CIEPŁY PAŹDZIERNIK

Wyjątkowo ciepły i pogodny październik w tym roku pozwala raz jeszcze dostrzec piękno świata i jego wyrazistość o poranku, w południe i podczas zmierzchu. Wedrując między ulicami i na obrzeżu miasta, zauważam barwy liści i owoców, a nade wszystko rozkoszuję się błękitnym niebem, na którym znacznie mniej jest teraz smug samolotowych. Pojawiają się za to spore stada szpaków, majestatycznie żeglują pośród błękitu wielkie mewy srebrzyste, które pojawiły się w Polsce dopiero w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Obecnie skolonizowały niemal cały kraj, a z racji tego, że są wszystkożerne, nie narzekają na brak pożywienia, szczególnie gustując w odpadkach z naszych gospodarstw domowych. Październik to pora obfitości wszelakich nasion i owoców – na krzewach (berberys, ognik, cis pospolity,  rokitnik, kruszyna) i drzewach (głóg, jabłoń, grusza, śliwa, kasztanowiec), a także prawdziwych nalotów, łączących się w stada, takich ptaków jak paszkoty, kwiczoły, czajki, siewki, polskie gawrony i kawki. Coraz częściej słychać też na niebie głosy gęsi, czapli i kormoranów, udających się w malowniczych kluczach ku ciepłym krainom. Wieli z nich straci tam życie, stając się łupem dzikiego kota, hieny, likaona albo takich monstrualnych drapieżców jak krokodyle, jaszczury, czy węże. To naturalna kolej rzeczy, gorzej, gdy ptaki napotkają na swojej drodze bezlitosnych myśliwych, którzy przy ogólnej dostępności mięsa w sklepach, zabijają je z próżności, dla źle pojmowanego sportu. Przy okazji faszerują naszą naturę ogromnymi ilościami ołowiu, którego w żaden sposób nie da się już potem z niej usunąć. Zenon Kruczyński, niegdyś myśliwy, a obecnie publicysta i aktywista ekologiczny, zaangażowany w działania na rzecz zmiany stosunku wobec zwierząt i środowiska, podaje, że w taki sposób trafia każdego roku do naszych ekosystemów około 400 000 kilogramów tego toksycznego metalu.[1]  Idę dalej, porzucam myśli o bolesnych sprawach i przyglądam się barwom sumaków octowców, jakże pięknych o tej porze roku, kontempluję przemianę liści brzóz i klonów, wyodrębniam pośród nich sroki i sikorki, samotną sójkę i nagle pojawiające się na jednym z krzewów stado kolorowych szczygłów. Uroki ciepłego października pozwalają mi odprężyć się całkowicie, a wdychane czyste powietrze przypomina, że istniejemy pośród planety, obdarzonej atmosferą i krzewiącym się na niej życiem.     


[1] Por. Z. Kruczyński, Jesienne ptaki na niebie, „Dzikie Życie” 2012, nr 10 (220).

Owoce głogu
Kruszyna pospolita
Rokitnik
Dzikie wino
Sumak octowiec
Kasztanowiec
Gęsi w kluczu przelotowym

MIŁOŚĆ W NOWYM JORKU

Edith Wharton

Edith Wharton urodziła się w 1862 roku w Nowym Jorku, a więc na początku dwudziestego wieku miała już trzydzieści osiem lat i spory bagaż doświadczeń amerykańskich. Nie należała do dam szczególnie urodziwych, ale jako reprezentantka zamożnej rodziny Jonesów, miała dostęp do elitarnych domów Nowego Jorku, a zmysł obserwacji pozwolił jej zgromadzić sporo materiału literackiego, który wykorzystała w pięćdziesięciu powieściach. Choć miały one swoje mankamenty, to były też na tyle interesujące, że w 1921 roku przyznano jej, jako pierwszej kobiecie, Nagrodę Pulitzera. Niestety monotonia narracyjna i powierzchowność charakterologiczna kreowanych postaci nie pozwoliła jej zdobyć Nagrody Nobla, do której wielokrotnie była nominowana. Jej najsłynniejsza powieść Wiek niewinności (1920) ukazuje środowisko bogatych nowojorczyków, skostniałych w swoich obrzędach i celebracjach związanych z pochodzeniem i majętnością, pozwalającą im zaspakajać wszelkie fanaberie. Niewątpliwie najciekawsze w tej powieści są nawiązania do Nowego Jorku, rozwijającego się wtedy niezwykle dynamicznie i mającego przemożny wpływ na kształtowanie ludzkich postaw, obyczajów i wyborów. Wyrazista tutaj jest krytyka zakłamania najbogatszych warstw społecznych metropolii, ale też brakuje w utworze Wharton głębszych opisów psychologicznych i śmielszych diagnoz wielorakich wielkomiejskich patologii. Narracja snuje się leniwie, a choć autorka próbuje porzucać tradycyjną formułę powieści miłosnej, to daleka jest od eksperymentów pisarzy angielskich, francuskich czy niemieckich. Widać tutaj, że pisarka traktowała swoje rzemiosło jako rodzaj obowiązku, a krótkie rozdziały wskazują na to, że pisała je z codzienną regularnością, tak jak grzecznie odpowiadała na listy przyjaciół i znajomych. Choć powieść rozgrywa się w przeważającej mierze w Nowym Jorku, to nie znajdziemy w niej tak udanych opisów miasta, jak w dziele  Johna Dos Passosa Manhattan Transfer (1925), w Wielkim Gatsby’m (1925) Francisa Scotta Fitzgeralda czy późniejszych dziełach Isaaca Bashevisa Singera, E. L. Doctorova, J. D. Salingera, Johna Irvinga, Dona DeLillo, Edwarda Rutherfurda.       

Plakat filmu Wieku niewinności

Kanwą powieści jest tutaj miłość jej głównego bohatera – Newlanda Archera – do przybyłej z Europy Ellen Oleńskiej, żony polskiego arystokraty, osiadłego we Francji. Uczucie to pojawia się nie w porę, bo mężczyzna zaręczony już jest z inną kobietą i dla przyzwoitości, w zgodzie z obyczajami bogaczy nowojorskich, postanawia poddać się biegowi zdarzeń, żeni się z kuzynką Oleńskiej May Welland i płodzi z nią kolejne dzieci. Jego prawdziwa ukochana, dotknięta do żywego i nie chcąca niszczyć małżeństwa Archera, wraca do Francji i nie kontaktuje się z nim. Dopiero po śmierci żony Newland decyduje się pojechać z synem do Paryża i godzi się na zaaranżowane przez niego spotkanie z Ellen. Niestety tchórzy w ostatniej chwili i wraca sam do hotelu, a jego wielka miłość też nie ma odwagi zawołać go z balkonu i każe lokajowi zamknąć okna. Przy okazji bohater dowiaduje się, że jego żona domyślała się, że zakochał się w Ellen, ale zrekompensowało jej to życie rodzinne, narodziny dzieci i fakt, że mąż pozostał przy niej do końca jej dni. Fabuła raczej prosta, powieść lekka, bez przyspieszeń i nagłych zwrotów akcji, bez głębszych analiz osobowościowych. Rozwodząc się nad stosunkami panującymi w klasie społecznej bogatej nowojorskiej finansjery, Wharton zminimalizowała opisy postaci do tego stopnia, że czytelnik ma kłopoty by wyobrazić sobie ich wygląd – stroje są tutaj ważniejsze od twarzy, a bogata biżuteria od koloru oczu i rysunku warg. Podobnie jest z Nowym Jorkiem, tak bujnie rozwijającym się pod koniec dziewiętnastego wieku, a w powieści pojawiającym się tylko z powodu nazw ulic i parków, ewentualnie opery i Metropolitan Museum of Art. Szkoda, że autorka nie nasyciła swojego utworu opisami budowanych wielkich budynków użyteczności publicznej, a jedynie ograniczyła się do przywołań Piątej Alei i kilku domów, w których mieszkali jej bohaterowie (pierwszy wysoki budynek Flatiron Building powstanie w 1902 roku, a charakterystyczny drapacz chmur Woolworth Building w roku 1913). Ważniejsze dla niej były opisy spotkań, obiadów i kolacji, a nade wszystko analiza zachowań ludzkich i zakłamania tzw. elity. Oczywiście krytyka nie szła tutaj zbyt daleko, bo nawet, gdy autorka przeprowadziła się do Francji, nadal pozostawała jej przedstawicielką, a sukcesy literackie tylko zintensyfikowały kontakty i sprawiły, że chętnie była widywana na różnego rodzaju imprezach charytatywnych i proszonych obiadach.

Archer i Ellen

Cóż zatem tak zauroczyło jurorów Nagrody Pulitzera, że postanowili uhonorować autorkę tym zaszczytnym wyróżnieniem. Zapewne udane odwzorowanie psychiki i motywów postępowania Newlanda Archera, jakże żywego i prawdziwie cierpiącego z powodu skrywanej miłości do hrabiny Oleńskiej. Łatwo możemy się domyślić, że wielu amerykańskich dżentelmenów, podobnie cierpiących jak on, czytało książkę z wypiekami na twarzy, odnajdując w niej swoje dzieje. Podobnie mogło być w przypadku wielu żon, które wiedziały o utajnionych miłościach mężów, ale godziły się na to dla dobra rodziny i rozwijających się dzieci. W tym względzie Archer był poprawnym towarzyszem życia May i kochanym ojcem dwóch synów i córki. Tak bardzo doświadczony przez żarliwe uczucie, postanowił zdusić je w sobie i skupić się na zapewnieniu rodzinie godziwych środków do życia. Dzięki temu jego syn Dallas wykształcił się, zaręczył z piękną przedstawicielką elity i miał przed sobą świetlaną przyszłość, a możemy być pewni, że także młodszy syn i córka osiągną wysoki status społeczny. Tworząc postać zakochanego, targanego sprzecznymi uczuciami nowojorczyka, Wharton bez wątpienia zbliżyła się do ideału jakim mogły dla niej być skomplikowane postaci z powieści Honoriusza Balzaka, tak modnego w Ameryce na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Jej powieść zapoczątkowała nurt lekkich, swobodnych opowieści o miłości, których tyle powstało od czasu publikacji Wieku niewinności, a których końca upatrywać należy w długich, komercyjnych seriach, często mających nikłą wartość literacką, jak choćby Harlequiny. Niewątpliwą wartością pisarstwa Wharton jest odwzorowanie przeraźliwej pustki, która otwierała się w świecie bogatych ludzi, mających wszelkie dobra, ale nie potrafiących poradzić sobie z elementarnymi uczuciami. Gdyby Newland Archer porzucił wszystko, wsiadł do transatlantyckiego liniowca i pomknął do ukochanej, może byłby prawdziwszy. Straciłby swój status społeczny, zostałby potępiony przez rodzinę i środowisko, ale zyskałby coś, co jest bezcenne i niepowtarzalne – żarliwą miłość i bliskość istoty – jak mawiali romantycy – bliźniej.

Winnona Ryder jako May, żona Archera

Lektura Wieku niewinności skłoniła mnie do obejrzenia filmu, który nakręcił w 1993 roku hollywoodzki kronikarz Nowego Jorku Martin Scorsese. Już sama obsada tego obrazu jest zachwycająca: Michele Pfeiffer jako Oleńska,  Daniel Day-Lewis jako Archer, Winnona Ryder jako May Welland, Geraldine Chaplin jako pani Welland, a przy nich sporo aktorów, którzy wyraziście zaznaczyli swoją obecność w historii kinematografii amerykańskiej. Film wymagał wprowadzenia narratora auktorialnego, co dodatkowo wzmocniło fabułę i spowodowało, że widz znakomicie został wprowadzony w realia czasu i stosunków międzyludzkich. Znakomite role głównych postaci spowodowały, że obraz ten ma znacznie większą moc oddziaływania od powieści i staje się rodzajem filozoficznej refleksji nad ulotnością ludzkich uczuć i nieuchronnością wyborów, wpływających na kształt egzystencji i losów kochanków po rozstaniu. Co prawda, zarówno w powieści, jak i w filmie nie dochodzi do skonsumowania związku, a Ellen i Newland ledwie całują się namiętnie kilka razy, to i tak aura erotyzmu jest tutaj gorąca i czytelnik oraz widz łatwo mogą się domyślić jaki żar zgaszono nieodwołalnie w obu ciałach. Reżyser z ogromną dbałością odtworzył stroje i zachowania amerykańskiej  elity z końca dziewiętnastego wieku, wzbogacił też opowieść Wharton o fascynujące wizerunki Nowego Jorku, dopiero się budującego, jeszcze bez charakterystycznych wieżowców, ale już zaznaczającego swój wielkomiejski charakter. Na tle pysznych kamienic i bogatych wnętrz rozgrywa się akcja, w której wyraziste kreacje Day-Lewisa i Pfeiffer powodują, że zdarzenia są prawdopodobne, a nawet zyskują wymiar uniwersalności. Ileż było takich sytuacji w historii ludzkości, gdy ktoś, komu przeznaczona była jakaś kobieta, zakochiwał się nagle w innej piękności i nie wiedział jak poradzić sobie z nowym uczuciem, ale brnął dalej, nie wiedząc, że zburzy całe swoje życie. Trudno zrozumieć werdykty gremiów oceniających, które najwyższe noty dawały Winnonie Ryder (Nominacja do Oskara, Złoty Glob – 1993), która była jedynie tłem dla popisów aktorskich głównych postaci. Postać kreowaną przez tę aktorkę mogłoby zagrać wiele innych kobiet, ale nie ulega wątpliwości, że bez Daniela Day-Lewisa i Michele Pfeiffer, film straciłby swój czar i stałby się ledwie łzawym romansem kategorii B. Lokując się pośród największych osiągnięć filmowych Martina Scorsese, Wiek niewinności wszedł przebojem do skarbnicy kina kostiumowego, udanie odtwarzającego aurę charakterystycznych miejsc i ukazującego jakże żywych ludzi.

Świat ludzi bogatych ok. 1870 roku w Nowym Jorku

GŁĘBIE ŚWIETOŚCI

Poezja ks. Jana Wojciecha Pomina ma ugruntowana pozycję na Pomorzu i Kujawach, znana też jest dobrze w innych częściach naszego kraju, zauważają ją również analitycy twórczości osób duchownych. Trudno się temu dziwić, bo przecież jest to domena nieustannego rozwoju i prawdziwej eksplozji twórczej, potwierdzanej nowymi tomami, często bardzo obszernymi i przemyślanymi pod względem metaforycznym, symbolicznym, teologicznym i graficznym. Obrazy pojawiają się tutaj w sąsiedztwie słów, ale też generują nowe sensy, wpływają na kształt kolejnych kadencji, wydobywając na światło dzienne tajemne przestrzenie Ducha. Nie ulega wątpliwości, że autor otrzymał od życia dar, który można nazwać – przy oczywistym złagodzeniu sensu – poetyckim objawieniem. Zdając sobie z tego sprawę odsłania kolejne warstwy znaczeń i konstruuje cykle, w których naczelną postacią jest jego alter ego – Antonio. Ta figura, jakże głęboko zakorzeniona w tradycji Herbertowskiej, odwołująca się też do innych wyrazistych postaci z poezji światowej, jest rodzajem sumienia, które wciąż weryfikuje świat w kontaktach z ludźmi i w obcowaniu z przestrzeniami duchowymi. Bohater ostatnich tomów tego autora ma głęboką świadomość istnienia pośród widzialnej rzeczywistości, a jednocześnie – kierując się formułą Kanta: Prawo moralne we mnie, niebo gwiaździste nade mną – nie przestaje wpatrywać się w numinotyczne głębie świętości. Istniejąc w konkretnej rzeczywistości kosmicznej, analizuje zachowania ludzkie i przygląda się swoim wyborom, które w perspektywie powszechnego grzechu, stają się wykładnią życia w harmonii i twórczym dążeniu do doskonałości. Antonio był kiedyś „zwykłym człowiekiem”, ale życie tak go kształtowało, że stał się kimś na kształt mędrca, patrzącego z góry na rzeczywistość i widzącego wiele systemowych naruszeń, wiele zachowań, które należy potępić. Sam poznał siłę grzechu, więc potrafi teraz sprawiedliwie ocenić postępki braci i sióstr, może formułować prawdy ogólne, bliskie ścisłości filozoficznej. Ludzie zapominają o tym, że Biblia jest dziełem filozoficznym, a nakazem Kościoła jest prowadzić ludzi ku mądrości i zrozumieniu samej istoty istnienia.

Nie bez powodu, w nowym tomie, autor kieruje uwagę czytelnika ku powszechnie znanemu dziełu malarstwa europejskiego. Jan van Eyck i jego znacznie starszy brat Hubert, dźwignęli flamandzkie malarstwo realistyczne ku wyżynom, których nikt przed nimi nie sięgał. To dzięki nim pojawiły się na płótnach przejrzyste laserunki i tak zjawiskowe odwzorowania realnych postaci, że porównywano je z lustrzanymi odbiciami. Pracując dla kolejnych monarchów, stał się Jan prekursorem europejskiego renesansu, a są i tacy krytycy sztuki, którzy widzą w nim ojca nowoczesnego malarstwa światowego. Jego życie było pełne nagłych zwrotów, zawirowań historii, misji dyplomatycznych do innych krajów, a przede wszystkim do Hiszpanii i Portugalii, aż osiadł w Brugii, gdzie dopiero w roku 1434 ożenił się i zaczął wieść egzystencję bogatego mieszczanina, tworzącego portrety, miniatury i obrazy religijne. W sumie tego spokoju niewiele zaznał, bo zmarł siedem lat później i został pochowany w katedrze miasta, w którym wcześniej zamieszkał. Niestety w biografii tego twórcy więcej jest niewiadomych niż faktów potwierdzonych w dokumentach i wszystko ginie w mrokach przełomu epok – średniowiecza i odrodzenia. To był czas wielu wojen, nienawiści w łonie rodów królewskich i książęcych, wielkich epidemii chorób, a przy tym rozkwitu sztuki we wszystkich jej odmianach, od malarstwa i fresku, poprzez rzeźbę i architekturę. To, że van Eyck jeździł po Europie i zaznajamiał się z wieloma ludźmi i ich poglądami, że miał możliwość podziwiania setek obrazów uznanych mistrzów, wpłynęło zapewne na niezwykłe otwarcie i humanistyczny etos jego dzieł. Widzimy to przede wszystkim na deskach Ołtarza Gandawskiego, który – według inskrypcji na ramie – zaczął malować Hubert, a skończył po jego śmierci Jan. Poliptyk ten jest mistyczną opowieścią o ofierze Chrystusa, jako baranka ludzkości, zmazującego grzechy i łączącego ją z Bogiem Ojcem i Duchem Świętym. Przepych i bogactwo, a zarazem energia świętości, zamanifestowane tu zostały przez wielkie płaszczyzny kontrastowych barw, spośród których na plan pierwszy wysuwa się krwista szata Stwórcy, zielone i granatowe okrycia Maryi i św. Jana Chrzciciela, a także wzorzyste suknie chórów anielskich, śpiewających hymny pochwalne. Równie bogate w stroje i ornamenty są grupy kardynałów, biskupów, zakonników, dziewic, rycerzy i wiernych ze wszystkich stanów, a całość uzupełniają niemal koronkowe wieże kościołów.

Poezja może podążać tropem wielkich natchnień malarskich, tym bardziej, jeśli mają one podłoże religijne. Trudno się zatem dziwić, że w nowym tomie ks. Jana Wojciecha Pomina znalazł się wiersz o Ołtarzu Gandawskim i jakby liryczna glosa do niego. Autor podejmuje w nim dyskusję z mimetyzmem, który od dawien dawna domagał się uściślenia, jak wygląda sam Bóg, jakie oblicze miał Chrystus, Maryja i Ewangeliści, ale przegrywał w konfrontacji z tajemnicą numinosum. Propozycje van Eycka są tutaj rodzajem wyzwania, ale poeta przeciwstawia im niezachwiane od lat przekonanie, że obraz rzeczy nie jest tak ważny, jak stałość Opatrzności Bożej, wciąż ocalającej ludzkość i będącej filarem jej bytu. Sztuka jest ważkim dopełnieniem myśli, ale przecież nie może się równać z doskonałością stworzenia, rozgrywającego się od wieków pośród głębi świętości. W tomie pojawiają się kolejne części Ołtarza Gandawskiego, a na jego okładce widnieje przedstawienie Boga Ojca w tiarze – a zarazem – istniejącego w trzech osobach i reprezentującego tyleż siebie, co Chrystusa i Ducha Świętego, jednak – w kontekście słów poety – wizualność jest tylko jednym z przejawów doskonałości i pozostaje w opozycji do niej, jak inne dzieła człowieka. Poeta skupia się szczególnie na przewinach ludzkich, a wskazując je, próbuje wytyczyć nowy szlak ku świętości. Jego spojrzenie nacechowane jest troską, ale też nie zna kompromisów i nazywa białe białym, a czarne czarnym. Tylko taka postawa etyczna może stać się podłożem dla sztuki słowa i dać tak niezwykłe efekty, jak w tym przypadku – tylko taka poezja wyodrębni jedno, niezachwiane prawo moralne i umieści je w transcendencji ludzkiego bytu, pomiędzy ułomnością biologii a odwiecznością kosmosu, pomiędzy tajemnicą, a niezmierzoną w swej głębi świętością.

SKOK CZERWONEGO SMOKA (1)

Barki na Jangcy

Opowieść o wyprawie do Chin w 2015 roku zaczyna się pod koniec sierpnia, w mieście Nankin, tak straszliwie doświadczonym w trakcie napaści japońskiej. Przed podróżą szybką koleją z Pekinu, przeczytałem sporo artykułów i studiów o tym mieście, a teraz nagle stanąłem na słynnym moście nad Jangcy i przyglądałem się dziesiątkom barek, wolno sunących w górę rzeki. Pomyślałem, że symbolizują one powolne, mozolne i odwieczne podążanie Chin do przodu, aż do niezwykłego skoku Czerwonego Smoka, który nakręcił gospodarkę i spowodował, że państwo nad Jangcy i Huang-he stało się jednym z najbardziej rozwiniętych krajów świata. W każdym z płaskodennych statków byli ludzie, niezwykle uważni, bystro patrzący w dal, niezwykle dumni z tego, co robią, gotowi wykonać każde zadanie – krążąc po sieci kanałów, pokonując ogromne przestrzenie wielkich rzek i jezior. Stałem przy balustradzie, na górnym poziomie kratowej konstrukcji, tuż przy socrealistycznych figurach, nawiązujących do walk Mao Zedonga i patrzyłem jak zauroczony na ginące w sinych oparach wielkie barki z piaskiem i kamieniami, maszynami i skrzyniami z żywnością. Ten trzeci zbudowany most na Jangcy, po przeprawach w Wuhan i Chongqing, przez dziesiątki lat był symbolem dokonań Chin i ich niezgody na warunki narzucone przez Związek Sowiecki. Rosjanie pomagali przy projekcie i budowie, ale po słynnym konflikcie granicznym i oziębieniu stosunków miedzy dwoma wielkimi krajami, podziękowano im za współpracę i dokończono budowę we własnym zakresie. Potem przez lata most był dumą miasta i całego kraju, a niektórzy młodzi ludzie odbywali specjalne wyprawy, by stanąć na nim i skonfrontować swoje wyobrażenia z jego ogromem. To konstrukcja dwupoziomowa, drogowo-kolejowa, opierająca się na dziewięciu podporach, spośród których największa mierzy osiemdziesiąt pięć metrów wysokości. Liczby są tutaj porażające: Most główny ma długość 1 577 m, a górny pomost drogowy długości 4 588 metrów jest kratownicą z 8 przęsłami po 160 metrów rozpiętości. Pomost dolny długości 6 772 metrów dźwiga dwa tory linii kolejowej i jego szerokość wynosi 14 metrów. Przez wiele lat był to najdłuższy na świecie dwupoziomowy most drogowo-kolejowy.[1] Stanąłem tam o zmierzchu słońca, podziwiając szeroką wstęgę Jangcy, niknącą w szarościach i bielach, a schodziłem z mostu, gdy było już ciemno i nieprzerwany sznur skuterów, motocykli i rowerów płynął ścieżką dla pieszych, stwarzając pewne zagrożenie, ale też generując niezwykłe efekty świetlne z reflektorów.

Szybka kolej CRH na dworcu w Pekinie

Każda wyprawa do Chin jest wielką przygodą i przynosi doznania niewyobrażalne dla kogoś, kto nie stanął tam swoją stopą. Najlepiej widać rozwój tego państwa z okien szybkiej kolei CRH, której sieć pokryła obszar Chin w zawrotnym tempie. Samo wejście do wagonu tych długich, futurystycznych bolidów jest niepowtarzalnym przeżyciem i wskazuje jak zdyscyplinowane jest to społeczeństwo. Cała rozbudowana operacja od momentu zakupienia biletu, poprzez ustawienie się w kolejce do odpowiedniego zejścia ze schodami ruchomymi, a potem ulokowania się w wagonie, trwa kilka minut i już chińska strzała rusza do przodu, z oszałamiającą szybkością ponad trzysta kilometrów na godzinę. Przed oknami przesuwają się ogromne osiedla mieszkaniowe z charakterystycznymi wieżowcami, rozbudowana infrastruktura dróg z licznymi żelbetonowymi estakadami, sieć kanałów i rzek, jezior i pól, na których widać żywiołowe prace rolników. Zanim wsiadłem do pociągu jadącego z Pekinu do Nankinu myślałem, że bagaże zostaną jakoś specjalnie zamocowane, a ludzie obligatoryjnie zapną pasy, tymczasem okazało się, że wnętrza wagonów są bardzo stabilne, wędruje się po nich jak po zwykłej, wolnej kolei i nie trzeba zabezpieczać się pasami na wyznaczonym miejscu. Oczywiście wyobraźnia natychmiast podsuwa obrazy straszliwej katastrofy z 2011 roku w Wenzhou, w której zginęło czterdzieści osób, kiedy to jeden z wagonów wypadł z torów i zawisł na dwunastometrowym prześle. Wszystkie pociągi CRH mkną po specjalnie przygotowanych, żelbetonowych estakadach, wytyczonych w linii prostej. Dla ich budowniczych nie ma takich przeszkód, których by nie pokonali, a szczytem wszystkiego są długie tunele pod górami i pod rzekami, a także nowe, nowoczesne mosty, jak Dashengguan na linii Pekin–Szanghaj. W wagonach jednakowo ubrane, sympatyczne hostessy roznoszą specjalnie przygotowane, gorące zestawy obiadowe i napoje, przy czym dozwolone jest też picie piwa, zakazane w niektórych kolejach europejskich czy amerykańskich. Krajobraz za oknami zmienia się jak w kalejdoskopie – wyniosłe góry zastępują rozległe doliny, miasta wykwitają jak futurystyczne kwiaty ze szkła i betonu, co jakiś czas pojawia się deszcz, innym razem zza chmur wychodzi słońce. Trasa z Pekinu do Nankinu wchodzi w skład dłuższej linii, która kończy się w Szanghaju i liczy 1318 kilometrów. Dziewięćdziesiąt pociągów dużych prędkości codziennie pokonuje trasę na żelbetonowych estakadach w ciągu czterech godzin i czterdziestu ośmiu minut, a w mieście docelowym można się jeszcze przesiąść do najszybszej w Chinach kolei magnetycznej, przemieszczającej się z prędkością ponad czterystu kilometrów na godzinę i pokonującej trasę do centrum miasta, długości trzydzieści kilometrów, w zaledwie siedem minut.

Dworzec szybkiej kolei w Nankinie

Warto też chwilę zatrzymać się przy nowoczesnych dworcach kolei CRH, przestronnych jak wielkie hale zawodów lekkoatletycznych, znakomicie przygotowanych do przyjęcia milionów podróżnych. Znajdziemy w nich liczne sklepy i sklepiki, zarówno wielkich producentów światowych, jak i chińskich, a szczególnie wytwórców herbat i tradycyjnych słodyczy, tofu w słojach, mocnych wódek i słabych win ryżowych, śliwkowych lub z owoców liczi. Choć przez dworce przewijają się tłumy podróżnych, panuje powaga, a powszechna dyscyplina w ogóle nie generuje konfliktów. Wielkie tablice świetlne informują o przyjeżdżających i odjeżdżających pociągach i dopiero, gdy zjedzie się na dół, a przypadkiem przejeżdża przez stację pociąg, nie zatrzymujący się na niej, można sobie uzmysłowić z jakim pędem mamy do czynienia. Zaostrzony przód strzały pojawia się nie wiadomo skąd i już po kilku sekundach cały skład przetacza się ku dalszym celom. Moim ulubionym zajęciem w Chinach jest przyglądanie się ludziom i fotografowanie ich, gdy o tym nie wiedzą. Pozwala mi to uchwycić ich zachowania i pozy, a poza tym mogę w ten sposób utrwalić na zawsze kształt niepowtarzalnej chwili. Charakterystyczne jest to, że nawet, gdy jakieś osoby zauważą, że je fotografuję, nie zakazują mi tego, lecz najczęściej odsłaniają w uśmiechu białe zęby. Różnorodność typów ludzkich jest na tych dworcach przeogromna, dlatego oczekiwanie na pociąg nie dłuży się, a wręcz staje się czasem niezwykle twórczym. Zdarza mi się zanotować pierwszy zarys jakiegoś wiersza, zapisuję też moje wrażenia, ale najczęściej fotografuję, wyławiając najbardziej charakterystyczne chińskie typy i postaci. Najwięcej jest ludzi o cechach narodowości Han, ale przecież sporo widzę też osób z elementami urody mongolskiej. Charakterystyczne białe czapeczki na głowach mężczyzn i chusty na włosach kobiet wskazują mi muzułmanów i mieszkańców Wyżyny Tybetańskiej lub Tybetu. Czasem trafi się jakaś kobieta w stroju ludowym narodowości Yi lub ponad pięćdziesięciu innych nacji, ale najwięcej jest ludzi ubranych nowocześnie, jak Europejczycy czy Amerykanie. Bogatsze kobiety dumnie prezentują torebki Gucciego, a mężczyźni zakładają kurtki Tommy’ego Hilfigera i przynajmniej niektóre z nich są oryginalne. Przekonam się później w Szanghaju, że w kraju tym łatwo można kupić tanie podróbki, które oferują uliczni „naganiacze”, uprzejmie prowadzący klienta do zakamuflowanych sklepów. Tam też rozbawią mnie prostytutki, którym nieodmiennie mówię, że jestem w związku z piękną kobietą i nie skorzystam z ich usług. Na pewno jest wstrętna… pokrzykują za mną urodziwe Azjatki, ale nawet w tych okrzykach jest jakiś odcień ludzkiej życzliwości.


[1] Por. A. Niemierko, Mosty w Chinach, cz. II, „Drogownictwo” 2013, nr 10, s. 296–297.

RADOŚNIE TLĄCE SIĘ OGNIE NOWOCZESNOŚCI

Gdy mam gorszy dzień, albo smutek napływa nie wiadomo skąd, czytam dla rozweselenia wstępniaki Marka Maciejewskiego, publikowane w bydgoskim periodyku „Fabularie”. Poznałem tego dziwnego jegomościa w jednym z tutejszych klubów, gdzie wspaniałomyślny szef dawał mu trochę zarobić podczas imprez kulturalnych. Gdy prowadziłem tam jakieś spotkania lub miałem wykład, młodzian ów przynosił mi z namaszczeniem mikrofony i podłączał niezbędne kable. Dopiero później dowiedziałem się, że miał ku temu jakieś predyspozycje, bo gra na gitarze elektrycznej w jednym z zespołów. Kolega opowiadał mi też, że widział go w kombinezonie robotnika, gdy przed bydgoskim Jedynakiem wykonywał prace ziemne, ale przecież żadna praca nie hańbi, a ja mam wielki szacunek do ludzi z gitarą, łopatą lub kilofem w dłoni. Gorzej jest, gdy mamy do czynienia z szachrajstwem „intelektualnym”, gdy na przykład taki gość jak Maciejewski nie wiadomo dlaczego zostaje redaktorem naczelnym jakiegoś periodyku, który wchodzi na rynek z hukiem, tzn. z histerycznymi atakami na twórców kultury i nudnymi już, bo powtarzanymi bez końca zaśpiewami M. Tabaczyńskiego: Są okresy spokoju i okresy wzmożenia. Wzmożenia, które często nazywa się moralnym. Błędnie. W istocie to wzmożenie politycznego chamstwa, ideologizacji kultury, wzrost brutalności życia społecznego i politycznego, smutne osłabienie demokracji. Czym się owo wzmożenie objawia? Atakami na homoseksualizm. Tak jednostronnie analizuje nasz skomplikowany świat autor kilku książek, którego można by podejrzewać o jakąś logikę w wypowiedziach, ale przecież jego genderowe zacietrzewienie na to nie pozwala i wciąż zapomina, że jest owocem heteroseksualnego związku kobiety i mężczyzny. Jakaż to sprytna manipulacja – przeciwstawienie ustroju społecznego upodobaniom erotycznym – jakaż demagogiczna teza: osłabienie demokracji przez ataki na homoseksualizm. Na analizy „eseistyki płciowej” Tabaczyńskiego przyjdzie jeszcze czas, na razie jednak skupmy się na absurdalnych wstępniakach Maciejewskiego.

Zaczyna już w pierwszym numerze wskazanych wyżej „Fabularii”, choć nie czuje się jeszcze zbyt pewnie i ucieka się do wolty iście kuriozalnej – pisze do siebie maila i sam sobie odpowiada: Ok, zanim zaczniemy cokolwiek robić, wyjaśnijmy sobie o co chodzi z tymi „Fabulariami”? Co to za bonus do rzeczywistości? Otwarta na krytykę trybuna nieskrępowanej wypowiedzi? Nacechowane mową otwartości dłuższe lub krótsze opowieści? A może nie do zaspokojenia głód wiedzy? Czy też zwykła ciekawość? Tak zaczyna nasz redaktor naczelny jako producent kawałków rozweselających, popisując się dezynwolturą językową i stylistyczną, tak zadaje sam sobie żenujące pytania, którymi chce stworzyć wrażenie niezwykłej „fachowości” redaktorskiej. Niestety, grafomańska odpowiedź nie pozostawia złudzeń z kim mamy do czynienia i jaka jest kultura literacka tego pana: „Fabularie” przecież nie mogą być jedynie dobrze wypolerowaną soczewką teraźniejszości, przez którą widać jak jest. Gdzie obok kilku minutowych facebookowych karier czy ekscytujących eksplozji supernowych zwycięzców kolejnych edycji tv show, wabiąc nieznanym, radośnie tlą się ognie nowoczesności. „Dobrze wypolerowana soczewka teraźniejszości”, „ekscytujące eksplozje supernowych zwycięzców” i „radośnie tlące się ognie nowoczesności” – tak zaczyna nasz heros, dodając, że odczuwalny powiew świeżości nie pochodzi jedynie od zapachu drukarskiej farby. Niestety, lektura kolejnych woluminów periodyku przynosi same rozczarowania i zapewne zszywki te uznać można za jeden z największych przejawów prasowego eklektyzmu ostatnich lat, mydła i powidła, esejów Tabaczyńskiego o ulubionej opcji seksualnej, histerycznych zapewnień Sałdeckiej o własnej wielkości, dziwacznych tekstów Karnowskiego, nader często na poziomie wskazanych wyżej „metafor” Maciejewskiego.

Głupkowatość wstępniaków redaktora naczelnego świadczy o jego kulturze pisarskiej, jeśli w ogóle można tutaj mówić choćby o ocieraniu się o pisanie. Wielokrotnie miałem do czynienia z takim „stylem” w szkołach, w których pracowałem i w Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego. Sprawdzając prace uczniów i kandydatów na studia, od razu wiedziałem z kim mam przyjemność, bo stylistyki nie można się nauczyć z roku na rok. Stylistą zostaje się poprzez lektury wielu książek i utrwalanie w ten sposób modelu polskiego języka literackiego, przez owo „wgrywanie” do mózgu zasad następstwa zdań, zauważanie opozycji treściowych i sensu wyrazów. Imitator, który mało czyta i niewiele rozumie z języka literackiego będzie tworzył pseudobarokowe konstrukcje, w których jak w lustrze widać będzie jego dezynwoltury: Emocje najchętniej gromadzą się w miejscach pęknięć. Pilnują otwartych ran. W takich warunkach niewinne rozłożenie ramion oznacza gotowość do lotu albo zaproszenie. Tak czy inaczej nieprzeparta chęć, czy wręcz konieczność, ciągłego uzewnętrzniania jest czystym pragnieniem wolności. Tworzy miejsca startowe, przestrzenie, sceny. Czasem przyjmuje konkretną formę sztuki. Dzięki temu może dryfować po nieznanych obszarach, stale poszerzając horyzonty. Takie poszukiwania, kierowane własną intuicją, stają się niekiedy uosobieniem zbiorowych przeczuć. Ta sama chęć, owa konieczność, potrzebuje ciągłego wyrażania się, potrzebuje wyobraźni i talentu, potrzebuje sceny. Przestrzeni z pogranicza stanów, z której do rzeczywistości wyciekają raz po raz strużki światła, rozjaśniając rzeczy i sprawy. Tam skupiają się i tłoczą wszystkie języki, każda sztuka. Wtedy wzrasta napięcie i pocą się ręce. Pojawiają się obawy, niepokoje i wzruszenia. Maciejewski nie widzi rozchwiania sensów w swoich tekstach i tworzy okropieństwa językowe na miarę klasyków „gatunku”. Tak, emocje pilnują otwartych ran, niewinne rozłożenie ramion oznacza gotowość do lotu albo zaproszenie, tak nieprzeparta chęć, czy wręcz konieczność, ciągłego uzewnętrzniania jest czystym pragnieniem wolności, tak wzrasta napięcie i pocą się ręce. Pojawiają się obawy, niepokoje i wzruszenia.  Aż strach cytować te nielogiczne brednie, mające podkreślić fachowość naszego redaktora, tudzież gitarzysty-intelektualisty.

Zwykle jest tak, że w periodykach piszą wstępniaki członkowie redakcji, którzy posiedli umiejętność kontrapunktowania i nawiązywania do treści kolejnego woluminu. Jeśli wstępniak jest głupkowaty, to ta głupkowatość przechodzi na treść numeru i naraża na niezręczność autorów opublikowanych tekstów. Szczególne niebezpieczeństwo rodzi się, gdy redakcja pragnie nagłośnić jakiegoś twórcę i podkreślić jego wielką wagę dla kultury polskiej. Na takiej zasadzie pojawił się w jednej z zszywek Marek Bieńczyk, nasz etatowy melancholik literacki, którego miałem nieszczęście poznać osobiście w Uniwersytecie Gdańskim, gdzie powołany jako znawca przedmiotu, pozwolił na ewokowanie nieprawdziwych treści na temat mojego dorobku. Cóż, tak czasem bywa, ale jego eseje mają swoją wartość i publiczne wypowiedzi też bywają sensowne, ale w połączeniu z głupkowatością wstępniaków Maciejewskiego stają się zabawnym przyczynkiem do wygłupów „pseudo redaktorskich”. No bo jak brać na poważnie wypowiedzi kolejnych kanonizowanych postaci naszej kultury, gdy tuż przy nich „naczelny” pisze tak: …współczesna akulturacja nie ma nic wspólnego z przeobrażaniem się wzorców kulturowych, której końcowym efektem powinna być unifikacja. Uniwersalny system relacji społecznych oparty na szacunku i zrozumieniu. A ponoć dzieje się tak, gdy …kultura wędrująca jest niechciana. Swoje korzenie trzyma w zaciśniętych dłoniach.  Ot, fascynujące makabry pojawiają się w głowie Maciejewskiego, który nawet kulturę pojmuje jako monstrum trzymające coś w swoich łapach, niczym czarne charaktery z bajek opowiadanych niegrzecznym dzieciom. Autor w jednym ze swoich gadanek zdradza jak to zdziecinniał odwiedzając swoją babcię: Pewnego jesiennego popołudnia, na wyłożonej ceratą babcinej ławie czekało na mnie mięso. Nabrzmiały oburzeniem, nagle zatęskniłem za zapachem jej rąk i zdziecinniałem. W jednej chwili zrozumiałem, że gdybym nie zjadł tych kilku klopsików, ugniecionych powykręcanymi od reumatyzmu, bólu i wojen palcami, zrobionych specjalnie na przyjście ukochanego wnuczka, byłbym największym gnojkiem na ziemi. I znowu nie wiedziałem w czym tkwi tajemnica życia. Może takie opowiastki z życia Maciejewskiego lepiej nadawałyby się na wstępniaki, ale przecież wszechobecne błędy stylistyczne nie pozwalają traktować ich poważnie. Paradoksalnie głupkowatość zapisków redaktora naczelnego uratowała go przed procesem sądowym, gdy dwukrotnie pozwolił sobie na zamieszczenie ataków na mnie, autorstwa swojego najbliższego kolesia i promotora. Początkowo chciałem oskarżyć go o zniesławienia, ale koniec końców uznałem, że absurdy i kłamstwa pojawiające w napaściach tracą swoją moc w konfrontacji ze wstępnymi zaśpiewami Maciejewskiego. Tak jak deformują one kształt materiałów pojawiających się w „Fabulariach”, tak zdeformowały też kłamstwa i przeinaczenia przypisywane mojej działalności i osobie. Ryknąłem zatem śmiechem i napaści z „Fabularii” umieściłem we własnym archiwum głupot wypisywanych wcześniej na mój temat. Przynajmniej tutaj gitarzysta-naczelny Maciejewski urósł i znalazł się obok różnorakich, wielkich a garbatych napastników.

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (IX)

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie ukraine-608141_960_720.jpg

Hadzibor był starym aniołem, który trafił do nieba wiele lat temu. Niejedno widział, niejedno słyszał, w niejednej wyprawie uczestniczył i stoczył moc walk w oddziałach niebieskich. Uważnie przyglądał się zjawiskom w niebie, potrafił wróżyć z odblasków na piórach i ułożenia skrzydeł, a nade wszystko kochał dysputy teologiczne z innymi aniołami. Był pewien, że w życiu ziemskim był kowalem, pracującym ciężko w kuźni, na obrzeżu malowniczej wsi i mrocznego lasu. Niewiele wspomnień pozostało w jego pamięci, ale nie opuszczały go wizje żaru, podsycanego miechem i rozgrzanego do czerwoności żelaza, wprawnie kształtowanego na kowadle. Gdzieś tam, hen w oparach przeszłości, majaczył dzień, gdy wykuwał wielki krzyż, przeznaczony na grób zakonnika, który powiesił się we własnej celi. Wieśniacy nie wierzyli w jego samobójstwo i głośno mówili, że ktoś z zakonu dopomógł mu w przeniesieniu się w niebyt. Osobno wykuł ramiona żelaznego krucyfiksu i połączył je dużymi nitami, ale prawdziwie po mistrzowsku stworzył koronę cierniową, którą przymocował do krzyża. Hadzibor patrzył niewidzącym wzrokiem w dal, tonął w myślach i wspomnieniach, ale nagle wróciła do niego rzeczywistość dookolna i zauważył, że przyfrunął do niego Yasmen, przysiadając na pobliskiej skale.

– O czym tak rozmyślasz bracie Hadziborze – spytał wygodnie lokując się tuż przy nim.  

– Ach, Yasmenie, jakieś skrawki przeszłego, ziemskiego żywota pojawiają się pośród moich myśli – odrzekł starzec.

– Wszyscy mamy jakieś zatarte wspomnienia, ale przecież nie wrócimy już do tamtego świata… – powiedział przybysz.  

– Tak, musimy się skupić na rzeczywistości tych przestrzeni, chociaż tutaj wcale nie jest łatwiej niż tam…Myślałem, że jak znajdę się w niebie wszystko stanie się jasne, klarowne i czyste… A tutaj też krzewi się grzech, zapalczywość i nieczystość…– snuł rozważania Hadzibor.

Yasmen w mig zrozumiał, że towarzysz nawiązał do jego zachowania w stosunku do Olinopasa, więc chwilę milczał, by nagle zmienić temat. Właśnie napłynęła jakaś sina smuga, a gdy zanikła odsłoniła się czysta dal niebieska, pośród której przemieszczały się śmigłe kohorty anielskie i widać też było osobne duchy, zmierzające ku jakimś celom w dali.

– Gdy widzę jak potężna jest moc archaniołów, zaczynam rozumieć jak wielka jest siła naszego Pana… – odezwał się.

– Tak, ja też to poczułem… – odrzekł Hadzibor i dodał jeszcze – Zauważ też, że ich spryt, logika i strategia są odzwierciedleniem stworzenia, pogłosem pierwszego niech się stanie!

– A ich niewidzialność jest jak Jego tajemnica… – ciągnął Yasmen.

– To najbardziej mnie zdumiewa – konstatował rozmówca – mało kto widział archanioła i ja też może ze dwa razy zobaczyłem Michała i Gabriela, choć później nie mogłem wrócić myślą do barw i kształtów. Wiem tylko, że Michał przyobleczony był w szkarłat, a Gabriel połyskiwał w zieleni i złocie…

– To ich czyny… potrafią wnikać w naszą pamięć i zamazywać wspomnienia – powiedział Yasmen.

– Myślisz, że Pan też to czyni… – spytał rozmówca.

– Pan jest tajemnicą samą w sobie, inaczej nie byłby Bogiem… – zamyślił się Yasmen – Musimy to zaakceptować i szukać go pośród naszych dróg. Każdy z nas może też mieć jakieś jego wyobrażenie. Ja najczęściej myślę o nim jako o starcu z wielką, białą brodą, wędrującym swobodnie po zboczach i wspierającym się na kryształowym pastorale…

– To jest konwencjonalne wyobrażenie… – zauważył Hadzibor – I ja też czasami tak go widzę. Ale bardziej pociąga mnie dziwny kształt, który pojawia się w moich snach… To jakby złota piramida, wszystko rozumiejąca i wszystko wiedząca, potrafiąca się niewidzialnie rozszerzać i przenikać sobą cały przestwór niebieski… Skoro Bóg jest największą doskonałością, to i jego kształt powinien być doskonały…

– Niezwykłe jest Twoje rozumowanie i czasem też myślę, że jeśli kiedyś stanę u wrót Ostatecznej Stanicy, zobaczę Pana w formie doskonałej, bo dlaczego miałby mieć kształt zbliżony do ludzi i aniołów? – dedukował Yasmen – Tylko skąd ta piramida? Przecież najdoskonalszą bryłą jest kula…

– Yasmenie, chyba stale tkwisz w trójwymiarowej przestrzeni ziemskiej i zapominasz, że tutaj wszystko jest zmienne i tajemnicze… – rzekł towarzysz, zamyślił się i po chwili dodał – kule gwiazd i planet mogą fascynować, ale przecież wchodzą w skład większych całości galaktycznych, których kształt zbliżony jest do torusa.

– A cóż to takiego? – zdziwił się dowódca – znam rożki i walce, beczki i wielościany, ale o torusach nie słyszałem…

Hadzibor wyciągnął zza swojej szaty jakiś strzęp miękkiego materiału, wytężył wolę i stworzył na nim hologram, przypominający ziemską dętkę w kole samochodowym.    Zanim hologram zgasł, spojrzał na towarzysza, pokiwał głową i powiedział:

–  To dwuwymiarowa powierzchnia obrotowa, zanurzona w przestrzeni trójwymiarowej, powstała przez obrót okręgu wokół prostej leżącej w płaszczyźnie tego okręgu i nieprzecinającej go.

– Masz doprawdy wielką wiedzę bracie – podsumował Yasmen – I ten kształt rzeczywiście kojarzy mi się z galaktyką. Z drugiej strony kulę ogranicza sfera, która również jest w niej… jak Pan w swojej tajemnicy…

– Torusy też ograniczają jakieś powierzchnie, które są ich cząstkami składowymi – zamyślił się Hadzibor i na chwilę rozpostarł zesztywniałe skrzydła.

– No tak, ale to się odnosi do wszystkich brył… – podsumował dowódca – Do twojej piramidy i do mojej kuli, tylko, że to są realne kształty i dają się opisać, a Pan jest tajemnicą nad tajemnicami. Czasem pociąga mnie myśl, że jest świstem albo blaskiem, zapachem róży i lotnym oparem nad doliną…

Po tych słowach Yasmen nieoczekiwanie stanął na skale, rozprostował skrzydła i pomachał nimi kilka razy, po czym oderwał się od podłoża i bez słowa odleciał ku swojemu oddziałowi. Dopiero teraz, gdy poczuł swoją lotność i przesuwał się w przestrzeni, dotarło do niego, że w ich rozmowie uczestniczył ktoś jeszcze, kto kierował ich myśli ku bryłom, a zrazem generował wątpliwości. To musiała być jakaś niewidzialna materia lub energia, znana tylko wtajemniczonym poszukiwaczom sensu, podążającym stale ku świętości. Rozmyślał bardzo intensywnie i nie zauważył, że leci za szybko, a uświadomił to sobie, gdy wylądował na wielkiej skale i zachwiał się potężnie na nogach. Nie wiedzieć skąd wyrósł przy nim uśmiechnięty Olinopas i chwycił go za ramiona, stabilizując i podtrzymując jednocześnie. Yasmen spojrzał w jego oczy i poczuł jak przechodzi go dreszcz, którego już dawno nie odczuł w anielskim ciele. W obu źrenicach młodego anioła poruszały się złote kule, lekko zmieniające się w torusy, a na skrzydłach połyskiwały złote ostrza przemieniające się w piramidy i wielościany.

– Coś musiało cię poruszyć Yasmenie, że podążałeś tak szybko, nieomal rozbijając się tutaj… – powiedział z czarującym uśmiechem Olinopas i puścił uścisk dłoni, wciąż podtrzymujących brata.

– Zaiste… zaiste Olinopasie… – odrzekł tajemniczo Yasmen.

NA ŚRODKU OCEANU

Od samego rana wspaniały film przyrodniczy o faunie wysp Oceanu Spokojnego, wyemitowany przez platformę Discovery Wild. Sporo niezwykłych zdjęć z wód okalających wyspy Galapagos (głowomłoty i nurkujące pingwiny równikowe), ale też prezentacja zwierząt z atolu Palmyra. To tam nasila się prąd Cromwella (nazwisko hawajskiego oceanografa), nazywany też Pacyficznym Podpowierzchniowym Prądem Równikowym. Ma on ogromne znaczenie dla rozprzestrzeniania się ryb i planktonu, transportuje też nasiona roślin i owady. Jest przeogromny i od Wysp Gilberta do wybrzeży Ameryki Południowej, toczy tysiąc razy więcej wody od rzeki Missisipi. Szczególnie zainteresował mnie atol Palmyra, zagubiony gdzieś na obrzeżach wysp Kiribati, trudny do znalezienia na mapach i niezwykle zjawiskowy. Jak na innych wyspach Pacyfiku, możemy tam obserwować liczne gatunki ptaków, ale chyba najciekawsze są kraby palmowe, największe stawonogi na świecie, bez trudu rozłupujące twardą okrywę kokosów. Film dokumentuje podskórne życie oceanu i wpływ potężnego prądu na rozwój niezwykłych istot, bytujących pośród ogromnej przestrzeni – od Nowej Gwinei po Wyspy Galapagos. Sprawdziłem wiadomości na temat atolu Palmyra i okazuje się, że przechodził on z rąk do rąk, był bazą wojsk amerykańskich, a w końcu został zakupiony przez organizację The Nature Conservancy, która uchroniła go od zawłaszczenia przez cywilizację i stworzenia na nim kurortów turystycznych. Obecnie jest to jedno z ostatnich dziewiczych miejsc na naszej planecie i pozostanie takim jeszcze długo, choćby z powodu trudności jakie nastręcza podróżnym dostanie się na sam środek oceanu.

CZARNY NEFRYT (10)

Był wczesny ranek. Ogień rozniecił się szybko w glinianym piecu i delikatne ciepło rozlało się po całym domu. Czao i Ai, Nan i Yin siedzieli przy szerokim stole, jedli ryż i suszoną rybę, warzywa i owoce. Pili też krystalicznie czystą wodę ze źródła, bijącego na łące i dającego początek strumieniowi, który wpada do rzeki Wei He, a ta niesie jego wody do świętej, odwiecznej i życiodajnej Huang He. Czuli się tutaj bezpieczni jak ślimak w skorupie, jak sroka w swoim kulistym gnieździe, jak pantera na gałęzi wysokiej sosny. Lampy rozświetlały półmrok izby, w której było tylko jedno małe okno. Cienie całej czwórki wydłużyły się i sięgały od przeciwległej ściany do połowy sufitu. Wyglądały jak mityczne postaci, pochylające się nad nimi i przysłuchujące się rozmowie. Może właśnie to, a może przeżycia ostatnich dni spowodowały, że Czao zaczęła barwną opowieść:

– W pradawnych czasach nie wszyscy ludzie byli źli, a nawet pojawiali się tacy, którzy troszczyli się o biednych i najsłabszych. Pamiętacie legendę o potężnym władcy…? Jego matka Fu Bao zobaczyła wielki rozbłysk przy Gwieździe Polarnej i w cudowny sposób zaszła w ciążę. Wiele miesięcy, znacznie dłużej niż normalne kobiety, nosiła w swoim łonie niezwykłe dziecko…

– To światełko nazywamy teraz Gwiazdą Cesarską… – dopowiedział Nan.

– Tak, to jest ta gwiazda – potwierdziła Czao i ciągnęła dalej – Dziecko Fu Bao było bardzo zdolne i inteligentne… Już na samym początku nauczyło się szybko mówić i miało wiedzę wielkich mędrców. To ten chłopiec, a potem mężczyzna, przysposobił do polowania niedźwiedzie, leopardy, tygrysy i razem z nimi walczył ze złem, on też siał i sadził wszystkie zboża, trawy i drzewa. Na imię miał Xianyuan, a kiedy dorósł stał się wielkim mocarzem i panował nad całym Państwem Środka.

– Czy mówisz o Żółtym Cesarzu – wtrącił się raz jeszcze Nan, który właśnie nałożył sobie nową porcję ryżu do małej, czarnej miseczki.

– Tak, to jego mam na myśli – przytaknęła i kontynuowała opowieść – Nie wiemy jak wyglądał, choć niektórzy mówią, że miał cztery twarze i widział wszystko, co dzieje się na świecie…

– Inni mówią, że miał głowę smoka, przydają mu rogi jelenia lub czaszkę latającego węża – włączył się Ai.

– Tak ukochany, o tym też słyszałam, ale mnie najbardziej wzrusza jego dobroć i mądrość… – mówiła dalej Czao – To był czas kształtowania się wszystkiego i wyodrębnienia pięciu pierwiastków: drzewa, wody, ognia, ziemi i metalu. Potem pojawiło się pięć stron świata, pośród których rządziło pięciu władców niebieskich: wschodem zarządzał Wielki Blask czyli Fuxi, któremu pomagał Goumang, zachód leżał w gestii Shaohao z pomocnikiem Ruoshou, południem rządził Płomienny Cesarz Yandi, którego wspierał Czerwony Blask, na północy niepodzielnie panował Zhuanxu i jego pomocnik Ciemny Smok. Naszą częścią kraju, czyli Państwem Środka władał Żółty Cesarz, który miał swoją siedzibę w masywie Kunlun. To tam zaczyna się bieg wielkich rzek: Czarnej, Białej, Czerwonej i Żółtej…

– Moja mama mówiła mi, że jego pałacu strzegł Luwu, tygrys z ptasimi szponami – włączyła się nagle do opowieści Yin.

– Tak… tak skarbie… – potwierdziła z promiennym uśmiechem Czao i dodała – Był tam też ptak Chun, strzegący szat cesarskich. Na stokach Kunlun leżało miasto Żółtego Cesarza i jego pałac, sięgający swoim ogromem nieba, z grubymi murami i basztami…

– Ojciec opowiadał nam, że za tymi murami żyły inne dobre bóstwa i fantastyczne zwierzęta… –  dorzucił Ai.

– Mówił też, że na zachodnich zboczach tych gór rosły drzewa Perłowe, a także pnie Czarnego Nefrytu i Nieśmiertelności… – żywo przyłączył się do wypowiedzi brata Nan.

Iskry strzelały w piecu, a przez niewielkie, otwarte okno zaczęło wpadać coraz więcej światła. Czao wstała z klęczek, podchodziła do każdego z osobna i dolewała gorącej wody do czarek z liśćmi zielonej herbaty. Dołożyła też trochę wędzonej wołowiny na talerz, leżący na środku stołu i wróciła na swoje miejsce.  Ai śledził jej ruchy i widząc niezwykle zgrabną kibić, czuł wielkie podniecenie, pragnął jej teraz, jak nigdy dotąd. W jego myślach pojawiła się znowu naga, leżąca na miękkiej skórze pantery i czekająca na jego dotyk. Jak z zaświatów dobiegły do niego jej słowa:

– Za czasów Żółtego Cesarza skonstruowano dokładniejsze przyrządy astronomiczne, policzono gwiazdy na niebie i stworzono kalendarz. To on wynalazł pismo i kompas, a także koło garncarskie…

– Zawdzięczamy mu też podstawy medycyny i akupunktury – rwał się do uzupełniania opowieści Nan – nauczył nas wytwarzać papier i jedwab…

– O czymkolwiek nie pomyślisz kochany Nanie – powiedziała Czao – może mieć związek z tym władcą. To on każde dwanaście dźwięków w oktawach ułożył w gamy chromatyczne, władał magią i był surowym, ale sprawiedliwym sędzią podległych mu bóstw, duchów i demonów. Dzięki niemu ludzie posiedli umiejętność odpędzania złych duchów, a w Państwie Środka pojawił się feniks i jednorożec, co było znakiem dobrych i sprawiedliwych rządów.

– Gdyby Żółty Cesarz rządził w naszych czasach, moglibyśmy żyć spokojnie na wsi, uprawiać ryż na nawodnionych polach, a pszenicę i proso na górskich tarasach – zadumał się Nan.

– Każde zło ma swój koniec, tylko ludzie strasznie cierpią, gdy ono się rozprzestrzenia – powiedział Ai i spojrzał wymownie na Czao.

– Tak, dobro też zmierza ku jakiejś ostateczności, ale często pozostawia po sobie ludzi i stwory, które będą dalej prowadzić walkę ze złem – przytaknęła jego ukochana – Dobry cesarz jadł pastę nefrytową, dzięki której był nieśmiertelny, ale pewnego dnia pojawił się na świecie smok z długą brodą i zabrał władcę do nieba. Ten usiadł na smoku wraz z siedemdziesięcioma poddanymi i swoim haremem i przeniósł się do nieskończoności. Zostawił jednak pośród ludzi swoją uwielbianą małżonkę – Lei Zu – którą uznawano za boginię piorunów. To ona nauczyła ludzi hodować zwierzęta, przydała im także wiele innych umiejętności, a nawet wynalazła parasol…

– Qin Shi Huangdi jest potworem i tylko demony mogły go zesłać na ziemię – powiedział Ai, a potem ciągnął dalej podjęty temat – Tylko on jest szczęśliwy, otoczony konkubinami, jedzący najlepsze mięsa i ryż, ubrany we wzorzyste szaty z jedwabiu i atłasu. Wszyscy gną się przed nim w ukłonach, wieśniacy oddają mu dziewiątą część zbiorów, rzemieślnicy i artyści wykonują dla niego najpiękniejsze meble, sprzęty i ozdoby. Jest mu tak dobrze, że powinien być wdzięczny bogom i ludziom, a on zabija codziennie tłumy, ścina głowy, torturuje, odbiera nadzieję i szerzy mrok…

– Jest taki potężny, otoczony swoimi wojskami, doradcami, poborcami danin i zaufanymi szpiegami, że nikt nie zdoła się do niego przedostać… – powiedział zamyślony głęboko Nan.

– Sprytem można pokonać największą bestię… – mówił dalej Ai – Przypomnij sobie, czego uczył nas ojciec… Tak, kochany bracie, urodziliśmy się, by zabić tego strasznego człowieka…

Czao, nagle olśniona i przerażona, spojrzała na ukochanego i mimowolne łzy natychmiast pojawiły się w kącikach jej oczu. W mig zrozumiała o czym mówi Ai i przysunęła się do niego, chwyciła za rękę i przytuliła się, cichutko łkając. On otoczył ją ramieniem i kontynuował:

– Kochana Czao, Nanie i ty malutka Yin, to co teraz powiem będzie naszą wielką tajemnicą… Musimy pomścić wszystkich niewinnych ludzi z naszej wsi, musimy upomnieć się o tych, którzy chcieli być szczęśliwi, a nigdy nie zaznali radości… Pracowali ciężko i oddawali swoje płody cesarzowi, wysyłali synów do armii i córki do haremów… Tak jak my budzili się rano i nie wiedzieli, że nowy dzień przyniesie im ból i śmierć…

Czao i Yin płakały, tuląc się do siebie, a twarz Nana przybrała groźny wyraz. Wyprostował się i patrzył przed siebie, jakby widział jakieś dalekie krajobrazy lub przypatrywał się ze wzgórza walczącym armiom.

– Musimy teraz, kochany bracie, wstąpić na drogę, z której możemy nigdy nie wrócić – mówił Ai – Nie mamy jednak wyboru, bo nasz czcigodny ojciec, rodzina Czao i wszyscy niewinnie zamordowani, proszą nas o to… Udamy się do cesarskiego miasta i przenikniemy w pobliże cesarza, a w dogodnej chwili zabijemy go… To jest bardzo trudne zadanie i musimy mądrze przygotować się do niego, inaczej naszym udziałem będzie tylko ból i śmierć…

– Ale jak to zrobić – spytał Nan – Przecież cesarza chroni wielka armia, strażnicy sprawdzają też każdego, kto zbliża się do władcy…

– Wiem i pamiętam, że jest on przebiegły jak wąż, potrafi też znakomicie władać mieczem, kopią i toporem – potwierdził Ai – Musimy jednak znaleźć jakiś sposób… Dopiero jak przedostaniemy się do miasta, znajdziemy pracę, wnikniemy w nowe środowisko, nadarzy się okazja, by skoczyć do gardła mordercy.

– Czy już jutro podążymy tam razem? – spytał Nan.

– Nie, ty udasz się do sąsiedniej prowincji i po jakimś czasie przyjedziesz stamtąd do pracy, ale musisz to zrobić tak, by nie było wątpliwości, że przybywasz z daleka… – instruował go Ai – Pamiętaj, że nigdy nie będzie ci wolno nazwać mnie bratem, choć musisz znaleźć się blisko mnie. Shi Huangdi ma wszędzie wielu szpiegów i prości ludzie też chcą się zasłużyć władcy, poprawić swój byt, więc donoszą, gdy tylko pojawi się ku temu okazja. Tylko ja będę ustalał miejsce i czas naszych spotkań, a ty będziesz czekał i pomagał mi w miarę możliwości… Jesteśmy mistrzami sztuki kowalskiej i musimy tak dobrze pracować, takie piękne rzeczy robić, by w końcu cesarz zapragnął poznać jednego z nas…

– Czy nikt nas nie rozpozna? – spytał Nan – Czasem cesarscy żołnierze przyjeżdżali do kuźni naszego ojca i rozmawiali z nami…

– Czas zmienia twarze i zaciera gesty w pamięci – odrzekł Ai – Ale musimy być bardzo czujni i dla dobra sprawy usuwać tych, którzy mogliby nam zagrozić… Przypomnij sobie słowa mędrca, które tyle razy powtarzał nam ojciec: nie stawiaj siebie na pierwszym miejscu, ale stój na czele, nie dbaj o siebie, a jednak żyj, nie zabiegaj o swoje, a dopniesz swego…

– Czy o takiej drodze mówi Lao Tse? – spytał Nan.

– Każda droga jest dobra, jeśli prowadzi do celu i oddala cierpienie, pomaga stworzyć nowy świat – ciągnął Ai – Przelana krew jest jak wielki, nieustający krzyk. Poprzez nią umarli błagają nas o zemstę… Myślałem, że zabicie jednego mordercy wystarczy, ale po Wangu przyjechał Czen i łańcuch ciągnąłby się w nieskończoność. Musimy zabić tego, który wysyła wszystkich mrocznych jeźdźców i swoje cesarstwo buduje na łzach, bólu i zgruchotanych kościach.

Czao wyszła z Yin na zewnątrz domu i poprowadziła ją w stronę pasących się na łące owiec i kóz. Tylko biały jak stał z drugiej strony, przy skałach, ostro wznoszących się ku niebu i jakby nie przyznawał się do powinowactwa z innymi zwierzętami. Słońce pojawiło się już za załomem gór i prażyło, opalając twarze, przydając energii ciałom. Leciutki wietrzyk poruszał kwietnym dywanem, pochylał chabry i osty, przyginał do ziemi trawy i barwne zioła. Yin zaczęła zrywać najpiękniejsze kwiaty i zapytała:

– Zrobisz mi wianek, Czao?

– Zrobię, ale nie teraz… – odpowiedziała kobieta – Będziemy tutaj żyły wiele dni, może nawet lat i zrobię ci niejeden wianek…

Znowu łzy pojawiły się w czarnych oczach Czao i załkała, tuląc do siebie dziewczynkę i czując jakiś dziwny, niewytłumaczalny niepokój. To nie był strach o Aia, to jakaś wielka groza znajdowała w niej miejsce, gdzie mogłaby się zaczepić i pozostać na zawsze. Poczuła dreszcze w całym ciele i jakby przez ułamek sekundy pojawił się w jej świadomości wielki brodaty smok. Gdy była dziewczynką ciągle śniły jej się te wielkie stwory i zrywała się ze snu, krzyczała i chciała uciekać. Wtedy jej kochająca matka przytulała ją i tak długo głaskała po głowie, aż Czao zasypiała. Zdarzało się, że jej rodzicielka zapadała w sen razem z nią i budziły się razem, w objęciach, czując swoje czułe ciepło. Teraz ciało jej pięknej matki rozszarpały i pożarły sępy, nie ma już jej braci i sióstr, zamordowano też jej ojca. Poczuła przypływ złości, chwyciła za rękę dziewczynkę i poprowadziła ją z powrotem do domu. W drzwiach przywitał ją Ai i zaproponował, by poszli razem do jaskini. Nan zajął się Yin, a oni zaczęli powoli wspinać się ku osłoniętemu skałami wejściu. W końcu znaleźli się na miejscu i natychmiast objęli się, głodni swych ciał i pocałunków. Szybko zrzucili ubrania i położyli się obok siebie na stercie owczych futer. Zaczęli się delikatnie całować i gładzić dłońmi po plecach, piersiach i pośladkach. Teraz Czao decydowała o wszystkim i lekkim ruchem przewróciła go na plecy, a potem usiadła na nim i poczuła jak jego męskość wsuwa się w nią i promieniuje prawdziwym żarem. Kochali się długo, raz to krzycząc w uniesieniu, raz wzdychając i pojękując, przestając na chwilę, a potem znowu zaczynając z wielką energią. W końcu legli obok siebie spoceni i zmęczeni, ale nie rozdzielali rąk, leciutko przesuwając palce i ocierając je o siebie.

– Nie gniewaj się ukochana… – powiedział Ai – Muszę pomścić mojego ojca, twoją rodzinę, naszych sąsiadów i znajomych…

– Wiem… – szepnęła – Ale strasznie się boję, że nie wrócisz…

– Ja też się boję… – potwierdził – Nie mam jednak wyboru. Muszę ruszyć i jeszcze zabieram ze sobą brata, który też może stracić życie…

– Nie ma innego sposobu, mój ukochany… – mocniejszym głosem powiedziała Czao – Pamiętaj jednak, że tutaj, w górach będę na ciebie czekać przez trzy lata… jeśli nie wrócisz, ruszę twoim śladem… Zawsze będę cię kochać i nosić w moim sercu… Nic tego nie zmieni…

– Czasami ludzie muszę od siebie odejść, by potwierdzić jak wielka jest ich miłość…

Muszą żyć w oddaleniu, by w samotności zbudować swoją przyszłość…

– Nie okłamuj mnie – powiedziała z płaczem – Przecież wchodzisz na drogę, z której nie ma powrotu…

– Nie ukochana Czao – nie zgodził się – Gdybym nie wierzył, że wrócę, nie wstępowałbym na ten szlak. Muszę wszystko tak zaplanować i przeprowadzić, by wrócić do ciebie…

Znowu przywarli do siebie i kochali się w zapamiętaniu, czuli słodycz ust i ciepło ciał, głaskali się i pieścili, jakby chcieli zachować na zawsze w pamięci energię tej chwili. Wszystko jednak ma swój koniec i wszystko podąża ku jakiemuś kresowi. Z ociąganiem, powoli, wstali ze skór, otrzepali włosy z sierści i siana, a potem ubrali się i zaczęli schodzić w kierunku domku, przed którym widać było Nana, goniącego się z Yin. Słońce dawno minęło najwyższy punkt na niebie i podążało ku zachodowi, a gdzieś wysoko, w chmurach krążył białozór. Yin wskazała go palcem i podbiegła w stronę Czao, która przystawiła rękę do czoła i spojrzała we wskazanym kierunku. Pokiwała ze zrozumieniem głową i otoczyła ramieniem dziewczynkę. Ai wszedł z Nanem do domu i zaczął, krok po kroku, omawiać szczegóły zbliżającej się wyprawy. Nagle, zza starej skrzyni i sterty kopii, wyszła rdzawa mysz, stanęła na niewielkim pieńku, wzniosła się na tylnych łapkach i poruszając cały czas nosem i wąsikami, zaczęła przyglądać się mężczyznom. Zauważył ją Nan, przyłożył palec do ust, wskazał na nią i szybko doskoczył do miejsca, gdzie stała. Chwycił ją wprawnie i przyniósł do stołu, gdzie trzymając ją, zaczął wsuwać do pyszczka okruchy ze stołu i leżące na nim ziarenka ugotowanego ryżu. Potem schował ją do kieszeni na piersiach i zabezpieczył wyjście. Ai patrzył na niego i myślał, o tym, że brat dopiero co przestał być dzieckiem, a już musi wraz z nim stawić czoła niewyobrażalnym siłom. Groźny, obezwładniający lęk przeszył  mężne serce syna kowala, ale też zniknął tak samo szybko, jak się pojawił. Starszy brat uśmiechnął się do młodszego i dalej tłumaczył mu, co powinien zrobić i jak ma się zachować.

DWIE OTCHŁANIE

Dariusz Bereski (w środku) jako Fiodor Karamazow – Teatr Polski we Wrocławiu

Moja trzecia lektura Braci Karamazow Fiodora Dostojewskiego… Dwie wcześniejsze skończyły się porażką, gdy nie doczytywałem powieści do końca. Obecne i jakże emocjonalne studiowanie kolejnych rozdziałów, uświadomiło mi, że do pewnych książek trzeba jednak dorosnąć. To, co kiedyś wydało mi się nudne i rozwlekłe, teraz wprawia mnie w prawdziwy zachwyt, a sam wykład i pojawianie się kolejnych wątków skłania mnie do uznania tego utworu za jedno z największych arcydzieł pisarskich. Każdego dnia jestem głodny nowych stron i nie potrafię odłożyć grubego tomu, póki nie przeczytam choćby stu stron. To jest prawdziwie ludzka opowieść, snująca się gdzieś w przestrzeniach dziewiętnastowiecznej Rosji, przywołująca typy osobowe, które miały swoich odpowiedników w rzeczywistości i podejmująca dyskusję na temat Boga, grzechu i naszej natury, jakże różnej w odmiennych przestrzeniach osobowych. Szkoda, że Dostojewski zmarł tak nagle, z powodu pęknięcia aorty w trakcie ataku epilepsji, na którą od dawna chorował – wszakże planował napisanie dalszych losów rodziny i najpierw chciał opowiedzieć o Aloszy, po skazaniu Miti i prawdopodobnym wyzdrowieniu Iwana. Życie trzech braci nie byłoby tak skomplikowane, gdyby nie zaczęły się szaleństwa ich ojca – Fiodora, który zgromadził sporą fortunę i ani myślał dzielić się nią z potomkami. To jego życiowe wybory i związki z kobietami, spowodowały, że synowie mieli różne matki i co za tym idzie, odmienne temperamenty. Dymitr był szalony, jak ojciec, i dopiero proces sądowy wyzwolił go od własnych kompleksów i szałów. Iwan – syn innej matki, określanej przez ojca jako wariatka, był zamknięty w sobie, ale kłębiły się w nim żądze nie mniejsze, niż w rodzicu i starszym bracie. Tylko najmłodszy potomek z prawego łoża – Alosza – był łagodny i dobry, starający się łagodzić wszelkie konflikty rodzinne, a nade wszystko rozumieć braci i ojca. Jego decyzja o wstąpieniu do klasztoru powodowana była chęcią znalezienia enklawy, z której mógłby obserwować świat i przygotowywać swoje humanitarne akcje ratunkowe. Niestety, śmierć uwielbianego starca Zosimy, spowodowała szereg zdarzeń, z którymi i ten idealista sobie nie poradził. Dostojewski ukazuje do czego prowadzi ojcowskie zaniechanie, odsunięcie się od synów, dawanie im złego przykładu i zgoda na moderowanie ich przez przypadkowych opiekunów, ale też wskazuje jaką wagę mają indywidualne cechy osobowościowe.

Osią powieści jest morderstwo domniemanego bękarta Fiodora i zarazem służącego – Smierdiakowa, który tak wszystko zaplanował, że nieomal pewnym podejrzanym stał się gwałtownik i furiat Dymitr Karamazow. To on wielokrotnie zapewniał, że zabije ojca, a feralnego dnia udał się do jego domu ze skradzionym tłuczkiem od mosiężnego moździerza. To on też najbardziej nienawidził ojca z powodu jego matactw spadkowych i pozbawienia go należnych pieniędzy. Służący wykorzystał swoją chorobę epileptyczną – opisaną ze znawstwem przez Dostojewskiego, także na nią cierpiącego – i tak pozszywał sznurki intrygi, że śledczy i prokuratura uznali, iż jedynym potencjalnym mordercą może być Mitia. Nic nie dała wspaniała oracja obrońcy oskarżonego i sympatia widzów procesowych, nikt nie uwierzył w oświadczenia podsądnego, iż nie zabił ojca. Wszystko wskazywało na niego, a tylko bracia i ukochana Gruszeńka, byli pewni, że zabójcą był Smierdiakow, który ostatecznie – po przyznaniu się do winy Iwanowi – uciekł przed odpowiedzialnością, odbierając sobie życie. Dostojewski drąży głębie psychiki ludzkiej, pokazuje szarpaninę wewnętrzną swoich bohaterów, popełniane przez nich błędy, ciągłe galopady donikąd  i histeryczne uwikłanie w toksyczne miłości. Ale przesłanie powieści jest głęboko humanistyczne i krzepiące – wszak autor ukazuje też niezłomną moc ludzkiego ducha, tak wystawianego na ciężkie próby i tak silnego w obliczu nieustającego ataku zła. Dymitr mógłby załamać się w wielu momentach swojego życia, Iwan także mógłby zatracić się w trudnej miłości, a Alosza – utraciwszy przekonanie, że jego wstąpienie do stanu duchownego było właściwe – też mógłby popaść w jakieś rosyjskie patologie. Ale kłopoty i życiowe szaleństwa – paradoksalnie – wiodą braci dalej, pozwalają im pokonywać kolejne przeszkody i istnieć w świecie, w którym śmierć zbiera straszliwe żniwo, a postawa romantyczna jest wydrwiwana przez takich ludzi jak Smierdiakow, który mówi o poezji z sarkazmem: Brednie, mówię łaskawej pani. Niech pani sama na rozum weźmie, kto na świecie do rymu gada? I gdybyśmy z rozkazu władzy zaczęli wszyscy gadać do rymu, to wiele byśmy się nagadali? Wiersze to żaden interes, Mario Kondratiewno.[1] Musimy tutaj brać poprawkę na rozwichrzoną naturę służącego, który zaznał wielu krzywd i koniec końców przejął od swojego pana (i prawdopodobnie ojca) pogląd, iż: Rosyjskich ludzi powinno się trzymać pod batem…[2]

Braci popycha do przodu pragnienie życia, jakże różnie realizowane, od szaleństwa do głębokiej pokory, od wrzasku w szynku do modlitwy w monasterze. Wszyscy są o tym przekonani, ale to Iwan najpełniej wyartykułuje je podczas mistycznego spotkania z Aloszą: Choćbym nawet utracił wiarę w życie, choćbym się zawiódł na ukochanej kobiecie, choćbym przestał wierzyć w porządek rzeczy i przekonał się, że wszystko jest przeklętym, skłębionym i piekielnym chaosem, choćbym zaznał wszelkich okropności ludzkiego rozczarowania – jednak będę nadal chciał żyć, jednak, przywarłszy raz ustami do brzegów pucharu, nie oderwę się od niego, dopóki nie wychylę go do dna![3]  Dostojewski ukazuje, jak owa chęć życia zderza się z kłopotami i tragediami dni, miesięcy i lat, a nade wszystko wskazuje, jak destruktywny dla losów ludzkich może być wpływ żarliwej miłości i żądza posiadania na zawsze innej osoby. Zarówno Fiodor, Dymitr jak i Iwan wpadają w sieci zastawione przez kobiety, a tylko Alosza potrafi znieść fanaberie swojej wybranki. Jest przekonany, że koniec końców zwiąże się z Lizawietą Chochłakow i potrafi patrzeć z boku na jej wybryki, tak jak interioryzuje krzepnące w nim uczucie. Ale przecież tylko on zdaje się rozszerzać swoje bytowanie i dostrzegać, że jest cząstką szerszej przestrzeni, ledwie drobinką pośród ogromów kosmosu. Autor wskazuje, że jego zachwytem przepełniona dusza pragnęła wolności, wolnych rozłogów. Nad nim zawisł ogromny strop niebieski, usiany cichymi, migocącymi gwiazdami. Od zenitu do widnokręgu majaczyła niewyraźnie Droga Mleczna. Orzeźwiająca i aż zamarła w cichości noc oblała ziemię. Białe wieżyczki i złote kopuły soboru połyskiwały na szafirowym niebie. Jesienne wspaniałe kwiaty na klombach przed domem zasnęły do rana. Cisza na ziemi zlewała się jak gdyby z ciszą niebios, tajemnica ziemi, stykała się z tajemnicą niebios…[4] Jego oniemienie i zachwyt nad światem, jego zapatrzenie w głębie kosmosu, pozwalają podążać do przodu i mijać rafy, które stają się tak fatalnymi miejscami dla pozostałych braci. Dla Aloszy ważna też jest wiara w Boga, utwierdzona przy starcu Zosimie i niezachwiana od czasów młodości. Dla niego – odmiennie jak dla dyskutującego z nim młodzieńca Koli Krasotkina – Bóg nie jest hipotezą i nie robią na nim wrażenia formuły filozoficzne, próbujące się go minimalizować. Kola anektuje dla własnych potrzeb zdanie Woltera – jeśli nie ma Boga, to trzeba go wymyślić – ale Alosza wpatruje się przecież w inne głębie ontologiczne.[5]

Dostojewski wciąż penetruje ludzką osobowość i strona po stronie dorzuca coś nowego, stale odkrywa jakieś nieuświadamiane mechanizmy. Tak prowadzi swoich bohaterów, by – relacjonując ich drogę – mógł także powiedzieć coś ogólnego o człowieku. Znamienna w tym względzie jest charakterystyka Dymitra Karamazowa, która pojawiła się w mowie oskarżycielskiej podczas procesu: Zazwyczaj w życiu bywa tak, że mając dwie przeciwne sobie rzeczy, szuka się prawdy pośrodku; w obecnym wypadku reguła ta nie znajduje potwierdzenia. Prawdopodobnie w pierwszym wypadku był szczerze szlachetny, a w drugim równie szczerze podły. Dlaczego? Dlatego że jest szeroką naturą, karamazowską – wszak do tego zmierzam – naturą, która mieści w sobie wszelkie krańcowości i jednocześnie zdolna jest kontemplować obie otchłanie: otchłań wzniosłych ideałów, otchłań nad nami, i otchłań najniższego i cuchnącego upadku. Przypomnijcie sobie błyskotliwą myśl, którą wypowiedział młody obserwator, głęboko i blisko znający rodzinę Karamazowów, pan Rakitin: „Odczuwanie głębi upadku jest równie niezbędne tym rozklekotanym, niepowściągliwym naturom jak odczuwanie wzniosłej szlachetności” – i to prawda: właśnie potrzebna im jest ta nienaturalna mieszanina, potrzebna stale i bez przerwy. Dwie otchłanie, jednocześnie dwie otchłanie, panowie – bez tego jest nieszczęśliwy i niezadowolony, życie jego jest niepełne.[6] Dostojewski nie przesadza – wie, co mówi, bo przecież w swojej prozie sportretował też samego siebie, którego najbliższe osoby określały mianem potwora. Ten tonący w długach, obsesyjny hazardzista, także stał nad dwiema otchłaniami, a jego życie pełne było nagłych zwrotów i tragedii – od chwil przed plutonem egzekucyjnym, poprzez lata spędzone na katordze, a skończywszy na burdach rodzinnych i atakach epilepsji. Zaletą pisarstwa rosyjskiego mistrza słowa była umiejętność tworzenia niezwykle pojemnych postaci, w których mógłby pomieścić własne doświadczenia i obserwacje spotkanych ludzi. I czynił to z niezwykłą dociekliwością i konsekwencją, korzystając z wielkiego talentu pisarskiego i rozległej wiedzy naukowej. Nie bez powodu w powieściach i nowelach tego autora pojawia się tyle nawiązań do nowinek naukowych i wiele odniesień do myśli filozofów kilku epok. To był bardzo oczytany, mądry i inteligentny, niezależny obserwator, który na kartach swojej prozy tworzył rozległe, transcendentalne panoramy – od bezkresnych przestrzeni Rosji, do równie bezbrzeżnych głębi ludzkiej natury. Zdumiewające jest też to, że ustalenia pisarza niczego nie straciły ze swej aktualności i mogłyby zostać przeniesione do wieku dwudziestego, dwudziestego pierwszego, a zapewne także i do stuleci następnych. Bracia Karamazow są przedstawicielami świata dziewiętnastowiecznego, rzeczywistości, w której tkwił Dostojewski, ale stając nad dwiema otchłaniami, są też postaciami uniwersalnymi i jakże ludzkimi w swoim dążeniu do doskonałości i poddawaniu się potężnemu przyciąganiu zła.

           

 __________________

[1] F. Dostojewski, Bracia Karamazow, przeł. A. Wat, PIW, Warszawa 1984, s. 267.

[2] Tamże, s. 268.

[3] Tamże, s. 274.

[4] Tamże, s. 427.

[5]Tamże, s. 274. Cz. Miłosz zapewne zbyt wielką wagę przykłada (za Szestowem) do religijnych rojeń Iwana i jego kreacji Wielkiego Inkwizytora. Por. tegoż, Ziemia Ulro, Kraków 2000, s. 86-87.

[6] Tamże, s. 809 i 831.

KSIĄŻKI ABSURDALNE (1)

Żadne wydawnictwo ostatnich lat nie nadaje się tak dobrze, by zainicjować w moim dzienniku cykl omówień „książek absurdalnych”. Pisałem już wcześniej, że Addenda Krzysztofa Myszkowskiego obrazuje jego bezdech twórczy i brak energii narracyjnej. Widać to już było w tekstach prozatorskich albo streszczeniach, które umieszczał w dziale recenzji „Kwartalnika Artystycznego”, ale tutaj mamy do czynienia z zadęciem totalnym, bo przecież należy te zapiski odbierać jako drogocenne szczątki myśli i działań redaktora. Jeśli byłyby to cudownie odnalezione zdania, wyrazy, cząstki Szekspira, Kafki, Dostojewskiego, to miałoby to jakiś sens, a tu mamy jednozdaniowe „bazgroły”, które czytelnik ma uznać za szczególne, syntetyczne wskazania i komentarze. Na przykład takie: Pełnia księżyca. Rój ruin i ich rytm. Auta, skutery, motory, autokary. Drzewa, mury, błękit. Widok do środka i na zewnątrz, na Miasto. Rozproszeni, w ścisku, w swoim porządku. Rogi i moc Mojżesza. Skalne nory Etrusków. Można by mnożyć te „zapiski”, bo cykl liczy już ponad czterdzieści części, a nasz pisarz zapewne będzie dalej obrazował swoje bezdechy, zagapienia i „komentarze” do rzeczywistości, w której bywał i bywa. Niestety, choćby nie wiadomo jakimi wielkimi twórcami Myszkowski obudowywałby swoje pisanie, zawsze widać będzie wyrazisty rozdział pomiędzy nim i nimi, a takie określenia jak nory Etrusków, będą obrazowały kim jest naprawdę, jako autor i komentator sztuki. Może to chociaż jeden wartościowy regionalizm w rozdętym do granic możliwości dziele pt. „Kwartalnik Artystyczny”… A przecież wszyscy razem należymy tylko do literatury polskiej, gdzieś między Słowakami, Czechami, Bułgarami, Chorwatami i Serbami i nic nie da się zrobić w zakresie promocji i ekspandacji ogólnoświatowej, jeśli pisarz nie pisze po angielsku, francusku albo niemiecku… Sytuacja komplikuje się jeszcze, gdy polski autor wlewa do swoich utworów treści religijne i biblijne, tak niezrozumiałe dla współczesnych pisarzy i intelektualistów światowych. To jeszcze jedno dziedzictwo naszej literatury romantycznej, zauroczeń tandetnie pojmowanym Bogiem i ludyczną religijnością, eschatologicznych lęków Miłosza, tak kompletnie zanegowanych i wydrwionych teraz przez przyznanie Nagrody Nobla Oldze Tokarczuk.

Można zrozumieć założenie Myszkowskiego i jego chęć ocalenia pojedynczych myśli, jakichś chwilowych zauroczeń i zagapień, ale trzystustronicowy zbiór takich detali powinien mieć jakieś szersze uzasadnienie. Auror wolał okazać pogardę czytelnikowi i niczego nie wyjaśnił, nie opatrzył swojego „dzieła” wstępem ani posłowiem, a jedynie zawierzył potędze swojego słowa, zaczynając od enigmatycznego wskazania: Do celu, w stronę światła. To ma być owa otwierająca się głębia, w której autor będzie penetrować tajemne przestrzenie i wskazywać czytelnikowi nieuświadamiane rozświetlenia. Niestety, już kolejny zapisek wskazuje na to, iż odkrycia Myszkowskiego przywiązane są do jego, jakże powierzchownego postrzegania istnienia pośmiertnego: W dniu Wszystkich Świętych, nad grobem, słuchanie słabo słyszanej mszy. Zamazujące się obłoki, zapadający zmierzch. W tym szumie czuwanie i oczekiwanie. Złączony z nimi trwam z wierną pamięcią i niepamięcią, wdzięcznością i niewdzięcznością, powiązany więzami krwi i miłością, węzłami wiary, modlitwy, nadziei. Już tutaj absurdalność tych zapisków jawi się w pełnej krasie, a autor ukazuje siebie w tandetnej oprawie zmierzchającego słońca, zamazujących się obłoków, ledwie słyszalnej mszy, zderzanych naiwnie z kontrapunktowymi określeniami: pamięci i niepamięci, wdzięczności i niewdzięczności, dodatkowo komicznie powiązanych z nim więzami krwi, miłością, węzłami wiary, modlitwy, nadziei. Autor chciał od razu otworzyć przed czytelnikiem głębie, a zamanifestował tylko swoje zagubienie w świecie, tudzież – charakterystyczną dla niego – tendencję do mnożenia sensów w gęstwinach bezsensu. Absurdalność może być kołem zamachowym wielkiej literatury i wskazać tutaj byśmy mogli wiele takich realizacji pisarskich, począwszy od Boskiej komedii Dantego, poprzez Fausta Goethego, a dalej przez prozę eksperymentalną nurtu nouveau roman, dzieła Becketta, a skończywszy na dramatach Witkacego i wierszach Mirona Białoszewskiego, ale w przypadku Myszkowskiego nie ma ona żadnego umotywowania, jest ewokacją pustki myślowej, podpieranej raz po raz geograficznymi, biograficznymi lub nawet kulinarnymi wtrętami: Przysmaki, które pamiętam z dzieciństwa: czernina, grochówka z gotowanym boczkiem i ziemniaki w mundurkach, krupnik, rosół, zupa pomidorowa z kluskami lub łazankami, kartoflanka z cebulą i skwarkami, kołduny w rosole, chłodnik z jajkiem na twardo, zupa nic z kulami ubitego białka, surówki i konfitury z wiśni, gruszek, żurawin i borówek, owinięte nitkami zrazy, gołąbki, kiszone ogórki, pyzy nadziewane mięsem lub grzybami, pierogi z czarnymi jagodami lub wiśniami, babka ziemniaczana i placki ze śmietaną i cukrem, omlety z cukrem pudrem lub konfiturami, pieczone jabłka, budynie z rodzynkami, orzechami włoskimi i sokiem owocowym, kisiele z mlekiem, drożdżowe ciasta, kompot z truskawek i musujący kwasek z drożdży. Gdyby autor wplótł tego typu wyliczanki do prozy fabularnej czy eksperymentalnej, może osiągnąłby efekt artystyczny, ale tutaj, w tym mrowiu innych przywołań, zagęszcza tylko – skorzystajmy z jego retoryki –zupę nic; nie do zjedzenia.

Problem Myszkowskiego polega na tym, że panicznie chciałby stworzyć coś oryginalnego, jakieś dzieło, którym mógłby dorównać  największym pisarzom, ale niestety doskonale zdaje sobie sprawę z tego kim jest i jakie są jego możliwości kreacyjne: To samo i tak samo, w kółko. Potwierdzając swoją pisarską nijakość, nie zapomina zabezpieczyć się i ustawić w długim ciągu tych, którzy niczego nie osiągnęli: Widzę swoją mizerię i mizerię innych, ale nie mnie siebie sądzić, tym bardziej innych. Kabotynizm tego stwierdzenia ujawnia się w pełnej krasie, gdy czyta się notę krytyczną Stefana Chwina, zamieszczoną na okładce książki, będącą potwierdzeniem, że mamy do czynienia z zapiskami geniusza: Proza Krzysztofa Myszkowskiego łączy głębokie obserwacje psychologiczne z problematyką filozoficzną w sposób oryginalny, jakiego nie dostrzeżemy u innych pisarzy. Daleki od chaosu życia publicznego, Krzysztof Myszkowski skupia swoją twórczość wokół tematów najważniejszych, podstawowych, takich jak doświadczenie estetyczne świata i doświadczenie religijne, a raczej ich wielorakie, fascynujące związki.  Trudno dociec dlaczego znany pisarz, autor niezwykle fachowego wstępu do Konrada Wallenroda w ramach Biblioteki Narodowej, podjął się próby rehabilitacji zapisków kolegi, który często publikuje jego teksty w „Kwartalniku Artystycznym”. Chyba tylko owa częsta obecność Chwina w tym periodyku może być tropem swoistego zaśnięcia dociekliwego krytyka, który ucieka się do iście karkołomnych wolt myślowych: Jego najnowsza książka, „Addenda”, publikowana we fragmentach w „Kwartalniku Artystycznym”, przyjmowanych z uznaniem przez czytelników, jest kolejnym osiągnięciem literackim zasługującym na baczna uwagę. To niespotykane w polskiej literaturze połączenie głębokości myśli z maksymalną lapidarnością zapisu. Stworzył formę własną, w której poetyka szczególnego rodzaju aforyzmu, czy raczej starannie skomponowanej serii aforyzmów, pozwala na zapis doświadczeń i wzruszeń filozoficznych, połączony z kontemplacją tajemniczego piękna świata, które w jego twórczości objawia się jako znak Bożej Obecności, w niepojęty dla nas sposób utajonej w rzeczach, miastach, krajobrazach. Zaiste musi Chwinowi zależeć na publikacjach w periodyku Myszkowskiego, skoro ucieka się do tego rodzaju określeń, a przy tym będąc profesorem UG, neguje osiągnięcia literatury polskiej i wynosi marną pisaninę do rangi największych dzieł naszego pisarstwa. Jakby nie było Leca, jakby nie istniały aforyzmy Miłosza, jakby Stachura nie stworzył swoich książek drobinkowych, jakby wreszcie nie istniały najważniejsze polskie realizacje diarystyczne (Gombrowicz, Tyrmand, Dąbrowska). Oczywiście Chwin zdaje sobie sprawę z tego, ze nadużywa cierpliwości czytelnika, tworzy więc nową konstrukcję, która nijak się ma do rzeczywistego kształtu absurdalnego dzieła Myszkowskiego: „Addenda” są nie tylko statycznym zapisem konstatacji teologiczno-filozoficznych. Są też nowego typu formą autobiograficzną, którą należałoby określić jako dziennik aforystyczny. Trudno pojąć jak Chwin mógł dopatrzyć się elementów syntetycznych w prozaicznych „kawałkach” Myszkowskiego, a tym bardziej uznać je za rodzaj dziennika aforystycznego, wszak jest to zbiór rozklekotanych zapisków od Sasa do Lasa. Wątpliwe jest też owo przyjmowanie tych drobinek z uznaniem przez czytelników, skoro książka nie przebiła się przez żadne ogólnopolskie sito konkursowe, a poległa nawet w lokalnych zawodach o tytuł książki roku – Strzała Łuczniczki.

Paradoksalnie największa siła zbioru pisanek Myszkowskiego tkwi w ich absurdalności, w rozdętym  do granic zarozumialstwie myślowym i chęci oszukania czytelnika. Podobną tendencję zaobserwować mogliśmy w dzienniku Jerzego Andrzejewskiego, publikowanym swego czasu w tygodniku „Literatura”, a który Czesław Miłosz w liście do Zygmunta Hertza określił jako „jakieś siusiu”… Tam też mieliśmy do czynienia z próbą wmówienia czytelnikowi, że podejmowane tematy są ważne i są rodzajem gry z czytelnikiem i cenzurą, a tymczasem były po prostu zwykłym „siusiu”. Bardzo podoba mi się to określenie Miłosza i projektuję je na chaotyczne zapiski Myszkowskiego, określane przez autora Hanemanna jako przejaw literackiego talentu i filozoficznej przenikliwości. Ot takiej: Ciągle coś się kończy i coś się zaczyna. Pod jednym i pod drugim można by dopisać długą listę imion, spraw, myśli i uczuć. Ta pierwsza byłaby o wiele dłuższa, albo takiej: nawet gdy idzie się przez pustki, to to nie są pustki. Szkoda, że autor nie uratował swojej książki i nie postawił na jej absurdalność, zapewne wtedy osiągnąłby efekt artystyczny i wykrzesałby z niej jakąś dziwną energię. Stawiając na jej niezwykłość i podpierając się opinią prof. Chwina, zanegował to, co w gruncie rzeczy w niej jest obrazem jego samego i jego „wielkiej” tajemnicy. I to mogłoby być interesujące, szczególnie w sytuacji kogoś, kto jest cenionym redaktorem, ale nie stworzył książki, która by wprowadziła go  w obręb najznamienitszych realizacji pisarskich przełomu wieków. Myszkowski postawił na absurd nieuświadomiony, gdy zapragnął przedstawić czytelnikowi komiczną książkę jako dzieło  najwyższej powagi. Okrasił wszystko drobinkami wskazującymi, że jest twórcą bywałym w świecie, jak Herbert zauważającym sakralny charakter sztuki włoskiej, francuskiej, kościołów wileńskich. Przywołał też mrowie wielkich humanistów, pisarzy i filozofów w wierze, że skomponował coś wyjątkowego, mającego związek z ich osiągnięciami: Opowieść zestawiona z fragmentów, urywków i pojedynczych zdań. Wewnętrzną ciągłość daje jej ścisły związek z formą i duchem całości. Szkoda, że Myszkowski nie rozumie, że absurdalności nie można pogodzić z powagą, a fragmentaryczność świata twórca musi rzutować na szersze panoramy. Dobrze się jednak stało, że opublikował swój zapiśnik, bo przynajmniej sprowokował piszącego te słowa do podjęcia tematu książkach absurdalnych i zainicjowanie szerszego cyklu.

_______________

Krzysztof Myszkowski, Addenda, Margrafsen, Bydgoszcz 2017, s. 330.

« Older entries

%d blogerów lubi to: