SEN XXIX

rebel-angels

Czarna opończa zmroku opadła na stepy i dalekie szczyty górskie i tylko maszerująca kohorta połyskiwała w dali, oświetlana blado przez księżyc. Szli równo i kierowali się ku północnej fortecy, na szczycie której widać było wyraźnie rozpalone ognisko. Czerń wdzierała się wszędzie, a w białkach oczu wojowników połyskiwały czerwone ogniki sygnałowych płomieni i srebrne denary Luny. Uderzanie sandałów o grunt rymowało się z chrzęstem nagolenników i stukaniem pochew mieczy o zbroje, a słychać też było raz po raz głośne puknięcia kopi o kamienie i piasek. Gdyby ktoś patrzył na nich z wysoka, powiedziałby, że to ogromny grot strzały, zbliża się do zamku, omija przeszkody, zakręca tak jak koleiny w drodze się wiją i mknie w dal. Legioniści marzyli o ciepłej kąpieli, o uczcie z winem i jadłem i o żądnych orgii kobietach, z którymi połączą się w miłosnym uścisku. Tylko Markus, dowódca kohorty, myślał o czekającym go spotkaniu z legatem, któremu będzie się musiał wytłumaczyć z porażki, albo zabić go ciosem nagłym i zdradzieckim. Nie mógł pokonać Germanów, bo miał za małe siły, a nawet jego zaprawieni w bojach żołnierze, załamywali się na widok ściętych głów dawnych kompanów, zatkniętych na piki, albo spuszczanych ze wzgórz wprost pod ich nogi. Walczyli jak lwy i pantery, ale wrogowie byli silni jak demony i rozkoszowali się przelaną krwią, okaleczali ich bezlitośnie i wiedzieli, że ich mrowie, może zalać każdą armię. Ileż zarośniętych, ohydnych łbów ściął w szale i zapamiętaniu bitewnym, ileż niewiast i dzieci nadział na piki, a stale przybywali nowi przeciwnicy, pchając przed sobą wozy wypełnione niewiastami i dziatwą wrogich plemion. Nie było rady, trzeba było zabijać wszystkich, bo barbarzyńcy używali ich jak barykad i taranów bojowych, a potem wyskakiwali nagle spoza nich i mordowali dzielnych mężów. To nie była bitwa, to była rzeź, w której słychać było jęk ranionych i zabijanych i dziki wrzask wrogów, ruszających do ataku. Nie było rady, wahał się dosyć długo, aż w końcu, przybity i zdruzgotany, postanowił dać hasło do odwrotu. Łatwiej było zabijać niewielkie grupki pościgowe, niż walczyć w polu z potężniejącą stale i ziejącą nienawiścią masą. Teraz stanie naprzeciw legata i będzie musiał zdać relację z tego, czego dokonał i jakich rozkazów nie wypełnił – wiedział, że szybko będzie musiał ocenić sytuację, bo pamiętał, iż wiele razy ścinano głowy nawet najpotężniejszym senatorom. Kohorta stanie za nim murem, ale może w fortecy stacjonują już większe oddziały, wierne temu, którego imperium ustanowiło zarządcą tych ziem. Jeszcze mila i wszystko stanie się jasne, jeszcze dwa tysiące kroków i wyciągnie uniesioną dłoń w górę, potwierdzając swoje oddanie i wierność cesarzowi. Czy zarzucą mu wtedy sieć na głowę, czy strzelą do niego z łuku, a może zza kolumny wysunie się skrytobójca, który podbiegnie do niego i błyskawicznie oddzieli jego głowę od reszty ciała. Rozmyślał i tonął w smutkach, zerkał co chwilę na potężniejący kształt budowli, dziwnie odległy i ziejący chłodem. Byli już bardzo blisko, gdy zobaczył, że na murach pełno jest zakapturzonych postaci z czerwonymi ślepiami, połyskującymi w mroku jak rozpalone kawałki drewna w ognisku. Z wyniosłej wieży spływały na dół ogromne, oślizłe ramiona ośmiornicy, na których rozwierały i zamykały się błękitne przyssawki, a wyżej ledwie rysowała się w ciemności potężna głowa z inteligentnymi oczyma. Ze środka twierdzy, aż do nieba, sunął w górę ogromny lej, w którym kotłowały się skrzydlate geniusze i demony z rogami na głowie. Jakieś potworne, czarne ptaki, wielkie jak wozy drabiniaste, nadlatywały na nich i krakały przeraźliwie. Ale w powietrzu unosiły się też ryby kraby, jaszczury, gryfy, wielkie jak łodzie karaluchy i modliszki, a czasem, jak sztandar bojowy, rozjaśniły mrok złote, motyle skrzydła. Nie zdążył wykrzyknąć rozkazu, żołnierze nie ustawili przed sobą i nad głowami tarcz, a już masa stworów i przeraźliwie krzyczących, skrzydlatych wojów zalała ich i zaczął się mord. Nad dowódcą zawisł wielki biały archanioł, który przyjrzał mu się dokładnie, uśmiechnął się lekko, a potem świsnął wielkim, płonącym mieczem i w jednej chwili wszystko zgasło, wszystko ucichło, rozmyło się w amarantowym śnie.

Reklamy

* * *

Cypr

Dzisiaj mam znakomity humor i nie wiem skąd to się wzięło, częściej przecież noszę w sobie jakieś smutki, rozważania, dalekie oddalenia. Wyszedłem na długi spacer i wdychałem głęboko ciepłe powietrze. Gdyby to była wiosna, wydawałoby się jeszcze dosyć lodowate, ale po ostatnich mrozach odbiera się je jako rodzaj lżejszego powiewu. Ogromny, złoty księżyc w pełni, wiszący nad horyzontem, a potem coraz mniejszy na wysokim niebie, i już zamglony, ledwie widoczny. Czuję, że coś nadchodzi, coś niezwykłego się zbliża, jakiś wewnętrzny głos mówi mi, że będzie się działo… A zresztą u mnie zawsze coś się dzieje, a rozpoczęte projekty rozpalają moją wyobraźnię i przydają mi ogromnej energii. Zawsze mam co robić, tym bardziej, że pracuję według podjętych postanowień, wytyczonych szlaków, którymi podążam dość konsekwentnie. Niestety wdziera się też do mojego życia polskie barbarzyństwo, z jego nieodłącznymi atrybutami, zawiścią i chamstwem, poczuciem bezkarności i oszustwem. Jakkolwiek by nie było, będę dążył do szczytnych celów, zrobię co jest do zrobienia i pociągnę za sobą tych, którzy będą chcieli uczestniczyć w tajemnym rytuale naszego czasu.

KIRKUT W PIOTRKOWIE TRYBUNALSKIM

Pod koniec listopada byłem w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie odwiedziłem stary cmentarz żydowski, założony jeszcze w 1792 roku. To miejsce uświęcone krwią Żydów, którzy zostali zamordowani w tym miejscu przez hitlerowców. Ogromna społeczność tego miasta została zdziesiątkowana, a większość tych, którzy ocaleli, wyemigrowała z Polski. Chodziłem pomiędzy macewami, przystawałem przy domkach, ochraniających groby znamienitych rabinów i czułem w sobie rozpacz istot, które nie zrobiły nikomu nic złego, a zapłaciły za swoje pochodzenie cenę najwyższą. Przywiozłem z tej wyprawy sporo zdjęć, które tutaj reprodukuję, jako obraz miejsca, które domaga się renowacji, naprawy dróg dojazdowych i murów, ponownego umieszczenia w ziemi macew i wytyczenia głównych ścieżek.  

1

2

3

4

5

6

7

7a

8

9

11

12

13

14

LUDZKOŚĆ W OBRAZACH (XII)

Lord_Frederick_Leighton_FLL016

Sir Frederic Leighton – autoportret

Sir Frederic Leighton (1830–1896) należy do tych fascynujących postaci dziewiętnastowiecznego malarstwa i rzeźby, które wywarły ogromny wpływ na sztukę realistyczną epoki wiktoriańskiej i mimetyzm następnego stulecia. Przyjaźniący się z Ingresem, Delacroix, Corotem i Milletem, stał się też wzorem dla takich twórców jak Alma-Tadema, Rudolf Ernst, Albert Joseph Moore, Edward Poynter, dla niektórych prerafaelitów i dwudziestowiecznych hiperrealistów. Na jego płótnach – jak u malarzy wskazanych wyżej – znajdziemy sceny rodzajowe, historyczne, mitologiczne, a także zdumiewające kompozycje symboliczne. Urodzony w bogatej londyńskiej rodzinie miał doskonałe warunki do tego, by się kształcić, a gdy tylko ujawnił swoje niezwykłe uzdolnienia, został wysłany do Włoch i Niemiec, gdzie studiował malarstwo i rzeźbę, a potem jeszcze ugruntował swoje metody i nastawienie realistyczne w Paryżu, obcując z największymi malarzami epoki.Prowadząc przykładne życie, nie wzbudzał niezdrowych emocji, a raczej piął się coraz bardziej w hierarchii angielskiego społeczeństwa, zostając w końcu prezydentem Royal Academy i zyskując tytuł baroneta. Zmarł co prawda w dzień po nadaniu tej godności, w wieku zaledwie sześćdziesięciu sześciu lat, ale i tak pozostawił ogromny dorobek, który stawał się niejednokrotnie podstawą obszernych studiów i był prezentowany w wielu muzeach, upowszechniany w formie albumów i osobnych reprodukcji. Tak Leighton pojawił się w świadomości kilku pokoleń, a stając się ilustracją dla opracowań krytycznoliterackich i historycznych z czasów starożytnych, znakomicie wpłynął na rozumienie odległych wydarzeń. Jego malarstwo i rzeźba przyczyniły się do fascynacji antykiem w epoce modernizmu i lat pomiędzy światowymi wojnami. W swoim barwnym życiu robił też karierę w wojsku i obdarzony został stopniem pułkownika specjalnej grupy twórców, angażujących się ochotniczo w walki. Podczas pogrzebu, 3 lutego 1896 roku, jego ciało zostało odprowadzone z honorami wojskowymi do słynnego memoriału londyńskiego – katedry pod wezwaniem św. Pawła, gdzie spoczęło obok polityków, artystów i poetów, postaci zasłużonych dla wysp brytyjskich i całego świata.

111

Jednym z najsłynniejszych obrazów Leightona jest Jaskrawy czerwiec (Flaming June), w którym artysta w symboliczny sposób ukazał sen tajemniczej nimfy, pośród nostalgicznych krajobrazów śródziemnomorskich, w tle charakterystycznej roślinności i refleksów świetlnych na spokojnej toni. Mamy tutaj do czynienia z motywem znanym z obrazów Giorgione’a i Tycjana, a modelką była prawdopodobnie słynna aktorka angielska Dorothy Dene, w której malarz podobno był zakochany, ale ogromna różnica wieku wykluczała w tamtych czasach związek małżeński. Nie brakuje wszakże głosów, które optują za tym, że na obrazie malarz uwiecznił słynna divę operetkową – Mary Lloyd, choć podobieństwo jest dyskusyjne. Mówiono o Dene, że pod koniec dziewiętnastego wieku była najpiękniejszą kobietą Anglii, komentowano też żywo jej udane tourne po Ameryce, gdzie występowała na scenach Nowego Jorku i była obiektem westchnień wielu mężczyzn. Miała włosy o złocistym odcieniu, wspaniałą sylwetkę z dość długimi rękoma, ciekawy rysunek twarzy i fiołkowe oczy. Trudno się dziwić, że malarze zabiegali o nią, jako modelkę, uwieczniając ją na wielu płótnach, przyoblekając przy tym w nimb tajemniczości i tęsknoty za pięknem najczystszym. Dama ta niewiele przeżyła Leightona, bo zmarła na zapalenie otrzewnej, zaledwie trzy lata po jego śmierci, będąc kobietą czterdziestoletnią, przed którą było jeszcze wiele życiowych ról do wypełnienia. Kimkolwiek by nie była owa istota, sportretowana przez malarza, stworzył on czytelny symbol sennej egzystencji i obezwładniającej mocy śmierci. Niemoc powoduje, że ciało jego nereidy leży bezwolnie na szkarłatnej materii, a tylko usztywniona stopa zapobiega zsunięciu się na ziemię. Włosy ułożyły się swobodnie na boku, ręce są powyginane i leżą bez czucia, a całość sylwetki okrywa pomarańczowa, muślinowa materia, przez którą wyraźnie prześwitują kształtne uda, pośladek i jędrna skóra. Gdzieś tam, w dalekim tle, jest oświetlone słońcem morze, po bokach turkusowe, a w środku złote, dalej jakieś skaliste wyspy i różowiejący przestwór nieba. Kobieta opiera się o białą, marmurową ławę – charakterystyczny element obrazów akademickich, ukazujących zdarzenia z czasów starożytnych – a z prawej strony wyraźnie rysują się, wystające zza kamiennych elementów czerwone kwiaty i liście oleandra. To wskazanie, że sen bywa jak trucizna (roślina ta jest trująca) i pogrąża ludzi w takiej samej niemocy, jak zażycie narkotyku. W głębszej warstwie symbolicznej chodzi o śmierć, którą unaocznia też jaskrawość pomarańczowego okrycia, będąca rodzajem muzycznego kontrapunktu. Choć kolor pomarańczowy kojarzy się nam z opadającymi liśćmi i dojrzewającymi owocami, to jego symbolika jest szersza, przypisana ziemi i słońcu, a w systemie religii hinduistycznych i buddyzmu łączy się z ogniem, który wywołuje głęboką, wewnętrzną przemianę, oraz pozbycie się ziemskich pragnień. Śpiąca nimfa, leżąc bez czucia, obezwładniona przez sen, tę chwilową śmierć i przypomina rzymską boginię Junonę, od imienia której wziął swoją nazwę szósty miesiąc gregoriańskiego kalendarza.

Lord_Frederick_Leighton_FLL010

Pośród ogromnej spuścizny malarskiej Leightona i wielu bardzo skomplikowanych, wielkoformatowych obrazów, znajdziemy nieco klasycznych, mniejszych portretów, które warte są refleksji. Oto przedstawienie bliżej nieokreślonej blondynki z włoskim tytułem – Biondyna – z 1879 roku. Zachwyca ono swoją prostotą i dbałością o oddanie na płótnie delikatności, subtelności i zwiewności dziewczęcej urody. Dziewczynka ma trzynaście, a może piętnaście lat, włosy nosi starannie upięte do tyłu, z zadziornie uwolnionymi kosmykami, tuż nad czołem i lewą skronią. Wszystkie elementy jej sylwetki i twarzy tchną młodością; a więc delikatna, gładka skóra, łabędzia szyja, wyraziste brwi i rzęsy, subtelny nosek i pełne, różowe usta, nad cudownie ukształtowaną bródką. Ale najwyrazistsze są ogromne, piękne oczy, w których odbija się światło i znać w nich rodzaj zrozumienia, statycznej powagi, niezbędnej dla właściwego jej sportretowania. Jest prawdopodobnie wieśniaczką, na co wskazuje charakterystyczny strój, który spotkać można było w dziewiętnastym stuleciu od Anglii, przez Francję i Hiszpanię, aż do Włoch. To biała suknia, na którą dziewczę narzuciło kubraczek, przytrzymywany na miejscu dzięki finezyjnie zawiązanym tasiemkom. Piersi się jeszcze u niej nie wykształciły, co powoduje, że jest aseksualna, choć jakże cudowna w swojej skromności i kruchym pięknie. Nie jest to uroda zjawiskowa, wampiryczna i oszałamiająca, raczej harmonijna, składająca się z fascynujących elementów, które natura połączyła w jednię. Z  niej dopiero może wyrosnąć piękność szokująca mężczyzn, ona dopiero może przekształcić się w wampa, choć jest już bardzo blisko tego momentu, utrzymuje jakże wymowną powagę. Łatwo sobie ją wyobrazimy, gdy nabierze krągłości, ufarbuje włosy, założy złocistą lub amarantową suknię, a oprawę oczu umaluje barwnymi cieniami i czarnym tuszem. Na razie znajduje się w dziwnym punkcie, pomiędzy dzieciństwem a dorosłością, między zabawą lalką, a tuleniem do piersi żywego dziecka. Malarzowi udało się ukazać jej lekkość i krasę, świeżość i odwagę w trudnej sytuacji, gdy dorosły mężczyzna odwzorowuje ją na płótnie. Urodziła się w jakimś miejscu Europy, zapewne w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, przeżyła swoje pierwsze lata, weszła w wiek młodzieńczy i wtedy spotkał ją ten, który miał zatrzymać w czasie proces starzenia się i utraty piękna, ten, który miał ocalić dla następnych pokoleń jej wyjątkowość – chwilę, która miała się nie skończyć. Jakże to wspaniałe, że rodziły się i stale przychodzą na świat tak wykwintnie ukształtowane istoty, jakie to przerażające, że takie byty musiały potem stawać do konfrontacji z okrucieństwem ludzkim, z gwałtami i zbrodniami, wojnami i z wielkimi zawirowaniami dziejowymi. Będąc sama istotą kruchości i zwiewności, musiały przeistaczać się w twarde matki i żony, ale jakże też często stawały się ofiarami swoich czasów. Na obrazie Frederica Leightona dziewczynka o jasnych włosach będzie bezpieczna aż po kres czasu, a nawet jak skruszeje płótno i zabiegi konserwatorskie okażą się płonne, na zawsze pozostanie, multiplikowana w elektronicznej sieci, której w swoim realnym życiu nie mogła nawet sobie wyobrazić.

Leighton_Lord_Frederick_Girl-horz

Angielski realista namalował też dwa razy młodszą dziewczynkę o nieco innym charakterze urody, jakby bardziej kruchą, w wieku dziesięciu lat, a może ośmiu, trudno to jednoznacznie określić, bo dziecko uczesane jest jak dorosła kobieta. Jej cienkie włosy zawiązane zostały w rodzaj koka, a na czoło spada długa, zawadiacka grzywka. Mamy tutaj dwa ujęcia – od tyłu, z twarzą ukazaną z lewego profilu i z przodu, z tą samą częścią głowy. Pierwszy obraz nosi tytuł najprostszy z możliwych – Girl – a drugi sugeruje, że mamy do czynienia z dziewczynką o germańskim imieniu Gulnihal. Obrazy powstały około 1886 roku, a ta sama modelka pojawia się jeszcze na kilku płótnach, specjalnie upozowana i ubrana, na przykład jako Letty. Jedno z teł jest czarne, a drugie brązowe, z elementami światła po lewej stronie, co w obu przypadkach powoduje, że namalowana postać wysuwa się na plan pierwszy, jakby została oświetlona reflektorem punktowym. Raz ma na sobie białą bluzkę (lub sukienkę) z koronkowym kołnierzykiem, a za drugim razem ukazana została w powiewnej, może jedwabnej, a może atłasowej narzutce w kolorze łososiowym. Do tego ma na sobie ciemną suknię, a w okolicach piersi widać fragment czerwonej bielizny, z białą koronką. Wszystko tutaj zdaje się być oczywiste, czyste, wypielęgnowane, elementy stroju i kształt sylwetki nie wzbudzają większego zainteresowania, natomiast całą uwagę przykuwa twarz dziecka, jakże kształtna i subtelna, wskazująca na to, że jest to istota, z której wyrośnie kiedyś piękna kobieta. Oba portrety wpisują się w ciąg przedstawień różnych typów żeńskiego piękna, które powstawały w różnych okresach życia lorda Leightona, a potem przyozdabiane były w specjalnie ramy, ze smakiem dobierane i zamawiane u zaufanych stolarzy. W ostatnich latach na całym świecie powstało wiele firm oferujących niezwykle dokładnie wykonane reprodukcje, oddające nawet fakturę obrazów, które można zamawiać do ozdobienia różnorakich wnętrz. Kobiece portrety tego malarza mają ogromne wzięcie i często wykorzystywane są przy aranżacjach wykwintnych salonów, żeńskich sypialni i gabinetów do pracy. Ludzi nieodmiennie zachwyca lekkość i delikatność tych przedstawień, jakby wydobycie najpiękniejszych cech ludzkich z modeli i wskazanie, że należymy do gatunku, który oprócz morderców i tyranów, wydawał też takie prawdziwe cuda. Krytycy sztuki akademickiej twierdzą, że obrazy takich twórców jak Leighton są zbyt wyidealizowane, upozowane i sztuczne, choć za każdym razem muszą przyznać, że artyście udało się oddać nastrój chwili i jej pulsowanie prawdziwym życiem. Trudno się dziwić, że tyle odznaczeń i honorów spłynęło u końca życia na tego realistę, wszak jego sztuka to artyzm niepowtarzalny, wielkość objawiająca się w obrębie umiejętności manualnych i wiedzy o odległych czasach, to prawdziwie natchnione dzieło ludzkiego geniuszu.

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (6)

155726_174683375886639_122368921118085_444012_1988958_n

Chodziłem po cmentarzu i zatrzymywałem się przy grobach kolegów i koleżanek, dłużej stojąc przy granitowym obelisku z portretem dziewczyny, z którą często rozmawiałem w autobusie, jadącym do szkoły. Powoli ruszyłem z nogi na nogę i skierowałem się w stronę świeżego grobu Morrisona, a w pamięci przesuwały mi się obrazy z naszego wspólnego życia. W końcu dotarłem na miejsce i usiadłem na jakiejś ławeczce, tuż przy wyniosłej topoli, na której słychać było sikorki i szczygły. Czułem się jak zdrajca, który cierpliwie czekał by zagarnąć dziewczynę zmarłego, a jak tylko przyklepano grób, natychmiast poszedł z nią do łóżka. Zamyśliłem się i zobaczyłem nas, dużo młodszych, nad jeziorem, skaczących z łodzi do wody i pływających przy trzcinach. A potem leżących na żółtym piasku i powoli schnących w słońcu, rozmawiających o muzyce rockowej i płytach, które chcielibyśmy mieć w swoich kolekcjach. Czułem, że w nim jest jakieś bolesne pęknięcie i nawet, gdy ożywiał się, opowiadając o albumie zespołu Black Sabbath, o jego mrocznej aurze i intrygujących motywach, był smutny jakby przeżył jakąś niewyobrażalną tragedię. Leżał na plecach i długo patrzył na białe chmury, majestatycznie przesuwające się po ogromnej kopule nieba. Nagle odwrócił się na brzuch, zerwał źdźbło trawy, wsunął je między usta i odezwał się do mnie:

 – Ja ją tak kocham, że aż tracę oddech, jak o tym myślę… Wszystko w niej jest wspaniałe, zapach włosów i skóry, rysunek palców u rąk i nóg, a nade wszystko oczy, w których można utonąć…

–  Ja lubię jej głos… – powiedziałem, bojąc się, że wywołam zazdrość przyjaciela.

– Głos… ale te nogi, bracie, te uda i ich zakończenie… No i piersi, takie okrągłe, cieplutkie, delikatne jak miąższ brzoskwini…

 Tak, teraz wiem, że miał racje, choć nigdy nie obcował z nimi tak blisko jak ja, choć nigdy nie poczuł jak twardnieją i unoszą się w górę, w zetknięciu z męską dłonią. Łza mimowolnie wypłynęła mi z oka i wolno przemierzyła policzek, otarłem ją i spojrzałem ku koronom drzew, przez które ledwie prześwitywało słońce.

defc97070002674e4c7bff34

Patrząc na pokryty kwiatami grób, znowu ujrzałem go w otwartej trumnie, straszliwie odmienionego, trupiego i coraz bardziej zapadającego się w sobie. Jego cera przybrała ziemisty kolor, a pod powiekami nie było wypukłości, jakby gałki oczne stopniały albo wpadły do środka głowy. To nie był już Andrzej, to był demon, który powoli wnikał do mojej świadomości i zagarniał ją coraz szerzej. Dolna warga opadła mu lekko w lewo i wyglądał teraz jakby kpił ze mnie i Janis, jakby nabijał się z całego świata i tego, co się stało. Wstałem szybko z ławki i podszedłem do kopca, z którego spadło kilka kwiatów. Chciałem je podnieść i ułożyć na szczycie, ale nagle zobaczyłem coś, co zmroziło mnie do głębi – oto pośród róż i lilii leżały dwa ścięte warkoczyki, z wplecionymi w nie konwaliami.

 – Ona tutaj była… – przemknęło mi przez myśl i odruchowo rozejrzałem się dookoła, a potem jak echo powróciły jeszcze raz słowa– Ja ją tak kocham, że aż tracę oddech, jak o tym myślę… Wszystko w niej jest wspaniałe, zapach włosów i skóry, rysunek palców u rąk i nóg, a nade wszystko oczy, w których można utonąć…

Przez świadomość przemknęły mi obrazy wspólnej nocy z Janis, gorące pocałunki i bliskość ciał, jakże rozpalonych i rymujących się ze sobą. Nagle też, nie wiedzieć skąd, zacząłem rozmyślać o prawdziwym Jimim Morrisonie, który dał imię temu, który leżał teraz dwa metry pod ziemią. Gdy kilka lat temu przedawkował narkotyki w paryskim hotelu, miał zaledwie trzydzieści dwa lata i mógł jeszcze stworzyć wiele przebojów, takich jak Riders On The Storm, People Are Strange czy Light My Fire. No ale chciał żyć mocno, chciał manifestować swoje niepogodzenie ze światem. Kochał do szaleństwa swoją kosmiczną przyjaciółkę Pamelę Courson i Andrzej – chcąc go naśladować – tak samo pokochał Janis. Jimbo – jak go nazywali kumple z zespołu – w pewnym momencie zaczął tracić kontakt z rzeczywistością i zaczął szaleć na koncertach, demolować sprzęty, popisywać się pijaństwem albo tym, że jest odurzony. Dziwne były te podobieństwa kolegi, który odebrał sobie życie i jego amerykańskiego idola. Też miał ważnego ojca, na wysokim stanowisku i denerwował się, że mu nigdy nie dorówna, że zbłaźni się i okryje go hańbą. I też bawił się jaszczurkami, które wyłapywał w lesie, a potem przetrzymywał je w pustym akwarium. Nie wiem, czy tak jak Jimi czuł się Królem Jaszczurem, czy studiował Nietzschego, Blake’a, Rimbauda, Verlaine’a i Baudelaire’a, ale na pewno pisał wiersze, które znaleziono w jego szafie i w szufladach biurka. Ojciec uznał je za obsceniczne i spalił, choć może powiedziałyby coś o czynie, którego dokonał. Nie rozumiał dlaczego Andrzej zaczął pić alkohol i wracał na chwiejących się nogach do domu, nie mógł też zaakceptować jego dziewczyny, którą obwiniał za niezrozumiałą przemianę syna. Ale dla jego chłopca Janis była kosmiczną Pamelą i zrobiłby dla niej wszystko, wierząc, że w końcu się połączą i staną jednością, jak yin i yang, jak dwie połowy tego samego owocu. Jimmiego pochowano na cmentarzu Père-Lachaise w Paryżu, w sąsiedztwie grobów Balzaca, Moliera, Chopina, a Andrzej spoczął przy płocie osiedlowego cmentarza, obok wielu bezimiennych ludzi epoki, w której żył, a których nigdy nie spotkał na swojej drodze.

Na pewno nie był jeźdźcem burzy, raczej za szybko dorosłym chłopakiem, który nie poradził sobie z doświadczeniem przejścia z dzieciństwa do dorosłości i pierwszej prawdziwej miłości. Miał swoją Pamelę – jak Jimmy – a jego śmierć była równie bezsensowna jak ta w Paryżu. Widzę go jak kłóci się z Janis, a potem, gdy ona uderza go w twarz i odchodzi, stoi na mrozie, pośród nagrobków, wzbudzając ciekawość srok, wron i kawek, które podobno wyczuwają trupa. Jest lodowaty, wiosenny ziąb, a on coraz bardziej czuje, że jego życie nie ma sensu, zaczyna wspinać się na drzewo, ale nogi zsuwają mu się z wyrw w korze. W końcu udaje mu się podciągnąć na rękach i staje na grubym konarze, gdzieś na wysokości siedmiu metrów nad ziemią. Bezwolnie zawiązuje długi, wełniany szal na szyi, a potem, trzęsąc się i łkając, postępuje krok do przodu. Wiatr wyje w gałęziach i w ostatniej chwili wydaje mu się, że słyszy słowa ballady Riders On The Storm, ale impet jest wielki, rdzeń zostaje zerwany w jednej chwili, pojawia się straszliwa jasność, za nią nadlatuje gęsta czerń i jego ciało bezwładnie buja się w powietrzu. Prawdziwego Morrisona znaleziono w wannie wypełnionej zimną wodą, bo prawdopodobnie ktoś próbował go ratować, po przedawkowaniu heroiny. Tutaj nie było świadków, nikt go nie powstrzymał, a ostatnia myśl, fatalna decyzja, spowodowały, że osuwając się z gałęzi, wniknął natychmiast w nicość. Chodziłem po cmentarzu i ze zdumieniem zobaczyłem, że w końcu stanąłem pod drzewem, gdzie to się stało, widząc wiele śladów stóp ludzi, którzy potem zajęli się dokumentacją i wyjaśnianiem sprawy. Czy to była wina Janis, czy ukochana Pamela zabiła Jimmy’ego, czy można kogoś za to winić? A czy można winić młodego orła, że wzlatuje za wysoko i nagle, on – sam drapieżny ptak – staje się ofiarą sokoła albo innego orła. Tak śmierć upolowała ich obu, bezlitosna i nie dająca szans, przychodząca jako skutek i przyczyna, ale też będąca ostatnią zgłoską, ledwie słyszalnym szeptem, rozświetlającą wszystko energią, która zaraz zanika na zawsze.

KONIEC ROKU

O

Koniec grudnia… Pojawił się siarczysty mróz i rok 2013 puka coraz intensywniej do drzwi. Wczoraj wyszedłem wieczorem do sklepu i zobaczyłem jasne światła konstelacji Oriona. Żyjemy w perspektywie kosmosu, który zimą tak gwałtownie manifestuje swoją przedwieczną powagę, lodowaty powiew, nie dający szans na utrwalenie czegokolwiek w naszym świecie. Dzisiaj byłem w centrum miasta i zatrzymałem się na chwilę nad Brdą, na której pływają tracze nurogęsi, łabędzie, jakaś łyska, która nie odleciała do ciepłych krajów i wiele kaczek, tudzież mew, leniwie kołyszących się na tafli. Suną do przodu niewielkie, dopiero się zawiązujące kry, a gdzieś daleko, nad horyzontem unoszą się wyraziste dymy, sine opary i różowawe mgiełki. Kiedyś mogłem chodzić godzinami po mrozie, niedbale ubrany, z zawadiacko zawiązanym szalikiem, a teraz odczuwam z ogromną intensywnością ataki zimna, chłodne powiewy i szkwały od rzeki. Tracze przyglądają mi się i podpływają dość blisko, licząc zapewne na to, że im coś rzucę. Niestety nie pomyślałem o tym, ale może któregoś dnia wybiorę się z pękatą torbą ptasich smakołyków nad wodę. Wracam do domu, bo czeka na mnie spora powieść chińskiego noblisty, jakże zgrabnie napisana i dająca mi tyle wrażeń czytelniczych, że nie mogę się od niej oderwać. Nad tonią szybuje jeden z łabędzi, więc odprowadzam go wzrokiem i ruszam przed siebie. Przy domu jestem już o zmroku i widzę, że księżyc ledwie rysuje się za gęstą, żółtawą mgłą. Patrzę na niego chwilę przez poruszane przez wiatr nagie gałązki jednej z brzóz… Gdzieś głęboko, we mnie, gdzieś w przepaściach myśli, kołacze się nostalgia i zimowy smutek…

LABOR OMNIA VINCIT

Przewodniczący Rady MiastaSporo się w ostatnich tygodniach działo, byłem w kilku miastach, uczestniczyłem w ciekawych imprezach, a nade wszystko odebrałem dwie znaczące dla mnie nagrody. W Poznaniu uhonorowano mnie Medalem Hipolita Cegielskiego Labor Omnia Vincit, a w Warszawie, podczas podniosłej uroczystości otrzymałem Nagrodę im. Witolda Hulewicza. W obu przypadkach dostrzeżono i wyróżniono moją książkę o twórczości Zygmunta Krasińskiego. To były bardzo miłe chwile, o których portal bydgoszcz24.pl poinformował z przesadą, określając moje nagrody jako rodzaj deszczu. Nie wiem czy to określenie „obsypany” czy same honory tak zmobilizowały różnorakich zawistników i krzykaczy. Zaczęto wpisywać najbzdurniejsze informacje, nie mające ze mną nic wspólnego, albo wręcz będące oszczerstwem. Pracując wiele lat w Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego zawsze miałem dobre stosunki ze studentami, wypromowałem setki licencjatów i magistrów, przeegzaminowałem tysiące osób, szanując i ceniąc indywidualności i tych, którym studiowanie przychodziło z trudem. Moja obecna sytuacja w uczelni związana jest tylko z jednym człowiekiem, który działał zakulisowo i rozpowszechniał idiotyzmy na mój temat. W tym szambie, które otworzyło się nade mną na wspomnianym wyżej portalu, dopuszczono się do licznych zniesławień i zarzucano mi rzeczy, z którymi nigdy nie miałem do czynienia. Napisałem o tym do Krzysztofa Derdowskiego, który w odpowiedzi potwierdził, że mamy do czynienia z szambem, ale jak widać nie ma zamiaru w jakiś sposób zmodyfikować formuły wpisów. Te błazeństwa w sumie prawie mnie nie dotykają, tylko manipulują moim obrazem w oczach opinii publicznej i mogą być przykre dla moich dzieci. Wiem, że szaleje tam jeden ze studentów, syn mego zapiekłego wroga, ze środowiska plastycznego, a dodatkowo pewna pani, która ma mi za złe, że jej stale  nie chwalę. Kiedyś napisałem o niej, wysoko oceniłem też jej działalność organizatorską, ale to widać za mało, bo bije we mnie wciąż. Wczoraj mieliśmy zebranie Oddziału ZLP i zastanawialiśmy się jakie podjąć kroki by ta pani przestała gryzmolić na forum. Ona myśli, że ja coś wpisuję na tej tablicy o jej działalności, więc wrzuca tam jakieś bezsensowne wpisy, korzystając z wielu nicków. Ostatnio nawet pozwoliła sobie wklejać mój tekst, który obwarowany jest prawem autorskim, ale niech jej tam. Koledzy i koleżanki jednogłośnie uznali, że nie ma sensu zajmować się tą panią. Zerkam na to forum w wolnych chwilach, bo chcę być zorientowany co się dzieje i co mi się zarzuca, ale w tym samym czasie sporo czytam, rysuję, zajmuję się krytyką literacką i edytuję kolejne książki, podróżuję i często jestem daleko od mojego miasta. Na razie jestem cierpliwy, co nie znaczy, że w pewnym momencie nie zareaguję ostrzej i nie poproszę o pomoc prawnika. Niczego nie wpisywałem, niczego nie wpisuję i nie będę wpisywał na żadne fora internetowe, a jeśli ta pani ma potrzebę nieustannego atakowania mojej osoby, to proszę to robić, byle bez kłamstw, sugerowania czegoś, co nie ma miejsca i obraźliwych epitetów. Każdy energiczny i działający człowiek, a tym bardziej ktoś, kto zbiera zaszczyty, staje się wrogiem publicznym i ja to rozumiem, a studiując różne stare gazety, widzę, że nie oszczędzano nikogo. W tym samym czasie, gdy moi zacietrzewieni polemiści lecą na mnie z kijami i krzyczą jak najęci, przychodzi do mnie list od Przewodniczącego Rady Miasta, który tutaj zamieszczam, wskazując, że zawsze obok histerii pojawiają się sądy wyważone i sprawiedliwie oceniające nasze dokonania, bo labor omnia vincit

KOMPOZYTORZY

Pisałem niedawno o muzyce Wolfganga Amadeusza Mozarta i przypomniał mi się wspaniały banknot austriacki z wizerunkiem kompozytora. Przy okazji przejrzałem moje zbiory numizmatyczne i znalazłem kilka innych biletów płatniczych z wizerunkami innych kompozytorów. Są pośród nich portrety Beethovena i Verdiego, Sibeliusa i Chaczaturiana. Ciekawie prezentuje się też polski banknot, autorstwa Andrzeja Heidricha, z oryginalnym wizerunkiem Fryderyka Chopina. Zbieranie banknotów ma tylko wtedy sens, gdy jest w jakiś sposób ukierunkowane, inaczej przygniata ogromem motywów, ujęć, barw, a dodatkowo mnoży kosmicznie koszty uzupełniania kolekcji. Po okresie zdobywania wszelkich dostępnych biletów obiegowych, przeszedłem do gromadzenia tylko najpiękniejszych, z wizerunkami ptaków. Z pierwszego zauroczenia pozostało jednak sporo innych eksponatów, które łatwo uzupełnić można wyławiając poszukiwane motywy z sieci.

5000_Schilling_Mozart_obverse

Wolfgang Amadeusz Mozart – Austria

Ludwik Van Beethoven - Banknot okazowy

Ludwik Van Beethoven – Banknot okazowy

Claude Debussy - Francja

Claude Debussy – Francja

Giuseppe Verdi - Włochy

Giuseppe Verdi – Włochy

Grieg

Edvard Grieg – Norwegia

Bela Bartok - Węgry

Bela Bartok – Węgry

Jean Sibelius - Finlandia

Jean Sibelius – Finlandia

Aram Chaczaturian - Armenia

Aram Chaczaturian – Armenia

Edward Elgar - Anglia

Edward Elgar – Anglia

Fryderyk Chopin - Polska

Fryderyk Chopin – Polska

ALEJA KLONÓW (10)

_bp2044

Młody, barczysty kominiarz przyjeżdżał zwykle rowerem, ubrany w czarny kombinezon ze srebrnymi, lśniącymi guzikami, z umazanymi sadzą policzkami i brudnymi rękoma. Jego niebieskie oczy i białe zęby połyskiwały na środku twarzy, a zlepiona przez pot grzywka zsuwała się z czoła. Na ramionach miał zwiniętą linę, zakończoną rozczapierzonym wyciorem i żelazną kulą, a przy pasie jakieś dziwne narzędzia, przypominające złożone na pół łopatki, kleszcze, młotki i cęgi. Przystawał przy bramie naszego podwórka, spokojnie odwiązywał niewielką, składaną drabinkę i stawiał rower przy płocie. Następnie opierał drewniany przyrząd do wchodzenia o mur najniższej oficyny i wspinał się sprawnie na prosty dach. To już było jego królestwo, które znał jak własną kieszeń i po którym poruszał się z gracją i wdziękiem jakby zbliżał się do ukochanej. Wychylał się zza załomu, wciągał drabinkę, opierał ją o kolejną ścianę i znowu piął się wyżej, ku ceglanym kominom. Czyścił je uważnie, wygarniając ogromne ilości czarnego pyłu i popiołu, umiejętnie unikając dymu i tlenku węgla. Czasem widziałem jak przystawał na skraju dachu, opierał jedną nogę o wyższy załom i sondował przestrzeń wokół siebie. W dal ciągnęły się dachy, na których gdzieniegdzie przysiadały kawki, gawrony i sroki, a czasem też pojawiała się tłusta i ociężała wrona. To było jego królestwo, nad którym niepodzielnie panował i pośród którego mijał czas jego czarnego, spowitego we mgłach i dymach życia. Inne podwórka mijał szybko, czyścił kominy i podążał dalej, ale u nas zatrzymywał się dłużej, co i rusz wychylając się zza ograniczających dach murków, stawiając ryzykownie nogę na rynnie. Zrozumiałem dlaczego to robi, gdy przed domem pojawiała się Mela i unosząc głowę ku górze, uśmiechała się zalotnie do niego.

             – Uszanowanie pannie Meluni – wołał równie rozpromieniony kominiarz i strzepywał z munduru sadzę, jakby chciał zamanifestować to, że łatwo doprowadzi się do ładu.

            – Witam pana Jasieńka – odpowiadał dziewczyna i rumieniła się jak dojrzałe jabłko na pobliskim drzewie.

            – Kominy już u was czyściutkie, palić można do woli, gotować rosół i smażyć kotlety, a potem… – improwizował młodzieniec.

            – E tam, wszystko już dawno zrobione… Teraz czas na odpoczynek… – przekomarzała się Mela.

            – To i może zabrałbym panienkę na tańce do jednostki wojskowej… Dzisiaj będzie tam orkiestra z Poznania i śpiewak jakiś ma też przyjechać… – pytał przymilnie kominiarz.

            – Może tak, może i nie… – odpowiadała blondynka, dotykając czerwonej wstążki przy prawym warkoczu. Muszę spytać taty, czy mi pozwoli… – dodała i śmiejąc się głośno, zniknęła w drzwiach swojego domu.

 Zdezorientowany kominiarz poszedł w kierunku najwyższego dachu, a jego męskość powiększyła się znacznie i zaczęła mu przeszkadzać pod spodniami. Wspiął się po stalowej drabinie na najwyższy komin i głęboko oddychając, patrzył smętnie w dal. W jego oczach była teraz jakaś dziwna łapczywość, przypominająca spojrzenie drapieżnika, sondującego odległość do zbliżającej się ofiary. W końcu splunął siarczyście na papę i ruszył ku niższym dachom, by przekroczyć załom ostatniego z nich, spuścić drabinkę i zejść po niej na ziemię. Stanąłem niedaleko niego i przyglądałem się jak montuje swoje sprzęty przy ramie roweru, zwija równomiernie linę i nie oglądając się za siebie, przeklinając i złorzecząc pod nosem, odjeżdża ku dalszym podwórkom. Chciałem za nim biec, ale spojrzał na mnie złowrogo, więc zatrzymałem się i patrzyłem jak powoli maleje w perspektywie alei klonów. Gdy był już jakieś pięćdziesiąt metrów ode mnie wydało mi się, że na rowerze jedzie czarna pantera, której lśniące futro połyskuje w promieniach słońca, ale to pewnie światło igrało na srebrnych guzikach i ramie roweru. Gdzieś w niebie rozległ się głuchy ryk gromu, jakby lampart rzucał się na swoją ofiarę i wbijał zęby w jej szyję.

Długo bawiłem się z kolegami, grzebałem kijem w czarnych kałużach, stawałem na ich brzegu i przyglądałem się mojemu odbiciu, spoza którego raz po raz wychylały się jakieś potworne twarze, poskręcane twory, gadzie hybrydy, zwierzęta z odciętymi głowami, ptaki z monstrualnymi dziobami. Nikt tego nie widział, tylko ja to zauważałem, choć czasem wydawało mi się , że śnię, albo majaczę w gorączce. Nagle zauważyłem Melę, ubraną w czerwony płaszcz, ze złotą klamrą we włosach, z przejrzystymi czarnymi pończochami pod spódnicą i czerwonymi kozakami na nogach. Szła energicznie ku bramie, a potem minęła ją i pomknęła w kierunku sąsiedniej dzielnicy, skracając sobie drogę przez krzewy przy zarośniętym trzcinami stawie, tuż przy zjeździe do miasta. Coś kazało mi iść za nią, więc posuwałem się od domu do domu, przystając w załomach i przy drzwiach, rozkoszując się każdym jej ruchem, każdym napięciem pośladków pod ściśle opiętym paltem. Gdy weszła w ciągnące się daleko zarośla, przyspieszyłem kroku i prawie nie traciłem jej z oczu, choć raz po raz zerkałem na siedzące na gałęziach drozdy, kosy i szpaki, na przelatujące śmigle zielonkawe sikorki i wielokolorowe szczygły. Nagle stało się coś nieoczekiwanego, a serce skoczyło mi do gardła i zaczęło bić jak oszalałe, łomotać stara maszyna parowa. Mela weszła na niewielką polankę, ze wszystkich stron otoczoną krzewami dzikiej róży i tarniny, gdy nagle pojawił się przed nią kominiarz z naszej ulicy. Zaskoczył ją i chciała go ominąć, ale w końcu przystanęła i zaczęła z nim ożywioną rozmowę, przeplataną gwałtownymi ruchami rąk, unoszeniem ich w górę i braniem pod bok. Trwało to kilka minut, aż mężczyzna przyciągnął do siebie dziewczynę i chciał ją całować, wcisnął też gwałtownie rękę pod jej płaszcz. Mela strzeliła mu w twarz z otwartej dłoni, co tylko go rozsierdziło i spowodowało, że zaczął się zachowywać jakby oszalał. Sapał jak miech kowalski i z daleka widać było, że w jego oczach płoną złowrogie ognie, a ruchy i skoki przypominają dzikie zwierzę. Mela zaczęła rozpaczliwie krzyczeć, więc zatkał jej usta jakąś brudną chustą, którą wyszarpnął z kieszeni i zaczął zdzierać z niej odzienie. Czerwone guziki, natychmiast zerwane, odskoczyły w dal, a płaszcz wylądował na ziemi, w błocie i pośród zeszłorocznych, butwiejących liści. Nie wiedziałem co robić, a kiedy kominiarz zerwał z niej sweter i spódnicę, a obfita pierś wylała się spod stanika, prawie zemdlałem z przerażenia. Pchnął ją na palto i zaczął zdejmować swoje drelichowe spodnie, siłą rozwarł jej uda i pchał się ku niej bezlitośnie, rwąc koronkowe majtki, zszarpując z niej halkę i biustonosz. Wielkie jak grochy łzy zaczęły ciec mi z oczu i zawyłem jakby mnie odzierali ze skóry, a potem, gdy odzyskałem oddech, krzyknąłem na całe gardło:

              –  Ludzie, ludzie, ratunku… pomocy…

 Kominiarz na chwilę zwolnił uścisk i obejrzał się za siebie, co pozwoliło Meli wyswobodzić się, sięgnąć po pobliski kamień i przyłożyć mu z rozmachem w czoło. Upadł jak rażony gromem, a ona szybko uciekła w kierunku ulicy, na obrzeża nieużytków, którymi chciała sobie skrócić drogę. Byłem dobrze ukryty pośród gęstwiny, więc czekałem, co dalej się wydarzy, a serce nie przestawało mi walić gwałtownie w piersiach.

Nie wiem ile czasu minęło, może dziesięć minut, a może pół godziny, gdy nieoczekiwanie mężczyzna zerwał się na równe nogi, schował zwisającego z rozpiętych spodni ciemnego siusiaka, zapiął pasek, rozejrzał się dookoła, kopnął w krzaki czerwony płaszcz Meli i pobiegł w przeciwną stronę. Znowu coś kazało mi szybko podążać za nim i zobaczyłem, że kieruje się na cmentarz, prosto do niewielkiej ziemianki grabarzy. Wszedł tam i już po paru minutach wyskoczył jak rażony gromem, a za nim wylazł umorusany kopidołek, grążący mu pięścią i wykrzykujący coś bez przerwy. Kominiarz ruszył w kierunku jednej z alejek i tuż przy pomniku pilota, ze śmigłem przy krzyżu, skręcił gwałtownie ku innemu traktowi, prowadzącemu ku wyjściu. Tuż za bramą był wielki parów, pośród którego rosło sporo tawuł, śnieguliczek i dzikich berberysów, a pośród nich strzelała w niebo dziwnie poskręcana osika. Na chwilę straciłem go z oczu, ale zaraz zobaczyłem, że gramoli się na drzewo, sprawnie wspina się coraz wyżej i wyżej. W końcu stanął na wyniosłym konarze i długo patrzył przed siebie, nie zwracając uwagi na ciekawskie gawrony, przyglądające mu się z pobliskich cmentarnych topól i jesionów. W tej chwili było mi go żal, bo przecież lubiłem na niego patrzeć, jak przyjeżdżał na podwórko i wchodził po drabinie na dachy. Kojarzył mi się z porcelanową figurką kominiarczyka, którą mieliśmy w serwantce obok takich samych dam w obszernych sukniach i tancerzy w perukach. Podobały mi się jego błyszczące, srebrne guziki i narzędzia do czyszczenia kominów, a raz nawet pozwolił mi wspiąć się na kilka szczebli i popatrzyć na świat ciągnących się w dal płaskich i pochyłych dachów. Teraz zobaczyłem, że wysunął pasek ze szlufek spodni, jeden jego koniec przywiązał do gałęzi, a drugi, uformowany w pętlę, wsunął sobie na głowę. Stał tak jeszcze kilka minut, aż bezwolnie, z rezygnacją, zsunął się w dół i zawisł w powietrzu, bujany raz po raz przez wiatr. Oczy wyszły mu z orbit, połyskując białkami, a z ust wysunął się dziwnie długi, fioletowy jęzor. Wydał mi się teraz przerażającym demonem, więc odwróciłem się na pięcie i szybko uciekłem na nasze podwórko, gdzie stały już trzy samochody milicyjne i widać było kilku funkcjonariuszy w szarych mundurach, jakichś dwóch tajniaków w kremowych prochowcach i wielu gapiów z sąsiednich domów i ulic. Mama była w warsztacie u dziadka, więc podszedłem do oszklonej szafki, sięgnąłem po porcelanowego kominiarczyka, a potem stanąłem przy piecu, drucianym haczykiem podniosłem rozgrzane do czerwoności fajerki i z rozmachem cisnąłem go w ogień.

SIŁACZKA

Teresa KaczorowskaFoto Piotr Zemanek

Teresa Kaczorowska
Foto Piotr Zemanek

Odbyłem podróż do Ciechanowa na  obchody jubileuszu dwudziestopięciolecia pracy twórczej zaprzyjaźnionej ze mną Teresy Kaczorowskiej, wybitnej polskiej pisarki współczesnej, uhonorowanej w tym roku Nagrodą Pracy Organicznej im. Marii Konopnickiej. Jechałem kilkoma autobusami i przez cały czas słuchałem z telefonu komórkowego symfonii, koncertów fortepianowych, divertiment, suit i oper Wolfganga Amadeusza Mozarta. Za oknami szaruga, drzewa w kryształach zmrożonego śniegu, a ja w zachwycie nad niezwykłością człowieka, który stworzył ponad sześćset arcydzieł i odszedł w wieku zaledwie trzydziestu sześciu lat. Ileż inwencji melodycznej i harmonicznej było w tym geniuszu, ile miał pomysłów i jak wspaniale prowadził poszczególne instrumenty. Byłem radosny i oszołomiony, a gdy śpiewnie odzywały się flety, moje ulubione instrumenty, gdy miarowo wtórowały im smyczki i wiolonczele, gotów byłem unieść się w górę, przeniknąć dach pojazdu i lecieć razem z ptakami do nieba. Właśnie, widziałem sporo skrzydlatych stworzeń, które wyraziście rysowały się pośród pobielonej roślinności, a więc mrowie gawronów i kawek, sporo srok i wróbli, sikorek i stad szczygłów. Osobne obserwacje związane były z trasą przejazdu, przy Wiśle i jej rozlewiskach, gdzie spostrzegłem sporo kaczek krzyżówek, traczy nurogęsi, łabędzi i kormoranów. Na jakiejś tafli lodu, niedaleko od brzegu stało chyba ze dwadzieścia czapli siwych, przypominających z daleka puchatą, brunatną watę cukrową na patykach. Czasem nad polami pojawiały się ptaki drapieżne, czasem gdzieś w dali, w koronach drzew lśniła wyraziście czarna plama kruka. Całości dopełnił majestatyczny obraz posrebrzonych kościołów i zabudowań Płocka, jakże klarowny pośród mrozu i szronu na drzewach, krzewach i stromych brzegach największej polskiej rzeki. A potem obraz podświetlonego Torunia. I ten kormoran lecący nisko nad tonią, kierujący się w stronę zamglonego słońca, ledwie przebijającego się przez opary i nieuchronnie zsuwającego się ku toniom. Jakim wspaniałym kontrapunktem – w sensie muzycznym – były symfonie salzburskie, trzydziesta piąta symfonia Haffnerowska, jak dumnie zabrzmiały trąbki i kotły w Andante cantabile czterdziestej pierwszej symfonii Jowiszowej i jak im wtórowały soczyście oboje, fagoty, rogi, altówki i kontrabasy.

Podczas imprezy w Ciechanowie wygłosiłem laudację, którą tutaj zamieszczam, wraz z bardzo udanym, fotograficznym portretem ciechanowskiej pisarki, znanej dobrze w całej Polsce, ale też i w Nowym Jorku, w Chicago, w Rio de Janeiro i w Buenos Aires. Teresa Kaczorowska jest jedną z najintensywniej działających polskich kobiet zajmujących się pracą literacką i badawczą. Nieustannie zaskakuje nowymi publikacjami i organizacją imprez, które odbijają się głośnym echem w naszym kraju. Autorka siedmiu zbiorów poezji, dziennikarka, prozaiczka, poetka, doktor nauk humanistycznych. Jest także społecznikiem i animatorem kultury, zabiegającym od wielu lat o ocalanie polskiego dziedzictwa kulturowego. W swoich artykułach i książkach, zarówno prozatorskich, poetyckich jak naukowych, a także we wszystkich organicznych poczynaniach społecznych, uświadamia wagę kultury, historii oraz narodowej tradycji dla polskiej tożsamości. Inicjuje, zachęca różne środowiska do działania, współpracuje z samorządami wszystkich szczebli na Mazowszu, ze szkołami, instytucjami kultury. Szczególną wagę ma jej eseistyka, która daleko wykracza poza polską rzeczywistość kulturalno-literacką. Wymieńmy zatem najważniejsze opublikowane dzieła: Wyrwani z gniazd, Ciechanów 1997; Nie odpłyną rzeki snu, Ciechanów 1998; W cieniu araukarii. Spotkania z Polonią brazylijską, Warszawa 2000; Kiedy jesteście, mniej boli.., Gdynia 2003 (II wyd. Dzieci Katynia, Warszawa 2010);  Zapalają ognie pamięci, Warszawa 2005; Children of the Katyn Massacre, USA 2006;  Maciej Kazimierz Sarbiewski SJ na Mazowszu, Ciechanów 2005; Córka mazowieckich równin czyli Maria Skłodowska-Curie z Mazowsza, Ciechanów-Pułtusk 2007; Herodot Polonii amerykańskiej Mieczysław Haiman (1888-1949), Warszawa 2008; Maria Konopnicka i Ziemia Ciechanowska, Ciechanów 2010; Córka mazowieckich równin czyli Maria Skłodowska-Curie z Mazowsza, Ciechanów-Pułtusk 2011 (drugie wydanie); Maciej Kazimierz Sarbiewski SJ na Litwie, Academia Europaea Sarbieviana, Sarbiewo 2011.  Kaczorowska jest wybitną badaczką emigracji polskiej – stąd kilka jej książek dotyka spraw Polonii. Pracą, nad którą trudziła się najdłużej (w latach 2001–2008), jest pierwsza biografia Mieczysława Haimana (1888–1949) – zapomnianego poety, dziennikarza, pisarza i pierwszego historyka Polonii amerykańskiej, który wydał blisko dwadzieścia książek o chlubnej polskiej przeszłości w USA, oraz zorganizował w 1935 roku Polskie Muzeum w Ameryce (The Polish Museum of America) z siedzibą w Chicago, do dziś jedyne w obydwu Amerykach. Kaczorowska najpierw wydała zbiór jego wierszy wraz z biografią pt. Herodot Polonii poetą  (2005), której promocja odbyła się jesienią 2005 w Stanach Zjednoczonych. Tam też w październiku, listopadzie i grudniu tegoż roku odbyła cykl spotkań autorskich, m.in. na University of Loyola in Chicago i University of Michigan in Ann Arbor. 31 maja 2007 pod kierunkiem prof. Izabelli Rusinowej obroniła rozprawę doktorską pt. Mieczysław Haiman (18881949) historyk i działacz Polonii amerykańskiej, która została wydana w 2008 roku przez Muzeum Wychodźstwa Polskiego Łazienki Królewskie w Warszawie pt. Herodot Polonii amerykańskiej Mieczysław Haiman (18881949) – w 2009 r. książka ta miała promocje w USA, w Argentynie (Biblioteka Polska w Buenos Aires) i w Warszawie (Senat RP, Dom Polonii).

 W stulecie śmierci Marii Konopnickiej, jakże blisko związanej z Północnym Mazowszem, napisała i przebadała mało znane związki autorki Roty, co zaowocowało nową książką pt. Maria Konopnicka i Ziemia Ciechanowska. Kaczorowska wskazuje, iż począwszy od roku 1903, czyli od osiedlenia się nad Łydynią najmłodszego syna Jana, zaczynają się bliskie kontakty pisarki z Ciechanowem, a szczególnie z wnukiem Zygmunta Krasińskiego hrabią Adamem Krasińskim (1870–1909). To ostatni ordynat z opinogórskiej linii Krasińskich w szczególny sposób zaangażował się w przygotowanie Jubileuszu 25-lecia twórczości Konopnickiej i w przygotowanie wydań rocznicowych dzieł, a także ofiarowanie jej dworku w Żarnowcu na Podkarpaciu. Ważna dla Konopnickiej była też współpraca z Aleksandrem Świętochowskim, teoretykiem pozytywizmu, który osiedlił się na stałe w podciechanowskiej Gołotczyźnie. Choć interesował się głownie prozą, poświęcił jej sporo pism, a i ona nie pozostawała dłużna, obdarowując go wierszami.  Książka Kaczorowskiej ukazuje też niezwykłe talenty najmłodszego syna Jana Konopnickiego, a także precyzuje czym zajmowały się pozostałe dzieci poetki, spośród których Laura Pytlińska była znaną aktorka i pisarką. W rozdziale poświęconym licznym podróżom Konopnickiej, znajdziemy jakże trafną diagnozę: Wiele poczynań i myśli tej niezwykle wrażliwej „liryczki-pieśniarki” zawartych w mistrzowskiej poezji (od rzewnej pastuszkowej piosenki aż do patosu symbolizowanej narodowej wizji i przepowiedni), a także w jej nowelach, studiach krytyczno-literackich oraz bogatej korespondencji – świadczy, że Maria Konopnicka po prostu nie umiała „być cicha i cierpliwa” wobec cierpienia swojego narodu. Szczególnie jako nowelistka wybrała sprawy bytu i przeżyć „czwartego stanu”, czyli nizin społecznych, domagając się przywrócenia dla ludu godności oraz pełnej nobilitacji. Nawet spoza granic była gorącą orędowniczką wszystkiego co sprawiedliwe i humanitarne. Jej zainteresowanie narodową rzeczywistością nigdy nie zmalało. Z oddali też uczyła miłości do kraju rodzinnego, bo podróżując po Europie „szła ze wzrokiem utkwionym w Polskę”. Ważne są też kolejne rozdziały o związkach z synem i perypetiach związanych ze sprzedażą Arkadii, a także śmiercią męża w Ciechanowie i licznymi pobytami w tym mieście, współpracą z Franciszkiem Rajkowskim i innymi pozytywistami. Konopnicka poświęciła temu miastu wiersz pt. Na otwarcie Domu Ludowego w Ciechanowie, który opublikowano w „Kurierze Lwowskim” i zawsze podkreślała, jak ważne są jej związki z tym miejscem, z pobliskim Przedwojewem i Opinogórą. Jednym z ostatnich darów Marii Konopnickiej dla Polaków – pisze Teresa Kaczorowska – jest Rota w formie pieśni. Poetka napisała ją dla wzmocnienia ducha narodowego w walce z germanizacją, ale jej zamierzenie spełniło się dopiero, kiedy muzykę do tego utworu skomponował Feliks Nowowiejski. Pieśń ta  zabrzmiała po raz pierwszy na Zlocie Grunwaldzkim w Krakowie, 15 lipca 1910 roku (…). Od tamtej pory datuje się narodowa kariera tego utworu. Kazimierz Przerwa-Tetmajer napisał 31 października, 1919 roku, w „Kurierze Warszawskim”, że „Rotą” Marii Konopnickiej zmartwychwstała Polska. Całość publikacji uzupełnia rozdział o recepcji twórczości, życia i działalności Konopnickiej w Ciechanowie, bogato ilustrowany i udokumentowany, a także Aneks poświęcony prawnukowi poetki Janowi Bieleckiemu oraz źródłowe kalendaria i bibliografia podmiotowa.     

 Zaletą pisarstwa Teresy Kaczorowskiej jest jasność wykładu i umiejętność prezentowania treści, które mogą zainteresować zarówno prostego czytelnika jak i naukowca, badającego dzieje regionu czy biografie prezentowanych pisarzy. To jest dokumentalizm rozumiejący i nie idący na kompromisy z oczekiwaniami grup nacisku – to są prawdziwe zapisy, które ukazują postaci z wielu stron, spektralnie i wielowątkowo. Nie grają tutaj też roli oddalenia czasowe i przestrzenne, czy to będzie Mieczysław Haiman, czy Maria Skłodowska-Curie, czy Maciej Kazimierz Sarbiewski, działający na Mazowszu i na Litwie, czy Maria Konopnicka, za każdym razem otrzymamy sumienne opracowania, przybliżenia i analizy. Podobnie rzecz się ma z faktografiami, które wymagały wielkiej dociekliwości reporterskiej i każdorazowo stawały się freskiem literackim, mogącym stanowić przykład właściwego podejścia do tematu i merytorycznego ujęcia – tak było w przypadku monografii o polonii brazylijskie i tak też została napisana książka o dzieciach oficerów zamordowanych w Katyniu, rzucanych często po całym świecie (Litwa, Ukraina, Kanada, Stany Zjednoczone). Kaczorowska potrafi opowiadać i umie słuchać swoich rozmówców, potrafi też tak modulować wywiady, tak konstruować wywód, że mamy do czynienia z autentycznym przeżyciem tego, co wydarzyło się w przeszłości, co miało zapaść w niepamięć, a jednak zostało przez autorkę ocalone. Wszystkie książki napisane zostały piękna polszczyzną, z wielkim wyczuciem słowa i trafnie dobranym tokiem wypowiedzi. Dodajmy do tego ogromną dbałość o stronę ilustracyjną, dociekliwość badawczą, a nade wszystko traktowanie literatury jako misji dobrej woli. W swojej aktywności, w pasji i zapamiętaniu przypomina Teresa Kaczorowska jako żywo wielkie kobiety, które opisywała, bohaterów, których wydobyła z mroków zapomnienia i chyba nie bez przesady będzie nazwanie jej siłaczką naszych czasów. Miejmy nadzieję, że autorka spotka się ze zrozumieniem ewentualnych sponsorów i pisząc kolejne prace, zdoła je ze smakiem i wiedzą o edytorstwie, szybko opublikować. W końcu tak energiczna kobieta, to prawdziwy skarb w każdym regionie, to żywy symbol pracy organicznej, która powraca po latach i staje się równie potrzebna jak w czasach Marii Konopnickiej i Elizy Orzeszkowej.

%d blogerów lubi to: