ADDENDA…

kwartalnik87-okladka-tile

Dwie rozmowy kawiarniane o „Kwartalniku Artystycznym – Pomorze i Kujawy”. Pierwsza z Krzysztofem Derdowskim, który miał ponoć zarzucić Myszkowskiemu, że uparcie lansuje model pisma dla VIP-ów, druga – z prof. Józefem Banaszakiem, który zgodził się ze mną, że Redaktor Naczelny tego periodyku musi mieć jakieś ogromne kompleksy, związane z naszym regionalizmem. Jakby szukał potwierdzenia, że publikacje Miłosza, Różewicza, Szymborskiej czy Herberta ustawiają go z nimi w jednym szeregu. Tymczasem Myszkowski jest mizernym prozaikiem i krytykiem, którego zapamiętałem z paskudnych napaści na mnie, które opublikował w dawnych „Kujawach” i wcale nie wzniósł się ponad tamte publikacje. Nie potrafiłbym wskazać jakiejś jego porządkującej zasady krytycznoliterackiej albo ciągu rozwojowego prozy, to ledwie przyczynki do obrazu literatury naszego regionu. Oczywiście bardzo ważne są publikacje merytorycznych materiałów, związanych z Samuelem Beckettem, licznymi gwiazdami literatury światowej, ale mamy tutaj do czynienia z sytuacją, gdy wystawia się rzeźbę młodzieńca (dajmy na to Dawida), który ma piękną głowę, interesujący profil, a reszta jego ciała to suche kości, bez mięsni i nerwów. W periodyku tym brakuje tkanki łącznej, czyli utworów autorów Pomorza i Kujaw, a stała obecność Głowińskiego, Chwina, Hartwig jest nudna, konwencjonalna i niczego nie wnosi do obrazu aktywności literackiej między Bydgoszczą a Toruniem. Nie ulega wątpliwości, że Myszkowski tymi tuzami, tymi wielkimi postaciami, tuszuje mizerię swoich dokonań literackich, a szczególnie takiej dziwacznej pisaniny pt. Addenda, która obrazuje jego bezdech twórczy i brak energii narracyjnej. Widać to już było w jego tekstach prozatorskich albo streszczeniach, które umieszczał w dziale recenzji, ale tutaj mamy do czynienia z zadęciem totalnym, bo należy te zapiski odbierać jako drogocenne szczątki myśli i działań redaktora. Jeśli byłyby to cudownie odnalezione zdania, wyrazy, cząstki Szekspira, Kafki, Dostojewskiego, to miałoby to jakiś sens, a tu mamy jednozdaniowe bazgroły, które czytelnik ma uznać za szczególne, syntetyczne wskazania i komentarze. Na przykład takie: Pełnia księżyca. Rój ruin i ich rytm. Auta, skutery, motory, autokary. Drzewa, mury, błękit. Widok do środka i na zewnątrz, na Miasto. Rozproszeni, w ścisku, w swoim porządku. Rogi i moc Mojżesza. Skalne nory Etrusków. Można by mnożyć te „zapiski”, bo cykl liczy już ponad czterdzieści części, a nasz pisarz zapewne będzie dalej obrazował swoje bezdechy, zagapienia i „komentarze” do rzeczywistości, w której bywał i bywa. Niestety, choćby nie wiadomo jakimi wielkimi pisarzami Myszkowski obudowywałby swoje pisanie, zawsze widać będzie wyrazisty rozdział pomiędzy nim i nimi i takie określenia jak nory Etrusków, będą obrazowały kim jest naprawdę jako autor. Może to chociaż jeden wartościowy regionalizm w rozdętym do granic możliwości dziele pt. „Kwartalnik Artystyczny”… A przecież wszyscy razem należymy tylko do literatury polskiej, gdzieś między Słowakami, Czechami, Bułgarami, Chorwatami i Serbami i nic nie da się zrobić w zakresie promocji, ekspandacji ogólnoświatowej, jeśli pisarz nie pisze po angielsku, francusku albo niemiecku…

Reklamy

PTAKI W ŻÓŁTYCH RAMACH

Przy okazji pisania o moich młodzieńczych fascynacjach  i studiowaniu periodyków geograficznych raz jeszcze sprawdziłem jaka jest potęga Internetu. Znalazłem stronę, na której umieszczono prawie wszystkie okładki „National Geographic”, a potem – skoro blog jest dziennikiem ornitologa – łatwe było wyodrębnienie najlepszych przedstawień ptaków, pogrupowanie ich i połączenie w poczwórne obrazki i wstawienie tutaj.

1

2

3

4

BIBLIOTEKA (6)

National-Geographic-Magazine-1977-03-March

Jakież to były przeżycia, gdy interesując się żarliwie geografią, wertowałem w tę i z powrotem numery dwóch miesięczników – „Poznaj Świat” i „Kontynentów”. Co miesiąc czekałem w napięciu na pojawienie się nowych woluminów, wypytywałem panie w kioskach, czy już je dostarczono, a gdy to miało miejsce, natychmiast je kupowałem i pędziłem do domu, by przeczytać od deski do deski. Szybko uzbierało się w moim pokoju bardzo dużo tych periodyków i często wracałem do starych numerów, czytałem artykuły i przyglądałem się mapom. Jakaż była moja radość, gdy mój nieco starszy kolega zaczął pracować w składzie makulatury i dostarczać mi egzemplarze archiwalne. Pewnego dnia zawołał mnie na klatkę schodową, gdzie zwykle handlowaliśmy znaczkami i innymi numizmatami i pokazał mi prawdziwy skarb, chyba ze sto starych numerów pisma „Poznaj świat” i kilkanaście „Kontynentów”. Niektóre były trochę sfatygowane, ale większość wyglądała jakby dopiero została wydrukowana. Widocznie ktoś właściwie je przechowywał, w jakieś szczelnej szafie i nie spłowiały, nie zżółkły, aż w końcu trafiły do składu makulatury, gdzie miały być przemielone i wysłane do papierni. Tadziu, bo tak miał na imię mój kolega, zaproponował mi oddanie tego znaleziska za mój album znaczków pocztowych z różnych krajów. Bardzo to było bolesne, ale od jakiegoś czasu zbierałem przede wszystkim znaczki z Afryki, które gromadziłem w dwóch innych klaserach, więc z ciężkim sercem oddałem walory, które towarzyszyły mi od lat i zostałem właścicielem ogromnego zbioru pism geograficznych. Odtąd były już stałym elementem wystroju mojego malutkiego pokoju (charakterystycznej dla budownictwa peerelowskiego wnęki), który dodatkowo dzieliłem z moim bratem. Jakoś jednak wychowaliśmy się razem w tej klitce i wywodząc się ze zwykłej, standardowej rodziny umieliśmy wytworzyć w sobie ogromne pasje – u mnie związaną z literaturą, geografią i przyrodą, a u brata z fotografią, ornitologią i szybownictwem.

1

Myślałem poważnie o studiowaniu geografii i jeśli chodzi o ten przedmiot, byłem najlepszym uczniem w klasie. Miało to swoje dobre strony, ale też generowało zagrożenia, bo zawalałem inne lekcje, czekając z utęsknieniem na moje ulubione godziny. W „Poznaj świecie” było sporo artykułów opisujących dalekie wyprawy, zagubione gdzieś zakątki ziemi, gdzie docierali reporterzy i podróżnicy. Dzięki tym lekturom dobrze poznałem oblicza świata, od amazońskiej i afrykańskiej dżungli, poprzez lodowate pustki półkuli południowej, syberyjskiej tajgi i tundry – czytywałem o pustyniach Australii, Atakamie i Saharze, wznosiłem się ku najwyższym szczytom Himalajów i Andów, albo podejmowałem wyprawy na McKinley, Górę Kościuszki lub znacznie niższe, ale jakże ciekawe szczyty alpejskie. „Kontynenty” były większym pismem, wydawanym na lepszym papierze i miały także interesujący, lekko kulturowy profil. Pojawiały się w nim artykuły o rzeźbach i maskach, o dziwnych totemach i pięknej biżuterii, a przy tym nie brakowało też opisów ekstremalnych krain, zdumiewających narodów, elementów dalekiej rzeczywistości, pełnej zagrożeń, ale będącej też wspaniałym wyzwaniem. Oczyma wyobraźni widziałem siebie w tamtych przestrzeniach i w czasach szkolnych zadawalałem się uczestnictwem czytelniczym. Gdy dzisiaj przyglądam się w Internecie okładkom starych numerów tych pism, przypominają mi się one wizualnie, ale też wraca aura tamtego zauroczenia, pasji, która potem powtórzyła się, gdy zacząłem wchodzić do świata literatury i sztuki. Nie wiem co stało się z tymi periodykami, ale jeszcze dość długo po moim wyjściu z domu leżały w piwnicy i chyba po jakimś czasie mój ojciec wyrzucił je do śmietnika albo oddał do składnicy makulatury. Teraz czasami kupuję nowe numery i staram się porównywać je z tymi, które kiedyś wertowałem, a choć wydawane są na znakomitym, kredowym papierze, lepsza jest jakość fotografii i opracowania typograficznego, to z łezką w oku wracam do wcześniejszych doświadczeń lekturowych. Niby niczego nie mogę zarzuć współczesnym odmianom tych pism, niby kontynuują one wypracowane kształty, ale czegoś mi w nich brakuje. No i wiem czego – tamtej pasji, tamtego zauroczenia, krótko mówiąc młodości i chęci zdobywania świata, może nieco naiwnego przekonania, że stoi on przed nami otworem i starczy tylko wejść w jakąś koleinę, by doprowadziła nas ona ku bezdrożom okolic Uluru Rock, Wodospadów Wiktorii albo ciągu uliczek Hongkongu, Szanghaju, Marakeszu.

169507121_1_1000x700_kontynenty-miesiecznik-czasopismo-lodz

Gdy byłem już studentem polonistyki nie rezygnowałem z moich pasji geograficznych, odbywając pierwsze podróże zagraniczne, a nade wszystko studiując po angielsku periodyk, który był moją wielką tęsknotą, choć dość długo był niedostępny. Dopiero, gdy zauważyłem, że „National Geographic” pojawia się w bydgoskim antykwariacie naukowym, zacząłem go kupować za dość duże pieniądze. To były prawdziwe uczty geograficzne, a wertowanie stron i czytanie artykułów miało w sobie coś z wchodzenia do zakazanej rzeczywistości kultury zachodniej. Wspaniały, kredowy papier i najlepsze na świecie fotografie, a przy tym świadomość, że ma się w ręku coś, co przez długie lata znane mi było tylko z opowieści i prezentacji telewizyjnych. Szybko zaczęły rosnąć u mnie sterty pism, w charakterystycznej żółtej ramce i wracałem do nich w każdej wolnej chwili, stale znajdując coś nowego, wciąż docierając do informacji, które mnie zdumiewały. Wielką wartością były tutaj bogato ilustrowane, specjalne bloki tematyczne i do dzisiaj pamiętam lekturę numerów poświęconą gorylom z masywu wulkanicznego Wirunga, na pograniczu Konga, Ugandy i Rwandy, wielkim postaciom historycznym, takim jak Czyngis-chan, Tutenchamon czy Timur, piramidom w Gizie, miastu Inków w Peru albo Wielkiemu Murowi Chińskiemu. Oprócz wartości poznawczych, szlifowałem także język angielski, planowałem nowe wyprawy, a podziwiając zdjęcia Niagary, gór Kurdystanu, wielkiej rzeki Jangcy i Huang Ho, stając wirtualnie na brzegu Morza Północnego, wędrując ulicami Barcelony, Fryburga, Gandawy, Nankinu, Nowego Jorku, nie mogłem nawet przypuszczać, że kiedyś wejdę w tę rzeczywistość. Zawsze wierzyłem w siłę marzeń i moje wielkie monografie, poświęcone poetom romantycznym, powstały dzięki takiemu zachwytowi i dążeniu do zrealizowania ambitnych planów. „National Geographic”, tak jak „Poznaj Świat”, „Kontynenty”, a także „Poznaj Swój Kraj”, odegrały wielką rolę w kształtowaniu się mojej świadomości i wywarły znaczący wpływ na osobowość. Teraz wciąż jeszcze mam na półce sporo starych numerów pisma Narodowego Towarzystwa Geograficznego i czasami przed snem, przed ostatecznym zamknięciem dnia, biorę je do ręki, wertuję i poczytuję. Dzięki tym periodykom uwierzyłem, że życie może być wielką przygodą, a chociaż jesteśmy śmiertelnymi bytami, stale podlegającymi prawom licznych zagrożeń, czających się chorób i ludzkich bestii, to możemy osiągać cele, które zdawać by się mogło są niedosiężne, dalekie i nierealne. A jednak…

featured-animals

DUMA

James Foley

James Foley

W Internecie znalazł się film z egzekucji amerykańskiego dziennikarza Jamesa Foleya, którego po dwóch latach więzienia w Syrii i północnym Iraku, zdekapitował pochodzący z Londynu islamista. Zdradził go akcent i sposób posługiwania się językiem angielskim, jakże charakterystyczny dla brytyjskich Arabów. Patrzę na ten przerażający zapis i widzę dumnego człowieka, ubranego w pomarańczowe łachy, zmuszonego do wygłoszenia absurdalnych tekstów, ale zachowującego się godnie w obliczu swoich ostatnich chwil. Obok niego stoi zarozumialec, podrygujący i co chwilę lekko unoszący się na nogach, co wyraźnie wskazuje na użycie narkotyków. To dla niego rodzaj zabawy, a zarazem popis głupoty, religijnego otumanienia, walki o coś, co może tysiąc lat temu miało jakiś „sens”, ale teraz jest tylko archaicznym cytatem kulturowym, rodzajem pułapki, w którą stale wpadają nadpobudliwi młodzieńcy na Bliskim Wschodzie. Patrząc na te dwie postaci, bohatera zarzynanego z zimną krwią i rzeźnika, który chce zamanifestować siłę swego ugrupowania, a staje w jednym szeregu z najohydniejszymi ludzkimi bytami, jakie pojawiły się na ziemi, zauważam coś, co umknęło uwadze tych, którzy film rozpowszechnili w sieci. To zapatrzenie Jamesa w dal, to jego sztywne trzymanie się na kolanach i rodzaj dumy ze swojego życia, rysujący się na twarzy, to wreszcie sposób, w jaki wypowiada narzucony mu tekst. Ubrane na czarno kreatury, pragnące zastraszyć ludzi Zachodu, pokazały wspaniałego człowieka, który nie ugiął się do końca. Wcześniej uwolniony francuski więzień, za którego zapłacono ogromny okup, mówi, że Foley zachowywał się dumnie przez cały czas uwięzienia, dzielił się chlebem, oddawał koc w zimne noce, a nade wszystko bez skargi znosił obelgi i ciosy pilnujących go strażników. W świecie ludzkim, na początku nowego stulecia, w którym miało już nie być wojen i zbrodni, stale stajemy w obliczu zezwięrzęcenia i utraty cech ludzkich różnych szaleńców. Żaden z poziomów życia społecznego nie jest wolny od takich postaci, czy to będzie włóczęga w opuszczonym budynku, czy rozhisteryzowany kibic drużyny futbolowej, czy profesor uniwersytetu, potajemnie zatrudniający w swojej Katedrze młodą kochankę, wszędzie pojawi się ten sam błazeński profil, wykrzywienie rysów ludzkich i nienawiść w oczach, jak u wilka, rzucającego się na bezbronne jagnię. Tutaj, w północnym Iraku, w otoczeniu piachów i zwietrzałych wzgórz, rozegrał się dramat jednego człowieka i całej ludzkości, a jego uczestnicy, kaci w dziwacznym przebraniu, już są martwi, bo prędzej czy później zabiją ich kompani, lub wpadną w ręce amerykańskich lub kurdyjskich mścicieli.

Byłem w północnym Iraku jesienią 2011 roku i przemierzałem samochodami ziemie zamieszkiwane przez Jazydów i Kurdów. Wszędzie spotykałem wspaniałych ludzi i z wieloma się zaprzyjaźniłem. W As- Sulajmanijji, zetknąłem się z Malą Baktiarem, jakby duchowym przywódcą Kurdystanu, prezentującym się jak europejski polityk, zawsze chodzącym w nienagannie skrojonych garniturach. Teraz widzę jego zdjęcia w polowych szarawarach, podczas spotkań z bojownikami, z kałasznikowem w rękach. W Iraku rozmawialiśmy o aspiracjach narodu kurdyjskiego do wolności, o przemianach na Bliskim Wschodzie i szansach na zaprowadzenie nowego ładu. Minęły zaledwie trzy lata i wróg wewnętrzny, armie ubranych na czarno łotrów, stanęły przy umownych granicach ziem kurdyjskich. Jestem jednak spokojny o dalszy ciąg zdarzeń, bo ludzie, których spotkałem, z którymi piłem wino i jadłem arabski chleb, mieli w sobie ten sam rodzaj ludzkiej dumy, jaki pojawił się w postawie ginącego Jamesa Foleya. Oni nie pozwolą by islamskie hordy wdarły się do pięknie odbudowanego Erbilu, do kwitnącej As-Sulajmanijji, by rozbiły swoje obozy nad zjawiskowym jeziorem Dukan, opanowały ziemie, na których od wieków uprawiano pomarańcze i granaty. W roku 2013 pojechałem z kolei do Centralnego Iraku i dotarłem nieopodal ruin starożytnego Babilonu, gdzie mogłem obserwować innych ludzi, najczęściej spokojnych i mających dosyć nieustannych wojen. Ale pośród nich widywałem takich, którzy patrzyli na mnie zbyt uważnie, z dzikim błyskiem w oku, i może rozważali czy nadałbym się na zakładnika. Ochrona była na szczęście bardzo szczelna, a potem w Bagdadzie – jeżdżąc z jednym z posłów parlamentu – przemykałem specjalnymi, chronionymi przez żołnierzy alejami, przeznaczonymi tylko dla polityków i ich gości. Dopiero dzisiaj zdaję sobie sprawę jak niebezpieczna była ta podróż i jak bardzo narażałem życie – szczególnie podczas samotnej eskapady samochodowej przez wsie nad rzeką Szatt al-Hilla. Wydawało mi się, że wszystko jest w porządku, a życie biegnie swoim torem w małych, najczęściej zamkniętych domostwach – dzisiaj wiem, że zło czaiło się wszędzie i żaden Europejczyk nie może tam czuć się bezpiecznie. Myślę, że śmierć bohaterskiego dziennikarza wyrządziła islamistom więcej szkód, niż zdolni to sobie byli wyobrazić i odpowiedź cywilizowanego świata będzie piorunująca. Krew Jamesa Foleya wsiąkła w piasek północnego Iraku, ale jego ofiara będzie jak rozkaz, wydany doborowym amerykańskim jednostkom i żadne kodeksy, żadne religijne nakazy nie staną im na przeszkodzie.

OBIEŻYŚWIAT

Na rynku pojawia się coraz więcej fachowych pism, zorientowanych na konkretnego czytelnika. Mnie szczególnie interesują periodyki zajmujące się naturą i podróżami. Właśnie wpadł mi w ręce kwartalnik „Obieżyświat”, pismo łączące elementy turystycznego przewodnika z otwartą formułą, znaną wcześniej z „kontynentów” czy „Poznaj Świata”. Już sama okładka, prezentująca piaski pustyni i ludzi podążających na wielbłądach, zachęca do sięgnięcia po ten magazyn. Z ogromnym zainteresowaniem przeczytałem główne artykuły o podróżach do Tunezji i Maroka, Norwegii i Szwecji oraz do Wietnamu i Indii. Łukasz Wall opisał swoją wyprawę do świętego, indyjskiego miasta Varanasi. Leży ono nad Gangesem i słynie z rytualnych kąpieli w tej wielkiej rzece. Autorowi udało się odzwierciedlić w tekście i na załączonych fotografiach niezwykłą mozaikę kulturową, wychyloną ku tradycji i eschatologii. Obok tętniących życiem ulic i targów, widzimy świątynie i uwieńczone sznurami kwiatów posągi, święte krowy i wypełnione pielgrzymami łodzie, schodkową architekturę i wiecznie płonące stosy kremacyjne. Z kolei Sebastian Durbacz przybliża współczesny Wietnam, z jego najpiękniejszymi zakątkami, od Zatoki Ha Long, poprzez rozlewiska Mekongu, z pływającymi targowiskami i dziewiczą roślinnością oraz fauną. Ten skansen komunizmu staje się ostatnio prawdziwym tygrysem gospodarki, a to przede wszystkim za sprawą turystyki i indywidualnych przedsięwzięć biznesowych jego obywateli. Choć wszędzie pełno symboli i haseł z poprzedniej epoki, to ludzie mają tyle swobody, by cieszyć się życiem i rozwijać swoje zainteresowania. Z Azji podążamy do Afryki, a pomaga nam w tym tekst i fotografie Moniki Witkowskiej, która odwiedziła Maroko. Autorka zaczęła podróż w Marakeszu, a potem wybrała się na wielbłądach na marokańską Saharę. Niestety zauważała wszechobecną tandetę, przygotowywana dla turystów – nawet Tuaregów udawali przebrani w niebieskie szaty Berberowie. Także tekst Bogusława Matuszkiewicza o Tunezji ma charakter przewodnikowego przybliżenia i jest bardziej relacją z podróży, niż pogłębionym studium. Bardziej spodobał mi się artykuł tego samego autora o Szwecji, w którym pojawiła się próba analizy skandynawskich fenomenów. Dobrym uzupełnieniem lekturowym w tym względzie było dla mnie też przybliżenie Norwegii, dokonane przez Annę Szulc. Podążamy z podróżniczką szlakami ku lodowcu Jostedals, poruszamy się rowerami i łodziami, a nawet nurkujemy w chłodnych toniach fiordów. Spośród innych relacji, chciałbym wyróżnić jeszcze w tymże „Obieżyświecie” relację Bogusława Nowaka z dalekiej wyprawy do Nowej Zelandii i zwiedzenia Parku Narodowego Tongariro. To tam, pośród dziewiczych, wulkanicznych krajobrazów, kręcono wiele scen Władcy pierścieni, a autorowi udało się wejść nawet na wysoki stożek Ngauruhoe. Krajobraz jest tam tyleż marsjański, co malowniczy i nieustannie przypomina jakim niezwykłym fenomenem jest życie pośród tak zjawiskowego i różnorodnego świata. Oczywiście w numerze przybliżanego tutaj periodyku znajdziemy też wiele innych ciekawych tekstów, różnorakie użyteczne informacje, relacje i recenzje, cenne jest też to, że sporo miejsca poświęcono polskim perłom turystycznym. W sumie ciekawa lektura, mogąca dopomóc w wyborze miejsca, gdzie chcielibyśmy spędzić wakacje lub interaktywnie wchodzić w świat natury.

ŚWIAT NAUKI – SCIENTIFIC AMERICAN

Na początku każdego miesiąca cieszę się z uczty intelektualnej, jaka czeka mnie po ukazaniu się kolejnego numeru „Świata Nauki”. Jest to barwnie ilustrowany periodyk, wydawany w ścisłej kooperacji z pismem zza oceanu „Scientific American”. To wydawnictwo ukazuje się zresztą w wielu krajach, żeby wspomnieć tylko Holandię, Brazylię, Chiny, Francję, Grecję, Indie, Izrael, Japonię, Kuwejt, Rosję i Włochy. Tych państw jest więcej i można śmiało powiedzieć, że miesięcznik ów stanowi ważne źródło informacji, o nauce i jej osiągnięciach, dla wielkiej części ludzkości. Mnie najbardziej interesują artykuły o wszechświecie i o ostatnich odkryciach w zakresie jego badania, ale prawdę powiedziawszy, czytam wszystko i równym zainteresowaniem obdarzam artykuły o zwierzętach, o człowieku i jego patologiach, o roślinach i minerałach, o chorobach i wynalazkach, czy wreszcie o rewizjach lub hipotezach naukowych. Z racji ostatnich moich podróży na lekturę czekały aż trzy nowe numery „Świata Nauki”, spośród których przeczytałem właśnie edycję wrześniową. W zakresie zainteresowań kosmicznych i astronomicznych dowiedziałem się o pierwszych sukcesach nowego teleskopu orbitalnego – „Kepler”. Od dwunastego maja prowadzi on obserwacje wielkich głębin wszechświata i już „wypatrzył” planetę, odkryta wcześniej z teleskopów naziemnych. Nowe odkrycia będą możliwe dopiero po około dwóch latach, kiedy to poszczególne sygnały „planetarne” będą wyraźnie odróżniały się od przypadkowych szumów. W tym dziale, choć napisany lekko, z elementami dowcipu, sytuuje się też tekst Eduardo Guérona pt. Przygody w zakrzywionej czasoprzestrzeni. Nawiązując do, opublikowanych w latach czterdziestych dwudziestego wieku, opowiadań George’a Gamowa, autor w przystępny sposób ukazuje, iż powstała dziewięćdziesiąt lat temu ogólna teoria względności Alberta Einsteina nie przestaje zaskakiwać uczonych. Odkryli oni między innymi, że w teorii tej, w której grawitacja jest skutkiem zakrzywienia czasoprzestrzeni, ciało może pozornie łamać podstawowe zasady fizyki i „pływać” w próżni, nie odpychając się od czegokolwiek i nie będąc przez nic popychane. Krzywizna czasoprzestrzeni pozwoliłaby też na swobodne szybowanie, dzięki któremu ciało mogłoby spowolnić swój upadek w próżni. Spośród innych artykułów poleciłbym Paleolityczny kryminał Kate Wong, mówiący o naszych najbliższych krewnych – neandertalczykach. Zamieszkiwali oni Europę i zachodnią Azję przez ponad dwieście tysięcy lat, ale przed niespełna 28 tysiącami lat doszczętnie wyginęli. Ta wielka zagadka od dawna nurtuje uczonych, którzy w różnych okresach współczesności formułowali wiele teorii na ten temat. Przybliżenie Wong wskazuje, iż najnowsze hipotezy koncentrują się wokół nieprzystosowania tych istot do zmian klimatycznych i różnic w zachowaniu, a także wokół cech biologicznych, dających przewagę współczesnej populacji. Warto też przeczytać tekst Alessio Fasano o celiakii, którą wywołuje gluten, główne białko ziaren pszenicy. Okazuje się, że chorobę powodują trzy czynniki – środowisko, uwarunkowania genetyczne i nieszczelne jelito (nieprawidłowość anatonomiczna). Czytelnicy zainteresowani fizyką i nowinkami technicznymi, zapewne z wielkim zainteresowaniem, przeczytają tekst Grahama P. Collinsa o nadprzewodnictwie pniktydków żelaza w temperaturze pięćdziesięciu stopni, w skali Kelvina. Wielką frajdę lekturową daje też artykuł Jean-Claude’a Caissarda, Sylvie Baudino i Philippe’a Hugueneya o zapachu róż. Przyjmujemy ich woń jako oczywistość, zachwycamy się nią i wyodrębniamy ją spośród tysięcy innych aromatów, ale nigdy nie zastanawiamy się nad jej strukturą. Tutaj czytamy, że róże zawdzięczają swój zapach dziesiątkom substancji lotnych, wytwarzanych przez różne organelle roślinne. Wytwarzanie tych związków ma wiele wspólnego z procesem produkcji barwników, a opracowanie szlaków metabolicznych syntezy powiązań lotnych możliwe jest w sytuacji zaniku zapachu, u róż przeznaczonych do sprzedaży, jako kwiaty cięte. Ciekawy jest też tekst Mellindy Wenner o nowych farmaceutykach, które wykorzystują zjawisko zwane allosterią. Związki takie subtelnie modulują aktywność receptorów, przez co wywołują mniej skutków ubocznych i mogą zrewolucjonizować terapię chorób dotąd nieuleczalnych. W omawianym numerze Matthew L. Wald porusza też ważki problem składowania wypalonego paliwa jądrowego, David Jay Brown pisze o szałwii i jej wykorzystaniu w medycynie, a Peter Brown analizuje tajemniczą chorobę białego nosa u nietoperzy, które za szybko się budzą, zużywają resztę zgromadzonego, zimowego tłuszczu i umierają z głodu. To jeszcze nie wszystko – chcąc zachęcić czytelników mojego dziennika do lektury tego wspaniałego periodyku, pomijam część artykułów i pozostawiam je do odkrycia tropicielom tajemnic, fantastom i entuzjastom nauki. Jednocześnie biorę się za lekturę numeru październikowego i listopadowego, a czekam na grudniowy…

TRAVELER

Jadąc pociągiem z Warszawy do domu, czytałem różne gazety i magazyny. Najdłużej moją uwagę przykuło pismo „Traveler”, wydawane przez tę samą firmę co „National Geographic”. Szkoda, że w czasach mojej młodości nie było w Polsce takich pism, bo zapewne czytywałbym je od deski do deski – wtedy robiłem tak z „Poznaj Światem” i „Kontynentami”, kartkowałem Traveler2„Nationala”.. Teraz zagłębiłem się w nową lekturę i zauważyłem, że wybrany przeze mnie magazyn prezentuje różne miejsca na świecie, a zarazem informuje o cenach i terminach wycieczek, przypomina jakie są warunki podróżowania i co warto zobaczyć. W tym numerze był ciekawy artykuł o Egipcie, w którym treść rozpisana została na kolejne dni wyprawy – w sumie bardzo konkretne i wartościowe przybliżenie. Ale moją uwagę przykuły przede wszystkim trzy niezwykle interesujące artykuły o Chinach, w których przecież byłem miesiąc temu i które sam opisuję regularnie na moim blogu. Te teksty były dla mnie uzupełnieniem tego, co widziałem, ponieważ przybliżały inne miejsca Państwa Środka. Edi Pyrek opisał Pekin i Zakazane Miasto, a także okolice Wielkiego Muru , Klasztor Szaolin w Luoyang oraz słynną terakotową armię w mieście Xi’an. Z kolei Radek Pyffel zrelacjonował podróż przez środkowe Chiny – zaczął od Hongkongu, a potem był w Kantonie i Chengdu, dalej zwiedził Dolinę Jiuzhaigou i odbył kilkudniowy rejs po rzece Jangcy, zaczynając posuwać się tym wielkim traktem wodnym z Chongqing. Tak, pośród zjawiskowych, krystalicznie czystych krajobrazów, dotarł do Wuhanu, skąd dalej ruszył do Nankinu i zakończył wyprawę w Hangzhou, rozkoszując się zachodem słońca nad jeziorem Xi Hu. Trzeci artykuł napisał Krzysztof Darewicz, który z kolei  podróżował po południowych Chinach, odwiedził Szanghaj, który bystro opisał, a dalej ruszył do Suzhou nad Wielkim Kanałem, poleciał samolotem do Xiamen, był w Kantonie, pojechał autostradą do Yangjing nad Morzem Południowochińskim i wreszcie zakończył swoją wyprawę w Makau. Te trzy narracje w niezwykły sposób dopełniły moje chińskie obserwacje i spowodowały, że zatęskniłem także i do tych miejsc – myślę, że Chiny zajmą teraz ważne miejsce w moich podróżniczych, naukowych i literackich planach. Czytając dalej „Travelera” zapoznałem się z tekstami na temat Lisbony, malowniczych czeskich miasteczek, był też artykuł o sposobach podróżowania motocyklem przez różne kontynenty oraz dżipem przez Himalaje, do tego sporo ciekawych krótkich artykulików, niewielkich przypomnień i przybliżeń. Na koniec – gdy już zbliżałem się do Bydgoszczy – przeczytałem raport specjalny Barbary Żukowskiej o Christopherze McCandlessie, który po skończeniu studiów wybrał życie samotnicze, odciął się od rodziny, swobodnie podróżował po Stanach Zjednoczonych, a pragnąc być naprawdę wolny, dotarł na Alaskę, gdzie zamieszkał we wraku starego autobusu. Był wybitnym studentem i sportowcem, ale rozdał 24 tysiące dolarów swoich oszczędności, zrezygnował z wynalazków komunikacyjnych cywilizacji i ruszył na szlak. Jego historia została opowiedziana w filmie wyreżyserowanym przez Seana Penna, noszącym tytuł Into the Wild (polski tytuł: Wszystko za życie). Ten poszukiwacz ekstremalnych doświadczeń i jeden z nielicznych naprawdę wolnych ludzi na tym świecie, zapłacił wysoką cenę za swoje marzenia i w końcu umarł z głodu, zapomniany pośród wichrów i pustkowi północnej krainy. Czytelnicy zainteresowani zwierzętami znajdą w tym numerze podróżniczego periodyku także ciekawy tekst o słoniach, a poszukiwacze religijnych śladów historii, zapewne z zaciekawieniem przeczytają artykuł o Synaju i jego zabytkach. Jest też opowieść o wyprawie nastolatków do Włoch, którzy wygrali wycieczkę w konkursie zorganizowanym przez „Travelera”. W sumie wiele ciekawej lektury, sporo wiadomości o egzotycznych krajach i miejscach, a także trochę przybliżeń nie tak dalekich miejsc – lektura ze wszech miar godna polecenia, pismo, które powinno znaleźć się w bibliotekach szkolnych i na lekcjach geografii, historii, techniki, a także języka polskiego, bo przyszli autorzy ciekawych tekstów powinni uczyć się pisać na lekcjach rodzimej mowy. Nic tak nie kształci człowieka i nie uczy go pięknie formułować myśli, jak opisy podróży, w które wkłada się wiele serca i które dają tyle radości, wiedzy, dawnej mądrości i siły.

NATIONAL GEOGRAPHIC

nationalW szkole podstawowej miewałem różne młodzieńcze fascynacje i jedną z nich była geografia. Pisałem już o moim gromadzeniu polskich periodyków podróżniczych – „Poznaj Świata” i „Kontynentów”, ale dość szybko zacząłem też gromadzić anglojęzyczne wersje pięknego magazynu „National Geographic”. Pismo to szokowało z powodu niezwykłej szaty graficznej, wyrazistych fotografii i znakomitego kredowego papieru. W tym czasie, na takiej „kredzie”, drukowano w Polsce tylko dzieła Lenina, ewentualnie można było kupić albumy wydawnictw enerdowskich, jugosłowiańskich lub sowieckich. Jedynym miejscem w moim mieście, gdzie można było nabyć „National Geographic” był antykwariat naukowy na Starym Rynku. Choć egzemplarze były drogie, kupowałem po jednym, po dwa, przeglądałem, poczytywałem po angielsku, ucząc się w ten sposób po trochu obcego języka. Ileż godzin spędziłem nad fotografiami z Afryki, Ameryki Południowej i Australii, ileż miejsc poznałem dzięki odważnym reporterom i autorom – bywałem razem z nimi pośród wysp Oceanii i Oceanu Indyjskiego, odwiedzałem Atakamę, Danakil, Angkor, Nową Zelandię, lodowe pustkowia Antarktyki i ruiny starożytnego Egiptu. A ile było chwil zadumy nad kosmosem, pięknie prezentowanymi dalekimi planetami, konstelacjami gwiezdnymi lub głębinami morskimi. Dzięki temu periodykowi znałem wiele rzadkich zwierząt i bezkręgowców, zapoznawałem się z roślinami różnych kręgów klimatycznych, a nade wszystko przypatrywałem się ludziom o różnych kolorach skóry i sylwetkach, różnie się ubierających i zajmujących się uprawą roli, hodowlą zwierząt lub po prostu mieszkających i pracujących w dalekich miastach i miasteczkach. Pociągała mnie ta odmienność życia i potrafiłem prawdziwie zatopić się w dalekich rzeczywistościach. W „National Geographic” pojawiły się szybko reklamy nowych urządzeń, takich jak nowoczesne telewizory, magnetofony czy odtwarzacze video, a także estetycznych sprzętów biurowych. Z racji mojego specjalnego poukładania życiowego, patrzyłem z zachwytem na specjalne, żółte oprawy do roczników pisma „Narodowo Geograficznego”, a także na odpowiednie regały do ich przechowywania. Marzyłem, że jak będę starszy, to w swoim domu będę miał wiele takich półek z rocznikami ulubionego periodyku. Oczywiście życie zweryfikowało moje plany, bo we współczesnych mieszkaniach nie ma wolnej przestrzeni na takie zbiory, tym bardziej, że moje miejsce do życia dosłownie zawalone jest książkami. Coraz częściej pojawia się jednak u mnie myśl, że jak będę na emeryturze, poustawiam na pólkach te magazyny i będę się rozkoszował ich przeglądaniem i lekturą… Siedząc w swoim małym pokoiku na bydgoskim osiedlu i wpatrując się w fotografie, studiując załączane mapy, nie wierzyłem, że kiedyś zobaczę te miejsca. A jednak życie bywa zmienne i nieobliczalne. Myślałem o tym, gdy po raz pierwszy lądowałem na amerykańskiej ziemi, gdy potem wracałem do Nowego Jorku i dotarłem na Florydę, gdy odwiedzałem wiele krajów i kontynentów, a nade wszystko gdy spotykałem ludzi przypominających tych, z dawnych barwnych fotografii w „National Geographic”. Teraz, choć regularnie kupuję periodyk w charakterystycznej, żółtej ramce, nie zawsze mam czas na natychmiastową lekturę i dosłowne – jak niegdyś – pochłanianie kolejnych tekstów. Wracam jednak wiele razy w miesiącu do lektury nowego numeru i w ten sposób łączę się z tym młodym chłopakiem, który ślęczał nad atlasami, mapami i zatrzymanymi na zawsze fotograficznymi ujęciami jakiegoś dalekiego świata.

KTÓŻ JAK BÓG

Czas świąteczny kieruje moje myśli ku świętości, więc sięgam po niezwykły periodyk, który czytuję regularnie. To pismo michalitów „Któż jak Bóg”, z podtytułem Dwumiesięcznik o Aniołach i życiu duchowym. Tytuł magazynu, to nic innego jak tłumaczenie z hebrajskiego: מיכאל (Mîchā’ēl), imienia najważniejszego archanioła i jego zawołania, po buncie Lucyfera. To on wystąpił jako pierwszy i zawołał: Któż jak Bóg, a potem poprowadził hufce anielskie do walki. W Nowym Testamencie ukazywany jest jako zwycięzca w walce z szatanem. Mnie kojarzy się przede wszystkim z licznymi dziełami malarskimi, w tym z Sądem Ostatecznym Hansa Memlinga, a także z pięknymi ikonami, które oglądałem na Białorusi, w Kijowie i w synagogach wileńskich. Zaopatrzony w ognisty miecz i wagę do mierzenia dobra i zła, staje do boju z najgorszymi demonami. Jednym z moich głębokich pragnień jest podróż do Francji, do klasztoru Mont Saint-Michel oraz do groty Gargano we Włoszech – dwóch niezwykłych miejsc kultu. Byłem kiedyś w San Giovanni Rotondo, blisko Gargano, ale nie interesowałem się wtedy jeszcze tak bardzo św. Michałem. To jego wzywa się i prosi o pośrednictwo podczas egzorcyzmów i on odprowadza chrześcijan, po śmierci, do wieczności. Modlitwa do niego, a zarazem egzorcyzm prywatny, brzmi tak: Święty Michale Archaniele! Broń nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną. Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty, Książę niebieskich zastępów, Szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła. Wiele godzin spędziłem słuchając utworu Mike’a Oldfielda Mont Saint Michel, z płyty Voyager.

Lektura nowego numeru pisma michalitów przynosi relację z sesji naukowej poświęconej najsilniejszemu archaniołowi, która odbyła się we wrześniu w Miejscu Piastowym. Jest też opowieść o prof. Wincentym Kućmie, który ma w swoim dorobku pomniki św. Michała. Na zdjęciu odnalazłem siostrę Dawidę Ryll, którą poznałem podczas wyprawy do Włoch. Pisze ona wspaniałe wiersze, wyciszone, delikatne, jakże różne od rozgwaru poezji, z którą miewam do czynienia podczas spotkań z nawiedzonymi autorami. Z zainteresowaniem przeczytałem artykuł ks. Edwarda Stanieka o biblijnym Jakubie, tekst Anny Krzywonos o bł. ks. Bronisławie Markiewiczu. Niezwykle innowacyjny i mądry jest też wykład ks. Tomasza Stępienia o panowaniu aniołów nad przestrzenią. Cytuję tutaj fragment tego wykładu: Warto uświadomić sobie, że panowanie aniołów nad przestrzenią jest całkowite. Jest to prosta konsekwencja panowania aniołów nad materią w ogóle. To znaczy, że nie ma dla nich znaczenia, jak bardzo odległe od siebie są początek i koniec ruchu. Obojętnie, czy są to metry, czy lata świetlne, zawsze poruszanie się przebiega w ten sam sposób: anioł przestaje być obecny w jednym miejscu i zaczyna być obecny w drugim. Ciekawa to formuła i zastanawiająca w świetle literatury SF, gdzie teleportacje i równie nagłe przeniesienia, są dobrze znane. Powyższe uściślenia znajdują swoje potwierdzenie w tekście o Tertulianie (ok. 155-230), rzymskim retorze i prawniku, pochodzącym z Kartaginy. Herbert Oleschko kreśli jego sylwetkę w cyklu Aniołowie według Ojców Kościoła i cytuje fragment Apolegetyku, w którym czytamy o skrzydlatych duchach: w jednej chwili są wszędzie, cały okrąg ziemi jest im jednym miejscem. W numerze pisma znajdziemy też ciekawy artykuł Żanety Groborz-Mazanek o akwareli Williama Blake’a przedstawiającej Hioba, przeczytamy też syntetyczny tekst ks. Jerzego Misiurka pt. Michał Archanioł w objawieniach świętych. W czasopiśmie są też relacje z podróży, recenzje książek i sztuk teatralnych o aniołach, a całość – w cyklu o świątyniach pod wezwaniem św. Michała – zamyka przybliżenie kościoła i parafii w Dębnie (Karpaty Zachodnie). Moją uwagę przykuła też fotografia kaplicy św. Michała Archanioła na stożku wulkanicznym w Le Puy we Francji – w zdumiewający sposób kult tego świętego związany jest ze strzelistością i sięganiem przez ludzi ku niebu. Ks. Krzysztof Poświata wskazuje: Jak niewiarygodnych miejsc dotknął stopą swej obecności Archanioł? Strzelista, misternie wykonana wieża kościoła na greckiej wyspie Rodos. Dobrze znana michalickim wspólnotom, starożytna grota na Monte Sankt Angelo. Słynne sanktuarium św. Michała na skalistej wyspie w południowo-zachodniej Normandii (…). Zaraz potem (…) piramidalna wyspa u wybrzeży Kornwalii, połączona ze stałym lądem drogą możliwą do pokonania jedynie podczas odpływu. Są jeszcze inne przywołanie, zawsze związane ze strzelistością i niezwykłym charakterem miejsc. Poniżej zdjęcie z Wikipedii, przedstawiające sanktuarium w Normandii.

POZNAJ ŚWIAT

Druga polowa lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, to czas moich fascynacji geograficznych. Studiowałem wtedy z upodobaniem atlas świata i do dzisiaj mam go „w głowie”. Potrafię bez trudu lokalizować państwa, miasta, rzeki, łańcuchy górskie, niewielkie wyspy i całe archipelagi. To był też czas czytania i uważnego studiowania dwóch periodyków: „Poznaj Świat” i „Kontynenty”. Pamiętam, jak biegałem na osiedlu, od kiosku do kiosku i pytałem o nowe numery – czasem jeździłem na rowerze lub w późniejszym czasie, podjeżdżałem motorowerem. Potem, w swoim małym pokoiku, na osiedlu Błonie, czytałem kolejne przybliżenia i studiowałem załączone mapy. Mój kolega pracował w skupie makulatury i czasami przynosił mi stare numery, które gromadziłem w różnych szafach, a na końcu, w piwnicy. Stała się ona moim azylem – ćwiczyłem w niej kulturystykę, siedziałem nad periodykami i spotykałem się z kolegami i koleżankami. Społeczność blokowa miała kilka takich miejsc, gdzie przysiadała, gdzie wracała i które lubiła. Do dzisiaj żywo pamiętam wiele okładek, niezwykłych tekstów o mieszkańcach Archipelagu Samoa lub dalekiej Kamczatki, o zwierzętach na półwyspie Malajskim i na wyżynie Dekan. Wraz z autorami, przemierzałem afrykańskie dżungle i głębiny lodowatych mórz, zatrzymywałem się w egzotycznej pampie i nurkowałem pośród raf koralowych Morza Czerwonego lub Pacyfiku. To były święte chwile, które nigdy się nie powtórzą, bo przecież wszystko się zmieniło – moje życie, zainteresowania, liczne zajęcia w różnych miejscach. Czytając te pisma nie spodziewałem się, że w przyszłości tak wiele będę podróżował i zobaczę tyle miejsc, które znałem z fotografii i których opisy tak mnie wtedy zajmowały.

Teraz, o ile mogę staram się  wracać do moich dawnych fascynacji geograficznych i kupuję w kioskach pisma podróżnicze: „National Geographic” i „Poznaj Świat”. O tym pierwszym napiszę jeszcze osobno, teraz zatrzymam się przy nowym kształcie drugiego z nich. Wcześniej pismo to miało format A4, a teraz zbliżone jest do kształtu „Nationala”. Znacznie zyskało, bo w nowej dobie drukowane jest na papierze kredowym i ma lakierowane okładki.Także artykuły są interesujące i często czytuję je podczas dojazdów do uczelni, w których pracuję lub innych wypraw, do innych miast. W ostatnim numerze pojawiły się teksty o zabytkach Egiptu, oglądanych oczyma słynnego dziewiętnastowiecznego malarza i rysownika Davida Robertsa. Ciekawe są te obrazy i może wykorzystam je w jakimś artykule o wschodniej podróży Juliusza Słowackiego, który też pozostawił nieco rysunków znad Nilu. jest też w tym numerze artykuł o Wietnamie i ludziach tam żyjących . Obok ruchliwych miast i turystycznych atrakcji znajdziemy na Półwyspie Indochińskim wioski, które nie zmieniły się od stu lat. Niezwykle interesujący jest też artykuł o przyrodzie Kostaryki, o jaskrawo ubarwionych trujących żabach, o wielkodziobych tukanach i małpkach, na które polują harpie. Z pokładu, bezszelestnie sunących ekologicznych kolejek, można tam podziwiać bogactwo tropikalnego lasu i mający milion lat krater najwyższego wulkanu kraju – Irazu (3432 m n.p.m.). Są też dobrze napisane artykuły o kanionach Czarnogóry, o największej starówce Europy, czyli o stolicy Estonii, o warszawskiej Pradze, jest kartka z Meksyku i tekst o muzeach nauki oraz ciekawych miejscach z nią związanych.

Szczególnie wyróżniłbym tekst Krzysztofa Micha o drodze nr 66, w Stanach Zjednoczonych. To słynna Droga Matka (Autostrada Willa Rogersa), prowadząca z Chicago do Los Angeles. Została otwarta 11 listopada 1926 roku i ma długość 2448 mil (3939 km). W 1936 roku została przedłużona do miasta Santa Monica. Przebiega przez stany Illinois, Missouri, Kansas, Oklahomę, Teksas, Nowy Meksyk, Arizonę i Kalifornię, by zakończyć swój bieg w Los Angeles. Trasa uzyskała utwardzoną nawierzchnię w 1938 roku, a swoją największą świetność przeżywała w okresie wielkiego kryzysu w latach trzydziestych ubiegłego stulecia. Była wtedy główną magistralą, którą fale migracji posuwały się ku zachodowi, głównie do Kalifornii. Route 66 została oficjalnie skreślona z listy autostrad krajowych 27 czerwca 1985, kiedy zastąpiono ją autostradą Interstate 40. Uznano wtedy, że niektóre jej odcinki nie odpowiadają wymogom nowoczesnych dróg międzystanowych. Spopularyzowana w licznych filmach, między innymi w „Dzikim”, z Marlonem Brando, jako harleyowcem. Czytałem ten artykuł z wielkim poruszeniem, bo wciąż mam nadzieję, że kiedyś przejadę tę drogę. Swego czasu z moim przyjacielem, planowaliśmy  przejazd z Nowego Jorku do Kalifornii autobusami, ale ten pomysł nie był najlepszy. Może zatem na motocyklu… Jakże ciekawe są – prezentowane w artykule – miasteczka z charakterystycznymi amerykańskimi motelami, stare budynki, dziwaczne wieże cisnień, wielkie farmy, a nade wszystko spotykani ludzie i inni podróżnicy.

« Older entries

%d blogerów lubi to: