MAGNETYZM ZŁA

hbalzac

W każdym życiu pojawia się wiele kanalii, donosicieli, błaznów i intrygantów, bezlitośnie wykorzystujących swoją pozycję do niszczenia innych ludzi. Za każdym razem łączy te postaci to samo – działanie zakulisowe, wykorzystywanie do doraźnych celów plotki, pomówienia i własnych ciągów znajomości oraz ich powiązań z innymi ludźmi. Nawet jeśli są spryciarzami i na przykład wykorzystują odmienne preferencje seksualne – niszczenie osób heteroseksualnych przez gejów lub rozpracowywanie homoseksualistów przez radykalnych heretyków – i tak zawsze docierają do punktu bez wyjścia, staczają się w alkoholizm, choroby umysłowe, albo wręcz lądują na ulicy. Kanalia nienawidzi sukcesów ludzi aktywnych i coś osiągających, zwykle zadręcza się tym, histerycznie walczy o dokładne informacje na temat cudzych osiągnięć, a potem je deprecjonuje we wszelkich środowiskach, w których stacjonuje. Prowadzi zakulisową wojnę na pomówienia, rozpuszcza najbardziej nieprawdopodobne plotki, szuka sojuszy z wrogami osób, które uznaje za swoich przeciwników, wykorzystuje je bezlitośnie, a potem porzuca i czyni swoimi nowymi wrogami. Kanalia kocha tylko samą siebie, nawet jeśli nie ma sukcesów, chwyta się panicznie jakiegoś malutkiego wyróżnienia i przez lata trąbi wszem i wobec, że było to osiągnięcie na miarę Nagrody Nobla lub Pulitzera. Jeśli w końcu dochrapie się czegoś większego, na przykład jakiegoś wyróżnienia lobby seksualnego, komunistycznego albo katolickiego – przy czym nie ważne jest to, że zawsze działała w opozycji do tych ruchów – próbuje z wątpliwego zaszczytu uczynić nowy oręż w swoich brudnych wojenkach. Skrajnym przypadkiem jest tutaj wykorzystywanie jakiejś osoby, najczęściej wpatrzonej w kanalię jak w obrazek i niczym adiutant przy generale, gotowej wykonać wszelkie polecenia. Najczęściej chodzi o serwilizm środowiskowy, a więc wykonywanie egzekucji ludzi niewygodnych, niszczenie wrogów przy pomocy pomówień i zaniżanie wartości ich pracy, a w szczególnych przypadkach o jawne intrygi, np. w publikacjach albo wystąpieniach publicznych.

Lucjan i Vautrin, autor nieznany

Lucjan i Vautrin, autor nieznany

Kanalia zwykle znajduje sobie jako przeciwnika osobę o ugruntowanej pozycji, manifestującej witalność twórczą, osiągającej stale spore profity i wali w nią na odlew, rozkręcając jeszcze bardziej machinę absurdu, zawierając wciąż nowe sojusze, intrygując w mroku lub cieniu i unikając jak ognia swojej ofiary. Żadne reguły tutaj się nie liczą, a tylko doraźna korzyść (najlepiej finansowa) ma dla niej znaczenie i przydaje jej energii do dalszych działań. Ulubioną metodą niszczenia wrogów jest tutaj donosicielstwo i łączenie pomówień z plotką, a potem rozszerzanie ich zasięgu na wszelkie możliwe sfery, nie bez znaczenia są też określenia typu ”sukinsyn”, „oszust”, „gnida” i cały ścieg jeszcze gorszych wulgaryzmów. Kanalia bezwzględnie wykorzystuje kobiety, zapewnia je o miłości, płodzi z nimi dzieci, ale stale okrada je z pieniędzy i możliwości, które bez żenady zagarnia. Bywa homoseksualistą, który bierze ślub z kobietą i nawet czasami obcuje z nią dla niepoznaki (stąd biorą się dzieci gejów), ale prawdziwie rozkręca się w towarzystwie innych samców, drag queen’ów, podczas alkoholowych party i orgii najohydniejszych. Z drugiej strony bywa heterykiem, który dla kariery i dalekosiężnych korzyści potrafi związać się na jakiś czas z wpływowym gejem i czerpać korzyści z jego znajomości, możliwości destrukcyjnych i finansowych. To tylko dwie sytuacje, ale przecież możemy je rozciągnąć na inne sfery – oto zaprzysięgły komunista, który nagle staje się neofitą katolicyzmu; oto absolwent szkół kościelnych, alumn w seminarium, który staje się emblematem socjalizmu; a to rewolucjonista, stający do konfrontacji z władzą, ale mający w swoim życiorysie etap pracy w tajnej policji politycznej; i jeszcze – zwykły bandyta, który obiecuje ambitnemu młodzieńcowi zrobienie kariery, a wykorzystuje go instrumentalnie do brudnych interesów. Kanalia zawsze znajdzie drogi dojścia do osób naiwnych, biorących ją za świętoszka, dotrze też do zarządców i tzw. autorytetów, a jeśli zostanie szybko rozszyfrowana i zdekonspirowana, chowa się ledwie na chwile w jakiejś norze, a gdy wszystko się uspokaja, wysuwa z niej „ryj” i zaczyna na nowo obwąchiwać fekalia świata. Na całe szczęście kanalia zawsze popełnia jakieś błędy, które wcześniej czy później ja dopadną, staną się kula u nogi i w końcu pociągną ją na dno.

gaston-bussiere

Szyderstwa z Estery, il. Gaston Bussière

 Tego rodzaju refleksje – rozszerzone nieco o dwudziestowieczne patologie – rodzą się w czytelniku powieści Honoriusza Balzaka pt. Blaski i nędze życia kurtyzany, w której pojawia się Lucjan de Rubempré, cyniczny bawidamek i lekkoduch, znany z Ojca Goriota i Straconych złudzeń. Ma on jeden cel w życiu, gromadzenie dóbr finansowych, bez względu na koszty własne (np. fałszywe pożyczki, lewe zakupy i potwierdzenia), a także podnoszenie własnego statusu społecznego, powrót do rodowego nazwiska, osiągnięcie tytułu margrabiego, a potem księcia, a może nawet para Francji. Ukrytą treścią tej powieści jest wielka, homoseksualna miłość Jakuba Collina (występującego we wskazanych wyżej utworach jako kanonik Karlos Herrera, Ołży-Śmierć i Vautrin) do Lucjana, choć wielu doszukuje się też tutaj figuralnej opowieści o walce dobra ze złem. Trudno wszakże jednoznacznie zaklasyfikować paryskiego pięknisia jako człowieka dobrego, wszak nieustannie wykorzystuje on kochające go kobiety i doprowadza do śmierci dwie z nich: aktoreczkę Koralię i kurtyzanę Esterę. Trudno byłoby też zanegować całkowicie działania Vautrina jako złe, czynione przez uosobienie Szatana, wiodącego młodzieńca na zatracenie. Jedni uważają koncepcję Vautrina za koronę twórczości Balzaka – pisze Tadeusz Żeleński-Boy w nocie tłumacza – gdy drudzy chcą w nim widzieć jedynie figurę z kryminalnego romansu. Pisarz nigdzie nie mówi wprost o tym, że były galernik kocha Lucjana dla jego urody, wdzięku, męskości i wszystko spowija mgła tajemnicy, ale przecież wyraźnie rysuje się tutaj homoseksualne zauroczenie. Oskar Wilde tak dalece utożsami się z młodym poetą, że jego fikcyjne losy uzna za element swojej biseksualnej historii: Konsekwentne studiowanie Balzaka przemienia naszych przyjaciół w cienie, znajomych w cienie cieni. Jedną z największych tragedii mego życia jest śmierć Lucjana de Rubempré. Nigdy nie zdołam się wyzwolić całkowicie z tego przejmującego bólu. Dosięga mnie w chwilach najwyższej radości, tłumi nieraz wybuch śmiechu”. Podobnie dramatycznie i histerycznie zachowywał się po samobójstwie młodzieńca jego samozwańczy opiekun – Vutrin. Doprowadziło to nawet do zdumiewającej przemiany duchowej, która wszakże jest najmniej prawdopodobna w powieści, nawet jeśli poparta rzeczywistą biografią. Według interpretatorów twórczości Balzaka Herrera ma cechy Eugene’a-Françoisa Vidocqa, (1775–1857), francuskiego awanturnika i złodzieja, który utworzył dział kryminalistyki we francuskiej policji, a potem został jego pierwszym kierownikiem. Chociaż Balzak spotykał się z Vidocqem i dobrze poznał jego biografię, to jakoś zbyt łatwo Collin wychodzi z więzienia i układa się z urzędnikami wymiaru sprawiedliwości dziewiętnastowiecznej Francji. Żeleński-Boy wskazał w Posłowiu szereg niekonsekwencji autorskich francuskiego realisty, ale też musiał przyznać, że jego powieści magnetyzują czytelnika jakąś dziwną mocą.

gaston-bussiereq

Śmierć Estery, il. Gaston Bussière

A skoro jesteśmy przy przyciąganiu ciał, warto na chwilę zatrzymać się przy obszernym Balzakowskim nawiązaniu do mesmeryzmu, którym przecież tak interesowali się polscy romantycy: Mickiewicz, Malczewski, Słowacki, Fredro, Wirtemberska. Oto doktor, który został wezwany do więzienia opowiada jego dyrektorowi: Mój stary przyjaciel… (Lekarz ten – wtrącił Lebrun nawiasem – jest to starzec prześladowany przez Fakultet za swoje zapatrywania jeszcze od czasów Mesmera; ma siedemdziesiąt lat z górą i nazywa się Bouvard. Jest to dziś patriarcha nauki o magnetyzmie zwierzęcym. Poczciwiec ten był dla mnie niby ojciec, zawdzięczam mu wszystko.) Zatem stary i czcigodny Bouvard ofiarował się dowieść mi, że siła nerwowa, wprawiona w stan czynny przez magnetyzera, nie jest nieskończona, człowiek bowiem podlega określonym prawom, ale zachowuje się jak siły przyrody, których bezwzględne zasady uchodzą naszym obliczeniom. „I tak – powiadał – jeżeli zechcesz podać swą dłoń dłoni medium, które w stanie normalnym nie ścisnęłoby jej poza granice pewnej dającej się ocenić siły, przekonasz się, iż w stanie tak głupio nazywanym somnambulicznym palce jej będą miały siłę obcęgów dzierżonych dłonią ślusarza!”Otóż, proszę pana, skoro włożyłem rękę w dłoń kobiety, nie uśpionej (…), ale izolowanej, i kiedy starzec rozkazał tej kobiecie, aby mi ścisnęła rękę z całej siły, musiałem prosić o przerwanie doświadczenia, gdyż krew miała mi trysnąć z palców. Lekarz streszcza tutaj jedną z tez Franza Antona Mesmera (1734–1815) dziewiętnastowiecznego twórcy koncepcji magnetyzmu zwierzęcego i sposobów leczenia przy pomocy urządzenia nazywanego baket (parapathos), czyli wanny wypełnionej różnymi materiałami magnetyzującymi, od wody, poprzez piasek, kamienie a nawet żużel kowalski. Mesmer uważał, że w każdym organizmie istnieje „fluid uniwersalny”, zaś oddziałując na niego można wpływać na stany chorobowe pacjenta. Przeprowadzał zabiegi mające na celu przeniesienie siły magnetycznej na chorego. Komisje lekarskie w Paryżu i Berlinie, w 1784 roku uznały jego teorię za pozbawioną podstaw naukowych i odrzuciły ją. Nie przeszkodziło to różnorakim romantykom w bajdurzeniu na temat mesmeryzmu i zjednywaniu w ten sposób sobie pięknych kobiet, żeby wspomnieć tylko Widowisko I cz. Dziadów i zapewnienie Dziewicy: W przyrodzeniu, powszechnej ciał i dusz ojczyźnie,/ Wszystkie stworzenia mają swe istoty bliźnie:/ Każdy promień, głos każdy, z podobnym spojony,/ Harmoniją ogłasza przez farby i tony;/ Pyłek [każdy] błądzący śród istot ogromu,/ Padnie w końcu na serce bliźniego atomu. Na te teorie dała się też złapać zakochana w Antonim Malczewskim Zofia Rucińska, która ubzdurała sobie, że tylko przy poecie czuje się dobrze, chłonąc nieustannie jego „magnetyzm”. Skończyło się to głośnym romansem, potem próbami ucieczki nieszczęsnego kochanka, a wreszcie jego przedwczesną śmiercią.

Samobójstwo Lucjana, il. Gaston Bussière

Samobójstwo Lucjana, il. Gaston Bussière

Najcenniejsze w powieściach Balzaka są opisy patologii różnych, często przeciwstawnych, środowisk społecznych. Okazuje się, że arystokraci niewiele różnią się od przestępców i kanalii, a głupota niektórych z nich (np. barona de Nucingen) jest porażająca. Dla zdobycia fortuny, dla pozyskania pięknej kochanki, dla uzyskania jakiegoś tytułu lub zaszczytu, tacy ludzie gotowi są siać wokół siebie zniszczenie, korzystać z usług płatnych morderców, posługiwać się kłamstwem, szantażem i prowokacją. Ludzkie życie i uczucia takich aniołów jak Esterę Van Gobseck nie mają znaczenia, bo wciąż toczy się walka o dobrą partię, o pozyskanie posagu, o pieniądze chciwych bankierów, hrabin, margrabiów i lichwiarzy. Pasja twórcza francuskiego pisarza nie zawsze dawała dobre efekty, a powieści pisane w celu pozyskania nowych funduszy i spłaty długów, często ulegały spłyceniu, przestawały być prawdopodobne. Rację zatem ma Erich Auerbach, gdy wskazuje, że Balzak w całym swym dziele (…) odczuwał najróżnorodniejsze milieu jako pewną organiczną, ba, demoniczną nawet jedność i wrażenie to próbował narzucić czytelnikowi. Nie tylko, jak Stendhal, umieszczał on ludzi, których losy opowiadał z powagą, w pewnych dokładnie określonych współczesnych ramach społecznych – ale ponadto związek ten traktował jako konieczny; każda przestrzeń życiowa przekształca się u niego w pewną atmosferę zmysłową i moralną, nasycającą krajobraz, mieszkanie, meble, sprzęt, ubiory, ciała, usposobienia, charaktery, sposób bycia, stosunki międzyludzkie, działalność i losy ludzi, przy czym ogólna sytuacja współczesna pojawiała się z kolei znowu jako pewna ogólna atmosfera obejmująca wszystkie poszczególne przestrzenie życiowe. Jest przy tym rzeczą godną odnotowania, że najlepiej i najautentyczniej udało mu się to w odniesieniu do kręgów średniego i drobnego mieszczaństwa Paryża oraz prowincji, podczas gdy sposób przedstawienia eleganckiego towarzystwa bardzo często sprawia tu wrażenie melodramatyczne, nieprawdziwe, a niekiedy i mimo woli groteskowe. Również w odniesieniu do innych środowisk Balzak nie jest wolny od melodramatycznej przesady; gdy jednak w obrazach sfer niższych i średnich przesada ta jedynie rzadko przynosi uszczerbek autentyzmowi całości, w obrazach życia wyżyn – także wyżyn duchowych – pisarz nie był w stanie stworzyć atmosfery prawdziwej. (E. Auerbach, Mimesis, Rzeczywistość przedstawiona w literaturze Zachodu, t. II, przeł. Z. Żabicki, Warszawa 1968, s.297) Pamiętając o tych usterkach Komedii ludzkiej, przyznać jednak trzeba, że efekt końcowy jest wspaniały – to wielka galeria ludzkich typów, charakterów, osobowości, to katalog zachowań skrajnych i zwykłych, najprawdziwszy obraz Francuzów w wieku dziewiętnastym. Dziwna jest właściwość tych powieści, w których czytelnik zanurza się niczym w błotnistym jarze, a potem – po lekturze – wychodzi z niego oczyszczony, pokrzepiony i wzmocniony. I czujny, gdy spotyka na swojej drodze nową kanalię, inne wcielenie Herrery, Oży-Śmierci, Vautrina…

PIĘKNO ISTNIENIA

Wertowanie starych atlasów anatomicznych, ksiąg prezentujących byty egzystujące pod wodą i na powierzchni świata, unoszące się w powietrzu lub pełzające po skałach, to zajęcie niezwykle pouczające i inspirujące. Szczególnie grube księgi niemieckie, francuskie i angielskie zawierają niezwykłe tablice poglądowe. Prawdziwy ich wybuch zaczął się w XVIII wieku, ale największe rozprzestrzenienie miało miejsce w wieku XIX. Dopiero odkrywane zwierzęta, byty podwodne, rośliny, ptaki dawały wyobrażenie o różnorodności natury i formach jej daleko idącego skomplikowania. Dzisiaj zauważamy niektóre nadinterpretacje, czasem zbyt wystylizowane prezentacje, którym daleko do prac ilustratorów dwudziestowiecznych, ale przecież stale fascynują i dają wyobraźni podłoże do nowych modyfikacji, zastosowań w sztuce, architekturze, a nawet muzyce i literaturze.

293286_10150396931915337_1643517116_n

297172_10150396929630337_1298429551_n64879_10151564222185337_1411845693_n251442_10151244624255337_948222323_n

296090_10150396930410337_1842370615_n

296949_10150396933505337_1489345001_n

270753_10151244623915337_1966577032_n297826_10150396931020337_906269355_n298681_10150396928685337_238703543_n

308042_10150396932870337_1507482209_n

312670_10150396931980337_1340517265_n

313378_10151582120980337_1971553664_n317005_10150396933885337_397018961_n392074_10151244624015337_1004292260_n

395954_10150628052865337_1110024953_n

397004_10150681148830337_680225172_n

397400_10150628057700337_1138869070_n

402759_10150681146990337_95435810_n

403182_10150681149865337_99381059_n 404616_10150628057920337_452295326_n 404954_10150710339450337_1909414174_n

405332_10150628058765337_43686609_n405836_10150710321705337_567793639_n 406992_10150681163085337_1605514435_n

407349_10150628058120337_1512892657_n

408876_10150710322135337_60736019_n

417344_10150710316485337_328167063_n

419063_10150762245620337_20425869_n

422447_10150762251345337_1871535331_n

422558_10150710321030337_1125812157_n

423650_10150710322910337_129989451_n

424675_10151244624075337_1532290756_n

424703_10150710320665337_382893054_n

from-brehms-tierleben-brehms-animal-life-vol-2-by-alfred-edmund-brehm11-1913

flying-gunard-from-alfred-brehms-life-of-animals-1883

1934603_10150396933715337_676815468_n

547080_10151004487260337_839539059_n

931398_10151684116745337_604886764_n

538602_10151244623885337_747936479_n

MIŁOŚĆ NIGDY NIE USTAJE

qzawadowskimrowka-okl-page-001

W trakcie pracy nad tym Wyborem wierszy Tadeusz Zawadowski zadecydował, że na okładce znajdzie się słynny obraz Salvadore’a Daliego pt. Chrystys św. Jana od Krzyża. Wtedy zrozumiałem jaki przyświecał mu zamysł autorski, pojąłem natychmiast, że chodzi o zamanifestowanie ogromnej pokory w stosunku do rzeczywistości, a zarazem wskazanie, iż surrealizm i mistyka hiszpańskiego myśliciela wiele znaczą w tej ekscytującej sztuce słowa. Obraz Daliego powstał na kanwie autentycznego szkicu, odnalezionego w papierach świętego, a choć tam mamy do czynienia z prostym odwzorowaniem ciała zawieszonego na krzyżu, to artysta dwudziestowieczny potrafił w nim dostrzec ogromny magnetyzm, który dodatkowo wzmocnił w swoim dziele. Tak powstało jedno z najsłynniejszych przedstawień ukrzyżowania w historii ludzkości, z charakterystycznymi modyfikacjami i autorskimi sugestiami. To ciało zawieszone zostało nad krainą gór, wód, rybaków i łodzi, ale zdaje się zawisać nad całym światem ludzkim, stając się jego firmamentem. Dodatkowo istotna jest owa stylizacja Chrystusa, który tutaj jest umięśnionym młodzieńcem, z krótko obciętymi włosami i niezwykle kształtnym ciałem, co sugerować może daleko idący uniwersalizm. Ważna jest też atmosfera tego przedstawienia, wypływanie krzyża z mroku, konfiguracje burzowych chmur, podświetlone przez zachodzące słońce, rozmywające się w złocie, seledynie, a potem gasnące w czerni. Człowiek pośród tych monumentalnych przestrzeni jest malutki jak mrówka, niewiele znaczy i ma mało czasu by zamanifestować swoje kruche istnienie. A przecież żyje w świecie cierpień i zbrodni, tragicznych decyzji wielkich despotów i pomniejszych zarządców, takich jak choćby Poncjusz Piłat. Zawadowski wskazuje mikro-przestrzeń ludzką, ale jednocześnie rozszerza ją spektralnie i zawiesza nas pośród wielkości kosmicznych.

Poezja Tadeusza Zawadowskiego jest próbą ustalenia właściwych proporcji i zachowania integralności osobowej pośród chybotliwego świata, wiszącego w kosmosie, jak Chrystus św. Jana na krzyżu. I staje się ona prawdziwą liryką, gdy autor wsącza do niej treść swojej jaźni i powoduje, że staje się znakiem obecności człowieka w konkretnym czasie i ściśle określonej przestrzeni. Czytając już pierwsze wiersze Zawadowskiego zauważamy, że jego wyobraźnia stale podąża od realizmu do nadrealizmu. Wciąż poddaje sprzęty, przedmioty, artefakty i gesty nowym eksperymentom wyobraźni, a wtedy nawet meble w pokoju wirują, podkładają nogi poecie i śmieją się, upadając na niego zmęczone. To dobrze znane z obrazów Daliego, twórcze zastosowanie motywu wiru, wciągającego wszystko, nieustannie potencjalnego i otwierającego się w sytuacjach krańcowych albo centralnych dla jakiegoś ważkiego doświadczenia. Nie może być inaczej, bo mamy tutaj do czynienia z twórcą przeglądającym się w wielu rzeczywistościach, podróżującym często po świecie i udanie wykorzystującym w liryce elementy odległych kultur, pradawnych cywilizacji. To też wybór tekstów autora nieustannie prowadzącego dialog z Bogiem, nawet jeśli w jednym z wierszy – centralnym dla Zawadowskiego – poeta obwieszcza śmierć Boga w nim: który osłaniasz/ mrówkę/ przed stopą człowieka/ miłość/ przed obojętnością/ który umarłeś/ we mnie/ na wieki/ ocal mnie/ przed sobą. Prośba o ocalenie przed mocą boską, może przed karą dla grzesznika, staje się jednak wyznaniem wiary i potwierdzeniem istnienia ukrytej siły wyższej, zasady organizującej wielkości kosmiczne. To jest spotykanie liryki z rozległymi, otwierającymi się natychmiast przestrzeniami filozofii i sztuki, teologii i wiedzy o literaturze, muzyki sfer i astronomii, żeby wymienić tylko trzy pary ontyczne. Korzystając z każdej z nich, potrafi autor tworzyć wiarygodne powiązania, mieszać żywioły, a nade wszystko stwarzać wrażenie przenikalności błon lirycznych, smug czasu i zgaśnięć w nicości.

Motywy entomologiczne i kosmiczne powracają w tych wierszach wielokrotnie i stają się przeciwwagą dla wyznań najdramatyczniejszych: boję się swoich wierszy/ gdy przychodzą do mnie odarte/ ze słów by ogrzać się/ w cieple mego lęku przyzywam/ mrówkę i Berenikę by chroniły mnie/ przed nimi ale one kryją się tylko/ na chwilę powracają gdy zobaczą/ pustą kartkę i zza niej – jak zza/ tarczy – doprowadzają mnie/ do szaleństwa/ nie pomaga Judasz ukryty/ we mnie mówi/ że woli osikę od tych/ wierszy boję się/ że nawet/ szaleństwo też nie/ uratuje mnie przed nimi. Poezja ocala, ale może też stać się zarzewiem szaleństwa i śmierci, mamy tego wiele przykładów w biografiach twórców i na kartach dziejów literatury. Zawadowski wie czym może się skończyć igranie ze słowem, ale też śmiało wychodzi naprzeciw artystycznym wyzwaniom, potęguje napięcie, nie waha się buntować nawet wobec własnych wierszy. Mrówka ludzka, ta drobinka, jakże niewielka w perspektywie gwiazdozbiorów, dalekich galaktyk, ma swój kosmos wewnętrzny, wcale nie mniejszy od tego, który pojawia się na niebie w bezchmurne noce, przeraża i fascynuje. Pamiętajmy też, że jest tajemnicą, dopiero się odsłaniającą – tajemnicą czarnej materii i bozonu Higgsa, który jest najdziwniejszą cząstką w kosmosie. Poeta minimalizując pozycję człowieka, ukazując go w perspektywie ukrzyżowania z obrazu Daliego, wnika najgłębiej jak można sięgnąć, aż do istoty bólu i cierpienia, do mechaniki naszego zawieszenia w magnetycznych głębiach. A przy tym ta poezja nie przestaje odzwierciedlać spraw najprostszych, elementarnych dla każdego życia, pięknych uczuć i doznań, które pozostają w pamięci na zawsze. Dodajmy jeszcze, że jeśli zaczniemy czytać te wiersze jak cząstki dziennika intymnego, okaże się, że poeta wielkości kosmicznych jest też czułym kochankiem i wrażliwym interpretatorem codzienności, życia domowego i rodzinnego. W dziewiętnastym wieku chętnie ryto na nagrobkach słowa św. Pawła z Tarsu: Miłość nigdy nie ustaje (1 Kor 13, 8), co miało podkreślać ciągłość ludzkich doświadczeń elementarnych w dziejach. Autor tej książki – przywołując obraz Daliego – potwierdza zarazem inskrypcję Pawła z Tarsu i nie pozostawia złudzeń, iż eschatologia zatriumfuje nad każdym bytem: A gdy już nigdy nas nie będzie/ wieczna zostanie nasza miłość… Pociecha tylko w tym, że jeśli nawet jeśli zostanie okupiona cierpieniem, zbrodnią, bólem ponad siły i zwątpieniem, wiersze Tadeusza Zawadowskiego zaświadczą, że jej energia nie zgasła w wieczności.

ŚLEPIA BESTII

Dzisiaj jest ważny dzień… Zaczynam realizować projekt, który czekał na mnie od lat. Zrozumiałem, że muszę podjąć to wyzwanie, gdy znalazłem się w mauzoleum ofiar masakry w Nankinie, a potem pośród kamiennych bloków w Erywaniu, symbolizujących masakrę Ormian. I jeszcze ten zimny dreszcz, gdy przekraczałem bramę nazistowskiego  obozu Auschwitz, gdy patrzyłem na fotografię ofiar czerwonych Khmerów w Kambodży, Hutu w Ruandzie i zamordowane dzieci na Wołyniu. A to przecież ledwie osobne krople krwi pośród oceanu cierpienia dwudziestego stulecia.    

indeks

jew_killings_in_ivangorod_1942

Ślepia jak z popiołu, jak ze spalonego drewna, wpatrujące się w mrok, połyskujące metalicznie, odbijające krwawą poświatę – skupione na ofierze, podążające za każdym jej ruchem. Czujne, nienawistne, czekające na znak, ledwie widzialne mgnienie, gotowe śledzić niewinne dłonie, stopy, czekające na miejscu ataku. Bezlitosne i chciwe, szukające nieustannie słabego bytu, skupione na każdym geście, każdym błysku, każdej bieli i każdym lśnieniu. Nieustannie sondujące mrok, gotowe uchwycić impuls, ulotny znak, łaknące wiotkiej dłoni, delikatnej twarzy, geometrii ud i stóp. Odwieczne jak skały i lody, czarne jak kosmos, zimne jak kamienie na dnie górskiej rzeki, zastygłe w martwym bezruchu odwiecznego umierania. Świadome swego zła, ślepia połyskujące wyraziście w obliczu mordu i gwałtu, zbrodni niewinnych istot, cierpienia nie do wyrażenia i bólu przeszywającego trzewia. Pragnące kolejnych żertw, skupione na ruchach i gestach oprawców, czekające na błędy uciekających i moment schwytania bytów w niewidzialną sieć.

1895erzurum-victims

c1554bfa87e222d9c21a97c525e991f9

0ebde0fad25556a23f81aa488b31f7a5

Ryczące przeraźliwie w niesłyszalnym zakresie, skąpane we łzach, pragnące pić krew, szarpać ciała, niszczyć kształty, gasić dźwięki, zamykać wymiary. Nic nie zdoła ich powstrzymać, nikomu nie uda się ich przebić, były, są i będą zawsze, rosnące w siłę, potężniejące w tle wojennej pożogi i lejącej się niewinnej krwi. Śledzące uniesione miecze i kule mknące ku ciałom, skupione na ostrzu gilotyny, sznurze szubienicy, bombie zrzuconej z samolotu, na pociskach wystrzelonych z dział i czołgów, na sunących ku niebu rakietach. Ślepia odprowadzające rozpalony metal mknący w dal i zabijający po drodze istnienia, nicujący świadomość po świadomości, odbierający oddech i czucie w dłoniach. Nie przymykające się nigdy, bystre jak ślepia lamparta, skupione, ekstatyczne w obliczu tortur i tragedii, szaleństw siepaczy i wydających rozkazy oficerów, generałów, polityków. Niewidzialne pośród ludzkich wymiarów, istniejące w nicości, wtopione w lodowatą czerń odwiecznej nocy, w bezlitosny mróz dalekich przestrzeni, prześwitujące przez zasłony dnia, odradzające się w oczach morderców i synów wyrodnych, katów i strażników lochów. Pewne siebie pewnością astralnych tragedii, kruszenia się kształtów, monstrualnych zderzeń, nieprzewidzianych eksplozji i wyrzutów rozżarzonej magmy, wpatrzone w kruchość istnienia i wciąż pragnące zobaczyć jego dramatyczny koniec.

dc9e2cec02df

nankin-3

naziexecution-rex-v2

Przyczajone w ukryciu, kochające cień i mrok, nienasycone w obliczu krzywdy, wycofujące się w pustkę w obliczu światła i zawsze wracające ku gęstym mrokom. Ruchliwe jak sierść lamparta, skóra żmii, odnóża skolopendry, przechodzące z ciała do ciała zabójców i dręczycieli, umierające w obliczu dobra, odradzające się we wściekłości i kłamstwie. I wciąż, wciąż łaknące przelanej krwi, rozkoszujące się jej smakiem, krzykiem przerażenia, bólem nie do wyobrażenia i umieraniem w męczarniach. Odprowadzające na cmentarz pochód pogrzebowy i natychmiast podążające ku nowym miejscom, potencjalnym konfliktom, wojnom i rewolucjom, szaleńczym pościgom i samosądom tłumów. Wpatrzone w trupy żołnierzy na polach bitew, w dzieci otrute gazem, kobiety zgwałcone i mężczyzn odprowadzanych na podest szubienicy, na szafot, na skraj wapiennego klifu. Szybujące przez chwilę wraz z młodzieńcem zepchniętym w przepaść, dziewczyną zamkniętą w klatce najstraszliwszego bólu, warujące przy stygnących trupach dyktatora i milionów jego ofiar.

armenian_woman_kneeling_beside_dead_child_in_field

nazi_holocaust_by_bullets_-_jewish_mass_grave_near_zolochiv_west_ukraine

foto-02-1

NOWY POLSKI BANKNOT

Dzisiaj wszedł do obiegu nowy polski banknot – oby ich trafiało do nas jak najwięcej… Stylizacja wspaniała, jak zwykle u Andrzeja Heidricha, stawiająca bilet Narodowego Banku Polskiego w szeregu najbardziej udanych na świecie.

 

1

2

TĘCZA NA NIEBIE

Świat wewnętrzny1 dziewcząt bywa bardzo rozbudowany, pełen fantazji i kolorowych marzeń, ale też i smutków, pragnień, nagle pojawiającego się bólu. Szczególnie widać to, gdy zderza się z postawami życiowymi chłopców, w aurze pierwszych zauroczeń, nagłych fascynacji i nieśmiałych miłości. Wtedy wszystko wydaje się ekscytujące, pełne obietnic i tajemnic, a pierwszy pocałunek otwiera przestrzenie dotąd nieznane, prowadzące ku ostatecznym spełnieniom. To też bardzo trudny czas, gdy zderzają się ze sobą dziecinne wyobrażenia o łagodności i pięknie, z twardymi regułami życia, niedojrzałością partnerów i ich obciążeniami rodzinnymi, generacyjnymi i osobowościowymi. Może dlatego w tym wieku mamy do czynienia z wieloma samobójstwami dokonanymi, niezrozumiałymi dla rodziców i najbliższych osób, ale znajdującymi swoje tragiczne umotywowanie w niedojrzałości i poczuciu utraty wszelkich szans. Pragnienie jedności, kontynuowania związku, pomimo licznych zagrożeń, jest tak silne, że prowadzi czasami ku ślepym zaułkom i zapadniom. Wszystko wtedy jest zwielokrotnione – uroda kusi swoją nieziemskością, dotyk ma magiczne działanie, ciepło złączonych dłoni obiecuje połączenie na zawsze, a nawet zwykła ławka staje się rewirem trudnej do wyrażenia cudowności. W przypadku dziewcząt dochodzi jeszcze niezwykłe sformatowanie umysłu przez dziecinne wyobrażenia i ciągi lektur, pośród których prym wiedzie Ania z Zielonego Wzgórza Lucy Maud Montgomery. Niezwykłość czai się wszędzie, pojawia się też jaskrawość albo przyciemnienie obrazów, a serce coraz częściej bije ze zwielokrotnionym rytmem. Chłopcy w tym czasie uganiają się za swoimi ułudami (przeważnie szczerbaci, z nieumytą resztka zębów, z wiecznie nieuczesanymi włosami), kopią piłkę, kąpią się w jeziorach, a prawdziwe spotkanie z istotą żeńską bywa dla nich szokiem, z którym nie potrafią sobie poradzić. Dziewczęta – nauczone podczas zabaw z lalkami i misiami – pragną im „matkować”, chcą otaczać opieką, ale często trafiają na postawy niezrozumiałe, dziwaczne, tchórzliwe, powodujące ogromny stres.

Debiut prozatorski Marty Joanny Anders zdumiewa na wielu płaszczyznach – przede wszystkim na poziomie realizacji pisarskich, logiki wykładu, czystości języka i opanowania reguł fabularnych. Na podstawie tej książki zdolny reżyser mógłby stworzyć ekscytujący film, który znalazłby wielu wielbicieli, szczególnie ze środowisk młodzieżowych, ale przecież także osoby starsze odnajdą w opowieści autorki wiele zdarzeń ze swojego dzieciństwa, sporo elementów współtworzących ich wyobraźnię i kształtujących postawę życiową. Można śmiało zaklasyfikować tę narrację jako powieść-rzekę, z wieloma odgałęzieniami i dopływami, ale jest to też wzruszający dziennik intymny, w którym łzy radości i smutku mieszają się ze sobą. Ogromną wartość ma też tutaj umiejętność snucia opowieści pulsacyjnej, łagodnie przechodzącej od czasów dziecinnych do dorosłości, od pierwszych pytań o pocałunek do dojrzałych spełnień. To są obrazy i zdarzenia, swobodnie przepływające przez świadomość autorki i układające się w ciąg, który zaczyna nabierać logiki w przyszłości. Dopiero retrospekcje – a szczególnie umiejętność wplatania ich w fabuły powieściowe – daje możliwość dostrzeżenia tajemnych ścieżek, nieoczekiwanych rozwinięć akcji i doświadczeń centralnych dla dłuższych okresów życia. Do tych zaskoczeń, które pojawiają się przy lekturze tej powieści, dodajmy jeszcze głębokie analizy psychologiczne, zarówno głównej bohaterki, jak i postaci pojawiających się w jej otoczeniu. A choć bywa to przestrzeń najczęściej poddawana krytyce, to trudno wskazać tutaj jakieś nadużycia, raczej mamy do czynienia z ogromną wiedzą autorki na temat ludzkiej psychiki, być może zdobywaną w sytuacjach trudnych, krańcowych, przypominających te z kart powieści. Przedkładając czytelnikom swój debiut prozatorski, Marta Joanna Anders jest już pisarką w pełni ukształtowaną, zaskakującą i niezwykle utalentowaną, co każe oczekiwać kolejnych udanych realizacji autorskich i ciągu nowych ekscytujących publikacji.

Na razie warto wziąć do rąk tę obszerną książkę i odnaleźć w niej autentyczną prawdę o ludzkim życiu i nieustającym dojrzewaniu do pojawiających się wyzwań. W przypadku kobiet bywa to miłość, apotem ciąża i macierzyństwo, ale przecież powieść ta dokumentuje także cały ciąg mniejszych i większych zadań, którym muszą sprostać. W przypadku istot nadwrażliwych, boleśnie odczuwających cudowny powab świata, a innym razem pogrążających się w jego mrokach, pojawia się pragnienie zadośćuczynienia i egzemplifikacji. Wtedy kobiety piszą pamiętniki, zwierzają się najbliższym przyjaciółkom, albo – co jest najwyższą formą samoświadomości – tworzą zbiór opowiadań lub powieść. To bywa zadanie tyleż twórcze, co terapeutyczne, pozwalające zrozumieć samą siebie i dające czytelnikom szansę wejścia do magicznych krain wyobraźni i tęsknoty za czystością, za pięknem i głębią doznań elementarnych. Niestety materia życia bywa skomplikowana, pełna udręki, pojawiających się stale zagrożeń i nagłych zwrotów akcji, co powoduje codzienną szarpaninę i każe wciąż podejmować trudne decyzje. W tym zakresie Centrum ich wszechświata jest ważką próbą odwzorowania trudów dojrzewania i zdecydowanego wchodzenia w dorosłość – jakże czasem trudną do zaakceptowania, jakże nieprzystającą do dziecinnych wyobrażeń o przyszłych dniach. Ta przyszłość to radosne uniesienia, ale też zdarzenia tragiczne, śmierć i poczucie ostatecznego przegrania wszelkich szans, realność rozlanej krwi, wypadków, pogrzebów i grobów – to stale przeplatające się dobro ze złem. Zaletą powieści Marty Joanny Anders jest jednak próba wskazania, że ludzkie życie jest wartością nadrzędną i cokolwiek by się w nim nie wydarzało stanowi nasz największy atut, a jeśli jest chwilowym depozytem danym nam przez rodziców, to też staje się przestrzenią, którą możemy dowolnie kształtować i modyfikować. Autorka wskazuje, że warto żyć, by móc usłyszeć od kogoś – jak Nela od Kacpra: Na razie moje niebo jest niewielkie, ale daję ci je całe. Bo na tym moim niebie to ty jesteś moją tęczą. I choćbyś nie wiem gdzie była i co robiła, ja zawsze będę na ciebie czekał.

________

Marta Joanna Anders, Centrum ich wszechświata, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2017, s. 642.

LIBRARY OF CONGRESS

ROZBŁYSK ŚWIATŁA

wojtasikcojeszczejestjasnoscia-okl-page-00aa1Mieczysław Wojtasik należy do wąskiego grona największych osobowości literackich na Pomorzu i Kujawach. Organizator licznych imprez, referent i krytyk, tłumacz, wychowawca młodych adeptów pióra, a nade wszystko poeta publikujący od lat wiersze w prasie i fachowych periodykach, a potem odzwierciedlający tę aktywność w kolejnych tomach. Trudno się zatem dziwić, że przyszedł czas na obszerny wybór wierszy, ukazujący jak na dłoni ogrom dokonań i różnorodność artystyczną tego wyjątkowego twórcy.  Pisałem przy okazji wydania tomu Maki bardziej niż krew: Poezja Mieczysława Wojtasika jest zaangażowana politycznie i dotyka spraw najistotniejszych, rozprawia się narosłymi mitami i podejmuje dyskusję z poglądami skrajnymi, dociera do sedna problemów, które od wieków nurtują polską świadomość. Poeta pochyla się nad kujawską ziemią i widzi w niej to, co stanowiło wartość najwyższą – wyodrębnia chwile pierwiastkowe i tworzy z nich ciąg elementarny dla własnego życia i dla egzystencji całych pokoleń. To jest uważne wpatrywanie się w przeszłość i dopełnianie refleksją teraźniejszości, to są te momenty, gdy człowiek obejmuje myślą kwiat chabru, żywicę sosnową i gwiazdę mrugającą na niebie – to jest próba syntezy ludzkiego istnienia pośród stale piętrzących się przeciwieństw. Poeta, patrząc na polski sztandar narodowy, widzi w nim symboliczną czerwień maków spod Monte Cassino, ale też swoją refleksję przenosi jednocześnie w obręb elementarnych żywiołów, gdzie dynamika wiatru jest przypomnieniem chwilowej natury bytu. Człowiek rodzi się w określonym miejscu na ziemi, kocha przestrzeń, w której dorastał i tworzy coś na kształt własnej mitologii, ale nie przestaje zauważać kontekstu kosmicznego, chybotliwości istnienia pośród sił niewyobrażalnych i ogromów nie do ogarnięcia. Ćwicząc w sobie wrażliwość pierwotną, wsłuchując się w odgłosy dzieciństwa, odnajduje echo z dna studni i monotonny szum lasu, dźwięk gitary Cygana i metafizykę ruchomości celów.  

 Z kolei w Posłowiu do tomu pt. Lancz z duszą w poziomkach wskazywałem iż:  To, co najbardziej przejmuje w tej liryce, to esencjonalne ustalenia na temat natury ludzkiej, jakże zmiennej i gubiącej się w coraz to trudniejszych terminach. Poeta – przynajmniej w rozumieniu Wojtasika – to strażnik obszarów tajemnych, który pojął więcej od innych, ustalił proporcje i próbuje delikatnie wpływać słowem na bieg zdarzeń. Wie doskonale, że ono bywa ulotne, natychmiast zanika pośród kakofonii świata, ale szansą jego ocalenia jest wiersz, chwila zatrzymana pośród wersów i strof. To jest solidarność międzyludzka, to stawanie w jednym szeregu ze śmiertelnymi i cierpiącymi bytami: „ciernie ostrzą się o żyły/ szkło przedłuża krwiobieg/ znów przebudzenie w czerni/ pianie koguta jak zwykle/ zgrzyt hamulców w zajezdni/ wagon popkultur w przechyle/ jeszcze raz garbus cień/ podetnie korzenie bylin/ jeszcze jeden hymn na cześć/ świecącego próchna/ i zakwili w piszczelach/ nie donoszony bunt.” Kto z cielesnych i chorowitych ludzi może się buntować przeciwko mechanizmom świata, czym może nasza biologia przeciwstawić się odwiecznemu rozpadowi? Tylko chwilą zadumy, tylko tkanką wiersza, równie kruchą jak życie, pulsującą jak krew w żyłach, czułą jak refleksja, pojawiająca się w umyśle. Zdumiewające są te liryczne odkrycia poety, wiersze mające swoją aurę i barwę, brzmiące w tonach wysokich i niskich, trafiające do czytelników w każdym wieku. Może wykonywana profesja spowodowała, że tyle jest w nich żywej natury, sielskiej malowniczości, krajobrazowej pełni – od szczegółu do aforystycznego podsumowania.

Wojtasik zawarł w swoich wierszach obraz drugiej połowy dwudziestego wieku i wpatrzył się też w nowe lata kolejnego stulecia. Jego metoda stroboskopowego oświetlania różnorakich przestrzeni sprawdziła się w ciągu dekad, w kolejnych tomach poetyckich, a nade wszystko w odbiorze czytelniczym. Tak autor ugruntował swoją pozycję w środowisku literackim Pomorza i Kujaw, a także stał się postacią ważką w ogólnopolskich rankingach, antologiach, podczas wielkich imprez artystycznych. Zapewne przyczyniła się do tego poetycka fascynacja światłem i jasnością, akcentowana też w tytule tego tomu i wyrazista we wszystkich zbiorach. Jasność jako stan ducha i wiedzy, jest odwiecznym pragnieniem ludzkości i trudno się dziwić, że poeta zmierzył się z tym ambitnym tematem. To przecież formuła biblijna, sięgająca początków stworzenia, kosmogoniczna dyrektywa Boga, po kolei kształtującego rzeczywistość. To zarazem element naszego świata, widzialność bez której wszystko byłoby płaskie i głuche, absurdalne i zamknięte w przepaściach ciemności. Wszak wszystko zaczęło się od wielkiego, kosmicznego rozbłysku, eksplozji nowej gwiazdy, dającej ciepło, konstruującej na planetach kolory i kształty, umożliwiającej powstanie życia i jego żywiołowy rozwój. W takim kontekście także słowo i jego najwyższa forma artykulacji – poezja, stały się nośnikami jasności, zaistniały w ściśle określonej rzeczywistości solarnej i poeta lokuje je w obrębie ludzkiej śmiertelności: strącam światło/ najpierw z kropli krwi/ na szpilce/ potem z blizny/ między ciałem a przestrzenią. Warto tutaj zwrócić uwagę na obraz Caspara Davida Friedricha pt. Skały kredowe na Rugii (1818), który poeta wskazuje na okładce swojego tomu. Romantycy w szczególny sposób mitologizowali światło, tak pięknie ścielące sie nad morzem, jakby w magicznym menisku istnienia, w mistycznej źrenicy rzeczywistości. Także ukazane od tyłu postaci mają w sobie coś, co koresponduje z poezją Mieczysława Wojtasika – ową tajemniczość i zarazem pochwałę życia, grozę egzystencji pośród  żywiołów i zachwyt nad naturą. Warto czytać wiersze autora, bo są one prawdziwym odzwierciedleniem motoryki ontologicznej, nieustanie zagrożonej w obliczu nicości, a jednocześnie tak silnie manifestującej przywiązanie do jasności.

PTAKI NA MONETACH

Prawie każda mennica narodowa wyemitowała serię monet z wizerunkami ptaków. Szczególnie efektowne są monety złote i srebrne lustrzanki, z dodatkowo generowanymi barwami. Zbieranie tych świecidełek to bardzo kosztowne hobby, ale też dające wiele satysfakcji. Taka kolekcja może stać się początkiem szerszych zainteresowań ornitologicznych i przyczynić się do zdobycia wiedzy na temat skrzydlatych mieszkańców przestworzy. Oto kilka przykładów, a zacząć można od jednej monety, która przyczyni się do powstania szerszego, intrygującego zbioru numizmatów.

1

2

3

5

6

7

ZIMA 2017

1

3

4

5

6

7

8

9

10

11

img_6302

« Older entries

%d bloggers like this: