INNA GŁĘBIA

Trylogia pt. Złote czasy nawiązuje do trzech okresów w życiu cenionego chińskiego pisarza Wanga Xiaobo, który zmarł w kwiecie wieku. Przyczyniły się do tego trudy życia i ataki przeciwników, nie umiejących zaakceptować nowego rodzaju pisarstwa tego błyskotliwego buntownika i prześmiewcy. Jego obserwacje patologii Kraju Środka zostały wzmocnione podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych, gdzie kontynuował edukację uniwersytecką i zdobył tytuł magistra. Zapewne wtedy zaczął widzieć wszystko kontrastowo i po powrocie do Chin zapragnął dać prawdziwe świadectwo swoim czasom. Ważna też była chęć zachowania zdarzeń i nadania im określonego kształtu analitycznego, a że możliwe to było tylko w parabolicznym lustrze prozy, twórca szybko stworzył dzieła, które obecnie stanowią ważką część kanonu współczesnej literatury jego kraju. Sytuacja polityczna wymusiła na nim określoną formułę narracyjną, w której najważniejszą rolę odgrywa wyimaginowany bohater Wang Er, urodzony w 1950 roku i wchodzący w dorosłość w czasach rewolucji kulturalnej. To alter ego autora i swoisty eksperyment artystyczny, pozwalający mu dowolnie modyfikować zachowania i postawy wobec zmieniającej się sytuacji społeczno-politycznej. Wang Er jest świadkiem samobójstw i zbrodni, eksperymentuje ze środkami wybuchowymi, za co zostaje uwięziony i ciężko pobity.  Z tego powodu, po uwolnieniu musi udać się na reedukację do prowincji Junnan, gdzie jednak szybko znajduje sobie niszę, w której może egzystować w opozycji do systemu. Zapewnia mu to związek z piękną Chen Qingyang, określaną jako „przechodzony towar”, z powodu separacji z mężem, siedzącym w więzieniu, a pracującą jako lekarka w wiejskiej komunie. Początkowo zaczyna budować się konflikt pomiędzy nimi, ale górę bierze gorąca krew i dochodzi do pierwszego zbliżenia, podczas którego bohater przestaje być prawiczkiem i zakompleksionym młodzieńcem, doglądającym wykastrowane byki. Spotkanie z żywą kobietą, łaknącą seksu tak samo jak on, powoduje, że spaczona rzeczywistość czasów Mao Zedonga oddala się, a chwile bliskości wyposażają ich życia w inną głębię. I choć w późniejszych latach pojawią się nowe kobiety – kochanka Dzwoneczek i żona Erniuzi – to i tak najważniejsza w jego życiu pozostanie ta, z którą spotykał się w górskim szałasie, a potem wycierpiał wiele, gdy poddano ich zjadliwej krytyce hunwejbińskiej. Po powrocie do Pekinu Wang Er pracuje w warsztacie i zaczyna studia uniwersyteckie, potem zostaje wykładowcą w pomniejszej uczelni i bierze ślub z niezwykle wymagającą i zazdrosną o niego Erniuzi. Wielki indywidualista i seksoholik nie wytrzymuje zbyt długo ciągłych napięć małżeńskich, odnawia swój związek z Dzwoneczkiem i w końcu rozwodzi się z żoną. Pakiet jego doświadczeń jest już tak wielki, że wszystko staje się dla niego materiałem do rozważań filozoficznych, a spotkanie z tajemniczym panem Liu, otwiera przed nim nowe horyzonty myślowe i interpretacyjne.

W konserwatywnych i zakłamanych Chinach drugiej połowy dwudziestego wieku otwarte przedstawianie seksu, bez mgiełek i kamuflaży, było prawdziwym szokiem i natychmiast zostało poddane krytyce. Czym innym były jednak oficjalne opinie i zakazy druku, a czym innym błyskawicowe rozprzestrzenianie się tej prozy w środowiskach młodych intelektualistów. Im bardziej zakazywano, tym więcej pojawiało się pirackich i tajwańskich edycji Xiaobo, by w końcu doczekać się uwolnienia druku, a nawet ustalenia kanonu przez oficynę Xinjingdian, wydawcę dzieł zebranych pisarza. Chińskie elity i postępowi politycy zrozumieli prawdę, którą wyartykułował Li Yinhe, autor wstępu do omawianego tutaj dzieła: Xiaobo stworzył dla nas groteskowy i barwny świat, tak odległy od rzeczywistości, a równocześnie tak mocno związany ze światem, w którym żyjemy. Podobny nie formą, a duchem. Czytając powieści i opowiadania tego pisarza Chińczycy zaczęli rozumieć pierwiastkową prawdę, że najpełniej wolni mogą być tylko w wykreowanych samoistnych enklawach (domach, mieszkaniach, posiadłościach wiejskich) i w gorących związkach erotycznych. To one dawały im siłę i poczucie niezależności, a eksperymenty w duchu Xiaobo utwierdzały ich w przekonaniu, że ta dziedzina życia nigdy nie podda się inwigilacji. Nikt wcześniej tak nie opisywał miłości cielesnej i ludzie chcieli być tak samo rozpustni – naśladować Wang Era i jego kochankę: Kiedy się kochaliśmy, do szałasu przez szczelinę wcisnęła się jaszczurka; to sunąc naprzód, to się zatrzymując, doszła do środka pomieszczenia. Nagle wystraszyła się, smyrgnęła i znikła w rozświetlonym wyjściu. Właśnie wtedy jęki Chen Qingyang rozlały się jak fale powodzi i wypełniły całą przestrzeń wokół. Przestraszyłem się i znieruchomiałem. Wtedy mnie ponagliła, pośpiesz się, idioto, i uszczypnęła w nogę. Przyspieszyłem i po chwili zatrzęsła się ziemia. Chen Qingyang powiedziała, że popełniła tyle grzechów, iż prędzej czy później dopadnie ją karma. Gdy to mówiła, rumieniec znikał z jej piersi. Ale jeszcze nie skończyliśmy. Zabrzmiała tak, jakby płaciła za to, co właśnie zrobiła. Nagle przez moje ciało, od głowy aż do kości ogonowej, przepłynął dreszcz i trysnąłem, potężnie i z rozmachem. To już nie były czasy, gdy innowacyjny seks z wieloma kobietami zarezerwowany był tylko dla przewodniczącego Mao i jego urzędników – tak zaczynała się cicha rewolucja, o której niewiele wiedziano przed pojawieniem się dzieł Xiaobo. Wcześniej powieści miały być wzniosłe, dydaktyczne i patriotyczne, miały utrwalać w ludziach przekonanie, że partia czuwa nawet nad tą sferą życia. A tutaj pojawił się pisarz, który nie wahał się sugerować związków homoseksualnych pomiędzy partnerami, a także przemycać elementów masochistycznych: Kiedy uspokoiłem oddech, chwyciłem prawą ręką strzelbę, a lewą wymierzyłem jej dwa siarczyste klapsy w tyłek. Przez cieniutką tkaninę poczułem jego niezwykłą gładkość. Miała bardzo krągłe pośladki. Ja pierdolę, co to było za uczucie! Po tych dwóch klapsach od razu się uspokoiła. Stała się grzeczniutka i nie odezwała się już ani słowem. I do tego Xiaobo klął jak szewc, czyniąc z wulgaryzmów jeden z żywych tropów stylistycznych i rodzaj kontrapunktu dla pompatycznej mowy liderów partyjnych i krzykaczy wiecowych.  

Chorobliwe pomysły chińskiego przywódcy, nakazujące dzieciom inteligentów jechać na wieś, by tam uczyć się prawdziwego życia, były tylko fasadą wielkich, wymuszonych ruchów społeczeństwa i jego ciągnącej się latami katorgi. W takim  kontekście górski szałas Wanga Era i wyuzadany seks z lekarką, jest metaforą wolności niemożliwej, a jednak przytrafiającej się w zakłamanych przestrzeniach „wielkiego skoku”. Taką samą enklawą staje się laboratorium uniwersyteckie, w którym bohater pracuje po powrocie do Pekinu. I tutaj ucieczka w seks i wspomnienia związku z Dzwoneczkiem dają poczucie niezależności: Nasze pożycie seksualne nie było może harmonijne, ale się przyzwyczailiśmy. Dzwoneczek była oziębła, musieliśmy używać lubrykantów, ale nigdy nie odmawiała i nigdy się nie skarżyła. Przywykłem do drobnego ciała leżącego pode mną spokojnie. To jakby narracja z innej rzeczywistości państwowej i geograficznej – tak pisał o seksie skandalista Henry Miller albo jego kochanka Anaïs Nin; to charakterystyczne dla Xiaobo wkraczanie w zakazane rewiry i łamanie zakłamanej akademickiej pseudonaukowości. Wang Er męczy się w uczelni i podlega intrygom, charakterystycznym dla wielu krajów, a szczególnie dla bloku postsowieckiego, gdzie habilitacja stała się narzędziem walki ze zdolnymi przeciwnikami. W Chinach także pracownicy naukowi chętnie korzystają z tych starych szablonów, ograniczających wolność wmyślenia i dydaktyczną innowacyjność, tworzą grupy nacisku i wyżynają się co i rusz. Bohater powieści często wzywany jest na dywanik swojego szefa i szachowany dalszym zatrudnieniem, możliwością otrzymania stypendium lub zgodą na wyjazd zagraniczny. Ale i tutaj możliwa jest inna głębia doznań, w czym pomagają wyjazdy z kochanką na prowincję: W każdym razie każdy nasz wypad na pole sorgo dawał nam mnóstwo szczęścia. Siadaliśmy na kawałku juty, uwalniałem Dzwoneczek z ubrań i wchodziliśmy w inny świat. Recytowałem jej mój wiersz, składany na początku, chaotyczny pod koniec i z ostatnim wersem odlecianym aż do gwiazd. Kiedy Dzwoneczek pode mną usłyszała końcówkę, krzyknęła i mnie zepchnęła. Leżała naga na ziemi i w świetle gwiazd zapisywała wiersz w notatniku. Żaden Rektor, Dziekan lub kolega z wydziału nie byli w stanie doświadczyć owej kosmicznej jedni, a nawet jeśli mieli swoje żony i kochanki, daleko im było do takich astralnych stylizacji. Po prezentacji uwikłań ludzi w Junnanie, pisarz nie waha się demaskować zakłamań pekińskich i tworzy zestaw typów ludzkich charakterystycznych dla miejsc, w których dane mu było bytować. Kimkolwiek nie był, czy to karmicielem byków w oborach, czy podmiotem krytyki młodych zapaleńców rewolucyjnych, czy wreszcie wykładowcą uniwersyteckim, zawsze uciekał w modyfikowane twórczo związki erotyczne, znajdując w nich coś, co dawało się porównać tylko z otwartością i wybuchową drapieżnością natury. Odbierając ludziom wolność i zakłamując ich talenty, niszcząc więzi rodzinne i oskarżając o niestworzone rzeczy, urzędnicy systemów totalitarnych nie mogą odebrać ludziom ich intymności. Choćby nie wiem co robili i jakie zapory stawiali i tak będzie dochodzić do spotkań innych jak Wan Erów i ich kochanek.   

       

Trzecia część trylogii Wanga Xiaobo zatytułowana Lata płyną jak woda dokumentuje procesy starzenia się bohatera, chociaż w przypadku czterdziestoletniego mężczyzny może to się wydać dziwne. Pamiętajmy wszakże, że w chinach panuje kult młodości a Wang zaczynał on swoją edukację seksualną, gdy miał dwadzieścia lat. Teraz coraz częściej łapie się on na tym, że życie przestało być ekscytujące: Chodząc w tę i z powrotem po laboratorium, nagle poczułem, że życie nie ma sensu. Przypomina tybetańską torturę, polegającą na tym, że owija się człowieka w mokrą krowią skórę i zostawia na pełnym słońcu. Skóra twardnieje, kurczy się i wyciska z głowy gałki oczne. Takie jest życie – z każdym dniem się starzejesz, a krowia skóra z każdym dniem robi się ciaśniejsza. Moją skórą był codzienny rytm – do pracy, z pracy, jedzenie, sranie, nawet seks był jednym z elementów rutyny, wszystko robiłem w ustalonym czasie. Leżąc tak owinięty skórą, miałem tylko maleńkie marzenia – zagraniczny staż i adiunktura. Kiedy nadzieja umiera, rodzi się histeria. Tak bohater histerycznie zaczyna kontestować własne życie i podejmuje decyzje pozostające w konflikcie z wcześniejszymi przekonaniami. Może, gdyby żył dłużej, stałby się zakłamanym urzędnikiem systemu, pędzącym leniwe życie w wielkim apartamencie, od niechcenia spotykającym się z kochanką lub uprawiającym „obowiązkowy” seks z nową, młodszą żoną. Jego spojrzenie na świat zostało skażone doświadczeniami wieku młodzieńczego i takimi drastycznymi zdarzeniami jak samobójstwo pana He i śmierć w szpitalu pana Liu. Tak nowe obserwacje zaczynają orbitować ku paranoi i przestają mieć walor poznawczy, a kolejne lata mają gorzki smak i wiotczeją jak męskie przyrodzenia: Gdybym zdecydował się w ten sposób opisać lata płynące jak woda, nie martwiłbym się brakiem tematów, tylko bym się bał, że nie zdołam ich wyczerpać. Potrzebowałbym do tego wypełnionego wiedzą pióra historyka, kto wie, może nawet i kilku. Gdzie je znaleźć? Gdzie znaleźć tak wielu ludzi. (…) Tylko wtedy mógłbym się zmierzyć z okrutnym bożym wyrokiem śmierci ze starości i z wyprostowaną głową poświadczyć, że jestem bohaterem. Zanim jednak podejmę tę decyzję, potrzebuję jeszcze trochę czasu.  Lata płyną jak woda i starość zaczyna drwić z przekonań młodości, z dnia na dzień odbiera oddech i niszczy twardość cielesną. Nawet dawne uniesienia miłosne i rekordowa sprawność seksualna jawią się z tej perspektywy jako coś bezsensownego, zbyt naturalistycznego. Przekraczając granicę czterdziestu lat Wang Er nie potrafi sensownie wartościować kolejnych okresów swojego życia, wszystko zaczyna się w nim rozmywać, a szczytne plany tracą swoją koherentność i stają się mrzonkami podlotka. Trudno powiedzieć czy pisarz przeczuwał, że umrze w kwiecie wieku, gdy jeszcze mógłby stworzyć wiele dzieł, trudno też prorokować jakimi drogami powędrowałby jako prozaik, wszak forma jego utworów zaczęła drastycznie tracić stabilność. Może jak Mo Yan, po szerokich prezentacjach i opisach, skupiłby się na osobnych bohaterach, albo zacząłby odrealniać świat w nowatorskich konstrukcjach. Jakkolwiek by nie było jego dorobek literacki ma swoją wagę i stanowi zamkniętą całość – tak samo jego Wang Er dokumentuje kolejne wzloty i upadki autora, jego doświadczenia w wyodrębnionych wyraźnie okresach życia. Teraz już tylko krytyka literacka może próbować prześledzić zależności pomiędzy bohaterem literackim i realnym Wangiem Xiaobo, a choć będzie to praca historyczna, w nowych epokach przynieść może jeszcze ciekawe odkrycia.

____________

Wang Xiaobo, Złote czasy, przeł. Katarzyna Sarek, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, s. 276.

OGRÓD

Hibiskus w naszym ogrodzie

Nigdy nie lubiłem pracy w ogródkach, nie parłem też do tego, by mieć własną działkę i kopać w niej dołki. Za każdym razem, gdy ojciec brał mnie na swój kwadracik ziemi przy ulicy Jaskółczej i narzucał mi jakieś prace, buntowałem się, nie godząc się na przebywanie w jednym miejscu przez wiele godzin. Jeszcze gorzej było, gdy razem z bratem i tatą budowaliśmy dom w Stronnie, dosłownie harując jak wyrobnicy, przerzucając ogromne ilości kamieni fundamentowych, cegieł, pustaków i betonu. Teraz, gdy mam własny ogród przy domu, też za bardzo nie chce mi się być w nim ogrodnikiem i wolę wynajmować pracowników, którzy zrobią co należy. Przecież każde odciągnięcie mnie od prac pisarskich odbieram jako udrękę, chociaż po sześćdziesiątce ruch na pewno jest ważny, a tzw. rozprostowanie kości, wręcz konieczne. Lubię jednak usiąść na werandzie albo stanąć przy krzaku hibiskusa i przyglądać się strukturze kwiatów odwiedzanych przez pszczoły i trzmiele, uwalane żółtym pyłkiem i brzęczące ostrzegawczo. Z moich pięciu pobytów w USA zapamiętałem narodowe zawody Amerykanów w koszeniu trawy, choć i oni najczęściej wynajmują imigrantów do tej pracy. Gdziekolwiek się nie udałem, wszędzie słychać było kosiarki i rzeczywiście niektóre trawniki były wspaniale wypielęgnowane i znakomicie uzupełniały obejścia domów. Teraz mój ogród stanowi znakomite tło dla odpoczynku z książką w ręku i ostatnio są to powieści chińskiego noblisty Mo Yana, z którym miałem okazję spotkać się i porozmawiać w Pekinie. Możliwości jest wiele – wygodny fotel, hamak, albo ławka bujająca się na łańcuchach, no i kawa na stoliku, jakieś ciasto lub zakazane łakocie. W takich chwilach chce się żyć, tym bardziej, że codzienne porządkowanie mojego archiwum utwierdza mnie w przekonaniu, że sporo zrobiłem i najbliższe lata – gorąco w to wierzę – będą czasem pisarskich żniw, zbierania owoców, wekowania i tworzenia legendy szczęśliwego życia.    

   

SKOK CZERWONEGO SMOKA (5)

Przed czytaniem wierszy w Librairie Avant-Garde

W wielkiej Librairie Avant-Garde czytamy wiersze i po spotkaniu dyskutujemy z publicznością, która nie może się nadziwić, że napisałem dziesiątki wierszy o Chinach i ludziach, których tu spotkałem. W drugim rzędzie siedzi dwudziestoletnia dziewczyna o niezwykłej urodzie i raz po raz zerkam na nią z przyjemnością. Jest nieco wyższa od większości Chinek ludu Han. Naród ten zamieszkuje głównie Chińską Republikę Ludową, gdzie stanowi około 92% ludności (reszta należy do oficjalnie wymienianych 55 mniejszości), a także Tajwan, gdzie również stanowi większą część populacji wyspy, prawie 20 milionów. Po lekturze wierszy podchodzę do kolejnych półek i stołów promocyjnych i przyglądam się pięknie wydanym książkom, a szczególnie interesują mnie tłumaczenia pisarzy europejskich i amerykańskich. Zaintrygowany chińską wersją powieści Williama Faulknera Sartoris z 1929 roku, nie zauważyłem, że stanęła przy mnie urodziwa dziewczyna z drugiego rzędu. Jej promienny uśmiech zaprasza mnie do rozmowy, więc pytam czy czytuje literaturę amerykańską lub europejską. Odpowiada nienaganną angielszczyzną, że jest zapaloną czytelniczką literatur światowych, ze szczególnym uwzględnieniem dzieł laureatów Nagrody Nobla. Kiwam głową ze zrozumieniem, bo zauważyłem już wcześniej, że Chińczycy mają wielkie nabożeństwo do tego szwedzkiego wyróżnienia. Okazuje się, że jej ulubionym pisarzem jest William Golding, o którym niegdyś sporo pisywałem, a niemal cały dorobek znam na wyrywki. Czarne oczy dziewczyny zaczynają płonąć jakimś dziwnym blaskiem, a do tego wszystko w niej jest takie świeże, piękne, młodzieńcze, apetyczne. Niestety rozmowa o Władcy much i Wieży nie trwa długo, bo czujna Zhao już staje przy nas i mówi, że musimy ruszać na obiad. Piękność z drugiego rzędu odsuwa się z lekko skrzywionymi ustami, a ja wzięty pod ramię, nie mam jak podać jej wizytówki. Wychodzimy na ulicę i raz jeszcze czuję magię tego miasta, z jego zamglonymi ulicami i niską zabudową, stopniowo wyburzaną i zastępowaną drapaczami chmur. Na ulicach nie ma tutaj takiego ruchu jak w Pekinie czy Szanghaju i wszędzie obecna jest aura spokoju, jakby Nankin nie otrząsnął się jeszcze z traumy japońskiej masakry z grudnia roku 1938 i stycznia roku następnego. Niby wszyscy podążają do swoich celów, niby mkną w dal skutery, motocykle, elektryczne rowery, niby pojawiają się szaro-niebieskie autobusy, ale wszystko nacechowane jest też dziwną łagodnością, ciszą, wystudiowanym lenistwem. Moje wrażenie znika, gdy zjeżdżamy ruchomymi schodami do metra i po chwili wciskamy się do białego wagonu podziemnej kolejki. Tutaj jakby wszystko wraca do normy, a gęsty tłum ludzi wpatruje się w telefony komórkowe lub rozmawia z kimś ściszonym głosem. Po kilkunastu minutach wychodzimy z podziemi i kierujemy się na obiad do stylowo urządzonej restauracji, imitującej świątynię buddyjską.

Z Librairie Avant-Garde wziąłem folder reklamowy zatytułowany dumnie Najning: A City of Literature. Teraz w przerwie pomiędzy kolejnymi daniami, popatruję na niego na bocznym, wolnym krześle i na początku zrażam się mottem z Mao Zedonga, pompatycznym i komicznym, porównującym miasto do smoka i tygrysa, w którego antycznej chwale łączą się żywioły ziemi i nieba. Przez ułamek sekundy pojawia się w mojej głowie myśl o Czesławie Miłoszu, który tłumaczył poezję tego typa i opublikował w „Twórczości”. Na szczęście na następnych stronach pojawiają się informacje i zdjęcia, które budzą moją ciekawość. Okazuje się, że Nankin ma pięćdziesiąt trzy uniwersytety i kolegia pedagogiczne, w których uczy się bagatela 800 000 studentów, a pośród nich 20 000 gości z osiemdziesięciu obcych krajów. W tak wielkiej strukturze odnajdziemy też około tysiąc bibliotek, spośród których największa jest Biblioteka Narodowa z dwunastoma milionami woluminów. Jak piszą twórcy katalogu, ambicją Nankinu jest zachowanie i odwzorowanie światowego dziedzictwa kulturowego, w którym akcentuje się dokonania Chin. Już w piątym wieku (438 r.), w czasach panowania cesarza Wena założono pierwszą instytucję edukacyjną, w której nauczano konfucjanizmu, taoizmu, historii i literatury. Trudno się zatem dziwić, że w Nankinie poeta Zhong Rong z piątego wieku, napisał pierwszą książkę teoretycznoliteracką, zatytułowaną Styl poetycki, a przecież z dumą wskazuje się jeszcze innych nankińskich poetów, teoretyków i prozaików: Xie Lingyuna, Xie Tiao, Liu Xie, Zhou Xingsiego, Xiao Tonga. Na sąsiedniej stronie umieszczono wizerunki słynnych poetów i poetek chińskich, którzy poświęcili swoje strofy miastu nad Jangcy. Czytam zatem fragmenty wierszy Li Baia, Du Mu, Li Yu i najsłynniejszej chińskiej poetki Li Qingzhao. Autorzy wskazują, że w czasach dynastii Ming (1368–1683) i Qing (1683–1911) Nankin stał się ważnym centrum kulturowym w Chinach, czego przypieczętowaniem było powstanie w mieście Encyklopedii Yongle w sześćdziesięciu tomach, zawierającej 370 milionów słów, określanej do dzisiaj jako największa encyklopedia w dziejach ludzkości. Na kolejnych stronach umieszczono nawiązania do dzieł słynnych współczesnych pisarzy chińskich: Zhu Ziqinga, Yu Pingbo, Lu Xuna i Ba Jina, a także amerykańskiej pisarki i laureatki Nagrody Nobla Pearl S. Buck. Znajdziemy tam też dział prezentujący 24 arcydzieła współczesnej sztuki edytorskiej – między innymi kompendium Materia medica Ge Honga, Sen czerwonej izby Cao Xueqini, Historia późnej dynastii Han Fan Ye, Historię kultury chińskiej Liu Yihui, Poezję dynastii Song Tanga Guizhanga. Dwie kolejne karty poświęcone zostały regionalnym pisarzom nankińskim, takim jak Gao Xiaosheng, Su Tong, Han Dong, Zhao Benfu, Lu Wenfu i lekko zezowaty Ye Zhaoyan, którego miałem okazję kilkakrotnie spotkać w Chinach. Liczne wydawnictwa w tym mieście publikują sporo klasyki chińskiej i światowej, a serie wydawnicze promują noblistów i laureatów innych wielkich nagród literackich: między innymi J.M. Coetzee’ego, V. S. Naipula, D. Lessing, J-M. G. Le Clézio. Ogromną rolę odgrywa tutaj też wymiana międzynarodowa i organizacja licznych imprez literackich i festiwali – Chiny to może ostatnie miejsce na ziemi, gdzie w księgarniach są tłumy, a spotkania z pisarzami przyciągają ogromne rzesze uczestników.

Obfitość chińskiego stołu

Obiad jemy w osobnym pokoju, przygotowanym specjalnie dla nas i raz jeszcze oddaję się przyjemnościom pochłaniania ogromnych ilości warzyw i owoców. Są też półmiski z rybami, ale pochodzą one ze zbiorników słodkowodnych i mają bardzo dużo ości. Zhao umiejętnie wydobywa skrawki mięsa spomiędzy nich, ale ja wolę specjalnie przygotowane grzyby mun, kiełki i gotowane na parze młode liście kapusty pak choi. Ilekroć wybieram się do Chin znajomi pytają mnie o różne obrzydlistwa żywieniowe, o których czytali w Internecie lub widzieli je podczas projekcji filmowych. Najwięcej wątpliwości budzą specjalnie preparowane kostki krwi, tłuste larwy owadów, koniki morskie i skorpiony pieczone na patykach w oleju, wędzone pisklaki i węże, nieodmiennie pojawia się też zawsze pytanie o mięso psów i kotów, o cuchnące stuletnie jaja, o zupy z żab, karaluchów i ślimaków morskich. Najczęściej dania te pojawiają się na specjalnych straganach, przy niewielkich restauracjach, gdzie przewalają się tłumy ludzi, a w luksusowych restauracjach raczej trudno je dostrzec w menu. Tutaj widzę tylko wieprzowe żołądki i ośmiornice w panierce, są też rozgwiazdy i śmierdzące tofu, które zdążyłem już polubić. Bezpiecznie jem tylko warzywa i najwięcej nakładam sobie talarków korzenia lotosu, który jest ważnym komponentem posiłków w krajach Dalekiego Wschodu. Przyglądam się poszczególnym okręgom, ścinanym z grubych bulw i liczę okrągłe otwory. W każdym jest co najmniej dziesięć takich kółeczek, którymi żywa roślina transportuje płyny na powierzchnię, do liści i przepięknych kwiatów. Korzeń smakuje dziwnie, jakby natura połączyła w jednym dziele kalarepę i brukiew, a do tego dodała nieco słodkości owocowych. Danie jest lekko mdłe więc dodaję do niego sporo papryczek chili, małych cebulek i młodych marchewek. Widzę, że moi towarzysze też pałaszują co się da i wszystko przetykają ryżem z sosem sojowym. Siedząca obok mnie Zhao co chwilę podrzuca mi też na talerzyk białe kawałeczki ryby, zachęca też bym jadł słynne chińskie bułeczki, przygotowywane na parze w piętowych pojemnikach z wikliny. Mam na nie ogromną ochotę, ale trochę boję się ich farszu, w którym mogą być zmielone owady, żaby lub bliżej nieokreślone podroby. Przyjaciółka zapewnia mnie, że w środku są tylko warzywa, ale nie dowierzam i dalej pałaszuję grzyby z lotosem. Po mojej prawej stronie siedzi Jalal, zarozumiały poeta z Maroka, który na wszystkich festiwalach czyta wiersz o Al Pacino i na końcu lektury obwieszcza, że jest równie jak on przystojny. Dalej siedzi profesor uniwersytetu w Nankinie Huang Fan, żywo opowiadający o mieście i ludziach, których można w nim spotkać, a także o dawnej literaturze chińskiej. Za nim siedzi nieustannie kłócąca się para przybyła z Paryża: poetka z Rumunii prowadząca w Internecie mały portal poetycki i jej facet, grubaśny i zarozumiały Denis. Przy nich usadowił się Mister Liu, jak każe się nazywać, niegdysiejszy dyplomata we francuskojęzycznych krajach afrykańskich, a obecnie zapewne tajny agent, strzygący uszami i starający się zapamiętać nasze wypowiedzi. Zhao będzie z nim współpracowała przy przekładach jeszcze przez rok, a potem pozna się na jego intrygach i podziękuje mu za towarzystwo.

Świątynia Jiming w Nankinie

Po obiedzie ruszamy metrem do kompleksu świątynnego w Nankinie z górującą nad nim strzelistą pagodą Jiming (雞鳴寺). Jego obiekty znajdują się na wzgórzu Jilong, tuż przy jeziorze Xuanwu, w samym centrum miasta, przy ośrodku olimpijskim. Budowę świątyni zainicjował cesarz Liang Wudi i pierwotnie nosiła ona nazwę Tongtai, ale niewiele się zachowało z tamtych czasów, bo trzęsienia ziemi i pożogi wojenne zrobiły swoje. Obecny kształt – z roku 1387 – Jiming zawdzięcza przedstawionemu już wyżej cesarzowi Hongwu, choć nie wiadomo ile oryginalnych detali odtworzono po wielkim pożarze w 1973 roku. Legenda głosi, że w jednej ze studni świątynnych, wraz z dwiema konkubinami, ukrywał się słynny generał Chen Shubao. Wchodzimy na dziedziniec i rozdzielamy się, więc zaczynam samotnie zwiedzać wąskie uliczki i kolejne budynki, w których widzę wiele figur bóstw i słynnych postaci z dziejów Chin. Patrzę na ludzi klęczących i bijących pokłony przed jakimś wąsatym demonem z wykrzywioną twarzą, odzianym w złote szaty i przyozdobionym wieńcami z kwiatów. Jak zwykle w takich momentach rodzi się we mnie refleksja o naturze wierzeń i przekonaniu ludzi, że jakiś wojskowy z dawnych czasów, cesarz lub postać fantastyczna dopomogą im w życiowych trudach. Niestety nie mogę wejść do czterdziestoczterometrowej pagody, która została zamknięta dla zwiedzających, rozkoszuję się jednak jej orientalnym widokiem i rozmyślam o drogach mojego życia, które przywiodły mnie do tego miejsca. W którymś momencie z oddali podchodzi do Mnie Zhao Si i zaprasza na kolejny poczęstunek w pięknej restauracji, tym razem ze znakomitym chińskim piwem, kawą i słodkim deserem. Siedzimy przy otwartych oknach i przyglądamy się szarościom w dali, jakiejś innej odległej pagodzie, elementom reklam centrum sportowego i wieżowcom wyrastającym z mglistych oparów. Widać też fragment murów miejskich i mostu, na którym zamontowano pięć ogromnych kół olimpijskich, a pośród niskich domów stoją wysokie, budowlane żurawie, zapowiadające zmianę rodzaju zabudowy. Patrzę w dal, roztapiam się w szarościach i dopada mnie nostalgia, może spowodowana zmianą pory dobowej, wszak w Polsce jest już głęboka noc. Wielokrotnie w takich chwilach myślałem o miliardach ludzi, którzy żyli w Chinach i umierali w każdym stuleciu i nic po nich nie pozostało, oprócz budynków, umocnień obronnych, dróg i mostów. Patrzę na dwie dziewczyny siedzące przy sąsiednim stoliku, żywo sobie o czymś opowiadające, popijające zieloną herbatę i jedzące pałeczkami nieco warzyw z krewetkami. Obie należą do grupy etnicznej Han – jedna jest dość pucułowata, przez co zatraciła charakterystyczne rysy, ale druga, ubrana w czarną jedwabną sukienkę prezentuje się pięknie i ma bardzo zmysłowe usta, jakby stworzone do całowania. Widzę, że obie panie zerkają na naszą grupę od czasu do czasu i wymieniają uwagi. Wreszcie ta urodziwsza z nich podchodzi do nas i pyta pana Liu czy mogłyby zrobić sobie z nami zdjęcie. Zastanowiło mnie to, że od razu skierowały się do tego milczącego Chińczyka, jakby nauczone doświadczeniem wielu lat, wiedziały, że to nasz tajny opiekun. Wstajemy od stołów i pozwalamy dziewczynom zrobić sobie z nami zdjęcia, a w ostatniej chwili dobiegają jeszcze dwie kelnerki w bordowych fartuszkach i stają po bokach grupy. Dzień powoli zbliża się do końca i opuszczamy kompleks świątynny by metrem wrócić do hotelu, w którym czeka na nas jeszcze jedna kolacja, tym razem znowu bardzo obfita, ze słynną wódką 1573 i chińskim winem w baryłkowatych, fajansowych baryłkach.   

Pagoda w centrum świątynnym

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (XVII)

Przewodnik uniósł dłoń i Yasmen dał znak swojemu oddziałowi, by wszyscy się zatrzymali. Nagle rozszerzyła się perspektywa i światło stężało jak na flamandzkich obrazach, przydając wszystkiemu tajemniczych barw. Prowadzący ich byt wskazał bezgłośnie miejsce, a sam natychmiast zmienił się w złocisty owal i pomknął do tyłu. Yasmen rozkoszował się tym, co widział i czuł, nie mogąc się uwolnić od przekonania, że uczestniczy w najważniejszym wydarzeniu od tysięcy lat. Ze wszystkich stron spływały lekko barwne kohorty anielskie i ustawiały się karnie przy zakotwiczonych grupach. Ogromne połacie świętej przestrzeni były już wypełnione nimi i zdawały się lekko drżeć w powietrzu, opalizować i połyskiwać raz po raz. Światło jaskrawsze było tylko na środku skały, wydobywając z ogromną mocą wielki ołtarz. Dowódcy przez chwilę wydało się, że stoi na nim biały baranek, z którego tętnicy szyjnej krew płynie do podstawionego złotego kielicha. Obraz ten pojawił się tylko raz i natychmiast zniknął, jakby odepchnięty siłą przejrzystych wirów, które zaczęły ustawiać się za stołem okrytym białą materią. Oddziały wciąż spływały z góry ku wyznaczonym miejscom i stawały się częścią oszałamiającej równiny, okrytej milionami istot, myślących i analizujących, z niecierpliwością czekających na dalszy bieg zdarzeń. Yasmen nie mógł uwolnić się od przekonania, że kiedyś widział już ten obraz, ale nie mógł sobie przypomnieć  gdzie to było. Nagle w jego myślach pojawiła się wyniosła katedra, tuż przy rzece i niewielki tłum ludzi przesuwających się ku malowidłom. Zrozumiał, że były to dzieła mistrza Jana, przygotowane dla kościoła św. Bawona, w którym długo studiował twarz Boga, a potem do końca życia tak go sobie wyobrażał. Teraz czuł, że była jakaś korespondencja z tamtymi chwilami i stał się jednym z aniołów odwzorowanych na tablicach ołtarzowych. Jakiś głos zachęcił wszystkich do modlitwy i jak na komendę zaczęto odmawiać Ojcze nasz. Przeźroczyste wiry ożywiły się i zaczęły z nich wyłaniać się trzy postacie nieziemsko pięknych młodzieńców, jednocześnie za nimi pojawiły się kolejne, jakby mniejsze wiry, tym razem ubarwione jaskrawymi barwami szat tych, którzy wychynęli pierwsi.

Pośrodku pojawił się wysoki młodzian w złotej zbroi, trzymający w prawej dłoni złoty, nieustanie płonący miecz. Jego twarz wyrażała niezwykłą moc, a gdy szepnął bezgłośnie: Któż jak bóg…tłumy pojęły kim jest. Po jego prawej stronie zmaterializował się mężczyzna w zielono-złocistej szacie, z długimi rudawymi, starannie ufryzowanymi włosami. Uniósł wzrok ku górze, złączył dłonie jak do modlitwy i bezgłośnie obwieścił: Bóg jest moją siłą. Odgłos podziwu przemknął przez tłumy i aniołowie zaczęli wychylać się jeden ponad drugiego, by wszystko dobrze widzieć. Z kolei z trzeciego wiru wypłynął postawny młodzieniec w białej szacie, z błękitną narzutką, trzymający w dłoniach berło i glob ziemski ze złota. Jego delikatny szept: Bóg uzdrawia… pojawił się we wszystkich świadomościach i dodał otuchy zgromadzonym.

– Kochani bracia aniołowie – odezwał się tym razem realnym głosem Michał – zgromadziliśmy się tutaj ku chwale naszego Pana. Ruszymy stąd razem na świętą wojnę z siłami zła, które wdzierają się coraz częściej do przestrzeni niebieskiej.

– Myśleliśmy, ze starczy eliminować agentów mroku – powiedział Gabriel – ale okazało się, że była to tylko zasłona dymna dla innych celów. Piekło wysyłało ich by zostali wykryci, a w tym samym czasie stworzyło demony odporne na nasze moce, które naderwały firmament niebieski.  

– Dlatego postanowiliśmy z braćmi archaniołami ujawnić nasze kształty i ruszyć wraz z wami do boju – zakomunikował Rafael i jednocześnie, wyczuwając zagrożenie, z przestrachem spojrzał na Michała.

Złowieszczy świst rozległ się w przestrzeni i trzy czarne ostrza pomknęły ku archaniołom. Michał odczekał ułamek sekundy, po czym wystawił swój płonący miecz i jeden po drugim unieszkodliwił ostrza. Ich odgłos zgasł natychmiast, ale pośród tłumów powstał ogromny harmider, skupiający się na tych, którzy cisnęli dziryty. Trzej archaniołowie unieśli się lekko w górę i trysnęli ku tłumom świetlistą energią, która docierając do każdego zakątka zgromadzenia oczerniła tylko tych, których trzeba było wyeliminować. Yasmen ujrzał wielu aniołów schwytanych w pułapkę czerni i zdumiał się jak wielu ich było. W jego oddziale brakowało tylko Bayrana, którego teraz, przyobleczonego w czerń, otaczała w innym miejscu hałaśliwa grupa aniołów. Michał uniósł miecz ku górze i dramatycznym głosem zawołał:

– Panie zgładź bestie, które przeniknęły do naszych oddziałów…!!!  

Niektóre z poczernionych aniołów natychmiast wzleciały w górę i zaczęły umykać we wszystkie strony, ale rozległ się potężny ryk lwa i czerwony żar opadł na wszystkich. Yasmen zobaczył niewielkie drobinki na swoich rękach i nogach, ale nie poczuł żadnego bólu. Po chwili zmieniły się w szary popiół i opadły w dół i tylko na wyodrębnionych wcześniej aniołach jarzyły się wciąż wnikając w nich. Tysiące dymów znaczyło teraz miejsca, w których się znaleźli, wskazując jak wielu było złowieszczych agentów pośród nich.

            Archanioł Michał ruchem głowy dał znak Gabrielowi i Rafaelowi i wraz z nimi odwrócił się do mniejszych wirów i nakazał: Urielu, Symielu, Orifielu, Zacharielu, Chamuelu, Jofielu i ty Zadkielu, ujawnijcie swoje oblicza i stańcie wraz z nami przy Pańskim stole. Z wirów po kolei wyłonili się mężni archaniołowie i tylko dwa z nich wciąż pozostawały w ruchu i połyskiwały światłem. Gabriel spojrzał na Michała, a gdy ten dał mu znak oczyma, powiedział:

– Jeśli taka wasza wola o chwalebni bracia bliźniacy Mechatronie i Sandalfonie, stańcie przy naszych oddziałach i opromieńcie je swoją siłą.

Z ostatnich wirów wyłoniło się dwóch mocarnych mężczyzn i dopiero wtedy trzej najważniejsi odwrócili się do tłumów. Michał uniósł miecz ku górze i dał nim znak, by aniołowie uciszyli się, a gdy to się stało, bezgłośnie powiedział:

– Wiedzieliśmy, że pośród nas są nowe demony, których nie zobaczyliśmy wcześniej, ale Pan dopomógł nam i teraz oczyszczeni możemy ruszyć ku Wielkiej Niebieskiej Rozpadlinie, poprzez którą wnikali do przestrzeni niebieskiej. Teraz są wśród nas tylko czyste duchy, brat przy bracie, towarzysz przy towarzyszu i została tylko wielka miłość w Panu…

Yasmen spojrzał z lekkim przestrachem na Olinopasa i zauważył, że jego ulubiony brat też szukał jego źrenic. Jak na komendę obaj opuścili powieki i westchnęli głęboko. Tymczasem archaniołowie wznieśli się ponad ołtarz i uformowani w wielką strzałę i tak wskazali kierunek lotu zgromadzonym. Jej grotem stał się św. Michał z wyciągniętym ku górze mieczem i to on wydał bezgłośny rozkaz: naprzód… Wszystkie oddziały zaczęły się formować w ten sam sposób, tworząc kolejne kołczany i mknąc za przewodnikami. W sercu Yasmena, który był ostrzem swojej strzały, pojawiła się wielka radość i nadzieja, że w walce zbliży się do tajemnicy Boga. Potężna moc była w aniołach podążających do przodu i dowódca czuł, że w sercach współbraci nie było lęku, a pojawiła się w nich duma z poczucia więzi i znalezienia się pośród tych, którzy jako czyści zostali powołani by wypełnić misję. Właśnie lecieli nad miejscem, gdzie po Bayranie została szara kupka popiołu, gdy Yasmen poszybował myślą ku jego przeszłości i znalazł się w niewielkiej grocie z żelaznymi kratami. Przy wejściu stał rzymski żołnierz i pilnował, by nikt nie przedostał się do więźnia, który tam nosił imię Lucjusz. Yasmen zobaczył jeszcze jak napadł na dom bogatego Rzymianina, zabił go bez litości krótkim mieczem, wypatroszył dwoje dzieci i czarnych służących, okrutnie zgwałcił żonę i też ją zamordował, a potem uciekł na wzgórza Wezuwiusza, gdzie przygarnął go oddział Spartakusa. Przeszedł wraz z nim cały szlak powstańczy i zabił wielu rzymskich żołnierzy, by wreszcie po ostatniej bitwie z Krassusem, dostać się do niewoli w górach. Yasmen zobaczył jeszcze jak przyszło po niego dwóch centurionów i zabrało go wozem ku drodze Apijskiej. Trzy kilometry od Rzymu rzucono go na ziemię i odarto z poszarpanych szat, a potem przywiązano do pnia, na którym ścinano głowy zwierzętom rzeźnym. Podszedł gruby żołnierz i zaczął go biczować skórzanym flagrum z metalowymi kulkami i ostrymi kawałkami owczych kości.  Plecy skazańca szybko zmieniły się w krwawą miazgę, więc przełożono go na drugą stronę, a razy wyrywały teraz skórę z twarzy, piersi i brzucha. Lucjusz nie miał już siły krzyczeć, a na jego nogach pojawiła się uryna i kał. Chluśnięto w niego wodą z wiadra i zaczęto przybijać dłonie do górnej części krzyża, a potem wciągnięto go na wbity w ziemię pal  i przyczepiono do niego, przybijając także nogi.  Pragnął już tylko umrzeć, ale ból wrócił zwielokrotniony i jeszcze raz ujrzał drogę pełną krzyży i skazańców. Z oddali szedł do niego jakiś mężczyzna nieziemskiej urody, ubrany na czarno, w złoconych sandałach, obwieszony złotą biżuterią. Przez ułamek sekundy przyszło mu do głowy, że sam Krassus przyszedł zobaczyć jego śmierć, ale nagle przybysz uniósł się w powietrzu jak czarna kałużnica i przy jego twarzy szepnął syczącym głosem:

– Zostań żołnierzem mojego pana, a uciszę twój ból i dam ci nowe siły…

– Kim jest twój pan – ledwo wyszeptał pytanie Lucjusz.

– Przecież znasz go, bo wraz z tobą zabijał i gwałcił, rozcinał brzuchy niewolnikom i dzieciom.

– Ale imię…

– Ma ich wiele… jest władcą ciemności, w którą zaraz wnikniesz. Będziesz jego żołnierzem…?

Lucjusz ze zdwojoną mocą poczuł straszliwy ból, który jak najszybciej chciał od siebie oddalić. Zwiesił głowę i wyglądało to tak, jakby potwierdził, że godzi się na wszelkie warunki. W tej samej chwili wszystko zgasło i nowy trup znieruchomiał na krzyżu przy najważniejszej drodze imperium. Jeszcze tylko ostatnia błyskawica rozświetliła mrok, jeszcze ostatni kruk zachrypiał na szczycie jednego z krzyży, jeszcze ostatnie krople krwi ściekły na ziemię z ciał ukrzyżowanych żołnierzy Spartakusa.

WNIKANIE W WIECZNOŚĆ

Od dawien dawna ludzie pytali o Boga i próbowali tworzyć jego wizerunki, najpierw w kontekstach animistycznych i naturalistycznych, a potem antropologicznych i kosmicznych. W końcu Stwórca stał się wszechobecną cząstką naszej rzeczywistości, choć coraz częściej pojawiały się też głosy kwestionujące jego istnienie. Jakże wymowne są w takim kontekście pytania Theodora W. Adorno o sens pisania wierszy po Auschwitz, a także konstrukcje intelektualne największych teologów i filozofów, starających się usprawiedliwić milczenie i nieobecność sacrum w miejscach kaźni i dziejowej niesprawiedliwości. W nowym tomie wierszy Krzysztofa J. Lesińskiego Bóg/ się gdzieś zawieruszył, a sumienie świata odpłynęło w dal jak/ obce Księżyce/ dalekie Planety. Poeta pozornie godzi się na taki stan rzeczy, ale poprzez jego wiersze nieustannie prześwitują obrazy cierpiących ludzi, upodlonych szkieletów i pernamentnych mordów, których symbolami są pasiaki i krew, prochy pomordowanych rozrzucone na polach, samotne syberyjskie groby, bezszelestnie wnikające w wieczność. Ale przecież znajdziemy w tym zbiorze także przestrzenie kontrapunktowe – czyste piękno świata, zaklęte w zapachu żywicy i barwie poziomek, potwierdzane łopotem skrzydeł dudka uwolnionego z sideł. Długie życie autora tych esencjonalnych przybliżeń generuje szerokie perspektywy i pozwala mu formułować zdania zyskujące walor uniwersalny. Tak doświadczenie osobiste staje się matrycą kulturową, stale od nowa generującą ten sam ludzki kształt w anabatycznych rzeczywistościach, tak świadomość zaczyna jątrzyć się jak rana, a świat mnoży swoje niekonsekwencje. Musimy jakoś się w nich lokować, musimy potwierdzać nasze istnienie, choć sen wdziera się w przestrzenie jawy i wciąż wraca zdziwienie starożytnego chińskiego poety, patrzącego na motyla i kontemplującego jego i swój byt. Istniejemy, czy jesteśmy tylko fantomem postrzeganym przez owada, żyjemy naprawdę, czy dawno już nas nie ma, a to, co bierzemy za rzeczywistość jest tylko projekcją czegoś odległego, ledwo manifestującego swój kształt, ginącego w pomrokach przeszłości. Oto masz dziesięć lat/ nie wiesz czy można/ zbudować most/ z cierpienia i nadziei, albo podglądasz starca, który jest równie nierealny jak ów chłopiec, istniejący w zawieszeniu pomiędzy Bogiem i śmiercią, biegiem krwi w żyłach i oddechem wciąganym do płuc.

Byt możliwy jest tylko jako przeciwieństwo niebytu i choć każdy z nas egzystuje w celi śmierci, nie wiedząc kiedy odbędzie się egzekucja, tworzymy na użytek życia przydatne transformy, godzimy się na zapomnienie, oddalenie i zaprzeczenie. Siadamy na taborecie w fotoplastykonie i kontemplujemy przestrzenie dalekiego świata: Rzym Londyn Tokio/ wielkie metropolie/ strojne tłumy/ piętrowe autobusy/ powozy tramwaje, szeroko otwartymi oczyma wpatrujemy się w dale, pozornie dookreślone wymiarem i kształtem, istniejące i nierealne. Tak pojawiają się: W tropikalnej dżungli/ kolorowe kwiaty/ egzotyczne ptaki/ potężne goryle (…) Na wzburzonym oceanie/ pod żaglami brygantyny/ Na preriach kowboje/ i dzicy Indianie, a mózg tworzy właściwe konteksty, generuje ciągi znaczeniowe i czuwa, by człowiek nie tracił nadziei. Inaczej nic by nie miało sensu, a absurdalność świata, jak w dziełach Camusa, Kafki i Dostojewskiego, odbierałaby oddech i kierowała myśli ku drastycznym rozwiązaniom. Ogromną wartość mają w tomie Krzysztofa J. Lesińskiego metaforyczne rekapitulacje życia, nagłe przeskoki z wieku dorosłego ku chwilom dzieciństwa, nawiązania do starych fotografii i zamazanych wspomnień, wielkie hiperbole, ukazujące kontury bytu, wpisanego w ogrom Boga i kosmosu, wtłoczone w mikroświaty komórkowe i chwilowe istnienia pośród innych ludzi. I to potężne pytanie o realność świata, stale powracające w nowych odsłonach, generujące zwątpienie i dające pewność, że to, co poeta przeżył zdarzyło się naprawdę. W takich kontekstach wnikanie w wieczność zyskuje nowe sensy, a eschatologia nie jest w stanie zanegować witalności, realnego istnienia chłopca w mężczyźnie. Poeta wskazuje, że każdy ma swoją historię chwalebną, z której powinien wydobywać samorodki życia, tworzyć biżuterię doznań, chwil szczęśliwych, których nie zdoła zanegować nawet śmierć. Prawdziwa poezja bywa kontekstowa, ale też musi stać się metaforą istnienia w określonej enklawie i czasie, musi odzwierciedlać wnętrze poety i projektować jego profil w nowych przestrzeniach i latach. W takim rozumieniu liryka, pojawiająca się w tym tomie, jest uniwersalnym kontekstem w procesie dochodzenia do kresu życia i zdobywania ludzkiej samoświadomości.              

Pytanie o Boga wraca wiele razy w wierszach Krzysztofa J. Lesińskiego, czy to jako synegdocha zdarzeniowa, czy jako chwytający za gardło obraz (zabity chłopiec na poboczu drogi, kalekie dziecko, zaniedbane groby, martwy żołnierz). Czasem bywa on spersonalizowany i razem z poetą rodzi się i umiera każdego dnia, wszystko wszakże rozgrywa się w obrębie zjawiskowego świata, w którym barwy, zapachy i dźwięki uwodzą nas i sprawiają, że zapominamy o śmierci. Chiński rybak wyrusza na połów, słońce połyskuje w kroplach rosy, poeta Cielesz śpiewa białoruską pieśń, pióra sroki opalizują w słońcu poranka. Bóg upomina autora raz po raz, przyspieszając entropię, zmieniając wymiary i możliwości, mnożąc patologie chorobowe organizmu. Ale pragnienie życia jest tak wielkie, że wciąż w świadomości kołacze się nadzieja trwałości i wychodzimy naprzeciw nowym wyzwaniom, podnosimy się z kolan. W tym procesie wspierają nas wspomnienia osób najbliższych i tych, które były dla nas ważne, coś nam dały lub czymś nas ujęły. Ale przecież osłabiają nas też kanalie pojawiające się na drodze życiowej, potrafiące spowolnić bieg czasu, oddalić zamierzenia, zniszczyć najszczytniejsze cele. Lesiński gwałtownie reaguje na zło świata i nie waha się używać wulgaryzmów, które chociażby ekspresyjnie równać się mogą z ewokacjami chwilowych uzurpatorów, ich kłamstwami i zbrodniami. Czy przeciwwagą może tutaj być żar miłości cielesnej, tak prawdziwej jak w wierszach Safony, gotowej płonąć dla wybranki? A może ból złagodzi wspomnienie brata, ochranianego po ojcowsku, przenoszonego na rękach przez Drwęcę, szukanego w wietrze i chmurach? Jakkolwiek by się nie działo wątpliwości nie znikną: jaki sens ma/ jakieś znaczenie/ że żyłem/ tę chwilę/ kto będzie/ wiedział/ co mnie/ bolało/ co cieszyło/ jak/ byłem samotny/ jakiego/ znalazłem boga­ – poeta odczuje wszystko ze zdwojoną siłą, odbierze potrójny impuls z głębin wszechświata i wielokrotne echo stworzenia brzmieć w nim będzie przed i po wszystkim. Wiersze tego twórcy można czytać na różne sposoby, zmieniając ich kolejność, akcentując wybrane teksty, ściszając głos lub wykrzykując kolejne frazy, ale za każdym razem pojawią się w nich zmultiplikowane udanie centralne motywy, a lodowaty oddech śmierci urealni wszystko i wyposaży w eschatologiczny kontekst każdą chwilę, każde drgnienie powiek i każde słowo. I człowiek w tych wierszach powie: byłem na dnie/ po drugiej stronie/ oceanu/ zobaczyłem jak powstaje/ tęcza/ poznałem barwy/ prawdy, podsumuje wszystko na określonym poziomie samoświadomości, przeciwstawi się umieraniu jasnością umysłu i jaskrawością świata reprodukowanego w żywym mózgu. I nawet jeśli tak wiele rzeczy żal będzie zostawić, nadzieja podpowie, że razem z poetą wnikną one doskonale w wieczność i będą trwały wraz z nim po kres czasu.

NIECO POPIOŁU

Foto Liu Zhiyun

Sheng Keyi (盛可以) urodziła się 4 lipca 1973 roku w wiosce Yiyang w północnej części prowincji Hunan. Dzisiaj jest to miasto liczące ponad dwieście tysięcy mieszkańców, a cała prefektura liczy cztery i pół miliona obywateli. Po ukończeniu szkół pracowała w firmie ochroniarskiej, była reporterką i redaktorką, a także podejmowała dorywczo inne prace, a od roku 2002 zajmuje się tylko pisaniem. Jej błyskotliwa kariera ma związek z sytuacją polityczną w Chinach po wydarzeniach na Placu Tian’anmen, a także tematy, które podejmuje i ostra krytyka władz. Jest autorką kilkunastu książek, przede wszystkim powieści i zbiorów opowiadań, chwaloną przez największych prozaików chińskich (Mo Yan, Yan Lianke, Yu Hua), a także komplementowaną często w prasie światowej. Wywiady z nią ukazały się między innymi w tak prestiżowych gazetach i magazynach jak „New York Review of Books”, „The Guardian”, „Wall Street Journal”, i „Los Angeles Review of Books”. Otrzymała też wiele nagród literackich, a jej książki przetłumaczono na kilkanaście języków, w tym na tak ważne dla pisarza jak angielski, francuski, niemiecki, hiszpański, włoski, szwedzki. Od wielu lat nieobecna w Chinach kontynentalnych, publikuje kolejne dzieła na Tajwanie i przebojem wchodzi do literatury światowej, prezentując oryginalne wizje ludzi, których spotkała na swojej drodze, a także przywołania własnej rodziny i miejsc, w których bytowała.

Oczytana w literaturze światowej, nawiązująca do hitów kultury masowej, stworzyła własny typ utworu, w którym jak w soczewce skupiają się senne wizje i marzenia, metafory i drastyczne obrazy. Nie stroniąc od szyderstwa i wulgarności, opisuje traumatyczne doświadczenia swojego pokolenia i generacji wcześniejszych, za każdym razem dając popis swoich możliwości kreatywnych. Yan Lianke określił jej wkład we współczesną literaturę chińską następująco: bezkompromisowy talent, żywe doświadczenie bólu, ciągłe splątanie i przeciwstawianie artystycznej siły niewidocznym naciskom, a prasa światowa wskazuje jej powinowactwa z wielkimi dystopiami Aldousa Huxleya, George’a Orwella czy Philipa Kindreda Dicka. Szerokim echem w świecie odbił się już debiut powieściowy Keyi – Dziewczyny z północy – opublikowany w 2012 roku i prezentujący powikłane losy kobiet wyjeżdżających z prowincji do wielkich miast południowych Chin w poszukiwaniu pracy. Jest to opowieść o tym jak wiele z nich trafia do ciemnych zaułków życia, stając się łatwym łupem bezdusznych mężczyzn, albo ginie zawłaszczane przez zorganizowany świat przestępczy. Krytyka mechanizmów społecznych pojawi się też w powieści z roku 2015 pt. Dziki wzrost, będącej historią ubogiej wiejskiej rodziny, opowiedzianą przez najmłodszą córkę. Krytycy piszą, iż po przeciwnej stronie społecznie zaangażowanego realizmu w prozie Keyi, lokować należy jej polityczne alegorie, spośród których najczęściej komentuje się Fugę śmierci (2013), będącą paraboliczną opowieścią o protestach młodzieży z 1989 roku. Jak wskazuje Joanna Krenz: Książka ta, stanowiąca alegoryczną opowieść o protestach na Placu Tian’anmen oraz ich politycznych i socjologicznych konsekwencjach, nigdy nie została opublikowana w Chinach kontynentalnych ze względu na cenzurę. Akcja toczy się wokół wieży ulepionej z ekskrementów. Pewnego dnia ni stąd, ni zowąd wyrosła ona na głównym placu miasta Beiping, powodując konsternację władz i obywateli, którzy prześcigają się w tworzeniu rywalizujących ze sobą hipotez na temat jej pochodzenia. Zjadliwa ironia sąsiaduje tutaj z bystrą obserwacją zachowań społeczeństwa chińskiego, a żywa narracja rymuje się z nawiązaniami do literatury światowej.    

Opublikowana w roku 2018 powieść pt. Tęczujący popiół stanowi syntezę obu wskazanych wyżej nurtów, a przy tym jest niezwykłym eksperymentem prozatorskim. To historia dziennikarki Yao Minzhu, urodzonej 4 czerwca 1989 roku o godzinie 3.05, czyli w chwili, gdy czołgi wjechały na główny plac Pekinu i zaczęły miażdżyć protestujące tłumy. Jej ojciec ginie podczas tych wydarzeń, a matka wpaja córce ideały wolnościowe i kultywuje jego pamięć. Jak pisze Krenz: Nadaje ona dziecku imię, które w języku chińskim jest homofonem słowa „demokracja”, zapisywanego innymi znakami, lecz wymawianego podobnie, które w połączeniu z nazwiskiem brzmi jak: ‘żądać / chcieć demokracji’. Zwykle niemożliwe do zrekonstruowania w językach obcych zjawisko homofonii jest w Chinach jednym z najbardziej rozpowszechnionych sposobów przemycania aluzji literackich do rzeczywistości politycznej czy społecznej, a w Internecie metodą omijania cenzury, nastawionej na automatyczne wychwytywanie słów kluczowych. Tych homofonów znajdziemy w powieści znacznie więcej, a i nazwa miasteczka, w którym rozgrywa się akcja – Ewangelia – ma też swoje liczne odniesienia w tradycji kulturowej świata. Jeśli sięgniemy do greckiego źródłosłowu εὐαγγέλιον (euangelion, czyli „dobra nowina”) uzyskamy zakamuflowaną podpowiedź jak należy analizować powieść, będącą w gruncie rzeczy antycypacją nowej rzeczywistości, nadejścia nowego ładu, który wszakże w narracji Keye zyskuje formę dziwnej, metaforycznej rzeczywistości, w której wszystko się przenika. W przestrzeniach Ewangelii trwa nieustająca metamorfoza, w której uczestniczą ludzie i ich umysły, sny i marzenia, duchy i demony, rośliny i zwierzęta, a nade wszystko rzeczywistość społeczno-polityczna Chin. Trudno się dziwić, że w kraju, w którym Mao Zedong nakazał wszędzie wytapiać żelazo w prymitywnych dymarkach, zainicjował akcję zabijania wróbli, a także walkę młodych ze starymi intelektualistami, pojawiła się bohaterka powieściowa, która trzeźwo ocenia sytuację w kraju, ale też jest fantomem, tworem chorej wyobraźni, ożywianej przez demony przeszłości. Dziennikarka wychowała się w patriotycznej przestrzeni domowej, w której matka przypominająca Nadieżdę Mandelsztam, kultywowała pamięć ojca i wskazywała jej wartościowe lektury, pośród których pojawiały się dzieła klasyki chińskiej (Lu Xun), a także utwory Josifa Brodskiego i Aleksandra Sołżenicyna. Czytając i intensywnie myśląc Minzhu zaczyna bytować w przestrzeniach metaforycznych i transformować świat dookolny. Mają w nim swoje miejsce ludzie Ewangelii, czasem bardzo prości, a innym razem piastujący jakieś funkcje, pojawiają się kwiaty i zwierzęta hodowlane, a nawet wnętrze jej mózgu.

Władze początkowo tolerują jej działalność i kolejne reporterskie spotkania z przedstawicielami społeczności, ale w pewnym momencie pojawia się oskarżenie o metaforozę, czyli oddalanie „szczęśliwej rzeczywistości” i zastępowanie jej surrealistycznymi transformami. W takiej sytuacji rzeczywistość powieściowa zaczyna zmieniać swoje parametry i pisarka wprowadza coraz więcej odrealnień, które idą tak daleko, że w pewnym momencie dowiadujemy się, iż główna bohaterka już dawno nie żyje. Nie żyją też ludzie, z którymi się spotyka, a wszystko jest tylko powidokiem chorej rzeczywistości, wykreowanej przez przywódców partyjnych. Walka z nią nie ma sensu, ale zjadliwa ironia może wpłynąć na psychikę żyjących i spowodować ciąg zmian w drodze ku nowemu ładowi. Kłopot jednak w tym, że świadomość polityczna Chińczyków moderowana jest przez odpowiednie działania socjotechniczne, a rozwój kraju, z jego pięknymi wysokościowcami, szybką koleją i siecią futurystycznych estakad, utwierdza ich w przekonaniu, że kraj idzie właściwą drogą. Cóż z tego, że stale obecny jest kult Mao Tse-tunga, a jego portret wisi nad wejściem do Zakazanego Miasta i pojawia się na banknotach, skoro ludziom żyje się lepiej, a masowa migracja do miast powoduje, że środki finansowe transmitowane są także na wieś przez tych członków rodzin, którzy zdecydowali się na podjęcie pracy w wielkich aglomeracjach. Poniekąd taki szlak przeszła też Sheng Keyi i może pozostałaby szeregową pracownicą, gdyby nie wcześniejsze sformatowanie jej umysłu przez lektury i napomnienia matki. Udając się na emigrację, postanowiła zostać obywatelką świata, a jej kolejne utwory zaczęły wyznaczać szlak nowej transformacji (dla urzędników metaforozy) i nowej świadomości. To wielkie niebezpieczeństwo dla partii i nowego przywódcy, który zaplanował „nowy ład” w innej formie i nie zlikwidował tragicznych zaszłości. Oczywiście powieść chińskiej pisarki traktować należy jako jedną z propozycji oceny współczesnych Chin, w których przecież dostrzeżemy wiele pozytywnych aspektów rozwojowych, takich jak wydostanie się z biedy, poprawę możliwości bytowych i rozkręcenie koniunktury gospodarczej. Ale przecież bohaterka omawianej tutaj powieści jest rodzajem gorzkiego „memento”, nieustającym przypomnieniem, że postęp dokonał się na zwałowiskach zwłok i gruzach dawnych królestw, a autonomiczne myślenie możliwe jest tylko w obrębie wykreowanej chińskiej dystopii. Po ludziach, czy to walczących o wolność, czy poddających się niecnym zabiegom formacyjnym, pozostaje tylko nieco popiołu, a kremacja zwłok równa wszystkich, bez względu na osiągnięcia i sprawowane funkcje.

________

Seng Keyi, Tęczujący popiół, przeł. Joanna Krenz, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, s. 380.

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (14)

W roku 2002 napisałem obszerny tekst o książce prof. Wojciecha Gutowskiego, który przez wiele lat był moim szefem w Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego. Zapamiętałem go jako człowieka bardzo empatycznego, broniącego mnie przed atakami Tomasika i walczącego zakulisowo o moje dobre imię. Profesor napisał m. in. kilkunastostronicowy list do ówczesnego Rektora, w którym wskazywał liczne nadużycia wspomnianego wyżej pracownika w stosunku do mnie i jego publiczne groźby, że nigdy się nie wyhabilituję, gdyż on będzie nad tym czuwał. Niestety ówczesny strachliwy Rektor Kubik, ukręcił łeb sprawie, a mnie powiedział rwącym się głosem, że w tej kwestii musiałby powołać na Rzecznika Dyscyplinarnego kogoś z tytułem profesora. Ot, brudne gierki i oszustwa uczelniane… Niebawem sporo o nich będę pisał…

Wojciech Gutowski jest obecnie najwybitniejszym polskim znawcą twórczości Tadeusza Micińskiego. Historyk literatury, profesor zwyczajny Akademii Bydgoskiej im. Kazimierza Wielkiego, kierownik Katedry Literatury Polskiej XIX i XX Wieku, pisze przede wszystkim o twórcach młodopolskich, ale opublikował również wiele recenzji, szkiców i artykułów naukowych o pisarzach wyprzedzających modernizm i o współczesnych. W jego dorobku są następujące książki: W poszukiwaniu życia nowego. Mit a światopogląd w twórczości Tadeusza Micińskiego [1980], Nagie dusze i maski. O młodopolskich mitach miłości [1992, wyd. II –1997], Pasje wyobraźni. Szkice o sacrum chrześcijańskim w literaturze polskiej XX wieku [1994], Mit – Eros – Sacrum. Sytuacje młodopolskie [1999], Z próżni nieba ku religii życia. Motywy chrześcijańskie w literaturze Młodej Polski [2001]. Gutowski jest też edytorem pism Tadeusza Micińskiego – Poematy prozą [1985], Wybór poezji [1999]. Już z tego elementarnego wyliczenia wynika, że autor szczególnie upodobał sobie dzieło ostatniego z wymienionych twórców. Jemu też poświęcił najnowszą książkę, która jest zarazem dokumentacją badań ostatniego ćwierćwiecza, w okresie szczególnego nasilenia zainteresowań epoką Młodej Polski. Autor mówi we wstępie, że układu zamieszczonych tekstów nie wyznaczała wyłącznie chronologia ich powstawania, ale przede wszystkim zawartość tematyczna. Dalej wskazuje: Zainteresowania kieruję w stronę czterech zagadnień: paradoksów wyobraźni poetyckiej, z tak charakterystyczną dla Micińskiego – oniryczną wizyjnością i wieloznaczną symboliką; dylematów metafizyczno-religijnej  antropologii; odniesień intertekstualnych oraz projektów swoistej, metafizycznej i egzystencjalnej zarazem, historiozofii. Oczywiście, w dziele autora „Xiędza Fausta”, te kręgi tematyczne nie istnieją oddzielnie. Stąd też nieuchronne ich przenikanie, interferencja w refleksji badawczej. Dla podkreślenia wieloaspektowości tych analiz i dla wykazania ewolucji myśli, krystalizacji i zarazem przewartościowania przekonań autora, studia zostały opublikowane w ich pierwotnych wersjach, z uwzględnieniem nowej literatury przedmiotu i ostatnich edycji utworów Micińskiego.

Dobrym pomysłem jest publikowanie narastających przez lata studiów i artykułów wybitnych profesorów, starczy przypomnieć ostatnie krakowskie edycje dzieł zebranych Henryka Markiewicza, Marii Janion, Michała Głowińskiego, Janusza Sławińskiego, Marii Dłuskiej, czy Jana Błońskiego. Dopiero w takich zestawach i przy właściwie ukierunkowanej lekturze, jawi się wyraziście główna linia poszukiwań, uzewnętrzniają się z nową mocą wątki poboczne, a nade wszystko taki dorobek staje się – podaną jak na tacy – całością intelektualną. Przy okazji nowej książki Gutowskiego ową kompleksowość podkreśla jej recenzent, prof. Jacek Kolbuszewski: Tę książkę widzieć trzeba jako znakomicie wyrównaną  c a ł o ś ć, wspaniale inkrustowaną znakomitymi interpretacjami poszczególnych utworów Micińskiego, przy czym na podkreślenie zasługuje tu także arcycenna rozległość wykorzystanego przez autora materiału komparatystycznego. We „Wprowadzeniu do Xięgi Tajemnej” Wojciech Gutowski nie tylko przedstawił rozległy katalog problemów i zagadnień występujących w pisarstwie Micińskiego, ale owe problemy poddał wnikliwym, subtelnym interpretacjom, otwierając drogę do głębokiego rozumienia jego twórczości i dając znakomitą jej wykładnię. W zakresie badań nad Micińskim, jak i zresztą toto genre pojmowaną Młodą Polską, jest ta książka osiągnięciem wybitnym i należy do najważniejszych z ostatnich lat osiągnięć badawczych. Napisana świetnym naukowym językiem, wyposażona w liczne punkty zwrotne, wielokrotnie dociera do przestrzeni dotąd nie oświetlanych, przekracza bariery, które zdawały się być nie do sforsowania. Wszakże już sama Biografia – pisze autor – jednego z najwybitniejszych poetów, dramaturgów i prozaików Młodej Polski zawiera nadal wiele „białych plam”, a próby jej uporządkowania, choć przyniosły mnóstwo ważnych materiałów, trudno uznać za badawczy sukces. W życiorysie Micińskiego wciąż wiele jest przypuszczeń i domysłów, Gutowski przywołuje jednakże we wstępie najważniejsze fakty, które pomagają czytelnikowi zrozumieć dzieło pisarza, a potem przyporządkować mu literackie postaci, sytuacje, charakterystyki.

Studium otwiera artykuł pt. Chaos czy ład? Symbolika reintegracji we wczesnej twórczości Tadeusza Micińskiego. Jest to próba odpowiedzi na pytania o zakres i systematykę dzieła pisarza, w którym w czasach Młodej Polski wskazywano na rozdrobnienie i przypadkowość, choć – z drugiej strony – była też i grupa krytyków, która aprobowała te dokonania. Gutowski gromadzi liczne opinie i konfrontuje je z poglądami wielkich myślicieli modernizmu i dziesięcioleci następnych. Na koniec rekapituluje: Autor „W mroku gwiazd” we wczesnym okresie podjął jedno z najtrudniejszych zadań: skomplikowanej psychomachii starał się nadać kształt poetyckiej dyskusji, prowadzonej między „symbolicznymi wcieleniami” przywoływanymi z różnych kręgów kulturowych. Kalejdoskop ruchliwych, wzajemnie zwalczających się masek ukazywał totalność dezintegracji. Równocześnie Miciński usiłował stopić różnorodne głosy w jednolitą narrację mityczną, która miała być żywym, przekonującym wzorem odrodzenia człowieka, stojącego na kulturowym rozdrożu. To początkowe uściślenie stanu rzeczywistego poezji tego twórcy ważne jest dla następnych studiów i wskazuje nowoczesne, modernistyczne jej rozdwojenie artystyczne, filozoficzne i metodologiczne. Następne, obszerne przybliżenie, przynosi nowe rozstrzygnięcia i umiejscawia dorobek autora Nietoty we właściwym punkcie rozwojowym. W tekście tym, zatytułowanym W poszukiwaniu życia nowego. Mit a światopogląd w twórczości Tadeusza Micińskiego głównym wątkiem jest wskazywanie nieuchronnych w nowej epoce zderzeń postaw twórczych i opozycji znaczeniowych. I tak nowy, dekonstrukcyjny w swej istocie, mit nietzscheański zderza się u Micińskiego z pozytywnym (w sensie uwieńczenia rozwoju kultury) mitem schleglowskim. Oba są elementem postępującej reintegracji, ale też oba – w tej twórczości – stanowią siłę odśrodkową, rozpychającą dzieło i nadającą mu kształt wymyślny, rozbudowany, modernistycznie rozchwiany. To samo odnosi się do dwóch głównych wątków w poezji Micińskiego i ich reintegracji – do próby połączenia tego co sakralne, z tym co demoniczne, Emanuela i Lucyfera. Gutowski wskazuje, że w odniesieniu do literatury Młodej Polski, tracą sens wszelkie jednoznacznie formułowane sądy i definicje. Tutaj trzeba stale odnawiać znaczenia i – tak jak twórcy epoki – wchodzić na grunt herezji, dostrzegać dobro w złu i destrukcję w permanentnie realizowanym dobru. Tego rodzaju odnawiające spojrzenie przydaje twórczości Micińskiego nowych znaczeń i ustawia ją w ciągu mitotwórczych projekcji uświęcających chaos albo desakralizujących chrześcijański ład. Ten rozbudowany rozdział, który wcześniej funkcjonował jako osobna książka i ustalił kierunek badań nad twórczością Micińskiego na wiele lat, zawiera też systematykę religijnych odniesień i kulturowych toposów, w których geniusz autora Mściciela Wenety odnalazł swoje punkty  graniczne. Czytamy zatem o rytach odrodzenia, Lucyferze i Emanuelu, o erotyce i mistyce, o kolizji mitów, o sytuacji adepta, nauczyciela, mędrca i maga, wreszcie o antybohaterze , o wtajemniczeniu, o przestrzeni i czasie, a na koniec w studiach uściślających i podsumowujących – o związkach filozofii i literatury ze światopoglądem i o wyzwoleniu Chrystusa z zaściankowych przywłaszczeń i o nadaniu przez Micińskiego właściwego „kierunku” jego świętości.

Kolejny artykuł – W mroku gwiazd. Poemat metafizycznego protestu i rozpaczliwej nadziei – przybliża poszczególne  t e m a t y pojawiające się w poezji Micińskiego i wyodrębnia obszary, które uczyniła ona centralnymi dla ludzkiej egzystencji i doświadczania Boga. Poszczególne podrozdziały określają korespondencje i założenia programowe (ekspresja, kreacja, ocalenie, wymiary świata poetyckiego, osobliwości wyobraźni erotycznej) oraz wskazują transgresje autorskie (Boskie hipostazy,, bohaterowie tytaniczni i ich bunt, symboliczne sytuacje wyzwolicielskie, zbawienie). W tym przybliżeniu Miciński jawi się jako poeta licznych antynomii i równie częstych unifikacji, a jego poezja staje się elementem powszechnego w epoce modernizmu przewartościowania stosunku człowieka do życia i do Stwórcy. Zdumiewająca jest giętkość intelektualna Gutowskiego, który z niezwykła precyzją wyznacza kierunek eksploracji naukowej, potem precyzyjnie, krok po kroku, posuwa się ku wytyczonemu celowi. Podobnie jest w kolejnym studium, zatytułowanym Dusza – Duch – Jaźń. Semantyka słów-kluczy metafizycznej antropologii Tadeusza Micińskiego. Wychodząc od wskazania dwóch stylów opisu w literaturze przedmiotu: poety wyzwolonej wyobraźni lub światopoglądu, ukształtowanego w nurcie młodopolskich reinterpretacji filozofii Słowackiego, Gutowski, nie uwalniając się od tych stylów refleksji, proponuje inną opcję, którą tak określa: Usiłuję określić specyficzne miejsce Micińskiego na mapie młodopolskich poglądów / wizji antropologicznych. W tym celu proponuję rekonstrukcję rozległych i najczęściej wyraźnie nierozgraniczonych pól znaczeniowych głównych pojęć – kategorii antropologicznych, które zarazem należą do podstawowego repertuaru słów-kluczy literatury epoki, przede wszystkim dusza, duch, jaźń, również innych, np.: serce, życie… Badacz stosuje tutaj metodę poziomowych kondensacji, w których ważną rolę grają cytaty innych twórców i przywołania dzieł Micińskiego. Stosując funkcjonalny język naukowego przekazu, autor nieustannie zgęszcza sensy, dorzuca „egzegezy”, wyciąga wnioski i analizuje kolejne partie wyartykułowanych treści. To jest nieustanne sprawdzanie przystawalności własnych myśli do kreacji pisarskiej, a zarazem rodzaj odnowienia dzieła Micińskiego w konfrontacji z wiedzą końca dwudziestego wieku i nowymi odkryciami w zakresie literaturoznawstwa, filozofii i antropologii.

Dynamika interioryzacji Gutowskiego doprawdy zaskakuje, jest pełna kontrolowanych semantycznych zawirowań, pełna treści i brawurowych przeskoków interpretacyjnych, a przy tym nie traci funkcji jasnego wykładu, chęci odsłonięcia tego, co do tej pory było tajemnicą twórcy, a co staje się wiedzą o nim i o świecie, w którym żył, wiedzą o młodopolskim człowieku i o głębinnym skomplikowaniu epoki. Pokrewnym temu przybliżeniu jest też rozdział kolejny: „Śni mnie ktoś, jakby ciężki sen”. Onirologia Tadeusza Micińskiego. Jest to kolejna próba dźwignięcia nauki o Micińskim na wyższy poziom dociekań. Raz jeszcze zatem, wskazując to co już było, autor proponuje nowe rozwiązania:  Oniryczny aspekt dzieła Micińskiego zauważyła już krytyka młodopolska („kapłan logiki marzeń sennych”; jego twórczość to „nadludzki sen”). Później, w wykorzystywaniu techniki senno-halucynacyjnej dostrzegano wyróżniającą cechę warsztatu Micińskiego, lub opozycję sen – jawa traktowano jako najprostszą zasadę, porządkującą świat wyobraźni. W niniejszym studium autor wyraźnie kieruje się nastawieniem polemicznym wobec dotychczasowych sposobów lektury, które dostrzegają zwykle w dziele Micińskiego zapowiedź techniki surrealistycznej, a tym samym odsuwają na plan dalszy świadomy wysiłek twórcy, albo w ogóle negują intencjonalną konstrukcję znaczeń: zastępuje ją – rzekomo – gra luźnych skojarzeń. Tu natomiast pragnie się zwrócić uwagę na paradoksalną oniryczną autoświadomość poety, tym ważniejszą, iż na pierwszy rzut oka niezauważalną. Celowi temu służy opis semantyki słów, które nie wiążą się bezpośrednio z najbardziej kluczowymi tematami – symbolami epoki, jak „otchłań”, „wzlot”, „zejście w podziemia”, „dusza”, „duch” itp., lecz budują swoistą „metodologię poetycką”. Sen z utworów Micińskiego rozpatrywany tutaj jest wieloaspektowo, jako osobna transforma twórcza, ale też jako rodzaj transgresji artystycznej, która zaciera granice pomiędzy śnieniem a „byciem śnionym”, pomiędzy realnym obrazem rzeczywistości a surrealizmem dociekań, prób interpretacji płynącego stale w świadomości strumienia faktów, zdarzeń, obrazów, symboli i obsesyjnie powracających kształtów. Tutaj badacz wskazuje wyjątkowość motywów onirycznych tego twórcy i ich anamnetyczne właściwości poznawcze. Nie bez powodu kolejne studium – Burzyciel świątyń i budowniczy nadgwiezdnych miast. O symbolice architektonicznej w twórczości Tadeusza Micińskiego – umieszczony został po owych fantasmagoryczno-surrealistycznych ustaleniach i dopełnieniach. Przecież: Bohaterowie Micińskiego nie zamieszkują przestrzeni uporządkowanej, ich podstawową sytuacją jest, co zauważono wielokrotnie, wędrówka, tułaczka, poszukiwanie. Tułacz homo errans – postać charakterystyczna dla poezji autora „W mroku gwiazd” – pośród bezmiarów katastroficznych, pustyń, martwych stepów, „ziemi jałowej”, napotykał zamki, pałace, świątynie – budowle zniszczone, budzące przerażenie, opanowane przez tajemniczego przeciwnika… To jest też aura snu, nadrealistycznej wizji, takiej jak w słynnym wierszu Ananke, który tutaj przytoczony został na początku jako rodzaj motta albo ukierunkowującego odbiór „kanału” percepcyjnego. Gutowski tworzy w tym studium rozległą panoramę architektoniki Micińskiego, a podążając tropem konstrukcji i dekonstrukcji przestrzeni, wskazuje cechy konstytutywne budowli i zabudowy rozległej, świątyni i zamku, wsi, miasta i ogrodu. Czytając te uściślenia odkrywamy zasadę architekturyzacji świata w dziełach pisarza, a zarazem jakiś wewnętrzny kod genetyczny, powołujący do istnienia w kolejnych utworach podobne, albo kopiujące się stale budowle, twory wyobraźni elementarnej. Interpretator wskazuje, iż:  Trudno znaleźć na obszarze Młodej Polski, a więc na obszarze, gdzie poetyckie budowle są symbolami „znaczącymi”, twórcę równie zafascynowanego pałacami, zamkami, świątyniami, który by z podobną konsekwencją wyrażał w języku architektury stan duszy i dylematy życia zbiorowego. Architekturę w dziele Micińskiego można uznać za „piąty żywioł” wyobraźni materialnej, analogiczny do czterech praelementów. Taka jest wyobraźnia tego młodopolskiego twórcy, który podąża od sacrum do profanum, od tego co mgliste i ledwie uchwytne przez percepcję, do tego co kamienne i twardo utwierdzone w myślach oraz wizjach. Z książki Gutowskiego, pierwszej tak rozlegle opisującej ten fenomen twórczy, wyłania się postać artysty, nabierającego coraz większego znaczenia w literaturze polskiej i wracającego na należne mu miejsce obok największych artystów epoki. Miciński, zapomniany i świadomie pomijany, a potem powoli wracający do „łask” u literaturoznawców, dzięki tej monografii, a także dzięki coraz liczniejszym innym opracowaniom, Miciński – budowniczy nadgwiezdnych państw, tworzy maskę ładu, która przesłania nieprzezwyciężone antynomie. Zaletą książki Gutowskiego jest też i to, że znaleźć w niej można wiele szczegółowych, żeby nie powiedzieć technicznych, elementów świata kreowanego i postrzeganego. Wielka wiedza badacza powoduje, że potrafi on ze swobodą i elegancją poruszać się między antynomiami, między przeciwstawnymi siłami kreatywnymi, a nade wszystko między cząstkami konstrukcyjnymi, mikroskopijnymi komórkami i całymi organizmami, współtworzącymi tę biologiczno-techniczną machinę, tę imaginacyjno-realną przestrzeń.

Kolejne dwa studia poświęcił autor Micińskiego odczytaniom dzieł Mickiewicza i Krasińskiego. Pierwsze z nich – Inspiracje i repetycje. Adam Mickiewicz w lekturze Tadeusza Micińskiego – to wskazanie, że dzieło największego polskiego poety zajmuje ważne miejsce w utworach autora Xiędza Fausta. Staje się przedmiotem polemiki, bywa pratekstem dla zapisu nowego, a nade wszystko jest inspiracją i wewnętrznym motorem twórczym. Liryki lozańskie i inne wiersze, a nade wszystko Dziady i  Konrad Wallenrod, odegrały ważną rolę w procesie kształtowania się tej świadomości pisarskiej, będąc głęboko zakodowane w pamięci i w traumatycznym przeżyciu, utwierdziły się na poziomie porównań i przeciwstawień z wiodącą twórczością Słowackiego, znalazły swoje miejsce w powtarzających się nawiązaniach, szczególnie w zakresie myśli mesjanistycznej i patriotyczno-wolnościowej. Autor wskazuje, że Recepcja twórczości Mickiewicza potwierdza raz jeszcze, że w wypadku autora „Nietoty” autonomiczne ujęcie świata nie jest li tylko świadomym zabiegiem pisarza, lecz zakodowaną w „ja głębokim”, archetypiczną formą ujmowania rzeczywistości. I choć są też tutaj rażące nadużycia, to jednak dzieło wieszcza staje się rodzajem pisarskiego archetypu, który wciąż trzeba modyfikować i stale wzbogacać, ale który też, w swoim najgłębszym wymiarze, staje się twórczą obsesją, wspomagającą motorykę pisania. Także kolejny artykuł – Rewolucja i eschatologia. Zygmunt Krasiński – Tadeusz Miciński – drąży wewnętrzną materię dzieła Micińskiego i odsłania jej pomijane dotychczas aspekty. Krasiński, dla tego twórcy, jest przede wszystkim poetą łączącym rewolucję z krańcem ludzkich przeżyć i doznań, ale też jest nauczycielem, formułującym ostrzeżenie przed kulturowym i religijnym monocentryzmem oraz impuls do nowej diagnozy kryzysu kultury. Według Gutowskiego nawiązania i korespondencje, choć dotyczą też liryki, to jednak w swej głównej linii, podążają od Nie-Boskiej komedii do Kniazia Patiomkina. Zdaniem badacza, nie można pomijać wpływu Krasińskiego na modernizm, bo stanowi on ważne ogniwo w ciągu nawiązań i korespondencji pisarskich, staje się wyzwaniem równie ważkim jak inne dzieła romantyczne. I choć nie może się równać z fascynacjami Królem Duchem czy Dziadami, to jednak „rani” wyobraźnię Micińskiego i domaga się zadośćuczynienia, nakazuje podążyć tym samym tropem i znaleźć podobne wartości na szlaku uwrażliwienia. Oba szkice poświęcone recepcji wielkich romantyków dopełnia tekst pt. Powstanie styczniowe w twórczości Tadeusza Micińskiego. Dzieje się tak bo przecież, z jednej strony, ów zryw był końcem romantyzmu, a ze strony drugiej, wpłynął na dalszy kształt postaw artystycznych i ideowych, których efektem końcowym był ponowny bunt, powrót do romantycznych źródeł i do maksymalizmu nie bojącego się stawić czoła wyzwaniom największym. W takim kontekście Miciński odczytał konsekwencje powstania w dwu perspektywach. Dla społeczeństwa – w jego przeciętności – przegrana polityczna była okazją do „ucieczki od wolności”, do wyrażenia zgody na dziejowy determinizm, sprzyjała zanurzeniu się w bagnie egoistycznych interesów. Ale powstanie okazało się także wylęgarnią straceńców, indywidualistów, którzy – wbrew zaleceniom „rozsądnej” Opinii – przyjmują podwójny ciężar służby i buntu, i powiększają jeszcze swój wysiłek, kwestionując zarówno reguły życia społecznego, jak i sens swych trudów. Nie przyjmują „świata gotowego”, ale także swą egzystencję „ludzi zbuntowanych” stawiają pod znakiem zapytania. Ta charakterystyka odnosi się tyleż do epoki, co do bohaterów Micińskiego, ich światopoglądów i postaw, bo przecież u niego nadzieja rodzi się z otchłani zwątpienia i najgłębszej klęski.

Odnotujmy tutaj jeszcze dwa studia końcowe – Stereotyp Niemców i Niemiec w twórczości literackiej i publicystyce Tadeusza Micińskiego oraz Wyobcowanie – bunt – ofiara. Z problemów ekspresjonistycznej historiozofii – oba bardzo specjalistyczne i stanowiące być może zapowiedź kolejnych przybliżeń, nowych szlaków naukowej eksploracji. W ujęciu Gutowskiego postać i twórczość Micińskiego nabiera wyrazistych barw, wraca na należne jej miejsce, a nade wszystko fascynuje, prezentuje twórcę o wielu obliczach, równie głęboko sięgającego ku tradycji, jak i modernistycznie wyprzedzającego swoją epokę. Pisarza, w  jakiś paradoksalny sposób splątanego, a zarazem i nowoczesnego, jasnego w swojej wizyjności i próbach dociekania prawdy o człowieku. To rzeczywiście – jak to określa Jerzy Z. Maciejewski – monumentalne dzieło naukowe, które ustala recepcję i wyznacza kierunek badań w przyszłości, to książka zbierająca to, co do tej pory o Micińskim powiedziano, a zarazem ustawiająca się polemicznie w stosunku do poprzedników. Zadziwiając swym rozmachem i komparatystyczną dociekliwością, staje się prawdziwym pomnikiem ze słów, wzniesionym ku chwale autora Xięgi Tajemnej.

________

Wojciech Gutowski, Wprowadzenie do Xięgi Tajemnej. Studia o twórczości Tadeusza Micińskiego, Akademia Bydgoska im. Kazimierza Wielkiego, Bydgoszcz 2002, s. 424.     

                       

LIPA

Szedłem skrajem niewielkiego placu i nagle coś kazało mi zatrzymać się i usiąść na pobliskiej ławce. To był ciąg kilku wyrazistych lip, a szczególnie dziwny kształt największej z nich. Drzewa obsypane były jasnożółtymi kwiatami, nad którymi krążyły pszczoły, osy i trzmiele. Niby konwencjonalny obraz, ale w perspektywie wyrazistego błękitu nieba coś powodowało, że lekko drżał i jakby wydostawał się poza widzialną rzeczywistość. Może to był efekt wysokiej temperatury powietrza, a może jakieś dalekie wspomnienie fraszki Jana Kochanowskiego. Ale przecież nie zatrzymałem się dla odpoczynku, a kontemplacja drzewa nie miała też nic wspólnego z młodzieńczymi wspinaczkami na tego rodzaju potężne twory przyrody. Siedziałem jak zaczarowany i patrzyłem – wszystkimi zmysłami chłonąłem piękno czyste, pierwotne, nieskazitelne. Pomiędzy mną i lipą wytworzyła się magiczna przestrzeń, jakby to drzewo wytrąciło mnie lekko z rzeczywistości i wciągało w inny rewir czasu. Może pół godziny siedziałem na ławce i rozmyślałem o dwóch istnieniach, jakże kruchych i jakże ulotnych, rozpiętych między barwą i kształtem chwili.

* * *

Dzisiaj jest piękny, słoneczny dzień i światło połyskuje na liściach krzewów i drzew. Ptaki przelatują ze strzelistych modrzewi ogrodowych na wysokie cedry, jabłonie i rozłożyste trześnie, albo śmigają pośród błękitu jak pociski ciskane przez niewidzialnego stwórcę. Siedzę na tarasie mojego domu, wygodnie rozparty na krześle i wystawiam twarz do słońca, wspominając takie same dni z dzieciństwa. To zawsze było zaproszenie do jakiejś wyprawy – nad jezioro lub rzekę, ku dalekim lasom lub parkom nad Kanałem Bydgoskim. Takie dni z młodych lat utrwalają w nas poczucie szczęścia i pełni doznań, subtelnego ciepła i niezależnego istnienia pośród fenomenów natury. Tyle razy podczas pływania w Jeziorze Jezuickim kładłem się na plecach i pozwalałem słońcu operować na mojej twarzy, tyle razy leżałem prawie nagi na brzegach różnych akwenów. Zwykle szybko się opalałem, a gdy pracowałem jako ratownik na kąpieliskach, moja skóra schodziła całymi płatami, a potem stawała się brązowa. Niewątpliwie słońce potrzebne jest by czuć się w naszym świecie szczęśliwym…

SPOKÓJ

Złotokap pospolity w moim ogrodzie

Dzisiaj przez godzinę siedziałam na naszej ławeczce ogrodowej. A właściwie bujałem się lekko, bo wisi ona na łańcuchach na specjalnie przygotowanej, metalowej ramie z rurek. Jakież to było uspokajające i jak dobrze mi się oddychało powietrzem pełnym majowych zapachów. Nie myślałem o czymś szczególnym, raczej chłonąłem chwile, przyglądając się przede wszystkim ptakom i owadom. Zaskoczył mnie duży ruch w powietrzu – sporo nadlatujących skądś szpaków i mazurków, jakieś śmigłe synogarlice i podążające w dal grzywacze. Do tego kawki przysiadające na dachach domów i jakby ukosem tnące niebo sroki, w locie tracące swoją charakterystyczną ociężałość i chybotliwość. W moich myślach pojawiły się zdarzenia z ostatniej podróży do Argentyny, kadry z szerokich ulic i największego cmentarza w stolicy, ale też chwile szczęścia w moim mieście, podczas spotkań ze studentami i życzliwymi mi ludźmi. Ławeczka bujała się lekko, a ja patrzyłem na zieleń krzewów i trawy, chwastów i liści róż, wodziłem wzrokiem po kwiatach złotokapu i bzów. Nigdzie nie musiałem iść, nic nie musiałem robić, byłem sobą w tym lekkim kołysaniu, a świergot i piski jeżyków stały się tłem dla dobrych chwil.  

« Older entries

%d blogerów lubi to: