SKOK CZERWONEGO SMOKA (3)

Wracam do niewielkiego hotelu, wjeżdżam na siódme piętro, zrzucam ubranie i długo stoję pod prysznicem, rozkoszując się energią gorącej wody. Przebieram się w lekkie, bawełniane szorty i czarną koszulkę z tego samego materiału. Jem trochę owoców, popijam wspaniałą wodą z chińskich gór i siadam do pisania wierszy – takie niemal natychmiastowe notowanie wrażeń pojawiło się u mnie podczas pierwszej wyprawy do Stanów Zjednoczonych, a potem stało się rytuałem w każdym kraju, który odwiedzałem. To są chwile prawdziwego szczęścia i mam świadomość ich ulotności, a choć wiersze je ocalają, choć zostają setki fotografii, każda z chwil jest integralna i nie powtórzy się w takim samym kształcie. Siedzę dość długo przy biurku, potem sprawdzam wiele kanałów telewizyjnych i w końcu błogo zasypiam. Jet lag dokucza mi wciąż, więc budzę się po kilku godzinach – w Nankinie jest szósta rano, ale w Polsce jest już dwunasta, więc moja aktywność o tej porze jest normalną rzeczą. Odsłaniam grube zasłony i przyglądam się rzeczywistości za oknem, tonącej w charakterystycznej chińskiej mgle. Doskonale tutaj widać, że to miasto szybko przekształca się w metropolię, ale wciąż jeszcze wiele jest w nim domów z poprzedniej epoki. Sporo tutaj też nowoczesnych wieżowców, ale pomiędzy nimi stoją domy niższe lub zupełnie małe, które niebawem zostaną zburzone i ich miejsce zajmą wielopiętrowe świątynie chińskiego postępu. Widzę w dali taki drapacz chmur, otulony we mgły, ale z każdą chwilą wyłaniający się z nich i lśniący w dali niczym tajemniczy, wielki obelisk. Na pobliskich drzewach zauważam sroki błękitne, moje ulubione chińskie ptaki, jakże egzotyczne w swoim umaszczeniu, a zarazem jakże bliskie polskim, swojskim ptakom krukowatym. Tutaj wylęgły się z jaj, nauczyły się polować i zdobywać pożywienie na śmietnikach i tutaj będą przez całe życie. Jak ludzie, którym nigdy nie przyjdzie do głowy by porzucić to miasto, pojechać do innego urbanistycznego molocha, albo do sąsiedniego kraju – Birmy, Wietnamu, może Tajlandii. Myślę o tych zasiedziałych mieszkańcach miast, którzy urodzą się, będą codziennie przemierzać miejskie przestrzenie w drodze do pracy i podczas powrotu do domu, a potem umrą spokojnie i zrobią miejsce nowym pokoleniom. To się odnosi przede wszystkim do starszych ludzi, bo młodsi już dostrzegli jakie szanse dają im nowe Chiny, wciąż pełne obostrzeń, ale też pozwalające się rozwijać. Moja przyjaciółka Si, której zawdzięczam tak wiele w Chinach, urodziła się w Szanghaju, przebywała z rodzicami w Kantonie, by osiąść w Xuzhou, a potem dalej kształcić się i pracować w Pekinie. Długo mieszkała we wspólnotowym mieszkaniu na dwudziestym trzecim piętrze wieżowca, ze wspólną kuchnią i ubikacją, uczestnicząc w wielkim pędzie stolicy kraju. I dopiero niedawno osiągnęła niezależność, zdobyła piękny apartament, który urządziła z wyszukanym smakiem. Stoję przy oknie i rozmyślam o takich ludziach jak ona, a jednocześnie cieszę się nową obecnością w Państwie Środka.

Moją uwagę przykuwa małe podwórko, sąsiadujące z hotelem, które z tej wysokości jest dobrze widoczne. To kilka sąsiadujących ze sobą domów z czerwonej cegły i betonu, pokrytych dachówkami, dość brudnych, z wewnętrznymi przestrzeniami zagraconymi jakimiś starymi sprzętami, papierami i szmatami. Przy jednym z domów widzę coś na kształt wieży zbudowanej z szarych cegieł, przypominających te, które zobaczę na Chińskim Murze. Może to jakiś fragment murów miejskich, a może po prostu pozostałość po starym Nankinie, zaadaptowana do celów użytkowych. Na jej dachu urządzono niewielki ogródek z roślinami w dużych donicach, zamontowano też trzepak, na którym teraz wisi pranie. Druga część zwieńczenia tej wieży wygląda jak graciarnia – pełno na niej połamanych dachówek i kafelków, jakichś brezentów i szmat, starych plastikowych misek i wiader. Okna w domach są otwarte, a okiennice wysunięte na zewnątrz, zapewne od wielu dni nie ruszane, bo Nankin leży w takim miejscu Chin, gdzie zdarzają się długotrwałe upały. Świadczą o tym też nowoczesne klimatyzatory, przyczepione do ścian domów, dające nieco wytchnienia podczas najgorętszych okresów. Widzę ludzi krzątających się w pomieszczeniach domów i na podwórkach, wsiadających na rowery i elektryczne skutery, podążających gdzieś pieszo, rozwieszających pranie na linkach. Ileż takich domowych enklaw jest w chińskich miastach i jakże wiele z nich też zniknęło, ustępując miejsca nowoczesnej zabudowie. Ludzie rodzili się tutaj, żyli i umierali, a potem popadali w zapomnienie, bo orientalny świat nie przykłada tak wielkiej wagi do upamiętnienia szeregowych obywateli. Wielki postęp Chin dokonuje się za sprawą anonimowych bytów, które dają mu swoją energię w zamian za nieco lepsze warunki życia i chwile wytchnienia w takich domach, jak te w dole. Przez moment zatrzymuję wzrok na roślinności, wdzierającej się na podwórko i otaczającej domy, wyraźnie mającej znamiona tropikalne. Z wysokich drzew zwisają jakieś cienkie liany, a na dole krzewią się oleandry, karłowate sykomory i palmy. Mgła szybko ustępuje i zieleń nabiera wyrazistości, staje się przestrzenią kontrastową dla małych i wielkich domów. O Nankinie nie można pisać bez nawiązań do wielkiej tragedii, która miała miejsce w tym mieście od grudnia 1937 do stycznia 1938 roku i teraz też, patrząc na podwórko pode mną wyobrażam sobie małą dziewczynkę, rosnącą pośród kochającej ją rodziny, a potem podstępnie schwytaną i bestialsko zgwałconą przez japońskich żołdaków. Może właśnie w tym momencie zrodziła się we mnie myśl, by napisać książkę o cierpieniach ludzkości w różnych miejscach świata i jeden z rozdziałów poświęcić dziewczynce o mlecznym imieniu Mały Skarb. Na razie stoję przy oknie nankińskiego hotelu i przyglądam się budzącemu się do życia miastu, położonemu nad rzeką Jangcy i jakby symbolicznie wchodzącemu do nowej rzeczywistości ogromnego państwa.

Opuszczam pokój hotelowy i wychodzę na ruchliwą ulicę, jak zwykle w chińskich miastach mającą specjalny pas dla rowerów, skuterów i motocykli. Chcąc przejść na drugą stronę trzeba być bardzo ostrożnym, bo pasem tym mkną wciąż nowi ludzie, często okryci brezentem i zamaskowani, chroniący się przed smogiem. Mijam ogromny sklep jubilerski z figurkami ze szczerego złota, bransoletkami, łańcuszkami i biżuterią jadeitową, a potem kieruję się ku sporemu placowi, gdzie chcę poobserwować ludzi i pojazdy. Po drodze mijam miejsce, gdzie zaparkowano dziesiątki, a może setki elektrycznych skuterów, świadczących o tym, że ich właściciele dotarli do miejsc przeznaczeń – biur, sklepów, niewielkich restauracji i placów budowy. Wszystko tutaj tętni życiem i manifestuje niespotykaną energię ludzkich mrówek, składającą się na potężny przekaz energetyczny monstrualnego mrowiska. Przy placu zauważam wysokie wieżowce mieszkalne z oszklonymi balkonami, służącymi mieszkańcom jako suszarnia do prania albo niewielka oranżeria. Okna niestety nie są najczystsze, a niektóre wręcz porażają brudem – wszystko dlatego, że wiele z nich umocowanych zostało na stałe, a nikt nie ma zamiaru wychylać się na dwudziestym czy trzydziestym piątym piętrze budynku. Nie widać przy nich zbyt wielu samochodów, bo Chińczycy od dawna budują osiedla, zaczynając od parkingów podziemnych. Przy wieżowcach stoją niższe bloki, zaledwie kilkupiętrowe, w których mieszkają bogatsi ludzie. Będzie mi dane w przyszłości zobaczyć takie mieszkanie, często mające kubaturę powyżej sto metrów kwadratowych, gustownie ozdobione sztukaterią z marmuru i gipsu. Po kilku minutach dochodzę do placu, przy którym mieści się sporo małych lokali gastronomicznych, a nawet jest chiński McDonald. Wchodzę do tradycyjnej restauracyjki i zamawiam miskę makaronu sojowego, wcześniej upewniwszy się, że na stolikach są pojemniki z pastą chili. Lubię jeść chińskie dania z tą ostrą przyprawą, czym zaciekawiam moich chińskich przyjaciół, przyzwyczajonych do europejskich i amerykańskich zwyczajów żywieniowych obcokrajowców. Siadam przy oknie i po chwili otrzymuję sporych rozmiarów naczynie wypełnione makaronem zalanym rosołem i drugi półmisek z warzywami. Jem powoli czując, że pot występuje mi na czoło od gorąca i ostrości przyprawy, którą wkładam pomiędzy nitki potrawy. Na placu jest wielkie rondo, na którym aż trzech policjantów kieruje ruchem, zatrzymuje i uruchamia przepływ pojazdów. Najwięcej jest jednolicie pomalowanych taksówek, ale na rondo wjeżdża też sporo ciężarówek, trzykołowych bum-bumów i ludzi na skuterach. Czasem pojawia się motocyklista, a innym razem policjanci przepuszczają rowerzystów i właścicieli elektrycznych hulajnóg. Kończę jeść makaron, wypijam z miski resztę rosołu, który zabarwił się od chili na czerwono i tak pokrzepiony wędruję z powrotem do hotelu na umówione spotkanie z grupką przyjaciół. Po drodze podziwiam piękne, filigranowe, młode Chinki i fotografuję niektóre z nich, a one odwdzięczają się promiennym uśmiechem. Jedna z nich, wędrująca wraz z koleżanką, zatrzymuje się i mówi do mnie po angielsku, że chciałaby mieć zdjęcie ze mną. Prosimy koleżankę by pstryknęła fotkę moim aparatem, a dziewczyna wręcza mi wizytówkę z e-mailem swojego biura i prosi o przesłanie zdjęcia. Żartuję, że wykorzystam jej adres by czasem z nią poflirtować, co wywołuje u niej nową salwę śmiechu i zapewnienie, że odpowie na każdego maila. Odchodzę myśląc o moim przyjacielu, który ożenił się z piękną Chinką i potem opowiadał, że na początku to był miód, ale szybko jego ukochana stała się ostra jak brzytwa i zaczęła mnożyć żądania, którym nie mógł sprostać.

SKOK CZERWONEGO SMOKA (2)

Ming Lou, główny pawilon Ming Xiaoling

Na wielkim dworcu w Nankinie wędruję najpierw na dolnej platformie, a potem wchodzę na górne tarasy i z ich wysokości przyglądam się ludziom. Nieprzebrane tłumy czekają aż na wielkich telebimach pojawi się informacja o zbliżającym się pociągu, a wtedy wolno wstają z miejsc i ustawiają się w kolejce do odpowiedniego zejścia. Piękne młode kobiety i staruszki, których pomarszczone twarze zdradzają, że ich życie nie było lekkie za panowania kolejnych przywódców, chłopcy i młodzieńcy wykazujący wielkie ożywienie i mężczyźni w kwiecie wieku, karnie czekający na swoją kolej przy bramce, gdzie urzędnik kolejowy sprawdza bilety i dokumenty tożsamości. Wolno przesuwam się do przodu i przed moimi oczyma pojawiają się obrazy z Nankinu i zdarzenia kilku ostatnich dni. Oto wkraczam do wielkiego ogrodu cesarskiego we wschodniej części miasta, gdzie u podnóża Purpurowej Góry usytuowano mauzoleum Ming Xiaoling. Szeroka aleja (Droga Duchów) prowadzi do strażnic, a po ich przejściu odsłania się widok na okrągły kopiec o średnicy czterystu metrów, usypany nad grobowcem Hongwu, pierwszego cesarza z dynastii Ming, żyjącego w latach 1328–1398. Jego losy są bardzo ciekawe, bo przecież urodził się jako Zhu Yuanzhang (chiń. 朱元璋) w ubogiej rodzinie chłopskiej w prowincji Jiangsu, a potem głodował wraz z rodzeństwem i szukał schronienia w klasztorze buddyjskim. Szybko jednak musiał go opuścić, bo zabrakło środków na przygotowywanie posiłków. Tak stał się żebrakiem, wędrującym z miejsca na miejsce, ale po trzech latach powrócił do klasztoru i nauczył się czytać i pisać. Niestety, gdy miał zaledwie dwadzieścia cztery lata, jego świątynię i przyległe budynki zburzyły wojska mongolskiej dynastii Yuan. Zhu znowu ruszył w drogę i postanowił przyłączyć się do powstania czerwonych turbanów. Szybko awansował, ożenił się z córką przywódcy rewolty, co dopomogło mu w objęciu dowództwa nad armią chłopską. Miał dwadzieścia siedem lat i piął się w górę, został przywódcą rewolty i poprowadził wojska na Pekin, gdzie w 1368 roku obwołano go cesarzem zjednoczonych Chin. Potrafił być bardzo surowy, ale też – pamiętając o swojej przeszłości – robił wszystko by polepszyć byt najuboższych warstw społecznych, między innymi rozdzielił między chłopów ziemię możnowładców mongolskich i złagodził system podatkowy. Szerokie inwestycje irygacyjne polepszyły zbiory zbóż i innych płodów rolnych, co przełożyło się na poprawę bytu biedoty, która zaczęła też korzystać z papierowych pieniędzy, wprowadzonych przez cesarza.

Droga Duchów

Szybko przeszedłem Drogę Duchów, przecinającą ogromny kompleks grobowy, mający prawie trzy tysiące hektarów, minąłem bramę Dajinmen, zniszczoną w dziewiętnastym wieku podczas powstania tajpingów, a obecnie pięknie zrekonstruowaną. Za tym budynkiem znajduje się pawilon Sifangchen, w którym Yongle, syn i następca Hongwu na cesarskim tronie, umieścił na grzbiecie kamiennego żółwia stelę wysławiającą dokonania ojca. Stąd było już widać kopiec usypany nad grobowcem, w którym pochowano cesarza wraz z żoną Ma i jego nieszczęsnymi konkubinami. Budowa mauzoleum zakończyła się dopiero w roku 1431, ale małżonka spoczęła w grobie już w roku 1384, czekając do roku 1398 na paradny pochówek jej męża. Chińczycy bardzo dbają o spokój takich miejsc i rozkopali zaledwie trzy grobowe wzgórza, dostając się do wewnętrznych komór. Jedno z nich będzie mi dane zobaczyć w kolejnych latach, niedaleko Pekinu, w kotlinie otoczonej górami Longshan (Góry Smoka) i Hushan (Góry Tygrysa). Na razie możemy sobie tylko wyobrażać jakie skarby znajdują się pod ziemią w Chinach, jak pyszne i wykwintne artefakty czekają na odsłonięcie w kolejnych kopcach cesarskich. Szczególnie intrygujący jest grobowiec w Xiaan, usytuowany niedaleko słynnej terakotowej armii, która miała być zapleczem władcy w zaświatach. Wiele razy wpatrywałem się w chińskie przestrzenie z górującymi nad nimi ziemnymi piramidami i prawdę powiedziawszy zły byłem na Chińczyków, kierujących się trudną do pojęcia logiką. Chodzi o spokój zmarłych cesarzy, o majestat wieczności, jakże ważny dla ich kultury, ale przecież te wszystkie wspaniałości należą do dziedzictwa ludzkości i powinny jak najszybciej ujrzeć światło dzienne. Przyczyniłoby się to powstania wielkich muzeów, a na ich bazie do stworzenia rozległych studiów, wydania obszernych albumów i książek, opisujących dorobek władców. Staranność w odkrywaniu cudowności kultury chińskiej, widoczna przy okazji wykopalisk w Xiaan, warta jest najwyższej pochwały, ale przecież kraj ten dysponuje wielkimi środkami i ogromną rzeszą naukowców, którzy zajęliby się godnym odsłonięciem tego, co od wieków pozostaje pod ziemią. Wiemy z całą pewnością, że skarby tam się znajdują, co podkreślają choćby próbne wiercenia w grobowcu Pierwszego Cesarza. W przypadku wykopalisk egipskich nie mamy tak komfortowej sytuacji i musimy liczyć na łut szczęścia, wszak tamtejsi rabusie przez wielu wieków zrobili swoje, a i wysłannicy świata zachodniego nie zawsze zachowywali się jak należy. Świadczą o tym choćby paskudne napisy wewnątrz piramid, dokumentujące wejście do nich różnorakich pseudonaukowych barbarzyńców, koniecznie pragnących zamanifestować swoją bytność w nich.   

Uliczny grajek z kilku epok

Wędrując ścieżkami i alejami ogrodu cesarskiego, przy grobowcu Hongwu, znowu przyglądam się ludziom – tym znakom ciągłości kulturowej i jakby żywym, wizualnym kryptocytatom z przeszłości. Wszak różne osoby, żyjące w Chinach w poprzednich wiekach miały podobne twarze, takie same oczy, sylwetki, a tylko stroje uległy zmianie. Charakterystyczne dla tego wielkiego kraju jest to, że często spotyka się tam osoby o niezwykłej urodzie, kobiety przypominające dawne księżniczki i cesarzowe i mężczyzn jakby żywcem przeniesionych z armii kolejnych władców. Dostrzegam to i staram się dokumentować na fotografiach, a moje archiwum ma już kilkanaście tysięcy portretów, przybliżeń i tego typu analiz. Im dłużej obcuje się z tymi ludźmi, tym szybciej zatracają oni indywidualne cechy orientalne i stają się po prostu przedstawicielami tej samej ludzkości, do której należę. Przyznajmy od razu, że zdarza się też w Chinach spotykać ludzi bardzo „brzydkich”, do czego zapewne przyczyniło się wymieszanie typów ludzkich, wywodzących się z różnych części kraju i całego kontynentu azjatyckiego. Ale tak jest w wielu krajach, szczególnie w tych z ogromną populacją, w Indiach, Stanach Zjednoczonych, Rosji, w państwach afrykańskich i południowoamerykańskich. Będąc w Chinach przyglądam się wszystkiemu szeroko otwartymi oczyma i staram się, by nic nie umknęło mojej uwadze. Kolorowe krzewy piwonii, rzeźby i budowle z dawnych wieków, sroki błękitne, całymi stadami szukające owadów i przeczesujące wielkie, zadbane trawniki. Docierają do mnie cudowne odgłosy cykad usadowionych na drzewach i nawoływania dzieci, szukających matki w tłumie, dalekie poszumy nigdy nie zasypiającego miasta i głosy małych barwnych ptaków na gałęziach. To jest właśnie ta dalekowschodnia cudowność, pośród której jednak ludzie są najważniejsi, co wielokrotnie starałem się odzwierciedlić w mojej poezji. Spośród dziesiątków wierszy spore wrażenie na mieszkańcach tych krain wywierał tekst pt. Chińczycy:

W tym kraju żyją pokorni ludzie zapatrzeni

w swoje myśli

dalecy jak wzgórza niknące we

mgle

i bliscy jak śpiew ptaka w bambusowych

zaroślach

jaki poeta znajdzie słowa by wyrazić

głębie milionów dusz

jaki poeta wsłucha się w szepty i zaklęcia

ust północy wschodu południa

i zachodu

jaki poeta wyrazi w słowach

cząstkę i całość Państwa Środka

jadą do pracy na skuterach i rowerach

siadają w parkach przystają

i gimnastykują się patrząc

na wschodzące

słońce

kobiety wiotkie jak łodygi

czerwonych kwiatów

mężczyźni twardzi jak

skały Tybetu

Chińczycy

ludzie nie ustający

w poszukiwaniu

tajemnego wejścia

do królestwa

ducha

do krain nigdy

nie gasnącego

pragnienia

Huangyan 2009

Wiersz ten napisałem w 2009 roku, podczas pobytu na Wyżynie Tybetańskiej, gdzie po raz pierwszy zetknąłem się magią i tajemnicami wielkiego kraju i żyjących tam ludzi. Może jest w nim trochę za dużo tonów apoteozujących, ale przecież odnoszą się one do tej dobrej części społeczeństwa, dalekiej od dewiacji i wypaczeń systemu, stworzonego przez Mao i jego bezlitosnych akolitów. Dodatkowo wiersz dokumentuje zachwyt Europejczyka, po raz pierwszy stykającego się z ludźmi i kultura Chin, może nieco naiwny, ale jakże prawdziwy.

Figurki Dūn shòu na dachu bramy w Ming Xiaoling

Pobyt w ogrodzie cesarza dynastii Ming ma w sobie wiele z moich wcześniejszych wyobrażeń o Chinach, zarówno jeśli chodzi o ich heroiczną i krwawą historię, jak i warstwę wizualną. Ta czysta przestrzeń może oczarować rozległością alei, prowadzącej do kolejnych budynków, a nade wszystko kształtem i urodą kolejnych pawilonów, krytych pięknymi dachówkami. Na skrajach ich delikatnych krzywizn łatwo zauważymy porcelitowe figurki Dūn shòu (蹲兽), czyli przycupnięte bestie, usadowione w linii prostej, jedna za drugą. Od dawien dawna były one znakiem statusu właściciela budynku i umieszczano je na dachach za zgodą cesarza. To był rodzaj potwierdzenia, że osoby żyjące w danym domu należą do elity społeczeństwa chińskiego i cieszą się przychylnością władcy. Ich ilość też miała znaczenie i wahała się od jednej do dziewięciu, a tylko Pałac Najwyższej Harmonii w pekińskim Zakazanym Mieście, ma dziesięć figurek. Miało to podkreślać jego wagę dla cesarstwa i odróżniać go od innych tego typu pawilonów – na przykład Pałac Niebiańskiej Czystości przyozdobiono dziewięcioma, a Pałac Ziemskiego Spokoju tylko siedmioma symbolicznymi figurkami. Postaci te miały przede wszystkim chronić budynek przed żywiołami pogodowymi, ogniem i słońcem, deszczem, śniegiem i mrozem. Te stworzenia z mitologii chińskiej zawsze ustawiano w ściśle określonej kolejności, zgodnie z ich hierarchią – pierwsza z figurek to nieśmiertelny król Min, skazany na wieczną wędrówkę po ziemi. Dalej ustawiano smoka i feniksa, symbolizujących cesarza i cesarzową, akcentując, że są oni silniejsi od następnego w kolejności – lwa, stojącego na straży gór i lasów cesarstwa. Z kolei jednorożec i konik morski są symbolami władzy cesarskiej, od morza, poprzez ziemię, aż do powietrza. Po nich ustawiano dwa stwory mityczne: Yayu (押 鱼) i Douniu (斗牛), wynurzające się z głębin morskich, przyciągające opady i zbierające wody, co mogło zapobiegać pożarom drewnianych budynków. Dalej odnajdziemy legendarną bestię Suanni (狻 猊), mogącą pożerać największe kocie drapieżniki (lwy, pantery, tygrysy i rysie), chroniącą całą przyrodę państwa. Ostatnie dwie figury to chimera Xiezhi (獬 豸), odróżniająca prawdę od fałszu i latająca małpa Hangshi (行 什), chroniąca budynki przed piorunami. Wszystkie figurki chroni Chiwen, czyli młody smok, umieszczany na skraju dachu, mający też często formę paszczy wypluwającej wodę. 

Ucieczka cesarza Minhuanga i jego konkubiny do SyczuanuFragment arcydzieła malarstwa dynastii Ming przypisywane Qiu Yingowi

Jest coś ostatecznego w wiśniowej barwie budynków, pokrytych żółtawo-pomarańczowymi dachówkami i obcowanie z nimi przypomina wchodzenie bohaterów kulturowych do mitycznych, zakazanych krain. Tak jak oni, wspinam się po schodach na szczyt ostatniej strażnicy, chroniącej dostępu do kopca cesarskiego, pod którym głęboko pod ziemią złożono trumny i skarby. Inne odsłonięte grobowce dają wyobrażenie o tym jak tajemnicza rzeczywistość została tam zatrzymana w czasie, wszak do grobowca cesarza Wanli niedaleko Pekinu, zwanego Dìnglìng (定 陵) schodzi się schodami dwadzieścia siedem metrów pod ziemię. I dopiero na dole widać rozmach tego typu konstrukcji, przypominającej krzyżowe połączenie przestronnych hangarów, kryjących nowoczesne odrzutowce, a nie miejsce spoczynku władcy i jego dwóch żon. Podobnie musi być w grobowcu nieopodal Nankinu i aż dziw bierze, że najeźdźcy japońscy nie zapragnęli dobrać się do kosztowności, tkwiących pod ziemią. Teraz mauzoleum Ming Xiaoling jest oazą spokoju i ulubionym miejscem spacerów mieszkańców tej ogromnej metropolii, a także przybywających zewsząd turystów. Ten wielki park, wypełniony rzeźbami, znakomicie zagospodarowany, jest przypomnieniem wielkości i wspaniałości cesarskich Chin. Dynastia Ming (1368–1644) dźwignęła ten rozległy kraj na wyższy poziom rozwoju, a przy tym pozostawiła po sobie tak wspaniałe zabytki jak ceglaną część Wielkiego Muru, Zakazane Miasto i Świątynię Nieba w Pekinie oraz liczne pagody, będące znakiem harmonii i ładu. Ming znaczy w języku chińskim „coś olśniewającego”, „coś wspaniałego” i widzimy to w malarstwie na jedwabiu, w rzeźbach i przy wytwarzaniu wykwintnej porcelany, a nade wszystko w takich kompleksach jak Ming Xiaoling, z którego wychodzę z ogromnym żalem, mając nadzieję, że kiedyś znajdę się tu raz jeszcze. Ulica Nankinu także obfituje w liczne wydarzenia, do których zaliczyć należy ruch samochodów, motocykli, bum-bumów, rowerów i pieszych, przemykających ku swoim celom. Uliczni grajkowie, specjalnie ucharakteryzowani na Chińczyków z odległych wieków, budowniczowie wysokich wieżowców, policjanci i strażacy, kierowcy autobusów miejskich i kolejarze z rozgałęzionego metra – wszyscy gdzieś podążają, wszyscy mają jakiś cel, jakby ogromne ludzkie mrowisko zjednoczyło się w drodze ku przyszłości i budowie nowego imperium, gdzie historia sąsiaduje z nowoczesnością, a ludzie wiedzą, że tylko praca może dźwignąć ich na wyższy poziom rozwoju. Przemierzam kolejne ulice, chłonąc wszystko jak gąbka, przyglądając się małym sklepikom, restauracyjkom i wielkim wieżowcom, majaczącym w oddali. Jestem w Chinach i wszystko ma w tutaj swoją wartość, która w przyszłości zaowocuje w różnoraki sposób, wzbogaci mnie niewyobrażalnie.

Święte chwile…

NOWE PTAKI WONGA SIFU

Co jakiś czas wspaniały fotograf i ornitolog z Hong Kongu udostępnia w Internecie wspaniałe przybliżenia chińskich ptaków. Oto następna partia, z tak oryginalnymi i charakterystycznymi dla tego kraju, srokami błękitnymi.

CZARNY NEFRYT (11)

Dong powoli odzyskiwał świadomość, ale widział wciąż zamazane obrazy, jakby patrzył przez grubą taflę lodu. Dochodziły do niego jakieś dźwięki, pokrzykiwania i nawoływania, ale trudno mu było połączyć je w logiczną całość. Czuł dotkliwy ból z tyłu głowy i bał się poruszyć nią, jakby groziło mu wciąż wielkie niebezpieczeństwo. Uchwycił się tej myśli i powoli zaczął przypominać sobie kim jest i co się stało. Nagle przestrzeń wokół niego zyskała na ostrości i zobaczył grupę ludzi idących przy wielkim wozie, zaprzężonym do dwóch koni. Poruszył się powoli i dotknął rany na głowie, z której lekko sączyła się krew. To była jego wieś i tutaj przyjechał wysłannik cesarski ze swoim oddziałem, by wszystkich wymordować. Przypomniało mu się, że uciekał przed jednym z żołnierzy i otrzymał cios mieczem w głowę, a potem upadł wprost w stóg siana. Oprawcy zapomnieli o nim i tak przeleżał w ukryciu dwa dni, bez czucia i świadomości, aż wreszcie zaczął się budzić i zobaczył szabrowników, odzierających domostwa z tego, co jeszcze pozostało i czego nie strawił ogień. Przez chwilę zastanawiał się czy wyjść z ukrycia czy nie, ale jego decyzję przyspieszyło dwóch rosłych drabów, zbliżających się z widłami do siana. Zanim zagłębili je w nim, wyszedł powoli i stanął na chwiejnych nogach. Pomyślał, że zaraz go zabiją, ale oni podbiegli do niego, wsparli go ramionami i poprowadzili do wozu.

            – Bierzemy co się da i wracamy do miasta – powiedział jakiś starzec – Tutaj już nie masz co robić… Wilki i niedźwiedzie wkrótce nadejdą i mogą ci zrobić krzywdę… Przyłącz się do nas, a znajdzie się miejsce do spania i praca w którymś z domów…

Dong pokiwał potakująco głową i usiadł wygodniej na wozie, na który właśnie ładowano jakieś rolnicze narzędzia, siano i słomę, spętane kozy i barany, nawet psy i koty. Najwięcej sprzętów znaleziono w kuźni, a gdy odkryto schowek w dachu, wyniesiono z niego miecze i kopie, halabardy i noże. Były tam też naczynia z brązu i żelaza, a nawet trzy niewielkie worki z ryżem, pszenicą i grochem, trochę wędzonej wieprzowiny i udziec barani. Przy kuźni nie było starego kowala, ale w ogrodzie znaleziono świeży grób, co było dziwne, bo ciała wszystkich zamordowanych leżały na podwórkach, w sadach i przy drogach, a na środku wsi żołnierze utworzyli piramidę z odciętych głów. Spłoszone sępy odleciały na pobliskie topole, albo krążyły w powietrzu i wydawały pojedyncze, złowieszcze jęki. Nagle jednak wzbiły się znacznie wyżej, co zaniepokoiło starca dowodzącego szabrownikami. Wskazał kołujące ptaki najbliżej stojącemu mężczyźnie i powiedział:

            – Sępy wzbiły się wyżej…           

Ten nie zrozumiał o co chodzi, wzdrygnął ramionami i pobiegł dalej rabować co się da, wynosić ryż i marchew z ziemianek, szukać zwierząt upieczonych żywcem w pożodze.

Wszędzie panowało ożywienie, kobiety i mężczyźni podążali ku miejscom, gdzie ocalały jakieś części chat, wchodzili pod ziemię do schowków, wydobywali ze spichlerzy kosze z jabłkami i gruszkami, owocami morwowca, kasztanami i żołędziami. Nagle, jak na komendę, wszyscy zatrzymali się i zaczęli nasłuchiwać. Od strony cesarskiego dworu nadjeżdżali jeźdźcy i tętent końskich kopyt wzmagał się coraz bardziej.

            – Uciekajmy, to żołnierze cesarza – krzyknął ktoś i puścił się pędem w zarośla bambusowe.

            – Nie uciekniemy – powiedział starzec, zszedł z kozła i stanął przy wozie.

Nie minęło wiele czasu i dwudziestoosobowy oddział, uzbrojony po zęby, w pięknych, lśniących zbrojach z pomalowanych na czerwono płytek z pancerza żółwia, wjechał na główny trakt wiejski. Widząc u końca wsi wielki wóz i umykających ludzi, żołnierze natychmiast skierowali się ku nim, z bojowym okrzykiem. Szybko okrążyli szabrowników i dźgając lekko kopiami w karki, zagonili ich w jedno miejsce, przy koniach i pojeździe. Jako ostatni nadjechał majestatycznie gruby dowódca i zaczął poruszać się pomiędzy złapanymi ludźmi na swoim koniu. Przyjrzał się wszystkim i upewnił, że ma do czynienia z mieszkańcami obrzeża cesarskiego miasta. Nieco dłużej zatrzymał się przy wozie i ze zdumieniem patrzył na leżące na nim miecze i inną, pięknie wykonaną broń.

            – Chcieliście okraść miłościwie nam panującego Qin Shi Huangdi…!?   

Złapani padli na kolana i płakali żałośnie, pochylając głowy i bijąc nimi o ziemię. Jedni milczeli przerażeni, a inni błagali:

            –  Dostojny panie daruj nam życie… Nie zabijaj nas… To bieda nas tutaj przywiodła… Wszystko chcieliśmy oddać cesarzowi…

            –  Teraz łasicie się psy… –  krzyknął dowódca i wciąż siedząc na koniu, kopnął w głowę najbliżej stojącego, łysego i przysadzistego jak on, mężczyznę. –  Zobaczymy co cesarz każe z wami zrobić? Ja bym was wszystkich już tutaj skrócił o głowę, ale może nasz pan będzie miał inny pomysł…

Powiedziawszy to, spiął konia ostrogami i pojechał przyjrzeć się zniszczeniom w różnych miejscach wsi. Zatrzymał się dłużej przy piramidzie z głów i napisie na desce. Przejechał cały trakt od wjazdu, aż do kuźni, pokręcił się na niektórych podwórkach, a potem wrócił do wozu i swoich żołnierzy, którzy spętali już wszystkich schwytanych. Nagle z pojazdu uniósł się zraniony w głowę mężczyzna i krzyknął przeraźliwym głosem:

            –  Panie, panie… ratuj mnie, bo jestem niewinny… Pochodzę z tej wsi i zostałem schwytany przez okrutnych złodziei… –  zawodził Dong i załamywał ręce.

Dowódca podjechał do wozu, przyjrzał się mężczyźnie i od razu zauważył ranę na głowie, po nieudanym cięciu mieczem. To upewniło go, że człowiek ten mówi prawdę i nakazał sprowadzić go na ziemię, dać wody i ryżu, a potem wsadzić na pustego konia.

            –  Staniesz przed obliczem cesarza i opowiesz mu o wszystkim – powiedział dowódca i nakazał ruszać w kierunku dworu.

Dong pierwszy raz w życiu siedział w siodle krwistego rumaka i bardzo się przestraszył. Na szczęście żołnierze spętali mu nogi po brzuchem zwierzęcia i ręce przywiązali do grubego pasa. Jechali teraz wolno skrajem gór i nie wiedzieli, że zza jednej ze skał obserwuje ich kobieta w średnim wieku, która także podąża w okolice pałacu. Dong rozmyślał gorączkowo, co ma powiedzieć cesarzowi, by go nie rozgniewać. Usłyszał od Aia o zbrodniach Wanga i widział pojawienie się siepaczy Czena, a potem prawie całą straszną masakrę. Co jednak na to powie cesarz i co każe z nim zrobić? Może lepiej skłamać, może coś dodać… rozmyślał gorączkowo i szukał rozwiązania. Wydostali się już z górskiego wąwozu, przejechali wielki las bambusowy i pojawili się na głównej drodze, prowadzącej do pałacu. Mijali teraz rolników w słomianych, stożkowych kapeluszach, zmierzających na pola i zatrzymujących się w miejscu, bijących pokłony i ruszających dalej, po przejechaniu oddziału i wozu. Za nimi pozostały wspaniałe góry, które rysowały się wyraziście dzięki słońcu, stojącemu wysoko na czystym niebie. Dong nie miał odwagi patrzeć ludziom w oczy, bo wstydził się swojego czynu. Oni wcześniej zaproponowali mu miejsce i pracę w jakimś domu, a on zdradził ich i nazwał przy grubym dowódcy złodziejami. Wiedział jednak, że musi trzymać się tej wersji, bo to była jego jedyna szansa. Cesarz nie miał litości dla złodziei i na pewno każe ich zbić, może jednak zlituje się nad nim. Skoro ważny żołnierz nakazał posadzić go w siodle i odłączył od szabrowników, to może to jest dobry znak? Obejrzał się za siebie i zobaczył, że nad skałami, zasłaniającymi miejsce, gdzie była jego wieś, unosił się wciąż siny dym dogasających domów i spichlerzy. Tyle lat spędził w tym miejscu i tyle dobrych i złych chwil zapamiętał. Przed oczyma stanęli mu ojciec i matka, brat i siostra, a potem ich śmierci, z powodu starości i choroby. Tylko brat mu pozostał, ale jego, zaraz na początku najazdu, zabili żołnierze Czena. Teraz był sam na świecie i właściwie wszystko mu było jedno, co zrobi z nim cesarz, żałował tylko, że nigdy nie wspiął się na najwyższe szczyty górskie, nie widział innych prowincji i nie zaznał kobiety. Choć miał czterdzieści dwa lata i ładną twarz, żadna dziewczyna we wsi nie chciała iść za mąż za kulawego. Urodził się już z tą przypadłością i im był starszy, tym trudniej mu było poruszać się, wykonywał tylko lżejsze prace i korzystał z gościnności i opieki brata i jego żony. Łza pojawiła mu się w oku, gdy przypomniał sobie jego dzieci, dziewczynkę i chłopca… I czułą bratową, która własnym ciałem osłaniała maleństwa przed razami mieczy. Brat też skoczył z widłami przeciwko mordercom, ale ugodzili go włócznią w brzuch, a potem ścięli głowę, jak wszystkim we wsi. Dlaczego właśnie on ocalał i co powinien teraz zrobić – rozmyślał i wpatrywał się w zwężającą się w dali drogę. Gdzieś daleko połyskiwała w słońcu rzeka Wei He i słychać było z oddali przeczysty śpiew i tęskne tony gruszkowatej pipy.

POETA KRUCHEJ LUDZKOŚCI

Foto Bob Jagendorf

Jidi Majia, będąc poetą ludu Yi, był też zawsze piewcą całej ludzkości – głęboko zatroskanym jej kondycją intelektualną i stanem fizycznym. W wierszu pt. Kim byliście? Wskazywał wagę pracy służby zdrowia i poświęcenie poszczególnych lekarzy, pielęgniarek, pracowników szpitalnych dla tych, którzy oczekiwali pomocy. To był zarazem wiersz profetyczny, w jakiś sposób zapowiadający to, co będzie się działo w dobie pandemii koronawirusa Covid-19. Poświęcony osobom, które straciły życie w trakcie wcześniejszej epidemii SARS, był pochwałą poświęcenia i walki bezimiennych bohaterów w sytuacji krańcowej, wymagającej szybko podejmowanych decyzji i oddania służbie dla człowieka. Taka postawa skojarzyła się poecie z tęczą, rozświetlającą zwykłe życie i wskazującą inną rzeczywistość, zakorzenioną w micie i podaniu kulturowym. Ludzie zajmujący się chorymi urastali w wyobraźni poety do rangi przedwiecznych herosów, śmiało idących na spotkanie ze śmiercią i wierzących, że poświęcenie dla drugiego człowieka ustawia takich opiekunów w jednym szeregu z bohaterami mitologicznymi, tworzącymi zręby dawnych struktur społecznych. W nowym poemacie – pt. Rozdarta planeta – poeta wprowadza wyraziste tony ekologiczne, przywołując najpierw zwierzę symboliczne, od dawna zagrożone wyginięciem i słynące ze swojej inteligencji i strategii łowieckich. W dawnych czasach Azję, od północy do południa i od zachodu do wschodu, przemierzały tysiące tych wolnych drapieżników, dbających o równowagę zwierzęcą w ekosystemach. Starczy przypomnieć, że w roku 1900 liczbę azjatyckich tygrysów szacowano na 100 tysięcy osobników, a sto lat później naukowcy doliczyli się ich ledwie około trzech tysięcy. Zaczynając swój poemat od przywołania zwierzęcia symbolicznego dla ludów tubylczych z pograniczy górskich i plemion żyjących w lasach, Majia dedykuje go całej ludzkości i wszystkim żywym istotom naszej planety.

            Zdumiewająca jest wiedza poety, w jednej chwili sięgająca najdalszych zakątków kształtujących się systemów społecznych, mądrze rozumiejąca współistnienie ze światem ptaków, ssaków, ryb i owadów, a potem jednym rzutem przeskakująca ku myśli Marii Curie-Skłodowskiej i jej wizji niebezpieczeństw globalnych. Majia jest intelektualistą nowego czasu, który wyszedł z zamkniętej społeczności Yi, żyjącej w chińskim interiorze, a potem widział przemiany społeczne, gospodarcze i architektoniczne współczesnych Chin, by w końcu zobaczyć cały świat, we wszelkich jego odmianach. Podróżując w imię poezji, biorąc udział w wielu festiwalach literackich, na kilku kontynentach, zauważył jak zmienia się nasz glob i odzwierciedlił to kongenialnie w swojej liryce. Jego fenomen polega na tym, że będąc poetą jakże trudnego chińskiego języka mandaryńskiego, znalazł sposób by jego poezja przeniknęła granice państwowe i kulturowe i stała się znakiem nowoczesnego kraju, rozwijającego się w zawrotnym tempie. A przy tym tak modyfikował swój warsztat liryczny, tak wsłuchiwał się w brzmienie poezji świata, że zaczął pisać wiersze uniwersalne, łatwo dające się interpretować pod różnymi szerokościami geograficznymi. Starodawna ciuchcia z jednego z jego wierszy skojarzyła się twórcom latynoskim z pojazdem wolno wspinającym się po transandyjskich torach, ułożonych przez polskiego inżyniera Ernesta Malinowskiego, ale została też rozpoznana przez poetów i krytyków w krajach europejskich, w Afryce, Australii i Ameryce Północnej. Ciuchcia jest tutaj tylko jednym z elementów, pojawiających się w tej polifonicznej poezji, ale też staje się jednym z jej niezwykłych odnowień – owych zdumiewających podążeń z rzeczywistości chińskiej ku uniwersum świata. Szybko też poeta dostrzegł w tym swoją misję i stał się jednym z najważniejszych ambasadorów kultury chińskiej we współczesnym świecie.

            Jidi Majia zauważa, że w pierwszych dziesięcioleciach XXI wieku toczy się wojna o wiele groźniejsza od starć z przeszłości. Zarazem wskazuje, że ludzkość zatoczyła krąg i znalazła się w tym samym punkcie, w którym była, gdy szalały epidemie dżumy, wietrznej ospy, grypy Hiszpanki, tyle tylko, że obecnie ta wojna jest znacznie trudniejsza. Ludzie bez problemów przekraczają granice, w ciągu jednej doby przelatują z kontynentu na kontynent i roznoszą zarazki, transportują wirusy, przyczyniają się do globalnego rozprzestrzeniania się chorób. Dopiero w takiej sytuacji Zachód po raz kolejny spotkał się ze Wschodem, nowy Jedwabny Szlak został uruchomiony, a idea jednego pasa i jednej drogi, przyczyniła się do strategicznego ożywienia ekonomicznego. Nieszczęsne wydarzenia, związane z rozprzestrzenianiem się koronawirusa nieco spowolniły tempo, ale nie zatrzymały zmian, wskazując niebezpieczeństwa i nowe zagrożenia. Wojna z ukrytym przeciwnikiem stała się realnym starciem z siłami zła – jak w dawnych opowieściach szamanów i bimo ludu Yi – osiągnęła też niespotykany dotąd pułap, mobilizując rządy na całym świecie.  W takiej sytuacji poeta opowiada się po stronie życia, a przywołując wojny przeszłości, mobilizuje światłych ludzi, by podjęli właściwe działania i przestali machać obosiecznym mieczem. Tak wraca idea solidarności i egalitaryzmu, tak poeta podkreśla wagę każdego pojedynczego życia i każdej biografii, jakże potrzebnych w procesie budowania i kształtowania świetlanej przyszłości nowych społeczeństw i kruchej ludzkości. Taki rozwój dokonał się i stale dokonuje się we Chinach i nawet najgorsze wieści z Wuhan, nie były w stanie go zatrzymać – wręcz przeciwnie idea jednego pasa i jednej drogi skonsolidowała siły i wskazała wyrazisty cel. Ludzkość przechodziła już takie krytyczne momenty i rozdzielana bywała czarnymi rowami śmierci, ale zawsze wstawała z kolan i zaczynała nowy marsz do przodu. Dla ludzkości każda śmierć – bez względu na okoliczności – jest znakiem zła i znosi potencjalne linie rozwoju, ruguje tych, którzy nagle odeszli, z planów kreślonych przez wielkich wizjonerów.                 

            Jak w innych dłuższych poematach, Majia stara się nakreślić w Rozdartej planecie wizję świata, w którym uczestniczy. To jest jego świat, oglądany oczyma człowieka Wschodu, a zarazem świat intelektualisty, który stale nawiązuje do swoich wielkich przewodników; wymienia ojców duchowych i tych, z którymi od dawna dyskutuje. Jego ogromna wiedza literacka, historyczna i filozoficzna stają się żyzną glebą, z której kiełkują – niczym rośliny – nowe idee. Poeta jakby przemyca je między słowami, wersami i strofami, ale wyrazisty egalitaryzm i ekologizm jaśnieją w pełnym blasku i stają się zwornikiem ideologicznym na wielu poziomach poematu. Wciąż podkreślając kruchość doświadczenia ludzkości, poeta wydobywa z mroków zapomnienia subtelne myśli, tworzy swoistą sieć metaforyczno-wizyjną, w której niczym poszczególne oka pojawiają się obrazy z Nowego Jorku i Meksyku, z Pekinu i Teheranu, z afrykańskiej dżungli i australijskiego buszu. Powie ktoś może, że takie panoramiczne poematy nie mogą się udać, że rozmyją się w wielosłowiu, a przywoływane obrazy nałożą się na siebie, ale przecież dzieło Majii przeczy tym obiegowym poglądom, a fenomen jego poezji dowodzi, że twórca panuje nad każdą cząstką swojego utworu. Zrozumieją to krytycy, którzy wyruszą na wyprawę do Chin i skonfrontują swoje wyobrażenia o tym kraju z rzeczywistością – zauroczą się nową architekturą miast, zamyślą się pośród grobów przeszłości, przemkną szybką koleją z północy na południe i ze wschodu na zachód.  A do tego zapoznają się z poglądami ludzi, którzy współczesne Chiny tworzą i otwierają je – jak Jidi Majia – na świat i na to, co w nim najlepsze. Wtedy zrozumieją jaką wagę mają dla nich tak symboliczne zwierzęta jak irbis, tygrys, czy cziru, wtedy dotrą do istoty uwielbienia rzek i mórz i wtedy staną w jednym szeregu z mądrymi obrońcami dzieł postępowej ludzkości. Poemat Majii może tutaj być ważnym impulsem, może jak iskra spowodować wybuch intelektualny, który zaowocuje nowymi myślami i nowymi dziełami, który zapoczątkuje wielką fascynację Chinami i światem. Tylko tak wzmocnić można kruchą ludzkość, tylko tak można przyczynić się do rozwoju nauk niezbędnych, by pokonać niewidzialnych wrogów naszej trudnej teraźniejszości.      

            Ekologia – według poety – powinna stać się nieodzowną strategią nowej ludzkości, bo tylko ona da jej szansę przetrwać pośród kataklizmów przyrody i ataków nowego, niewidzialnego wroga. W czasach bimo i opowieści o przodkach zawsze podkreślano wagę współistnienia z naturą, a modlitwy do zabijanych zwierząt nie były tylko próbami usprawiedliwień okrucieństwa związanego z polowaniem, to było ustawianie zwierząt na tym samym poziomie istnienia, to było przyznawanie im należnego miejsca w ekosystemie, obok ludzi i innych istot, egzystujących w swoich niszach istnieniowych.  Mity, opowiadane przez szamanów przy ogniskach, legendy przywoływane przez bimo podczas wielkich obrzędów kulturowych, stawały się szkołą życia i współistnienia, ale dopiero, w umyśle takiego poety jak Majia, magia, mity, historia, filozofia i rzeczywistość XXI wieku zostały wymieszane i stały się tkanką wizyjnego poematu, domagającego się uważnej analizy krytycznoliterackiej i naukowej. Jak w kalejdoskopie migają w nim zwierzęta schodzące w doliny, pierwsze samoloty braci Wright, chleb i ołówek, rakiety i statki kosmiczne, powszechna komunikacja komputerowa i nieustanne przekraczanie granic. A przy tym, przez tkankę utworu, przebija się i połyskuje obraz nieodgadnionego wszechświata, z jego niewyobrażalnymi, przeogromnymi odległościami kosmicznymi, galaktykami, gwiazdami, planetami, asteroidami i kometami. Tak w wyobraźni poety tworzy się   p r z e s t r z a ł   transcendentalny – od niewielkiej, niewidzialnej drobiny, zabijającej człowieka, do monstrualnej struktury kosmicznej, dającej się zmierzyć w parsekach i latach świetlnych. Gdzieś pośrodku tej wielkiej sakralnej przestrzeni poeta lokuje człowieka, gramolącego się na świat z kobiecego łona, a potem próbującego podtrzymać błędny ognik życia, jak najlepiej ochronić go przed deszczem i wiatrem złych dni i nocy. Zdumiewająca jest wizja planetarna poety, który co i rusz zmienia kąt widzenia i z rzeczywistości plemiennej, wiejskiej lub miejskiej kieruje uwagę czytelnika ku dalom kosmicznym, by z ich perspektywy zauważyć piękno i niepowtarzalność błękitnej planety. Chińczycy w szczególny sposób rozumieją skale czasowe w obrębie naszego świata – dla nich życie jest chwilą, stulecie minutą, a dopiero tysiąclecia zyskują wagę dziejowych godzin. Wszystko się zmienia, możemy na chwilę odgrodzić się od świata glinianą czy betonową ścianą, ale postęp jest nieuchronny i przeszłość odchodzi ku nieistnieniu jak poszczególne ludzkie byty. Tak było w czasach chińskich cesarzy, europejskich władców i tyranów i tak jest dzisiaj, gdy ludzkość sięga gwiazd, a pojazd kosmiczny z Państwa Środka ląduje na księżycu.

            Końcowy apel poety nie pozostawia złudzeń – w epoce koronawirusa potrzebna jest nowa solidarność i powrót do korzeni – do tygrysa swobodnie przemierzającego gęstwiny roślin, do irbisa sondującego zbocza gór, do stad suhaków pasących się nad brzegami jeziora Qinghai. Były gubernator tych miejsc doskonale zdaje sobie sprawę z wagi czystości natury i siły odwiecznych procesów przyrodniczych, ożywiających wielkie rzeki, oczyszczających jeziora i mnożących byty w głębinach mórz. Cywilizacje powstawały i wciąż trwają w oparciu o siły natury, a ich rozwój ściśle uwarunkowany jest tym, co dzieje się w świecie ludzkim, w przestrzeniach dominującego gatunku, który jako jedyny wydostał się z wąskich obszarów animistycznych i wzniósł się na wyższy poziom rozwoju. Szkoda byłoby zmarnować osiągnięcia wielu pokoleń i nie wolno dopuścić do tego, by ukryty wróg zawładnął światem. Nigdy dotąd – wskazuje Majia – człowiek nie stanął przed takim zadaniem i nigdy tak wyraziście nie uzewnętrzniła się potrzeba ogólnoludzkiej jedności, sprawnego podążania jedną drogą, w obrębie jednego pasa kulturowego. W takim rozumieniu przyszłość planety zależy od wszystkich żywych istot, od wspólnych działań i jednego, wielkiego wysiłku. Koronawirus powinien stać się ostrzeżeniem i zarazem przypomnieniem, że funkcjonujemy w warunkach kosmicznych, a tylko cieniutka błona ozonu chroni nas przed promieniowaniem kosmicznym i zabójczymi procesami, które w każdej chwili rozgrywają się w kosmosie. Majia nie pragnie być wieszczem i nie chce straszyć ludzkości – jego poemat jest kolejnym zwróceniem uwagi na kruchość rozdartej planety i całej ludzkości. Starczy wejść do grobowca cesarza Wanli z dynastii Ming, starczy zatrzymać się przy pysznych koronach i kościach, zdewastowanych przez czas, by zrozumieć, że w każdej epoce potrzebna jest wielka rekonstrukcja świata, odnowienie wszystkich i wszystkiego. Potrzebne jest wzmocnienie człowieka, w każdej rzeczywistości gotowego podjąć wyzwanie i stanąć do walki z widzialnym i ukrytym wrogiem.  

SKOK CZERWONEGO SMOKA (1)

Barki na Jangcy

Opowieść o wyprawie do Chin w 2015 roku zaczyna się pod koniec sierpnia, w mieście Nankin, tak straszliwie doświadczonym w trakcie napaści japońskiej. Przed podróżą szybką koleją z Pekinu, przeczytałem sporo artykułów i studiów o tym mieście, a teraz nagle stanąłem na słynnym moście nad Jangcy i przyglądałem się dziesiątkom barek, wolno sunących w górę rzeki. Pomyślałem, że symbolizują one powolne, mozolne i odwieczne podążanie Chin do przodu, aż do niezwykłego skoku Czerwonego Smoka, który nakręcił gospodarkę i spowodował, że państwo nad Jangcy i Huang-he stało się jednym z najbardziej rozwiniętych krajów świata. W każdym z płaskodennych statków byli ludzie, niezwykle uważni, bystro patrzący w dal, niezwykle dumni z tego, co robią, gotowi wykonać każde zadanie – krążąc po sieci kanałów, pokonując ogromne przestrzenie wielkich rzek i jezior. Stałem przy balustradzie, na górnym poziomie kratowej konstrukcji, tuż przy socrealistycznych figurach, nawiązujących do walk Mao Zedonga i patrzyłem jak zauroczony na ginące w sinych oparach wielkie barki z piaskiem i kamieniami, maszynami i skrzyniami z żywnością. Ten trzeci zbudowany most na Jangcy, po przeprawach w Wuhan i Chongqing, przez dziesiątki lat był symbolem dokonań Chin i ich niezgody na warunki narzucone przez Związek Sowiecki. Rosjanie pomagali przy projekcie i budowie, ale po słynnym konflikcie granicznym i oziębieniu stosunków miedzy dwoma wielkimi krajami, podziękowano im za współpracę i dokończono budowę we własnym zakresie. Potem przez lata most był dumą miasta i całego kraju, a niektórzy młodzi ludzie odbywali specjalne wyprawy, by stanąć na nim i skonfrontować swoje wyobrażenia z jego ogromem. To konstrukcja dwupoziomowa, drogowo-kolejowa, opierająca się na dziewięciu podporach, spośród których największa mierzy osiemdziesiąt pięć metrów wysokości. Liczby są tutaj porażające: Most główny ma długość 1 577 m, a górny pomost drogowy długości 4 588 metrów jest kratownicą z 8 przęsłami po 160 metrów rozpiętości. Pomost dolny długości 6 772 metrów dźwiga dwa tory linii kolejowej i jego szerokość wynosi 14 metrów. Przez wiele lat był to najdłuższy na świecie dwupoziomowy most drogowo-kolejowy.[1] Stanąłem tam o zmierzchu słońca, podziwiając szeroką wstęgę Jangcy, niknącą w szarościach i bielach, a schodziłem z mostu, gdy było już ciemno i nieprzerwany sznur skuterów, motocykli i rowerów płynął ścieżką dla pieszych, stwarzając pewne zagrożenie, ale też generując niezwykłe efekty świetlne z reflektorów.

Szybka kolej CRH na dworcu w Pekinie

Każda wyprawa do Chin jest wielką przygodą i przynosi doznania niewyobrażalne dla kogoś, kto nie stanął tam swoją stopą. Najlepiej widać rozwój tego państwa z okien szybkiej kolei CRH, której sieć pokryła obszar Chin w zawrotnym tempie. Samo wejście do wagonu tych długich, futurystycznych bolidów jest niepowtarzalnym przeżyciem i wskazuje jak zdyscyplinowane jest to społeczeństwo. Cała rozbudowana operacja od momentu zakupienia biletu, poprzez ustawienie się w kolejce do odpowiedniego zejścia ze schodami ruchomymi, a potem ulokowania się w wagonie, trwa kilka minut i już chińska strzała rusza do przodu, z oszałamiającą szybkością ponad trzysta kilometrów na godzinę. Przed oknami przesuwają się ogromne osiedla mieszkaniowe z charakterystycznymi wieżowcami, rozbudowana infrastruktura dróg z licznymi żelbetonowymi estakadami, sieć kanałów i rzek, jezior i pól, na których widać żywiołowe prace rolników. Zanim wsiadłem do pociągu jadącego z Pekinu do Nankinu myślałem, że bagaże zostaną jakoś specjalnie zamocowane, a ludzie obligatoryjnie zapną pasy, tymczasem okazało się, że wnętrza wagonów są bardzo stabilne, wędruje się po nich jak po zwykłej, wolnej kolei i nie trzeba zabezpieczać się pasami na wyznaczonym miejscu. Oczywiście wyobraźnia natychmiast podsuwa obrazy straszliwej katastrofy z 2011 roku w Wenzhou, w której zginęło czterdzieści osób, kiedy to jeden z wagonów wypadł z torów i zawisł na dwunastometrowym prześle. Wszystkie pociągi CRH mkną po specjalnie przygotowanych, żelbetonowych estakadach, wytyczonych w linii prostej. Dla ich budowniczych nie ma takich przeszkód, których by nie pokonali, a szczytem wszystkiego są długie tunele pod górami i pod rzekami, a także nowe, nowoczesne mosty, jak Dashengguan na linii Pekin–Szanghaj. W wagonach jednakowo ubrane, sympatyczne hostessy roznoszą specjalnie przygotowane, gorące zestawy obiadowe i napoje, przy czym dozwolone jest też picie piwa, zakazane w niektórych kolejach europejskich czy amerykańskich. Krajobraz za oknami zmienia się jak w kalejdoskopie – wyniosłe góry zastępują rozległe doliny, miasta wykwitają jak futurystyczne kwiaty ze szkła i betonu, co jakiś czas pojawia się deszcz, innym razem zza chmur wychodzi słońce. Trasa z Pekinu do Nankinu wchodzi w skład dłuższej linii, która kończy się w Szanghaju i liczy 1318 kilometrów. Dziewięćdziesiąt pociągów dużych prędkości codziennie pokonuje trasę na żelbetonowych estakadach w ciągu czterech godzin i czterdziestu ośmiu minut, a w mieście docelowym można się jeszcze przesiąść do najszybszej w Chinach kolei magnetycznej, przemieszczającej się z prędkością ponad czterystu kilometrów na godzinę i pokonującej trasę do centrum miasta, długości trzydzieści kilometrów, w zaledwie siedem minut.

Dworzec szybkiej kolei w Nankinie

Warto też chwilę zatrzymać się przy nowoczesnych dworcach kolei CRH, przestronnych jak wielkie hale zawodów lekkoatletycznych, znakomicie przygotowanych do przyjęcia milionów podróżnych. Znajdziemy w nich liczne sklepy i sklepiki, zarówno wielkich producentów światowych, jak i chińskich, a szczególnie wytwórców herbat i tradycyjnych słodyczy, tofu w słojach, mocnych wódek i słabych win ryżowych, śliwkowych lub z owoców liczi. Choć przez dworce przewijają się tłumy podróżnych, panuje powaga, a powszechna dyscyplina w ogóle nie generuje konfliktów. Wielkie tablice świetlne informują o przyjeżdżających i odjeżdżających pociągach i dopiero, gdy zjedzie się na dół, a przypadkiem przejeżdża przez stację pociąg, nie zatrzymujący się na niej, można sobie uzmysłowić z jakim pędem mamy do czynienia. Zaostrzony przód strzały pojawia się nie wiadomo skąd i już po kilku sekundach cały skład przetacza się ku dalszym celom. Moim ulubionym zajęciem w Chinach jest przyglądanie się ludziom i fotografowanie ich, gdy o tym nie wiedzą. Pozwala mi to uchwycić ich zachowania i pozy, a poza tym mogę w ten sposób utrwalić na zawsze kształt niepowtarzalnej chwili. Charakterystyczne jest to, że nawet, gdy jakieś osoby zauważą, że je fotografuję, nie zakazują mi tego, lecz najczęściej odsłaniają w uśmiechu białe zęby. Różnorodność typów ludzkich jest na tych dworcach przeogromna, dlatego oczekiwanie na pociąg nie dłuży się, a wręcz staje się czasem niezwykle twórczym. Zdarza mi się zanotować pierwszy zarys jakiegoś wiersza, zapisuję też moje wrażenia, ale najczęściej fotografuję, wyławiając najbardziej charakterystyczne chińskie typy i postaci. Najwięcej jest ludzi o cechach narodowości Han, ale przecież sporo widzę też osób z elementami urody mongolskiej. Charakterystyczne białe czapeczki na głowach mężczyzn i chusty na włosach kobiet wskazują mi muzułmanów i mieszkańców Wyżyny Tybetańskiej lub Tybetu. Czasem trafi się jakaś kobieta w stroju ludowym narodowości Yi lub ponad pięćdziesięciu innych nacji, ale najwięcej jest ludzi ubranych nowocześnie, jak Europejczycy czy Amerykanie. Bogatsze kobiety dumnie prezentują torebki Gucciego, a mężczyźni zakładają kurtki Tommy’ego Hilfigera i przynajmniej niektóre z nich są oryginalne. Przekonam się później w Szanghaju, że w kraju tym łatwo można kupić tanie podróbki, które oferują uliczni „naganiacze”, uprzejmie prowadzący klienta do zakamuflowanych sklepów. Tam też rozbawią mnie prostytutki, którym nieodmiennie mówię, że jestem w związku z piękną kobietą i nie skorzystam z ich usług. Na pewno jest wstrętna… pokrzykują za mną urodziwe Azjatki, ale nawet w tych okrzykach jest jakiś odcień ludzkiej życzliwości.


[1] Por. A. Niemierko, Mosty w Chinach, cz. II, „Drogownictwo” 2013, nr 10, s. 296–297.

CZARNY NEFRYT (10)

Był wczesny ranek. Ogień rozniecił się szybko w glinianym piecu i delikatne ciepło rozlało się po całym domu. Czao i Ai, Nan i Yin siedzieli przy szerokim stole, jedli ryż i suszoną rybę, warzywa i owoce. Pili też krystalicznie czystą wodę ze źródła, bijącego na łące i dającego początek strumieniowi, który wpada do rzeki Wei He, a ta niesie jego wody do świętej, odwiecznej i życiodajnej Huang He. Czuli się tutaj bezpieczni jak ślimak w skorupie, jak sroka w swoim kulistym gnieździe, jak pantera na gałęzi wysokiej sosny. Lampy rozświetlały półmrok izby, w której było tylko jedno małe okno. Cienie całej czwórki wydłużyły się i sięgały od przeciwległej ściany do połowy sufitu. Wyglądały jak mityczne postaci, pochylające się nad nimi i przysłuchujące się rozmowie. Może właśnie to, a może przeżycia ostatnich dni spowodowały, że Czao zaczęła barwną opowieść:

– W pradawnych czasach nie wszyscy ludzie byli źli, a nawet pojawiali się tacy, którzy troszczyli się o biednych i najsłabszych. Pamiętacie legendę o potężnym władcy…? Jego matka Fu Bao zobaczyła wielki rozbłysk przy Gwieździe Polarnej i w cudowny sposób zaszła w ciążę. Wiele miesięcy, znacznie dłużej niż normalne kobiety, nosiła w swoim łonie niezwykłe dziecko…

– To światełko nazywamy teraz Gwiazdą Cesarską… – dopowiedział Nan.

– Tak, to jest ta gwiazda – potwierdziła Czao i ciągnęła dalej – Dziecko Fu Bao było bardzo zdolne i inteligentne… Już na samym początku nauczyło się szybko mówić i miało wiedzę wielkich mędrców. To ten chłopiec, a potem mężczyzna, przysposobił do polowania niedźwiedzie, leopardy, tygrysy i razem z nimi walczył ze złem, on też siał i sadził wszystkie zboża, trawy i drzewa. Na imię miał Xianyuan, a kiedy dorósł stał się wielkim mocarzem i panował nad całym Państwem Środka.

– Czy mówisz o Żółtym Cesarzu – wtrącił się raz jeszcze Nan, który właśnie nałożył sobie nową porcję ryżu do małej, czarnej miseczki.

– Tak, to jego mam na myśli – przytaknęła i kontynuowała opowieść – Nie wiemy jak wyglądał, choć niektórzy mówią, że miał cztery twarze i widział wszystko, co dzieje się na świecie…

– Inni mówią, że miał głowę smoka, przydają mu rogi jelenia lub czaszkę latającego węża – włączył się Ai.

– Tak ukochany, o tym też słyszałam, ale mnie najbardziej wzrusza jego dobroć i mądrość… – mówiła dalej Czao – To był czas kształtowania się wszystkiego i wyodrębnienia pięciu pierwiastków: drzewa, wody, ognia, ziemi i metalu. Potem pojawiło się pięć stron świata, pośród których rządziło pięciu władców niebieskich: wschodem zarządzał Wielki Blask czyli Fuxi, któremu pomagał Goumang, zachód leżał w gestii Shaohao z pomocnikiem Ruoshou, południem rządził Płomienny Cesarz Yandi, którego wspierał Czerwony Blask, na północy niepodzielnie panował Zhuanxu i jego pomocnik Ciemny Smok. Naszą częścią kraju, czyli Państwem Środka władał Żółty Cesarz, który miał swoją siedzibę w masywie Kunlun. To tam zaczyna się bieg wielkich rzek: Czarnej, Białej, Czerwonej i Żółtej…

– Moja mama mówiła mi, że jego pałacu strzegł Luwu, tygrys z ptasimi szponami – włączyła się nagle do opowieści Yin.

– Tak… tak skarbie… – potwierdziła z promiennym uśmiechem Czao i dodała – Był tam też ptak Chun, strzegący szat cesarskich. Na stokach Kunlun leżało miasto Żółtego Cesarza i jego pałac, sięgający swoim ogromem nieba, z grubymi murami i basztami…

– Ojciec opowiadał nam, że za tymi murami żyły inne dobre bóstwa i fantastyczne zwierzęta… –  dorzucił Ai.

– Mówił też, że na zachodnich zboczach tych gór rosły drzewa Perłowe, a także pnie Czarnego Nefrytu i Nieśmiertelności… – żywo przyłączył się do wypowiedzi brata Nan.

Iskry strzelały w piecu, a przez niewielkie, otwarte okno zaczęło wpadać coraz więcej światła. Czao wstała z klęczek, podchodziła do każdego z osobna i dolewała gorącej wody do czarek z liśćmi zielonej herbaty. Dołożyła też trochę wędzonej wołowiny na talerz, leżący na środku stołu i wróciła na swoje miejsce.  Ai śledził jej ruchy i widząc niezwykle zgrabną kibić, czuł wielkie podniecenie, pragnął jej teraz, jak nigdy dotąd. W jego myślach pojawiła się znowu naga, leżąca na miękkiej skórze pantery i czekająca na jego dotyk. Jak z zaświatów dobiegły do niego jej słowa:

– Za czasów Żółtego Cesarza skonstruowano dokładniejsze przyrządy astronomiczne, policzono gwiazdy na niebie i stworzono kalendarz. To on wynalazł pismo i kompas, a także koło garncarskie…

– Zawdzięczamy mu też podstawy medycyny i akupunktury – rwał się do uzupełniania opowieści Nan – nauczył nas wytwarzać papier i jedwab…

– O czymkolwiek nie pomyślisz kochany Nanie – powiedziała Czao – może mieć związek z tym władcą. To on każde dwanaście dźwięków w oktawach ułożył w gamy chromatyczne, władał magią i był surowym, ale sprawiedliwym sędzią podległych mu bóstw, duchów i demonów. Dzięki niemu ludzie posiedli umiejętność odpędzania złych duchów, a w Państwie Środka pojawił się feniks i jednorożec, co było znakiem dobrych i sprawiedliwych rządów.

– Gdyby Żółty Cesarz rządził w naszych czasach, moglibyśmy żyć spokojnie na wsi, uprawiać ryż na nawodnionych polach, a pszenicę i proso na górskich tarasach – zadumał się Nan.

– Każde zło ma swój koniec, tylko ludzie strasznie cierpią, gdy ono się rozprzestrzenia – powiedział Ai i spojrzał wymownie na Czao.

– Tak, dobro też zmierza ku jakiejś ostateczności, ale często pozostawia po sobie ludzi i stwory, które będą dalej prowadzić walkę ze złem – przytaknęła jego ukochana – Dobry cesarz jadł pastę nefrytową, dzięki której był nieśmiertelny, ale pewnego dnia pojawił się na świecie smok z długą brodą i zabrał władcę do nieba. Ten usiadł na smoku wraz z siedemdziesięcioma poddanymi i swoim haremem i przeniósł się do nieskończoności. Zostawił jednak pośród ludzi swoją uwielbianą małżonkę – Lei Zu – którą uznawano za boginię piorunów. To ona nauczyła ludzi hodować zwierzęta, przydała im także wiele innych umiejętności, a nawet wynalazła parasol…

– Qin Shi Huangdi jest potworem i tylko demony mogły go zesłać na ziemię – powiedział Ai, a potem ciągnął dalej podjęty temat – Tylko on jest szczęśliwy, otoczony konkubinami, jedzący najlepsze mięsa i ryż, ubrany we wzorzyste szaty z jedwabiu i atłasu. Wszyscy gną się przed nim w ukłonach, wieśniacy oddają mu dziewiątą część zbiorów, rzemieślnicy i artyści wykonują dla niego najpiękniejsze meble, sprzęty i ozdoby. Jest mu tak dobrze, że powinien być wdzięczny bogom i ludziom, a on zabija codziennie tłumy, ścina głowy, torturuje, odbiera nadzieję i szerzy mrok…

– Jest taki potężny, otoczony swoimi wojskami, doradcami, poborcami danin i zaufanymi szpiegami, że nikt nie zdoła się do niego przedostać… – powiedział zamyślony głęboko Nan.

– Sprytem można pokonać największą bestię… – mówił dalej Ai – Przypomnij sobie, czego uczył nas ojciec… Tak, kochany bracie, urodziliśmy się, by zabić tego strasznego człowieka…

Czao, nagle olśniona i przerażona, spojrzała na ukochanego i mimowolne łzy natychmiast pojawiły się w kącikach jej oczu. W mig zrozumiała o czym mówi Ai i przysunęła się do niego, chwyciła za rękę i przytuliła się, cichutko łkając. On otoczył ją ramieniem i kontynuował:

– Kochana Czao, Nanie i ty malutka Yin, to co teraz powiem będzie naszą wielką tajemnicą… Musimy pomścić wszystkich niewinnych ludzi z naszej wsi, musimy upomnieć się o tych, którzy chcieli być szczęśliwi, a nigdy nie zaznali radości… Pracowali ciężko i oddawali swoje płody cesarzowi, wysyłali synów do armii i córki do haremów… Tak jak my budzili się rano i nie wiedzieli, że nowy dzień przyniesie im ból i śmierć…

Czao i Yin płakały, tuląc się do siebie, a twarz Nana przybrała groźny wyraz. Wyprostował się i patrzył przed siebie, jakby widział jakieś dalekie krajobrazy lub przypatrywał się ze wzgórza walczącym armiom.

– Musimy teraz, kochany bracie, wstąpić na drogę, z której możemy nigdy nie wrócić – mówił Ai – Nie mamy jednak wyboru, bo nasz czcigodny ojciec, rodzina Czao i wszyscy niewinnie zamordowani, proszą nas o to… Udamy się do cesarskiego miasta i przenikniemy w pobliże cesarza, a w dogodnej chwili zabijemy go… To jest bardzo trudne zadanie i musimy mądrze przygotować się do niego, inaczej naszym udziałem będzie tylko ból i śmierć…

– Ale jak to zrobić – spytał Nan – Przecież cesarza chroni wielka armia, strażnicy sprawdzają też każdego, kto zbliża się do władcy…

– Wiem i pamiętam, że jest on przebiegły jak wąż, potrafi też znakomicie władać mieczem, kopią i toporem – potwierdził Ai – Musimy jednak znaleźć jakiś sposób… Dopiero jak przedostaniemy się do miasta, znajdziemy pracę, wnikniemy w nowe środowisko, nadarzy się okazja, by skoczyć do gardła mordercy.

– Czy już jutro podążymy tam razem? – spytał Nan.

– Nie, ty udasz się do sąsiedniej prowincji i po jakimś czasie przyjedziesz stamtąd do pracy, ale musisz to zrobić tak, by nie było wątpliwości, że przybywasz z daleka… – instruował go Ai – Pamiętaj, że nigdy nie będzie ci wolno nazwać mnie bratem, choć musisz znaleźć się blisko mnie. Shi Huangdi ma wszędzie wielu szpiegów i prości ludzie też chcą się zasłużyć władcy, poprawić swój byt, więc donoszą, gdy tylko pojawi się ku temu okazja. Tylko ja będę ustalał miejsce i czas naszych spotkań, a ty będziesz czekał i pomagał mi w miarę możliwości… Jesteśmy mistrzami sztuki kowalskiej i musimy tak dobrze pracować, takie piękne rzeczy robić, by w końcu cesarz zapragnął poznać jednego z nas…

– Czy nikt nas nie rozpozna? – spytał Nan – Czasem cesarscy żołnierze przyjeżdżali do kuźni naszego ojca i rozmawiali z nami…

– Czas zmienia twarze i zaciera gesty w pamięci – odrzekł Ai – Ale musimy być bardzo czujni i dla dobra sprawy usuwać tych, którzy mogliby nam zagrozić… Przypomnij sobie słowa mędrca, które tyle razy powtarzał nam ojciec: nie stawiaj siebie na pierwszym miejscu, ale stój na czele, nie dbaj o siebie, a jednak żyj, nie zabiegaj o swoje, a dopniesz swego…

– Czy o takiej drodze mówi Lao Tse? – spytał Nan.

– Każda droga jest dobra, jeśli prowadzi do celu i oddala cierpienie, pomaga stworzyć nowy świat – ciągnął Ai – Przelana krew jest jak wielki, nieustający krzyk. Poprzez nią umarli błagają nas o zemstę… Myślałem, że zabicie jednego mordercy wystarczy, ale po Wangu przyjechał Czen i łańcuch ciągnąłby się w nieskończoność. Musimy zabić tego, który wysyła wszystkich mrocznych jeźdźców i swoje cesarstwo buduje na łzach, bólu i zgruchotanych kościach.

Czao wyszła z Yin na zewnątrz domu i poprowadziła ją w stronę pasących się na łące owiec i kóz. Tylko biały jak stał z drugiej strony, przy skałach, ostro wznoszących się ku niebu i jakby nie przyznawał się do powinowactwa z innymi zwierzętami. Słońce pojawiło się już za załomem gór i prażyło, opalając twarze, przydając energii ciałom. Leciutki wietrzyk poruszał kwietnym dywanem, pochylał chabry i osty, przyginał do ziemi trawy i barwne zioła. Yin zaczęła zrywać najpiękniejsze kwiaty i zapytała:

– Zrobisz mi wianek, Czao?

– Zrobię, ale nie teraz… – odpowiedziała kobieta – Będziemy tutaj żyły wiele dni, może nawet lat i zrobię ci niejeden wianek…

Znowu łzy pojawiły się w czarnych oczach Czao i załkała, tuląc do siebie dziewczynkę i czując jakiś dziwny, niewytłumaczalny niepokój. To nie był strach o Aia, to jakaś wielka groza znajdowała w niej miejsce, gdzie mogłaby się zaczepić i pozostać na zawsze. Poczuła dreszcze w całym ciele i jakby przez ułamek sekundy pojawił się w jej świadomości wielki brodaty smok. Gdy była dziewczynką ciągle śniły jej się te wielkie stwory i zrywała się ze snu, krzyczała i chciała uciekać. Wtedy jej kochająca matka przytulała ją i tak długo głaskała po głowie, aż Czao zasypiała. Zdarzało się, że jej rodzicielka zapadała w sen razem z nią i budziły się razem, w objęciach, czując swoje czułe ciepło. Teraz ciało jej pięknej matki rozszarpały i pożarły sępy, nie ma już jej braci i sióstr, zamordowano też jej ojca. Poczuła przypływ złości, chwyciła za rękę dziewczynkę i poprowadziła ją z powrotem do domu. W drzwiach przywitał ją Ai i zaproponował, by poszli razem do jaskini. Nan zajął się Yin, a oni zaczęli powoli wspinać się ku osłoniętemu skałami wejściu. W końcu znaleźli się na miejscu i natychmiast objęli się, głodni swych ciał i pocałunków. Szybko zrzucili ubrania i położyli się obok siebie na stercie owczych futer. Zaczęli się delikatnie całować i gładzić dłońmi po plecach, piersiach i pośladkach. Teraz Czao decydowała o wszystkim i lekkim ruchem przewróciła go na plecy, a potem usiadła na nim i poczuła jak jego męskość wsuwa się w nią i promieniuje prawdziwym żarem. Kochali się długo, raz to krzycząc w uniesieniu, raz wzdychając i pojękując, przestając na chwilę, a potem znowu zaczynając z wielką energią. W końcu legli obok siebie spoceni i zmęczeni, ale nie rozdzielali rąk, leciutko przesuwając palce i ocierając je o siebie.

– Nie gniewaj się ukochana… – powiedział Ai – Muszę pomścić mojego ojca, twoją rodzinę, naszych sąsiadów i znajomych…

– Wiem… – szepnęła – Ale strasznie się boję, że nie wrócisz…

– Ja też się boję… – potwierdził – Nie mam jednak wyboru. Muszę ruszyć i jeszcze zabieram ze sobą brata, który też może stracić życie…

– Nie ma innego sposobu, mój ukochany… – mocniejszym głosem powiedziała Czao – Pamiętaj jednak, że tutaj, w górach będę na ciebie czekać przez trzy lata… jeśli nie wrócisz, ruszę twoim śladem… Zawsze będę cię kochać i nosić w moim sercu… Nic tego nie zmieni…

– Czasami ludzie muszę od siebie odejść, by potwierdzić jak wielka jest ich miłość…

Muszą żyć w oddaleniu, by w samotności zbudować swoją przyszłość…

– Nie okłamuj mnie – powiedziała z płaczem – Przecież wchodzisz na drogę, z której nie ma powrotu…

– Nie ukochana Czao – nie zgodził się – Gdybym nie wierzył, że wrócę, nie wstępowałbym na ten szlak. Muszę wszystko tak zaplanować i przeprowadzić, by wrócić do ciebie…

Znowu przywarli do siebie i kochali się w zapamiętaniu, czuli słodycz ust i ciepło ciał, głaskali się i pieścili, jakby chcieli zachować na zawsze w pamięci energię tej chwili. Wszystko jednak ma swój koniec i wszystko podąża ku jakiemuś kresowi. Z ociąganiem, powoli, wstali ze skór, otrzepali włosy z sierści i siana, a potem ubrali się i zaczęli schodzić w kierunku domku, przed którym widać było Nana, goniącego się z Yin. Słońce dawno minęło najwyższy punkt na niebie i podążało ku zachodowi, a gdzieś wysoko, w chmurach krążył białozór. Yin wskazała go palcem i podbiegła w stronę Czao, która przystawiła rękę do czoła i spojrzała we wskazanym kierunku. Pokiwała ze zrozumieniem głową i otoczyła ramieniem dziewczynkę. Ai wszedł z Nanem do domu i zaczął, krok po kroku, omawiać szczegóły zbliżającej się wyprawy. Nagle, zza starej skrzyni i sterty kopii, wyszła rdzawa mysz, stanęła na niewielkim pieńku, wzniosła się na tylnych łapkach i poruszając cały czas nosem i wąsikami, zaczęła przyglądać się mężczyznom. Zauważył ją Nan, przyłożył palec do ust, wskazał na nią i szybko doskoczył do miejsca, gdzie stała. Chwycił ją wprawnie i przyniósł do stołu, gdzie trzymając ją, zaczął wsuwać do pyszczka okruchy ze stołu i leżące na nim ziarenka ugotowanego ryżu. Potem schował ją do kieszeni na piersiach i zabezpieczył wyjście. Ai patrzył na niego i myślał, o tym, że brat dopiero co przestał być dzieckiem, a już musi wraz z nim stawić czoła niewyobrażalnym siłom. Groźny, obezwładniający lęk przeszył  mężne serce syna kowala, ale też zniknął tak samo szybko, jak się pojawił. Starszy brat uśmiechnął się do młodszego i dalej tłumaczył mu, co powinien zrobić i jak ma się zachować.

MIŁOŚĆ I NIENAWIŚĆ W CZASACH HUNWEJBINÓW

Gdyby Wang Xiaobo żył dłużej, w roku 2020 miałby sześćdziesiąt osiem lat i może cieszyłby się międzynarodową sławą największego współczesnego pisarza Kraju Środka. Niestety, po śmierci w 1997 roku, przeżywszy niepełne czterdzieści pięć lat, musi zadowolić się określeniem „czarny koń” literatury chińskiej i zdawkowymi informacjami na temat jego biografii. Wiemy zatem, że urodził się i zmarł w Pekinie, ale w drugim roku rewolucji kulturalnej (1968), jako przedstawiciel „młodzieży inteligenckiej” zesłany został na wieś do prowincji Junnan, a potem Szantung. W 1972 roku uzyskał zgodę na powrót do stolicy, gdzie znalazł zatrudnienie w fabryce, a potem podjął studia ekonomiczne w Chińskim Uniwersytecie Ludowym i kontynuował je na Uniwersytecie w Pittsburghu. Uzyskany tam tytuł magistra dał mu podstawy do tego, by podjąć pracę wykładowcy na Wydziale nauk Społecznych rodzimej uczelni, a potem – od roku 1992 – stać się niezależnym pisarzem, utrzymującym się z honorariów za wydawane książki, które nieomal natychmiast tłumaczono na języki obce. Zagraniczni autorzy not biograficznych w książkach Wanga podają, ze zyskał on sławę w Chinach jako kronikarz mrocznych lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, co nie spodobało się szykanującym go władzom i zapewne przyczyniło się do przedwczesnej śmierci na zawał serca. Można zatem powiedzieć, ze zabiła go ambiwalencja rządzących, którzy od czasów Deng Xiaopinga i jego dojścia do władzy w 1978 roku, zgodzili się na zaproponowany nowy kurs i otwarcie Chin na świat, ale jednocześnie – mimo oficjalnego potępienia rewolucji kulturalnej i krytyki dorobku Mao Zedonga – wciąż tęsknili za wielkim przywódcą. Skromny, inteligentny Deng nie mógł zrekompensować utraty ojca narodu, którego wizerunek wciąż reprodukowano na banknotach, któremu stawiano monumentalne pomniki, którego portret stale wisi u wejścia do Zakazanego Miasta. Ten symbol wstecznictwa i zacofania, jakże kontrastujący z rozmachem współczesnych Chin, wciąż przypomina, że to wielkie państwo potrzebuje symboli i czeka na ludowych mesjaszy, którzy popchną społeczeństwo na wyższe tory komunizmu. Na szczęście reformy Denga spowodowały powstanie nowego społeczeństwa, ze znakomicie wykształconą kadrą naukowo-techniczną i biznesową, co z kolei przełożyło się na prawdziwą eksplozję w zakresie budownictwa, transportu i produkcji luksusowych dóbr. Tak powstało państwo, w którym swobodnie rozmawia się o polityce i ekonomii, ale nie wolno krytykować rządu, który decyduje o drogach rozwoju i rozprzestrzenia kult Mao, którego socrealistyczny grobowiec z zabalsamowanym ciałem, okrytym granową flagą z sierpem i młotem, wciąż znajduje się na Placu Niebiańskiego Spokoju.

Wang Xiaobo – pisarz

Przez dziesiątki lat w Chinach nie mówiło się o seksie, a jedynie nawiązywało się do niego w aluzjach, poezji, tendencyjnej prozie i propagandowych filmach. Pojawienie się zatem pisarza, który mówił wprost o miłości cielesnej, a przy tym ukazywał brudne zakamarki Pekinu, śmierdzące ubikacje i śmietniska, zdezelowane fabryki i dziwacznych funkcjonariuszy systemu, było nie na rękę władzy, mającej wszędzie swoich tajnych agentów i podskórnie moderującej zachowania ludzkie. Pisarz we współczesnych Chinach mógł wybrać dwie drogi – albo wyemigrować i przeciwstawić się władzy, jak Gao Xingjian lub rozwijać swój talent w obrębie systemu, jak Mo Yan. Wang Xiaobo wybrał trzecią drogę, publikując utwory, w których była spora doza ironii, ale też jakby podskórne idealizowanie kraju, w którym jednostka mogła zyskać niezależność w obrębie zamkniętego, stworzonego przez siebie świata. Miłość w czasach rewolucji to powieść będąca swoistym eksperymentem narracyjnym, w którym sam autor i jego alter ego Wang Er, toczą wiele walk, ironicznie komentują zdarzenia, a nade wszystko obserwują samych siebie, szczególnie w chwilach erotycznych uniesień. W takim kontekście – jak podpowiada narrator: To książka o pożądaniu. Pożądanie ma własną siłę napędową, niekiedy jednak swobodne zachowanie jest zabronione, co niezwykle komplikuje sprawy. Na przykład, na północ od mojego domu znajduje się Pałac Letni, ale gdyby nie istniał kierunek północny, wtedy mógłbym iść wyłącznie na południe i dopiero po przejściu bieguna południowego i północnego, po czterdziestu tysiącach kilometrów, dotarłbym do pałacu. To właśnie usiłuję powiedzieć. Ludzie naprawdę potrafią wszystko wyrazić zawoalowanymi aluzjami i dotyczy to również pożądania. Dlatego jego źródłem mogą być najmniej godne zaufania rzeczy. Choć autor relacjonuje własne przeżycia, choć nawiązuje do konkretnego życiorysu, to istotą jego powieści jest diagnoza ludzkich zachowań i Chin, w których przyszło mu dojrzewać. To był czas rewolucji kulturalnej, podczas której wywlekano kułaków i inteligentów i wleczono ich po ulicach w komicznych czapkach z papieru – czas ekspansji młodzieńczej głupoty i szalejącej jak zaraza myśli przewodniczącego Mao, który bezwzględnie wykorzystywał rozgorączkowane umysły do walki politycznej. Dochodzili wtedy do głosu hunwejbini, niszczący kulturę i sztukę, pogardliwie odnoszący się do nauki, uciekający się do szantaży i oszustw, a i często zabijający swoich oponentów. Najbardziej radykalna i wpływowa była Czerwona Gwardia i to ona wywlekła ojca Wanga Era z domu, a potem prowadzała go po kampusie jako wroga ludu i wstecznika rewolucji. Wykorzystywani do rozgrywek politycznych lokalnych sekretarzy partyjnych, czuli się bezkarni i z lubością wykrzykiwali sentencje Mao, z jego czerwonej książeczki.

Bohater powieści Wanga Xiaobo mógłby pójść innymi drogami i stać się opozycjonistą na emigracji, jak na przykład chiński laureat Pokojowej Nagrody Nobla z 2010 roku, dramaturg i prozaik Liu Xiaobo, o którym mówi się, że stał się sumieniem Chin po masakrze na Tienanmen. Jednak młody mężczyzna z omawianej tu powieści idzie inna drogą, próbując rozsadzić system sobie tylko znanymi sposobami – najpierw eksperymentując z ledwie przeczuwanym uczuciem homoseksualnym do przyjaciela z pracy, potem bawiąc się elementami sadyzmu i masochizmu w swoich działaniach (pobicie przyjaciela i erekcja w trakcie tego zdarzenia). Dalej – obserwując siebie w relacjach z piękną hunwebinką X Haiying, zatruwającą mu myśli ideologiczną papką, ale – koniec końców nie mogącą stłamsić w sobie kobiety i wciągającą go do łóżka. Ta piękność w zdezelowanym mundurze ma być jego sekretną policjantką i sprawować nadzór nad rozwojem politycznym, ale wspólna droga do komunizmu przeradza się w owo – wskazane we wstępie – „pożądanie”, któremu nawet ona nie potrafi się przeciwstawić. Wang Er próbuje eksperymentować seksualnie z poznaną studentką (Była męcząca, denerwująca i nienawidziłem jej. Ale później bardzo ja kochałem. To pokazuje, że nienawiść i miłość są jednak nierozdzielne.) ale niewiele z tego wychodzi, chociaż pocałunki, dotykanie piersi i przytulanie się do siebie, daje mu podstawy do prowadzenia zaawansowanej gry miłosnej z funkcjonariuszką systemu. Przez kilka lat godzi się na poniżanie i deprecjonowanie swojej wartości, ale wciąż śni o tym, że ją gwałci, bije, morduje i odwdzięcza się w ten sposób za zniewagi. Triumfuje, gdy X Haiying rozbiera się i zmusza go do uprawiania seksu, stale wyposażając wszystko w ideologiczny kontekst i właśnie wtedy jego „stalowy” penis staje się prawdziwym narzędziem odwetu. Kobieta nienawidzi go jako ofermę klasową, ale nie potrafi bronić się przed rozkoszą, którą daje jest stuprocentowy, jakże męski i chropawy Er. Tak akcja powieści z planów miejskich, fabrycznych i biurowych przenosi się do domu dziewczyny, w którym czują się bezpieczni i mogą uprawiać zakazany seks do woli. Niestety bariera jest zbyt duża i X Haiying po każdym zbliżeniu wraca do swojej roli, bezlitośnie kpiąc z Wanga i szukając pretekstu by go srodze ukarać. Jeśli tego nie robi, to tylko dlatego, że potrafi docenić jego męskie walory i nie wyobraża sobie, że mogłaby uprawiać seks z innym mężczyzną. Niestety nie wie, że jego sprawność ma podłoże sadystyczne, a kolejne przyspieszenia i szczytowania podczas stosunków są jak zabicie odwiecznego wroga i zmasakrowanie jego podłych szczątków. (Kochanie się z nią wymagało brutalności, odrobiny żądzy mordu).

Edukacja seksualna Wang Era idzie w parze z jego życiową przebiegłością, która koniec końców doprowadzi go do poznania kobiety, którą poślubi i pociągnie za sobą na studia do Stanów Zjednoczonych. Indoktrynowany przez agentkę systemu Mao, wychodzi cało z tego starcia, przede wszystkim za sprawą swojego wywrotowego charakteru i chęci eksperymentowania ze światem i sobą. Tylko taka postawa pozwala mu przetrwać zbliżenia z funkcjonariuszką, która przy nim powoli traci rozeznanie w hałaśliwym świecie hunwejbinów i wrogów klasowych. Jeszcze rzuca obelgi na Era – Za każdym razem, gdy się kochaliśmy, X Haiying mówiła, że jestem draniem, diabłem, złym nasieniem, wyzywała mnie jak psa. Oto mądrość czasów rewolucji z wyższej półki. Jeszcze próbuje go zadenuncjować, poniżyć, ale, gdy sama staje się obiektem donosu i cała fabryka zaczyna mówić o jej romansie z przerażająco brzydkim mężczyzną, godzi się z porażką i znika z jego życia. Wang Er widzi siebie jako cierpiącego na hemoroidy malarza, marzącego o wielkiej artystycznej karierze, ale borykającego się z problemami, jakie niosą czasy rewolucji kulturalnej. Widząc wszechobecną nienawiść, postanawia walczyć z nią tak, by funkcjonariusze systemu, nie zorientowali się, że jest kimś na kształt duchowego i cielesnego dysydenta. Z pokorą znosi obelgi i intrygi X Haiying, która jednak broni go na wiecach, przedstawiając jako, niegroźnego fajtłapę, a potem z nawiązką odbija sobie wszystko, gdy dominuje nad nią w łóżku i zaspakaja jej wyszukane fantazje erotyczne. Trudno się dziwić, że pisarstwo Wanga Xiaobo nie podobało się ówczesnym władzom chińskim, dążącym do radykalnej unifikacji społeczeństwa i wtłoczenia jednostek w tryby wielkiej machiny, pędzącej do przodu jak szybka kolej i nie dbającej o tych, którzy nie wytrzymali tempa. Po latach pisarz rozprawił się z nimi aluzyjnie w szkicu pt. Przyjemność myślenia, odnosząc swoją wypowiedź do hipotetycznego kolegi: Kilka lat temu, zaraz po tym, jak wyszedłem z ciszy i napisałem książkę, dałem ją starszemu znajomemu. Nie spodobała mu się. Uważał, że nie powinno się pisać w ten sposób. Według niego książki powinny edukować ludzi, uwznioślać ich dusze. Z pewnością przemawiała przez niego sama mądrość. Jednakże spośród wszystkich mieszkańców tego świata tym, którego duszę pragnę uwznioślić najbardziej jestem ja sam. Jest punkt widzenia całkowicie nikczemny i zupełnie egoistyczny, lecz absolutnie szczery. Paradoksalnie owa nikczemność i egoizm pozwoliły stworzyć kontrapunkt w kontaktach z ludźmi czasów rewolucji kulturalnej i pokonać tę, która miała nadzorować jego kształtowanie ideologiczne. Nie ona jedna legła w konfrontacji z „pożądaniem” i poddała mu się jak wiele kobiet przed nią i po niej, przegrała w ramionach Era, choć po latach okazało się, że były to jej i jego największe zwycięstwa.

Hiperrealistyczne obrazy ilustrujące tekst są autorstwa artysty, który nosi takie samo imię i nazwisko jak pisarz – Wang Xiaobo. Może to znaczący pseudonim, może pokrewieństwo, trudno dociec – autorowi nie udało się znaleźć w Internecie wiarygodnych informacji na ten temat.

CZARNY NEFRYT (9)

Była już późna noc, gdy żołnierze Czena dojechali do jaskini, ukrytej w górach. Tuż za nimi dwa konie wiozły Gao i Liu, a dalej podążały dość szybko trzy wypełnione po brzegi wozy. Stanęli przy wysokich krzakach berberysu, forsycji i czeremchy, które znakomicie maskowały wejście do kryjówki. Rozwiązano jeńców i wszyscy zaczęli przenosić bogactwa Wanga do połączonych ze sobą i ciągnących się daleko, daleko, ogromnych jaskiń. Rozpalono w nich ogniska i zatknięto pochodnie w specjalnych oprawach, przykutych do ścian. Dopiero w trzeciej komnacie były skrzynie, beczki, szerokie koryta wypełnione sianem i tam też znoszono wszystko. Trwało to bardzo długo, bo przejście przez krzaki było wąskie i miejscami trzeba było przeciskać się przez ciemną gęstwinę. Na końcu wniesiono rulony wzorzystej materii, miecze misternie inkrustowane złotem, topory i halabardy. Wszyscy usiedli przy dużym ogniu, by ogrzać się, gdyż zrobiło się bardzo zimno, ale nie posiedzieli długo, bo z daleka dobiegać zaczął odgłos końskich kopyt. Nikt ani nie drgnął, póki u wejścia nie pojawił się Czen i dwóch jego towarzyszy. Dowódca pomaszerował szybkim krokiem do trzeciej jaskini, zlustrował łupy, uśmiechnął się szelmowsko i wrócił do pozostałych.

– Dobra robota – powiedział i klasnął w dłonie – Należy wam się nagroda…

Jeden z przybyłych podał mu czarne dzbanki z wódką i poszedł na zewnątrz, do konia, by wyciągać z worków małe czarki. W Chinach nikt nie pyta o nieobecnych, więc wkrótce zmęczeni żołnierze pili ze smakiem, uderzali naczyniem o naczynie, śmiali się i wesoło rozprawiali. Ta sama wódka, która wcześniej zmorzyła cały oddział, odebrała szybko świadomość pozostałym żołnierzom. Gao i Liu siedzieli z boku, przy innym ognisku i też dostali sporo alkoholu. Przytuleni do siebie rzucali lękliwie spojrzenia ku środkowi jaskini, udawali, że piją i czasem szeptali coś sobie do ucha.

– Nie pij tego Liu – powiedział Gao – nie podoba mi się to, co oni tutaj robią…

– Udajmy, że śpimy, to może dadzą nam spokój… – szepnęła kobieta.

Czen chodził pomiędzy żołnierzami i sprawdzał, czy wszyscy już śpią. Patrzył też raz po raz na Gao i Liu, a w końcu przystanął, wziął się pod boki i ruchem głowy, jakby coś potwierdzał, dał znać najwierniejszym towarzyszom, że mają zająć się upitymi mężczyznami. Ci chwytali jednego po drugim i przeciągali, za ręce, na skraj wewnętrznej przepaści, głębokiej na ponad sto metrów. Tam z rozmachem zrzucali nieprzytomnych i wracali po następnych, a gdy już cisnęli ostatniego, skierowali się ku jeńcom. Czen pokręcił przecząco głową i sam podszedł do nich, sprawdzając jak głęboki jest ich sen. Kopnął z rozmachem Gao w udo, a gdy ten nie drgnął, szarpnął Liu i odciągnął ją na bok. Przykucnął przy udającej sen kobiecie, pogłaskał po piersiach i wsunął jej rękę między uda. W tym samym momencie Gao skoczył w powietrze z dzikim wrzaskiem, szarpnął leżącą na ziemi halabardę i zamachnął się na Czena. Wysłannik był jednak dobrym żołnierzem, wyćwiczonym w licznych wojnach, więc odskoczył błyskawicznie, chwycił długą kopię, z ostrzem jak nóż i z zakrzywionym hakiem i natarł z impetem na napastnika. Pozostali przy życiu dwaj żołnierze, też sięgnęli po halabardy i czekali na dogodny moment, by pomóc swojemu panu. Na razie jednak Gao i Czen toczyli bój, w powietrzu słychać było świśnięcia ostrzy, to tu, to tam migały one i krzesały iskry przy głowach przeciwników. Gao był prawdziwym mistrzem walk, więc szybko zaczął zyskiwać przewagę. W pewnym momencie zdecydowanie przyparł Czena do muru i ten zawołał z rozpaczą:

– Na co czekacie durnie….!!!

Żołnierze doskoczyli do Gao i zaczęli uderzać na oślep. Młodzieniec musiał teraz bronić się przed trzema sprawnymi napastnikami i zrozumiał, że jest to walka na śmierć i życie. Przygryzł wargi i z ogromną siłą zaczął kręcić młynka swoją halabardą. Jednocześnie tak się przesuwał, że stworzył wolne pole dla Liu, wciąż jeszcze udającej, że śpi. W końcu, między szybkimi oddechami, krzyknął:

– Liu przesuń się za mnie, bo cię uderzą…

Kobieta natychmiast wstała i powędrowała kilkanaście kroków ku wnętrzu jaskini. To był sygnał dla jej ukochanego, który przestał kręcić w powietrzu koła swoją bronią i na chwilę zatrzymał się. Czen syknął:

– Bierzcie go z boków…

Gao był na to przygotowany i tak wodził ostrzem w powietrzu, że żołnierze nie mogli przesunąć się za bardzo ani w jedną, ani w drugą stronę. W końcu jednak ruszyli, a wtedy rzucił się też do przodu Czen. Gao podskoczył i miał zamiar wylądować na sporym kamieniu, ale jego noga pechowo skrzywiła się, kość piszczelowa gruchnęła jak suchy patyk i młodzieniec rozpaczliwie zwalił się na ziemię. Na to tylko czekali przeciwnicy, którzy nieomal równocześnie wbili mu w plecy trzy ostrza.

– Liu…. – wrzasnął Gao i wydał ostatnie tchnienie.

Kobieta widząc śmierć ukochanego jęknęła przeraźliwie i ruszyła w kierunku przepaści. Czen szybko zastąpił jej drogę, doskoczył i chwycił ją z ogromną siłą za włosy. Podbiegli też dwaj kompani i chwycili ją za nogi. Wierzgała nimi i próbowała się wyrwać, krzyczała i biła rękoma powietrze. Jeden z zaufanych otworzył jej przemocą usta i wlał w nie alkohol, zmieszany z proszkiem usypiającym. Potem uczynił to raz jeszcze i jeszcze raz, nie bacząc na to, że Liu krztusiła się i prosiła o litość. W końcu rzeczywistość zaczęła niknąć w jej świadomości, zamknęła oczy i zapadła w czarny sen. Czen wskazał na stertę skór i żołnierze zanieśli tam Liu, odarli ją z odzienia, rozszerzyli nogi i czekali na Czena. Ten podszedł szybko, odwiązał rzemień na pasie, zrzucił skórzane spodnie i przybliżył się do uśpionej kobiety. Zaczął ją gwałcić tak intensywnie, że mężczyźni z boku ledwie mogli ją utrzymać. Robił to długo, okrutnie wgryzając się zębami w uda i łydki, aż w końcu poczuł ogromne ciepło i rozkosz. Wysunął się z niej, przysiadł na kamieniu obok, zapalił fajkę, pyknął z niej parę razy, a potem znowu dziko doskoczył do kobiety. Czynił tak trzykrotnie, za każdym razem czując, że rozpala się do czerwoności i uwalnia się od bagażu męskości. Gdy skończył, jego kompani chcieli skorzystać z okazji i też ruszyli do kobiety, ale jedno uderzenie krótkiego bicza w powietrzu spowodowało, że niemal równocześnie odskoczyli w popłochu.

– Ubrać ją – wydał rozkaz Czen – I nie ważcie się jej tknąć…

– Tak jest panie Czen – odpowiedzieli i zaczęli naciągać ubranie na tułów, pośladki, ręce i nogi Liu.

Czen przygotował sobie posłanie ze skór niedźwiedzich i tygrysich, przykrył się ciepłym futrem pantery i nieomal natychmiast zasnął. Dwaj żołnierze doprowadzili do porządku kobietę, przykryli ją owczymi skórami i też przygotowali sobie miejsce do spania. Na wysokiej półce skalnej, w środkowej jaskini, przesuwał się wielki czarny wąż i patrzył z daleka na leżących ludzi. Ciągle żywe ogniska odstraszały go jednak i skierował się ku skałom, które schodziły w dół, ku przepaści. Wyczuwał tam krew i instynktownie kierował się ku leżącym w dole, postrzępionym podczas upadku i powyginanym ciałom. Na stercie kości i czaszek, pośród których buszowały szczury, nietoperze i roje robactwa, leżały też bez bezwładnie, zmasakrowane zwłoki Gao.

Noc przełamywała się nad górami i na wschodzie pojawiła się pierwsza, wąska i niewyraźna smuga światła. Z każdą chwilą jednakże tężała i powiększała się, aż w końcu pierwsze promienie słońca wystrzeliły nad szczyty i rozlały na niebie tęczę barw. Sikorki i zięby, szczygły i pliszki obudziły się i zaczęły głośno pokrzykiwać, śpiewać długimi trelami i nawoływać się z daleka. Przed wejściem do jaskiń przeszedł czarny niedźwiedź, zatrzymał się na chwilę, długo wciągał powietrze w nozdrza, a gdy poczuł woń koni i ludzi, umknął szybko w góry. Liu obudziła się pierwsza i poczuła straszny ból w okolicy łona, dokuczały jej  też rany na nogach i rękach. Kątem oka zauważyła, gdzie śpią żołnierze i ich dowódca, uniosła się na łokciu i zauważyła, że niedaleko Czena leży nóż, który zapewne wypadł zza pasa Gao. Cichuteńko, bezszelestnie wstała i podeszła do niego. Potem jeszcze delikatniej, przesunęła się ku wysłannikowi, który spał głębokim snem i głośno chrapał. Nie zwlekając dłużej wbiła mu nóż w kark i przeciągnęła ku gardłu. Czen zamachał rękoma i wydał z siebie ledwie głuchy dźwięk. Liu odczekała chwilę i przesunęła się ku żołnierzom, którzy nie widząc zagrożenia, wypili wieczorem sporo wódki usypiającej. Pamiętając o naukach Gao, zabiła ich z taką samą wprawą, jak wcześniej zrobiła to z Czenem. Dopiero teraz usiadła na stercie skór i gorzko zapłakała, a łzy zrosiły jej rzęsy, popłynęły po policzkach i zaczęły kapać na ziemię. Jeszcze wczoraj miała ukochanego mężczyznę i chciała ułożyć sobie z nim życie, jeszcze tak niedawno świat wydawał jej się piękny i marzyła o dalekich wyprawach, o wspólnym życiu, o przytulnym domu i o dzieciach. A teraz cóż pocznie i gdzie się podzieje? Wszędzie tylko zbrodnia i zło! Niesprawiedliwość i cierpienie! Z wielkim trudem zaciągnęła trzy ciała nad brzeg przepaści i zrzuciła je w dół, tam gdzie ciśnięto też zwłoki jej mężczyzny. Widziała w tym jakąś zasadę, odbierała to jako rodzaj sprawiedliwości, zapłaty za przewinę. Przez chwilę się wahała, przecież nie zdołałaby zejść na dół i wydobyć ciała ukochanego. Napatrzyła się w życiu na śmierć i podchodziła do niej jak do zwieńczenia naturalnego cyklu. Broniła życia i cieszyła się nim, ale też wiedziała, że porzucenie ciała niczym nie różni się od ścięcia włosów. Wyszła przed jaskinię, wydostała się przed krzaki i natychmiast poczuła jak chłodne, poranne powietrze uderzyło w nią. Na niewielkiej łące narwała pięknych kwiatów i uplotła z nich duży wianek. Wróciła do jaskini i na brzegu przepaści rzuciła go w dół.

– Żegnaj ukochany Gao… – szepnęła suchymi od cierpienia ustami – Żegnaj moja miłości… Muszę wejść na drogę, po której nie chciałam iść… Żegnaj moja miłości… Jestem płaczącą wdową i idę cię pomścić…

PTAKI WONGA SIFU

Mieszka w Hongkongu i niewiele o nim wiemy. Tylko tyle, że uprawia karate, jest z zawodu policjantem i zapalonym ornitologiem-fotografem. Osiąga niezwykłe wyniki w zakresie fotografii przyrodniczej, ze szczególnym uwzględnieniem najbarwniejszych ptaków azjatyckich.  Oto próbka jego wspaniałych możliwości… Choć wydaje się, że ptaki zostały podkolorowane, to są to barwy rzeczywiste.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

« Older entries

%d blogerów lubi to: