SYBERIA

Lot nad Syberią w sierpniu

Często oglądam filmy przyrodnicze, szczególnie te emitowane przez telewizje edukacyjne: Discovery, Animal Planet czy National Geographic. Straciłem zainteresowanie dla różnorakich wymyślonych historii i rzadko kiedy potrafi mnie zainteresować film fabularny. Tym razem zaciekawił mnie piękny, dokumentalny obraz o Syberii i jej dzikich mieszkańcach. Cztery razy w tym roku leciałem nad tymi ogromnymi, fascynującymi i groźnymi przestrzeniami, które z góry wyglądają tak łagodnie, niegroźnie, nieomal bukolicznie. A w dole trwa przecież nieustanna walka, którą toczą ludzie i zwierzęta, rośliny i minerały – tygrys zabija piżmowca, pantera rzuca się na sarnę, niedźwiedź rozszarpuje nieostrożnego myśliwego, wilk morduje renifera, ziemia osuwa się kolonie gryzoni. To jednak chwilowe triumfy, bo niebawem nadejdzie starość i drapieżcy też staną się pożywieniem, jednym z nieodzownych elementów w łańcuchu pokarmowym, od mrówek, poprzez płazy do sępów, kruków, lisów i nie gardzących padliną największych ssaków. Jakże niezwykłe są chwile, gdy wychodzi tutaj słońce, lody i śniegi szybko topnieją, roślinność wybucha z ogromną siłą, rodzą się nowe pokolenia zwierząt, ze swoich kokonów i kryjówek wydostają się miliardy bezkręgowców. Intensywność tego nowego życia zobaczyć można na przyspieszonym filmie, gdy pulsuje ogromne mrowisko,  a leśne „służby sanitarne” oczyszczają kolejny szkielet, gdy rozkwitają kwiaty, powiększają się liście i łodygi. To zaledwie chwila w cyklu rocznym, w większości wypełnionym mrozem, powiewami lodowatego wiatru, śnieżycami i gradobiciami. Ale to wystarcza, cykl się zamyka, świat wraca do pierwotnej harmonii, spiesząc się i rozwijając nowe struktury, dopełniając krąg kosmiczny – wtedy właśnie ta część planety zaczyna znowu oddalać się od słońca. Można by spędzić całe życie na podążaniu ścieżkami i drogami tej krainy, tak jak to robili wielcy zesłańcy i podróżnicy, bohaterowie mojej młodości: Benedykt Dybowski, Aleksander Czekanowski, Wacław Sieroszewski, Jan Czerski, Bronisław Piłsudski, a także wielu zesłańców dziewiętnastego wieku, pośród których były tak niezwykłe postaci jak Maurycy Beniowski (należy do wieku osiemnastego, ale pozostał w naszej pamięci jako wielki bohater literacki wieku następnego) Tomasz Zan, Onufry Pietraszkiewicz, czy arcybiskup Zygmunt Szczęsny Feliński. Nie lubię zimna, ale chciałbym kiedyś przewędrować wielkie połacie tej ziemi, dobrze zabezpieczony, w gronie wytrawnych przewodników; a może warto byłoby pojechać jakimiś nowoczesnymi pojazdami. Zimą problemem są niskie temperatury, a latem prawdziwe miriady komarów, różnych mniejszych i większych owadów, które potrafią wyroić się w takich ilościach, że są dosłownie wszędzie. Jakimż cudem jest lot ogromnym odrzutowcem nad tymi wielkimi połaciami ziemi, jakże łagodnieją góry i wielkie rzeki, jak nikną monstrualne odległości. Mogę godzinami wpatrywać się w okno samolotu i odnajdywać znane mi z map łańcuchy górskie, wielkie jeziora i delty, niewielkie osady, opalizujące w nocy nikłymi światłami i konstelacje lamp ogromnych miast.

Reklamy

* * *

istniejemy w wielu wymiarach przenikamy
struktury nasza cielesność przeciwstawia
się duchowości nie możemy zrozumieć
innej istoty sami siebie nie rozumiemy
chwytamy ledwie okruchy znajdujemy
drobiny podążamy do przodu  jak
strumień jak rzeka falujemy
w innych bytach
jak morze

Pekin 2009

* * *

Po ostatnich szarugach i deszczach, pojawiło się między chmurami trochę słońca. Zaraz też świat nabrał barw i chce się żyć, wraca energia i nadchodzi czas wielkiego pisania. Niestety, trochę narosło mi zaległości i muszę je szybko zniwelować, ale przecież myślami jestem przy moich dużych książkach, które stale piszę i wzbogacam i może w przyszłym roku opublikuje pierwszą z nich. To będzie dobry rok – 2010 – przynajmniej w zapisie, bo przecież nie wiemy co może nam przynieść przyszły czas. Na pewno będzie to dla mnie okres ostatecznego porządkowania moich spraw, ważnych decyzji i właśnie finalizacji.  Czasem słyszę od ludzi, że sporo zrobiłem, zgromadziłem bardzo duży dorobek, wypromowałem wielu magistrów, napisałem i opublikowałem dziesiątki książek, setki artykułów pojawiły się w licznych periodykach, wraz z wierszami, opowiadaniami, fragmentami powieści. Może tak to wyglądać, ale ja czuję niedosyt i wciąż prę do przodu – wiem też, że niebawem dojdzie do prawdziwej erupcji moich działań. Skończył się czas podróży, wykładów i konferencji, więc mam do dyspozycji długi przedział czas na pisanie. Zanim zacznie się bieganina świąteczna i zamknie się rok, muszę jeszcze bardzo przyspieszyć. I zrobię to…

XXXII MIĘDZYNARODOWY LISTOPAD POETYCKI

Z powodu długiej nieobecności w domu, nie wspomniałem jeszcze o kolejnym, XXXII Listopadzie Poetyckim, który odbył się w Wielkopolsce. Tym razem był dla mnie nietypowy, bo opiekowałem się i byłem tłumaczem Roberta M. Giannettiego z USA, wspaniałego poety i profesora jednego z uniwersytetów amerykańskich. Jak co roku, wiele było czytania poezji, wspaniałych rozmów, dyskusji i wymiany myśli. Jest to jedna z niewielu imprez, gdzie spotykają się pisarze ze ZLP i SPP i nikt nikomu nie wypomina przynależności związkowej. Z radością spotkałem się z Józkiem Baranem, Basią Gruszką-Zych, Zbyszkiem i Helenką Gordziejami, z Madzią Pocgaj, Romkiem Mieczkowskim i wieloma, wieloma jeszcze zaprzyjaźnionymi autorami (nie chciałbym nikogo pominąć, ale wymienianka byłaby za długa). To ogromne przedsięwzięcie logistyczne po raz kolejny doprowadzili do realizacji ludzie z poznańskiego Oddziału Związku Literatów Polskich, na czele z Prezesem Zbigniewem Gordziejem. Także imprezy towarzyszące były dobrze pomyślane, miały walor poznawczy i prezentowały wyraziste osobowości artystyczne. Z wielkim zainteresowaniem zwiedzałem wnętrza klasztoru w Lubiniu, na skraju wysoczyzny kaliskiej – pierwszy kościół powstał tutaj w ostatnich dziesięcioleciach XI wieku, a potem był wielokrotnie restaurowany, przebudowywany i modyfikowany, aż zyskał charkter barokowej perły. To tutaj po raz pierwszy usłyszałem jak śpiewa Eduard Akulin z Białorusi, którego ballada o Jance Kupale wyciskała łzy z oczu. Właśnie występy tego barda oraz pieśni śpiewane przez Krzysztofa Galasa z żoną, tworzyły nastrój tego wielkiego literackiego spotkania. Warto też wspomnieć o spotkaniu z młodzieżą i miłośnikami poezji w lubińskiej szkole, gdzie młodzież wprost „szalała” na scenie, a widząc to – nestor polskiej sceny, Wojciech Siemion – natychmiast odpowiedział odpowiednim, żarliwym występem. Szczególny wymiar miał też dzień leszczyński, gdzie władze miasta i dyrekcja biblioteki im. Stanisława Grochowiaka przygotowały cykl spotkań i imprez, a szczególną wartość miały wiersze podejmujące temat domu. Sukcesem zakończyły się spotkania Roberta M. Giannettiego z anglojęzyczną młodzieżą akademicką Leszna i Poznania, a potem jeszcze były ciekawe dyskusje w pociągu, z dopiero co poznanymi pasażerami. Okazuje się, że polska młodzież dobrze zna język angielski, potrafi go używać i z niego korzystać. Organizatorom i uczestnikom tego ważnego wydarzenia w kalendarzu polskiej poezji i literatury należą się słowa uznania i podziękowania. Trudno jest dzisiaj zdobywać dotacje, a jeszcze trudniej pozszywać delikatnym ściegiem taką ogromną, rozległą i mieniącą się odcieniami materię. Po powrocie do domu, dowiedziałem się, że właśnie zmarł wieloletni organizator i moderator Listopadów – Nikos Chadzinikolau. Dreszcz przeszedł mi przez ciało, właśnie w listopadzie odszedł poeta, dzięki któremu tyle razy brałem udział w tej imprezie. Właśnie w listopadzie…

Warto tutaj też dołączyć wypowiedź prof. dr Roberta M. Giannettiego, który napisał artykuł o swojej wyprawie do Polski i udziale w Międzynarodowym Listopadzie Poetyckim. Lektura dla czytelników znających język angielski:

WORDS ACROSS THE SEA

On Nov. 2, I left Lewiston and flew from Toronto to Poznan, Poland as an invited guest of the Thirty-Second November International Festival of Poetry. It was one of the most gratifying and memorable experiences of my life. I read my works in English with accompanying oral and written Polish translation as did the other invited participants in their own native tongues. The poets came from several regions of Poland and from Russia, Latvia, Ukraine, Belarus, the Czech Republic, Germany, Turkey, Vietnam, Ethiopia and Iraq, among other places. I was the only one from America. It was a true Babel of languages, but the sense of connection and communication on many different levels was stimulating and intense.

When I started to publish my poetry, I could not have imagined it would literally take me one day to Poland, where many of my works have since been translated into the Polish language and accorded high critical acclaim by an eminent Polish scholar, Dr. Daruisz Lebioda. He recently devoted a major critical essay to my work and a full-page color photo of me appeared on the cover of Temat, the glossy magazine of art and literature he edits.

The Poles have an exceptional regard for poetry and poets hold an honored place in their culture. At  the conclusion of the main program of the Festival at University of Poznan, we began touring some of the countryside by bus and were received warmly by mayors and city officials at town halls, libraries and schools in every community we visited. Dignitaries came out with flowers to put in our hands and we were feted at colorful receptions with a variety of gastronomic treats. On a trip to the town of Lubin, we even visited a Benedictine monastery and got to sample the brandy.

At every venue in which we appeared the audiences were large, attentive, and appreciative.  I gave four poetry readings in different locales and delivered two lectures in English schools. My lectures dealt with what I perceive to be a declining sense of universality and a growing sense of separatism in contemporary life and art. The ensuing dialogue with the students was engaging in every sense of the word, revealing a willingness to discuss philosophical issues forthrightly without reservation or embarrassment.

Following the Festival, I took up my backpack and rolling suitcase and set about exploring historic parts of Poland, spending several days in the medieval towns of Torun and Krakow, and then proceeding by rail across the Czech Republic to the city of Prague, from which I flew back to Toronto via Paris on Nov. 13. Besides tirelessly devouring the art and architecture of the cities, I had a memorable excursion to the 800 year-old salt mine in Wielieczka outside of Krakow. In many ways it is the Niagara Falls of Poland, a place of natural wonder but all underground – a place with deep chambers containing rock salt sculptures carved by the miners themselves over several centuries; a place that now hosts wedding parties and special events, and has been a tourist attraction for people from all over Europe for at least three centuries. The original 800 year-old Norwegian pine timbers still stand as the primary supports for the entire underground complex.

Reflecting on the experience of the poetry festival and all the encounters I had with the people on the trip afterward, I have tried to determine just what it is in my poetry that has resonated so strongly in Poland. Surely it has a lot to do with the universality I strive to articulate in all that I observe.  But I also suspect it has something to do with a shared focus on eternal philosophical questions and a special kind of enduring regard for nature, which celebrates its beauty and deplores the environmental and esthetic depredations brought on by horrific wars or mindless industrial exploitation.

A great Polish poet, Zbigniew Herbert, once expressed the high hope that “new poems” would draw out “new people” who would not add iron to iron, scream to scream, terror to terror. I share that hope and view poetry, in its best manifestations, as a hymn to the world and its wonders, enhancing the vibrancy of being truly alive. What I do in my own writing and in my occupation of antiquarian bookselling are related. Releasing a poem from my hands for publication or selling a fine old book in my bookshop embodies my dedication to expanding the horizon of the world into which I was born, and for me links past to present in a persistent hope for the future.

Robert M. Giannetti

SROKI

Obudziłem się kilka minut przed szóstą i usłyszałem głosy kawek za oknem. Odsunąłem roletę i ukazał mi się świat we mgłach i rozmyciach, pełen jakiejś zmysłowej, niderlandzkiej intensywności. Ptaki robiły sporo hałasu, przefruwały z dachu na dach, przysiadały na antenach, rynnach i odpowietrznikach. Niektóre zastygały na dłużej, inne zrywały się, krążyły nad osiedlem i znowu przysiadały na blokach. Poszedłem do kuchni zrobić sobie poranną kawę i zobaczyłem coś niezwykłego, w pobliskim sadzie owocowym. Na dwa najwyższe drzewa sfruwały z wielkim impetem sroki, których było chyba ze trzydzieści. Dotąd widywałem te ptaki pojedynczo, czasem w parach, w niewielkich grupkach, a tutaj tyle tych pięknych istot naraz. Coś zmienia się w ich obyczajach i coś powoduje, że tak gwałtownie się mnożą i coraz śmielej bytują w pobliżu ludzi. Zapewne wielkie znaczenie mają tutaj śmietniki i wyrzucanie przez ludzi ogromnych ilości chleba, jakichś kawałków niedojedzonego mięsa, szczątków kurczaków, kur i indyków. Sroki potrafią wyczuć takie odpadki i oczyścić z nich śmietniki i ich pobliża. Dlatego wiele z nich jest tłustych, nienaturalnie baryłkowatych, różniących się znacznie od takich samych ptaków, żyjących na wsi, na obrzeżach lasów i parków. Postałem przy oknie i długo patrzyłem na siedzące na gałęziach sroki, żałując, że nie mam pod ręką teleobiektywu. Piłem powoli kawę i czując jej aromat myślałem o moim życiu, o przeznaczonym mi losie i o zdarzeniach z ostatnich lat. Sroki powoli odlatywały z dwóch drzew w sadzie.

JONIZATORY PRZYSZŁOŚCI

Po długiej podróży i dwukrotnej zmianie czasu, dopadło mnie przeziębienie i osłabienie. Na szczęście odespałem co trzeba, wygrzałem się w łóżku i szybko wracam do sił. Coraz trudniej będzie ludziom radzić sobie z globalnymi infekcjami i nie pomogą tutaj mierniki temperatury na lotniskach i w hotelach, wszakże zawsze można zbić gorączkę i wsiąść do samolotu z grypą, zapaleniem płuc, jakimś rodzajem przeziębienia. Jak powszechnie wiadomo w maszynach latających jest zamknięty obieg powietrza, a zatem ludzie zarażają się w cyklu przyspieszonym, przenosząc źródła zakażenia z dalekich obszarów. Zwykle, po długich lotach, miewam jakieś infekcje, ale jestem już na to przygotowany i biorę ze sobą odpowiednie leki. Tak było i tym razem, ale tuż pod koniec wyprawy poczułem się gorzej i do samolotu wsiadałem już osłabiony. Przez cały czas ratowałem się witaminami i innymi lekami, ale może akurat złapałem jakiś rodzaj wirusa czy bakterii z Afryki, Australii, może z wysp Oceanu Spokojnego – kto to wie. Jako dawny miłośnik literatury science fiction myślę czasami o wynalazku, który mógłby dopomóc ludzkości. Przy obecnym stanie techniki można by wprowadzać na ziemi stopniowo, w coraz to innych regionach, jonizatory,  które by wychwytywały krążące w powietrzu chorobotwórcze drobiny. Niszcząc je, jednocześnie oczyszczałyby to, czym oddychamy i wpuszczały do atmosfery gazy uszlachetnione. Wszakże większość chorób bierze się z powietrza, którym oddychamy i które nasączamy naszymi nośnikami chorób. Takie urządzenia miałyby w pamięci wszystkie najgroźniejsze wirusy i ich modyfikacje, bakterie różnych szczepów lub jakieś inne złe odczyny. Dzisiaj może to się wydawać niepodobieństwem, ale kto na początku dwudziestego wieku myślał o nieograniczonym rozwoju techniki, kto mógł sobie wyobrazić statki kosmiczne i skomputeryzowane domu. Chyba tylko Jules Verne…

NIKOS CHADZINIKOLAU 1935 – 2009

Tuż przed moją ostatnią podróżą zagraniczną, w piątek, 6 listopada zmarł Nikos Chadzinikolau. Przyjaźniłem się z nim przez wiele lat i wielokrotnie spotykałem się w różnych sytuacjach, w wielu miejscach w Polsce i za granicą. Nie mogłem być na pogrzebie, bo w tym czasie byłem daleko od kraju, ale teraz składam niewielki hołd jego rozlicznym talentom. Tekst ten napisałem w 1990 roku, stąd pojawiający się czas teraźniejszy. Może dzisiaj coś bym w tym przybliżeniu zmienił i przyjdzie kiedyś pewnie na to czas – na razie jednak umieszczam w moim dzienniku zapis z przeszłości.

Nikos Chadzinikolau, poeta, prozaik, historyk literatury nowogreckiej i świetny tłumacz tejże literatury na język polski urodził się 1 października 1935 roku w miejscowości Trifilli. W swoim rodzinnym mieście ukończył szkołę podstawową, a także  przez dwa lata uczęszczał do gimnazjum. Jako dwunastoletni chłopiec napisał pierwsze wiersze, założył teatrzyki – lalkowy i cieni. Pisał o tym później w powieści pt. Niebieskooka Greczynka. Po wojnie domowej (1946-49) znalazł się w Jugosławii, gdzie w Bitoli spotkał Ivo Andricia, laureata Nagrody Nobla z 1960 roku. Andrić znał język polski, gdyż studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przyszły Noblista sporo mówił Nikosowi o Polsce, roztaczał przed młodym Grekiem obrazy, które zaintrygowały jego wyobraźnię. Właśnie to spotkanie spowodowało, że Chadzinikolau zdecydował się przyjechać do Polski. Jego rodzice w tym czasie znaleźli się  w Uzbekistanie, a ściślej mówiąc w jego stolicy – Taszkiencie. Tam też pochowany został ojciec Nikosa, który zmarł na zawał serca. Po jego śmierci, matka wraz z braćmi (Panajotisem i Manolisem) powróciła do Grecji. Tam też mieszkają do dzisiaj w Salonikach. Bogata, solarystyczno-marynistyczna wyobraźnia Nikosa Chadzinikolau kształtowała się pod wpływem wielkich kulturowych opowieści, głęboko zakorzenionych w tradycji greckiej, a ich pierwszym Ewangelistą i komentatorem był ojciec poety. Mały Nikos z szeroko otwartymi oczyma słuchał opowieści o życiu poławiaczy gąbek, o małym Perseuszu, który zamknięty w skrzyni dopłynął do wyspy Serifos. Najbardziej jednak fascynowały go tułacze losy Odysa – odwaga i wytrwałość, wierność i poświęcenie, a nade wszystko cierpliwość i wyobraźnia. Skąd mógł przypuszczać, że po latach jego los przypominać będzie  dzieje tego homeryckiego bohatera. Jego okręt w młodości wypłynął na szerokie morze i długo błąkał się  – jak pisze Juliusz Słowacki – sto mil od brzegu i sto mil przed brzegiem – aż dotarł do Itaki–Polski. W piętnastym roku życia Chadzinikolau przyjechał  zatem do tego chłodnego i tajemniczego kraju. Gimnazjum i szkołę muzyczną ukończył w Szczecinie, tam też prowadził chór i zespół wokalno-muzyczny, który wystąpił między innymi na festiwalu młodzieży i studentów w Warszawie. Autor Feniksa pisał wtedy melodie i teksty piosenek, a sytuacja człowieka żyjącego na styku, a może nawet w środku dwu kultur, wciąż wzbogacała jego osobowość, rodziła nowe aspiracje i nowe liryczne składnie. Prosto z festiwalu w Warszawie (1955) pojechał Chadzinikolau na studia polonistyczne do Poznania. W czasie studiów pisał wiersze, tłumaczył swoje greckie liryki na język polski. W 1956 roku zadebiutował w prasie greckiej, a dopiero w 1958, równocześnie – w dwu pismach polskich: „Pomorzu” i „Tygodniku Zachodnim”. Chadzinikolau koncertował w całej Polsce z duetem rewelersów „EROS” i do dnia dzisiejszego jego związki z muzyką są bardzo rozległe i ścisłe. Pisywał i wciąż pisze słowa i melodie do piosenek polskich i greckich (mało kto pewnie wie, że Chadzinikolau jest autorem słynnej, śpiewanej na całym świecie przez Mirelle Matieau, piosenki pt. „Acropolis, adieu”). Był też autor Klepsydry współzałożycielem zespołów „Helleni” oraz „Prometeusz”, pisywał scenariusze, promował start znanej piosenkarki Eleni i tenora Paulosa Raptisa. Przygotował w Interpressie trzy filmy: „Rodowód”, „Poeci Ziemi Południa” oraz z zespołem ZODIAK „Wyspa grecka”. Oprócz tego Chadzinikolau przez dwadzieścia siedem lat pracował w szkolnictwie, najdłużej w XII LO w Poznaniu, jako polonista. Prowadził także lektorat języka greckiego na Uniwersytecie Poznańskim oraz szkołę dla  dzieci greckich w Polsce, współredagował tygodnik „Dimokratis” oraz pierwszy słownik polsko-grecki (Wrocław 1953). Był założycielem Towarzystwa Przyjaźni Grecko-Polskiej w Atenach, a w Polsce – Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Greckiej (wspólnie z dr Mieczysławem Wojeckim). Był też inicjatorem i organizatorem corocznego Międzynarodowego Listopada Poetyckiego w Poznaniu. Chadzinikolau opracował też i wydał pierwsze w Polsce „Rozmówki polsko-greckie”. W Grecji wielokrotnie pisano w prasie i w historiach literatury, że Chadzinikolau jest ambasadorem literatury i kultury greckiej w Polsce – przejawem uznania były liczne nagrody, w tym bardzo ceniony Medal Imienia Aleksandra Wielkiego. Chadzinikolau był stałym współpracownikiem greckich pism literackich, takich jak: ”Pnevmatiki Zoi” (Życie Intelektualne), „Doma” (Poddasze) i „Pangosmia Sinergasia” (Współpraca Międzynarodowa), gdzie stale publikuje przekłady z literatury polskiej oraz artykuły o literaturze, kulturze i oświacie. Chadzinikolau poeta – tyleż grecki mieszkający w Polsce, co polski – wędrujący wciąż myślą po wyżynach Peloponezu i Attyki, nizinach Tesalii i Epiru – może się wylegitymować pokaźnym dorobkiem. Tworzą go między innymi zbiory wierszy: Barwy czasu (1961), Otwarcie światła (1964), Wyzwolenie oczu (1967), Godzina znaczeń (1969), Bezsenność (1970), Próba nocy (1971), U słonych źródeł, wybór wierszy (1972), Dobrze, Syzyfie (1974), Exodus (1976), Moje krainy, poezje wybrane (1978), Rodowód (1979), Amulet (1980), Po sztormie, poezje morskie (1981), Klepsydra (1982), Słoneczny żal (1985), Bez maski, poezje wybrane (1986), Feniks (1988), Erotyki (1990), Właściwa miara (1991), Tylko miłość (1993), Pieśni Orfeusza (1994), Liryki miłosne (1994) oraz Aforyzmy – Haiku (1997).

Liryka Chadzinikolau jest niezwykle skupiona, pełna wewnętrznych napięć i niedomówień, niedookreśleń, żyjąca jakby podskórnym rytmem, pulsowaniem żywiołów. Postaci występujące w tych wierszach żyją w świecie idealnie czystych barw i dźwięków. Zapatrzone w dal, szukają w przestrzeni odpowiedzi na odwieczne kulturowe pytania. Postaci te, milczące, jakby tęskniące za przemijaniem niczym augurowie próbują z toru lotu nadlatujących ptaków odczytać kształt przyszłości. Podobnie narrator tej poezji pragnie rozwikłać zagadkę istnienia, żyjąc w harmonii z przyrodą, wypowiadając słowa przymierza ze szmaragdem morza i wypełniającym próżnię błękitem nieba. Nie może chyba dziwić to, że pod powierzchnią tych strof wyczuwalna jest cała tradycja kultury greckiej, że pobrzękują w nich echa dawnych, dobrze znanych poematów bohaterskich. A przy tym także i teraźniejszość literatury kraju, który kiedyś był kolebką cywilizacji – miękkość i delikatność Kawafisa, mądrość Elitisa i drapieżność Ritsosa. Wszystko to oczywiście przetrawione i przekształcone w indywidualny kształt wiersza, w indywidualny, ale jakże też uniwersalny manifest, wyznanie: Jestem, /więc myślę./ Toczę kamień losu./ Szczęśliwa to chwila,/ w której tyle blasku ze szczytu./ Jestem,/ więc tworzę./ Tworzę,/ bo kocham./ Szczęśliwa to chwila,/ w której śmierć bezradna. Częstokroć pojawiają się w tych wierszach motywy zaczerpnięte z greckiej mitologii, ale równie często pojawiają się prości ludzie, wpisani swym życiem w krajobraz setek wysp i drzewek oliwnych, krajobraz cyprysów, winnic i dróg wydeptywanych odwiecznym, cierpliwym krokiem osła i muła. Chadzinikolau pragnie w swoich żarliwych strofach „zatrzymać chwilę”, dać świadectwo nagłemu zachwyceniu, zamyśleniu, odczuciu ciepła kobiecego ciała. Kobieta i mężczyzna – w wierszach – to aktorzy wychodzący na scenę amfiteatru życia by w piekącym słońcu odegrać swoje role. Aktorzy oszukujący nieświadomych widzów – prawdziwie kochający, czujący, czasem nienawidzący. Wszystko w lirykach autora U słonych źródeł pulsuje ledwie uchwytnym ciepłem, słychać w nich  tętno krwi, odbijające się zwielokrotnionym echem w świadomości,     i szum wiatru w liściach drzew, i łagodny szept kochanków okrytych całunem nocy – poeta zdaje się transponować codzienność w sen i – odwrotnie – sen w codzienność. Ze szczególną mocą uwidacznia się to w wierszach przywołujących rodziców; dawne codzienne zajęcia, błahe zamyślenia urastają w perspektywie wiersza do rangi chwil, które na zawsze powinny być ocalone. Tęsknota i smutek każą poecie ciągle myśleć o swojej ojczyźnie, każą mu żyć w trwodze myśli o niespełnionym powrocie i to one podsuwają wyobraźni sylwetki i cienie Syzyfa, Mojry, Ikara, Ledy i Ptaków Stymfalskich, każą żyć w poświacie słonecznego żalu: Nie dziw się,/ że w moich wierszach/ słoneczny żal./ Powracam do dżwięków/ z dzieciństwa,/ do niknącej rzeki. – powiada poeta, choć wie, że powroty zawsze skazane będą na niepowodzenie, bo tak jak Syzyfowi nigdy nie udało się postawić kamienia na szczycie góry, tak niemożliwe jest ponowne postawienie stopy w arkadii dzieciństwa. Pozostaje zatem – jak pisze jeden z krytyków – konfrontacja odwiecznych symboli z realiami współczesnych doświadczeń.

Poezja Nikosa Chadzinikolau jest zatem wynikiem nierzeczywistego, poetyckiego doświadczenia cudownej, feeryjnej krainy dzieciństwa i realnego doświadczenia chłodu, smutku, melancholii Północy. Poeta wyrwany ze swej świetlistości i jasności, uczy się przyzwyczajać wzrok do chłodnych mgieł i długich zmierzchów. Uczy się pokory wobec nieubłaganych praw przyrody i praw ludzi każących drugiemu człowiekowi szukać nowej ojczyzny w kraju wygnania. Poezja Chadzinikolau rodzi się także w miejscu zderzenia greckiej archaiki z tym, co po niej pozostało – w punkcie zderzenia wyłowionej z morza amfory i bólu ojca siedzącego w więzieniu. Poeta przenosi na żyjących ludzi, szczególnie na bliskie osoby, aurę i atrybuty przynależne krainie mitów. Ale często jest też tak, że granica pomiędzy mitem  i realną rzeczywistością rozmywa się, zostaje pieczołowicie wygładzona. Wtedy prosty, odarty z wyszukanych metafor, liryk czytać należy jak metatekst – mający swoje korzenie w setkach, tysiącach głosów przodków. Czasami dochodzi też w tych wierszach do sakralizacji wypowiedzi; mamy wtedy wrażenie, że to jedno z bóstw Olimpu odezwało się raz jeszcze  i obdarzyło potomnych jeszcze jedną maksymą. Owe przestrzenie mityczne czy boskie, pojawiają się w wyobraźni Chadzinikolau na prawach odwiecznego zamiłowania Greków do stwarzania niezwykle pociągających miraży – wizji mających jednak jakiś walor prawdy; niczym nieomal dotykalna głębia ciągnących się w dal paciorków oliwkowozłocistych wysepek i ścieżek pnących się między skałami. Nie ulega wątpliwości, że dwoma najbardziej immanentnymi – pojawiającymi się zarówno w  warstwie znaczeniowej, jak i językowej – odgłosami tej poezji, a także figurami stylistycznymi, są – światło i morze. To zapewne tęsknota za świetlistą młodością nasączyła wiersze Chadzinikolau tak ogromnym ładunkiem światła. Młodość też uczyła go czystości, piękna i smutku niknącej pod horyzontem dali; ona dała mu duszę poety i kazała wiecznie czekać na spełnienie, wiecznie wypatrywać. To dlatego autor Amuletu zawsze mówić będzie: Na południe powrócić pragnę, stanąć jak kolumna w słońcu. Młodość i słońce splotły się tu      w jedno i zawsze we wspomnieniach występują razem. Słońce pełni w tej poezji funkcję sprawczą. Ono obwieszcza początek nowego dnia, ono – dla każdej doby z osobna – ma przygotowany swój pogrzebny, morski hymn. Słońce to także siła ożywiająca barwy, dająca życie roślinom, siła rozgrzewająca piasek i kamienie przy drodze. Efekt działalności słońca – zdaje się konstatować w swoich wierszach autor Słonecznego żalu – jest dotykalny, czujemy jego działanie na sobie. Wielką tęsknotą poety jest chęć oddania owego działania także i w wierszach. Jak dawni Egipcjanie, widzi Chadzinikolau w słońcu najpełniejszą materializacją bytu doskonałego, jemu składa w ofierze swe wiersze, bo z niego się one biorą. Poeta wie, ile w nas siły słonecznej, ale też widział nieraz zmarszczki słońca na twarzy. Inny poeta emigrant – Czesław Miłosz – powie w jednym ze swych wierszy, iż barwy ze słońca są; Chadzinikolau, jeszcze jakby poszerza tę myśl. W jego świecie nie tylko barwy, ale wszystko pochodzi od słońca, które też daje i zabiera życie: Moje miasto,/ miasto wielkiego słońca,/ (…)/ płomień kruszy glinę,/ z której tworzono/ antyczne amfory/ powietrze oślepia popiołem. Słońce niesie ukojenie, ale też odbiera siły, bezlitośnie niszczy. A wtedy – gdy najdotkliwiej odczuwa się jego potęgę – najlepiej zanurzyć ciało w chłodnej morskiej wodzie, wtedy najlepiej oddać się we władanie seledynowej rześkości fal. Morza to druga wielka obsesja i tęsknota Chadzinikolau, jakby wewnętrzna fatamorgana. Gdy czuje się przegrany, osamotniony, gdy potrzebuje pomocy, wtedy poeta najchętniej szuka ratunku w oddechu morza, w jego szaleńczej sile i dziecinnej, czułej łagodności. Wtedy też mówi: Starczy mi jeden dzień/ wśród odmętów fal/ i słonych pocałunków. A więc także i morze jest siłą sprawczą, pobudzającą nieustannie do życia. Poeta wychodzi z niego, tak jak feniks wstawał z popiołów. My, Polacy nie jesteśmy w stanie zrozumieć do końca czym dla kogoś pochodzącego z krainy poprzetykanej morzem jest jego magia. Zwykle kojarzy nam się ono z monotonną linią brzegową – tymczasem morze Grecji  i krain śródziemnomorskich ma w sobie jakiś przedziwny, tęskny ton. Kto tego nie zobaczył i nie poczuł, ten nie zrozumie. Już samo obcowanie z tak pięknym, barwnym i nieomal żywym tworem natury, uczy wrażliwości, subtelności i na zawsze pozostawia w poecie jakże ludzką tęsknotę za dalą, za wzniesieniem się nad horyzont. Ale tak, jak w przypadku żywiołu słońca, żywioł morza ma też dwa oblicza – dodaje sił, ale też i z całą bezwzględnością morduje, pochłania ludzi, popiersia dawnych bogów oraz pełne wina i oliwy dzbany. To ciemność gromadzi ból w kroplach, tak jak zło, które jest w ludziach, każe cierpieć ludzkim głazom, takim jak ojciec poety. Tak jak nienawiść, która jest w ludziach, każe ronić łzy ludzkim drzewom oliwnym – takim jak matka poety. Jest to przecież poezja wielkiego ludzkiego bólu, głębokiego – przejmującego do szpiku kości – poczucia przegranej; poezja mówiąca o takich chwilach, gdy odnajdujemy się nagle po zachodzie słońca, zanurzeni po pas w soli – a  wiatr gromadzi na naszych czołach słoność pełną pocałunków. Wszystkie statki odpłynęły. Zostaliśmy znowu wśród wielkiej przestrzeni. Przekraczamy wymyślony horyzont. Milczymy oparci o pozieleniały i śliski pal. A może jesteśmy do tego pala przywiązani i czekamy już tylko aż przyjdzie przypływ morza i na zawsze odgrodzi nas od smaku słońca i gorzkiego blasku morskiej piany. Tutaj – w tym boskim solarium, najpełniej odczuwamy jedność morza  i słońca, jedność wszystkich żywiołów. Dopiero w tym momencie rozumiemy, dlaczego domy jaśnieją/ w bryzgach słońca.

Solarystyczna poezja Nikosa Chadzinikolau, gorzka i słonosmutna, ale jakże prawdziwa, jest zapisem wielkiej egzystencjalnej tęsknoty. Nieustannego, nieposkromionego pragnienia dali i pełni, tęsknoty za tym, co już dawno odeszło w zapomnienie i za tym, co pozostało na zawsze poza zasięgiem i możliwościami naszej wyobraźni. Tylko miłość potrafi  złagodzić ten ból, tylko głęboka stoicka mądrość może pobudzić nas od nowa do życia. Wtedy poeta zaczyna czuć czym jest otaczający nas świat, wtedy otwiera się przed nim niewyobrażalna dla zwykłego śmiertelnika przestrzeń, wtedy widzi sens. Mówi: Zatrzymaj tę chwilę,/ w której liść wiruje dzwonnym wiatrem,/ a drzewo pilnuje rozstajów. Zatrzymaj tę chwilę, w której małża otwiera się jak dłoń,/ a morze goni za łodzią./ Zatrzymaj tę chwilę/ w której słowo przekracza granicę ust./ dla pierwszej pieśni. Poezja zatem –  w ujęciu Chadzinikolau – jest pamiętnikiem i dziennikiem wrażliwości, jest manifestem jedności z morzem, słońcem, solą na wargach rybaka i mrocznym snem o odeszłej młodości: Urodziłem się pod dziwną gwiazdą – / zaraz spadła za domem/ i było ciemno./ Przed domem modliły się akacje,/ kobiety śpiewały jak ochrypłe mewy./ Matka leżała z otwartymi oczami/ i patrzyła w okno/ aż po ostatni nerw źrenic./ O szybę rozbił się nietoperz./ Noc skamieniała/ ofiarując własną bezradność… Poezja zatem wykracza poza ramy ludzkich doświadczeń i sięga wyżyn mitu śródziemnomorskiego, mitu spełnionego człowieczeństwa, wiecznej nadziei i obietnicy powrotu z połowu. Nikos Chadzinikolau stworzył na użytek własnej poezji swoistą metodę liryczno-narracyjną, której wyznacznikami są wiara w człowieka, jako tego, który oswaja chaos; prawda elementarnych żywiołów toczących nieustanną walkę w przyrodzie; podświadomość zsuwająca się z fioletowych płaszczyzn snu ku błękitowi rzeczywistych dali;   a wreszcie płomień wiecznej reinkarnacji – odradzania się martwych struktur i powierzchni, martwych ciał i zastygłych na tysiąclecia gestów. Poeta i jego słowa ożywiają przepadłą w przeszłości rzeczywistość, tak jak morska fala ożywia leżące na brzegu, wysuszone glony. Chadzinikolau potrafi mówić językiem prostym, tworząc jakby rekonstrukcje dawnych greckich poematów, dawnych pieśni weselnych i żałobnych. W tych – z reguły krótkich – lirykach pobrzmiewają echa przeszłych melorecytacji, śmiechów kochanków; w tych lirykach lśnią wpatrzone w ogień oczy Safony, odzywają się głosy wielkich poetów, filozofów – Chadzinikolau udało się odnaleźć w sobie tę niesłychanie subtelną nić natchnienia – nić, która łączy starożytność z teraźniejszością: nić, która połyskuje w mroku i drażni wyobraźnię niczym miliony rozrzuconych pod niebem Grecji gwiazd. Liryka autora Bez maski – tak zakorzeniona w słońcu – ożywiana jest nieustannie refleksami światła. Światło to pierwszy radosny zwiastun powrotu do ojczyzny, zwiastun połączenia z grecką kulturą: Czas tu nie ma władzy, choć tyle kamieni,/ Każdy kamień jest ciągłością Boga./ Dotknąć, jak dotyka się twarzy matki./ Tyle światła./ Ziemia ulepiona ze światła./ Oddycham światłem (…). Światło jest przeciwieństwem ciemności, przeciwieństwem śmierci. Poeta nieraz już spojrzał śmierci w oczy, zaznał mroku i czerni śmiertelnego upadku. Dlatego tak wymownie chwali życie, cieszy się każdą oznaką istnienia i zwyciężenia niszczących sił. Otarcie się o śmierć dało poecie rozległą perspektywę, pozwoliło dostrzegać rzeczy dotąd ukryte przed jego oczyma, a także dało mu umiejętność wyławiania z nicości krajobrazów ledwie przeczuwanych: Noc ma twarz głodnego zegara/ albo obłupanej figury/ skazanej na milczenie./ Milczenie tak zaraźliwe,/ że odbiera mi oddech./ Noc cierpi na nagłą ciemność./ Śmierć uszczelnia się we mnie./ Noc z krwi odlana/ przenosi mnie w ciszę./ Czyżbym tylko ciszę miał zostawić?/ Nie szukam wieczności   w słowach./ Nie krzyczę./ Opanowałem sztukę bólu./ Czekam na światło./ Tylko światło jest życiem. W tej na poły boskiej świetlaności poeta jakby na nowo przeżywa tragedię mitycznego Feniksa i wraz z nim zdaje się wstawać z popiołów.

Począwszy od tomu pt. Słoneczny żal zaczyna się u poety cały obszerny cykl utworów rezurekcyjnych. Odrodzenie, powstanie z popiołów, napływ nowych sił, wszystko to stanowić zaczyna zupełnie inną jakość. Nie bez wpływu – zapewne – na takie kształtowanie się i nastawienie liryki miały zdarzenia z życia poety: Ból jest miarą człowieka./ Nie przychodzimy jednak na świat/ tylko by cierpieć./ Dlatego nigdy nie podziwiałem śmierci./ Zjawiła się jak cisza/ pożyczona od śniegu./ Nie udało jej się jednak/ oblodzić moich warg/ ani serca. Opisuje zatem poeta jakby sytuację człowieka, któremu udało się umknąć sprzed bezlitosnej piki śmierci, człowieka, który dzięki tak realnej jej bliskości, tak realnemu jej doświadczeniu, może teraz dostrzec całą złożoność świata, może zachwycać się ulotnością czasu i przestrzeni. Odrodzenie jest niezbędnym warunkiem zaistnienia oczyszczającej energii poezji i miłości. Choćby miłości zwiewnej, jak ta opisana w liryku pt. Morska dziewczyna: Na brzegu cię widziałem,/ gdy szczotkowałeś włosy słońcem./ Potem rozpięłaś falę jak bluzkę/ w godzinie miłości./ Cała niebieska./ Odlana z kruszców morza./ I wtedy poczułem na wargach/ smak startej kropli. Poeta w smaku soli odnajduje smak życia – morze nieustannie powraca w tych wierszach niczym ostateczne crescendo istnienia. Groźny żywioł jakby pointuje wszystkie ludzkie wysiłki, swoją głębią i cudownością promieniuje na człowieka, dodaje mu sił, bądź siły odbiera. Poeta pragnie w żywiołach odcisnąć swoją twarz i żywioły najbardziej intrygują jego wyobraźnię.  Zdaje się patrzeć na rzeczywistość jak na nieustanną walkę sprzecznych, groźnych i tragicznych zarazem sił. Czy to będzie mały kamyk na brzegu, cyprys wrastający w niebo, słońce czy ludzki ból, wszystko podlega jednej regule walki. Nie ma sił obojętnych, nie ma miejsc neutralnych, a poeta – w ujęciu autora Rodowodu – staje się tym, który powołany został by dać świadectwo wiecznej batalii, tym, co przyjąć musi w siebie jęk pękającego lodu i płacz rozkwitających kwiatów. Wszystko wszak zdaje się go ranić, wszystko dotyka jego delikatnej, eterycznej duszy. Poezja jest właśnie pogłosem walki, remedium na ból i słoneczny żal. Poeta uczestniczy jakby w wielkim, wciąż trwającym pogrzebie postrzeganego świata: stale coś w sobie żegnam,/ stale odchylam się w ciszę. A jest to zadanie ponad siły, jest to praca Syzyfa, wiecznie odradzający się w kamieniu ból. Poeta dopiero co powrócił z krainy śmierci i wszystko dookoła zdaje się nosić ślady jakiejś kosmicznej walki: drzewa podobne do wypalonych figurek, owdowiała trawa, woda wypłakana przez matki. Gdzie nie spojrzeć płaskowyże popiołu, zgliszcza. Ptaki, które się tu pojawiają, przypominają nierealne ważki bujające nad jakimś monstrualnie wynaturzonym ogrodem. Tutaj, w takim krajobrazie wewnętrznym zacząć się musi stopniowe wzrastanie, tutaj obudzić się musi wszystko to, co było skazane na sen. Ogień niszczy, ale ogień daje też życie – dlatego poeta może z nadzieją       w sercu na nowo odgrodzić od rzeczywistości własną winnicę, wszak dzień zwisa jak winorośl, a wszystkie (…) myśli od słońca. Chadzinikolau maluje blaskiem – ogień stanowi w tej poezji jeden z warunków życia. Dlatego właśnie wyznaje: Czekam na światło./ Tylko światło jest życiem, a gdzie indziej dodaje: Wystarczy pomyśleć/ o toczeniu kamienia/ słonecznego. Jest zatem także blask wiecznym wyrzutem, udręką, którą wciąż od nowa trzeba przezwyciężać – noc wabi i zachęca, obiecuje rozległe nisze, przestrzenie ciepła, spokoju i dobra. A w gruncie rzeczy noc jest jedynie obietnicą rozpadu, kolejnej orgii żywiołów. Blask kojarzy się z wierszem jasnym, mądrym, skończonym – wszak odrodzenie w świetle wiersza to jedna z tęsknot poezji wszystkich czasów. Powie poeta: Wiersz jest pieśnią,/ słoną kroplą na wargach./ Wierszu powtórz/ nawet za cenę łez./ Wiersz jest skurczem serca,/ a może lepiej otwartą raną./ (…).  Te świetlne, świetlane wiersze nazywa Chadzinikolau heliotropami, gdyż zawsze prowadzą one do jednego celu. Tym celem jest prawda o człowieku i o sobie samym.  Słoneczna, poprzerastana strunami czystego blasku, kraina poetycka Chadzinikolau ma jakby gorzkosłony smak. Takie jest tu powietrze, takie pagórki i skały, takie liście oliwek, takie cyprysy i amfory. W krainie tego twórcy sól zdaje się osadzać w zagłębieniach ziemi, na wyłowionych z morza posągach i na wargach spragnionych wiecznie miłości dziewcząt. W tym świecie poeta porusza się, odnajdując poszczególne heliotropy i nawet iskierki gwiazd na niebie dodają mu sił, sprawiają, iż czuje jedność z kosmosem i wiecznością: Noc jest zwierciadłem./ Patrz w niebo./ To pora, która nie zawodzi./ Kto kocha gwiazdy,/ ten nie odchodzi w odblask świec./ Noc jest zwierciadłem/ jak twarz mojej matki./ Patrz w niebo/ i nie wstydź się kołatania serca./ To pora wieczności. Szlachetna nuta goryczy wyczuwalna w każdym wierszu umieszcza opisywane postaci jakby w przelocie pomiędzy przeszłością i teraźniejszością, jakby w zawieszeniu pomiędzy nadzieją, a sromotną klęską. Poeta opowiadając o swoich losach, o losach swojej włóczęgi, jednocześnie opowiada losy bohatera mitycznego – tylekroć pojawiającego się w mitologiach różnych narodów kulturowego włóczęgi, wiecznego tułacza. Jego droga znaczona jest pieczęciami krwi i soli, konwulsjami bólu, żalu i zwątpienia. Jego droga prowadzi od skał wysepek Morza Egejskiego, poprzez Ateny i Delfy, do zimnego, północnego kraju, do miasta nad Wartą. Tutaj dopiero Feniks może złożyć swoje pióra, tutaj dopiero – z perspektywy oddalenia – możliwe jest któreś już z rzędu   o d r o d z e n i e , jakże dramatyczne i ekscytujące przejście od spopielałego ptaka do szybującego w dal Ikara. Chadzinikolau bez reszty zatraca się w poetyckich rytuałach przejścia – traci wszystko w jednej chwili i w jednej chwili odzyskuje… smak soli, blask ognia, źrenicę słońca i morza tęsknoty.

SZEREMIETIEWO

Byłem ostatnio dwukrotnie na lotnisku Szeremietiewo w Moskwie, gdzie spędziłem po kilka godzin. Myślałem do niedawna, że nasze stare Okęcie, to najbardziej zapyziałe i mizerne lotnisko w Europie, a tymczasem Szeremietiewo okazało się jeszcze gorsze. Mała przestrzeń i wszędzie napakowane pełno miniaturowych sklepików, jakieś tandetne wozy na żelaznych kołach, sprzedające za horrendalne pieniądze napoje i chipsy, w restauracjach hamburgery z paroma frytkami za dwadzieścia euro. Połowa lotniska zasłonięta szmacianymi parawanami, za którymi przygotowują nowe sklepiki. Wielkie imperium z dumnym premierem Putinem i lotnisko jak w jakimś afrykańskim kraju, rozkopane, pełne dziur, starych samochodów, budynków z poprzedniej epoki. No i to, co też jest naszą wschodnioeuropejską bolączką – ubikacje brudnawe i lepiące się, pourywane elementy sanitarne, wieszaki, jakieś ledwo działające osuszacze, brud, smród, ubóstwo… Gdy z konieczności korzystałem z tych przybytków, myślałem o tym jak długo pozostawaliśmy w orbicie tego kraju i ile od nich do nas przeniknęło. Mamy już na szczęście nowe Okęcie, które może być wizytówką nowej Polski, pojawia się u nas coraz więcej zmian, znikają  samochody typu Zaporożec czy Łada, nie ma na naszym terytorium bratnich wojsk, obyśmy jak najszybciej odbili się od wielkiego wieloletniego „przyjaciela” i sąsiada. Myślę, że w jakiś sposób Szeremietiewo jest metaforą całej Rosji, a przynajmniej tej jej części, której ckni się za wielikim sojuzem wsjech stran

JESIENNE BARWY

JES-33

Jesień wkracza w ostatnią fazę i liście, pozostałe jeszcze na drzewach, przybierają piękne barwy: wiele odcieni żółcienia, kontrastowe brązy, sienny, cała gama czerwieni. Sporo też spada ich już na ziemię i tworzy miękki kobierzec, po którym biegają dzieci i szurają z uciechą nogami. Przypomina mi się wiele moich jesieni w dzieciństwie, gdy chodziłem z kolegami i koleżankami na pobliskie cmentarze i strącaliśmy, kijami lub kamieniami, kasztany i żołędzie. Przemykaliśmy wtedy po grubym dywanie z liści i szukaliśmy brązowych i złotawych owoców kasztanowca i dębu. Dzisiaj wielu dawnych przyjaciół już nie ma pośród żywych i stale pojawiają się nowe nekrologi. Przypomniały mi to wczoraj płomienie świec na ich nagrobkach. Trudno mi przyzwyczaić się do tego permanentnego odchodzenia, choć wiem, że czeka ono wszystkich. Gdy dzisiaj chodzę po warstwach kolorowych liści, coraz częściej utwierdzam się w przekonaniu, że poszedłem właściwą drogą. Mogłem się potknąć, upaść, mogłem znaleźć się w mrocznym przedziale, a jednak doszedłem do miejsca, które jest obietnicą ostatecznego spełnienia. Pisanie książek i praca nad słowem dają mi wiele satysfakcji, a szczególnie cieszą mnie nowe stronice wspomnieniowej prozy. Nic tak dobrze nie nastraja do pisania jak złota polska jesień. Więc piszę…

CHINY (VIII)

malarstwo2

Po powrocie do Xining, godzinę przed zachodem słońca, idę do parku, po drugiej stronie rzeki. Muszę przejść dość długą ulicę i ogromny most, a gdy już na nim jestem zauważam z góry dalekie pasma górskie, wyraziście rysujące się za miastem. Na ich szczytach leży połyskliwy śnieg, a całość łańcucha przydaje krajobrazowi orientalnego charakteru. Bliżej widać osiedla wysokich apartamentowców, a wokół nich niższe budynki, rozsiane jak barwne kawałki warzyw pośród dania ryżowego. Schodzę do parku i mijam niewielu ludzi, ale za każdym razem zauważam ich bystre spojrzenia. Wszystko tutaj jest zadbane, ścieżki wewnętrzne utwardzone, eleganckie ławki i stoliki z górskich kamieni z ciekawym, wewnętrznym rysunkiem linii i zygzaków. Sporo średniej wielkości drzew i starsze klony, topole, wierzby, na każdym kroku klomby kwiatowe i wypielęgnowane trawniki. Schodzę do rzeki i zauważam na kamieniach pliszki siwe, a w miejscach głębszych kaczki krzyżówki. Nurt płynie leniwie i w wielu miejscach zanika w półmetrowej wodnej roślinności, zaborczo wdzierającej się w koryto. Woda jest mętna, żółtawa, ale niesie się od niej jakaś górska rześkość, oddech dalekich dolin i przełęczy. Przysiadam na ławce i patrzę na wszystko dookoła, a przede wszystkim na ludzi, którzy mijają mnie po dwóch, trzech, czasem w niewielkiej grupce. Starcy ubrani w tradycyjne, granatowe uniformy z czasów Mao, młodzieńcy i dziewczęta odziani w bawełniane koszulki, dżinsy, jakieś zwiewne bluzki, w nieodłącznych adidasach na nogach. Chinki dobrze wiedzą jakie są zgrabne, więc z upodobaniem noszą krótkie, kolorowe spódniczki, obcisłe spodnie. Fotografuję ich i proszę o zrobienie mi zdjęcia, na co przystają z uśmiechem, trochę mówią po angielsku, coś tam komentują w swoim języku. Muszę być dla nich wielkim dziwakiem, z moją dość ciemną karnacją skóry i zielonymi oczyma – odchodząc, kilka razy się odwracają, wskazują na mnie i głośno ze sobą rozmawiają. To miasto, w miesiącach chłodniejszych i zimą, jest zapewne zamkniętą enklawą i niewielu trafia tu ludzi z innych części świata – to w końcu przedmurze Tybetu. Dostać się tutaj można tylko samolotem z Pekinu lub koleją transtybetańską, jadącą wiele dni ze stolicy państwa.

kwiatyiptaki1Nagle spostrzegam coś, co każe mi wstać z ławki, włączyć aparat fotograficzny i ruszyć szybko do przodu. Na pobliskich drzewach zauważam stado barwnych ptaków, które okazują się zielonkawymi, chińskimi dudkami. Jakoś tak się złożyło, że nigdy nie widziałem tych istot w naturalnym, europejskim czy amerykańskim biotopie, wiele razy się zasadzałem, odbywałem specjalne wyprawy, ale jakoś mi się nie udawało. I nagle, w środkowych Chinach, widzę całe ich stado, przelatujące z drzewa na drzewo i pozwalające podejść dość blisko. Jest ich chyba z dziesięć i czuję się jak w ptasim raju, tym bardziej, że zauważam też inne skrzydlate twory – dzięcioły, sikory i zięby, a nawet dzierzbę i srokatego zimorodka. Przypomina mi się tradycyjne malarstwo chińskie, które lubowało się w odtwarzaniu kształtów i w specjalny sposób stylizowało symetrię lotnych krzywizn. Sporo takich przedstawień widziałem w Odonkorze, w starych domach, pałacach i świątyniach, a także na wyrobach sztuki ludowej i regionalnych pamiątkach. Ptaki lśnią w słońcu i przelatując na dalsze drzewa, prowadzą mnie w głąb parku. W końcu kryją się pośród liści, siadają wysoko, tak, że nie mogę ich dostrzec – tylko świszczące głosy wskazują, że tam są. Idę dalej i przysiadam na następnej ławce, patrzę na niezwykłe, liliowo-amarantowe chmury, podświetlone przez zachodzące słońce. Przysiada do mnie jakiś stary człowiek i nie zwracając uwagi na moją obecność, patrzy w dal, kontempluje drzewa, kwiaty i dalekie góry. Za chwilę zamyka oczy i w naturalny sposób zasypia na chwilę, a ja przyglądam się jego twarzy, pooranej bruzdami głębokich zmarszczek, ma może siedemdziesiąt, może więcej lat i musiał przeżyć w tym państwie liczne przełomy i zawirowania dziejowe. Wstaję powoli, by go nie zbudzić i idę w kierunku mniejszego mostu przez Huang Shui, zauważam, że jest już siódma wieczorem, więc przyspieszam kroku, by zdążyć do hotelu na kolację. Od razu czuję żywszy rytm serca i szybciej oddycham, jestem przecież na wysokości dwa tysiące trzysta metrów nad poziomem morza. To historyczna tybetańska prowincja Amdo, gdzie krzyżowały się szlaki karawan i samotnych pielgrzymów i zawsze tętniło życie, dudki wzbijały się ponad drzewa, nurty mętnego dopływu Huang Ho sunęły leniwie ku ujściu, a ludzie przyzwyczaili się do życie na wolniejszych obrotach.

kwiatyiptaki2Idąc, przyglądam się temu kawałkowi Chin i wydobywam takie skrawki, które mnie ciekawią lub wzruszają. Jakaś mała dziewczynka, może sześcio-, może siedmioletnia, idzie grzecznie parkową dróżką i niesie w woreczku foliowym, wypełnionym wodą, kilka malutkich, kolorowych rybek, które zapewne złowiła w strumieniu. Jest w niej tyle świeżości i piękna, tyle delikatności i azjatyckiej subtelności, że czuję przypływ ciepła w całym ciele. Choć ona o tym nie wie i mija mnie szybko, zastanawiam się jak będzie wyglądało jej życie – tutaj dorośnie, tu wyjdzie za mąż i urodzi dzieci, a w końcu odejdzie z tego świata, jak wszyscy ludzie. Gdzie ja wtedy będę, co będę robił, kim będę i co osiągnę, czy jeszcze będę wśród żywych? Ona tu pozostanie, a ja wyjadę, choć może wrócę za jakiś czas, a może będę w zupełnie innej części świata – niezbadane są wyroki losu. Idąc dalej, spotykam kobietę, mniej więcej w moim wieku, urodziwą i szczupłą, ubraną w czarna kurtkę skórzaną i w jedwabną, niebieską spódniczkę. W pierwszej chwili budzi moje zdumienie, bo chodzi powoli do tyłu, ale szybko orientuję się, że to ćwiczenia relaksacyjne tai chi, mające służyć poprawie zdrowia i zyskaniu dobrego samopoczucia. Choć mijam ją zaaferowany, nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi, wysuwa ręce do przodu i wygina je wolno w różne strony, koordynuje ich ruchy, z lekko przesuwającymi się do tyłu nogami. Wchodzę do innego dużego parku, tuż przy hotelu i zatrzymuję się na dłuższą chwilę przy szerokim sztucznym stawie. Wszystko ma tutaj orientalny wymiar i na każdym kroku widać chińską ornamentykę, od budowli, poprzez mostki i nawet pojemniki na śmieci. Myślę o tym, że mógłbym żyć w takim świecie, z dala od Polski, od tego wszystkiego, co w niej zostawiłem. Opieram się o balustradę tarasu wychodzącego nad wodę, wpatruję w dalekie domy, świątynie i myślę o tym jaki jestem w tym momencie szczęśliwy… i jak trudno zatrzymać taką chwilę. Robi się coraz później i wspinam się po schodach na plac, przed hotelem, wchodzę do budynku, gdzie jak co dzień, boy wita mnie z promiennym uśmiechem. Myję się szybko w ogólnej łazience i wchodzę do restauracji – wszyscy jedzą już kolację w najlepsze, więc i ja zaczynam krążyć z talerzem pośród barwnych potraw, warzyw i fasoli, owoców morza i gotowanych na parze pierożków z ostrym lub łagodnym sosem.

« Older entries

%d blogerów lubi to: