdami skóry, a całość dopełnia miękkie ucho, wystające spod włosów. Dzieło często było reprodukowane i uchodzi do dzisiaj za emblemat wczesnego, oryginalnego technicznie, malarstwa mistrza, wywodzącego się z lejdejskiego młyna nad Renem.

Kolejny autoportret pochodzi z 1640 roku i widać na nim jak znacznie poprawił się status społeczny artysty. Wskazuje na to przede wszystkim bogaty strój i pyszne nakrycie głowy z drogocenną broszą. Poszczególne elementy jasno oświetlonej twarzy są tutaj wyrazistsze, a dodatkowy elementem jest rudawy zarost nad górną wargą i na brodzie. Rembrandt ma na sobie kunsztowny aksamitny kontusz (płaszcz lub kamizelkę), obwiedziony sobolim lub kunim futrem, z rękawami dodatkowo ozdobionymi pasiastymi wstawkami z jedwabiu i satyny. Pod nim znajduje się bogato haftowana koszula z dobrego materiału, od której obraz bierze swą nazwę. Szczególną rolę odgrywa tutaj kunsztowny, aksamitny beret, który wszakże nie znalazł się na obrazie bez powodu. Nabywcą tego autoportretu był Alfonso Lopez i to prawdopodobnie on zasugerował artyście namalowanie dzieła wzorowanego na Portrecie Baldassare Castiglione, namalowanym przez włoskiego mistrza między rokiem 1514 a 1515. Co prawda model Rafaela zwrócony był w lewo, ale pewne elementy wskazują tutaj na powinowactwo stylistyczne, znamy też relacje z czasów, gdy Rembrandt tworzył to dzieło i jego rysunkowy szkic obrazu Rafaela z 1639 roku. I tutaj świetnie zachowane zostały proporcje anatomiczne, ze szczególnym uwzględnieniem niderlandzkiego nosa, ciemnych oczu, żywych ust i prawego ucha, tym razem prawie całkowicie odsłoniętego.  Jakże zachwyca tutaj delikatna chromatyka barw i światła, powodująca, że obraz staje się rodzajem fotografii w sepii, z ledwie zaznaczanymi czerwieniami i żółcieniami. Twórca zastosował tu trick, który wielokrotnie stosował, a mianowicie oparcie się modela o ramę obrazu i jakby wysuwanie się poza nią, w kierunku widza. To jeszcze jedno podkreślenie głębi, w której pojawiają się jego postaci, to zaznaczenia trójwymiarowości świata, w którym przyszło mu żyć i tworzyć. Historycy sztuki dopatrują się także inspiracji włoskim portretem, przy powstawaniu Autoportretu w berecie z roku 1659, który umieściliśmy na początku tego wpisu.

Zapewne późniejszy jest Autoportret z dwoma kołami, namalowany w latach 1665–1668, gdy artysta był już w podeszłym wieku. Znacznie zubożał i czuł się samotny, gdyż poumierali jego bliscy i pozostała mu tylko córka Cornelia. Szczególnie nagła śmierć syna – Tytusa – pogrążyła malarza w czarnej rozpaczy i przyczyniła się do jego powolnego osuwania się w nicość. Pozostało mu już tylko malarstwo i poświęcił się jemu bez reszty, tworząc wiele swoich znakomitych dzieł. Autoportrety z tego okresu cechuje niezwykły realizm i rezygnacja ze środków malarskich, charakterystycznych dla poprzednich okresów twórczości. To te obrazy studiowali z upodobaniem późniejsi impresjoniści, ucząc się od starego mistrza nakładania farb i nowego zastosowania techniki olejnej. Doskonale na nich widać, że Rembrandt zrezygnował z dopracowywania poszczególnych partii dzieła i stosował szybkie „razy” pędzla, nakładając wyraziste plamy kolorów. Wskazywane tutaj dzieło prezentuje artystę w jego pracowni, co można wywnioskować z tła, którym są wielkie płachty papieru z naszkicowanymi kołami, a także z tego, że artysta trzyma w lewej ręce paletę, pędzle i laskę służącą do opierania ręki, przy malowaniu szczegółów. Jego strój to bez wątpienia ubiór roboczy, na który narzucił ciemnobrązowy tabard. Spod tych elementów wystaje biała, skromna koszula, a całość dopełnia takaż sama lniana czapka, chroniąca włosy przed chlapnięciami farby. Krytycy wskazują, że ręka i paleta stanowią jednię, co miałoby być zamierzonym efektem, wskazującym na poświęcenie malarstwu całego życia. Dość to ryzykowna teza, zważywszy, że Rembrant w ostatnich latach skupiał się przede wszystkim na wiernym odwzorowaniu swojej postarzałej twarzy. Niczego przy tym nie retuszował, ukazując zmarszczki i matowość skóry, co paradoksalnie podkreśliło żywość czarnych oczu i jakby chwilowe zatrzymanie w drodze ku dniom ostatnim. W warstwie geometrycznej mamy tutaj do czynienia z ukrytymi kołami, trójkątami i prostokątami, a wystudiowane linie pojawiają się tylko na rysunku okręgów.

Gdyby pokusić się o wskazanie najlepszego autoportretu Rembrandta, zapewne wielu wskazałoby obraz namalowany w 1657 roku, a znajdujący się obecnie w National Gallery of Scotland, w Edynburgu. Zarówno nakrycie głowy artysty , jak i strój wierzchni przypominają nieco togę profesorką i sugerują wielka powagę. Trudno powiedzieć, czy był to świadomy zamysł, ale z twarzy i postawy malarza promieniuje głęboka wiedza o życiu i świecie. Swoim straszliwym kłopotom finansowym przeciwstawia on doskonałość swojej sztuki mimetycznej, tak genialnie odwzorowującej każdy element jego czerstwej twarzy. Widzimy, że pojawiły się na niej liczne bruzdy, włosy przerzedziły się, a usta straciły swój dawny wyraz. Tylko duży nos wciąż dookreśla tę twarz, tylko czarne oczy nie straciły swojej dawnej mocy. Nie widać wszakże buty na obliczu malarza, nie rozkoszuje się on sławą jednego z największych artystów w dziejach, raczej spokojnie kontempluje rzeczywistość. I zostawia potomnym swój wizerunek z tamtych lat, jakże plastyczny i nieomal dotykalny – tak właśnie wyglądał w 1657 roku, a więc zaledwie kilkanaście miesięcy po minięciu magicznej granicy pięćdziesięciu lat. Sporo w nim jeszcze dawnej dumy, ale widoczny też jest smutek i pamięć o poniesionych klęskach, nagłych życiowych zwrotach i nieszczęśliwych zrządzeniach losu. W tym dziele artysta wkracza w obręb ludzkości myślącej i podążającej nieustannie do przodu, ale też staje się przedstawicielem tych, którzy nie zdołali pokonać przeciwności i odeszli w ciszy razem z prostym robotnikiem, woźnicą, tragarzem. Dwanaście lat przed śmiercią artysta patrzy w czarną przepaść czasu przed nim – może ma świadomość tego, że dawno minął smugę cienia i zaczął wolno schodzić ze zbocza w dół. Zachowując na wieki swój wizerunek, utrwalił też w genialny sposób chwilę, ledwie cząstkę swojego bogatego życia i zadecydował o tym jak ma być postrzegany w przyszłości. Zdumiewający jest też dystans, jaki malarz miał do samego siebie, powodujący, że mamy wrażenie, iż ktoś inny go namalował. Tworzenie takich dzieł nie było łatwe, bo lustro zawsze przekłamuje, zmienia proporcje barw, a czasem wręcz zniekształca odbicie, ale Rembrandt miał w tym względzie ogromne doświadczenie, poparte latami prób i modyfikacji. Oddanie na płótnach upływu czasu było jego wielką twórczą obsesją i nie znalazło tak konsekwentnych naśladowców w całej historii malarstwa światowego. A nawet jeśli pojawiali się twórcy idący jego śladem, to nigdy nie osiągnęli oni w swoich dziełach  tak niezwykłej głębi psychologicznej i nie zdołali ukazać żywego człowieka w przestrzeni pełnej światła i cienia, cudownie kontrastujących barw i pulsujących energii.

 

Autoportret z roku 1661 ukazuje artystę w czymś na kształt orientalnego turbanu i z wielką, sfatygowaną księgą w dłoniach. Charakterystyczne jest tutaj oddane z mistrzostwem ironiczne spojrzenie, jakby artysta chciał zasugerować, że wszelka zapisana wiedza świata nie ma znaczenia w konfrontacji z upływem czasu. Jeszcze na płótnie z 1657 roku nie było tak drastycznie tego widać, ale tutaj mamy do czynienia ze starcem, przynajmniej jak na warunki siedemnastego wieku, kiedy to mężczyźni często umierali młodo, a pięćdziesięciopięciolatków uważano za matuzalemów. Ta poza i ironia na twarzy zdają się wskazywać, że artysta zaakceptował swoje lata, jeszcze szuka ich wytłumaczenia w księgach, jeszcze próbuje coś zrozumieć, ale przecież wie, że niewiele lat mu zostało. Były takie dni, gdy ubierał się drogo, jadał znakomicie i otaczał go spory krąg uczniów, a teraz wystarczy mu skromna ryba, chleb i nieco sera, a w latach sześćdziesiątych siedemnastego wieku za ubiór starczyć mu muszą stare szaty, które odziewa do pracy. Włosy mu znacznie posiwiały, na całej twarzy pojawiło się wiele zmarszczek i tylko oczy wciąż są żywe, szeroko otwarte przy ironicznym zmarszczeniu czoła. To już nie jest ten młodzieńczy Rembrandt, który zachwycał swoją fryzura i rumieńcem na nieco pucułowatych policzkach – to wierne oddanie procesu starzenia, który postępował nieubłagalnie, generując nieodwracalne zmiany. Ten człowiek został dotkliwie doświadczony przez życie, a wielkim talentom zostaną przeciwstawione śmierci kolejnych dzieci i niemoc w obliczu chorób. Doskonale pamięta chwile szczęścia z Saskią i uniesienia z kochankami, ale ranią go wciąż te momenty, gdy zgłaszali się do niego wierzyciele i musiał za bezcen oddawać swoje arcydzieła. Zachwyt nad jego pracami został  przygaszony przez gorycz bankructwa i ułomności wieku starczego,  nie pozwalające już na snucie rozległych planów. Tak chciałby dać jeszcze coś cudownego Cornelii i swojej wnuczce Titii, ale kłopoty piętrzyć się będą do samego końca, jakby śmierć drwiła sobie z niego i cynicznie czekała na dzień, w którym zatriumfuje nad ludzkim geniuszem. Może właśnie dlatego malarz stworzył autoportret, w którym ironia splata się z wiedzą, a zmiany na twarzy świadczą o tym, że upływ czasu jest nieubłagany dla grabarza i żeglarza, murarza i cieśli, dla prostego rzemieślnika i genialnego malarza.

Na koniec tego niewielkiego rekonesansu krytycznego przywołajmy dwa autoportrety namalowane w  roku 1669, a więc krótko przed śmiercią twórcy. Pierwszy z nich raz jeszcze dokumentuje postępujące zmiany starcze na twarzy artysty, ale ukazuje też jego odmienioną sylwetkę. To jest już znacznie grubszy mężczyzna, który wszakże nie zatracił swoich charakterystycznych cech osobowościowych. Wciąż ma bystry wzrok i znać w nim ogromną inteligencję, wiedzę o świecie i jego pułapkach. Doświadczył wielu upokorzeń, ale jest w nim duma i spokój, pogodzenie z tym co było i z tym, co nadejdzie. Tym razem na białą czapkę, używaną przy tworzeniu obrazów, malarz nałożył jeszcze czerwony beret, a jego strój znamionuje godność artysty największego. Ręce są złożone, a owalna twarz, wydobyta z mroku i poorana zmarszczkami wyraźnie wskazuje, że jest to człowiek sterany wiekiem i cierpiący z powodu jakichś chorób. Drugi obraz z tego samego roku ma wymiar symboliczny, bo obok uśmiechniętego Rembrandta pojawia się na nim jakiś tajemniczy mężczyzna o diabolicznych rysach. Artysta jest rozbawiony, jakby brał udział w jakiejś zabawie, albo jakby odpowiadał uśmiechem na jakąś sekretną propozycję. W lewym górnym roku zaznaczył szybkimi ruchami pędzla kogoś, w kim doszukiwano się diabła albo nawet samego Szatana, choć byli też i tacy krytycy, którzy nie przykładali wagi do tej postaci. Trudno jednak przejść do porządku dziennego nad tym osobnikiem, bo artysta zawsze mądrze komponował swoje obrazy i umieszczał na nich tylko funkcjonalne elementy. Najwięcej uwagi przyciąga jednak postać samego malarza, namalowana energicznie, z zastosowaniem wyrazistej faktury i jakby wytyczająca kierunki przyszłym naśladowcom. To jakby zespolenie w jednym dziele dwóch późniejszych kierunków malarskich – impresjonizmu i ekspresjonizmu, ulotnej chwili i szybko zanikającej energii życiowej. Oświetlenie górnej części postaci, tak charakterystyczne dla starego mistrza, daje tutaj niezwykły efekt rzeźbiarski, jakby została ona wykuta ze złota albo odlana z brązu i potem już nie cyzelowana. Ta chropowatość i lekkie przebijanie się czerwieni na twarzy, to zamierzone efekty, mające wskazywać, że czas się kończy i trzeba się śpieszyć. Trzeba ruszać w ostatnią drogę…

« Older entries

%d blogerów lubi to: