SZANGHAJ NOCĄ

Choć wszystko wokół przygasa, trzeba przypominać momenty świetliste… Pod koniec maja 2018 roku byłem w Szanghaju, gdzie przeżyłem wiele takich chwil. Przez kilka godzin – od zachodu słońca do zmroku – chodziłem nabrzeżem rzeki Huangpu Jiang i rozkoszowałem się magią zjawisk, które rozgrywały się przede mną. Wysokie wieżowce dzielnicy Pudong były jak pomniki ludzkości podążającej do przodu i nieustannie się rozwijającej. Ale powolne przesuwanie się statków i barek, zapalanie się i gaśnięcie wielkich neonów, miało też w sobie coś z kosmicznego tańca swobodnych bytów i potwierdzało nieuchronność odwiecznej metamorfozy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CZARNY NEFRYT (8)

Słońce powoli zachodziło, tworząc na niebie różnokolorowe pasy, plamy i zakrzywione ostrza. Ai wędrował przez góry, kierując się do rodzinnej wsi. Piął się stromymi ścieżkami na zbocza i szybko schodził w doliny. Czasem zatrzymywał się na jakiejś przełęczy i patrzył w dal, na wspaniały kraj Qin, ciągnący się daleko za horyzont, sięgający szczytami nieba, pełen cudownych dolin, jezior i rzek, kolorowych ptaków i rdzawych antylop, koziorożców na turniach i tygrysów w lasach, niedźwiedzi panda w bambusowych zaroślach i wzorzystych węży pośród traw. Panem tego wszystkiego był król, który przybrał tytuł Pierwszego Cesarza. Wstąpił na tron po swoim ojcu Czuang Siangu, w wieku trzynastu lat i godził się, by królestwem długo władał Liu Pu-wei, potężny konkubent jego matki. Potem jednak wygnał go ze stolicy, a spłodzone dzieci, swoich przybranych braci, kazał wymordować. Ai przystanął na wielkiej półce skalnej, wysuniętej nad przepaść, popatrzył na żółtą brzoskwinię słońca i zamyślił się nad światem, który nie wiadomo kiedy powstał. Nie bardzo wierzył w opowieści o Hun-tunie, mitycznym ni to zwierzęciu, ni bukłaku na wodę, utożsamianym z pierwotnym chaosem. Stwór ten wyglądał dziwacznie, jak skrzyżowanie kilku zwierząt, nie lubił ludzi dobrych, a łasił się do złych. Jedni mówili, że mieszkał na Niebiańskiej Górze, gdzie tańczył, grał na instrumentach i śpiewał, a inni przedstawiali go jako beztalencie, takie samo jak inne demony. Świat powstał w ciągu siedmiu dni i może rzeczywiście wyłonił się z chaosu, z którego powstały też bóstwa Yin i Yang. To pierwsze utworzyło ziemię, a drugie – uformowało niebo i tak powstał pierwszy porządek. Ai pamiętał opowieść ojca o pierwotnych oceanach i ich władcach. Hun-tun rządził Oceanem Środkowym, gwałtowny Szu władał Oceanem Południowym, a porywczy Hu decydował o Oceanie Północnym. To oni sprawili, że nieokrzesany stwór umarł i chaos się zakończył. Patrzył na malownicze krawędzie górskie i na niebieskie zbocza w dali, coraz szczelniej pokryte śniegami na szczytach. Kochał te miejsca i znał je dobrze od dzieciństwa, kiedy to po raz pierwszy poszedł z ojcem i bratem w góry i zobaczył krystalicznie czyste dale, o których wcześniej nie miał pojęcia. Odtąd były one w nim wielką tęsknotą i ilekroć wspinał się na szczyty i patrzył przed siebie, czuł jakby skrzydła rosły mu u ramion. Wznosił się w wyobraźni jak orzeł i bujał pośród obłoków, nad wioskami i cesarskim miastem, kołował nad rzeką Wei He i odprowadzał ją aż do ujścia i połączenia się z Huang He, matką wszystkich płynących wód. Był już blisko wielkiego rumowiska skalnego, za którym prosta droga prowadziła w dół, do rodzinnej wsi. Nagle coś przykuło jego uwagę i zadrżał z lęku, przystanął i osłonił oczy dłonią, by lepiej przyjrzeć się niebu. Krążyły na nim dziesiątki sępów i pojawiła się też między białymi czapami chmur jakaś czarna mgiełka, jakby złowieszczy opar, może dym, a może zapowiedź zbliżającej się burzy.

 Wyszedł zza załomu i jedno spojrzenie w dal prawie przyprawiło go o utratę świadomości. Zachwiał się na nogach, przytrzymał gałęzi dzikiego drzewa brzoskwiniowego i szybko pobiegł na dół. Coraz bardziej przybliżały się do niego ognie pożarów, dopalających się w miejscach, gdzie kiedyś stały domy sąsiadów i dobrze znanych mu ludzi. Tuż przy wejściu na główną ulicę wsi zatrzymał się i przyczaił za dużą stertą drewna. Uważnie sondował przestrzeń przed nim, ale nie zauważył niczego, co wskazywałoby na obecność wojska czy jakiejś bandy złoczyńców. Wyszedł ze swojego ukrycia i ruszył środkiem głównego traktu, co jakiś czas przystając i przyglądając się pozabijanym ludziom i kłębiącym się nad nimi sępom, wronom i krukom. Serce podeszło mu do gardła i cały drżał, kierował się jednak ku placowi na środku wioski, gdzie przepychało się wiele sępów. Chwycił dużego kija i podbiegł z nim do ptaków, które niechętnie odskoczyły, nawet nie wznosząc się w powietrze. To, co zobaczył powaliło go z nóg i zaraz upadł na kolana. Przed nim leżała piramida utworzona z ludzkich głów, a obok wbito w ziemię deskę z napisem: Kara za śmierć poborcy. Choć głowy były zmasakrowane, Ai rozpoznawał przez łzy wiele twarzy, szczególnie dzieci, które często przychodziły do kuźni i przypatrywały się jego pracy. Nagle jego uwagę przykuła posiwiała głowa, leżąca do niego bokiem. Zamarł z przerażenia, podszedł ostrożnie do niej i raz jeszcze upadł na kolana, krzycząc z bezsilnej rozpaczy i rwąc włosy z głowy. To była część ciała jego ojca, choć martwa, pełna powagi i dostojności, jakby bez użycia siły oddzielona od tułowia. Sięgnął ją z nabożną czcią i ucałował w czoło, usiadł na ziemi i patrzył na to, co pozostało z tego, który dał mu życie i wychowywał go przez lata. Zdjął gruby futrzany kubrak, który nosił na koszuli i owinął nim głowę ojca. Podszedł do piramidy i z bólem, z wielką rozpaczą w sercu, zawieszał wzrok na każdej twarzy, bojąc się, że za chwilę zobaczy też głowę swojego brata. Jego myśli biegały jak oszalałe, a w wyobraźni pojawiały się wykrzywione twarze Wanga i Shi Huangdi, jego ojca i brata, przepięknej Czao i dzieci wieśniaków. Myślał o tym, jak bezmyślne było zabicie poborcy i jakich wielkich krzywd przysporzył wsi tym czynem. Ruszył z miejsca, jakby był pijany i słaniając się na nogach, skierował się ku odległej kuźni. Wszędzie pełno było plam rozlanej krwi, na drodze i w bramach podwórek walały się ciała bez głów, odcięte ręce i nogi. Wielkie sępy biły się o łupy, przysiadały na niskich drzewach morwowych, przepychały się i robiły wiele hałasu. W końcu dotarł do swojego domu i zaczął przeszukiwać izby. Niczego nie znalazł, więc poszedł do kuźni, gdzie na środku podłogi, w wielkiej kałuży krwi, leżało ciało ojca. Odwinął głowę z zawiniątka i przyłożył ją do szyi. W tym samym momencie usłyszał głośny płacz, a potem krzyk, dobiegający z tajemnego schowka w dachu, w którym czasem ukrywali wykonane miecze i widły, topory i noże.

– Ai…!  Ai…! Kochany Aiu…

Jego brat, Nan, zeskoczył na ziemię i natychmiast objęli się w czułym uścisku. Drżeli jakby stali długo na mrozie i płakali. W końcu jednak zaczęli się opanowywać i Ai zapytał młodszego brata:

– Kto to zrobił…?

– To Czen i jego żołnierze… Pamiętasz tego złoczyńcę…? Czasami zamawiał u nas broń albo dzbany z brązu… – odpowiedział Nan.

– To on? Skąd się tutaj wziął? – dziwił się Ai.

– Przyjechał pomścić Wanga, ale to wściekły pies i na pewno chodziło mu o coś innego – powiedział młodszy mężczyzna, a potem jeszcze dodał – Nasz ojciec powiedział mi przed śmiercią, zanim przyszli do nas, że cokolwiek zrobiłeś, nie ty jesteś winny, tylko cesarz, który od lat morduje i uczy mordować swoich zauszników… To w jego imieniu przyjechał do naszej wsi Wang, a potem Czen…

– Nie mogłeś obronić staruszka…? – pytał zdesperowany Ai.

– Nakazał mi schronić się w skrytce i stamtąd widziałem jak go dopadli… – powiedział Nan drżącym głosem i zapłakał jak dziecko.

– Ilu ich było…? – pytał Ai.

– Wielu, chyba dwudziestu… Biegali od domu do domu i zabijali wszystkich… Na końcu przyszli do nas i Czen pytał ojca o ciebie i o mnie. Ojciec powiedział mu, że pojechaliśmy do sąsiedniej prowincji handlować wyrobami z żelaza i brązu. Nie wiem czy mu uwierzył czy nie, ale ledwo powstrzymałem się od wyskoczenia z ukrycia, gdy ściął głowę naszemu tacie… – opowiadał Nan i gorzko płakał.

Ai długo tulił go czule, klepał po plecach, w końcu poprawił jego rozczochrane włosy, tak jak czyniła to kiedyś ich matka i powiedział:

– Nie mamy chwili do stracenia… Musimy umykać w góry, do naszej chaty… Jest tam już Czao… – powiedział.

– Ona ocalała…? – zdziwił się Nan.

– Tak i czeka tam na nas…  Zbierajmy się, bo mogą tutaj przyjechać następni wysłannicy cesarscy i z miasta pewnie niedługo nadciągną rabusie.

Wyszli z domu i zobaczyli jakiś ruch za płotem. Ai sięgnął po łuk i oparł strzałę o cięciwę, jednocześnie zaczął zbliżać się do ogrodzenia. Gdy podszedł do niego opuścił jednak broń, bo zobaczył dziesięcioletnią Yin, która często przychodziła do kuźni. Wziął ją drżącą na ręce i wrócił do brata. Dziewczynka ocalała, bo wybrała się do Nana i przez cały czas kryła się za ogrodzeniem ich domostwa. Teraz zabrali ją ze sobą i szybkim krokiem ruszyli przez dopalającą się wieś ku drodze prowadzącej w góry. Gdy byli dość wysoko, odwrócili się za siebie i w ostatnich promieniach słońca zobaczyli, że z przeciwnej strony, traktem wiodącym od cesarskiego pałacu zbliżali się jacyś ludzie. Szli dalej i raz jeden, raz drugi, nieśli na plecach zmartwiałą z przerażenia Yin. Tak przemknęli, najpierw ku łące Czao, skąd popędzili w dół jej zwierzęta, a potem do jaskini, ukrytej za wodospadem. Najwięcej kłopotów mieli z białym jakiem, który często przystawał i nie chciał ruszać dalej. Dopiero uderzany lekko kijem bambusowym, szedł dalej, by po jakimś czasie znowu się zatrzymać. W końcu dotarli jednak do wodospadu, położyli śpiącą dziewczynkę na poszyciu z mchu, a sami zajęli się przeprowadzeniem przez strumień i po wąskiej ścieżce kóz, owiec i jaka. Tym razem zwierzęta przesunęły się szybko i dopiero przed lejącą się z góry wodą, zastygały wystraszone. Jakoś jednak udało się je przepchać i niebawem wszystkie znalazły się w jaskini. Ai wyszedł przed wodospad, obudził delikatnie Yin, okrył ją swoim kubrakiem i przeprowadził przez ukryte przejście. Dopiero w jaskini mogli odetchnąć i zdjąć przemoczone odzienie. Sięgnęli do skrzyni i wyjęli z niej suche koszule i spodnie, jakoś dopasowali też coś dziewczynce, która drżała z zimna i cichutko płakała. Teraz mogli już wypchnąć zwierzęta na łąkę i ruszyć w kierunku domku, z komina którego, cienką smużką wznosił się biały dym. Czao usłyszała beczenie owiec i wybiegła przed drzwi, a gdy zobaczyła Aia i Nana, a potem swojego jaka, kozy i owieczki, puściła się pędem przez łąkę.

SKWER GIGANTÓW LITERATURY W SZANGHAJU

 

 

Szekspir

Dante

Goethe

Hugo

 

9-Puszkin

Puszkin

Balzak

Dickens

Turgieniew

 

Tołstoj

Z Tołstojem za rękę…

TROPEM BA JINA

Nasza wiedza o literaturze chińskiej jest powierzchowna i szczątkowa i dopiero podróże do tego wielkiego kraju odsłaniają ogromne, nieuświadamiane pokłady inspiracji. Szczególnie odnosi się to do współczesnej literatury chińskiej i jej wielkich pisarzy, znanych niestety tylko w Chinach i w wąskich kręgach sinologicznych. Niewielu Polaków słyszało o legendarnych poetach z czasów dynastii Tang – Du Fu i Li Baiu, niewielu studiowało pisma Konfucjusza i komentarze Mencjusza, rzadko sięgano po pisma Lao-cy i Sun Tsu . Skromne ożywienie miało miejsce po przyznaniu dwóch nagród Nobla chińskim pisarzom współczesnym – Gao Xingjianowi (2000) i Mo Yanowi (2012). Trudno się zatem dziwić, że po raz pierwszy usłyszałem o wybitnym pisarzu chińskim Ba Jinie, dopiero podczas mojej wizyty w Szanghaju, w 2018 roku. Wtedy też zwiedziłem jego mieszkanie, zamienione teraz na muzeum i zamyśliłem się w nim nad ulotnością sławy pisarskiej. Autor ten urodził się w 1904 roku w Chengdu, stolicy prowincji Syczuan, a zmarł w 2005 roku w Szanghaju, gdzie znajduje się jego grób i pomnik. Studiował w szkole języków obcych w swoim rodzinnym mieście, a potem w latach dwudziestych ubiegłego stulecia kształcił się we Francji. W czasie pobytu w tym państwie zaczął pisać i publikować swoje utwory pod pseudonimem Ba Jin, przyjętym na cześć teoretyków anarchizmu Bakunina i Kropotkina. Po powrocie do Chin jego kariera rozwinęła się znakomicie, publikował powieści i opowiadania, a także piastował ważne stanowiska w redakcjach i wydawnictwach. W roku 1950 odwiedził Polskę, biorąc udział w Kongresie Pokoju w Warszawie i publikując potem Dziennik polski (1951). Po powstaniu Chińskiej Republiki Ludowej, jako prawowierny komunista i ideolog, zajmował szereg funkcji we władzach – był między innymi przewodniczącym Chińskiego Stowarzyszenia Pisarzy. W okresie tzw. rewolucji kulturalnej, jak wielu intelektualistów, poddany został represjom jako groźny kontrrewolucjonista. Zrehabilitowano go w roku 1977 i uczyniono deputowanym w Ogólnochińskim Zgromadzeniu Przedstawicieli Ludowych. Schyłek jego życia naznaczony został chorobą Parkinsona i katorgą na wózku inwalidzkim, co i tak nie zatrzymało jego aktywności literackiej. Przeżył 101 lat i pozostawił po sobie ogromny dorobek, w którym krytycy dopatrują się wpływów pisarzy dziewiętnastowiecznej Europy – Zoli, Turgieniewa, i Czechowa. Na język polski została przetłumaczona tylko jedna jego powieść – Gdy bogowie odchodzą (1961). Odznaczony między innymi Legią Honorową i Orderem Przyjaźni Narodów przeżywa obecnie w Chinach prawdziwy renesans, a jego książki osiągają zawrotne nakłady. Po mojej wizycie w byłej rezydencji pisarza, napisałem wiersz, w którym pojawia się też wzruszające przypomnienie tego, że po śmierci żony pisarz umieścił urnę z jej prochami na ich łóżku i codziennie zmieniał przy niej kwiaty.

 

 

 

Szanghaj 2018 – Przy byłej rezydencji Ba JIna

CZARNY NEFRYT (7)

Zapadł czarny, groźny, nieodgadniony mrok. Jakiś nocny ptak pohukiwał na pobliskim drzewie i słychać było szczekanie psów na obrzeżu miasta. Księżyc w pełni, w całym swoim majestatycznym ogromie, połyskujący złociście, pojawił się nad górami. Gao i Liu siedzieli na ławce, przy otwartej studni i z ożywieniem rozmawiali.

– Co robić, ukochana, co robić? Jeśli pojedziemy z nim na dwór, zabije mnie i ciebie zniewoli… – powiedział zdesperowany Gao.

– Ale jak uciekniemy, to oskarży nas o zabicie Wanga i będą nas szukać we wszystkich prowincjach – odrzekła Liu.

Pochylili głowy i co chwilę oddychali głęboko, jakby chcieli zrzucić z siebie to brzemię. Chwycił jej palce lewą dłonią, a prawą otoczył drobne ramię. Zbliżył twarz do jej głowy i zaczął czule całować w usta, ocierać nos o jej niewielki kształtny nosek, zwilżać językiem delikatne brwi i ruchliwe rzęsy. Liu płakała i czuła tak wielką więź ze swoim młodszym o piętnaście lat kochankiem, tak wielką czułość miała dla niego, jakby był jej synem, potrzebującym opieki i tulącym się do niej z oddaniem.

– Co zrobimy? – powtórzyła bezwiednie, odsunęła się nieco i spojrzała na niego z wyrazem przerażenia na twarzy.

– Musimy być mądrzy… Nie mamy wyjścia… Możemy tylko pojechać z nimi na dwór… – artykułował oderwane od siebie zdania.

– Może tam nadarzy się jakaś okazja… – ożywiła się Liu – Cesarz nie zna litości dla zdrajców i kłamców…

– Myślisz, że uwierzyłby nam, gdybyśmy opowiedzieli mu o wszystkim? – zapytał.

– Nie wiem… Nie wiem co robić… – lamentowała Liu.

Minęło jeszcze sporo czasu zanim usłyszeli koński tętent, zbliżający się i coraz głośniejszy, aż w końcu jeźdźcy pojawili się na podwórzu. Zeskoczyli z siodeł, uwiązali uzdy do specjalnych drągów i podbiegli do wielkiej kadzi z wodą, z której nabierali płyn brązowymi naczyniami i pili łapczywie. Gao zauważył, że ich zbroje i koszule, spodnie i buty pochlapane były krwią i w mig zorientował się, co stało się we wsi. Zadrżał, bo zrozumiał, że ma przed sobą bezwzględnych morderców, zabijających bez drgnięcia powiek. Czen zbliżał się do nich, więc skoczyli z ławki i zgięli się w ukłonach przed nim.

– Powiecie cesarzowi… – zwrócił się do nich bezceremonialnie – Powiecie, co widzieliście… Wieśniacy napadli na dom Wanga i prawie wszystkich wymordowali. Rozkradli dobytek i dla zatarcia śladów  wszystko podpalili.

– Zrobimy jak każesz panie – wyszeptała Liu, a Gao kiwał cały czas głową potakująco.

– Opowiecie o waszej miłości i o tym, co widzieliście z ukrycia w ogrodzie – powiedział Czen i po chwili dorzucił, cedząc sykliwie każde słowo – Pamiętajcie jednak, że zabezpieczyłem się dobrze i w razie, gdybyście chcieli mnie zdradzić… moi ludzie złapią was, poddadzą strasznym torturom, a dopiero potem zabiją… Mam wielu przyjaciół…

Gao poruszał głową i chwiał się w ukłonach, potwierdzając swoje oddanie. Pomyślał jednak, że kto ma wielu przyjaciół, ma też wielu wrogów i to może być szansa dla niego i Liu. Trzej żołnierze z domu Wanga, którzy także pojechali do wsi, nie wrócili już z niej, na podwórzu byli teraz tylko jego ludzie i para zakochanych. Wysłannik cesarski podszedł do kobiety, nakazał jej wstać i z błyskiem w oku pogładził ją po delikatnej cerze, wsunął palce we włosy i przytrzymał przez chwilę, jakby chciał wyrwać ich trochę. W taki sposób przyciągnął jej głowę do siebie i spojrzał w oczy. Liu przeraziła się śmiertelnie, ale poczuła też zapach końskiego potu i mieszankę innych woni, będących istotą chińskiej męskości. Bała się strasznie i odczuwała ból, ale zalotnie spojrzała na Wanga i otworzyła lubieżnie usta. Ten, nie zwracając uwagi na Gao, wsunął do nich swój język, pocałował ją gwałtownie, a potem zaśmiał się szelmowsko i odepchnął ją od siebie. Skoczył do swoich żołnierzy i zaczął wydawać komendy. Cztery wielkie wozy zapełniono sprzętami i naczyniami, szerokimi misami, lampami i porcelanowymi wazami. Piękne materie zwinięto w rulony, zdemontowano misterne parawany i abażury, załadowano meble, ręcznie kute kielichy, amfory i dzbany z brązu. Pościągano ozdoby z trupów, żołnierze pozrywali też co lepsze buty i części ubiorów. Najcenniejsze kosztowności Czen zapakował do dwóch wielkich skórzanych worów, które przytwierdził do swojego zapasowego konia. Dom poborcy wyglądał teraz jak miejsce z jakiegoś strasznego snu, wszędzie walały się półnagie ciała pomordowanych, pokoje były złupione i zdemolowane, na podłogach leżały bambusowe deszczułki ksiąg i potłuczona porcelana. Wozy wyjeżdżały już ku pobliskim górom, gdzie Czen chciał wszystko ukryć, w jednej z jaskiń, a potem po trochu przewozić do swojego domu. Liu i Gao rzucono na dwa konie, a potem skrępowano im ręce i nogi, pod brzuchami zwierząt. Kilku żołnierzy chodziło z pochodniami i podpalało kolejne partie posiadłości. Ogień szybko zajmował łatwopalne budynki, przeskakiwał ku następnym dachom i szybko powstał tak wielki żar, że jeźdźcy musieli  w popłochu uciekać za bramę, którą też zaczynały lizać płomienie. Gęsty czarny dym bił w niebo i ginął pośród coraz gęstszych ciemności. Pożar rozświetlił mroki i wszystko stało się widoczne z dużej odległości. Czen zorientował się, że popełnił błąd i wrzasnął:

– Jazda… Uciekamy do lasu…

Wreszcie dopadli wolno jadące wozy i podążali dalej, ku drzewom, dziwacznie oświetlonym światłem księżycowym. Znaleźli się już w bezpiecznym miejscu, gdy na peryferiach miasta zauważono wielki pożar i natychmiast ruszyli ku niemu pierwsi jeźdźcy. Czen wiedział, że minie sporo czasu, zanim więcej ludzi tam się zgromadzi. Wydał więc ostatnie komendy woźnicom i trzem żołnierzom, kierując wypełnione wozy i jeńców ku pewnej przełęczy, a potem dalej, do tajemnej jaskini, w której wiele razy gromadził zrabowane dobra. Z pozostałymi żołnierzami zatrzymał się w lesie i dopiero gdy księżyc zaczął obniżać się nad najwyższą górę, ruszył zataczając krąg, z powrotem do tego, co zostało z domu Wanga. Wiedział, że cesarz ma wszędzie wielu szpiegów i chciał sprawić wrażenie, że przybył od strony miasta, już po masakrze i po podpaleniu domostwa przez ludzi ze wsi. Kawalkada jeźdźców zbliżyła się do dopalających się zgliszczy, wokół których był już spory tłum ludzi. Czen zeskoczył z konia i z wściekłością ruszył ku największej grupie.

– Kto to zrobił…? – ryknął przerażająco i wyszarpnął miecz z pochwy.

Ludzie upadli przed nim na kolana i pokrzykiwali w przerażeniu, potwierdzali swoją niewiedzę, prosili o litość. To był dobry znak dla wysłannika, ale żeby wzbudzić strach i uwiarygodnić swoje działania, podszedł do jednego z dobrze zbudowanych mężczyzn, szarpnął go do przodu i wciąż trzymając za białą koszulę, wrzasnął:

– Kto odważył się zszargać majestat cesarski… Może to byłeś ty…?!

Podniósł miecz i błyskawicznym ciosem ściął młodzieńcowi głowę. Rozległ się świst, ciało opadło bezwładnie na ziemię i z czerwonej wyrwy w szyi trysnęła jaskrawa krew.  Odezwały się krzyki, tłum zafalował. Wielu wstało z klęczek i zaczęło uciekać w kierunku miasta, inni pochylili głowy jeszcze niżej, prawie kładąc się na brzuchach. Czen tylko na to czekał, podskoczył ku następnemu mężczyźnie, szarpnął go ku sobie, przyciągnął jego głowę ku swoim ustom i jadowicie szepnął do ucha:

– Krzyknij, że to na pewno zrobili wieśniacy ze wsi, bo inaczej spotka cię to samo, co stało się przed chwilą…

Młodzieniec natychmiast zaczął krzyczeć, że widział kto to zrobił i trzeba zemścić się na zbrodniarzach. Odepchnięty z rozmachem, wpadł w tłum i zniknął w nim, ale ziarno zostało już zasiane.

– Kto jeszcze widział, że to zrobili wieśniacy…? – krzyknął Czen i z zadowoleniem zauważył, że liczne ręce zaczynają się podnosić ku górze.

Po kilku chwilach wielu krzyczało, że to zrobili wieśniacy i prawie wszyscy podnosili ręce ku niebu. Wang chodził w koło obok zabitego człowieka, wznosił miecz do góry, jakby potwierdzając te okrzyki, a potem głośno zawołał:

– Każdy kto podniesie rękę na cesarskiego urzędnika zostanie zabity, a jego dobra przejdą na własność Qin Shi Huangdi…

Schował miecz do pochwy, wskoczył z rozmachem na konia, pogalopował w kierunku końca tłumu, zawrócił i pojechał ku drugiej krawędzi zbiegowiska, a potem wrócił na środek i jeszcze raz głośno obwieścił:

– Wieśniacy muszą zapłacić za morderstwa i grabieże! Żołnierze, za mną, jedziemy do wsi ukarać winnych…

Oddział ruszył z kopyta w kierunku gór, a ludzie powoli zaczęli się rozchodzić i wracać do miasta. Czenowi chodziło o to, by sprawić wrażenie, że ruszył do wsi dopiero, gdy dowiedział się przy zgliszczach, kto to zrobił. Dumny z siebie i zadowolony z racji ogromnych łupów, które już pewnie dotarły do jaskini, wjeżdżał teraz do wielkiego lasu bambusowego. Wraz z żołnierzami podążał dość długo w mroku, aż wszyscy stanęli na rozległej polanie, gdzie krzyżowały się inne szlaki. Rozkazał wydać wódkę ryżową i niedługo poprawiły się humory żołnierskie. Szybko rozpalono ognisko, wyciągnięto wino i wodę, duże kawałki wędzonego mięsa i owoce. Czen był nad wyraz rozmowny, chodził od kompana do kompana, poklepywał po plecach i dolewał wódki do małych czarek. Jednocześnie zerkał na dwóch starszych żołnierzy, którzy wstrzymywali się od picia mocnych trunków i dla niepoznaki sączyli ze swoich naczyń trochę wina. Księżyc już całkowicie zaszedł za góry i teraz tylko światło ogniska rozjaśniało mroki, przydawało grozy osmolonym i ubrudzonym zakrzepłą krwią twarzom. Wódka, specjalnie wzmocniona proszkiem usypiającym, zrobiła swoje i żołnierze, jeden po drugim, osuwali się na ziemię, tracili świadomość w pół słowa, padali na twarz lub na plecy. Wang dał znak dwóm trzeźwym podwładnym i zaczął się cichy mord. Cała trójka podchodziła do leżących i podrzynała gardła, wbijała krótkie miecze w serca i w plecy. Krew tryskała na boki i wylewała się obok leżących bezwładnie ciał. Zebrano broń, godła i flagi oraz wszystko, co mogłoby wskazywać, że byli to żołnierze Czena.

– Zostawimy ich tutaj panie…? To niebezpieczne… Ktoś może znaleźć trupy i kogoś rozpoznać – powiedział jeden z zaufanych.

 – Masz rację Ma Xiao, wierny druhu… Myślałem, że sępy i wilki zrobią szybko z nimi porządek, ale to jednak zawsze trochę trwa… – Przytaknął Czen i szybko dodał – Odetnijcie im zatem głowy, zabierzemy je stąd i wrzucimy do górskiego jeziora.

Żołnierze chodzili teraz od trupa do trupa i jednym ciosem topora, odrąbywali głowę po głowie. Przeliczyli, że było ich piętnaście, zapakowali do worków i przytwierdzili do swobodnego konia, bez jeźdźca, który rżał jakby wyczuwał trupie szczątki. Połączono też pozostałe zwierzęta tak, by nie zgubiły się podczas jazdy, wygaszono ognisko i ruszono szybko w kierunku górskich jaskiń. Ogromne stado wilków, zwabione zapachem krwi, trzymające się dotąd z dala od ognia, teraz mogło wyjść z mroku i zacząć swoją ucztę. Na pobliskich gałęziach siedziały  też już sowy i jeden wielki puchacz, przekręcający głowę w prawo i w lewo, nasłuchujący zanikających odgłosów, oddalających się coraz bardziej jeźdźców. Zapadła złowroga cisza, przerywana tylko warczeniem i ujadaniem wilków, szarpiących mięso i kąsających się w walce o większe kęsy.

CZARNY NEFRYT (6)

Nadszedł nowy dzień, a  Czao powoli zaczynała się budzić. Otworzyła oczy i przez chwilę miała wrażenie, że jest w swoim rodzinnym domu. Szybko jednak zorientowała się, że znajduje się gdzieś indziej, w chłodnym pomieszczeniu, którego wcześniej nigdy nie widziała. Uniosła się i usiadła na posłaniu, odwróciła się za siebie i zobaczyła Aia, śpiącego głęboko, tuż przy niej. Palenisko wygasło i poranny ziąb wdzierał się do jaskini, powoli jednak coraz więcej kształtów zaczynało wyłaniać się z mroku. W mgnieniu oka przypomniała sobie zdarzenia ostatnich dwóch dni i poczuła przejmujący ból w żołądku. Przykryła twarz otwartymi dłońmi, zamknęła oczy i cichuteńko zapłakała. Strużki łez pojawiły się na jej palcach i popłynęły dalej, po policzkach, aż ku brodzie, skąd zaczęły kapać na uda. Myślała o swoim życiu we wsi, o ojcu, którego tak kochała, o czułej matce i o cudownym rodzeństwie. Oczyma wyobraźni zobaczyła ojca siedzącego na ławeczce, grającego na èrhú i jakby przez chwilę słyszała jego piękne dźwięki. Jednakże w łagodną harmonię tego obrazu wkraczały wciąż barwy i tony mroczne, przelana krew i przebite ciała, zabici rodzice, bracia i siostry. Odjęła ręce z twarzy i ponownie spojrzała na ukochanego, który cicho majaczył przez sen. Powoli wstała i wyszła na łąkę i skierowała się ku domowi, gdzie znalazła wielką konchę z wodą. Nalała jej sporo do brązowej misy i umyła się, nie zważając na chłód i lodowate powiewy wiatru. Napiła się trochę z misternego kubka, nabrała też wody do żelaznego czajniczka i wróciła do chaty. Zajęła się rozpaleniem ognia i przyrządzeniem herbaty. Zobaczyła, że na stole leżą owoce i trochę suszonego mięsa, więc ułożyła je na głębokim talerzu, a obok niego postawiła dzbanek zsiadłego mleka. Gdy ciepło zaczęło wypełniać całe pomieszczenie, a aromat herbaty uniósł się nad paleniskiem, wróciła do Aia i usiadła przy nim. Patrzyła na jego ładną twarz i delikatnie muskała palcami policzki i zamknięte oczy, usta i nos, podbródek i czoło. Po chwili mężczyzna zaczął się budzić, aż nagle skoczył jak oparzony, rozejrzał się dookoła, gotowy bronić się przed nieznanym wrogiem. Szybko jednak zrozumiał gdzie jest, wszystko sobie przypomniał, uśmiechnął się promiennie do Czao, podszedł, przytulił ją do piersi i poczuł zapach czarnych włosów. Pocałował ją w usta i wyszedł z nią na łąkę, gdzie ukląkł i pochylił się ku wstającemu słońcu, a potem wykąpał się w strumieniu.

Po dłuższej nieobecności przyszedł do domu, gdzie i zjadł z dziewczyną śniadanie, a potem delektował się zieloną herbatą. Widział rozpacz na twarzy Czao, która dramatycznie wydobywała jej piękno i kruchość, rysy tak delikatne i regularne, że miało się wrażenie, iż należą do najpiękniejszej księżniczki. Przysunął się i przytulił do niej, znowu czując niezwykły powiew świeżości, przemieszany z wonią skóry i włosów. Rozpostarł palce prawej dłoni i splótł je z jej kształtnymi, malutkimi paluszkami. Po chwili uczynił to samo z drugą ręką i teraz czuł jej ciepło, pulsowanie krwi w skroniach i bicie serca. Zbliżył usta do jej ust, otarł leciutko wargi o policzek i całując go, podążał niżej. Ona zaczęła lekko drżeć z podniecenia, przesunęła się ku grubej stercie skór i pociągnęła go za sobą. Tak długo czekali na tę chwilę, że teraz wszystko przebiegało w błyskawicznym tempie. Całowali się i rozbierali nawzajem, aż wreszcie legli obok siebie nadzy, spleceni w uścisku, wpatrujący się w oczy i delikatnie głaszczący palcami swoje ciała.

 – Kocham cię Aiu – szepnęła, zamknęła oczy, spod których popłynęły łzy, i ze słodyczą całowała się z nim.

On czuł falowanie jej cudownego ciała i sam też leciutko przybliżał i oddalał się od niej. Gładził włosy, obiegał językiem nabrzmiałe piersi, zastygał na chwilę i otaczał ją ramieniem.

– Ale ja nigdy nie byłam z mężczyzną… – powiedziała i odwróciła od niego wzrok zawstydzona.

Uśmiechnął się czule, odetchnął głęboko, przyciągnął ją ku sobie, spojrzał w czarne oczy i po dłuższej chwili szepnął:

– Ja też nigdy nie byłem z kobietą… ale wiele razy marzyłem o takiej chwili z tobą…

Znowu zaczęli się całować, teraz gwałtowniej, coraz mocniej, jakby chcieli wypić z siebie całą słodycz miłości. Ai ośmielony tym, zaczął dotykać miejsca, gdzie kończyły się jej wiotkie uda i poczuł ciepłą wilgoć na palcach. Delikatnie, ale też zdecydowanie, wsunął się wreszcie tam, gdzie krzewiły się włosy i było tak bardzo mokro. Czao krzyknęła dość głośno i załkała, więc szybko się odsunął od niej. Ona jednak przyciągnęła go ku sobie i zaczęli falować jak dwa żurawie, ocierające się o siebie szyjami. Im dłużej ją kochał, tym większe ciepło rozlewało się w niej i jeszcze bardziej go pragnęła. Nie czuła już bólu, a tylko regularne powiewy żaru, jakby fale czystej miłości, uderzające w nią i osłaniające ją przed złem świata. Nagle zaczęła zapadać się w sobie i lecieć gdzieś wysoko, fruwać w powietrzu, płynąć i mknąć gdzieś w dal. Usłyszała jego łagodny krzyk i poczuła się zjednoczona z nim, jak in i jang, jak niebo i ziemia, jak błękit i turkus. Ai zsunął się z niej i położył obok, głośno oddychając i patrząc w sufit domku. Jej piersi falowały, a dłonie powędrowały ku jego męskości, ciągle nabrzmiałej i lekko przybrudzonej krwią. Sięgnęła po jakąś szmatkę i zaczęła wycierać go w tym miejscu, leciutko całować i dotykać ustami, a na końcu usunęła też plamy na swoim ciele. Wstała na chwilę i otoczyła swoje pośladki oraz łono pasem czarnego jedwabiu, wypiła filiżankę herbaty i podała mu naczynie z napojem. Usiadł na skórach i pił łapczywie, a potem znowu przyciągnął ją do siebie, pieścił, całował i kochał się z nią. Czuli się jakby byli w jakiejś magicznej krainie i wiele razy ponawiali akt miłosny, głośno oddychali i leżeli obok siebie po spełnieniu. Prawie nie rozmawiali, czasem tylko szepcząc sobie do uszu jakieś miłosne zaklęcie, jakąś ostateczną obietnicę. Kochali się z jakąś niezwykłą dystynkcją, z jakąś dbałością o to, by dać sobie tyle ciepła i zadowolenia, ile tylko ludzie mogą sobie dać. Dzień mijał, a oni stale byli siebie głodni i wciąż zaczynali nową batalię, oblewali się potem, który zastygał na ich ciałach i stawał się tajemnym aromatem tej chwili.

Tyle zdarzyło się w życiu Czao, w tak krótkim czasie. Straciła rodzinę, została uprowadzona i uciekła z domu Wanga, a teraz stała się prawdziwą kobietą i kochała się z wymarzonym Aiem, którego dawno temu wybrała i o którym stale rozmyślała, śniła, marzyła. Teraz ten silny mężczyzna leżał przy niej i łaknęła jego ciepła, zapachu – docierały do niej jego miłosne zapewnienia. Czuła, że wiele razy wlewały się w nią męskie cząstki i rozmyślała o tym, co się wydarzy, gdy w jej łonie pojawi się dziecko. On jakby wyczuł o czym myśli jego kobieta, bo powiedział:

– Nie martw się kochana Czao… odtąd zawsze już będziemy razem i nic nas nie rozdzieli… Nawet gdybyśmy mieli spędzić resztę życia na Łące Tajemnic…

– Więc to jest twoja Łąka tajemnic, ale ja kocham ludzi i chciałabym żyć pośród nich – odrzekła i pogłaskała go po włosach.

– Ja też, ale na razie będziemy musieli tutaj przeczekać nawałnice – powiedział – W nocy pójdę do wsi, przekradnę się do kuźni mojego ojca i dowiem się co się stało po znalezieniu Wanga…

– Musimy też przyprowadzić moje zwierzęta, bo same zginą w górach – powiedziała i po chwili jeszcze dodała – Trudno będzie sprowadzić tu mojego jaka…

– Nie martw się kochana – uspokoił ją – nawet jakbym miał spuścić go na linach ze skał, zrobię to…

Dzień zaczynał zbliżać się ku końcowi, Czao posprzątała w izbie i poza nią, a jednocześnie nie mogła się nadziwić ile funkcjonalnych rzeczy ojciec i dwaj bracia zgromadzili w tej samotni. Było tutaj wszystko, co człowiekowi potrzebne jest do życia. Były też prawdziwe skarby, cudownie wykute naczynia, wielkie misy i dzbany, czajniki do herbaty i talerze, wiele skór upolowanych zwierząt, w tym tak groźnych jak tygrys czy pantera. Widać, że mężczyźni byli bardzo zapobiegliwi i stworzyli tutaj kryjówkę, w której można by przebywać długie lata, a może nawet spędzić całe życie. Lubiła czasami odgradzać się od świata, chodzić w góry, modlić się i rozmyślać pośród ukwieconych łąk i na półkach skalnych. Teraz jednak wszystko się zmieniło, nie była już sama, miała przy sobie tego, którego pokochała. Zło i ludzka podłość, mordy i grabieże, pozostały za wodospadem, a tutaj było miejsce, gdzie nikt ich nie znajdzie. Ai przygotowywał się do wyprawy, ubrał czysty strój, zaplótł włosy w warkocz i przytwierdził dwa miecze do boku. Za pas włożył też dwa bardzo ostre noże, a trzeci umieścił pod koszulą, w specjalnej pochwie, przywiązanej do piersi. W końcu, gdy był już gotów, podszedł do ukochanej i powiedział:

– Świat ludzki jest pełen niebezpieczeństw… gdybym nie wrócił…

Nie zdążył dokończyć, bo dziewczyna położyła mu dłoń na ustach, drugą wsunęła w jego lśniące od słońca włosy i szepnęła:

– Wrócisz… bo ja ciebie kocham i będę cierpliwie czekała…

– Gdybym jednak nie wrócił – ciągnął dalej Ai – Pamiętaj, że byli tacy, którzy widzieli cię w domu Wanga…

– Pamiętam… – odrzekła –  Ale ty też musisz być ostrożny jak gazela i sprytny jak irbis… Poproszę Zhunti by nad tobą czuwała i użyczyła ci swoich rąk, gdy tego będziesz potrzebował.

Ai dobrze znał opowieści o dobrej bogini światła, znanej też jako Tianhou i Doumu, która była wyrocznią w sprawach niebiańskich i pomagała śmiertelnikom. Uczestniczyła w bitwie Dziesięciu Tysięcy Duchów na równinie Mu, mieszkała na Nefrytowej Górze, a jeździła powozem ciągniętym przez siedem wieprzy, odpowiadających odwiecznej konstelacji Chochli. Wyobraził sobie tę piękną kobietę, z kilkoma rękoma, w których dzierżyła broń i wszystko, co jest człowiekowi niezbędne. To dziwne, ale wiele razy wyobrażał ją sobie z twarzą Czao i teraz jej przywołanie uznał za dobry znak. Wierzył, że ludzie spotykają się na świecie nie bez powodu, a bogowie mają wielki wpływ na ich losy. Każdy ma swoją drogę, którą musi kroczyć i jeśli spotyka na niej jakąś istotę, to znaczy, że wszystkie ścieżki wiodły ją ku niemu. Linie wędrówki gwiazd na niebie i ziemskie ścieżki przecinają się. Wszystko zaczyna się w nicości, a byt jest matką wszelkiego stworzenia. Gdyby nie było nicości, nie można by zrozumieć żadnej zasady, nie dałoby się pojąć drogi, którą kroczy człowiek. Byt i nicość są na przeciwległych końcach narodzin, a przestrzeń między niebem i ziemią jest jak kowalski miech, pusta, a jednak niewyczerpana, za każdym podmuchem dająca siłę. Ai rozmyślał i przypominały mu się wykłady ojca, gdy razem wykuwali miecze i halabardy, gdy kształtowali koła do rydwanów i powozów. Stęsknił się za swoim mądrym ojcem, a na myśl o bracie, poczuł ciepło rozlewające się w całym ciele. Czao pocałowała go w usta i zawiesiła na jego szyi rzemyk, z przyczepionym do niego, niewielkim krążkiem z czarnego nefrytu.

– Niech dobre duchy towarzyszą tobie i nigdy cię nie opuszczają – powiedziała – Ten nefryt jest znakiem mojego oddania i wielkiej wiary w nas… Póki będzie z tobą, ja też będę z tobą…

– Do zobaczenia moja miłości – szepnął i zaczął powoli wspinać się po nierówności łąki ku jaskini i wodospadowi.

ODWIECZNY OGIEŃ (5)

W poezji Jidiego Majii sporą wagę mają barwy oraz interpretacje malarstwa chińskiego, a także nawiązania do wielkiej sztuki innych kontynentów. Jako przedstawiciel ludu Nuosu od najmłodszych lat uczył się szacunku dla kolorów, obcując ze zjawiskową przyrodą i przyglądając się wzorzystym strojom kobiet i mężczyzn z swego plemienia. Dominowały w nich czerń, czerwień, żółcień, niebieski i biały, a szczególną wagę miały też ozdoby sporych rozmiarów ze srebra. Przyroda chińska, szczególnie w tych regionach, gdzie występują góry, prześciga się w kreowaniu niezwykłych zjawisk kolorystycznych, niebieskich mgieł, złotych poświat na wodzie rzek i jezior, żółto-brązowych jesiennych wzgórz i dolin, a przy tym jaskrawo białych zboczy i szczytów, czarnych zwalisk skalnych i rozszczepień barwnych podczas świtów i zachodów słońca. Trudno się dziwić, że w tak wielkim i imaginatywnym kraju od dawien dawna rodzili się utalentowani artyści, którzy zostawiali po sobie wspaniałe obrazy, freski, ceramikę i naczynia z brązu, pysznie pomalowane budowle sakralne i pałace najwyższych urzędników państwowych. Choć mamy tutaj do czynienia z nieprzebranym bogactwem, to wciąż brakuje syntetycznych opisów tego złożonego, dalekowschodniego fenomenu. Powody takiego stanu rzeczy opisuje Jean A. Keim:

Dzieje chińskiego malarstwa nie są jeszcze napisane. Opracowywano je przez całe wieki w Chinach, a każda epoka przetwarzała je na swój sposób. Japończycy stworzyli własną wersję, zgodną ze swoim widzeniem i opierając się na swoich zbiorach sztuki. Uczeni zachodni opracowują dopiero metody badawcze dla tej mało poznanej dziedziny. Problem jest trudny, jako że prywatne kolekcje azjatyckie są niechętnie udostępniane, a dzieła o uznanej wartości rozproszone są po całych Chinach, w Japonii, w Stanach Zjednoczonych; nierzadko wreszcie sporna jest autentyczność obrazów kopiowanych z nabożną starannością, często w sposób genialny, przez całe generacje artystów.[1]

Zwykle Europejczycy mają złudne wyobrażenie, że sztuka chińska jest jednością i nie wyobrażają sobie przepaści czasu oraz ogromów przestrzeni, pośród których powstawała. Niewiele wagi przykładano też w świecie do pochodzenia artystów, wywodzących się przecież z ponad pięćdziesięciu narodów składających się na wielki konglomerat narodowy. Dopiero długie studia i szczegółowe poznawanie sztuki kolejnych dynastii, może dać wyobrażenie o wyjątkowości i pięknie chińskiej sztuki – rację zatem ma Keim, gdy wskazuje swoiste złudzenie:

Europejskie pojęcie o jednolitości malarstwa chińskiego jest złudzeniem. Chińskie obrazy – gdy oglądamy je po raz pierwszy – mogą istotnie wydać się nam obce i zarazem podobne do siebie, z uwagi na ich szczególną technikę i specjalne ujęcie tematu. Okazuje się jednak, że twórczość dwóch tysiącleci jest niezwykle zróżnicowana. W zależności od epoki, osobowości, temperamentu artystów zmienne było powodzenie i różny sposób ujmowania określonych tematów: postaci, scen religijnych, pejzaży, motywów zwierzęcych i roślinnych.[2]

O ile w Europie sztuka została skatalogowana już dawno i ustalono konkretne gradacje, nazwano trendy i wskazano największych mistrzów, promieniujących swoimi dziełami na wiele pokoleń, o tyle w Chinach początki malarstwa giną w pomrokach dziejów, a nawet mają związek z tradycją mityczną:

Wydaje się, że najstarszą techniką był fresk. Jego wprowadzenie wiąże tradycja z mityczną postacią Żółtego Cesarza, który miał panować ok. roku 2700 p.n.e.; z tej odległej epoki nie przetrwało do nas żadne malowidło. Najstarszym spośród znanych jest dzieło na jedwabiu, datowane na III w. p. n. e. W czterysta lat później pojawia się papier, a wraz z nim nowa, nie zmieniona po dziś dzień technika: artysta trzyma pędzel pionowo do rozpostartego na podłużnym stole papieru lub jedwabiu i nieomylnie, bez poprawek maluje na nim wodnymi farbami. Podobnej wprawy wymagała, rozwijająca się równolegle z malarstwem, sztuka kaligrafii, a piękne znaki podziwiano nie mniej niż piękny obraz. Po ukończeniu malowidła przez artystę oprawiano je w kosztowny papier lub brokat, a następnie nawijano na wałek. Właściwym miejscem przechowywania chińskiego obrazu jest szkatułka, z której wyjmuje się go tylko na chwilę, aby pokazać znajomym, lub na kilka dni, dla dekoracji pokoju. Ponadto malowidło mogło ilustrować album, zdobić wachlarz, nie mówiąc już o jego funkcji w ceremoniach religijnych (sztandary).[3]     

Dopiero około piątego wieku naszej ery zrodziła się myśl teoretyczna, postulująca tworzenie obrazów, które oddawałyby raczej stan ducha artysty w chwili tworzenia, niż czyste odwzorowanie form, oraz ideał artysty-amatora raczej niż twórcy pracującego na zamówienie. Najwyżej cenioną formą malarstwa było rozwijające się od czasów dynastii Tang monochromatyczne malarstwo pejzażowe, które osiągnęło szczyt rozwoju w wiekach IX–XIV, a jego twórcami byli często uczeni konfucjańscy, należący do intelektualnej elity kraju.[4] Tradycyjne malarstwo chińskie będzie kontynuowane aż do naszych czasów, ale w dwudziestym wieku zaznaczy się coraz większy wpływ malarstwa europejskiego i światowego, ze szczególnym uwzględnieniem technik olejnych, akrylowych lub temperowych. I to właśnie do tych tendencji nawiązuje Jidi Majia, dedykując swój niezwykły poemat pt. Rozsłoneczniony śnieg i kolor nieba, malarzowi Zhu Chenglinowi. Zaznaczmy przy tym od razu, że malarstwo staje się tutaj pretekstem do wyartykułowania swoistej filozofii koloru i estetyki dziewiczej natury. Już wstępne kadencje nie pozostawiają wątpliwości, że inkantacja, jaką było podziwianie dzieł malarskich, wprowadziła poetę w stan twórczego rozedrgania, generujący treści z pogranicza natury i mitu kosmogonicznego:

W miejscu poza czasem

Formuje się brama

Kreślona przez oczyszczającą wodę

Tu jest ta brama – brama!

Od zawsze niewidoczna

Tu słychać westchnienie

Ukrytej rudy metalu

Za maską powstałą

W wielkim pożarze

W połyskującym jaskrawo

Złocistym blasku słońca

Tu jest ta brama – brama!

O konsystencji żółtej ziemi

Dla tego, który po nią delikatnie sięga

Pośród milczenia odwiecznego

Płaskowyżu, gdzie nie słychać

Szlochów, a tylko snującą się

ciszę …[5]

Dorastanie poety w Górach Liangshan było jednocześnie szkołą obcowania z naturą, jej pięknem, niewyobrażalnymi głębiami i odległościami. To tam doświadczył podstawowych doznań zmysłowych – dotyku, smaku, brzmienia, zapachu, a nade wszystko odwzorowania obrazów. Ale to wzrok miał szczególne znaczenie podczas polowań na dzikie zwierzęta i jego waga – wskazuje Diane Ackerman – jest wciąż wiodąca w ludzkiej próbie walki z ziemskimi żywiołami:

Mimo, że większość z nas już nie poluje, nasze oczy wciąż są monopolistami wśród naszych zmysłów. Aby poczuć smak lub dotknąć naszego przeciwnika, trzeba podejść do niego na zniechęcająco bliską odległość. Aby go usłyszeć lub zwęszyć, wystarczy już być nieco dalej. Wzrok potrafi natomiast przeskoczyć przez pola i góry, podróżować w czasie, po kraju i przestrzeni pozaziemskiej, zbierając po drodze masę informacji. Zwierzętom, które słyszą dźwięki o wyższych częstotliwościach niż my, na przykład nietoperze czy delfiny, oczy zastępują uszy, mające również orientację przestrzenną. Dla nas jednak świat jest bogatszy w informacje i bardziej ponętny, jeżeli dociera za pośrednictwem oczu. Być może myślenie abstrakcyjne rozwinęło się na skutek wysiłku oczu, aby nadać sens temu, co zobaczyły. Około 70 procent wszystkich receptorów zmysłowych mieści się w oczach – oceniamy i rozumiemy świat głównie przez to, że go widzimy. Kochankowie zamykają oczy, kiedy się całują – inaczej rozpraszałoby ich zbyt wiele bodźców wizualnych.[6]

Poeta odwołuje się do zmysłu wzroku, ale też – paradoksalnie – ważne dla niego jest to, co znajduje się pod pokładami widzialności. To tam święta, oczyszczająca woda formuje wielką bramę, przez którą byty przenikają w zaświaty, a skryta pośród skał ruda metalu wzdycha niczym dziewica, obserwująca z daleka ukochanego łowcę. To wstające słońce i jego wielki pożar, spowodowały, że elementy przestrzeni zostały okryte złotym blaskiem i brama zalśniła w całej swej jaskrawości. Człowiek – istniejący pośród gór od tysięcy lat – przechodzi przez tę bramę wyposażony w wiedzę o żółtej ziemi i o dumnym milczeniu odwiecznego płaskowyżu, gdzie wszystko się nicuje, a ludzkie tragedie i radości toną w przepastnej ciszy. Tam jedynym widzialnym bogiem jest wielki ptak, bujający w przestworzach i sondujący przestrzeń ziemską:

Tylko oko boskiego orła,

Jedynego boga na wysokościach

Może dostrzec cętkowane ślady,

Pozostawione przez niezliczone

Górskie byty, pojawiające się w złocistym świetle

Migrujące tam, gdzie młode cielę

Zatrzymuje się by słuchać śpiewu źdźbeł trawy

A samotna mrówka przecina ścieżkę ziemi

Snując nić światła ze skarbca nieba[7]

Orzeł zauważa ruch, ale poeta widzi więcej – wcielając się w ptaka, zauważa niezliczone górskie byty i spośród nich wyodrębnia młode cielę, źdźbła trawy, a nawet samotną mrówkę. Tylko tego rodzaju przybliżenie pozwala dostrzec harmonię istnień mikroskopijnych i ogromnych, tylko połączenie różnych doznań zmysłowych ukazuje złożoność struktur dziewiczej natury. To jest też wyodrębnienie – znanego z nauk taoistycznych – stanu Doskonałej i Pierwotnej Jedności. Pisze o niej ze znawstwem przedmiotu Mark Forstater:

Dawniej, kiedy życie było jeszcze bezładne, ludzie dzielili prosty spokój z całym światem. W tamtych czasach yin i yang pozostawały w harmonii, a ich ruch i spoczywanie odbywały się bez żadnych zaburzeń. Cztery pory roku następowały w swoim normalnym rytmie. Żadna rzecz nie była uszkodzona, a żadne żywe stworzenie nie umierało przedwcześnie. Chociaż ludzie mieli wiedzę, nie mieli okazji się nią posługiwać. Nazywa się to stanem Doskonałej i Pierwotnej Jedności. W tamtych czasach nikt nie podejmował umyślnych działań, ale każdy bezustannie praktykował spontaniczność. W tym wieku doskonałej cnoty mędrcy nie byli cenieni, a zdolni ludzie nie byli zatrudniani. Władców traktowano jak najwyższe gałęzie drzewa, a ludzi jak zwierzynę płową w lesie. Ludzie byli prawi, nie wiedząc, że oznacza to sprawiedliwość. Kochali się nawzajem, nie wiedząc, że to dobroć. Byli uczciwi i niezawodni, nie wiedząc, że nazywa się to lojalnością. Byli godni zaufania, nie wiedząc, że oznacza to zaufanie. W swoich spontanicznych działaniach pomagali sobie nawzajem, nie myśląc, że są szczodrzy. Dlatego ich działania nie pozostawiały śladu i żadnych zapisków. Ludzie mają stałą naturę. Tkają ubrania, aby mieć co na siebie włożyć, i orzą ziemię, aby mieć co jeść. To ich powszechna cnota. Są we niej jednością i nie dzielą się n a różne grupy. Gdyby pozostawić ich naturalnym tendencjom, wciąż byliby tacy. Dlatego w wieku doskonałej cnoty ludzie chodzili wolno i pewnie i spoglądali bacznie przed siebie.[8]

Ta rzeczywistość, pojawiająca się w filozofii taoistycznej, jest rodzajem drogi, którą podąża rozumna ludzkość. Poeta czuje się jej przedstawicielem i jego wiersze traktować można jako kolejne doświadczenia w ludzkiej próbie bytu. Sięgając do początków, Majia czerpie z doświadczeń i podań swojego ludu, starając się implantować na grunt chińskiej kultury ujęcia szczegółowe, charakterystyczne dla zamkniętych przez wiele lat społeczności. Zarówno u nich, jak i u taoistów pojawiają się opowieści o legendarnych czasach początku:

W tych czasach nie było ścieżek ani tuneli wiodących przez góry, a na jeziorach nie było łódek ani mostów. Wszystkie stworzenia żyły w grupach, a ich osady znajdowały się blisko siebie. Ptaki i zwierzęta rozmnażały się, tworząc stada, a trawa i drzewa rosły bujnie i wysoko. Ptaki i zwierzęta można było prowadzić bez powrozów, można było też podchodzić i zaglądać do gniazd srok.  W wieku doskonałej cnoty ludzie żyli razem z ptakami i zwierzętami i byli równi całemu stworzeniu, tworząc jedną rodzinę. Jakże mogli poznać rozróżnienie na władców i chłopów? Podobnie nie mając wiedzy, nie porzucili ścieżki swojej naturalnej cnoty. Wolni od pragnień, trwali w stanie czystej prostoty. W tym stanie mogli podążać zgodnie ze swoją prawdziwą naturą.[9]

To zdumiewające jak wielu poetów tęskni do takiego stanu pierwotnej szczęśliwości – ma to zapewne związek z mitami o złotym wieku i świętym czasie harmonii pomiędzy ludźmi i zwierzętami, a nade wszystko z opowieściami o tym jak powstało wszystko. Mircea Eliade widzi w tym element sakralnej twórczości bóstw:

Jeden aspekt mitu zasługuje na szczególne podkreślenie: mit objawia sakralność absolutną, albowiem opowiada o twórczej aktywności bogów, odsłania sakralność ich dzieł. Innymi słowy, mit opisuje różne, a niekiedy dramatyczne momenty wkroczenia sacrum w świat. Dlatego właśnie u wielu ludów prymitywnych mity nie mogą być recytowane byle gdzie i byle kiedy, lecz jedynie w porach roku obrzędowo bogatszych (jesień, zima), albo też w czasie ceremonii religijnych, jednym słowem, w o b r ę b i e  c z a s u  ś w i ę t e g o. To właśnie wkroczenie sacrum w świat, o jakim opowiada mit –  u s t a n a w i a  świat jako coś rzeczywistego. Każdy mit opowiada, jak doszło do istnienia jakiejś rzeczywistości, czy będzie to rzeczywistość całościowa, kosmos, czy tylko jakiś fragment: wyspa, gatunek rośliny, ludzki obyczaj. Opowiadając, jak doszło do tego, że coś zaczęło istnieć, wyjaśnia się to coś i odpowiada się pośrednio na pytanie, dlaczego doszło do istnienia czegoś takiego.[10]

Majia jest niezwykle wyczulony na pojawianie się gdzieś pierwotnego ładu – czy to w micie, legendzie, czy w malowniczej rzeczywistości naturalnej Gór Liangshan. To tam prowadził obserwacje jako mały chłopiec, to tam przyglądał się wszystkiemu jako młodzieniec i tam wracał jak do swoich źródeł w czasach pełnej dorosłości, starając się zrozumieć psychikę i percepcję pierwszych ludzi.[11] Przyglądając się kolejnym obrazom Zhu Chenglina, przykłada do postrzegania natury podobną miarę – jakby zdejmuje wcześniej nałożone warstwy i jakby zdmuchuje pył tysiącleci:

Błękit, błękit I znowu błękit

W bezimiennym kręgu

Kolor nakładany na kolor

Krew o niebieskiej barwie

Płynąca bez końca

By połączyć się z najczystszym

Lapis-lazuli, stopionym w ogniu

A potem zastygłym w woli życia

To jakby niebieskawy sen

Najprawdziwsza nawałnica

Skryta w przepastnych głębiach

Podświadomości.[12]

Czym jest dla Majii kolor w jego najgłębszych tajniach i w jego najdelikatniejszych, walorowych subtelnościach? Widzimy to na przykładzie błękitu, pojawiającego się w naturze jako znak dali.[13] Ta barwa bywa tak sugestywna, że potrafi wniknąć w inne kolory i wypełnić je sobą bez reszty – tak staje się też istotą krwi, łączy się w ogniu z najczystszym lapis-lazuli, by wreszcie stać się tkanką porównawczą dla snu i podświadomości. Poeta wie, że w tym kolorze jest coś monotonnego, coś przypominającego daleką pieśń, snującą się po wąwozach i odbijającą się o skaliste zbocza. Jego pytanie o istotę koloru, powtarza na początku swojej monografii polska badaczka tych problemów:

Czym jest kolor? Natura tego zjawiska intrygowała umysły ludzkie od czasów Grecji antycznej. Już wówczas zastanawiano się, czy kolor jest obiektywną właściwością ciała, czy też tylko wrażeniem. Dziś wiemy, że barwa jest zjawiskiem fizycznym, fizykochemicznym, ale także fizjologiczno-psychologicznym. Próby uchwycenia tego zjawiska w jakiś zwarty system sięgają czasów bardzo dawnych. Próby te podejmowali filozofowie, artyści, uczeni. Badano kolor z różnych aspektów i podchodzono do niego różnymi drogami, tak jak wymaga tego jego wieloraka natura. Ta wielość sposobów podejścia pozostała do dzisiaj; nauka o barwie rozdzielona jest pomiędzy różne dyscypliny. Dla fizyka kolor jest wymierzalny, jest rodzajem promieniowania świetlnego o określonej energii i długości fal. Dla fizjologa jest rezultatem bodźców dochodzących do zmysłu wzroku i przekazywanych jako wrażenia mózgowi. Psycholog bada oddziaływanie barwy na ustrój psychiczny i zachowanie się człowieka. Ale można też zajmować się składem chemicznym substancji barwiących i ich właściwościami – znów cała obszerna, odrębna dziedzina.[14]

Badaczka koloru wymienia artystów pośród tych ludzi, którzy zastanawiają się nad właściwościami poszczególnych barw, ale trudno powiedzieć czy ma na myśli malarzy czy rzeźbiarzy, a może prozaików, dramaturgów lub eseistów. Jeśli głębiej się nad tym zastanowimy, to nasza wyobraźnia powędruje przede wszystkim ku wielu poetom, którzy zawarli w swoich wierszach cenne przemyślenia na interesujący nas tutaj temat. Niewątpliwie należy do nich Jidi Majia, który w omawianym tu poemacie próbuje wniknąć w samą istotę barw i ich istnienia w naszym świecie. A przecież nie jest to wcale takie oczywiste – wszakże otrzymaliśmy barwy dzięki pradawnym metamorfozom kosmicznym, które ukształtowały naszą planetę, w taki a nie inny sposób, przydały jej tlenowo-azotową atmosferę i warunki do pojawienia się życia. To dzięki tym pierwotnym kosmogoniom, poeta mógł odnotować czuły powiew wiatru i stado gęsi frunących nad wioską:

To czuły powiew wiatru

Pod wysokim niebem jesieni

To jego pierwsze muśnięcie

W odległym miejscu

W jego tchnieniu

Mijają godziny pór roku

A stado gęsi frunie nad wioską

Zostawiając za sobą żałosne wołanie

Świadkiem tego może być modlitewna flaga

Po tej stronie rodzącego się życia

I po tamtej stronie, spowitej cieniem

Śmierci![15]

Flagi modlitewne na Wyżynie Tybetańskiej i w Tybecie powiewają na wietrze niczym nieustannie odmawiane modlitwy, ale poeta widzi w nich też znak rozdziału pomiędzy światem żywych i umarłych. Kolory mają tutaj swoją symbolikę, ale ważniejszy jest ich trzepot, przypominający, że świat widzialny możliwy jest tylko dzięki ruchowi słońca i wymianie światła i ciemności. Ważniejsza jest jednak forma i prawa rządzące istnieniem i niebytem – prawa rządzące tym co widzialne i niewidzialne:

Jeżeli chodzi o znajomość praw rządzących światem barwy, to sztuka wyprzedziła tu naukę o tysiąclecia, stosując owe prawa w sposób sobie tylko wiadomy, intuicyjny, instynktowny, posługując się specyficznym doświadczeniem. Jest ono innego rzędu niż doświadczenie naukowca, choć zarówno postawa artysty, jak naukowca wobec otaczającej go rzeczywistości jest postawą badawczą. W sztuce malarskiej, obok intuicyjnych, skłonni jesteśmy widzieć pierwiastki intelektualne, racjonalne. Ale też skłonni jesteśmy upatrywać je przede wszystkim w linii, kształcie, przestrzeni, podczas gdy w barwie i subtelności walorów widzimy przede wszystkim królestwo czystej emocji i wrażliwości zmysłowej.[16]

Poeta czuje braterską jedność z malarzem i wierzy, że jego dzieła przetrwają wieki– przyglądając się poszczególnym, przedstawieniom, głosi wiarę w siłę twórczego umysłu, który może dłużej przechować obraz. W naturze często dochodzi do kataklizmów, które w jednej chwili mogą znieść kształty ziemskie, ale w pamięci może wciąż się tlić obraz klarowny i zachowujący dla przyszłych pokoleń biel i lód, kontur grani i ostrość wierzchołka najwyższej góry:

Ośnieżone górskie szczyty dłużej

Trwają w umyśle, niż w rzeczywistości

Szczyty okryte lodem, są znakiem

Nieodwracalnej utraty, elegii śniegu,

Trudnej do zniesienia.

Dlaczego tak rzadko słyszy się

Słowa ludzkiej skruchy?

Światło odbite od ośnieżonych gór słabnie

Gdy dociera do krawędzi snu i pamięci.

Tak, twoje twórcze dzieła przetrwają

Bo dzierżysz abstrakcyjny sztych   

Bo ocalasz na zawsze tragiczną

opowieść[17]

To jest rodzaj kolorystycznej mistyki, rozumianej jako ruch umysłu w kierunku tajemnicy i wkraczanie tam, gdzie sen graniczy z pamięcią[18] – Majia zdaje się tutaj przypominać znane zdanie Goethego: Przeczucie mówi nam o tym, że barwa może mieć również znaczenie mistyczne.[19] Tylko tak można wytłumaczyć metamorfozy, jakim podlega kwiat peonii w umyśle malarza i poety:

Jakże rozłożysta jest zasłona z peonii

Pulsująca w najżyźniejszych pokładach ziemi

Ukazująca odbicia chmur i logosu wody

Wpisana w ten fioletowawy obszar!

Po przejściu przez kaniony miast,

Gotowa przyjąć przesłanie rzeki

Zmieniająca się w obliczu

Drżących lśnień jesiennych liści

Śmigłych strzał antylop

Jaków pośród wichury,

I skamielin epoki lodowcowej.

Tylko mocno dzierżąc w ręku pałeczkę

Wróżbita zdoła uderzyć w bęben

Proroctw.[20]

Peonie – jakże częste w malarstwie i zdobnictwie chińskim – odsyłają czytelnika poematu Majii do logosu wody, czyli wewnętrznego uporządkowania świata, do przedwiecznego boskiego słowa, stającego się hierofanią w naturze. Jak powszechnie wiadomo, od najdawniejszych czasów głównym zmartwieniem Chińczyków była gospodarka wodna, a zwłaszcza paląca potrzeba ujarzmienia niespokojnych rzek, zalewających rozległe równiny.[21] Ale rzeki, jeziora i morze miały też inne znaczenie dla mieszkańców Państwa Środka, które objaśnia naukowo Eliade:

Wody symbolizują ogólną sumę potencjalności; są one fons et orgio, zbiornikiem wszelkich możliwości istnienia; wyprzedzają one wszelka formę i  p o d t r z y m u j ą  całe dzieło stworzenia. Jednym z wzorcowych obrazów dzieła stworzenia jest wyspa, która nagle „objawia się” pośród fal. Zanurzenie natomiast symbolizuje powrót do tego, co przedkształtne, powtórne włączenie się w niezróżnicowaną modalność przedistnienia. Wynurzenie się powtarza kosmogoniczny akt objawienia się kształtów; zanurzenie jest równoznaczne z rozprzężeniem form. Dlatego to symbolika wód implikuje zarówno śmierć, jak narodziny.[22]

Jakże zdumiewającą drogę przechodzi wyobraźnia poety w tym poemacie, zataczając wielki krąg kulturowy od skamielin epoki lodowcowej, aż do współczesności i dzieła sztuki malarskiej, stającego się zaczątkiem wizji kosmogonicznej. Ale też i wielkiej panoramy naturalnej rodzimych gór i pojawiających się w nich ludzi, antylop i jaków, a na koniec proroków dumnego plemienia, którzy przepowiedzą przyszłość i ustalą proporcje nowego czasu. Tak wyobraźnia poetycka zmierza w naturalny sposób do tego, co jest także istotą mitu – do tajemnicy wszechrzeczy:

Opowiadasz o nocnym niebie nad płaskowyżem

Po tym, jak długo patrzyłeś w gwiazdy

A ciało i myśl stały się jednią

Każdy szczyt, drzewo i głaz

Wyglądają jak bite srebro

Niewyobrażalny kolor nieba

Staje się tajemnicą

Gromów słyszalnych raz po raz

Nikt nie wie jaka będzie ostatnia chwila

Ale jeśli wpatrzysz się w niebo

Uwierzysz w moc stworzenia

A wiara zostanie ci

Przywrócona…[23]

Tak koło się zamyka i tylko ci, którzy uwierzą w moc stworzenia zyskają wiedzę o świecie, jego barwach i energiach w nich tkwiących.[24] To jest łączność pomiędzy tym, co było na początku i tym, co będzie na końcu dziejów – to nieustanne czuwanie przy czerni i żółcieniach, czerwieni i błękicie, to wpatrywanie się w żałobny polor bieli. To szukanie tajemnej semantyki dzieła wizualnego i słowa, to – wskazuje Josse Ortega y Gasset – zaznaczanie naszych estetycznych intencji:

Często wytwarzamy jakąś rzecz specjalnie po to, by była znakiem naszych intencji. Takie dzieło staje się wówczas formalnym zbiorem znaczeń. Jedną z najpełniejszych i najwspanialszych umiejętności człowieka jest tworzenie znaków, działalność semantyczna. Uprawiamy ją, by przekazać innym coś, co kryje się w nas samych i może być wyrażone tylko za pośrednictwem rzeczywistości cielesnej. Język jest jednym z takich dzieł semantycznych. Pismo – innym. Są nim także sztuki piękne. W nie mniejszym stopniu niż poezja także muzyka oraz malarstwo stanowią w swej istocie środek wzajemnego komunikowania się. Poeta mówi coś innym ludziom poprzez poezję, podobnie rzecz się m z obrazem i melodią. Słowo „mówi” każe nam patrzeć na malarstwo jako na ciągły dialog między artystą i widzem, kiedy jednak do niego dochodzi, słowo staje się zawadą. „Mówienie”, rozmowa to tylko jedna z wielu form porozumiewania się i ma swoją własną specyfikę. Język jest bowiem najdoskonalszym środkiem porozumiewania się ludzi. Jego doskonałość – wielce względna, rzecz jasna – polega na tym, że „mówiąc” nie tylko coś przekazujemy, ale czynimy to w sposób taki, żeby to, co mówimy, było jak najmniej podatne na niewłaściwe zrozumienie. Inaczej: posługiwanie się językiem ożywia pragnienie, aby jego pośrednictwo nie wymagało wyjaśnień dodatkowych. To, czy do porozumienia zawsze dochodzi, jest tu rzeczą drugorzędną. Ważne jest, że słowo niesie w sobie ów szczodry zamysł lub ideał, aby przekazać cały swój sens, bo język przekazuje, a zarazem wyjaśnia znaczenia, jakie ze sobą niesie. Powód tego jest prosty. Znak słowny to pojęcie, a pojęcie siłą rzeczy jest wyjaśnieniem, gdyż skupia w sobie całe nasze rozumienie świata. Dlatego tylko pojęcie, a więc mówienie, stanowi pełne rozwiązanie. Cała reszta w ten lub inny sposób pozostaje zagadką, sekretem, tajemnicą.[25]

Majia także przekazuje w słowach rozumienie świata, a szczególnie owo kosmogoniczne przesłanie, płynące z pierwszych chwil stworzenia i ustalające proporcje aż do końca świata. To jest też odwoływanie się do doznań nieznanego przodka, który po raz pierwszy usłyszał bijące gromy i próbował pojąć tajemnicę nieba. I on, i poeta, wpatrywali się w gwiazdy i próbowali zgłębić sens kosmicznego istnienia bytów. Jedne z nich zostały wstrzelone w jaźń śnieżnej pantery, inne w ogromne ciało byka, a jeszcze inne w organizm człowieka. To było szukanie odpowiedzi na temat stwórcy wszechświata i jego planów eschatologicznych – wszak ludzie z plemienia Nuosu doskonale wiedzą, ze każdy początek owarowany jest końcem, a zapłatą za istnienie jest ziemski niebyt. Próba ustalenia wyznaczników estetycznych natury, to zaakceptowanie widzialności w jej najbardziej przepastnych tajniach – to zadawanie podstawowych pytań:

Czy można zobaczyć kolor niebios?

Ty głosisz, że tutaj go zobaczyłeś!

Bez wątpienia niebo ma ciepłą barwę

I wierzę, że można ją wyczuć

W innych życiach

Wierzę nawet, że go wdychamy

Bez wątpienia, to cząstka naszej duszy

Tak oto, za twoją sprawą

Niczym dziecko podatne na fantazje

Zaczynam wyobrażać sobie kolor nieba

Często zamykam oczy,

Pełne wdzięczności i błogosławieństw

Czasem wypełnione łzami,

Wypływającymi z nich.

Kolor nieba staje się tutaj symbolem wiedzy najgłębszej, objawionej w mitach plemiennych i w dziele sztuki malarskiej – to zarazem przejście od jaźni animistycznej do wyobraźni poetyckiej, uwzględniającej inwencję poetyk nowoczesnej poezji chińskiej i światowej, technik malarskich różnych dynastii Chin i kierunków w sztuce od starożytności do współczesności.

 

Obszerny wybór swoich wierszy, przełożonych na język polski, Jidi Majia zatytułował Czerń i cisza, jakby pragnąc zamanifestować wagę czerni dla jego poezji, będącej kontrapunktem dla odwiecznej ciszy. Czerń jest najciemniejszą barwą, a pokryta nią materia nie odbija światła widzialnego i tworzy kontrast z resztą otoczenia. Nauka nie potrafi wskazać ciał doskonale czarnych, czyli pochłaniających sto procent światła, a za najciemniejsze substancje uznaje się smołę i sadzę. Ludy Nuosu, ze szczególnym uwzględnieniem czarnego plemienia Yi, od dawien dawna używają czerni jako podkładu i podstawy przy wszelkich konfiguracjach kolorystycznych – czy to będą naczynia z laki, czy przepiękne nakrycia głowy, koce i pledy oraz kaftany, spódnice lub spodnie. Podstawą tej kolorystyki jest obserwacja natury, w której czerń pojawia się na piórach ptaków, na rogach zwierząt kopytnych, jako materia kory drzew, pestek owoców i źrenic zwierząt. Charakterystyczne dla tej barwy jest ogromne, symboliczne zróżnicowanie kulturowe, a jej istnienie uzależnione jest – przypomina Ackerman – od istnienia sondującego przestrzeń oka:

Kolor nie tyle występuje w świecie, ile w wyobraźni. Przypomnijmy sobie stary paradoks: jeśli drzewo upada w lesie, gdzie nikt tego nie słyszy, czy wydaje przy tym jakiś dźwięk? Wizualną analogią tego będzie: czy jabłko jest naprawdę czerwone, kiedy nikt na nie nie patrzy? Odpowiedź jest negatywna: nie jest czerwone w tym znaczeniu, w jakim my rozumiemy czerwień. Inne zwierzęta inaczej odbierają kolory, w zależności od ich składu chemicznego. Wiele z nich widzi świat czarno-biały. Niektóre reagują na kolory dla nas niezauważalne. Wiele jednak sposobów, na jakie cieszymy się kolorami, identyfikujemy je oraz używamy dla czynienia życia przyjemniejszym, jest właściwych tylko gatunkowi ludzkiemu.[26]

Dywersyfikacja kulturowa czerni jest zdumiewająca, bo poza kulturą europejską, gdzie niemal jednoznacznie kojarzy się ze śmiercią, prawie w każdym miejscu na ziemi ma inne znaczenie. W Chinach bywała barwą szczęścia, w Starożytnym Egipcie i u Indian amerykańskich – kolorem życia, a u ludu Yi stała się samą istotą istnienia, jakby odzwierciedleniem tajemnej, kosmicznej strony bytu. Wspaniałym hymnem takiej czerni jest wiersz znamienitego przedstawiciela tego ludu:

Pośród snów, gdzie życie łączy się ze śmiercią

Gdzie ziemia i rzeka mają swoje spotkanie

A senne gwiazdy promienieją w ciszy

Pośród nocnego ogromu

Gdy usta pieśniarza są melancholijne

Drewniane drzwi nie skrzypią, żarna nie szemrają

Ostatnie nuty kołysanki błyskają jak świetliki

I wszystkie znużone matki są już w krainie snu[27]

Ta jakby wstępna introdukcja odwołujaca się zarówno do teraźniejszości, jak i do chwil przedwiecznych, ocierających się o legendę i mit. W planie bliskim mamy tutaj do czynienia z domostwami w górach, gdzie zmęczeni codziennym znojem ludzie zapadają w sen i odgradzają się czernią (zamknięcie oczu) od jawy. W planie dalekim mamy tu jednak do czynienia z wiecznością przedwiecznych bóstw, pojmowaną jako nocne ogromy, otwierające się nad obserwatorem w bezchmurne godziny po zmierzchu i ukazujące potęgę stworzenia. Georges Poulet wskazuje niezwykłą właściwość wieczności, wyprowadzając swoje wnioski z poglądów chrześcijańskiego myśliciela – św. Bonawentury:

Będąc nieskończonym obwodem koła, wieczność jest największym z możliwych kręgów czasu: jako środek tego obwodu jest punktem stałym, jedynym momentem pozostającym jednocześnie w stałym stosunku z wszystkimi punktami na obwodzie tego kręgu czasu. Jeśliby zatem ktoś pragnął pojąć jednocześnie obie przeciwstawne właściwości wieczności bożej musi niejako skierować swoją myśl w dwie przeciwne strony. Musi również rozszerzyć bezgranicznie swą wyobraźnię i zarazem maksymalnie ją skoncentrować. Identyfikując się z niezamierzonym kręgiem obejmującym wszystkie wymiary czasu, musimy identyfikować się również z punktem środkowym, wykluczającym jakikolwiek wymiar czasu, i zwracać się jednocześnie ku obwodowi i ku środkowi.[28]

Wiersz chińskiego poety jest symultaniczny i w obrębie swojej formy zmienia się ze wzniosłego hymnu w rapsodię, czyli rodzaj pieśni, wywodzącej się z tradycji antycznej. Majia, tak jak greccy śpiewacy, stylizuje swoją wypowiedź na rodzaj publicznej prezentacji podczas wielkiego zgromadzenia. W starożytnej Grecji rapsodowie byli wędrownymi recytatorami poezji epickiej, której rzadko bywali autorami. W czasie występów publicznych i podczas podniosłych świąt, nosili na głowie wieńce z wawrzynu, a w ręku trzymali laskę. Wygłaszali rapsody, czyli fragmenty poematów epickich.[29] Tematyka rapsodii chińskiego poety wskazuje na to, że została ona napisana w podobnym celu i zapewne po raz pierwszy wygłoszona podczas Święta Pochodni. Pojawiają się w niej najistotniejsze wyznaczniki przestrzeni, w której bytują Yi:

Daleko po tamtej stronie chmur

Na szczycie najwyższej skały

Szpony orła odciskają się na grani snu

I tu też, tutaj pośród odległej ziemi

Gdzie śmierć zamknęła setki oczu

W obliczu setek rzek sunących przy księżycu

I kształtów wnikających w nicość

Daleko w lesie

Na posłaniu sosnowych igieł

W tak cichej chwili

Pantera czai się na górskiego kozła

O bezimienna rzeko w przełomach Gunyilady

Przekaż mi swój życiodajny rytm

Niech moje usta mówią twoim głosem

O śpiesz się Vupo, męski szczycie Wielkiego Liangshanu

Obejmij jak żonę górę Agajjumu w Mniejszym Lianshanie

Niech moje ciało raz jeszcze będzie zarodkiem

Niech rośnie w waszym brzuchu

Niech tężeje we wspomnieniach[30]

To jest rzeczywistość gór Mniejszego i Większego Liangshanu, z ich wyniosłymi szczytami Vupo i Agajjumu i charakterystycznymi dzikimi zwierzętami – orłem, panterą, górskim kozłem. Poeta przywołuje też rwące rzeki oświetlane przez blask księżyca, granie i skały, las, sosnowe igły, a nade wszystko ludzi, którym śmierć zamknęła oczy. Tam się urodzili i uprawiali ziemię, chodzili na polowania i tańczyli przy ogniskach – tam też zostali skremowani podczas obrzędu przejścia[31] i powrotu do materii kosmicznej. Poeta wypowiada żarliwe życzenie – pragnie wrócić do swoich początków, gdy dopiero był „zarodkiem” i dojrzewał w brzuchu matki. Ale jest to też życzenie wypowiadane w obliczu wszechświata i pragnienie ponownego bycia pierwotną formą. Tylko świadomość, która zrozumiała jak ważne i nieuchronne jest wnikanie kształtów w nicość może syntetyzować istnienie na wielu poziomach kosmicznych i tworzyć apostrofy do czarnych snów:

Och czarny śnie tej cichej chwili

W którym wkrótce się pogrążę, który mnie okryje

Pozwól tonąć w tobie jak w dotyku kochanki

Pozwól stać się powietrzem, słonecznym blaskiem

Głazem, rtęcią, kwiatami ligustru

Żelazem, brązem

Perłowymi muszlami, azbestem, fosforem

Och czarny śnie, co wkrótce mnie pochłoniesz i rozproszysz

Pozwól mi zniknąć pod twoją łagodną pieczą

I stać się łąką, stać się stadami

Mundżakiem, skowronkiem albo karpiowatą rybą

Krzesiwem dla skaczących iskier

Siodłem i drumlą

Mabu i kaxi-jjuhly

Och czarny śnie, zanim zniknę

Porusz struny smutku i śmierci

Niech udręczone bólem imię Jidi Majia

Zabarwi się tęczowo, nawet o północy[32]

Czarny sen jest tutaj analogonem wieczności i powrotem do materii elementarnej, wymieszanej innymi elementami życia i doświadczania świata. Czerń zawsze potęguje atmosferę tajemniczości i przydaje dramatyzmu, a użycie jej w jakimś sąsiedztwie, powoduje, że inne barwy stają się jaśniejsze i lśnią kontrastowo w przestrzeni. Poeta prosi czarny sen, by ten pozwolił mu być na nowo powietrzem, słonecznym blaskiem,, głazem, rtęcią, kwiatem ligustru, żelazem, brązem, perłowymi muszlami, azbestem i fosforem. Ale, żeby powrót był pełny ludzka świadomość musi też wrócić do formy zwierzęcej i stać się stadami, mundżakiem, skowronkiem i karpiowatą rybą, stojącą na płyciźnie. Nie może też zabraknąć elementów związanych z bytowaniem plemienia: krzesiwa, siodła i drumli, Mabu i kaxi-jjuhly. Wybiegając w przyszłość i antycypując własną śmierć, poeta wypowiada w obliczu natury ostatnią prośbę – pragnie by jego udręczone bólem imię zabarwiło się tęczowo – nawet pośród głębokiej nocy. Ta prośba, to oczywiste pragnienie dyfrakcji, rozszczepienia barw składowych, które współtworzyły jego los i konstruowały widzialne kształty – to przywoływanie nieuniknionej śmierci:

Niechaj każde moje słowo, każda pieśń

Staną się najprawdziwszym echem ducha tej ziemi

Niech każdy wers wiersza, każda kropka

Płyną w niebieskich arteriach mej krainy

Och czarny śnie, teraz gdy znikam

Pozwól mi, wraz z moim udręczonym

Szlachetnym ludem, stać się skalnym monolitem

Ufam, że stulecia samotnego żalu Nuosu

Wycisnęłyby łzy z kamieni

Och, czarny śnie, teraz gdy znikam

Niechaj nad moim ludem

Wschodzi jasna, ciepła gwiazda

Och, czarny śnie, wprowadź mnie

Wreszcie do krainy śmierci

Czarny sen ma wprowadzić poetę do krainy śmierci, gdzie połączy się z materią kosmiczną i spotka się ze zmarłymi przodkami swojego plemienia. Jakaż to wspaniała metafora istnienia w czasie i poza czasem, jakież to potężne obrazowanie, wsparte siłą żywiołów i energiami pradawnych kosmogonii. To o takich efektach poetyckich pisze Johann Huizinga:

Z chwilą, gdy efekt metafory polega na tym, iż przy opisie pewnego stanu czy wydarzenia posługuje się ona pojęciami zaczerpniętymi z potocznego życia, znajdujemy się już na drodze do personifikacji. Personifikacja tego, co bezcielesne lub pozbawione życia, stanowi istotę wszelkiego formowania mitów i wszelkiej niemal poezji. Ściśle rzecz biorąc, proces kształtowania takiego wyrazu nie przebiega w podanej wyżej kolejności. Nie chodzi o to, iż coś, co wyobrażaliśmy sobie jako bezcielesne, zostaje później wyrażone przez coś, co wyobrażamy sobie jako ożywione. Sprawą pierwotną jest przekształcenie postrzeganego w wyobrażenie czegoś żywego i poruszającego się. Przekształcenie to zachodzi z chwilą, gdy budzi się potrzeba przekazania innym tego, co spostrzegło się samemu. Wyobrażenie rodzi się jako obrazowanie.[33]

Spotkanie realnego życia z mitem i śmiertelne dotknięcie krwi pulsującej w żyłach, to elementarne cząstki w procesie przeistoczenia się człowieka w materię, przejścia od personifikacji do nicości. Poeta rozbija na części składowe elementy, które złożyły się na jego świadomość i pragnie zatracić, dane mu przez rodziców i tradycję plemienną, poczucie jedności. Chce znowu być lotną duszą, która zyska takie same właściwości jak byty bezcielesne z przeszłości, jak przeogromny pochód żywych ludzi, przechodzących przez ostatnią bramę ziemskiego bytowania. Ortega y Gasset – podobnie jak poeta – szukanie duszy proponuje zacząć od uświadomienia sobie swojego wnętrza:

Czyż ludzkie wnętrze nie jest najwłaściwszym pierwszym etapem na drodze od zewnętrznej postaci człowieka do głębi jego duszy? Ciało ludzkie jest jedyną rzeczą we wszechświecie, na temat której mamy dwoistą wiedzę, opartą na informacjach przekazywanych w zupełnie odmienny sposób. Znamy je z zewnątrz, tak jak znamy drzewo, łabędzia czy gwiazdę; ale zarazem każdy z nas zna swoje ciało od wewnątrz, ma o nim niejako osobistą, intymną wiedzę. Załóżmy, że umieścimy osobno to, co o naszym ciele wiemy z zewnątrz, i to, co o nim wiemy od wewnątrz. Czyż są na świecie dwie rzeczy bardziej różne? Słowa, których używamy na określenie działań cielesnych, mają zawsze podwójne znaczenie, w zależności od tego, czy odnosimy je do siebie, czy do innych.[34] 

Droga do bezcielesności wiedzie przez zrozumienie własnej struktury, kształtującej się najpierw w ciele matki, a potem rozrastającej się do wymiarów właściwych osobnikom dorosłym. Jakże bolesna, ale jakże też oczywista jest świadomość poety, że droga powrotna do kosmosu wiedzie przez ogień, rozpad i śmierć. I swoje miejsce ma w tym procesie czerń, nad którą poeta zadumał się, próbując interpretować słynne dzieło Kazimierza Malewicza:

Cień rzucany w ciemnych miejscach,

w żeliwach podświadomości,

Zasłona firmamentu niezauważalna

Za rekwizytami scenicznymi,

Tylko jedno wyjście, Absolut stłumiony

w formie, nie czyniący postępu, bez odwrotu,

Nie przewidujący kierunku wiatru

Gdzie czas spływa ku nieskończoności,

Przechodząc pusta wrota zera,

Nie podążający ku życiu lub śmierci,

Tylko ku jednostronnej niewiadomej,

Maska bez oczu, katafalk snu,

niewidzialna drabina, ścieżka do domu

Wydeptana przez nieustanne czuwanie,

Pra-zawiązek, wymiar grawitacji,

Początek nie do odnalezienia,

brak trwałego wniosku

Ciężar uformowany przez światło,

Niezbadana nicość,

docierająca do istoty[35]

Ten pierwszy nieprzedstawiający obraz powstał w roku 1914, a wystawiony został rok później w Petersburgu, wzbudzając ogromną sensację. Pierwotna jego wersja zaginęła, ale rosyjski malarz stworzył kopię, która teraz znajduje się w Galerii Tretiakowskiej w Moskwie. W wierszu Majii mamy do czynienia z próbą zmierzenia się z jego wymową filozoficzną i konotacjami estetycznymi. Paradoksalnie, to nie obraz jest najważniejszy dla poety, ale sama czerń. Jej rozumienie – podążające jak zwykle u tego twórcy – ku ujęciom kosmogonicznym i ostatecznym rozwiązaniu połączeń atomowych, bliskie jest temu, co wyartykułowała Rzepińska:

Jako wartość symboliczna czerń ujmowana była w całej historii kultury negatywnie – uważana za przeciwieństwo światła.. Negatywne działanie psychiczne czerni potwierdza w całej rozciągłości współczesna psychologia i terapia. W teologii chrześcijańskiej czerń jest barwą niewiary i grzechu. Ale ma też sens odwracalny: jest barwą humilitas, pokory i wyrzeczenia, obumarcia dla świata i ciała. Stąd wywodzi się czerń sutanny. W liturgii kolor czarny jest przede wszystkim barwą żałoby i smutku, przy czym rola jego jest tutaj wymienna z fioletem. Geneza tej wymienności jest bardzo ciekawa. Fiolet, przy niskim stopniu „specyficznej jasności”, zbliża się bardziej do czerni niż jakakolwiek inna barwa chromatyczna. Z faktu tego korzystało średniowiecze, mające wstręt do czerni i szarości, a upodobanie do barw chromatycznych. (…) Diabeł, „książę ciemności”, powinien być wedle wymogów symboliki malowany czernią. Jednakże występuje tu podobne zjawisko „woli chromatyczności”, jakie obserwowaliśmy przy oddaniu kanonicznej bieli. Diabeł średniowiecza malowany jest na ogół barwami ciemnymi, lecz jednak chromatycznymi: ciemnofioletową, brunatną lub ciemnym błękitem.[36]

Wiersz Majii jest niezwykle odważną próbą zmierzenia się z ogromem problemów, jaki narósł wokół obrazu Malewicza, ale też jest – charakterystyczną dla autora – próbą maksymalizacji świata i jego wymiarów, człowieka i wyabstrahowanego bytu. Dla świadomości rozognionej i nieustannie pulsującej obraz ten jest wyzwaniem i próbą zorganizowania wyobraźni na różnych poziomach egzemplifikacji. Ale przecież – jak w ludzkim losie – każda próba musi tutaj skończyć się niepowodzeniem, każdy punkt dotarcia rozmyje się w nicości, a każdy bunt znajdzie swoja pointę w dumnych słowach pożegnania i łzach:

(Gdy śniłem o tych barwach miałem oczy

zalane łzami)

Śniłem o czerni

Śniłem o wełnistej czarnej materii powiewającej w górze

I czarnej ofierze w drodze ku duszom przodków

O bohaterskim mężczyźnie z kokiem obsypanym gwiazdami

A choć nie mogę sobie pomóc, wiem

Że ta słodka, wielce doświadczona cierpieniem rasa

Pierwsza nazwała się Czarnym Plemieniem

Śniłem o czerwieni

O czerwonych wstęgach trzepoczących na krowich rogach

O rozkołysanych czerwonych spódnicach, przydających tęsknoty balladzie

O czerwonym siodle ściganym przez swobodnie potężniejące fantazje

Śniłem o czerwieni

A choć nie mogę sobie pomóc, wiem

Że kolor ludzkiej krwi

Wielbiono odkąd płynął w żyłach przodków65

Śniłem o żółcieniu

O pieśniach pod tysiącem żółtych parasoli na dalekim stoku

O żółto oblamowanych, błyskających promieniach słońca

O żółtej drumli pulsującej lśniącymi skrzydłami

Śniłem o żółcieniu

Choć nie mogę sobie pomóc, wiem

Dlaczego kolor przydający piękna światu

Został zredukowany do rangi ozdoby w trudzie rzeźbionych naczyń

(Gdy śniłem o tych kolorach miałem oczy

zalane łzami)[37]

 

Biel występuje w poezji Jidiego Majii jako kontrapunkt dla czerni i jako barwa śniegu okrywającego górskie zbocza, osiadającego w dolinach i wdzierającego się do wyobraźni jako złowieszczy, chiński kolor śmierci. Nie na darmo w górskich tajniach bieleją kości zabitych zwierząt i ludzi, którzy zagubili się między wąwozami i rozpadlinami, a czaszki przodków tworzą kręgi na placach. I o ile Rapsodia w czerni patronuje tej części dorobku poety, która przechyla się ku barwie czarnej – o tyle znakiem wierszy „białych” staje się niezwykły liryk pt. Biały świat. Ta subtelna apoteoza ma związek z opowieściami i podaniami, a nade wszystko z eposami ludu Nuosu i staje się symbolem życia w ekstremalnych warunkach, skupionego na prostych czynnościach życiowych i przetrwaniu, a potem wydaniu potomstwa, które zacznie swój wielki pochód przez czas, razem z rodzicami i krewnymi, a także duchami najznamienitszych przodków. W kulturach europejskich znaczenie bieli jest inne – przywołajmy jeszcze raz ustalenia Rzepińskiej:

Biel to barwa szczególnie ceniona przez teologów jako barwa czystości i niewinności, jest też symbolem odnowy życia duchowego (stąd alba kapłanów). Nowy testament mówił o bieli, barwie aniołów, sług bożych na ziemi. Biel jest także barwą apostołów, proroków, starców Apokalipsy. Symbolika ta stosowana jest rygorystycznie we freskach i mozaikach wczesnochrześcijańskich – przede wszystkim w postaciach apostołów i starców Apokalipsy, niekiedy stosowana w szatach Chrystusa, rzadziej natomiast, jeśli idzie o aniołów. W późniejszym zaś średniowieczu łacińskim zanika na rzecz żywych, „ozdobnych” barw chromatycznych. Ani w malarstwie ściennym, ani ołtarzowym nie spotykamy białych aniołów. (…) Dziwne, że przy całej szczegółowości przepisów ikonograficznych w Hermenei brak jakiegokolwiek kanonu barw co do szat. Kanon ten jednak istniał i był identyczny dla sztuki chrześcijaństwa wschodniego i zachodniego – nie odnosił się jednak na Wschodzie do szat liturgicznych dla kapłanów. I tu, i tam biel zastrzeżona była dla apostołów, proroków, starców Apokalipsy i nowo ochrzczonych candidi. Chrystusa przedstawiano w białej szacie w momencie Transfiguracji.. Jeśli występował inny typ przedstawienia, barwami kanonicznymi były: złoto i purpura albo też czerwień i błękit. O wymienności tych dwóch zespołów decydowały w dużej mierze względy techniczne. Pierwszy zjawia się w mozaice, drugi – w malarstwie ściennym. Co do bieli – znamienne jest, że niezależnie od rodzaju techniki nie pojawia się ona jako czysta i neutralna. „Cień” oraz „światło” w intencjonalnie białych szatach apostołów czy Chrystusa są pretekstem do wprowadzenia wartości barwnych, rozmaitych odcieni żółci, błękitu czy zieleni, w niewielkich ilościach, lecz wystarczających do utrzymania harmonii całości, która musiałaby zostać zakłócona przez wprowadzenie idealnej, neutralnej bieli. Rodzaj smaku, wymogi artystyczne przezwyciężyły więc wyraźnie wyrozumowana symbolikę teologiczną.[38]  

Odmienność i chińską oryginalność ujęć widać znakomicie we wskazanym wyżej wierszu programowym, odwołującym się do pierwiastkowych uczuć i wzruszeń trudnych do wyrażenia – to jakby wielki hymn białego świata, w którym poeta się urodził i który sformatował jego niezwykłą wyobraźnię[39], to antycypacja białej drogi[40], po której poruszają się duchy w wierzeniach ludów Nuosu:

Wiem, tak wiem

Sen śmierci

Ma tylko jeden kolor

Krowy i owce są białe

Domy i góry są białe

Wiem, dobrze wiem

Nawet fantasmagoryczna gryka

Ma śnieżną biel

Bimo mówi o moich przodkach

Co wędrują szczęśliwi

I nic ich nie dotyka

W świecie, gdzie nie ma kaprysów

Podłości, spisków i zdrad

A biała droga prowadzi

Ku miejscom wiecznie upragnionym

Ach, wybaczcie mi,

Że w tragicznym świecie stawiam

Fantazję piękna ponad realność

Ale mówię co czuję

Będąc człowiekiem, trzeba być miłym

Wystarczy żyć, bo nasze życie nie jest łatwe

Ja uwielbiam żyć w tej krainie

Wcale nie dlatego, że lękam się,

Gdzie śmierć mnie zabierze.[41]

Jego sen śmierci jest jednoznacznie biały i wszystko w nim przybiera tę barwę, bez względu na to jak wygląda w rzeczywistości realnej. Biel w naturalny sposób kojarzy się poecie z harmonią życia pośród natury, z chwilami spędzonymi w Górach Liangshan, w towarzystwie klanów rodzinnych i w przekonaniu, że wiele pokoleń przodków wspiera go duchowo. Tam utrwaliły się w wyobraźni Majii obrazy pierwiastkowe, o których – przy innej okazji – tak pisze Zbigniew Herbert:

Od razu pojąłem, choć trudno byłoby to racjonalnie wytłumaczyć, iż stało się coś ważnego, istotnego, coś znacznie więcej niż przypadkowe spotkanie w tłumie arcydzieł. Jak określić ten stan wewnętrzny? Obudzona nagle ostra ciekawość, napięta uwaga, zmysły postawione w stan alarmu, nadzieja przygody, zgoda na olśnienie. Doznałem niemal fizycznego uczucia – jakby ktoś mnie zawołał, wezwał do siebie. Obraz zapisał się w pamięci na długie lata – wyraźny, natarczywy – a przecież nie był to wizerunek twarzy o pałającym spojrzeniu ani też żadna dramatyczna scena, lecz spokojna, statyczna, martwa natura.[42]

I o ile Herbert pisze o olśnieniu w obliczu martwej natury, to udziałem chińskiego poety jest zachwyt nad „naturą żywą”, z jej rozległymi krajobrazami i klarownością nie do wyrażenia. To jest obcowanie z bielą śniegu i tajemnicą istnienia razem z żywymi ludźmi i duchami:

Niechaj twe kroki będą miękkie

Gdy wkroczysz do dziewiczego lasu

A on dozwoli ci podążać wraz z dzikimi zwierzętami

Dozwoli nurzać się w pierwotnej tajemnicy

Tak by nie spłoszyć

Śnieżnych kozłów, jelonkowców i lampartów

Wiernych dzieci białej mgły

Mknących pośród bladych smug

Tak by nie naruszyć odwiecznej ciszy

Ich boskiej obecności w powietrzu

Odchodzących w dal starszych pokoleń

Zlęknionych pośród nieznajomych cieni

Niechaj twe kroki będą miękkie, coraz to lżejsze

A blask przeznaczenia niech okryje zieleń

Bo tylko w takiej chwili zupełnej ciszy

Słyszymy głosy z innego świata[43]

Ważny jest też kontakt ze zwierzętami, gdyż w kulturach myśliwskich zyskują one rangę towarzysza podróży i obłaskawionego wroga, na którego się poluje, którego się zabija, ale którego też kocha się, niczym odwiecznego członka plemienia. Jakże ważne tutaj były wyprawy w góry, podczas których dochodziło do wzmacniania woli,[44] a także hartowania ciała i utrwalania topografii zewnętrznej i wewnętrznej. To było delikatne stąpanie pośród dziewiczego lasu, które wprowadzi myśliwego-poetę w trans i pozwoli mu zbliżyć się do tajemnicy wszechrzeczy. Takie obcowanie z dziećmi białej mgły, przemykającymi pośród bladych smug śnieżnymi kozłami, jelonkowcami i lampartami, zrodzi jedność, która przetrwa nawet śmierć i zostanie zapisana w annałach pamięci i świętych księgach ludu Yi. To ona wsłucha się w wielką ciszę i rozprzestrzeni ją na wnętrze poety i dopiero wtedy odezwą się pośród niej dawne śpiewy, odgłosy bębnów i trójstrunnych lutni, dopiero wtedy przodkowie przemówią w starożytnym języku. Tak otworzy się szerokie spektrum świadomości i pierwotnych substancji – i to w nie wpatruje się pobudzony do refleksji byt, to z nich próbuje wydobyć wiedzę o świecie i sobie samym. Nie jest to jednak łatwe – bo jak wskazuje Jean Pierre Richard, przy opisie magicznej geografii Nervala – mamy tu do czynienia z rozdziałem wyobraźniowym:

Nie wszystkie substancje jednakowo poddają się temu działaniu. Niektóre stawiają opór, tworzą nieprzejrzyste zasłony: jest tak na przykład z pyłem. Inne bez szczególnej wrogości, zadowalają się, przeciwstawiając spojrzeniu nieprzenikalną materię. Kamień czy skała raczej nie jaśnieją od wewnątrz, cechuje je twarda, skorupowata i zwarta powierzchnia. Gdyby pod tą powłoką narodził się jakiś duch, to miałby spory kłopot z wydostaniem się: wewnętrzne oko rzadko podnosi u Nervala skalistą powiekę. Mimo to skała pełni ważną oniryczną funkcję; jest tym, co wiecznie stoi, co oparło się kruszeniu materii, wiekowemu zużyciu: substancją-świadkiem, niepodlegającym rozkładowi szkieletem ziemi.[45]

Życie Jidiego Majii, przynajmniej w pierwszych latach, toczyło się w obliczu takich odwiecznych, zaskorupionych w sobie i nieprzenikliwych skał. Przy próbach wniknięcia do ich wnętrza przypomina się wiersz Wisławy Szymborskiej pt. Rozmowa z kamieniem.[46] Wszak ludzka świadomość próbuje przeniknąć hermetyczność, próbuje przedostać się do wnętrza substancji, choć nie udaje się jej pokonać elementów składowych świata, ustalonych w pierwotnym akcie kosmogonicznym. Kamień jest kamieniem i kamienna jest jego wewnętrzność, która nigdy nie przestaje kusić tajemnicą swojego wnętrza. Nigdy nie od­słania przed wzrokiem i przed świadomością tego, co jest w nim, w środku, w jego jestestwie materialnym. Ale przecież – dla Szymborskiej i Majii – coś, co jest szczelne, co ma określoną twardość i gęstość cząsteczkową staje się paradoksalnie czymś tak lekkim i rozszerzalnym, tak rzadkim i poddającym się kondensacji jak powietrze. Tak wyodrębniona świadomość igra z ziemskimi wymiarami i proporcjami, odwraca znaczenia i uruchamia cykle nakładających się na siebie metamorfoz semantycznych. Wejście jest rodzajem inicjacji lirycznej, podczas której paradoksalność świata i drążącej go świadomości urasta do rangi absurdu istnienia. Kamień personifikowany i oprawiony w kształt symboliczny „podejmuje dialog” i zarazem „uświadamia”, że wymiana myśli i zamiana predykatów znaczeniowych nie ma sensu, nie może mieć miejsca z powodu szczelności substancji, wypełniającej jego wnętrze. To jest hermetyczność nie do sforsowania i żadne przyłożenie siły nie rozwiąże tego problemu. Bryła skruszona albo rozerwana, natychmiast rozpada się na wiele mniejszych, jednorodnych substancjalnie i doskonale zamkniętych przestrzeni.[47] Podziały mogą tutaj ciągnąć się w nieskończoność i nawet ziarna piasku nie przestaną być kamienne i nie przestaną chronić tajemnicy ich wnętrza. Pukanie do drzwi kamienia ma cel poznawczy i zostało zainicjowane przez ciekawość, ową cechę, która leży u podłoża wszelkich odkryć, wszelkich modyfikacji, wszelkich skoków świadomości w dal, do przodu. Ale żeby do tego doszło muszą spotkać się przeciwstawne elementy – życie, odkrywczy intelekt i martwota skały, niewzruszona twardość substancji szczelnie wypełniającej jej wnętrze. Poprzez tajemnicę zamknięcia staje się ona magiczną przestrzenią, zamkniętą dla świadomo­ści i nieskończenie otwartą dla wyobraźni.

Świat zewnętrzny – pisze Wojciech Ligęza – jeśli już nie poddaje się jednolitemu rozumieniu, powinien przynajmniej zostać podporządkowany ludzkiej skali odczuwania. Oczywiście poezja nie jest od tego, by tworzyć system metafizyczny. Dodawanie cząstkowych spostrzeżeń i cierpliwe gromadzenie przykładów – od małego kosmosu listka, źdźbła trawy, kropli wody, ziarnka piasku po gwiezdne fenomeny – charakteryzują styl poetyckiego myślenia Wisławy Szymborskiej. Każda rewelacja sprawdzona zostaje w sferze konkretu. W efekcie mamy więc do czynienia z dwojaką postawą literackiego podmiotu: pragnie on wytworzyć własne prawidła rozumienia świata, ale również poddać próbie zdrowego rozsądku istniejące instrumentarium poznawcze, krytycznie się przyjrzeć myśli filozoficznej, wyjaśnieniom nauki, zwykłej mądrości na co dzień.[48]

To jest zarazem spotkanie tego co ulotne i śmiertelne, z tym co trwa przez wieki, tysiące i miliardy lat. Spotkanie chwi­li i wieczności, które powinno wzru­szyć nawet coś tak twardego jak kamień, co powinno ożywić coś tak martwego, jak jego materię. On jednak nie podlega takim prawom jak ludzka myśl, on istnieje w innych rewirach i znakomicie obchodzi się bez tego, co ludzkość określa mianem intelektu. Nawet jeśliby coś w nim myślało albo coś poprzez niego chciało coś wyrazić, to zawsze byłby to świat poza spektrum ludzkim:

Te chropawe kamienie

Są jądrem twoich

Prawdziwie odnalezionych portów.

Jak mocarne ziarno drzewa

Odciśnięte z kosmicznych wzorców,

Jak stawianie krat konstrukcyjnych,

Odlewanie białych łuków w złotym metalu,

Układanie trójkątów by wznieść kręgosłup,

Nagiąć czas ku ptasiej szyi.

Po drugiej stronie gładkiej miękkości,

Nagość osuwa się ku rozszerzonym źrenicom.

Monochromatyczność zyskuje wartość;[49]

Raz jeszcze paradoks wkracza do tej interakcji i raz jeszcze ukazuje obcość świata ożywionego i materii kosmicznej. Dla człowieka przemiany o charakterze teratomorficznym są taką samą abstrakcją jak dla kamienia ruch płynów fizjologicznych w żyłach i szaleń­czy pęd impulsów elektrycznych w gmatwaninie neurytów i dendrytów. To jest metafora, ale też i niezwykła przerzutnia – rzeczywi­ście w każdej przestrzeni wskazać można głębie niewyobrażal­ne, podążające w głąb cząsteczki, atomu, kwarka, dające się wyodrębnić pośród struktury. Wpisane w model wszechświa­ta są zarazem paradygmatem tej konkretności, tej hermetyki i otwierają się, paradoksalnie dla „pukającej” do nich świadomości, tylko w chwili spotkania myśli i martwoty.[50] Szymborska i Majia ukazują, w jak różnych światach rozgrywa się rytuał istnienia, z jakimi hermetycznościami graniczy, jednocześnie zamykając się w obrębie przeznaczonego bytom czasu i wydzielonej przestrzeni, poza które nie ma wyjścia:

Ludzie twoich czasów widzieli białe kamienie rozgrzane do czerwoności,

I zaskakiwało ich to, co robiono z pługami.

W rzeczywistości życie i śmierć nie są daleko od siebie,

Trzymają się razem, podążając jedno za drugim.

Twoją duszę oświetlał blask ognia,

Ale w jego głębinach, poza tym co widzialne

Została udręka bezimiennej rany.

Nie musimy słać waszych dusz wraz z modlitwami,

Biała droga poprowadzi was w dal;

Ludzie waszej epoki mogą kroczyć nią z dumą.[51]

Ośnieżona skała, tak jak człowiek, niewiele wie o swoim wnętrzu i niewiele z niego rozumie – owszem „zdaje sobie jakby sprawę” z każdej drobiny, z każdego „mechanizmu” ale całościowo należy do jakiejś ogromnej, niewyobrażalnej w swym ogromie struktury. To, co dla nich jest gustem, wyborem, formą, dla kamienności i gęstości nie ma znaczenia, staje się tak samo ulotne jak to, co dzieje się poza wnętrzem. Paradoks kamienia, istniejącego w świecie, jest zarazem paradoksem bytu, który nigdy nie uświadomi sobie własnego szyfru, nie pozna modelu, nie wydostanie się poza hermetyczność ziemską, planetarną, gwiezdną czy nawet galaktyczną. Każda z tych przestrzeni pozostanie wnętrzem, nie dającym się porównać z tajemniczą i jakże różną od niego, zewnętrznością jako przestrzenią niezbadaną i nie poddającą się jakiejkolwiek eksploracji. Symbolem tego ludzkiego rozdwojenia w poezji Jidiego Majii jest sonet o białym kamieniu na grobie matki:

Na twoim grobie jest biały kamień

Z wyrytymi twymi imionami.

Jakiż trwały, ciężki kamień!

I na nim wersy wiersza, napisanego dla ciebie.

Widać stamtąd całe miasto,

Gdzie co chwilę narodziny zmieniają się w śmierć.

I iskrzący taniec światła słonecznego

Przenika przez okna wszystkich żywych istot.

A tam gdzie wzrok sięga granic

Jest tylko pustka między szczytami;

I niektórzy nazywają ją drogowskazem nieskończoności.

Ci, którzy odeszli spoczywają na tej grani i białe kamienie

Szepczą do żywych: śmierć nie zamyka żadnego rozdziału,

Bo życie zaczyna wciąż swój szalony bieg.[52]

Śmierć nie zamyka żadnego rozdziału, tak jak odwieczna biel nie traci swoich atrybutów w mitologii i codzienności ludów Nuosu – śmierć niczego nie kończy i niczego nie zaczyna, bo istnienie wraca cyklicznie i wędruje ze świadomości do świadomości, niczym skraplająca się esencja dziejów. Miłosz przywołuje w jednej ze swoich książek eseistycznych zapomnianą teorię mówiącą o tym, że lirykę można pisać tylko w młodym wieku, czyli do chwili, kiedy nasza żywotność zaczyna powoli się obniżać.[53] Twórczość poetycka Jidiego Majii zdaje się wskazywać tendencję odwrotną, daleką od wpływu hormonów na naszą aktywność literacką. To zdobywana z wiekiem mądrość przyczynia się do wzrostu samoświadomości, a w przypadku poety kulturowego – jakim bez wątpienia jest Majia – ta wiedza odnosi się przede wszystkim do mitów kosmogonicznych i odwiecznych rytuałów przejścia. Zamykając nasze rozważania na temat tej twórczości, przywołajmy raz jeszcze wiersz, w którym poeta mówi o naszej ludzkiej bezradności wobec ogromów i bezradności członków jego wielkiego plemienia – choć jesteśmy dumni, mamy swoje cele i realizujemy zadania, koniec końców musimy zgodzić się na utratę kierunku, musimy przyjąć eschatologiczne rozstrzygnięcia entropii i pogrążyć się w nicości:

Niektórzy widzą drogę, którą przeszedłeś

I mają nadzieję, że wyodrębnią jakieś tło

Brązowy kolor góry, gwałtowny uskok szlaku

Niektórzy widzą drogę, którą przeszedłeś

I mają nadzieję odnaleźć trudną harmonię

Dalekie stado owiec, przytulone nisko do chmur

A jednak wiem, że

Dźwięki obracających się kół

Próbują nakarmić

Mizerne światło słońca

Gdy zgubiłeś kierunek

I tego nie zauważyłeś[54]

 

 

__________________

[1] Sztuka chińska, t. I, oprac.  J.  A.  K e i m,  przeł. P. Parandowski, Warszawa 1978, s. 3.

[2] Tamże.

[3] Tamże.

[4] Por.  W a n  X i n h u a,  The Wu School of Chinese Painting, Nankin 2018, s. 1–3.

[5] J.  M a j i a,  Rozsłoneczniony śnieg i kolor nieba, cz. 1, w. 1–18. Ta brama poety ma zapewne wszelkie cechy bramy prowadzącej do buddyjskiego przebudzenia – por. H u i  H a i,  [w:] tegoż, Nauczanie mistrza Zen Hui Hai, przeł. B. Gak, Warszawa 2003, cz. I.

[6] D.  A c k e r m a n,  Oko obserwatora [w:] tejże, Historia naturalna zmysłów, przeł. K. Chmielowa, Warszawa 1994, s. 234.

[7] J.  M a j i a,  Rozsłoneczniony śnieg i kolor nieba, cz. 2, w. 1–9.

[8] M.  F o r s t a t e r,  Utrata pierwotnego stanu [w:] tegoż, Duchowe nauki Tao, przeł. S. Musielak, Poznań 2004, s. 114–115.

[9] Tamże, s. 115.

[10] M.  E l i a d e,  Mit–wzorzec [w:] tegoż, Sacrum – mit – historia Wybór esejów, przeł. A. Tatarkiewicz, Warszawa 1993, s. 111.

[11] Por. A.  B é g u i n,   Dusza romantyczna i marzenie senne Esej o romantyzmie niemieckim i poezji francuskiej, przeł. T. Stróżyński, Gdańsk 2011, s. 409.

[12] J.  M a j i a,  Rozsłoneczniony śnieg i kolor nieba, cz. 3, w. 1–12.

[13] Fizycy wiedzą, że dale mają niebieski kolor z powodu barwy tlenu, który wypełnia przestrzeń pomiędzy obserwatorem, a dalekim obiektem. [Por. R. March, Fizyka dla poetów, przeł. M. Kubiak, K. Stępień, Warszawa 1974, s. 15–16.]

[14] M.  R z e p i ń s k a,  Nauka o kolorze i wiedza o kolorze [w:] tejże, Historia koloru w dziejach malarstwa europejskiego, t. 1, Warszawa 1989, s. 8.

[15] J.  M a j i a,  Rozsłoneczniony śnieg i kolor nieba, cz. 4, w. 1–12.

[16] M.  R z e p i ń s k a,  dz. cyt., s. 8.

[17] J.  M a j i a,  Rozsłoneczniony śnieg i kolor nieba, cz. 5, w. 1–13.

[18] Już Artemidor z Daldis wskazywał, że jako pomyślne należy interpretować sny pozostające w harmonii z naturalnym porządkiem, prawem, obyczajem, zajęciem, nazwą lub imieniem i upływem czasu; nie biorąc jednak pod uwagę faktu, że sny o treści zgodnej z naturalnym porządkiem mają istotniejszy wpływ na przyszłość, niż te, w których oglądamy jakieś wynaturzenia; bywa jednak, że zaistniałe okoliczności osłabią dobroczynny wpływ tych pierwszych [tegoż, Rozważania o snach, przeł. I. Żółtowska, Warszawa 1995, s. 19.

[19] J.  W.  G o e t h e,  Nauka o barwach, przeł. E. Namowicz [w:] Wybór pism estetycznych, Warszawa 1981, s. 323.

[20] J.  M a j i a,  Rozsłoneczniony śnieg i kolor nieba, cz. 6, w. 1–14.

[21] Por.  J.  C l e m e n t s,  Pierwszy cesarz Chin, przeł. W. Nowakowski, Warszawa 2006, s. 87–88.

[22] M.  E l i a d e,  Struktura symboliki akwatycznej [w:] tegoż, dz. cyt., s. 136.

[23] J.  M a j i a,  Rozsłoneczniony śnieg i kolor nieba, cz. 7, w. 1–13.

[24] Por.  D.  C a m p b e l l,  Kolorowe energie, przeł. J. Skórska, Bydgoszcz 1996, s. 61.

[25] J.  O r t e g a  y  G a s s e t,  Velázquez i Goya, przeł. R. Kalicki, Warszawa 1993, s. 54 – 55.

[26] D.  A c k e r m a n,  Barwa [w:] dz. cyt., s. 259.

[27] J.  M a j i a,  Rapsodia w czerni, w. 1–8.

[28] G.  P o u l e t,  Metamorfozy koła [w:] tegoż, Metamorfozy czasu Szkice krytyczne, przeł. D. Eska, Warszawa 1977, s. 333–334.

[29] Por.  D.  T.  L e b i o d a,  Norwida Spojrzenie w śmierć i wieczność w:] tegoż, Marmur i blask Studia – Szkice – Artykuły o poezji polskiej od Mickiewicza do Miłosza, Bydgoszcz 2002, s. 156.

[30] J.  M a j i a,  Rapsodia w czerni, w. 9–27.

[31] O innych aspektach rytuałów przejścia por.  B.  B e t t e l h e i m,  Stara zagadka [w:] tegoż, Rany symboliczne Rytuały inicjacji i zazdrość męska, przeł. D. Danek, Warszawa 1989, s. 68–75.

[32] J.  M a j i a,  Rapsodia w czerni, w. 28–45.

[33] J.  H u i z i n g a,  Funkcja formy poetyckiej Obrazowanie [w:] tegoż, Homo ludens Zabawa jako źródło kultury, przeł. M. Kurecka i W. Wirpsza, Warszawa 1995, s. 195.

[34] J.  O r t e g a  y  G a s s e t,  Żywotność, dusza, duch [w:] tegoż, Dehumanizacja sztuki i inne eseje, przeł. P. Niklewicz, Warszawa 1980, s. 182.

[35] J.  M a j i a,  Czerń, w. 1–21.

[36] M.  R z e p i ń s k a,  dz. cyt., s. 135. Czerń pojawia się m. in. w następujących wierszach J. Majii: Idąc na spotkanie śmierci; Ta, która na mnie czekała; Czarne warkocze; Finał dramatu poety; Kołysanka; Inna droga; Podstarzały walczący byk; Stary wytwórca drumli; Górskie kozły Gunyilady; Kolory Nuosu widziane we śnie; Tylko dlatego; Tęskniąc za miłością; Myśląc o winie; Zmierzch; Odkrywanie jesieni; Oczekiwanie; Wspomnienie młodości; Wędrujące plemię; Rzeka; Ciuchcia z mej pamięci; Kremacja na rodzimej ziemi; Posąg z gliny; Ja, śnieżna pantera, Podróżny świata; Wielka rzeka; Wygnanie.

[37] J.  M a j i a,  Kolory Nuosu widziane we śnie, w. 1–27. Wiersz ma dopisek pod tytułem: Impresje o trzech kolorach najczęściej używanych przez moje plemię.

[38] M.  R z e p i ń s k a,  dz. cyt. s. 128–129.

[39] Por. Same ranki, dnie, wieczory zbiorowiska ludzkiego nasycały mnie dostatecznie (…) oko napotyka kształt i kolor, umysł jest zajęty czym innym, ale jego perturbacje są zmienne, a rzecz zobaczona trwa i stanowi z nami jedność nierozłączną. [Cz. M i ł o s z, Młody człowiek i sekrety, w: tegoż, Rodzinna Europa, Kraków 2001, s. 207.]

[40] Według ludu Yi, po śmierci człowieka, opuszczają go trzy dusze. Hlage (niemądra dusza) pozostaje na ziemi kremacyjnej, hlajju (pół-mądra dusza) przyjmuje ofiary w miejscu upamiętnienia, a hlayi (mądra dusza) podróżuje białą drogą, by połączyć ze swoimi przodkami.

[41] J.  M a j i a,  Biały świat, w. 1 – 24. Sen w bieli pojawia się też w rozbudowanym, kadencyjnym wierszu pt. Wielka rzeka, a inne wiersze z barwą białą, to: Ja, śnieżna pantera; Stary wytwórca drumli; Duchy starej krainy; Pierwsza miłość; Niewidzialne fale; Dedykacja 1987; Chcę ci powiedzieć; Kim byliście?; Jeszcze jedna dopowiedź; Ręka matki; Do Jeziora Zachodniego; Tytan; Gdy śmierć nadchodzi; Okruchy pamięci; Los; Biały kamień na twoim grobie; Śniegi Mount Bogda.

[42] Z.  H e r b e r t,  Martwa natura z wędzidłem, Warszawa 2003, s.75.

[43] J.  M a j i a,  Duchy starej krainy, w. 1–16.

[44] Por.  M.  S z u l c,  Spotkania z podświadomością, Warszawa 1981, s. 104.

[45] J-P.  R i c h a r d,  Magiczna geografia Nervala [w:] tegoż, Poezja i głębia, przeł. T. Swoboda, Gdańsk 2008, s. 27.

[46][46] W tej części rozdziału korzystam z mojego szkicu o poezji Wisławy Szymborskiej pt. Głębia kamienia [w:] D. T. Lebioda, Axis mundi Romantyzm – Wiek dwudziesty – Nowy czas, Bydgoszcz 2013, s. 159 – 177.

[47] Por. ujęcie tego problemu przez Herberta, s. 53–54 tej książki.

[48] W. L i g ę z a, O poezji Wisławy Szymborskiej. Świat w stanie korekty, Kraków 2001, s. 318.

[49] J.  M a j i a, Tytan, w. 1–12.

[50] Por.  J-P.  R i c h a r d,  dz. cyt., s. 171.

[51] J. M a j i a, Los, w. 5 – 15. Podczas tradycyjnej ceremonii oczyszczenia u ludu Yi, białe kamienie rozgrzewa się do czerwoności, a następnie zanurza w czajniku z wodą i piołunem. Parą tej wody okadza się wszystkie pomieszczenia domu, chroniąc w ten sposób członków rodziny (szczególnie delikatne niemowlęta) przed zgubnymi wpływami. Słowo lurcasur znaczy „toczyć rozgrzane kamienie”. U ludu Yi szaman zwany „suni” rozgrzewał do czerwoności żelazne pługi, a potem wprowadzał się w trans i pró­bował dotykać je językiem, stopami albo palcami. [A k u  W u w u,  Głos czarownika, Pekin 2009.]

[52] J.  M a j i a,  Biały kamień na twoim grobie, w. 1–15.

[53] Cz.  M i ł o s z,  Rok myśliwego, Kraków 2001, s. 218.

[54] J.  M a j i a,  Nuosu, w. 1–12.

CZARNY NEFRYT (5)

Łagodnie i lekko, jak ciepły oddech odsłaniający rysunek żyłek i pęknięć na oblodzonej skale, nowy świt pojawił się nad okolicami cesarskiego miasta. W gałęziach wierzb, drzew jedwabnych i platanów ożywiły się ptaki i głośno manifestowały swoją obecność, przefruwały z konaru na konar, śpiewały tęsknie, podskakiwały niespokojnie i nagle odlatywały w dal. Niknęły w różowo-błękitnej mgiełce, pojawiającej się nad górami, zlewały się z czarną poświatą, wciąż kładącą się gęstym cieniem na wzgórzach. Białawe opary unosiły się jeszcze nad ziemią, ale rzeka Wei He lśniła już wyraziście pośród coraz jaśniejszych pól i łąk. Wysoko na niebie, majestatycznie krążył orzeł i przypatrywał się ludzkiemu światu, zataczał coraz szersze kręgi, przybliżał się ku ośnieżonym szczytom, zawracał i przelatywał po linii prostej, ku miastu i samotnym rezydencjom, na jego obrzeżu. Oko drapieżnika sondowało przestrzeń w dole i zauważyło jakieś wielkie ożywienie w rozległym domostwie, stojącym przy wąskiej drodze, prowadzącej w góry. Cienie ludzi przesuwały się szybko po ziemi, klingi obnażonych mieczy i zapinki we włosach migały i lśniły czystą czerwienią odbitego słońca. Ludzie wbiegali do pokoi, otwierali drzwi do komórek i przeszukiwali je, ale największy ruch panował w ogrodzie, gdzie duży oddział wojska przeczesywał sukcesywnie każdy zakątek, każdą kępę trawy i plątaninę bambusów. Xi Lan stała w podcieniu wielkiej sali bawialnej, gdzie leżały ciała zabitych kompanów poborcy, a wokół nich zakrzepły kałuże brunatnej krwi. Spojrzała w niebo i zauważyła orła bujającego pośród lazuru, fioletu i żółcienia. Operacje światła i jaskrawość kolorów spowodowały, że wzięła go za pierwszego sępa, który z daleka wyczuł krew. Splunęła siarczyście na podłogę, przydeptała plwocinę nogą i ze złością przypatrywała się żołnierzom na podwórku. Z boku sali, gdzie Ai zemścił się na mordercach, tuż przy zakręcie podestu, biegnącego wokół domu, zgromadziła się spora grupa kobiet i dzieci. Stara podeszła do nich i nie zważając na płacz i krzyki przerażenia, odepchnęła wszystkich od okna. Jednocześnie zerknęła do środka i poczuła zimny pot na plecach, gdy wyodrębniła z mroku najokrutniejszych zauszników Wanga, teraz leżących we krwi, martwych i szybko zaczynających się rozkładać. Przeniosła wzrok na pięknie odzianego mężczyznę, który na środku podwórka wydawał rozkazy żołnierzom, wysłał umyślnego do pałacu i wrzeszczał na maruderów. Przypomniała sobie jego wyjście w nocy i schadzkę z jedną z kobiet, zamyśliła się głęboko, ale po chwili odruchowo, przekręciła głowę w prawo i lewo, jakby zaprzeczyła czemuś, co ja nurtowało.

            Nagle rozległ się krzyk przy wielkiej studni i zewsząd zaczęli do niej zbiegać żołnierze, kobiety i dzieci, a nawet pojawiło się paru starców, którzy wegetowali przy bogatym domu, wykonując czasem jakieś proste prace. Silni żołnierze zdjęli wielką pokrywę i oczom ciekawskich ukazał się widok mrożący krew w żyłach. Na dnie pływało martwe ciało wszechmocnego poborcy, a na nim leżała odcięta psia głowa. Korpus zwierzęcia zanurzył się w zabarwionej na czerwono wodzie, tak, że nie było go widać i powstała zdumiewająca kompozycja, jakby specjalnie spreparowana. Wang unosił się na powierzchni twarzą ku górze, a psi łeb leżał pośrodku jego piersi, tuż za szerokim pasem z licznymi ozdobami. Krzyki i lamenty wzmogły się, ale szybko nadeszli pozostali żołnierze i zaprowadzili porządek, ustawiając się w trzy kręgi wokół miejsca czerpalnego. Przyniesiono dwie długie drabiny i wsunięto je do głębokiej jamy, zaraz też zeszli po nich trzej młodzieńcy i pokrzykując na siebie, wydobyli ciało Wanga z wody, a potem wspinając się wolno, szczebel po szczeblu, donieśli je na skraj studni. Tutaj przejęli je inni żołnierze i przetransportowali na noszach do tego samego pokoju, gdzie leżeli inni zabici. Trup Wanga wyglądał  groteskowo, jego rysy twarzy zapadły się i sprawiał teraz wrażenie, że jest groźnym demonem, o którym niańki opowiadają dzieciom, by zmusić je do zaśnięcia. Stara opiekunka i inne kobiety uklękły przy poborcy, rwały włosy z głowy i głośno lamentowały. Niektóre z nich lały prawdziwe łzy, a inne udawały tylko i czasem pojawiał się na ich ustach grymas, który ktoś mógłby wziąć za rodzaj uśmiechu, głębokiej ulgi lub zadowolenia. Jakiś starzec krzyknął, że nadjeżdża wysłannik z pałacu i ciżba rozstąpiła się natychmiast, jakby rażona niewidzialną siłą. Starucha wstała z klęczek i powoli, z ociąganiem, jakby się czegoś bała, podeszła do drzwi. Wiele lat żyła już na tym świecie i wiedziała, że przyjazd cesarskiego wysłannika i jego oddziału nie wróży niczego dobrego, tym bardziej, że na wszystkich domownikach spoczywał obowiązek ochrony poborcy Wanga. Spojrzała raz jeszcze na Liu, ulubioną kucharkę swego pana, którą widziała w nocy z Gao i zamyśliła się głęboko.

                Oddział dwunastu konnych wraz z dowódcą, minął szeroko otwartą bramę i wjechał z impetem na dziedziniec domostwa. Wszyscy ludzie upadli na kolana i pochylili głowy w geście pokory i uwielbienia. Dowódca szybko zeskoczył z konia i starucha spostrzegła, że jest to groźny Czen, który wielokrotnie już bywał u Wanga, wsławiając się niespotykanym okrucieństwem, pijackimi bójkami i dręczeniem kobiet, podczas zabaw z nimi. Kiedyś wykorzystał nawet jej stare, pomarszczone ciało do swoich swawolnych fantazji i poranił ją strasznie nożem. Musiał ją jednak dobrze zapamiętać, bo skierował się prosto do niej i nie czekając na jakiekolwiek wyjaśnienia, kopnął w brzuch, tak, że poleciała kilka metrów w bok. Jednocześnie wyciągnął z pochwy zakrzywiony miecz i stanął nad nią, wykonując taki ruch, jakby chciał ściąć jej głowę.

– Dlaczego, wściekłe psy, nie upilnowaliście swojego miłościwego pana…? – krzyknął i jeszcze wyżej podniósł ostrze nad głową Xi Lan.

Stara zauważyła to, przesunęła się trochę w bok, jeszcze niżej pochyliła czoło i szybko krzyknęła:

– Panie! Jeśli mnie zabijesz, nie dowiesz się nigdy, co tutaj naprawdę się stało…

Czen powstrzymał miecz, tuż przed tym jak chciał już ściąć głowę kobiety. Teraz opuścił go powoli i chwycił ją za siwe włosy, szarpiąc tak gwałtownie, że pokaźny pęk został mu w ręku. Xi Lan jęknęła bolesnie, ale też szybko się opanowała i zaczęła pośpiesznie mówić:

– Panie, tutaj była nocna zabawa i nasz pan, i dobroczyńca, Wang, pił piwo z przyjaciółmi. Przygotowałam mu młodą kobietę ze wsi, która potem zniknęła…

– To ona go zabiła…? – spytał z niedowierzaniem Czen i zaśmiał się szyderczo – Jeden z największych żołnierzy, jakich znałem…? Zabity przez dziewczynę…?

– Musiała mieć wspólników, bo na ciele naszego pana są rany od strzał… Nie zdołałaby też wrzucić go do studni… Była  bardzo drobna…

– Gadaj stara ropucho co widziałaś, bo zaraz skończy się twój plugawy żywot! – krzyknął Czen i znowu wzniósł nad nią połyskujące świetliście ostrze.

– Panie, panie, ja jestem niewinna, zawsze dobrze służyłam mojemu dobroczyńcy i kochałam go. Często w nocy wychodziłam ze swojej komórki, stawałam pod jego pokojem i słuchałam jak równo oddycha we śnie… Tej nocy też wyszłam i coś zobaczyłam…

– Gadaj co widziałaś zapluta żmijo, bo zostało ci już tylko kilka chwil życia…

Xi Lan przeraziła się nie na żarty, ale postanowiła zagrać o wszystko. Nie bacząc na coraz groźniejsze oblicze gościa, uniosła się na nogach i szepnęła:

– Panie, pozwól mi wskazać ci tych, którzy mogli uczestniczyć w tej zbrodni… Widziałam w nocy…

W tym momencie zimne ostrze miecza przylgnęło do jej szyi, ale po chwili Czen, jakby coraz bardziej opanowany, jakby przypominający sobie o celu swojej misji, nakazał jej wejść do sali, gdzie leżeli zmarli. Tam, przy trupie Wanga i towarzyszy, starucha opowiedziała mu o pięknej Czao z pobliskiej wsi, gdzie egzekutor zabił jej rodzinę, a wcześniej wyciął w pień familię jakiegoś wieśniaka, który nie zapłacił daniny. O tym wszystkim usłyszała podczas pijackiej zabawy i teraz bała się, że Czen oskarży ją o podsłuchiwanie.

– Tylko tę dziewczynę ocalili i przywieźli tutaj – mówiła – A ja przygotowałam ją na noc naszemu panu. Była dziewicą i jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie w życiu widziałam.

– Kobra też ma piękny ornament na skórze, ale zabija bez litości… – powiedział ze złością Czen i gestem ręki dał znać by mówiła dalej.

– Masz rację panie, wielki jak Żółty Cesarz, oby słońce świeciło jak najdłużej nad twoją głową… Może jednak pomógł jej ktoś stąd, bo widziałam w nocy…

– Co widziałaś? – ożywił się przyjezdny i wyprostował, jakby osiągnął to, po co tu przybył.

Przez cały czas rozglądał się też po domostwie i szacował wzrokiem dobra zgromadzone przez Wanga. Zauważył piękne, rzadkie, starożytne nefrytowe krążki, wiszące przy oknie. Dobrze znał ich wartość i magiczną moc i trochę się ich bał, bo w głębi duszy wierzył w smoki, wielkie jaszczury i umarłych, powracających po śmierci. Zauważył, że gospodarz zgromadził wiele wspaniałych sprzętów, spośród których najbardziej spodobały mu się brązowe naczynia fangding, zoomorficzne pojemniki gong, kielichy gu, puchary z inkrustowanej kości słoniowej, podpory bębnów w postaci ptaka z rogami jelenia i sporo pojemników na alkohol, z rączkami przedstawiającymi skrzyżowanie kota ze zwierzętami kopytnymi. To wszystko walało się teraz we krwi, w sali pełnej trupów, ale Czen potrafił sobie wyobrazić ile niezwykłych dóbr jest jeszcze w całej posiadłości Wanga, który przecież przez wiele lat sprawował swoją funkcję. W myślach zobaczył łup, jaki wywiezie stąd przed zachodem słońca, ale teraz potrzebował wiarygodnego winnego i jak najmniej świadków swojej wizyty. Wiedział, że może liczyć na swoją zaufaną drużynę, uknuł już plan i nie bardzo chciało mu się słuchać staruchy. Nie potrzebował już jej, ale zapytał raz jeszcze:

– Co widziałaś…?

– Gao, młody dowódca strażników, wyszedł w nocy do ogrodu, na schadzkę z panią Liu, naszą kucharką… Ale może był inny cel ich wyjścia przy księżycu…? – powiedziała i przymknęła ze znużenia powieki, jakby sama zawstydzona ogromem kłamstwa.

Czen miał już w głowie swój plan i postanowił wyeliminować wszystkich, którzy mogliby przeszkodzić mu w jego realizacji. Przysunął się do Xi Lan, wyciągnął krótki miecz i z rozmachem wbił jej w brzuch. Jednocześnie przycisnął dłonią usta tak, by nie zdołała wydać tchnienia, a puścił je dopiero, gdy wypłynęła z nich krew. Z niesmakiem otarł rękę o mokry strój Wanga i wyszedł na zewnątrz. Przywołał jednego ze swoich żołnierzy i nakazał zamknąć wrota na podwórze, a potem wymordować wszystkich. Ludzie stale klęczeli na dziedzińcu i na krużgankach, więc towarzysze Czena nie mieli zbyt wiele kłopotu, by pozbawić ich życia. Dopiero konkubiny w pokojach, służba i dzieci narobiły sporo hałasu, ale i ten ucichł po jakimś czasie. Ocalono tylko czterech żołnierzy oraz piękną kucharkę Liu. Nakazano im znosić puchary i wazy do wozów, pakować w słomę, przetykać sianem tak, by nic się nie zbiło. Kiedy już najwartościowsze rzeczy zrabowano, Czen przywołał Gao i jego ukochaną Liu, a potem wskazując martwą Xi Lan, powiedział:

– Wiem o tym, że wyszliście w nocy na schadzkę i ta starucha oskarżyła was o to, że pomogliście mordercom Wanga…

– Panie – zawołał Gao i skoczył mu do nóg – My się kochamy i poszliśmy do ogrodu by się spotkać… Nikogo i niczego nie widzieliśmy… – mówił, drżąc ze strachu i przerażenia.

Liu klęczała przy nim i łkała cichutko, jakby bała się, że nawet jej płacz może spowodować wściekłość Czena. Ten przyjrzał się mężczyźnie i kobiecie, zauważył ich urodę i dbałość o szczegóły ubioru oraz uczesania. W końcu powiedział:

– Wiecie, że cesarz nie uwierzy w waszą opowieść i każe was zabić…

Liu głośniej załkała i łzy pojawiły się też na policzkach Gao, którego ręce i nogi trzęsły się teraz jakby były z galarety.

– Możecie jednak ocalić życie, jeśli potwierdzicie moją relację przed naszym władcą… – ciągnął dalej Czen – Powiecie mu, że wieśniacy napadli i złupili dom, wszystkich pozabijali, a tylko wy ocaleliście, bo ukryliście się w zaroślach.

– Panie, powiemy wszystko, co nam każesz… – uchwycił się tej szansy na przeżycie Gao.

– Potrzebuję kucharki, a ty bardzo dobrze gotujesz… – powiedział – Pamiętam te posiłki, które tutaj dostawałem, podczas moich paru wizyt u Wanga.

Powiedział to i uważniej przyjrzał się Liu, która mogła mieć około czterdziestu lat, ale zachowała wiele z młodzieńczej urody. Lubił takie kobiety i pomyślał, że jak już pozbędzie się Gao, to może uczyni ją swoją kochanką. Klęczący przy nim młodzieniec dojrzał złowrogie błyski w oczach Czena i jego bezczelne spojrzenie, którym szacował wartość kobiety. Zadrżał jeszcze bardziej niż przed chwilą, gdy myślał, że idzie na śmierć, ale teraz nie było sposobu, by przeciwstawić się jego sile.

– Zostaniecie tutaj i przypilnujecie wszystkiego… – oznajmił Czen – My mamy coś do załatwienia we wsi… Niebawem wrócimy i wtedy pojedziecie z nami na dwór… Tam potwierdzicie moją relację i pozwolę wam żyć pod moim dachem… Ale jeśli któreś z was piśnie choćby słowo o tym, co tutaj się stało, natychmiast zetnę głowy…

– Dziękujemy Panie… – zawołał w uniesieniu Gao.

 – Zrobimy co każesz – dodała Liu i pokłoniła się przed wysłannikiem cesarza.

Słońce było już w zenicie, gdy grupa ubranych na czarno jeźdźców, ruszyła rozmiękłym traktem w kierunku wsi, leżącej za najbliższymi górami. Ich krótkie cienie przemykały po stokach, pojawiały się fragmentarycznie na korze drzew i na kamieniach, aż wreszcie zniknęły za rumowiskiem skalnym i bambusowym lasem. Na kolczastym krzewie dzikiej róży usiadła szaro-rdzawa dzierzba, z małą jaszczurką w dziobie i zaczęła nadziewać swój łup na długi cierń. Kropelki rzadkiej krwi, jedna po drugiej, kapały na liście i kwiaty, a jedna z nich, przy silniejszym powiewie wiatru, spadła wprost na ziemię i szybko wsiąkła w piasek.

ODWIECZNY OGIEŃ (4)

  1. Dumny byk

Ludzkość wzrastała i zyskiwała rozleglejszą samoświadomość w otoczeniu zwierząt, budując z nimi coraz bliższe związki[1], wchodząc w coraz szersze relacje. Pierwsi przedstawiciele naszego gatunku ubierali się w skóry jaków, antylop, tygrysów, zakładali na głowę czapki z futer lisów, saren i soboli, chronili nogi butami wykonanymi z twardych skór bawołów i mamutów. Żywili się mięsem zabitych ssaków, próbowali je też udomowić[2], choć niektóre z nich były tak dzikie, że nigdy nie udało się ich okiełznać. Charakterystyczne są w tym względzie dwa wspaniałe wiersze Jidiego Majii, prezentujące dumę i moc wielkiego zwierzęcia – historię walecznego byka z Lianshanu:

Stoi tam
W świetle zachodzącego słońca
Nie rusza się
Jego osłabła głowa zwisa nisko
Jego długie ciało
Przypomina morską skałę
Zniszczoną przez fale
Oba jego sponiewierane rogi
Są jak połamane wilcze kły
Stoi tam
W świetle zachodzącego słońca
Zamknięty na kłódkę
Jego jedyne pozostałe oko
Bezradne wobec chmury much
Brzęczących przy czole
Bezradne wobec końskich gzów
Pełzających po pysku
Nie wiadomo, gdzie jego pan przepadł[3]

Choć zwierzę jest już stare, na pół ślepe, z połamanymi rogami, poeta przedstawia je niczym posąg z brązu, podkreślając ogromną siłę i determinację:

Stoi tam
W świetle zachodzącego słońca
Marzy o sobie w sile wieku
Przypomina sobie ten ranek podczas Święta Pochodni;
zdaje się słyszeć
Uderzenia rogów – ciosy, które odbierają ludziom dech
Zdaje się czuć w parskających nozdrzach dumę palisady
Której roi się, że usidliła woń starego byka areny
To wilgotny i mocny zapach
Czuje że znowu uchwycił ten dziki impuls
Podnosi się z czarnej ziemi
Zdaje się czuć jej puls
Łomoczący znowu w całym ciele
Sierść na plecach zesztywniała jak druty
Zdaje mu się że słyszy ludzi znowu go dopingujących
Potem wspomina słoneczne letnie pastwisko
Gdzie on i inne byki jak on
Otoczone radością jak złote jelenie
Jakby widział prowadzącego go młodego pana
Jego głowa przyozdobiona strumieniami czerwonych wstęg
Ścielących się wysoko na górskich graniach
Jego ostre rogi zdają się podtrzymywać słońce
Czerwone jak krew jeszcze nie rozlana[4]

Majia wskazuje tutaj harmonię, jaka pojawiła się pomiędzy bykiem i jego właścicielem, nawet jeśli ich życiowe spotkanie zakończy się zabiciem zwierzęcia na scenie, podczas Święta Pochodni. To, trudne do zrozumienia przez Europejczyka, poczucie unii objaśnia John Needham:

Chińskie postrzeganie świata wynikało z generalnie różnej linii myślenia. Harmonijna współpraca wszystkich istot powstała nie na skutek zarządzeń najwyższej władzy zewnętrznej, lecz dlatego, że istoty te stanowiły elementy hierarchii całości tworzących kosmiczny model i były posłuszne wewnętrznym poleceniom własnej natury. Nowoczesna nauka i filozofia organizmu ze swymi poziomami integracji, wzmocniona naszym nowym rozumieniem kosmicznej, biologicznej i społecznej ewolucji, powróciły do tych mądrych poglądów. A mimo to któż odważyłby się twierdzić, że epoka Newtona nie posiadała zasadniczego znaczenia? Pamiętać trzeba także o roli czynników społecznych i ekonomicznych właściwych chińskiemu społeczeństwu, tych czynników, które doprowadziły do przejścia z feudalizmu do biurokratyzmu i uwarunkowały każdy etap rozwoju nauki i filozofii w Chinach. Gdyby te czynniki sprzyjały rozwojowi nauki, niewykluczone, że można by było przezwyciężyć elementy hamujące. Jednakże wszystko, co można powiedzieć o nauce, która by w wyniku tego powstała, to to, że okazałaby się głęboko organiczna, nie zaś mechaniczna.[5]

Organiczność nauki i filozofii znajdowała też swoje odzwierciedlenie w poezji wielu epok i przesączyła się do przebogatej liryki największego poety ludu Yi. Nawet w sytuacji schyłku życia walecznego byka i wielu jego mankamentów, autor monumentalizuje go w dyfrakcyjnym świetle słonecznym:

Stoi tam
W świetle zachodzącego słońca
Przez jakiś czas otwiera szeroko jedno oko
Pręży się pośród spojrzeń stary byk areny
Dobywa z siebie smutny ryk
I wtedy cała sierść
Jego nikłej brązowej powłoki
Staje się ognistą masą
Płonącą dziko[6]

Choć zwierzę idzie na rzeź, choć po raz ostatni ukaże się w glorii walki na arenie, w magiczny sposób staje się cząstką żywiołu ognia i zaczyna płonąć w swoim tragicznym bycie. Ma to zapewne umotywowanie w kosmogonii i mitologii chińskiej, odzwierciedlających akcję gwiazd na niebie i tworzących opowieści na ten temat. Najbardziej znana z nich to opowieść o miłości Chłopca-Woła i pięknej Tkaczki:

Chłopiec-Wół, boski pasterz, zakochał się w Zhinü (Chih-nü), Tkającej Dziewczynie, niebiańskie tkaczce. Kochankowie byli tak zajęci sobą, że zaniedbali i bydło, i warsztat tkacki. Wobec niezadowolenia bogów Królowa Nieba wzięła swą szpilkę do włosów i jednym zdecydowanym ruchem zaznaczyła na niebie granicę między młodymi. Od tego czasu Chłopiec-Wół, którego reprezentuje gwiazda Altair, i Tkająca dziewczyna, czyli gwiazda Wega, są rozdzieleni Rzeką Han, znaną nam jako Droga Mleczna. Na szczęście raz w roku, siódmego dnia siódmego miesiąca, gdy sroki budują im tymczasowy mostek, mogą się ze sobą spotykać. Warto zwrócić uwagę na to, że obie gwiazdy reprezentujące postaci z bajki nie pasują za bardzo do pobliskich gwiazdozbiorów Byka i Panny. Okazało się jednak, że kilka tysięcy lat temu w wyniku zjawiska zwanego precesją nastąpiła zmiana względnego położenia gwiazd i odpowiednich gwiazdozbiorów. Legenda ta musi więc być bardzo stara, nawet starsza niż pismo.[7]    

Pradawne opowieści i mity odegrały też wielka rolę w kształtowaniu się świadomości i tożsamości ludów Nuosu, a co za tym idzie i samego poety. Majia zaanektował te legendy, ale wsączył też do swojej liryki wiele ujęć znanych z mitologii innych obszarów Chin. Nie wahał się też nawiązywać do największych osiągnięć literatury Zachodu – na przykład do opowiadań Ernesta Hemingwaya (stamtąd pochodzi motto do wiersza: Możesz go zniszczyć, ale nie pokonać). Jego byk z Liangshanu zdaje się kroczyć tą samą drogą, którą podążały na corridę rogate samce z prozy autora Komu bije dzwon. To jest ta sama moc i ta sama dzikość, której próbują przeciwstawić się ludzie:

W późnych godzinach nocnych
Gdy ludzie mocno śpią
On leży obojętny w swojej stajni
Czeka na nadejście śmierci
A ledwo otwarte oczy
Pełne są smutku i rozpaczy
Ale przez chwilę zdaje się słyszeć
Że na krawędzi dalekiej wyżyny
W starej arenie byków
Zbliża się ciężka walka
Prowokujące dźwięki wywołują
Jego długo zapomniane imię
To obraża i znieważa go, to szydzi z niego
To natychmiast ożywia jego uczucia
Prowokuje go zanim dzikość wybuchnie[8]

Mitologia byka z wierszy poety Yi ma w sobie też coś z dynamicznych i pełnych literackiej pasji opisów amerykańskiego pisarza – starczy przywołać fragment jednego z jego słynnych reportaży:

Byk bowiem był absolutnie niewiarygodny. Przypominał jakieś ogromne przedhistoryczne zwierzę, do gruntu mordercze i do gruntu złośliwe. I był cichy. Zaszarżował cicho, miękkim, galopującym pędem. Kiedy zawracał, zawracał na czterech nogach jak kot. Gdy szarżował, pierwszą rzeczą, jaka mu wpadła w oko, był pikador na jednym z owych nieszczęsnych koni. Pikador dał koniowi ostrogę i odgalopował. Byk popędził za nim nie dając się tak zbyć i w pełnym galopie rąbnął z boku konia, nie zwrócił na niego żadnej uwagi, wparł róg wysoko w udo pikadora i zdarł go razem z siodłem z grzbietu wierzchowca. Byk pognał dalej, nie zatrzymując się, by potarmosić leżącego na ziemi pikadora. Następny pikador siedział na koniu, zaparty na przyjęcie impetu szarży, z lancą w gotowości. Byk uderzył nań z boku, a koń i jeździec wylecieli wysoko w powietrze jedną wierzgającą masą i spadli na grzbiet zwierza. Kiedy zlecieli na ziemię byk na nich zaszarżował.[9]

Byk z Większego Liangshanu też jest nieokiełzany i może sprawić na arenie jeszcze jakąś niespodziankę, ale przecież jego dni są policzone. Na razie ociera się o ogrodzenie, manifestuje swoją siłę, łamie deski, uderza kopytami o kamienie i wyrywa rogami ziemię. Zwierzęta posiadają jakby dodatkowy zmysł i potrafią często wyczuć zbliżanie się śmierci. Wiele razy obserwowano płaczące świnie, krowy, cielęta czy owce prowadzone na rzeź,[10] albo transportowane do rzeźni. Bydło – co opisał Karol Darwin – zaatakowane przez drapieżniki albo szlachtowane, potrafi wydawać też nieomal „ludzkie” jęki rozpaczy:

U wielu rodzajów zwierząt, nie wyłączając człowieka, narządy głosowe są ogromnie skutecznym środkiem wyrażania uczuć. Z poprzedniego rozdziału dowiedzieliśmy się, że gdy sensorium jest silnie pobudzone, to mięśnie ciała zwykle wykonują gwałtowne ruchy, przy czym zwierzę, nawet zazwyczaj ciche, wydaje głośne dźwięki, choćby nie miały one żadnego znaczenia. Zające i króliki na przykład, jak mi się zdaje, używają swych narządów głosowych tylko w wielkim cierpieniu, np. gdy myśliwy dobija ranionego zająca lub gdy młodego królika schwyta łasica. Bydło i konie znoszą duży ból w milczeniu, ale gdy jest nadmiernie silny, a zwłaszcza, gdy towarzyszy mu strach, wydają one przeraźliwe głosy. W Pampasach często rozpoznawałem z dużej odległości przedśmiertne ryki bydła schwytanego na lasso i okulawionego. Mówią, że konie napadnięte przez wilki wydają donośne i osobliwe głosy rozpaczy.[11]

Zdawać by się mogło, że byk z wiersza Majii oszalał, a tymczasem jego zachowanie motywowane może być przeczuciami przedśmiertnymi:

Szaleńczo prze ku dobrze znanemu górskiemu miejscu
Na trasie jego szalonego zrywu
Słychać łamanie desek boksu
Słychać trzask młodych drzew
Słychać uderzanie ciała o głaz
Słychać dźwięk wyrywanej ziemi
A gdy wzejdzie słońce
I poranne mgły pojaśnieją
Ludzie znajdą martwego walczącego byka
Na arenie gdzie niegdyś walczył
Jego rogi wbite głęboko w ziemię
Ciało złamane i poranione
A tylko błysk dumnej satysfakcji
Ujrzysz we wciąż otwartych oczach[12]

Tak zwierzę – pokonane i zabite – triumfuje pośmiertnie i jakby zostawia oglądającym je ludziom swoje ostatnie przesłanie. Darwin ma rację, gdy mówi, że bydło słabo uzewnętrznia swoje uczucia[13], ale doświadczony pasterz potrafi rozpoznać je w różnorakich sytuacjach i zachowaniach.

        2. Przechytrzyć drapieżnika

Od samego początku ludzie próbowali przeniknąć świadomość istot, na które polowali lub które udomowiali, tworzyli opowieści, legendy i mity, których bohaterami bywały zwierzęta. W kulturze chińskiej znajdziemy wiele takich podań, a każdy z kilkudziesięciu ludów, tworzących wielki konglomerat kulturowy, scentralizowany przez Pierwszego Cesarza i późniejszych przywódców, wprowadzał inne treści do wielkiej księgi jaźni i cierpienia, odwagi i przebiegłości, siły i przetrwania. Ileż to razy myśliwi ruszali na łowy, odmawiając najpierw modlitwy, zaklinając drapieżniki i próbując obłaskawić rącze jelenie, a potem starając się przeniknąć umysły zwierząt. Czekając cierpliwie na ich pojawienie się, tropiąc ślady, wdychając powietrze i szukając ostrego zapachu, rozmyślali o tym, co uczyni przeciwnik, jaką strategię obrony wybierze. Jednocześnie próbowali przechytrzyć ofiarę, omamić wyborem kryjówki, strojem lub umaszczeniem swojego okrycia jej piżmem, krwią lub moczem. Zwierzęta instynktownie wyczuwają niebezpieczeństwo i ostrożnie przemykają pośród lasów, stepów, gór i dolin, ale łowcy – bogatsi o opowieści przodków, rady dziadów, ojców, matek, wujków, bohaterów wielkich polowań – zawsze starali się je przechytrzyć, zagonić ku miejscom bez wyjścia, zaskoczyć nagle na szlaku lub w gęstwinie roślin. Poezji Majii patronuje irbis, mityczne zwierzę azjatyckie, pojawiające się w wielu mitach i podaniach kulturowych, szczególnie u ludów środkowej i północnej Azji. To jego śledzi poeta-myśliwy, to jego tropów szuka:

Zgubione ślady w śnieżnych krainach
Cień okrywa łono ziemi
Sen o pędzie, pasmach, skokach…
Ciągnących się w ciszy, jak światło dnia
Moc czujnych kończyn, odwieczny łuk
Bezlitosne srebro, idzie samotnie
Między krawędziami świtu, strzegąc
Rodzinnej ziemi i rewiru przodków
Daleki od rdzewiejącego żelaza, czółno młodej pamięci
Znowu mocuje ostrze przy pasie ojca
Trud istnienia między głazami, brzmienie milczącej śmierci
Szlachetna krew, w okrywie gwiazd
Czekanie na mgłę by ruszyć, trąbka zmartwychwstania[14]

To jest zarazem próba wniknięcia w świadomość drapieżnika i dookreślenia jego przestrzeni bytowania oraz strategii łowieckich myśliwego, odziedziczonych po przodkach. W mitologii całych Chin większą role odgrywa biały tygrys, który czasami przeistacza się w ‘tygrysołaka” i potrafi wniknąć w ciała upatrzonych nieszczęśników, a potem pożerać niewinne ofiary.[15] Wiele wszakże jest jeszcze tutaj do zrobienia i kulturoznawcy mają tego świadomość, tym bardziej, że mitologia chińska wciąż ewoluuje, anektując na potrzeby takich ludów jak Yi, mity innych krain. Wskazuje to M. J. Künstler – podsumowując swoje ważne opracowanie:

Dla mitologii chińskiej jest bowiem cechą niezmiernie charakterystyczną fakt, iż jest ona ciągle żywa, w sensie nieznanym naszemu kręgowi kulturowemu. Świat mitów nam bliższy – świat mitów greckich – jest światem zamkniętym, z którego, co prawda, czerpie nasza kultura nieustanną inspirację od tysiącleci, ale w którym nic się od tysiącleci nie zmienia. Mity chińskie stanowią cykl nie zamknięty, cykl, w którym ciągle jeszcze liczyć się trzeba z nową ewolucją, z jakimś nieoczekiwanym uzupełnieniem dawnych wątków, z nawiązaniem do spraw – zdawałoby się – dawno zapomnianych.[16]

Badacz niewątpliwie ma tu na myśli odsłanianie się coraz szerszych przestrzeni kulturowych i wchodzenie do świadomości kultury ogólnochińskiej – niegdyś hermetycznie zamkniętej i nie rozprzestrzeniającej się poza konkretny region – na przykład przynależny ludom Nuosu. Ważne są też naukowe opisy zwyczajów i obrzędowości, często rzutowane na ustalenia wielkich antropologów i kulturoznawców w zakresie powinowactw magicznych i szamanistycznych. W cytowanym wyżej fragmencie wiersza o irbisie poeta udanie ukazuje też w jakich sytuacjach rodziła się świadomość szamanistyczna, ciąg rytuałów myśliwskich, w których ogromną rolę odgrywały tańce i teatralne odtwarzanie przebiegu polowań w plemiennym kręgu. Szaman zakładał maskę na głowę, stawał się na chwilę lwem albo kojotem, krokodylem lub krukiem i tworzył w kręgu plemiennym rodzaj spektaklu kulturowego, zwracając uwagę na poszczególne gesty, imitując ruchy drapieżników i zwierząt kopytnych, ukazując złożoność związków człowieka z jego ofiarami, utrwalając jednocześnie wiarę w jego ponadludzkie możliwości, bliskość świadomości animistycznej, pokrewieństwo duchowe z wilkiem i lampartem, hieną i cziru:

Każdego ranka nadchodzi złoty czarownik
By zaintonować zapomnianą liturgię
Nie może odejść zanim berło modlitwy
Nie zastygnie w uścisku
Czekające w jakimś zakamarku, w krzyku błyskawicy
Konieczność wędrówki wpisana w pęd życia
Wysłannik światła, bohater pochwalnych pieśni
Nie wiadomo kiedy imię poety
Przebije tarczę duszy, mimo pomruków
Nada szlif znaczeniu liści, wzruszy delikatny rdzeń
Królewski, bez porównania, unoszący w górę brew
Opasany klejnotami. Czy ktoś mi powie
Kiedy to było, kiedy zostałem utwierdzony w wieczności?[17]

Jidi Majia – chiński współczesny poeta kulturowy – podąża tropem starożytnych szamanów[18] i próbuje przeniknąć świadomość drapieżnika, jakże wyjątkowego pośród ośnieżonych szczytów i przełęczy jego krainy dzieciństwa i dorastania, a potem pierwszych męskich inicjacji. Poemat pt. Ja, śnieżna pantera, jeden z najważniejszych w dorobku Majii, jest odważną, nie mającą precedensu, próbą odtworzenia w wierszu świadomości dzikiego kota. Nie bez powodu autor utwór ten zadedykował słynnemu amerykańskiemu zoologowi i biologowi George’owi Bealsowi Schallerowi, prezydentowi Korporacji Pantery i prezesowi Cat Advisory Council. To jego liczne książki o drapieżnikach Tybetu i innych części Azji, oparte na własnych obserwacjach, dały poecie głęboką wiedzę o zachowaniach i zwyczajach irbisów, choć zapewne ważniejszą rolę odegrały tu własne przeżycia i wskazane wyżej opowieści, zasłyszane przy ogniskach i w domostwach jego ludu. Punktem zaczepienia narracji lirycznej w poemacie staje się nagłe, inicjacyjne przejście energii kosmicznej przez świadomość poety i ciało śnieżnej pantery, skradającej się zboczami ośnieżonych gór. Tę moc symbolizuje lecący przez atmosferę meteoryt, przypominający wielką błyskawicę i srebrzysta ryba, podążająca mistycznie z głębin wodnych ku mrocznym sklepieniom nieba. To jest pierwsze połączenie jaźni, pierwsze zespolenie myśli człowieka i zwierzęcia – pierwsza próba osiągnięcia równowagi pomiędzy dwiema, jakże odmiennymi świadomościami. Śnieżna pantera[19] staje na zboczu ogromnej góry i ogarnia wzrokiem zjawiskową przestrzeń swojego rewiru łowieckiego. Żyją w nim różne potencjalne ofiary, ale jest to też ziemia ludu Nousu, który zawsze szczycił się wieloma wspaniałymi myśliwymi, przemierzającymi mroźne przestrzenie w ślad za lampartem. Tutaj na scenę wkracza szaman, który zapewnia pomyślność łowów, a przecież Tybet i Chiny Zachodnio-Środkowe przesiąknięte są – wskazuje Eliade – myślą szamanistyczną:

Na ogół stwierdzamy w Chinach występowanie prawie wszystkich składowych elementów szamanizmu: wniebowstępowanie, przywoływanie i poszukiwanie duszy, inkorporacja „duchów”, władza nad ogniem oraz inne umiejętności fakiryczne itp. Rzadsze natomiast wydają się nam zstąpienia do Piekieł, a zwłaszcza zejście w celu sprowadzenia duszy chorego lub zmarłego, chociaż wszystkie te motywy potwierdzone są w folklorze. (…) Powinniśmy podkreślić jeszcze jeden punkt, wykraczający poza problem szamanizmu sensu stricto, niemniej jednak istotny: związek między szamanem i zwierzętami a wkład mitologii zwierzęcych w rozwój szamanizmu chińskiego. (…) Dowiedzione zostało, ze starożytne Chiny czuły związek między tańcem szamańskim a zwierzęciem obarczonym bardzo złożonym symbolizmem kosmologicznym i inicjacyjnym. Specjaliści odrzucili możliwość widzenia w mitologii i rytuale, które łączyły człowieka ze zwierzęciem, śladów chińskiego totemizmu. Związki mają raczej naturę kosmologiczną (zwierzę reprezentuje na ogół Noc, Księżyc, Ziemie itp.) i inicjacyjną (zwierzę to mityczny Przodek – inicjant).[20]

Widać to szczególnie dobrze w monumentalnym, przywołanym wyżej poemacie, w którym łączą się dwie jaźnie, człowieka-szamana i irbisa, a na nie jeszcze poeta projektuje własną refleksję, która staje się tkanką łączną wspaniałej wizji, poematu rozrastającego się w kolejne części. To cudowne, kosmiczne narodziny zwierzęcia i człowieka spowodowały, owo nieustanne uszlachetnianie krwi i wygenerowały myśl, próbującą ogarnąć swoim rozmachem ogrom stworzenia. Tak zaczęło się codzienne patrolowanie bezkresu, wchodzenie na zbocza i zbieganie ku dolinom, tak pojawiła się pierwsza krew na śniegu – tak smak surowego mięsa określił kształt nadchodzących dni, a cętkowane futro stało się znakiem dokonującej się zbrodni – życia za cenę śmierci. Majia ukazuje irbisa jako element odwiecznej przemiany, dokonującej się pośród gór Liangshanu, ale też mającej miejsce w każdej krainie planety. Takie przekształcenia były nieodzowne by pojawiła się ludzka świadomość i krąg egzystencji domknął się, gdy myśliwy Yi ruszył na łowy. Odtąd zwierzę i człowiek mogli powiedzieć:

zawsze żyć będę ponad granicami
Ukształtowany niematerialnie.
I nigdy stąd nie odejdę
Nawet, gdy śmierć upomni się
O te ośnieżone szczyty.[21]

Ludy Chin i ich szamanistyczni przewodnicy wierzą, że człowiek wnika w duszę drapieżnika i zyskuje jego przebiegłość, zwinność, umiejętność odnajdywania śladów, tropienia ofiar i dopadania ich w sekretnym miejscu. W takim rozumieniu obie jaźnie stają się rodzajem przekazu energetycznego, który powoli zanika w przestrzeni, ale nigdy nie ginie całkowicie – nakłada się na głosy przodków, brzmi w huku wiatru i krzyku orła, kołującego nad szczytami. Tę szamanistyczna technikę – znaną pod wieloma szerokościami geograficznymi i jakże żywą w Górach Liangshan objaśnia raz jeszcze Mircea Eliade:

Nie należy jednak zapominać, że związki szamana (…) ze zwierzętami mają duchową naturę i mistyczną intensywność trudną do wyobrażenia dla współczesnej, zdesakralizowanej mentalności. Przywdzianie skóry upolowanego zwierzęcia było dla prymitywnego człowieka równoznaczne ze staniem się tym zwierzęciem, z uczuciem przeobrażenia się w zwierzę. Jak widzieliśmy, po dziś dzień jeszcze szamani mają świadomość mocy przemieniania się w zwierzęta. Niewiele da stwierdzenie, że szamani przywdziewali futra z dzikich zwierząt. Istotne jest to, czego doświadczali, przebierając się za zwierzęta. Mamy powody sądzić, że ta magiczna przemiana prowadziła do „wyjścia poza siebie”, które bardzo często wyrażało się poprzez ekstatyczne doświadczenie. Naśladując chód zwierzęcia lub przywdziewając jego skórę, osiągano ponadludzki sposób bycia. Nie chodziło o cofnięcie się do czystego „życia animalnego”: zwierzę, z którym się identyfikowano, było już nosicielem pewnej mitologii; było w istocie Zwierzęciem mitycznym. Przodkiem lub Demiurgiem. Stając się tym mitycznym zwierzęciem, człowiek stawał się czymś dużo większym i potężniejszym od siebie. Można sądzić, że ta projekcja w Istotę mityczną, zarazem centrum życia i uniwersalnej odnowy, wywoływała stan euforii, który nim doprowadził do ekstazy, uświadamiał uczucie siły i urzeczywistniał łączność z życiem kosmicznym. Wystarczy tylko przypomnieć zadanie wzorcowego modelu, wypełniane przez pewne zwierzęta w taoistycznych technikach mistycznych, aby uświadomić sobie duchowe bogactwo „szamańskiego” doświadczenia, które tkwiło jeszcze w pamięci starożytnych Chińczyków. Zapominając o granicach i fałszywych miarach człowieka, odnajdywano, pod warunkiem właściwego naśladowania zwyczajów zwierząt – ich chodu, oddychania, krzyków itp. – nowy wymiar życia: odnajdywano spontaniczność, wolność, „sympatię” ze wszystkimi rytmami kosmicznymi i przez to szczęśliwość i nieśmiertelność.[22]     

W poemacie Ja, śnieżna pantera poeta-szaman, poeta-lampart podąża zboczem góry i czuje, że jego świadomość uniwersalizuje przestrzeń, a jednocześnie – na zasadzie poblasku – staje się rodzajem przekazu doskonałego, samej istoty wszechświata, wlewającego się swobodnie w bezchmurne noce do rzeczywistości ludzkiej i zwierzęcej. Stając się zwornikiem pomiędzy ogromami, świadomość poety podąża ku gwiazdom i ku najmniejszym, budulcowym cząstkom natury. Tak doświadcza głębi czerni i ciszy nicości, tak wyodrębnia pradawny kod genetyczny ludu żyjącego pośród gór i polującego na zwierzęta, dla przetrwania w ekstremalnych warunkach. Tak odczuwać zaczyna „dziwność” istnienia:

Jestem osobliwym bytem,
często niezdolnym by ujrzeć siebie.
Ale gdy wracam ku tym smagłym skałom
Wiem, że najbardziej cenię nocne niebo
Pełne gwiazd i jakże bezgraniczne,
Wyglądające jak piękny płaszcz,
Pełen wzorów, wirujących pośród pustki.
Potwierdzający moje odkrywanie świata,
Kiedy to wdycham powietrze i czuję zapach
Kwiatów na sawannie, setki mil stąd
I w mgnieniu oka mogę zobaczyć,
Gdzie skryła się antylopa.
A czasem też mogę wskazać
Czyje ślady zalśniły na dnie parowu,
Usłyszeć najcichsze dźwięki
Z rdzenia gigantycznego głazu,
Pękającego w odległej galaktyce,
A potem ostatecznie ostygłego
W bezdennych głębiach niezliczonych
Czarnych dziur. Tak dzierżąc ucichły blask,
Jeszcze nieznanych świtów,
W sennym marzeniu,
Wkraczam w stan przedśmiertny,
Widzę moją formę przed wcieleniem.
I aby zmniejszyć ciężar grzechu,
Uderzam w dzwony odkupienia
A choć mam dziewięć wcieleń,
Nadchodząca śmierć ustali kierunek
I nada bieg mojemu nowemu życiu,
W nadchodzącym świecie.[23]

To jest droga jednej samowiedzy i jednego człowieka, ale też szeroki szlak ludzkości, podążającej od narodzin do śmierci – szlak jednego ciała i nieustanne orbitowanie miriad ciał astralnych. W tym pochodzie dusza myśliwego Yi jest tak samo nieważka jak czyste, górskie powietrze i osiąga stan podobnej klarowności – może migrować ku galaktykom i zagłębiać się w przepaście jaźni. Podobnie przejrzysta i bezcielesna jest jego świadomość, która odbiera impulsy płynące z mózgu drapieżnika i wyodrębnia jego ślady, zapachy, fragmenty sierści na kolczastych krzewach.[24] Tak rodzi się transcendentna unia pomiędzy tym, który się skrada i tym, który umyka – tak przekazy zaczynają się na siebie nakładać, a tropiący staje się potencjalną ofiarą; Bo między polowaniem a nowym życiem/ Nie ma większej różnicy.[25] Teatrem walki jest zjawiskowa przestrzeń górska, dzicz najpiękniejsza, rewir wolnych zwierząt i niezależnych ludzi, dla których wieki i kolejne systemy polityczne nie miały większego znaczenia. Zmieniali się cesarze, wzrastały i upadały królestwa, struktury państwowe współczesności, partyjne ideologie i złowrogie reżimy, a tam czas tkwił w miejscu i stawał się echem pradawnej jaźni szamanistycznej, monotonnych śpiewów przodków przy ogniskach, wołania matki na zboczu góry i pomruku irbisa w mroku. I nie było w tym przypadku – raczej konstruował to odwieczny kosmiczny ład:

Kosmiczny porządek nie wziął się
Z przypadkowego chaosu
Będącego we mnie od urodzenia,
Ale z tysięcy osobnych zależności
Z antylopą, rudym lisem i świstakiem.[26]

Gdy w całych Chinach miała miejsce rewolucja kulturalna, a Mao ogłaszał czas wielkiego skoku, śnieżna pantera przemierzała górskie ścieżki jak przed wiekami i tysiącleciami – gdy na placach wykrzykiwano haniebne słowa przeciwko intelektualistom – takim jak poeta Ai Qing, mistrz Jidiego Majii (jego syn Ai Weiwei, twórca projektu stadionu olimpijskiego Ptasie Gniazdo w Pekinie, sporządził też portret poety, zamieszczony na początku tej książki) – drapieżnik wpatrywał się w dal ze szczytu wzniesienia i wyczuwał krew koziorożca, antylopy i człowieka. To była niezależność egzystencji, taka sama jak w najdalszych rewirach wszechświata, gdzie gwiazdy i galaktyki istnieją samoistnie, rodzą się i umierają bez wiedzy o ekstazach i tragediach w innych miejscach kosmosu. Tak poeta pragnie przenikać tajemnice istnienia i podpatruje je w sytuacjach ekstremalnych, gdy dziki kot rzuca się na niewinnego jelonkowca, błyskawica uderza znienacka w kobietę, wspinającą się ścieżką ku wiosce, a skały pękają z hukiem, rozsadzane przez lód i osuwają się w przepaść.

Nie mogę tworzyć wierszy na papierze
Ale mogę użyć własnych łap,
I na papeterii połyskującego śniegu,
Tak jak czynili to moi szlachetni przodkowie,
Mogę zostawić swoją ostatnią wolę i przesłanie
Dla synów i wnuków, którzy nadejdą.
Nauka zajęła mi całe życie
A wszystko, co muszę wiedzieć
O tej śnieżnym krainie,
To blask zbliżającego się świtu
Odbijający się w śniegu,
Bardziej kuszący od mroku zmierzchu.
Błogosławieństwo czasu
Może już nie być naszym udziałem.
W każdym miesiącu, każdej pory roku
I czasem, gdy dla przetrwania
Zdobywamy żywność,
Ranią nas ostre krawędzie kamieni.
Ale dni radosnych jest więcej
Niż smutnych.
Widziałem tak wiele wspaniałych widoków,
Iż mógłbym powiedzieć, jak żadne
Inne zwierzę na świecie
Jak jakikolwiek człowiek, który nie zdoła pojąć
Wizji zrodzonych przez moje żądze.
Ale dzięki hojności wielkiego Stwórcy,
Na wysokościach ośnieżonych gór ujrzałem
Czas w stanie ciekłym, zamknięty
W niebieskawym, śnieżnym pniu,
Wspaniałe gwiezdne pola
Emanujące orzeźwiające aromaty rosy
I jakże jasne promienie,
Snujące się z kosmicznych włókien
By w końcu popaść w odwieczną ciemność.
Tak, jestem tutaj by zdradzić ci moją tajemnicę
Nie ujrzałem Piekła w spójnym kształcie,
Ale odnalazłem drogę do Nieba![27]

Czas w stanie płynnym jest jak drżący strumień świadomości i naśladuje w tej poezji prawdziwe górskie nurty, spadające z impetem ze skał, przelewające się przez zbocza i ogromne głazy, niosące w dal rozdrobnioną materię miki, bazaltu i piaskowca. I taka jest też imaginowana jaźń drapieżnika, który podąża śladem świstaka i mundżaka w ogromnym skupieniu, studiuje tropy, wdycha zapach sierści, patrzy w dal i wyodrębnia ruchome kształty, a potem – w zdumiewający sposób przemienia się w mordercę, rzuca się na ofiarę bez litości, szarpie mięso i rozlewa krew. To jest równie zdumiewająca przemiana jak ta w świecie ludu Yi, gdy spokojny rolnik, cierpliwie uprawiający górską grykę, przeistacza się w tropiciela śladów, podąża wiele dni za irbisem, a potem zabija go w makabrycznych okolicznościach dla pięknego futra i mięsa[28]. Majia wspaniale oddał to, stosując w poetyckim opisie strumień świadomości:

Błyskawiczna pogoń … siła odśrodkowa … nieważkość … błysk piorunu … iskrzący łuk pożądania… pęknięty klejnot… swobodna przestrzeń – Powtórny skok … grot języka zapachu … twardość chłonności… bieg i cel… zaciśnięcie szczęk… niedościgły lot powracającej światłości… szarpnięcie rozpadu… ciężar niebytu…  zaciśnięcie szczęk… niepokój… luminofor żył… sycący dar… fale oddechu… nagły wzlot… gwałtowny jak na początku… taniec uderzeń… śmierć ciągnąca ku krawędzi… pustka… pustka…[29]

Śmierć jest tutaj początkiem i końcem drogi, staje się zwieńczeniem i dramatem nie do opisania, przyobleka skronie myśliwego w chwałę, jednocześnie daje zadośćuczynienie żądzy i zaspakaja głód zwinnego kota. Majia potrafi ukazać w rozbudowanym poemacie jak dwie świadomości pulsują symultanicznie i wzajemnie się uzupełniają – człowiek musi przeniknąć do morderczej logiki drapieżnika i porzucić kulturę, z jej łagodnością, pochwalną pieśnią i czułością wzniosłej miłości. Musi też – jak w zamierzchłych rytuałach – przedzierzgnąć się w śnieżną panterę, a zarazem musi ją zabić, tak jak ona zabijała inne byty. Tylko poezja kulturowa najwyższych lotów, zbliżająca się do mitu i legendy, czerpiąca soki z ludowych pieśni i podań, może wznieść się tak wysoko, może tak się rozwibrować, że stanie się czystym przekazem jaźni animistycznej[30], strumieniem świadomości generującym żywe, mityczne treści idealne. Warto tutaj przywołać zdania Claude’a Levi-Straussa, wskazującego przedziwną żywotność mitów:

Nie należy sądzić, że mit, który przybywa do nas z bardzo daleka w czasie i przestrzeni, ma nam do zaofiarowania jedynie starą, zgraną partię. Mity nie opierają się na partiach rozegranych raz na zawsze. One są niestrudzone, rozpoczynają nową partię za każdym razem, kiedy się je opowiada lub odczytuje. Lecz, tak jak w szachach, w miarę jak partia rozwija się, nieprzenikniona z początku strategia jednego z przeciwników odsłania się. Zbliżając się do zakończenia, kiedy ten ostatni musi już wybierać tylko spośród ograniczonej liczby ruchów, gracz bliski zwycięstwa może nawet uprzedzać rozwiązania strategii, która stała się przejrzysta, i zmusić przeciwnika, by tańczył, jak mu się zagra. W jakim celu, powiedzą niektórzy, z zapamiętaniem zabierać się do zgłębiania, analizowania, udaremniania strategii, którą mity powtarzają bez odnawiania jej od setek lat, a może nawet tysiącleci, gdy tymczasem myśl racjonalna, metoda i techniki naukowe, dążąc do objaśniania świata, ostatecznie tę strategię wyeliminowały? Czyż mit od dawna już nie zagubił sensu rozgrywanej partii? Nie jest to takie pewne, a przynajmniej już nie jest, Można bowiem wątpić, czy dystans nie do przebycia dzieli formy myśli mitycznej od słynnych paradoksów, które mistrzowie współczesnej wiedzy, nie mający nadziei, by mogli być w inny sposób zrozumiani, ofiarują ignorantom, jakimi jesteśmy (…)[31]

Polowanie i wnikanie w obręb mitu, to rodzaj rytuału, w którym poeta-bimo wyczarowuje pierwiastkowe obrazy i wydobywa je z nicości, wyświetlając je najpierw w swojej świadomości, a potem – przy pomocy wiersza – rozprzestrzeniając je pośród ludu Yi i tych, którzy wezmą do ręki jego książki. Trudno się dziwić, że w ostatnich latach powstała ogromna konstelacja wydań poezji tego twórcy w językach obcych i stał się on jednym z najbardziej rozpoznawalnych współczesnych poetów chińskich. A przy tym jednym z najwybitniejszych poetów kulturowych naszego globu, rozumianym i podziwianym na wszystkich niemal kontynentach, w jakże odmiennych kulturach i tradycjach poetyckich. W żartobliwy, ale jakże godny sposób przedstawia on siebie jako brata irbisa i poetę-ofiarę, na którego teraz „polują” krytycy pod różnymi szerokościami geograficznymi:

To nie jest pożegnanie
Poczekajcie jeszcze! Ja nigdy przecież
Nie opuszczę tej przeznaczonej mi krainy
Chociaż wiele razy mnie do tego popychano.
Odejdę i będę żył samotnie,
Tam, gdzie ludzkie ślady rzadko się pojawiają.
Nie polujcie więc na mnie
Pośród tego planetarnego świata,
Bo jestem waszym bratem,
W jedności krwi i kości.
Zanim okryją mnie skrzydła mroku
Pozwólcie mi zapomnieć o grozie rzezi.
Wyrosły na długim podłożu pamięci przodków,
Budzę się i moje wargi szepczą w języku duchów
Stając się naczyniem rytualnym
A moje imię, dane przez ojca,
Jest bronią przeciw przemocy!
Poczekajcie jeszcze! Nie potrzebuję taniej litości
Moja historia i droga życia,
Według moich wartości,
Jest tym, czym jest w świecie światów,
Nie potrzebującym zamienników!
Nie pokazujcie mojej fotografii
W zatłoczonych miejscach.
Boję się pogoni… próby oswojenia
Poczekajcie jeszcze! To nie pożegnanie
To wiara, że chwila przed Sądem Ostatecznym
Nie będzie trwać bez końca…![32]        

3. Poetycka zoologia Jidiego Majii

Zoologia poetycka Jidiego Majii jest ściśle związana z jego dorastaniem w Górach Lianshan i zwyczajami myśliwskimi jego ludu. Od ojca, który był myśliwym i od matki – mającej jakby cechy Bimo – słyszał wiele opowieści o zwierzętach i magicznych łowach na nie. Łatwo sobie wyobrazimy małego chłopca, siadającego przy ognisku i słuchającego narracji doświadczonych łowców, a potem oglądającego zabite zwierzęta, dotykającego skóry śnieżnej pantery i sierści wilka, próbującego zrozumieć dlaczego tak bardzo zmatowiały oczy zabitego jelenia. Charakterystyczny w tym względzie jest wiersz opowiadający o oczekiwaniu na powrót myśliwego:

Chciałbym zobaczyć twój powrót
W poczcie błękitnej atmosfery
Na stałym lądzie wyspy
To geografia której uczyłem się jako dziecko
Przewiesiłeś przez ramię karabin
I ja taki miałem
Patrzyłem jak wracasz i zapragnąłem iść
Z tobą ścieżką w dal
Ku celom które wytyczyłeś
Twój powrót jak matematyczne błędy z dala od lasu
Niektóre z zagadek między nami
Jakieś otwarte przestrzenie
I karabin był moim piórem
Zdobycz była moim papierem
Kropki i przecinki były jak pociski trafiające w ofiarę
Ludzie mówią że mój powrót
Był jak twoje przyjście stamtąd
Nie powinno to budzić zdziwienia
Bo jestem przecież twoim dzieckiem
Cokolwiek się stanie, pragnę iść za tobą
Czasem jak tygrys, czasem jak wilk, albo jak nicość
Szukając przeznaczenia, jednego wieczora
Upadłeś przy mnie i całe twoje ciało
Przypominało ziemię podczas trzęsienia
Ludzie mówią że mój powrót
Był jak twoje przyjście stamtąd
I naprawdę, pragnę iść za tobą
Tak jak las zawierza ziemi
I mogę tylko nienawidzić
Potomków zdradzających przodków
Z powodu mroków duszy[33]

Majia nie pozostawia wątpliwości, że jego poezja wzięła się z dziecinnych i młodzieńczych zachwytów nad odwagą i przebiegłością myśliwych, ale też ma swoje głębokie pokłady animistyczne. Twórca wielokrotnie sięga do ludzkiej jaźni i wskazuje w niej skłonność do mitologizowania i tworzenia konstrukcji religijnych, których początków badacze szamanizmu, tacy jak Nevill Drury – doszukują się w czasach prehistorycznych:

Możliwe, że nawet na wczesnym etapie ludzkiego rozwoju, neandertalczyk wierzył w świat, w którym duchy zamieszkują zwierzęta, skały, drzewa, i wyobrażał sobie jakiegoś rodzaju życie pozagrobowe, w którym nadal pełniłby rolę myśliwego. Chociaż, oczywiście, taka konkluzja jest tylko spekulacją, istnieją wyraźne oznaki tego, że z nastaniem ery górnego paleolitu, człowiek zaczął myśleć magicznie.[34] 

Od tamtego czasu myślenie magiczne i tajemne rytuały,   związane z przygotowaniem się do łowów, przechodziły różne modyfikacje, aż wreszcie pojawiły się w poezji kulturowej największego twórcy ludu Yi. Rozszerzył on świadomość myśliwego do wymiarów kosmicznych i wchodzenie w skórę tygrysa lub wilka połączył z jakże poetyckim pojęciem nicości.[35] Jego twórczość jest potwierdzeniem prawdy wyartykułowanej przez Drury’ego:

Od najwcześniejszych czasów religia, sztuka i magia były ze sobą splecione. Czarownik był panem dzikich zwierząt – dzięki magii łowieckiej mógł kontrolować ich los, zręcznie się maskował i składał ofiary ze zwierząt. Nauczył się je naśladować; tańcząc, odtwarzał ich ruchy. Łączyła go z nimi psychiczna więź. I tak paleolityczny myśliwy-czarownik stał się prekursorem archetypowego szamana z jego zwierzęcymi przyjaciółmi, totemami klanowymi i z wiarą, że może swoją świadomość przekształcić w zwierzęcą formę.[36]

Jak widać stał się też prekursorem myślenia kulturowego we współczesnej poezji chińskiej, popartego własnymi doświadczeniami i usakralnionego w dziesiątkach wierszy i poematów. Pojawiający się w przywołanym wyżej wierszu wilk jest typowym zwierzęciem, mającym rozliczne funkcje w religiach animistycznych i szamanistycznych, gdzie często staje się niezwykle przebiegłym tricksterem – choć polują na niego najwięksi łowcy, choć próbują go wytępić całe plemiona, on zawsze – wskazuje Claude Levi-Straus – umyka, w tajemny sposób rozmywa się we mgle, a nawet rozdwaja się i znajduje kryjówkę w górach.[37] Ludzie Yi wyczuwają jego bliskość i starają się ochronić przed n im swoje trzody, choć czasem wilk triumfuje. Poeta próbuje wniknąć w jego świadomość i zrozumieć dlaczego zawsze triumfował w dziejach ludzkości i reprodukował kolejnych drapieżców. Majia sugeruje, że jego nieśmiertelność ma związek z tym, iż nieustannie obcuje on ze śmiercią:

Śmierć jest jak wilk
Wilk w szarym futrze
Co podbiega do moich drewnianych drzwi
I wyje ku mnie
Godzina z pewnością nie jest wczesna
I mogę tylko czule uśmiechnąć się
Do mojego twardo śpiącego wnuka
Potem ruszyć
Ku wielkim wołającym górom
Wspiąć się na szczyt
Gdy północ wybije nutą
Stłumionego requiem
I zasnąć w matczynym łonie[38]

Wilk podbiega do drzwi poety i staje się przypomnieniem śmierci, stale czyhającej na żywe byty. Jedynym prawdziwym schronieniem jest dla nich matczyne łono i zamknięcie się w małym domku, odgrodzonym od świata intymnością wnętrza. Tam właśnie dorastający chłopiec wsłuchiwał się w pradawne opowieści o zwierzętach:

(Należałeś do lasu
Zanim z niego wyszedłeś)
Mały domek babci
Na skraju równiny
Stał się twoim nowym światem
Gdzie słuchałeś z lubością
Opowieści o tygrysach i żabach[39]

Tygrys jest najgroźniejszym zwierzęciem azjatyckim i ma swoje miejsce w mitach i eposach wielu krain pomiędzy Uralem a Oceanem Spokojnym. Ciągle jednak brakuje syntetycznych opracowań mitów i epiki ludów egzystujących w zamkniętych enklawach geograficznych i językowych. Często takie społeczności skazane są na wchłonięcie przez dynamiczny organizm współczesnego państwa chińskiego i jego rozżarzonej nowoczesności. Niestety, pojawiające się opracowania nie uwzględniają specyfiki lokalnej i bazują na syntezach całości – tak jest w przypadku cytowanej już w tej monografii pracy Kariny Jarzyńskiej:

Na obszarze Chin, Japonii i Korei trudno wskazać poematy epickie szczególnie istotne dla tamtejszej tożsamości narodowej. W tradycji chińskiej największe znaczenie przywiązuje się do tekstów wchodzących w skład Pięcioksięgu konfucjańskiego (Wujing), wśród których znajdują się annały Chunqiu (Wiosny i jesienie), będące zapisem wydarzeń z VIII–V wieku p.n.e., których fragmenty mają charakter epicki, a także Shijing (Księgi pieśni) – zbiór najstarszych chińskich utworów lirycznych, zawierający opisy tradycyjnych obyczajów ludowych oraz moralną ocenę władców kolejnych epok, a zatem przechowujące informacje ważne dla tożsamości narodowej. Do szczególnie cenionych w Chinach tradycyjnych tekstów należy kanon czterech powieści, z Sanguozhi yanyi (Dzieje trzech królestw) na czele. Jest to powieść historyczna przypisywana XIV-wiecznemu pisarzowi Luo Guanzhongowi, który oparł się na podaniach ludowych oraz kronice z III wieku, opowiadającej historię walk między trzema chińskimi królestwami: Wei, Wu i Shu. Do dziś cieszy się ona znacznym powodzeniem i inspiruje wiele sztuk we współczesnych Chinach (łącznie z grami komputerowymi). Pierwszy znany obszerny ludowy poemat epicki powstał w Chinach pod koniec epoki Han (206–220) i nosi tytuł Kong que dong nan fei (Pawie odlatują na południowy wschód). Nie cieszył się jednak szczególnie żywą recepcją w późniejszych wiekach.[40]  

Niestety, mamy do dyspozycji tylko takie ogólne podsumowania w zakresie chińskiej epiki, a choć nieco lepiej jest w zakresie mitoznawstwa, to wciąż brakuje rozległych monografii na temat podań, legend i mitów ludów Nuosu. Tylko z pojedynczych publikacji naukowych i wierszy Jidiego Majii możemy wydobywać cząstki podań tego ludu i funkcji, jakie pełniły w nich zwierzęta. Tak dowiadujemy się o tym, że Yi nadawali swoim dzieciom imiona lamparta i tygrysa:

To mogło być w roku 1643
Albo w 1810, w dniu
Nowego Roku
Kalendarza Nuosu.
Stało się to w dawnych czasach
I wszyscy starzy ludzie mówią o tym.
Była wielka śnieżyca
Rzadko widziana w Jjile Bute
Śnieg padał cały dzień i całą noc.
Pewna rodzina, żyjąca tam,
Miała trzynastu krzepkich synów.
Dumni z potomstwa rodzice
Dali każdemu z nich imię
Tygrysa lub lamparta.[41]

Nadawanie imion jest tak stare jak ludzka świadomość – człowiek od zarania dziejów nadawał nazwy swojemu otoczeniu, wyodrębniał z niego góry, rzeki i jeziora, a nade wszystko szukał określeń dla innych członków plemienia. Pomocne tutaj okazywały się zwierzęta, bo wierzono, że nadanie imienia śnieżnego lamparta świstaka albo tygrysa[42] spowoduje, że na człowieka spłyną magiczne moce tych istot. Najważniejsza rolę odgrywali tutaj szamani, którzy mogli sugerować rodzicom jakie imię powinni nadać dziecku. Drury wskazuje także inne funkcje chińskiego szamana z Junanu:

Również Nuosu z południowego Junanu uważają, że dawniej ludzie z większa swobodą poruszali się między niebem i ziemią. Wśród tego ludu szaman-kapłan odprawia również rytuały pogrzebowe, „otwierając pomost do nieba” i pomagając zmarłemu odnaleźć drogę wśród gór i rzek do Drzewa Myśli i innych pośmiertnych sfer. Pod wpływem chińskiej magii, szamani z Junanu uprawiają również wróżbiarstwo i podejmują wizyjne podróże na koniu w pościgu za utraconą duszą.[43] 

Ten pościg, to rodzaj myślistwa duchowego, a w tym zakresie – sugeruje Majia – łowcy z jego ludu byli bezkonkurencyjni. Jedną z technik myśliwskich znajdziemy w wierszu pt. Wabik na jelenia – wykorzystuje ona przewidywalność zachowań erotycznych samców w stosunku do samic: Gdy odezwiesz się głosem łani/ Kozioł się przybliży i spotka się ze śmiercią. Odwzorowując takie zachowanie, poeta utożsamia się z myśliwym:

Odważnie dmę w wabik na jelenie
Dmę jak woła matka sarna
Ocean skrapla się w moich płucach
Dwie wielkie rzeki płyną przez moje nozdrza
Tony wabika wibrują jak fale o zmierzchu
Mieszają słoneczne blaski
W niewidzialnym kobiecym wzruszeniu
Nieuchwytne w ciepłej tonacji złotego powietrza
Rozlewające się w czułości, jak ciągnąca się nić
Jak długa linia wiersza
Jakby zaślubiona
Z delikatnym światłem
Albo ubrana
W kostium burzowych chmur
Który najlepiej wyczuwa
Sierść jelenia
Zawsze wiedziałem
Że jestem kimś kto dmie w wabik
A każdy opadły liść mnie kamufluje
Kimś kto czeka na nagłe spotkanie
A trwożny nastrój staje się patosem
Załadowany karabin uniesiony i gotowy
Celuje w kozła przystającego nieopodal
Oszukuję go i daję się przybliżyć
Pociągam za spust
A jeleń pada martwy[44]

Pozornie ten wiersz mówi o sprytnym tricku łowieckim, ale w gruncie rzeczy chodzi w nim o czujność życiową i poetycką, o nieustanne pozostawanie w ukryciu, by odnajdywać coraz piękniejsze „zwierzęta metafor”, by łowić coraz śmiglejsze „sarny i jelenie” epitetów. Ta czujność kojarzy się poecie z ostrożnością pięknych nektarników i rudych mundżaków:

W ciszy godziny jesiennego zmierzchu
Jego kształt przeistacza się w płat ziemi
Jego cztery kończyny stopniowo się rozrastają
A słońce wypala ostatni pocałunek
Na konturach ciała z brązu
Stado nektarników zaczyna się puszyć
Tańcząc swobodnie wokół rzęs
Gdy wiatr dobywa brzmienie zadumanego księżyca
Jego kolczyk buja się pośród wzniosłych gałęzi
I we wszystkie pory ziemi
Fantazje nieba wpadają jak liście
Żarliwe łzy górskich jezior
Przydają bezimiennej wilgoci obu oczom
Muszę być jak mundżak przemierzający tę ziemię
Czworgiem kopyt wystukujący wyjątkowy rytm
W harmonii z bijącym sercem
Sierścią tajemniczą jak drzewa
Z wnętrzem nozdrzy stającym się jaskinią
Z refrenem gdakania dzikich kurcząt w uszach
Ze szczeliną miedzy górną i dolną wargą
Gdzie tygrys sunie skrajem poszarpanego kanionu
I mocne zapachy toną w przestrzeni wokół jego ciała[45]

Polski poeta romantyczny Juliusz Słowacki w swoim poemacie pt. Żmija opisuje sumaka (suhaka) piękną antylopę z rodziny wołowatych, zamieszkującą niegdyś Podole[46] – z kolei chiński poeta z ludu Nuosu w czarujący sposób nawiązuje do mundżaka – antylopy z rodziny jeleniowatych. Mundżaki chińskie osiągają długość ciała do dziewięćdziesięciu pięciu centymetrów i masę od dziesięciu do osiemnastu kilogramów. Dorosłe samce posiadają niewielkie, słabo rozgałęzione poroże długości do dwudziestu centymetrów oraz silnie rozwinięte górne kły. Podczas okresu godowego samce toczą walki, wydając przy tym odgłosy podobne do szczekania i z tego powodu mundżaki nazywane też są szczekającymi jeleniami. Gatunek rzadko widywany w Chinach, prowadzący samotniczy tryb życia.[47] W poezji Majii jest on synonimem płochości i ulotności, rzadkiego piękna, które udawało się zobaczyć tylko nielicznym – zwierzyny, której upolowanie było tak wielkim sukcesem, jak recytacja starożytnego eposu lub stworzenie wielkiego poematu. Poeta pragnie naśladować to egzotyczne dla Europejczyków zwierzę[48], a rytm jego kopyt kojarzy mu się rytmem wiersza pisanego w innej samotni. Odnotujmy jeszcze ekscytujące pojawianie się w tej poezji dzikich zwierząt afrykańskich: antylop, zebr i gnu, a także lwów.[49] Jeśli myśliwy będzie ostrożny i jeśli poeta utożsami się z nim, to razem wejdą do cudownej krainy kozłów, jelonkowców[50] i lampartów by nurzać się w pierwotnej tajemnicy:

Niechaj twe kroki będą miękkie
Gdy wkroczysz do dziewiczego lasu
A on dozwoli ci podążać wraz z dzikimi zwierzętami
Dozwoli nurzać się w pierwotnej tajemnicy
Tak by nie spłoszyć
Śnieżnych kozłów, jelonkowców i lampartów
Wiernych dzieci białej mgły
Mknących pośród bladych smug
Tak by nie naruszyć odwiecznej ciszy
Ich boskiej obecności w powietrzu
Odchodzących w dal starszych pokoleń
Zlęknionych pośród nieznajomych cieni
Niechaj twe kroki będą miękkie, coraz to lżejsze
A blask przeznaczenia niech okryje zieleń
Bo tylko w takiej chwili zupełnej ciszy
Słyszymy głosy z innego świata[51]

4. Nektarniki, pekińczyki i pierzaści  łotrzykowie kulturowi

Opis ornitologii poetyckiej Jidiego Majii rozpocząć wypada od przepięknych nektarników, z cytowanego wyżej wiersza pt. Jesienny portret:

Na konturach ciała z brązu
Stado nektarników zaczyna się puszyć
Tańcząc swobodnie wokół rzęs
Gdy wiatr dobywa brzmienie zadumanego księżyca[52]

Nektarniki, albo inaczej cukrzyki (Nectariniidae), to rodzina ptaków z rzędu wróblowatych (Passeriformes), obejmująca około stu dwudziestu gatunków, występujących w większości w Afryce, kilka gatunków można spotkać w południowej Azji. Są to małe ptaki z silnie zaznaczonym dymorfizmem płciowym, samce są ubarwione bardzo kolorowo i często połyskliwie. Odżywiają się głównie nektarem, czasami, zwłaszcza w sezonie lęgowym, polują na owady. Nektarniki zajmują taką samą niszę ekologiczną w Afryce, co kolibry w Ameryce i miodojady w Australii. Na skutek ewolucji konwergentnej te trzy bliżej ze sobą nie spokrewnione grupy ptaków są bardzo podobne w wyglądzie zewnętrznym i zachowaniu. Większość przedstawicieli nektarników potrafi zawisać w powietrzu podobnie jak kolibry, jednakże czynią to znacznie rzadziej, preferują pobieranie nektaru siedząc na gałęzi. Ich charakterystyczną cechą jest długi zakrzywiony dziób oraz długie, najczęściej czarne pazurki.[53] Nektarniki są jakże egzotycznym ozdobnikiem poezji Jidiego Majii i symbolizują w niej kruchość, delikatność i subtelność przyrody chińskiej. John MacKinnon wskazuje, że w Chinach występuje ponad 1300 gatunków ptaków, spośród których wiele pojawia się tylko w tym kraju. Wiele z nich ma spektakularny charakter[54] i zapewne ma tu na myśli także samce nektarników, mieniące się kontrastowymi barwami pośród gęstej roślinności.[55] Poeta obserwuje te ptaki o zmierzchu, o czym świadczy widzialny już księżyc na niebie i jest to chwila magiczna, tuż przed zamilknięciem całej natury i opadnięciem czarnych zasłon nocy. Takie momenty uświadamiają mu, że dawno temu, u samego początku, został ustalony kosmiczny porządek świata:

Nie umiem wymówić imienia
Tej rośliny lub tego zwierzęcia
Jednak wiem, że jest rytualny świat
Mający wagę nie tylko dla jednego życia
I czy skieruję się w prawo
Czy podążę w lewo,
Jestem śnieżną panterą i nie zdołam
Powiedzieć ci co łączy jeden żywy byt
Z innym istnieniem, ale wierzę:
Kosmiczny porządek nie wziął się
Z przypadkowego chaosu
Będącego we mnie od urodzenia,
Ale z tysięcy osobnych zależności
Z antylopą, rudym lisem i świstakiem.[56]

Nektarniki bytują w tej samej przestrzeni co ludzie i zwierzęta kopytne, drapieżniki takie jak pantera i lis, a także przedstawiciele fauny górskiej: antylopa błotna, czy świstak. Ludzie są uzależnieni od zwierząt i znajdują w ich świecie wzorce postępowania i umiejętność przetrwania w ekstremalnych warunkach i na nieomal kontynentalnych przestrzeniach.[57] Ale też uczą się od nich piękna barw i głosu, czujności pośród przestrzeni sondowanej przez bystre źrenice drapieżników. W jednym z wierszy poeta przywołuje chińskiego słowika i ukazuje go pośród kosmicznego ładu życia i śmierci:

Widziałam jak przyszli z odległego miejsca
Nad głowami mieli odwieczne słońce
Nie wiem czy na niebie był Mars
Gdy kremowano starca o zmierzchu
Gdy pośród pustkowia
Grupa ciężarnych kobiet
Śpiewała nowo narodzonemu dziecięciu
Gdy gwiazdy spadały z urwiska
A w górze migotał tylko odwieczny Mars
Jeśli któregoś dnia kołysanka
Stanie się pieśnią chińskiego słowika15
O, pradawny narodzie
Czy zawsze będziesz miał
Różowe sny jak te o orle
Który po uderzeniu pioruna
Odrzucił swe okrwawione skrzydła[58]

Ten ptak określany też jest jako pekińczyk żółty lub czerwonodzioby (Leiothrix lutea), często hodowany w klatkach dla przepięknego śpiewu. Po raz pierwszy trafił do Europy w roku 1866, kiedy to umieszczono go w londyńskim ogrodzie zoologicznym. W cytowanym wyżej wierszu śpiew tego ptaka staje tłem dla rytualnej kremacji starca i interakcji gasnącego słońca, planet i gwiazd, pojawiających się o zmierzchu. Ogromna rolę odgrywa tutaj dalekowschodnia nastrojowość filozoficzna i eschatologiczna, mająca swoje korzenie w poezji wielu epok, ze szczególnym uwzględnieniem liryki tworzonej przez takich mistrzów jak Tao Yuanming, Wang Wei, Li Bai czy Du Fu, a współcześnie Bei Dao. Majia – niczym poeta John Keats w Anglii[59] – wsłuchuje się w jeden z najpiękniejszych głosów chińskiej natury i ten wprowadza go w błogi, melancholijny, poetycki nastrój. Ornitologia poetycka Majii[60] ma wiele wymiarów i przestrzeni – od głębi mitu, poprzez folklor ludu Yi, religię, systematykę zoologiczną, a skończywszy na symbolizmie, daleko wykraczającym poza granice Państwa Środka. Na takiej zasadzie uwagę poety przykuwa południowoamerykański ptak, mający wielkie znaczenie w katastroficznym micie[61] i podaniach rdzennych ludów tych krain:

Kondor jest największym ptakiem Andów,
Wielbionym i otaczanym zachwytem przez Indian.
W przestworzach nad Kanionem Colca
Lot sprawia, że dusza staje się ciężka
Bo tylko z tej wysokości
Widać rany ziemi
Od urodzenia ponad czasem
Mocnymi skrzydłami rozcinasz powietrze
I nie ma krwi, jest tylko pierzasta pustka
Ciskająca słowa w otchłań
Jesteś posłańcem słońca i promieni
Zanosisz hymny i śpiewy przodków
Na usta wróżbity
A te ciągnące się w dal krawędzie
To twoje odwieczne święte terytorium
Jesteś świadkiem rzezi, mrocznych intryg,
Trudnych przejść – jesteś pamięcią
Tragicznych chwil, a twoją naczelną wizją
Może stać się tylko wcielenie rasy
Najważniejszy wódz, duch opiekuńczy Indian
Tylko za sprawą twojego istnienia
Głęboko w ogniu i ciemności
Złośliwy los skończy się
W jednej chwili![62]

Ten kondor ma świadomość ptaka, ale też i potrafi syntetyzować rzeczywistość i pointować ją jak poeta. Jest czujnym obserwatorem i patrolując ogromne przestrzenie bierze na siebie role ptaka chtonicznego, uczestniczącego w ucztach bogów i ścierwników. Majię wyraźnie fascynuje jego możliwość spojrzenia na granie i wąwozy z wysoka, jakby z boskiej perspektywy. Poeta doświadczał tego nie raz, gdy odbywał dalekie podróże samolotowe i coś zapewne z tamtych obserwacji przesączyło się do cytowanego wyżej wiersza. Ale ma on też świadomość, że kondor bywa łotrzykiem kulturowym o diabolicznym profilu[63], nie liczącym się z tym, że ludzie żyją w symbiozie z hodowanym bydłem. Ptak ten – uznawany przecież za wcielenie inkaskiego boga przestworzy[64] – dokonuje ogromnych spustoszeń w stadach i ludzie zaczęli stosować sprytne zabezpieczenia:

Kondor, polując, liczy tylko na swój wzrok, a nie na węch, jak to niegdyś sądzono; karmi się zwykle guanakami, które padły bądź to śmiercią naturalną, bądź też zabite były przez pumy; nie gardzi jednak trupami innych zwierząt. W oko­licach, gdzie rozwinięta jest hodowla owiec i kóz, kondory są postrachem pasterzy, gdyż niejednokrotnie porywają ja­gnięta i koźlęta, to też hodowcy toczą z nimi zaciętą wojnę. Najlepsze rezultaty daje sposób następujący: myśliwi umiesz­czają szkielet w wąskim przejściu i gdy kondory zwabią się na tę przynętę, atakują je konno i zabijają, gdyż ptaki, nie mając dostatecznej przestrzeni do nabrania rozpędu, nie mogą wzlecieć z ziemi. Niekiedy znów znaczą oni drzewa, na których ptaki nocują; z nadejściem nocy człowiek włazi na drzewo i łapie kondory na pętlice ze sznura, gdyż mają one sen nadzwyczaj twardy. Kondory zamieszkują okolice Andów w Ekwadorze, Peru i Chile, aż do Rio Negro. Samica znosi dwa duże białe jaja, które umieszcza na wysokiej skale; mówią, że młode kondory do roku nie umieją latać. Głowę samca wieńczy grzebień mięsisty, ciemno-czerwony, miejsca sąsiednie, pokryte nagą skórą, mają takąż samą barwę; pod szyją znajduje się kryza z białych piór, która tym bardziej odbija od lśniąco-czarnego upierzenia reszty ciała.[65]

Charakterystyczną cechą poezji Majii jest jej głęboka wiedza o świecie i ludziach, wszakże znajomość buddyjskiej filozofii i doktryn religijnych Dalekiego Wschodu łączy się w tych wierszach z intuicją szamanistyczną, znajomością gatunków i zwyczajów zwierząt, często spoza Chin i Azji. Otwierając swój kraj dla poezji światowej, twórca anektuje przy okazji wiele poetyk, osobnych wierszy i ujęć lirycznych, chłonie wszystko jak nienasycona gąbka. Tworzy na potrzeby swojej sztuki model pojemnego i polifonicznego wiersza białego, w którym jest powaga jego ludu i głębia oraz lekkość współczesnej poezji światowej. W przypadku zoologii, ornitologii czy ichtiologii, a na innych płaszczyznach – dendrologii, florystyki czy mineralogii – poeta używa ich jako materii porównawczej lub przydaje konkretnym tworom jakieś funkcje. Nie chodzi przy tym o popisywanie się wiedzą – raczej o wykorzystanie tego, co sublimowało się w jego mózgu przez długie dziesięciolecia, wszak autor w 2021 roku skończy sześćdziesiąt lat. W takich kontekstach jego sytuację można porównać z opisem doświadczeń Johna Fowlesa:

Choć całe życie nazywałem siebie przyrodnikiem, jestem raczej miłośnikiem przyrody. Nie udawałbym dzisiaj naukowca; gdybym nim naprawdę był, zapewne nie przyznałbym się do tego, że najpierw byłem pisarzem. Dla mnie literatura jest wyrazem uczyć przekazywanych przez wiersze, dramaty i powieści, a nie poważną naukową wypowiedzią o rzeczywistości. Najbardziej wydaję się podobny do sprytnej ośmiornicy, która – z ludzkiego punktu widzenia – tylko czuje.[66]

Ważne też jest zrozumienie immanentności zdarzeń kosmicznych i ludzkie wybieganie myślą w przyszłość, bliskie stoickiej postawie najznamienitszych przedstawicieli i bohaterów epickich ludów Nuosu. Rację zatem ma David Berlinski, gdy objaśnia rozumne podejście naukowców do zdobywania wiedzy totalnej:

Wiedzieć wszystko oznacza poznać wszechświat ogołocony z niespodzianek. Rzeczy w takim wszechświecie nie stają się, nie były i nie będą. Po prostu są, dostępne inspekcji umysłu nim będą dostępne inspekcji w rzeczywistości. Wszechświat – zamrożony jak wielki blok lodu – jest jednolicie dostępny, zimny, jasny, wieczny. Ludzie sięgają po zdarzenia w przyszłości, przenosząc się w czasie, podobnie jak docierają do różnych miejsc na ziemi, przemieszczając się w przestrzeni. Ale jak nie stwarzają odwiedzanych miejsc, tak nie tworzą zdarzeń. Cokolwiek istnieje, po prostu jest, tu i wiecznie. Czas traci na znaczeniu i stopniowo znika.[67]

Poeta ma tego świadomość, tym bardziej, że zapoznał się i przyswoił swojej poezji teorię względności[68], rozumiejąc ją – tak jak Berlinski – jako przypomnienie, że wszystko we wszechświecie uzależnione jest od ruchu:

Powszechnie uważa się, że szczególna teoria względności Einsteina potwierdza takie stanowisko. Wyobraźmy sobie grupę obserwatorów rozproszonych przypadkowo po kosmosie. Każdy może uporządkować wydarzenia w swoim życiu w porządku linearnym; w rezultacie każdy jest przekonany, że jego życie składa się z serii momentów teraz, ruchomych chwil przechodzących z przeszłości w teraźniejszość i dalej w przyszłość. Tak właśnie my widzimy sprawy. Teraz to w gruncie rzeczy teraz, czyż nie? Właśnie teraz. Okazuje się, że nie. Jednoczesność, odkryła szczególna teoria względności, zależy od prędkości, z jaką obserwatorzy poruszają się względem siebie. Poruszając się z różną prędkością, jeden człowiek może stwierdzić, że jego teraz jest przeszłością lub przyszłością drugiego. Z tego wynika, że to, co się staje dla jednego obserwatora, może już się stało lub dopiero się stanie dla drugiego. Nie jest jasne, jak coś może się stać, skoro już było. Kiedy odejmiemy stawanie się od kosmicznej wielkości, zostaje nam czas – czas jako miara, miejscowy porządek narzucony zdarzeniom. Tyle że taka postać czasu jest wyzuta z sensu. Zmiana znikła. A wraz z nią oddziaływanie na odległość. Jeśli nie ma zmiany, nie ma też oddziaływania.[69]

Chiński poeta staje w jednym szeregu z Einsteinem i kapłanami bimo i uznaje, że przyszłość jest rodzajem iluzji. Gdy człowiek próbuje ogarnąć wzrokiem swoje życie, zauważa – jak Kawafis[70] i Majia – że wszystko w nim zanika, wszystko gaśnie w dali:

Oto stoję samotnie na szczycie
I gdzie nie zwrócę się
Widzę nieskazitelny śnieg,
Stworzenia kąpiące się w czystym,
Łagodnym świetle
I orła niknącego w dali.
Ktoś, kto śledzi tę kropkę
W pewnym momencie gubi
Jego ślad pośród niebieskich głębi[71]

Orzeł nie miał takiego znaczenia w mitologii chińskiej jak żuraw lub bażant, ale często pojawiał się w mitycznych przekształceniach o charakterze zoomorficznym.[72] Większą rangę zyskiwał u ludów żyjących w górach, stąd w opowieściach narodu Yi znajdziemy wiele odniesień do niego. To pośrednio tłumaczy liczne przywołania tego ptaka w poezji Majii i ukazywanie go jako kontrapunktu dla śnieżnej pantery albo białego tygrysa. Czasem zyskuje on też atrybuty boskie, bo może z wysokości śledzić tropy śmiertelnych ludzi i zwierząt:

Tylko oko boskiego orła,
Jedynego boga na wysokościach
Może dostrzec cętkowane ślady,
Pozostawione przez niezliczone
Górskie byty, pojawiające się w złocistym świetle
Migrujące tam, gdzie młode cielę
Zatrzymuje się by słuchać śpiewu źdźbeł trawy
A samotna mrówka przecina ścieżkę ziemi
Snując nić światła ze skarbca nieba[73]

Pomiędzy orłem bujającym w obłokach, a cielęciem, które radośnie słucha rosnących źdźbeł trawy, powstaje przestrzeń, którą poeta wypełnia uczuciami miłości do rodzinnej ziemi i do całych Chin, niby do wielkiej, przedwiecznej matki. Jego orzeł to też protoplasta wielkich mitycznych bohaterów, takich jak Zhygealu – syn orła, pojawiający się w eposach ludów Nuosu. Budowana tutaj apostrofa brzmi jak pradawna kosmogoniczna opowieść:

Wielki Ojcze, kroplo krwi orła,
Wsłuchaj się w senny koszmar
Ogromnej, zasnutej mgłą ziemi.
Tam, gdzie pośród skrajnych urwisk
Sny snują się przeciągle;[74]

Majia pamięta też wciąż to, co dawno temu powiedział mu ojciec, kiedy jak to jak orzeł zrywał się do lotu ku wielkim dalom:

Mój ojciec kiedyś powiedział:
Masz skrzydła orła!
I szarfę bohatera na piersi–
A moja matka przyznała,
Że przepowiedział mi jutro[75]

Ludzie z jego plemienia – co zostało już wskazane wyżej – nadawali imiona walecznych zwierząt urodzonym dzieciom, ale też wielką wagę miały tu przepowiednie i zaklęcia. Trudno zatem dziwić się, że poetę tak fascynuje kielich do wina, wykonany przez ludzi Yi ze szponów martwych orłów:

Mam cię teraz przy wargach
I czuję woń orlej krwi
Wyczuwam orli oddech
Mam cię przy uchu
I słyszę szmer wiatru
Słyszę śpiew chmury
Mam cię przy poduszce
I marzę o swobodnych niebiosach
Marzę o rosnących skrzydłach[76]

Tak moc i przebiegłość orła wsącza się wraz z winem – jak cień ptaka w głębię wąwozu[77] – do myśli i ciała poety i zyskuje walor spełniającego się proroctwa jego ojca. Pojawia się też tutaj jasna aura, bo przecież orzeł symbolizuje światło słoneczne i to, co jawne[78], co najlepiej widać z wysoka, gdy wejdzie się na szczyt i zazna się tego, co jest udziałem wielkiego drapieżnego ptaka. Trudno się zatem dziwić, że uczestnictwo w symbolicznym pogrzebie orła daje ludziom wiedzę o rozpadzie i nicości i przygotowuje ich do podążenia tym samym szlakiem:

Kto widział pogrzeb orła
Na klifie albo nad
huczącym wodospadem?
Przybitego zgodnie z rytuałem
Żelaznym młotem losu
Do sklepienia nieba
Śmierć orła jest blaskiem w rozpadzie
Najcięższym ciosem zadanym niebu
Przez nicość; przez nie wiadomo kogo,
Przez wysłanników słońca
Otwierających wszystkie
Okna[79]

Ludzkość każdego dnia wita światło słoneczne i codziennie żegna się ze światem po zapadnięciu ciemności – siadając przy ognisku i wpatrując się w płomienie, snuje opowieści i tworzy mity o przedwiecznej walce solarnej i lunarnej:

Początek mitu często ogranicza się do jednej cechy. Dzień miesza się z nocą. Niebo i ziemia zachowują łączność pomiędzy sobą: bogowie chodzą wśród ludzi, zaś ludzie wśród bogów. Nie ma wyraźnej różnicy pomiędzy bogiem, człowiekiem i zwierzęciem.  Słońce i księżyc są bliźniaczymi braćmi; walczą nieustannie pomiędzy sobą i nie można ich od siebie odróżnić. Słońce jest zbyt blisko ziemi; susza i upały sprawiają, iż egzystencja staje się niemożliwa. Na początku mitu nie ma – na pierwszy rzut oka – niczego, co można by odnieść do czegokolwiek realnego. Jest skądinąd jasne, że chodzi tu o zanik różnic. (…) Pomieszanie dnia z nocą oznacza nieobecność słońca i zagładę wszelkiej rzeczy. Także słońce zbyt bliskie ziemi oznacza zanik życia, choć z przyczyn wręcz odwrotnych. Mity, które uchodzą za „wynajdujące śmierć”, w rzeczywistości niczego nie wynajdują, lecz ją dokładnie odróżniają od życia, podczas gdy na początku śmierć i życie były ze sobą pomieszane. Ma to, jak sądzę, oznaczać, iż życie bez umierania nie jest możliwe.[80]

Tak w podaniach, legendach i mitach Nuosu, tak też jest w poezji Jidiego Majii – i w jednej przestrzeni i w drugiej, życie wyraźnie oddzielone zostało od śmierci. Symbolizujący światło orzeł i uczestniczące w rozpadzie ciał ptaki chtoniczne, bytują w innych przestrzeniach, a tylko w obrębie mitu spotykają się z bogami i herosami. Poeta ma wielki szacunek do czytelnika i wskazuje mu swoje doświadczenia jako paradygmat doświadczeń wielu pokoleń jego pobratymców, jako wzorzec mądrego, dalekowschodniego istnienia pośród naturalnych żywiołów, w dziwnej unii ze zwierzętami i mieszkańcami innych krain. Mądrość tej poezji bierze się z szeroko opisywanej na Zachodzie głębi mądrości Wschodu, jej różnorakich odgałęzień hinduistycznych, buddyjskich, lamajskich, taoistycznych, zen czy plemiennych, ograniczających się tylko do wybranych ludów.[81] Pośród nich ważne miejsce mają myśliwi, bimo i suni, a także zwykli oracze, łagodne pasterki i tkaczki Yi. Gromadząc się podczas Święta Pochodni przy wielkim ognisku, kontemplują oni pradawne prawdy, tak konkretnie odzwierciedlone w poezji największego poety ich ludu. Czując pulsowanie kosmogonicznych energii, wierząc w obecność w kręgu przodków i zabitych kiedyś dzikich zwierząt, słuchają opowieści o bramie czasu i gotują się do własnego rytuału przejścia:

Pewien poeta napisał kiedyś taki wers
–Zaczął się czas –
Jednak w rzeczywistości czas nigdy nie miał początku;
I oczywiście nigdy się nie skończył, ponieważ
Żelazny młot czasu stale pracuje;
Macha nieustannie i jego precyzyjny rytm
Nigdy nie słabnie, czy to w głębiach
Kosmicznych tajemnic firmamentu
Czy w samym środku drobiny kurzu,
Uderza w potężną perkusję przyszłości.
Czas zawisa nad nami, albo może
Staje się dogodnym punktem dla dowodzenia.
Choć nie ma koloru, smaku i kształtu
Wciąż słyszymy jego pogłosy;
Z każdym ukłuciem tego nieustanego tatuowania
Rozpływa się światło wiecznej niewiadomej.
Nie daje się linearnie nizać przez ucho igielne
Bo jeśli by tak było połączone wątki
Utworzyłyby rozległy, wiszący ocean.
Momentami czas jest ciężki i nieustępliwy
Jak metalowy obiekt lśniący pośród światła;
Dlatego wierzę niezłomnie: tylko czas
I nic poza nim nie ma dość mocy
By wskazać, co będzie trwało.
I są takie chwile, kiedy czas jest miękki i elastyczny:
Jak to trójkolorowe siodło, czekające na swego jeźdźca,
I nie ma sposobu, by ktokolwiek zmienił jego
Kierunek i prędkość, raz na zawsze ustalone.
A dziś, jako poeta
Chcę wam powiedzieć: brama czasu
Została otwarta dla wspaniałych gromad gwiazd,
Iskrzących się w dalekich zakątkach niebios.
Chociaż nie mamy wpływu na przeznaczenie czasu
I nie możemy spowolnić jego biegu do przodu
To jednak możemy wspiąć się na drabinę czasową i stanąć
Na szczycie wieży nowego stulecia ludzkości,
I możemy ryknąć jak lew, teraz prawdziwie przebudzony
Potrząsający czerwoną, zmierzwioną przez wiatr grzywą.
Nie możemy zawłaszczyć czasu,
Bo jest on jak światło słoneczne, jak samo powietrze:
Nie należy tylko do nas; należy do wszystkich
Żywych istot na naszej planecie.
Wiemy, jak cenny czas może być,
Bo wiele go zmarnowaliśmy,
I były takie chwile gdy przegapiliśmy
Szanse które nam dawał.
Dlatego mówię sobie i pragnę
Powiedzieć to wszystkim: czas jest życiem.
Jeśli chodzi o czas, jesteśmy jeźdźcami;
Możemy śmiało dosiadać naszych koni
I stawać w zawody z czasem, bo w tej epoce
Jego brama stoi otworem;
Potomkowie tej starożytnej krainy Wschodu
Stanęli już szeregu, tak
I za chwilę ustawią się na nowo.
Ich flaga wciąż trzepocze na wietrze
Przechodząc chrzest ognia i krwi,
Dziury po kulach pozostały w niej do dzisiaj
To ciche oczy, nicujące
Dusze tych, którzy się zgromadzili.
Jeśli ta flaga zmieniłaby kolor
Albo z naszych rąk wypadła na ziemię
Byłby to grzech niewybaczalny.
Teraz ruszamy na nowo, gigant
Dokonujący cudów znowu będzie
Cudem w oczach świata.
Ta twórcza praca, którą dzisiaj podejmujemy
Nigdy nie została wykonana przez naszych przodków,
Nasze sny nie są tylko wytworami wyobraźni,
Bo wytrwale prowadzą nas naprzód,
W okolice olśniewającego miasta.
Odejdziemy niebawem znowu wraz z trębaczem
Stojąc w pierwszej linii formacji;
To on ocala przyszłość, a jego pewność siebie
Przechodzi na góry i lasy, ziemię i rzeki.
Z niezłomną wolą, z odwagą i myślą,
Żarliwie tworzy te poruszające serca,
Nuty dla cywilizowanego narodu,
Który przetrwał tysiąclecia.
To brzmi wezwanie jego trąbki,
Wezwanie do przejścia! [82]  

[1] O początkach udomowienia bydła w Chinach por.  E.  H y a m s,  Zwierzęta w służbie człowieka, przeł. J. Gliwicz, Warszawa 1974, s. 117–118. Autor zgłasza tam dość kontrowersyjną tezę: Wydaje się, że Chińczycy nigdy nie udomowili sami bydła na swoich terenach. Bydło ich należące do obu typów – B. Primigenius i B. longifrons – pochodziło raczej z zachodu. Nie wiadomo, kiedy przywędrowało na te tereny, ani skąd, ale do stosunkowo niedawnych czasów Chińczycy używali swoich krów i byków wyłącznie jako zwierząt pociągowych, nie jedli ich mięsa ani nie pili ich mleka. [tamże, s. 118]

[2] Por.  W.  K o p a l i ń s k i,  Bydło domowe [w:] Opowieści o rzeczach powszednich, Warszawa 1988, s. 225–230.

[3] J.  M a j i a,  Podstarzały walczący byk, w. 1–18.

[4] J.  M a j i a,  tamże, w. 1–41.

[5] J.  N e e d h a m,  Wielkie miareczkowanie Nauka i społeczeństwo w Chinach i na Zachodzie, przeł. I. Kałużyńska, Warszawa 1984, s. 384–385.

[6] J.  M a j i a,  Podstarzały walczący byk, w. 42–50.

[7] D.  W a l t e r s,  Mitologia Chin, przeł. W. Szkudlarczyk, Poznań 1996, s. 39. Por. też    M.  J.  K ü n s t l e r,  Tkaczka i pasterz [w:] Mitologia chińska, Warszawa 1981, s. 247–252.

[8] J.  M a j i a,  Śmierć walczącego byka, w. 1–15.

[9] E.  H e m i n g w a y,  Walka byków – tragedią [w:] tegoż, Sygnowano: Ernest Hemingway, przeł. B. Zieliński, Warszawa 1979, s. 105.

[10] Owce pojawiają się w wielu wierszach Jidiego Majii, por. np. Ludowa piosenka, Wygnanie, Życzenia na Święto Powracających Gwiazd, Do dziewczyny Butuo, Uspokojenie, Słyszałem, Biały świat, Czekam tu na ciebie, Jeszcze jedna dopowiedź, Wielka rzeka, Rodzima ziemia. Zwierzęta parzystokopytne w tej poezji to także krowy, kozły, barany i jaki. Dodajmy tutaj, że: Owca to ósmy znak chińskiego zodiaku. Chińskie słowo yang może być także tłumaczone jako „baran” lub „koza”, o czym powinien pamiętać każdy, kto studiuje chińską astrologię. Z porównania zodiaków chińskiego i zachodniego wynika, że3 w obu systemach występują Owca i Byk. Ale to, że Bawół w zodiaku chińskim i Byk w zachodnim zajmują taką samą, drugą pozycję jest zupełnie przypadkowe – trzeba pamiętać, że Owca z zodiaku chińskiego i Baran z zachodniego są znakami przeciwstawnymi. [D.  W a l t e r s,  Mitologia Chin, dz. cyt. s. 137]

[11] K.  D a r w i n,  Sposoby wyrażania uczuć u zwierząt [w:] tegoż, O wyrazie uczuć u człowieka i zwierząt, przeł. Z. Majlert i K. Zaćwilichowska, Warszawa 1988, s. 107–108.

[12] J.  M a j i a,  Śmierć walczącego byka, w. 16–29.

[13] Por.  K.  D a r w i n,  dz. cyt., s. 152.

[14] J.  M a j i a,  Śnieżna pantera, w. 1–13.

[15] Por.  D.  W a l t e r s,  dz. cyt., s. 173.

[16] M.  J.  K ü n s t l e r,  dz. cyt., s. 280.

[17] J.  M a j i a,  Śnieżna pantera, w. 14–26.

[18] Por.  L.  M a r t i n e k,  Úvod  [w:] J. Majia, Prameň poézie, Opava 2019, s. 6.

[19] O symbolice i mitologizowaniu pantery por.  J.  C.  C o o p er,  Zwierzęta symboliczne i mityczne, przeł. A. Kozłowska-Ryś, L. Ryś, Poznań 1998, s.196.

[20] M.  E l i a d e,  Symbolizmy i techniki szamańskie w Chinach [w:] tegoż, Szamanizm i archaiczne techniki ekstazy, przeł. K. Kocjan, Warszawa 1994, s. 451–453.

[21] J.  M a j i a,  Ja, śnieżna pantera, cz. 1, w. 40–44.

[22] M.  E l i a d e,  Tybet, Chiny i Daleki Wschód  [w:] dz. cyt., s. 453–455.

[23] J.  M a j i a,  Ja, śnieżna pantera, cz. 15, w. 1–30.

[24] Por. Ai Chun Xu i zespół, Status and conservation of the snow leopard Panthera uncia in the Gouli Region, Kunlun Mountains, China, „Fauna & Flora International” 2008, nr 42 (3), s. 460–463.

[25] J.  M a j i a,  Ja, śnieżna pantera, cz. 5, w. 20–21.

[26] Tamże, w. 10 – 14.

[27] J.  M a j i a,  tamże, cz.16, w. 1–37.

[28] Por.  S.  B a g c h i,  C.  M i s h r a,  Snow leopard diet [w:] tychże, Living with large carnivores: predation on livestock by the snow leopard (Uncia uncia), „Journal of Zoology” 2006, s. 3.

[29] J.  M a j i a,  Ja, śnieżna pantera, cz. bez numeru pomiędzy cz. 8 i 9.

[30] Por.  J.  M a j i a,  Górskie kozły Gunyilady – ta jaźń migruje w świadomości poety, by w końcu rozpuścić się wraz ze snami w nicości: Znowu badam perspektywę/ Tej wspaniałej domeny/ Która prawdziwie/ należy do sfery nieba/ Otwiera się na rozległość/ Prowadzi gdzieś magicznie i ponadczasowo/ W tym miejscu pustki i chłodu/ Gdzie echa kopyt gasną w ciszy/ Półksiężyc rogów samca/ Ruszył naprzeciw mknącej chmurze/ A za nim czarna otchłań/ Jak zmieszanie w oczach dziecka/ Jak nieuchwytne niebieskie fale/ W przestrzeni moich snów/ Nie mogę obejść się bez tej gwiazdy/ W obrębie duszy/ Nie mogę obejść się bez rozświetlonej błyskawicy/ Boję się że jeśli zostały zgubione/ Na wysokości Wielkiego Liangshanu/ Moje sny rozpuszczą się w nicości. [w. 1–19]

[31] C.  L e v i – S t r a u s s,  Opowieść o rysiu, przeł. E. Bekier, Łódź 1994, s. 6.

[32] J.  M a j i a,  Ja, śnieżna pantera, cz. 17, w. 1–28.

[33] J.  M a j i a,  Dziecko i powrót myśliwego, w. 1–31.

[34] N.  D r u r y,  Szamanizm, przeł. H. Smagacz, Poznań 1994, s. 15.

[35] Por.  J.  M a j i a,  Dziecko i powrót myśliwego, w. 21.

[36] N.  D r u r y,  dz. cyt., s. 16.

[37] C.  L e v i – S t r a u s s,  dz. cyt., s. 143.

[38] J.  M a j i a,  Ostatnia legenda, w. 1–13.

[39] J.  M a j i a, Dziecko i las, w. 1–7.

[40] K.  J a r z y ń s k a,  Epika dalekowschodnia [w:] tejże, Eposy świata U źródeł kultur, Warszawa 2011, s. 231–232.

[41] J.  M a j i a,  Finał dramatu poety, w. 1–14.

[42] W innym wierszu Majia odnotuje inną obecność tygrysa w jego życiu i twórczości: Piszę wiersze, bo miałam chińską nianię Han,/ Często opowiadającą, że w jej rodzinnym mieście/ Jest człowiek, który może zmienić się w białego tygrysa, por. tegoż, jeszcze jedna dopowiedź, w. 18–20.

[43] N.  D r u r y,  Wschodnia Azja i Bliski Wschód [w:] dz. cyt., s. 41.

[44] J. M a j i a, Wabik na jelenia, w. 1–27.

[45] J.  M a j i a,  Jesienny portret, w. 1–22.

[46] Por.  J.  S ł o w a c k i,  Żmija, Pieśń I Sumak.

[47] E.  Don W i l s o n,  A.  M.  R e e d e r  D e e (red.) Muntiacus [w:] Mammal Species of the World. A Taxonomic and Geographic Reference, Baltimore 2005.

[48] Por. Pozwól stać się powietrzem, słonecznym blaskiem/ Głazem, rtęcią, kwiatami ligustru/ Żelazem, brązem/ Perłowymi muszlami, azbestem, fosforem/ Och czarny śnie, co wkrótce mnie pochłoniesz i rozproszysz/ Pozwól mi zniknąć pod twoją łagodną pieczą/ I stać się łąką, stać się stadami/ Mundżakiem, skowronkiem albo karpiowatą rybą/ Krzesiwem dla skaczących iskier/ Siodłem i drumlą, [J.  M a j i a,  Rapsodia w czerni, w. 31–40].

[49] J.  M a j i a,  Ktoś pyta…, w. 1–7.

[50] Jelonkowiec błotny, inaczej nazywany jelonkiem błotnym albo sarenką wodną (Hydropotes inermis) – gatunek ssaków parzystokopytnych z rodziny jeleniowatych. Por.  A.  T.  S m i t h,  Y.  X i e,         A Guide to the Mammals of China, Princeton 2008. Por też:  A – M.  S c h i l l i n g,  G.  R ö s s n e r, The (Sleeping) Beauty in the Beast, A review on the water deer, Hydropotes inermis „Hysterix” 2017, nr 28 (2).

[51] J.  M a j i a, Duch starej krainy, w.

[52] Por. przyp. 45.

[53] Por.  J.  M a c K i n n o n,  K.  P h i l l i p p s,  A Field Guaide to the Birds of China, Oxford 2018, tabl. 1185 i s. 474–475.

[54] O znaczeniu pięknych ptaków dla Chińczyków por. L.  S h i c h e n g,  The Red-crown Cranes of Yancheng, Nankin 2018, s. 8–30.

[55] Tamże, s. 1.

[56] J.  M a j i a,  Ja, śnieżna pantera, cz. 5, w. 1–14. Por. też. tegoż, Ostatni zew, w. 42.

[57] Por.  M.  K u c z y ń s k i,  Wstęp [w:] tegoż, Dzieje starożytnych Chin Kroniki pierwszych dynastii, Warszawa 2018, s. 7.

[58] J.  M a j i a,  Wędrujące plemię, w. 34–49.

[59] Warto tutaj przypomnieć, że w 1819 roku, angielski poeta romantyczny  J.  K e a t s  napisał swoją zdumiewającą Ode To a Nightingale (Odę do słowika), w której przekazał w śpiewie tego ptaka wiedzę o stworzeniu i kosmicznej egzystencji człowieka. Jego romantyk widzi piękno świata, ale cierpi też niewymowne męki z powodu swojej wrażliwości – dlatego pragnie samounicestwienia. Patrząc w ciemność i wsłuchując się w śpiew słowika, mówi: Darkling I listen; and for many a time/ I have been half in love with easeful Death,/ Call’d him soft names in many a mused rhyme,/ To take into the air my quiet breath;/ Now more than ever seems it rich to die,/ To cease upon the midnight with no pain,/ While thou art pouring forth thy soul abroad/ In such an ecstasy!/ Still woulds thou sing, and I have ears in vain –/ To thy high requiem become a sod. Wiersz Keats’a należy do najpiękniejszych liryków jakie człowiek kiedykolwiek stworzył, będąc wyrazem piękna najczystszego, jest też manifestem romantyzmu, istnienia wrażliwego i stale szukającego potwierdzeń własnej wrażliwości – podobnie jest u Jidiego Majii.

[60] W poezji Majii oprócz ptaków z przywoływanych wierszy pojawiają się m. in. turkawki, łabędzie, kruki, skowronki, wrony, mewy, sępy, dzikie gęsi, ptak agachamo.

[61] Por.  J.  M.  G  L e  C l é z i o,  Meksykański sen albo przerwana myśl Indiańskiej Ameryki, przeł. Z. Kozimor, Warszawa 2010, s. 139–140. Francuski noblista wskazuje tutaj, że ludy indiańskiej Ameryki wiedzą, że czas jest cykliczny i wciąż czekają na zbliżające się nowe kataklizmy dziejowe.

[62] J.  M a j i a,  Boski kondor,  w. 1–24.

[63] Por.  A.  J a c q u e s – C o p er,  G u i l l e r m o  C u b i l l o s,  J.  T.  I b a r r a, The Andean Condor as bird, authority, and devil: an empirical assessment of the biocultural keystone species concept in the high Andes of Chile, Ecology and Society 2019 nr 24. Warto też pamiętać, że kondor ulega wielu metamorfozom zoomorficznym w mitach i legendach indiańskich, co ma też związek z nieco psychodelicznym ich charakterem. Por. też  N.  D r u r y,  U źródeł szamanizmu Ameryka Południowa [w:] tegoż, dz. cyt., s. 36.

[64] J.  C.  C o o p e r,  dz. cyt., s. 109.

[65] J.  P.  C o r n i s h,  Świat zwierząt ptaki, gady, ryby, t. 2, Warszawa 1911, s. 81.

[66] J.  F o w l e s,  Natura przyrody [w:] Kanały czasoprzestrzeni Eseje i inne pisma, przeł. W. Łyś, Poznań 2002, s. 491.

[67] D.  B e r l i n s k i,  O astrologii i sztuce przepowiadania Tajemnice niebieskiego sklepienia, przeł. M. Cierpisz, Kraków 2005, s. 250.

[68] Poeta przywołuje myśl A. Einsteina w wierszu-syntezie pt. Patrząc wstecz XX wieku, w. 27.

[69] D.  B e r l i n s k i,  dz. cyt., s. 250–251.

[70] Por.  K.  K a w a f i s,  Świece, przeł. Z. Kubiak [w:] tegoż, Wiersze zebrane, Warszawa 1981, s. 64.

[71] J.  M a j i a,  Ja, śnieżna pantera, cz. 11, w. 3–11.

[72] O mitologii orła por.  M.  J.  K ü n s t l e r,  Mitologia chińska, dz. cyt., s. 285–294; Mitologia żurawia: L.  S h i c h e n g,  The Red-crown Cranes of Yanchengdz. dz. cyt., s. 8–30. Na temat obrzędów związanych z mitologią bażanta por.  M.  G r a n e t,  Cywilizacja chińska, dz. cyt., s. 189–191.

[73] J.  M a j i a,  Rozsłoneczniony śnieg, cz. 2, w. 1–9.

[74] Por.  J.  M a j i a,  Zhygealu, w. 10–14.

[75] J.  M a j i a,  Z rzeki czasu, w. 16–20.

[76] J.  M a j i a,  Kielich ze szponów orła, w. 1–9. Por. też tegoż, Finał dramatu poety, gdzie poeta sugeruje, że jego plemię zyskiwało moc drapieżcy, pijąc wino z takich pucharów. [Tamże, w.38]

[77] Por.: Cień orła wnikał w pradawną/ Tajnię głębokiego wąwozu. [Finał dramatu poety, w. 15–16]

[78] Por.  M.  E l i a d e,  To, co „objawiają” symbole [w:] Mefistofeles i androgyn, przeł. B. Kupis, Warszawa 1994, s. 94 i 216.

[79] J.  M a j i a,  Pogrzeb orła, w. 1–12.

[80] R.  G i r a r d,  Czym jest mit? [w:] tegoż, Kozioł ofiarny, przeł. M. Goszczyńska, Łódź 1991, s. 48–49.

[81] Chodzi tutaj o rozumienie mądrości jako buddyjska pradźńa, a więc nie jako dorobku intelektualnego, ale jako bezpośrednio doświadczana, intuicyjna mądrość, dla której decydującym momentem jest zrozumienie i wgląd w prawdziwą istotę świata i tak zwane rzeczy ostateczne. Por. Księga Mądrości Wschodu, przeł. M. J. Künstler, Warszawa 1997, s. V.

[82] J.  M a j i a,  Brama czasu, w. 1–81.

CZARNY NEFRYT (4)

Stara Xi Lan wcierała maść z jadu węża w skronie Czao i dziewczyna powoli zaczęła się budzić. Spojrzała w prawo i spostrzegła, że w pomieszczeniu, w którym się znajdowała, palił się wielki czerwony lampion, ozdobiony wizerunkami smoków. Znowu pojawiły się w jej świadomości straszne sceny z rodzinnego podwórka i łzy szerokimi strugami zaczęły wypływać z kącików jej oczu. Starucha namaszczała nagie ciało wonnymi olejkami i czyniła to bardzo niedelikatnie, często zadzierając paznokciami skórę. Szczególnie wiele miejsca poświęcała miejscom intymnym Czao, nieomal je pieszcząc, naciągając aż do bólu mięśnie u końca ud i na pośladkach. Patrzyła mętnymi, czarnymi oczyma na dziewczynę, zauważała jej piękno i zazdrościła jej młodości. Gdy Czao spała, delikatnie wsunęła jej wskazujący palec w łono i stwierdziwszy, że dziewczyna jest dziewicą, mlasnęła głośno, zamyśliła się na chwilę, a potem obnażyła w obleśnym uśmiechu zęby, cuchnące i poczerniałe od próchnicy. Jej praca dobiegała końca, więc odstawiła czarną misę z wonnym olejem, odsunęła kubeczki z alkoholem i octem. Sięgnęła po mokrą szmatkę i lekko muskała nią policzki, szyję i piersi dziewczyny, przykładała ją na chwilę do brzucha, obiegła nią po raz ostatni uda i łydki. Wyraźnie zadowolona, odsunęła się nieco i patrzyła na Czao, która nie przestawała cichuteńko łkać.

– Nie bój się dziecko, jesteś w domu dobrego pana, Wanga Quana, poborcy podatkowego i włos nie spadnie ci tutaj z głowy – powiedziała, siląc się na uśmiech.

Dziewczyna zaczęła głośniej płakać i starucha uszczypnęła ją boleśnie w brzuch. Chwyciła też mokrą szmatkę i machnęła nią przed oczyma Czao, tak jakby chciała ją uderzyć.

– Nie rycz głupia… – zaskrzeczała jakoś inaczej, ze złością – ciesz się, że jesteś młoda i masz coś, co jest cenne jak skarb…

Czao odwróciła głowę w drugą stronę, pomyślała, że musi być twarda i zaczęła powoli uspokajać się. Jednocześnie zauważyła, że na jedwabnej ścianie tego pomieszczenia pojawił się na moment jakiś ruchliwy cień. Serce jej zadrżało, ale przemogła się, odwróciła głowę do staruchy i udała, że się uśmiecha. Ta tylko na to czekała, natychmiast przybliżyła się do dziewczyny, z szelmowskim śmiechem pocałowała ją w brodawkę prawej piersi i klasnęła cicho w dłonie.

– Wiedziałam, że jesteś rozsądna… – zasyczała jak żmija – Pan Wang da ci wielkie szczęście, bo to silny mężczyzna, potrafiący rozpalić rozkosz w kobiecie… Musisz tylko być uległa i pozwolić mu na wszystko… Na początku trochę poboli, a potem już czekać będziesz na niego niecierpliwie i zapamiętasz każdą chwilę z nim…

Czao słuchała przerażona, ale próbowała coś wymyślić, znaleźć jakiś słaby punkt w pokoju. Kiwnęła potakująco głową w taki sposób, że mogła jeszcze raz spojrzeć ku ścianie, na której pojawił się cień. Tym razem niczego jednak nie zauważyła, więc wlepiła oczy w Xi Lan i nieznacznie się do niej uśmiechała. Uspokoiła ją tym na tyle, że baba zebrała naczynia i szmatki, wstała z klęczek, a wychodząc, powiedziała:

– Pośpij trochę… Niewiele kobiet ma w życiu takie szczęście jak ty… Gdybym umiała czarować, ukradłabym ci twoją młodość, to wiotkie ciało, czerń włosów i biel zębów… Śpij, bo pan nie da ci spać, gdy przyjdzie tutaj…

– Będę posłuszna – powiedziała cicho Czao – Dziękuję, że mnie przygotowałaś i nie zapomnę ci tego…

Starucha wyszła przez odsuwane drzwi, a Czao zamknęła oczy i przerażona zastanawiała się, co ma teraz robić. Pierwsza myśl, jaka jej przyszła do głowy, to ta, by przewrócić lampion i podpalić dom. W wielkim zamieszaniu może uda się jej uciec… szybko odrzuciła jednak ten pomysł, bo wiedziała, że zaraz pojawią się strażnicy, ugaszą ogień, a ją zabiją. Nagle usłyszała charakterystyczne szurnięcie drzwi, otworzyła więc oczy i prawie skoczyła na równe nogi. Przed nią stał ukochany Ai, do którego tyle razy ostatnio biegała myślami. Mężczyzna przyłożył palec do ust i dał jej znak by usiadła. Wyciągnął też zza pasa niewielki nóż i podał go ukochanej.

– Wydostanę cię stąd, ale najpierw muszę zapłacić Wangowi za krzywdę twojej rodziny i innych zabitych… – wyszeptał i przycisnął ją do piersi.

Dziewczyna nie wierzyła w to, co się stało, chciała się do niego przytulić i o tyle rzeczy go zapytać. Kogo jeszcze zabił Wang? Jak się stąd wydostaną? Dokąd uciekną? Wystraszyła się też, że może coś mu się stać. Przecież dookoła było wielu wartowników, psy ujadały i biegały po podwórku i w ogrodzie, a sam Wang był przebiegły i chytry jak przewodnik stada wilków.

– Czekaj cierpliwie i nie ruszaj się stąd, a gdyby mi się nie udało, ukryj nóż pod materacem i pchnij nim tego mordercę. Potem próbuj uciekać… – mówił, choć wiedział, że w takiej sytuacji spotkałaby ją tylko śmierć.

Ona to zrozumiała bez słów i kiwnęła potakująco głową. Jeszcze raz przycisnęła go do swoich piersi i pocałowała z czułością w usta. Poczuła się dzięki temu nieco lepiej, splotła palce prawej dłoni z jego palcami, potem spojrzała mu głęboko w oczy i rzekła:

– Uważaj na siebie… Teraz tylko ty mi zostałeś… Nie przeżyłabym twojej śmierci… Musisz być ostrożny jak ryś i mądry jak tygrys…

– Wiem ukochana i zrobię wszystko byśmy razem stąd uciekli… Najpierw jednak muszę zapłacić Wangowi za to, co zrobił…

– Ja też pragnę jego śmierci, ale może lepiej zostawić go przy życiu i pomścić zabitych w inny sposób – spytała przerażona determinacją Aia.

Niewyraźny szum dał się słyszeć za ścianami, jakieś kroki zadudniły w mroku i psy zaszczekały ożywione. Ai przyłożył jeszcze raz palec do ust, uścisnął mocno ramię Czao i ruszył ku drzwiom z drugiej strony pokoju. Odsunął je ledwie trochę i szybko wniknął w mrok. Dziewczyna została sama, więc by nie prowokować jakichś podejrzeń, położyła się na materacu i czekała na dalszy bieg zdarzeń. Wiedziała, że jej cień może być widoczny przez cienkie ściany. Znowu usłyszała kroki na dziedzińcu i bardzo bliskie szuranie sandałów, zastygła więc w oczekiwaniu i patrzyła jak lampion zaczyna przygasać. Sięgnęła po nóż, przesunęła wskazujący palec po jego ostrzu i odłożyła z powrotem pod materac. Była bardzo zmęczona, wręcz wycieńczona, obrazy pojawiały się w jej myślach i zmieniały się w opętańczym tempie. Gdy otwierała oczy widziała pokój w domostwie poborcy Wanga, a gdy je zamykała w tym samym pokoju kłębiły się potwory, jakieś monstrualne twarze przybliżały się do niej i oddalały, znowu napływały i umykały niczym zdmuchnięte płomienie. Nie wiedziała kiedy zasnęła, tak nagle wpadła w czarną przepaść i w ułamku sekundy straciła świadomość. Nie mogła przypuszczać, że starucha dodała czegoś do olejków, którymi tak dokładnie ją namaściła. Tajemny środek wniknął przez skórę do jej krwiobiegu i wyrwał ją gwałtownie z tego miejsca – leżała teraz bez ruchu, niczym martwa. Tymczasem Ai ukrył się za niewielką szopką i obserwował duże, oświetlone pomieszczenie, w którym Wang pił wódkę ze swoimi kompanami. Po jakimś czasie do izby tej weszła lekko zgarbiona starucha, coś szepnęła do ucha poborcy i szybko wyszła. Jeszcze dość długo mężczyźni bawili się, pili, pośpiewywali i prześcigali się w okrutnych opowieściach, a potem wszystko zaczęło przycichać. Widać było przez parawanową ścianę, że niektórzy z żołnierzy upadli na ziemię i zasnęli pijani. Ich pan wreszcie odsunął drzwi i wyszedł na podwórko, stanął na środku, otrzepał otwartą dłonią jedwabny strój, po czym wziął się pod boki i spojrzał na czarne niebo, gdzie rysowały się wyraźnie konstelacje gwiazd. Jeszcze usłyszał świst cichej strzały, jeszcze uchwycił kątem oka ubranego na czarno człowieka, który celował do niego z łuku. Pierwsza strzała utkwiła w jego krtani, ale zaraz potem druga pomknęła w kierunku serca i powaliła go w jednej chwili. Ai podbiegł do ciała, chwycił je pod ramiona i przeciągnął do wielkiej studni, tuż przy bramie do ogrodu. Odsunął bambusowe zamknięcie, wyszarpnął obie strzały z trupa, po czym przełożył go przez brzeg studni i wepchnął do niej. Ciało wpadło z rozmachem do wody i po chwili dał się słyszeć dość głośny chlupot. Przywabił on psa, który podbiegł do Aia i zaczął groźnie warczeć. Nie było chwili do stracenia, więc młodzieniec machnął w mroku mieczem i odciął głowę zwierzęciu. Pies był już w locie ku jego gardłu i teraz, gdy Ai go rozdzielił na dwie części, wpadł bezwładnie do studni, tak samo jak Wang. Nie było słychać jednak uderzenia o wodę, bo tułów i głowa zwierzaka uderzyły w wystający z wody korpus poborcy. Ai podbiegł do pokoju, w którym biesiadował Wang i jego kompani, odsunął drzwi i stwierdził, że wszyscy śpią głęboko, chrapiąc i wzdychając ciężko, ziejąc przy tym odorem przetrawionej wódki i wędzonego mięsa. Podchodził powoli, bezszelestnie do każdego z siedmiu złoczyńców i zabijał ich wprawnie nożem, tak że żaden nie zdążył nawet szepnąć. Pamiętał dobrze nauki ojca i wiedział, że ostrze należy wbić w szyję od tyłu i przekręcić je ku górze. W ten sposób błyskawicznie przecina się rdzeń i dociera do pnia mózgu. Ciało nie nadąża z reakcją i śmierć następuje natychmiast, trzeba tylko pochwycić upadającego człowieka i ułożyć go na podłodze. Ai był bardzo sprawny i pozbawił życia siepaczy Wanga w kilka chwil, odczekał jednak jeszcze trochę, upewnił się, że nic szczególnego się nie dzieje, po czym wyszedł na zewnątrz. W tym momencie inne drzwi, od mniejszego pokoju, otworzyły się i młoda kobieta, ubrana w tradycyjny chiński strój, przemknęła do ogrodu. Ai stał nieruchomo w ciemności i czekał na bieg wydarzeń, bo czuł, że jeszcze ktoś podąży jej śladem. Po chwili jeszcze jedne wrota odsunęły się i ostrożnie wychylił się z nich żołnierz z zakrzywioną szablą, przytwierdzoną do pasa. Rozejrzał się dookoła, a gdy niczego nie spostrzegł pobiegł na palcach za kobietą. Ai już chciał się ruszyć, ale zobaczył, że w półcieniu, przy balustradzie stoi starucha, która wcześniej wchodziła do Wanga. Teraz popatrzyła ona za kobietą i żołnierzem, a potem wychyliła się i nie widząc światła w pokoju Czao, pokiwała głowa, coś pod nosem zamamrotała i wsunęła się do jednego z pokoi. Młodzieniec tylko na to czekał, skoczył zwinnie do przodu, przemknął przez podwórze, odsunął drzwi i znalazł się raz jeszcze obok ukochanej. Zauważył, że śpi bez ruchu, dotknął zatem jej ramienia i szepnął:

– Czao, pora uciekać…

Nie było żadnej reakcji z jej strony, ale regularne oddechy wskazywały na to, że dziewczyna żyje. Straszna myśl, że została otruta, przemknęła mu przez głowę, ale nie było czasu na rozmyślanie o tym. Szarpnął mocno i wprawnym ruchem zarzucił ją sobie na prawe ramię. Powoli, delikatnie, z lekkością pantery, wysunął się na podwórze i zaczął umykać w kierunku ogrodu. Pamiętał o schadzce żołnierza i kobiety, ale nie było innej drogi ucieczki – stąpał zatem lekko po ścieżce, zatoczył dwa dodatkowe kręgi, aż w miejscu, gdzie był wypielęgnowany trawnik i gęsty klomb kwiatowy, zobaczył parę, w miłosnych uściskach.  Poczekał dość długo, a gdy zorientował się, że kochankowie są u szczytu miłosnej gry, przemknął pomiędzy drzewami, kilka metrów od nich. Pokonał płot, jeszcze raz przyjrzał się Czao, posłuchał czy bije jej serce, a potem ponownie zarzuciwszy ją sobie na ramię, ruszył w kierunku odległego lasu bambusowego. Wiedział, że ma przewagę kilku godzin, póki w domu nie odkryją co się stało, póki nie znajdą pierwszych trupów, a nieobecność pana, nie spowoduje paniki i bieganiny. Szybko dotarł do lasu i podążał nim dość długo, ale w końcu musiał zmienić kierunek, udać się ku górskiemu wodospadowi, poprzez który przedostał się do wielkiej jaskini, a potem dalej, na łąkę, gdzie był ukryty domek. Gdy przechodził przez strumień i wodospad, Czao, oblana lodowatą wodą, zaczęła się budzić, ale wciąż majaczyła, stale jawa mieszała jej się ze snem. Ułożył ją na stercie zwierzęcych skór, przykrył innymi skórami, pocałował w czoło i podszedł do paleniska rozpalić ogień. Był tak zmęczony, że ledwie pojawiły się pierwsze płomienie i poczuł napływające ciepło, osunął się na drewnianą ławę, okrył skórą jaka i natychmiast zasnął twardym, kamiennym snem.

« Older entries

%d blogerów lubi to: