DAWNA KOLEKCJA (8)

Szczególne miejsce w mojej utraconej kolekcji miała seria znaczków z Konga Belgijskiego prezentująca afrykańskie maski, totemy i hebanowe figurki. Różniły się kolorami – od czerwieni, przez zieleń, błękit i szarość do barwy pomarańczowej – i cenami, podanymi we frankach. To były lata siedemdziesiąte dwudziestego wieku i czytałem wtedy wiele książek o Afryce, o odważnych podróżnikach i misjonarzach, ale też czasami sięgałem po dziwne opracowania polityczne, estetyczne i etnograficzne. Gdy zatem mój filatelista przedstawił mi tę serię, moje oczy roziskrzyły się i od razu ją kupiłem, choć cena była bardzo wysoka, zapewne większa, niż rzeczywista wartość tych walorów. Te maski i totemy ekspandowały moją wyobraźnię do samego centrum Czarnego Lądu i rodziły podziw dla umiejętności manualnych czarnoskórych artystów. Patrząc na mapy i zerkając na znaczki, wyobrażałem sobie tańce przy ogniskach, tancerzy w jutowych sukniach, z maskami na głowach. A w okolicy rodowych i wioskowych totemów widziałem czarowników, szamanów, starszyznę i wodzów, którzy moderowali uroczystości i przydawali im powagi. Zapewne, w zamierzchłych czasach, miały tam miejsce obrzędy kończące się kanibalistyczną ucztą, a maski niejedno widziały. Jakże fascynowała mnie ich afrykańskość, to połączenie prymitywizmu z wyrafinowaniem artystycznym i umiejętnością skrótowego oddania funkcji plemiennej i pierwiastkowych uczuć. Maski zawsze odgrywały ważną rolę w ceremoniałach kulturowych, wzmacniając rangę ich uczestników lub działając na wyobraźnię widzów – będąc rodzajem rekwizytów teatralnych, przypominały też o zakorzenieniu w rzeczywistości tajemnej, odsłaniającej się w upojeniu alkoholowym lub po spożyciu narkotyków. Chodziło też o to, by wywołać wrażenie, że czarownicy lub szamani dysponują niespotykanymi mocami transmigracyjnymi, mogą udawać się do krain zmarłych lub przywoływać z nich duchy. Łatwo można sobie wyobrazić jakie wrażenie robiły te artefakty kulturowe na dzieciach i młodzieńcach, przygotowujących się do obrzędów inicjacyjnych. To było jakby bezszelestne wnikanie w świadomość i przenikanie do podświadomości, a potem gra tajemnych znaczeń w myślach i snach. Urodziłem się w kwietniu 1958 i w ósmej dekadzie ubiegłego stulecia, gdy z taką pasją zbierałem znaczki pocztowe, miałem zaledwie kilkanaście lat, a więc nie odszedłem daleko od dziecinnych wyobrażeń i snów. Wszystko wtedy kształtowało się we mnie, a nade wszystko potężniał paradygmat literacki i artystyczny, który miał stać się istotą mojego życia. Może maski i totemy z kongijskich znaczków nie oddziałały na moją wyobraźnię w takim stopniu, jak czyniły to realne kształty podczas afrykańskich ceremonii, ale na pewno pobudzały twórcze myślenie. Może dlatego później tak wiele surrealistycznych rysunków stworzyłem i z ogromną mocą dążyłem do zapisania moich doświadczeń w wierszach, prozie i eseistyce. Internet jest cudownym wynalazkiem, więc bez trudu odnalazłem w nim moją serię, dawno przepadłą w przepaściach przeszłości i zdawać by się mogło nieodwołalnie straconą. Jeśli umie się z niego korzystać, owoce mogą być niezwykłe, a dawne pasje mogą wrócić do nas z niezwykłą intensywnością – ściągając obrazy tych znaczków, przypomniałem sobie z jaką nabożną czcią wsuwałem je za celofanowe taśmy do mojego klasera. Sąsiadowały tam z seriami prezentującymi zwierzęta na sawannach, zebry i antylopy, drapieżne koty, małpy i wiele, wiele ptaków, które szczególnie kochałem. Może tego rodzaju pasje – a zbierałem jeszcze egzotyczne banknoty, widokówki, książki, a nawet etykiety zapałczane – uchroniły mnie od popełniania przestępstw, które stały się udziałem moich kolegów. Nie bierzemy się znikąd, a wiele kształtujących nas treści i zdarzeń, ma ogromny wpływ na to kim w końcu będziemy i co w życiu osiągniemy.

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (V)

Nagle dał się słyszeć narastający i ogromniejący pomruk, a potem przeciągły, ostry świst. Skrzydlaci rozpierzchli się w różne strony, a nad Yasmenem pojawił się anioł większy od innych, ubrany w złotą, połyskującą zbroję i szkarłatną szatę. Trzymał w ręku dziwnie powyginaną laskę, jakby kryształowy pastorał, albo monstrualną różdżkę. Jego wzrok przenikał przestrzeń, ale też sondował myśli, wnikając do świadomości i skanując je od chwil pierwszych do ostatnich. Yasmen poczuł dotknięcie ciepła i z miłością zgodził się na jego obecność, ale to trwało ledwie ułamek sekundy, jakby nawiedził go rześki powiew, który tak samo szybko zniknął. Teraz odczucie było przerażające, jakby nagle zawaliły się podstawy przestrzeni niebieskiej, a dobro oddaliło się nie wiedzieć gdzie. Na szczęście po chwili wszystko wróciło do normy i przybliżył się szum rozmów anielskich, bliskich i dalekich, głośnych i szeptanych.

– Widziałeś go…? – pytał z przejęciem czerwony z drużyny Yasmena, ze skrzydłami różowiejącymi na końcach.

– Wszyscy go widzieli i poczuli… – odpowiedział niebieskawy z białymi, rozwianymi włosami.

– To był on…? – pytał dalej pierwszy.

– Któż by inny, tylko on tak przenika nas do głębi i przydaje boskiej mocy… – odrzekł drugi.

Yasmen nagle zatrzymał się w pędzie i dał znak swojej drużynie by też wyhamowała. Chciał rozejrzeć się dookoła i zobaczyć może jakiś ślad po archaniele, bo w sobie już go nie mógł znaleźć. Wszystko zostało zatarte, jakby nic się nie zdarzyło, jakby tylko przez chwilę złota zbroja zalśniła w przestworze, a szkarłatna szata załopotała jak flaga nieskończoności i pełni. Drużyny podążały w górę za swymi przewodnikami i szybko wnikały w wielkie wirowiska, pulsujące rytmicznie i oddalające się szybko. Aniołowie z jego drużyny czekali na znak i wymownie patrzyli na siebie, czasem tylko zerkając w górę, wiedząc, że sygnał zaistnieje w każdym z nich.

– Jeśli Pan jest tak samo czuły, to chciałbym już połączyć się z nim na zawsze – odezwał się zielonkawy, zamykający grupę.

– Bracie, nie może być inaczej, bo on jest miłością… Jeśli jest… – powiedział filozoficznie intensywniej zielony.

– Jak możesz wątpić, przecież poczułeś to ciepłe dotknięcie – obruszył się zielonkawy – odwieczny powiew nieśmiertelności…

– A jeśli to była ułuda…? – wątpił intensywniejszy – opowiadał mi stary Hadzibor, że w zamierzchłych czasach sadze z czeluści nauczyły się przyoblekać w kształt anielski i zwodzić tłumy, popychać je ku upadkowi.

Yasmen chciał się już włączyć do tej rozmowy, ale ubiegł go fioletowy anioł, który z początku drużyny śmignął na jej koniec i wzrokiem uciszył niedowiarka. Teraz już nic nie stało na przeszkodzie, by ruszyli dalej, choć właściwie dowódca nie wiedział gdzie mają lecieć. Wszystkie oddziały i pojedynczy skrzydlaci podążali ku rojowiskom, ale widać też było grupki lecące w inną stronę. Na ukos przestrzeni niebieskiej, albo w odwrotnym kierunku, nie brakowało też grup stojących w miejscu, czasem przez jedno lub dwa stulecia. Jego jednak coś ciągnęło w górę i był coraz bardziej pewny tego, że przeciśnie się przez armie serafinów i znajdzie przejście do Chórów i Tronów, a może nawet i do samego Pana. Spojrzał na pierwszą siódemkę i z radością przywołał w myślach ich imiona:  Darbon,  Dendes,  Babanel,  Froledan, Dalates, Nikomas, Rakapan… Kochał ich jak braci I jak synów, a każdy ruch ich lotek wprawiał go w rozmarzenie i przywoływał jakieś mgliste obrazy z ziemskiego życia. W drugim szeregu wyodrębnił Kolaresa, Dararana, Kakapena, Minosuta, Pludasa,  Biloredana i dziwnie się zachowującego Okinagesa. Każdy z nich o czymś myślał i każdy miał w sobie jego odbicie. Yasmen potrafił lokować ich myśli w osobnych przestrzeniach swej świadomości i przeglądać je jak karty wielkich ksiąg. Drużyna składała się z siedmiuset skrzydlatych wojowników, ale on znał ich wszystkich i gdyby ktoś mu kazał, wymieniałby po kolei: Olinopas, Bidolesan, Osmasa, Muduforet, Artman, Kostoponiel, Okinages. Za nimi jeszcze: Kalafont, Dulama, Kanaredan, Bayran, Hadzibor, Birofanes i Ostoporel. Karta za kartą, ale jedna z nich była szczególna… wspomnienie Olinopasa rozrzewniło go i poczuł niezwykłą więź z tym bytem. Jakby był jego rodzonym bratem, albo synem, jakby istnieli w tej samej ziemskiej przestrzeni, przed wniknięciem do sfery niebieskiej.

Olinopas wyróżniał się urodą – miał twarz dziecka, czerwone włosy i takież same pióra skrzydeł, ale najbardziej zdobiła go zielona szata, pełna złotych okruchów, które jakby kiedyś przyciągnęła ku sobie, w tajemnym procesie kształtowania i istnienia. Jego szeroka pierś pulsowała rytmicznie, dłonie miały subtelny kształt, a nogi były zgrabne jak u ziemskiej kobiety. Pozwalał sobie czasami wysforować się do przodu i lecieć tuż przy Yasmenie, czym narażał się innym aniołom. Kiedyś poczuł na ramieniu dłoń dowódcy i dreszcz przeszył jego jestestwo, powodując, że natychmiast oddalił się i ukrył w dalekiej siódemce. Długo nie mógł się po tym pozbierać, ale czuł, że zdarzenie to było ważne dla niego i dla Yasmena, który odtąd często słał mu jakąś czułą myśl, radził się w sprawach strategicznych lub wyznaczał mu zadania podczas postojów i kolejnych wznowień lotu. Kalafont uśmiechał się ironicznie i szeptał coś do uszu buntujących się braci, jakby chciał osłabić pozycję ulubionego anioła dowódcy. Ten zdawał sobie sprawę z wszystkiego, ale nie potrafił pohamować się w swoich decyzjach i stale forował urodziwego Olinopasa.

– Dlaczego on go tak wyróżnia – pytał Pludas Bayrana, ale zaraz też cichł pokornie, gdy słyszał w sobie złowrogi szept Yasmena.

– Każdy ma swoją rolę – mówił bez słów Yasmen – i każdy powinien robić to, co do niego należy. Trzymaj się szyku Pludasie i nie skłócaj naszych braci… Wszystkich traktuję jednako…

Pludas dołączył do swojej siódemki, odgarnął szerokim gestem niebieskawe włosy i tylko mrugnął okiem do lecącego przy nim Bayrana. Nie umknęło to uwadze dowódcy, ale właśnie mijali inny wielki oddział, więc skupił się na pozdrowieniu przewodnika. Wyciągnął dłoń, wydał rozkaz grupie i wysłał ku mijanym aniołom przesłanie od wszystkich:

– Pan z wami… Niechaj nieskończoność ściele się w waszych bytach jak odwieczna świętość…

– Niechaj przestrzeń niebieska chroni was w drodze… – usłyszeli odpowiedź.

BROMBERG (6)

Przed okazały budynek przy ulicy Gdańskiej 50 zajechał nowiutki czarny citroen z napędem na przednie koła i lśniącym znakiem firmowym, symbolizującym dwie cząstki nowoczesnych kół zębatych. Drzwi otworzyły się z impetem i z auta wyskoczył młody podoficer w czarnym mundurze, pięknie wyprasowanym, z czerwoną opaską na lewym ramieniu i wyrazistą swastyką na niej. Zatrzasnął drzwi i podążył ku schodom zewnętrznym, prowadzącym do głównych drzwi dawnej willi bogatego niemieckiego przemysłowca Wilhelma Blumwego. Teraz była to tymczasowa siedziba SS-Standartenführera Ludolfa von Alvenslebena, dowódcy Selbstschutzu na Pomorzu. Młody podoficer wszedł do głównego holu i skierował się ku sekretarce, siedzącej za biurkiem, na samym środku wolnej przestrzeni. Zasalutował z gracją, zszokowany urodą platynowej blondynki i jej pokaźnym biustem, zatrzymał dłużej wzrok na zgrabnych nogach, widocznych pod blatem, po czym odezwał się, mocno akcentując niemieckie słowa:

– Melduje się SS-Untersturmführer Willhelm Schroeder… Otrzymałem rozkaz stawienia się u mojego dowódcy…

Blondynka spojrzała przeciągle na urodziwego młodzieńca, zauważyła zielone oczy, pięknie lśniące oficerki i mundur, który musiała mu przygotować jakaś staranna kobieta, a potem odezwała się mocnym głosem:

– Hertha Kiebitz, sekretarka SS-Standartenführera Alvenslebena, już pana anonsuję…

Przełożyła jeszcze jakieś papiery z lewej strony biurka na prawą, uniosła się nieco ku górze, sięgając po pióro, które też przełożyła z lewa na prawo, po czym energicznie wstała, odwróciła się na pięcie i podążyła ku wielkim, dębowym drzwiom. Gdy się pochyliła, Willi zauważył natychmiast podniecający przedziałek pomiędzy jej zmysłowymi piersiami i fragment czarnego, koronkowego stanika, a potem szybko zlustrował jej sylwetkę, od czerwonych czółenek na wysokim obcasie, poprzez czarne szyfonowe pończochy z wydatnym szwem, skończywszy na plisowanej różowej spódniczce, opinającej zgrabny tyłek i czarnej marynarce, w klapie której widać było okrągły znaczek ze swastyką. Kobieta otworzyła drzwi bez stukania i wsunęła się do środka, a Willi podążył do przodu by ujrzeć chociaż cząstkę przestrzeni w gabinecie dowódcy. Niestety, niczego nie zobaczył, chociaż dobiegły do niego z prawej strony intymne szepty, a potem coś na kształt klapnięcia w tyłek i ciche śmiechy. Wreszcie sekretarka, nieco rozczochrana, wysunęła się z gabinetu i z lekkim rozbawieniem powiedziała:

– Standartenführer czeka na pana…

Jeszcze raz opromieniła go jej uroda i tym razem zauważył porcelanowo białe zęby, karminowe usta i niebieskie oczy. Uśmiechnął się do niej promiennie, jeszcze raz zawiesił wzrok na zgrabnej sylwetce i podążył ku otwartym, drzwiom. Wszedł do środka, zamknął je za sobą, a potem stanął naprzeciwko wielkiego, ciemnobrązowego biurka na wysoki połysk i siedzącego za nim łysawego mężczyzny. Nad nim wisiał wielki portret Adolfa Hitlera i sporo zdobnie oprawionych fotografii, prezentujących członków rodziny dowódcy i jego rodową posiadłość.

– Panie Standartenführer, melduje się Untersturmführer Schroeder…

Alvensleben wstał zza biurka i podążył ku młodszemu koledze, a gdy znalazł się przy nim, ujął go familiarnie lewą ręką za przedramię, a prawą położył na jego plecach. Następnie patrząc mu głęboko w oczy powiedział:

– Drogi Willhelmie, nie pomyliłem się co do ciebie… Reichsführer Himmler miał wątpliwości czy tak młody człowiek podoła naszym jakże ciężkim zadaniom… Ja jednak wstawiłem się za ciebie i byłem pewien, że wykonasz nienagannie moje rozkazy…

– Tak jest panie Standartenführer… Ku chwale ojczyzny i führera…

Dowódca uśmiechnął się promiennie i podszedł do niewielkiego stoliczka, na którym stały butelki alkoholu. Sięgnął po jedną z nich, zieloną, prostokątną z wizerunkiem jelenia. Przyjrzał się jej, obracając w dłoni, po czym powiedział:

– Lubisz Jägermeistera? To nasz nowy niemiecki wynalazek… Niczym Blitzkrieg…

Sięgnął po dwa duże kielichy i nalał do nich około pięćdziesiąt mililitrów alkoholu. Wstrząsnął lekko każdym z nich, po czym podszedł do gościa i podał mu trunek. Willi posmakował i jego pierwsze odczucie było bardzo pozytywne, o czym nie omieszkał natychmiast poinformować przełożonego.

– Wspaniały smak, panie Standartenführer…

– Tak mój drogi, a dodatkowo mamy tutaj specjalny podtekst w nazwie tego trunku – odrzekł Alvensleben.

Willi zdziwił się, nie rozumiejąc co przełożony ma na myśli,  ale czekał spokojnie na wyjaśnienie.

– Mistrz polowania… Tak, to my drogi przyjacielu… To my nimi jesteśmy. Mistrzami polowania na prymitywne istoty… Nasz führer wyznaczył nam cel i by go zrealizować musimy być twardzi jak stal naszych pocisków, jak pancerze naszych czołgów… Ty okazałeś się wspaniałym myśliwym… Zgasiłeś światło tym, którzy od dawna tkwili w ciemności… jakże podłym i marnym polskim podludziom… Mordercom Niemców…

– Tak jest panie Standartenführer…

– Przestań już z tymi funkcjami kochany chłopaku… Mów mi Bubi. Przecież mamy te same korzenie, a nasi przodkowie mieszkali od dawna na tej ziemi… Teraz ją przywróciliśmy do Rzeszy i nigdy już nie oddamy.  W tym budynku, należącym niegdyś do naszego znamienitego przedsiębiorcy, polska hołota urządziła swój klub i upijała się w tu na umór, plując na naszych kanclerzy i odgrażając się pruskim władcom.

Alvensleben podszedł raz jeszcze do stoliczka, sięgnął po zieloną butelkę i bez pytania dolał Williemu i sobie kolejną dawkę brązowego alkoholu. Uniósł kielich ku górze, potrząsnął nim lekko, po czym wypił wszystko do dna. Potem spojrzał na gościa i wzrokiem zasugerował mu, by zrobił to samo, a gdy ten wychylił zawartość kielicha, powiedział:

– Twoja akcja przy kościele na Szwederowie miała wzorcowy charakter. Gratuluję ci i dziękuję za nienaganne wykonanie moich rozkazów…

– Jestem gotów wykonać następne polecenia… – odezwał się Willi, rozochocony nieco alkoholem.

– O!!! O!!! O!!! To jest postawa godna pochwały – powiedział z emfazą Alvensleben – Tak, tak… nowe zadania czekają na ciebie. Pojedziesz na główny rynek miasta i tam, przy tym ich jezuickim kościele, rozstrzelasz dziesięciu Polaczków…

– Oczywiście, panie Standartenführer… to znaczy Bubi… – odrzekł Willi czerwieniąc się i patrząc w podłogę.

Dowódca zauważył to natychmiast i roześmiał się od ucha do ucha, a potem poklepał po plecach gościa i sformułował rozkaz.

– Proszę zatem jechać na rynek i pomścić Niemców zabitych przez polskie świnie podczas Krwawej Niedzieli, to rozkaz i święty germański nakaz!!! Wszystko tam już jest przygotowane, ordnung muss sein… Musisz tylko spędzić wielu przypadkowych świadków i złapać ich mocno za mordę. Poczekaj, aż zakładnicy zaczną rzęzić ze strachu, a potem wal w nich i zostaw trupy na widoku publicznym…

– Tak jest… – odrzekł Willi i zasalutował na pożegnanie, odwracając się służbiście na pięcie.

Alvensleben podążył do swojego biurka, a młodzieniec otworzył drzwi, a potem domknął je lekko po drugiej stronie.  Już kierował się ku wyjściu, gdy drogę zastąpiła mu sekretarka dowódcy i podała sekretnie jakąś małą kartkę. Jednocześnie odwróciła się od niego, zasiadła za biurkiem i powiedziała dość głośno, tak, by ją usłyszał dowódca:

– Do widzenia panie Untersturmführer Schroeder…

Willi służbiście skinął głową, sięgnął po swoją czapkę, założył ją szybko i ruszył ku wyjściu. Sprężyście zbiegł po schodach, prowadzących na ulicę, otworzył drzwi citroena, wsiadł do środka i nakazał kierowcy jechać na rynek. Serce waliło mu jak oszalałe i dopiero po kilku minutach otworzył prawą dłoń, rozpostarł na niej niewielki kawałek listowego papieru i przeczytał zapisana słowa:

– Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia…? Porozmawiajmy o tym, odwiedź mnie pojutrze o godzinie dwudziestej… polska nazwa ulicy: Chodkiewicza 1, pierwsze piętro. Tak łaknę bólu…

Przeczytał liścik trzy razy i coraz bardziej się rozpalał, czując, że potężnieje jego męskość, a w świadomości pojawiają się wyraziste, perwersyjne obrazy. Hertha rozbiera się przed nim i głaszcze go czule po piersiach, a potem bierze go za rękę i prowadzi do wielkiego łoża z czerwoną pościelą. Tak się zamyślił, tak podekscytował, że nie zauważył kiedy kierowca podjechał w okolice głównego miejskiego rynku i zahamował z piskiem opon. Jeszcze kilka sekund posiedział na swoim miejscu, a potem z rozmachem otworzył drzwi samochodu i wyskoczył na zewnątrz. Żołnierze popychali kolbami karabinów tłum ludzi, kierując ich w stronę kościoła, a po drugiej stronie placu maszerował rytmicznie niewielki pluton egzekucyjny.

PRZEBUDZENIA

Dopiero co wróciłem z kolejnej podróży do Chin i nie przestawiłem się jeszcze czasowo, wciąż trwając w orientalnej strefie godzinowej. Budzę się zatem po czwartej, czasem dosypiam trochę, innym razem nasłuchuję odgłosów nocy lub wstaję i idę na chwilę na górę. Wczoraj dwa razy wyszedłem na taras, by poczuć orzeźwiające chłodne powietrze i spojrzeć w niebo. Za pierwszym razem, około czwartej trzydzieści, odsłonił się przede mną odwieczny majestat konstelacji Oriona, takiej samej od miliardów lat, odbijającej się w oczach ludzi i zwierząt, połyskującej w mroźnych przestrzeniach i stającej się znakiem nieuchronnej wieczności. Chyba pospałem jeszcze ze dwie godziny i gdy po raz drugi, około szóstej czterdzieści, wyszedłem na taras, sytuacja diametralnie zmieniła się – na niebie królował księżyc w tajemniczej otulinie mgły, a pod nim lśniły nad horyzontem dwie planety: Wenus przemykająca bardzo nisko i Mars, goszczący w gwiazdozbiorze Panny. W pewnym momencie zobaczyłem też nikłe błyski październikowych Orionidów, meteorów wlatujących z ogromną szybkością do naszej atmosfery i generujących niezwykłe efekty wizualne. Robiło się coraz jaśniej, mleczne opary wstawały na wschodniej stronie nieba, a pod nimi zaczynały tężeć błękity i amaranty, żółcienie i fiolety. Wstawał nowy dzień, noc zwijała swoje czarne proporce, a moja świadomość podążyła ku pracom, które na mnie czekają. Jakiż to cudowny moment w życiu, gdy łagodnie wchodzi się w starość i zaczyna porządkować dorobek wielu, wielu lat, a przy tym nie zwalnia się tempa i wciąż tworzy się nowe teksty, rysuje i maluje, fotografuje i spogląda w oczy innym ludziom. Żyje się życiem świadomym i spełnionym…

DOMYKANIE KRĘGÓW

Poeci miewają różnorakie przeczucia; szczególnie, gdy mijają magiczne bariery wiekowe, wszak od młodego autora, mającego dwadzieścia kilka lat, niedaleko do mężczyzny w pełni wieku i do realnej starości, sankcjonowanej sześćdziesięcioleciem życia. Tak było też ze Zbigniewem Herbertem, pojawiającym się w tytule tego tomu, gdy opublikował w 1990 roku, w Instytucie Literackim w Paryżu, rozliczeniową Elegię na odejście. Ton tych wierszy i komentarze po jego ukazaniu się na rynku księgarskim, były jednoznaczne – oto wielki poeta żegna się ze światem. Na szczęście dla polskiej literatury, Herbert opublikował jeszcze za życia dwa tomy: Rovigo (1992) i Epilog burzy, a w roku śmierci ukazał się też zbiór, na którego kształt autor miał wpływ, zatytułowany 89 wierszy. Ryszard Częstochowski, w swoim nowym tomie, wyraźnie nawiązuje do formuły odejścia w niebyt i przekazania synowi schedy po sobie, a że życie bywa zmienne i zaskakujące, wcale nie musimy już żegnać się z poetą. Aczkolwiek zarówno tematyka nowych wierszy, jak i ich nastrój, odsyłają wyobraźnię czytelnika ku eschatologii, a efekt ten wzmacnia jeszcze motto ze znanego wiersza Herberta pt. Małe serce, mówiącego o zataczaniu kręgów życiowych i poniekąd nawiązującego do teorii względności Alberta Einsteina. Zaiste nic nikomu nie będzie/ darowane, ale liczy się też dorobek życiowy i jego liczne egzemplifikacje – urodzone dzieci i opublikowane książki, ludzie wzbogaceni w drodze ku konkretnym celom, a nade wszystko ferment myślowy, który twórczy człowiek sprowokował. W przypadku autora tej książki prorocze okazały się słowa Wiktora Woroszylskiego, który już w momencie jego przyjęcia do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, wskazywał, że twórczość ta jest serio i nie wdzięcząca się do czytelnika, prowadząca uczciwy, niewesoły dialog ze światem i borykająca się z jego zniewoleniami i zakłamaniami. Swoją opinię wzmacniał jeszcze przywołaniem opinii Andrzeja Szmidta, który określił poetę jako „gorącego”, dalekiego od wystudiowanego cynizmu wielu autorów z jego pokolenia. Jakże zatem absurdalne stają się uszczypliwości wyartykułowane w Dzienniku (2000–2008) przez Kazimierza Hoffmana, lansowanego przez wiele lat w środowisku bydgoskim jako „Książę poetów”, a w gruncie rzeczy będącego tylko nikłym komentarzem do największych polskich eufonii dwudziestego wieku. Prezentowany tutaj zbiór wierszy jest kolejnym potwierdzeniem, ze Częstochowski jest ważną postacią we współczesnej poezji polskiej, daleko wykraczającą poza regionalne opłotki, intrygującą i mającą swój wewnętrzny świat oraz prywatną mitologię.

Ważnym etapem w życiu Częstochowskiego były pokoleniowe nawiązania do amerykańskich i europejskich kontestacji roku 1968 i lat następnych, kiedy to formowały się ruchy hippisowskie, a narkotyki stały się rodzajem narzędzia poznania tajemnej rzeczywistości. Wcześniej śpiewali o tym Beatlesi, Led Zeppelin, Black Sabath i wiele innych rockowych grup, ale najpełniejszy wyraz kontestacja znalazła w filmie i poezji, ze szczególnym uwzględnieniem twórczości poetów spod zawołania beat generation – Allena Ginsberga, Williama S. Burroughsa, Jacka Kerouaca, Lawrenca Ferlinghettiego, Kena Keseya i innych. Dla kontestatora, takiego jak Częstochowski, trudne było to, że przez lata mieszkał na ulicy noszącej imię jednego ze sztandarowych komunistycznych pisarzy, ale nowa polska rzeczywistość zaskoczyła go raz jeszcze, gdy nazwę przemianowano i w symboliczny dla niego sposób (niczym w przywoływanym śnie), po pracy w Monarze, zaczął wracać do domu znajdującego się teraz przy ulicy Zbigniewa Herberta. To w naturalny sposób tłumaczy tytuł zbioru, a zarazem wskazuje tajemną energię przemian, jakie dokonały się w polskiej rzeczywistości, najpierw po roku 1989, a potem po zamknięciu się millenium. Ale też jest to wskazanie, że poeta patrzy na rzeczywistość jak na ciąg przestrzeni symbolicznych, w których tylko czasem „bywamy”, nie mogąc się zakorzenić w nich „na zawsze”. Przemijanie i gaśnięcie istnienia jest przejmującym tonem tego zbioru, który śmiało można uznać za jeden z najlepszych w dorobku poety. Przypomina on, że w naszej ludzkiej kondycji: jesteśmy skazani na fragment/ nigdy nie obejmiemy całości/ widzimy zawsze tylko część/ kawałek obrazu – to nasze przekleństwo a zarazem codzienna eutanazja, pozwalająca wciąż funkcjonować w świecie straszliwych tragedii i permanentnego umierania, dokonującego się codziennie w ludzkich życiorysach. Wycinek rzeczywistości nie boli tak samo jak obszerny raport, uwzględniający zbrodnie i samobójstwa, błędy chirurgów i nieuwagę  przechodniów, wchodzących pod koła pojazdów – pomijający codzienne kłótnie w rodzinach i niezrozumiałe decyzje, zdawać by się mogło, „spokojnych” obywateli tej samej ojczyzny. Gdy Częstochowski podróżował po świecie i otaczał go nimb „ładnego chłopca” z długimi włosami, wszystko zdawało się być w zasięgu jego ręki, a kolejne „szaleństwa” układały się w jakiś tajemny szyfr dojrzewania i doświadczania anabatycznych rzeczywistości. Ale przecież wszystko zmieniło się, gdy do jego świata zaczął wdzierać się dramatycznie okrutny czas, pojmowany jako element względności dokonań i osiągnięć, uczuć i zawodów, a nade wszystko tego, co nieuniknione.

Prawdziwa poezja bywa gorzka, szczególnie, gdy syntetyzuje długie okresy w życiu poety, ale bywa też – jak to określił Szmidt – „gorąca”, wybuchowa, erupcyjna w formie i wyrazie, niosąca przesłanie dla przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Dlatego  lektura wierszy Częstochowskiego musi być falująca, rozumna i uwzględniająca jego podejście do samego siebie i świata – niewątpliwie najważniejszy staje się tutaj czas, który nagle się dopełnił, ale też pozostał wciąż zagadką, trudną do rozwikłania i nie dającą szans na jakikolwiek układ zależnościowy. Poeta ma ogromną wiedzę o ludziach i zdarzeniach, potrafi też umieścić własne losy w ciągu nieustannych przemian dziejowych i to tacy jak on bywali zagrożeniem dla systemów. Stawali się – niczym Herbert, Mandelsztam, Babel – kontestatorami narzucanych ładów, odkrywcami wewnętrznej mocy, obezwładniającej nawet największe mocarstwa. Przypomina mi się tutaj nasze – Ryśka, Krzycha Derdowskiego i moje – spotkanie na Starym Rynku w Bydgoszczy w 2017 roku, gdy opijaliśmy jakiś nasz mały triumf, a przy tym nie wiedzieliśmy, że jeden z nas odchodzi w niebyt na zawsze, tak jak wstał od stolika i powędrował za róg ulicy. To takie sytuacje przywoływane są w wierszach z nowego tomu Częstochowskiego – sytuacje graniczne, a zarazem nieświadome ewokacje wewnętrznej siły, chwili pierwszej i ostatniej, pustki i pełni, nadziei i beznadziei. Widać, że poeta przez dziesięciolecia zachował wewnętrzny balans, a choć atakowały go hieny kultury, umiał raz jeszcze stworzyć ciąg wierszy, w których w tajemny sposób odzwierciedlił siebie i przemijanie struktur, budowanych i kształtowanych przez nas w odmiennych przestrzeniach czasowych. Autor tomu przyznaje też, że wraz z wiekiem pojawiły się u niego nowe tony, nie wiadomo skąd napłynęło Obrzydzenie: Łóżko weszło we mnie/ zamiast kości mam metalowe pręty/ a sam stałem się poduszką pełną krwi/ jacyś obcy ludzie siadają na mnie/ kładą się w butach/ trzeszczę skrzypię hałasuję/ niepokój każe zagłuszyć ciszę coraz/ to nowymi dźwiękami lecz sam/ przyznaję one są puste/ brzydzę się drugiego człowieka/ smrodu mowy wyglądu/ mam znowu mdłości niczym w/  w bibliotece z sartrem/ na ulicy  widzę rozrzucone ludzkie ekskrementy/ wzdrygam się ze wstrętu/ kiedy widzę wasze spocone podniecenia/ nie dotykajcie mnie nie siadajcie/ na mojej poduszce w tanich knajpach wylizują resztki miłości/ zostawcie je odejdźcie jak najdalej ode mnie. Egzystencjalizm – także ten spod znaku Sartre’a – zawsze był ważny dla poety, ale w najnowszym tomie zyskał szczególną rangę, dającą się porównać z potężną, wszechobecną eschatologią i nicowaniem samego siebie.

Warto też zauważyć, że poeta ma ogromny dystans do siebie i potrafi wykreować w wierszu sytuację tak paradoksalną jak w wielu utworach Herberta z cyklu Pan Cogito. O ile jednak ten pierwszy tworzył konstrukcje intelektualne w obrębie zamkniętego systemu politycznego i w opozycji do niego, to Częstochowski potrafi też kpić z samego siebie i tworzyć zdarzenia prawdopodobne, a przy tym też i niemożliwe. Przywiązany do życia, godzi się na eskapizm, ale też nie przestaje wierzyć w swoją dobrą, pulsująca odcieniami gwiazdę. To, że czasami jest to Gwiazda Hamlet, ma znaczenie tylko dla jego prywatnych legend i „gorących” zdarzeń z przeszłości, o których nie mają pojęcia zewnętrzni obserwatorzy. Zapowiadając śmierć samobójczą – ów dramatyczny skok z okna Domu Literatury na Krakowskim Przedmieściu – zdaje sobie sprawę z komizmu takiej sytuacji i jej nieprzystawalności do jego postawy życiowej. Dramat, jeśli w ogóle ma mieć sens, musi być częścią długiego ciągu zdarzeń, musi domykać jakiś krąg biograficzny, bo inaczej stanie się zachowaniem hamletycznym, tak wydrwionym przez kolejne stulecia, które nadeszły po Szekspirze. Nie można przecież dopuścić by miejsce młodzieńca zajął Dziadek Hamlet, tak daleki od dawnych porywów i szaleństw i tak groteskowy w kontekście odległej, żarliwej kontestacji rzeczywistości. Nie można przecież dostrzegać tylko ekskrementów cywilizacji, bo droga życiowa poety, to też ciąg zwycięstw i euforii, chwile gdy brał do ręki nowe książki albo patrzył w oczy swoim dzieciom – to czas wydobywania z nicości nowych wierszy i budowania w nich przestrzeni otwartych dla rozumienia fenomenu życia. Oczywiście kolejne lata generować też będą myśli krańcowe, a śmierć stanie się towarzyszką każdej wyprawy i każdego powrotu do domu, nic wszakże nie przekreśli jego dorobku, który każdy będzie mógł zweryfikować w bibliotece lub na księgarskiej półce. Gwiazda Hamlet świeci wszystkim jednakowo, ale domykanie kolejnych kręgów powoduje, w magiczny sposób, że jednostkowy los staje się centralnym epizodem dla ludzkiego doświadczenia bytu. Nikt i nic nie przenicuje go przez ucho igielne czasu, nic i nikt nie zdoła go zanegować albo wydrwić. Pokolenie Częstochowskiego podchodziło do życia niczym żołnierz do wyznaczanych mu zadań i nigdy nie rozważało ucieczki od rzeczywistości. Wchodząc w nią często za głęboko, znajdowało odpowiedzi na pytania, które zadawali tacy przewodnicy duchowi jak Herbert, Różewicz, Dostojewski – wchodząc w nie często z za wielkim entuzjazmem, stawało w obliczu takich kpiarzy jak Hoffman, ale też i weryfikowało ich minoderyjne, komiczne pozy. Namawiając czytelników do zapoznania się z nowymi wierszami Ryszarda Częstochowskiego, wyrażam nadzieję, że poeta jeszcze nie raz nas zaskoczy i wydobędzie na światło dzienne prawdę, której tyle znaleźć można na Ulicy Herberta.

ŻYWE CHWILE

Barbara Filipiak wyraziście zaznaczyła swoją obecność na mapie literackiej regionu, a to za sprawą opublikowanych zbiorów wierszy i dużej monografii, poświęconej Wandzie Dobaczewskiej, znanej wileńskiej pisarce, która na koniec życia zamieszkała w Żninie. Znakomity warsztat literacki połączył się tutaj ze sporym talentem i w niewielkim pałuckim mieście pojawiła się osobowość twórcza wyraziście rysująca się w lokalnej przestrzeni i promieniująca znacznie dalej. Autorka posiada znakomicie wyrobiony zmysł obserwacji, ale też potrafi syntetyzować swoje przeżycia i dookreślać chwile, centralne dla jej losów. Wie, że zdarzenia są ulotne jak krótkie filmy, więc stara się zatrzymywać je w kadrze wiersza, przydając komentarze lub pointując wyraziście. Przejmującym doświadczeniem jest dla niej miłość, która kiedyś obudziła uśpione struny i wprowadziła ją w stan rozedrgania, nieustannej tęsknoty za ciepłem, bliskością i obecnością kochanej istoty. Ta wewnętrzna czujność generuje nowe utwory, ale jest też rodzajem poetyckiej rany, która nigdy się nie zabliźni i wciąż będzie domagać się wyobraźniowej kompensacji. Poetka wie, że w świecie ludzkich zakazów i ograniczeń prawdziwe uczucie nie ma szans na dłuższą egzystencję, ale zachowuje je w sobie niczym delikatny koncert pasikonika, niczym napływającą gdzieś z dali refleksyjną muzykę Vangelisa. Nawiązując do historii Adama i Ewy, śmiało sięga po jabłko grzechu, wiedząc przy tym od samego początku, że przyjdzie jej za to zapłacić tęsknotą, smutkiem i poczuciem przegrania. Cóż, kiedy właśnie zakazany owoc smakuje najlepiej, a chwila wahania i ruch dłoni ku niemu, nie da się z niczym porównać. To powtarza się stale od pierwszych dni stworzenia, gdy nagość zaczęła domagać się intymnego ciepła, a spojrzenie w oczy otwierało przepaście uczuć, boleśnie formatujących świadomość na całe życie. Ludzie przechowują w albumach stare fotografie i wracają do nich co jakiś czas, ale kolejne książki poetyckie, oprócz funkcji ocalającej, są zbiorami ożywionych chwil. Wszystko w nich jest prawdziwe, wszystko tętni kolorami i wraca z sensualną wyrazistością, a moment rozstania sączy wciąż do myśli najprawdziwszy ból. A jednak ta tortura ma sens, bo jest powrotem do źródeł wrażliwości, do chwil rozognionych i dających poczucie ludzkiego spełnienia i doświadczania prawdziwej bliskości.

Kobiety budują sobie świat wewnętrzny i nieustannie próbują odnaleźć w nim autentyczną jedność, ale przecież ich zabiegi często skazane są na przegraną. Gorące uczucia mogą ostygnąć, a to co zdawało się szeroką drogą, zamienia się w wąskie korytarze labiryntów – błąkając się w nich, wrażliwa osoba, coraz częściej uświadamia sobie upływ czasu i to, że ma coraz mniej szans na wydostanie się z matni. Nie opuszcza jej jednak nadzieja, że kochana istota pojawi się nagle w najtrudniejszym momencie i odmieni wszystko: Ty cel mi wskażesz/ mroki wnętrza rozjaśnisz/ nauczysz patrzeć i wierzyć/ w piękno istnienia. Te ulirycznienia i stylizacje są tutaj zamierzone, gdyż stają się rodzajem zasłony, welonu niespełnienia, rozmycia walorowego, charakterystycznego dla czule modulowanej poezji miłosnej. Kontrapunktem staje się wtedy świat z jego tragediami, takimi jak zburzenie wież World Trade Center i ludzka obojętność, pojawiająca się na każdym życiowym zakręcie. Ucieczką dla poetki może być metafora, swoiście komponowana i pojawiająca się w obrębie wiersza, niczym przypomnienie wielowymiarowości świata i zmienności perspektyw. Czym innym jest jednak lazur myśli, a czym innym życie, w którym wszystko podporządkowane zostało schematom realności i często nie widać w nim ratunku: Ta chwila nie ma skrzydeł/ by mnie w podróż zabrać/ oderwać od lęku/ rozminąć z czasem/ bym zapomniała zgorzkniałą myśl/ strach rozerwała/ w siebie wsłuchana/ po nowe sięgała. Być wrażliwą, to znaczy cierpieć i wciąż szukać rozwiązań dla siebie i dla otoczenia, dla wspomnień i najbliższych osób – być wrażliwą, to znaczy godzić się na niezabliźnienie ran, na wirowanie myśli i trzepot snów. Być wrażliwą, to znaczy być poetką, czujnie wsłuchującą się w odgłosy świata, sumującą doświadczenia i próbującą mądrze syntetyzować je na poszczególnych poziomach samoświadomości. Tylko ona może utrzymać w ryzach uczucia, tylko ona ustawi bariery i nie zgodzi się na nagły bieg ku przeszłości, ku zgubionym pocałunkom i straconym szansom. W takim rozumieniu poezja może być antidotum na ból i pogrążanie się w rozpaczy, a choć jest katalogiem żywych chwil, to potrafi je zatrzymać w pędzie, niczym film – potrafi umieścić je na właściwym miejscu w ludzkiej historii. To jest nauka analizy, ale też nieodzowny powrót do krainy zakazów i mądrości życiowej.

Jak echo dalekiego krzyku wraca wciąż w poezji Barbary Filipiak wspomnienie rozstania, tej jakże żywej chwili, gdy on wysiadł z pociągu, a ona pojechała dalej samotna i bezbronna w swoim bólu. Ludzie spotykają się na różnych życiowych szlakach, ale równie często odchodzą od siebie i niosą w pamięci to, co miało być zapowiedzią jedności i spełnienia, a zamieniło się w rozpacz i rozjątrzoną wewnętrzną ranę. Na szczęście jest przecież poezja, której terapeutyczne działanie spowodowało, że burze ucichły, a nowa stabilizacja pozwoliła na realizację życiowych pasji. Ale przecież nie skończyło się poetyckie rozpamiętywanie – Byłam godziną/ stałam się chwilą/ wróciłam i nie wiem/ kim teraz dla Ciebie/ jestem – księga dawnych dni nie zamknęła się, kusząc opisami, przyciągając wspomnienia. Trzeba jednak żyć, więc poetka przywołuje w jednym z wierszy znaną formułę Heraklita z Efezu i w niej szuka pocieszenia: wszystko płynie/ a los potyka się/ o kamienie zdarzeń/ na skraju jutra/ wstaje nowy dzień/ który po prostu/ jest. Ten dzień, który po prostu jest, wcale nie jest lepszy od tego, którego po prostu nie ma – wszystko się spłaszczyło i zgasło w martwych sekwencjach czasu. Poetka zastanawia się czy rodzice mieli rację, gdy ją przestrzegali, a może po prostu takie doświadczenia życiowe były jej pisane i bez nich nie znalazłaby subtelnej wrażliwości. Jakkolwiek by nie było, znalazła się w takim miejscu czasu i przestrzeni, skąd ma rozległy widok na swoje życie i może wyodrębniać z niego poszczególne fakty, może analizować w wierszu jego cząstki składowe. Taka mądrość pozwoli jej rozprzestrzenić swoje doświadczenia na innych ludzi i utwierdzi w przekonaniu, że miały charakter modelowy i mogą teraz być rodzajem pokrzepienia, a nawet drogowskazem na drogach zwątpień i załamań. Poezja powinna koić ból i zapewne tak oddziałają na czytelnika prezentowane w tym tomie wiersze, choć z drugiej strony – będą one zawsze zapisem bolesnego niespełnienia – cóż, cisza potrafi zabić/ ale bez niej nie byłoby świtu.

Warto też wskazać, że tom zawiera znakomite wiersze rodzinne, w których jak żywe stają najbliższe osoby z kręgu rodowego poetki. I to fundamenty rodzinnego domu stają się kontrapunktem dla wskazanych wyżej niespełnień i ran, a proste życie rodziców, babci i dziadka, krzepi w obliczu chłodu świata i nie dających się odwrócić rozstrzygnięć losu. Wyraźnie ostatnia część tego zbioru przechyla się ku wieczności i próbuje zrozumieć eschatologię codzienności, w której śmierć i odejście jest równie oczywiste jak czułe spojrzenie w oczy i dostrzeżenie w nich poblasku szczęścia. Wszystko płynie i wszystko pędzi donikąd, ale przecież Czasami warto przystanąć na chwilę/ i spojrzeć w okno czyjegoś istnienia/ zobaczyć świat jego oczami/ i zwyczajnie zapytać co słychać/ bo człowiek człowieka potrzebuje/ by wnętrza swego nie zwilczyć/ i własne serce dostrzec/ po drugiej stronie ludzkiego losu. Tę zwyczajność znaleźć można w słowie i wspomnieniach zdarzeń, a nade wszystko w żywych chwilach, które przesypują się przez karty tej niezwykłej książki niczym ziarna piasku.

CZARNY WOAL

Ukazał się nowy wspaniały przekład Króla Leara Williama Szekspira, do którego miałem zaszczyt napisać Posłowie. Zamieszczając je tutaj, dziękuję autorowi przekładu Ryszardowi Długołęckiemu, który kulturę polską obdarzył także nowym tłumaczeniem Hamleta, Makbeta i Sonetów największego dramaturga w historii świata.

 

W kulturze europejskiej miłość rodzicielską najczęściej egzemplifikują matki, czule kochające synów i córki, codziennie stające na głowie, by zapewnić im to, co jest potrzebne do życia. To one pojawiają się na obrazach, gdy karmią niemowlęta piersią, albo opiekują się barwną gromadką malców, wpatrzonych w nie z uwielbieniem. Wbrew powszechnym przekonaniom, że matki czulsze są dla chłopców, stają się one też uważnymi opiekunkami, a potem przyjaciółkami swoich córek. Miłość ojcowska nie bywała tak spektakularna jak matczyna, znacznie rzadziej pojawiała się też jako temat w malarstwie i literaturze, choć zdarzały się dzieła, gdzie była ich osią. Przy takich rozważaniach natychmiast przychodzi na myśl tragedia króla Troi Priama, gotowego znieść wszelkie formy poniżenia, by tylko odzyskać ciało zabitego syna – Hektora. Prosi on, a nawet błaga Achillesa o zwrot zwłok syna: Hektor, zginął od ciebie, walcząc za ojczyznę./ Po niego tu przychodzę. Uczcij mą siwiznę!/ Masz okup wielkiej ceny, masz drogie ofiary:/ Szanuj bogi Achillu, nie gardź mymi dary!/ Przypomnij ojca, obu nas ciężar lat gniecie./ Może być ktoś ode mnie biedniejszy na świecie?/ Jam usta – tegom wreszcie nieszczęśliwy dożył/ Na ręce synów moich zbójcy położył”. (Księga XXIV w. 287-294, przeł. Józef Paszkowski). Priam ofiaruje mordercy syna wóz pełen złota i prosi by złagodził on karę pośmiertną, nałożoną na Hektora, a była ona doprawdy straszliwa. Achilles rzucił zwłoki psom i sępom (brak pochówku był haniebny dla starożytnych, bo wierzyli oni, że taka dusza stale tuła się pośród żywych), a potem codziennie przyczepiał, coraz to bardziej okaleczone ciało, do swego rydwanu i przejeżdżał przy murach obleganej Troi. Łzy ojca i suty podarunek, zmiękczyły serce greckiego herosa i wydał on zwłoki, a potem uszanował nawet dwunastodniowy okres żałoby po uroczystej kremacji. To ojciec zaryzykował i udał się do obozu najeźdźców, a potem odzyskał szczątki ukochanego syna. Jak widać, już w epoce starożytnej miłość ojcowska pojawiała się w największych utworach literackich, a postawa Priama stała się inspiracją dla epok następnych, generując nowych bohaterów nie wahających się poświęcić życia dla swoich dzieci.

Inaczej ukazał miłość ojcowską William Szekspir w dramacie pt. Król Lear (1623), osią intrygi czyniąc bolesną pomyłkę, jaką popełnił sędziwy ojciec. Pytając trzy córki – Gonerilę, Reganę i Kordelię – o siłę miłości ku niemu, dał się zwieść pierwszym dwóm, a usłyszawszy skromne zapewnienie Kordelii, wydziedziczył ją i wypędził z królestwa. Doprowadziło to do szeregu straszliwych komplikacji i intryg, mających na celu ostateczne pozbawienie go władzy i zagarnięcie kraju przez wiarołomne córki. Stary król popada w obłęd, a skutkiem jego nieroztropnych decyzji jest wojna domowa, podczas której życie traci prawdziwie kochająca go Kordelia, a wreszcie i on sam. Szekspir wykorzystał motyw z anonimowego dramatu angielskiego, popularnego w jego czasach i znacznie go rozbudowując, wsączył jednocześnie do niego wątki uniwersalne. W jego ujęciu dramat rozgrywa się pośród żywiołów natury, a człowiek zdaje się ledwie drobinką, niewiele znaczącą pośród ogromów kosmosu. Można być władcą, można mieć nieograniczoną władzę, a i tak prawa natury i biologii upomną się o ich respektowanie, a śmierć, niczym czarny woal, spowije to, co zdawało się jaskrawe i wyraziste. Oczywistym błędem Leara był ów test, któremu poddał córki – sam w sobie zwierający element nieufności i generujący ciąg oszustw. Prawdziwa miłość nie potrzebuje takich sprawdzianów, rozwija się przez lata i umacnia, a swoje zwieńczenie znajduje w sprawiedliwym podziale majątku ojca lub matki. Dzieci wychowywane w miłości i wzajemnie się szanujące, nigdy nie pokłócą się o majątek, a ich ugoda będzie aktem ostatecznego przywiązania i manifestacją uczuć do darczyńców. Król zapragnął potwierdzenia miłości za życia i sprowokował szereg kłamstw i fałszywych zapewnień, co natychmiast wyczuła Kordelia i uczciwie nie zgodziła się na schlebianie ojcu w takiej sytuacji. Ten – niesprawiedliwie ją oceniający i uwiedziony zapewnieniami Regany i Gonerili, dał się wyprowadzić w pole. Po jakimś czasie zorientował się, ale było już za późno dla niego i prawdziwie go kochającej Kordelii, uznał własną porażkę, zapłakał nad jej martwym ciałem, a potem, zgnębiony tragedią, jaka się dokonała, osunął się w nicość.

Ogromną zaletą nowego przekładu Króla Leara, dokonanego przez Ryszarda Długołęckiego jest przywrócenie w warstwie słownej pierwotnej wizyjności tego dramatu. Korygując ewidentne błędy poprzednich przekładów, autor nowej propozycji translatorskiej podąża konsekwentnie drogą, na którą wstąpił kilka lat temu. Poważył się wtedy na coś wręcz karkołomnego – po wielu znaczących przekładach Hamleta, zaproponował własną wizję tego utworu i osiągnął przy tym znaczący sukces. Zapewne to spowodowało, że następne prace – przekład Sonetów Szekspira i jego kolejnego dramatu Makbet – powiększyły znacząco dorobek tłumacza, znalazły uznanie czytelników i w naturalny sposób skierowały jego uwagę ku następnemu wielkiemu utworowi. Historia starego ojca, który popełnia fatalne błędy w stosunku do swoich córek, stanowi jedno z największych osiągnięć kultury światowej, a role Leara bywały podsumowaniem wielu wielkich karier aktorskich kilku stuleci. Nie byłoby jednak legendy tego utworu, gdyby nie prace translatorów, starających się wiernie oddać warstwę fabularną i podskórne pulsowanie, wyczuwalne w wielu sytuacjach. Przekład Ryszarda Długołęckiego, tak lekki i skończony w każdym wersie, znakomicie oddaje wewnętrzne drżenie dramatu i powoduje, ze postaci są prawdopodobne, nieomal żywe. Znajomość języka angielskiego jest tutaj podstawą, ale przecież najważniejsze jest wyczucie niuansów dramaturgicznych i oprawienie ich we właściwą tkankę obrazową. To zdumiewające, jak konkretny jest ten przekład, a zarazem jak często, z ogromną lekkością, podąża w kierunku poezji. Tłumacz miał tu bardzo trudne zadanie, bo jest to jeden z tych utworów Szekspira, który łatwo mógł wyprowadzić go na manowce, zachwiać się w swoich kształtach i stać się parodią oryginału. Wszystko wszakże znalazło tu swój właściwy wymiar, a proporcje i ekwiwalenty słowne znakomicie ulokowały się w całości dzieła. To jest propozycja nowego odczytania, ale też rodzaj jeszcze jednej interpretacji, zauważalnej przy konfrontacji ze wcześniejszymi przekładami. Mamy zatem, po raz kolejny, do czynienia z ogromnym wzbogaceniem naszej kultury, co powinno szybko znaleźć swoje potwierdzenie w następnych inscenizacjach dramatu. W tak pełnej i skończonej kreacji translatorskiej pojawia się ze zdwojoną mocą rozpacz istnienia i tragedia śmiertelnych istot, a język utworu rani niczym miecz i wraca w niezwykły sposób do angielskich źródeł. Wielka to zasługa pasji życiowej tłumacza i jego uczciwości pisarskiej, nie znoszącej kompromisów i stale szukającej najlepszych rozwiązań lingwistycznych.

ODWIECZNY OGIEŃ (3)

 

Ważną rolę odgrywają w poezji Jidiego Majii liczne obrzędy kulturowe, a na plan pierwszy wysuwają się ceremonie związane z przejściem bytu cielesnego do duchowego i mijaniem granicy życia. Martwe ciała poddaje się wtedy kremacji i w akcie eschatologicznego przeistoczenia, przejścia przez elementarny ogień[1], stają się one z powrotem materią kosmiczną, mikroskopijną cząstką krainy gór, jezior i niewyobrażalnie wielkiego wszechświata. Wielokrotnie wraca w tej poezji motyw kremacji ciała, który jest nawiązaniem do odwiecznych rytuałów palenia zwłok na stosie, a zarazem staje się elementem wiary w reinkarnację, powrotu powłoki duchowej do krain dzieciństwa i pierwszej miłości, snucia się uwolnionego bytu pośród zboczy i turni, rozprzestrzeniania się jednej, ulotnej świadomości pośród ogromów kosmosu. Kremacja staje się tu momentem centralnym dla skończonej egzystencji, a zarazem wyznacza horyzont istnienia dla ducha, uruchamia go i przydaje mu impetu, prowadzi do miejsc pierwszych inicjacji i nieustannie ekspanduje w kosmos. Ogień oczyszcza, ale też natychmiast kosmizuje, inicjując rozpad złożonych struktur organicznych i wprowadzając je na nowo w obręb wielkości niewyobrażalnych, światów lustrzanych i wiecznie się zmieniających, powołujących do życia galaktyki, gwiazdy supernowe, planety i asteroidy. To pradawna tradycja funeralna – wskazuje Christina Han – sięgająca swoimi korzeniami do najdawniejszych czasów:

Kremacja – usuwanie zwłok poprzez spalenie – ma długą historię w Chinach, sięgającą okresu neolitu, chociaż przez większą część tej historycznej epoki była stygmatyzowana, a jej stosowanie było w dużej mierze ograniczone do mniejszości etnicznych i grup religijnych. Powszechne kremacje upowszechniły się w Chinach w latach ożywionego rozwoju, zapoczątkowanego przez dynastię Tang (618–907), a potem szybko rozwinęły się podczas Pięciu Dynastii (907–960) i osiągnęły swój szczyt we czasach wczesnej dynastii Song (960–1276).

Wiele czynników przyczyniło się do szybkiego wzrostu kremacji w Chinach w X wieku. Zwiększona interakcja z potężnymi północnymi grupami etnicznymi i wpływy buddyzmu pomogły zaznajomić się z tą praktyką Chińczykom Han. Co więcej, w okresie charakteryzującym się nieustannymi wojnami i wstrząsami politycznymi, dogodna praktyczność kremacji przekształciła się w realistyczną alternatywę dla tradycyjnego pochówku. Jednak oprócz tych trzech powszechnie uzgodnionych czynników istniał inny, w dużej mierze pomijany powód, popularyzacji tej praktyki: mianowicie związek kremacji z pozytywnymi efektami spalania ciał, który stał się szczególnie widoczny podczas Pięciu Dynastii.[2]

Poetę wyraźnie fascynuje ów moment zniszczenia powłoki cielesnej i ponownego wejścia w obręb elementarnych struktur materii, ostatecznego połączenia z kamieniem i skałą, z czarną ziemią i gliną, z rzucanym przez wiatr iłem i ziarnem piasku. Ogień staje się też znakiem wieczności, na chwilę uwięzionej w ludzkim ciele, ale natychmiast uruchomionej, z jej ogromami sprzed narodzin i tymi po śmierci człowieka. Kremacja staje się jej najważniejszym rytuałem, a zarazem elementem pogodzenia ze światem, zgody na rozpad cząstek i potwierdzeniem, że cesarz, szaman czy przywódca, tak samo podlegają mechanizmom kosmicznym, a choćby nie wiadomo co robili, nie powstrzymają biegu czasu i jego ostatecznych postanowień. Takie refleksje musiały leżeć u podłoża wiersza Majii pt. Kremacja na rodzimej ziemi, w którym stworzył olśniewającą metaforę odwiecznego przechodzenia bytów od struktur cielesnych do duchowych i poczęcia wielkiej rzeki z łez:

Nie wiem, kiedy to było
Zawiesiłem oczy
Na czarnym sklepieniu nieba
Milczącego z tysiącletnią powagą
Pośród tego skrawka żyznej ziemi
(Poprzez zasłonę mgieł
Ujrzałem cię w dali
A z moich oczu
spłynęła rzeka)[3]

Ten wiersz zaczyna się niczym pradawny mit, w bliżej nieokreślonym czasie, ale dającym się powiązać z okresami milenijnej powagi. Na żyznej ziemi ludu Yi, pod czarna kopułą nieba, dokonał się akt kremacji i poeta zobaczył za zasłoną mgieł ducha[4] – prawdopodobnie matki – podążającego do krainy zmarłych. To zdarzenie tak poruszyło go, że wypłakał przysłowiową rzekę łez i pobudziło w nim, niczym w odwiecznej drumli, tony żałobne:

 

Słucham dalekiego wiatru
Cichnącego pośród ziemi
I słyszę słowa pradawnej pieśni
Płynącej jak ludzka krew
Hartowanej przez twardość głazów
Widzę to co odeszło pośród
Cichych zgromadzeń krainy
Obejmujących się cieni
Jęczących przy szczęku metalu
Widzę duchy zmarłych kochanków
Pływające tu i tam pośród ziemi
Jak czarne, swobodne wieloryby[5]

Smutny obrzęd spalenia zwłok i monotonny szum wiatru wytrącił byt z ciała i zaczął on lewitować w otwartym eterze, widząc to, co zamknięte jest przed wzrokiem ludzi żywych, słysząc to, czego nie słyszą zwykli śmiertelnicy. Tak pradawna pieśń popłynęła w przestrzeni, niczym krew w żyłach i, nie wiadomo skąd, napłynęły cienie ludzi, podczas wielkich zgromadzeń, przezroczyste kształty dawnych kochanków, pływające pośród przestworzy jak wieloryby w oceanach. Powtarzający się refren stylizuje wiersz na żałobny, monotonnie powtarzalny buddyjski lament[6], śpiewany w obliczu ognia rozdzielającego materię organiczną i zamieniającego ją w popiół. Tak żywi mitologizują moment przejścia, bo niosą w sobie rodzaj winy, że wciąż trwają przy krwioobiegu i oddechu napełniającym płuca tlenem. Mechanizm ten objaśnia Elias Canetti:

Rozmyślania o zmarłych są próbą przywrócenia im życia. Zależy nam bardziej na tym, żeby ludziom przywrócić życie, niż na tym, by ich przy życiu zachować. Namiętne próby przywracania ludziom życia są źródłem wszelkiej wiary. Z chwilą, gdy już nie boimy się umarłych, zachowujemy w stosunku do nich jedno nieograniczone poczucie winy, ponieważ nie udało się nam przywrócić życia. W najbardziej radosne i szczęśliwe dni to poczucie winy jest największe.[7]  

Kremacja jest rodzajem oczyszczenia bytu z grzechów, a rytuały żałobne mają potwierdzać, że żegnana właśnie istota była kimś ważnym dla świata i stanowiła niezbędny jego element, jakby cząstkę ciągnącego się od wieków łańcucha, chwilowo przybierającego formę DNA, a po przejściu przez ogień, wracającego w obręb jednorodnych pierwiastków. Lament płaczącej matki, modlitwa czarownika bimo, szloch sióstr i braci, zawodzenie innych członków wspólnoty rodowej, są jak odwieczna żałobna pieśń, potęgująca się w chwili rozpadu ciała, pożegnania ludzkiego kształtu i narodzin wolnego ducha. Echo powtarzające dźwięki, rozprzestrzenia je pośród dalekich gór i zdaje się wtedy, że cała natura płacze nad tym, który właśnie przeistoczył się i wszedł na zawsze w obręb wieczności. Nuosu przykładają wielką wagę do ceremonii pogrzebowych i stają się one rodzajem święta całej społeczności, a gremialne odprowadzanie prochów do miejsca spoczynku jest jak błogosławieństwo tych, którzy jeszcze żyją, ale niebawem podążą tym samym szlakiem i połączą się ze zmarłym w komunii elementarnej materii. Wszystko tutaj ma swoje znaczenie, począwszy od kolorów stroju i haftów odzienia – niebieskiego, czarnego i żółtego – a skończywszy na rytualnych śpiewach i podkreślaniu integralnej, plemiennej więzi. Kremacja jest w tej poezji kresem wszystkiego i rodzi też lęk przed wiecznością, otwierającą się bezpowrotnie i triumfującą nad życiem. Ta wieczność ma wiele wymiarów i – jak w pięknym sonecie pt. Zasłona życia i śmierci – symbolizowana jest przez gwiazdozbiór Wielkiego Wozu:

Prąd rzeki prze tylko w jedną stronę;
I czas wciąż upływa w obliczu piękna gór;
Ludzie mówią, że przeszła burzliwa ulewa,
I życie w górach ostatecznie się zmieniło.
Tylko słowa ognia powiewają na wietrze
Na ścieżce życia wybranej przez wiele tysiącleci;
To nie przypadek że przetrwała do dzisiaj;
Tradycyjna mądrość przekazana w czarach wina.
Gryka na wysokich zboczach okryta gwiezdnym pyłem;
Z rodzimych siedlisk zostały tylko zwalone ściany;
I nie usłyszysz już skargi drumli.
W górze siedem gwiazd odwiecznego Wielkiego Wozu;
Niczym kurtyna okrywa na przemian życie i śmierć;
Jakże żal że właśnie dziś zdecydowała się opaść.[8]

To jest chwila bolesna i euforyczna zarazem, to wielki smutek i wielka radość, alfa i omega, rozpad i kształtowanie, niebyt i narodziny nowej formy, to eternalny ryt przejścia. Kimkolwiek człowiek by nie był i cokolwiek by nie zrobił, dojdzie do kresu sił, zostanie zdruzgotany przez choroby i ból i wreszcie umrze, a żałobnicy przygotują ceremonię kremacji i wezmą udział w obrzędach funeralnych.[9] Ta śmierć będzie potwierdzeniem odwiecznej metamorfozy i powszechnego umierania bytów, roślin i zwierząt, erozji skał i kamieni, a nade wszystko rozpadu więzi rodzinnych i plemiennych, zanikania miłości ziemskiej i pojawiania się energii kosmicznej. W takim momencie potrzebni są przewodnicy, którzy odprowadzą świadomość do bram istnienia i wraz z nią wnikną na chwilę do świata duchowego, by wypowiedzieć tam ostatnie słowo pożegnania i wrócić z powrotem do żywych. Takimi kapłanami są dla ludu Nuosu bimo, czyli czarownicy i szamani, odwieczni powiernicy ludzkich trosk i ci, którzy swoimi opowieściami łagodzą ból przemijania. Nie ulega wątpliwości, że poezja Jidiego Majii staje się rodzajem takiego zaklęcia, a poeta zyskuje rangę jednego z najważniejszych bimo swojego ludu. Stając na wyniosłej skale, pochylając się nad taflą górskiego jeziora, patrząc w gasnące oczy jelenia, orła i pstrąga, wypowiada prawdy elementarne i generuje liryczne treści, które chwytają za serce i stają się intelektualnym kontekstem dla prostego, zgodnego z naturą życia i odwiecznych ceremonii, rozgrywających się pośród rodzinnej ziemi i w dalekich rewirach wszechświata. Poeta pogodził się ze śmiercią i zaakceptował to, że kiedyś jego ciało trawić będą płomienie:

Nadejdzie kiedyś taki dzień
Gdy moja dusza poszybuje
Do skrawka ziemi pod gwiazdami
Jak wyczerpany ptak pchany
Ku krawędzi stałego lądu
A moja czaszka Nuosu
Spocznie przy czaszkach przodków
I w moim pradawnym języku
Wyrazi tęsknotę za przeszłością
Tak nasze czerepy pustymi oczodołami
Wpatrzą się w wieczną zagadkę wszechświata
A niewidzialne usta szeptać będą
O dobroci i męskim pragnieniu
A jeśli najcichsze echo
Wciąż brzmieć będzie pośród dobrego świata
I słychać będzie w nim choćby jeden głos
Spoczniemy słodko pośród wieczności[10]

Wiara w świat duchowy pojawiała się we wszystkich religiach świata, a negowana przez ateistów i wolnomyślicieli, stawała się podstawą mistycznych systemów w epoce romantyzmu. Adam Mickiewicz pisał o swoich doświadczeniach przejścia ku innym światom:

Co wam powiadam, nie gadam tego z głowy, nie daję wam doktryny; widziałem ten świat, byłem w nim kilka razy, dotknąłem się go duszą nagą. Tamten świat nie jest w niczym różny od tego; wierzcie mi, że tam zupełnie jak tutaj. Człowiek umierając nie zmienia miejsca, zostaje w miejscach, do których przylgnął duchem; oto zagadka duchów zaklętych, pokutujących. Na tamtym świecie żyjesz pośród tych samych duchów, z którymi tutaj żyłeś, musisz kończyć, co na ziemi, w ciele, powinieneś był zrobić, a nie zrobiłeś. A robota bez ciała nadzwyczajnie ciężka; musisz działać na ziemię, pozbawiony wszelkich środków ziemskich. Przez pięćset lat trzeba czasem czekać i jęczeć. Wielkie szczęście dla świata duchów, jeżeli go poruszy człowiek w ciele. Wtedy dla niego jest to samo, co żeby między nami pies zagadał; jest to cud dla nich. Dlatego to Chrystus wstąpił do piekła ciałem.[11]  

Majia porównuje oderwanie się duszy od ciała do lotu zmęczonego ptaka nad morzem, pchanego niewidzialną siłą instynktu ku brzegom stałego lądu. Po kremacji zostaną kości, a nawet całe czaszki, pośród których znajdzie swoje miejsce wiecznego spoczynku czerep poety. Ożywiana siłą pilnującego prochów ducha, czaszka pustymi oczodołami wpatrzy się niewidzialną zagadkę wszechświata.[12] Jej magiczna moc generować wciąż będzie słowa w starożytnym języku Nuosu, traktujące o dobroci i pragnieniu. Tak błogo wniknie w wieczność, która stanie się rodzajem ostatecznego łoża, rozesłanego od początku do końca wszechrzeczy. Czaszka i szkielet, to ważne elementy kulturowe w poezji Majii, mające jednak szerszy kontekst, wykraczający daleko poza matriarchalne opowieści rodowe i orbitujący – wskazuje to Eliade – w stronę obrzędowości tybetańskich:

Znana jest rola czaszek ludzkich i kobiet w ceremoniach tantrycznych i lamaistycznych. Tak zwany taniec szkieletów ma zupełnie szczególne znaczenie w dramatycznych inscenizacjach zwanych cz’am, których zadaniem jest między innymi oswoić widzów z przerażającymi wyobrażeniami bóstw opiekuńczych, ukazujących się w stanie bar-do, to znaczy pośrednim stanie między śmiercią i ponowną reinkarnacją. Z tego punktu widzenia cz’am może być uważane za ceremonię inicjacyjną, gdyż przynosi pewne objawienia dotyczące doświadczeń pośmiertnych. Uderzające jest więc stwierdzenie, w jakim stopniu te stroje i maski tybetańskie w postaci szkieletu przypominają stroje szamanów z Azji Środkowej i północnej. W niektórych przypadkach niezaprzeczalnie mamy do czynienia z wpływami lamaistycznymi, zdradzanymi zresztą przez inne ozdoby na stroju szamana syberyjskiego, a nawet przez niektóre formy bębna. Nie należy jednak spieszyć się ze stwierdzeniem, iż rola szkieletu w symbolizmie stroju szamańskiego w Azji Północnej wynika wyłącznie z wpływu lamaizmu. Wpływ taki , jeśli rzeczywiście miał miejsce, umocnił jedynie bardzo stare rdzenne koncepcje dotyczące świętości kości zwierzęcia i konsekwentnie kości ludzkiej.[13]

U Majii każda kolejna odsłona liryczna staje się dalszym ciągiem opowiadanej wciąż od nowa historii plemienia i jednego, wyodrębnionego z niego bytu, jakby specjalnie powołanego, by głosić jego chwałę. Poeta ma świadomość tego, że został wybrany z wielu i stara się wypełnić to, co wyznaczyło mu przeznaczenie – mógł przecież żyć stale pośród gór Liangshanu, mógł jak jego ojciec, ze strzelbą wychodzić na polowania i wieść senną, spokojną egzystencję pośród klanu rodzinnego. Mógł tańczyć przy ogniskach i spoglądać w dal ze szczytów górskich, ale jego losy tak się potoczyły, że znalazł się w gronie poetów świata, zaczął głosić chwałę ziemi i swego narodu w najdalszych zakątkach globu. Mógł śpiewać w małych chatkach, odgrodzony od mroźnych, kosmicznych dali, mógł wsłuchiwać się w opowieści starców i szamanów, ale dane mu było stanąć w obliczu wszechświata i nieustannie powtarzać elementarna prawdę o istnieniu: Jestem Nuosu! To jest jego wielkie zadanie, a zarazem rodzaj modlitwy powtarzanej przez pokolenia, to ciąg przypomnień i uwzniośleń, daleki pogłos dziejów, które się dokonały i które nadejdą. Tak poeta stał się zarazem kapłanem, któremu dynamikę nadały działania bogów:

[Poeta] został wysłany przez bogów dla obrony ludzi przed demonami; obrona ta jest jeszcze bardziej niezbędna po śmierci, gdyż ludzie są wielkimi grzesznikami, co czyni ich łupem dla demonów. Ale bogowie, ulitowawszy się nad ludźmi, wysłali Pierwszego Szamana, aby pokazał im drogę do boskiej siedziby. (…) łączność między Ziemią, Piekłem i Niebem dokonuje się poprzez wertykalną oś, axis mundi. Pośmiertne zstępowanie do Piekieł, z przejściem przez most i labiryntycznym przechodzeniem przez dziewięć kręgów, zachowuje jeszcze schemat inicjacyjny: nikt nie może dotrzeć do Nieba bez uprzedniego zstąpienia do Piekieł.[14]

Ta axis mundii, znana z wielu opowieści kulturowych i mitów, stanowi punkt dojścia dla rozumiejących bytów, a także rodzaj duchowej drabiny, po której zmarli Nuosu wspinają się do nieba. Pojawia się ona nawet w sennych majaczeniach:

Jakże szybko, beznamiętnie
Przemijają nasze dni
Między paleniskiem i żarnem
I już wspinamy się po drabinie
I tulimy się we śnie
Każdy dzień podobny do siebie
Każdy miesiąc podobny do siebie
I nawet gdy się budzimy
Widzimy księżyc i gwiazdy[15]

Byty duchowe wspinają się po symbolicznej drabinie do nieba, próbują naśladować axis mundi, ale w gruncie rzeczy wnikają w coraz głębsze rewiry wszechświata. To jest też rodzaj ucieczki od odwiecznego ognia, który rozwiązał supły ciała, ale też nieodwracalnie zamknął drogę do świata żywych, przynajmniej w cielesnej formie istnienia.

Zdumiewające są poszczególne warstwy wyobraźni kulturowej Jidiego Majii – w swoim inicjacyjnym kształcie uformowane przez mitologie ludu Yi, ale w miarę poznawania kultury światowej i poezji różnych kręgów geograficznych, wchłaniające wiele obcych ujęć, wierzeń i elementów kosmogonicznych. Warto tutaj sięgnąć do dziedzictwa europejskiego, gdyż poeta zna znakomicie mity o stworzeniu i sięga w swoich uogólnieniach poetyckich po spuściznę celtycką, grecką i rzymską, transplantując je udanie na grunt współczesnej poezji chińskiej. I tak Grecy zawsze gorąco dyskutowali o początkach wszechrzeczy,[16] a ich „wrząca”, południowa krew i zatopienie kultury w micie śródziemnomorskim, a nade wszystko usytuowanie kraju pośród gór i wysp oblewanych przez zjawiskowe morza, ustalały horyzont rozważań kosmogonicznych bardzo wysoko. Podobnie jak w kulturze egipskiej myśliciele i twórcy, filozofowie i artyści stale obcowali z ogromami kosmicznymi i ziemskimi. Niebo w tych krainach bywa równie często bezchmurne, a wtedy odsłaniają się głębiny kosmosu, miliardy gwiazd i całych galaktyk, wyraźna smuga Drogi Mlecznej, a także planety, odbijające intymne światło. Trudno zatem dziwić się, że w kulturze greckiej powstało kilka mitów mówiących o prapoczątkach. Robert Graves wymienia mit pelazgijski, homerycki, orficki, olimpijski, a także filozoficzny, o stworzeniu. I tak w przedhelleńskim micie pelazgijskim mowa jest o bogini wszechrzeczy Eurynome, która:

Naga wyłoniła się z chaosu, nie miała jednak na czym oprzeć stóp, wobec czego tańcząc samotnie na falach, oddzieliła morze od nieba. Tańczyła w kierunku południa, a wiatr, który wiał w ślad za nią, wydawał się czymś nowym i zbyt samodzielnym, by od niego zacząć dzieło stworzenia.[17]

Potem bogini ta ulega zdumiewającym metamorfozom, łączy się z wężem Ofionem, przemienia w gołębicę, krąży nad falami i znosi jajo wszechświata. Po jego pęknięciu wysypały się dzieci Eurynome, czyli wszystko co istnieje: Słońce, Księżyc, Planety, Gwiazdy, Ziemia z górami i rzekami, drzewami, ziołami i istotami żyjącymi. Następnie kreatorka ta:

Stworzyła siedem mocy planetarnych, nad każdą ustawiając tytankę i tytana. Teja i Hyperion rządzili słońcem, Fojbe i Atlas – Księżycem, Diana i Krios – Marsem, Metyda i Kojos – Merkurym, Temida i Eurymedont – Jowiszem, Tetyda i Okeanos – planetą Wenus, Rea i Kronos – Saturnem. Pierwszym jednak człowiekiem był Pelazgos, przodek Pelazgów. Wyskoczył on z ziemi arkadyjskiej, a za nim inni, których nauczył budować chaty, żywić się żołędziami i szyć tuniki ze świńskiej skóry.[18]

Odmienną wersją mitu pelazgijskiego był mit z Iliady Homera, mówiący o tym, że wszyscy bogowie i wszystkie istoty żyjące miały swój początek w rzece Okeanos, a Tetyda była matka Okeanosa. Także i to dookreślenie ma charakter przestrzenny i związane jest z kreacją rzeczywistości w Iliadzie[19] Także mit orficki nawiązuje do elementów podań przedhelleńskich, a szczególnie do motywu symbolicznego jaja.[20] W micie olimpijskim mowa jest o tym, że:

Na samym początku Matka Ziemia wyłoniła się z Chaosu i we śnie urodziła syna swego Uranosa, który spoglądając na nią czule ze szczytów gór polewał żyznym deszczem doliny, ona zaś rodziła trawy, kwiaty i drzewa oraz zwierzęta i ptaki. Od tego samego deszczu popłynęły rzeki, on też wypełnił wklęsłe miejsca wodą, i tak powstały jeziora i morza.[21]

Potem przyszedł czas na narodziny pierwszych dzieci – sturamiennych olbrzymów, a potem trzech dzikich jednookich kiklopów. Natomiast filozoficzny mit o stworzeniu bliższy był Księdze Genesis, gdyż – szczególnie w Teogonii [211–232] Hezjoda – wywodził wszystko od stanu pra–ciemności. Wtedy to nad światem unosiła się czarna zasłona, niczego nie było widać, niczego nie można było przeniknąć wzrokiem – nie było nawet wzroku, który mógłby zmierzyć się z Ciemnością. Z niej dopiero wyłonił się Chaos, a z tej pary z kolei powstały Noc, Dzień, Ereb i Powietrze. Dalej mają miejsce kolejne związki i „rodzą” się kolejne dzieci. Najbliższym jednak kosmogonii starożytnego Orientu są zapożyczone z mitu o Gilgameszu opowieści Owidiusza:

Bóg Wszechrzeczy – bez względu na to, kim on był, niektórzy bowiem nazywają go Naturą – pojawiwszy się nagle w chaosie oddzielił ziemię od nieba, wodę od ziemi, górne warstwy powietrza od dolnych. Wyswobodziwszy żywioły ustawił je w takim porządku, w jakim są obecnie. Podzielił ziemię na strefy, niektóre bardzo gorące, inne bardzo zimne, jeszcze inne – umiarkowane. Uformował góry i równiny i przybrał je w trawy i drzewa. Nad ziemią rozpiął bezkresny firmament, pokrył go gwiazdami i wyznaczył miejsce czterem wiatrom. Wody ożywił rybami, ziemię zwierzętami, a niebo Słońcem, Księżycem i pięcioma planetami. Na końcu stworzył człowieka.[22]

Grecki system kosmogoniczny ma ścisły związek z poglądami filozofów na temat elementarnego charakteru świata i często porównywany jest z chińskimi poglądami na temat stworzenia. Myśliciele podążają od wskazywania jednostkowych żywiołów, wpływających na kształt rzeczywistości (Tales – woda, Heraklit – ogień, Anaksymenes – powietrze, Ksenofanes – ziemia), bądź będących jej odbiciem, do teorii Empedoklesa z Agrygentu, ustalającego w przyrodzie wzajemne relacje czterech żywiołów – wody, ognia, powietrza i ziemi.[23] Kultura celtycka także miała własną kosmogonię, jednak jej adekwatne odtwarzanie napotyka na liczne trudności. Jak wiadomo w kulturze tej całą wiedzę o świecie, człowieku i stworzeniu przekazywano w tradycji ustnej. Strażnikami tych mądrości byli druidzi, starożytni kapłani i magowie, rozjemcy w czasach wojen i sędziowie we wszystkich spornych kwestiach. Jak pisze o nich Shahrukh Husain:

Byli też znakomitymi astronomami dysponującymi ogromną wiedzą z dziedziny matematyki i nauk przyrodniczych. Sam Cezar przyznawał, że „mieli wielką wiedzę o gwiazdach i ich ruchach, o rozmiarach świata i ruchu sklepienia niebieskiego i gwiazd.” Wymyślili wyszukany kalendarz lunarny, którego miesiące liczyły  dwadzieścia  dziewięć  albo  trzydzieści  dni,  a  każdy miesiąc dzielił się na dwa półmiesiące. Czas ustalano raczej wedle nocy niż dni i używano okresów przestępnych, żeby dopasować kalendarz do roku słonecznego.[24]

Celtowie przemierzali ogromne przestrzenie, zdążali do różnych miejsc w Europie (docierali nawet do granic Zachodu i Orientu), by w świętych gajach dębowych odbywać narady albo wymieniać wiadomości o wydarzeniach i o świecie – żyli pośród przyrody i w niej szukali odpowiedzi na dręczące ich pytania natury kosmogonicznej. Wielką rolę odgrywały w ich obrzędach monumentalne kamienie, kolumny, kręgi tworzone w miejscach magicznych. Jednakże – pisze Husain:

W wierzeniach najważniejszą rolę odgrywały niebiosa. Były źródłem burz – budzącej grozę manifestacji boskiej potęgi – przynoszących ożywczy deszcz. Przede wszystkim jednak niebiosa stanowiły domenę słońca – źródła ciepła, światła i wzrostu. Z symboliką solarną związanych jest ściśle kilka boskich postaci. Są to tacy bogowie jak Lugus, o którym sądzi się, że jest spokrewniony z iryjskim bohaterem Lugiem oraz z walijskim Lleu. Wszystkie te trzy imiona oznaczają „jasny” albo „błyszczący”. Choć Lugus mógł być pierwotnie bogiem słońca. […] Licznych celtyckich bogów porównywano do Jupitera, najwyższego pana niebios i głowy panteonu rzymskiego. Jako władca wysokich miejsc, Jupiter bywał kojarzony z lokalnymi bóstwami gór, takimi jak celtyccy bogowie alpejscy Uxellinus i Poeninus. Najczęściej jednak identyfikowano go z celtyckimi bóstwami niebiańskimi. […] Niejednokrotnie bóg nieba niesie koło, najczęściej spotykany celtycki symbol słońca, oraz grom pioruna, wskazujący, że bóg nieba jest zarazem bogiem burzy. Piorun był najważniejszą bronią Jupitera, toteż bóstwo rzymskie kojarzono nieraz z celtyckim Taranisem, bogiem burzy, którego imię tłumaczy się jako Gromowładny. Taranis wydaje się bóstwem bardzo popularnym, choć niewiele wiadomo o jego kulcie. Może stanowił po prostu boską personifikację pioruna albo też odgrywał bardziej znaczącą rolę jako bóstwo sprowadzające deszcz, a co za tym idzie – urodzaj. Innym bogiem kojarzonym z pogodą był Bóg Młot […] przedstawiany zazwyczaj z symbolami słońca, cieszył się szczególną popularnością w regionach uprawy winorośli. Według jednej z teorii wierzono, że pod koniec zimy bóg uderza w stwardniałą, zmarzniętą glebę, głosząc powrót ciepłego słońca i zmiękczając ziemię pod uprawę.[25]

Druidzi zaskakująco wiele wiedzieli o kosmosie i o jego pierwotnej formie, a wpatrując się w niebo pragnęli zrozumieć czym jest boska moc wprawiająca w ruch galaktyki i planety, generująca nieustannie w przestrzeni nowe twory, nowe zjawiska, nowe elementy świata materialnego. Jakże daleko idą tutaj korespondencje z mitami i eposami ludów Nuosu, z którą powiązana jest pierwotna warstwa wyobraźni Jidiego Majii – jak podaje Małgorzata Religa:

Poza kultem przodków, religia Nuosu obejmuje wiarę w istnienie różnych duchów natury (nieba i ziemi, gór, rzek, roślin i zwierząt itd.) oraz demonów – najczęściej są to dusze zmarłych, które z różnych powodów nie uzyskały statusu przodka, demony nieokreślonego pochodzenia, sprowadzające choroby i epidemie, urażone duchy. Drugim typem kapłana, który przeprowadza lub pomaga w przeprowadzaniu rytuałów nieco mniejszej wagi, związanych z mniej ważnymi duchami są suni – szamani, którzy w odróżnieniu od bimo bywają (lub bywali) niepiśmienni, gdyż ich funkcja nie zależy od znajomości rytualnych tekstów, ale od bezpośredniego nawiedzenia. O ile rytuały odprawiane przez bimo są spokojne i ciche, rytuały suni obejmują bicie w bębny i gwałtowny taniec. Funkcję bimo mogą pełnić tylko mężczyźni, wśród szamanów znajdują się także kobiety, nazywane moni.[26]

Tak oto za sprawą warszawskiej sinolog wkraczamy w niezwykle interesującą płaszczyznę twórczości chińskiego poety, mającą związek z magią i obrzędowością jego ludu, a nade wszystko z wiarą w istnienie na tym i na tamtym świecie duchowych przewodników.

Od wielu lat na Zachodzie Europy i w Stanach Zjednoczonych Ameryki rośnie zainteresowanie szamanizmem. Tacy autorzy jak Eliade, Lévi-Strauss, Castaneda, Andrews przyczynili się do rozkwitu nauk orbitujących wokół tego kulturowego fenomenu. Nie maleje też zainteresowanie szamanem, jako wyrazicielem nadwrażliwości, której korzeni szukać należy głęboko w naturze człowieka i w pierwotnych obrzędach inicjacyjnych. Według klasycznych definicji:

Szaman to neurotyk i psychopata; szaman to najrozsądniejsza osoba w społeczeństwie, głęboko odczuwająca potrzeby bliźnich; szaman to hochsztapler i szarlatan. Wszystkie te sprzeczne cechy przypisują szamanom zewnętrzni obserwatorzy i trudno się nie zgodzić, że wszystkie oddają prawdę o szamańskiej osobowości i psychice. (…) Ogromnym  zadaniom, jakie nakłada na szamana jego powołanie, jest w stanie podołać jedynie osoba obdarzona wyjątkowymi zdolnościami. W takim kontekście Szamanizm jest wizjonerską tradycją, pradawną praktyką wykorzystującą odmienne stany świadomości do kontaktowania się z bogami i duchami świata natury. Kiedy myślimy o szamanizmie, pojawia nam się obraz zagadkowego i tajemniczego czarownika lub czarodziejki – kogoś, kto poprzez wejście w stan transu potrafi podjąć wizyjne poszukiwanie duszy, podróżować do świętych miejsc i przekazywać ludziom sprawy o kosmicznym znaczeniu. Szaman może być uzdrowicielem, zdolnym do pokonania duchów choroby, czarodziejem, zjednującym sobie pomoc duchów w magicznych działaniach, albo pewnego rodzaju psychicznym detektywem odnajdującym zagubione rzeczy. W innych przypadkach może wydawać się kimś w rodzaju kapłana – pośrednikiem pomiędzy bogami Stworzenia i lepiej znaną sferą codziennych domowych spraw. Ale niezależnie od specyficznej roli jaką pełni, szaman budzi powszechny lęk i szacunek, ponieważ potrafi podróżować do innych światów i wracać z boskimi objawieniami.[27]  

Te ujęcia są na tyle ogólne, że pozwalają umieścić w ich obrębie postaci literackie nieomal wszystkich epok – od bohaterów starożytnych eposów, takich jak Gilgamesz, Szy-cing, Mahabharata, Szah-name poprzez greckie postaci tragiczne, aż do bohaterów literatury nowożytnej. Zmieszczą się w obrębie tych formuł Don Kichot i Faust, Raskolnikov i Hans Castorp, Aureliano Buendia i Wilhelm z Baskerville, bohaterowie eksperymentalnych dramatów i personifikacje z poezji najnowszej. Słowem postać szamana jest uniwersalnym symbolem, w którym nowe generacje odnajdują dla siebie ekscytujące znaczenia i treści. Ale dzieje się tak też dlatego, że szaman jest kimś kto przesiewa przez sito bytu ludzkie ego, jest strażnikiem obszarów tajemnicy i celnikiem przy przejściu do terytoriów uświęconych.      

Największa w Yunnanie grupa etniczna, po Chińczykach Han, hermetyczna narodowość Yi – z której wywodzi się Majia – ma swoich kapłanów o profilu szamańskim, mistrzów języka, znających doskonale święte pisma. Osoby te, nazywane bimo ubierają się w czarne szaty i noszą charakterystyczne wielkie kapelusze.[28] Jakież wrażenie na młodych ludziach musieli wywierać tacy ludzie, przewodniczący rytuałom i świętom (najbardziej znane to Święto Pochodni). To oni obcowali najbliżej ze śmiercią, odprawiając stosowne rytuały, dokonując egzorcyzmów i lecząc niektóre choroby, a nawet reinkarnując byty:

Kiedy go słyszysz
Zdaje się ułudą
Jak nikła wstęga niebieskawego dymu
Dlaczego dopiero teraz pasma gór
Okryła odwieczna cisza
I czyj głos niesie się między człowiekiem i duchami
Jakby opuścił ciało
Zaprawdę między rzeczywistością a nicością
Jest pieśń ludzkich i boskich tonów
Co głosi pochwałę narodzin i śmierci
A gdy przywołuje słońce, gwiazdy, rzeki
i starożytnych herosów
Gdy przywołuje bóstwa i nadprzyrodzone moce
Odeszłe byty zmartwychwstają![29]

W odróżnieniu od suni, bimo pochodzą z rodzin prostych i arystokratycznych i oprócz pochówków, nadzorują też wesela – widuje się ich przy domostwach, gdzie studiują starożytne pisma. Yi deifikują swoich przodków, ale wyznają też kult naturalnych żywiołów – wody, ognia, ziemi i powietrza. Prócz nich czczą góry i ich szczyty, lasy i pojedyncze drzewa[30], niebo i mocarne ptaki, takie jak orły. Rytuały w bimoizmie odgrywają ogromną rolę, a poszczególni kapłani zyskują sławę dzięki uzdrowieniom, wypędzaniu złych mocy, wróżbiarstwu i analizach relacji ludzi z bogami. Łatwo sobie wyobrazimy młodego poetę, gdy siedzi przy rodowym ognisku i słucha opowieści bimo o symbolicznych smokach i demonach.

To było swoiste czuwanie przy bimo, takie samo jak po jego śmierci, bo sfery egzystencjalne nie miały tu znaczenia:

Gdy bimo umiera
Szlak ojczystej mowy odcina powódź
W takiej chwili wszystkie jego słowa
Stają się blade, słabe i tracą właściwe znaczenie
Opowieści, czyniące twardym jak kamień, zapadają w ciszę
Czuwanie przy bimo
Jest czuwaniem przy kulturze
Jest czuwaniem przy tym co nas współtworzy
I naprawdę nie ma wyboru
Bo czas się wypełnił
I popołudnie zblakło
I zdawać by się mogło że tradycja została zszargana
I tony epickie zlodowaciały
Czuwając przy bimo
Nie opłakujemy
Duchowej istoty jednego człowieka
Nasze oczy błyszczą od łez
Bo żałujemy umarłej mądrości
I żywego umysłu
Czuwanie przy bimo
Jest spojrzeniem wstecz epoki
Pełnej tajemnic, uczucia I łez![31]

Funkcję bimo otrzymać można w spadku po przodkach lub przez nadanie tytułu, a suni musi być mianowany przez starszyznę. Szczególną rolę odgrywają uświęcone kobiety, nazywane moni, które mogą występować jako powszechnie szanowane szamanki[32]. Yi – niczym kapłani lamajscy – wierzą w wiele złych duchów, które powodują choroby, przyczyniają się do złych zbiorów i innych nieszczęść, przywołują śmierć i potrafią zamieszkiwać rzeczy materialne. Gdy ktoś umiera, w drzwiach jego domostwa zostaje zabita świnia lub owca, co ma chronić tę osobą i spowodować, że będzie on stale w kontakcie z żywymi członkami plemienia. Lud Majii wierzy w to, że człowiek ma wiele dusz, spośród których jedna pozostaje na zawsze przy jego szczątkach, a inne wędrują w wolnym mistycznym przestworze[33] lub reinkarnują się w innych osobach. Od lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku – po zniesieniu ograniczeń religijnych w Chinach – bimoizm zaczął się odradzać w swoim pierwotnym kształcie. Władze pozwoliły budować duże świątynie i ceremonialne centra w największych ośrodkach miejskich prowincji Yunan i Syczuan. Tak oto niegdyś przygasły ogień znowu wystrzelił w górę, a niesione przez tłumy pochodnie przydały magii odwiecznym ziemiom zamieszkiwanym przez Yi. Swoją fascynację ogniem poeta udokumentował w wierszu o jego bogu:

Wolność tańczy w płomieniu, wiara skwierczy w ogniu
Śmierć czai się w ciemności, otchłań śpi obok mnie
Gdy z głębin pierwotnego chaosu, ogień dobędzie łowcę
Odrzuć oziębłość kobiety, deklamującej wiersz
Bądź dumny jak światło w obliczu zakwitających kwiatów grzechu
Drżenia krainy, mieniącej się w promieniach słońca
Wysyłającej ostrzeżenia i uśmiercającej sny cierpiących dusz
Oddal przestrach. Jeśli spokój ma błogosławić byty
Niechaj bestie i demony płoną w ogniu
Z brzoskwinią serca, w pełnym blasku, niech świt się zrodzi
I niechaj nie zaczyna się krakaniem wrony,
Tylko otwarciem oczu[34]

Ogień nieodparcie kojarzy się autorowi z uwolnieniem z więzów ciała, z uświęconą rytuałami kremacją, podczas której prócz ciała giną demony, które chyłkiem wdarły się do świadomości ludzkiej. Ta sakralizacja musi dokonać się w chwili osiągnięcia nirwany ze światem, w momencie poczucia dumy z tego co się zrobiło w ziemskim świecie. Przejście do krainy zmarłych, natychmiastowa spiralna kosmizacja[35], ma być jak otwarcie oczu po długim śnie, ma przypominać wejście w światło, opuszczenie na zawsze mroku i zbliżenie się do któregoś z bogów. Trudno wyodrębnić w teologicznej myśli chińskiej pojęcie jednego boga, znane w chrześcijaństwie czy islamie, ale literatura na ten temat – wskazuje Joseph Needham – jest ogromna i sięga czasów starożytnych:

Trudno analizować starożytne chińskie koncepcje Boga. Temu tematowi poświęcono liczne dzieła, ponieważ w ciągu ostatnich kilku wieków chrześcijańscy misjonarze prowadzili wielkie debaty co do poprawności przekładu pojęć europejskich na język chiński. Większość tych dzieł obecnie nie jest warta papieru, na którym je zapisano, gdyż w owych czasach badania sinologiczne znajdowały się dopiero w zarodku. Wiadomo, że w języku chińskim najstarsze nazwy dla Boga to t’ien (Niebo) lub szang-ti (Najwyższy władca), chociaż stosowano także inne, na przykład caj (Namiestnik) w Czuang-cy, w swojej najstarszej formie, niewątpliwie stanowi znak antropomorficzny (prawdopodobnie bóstwa), ti przypuszczalnie również, choć można mieć pewne wątpliwości. Jak sądzę, to samo odnosi się do caj, który wiąże się ze znakiem oznaczającym demona. Sinolodzy wiele wysiłku włożyli w zbadanie, w jakim stopniu w Chinach starożytnych personifikowano takie koncepcje, lecz trudno podsumować wnioski, do jakich doszli. Powstało wiele teorii, Creel na przykład uważa, że szang-ti jest deifikacją funkcji cesarza (lub wielkiego króla z epoki brązu); Granet twierdzi, że było uosobieniem kalendarzowego porządku czterech pór roku, inny pogląd reprezentował Fitzgerald, upatrując w szang-ti i w t’ien symbole Pierwszego Przodka. H. G. Creel wyraził opinię (obecnie powszechnie akceptowaną), że szang-ti jest pojęciem starszym i wiąże się z dynastią Czou. Taj Kuan-i uważa, że nazwa szang-ti została przejęta przez Chińczyków od ludów Miao. W każdym razie wyraźnie widać, że a) najwyższa istota, znana i czczona w starożytnych Chinach, nie była stwórcą w znaczeniu przyjmowanym przez Hebrajczyków i Greków; b) w starożytnych Chinach idea uosobionego najwyższego boga, chociaż rozwinięta, nie zawierała koncepcji boskiego, niebiańskiego prawodawcy, wydającego rozkazy pozaludzkiej przyrodzie; c) pojęcie najwyższego bóstwa szybko stało się zupełnie bezosobowe. Nie oznaczało to, że Chińczycy uważali, iż w przyrodzie nie panuje żaden porządek, lecz że taki porządek nie został ustalony przez indywidualną rozumną istotę; stąd brak gwarancji, że inne takie istoty rozumne potrafią odczytać w swych własnych ziemskich językach kodeks praw uprzednio sformułowany przez Boga. Nie wyobrażano sobie, by kodeks praw przyrody mógł zostać odkryty i odczytany, ponieważ brakowało pewności, że istota boska, choćby bardziej rozumna od człowieka, kiedykolwiek taki kodeks sformułowała.[36]

Teologia ludów Nuosu czeka wciąż na swoje źródłowe opracowanie, ale łatwo zauważymy, że w poezji Majii, moc sakralną ma odwieczny ogień, przeszywający czas i przestrzeń[37] i stający się narzędziem pradawnych, naturalnych bóstw. Kojarząc się poecie z poezją, ogień ma swoje fazy i stadia:

Poezja to przygasający ogień węgli,
To przezroczyste sklepienie nieba.
To szukanie Nowych ludzkich wcieleń.[38]

Poezja kulturowa, jako analogon ognia, raz jest żywsza, a innym razem odwzorowuje jego przygasanie i majestat nieba, pośród którego poruszają się duchy przodków, a może też i  wyodrębniony przez Needhama – szang-ti – Najwyższy władca. Tę poezję zrodziły obrzędy kulturowe ludu Yi, w których ogromną rolę odgrywa utleniający wszystko żar. Dlatego podczas świąt i ceremonii pogrzebowych, podczas debat z bimo i suni, dorastający młodzieniec wpatruje się z przejęciem w Jaskrawy żar paleniska:

Do śmierci będę wspominał z czułością
Te noce, gdy jarzył się ogień, a moi bliscy
Kiwali się miarowo i gawędziarz snuł swoją
Opowieść…Któż mógłby to zapomnieć?
Pamięć jest grą światła i ciemności
Czas opromienia jasnością niknącą rzekę
Gdy kolumna jeźdźców zbliża się do krawędzi snu
Srebrny blask siodeł znika w głębi znaczeń
A potem pojawia się znowu. Starsi i mędrcy
Nie usprawiedliwią zapomnienia,
bo jest ono Prawdą i godnością tej ziemi.
Tak, oddaję część moim przodkom,
żyjącym w bohaterskich czasach
Opiewanych chwalebnie w eposach[39]

Przeszłość sformatowała świadomość poetycką Jidiego Majii i dała mu niezwykłą moc, zaklętą w religii i podaniowości jego ludu. Nie obyło się przy tym bez cierpienia i przemocy bezdusznej śmierci, która zawsze towarzyszy ludzkiej próbie bytu, a potem w swoisty sposób kształtuje wrażliwość i wyobraźnię pisarską. Tak pierwotna przemoc funduje przyszłe wzloty myśli i poeta musi ją przeżyć i odkryć na pożytek własnych wierszy – Rene Girard wskazuje, że jest to też element kształtujący kulturę:

Odkryć przemoc założycielską, to znaczy zrozumieć, że sacrum łączy w sobie wszystkie przeciwieństwa, nie dlatego, że różni się od przemocy, lecz dlatego, że przemoc nie jest jednolita: raz odbudowuje wokół siebie jedność, by ratować ludzi i budować kulturę, albo wręcz przeciwnie, z pasją niszczy to, co zbudowała.[40]

Poeta wraca myślą do wspólnych zgromadzeń, gdy wiele oczu wpatrywało się w żar paleniska, a czas zdawał się stawać w miejscu. Wtedy swobodnie przenikały się przestrzenie ziemskie i senne miraże i wciąż wracały w pieśni bohaterskie czasy. Ważna też była minimalizacja świata, opuszczenie na chwilę struktur kosmicznych i zestrzelenie wszystkich i wszystkiego do magicznego kręgu, pośrodku którego jarzył się jaskrawy znicz. Ta tendencja – wskazuje Eliade – miała szerszy charakter w Chinach różnych epok, a swój szczyt znalazła w tendencji odgradzania domostw murami i zakładania małych ogrodów przydomowych:

Chodzi tu o odrębny, pomniejszony świat, który zakładano sobie w domu, by uczestniczyć w skoncentrowanych tu siłach mistycznych, aby drogą medytacji osiągnąć harmonię ze światem. Górę ozdabiały groty, a folklor grot odegrał dużą rolę w kształtowaniu miniaturowych ogródków. Groty są tajnym schronieniem, miejscem pobytu taoistycznych nieśmiertelnych, miejscem wtajemniczeń. Obrazują one świat rajski i dlatego właśnie wejście do nich jest niełatwe (symbolika „ciasnej bramy”). Ale cały ten zespół: woda, drzewo, góra, jaskinia, który odegrał w taoizmie tak ważną rolę, jest jedynie rozwinięciem znacznie starszej idei religijnej: idei krajobrazu doskonałego, to znaczy pełnego, obejmującego górę, wodę i znajdującego się z dala od świata. Miejsce to jest doskonałe, bo stanowi zarazem świat w miniaturze i raj, źródło błogości i miejsce nieśmiertelności. Otóż krajobraz doskonały – góra i woda – był jedynie odwiecznym miejscem świętym, gdzie w Chinach każdej wiosny chłopcy i dziewczęta spotykali się, by śpiewać na przemian pieśni obrzędowe i odprawiać igrzyska miłosne. Łatwo odgadnąć kolejne waloryzacje tego pradawnego świętego miejsca. W najdawniejszych czasach był to obszar uprzywilejowany, poświęcony, zamknięty świat, w którym chłopcy i dziewczęta zbierali się okresowo, by brać udział w misteriach życia i płodności kosmicznej.[41]     

Poezja Majii przesiąknięta jest lodowatym powiewem kosmicznym i trudno się dziwić, że z takim rozrzewnieniem wspomina on owe rodowe miniaturyzacje, kiedy to czuł się bezpieczny, siedząc przy ognisku i czując jego obezwładniające ciepło. Tak wspólnota żywych i przodków ludu Yi, która rozprzestrzeniła się w krainach Chin i w nieograniczonych przestrzeniach duchowych, jednoczyła się przy obrzędowym ogniu i orbitowała ku głębiom wszechświata. Poeta wspomina takie chwile, gdy kontempluje bieg rzeki Huang-ho:

Ten czas nie miał władców, a tylko porywający wiatr i ulotny ogień
Towarzyszyły Bytowi – rozległemu i nieograniczonemu,
Opuszczonemu i przeogromnemu
I kto tam był prawdziwym suwerenem? Twór, który wszystko stworzył
O Światło, wszechobecne światło, jedyne, będące najwyższym władcą,
Jedyne dzięki któremu eteryczne powietrze mogło rozpaść się w pył
Światło będące kręgosłupem nieba, lancą kosmosu[42]

Ogień powiązany jest z różnymi obecnościami światła na ziemi i kojarzy się też z rewirami boskimi. Staje się ono kontrapunktem dla ciemności, tak jak w warstwach symbolicznych kultury świętość jest kontrapunktem dla zła. Poeta urodził się pośród gór Liangshan i po krótkim okresie dziecięcego szczęścia, wszedł w krainę dorosłości, gdzie antytezą życia i zapłatą za nie jest śmierć. Warto w takim kontekście przywołać ustalenia Włodzimierza Sedlaka, udowadniającego, że życie jest inna formą światła:

Śmierć miała się stać szkołą życia. Taką była dla człowieka zawsze, od paleolitu poczynając. Lekcja życia najpełniej wypada w kontraście ze śmiercią. O życiu przecież wiemy jedynie to, że jest zaprzeczeniem śmierci, że stanowi jej antytezę. (…) W momencie narodzin przyjąłem bezwzględny obowiązek śmierci. Są to nieodmienne pacta conventa człowieka z życiem. Zanim ten ostatni dług biologiczny spłacę, za przyjemność bycia, chciałbym sięgnąć do najistotniejszych wiązań życia; gdy one zawiodą, pozostaje jedyna droga. W tak jubilerskiej robocie lepiej jest mieć śmierć za sobą, niż przeciwko sobie. W ożywionej materii, jako układzie symetrycznym, zwierciadlanym odbiciem życia musi być śmierć. Rozwiązując jeden czy drugi człon, posiada się symetryczne widzenie zagadnienia. Tak to wygląda w dwuwymiarowej geometrii. Człowiek dorobił trzeci wymiar – nieśmiertelność. Oś nieskończoności. Ponadto życie dostawiło czwarty wymiar – czas. (…) Na niewielkim stosunkowo odcinku między urodzeniem a obowiązkiem śmierci jest bardzo wiele do wykonania. Jest to użyczone człowiekowi pole działania. Jego podwórko akcji życia. Już sama ta świadomość determinuje stanowisko człowieka w biosferze.[43]

Majia jest poetą życia i śmierci, hermetycznych przestrzeni rodowych spotkań i nieograniczonych głębi kosmicznych – świadomy odwiecznych opozycji, zdaje sobie sprawę z tego, że jego czas też jest ograniczony. Może tutaj upatrywać należy niezwykłej ekspansywności poetyckiej i wydawniczej tego autora, który niczym Mo Yan – zawojował niemal cały świat, zaznaczył swoją obecność pośród kilkudziesięciu języków i wielu odmiennych kultur. W takim rozumieniu stał się ambasadorem chińskiej myśli i poezji, a nade wszystko wprowadził swój ukochany lud Yi do ogólnej świadomości globowej. Szukając wciąż pięknych słów, szukał w gruncie rzeczy piękna religijnego i poblasku żywiołu ognia:

Słowo którego szukam
To magiczny ogień kapłana
Mogące przywołać odeszłą starszyznę
I dotrzeć do istoty wszechrzeczy[44]

Twórca wierzy, że odwieczny ogień jest pradawną siłą, poprzez którą można kontaktować się duchami zmarłych przodków. Oni też kiedyś siadali przy ognisku i śpiewali smutne pieśni narodu Nuosu, snuli opowieści bohaterskie i nawiązywali do mitów kalendarzowych, agrarnych, a nade wszystko do podań opisujących moment porzucenia okrywy cielesnej i przejścia do przestrzeni duchowych. Skoro Bachelard wskazuje, że można zasadnie mówić o poetyce, psychice, a nawet etyce, związanej z ogniem[45], to można też tworzyć analogie kosmogoniczne i szukać paradygmatów naturalnych. Majia – niczym słynny astrofizyk Stephen Hawking w teorii strun – sugeruje, że istnieją tajemne przejścia, a ogień jest jedną z najważniejszych bran[46]:

Jeśli rzeczywiście żyjemy na branie w wielowymiarowej czasoprzestrzeni, to fale grawitacyjne emitowane przez ciała na branie rozchodzą się również w dodatkowych wymiarach. Jeśli istnieje brana sąsiadująca z naszą, to fale grawitacyjne odbijają się od niej i są uwięzione między branami. Jeśli natomiast istnieje tylko jedna brana, a czasoprzestrzeń w dodatkowych wymiarach ma nieskończoną rozciągłość – jak w modelu Randall-Sundruma – to fale grawitacyjne mogą uciec i wynieść energię z naszej brany.

To spowodowałoby pozorne naruszenie jednego z podstawowych praw fizyki: zasady zachowania energii. Całkowita energia się nie zmienia, ale ponieważ my możemy obserwować tylko to, co dzieje się na branie, więc wydaje się nam, że zasada zachowania energii została złamana. Anioł, który mógłby obserwować również zdarzenia w dodatkowych wymiarach, wiedziałby, że całkowita energia się nie zmieniła, tylko rozeszła w czasoprzestrzeni.[47]

Nie po raz pierwszy lektura poezji kulturowej odsyła nas do najgłębszych tajni wszechświata, wskazując wyobraźni zdumiewające przejścia i nieuświadamiane głębie. Plemienny ogień – przywoływany przez poetę w wierszach i poematach – orbituje ku początkom wszechrzeczy i staje się nośnikiem energii ciał ożywionych i martwych, ludzi i skał, sierści rysia i czujnego spojrzenia mundżaka. Może dlatego ludzie, siedzący przy paleniskach, z taką lubością wpatrują się w niego, wyczuwają magię przedwieczną – w zdawać by się mogło – zwykłym utlenianiu materii stałej. Tylko poezja może tutaj zdjąć pierwsze warstwy chemiczne i fizyczne i sięgnąć do rozległej symboliki – tylko słowo może stać się nośnikiem treści najgłębszych, tylko liryka może udźwignąć tak bolesne opozycje jak żar pieca chemicznego w każdym bycie i tragiczną ostateczność kremacji. Słowo jest tkanką liryki i pradawnego mitu, relacjonującego jakieś istotne inicjacje typu szamanistycznego lub historycznego, ale w poezji Majii te granice zostały zatarte, ale jego rozumienie mitu bliskie jest poglądom Eliadego:

Mit opowiada jakąś historię sakralną, to znaczy prawydarzenie, które dokonało się na początku czasu, ab inito. A opowiadanie o sprawach sakralnych jest równoznaczne z objawianiem tajemnicy, gdyż postacie mitu nie są istotami ludzkimi: są to bogowie albo bohaterowie kulturowi i dlatego właśnie ich czyny stanowią tajemnice, misteria: człowiek nie mógłby ich znać, gdyby mu nie zostały objawione. Mit jest więc opowieścią o tym, co stało się in illo tempore, opowieścią o tym, co bogowie albo istoty ludzkie uczyniły na początku czasu; „powiedzieć mit” to znaczy obwieścić to, co stało się ab origine. Raz powiedziany, to jest objawiony, mit staje się prawdą apodyktyczną: stanowi prawdę absolutną. „Tak jest, albowiem powiedziano, że tak jest”, głoszą Eskimkosi Netsilik, by uzasadnić swą historię sakralną i tradycje religijne. Mit obwieszcza wystąpienie nowej sytuacji kosmicznej albo prawydarzenia. Jest to więc zawsze opowieść o dziele stworzenia: opowiada się o tym, jak się coś dokonało, jak zaczęło  b y ć.  Dlatego właśnie mit wiąże się z ontologią: mówi jedynie o rzeczywistościach, o tym, co stało się rzeczywiście, co się w pełni przejawiło. Chodzi oczywiście o rzeczywistości sakralne, gdyż tylko  s a c r u m  jest par exellance rzeczywiste. Nic z tego, co należy do sfery świeckiej, nie ma udziału w bycie, gdyż to, co świeckie, nie zostało ontologicznie ustanowione przez mit, nie ma wzorca.[48]

Ontologia tej poezji ma wiele wymiarów, ale zawsze uwzględnia eschatologię ludu Yi i wskazuje takich członków plemienia, którzy śmiało przeszli przez jej bramę i pogodzili się z nieodwracalnością zmian zachodzących w ludzkim organizmie, zaakceptowali przemoc czasu[49], starość i smutną obrzędowość funeralną.

Czasem kochający wolność duch
By posiąść godność i sprawiedliwość
Musi pogodzić się z tym że jedyną
Drogą bytu jest śmierć[50]

Przez śmierć prowadzi jedyna droga do wieczności – tam, gdzie ogień i lód są tak oczywiste jak eksplozja gwiazdy supernowej, a tylko byt duchowy może istnieć i swobodnie poruszać się w mistycznym przestworze. Takie są prawa życia pośród natury, która roztacza przed żywymi zjawiskowe widoki, mami ich radosnym seksem, a potem domaga się rozpadu ciała. Na nic tutaj będzie jakikolwiek opór – bo jak wskazuje Philippe Ariès – natura zatriumfuje w chwili ostatniej:

Przez tysiąclecia homo sapiens swoje postępy zawdzięczał oporowi, jaki stawiał naturze. Natura nie jest starannie uregulowaną i dobroczynną Opatrznością, lecz światem unicestwienia i przemocy, który wprawdzie można oceniać mniej czy bardziej dodatnio albo ujemnie w zależności od poglądu filozofów, ale który zawsze jest w stosunku do człowieka zewnętrzny, a nawet wrogi. Człowiek przeciwstawił więc stworzone przez siebie społeczeństwo naturze, którą ograniczył. Przemoc natury musiała się zatrzymać przed zastrzeżonym obszarem, jaki człowiek przydzielił społeczeństwu. System obronny zorganizowano i utrzymano, narzucając pewną moralność i religię, ustanawiając państwo i prawo, tworząc gospodarkę dzięki organizacji pracy, zbiorowej dyscyplinie, a wreszcie technologii. Ten mur obronny wzniesiony przeciwko naturze miał dwa słabe punkty, miłość i śmierć; tamtędy zawsze mogło się przesączyć trochę dzikiej gwałtowności.

Społeczeństwo zadało sobie wiele trudu, aby te dwa słabe punkty umocnić. Uczyniło wszystko, co było w jego mocy, aby osłabić gwałtowność miłości i agresywność śmierci. Obwarowało seks zakazami, które zmieniały się zależnie od społeczeństwa, ale zawsze go ograniczały, ograniczały jego władzę, utrzymywały go w ryzach. Społeczeństwo również odebrało śmierci jej brutalność, jej niestosowność, jej chorobotwórcze oddziaływanie – osłabiając jej indywidualny charakter na rzecz trwałości społeczeństwa, rytualizując ją i czyniąc ją tylko jednym z przejść, w jakie obfituje życie ludzkie, tyle że trochę bardziej dramatycznym. Śmierć została oswojona w swojej pierwotnej postaci.[51]  

Poeta zrozumiał ontologię duchów przodków i w jej obręb wpisał własne bytowanie, ale uczestnicząc w kolejnych ceremoniach pogrzebowych, boleśnie też odczuł rozdział życia od martwoty:

Dane mi jest być bytem podzielonym
Zanim mogłem o czymkolwiek zadecydować
Narodziny i śmierć poczęły mocować się
W moim ciele – miejscu ich morderczego starcia
Wtedy wyodrębniłem szlachetną czerń
Ześlizgującą się szybko ku otchłani,
Wynurzającej się nade mną
Mknącej w dal strzelistym lotem[52]

To było objawienie się lodowatej przepaści wszechświata, niczym nagłe zaistnienie czarnej dziury w centrum galaktyki, do której wszystko wpada, i z której nie może się wydostać. Byt podzielony bytuje pośród żywych, bierze udział w codziennych zajęciach i ceremoniach, ale jego świadomość wciąż orbituje ku ledwie wyczuwalnym głębiom. Tylko w stanie hipnozy wkracza w tajemnicze krainy podświadomości, łączące się z rewirami śmierci i dalami wszechświata, tylko w snach ociera się o tajemnicę istnienia i odkrywa nieznane możliwości mózgu:

Dotychczasowe badania nad snem wyłoniły nie tylko problem procesów biochemicznych, lecz również wiele nowych zagadnień związanych z granicznymi stanami w zakresie zachowania się i świadomości człowieka, które doprowadziły do odkrycia pewnych szczególnych właściwości ludzkiego umysłu. W określonych fazach snu ludzie rozróżniają dźwięki, wysłuchują informacji i powtarzają je po przebudzeniu, komunikują się za pomocą odpowiedniej sygnalizacji ze światem zewnętrznym, wykonują polecenia, a nawet uczą się wyczuwać zmiany własnej świadomości.[53]

W wielu wierszach chińskiego poety z narodowości Yi znajdziemy odniesienia do magicznych przestrzeni snu, ale jeden z nich jest wyjątkowy, bo mówi wprost o ich wadze w wielu okresach życia:

Czasami sen jest tak wyrazisty
Że rzeczywistość wydaje się ulotna.
Tylko w snach widzę matkę
Bytującą w innym świecie
Jej uśmiech emituje ciepłe promienie
A zmarszczki są wyraźne, jak w lustrze
Otwarta dłoń wyczuwa koniuszki jej palców
Przekazane mi ciepło dotyku
I kamień jest przez chwilę w moim zasięgu
Jej włosy drżą delikatnie
W dźwięcznym rozdarciu cząstek
Jej spojrzenie jak zawsze jest pełne sympatii
Głęboko w jej oczach migoczą gwiazdy
Jej zapach wciąż tajemnie przenika
Siódmą przestrzeń, należącą do niej
Do nikogo innego
Po obu stronach ściany dźwignia śmiertelności
Serie ruchomych niebiańskich wirów dni
Narodziny życia odebranego przez nietrwałość
Świadoma śmierć uderzająca w pieśń żałobną
I żaden przedmiot nie może przetrwać
Tylko trzpień ducha przebija kosmos
Nie warto ufać przewodnikom elektronicznym
Bo jeśli duch zapłonie, zostanie w płomieniu
Dzisiaj tylko w snach mogę spotkać
I zobaczyć moją ukochaną matkę
Kiedyś nie wierzyłem w prawdziwość snów
Przewyższających rzeczywistość chwilowych istot
Teraz wierzę, bo obie ręce mi powiedziały
Iż w głębinach snu, waga snów
Już przechyliła szale[54]

Lud Yi od dawien dawna oddaje cześć ogniowi, zapalając osmolone drzewce i wielkie ogniska, które widać z wielu kilometrów. Najważniejsze jest tutaj Święto Pochodni (inna nazwa: Święto Powracających Gwiazd, Du-zi), które odbywa się na przełomie 24 i 25 dnia szóstego miesiąca księżycowego.[55] Dochodzi wtedy do wielkich zgromadzeń, na których ludzie ubrani w piękne stroje ludowe i przystrojeni oryginalną, srebrna biżuterią, grają na trójstrunnych lutniach (xianzi), tańczą i śpiewają. To jest okazja do spotkań młodych ludzi i wzajemnego okazywania sobie uczuć, co często kończy się wyprawą na pobliskie pola kukurydzy lub do lasu.[56] Mężczyźni dają kobietom słodycze, a one – nie bez wyrachowania – obdarzają ich alkoholem i to nie przypadek, że wiele dzieci rodzi się dziewięć miesięcy po Święcie Pochodni. Punktem centralnym obchodów jest pojawienie się szamana w stroju Boga Ognia, wraz z wiernymi sługami – następuje wtedy zapalenie największego ogniska, ludzie padają na kolana i proszą o pomyślne zbiory oraz szczęście i opiekę w nadchodzących miesiącach. Pochodnie i ogniska płoną przez trzy dni i noce, co ma też chronić przygotowane jadło przed robactwem i szybkim zepsuciem. Składa się wtedy obfite ofiary z krów i świń, tańczy się, śpiewa i je i pije, a nade wszystko oddaje cześć bogom natury. Do tego świętego czasu podąża myśl poety i jego życzenia:

Składam życzenia miodnym pszczołom
Złotym bambusom i potężnym górom
Życzę wszystkim żyjącym
By ominęły ich katastrofy
A przodkowie, którzy odeszli na wieczny spoczynek
By przybyli w pokoju innego świata
Składam życzenia tej połaci świata
Która jest ciałem naszej matki
I nawet gdybym był pijany
Nie mógłbym o tym zapomnieć.
Niechaj każde zasadzone ziarno kukurydzy
Potężnieje jak piękne perły
Niech każda owca wzrasta
Jak wiodący baran Yogga-hxaqie[57]
Niech każdy kogut będzie groźny
Jak waleczny Vabu-dajy[58]
Niech każdy galopujący koń
Zdobędzie sławę Dalie-azho[59]
Niechaj słońce nigdy nie gaśnie
Niech ogniska będą gorętsze
Składam życzenia sarnie w lesie
I rybom płynącym w rzekach
Duchy ziemi, składam życzenia
Wiedząc, że te uczucia
Tkwią głęboko w sercu Nuosu.[60]

Tak poeta próbuje ogarnąć myślą i obdarzyć dobrym słowem świat owadów i roślin, zwierząt i gór, choć to tylko reprezentanci tego, co przedstawiciel ludu Nuosu widzi i poznaje od momentu narodzin do śmierci. Te życzenia mają dotrzeć też do wszystkich żyjących ludzi jego ludu, a także – przenikając niewidzialne mistyczne błony – pobudzić mają odeszłych przodków i zaprosić ich, by pojawili się w wielkim kręgu i świętowali razem z tymi, w których żyłach wciąż płynie gorąca krew. To są słowa, które mają wybrzmieć w całym regionie, który jest jak ciało matki, a elementem zabawowym jest tutaj przywołanie upojenia alkoholowego. Poecie Yi nie wolno o tym zapomnieć, nawet jeśli wypije sporo mocnych trunków, bo czekają na niego ziarna kukurydzy, owce i barany, koguty, galopujące konie, słońce na niebie, żar ognisk, sarny w lesie, ryby w rzekach, a nade wszystko duchy ziemi. Tak autor wiersza próbuje zeskanować całą dookolną przestrzeń i przeniknąć do istoty wszystkich i wszystkiego, stara się też objąć eksploracją przestrzenie mityczne, w których bytują symboliczne zwierzęta z podań jego społeczności: baran Yogga-hxaqie, kogut Vabu-dajy i pędzący, swobodny koń Dalie-azho. To są duchowi pomocnicy i przewodnicy – pisze J. C. Cooper – znani z mitów i legend wielu rejonów świata:

Na motyw zwierzęcego pomocnika i przewodnika co rusz możemy się natknąć w mitach, legendach, bajkach, ale przenika on też z warstwy mitycznej do codziennego życia pod postacią symbolu, rodząc poczucie braterstwa, ucząc współdziałania i współczucia dla ziomków – a często dla całej ludzkości. Nie była to wyłącznie nauka praktyczna; umożliwiła ona ponowne odkrycie utraconych możliwości oraz intuicyjnej, instynktownej części natury przytłoczonej przez zniekształcony, przesadnie racjonalny, analityczny umysł. Mówiące zwierzęta symbolizują i wyrażają uczucia i wartości tłumione przez ludzi. Zwierzęta nie łamią praw przyrody, nie próbują ich zmienić, nagiąć, ani „ujarzmić” natury – szaleństwo to stało się wyłącznie udziałem człowieka – dlatego są głównymi bohaterami przypowieści, mitów i legend wszystkich plemion pozostających w bliskim związku z naturą (…) Kult zwierząt osiągnął szczyt w społeczeństwach myśliwskich i wędrownych; jego upadek nastąpił wraz z rozwojem rolnictwa, chociaż duchy roślin często przedstawiano w formie animalistycznej.[61]

Święto pochodni to radosne obcowanie żywych i umarłych, połączonych cudowną spoiną ognia, pobudzające wyobraźnię i zostające na długo w pamięci dzieci, młodzieży, dorosłych i starców. Ważną rolę – jak w każdym szamanizmie – odgrywa tutaj niezwykle rytmiczna muzyka, która wprowadza tłumy w coś na kształt ekstazy i daje im poczucie, że wkraczają do przestrzeni mistycznych. Odwieczny ogień oświetla ich twarze i wraz z muzyką staje się rodzajem dynamicznej inkantacji, uwalniającej duszę z ciała. Bimo i suni mogą wtedy wysyłać dusze do świata zmarłych i przywoływać w taki sposób przodków. Poeta chciałby być takim kulturowym posłańcem, a jego rozmyślanie staje się zarazem konfesyjnym zapewnieniem:

Jeśli mógłby poprosić bimo by wysłał tam
Moją duszę za życia
Gdybym mógł prześledzić powrotny szlak ku przodkom
Podczas dni mojego życia
Jeśli można by to było zrobić
I to nie byłby sen
I jeśli moi starsi którzy odeszli
Na wieczny spoczynek
Zapytaliby co robię każdego dnia
Odrzekłbym prawdziwie
Ten człowiek żywi gorącą miłość
Do wszystkich ludzkich ras
I do pachnących ust kobiet
Często późną porą pisze wiersze
I nigdy nie wyrządził krzywdy innym[62]

 

Ta miłość do ludzi rozszerza się na całą naturę i ma związek z poglądami ekologicznymi poety, które w polskim literaturoznawstwie jako pierwsza wyodrębniła Małgorzata Religa:

W poezji Jidiego Majii zwraca także uwagę specyficzna wrażliwość, którą można by nazwać ekologiczną. Poza miłością i współczuciem dla natury krzywdzonej przez ludzi i otwarcie wyrażaną grozą wobec zniszczeń zadawanych ziemi przez człowieka, powtarza się w niej także motyw wspólnoty ludzkiego losu i losu natury, a także wzajemnego przenikania się różnych form istnienia, życia i śmierci, reinkarnacji. To poczucie wzajemnych zależności i zatartych granic między zjawiskami i istotami na świecie, obecne jest m. in. w często pojawiającej się w wierszach synestezji, w wyczuleniu na współgranie i współbrzmienie barw, dźwięków, rytmu.[63]

Wskazanie synestezji w poezji chińskiego poety jest bardzo cenne i ma związek z badaniami Simona Barona-Cohena, który opisał stany umysłu, gdy doświadczenia jednego zmysłu wywołują doznania charakterystyczne dla innych zmysłów, na przykład odbieranie niskich dźwięków, wywołuje wrażenie miękkości, barwa niebieska odczuwana jest jako chłodna, obraz litery lub cyfry budzi skojarzenia kolorystyczne.[64] Religa wskazuje też niezwykłą transgresję poezji Majii, który nie zamyka się jedynie w swoim kręgu kulturowym:

Wiersze Jidiego Majii, nawet te najsilniej nawiązujące do jego ojczystych tradycji, są bardzo dalekie od powierzchownej egzotyki. Poeta po prostu pisze o swoim świecie, ale świat jego poezji, choć jego centrum znajduje się w Liangshanie, wykracza przecież poza Liangshan i obejmuje też południowo-zachodnie Chiny, a także świat poza Chinami – Europę, Afrykę i Amerykę Południową. Kluczem do tego pozachińskiego świata jest dla niego nie tylko bezpośrednie zetknięcie z jego krajobrazami, ale przede wszystkim jego poezja. Uderzająca jest ilość nawiązań i dedykacji dla niechińskich poetów: Achmatowej, Cwietajewej, Miłosza, Gelmana, Aimé Cesaire’a, by wymienić tylko kilka nazwisk. Poetycki głos Jidiego Majii to głos współczesnego człowieka, świadomego własnej tradycji i tego, jak łatwo jest ją utracić, świadomego ogromu historii i zmienności świata. Ten głos wart jest wysłuchania.[65]

Poeta stale podkreśla swoją tożsamość i nie waha się rekapitulować swoich doświadczeń, jako centralnych dla określonego czasu i miejsca:

Moją historię napisała ziemia i język Nuosu[66]
Urodziła mnie kobieta która
W wielkim cierpieniu mogła przerwać poród
Moje bólem udręczone imię
Jest pięknym imieniem
Imieniem pełnym nadziei
Pełnym męskości
Dojrzewającym tysiąc lat
We wrzecionie kobiety
Mój zrodzony z tradycji ojciec
Jest mężem pośród mężów
Nazywają go Zhyge Alu[67]
Moja matka która się nie starzeje
Jest piewcą tej krainy
Jest głęboką i rwącą rzeką
Moją od dawna ukochaną
Jest pięknem pośród piękna
Ludzie nazywają ją Gamo Anyo[68]
W każdym z tysiąca moich męskich zgonów
Spocząłem zwrócony w lewą stronę
W każdym z tysiąca moich żeńskich zgonów
Spocząłem zwrócony w prawą stronę
U końca tysiąca obrzędów żałobnych
Jestem dobrym słowem gościa z daleka
Na końcu tysiąca rytów żałobnych
Jestem drżącymi sylabami matki
Wciąż mnie obejmującej
Zaprawdę jestem tysiącletnim konfliktem[69]

Poeta widzi swoje istnienie jako rodzaj unii pomiędzy śmiertelną kobietą, która go urodziła i nieśmiertelnym herosem Zhyge Alu, opiewanym w pradawnych eposach Nuosu. Dlatego nie waha się mnożyć dumnych określników, a swoje ziemskie bytowanie umieszcza w obrębie tysiącletnich synestezji kulturowych. Niezwykle subtelne są owe przejścia w wierszach Majii, gdy z rzeczywistości realnej wkracza on w krainę mitu i zyskuje tam właściwości ponadludzkie, nieomal heroiczne – staje się zwielokrotnionym echem tysiąca obrzędów żałobnych i drżących sylab matki, a zarazem tysiącletnim konfliktem tego co żywe i martwe, co cielesne i duchowe. Jego opowieść ma charakter w pełni epicki – w takim rozumieniu jak u Kariny Jarzyńskiej:

Epos to nie tylko tekst, który mieści się na kartach książek – to także rytm, muzyka, wykonanie przez mistrza poezji i mistrza pamięci, wydarzenie angażujące zebranych słuchaczy. Epos to nie tylko opowieść o przygodach bohaterów – to także zwierciadło kultury, w obrębie której powstał, ukazujące ją w całej głębi i złożoności. I wreszcie – to nie tylko gatunek literacki rządzący się swoimi prawami, o jakim pisał Arystoteles i pokolenia teoretyków sztuki, lecz – u swych źródeł – owoc spontanicznej twórczości społeczeństw nie znających jeszcze pisma ani tym bardziej teorii literatury.

Niemniej jednak rozpowszechnione współcześnie rozumienie eposu jako tekstu literackiego powstałego zgodnie z regułami gatunkowymi i opowiadającego historię bohatera na tle wydarzeń przełomowych dla danej społeczności jest również uprawnione. Tłumaczą to teorie zakładające kilka etapów w historii powstawania epiki heroicznej. Otóż zależnie od badacza (najważniejsi z nich to Mircea Eliade, Georges Dumézil, Eleazar Miletinski, Wladimir Propp) źródłowym materiałem dla późniejszych poematów epickich były bądź opowieści szamanów o ich symbolicznych podróżach w zaświaty w poszukiwaniu zabłąkanych dusz, bądź mityczne historie opowiadane i inscenizowane podczas obrzędów przejścia młodzieży do świata dorosłych praktykowane w społeczeństwach tradycyjnych, bądź też opowieści, jakimi obrosła postać herosa kulturowego, w którym społeczność odwzorowywała własną historię rozwoju cywilizacyjnego.[70]

Poeta pragnie być bohaterem, który opowiada swoje dzieje na tle wydarzeń przełomowych dla wspólnoty narodów Nuosu. A wszystko to w obliczu pierwotnego żywiołu ognia – w trakcie Święta Pochodni, gdy gwiazdy wracają na nieboskłon i wszystko zdaje się odnajdywać właściwą sobie formę. Do ognia kieruje poeta-heros swoje słowa:

Daj nam krew, daj nam ziemię
Daj moc sięgania dalej niż starożytność
Daj nam objawienia, daj pociechę
Niech wnuki dojrzewają w transie przodków
Możesz nas obdarzać ciepłą opieką,
możesz ratować życie
Możemy poczuć twoją życzliwość,
poznać twoją dobroć
Musisz chronić nasz szacunek dla ciebie
Trzymać z dala od ran z cudzej ręki
Jesteś zakazaną przyjemnością, pokusą dla nas,
jesteś snem
Dajesz nam nieograniczoną radość
Pozwalasz nam śpiewać bez pamięci
Gdy opuszczamy ludzki świat
Wcale nie okazuj smutku
Czy żyliśmy w biedzie czy bogactwie
Ubierz nasze dusze
W strój płomieni[71]

To jest hymn pochwalny ognia i ludu od wieków w niego się wpatrującego – rozumiejącego dynamikę naturalnych żywiołów i marzącego o połączeniu się z nim, czy to podczas ceremonii Du-zi, czy w chwili ostatniej, na destrukcyjnym stosie, w anihilującym ciało żarze kremacji. Poeta, niczym bohater kulturowy znany z eposów, jest postacią pozytywną, antytezą dla tricksterów i różnorakich posłańców zła, a jego twórczość (działalność) staje się misją dobrej woli i zbiera owoce wprost niewyobrażalne, trudno dające się zaklasyfikować jako dokonania jednej osoby. Ta jednia z szamanem i bimo powoduje, że żywy człowiek – już podczas ziemskiej egzystencji – staje się legendą swojego ludu – jak wskazuje Jarzyńska – i przypomina postać z pierwszych rozdziałów wielu kosmogonii:

Mitologie różnych stron świata opowiadają o działającym w pierwszym okresie rozwoju ludzkości bohaterze kulturowym, w jego bliskim sąsiedztwie widząc jeszcze jedną postać, do pewnego stopnia współpracującą z herosem, a jednocześnie w pewnym sensie mu przeciwstawną. Postać tę przyjęło się nazywać tricksterem (ng. trick – oszukiwać). Trickstera cechuje przede wszystkim zmienność i nieprzewidywalność – zmienia on swoją formę (zazwyczaj z ludzkiej na zwierzęcą i odwrotnie) i postępuje na przekór wszelkim regułom, co często wywołuje efekt komiczny. Typowym wcieleniem trickstera jest popularny w mitologii Indian amerykańskich Kruk (odpowiada mu postać Po-Puk-Kiwisa z Pieśni o Hajwacie). Eleazar Mieletinski ciekawie interpretuje tę postać: „O ile w eposie komicznym Kruk narusza normy społeczne, o tyle epicki bohater zawsze postępuje zgodnie z normami moralnymi, obowiązującymi w ustroju wspólnoty pierwotnej. W rzeczywistości jednak zarówno postaci protobohaterskie, jak i komiczne wyrażają te same ideały ludowe, tyle że te pierwsze w pozytywnej, a drugie – w krytycznej formie”[72]. Śladem wykorzystywania obu sposobów przekazywania nauki o właściwym postępowaniu w twórczości ludowych śpiewaków epickich jest być może postać nieodłącznego towarzysza bohatera epickiego. To jemu zdarza się złamać jakąś regułę postępowania, obowiązującą w pierwotnej wspólnocie (Patroklos), bądź tylko dyskutuje z głównym bohaterem o tym, co jest dobre, a co złe (Oliwier), albo zostanie ukarany zamiast bohatera (Enkidu). Mimo, że w zdecydowanej większości narracji epickich pojawia się takie alter ego czy też bliźniak/sobowtór, albo po prostu towarzysz/pomocnik bohatera, symbolem danej wspólnoty, ucieleśnieniem jej ideałów i wreszcie źródłem dumy narodowej pozostaje bohater pozytywny eposu, postać, którą wynosi się na pomniki, choć jej postępowanie bywa kontrowersyjne w świetle obecnego prawa, a jego geneza sięga najpierwotniejszych ludzkich wierzeń i rytuałów.[73]     

Poeta postrzegany jako heros i potomek orła[74] nie waha się stawać w jednym szeregu z Zhyge Alu i wierzy, że nagrodą będzie bliskość z Gamo Anyo, a potem przejście przez ogień i nieśmiertelna sława – przyjęcie do grona zimnych czaszek/ do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda/ obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów.[75] W kulturze europejskiej czy w amerykańskiej taka postawa mogłaby rodzić zdziwienie, ale dla potomka bohaterów Nuosu, bytującego w różnych przestrzeniach ontycznych, jest to rodzaj – jak nazywa to André Malraux – religijnego współobcowania:

Sztuka nie jest religią, ale twórczy artysta niewątpliwie idzie za głosem powołania, którego istotą nie jest podobanie się i które zbliża się do definicji, jaką słownik określa wiarę: „pełne akceptowanie sercem i umysłem”. Potrzeba tworzenia, którą niestrudzenie potwierdza muzeum wyobraźni, istnieje na równi z uczuciami macierzyńskimi. Historia niechętnie przyjmuje do wiadomości niezwykły charakter twórczości literackiej. Ciekawe, jak dalece historia ignoruje fakt, że żadna sztuka nie jest czymś, co rozumie się samo przez się.[76]  

Ale poezja nie rodzi się z niczego, zawsze stoją za nią przeżycia traumatyczne i doświadczenia centralne dla każdej ludzkiej próby istnienia. W przypadku Nuosu wszystko zobaczyć można podczas Święta Pochodni i funeralnych ceremoniałów przejścia, kiedy to nad światem ludzkim ostatecznie triumfuje kosmos. Zgromadzenie przy wielkim ognisku jest jak natychmiastowe przeistoczenie w proch, jak uderzenie błyskawicy, jak obłaskawienie demonów i swobodne wpłynięcie do przestworu duchowego. Znaczenie ognia, nagle pojawiającego się pośród mroku, objaśnia Rene Girard:

Ognisko wśród nocy to znacznie więcej niż źródło ciepła i światła. Skoro tylko zapłonie, wszyscy gromadzą się wokół niego: rzeczy i byty ulegają przemianie. Zaledwie przed chwilą istniało tylko zwykłe zbiorowisko, rodzaj tłumu, w którym każdy był sam ze sobą, a oto teraz rodzi się wspólnota. Ręce i twarze zwracają się w stronę ognia, oświetla ich blask tych samych płomieni: jest to jak gdyby dobrotliwa odpowiedź jakiegoś boga na skierowaną doń modlitwę. Jako że wszyscy patrzą w ognisko, nie mogą nie patrzeć także na siebie; mogą już wymieniać słowa i spojrzenia; ustanawia się obszar komunii i porozumienia.[77] 

Tak rodzi się wielka wspólnota żywych i umarłych, bimo, suni, szamanów różnych stuleci, oraczy i tkaczek, ale uniwersalizacje poetyckie Majii idą jeszcze dalej – wskazuje Bai Hua[78] – rozszerzają się na cały świat, a nawet na widzialny i niewidzialny wszechświat. Widowiskowa i magiczna rzeczywistość gór Liangshan zrodziła poetę, a ogień stał się rodzajem odwiecznej inkantacji i potwierdzeniem stale dokonującej się przemiany:

Piszę wiersze, bo dociekając sensu życia tęsknimy
Za prawdziwą przemianą pośród natury
Za duchowym związkiem idącym z głębi serca – nie z przestrzeni.
Piszę wiersze, bo milknąc od dawna prowadzę
Dialog z pradawną historią mojego ludu
Piszę wiersze, bo chcę wyrazić prawdziwe uczucia i drżenie mojej duszy
Bo czuję tajemną siłę, która popycha mnie do przodu.
Piszę wiersze, ponieważ mam nadzieję, że będą one miały
Emocjonalny koloryt Nuosu, choć należeć będą do wszystkich.
Piszę wiersze, bo od początku jest we mnie poczucie misji,
Której nigdy nie traktowałem jako rodzaj nieszczęścia.
Piszę wiersze, bo wierzę, że ludzkie rozumienie
Nie jest li tylko pustą rozmową, otwiera ramiona i rodzi miłość
Zaprawdę, staje się troską o los innych istot,
Choćby tylko w historii małego plemienia
Piszę wiersze, bo jako ludzie, żyjemy pośród stale zmieniającej się
Rzeczywistości, a zajmując się sobą i innymi bytami
Staramy się wyodrębnić zasady i pierwotną substancję.
Piszę wiersze, bo przepaść między nowoczesnością
A starożytną tradycją zrodziła ból w naszych duszach,
Którego nigdy nie odczuli ludzie należący do tak zwanego
Cywilizowanego społeczeństwa – piszę bo nasi ojcowie
Pogrążali się w stanie nieustannej niepewności.
Piszę wiersze, bo czuję, że duch naszego kontemplacyjnego plemienia
Jawi się innym ludziom w melancholijnym kolorze.
I jakże długo ta barwa tkwiła głęboko w naszych duszach.
Piszę wiersze, bo wierzę, że po śmierci człowiek
Odpoczywa w pokoju między ziemią a niebem.
Piszę wiersze, bo mój ojciec był strzelcem,
Przez całe życie szczerym i życzliwym;[79]

Życie pośród natury dało poecie zrozumienie procesów metamorficznych i wyposażyło go w wiedzę o pierwotnej mocy żywiołów (elementów).[80] To była droga od pierwszego dotknięcia jego ciała przez matkę do ostatecznie ostygłej substancji – odwieczny szlak przemiany pulsu krwi w niematerialną lekkość ducha, niewidzialnie unoszącego się nad krainami i wnikającego w ciała celebransów istnienia. O ile religijność Zachodu pełna jest iluzorycznej wizyjności, mnoży kult obrazów, świętych całunów, figur świętych osób, o tyle Wschód zatopiony jest w mistycznej kontemplacji, mającej wiele z doświadczenia astronomicznego i poetyckiego.[81] To ona każe wierzyć ludom Nuosu, którym buddyzm i bimoizm wyznaczały kierunki i rodziły przekonanie, że w nieskończonej przestrzeni znajduje się nieskończenie wiele istot.[82] Choć ludzie Yi żyli w swoistej enklawie górskiej Liangshan, to przecież miewali kontakty z przedstawicielami świata zewnętrznego, a bliskość Tybetu powodowała, że w ich religii i eposach pojawiała się charakterystyczna dla lamaizmu, szintoizmu i konfucjanizmu walka człowieka z demonami i szeroka mitologizacja stwórczego światła.[83] Siła mitotwórcza tego ludu – tak wspaniale przedstawiona w poezji Jidiego Majii, a na gruncie teoretycznym komentowana przez Eliadego – brała się z głębokiej świadomości istnienia w kosmosie:

Za każdym razem, kiedy człowiek uświadamiał sobie swą sytuację egzystencjalną, to znaczy swój szczególny sposób istnienia w Kosmosie, i przyswajał sobie ten sposób istnienia, wyrażał owe rozstrzygające (o swoim losie) przeżycia za pomocą obrazów i mitów, które później zdobyły uprzywilejowaną pozycję w duchowej tradycji ludzkości.[84]     

Tak jak pewnikiem były narodziny i śmierć, tak równie rzeczywistym było istnienie pośród zjawiskowego, tajemniczego kosmosu. To jemu oddają cześć Nuosu, zbierający się przy wielkim ogniu, podczas Święta Powracających Gwiazd i celebrujący odwieczny obrzęd przejścia. To jego chwałę głosi największy poeta tego ludu – dumny, że urodził się by śpiewać i poddać się regułom odwiecznych kosmogonii:

Jakie to wielkie szczęście urodzić się jako poeta,
Żyć w królestwie naszego żywego i pradawnego języka.
Choć twoje i moje ciało może zniknąć bez śladu,
Nasze śpiewne głosy brzmieć będą w kosmosie.
Spójrz, przyjacielu, w pośpiesznym wietrze czasu
Wszystkie formy kształtowane w kuźni materii
Muszą się rozpaść i żadna siła nie zdoła
Przeciwstawić się raz dokonanemu wyborowi;
To nie zmienność losu, to niezmienny kierunek.
Jeśli w ostatniej chwili zdarzy się jakiś cud,
To będą to nasze wiersze, które przetrwają
śmierć.[85]

_____________________

[1] O mitach przejścia por.  E.  M i e l e t y n s k i,  Poetyka mitu, przeł. J. Dancygier, przedm. opatrz.  M.  R.  M a y e n o w a,  Warszawa 1981, s. 281–283.

[2] C h r i s t i n a  H a n,  Cremation and Body Burning in Five Dynasties China, „Journal of Chinese Studies” 2012, nr 55, s. 1. Przekłady z języka angielskiego fragmentów artykułów naukowych w całej monografii są mojego autorstwa.

[3] J. M a j i a,  Kremacja na rodzimej ziemi, w. 1–9.

[4] Słowa Majii w przedziwny sposób korespondują z tym, co w czasach romantyzmu wyartykułował Samuel Taylor Coleridge: O, jakże zdumiewająca jest samoistna moc imaginacji – kiedy doznania bólu uczynią ją swoim interpretatorem albo gdy powracający dobry nastrój lub zdrowie przemieni chłodne, zamarłe kształty i krajobrazy w pączki i kwiecie, żywe w szkarłacie, zieleni i śnieżnej białości (jak płomienna zasłona z inskrypcjami z azotanu i chlorku kobaltu) – dziwna jest moc przedstawiania zdarzeń i okoliczności, odpowiadających męce lub triumfowi jak gdyby wierzącej w to wszystko duszy, podczas gdy wiadomo że niezbędne warunki, jedyna możliwa przyczyna tego typu ewentualności są faktycznie beznadziejne; – nawet wówczas, kiedy czysty umysł cofnąłby się przed wydłużonym cieniem zbliżającej się nadziei jak przed zbrodnią, skutek jednak przychodzi, i rzeczywistość, i energia życiowa, a na błękitnej wysepce eteru wśród najczarniejszego zachmurzenia całego nieba pojawia się rozbłysk jak pierwszy zwiastun stworzenia  [Por.  S.  T.  C o l e r i d g e, Sny, widziadła, alchemicy, osobowość złego ducha, identyczność cielesna, tłum. J. Kamionkowa, w: Manifesty romantyzmu 1790–1830, Warszawa 1995, s.73–74.]

[5] Kremacja na rodzimej ziemi,  w. 10–21.

[6] Por.  C h r i s t i n a  H a n,  dz. cyt., tamże, s. 1–2.

[7] E.  C a n e t t i,  Myśli, wyb., przeł i wstępem opatrz. J. Danecki, Warszawa 1976, s. 68.

[8] J.  M a j i a,  Zasłona życia i śmierci, w. 1–14.

[9] W starożytnych Chinach grzebano ludzi w ziemi, a groby przykrywano zdjętą wcześniej darnią. Zwłoki zostawiano też w górach i na zboczach gór, by pożarły je zwierzęta. Dopiero rozpowszechnianie się myśli buddyjskiej spowodowało, że powszechne stały się kremacje. Por.  C h r i s t i n a  H a n, dz. cyt., tamże, s. 4.

[10] J.  M a j i a,  Kremacja na rodzimej ziemi, w. 26–42.

[11] Za: Cz.  M i ł o s z,  Ziemia Ulro, Warszawa 1982, s. 122–123.

[12] O roli pojedynczych czaszek w ceremoniałach pogrzebowych ludów od czasów najdawniejszych por. A.  L e r o i – G o u r h a n,  Praktyki pogrzebowe [w:] tegoż, Religie prehistoryczne, przeł. I. Dewits, Warszawa 1966, s. 36–39.

[13] M.  E l i a d e,  Symbolizmy i techniki szamańskie w Tybecie, Chinach i na Dalekim Wschodzie [w:] tegoż Szamanizm i archaiczne techniki ekstazy, przeł. K. Kocjan, Warszawa 1994, s. 429–430.

[14] M.  E l i a d e,  tamże, s. 442.

[15] J.  M a j i a,  Oczekiwanie Senne majaczenie kobiety Nuosu, w. 1–9.

[16] W tej części monografii korzystam z moich ustaleń w pracy pt. Słowacki Kosmogonia, Bydgoszcz 2004.

[17] R.  G r a v e s, Mity greckie, przeł. H. Krzeczkowski, Warszawa 1982, s. 41.

[18] Ibidem.

[19] Por.  H o m e r, Iliada, przeł. N. Chadzinikolau, Rapsod XIV, w. 201, Poznań 2001; por. też  J. V.     L u c e, Homer i epoka heroiczna, przeł. E. Skrzypczak, Warszawa 1987, s. 209.

[20] R.  G r a v e s, op. cit., s. 44.

[21] Ibidem.

[22] Ibidem, s. 46.

[23] Szerzej o greckich żywiołach pisałem we Wprowadzeniu do mojej książki Mickiewicz wyobraźnia i żywioł, Bydgoszcz 1996, s. 13–17.

[24] S.  H u s a i n,  Bogowie, boginie, kosmos [w:] prac. zesp. Celtowie herosi świtu, przeł. R. Januszewski, Warszawa 1998, s. 40.

[25] Panowie niebios, ibidem, s. 26–27; por. też  S.  P i g g o t t,  Druidzi, przeł. J. Tyczyńska, J. Prokopiuk, Warszawa 2000, s. 25–89.

[26] M.  R e l i g a,  Wstęp [w:] Jidi Majia, Słowa i płomienie, Warszawa 2015, s. 6–7.

[27] N.  D r u r y,  Szamanizm, Poznań 1994, tł. H. Smagacz, s. 14.

[28] Por.  M.  R e l i g a,  dz. cyt., s. 6. Por. też https://en.wikipedia.org/wiki/Bimoism.

[29] J.  M a j i a,  Głos bimo — Dedykowane uczestnikom rytuałów Nuosu (2), w. 1–14.

[30] Wielkie, samotne drzewa zawsze miały wielka wagę w mitologii chińskiej i replikowane często były w podaniach jako te, po których bohaterowie kulturowi wspinali się do nieba. Por.  M.  J.  K ü n s t l e r,  Ogromne drzewa [w:] Mitologia chińska, Warszawa 1981, s. 79–83.

[31] J.  M a j i a,  Czuwanie przy bimo —Dedykowane uczestnikom rytuałów Nuosu (1), w. 1–22.

[32] Por. bibliografię prac o szamanizmie [w:]  N.  D r u r y,  Szamanizm, tł. H. Smagacz,  Poznań 1994; [w:]  C.  L é v i – S t r a u s s,  Spojrzenie z  oddali, Warszawa 1993; [w:]  C.  L é v i – S t r a u s s,  Opowieść o rysiu, Łódź 1994, przeł. E. Bekier; [w:]  P.  V i t e b s k y,  Szaman, Warszawa 1996, tł. Z. Dalewski.

[33] Por.  Cz.  M i ł o s z,  Ziemia Ulro, Warszawa 1982, s. 124.

[34] J.  M a j i a,  Bóg ognia, w. 1–12.

[35] Podobnie u polskiego poety romantycznego C. Norwida. Por.  K.  A.  J e ż e w s k i,  Cyprian Norwid a myśl i poetyka Kraju Środka, Warszawa 2011, s. 50.

[36] J.  N e e d h a m,  Wielkie miareczkowanie Nauka i społeczeństwo w Chinach i na Zachodzie,  przeł. I. Kałużyńska, Warszawa 1984, s. 382–383.

[37] Por. poemat  J.  M a j i i,  Ja, śnieżna pantera, cz. 13, w. 12.

[38] J.  M a j i a,  Źródło poezji, w. 22–24.

[39] J.  M a j i a,  Jaskrawy żar paleniska, w. 13–26.

[40] R.  G i r a r d,  Sacrum i przemoc, cz. II, przeł. M. i J. Plecińscy, Poznań 1994, s. 135.

[41] M.  E l i a d e,  Desakralizacja przyrody [w:] tegoż, Sacrum – mit – historia, przeł. A. Tatarkiewicz, Warszawa 1993, s. 154–155.

[42] J.  M a j i a,  Wielka rzeka, w. 35–41.

[43] W.  S e d l a k,  Życie jest światłem, Warszawa 1985, s. 77.

[44] J.  M a j i a,  Zagrzebane słowo, w. 11–14.

[45] G.  B a c h e l a r d,  Wyobraźnia poetycka, przeł. H. Chudak, A. Tatarkiewicz, Warszawa 1975, s. 118.

[46] Brany to punkty zaczepienia strun w teorii Hawkinga – patrz przyp. 47.

[47] S.  H a w k i n g,  Wszechświat w skorupce orzecha,  przeł. P. Amsterdamski, Warszawa 2002, s. 191–192.

[48] M.  E l i a d e,  Mit – wzorzec [w:] Sacrum – mit – historia, dz. cyt., s. 109 – 110.

[49] W sonecie pt. Rodzima ziemia Jidi Majia tak to ujmuje: Ale nic z tego już nie zostało,/ Dobrobyt nie trwa tysiąc lat;/ Wszystko znosi przemoc czasu. [w. 9–11]

[50] J.  M a j i a,  Siodło, w. 18–21.

[51] P.  A r i è s,  Człowiek i śmierć, przeł. E. Bąkowska, Warszawa 1989, s. 384–385.

[52] J.  M a j i a,  Podzielony, w. 1–8.

[53] G.  G.  L u c e,   J u l i u s  S e g a l,  Sen, marzenia senne i czuwanie, przeł. S. Bogusławski, Warszawa, 1970, s. 14–15.

[54] J.  M a j i a,  Waga snów, w. 1–31.

[55] To ukłon ludu Yi w stronę zarządzeń chińskich, bo większość przedstawicieli tej nacji używa własnego, dziesięciomiesięcznego kalendarza.

[56] M.  G r a n e t  widzi w tym rodzaj mitologizacji agrarnej i przejmowania mocy płodnych od sił natury – por. tegoż Święte miejsca [w] Cywilizacja chińska, przeł. i oprac. M. J. Künstler, Warszawa 1973,         s. 172–173.

[57] Yogga-hxaqie jest nieustraszonym wiodącym baranem, przewodnikiem stad, z pieśni i bajek Nuosu.

[58] Vabu-dajy jest słynnym walecznym kogutem pojawiającym się w podaniach Nuosu.

[59] Dalie-azho jest słynnym wyścigowym koniem w legendach Nuosu.

[60] J.  M a j i a,  Życzenia na święto powracających gwiazd, w. 1–25.

[61] J.  C.  C o o p e r,  Wstęp [w:] Zwierzęta symboliczne i mityczne, przeł. A. Kozłowska-Ryś i L. Ryś, Poznań 1998, s. 9.

[62] J.  M a j i a,  Słuchając zaklęć wysyłających duszę, w. 1–15.

[63] M.  R e l i g a,  dz. cyt., s. 10.

[64] Por. S.  B a r o n – C o h e n,  J.  H a r r i s o n,  Synaesthesia, Oxford 1997. Istnieją dwie teorie, tłumaczące owo zjawisko. Według teorii Simona Baron-Cohena u osób doświadczających synestezji mogą występować dodatkowe połączenia w mózgu, które łączą obszary normalnie ze sobą niepołączone. Druga teoria mówi, że liczba połączeń synaptycznych jest taka sama, a mieszanie się odbieranych doświadczeń wynika z tego, iż zachwiana jest równowaga pomiędzy hamowaniem i wyciszaniem docierających impulsów w mózgu. [Tamże, s. 24]

[65] M.  R e l i g a,  dz. cyt., tamże.

[66] Język Nuosu – jeden z wielu języków używanych przez lud Yi w Chinach. Uznawany za prestiżowy, jako jedyny jest nauczany w szkołach. Należy do rodziny tybeto-birmańskiej. Posługuje się odrębnym systemem pisma, tzw. pismem yi, którego używają szamani oraz wykorzystywane jest w tekstach naukowych.

[67] Zhyge Alu jest mitycznym herosem Nuosu opiewanym w eposach.

[68] Gamo Anyo – legendarna piękność ludu Nuosu.

[69] J.  M a j i a,  Autoportret, w. 1–28.

[70] K.  J a r z y ń s k a,  Eposy świata u źródeł kultur Warszawa 2011, s. 6.

[71] J.  M a j i a,  Nuosu mówi o ogniu, w. 1–19.

[72] Autorka cytuje tutaj fragment rozdziału o powstawaniu eposu bohaterskiego z przywoływanej i tutaj pracy E. Mieletinskiego pt. Poetyka mitu [Dz. cyt., s. 57].

[73] K.  J a r z y ń s k a,  dz. cyt., s. 14.

[74] Por.  J.  M a j i a,  Pieśń o Nuosu, w. 7.

[75] Z.  H e r b e r t,  Przesłanie Pana Cogito, w. 33–35.

[76] A. M a l r a u x,  Przemijanie a literatura, przeł. A. Tatarkiewicz, Warszawa 1982, s. 113–114.

[77] R.  G i r a r d,  Kozioł ofiarny, przeł. M. Goszczyńska, Łódź 1991, s. 220.

[78] B a i  H u a,  Jidi Majia, You belong to the World  [w:] J. Majia, The Yi Nationality Poems, London 2007, s. 10–11.

[79] J i d i  M a j i a,  Jeszcze jedna odpowiedź, w. 61–90.

[80] Por. P.  I k o n y a,  Wstęp [w:] J. Majia, Shade of Our Mountain Range, Kapsztad 2014, s. XXVI.

[81] Por.  C.  G.  J u n g,  O psychologii wschodniej medytacji [w:] Podróż na Wschód, przeł. i wyb. L. Kolankiewicz, Warszawa 1989, s. 153.

[82] A.  S z y s z k o – B o h u s z,  Buddyzm, Wrocław 1984, s. 9.

[83] P.  V i t e b s k y,  Tradycje szamanistyczne Azja Południowa i Wschodnia [w:] Szaman, przeł. Z. Dalewski, Warszawa 1996, s. 38–39. Por. też:  S.  G o d z i ń s k iW kręgu lamajskich legend i mitów, Warszawa 1981, s. 160.

[84] M.  E l i a d e,  Obrazy, mity, spekulacje [w:] Mefistofeles i androgyn, przeł. B. Kupis, Warszawa 1994, s. 183.

[85] J.  M a j i a,  Śniegi Mount Bogda, w. 11–22.

MANDELSZTAM

Myślę o twoim życiu Osipie
i jestem z ciebie dumny

pośród krwawych
bestii

i nieludzkich
demonów

pokazałeś co
znaczy

być prawdziwym
człowiekiem

do końca trwać przy
napisanym wierszu

i wierzyć w świętość
dni i nocy

choć byłeś kruchy jak
syberyjski ranek

jakże karlał przy tobie
osetyński góral

w chwilach ostatnich
myślałeś

czym jest umieranie dla
nieśmiertelnej poezji

czym ból znikający
jak ślad ma śniegu

czym los gasnący
jak oddech

Erywań 2016

 

 

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (IV)

Yasmen czuł, że nie powinien dalej uczestniczyć w tej wymianie myśli, spojrzał zatem w inną stronę i głosy ucichły. Na zachodniej stronie strzeliste szczyty górskie przechodziły w wielkie miasta anielskie, jakby ulegały realnej metamorfozie i łagodnie zmieniały się w miliony budek i cel, pokoików budowanych na planie rombu albo trójkąta. Jakież wielkie rojowiska aniołów fruwały wokół nich, ileż barw mieniło się i mutowało w jednej chwili. Tysiące wież i wieżyczek, kolumn z otworami i jakby zwisających z różnych miejsc kawałków pszczelich plastrów, wszystko razem tworzyło wielki organizm, jakąś architektoniczną fantazję, której by nie wymyślili ani budowniczowie średniowiecznych katedr, ani anioł Gaudi. Wieżyczki były białe albo złote, czasem żółte  a kiedy indziej zielone. Nie brakowało też barw pastelowych, różu, błękitu jakichś odcieni seledynu albo karminu, wszędzie wiele okrągłych okien, wszędzie balkoniki z kolumienkami, wszędzie amfilady, wiszące w powietrzu krużgankowe ścieżki z lampionami i różnokolorowymi światełkami. I te roje, jak ziemskiej szarańczy, te stada, niczym szpaków albo wróbli, te niewielkie grupki i wreszcie te punkty samotnych skrzydlatych tworów. Wszędzie z oddali dobiegający lekki szum, łopot skrzydeł, nieustający szmer lotek bijących o powietrze. Zarówno z jednej strony doliny, jak z drugiej piętrzyły się góry, łagodnie schodzące w dolinę wielkimi halami, ogromnymi przestrzeniami trawy i ziół, różnokolorowych łąk i pastwisk niebieskich. A ze szczytów strzelające w górę zamki i zamczyska, stanice anielskie, miasta i wsie anielskie, wszystko razem stanowiło jakąś niewyobrażalnie malowniczą całość, wszystko zbiegało się pośród łąk i wszystko z nich podążało ku strzelistości, ku pięknie architektury anielskiej. Tylko Bóg – myślał Yasmen – mógł stworzyć coś tak pięknego i odmiennego od tego czym żyją ludzie w swojej rzeczywistości. Spojrzał ku trzem aniołom stojącym na łące, tuż nieopodal jego miejsca. Ci także rozmawiali ze sobą bez słów, bardzo żywo gestykulowali i wymieniali bardzo szybko myśli. Przyciągnął ich przestrzeń ku sobie i usłyszał coś, co wprawiło go w osłupienie.

– Jest nas już chyba kilka tysięcy, spore legiony, ale wielu spośród nas nie do końca wierzy, że to się może udać…

– A może ty bracie jesteś największym niedowiarkiem…? Może chcesz się wycofać…?

– Nie bądź śmieszny… ja przecież byłem w grupie założycielskiej…

– Wielu spośród tych, którzy w niej byli, wycofali się już dawno…

– Bracia! Niezgoda może zrujnować nasze plany, a przecież najważniejsza jest ta wielka sprawa, w imię której spotykamy się w różnych miejscach od wielu dni – wtrącił się trzeci.

– Bracie widzisz tego dziwnie wyglądającego anioła – jeden z mówiących wskazał na Yasmena – Mam wrażenie, że on słyszy nasze myśli…

– Jesteś przewrażliwiony, lepiej leć do gniazda i odpocznij trochę…

– Ale jeśli on nas słyszy, to i Pan mógłby nas usłyszeć…

– Przecież Jego nie ma…

Yasmen speszony odleciał na chwilę z miejsca, gdzie stał i zatoczył dwa wielkie koła w powietrzu. Mijał różnych aniołów gdzieś lecących albo zawisających w górze. Ich twarze były radosne albo smutne, uduchowione albo nijakie, barwy skrzydeł i tog migały przed jego oczyma, połyskiwały pośród zgrupowań złote ciżmy. Z góry perspektywa się poszerzyła i zobaczył, że dolina niknie we mgłach z których w dalach ledwie wychylają się jakieś niewyraźne kształty, niby inne miasta, ale równie dobrze inne szczyty, zbocza, pastwiska. Wiele różnokolorowych punktów i plam mogło być skupiskami innych aniołów albo po prostu cieniami szczytów i rozpadlin. Szybował powoli i po dłuższym czasie wylądował z powrotem w miejscu, w którym wcześniej stał. Trzech aniołów już nie było, ale za to dostrzegł jakieś zawirowanie, jakiś tumult wokół najbliższej z wież. Przy jednym z wysoko położonych otworów kłębiło się wielu skrzydlatych. Przyciągnął siłą woli tę wielka przestrzeń do siebie i usłyszał krzyki, nawoływania, jakieś gniewne pomruki.

 – Bracia, nie pozwólmy by jego celę zajął nowicjusz. Przez tysiące chwil mieszkał tutaj i wielbił Pana modlitwą i myślą serdeczną, a teraz ma iść na tułaczkę i w jego ukochanym domostwie osiedlić się ma ten, który ledwo co zrzucił gnuśna powłokę cielesną…?

– Archanioł Jan wie co robi, bo jego natchnienia płyną z samej wysokości…

– Archaniołowie mogą się tak samo mylić jak każdy z nas… czyż i oni nie zmieniają czasem swoich rozkazów… czyż nie odwołują tego, co tłumom wydało się złe?

Yasmen majestatycznym lotem przybliżał się do wieży, a za nim leciała jego drużyna. Czasem jakiś przelatujący anioł zatrzymał się w powietrzu i patrzył zaciekawiony, czasem przybliżyła się do nich inna grupka i przez jakiś czas leciała równolegle. W bezpiecznej odległości trzymali się Archaniołowie i próbowali prześwietlić myślą lecących. Yasmen nie zwracał uwagi na nic, a jedynie rozkoszował się widokiem stanicy. W jego głowie przelatywały dziesiątki myśli, które przypominały to, co działo się dookoła. Myśli uporządkowane i osobne śmigały w różnych kierunkach. Pozwalał podążać za nimi Archaniołom, a potem nagle gasił je w sobie, rozbijał je albo porzucał w chwili zawiązywania się akcji. Miał jednak wrażenie, że ktoś panuje nad tym chaosem i z wyrozumiałością godzi się na to. Właśnie minął jakieś większe stado zielonych serafinów, które lecąc w szyku czwórkowym wydawało z siebie jakąś rytmiczną pieśń. Te dźwięki, gwałtowne i zarazem delikatne, przypominały pracę jakiejś zdumiewającej maszyny, która przemierza przestrzeń. Ich zieleń Veronese’a wyraźnie odcinała się od czerwieni i różu, który pojawił się w sferze gdy wielki snop zaczął przygasać.

« Older entries

%d blogerów lubi to: