NIEŚWIADOMOŚĆ

Podczas lektury Medytacji kartezjańskich Edmunda Husserla natknąłem się na taki oto fragment: Codzienne praktyczne życie jest życiem wiedzionym w naiwności: żyć w ten sposób znaczy, swym doświadczeniem, myśleniem, wartościowaniem być zanurzonym w zastanym przez nas świecie. (przeł. Andrzej Wajs, Warszawa 1982, s. 230) Choć wielkie dzieło niemieckiego filozofa jest wprowadzeniem do fenomenologii transcendentalnej i czytałem je w określonym celu poznawczym oraz pisarskim, to wskazanie naiwności  naszego życia w zastanym świecie zrodziło we mnie biograficzną refleksję z dzieciństwa. Było lato roku 1970 i miałem wtedy dwanaście lat, chodziłem do piątej klasy szkoły podstawowej, miałem swoje zainteresowania geograficzne, codziennie grałem w piłkę i jeździłem na rowerze, oddychałem  pełną piersią, a w oczach lśniło mi światło. Pewnego dnia mój ojciec zadecydował, że wraz z kolegą pójdzie nad bydgoski kanał i zabierze mnie, bym wykąpał się w nim. Jakże mnie to uszczęśliwiło i szedłem tam z dwoma mężczyznami z radością, przysłuchując się ich rozmowom. Tak, to była pełna nieświadomość i całkowita naiwność, podążanie ku zdarzeniu, które mogło mieć jakże tragiczny finał. Miejsce przy kanale wyglądało wtedy inaczej niż dzisiaj, miało swobodne, piaszczyste dojście do wody, która w latach siedemdziesiątych była czystsza, odnawiana przez Noteć i Brdę. Trasa wodna ciągle funkcjonowała i od czasu do czasu można było zobaczyć na niej płynące barki, pchacze i inne statki. Gdy dotarliśmy na miejsce, zastaliśmy tam sporo ludzi w wodzie i na brzegu, wiec szybko rozebrałem się i czekałem na pozwolenie wejścia do kanału. Ojciec usiadł wraz z kumplem w pewnym oddaleniu, pod drzewem sosnowym i wdał się z nim w rozmowę, od czasu do czasu popijając piwo. W końcu też pozwolił mi ruszyć do wody, przestrzegając jednocześnie, że mogę bawić się tylko na brzegu, tym bardziej, że nie umiałem jeszcze dobrze pływać. Natychmiast oddałem się wodnym igraszkom i czułem się wspaniale w towarzystwie innych dzieci, nurkujących i robiących wiele hałasu w kilku miejscach. Jeszcze spojrzałem na ojca w oddali i chciałem mu pomachać ręką, gdy nagle osunąłem się do głębszej wody, czując, że nie zdołam się z niej wydostać. W toni próbowałem z przerażeniem wołać tatę, ale tylko piłem wielkimi haustami wodę i bliski byłem utraty przytomności. Na szczęście mój rodzic zauważył co się stało i z wielkim pędem ruszył do kanału, z którego wydobył mnie natychmiast. Przerażenie od razu zamieniło się w euforię i kaszląc, wypluwając wodę, poczułem się jakbym urodził się po raz drugi. To było przerażające doświadczenie i dopiero straszliwy krzyk matki, której później zrelacjonowałem, co się stało, uświadomił mi grozę tej sytuacji. Choć zostałem uratowany przez ojca, dostał on solidną reprymendę, tym bardziej, że mama nie lubiła tego jego kolesia, który zawsze namawiał go do picia alkoholu. Chociaż wtedy nie było go sporo, to jednak mógł on spowodować obniżenie czujności i moje życie mogło się skończyć tego słonecznego, lipcowego dnia. Teraz, gdy o tym myślę i kontempluję moją ówczesną „nieświadomość”, widzę oczyma wyobraźni świeżo wykopany grób na cmentarzu na Jarach, otwartą trumnę i cały ten potworny ceremoniał pogrzebowy, w którym uczestniczyć by musieli moi bliscy. Będąc w 1999 roku w szwajcarskim Fryburgu i stając nad grobem Edmunda Husserla, nie przypuszczałem, że kiedyś lektura jego dzieła zawiedzie mnie ku przerażającemu wspomnieniu tonięcia w bydgoskim kanale. Wciąż mam w pamięci tamtą rozpacz i poczucie bezradności, gdy osuwałem się w głębinę, zieleń rozświetlonej wody i euforię wydostania się z matni na rękach ojca. Dzisiaj czasami przejeżdżam na rowerze obok miejsca mojej niedokonanej śmierci, zatrzymuję się na moście i patrzę na tę jakże inną dzisiaj toń. Kanał od dawna jest zamknięty, więc stojąca w nim woda pokryła się gęstą roślinnością, wzrosło też zamulenie i brzegi nabrały dzikości. Nie ma już śladu po piasku na brzegu i dzikim kąpielisku, a groźna chwila nieświadomego zagrożenia, zanurzona w zastanym świecie, utonęła w przeszłości, pośród tysięcy innych sekund, minut, godzin.

Grób Edmunda Husserla we Fryburgu Bryzgowijskim

Reklamy

CZERŃ I CISZA

Dwadzieścia sonetów Jidiego Majii, dedykowanych mamie, to wielkie osiągnięcie współczesnej poezji chińskiej, ale też i nawiązanie do tradycyjnej, ulotnej i nostalgicznej liryki odległych wieków. Ten jakże wysublimowany lament to hołd oddany tej, która urodziła poetę i jej czasom w górach i w wielkim mieście, gdzie dała się porwać przez nurt rewolucji. Syn dorastał przy niej i uczył się od niej pierwszych i ostatecznych zasad istnienia w świecie, zdobywania kolejnych szczytów i kontemplacji natury. Ogromna czułość i wzruszenie pojawiają się w sercu autora, gdy wspomina proste dni w górach Liangshan, godziny spędzone w niewielkim domku, który był jak schron pośród mrozów i wiatrów. Tam przy skwierczącym palenisku słuchał jak matka śpiewała pieśni i opowiadała o dawnych herosach ludu Yi, tam wzrastał pijąc mleko jaków i jedząc mięso upolowanych jeleni, tam, odziany w futro pantery i kuny, uczył się od niej języka, którego z czasem stał się prawdziwym mistrzem. Odgrodzony od świata i ochraniany nieustannie przez swoją rodzicielkę, osiągnął taki wiek, w którym zaczął kontemplować cuda natury i odczuwać przemożny wpływ kosmosu na ludzkie życie. Pomagały mu w tym dawne epickie opowieści, monologi czarowników bimo, a nade wszystko kulturowe rewelacje matki, stającej się z czasem, kimś w rodzaju szamanki. Czując pokrewieństwo krwi, z ogromnym bólem przyjmował rozdzielenie duchów i okrutne wyroki śmierci. Czerpiąc soki swojej poezji z tradycji ludu Nuosu, rozumiał jaką funkcję pełniła w jego losie matka, łącząca jego świat z naturą i kosmosem, stająca się zwornikiem pomiędzy tradycją kulturową a współczesnością. Wspominając najważniejszą kobietę w swoim życiu, Majia rekonstruuje świat i dociera do takich jego zakamarków, które miały bezpowrotnie przepaść w ciągu nieustającej przemiany pokoleń. To przywracanie życiu dawnych chwil, niezwykłych zdarzeń i zauroczeń staje się istotą rozbudowanego cyklu sonetowego, jakże zwiewnego i jakże zarazem konkretnego w obrazowaniu i metaforyzacji świata. Poetycka opowieść o przeszłości ma liczne odniesienia do teraźniejszości, swobodnie wkracza też w rewiry mitu i ludowego podania, staje się pointą jednego życia i egzystencji wielu pokoleń ludzi z klanu Yi. Sonety mają tu swoją integralność, ale też łączą się w koherentną całość, stając się kolejnymi partiami wielkiego poematu. Zachowana jednak została zasada wersyfikacyjna, charakterystyczna dla sonetu – cztery, cztery wersy w dwóch pierwszych strofach i trzy, trzy, w dwóch kolejnych – nie brakuje też nawiązań do osiągnięć w tym zakresie wielkich poetów z całego świata, z którymi Majia stale ma kontakt i których często gości w Chinach.

Dwa motywy pojawiają się tutaj z niezwykłą wyrazistością – śmierć jako strażniczka wymiany pokoleniowej i ogień, jako przeznaczenie wszystkiego – w sensie kosmicznym, gdzie wszelkie twory astronomiczne kończą w nim swój byt – a także w sensie organicznym, gdy trawi ciała podczas rytualnych kremacji. Bez śmierci nie byłoby przemiany świata i matka także musiała uczestniczyć w tym bolesnym procesie, godząc się na to by ci, których najbardziej kochała towarzyszyli jej ciału w procesie naturalnej kosmizacji. Zadaniem poety jest scalać to, co zostało rozerwane, odnawiać to, co poddało się entropii, a nawet rozpadło się w pył. Poeta przecież posługuje się magicznym  instrumentem języka i może wyczarować w nim każdą przestrzeń, każdy przedział czasowy, każdą łzę w gasnącym oku i każdy dotyk dłoni. Heraklitejski motyw upływu czasu, obrazowanego przez nurt zmiennej rzeki, do której nie sposób wejść dwa razy, spleciony tutaj został z ludowymi wyobrażeniami ludzi zmieniających się po śmierci w swobodne ryby i ptaki. Zyskał też pulsowanie wszechświata, który odsłaniał swoją ogromną czaszę w bezchmurne noce i generował wielkości nie do wyobrażenia. Matka poety uczestniczyła w odwiecznym rytuale przemiany i u końca ziemskiego bytowania stała jego podmiotem, wypełniając odważnie to, co zostało jej przeznaczone. Jej śmierć – tak błaha dla kosmosu – stała się katastroficznym wydarzeniem w przestrzeniach myślowych syna, zachwiała nim, ale też wzmocniła go, ukazując kontekst uniwersalny. Śmierć – ukazywana w cyklu sonetowym jako kostucha z kosą, łomocząca do drzwi domostw – zyskuje też w wierszach chińskiego arcy-poety wymiar ludzki, staje się towarzyszką w drodze ku rozpadowi, strażniczką obszarów tajemnicy i kapłanką pradawnych rytuałów kulturowych. Jej emblematem jest tutaj czaszka i piszczele, ciało rozpadające się w pył w płomieniach kreacji, ale też ogromny baldachim wszechświata, na którym połyskuje od wieków Wielka Niedźwiedzica, pojawiają się komety i asteroidy, a każdego ranka – za sprawą naszej rodzimej gwiazdy – ma miejsce cud nowego dnia i pojawiania się krystalicznie czystego światła. Majia, opowiadając o życiu i dokonaniach matki, snuje narrację na temat kondycji ludzkiej, tak doświadczanej przez eternalne prawa przemiany i tak kruchej w obliczu bezlitosnej materii. Wiedza przeplata się tutaj z ludową, animistyczną i totemiczną mądrością, a jednostkowe doświadczenia zyskują walor humanistycznej uniwersalizacji. Matka była talizmanem, który stracił w świecie cielesnym, ale nie przestała nim być w sferach duchowych, ku którym poeta i cała ludzkość nieustannie orbitują.

Trudno się dziwić, że w poezji Majii tak rzadko pojawia się jego ojciec, bo przecież społeczność Yi jest matriarchalna i kobiety takie, jak jego matka, odgrywają w nim najważniejszą rolę. Będąc przewodniczką plemienia, prawodawczynią obyczajów i strażniczką rytuałów, nie przestała być najczulszą matką, traktującą syna jak owoc najpiękniejszej miłości. Poeta czuje to każdego dnia i nocy każdej, łącząc się z nią duchowo i nosząc okrywę cielesną, powstałą w jej łonie. Jakże interesujące w poezji chińskiej, a szczególnie w wierszach jej przedstawiciela pochodzącego z zagubionego w górach zakątka, zwanego Liangshan, jest dążność do rozległej uniwersalizacji doświadczeń. Powoduje to, że poezja tego autora staje się zrozumiała pod każdą szerokością geograficzną i pojawia się stale w nowych przestrzeniach językowych. To są dzieje konkretnych ludzi, ale też jest to opowieść o trudnym człowieczeństwie, od narodzin, poprzez kolejne lata życia, aż do bezdusznej śmierci. Kruchy ludzki byt może przeciwstawić się jej tylko aktywnością i witalnością kolejnych dni, choć i tak na końcu wszystko zostanie przenicowane przez ucho igielne nieistnienia. Sonet za sonetem, Majia przywołuje proste czynności domowe i artefakty życia w enklawie, w oddaleniu od dróg cywilizacji, a potem projektuje to wszystko na świadomość przekształconą diametralnie w procesie asymilacji nowego chińskiego społeczeństwa. Stając się przedstawicielem najlepiej sytuowanej klasy – wszakże był nawet gubernatorem prowincji Qinghai – nie zapomniał o tkliwości i serdeczności, zaszczepionej mu prze rodzicielkę, nie przestał martwić się nieszczęściami każdego ludzkiego bytu. Przeszedł daleką drogę z Liangshanu do Pekinu, a potem do wielu światowych stolic kulturalnych, ale w głębi serca pozostał członkiem klanu Yi, którego ważną osobistością była jego matka – Ninzy Guowzoshy. Jej wielkość potwierdziła się w sile i giętkości języka, który w nim zaszczepiła i który stał się jego nową ojczyzną.

Rację ma Tomas Venclova, gdy pisze, że Majia w swojej fascynacji folklorem zbliża się do magicznego realizmu. Często nawiązuje do liryki europejskiej, amery­kańskiej, afrykańskiej. Czytelnik łatwo zauważy stylistyczne pokrewieństwo z takimi poetami jak Pablo Neruda i Octavio Paz, także ze szkołą „négritude”. Znajdujemy tu także związki intertekstualne z poetami Europy Wschodniej i środkowej, od Czesława Miłosza do Desanki Maksimović. To jest łączność literacka, ale też i ogólnoludzka, powodująca, że istoty żyjące na planecie Ziemia tworzą wielkie dziedzictwo kulturowe i na przekór śmierci i entropii, potwierdzają swoje odwieczne istnienie. Majia tworzy wiersze osobne, ale też potrafi tworzyć fascynujące cykle, w których czerń i cisza, dynamika i subtelność rymują się z przekazem gwiazd i planet, z ludową mądrością, przekazywaną z ust do ust od pokoleń. Czerń jest barwą życia u ludu Yi, staje się głównym elementem ich strojów, w opozycji do bieli, która jest znakiem wyschłych kości i ich kremacji. A cisza to chwila pod gwiazdami, gdy poeta staje na zboczu i wpatruje się w powoli przesuwające się konstelacje i zdaje się słyszeć w rytmie swego serca odgłos kroków matki i podążających wciąż w dal niezliczonych przodków plemienia.

PIECUSZEK

Piecuszek

To było w połowie lipca tego roku, gdzieś na południowych obrzeżach Bydgoszczy, niedaleko miejsca, gdzie mieszkam od pięciu lat.  Stałem na rozległym placu, otoczonym drzewami i nagle usłyszałem wabiące, niskie nawoływanie ptaka. Dolatywało z rozrośniętych krzewów i młodych olch, jakieś dwadzieścia metrów ode mnie, raz to zanikając, raz wracając z ogromną intensywnością. Mój zmysł ornitologa i znajomość głosów ptasich podsuwały mi myśl, z jakim skrzydlakiem mam do czynienia, ale chciałem przekonać się naocznie czy się nie mylę. Zacząłem więc przysuwać się powoli do przodu i z odległości kilku metrów zauważyłem żółcień, połyskujący pośród sercowatych liści bzu i wyodrębniłem niewielkiego osobnika, przyglądającego się mi z uwagą. Nie myliłem się – miałem do czynienia z piecuszkiem (Phylloscopus trochilus), niewielkim ptaszkiem z rodziny świstunek, rozpowszechnionym w lasach liściastych, parkach i młodych zagajnikach brzozowych oraz olchowych. To nawoływanie przypominało nieco śpiew zięby, ale jakby nieco spowolniony i znacznie subtelniejszy. Piecuszki skolonizowały ogromny obszar Eurazji – od Francji po daleką Kamczatkę, a w Polsce możemy je obserwować od marca do sierpnia. To wytrwały podróżnik, przemierzający ogromne odległości, a zimujący najczęściej na całym obszarze Afryki, na południe od Sahary. Byłem już na tyle blisko by wyodrębnić jasnożółtą brew nad okiem ptaka, podkreśloną dodatkowo czarną linią i żółtawo-szare upierzenie, ale czynnikiem klasyfikacyjnym był tutaj przede wszystkim charakterystyczny śpiew. Piecuszki można łatwo pomylić z pierwiosnkami, wójcikami zielonymi, świstunkami leśnymi i zaganiaczami, bo wszystkie te ptaki są do siebie bardzo podobne – różnicują je jednak niewielkie zmiany w upierzeniu i wielkość (zaganiacze są wręcz – jak określa je Jan Sokołowski – siarkowożółte). Moja obserwacja nie trwała długo, bo piecuszki są bardzo płochliwe i już po chwili zobaczyłem ptaka w pełnej krasie lotności, gdy oderwał się od gałązki i przeleciał ze dwa, trzy metry ode mnie. Dzięki temu zauważyłem, że ruch wzmocnił żółcień na jego piórach i spotęgował wrażenie, iż mam do czynienia z ptakiem o jaskrawym ubarwieniu. Piecuszki ożywiają się przede wszystkim owadami (larwy, poczwarki i inne bezkręgowce, małe pająki), ale jesienią nie gardzą też dojrzałymi jagodami. To jedne z najpowszechniejszych ptaków w Polsce, a najwięcej znajdziemy ich na torfowiskach i w prześwitach leśnych, z przewagą młodych drzew.

Pierwiosnek

VIDIADHAR SURAJPRASAD NAIPAUL (1932-2018)

W związku ze śmiercią V. S. Naipaula przypominam moją recenzję jednej z jego najważniejszych powieści. W zbiorze szkiców i mniejszych artykułów o literaturach anglojęzycznych zatytułowałem ją Trudna tożsamość. Myślę, że znajdzie się jeszcze czas na nowe lektury i napisanie szerszego studium.

Vidiadhar Surajprasad Naipaul, to karaibski prozaik, pochodzenia indyjskiego, laureat Nagrody Nobla z 2001 roku, a zarazem kolejny pisarz, który w swojej twórczości szuka korzeni cywilizacji i demaskuje fałsz kostniejących struktur społecznych. Urodził się w 1932 roku na Trynidadzie, w rodzinie hinduskich braminów i od samego początku swojej literackiej wędrówki, interesował się związkami pomiędzy ludźmi i kulturami, wskazywał nadużycia religii i źle pojętej globalizacji. Po przybyciu do Wielkiej Brytanii, na dobre zakorzenił się w krajobrazie artystycznym wysp, co zaowocowało między innymi Nagrodą Bookera i Eliota, a także licznymi wydaniami książek prozatorskich i eseistycznych. Trzeba spośród nich wymienić Dom Pana Biswasa (1961), W wolnym kraju (1971), Zakręt rzeki (1979), The Enigma of Arrival (1987), Pół życia (2001). Ogromnym powodzeniem czytelniczym cieszyły się też książki eseistyczne i reporterskie Naipaula, a spośród nich: The Middle Passage (1962), Utrata El Dorado (1969), An Area of Darkness (1964), India: A Wounded Civilization (1977),  Among the Believers: An Islamic Journey (1981), Beyond Belief: Islamic Excursion Among the Converted Peoples (1998) oraz A Turn In the South (1989). Pisarstwo Naipaula jest nieustającą podróżą w czasie i w przestrzeni, jego bohaterowie przyglądają się światu i próbują analizować skrajne życiowe sytuacje. Przemieszczając się z cywilizacji do cywilizacji, z kontynentu na kontynent i z kraju do kraju, dokumentują rozdarcie ludzi, którym przyszło żyć w takich czasach. Urodzeni i wychowani w swoim kręgu kulturowym, stają się świadkami niezwykłego przejścia do innej rzeczywistości i próbują znaleźć oparcie w obcych, chybotliwych rewirach. Czują się źle, bo w nowym świecie wszystko ich zdumiewa i odpycha, a ludzie rzadko skłonni są pomagać przyjezdnym. Wędrując po całym świecie, spotykając się z różnymi społecznościami i ugrupowaniami, analizując ruchy religijne i podglądając małe enklawy, stworzył Naipaul niezwykły obraz zmieniającego się globu, stale migrującej i szukającej swego miejsca ludzkości.

Pół życia, to powieść rozgrywająca się na trzech kontynentach – w Azji (Indie), w Europie (Londyn) i w bliżej nieokreślonym kraju afrykańskim, w którym jednak można się doszukiwać elementów, wskazujących na Mozambik. Bohater powieści – Willie Chandran – opowiada najpierw o swoich losach w Indiach, gdzie nie może pogodzić się z wyborami swego ojca i traktowaniem przez niego matki. Pokazuje też zakłamanie różnych ważnych gości z Europy, którzy przyjeżdżając na subkontynent bywają czarujący, obiecują pomoc, pragną jawić się jako cudotwórcy, a potem odwracają się plecami do Hindusów. Bohater doświadcza takiej sytuacji, gdy próbuje wyrwać się z Indii i zdobyć stypendium w Anglii. Zarówno wielki pisarz, jak inni poznani w jego kraju ludzie, przysyłają tylko zdawkowe odpowiedzi i załączają absurdalnie brzmiące życzenia wszelkiej pomyślności. Willie popada w coraz większą depresję, bo nie może zaakceptować próżniaczej świętości ojca i dziwacznej postawy matki, która wyszła z niższej kasty, a po porodzie zaczęła się upodabniać do kobiet lepiej urodzonych. W Indiach podział kastowy wciąż decyduje o losach człowieka i przebicie się przez warstwy wielowiekowych przesądów bywa niezwykle kłopotliwe. Ten świat jawi się bohaterowi powieści jako sztuczny twór, wykreowany przez angielskich kolonizatorów i utrzymywany na niższym poziomie rozwoju dla ich egoistycznych celów. Cała narracja została tutaj podporządkowana dwóm celom – po pierwsze pisarz pragnął stworzyć literacki portret ojca, osoby tragicznie niedorosłej i zdeformowanej przez tradycję. A po drugie – chodziło o oddanie rzeczywistości indyjskiej, z jej jaskrawością, rozgwarem, kontrastami pomiędzy bogactwem maharadżów a biedotą, śpiącą na ulicach, chodziło też o ironiczne ukazanie nieustającego wychylenia ku Europie. W chwili, gdy wydaje się, że nie ma już ratunku dla bohatera, gdy wszystkie prośby i fortele zawodzą, jego zabiegi w końcu przynoszą właściwy skutek: Z Londynu przyszedł w niebieskiej kopercie list od sławnego człowieka, który złożył krótką wizytę w aśramie tuż po ogłoszeniu niepodległości Indii. Dzięki swej sławie i tytułowi zapisał się trwale w pamięci Ojca Williego. Duże, faliste litery na firmowym papierze Izby Lordów świadczyły o sile i ostentacji, a zawartość listu pasowała do charakteru pisma. Wielki człowiek z przyjemnością zademonstrował swą władzę ojcu Williego, zyskał wdzięczność i zasługę w tym odległym zakątku świata, dotknął różdżką, niejako ruszył małym palcem (wszystkie pozostałe zajmowały się poważniejszymi sprawami) i skłonił do działania wielu małych ludzi. W taki sposób sfrustrowany Hindus trafił do kolegium nauczycielskiego w Londynie. Popłynął tam statkiem i zarówno podczas okrętowania się w porcie, jak i podczas podróży, czuł wielkie przerażenie, jakby żegnał się na zawsze z częścią swojego życia, jakby oddawał, handlował tym, to co było istotą jego hinduskiej samoświadomości. Angielski etap w życiu Williego jest pełen sprzeczności i zdarzeń nie dających się ująć w jakąś sensowną formułę. To jest wegetacja i jedynie zapoznawanie nowych, coraz bardziej przypadkowych ludzi. Ten nowy świat ma swoje reguły i stawia wymagania, a nade wszystko oczekuje szybkiej asymilacji. Bohater biega jednak stale myślą do Indii, rozważa swoją sytuację, w kontekście złamanego życia ojca i matki, próbuje znaleźć sobie jakąś enklawę, ale jego poczynania nie dają spodziewanego efektu. Czuje się kimś gorszym i zarazem nosi w sobie poczucie dumy, że pochodzi z indyjskiej kasty wyższej, nie potrafi poradzić sobie z najprostszymi sprawami, a zarazem kpi z rodowitych mieszkańców wysp. Wreszcie zaczyna wnikać w struktury kolegium nauczycielskiego i zawiązuje pierwsze przyjaźnie, które są na tyle kruche, że nie waha się uwodzić kobiet swoich druhów. Także seks w Anglii nie udaje się, jest przypadkowy, obwarowany lękiem o męską sprawność. Willi tęskni do bliskości, a zarazem nie potrafi przywiązać się do nikogo – jego wybory są chybione, a chwile uniesień generują tylko gorycz. Wszystko zdaje mu się sztuczne, w jakiś sposób zdeformowane i obce: Wiedział, że Londyn jest wielkim miastem. Wielkie miasta wyobrażał sobie jako pełne przepychu, olśniewające krainy czarów i gdy dotarł do stolicy Anglii i zaczął przemierzać pieszo jej ulice, czuł się zawiedziony. Nie wiedział co ogląda. Broszurki i foldery, które zbierał bądź kupował na stacjach metra, nie pomogły; ich autorzy zakładali, że opisywane widoki są dobrze znane, a przecież jego znajomość Londynu sprowadzała się właściwie do samej nazwy tego miasta. Jedynymi miejscami, o których coś wiedział, były Buckingham Palace i Speakers’Corner. Pałac rozczarował go. Myśl o tym, że siedziba maharadży w jego ojczystym stanie jest o wiele wspanialsza, bardziej godna miana pałacu, zrodziła w nim przekonanie, iż angielscy monarchowie byli oszustami, a potęga ich kraju blagą. Pobyt w Anglii staje się dla niego ciągiem nieustających rozczarowań, nie potrafi zachwycać się znanymi budynkami i miejscami, ale nade wszystko zawodzą go ludzie. Są zimni i bezduszni, a ich problemy niczym nie różnią się od kłopotów indyjskiej biedoty – oni także mają problem z tożsamością, nie potrafią wokół siebie zabudowywać świata, raczej tworzą w sobie coraz szersze i dłuższe odgałęzienia mentalnych labiryntów.

W tym świecie sztucznych związków międzyludzkich, w tej krainie pośpiesznego seksu i ciągnących się dyskusji o niczym, w tym mglistym i chłodnym kraju nagle zaczyna świecić słońce. W życiu Williego pojawia się kobieta, a stanie się tak za sprawą pasji literackiej. Już w Indiach bohater odkrył w sobie talent do pisania i tworzył długie wypracowania, które ukradkiem czytywał jego ojciec. Teraz skomponował kilkanaście opowiadań, które opublikowało mu pewne wydawnictwo i z zapartym tchem czekał na recenzje, komentarze, głosy krytyków. Zawiódł się bardzo, bo raz jeszcze pojawiło się niezrozumienie i ksenofobia, ale publikacja ta i tak zmieniła radykalnie jego życie. Jedną ze średnich recenzji przeczytała dziewczyna pochodząca z afrykańskiego kraju. Kupiła książkę, przeczytała i zapragnęła poznać jej autora. Willie natychmiast odpowiedział na jej list i umówili się na spotkanie, przed którym nasz bohater miał – jak to on – liczne obawy. Niepotrzebnie, bo gdy tylko ją ujrzał, opuściły go wszelkie obawy. Podbiła jego serce. Zachowywała się tak, jakby znała go od zawsze, jakby zawsze się jej podobał. Była młoda, niska, szczupła i dość ładna. Miała cudownie swobodny sposób bycia. Najbardziej upajające dla Williego było zaś to, że po raz pierwszy w życiu czuł, że przebywa z kimś, kto w pełni go akceptuje. Do tej pory miał zawsze do czynienia z sytuacją obcości, uniesienia nad światem więzi rodzinnych i żarliwej miłości. Niósł w sobie piętno mieszanego dziedzictwa, a mieszkając w Anglii czuł się kimś innym, odmiennym, w sumie – niepotrzebnym. Teraz spotkał istotę, która natychmiast go przygarnęła, obdarzyła uczuciem i zniwelowała dystans między nimi. Miała na imię Ana i patrzyła na świat jasnym wzrokiem, szybko też zawładnęła jego świadomością bez reszty – dawała mu erotyczne zaspokojenie i uniesienie, dyskutowała z nim i zawsze stawała po jego stronie. Szybko podjął decyzję, że pojedzie z nią do jej afrykańskiego kraju i zamieszka w rodowej posiadłości. Tak się też tak stało i rozpoczął się kolejny etap w życiu bohatera – tym razem afrykański. Ale i tutaj rzeczywistość się zmieni, żar miłości i fascynacja ciałem ukochanej, powoli ale nieuchronnie przekształcą się rutynę. Wróci poczucie wyobcowania, którego nie złagodzą nawet piękne afrykańskie krajobrazy i dobrobyt. Z biegiem czasu – a Willie przebywał tam osiemnaście lat – znalazł swoje miejsce i jakieś zajęcia, zaczął też żyć sprawami najbliższego otoczenia, poznał różnych ludzi, zarówno tych wspaniałych, jak i tych staczających się szybko ku upadkowi. Niby był ze swoja kobietą, niby uczestniczył w różnych spotkaniach, uroczystościach, przyjęciach, ale znowu zaczął odczuwać pustkę egzystencji. Jego odnaleziona w Europie siostra, stała się powierniczką jego sekretów i to do niej – ciekawy zabieg narracyjny Naipaula – kieruje bohater opowieść o dniach i nocach afrykańskich. Jest szczery i niczego nie pomija, nawet wstydliwe chodzenie do burdeli staje się pretekstem do snucia szerszych refleksji egzystencjalnych. Takie życie musi jednak mieć swój finał i Willie postanawia opuścić Ane, która początkowo zdziwiona, w końcu na to przystaje i tak jak on zauważa, że przez ostanie lata nie żyła własnym życiem. Powieść V. S. Naipaula została świetnie napisana i opiera się na dobrym pomyśle pisarskim. To jakby historia połowy życia głównego bohatera, który przegląda się w trzech skrajnie różnych rzeczywistościach cywilizacyjnych. Nigdzie też nie znajduje azylu, choć czasem cumuje w jakimś miejscu – w Afryce  nawet bardzo długo – i zdaje mu się, że dotarł do celu. Jeśli odrzucimy sztafaż kulturowy, piękną egzotyczną ornamentykę narracyjną, otrzymamy alegoryczną opowieść o człowieku dwudziestego wieku, który szuka i nie znajduje punktu oparcia w świecie. Podróżuje, bo każda wyprawa jest obietnicą zmiany i wejściem w nową przestrzeń bytowania. A potem, kiedy zadamawia się i próbuje budować swój wymarzony dom, pojawiają się wątpliwości, nadciąga zwątpienie. Naipaul ukazuje w mistrzowski sposób naturę ludzką, która nawet w największym uniesieniu znajdzie coś negatywnego – nie zadowoli się osiągnięciem jakiegoś balansu, bo zawsze jest to równowaga pozorna, dokonująca się na chybotliwej linie życia. Rację ma Jerzy Jarniewicz, który pisze we wstępie do polskiej publikacji powieści – autor bez cienia nostalgii i sentymentalizmu, opisuje podejmowane przez powieściowych bohaterów próby poszukiwania własnej tożsamości i ucieczki przed tożsamością im narzuconą, uznając, że los Hindusa jest losem wędrowca, skazanego na wieczną tułaczkę. Paradoksalnie zatem, to co było przekleństwem bohatera, co pozostawało wstydliwą kartą jego losów; a więc lata spędzone w Indiach i wpływ obrzędowości, kultury hinduskiej na jego wychowanie; to okazało się siłą nie do pokonania, jakimś stale słyszalnym w nim wołaniu. Póki rzeczywistość wokół niego się zmienia, póki wędruje i poznaje nowych ludzi, jego życie ma sens. Gdy tylko osiada w jakimś miejscu, gdy próbuje zatrzymać bieg zdarzeń, w jego psychice pojawiają się myśli destrukcje i zaczyna burzyć to, co z mozołem budował. Choć jego korzenie tkwią w Indiach, choć nie może zapomnieć o swoim rodowodzie i o traumatycznych doświadczeniach dzieciństwa nad Gangesem i Brahmaputrą, to staje się człowiekiem przykładowym, pozbawionym obywatelstwa mieszkańcem świata, kosmopolitą z wyboru i nakazu myśli, nakazu gęstniejącego stale czasu, który domaga się zmian i te zmiany generuje. Willie porzuca wszystko, bo takie porzucenie jest obietnicą jeszcze jednego odnalezienia…

_________

V. S. Naipaul, Pół życia, przeł. Marek Fedyszak, wstęp Jerzy Jarniewicz, „Noir Sur Blanc”, Warszawa 2004, s. 271.

DARY SIERPNIA 2018

 

60

Nowy Orlean

Ostatnie miesiące były dla mnie bardzo intensywne i śmiało mogę powiedzieć, że taki rok jeszcze mi się nie przytrafił. A przecież 23 kwietnia skończyłem sześćdziesiąt lat i nieodwołalnie skończyła się moja młodość, lata dojrzałe, wiek średni, a zacząłem wchodzić w coś, w co do końca nie mogę uwierzyć, czyli w „starość”. W moim przypadku to określenie jest trochę na wyrost, bo stale „jadę” na mojej żywiołowości sportowej, rozbudowaniu ciała na treningach kulturystyki, boksu, piłki nożnej i pływania. Był taki czas, że przewalałem delfinem moje ukochane jezioro w Chmielnikach, przebiegałem tygodniowo ponad sto kilometrów, jeździłem na dalekie wyprawy rowerowe, wspinałem się na skały, ćwiczyłem sporty walki. Może dlatego różnię się od wielu moich rówieśników, którzy mają teraz wygląd dziadków, są siwi jak gołąbki, zarośnięci niczym Aborygeni, chodzą z trudem i skarżą się nieustannie na zdrowie. To dziwne, bo wcale nie oszczędzałem się podczas rytuałów młodości, imprez z alkoholem, biegów do nikąd, szaleństw kolejnych dziesięcioleci. Wygląda na to, że mój wiek biologiczny bliski jest pięćdziesiątki, tym bardziej, że wciąż jeżdżę na rowerze, pływam i nade wszystko prowadzę aktywne życie intelektualne. No i właśnie w tym momencie dostałem od losu rok, który nieustannie mnie zadziwia, przynosząc coraz to bardziej ekscytujące wydarzenia, które warto tutaj odnotować. Nowe 365 dni zaczęło się od wydania mojej powieści pt. Aleja klonów, która w czerwcu przez niezależne Jury uznana została za najlepszą książkę prozatorską w Bydgoszczy. Zanim do tego doszło wybrałem się na wielką wyprawę do Stanów Zjednoczonych, byłem w Waszyngtonie, Nowym Orleanie, Los Angeles i Nowym Jorku, skąd przywiozłem wspaniałe materiały do pisanej książki wspomnieniowej pt. Amerykańskie chwile. Ileż tam było moich zamyśleń i zatrzymań nad rzeką Potomac, nad Missisipi i na głównej ulicy Nowego Orleanu, po której kursują zjawiskowe wielkie, czerwone tramwaje. W tym mieście też na chwilę stanęło mi serce, gdy na Bourbon Street słuchałem dynamicznego murzyńskiego zespołu, a potem płynąłem statkiem na wielkiej rzece, kontemplując oddalający się charakterystyczny most i wieżowce centrum. W Los Angeles obserwowałem niezwykłe ptaki, fotografowałem drzewa, owoce i kwiaty, a nade wszystko zatrzymałem się na plaży w Malibu, gdzie z wysokich skał wpatrywałem się w dale Oceanu Spokojnego. I jeszcze wędrówka w Nowym Jorku do miejsc, które zapamiętałem z poprzednich trzech wypraw na kontynent amerykański. Chwile nad brzegiem Hudson River, w Central Parku, w Chinatown, a także na Long Island, u mojego przyjaciela, amerykańskiego wydawcy – Stanleya H. Barkana.

Majowy wieczór w Szanghaju

Ledwo wróciłem z Ameryki, a już w ostatniej dekadzie maja szykowałem się do siódmego wyjazdu do Chin, gdzie odwiedziłem Szanghaj, Nankin i Xuzhou. I znowu były zatrzymania w pędzie, w obliczu wysokościowców Pudong, na futurystycznym moście nad odnogą Jangcy, przy grobach cesarskich dynastii Han. Była też ogromna intensywność działań literackich i artystycznych, przede wszystkim w Nankinie, gdzie po raz kolejny zbierałem materiały do szkicu o masakrze z grudnia 1937 i stycznia następnego roku. Po powrocie załatwiłem wszelkie formalności i zawarłem związek małżeński z moją wieloletnią partnerką – Anią (!!!). Były też kolejne „incydenty” wydawnicze, jakże zaskakujące i rozświetlające moje wnętrze, a więc pojawienie się wyborów wierszy w Macedonii, Serbii, Stanach Zjednoczonych i we Francji. Do tego dodać należy publikacje w polskich i zagranicznych periodykach oraz w kilku antologiach międzynarodowych, w tym w tak odległych krajach jak Chiny, Korea, Armenia. Nie zwalniałem tempa także w Polsce, gdzie opublikowałem dwa wybory wierszy zaprzyjaźnionych poetów – Jidiego Majii z Chin i Szoty Jataszwiliego z Gruzji, a także przygotowałem do druku i wydałem nowe książki kilku polskich autorów. Nie sposób tutaj wymienić wszelkich przejawów mojej aktywności literackiej, takich wydarzeń jak czytanie wierszy w Yale Club w Nowym Jorku, otwieranie wielkich paneli dyskusyjnych w Chinach, wygłaszanie referatów naukowych i krytycznoliterackich, jak stała praca recenzencka i opracowywanie nowych tekstów poetyckich, prozatorskich i eseistycznych, jak udział w polskich festiwalach pisarskich i spotkaniach autorskich. To w tymże roku musiało się we mnie pojawić przeświadczenie, że czas zatoczył krąg i trzeba się brać za uporządkowanie papierów, przygotowanie do druku nowych książek, a szczególnie tych niegdyś zainicjowanych i nie mogących doczekać się dalszego ciągu. To teraz będzie jeden z ważniejszych nurtów mojej działalności, bo przecież trzeba po sobie zostawić porządek, wydane tomy muszą stać na półkach w równych szeregach, a segregacja komputerowa daje możliwość przechowania ogromnego archiwum z czterdziestu lat, wielu ważnych listów, dokumentów, dedykacji, bo z setkami kilogramów papieru nie przejdę przez ucho igielne śmierci. Chciałbym wprowadzić jakiś ład w tym, co zrobiłem, zmniejszyć księgozbiór, opracować wykazy, rozległy biogram, a nade wszystko oczyścić przedpole do publikacji moich książek ostatnich i może najważniejszych. Tylko wiele zadań pozwoli dalej żyć i nie przejmować się wkroczeniem w czasy schyłkowe, tylko dynamika zdoła przeciwstawić się drapieżnej entropii.

Chmury nad bydgoskim lasem

Powyższe przemyślenia i refleksja nad rokiem 2018 pojawiły się we mnie podczas wyprawy rowerowej do pobliskich lasów, tuż przy bydgoskim lotnisku.  Często przemierzam tam drogi pośród drzew, ale tym razem zatrzymałem się przy jednym ze skrzyżowań, odstawiłem rower i stanąłem w miejscu, przyglądając się wielkiej tafli błękitu, pierzastym chmurom i poruszającym się lekko na wietrze gałązkom i listkom brzóz, olch, sosen. I oto nagle spłynęła na mnie niespotykana błogość i zacząłem rozmyślać o moim jubileuszu, o darach losu, o tym, co przeżyłem i co jeszcze jest przede mną. Postanowiłem stać tam co najmniej godzinę i zerkając na zegarek, wcale nie czułem powolności upływu czasu. Chmury lekko przesuwały się po niebie, gdzieś pod nimi pojawił się niewielki samolot, zmierzający szybko na zachód, świeciło słońce i wszystko zyskiwało niezwykłą połyskliwość. Odczułem ze wzruszeniem, że jest to wyjątkowa chwila uspokojenia, zatrzymania w pędzie, kontemplacji świata, w jego najpiękniejszym kształcie. Ten moment połączył się z innymi olśnieniami, daleko w świecie, nad polskim morzem, w Tatrach i w rodzinnym mieście. Oddychałem pełną piersią czystym powietrzem, przyglądałem się parze sójek, które przysiadły na młodej brzozie, tuż przy mnie, odprowadzałem wzrokiem niewielkie stado trznadli, przemierzające szeroką przestrzeń szkółki leśnej, wyodrębniałem odgłos uderzeń o drzewo dzioba dzięcioła i dalekie wołanie kukułki. Nagle moją uwagę przykuł niewielki chrząszcz, który przeleciał z brzękiem tuż przy mojej twarzy i usiadł na wystającej z ziemi pozostałości po grubej sośnie. Unosił lekko czerwony pancerz chitynowy i jakby przewietrzał przeźroczyste skrzydła, ostrzył czułki i kręcił niewielką głową. Pomyślałem, że niewiele różnię się od tego chwilowego bytu, który zatrzymał się w pędzie na kilkanaście sekund, a potem odleciał, niknąc w sinościach, ochrach i już mętniejących w sierpniu zieleniach. Stojąc na rozdrożu w lesie, patrząc na świat dookoła zamyślałem się nad wieloma szczęśliwymi zdarzeniami w moim życiu, narodzinami dzieci i wnuczki (w drodze kolejny on lub ona…), pięćdziesięcioma podróżami zagranicznymi, opublikowanymi książkami, a nade wszystko spotkaniami z dobrymi ludźmi, prostymi i wykształconymi, w Polsce i na świecie, w wielkich samolotach, hiperszybkich pociągach i na szlakach pieszych wędrówek. To ogromny kapitał, ale też i zachęta do dalszego działania, mierzenia się z wyzwaniami, pomysłami i planami.  Wsiadając z powrotem na rower byłem przekonany, że ta godzina leśnych medytacji nie była stracona, a uspokojenie, które się tam pojawiło rozleje się na moje następne lata. I niech tak się stanie…

 

STO WIERSZY POLSKICH (XXVIII)

Tadeusz Borowski (1922–1951) zaistniał w literaturze polskiej przede wszystkim jako autor opowiadań obozowych, powstałych w związku z jego uwięzieniem w Auschwitz, Dautmergen i Dachau, a potem w przymusowym miejscu zatrzymania osób przemieszczonych przez wojsko amerykańskie (dipisów). Tylko specjaliści zajmujący się jego twórczością i dociekliwi fascynaci pamiętają, że był też poetą i debiutował w 1942 roku tomikiem pt. Gdziekolwiek ziemia, wydanym w formie druku powielaczowego. Jego losy od samego początku naznaczone były piętnem tragedii, bo już w wieku czterech lat zaznał rozdzielenia z ojcem, a cztery lata później, także z matką. Urodził się w Żytomierzu i w czasach sowieckich musiał radzić sobie sam, mając wsparcie od dalszych członków rodziny i brata. Rodziców wywieziono na Syberię, a rodzina połączyła się dopiero w roku 1932 i zamieszkała w Warszawie. Tam przyszły literat ukończył gimnazjum na konspiracyjnych kompletach, a potem studiował polonistykę na tajnym Uniwersytecie Warszawskim. Schwytany podczas inwigilacji niemieckiej, został osadzony na Pawiaku, a potem przewieziony do obozu koncentracyjnego w Auschwitz, gdzie znalazła się też jego narzeczona – Maria Rundo. Silna wola i dobre zdrowie pozwoliły mu przetrwać kilka lat w straszliwych warunkach, a zmysł obserwacyjny i znakomita pamięć zrodziły opowiadania, które zaliczyć należy do arcydzieł dwudziestowiecznej literatury polskiej. Po powrocie do kraju rzucił się w nurt przemian i dał się omamić ideologii komunistycznej, widząc w niej alternatywę dla świata, z którego dopiero co się wydostał. Rozczarowanie przyszło szybko, zażądano od niego samokrytyki i niesprawiedliwie oceniano opowiadania, a czarę goryczy przepełnił tragiczny romans, w który wdał się w czasie narodzin jego jedynej córki. Kilka dni po tym wydarzeniu zażył środki nasenne i odkręcił gaz w kuchence, trafiając do szpitala w stanie krytycznym. Zmarł następnego dnia, przeżywszy zaledwie dwadzieścia dziewięć lat, a jego samobójstwo, po przeżyciu koszmarów obozowych, było ogromnym szokiem dla środowisk kulturalnych tamtego czasu.

W wierszu pt. Pieśń, będącym wyrazistym emblematem twórczości poetyckiej Borowskiego, pojawia się katastroficzny obraz egzystencji w czasach zniewolenia, strachu i mordu. Ludzka egzystencja rozgrywa się pośród kosmicznej nocy, w obliczu gwiazd, które zostają tu uosobione i głuchną jak ludzie podczas bitew, tracący słuch z powodu wybuchów, kanonad i krzyków. W sytuacji dziejowej głuchoty i szybko postępującego zapomnienia poległych, poeta pyta o przyszłość zwycięzców i niewolników, zastanawia się czy jeszcze możliwa jest pamięć. To jest czas nieustannego przemieszczania się, wędrówek po pustyniach, stepach, morzach, to walka z karabinem w dłoniach, to krzyki zwycięzców i odwieczny marsz helotów. Borowski określa tutaj jasno sytuację, w jakiej znalazły się ludy podbite przez Niemców – to jakby nowi heloci, czyli spartańscy niewolnicy, pochodzący najczęściej z podbitej Mesenii i Lakonii, nie mający żadnych praw i pracujący na polach, biorący udział w bitwach jako lekkozbrojni, a więc najczęściej pierwsi tracący w nich życie. Heloci mogli zatrzymywać część zbiorów i zakładać rodziny, płodzić dzieci, by w ten sposób powiększać liczebność siły roboczej Sparty. Wszystko wszakże rozgrywa się też w szaleńczym tempie cyrkowych zabaw, pojawiania się klownów i ekwilibrystów, ryzykujących życie linoskoczków i treserów dzikich bestii. To głodny tłum, jak w czasach antycznych zbrodni i niemieckich łapanek, to ironiczny wydźwięk kolejnych lat, to wykrzywione twarze chwilowych triumfatorów, to wreszcie rozpacz świata ludzkiego (cyrkowych zabaw), nie dostrzegającego kontekstu kosmicznego. Poeta wsłuchuje się w jego odgłosy, wołania, śpiewy, echa dalekich palb, a jednocześnie przywołuje sytuację pariasów, najniższej kasty społecznej w Indiach, pozbawionej wszelkich praw. Nad tym światem łopocze na wietrze złowrogi znak, pojawiająca się w wielu kulturach swastyka, będąca w nich symbolem szczęścia i pomyślności. Naziści skradli ją przede wszystkim z kultur azjatyckich, indyjskiej i chińskiej, chociaż odnajdziemy ją także na artefaktach starosłowiańskich, germańskich i romańskich. Hitler tworząc ideologię kasty aryjskiej, zawłaszczył swastykę od Indo-Irańczyków, mitologizując szlachectwo krwi i czystość rasową. Jego zbrodnicze oddziały przemierzały świat pod czerwonymi sztandarami z białym kołem, na którym widniał hakenkreuz. Borowski określa go jako wrogi znak, wpisany w nieustanne handlowanie ludzkim życiem, bezlitosne odmierzanie jego długości, przykładanie do niego miar merkantylnych, ciągłego ruchu szal wagowych.

W takiej sytuacji – helotów, pariasów, niewolników – musi pojawić się bunt i walka o życie: Niepróżno stopa depcze kamień,/ niepróżno tarcz dźwigamy, broń,/ wznosimy czoło, prężne ramię/ i ukrwawiamy w boju dłoń. Degradacji świata nazistów przeciwstawia Borowski wzniosłość ludzi naprawdę szlachetnych, przelewających swoją krew, stających do walki z wrogiem i wierzących, że zwycięstwo jest możliwe. To ludzie wznoszący czoło, czyli dostrzegający gwiazdy na niebie i zdający sobie sprawę z kosmicznego kontekstu ziemskich dziejów. Dla nich przelewanie krwi nie jest bezsensowne i bezużyteczne, a pobladłe usta i skrzepłe twarze stają się znakiem poświęceń ostatecznych, dalekiego wołania wolności, śpiewu pariasów (nieodparcie przypomina się tutaj pieśń niewolników żydowskich z opery Nabucco Giussepe Verdiego) i spokojnej przyszłości, pośród której kupiec towar będzie ważył. Ale zanim do tego dojdzie ludzie żyć będą pośród nocy, staną się świadkami zbrodni najstraszliwszych, których nawet nie będą w stanie sobie wyobrazić. Pisząc Pieśń Tadeusz Borowski nie był w stanie przewidzieć jakie będą jego przyszłe losy i jakich potworności będzie świadkiem w nazistowskich obozach koncentracyjnych, ale jego katastroficzna wyobraźnia wyodrębniła z kosmicznej nocy dławiący, trupi nieba fiolet, jakąś nieokreśloną aurę zbliżającej się apokalipsy, zła największego z możliwych. Wszechświat pełen jest kosmicznych tragedii, ale z perspektywy ludzkiej są one elementem odwiecznej kosmogonii, zanikania i kształtowania się nowych światów, tymczasem dławiący, trupi nieba fiolet należy tyleż do kosmosu, co do rzeczywistości ziemskiej. Staje się baldachimem świata mordu i zniewolenia, znakiem podbiegnięć krwawych na ciałach ofiar, odbiera oddech i poraża śmiertelną grozą. Tutaj triumfuje katastrofizm poety, który znosi wcześniejsze zapewnienia, że walka jest możliwa, a dawni pariasi podniosą się z kolan – tutaj pojawia się straszliwe proroctwo: Zostanie po nas złom żelazny/ i głuchy, drwiący śmiech pokoleń.  Ludzkość doświadczyła już hekatomby I wojny światowej, po której pozostały pola i okopy usiane trupami, pełne złomu eksplodujących pocisków armatnich i bomb, zdezelowanych korpusów samolotów, czołgów i samochodów. Przeczuwana nowa wojna przyniesie zagładę milionom, a krajobrazy pełne będą nowego złomu żelaznego nowocześniejszych maszyn do zabijania. Niestety, w miarę upływu lat powiększać się też będzie wymiar absurdu wszelkich wojen, krytyczna ocena zachowań, przybierająca w skrajnych przypadkach, formę drwiny, szyderstwa i śmiechu. Dławiący trupi nieba fiolet rozwieje się w nicości, nikt nie będzie pamiętał o jednostkowych tragediach, a tylko odwieczni świadkowie, gwiazdy gorejące na niebie, zaświadczać będą o ciągłości czasu i tożsamości przestrzeni.

MIEJSCE OSTATNIE

Ostatnio często słuchałem ballad Leonarda Cohena, znajdując w nich głębie, których wcześniej nie zauważałem. Ten człowiek odegrał bardzo ważną rolę w moim życiu i nadal jest kimś niezwykłym. Tak jak ja popełnił wiele błędów i tak jak ja odnalazł chwile świetliste. W Internecie pojawiły się fotografie miejsca jego spoczynku, na cmentarzu żydowskim, nieopodal Montrealu. Kładę symboliczny kamień na płycie jego grobu i nucę wraz z nim: Now I’ve heard there was a secret chord/ That David played, and it pleased the Lord… Halleluyah…

 

NADZIEJA I ROZPACZ

Poezja Barbary Filipiak jest wyciszona, melancholijna, skupiona na sobie i na podmiocie wiersza, a przy tym nie przestaje być odważnym eksperymentem lirycznym i skargą w obliczu chłodu świata. To jest, w początkowych partiach, narracja po rozstaniu, opuszczeniu bezpiecznego miejsca, ale też opowieść o nadziei, o tym co wydarzy się w przyszłości. Miłość bywa raną, ale też i zapowiedzią nowych przeżyć, innych uniesień, nagłego telefonu z nieskończoności. Bywa też balansowaniem na granicy życia i śmierci, zapowiedzią odejścia od drugiego człowieka i pożegnaniem się ze światem. Wiersze mogą rozgrywać się w różnych – często przeciwstawnych – przestrzeniach, ale najpełniej wydarzają się w subtelnym wnętrzu autorki. Pustynia graniczy tam z rozhukanym morzem, a sine, oceaniczne mgły przechodzą metamorfozę i stają się fatamorganą znad rozpalonych piasków. Tego rodzaju obrazowanie i przemienność obszarów lirycznych znane są w liryce od dawien dawna, ale wciąż mają swoją nośność i weryfikowane są przez indywidualne nastawienie, jednostkowe doświadczenia i oryginalną delikatność. A jeśli do tego dochodzi potężny dramatyzm oczekiwania (Ciągle czekam na ciebie/a ty nie przychodzisz), słowa, wersy i strofy zyskują głębię, a wiersze stają się otwartym przestworem, w którym mieszają się desygnaty znaczeniowe, cząstki snów i marzeń, oderwane od sensów detale dni i nocy. Prośba o życie staje się nadzieją ekstazy, a miłość jedyną możliwą kontynuacją spotkania samotnych i odmiennych bytów. Rozpacz i niemożność połączenia domagają się opisu, ale zwykła narracja miłosna natychmiast staje się konwencją i może zostać bezlitośnie wyśmiana przez ludzi małego serca. Autorka broni się przed niesprawiedliwą krytyką, tworząc ciągi metaforyczne, które nieskończenie rozszerzają rozumienie tekstów, a zarazem stają się kontrapunktami prostych zdarzeń, spotkań i gestów. Myślami próbuję codziennie/ zatrzymać cię/ gdy na peronie milczenia/ mijasz mnie obojętnie – skarży się, a jednocześnie tworzy metaforyczny, surrealny obraz dworca, na którym stale na coś czekamy i wciąż nam coś umyka, odjeżdża  pociągiem oddalenia.

Poetka postrzega świat jako dwujednię istnienia, w której wszystko się sobie przeciwstawia, a chwile jaskrawe i świetliste gasną  w mroku i beznadziei. Ratunkiem bywa wiara i rozmowa z Bogiem, którego obecność wyczuwa i którego nieustannie szuka. Kojarzy się jej z korytarzem światła, którym pragnie podążać i w którym czuje się spełniona, wzbogacona o świętość, przekonana o głębszym sensie swoich przeznaczeń. Choć nie brakuje też i chwilowych zwątpień – Powiedz Panie/ dlaczego malujesz czarną akwarelą/ obraz życia mojego/ i tylko przelotnie/ chwilami szczęścia/ mnie karmisz – pojawiających się nagle wątpliwości, które tylko potwierdzają ludzką, śmiertelną naturę istnienia w konkretnym czasie i ściśle określonej przestrzeni. Doświadczenie wiary jest zarazem pytaniem o sens istnienia w ludzkim ciele i podlegania prawom rozkładu, okrutnej eschatologii, nieustannej entropii tego, co było istotą życia, co miało swój wymiar i rodziło nadzieję. Pojawiająca się w pierwszej części tomu nagość i erotyczne cierpienie, w drugiej odsłonie zyskuje znaczące rozszerzenie – ból staje się bólem istnienia w stworzonym przez Boga świecie, a odarcie z szat przypomina o naszej fizycznej ułomności i pierwotnym bezwstydzie, maskowanym modą, zdobną szatą i makijażem. Policzalność chwil, nieodwracalność przeznaczeń i tragedia śmierci pojawiająca się po każdym życiu, bez względu na funkcje w nim sprawowane, bez rozgraniczeń natury etycznej i filozoficznej. Raz uruchomiony zegar czasu podąża od chwili pierwszej do ostatniej, a nasza cielesność jest tylko fazą w procesie kształtowania się powłoki duchowej. Pytania stawiane przez poetkę muszą pozostać bez odpowiedzi, bo milczenie jest formą istnienia Boga, wpisaną w jego oddalenie i metaforyczne konteksty biblijne, liturgiczne i numinotyczne. Poezja może koić ból przemijania, może być pointą dla życia i śmierci, ale najpełniej staje się zapisem myśli i wątpliwości, nieustannego napięcia, pojawiającego się w relacjach człowieka i świętości, śmiertelności i nieskończoności, początku i końca jednostkowego losu.

Gdyby wszystko było nicością i gdyby nie było żadnej nadziei, człowiek pogrążyłby się w rozpaczy i odszedłby ze świata z własnej woli. Ale przecież nieustannie szuka bliskości, wierzy, że w miłosnym spełnieniu poczuje pełnię życia. Czuje, że pojawi się ktoś, kto stanie się lekiem na zło i przemijalność świata, ktoś kto podąży ramię w ramię do przodu i dźwignie nas, gdy się potkniemy. Tak prawdziwa bliskość staje się antytezą rozpadu – tak wiara w uświęcający charakter miłości powoduje, że chce nam się żyć, a kolejne noce nie są zamknięciem, lecz stają się obietnicą otwarcia, poczęcia nowego życia, miłosnego spełnienia. Bliskość w poezji Barbary Filipiak nie ma jednak jednego oblicza, bo przecież rodzi się też w związkach rodzinnych, pojawia się we wspomnieniach babci, przywołaniach matki, ojca, męża i syna. Intymność tych więzi ma swój związek z sacrum chrześcijańskim, z przekonaniem, że Bóg zsyła nam bliskość innych istot, ale przecież w wierszach tych znajdziemy też wiele rozszerzeń, świadczących o tym, że ich autorka ma swoje wewnętrzne gradacje i potrafi tworzyć ujęcia uniwersalne, odnoszące się do indywidualnej ontologii istnienia.  Pragnie wskazać też określone powinowactwa literackie, ujawnia swoje fascynacje i dedykuje wiersze tym, którzy w jakiś sposób kształtowali jej wrażliwość i warsztat poetycki. Ważne miejsce zajmuje tu Wanda Dobaczewska, wileńska poetka, która przeniosła się do Żnina, tam dokończyła żywota i stała się postacią symboliczną dla Pałuk. To jej Barbara Filipiak poświęciła sporych rozmiarów monografię, napisaną z pasją i znajomością reguł pracy krytycznoliterackiej i dziennikarskiej, będącą jej wielkim życiowym osiągnięciem i zarazem sukcesem Żnina – miasta w którym mieszka i które staje się często tłem jej poezji. Każdy ma swoją opowieść i każdy podąża swoją drogą, każdy też próbuje zinterioryzować to, co się zdarzyło, co jest i będzie – w przypadku autorki tej książki takim podsumowaniem jest ostatni wiersz tomu: Z płatków myśli/ tworzę codzienność/ a różnobarwnymi zdarzeniami/ tkam chwile/ wpisując je w życie/ I tak powstaje moja historia… Historia rozpaczy, którą zwyciężyła nadzieja, opowieść o szczęściu i spełnieniu, o dylematach wiary i o pewności, że nasze istnienie jest tajemnicą godną poetyckiego dociekania, nieustannego towarzyszenia mu w słowie, myśli i metaforze.

IRONIA LOSU

JataszwiliZlotyPrzekroj aaaOKL-page-001Poezja miewa wiele wymiarów i często staje się znakiem rozpoznawczym poety, którego można zidentyfikować nawet na podstawie niepodpisanych tekstów. Tak jest też w przypadku gruzińskiego autora Szoty Jataszwiliego, który pisze wiersze innowacyjne i niezwykle ironiczne, potwierdzające dystans twórcy do rzeczywistości. Przeciwieństwa i przestawienia sensów – zgodnie z klasyczną definicją ironii sokratycznej  – stają się tutaj rodzajem gry z otoczeniem i samym sobą, a udawanie niedoświadczonego, stale zdziwionego i zdegradowanego człowieka, ma służyć określonym celom poznawczym i literackim. To jest rodzaj gry znaczeniowej, w której rekwizyt i pomysł poetycki odgrywają niezwykle ważną rolę, stając się istotą kolejnych narracji, ocen i point. Pamiętajmy też o tym, że ironia jest jednym z podstawowych tropów w estetyce i pozwala docierać twórcy do obszarów zamkniętych dla powagi, sztucznej wzniosłości i patosu. Jataszwili najczęściej tworzy w swojej liryce sytuacje, pozwalające mu na rozwinięcie talentów poetyckich i umiejętności ironicznego ujęcia tematu, wskazania jakichś nadużyć, dziwnych postaw i zachowań. Często do tego celu wykorzystuje artefakty i przestrzenie, które określa się jako niepoetyckie, przypisane raczej prozie lub opisowi dyskursywnemu. I nie chodzi tutaj o wyśmiewanie, sarkastyczne komentowanie czy kpinę, bo pod powierzchnią tych wierszy pojawia się tragedia i cierpienie, pytania o sens egzystencji w świecie, w którym może pojawić się nagle złowieszcza ironia losu, a największy geniusz może – oklaskiwany i chwalony, nagradzany i wielbiony – znaleźć się na scenie w stroju pierrota. Ale przecież mamy też do czynienia w tych wierszach z pozorowaniem sytuacji przegrania, upadku, nagłego potknięcia i braku dalszego ciągu przyczynowo-skutkowego, co daje poecie szansę na zastosowanie autoironii i urozmaica wywód.

Choć wiersze, komentarze i pointy bywają tutaj najczęściej ironiczne, czasem pojawia się realna groza śmierci, pytanie o samobójstwo, o konteksty istnienia liryki po tym akcie. Życie jest komiczne, nawet jeśli człowiek zyskuje zaszczyty, obwieszany jest orderami, a media papierowe i elektroniczne trąbią o nim przez wiele lat, mnożą zachwyty, kumulują nieomal unieśmiertelniające określenia. Jataszwili ma jednak świadomość tego, że każde życie kończy się tragedią, każdy los zwieńczy ironia, bo człowiek złożony do trumny zostaje zrównany z innymi ludzkimi trupami, a majestatyczny rozkład (lub kosmiczna kremacja) stają się cudzysłowem i wykrzyknikiem, sarkastyczną i nihilistyczną pointą. Czy było się cesarzem czy żebrakiem, czy po naszych wystąpieniach były oklaski, czy gwizdy, śmierć wieńczy wszystko nieodwracalną ironią eschatologii i rozłączenia cząstek, na chwilę tylko spojonych w żywym ciele. Przykładów mamy tutaj wiele, mnóstwo też zaskoczeń, kiedy to nagła śmierć przerywa, zdawać by się mogło, znakomity rozwój, piękne perspektywy, jakiś wspaniały cykl albo ciąg kreacji – iluż to geniuszy odeszło w młodym wieku, iluż kompozytorów i poetów kończyło swoją egzystencję po trzydziestce lub czterdziestce, ilu zyskało sławę zaczynając zaledwie trzecie dziesięciolecie życia. Mozart, Schubert i Chopin, Rimbaud i Puszkin, Novalis i Jesienin (В этой жизни умирать не ново,/ Но и жить, конечно, не новей) – to tylko kilka przykładów triumfu śmiertelnej ironii losu, to ledwie początek ogromnego zestawu życiorysów, które mogły mieć dalszy ciąg, a skończyły się bezsensownym znakiem zapytania. Jataszwili, w swej pomysłowości, potrafi mówić o sprawach wzniosłych w sposób nieomal żartobliwy, a choć często jest to śmiech przez łzy, to jednak komizm sytuacyjny i ironiczne pointowanie są tutaj wyraziste i prawdziwe. Interpretacja żadnego jego wiersza nie może być jednoznaczna, a wręcz domaga się objaśnień wariantowych, sięgających coraz głębiej do istoty podejmowanych tematów, analizowanych sytuacji.

Poeta potrafi też znakomicie oddać nastrój chwili, szczególnego zauroczenia uczuciem, nawet jeśli bywa trudne i absurdalne. Jest przy tym niezwykle dociekliwy ontologicznie – nieustannie stara się odnaleźć tropy prowadzące ku istocie poznania, ku żarowi uczuć pierwiastkowych. Jego krytycyzm musi generować sytuacje trudne, niemożliwe, a zmysł estetyczny domaga się by słowa miały swoje ważkie odniesienia w świecie sztuki, muzyki, teatru i filmu. Ontologię tych wierszy lokować należy pomiędzy krytyką czystego rozumu Kanta, z jej fundamentalnym pytaniem o możliwość pojawienia się metafizyki w świecie, a kartezjańskim wątpieniem, prowadzącym do sceptycyzmu metodologicznego. Poeta  jest dla Jataszwiliego dziwnym człowiekiem, a prawdziwa poezja staje się rodzajem gry z niewiadomą i jakże poważnej zabawy sensami. Ryzyko tutaj jest wielkie i trudno się dziwić, że pojawiają się w wierszach zapowiedzi suicydalne, albo komiczne próby samobójcze, obudowane semantycznie, stające się elementem wielkiej komedii dziejowej i zarazem nieustającej tragedii. Ważne w tej liryce jest też pomieszanie sensów i tropów, zdegradowanie toposu do rangi jednorazowego doświadczenia i rozdęcie szczegółu do wymiarów hiperboli, kosmicznych ogromów, pojawiających się nagle i równie szybko zanikających. Nikt nie może przewidzieć jakie będą kolejne dni i noce, nikt nie może być pewny dalszego ciągu życiorysu, ale przecież można zaplanować jakieś działania w przyszłości. Jeśli się spełnią, to zanegują ironię, a jeśli pojawi się utrata, ból, choroba, śmierć, to też staną się one elementem jednostkowego doświadczenia. Jataszwili stale gra ze swoją inteligencją, bo wie, że może sobie na to pozwolić, a najprostsze rekwizyty (ołówek, gumka, zegarek na rękę) zyskują w jego wierszach niespotykaną głębię, stając się elementem ogromnego spektrum lirycznego i ontologicznego. Wrażliwość bywa bolesna, wytrącająca świadomość z bytu, ale potrafi ona też generować stany euforyczne, potwierdzające wielkość człowieka i realność jego codzienności. Warto czytać wiersze gruzińskiego poety, bo jest w nich prawda i autentyzm doświadczeń ludzkich, ironia chwili i całego losu, a nade wszystko dystans do świata i samego siebie.

« Older entries

%d blogerów lubi to: