ODWIECZNY OGIEŃ (4)

  1. Dumny byk

Ludzkość wzrastała i zyskiwała rozleglejszą samoświadomość w otoczeniu zwierząt, budując z nimi coraz bliższe związki[1], wchodząc w coraz szersze relacje. Pierwsi przedstawiciele naszego gatunku ubierali się w skóry jaków, antylop, tygrysów, zakładali na głowę czapki z futer lisów, saren i soboli, chronili nogi butami wykonanymi z twardych skór bawołów i mamutów. Żywili się mięsem zabitych ssaków, próbowali je też udomowić[2], choć niektóre z nich były tak dzikie, że nigdy nie udało się ich okiełznać. Charakterystyczne są w tym względzie dwa wspaniałe wiersze Jidiego Majii, prezentujące dumę i moc wielkiego zwierzęcia – historię walecznego byka z Lianshanu:

Stoi tam
W świetle zachodzącego słońca
Nie rusza się
Jego osłabła głowa zwisa nisko
Jego długie ciało
Przypomina morską skałę
Zniszczoną przez fale
Oba jego sponiewierane rogi
Są jak połamane wilcze kły
Stoi tam
W świetle zachodzącego słońca
Zamknięty na kłódkę
Jego jedyne pozostałe oko
Bezradne wobec chmury much
Brzęczących przy czole
Bezradne wobec końskich gzów
Pełzających po pysku
Nie wiadomo, gdzie jego pan przepadł[3]

Choć zwierzę jest już stare, na pół ślepe, z połamanymi rogami, poeta przedstawia je niczym posąg z brązu, podkreślając ogromną siłę i determinację:

Stoi tam
W świetle zachodzącego słońca
Marzy o sobie w sile wieku
Przypomina sobie ten ranek podczas Święta Pochodni;
zdaje się słyszeć
Uderzenia rogów – ciosy, które odbierają ludziom dech
Zdaje się czuć w parskających nozdrzach dumę palisady
Której roi się, że usidliła woń starego byka areny
To wilgotny i mocny zapach
Czuje że znowu uchwycił ten dziki impuls
Podnosi się z czarnej ziemi
Zdaje się czuć jej puls
Łomoczący znowu w całym ciele
Sierść na plecach zesztywniała jak druty
Zdaje mu się że słyszy ludzi znowu go dopingujących
Potem wspomina słoneczne letnie pastwisko
Gdzie on i inne byki jak on
Otoczone radością jak złote jelenie
Jakby widział prowadzącego go młodego pana
Jego głowa przyozdobiona strumieniami czerwonych wstęg
Ścielących się wysoko na górskich graniach
Jego ostre rogi zdają się podtrzymywać słońce
Czerwone jak krew jeszcze nie rozlana[4]

Majia wskazuje tutaj harmonię, jaka pojawiła się pomiędzy bykiem i jego właścicielem, nawet jeśli ich życiowe spotkanie zakończy się zabiciem zwierzęcia na scenie, podczas Święta Pochodni. To, trudne do zrozumienia przez Europejczyka, poczucie unii objaśnia John Needham:

Chińskie postrzeganie świata wynikało z generalnie różnej linii myślenia. Harmonijna współpraca wszystkich istot powstała nie na skutek zarządzeń najwyższej władzy zewnętrznej, lecz dlatego, że istoty te stanowiły elementy hierarchii całości tworzących kosmiczny model i były posłuszne wewnętrznym poleceniom własnej natury. Nowoczesna nauka i filozofia organizmu ze swymi poziomami integracji, wzmocniona naszym nowym rozumieniem kosmicznej, biologicznej i społecznej ewolucji, powróciły do tych mądrych poglądów. A mimo to któż odważyłby się twierdzić, że epoka Newtona nie posiadała zasadniczego znaczenia? Pamiętać trzeba także o roli czynników społecznych i ekonomicznych właściwych chińskiemu społeczeństwu, tych czynników, które doprowadziły do przejścia z feudalizmu do biurokratyzmu i uwarunkowały każdy etap rozwoju nauki i filozofii w Chinach. Gdyby te czynniki sprzyjały rozwojowi nauki, niewykluczone, że można by było przezwyciężyć elementy hamujące. Jednakże wszystko, co można powiedzieć o nauce, która by w wyniku tego powstała, to to, że okazałaby się głęboko organiczna, nie zaś mechaniczna.[5]

Organiczność nauki i filozofii znajdowała też swoje odzwierciedlenie w poezji wielu epok i przesączyła się do przebogatej liryki największego poety ludu Yi. Nawet w sytuacji schyłku życia walecznego byka i wielu jego mankamentów, autor monumentalizuje go w dyfrakcyjnym świetle słonecznym:

Stoi tam
W świetle zachodzącego słońca
Przez jakiś czas otwiera szeroko jedno oko
Pręży się pośród spojrzeń stary byk areny
Dobywa z siebie smutny ryk
I wtedy cała sierść
Jego nikłej brązowej powłoki
Staje się ognistą masą
Płonącą dziko[6]

Choć zwierzę idzie na rzeź, choć po raz ostatni ukaże się w glorii walki na arenie, w magiczny sposób staje się cząstką żywiołu ognia i zaczyna płonąć w swoim tragicznym bycie. Ma to zapewne umotywowanie w kosmogonii i mitologii chińskiej, odzwierciedlających akcję gwiazd na niebie i tworzących opowieści na ten temat. Najbardziej znana z nich to opowieść o miłości Chłopca-Woła i pięknej Tkaczki:

Chłopiec-Wół, boski pasterz, zakochał się w Zhinü (Chih-nü), Tkającej Dziewczynie, niebiańskie tkaczce. Kochankowie byli tak zajęci sobą, że zaniedbali i bydło, i warsztat tkacki. Wobec niezadowolenia bogów Królowa Nieba wzięła swą szpilkę do włosów i jednym zdecydowanym ruchem zaznaczyła na niebie granicę między młodymi. Od tego czasu Chłopiec-Wół, którego reprezentuje gwiazda Altair, i Tkająca dziewczyna, czyli gwiazda Wega, są rozdzieleni Rzeką Han, znaną nam jako Droga Mleczna. Na szczęście raz w roku, siódmego dnia siódmego miesiąca, gdy sroki budują im tymczasowy mostek, mogą się ze sobą spotykać. Warto zwrócić uwagę na to, że obie gwiazdy reprezentujące postaci z bajki nie pasują za bardzo do pobliskich gwiazdozbiorów Byka i Panny. Okazało się jednak, że kilka tysięcy lat temu w wyniku zjawiska zwanego precesją nastąpiła zmiana względnego położenia gwiazd i odpowiednich gwiazdozbiorów. Legenda ta musi więc być bardzo stara, nawet starsza niż pismo.[7]    

Pradawne opowieści i mity odegrały też wielka rolę w kształtowaniu się świadomości i tożsamości ludów Nuosu, a co za tym idzie i samego poety. Majia zaanektował te legendy, ale wsączył też do swojej liryki wiele ujęć znanych z mitologii innych obszarów Chin. Nie wahał się też nawiązywać do największych osiągnięć literatury Zachodu – na przykład do opowiadań Ernesta Hemingwaya (stamtąd pochodzi motto do wiersza: Możesz go zniszczyć, ale nie pokonać). Jego byk z Liangshanu zdaje się kroczyć tą samą drogą, którą podążały na corridę rogate samce z prozy autora Komu bije dzwon. To jest ta sama moc i ta sama dzikość, której próbują przeciwstawić się ludzie:

W późnych godzinach nocnych
Gdy ludzie mocno śpią
On leży obojętny w swojej stajni
Czeka na nadejście śmierci
A ledwo otwarte oczy
Pełne są smutku i rozpaczy
Ale przez chwilę zdaje się słyszeć
Że na krawędzi dalekiej wyżyny
W starej arenie byków
Zbliża się ciężka walka
Prowokujące dźwięki wywołują
Jego długo zapomniane imię
To obraża i znieważa go, to szydzi z niego
To natychmiast ożywia jego uczucia
Prowokuje go zanim dzikość wybuchnie[8]

Mitologia byka z wierszy poety Yi ma w sobie też coś z dynamicznych i pełnych literackiej pasji opisów amerykańskiego pisarza – starczy przywołać fragment jednego z jego słynnych reportaży:

Byk bowiem był absolutnie niewiarygodny. Przypominał jakieś ogromne przedhistoryczne zwierzę, do gruntu mordercze i do gruntu złośliwe. I był cichy. Zaszarżował cicho, miękkim, galopującym pędem. Kiedy zawracał, zawracał na czterech nogach jak kot. Gdy szarżował, pierwszą rzeczą, jaka mu wpadła w oko, był pikador na jednym z owych nieszczęsnych koni. Pikador dał koniowi ostrogę i odgalopował. Byk popędził za nim nie dając się tak zbyć i w pełnym galopie rąbnął z boku konia, nie zwrócił na niego żadnej uwagi, wparł róg wysoko w udo pikadora i zdarł go razem z siodłem z grzbietu wierzchowca. Byk pognał dalej, nie zatrzymując się, by potarmosić leżącego na ziemi pikadora. Następny pikador siedział na koniu, zaparty na przyjęcie impetu szarży, z lancą w gotowości. Byk uderzył nań z boku, a koń i jeździec wylecieli wysoko w powietrze jedną wierzgającą masą i spadli na grzbiet zwierza. Kiedy zlecieli na ziemię byk na nich zaszarżował.[9]

Byk z Większego Liangshanu też jest nieokiełzany i może sprawić na arenie jeszcze jakąś niespodziankę, ale przecież jego dni są policzone. Na razie ociera się o ogrodzenie, manifestuje swoją siłę, łamie deski, uderza kopytami o kamienie i wyrywa rogami ziemię. Zwierzęta posiadają jakby dodatkowy zmysł i potrafią często wyczuć zbliżanie się śmierci. Wiele razy obserwowano płaczące świnie, krowy, cielęta czy owce prowadzone na rzeź,[10] albo transportowane do rzeźni. Bydło – co opisał Karol Darwin – zaatakowane przez drapieżniki albo szlachtowane, potrafi wydawać też nieomal „ludzkie” jęki rozpaczy:

U wielu rodzajów zwierząt, nie wyłączając człowieka, narządy głosowe są ogromnie skutecznym środkiem wyrażania uczuć. Z poprzedniego rozdziału dowiedzieliśmy się, że gdy sensorium jest silnie pobudzone, to mięśnie ciała zwykle wykonują gwałtowne ruchy, przy czym zwierzę, nawet zazwyczaj ciche, wydaje głośne dźwięki, choćby nie miały one żadnego znaczenia. Zające i króliki na przykład, jak mi się zdaje, używają swych narządów głosowych tylko w wielkim cierpieniu, np. gdy myśliwy dobija ranionego zająca lub gdy młodego królika schwyta łasica. Bydło i konie znoszą duży ból w milczeniu, ale gdy jest nadmiernie silny, a zwłaszcza, gdy towarzyszy mu strach, wydają one przeraźliwe głosy. W Pampasach często rozpoznawałem z dużej odległości przedśmiertne ryki bydła schwytanego na lasso i okulawionego. Mówią, że konie napadnięte przez wilki wydają donośne i osobliwe głosy rozpaczy.[11]

Zdawać by się mogło, że byk z wiersza Majii oszalał, a tymczasem jego zachowanie motywowane może być przeczuciami przedśmiertnymi:

Szaleńczo prze ku dobrze znanemu górskiemu miejscu
Na trasie jego szalonego zrywu
Słychać łamanie desek boksu
Słychać trzask młodych drzew
Słychać uderzanie ciała o głaz
Słychać dźwięk wyrywanej ziemi
A gdy wzejdzie słońce
I poranne mgły pojaśnieją
Ludzie znajdą martwego walczącego byka
Na arenie gdzie niegdyś walczył
Jego rogi wbite głęboko w ziemię
Ciało złamane i poranione
A tylko błysk dumnej satysfakcji
Ujrzysz we wciąż otwartych oczach[12]

Tak zwierzę – pokonane i zabite – triumfuje pośmiertnie i jakby zostawia oglądającym je ludziom swoje ostatnie przesłanie. Darwin ma rację, gdy mówi, że bydło słabo uzewnętrznia swoje uczucia[13], ale doświadczony pasterz potrafi rozpoznać je w różnorakich sytuacjach i zachowaniach.

        2. Przechytrzyć drapieżnika

Od samego początku ludzie próbowali przeniknąć świadomość istot, na które polowali lub które udomowiali, tworzyli opowieści, legendy i mity, których bohaterami bywały zwierzęta. W kulturze chińskiej znajdziemy wiele takich podań, a każdy z kilkudziesięciu ludów, tworzących wielki konglomerat kulturowy, scentralizowany przez Pierwszego Cesarza i późniejszych przywódców, wprowadzał inne treści do wielkiej księgi jaźni i cierpienia, odwagi i przebiegłości, siły i przetrwania. Ileż to razy myśliwi ruszali na łowy, odmawiając najpierw modlitwy, zaklinając drapieżniki i próbując obłaskawić rącze jelenie, a potem starając się przeniknąć umysły zwierząt. Czekając cierpliwie na ich pojawienie się, tropiąc ślady, wdychając powietrze i szukając ostrego zapachu, rozmyślali o tym, co uczyni przeciwnik, jaką strategię obrony wybierze. Jednocześnie próbowali przechytrzyć ofiarę, omamić wyborem kryjówki, strojem lub umaszczeniem swojego okrycia jej piżmem, krwią lub moczem. Zwierzęta instynktownie wyczuwają niebezpieczeństwo i ostrożnie przemykają pośród lasów, stepów, gór i dolin, ale łowcy – bogatsi o opowieści przodków, rady dziadów, ojców, matek, wujków, bohaterów wielkich polowań – zawsze starali się je przechytrzyć, zagonić ku miejscom bez wyjścia, zaskoczyć nagle na szlaku lub w gęstwinie roślin. Poezji Majii patronuje irbis, mityczne zwierzę azjatyckie, pojawiające się w wielu mitach i podaniach kulturowych, szczególnie u ludów środkowej i północnej Azji. To jego śledzi poeta-myśliwy, to jego tropów szuka:

Zgubione ślady w śnieżnych krainach
Cień okrywa łono ziemi
Sen o pędzie, pasmach, skokach…
Ciągnących się w ciszy, jak światło dnia
Moc czujnych kończyn, odwieczny łuk
Bezlitosne srebro, idzie samotnie
Między krawędziami świtu, strzegąc
Rodzinnej ziemi i rewiru przodków
Daleki od rdzewiejącego żelaza, czółno młodej pamięci
Znowu mocuje ostrze przy pasie ojca
Trud istnienia między głazami, brzmienie milczącej śmierci
Szlachetna krew, w okrywie gwiazd
Czekanie na mgłę by ruszyć, trąbka zmartwychwstania[14]

To jest zarazem próba wniknięcia w świadomość drapieżnika i dookreślenia jego przestrzeni bytowania oraz strategii łowieckich myśliwego, odziedziczonych po przodkach. W mitologii całych Chin większą role odgrywa biały tygrys, który czasami przeistacza się w ‘tygrysołaka” i potrafi wniknąć w ciała upatrzonych nieszczęśników, a potem pożerać niewinne ofiary.[15] Wiele wszakże jest jeszcze tutaj do zrobienia i kulturoznawcy mają tego świadomość, tym bardziej, że mitologia chińska wciąż ewoluuje, anektując na potrzeby takich ludów jak Yi, mity innych krain. Wskazuje to M. J. Künstler – podsumowując swoje ważne opracowanie:

Dla mitologii chińskiej jest bowiem cechą niezmiernie charakterystyczną fakt, iż jest ona ciągle żywa, w sensie nieznanym naszemu kręgowi kulturowemu. Świat mitów nam bliższy – świat mitów greckich – jest światem zamkniętym, z którego, co prawda, czerpie nasza kultura nieustanną inspirację od tysiącleci, ale w którym nic się od tysiącleci nie zmienia. Mity chińskie stanowią cykl nie zamknięty, cykl, w którym ciągle jeszcze liczyć się trzeba z nową ewolucją, z jakimś nieoczekiwanym uzupełnieniem dawnych wątków, z nawiązaniem do spraw – zdawałoby się – dawno zapomnianych.[16]

Badacz niewątpliwie ma tu na myśli odsłanianie się coraz szerszych przestrzeni kulturowych i wchodzenie do świadomości kultury ogólnochińskiej – niegdyś hermetycznie zamkniętej i nie rozprzestrzeniającej się poza konkretny region – na przykład przynależny ludom Nuosu. Ważne są też naukowe opisy zwyczajów i obrzędowości, często rzutowane na ustalenia wielkich antropologów i kulturoznawców w zakresie powinowactw magicznych i szamanistycznych. W cytowanym wyżej fragmencie wiersza o irbisie poeta udanie ukazuje też w jakich sytuacjach rodziła się świadomość szamanistyczna, ciąg rytuałów myśliwskich, w których ogromną rolę odgrywały tańce i teatralne odtwarzanie przebiegu polowań w plemiennym kręgu. Szaman zakładał maskę na głowę, stawał się na chwilę lwem albo kojotem, krokodylem lub krukiem i tworzył w kręgu plemiennym rodzaj spektaklu kulturowego, zwracając uwagę na poszczególne gesty, imitując ruchy drapieżników i zwierząt kopytnych, ukazując złożoność związków człowieka z jego ofiarami, utrwalając jednocześnie wiarę w jego ponadludzkie możliwości, bliskość świadomości animistycznej, pokrewieństwo duchowe z wilkiem i lampartem, hieną i cziru:

Każdego ranka nadchodzi złoty czarownik
By zaintonować zapomnianą liturgię
Nie może odejść zanim berło modlitwy
Nie zastygnie w uścisku
Czekające w jakimś zakamarku, w krzyku błyskawicy
Konieczność wędrówki wpisana w pęd życia
Wysłannik światła, bohater pochwalnych pieśni
Nie wiadomo kiedy imię poety
Przebije tarczę duszy, mimo pomruków
Nada szlif znaczeniu liści, wzruszy delikatny rdzeń
Królewski, bez porównania, unoszący w górę brew
Opasany klejnotami. Czy ktoś mi powie
Kiedy to było, kiedy zostałem utwierdzony w wieczności?[17]

Jidi Majia – chiński współczesny poeta kulturowy – podąża tropem starożytnych szamanów[18] i próbuje przeniknąć świadomość drapieżnika, jakże wyjątkowego pośród ośnieżonych szczytów i przełęczy jego krainy dzieciństwa i dorastania, a potem pierwszych męskich inicjacji. Poemat pt. Ja, śnieżna pantera, jeden z najważniejszych w dorobku Majii, jest odważną, nie mającą precedensu, próbą odtworzenia w wierszu świadomości dzikiego kota. Nie bez powodu autor utwór ten zadedykował słynnemu amerykańskiemu zoologowi i biologowi George’owi Bealsowi Schallerowi, prezydentowi Korporacji Pantery i prezesowi Cat Advisory Council. To jego liczne książki o drapieżnikach Tybetu i innych części Azji, oparte na własnych obserwacjach, dały poecie głęboką wiedzę o zachowaniach i zwyczajach irbisów, choć zapewne ważniejszą rolę odegrały tu własne przeżycia i wskazane wyżej opowieści, zasłyszane przy ogniskach i w domostwach jego ludu. Punktem zaczepienia narracji lirycznej w poemacie staje się nagłe, inicjacyjne przejście energii kosmicznej przez świadomość poety i ciało śnieżnej pantery, skradającej się zboczami ośnieżonych gór. Tę moc symbolizuje lecący przez atmosferę meteoryt, przypominający wielką błyskawicę i srebrzysta ryba, podążająca mistycznie z głębin wodnych ku mrocznym sklepieniom nieba. To jest pierwsze połączenie jaźni, pierwsze zespolenie myśli człowieka i zwierzęcia – pierwsza próba osiągnięcia równowagi pomiędzy dwiema, jakże odmiennymi świadomościami. Śnieżna pantera[19] staje na zboczu ogromnej góry i ogarnia wzrokiem zjawiskową przestrzeń swojego rewiru łowieckiego. Żyją w nim różne potencjalne ofiary, ale jest to też ziemia ludu Nousu, który zawsze szczycił się wieloma wspaniałymi myśliwymi, przemierzającymi mroźne przestrzenie w ślad za lampartem. Tutaj na scenę wkracza szaman, który zapewnia pomyślność łowów, a przecież Tybet i Chiny Zachodnio-Środkowe przesiąknięte są – wskazuje Eliade – myślą szamanistyczną:

Na ogół stwierdzamy w Chinach występowanie prawie wszystkich składowych elementów szamanizmu: wniebowstępowanie, przywoływanie i poszukiwanie duszy, inkorporacja „duchów”, władza nad ogniem oraz inne umiejętności fakiryczne itp. Rzadsze natomiast wydają się nam zstąpienia do Piekieł, a zwłaszcza zejście w celu sprowadzenia duszy chorego lub zmarłego, chociaż wszystkie te motywy potwierdzone są w folklorze. (…) Powinniśmy podkreślić jeszcze jeden punkt, wykraczający poza problem szamanizmu sensu stricto, niemniej jednak istotny: związek między szamanem i zwierzętami a wkład mitologii zwierzęcych w rozwój szamanizmu chińskiego. (…) Dowiedzione zostało, ze starożytne Chiny czuły związek między tańcem szamańskim a zwierzęciem obarczonym bardzo złożonym symbolizmem kosmologicznym i inicjacyjnym. Specjaliści odrzucili możliwość widzenia w mitologii i rytuale, które łączyły człowieka ze zwierzęciem, śladów chińskiego totemizmu. Związki mają raczej naturę kosmologiczną (zwierzę reprezentuje na ogół Noc, Księżyc, Ziemie itp.) i inicjacyjną (zwierzę to mityczny Przodek – inicjant).[20]

Widać to szczególnie dobrze w monumentalnym, przywołanym wyżej poemacie, w którym łączą się dwie jaźnie, człowieka-szamana i irbisa, a na nie jeszcze poeta projektuje własną refleksję, która staje się tkanką łączną wspaniałej wizji, poematu rozrastającego się w kolejne części. To cudowne, kosmiczne narodziny zwierzęcia i człowieka spowodowały, owo nieustanne uszlachetnianie krwi i wygenerowały myśl, próbującą ogarnąć swoim rozmachem ogrom stworzenia. Tak zaczęło się codzienne patrolowanie bezkresu, wchodzenie na zbocza i zbieganie ku dolinom, tak pojawiła się pierwsza krew na śniegu – tak smak surowego mięsa określił kształt nadchodzących dni, a cętkowane futro stało się znakiem dokonującej się zbrodni – życia za cenę śmierci. Majia ukazuje irbisa jako element odwiecznej przemiany, dokonującej się pośród gór Liangshanu, ale też mającej miejsce w każdej krainie planety. Takie przekształcenia były nieodzowne by pojawiła się ludzka świadomość i krąg egzystencji domknął się, gdy myśliwy Yi ruszył na łowy. Odtąd zwierzę i człowiek mogli powiedzieć:

zawsze żyć będę ponad granicami
Ukształtowany niematerialnie.
I nigdy stąd nie odejdę
Nawet, gdy śmierć upomni się
O te ośnieżone szczyty.[21]

Ludy Chin i ich szamanistyczni przewodnicy wierzą, że człowiek wnika w duszę drapieżnika i zyskuje jego przebiegłość, zwinność, umiejętność odnajdywania śladów, tropienia ofiar i dopadania ich w sekretnym miejscu. W takim rozumieniu obie jaźnie stają się rodzajem przekazu energetycznego, który powoli zanika w przestrzeni, ale nigdy nie ginie całkowicie – nakłada się na głosy przodków, brzmi w huku wiatru i krzyku orła, kołującego nad szczytami. Tę szamanistyczna technikę – znaną pod wieloma szerokościami geograficznymi i jakże żywą w Górach Liangshan objaśnia raz jeszcze Mircea Eliade:

Nie należy jednak zapominać, że związki szamana (…) ze zwierzętami mają duchową naturę i mistyczną intensywność trudną do wyobrażenia dla współczesnej, zdesakralizowanej mentalności. Przywdzianie skóry upolowanego zwierzęcia było dla prymitywnego człowieka równoznaczne ze staniem się tym zwierzęciem, z uczuciem przeobrażenia się w zwierzę. Jak widzieliśmy, po dziś dzień jeszcze szamani mają świadomość mocy przemieniania się w zwierzęta. Niewiele da stwierdzenie, że szamani przywdziewali futra z dzikich zwierząt. Istotne jest to, czego doświadczali, przebierając się za zwierzęta. Mamy powody sądzić, że ta magiczna przemiana prowadziła do „wyjścia poza siebie”, które bardzo często wyrażało się poprzez ekstatyczne doświadczenie. Naśladując chód zwierzęcia lub przywdziewając jego skórę, osiągano ponadludzki sposób bycia. Nie chodziło o cofnięcie się do czystego „życia animalnego”: zwierzę, z którym się identyfikowano, było już nosicielem pewnej mitologii; było w istocie Zwierzęciem mitycznym. Przodkiem lub Demiurgiem. Stając się tym mitycznym zwierzęciem, człowiek stawał się czymś dużo większym i potężniejszym od siebie. Można sądzić, że ta projekcja w Istotę mityczną, zarazem centrum życia i uniwersalnej odnowy, wywoływała stan euforii, który nim doprowadził do ekstazy, uświadamiał uczucie siły i urzeczywistniał łączność z życiem kosmicznym. Wystarczy tylko przypomnieć zadanie wzorcowego modelu, wypełniane przez pewne zwierzęta w taoistycznych technikach mistycznych, aby uświadomić sobie duchowe bogactwo „szamańskiego” doświadczenia, które tkwiło jeszcze w pamięci starożytnych Chińczyków. Zapominając o granicach i fałszywych miarach człowieka, odnajdywano, pod warunkiem właściwego naśladowania zwyczajów zwierząt – ich chodu, oddychania, krzyków itp. – nowy wymiar życia: odnajdywano spontaniczność, wolność, „sympatię” ze wszystkimi rytmami kosmicznymi i przez to szczęśliwość i nieśmiertelność.[22]     

W poemacie Ja, śnieżna pantera poeta-szaman, poeta-lampart podąża zboczem góry i czuje, że jego świadomość uniwersalizuje przestrzeń, a jednocześnie – na zasadzie poblasku – staje się rodzajem przekazu doskonałego, samej istoty wszechświata, wlewającego się swobodnie w bezchmurne noce do rzeczywistości ludzkiej i zwierzęcej. Stając się zwornikiem pomiędzy ogromami, świadomość poety podąża ku gwiazdom i ku najmniejszym, budulcowym cząstkom natury. Tak doświadcza głębi czerni i ciszy nicości, tak wyodrębnia pradawny kod genetyczny ludu żyjącego pośród gór i polującego na zwierzęta, dla przetrwania w ekstremalnych warunkach. Tak odczuwać zaczyna „dziwność” istnienia:

Jestem osobliwym bytem,
często niezdolnym by ujrzeć siebie.
Ale gdy wracam ku tym smagłym skałom
Wiem, że najbardziej cenię nocne niebo
Pełne gwiazd i jakże bezgraniczne,
Wyglądające jak piękny płaszcz,
Pełen wzorów, wirujących pośród pustki.
Potwierdzający moje odkrywanie świata,
Kiedy to wdycham powietrze i czuję zapach
Kwiatów na sawannie, setki mil stąd
I w mgnieniu oka mogę zobaczyć,
Gdzie skryła się antylopa.
A czasem też mogę wskazać
Czyje ślady zalśniły na dnie parowu,
Usłyszeć najcichsze dźwięki
Z rdzenia gigantycznego głazu,
Pękającego w odległej galaktyce,
A potem ostatecznie ostygłego
W bezdennych głębiach niezliczonych
Czarnych dziur. Tak dzierżąc ucichły blask,
Jeszcze nieznanych świtów,
W sennym marzeniu,
Wkraczam w stan przedśmiertny,
Widzę moją formę przed wcieleniem.
I aby zmniejszyć ciężar grzechu,
Uderzam w dzwony odkupienia
A choć mam dziewięć wcieleń,
Nadchodząca śmierć ustali kierunek
I nada bieg mojemu nowemu życiu,
W nadchodzącym świecie.[23]

To jest droga jednej samowiedzy i jednego człowieka, ale też szeroki szlak ludzkości, podążającej od narodzin do śmierci – szlak jednego ciała i nieustanne orbitowanie miriad ciał astralnych. W tym pochodzie dusza myśliwego Yi jest tak samo nieważka jak czyste, górskie powietrze i osiąga stan podobnej klarowności – może migrować ku galaktykom i zagłębiać się w przepaście jaźni. Podobnie przejrzysta i bezcielesna jest jego świadomość, która odbiera impulsy płynące z mózgu drapieżnika i wyodrębnia jego ślady, zapachy, fragmenty sierści na kolczastych krzewach.[24] Tak rodzi się transcendentna unia pomiędzy tym, który się skrada i tym, który umyka – tak przekazy zaczynają się na siebie nakładać, a tropiący staje się potencjalną ofiarą; Bo między polowaniem a nowym życiem/ Nie ma większej różnicy.[25] Teatrem walki jest zjawiskowa przestrzeń górska, dzicz najpiękniejsza, rewir wolnych zwierząt i niezależnych ludzi, dla których wieki i kolejne systemy polityczne nie miały większego znaczenia. Zmieniali się cesarze, wzrastały i upadały królestwa, struktury państwowe współczesności, partyjne ideologie i złowrogie reżimy, a tam czas tkwił w miejscu i stawał się echem pradawnej jaźni szamanistycznej, monotonnych śpiewów przodków przy ogniskach, wołania matki na zboczu góry i pomruku irbisa w mroku. I nie było w tym przypadku – raczej konstruował to odwieczny kosmiczny ład:

Kosmiczny porządek nie wziął się
Z przypadkowego chaosu
Będącego we mnie od urodzenia,
Ale z tysięcy osobnych zależności
Z antylopą, rudym lisem i świstakiem.[26]

Gdy w całych Chinach miała miejsce rewolucja kulturalna, a Mao ogłaszał czas wielkiego skoku, śnieżna pantera przemierzała górskie ścieżki jak przed wiekami i tysiącleciami – gdy na placach wykrzykiwano haniebne słowa przeciwko intelektualistom – takim jak poeta Ai Qing, mistrz Jidiego Majii (jego syn Ai Weiwei, twórca projektu stadionu olimpijskiego Ptasie Gniazdo w Pekinie, sporządził też portret poety, zamieszczony na początku tej książki) – drapieżnik wpatrywał się w dal ze szczytu wzniesienia i wyczuwał krew koziorożca, antylopy i człowieka. To była niezależność egzystencji, taka sama jak w najdalszych rewirach wszechświata, gdzie gwiazdy i galaktyki istnieją samoistnie, rodzą się i umierają bez wiedzy o ekstazach i tragediach w innych miejscach kosmosu. Tak poeta pragnie przenikać tajemnice istnienia i podpatruje je w sytuacjach ekstremalnych, gdy dziki kot rzuca się na niewinnego jelonkowca, błyskawica uderza znienacka w kobietę, wspinającą się ścieżką ku wiosce, a skały pękają z hukiem, rozsadzane przez lód i osuwają się w przepaść.

Nie mogę tworzyć wierszy na papierze
Ale mogę użyć własnych łap,
I na papeterii połyskującego śniegu,
Tak jak czynili to moi szlachetni przodkowie,
Mogę zostawić swoją ostatnią wolę i przesłanie
Dla synów i wnuków, którzy nadejdą.
Nauka zajęła mi całe życie
A wszystko, co muszę wiedzieć
O tej śnieżnym krainie,
To blask zbliżającego się świtu
Odbijający się w śniegu,
Bardziej kuszący od mroku zmierzchu.
Błogosławieństwo czasu
Może już nie być naszym udziałem.
W każdym miesiącu, każdej pory roku
I czasem, gdy dla przetrwania
Zdobywamy żywność,
Ranią nas ostre krawędzie kamieni.
Ale dni radosnych jest więcej
Niż smutnych.
Widziałem tak wiele wspaniałych widoków,
Iż mógłbym powiedzieć, jak żadne
Inne zwierzę na świecie
Jak jakikolwiek człowiek, który nie zdoła pojąć
Wizji zrodzonych przez moje żądze.
Ale dzięki hojności wielkiego Stwórcy,
Na wysokościach ośnieżonych gór ujrzałem
Czas w stanie ciekłym, zamknięty
W niebieskawym, śnieżnym pniu,
Wspaniałe gwiezdne pola
Emanujące orzeźwiające aromaty rosy
I jakże jasne promienie,
Snujące się z kosmicznych włókien
By w końcu popaść w odwieczną ciemność.
Tak, jestem tutaj by zdradzić ci moją tajemnicę
Nie ujrzałem Piekła w spójnym kształcie,
Ale odnalazłem drogę do Nieba![27]

Czas w stanie płynnym jest jak drżący strumień świadomości i naśladuje w tej poezji prawdziwe górskie nurty, spadające z impetem ze skał, przelewające się przez zbocza i ogromne głazy, niosące w dal rozdrobnioną materię miki, bazaltu i piaskowca. I taka jest też imaginowana jaźń drapieżnika, który podąża śladem świstaka i mundżaka w ogromnym skupieniu, studiuje tropy, wdycha zapach sierści, patrzy w dal i wyodrębnia ruchome kształty, a potem – w zdumiewający sposób przemienia się w mordercę, rzuca się na ofiarę bez litości, szarpie mięso i rozlewa krew. To jest równie zdumiewająca przemiana jak ta w świecie ludu Yi, gdy spokojny rolnik, cierpliwie uprawiający górską grykę, przeistacza się w tropiciela śladów, podąża wiele dni za irbisem, a potem zabija go w makabrycznych okolicznościach dla pięknego futra i mięsa[28]. Majia wspaniale oddał to, stosując w poetyckim opisie strumień świadomości:

Błyskawiczna pogoń … siła odśrodkowa … nieważkość … błysk piorunu … iskrzący łuk pożądania… pęknięty klejnot… swobodna przestrzeń – Powtórny skok … grot języka zapachu … twardość chłonności… bieg i cel… zaciśnięcie szczęk… niedościgły lot powracającej światłości… szarpnięcie rozpadu… ciężar niebytu…  zaciśnięcie szczęk… niepokój… luminofor żył… sycący dar… fale oddechu… nagły wzlot… gwałtowny jak na początku… taniec uderzeń… śmierć ciągnąca ku krawędzi… pustka… pustka…[29]

Śmierć jest tutaj początkiem i końcem drogi, staje się zwieńczeniem i dramatem nie do opisania, przyobleka skronie myśliwego w chwałę, jednocześnie daje zadośćuczynienie żądzy i zaspakaja głód zwinnego kota. Majia potrafi ukazać w rozbudowanym poemacie jak dwie świadomości pulsują symultanicznie i wzajemnie się uzupełniają – człowiek musi przeniknąć do morderczej logiki drapieżnika i porzucić kulturę, z jej łagodnością, pochwalną pieśnią i czułością wzniosłej miłości. Musi też – jak w zamierzchłych rytuałach – przedzierzgnąć się w śnieżną panterę, a zarazem musi ją zabić, tak jak ona zabijała inne byty. Tylko poezja kulturowa najwyższych lotów, zbliżająca się do mitu i legendy, czerpiąca soki z ludowych pieśni i podań, może wznieść się tak wysoko, może tak się rozwibrować, że stanie się czystym przekazem jaźni animistycznej[30], strumieniem świadomości generującym żywe, mityczne treści idealne. Warto tutaj przywołać zdania Claude’a Levi-Straussa, wskazującego przedziwną żywotność mitów:

Nie należy sądzić, że mit, który przybywa do nas z bardzo daleka w czasie i przestrzeni, ma nam do zaofiarowania jedynie starą, zgraną partię. Mity nie opierają się na partiach rozegranych raz na zawsze. One są niestrudzone, rozpoczynają nową partię za każdym razem, kiedy się je opowiada lub odczytuje. Lecz, tak jak w szachach, w miarę jak partia rozwija się, nieprzenikniona z początku strategia jednego z przeciwników odsłania się. Zbliżając się do zakończenia, kiedy ten ostatni musi już wybierać tylko spośród ograniczonej liczby ruchów, gracz bliski zwycięstwa może nawet uprzedzać rozwiązania strategii, która stała się przejrzysta, i zmusić przeciwnika, by tańczył, jak mu się zagra. W jakim celu, powiedzą niektórzy, z zapamiętaniem zabierać się do zgłębiania, analizowania, udaremniania strategii, którą mity powtarzają bez odnawiania jej od setek lat, a może nawet tysiącleci, gdy tymczasem myśl racjonalna, metoda i techniki naukowe, dążąc do objaśniania świata, ostatecznie tę strategię wyeliminowały? Czyż mit od dawna już nie zagubił sensu rozgrywanej partii? Nie jest to takie pewne, a przynajmniej już nie jest, Można bowiem wątpić, czy dystans nie do przebycia dzieli formy myśli mitycznej od słynnych paradoksów, które mistrzowie współczesnej wiedzy, nie mający nadziei, by mogli być w inny sposób zrozumiani, ofiarują ignorantom, jakimi jesteśmy (…)[31]

Polowanie i wnikanie w obręb mitu, to rodzaj rytuału, w którym poeta-bimo wyczarowuje pierwiastkowe obrazy i wydobywa je z nicości, wyświetlając je najpierw w swojej świadomości, a potem – przy pomocy wiersza – rozprzestrzeniając je pośród ludu Yi i tych, którzy wezmą do ręki jego książki. Trudno się dziwić, że w ostatnich latach powstała ogromna konstelacja wydań poezji tego twórcy w językach obcych i stał się on jednym z najbardziej rozpoznawalnych współczesnych poetów chińskich. A przy tym jednym z najwybitniejszych poetów kulturowych naszego globu, rozumianym i podziwianym na wszystkich niemal kontynentach, w jakże odmiennych kulturach i tradycjach poetyckich. W żartobliwy, ale jakże godny sposób przedstawia on siebie jako brata irbisa i poetę-ofiarę, na którego teraz „polują” krytycy pod różnymi szerokościami geograficznymi:

To nie jest pożegnanie
Poczekajcie jeszcze! Ja nigdy przecież
Nie opuszczę tej przeznaczonej mi krainy
Chociaż wiele razy mnie do tego popychano.
Odejdę i będę żył samotnie,
Tam, gdzie ludzkie ślady rzadko się pojawiają.
Nie polujcie więc na mnie
Pośród tego planetarnego świata,
Bo jestem waszym bratem,
W jedności krwi i kości.
Zanim okryją mnie skrzydła mroku
Pozwólcie mi zapomnieć o grozie rzezi.
Wyrosły na długim podłożu pamięci przodków,
Budzę się i moje wargi szepczą w języku duchów
Stając się naczyniem rytualnym
A moje imię, dane przez ojca,
Jest bronią przeciw przemocy!
Poczekajcie jeszcze! Nie potrzebuję taniej litości
Moja historia i droga życia,
Według moich wartości,
Jest tym, czym jest w świecie światów,
Nie potrzebującym zamienników!
Nie pokazujcie mojej fotografii
W zatłoczonych miejscach.
Boję się pogoni… próby oswojenia
Poczekajcie jeszcze! To nie pożegnanie
To wiara, że chwila przed Sądem Ostatecznym
Nie będzie trwać bez końca…![32]        

3. Poetycka zoologia Jidiego Majii

Zoologia poetycka Jidiego Majii jest ściśle związana z jego dorastaniem w Górach Lianshan i zwyczajami myśliwskimi jego ludu. Od ojca, który był myśliwym i od matki – mającej jakby cechy Bimo – słyszał wiele opowieści o zwierzętach i magicznych łowach na nie. Łatwo sobie wyobrazimy małego chłopca, siadającego przy ognisku i słuchającego narracji doświadczonych łowców, a potem oglądającego zabite zwierzęta, dotykającego skóry śnieżnej pantery i sierści wilka, próbującego zrozumieć dlaczego tak bardzo zmatowiały oczy zabitego jelenia. Charakterystyczny w tym względzie jest wiersz opowiadający o oczekiwaniu na powrót myśliwego:

Chciałbym zobaczyć twój powrót
W poczcie błękitnej atmosfery
Na stałym lądzie wyspy
To geografia której uczyłem się jako dziecko
Przewiesiłeś przez ramię karabin
I ja taki miałem
Patrzyłem jak wracasz i zapragnąłem iść
Z tobą ścieżką w dal
Ku celom które wytyczyłeś
Twój powrót jak matematyczne błędy z dala od lasu
Niektóre z zagadek między nami
Jakieś otwarte przestrzenie
I karabin był moim piórem
Zdobycz była moim papierem
Kropki i przecinki były jak pociski trafiające w ofiarę
Ludzie mówią że mój powrót
Był jak twoje przyjście stamtąd
Nie powinno to budzić zdziwienia
Bo jestem przecież twoim dzieckiem
Cokolwiek się stanie, pragnę iść za tobą
Czasem jak tygrys, czasem jak wilk, albo jak nicość
Szukając przeznaczenia, jednego wieczora
Upadłeś przy mnie i całe twoje ciało
Przypominało ziemię podczas trzęsienia
Ludzie mówią że mój powrót
Był jak twoje przyjście stamtąd
I naprawdę, pragnę iść za tobą
Tak jak las zawierza ziemi
I mogę tylko nienawidzić
Potomków zdradzających przodków
Z powodu mroków duszy[33]

Majia nie pozostawia wątpliwości, że jego poezja wzięła się z dziecinnych i młodzieńczych zachwytów nad odwagą i przebiegłością myśliwych, ale też ma swoje głębokie pokłady animistyczne. Twórca wielokrotnie sięga do ludzkiej jaźni i wskazuje w niej skłonność do mitologizowania i tworzenia konstrukcji religijnych, których początków badacze szamanizmu, tacy jak Nevill Drury – doszukują się w czasach prehistorycznych:

Możliwe, że nawet na wczesnym etapie ludzkiego rozwoju, neandertalczyk wierzył w świat, w którym duchy zamieszkują zwierzęta, skały, drzewa, i wyobrażał sobie jakiegoś rodzaju życie pozagrobowe, w którym nadal pełniłby rolę myśliwego. Chociaż, oczywiście, taka konkluzja jest tylko spekulacją, istnieją wyraźne oznaki tego, że z nastaniem ery górnego paleolitu, człowiek zaczął myśleć magicznie.[34] 

Od tamtego czasu myślenie magiczne i tajemne rytuały,   związane z przygotowaniem się do łowów, przechodziły różne modyfikacje, aż wreszcie pojawiły się w poezji kulturowej największego twórcy ludu Yi. Rozszerzył on świadomość myśliwego do wymiarów kosmicznych i wchodzenie w skórę tygrysa lub wilka połączył z jakże poetyckim pojęciem nicości.[35] Jego twórczość jest potwierdzeniem prawdy wyartykułowanej przez Drury’ego:

Od najwcześniejszych czasów religia, sztuka i magia były ze sobą splecione. Czarownik był panem dzikich zwierząt – dzięki magii łowieckiej mógł kontrolować ich los, zręcznie się maskował i składał ofiary ze zwierząt. Nauczył się je naśladować; tańcząc, odtwarzał ich ruchy. Łączyła go z nimi psychiczna więź. I tak paleolityczny myśliwy-czarownik stał się prekursorem archetypowego szamana z jego zwierzęcymi przyjaciółmi, totemami klanowymi i z wiarą, że może swoją świadomość przekształcić w zwierzęcą formę.[36]

Jak widać stał się też prekursorem myślenia kulturowego we współczesnej poezji chińskiej, popartego własnymi doświadczeniami i usakralnionego w dziesiątkach wierszy i poematów. Pojawiający się w przywołanym wyżej wierszu wilk jest typowym zwierzęciem, mającym rozliczne funkcje w religiach animistycznych i szamanistycznych, gdzie często staje się niezwykle przebiegłym tricksterem – choć polują na niego najwięksi łowcy, choć próbują go wytępić całe plemiona, on zawsze – wskazuje Claude Levi-Straus – umyka, w tajemny sposób rozmywa się we mgle, a nawet rozdwaja się i znajduje kryjówkę w górach.[37] Ludzie Yi wyczuwają jego bliskość i starają się ochronić przed n im swoje trzody, choć czasem wilk triumfuje. Poeta próbuje wniknąć w jego świadomość i zrozumieć dlaczego zawsze triumfował w dziejach ludzkości i reprodukował kolejnych drapieżców. Majia sugeruje, że jego nieśmiertelność ma związek z tym, iż nieustannie obcuje on ze śmiercią:

Śmierć jest jak wilk
Wilk w szarym futrze
Co podbiega do moich drewnianych drzwi
I wyje ku mnie
Godzina z pewnością nie jest wczesna
I mogę tylko czule uśmiechnąć się
Do mojego twardo śpiącego wnuka
Potem ruszyć
Ku wielkim wołającym górom
Wspiąć się na szczyt
Gdy północ wybije nutą
Stłumionego requiem
I zasnąć w matczynym łonie[38]

Wilk podbiega do drzwi poety i staje się przypomnieniem śmierci, stale czyhającej na żywe byty. Jedynym prawdziwym schronieniem jest dla nich matczyne łono i zamknięcie się w małym domku, odgrodzonym od świata intymnością wnętrza. Tam właśnie dorastający chłopiec wsłuchiwał się w pradawne opowieści o zwierzętach:

(Należałeś do lasu
Zanim z niego wyszedłeś)
Mały domek babci
Na skraju równiny
Stał się twoim nowym światem
Gdzie słuchałeś z lubością
Opowieści o tygrysach i żabach[39]

Tygrys jest najgroźniejszym zwierzęciem azjatyckim i ma swoje miejsce w mitach i eposach wielu krain pomiędzy Uralem a Oceanem Spokojnym. Ciągle jednak brakuje syntetycznych opracowań mitów i epiki ludów egzystujących w zamkniętych enklawach geograficznych i językowych. Często takie społeczności skazane są na wchłonięcie przez dynamiczny organizm współczesnego państwa chińskiego i jego rozżarzonej nowoczesności. Niestety, pojawiające się opracowania nie uwzględniają specyfiki lokalnej i bazują na syntezach całości – tak jest w przypadku cytowanej już w tej monografii pracy Kariny Jarzyńskiej:

Na obszarze Chin, Japonii i Korei trudno wskazać poematy epickie szczególnie istotne dla tamtejszej tożsamości narodowej. W tradycji chińskiej największe znaczenie przywiązuje się do tekstów wchodzących w skład Pięcioksięgu konfucjańskiego (Wujing), wśród których znajdują się annały Chunqiu (Wiosny i jesienie), będące zapisem wydarzeń z VIII–V wieku p.n.e., których fragmenty mają charakter epicki, a także Shijing (Księgi pieśni) – zbiór najstarszych chińskich utworów lirycznych, zawierający opisy tradycyjnych obyczajów ludowych oraz moralną ocenę władców kolejnych epok, a zatem przechowujące informacje ważne dla tożsamości narodowej. Do szczególnie cenionych w Chinach tradycyjnych tekstów należy kanon czterech powieści, z Sanguozhi yanyi (Dzieje trzech królestw) na czele. Jest to powieść historyczna przypisywana XIV-wiecznemu pisarzowi Luo Guanzhongowi, który oparł się na podaniach ludowych oraz kronice z III wieku, opowiadającej historię walk między trzema chińskimi królestwami: Wei, Wu i Shu. Do dziś cieszy się ona znacznym powodzeniem i inspiruje wiele sztuk we współczesnych Chinach (łącznie z grami komputerowymi). Pierwszy znany obszerny ludowy poemat epicki powstał w Chinach pod koniec epoki Han (206–220) i nosi tytuł Kong que dong nan fei (Pawie odlatują na południowy wschód). Nie cieszył się jednak szczególnie żywą recepcją w późniejszych wiekach.[40]  

Niestety, mamy do dyspozycji tylko takie ogólne podsumowania w zakresie chińskiej epiki, a choć nieco lepiej jest w zakresie mitoznawstwa, to wciąż brakuje rozległych monografii na temat podań, legend i mitów ludów Nuosu. Tylko z pojedynczych publikacji naukowych i wierszy Jidiego Majii możemy wydobywać cząstki podań tego ludu i funkcji, jakie pełniły w nich zwierzęta. Tak dowiadujemy się o tym, że Yi nadawali swoim dzieciom imiona lamparta i tygrysa:

To mogło być w roku 1643
Albo w 1810, w dniu
Nowego Roku
Kalendarza Nuosu.
Stało się to w dawnych czasach
I wszyscy starzy ludzie mówią o tym.
Była wielka śnieżyca
Rzadko widziana w Jjile Bute
Śnieg padał cały dzień i całą noc.
Pewna rodzina, żyjąca tam,
Miała trzynastu krzepkich synów.
Dumni z potomstwa rodzice
Dali każdemu z nich imię
Tygrysa lub lamparta.[41]

Nadawanie imion jest tak stare jak ludzka świadomość – człowiek od zarania dziejów nadawał nazwy swojemu otoczeniu, wyodrębniał z niego góry, rzeki i jeziora, a nade wszystko szukał określeń dla innych członków plemienia. Pomocne tutaj okazywały się zwierzęta, bo wierzono, że nadanie imienia śnieżnego lamparta świstaka albo tygrysa[42] spowoduje, że na człowieka spłyną magiczne moce tych istot. Najważniejsza rolę odgrywali tutaj szamani, którzy mogli sugerować rodzicom jakie imię powinni nadać dziecku. Drury wskazuje także inne funkcje chińskiego szamana z Junanu:

Również Nuosu z południowego Junanu uważają, że dawniej ludzie z większa swobodą poruszali się między niebem i ziemią. Wśród tego ludu szaman-kapłan odprawia również rytuały pogrzebowe, „otwierając pomost do nieba” i pomagając zmarłemu odnaleźć drogę wśród gór i rzek do Drzewa Myśli i innych pośmiertnych sfer. Pod wpływem chińskiej magii, szamani z Junanu uprawiają również wróżbiarstwo i podejmują wizyjne podróże na koniu w pościgu za utraconą duszą.[43] 

Ten pościg, to rodzaj myślistwa duchowego, a w tym zakresie – sugeruje Majia – łowcy z jego ludu byli bezkonkurencyjni. Jedną z technik myśliwskich znajdziemy w wierszu pt. Wabik na jelenia – wykorzystuje ona przewidywalność zachowań erotycznych samców w stosunku do samic: Gdy odezwiesz się głosem łani/ Kozioł się przybliży i spotka się ze śmiercią. Odwzorowując takie zachowanie, poeta utożsamia się z myśliwym:

Odważnie dmę w wabik na jelenie
Dmę jak woła matka sarna
Ocean skrapla się w moich płucach
Dwie wielkie rzeki płyną przez moje nozdrza
Tony wabika wibrują jak fale o zmierzchu
Mieszają słoneczne blaski
W niewidzialnym kobiecym wzruszeniu
Nieuchwytne w ciepłej tonacji złotego powietrza
Rozlewające się w czułości, jak ciągnąca się nić
Jak długa linia wiersza
Jakby zaślubiona
Z delikatnym światłem
Albo ubrana
W kostium burzowych chmur
Który najlepiej wyczuwa
Sierść jelenia
Zawsze wiedziałem
Że jestem kimś kto dmie w wabik
A każdy opadły liść mnie kamufluje
Kimś kto czeka na nagłe spotkanie
A trwożny nastrój staje się patosem
Załadowany karabin uniesiony i gotowy
Celuje w kozła przystającego nieopodal
Oszukuję go i daję się przybliżyć
Pociągam za spust
A jeleń pada martwy[44]

Pozornie ten wiersz mówi o sprytnym tricku łowieckim, ale w gruncie rzeczy chodzi w nim o czujność życiową i poetycką, o nieustanne pozostawanie w ukryciu, by odnajdywać coraz piękniejsze „zwierzęta metafor”, by łowić coraz śmiglejsze „sarny i jelenie” epitetów. Ta czujność kojarzy się poecie z ostrożnością pięknych nektarników i rudych mundżaków:

W ciszy godziny jesiennego zmierzchu
Jego kształt przeistacza się w płat ziemi
Jego cztery kończyny stopniowo się rozrastają
A słońce wypala ostatni pocałunek
Na konturach ciała z brązu
Stado nektarników zaczyna się puszyć
Tańcząc swobodnie wokół rzęs
Gdy wiatr dobywa brzmienie zadumanego księżyca
Jego kolczyk buja się pośród wzniosłych gałęzi
I we wszystkie pory ziemi
Fantazje nieba wpadają jak liście
Żarliwe łzy górskich jezior
Przydają bezimiennej wilgoci obu oczom
Muszę być jak mundżak przemierzający tę ziemię
Czworgiem kopyt wystukujący wyjątkowy rytm
W harmonii z bijącym sercem
Sierścią tajemniczą jak drzewa
Z wnętrzem nozdrzy stającym się jaskinią
Z refrenem gdakania dzikich kurcząt w uszach
Ze szczeliną miedzy górną i dolną wargą
Gdzie tygrys sunie skrajem poszarpanego kanionu
I mocne zapachy toną w przestrzeni wokół jego ciała[45]

Polski poeta romantyczny Juliusz Słowacki w swoim poemacie pt. Żmija opisuje sumaka (suhaka) piękną antylopę z rodziny wołowatych, zamieszkującą niegdyś Podole[46] – z kolei chiński poeta z ludu Nuosu w czarujący sposób nawiązuje do mundżaka – antylopy z rodziny jeleniowatych. Mundżaki chińskie osiągają długość ciała do dziewięćdziesięciu pięciu centymetrów i masę od dziesięciu do osiemnastu kilogramów. Dorosłe samce posiadają niewielkie, słabo rozgałęzione poroże długości do dwudziestu centymetrów oraz silnie rozwinięte górne kły. Podczas okresu godowego samce toczą walki, wydając przy tym odgłosy podobne do szczekania i z tego powodu mundżaki nazywane też są szczekającymi jeleniami. Gatunek rzadko widywany w Chinach, prowadzący samotniczy tryb życia.[47] W poezji Majii jest on synonimem płochości i ulotności, rzadkiego piękna, które udawało się zobaczyć tylko nielicznym – zwierzyny, której upolowanie było tak wielkim sukcesem, jak recytacja starożytnego eposu lub stworzenie wielkiego poematu. Poeta pragnie naśladować to egzotyczne dla Europejczyków zwierzę[48], a rytm jego kopyt kojarzy mu się rytmem wiersza pisanego w innej samotni. Odnotujmy jeszcze ekscytujące pojawianie się w tej poezji dzikich zwierząt afrykańskich: antylop, zebr i gnu, a także lwów.[49] Jeśli myśliwy będzie ostrożny i jeśli poeta utożsami się z nim, to razem wejdą do cudownej krainy kozłów, jelonkowców[50] i lampartów by nurzać się w pierwotnej tajemnicy:

Niechaj twe kroki będą miękkie
Gdy wkroczysz do dziewiczego lasu
A on dozwoli ci podążać wraz z dzikimi zwierzętami
Dozwoli nurzać się w pierwotnej tajemnicy
Tak by nie spłoszyć
Śnieżnych kozłów, jelonkowców i lampartów
Wiernych dzieci białej mgły
Mknących pośród bladych smug
Tak by nie naruszyć odwiecznej ciszy
Ich boskiej obecności w powietrzu
Odchodzących w dal starszych pokoleń
Zlęknionych pośród nieznajomych cieni
Niechaj twe kroki będą miękkie, coraz to lżejsze
A blask przeznaczenia niech okryje zieleń
Bo tylko w takiej chwili zupełnej ciszy
Słyszymy głosy z innego świata[51]

4. Nektarniki, pekińczyki i pierzaści  łotrzykowie kulturowi

Opis ornitologii poetyckiej Jidiego Majii rozpocząć wypada od przepięknych nektarników, z cytowanego wyżej wiersza pt. Jesienny portret:

Na konturach ciała z brązu
Stado nektarników zaczyna się puszyć
Tańcząc swobodnie wokół rzęs
Gdy wiatr dobywa brzmienie zadumanego księżyca[52]

Nektarniki, albo inaczej cukrzyki (Nectariniidae), to rodzina ptaków z rzędu wróblowatych (Passeriformes), obejmująca około stu dwudziestu gatunków, występujących w większości w Afryce, kilka gatunków można spotkać w południowej Azji. Są to małe ptaki z silnie zaznaczonym dymorfizmem płciowym, samce są ubarwione bardzo kolorowo i często połyskliwie. Odżywiają się głównie nektarem, czasami, zwłaszcza w sezonie lęgowym, polują na owady. Nektarniki zajmują taką samą niszę ekologiczną w Afryce, co kolibry w Ameryce i miodojady w Australii. Na skutek ewolucji konwergentnej te trzy bliżej ze sobą nie spokrewnione grupy ptaków są bardzo podobne w wyglądzie zewnętrznym i zachowaniu. Większość przedstawicieli nektarników potrafi zawisać w powietrzu podobnie jak kolibry, jednakże czynią to znacznie rzadziej, preferują pobieranie nektaru siedząc na gałęzi. Ich charakterystyczną cechą jest długi zakrzywiony dziób oraz długie, najczęściej czarne pazurki.[53] Nektarniki są jakże egzotycznym ozdobnikiem poezji Jidiego Majii i symbolizują w niej kruchość, delikatność i subtelność przyrody chińskiej. John MacKinnon wskazuje, że w Chinach występuje ponad 1300 gatunków ptaków, spośród których wiele pojawia się tylko w tym kraju. Wiele z nich ma spektakularny charakter[54] i zapewne ma tu na myśli także samce nektarników, mieniące się kontrastowymi barwami pośród gęstej roślinności.[55] Poeta obserwuje te ptaki o zmierzchu, o czym świadczy widzialny już księżyc na niebie i jest to chwila magiczna, tuż przed zamilknięciem całej natury i opadnięciem czarnych zasłon nocy. Takie momenty uświadamiają mu, że dawno temu, u samego początku, został ustalony kosmiczny porządek świata:

Nie umiem wymówić imienia
Tej rośliny lub tego zwierzęcia
Jednak wiem, że jest rytualny świat
Mający wagę nie tylko dla jednego życia
I czy skieruję się w prawo
Czy podążę w lewo,
Jestem śnieżną panterą i nie zdołam
Powiedzieć ci co łączy jeden żywy byt
Z innym istnieniem, ale wierzę:
Kosmiczny porządek nie wziął się
Z przypadkowego chaosu
Będącego we mnie od urodzenia,
Ale z tysięcy osobnych zależności
Z antylopą, rudym lisem i świstakiem.[56]

Nektarniki bytują w tej samej przestrzeni co ludzie i zwierzęta kopytne, drapieżniki takie jak pantera i lis, a także przedstawiciele fauny górskiej: antylopa błotna, czy świstak. Ludzie są uzależnieni od zwierząt i znajdują w ich świecie wzorce postępowania i umiejętność przetrwania w ekstremalnych warunkach i na nieomal kontynentalnych przestrzeniach.[57] Ale też uczą się od nich piękna barw i głosu, czujności pośród przestrzeni sondowanej przez bystre źrenice drapieżników. W jednym z wierszy poeta przywołuje chińskiego słowika i ukazuje go pośród kosmicznego ładu życia i śmierci:

Widziałam jak przyszli z odległego miejsca
Nad głowami mieli odwieczne słońce
Nie wiem czy na niebie był Mars
Gdy kremowano starca o zmierzchu
Gdy pośród pustkowia
Grupa ciężarnych kobiet
Śpiewała nowo narodzonemu dziecięciu
Gdy gwiazdy spadały z urwiska
A w górze migotał tylko odwieczny Mars
Jeśli któregoś dnia kołysanka
Stanie się pieśnią chińskiego słowika15
O, pradawny narodzie
Czy zawsze będziesz miał
Różowe sny jak te o orle
Który po uderzeniu pioruna
Odrzucił swe okrwawione skrzydła[58]

Ten ptak określany też jest jako pekińczyk żółty lub czerwonodzioby (Leiothrix lutea), często hodowany w klatkach dla przepięknego śpiewu. Po raz pierwszy trafił do Europy w roku 1866, kiedy to umieszczono go w londyńskim ogrodzie zoologicznym. W cytowanym wyżej wierszu śpiew tego ptaka staje tłem dla rytualnej kremacji starca i interakcji gasnącego słońca, planet i gwiazd, pojawiających się o zmierzchu. Ogromna rolę odgrywa tutaj dalekowschodnia nastrojowość filozoficzna i eschatologiczna, mająca swoje korzenie w poezji wielu epok, ze szczególnym uwzględnieniem liryki tworzonej przez takich mistrzów jak Tao Yuanming, Wang Wei, Li Bai czy Du Fu, a współcześnie Bei Dao. Majia – niczym poeta John Keats w Anglii[59] – wsłuchuje się w jeden z najpiękniejszych głosów chińskiej natury i ten wprowadza go w błogi, melancholijny, poetycki nastrój. Ornitologia poetycka Majii[60] ma wiele wymiarów i przestrzeni – od głębi mitu, poprzez folklor ludu Yi, religię, systematykę zoologiczną, a skończywszy na symbolizmie, daleko wykraczającym poza granice Państwa Środka. Na takiej zasadzie uwagę poety przykuwa południowoamerykański ptak, mający wielkie znaczenie w katastroficznym micie[61] i podaniach rdzennych ludów tych krain:

Kondor jest największym ptakiem Andów,
Wielbionym i otaczanym zachwytem przez Indian.
W przestworzach nad Kanionem Colca
Lot sprawia, że dusza staje się ciężka
Bo tylko z tej wysokości
Widać rany ziemi
Od urodzenia ponad czasem
Mocnymi skrzydłami rozcinasz powietrze
I nie ma krwi, jest tylko pierzasta pustka
Ciskająca słowa w otchłań
Jesteś posłańcem słońca i promieni
Zanosisz hymny i śpiewy przodków
Na usta wróżbity
A te ciągnące się w dal krawędzie
To twoje odwieczne święte terytorium
Jesteś świadkiem rzezi, mrocznych intryg,
Trudnych przejść – jesteś pamięcią
Tragicznych chwil, a twoją naczelną wizją
Może stać się tylko wcielenie rasy
Najważniejszy wódz, duch opiekuńczy Indian
Tylko za sprawą twojego istnienia
Głęboko w ogniu i ciemności
Złośliwy los skończy się
W jednej chwili![62]

Ten kondor ma świadomość ptaka, ale też i potrafi syntetyzować rzeczywistość i pointować ją jak poeta. Jest czujnym obserwatorem i patrolując ogromne przestrzenie bierze na siebie role ptaka chtonicznego, uczestniczącego w ucztach bogów i ścierwników. Majię wyraźnie fascynuje jego możliwość spojrzenia na granie i wąwozy z wysoka, jakby z boskiej perspektywy. Poeta doświadczał tego nie raz, gdy odbywał dalekie podróże samolotowe i coś zapewne z tamtych obserwacji przesączyło się do cytowanego wyżej wiersza. Ale ma on też świadomość, że kondor bywa łotrzykiem kulturowym o diabolicznym profilu[63], nie liczącym się z tym, że ludzie żyją w symbiozie z hodowanym bydłem. Ptak ten – uznawany przecież za wcielenie inkaskiego boga przestworzy[64] – dokonuje ogromnych spustoszeń w stadach i ludzie zaczęli stosować sprytne zabezpieczenia:

Kondor, polując, liczy tylko na swój wzrok, a nie na węch, jak to niegdyś sądzono; karmi się zwykle guanakami, które padły bądź to śmiercią naturalną, bądź też zabite były przez pumy; nie gardzi jednak trupami innych zwierząt. W oko­licach, gdzie rozwinięta jest hodowla owiec i kóz, kondory są postrachem pasterzy, gdyż niejednokrotnie porywają ja­gnięta i koźlęta, to też hodowcy toczą z nimi zaciętą wojnę. Najlepsze rezultaty daje sposób następujący: myśliwi umiesz­czają szkielet w wąskim przejściu i gdy kondory zwabią się na tę przynętę, atakują je konno i zabijają, gdyż ptaki, nie mając dostatecznej przestrzeni do nabrania rozpędu, nie mogą wzlecieć z ziemi. Niekiedy znów znaczą oni drzewa, na których ptaki nocują; z nadejściem nocy człowiek włazi na drzewo i łapie kondory na pętlice ze sznura, gdyż mają one sen nadzwyczaj twardy. Kondory zamieszkują okolice Andów w Ekwadorze, Peru i Chile, aż do Rio Negro. Samica znosi dwa duże białe jaja, które umieszcza na wysokiej skale; mówią, że młode kondory do roku nie umieją latać. Głowę samca wieńczy grzebień mięsisty, ciemno-czerwony, miejsca sąsiednie, pokryte nagą skórą, mają takąż samą barwę; pod szyją znajduje się kryza z białych piór, która tym bardziej odbija od lśniąco-czarnego upierzenia reszty ciała.[65]

Charakterystyczną cechą poezji Majii jest jej głęboka wiedza o świecie i ludziach, wszakże znajomość buddyjskiej filozofii i doktryn religijnych Dalekiego Wschodu łączy się w tych wierszach z intuicją szamanistyczną, znajomością gatunków i zwyczajów zwierząt, często spoza Chin i Azji. Otwierając swój kraj dla poezji światowej, twórca anektuje przy okazji wiele poetyk, osobnych wierszy i ujęć lirycznych, chłonie wszystko jak nienasycona gąbka. Tworzy na potrzeby swojej sztuki model pojemnego i polifonicznego wiersza białego, w którym jest powaga jego ludu i głębia oraz lekkość współczesnej poezji światowej. W przypadku zoologii, ornitologii czy ichtiologii, a na innych płaszczyznach – dendrologii, florystyki czy mineralogii – poeta używa ich jako materii porównawczej lub przydaje konkretnym tworom jakieś funkcje. Nie chodzi przy tym o popisywanie się wiedzą – raczej o wykorzystanie tego, co sublimowało się w jego mózgu przez długie dziesięciolecia, wszak autor w 2021 roku skończy sześćdziesiąt lat. W takich kontekstach jego sytuację można porównać z opisem doświadczeń Johna Fowlesa:

Choć całe życie nazywałem siebie przyrodnikiem, jestem raczej miłośnikiem przyrody. Nie udawałbym dzisiaj naukowca; gdybym nim naprawdę był, zapewne nie przyznałbym się do tego, że najpierw byłem pisarzem. Dla mnie literatura jest wyrazem uczyć przekazywanych przez wiersze, dramaty i powieści, a nie poważną naukową wypowiedzią o rzeczywistości. Najbardziej wydaję się podobny do sprytnej ośmiornicy, która – z ludzkiego punktu widzenia – tylko czuje.[66]

Ważne też jest zrozumienie immanentności zdarzeń kosmicznych i ludzkie wybieganie myślą w przyszłość, bliskie stoickiej postawie najznamienitszych przedstawicieli i bohaterów epickich ludów Nuosu. Rację zatem ma David Berlinski, gdy objaśnia rozumne podejście naukowców do zdobywania wiedzy totalnej:

Wiedzieć wszystko oznacza poznać wszechświat ogołocony z niespodzianek. Rzeczy w takim wszechświecie nie stają się, nie były i nie będą. Po prostu są, dostępne inspekcji umysłu nim będą dostępne inspekcji w rzeczywistości. Wszechświat – zamrożony jak wielki blok lodu – jest jednolicie dostępny, zimny, jasny, wieczny. Ludzie sięgają po zdarzenia w przyszłości, przenosząc się w czasie, podobnie jak docierają do różnych miejsc na ziemi, przemieszczając się w przestrzeni. Ale jak nie stwarzają odwiedzanych miejsc, tak nie tworzą zdarzeń. Cokolwiek istnieje, po prostu jest, tu i wiecznie. Czas traci na znaczeniu i stopniowo znika.[67]

Poeta ma tego świadomość, tym bardziej, że zapoznał się i przyswoił swojej poezji teorię względności[68], rozumiejąc ją – tak jak Berlinski – jako przypomnienie, że wszystko we wszechświecie uzależnione jest od ruchu:

Powszechnie uważa się, że szczególna teoria względności Einsteina potwierdza takie stanowisko. Wyobraźmy sobie grupę obserwatorów rozproszonych przypadkowo po kosmosie. Każdy może uporządkować wydarzenia w swoim życiu w porządku linearnym; w rezultacie każdy jest przekonany, że jego życie składa się z serii momentów teraz, ruchomych chwil przechodzących z przeszłości w teraźniejszość i dalej w przyszłość. Tak właśnie my widzimy sprawy. Teraz to w gruncie rzeczy teraz, czyż nie? Właśnie teraz. Okazuje się, że nie. Jednoczesność, odkryła szczególna teoria względności, zależy od prędkości, z jaką obserwatorzy poruszają się względem siebie. Poruszając się z różną prędkością, jeden człowiek może stwierdzić, że jego teraz jest przeszłością lub przyszłością drugiego. Z tego wynika, że to, co się staje dla jednego obserwatora, może już się stało lub dopiero się stanie dla drugiego. Nie jest jasne, jak coś może się stać, skoro już było. Kiedy odejmiemy stawanie się od kosmicznej wielkości, zostaje nam czas – czas jako miara, miejscowy porządek narzucony zdarzeniom. Tyle że taka postać czasu jest wyzuta z sensu. Zmiana znikła. A wraz z nią oddziaływanie na odległość. Jeśli nie ma zmiany, nie ma też oddziaływania.[69]

Chiński poeta staje w jednym szeregu z Einsteinem i kapłanami bimo i uznaje, że przyszłość jest rodzajem iluzji. Gdy człowiek próbuje ogarnąć wzrokiem swoje życie, zauważa – jak Kawafis[70] i Majia – że wszystko w nim zanika, wszystko gaśnie w dali:

Oto stoję samotnie na szczycie
I gdzie nie zwrócę się
Widzę nieskazitelny śnieg,
Stworzenia kąpiące się w czystym,
Łagodnym świetle
I orła niknącego w dali.
Ktoś, kto śledzi tę kropkę
W pewnym momencie gubi
Jego ślad pośród niebieskich głębi[71]

Orzeł nie miał takiego znaczenia w mitologii chińskiej jak żuraw lub bażant, ale często pojawiał się w mitycznych przekształceniach o charakterze zoomorficznym.[72] Większą rangę zyskiwał u ludów żyjących w górach, stąd w opowieściach narodu Yi znajdziemy wiele odniesień do niego. To pośrednio tłumaczy liczne przywołania tego ptaka w poezji Majii i ukazywanie go jako kontrapunktu dla śnieżnej pantery albo białego tygrysa. Czasem zyskuje on też atrybuty boskie, bo może z wysokości śledzić tropy śmiertelnych ludzi i zwierząt:

Tylko oko boskiego orła,
Jedynego boga na wysokościach
Może dostrzec cętkowane ślady,
Pozostawione przez niezliczone
Górskie byty, pojawiające się w złocistym świetle
Migrujące tam, gdzie młode cielę
Zatrzymuje się by słuchać śpiewu źdźbeł trawy
A samotna mrówka przecina ścieżkę ziemi
Snując nić światła ze skarbca nieba[73]

Pomiędzy orłem bujającym w obłokach, a cielęciem, które radośnie słucha rosnących źdźbeł trawy, powstaje przestrzeń, którą poeta wypełnia uczuciami miłości do rodzinnej ziemi i do całych Chin, niby do wielkiej, przedwiecznej matki. Jego orzeł to też protoplasta wielkich mitycznych bohaterów, takich jak Zhygealu – syn orła, pojawiający się w eposach ludów Nuosu. Budowana tutaj apostrofa brzmi jak pradawna kosmogoniczna opowieść:

Wielki Ojcze, kroplo krwi orła,
Wsłuchaj się w senny koszmar
Ogromnej, zasnutej mgłą ziemi.
Tam, gdzie pośród skrajnych urwisk
Sny snują się przeciągle;[74]

Majia pamięta też wciąż to, co dawno temu powiedział mu ojciec, kiedy jak to jak orzeł zrywał się do lotu ku wielkim dalom:

Mój ojciec kiedyś powiedział:
Masz skrzydła orła!
I szarfę bohatera na piersi–
A moja matka przyznała,
Że przepowiedział mi jutro[75]

Ludzie z jego plemienia – co zostało już wskazane wyżej – nadawali imiona walecznych zwierząt urodzonym dzieciom, ale też wielką wagę miały tu przepowiednie i zaklęcia. Trudno zatem dziwić się, że poetę tak fascynuje kielich do wina, wykonany przez ludzi Yi ze szponów martwych orłów:

Mam cię teraz przy wargach
I czuję woń orlej krwi
Wyczuwam orli oddech
Mam cię przy uchu
I słyszę szmer wiatru
Słyszę śpiew chmury
Mam cię przy poduszce
I marzę o swobodnych niebiosach
Marzę o rosnących skrzydłach[76]

Tak moc i przebiegłość orła wsącza się wraz z winem – jak cień ptaka w głębię wąwozu[77] – do myśli i ciała poety i zyskuje walor spełniającego się proroctwa jego ojca. Pojawia się też tutaj jasna aura, bo przecież orzeł symbolizuje światło słoneczne i to, co jawne[78], co najlepiej widać z wysoka, gdy wejdzie się na szczyt i zazna się tego, co jest udziałem wielkiego drapieżnego ptaka. Trudno się zatem dziwić, że uczestnictwo w symbolicznym pogrzebie orła daje ludziom wiedzę o rozpadzie i nicości i przygotowuje ich do podążenia tym samym szlakiem:

Kto widział pogrzeb orła
Na klifie albo nad
huczącym wodospadem?
Przybitego zgodnie z rytuałem
Żelaznym młotem losu
Do sklepienia nieba
Śmierć orła jest blaskiem w rozpadzie
Najcięższym ciosem zadanym niebu
Przez nicość; przez nie wiadomo kogo,
Przez wysłanników słońca
Otwierających wszystkie
Okna[79]

Ludzkość każdego dnia wita światło słoneczne i codziennie żegna się ze światem po zapadnięciu ciemności – siadając przy ognisku i wpatrując się w płomienie, snuje opowieści i tworzy mity o przedwiecznej walce solarnej i lunarnej:

Początek mitu często ogranicza się do jednej cechy. Dzień miesza się z nocą. Niebo i ziemia zachowują łączność pomiędzy sobą: bogowie chodzą wśród ludzi, zaś ludzie wśród bogów. Nie ma wyraźnej różnicy pomiędzy bogiem, człowiekiem i zwierzęciem.  Słońce i księżyc są bliźniaczymi braćmi; walczą nieustannie pomiędzy sobą i nie można ich od siebie odróżnić. Słońce jest zbyt blisko ziemi; susza i upały sprawiają, iż egzystencja staje się niemożliwa. Na początku mitu nie ma – na pierwszy rzut oka – niczego, co można by odnieść do czegokolwiek realnego. Jest skądinąd jasne, że chodzi tu o zanik różnic. (…) Pomieszanie dnia z nocą oznacza nieobecność słońca i zagładę wszelkiej rzeczy. Także słońce zbyt bliskie ziemi oznacza zanik życia, choć z przyczyn wręcz odwrotnych. Mity, które uchodzą za „wynajdujące śmierć”, w rzeczywistości niczego nie wynajdują, lecz ją dokładnie odróżniają od życia, podczas gdy na początku śmierć i życie były ze sobą pomieszane. Ma to, jak sądzę, oznaczać, iż życie bez umierania nie jest możliwe.[80]

Tak w podaniach, legendach i mitach Nuosu, tak też jest w poezji Jidiego Majii – i w jednej przestrzeni i w drugiej, życie wyraźnie oddzielone zostało od śmierci. Symbolizujący światło orzeł i uczestniczące w rozpadzie ciał ptaki chtoniczne, bytują w innych przestrzeniach, a tylko w obrębie mitu spotykają się z bogami i herosami. Poeta ma wielki szacunek do czytelnika i wskazuje mu swoje doświadczenia jako paradygmat doświadczeń wielu pokoleń jego pobratymców, jako wzorzec mądrego, dalekowschodniego istnienia pośród naturalnych żywiołów, w dziwnej unii ze zwierzętami i mieszkańcami innych krain. Mądrość tej poezji bierze się z szeroko opisywanej na Zachodzie głębi mądrości Wschodu, jej różnorakich odgałęzień hinduistycznych, buddyjskich, lamajskich, taoistycznych, zen czy plemiennych, ograniczających się tylko do wybranych ludów.[81] Pośród nich ważne miejsce mają myśliwi, bimo i suni, a także zwykli oracze, łagodne pasterki i tkaczki Yi. Gromadząc się podczas Święta Pochodni przy wielkim ognisku, kontemplują oni pradawne prawdy, tak konkretnie odzwierciedlone w poezji największego poety ich ludu. Czując pulsowanie kosmogonicznych energii, wierząc w obecność w kręgu przodków i zabitych kiedyś dzikich zwierząt, słuchają opowieści o bramie czasu i gotują się do własnego rytuału przejścia:

Pewien poeta napisał kiedyś taki wers
–Zaczął się czas –
Jednak w rzeczywistości czas nigdy nie miał początku;
I oczywiście nigdy się nie skończył, ponieważ
Żelazny młot czasu stale pracuje;
Macha nieustannie i jego precyzyjny rytm
Nigdy nie słabnie, czy to w głębiach
Kosmicznych tajemnic firmamentu
Czy w samym środku drobiny kurzu,
Uderza w potężną perkusję przyszłości.
Czas zawisa nad nami, albo może
Staje się dogodnym punktem dla dowodzenia.
Choć nie ma koloru, smaku i kształtu
Wciąż słyszymy jego pogłosy;
Z każdym ukłuciem tego nieustanego tatuowania
Rozpływa się światło wiecznej niewiadomej.
Nie daje się linearnie nizać przez ucho igielne
Bo jeśli by tak było połączone wątki
Utworzyłyby rozległy, wiszący ocean.
Momentami czas jest ciężki i nieustępliwy
Jak metalowy obiekt lśniący pośród światła;
Dlatego wierzę niezłomnie: tylko czas
I nic poza nim nie ma dość mocy
By wskazać, co będzie trwało.
I są takie chwile, kiedy czas jest miękki i elastyczny:
Jak to trójkolorowe siodło, czekające na swego jeźdźca,
I nie ma sposobu, by ktokolwiek zmienił jego
Kierunek i prędkość, raz na zawsze ustalone.
A dziś, jako poeta
Chcę wam powiedzieć: brama czasu
Została otwarta dla wspaniałych gromad gwiazd,
Iskrzących się w dalekich zakątkach niebios.
Chociaż nie mamy wpływu na przeznaczenie czasu
I nie możemy spowolnić jego biegu do przodu
To jednak możemy wspiąć się na drabinę czasową i stanąć
Na szczycie wieży nowego stulecia ludzkości,
I możemy ryknąć jak lew, teraz prawdziwie przebudzony
Potrząsający czerwoną, zmierzwioną przez wiatr grzywą.
Nie możemy zawłaszczyć czasu,
Bo jest on jak światło słoneczne, jak samo powietrze:
Nie należy tylko do nas; należy do wszystkich
Żywych istot na naszej planecie.
Wiemy, jak cenny czas może być,
Bo wiele go zmarnowaliśmy,
I były takie chwile gdy przegapiliśmy
Szanse które nam dawał.
Dlatego mówię sobie i pragnę
Powiedzieć to wszystkim: czas jest życiem.
Jeśli chodzi o czas, jesteśmy jeźdźcami;
Możemy śmiało dosiadać naszych koni
I stawać w zawody z czasem, bo w tej epoce
Jego brama stoi otworem;
Potomkowie tej starożytnej krainy Wschodu
Stanęli już szeregu, tak
I za chwilę ustawią się na nowo.
Ich flaga wciąż trzepocze na wietrze
Przechodząc chrzest ognia i krwi,
Dziury po kulach pozostały w niej do dzisiaj
To ciche oczy, nicujące
Dusze tych, którzy się zgromadzili.
Jeśli ta flaga zmieniłaby kolor
Albo z naszych rąk wypadła na ziemię
Byłby to grzech niewybaczalny.
Teraz ruszamy na nowo, gigant
Dokonujący cudów znowu będzie
Cudem w oczach świata.
Ta twórcza praca, którą dzisiaj podejmujemy
Nigdy nie została wykonana przez naszych przodków,
Nasze sny nie są tylko wytworami wyobraźni,
Bo wytrwale prowadzą nas naprzód,
W okolice olśniewającego miasta.
Odejdziemy niebawem znowu wraz z trębaczem
Stojąc w pierwszej linii formacji;
To on ocala przyszłość, a jego pewność siebie
Przechodzi na góry i lasy, ziemię i rzeki.
Z niezłomną wolą, z odwagą i myślą,
Żarliwie tworzy te poruszające serca,
Nuty dla cywilizowanego narodu,
Który przetrwał tysiąclecia.
To brzmi wezwanie jego trąbki,
Wezwanie do przejścia! [82]  

[1] O początkach udomowienia bydła w Chinach por.  E.  H y a m s,  Zwierzęta w służbie człowieka, przeł. J. Gliwicz, Warszawa 1974, s. 117–118. Autor zgłasza tam dość kontrowersyjną tezę: Wydaje się, że Chińczycy nigdy nie udomowili sami bydła na swoich terenach. Bydło ich należące do obu typów – B. Primigenius i B. longifrons – pochodziło raczej z zachodu. Nie wiadomo, kiedy przywędrowało na te tereny, ani skąd, ale do stosunkowo niedawnych czasów Chińczycy używali swoich krów i byków wyłącznie jako zwierząt pociągowych, nie jedli ich mięsa ani nie pili ich mleka. [tamże, s. 118]

[2] Por.  W.  K o p a l i ń s k i,  Bydło domowe [w:] Opowieści o rzeczach powszednich, Warszawa 1988, s. 225–230.

[3] J.  M a j i a,  Podstarzały walczący byk, w. 1–18.

[4] J.  M a j i a,  tamże, w. 1–41.

[5] J.  N e e d h a m,  Wielkie miareczkowanie Nauka i społeczeństwo w Chinach i na Zachodzie, przeł. I. Kałużyńska, Warszawa 1984, s. 384–385.

[6] J.  M a j i a,  Podstarzały walczący byk, w. 42–50.

[7] D.  W a l t e r s,  Mitologia Chin, przeł. W. Szkudlarczyk, Poznań 1996, s. 39. Por. też    M.  J.  K ü n s t l e r,  Tkaczka i pasterz [w:] Mitologia chińska, Warszawa 1981, s. 247–252.

[8] J.  M a j i a,  Śmierć walczącego byka, w. 1–15.

[9] E.  H e m i n g w a y,  Walka byków – tragedią [w:] tegoż, Sygnowano: Ernest Hemingway, przeł. B. Zieliński, Warszawa 1979, s. 105.

[10] Owce pojawiają się w wielu wierszach Jidiego Majii, por. np. Ludowa piosenka, Wygnanie, Życzenia na Święto Powracających Gwiazd, Do dziewczyny Butuo, Uspokojenie, Słyszałem, Biały świat, Czekam tu na ciebie, Jeszcze jedna dopowiedź, Wielka rzeka, Rodzima ziemia. Zwierzęta parzystokopytne w tej poezji to także krowy, kozły, barany i jaki. Dodajmy tutaj, że: Owca to ósmy znak chińskiego zodiaku. Chińskie słowo yang może być także tłumaczone jako „baran” lub „koza”, o czym powinien pamiętać każdy, kto studiuje chińską astrologię. Z porównania zodiaków chińskiego i zachodniego wynika, że3 w obu systemach występują Owca i Byk. Ale to, że Bawół w zodiaku chińskim i Byk w zachodnim zajmują taką samą, drugą pozycję jest zupełnie przypadkowe – trzeba pamiętać, że Owca z zodiaku chińskiego i Baran z zachodniego są znakami przeciwstawnymi. [D.  W a l t e r s,  Mitologia Chin, dz. cyt. s. 137]

[11] K.  D a r w i n,  Sposoby wyrażania uczuć u zwierząt [w:] tegoż, O wyrazie uczuć u człowieka i zwierząt, przeł. Z. Majlert i K. Zaćwilichowska, Warszawa 1988, s. 107–108.

[12] J.  M a j i a,  Śmierć walczącego byka, w. 16–29.

[13] Por.  K.  D a r w i n,  dz. cyt., s. 152.

[14] J.  M a j i a,  Śnieżna pantera, w. 1–13.

[15] Por.  D.  W a l t e r s,  dz. cyt., s. 173.

[16] M.  J.  K ü n s t l e r,  dz. cyt., s. 280.

[17] J.  M a j i a,  Śnieżna pantera, w. 14–26.

[18] Por.  L.  M a r t i n e k,  Úvod  [w:] J. Majia, Prameň poézie, Opava 2019, s. 6.

[19] O symbolice i mitologizowaniu pantery por.  J.  C.  C o o p er,  Zwierzęta symboliczne i mityczne, przeł. A. Kozłowska-Ryś, L. Ryś, Poznań 1998, s.196.

[20] M.  E l i a d e,  Symbolizmy i techniki szamańskie w Chinach [w:] tegoż, Szamanizm i archaiczne techniki ekstazy, przeł. K. Kocjan, Warszawa 1994, s. 451–453.

[21] J.  M a j i a,  Ja, śnieżna pantera, cz. 1, w. 40–44.

[22] M.  E l i a d e,  Tybet, Chiny i Daleki Wschód  [w:] dz. cyt., s. 453–455.

[23] J.  M a j i a,  Ja, śnieżna pantera, cz. 15, w. 1–30.

[24] Por. Ai Chun Xu i zespół, Status and conservation of the snow leopard Panthera uncia in the Gouli Region, Kunlun Mountains, China, „Fauna & Flora International” 2008, nr 42 (3), s. 460–463.

[25] J.  M a j i a,  Ja, śnieżna pantera, cz. 5, w. 20–21.

[26] Tamże, w. 10 – 14.

[27] J.  M a j i a,  tamże, cz.16, w. 1–37.

[28] Por.  S.  B a g c h i,  C.  M i s h r a,  Snow leopard diet [w:] tychże, Living with large carnivores: predation on livestock by the snow leopard (Uncia uncia), „Journal of Zoology” 2006, s. 3.

[29] J.  M a j i a,  Ja, śnieżna pantera, cz. bez numeru pomiędzy cz. 8 i 9.

[30] Por.  J.  M a j i a,  Górskie kozły Gunyilady – ta jaźń migruje w świadomości poety, by w końcu rozpuścić się wraz ze snami w nicości: Znowu badam perspektywę/ Tej wspaniałej domeny/ Która prawdziwie/ należy do sfery nieba/ Otwiera się na rozległość/ Prowadzi gdzieś magicznie i ponadczasowo/ W tym miejscu pustki i chłodu/ Gdzie echa kopyt gasną w ciszy/ Półksiężyc rogów samca/ Ruszył naprzeciw mknącej chmurze/ A za nim czarna otchłań/ Jak zmieszanie w oczach dziecka/ Jak nieuchwytne niebieskie fale/ W przestrzeni moich snów/ Nie mogę obejść się bez tej gwiazdy/ W obrębie duszy/ Nie mogę obejść się bez rozświetlonej błyskawicy/ Boję się że jeśli zostały zgubione/ Na wysokości Wielkiego Liangshanu/ Moje sny rozpuszczą się w nicości. [w. 1–19]

[31] C.  L e v i – S t r a u s s,  Opowieść o rysiu, przeł. E. Bekier, Łódź 1994, s. 6.

[32] J.  M a j i a,  Ja, śnieżna pantera, cz. 17, w. 1–28.

[33] J.  M a j i a,  Dziecko i powrót myśliwego, w. 1–31.

[34] N.  D r u r y,  Szamanizm, przeł. H. Smagacz, Poznań 1994, s. 15.

[35] Por.  J.  M a j i a,  Dziecko i powrót myśliwego, w. 21.

[36] N.  D r u r y,  dz. cyt., s. 16.

[37] C.  L e v i – S t r a u s s,  dz. cyt., s. 143.

[38] J.  M a j i a,  Ostatnia legenda, w. 1–13.

[39] J.  M a j i a, Dziecko i las, w. 1–7.

[40] K.  J a r z y ń s k a,  Epika dalekowschodnia [w:] tejże, Eposy świata U źródeł kultur, Warszawa 2011, s. 231–232.

[41] J.  M a j i a,  Finał dramatu poety, w. 1–14.

[42] W innym wierszu Majia odnotuje inną obecność tygrysa w jego życiu i twórczości: Piszę wiersze, bo miałam chińską nianię Han,/ Często opowiadającą, że w jej rodzinnym mieście/ Jest człowiek, który może zmienić się w białego tygrysa, por. tegoż, jeszcze jedna dopowiedź, w. 18–20.

[43] N.  D r u r y,  Wschodnia Azja i Bliski Wschód [w:] dz. cyt., s. 41.

[44] J. M a j i a, Wabik na jelenia, w. 1–27.

[45] J.  M a j i a,  Jesienny portret, w. 1–22.

[46] Por.  J.  S ł o w a c k i,  Żmija, Pieśń I Sumak.

[47] E.  Don W i l s o n,  A.  M.  R e e d e r  D e e (red.) Muntiacus [w:] Mammal Species of the World. A Taxonomic and Geographic Reference, Baltimore 2005.

[48] Por. Pozwól stać się powietrzem, słonecznym blaskiem/ Głazem, rtęcią, kwiatami ligustru/ Żelazem, brązem/ Perłowymi muszlami, azbestem, fosforem/ Och czarny śnie, co wkrótce mnie pochłoniesz i rozproszysz/ Pozwól mi zniknąć pod twoją łagodną pieczą/ I stać się łąką, stać się stadami/ Mundżakiem, skowronkiem albo karpiowatą rybą/ Krzesiwem dla skaczących iskier/ Siodłem i drumlą, [J.  M a j i a,  Rapsodia w czerni, w. 31–40].

[49] J.  M a j i a,  Ktoś pyta…, w. 1–7.

[50] Jelonkowiec błotny, inaczej nazywany jelonkiem błotnym albo sarenką wodną (Hydropotes inermis) – gatunek ssaków parzystokopytnych z rodziny jeleniowatych. Por.  A.  T.  S m i t h,  Y.  X i e,         A Guide to the Mammals of China, Princeton 2008. Por też:  A – M.  S c h i l l i n g,  G.  R ö s s n e r, The (Sleeping) Beauty in the Beast, A review on the water deer, Hydropotes inermis „Hysterix” 2017, nr 28 (2).

[51] J.  M a j i a, Duch starej krainy, w.

[52] Por. przyp. 45.

[53] Por.  J.  M a c K i n n o n,  K.  P h i l l i p p s,  A Field Guaide to the Birds of China, Oxford 2018, tabl. 1185 i s. 474–475.

[54] O znaczeniu pięknych ptaków dla Chińczyków por. L.  S h i c h e n g,  The Red-crown Cranes of Yancheng, Nankin 2018, s. 8–30.

[55] Tamże, s. 1.

[56] J.  M a j i a,  Ja, śnieżna pantera, cz. 5, w. 1–14. Por. też. tegoż, Ostatni zew, w. 42.

[57] Por.  M.  K u c z y ń s k i,  Wstęp [w:] tegoż, Dzieje starożytnych Chin Kroniki pierwszych dynastii, Warszawa 2018, s. 7.

[58] J.  M a j i a,  Wędrujące plemię, w. 34–49.

[59] Warto tutaj przypomnieć, że w 1819 roku, angielski poeta romantyczny  J.  K e a t s  napisał swoją zdumiewającą Ode To a Nightingale (Odę do słowika), w której przekazał w śpiewie tego ptaka wiedzę o stworzeniu i kosmicznej egzystencji człowieka. Jego romantyk widzi piękno świata, ale cierpi też niewymowne męki z powodu swojej wrażliwości – dlatego pragnie samounicestwienia. Patrząc w ciemność i wsłuchując się w śpiew słowika, mówi: Darkling I listen; and for many a time/ I have been half in love with easeful Death,/ Call’d him soft names in many a mused rhyme,/ To take into the air my quiet breath;/ Now more than ever seems it rich to die,/ To cease upon the midnight with no pain,/ While thou art pouring forth thy soul abroad/ In such an ecstasy!/ Still woulds thou sing, and I have ears in vain –/ To thy high requiem become a sod. Wiersz Keats’a należy do najpiękniejszych liryków jakie człowiek kiedykolwiek stworzył, będąc wyrazem piękna najczystszego, jest też manifestem romantyzmu, istnienia wrażliwego i stale szukającego potwierdzeń własnej wrażliwości – podobnie jest u Jidiego Majii.

[60] W poezji Majii oprócz ptaków z przywoływanych wierszy pojawiają się m. in. turkawki, łabędzie, kruki, skowronki, wrony, mewy, sępy, dzikie gęsi, ptak agachamo.

[61] Por.  J.  M.  G  L e  C l é z i o,  Meksykański sen albo przerwana myśl Indiańskiej Ameryki, przeł. Z. Kozimor, Warszawa 2010, s. 139–140. Francuski noblista wskazuje tutaj, że ludy indiańskiej Ameryki wiedzą, że czas jest cykliczny i wciąż czekają na zbliżające się nowe kataklizmy dziejowe.

[62] J.  M a j i a,  Boski kondor,  w. 1–24.

[63] Por.  A.  J a c q u e s – C o p er,  G u i l l e r m o  C u b i l l o s,  J.  T.  I b a r r a, The Andean Condor as bird, authority, and devil: an empirical assessment of the biocultural keystone species concept in the high Andes of Chile, Ecology and Society 2019 nr 24. Warto też pamiętać, że kondor ulega wielu metamorfozom zoomorficznym w mitach i legendach indiańskich, co ma też związek z nieco psychodelicznym ich charakterem. Por. też  N.  D r u r y,  U źródeł szamanizmu Ameryka Południowa [w:] tegoż, dz. cyt., s. 36.

[64] J.  C.  C o o p e r,  dz. cyt., s. 109.

[65] J.  P.  C o r n i s h,  Świat zwierząt ptaki, gady, ryby, t. 2, Warszawa 1911, s. 81.

[66] J.  F o w l e s,  Natura przyrody [w:] Kanały czasoprzestrzeni Eseje i inne pisma, przeł. W. Łyś, Poznań 2002, s. 491.

[67] D.  B e r l i n s k i,  O astrologii i sztuce przepowiadania Tajemnice niebieskiego sklepienia, przeł. M. Cierpisz, Kraków 2005, s. 250.

[68] Poeta przywołuje myśl A. Einsteina w wierszu-syntezie pt. Patrząc wstecz XX wieku, w. 27.

[69] D.  B e r l i n s k i,  dz. cyt., s. 250–251.

[70] Por.  K.  K a w a f i s,  Świece, przeł. Z. Kubiak [w:] tegoż, Wiersze zebrane, Warszawa 1981, s. 64.

[71] J.  M a j i a,  Ja, śnieżna pantera, cz. 11, w. 3–11.

[72] O mitologii orła por.  M.  J.  K ü n s t l e r,  Mitologia chińska, dz. cyt., s. 285–294; Mitologia żurawia: L.  S h i c h e n g,  The Red-crown Cranes of Yanchengdz. dz. cyt., s. 8–30. Na temat obrzędów związanych z mitologią bażanta por.  M.  G r a n e t,  Cywilizacja chińska, dz. cyt., s. 189–191.

[73] J.  M a j i a,  Rozsłoneczniony śnieg, cz. 2, w. 1–9.

[74] Por.  J.  M a j i a,  Zhygealu, w. 10–14.

[75] J.  M a j i a,  Z rzeki czasu, w. 16–20.

[76] J.  M a j i a,  Kielich ze szponów orła, w. 1–9. Por. też tegoż, Finał dramatu poety, gdzie poeta sugeruje, że jego plemię zyskiwało moc drapieżcy, pijąc wino z takich pucharów. [Tamże, w.38]

[77] Por.: Cień orła wnikał w pradawną/ Tajnię głębokiego wąwozu. [Finał dramatu poety, w. 15–16]

[78] Por.  M.  E l i a d e,  To, co „objawiają” symbole [w:] Mefistofeles i androgyn, przeł. B. Kupis, Warszawa 1994, s. 94 i 216.

[79] J.  M a j i a,  Pogrzeb orła, w. 1–12.

[80] R.  G i r a r d,  Czym jest mit? [w:] tegoż, Kozioł ofiarny, przeł. M. Goszczyńska, Łódź 1991, s. 48–49.

[81] Chodzi tutaj o rozumienie mądrości jako buddyjska pradźńa, a więc nie jako dorobku intelektualnego, ale jako bezpośrednio doświadczana, intuicyjna mądrość, dla której decydującym momentem jest zrozumienie i wgląd w prawdziwą istotę świata i tak zwane rzeczy ostateczne. Por. Księga Mądrości Wschodu, przeł. M. J. Künstler, Warszawa 1997, s. V.

[82] J.  M a j i a,  Brama czasu, w. 1–81.

DROGA DO KORDOBY

 

Federico Garcia Lorca, po tym jak został zamordowany przez skrajnie prawicową bojówkę na początku hiszpańskiej wojny domowej, stał się symbolem ulotności życia – obdarzony wspaniałym talentem literackim, musiał pogodzić się z wyrokami losu. „Piosenka jeźdźca”, wspaniale przetłumaczona przez Mariusza Wesołowskiego, antycypuje to, co wydarzy się w sierpniu 1936 roku. Uroda i ostateczność tego wiersza kazały mi zamyślić się nad nim przez chwilę i dookreślić jego tajemne głębie.

Czasem poecie udaje się utrwalić w wierszu grozę i niepowtarzalność istnienia, chwilę odczuwania rozkoszy istnienia i lęku przed jego końcem. Wszak temporalny charakter naszego świata powiela wciąż ten sam paradygmat, euforycznej inicjacji przeciwstawiając głuchą eschatologię, pierwszemu krzykowi dziecka, ostatni szept starca. I nie będzie od tego ucieczki, dalekie miasta będą pulsować w dali, ludzie nie zatrzymają się ani na chwilę, a ten, który dojdzie do kresu, pogodzi się z eksplodującą w nim samotnością tego, co zostanie. Kordoba/ daleka i sama trwać będzie tuż przed śmiercią nikomu niepotrzebnego bytu i po zgaśnięciu światła w oczach, a po człowieku zostanie tylko pył, rozwiewany przez zimny wiatr. Także podążanie skończy się bezpowrotnie, a świadomość – odzwierciedlając dziwność istnienia w obliczu kosmosu – określi sytuację schyłkową, niewidoczny punkt, który czekał na jeźdźca od początku jego szlaku: Czarny koń, ogromny księżyc/ i sakwy pełne oliwek./ Chociaż dobrze znam tę drogę,/ nigdy nie trafię do Kordoby. Istnienie potrzebuje zapobiegliwości, saków pełnych oliwek i nieustannej rekreacji struktur biologicznych, a nade wszystko celu, do którego dąży. Wszystko wszakże nicuje śmierć, daleka i jakże bliska, stająca się odwiecznym kontekstem dla bytowania solarnego i lunarnego. Zmieniają się barwy i oświetlenie przestrzeni, a ona czeka czujnie pośród wyniosłych wież Kordoby, by  – gdy wypełni się czas jeźdźca – szybko wniknąć w niego, okryć szczelnie czarną zasłoną martwy kształt: Przez równinę pędzę z wiatrem,/ czarny koń, czerwony księżyc./ Śmierć spogląda na mnie z góry,/ z wysokich wież Kordoby. Poeta antropomorfizuje ją i jest przekonany, że obserwuje jego jeźdźca z wysoka, wpatrując się w niego niczym Nemezis, weryfikując każdy jego ruch i każdą chwilę istnienia. Czując swoją śmiertelność, podróżny wie, że zbliżając się do Kordoby, nigdy do niej nie dotrze, bo to, co nieuchronne odbierze mu oddech, krążenie krwi i światło w oczach. Lamentuje, choć wie, że nie odmieni swojej sytuacji – dookreśla drogę i ludzkie doświadczenie, chwali dzielność konia, ale wie, że nie ma dla niego odwrotu i nagłe spięcie rumaka ostrogą, niczego nie zmieni.  O, jak długa jest ma droga! / O, jak dzielny jest mój koń!/ O, jak czeka na mnie śmierć/ zanim trafię do Kordoby. Podąża do Kordoby, tak jak inni ludzie podążają do innych dalekich celów, staje się podróżnikiem w czasie i przestrzeni, w świecie planetarnym i w głębinach wszechświata, ale jest też znakiem pośród mroków i księżycowych blasków. Próbuje wyodrębnić swoją świadomość, nakazującą mu podążać w dal, chce do ostatnich chwil czuć wyjątkowość i grozę istnienia, a godząc się na to, co stanie się w drodze do Kordoby, podkreśla wagę ludzkiej próby bytu.

* * *

Znalazłem się wieczorem w centrum miasta, podążając ku jakimś celom. Niebo już było granatowe, choć jeszcze czuło się w powietrzu rześki oddech dnia. I nagle, gdy stałem na skraju drogi, przy przejściu dla pieszych i patrzyłem na czerwone światło sygnalizacji ulicznej, zrozumiałem, że życie składa się z takich elementarnych zatrzymań i podążeń do przodu. Światła samochodów w oddali przydawały magii tej sytuacji i zapragnąłem ją utrwalić na fotografii. Wyciągnąłem telefon komórkowy i zrobiłem kilka zdjęć, spośród których jedno okazało znakomite, oddające to, co czułem w tej chwili. Szczęście i poczucie przemijalności wszystkiego, pełnia i otwierająca się stale pustka, a nade wszystko zakorzenienie w bycie, danym raz na całą wieczność, niepowtarzalnym jak narodziny i ostatecznym jak śmierć.

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (12)

Od dłuższego czasu jasnowłosa Angel pojawiała się w jego snach, przychodziła nago w nocy i nad ranem, siadała na brzegu łóżka i długo patrzyła jak równomiernie oddycha. A potem budziła go ciepłym oddechem o zapachu truskawek i wiśni, jak w piosence Nancy Sinatry i Lee Hazlewooda. Otwierał oczy lekko zdziwiony i próbował zrozumieć czy wciąż śni, czy może przebudził się i przeniknął senne mgły. Ona lśniła wyraziście i powoli przysuwała się do niego, aż poczuł delikatne dotknięcie ust i muśnięcie piersi o tors. Była niewielką kobietą, ale jej kształty były idealne, jakby stworzone dla niego, dopasowane do muskulatury, mieszczące się dokładnie w nim, niczym pierwotna forma w doskonałym wzorcu. Potrafiła mierzwić długie blond włosy, tworzyć z nich faliste przestrzenie, które pod światło wyglądały jak anielski puch. Unosił ją lekko nad sobą i wsuwał się delikatnie w róż, czując jak jej ciało pulsuje i promieniuje jasnym ciepłem. Złączony z nią przyciskał ją subtelnie do siebie i odpychał na chwilę, by znowu ją przybliżać. Całowali się czule, szukając połączenia ust w burzy gęstych włosów i wtedy lekko dmuchał w jej grzywkę, wędrował ustami po brwiach, dotykał rzęs i niewielkiego noska. Ich oddechy były czyste i rześkie, a aromat owoców leśnych rozlewał się w ciałach niczym w tajemniczym, prześwietlonym słońcem lesie. Jednym ruchem ręki przywoływała tysiące motyli, które zastygały nad nimi i falowały lekko, generując tęskną pieśń. W takiej chwili nie wiedział czy motyle wzniosły się z pościeli i poduszek, czy sfrunęły ze zwiewnych zasłon, barwy wciąż się rozmywały, a rozkosz lśniła na ustach jak krople porannej rosy na amarantowych różach. Jej niebieskie oczy połyskiwały pośród mroku, a delikatne złote żyłki, migały nad nim jak tajemne ogniki, potwierdzające realność chwili albo ułudę wieczności.

Przyciągnął ją silniej do siebie i przesunął lekko na bok, starając się wciąż być w niej zapięty jak drogocenny diadem na szyi księżniczki. Chwycił jej kształtne uda i rozsunął lekko, cały czas pulsując i drgając rytmicznie. Powędrował dłońmi do stóp i przysunął je ku ustom, całując leciutko każdy palec, przebiegając końcem języka aksamitną skórę, zatrzymując się na śródstopiu i chuchając leciutko w przestrzeń między najmniejszym palcem i sąsiadującym z nim nieco większym, jak wszystkie, pokrytym różowym lakierem. Spostrzegł, że miała zamknięte oczy i tonęła w rozkoszy niczym trzcina naginana przez wiatr, wsuwająca się ledwie na chwilę w toń jeziora. Całował zapamiętale stopy i podążał językiem poprzez łydki ku kolanom, a potem nagle wysunął się z niej i przybliżył usta do łona, muskając czule językiem głębię różu. Angel drżała coraz mocniej i przyciskała do siebie jego głowę, aż zaczęła oddychać pełną piersią i wyrażać to co czuła głosem głębokim, bliskim krzyku albo najczystszej pieśni. Czuł, że daje jej coś wyjątkowego i starał się muskać ją jak najdelikatniej, jak najczulej, pragnąc przekazać jej końcem języka energię z innych światów i innych miłosnych spotkań. Gładził rękoma miejsce, gdzie kończą się uda, czasem dotykając je białymi zębami albo chwytając ustami aksamit skóry, czując, że tonie i zapada się w niewidzialnym krysztale. Teraz czuł wyraźnie, że wciąż śni, chociaż jej ciało było tak realne, obfite piersi ginęły w jego dłoniach i wysyłały wciąż subtelne ciepło, a na udach pojawiły się smużki potu. Jej ruchliwość rymowała się z barwnymi oparami, przesuwającymi się nad nim, nicującymi motyle, anioły i barwne mozaiki znaczeń. Na chwilę otworzyła oczy i uśmiechnęła się lekko, jakby chciała go zachęcić do dalszej aktywności, jakby wypowiadała bezgłośną prośbę by ta chwila nigdy się nie skończyła, by rozpalony blask nigdy nie zgasł, a dotyk jego skóry był tak samo wyrazisty jak oddech, jak smak pocałunków i ciepło rozlewające się w jej głębiach. Zrozumiał to w mig i jeszcze raz wsunął się w nią delikatnie, wypełnił sobą bolesną lukę i uruchomił w jej myślach pęd wyrazistych obrazów, ornamentów z motylich skrzydeł i anielskiego puchu.

Znowu wolno całował jej stopy, obiegał wilgotnym językiem ich kontury, wciskał się pomiędzy małe palce, a potem nachylał się nad nią i czując kosmiczną łączność, całował ją nieprzytomnie, jakby nic nie istniało, jakby istotą chwili był smak ust i giętkość języka. Znowu zapragnęła znaleźć się nad nim i przez chwilę, gdy rozłączyli się, stracił poczucie realności, utracił ją jakby utonęła w matowej mgle, jakby przepadła na zawsze. Ale przecież zaraz wróciła, skierowała się ku jego twardości i posiadła ją gwałtownie, nadając tempo grze i rozrzucając na boki rozświetlone włosy, połyskujące ogniem świec i blaskiem kielichów wypełnionych winem. Teraz całował jej dłonie, brał w usta kciuki i zaplatał jej małe palce w swoich palcach, czując jej wciąż puls, przenikając zasłonę jawy i snu. Pochyliła się nad nim i omiatała jego twarz włosami, które pachniały młodą kobietą i czymś nierealnym, jakby wydobytym z głębin rozkoszy. Jej szczytowanie przyszło nagle i trwało dość długo, by odebrać siły i dać poczucie rozmycia się w rozkoszy, pęknięcia na miliony barwnych cząstek, a potem powrotu z poczuciem spełnienia i trudnej do wyrażenia pełni. Leżeli obok siebie, jak wojownicy po walce i wpatrywali się w ciemność, a dłonie wciąż niecierpliwie wędrowały po ciałach, osaczały ciepło i rozgarniały żar. Spojrzał na nią z boku i zobaczył jak uśmiecha się tajemniczo, a potem nagle rozwija wielkie, białe skrzydła i unosi się nad łożem, zawisa w pustej przestrzeni, jeszcze ruchem ręki daje znak, że odchodzi, jeszcze uśmiechem żegna się na chwilę i na zawsze. On mdleje i widzi, że motyle formują się w fantastyczne wzory na jej skrzydłach i opalizują niczym satyna. Wszystko odpływa, wszystko znika i aksamitny sen bierze go w swoje ostateczne władanie, a czerń zamazuje wszystko dookoła. Oddycha rytmicznie i czuje, że to spotkanie było prawdziwe, ulotne jak ciepła mgiełka i realne jak bieg krwi w żyłach. Zapadając sen czuje jak jej usta znowu dotykają jego ust, jak wnika w nią bezszelestnie i zostaje na zawsze.  Na zawsze…

CZARNY NEFRYT (4)

Stara Xi Lan wcierała maść z jadu węża w skronie Czao i dziewczyna powoli zaczęła się budzić. Spojrzała w prawo i spostrzegła, że w pomieszczeniu, w którym się znajdowała, palił się wielki czerwony lampion, ozdobiony wizerunkami smoków. Znowu pojawiły się w jej świadomości straszne sceny z rodzinnego podwórka i łzy szerokimi strugami zaczęły wypływać z kącików jej oczu. Starucha namaszczała nagie ciało wonnymi olejkami i czyniła to bardzo niedelikatnie, często zadzierając paznokciami skórę. Szczególnie wiele miejsca poświęcała miejscom intymnym Czao, nieomal je pieszcząc, naciągając aż do bólu mięśnie u końca ud i na pośladkach. Patrzyła mętnymi, czarnymi oczyma na dziewczynę, zauważała jej piękno i zazdrościła jej młodości. Gdy Czao spała, delikatnie wsunęła jej wskazujący palec w łono i stwierdziwszy, że dziewczyna jest dziewicą, mlasnęła głośno, zamyśliła się na chwilę, a potem obnażyła w obleśnym uśmiechu zęby, cuchnące i poczerniałe od próchnicy. Jej praca dobiegała końca, więc odstawiła czarną misę z wonnym olejem, odsunęła kubeczki z alkoholem i octem. Sięgnęła po mokrą szmatkę i lekko muskała nią policzki, szyję i piersi dziewczyny, przykładała ją na chwilę do brzucha, obiegła nią po raz ostatni uda i łydki. Wyraźnie zadowolona, odsunęła się nieco i patrzyła na Czao, która nie przestawała cichuteńko łkać.

– Nie bój się dziecko, jesteś w domu dobrego pana, Wanga Quana, poborcy podatkowego i włos nie spadnie ci tutaj z głowy – powiedziała, siląc się na uśmiech.

Dziewczyna zaczęła głośniej płakać i starucha uszczypnęła ją boleśnie w brzuch. Chwyciła też mokrą szmatkę i machnęła nią przed oczyma Czao, tak jakby chciała ją uderzyć.

– Nie rycz głupia… – zaskrzeczała jakoś inaczej, ze złością – ciesz się, że jesteś młoda i masz coś, co jest cenne jak skarb…

Czao odwróciła głowę w drugą stronę, pomyślała, że musi być twarda i zaczęła powoli uspokajać się. Jednocześnie zauważyła, że na jedwabnej ścianie tego pomieszczenia pojawił się na moment jakiś ruchliwy cień. Serce jej zadrżało, ale przemogła się, odwróciła głowę do staruchy i udała, że się uśmiecha. Ta tylko na to czekała, natychmiast przybliżyła się do dziewczyny, z szelmowskim śmiechem pocałowała ją w brodawkę prawej piersi i klasnęła cicho w dłonie.

– Wiedziałam, że jesteś rozsądna… – zasyczała jak żmija – Pan Wang da ci wielkie szczęście, bo to silny mężczyzna, potrafiący rozpalić rozkosz w kobiecie… Musisz tylko być uległa i pozwolić mu na wszystko… Na początku trochę poboli, a potem już czekać będziesz na niego niecierpliwie i zapamiętasz każdą chwilę z nim…

Czao słuchała przerażona, ale próbowała coś wymyślić, znaleźć jakiś słaby punkt w pokoju. Kiwnęła potakująco głową w taki sposób, że mogła jeszcze raz spojrzeć ku ścianie, na której pojawił się cień. Tym razem niczego jednak nie zauważyła, więc wlepiła oczy w Xi Lan i nieznacznie się do niej uśmiechała. Uspokoiła ją tym na tyle, że baba zebrała naczynia i szmatki, wstała z klęczek, a wychodząc, powiedziała:

– Pośpij trochę… Niewiele kobiet ma w życiu takie szczęście jak ty… Gdybym umiała czarować, ukradłabym ci twoją młodość, to wiotkie ciało, czerń włosów i biel zębów… Śpij, bo pan nie da ci spać, gdy przyjdzie tutaj…

– Będę posłuszna – powiedziała cicho Czao – Dziękuję, że mnie przygotowałaś i nie zapomnę ci tego…

Starucha wyszła przez odsuwane drzwi, a Czao zamknęła oczy i przerażona zastanawiała się, co ma teraz robić. Pierwsza myśl, jaka jej przyszła do głowy, to ta, by przewrócić lampion i podpalić dom. W wielkim zamieszaniu może uda się jej uciec… szybko odrzuciła jednak ten pomysł, bo wiedziała, że zaraz pojawią się strażnicy, ugaszą ogień, a ją zabiją. Nagle usłyszała charakterystyczne szurnięcie drzwi, otworzyła więc oczy i prawie skoczyła na równe nogi. Przed nią stał ukochany Ai, do którego tyle razy ostatnio biegała myślami. Mężczyzna przyłożył palec do ust i dał jej znak by usiadła. Wyciągnął też zza pasa niewielki nóż i podał go ukochanej.

– Wydostanę cię stąd, ale najpierw muszę zapłacić Wangowi za krzywdę twojej rodziny i innych zabitych… – wyszeptał i przycisnął ją do piersi.

Dziewczyna nie wierzyła w to, co się stało, chciała się do niego przytulić i o tyle rzeczy go zapytać. Kogo jeszcze zabił Wang? Jak się stąd wydostaną? Dokąd uciekną? Wystraszyła się też, że może coś mu się stać. Przecież dookoła było wielu wartowników, psy ujadały i biegały po podwórku i w ogrodzie, a sam Wang był przebiegły i chytry jak przewodnik stada wilków.

– Czekaj cierpliwie i nie ruszaj się stąd, a gdyby mi się nie udało, ukryj nóż pod materacem i pchnij nim tego mordercę. Potem próbuj uciekać… – mówił, choć wiedział, że w takiej sytuacji spotkałaby ją tylko śmierć.

Ona to zrozumiała bez słów i kiwnęła potakująco głową. Jeszcze raz przycisnęła go do swoich piersi i pocałowała z czułością w usta. Poczuła się dzięki temu nieco lepiej, splotła palce prawej dłoni z jego palcami, potem spojrzała mu głęboko w oczy i rzekła:

– Uważaj na siebie… Teraz tylko ty mi zostałeś… Nie przeżyłabym twojej śmierci… Musisz być ostrożny jak ryś i mądry jak tygrys…

– Wiem ukochana i zrobię wszystko byśmy razem stąd uciekli… Najpierw jednak muszę zapłacić Wangowi za to, co zrobił…

– Ja też pragnę jego śmierci, ale może lepiej zostawić go przy życiu i pomścić zabitych w inny sposób – spytała przerażona determinacją Aia.

Niewyraźny szum dał się słyszeć za ścianami, jakieś kroki zadudniły w mroku i psy zaszczekały ożywione. Ai przyłożył jeszcze raz palec do ust, uścisnął mocno ramię Czao i ruszył ku drzwiom z drugiej strony pokoju. Odsunął je ledwie trochę i szybko wniknął w mrok. Dziewczyna została sama, więc by nie prowokować jakichś podejrzeń, położyła się na materacu i czekała na dalszy bieg zdarzeń. Wiedziała, że jej cień może być widoczny przez cienkie ściany. Znowu usłyszała kroki na dziedzińcu i bardzo bliskie szuranie sandałów, zastygła więc w oczekiwaniu i patrzyła jak lampion zaczyna przygasać. Sięgnęła po nóż, przesunęła wskazujący palec po jego ostrzu i odłożyła z powrotem pod materac. Była bardzo zmęczona, wręcz wycieńczona, obrazy pojawiały się w jej myślach i zmieniały się w opętańczym tempie. Gdy otwierała oczy widziała pokój w domostwie poborcy Wanga, a gdy je zamykała w tym samym pokoju kłębiły się potwory, jakieś monstrualne twarze przybliżały się do niej i oddalały, znowu napływały i umykały niczym zdmuchnięte płomienie. Nie wiedziała kiedy zasnęła, tak nagle wpadła w czarną przepaść i w ułamku sekundy straciła świadomość. Nie mogła przypuszczać, że starucha dodała czegoś do olejków, którymi tak dokładnie ją namaściła. Tajemny środek wniknął przez skórę do jej krwiobiegu i wyrwał ją gwałtownie z tego miejsca – leżała teraz bez ruchu, niczym martwa. Tymczasem Ai ukrył się za niewielką szopką i obserwował duże, oświetlone pomieszczenie, w którym Wang pił wódkę ze swoimi kompanami. Po jakimś czasie do izby tej weszła lekko zgarbiona starucha, coś szepnęła do ucha poborcy i szybko wyszła. Jeszcze dość długo mężczyźni bawili się, pili, pośpiewywali i prześcigali się w okrutnych opowieściach, a potem wszystko zaczęło przycichać. Widać było przez parawanową ścianę, że niektórzy z żołnierzy upadli na ziemię i zasnęli pijani. Ich pan wreszcie odsunął drzwi i wyszedł na podwórko, stanął na środku, otrzepał otwartą dłonią jedwabny strój, po czym wziął się pod boki i spojrzał na czarne niebo, gdzie rysowały się wyraźnie konstelacje gwiazd. Jeszcze usłyszał świst cichej strzały, jeszcze uchwycił kątem oka ubranego na czarno człowieka, który celował do niego z łuku. Pierwsza strzała utkwiła w jego krtani, ale zaraz potem druga pomknęła w kierunku serca i powaliła go w jednej chwili. Ai podbiegł do ciała, chwycił je pod ramiona i przeciągnął do wielkiej studni, tuż przy bramie do ogrodu. Odsunął bambusowe zamknięcie, wyszarpnął obie strzały z trupa, po czym przełożył go przez brzeg studni i wepchnął do niej. Ciało wpadło z rozmachem do wody i po chwili dał się słyszeć dość głośny chlupot. Przywabił on psa, który podbiegł do Aia i zaczął groźnie warczeć. Nie było chwili do stracenia, więc młodzieniec machnął w mroku mieczem i odciął głowę zwierzęciu. Pies był już w locie ku jego gardłu i teraz, gdy Ai go rozdzielił na dwie części, wpadł bezwładnie do studni, tak samo jak Wang. Nie było słychać jednak uderzenia o wodę, bo tułów i głowa zwierzaka uderzyły w wystający z wody korpus poborcy. Ai podbiegł do pokoju, w którym biesiadował Wang i jego kompani, odsunął drzwi i stwierdził, że wszyscy śpią głęboko, chrapiąc i wzdychając ciężko, ziejąc przy tym odorem przetrawionej wódki i wędzonego mięsa. Podchodził powoli, bezszelestnie do każdego z siedmiu złoczyńców i zabijał ich wprawnie nożem, tak że żaden nie zdążył nawet szepnąć. Pamiętał dobrze nauki ojca i wiedział, że ostrze należy wbić w szyję od tyłu i przekręcić je ku górze. W ten sposób błyskawicznie przecina się rdzeń i dociera do pnia mózgu. Ciało nie nadąża z reakcją i śmierć następuje natychmiast, trzeba tylko pochwycić upadającego człowieka i ułożyć go na podłodze. Ai był bardzo sprawny i pozbawił życia siepaczy Wanga w kilka chwil, odczekał jednak jeszcze trochę, upewnił się, że nic szczególnego się nie dzieje, po czym wyszedł na zewnątrz. W tym momencie inne drzwi, od mniejszego pokoju, otworzyły się i młoda kobieta, ubrana w tradycyjny chiński strój, przemknęła do ogrodu. Ai stał nieruchomo w ciemności i czekał na bieg wydarzeń, bo czuł, że jeszcze ktoś podąży jej śladem. Po chwili jeszcze jedne wrota odsunęły się i ostrożnie wychylił się z nich żołnierz z zakrzywioną szablą, przytwierdzoną do pasa. Rozejrzał się dookoła, a gdy niczego nie spostrzegł pobiegł na palcach za kobietą. Ai już chciał się ruszyć, ale zobaczył, że w półcieniu, przy balustradzie stoi starucha, która wcześniej wchodziła do Wanga. Teraz popatrzyła ona za kobietą i żołnierzem, a potem wychyliła się i nie widząc światła w pokoju Czao, pokiwała głowa, coś pod nosem zamamrotała i wsunęła się do jednego z pokoi. Młodzieniec tylko na to czekał, skoczył zwinnie do przodu, przemknął przez podwórze, odsunął drzwi i znalazł się raz jeszcze obok ukochanej. Zauważył, że śpi bez ruchu, dotknął zatem jej ramienia i szepnął:

– Czao, pora uciekać…

Nie było żadnej reakcji z jej strony, ale regularne oddechy wskazywały na to, że dziewczyna żyje. Straszna myśl, że została otruta, przemknęła mu przez głowę, ale nie było czasu na rozmyślanie o tym. Szarpnął mocno i wprawnym ruchem zarzucił ją sobie na prawe ramię. Powoli, delikatnie, z lekkością pantery, wysunął się na podwórze i zaczął umykać w kierunku ogrodu. Pamiętał o schadzce żołnierza i kobiety, ale nie było innej drogi ucieczki – stąpał zatem lekko po ścieżce, zatoczył dwa dodatkowe kręgi, aż w miejscu, gdzie był wypielęgnowany trawnik i gęsty klomb kwiatowy, zobaczył parę, w miłosnych uściskach.  Poczekał dość długo, a gdy zorientował się, że kochankowie są u szczytu miłosnej gry, przemknął pomiędzy drzewami, kilka metrów od nich. Pokonał płot, jeszcze raz przyjrzał się Czao, posłuchał czy bije jej serce, a potem ponownie zarzuciwszy ją sobie na ramię, ruszył w kierunku odległego lasu bambusowego. Wiedział, że ma przewagę kilku godzin, póki w domu nie odkryją co się stało, póki nie znajdą pierwszych trupów, a nieobecność pana, nie spowoduje paniki i bieganiny. Szybko dotarł do lasu i podążał nim dość długo, ale w końcu musiał zmienić kierunek, udać się ku górskiemu wodospadowi, poprzez który przedostał się do wielkiej jaskini, a potem dalej, na łąkę, gdzie był ukryty domek. Gdy przechodził przez strumień i wodospad, Czao, oblana lodowatą wodą, zaczęła się budzić, ale wciąż majaczyła, stale jawa mieszała jej się ze snem. Ułożył ją na stercie zwierzęcych skór, przykrył innymi skórami, pocałował w czoło i podszedł do paleniska rozpalić ogień. Był tak zmęczony, że ledwie pojawiły się pierwsze płomienie i poczuł napływające ciepło, osunął się na drewnianą ławę, okrył skórą jaka i natychmiast zasnął twardym, kamiennym snem.

DAWNA KOLEKCJA (8)

Szczególne miejsce w mojej utraconej kolekcji miała seria znaczków z Konga Belgijskiego prezentująca afrykańskie maski, totemy i hebanowe figurki. Różniły się kolorami – od czerwieni, przez zieleń, błękit i szarość do barwy pomarańczowej – i cenami, podanymi we frankach. To były lata siedemdziesiąte dwudziestego wieku i czytałem wtedy wiele książek o Afryce, o odważnych podróżnikach i misjonarzach, ale też czasami sięgałem po dziwne opracowania polityczne, estetyczne i etnograficzne. Gdy zatem mój filatelista przedstawił mi tę serię, moje oczy roziskrzyły się i od razu ją kupiłem, choć cena była bardzo wysoka, zapewne większa, niż rzeczywista wartość tych walorów. Te maski i totemy ekspandowały moją wyobraźnię do samego centrum Czarnego Lądu i rodziły podziw dla umiejętności manualnych czarnoskórych artystów. Patrząc na mapy i zerkając na znaczki, wyobrażałem sobie tańce przy ogniskach, tancerzy w jutowych sukniach, z maskami na głowach. A w okolicy rodowych i wioskowych totemów widziałem czarowników, szamanów, starszyznę i wodzów, którzy moderowali uroczystości i przydawali im powagi. Zapewne, w zamierzchłych czasach, miały tam miejsce obrzędy kończące się kanibalistyczną ucztą, a maski niejedno widziały. Jakże fascynowała mnie ich afrykańskość, to połączenie prymitywizmu z wyrafinowaniem artystycznym i umiejętnością skrótowego oddania funkcji plemiennej i pierwiastkowych uczuć. Maski zawsze odgrywały ważną rolę w ceremoniałach kulturowych, wzmacniając rangę ich uczestników lub działając na wyobraźnię widzów – będąc rodzajem rekwizytów teatralnych, przypominały też o zakorzenieniu w rzeczywistości tajemnej, odsłaniającej się w upojeniu alkoholowym lub po spożyciu narkotyków. Chodziło też o to, by wywołać wrażenie, że czarownicy lub szamani dysponują niespotykanymi mocami transmigracyjnymi, mogą udawać się do krain zmarłych lub przywoływać z nich duchy. Łatwo można sobie wyobrazić jakie wrażenie robiły te artefakty kulturowe na dzieciach i młodzieńcach, przygotowujących się do obrzędów inicjacyjnych. To było jakby bezszelestne wnikanie w świadomość i przenikanie do podświadomości, a potem gra tajemnych znaczeń w myślach i snach. Urodziłem się w kwietniu 1958 i w ósmej dekadzie ubiegłego stulecia, gdy z taką pasją zbierałem znaczki pocztowe, miałem zaledwie kilkanaście lat, a więc nie odszedłem daleko od dziecinnych wyobrażeń i snów. Wszystko wtedy kształtowało się we mnie, a nade wszystko potężniał paradygmat literacki i artystyczny, który miał stać się istotą mojego życia. Może maski i totemy z kongijskich znaczków nie oddziałały na moją wyobraźnię w takim stopniu, jak czyniły to realne kształty podczas afrykańskich ceremonii, ale na pewno pobudzały twórcze myślenie. Może dlatego później tak wiele surrealistycznych rysunków stworzyłem i z ogromną mocą dążyłem do zapisania moich doświadczeń w wierszach, prozie i eseistyce. Internet jest cudownym wynalazkiem, więc bez trudu odnalazłem w nim moją serię, dawno przepadłą w przepaściach przeszłości i zdawać by się mogło nieodwołalnie straconą. Jeśli umie się z niego korzystać, owoce mogą być niezwykłe, a dawne pasje mogą wrócić do nas z niezwykłą intensywnością – ściągając obrazy tych znaczków, przypomniałem sobie z jaką nabożną czcią wsuwałem je za celofanowe taśmy do mojego klasera. Sąsiadowały tam z seriami prezentującymi zwierzęta na sawannach, zebry i antylopy, drapieżne koty, małpy i wiele, wiele ptaków, które szczególnie kochałem. Może tego rodzaju pasje – a zbierałem jeszcze egzotyczne banknoty, widokówki, książki, a nawet etykiety zapałczane – uchroniły mnie od popełniania przestępstw, które stały się udziałem moich kolegów. Nie bierzemy się znikąd, a wiele kształtujących nas treści i zdarzeń, ma ogromny wpływ na to kim w końcu będziemy i co w życiu osiągniemy.

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (V)

Nagle dał się słyszeć narastający i ogromniejący pomruk, a potem przeciągły, ostry świst. Skrzydlaci rozpierzchli się w różne strony, a nad Yasmenem pojawił się anioł większy od innych, ubrany w złotą, połyskującą zbroję i szkarłatną szatę. Trzymał w ręku dziwnie powyginaną laskę, jakby kryształowy pastorał, albo monstrualną różdżkę. Jego wzrok przenikał przestrzeń, ale też sondował myśli, wnikając do świadomości i skanując je od chwil pierwszych do ostatnich. Yasmen poczuł dotknięcie ciepła i z miłością zgodził się na jego obecność, ale to trwało ledwie ułamek sekundy, jakby nawiedził go rześki powiew, który tak samo szybko zniknął. Teraz odczucie było przerażające, jakby nagle zawaliły się podstawy przestrzeni niebieskiej, a dobro oddaliło się nie wiedzieć gdzie. Na szczęście po chwili wszystko wróciło do normy i przybliżył się szum rozmów anielskich, bliskich i dalekich, głośnych i szeptanych.

– Widziałeś go…? – pytał z przejęciem czerwony z drużyny Yasmena, ze skrzydłami różowiejącymi na końcach.

– Wszyscy go widzieli i poczuli… – odpowiedział niebieskawy z białymi, rozwianymi włosami.

– To był on…? – pytał dalej pierwszy.

– Któż by inny, tylko on tak przenika nas do głębi i przydaje boskiej mocy… – odrzekł drugi.

Yasmen nagle zatrzymał się w pędzie i dał znak swojej drużynie by też wyhamowała. Chciał rozejrzeć się dookoła i zobaczyć może jakiś ślad po archaniele, bo w sobie już go nie mógł znaleźć. Wszystko zostało zatarte, jakby nic się nie zdarzyło, jakby tylko przez chwilę złota zbroja zalśniła w przestworze, a szkarłatna szata załopotała jak flaga nieskończoności i pełni. Drużyny podążały w górę za swymi przewodnikami i szybko wnikały w wielkie wirowiska, pulsujące rytmicznie i oddalające się szybko. Aniołowie z jego drużyny czekali na znak i wymownie patrzyli na siebie, czasem tylko zerkając w górę, wiedząc, że sygnał zaistnieje w każdym z nich.

– Jeśli Pan jest tak samo czuły, to chciałbym już połączyć się z nim na zawsze – odezwał się zielonkawy, zamykający grupę.

– Bracie, nie może być inaczej, bo on jest miłością… Jeśli jest… – powiedział filozoficznie intensywniej zielony.

– Jak możesz wątpić, przecież poczułeś to ciepłe dotknięcie – obruszył się zielonkawy – odwieczny powiew nieśmiertelności…

– A jeśli to była ułuda…? – wątpił intensywniejszy – opowiadał mi stary Hadzibor, że w zamierzchłych czasach sadze z czeluści nauczyły się przyoblekać w kształt anielski i zwodzić tłumy, popychać je ku upadkowi.

Yasmen chciał się już włączyć do tej rozmowy, ale ubiegł go fioletowy anioł, który z początku drużyny śmignął na jej koniec i wzrokiem uciszył niedowiarka. Teraz już nic nie stało na przeszkodzie, by ruszyli dalej, choć właściwie dowódca nie wiedział gdzie mają lecieć. Wszystkie oddziały i pojedynczy skrzydlaci podążali ku rojowiskom, ale widać też było grupki lecące w inną stronę. Na ukos przestrzeni niebieskiej, albo w odwrotnym kierunku, nie brakowało też grup stojących w miejscu, czasem przez jedno lub dwa stulecia. Jego jednak coś ciągnęło w górę i był coraz bardziej pewny tego, że przeciśnie się przez armie serafinów i znajdzie przejście do Chórów i Tronów, a może nawet i do samego Pana. Spojrzał na pierwszą siódemkę i z radością przywołał w myślach ich imiona:  Darbon,  Dendes,  Babanel,  Froledan, Dalates, Nikomas, Rakapan… Kochał ich jak braci I jak synów, a każdy ruch ich lotek wprawiał go w rozmarzenie i przywoływał jakieś mgliste obrazy z ziemskiego życia. W drugim szeregu wyodrębnił Kolaresa, Dararana, Kakapena, Minosuta, Pludasa,  Biloredana i dziwnie się zachowującego Okinagesa. Każdy z nich o czymś myślał i każdy miał w sobie jego odbicie. Yasmen potrafił lokować ich myśli w osobnych przestrzeniach swej świadomości i przeglądać je jak karty wielkich ksiąg. Drużyna składała się z siedmiuset skrzydlatych wojowników, ale on znał ich wszystkich i gdyby ktoś mu kazał, wymieniałby po kolei: Olinopas, Bidolesan, Osmasa, Muduforet, Artman, Kostoponiel, Okinages. Za nimi jeszcze: Kalafont, Dulama, Kanaredan, Bayran, Hadzibor, Birofanes i Ostoporel. Karta za kartą, ale jedna z nich była szczególna… wspomnienie Olinopasa rozrzewniło go i poczuł niezwykłą więź z tym bytem. Jakby był jego rodzonym bratem, albo synem, jakby istnieli w tej samej ziemskiej przestrzeni, przed wniknięciem do sfery niebieskiej.

Olinopas wyróżniał się urodą – miał twarz dziecka, czerwone włosy i takież same pióra skrzydeł, ale najbardziej zdobiła go zielona szata, pełna złotych okruchów, które jakby kiedyś przyciągnęła ku sobie, w tajemnym procesie kształtowania i istnienia. Jego szeroka pierś pulsowała rytmicznie, dłonie miały subtelny kształt, a nogi były zgrabne jak u ziemskiej kobiety. Pozwalał sobie czasami wysforować się do przodu i lecieć tuż przy Yasmenie, czym narażał się innym aniołom. Kiedyś poczuł na ramieniu dłoń dowódcy i dreszcz przeszył jego jestestwo, powodując, że natychmiast oddalił się i ukrył w dalekiej siódemce. Długo nie mógł się po tym pozbierać, ale czuł, że zdarzenie to było ważne dla niego i dla Yasmena, który odtąd często słał mu jakąś czułą myśl, radził się w sprawach strategicznych lub wyznaczał mu zadania podczas postojów i kolejnych wznowień lotu. Kalafont uśmiechał się ironicznie i szeptał coś do uszu buntujących się braci, jakby chciał osłabić pozycję ulubionego anioła dowódcy. Ten zdawał sobie sprawę z wszystkiego, ale nie potrafił pohamować się w swoich decyzjach i stale forował urodziwego Olinopasa.

– Dlaczego on go tak wyróżnia – pytał Pludas Bayrana, ale zaraz też cichł pokornie, gdy słyszał w sobie złowrogi szept Yasmena.

– Każdy ma swoją rolę – mówił bez słów Yasmen – i każdy powinien robić to, co do niego należy. Trzymaj się szyku Pludasie i nie skłócaj naszych braci… Wszystkich traktuję jednako…

Pludas dołączył do swojej siódemki, odgarnął szerokim gestem niebieskawe włosy i tylko mrugnął okiem do lecącego przy nim Bayrana. Nie umknęło to uwadze dowódcy, ale właśnie mijali inny wielki oddział, więc skupił się na pozdrowieniu przewodnika. Wyciągnął dłoń, wydał rozkaz grupie i wysłał ku mijanym aniołom przesłanie od wszystkich:

– Pan z wami… Niechaj nieskończoność ściele się w waszych bytach jak odwieczna świętość…

– Niechaj przestrzeń niebieska chroni was w drodze… – usłyszeli odpowiedź.

BROMBERG (6)

Przed okazały budynek przy ulicy Gdańskiej 50 zajechał nowiutki czarny citroen z napędem na przednie koła i lśniącym znakiem firmowym, symbolizującym dwie cząstki nowoczesnych kół zębatych. Drzwi otworzyły się z impetem i z auta wyskoczył młody podoficer w czarnym mundurze, pięknie wyprasowanym, z czerwoną opaską na lewym ramieniu i wyrazistą swastyką na niej. Zatrzasnął drzwi i podążył ku schodom zewnętrznym, prowadzącym do głównych drzwi dawnej willi bogatego niemieckiego przemysłowca Wilhelma Blumwego. Teraz była to tymczasowa siedziba SS-Standartenführera Ludolfa von Alvenslebena, dowódcy Selbstschutzu na Pomorzu. Młody podoficer wszedł do głównego holu i skierował się ku sekretarce, siedzącej za biurkiem, na samym środku wolnej przestrzeni. Zasalutował z gracją, zszokowany urodą platynowej blondynki i jej pokaźnym biustem, zatrzymał dłużej wzrok na zgrabnych nogach, widocznych pod blatem, po czym odezwał się, mocno akcentując niemieckie słowa:

– Melduje się SS-Untersturmführer Willhelm Schroeder… Otrzymałem rozkaz stawienia się u mojego dowódcy…

Blondynka spojrzała przeciągle na urodziwego młodzieńca, zauważyła zielone oczy, pięknie lśniące oficerki i mundur, który musiała mu przygotować jakaś staranna kobieta, a potem odezwała się mocnym głosem:

– Hertha Kiebitz, sekretarka SS-Standartenführera Alvenslebena, już pana anonsuję…

Przełożyła jeszcze jakieś papiery z lewej strony biurka na prawą, uniosła się nieco ku górze, sięgając po pióro, które też przełożyła z lewa na prawo, po czym energicznie wstała, odwróciła się na pięcie i podążyła ku wielkim, dębowym drzwiom. Gdy się pochyliła, Willi zauważył natychmiast podniecający przedziałek pomiędzy jej zmysłowymi piersiami i fragment czarnego, koronkowego stanika, a potem szybko zlustrował jej sylwetkę, od czerwonych czółenek na wysokim obcasie, poprzez czarne szyfonowe pończochy z wydatnym szwem, skończywszy na plisowanej różowej spódniczce, opinającej zgrabny tyłek i czarnej marynarce, w klapie której widać było okrągły znaczek ze swastyką. Kobieta otworzyła drzwi bez stukania i wsunęła się do środka, a Willi podążył do przodu by ujrzeć chociaż cząstkę przestrzeni w gabinecie dowódcy. Niestety, niczego nie zobaczył, chociaż dobiegły do niego z prawej strony intymne szepty, a potem coś na kształt klapnięcia w tyłek i ciche śmiechy. Wreszcie sekretarka, nieco rozczochrana, wysunęła się z gabinetu i z lekkim rozbawieniem powiedziała:

– Standartenführer czeka na pana…

Jeszcze raz opromieniła go jej uroda i tym razem zauważył porcelanowo białe zęby, karminowe usta i niebieskie oczy. Uśmiechnął się do niej promiennie, jeszcze raz zawiesił wzrok na zgrabnej sylwetce i podążył ku otwartym, drzwiom. Wszedł do środka, zamknął je za sobą, a potem stanął naprzeciwko wielkiego, ciemnobrązowego biurka na wysoki połysk i siedzącego za nim łysawego mężczyzny. Nad nim wisiał wielki portret Adolfa Hitlera i sporo zdobnie oprawionych fotografii, prezentujących członków rodziny dowódcy i jego rodową posiadłość.

– Panie Standartenführer, melduje się Untersturmführer Schroeder…

Alvensleben wstał zza biurka i podążył ku młodszemu koledze, a gdy znalazł się przy nim, ujął go familiarnie lewą ręką za przedramię, a prawą położył na jego plecach. Następnie patrząc mu głęboko w oczy powiedział:

– Drogi Willhelmie, nie pomyliłem się co do ciebie… Reichsführer Himmler miał wątpliwości czy tak młody człowiek podoła naszym jakże ciężkim zadaniom… Ja jednak wstawiłem się za ciebie i byłem pewien, że wykonasz nienagannie moje rozkazy…

– Tak jest panie Standartenführer… Ku chwale ojczyzny i führera…

Dowódca uśmiechnął się promiennie i podszedł do niewielkiego stoliczka, na którym stały butelki alkoholu. Sięgnął po jedną z nich, zieloną, prostokątną z wizerunkiem jelenia. Przyjrzał się jej, obracając w dłoni, po czym powiedział:

– Lubisz Jägermeistera? To nasz nowy niemiecki wynalazek… Niczym Blitzkrieg…

Sięgnął po dwa duże kielichy i nalał do nich około pięćdziesiąt mililitrów alkoholu. Wstrząsnął lekko każdym z nich, po czym podszedł do gościa i podał mu trunek. Willi posmakował i jego pierwsze odczucie było bardzo pozytywne, o czym nie omieszkał natychmiast poinformować przełożonego.

– Wspaniały smak, panie Standartenführer…

– Tak mój drogi, a dodatkowo mamy tutaj specjalny podtekst w nazwie tego trunku – odrzekł Alvensleben.

Willi zdziwił się, nie rozumiejąc co przełożony ma na myśli,  ale czekał spokojnie na wyjaśnienie.

– Mistrz polowania… Tak, to my drogi przyjacielu… To my nimi jesteśmy. Mistrzami polowania na prymitywne istoty… Nasz führer wyznaczył nam cel i by go zrealizować musimy być twardzi jak stal naszych pocisków, jak pancerze naszych czołgów… Ty okazałeś się wspaniałym myśliwym… Zgasiłeś światło tym, którzy od dawna tkwili w ciemności… jakże podłym i marnym polskim podludziom… Mordercom Niemców…

– Tak jest panie Standartenführer…

– Przestań już z tymi funkcjami kochany chłopaku… Mów mi Bubi. Przecież mamy te same korzenie, a nasi przodkowie mieszkali od dawna na tej ziemi… Teraz ją przywróciliśmy do Rzeszy i nigdy już nie oddamy.  W tym budynku, należącym niegdyś do naszego znamienitego przedsiębiorcy, polska hołota urządziła swój klub i upijała się w tu na umór, plując na naszych kanclerzy i odgrażając się pruskim władcom.

Alvensleben podszedł raz jeszcze do stoliczka, sięgnął po zieloną butelkę i bez pytania dolał Williemu i sobie kolejną dawkę brązowego alkoholu. Uniósł kielich ku górze, potrząsnął nim lekko, po czym wypił wszystko do dna. Potem spojrzał na gościa i wzrokiem zasugerował mu, by zrobił to samo, a gdy ten wychylił zawartość kielicha, powiedział:

– Twoja akcja przy kościele na Szwederowie miała wzorcowy charakter. Gratuluję ci i dziękuję za nienaganne wykonanie moich rozkazów…

– Jestem gotów wykonać następne polecenia… – odezwał się Willi, rozochocony nieco alkoholem.

– O!!! O!!! O!!! To jest postawa godna pochwały – powiedział z emfazą Alvensleben – Tak, tak… nowe zadania czekają na ciebie. Pojedziesz na główny rynek miasta i tam, przy tym ich jezuickim kościele, rozstrzelasz dziesięciu Polaczków…

– Oczywiście, panie Standartenführer… to znaczy Bubi… – odrzekł Willi czerwieniąc się i patrząc w podłogę.

Dowódca zauważył to natychmiast i roześmiał się od ucha do ucha, a potem poklepał po plecach gościa i sformułował rozkaz.

– Proszę zatem jechać na rynek i pomścić Niemców zabitych przez polskie świnie podczas Krwawej Niedzieli, to rozkaz i święty germański nakaz!!! Wszystko tam już jest przygotowane, ordnung muss sein… Musisz tylko spędzić wielu przypadkowych świadków i złapać ich mocno za mordę. Poczekaj, aż zakładnicy zaczną rzęzić ze strachu, a potem wal w nich i zostaw trupy na widoku publicznym…

– Tak jest… – odrzekł Willi i zasalutował na pożegnanie, odwracając się służbiście na pięcie.

Alvensleben podążył do swojego biurka, a młodzieniec otworzył drzwi, a potem domknął je lekko po drugiej stronie.  Już kierował się ku wyjściu, gdy drogę zastąpiła mu sekretarka dowódcy i podała sekretnie jakąś małą kartkę. Jednocześnie odwróciła się od niego, zasiadła za biurkiem i powiedziała dość głośno, tak, by ją usłyszał dowódca:

– Do widzenia panie Untersturmführer Schroeder…

Willi służbiście skinął głową, sięgnął po swoją czapkę, założył ją szybko i ruszył ku wyjściu. Sprężyście zbiegł po schodach, prowadzących na ulicę, otworzył drzwi citroena, wsiadł do środka i nakazał kierowcy jechać na rynek. Serce waliło mu jak oszalałe i dopiero po kilku minutach otworzył prawą dłoń, rozpostarł na niej niewielki kawałek listowego papieru i przeczytał zapisana słowa:

– Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia…? Porozmawiajmy o tym, odwiedź mnie pojutrze o godzinie dwudziestej… polska nazwa ulicy: Chodkiewicza 1, pierwsze piętro. Tak łaknę bólu…

Przeczytał liścik trzy razy i coraz bardziej się rozpalał, czując, że potężnieje jego męskość, a w świadomości pojawiają się wyraziste, perwersyjne obrazy. Hertha rozbiera się przed nim i głaszcze go czule po piersiach, a potem bierze go za rękę i prowadzi do wielkiego łoża z czerwoną pościelą. Tak się zamyślił, tak podekscytował, że nie zauważył kiedy kierowca podjechał w okolice głównego miejskiego rynku i zahamował z piskiem opon. Jeszcze kilka sekund posiedział na swoim miejscu, a potem z rozmachem otworzył drzwi samochodu i wyskoczył na zewnątrz. Żołnierze popychali kolbami karabinów tłum ludzi, kierując ich w stronę kościoła, a po drugiej stronie placu maszerował rytmicznie niewielki pluton egzekucyjny.

PRZEBUDZENIA

Dopiero co wróciłem z kolejnej podróży do Chin i nie przestawiłem się jeszcze czasowo, wciąż trwając w orientalnej strefie godzinowej. Budzę się zatem po czwartej, czasem dosypiam trochę, innym razem nasłuchuję odgłosów nocy lub wstaję i idę na chwilę na górę. Wczoraj dwa razy wyszedłem na taras, by poczuć orzeźwiające chłodne powietrze i spojrzeć w niebo. Za pierwszym razem, około czwartej trzydzieści, odsłonił się przede mną odwieczny majestat konstelacji Oriona, takiej samej od miliardów lat, odbijającej się w oczach ludzi i zwierząt, połyskującej w mroźnych przestrzeniach i stającej się znakiem nieuchronnej wieczności. Chyba pospałem jeszcze ze dwie godziny i gdy po raz drugi, około szóstej czterdzieści, wyszedłem na taras, sytuacja diametralnie zmieniła się – na niebie królował księżyc w tajemniczej otulinie mgły, a pod nim lśniły nad horyzontem dwie planety: Wenus przemykająca bardzo nisko i Mars, goszczący w gwiazdozbiorze Panny. W pewnym momencie zobaczyłem też nikłe błyski październikowych Orionidów, meteorów wlatujących z ogromną szybkością do naszej atmosfery i generujących niezwykłe efekty wizualne. Robiło się coraz jaśniej, mleczne opary wstawały na wschodniej stronie nieba, a pod nimi zaczynały tężeć błękity i amaranty, żółcienie i fiolety. Wstawał nowy dzień, noc zwijała swoje czarne proporce, a moja świadomość podążyła ku pracom, które na mnie czekają. Jakiż to cudowny moment w życiu, gdy łagodnie wchodzi się w starość i zaczyna porządkować dorobek wielu, wielu lat, a przy tym nie zwalnia się tempa i wciąż tworzy się nowe teksty, rysuje i maluje, fotografuje i spogląda w oczy innym ludziom. Żyje się życiem świadomym i spełnionym…

DOMYKANIE KRĘGÓW

Poeci miewają różnorakie przeczucia; szczególnie, gdy mijają magiczne bariery wiekowe, wszak od młodego autora, mającego dwadzieścia kilka lat, niedaleko do mężczyzny w pełni wieku i do realnej starości, sankcjonowanej sześćdziesięcioleciem życia. Tak było też ze Zbigniewem Herbertem, pojawiającym się w tytule tego tomu, gdy opublikował w 1990 roku, w Instytucie Literackim w Paryżu, rozliczeniową Elegię na odejście. Ton tych wierszy i komentarze po jego ukazaniu się na rynku księgarskim, były jednoznaczne – oto wielki poeta żegna się ze światem. Na szczęście dla polskiej literatury, Herbert opublikował jeszcze za życia dwa tomy: Rovigo (1992) i Epilog burzy, a w roku śmierci ukazał się też zbiór, na którego kształt autor miał wpływ, zatytułowany 89 wierszy. Ryszard Częstochowski, w swoim nowym tomie, wyraźnie nawiązuje do formuły odejścia w niebyt i przekazania synowi schedy po sobie, a że życie bywa zmienne i zaskakujące, wcale nie musimy już żegnać się z poetą. Aczkolwiek zarówno tematyka nowych wierszy, jak i ich nastrój, odsyłają wyobraźnię czytelnika ku eschatologii, a efekt ten wzmacnia jeszcze motto ze znanego wiersza Herberta pt. Małe serce, mówiącego o zataczaniu kręgów życiowych i poniekąd nawiązującego do teorii względności Alberta Einsteina. Zaiste nic nikomu nie będzie/ darowane, ale liczy się też dorobek życiowy i jego liczne egzemplifikacje – urodzone dzieci i opublikowane książki, ludzie wzbogaceni w drodze ku konkretnym celom, a nade wszystko ferment myślowy, który twórczy człowiek sprowokował. W przypadku autora tej książki prorocze okazały się słowa Wiktora Woroszylskiego, który już w momencie jego przyjęcia do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, wskazywał, że twórczość ta jest serio i nie wdzięcząca się do czytelnika, prowadząca uczciwy, niewesoły dialog ze światem i borykająca się z jego zniewoleniami i zakłamaniami. Swoją opinię wzmacniał jeszcze przywołaniem opinii Andrzeja Szmidta, który określił poetę jako „gorącego”, dalekiego od wystudiowanego cynizmu wielu autorów z jego pokolenia. Jakże zatem absurdalne stają się uszczypliwości wyartykułowane w Dzienniku (2000–2008) przez Kazimierza Hoffmana, lansowanego przez wiele lat w środowisku bydgoskim jako „Książę poetów”, a w gruncie rzeczy będącego tylko nikłym komentarzem do największych polskich eufonii dwudziestego wieku. Prezentowany tutaj zbiór wierszy jest kolejnym potwierdzeniem, ze Częstochowski jest ważną postacią we współczesnej poezji polskiej, daleko wykraczającą poza regionalne opłotki, intrygującą i mającą swój wewnętrzny świat oraz prywatną mitologię.

Ważnym etapem w życiu Częstochowskiego były pokoleniowe nawiązania do amerykańskich i europejskich kontestacji roku 1968 i lat następnych, kiedy to formowały się ruchy hippisowskie, a narkotyki stały się rodzajem narzędzia poznania tajemnej rzeczywistości. Wcześniej śpiewali o tym Beatlesi, Led Zeppelin, Black Sabath i wiele innych rockowych grup, ale najpełniejszy wyraz kontestacja znalazła w filmie i poezji, ze szczególnym uwzględnieniem twórczości poetów spod zawołania beat generation – Allena Ginsberga, Williama S. Burroughsa, Jacka Kerouaca, Lawrenca Ferlinghettiego, Kena Keseya i innych. Dla kontestatora, takiego jak Częstochowski, trudne było to, że przez lata mieszkał na ulicy noszącej imię jednego ze sztandarowych komunistycznych pisarzy, ale nowa polska rzeczywistość zaskoczyła go raz jeszcze, gdy nazwę przemianowano i w symboliczny dla niego sposób (niczym w przywoływanym śnie), po pracy w Monarze, zaczął wracać do domu znajdującego się teraz przy ulicy Zbigniewa Herberta. To w naturalny sposób tłumaczy tytuł zbioru, a zarazem wskazuje tajemną energię przemian, jakie dokonały się w polskiej rzeczywistości, najpierw po roku 1989, a potem po zamknięciu się millenium. Ale też jest to wskazanie, że poeta patrzy na rzeczywistość jak na ciąg przestrzeni symbolicznych, w których tylko czasem „bywamy”, nie mogąc się zakorzenić w nich „na zawsze”. Przemijanie i gaśnięcie istnienia jest przejmującym tonem tego zbioru, który śmiało można uznać za jeden z najlepszych w dorobku poety. Przypomina on, że w naszej ludzkiej kondycji: jesteśmy skazani na fragment/ nigdy nie obejmiemy całości/ widzimy zawsze tylko część/ kawałek obrazu – to nasze przekleństwo a zarazem codzienna eutanazja, pozwalająca wciąż funkcjonować w świecie straszliwych tragedii i permanentnego umierania, dokonującego się codziennie w ludzkich życiorysach. Wycinek rzeczywistości nie boli tak samo jak obszerny raport, uwzględniający zbrodnie i samobójstwa, błędy chirurgów i nieuwagę  przechodniów, wchodzących pod koła pojazdów – pomijający codzienne kłótnie w rodzinach i niezrozumiałe decyzje, zdawać by się mogło, „spokojnych” obywateli tej samej ojczyzny. Gdy Częstochowski podróżował po świecie i otaczał go nimb „ładnego chłopca” z długimi włosami, wszystko zdawało się być w zasięgu jego ręki, a kolejne „szaleństwa” układały się w jakiś tajemny szyfr dojrzewania i doświadczania anabatycznych rzeczywistości. Ale przecież wszystko zmieniło się, gdy do jego świata zaczął wdzierać się dramatycznie okrutny czas, pojmowany jako element względności dokonań i osiągnięć, uczuć i zawodów, a nade wszystko tego, co nieuniknione.

Prawdziwa poezja bywa gorzka, szczególnie, gdy syntetyzuje długie okresy w życiu poety, ale bywa też – jak to określił Szmidt – „gorąca”, wybuchowa, erupcyjna w formie i wyrazie, niosąca przesłanie dla przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Dlatego  lektura wierszy Częstochowskiego musi być falująca, rozumna i uwzględniająca jego podejście do samego siebie i świata – niewątpliwie najważniejszy staje się tutaj czas, który nagle się dopełnił, ale też pozostał wciąż zagadką, trudną do rozwikłania i nie dającą szans na jakikolwiek układ zależnościowy. Poeta ma ogromną wiedzę o ludziach i zdarzeniach, potrafi też umieścić własne losy w ciągu nieustannych przemian dziejowych i to tacy jak on bywali zagrożeniem dla systemów. Stawali się – niczym Herbert, Mandelsztam, Babel – kontestatorami narzucanych ładów, odkrywcami wewnętrznej mocy, obezwładniającej nawet największe mocarstwa. Przypomina mi się tutaj nasze – Ryśka, Krzycha Derdowskiego i moje – spotkanie na Starym Rynku w Bydgoszczy w 2017 roku, gdy opijaliśmy jakiś nasz mały triumf, a przy tym nie wiedzieliśmy, że jeden z nas odchodzi w niebyt na zawsze, tak jak wstał od stolika i powędrował za róg ulicy. To takie sytuacje przywoływane są w wierszach z nowego tomu Częstochowskiego – sytuacje graniczne, a zarazem nieświadome ewokacje wewnętrznej siły, chwili pierwszej i ostatniej, pustki i pełni, nadziei i beznadziei. Widać, że poeta przez dziesięciolecia zachował wewnętrzny balans, a choć atakowały go hieny kultury, umiał raz jeszcze stworzyć ciąg wierszy, w których w tajemny sposób odzwierciedlił siebie i przemijanie struktur, budowanych i kształtowanych przez nas w odmiennych przestrzeniach czasowych. Autor tomu przyznaje też, że wraz z wiekiem pojawiły się u niego nowe tony, nie wiadomo skąd napłynęło Obrzydzenie: Łóżko weszło we mnie/ zamiast kości mam metalowe pręty/ a sam stałem się poduszką pełną krwi/ jacyś obcy ludzie siadają na mnie/ kładą się w butach/ trzeszczę skrzypię hałasuję/ niepokój każe zagłuszyć ciszę coraz/ to nowymi dźwiękami lecz sam/ przyznaję one są puste/ brzydzę się drugiego człowieka/ smrodu mowy wyglądu/ mam znowu mdłości niczym w/  w bibliotece z sartrem/ na ulicy  widzę rozrzucone ludzkie ekskrementy/ wzdrygam się ze wstrętu/ kiedy widzę wasze spocone podniecenia/ nie dotykajcie mnie nie siadajcie/ na mojej poduszce w tanich knajpach wylizują resztki miłości/ zostawcie je odejdźcie jak najdalej ode mnie. Egzystencjalizm – także ten spod znaku Sartre’a – zawsze był ważny dla poety, ale w najnowszym tomie zyskał szczególną rangę, dającą się porównać z potężną, wszechobecną eschatologią i nicowaniem samego siebie.

Warto też zauważyć, że poeta ma ogromny dystans do siebie i potrafi wykreować w wierszu sytuację tak paradoksalną jak w wielu utworach Herberta z cyklu Pan Cogito. O ile jednak ten pierwszy tworzył konstrukcje intelektualne w obrębie zamkniętego systemu politycznego i w opozycji do niego, to Częstochowski potrafi też kpić z samego siebie i tworzyć zdarzenia prawdopodobne, a przy tym też i niemożliwe. Przywiązany do życia, godzi się na eskapizm, ale też nie przestaje wierzyć w swoją dobrą, pulsująca odcieniami gwiazdę. To, że czasami jest to Gwiazda Hamlet, ma znaczenie tylko dla jego prywatnych legend i „gorących” zdarzeń z przeszłości, o których nie mają pojęcia zewnętrzni obserwatorzy. Zapowiadając śmierć samobójczą – ów dramatyczny skok z okna Domu Literatury na Krakowskim Przedmieściu – zdaje sobie sprawę z komizmu takiej sytuacji i jej nieprzystawalności do jego postawy życiowej. Dramat, jeśli w ogóle ma mieć sens, musi być częścią długiego ciągu zdarzeń, musi domykać jakiś krąg biograficzny, bo inaczej stanie się zachowaniem hamletycznym, tak wydrwionym przez kolejne stulecia, które nadeszły po Szekspirze. Nie można przecież dopuścić by miejsce młodzieńca zajął Dziadek Hamlet, tak daleki od dawnych porywów i szaleństw i tak groteskowy w kontekście odległej, żarliwej kontestacji rzeczywistości. Nie można przecież dostrzegać tylko ekskrementów cywilizacji, bo droga życiowa poety, to też ciąg zwycięstw i euforii, chwile gdy brał do ręki nowe książki albo patrzył w oczy swoim dzieciom – to czas wydobywania z nicości nowych wierszy i budowania w nich przestrzeni otwartych dla rozumienia fenomenu życia. Oczywiście kolejne lata generować też będą myśli krańcowe, a śmierć stanie się towarzyszką każdej wyprawy i każdego powrotu do domu, nic wszakże nie przekreśli jego dorobku, który każdy będzie mógł zweryfikować w bibliotece lub na księgarskiej półce. Gwiazda Hamlet świeci wszystkim jednakowo, ale domykanie kolejnych kręgów powoduje, w magiczny sposób, że jednostkowy los staje się centralnym epizodem dla ludzkiego doświadczenia bytu. Nikt i nic nie przenicuje go przez ucho igielne czasu, nic i nikt nie zdoła go zanegować albo wydrwić. Pokolenie Częstochowskiego podchodziło do życia niczym żołnierz do wyznaczanych mu zadań i nigdy nie rozważało ucieczki od rzeczywistości. Wchodząc w nią często za głęboko, znajdowało odpowiedzi na pytania, które zadawali tacy przewodnicy duchowi jak Herbert, Różewicz, Dostojewski – wchodząc w nie często z za wielkim entuzjazmem, stawało w obliczu takich kpiarzy jak Hoffman, ale też i weryfikowało ich minoderyjne, komiczne pozy. Namawiając czytelników do zapoznania się z nowymi wierszami Ryszarda Częstochowskiego, wyrażam nadzieję, że poeta jeszcze nie raz nas zaskoczy i wydobędzie na światło dzienne prawdę, której tyle znaleźć można na Ulicy Herberta.

« Older entries

%d blogerów lubi to: