KRÓLESTWO ZA KONIA!

Theodor Hildebrandt  (1804–1874), Zabójstwo synów Edwarda IV

Prawdziwe dzieje króla Anglii Ryszarda III, z rodu Yorków, giną w pomrokach wieków, zniekształcane i manipulowane przez kronikarzy, wrogów i pseudohistorycznych fałszerzy. Nie ulega jednak wątpliwości, że był on znakomitym strategiem, a w swoich kalkulacjach i planach nie wahał się skazywać na szafot zaciekłych oponentów, a także skrytobójczo zabić w twierdzy Tower niekoronowanego, nastoletniego króla Edwarda V i jego młodszego brata Ryszarda. Czujny i lojalny wspólnik króla Edwarda IV, piął się powoli ku zaszczytom, pomnażał bogactwa, aż w końcu postawił wszystko na jedną kartę i tak jak wielu angielskich władców przed nim i po nim, nie zawahał się przelewać krwi braci, intrygować i skłócać swoje otoczenie, a potem trzymać wszystko żelazną ręką. Dawni historycy angielscy – z których dzieł Szekspir czerpał wiedzę – zapewne czytaliby ze zdziwieniem późniejsze analizy uczciwszych dziejopisów, którzy widzieli w Ryszardzie III tego, który umocnił władzę królewską w Anglii i stworzył solidny fundament dla rządów dynastii Tudorów[1]. Z drugiej strony opisy „najkrwawszego” z królów tego kraju, pozostawione przez Tomasza More’a i innych historyków dynastii przychodzących po Plantagenetach, a także sztuka Szekspira, dały pośrednio legitymację dla późniejszych mordów politycznych i ugruntowały wizerunek władcy tyrana, nie wahającego się zabijać dla własnych korzyści. Tragedia Ryszarda III, zaliczana do Kronik Szekspira, ma wszelkie cechy gatunkowe tragedii i śmiało może stawać w szranki z najbardziej znanymi utworami tego autora – Hamletem, Makbetem czy Otellem. Ale przecież ma też rys indywidualny, doraźnie zakotwiczony w historii Anglii XV wieku, obecnie dogłębnie zanalizowanej i opisanej, a nieoczekiwanie zwieńczonej odnalezieniem szczątków króla w 2002 roku i jego nowym, paradnym pochówkiem w katedrze św. Marcina w Leicester. Nie ulega wątpliwości, że pod zwykłym miejskim parkingiem archeolodzy odkryli szkielet Ryszarda III, pochowanego po przegranej bitwie pod Bosworth w klasztorze franciszkanów, który zburzono doszczętnie już w roku 1538, skazując na zapomnienie miejsce pierwszego pochówku króla. Autentyczność potwierdziło datowanie radiowęglowe i porównawcze badania genetyczne żyjącej potomkini władcy. Okazało się, że był on niewielkiego wzrostu i kruchej budowy ciała, a zginął najprawdopodobniej od ciosu halabardą w głowę. Szkielet nosił też ślady wielu innych ran, które człowiek ten odniósł w licznych walkach – nie potwierdziła się też diagnoza Szekspira, że Ryszard III cierpiał na kifozę (garb), współcześni radiolodzy uznali, że jego dolegliwością była skolioza, a więc skrzywienie boczne kręgosłupa.

William Szekspir lubował się w przerysowaniach charakterologicznych i przedstawianiu realnych postaci w perspektywie kosmicznej walki elementarnych żywiołów. Według niego władcy i mordercy należeli do tej samej kasty nieszczęśników, nie potrafiących poradzić sobie z obciążeniami genetycznymi, cechami indywidualnymi, a nade wszystko z bieżącymi wydarzeniami, najczęściej zaskakującymi i stawiającymi ich pod murem straceń. Powstało już wiele prac wskazujących ciąg patologicznych osobowości[2] elżbietańskiego twórcy i jego upodobanie do wzmacniania wymowy ich działań, a i często zakłamywania realiów epoki. Cóż, każdy twórca, czy to poeta, prozaik czy dramaturg, ma prawo w swoich tekstach modyfikować realia, a jeśli osiąga tak niezwykły efekt artystyczny jak autor Otella i kreator diabolicznego Jagona, prawda i fałsz zaczynają bytować w innej przestrzeni i stają się tak samo kowalne, jak życiorysy poszczególnych postaci. Nie ulega wszakże wątpliwości, że Ryszard III jest w utworze Szekspira postacią odrażającą, uciekającą się do zbrodni i wiarołomstwa, a dodatkowo ohydną z ludzkiego punktu widzenia – to studium tyranii władzy, która nie cofa się przed niczym, a ostatecznie gaśnie jak świeca, przy silniejszym powiewie historii. Wokół tego schorowanego i dziwacznego człowieka narosło wiele fałszywych opinii i analiz, ale wspólne dla wielu władców i przywódców pozostaje pytanie o kontekst historyczny i efekt jaki uzyskali podczas swoich rządów. To jest ten sam dylemat, jaki pojawia się, gdy porównujemy zbrodnie Stalina z jego sukcesami w walce z Hitlerem, a w szerszej perspektywie – to pytanie o stosunek wszelkiej destrukcji do konstrukcji i finalnie osiąganych efektów. W tym przypadku mamy niewątpliwie do czynienia z manipulacją historyków z okresu panowania Tudorów, a i tak postać Ryszarda III – w ujęciu Szekspira – zastanawia i każe podjąć źródłowe badania, ustalające rzeczywisty wkład tego władcy w historię Anglii i dzieje sztuki wojennej. Tak szekspirowski garbaty karzeł z uschniętą ręką staje się żywym człowiekiem, który śmiało staje do konfrontacji z Lancasterami i nie przeczuwa, że zdradzą go suto nagradzani lordowie. Jego działania wojenne pozostają w sprzeczności z ułomnościami, które wskazał dramaturg, a ostateczne zawołanie Królestwo za konia!, świadczy o tym, że potrafił analizować sytuację i w obliczu niechybnej śmierci gotów był poświęcić wszystko. Okrucieństwo czasów, w jakich żył, nie dawało szans na jakiekolwiek kompromisy, a jedynie śmierć władcy dawała pewność, że na tron zostanie wyniesiony jego oponent. Pamiętajmy, że działo się to w kraju katolickim, przed reformą kościoła dokonaną przez Henryka VIII Tudora i ludzie postrzegali Boga jako Stwórcę świata, istniejącego realnie w niebie i przenikającego cały przestwór swoją mistyczną mocą. Badacze wszakże zwracają uwagę, że koncepcja zła w Tragedii Ryszarda III bliska jest poglądom Fryderyka Nietzschego[3] i łączą ją z makiaweliczną naturą głównego bohatera, wykorzystującego zło do ściśle określonych celów. W takim ujęciu zło jest brakiem dobra i może istnieć w świecie za przyzwoleniem tych, którzy mogą o tym decydować, a nawet zawieszać prawa natury w sytuacjach, gdy wkraczają do niej duchy i siły niewyobrażalne. Mogą tego dokonywać ludzie, którzy traktują etykę jako coś, co można dowolnie kształtować, naginając ją do własnych celów i często okrutnych koncepcji. Cynizm łączy się tutaj z odwagą, a brak litości z przekonaniem o wyższości celów i nieomylności rozstrzygnięć królewskich – rozlewana krew staje się błahą cieczą, tak samo niezbędną do życia jak woda. Bez mordów i egzekucji majestat władzy byłby pustym frazesem, a tak staje się groźnym synonimem Boskiej kary, egzekwowanej przez zarozumiałego szafarza.

Autor tej dramatyzowanej kroniki zrobił wszystko, by czytelnik czy widz uwierzyli, że Ryszard był ohydnym mordercą. Ta kreacja postaci, oprócz zastosowań doraźnie użytkowych, miała też wzmacniać efekt dramaturgiczny i powodować, że werdykt Szekspira był bezdyskusyjny. Twórca nie był wszakże nowicjuszem literackim i doskonale wiedział, że od oskarżenia bardzo blisko jest do przerysowania – zastosował zatem sprytny trick, każąc Ryszardowi złożyć samokrytykę już na początku utworu. Dowiadujemy się z tej wypowiedzi, że przyszły król jest zbyt toporny i szorstki by się przeglądać w lustrze i wdzięczyć do dam, a przy tym: pozbawiony przez zdradną Naturę/ Proporcji ciała i gładkości rysów,/ Zdeformowany, posłany przed czasem/ Do świata żywych, choć nań niegotowy,/ I aż tak szpetny w moich zniekształceniach,/ Że psy szczekają na mnie, gdy się zbliżam.[4] Ileż trzeba mieć kompleksów, by podkreślać tylko własne ułomności i jakie piorunujące wrażenie musiało to wywierać na ludziach współcześnie żyjących z Szekspirem. W tej pierwszej wypowiedzi pojawia się też główny problem dramatu, wszak książę Gloucesteru i późniejszy król, nie waha się scharakteryzować siebie jako uosobienie zła: Jestem stworzony, bym zło uosabiał/ I gardził blichtrem leniwych dni uciech./ Podjąłem spisek, ryzykowny zrazu,/ By mętną wróżbą, treścią snu, oszczerstwem,/ Zasiać śmiertelną nienawiść pomiędzy/ Mojego brata – Clarence`a i króla.[5] Te określenia i wiele innych w kolejnych partiach dramatu, stają w sprzeczności z dynamiką wojenną i przenikliwością strategiczną Ryszarda, znajdującą swoje zwieńczenie w scenie trzeciej aktu piątego, nie mogącą niestety przewidzieć zdrady dawnych stronników. Jak w wielu utworach Szekspira osoba uosabiająca zło staje się centrum dziejowego zawirowania[6] i zawiesza prawa natury – powoduje, że sfera materialna i duchowa staje się jedną przestrzenią. Oprócz realnych ludzi opluwających monarchę, pojawiają się także duchy osób, które zamordował lub zabił w walce. Wszystko zdaje się sprzysięgać przeciwko temu człowiekowi, który – może zbyt naiwnie – uwierzył we własne talenty przywódcze, wszystko postawił na jedną kartę i przegrał w konfrontacji z przewrotnością ludzkiej natury i fałszem swojego najbliższego otoczenia. Ale przecież w ostatnich chwilach zyskał wiedzę o świecie i sobie samym, której nie był świadomy. Prosząc o konia, który mógłby go wywieźć z tej matni, gotów był poświęcić to, co było istotą jego działań i walk – królestwo ziemskie. Nagle stało się ono błahe w konfrontacji ze złem i bliską śmiercią i jakże niewielkie w obrębie przeogromnych, destrukcyjnych energii kosmicznych.

Nowy przekład Tragedii Ryszarda III, dokonany z oryginału przez Ryszarda Długołęckiego jest kolejnym ważkim osiągnięciem tego translatora, który coraz konsekwentniej zaczyna podążać drogą swoich znakomitych poprzedników. Mając do dyspozycji wcześniejsze przekłady, autor nowego spolszczenia mógł skorygować wszelkie błędy i usterki, a także zaproponować własną wizję językowego kształtu dzieła. Podobnie, jak w pracach wcześniejszych – Hamlet, Makbet, Król Lear i Sonety – tłumacz osiągnął niezwykły efekt mimetyczny, a przy tym raz jeszcze wydobył z dzieła czystą klarowność, powodującą, że staje się ono tyleż kreacją Szekspira, co pogłosem prawdziwych dziejów Anglii. Zdumiewająca jest owa konkretność i funkcjonalność języka zaproponowanego przez translatora, powodująca, iż czytelnik ma wrażenie, że obcuje jakby z dziełem napisanym w oryginale po polsku. Trudno tutaj wskazać jakieś wątpliwe uniki czy nadużycia słowotwórcze, raczej mamy do czynienia z autentycznym odwzorowaniem, świadczącym o głębokim zrozumieniu języka Szekspira i stosowanych przez niego tropów stylistycznych. Przekład Ryszarda Długołęckiego niczego nie traci z wymowy oryginału, a poprzez wskazaną wyżej klarowność językową, orbituje ku najważniejszym dokonaniom translatorów tego dzieła, jakże skomplikowanego w swojej strukturze i treści. Tłumacz zaczął swoją pracę nad dziełami elżbietańskiego twórcy od utworów najbardziej znanych i zarazem najtrudniejszych, będących sprawdzianem jego możliwości naśladowczych i wybór Tragedii Ryszarda III ma swoją wymowę i ustawia tę kronikę w ciągu najważniejszych osiągnięć scenicznych autora. Miejmy nadzieję, że translator nie zwolni tempa i niebawem ujrzy światło dzienne kolejny ekscytujący i wyjątkowy przekład angielskiego twórcy, stawianego powszechnie na samym szczycie literatury światowej.

____________________

[1] Por. G. Sampson, Historia literatury angielskiej w zarysie, Warszawa 1967, s. 293.

[2] A. Bennett, N. Royle, Literature, Criticism and Theory, Harlow 1988, s. 224.

[3] Por. A. Astha, Shakespeare’s paradoxical portrayal of Richard III: Early-modern notion of Evil and the Tudor idea of history, Kolkata 2020, s. 1–2.

[4] W. Szekspir, Tragedia Ryszarda III, Akt I, s. 1, przeł. R. Długołęcki.

[5] Tamże.

[6] Por. R. Castleden, Wcielenia zła, przeł. K. Bieniaszewska, Warszawa 2008, s. 46–49.

* * *

Morze bezsensownego zła, z którego wynurzają się coraz nowe, coraz większe nonsensy. Góry kłamstwa, do którego tak przyzwyczailiśmy się, że sami kłamiemy z ironicznym uśmiechem. Najpoważniejsi ludzie mówią o „nowym człowieku” – bez mrugania okiem, chociaż wiedzą, że żaden nowy człowiek nie istnieje: jest wciąż ten sam stary człowiek, który sam na siebie zastawił najstraszliwsze sidła, pojmał się w nie i szarpie się bez żadnych rezultatów. Okropność męki owadów, zwierząt, człowieka. Wszystko trzeba przyjmować tak, jakby to miało jakieś znaczenie, a znaczenia to nie ma.

Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki 1964-1980, oprac. Agnieszka i Robert Papiescy, Warszawa 2012.

SIMPLEX  POTENTIA

Nie ulega wątpliwości, że siłą sprawczą poezji Barbary Orlowski jest simplex potentia miłości. Pojmowana jako integralna siła, ożywiająca świat, wartościująca zdarzenia i dająca ludziom poczucie spełnienia. Tylko nadwrażliwa istota jest w stanie dostrzec magiczny wymiar rzeczywistości, w którym wszystko się łączy i pulsuje, a kwiaty całują niebo, otwierając przejście do tajemnej nadrzeczywistości.  Takie otwarcie na świat implikuje wspaniałe, pierwiastkowe doznania, ale jednocześnie czyni istotę ludzką kruchą i niezwykle podatną na ciosy. Widać to znakomicie w kolejnych wierszach tego tomu, jakże prawdziwych i pulsujących podskórnym drżeniem, kwietną subtelnością i bólem pojawiającym się na obrzeżach euforii. Byt w tej liryce egzystuje pod gwiazdami i stara się harmonizować swoje istnienie w kontakcie z naturą, w dopełnianiu kielichów storczyków świeżą rosą słów. Przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć, ale poezja tworzy balans pomiędzy tym, co było, co jest i co będzie, daje nadzieję, że dni znowu ruszą do przodu. Zranienie podmiotu było realne, ale paradoksalnie przyczyniło się do otwarcia świata i odnalezienia w sobie nieuświadamianych, twórczych głębi. Rany zabliźnione uszlachetniają istnienie, ale te, które wciąż jątrzą się w świadomości, powodują, że pojawia się w nim kontekst filozoficzny i zrozumienie ukrytych mechanizmów. Przeżywając miłość, godzimy się na świadomą eutanazję, ale dopiero rozstanie daje nam wiedzę o jednym i drugim, przydaje mocy słowom i powoduje, że wiersz brzmi jak wykładnia czegoś, co miało pozostać w ukryciu i było tajemnicą związku dwojga ludzi. Za każdym razem takie spotkanie jest ryzykowne, bo partnerzy niosą w sobie różne doświadczenia, odmienny szyfr genetyczny istnienia – choć szukają w sobie podobieństw, znajdują coraz więcej różnic i oddalają się od siebie. Ich droga tak długo będzie wspólnym doświadczeniem, póki nie pojawią się pierwsze wichry i burze, a czas stanie się tak samo błahy jak inne fizykalia. Gdy drogi zaczną się rozdwajać, wróci groza istnienia pośród groźnych żywiołów, a chwile złowrogo przyspieszą, domagając się zadośćuczynienia i świadectwa. Jak Safona, jak Sylvia Plath, Poetka zapatrzy się w siebie i zacznie dostrzegać to, czego nie widziała – osiągnie stan równowagi, niemożliwy we wcześniejszej egzystencji. Kwiaty zaczną całować niebo, ale ich kruchość wciąż będzie zapowiedzią dramatu, tak oczywistego w ludzkim świecie i tak zawsze bolesnego.

Teraz filozofią życia stanie się wyrzeczenie i zaklęcie ustalające nowe zasady: zostaw za sobą/ każde głupie słowo/ każdy lekki osąd/ każdą zniewagę/ każdą urazę/ i przemoc/ aby iść dalej/ musisz zabrać ze sobą/ tylko to/ co jest dobre/ i to wszystko co masz. Poetka zrozumie, że tylko odrzucenie przeszłych zdarzeń pozwoli jej otworzyć się na nowe doznania. Nie będą one takie same, ale ich inność jest pociągająca i warto przygotować się na ich nadejście. Nie bez znaczenia jest tutaj i to, że podmiot tych wierszy jest piękną kobietą, wciąż przyciągającą spojrzenia mężczyzn i będącą obietnicą „jakiegoś szczęścia”, jakiejś wielkiej „życiowej przygody”. Nowe wiersze Barbary Orlowski dokumentują jednak i to, że żyje ona teraz w szczelnym kokonie doświadczeń, które nie pozwalają jej wchodzić w nowe relacje interpersonalne bez dogłębnej analizy wszelkich „za” i „przeciw”. To studiowanie mężczyzn pojawiających się w jej życiu stało się teraz studiowaniem samej siebie, szukaniem kogoś, kto mógłby spełnić jej poetyckie oczekiwania. Pamięć wciąż przypomina bolesne zdarzenia, przemoc psychiczną i kłamstwa, Judaszowe obietnice i trudno jest odsunąć to wszystko w niepamięć – trudno znaleźć miejsce poza czasem, gdzie nie napływałyby jątrzące wyobraźnię obrazy. Jedynym wyjściem jest zamknięcie się w sobie i obserwowanie świata, nieustająca analiza, sięgająca tym razem do samej istoty miłości i oddania. Byty zranione zyskują większą wrażliwość, ale też cierpią ponad miarę, jakby były wciąż doświadczane tym, czego nie miało być – tym, co nie miało się zdarzyć. Ale jednak było, miało realny wymiar i nawet teraz – odgrodzone przeszłymi dniami i nocami – wraca z ogromną intensywnością w snach i wspomnieniach, w chwilowych załamaniach i zapatrzeniach w dal. Pojawiają się nowe przestrzenie, świat otwiera się w tajemniczy sposób – magiczna Brazylia, zamglone Chiny, spacer ulicami Łodzi – nowa rzeczywistość negująca przeszłość, oferująca nowe doznania i generująca nowe wiersze. Poetka zdaje sobie sprawę, że wciąż bytuje na granicy przeszłości i przyszłości, ale wie też, że musi odważnie wchodzić do nowego świata, w którym czeka jej przeznaczenie. W chwili rozstania z ukochanym myślała, że już się nie dźwignie, nie zdoła wykrzesać z siebie żaru, a tymczasem to, co teraz przeżywa jest równie ekscytujące i pobudzające wyobraźnie. Obok wierszy pojawiają się obrazy na płótnach, malowane w poczuci nowej misji, abstrakcyjne i dające radość z samego aktu tworzenia. To jest twórcza odpowiedź umysłu na rozpacz i poczucie przegrania, to jest odrodzenie się w słowie, barwie i ekscytującej wizji, jakże realnie nasączonej kolorami chwil nad oceanem i w cieni u kakaowca.   

Wspomnienia wracają do poetki falami, raz niosąc ukojenie, innym razem generując ból, ale zawsze ich tłem jest zjawiskowa natura. To ona przydaje sensu znaczeniom i ona urealnia to, co się wydarzyło, było jak sen i nie wróci nigdy z taką sama intensywnością. Tylko kwitnące jabłonie staną się przypomnieniem chwil szczęścia, tylko rześka bryza od oceanu przypomni dawne szepty.  Ważną rolę w poezji Barbary Orlowski pełnią kwiaty i ich barwy – to one przypominają żywą matkę, przenoszą poetkę do konkretnych przestrzeni i stają się symbolem żywych cieni. Maki, jaśminy, mimozy, piwonie, kwiaty tropikalne, stają się w tej liryce kontrapunktem dla czerni i szarości, dla burych tonów wspomnień raniących świadomość. Ale jest coś jeszcze – tak jak w poprzednich tomach pojawiały się egzotyczne motywy południowoamerykańskie, tak tutaj wkracza do nowego tomu malowniczość i teraźniejszość chińska. Niewiele znajdziemy w polskiej poezji takich motywów, ale pośród tych, które są, liryka Orlowski opalizuje wielu barwami i staje się autentycznym przywołaniem tego, co przeżyła w Państwie Środka. Pojechała tam na wielki festiwal literacki w Xi Chang, położonym w Syczuanie, w górach Liangshan, ale przecież zwiedziła też i inne miejsca, co zaświadczają dopiski lokalizacyjne pod wierszami. Od razu widać, że Chiny stały się wielką fascynacją autorki i otworzyły przed nią nowe przestrzenie, wyposażyły wiele wierszy w tajemnicze, dalekowschodnie tła. Choć i tam – może nawet z większą mocą – nie opuszczały ją wspomnienia, a tęsknota za dawną miłością podsuwała obrazy nie mniej bolesne. Tutaj, gdzie słychać szum drzew/ i cichy śpiew ptaków, tutaj gdzie granatowo niebiesko zielone pawie/ dumnie kroczą po zielonej trawie, gdzie wysokie tajemnicze góry i błękitne jezioro Qionghai mogłoby być to miejsce, które tyle razy widziała w snach, tutaj mogłaby rozgrywać się jej wyidealizowana miłość, gdyby rozstanie nie zburzyło wszystkiego. Doświadczenie Chin zintensyfikowało doznania i dało poetce nowy impuls twórczy – bo było spotkaniem z nowymi ludźmi i wejściem w magiczne przestrzenie, gdzieś tam, w sennej nierzeczywistości, łączące się z egzotyką brazylijską. Nie ulega wątpliwości, że bycie w podróży staje się inspiracją dla poetki – czy będzie ona w Wilnie, czy w Belgii, we Francji, czy nad oceanem w Brazylii, czy wreszcie w zagubionej górskiej osadzie w Chinach – wszędzie pojawi się szlachetna nostalgia, która podyktuje jej nowe wiersze. Warto je czytać, bo jest w nich prawda o naturze i uczuciach, a nade wszystko niezwykła czułość, jaką poetka obdarza świat i ludzi.

Barbara Orlowski, Kiedy kwiaty całują niebo, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2020, s. 124.

LUDZIE LUDZIOM

Bogdan Bartnikowski po latach w Auschwitz   Foto: wp.pl

Dzisiaj osiemdziesiąta rocznica przyjazdu pierwszego transportu więźniów do nazistowskiego obozu w Auschwitz. W telewizji Polsat film z udziałem Bogdana Bartnikowskiego, którego miałem zaszczyt poznać na literackich szlakach, przede wszystkim w Poznaniu i Warszawie. To człowiek legenda, który walczył w powstaniu warszawskim, a potem wraz z matką został przewieziony do najhaniebniejszego z niemieckich obozów śmierci. Udało mu się przeżyć, ale musiał jeszcze potem pracować przymusowo przy odgruzowywaniu Berlina i dopiero po powrocie do Polski wziął się za edukację, został pilotem i redaktorem pism wojskowych. Straszliwe przeżycia wieku młodzieńczego obudziły w nim niezwykłą wrażliwość i został też poetą z dużym dorobkiem książkowym. Dzisiaj opowiada o Auschwitz łamiącym się głosem i w jego oczach lśnią przeczyste łzy – choć ocalał, niesie przez życie krzyki ludzi mordowanych w komorach gazowych, obraz snujących się „kościotrupów”, których nie warto było już Niemcom zabijać i butne spojrzenia bestii w ludzkim ciele: Hoessa, Mengele, Liebehenschela, Grabnera i kierowniczki obozu kobiecego – Marie Mandel. On wie czym był ten obóz, tak jak wie, że ludzie ludziom zgotowali ten los…

CZYTAJĄC DICKENSA (1)

Charles Dickens – 1843

3 stycznia 1842 roku Charles Dickens wszedł na pokład parowca Britannia, ważącego 1156 ton i zmierzającego z Liverpoolu do Halifaxu, a potem dalej – do Bostonu. Statek został zbudowany przez Roberta Duncana, a zwodowano go 5 lutego 1840 roku i od czerwca tegoż roku zaczął regularnie kursować jako liniowiec Cunarda – Brytyjskiej i Północnoamerykańskiej Królewskiej Parowcowej Kompanii Pocztowej (British and North American Royal Mail Steam Packet Company). Magnat morski Samuel Cunard założył ją do spółki z kilkoma udziałowcami w 1838 roku, siedzibę lokując w mieście Halifax, na Nowej Szkocji. Do linii Cunarda należał pierwszy żelazny transatlantyk Persia, a także ostatni bocznokołowiec Scotia, który był zdobywcą Błękitnej Wstęgi Atlantyku. Dickensa skusiła reklama, którą potem złośliwie wykpił w pierwszym rozdziale swoich Notatek z podróży do Ameryki (1842), przyjętych z entuzjazmem w Anglii i skrytykowanych bezlitośnie w USA. Trzydziestoletni Dickens był już człowiekiem zamożnym i stać go było na podróż z żoną nowoczesnym statkiem parowym. Takiej możliwości nie miał ubogi polski poeta romantyczny Cyprian Norwid, który znacznie później, bo w roku 1852 podróżował do Ameryki tańszym, ale i mniej bezpiecznym kliprem Margaret Evans, dodatkowo narażonym na długie postoje w trakcie ciszy na morzu. Norwid opisał takie nostalgiczne chwile w Czarnych kwiatach, dokumentując między innymi długi bezruch po wypłynięciu klipra z Londynu, najprawdopodobniej w okolicach wysp Faroe.  Statek Dickensa płynął 18 dni i nigdy potem nie uległ kolizji, przewożąc wielu emigrantów do nowej ojczyzny i podróżników pragnących zobaczyć budzący się do życia kontynent. Ogromny postęp techniki spowodował, że już w 1849 roku Britannia została sprzedana Niemcom i przemianowana na jednostkę wojenną Barbarossa, a u końca swojej historii znalazła się nawet Gdańsku, gdzie służyła jako jednostka hotelowa, by ostatecznie trafić na złom w Kilonii w roku 1880. Pisarzowi nie spodobała się wąska kajuta, do której nie mógł nawet wcisnąć ogromnych waliz, ale z czasem przyzwyczaił się do niej i uznał za dobre schronienie pośród oceanicznych odmętów.

Parowiec Britannia

Podróż była niezwykle uciążliwa i obfitowała w chwile, raz to euforii, a innym razem smutku, zwątpienia i poczucia bezsensu. Nowość i wyjątkowość tej sytuacji rodziła w Dickensie  romantyczne porównania i zachwyty: Mrok, przez który wielka czarna bryła przebija sobie pewną i nieomylną drogę; gwałtowny pęd wody, wyraźnie dosłyszalny, lecz słabo dostrzegalny; szeroka, biała, iskrząca się smuga w kilwaterze statku. Marynarze na wachcie u przodu statku, co byliby zaledwie widzialni na tle ciemnego nieba, gdyby nie zasłaniali sobą jakiejś plejady jarzących się gwiazd. Sternik u koła sterowego z oświetloną przed sobą mapą, jasną plamą blasku wśród ciemności – niby jakaś czująca istota o boskiej przenikliwości i rozumie. Melancholijne wzdychanie wiatru pośród bloków, lin i łańcuchów. Prześwitywanie światła z każdej szpary, wnęki i z najdrobniejszego szkiełka na pokładach, jakby statek płynął napełniony ukrytym ogniem, co gotów buchnąć z każdego otworu, szalony w nieodpartej potędze śmierci i zniszczenia. Również na początku, i to nawet wówczas, gdyśmy się już oswoili z godziną, co czyni każdą rzecz wyższą i bardziej tajemniczą, trudno nam było – pogrążonym w samotności i zadumie – sprowadzić wszystko do właściwych kształtów i zarysów. Zmieniają się one zależnie od gry wyobraźni. Zaczynają przypominać rzeczy, któreśmy zostawili za sobą gdzieś daleko, udają dobrze nam znany widok ulubionych miejsc serdecznie drogich, a nawet zaludniają je cieniami. (Ch. Dickens, Notatki z podróży do Ameryki, t. 1, przeł. B. Czerwijowska, Warszawa 2020, s.19-20) Wyobraźnia ludzka reaguje na mrok niezwykle dynamicznie i najczęściej generuje obrazy katastrof i zagrożeń. Podobnie było z Dickensem, który przedstawił przedzieranie się okrętu jak tytaniczną walkę potworów: Nigdy nie zapomnę, jak statek pracowicie przedzierał się tej nocy przez wzburzone morze. „Czy może być kiedy gorzej niż teraz?” – słyszałem często takie pytanie, gdy wszystko wokoło osuwało się i zderzało i gdy możliwość, by w ogóle coś, co pływa, było bardziej przerzucane, a nie przewróciło się i nie poszło na dno, zdawała się prawie niepojęta. Najżywsza zaś wyobraźnia nie potrafi sobie wystawić, czym jest podrzucanie parowca w burzliwą noc zimową na rozszalałym Atlantyku. Nie wyrażę tego, choć powiem, że zostaje on powalony na burtę między fale, z masztami pogrążonymi w wodzie, że się podrywa i znów przetacza na drugi bok, aż wreszcie wzburzone morze uderza weń z hukiem stu ciężkich dział i odtrąca go wstecz. Że przystaje, słania się i dygoce jak ogłuszony, a potem z gwałtownym pulsowaniem  w sercu miota się naprzód niby potwór dźgany ościeniem aż do szału, że rozszalałe morze bije go, tłucze, miażdży i skacze nań z furią. Że grzmoty, błyskawice, grad i ulewa, i wichura wiodą z nim srogi bój o zwycięstwo, że każda deska statku wydaje swój jęk, każdy gwóźdź – zwój zgrzyt, a każda kropla wody wielkiego oceanu swoje wycie – opisać to wszystko jest niczym. Lęk łączy się tutaj z fascynacją siłami natury i wytrzymałości okrętu, który wolno posuwa się do przodu. Tuż przy wejściu do Halifaxu, pilot popełnia błąd i jednostka na krótko osiada na mieliźnie, a potem musi lawirować pomiędzy rafami. W końcu podróżni schodzą na ląd, a choć jest noc, czują podniecenie, widząc zabudowania, ludzi i liczne światła na brzegu.

Dziewiętnastowieczny Boston

Dalsza trasa wiedzie do Bostonu, gdzie Dickens natychmiast zaczyna zapoznawać się ze społecznością amerykańską, dziwi się ilości wyznań i różnorodności architektonicznej kościołów. Zapraszany do wielu miejsc, odwiedza między innymi zakład dla niewidomych dzieci i opisuje heroiczne zmagania małej dziewczynki Laury Bridgman, która straciwszy wzrok, słuch, węch i smak, tylko przy pomocy dotyku nauczyła się porozumiewać z otoczeniem. Istota ta – tak godna podziwu – staje się bohaterką pierwszych amerykańskich dni pisarza i zyskuje jego wielką sympatię. Bytując w mroku i ciszy, nauczyła się czytać wypukłe litery, rozpoznawać przedmioty, a nade wszystko artykułować swoje uczucia i doznania dzięki alfabetowi palcowemu. Pisarz zauważył niezwykłą ruchliwość i migotliwość Bostonu, miasta położonego nad rzeką Charles, wpadającą do zatoki Massachusetts, będącą częścią znacznie większej Zatoki Maine i chronioną przez liczne wysepki, moczary i mielizny przed sztormami Atlantyku. Starczy spojrzeć na stare ryciny, by zdać sobie sprawę jak wiele statków obsługiwał ten port w połowie dziewiętnastego wieku i jak szybko rozwijało się tam niskie budownictwo mieszkalne i użyteczności publicznej. Dickens odwiedza domy poprawcze dla dziewcząt i chłopców, gdzie przywraca się młodzież społeczeństwu przede wszystkim poprzez pracę. Ogląda też bostońskie domy dla obłąkanych, gdzie dziwi go to, że pensjonariusze podczas posiłków i wykonywanych prac, mają do dyspozycji noże, widelce i ostre narzędzia. Jako pisarz stale analizujący zachowania ludzkie i snujący w swych utworach refleksje na ich temat, Dickens nie omieszkał odwiedzić też sądu, uczestniczyć w kazaniu kapłana z przeszłością marynarską i używającego w swych mowach słownictwa marynistycznego, a także brał udział w licznych „proszonych obiadach”, na których królowały dymiące steki i wazy pełne żurawiny. Odnotował też istnienie w Bostonie całkowicie bezużytecznego teatru, do którego chodzi kilka pań do towarzystwa i opisał bar z hotelem, w którym przebywał razem z żoną. Przez cały czas pisarz porównuje instytucje amerykańskie z angielskimi, najczęściej chwaląc otwartość i sprawiedliwość tych zza oceanu. Nie waha się też krytykować zachowań i poglądów, jak wtedy, gdy rozprawia się z źle rozumianym transcendentalizmem:  Owoce ziemi czerpią swą siłę ze zgnilizny i rozkładu. Z mierzwy tych wszystkich zjawisk wystrzeliła setka filozofów zwana transcendentalistami. Gdy spytałem, co by mogła przypuszczalnie oznaczać ta nazwa, dano mi do zrozumienia, że wszelka rzecz niezrozumiała będzie z pewnością transcendentalna. Ponieważ to wyjaśnienie małą mi dało pociechę, prowadziłem dalej moje dochodzenie i odkryłem, że transcendentaliści to wyznawcy mego przyjaciela pana Carlyle’a – albo powinienem raczej powiedzieć, jego zwolennika Ralfa Waldo Emersona. Człowiek ten napisał tom „Szkiców”, w których między wielu innymi rzeczami wysnutymi z marzeń i fantazji (niechże mi te moje słowa wybaczy) znajduje się znacznie więcej myśli słusznych i męskich, uczciwych i śmiałych. Transcendentalizm miewa niekiedy swoje dziwactwa (a któraż szkoła filozoficzna ich nie ma?), ale mimo tych chimerycznych myśli ma swoje zalety. Nie najmniejszą z nich jest serdeczna niechęć do obłudy i zdolność tropienia tejże wśród miliona odmian jej wiekuistych przebrań. Toteż, gdybym był bostończykiem, sądzę, że zostałbym transcendentalistą.  Końcowy żart miał tutaj złagodzić dość ostrą krytykę, ale w gruncie rzeczy tylko ją wzmocnił, ustawiając tego typu poglądy w jednym szeregu z innymi dziwactwami mieszkańców Bostonu – pierwszego amerykańskiego miasta, które zobaczył autor Klubu Pickwicka i Oliwiera Twista.

DRAGON WYSTARTOWAŁ

Start rakiety kosmicznej Dragon, wyprodukowanej przez prywatną firmę Elona Muska SpaceX. Pierwsze podejście sprzed trzech dni nie udało się i kosmonauci musieli wyjść z kapsuły, a prezydent Donald Tramp i inni oficjele przybyli na przylądek Canaveral niepotrzebnie. Wszystko tutaj jest rewolucyjne – kształt kapsuły w formie ściętego stożka, nowe skafandry kosmiczne i powrót modułów nośnych na specjalną barkę, zakotwiczoną na oceanie. Do orbitalnej, międzynarodowej stacji kosmicznej polecieli dwaj kosmonauci – Robert Behnken (50) oraz Douglas Hurley (54) – mający ogromne doświadczenie w lotach kosmicznych. Wszak wcześniej uczestniczyli oni w lotach promów kosmicznych Endeavour i Atlantis, a ciekawostką jest to, że ich żony także są astronautkami, które spędziły wiele godzin w kosmosie. Media na całym świecie obwieściły początek nowej ery  w zakresie badania Układu Słonecznego i wszechświata, ale na to chyba jest jeszcze za wcześnie. Wiadomo jak labilne bywają prywatne środki finansowe, a kolejne katastrofy, powstrzymują rozwój kosmonautyki na wiele lat. Na razie mamy do czynienia z jednym udanym startem i miejmy nadzieję bezpiecznym powrotem na Ziemię. Choć firma Muska ma ogromne ambicje i zapowiada załogowe loty na Marsa, wszystko zweryfikują ewentualne sukcesy lub porażki kolejnych misji.

Kosmonauci misji Dragona – po lewej Douglas Hurley, po prawej – Robert Behnken

BROMBERG (12)

Hertha przybliżyła się do Williego i zauważyła, że na jego czoło wystąpiły lśniące kropelki potu, więc zaraz chwyciła go za rękę i powiedziała:

– Może chciałbyś się odświeżyć… dzisiaj jest tak gorąco… weź prysznic, a ja przygotuję coś zimnego do picia.

Willi otarł pot z czoła i zrobiło mu się nieswojo, tym bardziej, że poczuł jak lepkie strużki spływają mu po plecach i suną powoli w dół spod obu pach. Patrzył jak Hertha z gracją podąża małymi krokami do kuchni i zwrócił się ku łazience, gdzie szybko zdjął czarny mundur, jasną koszulę z wyraźnymi, mokrymi plamami i spodnie. Zrzucił resztę ubrania, odkręcił wodę i wskoczył pod prysznic, rozkoszując się chłodnym strumieniem. Namydlił całe ciało jakimś perfumowanym mydłem Herthy, a potem dwa razy spłukał je wodą, która już zdążyła się porządnie ogrzać. Zamyślił się też nad sytuacją, w której się znalazł i nagle wystraszył się konsekwencji, wszak tak szybko trafił do sekretarki słynącego z okrucieństwa przełożonego. Zrobiło mu się sucho w ustach, a jego męskość zmalała natychmiast, powodując, że lęk przerodził się w niemal przerażenie. Teraz wystraszył się jeszcze bardziej, bo wyobraził sobie, że nie sprawdzi się jako mężczyzna. Podążył do górnej części munduru, wiszącej na haku przymocowanym do glazury, odpiął guzik prawej kieszeni i wyjął małe podłużne, okrągłe, pudełeczko z blachy, na które przyklejono czerwoną etykietkę z napisem Pervitin. Wyciągnął z niego białą pastylkę, wsadził ją do ust i szybko rozgryzł, ale po chwili sięgnął po następną i także ją zjadł, popijając wodą z kranu. Sięgnął po duży amarantowy ręcznik, owinął nim się w pasie, zawiązał na gruby supeł, podszedł do zaparowanego lustra, przejechał po nim dłonią i widząc swoje zmierzwione włosy, uczesał je jakimś grzebieniem Herthy, leżącym na szklanej półeczce. Czując się odświeżony i gotowy, otworzył drzwi i wysunął się do sypialni, w której panował już półmrok, a w różnych miejscach płonęły białe świece. Zmieniła się też muzyka i łatwo rozpoznał w niej uwerturę do Tannhäusera Richarda Wagnera, graną często w Niemczech na koncertach dla esesmanów i ich rodzin. Hertha leżała na dużym łożu i miała na sobie tylko koronkową, kremową halkę, opiętą wokół obfitych piersi i podkreślającą rysunek zgrabnych ud i łydek.  Przez świadomość przemknęła mu jeszcze myśl o minnesingerze Wagnera, który spędził długi czas na górze Venusberg, zabawiając się z zaborczą boginią, która potem nie chciała go uwolnić.  Powoli podszedł do łoża i przysiadł na jego brzegu, przysuwając usta do ust i jednocześnie gładząc prawą ręką aksamitną skórę jej ud. Przyciągnęła go do siebie, a jej dłoń powędrowała ku jego męskości, znowu ponadnaturalnie wielkiej. Poczuła też siłę jego ramion, twardość mięśni i nie czekając dłużej, sprawnie uniosła się nad niego, tak operując ciałem, by szybko się połączyli. Poczuła cudowne wypełnienie i zaczęła na nim falować, pogrążając się w coraz głębiej w rozkoszy, czując jakąś nieziemską jedność. On trzymał ręce na jej piersiach, przymykał oczy i także czuł się spełniony, w tajemniczy sposób nagle obdarowany jej ciałem i ciepłem. Nie przypuszczał, że ta drobna kobieta ma w sobie tyle energii i teraz pławił się w niej, prawie nic nie robiąc, lekko tylko drgając pośladkami i dociskając się do niej co chwila. Od samego początku rozkosz odebrała jej poczucie rzeczywistości i rozświetliła jaźń wielkimi plamami zmieniających się stale kolorów. Należała do kobiet, które traktowały seks jak kosmiczną komunię z mężczyzną i płonęły od początku do końca. W życiu codziennym sprawiała wrażenie zimnej jak żelazo, ale gdy kochała się z mężczyzną, żelazo rozpalało się do czerwoności, a potem bardzo wolno stygło.

Willi początkowo przeraził się jej zaborczości i sprawności erotycznej, wszak do tej pory miał zwykle do czynienia z dziewczętami, które pozbawiał dziewictwa, albo z zakompleksionymi mieszczankami, dopiero budzącymi się do życia miłosnego. Hertha szybko doprowadziła go do spełnienia, ale wcale nie miała zamiaru poprzestać na tym. Leciutko zsunęła się z niego i zaczęła ustami i językiem pieścić jego piersi, dotykać zębami sutków, podążać ku podbrzuszu i wciąż ogromnej męskości. Bawiła się jak dziewczynka lizakiem, całowała i brała do ust, obiegała językiem wszystkie krągłości, obdarzała ciepłym oddechem skórę wokół jąder i cudownie wadziła się z napletkiem, zsuwając go delikatnie wargami i nosem popychając go ku poprzedniemu ułożeniu. Muzyka stworzyła niepowtarzalny klimat, ale to światła świec spowodowały, że zaczęło mu się wydawać, iż pogrąża się w jakiejś mistycznej toni. Nagle zapragnął zaprezentować swoją przewagę i odsunął ją od siebie jakby gwałtownie popychał wroga. Odebrała to jako rodzaj zabawy i rozmachem uderzyła go otwartą dłonią w prawy pośladek, a potem ponowiła uderzenie w lewe udo, tuż przy podbrzuszu. Zabolało go to trochę, ale z jeszcze większym impetem naparł na nią, z łatwością rozkładając jej ramiona i uda i wnikając w nią z brawurowo. Teraz on chciał dominować i robił to z ogromną wprawą, poruszając się rytmicznie, z wielka dynamiką i powodując, ze prawdziwie straciła kontakt z rzeczywistością. Szybko pojawił się na ich ciałach pot – pościel i poduszki spadły na ziemię i zostali tylko na zmierzwionym, białym prześcieradle. Napierał na nią bez ustanku i czuł, ze wciąż rosną jego możliwości, jakby był biegaczem, który pokonał ogromny dystans i teraz kończył wyścig, dobywając z siebie tytaniczne siły. Jej twarz płonęła czerwienią, a włosy rozpadły się na wszystkie strony, tworząc rodzaj kompozycji, przypominającej stylizacje z rysunków reklamowych Alfonsa Muchy. Przez ułamek sekundy mignęła też w świadomości Williego, wykrzywiona komicznie, czarna twarz jakiejś hinduskiej bogini z kilkoma ramionami, ale zaraz rozmyła się we mgle. Na chwilę zatrzymał ruchy swoich ud i zaczął oplatać dłońmi jej piersi, brzuch, plecy i uda. Wysunął się z niej i zbliżył usta do jej łona, dmuchając leciutko w gęstą kępę czarnych włosów, a potem delikatnie pieszcząc językiem najczulsze miejsce. Ale nagle stało się z nim coś dziwnego, jakby jakaś mroczna siła wniknęła w jego ciało i przydała mu jeszcze większej energii. Gwałtownie przerzucił ją na brzuch i zaczął penetrować ją od tyłu, raz po raz wypadając z niej i z impetem wracając ku niej. Nie słyszał też jak szeptała:

– Willi, to boli… to boli… to bardzo boli…

Nie wiedział co się z nim działo, bo barwy zaczęły silniej pulsować, światła migały jak oszalałe, a jej ciało zaczęło mutować, przeistaczać się w skórę węża i brzydnąć nie wiadomo dlaczego? Napierał na nią, ale jednocześnie miał wrażenie, że obcuje z kimś innym, skarlałym i spotworniałym, ze stopą końsko-szpotawą. Znowu gwałtownie przerzucił ją na plecy i z przerażeniem zobaczył, że leży pod nim Josef Goebbels i śmieje się, odsłaniając końskie zęby. Przeraził się straszliwie i odruchowo chciał zasalutować, ale minister propagandy ubiegł go i odezwał się metalicznym głosem :

– Zdradziłeś swojego dowódcę… Jutro Alvensleben przeczyta mój raport…

Willi zobaczył oczyma wyobraźni jak staje przed plutonem egzekucyjnym na rynku w Brombergu, w tym samym miejscu, gdzie rozstrzeliwał Polaków. Tak pragnął na nowo ujrzeć Herthę, elegancka i pachnącą, tak ciał poczuć jej ciepło, ale miał wrażenie, że obcuje z zimnym trupem. Odezwały się w nim jakieś głosy, Hitler krzyczał: Vernichtung des jüdischen Bolschewismus… …rücksichtslose Germanisierung… a Goebbels wtórował mu: Vorsicht, Hunde… schrieb er, wenn der Teufel in mir ist, wirst du ihn nicht wieder einschränken…Były też jakieś złowieszcze szepty i szumy, a  przy łóżku stanął też kulawy Polak, którego Willi zobaczył na klatce schodowej, gdy szedł do Herthy. Wszystko w nim wirowało, wszystko zaczęło falować i jak tonący wyciągnął ręce przed siebie, schwytał coś i kurczowo zaczął uciskać. Po chwili znowu pojawił się pod nim Goebbels, którego  dusił bezlitośnie, przyciskał do łoża, a gdy poczuł, że osłabł, zaczął go okładać pięściami, drapać paznokciami i znowu bić bez opamiętania. Strach przed raportem ministra, który trafi na biurko Alvenslebena był tak porażający, że dla pewności uderzył jeszcze kilka razy, a potem zwymiotował na trupa i natychmiast stracił przytomność.

Willi obudził się wczesnym rankiem i w pierwszej chwili nie wiedział, gdzie jest, oślepiony światłem, czujący jakąś niewytłumaczalną niemoc i strach. Nagle obrazy zaczęły się jednak klarować, zatrzymał wzrok na dopalających się świecach i rzężącym patefonie, którego igła dotarła do końca płyty i chrobotała miarowo. Spojrzał w lewo i pierwszej chwili nie skojarzył co ma przed oczyma, ale zaraz serce podeszło mu do gardła i zaczęło bić jak oszalałe. Skoczył z łóżka na pełne nogi i z tej perspektywy zobaczył, że na łożu leży uwalane we krwi i straszliwie zmasakrowane ciało Herthy Kiebitz. Powoli zaczęły do niego wracać zdarzenia wczorajszego dnia, ale nie mógł sobie przypomnieć co właściwie się stało. Usiadł na krześle, schował twarz w dłoniach i zapłakał jak dziecko, trwając w bezruchu kilka minut. Jeszcze raz przyjrzał się ciału sekretarki swojego szefa i zimny pot wystąpił mu na czoło. Jego zimna świadomość wracała coraz intensywniej i odezwała się w niej perfidia, która zawsze pojawiała się, gdy zabijał ludzi. Poszedł do kuchni, znalazł jakąś szmacianą siatkę, do której zaczął wkładać kieliszki i szklanki, z których pili. Potem wszedł do łazienki i pod prysznicem zmył z siebie wszelkie ślady krwi, wytarł się w ten sam ręcznik, co wcześniej, a potem założył mundur i buty. Uczesał się dokładnie przed lustrem i końcem grzebienia wydobył spod paznokci naskórek kobiety. Wytarł chusteczką wszystkie miejsca, na których mogły pozostać jego odciski palców, a potem zgarnął pościele, poduszki, ręcznik i ubiory Herthy na środek pokoju. Polał je benzyną z zapalniczki i poszedł do kuchni, gdzie odkręcił wszystkie kurki gazowe. Wrócił do pokoju i stanął przy łóżku, jeszcze raz spojrzał na zmasakrowaną twarz Herthy, która teraz wydała mu się komiczna i bezsensowna, jak twarze rozstrzelanych Polaków i Żydów. Nie wahając się dłużej, zapalił stertę szmat, czując już wyraźnie napływający z kuchni odór gazu, odwrócił się na pięcie i myśląc o czekających go działaniach pozorujących, ruszył do wyjścia. Jego umysł pracował teraz na najwyższych obrotach i szukał ewentualnych zdarzeń, które mogłyby doprowadzić Gestapo do niego. Na szczęście nikomu nie powiedział o schadzce z sekretarką szefa, a nieobecność w domu krewnych, łatwo mógł usprawiedliwić jakimś wyjazdem. Wyszedł na klatkę schodową i natychmiast przypomniał sobie kulawego starca, który przestraszył się go, gdy zmierzał do Herthy. Zapamiętał dobrze za jakimi drzwiami zniknął i teraz, przeskakując po dwie schody, szybko znalazł się przy nich. Zapukał lekko, tak by nie robić zbędnego hałasu i po jakimś czasie usłyszał szuranie nogami, a potem chrobot w zamku. Drzwi uchyliły się i zobaczył tego samego mężczyznę, który wczoraj  tak się go przestraszył. Willi naparł na drzwi, które nie były zabezpieczone łańcuchem i znalazł się w środku, w małym korytarzyku, prowadzącym do innego pomieszczenia.

– Mamy doniesienie, że jesteś Żydem i ukrywasz się tutaj przed nami…– syknął Willi.

– Panie oficerze!!! Mój Boże, przecież mój ojciec był Niemcem z zagłębia Ruhry, a matka Ślązaczką… przyjechali tutaj w czasach, gdy Bromberg nazywany był Małym Berlinem i rozwijał się znakomicie…

– A my mamy informację, że nazywasz się Goldberg i donosiłeś Polakom na niemieckich braci, przygotowujących nasz powrót do Brombergu…

– Mój Boże, to kłamstwo panie oficerze, zawsze czułem się Niemcem… Czytałem Mein Kampf naszego führera i codziennie słucham w radiu przemówień ministra Goebelsa…

W świadomości Williego mignął obraz ministra Rzeszy, duszonegoł w łóżku Herthy. Pomyślał też, że ma mało czasu, bo za chwile nastąpi wybuch w mieszkaniu na pierwszym piętrze, a starzec mógłby potwierdzić, że to właśnie on był u niej. Nie zastanawiając się dłużej wyciągnął pistolet i skierował go w stronę przerażonego mężczyzny.

– Proszę nie strzelać… mam wnuka w pana wieku… nikomu nigdy nie zrobiłem nic złego…– lamentował starzec.

Willi w ułamku sekundy uświadomił sobie, że strzał będzie słyszalny na ulicy i spowoduje przybycie żandarmów. Podrzucił zatem pistolet lekko ku górze, zwinnie schwycił go za lufę, a potem z rozmachem uderzył rękojeścią w skroń starca. Ten natychmiast zalał się krwią i upadł na ziemię jak martwy, choć widać było, że wciąż oddycha. Dla pewności Otter jeszcze kilka razy uderzył go kolbą pistoletu, a gdy mężczyzna całkowicie znieruchomiał, poszedł do małej kuchni i w niej także odkręcił kurki z gazem. Nie oglądając się za siebie, zbiegł szybko po schodach i ostrożnie, krok po kroku, wysunął się na pusty chodnik. Nie chciał wchodzić na główną ulicę, więc skierował się w drugą stronę, wzdłuż Albrecht Dürer Strasse. Odszedł może dwieście metrów, gdy usłyszał za sobą potężną eksplozję, a szyby z pobliskich domów powylatywały na bruk. Nie oglądając się za siebie, przyspieszył kroku i z ulgą zaczął się oddalać, a gdy jeszcze usłyszał kolejny, mniejszy wybuch, skrzywił usta cynicznie, strzepnął jakieś pyłki z munduru i skręcił w Lessingstrasse, prowadzącą ku Johann Fichte Platz, tuż przy ogromnych budynkach Instytutu Rolniczego im. cesarza Wilhelma.

– Nie mogę brać dwóch pastylek Pervitinu… – pomyślał – Jak brałem jedną nie traciłem kontroli nad sobą…

NATURA

Człowiek późno poznaje naturę. Człowiek miejski dlatego, że żyje z dala od niej, wiejski – bo nazbyt blisko. Ale natura jest najważniejszą szkołą i człowiek zbyt późno zdaje sobie sprawę z tego, że to co ludzie nazywają „rozwojem”, nie jest w istocie niczym innym, jak tylko dokonującym się okrężną drogą naśladownictwem „wynalazków” urzeczywistnionych już przez inne istoty – owady, zwierzęta, ptaki, kwiaty – żyjące na ziemi od znacznie dawniej. Możliwe więc, że istnieje poezja kwiatów, podobnie jak istnieje muzyka ptaków, technika strukturalna roślin i zwierząt.

Sándor Márai, Dziennik 1967-1976, wyb. przeł. i oprac. Teresa Worowska, Warszawa 2019. s. 70.

FELIETONY Z KLUCZEM

Ryszard Milczewski-Bruno realizował w swoim życiu polski model egzystencji hipisowskiej, różniącej się znacznie od amerykańskiej czy zachodnioeuropejskiej. I choć także ważną rolę odgrywała tutaj przyjaźń w wąskim kręgu przyjacielskim (Szatkowski, Stachura, Różański), to nie było w niej twardych narkotyków, takich jak heroina, haszysz czy LSD. Jedyną i jakże destrukcyjną używką był tutaj alkohol, pity w formie wódki, piwa i wina, z czasem stający się sposobem na życie. To on zabijał poczucie beznadziejności i koił wewnętrzna ranę, stawał się nieodłącznym elementem twórczości i przyczyniał się do powstawania legendy Bruna. Niestety był też straszliwą siłą destrukcyjną, niszczącą życie i wywierającą piętno na psychice, redukującą szczytne plany literackie. Symbolem takiego losu może być brudna musztardówka, którą wydawca umieścił na zbiorze felietonów Bruna pt. Podróże bez klucza. O ile fotograficzna wizualizacja ma tutaj sens i jest głęboko zakorzeniona w pijackich dziejach tego człowieka, to tytuł zbioru odbiera mu autentyczność i niepotrzebnie przenosi te teksty w obręb tego, co autor prezentował w poezji i prozie. Tymczasem jest to książka dokumentująca wewnętrzną, intelektualną siłę pisarza, znającego swoje możliwości twórcze i śmiało realizującego model pisania z kontrapunktem i dystansem do samego siebie, do miejsc i do szeroko pojmowanej kultury. Prawdą jest, że Bruno realizował się w przestrzeniach ludycznych i stale szukał ludzi, którzy staliby się jego kompanami w podróży, przy stole biesiadnym i podczas imprez literackich, ale też – i to dokumentuje ten zbiór – był wrażliwym obserwatorem, a jego prowincja niewiele różniła się od tej, prezentowanej w książkach Kapuścińskiego, Kąkolewskiego czy Wańkowicza. Poza tym nie zamykał się tylko w Polsce, bo relacjonował też swoje podróże poza nią, ze szczególnym uwzględnieniem pobytu nad Wełtawą. Felietony publikował przede wszystkim w Bydgoskich „Faktach”, gdzie dzięki przychylności Jana Góreca-Rosińskiego otrzymywał skromne honoraria i ryczałt za tzw. stałą współpracę. Pozwalało mu to nieco stabilizować rozchybotane życie i przemieszczać się z imprezy na imprezę, z miasta do miasta, od redakcji czasopism do biur państwowych wydawnictw.

Zbiór felietonów Bruna ma ogromna wartość dokumentacyjną, ale też uświadamia czytelnikowi jak wielka tragedia rozgrywała się w życiu człowieka, który był intelektualistą, a z własnego wyboru bytował przede wszystkim pośród bylejakości i zwykłości, bratał się z alkoholikami i życiowymi wykolejeńcami. Jego teksty wskazują na to, iż posiadał ogromną kulturę literacką i potrafił tak je komponować, że nawet przy różnorakich udziwnieniach formalnych, stawały się one jasnym wykładem autora, świadomego słów, gestów i czynów. Przejmując od Edwarda Stachury umiłowanie ludzkiej prostoty, a od Jerzego Szatkowskiego umiejętność totalnego modyfikowania języka, wchodził Bruno w polską rzeczywistość lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku i odwzorowywał ją na najwyższym poziomie literackich interioryzacji. To było bystre spojrzenie intelektualisty, który zakładał często maskę cwaniaka, kompana z ferajny, ale w głębi duszy pozostał kimś, kim mógłby się stać, gdyby poszedł inną drogą. Jak wielkie były jego możliwości twórcze, dokumentuje tworzona przez niego poezja, w której modyfikacje językowe każą ustawiać go w jednym szeregu z Norwidem, Leśmianem i Białoszewskim i nie ma w tym dumnym przywołaniu wielkich nazwisk żadnej przesady – potrzebny jest tylko eseista, który połączy doświadczenia językowe tych twórców w inteligentnym i rozumiejącym studium. Zauważał to wieloletni Naczelny Redaktor „Faktów”, który dla dobra literatury nie wahał się narażać cenzurze i własnym przełożonym i przez dość długi czas lansował Bruna, udostępniając mu łamy ogólnopolskiego tygodnika. Oczywiście nie obywało się bez skreśleń i odrzucania niektórych tekstów, szczególnie tych zbyt drażliwie ukazujących socjalistyczną tandetę, ale – koniec końców – dochodzono do kompromisów i wciąż powstawały kolejne felietony. Widać wyraźnie, że Bruno przejął się rolą, zaakceptował swoje nowe zajęcie i tworzył teksty w swoim stylu, głęboko zakorzenione w proletariackim sposobie myślenia i analizowania przestrzeni, do których bezpardonowo wkraczał. To był rodzaj doświadczenia socjologicznego i próba zrozumienia ludzi w ich oryginalnych środowiskach, a przy tym spora doza humoru, mądrości życiowej i niespotykana labilność intelektualna, cechująca pisarzy najwyższej próby.

Widać w felietonach Milczewskiego-Bruna empatię do drugiego człowieka i choć bywa bardzo krytyczny dla wielu spotkanych osób, często też ujmuje czytelnika za serce. Tak bywa, gdy nawiązuje do konkretnych życiorysów ludzkich (Joanna Salamon, Edward Redliński, zapomniany grudziądzki pisarz Władysław Wągiel), gdy rozpamiętuje swoje zaniedbania rodzinne, albo gdy ocenia najbliższych przyjaciół. Wszystko tutaj wpisuje się w model życia w drodze, nieustannego przemieszczania się w przestrzeni i rozpamiętywania zdarzeń błahych i centralnych dla historii kraju, Europy, a nawet świata (Cendrars, Dworzak, Neruda). Musztardówka z okładki zbioru pt. Podróże bez klucza niebezpiecznie przenosi doświadczenia Bruna ku obszarom znanym tylko alkoholikom i chuliganom, a przecież w poszczególnych felietonach znajdziemy wnikliwe, intelektualne analizy, nawiązania do Leśmiana, Ionesco i Levi-Straussa, a także wielu autorów z pokolenia autora. Oczywiście nie można tutaj zapomnieć o pęknięciu egzystencjalnym, które było w tym człowieku, ale przecież nie on pierwszy eksperymentował ze sobą i danym mu czasem i nie on jedyny uczynił z używki narzędzie poznania świata i samego siebie. Pamiętajmy też w jakiej rzeczywistości rozgrywały się zdarzenia, w których uczestniczył – to była polska socjalistyczna z papieru mâché Gomułki i Gierka, dumnie podążająca do wyższej fazy socjalizmu, czyli nie wiadomo gdzie. W takiej absurdalnej, propagandowej przestrzeni Bruno znajdował nieustannie jakieś luki i wypełniał je treścią swojego hipisowskiego wędrowania, ciągłego zmieniania miejsca pobytu, wielu ucieczek i wielu powrotów. Wnikliwa lektura jego felietonów ukazuje twórcę nadwrażliwego, eksperymentującego w sferze języka i formy, często wykraczającego poza ramy gatunkowe i stale tęskniącego za bliżej nieokreśloną pełnią, przemycaną między słowami prawdą o Polsce i świecie. Gdyby Bruno wciąż żył, miałby teraz ponad osiemdziesiąt lat i może uznawany by był za klasyka literatury podróżnej, modyfikatora języka poetyckiego, tudzież najprawdziwszego reprezentanta utajnionych ruchów kontrkulturowych, często zredukowanych do wąskiego grona współbiesiadników i bliskich przyjaciół. Jego kontestacje miały charakter tyleż prywatny, co wpisywały się w szerszy trend socjologiczny, obserwowany od San Francisco do Paryża, od Ustki do Warszawy i od Bydgoszczy do Grudziądza. Wchodząc tak głęboko w polską prowincję, tworzył zarazem Bruno niepowtarzalne dokumenty pisarskie, świadczące o jego talencie i wrażliwości, możliwościach interpretacyjnych i wiedzy o człowieku.

___________

Ryszard Milczewski-Bruno, Podróże bez klucza, Wydawnictwo „Meander”, Więcbork 2016, s. 116.

O ROKU ÓW…! (3)

Chalkida – widok z okolic hotelu

8 kwietnia 2019 roku pojechałem na festiwal literacki do Grecji, który zorganizowała moja wieloletnia przyjaciółka Maria Mistrioti. Wraz z Hafifem Janabim przelecieliśmy samolotem Ryanaira z Warszawy do Aten i po niespełna trzech godzinach byliśmy już w kraju Homera i Platona. Ateny przywitały nas deszczem i mgłą, ale było dość ciepło, co zauważyłem wychodząc po schodach z samolotu i przyglądając się dalekim, granatowym wzgórzom w oddali. Maria poprosiła mnie, bym nominował kilku poetów do udziału w wydarzeniu i teraz cieszyłem się, że spotkam się z zaprzyjaźnioną gromadką, którą spotykałem najczęściej podczas chińskich festiwali literackich. Niezawodnie stawili się Hassanal Abdullach z Nowego Jorku, Germain Droogenbroodt z Belgii, Kornernelis Platelis z Litwy i Amir Or z Izraela, a grupę uzupełnił także tajwański nestor poezji Kuei-shien-Lee, nominowany przez Hatifa. Czekając na autobus, który przewiezie nas do Chalkidy, krążyliśmy trochę po ateńskim lotnisku i wyławialiśmy się wzajemnie. Potem wreszcie wsiedliśmy do wygodnego pojazdu i ruszyliśmy w kierunku wyspy Eubea, na której mieszka Maria Mistrioti i na której miał rozegrać się festiwal, dotowany przez władze i indywidualnych sponsorów. Choć padał deszcz i opary czasem zasłaniały widoki, pojawiły się przestrzenie charakterystyczne dla tego wyspiarskiego kraju, poprzeplatanego wodą, odsłaniającego dalekie szczyty górskie, w tej porze roku jeszcze pokryte śniegiem. W czasach, gdy przyjaźniłem się z Nikosem Chadzinikolau, kilkakrotnie planowałem wyjazd do Grecji, ale jakoś się to nie udało i teraz jego obecność w moim życiu symbolicznie podkreślali, biorący udział w festiwalu, jego syn i wnuczka. Patrzyłem szeroko otwartymi oczyma na mijane zatoki, okręty stojące przy brzegach i ruszające ku jakimś celom, a nade wszystko na ludzi, pojawiających się w miastach i miasteczkach.

Zatoka w Chalkidzie

Podróż nie trwała długo i niebawem znaleźliśmy się w wygodnym hotelu, położonym blisko zatoki i otoczonym tropikalną roślinnością. Szybko też okazało się, że posiłki przygotowywane dla nas były bardzo obfite i kilkuskładnikowe, co niestety zburzyło moje założenie, że trochę się odchudzę. Najlepiej mi to wychodzi podczas, festiwali w Kraju Środka, gdzie serwuje się mnóstwo warzyw i ryb, ale w Kolumbii, gdzie jadłem sporo ananasów i mango, także udało mi się zrzucić kilka kilogramów. Pierwsza kolacja była okazją do poznania wszystkich uczestników i do odnowienia dawnych znajomości, tudzież do wspaniałych rozmów i dyskusji. Świetne, greckie wino i piwo rozwiązały nam języki, więc wracałem do pokoju zadowolony, wziąłem gorący prysznic i poszedłem spać, słysząc dziwne pohukiwanie jakiegoś wodnego ptaka. Następnego dnia, od samego rana, z aparatem fotograficznym i w dobrym nastroju, ruszyłem z hotelu ku brzegowi morza, podziwiając daleki, ośnieżone szczyty, tonące w granatowej mgle i przywodzące na myśl Olimp i Zeusa. Schodząc niżej i zauważałem pojedyncze mewy, unoszące się nad tonią, zmierzające w stronę zjawiskowego cypla,  z lewej strony, albo ku dalekim domom miasta, rysującym się za zatoką. Fotografuję rośliny w ogrodzie i robię wiele zdjęć panoramicznych, a nade wszystko wsłuchuję się w siebie w chwili magicznej, z dawien dawna oczekiwanej i mającej się wydarzyć w roku 2019, jednym z najlepszych, które przeżyłem. Dochodzę do kamienistego brzegu i starym swoim zwyczajem podnoszę kilka kamieni, które zabiorę do domu, choć podobno nie wolno ich z Grecji wywozić. Wracam do hotelu i widzę, że nasza grupa zbiera się już na wyprawę do miasta, gdzie Maria pokaże nam niektóre zabytki i zabierze na obiad w typowej greckiej restauracji, serwującej owoce morza, ryby i sporo dań warzywnych. Wchodzimy do starego greckiego kościoła ortodoksyjnego, zwiedzamy muzeum, przyglądamy się domom i ulicom, a nade wszystko rozmawiamy i wymieniamy uwagi na temat tego, co zauważamy. Jak zwykle, odłączam się od grupy i fotografuję sporo ciekawych obiektów, zachwycam się kwiatami, pomarańczami, mandarynkami i cytrynami, dojrzewającymi na drzewach.

Niezwykła roślina z dziedzińca twierdzy Karababa

Jesteśmy na wyspie Eubea, którą Rzymianie nazywali Negroponte, a którego Chalkida jest dzisiaj głównym miastem. Maria proponuje nam przejazd do muzeum archeologicznego, usytuowanego wysoko na beockim wybrzeżu, w obrębie dawnej twierdzy Karababa, zbudowanej przez Turków w 1684 roku, by chroniła miasto przed agresją Republiki Weneckiej. To spora przestrzeń, pełna starych budowli i murów, z których znakomicie widać niemal całą Chalkidę i ośnieżone góry w dalszych planach. Przy tych kamiennych pamiątkach dawnych wieków rośnie wiele krzewów, niewielkich drzew, a pomiędzy kamiennymi duktami ścieli się dywan z kwiatów i ziół. Zrobiłem tam wiele zdjęć, ale dopiero po powrocie do Polski zauważyłem fotografię niezwykłej urody, dokumentującą kruchość naszego świata. Nie wiem co to są za kwiaty, rosnące na niewielkim krzewie, amarantową barwą wyraziście odcinające się od mętnej zieleni tła. Mogą należeć do rodziny storczyków, ale równie dobrze mogą być odmianą azalii, fiołków – trudno powiedzieć. Zatrzymane w kadrze świadczą o tym, że je zauważyłem, zrobiłem zdjęcie i pośród wielu ujęć to jedno okazało się najlepsze. Pierwszy plan jest tutaj dobrze oświetlony, wyrazisty, co pozwala wyodrębnić delikatne pręciki i płaszczyzny barwne poszczególnych płatków. Struktura tych kwiatów jest niezwykle delikatna, zdumiewająca w swojej oryginalności i lekkości, w chwilowym zawieszeniu nad ziemią. Może ilustrować kruchość wszelkiej egzystencji na naszej planecie i stać się symbolem roślinnej subtelności, pośród szarych krajobrazów. Zwiedzam też muzeum, w którym fotografuje wiele płaskorzeźb i monumentów, a nade wszystko czytam anglojęzyczne opisy poszczególnych artefaktów.  Wraz z przyjaciółmi wdrapuję się na mury i platformy i robimy sobie wiele fotografii, które pozostaną w naszych domowych albumach, na Instagramie, Facebooku i w dziennikach. Tutaj też przeżywam ogromne wzruszenia, gdy widzę grecka flagę nad starymi murami, albo gdy przyglądam się dalekim planom miasta, tak cudownie rozprzestrzeniającego się wokół ultramarynowych wód.

Na brzegu w Eretrii

Następnego dnia jedziemy najpierw do jednej ze szkół średnich Chalkidy, gdzie spotykamy się z młodzieżą i dyskutujemy z wieloma uczniami po angielsku o poezji i sztuce. Potem udajemy się do po bliskiej Eretrii i w siedzibie pani burmistrz znowu wypowiadamy się na różne tematy, związane z literaturą, Grecją i naszym festiwalem. Zostajemy zaproszeni na wystawny obiad w restauracji, położonej przy brzegu Południowej Zatoki Eubejskiej, gdzie – ku naszemu zdumieniu – wita nas po polsku właścicielka, która wyszła za mąż za Greka i od wielu lat prowadzi niewielki biznes w tym miejscu. Czekając na obiad, wychodzę na zewnątrz i fotografuję wielkie statki pasażerskie i handlowe, rośliny, domy, a nade wszystko przestwór morski, połyskujący w południowym słońcu. Na obiad jemy świeżą rybę, popijamy piwem lub doskonałym białym winem, a potem ruszamy do muzeum archeologicznego, gdzie fotografuję znowu wiele rzeźb. Dalej droga wiedzie ku starożytnemu amfiteatrowi, gdzie wciąż trwają prace archeologiczne, nie dające wszakże jeszcze wyobrażenia, jak obiekt ten wyglądał w starożytności. Rozmawiamy z sympatyczną panią archeolog, umorusaną w błocie i wskazującą nam najciekawsze miejsca, a potem prowadzącą nas ku dobrze zachowanym murom, na tle których robimy sobie wiele zdjęć. Odchodzę od grupy i fotografuję sporo roślin, a także zatrzymuję się w pewnym oddaleniu i kontempluję starożytne pozostałości po niegdyś potężnym państwie greckim. Rozmyślam o przemijaniu, które nie omija nikogo i niczego, cieszę się też, że moje wieloletnie zainteresowania starożytnością, znajdują tutaj swoją egzemplifikację. Archeolog mówi o dramatach i komediach, które wystawiane były w amfiteatrze eretryjskim, a ja wyobrażam sobie Antygonę mówiącą: O ukochana siostro ma, Ismeno,/ Czy ty nie widzisz, że z klęsk Edypowych/ Żadne za życia los nam nie oszczędza?/ Bo nie ma cierpień i nie ma ohydy,/ Nie ma niesławy i hańby, które by/ Nas pośród nieszczęść pasma nie dotknęły./ Cóż bo za rozkaz znów obwieścił miastu/ Ten, który teraz władzę w ręku dzierży?/ Czyś zasłyszała? Czy uszło twej wiedzy,/ Że znów wrogowie godzą w naszych miłych? Powoli wracam do grupy, żartuje z roześmianą poetką z Szanghaju, jeszcze raz rzucam okiem na ruiny starożytnego teatru i podążam do autobusu, który wiezie nas z powrotem do hotelu.

Chalkida – miejsce spotykania się prądów morskich

Wieczorem wychodzę na taras hotelowy i kontempluje dalekie światła Chalkidy, połyskujące w mroku, jak drogocenny diadem. Znowu odzywa się dziwny, tubalny, ptasi głos, który może należeć do nura, pojawiającego się czasem na wybrzeżu greckim. Czuje się spełniony i zaspokojony, a jednak jakiś dojmujący smutek pojawia się w moich myślach. Wracam do pokoju hotelowego, siadam przy biurku i piszę wiersz pt. Nostalgia: Twoje drogi wiodą cię/ ku dalekim krainom/ i nagle stajesz u wrót/ doliny otoczonej górami/ świetlista tafla morza zaczyna/ taniec snu pośród sinych/ mgieł i niebieskich oparów/ zdążałeś wytrwale do celu/ aż wstąpiłeś/ w nieskończoność/ przymrużone oko świtu/ zamknięta powieka zmroku/ odgrodziły cię od bólu/ i czarnej pamięci/ nostalgia jak zmurszała maska czasu/ krwawiła w zranionej/ świadomości. Noc mija szybko i po porannym prysznicu melduję się na śniadaniu, jak poprzednio, zbyt obfitym i jakże różnorodnym. Mam co najmniej godzinę do kolejnego wyjazdu, więc jeszcze raz idę nad brzeg morza i przyglądam się dalekim statkom, charakterystycznym łodziom rybackim, a nade wszystko fotografuję szerokie przestrzenie, roślinność, skały i kamienie na brzegu. Czas mija szybko, więc zbieram się i jako jeden z ostatnich wchodzę do autokaru, który wiezie nas na główną imprezę festiwalu, do siedziby burmistrza. Maria robi, co może, by wszyscy byli zadowoleni, a włodarz miasta chodzi od pisarza do pisarza i ściska dłonie, dziękuje za przyjazd do Chalkidy, zawsze otwartej dla twórców. Czytamy wiersze, wręczamy Europejskie Medale Poezji i Sztuki HOMER, Amirowi Orowi i Romainowi  Droogenbroodtowi, z przyjemnością oglądamy występy artystyczne Greków i Greczynek. Następnie udajemy się na nabrzeże Cieśniny Ewripos by zobaczyć słynne miejsce, w którym wody przepływają z południowej do północnej Zatoki Eubejskiej i kilka razy na dobę zmieniają kierunek przemieszczania się prądów. Wchodzimy do kolejnej restauracji i jemy wspaniały obiad, znowu kilkuskładnikowy, dodatkowo wzmocniony świetnym czerwonym winem i zamawianym indywidualnie piwami Mythos, Efes lub Levante, z browaru umiejscowionego na wyspie Zakynthos.

Ruiny świątyni Apollina w Delfach

Nowy dzień przynosi wyprawę do Delf, miejsca urodzenia Nikosa Chadzinikolau, którego członkowie szerokiej rodziny stale tam mieszkają. Eubeę opuszczamy długim mostem i podróżujemy przez spory kawałek Grecji Środkowej, aż do stóp Parnasu, trzynaście kilometrów od Zatoki Korynckiej. W czasach antycznych znajdowało się tam sanktuarium poświęcone Appolinowi, a nieco niżej zbudowano centrum Ateny Pronaji, czyli Strażniczki Świątyni. Najpierw przejeżdżamy przez współczesne Delfy, usadowione tarasowo na zboczach, pełne czarujących, wąskich uliczek i budowli typowych dla tej części Grecji, a potem kierujemy się do muzeum archeologicznego, słynącego z rzeźb i innych cennych zabytków starożytności. O miejscu tym mówi mit o dwóch orłach, wysłanych przez Zeusa z krańców kosmosu, by znalazły „pępek” świata. Natkniemy się też na opowieść o Gai – Matce Ziemi, której sanktuarium strzegł wąż Pyton, pokonany później przez Apollina. To ten grecki bóg ustanowił wyrocznię w tym miejscu, a jego przepowiednie miała przekazywać Pytia.  Początkowo czczono tu Posejdona i Dionizosa, uprawiano też kult kamieni (omfalos), ale od VII wieku przed naszą erą zainicjowano kult boga piękna, światła, życia i śmierci.  Wchodzimy do muzeum, w którym fotografuję wiele płaskorzeźb i rzeźb, przyglądam się wytworom greckiego geniuszu artystycznego, kamiennym wyobrażeniom bóstw, filozofów i władców. Delfy ugruntowały swoją sławę już w czasach archaicznych, a wyrocznia delficka uważana była za jedną z najbardziej wiarygodnych i miała przewidzieć, między innymi wyprawę Argonautów i wojnę trojańską, tudzież zakładanie kolonii przez Greków. Po bodaj dwugodzinnym zwiedzaniu muzeum, wychodzę na zewnątrz i podążam ku ruinom sanktuarium apollińskiego i antycznego cmentarza, pełnego kolumn i kamieni nagrobnych. Robię wiele zdjęć, które zapewne przydadzą mi się do przygotowywanej książki o czasach, sztuce i literaturze starożytnej. Spore wzniesienia wymagają dobrej kondycji, ale nie narze3kam na jej brak i dzielnie podążam ku kolejnym, interesującym miejscom. W zjawiskowych ruinach świątyni Apollina spotykam Hatifa i Amira i potem wraz z nimi wracam ku placowi, gdzie przewidziano zbiórkę całej grupy.

Sanktuarium Ateny Pronaia w Delfach

Wsiadamy do autobusu i jedziemy kilkaset metrów niżej, by zobaczyć sanktuarium Ateny, umiejscowione na jednym ze zboczy, specjalnie zniwelowanym do tego celu. W naszej grupie jest sporo starych ludzi, po sześćdziesiątce, po siedemdziesiątce, ale nawet nasz osiemdziesięcioletni kolega z Tajwanu rusza w dół, ku jakże zjawiskowemu miejscu. Droga wiedzie zakosami ku widniejącym w dali kolumnom i kamieniom, które kiedyś były częścią budowli dla kapłanek. Tutaj czuje się wyraźnie powiew starożytności, a zdruzgotana budowla przywołuje moje liczne lektury i młodzieńcze marzenia, związane z wyprawami do Grecji. Robimy sobie zbiorowe zdjęcia, a niektórzy uczestnicy festiwalu czekają aż grupa się oddali i wtedy proszą o indywidualne fotografie, dokumentujące ich pobyt w tym miejscu. Sanktuarium Ateny Pronaja zbudowano w pewnym oddaleniu od świątyni apollińskiej, by bóstwa ze sobą nie rywalizowały. Właściwie były tam trzy świątynie, poświęcone Atenie, dwie wzniesione z tufu i trzecia z wapienia, a także eolski skarbiec Massalczyków i obiekt dorycki. Z okresu klasycznego odkryto też temenos herosów, ołtarz Ateny Pronaja, ołtarz Higiel i Ejlejtyi. Odbudowano tylko częściowo tolos, a choć są tam teraz tylko trzy wielkie kolumny i część kręgu środkowego, dają one wyobrażeni e o urodzie tego miejsca i jego randze w dawnych wiekach. Jak zwykle w takich sytuacjach, żałuję, że nie jestem tu sam, ale czekam cierpliwie aż wszyscy ruszą z powrotem, do autobusu i choć przez kilka minut rozkoszuję się w samotności niezwykłością tego miejsca. Wędrując pod górę, przystaję co jakiś czas, bo jestem na wysokości ok. 500 metrów nad poziomem morza i wyraźnie to czuję. Te przerwy wykorzystuję na fotografowanie endemicznej, górskiej roślinności, wypatruje ptaków, a nade wszystko odwracam się za siebie i z wielu miejsc robię zdjęcia sanktuarium ateńskiego. Jako jeden z ostatnich wchodzę do pojazdu, który rusza ku miasteczku, gdzie zjemy obiad i zaczniemy się dzielić refleksjami na temat tego, co tego dnia zobaczyliśmy. Usadawiam się przy stole tuż przy Hatifie i Hassanalu, zostawiam kurtkę, a tylko w koszulce wymykam się ku uliczkom Delf. W sklepach z pamiątkami kupuję gustowne magnesy na lodówki dla mnie i dla moich dzieci, a także sporo innych przedmiotów, symbolizujących Grecję. Na obiad jemy pieczone ziemniaki, rybę, sporo warzyw, a wszystko popijamy sokiem pomarańczowym, winem i doskonałym piwem Zorbas.

 Rzeźba Antinosa z muzeum w Delfach

W naszym świecie wszystko ma swój początek i koniec, a piękne chwile jakże szybko mijają. Na szczęście został nam jeszcze ostatni dzień festiwalu, który przyniósł długo oczekiwaną wyprawę do Aten. Po dwóch godzinach jazdy autostradą docieramy do stolicy Grecji i od razu kierujemy się do Muzeum Akropolu, które od 2009 roku mieści się w nowoczesnym budynku, zaprojektowanym przez szwajcarskiego architekta Bernarda Tschumiego. Po latach niszczenia i rabowania zabytków przez Turków, Wenecjan, Anglików, władze greckie postanowiły stworzyć muzeum, w którym zostałyby zachowane dla potomnych wspaniałości architektury i sztuki rzeźbiarskiej Akropolu i jego okolic. W wieku XIX i XX kilkakrotnie przebudowywano i powiększano ten obiekt, rosła też stale liczba artefaktów eksponowanych w nim. Dopiero jednak u końca pierwszej dekady XXI stulecia oddano do użytku funkcjonalny budynek, ulokowany na autentycznych ruinach, w którym znaleźliśmy się wraz z setkami turystów. Nie lubię zatłoczonych muzeów i zbyt natrętnych przewodników, zatem szybko oddzieliłem się od grupy i zacząłem chodzić swoimi ścieżkami. Co jakiś czas obsługa zwracała mi uwagę, że nie wolno fotografować niektórych rzeźb, ale jakoś udawało mi się przechytrzyć niezwykle zasadnicze panie i zrobić nieco zdjęć bez flesza. Po obejściu wszystkich pięter, dowiedziałem się, że zbierzemy się przed muzeum dopiero za godzinę i ruszymy na obiad. Natychmiast też podjąłem decyzję, że ruszę piechotą ku Partenonowi, bo przecież od dawna chciałem się tam znaleźć. Droga ku głównemu wejściu, dość stroma i uciążliwa, zabrała mi zaledwie piętnaście minut, więc obliczyłem, że na zwiedzanie świątyni zostanie mi jakieś pół godziny. Na szczęście miałem przy sobie legitymację dziennikarską, która umożliwiła mi szybkie i bezpłatne wejście na teren wykopalisk i rekonstrukcji. Zrobiłem sporo zdjęć i zatrzymywałem się w miejscach szczególnych, rozmyślając i planując rozdziały mojej książki o czasach i sztuce starożytnej. Mój pobyt w tym miejscu potwierdził moje wieloletnie przeświadczenie, że kiedyś ją napiszę i zilustruję własnymi fotografiami, tym bardziej, że wiele tekstów składowych już powstało.

Odbudowywany Partenon

Przechodzę kolejne poziomy, mijam schody i kamienne platformy i już jestem przy Partenonie, czyli świątyni Ateny Dziewicy, wzniesionej z białego marmuru pentelickiego w V wieku przed naszą erą, według planów Iktinosa i Kallikratesa, a pod nadzorem samego Fidiasza. Jeszcze teraz wyraźnie rysuje się porządek dorycki budowli, choć wszystko psują rusztowania, betoniarki i dźwigi stojące na budowie. Staram się jednak tak kadrować zdjęcia, by nie znalazły się one na fotografiach i szybko obchodzę dookoła całe wzgórze świątynne. Roztacza się z niego wspaniały widok na Ateny, ogromne, czteromilionowe  miasto położone na równinie między Zatoką Sarońską, należącą do Morza Egejskiego, a czterema górami: Egaleo, Hymet, Pentelejkon i najwyższą z nich – Parnitą (1423 m n.p.m.). Stosunkowo niedawno pisałem w moim dzienniku o Atenie i jej świątyni, więc otwieram go w iphonie i czytam: Dzięki współczesnym rekonstrukcjom możemy zdać sobie sprawę jak wielkim szacunkiem darzono Atenę – rzeźba dłuta Fidiasza, znajdująca się w Partenonie, jest tego wyrazistym dowodem, a choć nie przetrwała do naszych czasów, nowoczesne techniki audiowizualne pozwoliły ją w całości zrekonstruować. Grecki rzeźbiarz wykonał ją w latach 447–438, stosując technikę chryzelefantową (nakładanie na drewnianą konstrukcję płyt złota i kości słoniowej) i przydał wiele dodatkowych elementów. Rzeźba miała dwanaście metrów wysokości wraz z bazą, oszałamiała bogactwem, dekoracyjnością i rozmachem artystycznym i przyczyniła się do nieśmiertelnej sławy jej autora. Posąg umieszczony we wnętrzu Partenonu wyobrażał majestatyczną boginię w złotym hełmie i długim, powiewnym peplosie. Atena wyposażona została także w złotą figurę Nike na prawej dłoni, o rozmiarach żywej kobiety (1,77 m) oraz kunsztownie przyozdobioną egidę i włócznię przy lewym boku. Na szczycie jej hełmu Fidiasz umieścił gryfa z dwoma sfinksami, na egidzie głowę Meduzy, na sandałach sceny z centauromachii, a na fryzie moment narodzin Pandory, której to przygląda się dwunastu bogów. Rzeźbę wielokrotnie uzupełniano, a jej kruszec, wagi ok. 1151 kilogramów stanowił skarb państwa ateńskiego. Losy tego przedstawienia dopełniły się w piątym wieku naszej ery, kiedy to miał miejsce ogromny, destrukcyjny pożar. Przypuszcza się też, że złoto i kość słoniowa zostały wywiezione przez Turków do Konstantynopola, gdzie zostały użyte do wykonania innych wytworów.

Widok ze wzgórza świątynnego na Ateny

Od dłuższego czasu trwają prace rekonstrukcyjne na wzgórzu akropolskim i planuje się odzyskać oryginalne, marmurowe rzeźby z muzeów europejskich, a także odtworzyć ze współczesnych materiałów ogromny posąg Ateny Dziewicy (gr. Partenos). Teraz byłem w tym ważnym dla kultury światowej miejscu i robiłem zdjęcie za zdjęciem, co jakiś czas zerkając na zegarek – okazało się, że pół godziny w zupełności wystarczyło by obejść wzgórze, zatrzymać się przed erechtejonem z kopiami słynnych kariatyd, a nade wszystko przystawać w najlepszych miejscach widokowych i patrzeć w zadumie na Ateny. Z ociąganiem zszedłem z Akropolu i powędrowałem z powrotem ku muzeum, przed którym zbierała się już nasza grupa. Wsiedliśmy do autokaru i przez zakorkowane ulice przejechaliśmy do wspaniałej restauracji, w której uraczono nas obfitym obiadem, wzbogaconym wspaniałymi winami. W znakomitych humorach wracaliśmy do hotelu w Chalkidzie, gdzie natychmiast położyłem się na krótką drzemkę. Po przebudzeniu, czując, że czas pobytu w Grecji kończy się, jeszcze raz poszedłem nad brzeg zatoki, a potem długo patrzyłem z góry na zachód słońca, rozlewające się barwy, na dalekie szczyty i chłonąłem rzeczywistość tego miejsca i czasu, który umykał bezpowrotnie. Następnego dnia ruszyliśmy autokarem na lotnisko w Atenach, a stamtąd – znowu z Hatifem – udaliśmy się samolotem do Modlina, skąd często latają statki powietrzne Ryanaira. Lecąc nad chmurami przeglądałem zdjęcia w moim Canonie i jeszcze raz przed oczyma pojawiły mi się wydarzenia tych kilku dni, sfotografowane rzeźby, budynki, rośliny i ludzie, przyjaźni i pełni empatii dla przyjezdnych gości. Maria zapowiadała powtórzenie festiwalu w następnym roku, ale nie mogła wiedzieć, że sytuacja na świecie tak diametralnie się zmieni, a drobinka zwana koronawirusem unieruchomi potężne odrzutowce, koleje, statki morskie i samochody i każde ludziom siedzieć w domach. Może jednak jesienią nie będzie drugiego ataku wirusa i wszystko zacznie wracać do normy i znowu poeci przylecą do gościnnej Chalkidy by czytać wiersze, zwiedzać piękny kraj i jego wspaniałe zabytki.

Północna Zatoka Eubejska

Ozdobny żyrandol w kościele w Chalkidzie

Mozaika

Dawny meczet

Dzwonnica

Od lewej: Dariusz Tomasz Lebioda, Hatif Janabi, Germain Droogenbroodt, Amir Or

Organizatorka festiwalu Maria Mistrioti i Hassanal Abdullah z Nowego Jorku

Eubea – Zatoka

Twierdza Karababa

Karababa

Widok z murów twierdzy Karababa

Germain Droogenbroodt, Amir Or, Hassanal Abdullah i Maria Mistrioti

Cieśnina pomiędzy Południową Zatoką Eubejską i Północną

Widok z brzegu w Eretrii

Brzeg w Eretrii

Statki w okolicach Eretrii

Grecka flaga

Amfiteatr w Eretrii – zachowane kamienie

Amfiteatr w Eretrii

Promenada w Eretrii

Grecja…

Okolice Delf

Germain Droogenbroodt i poeta z Tajwanu Kuei-shien Lee

Dalekie góry w okolicach Delf

Ruiny świątyni Apollina w Delfach

Ruiny starożytnego cmentarza w Delfach

Gdzieś tam jest Parnas…?

Delfy

Współcześni bogowie i boginie  w sklepie z pamiątkami w Delfach

Widok na Zatokę Koryncką

Sanktuarium Ateny Pronaia koło Delf

Akropol z zewnątrz

W drodze ku Partenonowi

Erechtejon

Panorama Aten

Ruiny wielkiej bramy

Brama

Pozostałości po starożytnych kolumnach

Rekonstruowany Partenon

Widok Aten z Akropolu

Erechtejon z kariatydami, w którym Turcy urządzili harem

Partenon

A tak wyglądał monument Ateny z Partenonu – rekonstrukcja z Nashville

 

Prace przy Partenonie

Jeszcze jedno spojrzenie na świątynię Ateny Dziewicy

I rzut oka z daleka

Akademia Ateńska

« Older entries

%d blogerów lubi to: