NA ŚRODKU OCEANU

Od samego rana wspaniały film przyrodniczy o faunie wysp Oceanu Spokojnego, wyemitowany przez platformę Discovery Wild. Sporo niezwykłych zdjęć z wód okalających wyspy Galapagos (głowomłoty i nurkujące pingwiny równikowe), ale też prezentacja zwierząt z atolu Palmyra. To tam nasila się prąd Cromwella (nazwisko hawajskiego oceanografa), nazywany też Pacyficznym Podpowierzchniowym Prądem Równikowym. Ma on ogromne znaczenie dla rozprzestrzeniania się ryb i planktonu, transportuje też nasiona roślin i owady. Jest przeogromny i od Wysp Gilberta do wybrzeży Ameryki Południowej, toczy tysiąc razy więcej wody od rzeki Missisipi. Szczególnie zainteresował mnie atol Palmyra, zagubiony gdzieś na obrzeżach wysp Kiribati, trudny do znalezienia na mapach i niezwykle zjawiskowy. Jak na innych wyspach Pacyfiku, możemy tam obserwować liczne gatunki ptaków, ale chyba najciekawsze są kraby palmowe, największe stawonogi na świecie, bez trudu rozłupujące twardą okrywę kokosów. Film dokumentuje podskórne życie oceanu i wpływ potężnego prądu na rozwój niezwykłych istot, bytujących pośród ogromnej przestrzeni – od Nowej Gwinei po Wyspy Galapagos. Sprawdziłem wiadomości na temat atolu Palmyra i okazuje się, że przechodził on z rąk do rąk, był bazą wojsk amerykańskich, a w końcu został zakupiony przez organizację The Nature Conservancy, która uchroniła go od zawłaszczenia przez cywilizację i stworzenia na nim kurortów turystycznych. Obecnie jest to jedno z ostatnich dziewiczych miejsc na naszej planecie i pozostanie takim jeszcze długo, choćby z powodu trudności jakie nastręcza podróżnym dostanie się na sam środek oceanu.

CZARNY NEFRYT (10)

Był wczesny ranek. Ogień rozniecił się szybko w glinianym piecu i delikatne ciepło rozlało się po całym domu. Czao i Ai, Nan i Yin siedzieli przy szerokim stole, jedli ryż i suszoną rybę, warzywa i owoce. Pili też krystalicznie czystą wodę ze źródła, bijącego na łące i dającego początek strumieniowi, który wpada do rzeki Wei He, a ta niesie jego wody do świętej, odwiecznej i życiodajnej Huang He. Czuli się tutaj bezpieczni jak ślimak w skorupie, jak sroka w swoim kulistym gnieździe, jak pantera na gałęzi wysokiej sosny. Lampy rozświetlały półmrok izby, w której było tylko jedno małe okno. Cienie całej czwórki wydłużyły się i sięgały od przeciwległej ściany do połowy sufitu. Wyglądały jak mityczne postaci, pochylające się nad nimi i przysłuchujące się rozmowie. Może właśnie to, a może przeżycia ostatnich dni spowodowały, że Czao zaczęła barwną opowieść:

– W pradawnych czasach nie wszyscy ludzie byli źli, a nawet pojawiali się tacy, którzy troszczyli się o biednych i najsłabszych. Pamiętacie legendę o potężnym władcy…? Jego matka Fu Bao zobaczyła wielki rozbłysk przy Gwieździe Polarnej i w cudowny sposób zaszła w ciążę. Wiele miesięcy, znacznie dłużej niż normalne kobiety, nosiła w swoim łonie niezwykłe dziecko…

– To światełko nazywamy teraz Gwiazdą Cesarską… – dopowiedział Nan.

– Tak, to jest ta gwiazda – potwierdziła Czao i ciągnęła dalej – Dziecko Fu Bao było bardzo zdolne i inteligentne… Już na samym początku nauczyło się szybko mówić i miało wiedzę wielkich mędrców. To ten chłopiec, a potem mężczyzna, przysposobił do polowania niedźwiedzie, leopardy, tygrysy i razem z nimi walczył ze złem, on też siał i sadził wszystkie zboża, trawy i drzewa. Na imię miał Xianyuan, a kiedy dorósł stał się wielkim mocarzem i panował nad całym Państwem Środka.

– Czy mówisz o Żółtym Cesarzu – wtrącił się raz jeszcze Nan, który właśnie nałożył sobie nową porcję ryżu do małej, czarnej miseczki.

– Tak, to jego mam na myśli – przytaknęła i kontynuowała opowieść – Nie wiemy jak wyglądał, choć niektórzy mówią, że miał cztery twarze i widział wszystko, co dzieje się na świecie…

– Inni mówią, że miał głowę smoka, przydają mu rogi jelenia lub czaszkę latającego węża – włączył się Ai.

– Tak ukochany, o tym też słyszałam, ale mnie najbardziej wzrusza jego dobroć i mądrość… – mówiła dalej Czao – To był czas kształtowania się wszystkiego i wyodrębnienia pięciu pierwiastków: drzewa, wody, ognia, ziemi i metalu. Potem pojawiło się pięć stron świata, pośród których rządziło pięciu władców niebieskich: wschodem zarządzał Wielki Blask czyli Fuxi, któremu pomagał Goumang, zachód leżał w gestii Shaohao z pomocnikiem Ruoshou, południem rządził Płomienny Cesarz Yandi, którego wspierał Czerwony Blask, na północy niepodzielnie panował Zhuanxu i jego pomocnik Ciemny Smok. Naszą częścią kraju, czyli Państwem Środka władał Żółty Cesarz, który miał swoją siedzibę w masywie Kunlun. To tam zaczyna się bieg wielkich rzek: Czarnej, Białej, Czerwonej i Żółtej…

– Moja mama mówiła mi, że jego pałacu strzegł Luwu, tygrys z ptasimi szponami – włączyła się nagle do opowieści Yin.

– Tak… tak skarbie… – potwierdziła z promiennym uśmiechem Czao i dodała – Był tam też ptak Chun, strzegący szat cesarskich. Na stokach Kunlun leżało miasto Żółtego Cesarza i jego pałac, sięgający swoim ogromem nieba, z grubymi murami i basztami…

– Ojciec opowiadał nam, że za tymi murami żyły inne dobre bóstwa i fantastyczne zwierzęta… –  dorzucił Ai.

– Mówił też, że na zachodnich zboczach tych gór rosły drzewa Perłowe, a także pnie Czarnego Nefrytu i Nieśmiertelności… – żywo przyłączył się do wypowiedzi brata Nan.

Iskry strzelały w piecu, a przez niewielkie, otwarte okno zaczęło wpadać coraz więcej światła. Czao wstała z klęczek, podchodziła do każdego z osobna i dolewała gorącej wody do czarek z liśćmi zielonej herbaty. Dołożyła też trochę wędzonej wołowiny na talerz, leżący na środku stołu i wróciła na swoje miejsce.  Ai śledził jej ruchy i widząc niezwykle zgrabną kibić, czuł wielkie podniecenie, pragnął jej teraz, jak nigdy dotąd. W jego myślach pojawiła się znowu naga, leżąca na miękkiej skórze pantery i czekająca na jego dotyk. Jak z zaświatów dobiegły do niego jej słowa:

– Za czasów Żółtego Cesarza skonstruowano dokładniejsze przyrządy astronomiczne, policzono gwiazdy na niebie i stworzono kalendarz. To on wynalazł pismo i kompas, a także koło garncarskie…

– Zawdzięczamy mu też podstawy medycyny i akupunktury – rwał się do uzupełniania opowieści Nan – nauczył nas wytwarzać papier i jedwab…

– O czymkolwiek nie pomyślisz kochany Nanie – powiedziała Czao – może mieć związek z tym władcą. To on każde dwanaście dźwięków w oktawach ułożył w gamy chromatyczne, władał magią i był surowym, ale sprawiedliwym sędzią podległych mu bóstw, duchów i demonów. Dzięki niemu ludzie posiedli umiejętność odpędzania złych duchów, a w Państwie Środka pojawił się feniks i jednorożec, co było znakiem dobrych i sprawiedliwych rządów.

– Gdyby Żółty Cesarz rządził w naszych czasach, moglibyśmy żyć spokojnie na wsi, uprawiać ryż na nawodnionych polach, a pszenicę i proso na górskich tarasach – zadumał się Nan.

– Każde zło ma swój koniec, tylko ludzie strasznie cierpią, gdy ono się rozprzestrzenia – powiedział Ai i spojrzał wymownie na Czao.

– Tak, dobro też zmierza ku jakiejś ostateczności, ale często pozostawia po sobie ludzi i stwory, które będą dalej prowadzić walkę ze złem – przytaknęła jego ukochana – Dobry cesarz jadł pastę nefrytową, dzięki której był nieśmiertelny, ale pewnego dnia pojawił się na świecie smok z długą brodą i zabrał władcę do nieba. Ten usiadł na smoku wraz z siedemdziesięcioma poddanymi i swoim haremem i przeniósł się do nieskończoności. Zostawił jednak pośród ludzi swoją uwielbianą małżonkę – Lei Zu – którą uznawano za boginię piorunów. To ona nauczyła ludzi hodować zwierzęta, przydała im także wiele innych umiejętności, a nawet wynalazła parasol…

– Qin Shi Huangdi jest potworem i tylko demony mogły go zesłać na ziemię – powiedział Ai, a potem ciągnął dalej podjęty temat – Tylko on jest szczęśliwy, otoczony konkubinami, jedzący najlepsze mięsa i ryż, ubrany we wzorzyste szaty z jedwabiu i atłasu. Wszyscy gną się przed nim w ukłonach, wieśniacy oddają mu dziewiątą część zbiorów, rzemieślnicy i artyści wykonują dla niego najpiękniejsze meble, sprzęty i ozdoby. Jest mu tak dobrze, że powinien być wdzięczny bogom i ludziom, a on zabija codziennie tłumy, ścina głowy, torturuje, odbiera nadzieję i szerzy mrok…

– Jest taki potężny, otoczony swoimi wojskami, doradcami, poborcami danin i zaufanymi szpiegami, że nikt nie zdoła się do niego przedostać… – powiedział zamyślony głęboko Nan.

– Sprytem można pokonać największą bestię… – mówił dalej Ai – Przypomnij sobie, czego uczył nas ojciec… Tak, kochany bracie, urodziliśmy się, by zabić tego strasznego człowieka…

Czao, nagle olśniona i przerażona, spojrzała na ukochanego i mimowolne łzy natychmiast pojawiły się w kącikach jej oczu. W mig zrozumiała o czym mówi Ai i przysunęła się do niego, chwyciła za rękę i przytuliła się, cichutko łkając. On otoczył ją ramieniem i kontynuował:

– Kochana Czao, Nanie i ty malutka Yin, to co teraz powiem będzie naszą wielką tajemnicą… Musimy pomścić wszystkich niewinnych ludzi z naszej wsi, musimy upomnieć się o tych, którzy chcieli być szczęśliwi, a nigdy nie zaznali radości… Pracowali ciężko i oddawali swoje płody cesarzowi, wysyłali synów do armii i córki do haremów… Tak jak my budzili się rano i nie wiedzieli, że nowy dzień przyniesie im ból i śmierć…

Czao i Yin płakały, tuląc się do siebie, a twarz Nana przybrała groźny wyraz. Wyprostował się i patrzył przed siebie, jakby widział jakieś dalekie krajobrazy lub przypatrywał się ze wzgórza walczącym armiom.

– Musimy teraz, kochany bracie, wstąpić na drogę, z której możemy nigdy nie wrócić – mówił Ai – Nie mamy jednak wyboru, bo nasz czcigodny ojciec, rodzina Czao i wszyscy niewinnie zamordowani, proszą nas o to… Udamy się do cesarskiego miasta i przenikniemy w pobliże cesarza, a w dogodnej chwili zabijemy go… To jest bardzo trudne zadanie i musimy mądrze przygotować się do niego, inaczej naszym udziałem będzie tylko ból i śmierć…

– Ale jak to zrobić – spytał Nan – Przecież cesarza chroni wielka armia, strażnicy sprawdzają też każdego, kto zbliża się do władcy…

– Wiem i pamiętam, że jest on przebiegły jak wąż, potrafi też znakomicie władać mieczem, kopią i toporem – potwierdził Ai – Musimy jednak znaleźć jakiś sposób… Dopiero jak przedostaniemy się do miasta, znajdziemy pracę, wnikniemy w nowe środowisko, nadarzy się okazja, by skoczyć do gardła mordercy.

– Czy już jutro podążymy tam razem? – spytał Nan.

– Nie, ty udasz się do sąsiedniej prowincji i po jakimś czasie przyjedziesz stamtąd do pracy, ale musisz to zrobić tak, by nie było wątpliwości, że przybywasz z daleka… – instruował go Ai – Pamiętaj, że nigdy nie będzie ci wolno nazwać mnie bratem, choć musisz znaleźć się blisko mnie. Shi Huangdi ma wszędzie wielu szpiegów i prości ludzie też chcą się zasłużyć władcy, poprawić swój byt, więc donoszą, gdy tylko pojawi się ku temu okazja. Tylko ja będę ustalał miejsce i czas naszych spotkań, a ty będziesz czekał i pomagał mi w miarę możliwości… Jesteśmy mistrzami sztuki kowalskiej i musimy tak dobrze pracować, takie piękne rzeczy robić, by w końcu cesarz zapragnął poznać jednego z nas…

– Czy nikt nas nie rozpozna? – spytał Nan – Czasem cesarscy żołnierze przyjeżdżali do kuźni naszego ojca i rozmawiali z nami…

– Czas zmienia twarze i zaciera gesty w pamięci – odrzekł Ai – Ale musimy być bardzo czujni i dla dobra sprawy usuwać tych, którzy mogliby nam zagrozić… Przypomnij sobie słowa mędrca, które tyle razy powtarzał nam ojciec: nie stawiaj siebie na pierwszym miejscu, ale stój na czele, nie dbaj o siebie, a jednak żyj, nie zabiegaj o swoje, a dopniesz swego…

– Czy o takiej drodze mówi Lao Tse? – spytał Nan.

– Każda droga jest dobra, jeśli prowadzi do celu i oddala cierpienie, pomaga stworzyć nowy świat – ciągnął Ai – Przelana krew jest jak wielki, nieustający krzyk. Poprzez nią umarli błagają nas o zemstę… Myślałem, że zabicie jednego mordercy wystarczy, ale po Wangu przyjechał Czen i łańcuch ciągnąłby się w nieskończoność. Musimy zabić tego, który wysyła wszystkich mrocznych jeźdźców i swoje cesarstwo buduje na łzach, bólu i zgruchotanych kościach.

Czao wyszła z Yin na zewnątrz domu i poprowadziła ją w stronę pasących się na łące owiec i kóz. Tylko biały jak stał z drugiej strony, przy skałach, ostro wznoszących się ku niebu i jakby nie przyznawał się do powinowactwa z innymi zwierzętami. Słońce pojawiło się już za załomem gór i prażyło, opalając twarze, przydając energii ciałom. Leciutki wietrzyk poruszał kwietnym dywanem, pochylał chabry i osty, przyginał do ziemi trawy i barwne zioła. Yin zaczęła zrywać najpiękniejsze kwiaty i zapytała:

– Zrobisz mi wianek, Czao?

– Zrobię, ale nie teraz… – odpowiedziała kobieta – Będziemy tutaj żyły wiele dni, może nawet lat i zrobię ci niejeden wianek…

Znowu łzy pojawiły się w czarnych oczach Czao i załkała, tuląc do siebie dziewczynkę i czując jakiś dziwny, niewytłumaczalny niepokój. To nie był strach o Aia, to jakaś wielka groza znajdowała w niej miejsce, gdzie mogłaby się zaczepić i pozostać na zawsze. Poczuła dreszcze w całym ciele i jakby przez ułamek sekundy pojawił się w jej świadomości wielki brodaty smok. Gdy była dziewczynką ciągle śniły jej się te wielkie stwory i zrywała się ze snu, krzyczała i chciała uciekać. Wtedy jej kochająca matka przytulała ją i tak długo głaskała po głowie, aż Czao zasypiała. Zdarzało się, że jej rodzicielka zapadała w sen razem z nią i budziły się razem, w objęciach, czując swoje czułe ciepło. Teraz ciało jej pięknej matki rozszarpały i pożarły sępy, nie ma już jej braci i sióstr, zamordowano też jej ojca. Poczuła przypływ złości, chwyciła za rękę dziewczynkę i poprowadziła ją z powrotem do domu. W drzwiach przywitał ją Ai i zaproponował, by poszli razem do jaskini. Nan zajął się Yin, a oni zaczęli powoli wspinać się ku osłoniętemu skałami wejściu. W końcu znaleźli się na miejscu i natychmiast objęli się, głodni swych ciał i pocałunków. Szybko zrzucili ubrania i położyli się obok siebie na stercie owczych futer. Zaczęli się delikatnie całować i gładzić dłońmi po plecach, piersiach i pośladkach. Teraz Czao decydowała o wszystkim i lekkim ruchem przewróciła go na plecy, a potem usiadła na nim i poczuła jak jego męskość wsuwa się w nią i promieniuje prawdziwym żarem. Kochali się długo, raz to krzycząc w uniesieniu, raz wzdychając i pojękując, przestając na chwilę, a potem znowu zaczynając z wielką energią. W końcu legli obok siebie spoceni i zmęczeni, ale nie rozdzielali rąk, leciutko przesuwając palce i ocierając je o siebie.

– Nie gniewaj się ukochana… – powiedział Ai – Muszę pomścić mojego ojca, twoją rodzinę, naszych sąsiadów i znajomych…

– Wiem… – szepnęła – Ale strasznie się boję, że nie wrócisz…

– Ja też się boję… – potwierdził – Nie mam jednak wyboru. Muszę ruszyć i jeszcze zabieram ze sobą brata, który też może stracić życie…

– Nie ma innego sposobu, mój ukochany… – mocniejszym głosem powiedziała Czao – Pamiętaj jednak, że tutaj, w górach będę na ciebie czekać przez trzy lata… jeśli nie wrócisz, ruszę twoim śladem… Zawsze będę cię kochać i nosić w moim sercu… Nic tego nie zmieni…

– Czasami ludzie muszę od siebie odejść, by potwierdzić jak wielka jest ich miłość…

Muszą żyć w oddaleniu, by w samotności zbudować swoją przyszłość…

– Nie okłamuj mnie – powiedziała z płaczem – Przecież wchodzisz na drogę, z której nie ma powrotu…

– Nie ukochana Czao – nie zgodził się – Gdybym nie wierzył, że wrócę, nie wstępowałbym na ten szlak. Muszę wszystko tak zaplanować i przeprowadzić, by wrócić do ciebie…

Znowu przywarli do siebie i kochali się w zapamiętaniu, czuli słodycz ust i ciepło ciał, głaskali się i pieścili, jakby chcieli zachować na zawsze w pamięci energię tej chwili. Wszystko jednak ma swój koniec i wszystko podąża ku jakiemuś kresowi. Z ociąganiem, powoli, wstali ze skór, otrzepali włosy z sierści i siana, a potem ubrali się i zaczęli schodzić w kierunku domku, przed którym widać było Nana, goniącego się z Yin. Słońce dawno minęło najwyższy punkt na niebie i podążało ku zachodowi, a gdzieś wysoko, w chmurach krążył białozór. Yin wskazała go palcem i podbiegła w stronę Czao, która przystawiła rękę do czoła i spojrzała we wskazanym kierunku. Pokiwała ze zrozumieniem głową i otoczyła ramieniem dziewczynkę. Ai wszedł z Nanem do domu i zaczął, krok po kroku, omawiać szczegóły zbliżającej się wyprawy. Nagle, zza starej skrzyni i sterty kopii, wyszła rdzawa mysz, stanęła na niewielkim pieńku, wzniosła się na tylnych łapkach i poruszając cały czas nosem i wąsikami, zaczęła przyglądać się mężczyznom. Zauważył ją Nan, przyłożył palec do ust, wskazał na nią i szybko doskoczył do miejsca, gdzie stała. Chwycił ją wprawnie i przyniósł do stołu, gdzie trzymając ją, zaczął wsuwać do pyszczka okruchy ze stołu i leżące na nim ziarenka ugotowanego ryżu. Potem schował ją do kieszeni na piersiach i zabezpieczył wyjście. Ai patrzył na niego i myślał, o tym, że brat dopiero co przestał być dzieckiem, a już musi wraz z nim stawić czoła niewyobrażalnym siłom. Groźny, obezwładniający lęk przeszył  mężne serce syna kowala, ale też zniknął tak samo szybko, jak się pojawił. Starszy brat uśmiechnął się do młodszego i dalej tłumaczył mu, co powinien zrobić i jak ma się zachować.

DWIE OTCHŁANIE

Dariusz Bereski (w środku) jako Fiodor Karamazow – Teatr Polski we Wrocławiu

Moja trzecia lektura Braci Karamazow Fiodora Dostojewskiego… Dwie wcześniejsze skończyły się porażką, gdy nie doczytywałem powieści do końca. Obecne i jakże emocjonalne studiowanie kolejnych rozdziałów, uświadomiło mi, że do pewnych książek trzeba jednak dorosnąć. To, co kiedyś wydało mi się nudne i rozwlekłe, teraz wprawia mnie w prawdziwy zachwyt, a sam wykład i pojawianie się kolejnych wątków skłania mnie do uznania tego utworu za jedno z największych arcydzieł pisarskich. Każdego dnia jestem głodny nowych stron i nie potrafię odłożyć grubego tomu, póki nie przeczytam choćby stu stron. To jest prawdziwie ludzka opowieść, snująca się gdzieś w przestrzeniach dziewiętnastowiecznej Rosji, przywołująca typy osobowe, które miały swoich odpowiedników w rzeczywistości i podejmująca dyskusję na temat Boga, grzechu i naszej natury, jakże różnej w odmiennych przestrzeniach osobowych. Szkoda, że Dostojewski zmarł tak nagle, z powodu pęknięcia aorty w trakcie ataku epilepsji, na którą od dawna chorował – wszakże planował napisanie dalszych losów rodziny i najpierw chciał opowiedzieć o Aloszy, po skazaniu Miti i prawdopodobnym wyzdrowieniu Iwana. Życie trzech braci nie byłoby tak skomplikowane, gdyby nie zaczęły się szaleństwa ich ojca – Fiodora, który zgromadził sporą fortunę i ani myślał dzielić się nią z potomkami. To jego życiowe wybory i związki z kobietami, spowodowały, że synowie mieli różne matki i co za tym idzie, odmienne temperamenty. Dymitr był szalony, jak ojciec, i dopiero proces sądowy wyzwolił go od własnych kompleksów i szałów. Iwan – syn innej matki, określanej przez ojca jako wariatka, był zamknięty w sobie, ale kłębiły się w nim żądze nie mniejsze, niż w rodzicu i starszym bracie. Tylko najmłodszy potomek z prawego łoża – Alosza – był łagodny i dobry, starający się łagodzić wszelkie konflikty rodzinne, a nade wszystko rozumieć braci i ojca. Jego decyzja o wstąpieniu do klasztoru powodowana była chęcią znalezienia enklawy, z której mógłby obserwować świat i przygotowywać swoje humanitarne akcje ratunkowe. Niestety, śmierć uwielbianego starca Zosimy, spowodowała szereg zdarzeń, z którymi i ten idealista sobie nie poradził. Dostojewski ukazuje do czego prowadzi ojcowskie zaniechanie, odsunięcie się od synów, dawanie im złego przykładu i zgoda na moderowanie ich przez przypadkowych opiekunów, ale też wskazuje jaką wagę mają indywidualne cechy osobowościowe.

Osią powieści jest morderstwo domniemanego bękarta Fiodora i zarazem służącego – Smierdiakowa, który tak wszystko zaplanował, że nieomal pewnym podejrzanym stał się gwałtownik i furiat Dymitr Karamazow. To on wielokrotnie zapewniał, że zabije ojca, a feralnego dnia udał się do jego domu ze skradzionym tłuczkiem od mosiężnego moździerza. To on też najbardziej nienawidził ojca z powodu jego matactw spadkowych i pozbawienia go należnych pieniędzy. Służący wykorzystał swoją chorobę epileptyczną – opisaną ze znawstwem przez Dostojewskiego, także na nią cierpiącego – i tak pozszywał sznurki intrygi, że śledczy i prokuratura uznali, iż jedynym potencjalnym mordercą może być Mitia. Nic nie dała wspaniała oracja obrońcy oskarżonego i sympatia widzów procesowych, nikt nie uwierzył w oświadczenia podsądnego, iż nie zabił ojca. Wszystko wskazywało na niego, a tylko bracia i ukochana Gruszeńka, byli pewni, że zabójcą był Smierdiakow, który ostatecznie – po przyznaniu się do winy Iwanowi – uciekł przed odpowiedzialnością, odbierając sobie życie. Dostojewski drąży głębie psychiki ludzkiej, pokazuje szarpaninę wewnętrzną swoich bohaterów, popełniane przez nich błędy, ciągłe galopady donikąd  i histeryczne uwikłanie w toksyczne miłości. Ale przesłanie powieści jest głęboko humanistyczne i krzepiące – wszak autor ukazuje też niezłomną moc ludzkiego ducha, tak wystawianego na ciężkie próby i tak silnego w obliczu nieustającego ataku zła. Dymitr mógłby załamać się w wielu momentach swojego życia, Iwan także mógłby zatracić się w trudnej miłości, a Alosza – utraciwszy przekonanie, że jego wstąpienie do stanu duchownego było właściwe – też mógłby popaść w jakieś rosyjskie patologie. Ale kłopoty i życiowe szaleństwa – paradoksalnie – wiodą braci dalej, pozwalają im pokonywać kolejne przeszkody i istnieć w świecie, w którym śmierć zbiera straszliwe żniwo, a postawa romantyczna jest wydrwiwana przez takich ludzi jak Smierdiakow, który mówi o poezji z sarkazmem: Brednie, mówię łaskawej pani. Niech pani sama na rozum weźmie, kto na świecie do rymu gada? I gdybyśmy z rozkazu władzy zaczęli wszyscy gadać do rymu, to wiele byśmy się nagadali? Wiersze to żaden interes, Mario Kondratiewno.[1] Musimy tutaj brać poprawkę na rozwichrzoną naturę służącego, który zaznał wielu krzywd i koniec końców przejął od swojego pana (i prawdopodobnie ojca) pogląd, iż: Rosyjskich ludzi powinno się trzymać pod batem…[2]

Braci popycha do przodu pragnienie życia, jakże różnie realizowane, od szaleństwa do głębokiej pokory, od wrzasku w szynku do modlitwy w monasterze. Wszyscy są o tym przekonani, ale to Iwan najpełniej wyartykułuje je podczas mistycznego spotkania z Aloszą: Choćbym nawet utracił wiarę w życie, choćbym się zawiódł na ukochanej kobiecie, choćbym przestał wierzyć w porządek rzeczy i przekonał się, że wszystko jest przeklętym, skłębionym i piekielnym chaosem, choćbym zaznał wszelkich okropności ludzkiego rozczarowania – jednak będę nadal chciał żyć, jednak, przywarłszy raz ustami do brzegów pucharu, nie oderwę się od niego, dopóki nie wychylę go do dna![3]  Dostojewski ukazuje, jak owa chęć życia zderza się z kłopotami i tragediami dni, miesięcy i lat, a nade wszystko wskazuje, jak destruktywny dla losów ludzkich może być wpływ żarliwej miłości i żądza posiadania na zawsze innej osoby. Zarówno Fiodor, Dymitr jak i Iwan wpadają w sieci zastawione przez kobiety, a tylko Alosza potrafi znieść fanaberie swojej wybranki. Jest przekonany, że koniec końców zwiąże się z Lizawietą Chochłakow i potrafi patrzeć z boku na jej wybryki, tak jak interioryzuje krzepnące w nim uczucie. Ale przecież tylko on zdaje się rozszerzać swoje bytowanie i dostrzegać, że jest cząstką szerszej przestrzeni, ledwie drobinką pośród ogromów kosmosu. Autor wskazuje, że jego zachwytem przepełniona dusza pragnęła wolności, wolnych rozłogów. Nad nim zawisł ogromny strop niebieski, usiany cichymi, migocącymi gwiazdami. Od zenitu do widnokręgu majaczyła niewyraźnie Droga Mleczna. Orzeźwiająca i aż zamarła w cichości noc oblała ziemię. Białe wieżyczki i złote kopuły soboru połyskiwały na szafirowym niebie. Jesienne wspaniałe kwiaty na klombach przed domem zasnęły do rana. Cisza na ziemi zlewała się jak gdyby z ciszą niebios, tajemnica ziemi, stykała się z tajemnicą niebios…[4] Jego oniemienie i zachwyt nad światem, jego zapatrzenie w głębie kosmosu, pozwalają podążać do przodu i mijać rafy, które stają się tak fatalnymi miejscami dla pozostałych braci. Dla Aloszy ważna też jest wiara w Boga, utwierdzona przy starcu Zosimie i niezachwiana od czasów młodości. Dla niego – odmiennie jak dla dyskutującego z nim młodzieńca Koli Krasotkina – Bóg nie jest hipotezą i nie robią na nim wrażenia formuły filozoficzne, próbujące się go minimalizować. Kola anektuje dla własnych potrzeb zdanie Woltera – jeśli nie ma Boga, to trzeba go wymyślić – ale Alosza wpatruje się przecież w inne głębie ontologiczne.[5]

Dostojewski wciąż penetruje ludzką osobowość i strona po stronie dorzuca coś nowego, stale odkrywa jakieś nieuświadamiane mechanizmy. Tak prowadzi swoich bohaterów, by – relacjonując ich drogę – mógł także powiedzieć coś ogólnego o człowieku. Znamienna w tym względzie jest charakterystyka Dymitra Karamazowa, która pojawiła się w mowie oskarżycielskiej podczas procesu: Zazwyczaj w życiu bywa tak, że mając dwie przeciwne sobie rzeczy, szuka się prawdy pośrodku; w obecnym wypadku reguła ta nie znajduje potwierdzenia. Prawdopodobnie w pierwszym wypadku był szczerze szlachetny, a w drugim równie szczerze podły. Dlaczego? Dlatego że jest szeroką naturą, karamazowską – wszak do tego zmierzam – naturą, która mieści w sobie wszelkie krańcowości i jednocześnie zdolna jest kontemplować obie otchłanie: otchłań wzniosłych ideałów, otchłań nad nami, i otchłań najniższego i cuchnącego upadku. Przypomnijcie sobie błyskotliwą myśl, którą wypowiedział młody obserwator, głęboko i blisko znający rodzinę Karamazowów, pan Rakitin: „Odczuwanie głębi upadku jest równie niezbędne tym rozklekotanym, niepowściągliwym naturom jak odczuwanie wzniosłej szlachetności” – i to prawda: właśnie potrzebna im jest ta nienaturalna mieszanina, potrzebna stale i bez przerwy. Dwie otchłanie, jednocześnie dwie otchłanie, panowie – bez tego jest nieszczęśliwy i niezadowolony, życie jego jest niepełne.[6] Dostojewski nie przesadza – wie, co mówi, bo przecież w swojej prozie sportretował też samego siebie, którego najbliższe osoby określały mianem potwora. Ten tonący w długach, obsesyjny hazardzista, także stał nad dwiema otchłaniami, a jego życie pełne było nagłych zwrotów i tragedii – od chwil przed plutonem egzekucyjnym, poprzez lata spędzone na katordze, a skończywszy na burdach rodzinnych i atakach epilepsji. Zaletą pisarstwa rosyjskiego mistrza słowa była umiejętność tworzenia niezwykle pojemnych postaci, w których mógłby pomieścić własne doświadczenia i obserwacje spotkanych ludzi. I czynił to z niezwykłą dociekliwością i konsekwencją, korzystając z wielkiego talentu pisarskiego i rozległej wiedzy naukowej. Nie bez powodu w powieściach i nowelach tego autora pojawia się tyle nawiązań do nowinek naukowych i wiele odniesień do myśli filozofów kilku epok. To był bardzo oczytany, mądry i inteligentny, niezależny obserwator, który na kartach swojej prozy tworzył rozległe, transcendentalne panoramy – od bezkresnych przestrzeni Rosji, do równie bezbrzeżnych głębi ludzkiej natury. Zdumiewające jest też to, że ustalenia pisarza niczego nie straciły ze swej aktualności i mogłyby zostać przeniesione do wieku dwudziestego, dwudziestego pierwszego, a zapewne także i do stuleci następnych. Bracia Karamazow są przedstawicielami świata dziewiętnastowiecznego, rzeczywistości, w której tkwił Dostojewski, ale stając nad dwiema otchłaniami, są też postaciami uniwersalnymi i jakże ludzkimi w swoim dążeniu do doskonałości i poddawaniu się potężnemu przyciąganiu zła.

           

 __________________

[1] F. Dostojewski, Bracia Karamazow, przeł. A. Wat, PIW, Warszawa 1984, s. 267.

[2] Tamże, s. 268.

[3] Tamże, s. 274.

[4] Tamże, s. 427.

[5]Tamże, s. 274. Cz. Miłosz zapewne zbyt wielką wagę przykłada (za Szestowem) do religijnych rojeń Iwana i jego kreacji Wielkiego Inkwizytora. Por. tegoż, Ziemia Ulro, Kraków 2000, s. 86-87.

[6] Tamże, s. 809 i 831.

KSIĄŻKI ABSURDALNE (1)

Żadne wydawnictwo ostatnich lat nie nadaje się tak dobrze, by zainicjować w moim dzienniku cykl omówień „książek absurdalnych”. Pisałem już wcześniej, że Addenda Krzysztofa Myszkowskiego obrazuje jego bezdech twórczy i brak energii narracyjnej. Widać to już było w tekstach prozatorskich albo streszczeniach, które umieszczał w dziale recenzji „Kwartalnika Artystycznego”, ale tutaj mamy do czynienia z zadęciem totalnym, bo przecież należy te zapiski odbierać jako drogocenne szczątki myśli i działań redaktora. Jeśli byłyby to cudownie odnalezione zdania, wyrazy, cząstki Szekspira, Kafki, Dostojewskiego, to miałoby to jakiś sens, a tu mamy jednozdaniowe „bazgroły”, które czytelnik ma uznać za szczególne, syntetyczne wskazania i komentarze. Na przykład takie: Pełnia księżyca. Rój ruin i ich rytm. Auta, skutery, motory, autokary. Drzewa, mury, błękit. Widok do środka i na zewnątrz, na Miasto. Rozproszeni, w ścisku, w swoim porządku. Rogi i moc Mojżesza. Skalne nory Etrusków. Można by mnożyć te „zapiski”, bo cykl liczy już ponad czterdzieści części, a nasz pisarz zapewne będzie dalej obrazował swoje bezdechy, zagapienia i „komentarze” do rzeczywistości, w której bywał i bywa. Niestety, choćby nie wiadomo jakimi wielkimi twórcami Myszkowski obudowywałby swoje pisanie, zawsze widać będzie wyrazisty rozdział pomiędzy nim i nimi, a takie określenia jak nory Etrusków, będą obrazowały kim jest naprawdę, jako autor i komentator sztuki. Może to chociaż jeden wartościowy regionalizm w rozdętym do granic możliwości dziele pt. „Kwartalnik Artystyczny”… A przecież wszyscy razem należymy tylko do literatury polskiej, gdzieś między Słowakami, Czechami, Bułgarami, Chorwatami i Serbami i nic nie da się zrobić w zakresie promocji i ekspandacji ogólnoświatowej, jeśli pisarz nie pisze po angielsku, francusku albo niemiecku… Sytuacja komplikuje się jeszcze, gdy polski autor wlewa do swoich utworów treści religijne i biblijne, tak niezrozumiałe dla współczesnych pisarzy i intelektualistów światowych. To jeszcze jedno dziedzictwo naszej literatury romantycznej, zauroczeń tandetnie pojmowanym Bogiem i ludyczną religijnością, eschatologicznych lęków Miłosza, tak kompletnie zanegowanych i wydrwionych teraz przez przyznanie Nagrody Nobla Oldze Tokarczuk.

Można zrozumieć założenie Myszkowskiego i jego chęć ocalenia pojedynczych myśli, jakichś chwilowych zauroczeń i zagapień, ale trzystustronicowy zbiór takich detali powinien mieć jakieś szersze uzasadnienie. Auror wolał okazać pogardę czytelnikowi i niczego nie wyjaśnił, nie opatrzył swojego „dzieła” wstępem ani posłowiem, a jedynie zawierzył potędze swojego słowa, zaczynając od enigmatycznego wskazania: Do celu, w stronę światła. To ma być owa otwierająca się głębia, w której autor będzie penetrować tajemne przestrzenie i wskazywać czytelnikowi nieuświadamiane rozświetlenia. Niestety, już kolejny zapisek wskazuje na to, iż odkrycia Myszkowskiego przywiązane są do jego, jakże powierzchownego postrzegania istnienia pośmiertnego: W dniu Wszystkich Świętych, nad grobem, słuchanie słabo słyszanej mszy. Zamazujące się obłoki, zapadający zmierzch. W tym szumie czuwanie i oczekiwanie. Złączony z nimi trwam z wierną pamięcią i niepamięcią, wdzięcznością i niewdzięcznością, powiązany więzami krwi i miłością, węzłami wiary, modlitwy, nadziei. Już tutaj absurdalność tych zapisków jawi się w pełnej krasie, a autor ukazuje siebie w tandetnej oprawie zmierzchającego słońca, zamazujących się obłoków, ledwie słyszalnej mszy, zderzanych naiwnie z kontrapunktowymi określeniami: pamięci i niepamięci, wdzięczności i niewdzięczności, dodatkowo komicznie powiązanych z nim więzami krwi, miłością, węzłami wiary, modlitwy, nadziei. Autor chciał od razu otworzyć przed czytelnikiem głębie, a zamanifestował tylko swoje zagubienie w świecie, tudzież – charakterystyczną dla niego – tendencję do mnożenia sensów w gęstwinach bezsensu. Absurdalność może być kołem zamachowym wielkiej literatury i wskazać tutaj byśmy mogli wiele takich realizacji pisarskich, począwszy od Boskiej komedii Dantego, poprzez Fausta Goethego, a dalej przez prozę eksperymentalną nurtu nouveau roman, dzieła Becketta, a skończywszy na dramatach Witkacego i wierszach Mirona Białoszewskiego, ale w przypadku Myszkowskiego nie ma ona żadnego umotywowania, jest ewokacją pustki myślowej, podpieranej raz po raz geograficznymi, biograficznymi lub nawet kulinarnymi wtrętami: Przysmaki, które pamiętam z dzieciństwa: czernina, grochówka z gotowanym boczkiem i ziemniaki w mundurkach, krupnik, rosół, zupa pomidorowa z kluskami lub łazankami, kartoflanka z cebulą i skwarkami, kołduny w rosole, chłodnik z jajkiem na twardo, zupa nic z kulami ubitego białka, surówki i konfitury z wiśni, gruszek, żurawin i borówek, owinięte nitkami zrazy, gołąbki, kiszone ogórki, pyzy nadziewane mięsem lub grzybami, pierogi z czarnymi jagodami lub wiśniami, babka ziemniaczana i placki ze śmietaną i cukrem, omlety z cukrem pudrem lub konfiturami, pieczone jabłka, budynie z rodzynkami, orzechami włoskimi i sokiem owocowym, kisiele z mlekiem, drożdżowe ciasta, kompot z truskawek i musujący kwasek z drożdży. Gdyby autor wplótł tego typu wyliczanki do prozy fabularnej czy eksperymentalnej, może osiągnąłby efekt artystyczny, ale tutaj, w tym mrowiu innych przywołań, zagęszcza tylko – skorzystajmy z jego retoryki –zupę nic; nie do zjedzenia.

Problem Myszkowskiego polega na tym, że panicznie chciałby stworzyć coś oryginalnego, jakieś dzieło, którym mógłby dorównać  największym pisarzom, ale niestety doskonale zdaje sobie sprawę z tego kim jest i jakie są jego możliwości kreacyjne: To samo i tak samo, w kółko. Potwierdzając swoją pisarską nijakość, nie zapomina zabezpieczyć się i ustawić w długim ciągu tych, którzy niczego nie osiągnęli: Widzę swoją mizerię i mizerię innych, ale nie mnie siebie sądzić, tym bardziej innych. Kabotynizm tego stwierdzenia ujawnia się w pełnej krasie, gdy czyta się notę krytyczną Stefana Chwina, zamieszczoną na okładce książki, będącą potwierdzeniem, że mamy do czynienia z zapiskami geniusza: Proza Krzysztofa Myszkowskiego łączy głębokie obserwacje psychologiczne z problematyką filozoficzną w sposób oryginalny, jakiego nie dostrzeżemy u innych pisarzy. Daleki od chaosu życia publicznego, Krzysztof Myszkowski skupia swoją twórczość wokół tematów najważniejszych, podstawowych, takich jak doświadczenie estetyczne świata i doświadczenie religijne, a raczej ich wielorakie, fascynujące związki.  Trudno dociec dlaczego znany pisarz, autor niezwykle fachowego wstępu do Konrada Wallenroda w ramach Biblioteki Narodowej, podjął się próby rehabilitacji zapisków kolegi, który często publikuje jego teksty w „Kwartalniku Artystycznym”. Chyba tylko owa częsta obecność Chwina w tym periodyku może być tropem swoistego zaśnięcia dociekliwego krytyka, który ucieka się do iście karkołomnych wolt myślowych: Jego najnowsza książka, „Addenda”, publikowana we fragmentach w „Kwartalniku Artystycznym”, przyjmowanych z uznaniem przez czytelników, jest kolejnym osiągnięciem literackim zasługującym na baczna uwagę. To niespotykane w polskiej literaturze połączenie głębokości myśli z maksymalną lapidarnością zapisu. Stworzył formę własną, w której poetyka szczególnego rodzaju aforyzmu, czy raczej starannie skomponowanej serii aforyzmów, pozwala na zapis doświadczeń i wzruszeń filozoficznych, połączony z kontemplacją tajemniczego piękna świata, które w jego twórczości objawia się jako znak Bożej Obecności, w niepojęty dla nas sposób utajonej w rzeczach, miastach, krajobrazach. Zaiste musi Chwinowi zależeć na publikacjach w periodyku Myszkowskiego, skoro ucieka się do tego rodzaju określeń, a przy tym będąc profesorem UG, neguje osiągnięcia literatury polskiej i wynosi marną pisaninę do rangi największych dzieł naszego pisarstwa. Jakby nie było Leca, jakby nie istniały aforyzmy Miłosza, jakby Stachura nie stworzył swoich książek drobinkowych, jakby wreszcie nie istniały najważniejsze polskie realizacje diarystyczne (Gombrowicz, Tyrmand, Dąbrowska). Oczywiście Chwin zdaje sobie sprawę z tego, ze nadużywa cierpliwości czytelnika, tworzy więc nową konstrukcję, która nijak się ma do rzeczywistego kształtu absurdalnego dzieła Myszkowskiego: „Addenda” są nie tylko statycznym zapisem konstatacji teologiczno-filozoficznych. Są też nowego typu formą autobiograficzną, którą należałoby określić jako dziennik aforystyczny. Trudno pojąć jak Chwin mógł dopatrzyć się elementów syntetycznych w prozaicznych „kawałkach” Myszkowskiego, a tym bardziej uznać je za rodzaj dziennika aforystycznego, wszak jest to zbiór rozklekotanych zapisków od Sasa do Lasa. Wątpliwe jest też owo przyjmowanie tych drobinek z uznaniem przez czytelników, skoro książka nie przebiła się przez żadne ogólnopolskie sito konkursowe, a poległa nawet w lokalnych zawodach o tytuł książki roku – Strzała Łuczniczki.

Paradoksalnie największa siła zbioru pisanek Myszkowskiego tkwi w ich absurdalności, w rozdętym  do granic zarozumialstwie myślowym i chęci oszukania czytelnika. Podobną tendencję zaobserwować mogliśmy w dzienniku Jerzego Andrzejewskiego, publikowanym swego czasu w tygodniku „Literatura”, a który Czesław Miłosz w liście do Zygmunta Hertza określił jako „jakieś siusiu”… Tam też mieliśmy do czynienia z próbą wmówienia czytelnikowi, że podejmowane tematy są ważne i są rodzajem gry z czytelnikiem i cenzurą, a tymczasem były po prostu zwykłym „siusiu”. Bardzo podoba mi się to określenie Miłosza i projektuję je na chaotyczne zapiski Myszkowskiego, określane przez autora Hanemanna jako przejaw literackiego talentu i filozoficznej przenikliwości. Ot takiej: Ciągle coś się kończy i coś się zaczyna. Pod jednym i pod drugim można by dopisać długą listę imion, spraw, myśli i uczuć. Ta pierwsza byłaby o wiele dłuższa, albo takiej: nawet gdy idzie się przez pustki, to to nie są pustki. Szkoda, że autor nie uratował swojej książki i nie postawił na jej absurdalność, zapewne wtedy osiągnąłby efekt artystyczny i wykrzesałby z niej jakąś dziwną energię. Stawiając na jej niezwykłość i podpierając się opinią prof. Chwina, zanegował to, co w gruncie rzeczy w niej jest obrazem jego samego i jego „wielkiej” tajemnicy. I to mogłoby być interesujące, szczególnie w sytuacji kogoś, kto jest cenionym redaktorem, ale nie stworzył książki, która by wprowadziła go  w obręb najznamienitszych realizacji pisarskich przełomu wieków. Myszkowski postawił na absurd nieuświadomiony, gdy zapragnął przedstawić czytelnikowi komiczną książkę jako dzieło  najwyższej powagi. Okrasił wszystko drobinkami wskazującymi, że jest twórcą bywałym w świecie, jak Herbert zauważającym sakralny charakter sztuki włoskiej, francuskiej, kościołów wileńskich. Przywołał też mrowie wielkich humanistów, pisarzy i filozofów w wierze, że skomponował coś wyjątkowego, mającego związek z ich osiągnięciami: Opowieść zestawiona z fragmentów, urywków i pojedynczych zdań. Wewnętrzną ciągłość daje jej ścisły związek z formą i duchem całości. Szkoda, że Myszkowski nie rozumie, że absurdalności nie można pogodzić z powagą, a fragmentaryczność świata twórca musi rzutować na szersze panoramy. Dobrze się jednak stało, że opublikował swój zapiśnik, bo przynajmniej sprowokował piszącego te słowa do podjęcia tematu książkach absurdalnych i zainicjowanie szerszego cyklu.

_______________

Krzysztof Myszkowski, Addenda, Margrafsen, Bydgoszcz 2017, s. 330.

BARCELONA NA KOLANACH

Foto TVP Info

Czas letni sprzyja wypoczynkowi, więc po gorącym dniu zasiadłem przed telewizorem z butelką zmrożonego Chardonnay, by obejrzeć starcie Bayernu Monachium z FC Barceloną. Ćwierćfinał Ligi Mistrzów zapowiadał się bardzo interesująco, chociaż nie przypuszczałem, że będzie to tak sensacyjne spotkanie. Wszak drużyna Roberta Lewandowskiego dosłownie zdeklasowała team Messiego, a końcowy wynik, osiem do dwóch, mówi sam za siebie. Był to też pojedynek najlepszego polskiego piłkarza i najsłynniejszego obecnie Argentyńczyka, za którego kluby płaciły i płacą miliony euro. Konfrontacja wypadła pomyślnie dla Polaka, który strzelił bramkę i asystował przy innym trafieniu, a nade wszystko był stale widoczny, żywiołowy i pomysłowy. Tymczasem Messi wciąż gdzieś ginął, zagapiał się i nawet jeśli przyspieszał, to były to zrywy chwilowe, mało efektywne. Choć stale nagradzają tego niepozornego Argentyńczyka Złotą Piłką, Złotymi Butami i uznają go za najlepszego piłkarza Europy, Ameryki Południowej i świata, to coraz częściej mówi się, że prawdziwym geniuszem futbolu jest jednak Lewandowski. I to było wczoraj widać na boisku, które stało się areną prawdziwej klęski piłkarzy Barcelony. Niemiecki zespół z żelazną konsekwencją realizował taktykę swojego trenera, czerpiąc najlepsze wzorce z drużyny narodowej czasów Podolskiego i Klosego, mknąc do przodu i powiększając stale konto bramkowe. Nie od dziś mówiło się o gwiazdorstwie piłkarzy hiszpańskich i może to, że zagrali oni przed niemal pustą widownią, odebrało im animusz i spowodowało, że zaprezentowali się tak, jakby dzieliły ich od przeciwników co najmniej dwie generacje wiekowe. Ktoś w złości powiedział nawet, że była to konfrontacja dziadków z wnukami i choć jest w tym ogromna przesada, to jednak określenie to oddaje atmosferę i charakter meczu, o którym kibice katalońscy chcieliby jak najszybciej zapomnieć. Oglądałem spotkanie z udziałem polskiego super napastnika i przez cały czas przypominały mi się moje mecze z dzieciństwa i wieku młodzieńczego, kiedy to trenowałem piłkę nożną w Polonii Bydgoszcz, a potem stałem na bramce drużyny uniwersyteckiej. Podobno byłem dobrym bramkarzem… i może obroniłbym któreś ze strzałów przepuszczonych przez golkipera Barcelony.

W KNIEI

Publikuję nieco fotografii przyrodniczych mojego brata – Jacka. Z kolejnych wypraw rowerowych przywozi sporo interesujących zdjęć, które prezentował już na kilku wystawach. W tym zestawie dudek, żuraw, sikorka i jakże subtelne sarny.

* * *

Cały dzień w domu, z ważkimi lekturami i pisaniem, a przy tym słuchaniem utworów Adriana von Zieglera. Jest już prawie dwudziesta. Siadam na tarasie z lampką Chardonnay i kontempluję ogród…  Powietrze jest czyste i pełne ozonu, po rzęsistym deszczu sprzed godziny. Mętna szarość stopniała jak wosk i na błękitnym niebie pojawiło się niezwykłe rozmycie chmur, niczym anielski puch, albo delikatne tchnienie bieli. Nagle zauważam stado młodych srok, lecących szybko z zachodu na wschód i zaczynam rozmyślać o ich istnieniu, o sroczośći z wiersza Miłosza i refleksji poety nad istnieniem bytów. Po pierwszym stadzie nadlatują jeszcze cztery kolejne, a ptaków w sumie jest ponad pięćdziesiąt, co jest dość zdumiewające. Na pewno podążają ku jakiemuś nocowisku, na odległych drzewach, które sobie upodobały. Wdycham głęboko powietrze, piję wino i rozmyślam o kierunkach mojego rozwoju w nowym dziesięcioleciu. Poprzednia dekada, tak pechowo kończąca się epidemią koronawirusa, była bardzo bogata i obfitowała w wiele chwalebnych zdarzeń. Teraz myślę o tym, co wydarzy się w kolejnych dziesięciu latach, jakże ważnych dla mnie, sumujących wszystko i stanowiących dla mnie nie lada wyzwanie. Jeszcze jakieś pojedyncze sroki przemierzają niebo, słychać odgłosy dalekich samochodów i ludzkich rozmów z sąsiednich domostw. Noc zaczyna rozpościerać czarne sukno mroku w rześkiej przestrzeni, dopijam wino, wstaję z krzesła i wchodzę do domu, by przygotować się do snu.

MIŁOŚĆ I NIENAWIŚĆ W CZASACH HUNWEJBINÓW

Gdyby Wang Xiaobo żył dłużej, w roku 2020 miałby sześćdziesiąt osiem lat i może cieszyłby się międzynarodową sławą największego współczesnego pisarza Kraju Środka. Niestety, po śmierci w 1997 roku, przeżywszy niepełne czterdzieści pięć lat, musi zadowolić się określeniem „czarny koń” literatury chińskiej i zdawkowymi informacjami na temat jego biografii. Wiemy zatem, że urodził się i zmarł w Pekinie, ale w drugim roku rewolucji kulturalnej (1968), jako przedstawiciel „młodzieży inteligenckiej” zesłany został na wieś do prowincji Junnan, a potem Szantung. W 1972 roku uzyskał zgodę na powrót do stolicy, gdzie znalazł zatrudnienie w fabryce, a potem podjął studia ekonomiczne w Chińskim Uniwersytecie Ludowym i kontynuował je na Uniwersytecie w Pittsburghu. Uzyskany tam tytuł magistra dał mu podstawy do tego, by podjąć pracę wykładowcy na Wydziale nauk Społecznych rodzimej uczelni, a potem – od roku 1992 – stać się niezależnym pisarzem, utrzymującym się z honorariów za wydawane książki, które nieomal natychmiast tłumaczono na języki obce. Zagraniczni autorzy not biograficznych w książkach Wanga podają, ze zyskał on sławę w Chinach jako kronikarz mrocznych lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, co nie spodobało się szykanującym go władzom i zapewne przyczyniło się do przedwczesnej śmierci na zawał serca. Można zatem powiedzieć, ze zabiła go ambiwalencja rządzących, którzy od czasów Deng Xiaopinga i jego dojścia do władzy w 1978 roku, zgodzili się na zaproponowany nowy kurs i otwarcie Chin na świat, ale jednocześnie – mimo oficjalnego potępienia rewolucji kulturalnej i krytyki dorobku Mao Zedonga – wciąż tęsknili za wielkim przywódcą. Skromny, inteligentny Deng nie mógł zrekompensować utraty ojca narodu, którego wizerunek wciąż reprodukowano na banknotach, któremu stawiano monumentalne pomniki, którego portret stale wisi u wejścia do Zakazanego Miasta. Ten symbol wstecznictwa i zacofania, jakże kontrastujący z rozmachem współczesnych Chin, wciąż przypomina, że to wielkie państwo potrzebuje symboli i czeka na ludowych mesjaszy, którzy popchną społeczeństwo na wyższe tory komunizmu. Na szczęście reformy Denga spowodowały powstanie nowego społeczeństwa, ze znakomicie wykształconą kadrą naukowo-techniczną i biznesową, co z kolei przełożyło się na prawdziwą eksplozję w zakresie budownictwa, transportu i produkcji luksusowych dóbr. Tak powstało państwo, w którym swobodnie rozmawia się o polityce i ekonomii, ale nie wolno krytykować rządu, który decyduje o drogach rozwoju i rozprzestrzenia kult Mao, którego socrealistyczny grobowiec z zabalsamowanym ciałem, okrytym granową flagą z sierpem i młotem, wciąż znajduje się na Placu Niebiańskiego Spokoju.

Wang Xiaobo – pisarz

Przez dziesiątki lat w Chinach nie mówiło się o seksie, a jedynie nawiązywało się do niego w aluzjach, poezji, tendencyjnej prozie i propagandowych filmach. Pojawienie się zatem pisarza, który mówił wprost o miłości cielesnej, a przy tym ukazywał brudne zakamarki Pekinu, śmierdzące ubikacje i śmietniska, zdezelowane fabryki i dziwacznych funkcjonariuszy systemu, było nie na rękę władzy, mającej wszędzie swoich tajnych agentów i podskórnie moderującej zachowania ludzkie. Pisarz we współczesnych Chinach mógł wybrać dwie drogi – albo wyemigrować i przeciwstawić się władzy, jak Gao Xingjian lub rozwijać swój talent w obrębie systemu, jak Mo Yan. Wang Xiaobo wybrał trzecią drogę, publikując utwory, w których była spora doza ironii, ale też jakby podskórne idealizowanie kraju, w którym jednostka mogła zyskać niezależność w obrębie zamkniętego, stworzonego przez siebie świata. Miłość w czasach rewolucji to powieść będąca swoistym eksperymentem narracyjnym, w którym sam autor i jego alter ego Wang Er, toczą wiele walk, ironicznie komentują zdarzenia, a nade wszystko obserwują samych siebie, szczególnie w chwilach erotycznych uniesień. W takim kontekście – jak podpowiada narrator: To książka o pożądaniu. Pożądanie ma własną siłę napędową, niekiedy jednak swobodne zachowanie jest zabronione, co niezwykle komplikuje sprawy. Na przykład, na północ od mojego domu znajduje się Pałac Letni, ale gdyby nie istniał kierunek północny, wtedy mógłbym iść wyłącznie na południe i dopiero po przejściu bieguna południowego i północnego, po czterdziestu tysiącach kilometrów, dotarłbym do pałacu. To właśnie usiłuję powiedzieć. Ludzie naprawdę potrafią wszystko wyrazić zawoalowanymi aluzjami i dotyczy to również pożądania. Dlatego jego źródłem mogą być najmniej godne zaufania rzeczy. Choć autor relacjonuje własne przeżycia, choć nawiązuje do konkretnego życiorysu, to istotą jego powieści jest diagnoza ludzkich zachowań i Chin, w których przyszło mu dojrzewać. To był czas rewolucji kulturalnej, podczas której wywlekano kułaków i inteligentów i wleczono ich po ulicach w komicznych czapkach z papieru – czas ekspansji młodzieńczej głupoty i szalejącej jak zaraza myśli przewodniczącego Mao, który bezwzględnie wykorzystywał rozgorączkowane umysły do walki politycznej. Dochodzili wtedy do głosu hunwejbini, niszczący kulturę i sztukę, pogardliwie odnoszący się do nauki, uciekający się do szantaży i oszustw, a i często zabijający swoich oponentów. Najbardziej radykalna i wpływowa była Czerwona Gwardia i to ona wywlekła ojca Wanga Era z domu, a potem prowadzała go po kampusie jako wroga ludu i wstecznika rewolucji. Wykorzystywani do rozgrywek politycznych lokalnych sekretarzy partyjnych, czuli się bezkarni i z lubością wykrzykiwali sentencje Mao, z jego czerwonej książeczki.

Bohater powieści Wanga Xiaobo mógłby pójść innymi drogami i stać się opozycjonistą na emigracji, jak na przykład chiński laureat Pokojowej Nagrody Nobla z 2010 roku, dramaturg i prozaik Liu Xiaobo, o którym mówi się, że stał się sumieniem Chin po masakrze na Tienanmen. Jednak młody mężczyzna z omawianej tu powieści idzie inna drogą, próbując rozsadzić system sobie tylko znanymi sposobami – najpierw eksperymentując z ledwie przeczuwanym uczuciem homoseksualnym do przyjaciela z pracy, potem bawiąc się elementami sadyzmu i masochizmu w swoich działaniach (pobicie przyjaciela i erekcja w trakcie tego zdarzenia). Dalej – obserwując siebie w relacjach z piękną hunwebinką X Haiying, zatruwającą mu myśli ideologiczną papką, ale – koniec końców nie mogącą stłamsić w sobie kobiety i wciągającą go do łóżka. Ta piękność w zdezelowanym mundurze ma być jego sekretną policjantką i sprawować nadzór nad rozwojem politycznym, ale wspólna droga do komunizmu przeradza się w owo – wskazane we wstępie – „pożądanie”, któremu nawet ona nie potrafi się przeciwstawić. Wang Er próbuje eksperymentować seksualnie z poznaną studentką (Była męcząca, denerwująca i nienawidziłem jej. Ale później bardzo ja kochałem. To pokazuje, że nienawiść i miłość są jednak nierozdzielne.) ale niewiele z tego wychodzi, chociaż pocałunki, dotykanie piersi i przytulanie się do siebie, daje mu podstawy do prowadzenia zaawansowanej gry miłosnej z funkcjonariuszką systemu. Przez kilka lat godzi się na poniżanie i deprecjonowanie swojej wartości, ale wciąż śni o tym, że ją gwałci, bije, morduje i odwdzięcza się w ten sposób za zniewagi. Triumfuje, gdy X Haiying rozbiera się i zmusza go do uprawiania seksu, stale wyposażając wszystko w ideologiczny kontekst i właśnie wtedy jego „stalowy” penis staje się prawdziwym narzędziem odwetu. Kobieta nienawidzi go jako ofermę klasową, ale nie potrafi bronić się przed rozkoszą, którą daje jest stuprocentowy, jakże męski i chropawy Er. Tak akcja powieści z planów miejskich, fabrycznych i biurowych przenosi się do domu dziewczyny, w którym czują się bezpieczni i mogą uprawiać zakazany seks do woli. Niestety bariera jest zbyt duża i X Haiying po każdym zbliżeniu wraca do swojej roli, bezlitośnie kpiąc z Wanga i szukając pretekstu by go srodze ukarać. Jeśli tego nie robi, to tylko dlatego, że potrafi docenić jego męskie walory i nie wyobraża sobie, że mogłaby uprawiać seks z innym mężczyzną. Niestety nie wie, że jego sprawność ma podłoże sadystyczne, a kolejne przyspieszenia i szczytowania podczas stosunków są jak zabicie odwiecznego wroga i zmasakrowanie jego podłych szczątków. (Kochanie się z nią wymagało brutalności, odrobiny żądzy mordu).

Edukacja seksualna Wang Era idzie w parze z jego życiową przebiegłością, która koniec końców doprowadzi go do poznania kobiety, którą poślubi i pociągnie za sobą na studia do Stanów Zjednoczonych. Indoktrynowany przez agentkę systemu Mao, wychodzi cało z tego starcia, przede wszystkim za sprawą swojego wywrotowego charakteru i chęci eksperymentowania ze światem i sobą. Tylko taka postawa pozwala mu przetrwać zbliżenia z funkcjonariuszką, która przy nim powoli traci rozeznanie w hałaśliwym świecie hunwejbinów i wrogów klasowych. Jeszcze rzuca obelgi na Era – Za każdym razem, gdy się kochaliśmy, X Haiying mówiła, że jestem draniem, diabłem, złym nasieniem, wyzywała mnie jak psa. Oto mądrość czasów rewolucji z wyższej półki. Jeszcze próbuje go zadenuncjować, poniżyć, ale, gdy sama staje się obiektem donosu i cała fabryka zaczyna mówić o jej romansie z przerażająco brzydkim mężczyzną, godzi się z porażką i znika z jego życia. Wang Er widzi siebie jako cierpiącego na hemoroidy malarza, marzącego o wielkiej artystycznej karierze, ale borykającego się z problemami, jakie niosą czasy rewolucji kulturalnej. Widząc wszechobecną nienawiść, postanawia walczyć z nią tak, by funkcjonariusze systemu, nie zorientowali się, że jest kimś na kształt duchowego i cielesnego dysydenta. Z pokorą znosi obelgi i intrygi X Haiying, która jednak broni go na wiecach, przedstawiając jako, niegroźnego fajtłapę, a potem z nawiązką odbija sobie wszystko, gdy dominuje nad nią w łóżku i zaspakaja jej wyszukane fantazje erotyczne. Trudno się dziwić, że pisarstwo Wanga Xiaobo nie podobało się ówczesnym władzom chińskim, dążącym do radykalnej unifikacji społeczeństwa i wtłoczenia jednostek w tryby wielkiej machiny, pędzącej do przodu jak szybka kolej i nie dbającej o tych, którzy nie wytrzymali tempa. Po latach pisarz rozprawił się z nimi aluzyjnie w szkicu pt. Przyjemność myślenia, odnosząc swoją wypowiedź do hipotetycznego kolegi: Kilka lat temu, zaraz po tym, jak wyszedłem z ciszy i napisałem książkę, dałem ją starszemu znajomemu. Nie spodobała mu się. Uważał, że nie powinno się pisać w ten sposób. Według niego książki powinny edukować ludzi, uwznioślać ich dusze. Z pewnością przemawiała przez niego sama mądrość. Jednakże spośród wszystkich mieszkańców tego świata tym, którego duszę pragnę uwznioślić najbardziej jestem ja sam. Jest punkt widzenia całkowicie nikczemny i zupełnie egoistyczny, lecz absolutnie szczery. Paradoksalnie owa nikczemność i egoizm pozwoliły stworzyć kontrapunkt w kontaktach z ludźmi czasów rewolucji kulturalnej i pokonać tę, która miała nadzorować jego kształtowanie ideologiczne. Nie ona jedna legła w konfrontacji z „pożądaniem” i poddała mu się jak wiele kobiet przed nią i po niej, przegrała w ramionach Era, choć po latach okazało się, że były to jej i jego największe zwycięstwa.

Hiperrealistyczne obrazy ilustrujące tekst są autorstwa artysty, który nosi takie samo imię i nazwisko jak pisarz – Wang Xiaobo. Może to znaczący pseudonim, może pokrewieństwo, trudno dociec – autorowi nie udało się znaleźć w Internecie wiarygodnych informacji na ten temat.

JOANNA SIEDLECKA O SEKRETARZU ANDRZEJEWSKIEGO

Jakiż to bydgoski „inteligentny i kulturalny” student zaopatrywał Andrzejewskiego w alkohol i był jego „kochankiem”? Ciekawa sprawa… Zaczynam drążyć ten temat jako samozwańczy dziennikarz śledczy. Może dowiem się czegoś ciekawego i informację zamieszczę w przygotowywanej książce? I nie będzie to jakieś siusiu…

Zięć Andrzejewskiego informował też o przyjacielu domu – sekretarzu i zarazem kochanku teścia, który u niego pomieszkiwał. Akceptowała go jeszcze żona Andrzejewskiego, wolała, gdy miał stałych i znanych jej partnerów, a nie przygodne męty z „Bristolu”, na jedną noc. Tym bardziej, że sekretarz był inteligentnym, kulturalnym studentem. Pochodził z prowincji, Andrzejewski płacił mu za wynajmowany pokój, popychał zawodowo, pomagał nawiązywać kontakty. I oczywiście z nim pił, do jego głównych obowiązków należało zaopatrywanie Andrzejewskiego w alkohol, raportował zięć. Według niego – to właśnie sekretarz był współautorem żenująco słabych felietonów teścia w „Literaturze” z cyklu „Z dnia na dzień”, pisanych zwykle rano, na kacu, z ogromnym wysiłkiem. Zawsze przy pomocy sekretarza, bez którego w ogóle by nie powstały, powinien być pod nimi podpisany.

„Nasz Jerzy pieprzy niemożebnie w tym strasznym piśmie Literatura – pisał Zygmunt Hertz 9 kwietnia 1976 roku. „Raz, czy dwa czytałem. Jakieś siusiu” – odpowiadał Miłosz.

Joanna Siedlecka, Sekretarz pisał mu felietony? [w:] Biografie odtajnione Z archiwów literackich bezpieki, Poznań 2015, s. 266.

 

TWÓRCZE OŻYWIENIE STEFANA PASTUSZEWSKIEGO

Stefan Pastuszewski zawsze był płodnym literatem, a ostatnio stał się też bardzo aktywnym naukowcem i eseistą, sięgającym po niezwykle interesujące tematy. Wyraziste staje się jteż zadanie, które przed sobą postawił, owo wypełnianie luk w zakresie opisu życia literackiego i kulturalnego ostatnich dziesięcioleci dwudziestego wieku i pierwszych dekad wieku następnego. W roku 2016 ukazała się pierwsza praca w ambitnie zaplanowanym ciągu: Edytorstwo literatury pięknej w latach 1956-1989, będąca syntetycznym przybliżeniem osiągnięć edytorów z naszego miasta, a także analizą złożonych procesów promocji i kształtowania nurtów, lansowania twórców i stowarzyszeń literackich. Pastuszewski posiadł ogromną wiedzę na ten temat, gdyż pracował jako dziennikarz i literat, a nade wszystko był wydawcą, który musiał pokonywać wskazane we wstępie bariery: Wydawca musiał uzyskać zgodę Ministerstwa na wydanie tytułu, z czym wiązał się uzależniony od nakładu przydział papieru, o co też trzeba było się starać oraz zgodę Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Obejście tych barier było niemożliwe, bowiem upaństwowiony przemysł poligraficzny – pod groźbą sankcji – ściśle przestrzegał tych uregulowań. Paradoksalnie, ale za ich sprawą, badanie ruchu wydawniczego po 1948 roku jest ułatwione, gdyż każda wydana książka pozostawiła wyraźny ślad w różnych instytucjach. Czwartą barierą dla ruchu wydawniczego była centralizacja państwowych i spółdzielczych wydawnictw. Regionalizacja, która nastąpiła po okresie stalinowsko-bierutowskim była tylko pozorna, bo i tak finansowanie pozostało centralne. Pastuszewski poświęca temu zjawisku pierwszy rozdział swojej książki, wskazując, że Bydgoszcz znalazła się na granicy wielkich regionów i twórcy z naszego miasta musieli najpierw pukać do drzwi Wydawnictwa Morskiego i Wydawnictwa Poznańskiego, a dopiero w maju 1971 roku utworzono w Bydgoszczy Oddział Wydawnictwa Morskiego. Najpierw kierowała nim Maria Kalota-Szymańska, a potem wieloletni agent SB Czesław Slezák. Autor wskazuje, iż Oddział wydawał głównie książki pisarzy z regionu kujawsko-pomorskiego, około 6-9 tytułów rocznie. Był to precedens w skali kraju, gdyż Oddział był w zasadzie dwuosobową (redaktor + sekretarka) redakcją bez bazy technicznej i administracyjnej. A choć próbowano go dwukrotnie zlikwidować, przetrwał do czasów przemian i dopiero wtedy został przemianowany na wydawnictwo „Pomorze”. Pastuszewski wskazuje, że powstanie tych instytucji przyczyniło się do rozwoju literatury, w czym spore zasługi miał też lokalny Oddział Związku Literatów Polskich. Stał się on retortą, w której kształtowały się takie osobowości literackie jak Władysław Dunarowski, Alfred Kowalkowski, Bogusław Sujkowski, Jan Górec-Rosiński, Andrzej Baszkowski, ważną rolę odgrywały też Koła Młodych i środowiska dziennikarskie. O niezależności nie mogło jednak być mowy i utworzenie Kujawsko-Pomorskiego Towarzystwa Kulturalnego wcale nie poprawiło sytuacji wydawniczej miasta, gdyż we władzach znalazło się sporo radykalnych komunistów. Literatom udawało się jednak negocjować korzystne dla siebie ustalenia i po powstaniu Sekcji Literacko-Odczytowej zaczęto publikować książki lokalnych autorów, a także wspomagać ich honorariami za spotkania autorskie. Pastuszewski zamieszcza sporo fotografii osób związanych z literackim ruchem wydawniczym w Bydgoszczy i przypomina takie osoby jak Wiesław Rogowski, Maria Kowalewska, Zofia Wachowiak, Krzysztof Soliński (jak się okazało Kontakt Operacyjny SB „Pegaz”), Czesław Niedzielski. KPTK było instytucją sterowaną przez PZPR, ale osoby z nią związane znajdowały luki, w których można było lokować książki nieideologiczne, literackie, naukowe, a nawet debiuty młodych autorów. Pastuszewski wskazuje też, że na bazie Związku Literatów polskich rozwijał się pozainstytucjonalny ruch wydawniczy, który owocował nowymi seriami, takimi jak Zbliżenia czy Galeria Poezji. Ożywienie literackie w Bydgoszczy nie umknęło uwadze partyjnych zarządców, którzy dostrzegli w nim elementy pozytywne, ale też i potencjalne zagrożenia. Odpowiedzią było tutaj utworzenie w 1982 roku samodzielnego wydawnictwa „Pomorze” i obstawienie go agentami SB, a także ludźmi z określonego układu pezetperowskiego. Pierwszym Redaktorem Naczelnym został Wiesław Woźniak, a po nim funkcję tę pełnili: Zbigniew Cieśliński, ściągnięty z Torunia Wiesław Krzysztoszek i Ryszard Ziętek. Wydawnictwo było ściśle kontrolowane, a i tak ukazały się w nim książki autorów kontestujących system, co uznać należy za sukces naszego środowiska. Autor wskazuje też błędy, które popełnili zarządcy wydawnictwa, które nie wiedzieć dlaczego zaczęło wydawać wielką literaturę światową. Krzysztof Soliński był wtedy pod przemożnym wpływem Grzegorza Musiała, który namawiał go do publikacji książek swoich przyjaciół, szczególnie translatorów i poetów. Akcje te nie miały większego sensu i oficyna musiała przekształcić się w Spółdzielnię Pracy Wydawców „Pomorze”, która nie radziła sobie na polskim rynku wydawniczym i w końcu została rozwiązana w 1996 roku. Praca Pastuszewskiego wypełnia bolesną lukę w zakresie opracowania życia literackiego Bydgoszczy w latach zakreślonych w tytule, a poprzez swoją bezstronność i dokumentację archiwalną może być traktowana jako popularny zarys naukowy, będący wstępem do dalszych badań.

 

Kolejna książka tego autora pt. Rewolucja, odnowa i ożywienie w bydgoskiej kulturze od sierpnia 1980 do grudnia 1981, oprócz tego, że jest cennym opracowaniem naukowym, ma też charakter iście sensacyjny. Jest to omówienie wielu dziedzin aktywności kulturalnej, takich jak teatr, kabaret, estrada, czasopiśmiennictwo i twórczość literacka, a także sztuki wizualne, krytyka artystyczna i upowszechnianie kultury. A wszystko na tle ożywienia społecznego po Sierpniu 1980 roku, powstaniu „Solidarności” i daleko idących zmianach życia w Polsce. To był prawdziwy szok: Wybuch „Solidarności” zaskoczył społeczeństwo Bydgoszczy, a szczególnie środowisko artystyczne. Wszystko było dotąd poukładane, przeważająca większość postaw wobec rzeczywistości społeczno-politycznej to eskapizm, konformizm i oportunizm. Zarzewia kontestacji, krytyki i buntu tliły się głównie w środowiskach młodych twórców, szczególnie tych, którzy nie byli związani etatowo z instytucjami. Było to bowiem pokolenie bez doświadczeń II wojny światowej i w zasadzie także doświadczenia stalinizmu. Korzystając z „przecieków” z Zachodu pewna część młodych twórców nabierała przekonania, że wolna kultura to taran, który rozbija tyranię. Więź międzypokoleniowa była słaba z uwagi na różne drogi życiowe, a szczególnie oczekiwania jeśli idzie o młodych, którzy narzekali na zastój, stagnację, jak się wtedy mówiło. Miała miejsce wyraźna konkurencja, dotycząca głównie pokolenia, które „ustawiło się” w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku oraz pokolenia pierwszych dwóch dekad po II wojnie światowej. Nie ulega wątpliwości, że monografia Pastuszewskiego jest rodzajem pisania historii na nowo, a przy tym próbą ustalenia jaką rolę w czasie przemian odegrały konkretne osoby bydgoskiej kultury. I tutaj pojawia się ów element sensacyjny, bo autor ujawnia wiele niewygodnych faktów z życia poszczególnych twórców, moderatorów i zarządców, a czyni to zawsze na rozległym tle historyczno-społecznym. Tak jest w przypadku Krzysztofa Solińskiego: Próby nagabywania przez SB były jednak przez przeważającą większość młodych twórców, głownie ze względów moralnych, odrzucane. Nie odmówił jednak wcześniej – jak wynika ze zgromadzonych w IPN dokumentów ewidencyjnych i operacyjnych Służby Bezpieczeństwa – Krzysztof Soliński (1950–2006). 27 maja 1977 roku został on zwerbowany i zarejestrowany pod numerem 16376 jako Kontakt Operacyjny „Pegaz”. Do momentu zdjęcia z ewidencji 12 grudnia 1989 roku współpraca ta musiała być na tyle owocna, że KO „Pegaz” wraz ze swoimi „prowadzącymi”, w ciągu 12 lat co najmniej nominalnej współpracy, wyprodukował dwie „teczki pracy”, które po przeleżeniu przez pewien czas w archiwum (nr archiwalny I-41164), zostały 18 maja 1990 roku zniszczone „we własnym zakresie z uwagi na znikomą wartość operacyjną”. Trudno dzisiaj powiedzieć czy przyczynił się do tego sam agent Soliński, bo przecież szczątkowe dane wskazują, że mącił solidnie w wielu środowiskach, a jego delatorstwo miało na celu przede wszystkim skanalizowanie ruchu młodoliterackiego. Pastuszewski – jakby nie było ofiara donosów KO „Pegaza” – wskazuje też zasługi edytorskie i literackie Solińskiego, które wszakże znacznie tracą na znaczeniu w obliczu odsłanianej drugiej twarzy tego człowieka. Inną postacią uwikłaną w kontakty z SB, a której działalność donosicielską analizuje autor monografii, jest Wiesław Trzeciakowski: Mimo buntowniczych nastrojów społecznych oraz początkowego chaosu władza realizowała swoje dotychczasowe plany sterowania kulturą, w tym za pośrednictwem tajnych służb. W styczniu 1981 roku przy ul. Pomorskiej 5 otworzył swoje podwoje Klub Miłośników Sztuki. Kierownikiem został Wiesław Trzeciakowski (1950 –). Był on od 19 czerwca 1980 roku tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie „Mercedes” (nr rejestracji 18642). Jego zadaniem było zapewnienie dopływu informacji o stanie zagrożeń występujących w środowisku literackim miasta Bydgoszczy, a w szczególności w odniesieniu do mogących występować działań antysocjalistycznych”. Miał to czynić poprzez ustalanie osób o poglądach wrogich politycznie, ujawnianie faktów wykorzystywania spotkań autorskich do prowadzenia działalności antysocjalistycznej, przekazywanie charakterystyki osób w opracowaniu lub rozpoznaniu”. Pastuszewski obnaża delatorstwo Trzeciakowskiego, ale też – co jest wątpliwe – wskazuje jego obywatelską postawę, szczególnie w przygotowywanych dla SB elaboratach socjologicznych, które przecież dzisiaj brzmią jak wypowiedzi Papkina. Trudno też zgodzić się z naciąganym usprawiedliwianiem donosiciela, jakoby ofiary szantażu ze strony SB, która założyła mu akta „H”, wskazujące na ściśle określone upodobania seksualne. Przeglądając teczkę tego skomplikowanego mentalnie człowieka, natkniemy się przecież na własnoręcznie podpisane pisma, informacje o otrzymanych prezentach, a i przetrzebienie dokumentacji wskazuje na to, że zakres jego perfidnych działań był znacznie szerszy. Pastuszewski ujawnia też informacje o innych agentach SB wkorzenionych w struktury literackie Bydgoszczy, a więc o Czesławie Slezáku (TW „Leszek”), Tadeuszu Petrykowskim (TW „Bury Wiesław”), Januszu Kryszaku (TW „Krzysztof”). Niezwykle interesujące – chociaż niepełne – są informacje autora o donosicielach SB w bydgoskim środowisku artystycznym, ze szczególnym uwzględnieniem Jerzego Puciaty (TW „Lewandowski”, TW „Lew”, TW „Piast”), choć i tutaj wątpliwość budzi swoista rehabilitacja delatora: Przyczyną zgody na współpracę, być może nawet nie udzielonej na piśmie, mógł być szantaż oparty o publiczne ujawnienie współpracy w latach 1967-1975, jak również sprawy obyczajowe. Można przypuszczać – znając beztroskie podejście malarza do życia – że nie w pełni zdawał on sobie sprawę z tego co czyni. Jak na opracowanie naukowe, jest to zbytnia dowolność, nie poparta stosownymi dokumentami, które mogłyby przeciwstawić się sporej dokumentacji świadczącej o współpracy z SB. I choć Pastuszewski podaje sporo faktów związanych z pozytywną działalnością (jego „oczyszczaniem się w ogniu rewolucji solidarnościowej”), to zniszczenie teczek przez SB, dowodzi o wadze spraw, które Puciata poruszał i analizował. Monografia przynosi też informacje o innych agentach ze środowiska plastycznego, teatralnego i estradowego, a więc o informatorze Wojskowych Służb Specjalnych Andrzeju Stanisławie Budniku, o Zygmuncie Bobrowskim, Grażynie Juszczyk (TW „Róża”), Urszuli Tauzik. Zdziwienie musi też budzić zaklasyfikowanie jako rewolucjonistów i odnowicieli kultury bydgoskiej takich osób jak Józef Herold, Piotr Szymański, czy Marek Zagórski, brakuje też analiz agentury w Polskim Radiu, wyraziście odnotowanej w IPN-ie.

 

Dwaj agenci SB, których działalność opisuje S. Pastuszewski – od lewej: Krzysztof Soliński (TW „Pegaz”) i Wiesław Trzeciakowski (TW „Mercedes”)

Kontynuacją i dopełnieniem omówionych wyżej prac jest Krótka historia literatury Bydgoszczy, którą Stefan Pastuszewski przygotował do druku i udostępnił recenzentom. Autor dookreśla we wstępie, iż jego książka jest ledwie rejestrem ważniejszych faktów literackich i okołoliterackich oraz procesów zachodzących w tej strefie, w pewnym tylko stopniu zaopatrzonym w szerszy opis. Zarówno z uwagi na ową skrótowość i świadomie założony charakter dokumentacyjny, ale też ze względu na fakt, że autor sam uczestniczy w życiu literackim miasta i regionu, opracowanie to pozbawione jest w zasadzie ocen, chyba że są one utrwalone i stosunkowo mało kontrowersyjne; zazwyczaj są to przytoczenia innych autorów. Skrótowość monografii wynika także z faktu, że założono sporządzenie syntezy, całościowego oglądu funkcjonowania literatury w Bydgoszczy na przestrzeni dziejów. Kryterium wyboru przywołanych twórców to przede wszystkim rola jaką odegrali oni w tym, co kolokwialnie nazywa się duchowością i życiem artystycznym miasta. Są to więc pisarze trwale z Bydgoszczą związani, albo też świadomie przez dłuższy czas współdziałający w pomnażaniu jej dorobku kulturalnego. W opracowaniu przywołuje się też, głównie w Aneksie 1, twórców, którzy pochodzili z Bydgoszczy lub przez pewien czas w niej przebywali. Urodzili się w Bydgoszczy lub byli z nią związani, ale dla tego miasta, oprócz popularyzacji jego nazwy w swoich notach biograficznych, zazwyczaj niewiele uczynili. Odnotowano więc „dla porządku” pisarzy, których związki z tym miastem można nazwać „symbolicznymi”, choć trudno tak nazwać formowanie się i kształcenie w okresie dziecięco-młodzieńczym. W monografii tej nie używa się określenia bydgoski, bowiem „pisarze zmieniają miejsce zamieszkania, w sposób naturalny zrywają więzi bezpośrednie, wchodzą w inne regionalne i lokalne zależności o charakterze instytucjonalnym”. „Żaden twórca nie jest przywiązany na stałe do swego miejsca pobytu i miejsca twórczości. Każde środowisko twórcze ulega fluktuacjom. Przybywają doń ludzie nowi z innych środowisk twórczych, mający już na swym koncie mniejszy lub większy dorobek literacki, z drugiej zaś strony notujemy często odpływ twórców. jednym słowem mamy do czynienia ze zjawiskiem migracji literatów. Wybór przywołanych w tej monografii pisarzy, jest więc w mniejszym lub większym stopniu subiektywny, jak subiektywne są zaliczenia do kategorii pisarz lub literat. Choć autor stara się zminimalizować swoją rolę, to nie ulega wątpliwości, że jego praca jest bardzo cenna i wypełnia kolejna lukę w zakresie poznania kultury naszego miasta. Wszak każde dzieło tego typu wzbogaca dorobek regionu i interioryzuje go w ściśle określonym czasie. Praca ta prawdopodobnie będzie wstępem do szerszego, panoramicznego opracowania, które może stanie się wykładnią tego, co literatura bydgoska osiągnęła. Może też będzie impulsem do utworzenia instytucji, która by zbierała i opracowywała dane na ten temat. Od dawna mówi się, że powinno powstać w Bydgoszczy Archiwum Pisarzy Pomorza i Kujaw, którego utrzymanie zapewne nie kosztowałoby zbyt wiele. Pastuszewski ma wszelkie dane ku temu, żeby stworzyć grupę badawczą, zajmującą się opracowaniem archiwów zmarłych pisarzy, zbiorów bardzo bogatych i narażonych na rozsypanie w kolejnych latach. Cieszy zatem takie wstępne uporządkowanie literatury naszego kręgu, mające swoje braki, ale też będące wyrazistą propozycją periodyzacji i ustalenia zachodzących procesów literackich oraz kształtowania się kanonów gatunkowych i tematycznych. Oczywiście praca ta powinna też posiadać Aneks innego autora, który by opracował dorobek samego Stefana Pastuszewskiego, będącego ważnym uczestnikiem życia literackiego Bydgoszczy, obecnego w niej od lat siedemdziesiątych XX wieku i stale tworzącym wartościowe dzieła.

« Older entries

%d blogerów lubi to: