LUDZIE (2)

Nauczyciele V LO w Bydgoszczy
Stoi prof. dr Wiesław Szalla, pierwszy z lewej dyrektor dr Marian Szczerba

Wracam myślą do moich nauczycieli z V Liceum Ogólnokształcącego w Bydgoszczy. Naturalnym łącznikiem pomiędzy Szkołą Podstawową nr 60, mieszczącą się na osiedlu Błonie, tuż przy moim bloku, był wuefista, profesor Wiesław Szalla. Niestety, któregoś roku nagle zniknął z mojej podstawówki i dopiero, gdy zacząłem naukę w szkole średniej, zrozumiałem, że awansował i zaczął pracować na Kapuściskach. Jakaż to była barwna postać i jak go kochaliśmy, nawet wtedy, gdy ordynował niektórym z nas tzw. „poranki”, czyli dodatkowe ćwiczenia wczesną porą, niwelujące złe oceny i wszelkie sportowe zaległości. Myślę, że mnie lubił i dostrzegał moją rozbudowaną muskulaturę, co przejawiało się tym, że powierzał mi prowadzenie rozgrzewek podczas planowych lekcji. To było dziesięć minut szczególnie uciążliwych skoków, przewrotów, rozgwiazd itp., a chłopak prowadzący to i narzucający innym kolejne zadania, zyskiwał sporą renomę w wielu klasach. Profesor Szalla słynął ze zgryźliwych i komicznych powiedzonek, którymi komentował przede wszystkim nieudolność łamagowatych kolegów, choć potrafił też zrugać tych najlepszych. Jego sposobem na zrównoważony rozwój była siatkówka, za którą nie przepadałem, choć znalazłem miejsce w klasowej drużynie i udanie wystawiałem piłki najlepszemu pośród nas – Wiechowi Jabłońskiemu. O wiele lepiej szło mi podczas meczów piłki ręcznej i moja postawa na bramce przyczyniła się do zdobycia mistrzostwa szkoły przez naszą klasę. Tutaj Jabcol też był najlepszy, choć dopomagał mu udanie Wojtek Łoś, Lechu Kocoń, Sławek Dąbrowski, Irek Urbańczyk i rezerwowy Krzychu Kołaczyk. W decydującym meczu obroniłem karnego i potem profesor Szalla nachwalić się nie mógł jak mu to się spodobało. Zawsze z utęsknieniem czekałem na lekcje wuefu, na których wykonywałem najtrudniejsze ewolucje gimnastyczne, popisywałem się robieniem pompek, wspinałem się na grubych linach aż pod dach sali gimnastycznej, a nade wszystko grałem w siatkówkę i koszykówkę. W szkole podstawowej poznałem też ojca naszego wuefisty, który kiedyś przyszedł na lekcję wychowania obywatelskiego i opowiadał nam o swojej działalności konspiracyjnej, w trakcie okupacji niemieckiej. Jego syn pozostał w pamięci wielu chłopaków, którzy uczyli się w V LO i niejedna oferma batalionowa zawdzięcza mu wyjście na człowieka i zainteresowanie się sportem na poważnie.

Klasowa drużyna siatkarska Stoją od lewej: Wojtek Łoś, Wiesiek Pokora, Irek Urbańczyk, Dariusz T. Lebioda, klęczą od lewej: Sławek Dąbrowski, Leszek Kocoń

Innym nauczycielem, który utkwił mi w pamięci jest Dyrektor liceum – dr Marian Szczerba, pieszczotliwie przez wszystkich określany jako „Maniuś”. Nie miałem z nim zajęć z chemii, ale kilkakrotnie uczestniczyłem w akademiach, które organizował, wykorzystując uzdolnionych recytatorów. Raz też trafiłem na dywanik dyrektorski, gdy z ułańską fantazją chciałem otworzyć drzwi wejściowe do szkoły nogą i zbiłem szybę. Uciekłem przerażony, ale widziała to jedna z nauczycielek i natychmiast doniosła szefowi. Ten zjawił się podczas wuefu i kazał mi wyjść z sali gimnastycznej, a potem, bez awantury i reprymendy, rzeczowo ustalił ze mną, że mam dogadać się z pedlem i zapłacić mu za wstawienie nowej szyby.  „Maniuś” budził lęk w uczniach, gdy rano stał u wejścia do liceum i sprawdzał czy wszyscy mają tarcze lub błyszczące znaczki z wizerunkiem Leona Kruczkowskiego, ówczesnego patrona szkoły. Potrafił zawracać uczniów lub kierować ich do sekretariatu, by zakupili tarczę lub znaczek. Do legendy przeszła też jego dbałość o strój chłopców i dziewcząt, prezentujących się okazale w mundurkach, białych bluzkach i granatowych spódnicach. Nie wolno było też zapuszczać zbyt długich włosów, co powodowało wielkie awantury klasowe, bo przecież chcieliśmy wyglądać jak członkowie zespołów Led Zeppelin, Black Sabath lub Slade. Dyrektor stale kursował po holach, a szczególnie aktywny był podczas przerw, gdy chodziliśmy karnie parami przy ścianach. Stawał wtedy na środku korytarza, w najlepszym punkcie obserwacyjnym i wyławiał tych, którzy nie stosowali się do jego zaleceń. Nie wiem dlaczego wtedy nie kwestionował mojego wyglądu, a przecież nosiłem błękitne sztruksy i granatowo-biały sweterek, spod którego wyciągałem kołnierzyki koszuli w biało-niebieskie kwadraty. „Maniuś” był bardzo dobrym człowiekiem, dbającym o nauczycieli i uczniów, którzy wciąż próbowali go „na niby” swatać z jakimiś rusycystkami, lektorkami języków lub chemiczkami. Dyrektor był też czułym, przykładnym synem, mieszkającym z matką w przyszkolnym mieszkaniu i często wychodzącym z nią pod rękę na spacer po osiedlu. Do legendy przeszła jego fryzura z długą grzywką, co chwilę odgarnianą z czoła i nieco za duże garnitury, tudzież znoszone buty, średnio pasujące do całości stroju. Jakkolwiek jednak nie oceniałoby się tego pedagoga, należał on do najzacniejszych i najbarwniejszych postaci grona pedagogicznego.

Profesor Alina Michałowska

Z kolei jedną z najurodziwszych nauczycielek, była moja matematyczka, profesor Alina Michałowska, na którą czekałem zawsze przy sali lekcyjnej z drżeniem serca. Przede wszystkim dlatego, że zachwycałem się jej figurą i bardzo kobiecym, zalotnym wręcz, sposobem chodzenia, a po drugie – dlatego, ze byłem wtedy osłem matematycznym i tylko tej pedagog zawdzięczam dojście do matury i zdanie jej na dobrym poziomie. Nie lubiłem przedmiotów ścisłych i często obrywałem z nich dwóje, ale pani profesor za każdym razem wyciągała mnie z tarapatów, dostawiając trzy z dwoma minusami, niwelujące wcześniejsze pały. Raz tylko, gdy zakochałem się nieszczęśliwie w pięknej uczennicy i zawaliłem wszystko, co możliwe, musiałem przystąpić do egzaminu poprawkowego. Czekałem wtedy na korytarzu z Wojtkiem Łosiem i z drżącym sercem odprowadzałem wzrokiem profesor Michałowską, wchodzącą do sali. Na szczęście wszystko poszło gładko i mogłem dalej kontynuować naukę w czwartej klasie, w której znowu ratowały mnie tak wspaniałe oceny jak trzy z dwoma… W mojej pamięci pozostało też specjalne zadanie, które otrzymałem od matematyczki, związane z moimi zdolnościami plastycznymi. Miałem wykonać gazetkę ścienną, prezentującą wielkich matematyków i zrobiłem to z ochotą, tudzież ekscytacją, że tyle razy będę rozmawiał na osobności z piękną panią profesor. Zadanie zostało wykonane i spodobało się na tyle, że podobną gazetkę pt. Wielcy fizycy zamówiła u mnie pani profesor Barbara Lamęcka-Behring, wychowawczyni mojej klasy i znakomita fizyczka. Niestety za sprawą złośliwych kolegów, zaczęła się rozpowszechniać w szkole plotka, że zadrwiłem z nauczycielek i wykonałem karykatury wielkich matematyków i fizyków, co mijało się z prawdą. Niektórzy koledzy byli tak leniwi, że nie zadali sobie trudu by sprawdzić jak naprawdę wyglądały odwzorowane przeze mnie osoby i ich defekty urody przypisali mojej rzekomej złośliwości. Po jakimś czasie przystąpiono do remontu szkoły i gazetki w naturalny sposób zastąpione zostały innymi ozdobami. Wspominając profesor Alinę Michałowską wciąż mam w pamięci jej eleganckie ubiory, nienaganną sylwetkę, starannie zaczesane włosy i piękne oczy, a zarazem przypominają mi się tortury oczekiwania, kto zostanie wywołany do odpowiedzi przy tablicy. Gdy trafiało na mnie, serce podchodziło mi do gardła i szedłem na środek klasy jak na stracenie, tym bardziej, ze wiedziałem, iż znowu zawiodę piękną panią profesor.

Alina – moja piękna dziewczyna z czasów licealnych

Moją dość dobrą znajomość języka angielskiego zawdzięczam przede wszystkim pani Profesor Annie Dutce, która znakomicie uczyła tego języka. Była bardzo wymagająca, ale potrafiła zachęcić nas do wkuwania słówek i zapoznawania się z gramatyką, sprawiedliwie oceniając postępy i karząc tych, którzy lekceważyli jej zalecenia. Niewiele brakowało, a wybrałbym język angielski jako przedmiot egzaminacyjny na ustnej maturze, ale w końcu zdecydowałem się na ukochaną geografię, wykładaną przez profesora Romana Golla, jako żywo przypominającego Alfreda Szklarskiego, autora mojego ulubionego cyklu podróżniczego o przygodach Tomka Wilmowskiego. Gdy uczyłem się angielskiego, prof. Dutka była już starszą kobietą, ale zawsze nienagannie ubraną i jak angielska królowa Elizabeth, noszącą eleganckie torebki. Zapamiętałem zabawne zdarzenie z jednej z lekcji, kiedy to jeden z naszych kolegów przyniósł do szkoły jakiś płyn, śmierdzący jak zgniłe jaja. Przed lekcją angielskiego nakapał kilka kropli na stół nauczyciela i po jakimś czasie pani profesor zaczęła czuć ten zapach i podejrzliwie patrzeć na dwie koleżanki, siedzące w pierwszej ławce. Te siedziały spokojnie, a po którymś spojrzeniu zaczęły się ukradkiem śmiać do siebie, co wywołało prawdziwą lawinę zdarzeń. Nauczycielka nie wytrzymała i wprost zapytała jedną z nich: To ty tak tutaj dzisiaj smrodzisz? Obie dziewczyny wybuchły histerycznym śmiechem i zostały za to natychmiast wyrzucone za drzwi. Niestety zapach się nie ulatniał, nawet przy otwartym oknie i dochodzenie trwało dalej, aż doprowadziło do tajemniczych żółtawych plam na stole i donosu najbardziej znienawidzonej skarżypyty z naszej klasy. Innym razem pani profesor musiała wyjść z klasy, krztusząc się ze śmiechu, gdy jeden z naszych kolegów zamiast powiedzieć po angielsku, że ma dobry ołówek (pencil), palnął: I have good penis… Nie muszę chyba mówić jaki przydomek przylgnął od tamtego zdarzenia do tego kolegi, który nomen omen na imię miał Ryszard, co po angielsku skraca się do formuły Dick. Bardzo lubiłem lekcje języka angielskiego i łasy byłem na pochwały profesor Dutki, tym bardziej, że nigdy potem nie spotkałem tak dobrej anglistki. Latając do wielu krain i posługując się uniwersalnym językiem światowym, wdzięczny byłem tej skromnej pani, za jej pasję pedagogiczną i za to, że potrafiła mnie zachęcić do nieustannego ulepszania tego narzędzia komunikacji. Mógłbym tutaj przywołać jeszcze wielu nauczycieli z grona pedagogicznego V Liceum Ogólnokształcącego w Bydgoszczy, z którymi dane mi było się zetknąć. Kilku z nich bardzo lubiłem, jak na przykład rusycystkę Czesławę Obuchowską, polonistkę Ewę Poleską-Kosowską, biologiczkę Marię Pastuszewską, a innych zachowałem w życzliwej pamięci. Żałuję też, że dałem się bardzo we znaki pani profesor Irenie Kuchczyńskiej, osobie o anielskim charakterze, którą denerwowaliśmy podczas zajęć z wychowania technicznego, gadając jak najęci, a nawet przekrzykując się bezczelnie. Z własnej praktyki pedagogicznej wiem jak przeszkadzają takie osoby i jak wpływają destrukcyjnie na innych. Muszę zatem gorąco przeprosić tę panią za siebie i za innych hałaśliwych zarozumialców z naszej klasy. Czas nauki w V LO pozostanie w mojej pamięci jako okres bardzo ważny w moim życiu, gdy coraz bardziej zaczynałem interesować się literaturą. Prowadziłem wtedy sporo dyskusji z profesor Ewą Poleską, uważnie przy tym zerkając na jej urodziwą siostrę. Niestety były to też lata pierwszych zawodów miłosnych, najpierw z powodu pięknej Aleksandry, a potem Aliny, z którą spotykałem się przez pięć lat, ostatecznie zrywając znajomość, gdy podjęliśmy studia – ona anglistyczne, a ja polonistyczne. Ta istota, tak upragniona i tak wrażliwa, przyczyniła się do tego, że zacząłem pisać wiersze i opowiadania. Po latach opublikowałem też tomik pt. Maria, w którym zamieściłem część liryków napisanych dla niej i będących relacją z tego, co wtedy przeżywaliśmy. Dzisiaj, ilekroć przemykam w okolicach mojej dawnej szkoły, wracam myślą do wielu nauczycieli i do zdarzeń z nimi związanych, przypominam sobie koleżanki i kolegów, przystaję i zastanawiam się nad ścieżkami ludzkich przeznaczeń. Z wielką wdzięcznością i sporym  zażenowaniem czytam na stronie szkoły, że należę do jej znanych absolwentów, obok tak naprawdę cenionych wychowanków jak: socjolog prof. Andrzej Zyberowicz, reżyser Jarosław Żamojda, dyplomata Aleksander Fedorowicz, kurator oświaty Marek Gralik, czy prawniczka Sławomira Wronkowska-Jaśkiewicz. Czytam to z zażenowaniem, bo przecież stale jestem jeszcze w drodze ku wytyczonym celom i pamiętam o moich szkolnych potknięciach, z których udało mi się dźwignąć dzięki mądrym, wspaniałym i jakże ludzkim pedagogom mojego już na zawsze, V Liceum Ogólnokształcącego w Bydgoszczy, które nosi teraz jakże zobowiązujące imię Ignacego Paderewskiego.

V LO w Bydgoszczy z lotu ptaka

BŁĘKIT

Ach, jak dobrze jest wyjść wczesnym rankiem do ogrodu i zobaczyć słońce wstające w pełnej krasie… Taki dzień, zaczynający się od zaczerwień i fioletów po wschodniej stronie nieba, zapowiada dominację błękitu i światła. Tak, ilekroć myślimy o szczęściu, kojarzy nam się ono z tymi elementami wizualności świata, a jeśli do tego dodamy jeszcze ciepło, uzyskamy to, co w czasach dzieciństwa utrwaliliśmy sobie, jako cud istnienia. Tym razem poczułem wyraźnie mroźny powiew nocy, ale w połączeniu z błękitem i światłem stał się on czymś w rodzaju porannego orzeźwienia, zachęcającego do podjęcia codziennych prac. Zapatrzyłem się na dalekie punkty czarnych ptaków, siedzących na gałęziach, a po drugiej stronie nieba zobaczyłem żeglujące w przestrzeniach powietrza ogromne mewy. Odczucie harmonii świata połączyło się we mnie z przekonaniem, że niebawem wszystko w przyrodzie eksploduje, pojawią się liście, pąki i kwiaty, a zieleń stanie się kolorem dominującym na ziemi. Życie może być trudne, kłopotliwe, ale ważne jest też i to, by zauważać jego chwilowe piękno, nawet jeśli okupione ono jest bezlitosną przemijalnością świata. I błękit w tym bardzo dopomaga…

 

CZARNY NEFRYT (12)

Liu siedziała na gładkim głazie na środku głównej komnaty w jaskini. Wciąż czuła ból w okolicach łona i na pokąsanych przez Czena udach. Zakryła twarz otwartymi dłońmi, zatopiła się we wspomnieniach i płakała. W jej myślach pojawiły się intensywne obrazy ostatnich dni, kiedy to kochała się z Gao w ogrodzie poborcy, a potem doświadczyła tylu strasznych cierpień. Otarła łzy z oczu lnianą chusteczką i rozejrzała się po jaskini, w której zgromadzono tyle bogactw. Nie chciała ich, bo wiedziała, że na wszystkim ciąży krew, każda złota bransoleta, każdy nefrytowy naszyjnik, każdy drogocenny pierścień, mają swoją historię, związaną z jakąś śmiercią i niewysłowionym cierpieniem. Dlaczego ludzie wyrządzają sobie tyle krzywdy, skąd bierze się u nich ten pęd do zabijania. Przecież i tak wszyscy umierają, prędzej czy później odchodzą do nicości i niczego ze sobą nie zabierają. Mogliby stworzyć pomniki swoich osób w pamięci innych, mogliby zasłynąć jako wielcy nauczyciele, lekarze, architekci i artyści, a oni wciąż tylko zapisują krwawe karty historii. Pomyślała o Shi Huangdi, który przyszedł na świat jak Czao Czeng i jako chłopiec wstąpił na tron. Potem przyjął tytuł cesarski i ogłosił się potomkiem Żółtego Cesarza, szybko też zasłynął jako najokrutniejszy morderca. A mógł pozostać w świadomości ludzi jako ten, który zjednoczył Chiny, budował i sprawiedliwie dzielił dobra… Był synem królewskiego zakładnika Zichu, który przebywał w mieście Handan, a jego matką była nałożnica bogatego kupca Lu Pu-weia. Dopiero, gdy osiągnął pełnoletniość, zaczął realizować swój plan, połączenia i pogodzenia zwaśnionych królestw. Ale czy dokonałby tego – myślała Liu – gdyby nie palił miast i nie zabijał opornych dowódców, bogaczy i prostych ludzi, gdyby nie dławił buntów i nie pozbywał się wpływowych feudałów? Każdy człowiek ma w sobie coś złego, jakby wspomnienie zwierzęcia, które rzucało się na inne istoty, szarpało mięso i przelewało krew. On wsłuchiwał się w pomruki drapieżnika, który zawsze w nim był i ruszał do walki natchniony wielką wizją. Takie osoby popychają ludzkość do przodu, ale też są bardzo niebezpieczne, odciskają swoje krwawe piętno na milionach istnień. Może dlatego cesarz tak szybko zaanektował państwo Han, a potem podbił królestwa Czao, Wei, Chu, Yan i w końcu najdłużej opierające się Qi. W międzyczasie dławił kolejne bunty i najokrutniej mordował tych, którzy stawali mu na drodze, stale się też zabezpieczał, wszędzie ukrywając swoich szpiegów, urzędników, poborców i żołnierzy. Nikt nie zdoła go pokonać, ale czasem mała myszka potrafi tak przestraszyć słonia, że pędzi on wprost do przepaści i ginie w niej. Liu patrzyła na skraj urwiska w jaskini, gdzie spadły ciała złoczyńców i ukochanego Gao. Nie miała teraz nikogo, choć czuła jakiś dziwny niepokój w sercu, jakby coś miało się wkrótce wydarzyć, jakby jej mężczyzna zostawił jej jakieś przesłanie. Powoli ubrała się w cieplejsze rzeczy i powędrowała do wyjścia z jaskini, gdzie z niemałym trudem przedostała się przez krzaki i wyszła na wolną przestrzeń. Stały tam wciąż konie, które żołnierze Czena uwiązali do wozów, drzew i grubych gałęzi krzewów. Wprawnym okiem wybrała najlepszego z nich, a resztę zaprzęgła do wozów i spłoszyła długą bambusową witką. Wskoczyła na czarnego ogiera i rozejrzała się dookoła, starając się zapamiętać to miejsce – tylu ludzi potrzebuje pomocy, tyle istnień łka w ciemnościach. Może kiedyś będzie mogła ofiarować komuś cząstkę tego skarbu, a może sama skorzysta z niego, by przedostać się jak najbliżej cesarza. Wielka skalna iglica, a przy niej trzy wysokie limby, były znakiem tej przestrzeni, która rozszerzała się w dalszej części w ciągnący się w dal wąwóz. Ruszyła powoli i przez cały czas przyglądała się dziwnym skałom, skupiskom drzew, samotnym głazom i biegowi strumienia, który przemykał ku rzece. Jechała bardzo długo i wiele razy zmieniała kierunek, aż w końcu znalazła się na drodze wiodącej do stolicy. Instynktownie zatrzymała się teraz, ukryła w bambusowych zaroślach konia, a sama przyczaiła się za trzema wielkimi głazami, dookoła porośniętymi wysoką trawą i chwastami.

            Pozostawała w ukryciu dosyć długo i już chciała uwolnić konia i wejść na szlak, którym wróciłaby ku znanym sobie terenom, ale usłyszała jakiś podejrzany hałas. Obniżyła się jeszcze bardziej za głazami i za jakiś czas najpierw zobaczyła żołnierzy, jadących powoli w szyku trójkowym, a za nimi wielki wóz, wypełniony ludźmi i różnymi sprzętami. Na chwilę zatrzymała wzrok na spętanym mężczyźnie, jadącym na koniu, za wozem, przed ostatnimi dziewięcioma żołnierzami, zamykającymi cały pochód. Długo jeszcze odczekała i dopiero, gdy wszystko ucichło, a ptaki zaczęły znowu śpiewać i przelatywać z gałęzi na gałąź, podążyła w kierunku pięknie zbudowanego ogiera, odwiązała go i spłoszyła, uderzając dość mocno otwartą dłonią w zad. Teraz mogła wejść już na drogę i podążyć w kierunku stolicy, ale przez cały czas miała wątpliwości, czy dobrze robi. Wiedziała, że jest urodziwa i że będzie musiała pozbyć się natrętnych adoratorów, może nawet uciekać się do podstępu i zbrodni. Droga, którą szła była początkiem jej wielkiego szlaku, który miał ją doprowadzić przed tron tego, który spowodował ciąg nieszczęść i zabrał jej ukochanego Gao. Przyspieszyła kroku i szybko wydostała się na wolną przestrzeń, która była rodzajem rozległego tarasu, schodzącego w dół. Szeroka, zjawiskowa panorama dalekich gór i ciągnących się pól, otworzyła się przed nią. Spostrzegła też lśniącą rzekę i wpadające do niej strugi, ale najdłużej zatrzymała wzrok na będącym bardzo już daleko oddziale i wozie. Bliżej niej dwóch wieśniaków i młoda dziewczyna ciągnęli niewielki wóz wypełniony kapustą, więc postanowiła przyspieszyć i przyłączyć się do nich. W myślach ułożyła już swoją wersję wydarzeń i teraz nadarzała się sposobność, by sprawdzić, jak odbierają ją ludzie. Zbliżyła się już na tyle do nich, że została zauważona, więc uśmiechnęła się promiennie i podeszła do ciągnących prosty pojazd. Jeden z mężczyzn był starcem, a drugi młodzieńcem, dziewczyna natomiast mogła mieć dopiero dwanaście lat.

            – Dokąd podążacie dobrzy ludzie – zapytała dochodząc do nich.

 – Piękna pani, tutaj wszyscy zmierzają do miasta Xianyang albo do pałacu cesarza… – odezwał się starzec, przyglądając się z uwagą kobiecie.

– Wieziemy kapustę na dwór cesarski… – dodał młodzieniec i odsłonił w uśmiechu swoje białe zęby.

Zauważyła, że byli bardzo biedni, ubrania mieli podarte i postrzępione, ledwie okrywające ich ciała. Na nogach nosili najprostsze sandały z łyka, spodnie mieli obwiązane sznurem, a na głowach słomiane kapelusze. Byli wychudzeni, choć mężczyzna w sile wieku był bardzo urodziwy i Liu natychmiast to zauważyła. Odpowiedziała uśmiechem na jego uśmiech i zwróciła się do niego:

            – Idę z bardzo daleka, aż z komandorii Hedong, gdzie przez wiele lat pracowałam jako kucharka w bogatym domu – skłamała Liu. Po śmierci męża – ciągnęła dalej – nie mogłam znieść wspomnień, związanych z tamtymi miejscami i rok temu ruszyłam do stolicy.

            – Tutaj, o piękna pani nikt nie pyta podróżnych, dlaczego ruszyli w drogę… – powiedział starzec i dał znak, że trzeba jechać.

            – Jeśli pozwolicie, przyłączę się do was, bo doprowadzicie mnie do pałacu – zapytała Liu i zarazem wskazała palcem kierunek.

            – My najpierw zatrzymamy się u naszego wuja, w przydrożnej gospodzie, gdzie zostawimy trochę kapusty i wymienimy ją na ziemniaki i marchew… – rzekł starzec i niespokojnie rozejrzał się na boki.      

Liu zauważyła lęk w jego oczach i zrozumiała, że może być zagrożeniem dla tych prostych ludzi. Mieszkała przecież długo nieopodal tego miejsca i wiedziała jak niebezpieczni bywają nieznajomi, więc szybko pośpieszyła z dopowiedzią:

            – O, to znakomicie, miałam zatrzymać się w jakimś miejscu, zjeść coś i odpocząć po trudach podróży… Gospoda będzie dobrym miejscem…

            – Tak pani, tam kupisz dobry ryż i warzywa, a nawet kawałek mięsa… – dodał młodzieniec i znowu uśmiechnął się zalotnie do kobiety.

            – Nazywam się Ho – budowała swój nowy wizerunek Liu. Mój ojciec był pszczelarzem, a matka szyła jedwabne suknie dla bogatych ludzi… – zwróciła się do młodego chłopa.

            – Tutaj nikt nie pyta ludzi, co robili… – raz jeszcze sentencjonalnie powiedział starzec.

Wędrowali długo gliniastą drogą, wijącą się między polami i wspinającą się na pagórki, aż w dali zobaczyli liczne dachy, przylepionych do siebie domów. Właśnie dochodzili do dawnej posiadłości Wanga i Liu znowu stanęły przed oczyma ostatnie wydarzenia. Dom spalił się całkowicie, ale ocalał ogród, w którym spotykała się z Gao – jakże to ją zabolało, znowu poczuła go w swoich ramionach, a samotna łza pojawiła się na jej policzku. Spostrzegła ją dziewczyna, która towarzyszył mężczyznom, ciągnącym wóz. Liu szybko otarła kroplę spływającą po jej twarzy i ostatni raz spojrzała na miejsce, gdzie przez lata gotowała i przy pomocy różnych sztuczek ukrywała swoją urodę przed Wangiem i jego kompanami. Świat pełen jest złych ludzi, ale czasami spotyka się kogoś takiego jak Gao i wtedy wszystko się rozpłomienia. Ludzie szukają miłości, a kiedy ją wreszcie znajdują, upływ czasu i śmierć niweczą wszystko. Pozostają tylko wspomnienia i dla nich warto żyć, dla nich też trzeba wejść na szlak i podążyć nim ku nieznanemu przeznaczeniu – myślała smutna Liu, patrząc na dużą siwo-czarną wronę mijającą ich i odlatującą w kierunku doliny.        

KWICZOŁ OGRODNIKA

Kwiczoł

W lutym moim ogrodzie pojawił się niezwykle rezolutny kwiczoł, który nie potrafi współegzystować z innymi ptakami. Od dawna wysypuję skrzydlatym gościom ziarno i jakieś resztki z kuchni, pozostające po obiadach lub innych posiłkach. W porze zimowej zwykle żywią się nimi sroki, gawrony, wrony, kawki, sójki, czasem pojawiają się mewy, grzywacze i synogarlice i oczywiście cała drobnica ptasia: wróble, mazurki, sikorki, rudziki, rzadziej grubodzioby lub jemiołuszki. Ostatnio pojawiało się też sporo drozdów, zjadających zetlałe owoce dzikiej róży, wina i mahonii pospolitej. Pośród nich znalazł się wskazany wyżej kwiczoł, który zdziwił mnie swoją zapobiegliwością i brakiem empatii dla innych skrzydlaków. Gdy przy ziarnie pojawiały się mazurki i sikorki, natychmiast je przeganiał, przefruwał z miejsca na miejsce i robił sporo rumoru. Postanowiłem dopomóc nieco małym ptakom i rozsypałem pożywienie w dwóch, oddalonych od siebie miejscach, na trawniku i na drewnianym tarasie. Niestety nic to nie dało, bo kwiczoł pilnował obu miejsc, co chwile przefruwając ze środka ogrodu na taras i płosząc stada maluchów. Nic nie dało stworzenie też trzeciego miejsca, bo wartownik i tam dolatywał, goniąc drobnicę. A czynił to nawet wtedy, gdy sam się najadł do syta, jakby pilnując tego, co uznał za swój wielodniowy spichlerz. Patrząc na niego pomyślałem, że może warto zmodyfikować słynne określenie pies ogrodnika zamienić je na kwiczoł ogrodnika… Jakkolwiek by się jednak nie zachowywał ten barbarzyńca, dał mi wiele okazji do obserwacji gatunkowej.

Nastroszony kwiczoł ogrodnika

Pisałem już o tych ptakach w moim dzienniku, ale warto przypomnieć nieco wiadomości o nich. Kwiczoły (Turdus pilaris) to średniej wielkości ptaki wędrowne z rodziny drozdowatych, zamieszkujące północną i środkową Eurazję, od Wysp Brytyjskich, po rzekę Ałdan we wschodniej Syberii. To ptaki, które upodobały sobie chłodne przestrzenie, ale nie lubią za dużego mrozu, dlatego na zimowiska lecą do zachodniej Europy, północnej Afryki i Azji Południowo-Wschodniej. Choć kiedyś kwiczoły można było rzadko zauważyć w Polsce, to teraz na wschodzie jest to liczny ptak lęgowy, a na zachodzie średnio liczny gatunek. Zwykle jego wielkość określa się jako „wielkości kosa”, choć przecież bywa znacznie grubszy od niego, szczególnie, gdy bytuje w obszarach zasobnych w owoce. Charakteryzuje go trójbarwne upierzenie: szara głowa i kark, brązowy grzbiet i wierzch skrzydeł oraz czarnobrunatny ogon. W locie łatwo dostrzeżemy biały spód skrzydeł, wyraźnie odcinający się od szarego kupra i ciemnego ogona. Pierś bywa żółtawa lub pomarańczowa, a podbrzusze białe. Na piersi i bokach widoczne jest gęste, czarne kreskowanie, plamy mają kształt grotów strzał. Dziób u samców w szacie godowej żółty, a w szacie spoczynkowej ciemnieje na czubku i z wierzchu, upodabniając się do dziobów samic i młodych. Kwiczoł to ptak hałaśliwy, w spoczynku często ponawiający okrzyki typu czak czak czak, a w locie odzywający się miękkim, kwiczącym łiii. Książki ornitologiczne pełne są opisów waleczności kwiczołów, które potrafią zaciekle bronić młodych, uciekając się do opryskiwania napastników swoimi odchodami. Kwiczoł z mojego ogrodu nie uciekał się do takich drastycznych metod, a jedynie – jak większość drozdów – robił sporo hałasu, podnosił ogon i ustawiał się w pozycji bojowej, a potem rzucał się na wróble, chcące uszczuplić zasoby jego zawłaszczonego karmnika.

TAIPI

Wyspa Nuku Hiva

Czytam Taipi, pierwszą książkę amerykańskiego romantyka Hermana Melville’a, opublikowaną w 1846 roku. Niezwykła żywiołowość narracji odzwierciedla tu wiek pisarza, który w trakcie tworzenia swojego dzieła miał zaledwie dwadzieścia sześć lat. Dzieło zalicza się do klasycznych utworów w kategorii podróżniczej i przygodowej, chociaż zawiera też sporo obserwacji natury ludzkiej, ze szczególnym uwzględnieniem etnografii i antropologii kulturowej. Akcja Taipi rozgrywa się latem 1842 roku, na wyspie Nuku Hiva, wchodzącej w skład archipelagu Markizów, należących z kolei do Polinezji, większej struktury wyspiarskiej środkowego Pacyfiku. Jest to historia ucieczki dwóch marynarzy ze statku wielorybniczego Acushnet i spod kurateli despotycznego kapitana. Wykorzystują oni dogodny moment, by czmychnąć na brzegu i zostać pośród krajowców, choć nie przypuszczają jakie tego będą konsekwencje. Jeden z nich to alter ego Melville’a – Tommo, a drugi to Richard Tobias (Toby) Greene. Choć zachowała się lista marynarzy i oświadczenie kapitana, że doszło do takiego zdarzenia, a potem jego towarzysz potwierdził prawdziwość narracji, znaleźli się naukowcy i pisarze, którzy kwestionowali autentyczność zdarzeń, a szczególnie wskazywany przez autora czteromiesięczny przedział czasowy. Kłopoty sprawiała też klasyfikacja utworu, który tyleż jest powieścią, co relacją z podróży, odtworzonym po czasie dziennikiem zdarzeń, albo pracą o ambicjach niemal naukowych. Opowieść zaczyna się, gdy okręt wpływa do zatoki Taio Hae, a kapitan pozwala marynarzom na opuszczenie pokładu, nie zdając sobie sprawy z tego, że dwóch z nich planuje ucieczkę. Zagrożenie ze strony ludożerców Nuku Hivy jest tak duże, że dowódca nie dopuszcza do siebie myśli, iż ktokolwiek mógłby roić sobie, iż zdoła zachować życie pośród tubylców. Wyspa jest przecież górzysta, poorana licznymi skalnymi parowami, a w nielicznych dolinach żyją owiani złą sławą krajowcy, często toczący ze sobą walki o terytoria, łupy i ciała wrogów. Pamiętajmy, że opisywane zdarzenia dotyczą piątego dziesięciolecia dziewiętnastego wieku, kiedy na mapach było jeszcze wiele białych plam, a relacje podróżników miały w sobie wiele sprzeczności. Trudno zatem się dziwić, że opowieść Melville’a o przedostaniu się z Tobym do wioski plemienia Taipi i pozostawaniu w niej ponad sto dni[1], budziła zdziwienie i niedowierzanie. Jednak jak byśmy jednak nie traktowali pracy amerykańskiego prozaika, stanowi ona cenny przyczynek do poznania obyczajów ludów Oceanii i późniejszych, szerszych opracowań, takich jak dzieła polskiego antropologa Bronisława Malinowskiego.

Paul Gauguin, Fatata te Miti, 1892

Tytuł powieści może intrygować i wyraźnie wskazuje, iż pochodzi z języka ludów Polinezji. Jego etymologię tak tłumaczy autor: Ci słynni wojownicy najwyraźniej budzą niewymowny lęk w innych wyspiarzach. Samo ich imię jest przerażające, albowiem słowo „Taipi” w dialekcie markizańskim oznacza miłośnika ludzkiego mięsa. Jest raczej dziwne, iż miano to zostało nadane wyłącznie im, jako że tubylcy z całej tej grupy są niepoprawnymi kanibalami. Być może nazwę tę dano, aby podkreślić szczególną drapieżność owego szczepu oraz naznaczyć go specjalnym piętnem.[2]Okazuje się jednak, że plemię, do którego trafiają uciekinierzy wiedzie spokojne życie, przerywane tylko atakami Happarów, czyli ich sąsiadów z innej doliny. To właśnie oni mieli być łagodni, a tymczasem okazało się, że kultywują zwyczaj jedzenia ludzkiego mięsa i napadają na sąsiadów. Opowieść snuje Tom, główny bohater, a zarazem narrator wszechwiedzący, często wybiegający myślą ku przyszłości. Dowiadujemy się zatem jak wyglądało życie w wiosce, toczące się leniwie, od zbiorów owoców do polowań na niewielkie zwierzęta i ptaki, od rytualnych obmyć w strumieniu, do ceremonii tatuowania mężczyzn i kobiet. Obaj przyjaciele są podejrzliwi i nie mogą uwierzyć w dobrą naturę i gościnność Taipisów, podejrzewają nawet, ze są specjalnie tuczeni, by skończyć w żołądkach wyspiarzy. Na szczęście te strachy okazują się niezdrowym rojeniem umęczonych mężczyzn, którzy zaczynają planować opuszczenie plemienia i informują o tym swoich gospodarzy. Choć im się to nie podoba, umożliwiają Tobby’emu podjęcie wyprawy ku brzegom wyspy, co za pierwszym razem kończy się niemal utratą życia przez młodzieńca. Dopiero druga próba okazuje się skuteczna i udaje mu się dotrzeć do oceanu, gdzie przybywają żeglarze, wymieniający z krajowcami świecidełka na mięso i tropikalne owoce. Chłopak wykorzystuje tę sytuację i ucieka do cywilizacji, błędnie poinformowany, że Tommo został zabity. Tracąc nadzieję, że zobaczy jeszcze przyjaciela, zaciąga się na statek i odpływa do Nowej Zelandii, skąd po wielu perypetiach wraca do Stanów Zjednoczonych. Jak się okaże, to jego relacja będzie jednym z dowodów na to, że zdarzenia opisywane przez Mellvile’a miały naprawdę miejsce i prawie nic nie zostało w nich przesadzone. Pisarz miał kłopoty z wydaniem swojego dzieła, bo nie brakowało w nim tonów krytycznych, kierowanych ku cywilizacji zachodniej i pracy misjonarzy katolickich na wyspach Oceanii. 

Paul Gauguin, Nave Nave Mahana, 1986

Dzisiaj, gdy czytam tę relację, łatwo mogę sobie wyobrazić jakie wrażenie zrobiła ona na czytelnikach dziewiętnastowiecznych i jak bardzo przyczyniła się do rozsławienia młodego pisarza. Zasmakował on życia pośród krajowców, tak jak Paul Gauguin, który u końca życia zamieszkał na innej wyspie w archipelagu Markizów – Hiva Oa. Nie wiadomo czy przed podjęciem decyzji o wyjeździe do Polinezji, francuski malarz zapoznał się z opowieścią Melville’a, która po raz pierwszy ukazała się w Londynie w roku 1846.[3] Jeśli nie, to mógł mieć do czynienia z ludźmi, którzy ją czytali i potem rozpowszechniali wiadomości o magicznych wyspach. Pierwsze kontakty Europejczyków i Amerykanów z rdzennymi mieszkańcami Polinezji miały charakter testowy i dopiero nowe fale napływających przybyszów wszystko odmieniły. Warto tutaj zacytować ocenę Henri’ego  Perruchota, autora biografii Paula Gauguina: W rzeczywistości mieszkańcy Markiz niezbyt dobrze wyszli na kontaktach z białymi. O ile nie przejęli od Europejczyków żadnej cnoty – a pewno i nie mogli tego zrobić – o tyle wzięli od nich kilka dodatkowych występków. Żeglarze zachęcali ich do rozpusty, przyzwyczaili do opium lub nie znanych dotąd trunków, jak na przykład rum, za którym teraz tubylcy szaleją. Jeśli nie uda im się jakimś oszustwem zdobyć rumu, zapijają się wodą lawendową. Zmuszono ich, żeby się ubierali – z powodu wstydu, uczucia, którego nie znali, i stracili przez to całą dotychczasową odporność. Stali się bardzo podatni na choroby, zwłaszcza na gruźlicę – pokopoko – i to w tym większym stopniu, że wskutek izolacji nic ich nie uodporniło przeciw zarazkom. Najlżejsza epidemia czyni wśród nich straszliwe spustoszenie. Zawleczenie syfilisu stało się dla nich zgubne i wielu skazało na bezpłodność. Wczoraj dzicy wojownicy, dziś to już tylko bierne, lękliwe plemię, wyrwane ze swojej pierwotnej egzystencji – tyle tylko, że jeszcze żyjące. Według spisów z 1840 roku na jedenastu wyspach archipelagu żyło dwadzieścia tysięcy tubylców; dziś liczy się ich na niecałe trzy tysiące pięćset.[4] Mellville dokumentuje jedno z takich spotkań cywilizacyjnych i w jego opisach nie brakuje elementów komicznych, jak choćby ten, gdy relacjonuje prośbę wodza plemienia o przekazanie mu starych, zdezelowanych butów, które potem używa jako specjalną ozdobę i nosi zawieszone na szyi. Zdumiewająca jest sprawność narracyjna młodego pisarza, którego książkę czyta się  na początku trzeciej dekady dwudziestego pierwszego wieku, jakby została napisana wczoraj, a jej wiarygodność nie budzi większych wątpliwości. Trudno się jednak dziwić, że czytelnicy dziewiętnastowieczni reagowali histerycznie, wszak autor naruszał wiele tabu zachodniej kultury. Śmiało mówił o wspólnych kąpielach z polinezyjskimi kobietami, krytykował misjonarzy i ukazywał francuskich kolonizatorów w złym świetle. Także jego zauroczenie Faiewai, piękną mieszkanką doliny i pływanie z nią w jednej łodzi, mogło się nie podobać purytańskim czytelnikom, dla których wzorem kobiecego piękna była królowa Wiktoria. 

Paul Gauguin – Sjesta, 1984

[1] Por. Paweł Jędrzejko, Melville w kontekstach czyli prolegomena do studiów melvillistycznych, Kierunki  badań – biografia – kultura, Katowice, 2007, s. 79–82.

[2] Cyt. za H. Melville, Taipi, przeł. B. Zieliński, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, s. 43.

[3] Por. M. Wiśniewski, Posłowie, tamże, s.398. Gaugin czytał natomiast powieść francuskiego pisarza Pierre’a Lotiego pt. Rarahu o egzotycznym związku z młodą Tahitanką.

[4] H. Perruchot, Gauguin, przeł. H. Olędzka, Warszawa 1963, s. 400. W 1926 roku zaludnienie Markiz wynosiło 2000 osób, ale zaczęło regularnie rosnąć.

O ROKU ÓW…! (4)

A 380 na lotnisku we Frankfurcie

15 maja tego niezwykłego roku poleciałem wraz z żoną do Stanów Zjednoczonych i wyjazd ten – wraz z zeszłorocznym skokiem do Chin – był rodzajem podróży poślubnej. Przelecieliśmy z bydgoskiego lotniska do Frankfurtu nad Menem, a stamtąd największym samolotem świata, Airbusem A 380 pomknęliśmy za ocean. Loty z Bydgoszczy są niezbyt dobrze skorelowane z przesiadkami w wielkich portach lotniczych, więc musieliśmy szybko przebiec ogromną przestrzeń długich korytarzy lotniskowych i przy wyznaczonej bramce byliśmy dosłownie w ostatniej chwili. Wszystko zrekompensował wygodny, siedmiogodzinny lot z Hesji do Nowego Jorku, tradycyjną trasą nad Wielką Brytanią, Islandią, a potem nad kanadyjską Wyspą Księcia Edwarda, Nową Szkocją i wschodnim wybrzeżem USA. Z radością patrzyłem jak wielki samolot zaczął się zbliżać do zachodniego końca Long Island, minął charakterystyczne bagna Jamaica Bay i majestatycznie wylądował na głównym pasie lotniska Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. Ilekroć w przeszłości zbliżałem się do Nowego Jorku, czekałem na pojawienie się tych rozlewisk i patrząc przez okienko, z radością wyławiałem z zieleni ptaki, krążące nad nimi, przede wszystkim wyraziste, białe czaple. To był znak, że Ameryka znowu otwiera swoje wrota, choć przed nami była jeszcze drobiazgowa kontrola celna, weryfikacja wiz i długie oczekiwanie na przejście granicy. Na szczęście wszystko przebiegło bez komplikacji i już byliśmy w głównej hali terminalu przylotowego, skąd powędrowaliśmy na postój żółtych taksówek. Zarządzający nimi Afroamerykanin szybko przydzielił nam obszernego Forda i już ruszaliśmy na Manhattan przez Queens i północny Brooklyn, po drodze rozmawiając z pakistańskim kierowcą, który zachwalał nam słodkie życie w Ameryce. Jechaliśmy do Hotelu Roosevelt, ulokowanego przy 45 East Street, pomiędzy Madison Avenue i Vanderbilt Avenue, niedaleko dworca Grand Central. Taksówkarz powiedział z dumą, że ten, otwarty w 1924 roku hotel, jest teraz w posiadaniu Pakistan International Airlines i jakieś udziały w tym biznesie mają też bogaci Saudyjczycy. Przemknęliśmy szybko na miejsce, wnieśliśmy bagaże do głównego hallu, a potem oddaliśmy je na przechowanie, bo naszym pobytem zarządzała przyjaciółka z Los Angeles – Sona Van, która miała przylecieć dopiero wieczorem. 

Ania w Grand Central

Mieliśmy sporo czasu, więc postanowiłem oszołomić Anię Nowym Jorkiem i najpierw wziąłem ją do pobliskiego dworca Grand Central. Przestronne hole i kaskady światła sprawiły, że przypomniały mi się wcześniejsze pobyty w tym miejscu, będącym jednym z symboli mknącej do przodu Ameryki. Charakterystyczny budynek umiejscowiony jest w pobliżu wieżowca Yale Club, w którym mieliśmy wystąpić następnego dnia. Teraz machnąłem ręką na żółtą taksówkę i kazałem kierowcy zawieść nas na Time Square, o którym mówi się, że to prawdziwy środek świata. Niestety zapomniałem o straszliwych korkach nowojorskich i droga tam zajęła nam dobre czterdzieści minut, co od razu odbiło się na liczniku. Kierowca  w czerwonym turbanie, rodem z Indii, musiał objeżdżać kwadraty zabudowy, by w końcu dotrzeć na miejsce i odsłonić białe zęby w promiennym uśmiechu. Czułem jakie wrażenie to miejsce zrobi na mojej żonie i teraz widziałem jak szeroko otwartymi oczyma chłonie rozświetloną barwami rzeczywistość. Wszystko tutaj jest magiczne, a szczególnie wielkie kolorowe reklamy ze słynnym budynkiem NASDAQ MarketSite, w którego dolnej partii znajduje się siedmiopiętrowa cylindryczna wieża z supernowoczesnym elektronicznym wyświetlaczem, największym na świecie. Kosztował 37 milionów dolarów i teraz, oprócz funkcji użytkowej, zachwyca tłumy turystów, robiących sobie zdjęcia na jego tle. Doskonale pamiętam moją bytność na Time Square w roku 2002, gdy stałem na środkowej wysepce i słuchałem Peruwiańczyków grających na fletni Pana. Przeżyłem wtedy wielkie wzruszenie i wyczułem życiowe burze, które miały nadejść w następnych latach, za sprawą różnorakich nieludzkich kanalii – na szczęście już wtedy byłem dumny z mojego życia i tego, czego dokonałem, a przecież od tamtego czasu suma osiągnięć zwiększyła się kilkakrotnie. Teraz też czułem się wspaniale w Nowym Jorku, a zachwyt Ani był dodatkowym bonusem. Chodziliśmy między rzeszami turystów i robiliśmy zdjęcia, a kolorowe reklamy zmieniały się co chwilę i pojawili się przy nas mężczyźni przebrani za bohaterów rodem z Marvel Studios, oferujący swoje usługi jako modele. Wyjęliśmy nieco dolarów i sfotografowaliśmy się z Batmanem, Hulkiem, Supermanem i Spider-Manem. Byliśmy w symbolicznym centrum świata dwie godziny, a potem zjedliśmy po trójkącie pizzy w małej restauracyjce i ruszyliśmy z powrotem do hotelu, tym razem pieszo, rozkoszując się dalekimi perspektywami barwnie oświetlonych ulic.

Time Squere

Po przylocie Sony i naszej przyjaciółki Beaty Poźniak, znanej aktorki polskiej z Hollywoodu, przeszliśmy do pokoju, urządzonego w eklektycznym stylu. Trafił nam się niezbyt ciekawy widok z okna, na sąsiedni, szary drapacz chmur, ale wszystko rekompensowała bliskość znaczących miejsc w Nowym Jorku. W amerykańskich hotelach rzadko serwują darmowe śniadania, więc następnego dnia wyskoczyłem rano ku sąsiedniej Madison Avenue, gdzie na rogu znalazłem charakterystyczny mobilny punkt sprzedaży bajgli, zapiekanek, bułek i kawy. Kupiłem aromatyczne śniadanie, które uprzejmy Hindus zapakował w papierową torbę i ruszyłem z powrotem ku trzem wieżom hotelu, wybudowanego w charakterystycznym starym, nowojorskim stylu. Znajduje się w nim ponad tysiąc pokoi i pięćdziesiąt dwa apartamenty oraz dwie restauracje, a jego nazwa miała honorować dwudziestego szóstego prezydenta USA Theodore’a Roosevelta, sprawującego swoją funkcję w latach 1901–1909, laureata Pokojowej Nagrody Nobla z roku 1906. Hotel wybudował biznesmen z Niagara Falls Frank A. Dudley i otwarzył go 23 września 1924 roku, a całkowity koszt inwestycji wyniósł dwanaście milionów ówczesnych dolarów, co w roku 2019 przeliczano na sumę aż 179 milionów. Znakomita lokalizacja, tuż przy Grand Central, powodowała, że miejsce to cieszyło się wzięciem u podróżnych, tym bardziej, że już w 1947 roku w każdym pokoju zamontowano telewizor. Stając na skrzyżowaniu 45 Ulicy Wschodniej i Madison Avenue mogłem objąć wzrokiem cały hotel, który ma piętnaście pięter, licząc od wysokiego lobby na parterze. Zawsze czuję się w tym mieście jakby urosły mi skrzydła u ramion, jakbym znalazł się w magicznej przestrzeni, więc i tym razem podniecenie nie opuszczało mnie ani na chwilę. Jeszcze rzuciłem okiem na sąsiednie wysokościowce i szybko wróciłem do pokoju, znajdującego się na jedenastym poziomie. Ach, jakże wspaniale smakowały aromatyczne bajgle i drożdżówki, popijane kawą z plastikowego kubka, tudzież tropikalne owoce i nieco nieodłącznej w Ameryce Coca-Coli. Szybko weszliśmy pod prysznic, a potem ubraliśmy się i ruszyliśmy ku pobliskiej Piątej Alei, gdzie chciałem żonie pokazać jeden z najdroższych w USA sklepów z odzieżą, pełen znanych marek i snobistycznych klientów, potrafiących zapłacić za płaszcz czy garsonkę ponad dwadzieścia tysięcy dolarów.                   

Kastedra św. Patryka

Po zwiedzeniu wielkiej świątyni próżności, przymierzeniu kilku wdzianek i zrobieniu wielu zdjęć, ruszyliśmy dalej słynnym traktem ku katedrze Św. Patryka. Każda piędź ziemi ma ogromną wartość w Nowym Jorku, więc i ten monumentalny kościół wybudowano w ciągu ulicznym, naprzeciw Rockefeller Center.  Kamień węgielny wmurowano w roku 1858, równo dwieście lat przed moimi narodzinami, a wznoszenie i wykańczanie trwało dwadzieścia lat, aż do 25 maja 1879 roku, kiedy to udostępniono świątynię wiernym.  W tej największej w Ameryce neogotyckiej katedrze byłem za każdym razem, gdy trafiałem na Manhattan, a teraz wprowadziłem do niej oszołomioną jej przepychem żonę. Ostateczny kształt kościoła ustalono dopiero w 1908 roku, po dobudowaniu dodatkowych budynków kościelnych, stumetrowych wież, zachodniej fasady i kaplicy Najświętszej Maryi Panny. Jednak dopiero 5 października 1911 roku arcybiskup John Murphy Farley dokonał poświęcenia świątyni, nie wiedząc, że już w roku 1918 spocznie na wieki w krypcie pod głównym ołtarzem. Do budowy użyto białego marmuru ze złóż amerykańskich, głównie z Massachusetts, czyniąc to miejsce jednym z najbardziej znanych w Nowym Jorku. We wnętrzu świątyni może się znaleźć jednocześnie kilka tysięcy wiernych, spośród których 2200 znajdzie miejsce siedzące. Można się było o tym przekonać podczas wizyt trzech ostatnich papieży – Jana Pawła II (1979), Benedykta XVI (2008) i Franciszka (2015). Spacerujemy po nawach bocznych, przechodzimy środkową aleję i bez trudu wyławiamy liczne polskie akcenty, wizerunki świętych, okolicznościowe tablice i udane popiersie Karola Wojtyły. Po wyjściu na zewnątrz widzimy, że na Piątej Alei formuje się uroczysty pochód nowojorskich strażaków, w szeregach których jest wielu potomków emigrantów z Irlandii, dla których św. Patryk, patron ich ojczyzny, jest najważniejszym świętym. Choć to dość długa droga, postanawiam przejść aż do Ulicy 59 Zachodniej, gdzie jest południowy skraj Central Parku. Idziemy powoli, co i rusz zatrzymując się przy jakichś charakterystycznych miejscach, takich jak księgarnia Barnes & Noble, sklep jubilerski Cartiera, witryny znanych marek odzieżowych, kościół episkopalny św. Tomasza, czy Trump Tower, w którym obok imiennika tego charakterystycznego wysokościowca, mieszkają tak znane osoby jak Bruce Willis i Cristiano Ronaldo. Droga mija nam szybko i już wchodzimy na obszerny plac z fontanną Pulitzera, złoconym monumentem po drugiej stronie i wielką bryłą hotelu Plaza po lewej.

Pomnik generała Williama Tecumseha Shermana

Najpierw naszą uwagę przykuwa złocony pomnik przedstawiający generała Williama Tecumseha Shermana, bohatera amerykańskiej wojny domowej, zwanej też secesyjną (1861–1865). Monument zdumiewa z racji realnie odwzorowanej postaci męskiej na koniu i symbolicznie wiodącej generała do boju, greckiej bogini Nike. To bardzo charakterystyczne miejsce w Nowym Jorku, z licznymi dorożkami do wynajęcia i Ania zauważą, że wielokrotnie widziała je w amerykańskich filmach fabularnych. Robimy zdjęcia na tle hotelu Plaza i złotego pomnika, a potem mijamy wejście do Central Parku i schodzimy w dół, podziwiając wielkie skały, na które wspina się sporo turystów. Byłem już tutaj wielokrotnie i sporo czasu spędziłem na rozmyślaniach, obserwacjach drozdów, epoletników i kardynałów, a nade wszystko na kontemplowaniu tej magicznej przestrzeni. Sporo tutaj pomników znanych postaci z historii świata i wspaniale jest za każdym razem zatrzymywać się przy monumencie króla Władysława Jagiełły pogromcy krzyżaków spod Grunwaldu. Obok niego mijamy popiersia Schillera, Beethovena, Humboldta, Moore’a, a także pomniki całych postaci Kolumba, Bolivara, Andersena, Burnsa, Morse’a, Hamiltona, Webstera, Scotta i Szekspira. Są też rzeźby symboliczne sokolnika, aniołów, pielgrzyma, indiańskiego łowcy, liczne przedstawienia drapieżnych zwierząt, a także bohaterów literackich – Romea i Julii i Alicji z powieści Carrolla. Wędrujemy węższymi i szerszymi alejkami, fotografujemy się na moście miłości (Bow Bridge), rozdzielającym dwie części przestrzeni wodnej nazywanej The Ramble and Lake. Tutaj wspaniale wychodzą zdjęcia z wyniosłymi iglicami apartamentowca San Remo, ulokowanego na Ulicy 145 Zachodniej i widocznymi też dobrze wieżami innego słynnego budynku mieszkalnego – Beresford – mieszczącego się przy tej samej jezdni, ale z numerem 211. Podziwiamy właśnie rozkwitającą roślinność i ptaki pojawiające się na dróżkach, gałęziach drzew i krzewów. Na trawniku przy jeziorku przechadzają się bernikle kanadyjskie, prawdziwe utrapienie amerykańskich posiadaczy basenów i stawów przydomowych. Pamiętam jak w 2002 roku zaprzyjaźniony lekarz z okolic Buffalo i właściciel dużej posiadłości opowiadał mi o tragicznych przylotach wielkich stad tych ptaków, zanieczyszczających ogromnymi odchodami trawniki i akweny. Jak zwykle sporo jest w Central Parku rudawych, amerykańskich drozdów (American Robin), kosów, wilgowronów (common grackle), tyranów północnych (easter kingbird) i modrosójek błękitnych (blue jay). Niestety nie udaje mi się dostrzec ani jednego kardynała, tanagry czy pomarańczowej wilgi. Nie mamy zbyt wiele czasu i nogi też dają o sobie znać, więc prowadzę jeszcze Anię do słynnego zakątka Strawberry Fields, dedykowanego Johnowi Lennonowi, zabitemu przez szaleńca przy pobliskim budynku Dakota House.

Central Park – jeziorka i widok na apartamentowce po zachodniej stronie

Opuszczamy park i kierujemy się ku bramie tejże kamienicy, przy której David Chapman czekał na muzyka i zamordował go z zimną krwią. Szybko docieramy do Columbus Circle, którego nazwa wzięła się od kolejnego pomnika Krzysztofa Kolumba, z jego postacią ustawioną na wyniosłej kolumnie.  Miejsce to znajduje się na przecięciu ulic Eighth Avenue, Broadway, Central Park South (West 59th Street) i Central Park West i niektórzy uważają, że jest to symboliczny środek miasta. Podchodzimy do dużego, zadaszonego wózka z hamburgerami i hot dogami, którym zawiadują dwaj sympatyczni Kurdowie o niewielkich posturach. Zamawiam dwie bułki z parówkami, keczupem i musztardą, podejmując wesołą rozmowę ze sprzedawcami, którzy informują mnie, ze pochodzą z Erbilu. Natychmiast mówię im, że byłem tam w 2011 roku, zwiedziłem też inne miasta tej części Iraku, widziałem niewysokie góry, z daleka kontemplowałem magiczne jezioro Dukan, a nade wszystko byłem w memoriale w Halabdży, upamiętniającym ofiary ataku gazowego wojsk Saddama Husajna. Pojadając hot doga tak się rozgadałem, że żegnając się odszedłem od wózka, nie pamiętając o portfelu wypełnionym dolarami.  Zostawiłem go na metalowej ladzie, ale jeden z Kurdów dogonił mnie po paru krokach i oddał zgubę, przestrzegając bym lepiej dbał o swoje mienie, tym bardziej, że Nowy Jork roi się od różnorakich rabusiów i pomyleńców. Niestety na ulicach widzi się też sporo bezdomnych, pchających cały swój dobytek w drucianych wózkach z marketów. W 2000 roku obserwowałem taką kobietę i napisałem wiersz pt. Miss America, w którym zastanawiałem się jak pokrętne bywają ścieżki naszych losów. Wszyscy w dzieciństwie mamy równe szanse, ale potem przeznaczenie wiedzie jednych do luksusowych apartamentowców, a innym każe spać na ulicach i błąkać się w brudnych, cuchnących łachach po zakamarkach wielkich miast. Jesteśmy już solidnie zmęczeni, więc zatrzymujemy taksówkę i każemy się zawieść do hotelu, gdzie przebieramy się, bierzemy prysznic, nieco odpoczywamy na wielkim łóżku  i gotujemy się do kolejnej tury zwiedzania, tym razem dolnej części Manhattanu. Najpierw kierujemy się do Nowojorskiej Biblioteki Publicznej, której główna siedziba znajduje się przy Piątej Alei, numer 476, w budynku Stephena A. Schwarzmana, amerykańskiego miliardera i filantropa żydowskiego pochodzenia, który zaczynał swoją drogę ku fortunie od koszenia trawników w wieku czternastu lat.  Pragnę sprawdzić czy moje książki stale pozostają w zasobach tej instytucji, wszak byłem tu w 20o2 roku z Adamem Szyperem i zostawiliśmy polskiemu bibliotekarzowi nieco naszych tomów. Wchodzimy do wielkiego budynku i trafiamy akurat na wielką wystawę związaną z tolerancją w świecie. Na korytarzach i w salach wisi sporo zdjęć prezentujących homoseksualistów i lesbijki, często w wyzywających pozach, obejmujących się i całujących się w usta. Zawsze powtarzałem, że akceptuję każdy rodzaj ludzkiej ekspresji erotycznej, ale niestety bywałem też ofiarą intryg gejowskich, które odcisnęły solidne piętno na moim życiu. Co innego sex i bliskość, a co innego działalność różnorakich cyników i pomyleńców, bezlitośnie wykorzystujących te ścieżki by niszczyć przeciwników. Schodzimy z piętra na piętro, zaglądamy do poszczególnych gabinetów sekcyjnych, a potem wychodzimy z budynku i siadamy na ławce, w przylegającym do biblioteki niewielkim skrawku zieleni, ocienionym niskimi drzewami. Chwilę odpoczywamy, po czym ruszamy dalej Piątą Aleją ku rysującemu się już w dali budynkowi Empire State Building, przez wiele lat dzierżącemu palmę pierwszeństwa w zakresie wysokości budowli tego miasta.

Pomnik odkrywcy Ameryki na środku Columbus Circle
Wejście do The New York Public Library
Bogactwo…

Bieda

Kościół episkopalny św. Tomasza
Ściana wysokościowców u południowej granicy Central Parku
Hotel Plaza
Ornament ornitologiczny w Central Parku
Bernikla kandyjska w Central Parku

ZEGAR I PRÓG

Odbiór ludzkiego wieku schyłkowego w literaturze polskiej, na wiele lat ustalił manifest poetycki Adama Mickiewicza pt. Romantyczność (1822). Pojawił się w nim starzec, reprezentujący klasycyzm i negujący istnienia świata nadprzyrodzonego. Opowieści Karusi, widzącej postać zmarłego ukochanego, przeciwstawiał on butne słowa: Ufajcie memu oku i szkiełku,/ Nic tu nie widzę dokoła. A choć odnosił się przede wszystkim do poglądów braci Śniadeckich i był wyrazem buntu ucznia w stosunku do postawy nauczycieli, stał się zaczynem nowego prądu myślowego w Polsce. Romantyzm był pochwałą młodości i wyobraźni, wiary w podłoże spirytualne naszej egzystencji, a przy tym, niezwykłych stanów świadomościowych, takich jak obłąkanie, sen, transmigracja, mesmeryzm. Wiersz Mickiewicza ustalił też wzorzec starości, jako domeny wiedzy i zrozumienia naukowych mechanizmów świata, a także korzyści płynących z badań scjentystycznych, odkrywających – przy pomocy mikroskopu – ukryte wymiary naszej rzeczywistości. Młodość, targana pierwiastkowymi uczuciami, przypomina stan mediumiczny, w którym kontury zacierają się, a kształty przestają mieć znaczenie i nikną w żarze miłości, pragnienia, chęci zaspokojenia żądz cielesnych. W literaturze światowej znajdziemy wiele sugestywnych portretów starców, poczynając od skąpca Moliera, poprzez Ojca Goriota Honoriusza Balzaka, Doriana Graya Oscara Wilde’a, a skończywszy na latarniku Henryka Sienkiewicza i Santiago z opowiadania Hemingwaya pt. Stary człowiek i morze. Pisarze portretują swoich starych bohaterów w różnoraki sposób, od ubolewania nad straconymi szansami, poprzez afirmację zdobytego doświadczenia, aż do sarkazmu i ujęć prześmiewczych. Charakterystyczne są tutaj podsumowania Szekspira w Królu Learze, ujęcia Nałkowskiej w Granicy, a tendencję sarkastyczną reprezentują choćby zdania Czesława Miłosza, sumującego swoje szanse w konfrontacji z młodością i jurnością kobiet, zauważanych na lotnisku: Stary lubieżny dziadu, pora tobie do grobu, nie na gry i zabawy/ młodości. O ile młodość bywa żywiołem nie do opanowania, o tyle starość jawić się powinna jako czas uspokojenia i ukojenia, ale przecież – co dokumentują wiersze Krzysztofa J. Lesińskiego – perspektywa ludzka stale się zmienia, a to co zdawać się mogło trwale utwierdzone, w konfrontacji z biologią traci jakikolwiek sens.  

            Czas działa zawsze na niekorzyść człowieka, ale widzimy to dopiero w podeszłym wieku, kiedy suma pozostałych lat drastycznie się kurczy. Młodość zdaje się być bezpieczna, nieskończenie oddalona od dni schyłkowych i niedogodności zdrowotnych, a nawet jeśli spotyka nas wtedy jakaś przypadłość, jesteśmy pewni, że szybko się skończy. Tak witalność pierwszych dekad zakłamuje naszą rzeczywistą sytuację, ludzi nieustannie podążających ku końcowi postrzeganego świata, zgaśnięciu barw, zapachów, dźwięków i kształtów. Człowiek pragnąłby jeszcze wyrwać pióro/ ze skrzydła anioła/ upadłego/ prześcignąć czas/ odkryć tajemnicę/ pisać krwią/ z otwartego serca, ale wszystko się zamyka, aktywność telomerazy maleje i zaczyna brakować sił, a kalendarz przypomina, że jesteśmy zbudowani z cząstek, których wymiana spada drastycznie już od czwartego dziesięciolecia. To generuje nową jakość i przekonanie, że tylko ból jest wierny/ ból nigdy nie zdradza/ ból zawsze powraca – pewność, że jesteśmy cieleśni, uzależnieni od tlenu, krążenia krwi w żyłach, pokarmu bogatego w cukier i biopierwiastki. Nikt nie spowolnił upływu czasu, nawet taki eksperymentator jak doktor Faust; niektórym tylko udało się od niego uciec za cenę utraty życia i odrzucenia potencjalności następnych lat. Krzysztof J. Lesiński przypomina w swoich wierszach, że wszystko jest względne, chwilowe, uzależnione od szeregu czynników, a w każdym momencie naszej egzystencji możemy podsumować doświadczenia formułą: jeszcze tylko krok/ do wieczności. Pozostają zatem wspomnienia, coraz jaskrawsze, zakłamujące symptomy starości i przenoszące nas do idealnego świata, który przepadł na zawsze i nigdy już nie powróci. Entropia ma swoje prawa, wpisane w druga zasadę termodynamiki i jakiekolwiek próby pominięcia jej destrukcyjnych zasad, skazane są na niepowodzenie. Niestety procesy gerontologiczne nie przebiegają jednakowo na wszystkich poziomach, a starzeniu się ciała przeciwstawia się często jasność umysłu i niezgoda na zwiotczenie mięśni, skóry, pogorszenie się wzroku i słuchu, uszkodzenia czynności narządów czy spadek aktywności enzymów. Każdy chce żyć, pragnie kontynuować to, czego doświadczał w młodości, dlatego poety nie opuszczają wspomnienia i wciąż tli się w nim nadzieja, tak oto artykułowana w wierszu: Chciałbym/ jeszcze trochę/ poprzechadzać się po tym/ świecie/ z rękoma w kieszeniach/ jeszcze popatrzeć/ jeszcze popłakać/ jeszcze pocierpieć/ poprzekomarzać się/ z bogiem/ jeszcze raz się zakochać. Choć autor prosi życie o trochę, to jego pragnienia są maksymalistyczne, sięgające głęboko do ludzkich doświadczeń egzystencjalnych, od tysiącleci przeciwstawiających się nieuchronności rozpadu.

            Starość pozwala intensywniej zauważać procesy przebiegające w naturze i piękno świata, ale też kumuluje myśli o nieuchronności śmierci i zbliżającym się rozpadzie. Poeta ma tego świadomość i stosuje w swoich wierszach liczne strategie niwelujące wymowę zdarzeń; głęboko wnika w naturę szukając w niej odpowiedzi na bolesne pytania o sens istnienia, ale też minimalizuje potworność końca: a cóż to śmierć/ to tylko próg/ który musimy/ przekroczyć/ z ostatnim skurczem/ serca/ ale/ nie spiesz się śmierci/ szpetota starości/ nie odbiera piękna/ dobra/ i miłości. Z jednej strony są tutaj ewidentne symptomy postępującego rozpadu, spowolnienie metabolizmu, siwienie, pogorszenie wzroku, a ze strony drugiej pojęcia i stany nie podlegające tym prawom: piękno, dobro i miłość. Gdyby ich nie było, mielibyśmy do czynienia z bezmyślnym, chwilowym bytowaniem pośród świata i niczym nie różnilibyśmy się od bakterii, wirusów, najprostszych organizmów, istniejących tylko dzięki wewnętrznemu kodowi reprodukcyjnemu. Istota ludzka bytuje tyleż w obrębie rzeczywistości biologicznej, co w sferze uczuć i pojęć wyższych. Ich zaistnienie uwarunkowane jest zdrowiem wszelkich struktur organizmu, właściwościami mózgu i indywidualną energią, ale też jest najwyższą formą rozwoju w znanym nam wszechświecie. Człowiek potrafi analizować rzeczywistość i snuć wnioski, może zaplanować rozwój wypadków i szukać odpowiedzi na dręczące go pytania. Może to czynić wielorako, w obrębie eksperymentów naukowych i badań filozoficznych, może odnosić wszystko do procesów przebiegających w kosmosie i do energii sprawczej niewidzialnego Boga. Tak poeta szuka odpowiedzi na najważniejsze pytania swojego życia i ze zdumieniem konstatuje, że za każdym razem kontrapunktem staje się bliskość i miłość: nie ma boga nie ma/ świata/ tylko my i rozkosz. Krzysztof J. Lesiński znakomicie moduluje swoją poezję i oprócz ujęć wysokich wprowadza czasem do wierszy żartobliwe komentarze, jak ów, gdy zastanawia się co będzie wspominał, gdy stuknie mu dziewięćdziesiątka i z rozbrajającą szczerością wyznaje: zrzucone w pośpiechu/ twoje majteczki. Może właśnie tak powinno się obłaskawiać zegary i zawsze potencjalną śmierć, może tak powinno się podchodzić do wielkich pytań naszej egzystencji. Jej wymiar filozoficzny jest ważny, ale nawet najwięksi filozofowie oddawali się uciechom ciała, kopulowali i odsłaniali wstydliwe zakamarki ciała. Metoda poetycka autora, polegająca na podglądaniu starca w samym sobie, nie odrzuca różnych ujęć, nie boi się nagłych zwrotów, pulsuje w obrębie znaczeń, jak życie w przeznaczonym mu czasie. Tak w zdumiewający sposób czyni starość okresem równie interesującym jak dzieciństwo, wiek młodzieńczy, dojrzałość lat średnich, tak też łagodzi jej wymowę i zapowiada dalszy ciąg…

_____________

Krzysztof J. Lesiński, Podglądanie starca, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2021, s. 118.

TŁUM ISTNIEŃ

(C) 2009-2015 by Leonardo Orazi – All rights reserved

Wieczorem spędziłem kilka minut na powietrzu, czując mroźne powiewy i wpatrując się w niezwykle wyrazistą konstelację Oriona. I nagle pojawiła się dziwna łączność z tymi, którzy przede mną patrzyli w gwiazdy i wyodrębniali trzy niewielkie światełka, ustawione w jednej linii. Odetchnąłem głęboko i zrozumiałem, że w tej samej chwili stoją za mną faraonowie, Cheops, Ramzes Wielki, Amenhotep IV, stoją chińscy cesarze z kilku dynastii, stoi Aleksander Wielki i Juliusz Cezar, a przy nich jeszcze Napoleon Bonaparte, król Henryk VIII, rosyjscy carowie i francuscy monarchowie. Mordercy też potrafili zapatrzyć się w gwiazdy, więc nikt nie zaprzeczy, że głowę ku górze unosił Stalin, Hitler i Mao Tsetung, a także ich ofiary, od Kamczatki po Normandię i od Władywostoku po Hongkong. Jak długie są dzieje człowieka, zawsze jakaś istota patrzyła ku niebu i kontemplowała gwiazdozbiory. Tak czynili pierwsi łowcy w Afryce, ludzie ze stepów Azji Centralnej, Inkowie i Aztekowie, aborygeni i papuasi, mieszkańcy wysp pacyficznych i wyżyny Dekan. Stałem jak zauroczony, samotny, a zarazem w wielkim tłumie istnień, chwilowy, ale też przemijający jak wszystko we wszechświecie. Stałem i patrzyłem…

BIRDWATCHING

Sójka Foto Jacek Lebioda

Pora zimowa generuje niezwykłe możliwości obserwacji ptaków, stale w Polsce obecnych, jak i tych, które do nas zalatują. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że jesienią z drzew i krzewów opadają liście, odsłaniając czarną grafikę konarów, gałęzi i cienkich witek. Pośród nich łatwo zauważymy czarne kosy i brązowawe drozdy, wyodrębnimy też kolorowe sójki, szczygły czy jemiołuszki. Barwy skrzydeł kontrastują z bielą śniegu i czernią drzew, a czasami wręcz alarmują, że mamy do czynienia z konkretnym gatunkiem ptaka, tak wyrazistego jak sikorka bogatka, gil lub grubodziób. Takie podglądanie skrzydlatych zwierząt bardzo popularne jest w Stanach Zjednoczonych, ale i w Europie zyskuje coraz więcej wielbicieli. W Wielkiej Brytanii jest już od trzech do czterech milionów ptasiarzy (obserwatorów amatorskich). Zimą ptaki pojawiają się bliżej ludzkich siedzib i wcale nie powoduje tego przypływ odwagi – raczej potrzeba znalezienia dodatkowego pożywienia w karmnikach, ogrodach i przy śmietnikach. Przy zaczajaniu się na ptaki pomocna staje się też współczesna technika, która dostarcza nowe narzędzia, takie jak zewnętrzne kamery, drony, lornetki, no i coraz lepsze aparaty fotograficzne. Przy odrobinie wysiłku możemy przyjrzeć się płochliwym gatunkom i zilustrować ich obecność przy naszych domostwach. Szczególnie warto takim birdwatchingiem  zainteresować młodzież, siedzącą nieustannie przy komputerach i używającą ich jedynie w celach rozrywkowych. Jakąż frajdą może być zdobycie wiadomości na temat żywego ptaka, którego widziało się przez chwilę w ogrodzie lub parku, na ulicy albo na skraju lasu.

Szczygieł Foto Jacek Lebioda
Czernica Foto Jacek Lebioda
Zimorodek Foto Jacek Lebioda
Żołna Foto Jacek Lebioda
Bielik Foto Jacek Lebioda
Tracz nurogęś (samiec i samica) Foto Jacek Lebioda
Kormoran Foto Jacek Lebioda

NA POŻEGNANIE TADEUSZA WYRWY-KRYŻAŃSKIEGO

Tacy ludzie jak ty nie powinni szybko

umierać trwając w zachwycie i pełni

winni rozjaśniać mroki rozpraszać

mgły   

ostateczni w swoich wierszach

obrazach i rysunkach winni

trwać na warcie czułości

i sensu

byłeś geniuszem w pełni sił

okaleczonym przez życie

świat zabrał ci kosmiczną

energię niepowtarzalną

moc i talent

nigdy nie zapomnę naszych

rozmów i wspólnych wypraw

dłoni na ramionach bliskości

w obliczu rumowisk

i murów

nigdy nie zapomnę dobroci

siwego dziecka wpatrzonego

w dal i chyłkiem ocierającego

łzę z oka

Las Vegas 2019

O śmierci Tadzia dowiedziałem się w Las Vegas i tam też napisałem ten wiersz.

« Older entries

%d blogerów lubi to: