ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (11)

Poezja Ireny Conti dotyka spraw ostatecznych. Nieustannie analizuje rzeczywistość i próbuje w niej znaleźć odpowiedź na pytanie o sens egzystencji. A jednocześnie stale dopowiada nowe treści, stale rzeczywistość wzbogaca, stale umieszcza rzeczy i ludzi, krajobrazy i przestrzenie w perspektywie refleksji filozoficznej i eschatologicznej. Dla Conti wszechświat jest tajemniczą, niewyobrażalnie wprost skomplikowaną strukturą, zasadą ponadczasowej organizacji, żywą tkanką niewyrażalnego spektrum. W takich obszarach w takich odległościach trudne jest porozumienie, a jeśli jednak ludzie spotykają się z sobą, to jest to tak nieznaczący okruch czasu, że natychmiast niknie on w lodowatej pustce i niczym para oddechu na chłodnym lustrze, nie zostawia po sobie żadnego śladu. Choć przecież odcisk świetlisty zostaje, gdzieś tam, daleko, w innych rewirach trwa stale nieme wołanie dziewiczej natury. Rację zatem ma Serena d’Arbela, gdy pisze, że ta poezja osiąga momenty najwyższe w odgadniętej metaforze człowiek-natura… Delikatność wiersza tworzy obrazy przejrzyste, w których osmotyczny związek człowiek-natura jawi się wielką światłością.

Bóg.

Taka poezja jest najwyższym stanem samoświadomości i przenosi rozważania egzystencjalne w obręb boskiego sacrum. W przypadku Conti jest to tyleż sacrum uniwersalistyczne co włosko-polskie sacrum kulturowe. Dlatego jej Bóg bywa panteistyczny, ale też i rzymski, chrześcijański, polski. Przyjrzyjmy się tym Bogom poetki, zaczynając od Pana nieogarnionej przestrzeni i czasu stojącego w miejscu. Dogmaty o Trójcy Świętej tracą dla niego sens i staje się on wspaniałą  j e d n i ą: Mój Bóg jest  t r ó j – j e d y n y/ cały z materii ziemi/ powietrza/ i wody/ Od świtu do nocy/ przechadza się w nieodłącznym/ kapeluszu nieba/ z wąziutką tasiemką horyzontu/ przypiętą do ronda/ i o nią właśnie/ potykają się moje oczy. To jest Bóg składający się z elementarnych  żywiołów, Bóg-Stwórca i dzieło samo w sobie. Charakterystyczne jest tutaj owo zawieszenie w próżni żywiołu ognia, choć – w świetle odkryć kosmologicznych dwudziestego wieku – jesteśmy pogłosem wielkiego wybuchu, pierwszego ognistego stań się! Człowiek żyjący w orbicie żywiołów jest ich naczyniem i ich chwilową pułapką. Bóg zatem nieustannie ożywia w nim dynamiczne siły, nadaje im przyspieszenie i określony kierunek – stale uzupełnia brakującą kosmiczną energię. Dlatego poetka czuje jego obecność w każdej strukturze, w każdym przejawie dynamicznej natury. Mówi:  Jego obecność w historii/ odmierzam wzrostem drzewa/ milczeniem kamienia/ i mową człowieka. To są dowody na Jego istnienie, ale też codzienne potwierdzenia i każdorazowe syntezy boskiej filozofii. Ale Bóg nie byłby Bogiem, gdyby nie było w nim powabu nieskończoności, gdyby nie ukrywał się w niezliczonych możliwościach interpretacyjnych, gdyby wreszcie nie jawił się ludziom jako ktoś, kto z wyniosłym, dobrodusznym spokojem przyjmuje ludzkie dziwactwa i semantyczną ekwilibrystykę. Ten Bóg najbardziej pociąga poetkę i jest dla niej najbardziej inspirujący: Nade wszystko jednak/ podoba mi się  J e g o  brak aspiracji/ na poszerzanie obszarów/ własnego królestwa/ i to że nie ma najmniejszej ochoty/ zamieniać błękitnego kapelusza/ na wielką czarną dziurę/ bez tasiemki horyzontu/ na obrzeżach/ Przypuszczam że przerażają  G o/ podróże w kosmos bez nakrycia głowy/ a także równowaga nuklearna/ co do której miewa uzasadnione/ wątpliwości i podejrzenia/ czy nie zachwieje jej wiatr historii/ z kierunków zupełnie nieprzewidywalnych/ Póki  O n trwa/ przytulam się do ziemi/ powietrza/ wody/ i wiem że będą przy mnie/ pod niebieskim kapeluszem nieba/ do ostatniego potknięcia moich oczu/ które za mało widziały. Wiara jest wielka siłą sprawczą w tej poezji i zarazem wielką obietnicą spotkania, ponownego zobaczenia początku i każdej chwili, ponownych narodzin i wnikliwego studium życiowej drogi. Taki Bóg jest tęsknotą i dopełnieniem cyklu astralnego, jest kompanem i kimś o rozmiarach całego wszechświata – jest najpełniejszą tajemnicą. Poezja Conti zajmuje się Bogiem, bo jest On pierwszym pytaniem jakiem pojawia się w każdej formule bytu. A jeśli to pytanie nie ma pozostać bez odpowiedzi – musi być szczere i dziecinnie naiwne. I takie w tej poezji ono jest – rację ma zatem Ugo Maria Palanza, gdy pisze, iż: Nie łatwe jest w naszych czasach spotkać poetę tak szczerze potrafiącego przekazać tak szlachetne i głębokie treści.

Wiersz Conti powstaje z umiłowania Boga i życia. Jest pochwałą chwilowego stanu duszy, fragmentarycznej świadomości, gwałtownego, ale jakże sakralnego wstrzelenia w byt. Poetka potrafi dostrzec wyjątkowość egzystencji w każdym jej przejawie i każdej odmianie. Bóg jest dla niej stwórcą, ale też jest wielkim przewodnikiem. Zwraca się zatem do Niego tworząc wiersz będący formułą żarliwej apostrofy: Boże codzienności/ wprowadź się do naszego domu/ na stałe/ od świtu do świtu/ nieprzerwanie obecny/ Bądź w każdym geście/ tych co pod dachem chwili/ szukają dla siebie schronienia/ Niech pokora będzie im tarczą/ i mieczem bez ostrza/ a i moich nie opuszczaj dłoni/ kiedy ustawiam na stole/ puste jeszcze talerze i czekam. Tak, to jest poezja pokory i oczekiwania, poezja mistycznego przeżywania kolejnych odmian codzienności. Poezja trudna i prosta zarazem, pokorna  i wzniosła, jest przesłaniem kierowanym do całej ludzkości i do kogoś bardzo samotnego. Jak pisze Cosimo Cucinotta: Przesłanie Ireny Conti zawierza wszystkim rękom, które poczują się zbratane i solidarne i podźwigną możliwość odbudowy domu na „ruchomych piaskach”, przywrócenia prawdy słowom i gestom i patrzenia na „bardziej pewne niebo”.Poetka pragnie by w każdym przejawie codzienności był element rozrastającego się sacrum. Chce żyć pośród świętych przestrzeni, bo wszystko pochodzi od Boga, wszystko jest przesycone jego energią, wszystko jest święte. To jest zdążanie ku tajemnicy, to jest mistyka przedmiotów i kształtów, mistyka wielkich odległości i pogłosu aktu stworzenia, stale obecnego w jądrze atomu i w ziarnie: Niech chleb i wino będą/ wybaczającym pamiętaniem miłości/ darem słońca wiecznie obecnego/ w ziarnie i w kiściach winogron/ soczystych dojrzałością jesieni/ zanim ziemia przyszłych narodzin/ nie przysypie naszych ciągle/ zielonych oczekiwań. Nawet śmierć nie jest w stanie zakłócić harmonii człowieka z Bogiem, nawet zrzucenie cielesnej powłoki nie jest barierą w tym akcie mistycznej komunikacji. To jest sytuacja, w której byt jest naznaczony piętnem tragizmu, ale tragizm u heroicznego. Właśnie owa bohaterska strona egzystencji jest dla Conti wyzwaniem i pokrzepieniem, jest autentyczną próbą sił. Człowiek musi stale szukać sobie zadań ponad jego siły, musi wędrować i schylać głowę przed ołtarzem, musi potwierdzać w sobie prawdę świętości. I tylko trwanie da mu moc, tylko przekonanie, że jest jeden wszechogarniający i kochający wszystko byt. Taka postawa ma w sobie wiele z chrześcijańskiej filozofii egzystencjalnej, ale jest też zwykłym, pokornym uderzeniem się w pierś, posypaniem głowy popiołem, jest chwilą zadumy nad ludzkim losem i najprostszym credo: Nie szukam nowych zbawicieli/ w świątyni bez ram i złoceń/ jeden nauczyciel miłości wystarczy/ Nie wyczekuję nowych proroków/ przepowiednie starych/ nie pominęły niczego co się stało/ nie spełniło się tylko co się/ stać może. Taki wiersz może się spełnić i sprawdzić tylko w prostym słowie, a Conti jest mistrzynią zwięzłości i prostoty. Jak pisze wnikliwy czytelnik tej poezji – Vittoriano Esposito: Irena Conti ceniąc ogromnie dorobek poetów XX wieku nie naśladuje żadnej szkoły i nie ulega wpływom żadnej mody. Jej poezja jest oszczędna i ekspresyjna, zwięzła i pozbawiona wszelkiej retoryki. Refleksyjność i emocjonalne zaangażowanie typowe dla doświadczenia poetyckiego Conti przenikają się wzajemnie, dając tej poezji czystość liryczną tym bardziej cenną, bo pozbawioną łatwych efektów. Widać, że wiersze te powstają w chwilach autentycznego kontaktu z Bogiem, naturą, udręczonym człowiekiem. Są jak skroplenie się czasu i przestrzeni, jak chwilowy, subtelny rysunek bruzd na piasku. Conti stroni od poezji lingwistycznej i eksperymentalnej, a jej narracja ma walor fabularyzowanej przypowieści, refleksyjnego dopowiedzenia, ulotnej notatki poetyckiej. Dostrzegł to też Ruggero Puletti pisząc: W tym zgiełku łatwych eksperymentalizmów, które pragną ukryć pustkę i ubrać w słowa efemerydę, wiersze Conti posiadają rzadki dar autentyzmu. Unika ona arbitralności i dwuznaczności jak grzechów przeciw racjonalnemu myśleniu. Jej styl jest własny, podobna ta poezja do garści wilgotnej ziemi, którą okładasz krzak, aby rozstał się i trwał. Zaiste, niezwykle to trafna metafora, oddająca charakter tej twórczości i jednocześnie ustawiająca ją w określonej tradycji pisarskiej. Dodajmy jeszcze tylko, że ów krzak, to krzew gorejący i drzewo poznania dobra i zła…

Człowiek.

Perspektywa boska ustawia na odpowiednim poziomie dociekań rozważania na temat człowieka. Poetka wpatruje się w mroki przeszłości i pyta o swoją ludzką tożsamość: Jakim był wtedy/ ten mój groźny p r z e d – p i e r w s z y/ zanim doczołgał się ryzykownie/ do błogosławionej pozycji wertykalnej/ i dwie części jego podzielonej kości czołowej/ zrosły się w pierwszy most porozumienia/ nad potokiem myśli jeszcze nie przejrzystych/ by schronić bezpieczniej pod swoim dachem/ tę białą i tę szarą substancję/ co razem wzięte w tej osłonie/ uczyniły go człowiekiem. Irenę Conti interesuje rodowód świadomości i jakby pierwszy punkt zaczepienia w drodze od prymitywnego tworu ku gwiazdom. Takie pytania może zadawać tylko poetka poruszająca się ze swobodą w przestrzeni historii i filozofii, umiejąca porównywać i syntetyzować – umieszczać pierwsze doświadczenia w perspektywie eternalnej. I umiejąca zadawać bolesne pytania: W jakich albumach wyobraźni/ w jakich szacownych bibliotekach/ mam szukać jego wizerunku/ by przyznać z przekonaniem/ i bez wstydu że/ to właśnie po nim odziedziczyłam/ sztukę otwierania ramion/ i oczy powłócząc w stronę zapłakania/ i usta też zdatne do uśmiechu -/ teraz kiedy w archiwach prehistorii/ taki nieporządek i z dna powywracanych/ szuflad wyzierają pomieszane wersje/ kolejnych przeobrażeń   p r z e d –  p i e r w s z e g o/ w układzie zgoła nie chronologicznym.Zadaniem poetki jest porządkowanie chaosu, nieustanne ustawianie rzeczy i ludzi we właściwie wyważonej i skonstruowanej przestrzeni. Musi ona stale sprawdzać przystawalność jej uświęconych obszarów do poszarpanych, często chaotycznie zabudowywanych przypadkowymi sprzętami, światów innych ludzi. Jak powiada Romolo Liberale – Wiersze Ireny Conti w tej dobie wielkiego niepokoju są świadectwem mądrości i miłości. I są uwzniośleniem dążeń człowieka, jego stałym wspieraniem, dopowiadaniem sensów do jego ulotnej egzystencji. Są też niestety często smutnym podsumowaniem, jakby mową pogrzebną nad grobem człowieka i grobem ludzkości: Nadzieje zawsze/ umierają samotnie/ bez błogosławieństwa/ Grzebane za murem cmentarnym/ jak ciała samobójców/ których nikt nie kochał/ czekają przed bramą/ zbawienia/ Pustoszeje po nich ziemia obiecana/ i maleńkie źródła poezji wysychają powoli/ na drobne nieuchwytne ziarenka/ sypkiego jak świeży popiół piasku/ Z ulotności popiołów/ lepimy wielką bryłę na podobieństwo/ ziemskiej skorupy nieświadomi jeszcze faktu/ że żaden siew jej nie zaślubi. Irenę Conti autentycznie interesuje los każdego człowieka. Dlatego może wypowiadać się w wierszach w imieniu całej ludzkości, dlatego wolno jej syntetyzować i tworzyć wizje ludzkich losów. To jest liryczne utwierdzanie prawdy o przedwiecznym charakterze pragnień i dążeń, to jest liryczne poszukiwanie sensów głębinnych. Tą drogą zejść można łatwo na manowce, ale ta droga prowadzi też skrajem poznania. Tu pojawiało się już wielu wędrowców, wielu poetów, filozofów, myślicieli, ale też i wielu prostych ludzi patrzących z nabożną czcią w gwiazdy i pochylających się nad radłem czy kołem garncarskim. Conti potrafi patrzeć na człowieka poprzez ogrom doświadczeń wielu wieków, potrafi też wyłuskać z tej gmatwaniny zdarzeń, sądów, postaw to co ma walor symbolu, to co jest uniwersalne i wypełnia jakąś bolesną lukę. Conti jest – jak określa to Mario Lunetta – silną, uwrażliwioną na problemy współczesności, indywidualnością.Jej nieustająca chęć dowiedzenia się o człowieku wszystkiego jest czymś wyjątkowym w poezji kobiecej – wszak zwykle orbituje ona wokół innych problemów, innych obszarów. U Conti wszystko ustawione jest jakby w linii tego samego uświęcającego strumienia światłości. Poetka pragnie podążać wraz z nim i ku niemu, chce bytować pośród gwiazd i pośród prostych ludzi, chce zaznać boskości i nie może zapomnieć o funeralnych akordach każdego ludzkiego końca. Chyba tylko poezja i filozofia są w stanie udźwignąć te wszystkie sprzeczności chyba tylko w natchnieniu, w nagłym lirycznym objawieniu i olśnieniu daje się zobaczyć ową nić światłości. I nie chce poetka tam być sama – szuka kogoś bliskiego, c z ł o w i e k a , który będzie patrzył podobnie jak ona, i który będzie widział to co ona. Ale czy taka bliskość z drugim człowiekiem jest możliwa? Czy w ogóle w ludzkiej próbie bytu możliwe jest spotkanie podobnych wrażliwości?  Poetka pyta z lękiem w sercu: A może ty nie zechcesz zamieszkać/ na tym świetlistym podniebiu/ może nie zmieścisz się w mojej tęsknocie/ może buduję za ogromne pałace/ boję się że w końcu/ za wielkie może okazać się za małe/ tylko naszą niebieskość/ opowiadaj mi dalej/ do widzenia… do światła. Czym innym są wyobrażenia, czym innym potrzeba wzniosłości, bytowania pośród ogromów, a czym innym jest przepaść jaka dzieli człowieka od człowieka. Jakże rzadko udaje się zasypać tę pustkę i jak trudno znaleźć kogoś, kto weźmie na swoje barki takie samo brzemię. W świecie ludzkim – zdaniem Conti – istnieją bariery nie do pokonania, istnieją przepaście nie do zasypania i jest wielki lodowaty ocean obojętności. Na jego brzegu przechadzają się widmowe postaci, wędrują okaleczeni przez życie. Nie ma nadziei, nie ma spełnienia, nie ma nawet w takim momencie wiary – są tylko abstrakty, tylko pozory, a przekonanie o zmienności rzeczy okazuje się mirażem. W takich chwilach poetka nie może kłamać, musi mówić prawdę – mówi zatem: Podróżniku niepewny spotkania/ znaj prawdę/ szept żaden/ nie wkradł się/ w czas i odległość/ wszystko pozostaje na miejscu/ jak wczoraj/ jak dziś/ jak w przestrzeni jutra/ Niech się nie rodzą/ nowe niepokoje/ jest w nich smutek przemijania/ Na lotniskach błogosławionych miast/ czekają jak zawsze zakochani/ i im trzeba zaufać/ Niepokój okrada wiarę/ tak niepotrzebnie/ Będę czekała/ inaczej skazańcami/ będziemy i  t y  i  j a. Ileż w tych prostych strofach pulsuje sprzecznych uczuć, ileż jakże ludzkiego lęku, że to co było wzniosłe okaże się po jakimś czasie płaskie, bez wyrazu. Conti potrafi zapisać w wierszu wszystkie tego rodzaju wątpliwości i umie też wyposażyć taki liryk w głębię filozoficzną. Jest wszakże poetką groźnie mieszających się w świadomości żywiołów, a jej wyobraźnia podąża od materii do ducha, od energii do zastygnięcia rozgrzanej magmy. Stale szuka ostatecznych rozwiązań, stale pragnie odnaleźć w przestrzeni i w świecie ludzkim struktury, które mieć będą walor paradygmatu.

Świat

Poezja Ireny Conti rozgrywa się pośród zjawiskowych pejzaży. Jest ornamentem tajemniczej i swojskiej rzeczywistości. Poetka nie dzieli przestrzeni na poszczególne segmenty, nie tworzy apologii domu, wielkich budowli czy zurbanizowanych modułów. Mieszka pośród świata i z równą czułością pisze o suficie gwiazd, co o półkach ulic, mostów, komodach domów i sal. Dla niej: Pejzaż jest jak dom/ można w nim zamieszkać/ na stałe lub czasowo/ uczynić z niego/ miejsce schronienia/ i urządzić je pozornie/ według własnego uznania/ przynajmniej do/ pierwszego buntu żywiołów. Bo przecież  ś w i a t  w poezji Conti jest płynny i pulsujący, budzi się i zamiera, pojawia się jakby odbity w krzywym zwierciadle, a potem znowu wraca do swoich wymiarów. Jest dynamiczny i statyczny zarazem, zaborczy i łatwo mieszczący się w kilku łzach. Mało tego czasami ogranicza się zaledwie do przestrzeni osobowej, mieści się w świadomości i w niej eksploduje, w niej wysuwa się ze swoich ram – I tak pęcznieją matowe szafy wspomnień/ i półek przybywa coraz więcej/ w zależności od lat i od nastroju/ a przeszłość się na nich układa/ posłuszna już nie do zamienienia/ na inną. Wtedy też następuje swoiste meblowanie świadomości. Conti nie jest pierwszą poetką, która zastosowała tego rodzaju zabieg artystyczny, ale może jedną z niewielu, której udało się wykorzystać go adekwatnie do celów. Tak powstały wiersze, w których świat zewnętrzny stał się metaforą uwikłania w wewnętrzność, a zwykłe półki zaczęły symbolizować poziomy kolejnych życiowych ról, porażek i stanów świadomości: Półka dzieciństwa jest blado-różowa/ jak wyprawka nienarodzonego/ świeżutka pachnie mlekiem/ łapczywie chwyta piersi/ nasycona zasypia/ Półka pierwsza miłość/ zasnuwa mgłą oczy/ rozchyla usta pragnieniem/ otwiera ramiona/ uczy ręce nieogarniętej/ tajemnicy dotyku i cała jest/ z niebieskiej materii raju/ wierząca i praktykująca/ Półka od rozstania do rozstania/ z błyszczącymi pęknięciami/ biegnącymi promieniście/ według reguł słonecznych/ (…)/ I wreszcie pólka stracone lata/ niektórzy na razie jej nie dostawili/ sądzą że mają jeszcze dużo czasu. Poetka patrzy na swój świat jak na monstrualną przestrzeń zabudowywaną przypadkowo, zawłaszczaną okazjonalnie. Nie czuje się tutaj dobrze, nie potrafi też przywiązać się dłużej do jakiegokolwiek poziomu. Dlatego kochając życie, Boga i świat mówi: Lubię mój pejzaż/ ale wyprowadzam się z niego/ często i bez żalu/ Żadnych szaf/ żadnych półek/ zostają na miejscu/ zabieram tylko gołe ściany pamięci/ pod najpewniejszy dach jutra. Taka postawa daje pewność i odgradza od zaborczości, od tandety i pokusy stabilizacji. Ale też taka postawa chroni od pesymizmu – jak pisze we wstępie do La Durata Vittoriano Esposito: najbardziej znamienne dla poezji Ireny Conti jest jej nieomal leopardyjskie przysposobienie do heroicznej akceptacji GORZKIEJ PRAWDY i taka sama tajemna konieczność ugięcia się prawa bólu przed prawem braterskiej miłości. (…) prawda chroni Irenę Conti przed głębokim sceptycyzmem i uwalnia od pokus pesymizmu. Ta „gorzka prawda”, to świadomość  zmienności układów i perspektyw, to wszechogarniająca entropia. Poezja może być schronieniem i obietnicą, ale nade wszystko może być prawdziwym domem, w którym poetka zamieszka na zawsze. Jej liryka jest jak otwarcie na świat, jak wpuszczenie do domu wiatru i śniegu, jak zaproszenie dreszczu i zapachu palących się jesienią liści. Poetka zatem jest w domu i pośród natury, żyje w harmonii ze światem zewnętrznym, który łagodnie ścieli się w jej wnętrzu. Kontemplacja natury staje się wtedy odkrywaniem samej siebie: Jeżeli to pora lata/ za oknem nawołują mnie liście/ i natrętnie soczystym kolorem/ uparcie szeleszczą nad uchem:/ „Posłuchaj droga naszej zieleni/ jest krótka przy następnym spotkaniu/ nikt nas od czerni nie odróżni/ a i twoje kolory obrócą się w popiół/ i nie odnajdziemy już po tobie śladu”/ Więc otwieram szeroko drzwi i co tchu wybiegam do liści/ zanim jeszcze zdąży się spełnić/ ich żałobna przepowiednia. Rzadko znaleźć można w poezji tak trafnie oddane stany wyzwalania się z ciała i rozpływania się podmiotu w zewnętrzności, rozmywania się jego lirycznego ‘ja” w dookolnej przestrzeni. Może wynika to stąd – pisze Francesco Fiumara – iż jest to  poezja głęboko altruistyczna i stąd jej funkcja wyzwalająca (…). Poezja która uczy filozoficznej tajemnicy pogody życia spełnionego. Do takiej tajemnicy dochodzi się poprzez pokorę i łagodne przyglądanie się światu, spokojne wsłuchiwanie się w siebie, życie w zgodzie z Bogiem i człowiekiem, życie w zgodzie z samym sobą.  

_____________

W szkicu tym wykorzystano fragmenty tekstów krytycznoliterackich krytyków i pisarzy włoskich umieszczane we włoskich wydaniach książek Ireny Conti, a które wcześniej ukazywały się we włoskiej prasie literackiej i społeczno-kulturalnej, między innymi w „La Rinascita”, „Il Tempo”, „La  Procellaria”.

HELPHINE

Helpine Moraa z Kissi w Kenii

Przebudzenie w środku nocy, około godziny czwartej… Niegdyś w takich przypadkach sięgało się po książkę, oglądało się jakiś film w telewizji. A teraz jest tylko jeden kierunek po podniesieniu się z łóżka – podejście do komputera i wejście do sieci internetowej. Sprawdzenie e-maili, bo wiele z nim przychodzi do mnie w nocy, szczególnie z Chin i USA, a potem przeglądanie stron, zapoznawanie się z nowymi postami w mediach społecznościowych. W Internecie widać, że świat nigdy nie zasypia i tyle wciąż się wydarza, tyle w nim zaskakuje i oszałamia i nie zwalnia licznik narodzin i zgonów. Czasem podczas takiej nocnej warty docierają do mnie informacje dobre i krzepiące, ale niestety za każdym razem przeważają złe. Teraz też taka pojawiła się nagle – młoda, piękna dziewczyna o imieniu Helphine, którą poznałem w Kenii w 2018 roku, zginęła w wypadku samochodowym. Była tak subtelna i żywotna, uczestniczyła w wydarzeniach festiwalu literackiego w Nairobi i opowiadała o swoim małym synku, który teraz pozostał bez mamy. Śledziłem jej działania na Facebooku i czasem zaznaczałem, że coś mnie poruszyło, coś zastanowiło lub dotknęło. Teraz paskudna wiadomość przygnębiła mnie ogromnie i nie pozostało nic innego, jak tylko wrócić do łóżka i dospać kolejne godziny do rana. Zdruzgotany i zszokowany, zasnąłem natychmiast…

DWIE GŁĘBIE

William Blake – Oberon, Titania i Puck w tańcu wróżek, ok. 1786

Dzieła Williama Szekspira od ponad czterystu lat zachwycają wielowarstwową konstrukcją, w której największą rolę odgrywa żywa akcja, sploty autonomicznych wątków, niezwykła głębia psychologiczna pojawiających się postaci, a także plastyczność przestrzeni, w której operują. Osobną kwestią jest też fantastyka tego autora, która sięgnęła wyżyn artyzmu dramaturgicznego w kilkunastu tragediach, kronikach i komediach i w późniejszych wiekach zapładniała wyobraźnię takich autorów jak J. R. R. Tolkien, Lewis Carroll czy Edward Lear. Nigdy wszakże ów twórca nie przekroczył granicy prawdopodobieństwa, kreując postaci fikcyjne, ale też prawdziwe, mające jakieś odniesienia do żyjących osób, łatwo rozpoznawalnych w czasach elżbietańskich, a potem będące przedmiotem dociekań licznych szekspirologów. Badacze wskazywali też najważniejsze powinowactwa literackie Szekspira i w przypadku zajmującego nas tutaj Snu nocy letniej (A Midsummer Night’s Dream) pomysłów genealogicznych było sporo. Po uważnej weryfikacji warto powtórzyć za Stanisławem Helsztyńskim[1], ze źródłem niektórych wątków był Żywot Tezeusza Plutarcha, tłumaczony na język angielski przez Thomasa Northa w roku 1579 oraz The Knight’s Tale z Opowieści kanterberyjskich Geoffreya Chaucera. Z kolei epizod o Pyramie i Tysbe zaczerpnięty został z Przemian Owidiusza, które Szekspir czytał w angielskim tłumaczeniu Arthura Goldinga.[2] Jakiekolwiek by jednak nie wskazywać koneksje charakterologiczne i tekstowe, nie ulega wątpliwości, że postaci elżbietańskiego dramaturga zyskują walor integralności i stają się nowymi kreacjami literackimi, jakże silnie oddziałującymi na wyobraźnię odbiorców w kolejnych wiekach. Praktycznie w każdej językowej przestrzeni literackiej powstawały dzieła, które były kryptocytatami szekspirowskiego mitotwórstwa i fantastyki, lub polemizowały z nimi.[3]

John Simmons – Hermia i Lysander, 1870

Na polskim gruncie najwyraźniej zamanifestował to Juliusz Słowacki, gdy wprowadził do swojego podaniowego dramatu pt. Balladyna morderczą heroinę o profilu mentalnym Lady Makbet, a zarazem kilka postaci fantastycznych, których rodowód jest bezsprzecznie szekspirowski.[4] Sen nocy letniej, rozgrywa się w dwóch przestrzeniach wyobraźniowych – w czasach antycznych (Ateny i las nieopodal stolicy) i w rewirach fantasmagorycznych, przypominających malowniczy sen w chwili przesilenia letniego, czyli podczas nocy świętojańskiej. Szekspir opowiedział tutaj historie miłosne trzech par Hermii i Lysandra, Demetriusza i Heleny, a także króla elfów Oberona i królowej leśnych stworów – Tytanii. Choć skomplikowanie wątków jest tutaj ogromne, a kochankowie pozostają we wzajemnych, wymiennych zależnościach, to wszystko łagodzą wątki fantastyczne i poetyka snu. Wiktor Weintraub wskazuje iż: W „Śnie nocy letniej” przyszło Szekspirowi tę poetykę baśni nagiąć do celów komedii. Jego postaci nadprzyrodzone potrafią, jak w każdej baśni, magicznie kierować losami ludzkimi, ale same bynajmniej nie są wolne od ludzkich słabości i ludzkich omylności. Kłócą się, wyrządzają sobie psikusy, jak ludzie dają się powodować namiętnościom i jak ludzie potrafią zachowywać się absurdalnie. To cena, którą płacą za prawo występowania w komedii. Błędy ich bywają źródłem komicznych perypetii. Ale baśniowej zasady sprawiedliwości poetyckiej Szekspir nie naruszył. Jak na baśń przystało, wszystkie perypetie rozwiązują się pomyślnie, tym pomyślniej, że w świecie „Snu nocy letniej” nie ma czarnych charakterów, które by trzeba było ukarać.[5] Miłość dla Szekspira ma wiele wymiarów i byle powiew nowych namiętności może ją zniszczyć, zamienić cudowny żar w cierpienia, a zauroczenie w rodzaj chorej fascynacji. Żonglując uczuciami swoich bohaterów, wskazuje autor, że prawdziwie zakochani są tylko Hermia i Lysander, a pozostali bohaterowie nie zdają sobie sprawy z tego, że kierują nimi sprzeczne siły, mające swoje źródło e potędze panujących i igraszce złośliwych duszków.   

Henry Fuseli – Przebudzenie Tytanii, 1775-1790

Niezwykły splot komplikacji, które pojawiają się za sprawą Oberona i jego pomocnika Puka, serwującego bohaterom cudowny nektar miłości, pozyskiwany z tajemnego kwiatu, kończy się dopiero w akcie piątym. Szekspir mistrzowsko rozwiązuje narosłe konflikty, raz jeszcze wprowadzając w swojej sztuce niewielkie, osobne przedstawienie teatralne, co znakomicie widać w odnawiającym znaczenia przekładzie Ryszarda Długołęckiego. Tak powstaje druga głębia, swobodnie przenikająca rzeczywistość wykreowaną wokół dworu Tezeusza, pozwalająca mnożyć najdziwniejsze zdarzenia, pozostające ze sobą w związku przyczynowym, ale też rozmywające się lekko w oparach absurdu, w kolejnych czarodziejskich intrygach. Tak świat realny orbitujący wokół Aten i monarchy, który przecież też został wyczarowany przez Szekspira, swobodnie przechyla się ku przestrzeniom mitu i daje asumpt do powstawania kolejnych zabawnych sytuacji. Choć Sen nocy letniej bezsprzecznie jest komedią, to ostateczne przesłanie dramatu wcale nie jest wesołe. Miłość dopada nas w najmniej oczekiwanym momencie i wyprawia z nami elfowskie harce, powodując, iż ślepniemy, zasypiamy, łudzimy się, a koniec końców i tak sprzeczne siły decydują o zaślubinach. Może dlatego tyle małżeństw nie udaje się, a kruche związki rozpadają się jakby za sprawą jakichś tajemnych działań niewidzialnych istot. Szekspir sięgnął w swojej komedii do głębin natury ludzkiej, nie zadawalającej się jednym zauroczeniem i stale ulegającej pokusom. Choć zakochani ludzie byliby najpiękniejszymi istotami na ziemi, zawsze pojawi się ktoś, kto będzie miał jakieś inne wspaniałe zalety. Kierując zdarzenia w swoim dramacie ku nieoczekiwanym rozwiązaniom, byłby zatem Szekspir zwolennikiem trwalszego budowania związków międzyludzkich[6], opartych na prokreacji i wierze w ponadnaturalną unię zakochanych osób. Trudno dzisiaj rozstrzygnąć, czy elżbietański dramaturg kierował się takimi samymi zasadami w swoim życiu, wszak wokół jego intymności narosło wiele mitów i fantastycznych teorii, który chyba tylko elfy zdołałyby uwiarygodnić…

_______________________

[1] S. Helsztyński, Sen nocy letniej [w:] W. Szekspir, Komedie, Warszawa 1980, s. 895.

[2] Por. J. Bate, Shakespeare and Ovid, New York, Oxford University Press, 1993.

[3] Są i tacy, którzy wywodzą fantastykę tekstów zespołu The Beatles ze Snu nocy letniej. John, Paul, George i Ringo dali temu wyraz zabawnie parodiując i wynaturzając ku Learowskim przestrzeniom nonsensowym sztukę Szekspira w 1964 roku. Por. https://www.youtube.com/watch?v=xxXkdYr5JYg.

[4] Por. W. Weintraub, Balladyna, czyli zabawa w Szekspira, „Pamiętnik Literacki” 1970, LXI, z. 4.

[5] Tamże, s. 61.

[6] Por. G. S. Gordon, Introduction [w:] Plays of Shakespeare, Oxford 1912, s. XV.

MIT – PRZEŚWIT – EKSTAZA

Jacek Strzelecki – Antygona

Sztuka Jacka Strzeleckiego rodzi się z najwyższych ambicji artystycznych, w których naczelnymi kierunkami eksploracji są filozofia, mit i antropologia. Artysta tworzy niezwykłe monumentalizacje, mające walor rzeźbiarski i jakże odkrywcze malarsko, czy rysowniczo, pełne zaskakujących rozwiązań formalnych i treściowych. To są ważkie próby dopowiedzenia nowych sensów do ludzkich kształtów i wymiarów, wskazania kontekstów istnienia, pełnego bólu i tylko na chwilę wydostającego się z mroku, z ciemnych, walorowo rozmytych teł. Ukazując ludzkie ciało, stylizowane na wzór rzeźb greckich i rzymskich, artysta tworzy apoteozę siły i walki o kształt, ale jednocześnie ukazuje kruchość bytu, chwilowość egzystencji, temporalność wszelkich rosnących i rozpadających się struktur. Ta osobowa gigantomachia została swoiście upozowana, co podkreślają laserunki szat, najczęściej rozmywających się w błękitach, ale czasem jaskrawych, jak u wielkich malarzy schyłku średniowiecza i początków renesansu. Tak poszczególne dzieła układają się w ciąg refleksowych odsłon ciała, pojawiającego się nagle w przestrzeni, dochodzącego w sile i tężyźnie do stadium finalnego, a potem powoli, bezpowrotnie osuwającego się w nicość i proch. To jest antropologia ściśle ukierunkowana, wskazująca ruch w czasie, przesuwanie się ku celom nieuchronnym, a zarazem sztuka ocalająca, odzwierciedlająca to, co się wydarzyło i znalazło swój kształt w nieustannie deformującej się rzeczywistości. Dlatego uwznioślenie sąsiaduje tutaj z rozpaczą, a kalectwo z uskrzydleniem, moment uspokojenia ze stale toczącą się wojną – to jest bolesne dokumentowanie chwili, nieuchronnie tonącej w wieczności, znajdującej swoją integralną cząstkę w czymś, co jest nie do ogarnięcia myślą, w kształtowaniu się świata podczas pierwszych kosmogonii. Ta sztuka rodzi się z głębokiego namysłu nad człowiekiem, ale nie mogłaby zaistnieć, gdyby autor nie miał rozległej wiedzy filozoficznej i historyczno-artystycznej, gdyby głęboko nie przeżył rzeczywistości w jej kontrapunktowych odsłonach – od bólu do ekstazy, od rany do uzdrowienia.       

Jacek Strzelecki – Centaur

Strzelecki przypomina, że po odrzuceniu szat jesteśmy nadzy i stajemy się w mniejszym lub większym stopniu antycznymi rzeźbami herosów, bogiń i muskularnie ukształtowanych wojowników. Przynajmniej takie ludzkie kształty są w nas potencjalne, tak nas widziała sztuka od wieków, we wszelkich jej realizacjach i odmianach, za każdym razem dopowiadając coś istotnego dla zrozumienia fenomenu ludzkości. Tutaj ciało wyłania się z materii, przypominającej rysunek żył marmuru, powierzchnię nadpalonego drewna, albo rozmycie energetycznych struktur galaktyki. Tak artysta miesza żywioły i kruchość ustawia w opozycji do twardości, ciężar po przeciwległej stronie lekkości, płynność walorów naprzeciw zastygnięcia barw podstawowych. Ciało jest fenomenem samo w sobie, a jego kształt nie zmienił się od wieków, będąc natchnieniem dla malarzy i poetów, stając się obiektem żarliwej miłości kochanków, albo mrocznym marzeniem morderców. Pełniąc swoje użyteczne funkcje, nie przestało zachwycać formą rozbudowanej muskulatury, ale też i przerażać w odmianach rozpasanych, z monstrualnymi nawisami tłuszczowymi lub na fotografiach stosów wychudzonych trupów z obozów zagłady. Widać, że przedstawienia artysty powstawały w wielkim zapamiętaniu, w efektywnym natężeniu energii twórczych, co podkreślać mają stróżki farby, pozostawione celowo na płótnach czy papierze, stające się wizualnym znakiem głębi tego, co znalazło się poza nimi. Podobną rolę pełnią jaskrawe barwy szat, jakby udrapowanych od niechcenia, jakby tworzących chwilową przestrzeń opozycyjną. Centrum jest ciało w jego gigantycznym wymiarze, nośnik erotyzmu i piękna, prawzór kształtów idealnych, zastygających w rzeźbie, między ramami obrazu, na przedstawieniu papierowym. Samo w sobie będące kosmosem, składające się z rurek i błonek, a jednocześnie otwierające się na wszechświat, którego jest integralnym tworem.             

Warto też wskazać w tym dorobku dzieła, w których pojawia się nieomal metafizyczny ból, przerażające zdruzgotanie organizmu, natychmiast przeistaczającego się w martwą materię. To śmierć za życia i zapowiedź ostatecznego rozpadu, to przypomnienie, że jesteśmy organiczni, ożywiani tylko tlenem, transportowanym w żyłach przez żelazo i żyjemy dzięki nieustannie dostarczanym dawkom cukru, minerałów, wody. Fizyczność naszego świata jest jednak taką samą ułudą jak jego duchowość, bo przecież wszystko jest energią i nawet twardość diamentu czy gładkość kamienia dadzą się na nią zamienić. Wielką zaletą przedstawień Strzeleckiego jest pojawienie się tej energii nieomal w wizualnym wymiarze, tętniącej w każdej cząstce dzieła, w dokładnie rozpracowanych elementach teł, w konstrukcji ciał, w barwie i fakturze. Filozofia człowieka sąsiaduje tutaj z liryką istnienia, a metamorfoza kształtów prowadzi do rozmyślań ontologicznych, nieuchronności naszego losu i zatopienia w przestrzeni euklidesowej i jej wariantach unitarnych. Człowiek nigdy nie przeistoczy się w najdoskonalszy kształt kuli, nigdy nie przybierze kształtów krystalicznych, nie przeobrazi się w bryłę monolityczną – wciąż bytować będzie pomiędzy komórkową martwotą a myślowym ożywieniem, stale będzie musiał dbać o podtrzymanie ogników życia, bo dookolna śmierć nie zmarnuje szansy i natychmiast obwieści światu swoje zwycięstwo. Cielesność jest wielką tragedią ludzkiego rodu, ale też uświęceniem bytu, który musi sam siebie wyodrębnić i zrozumieć, a nade wszystko uświęcić w pracy dla ludzkości i dla samego siebie. Tylko jednostki ukierunkowane na rozwój, kopiujące podążanie pięknej rośliny ku światłu, tylko prawdziwi mocarze ducha osiągnąć mogą stan równowagi z naturą i kosmosem. Głębia przesłania Jacka Strzeleckiego lokuje go wysoko w hierarchii twórców totalnych, rygorystycznie realizujących ambitny program, nieustających w wysiłkach by choć na chwilę odsłonić to, co zwykle jest zakryte, by dotrzeć do samej istoty człowieczeństwa.

Jacek Strzelecki – Żona Lota

Jak w ujęciach antycznych, a potem w romantycznych uwzniośleniach, w sztuce Jacka Strzeleckiego wyodrębnić można rozległe mitologizacje. Nawiązania do znanych podań o Prometeuszu, Andromedzie, Atenie, Pegazie, Minotaurze, Hydrze, do opowieści kosmogonicznych i eschatologicznych. Człowiek przybiera w nich jakąś legendarną postać, wchodzi w obręb przestrzeni mitycznej i zyskuje niezwykłą wielowymiarowość. Staje się symbolem siły i alegorią walki, zyskuje monumentalny kontekst kulturowy, stawiający go na równi z bóstwami olimpijskimi. Artysta potrafi tak upozować ciała, tak je przyoblec w tiule i żywe świetlne refleksy, że stają się snem na jawie i niezwykle inspirują wyobraźnię. To są ewokacje przestrzenno-antropomorficzne, w których ukryte jest filozoficzne przesłanie na temat naszej boskiej i szatańskiej natury, uwikłania w miliardowy system  cząstek organizmu, a zarazem w przeogromne struktury kosmiczne. Tak rodzi się transcendencja, a byt staje się punktem przecięcia tych immanentnych przestrzeni, tak jak czas przechodzących przez nas na przestrzał i przenikających najmniejszą drobinę atomową. Mit generuje ciągnące się w przeszłość ciągi znaczeniowe, a więc interpretacji tej sztuki może być wiele, tutaj staramy się tylko wskazać ogólne jej ramy, zakorzenienie w człowieku i w opowieści kulturowej, istnienie w pulsie krwi, w locie myśli podążającej ku multiplikacjom bohaterskim i anielskim. Twórca znalazł niezwykle pojemną formułę dla prac, w których sąsiadują ze sobą elementy antyczne i specjalnie upozowana archaiczność, rodzaj przyćmienia, sennego rozmycia i przeniesienia ku rzeczywistości nicowanej przez śmierć. Gdyby przydać tym dziełom muzykę, to trzeba by szukać pośród barokowych oratoriów, koncertów na trąbkę Telemanna i Haydna, ale znakomicie brzmiałyby tutaj też heroiczne tony symfonii Mozarta i Beethovena, Dworzaka i Czajkowskiego. To byłoby podkreślenie świętego gigantyzmu człowieka wykreowanego przez artystę i jego boskich atrybutów – istnienia niosącego w sobie potencjalność zbrodni i wykwintnej kreacji artystycznej, rozpiętego między przeciwstawnymi pierwiastkami swojej trudnej do pojęcia natury.  

Jacek Strzelecki – Z cyklu Bramy

Warto też wskazać w sztuce Strzeleckiego inne ważkie opozycje, niezwykle pociągające w aspektach interpretacyjnych. Szczególnie ważne są tutaj bramy i widoczne za nimi prześwity, wskazujące na nasze odwieczne zakorzenienie w przestrzeni zamkniętej. Żyjemy w domach, bytujemy w różnorakich utylitarnych budynkach, zamykamy się w samotniach pracowni i biur, ale zawsze tęsknimy za dalą i czystością otwartych przestrzeni. To tam możemy w pełni docenić operacje świetlne i doznać twórczego olśnienia, połączyć się w błysku z chwilą pierwszą i ostatnią. Artysta szuka właściwego miejsca w świecie i nieustannie konfrontuje swoje doświadczenia z immanentnym wzorcem mitologiczno-kulturowym. Zastanawia się na ile jest Odyseuszem, Hektorem i Achillesem i wtedy nagle zauważa ciąg monstrualnych bram, pojawiających przed człowiekiem w różnych głębiach ontologicznych, wzrastających się przy każdej mobilizacji i próbie wzniesienia się na wyższy poziom poznania. To jest owo mitologiczne wyrywanie się tytanów z uścisków śmierci, to chęć znalezienia nowego wyrazu artystycznego, mitycznego przesłania ciągnącego się przez wieki. Brama kojarzy się z zamknięciem, ale też jest obietnicą otwarcia – z jednej strony przywołuje grozę piekielną, ale może też być wejściem do otwartej przestrzeni niebieskiej, przy której stoi odwieczny strażnik i sprawdza uczynki ludzkie. Od dawien dawna obszarami tymi interesowali się malarze totalni, tacy, jak Hans Memling, Hieronim Bosch, Luka Signorelli czy William Blake, przedkładając ludziom swojego czasu własne wizje furt infernalnych i odrzwi edeńskich. Jacek Strzelecki zawsze wychodzi od człowieka, kontynuując od lat swoje cykle antropomorficzne i mitologiczne. W nim widzi ostateczne zamknięcia i nagłe otwarcia, stosując kolorystykę znaną z jego wcześniejszych dzieł, ale też modyfikując ją o kolejne tonacje, wprowadzając szokujące kontrasty różu i żółcieni, błękitu, fioletu i zieleni. Tragizm sąsiaduje tutaj z nadzieją, a pulsujące żądzami ciało z zimnym, rozsypanym prochem. Bramy wtłaczają się wielkimi plastrami barwnymi do przedstawień, a jednocześnie stają się ludzkimi, mocarnymi piersiami, jakby nagle przetransplantowanymi z przedstawień wielkich mocarzy, wtłoczonych w cykle kolejnych gigantomachii. To są obrazy, na których nieustannie toczy się walka, ktoś mocuje się by otworzyć wielkie odrzwia i ktoś zapiera się, by powstrzymać napór wroga.

Jacek Strzelecki – Z cyklu Bramy

Zdumiewające są też w malarstwie Strzeleckiego głębokie wniknięcia w materię ożywioną i odzwierciedlenia na płótnach splątań żylnych, arterii limfatycznych, rur, którymi tlen podąża do płuc, a potem do krwi. To jest rodzaj odwiecznego mesjanizmu anatomicznego, ciągłej świadomości skomplikowania ukrytych procesów, przebiegających w naszych ciałach, każdorazowego otwierania się i zamykania zastawek w sercu i żyłach, ruchu dookolnego, wciąż ożywiającego myśli i kształtującego wrażliwość malarską. Bez tych procesów nie byłoby świadomości mitologicznej i bystra myśl artysty nie szybowałaby między kontekstami kulturowymi, zataczając koło od wyżyn Olimpu, poprzez jaskinie Hadesu i głębie oceaniczne, do kruchości anatomicznej ludzkich kończyn i narządów. Jeśli sztuka może być świadectwem istnienia w określonych ramach biologicznych, to w tym przypadku mamy do czynienia ze zrozumieniem niepowtarzalnej transcendencji. Człowiek ma bardzo mało czasu, by odzwierciedlić swoją wyjątkowość i jeśli zaczyna sondować konteksty filozoficzne, zauważa ciąg pojawiających się przeszkód, bram zamykających się z jękiem i łoskotem, generujących poczucie niemożności i przegrania. Tylko prawdziwy artysta pokonuje je w kolejnych dziełach, realizując rozszerzającą się wizję kosmogoniczną, próbując objąć ramy stworzenia od błysku do zgaśnięcia barw, od słowa do zamilknięcia, od narodzin do śmierci. Bytując pośród przepaści mitologicznych Strzelecki nie przestaje być człowiekiem z krwi i kości, udręczonym bytem, dodatkowo doświadczonym przez życiowe rozstrzygnięcia, wiedzącym czym jest ból i absurdalne zamykanie się kolejnych bram. Jego obrazy pulsują bólem, takim samym jaki pojawia się w pięknej przestrzeni, gdzie cierpienie sąsiaduje z błękitem nieba i blaskiem słońca pośród morskich lazurów i turkusów. W takiej rzeczywistości żołna pożera lśniącą pszczołę, rybołów zagłębia szpony w toni by pochwycić srebrzystą doradę, a nagły piorun zabija wędrowca pośród dróg wiodących ku arkadii. To są opozycje i ambiwalencje trwania w naszym świecie, a zarazem dialektyka świadomego istnienia, moderowanego przez specyficznie sformatowaną świadomość.           

Jacek Strzelecki – Z cyklu Bramy

Jak w każdej monumentalnej sztuce, w malarstwie prof. Jacka Strzeleckiego zakodowane zostało dodatkowe przesłanie. Rodzimy się i wzrastamy, kształtujemy wiedzę, ćwiczymy i budujemy ciała, a potem osuwamy się w pył, toniemy w nieistnieniu. Ale świat i entropia nie mogą nam odebrać tego, co jest immanentną cechą każdego ambitnego istnienia – nie są w stanie spowolnić w nas dążenia do euforii, pragnienia przeżywania chwil niepowtarzalnych, konstruujących krajobrazy wewnętrzne, w których pojawia się głębia. Prześwity i jasne polany w mrocznych lasach (Lichtungen), które tak fascynowały Martina Heideggera są także istotą tego malarstwa i jak u niemieckiego filozofa wiążą się z Heraklitejskim κεραυνός – mistycznym światłem, nagle pojawiającym się w przestrzeni i opalizującym pośród mroków. Chwilowość i fragmentaryczność naszych rzeczywistości zanika w błysku ekstazy i może najbardziej ekscytujące na tych obrazach są jasne przestrzenie za bramami, za anatomicznymi zaporami, gdzie wszystko płynie i rozgrywa się nowa odsłona dramatu istnienia. Tam lokować należy tajemnicę kreatywnego malarstwa, filozofii stającej się tłem dla życiorysu i źródłem kosmicznej energii, przenikającej niewidzialnie świat. Tak zamknięcie staje się otwarciem, a brama początkiem nowej drogi – tak kolor zyskuje wymiar epistemologiczny, a kruchy kształt anatomiczny ma wartość ponadczasową.

BROMBERG (23)

Dwa dni minęły od momentu, gdy Szmul Lewi przeniósł z domu do furgonu Arona dwie duże walizy i kilka toreb, a potem z żoną Mirełe i synem Chaimem wsiadł do niego. Wracając z Orlej zaszedł jeszcze do zaprzyjaźnionego szewca Izaaka Abrahama i próbował go przekonać, by też wsiadł do furgonu i pomknął z uciekinierami na wschód. Wierzył, że przekona przedsiębiorcę, by zabrał jeszcze jednego człowieka, lokując go z tyłu pojazdu, pomiędzy paczkami, beczką z benzyną i workami z żywnością, ale szewc zdecydowanie odmówił.

– Jestem już stary i nie wytrzymam tak długiej podróży… – mówił i teologicznie dedukował – Co ma być to będzie… Jahwe decyduje o naszych losach…

– Ale ucieczka przed złem nie obraża go, natomiast zbytnia pewność w jego wyroki może jawić się jako wielkie zarozumialstwo…– nie ustępował Szmul.

– Nasz Pan wie jaki zawsze byłem pokorny… Dziękuję ci przyjacielu, ale czuję, że tutaj mam jeszcze coś do zrobienia. Jedźcie z opieką Jahwe… Będę się modlił za was każdego dnia.   

Po powrocie do domu, żona policjanta strasznie rozpaczała, ale w końcu zdecydowała się na podjęcie ryzyka, tym bardziej, że nie było innej szansy na ocalenie syna. Spory dobytek, z którego tak była dumna, stracił dla niej teraz wartość i podczas selekcji rzeczy, które mieli wziąć, była radykalniejsza od męża.

– Zobacz kochany jak mało znaczymy… Udało mi się zapakować wszystko w trzy kartony i dwa worki…– powiedziała, gdy byli już gotowi do wyjazdu.

Aron przyjechał o oznaczonej godzinie i okazało się, że jego bagaże i żony wcale nie okazały się1) większe, a jedyną fanaberią była piękna, inkrustowana szkatułka z kosztownościami i albumy ze zdjęciami, które Estera cyzelowała przez lata. Zapadła noc, a oni ruszyli szybko w stronę Inowrocławia, po drodze mijając posterunek na południowych rogatkach miasta, gdzie akurat zatrzymano jakiś pojazd i przepuszczono ich bez kontroli. Szmul ubrany w mundur policyjny, usiadł koło kierowcy, a na tylnym siedzeniu ulokowały się kobiety i mały Chaim. Policjant doskonale znał te tereny, bo często wysyłano go do pobliskich wsi na interwencje. Po pół godzinie jazdy skierowali się ku wsi Liszkowo, a z niej odbili w stronę Radziejowa, gdzie chcieli poczekać na następną noc u znajomego Żyda, ale zobaczyli, że miasto jest już obsadzone Wermachtem, więc skierowali się do lasu, gdzie przespali się na swoich miejscach, a tylko Chaima położyli z tyłu, na podłodze auta. Estera i Mirełe przygotowały mu prowizoryczne posłanie z koców i przykryły go zielonym brezentem. Spali dość twardo, zmęczeni wydarzeniami poprzedniego dnia i nocy, ale co jakiś czas budziły ich odgłosy salw artyleryjskich, przemieszczających się wozów pancernych i czołgów. Dość nisko przelatywały też eskadry samolotów kierujących się ku centrum kraju, prawdopodobnie niosąc bomby przeznaczone do zrzucenia na Warszawę. Czekali dość długo by słońce całkowicie schowało się za horyzontem, a potem ruszyli z impetem w stronę Włocławka, co jakiś czas zamieniając się przy kierownicy i wybierając polne, nieutwardzone drogi. Tak udało im się dotrzeć bez kłopotów w okolice Płocka i odbić na południe, w stronę Łowicza, gdzie zatrzymano ich po raz pierwszy, ale po spojrzeniu na papiery i prowadzącego furgon granatowego policjanta, machnięto ręką i kazano jechać dalej. Ominęli Łódź od południa, pod Pabianicami i zatrzymali się dopiero za Tomaszowem Mazowieckim, znowu przeczekując dzień w lesie, nieopodal wsi Jeleń.

– Jak na razie udaje nam się podążać do przodu drogi Szmulu… – powiedział Dawid i wyszedł na chwilę z samochodu.

– Trzeba rozprostować kości, bo strasznie zesztywniałem… Ty pewnie też, bo jesteś ode mnie starszy o pięć lat – pociągnął rozmowę policjant, gdy stanął przy nim.

– Tak, ja mam już sześćdziesiąt dwa lata i czuję brzemię wieku. Ale oby tak dalej nam szło, chociaż potworne odgłosy wciąż niosą się od granic Warszawy, gdzie Niemcy stanęli już ósmego września… – powiedział starszy mężczyzna.

– Musimy przedostać się na drugą stronę Wisły w okolicy wsi Latków… Tam kiedyś był most, a teraz można dostać się na drugi brzeg prostym promem. Mam nadzieję, że nic się nie zmieniło i szybko znajdziemy się we wschodniej Polsce – odrzekł Szmul.

Noc zapadła szybko i cała piątka zasnęła w furgonie, tym razem nie budząc się aż do rana.  Szmul miał mroczny koszmar, w którym jacyś podejrzani żołnierze z mongolskimi twarzami wpychali go do ciężarówki i wraz z innymi mężczyznami w polskich mundurach, wieźli go gdzieś do lasu. Po dotarciu na miejsce zaprowadzono ich na niewielką polanę, gdzie stał mały spychacz, który wydrążył dość głęboki i szeroki rów. Żołnierze chwytali każdego z osobna pod ramiona, prowadzili nad skraj dołu, zarzucali płaszcz na głowę nieszczęśnika, a trzeci z nich strzelał w potylicę. Gdy przyszła kolej na niego powiedli go w to samo miejsce, a że nie miał płaszcza, zdjęli mu górną część policyjnego munduru i zarzucili na górę. Poczuł dojmujący chłód, zdążył jeszcze spojrzeć na błękitne niebo i usłyszał szczęk pistoletu, który zaciął się w zamku. Poczuł jak trzęsą mu się nogi ze strachu, a egzekutor mówi po rosyjsku:

Cука блять! Дерьмо от стрельбы перегревается … Даешь Вальтеру, потому что Коровины отстой...

Jeszcze odnotował w świadomości odgłos przeładowania, metaliczny trzask i spotworniały odgłos wystrzału, który natychmiast przygłuchł i ciemność rozlała się w nim.

Pierwszy otworzył oczy Aron i zobaczył, że koło ich samochodu usadowiło się kilka saren i jeleń z ogromnym porożem. Dotknął ramienia Szmula, wstrząsanego dreszczami i pokazał mu zwierzęta na niewielkiej polance.

 – Przestraszyły je odgłosy wojny… i garną się do ludzi… Całkowicie zatraciły poczucie bezpieczeństwa…– skomentował sytuację przedsiębiorca i włączył silnik furgonu.

– Jesteśmy w okolicach wsi – nomen omen – Jeleń… Ach jakiż straszliwy miałem koszmar – powiedział spocony Szmul, ale zaraz wziął do ręki mapę i wytyczył kierunek jazdy.

Ominęli stację kolejową i skierowali się bocznymi drogami w stronę Radomia, otaczając miasto szerokim łukiem. W okolicy Głowaczowa złapali gumę i musieli wymienić całe koło, co znacznie opóźniło jazdę, ale pozwoliło im coś zjeść, obmyć się w strumieniu i wytyczyć dalszą trasę, nieco na północ, prosto do Latkowa, gdzie spodziewali się znaleźć prom rzeczny. Po przybyciu na miejsce okazało się, że duża platforma stoi przy brzegu, ale nie ma na niej żywej duszy. Po jakimś czasie pojawił się zalękniony miejscowy przewoźnik, który najpierw nie chciał popłynąć na przeciwległy brzeg, ale dał się przekonać, gdy Dawid suto mu zapłacił srebrnymi monetami z wizerunkiem Piłsudskiego. Wjechali na prom i szybko pokonali niewielką odległość na drugą stronę, do wału, z którego trakt wiódł do Gończyc, Żelechowa i dalej do Sokołowa Podlaskiego. Po drodze rozmawiali o ostatnich wydarzeniach i przystawali by uzupełnić paliwo, którego było coraz mniej, bo marne drogi wymagały częstych postojów, zwalniania i gwałtownego przyspieszania na piaskach. Na szczęście udało im się kupić dwa dodatkowe kanistry benzyny od jakiegoś grubawego wieśniaka, a na dokładkę dostali bochen świeżo upieczonego chleba, trochę soli i smalec w kamionkowym kubełku. Pieczywo było tak smaczne, a smarowidło ze skwarkami tak do niego pasowało, że szybo zjedli wszystko i pokrzepieni skupili się na drodze. Planowali zatrzymać się za Siemiatyczami, ale przy dojeździe do lasu zatrzymał ich patrol konny polskiego wojska, nakazując odwrót na południe, bo w Białymstoku nie było już naszych oddziałów i władz. Przez chwilę rozważali zmianę trasy i skierowanie się do Brześcia, ale nie byli pewni czy pokonają Bug i czy znajdą właściwe drogi prowadzące w stronę Grodna. Ostatecznie postanowili jechać do Bielska Podlaskiego i dalej do Białegostoku, skąd chcieli dostać się na wschód. Udali, że jadą na południe, ale przy trzecim zjeździe do lasu, skręcili zataczając koło pośród wysokopiennych sosen, modrzewi i zagajników świerkowych. Gdy byli już pewni, że oddalili się od żołnierzy, wyjechali z borów i pustą drogą pomknęli w kierunku Zabłudowa, gdzie skręcili na wschód i omijając stolicę województwa, przez Michałowo i Gródek dotarli do Krynki. Stamtąd bocznymi drogami przemieścili się w okolice Sokółki, gdzie chcieli przenocować w dużym kompleksie leśnym przez który wiodła droga do Grodna. Niestety trudy podróży dały o sobie znać i mały Chaim zaczął gorączkować, prawdopodobnie przeziębiwszy się w nocy, gdy z mamą musiał wychodzić za potrzebą w krzaki. Na szczęście bydgoski przedsiębiorca zabrał ze sobą dobrze wyposażoną apteczkę, więc zaaplikowano chłopcu witaminę C i aspirynę i kazano leżeć przez cały czas z tyłu pojazdu, dodatkowo przykrywając go kocem, wziętym z drugiej ławki samochodowej. Kobiety też lekko pokasływały, więc i one otrzymały po witaminie i białej tabletce, popijając kwasem chlebowym z dużych zielonych butelek, zapinanych na porcelitowo-druciany pałąk.  

PRZECIW KSENOFOBII

Triumfatorka US OPEN 2021 Emma Raducanu
Foto Euronews

Konsekwentnie w ostatnich latach wolę oglądać tenis kobiecy, więc z ogromnym zainteresowaniem obejrzałem wczoraj finał US Open w Nowym Jorku. Na kort wyszły nastolatki Leylah Annie Fernandez z Kanady i Emma Raducanu z Wielkiej Brytanii, przy czym ta druga dziewczyna musiała przebrnąć przez sito kwalifikacyjne. Nazwiska mogłyby sugerować, że panie pochodzą z Hiszpanii i Rumunii, a tymczasem to ich ojcowie spowodowali, że otrzymały od nich te dziwnie brzmiące uściślenia osobowe. Ojciec Leylah pochodzi z Ekwadoru i znalazł sobie towarzyszkę życia z Filipin, a tata Emmy wywodzi się z Rumunii, a jej matka z Chin. Obie tenisistki dały prawdziwy popis znakomitej gry, choć od końca pierwszego seta zdecydowanie dominowała Brytyjka. Jakże to był wykwintny tenis, z licznymi crossami, skrótami przy liniach i slajsami, nie brakowało też asów i wysokich lobów. Nie bez znaczenia była też młodzieńczość zawodniczek i ich nieco azjatycka uroda, podkreślana promiennymi uśmiechami. Wygrała Raducanu, po ostatniej piłce kładąc się z wrażenia na korcie, a potem czule obejmując konkurentkę przy siatce. To pierwsza kwalifikantka, która zaszła tak wysoko w wielkim szlemie, wygrywając przy tym dziewiętnaście setów z rzędu. Patrzyłem na to widowisko i myślałem o polskiej ksenofobii, objawiającej się atakami na obcokrajowców w autobusach, pociągach i tramwajach, albo nawet na ulicach. Ciągle mam nadzieję, że trafię na taką sytuację w moim mieście i uczynię użytek z umiejętności, które posiadłem na treningach karate, boksu i kulturystyki. Gdyby nie daj Boże jakiś ksenofob z mordą goryla zaatakował w mojej obecności osobę z innego kraju, o odmiennych rysach lub kolorze skóry, nie wahałbym się ani chwili i następnego dnia byłyby w gazetach tytuły: Poeta zdemolował bandziora! Na razie uczestniczyłem w prawdziwej uczcie sportowej i manifestacji humanizmu, przekraczającego granice państwowe i rodzącego takie owoce jak Laylah i Emma. Myślę, że panie szybko okrzepną i w przyszłych latach będą dostarczać nam jeszcze sporo emocji. Tak działają i wyglądają przedstawicielki ludzkości, która podąża do przodu…

Z lewej: Leylah Annie Fernandez
Foto: Euronews

ZALEW KORONOWSKI

Wyprawa nad Zalew Koronowski, który pojawiał się w moim życiu wielokrotnie, począwszy od lat osiemdziesiątych XX wieku, gdy byłem wychowawcą kolonijnym w Pólku, poprzez pływanie pod żaglami po roku 2000, a skończywszy na osobnych wycieczkach samochodowych do Pieczysk, Samociążka i Sokole-Kuźnicy w latach 2012–2021. Jakże dobrze jest stanąć na brzegu i cieszyć się widokiem ogromnej płaszczyzny wodnej, na której widać wiele białych, płóciennych plam. Wszystko tutaj takie spokojne, wszystko na swoim miejscu – piękno niemal mazurskie, cisza jak nad Bełdanami, błękit jak nad Mamrami, głosy ptaków niczym w sitowiach nad Śniardwami. Mógłbym tak stać kilka godzin, rozkoszując się dziewiczą naturą, patrząc jak zmieniają się kolory wody, brzegów, zarośli trzcinowych i wielkiego baldachimu nieba. Bliskość dwudziestoletniej rocznicy zamachów na Nowy Jork generuje jednak do moich myśli obrazy groźne, destrukcyjne i każe pytać o jakość zabezpieczeń akwenu przed klęskami natury.  Jak wiadomo koncepcja jego utworzenia powstała już w 1928 roku w pracowni prof. Karola Pomianowskiego, ale z powodu wojny do projektu powrócono dopiero w 1946 roku, co było dobre, bo znacznie rozwinięto pierwotne plany, oparte o wykorzystanie równoległych do Brdy jezior polodowcowych (Lipkusz Duży, Lipkusz Mały, Moczar, Czarne i Białe). Ostateczną decyzję podjęto w 1953 roku, a prace trwały do roku 1960, obejmując między innymi całkowity demontaż zabudowań wsi Olszewka i przesiedlenie jej mieszkańców. Tak pod wodą znikła szkoła z czerwonej cegły, wzniesiona w czasach pruskich, mostek na niewielkiej strudze, liczne domy, zabudowania gospodarcze i dwa niewielkie cmentarze – pocholeryczny i ewangelicki. Przez wieki żyło w tej wsi wiele rodzin polskich i niemieckich, uprawiano zboża i ziemniaki, tworzono nowe gospodarstwa, nie przeczuwając, że wszystko to znajdzie się kiedyś pod wodą. Napełnianie zbiornika zakończono 30 listopada 1960 roku, a elektrownia została oddana do eksploatacji 4 marca 1961 roku. Zbiornik powstał z podpiętrzonej Brdy, przegrodzonej zaporą ziemną o długości 49 kilometrów oraz połączenia wielu jezior rynnowych. Teraz stojąc nad tym cudem myśli hydrologicznej, zachwycam się rozmachem, w którym siły natury odegrały najważniejszą rolę. Dzisiaj Zalew Koronowski wydaje się oazą spokoju i stanowi cel licznych wycieczek dla mieszkańców Koronowa i Bydgoszczy. Stojąc na wyniosłej skarpie i przyglądając się toniom myślałem o tym, że nad pięknym zalewem stale wisi groźba naturalnej katastrofy, wszak chronią go konstrukcje sprzed siedemdziesięciu lat. Odpowiednie służby zapewniają, że nasyp ziemny stworzony został z zachowaniem norm bezpieczeństwa, ale przecież zmieniający się klimat może mieć wpływ na powstanie nowych problemów. Łatwo można sobie wyobrazić co by się stało, gdyby jakiś sabotaż lub katastrofa naturalna doprowadziły do rozszczelnienia tamy. Odpowiednie symulacje komputerowe wskazały, że woda i błoto z obszaru 1560 hektarów zniszczyłyby położone w dolinie Koronowo, a także elektrownie wodne w Samociążku, Tryszczynie i Smukale. Do rogatek Bydgoszczy fala zalewowa dotarłaby po około dwóch godzinach, a do centrum miasta po dwóch następnych. Najgorszy scenariusz zakłada, że kulminacyjna fala o wysokości 6,5 – 7,5 m ponad linię brzegową rzeki i średniej prędkości około 5,5 m/sek, spowodowałaby zatopienie terenu miasta o szerokości od 700 do 1500 m i powierzchni 3600 hektarów, zamieszkałych przez około 100 tys. ludzi, zniszczenie wszystkich przepraw przez rzekę, jazów na Wyspie Młyńskiej, śluzy nr 2, w Czersku Polskim i śluzy nr 1 w Brdyujściu oraz kilkuset mniejszych i większych zakładów pracy. Na razie jednak stojąc nad brzegiem zbiornika utworzonego przez ludzi rozkoszowałem się jego pięknem i ku niewiadomej, dalekiej przyszłości odsuwałem ewentualny kataklizm. Prawdopodobnie nigdy do niego nie dojdzie, ale warto pamiętać o historii nowego bydgoskiego mostu, który przeszedł wszelkie niezbędne ekspertyzy i próby obciążeniowe, a po kilku latach okazał się bublem konstrukcyjnym, którego nagłe zamknięcie sparaliżowało komunikację w Bydgoszczy.

ROZBŁYSK I DAL

Poezja bywa najprawdziwsza, gdy staje się odzwierciedleniem życiowych wyborów i wciąż toczącej się walki o kształt i sens nowych dni, o integralność osobową w zamykających się przestrzeniach. Taka sztuka słowa rodzi się w momencie autorskiego uświadomienia odrębności, wyjątkowości i niezwykłości podarowanych mu chwil. Może wtedy stać się drogowskazem albo latarnią morską, oświetlającą rozległe brzegi i tonące we mgle dale, może przydać dodatkowych znaczeń temu, co było, jest i będzie. Pisanie wierszy to dar od losu, pozwalający weryfikować kolejne wybory i dający poczucie artystycznego spełnienia, ale jest to też czuwanie przy bycie, reagowanie na zagrożenia, wskazywanie nowych możliwości obrony. Dzieje ludzkie są krótkie i nie mogą konkurować z cywilizacyjnymi przestrzeniami historii, zamknięte w obrębie jakiegoś wieku, rozgrywające się na przełomie dziesięcioleci, zawsze kończą się rozpadem budowanych z mozołem struktur. Ale w przypadku artystów, prozaików i poetów pozostają kolejne książki, które są dokumentem działań i wyrazistym śladem pośród rozrastającej się nicości. To są schody, po których twórca wchodzi na wyższe poziomy rozumienia i interpretacji świata, to platformy spotkań z czytelnikami, którzy też szukają sensu istnienia i potrzebują przewodników pośród życiowych dróg. Nie bez powodu na początku nowego tomu wierszy Barbary Filipiak pojawia się wyrazisty kształt latarni, rozsiewającej światło pośród mroku, będącej rękojmią przetrwania pośród żywiołów i znakiem istnienia, dobicia do portu i zakończenia okresu błądzenia. To wskazówka dla interpretatorów, ale też metafora naszego chwilowego istnienia, pojawiania się świata w rozbłyskach, wyłaniania się kształtów z ciemności i równie szybko ginących pośród czerni. Zadaniem poety jest odzwierciedlenie bolesnej chwilowości i znalezienie ekwiwalentów słownych dla tego, co pojawia się w świadomości i czeka na nazwanie, celne dopełnienie treścią językową. Ludzie rodzą się nadzy (tabula rasa), bez narzędzi niezbędnych dla poznania świata, ale dzięki rodzicom i życzliwym ludziom uczą się słów, poznają znaczenia i zaczynają nazywać kolejne odsłony rzeczywistości. Ten rozwój zwykle zatrzymuje się na określonym poziomie rozumienia i edukacji, ale w przypadku poetów trwa nadal, często stając się istotą ich człowieczeństwa, miarą niezależności artystycznej i duchowej.

Barbara Filipiak w nowych wierszach dokumentuje niezwykły rozwój jej literackiego rzemiosła, jakże często dochodząc do nowych, zdumiewających efektów twórczych. To jest podglądanie świata, ale też nieustanne jego komentowanie, wyodrębnianie sytuacji i zdarzeń centralnych dla jednej biografii, dla konkretnej rodziny i dla całej ludzkości. To wiara w przeznaczenie, ale też przekonanie, że możemy kształtować życie i trafnymi wyborami wpływać na kształt nieodgadnionej przyszłości. Każdy z nas ma bagaż doświadczeń dobrych i złych, każdy nosi w pamięci ciąg zdarzeń kształtujących osobowość i konstruujących wyobraźnię. Tak czysta tablica zostaje zapisana różnymi znakami, symbolami, zdaniami i cyframi, które zyskują znaczenie w obrębie biografii autorki i stają się zaczątkami wierszy. Plastyczne obrazy zmieniają się w obrębie kolejnych liryków, myśl migruje ku przeszłości i staje się odzwierciedleniem zdumiewającej teraźniejszości. Coraz większe znaczenie zyskują też głębie, otwierające się w wierszach i stające się potwierdzeniem tego, że istniejemy interaktywnie w przestrzeni ziemskiej i kosmicznej – jesteśmy drobinkami, które potrafią zinterioryzować swoją małość i chwilowość i nie przestają dążyć ku wielkości, to jest jeden żywot/ a kolorów tysiące/ które barwią moją tożsamość/ wpisaną w porządek/ tego świata. Poezja rodzi się w miejscu przecięcia doświadczenia jednostkowego i wielości impulsów odbieranych przez nadwrażliwy byt. I staje się tęsknotą za czystością i pełnią – wykładnią dobra danego nam w spadku po tych, którzy przez wieki i tysiąclecia kształtowali kulturę, budowali cywilizacje i stawali się znakiem permanentnego rozwoju. To ku nim orbituje myśl poetki, starającej się ocalić jak najwięcej ze swojego człowieczeństwa i zaznaczyć odrębność, dopełnić kolejny cykl astralny i kalendarzowy, bo przecież: Najważniejsze w życiu/ są piękne spotkania/ gdy na moście przeznaczenia/ człowiek podaje dłoń człowiekowi/ czasem chwila wystarczy/ by szczęście zakwitło/ i zostało z nami  na/ zawsze. Tak bywa często, ale nie powstawałaby tak ważka poezja, gdyby w świadomości autorki nie ćmił się smutek, a obok doświadczeń euforycznych nie pojawiałyby się wspomnienia traumatyczne. Eschatologia zawsze triumfuje nad ludzkim losem, a choć staramy się odsuwać ją poza marginesy codzienności, to i tak upomina się o swoje prawa, triumfuje w chwilach ostatecznych. A choć tęsknimy do szlachetności, na naszej drodze pojawia się ludzka nikczemność, burząca wszystko i próbująca pomniejszać osiągnięcia dnia, roku, całego życia. Na szczęście pomaga wtedy refleksja poetycka, będąca jak rozbłysk światła i ustalająca na nowo proporcje dobra i zła. 

Istniejemy pośród fenomenów świata, jakże celnie odwzorowanych w tym tomie w formie barwnych, autorskich fotografii, ale też jesteśmy częścią ogromnego systemu doświadczeń ludzkich, przekazanych nam w genach i w zapisach historycznych, mających formę ukrytego kodu lub jawnej opowieści w gronie rodziny, narracji przyjaciół lub przypadkowo spotkanych osób. Ważne jest by to rozumieć i tworzyć wciąż od nowa ewangelię jasnej strony życia, a potem cieszyć się owocami świadomej egzystencji, spaceru przez życie, pozostawiającego w pamięci wyraziste ślady. Czym innym jednak są pragnienia, a czym innym realne bytowanie w trudnym świecie ludzkim, gdzie obok przewodników spotykamy tych, o których chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć. W nowym tomie wierszy Barbary Filipiak wiele jest tekstów dokumentujących ludzką małość, ale przecież wszyscy borykamy się z takimi problemami – Na moim Westerplatte/ codziennie ktoś/ kamień kładzie/ który jak pocisk wyrzuca/ z własnych myśli/ by zabić wiarę/ w otaczającą mnie/ rzeczywistość – wszyscy doświadczamy agresji ze strony wrogich osób i niewidzialnych sił. I wszyscy musimy sobie z tym radzić, tworząc strategie przetrwania, walcząc o jasny kształt, wciąż zapisując czystą tablicę nowymi zdaniami, pięknymi sentencjami i wierszami. Może w tym pomagać patriotyzm i ściśle określone poglądy na temat państwa, prawa i systemów, w których egzystujemy. Autorka wiele razy upomina się o tych, którzy zostali skrzywdzeni, przywołuje zdarzenia tragiczne z naszej historii, ale też wyraziście formułuje oceny, stawia skrzywdzonych i poniżonych pośród bohaterów trudnej polskości. Przywołując słowa Cypriana Norwida – Gorzki to chleb jest polskość – wierzy, że poezja ocali to, co w naszym narodzie jest najpiękniejsze i określi prawdziwe ramy zbiorowych i jednostkowych doświadczeń. Wchodząc w polemikę z polską rzeczywistością, nie zapomina jednak poetka o swoim skrawku wieczności, lokując egzystencję ludzką pośród ogromów niewyobrażalnych, pierwotnych struktur metamorficznych, nieustannie wywierających wpływ na nas. Tak tworzy poezję pulsującą licznymi odcieniami – tak pisze wiersze, w których jest prawda o niej i o świecie, opowieść o zmieniających się stale perspektywach i potrzebie czujności w obliczu skradającego się podstępnie czasu, pragnącego odebrać nam oddech i stawiającego przed człowiekiem coraz trudniejsze zadania. Jakby jednak nie było, ważny jest punkt dojścia, stanięcie na szczycie, zauważenie zmiany i nazwanie codziennej treści, bo przecież: tak mało trzeba/ do szczęścia/ wystarczy tylko/ z oddali zobaczyć/ wschód nowego dnia…

* * *

Ludzie najczęściej przypisani są do konkretnych miejsc i rzadko decydują się na egzystencję w drodze. Choćby nie wiadomo jak daleko odjechali, choćby wytyczyli sobie odważny azymut podróżniczy, prędzej czy później wrócą do swoich domów, zatoczą wielki krąg i znowu pojawiają się w miejscu wyjścia. Chmury będą sunąć po niebie, wody wielkich rzek będą przelewać się przez katarakty i wpadać do morza, drzewa spotężnieją i wrosną w niebo. Urodzą się nowe pokolenia i wejdą w dorosłość, a generacje wcześniejsze sukcesywnie stracą swoich przedstawicieli i zaczną nieodwracalnie zamierać. Wszak egzystencja ludzka, tak zmienna i tak zaskakująca w swoich rozwiązaniach, odwzorowuje najwierniej metamorfozy dokonujące się w kosmosie. To jest takie samo kosmogoniczne podążanie od narodzin, poprzez wzrost i rozkwit, do nieuchronnego rozpadu. Jakże łatwo zapominamy o chwilowości naszego życia, wpisanego w cykle rozwojowe galaktyk i całego wszechświata, Układu Słonecznego i konkretnej planety, jakiegoś kontynentu i państwa, miasta albo wsi. Kultura przeciwstawia się entropii, ale przecież finalnie niczego nie zdoła ocalić, upadną cywilizacje i w ostatnim akcie dramatu, eksplozja supernowej rozrzuci pył gwiezdny na ogromnych obszarach. Tak jak ułudą było ocalenie ciała, marzenie o pozostawaniu wiecznie młodym, tak rozpadnie się Ziemia i inne struktury planetarne. Naukowcy i fantaści literaccy będą nas karmić opowieściami o tym, że ludzkość przeniesie się na inne globy, do dalekich galaktyk, albo do wszechświatów równoległych. A przecież tylko na Ziemi możemy być sobą i tylko w konkretnej przestrzeni kulturowej możemy rozwijać się, tworząc arcydzieła na miarę braci Van Eycków, Michała Anioła, Moneta i Einsteina. Tak jak pszczoły tworzą regularne struktury, które wypełniają miodem, jak remizy tkają gniazda z traw i gałązek, tak człowiek wznosi dom, w którym chroni się przed naturalnymi kataklizmami. I nawet jeśli uda mu się stworzyć na chwilę jakąś szczelną enklawę, okrutny czas przesieje byty przez sito nicości, miliardy lat zrównają się z chwilą i wszystko zaniknie, zgaśnie jak świeca w ciemności. Cóż więc jest? Co zostało nam, co wszystko wiemy, dla których żadna z dawnych wiar już nie wystarcza? – pytał w wierszu pt. Koniec wieku XIX Kazimierz Przerwa-Tetmajer, wiedząc, że nie otrzyma odpowiedzi na postawione pytania. Dzisiaj równie trudno o odpowiedź, chociaż jeśli miliard lat staje się z czasem chwilą, to może warto ją wyodrębnić – usiąść na brzegu oceanu, na szczycie góry, zatrzymać się na pustyni, na rozległym lodowcu, albo w wysokim lesie unieść głowę ku górze i patrząc na prześwity między koronami drzew poczuć, że istniejemy.  

« Older entries

%d blogerów lubi to: