PIĘKNO ISTNIENIA

Wertowanie starych atlasów anatomicznych, ksiąg prezentujących byty egzystujące pod wodą i na powierzchni świata, unoszące się w powietrzu lub pełzające po skałach, to zajęcie niezwykle pouczające i inspirujące. Szczególnie grube księgi niemieckie, francuskie i angielskie zawierają niezwykłe tablice poglądowe. Prawdziwy ich wybuch zaczął się w XVIII wieku, ale największe rozprzestrzenienie miało miejsce w wieku XIX. Dopiero odkrywane zwierzęta, byty podwodne, rośliny, ptaki dawały wyobrażenie o różnorodności natury i formach jej daleko idącego skomplikowania. Dzisiaj zauważamy niektóre nadinterpretacje, czasem zbyt wystylizowane prezentacje, którym daleko do prac ilustratorów dwudziestowiecznych, ale przecież stale fascynują i dają wyobraźni podłoże do nowych modyfikacji, zastosowań w sztuce, architekturze, a nawet muzyce i literaturze.

293286_10150396931915337_1643517116_n

297172_10150396929630337_1298429551_n64879_10151564222185337_1411845693_n251442_10151244624255337_948222323_n

296090_10150396930410337_1842370615_n

296949_10150396933505337_1489345001_n

270753_10151244623915337_1966577032_n297826_10150396931020337_906269355_n298681_10150396928685337_238703543_n

308042_10150396932870337_1507482209_n

312670_10150396931980337_1340517265_n

313378_10151582120980337_1971553664_n317005_10150396933885337_397018961_n392074_10151244624015337_1004292260_n

395954_10150628052865337_1110024953_n

397004_10150681148830337_680225172_n

397400_10150628057700337_1138869070_n

402759_10150681146990337_95435810_n

403182_10150681149865337_99381059_n 404616_10150628057920337_452295326_n 404954_10150710339450337_1909414174_n

405332_10150628058765337_43686609_n405836_10150710321705337_567793639_n 406992_10150681163085337_1605514435_n

407349_10150628058120337_1512892657_n

408876_10150710322135337_60736019_n

417344_10150710316485337_328167063_n

419063_10150762245620337_20425869_n

422447_10150762251345337_1871535331_n

422558_10150710321030337_1125812157_n

423650_10150710322910337_129989451_n

424675_10151244624075337_1532290756_n

424703_10150710320665337_382893054_n

from-brehms-tierleben-brehms-animal-life-vol-2-by-alfred-edmund-brehm11-1913

flying-gunard-from-alfred-brehms-life-of-animals-1883

1934603_10150396933715337_676815468_n

547080_10151004487260337_839539059_n

931398_10151684116745337_604886764_n

538602_10151244623885337_747936479_n

Reklamy

BIEL

No i zasypało… Znowu na ziemię spadły tony śniegu, okrywając białym puchem gałęzie topól, brzóz i igły świerków, osiadając na dachach i drogach. Zawsze mam wtedy wrażenie, że pojawiła się jakaś odświętność, wyrazista nowa odsłona świata, wygładzonego i pozbawionego wstydliwych dziur i śmietników, wyrw w jezdniach, zapadni w chodnikach i brudnych kałuż. To jakby chwilowe zapewnienie, że żyjemy pośród ładu i harmonii, a tony krzykliwe mogą zgasnąć w jednej chwili. W dzieciństwie był to czas zabaw i zimowych gier sportowych, na czele z hokejem i jazdą na łyżwach, ale też zjazdów na czym się dało z jakichś wzniesień, skoków na nartach i wyścigów na bobslejkach. Teraz to raczej spora uciążliwość, konieczność przedzierania się przez zaspy i zmrożone płaszczyzny – teraz to zaproszenie do sesji fotograficznych, dokumentujących tę nagłą odmianę świata i świętość chwili okrytej bielą.

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

NIEBO STYCZNIA 2011


DRAPERIE PRZESTRZENI (XI)

 

Lodowy księżyc Jowisza - Europa

Lód jest formą wody, powszechnie występującą na naszej planecie, a także w wielu innych miejscach Układu Słonecznego. Ta szybka zamiana wodnistości i miękkości w twardość jest jednym z cudów naszej egzystencji i szczególnie w dzieciństwie nas zachwyca. Przypomina mi się doroczne zalewanie lodowiska na boisku szkolnym, a potem liczne mecze hokejowe, zabawy i ślizganie się na wyznaczonych odcinkach. Nie zapomnę też tych chwil spędzonych na lodowisku miejskim, gdy brałem udział w kilku treningach Polonii Bydgoszcz i dotykałem palcami perfekcyjnie przygotowanej, gładkiej tafli. Było też w moim życiu trochę nieroztropnego chodzenia po zamarzniętych jeziorach, stawach i rzekach, były chwile nad zamarzającym morzem i zabawy z wielkimi kawałkami lodu. Podnosiło się je do góry i patrzyło się przez nie na słońce, albo rzucało się je daleko na gładzie, tak by sunęły do przodu jak pociski. Trochę było też gwałtownych kontaktów z kamiennością tej struktury, szczególnie podczas meczów hokeja. Upadki pozostawiały krwawe i sine ślady, otarcia naskórka i czasem większe rany, a chyba najgorszym doświadczeniem było uderzanie głową o zamarzniętą powierzchnię, które zawsze miało moc bokserskiego nokautu. Ale to wszystko warte było doznań, jakie się miało, gdy śmigało się w hokejówkach, czuło się wyzwolonym i walczyło się z przeciwnikami o krążek. Urządzaliśmy też często wyścigi łyżwiarskie i znakomicie opanowałem jazdę tzw. „przekładanką” na zakrętach, a na prostych rozwijałem ogromne szybkości. Trudne do opanowania było hamowanie, ale w końcu nauczyłem się to robić i podczas takiego gwałtownego zwalniania ścinałem gładź lodową i tworzyłem prawdziwe fontanny śniegu i twardych kryształków. Lodowisko przyciągało wiele dzieci z bloków i po południu, po zapadnięciu zmroku, przy świetle elektrycznym, gwar był wielki w takim miejscu, sporo śmiechu i nawoływania. Zawiązywały się przyjaźnie i kwitły miłości (ach to jeżdżenie w parze z dziewczynami i trzymanie je za ręce lub pod boki…), ale też wybuchało sporo konfliktów, gwałtownych bójek, niczym w kanadyjskiej zawodowej lidze hokejowej NHL. Ale chyba najpiękniejszym momentem było samo wylewanie wody i kształtowanie się tafli, a potem cudowne twardnienie, będące obietnicą szaleństw zimowych.

Lód to dla mnie także ślizgawki w dzielnicy Jary, sąsiadującej z moim osiedlem albo na skarpach wiaduktu, prowadzącego za miasto. Chodziło się tam i dokonywało się cudów, mknąc na butach lub jakichś kawałkach plastiku, blachy lub płyt pilśniowych. Przygotowywaliśmy też tzw. „kańki”, czyli przybijaliśmy stare łyżwy do kawałków desek i zjeżdżaliśmy na nich z ogromną szybkością, jak na bobslejach. Najodważniejsi kładli się na nich na brzuchu i z głową nieomal przy lodzie, mknęli w dół jak straceńcy. Przy tych zabawach kontuzje były znacznie poważniejsze i zdarzało się, że ktoś łamał nogę lub rękę, wybijał stawy, albo doznawał urazów głowy, nie wyłączając wstrząśnień mózgu. Ale co tam, brawurowe zjazdy warte były tego poświęcenia, a mnie jakoś ominęły poważniejsze zranienia. Nie oszczędzałem się na tych zboczach, a jak przychodziły jakieś osiedlowe piękności, popisywałem się przed nimi sprawnością i wykonywałem ewolucje na granicy ryzyka. To pewnie tak zaprawiło mnie i dało dobre przygotowanie do jazdy na nartach. W tym względzie w mojej pamięci pozostał szczególnie wyjazd z drużyną lekkoatletyczna mojej uczelni na obóz sportowy w Pieniny, do Sromowców Niżnych. Tam wiele było lodu na drogach, po których biegaliśmy, sporo przejrzystych skamielin pomiędzy skałami i nad Dunajcem, ale najpiękniejsze były wodospady strumieni, które częściowo zamarzały i tworzyły fantastyczne kształty. Wspomnieć jeszcze wypada młodzieńcze zabawy ze strącaniem sopli, zwisających z rynien dachów i gałęzi drzew, które także było dość niebezpieczne, ale jakże nas cieszyło. Rzucaliśmy w nie kamieniami lub bryłami lodu, a czasem sięgaliśmy po nie jakimś kijem, drągiem podpierającym pranie lub znalezionym prętem. Spadały na ziemię i rozpadały się natychmiast, a tylko największe z nich pozostawały w dużym kawałku, który też bywał wykorzystywany do jakiejś zabawy. Niektórzy koledzy ssali mniejsze sople i mnie to się też kilka razy zdarzyło, ale kto wtedy myślał o konsekwencjach i o potencjalnych chorobach…

Gdy snuję te refleksje o lodzie i lodowatości, słuchając kojarzącej się jakoś z nimi VIII Symfonii „Niedokończonej” Franciszka Schuberta, widzę opisane wyżej zdarzenia, różne miłe i groźne sytuacje, ale moja myśl natychmiast biegnie też ku wieloletniej fascynacji, jaką jest dla mnie czwarty co do wielkości księżyc Jowisza – Europa. Planeta ta, cała pokryta jest lodem i uczeni podejrzewają, że pod twardą skorupą może znajdować się wielki ocean, w którym mogłoby rozwinąć się życie (potwierdziły to dane uzyskane z sondy Galileo). Odkrycie Europy przypisuje się Galileuszowi, a dzisiaj obserwacje są już możliwe przy wykorzystaniu silnych lornetek i nieprofesjonalnych teleskopów. Nazwa pochodzi od Simona Mariusa, a odnosi się do mitologii greckiej, a nie jak powszechnie się sądzi, do chłodów pojawiających się na naszym kontynencie. Charakterystyczna dla tego satelity jest dość gładka powierzchnia i liczne spękania, które przypominają przeogromną sieć, a powstają w wyniku uwalniania się soli i kwasu siarkowego. Gdy to piszę, przypominają mi się natychmiast sceny z filmu Imperium kontratakuje, gdy Luke Skywalker trafia na planetę Hoth, pokrytą lodem i śniegiem. Ale na powierzchni Europy trudno byłoby przetrwać, bo występują tam ekstremalne temperatury, a magnetyczne oddziaływanie Jowisza jest wręcz miażdżące. Nie można wszakże wykluczyć, że pod ochronną warstwą lodu, w kwasowym i zasadowym środowisku wodnym, rozwinęła się jakaś ewoluująca egzystencja, tym bardziej, że w planetę wielokrotnie uderzały komety, które uważa się za rozsadniki życia w kosmosie. Planowano wysłanie sond, które przebiłyby się przez dziewiętnastokilometrową, zmrożoną skorupę i przesłałyby na ziemię obrazy tego, co pod nią się znajduje, ale finalnie zabrakło ogromnych funduszy. Z powodu tych hipotez ten tajemniczy satelita Jowisza jest obiektem licznych obserwacji i domysłów, staje się też wyzwaniem dla następnych pokoleń astronomów, astrofizyków i kosmonautów. My mamy co roku przedsmak tego, co charakteryzuje krajobraz Europy, a szczególnie doświadczają tego uczestnicy wypraw ku kołom podbiegunowym. Z powodu ocieplenia klimatu, także w Polsce zimy stają się bardzo mroźne i dzieci mają frajdę, choć nie widać przy blokach tylu lodowisk, co niegdyś.

NIEBO GRUDNIA 2010

Od kilku miesięcy dokumentuję w moim dzienniku obraz nieba i chmur, w kolejnych, periodycznych odsłonach. Chcę w ten sposób ukazać przestrzenie nad naszymi głowami w skali jednego roku, a może i w dłuższym czasie. Ta ilustracyjność wiąże się też z potrzebą zgromadzenia jak największego archiwum, które mógłbym wykorzystać podczas publikacji dziennika w wersji papierowej. Jestem wielkim zwolennikiem pięknie wydawanych książek, umiejętnie oprawianych i przyozdabianych. Jeśli założę wydawnictwo, co od dawna chodzi mi po głowie, zajmę się przygotowywaniem takich właśnie edycji, ze szczególnym uwzględnieniem poezji, prozy artystycznej i albumów fotograficznych. W takich publikacjach obrazy nieboskłonu i przesuwających się po nim chmur, miałyby swoje ważne miejsce.

DRAPERIE PRZESTRZENI (X)

Owoce dzikiej róży

Krzewy i krzewiastość towarzyszą nam od dzieciństwa i stają się elementem świata, który najwcześniej poznajemy. Dorośli omijają je, przyglądają się im z daleka, umieszczają je w określonej przestrzeni jako jeden z wielu elementów składowych. Inaczej zachowują się dzieci, które wchodzą w krzaki, zapoznają się z miejscami, które odsłaniają się dopiero przy bliższym kontakcie. Często jest to zapoznawanie się bolesne, związane z kolczastością dzikiej róży lub agrestu, nakazujące daleko idącą ostrożność. Ale dzieciństwo ma to do siebie, że szuka zadań trudnych, prawie niewykonalnych lub mających w sobie element profanacji. Wejście w plątaninę kolczastych krzewów staje się aktem odwagi i wtajemniczenia w sprawy wyższe, niedosiężne dla ogółu. Zdarza się też, że takie przedzieranie się jest koniecznością, gdy w krzaki wpada piłka lub latawiec, albo gdy znajdzie się tam nieostrożny piesek lub kot. Wtedy wejście w obręb tej rzeczywistości zyskuje walor wyprawy ratunkowej, a rany szarpane i krwawe rysy na skórze stają się rodzajem specjalnych odznaczeń. Wiele zdarzeń i miejsc przypomina mi się, gdy myślę o tym piętrze roślinności, a szczególnie zarośla wokół pewnego niszczejącego domu, w dzielnicy Jary, przy zejściu z Błonia na ulicę Nakielską. Chodziliśmy tam całą bandą, bo w ruinach posiadłości znaleźć można było niezwykłe „skarby”, a w pobliskim parku sporo było ciekawych miejsc do zabawy i penetracji. Zimą parowy zmieniały się w lodowe rynny i można w nich było puszczać się w dół na nogach lub na łyżwach, choć zjazdy często kończyły się w krzakach. Służyły one też jako schron, gdy nagle pojawiali się chłopacy z sąsiedniej dzielnicy, albo gdy skrajem parku przemykali milicjanci lub ormowcy. Może wtedy po raz pierwszy przyglądaliśmy się dziwnym, barwnym owocom i liściom, zrywaliśmy czerwone, pomarańczowe lub białe kuleczki i rozduszaliśmy je, by sprawdzić co jest w środku. Z niektórych wypływał sok, a z innych wylatywały jakieś twarde nasiona lub wyłaniał się włosowaty miąższ. Ważny też był ich zapach, nieznany dotąd i budzący zdziwienie, a także – gdy najodważniejsi decydowali się na spróbowanie – ich smak.

Śnieguliczka biała

Ulubioną zabawą było zrywanie kulek śnieguliczki białej  (Symphoricarpos albus Duhamel), której nazwy nie znaliśmy, ale którą znakomicie wyodrębnialiśmy z innych krzewów. Pakowało się wtedy do kieszeni mnóstwo białych jagód i rzucało się nimi we wrogów, podczas improwizowanych konfliktów. Owoce pękały przy uderzeniu w głowę przeciwnika, lub przelatywały nad nią i spadały na ziemię. Dobrą zabawą było też rozduszanie białych kulek na krzakach lub zrzucanie ich na grunt i rozgniatanie podeszwami butów. Dzisiaj wiem już, że roślina ta pochodzi z Ameryki Północnej, gdzie występuje powszechnie od Kalifornii po Alaskę. Sklepy i plantacje ogrodnicze oferują ją jako znakomicie nadającą się na żywopłoty, ale w Polsce i w całej Europie Środkowej łatwo natkniemy się na zdziczałe gęstwiny. Wiele ptaków żywi się w zimie gąbczastymi jagodami śnieguliczki, szczególnie gdy nieco skruszeją na mrozie i łatwiej dają się trawić. Zawierają sporo cukru, który skrzydlaci mieszkańcy krzewów natychmiast zamieniają w energię, niezbędną do aktywnego życia pośród roślinności. W mojej pamięci jest wiele bitew w zaroślach, gdy jedyną bronią były kuleczki śnieguliczki a czasem też boje te przenosiły się do szkoły. Tam nie pozwalano nam na to i traktowano przynoszenie białej „amunicji” do klas i na boisko jako zaśmiecanie, wpisywano uwagi do dzienniczków – czasem bardzo zabawne, bo nauczyciele nie wiedzieli jak ta roślina się nazywa. Anonsowali, na przykład tak: syn rzuca czymś białym w kolegów…, albo: syn zaśmieca szkołę białymi kawałkami krzaków… Kiedyś powitaliśmy śnieguliczką młodą nauczycielkę, która pełna zapału i wiedzy pedagogicznej, trafiła do naszej szkoły. Ale najczęściej używaliśmy tej „broni” podczas wypraw do, wspomnianego wyżej, opuszczonego parku, gdzie rosły prawdziwe chaszcze śnieguliczki, nigdy nie przycinanej i sięgającej wysokości trzech metrów. Zdarzało się, że po przybyciu na miejsce, płoszyliśmy z zarośli kosy i drozdy, choć pośród gałązek i kulek widywaliśmy też sikorki i zięby, mazurki i gile. Krzew ten należy do najbardziej charakterystycznych w Polsce i prawdę powiedziawszy trochę za bardzo się rozprzestrzenił, wypierając szlachetniejsze rośliny tego typu. Dzieje się tak dlatego, że ma bardzo małe wymagania, daje się łatwo przycinać, nie potrzebuje zbyt wiele wody i jest niezwykle wręcz odporny na mrozy.

Rokitnik pospolity

Ostatnio, za sprawą moich wypraw z aparatem w ręku, odkrywam krzewy, które wielokrotnie wcześniej widywałem, ale nie zajmowałem się nimi bliżej. Był taki czas, że na morenach czołowych wokół mojej dzielnicy zbierałem sporo owoców dzikiej róży, a potem przygotowywałem z nich rodzaj gęstego musu, bogatego w naturalna witaminę C. Musiałem zrywać czerwone owoce w starych, skórzanych rękawiczkach, bo kolce tej rośliny są bardzo ostre i często haczykowato zakrzywione. Po negatywnych doświadczeniach i wielu trudno gojących się ranach, założyłem rękawice i zrywałem wiele owoców. Teraz już wyodrębniam z zarośli berberysy, głogi, irgi, cisy, derenie, trzmieliny, a na płotach zauważam niezwykłe kompozycje dzikiego wina. To są bardzo ważne elementy postrzeganej przez nas faktury przestrzeni, tym bardziej, że zmieniają się podczas każdej pory roku. Najbardziej widowiskowe są, gdy kwitną i potem, gdy pojawiają się na nich różnobarwne i wielorako ukształtowane owoce. To one przyciągają owady i ptaki, dla których plątaniny gałązek, kolców i łodyg są tak naturalne jak dla ludzi drogi, ścieżki i chodniki. Pośród nich bytują i przemykają, znają dobrze ich „topografię” i „morfologię”, a czasem – jak dzierzba gąsiorek – wykorzystują je do celów użytkowych. Ptak ten nabija swoje ofiary na ciernie, a potem – gdy skruszeją na mrozie – żywi się nimi po kawałku. Takich spiżarni rozwiesza wiele i choć inne skrzydlate istoty kradną mu cząstki pożywienia, udaje mu się dzięki temu przeżyć najtrudniejsze okresy w roku. W zaroślach krzewów, wyodrębnić możemy kilka poziomów egzystencji, najpierw w ziemi, przy korzeniach, potem na powierzchni gruntu, dalej na łodygach i gałęziach, na liściach, a nawet w owocach. W mojej pamięci jest sporo chaszczy na dwóch dużych cmentarzach, utworzonych z dawnego Pola Ułańskiego, na których pozostawiono sporo pierwotnej roślinności. To były liczne kępy bzu i głogu, dzikich róż i cisu pospolitego. Goniliśmy się pomiędzy nimi, czasami napotykając poniemiecki, niszczejący nagrobek, innym razem ukrywaliśmy się pomiędzy nimi lub przygotowaliśmy w nich jakąś akcję. O ile uboższy byłby nasz świat, gdyby nie było na nim krzewów i jakże by się spłaszczył, utracił głębię i swoją urodę. Patrząc na kolorowe owoce i plątaniny gałązek, zauważając kolce i długie ciernie, wnikam w te światy tak, jak i w inne draperie danego nam w darze świata.

Kruszejące owoce berberysu

DRAPERIE PRZESTRZENI (IX)

Widok naszej planety ze statku kosmicznego Apollo 17

Ziemię nazywa się niebieską planetą, bo z kosmosu widać przede wszystkim oceany, oblewające wszystkie kontynenty i stanowiące podstawę życia. Ocean Spokojny, Atlantyk i Ocean Indyjski, a także Ocean Lodowaty są ogromnymi przestrzeniami, pośród których wykluło się pierwsze istnienie, a potem rozwinęło się w miliny różnorakich odmian, wybuchło niczym samo Słońce. Nie ma na świecie takiego organizmu, który by nie potrzebował wody, a ludzie wręcz są zbudowani z niej i niedostatek płynów szybko kończy każdą egzystencję. Połączenie dwóch cząsteczek wodoru i jednej tlenu jest rodzajem kosmicznego cudu, którego konsekwencje stale widzimy w otaczającym nas świecie. Inne planety skaliste, takie jak Merkury, Wenus czy Mars pozbawione są wody lub znajduje się ona na nich w innej formie (pary, lodu). Tylko Ziemia ma tak złożony ekosystem, w którym podstawowa, przejrzysta i ożywcza ciecz jest najważniejsza, wytycza miejsca powstawania osad, wsi, miast i całych cywilizacji. Jej brak może docenić tylko ktoś, kto podróżował lub błąkał się po pustyni, albo odwodnił w jakikolwiek inny sposób swój organizm. Historia ludzkości, to też zapis tego, w jaki sposób zapewniano sobie dostatek tej substancji, jak budowano kanały, wielkie cysterny, jak wznoszono akwedukty i ukrywano w ziemi rurociągi. Ileż wojen wybuchło, bo jakiś władca zapragnął szerszego dostępu do morza, ile bitew stoczono o zdobycie brodów rzecznych, ile plemion najeżdżało pustynne oazy i zabijało obrońców, by cieszyć się rześkością i ożywczym chłodem, dobywanego ze studni płynu. Choć podstawową formą materii ziemskiej są skały, to tlenek wodoru, występujący głownie we wskazanych wyżej oceanach, stanowi 70,8% powierzchni globu. Znajdziemy go także w rzekach i jeziorach, w postaci stałej w lodowcach, a w lotnej – w chmurach. Większość wody, występującej w naturze, jest słona (około 97,38%), a choć najwięcej jest w niej chlorku sodu (soli), to oczywiście ten znakomity rozpuszczalnik zawiera też tysiące innych substancji. Czy woda powstała – zgodnie z hipotezą solarną – w wyniku działania wiatru słonecznego i skomplikowanej reakcji wodoru i tlenu, czy też zawlokły ją na naszą planetę komety lub asteroidy, nie jest czymś wyjątkowym w kosmosie, starczy przywołać ogromne połacie lodu na księżycu Jowisza – Europie – lub ostatnie potwierdzenia jej istnienia na Marsie (2008) i Księżycu (2009). Ludzie reagują na brak wody w prosty sposób – gdy mają do niej codzienny dostęp – po prostu sięgają po plastikową lub szklaną butelkę lub nabierają ją jakimś naczyniem ze zbiornika, a przecież jest to symptom czegoś o wiele bardziej złożonego. Wszak to woda jest transporterem wewnątrzustrojowym produktów przemiany materii, substancji odżywczych, hormonów i enzymów, a także reguluje temperaturę ciał i uczestniczy w pozbywaniu się resztek zużytych cząstek. W wielu kulturach pojawia się jako podstawowy żywioł, przeciwstawiany niszczącej sile ognia, brudowi i rozkładowi, ale też bywa nośnikiem śmierci ukrytej, drzemiącej w głębinach, odbierającej oddech nieostrożnemu pływakowi.

Nasze doświadczenia, związane z wodą, zaczynają się w czasach dzieciństwa, gdy najpierw kąpani w niewielkich wanienkach przez rodziców, stopniowo sami wchodzimy w szersze i głębsze przestrzenie wodniste. To są zabawy w jakichś oczkach, kałużach, rozlewiskach, a potem kąpiele w stawach, jeziorach, rzekach i w morzu. Moje wodne inicjacje były doprawdy euforyczne, bo szybko nauczyłem się pływać i skakać w głębinę. Teraz nawet myślę o tym z pewnym niepokojem, bo wyprawiałem czasem niebezpieczne harce. A to, gdy rzucałem się z pomostów na główkę w nieznane ciemności podwodne, gdy toczyłem z kolegami wojny na kajakach, rowerach wodnych i łodziach, a chyba szczytem wszystkiego było wspinanie się na wysokie drzewa i skakanie z nich do Brdy. To były duże wysokości, a głębie krystalicznie czystej rzeki wcale nie były takie duże i często zwodziły śmiałków. Raz solidnie trzepnąłem głową o dno, ale na szczęście mój pęd został już wyhamowany i skończyło się tylko na wielkim strachu. Jeśli już jestem przy tej rzece, to pamiętam liczne wyprawy z Błonia do dzielnicy Jachcice, gdzie Brda była czyściutka i zachwycała chłodem, rześkością, a nade wszystko odsłaniała przed nami świat podwodny. Była tam bujna roślinność, stale ruchliwa w ogromnym nurcie, a pośród niej pływały wielkie klenie, pstrągi, okonie i wiele drobiazgu rybiego. Do drzew były tam przymocowane długie liny, z kołkiem na dole, na których można było się huśtać nad tonią i w pewnym momencie, puszczając się, wpadać do niej z impetem. Było też nurkowanie i przyglądanie się temu zjawiskowemu światu pod powierzchnią, próby łapania ryb, wydobywania pięknych kamieni, ale najbardziej ekscytujące było skakanie w lodowate nurty. Najtrudniejsze było to opisane wyżej, z platform, przymocowanych bardzo wysoko do gałęzi, ale także skoki z brzegu, z tzw. skoblem w powietrzu, też były w cenie. Wracaliśmy często z takich wypraw pokiereszowani, z jakimiś stłuczeniami, ranami kończyn, otarciami naskórków, ale też z poczuciem uczestnictwa w wielkim bohaterskim boju młodości. To były eskapady na cudze terytorium plemienne, gdzie spotkać można było Cyganów i chuliganów z innych dzielnic, stąd też zdarzały się walki, bójki a nawet wielkie bitwy i sromotne ucieczki. Często jednak dochodziło do rozejmów nad rzeką, wspólnych skoków i zawodów, jakichś meczów w piłkę na brzegu i opowieści snutych przy ogniskach. Pisząc o tym, widzę tego drobnego chłopaka, jakim byłem, jak sunie dwa, trzy metry pod wodą, tuż przy dnie, pomiędzy ruchliwą roślinnością i przygląda się innemu, jakże cudownemu, krystalicznie czystemu światu.

Moje czasy młodzieńcze także związane były z wodą i wodnistością, a najważniejsze było doświadczenie jeziora w Chmielnikach. Pisałem już o tym w moim dzienniku, gdy wybrałem się z córką do miejsc tamtych inicjacji i przemierzałem raz jeszcze łodzią dobrze mi znane przestrzenie. Tam też, jako mały chłopiec, skakałem z pomostów do wody, a potem, po zdobyciu karty pływackiej, przemieszczałem się po toni na różnych jednostkach – od tratw z sitowia i trzciny, poprzez kajaki, trzeszczące rowery wodne, aż do wielkich łodzi, zdolnych pomieścić kilka osób. Wypływało się na środek jeziora, rozglądało się dokładnie, czy nie widać motorówki milicyjnej i z wielkim rozmachem „waliło” się głową w zupełnie nieznane głębie. Oczywiście wiedzieliśmy, że akwen jest dość głęboki, ale przecież zdarzały się na nim pagórki, jakieś ukryte wybrzuszenia dna, czasem zatopione rybackie krypy, no ale przecież nikt się tym nie przejmował i jakoś naszą wspólnotę chłopacko-dziewczyńską ominęły większe tragedie. Nie znaczy to, że namawiam młodzież do takich zachowań, tym bardziej, że żniwo śmierci i kalectwa co roku bywa wielkie w tym względzie. Wtedy nie myśleliśmy o tym, a radość z obcowania z wodą podczas upału, była wielka i stawała się jakby samą esencją życia. Dopływaliśmy do wybranych miejsc, rozbijaliśmy obozy, pływaliśmy do drugiego brzegu i na jakiś wysunięty znacząco cypel, stale wprawiając się w sztuce pokonywania wodnych dali. Nie mogłem wtedy wiedzieć, że będę kiedyś ratownikiem nad tym jeziorem i będę je patrolował z motorówki i łodzi, strofując takich samych jak ja zapaleńców i nieostrożnych pływaków. To tam miał miejsce kurs na stopień ratownika i tam wziąłem udział w egzaminie na żółty czepek, który dawał możliwość pływania w miejscach niebezpiecznych i oddalonych od kąpielisk. Dobrze pamiętam to doświadczenie, gdy skoczyłem z białej barierki do wody i przepłynąłem pod wodą wiele metrów, a potem zacząłem podążać z wieloma innymi pływakami wokół jeziora, by w końcu ostatnie sto metrów „przewalić” delfinem i wyjść na brzeg ze wspaniale wyrzeźbionymi mięśniami klatki piersiowej, brzucha i ramion. Wiele godzin spędziłem w wodach tego jeziora, a po podjęciu pracy nad nim ruszałem wpław wcześnie rano, ku przeciwnemu brzegowi, tak samo kończąc też dzień. Tonie nie były wtedy tak czyste, jak dzisiaj, bo odprowadzano jakieś ścieki do tego akwenu, ale w sumie nie były to wielkie zanieczyszczenia. Zawsze w mojej wyobraźni, w snach i w świadomości zbiornik nazywany Jezuickim, będzie archetypem jeziora, głębin kuszących i przerażających, ożywczego chłodu i przestrzeni licznych sprawdzianów młodzieńczej tężyzny. Obok jeziora Qinghai na Wyżynie Tybetańskiej, jezior mazurskich i litewskich, pozostanie ta woda ważnym doświadczeniem ziemskości i kosmiczności, uczestnictwa w jej wielkim obiegu natury.

Bezkresność wodna Florydy

Dość szybko pojawiło się też w moim życiu morze, nad które jeździłem z dziewczętami i chłopakami, ku któremu pędziłem na motocyklu i podążałem samochodem z przyczepą. Tam pierwsze doświadczenia erotyczne sprzęgły się z cudownością falujących ogromów i z poczuciem łączności z całością planetarną. Najpierw więc był Bałtyk, szaleńcze pływanie na dalekie dystanse, obijanie się o porośnięte glonami słupy i kamienie, a potem dane mi było zobaczyć inne rzeczywistości nadmorskie. Z synem pływaliśmy po Morzu Śródziemnym u brzegów Katalonii, tuż przy wyspach Medas, nad brzegiem Adriatyku zbierałem muszle i kamienie, były też wspaniałe chwile na plaży Kleopatry w Turcji, a potem wędrowanie nad Atlantykiem w Atlantic City i nad Zatoką Meksykańską w Clearwater, na Florydzie. W tym ostatnim miejscu mogłem siadać na brzegu i godzinami wpatrywać się przybliżające się i oddalające się fale, nad którymi unosiły się mewy i rybitwy, przelatywały kormorany, ostrygojady i brązowe pelikany. Z zaciekawieniem patrzyłem też na to, co morze wyrzucało ze swoich głębin, jakieś rośliny i zwierzęta denne, dziwne ryby, muszle i kamienie. Nazbierałem sporo tych ostatnich i przywiozłem do Polski, a w niektórych z nich czuć stale zapach tamtej zatoki i tamtej soli. Wchodząc do wody w tym zjawiskowym świecie i patrząc na zachodzące słońce, czułem się jak przedwieczny Indianin, który po całodziennym polowaniu w lesie namorzynowym, stanął wreszcie na brzegu oceanu, rzucił upolowane ptaki na piasek, a sam zatopił się w toniach, zmył z siebie trudy walki o przetrwanie. To są wody niebezpieczne, gdzie sporo jest żarłocznych rekinów, nie wchodziłem zatem zbyt daleko, a pływałem przede wszystkim w basenie, przy hotelu. Żar lał się z nieba, a ja doświadczałem raz jeszcze wodnistości i jej ożywczego działania w obliczu pierwotnej energii słonecznej. Nie byłoby życia bez niej i czułem to dobrze, gdy piłem też tam wodę Fuji, jedną z najlepszych na świecie, pochodzącą z innej części globu, wspaniale gaszącą pragnienie i rozlewającą się w całym ciele. Na Florydzie jest wiele zatok i rozlewisk, oderwanych od morza jezior i stawów, a nade wszystko wszędzie wdziera się ocean, którego moc wyczuwa się szczególnie w wietrzne dni i podczas sztormów oraz huraganów. Strugi deszczu łączą się wtedy z wodą wyrywaną z oceanicznych toni, powietrze jest przesycone wilgocią i rześkością, ale starczy, że na niebie pojawi się znowu słońce, a wszystko błyskawicznie wysycha i łaknie wody. Zawsze piłem sporo różnych cieczy, począwszy od czasów dziecinnych, poprzez lata następne, aż do dzisiaj i zawsze znajdowałem wielką przyjemność w ich pochłanianiu. Teraz biorę do ręki stojące naczynie z niegazowaną wodą mineralną i piję ze smakiem, łącząc się w myślach z pierwotnością płynu, w którym powstało życie i który jest jego gwarantem. Pyszna, chłodna, krystalicznie czysta woda… Gdy byłem chłopcem, w domu mojej babci wisiały białe makatki z różnymi rysunkami i napisami, a na jednym z nich widniała mądrość: Świeża woda urody ci doda

Fragmenty świata podwodnego - Zatoka Meksykańska

KRASIŃSKI I WRZEŚNIOWE CHMURY

Pisałem już o mojej szczególnej wrażliwości na kształty, barwy, symbolikę i zmienność chmur. Już jako mały chłopiec leżałem często na piasku lub trawie i patrzyłem jak płyną one po niebie. Są częścią naszego życia i draperią przestrzeni, z którą obcujemy od samych narodzin. Często są ostatnim widzianym obrazem dla ludzi, odchodzących z tego świata, po raz ostatni zamykających oczy. Chodzę teraz, jak to mówią czasem ironicznie o poetach lub lekkoduchach, z głową w chmurach. Niestety ta ogromna, inspirująca materia w dziełach literackich jest praktycznie nie zbadana, próżno szukać książek o obrazach i przywołaniach chmur w pismach Mickiewicza, Słowackiego, Kraszewskiego czy Miłosza. Zamieszczając kolejne obrazy fenomenów atmosfery – tym razem wrześniowych – odnotowuję, co powiedział o nich i jak się w nie wpatrywał, mniej więcej w tym samym momencie roku, hrabia Zygmunt Krasiński. Pisał do swojej największej miłości i powierniczki duchowej, Delfiny Potockiej: Wczoraj ku wieczorowi usiadłem wśród błot i krzaków na kępie, słońce szło ku zachodowi, olszyna niedaleko, z obu stron trzęsawisk wzgóreczki żółte po zżętym zbożu, nad głową kopuła wielka, polska, jakby na morzu widnokrąg, zasian już jesiennymi chmury, co w rozmaitych warstwach niższych, wyższych suną, a promienie słońca ukośnie przedzierają się na wskroś tych piątr. – Wielka cichość, niezmierny obszar – i tak siedząc znów zacząłem myśleć o tym, co zowiesz dzieciństwa płaczami, błędami młodości i zgrzybiałości gderaniem, a skąd i gdzie wśród tych pisków, zgrzytów, bełkotań dosłychać się muzyki głosu Bożego! A gdym tak myślał, podniósłszy oczy obaczyłem kawał błękitnego nieba nad głową! Czemuż nie błękitnym mi powietrze obok mnie, to bliskie, które wieje we mnie, to, którym oddycham, tylko ono, co nade mną? A jednak i tamto tym samym powietrzem. Otóż ta między nami różnica, że dolne powietrze otacza mnie cząstkami swymi, a górne wisi mi nad głową w całości swojej, w ogromie swoim – strumyki powietrza płyną koło mnie, ale ocean powietrza nade mną się kołysze. Pierwsze niewidzialnymi są, drugi z lazuru, a tym tylko z lazuru, że widzian przeze mnie w całości swojej, niż już jako cząstka, ale jako wszystkość widnokrężna. [Z. K r a s i ń s k i, List do Delfiny Potockiej z 24 [– 25] września 1843 roku [w:] tegoż, Listy do Delfiny Potockiej, t. II, oprac. i wstępem poprzedził Z. Sudolski, Warszawa 1975, s. 58.] Często widzę te promienie ukośnie, wydobywające się spomiędzy warstw chmur, i te błękity, i te lazury…i oddycham tym samym, polskim powietrzem…

DRAPERIE PRZESTRZENI (VIII)

Obejrzałem wspaniały film pt. Deserts z serii Planeth Earth, do którego scenariusz napisał znany przyrodnik David Attenborough, reżyserował Alastair Fothergill, a autorem zdjęć był Andrew Shillabeer. Natychmiast też skojarzyłem go, z pisanym przeze mnie ciągiem tekstów o draperiach przestrzeni. Piaszczystość odgrywa wszakże w naszym życiu ważną rolę i bywa doznaniem cudownym (na plaży, w tropikach), dramatycznym (podczas burz piaskowych) albo pierwotnym i materialnym (w dzieciństwie). Tutaj twórcy przemieszczali się od pustyni do pustyni i ukazywali fenomeny naszej planety, których nie zobaczymy nigdzie indziej. Oto na Pustyni Nubijskiej walczą ze sobą zażarcie potężne kozły górskie i kruszą porowate skały, przemieszczają się z góry na dół, a potem z wielką siłą uderzają w siebie rogami. Na Atacamie, w Chile, najgorętszym miejscu na ziemi, wchodzimy z kolei w dziwną przestrzeń, gdzie rosną wielkie kaktusy. Pomiędzy nimi przechadzają się dzikie guanako, zjadając kaktusowe kwiaty, zlizując krople rosy. Skąd bierze się wilgoć w takim miejscu, w którym przy pełnej operacji słońca temperatury sięgają siedemdziesięciu stopni Celsjusza? Odpowiedź jest prosta – to skutek działania wielkiego oceanicznego dryfu Humboldta, zwanego też Prądem Peruwiańskim. Przynosi on wczesnym rankiem mgły znad oceanu, które osiadają na gruncie i roślinach i zmieniają się w smakowitą rosę. Dzięki temu, w tym pasie Atacamy, bujnie rozwija się życie, jest sporo owadów, ptaków, mniejszych i większych ssaków. W sumie prąd ten jest powodem pustynnienia lądu, ale na chwilę obdarza go zbawienną wilgocią, która wyparowuje po dwóch, trzech godzinach, Pozostaje jednak wystarczająco długo na kaktusach i porostach, by pustynne zwierzęta mogły się napoić. Zasadą tego filmu, w którym narratorem jest Attenborough, są nagłe przeskoki z miejsca na miejsce, z kontynentu na kontynent. Twórcy przenoszą nas zatem do Australii, która jest najsuchszym lądem na naszej planecie. Obserwujemy tam kangury, które szukają miejsc ocienionych, a także liżą swoje odnóża, by w ten sposób je ochłodzić. Bardzo się przy tym odwadniają i muszą uzupełniać braki płynów, szukając jakichkolwiek zbiorników. I tutaj piach jest tak gorący, że nie udaje się ustać długo w jednym miejscu, zwierzęta wykształciły jednak różne sposoby przetrwania. Kolejny przeskok akcji ukazuje owe techniki na Saharze, gdzie prawdziwe życie zaczyna się o zmroku. To wtedy wychodzą ze swych nor fenki i lisy, pojawiają się owady, gryzonie i nocne ptasie drapieżniki – to co jest martwe w pełnym słońcu, ożywa w nocy. Ale działanie erozyjne piasku chyba najlepiej odzwierciedlono na przykładzie Pustyni Białej, w Egipcie, gdzie pojawiło się sporo ostańców skalnych, od tysięcy lat uderzanych niewielkimi drobinkami. Przybierają one formę fantastycznych „grzybów”, a w końcu podcięte od dołu, z hukiem zapadają się w piach. Podobne formy znajdziemy w amerykańskiej Dolinie Śmierci, gdzie aż roi się od grzechotników, a piach wciska się do oczu, ust, pozostaje we wszelkich zagłębieniach skóry. Lubię ten serial, bo wiąże się on bezpośrednio z moim zamysłem opisania przestrzeni życiowych i faktur, które są częścią naszej zdumiewającej egzystencji.

Sięgając pamięcią w przeszłość, widzę siebie pośród rówieśniczego grona, bawiącego się na powstającym osiedlu Błonie. Jakiż to był raj dla dzieciaków – wszędzie wielkie kopce ziemi, ogromne wykopy i rowy, a nade wszystko miejsca na długo porzucone przez robotników, gdzie można było zawiązać jakąś nową „cywilizację”. Zdarzało się, że w wielkiej grupie, zaczynaliśmy kopać jakiś dół, tworzyć w ziemi „schron”, zawzięcie wgłębiać się w kolejne warstwy. Najpierw przebijaliśmy się przez struktury czarnoziemu, a po jakimś czasie, z okrzykami radości, docieraliśmy do „żółtego piasku” Jakże on nas wtedy fascynował, chłodny, czysty, mający świeży zapach, skrajnie różny od czarnej ziemi, w której pełno było larw, pędraków, butwiejących i gnijących cząstek roślin i wszelakiego śmiecia. Kopaliśmy czym się dało, a najwyżej w hierarchii takich kopaczy byli ci, którzy mieli „saperki”, niżej lokowali się odkrywcy z plastikowymi łopatkami, a najniżej byli ci, którzy posługiwali się łyżkami lub kawałkami deseczek lub szkła. Czasem powstawała kilkumetrowa wyrwa w ziemi, na dnie której zaczynała pojawiać się woda gruntowa, a innym razem był to długi rów, w którym można było wspaniale bawić się w wojnę. Równie ekscytującym przeżyciem było zasypywanie wykopanych dołów, szybkie zsuwanie ziemi rękoma lub zgarnianie jej wskazanymi wyżej narzędziami. Zdarzało się wtedy, że do dziur wpychani byli słabsi chłopcy, jakieś dziwaczne dziewczęta, straszone całkowitym zakopaniem w ziemi. Z takich „nieludzkich” zabaw zapamiętałem smak żółtego piasku, który wpadał do ust, chrzęścił między zębami i w takiej formie budził odrazę. Ale najlepsze było dotykanie odsłoniętych, chłodnych miejsc i przyglądanie się poszczególnym warstwom ziemi – czarnej smudze, potem przejściowej, pomiędzy czernią a ciemnożółtym piaskiem i wreszcie tej najpiękniejszej, złożonej z kwarcowego i bielutkiego piaseczku, w najniższych miejscach. To na osiedlu poznawaliśmy też strukturę żwiru rzecznego, który przywożono w ogromnych ilościach i składowano na hałdach, wykorzystując go potem przy produkcji betonu. Zdarzało się, że siadaliśmy na skraju takiej sztucznej góry, wydobywaliśmy z niej muszelki, gładkie kamyki i kawałki dziwnych, skalistych tworów. Gdy robotnicy szli do domów, wykorzystywaliśmy ich sita i przesypywaliśmy przez nie sporo żwiru, wyszukując najpiękniejsze okazy mineralogiczne. To był czas rajskiego dzieciństwa, pod błękitnym niebem, w promieniach słońca i w obliczu pierwotności kosmicznej, zamkniętej w drobinach piasku.

Ale do tego raju wkradała się też wiele razy śmierć, kojarząca się z wykopanymi dołami, na pobliskich cmentarzach, i z różnymi bolesnymi przeżyciami. W czasach przejścia od dzieciństwa do młodzieńczości, dawni koledzy i koleżanki, z którymi bawiłem się w piasku, odbierali sobie życie. Czasem im się to udawało, innym razem wracali do żywych, mieli jakieś swoje dalsze życiorysy, często jednak nie potrafili znaleźć swojego miejsca na ziemi. Jeśli samobójstwo się udawało, szliśmy na pogrzeby i stawaliśmy oko w oko z wykopanym dołem, gdzie składano trumnę, a potem z przerażającym dudnieniem, zrzucano na nią żółty i czarny piasek. Do dzisiaj pamiętam odgłos uderzania grud o wieko i noszę w sobie wiele takich zdarzeń, pamiętam też, że zawsze ściskało mnie wtedy w gardle, a zrzucany piach stawał się elementem jakiejś tragicznej nieuchronności, jakiegoś ostatecznego zaprzepaszczenia wszelkich szans. A wcześniej różnie bywało i ci, którzy na zawsze połączyli się z ziemią cmentarzy podmiejskich, miewali swoje wzniosłe i „nikczemne” chwile w tamtych przestrzeniach. Bandy dzieciaków, dla których te cmentarze, częściowo tylko wypełnione grobami, bywały pierwszym placem zabaw, miewały dziwne pomysły. Jednym z nich było zakopywanie w przygotowanym do pochówku grobie jakiejś „tajemnicy”. Wskakiwało się do takiego dołu i na jego dnie zakopywało się zdechłego psa, przejechanego przez samochód kota, czasem martwego ptaka lub jeszcze „coś” innego. Jeden z kolegów zabawiał się w taki sposób z upodobaniem, póki nie został przyłapany przez grabarzy i zamknięty za karę w kostnicy, z kilkoma trumnami i leżącymi w nich nieboszczykami. Gdy go wreszcie wypuścili, rwał przez cmentarz, na osiedle, z ogromną szybkością i zdaję się, że więcej nie robił takich pochówkowych happeningów. Jeden wszakże stał się sławny, gdy ów kolega zakopał na dnie grobu, w niewielkim kartonie, stary budzik, nastawiony dokładnie na godzinę ósmą rano. Następnego dnia zaprowadził nas na cmentarz i usłyszeliśmy ciche dzwonienie, dobiegające ze świeżej mogiły. Łatwo można się domyślić, jakie wrażenie taki dźwięk zrobiłby na kimś z rodziny zmarłego, nie mówiąc o nim samym… To doświadczenie cmentarnego żółtego piachu, wydobytego z wnętrza ziemi, a potem spychanego łopatami na trumny, było dla mnie bardzo ważne i w jakiś sposób ukształtowało moją wrażliwość poetycką. Nie zapomnę też głupiego dowcipu jednego z kolegów, który wepchnął mnie do jednego z takich wykopanych dołów i uciekł. Miałem sporo problemów z wydostaniem się na zewnątrz, ale w końcu jakoś sobie poradziłem, a potem dałem kolesiowi niezły wycisk na podwórku i kilka kropel krwi wpadło w piach.

Inne „piaszczyste” doświadczenia wiążą się z moimi podróżami i pobytami nad jeziorami, rzekami, nad morzem i nad oceanami. To były przede wszystkim „zwykłe” nadmorskie zabawy, kopanie w mokrym piachu w Chmielnikach, budowanie zamków na brzegu Brdy, ale też niezwykłe chwile nad Morzem Śródziemnym, na brzegu Jeziora Qinghai w Chinach, na plażach Wschodniego Wybrzeża USA i na Florydzie. Pamiętam, jak brodziłem długo w oceanie, na brzegach w Atlantic City, a potem wygrzewałem się na piachu, wydobywałem z niego czarne kamienie i muszle, patrzyłem na daleki horyzont. Ten piach atlantycki nie był zbyt urodziwy, pełen ciemnych drobinek, szary i zbity. O wiele ciekawszy i bielszy był piasek z Zatoki Meksykańskiej, po którym chodziłem godzinami i przyglądałem się rzeczywistości wokół mnie. Morze wyrzucało tam sporo muszli i wodorostów, czasem jakieś martwe ryby i skorupiaki. W niektórych miejscach piasek mieszał się ze szczątkami muszli i kamykami i bardzo trudno było po nim chodzić. Zbierałem muszle, które potem zabrałem do Polski, ale też czasami siadałem na jakiejś górce, nabierałem piach w dłonie i powoli rozsypywałem. Myślałem wtedy o tym, że nasze życie składa się tylko z ulotnych chwil, które przesypują się jak te ziarenka, ledwie przez moment są żywe (w ruchu), a po chwili już stają się wspomnieniem. Choć to był luty, piasek był gorący, rozgrzany przez silnie operujące słońce, wspaniale zatem nadawał się do tego, by na nim odpoczywać. Wolałem jednak codzienne marsze, szczególnie w kierunku Calanesi Island, a potem powroty brzegiem, tuż przy wlewających się falach. Szło się i szło i nie czuło się zmęczenia, stale do przodu, aż do cypla, który był na końcu tej części amerykańskiego wybrzeża. Dalej musiałbym czymś popłynąć lub przelecieć, w jakiś sposób, nad tymi turkusowymi toniami oceanu. Dopiero po powrocie do Polski zobaczyłem na zdjęciach satelitarnych jak daleko chodziłem i jaką przestrzeń przemierzałem. Nie czułem tego, a zapewne każdego dnia robiłem, w tę i z powrotem, ze dwadzieścia kilometrów – może tylko zmieniająca się pora dnia i wysokość słońca wskazywały na to, że mijało sporo czasu. Przywiozłem z tych moich wypraw trochę piachu, który leży teraz w szklanych wazach, razem z kamieniami i muszlami i stale pachnie tak, jak wtedy, gdy zabierałem go na pamiątkę. Piach i piaszczystość i nasze dreptanie po nim, chwile, gdy uświadamiamy sobie jego wyjątkowość i wieloletnie zapominanie o tym, że jest pod naszymi nogami.

DRAPERIE PRZESTRZENI (VII)

Kamień z Góry Bony w Krzemieńcu

Kamienistość i kamienność wkracza do naszego świata bardzo wcześnie i bywa najpierw bolesnym doświadczeniem. Otarcia naskórka na kolanach i łokciach są zwykle śladem takich nagłych, nieprzewidzianych zetknięć z nią, choć ciało dziecka jest na tyle sprężyste, iż z wielu podobnych sytuacji wychodzi bez szwanku. Jedynym znakiem są wtedy sińce na skórze, czyli podskórne wylewy, z którymi organizm szybko sobie poradzi. Potem przychodzi czas zaprzyjaźnienia się z kamieniem, kiedy to obraca się go w dłoniach, gładzi zaokrąglone krawędzie, przygląda się ubarwieniu i rysunkowi plam, linii, wgłębień i kropek. Jeśli jest on owalny, przypomina spłaszczone jajo, albo kiedy ma kształt włoskiego orzecha, wspaniale nadaje się do rzucania. W miarę rośnięcia organizmu, z biegiem lat i dni, te rzutu są coraz dalsze i coraz dłużej trwa powietrzny lot. Jeśli dziecko stoi nad zbiornikiem wodnym, tak rzuca płaskim kamieniem, by odbijał się on od powierzchni i podskakiwał na niej. To tak zwane puszczanie „kaczek”, które często staje się konkursem, w którym wygrywają najlepsi i najsilniejsi chłopcy, choć zdarza się, że i dziewczęta biorą w nich udział i potrafią elegancko rzucać kamykami o taflę. Widzę siebie, jak dziesiątki, setki, a może tysiące razy rzucam okruchami skał, obtoczonymi przez czas, wodę i wiatr, wydobytymi na powierzchnię planety przez ruchy tektoniczne lub działanie człowieka. Przyglądam się ich lotom i lekko pochylam głowę, jakbym chciał dopomóc im w powietrzu i w trakcie gwałtownego lądowania. W zależności od pory roku, brałem w dłonie gorące, rozpalone słońcem, albo lodowate, smagane mrozem i wiatrem kamyki – jedne chłodziłem w kieszeni, inne ogrzewałem w palcach, przykładałem do policzków lub piersi. Innym razem zmagałem się z wielkimi głazami, a szczególnie w czasach, gdy trenowałem kulturystykę lub, gdy nakładałem sobie młodzieńcze zadania „ponad siły”. To było pchanie, jak kulą, kilkukilowych otoczaków i dźwiganie wielokilowych „kamlotów”, spuszczanie ich z góry lub rzucanie w jakąś przepaść. Nie zapomnę też tych chwil, gdy stawałem przy wielkich głazach narzutowych, wspinałem się na nie lub gładziłem je dłonią, zapoznawałem się z ciekawą fakturą, z ich chropowatą draperią. W przestrzeniach Bretanii takie wielkie głazy nazywa się kromlech i podkreśla się ich znaczenie w celtyckich ceremoniach religijnych, szczególnie w obrzędowości druidów. W innych częściach Europy kromlechy to ustawione pionowo kamienie, najczęściej wokół jakiegoś grobowca lub miejsca kultu (np. Stonhenge). W takim rozumieniu stają się one pierwowzorem kolumnad, w późniejszych pałacach, zamkach i w różnorakich budowlach sakralnych.

Plaża Kleopatry - Turcja

Moje najboleśniejsze zetknięcie z kamieniem miało miejsce, gdy wybuchła wojna blokowa z inną ulicą. W pewnym momencie, na moim osiedlu wykopano ogromną nieckę, w której z czasem wylano fundamenty dużego centrum handlowego. Przez rok, a może nawet i dłużej, świeciła jednak tylko wielka wyrwa w ziemi, która stała się miejscem zabaw dla okolicznej młodzieży. W zimie jej krawędzie i boki wspaniale nadawały się do zjeżdżania po lodzie i śniegu, a latem można było tam kopać w piasku, budować „bunkry” z pustaków, palić niewielkie ogniska. Ta dziura stała się też przestrzenią graniczną, gdzie ścierały się wpływy chłopaków z dwóch zgrupowań blokowych – z jednej strony byli przeciwnicy z ulicy Korczaka i Morcinka, a ze strony drugiej my, to znaczy bandy z żółtych bloków, stojących przy Gałczyńskiego. Naszych wrogów wspierały czasami hordy ze Szwederowa, a nam dopomagali rzutcy wojownicy z Jarów. Miałem może z dziesięć, a może dwanaście lat, kiedy wybuchła największa wojna na kije i kamienie, która dla wielu skończyła się bardzo krwawo. Dzieci często nie zdają sobie sprawy z konsekwencji takich „zabaw”, szybko rzucają czymś w kierunku przeciwnika, a skutki mogą okazać się opłakane. Tak też było i w tym przypadku, gdy wiele kamieni trafiło w głowy, otarło się o ramiona lub uderzyło w piersi, lała się wtedy młoda krew, pojawiały się nowe sińce, słychać było przekleństwa, okrzyki bólu i płacze. Bo przecież ci bojownicy często tylko udawali mężnych i dorosłych, a w głębi duszy byli dziećmi, które reagowały gwałtownie na pojawienie się bólu. Wtedy właśnie, gdy wziąłem udział w tej wojnie i odniosłem wiele sukcesów, trafiając kamieniami w przeciwników, też zostałem namierzony i „poczęstowany” okruchem „planetarnej twardości”. Tego dnia od samego rana rozgorzała zażarta walka, więc w niewielkiej torbie płóciennej zgromadziłem „amunicję” i pobiegłem z kilkoma kolegami na linię frontu. Tam, rzuciłem wiele kamieni w stronę przeciwników i zająłem miejsce w ziemnym zagłębieniu. Było ono dość płytkie i tylko częściowo mnie chroniło. Zauważył to jakiś chłopak po drugiej stronie wojennej niecki i rzucił we mnie dużym „okazem”, który lecąc lobem, uderzył mnie prosto w lewy bok pleców, tuż nad nerką. Skoczyłem natychmiast z miejsca, bo ból był straszliwy, odbierający oddech i natychmiast wyciskający łzy z oczu. Po drugiej stronie rozległy się okrzyki zachwytu, a ja odprowadzany przez kolegów i koleżanki, dotarłem do domu, gdzie jeszcze dostałem burę za to, że brałem udział w takim zdarzeniu. Podczas następnych dni pokazywałem wszystkim na podwórku moje szczególne odznaczenie wojenne – wylew był wielkości dłoni i zniknął dopiero po miesiącu, pozostawiając wszakże uczucie bólu na znacznie dłużej.

Kamienie z Lemanu - Szwajcaria

Nie wiem kiedy pojawiła się u mnie szczególna wrażliwość na kształt, barwę i urodę kamieni, ale chyba było to w dzieciństwie, podczas różnych błahych i dziwnych sytuacji. Może w osiedlowych wykopach lub na podwórku, a może nad brzegiem jeziora lub rzek, nie wykluczone też, że mogło to być podczas pierwszych wyjazdów nad Bałtyk. Wiem na pewno, że gdy pojawiły się ekskursje zagraniczne, naturalną rzeczą stało się dla mnie zbieranie najpiękniejszych kamyków i przywożenie ich do domu, a potem ustawianie ich w szklanych wazach, kulach i cylindrach na szafach i pośród książek. Chyba pierwsze takie okruchy skalne przywiozłem ze Szwajcarii, wyjmując je z wody osławionego jeziora Leman. Zaskoczyła mnie ich marmurowa biel i niezwykłe rysunki żył, linii i cieni na nich, zacząłem zatem chować je do kieszeni płaszcza i wróciłem do hotelu we Fryburgu ze sporym obciążeniem. Zajmując się wiele lat romantyzmem, prowadząc wykłady w uniwersytecie i interesując się w sposób szczególny tą epoką, zawsze fascynowałem się tym miejscem. Stając zatem w Lozannie na brzegu tej wielkiej wodnej przestrzeni, miałem przed oczyma Słowackiego i Krasińskiego, pływających łódkami przy księżycu, ale też wędrujących po winnicach nadbrzeżnych: Byrona, Goethego, Dickensa, Hugo, Tołstoja, Hemingwaya i Miłosza, nie wspominając o wielu gwiazdach kina i estrady, o naukowcach i zatopionych w swoich myślach, pielgrzymach nieskończoności. Potem przywoziłem kamienie z wielu miejsc na świecie i mam teraz w domu spory zbiór mineralogiczny, który jedna osoba skwitowała takim powiedzeniem: kamienie w domu, to życie jak z kamienia. Nie za bardzo się tym przejąłem, choć pojawiły się jakieś trudności w mojej egzystencji, a ludzka głupota i zawiść zrobiła swoje, to nie wiążę tego z moim kamiennym zbiorem. W myślach pojawiają mi się za to czasem święte chwile, gdy chodziłem pierwszy raz w nowojorskim Central Parku i pochylałem się by sięgnąć z ziemi co piękniejsze kamyki. Napisałem potem o nich wiersz, który zrobił dość dużą karierę, był wielokrotnie publikowany i tłumaczony na języki obce, między innymi przez moich żydowskich przyjaciół z Nowego Jorku. Teraz marzy mi się napisanie obszernego szkicu o mineralogii Mickiewicza, która jest bardzo rozbudowana w poszczególnych dziełach, momentami wręcz fascynująca. Mam zatem nadzieję, że uda mi się kiedyś zrealizować ten zamysł, choć polskie życie naukowe odstręcza obecnie od ambitnych przedsięwzięć. Brakuje w nim czystych reguł, za wiele jest koteryjności, nienawiści i feudalnych układów, które burzą spokój i nie pozwalają długoplanowo działać. Lepszy w tym względzie jest system amerykański, gdzie konkursy na stanowiska profesorskie w uniwersytetach i sprawiedliwa ocena dorobku, eliminuje „układowość”, „uznaniowość”  i jednostronność ocen. Biorę zatem do reki kamienie znad Lemanu i te przywiezione z innych miejsc świata, wierzę, że przetrwam wszystko. Czuję, że została w nich zapisana historia świata i mojego życia.

Wyżyna Tybetańska - Chiny

Wielkim doświadczeniem było dla mnie obcowanie z kamiennością w Chinach, podczas moich dwóch wyjazdów w zeszłym roku. Przede wszystkim wizyta nad malowniczym jeziorem Qinghai dostarczyła wielu obserwacji i powiększyła moje zbiory minerałów. Jadąc do dwóch szmaragdowych zbiorników wodnych w Leśnym Parku Narodowym Kanbula, zatrzymaliśmy się przy wielkiej hydroelektrowni, gdzie leżało sporo rumowisk skalnych. W jednym miejscu były też sterty kamieni i chodząc po nich, wybrałem najciekawsze „okazy”, które potem poleciały ze mną do Polski. Dzięki temu mam u siebie malutki kawałek Chin – kraju, którego kultura w szczególny sposób ostatnio mnie interesuje i generuje nowe pomysły pisarskie oraz artystyczne. Kimkolwiek bym nie był i cokolwiek by się nie stało, Chiny na zawsze już pozostaną głęboko w mojej świadomości, pośród marzeń najczystszych i najpiękniejszych, w linii rozwojowej różnorakich działań i przedsięwzięć. Chodziłem zatem po tym zwałowisku i podnosiłem czasem większe kamienie, żałując, że nie mogę ich zabrać do domu. Były tak naturalnie piękne i kształtne, czasem jak wielkie jaja strusie, innym razem jak kule do kręgli, ale ważyły po kilka kilogramów i znacznie przeważyłyby mój bagaż, z konieczności niewielki  z powodu przelotów samolotowych. Te kamyki, które jednak wziąłem też mają swój urok i szczególnie podoba mi się niebieskawy otoczak, z wyraźnymi sinymi liniami żył przerostowych. Dotykam go czasami i wspominam wszystko, co zdarzyło się w zeszłym roku, podczas wypraw do Kraju Środka. Kamienność ukazała mi tam też swój majestat, gdy patrzyłem na ośnieżone szczyty potężnych gór, na wielkie bloki skalne, wiszące nad autostradami, na drobne kamienie, zabezpieczone siatkami, by nie spadały na drogi. Wystarczyło wyjść w hotelu w mieście Xining, leżącym na Wyżynie Tybetańskiej, by zetknąć się z kamienną pierwotnością w pobliskim parku, a także na okolicznych wzgórzach i widzieć ją w odległych planach, ograniczonych kształtem łańcuchów górskich. Wspomnieć jeszcze muszę o innej kamienności, z którą zetknąłem się podczas wyprawy na Chiński Mur. Pogoda była wtedy niezwykle wietrzna, temperatura bliska zera, więc zarówno pradziejowa budowla, jak i okoliczne góry, zionęły chłodem, porażały mroźnym dotykiem. Stanąłem jednak na jednej z wież i delikatnie gładziłem dłonią fragment muru, radując się, że życie doprowadziło mnie do tego miejsca i do tej chwili, jakże naznaczonej tellurycznością i pierwotnością.

Costa Brava - Hiszpania

Zawsze fascynowała mnie też wpisana w kamienie kosmiczność, jakby zakodowane przesłanie z początków istnienia wszechświata. Wszak twarda materia składa się tych samych cząstek, co elementy organiczne, znajdziemy w niej te same pierwiastki budulcowe, podobne połączenia atomów, tylko układ jest inny, tylko kombinacje bywają bardziej złożone. Żelazo i krzem, cynk i miedź, kobalt i sód, a do tego tlen i wodór, czasem gazy szlachetne, tworzą to, co w naszej dłoni jawi się jako twardy kawałek świata. To jest też wielka tajemnica, zaklęta w skale i w okruchu asteroidy, w ogromnej planecie i w niewielkim satelicie – to tajemnica siły spajającej wszystko. Nie wiemy co powoduje, że atomy się nie rozbiegają i przez jakiś czas trwają w określonych uniach, a dopiero po wielu milionach lat poddają się równie powszechnej entropii. To jest ta sama siła, która powoduje, że wszechświat jest stabilny, i mimo swojego niewyobrażalnego ogromu i nieustannego rozszerzania się, nie rozpada się na mniejsze cząstki. Czasami, za sprawą meteorytów i komet, docierają do ziemi fragmenty skał spoza świata ziemskiego i uczeni poddają je różnorakim badaniom. Okazuje się wtedy, że wiele takich okruchów ma jednorodną strukturę, z przewagą żelaza i niklu (syderyty) lub krzemianów oraz kobaltu (aerolity). Nie możemy wszakże wykluczyć, że gdzieś w kosmosie są ciała niebieskie, gdzie w nadmiarze występuje złoto, srebro lub platyna, tak cenione przez ludzi – nie możemy mieć pewności, że gdzieś w przestworze kosmicznym nie krążą planetoidy, na których walają się ogromne rubiny, szmaragdy lub diamenty. Skały przywiezione z księżyca są bardzo stare, bo ich wiek szacuje się od 3, 16 miliarda lat (bazalty tworzące księżycowe morza) do nawet 4,5 mld lat (skały budulcowe wyżyn), ale brakuje w nich licznych pierwiastków, występujących na ziemi. Ciekawostką jest to, że nasz satelita jest bardzo zasobny w żelazo (w anortytach) i w tytan (w ilmenitach). Przed miliardami lat, kiedy kształtowała się ostateczna struktura naszej planety, gdy powoli gasła jej ogromna aktywność wulkaniczna, stygły też skały, z których potem, w określonych środowiskach geologicznych, powstawały kamienie, które bierzemy do rąk. Najczęściej fascynuje nas ich kształt, gładkość lub porowatość, a czasem nawet magiczne działanie. Szczególnie w przypadku kamieni szlachetnych mówi się o ich ukrytej energii i oddziaływaniu na ludzki organizm. Istnieje nawet pogląd, że obcowanie z wielkimi kamieniami ma zbawczy wpływ na zdrowie i przekazuje nam energię z dawnych wieków. Biorąc do ręki kamień, czuje pokorę wobec jego pierwotności i sił go współtworzących, obcuję z tajemnicą istnienia. Pośród ziemskich draperii przestrzeni, kamienność jest bardzo rozpowszechniona, nie w tak wielkim stopniu jak wodnistość, ale w równie zjawiskowy sposób. Podoba mi się bardzo żydowski zwyczaj kładzenia małych kamieni na nagrobkach i manifestowania w ten sposób obecności ludzi żywych przy nich. Kamienność i twardość, kosmos i energia, chwile pierwsze i chwile ostatnie… a to wszystko w niewielkim i w ogromnym kamieniu.

« Older entries

%d blogerów lubi to: