KORZYŚĆ LIBIDALNA

Prof. Jan Hartman i okładka powieści Krzysztofa Derdowskiego

Prof. Jan Hartman (Fot. Franciszek Vetulani/ Wikipedia Commons) i okładka powieści Krzysztofa Derdowskiego

Zapewne w związku z ostatnimi moimi wpisami na blogu ktoś podesłał mi link do ciekawej rozmowy z prof. Janem Hartmanem, która została opublikowana w marcu zeszłego roku w „Gazecie Wyborczej”. Tytuł materiału: Seks i wyższe uczelnie. (Nie)bezpieczeństwo libidalne – ma związek z łamaniem zasady nienaruszalności cielesnej studentów przez wykładowców. Każdy jest człowiekiem i każdy ulega czarowi płci przeciwnej (lub tej samej!), ale jeśli ktoś pracuje w uniwersytecie, powinien dokładnie zapinać rozporek i dodatkowo blaszkę zamka przywiązywać do guzika. Czytałem tę rozmowę w kontekście ponownej lektury powieści pt. Wstyd Krzysztofa Derdowskiego, która ukazała się w księgarniach w 2011 roku i przyniosła autorowi bydgoski laur – Strzałę Łuczniczki. To historia profesora socrealizmu, który tak zagmatwał życie wokół siebie, że przypominać ono zaczęło błazeński taniec. Tutaj sprawa dotyczy kontaktów owego profesora z urodziwymi asystentkami, ale wypowiedzi Hartmana na temat studentek tyleż odnoszą się do nich, co do wszelkich zależności służbowych. Na początku cytowana jest znamienna fraza etyka z Uniwersytetu Jagiellońskiego: Tłumaczenie się profesora, że romansuje ze studentką, bo ona go poderwała, jest śmieszne. To studenci są chronieni. Nie ma żadnej taryfy ulgowej – fraza, która powinna być mottem dla każdego, kto podejmuje pracę w uczelni. Wykładowca ma w ręku potężny oręż, jakim jest zaliczenie i ocena z egzaminu, potrafi też dowolnie ułatwić powstanie pracy licencjackiej lub magisterskiej, co może wpłynąć na decyzję urodziwej studentki, by wejść z nim w bliższy kontakt. Jeśli jednak dochodzi do takiej sytuacji, a sprawa ujrzy światło dzienne, pracownik powinien być zawieszony w prawach nauczyciela akademickiego, a po rozstrzygnięciu rzecznika dyscyplinarnego, natychmiast zwolniony. Chodzi tutaj przecież o bezpieczeństwo studentów, którzy są w młodym wieku i często nie panują nad swoimi czynami, odruchami, emocjonalnymi działaniami, a rodzice posyłający ich do szkoły są przekonani o ich bezpieczeństwie. Wykładowca powinien zdobyć zaufanie swoich podopiecznych, ale nigdy nie powinien przekraczać granicy, jaką jest określona korzyść seksualna. Hartman określa ją jako „libidalną” i wskazuje na potrzebę zachowania w uczelni „ładu wychowawczego” oraz zdecydowane bronienie się przed nadużyciami. Spotkałem wiele pięknych magistrantek, które miały ogromne problemy ze stworzeniem pracy magisterskiej i obroną jej po skończonych studiach – niektóre były gotowe „na wiele” i sugerowały to otwarcie. Pan przecież napisał tyle książek… to wystarczy fragment wyciąć, albo dowolnie przepracować… – mówiły i wabiły. I to chyba jest najgorsza sytuacja, jaka może się zdarzyć, bo w grę wchodzi plagiat, fabrykacja pracy z aktualnie opracowywanych zagadnień, a nade wszystko zastosowanie zasady prymitywnego handlu wymiennego, gdzie z jednej strony są treści intelektualne, a ze strony drugiej ciało, seks i korzyść libidalna. Hartman – zasiadający w Komisji do Spraw Dobrych Praktyk Akademickich przy Ministrze Nauki i Szkolnictwa Wyższego nie pozostawia złudzeń, wszelkie kontakty tego typu mogą prowadzić do nadużyć. I tak jest rzeczywiście, bo weźmy na przykład taką sytuację z bydgoskiego podwórka – którą niebawem szczegółowo opiszę – kiedy to doktor zajmuje się specjalistycznym tematem z zakresu uwznioślonej teorii, ma poparcie wielkiego profesora, który wygłasza wykłady na ten temat i jest w Polsce prawdziwą forpocztą nowej wiedzy. Nagle ów doktor widywany jest na mieście, w okolicach uczelni i na korytarzach z dziewczyną, z którą ma zajęcia, po chwili też studentka ta – absolutnie nie mająca pojęcia o owej specjalistycznej wiedzy – broni na seminarium doktora pracę magisterską. Dzieło to jest prymitywnie spreparowane, bo w części pierwszej jest wymądrzanie się na temat prawie nieznanego w Polsce teoretyka, a w części drugiej przekład jego tekstu z języka francuskiego. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem tę pracę byłem w szoku – wszakże miałem też zajęcia z tą dziewczyną i czasem prosiłem ją o analizę jakiegoś prostego wiersza. Niestety poza śmiechami, zalotnymi spojrzeniami i próbami obrócenia wszystkiego w żart, niczego nie uzyskiwałem. A tu nagle analiza na najwyższym teoretycznym poziomie, wiedza tak specjalistyczna, że wymagająca co najmniej intelektu profesora. Dalszego ciągu można się łatwo domyślić – ciąża naszej studentki, rodzi się córeczka, chwilowa euforia zdobywcy, ale chyba coś zaczyna się psuć, prawowita rodzina doktora kwitnie (doktor informuje o tym w prasie), syn z prawego łoża dorasta, a może nie, może chodzi tylko o wielką tajemnicę (która od początku była tajemnicą poliszynela) i karierę doktora, który habilituje się z takiej samej specjalistycznej wiedzy, jak w owej pracy magisterskiej. Hartman nie pozostawia wątpliwości i ustala reguły dla pracowników naukowych: Jeżeli wchodzimy w związek ze studentką, to nie mogą być kontynuowane żadne relacje służbowe. Dalej jest adekwatne i mądre przywołanie sytuacji kawiarnianych, gdzie nie widuje się za wielu panów po pięćdziesiątce z dwudziestolatkami. W uniwersytetach sytuacja bywa odwracana, choć Hartman kończy wypowiedź zapewnieniem, że doktorów-playboyów i żałosnych starych satyrów jest na uczelniach niewielu. Tak, to prawda, miałem też do czynienia z wspaniałymi ludźmi nauki, wielkimi w swojej pracy, szanującymi studentów i innych pracowników naukowych, ale jednak mógłbym też wskazać – obok wyżej przywoływanego pana – kilku innych, mających gdzieś dobre obyczaje i popisujących się podbojami seksualnymi. Wraz z wypowiedziami prof. Hartmana coś zaczyna się jednak zmieniać i może przestępcy seksualni zaczną wylatywać z roboty, a nawet trafiać za kratki…

Reklamy

CZARUJĄCY SIEPACZ

Che_Guevara

Wracam myślami do mojego zaślepienia w wieku młodzieńczym… Żyjąc w komunizmie i będąc „tworem” jego ideologii, a zarazem szukając pozytywnych bohaterów w obrębie tamtej rzeczywistości, zacząłem fascynować się Ernesto Che Guevarą. Pisałem już o tym w moim dzienniku, ale teraz przypominam znowu, bo po latach od pierwszego słuchania, trafiłem w Internecie na piosenkę o nim, którą spopularyzowała moja ukochana twórczyni ballad Joan Baez. Oprócz niej wielu piosenkarzy miało w swoim repertuarze ten utwór. Szczególnie upodobali go sobie latynosi, na czele ze słynnym zespołem Buena Vista Social Club, ale warto też wspomnieć o interpretacji z filmu Che Natalie Cardone czy Silvio Rodrigeza. Choć ta piosenka nie ma sensu w warstwie tekstowej, to wpada w ucho i może manipulować umysły młodych ludzi. Pamiętam jak pojawiały się łzy w moich oczach, gdy słuchałem jej w latach siedemdziesiątych poprzedniego stulecia, kiedy to byłem hipisem i nosiłem z upodobaniem bawełniane koszulki z jego portretem. Zbroja rycerza wolności tamtego czasu składała się z dżinsów Rifle, kurtki tej samej firmy, lekkiego sportowego obuwia i koszulki z twarzą Lennona, pacyfą lub Che Guevarą, w charakterystycznym berecie z gwiazdą. Czytałem wtedy zakłamane książki Ryszarda Kapuścińskiego i wierzyłem mu, że ten chorowity Argentyńczyk był kimś w rodzaju socjalistycznego świętego – dopiero po latach dowiedziałem się, że rola siepacza reżimu Castro pozostała w pamięci ludzi końca lat pięćdziesiątych jako ciąg zbrodni, egzekucji i eksportu rewolucji do innych krajów świata. Tak Chrystus z karabinem na ramieniu stał się idolem młodzieży kontestującej wojnę w Wietnamie i „walczącej” o nowy świat. Słuchając hagiograficznej pieśni, tak czule interpretowanej przez Joan Baez, która przecież od wielu lat wyciska łzy z oczu ludzi songiem o cielaku, wiezionym na rzeź (Donna, Donna, Donna), zamyśliłem się nad sobą z czasów młodości, kiedy to napisałem żarliwy (jakże głupawy) wiersz o Che i byłem w moim środowisku określany mianem Commandante. Choć to wszystko należy oceniać w kategoriach młodzieńczej nadpobudliwości, coś zostało we mnie z energii tamtego czasu, a kubański morderca w jakiś tajemny sposób zaprogramował mnie do walki. Choć moje boje rozgrywały się na innym polu, choć nikogo nie pozbawiłem życia, zawsze biłem się o siebie – może coś z tych starć jest też w piosence, którą śpiewa Joan Baez i inni wykonawcy. Oceniając dzisiaj Che Gevarę jako człowieka złego, opętanego przez leninizm i marksizm, wierzącego, że trzeba zabijać w imię rewolucji, wracam do piosenki, która kiedyś mnie wzruszała. Tak działała propaganda komunistyczna i niestety ballada Hasta Siempre… ustawia się dzisiaj w ciągu „patriotycznych” pieśni rosyjskich i nazistowskich. Gdyby tak mieć tamto ciało, tamtą energię, a wiedzę z lat po roku dwutysięcznym, ale przecież miliony ludzi doświadczyły i doświadczają takiego „dojrzewania” i przeprogramowania, a świat stale generuje morderców, w których jacyś manipulanci widzą nowych świętych. Gdyby jakieś moje szaleństwo z czasów hipisowskich zakończyło się tragicznie, może na moim grobie wyryto by fragment mojego wiersza o kubańskim siepaczu, wszakże stale odradza się ten kult i jego symbolem może też być pomnik Che Guevary, postawiony przez jego wyznawców w roku 2008 na Manhattanie. Jakaż to zjadliwa ironia dziejów, wszakże Che groził w listopadzie 1962 roku, ze Kuba użyje rakiet nuklearnych przeciwko USA, nie wyłączając Nowego Jorku, gdyż zwycięstwo socjalizmu warte jest milionów ofiar.

PO DWUDZIESTU LATACH

Dzisiaj mija dwadzieścia lat od dnia obrony mojego doktoratu w Uniwersytecie Gdańskim. Napisałem wtedy pracę o żywiołach w twórczości Adama Mickiewicza, Promotorem był prof. M. Łojek, a recenzentami w przewodzie – prof. J. Bachórz i prof. M. Inglot. Z kolei publikację pracy w formie książki recenzował i rekomendował do druku prof. Jan Błoński, podkreślając jej wartość dla studiów nad największym polskim pisarzem i dla nowoczesnej krytyki tematycznej. Co najmniej od dziesięciu lat powinienem być profesorem, po pozytywnie zaliczonym kolokwium habilitacyjnym w Uniwersytecie Opolskim, ale intrygi, które rozpętał wokół mnie prof. W. Tomasik, bydgoski interpretator „pisarskich” tworów socrealizmu i motywów kolejowych w literaturze, stały się podłożem plotek, bzdur i pomówień, a nade wszystko negatywnych ocen wielu osób. Dla zobrazowania tego, co wyczyniał ten ktoś nade mną w bydgoskiej uczelni, w Polsce i za granicą, a także jako protest przeciwko pozostawaniu przez niego w Komisji do Spraw Dobrych Praktyk Akademickich przy Ministrze Nauki i Szkolnictwa Wyższego publikuję jego kuriozalny list, w którym zarzucał mi defraudację pieniędzy na wyjazd do USA, niszczył moje kontakty zagraniczne, zniesławiał mnie jako naukowca i przyznawał się do wywierania wpływu na recenzentkę Centralnej Komisji w trakcie trwania przewodu habilitacyjnego. Niebawem zacznę ujawniać inne fakty związane z „pracą” tego kogoś w uczelni, na razie pokazuję tylko do czego był zdolny i jak – wykorzystując ówcześnie sprawowaną funkcję Prorektora – zakulisowo mnie niszczył. Dla zrozumienia kontekstu sprawy zamieszczam też moje pismo do ówczesnego Rektora i potwierdzenie z USA, że byłem w 2002 roku gościem The State University of New York at Buffalo. Paradoksalnie jestem wdzięczny Tomasikowi, bo gdyby nie zwalczał mnie tak zaciekle i nie generował tylu zagrożeń, nigdy nie zmobilizowałbym się do tak potężnych przedsięwzięć naukowych, jak opis kosmogonii poetyckiej Juliusza Słowackiego czy gigantomachii romantycznej Zygmunta Krasińskiego. Pisana teraz kolejna praca, o twórczości Cypriana Norwida, choć narasta w poczuciu uwolnienia od ataków i pomówień, też ma w sobie coś z wcześniejszej mojej mobilizacji.

List  Tomasika do prof. Adama Marcinkowskiego – rektora Akademii Bydgoskiej z 30 września 2004 roku, tuż przed moim kolokwium habilitacyjnym w Uniwersytecie Opolskim.

1

2

3

4

A oto moje ówczesne pismo do Rektora Adama Marcinkowskiego – myślę, że zarówno powyższy donos, jak ten tekst  są przyczynkiem do analizy stanu polskiej humanistyki.

5

6

7

8

9

Potwierdzenie z uniwersytetu w Buffalo, że zostałem tam zaproszony w randze Visiting Assistant Professor, co jest przedmiotem kpin i zaprzeczeń W. Tomasika.

10

ŚWIAT STAROŻYTNY (XXIII)

Neron i Seneka

Neron i Seneka – rzeźba Eduardo Barróna z 1904 roku – Prado, Madryt

Lucius Annaeus Seneca Minor (ok. 4 p.n.e–65 r. n.e) w pamięci potomnych pozostał jako nauczyciel Nerona i autor licznych prac literackich, spośród których najwyżej ceni się dialogi filozoficzne i listy moralne. Znacznie niżej wartościuje się dramaty i inne prace, choć opracowania zagadnień przyrodniczych w wielu partiach nie straciły na aktualności. Jeden z najbardziej znanych rzymskich filozofów i retorów, w młodości miał problemy zdrowotne i z tego powodu podróżował do ciepłego Egiptu i licznych uzdrowisk. Szybko też dał się poznać jako nieustępliwy dyskutant i krytyk władzy, za co został nawet zesłany przez cesarza Klaudiusza na Korsykę. Jako stoik wywarł ogromny wpływ na chrześcijaństwo, ale niestety nie udało mu się pohamować temperamentu Nerona, który ostatecznie oskarżył go o udział w spisku Pizona i w 65 roku naszej ery zmusił do popełnienia samobójstwa. Wraz z nim życie odebrali sobie tak znaczący politycy i pisarze rzymscy jak jego bratanek Marcus Annaeus Lucanus (Lukan) i Gajusz Petroniusz, zwany Arbitrem. Jako człowiek wielkiego umysłu, potrafił wytworzyć w sobie dystans do burzliwych wydarzeń, w których uczestniczył, coraz bardziej buntując się przeciwko zbrodni i przemocy. Może właśnie to, wydobyte z zakamarków przeszłości przez wychowanka i mordercę, stało się powodem ostatecznego nakazu. Powszechnie mówiło się w Rzymie o tym, że Seneka buntował się przeciwko krwawym rozrywkom, a szczególnie nie cierpiał walk gladiatorów, rozszarpywania chrześcijan przez dzikie zwierzęta w Koloseum czy zabijania w najokrutniejszy sposób pojmanych wrogów. Artyści różnych epok starali się oddać moment jego śmierci, próbowano też tworzyć wizualizacje postaci, która w antycznych i współczesnych przedstawieniach rzeźbiarskich czy malarskich znacznie się od siebie różni. A mierzyli się z tym zadaniem tacy sławni malarze jak Rubens, Vignon, David, Perrin czy Giordano, za każdym razem ukazując człowieka steranego wiekiem i śmiało patrzącego w dal nieuchronnego przeznaczenia – wiemy wszakże, że w chwili odejścia ze świata miał sześćdziesiąt dziewięć lat. Jakkolwiek byśmy sobie nie wyobrażali tego człowieka – czy to jako otyłego, łysego, czy może obdarzonego przez naturę bujnymi włosami i szczupłego, dzisiaj już nie rozstrzygniemy jak wyglądał, a poszczególne propozycje mają tylko walor artystyczny i pozwalają jedynie snuć domysły.

Jak wyglądał filozof

Jak wyglądał filozof po lewej popiersie Jeana Paula Grandmonta, po prawej szkic Paula Rubensa

Spośród listów dydaktycznych Seneki uwagę zwraca już pierwszy tekst zbioru, w którym przestrzega on by młodszy przyjaciel szanował dany mu czas: Tak czyń, mój Lucyliuszu: ochraniaj siebie dla siebie i skupiaj, a oszczędzaj czas, który Ci dotąd albo zabierano, albo podkradano, albo który przepadał. Bądź przekonany, że tak jest, jak piszę: jedne chwile są nam wydzierane, inne podkradane, a inne się wymykają, i jeżeli chcesz się nad tym zastanowić, to się przekonasz, że największa część życia mija w ten sposób, że źle robimy, wielka część – że nic nie robimy, a całe życie upływa na tym, że co innego robimy. (List antyczny, oprac. i przeł. Jerzy Schnayder, Wrocław 2006, s. 172–173) Choć listy te są wyimaginowane i mają charakter filozoficzny, dotykają najistotniejszych kategorii naszego życia i wskazują na liczne wypaczenia w jego obrębie. Trudno się dziwić, że w pierwszym tekście pojawia się sprawa tak fundamentalna jak upływ czasu – utraty czegoś czego nie ma, a zarazem czegoś, co jest istotą wszystkiego. Ludzie zapominają, że w chwili urodzin uruchomiony został zegar osobowy, który przestanie odmierzać czas w chwili śmierci – zajmując się tysiącami, milionami spraw życiowych nie przeliczają ich na konkretne jednostki czasowe. Wschód i zachód słońca jest dla nich zdarzeniem atmosferycznym, w najlepszym przypadku astronomicznym, a jakże rzadko pojawia się uściślenie temporalne. Co prawda stale posługujemy się kalendarzem, podzielonym na okresy lunarne (miesiące) i solarne (lata), ale jakże chętnie zapominamy o samym czasie, który symbolizują. Seneka zauważa, że ogrom naszych dni i nocy wypełniony jest lenistwem, a tylko niewielki wycinek przyporządkować możemy jakiejś konkretnej i twórczej aktywności. Może dlatego w pisarskich biografiach wielkich ludzi znajdziemy tyle stron mówiących o przezwyciężaniu bezsiły, o walce z poczuciem przegrania i niemożności, z depresją i chęcią ulżenia sobie w najprostszy z możliwych sposobów. Giganci ludzkości zwykle miewali najwięcej problemów z marnotrawionym czasem, może też dlatego tworzyli w zapamiętaniu i natchnieniu, czując, że ich dni są policzone. Tak było z Mozartem, który trwonił godziny na gry hazardowe, miotał się między knajpą a łożem rozpusty, a potem w niezwykłym tempie tworzył arcydzieła takie jak Zaczarowany flet, Don Giovanni, Wesele Figara, Uprowadzenie z seraju, dziesiątki symfonii i koncertów czy wreszcie monumentalne Requiem. Dzisiaj można tylko domniemywać, że gdyby jego życie nie skończyło się 5 grudnia 1791 roku, oprócz siedmiuset utworów, które stworzył, jeszcze wiele znakomitych kompozycji wydobyłby z nicości, obdarzając nimi ludzkość i ciesząc się zasłużoną sławą. Ale jednak bezsensownie trwonił święty czas, nie wiedząc, że żyć będzie tylko trzydzieści pięć lat i umrze w bólach, opuchnięty, może otruty, a może zarażony przez jakąś kobietę nieznaną chorobą lub po prostu wycieńczony licznymi hulankami.

Fragment obrazu Paula Rubensa przedstawiający śmierć Seneki

Fragment obrazu Paula Rubensa przedstawiający śmierć Seneki

Starożytny filozof pyta Lucylisza: Czy wskażesz mi takiego, kto by przypisywał czasowi jakąś wartość, kto by dzień cenił, kto by rozumiał, że codziennie umiera? W tym bowiem się mylimy, że śmierć widzimy przed sobą: wielka jej część już przeminęła. Ile tylko czasu mamy za sobą śmierć to posiada. (s. 173) Tak, ludzie zapominają o rozciągliwości śmierci, która przydarza się każdego dnia i co chwilę coś nam zabiera, z czegoś nas ograbia. Ciało ludzkie jest piecem chemicznym i rozbudowanym systemem kanalizacyjnym, ale ogień gaśnie, a rurki powoli się zapychają i jak na razie nie wymyślono skutecznego systemu ich oczyszczania. Każdy organizm ma zakodowaną w genach wytrzymalność, jakby mapę tego, co się będzie wydarzać i do czego doprowadzi nadmierne eksploatowanie sił w młodości, w wieku średnim i w latach późniejszych. Nie bez powodu natura ulokowała mechanizmy prokreacyjne w momencie naszej eksplodującej witalności – paradoksalnie jest to też czas największej nieświadomości, kierowania się intuicją i wybierania rozwiązań przypadkowych. Sportowiec biegający wokół stadionu, piłkarz na boisku czy atleta dźwigający ciężary, nie biorą pod uwagę konsekwencji eksploatacji organizmu dla przyszłości. Nie bez powodu pojawia się u takich ludzi tyle zwyrodnień stawów, chorób kości czy żył – delikatne ciało można przystosować do wysiłku ponad jego siły, ale kiedyś trzeba będzie za to zapłacić. W takim rozumieniu – przypomina Seneka – śmierć zabiera nam codziennie cząstkę nas, a żywa świadomość zakłamuje owo powolne i nieuchronne umieranie. Oddajemy pole bez walki, godzimy się na kolejną stratę czasu, gubimy to, co najcenniejsze i zamykamy dzień jak nieprzeczytaną księgę. Filozof czyni ze śmierci kolekcjonera, który wolno, ale sukcesywnie zbiera nasze chwile, gromadzi je, by nizać na niewidzialną nić. Tak czyni krajowiec z Wysp Towarzystwa, szukający pięknych muszli przy brzegu oceanu i nadziewający je na sznur, by stworzyć naszyjnik dla ukochanej kobiety. Tak postępuje malarz, który miesza na palecie wiele kolorów by uzyskać lazur, turkus lub amarant, a potem przenieść barwy na płótno i tak robi kolekcjoner znaczków pocztowych, monet, lśniących kamieni – to jest kompletowanie zbioru, niepowtarzalnego i przyciągającego uwagę osób postronnych. Tak samo czyni śmierć z ludzkimi chwilami, cierpliwie gromadząc sekundę po sekundzie, minutę po minucie i dzień po dniu – tak postępuje ostateczność z bytami zakorzenionymi w czasie i mającymi do przeżycia określoną ilość lat (obiegów malutkiej Ziemi wokół potężnego Słońca). Ostateczne zatrzymanie czasu dla konkretnej osoby, nieodwracalność śmierci i natychmiastowy rozkład, są rodzajem potwierdzenia, że nic nie jest bezkarne, a każda szczęśliwa i twórcza chwila ma swoją cenę w wykazie tej, która zawsze wygrywa i nigdy nie daje szans w konfrontacji ze sobą. Czy o tym myślał twórca listu, gdy otwierał swoje żyły i czekał aż napłynie gęsta ciemność, a barwy i kształty znikną, tak jak wcześniej znikały w głębinach zmarnowanych chwil? Czy miał tyle czasu by to sobie jeszcze raz uświadomić, uczynić jakiś teatralny gest bez znaczenia albo uśmiechnąć się do osiągnięć życia, do zamykającej się przeszłości, która miała swoje wzloty i upadki.

Inna propozycja obrazu ostatnich chwil filozofa

Inna propozycja obrazu ostatnich chwil filozofa – Luca Giordano, 1648

Jeśli młody aktor, wzbudzający zachwyt tłumów, pojawiający się na okładkach kolorowych magazynów i w telewizyjnych programach, traci życie w wypadku samochodowym, wszyscy żałują tego, co mogłoby się wydarzyć, gdyby żył dłużej. Gdy piękna kobieta, wzgardzona przez kochanka, zakłada sobie sznur na szyję i żegna się przedwcześnie ze światem, rozlega się powszechne „ach…” – bo tyle jeszcze było przed nią, bo nie urodzi dzieci i nie pojawi się więcej pośród innych urodziwych ludzi. Przykłady można by tutaj mnożyć – James Dean, Elvis Presley, Marylin Monroe, Natalie Wood… ale to są przywołania fałszywe, bo odnoszące się do przesady medialnej, zbytniego celebrowania jakichś chwilowych sukcesów. A przecież takie straty zdarzają się codziennie, gdzieś w zagubionej pośród gór wiosce, w jakimś zakamarku wielkiego miasta, w kraju na tropikalnych wyspach i pośród mroźnego klimatu północy. Wszędzie leje się krew, mają miejsce groźne wypadki, starcy zakładają pętlę na szyję, a młodzieńcy stają przy torach kolejowych i czekają na pociąg – wszędzie i w każdej chwili kończy się czyjś czas i nawet ten wielki, kosmiczny przedział egzystencji, przypisywany słońcu, wielkim planetom i ziemi, kiedyś się zamknie dramatycznie pośród eksplozji i rozszerzającego się żaru, a potem stygnącego popiołu, astralnego pyłu. Seneka przestrzega zatem przyjaciela: Czyń więc, Lucyliuszu, to, co jak piszesz – czynisz: ogarniaj wszystkie godziny. Tak to się stanie, że mniej będziesz zależny od jutra, jeżeli na dzień dzisiejszy przyłożysz rękę. Gdy się sprawy życiowe odracza, życie szybko przemija. Wszystko, Lucyliuszu, jest nie nasze, tylko czas do nas należy. Tylko tę jedną rzecz, szybko mijającą i ruchliwą, natura dała nam w posiadanie. I taka jest też głupota ludzi, że kiedy osiągnęli to, co jest drobnostką, i to marną, co na pewno można zastąpić czym innym, pozwalają, by tym obciążono ich rachunek życiowy, ale nikt nie uważa, że cośkolwiek jest winien, kto zabrał nam czas, gdy tymczasem to jest jedyne, czego nawet wdzięczny człowiek nie może nam zwrócić. (s. 173) Dostrzeżenie życiowej drobnostki, która wydaje się nie wiadomo czym, nie jest łatwe, bo ludzie szukają ich i dążą do zaspokojenia swojego popytu na nie. Budowa domu, kupno pojazdu, zdobycie drogiej biżuterii czy ubioru, stają się celem życia, choć przecież nikt nie zabrał bogactw poza granicę śmierci. Kpi ona tak samo z miliardera, jak z biedaka, odbiera oddech temu, który żył pośród drogich sprzętów i temu, który miał tylko stół, krzesło i jedną szafę. Dlatego tacy niebezpieczni są – wskazuje Seneka – ludzie, którzy okradają nas ze skarbu najcenniejszego, z dobra podstawowego – z naznaczonego nam czasu. To są owe zbyt wydłużone lata edukacji, to są dążenia do uzyskania jakiegoś tytułu, to wreszcie mozolne budowanie jakiejś bezpiecznej enklawy. Ale upływający czas anihiluje wiedzę, tytuły nie mają znaczenia dla prawdziwych poszukiwaczy mądrości, a domy, zagrody, stylizowane ogrody, zmiecie pierwszy większy huragan, zdemoluje pożar lub wojna, zniszczy złodziej i zbieracz złomu. Istnienie szybko przemija i liczą się w nim tylko dobrze przeżyte chwile, jakieś zapatrzenia i wewnętrzne euforie, spotkania z naturą i kosmosem, a nade wszystko dobro wyrządzane innym ludziom.

Po lewej rzeźba z epoki, po prawej śmierć Seneki według norymberskiej Liber cronicarum z 1493 roku

Po lewej rzeźba z epoki, po prawej śmierć Seneki według norymberskiej Liber cronicarum z 1493 roku

Łatwo udziela się rad i wskazuje jakieś rozwiązania, ale ważna jest też praktyka i doświadczenie, Seneka poddaje zatem ocenie także własne uczynki: Zapytasz może, co ja sam robię, który Ci takich nauk udzielam? Wyznam Ci otwarcie: to, co trafia się u człowieka zamożnego, ale przy tym dokładnego, spotyka się i u mnie: zgadza się rachunek moich wydatków. Nie mogę powiedzieć, że wcale czasu nie roztrwoniłem, ale powiem co tracę, dlaczego i w jaki sposób; podam przyczyny mojego ubóstwa. Dzieje się ze mną to, co z większością ludzi, którzy nie z własnej woli zeszli na biedaków: wszyscy im przebaczają, ale nikt nie pomaga. Więc jakże to? Nie uważam za biedaka tego, któremu wystarcza jakakolwiek ilość: Ty jednak, życzę sobie tego, ratuj, co Twoje, i zacznij, póki czas. Bo jak to dostrzegli nasi przodkowie, „spóźniona to oszczędność na dnie skrzyni”. Bo na dnie nie tylko malutko zostaje, ale także to, co najgorsze. Żegnaj. (s. 173–174) Powszechnie wiadomo, że starsi ludzie pragną udzielać rad młodym ludziom i równie oczywiste jest to, że ci ostatni lekceważą wszelkie napomknienia i wskazania. Młodość jest dzika, rzadko analizuje samą siebie, jest impulsywna i nie licząca się z konsekwencjami – gdzie tam jej przyjdzie do głowy liczyć chwile i planować jakieś ruchy w czasie, przecież ona nieustannie łaknie ekscytujących doznań. Seneka przyznaje, że też popełnił błędy, ale sytuacja, w której się znalazł pozwala mu pouczać Lucyliusza i wskazywać niebezpieczeństwa. Metafora pustej skrzyni, przejęta przez Senekę z Prac i dni Hezjoda, jest niezwykle wymowna, ale może trafić tylko do wyobraźni kogoś, kto czerpał bez umiaru ze zgromadzonych w niej dóbr, aż znalazł się w sytuacji, która nakazała mu czynić daleko idące oszczędności. Młodzieniec może dopiero kupił pierwszą swoją skrzynię i pragnie gromadzić w niej skarby, trudno mu zatem zrozumieć rady doświadczonego retora. Oszczędność, to zachowywanie umiaru w wydatkach i dbanie o równowagę tego, co dostajemy i tego, co wydajemy – młodzieńcy i dziewczęta uwielbiają wydawać pieniądze, stale też mają ich za mało, a jeśli trafi się pośród nich ktoś rozsądniejszy, kto pragnie zachować dłużej w kieszeni jakieś środki, uznany zostaje za sknerę. Prawdę powiedziawszy nikt nie uczy ich gromadzenia kapitału, tak by pracował na siebie i był nienaruszalny dla przyszłych lat. Z góry zakładają, że będzie się im wiodło, a jako taka stabilizacja nigdy się nie skończy, dzień będzie podobny do dnia, a przygody stanowić będą sens nieskończonej egzystencji. Seneka już wie, że kiedyś sięgną do skrzyni i nie znajdą w niej środków by kontynuować hulanki i oddawać się uciechom. Szybko odejdą od nich towarzysze uczt, a ich kobiety znajdą sobie zamożniejszych donatorów, będą się wylegiwać na marmurowych ławach i z rozkoszą jeść słodkie owoce winogrona i pić wino białe i czerwone.

PLISZKA SIWA

??????????????

Chodząc po osiedlu zauważyłem, że przyleciały już pliszki siwe (Motacilla alba), małe ptaki, które po raz pierwszy wzbudziły moje zainteresowanie we wczesnym dzieciństwie. Charakterystyczne ruszanie ogonkiem, w górę i w dół, przyciąga uwagę dzieci i dorosłych, tym bardziej, że przedstawiciele tego gatunku nie należą do szczególnie płochliwych. Pojawiają się w sąsiedztwie ludzkich domów, przysiadają na chodnikach, buszują pośród śmietników, zawisają na drutach energetycznych, stale wydając charakterystyczne ćwierknięcia: „tsillip tsillip”. Czasami głosy te narastają i cichną lub układają się w prawdziwe trele, charakterystyczne szczególnie dla okresu lęgowego, od marca do maja. Także lot pliszek jest interesujący, imitujący sinusoidę i wykorzystujący naturalne ruchy powietrza. Przystanąłem w miejscu i przyglądałem się jednemu osobnikowi, który przysiadł na rogu czerwonego dachu wielkiego marketu i rozmyśliłem się nad siłą popędów w świecie natury. Przecież ten niewielki, czarnołbisty ptaszek przeleciał ogromną część świata, być może z okolic Morza Śródziemnego lub z Afryki Równikowej, by w Europie lub Azji połączyć się ze swoją partnerką i wydać na świat potomstwo. Można go spotkać od Islandii i Irlandii, po chińskie czy koreańskie brzegi Pacyfiku i od północnych rubieży Europy aż po Kretę. Swoją nazwę zawdzięcza siwemu grzbietowi i skrzydłom, a jego ubarwienie dopełniają jeszcze czernie i biele, skrajnie różne od żółcieni gatunków górskich. Jego wielkość porównuje się do wróbla, ale zawsze podkreśla się też niezwykłą smukłość i inny rodzaj ruchliwości, bliższy nerwowym podrygom sikorek niż prostym przelotom mazurków. Ten mały ptak bywa często „obdarowywany” przez kukułkę i wychowuje monstrualnie wielkie pisklę, dwojąc się i trojąc by nastarczyć z przynoszeniem owadów. Jesienią pliszki zaczynają gromadzić się w niewielkie stada, w których odbywają przeloty do ciepłych krain południowych. Obserwowany przeze mnie ptak długo pozostawał na dachu i ambitnie nawoływał ukochaną, która po jakimś czasie przybyła i usadowiła się nieopodal. Teraz już słychać było dwa głosy i zapewne wkrótce szaraki te zabiorą się za spłodzenie nowych przedstawicieli gatunku. Nazwa ptaka pochodzi ze staropolszczyzny, gdzie pierwotnie pojawiała się w postaci: pliskwa, plizga, co wskazuje na pokrewieństwo z językiem rosyjskim, gdzie określano ją jako plizgawicę lub plizdawicę.

BIBLIOTEKA (3)

1

Lektury układają się w ciągi kształtujące naszą świadomość i wrażliwość, a szczególne znaczenie mają książki czytane w młodości. Gdy sięgam myślą do czasu gdy miałem kilkanaście lat, a potem minąłem barierę dwudziestu wiosen, tytuły układają się w ciąg, który stanowił podłoże mojego szczególnego zainteresowania literaturą. W latach siedemdziesiątych na osiedlu Błonie powstała nowa biblioteka z przestronnymi salami i wyprawa do niej była wielką przygodą, a możliwość swobodnego chodzenia pomiędzy półkami znosiła jakiekolwiek ograniczenia i sugestie. To były poszukiwania, czasem ukierunkowane przez rodzaj wydania, charakterystyczną oprawę lub opracowanie graficzne. Taką serią przyciągającą zawsze moją uwagę były tomy Klubu Interesującej Książki Państwowego Instytutu Wydawniczego. Okładki przygotowywała Maria Ihnatowicz – artystka stawiana w pierwszym rzędzie Polskiej Szkoły Plakatu – i jakoś interaktywnie trafiały one do mojej wyobraźni. Czytałem wtedy Carpentiera, Kafkę, Bułhakowa, sięgałem też po Szekspira, Dantego, Słowackiego i Broniewskiego, ale oprócz tych autorów wpadały w moje ręce dzieła z różnych ciągów wydawniczych, brane na próbę i dla relaksu. Z jednej z takich wypraw, w stercie grubszych i cieńszych tomów, przyniosłem powieść pt. Japońska opera za trzy grosze, prozaika Kaiko Takeshiego (開高 健 1930–1989) – tak przynajmniej zapisano imię i nazwisko i wtedy myślałem, że Kaiko to imię. Oczywiście było to nazwisko, a Takeshi należy do zestawu bardzo popularnych imion japońskich, pojawiających się we wszystkich grupach społecznych. Pisarz urodził się w 1930 roku w Osace, dorastał w tym mieście, zdobywając szeroką wiedzę i tworząc opowiadania, powieści, eseje, teksty krytycznoliterackie, a także scenariusze telewizyjnych filmów dokumentalnych. Wymieniany był pośród znaczących pisarzy japońskich okresu Oświeconego Pokoju, czyli panowania cesarza Hirohito (Shōwa  1926–1989), a krytycy podkreślali jego umiejętności narracyjne i humor, choć nie brakowało i takich, którzy zarzucali mu wielosłowie, chaos wewnętrzny utworów i schlebianie popularnym gustom. Nie przeszkodziło to w karierze twórcy, a jego utwory zostały przetłumaczone na wiele języków i były czytane na całym świecie – najlepszym dowodem na to jest fakt, że młody chłopak w dalekiej Polsce – jakim wtedy byłem – sięgnął po prozę tego autora i dzięki niej poznał świat o którym mu się dotąd nie śniło. Kaiko studiował prawo, ale często zawieszał edukację, podejmował liczne prace, z pasją też czytał wiersze Mitsuharu Kaneko, poetyckie krótkie opowiadania Motojirō Kajii, opowieści mikronezyjskie (Księżyc nad górami) i powieść pt. Światło, wiatr i marzenia przedwcześnie zmarłego Atsushi Nakajimy. Ten syn nauczyciela szkoły podstawowej nauczył się kilku języków obcych i przetłumaczył na japoński książki Sherwooda Andersona i Louisa Aragona. Po ukończeniu studiów podjął pracę w tokijskim wydawnictwie jako specjalista od public-relations, a stabilizacja pozwoliła mu założyć rodzinę z poetką Yōko Maki. Uwagę krytyków przykuły najpierw jego opowiadania, spośród których wyróżniało się Bezimienne miasto (1953) i Nagi król (1957, Nagroda  im. Akutagawy), a szczególnie Panika (1957), która była historią odważnego leśnika, walczącego z rządową niekompetencją i wszechwładną korupcją. Utwór ten został napisany w formie alegorii, porównującej ludzkie życie do egzystencji myszy. Kaiko był też aktywistą ruchów wolnościowych i przeciwstawiał się czynnie wojnie w Wietnamie, gdzie przebywał jako korespondent wojenny. Swoje przeżycia wykorzystał przy tworzeniu powieści Ku czarnemu słońcu (1968), za którą otrzymał prestiżową Mainichi Book Award. Warto wspomnieć też zbiór reportaży pt. Ciemność w lecie (1971), ale chyba największą sławę i poczytność zyskała Japońska opera za trzy grosze (1959), powieść opisująca rzeczywistość powojenną w Japonii, na początku lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Pisarz zmarł na raka przełyku w 1989 roku i został pochowany w wielkim, buddyjskim memoriale świątynnym w Kamakurze, na wyspie Honsiu.

Kaiko_Ken

Takeshi Kaikō (1930-1989)

Japońska opera za trzy grosze w sposób oczywisty odwołująca się do utworu Bertolda Brechta, będącego ostrą krytyką społeczeństwa kapitalistycznego i mechanizmów w nim występujących. Tutaj – w egzotycznej odmianie – mamy do czynienia z bohaterem o imieniu Fukusuke, który przymiera głodem i włóczy się po dzielnicy uciech w Osace, zagląda do śmietników i próbuje wygrzebać z nich coś do zjedzenia. Kaiko opisuje początek lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku, kiedy to bohater trafia do osiedla szabrowników, operujących w obrębie starej, zbombardowanej przez Amerykanów fabryki zbrojeniowej w Osace. To ogromny obszar, pełen zdemolowanych budynków i maszyn, z którego wielkie bandy kradną nocą złom, prowadzą nieustanne wojny podjazdowe z policją i strażnikami, a w dzień śpią i odpoczywają. Ożywiają się dopiero wieczorem, gdy nadchodzi czas jedzenia ryżu ze smażonymi  podrobami, picia bimbru i przygotowań do kolejnego wymarszu. Fukusuke początkowo jest przerażony ciężarem roboty przy wykopywaniu starych rur i torów, zbieraniu ogromnych fragmentów metalowych urządzeń, ale po jakimś czasie staje się szeregowym członkiem wspólnoty, mającym w niej swoje specjalne miejsce. Jego świadomość jest szersza niż pozostałych złodziei, potrafi ich oceniać i wartościować poszczególne działania, a nade wszystko umie wybierać najwłaściwsze dla siebie rozwiązania. Dzień jest podobny do dnia, a noc zapowiada niezwykłą mobilizację, przechodzenie po rurze nad mulistym kanałem, kopanie dołów i ukrywanie się przed nagle pojawiającymi się funkcjonariuszami represyjnego systemu. Jakkolwiek by jednak nie było, życie Fukusukego zmienia się na lepsze, a uciążliwości stają się rodzajem kosztów własnych, które każdy członek bandy musi wkalkulować w strategię przeżycia. Wiek dwudziesty był czasem niewyobrażalnych ludzkich cierpień, nieustających wojen, zabijania niewinnych istot i niewolniczej pracy kilku generacji, ale ludzie zawsze próbowali znaleźć jakiś sposób na przeżycie, choć często wiązał się on ze złamaniem  prawa i wkroczeniem w obręb struktur przestępczych. Strategia złodziei złomu niczym jednak nie różni się od postępowania właścicieli banków, wielkich fabryk czy mniejszych zakładów pracy, bo – zacytujmy Brechta – czym jest włamanie do banku wobec założenia banku? Czym jest zamordowanie człowieka wobec wynajęcia człowieka? Fukusuke najpierw ma opory i nie może zaakceptować kradzieży, ale z czasem zaczyna rozumieć, że jest to forma przetrwania, a pełny żołądek jest lepszy od ssącego i poniżającego głodu. Walczy zatem zacięcie wraz ze swoimi kompanami i uczy się zasad nowego świata, z czasem zyskując na znaczeniu i wchodząc w obręb ważnych osobistości osady. Ci włóczędzy i wykolejeńcy, trafiający na obrzeże fabryki z więzień i dzielnic biedoty, sami siebie nazywaj Apaczami, bo jak wojownicy indiańskiego plemienia są bitni i sprytni, potrafią walczyć o swoje terytorium i stosować liczne podstępy w wojnach z wysłannikami wymiaru sprawiedliwości. W powieści Kaiko znajdziemy wiele fragmentów, które przypisać możemy do każdej sytuacji ludzkiej – tak jest w przypadku rady Łysego Kima, przywódcy grupy do której należy Fukusuke: nie pozwól ciągnąć się za język, żebyś nie wypaplał się z czymś niepotrzebnie. Musisz dobrze nadstawiać uszu! Szybko, wszystko robić szybko – patrzeć, słuchać, biegać prędko, to nasza dewiza. Miej się na baczności: nie zapominaj, że ktoś, z kim rozmawiasz, może ciebie właśnie chciał przechytrzyć. Pamiętaj o tym i nie daj się wywieźć w pole! To zasady, którymi musi się kierować ktoś, kto w zakłamanym społeczeństwie kapitalistycznym chce być sprytny jak Apacz i wieść w miarę ustabilizowane życie, nawet jeśli miałoby się ono toczyć w bandzie wyrzutków, na osiedlu domów zbitych z blachy i desek.

Zbombardowana Stacja Kyobashi w Osace - nieopodal niej toczy się akcja powieści

Zbombardowana Stacja Kyobashi w Osace – nieopodal niej toczy się akcja powieści

Najciekawsza jest socjologiczna strona powieści Kaiko, która stanowi solidny przyczynek do opisu Japonii w połowie ubiegłego wieku, gdy jeszcze nie zaleczono ran wojennych, a ożywiony rozwój miał dopiero nadejść. Niewykluczone, że Fukusuke i wielu innych bohaterów tej powieści znalazło dla siebie miejsce w nowym społeczeństwie, produkującym nowoczesne samochody i urządzenia elektroniczne, tak jak nie ulega wątpliwości, że niektórzy z nich mogli trafić do struktur osławionej Yakuzy. To najbardziej na świecie rozbudowane organizacje przestępcze, wzorujące się na dawnych samurajach i na dowolnie wypaczonych kodeksach honorowych. Po zrekultywowaniu terenów dawnej fabryki i pól ciągnących się wokół niej, tysiące szabrowników złomu musiał znaleźć dla siebie miejsce w nowej rzeczywistości i zapowiedź takich działań mamy też na końcu powieści. Kaiko opisuje ludzi prostych, łaknących niewyszukanych rozrywek, a jednocześnie cierpiących z powodu marazmu i nieustannie piętrzących się zagrożeń: Fukusuke był prawie co noc ścigany przez policję, a mimo to robił niewątpliwie szybkie postępy w przyswajaniu sobie umiejętności, które co prawda poza obrębem osiedla Apaczów nie znajdowały żadnego zastosowania. Złodzieje tacy jak on z biegam czasu stali się istotami nocnymi, śpiącymi w dzień jak nietoperze, a ożywiającymi się o zmierzchu, codziennie wyruszającymi na wyprawy po złom, dający im jako takie podstawy egzystencji. Strach i poczucie więzi kazały im tkwić w tym zakątku świata, a brak perspektyw nie generował twórczych myśli – pełna miska ryżu i marnego mięsa pewniejsza była od przygodnych znalezisk życia poza wspólnotą. Bohater powieści – mający w założeniu imitować Meckiego Majchera Brechta – jest w sumie zbyt miękki i zachowawczy, co nie daje mu szans na awans w obrębie grupy Łysego Kima. Przyjmuje świat takim, jaki jest i nie wykracza poza jego ramy, ucieka sprawnie, korzysta z mięśni przy szabrowaniu i nie komentuje postępków przywódców. Taka strategia przetrwania, taka bezwolność rodzi konsekwencje w postaci ran na ciele i w psychice, ale też nie niesie większych zagrożeń. Fukusuke godzi się być trybem w rozbudowanej maszynerii, zadawala się posiłkami i alkoholem, marnymi pieniędzmi, które lepiej mieć, niż nie mieć. Może chciałby czegoś więcej, może udźwignąłby nawet przywództwo nowej grupy szabrowniczej, ale woli się nie wychylać, pragnie spokoju po ciężkiej pracy, błogiego snu, a potem nowej mobilizacji w oparach dymu i alkoholu. Narrator czyni z niego centralną postać powieści, choć absolutnie nie jest on do tego predestynowany, to raczej osoba z tła, która nieopatrzne znalazła się w świetle punktowego reflektora. Ani on wzbudza litość, ani jest kimś, kogo można polubić – raczej staje się wyrazistszym tylko na chwilę, albo zwraca na siebie uwagę z powodu ewidentnej krzywdy, błędu lub dziwactwa.

Jedno z najludniejszych miast Japonii po amerykańskich bombardowaniach

Jedno z najludniejszych miast Japonii po amerykańskich bombardowaniach

Nasze lektury młodzieńcze były najczęściej bezkrytyczne, wyznawczo adoracyjne i teraz – czytając po latach powieść Tekeshiego Kaiko inaczej patrzę na jego dzieło i czasem dziwię się sobie. Może to spowodował przekład z języka niemieckiego, nie z oryginału japońskiego, ale błędy są błędami i muszę je tutaj wskazać. Przede wszystkim rzucają się w oczy powtórzenia, kilkanaście razy pisarz przypomina jakąś cechę bohatera, albo jakieś jego zachowanie, choć mówił o tym wcześniej. Rażą też trochę rozwlekłe wstawki publicystyczne, za długie dopowiedzenia związane z sytuacja społeczną w powojennej Japonii, choć cel poznawczy nieco łagodzi te usterki. Najbardziej razi mnie jednak brak dynamiki w narracji, ciągłe tkwienie w opisach bliźniaczych sytuacji, komentowanie na nowo wcześniej opisanych i wartościowanych zdarzeń. Brakuje też rozmachu opisowego, za mało jest azjatyckich porównań, odniesień do kultury czy sztuki Kraju Kwitnącej Wiśni, a nawet do konkretnych faktów biograficznych czy historycznych. Postaci są ledwie nakreślone, zbyt zwiewne i trudno sobie wyobrazić jak naprawdę wyglądają, poruszają się, jak zmieniają się ich twarze i gesty. Podczas lektury nie opuszcza nas poczucie przytłoczenia, nieustannego powrotu do jamy, w której bohaterowie wydobywają złom, ciągłego upaprania w mule brudnego kanału. Oczywiście ma to podkreślać sytuację egzystencjalną, ale doprawdy można było napisać lepiej niektóre rozdziały. Pamiętam, że bardzo ekscytowałem się tą książką i czytałem ją z wypiekami na twarzy, a teraz co i rusz łapię autora na jakichś niekonsekwencjach, uśmiecham się widząc ewidentne pomyłki czy zbędne wielosłowie. Oczywiście dalej cieszy mnie ta lektura, ale niewiele zostało z mojego wieloletniego przekonania, że jest to jedna z najlepszych książek, jakie mi swego czasu wpadły w ręce. Ciekawa sprawa z tą pamięcią dzieł, które kiedyś czytaliśmy – nosimy je w sobie i na własny użytek tworzymy jakieś wyobrażenia, jakieś nieistniejące konstrukcje, zachowujemy w pamięci coraz to bardziej niknące i blaknące fragmenty. W związku z pracą naukową, czytając po kilka razy utwory Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Norwida, Kraszewskiego, a także pisarzy pomniejszych: Malczewskiego, Goszczyńskiego, Fredry czy Asnyka, łapałem się na tym, że coś przeoczyłem, coś zgubiłem i coś nowego odnalazłem. Cóż, nasze mózgi zachowują w pamięci wiadomości na zasadzie śladów energetycznych i z czasem smugi te coraz bardziej nikną, pozostają ledwie impulsem, który wymaga gruntownego odnowienia. Takie dokopywanie się do lektur sprzed lat każe mi patrzeć innym okiem na to, co kiedyś wydawało mi się bezbłędne i bezkrytycznie generowało euforię. To przypadek powieści japońskiego pisarza, ale przecież takie rozczarowania wiążą się też z innymi twórcami, a ostatnio szczególnie z polskimi prozaikami, na czele z Gombrowiczem, którego powieści i Dziennik widzę teraz w innym świetle i znacznie mniejszą wagę do nich przykładam. Po lekturze setek tomów, po zapoznaniu się z ogromną częścią literatury polskiej i światowej, choć oczywiście nie przestającą być ledwie wycinkiem, stawiam książkom wyższe wymagania i jestem bardziej dociekliwy, częściej ironiczny niż adorujący. W przypadku japońskiego powieściopisarza nie umniejsza to faktu, że wywarł na mojej kształtującej się świadomości literackiej wielkie wrażenie i odsłonił światy, o których nie miałem pojęcia – w jakiś sposób też ukierunkował moje lektury i później z lubością sięgałem po tomy opisujące losy różnorakich wyrzutków, chuliganów, włóczęgów i nieustających pielgrzymów zranionej wrażliwości. Ale Tortilla Flat Steinbecka czy Grek Zorba Kazantsakisa, nie mówiąc już o Zbrodni i karze Dostojewskiego, to dzieła z innej, wyższej półki i przyjdzie czas na gruntowne ich opisanie i ulokowanie w mojej przeszłości. Na razie spojrzałem po latach na Japońską operę za trzy grosze i odkładam ją tyleż z przyjemnością, co z poczuciem lekkiego zażenowania sobą z dawnych lat i pisarzem, który bardzo się zestarzał…

%d blogerów lubi to: