RETARDACJE

Żyjemy w ciągłym biegu, pędzimy donikąd, stale wyznaczamy sobie odległe cele. Czasami jednak zatrzymujemy się w pędzie – kontemplujemy granat nieba i delikatny rysunek igieł wiecznie zielonego drzewa. To są nasze najpełniejsze chwile, pulsujące myślą i barwą, dalekim poblaskiem i ledwie słyszalną melodią świata. Są takie momenty w symfoniach Beethovena i Dworzaka, gdy nagle orkiestra cichnie – po wzniosłych tonach, po dumnych fanfarach i zaangażowaniu wszystkich instrumentów, nagle robi się cicho i tylko flet, fagot albo rożek angielski nucą smutną melodię istnienia. Jakże ważne w naszym życiu jest zauważenie takich zatrzymań w kadrze, jakże potrzebna jest głęboka refleksja i wyodrębnianie chwil pierwiastkowych. Nasze losy miały swoją inicjację i wciąż podążają do finału, lepszego czy gorszego, marnego lub wzniosłego. Ten ruch oddala refleksję, uwodzi nas dynamiką i poczuciem skończoności, zamykania się kolejnych etapów i czasem wręcz gasi świat. A przecież – jak Homer w Iliadzie – musimy wprowadzać do życia retardacje, musimy potęgować napięcie i rozglądać się uważnie dookoła. Okaże się wtedy, że światło na liściach topól ma taką samą wartość jak błyski na wodzie jeziora o zmierzchu, a błękit nieba jest potwierdzeniem oddechu i dopełnieniem kolejnego magicznego kręgu. Jeśli prawdziwie istnieje rzeczywistość, w której jesteśmy zatopieni, jak pradawny owad w bursztynie, nasze zamyślenia konstruują światy wewnętrzne i organizację życia przenoszą na wyższy poziom samoświadomości. Dlatego… zatrzymujmy się w pędzie… kontemplujmy świat i samych siebie… bądźmy sobą w sobie… Takie retardacje są nieodzowne.

       

ZŁY DUCH (10)

Wiele lat minęło od momentu, gdy beng wniknął w czarny kolec i zmartwiał, zasnął, postanowił przeczekać wielkie dziejowe burze. Nie wiedział, że jego niezwykłą kryjówkę pochwycił wielki ptak chtoniczny i zaniósł do pruskiego miasta, położonego nad niewielką rzeką, toczącą w dal czyste wody, pełnego kościołów i spichlerzy. Kolec upuszczony w locie spadł na dwupiętrowy budynek i wbił się w papę, okrywającą dach, dodatkowo zakonserwowaną czarną smołą. Uderzenie przebudziło go na chwilę i ujrzał Hildegardę leżącą w zakonnej infirmerii, otoczoną innymi mniszkami, trzymającymi płonące gromnice i szepczącymi modlitwy. Wyczuł, że został przeniesiony ku siedemnastemu dniu września 1179 roku i znalazł się ponownie w Rupertsburgu koło Bingen nie bez powodu. Umierająca staruszka w habicie nie miała już siły mówić, ale dała znak by ukochana nowicjuszka zaczęła czytać wybrane przez nią fragmenty pism. Przepiękna dziewczyna postąpiła do przodu, skłoniła się matce przełożonej i zaczęła głosić przesłanie tembrem wyrazistym i dźwięczącym jak dzwonki mszalne: Są cztery rodzaje śmierci, tak jak możemy wyodrębnić cztery kategorie umierających ludzi. Śmierć świętych, którzy wnikają w wieczność w ekstazie i poczuciu łączności z Trójcą Przenajświętszą. Te byty topnieją jak śnieg pośród ciepłych, wiosennych powiewów i łączą się ze stwórcą w sposób doskonały. Po drugiej stronie istnienia są ludzie silnie uzależnieni od spraw ziemskich, toczący nieustanne boje o przetrwanie, pławiący się w użyciu i drwiący z nakazów boskich. Ci są jak liście oderwane od drzew i targane we wszystkie strony chłodnymi wiatrami jesieni. Nie oni są jednakże najgorsi, bo szybciej do piekła trafią ci, którzy zostali obdarzeni talentami i boskimi darami, a sprzeniewierzyli się i wszystko zmarnowali. Malarze, którzy nie stworzyli wielkich dzieł, snycerze bez posągów i sarkofagów, muzycy bez koncertów i symfonii, złotnicy, którzy nie przyoblekli koron królewskich w drogie kamienie i nigdy nie zobaczyli pysznych bransolet, które mieli wydobyć z nicości. Cienie dwudziestu zakapturzonych mniszek, powiększone przez płomienie świec, pochylały się na ścianach nad umierającą, a beng skupił swój wzrok na wielkiej rzeźbie Jezusa, wykonanej z kararyjskiego marmuru i zawieszonej na ścianie. Wyczuł w niej jakąś dziwną anomalię i już po chwili wypłynął z niej jego pan, rozpostarł nietoperze skrzydła, uniósł do góry prawy szpon i czarnymi ślepiami przeszył zgromadzone osoby. Przez chwilę zawiesił też wzrok na bengu i bez słowa nakazał mu natychmiast wniknąć w ciało Hildegardy, ale nie zauważył, że jego podwładny jest tylko nikłym poblaskiem dawnego sługi. Nowicjuszka czytała dalej: Najbliższa Panu jest śmierć zwykłych, szarych ludzi, którzy nigdy nie zwątpili w jego istnienie i wychwalali go rankiem, w południe i o zmierzchu. W tej chwili za oknami klasztoru zaczął wiać silny wiatr, a wysokie drzewa pochylały się rytmicznie w dół i w górę. Mniszki śpiewały cicho tęskną pieśń skomponowaną przez ich przełożoną, a Szatan tylko skrzywił się w sobie i dał niewidzialny znak demonom, by wychyliły się zza granic piekła i stanęły w szeregach, gotowe do boju. Hildegarda czuła, że opuszczają ją siły i traci wiarę, ale z żalu za grzechy wydobyła ostatnią pochwałę Boga i uprosiła go, by jeszcze raz pozwolił jej stoczyć walkę ze złem. Beng zadrżał, gdy ujrzał, że z płomieni gromnic wypływają najpierw trzej mocarni archaniołowie z kryształowymi mieczami, a za nimi suną ogromne, uzbrojone hufce anielskie. W górze, niczym wielka aureola, pojawił się sam Jezus, migotliwy, jasny, powiewający jak sztandar, błogosławiący Hildegardę. Zobaczyła to i uśmiechnęła się do swego życia, pełnego cudownych roślin, jaskrawych ptaków i smutnych pieśni głoszących pochwałę życia w świętości. Zamykając oczy była pewna, że siły zła nie przemogą dobra i świat nie skończy się wraz z jej odejściem.      

Beng w jednej chwili zrozumiał, że władca sadzy i spalenizny poniósł straszliwą porażkę i bojąc się jego gniewu, czym prędzej wrócił na dach dalekiego domu. Już chciał ponownie wniknąć w kolec, gdy nagle zobaczył nagą Martę, stojącą przed lustrem i mierzwiącą włosy na swoim łonie, a potem ubierającą się  strojnie. Zaciekawiony i onieśmielony jej urodą, wniknął w nią, myśląc, że pobędzie w tym pięknym ciele przez chwilę, rozejrzy się w niej, spojrzy jej oczyma na świat i wróci do swojej kryjówki. Nieoczekiwanie zobaczył w niej coś, co go zafrapowało, a jak Marta przysiadła na sofie, wsunęła dłoń za majtki i zaczęła delikatnie dotykać swojego łona, postanowił pobyć w niej nieco dłużej. Dziewczyna nie rozumiała dlaczego wychodząc z domu poczuła nagle pulsowanie krwi u zbiegu ud, a w jej wyobraźni pojawił się urodziwy kominiarz, z którym czasem rozmawiała przy domu lub na ulicy. Na jej twarzy zakwitł  wyraźny rumieniec, ciało zaczęło lekko pulsować, a dłoń stała się dociekliwa, jakby szukała czegoś w ciemności. Nagle napłynęło wielkie gorąco, coś trysnęło w niej, przymknęła oczy i wydała z siebie jęk zadowolenia, czując się spełniona i wyzwolona. Zdarzało się jej wcześniej dotykać łona, ale pierwszy raz zrobiła to tak intensywnie, że zniknęła sama w sobie i poszybowała ku niewidzialnym dalom. Szybko oddychająca odczekała kilka minut, po czym podeszła do lustra, poprawiła fryzurę i lekki makijaż, spod którego wciąż wyraziście wydostawał się rumieniec. Miała umówione spotkanie w domu bogatego Żyda, więc wyszła z domu i skierowała się ku centrum miasta, gdzie miała zamiar dojść w pół godziny. Robiła to wielokrotnie i doskonale wiedziała ile czasu zajmie jej droga, musiała tylko zejść do Placu Poznańskiego, a potem ulicą Poznańską i Długą przedostać się do Starego Rynku i niewielkiego zakątka handlowego przy uliczce Jatki. Wychodząc z podwórza ze zdumieniem zobaczyła kominiarza, który na jej widok przystanął na rowerze, ściągnął czarny melonik i z promiennym uśmiechem na umorusanej sadzami twarzy, odezwał się do niej:

– Pani Marta, jak zawsze piękna… pewnie do kawalera jakiegoś idzie…

Dziewczyna uśmiechnęła się na widok mężczyzny i pomyślała o tym, że dopiero co kochała się z nim  w wyobraźni. Patrząc z satysfakcją na jego mocarną sylwetkę, powiedziała filuternie:

– Gorącą randkę już dzisiaj miałam i nigdy nie zgadłby Bronek, z kim… Może kiedyś Ci powiem, ale teraz muszę iść na spotkanie z pracodawcą, który chce mnie zatrudnić. Kominiarz poczuł się jakby nagle poraził go grom, bo od dawna podkochiwał się w najpiękniejszej dziewczynie na ulicy Strzeleckiej i czasem nawet podglądał ją w pokoju z dachu domu usytuowanego naprzeciwko. Ach, ile by dał, by jego wybrała i została wytęsknioną żoną i jakże by ją kochał, jak czule by pieścił i otaczał opieką. Jej żartobliwe słowa zdruzgotały go, wsiadł na rower i ruszył przed siebie, a ona poszła w drugą stronę, czując się lekka i pachnąca, podekscytowana nową życiową sytuacją, która nagle pojawiła się nie wiadomo skąd. Beng też ożywił się w niej i poczuł się niezależny, jakby nie był pasożytem lecz integralną cząstką jej bytu. Zwolniła nieco kroku, bo zerkając na mały, damski zegarek, stwierdziła, że ma jeszcze sporo czasu do spotkania, a nie chciała się spocić podczas drogi, a do tego skórzane czółenka lekko obcierały jej najmniejsze palce u stóp. Znalazła się u wejścia na plac, leżący w rozległej dolinie i minęła duży dom pensji dla zamożnych panien, w którym pokojówką była jej przyjaciółka Herta, Niemka prawie tak piękna jak i ona. Czasem, gdy razem szły ulicą, rozkoszowały się cmoknięciami i pogwizdywaniem mężczyzn, ale wciąż nie miały narzeczonych, choć ciekawie popatrywały na niektórych chłopców. Tak była zatopiona w swoich myślach, że sama zdziwiła się , gdy stanęła u drzwi Dawida Cohna uderzyła w nie dużą, mosiężną kołatkę w kształcie lwa i zerknęła na mezuzę przyczepioną do zewnętrznej futryny. Dobrze zapamiętała napomnienie Jakuba Rozenfelda, by dotknąć jej gdy otworzą jej drzwi. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo i już chciała drugi raz zakołatać, gdy nagle klucz zachrzęścił w zamku i tafla bogato rzeźbionego dębu odsunęła się do środka. Przed nią stał nieco grubawy mężczyzna w czarnym chałacie i kapeluszu, z mycką na głowie i niezbyt długimi pejsami wiszącymi przy obu policzkach. W ostatniej chwili przypomniało się jej, że powinna dotknąć mezuzy i dopiero wtedy postąpiła do przodu, wycierając jeszcze swoje buty o grubą wycieraczkę z juty. Gdy znalazła się w środku poczuła się oszołomiona bogactwem mebli i czystością obrusów, zasłon i kilimów. Na stole przy ścianie stał ogromny kryształowy wazon, a przy nim leżała płaska czara, pełna czekoladowych cukierków w kolorowych papierkach. Dawid tylko raz spojrzał na dziewczynę i natychmiast zrozumiał, co miał na myśli jego przyjaciel, gdy powiedział, że kandydatka na służącą ma urodę księżniczki z czasów króla Salomona. W swoim życiu widział wiele pięknych kobiet i kilka z nich miał w swoich ramionach, ale uroda i kształty tej istoty prawdziwie go zdruzgotały. Pomyślał, że demony piekielne przysłały mu pokusę w ludzkim ciele, której nie zdoła sprostać i był prawie pewien, że nie zatrudni Marty. Beng natychmiast to wyczuł i posłał ku niemu przekaz energetyczny, płynący z samego jądra wszechświata i z czasów, gdy materie zderzały się ze sobą i natychmiast rozżarzały się do czerwoności.

BEZKRWAWE ŁOWY WONGA SIFU (3)

Raz jeszcze publikuję nieco zdjęć zjawiskowych chińskich ptaków fotografa i ornitologa z Hong Kongu Wonga Sifu. To ogromna rzadkość móc obcować z tak klarownym i czystym pięknem…

BROMBERG (27)

27. Wczesnym rankiem dwudziestego września 1939 roku furgon sanitarny Dawida Arona dotarł do Grodna, ale podróżni postanowili nie zatrzymywać się w mieście i szybko podążyli na północ, w stronę Litwy i państwa sowieckiego, gdzie spodziewali się znaleźć azyl u rodziny Szmula Lewiego. Minęli szybko rynek i ledwie zerkając na okazałą, białą bazylikę z zielonymi kopułami, pod wezwaniem św. Franciszka Ksawerego, mknęli dalej do mostu na Niemnie. W mieście panował harmider i sporo wozów wypełnionych ludźmi i ich dobytkami jechało na południe, na wchód lub na zachód. Tłumy pieszych też tam się kierowały, co zaskoczyło Dawida i Szmula, ale panikę uznali za efekt szybkiego zbliżania się wojsk niemieckich. Przystanęli na wzgórzu, za mostem i przyglądali się z przyjemnością wolno płynącej rzece, która nie była jeszcze zbyt szeroka w tych okolicach i wyglądała malowniczo pośród pagórków. Zjedli coś ze swoich zapasów i wytyczyli kierunek ku wsi Pyszki, w której chcieli przenocować i wykąpać się w bani u żydowskiej rodziny, którą policjant odwiedził podczas podróży na wschód w 1935 roku. Bali się chłopów, i nikogo o nic nie pytali, bo wcześniej niejednokrotnie słyszeli relacje o zabijaniu bogatych Polaków i Żydów na wschodnich kresach. Furgon i ich dobytek mogły być łakomymi kąskami w tym podłym czasie, a przemykanie polskimi drogami nauczyło ich, że najlepiej podążać do przodu i nie oglądać się za siebie. Już mieli wsiadać do samochodu, gdy nagle zza gęstych drzew wyłonił się niewielki czołg z dwoma wojskowymi w hełmofonach, stojącymi w otwartej wieżyczce. Po chwili za nim wyłoniło się kilkunastu piechurów w zielonych kurtkach i okrągłych czapkach z daszkiem na głowach i inne wozy bojowe. Kroczyli w wysokich buciorach, z karabinami na ramionach i kocami zwiniętymi w rulon, owiniętymi wokół tułowi. Jeden z nich wycelował w mężczyzn stojących przy samochodzie i strzelił, trafiając w prawe drzwi pojazdu. Także jeden z czołgistów wycelował w nich, ale sunący na czele piechurów dowódca uniósł rękę ku górze i krzyknął:

Не стреляйте, нам нужны языки…[1]

Na ucieczkę już było za późno, więc Dawid i Szmul unieśli ręce ku górze i czekali na dalszy bieg zdarzeń. Szybko otoczyła ich spora grupa żołnierzy, z której wysunęli się czterej niscy enkawudziści w czarnych skórzanych kurtkach. Jeden z nich wyciągnął pistolet Walter i wymachując nim w kierunku schwytanych, nakazał:

 – Отведите их в ту лачугу в роще, где мы тех мужиков уничтожили… Там их допросим.[2]

Natychmiast wysunęło się do przodu kilku piechurów i jeden z nich otworzył tylne drzwi furgonu, a potem  jako pierwszy wskoczył do środka. Pozostali wepchnęli do niego obu Żydów i też wgramolili się do blaszanej budy, a jeden z nich wsiadł do szoferki razem z grubawym enkawudzistą i przekręcił kluczyk w stacyjce, uruchamiając auto. Zawrócił  wprawnie na niewielkiej przestrzeni i pomknął gliniastą drogą, mijając oddziały i kolejne czołgi, sunące w stronę Grodna. Obie kobiety okryły drżącego Chaima kocem i przytuliły się do niego, lokując się przy prawej ścianie auta, trzymając się za ręce i pochlipując cicho. Żołnierze o mongoloidalnych twarzach patrzyli rozpłomienionymi, czarnymi ślepiami na nie bez słowa, od czasu do czasu zerkając na siebie i odsłaniając zepsute i żółte od tytoniu zęby.

 – Смотри, Саша, две хорошенькие суки… Посмотрим, будут ли они лучше последних мужиков[3] – odezwał się wreszcie jeden z nich do siedzącego obok niskiego chłopaka w za dużej czapce z daszkiem, stale zsuwającej się mu na nos.    

Nie jechali długo, może dwadzieścia minut, może pół godziny i znaleźli się przy typowej wiejskiej chacie, pomalowanej na niebieski kolor i krytej grubą strzechą. Wyszarpnięto ich z furgonu i natychmiast rozdzielono, kobiety popychając ku niewielkiej stodole, a mężczyzn i chłopca prowadząc do środka domostwa. Uwadze Arona i Szmula nie umknęły okrwawione trupy dwóch chłopów, starca i młodzieńca, wiszące z boku chaty, zaczepione u powały dachu. Nieco dalej, w gnoju, przy oborze leżały na brzuchach dwie półnagie kobiety, z odsłoniętymi okrwawionymi pośladkami. W środku domu panował straszliwy bałagan, jakby potężny wicher przetoczył się przez niego kilka razy. Na podłodze leżały zbite butelki po wódce, jakieś papiery, garnki zrzucone z pieca i łuski od pocisków. Enkawudzista pchnął uwięzionych mężczyzn i chłopca do bocznej komórki, a sam rozsiadł się na ławie, przy jeszcze ciepłym piecu. Wyciągnął z kieszeni skórzanej kurtki paczkę papierosów, zapalił jednego z nich i szybko wydał rozkaz szeregowcowi, stojącemu przy drzwiach komórki:

– Dawajcie najpierw tego starego…

Żołnierz zasalutował do daszka czapki, wszedł za futrynę bez drzwi i po chwili wyszarpnął z izby Dawida. Bezceremonialnie pchnął go do przodu i przycisnął bagnetem karabinu, tak, że mężczyzna upadł na kolana.

– Co tutaj robiliście, żydowskie skurwysyny…? – odezwał się enkawudzista nienaganną polszczyzną, z poprawnym akcentem.

Aron bał się unieść głowę, robiło mu się niedobrze, ciągle przed jego oczyma byli żołdacy popychający do obory obie kobiety, ale od razu odpowiedział:

– Jak to podczas wojny panie dowódco, uciekaliśmy z Bydgoszczy przed Niemcami, do Rosji, bo tam mieszka rodzina mojego przyjaciela, tego tu policjanta…

– I myśleliście gnoje, że nasza ojczyzna przyjmie was z otwartymi rękoma…? Znam ja dobrze takich jak wy, bo mój ojciec harował pół życia u żydowskiego fabrykanta… Za psie pieniądze…, a ten chuj mieszkał w wielkiej kamienicy i jebał najładniejsze pracownice…Moją siostrę też skaził swoim brudem…

– Ja zawsze szanowałem moich pracowników panie dowódco…– powiedział ze smutkiem Aron.

– Ach… to ty też bogaciłeś się na klasie robotniczej…? No to teraz zapłacimy ci za to…Z nawiązką… A twoją babę oddam najgłupszemu Uzbekowi…– z szyderczą miną powiedział wojskowy, cedząc słówka syczącym głosem.

Spojrzał na dwóch innych żołnierzy stojących przy wejściu do chaty i ruchem głowy dał im znać, że mają zabrać mężczyznę. Ci natychmiast doskoczyli do niego i chwytając go pod ramiona, szarpnęli tak, że od razu stanął na nogach i potoczył się między nimi na zewnątrz. Gdy mijali enkawudzistę, ten zrobił znaczący ruch wskazującym palcem pod brodą i zacisnął pięść z zaciętą miną. Aron zamarł z przerażenia, bo zrozumiał, że to są już jego ostatnie chwile, a gdy jeszcze usłyszał krzyk żony w oborze, tak przeraźliwy jakby ją odzierano ze skóry, poruszał nogami jak omdlały i szeptał tylko: O Adonai…, Adonai… Doprowadzili go przed dół z gnojem, gdzie leżały zabite wieśniaczki, wyciągnęli z kieszeni srebrne monety, mały grzebień i jakieś puzderko, a potem, nie czekając dłużej, zarepetowali karabiny. Jeszcze zdążył spojrzeć w górę, na błękitne niebo i raz jeszcze szepnąć imię Pana, po czym głośna salwa z dwóch mauzerów rozerwała jego głowę i zgasiła świadomość.

 W tym samym czasie Szmul Lewi tulił swojego cicho płaczącego syna wierząc, że wszystko się jakoś odmieni, ale gdy usłyszał salwę karabinową stracił wszelką nadzieję. Docierały też do niego krzyki żon, dobiegające spoza domu i przez chwilę zaczął rozważać, czy nie rzucić się na wartownika, wydrzeć mu karabin i walczyć o życie własne i bliskich. Niestety nie było już na to czasu, bo enkawudzista nakazał przyprowadzić go do siebie i zaczął przesłuchanie.

– Podobno twoja rodzina mieszka w naszym kraju…? – spytał.

– Tak panie oficerze – grzecznie odpowiedział Szmul po czym dodał – Dwa razy ich odwiedziłem i zawsze wpuszczano mnie do Rosji bez problemów. Zawsze popierałem wasze przemiany, a towarzysza Stalina szczerze podziwiam…

Przesłuchujący uśmiechnął się cierpko, popukał w czoło Szmula, po czym odwrócił się na pięcie, usiadł z powrotem na ławie i powiedział:

– Widzę, że masz olej w głowie i gorączkowo próbujesz wyprowadzić mnie w pole… Wy brataliście się z Piłsudskim, a nie z Josipem Wissarionowiczem… A teraz nasza Czerwona Armia weszła nagle ze wschodu do kraju Polaczków i razem z Hitlerem zapłaci wam za lata zniewag…i za ten wasz, ha, ha… cud nad Wisłą… Nie ma już dla was ratunku…Chociaż może ty nam się przydasz i udzielisz informacji o ich strukturach wojskowych i policyjnych. Odsyłam cię na tyły, gdzie się tobą zajmą nasi towarzysze… Jeśli powiesz wszystko, o co cię zapytają, może przeżyjesz…

– A co się stanie z moją żoną i synkiem panie dowódco…? – spytał z przerażeniem w głosie Szmul.

– Z twoją suką może sam się zabawię… – powiedział cynicznie enkawudzista, dotykając lufą pistoletu skroni policjanta – a tego zasmarkanego pędraka weźmiemy do Rosji i wychowamy na naszego obywatela, więc nie martw się o niego. Nasz batiuszka ma dobre serce…i kocha pionierów…

Szmul nie wiedział kiedy znalazł się poza wiejską chatą, bo jakby stracił przytomność. Powłóczył nogami, podążał tam, gdzie mu kazano, ale nie było go już w sobie. Zarekwirowanym furgonem Arona powieźli go na jakiś dworzec kolejowy i wsadzili do bydlęcego wagonu, w którym tłoczyło się już sporo polskich oficerów. Usiadł na podłodze i zakrył dłońmi twarz, nie czując, że ktoś litościwie okrył go wojskowym płaszczem. Łkał jak dziecko, a myślami biegał do szczęśliwych chwil z żoną i synkiem, do wspólnych spacerów nad brzegiem Brdy i do spotkań rodzinnych w kawiarni na głównej ulicy miasta. W tym samym czasie, w śmierdzącej świńskimi fekaliami oborze czterech rosyjskich żołnierzy trzymało w powietrzu obdarte z ubrań ciało Mirełe, a kolejni skośnoocy pobratymcy dostawiali się do niego i wykonywali szalone ruchy. Na ziemi dogorywała jeszcze Estera, którą gwałcili na zmianę przez cały dzień i pół nocy, aż straciła przytomność. Teraz w nagie łono celował z oddali z karabinu najbardziej pijany żołnierz, ale jeszcze miał tyle sił, by podejść bliżej, wsunąć jej lufę między nogi i pociągnąć za cyngiel. Salwa, która się rozległa dodała im animuszu, pili i skakali przy Mirełe, a potem i ją w pijackiej furii zadźgali bagnetami. Dopiero rankiem następnego dnia oba trupy zawlekli na gnojowisko i porzucili obok ciał wieśniaków i żydowskiego przedsiębiorcy.

[1] Nie strzelać,   potrzebujemy języków…

[2] Wziąć ich do tej chałupy na zagajnikiem, przy której rozwaliliśmy tych chłopów…Tam ich przesłuchamy.

[3] Sasza zobacz, dwie niezłe suki… Zobaczymy czy będą lepsze od tych ostatnich chłopek…

PRZYPOMINANIE WANDY DOBACZEWSKIEJ

Wanda Dobaczewska w młodości

Więzi rodzinne generują podstawową energię w życiu człowieka, inicjują jego rozwój, wychowanie i bezpieczeństwo w pierwszych latach życia. Ojciec i matka są pierwszymi ludźmi, których dziecko rozpoznaje i obdarza uczuciem, ale równie ważne jest drugie pokolenie, z którym dziecko ma kontakt w pierwszych miesiącach i latach życia. Babcia i dziadek pojawiają się wcześnie w jego rodzinnych gradacjach, a zdarza się bardzo często, że automatycznie przejmują rolę opiekunów i wychowawców. Ważne są też związki genetyczne, podobieństwo wizualne i charakterologiczne, dziedzictwo talentów i zainteresowań i intymne ciepło bliskości. Dzieci wspaniale to wyczuwają i naturalnie garną się do starszych członków rodziny, z zainteresowaniem wysłuchują opowieści o życiu i ich czasach, ucząc się jak postępować i jak dokonywać mądrych wyborów. Jeśli dziadek lub babcia są wybitnymi indywidualnościami, zaznaczającymi swoje dokonania w szerokim spektrum narodowym lub nawet europejskim, czy światowym, w kolejnych latach dochodzi jeszcze rozrastający się podziw i duma. Tak było w przypadku Heleny Dobaczewskiej-Skonieczki, która urodziła się w rodzinie z wielkimi tradycjami rodowymi i kulturalnymi, potwierdzonymi dokumentami, fotografiami i opublikowanymi dziełami. Starczy powiedzieć, że jej dziadkiem ze strony matki był znamienity wileński fotograf Włodzimierz Korsak, którego Rok myśliwego miał wpływ na kształtowanie się wyobraźni naturalistycznej Czesława Miłosza, a babcią ze strony ojca była Wanda Niedziałkowska-Dobaczewska, autorka sugestywnych i jakże tragicznych Kobiet z Ravensbrück. Dorastając w atmosferze wielkich dokonań artystycznych i literackich, moderowana przez ideały harcerskie mamy, wnuczka pisarki i wielkiego przyrodnika powoli podążać zaczęła ku własnej karierze literackiej. Jej ważkim elementem stało się uhonorowanie znamienitych członków rodu, przede wszystkim za sprawą nowych wydań ich dzieł, a także organizacji spotkań i imprez wspomnieniowych. Stając się z czasem członkinią Związku Literatów Polskich, autorka niniejszej publikacji spowodowała intensyfikację działań związanych z dziadkiem i babcią, której uhonorowaniem było przyznanie pośmiertnie Wandzie Dobaczewskiej Medalu Jerzego Sulimy-Kamińskiego, którego poznała na zebraniach związkowych w Bydgoszczy.       

Wilno 1927 – spotkanie literatów wileńskich z Karolem Szymanowskim (w środku). Wanda Dobaczewska siedzi pierwsza z lewej.

Obecnie dorobek Heleny jest znaczący, zarówno w zakresie jej twórczości oryginalnej, jak i na polu promocji i publikacji babci. Jej działania znacznie wzbogacają ofertę kulturalną Województwa Kujawsko-Pomorskiego i przyczyniają się do wyrazistego odnowienia wiedzy na temat Niedziałkowskich, Korsaków i Dobaczewskich. Obok zapowiadających nową erupcję Wierszy z żywego drzewa, są to osobne tomy, publikacje reprintów, organizacja Konkursu Literackiego im. Wandy Dobaczewskiej, a także tworzenie klimatu żywego zainteresowania tymi propozycjami. Osoba, której książka została zadedykowana, wzrastała w klimacie kulturalnym i środowiskowym Wilna – tego Paryża kresów wschodnich, stolicy Litwy i serca romantyzmu polskiego. Działali tam tak wybitni twórcy jak Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Władysław Syrokomla, Józef Ignacy Kraszewski, Czesław Miłosz, Teodor Bujnicki, Witold Hulewicz, Jarosław Iwaszkiewicz, a związki z miastem miało jeszcze co najmniej kilkudziesięciu wybitnych twórców polskich i litewskich. Każdy kto odwiedził stolicę Litwy wywoził z niej niezatarte wspomnienia, a obrazy wieży Gedymina, barokowych kościołów, położonych na wzgórzach cmentarzy, ulic i placów, pozostawały na zawsze w pamięci. Nie inaczej było z Wandą Dobaczewską, która po osiedleniu się na Pałukach, wielokrotnie nawiązywała do doświadczeń wileńskich i tworzyła utwory, w których miasto jej młodości pojawiało się jako tło.  W Oddziale Bydgosko-Toruńskim Związku Literatów Polskich nieodmiennie umieszczano ją w gronie członków reprezentujących polskie kresy, a więc obok prof. Konrada Górskiego, Jana Góreca-Rosińskiego i Krzysztofa Nowickiego. Razem z Marią Suszyńską-Bartman ceniono ją za odzwierciedlenie w literaturze czasów pogardy i zbrodni i ukazanie rzeczywistości obozowej, w której człowiek tracił wszelkie atrybuty żywej istoty. To relacja porażająca, w której pojawiają się zbrodnicze eksperymenty na kobietach, bicie i torturowanie, niewolnicza praca, głodzenie, gazowanie i rozstrzeliwanie. Na tym tle autorka ukazuje heroizm i nadludzką siłę ducha, która wielu ofiarom pozwoliła przetrwać i kontynuować życie w nowej rzeczywistości. 

Niewątpliwie Helena Dobaczewska-Skonieczka ustawiła się w tym samym ciągu dokonań literackich, a szczególną wagę zyskała jej twórczość poetycka. Pisałem o niej w Posłowiu do tomu pt. Przedranne sny: Poezja Heleny Dobaczewskiej-Skonieczki jest próbą wtopienia w bursztyn wiersza tego, co było żywe i tętniące znaczeniami, co stanowiło treść prawdziwego trwania i miało wpływ na kształtowanie się biografii. Wyjątkowa jest tutaj umiejętność kontrapunktowania i ukazywania własnych losów w perspektywie ogromów wszechświata, galaktyk i gwiazdozbiorów, nieba dramatycznie tężejącego wieczorem i rozświetlającego się rano. To wskazanie, że istniejemy w określonej przestrzeni kosmicznej, a nasze utrwalenia rzeczywistości, kolejne odcinki drogi, bywają przegraną lub osiągnięciem, częścią większego systemu, który nas stworzył i wciąż generuje nowe konteksty. Zaletą tej poezji jest jej eteryczność i umiejętność ukazywania bytu w mgnieniu, w ulotnym zachwycie, w sytuacji wyjątkowej, która była cząstką wieczności i może się nigdy więcej nie powtórzyć. Słowa poetki układają się w szyfr tęsknoty i pełni, odsłaniają jej subtelne wnętrze, a zarazem stają się świadectwem wrażliwości na wszelkie odcienie świata, na cienie i blaski miłości. Nuta liryczna przypomina tutaj szlachetny dźwięk skrzypiec, ballady Chopina albo daleki odgłos pasterskiego fletu, a wszystko w obrębie krainy wyodrębnionej z chaosu i kreowanej na trudną arkadię. Kwitną w niej kwiaty i przechodzą burze świata czarnego, pojawiają się piękne ptaki i śmierć nieustannie przypomina, że jesteśmy bytami chwilowymi i mamy niewiele czasu by uzewnętrznić naszą wyjątkowość. Ale jednak wiersz staje się magicznym obszarem, w obrębie którego obowiązują inne prawa, zostają zatrzymane fizykalia, a refleksja może rozprzestrzeniać się swobodnie i rozświetlać przestwór. Nie ulega wątpliwości, że liryka wnuczki sporo wzięła z subtelności, delikatności i pełni utworów babci, a hołd złożony w postaci tej publikacji jest jeszcze jednym potwierdzeniem, że wszystko tutaj jest autentyczne i sięgające głębi doświadczenia ludzkiego w obrębie rodziny i wielkiej wspólnoty żywych bytów. Wrażliwość i empatia, subtelność i prawda, oto atrybuty tomu, który raz jeszcze przypomni Wandę i uwzniośli to, co poprzez nią i dla niej zrobiła Helena.

POWIEW HISTORII

W jednym z bydgoskich bookcrossingów znalazłem sześć tomów wydania Historii powszechnej Trzaski, Everta i Michalskiego, którą opublikowano w latach 1934–1937. Zaniosłem tam zatem nieco swoich książek i wymieniłem na tę niegdyś luksusową edycję. Wyczytałem na stronach redakcyjnych, że drukowano ją czcionkami Drukarni Narodowej w Krakowie i dodatkowo wyposażono w wiele ilustracji, map oraz kilkadziesiąt tablic czarno-białych i wielobarwnych. Tomy wydano w twardych, wiśniowych oprawach, z tworzywa imitującego skórę i opatrzono charakterystycznym godłem oficyny, w dolnej części grzbietu. W latach trzydziestych dwudziestego wieku musiało to być bardzo pożądane wydawnictwo, dające wyobrażenie o najważniejszych wydarzeniach historycznych i osiągnięciach ludzkości przed II wojną światową. Obecnie te artykuły i hasła w większości się zdezaktualizowały, a w częściach geograficznych brakuje informacji o najważniejszych odkryciach i ustaleniach, które miały miejsce w latach późniejszych. Porażające są też błędy zespołu opracowującego tomy, pracującego w czasach, gdy daleko jeszcze było do Internetu i powszechnej dostępności informacji. Jakkolwiek by jednak nie traktować tej publikacji, będącej wyciągiem z Wielkiej historii powszechnej tego zasłużonego dla kultury polskiej wydawnictwa, warto było zapoznać się z kolejnymi tomami, a potem odstawić je z powrotem na półki bookcrossingowe. Kiedyś mi się wydawało, że będę gromadził książki w nieskończoność, ale teraz już wiem, że muszę zmniejszać moje zbiory, bo nie przecisnę się z nimi przez ucho igielne ostatniego dnia. Nie mogę też sprawić kłopotu żonie, dzieciom i znajomym, którzy też nie mają miejsca na tak wielkie biblioteki. Z bólem serca zacznę od likwidowania opracowań na temat pisarzy, którymi się zajmowałem i którym niebawem poświęcę nowe wersje potężnych monografii.

Wertując kolejne tomy Historii powszechnej nieoczekiwanie poczułem powiew historii, gdyż znalazłem w nich niezwykłe skrawki papieru, którymi ktoś zaznaczył ważne dla niego miejsca. Najpierw zauważyłem fragment winiety nazistowskiego dziennika „Ostdeuchen Beobachter” (Wschodnioniemiecki Obserwator), mutacji wcześniej ukazującego się pisma „Völkischer Beobachter”. Najpierw to był tygodnik, własność Hitlera, który uczynił z niego organ bojowy partii nazistowskiej. Od 1923 roku zaczął ukazywać się codziennie, aż do puczu monachijskiego, kiedy to jego właściciel trafił do więzienia i tytuł zamknięto. Wznowienie nastąpiło w 1925 roku, po wyjściu Hitlera na wolność i jego ranga zaczęła rosnąć, tak, że z czasem stał się symbolem niemieckiej narodowosocjalistycznej propagandy. Drukowano go w wydawnictwach Franz-Eher-Verlag i Münchner Buchgewerbehaus M. Müller & Sohn aż do 30 kwietnia 1945 roku, kiedy to ukazał się jego ostatni numer. Znaleziony przeze mnie fragment winiety pochodził z 23 czerwca 1942 roku, a cząstka artykułu świadczyła o tym, że na pierwszej stronie relacjonowano sukcesy armii Erwina Rommla w Afryce, brawurowo atakującej wojska osi antynazistowskiej. Tobruk poddał się wtedy po siedmiu dniach, a niemiecki generał zyskał przydomek „Lis pustyni”. Patrząc na ten skrawek gazety pomyślałem o tysiącach żołnierzy, którzy zginęli wtedy w Libii i o bezduszności Hitlera, realizującego chore pomysły imperialistyczne. Dodatkowo zamyśliłem się nad dwudziestym wiekiem i moim pojawieniem się dopiero w 1958 roku. Na razie – w 1942 roku – moja mama miała dwa latka i bawiła się w piasku przy domu na ulicy Strzeleckiej w Bydgoszczy, a mój tata miał lat osiem i pracował ciężko na polu ojca w Wielkopolsce. Dokumentują to czarno-białe, pogniecione fotografie, które zachowały się w archiwach rodzinnych i zostały mi przekazane do digitalizacji. W roku 1942 ktoś oderwał kawałek pierwszej strony starej strony gazety i wsunął między karty grubej książki i zapewne czynił tak często, bo w kolejnych tomach zachowały się inne skrawki. Myślę, że mole książkowe mają wiele takich doświadczeń, a w bibliotekach świata znajdziemy ogromne ilości ulotnych świadectw czasu i ludzkiego działania. To znakomity pomysł na powieść – jakiś bohater znajduje coś w książkach i zaczyna podążać tropem znaleziska, dodając kolejne elementy jakiejś intrygi. Poniekąd tak czynię w tym wpisie, zaczynając od części winiety „Ostdeuchen Beobachter” i podążając torem wiadomości znalezionych w necie.

Wskazywane wyżej tomy Trzaski, Everta i Michalskiego związane były z Bydgoszczą, o czym świadczą dwa kolejne znaleziska. Pierwsze z nich, to fragment okólnika pochodzący z 24 listopada 1941 roku: Rundschreiben! An die Baufūhrer, Poliere, Lagerverwalter und Bauschsreiber! (Okólnik! Do brygadzistów, majstrów, kierowników magazynów i pracowników budowlanych!). Ktoś na początku lat czterdziestych i w trzecim roku okupacji odciął od kartki urzędowego maszynopisu górną część i umieścił ją w tomie jako zakładkę. Nagłówek z nazwiskiem rzuca nieco światła na to, kim mógł być właściciel książek, bo pojawia się on w licznych dokumentach historycznych, niestety często w niechlubnych sytuacjach. Mowa o Richardzie Mielkie, właścicielu firmy budowlanej Bau und Holzindustrie, której główna siedziba mieściła się w domu numer 22, przy ówczesnej ulicy Alberta Forstera. To obecnie znane miejsce w Bydgoszczy – Dworcowa 22, gdzie mieści się popularna pizzeria Ambar. W czasie okupacji rezydował tam człowiek, który podjął się rozbiórki kościoła pojezuickiego pod wezwaniem św. Ignacego Loyoli. Był on właścicielem firmy Hoch und Tiefbau Holzidustrie, która rozebrała to, co pozostało ze świątyni po eksplozjach dynamitu, dodatkowo niwelując także sąsiednie domy przy niej. Według zachowanego kosztorysu Mielke zażądał za te prace od gminy miejskiej 25 tysięcy 391 marek, a zarządcy miasta przejęli też cegły do powtórnego wykorzystania. Niemiecki przedsiębiorca był bardzo sprawny, bo rozbiórka i sprzątanie trwały tylko od lutego do kwietnia 1940 roku. Mielkie wykonywał swoje prace, gdy właściwe rozkazy wydali Gauleiter Forster i nadburmistrz Brombergu Werner Kampe. Pierwszy z nich był patronem ulicy, przy której mieszkał właściciel firmy i 28 lutego 1952 roku został stracony za zbrodnie wojenne w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Z kolei wykonawca jego rozkazów i kat Bydgoszczy, ukrywał się w sowieckiej strefie okupacyjnej Niemiec, a potem przedostał się do RFN-u i zmarł dopiero w 1974 roku w Hannowerze. Polskiemu reporterowi Krzysztofowi Kąkolewskiemu, który go odszukał i poprosił o wywiad, powiedział: O czasach wojny najlepiej niech pan zapomni…

Także trzecie znalezisko z tomów Historii powszechnej związane jest z Bydgoszczą – niewielka, prostokątna karteczka reklamowa introligatorni Karola Górala, mieszczącej się przy ulicy Krasińskiego 4. To także znane miejsce w naszym mieście, tuż za kamienicą narożną ulicy Gdańskiej i wielu mieszkańców przechodziło tamtędy przed wojną, zmierzając ku cmentarzowi ewangelickiemu w obecnym Parku Ludowym. Nie udało mi się znaleźć szerszych informacji o tym zakładzie i jego właścicielu, ale nazwisko Góral zaistniało w moim życiu, gdy zacząłem trenować piłkę nożną w Polonii Bydgoszcz. Wtedy moim trenerem był Jan Góral, znany niegdyś w Bydgoszczy piłkarz i doskonale zapamiętałem jak dawał mi w kość podczas treningów bramkarskich. Nie potrafię powiedzieć czy był spokrewniony z przedwojennym introligatorem, czy też nie, i może któryś z czytelników mojego bloga dopowie coś w tej sprawie.

OGRÓD ROZKOSZY ZIEMSKICH (1)

O prozie Mo Yana

Mo Yan (莫言) urodził się jako Guan Moye 17 lutego 1955 roku we wschodniochińskim powiecie Gaomi, wchodzącym w skład prowincji Szantung. Już w czasach rewolucji kulturalnej musiał podjąć pracę w tłoczni oleju, gdzie miał do czynienia z wieloma prostymi ludźmi, których potem portretował w swoich powieściach, opowiadaniach i wspomnieniach. W wieku dwudziestu lat wstąpił do Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, gdzie pełnił funkcje kancelisty, instruktora politycznego i oficera propagandowego. Pisać zaczął w 1981 roku, a już trzy lata później został wykładowcą na wydziale literatury w szkole wojskowej i uzyskał doktorat za pracę o twórczości najwybitniejszego chińskiego pisarza współczesnego Lu Xuna. Debiutował w roku 1981 opowiadaniem Rzęsisty deszcz w wiosenną noc i właśnie wtedy zaczął łączyć swoje dalsze losy z profesjonalnym pisarstwem. W tym celu 1984 roku rozpoczął też studia na wydziale literatury w Wyższej Szkole Artystycznej, a rok później wydał pierwszą powieść pt. Przezroczysta marchewka. Spożytkował w niej swoje bolesne doświadczenia robotnika dziecięcego i stworzył przygnębiający obraz życia na chińskiej wsi w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Obecnie dorobek pisarza jest ogromny, a jego kolejne wielkie powieści są nieustannie analizowane przez krytyków chińskich i międzynarodowych. W uniwersytetach powstają tysiące prac magisterskich i doktorskich na temat jego twórczości, a poważne dzienniki zamieszczają opinie, w których porównuje się go do Faulknera i Marqueza („Washington Post”), wskazuje jego światową klasę pisarską („New York Times”) i monumentalizm utworów („AsianWeek”). Od wielu lat Mo Yan kandydował do Literackiej Nagrody Nobla, ale po przyznaniu jej w 2000 roku chińskiemu dramaturgowi i powieściopisarzowi Gao Xingjianowi, nie spodziewano się, że autor Klanu czerwonego sorga otrzyma ją już po dwunastu latach. Niewątpliwie przyczynił się do tego film nakręcony przez Zhanga Yimou, nagrodzony na festiwalu w Berlinie Złotym Niedźwiedziem. (1988). To było wielkie ogólnoświatowe rozpropagowanie twórczości pisarza, którego zaczęto masowo przekładać, w tym na najważniejsze języki światowe. Szybko zauważono też jego niezwykłą wrażliwość pisarską, ostrość refleksji, niepowtarzalność stylu, dosadność językową, dzikość wyobraźni i majestat narracji. Przełożyło się to na prawdziwy deszcz chińskich i międzynarodowych nagród literackich, między innymi we Francji, we Włoszech, w Japonii i na Tajwanie, a także na ogromny sukces komercyjny.     

Wręczenie Nagrody Nobla – Sztokholm 2012

Proza Mo Yana ma charakter pulsacyjny, zataczający szerokie kręgi i stale penetrujący kontrapunktowe rzeczywistości. Pisarz nieustannie zagęszcza opisy, wprowadzając subtelne porównania i dopowiedzenia, nawroty, spojrzenia z góry i wybiegnięcia ku przyszłości. Wielowarstwowość i symbolizm jego powieści kojarzyć się mogą z tryptykiem Hieronima Boscha Ogród rozkoszy ziemskich, tyle w nich szczegółów, tyle przeciwstawnych ujęć i metaforycznych nawiązań. To katalog typów ludzkich i ich drapieżnych zachowań, rejestr wynaturzeń i nagłych uniesień, lista historycznych deprawacji i nieustannego dążenia cierpiących jednostek ku światłu i przestrzeniom spokoju, ciszy, zamknięcia konfliktów. Prześwietlając ludzkie charaktery, przypatrując się przywódcom i szeregowym wykonawcom ich zbrodniczych decyzji, autor wnika głęboko w ludzką naturę, odziera ją z upiększeń i odkrywa zwierzęce instynkty, popychające jednostki do morderczych ataków. Jego powieści dają wiedzę o współczesnych Chinach, ale też mają walor uniwersalny i prezentują zdarzenia i typy ludzkie dobrze znane z kart historii. Jego kreacje japońskich i chińskich morderców przypominają przedstawienia zbrodniarzy nazistowskich i stalinowskich w prozie europejskiej, ale też zyskują walor egzotyki i kulturowej odmienności. Podobnie jest z ich ofiarami i dziwakami, którzy nie są ozdobnikami fabularnymi, a raczej jeszcze jednym potwierdzeniem, że natura ludzka może generować profile diabelskie i anielskie zarazem, a także tajemnicze postaci lokujące się pomiędzy nimi. Zdumiewająca jest dynamika kolejnych opowieści, jakby stale mutujących i poszukujących odpowiednich opisów dla tego, co pisarz kiedyś przeżył i twórczo zmodyfikował w swoich utworach. Czytelnik szybko zauważy tę skłonność i podąży za tokiem narracji, z jej meandrami i rekapitulacjami, z pędem wręcz niewyobrażalnym, z symboliczną dynamiką, jak ze wskazanego wyżej tryptyku Boscha. Mo Yan prześwietla ludzkie byty i umieszcza je w konkretnej topografii miasta na prawach powiatu Gaomi, gdzie do dzisiaj zachowało się jego domostwo i żyją członkowie rodziny. Wielu spośród nich stało się protoplastami postaci powieściowych, a i losy samego pisarza są często multiplikowane w wykreowanych charakterach. Użyteczny tutaj staje się kwiecisty styl i poetyckie porównania, ale czasem wręcz porażające są opisy wyprane z dodatkowych dopowiedzeń i upiększeń, biorące wszystko, co najlepsze z osiągnięć realizmu pisarskiego wielu przestrzeni geograficznych. Autor posiadł niezwykłe wyczucie słowa i rozumienie złożonych konstrukcji prozatorskich i tak za każdym razem moderuje opowieść, że czytelnik dosłownie tonie w morzu szczegółów, wyodrębnionych detali, barw i dźwięków, zapachów i wrażeń dotykowych. Krytycy, by okiełznać jakoś te gęstości, przywołują realizm magiczny Gabriela Garcii Marqueza, ale przecież takie porównania mają tylko charakter doraźny, użytkowy, daleki od rzeczywistych głębi próz Mo Yana. Domagają się one opisu źródłowego, z licznymi odniesieniami do kultury chińskiej, w której od tysiącleci zbrodnia graniczyła z delikatnością porcelany, a cierpienie ludzkie z wykwintnymi przedstawieniami żurawi mandżurskich na białym jedwabiu lub papierze. Te powieści przywołują konkretne zdarzenia z czasów konfliktu z Japonią i zderzenia komunistów Ma Zedonga z Kuomintangiem Czang Kaj-szeka, ale w gruncie rzeczy są syntezą wielu wieków mrocznej i chwalebnej historii Państwa Środka, pogłosem batalii z czasów dynastii Han i Trzech Królestw oraz najbardziej wojowniczych okresów – Qin, Tang, Song i Ming.

Spotkanie autora eseju z Mo Yanem – Pekin 2017
Foto Zhao Si

Migotliwość tej prozy da się porównać z grą świateł na wodzie, z pojawiającymi się na niej szerokimi wstęgami światła słonecznego lub księżycowego. Czasem jednak zapada zmrok i gęsta ciemność spowija wszystko, powołując do istnienia ludzkie demony i postaci mityczne. To z kolei daje autorowi możliwość wprowadzenia do poszczególnych dzieł przestrzeni magicznych, tak charakterystycznych dla kultury Chin, w której roi się od smoków, gryfów i feniksów. Oczywiście najważniejsza dla Mo Yana jest jednak warstwa realistyczna, opis rzeczywistości, w której bytował i dojrzewał do tego, by stać się tym, kim jest. Był czas, że budził się w chacie z glinianych cegieł i nie miał co włożyć do ust, a teraz pojawia się w wielu miejscach świata jako ważki intelektualista, nie wahający się mówić o sprawach gorzkich dla swojego kraju. Niegdyś musiał kryć się w ziemnych jamach, uciekać przed żołnierzami, a teraz jest profesorem w Normal University w Pekinie i spotyka się z młodzieżą podczas wykładów. Ma jej do przekazania istotne wiadomości na temat ludzkiej natury i procesów historycznych, determinujących bieg zdarzeń. Rozwój współczesnych Chin jest imponujący i widać to na każdym kroku, w Pekinie, Chengdu i Szanghaju, ale także w mniejszych miastach i wsiach, co najlepiej obrazuje podróż koleją wielkich szybkości CRH. Tak jak powstała ogromna sieć żelbetonowych estakad, na których mijają się te pociągi, jak wyrosły nowe osiedla i monumentalne wieżowce, tak państwo pisarza przeobraziło się z zacofanej prowincji światowej w awangardę współczesnego świata. Opisy jego świata, który odszedł bezpowrotnie, mogłyby sugerować, że nigdy nic się nie zmieni w najludniejszym kraju świata, wszak przemoc i gwałt przez stulecia wtłaczały ludzi do niewielkich nisz, w których próbowali się schronić i przetrwać zły czas. Rzecznikiem ich tragedii jest Mo Yan, a szczegółowość jego relacji ma określoną funkcję artystyczną, urealniającą rzeczywistość i wywołującą określoną reakcję u czytelnika. Tak jak nawet najpiękniejsza kobieta, będąca obiektem westchnień wielu mężczyzn, musi udać się do miejsca odosobnienia, by wydalić pozostałości przemiany materii, tak rozwój państwa chińskiego miał swoje ohydne oblicza. Pisarz nie chce maskować niczego, nie potrafi zakłamywać rzeczywistości krwawych bitew i absurdalnych akcji inicjowanych przez Mao Zedonga, wytapiania żelaza we wsiach, zsyłania na nie intelektualistów albo wychwytywania i zabijanie wróbli, jako największych szkodników w kraju. Nie znaczy to, że pisarz wskazuje, iż te wszystkie ofiary były potrzebne, by powstała nowa państwowość i dawni wieśniacy zaczęli żyć w wygodnych apartamentach wysokościowców wielkich metropolii. Raczej chodzi mu o ukazanie kształtowania się nowej świadomości i odpowiedzialności ludzkiej w tak trudnej strukturze społecznej, jaką jest państwo komunistyczne. Nie wolno w nim dyskutować z decyzjami przywódców partyjnych, nikt nie odważy się kwestionować wyznaczonych kierunków, a nad wejściem do Zakazanego miasta wciąż wisi wielki portret Mao; ale można się odnaleźć pośród tych, którzy biorą sprawy w swoje ręce i wykorzystują możliwości rozwojowe. Niegdyś nie tolerowano indywidualizmu i bogactwa, a obecnie w Chinach jest wielu biznesmenów, którzy są właścicielami ponad stu wieżowców, ogromnych przedsiębiorstw i fabryk. W takim ujęciu powieści Mo Yana są hołdem dla tych, którzy musieli złożyć swoje życie na ołtarzu postępu – tych, którzy niewyobrażalnym cierpieniem i poświęceniem utorowali drogę następnym pokoleniom. W wielu utworach Mo Yana najmniejszą cząstką imaginatywną jest niezwykle wyrazisty szczegół, który staje się osią stale rozrastającego się wiru zdarzeniowego. Pisarz każe czytelnikowi penetrować go z uwagą, raz w samym centrum, innym razem na bokach, albo na krańcach, ściemniając lub rozjaśniając obraz, przybliżając lub oddalając cząstki. Szczegół odgrywa też ważną rolę przy opisach postaci i ich zachowań, a dodatkowo wyposażany w kontekst metaforyczny, staje się elementem magii i poezji opisywanych krain. To właśnie on powoduje, że pisarz, który uczył się rzemiosła od Balzaka i Hemingwaya, nie zatracił chińskiej egzotyki i głębi kulturowej kilku tysięcy lat. Słusznie zatem szwedzcy akademicy wskazali w jego prozie halucynacyjny realizm łączący opowieści ludowe, historię i współczesność, bo połączenie dynamiki pisarskiej realizmu europejskiego z gęstością detali i wieloznacznością przedstawień Mo Yana, dało zaskakujące efekty artystyczne. Jego wpatrywanie się w człowieka i analizowanie procesów społecznych nie zna kompromisów i jest chyba najodważniejszą w kulturze chińskiej próbą mówienia prawdy o cierpieniach największego narodu świata. Samo wpatrywanie się nie jednak starczyłoby, musiały się zbiec w jego pisarstwie także inne ważkie elementy – przede wszystkim daleko posunięty zmysł obserwacyjny, wiedza psychologiczna i socjologiczna, a także umiejętność snucia i zawiązywania fabuł. Lektura najważniejszych powieści tego pisarza jest jak zagłębianie się w realnych przestrzeniach północno-wschodniego Gaomi, oddzielonego od Korei i Japonii tylko częścią Morza Żółtego i przez to narażonego na ataki ze strony najeźdźców. Może to spowodowało, że w dziełach Mo Yana wciąż wyczuwalna jest atmosfera grozy, niebezpieczeństwa, zła czyhającego na bohaterów. Zmagają się oni z żywiołami krainy (powodzie, upały, mroźne zimy), a przy tym muszą walczyć o życie z wojskami japońskimi, oddziałami Kuomintangu i komunistami, chcącymi realizować idee Marksa i Lenina, które w chińskiej odmianie stają się parodią przychylnego dla ludzi systemu. Wiele w światowym literaturoznawstwie napisano o opisowym okrucieństwie tej prozy, która przecież jest realistycznym odzwierciedleniem tego, co działo się w przestrzeniach całego państwa. Nic tutaj nie zostało podkolorowane, a jedynie prawdziwie zrelacjonowane, z wykorzystaniem źródeł historycznych i własnych doświadczeń. Pisarz ma znakomitą pamięć, która wydobywa z zapomnienia typy ludzkie i ich deprawacje, cierpienia całych rodów, okrutne zbiorowe gwałty, mordowanie kobiet, dzieci i starców, często z dewiacyjnym wykorzystaniem zakrzywionych mieczy, ale też i innowacyjnych „zabawek” współczesności – samolotów, czołgów, armat i karabinów maszynowych. Rozerwane ciała i „ludzkie mięso” urastają w tej prozie do rangi symbolu zła, szerzącego się w świecie i znajdującego swoje lokum w umysłach niestabilnych ludzi. Prawdziwa literatura nie może rugować takich obrazów, nie może też bać się realistycznych opisów, bo tylko w taki sposób może stawać do konfrontacji z grozą tego, co wydarzało się w Chinach przez stulecia, a swoją intensyfikację zyskało w wieku dwudziestym.

Rozmowa o powieści pt. Klan czerwonego sorga
Foto Zhao Si

ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (15)

                                     

Poezja Wojciecha Kawińskiego jest zdumiewającym zjawiskiem na mapie współczesnej liryki polskiej. Autorowi udało się podążać własną drogą, stale modyfikować język poetyckiej narracji, poszukiwać słów-kluczy i symboli bez zapożyczeń i przelotnych fascynacji. Powiedzieć można, że poezja ta oparła się próbie czasu, a swoiście polskie rytuały pokoleniowe, pułapki manifestów i kolejnych zmów nie wyrządziły jej krzywdy, tak jak to miało miejsce w przypadku rówieśników Kawińskiego. Jeśli można mówić tutaj o jakiejś korespondencji, to jest to jedynie korespondencja duchowa – klimat charakterystyczny dla poety i indywidualny kształt wiersza. Wtedy wskazać by należało największych poetów amerykańskich i angielskich, a także niektórych twórców z niemieckojęzycznego kręgu. Zresztą Kawiński stale wymienia swoich duchowych antenatów – tworzy cykle wierszy, w których pojawiają się oni w najprzeróżniejszych sytuacjach lirycznych. To co zostało wyżej powiedziane nie jest tylko pochwałą poezji, jest raczej zdziwieniem czytelnika, który przystępując do lektury i krytycznego opracowania tego fenomenu stwierdza, iż ma do czynienia z dziewiczą wyobraźnią i obrazami pozwalającymi udanie odtwarzać mechanizmy podświadomości, snu i kojarzenia  impulsów rzeczywistości. Trudno doprawdy doszukać się w tej poezji jakichś negatywnych stron. Krytyk musi zaangażować cały swój warsztat badawczy, żeby nie uronić niczego z tych zdumiewających wizji. Często też opis krytycznoliteracki nie wystarcza i konieczny staje się dyskurs naukowy.

Dla Wojciecha Kawińskiego poezja jest rejestrowaniem pulsu życia – każdy wiersz jest świadectwem tego, iż krew płynie w żyłach, a serce szamocze się z przeznaczonym mu czasem. Ale jest też zdziwieniem, że po nocy zdarza się nowy świt i płyną kolejne godziny. Każde zderzenie, każdy incydent dnia rozgrywa się jakby w perspektywie dalekiego, pełnego tęsknoty śpiewu: Widzisz, jeszcze widzisz te żywe gołębie ciemności/ Twoja obecność trwa między wapnem a żywą krwią./ Morze przesypuje swą sól w twe suche źrenice. Człowiek Kawińskiego jest bytem kruchym i chwilowym, Jest w nim tajemnica, której rozwikłać nie można – tajemnica, która swoje korzenie ma być może w odległych spiralnych galaktykach i mroku świadomości. W tej poezji wszystko jest odkrywaniem i wszystko jest poszukiwaniem: przez pola/ na ukos:/ betonowa gwiazda:/ w gnieździe przestrzeni/ żółta rana światła;/ pod wygasłym domem/ twój cień;/ skamielina płaska;/ szukająca siebie/ po ostatni/ sen –.  Wszystko tu jest przekształcaniem, nazywaniem stanów, które są nienazwane, które poeta wyczuwa piątym zmysłem, których się boi i przed którymi ucieka widząc, iż naturalnym stanem  b y t u   jest entropia. Wszystko dookoła rozpada się – kruszeją mury i posągi, padają cywilizacje, ludzka świadomość zanika z upływem czasu. Byt porusza się od całości i scalania do rozpadu – do cząsteczki, komórki, atomu i kwarka; wszystko bezpowrotnie zamiera, traci sens. W takim świecie walka jest właściwie niemożliwa, a jedynie pożądanym stanem umysłu jest jego samoświadomość, pogodzenie się z ogromną, przerażającą, a zarazem piękną w swoim niszczycielskim rozmachu siłą:  I będzie co ma być/ W rdzą przeżartej równinie/ Nigdzie nie zdołasz się skryć? Czas podliczy twe winy? Każda kropla zmęczenia/ Rozpłynie  się w suchym dymie/ Zmienność odsłoni znaczenia/ Jak ryte w betonie imię/ Pod chłodu zdrewniałą powieką/ Miniona zieleń skruszeje/ A światu cynowe wieko/ Odsłoni krew i nadzieję.

Człowiek Kawińskiego uczestniczy  w procesie rozpadu – przemija jak każdy byt. Poeta jednak nie może nie czuć się rozdartym, nie może nie lamentować nad zmieniającą się perspektywą. Wszak czuje on i widzi więcej od pogodzonych – częściej otwierają się przed nim przepaście, których ludzie nawet nie przeczuwają. Jego lament jest jednak formą intelektualnego pogodzenia – jest często ledwie liryczną notatką, zapisem stanu bez komentarza: Z krwi i kości/ jest ten nasz mały świat;/ kość gnije,/ krew zmienia się w rdzawą rosę,/ kończy się podróż; wieje wiatr… Ów opis rzeczywistości nagle się urywa, bo tylko taka pointa może mieć swoją wymowę. Ten człowiek zawsze będzie szukał jakiegoś wyraźnego zakończenia, patetycznego zwieńczenia, które uspokoi jego rozchybotaną świadomość. Kawiński wskazuje w swoich wierszach, iż proces rozpadu nie ma początku i końca – jest permanentny. Charakter życia splata je z rozkładem, tak jak uzależnia je od obecności tlenu, wody, określonej temperatury, rodzaju pokarmu itd. Obrazy poety  „przesycone” są nieuniknionym oparem przeznaczenia, mają skazę śmiertelności: Spękana kora/ zieleń zdeptana szary dym/ pod okapem rozpadającego się domu/ (…)/ to moje życie/ na złuszczonym powietrznym liściu/ na zranionym przez kolejne zimy/ kamyku. Poecie zostaje tylko wyobraźnia, która stale ożywia, generuje nowe sensy, mami i niesie otuchę. Chętnie poddaje się on tej grze, dyskutuje z nią, choć wie, iż w stale pulsującym wirze entropii karmi go ona  słowami na nieżywych ustach,/ które niewymownie mówią – – –.

Poezja Kawińskiego jest ciągłym poszukiwaniem i wskazywaniem sprzeczności – odkrywaniem spękań w skorupach przeszłości i pojawiających się powoli krwawych plam na materiach przyszłości. Człowiek Kawińskiego jest bezbronny – dźwięczne oksymorony i kontrasty znaczeniowe, przeciwstawne „temperatury” strof i symultanicznie stosowane tropy współtworzą określony nastrój przegrania, upadku, zaprzepaszczenia wszelkich szans.  To jakby proste – prostotą mitu, podania, zapisu kulturowego – pieśni tych, którzy codziennie idą na zagładę; tych, którzy powstają z popiołów. Tragedia graniczy tutaj z chwilowym olśnieniem, miłość określana jest przez nienawiść, a zło jest jedynie alternatywą dobra. Jak cień snuje się tu wciąż za człowiekiem opar klęski o absurdalnym wymiarze: Wisi nad nami nie słowik, nie deszcz./ Wisi nad nami nie ból ani dreszcz./ Wisi nad nami nie litość zmrożona./ Wisi nad nami treść losu stępiona. Poezja Kawińskiego ma wymiar eternalny. Nie liczą się w niej dni, godziny, sekundy – a jeśli poeta mówi o nich to są to określenia pośredniczące.  Ważna jest pustka wszechświata, w której lodowatych rewirach  czas jest pojęciem względnym. Poeta jakby czuje się gościem na ziemi – jego świadomość wyposażona została w zmysł „względności”. Nie potrafi ona łatwo adoptować się do ziemskich warunków. Chwilowe, naprędce stwarzane azyle jawią się jej w ich złudnym poczuciu trwałości. Dlatego też poeta rezygnuje z licznych masek, jakie nakłada nam życie – woli bytować pośród doskonałych przestrzeni światła i dźwięku, pośród kosmicznych zawirowań. Kolejne wiersze są uzupełnianiem całości – każdy szczegół jawi się tu w całej swej rozpaczliwej jaskrawości, staje się iskrą i zaczynem mroku, obietnicą ciszy i ostatnią palbą cierpienia.

Bohater liryczny Kawińskiego błąka się w labiryncie czasu. Przeszukuje coraz to inne korytarze w nadziei znalezienia wyjścia, błąka się od ściany do ściany, przystaje, a potem znowu idzie przed siebie. Jego nadzieja tli się ledwie w perspektywie beznadziei. Są tylko lodowate korytarze, poczucie przegranej i ból kolejnych przebudzeń. Ów bohater dawno stracił wszystko i pogodził się ze swoim losem. Tylko tego rodzaju przebudzenie, świadomość, że kolejny dzień jest dalszym ciągiem cierpień i prób, pozwala żyć. Labirynt jest metaforą i surrealną rzeczywistością. Jest przestrzenią wewnętrzną bohatera i światem zewnętrznym. Wędruje w nim świadomość poety i on sam projektowany przez sen, lęk, ból. Został on stworzony dla cierpienia i zrozumiał, że nie ma przed nim ucieczki. Istnieje, żeby potwierdzać owo cierpienie w sobie i dawać Bogu jego znak: Świt w brudzie przebudzenia/ Zwraca ku tobie ołowianą twarz/ I barwy swe powoli zmienia/ Choć chmury ogromnieje płaszcz/ Błądzący w labiryncie godzin/ Daremnie szukasz prostych dróg/ Bezsenność skrada się jak złodziej/ Los szydzi z twych kolejnych prób/ żelazny płomień zima niesie/  Na oszroniałej cierpkiej skórze/ I tylko szepcze gdzieś w bezkresie/ Bóg – swym milczeniem bez powtórzeń. Bohater Kawińskiego budzi się dla śmierci – nie budzi się dla życia. Owo przebudzenie w innym miejscu określone zostanie jako  sina obręcz świtu/ która więzi, razi chłodem/ i blaskiem/ niepewności. Świat jest gabinetem tortur, jest kaźnią wyobraźni, labiryntem składającym się z samych pułapek i zakamarków, w których czai się ból. Bohater może istnieć pośród tego świata, bo jego egzystencja jest formą niebytu: wyciekły ze mnie/ wszystkie trwogi stare;/ przenikliwy ból wciąż prostował/ swobodne myśli;/ z miłosnego źródła pamięci/ pozostała szara piana,/ popiół liści, zetlała kartka papieru/ na blacie stołu.      

Ta poezja jest pogłosem odwiecznej gry elementarnych żywiołów, ale jest też echem walki żywiołów tkwiących w człowieku. Poeta wypowiada w swoich utworach wiele przeczuwanych prawd, odsłania podświadome i nierealne przestrzenie. W kreowanej i demaskowanej rzeczywistości przestają obowiązywać, zdawać by się mogło niewzruszone prawa fizyki, albo są one na jakiś czas zawieszane. Dlatego narrator tej poezji może poruszać się w przestrzeni niczym światło, może przenikać żelazo, mięso i skały niczym kropla żrącego deszczu, może smużyć się na niebie niczym chmura. Świadomie, albo podświadomie traci wtedy walor człowieczeństwa, łączy się z naturą, bądź z ciągnącymi się w głębinach jaźni systemami anty-natury. Potrafi w jednej chwili zawiązywać świat i równie szybko go gasić. Potrafi ogarniać  krainy okrutnej wyobraźni  jednym szybkim jak błysk spojrzeniem, ale też potrafi odwracać percepcję świata. Wtedy  wzgórza w stukocie kół odchodzą,  a nie narrator od nich się odsuwa. Wtedy  dzień uniesiony w skrzydle kruka gaśnie, a nie kruk znika w gęstniejącym mroku. A dzieje się tak za sprawą swoistego odwrócenia perspektywy, gdy widzimy, że  rzeka stoi pionowo w blasku stalowym. Narrator tych drżących jak samo trwanie wierszy, przez ciągłe obcowanie z dwiema walczącymi sferami – wielkiej kosmicznej gmatwaniny materii i skomplikowanej materii człowieka zaczyna rozumieć ukryte prawdy. Wtedy wypowiada zaklęcia, w których zawiera się wiedza o stanach, w których nie obowiązują już reguły ludzkiego bytowania:  i wierzyć przestajesz w sens utartych praw/ nie pojmujesz surowej prostoty przemian/ zimnej materii wiedzy która pogłębia/ kryzys wewnętrzny jednostki. Wszystko coraz bardziej się komplikuje, zmierza ku splątaniu. A gdy oswajamy ten bezład myślą, staramy się stworzyć logiczny system, nagle nasze widzenie zaczyna ulegać deformacji. I widzimy to, co do tej pory było proste i jasne – w odwróceniu.  A dzieje się tak dlatego, że lotna materia ciągle z nas drwi, stale nas przedrzeźnia i nigdy      nie będziemy w stanie odgadnąć jaka jest jej prawdziwa twarz.

Świat poezji Kawińskiego, to świat z licznymi rysami, wieloma – powiększającymi się z każdą chwilą – pęknięciami. Także nasze postrzeganie rzeczywistości ma wiele spękań.  Te krzywizny nagłych i bolesnych linii nakładają się na siebie i tworzą sieć, w której szamocze się bezsilne istnienie. Poeta pragnie zrozumieć na czym polega jego inność i co go łączy z ludźmi, pragnie odpowiedzieć sobie na pytanie kim jest i jaka jest logika zmian zachodzących w jego groźnym świecie. Przygląda się zatem rzeczywistości z dociekliwością geologa (Warstwy) odkrywającego coraz to nowe elementy ukrytej przed wiekami struktury. Jednocześnie przenosi tę samą dociekliwość na samego siebie. W obserwacjach swoich sięga nawet po „perspektywę pośmiertną”, bo w rozkładzie wyraźniej widać cząsteczki, elementarne molekuły bytu. I wtedy odsłania się przed nim nagle przedziwna jedność świata. Podejmuje więc trud opisu tego, co w gruncie rzeczy jest nie do opisania, gdyż  wiedza o zjawiskach  nie dających się opisać/ jest cięższa od metalu pełniejsza od proroctwa. Pragnie zapisać  dźwięk niewypowiedziany – określić bieguny widmowego świata. Jednocześnie uzmysławia sobie, iż owe bieguny są postrzegalne w eksplozjach bólu, nagłym zaślepieniu i że określa je tylko chwila. Zastanawia go sytuacja, gdy  do studni wiecznie daleko/ w czystym tle lotu – sytuacja jakby wiecznego pozostawania w przestrzeni, nieustannego zawieszenia, gdy zanikł nagle magnetyzm, gdy stan poetyckiej nieważkości zrodził bolesny niepokój. Poeta nie może zrozumieć jak to się dzieje, iż w tej krainie kamień, liść czy ptak, w ułamku sekundy może zmienić swój kształt, upaść na ziemię, bądź wznieść się w powietrze obcy, z przebudowaną strukturą molekularną. Patrz na  liść wilgotny  a zarazem  twardy jak żelazo/ spadający pod stopy. Ta rzeczywistość potrafi nagle stwardnieć, zakrzepnąć – tak jak potrafi też nagle, nieoczekiwanie zniknąć, odpłynąć w niebyt:  Rzeka przepłynęła/ krajobraz się skończył; sad/ Uciekł w dymie; rzeczy najbliższe stopniały; dziewczyna znikła/ Jak mgnienie. Owo nagłe zniknięcie świata to poblask śmierci – przypomnienie, że wszystko jest pochodną pra-iluzji. Poeta notuje też inną immanentną cechę tego świata – powolne, zanikanie ciepła,  umieranie płomienia, zastyganie lawy,  gdy obok  świeca topnieje, a ty  tkwisz w rosie szklistej. W poezji Kawińskiego świat może nagle stopnieć, może gwałtownie zmienić się w kryształ szkła.  I nie dziwi to, że w takiej przestrzeni bez praw fizyki – w świecie  spotworniałym  rdzawa kropla deszczu/ przebiła skórę/ I zatrzymała się na poduszce serca. Nie dziwi, gdyż wszystko się tu przenika, światło i ciemność, ból i oddech, zmęczenie i feeryjne poświaty radości. Poeta stoi zatem na skale wiersza jakby na ostatnim skrawku trwałej, tradycyjnej przestrzeni. I łudzi się, iż zdoła ogarnąć, uporządkować chaos, że podliczy, wysyntetyzuje (Być może) prawdę w retorcie metafory. Jednakże myśl poety nie jest już z tego świata i nie ogarnia swoim zasięgiem tego, co inni ludzie widzą. Żyje jakby pod powłoką rzeczywistości, w świecie wirtualnym i alternatywnym. Czy możemy zatem winić go za to, iż nie wiedział kiedy organy otworzyły niebo/ przezroczyste dla oczu/ nie wiedział o strzale pierzastej/ która jak wróżba zapaliła się we wnętrznościach jastrzębia. Poeta mówiąc o sytuacji nieznajomych, braci  i wrogów nie spostrzegł, ze mówi też o samym sobie i ze jego krew już dawno zmieniła się w rdzę.

Miasto pojawiające się stale w poezji Kawińskiego przypomina swoją architekturą liryczną zabudowane przestrzenie z powieści i listów Franza Kafki. Wszystko jest  tu przerysowane, wszystko odkształcone. Nigdzie żywej duszy, chociaż tętni tu wciąż w powietrzu  wycie zaludnionej pustki. To jakby miasto po wielkim kataklizmie, a zarazem miasto ukryte głęboko we śnie. Narrator tych wierszy porusza się pomiędzy tymi nienaturalnie wysokimi domami, przemierza złudne korytarze niekończących się ulic. Tutaj przeraźliwy  los czyha jak pająk,  tutaj w  skurczach ciemnych pamięci  odbywa się misterium przezroczystości i czarnej, gęstej ciemności. Monumentalne budowle tego miasta jak sny spotworniałe, gdzie spojrzeć w dal – ciągnące się rumowiska domów, tunele ulic, ostańce wielkich gmachów. Patrząc z najwyższych pięter tych betonowych, a może szklanych kolosów na ciągnące  się ku horyzontowi świetliste termitiery, wydać się może, iż cały świat jest molochem, którego łuski stanowią te bryły i pasy asfaltu. Wydać się może, iż otacza nas labirynt dymiących jak śmietniki miast. To skupisko to  na wpół umarłe miastomiasto łez. Tutaj poeta błąka się dzień w dzień i spogląda na czarne mury. Bo jest to miasto jakby podświetlone od dołu wielkimi reflektorami i zimnymi punktowcami odsłaniającymi każde pęknięcie i każdą plamę brudu na murze. Poeta porusza się pośrodku rozświetlonej masy brył, a jednocześnie sam zdaje się być czarną, powiększającą się z każdą chwilą szczeliną. Gdzie spojrzeć wynaturzone kolosy, które chorująca na nadwrażliwość wyobraźnia przechyla to w tę, to w inną stronę.    Tu  świetlista wieża,  dalej  dzwoniąca katedra bólu, a tu pod stopami  ulica rozpierzchła wybuchem. W takiej to scenerii  przepaść codzienności spada w nasze wnętrza  i snuje się wokół   śpiew nie usłyszany. To  miasto, które nas opuściło. Nie my opuściliśmy jego mury, ale zgodnie z prawidłami tej anty-rzeczywistości – miasto odeszło od nas. Została tylko  rzeka   i miasto niknące/ gwałtowność dźwięku i unicestwienie. Byt w wiecznych opozycjach, byt sam jak dręcząca, kaleka opozycja. Poeta wie, że musi z tej zabudowanej, martwej perspektywy uciekać. Ale boi się i wyznaje: Sądziłem że się wydobędę/ z tej rozdzieranej błyskami równiny,  z tego miejsca, gdzie  oddycha suterena cienia w nasz dom wbudowana. Poeta instynktownie czuje, że trzeba stąd uciekać, gdyż – oprócz tego, że jest to miasto po wielkim kataklizmie – jest to też pole nadchodzącego szybko kosmicznego zderzenia. Trzeba uciekać, ruszać i poeta, w ostatniej chwili przed upadkiem swojego imaginacyjnego miasta, ratuje się nagłym przeskokiem ku innej rzeczywistości. Oddala się, gdyż jest to jedyna szansa ratunku. Rusza poza granice groźnie zurbanizowanego świata, a za sobą czuje jeszcze  ponaglający oddech miasta.

Ale czy zdoła się uciec przed czymś, co tak silnie w nas wrosło, czy można uciec przed własną wyobraźnią?  Czy można uciec przed  przestrzenią, o której mówi poeta:  Jesteś we mnie, trwałe, okrutne i ciężkie/ Zapylone ołowiem, pamięcią, mżeniem lat? Tym bardziej dramatyczna jest ucieczka – od samego początku skazana na niepowodzenie, ucieczka, która zapewne skończy się powrotem do miasta, intuicyjnym zamknięciem tułaczego kręgu wyobraźni. Poeta musi jednak próbować, musi ciągle rzucać wyzwania, by  w pędzie podróży odkryć swoją inną twarz. Pęd go podnieca, pobudza w nim jakąś lotną, utajoną dotąd energię. Obrazy płochliwie przebiegają przed nim i przez chwilę jest pewien, że byt, którego jest nośnikiem, autentycznie  i s t n i e j e. Będąc w samym   oku podróży  widzi  najdalsze dale ginącej harmonii barw. Tak mknie w dal  siwowłosy podróżnik o przewrotnej  i okrutnej wyobraźni.  Ale i tu  nie ma końca zagrożenia. Pęd podnieca, daje poczucie lekkości, ale im jest szybszy, tym bardziej zwiększa się ryzyko katastrofy. Poeta zatem ucieka z przeczutej katastrofy ku nieuniknionej kolizji. Ileż w tym prawdy z sytuacji człowieka, ileż gorzkiej prawdy. Husserl powiada, że  przedmioty indywidualizują się przez miejsce w przestrzeni i czasie1. W momencie podróży to prawo jest zawieszone. Przemieszczający    się obiekt jest jeszcze tam, a już tutaj. W każdym ułamku sekundy obdarza i kaleczy linearną przestrzeń swoją obecnością. Tak istnieje w wielu punktach naraz.  Podróż  – zatem –  jest naszą ojczyzną./ I masz tylko tyle przed sobą idącym/ ile zdołasz ujrzeć/ dotknąć i utracić. Dlatego mijamy się z innymi ludźmi, dlatego ich nie dostrzegamy – w ich pędzie w przeciwną stronę, stają się dla nas tylko ciemną mgiełką. Dlatego  biegniemy ku sobie od lat,  ale tylko  pusta przestrzeń pada nam w ramiona. Zwrócić też trzeba uwagę i na to, że owa imaginacyjna podróż z wierszy Kawińskiego jest też podróżą w głąb siebie. I jest na nim jakby wymuszona – powie poeta w pewnym momencie:  nie wiem skąd bierze się ta ciemna podróż w głąb siebie. Może stąd, że  pamięć broni się  i   śmiesznie tańczy w obłokach odległości. Podróż w głąb siebie jest więc czymś na kształt eutanazji. Poeta wie o tym i ucieka także – o paradoksie – przed ucieczką w głąb siebie. Wie, że  prawdziwe jest/ co będzie/ powrotem w przyszłość/ miarą wysokości/ pędem ku słońcu i myślą/ o tym/ czego do końca nie wiesz –/ pragnąc. I choć jest to podróż pośpieszna, choć narrator stara się jak najszybciej oddalić od widmowych megalopolis, i choć jest to ucieczka – jak mówi Husserl – obcej bryły żywego ciała2, zawsze jest to ucieczka. Spóźniona, ale   r u c h;  wymuszona, ale otwierająca  k a l e j d o s k o p     w y o b r a ź n i – ucieczka sromotna, ale też  podróż nie do powtórzenia.

Ucieczka dociera do coraz dalszych kręgów i nagle poeta odnajduje się w obrębie jakiegoś wielkiego, monstrualnego cienia. Jakaś wielka budowla, albo mocarz przestrzeni – może sam Demiurg – przesłonili słońce. Ale gdy poeta znalazł się już w obrębie cienia, odkrył, że  cień żyje. Cień – jakby dźwięk odbity od realnego życia, jakby abstrakcyjna nazwa ludzkiego trwania, jakby wieczna litera w alfabecie bytu. Wszędzie dookoła  cierpliwa materia czasu cienie swe rozciąga. Tutaj   kropla cienia mokra, a tam  cień sekundy odciśniętej w powietrzu; za progiem cień (…) cienia niebiesko świeci, a  tu  cień popiołu. Tam  cień twojej ręki, kamień myślący cień  i  gra wyblakłych cieni. Gra, bo cienie Kawińskiego żyją, pulsują. Było tak od niepamiętnych czasów i będzie tak już zawsze. Wszak już Arystoteles zastanawiał się  dlaczego brzeg cienia wydaje się drgać od słońca? (…) Czy przyczyną drgania brzegu cienia są zjawiska w powietrzu3? A może dzieje się tak dlatego, że cienie żyją swoim własnym życiem, drżą z lęku, odczuwają ból, wreszcie umierają? Oto  na peronie stoi (…) cień powracający  z dalekiej wędrówki, cień powracający z wygnania; oto  na progu cień (…) złamany zaczyna przenikać mur;  oto  na schodach głębokich odpoczywa cień. Patrząc na te żałosne strzępy mroku, strzępy żywej i jednocześnie martwej ciemności poeta rozumie przedziwną logikę świata ułudy i mimikry. Wtedy wypowiada raz jeszcze  credo   swojego tu trwania:  Będąc – jesteś już poza własnym cieniem. Tylko w oderwaniu od ciała, od cienia, możliwa jest wędrówka przez skłębione krainy, pośród archipelagów światła i ciemności, bólu i ekstazy. Tylko w oderwaniu od własnego cienia można mknąć w dal, tylko wtedy można penetrować mroźne połacie snu i śmiertelnej ciszy. Tylko wtedy, gdy  prześni się własny cień. Choć i ta wolność – jak wszystkie których doświadcza poeta – ma tylko pozory wolności absolutnej i zastawia wiele pułapek. A najwymyślniejszą z nich jest zmysłowa obrazowość, która nawet tutaj, w świecie bez cienia i w świecie żywych cieni nie potrafi przełożyć swoich predykatów na inny, abstrakcyjny język. Nie umiemy się wyswobodzić z więzów zmysłowych. Rację miał zatem Descartes, gdy im nie ufał, gdy zastanawiał się, czy wyświetlają w nas rzeczywisty świat. Poeta, który zrozumiał, ze percepcja rzeczywistości ma w sobie jakieś pęknięcie powinien się buntować przeciw dyktatowi zmysłów. On chciałby  rozwiązać obraz  ze znaczenia/ skórę z ciała/ Soczystość ze smaku,  bo jego  zmysły trzymane na uwięzi czekają niecierpliwie wyswobodzenia. W takiej sytuacji, w takim napięciu rodzić się muszą zjawy, nierealne kształty, powidoki, antropomorfizacje przestrzeni i martwych przedmiotów, antropomorfizacje cieni. Poeta czuje, iż na końcach jego nerwów powstało napięcie, które zrodzić może przeskok iskry, czuje się jakby zahipnotyzowany. Wtedy wypowiada podświadome słowa, będące świadectwem wiecznej obecności zmysłów, ich magnetyzmu i kinetyki: idziesz długo/ w chrzęście żwiru i trawy/ kalecząc stopy tamtego siebie/ łamiąc obrazy tamtymi oczyma/ niosąc w sobie naręcza zapachów/ sczerniałość murów gęstość rozkładu. Nie ma ucieczki od słuchu, dotyku, węchu i wzroku – nie ma ucieczki od zmysłu równowagi. Uczestnictwo w naturze jest grą sensualną – uczestnictwo w lirycznej anty-naturze Kawińskiego jest także grą zmysłów. To uczestnictwo, to prośba by  wypowiedzieć/ spór/ gwiazdy żywej i źródło natury/ i tylko wokół siebie/ odczuwać kamienne sznury/ podobne zaciśniętym palcom. Tę prośbę poety odczytać też można jako pochwałę surrealnych przestrzeni układających się lekko w bruzdach podświadomości. Jako apologię  gorzkiej krwi snusnu skaleczonego. Ale też i jako przyznanie się, że jest w poecie  lęk, że sen może upodobnić się do prawdy. Łudzi się on, iż życie realne i podświadome, rzeczywistość i anty-rzeczywistość, to różne światy i kontrastowe przestrzenie. Tam pod powłoką postrzeganego świata, tam w pęknięciach skorupy snu:  sól płonącakrew gorzka  i drzazgi ognia. Tam  miedź nie wymówionych słówtratwa popiołu  i   pęknięta łza; tam  złuszczona korażyła deszczu ryba w niebo zapatrzona. Tam pod powłoką realnego blasku i realnego mroku znaleźć można  bolesną realność,  przedziwną  rozpacz spokoju. To tam rodzi się  wiersz pęknięty, który jest jak  we krwi odciśnięty ślad. To  miejsce jest widzialnym echem śmierci, głuchej nicości.

Gdy poeta na moment, bądź na dłużej, wychodzi z cienia, gdy opuszcza splątane arterie martwego miasta, gdy jak krew „wypływa” z trzewi snu, wreszcie – gdy stapia się ze swoimi jasnymi źrenicami, dźwięczy w nim ciepły „luksoryczny” powiew. Światło ma w sobie coś z wyobraźni, a wyobraźnia – słoneczna wyobraźnia – przypomina działanie światła. U Kawińskiego  każdy wiersz/ emanuje nieodbitym światłem –/ każdy jest jak tren i ekloga. Tutaj, na tych rozświetlonych płaskowyżach, na tych białych, świetlano-śnieżnych przestrzeniach, wszystko lśni w obliczu słońca. Tutaj słoneczne protuberancje wyznaczają rytm trwania, cykl każdego istnienia. Czuje to mrówka, która  biegnie niosąc źdźbło na powitanie słońca, „czują” to liście, pomiędzy którymi  spróchniałe płomyki/ Odbicie słońca które odeszło nie niknąc. Tutaj  pod okiem słońca roztapia się skóra i  słońce prześwietla nas. Jest w nas  blask odbity od słonecznego morzaplama słońca; gęste świecidło. Słońce wciąż trwa – mówi poeta – wielkie, bezbrzeżne niczym Bóg, będące obietnicą jutra. Patrząc na nie, zachodzące na niebie, całe we krwi, bolesne, wiesz, że jutro zmartwychwstanie,  wiesz że po nocy znów nastąpi dzień (i zmiana barw i odcieni). Narrator poezji Kawińskiego opowiada świat po wielkim rozbłysku, po oślepiającym wybuchu, po niespodziewanej, wielkiej słonecznej protuberancji. Opowiada świat patrząc dookoła oczyma oślepionymi, jakby jeszcze nie przyzwyczajonymi do tej rozległej, sferycznej jasności. Może jest to chwila po wyładowaniu atmosferycznym, nagłym uderzeniu pioruna, może jest to moment po wybuchu w centrum jakiejś kosmicznej katastrofy. Może to pogłos prawybuchu, wyładowań pierwotnej, groźnej energii? Poeta wie, iż  obrazy wynikają z oślepienia. Dlatego też  porażony blaskiem dnia/ otwiera oczy/ świat się przybliża/ i oddala w głębokości swej/ wstrząsany dreszczem. Narrator tej liryki odnalazł się w sytuacji, gdy targnęło nim oślepiające przebudzenie  i czuje się oszołomiony, przytłoczony. Dlatego drży, nie wie w którą skierować się stronę, nagle świat raz jeszcze traci dla niego swoją realność – zanika dla niego czas i przestrzeń – jak mówi w komentarzu do Hegla Adorno: nieokreślonością jest byt4.   Tak oto koło znowu się zamyka, w nagłym oszołomieniu, w  jasności nie do uwierzenia  odnajdujemy korzenie istnień. Tylko wtedy, gdy  oczy widzą w mgnieniu, w oślepieniu, gdy szybko biegnie znicz/ zielona iskra – łasica przestrzeni  dostrzec możemy w oślepiającej jasności kontury trwania, możemy odnaleźć samego siebie. Wtedy dostrzegać zaczynamy też drugiego człowieka i poeta może powiedzieć – widzę ciebie w odpływie światła/ Z źrenicą otwartą jak rozłupany kamień. Wtedy też światło staje się czymś na kształt zwierciadła życia. To wielkie lustro przypomina, iż  obraz jest trwaniem. Metaforą zdarzeń./ Pragniemy w nim odnaleźć coś, czego już nie ma./ Dlatego ma w sobie świetlistość wspomnienia/ przybraną w nam jedynie znane twarze. Zwierciadło najwyraźniej ukazuje nam pęknięcia w postrzeganiu zmysłowym, pęknięcia niedoskonałego świata. Zwierciadło jest nieufne – mówi poeta – i choć ożywia je światło, często też się przeciwko niemu buntuje, ukazuje rzeczywistość zdeformowaną, odkształconą. Wtedy promienie  rozłamują zwierciadło na rtęć stężałych sekund,  wtedy  płonie krzywe zwierciadło, a im dłużej wpatrywać się będziemy w te płomienie, tym większa wzbierze w nas pewność, że oko nasze kłamie, gdy zaczynamy patrzeć w żywe źródła. W takich chwilach w poecie tym bardziej krzewi się pewność, że  coś w nas samych tworzy to lustro pęknięte. I tak naprawdę nie ma  wyzwolenia z łagodnej dyktatury światła – jest natomiast w poecie  pewność, że traci wszystko stojąc pod smugą blasku. Jego ciało, myśli i pamięć płoną w widmie krwi – i  patrząc pustymi źrenicamiprześwietlony własną krwią zaczyna widzieć wszystko jakby skażone i uwznioślone światłem. Oto  niewidzialny śnieg znaczy na twarzach jadowite promienie wielkiej przezroczystej symfonii  i w jedną ogromną wyrwę światła zmienia się  burza jasna  i   wilk przezroczystyjasny kształt goryczy łuna rdzy. Tu pulsuje drapieżne  tętno świtu, zewsząd spadają  krople blasku  i   strzępy światła,  tutaj  w dymie świetlistym  ciągnie się w dal  zorza krwi. Potem napływa mgła i już tylko z rzadka prześwituje przez nią  srebro błyskającego dnia. Jednak ta mgła jest coraz większa, a unoszące się coraz wyżej brunatne opary wróżą niechybne nadejście mroku. Już  dzień na powiece spala się przejrzyście. Tak długie obcowanie ze światłem i nadwyrężanie tylko jednego zmysłu musiało zrodzić ciemność. Narrator wierszy Kawińskiego opowiada zatem także rzeczywistość po nagłym oślepnięciu, po nagłym przejściu jasności w ciemność. I wcale nie oznacza to, że źródło światła wygasło, nie – to raczej receptory światła nie podołały kolejnym jego falom. Poeta porusza się teraz w  zetlałej ciemności, jeszcze żyje w nim wspomnienie światła, widzi drzewa, domy, ludzi w nagłej świetlnej agonii. Wtedy też zwraca się do drugiego człowieka:  widzę ciebie w odpływie koła,/ które jest światłem zamkniętym. Sens tej świetlanej śmierci stanie się dla nas czytelny, gdy przytoczymy kilka zdań z książki księdza profesora Włodzimierza Sedlaka:  To nieprawda, że umierając wchodzi się w czerń tunelu. To przedpokój jasności. Może jest to sięganie poza krąg, po którym światło obiega wszechświat, zataczając krzywiznę o promieniu trzydziestu pięciu miliardów lat ziemskich (…) W tak wielkiej chwili wystrzelenia swej biologicznej egzystencji, nie wiadomo dlaczego nazywanej śmiercią, sięga się poza system wszechświata. Do samej światłości5. W takim momencie poeta stoi w obliczu kolejnej wyprawy w głąb siebie. Zostały mu już tylko  długie noce po zniknięciu słońca, gdy leżymy nieruchome obok siebie. Została mu wyprawa-ucieczka w przestrzenie powietrza, w przestrzenie oddechu.

Ale jest to jeszcze  oddech przyspieszonyoddech zanurzony w soli słońca. Oddech, który daje życie i jest życiem. Oddech w obrębie którego z każdą chwilą budzi się i umiera milion   ciemnych drobinek powiewu. Tak oto  fale oddechów  przenoszą poetę w inny wymiar i zdaje się on teraz poruszać we wnętrzu jakichś monstrualnych, nieograniczonych, nie mających końca płuc. Przestrzeń wypełnia tu  powietrze lekkie, błonkoskrzydłe, jak rzęsa drgającego oddechu. Ale jest to też powietrze, które dusi i jest tak gęste, że trudno nim oddychać. To  wielkie powietrze ściska (…) gardła. Poeta nie może uwierzyć, iż znalazł się w innej rzeczywistości. Ta przestrzeń ma właściwości aerodynamiczne. Tutaj został  do kół powietrza/ Przybity? Węzeł spraw mocny jak pogorzelisko, tutaj   włosy czesze gorzkie srebro powietrza, tutaj  oczy powietrzaliście powietrza  i widzialne echo świata, z którego poeta przybywa: powietrze zwierciadła. W takiej scenerii powstają  długie wersety poematu o napowietrznej rzeźbie. Ale wcale nie jest to kraina idylliczna – tutaj także można wejść w strefy skażenia i tutaj także przechodzą burze – z łoskotem przewala się wiatr. Tutaj  policzek muska świeża kropla wiatru? A to co minęło/ od nowa rozkwita. Rześkość wiatru budzi olśnienie i poeta znowu odkrywa inne prawa rządzące rzeczywistością, odkrywa przedziwną jedność doznań i odtwarza nieustanne cykle istnienia. Dochodzi do tej samej prawdy, jaką kiedyś wypowiedział Marek Aureliusz: Kto widział teraźniejszość, widział wszystko od wieczności do wieczności. Wszystko bowiem jest jednakiego rodzaju i kształtu jednakiego6. Tutaj w tej groźnej krainie przestrzennej, wietrznej wyobraźni, podobnie jak w krainie światła, cienia, zurbanizowanego snu, widać wszystko jakby w zagęszczeniu, jakby w mikroskopowym powiększeniu. Mówi poeta o sobie i o każdym człowieku:  Jeden niewidzialny powiew/ powalił go na ziemię/ rozbitego wewnątrz na ślepe drobiny. Dlatego „widzi” on tutaj poprzez oddech, poprzez powietrze, widzi poprzez wiatr. Kraina ta rozciąga się od zewnętrza do wnętrza poety. Wiatr wieje w nas, a więc  przywołuje zapach przestrzeni. Poeta zatem jakby faluje od zewnętrzności i świata postrzeganego do wewnętrznych krain przeczuwanych. A priori i a posteriori  ogniu chłodnego powiewu

Tak oto w przywołaniu, w nagłym i bolesnym powrocie zamyka się przestrzeń poety – Świat jest dla niego przypowieścią/ bez metafor/ powtarzaniem tych samych sytuacji.  Jego krainy przypominają geometryczne próżnie z obrazów Mondriana, mają w sobie coś  z ducha wierszy Benna, Sterna. Coś z tragizmu i pęknięcia wierszy Baczyńskiego, coś z logiki liryki Jastruna i rówieśnika Kawińskiego – Brodsky’ego. Mają w sobie coś z martwych  i rozkrzyczanych obrazów Boscha. Wyobraźnia poety jest  elegijna i cierpka, ale to właśnie dzięki niej staje się możliwe dotarcie do  otwartych ran bytu,  możliwe staje się wskazanie zawirowań czasu i przestrzeni. Choćby tylko w obrębie jednego cienia, jednego oddechu, choćby tylko w jednej łusce światła. Poeta stara się wskazywać i penetrować  głębokie rany w skórze przestrzeni,  stara się ogarnąć refleksją liryczną  śpiew kościelny z rozstrzelanej przestrzenitrzymany w dłoniach pusty pęk przestrzeni. Słowa, zdania, metafory Kawińskiego są skłębione, pogmatwane, wymieszane, a owym skłębieniem imitują wspomnianą już wieczną walkę, narodziny i agonie materii i antymaterii, rzeczywistości i nadrzeczywistości. W wierszach tych następuje zestrzelenie zmysłów i kształtów świata w   j e d n i ę   liryczną. Tutaj  obłok szary spoczywa na dnie powietrznego zwierciadła, a odległość jest linią wznoszącą się bezustannie w martwej perspektywie zaciśniętych drzewPod naprężonym murem przestrzeni  poeta czuje się porzucony sam sobie, niechciany, „wypluty” na obcym brzegu przez lodowate morze świata. Czuje się  obcy, obcy nawet sobie./ Samotny, bardziej niż samotny. Tutaj   pod stalowymi kłębami przestrzeni  trwa jego sensualny marsz  po nieistniejącej linie, marsz, który w każdej chwili może zakończyć się upadkiem w nicość. Falująca przestrzeń jest pod nim i nad nim – jest w nim. Oto sytuacja poety miażdżonego przez kleszcze zmysłów – sytuacja człowieka, dla którego powidoki monstrualnej czaszy miasta, światło i ciemność, entropia, oddech, wiatr i duszne powietrze są nadrealnym szeptem istnienia. Błąkając się w labiryncie świata pragnie zapytać pierwszego przechodnia o drogę ku budowlom dzieciństwa. Ale nikt nie nadchodzi, a w powietrzu śmigają tylko ponaddźwiękowe mgły…  

___________

1 E. Husserl, Medytacje Kartezjańskie, tłum. A. Wajs,  Medytacja V, § 53, Warszawa 1982, s. 152.

2 Ibidem, s. 174.

3 Arystoteles, Zagadnienia przyrodnicze, 913a, tłum. L. Regner, Warszawa 1980, s. 178–179.

4 T. W. Adorno, Dialektyka negatywna, tłum. K. Krzemieniowa, Warszawa 1986, s. 168.

5 W. Sedlak, Życie jest światłem, Warszawa 1985, s. 346.

6 Marek Aureliusz, Rozmyślania, Ks. VI 37, tłum. M. Reiter, Warszawa 1984, s. 67.

KALMAR

Zauważyłem na błękitnym niebie chmurę przypominającą kalmara. Kiedyś, jako dziecko, przyglądałem się takim kształtom i wyobrażałem sobie różne odniesienia. Najczęściej robiłem to leżąc w trawie na łące, ale zdarzało się też, że czyniłem to płynąc na plecach w jeziorze. Teraz telefon komórkowy w kieszeni ułatwia utrwalenie takich dziwnych tworów niebieskich…

NAD BRDĄ

Nieoczekiwanie byłem w centrum miasta i musiałem na kogoś poczekać pół godziny, czując, że stracę nieco cennego czasu. Ale tak się nie stało, bo zszedłem z mostu, usiadłem przy Brdzie i zacząłem się jej przyglądać, wyodrębniając gęste wodorosty i ryby różnych rozmiarów, pływające między nimi. Wiele razy kąpałem się w tej rzece, szczególnie w okolicach Czyżkówka, gdzie widywałem ogromne klenie i nurkowałem wytrwale aż do dna. Zacząłem przeglądać archiwum pamięci i pojawiły się konkretne sytuacje nad rzeką – bieganie po zakotwiczonych barkach, przysiadanie przy wędkarzach czekających na branie, spacery z kolejnymi dziewczynami, a potem z moimi dziećmi, wieczorne powroty do domu wzdłuż brzegu. Niegdyś rzeka była bardzo brudna, brunatna i jej zapach też był odstręczający, a teraz woda jest przejrzysta, zachęcająca do zanurzenia. W czasach międzywojennych w tym miejscu było kąpielisko i sporo ludzi siadało na piaszczystym brzegu, bo nie było jeszcze betonowych umocnień. Ruchome obrazy przepływały przez mój mózg, odbicia domów i fary falowały, minuty i sekundy mijały, rzeka szybko toczyła swoje nurty, a ja siedziałem tam u początku trzeciego dziesięciolecia dwudziestego pierwszego wieku. Tak uświadomiłem sobie jak bardzo czas podążył do przodu i przypomniałem sobie starą maksymę Heraklita z Efezu – panta rhei. Człowiek rodzi się i podąża do przodu jak ta woda, mija kolejne miejsca i zbiera doświadczenia, coraz starszy, coraz więcej wiedzący o swoim życiu. Kiedyś ta wiedza będzie pełna, niemal stuprocentowa i trzeba będzie wstać z ławki…       

« Older entries

%d blogerów lubi to: