JEDNOŚĆ

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nasz świat bywa trudny, mnożący zagrożenia i rozległe wiry, chwile groźne i wymagające natychmiastowego działania, szybkiej reakcji i decyzji. W nieustannym biegu, w powtarzających się sekwencjach dni i nocy, tracimy to, co jest w naszej egzystencji najpiękniejsze, niepowtarzalne, czekające na zauważenie i wyodrębnienie z lawiny obrazów. Cudowność świata najczęściej objawia się nam podczas egzotycznych podróży, gdy zjawiskowość jakiegoś krajobrazu, czyste piękno tworów natury, odbiera nam oddech, wyhamowuje obłędny pęd. A przecież tragicznym tonom istnienia przeciwstawić możemy nasze zawieszenie w kosmosie, bytowanie wewnątrz spiralnej galaktyki, przy gwieździe średniej wielkości, w towarzystwie planet, księżyców, asteroid i komet. Powszechne umieranie ustawić możemy po przeciwległej stronie nieustannie się krzewiących konstrukcji natury, przepięknych gór i mórz, drzew, liści, kwiatów, traw i mchów, potężniejących codziennie owoców, wrastających w ziemię warzyw, zawiązujących się na gałęziach orzechów i jagód. Świat bywa bezlitosny i doprowadza ludzi do szaleństwa, pojawiają się depresje i zapaści, a wtedy wszystko gaśnie, zostaje spłaszczone, jakby nie istniało, jakby bezwolnie zostało zrównane z tektoniczną warstwą planety. Szarość zastępuje barwy jaskrawe, czerń zakłamuje biel, odcienie brunatne zakrywają czerwień i zieleń, błękit i barwy pastelowe. A przecież zjawiskowa przyroda krzewi się nieustannie, w każdej chwili rozprzestrzenia się i zamienia dwutlenek węgla w tlen, przydaje dekoracji naszym wędrówkom i powrotom, nowym wyzwaniom i celom. Doświadczenie samego siebie polega na tym, by dostrzec ciągłość i wypływanie kształtów z nicości, pojawianie się budowli naturalnych, które potwierdzają cud istnienia we wszechświecie, jego pulsowanie i etapy rozwojowe, ciągłe dążenie ku czemuś, o czym nie wiemy i nigdy się nie dowiemy. Rozcinając kulę grejpfruta albo konchę cebuli, rozdzielając ząbki czosnku albo liście kapusty, docieramy do struktury wszechrzeczy, obcujemy z czymś tak ostatecznym jak krwiobieg i przenikanie wody przez grunt, jak wyklucie się z jaja pisklęcia fregaty i narodziny dziecka po dziewięciu miesiącach wzrastania w ciele kobiety. Depresja odbiera to, co otrzymaliśmy w darze od wszechświata, zaciemnia obrazy i niszczy marzenia, szczytne plany, wizje rozwojowe życia i dorobku. Ale ci, którzy ją przemogli, pokonali samych siebie zaznają czegoś na kształt kosmicznej jedni, zaczynają patrzeć na swoje życie w perspektywie zdarzeń chwalebnych, nieustanie się wydarzających i potwierdzających wyjątkowość pierwotnej zasady kosmogonicznej. Szczególnie jesienią, gdy natura zaczyna zamierać, a w przestrzeni ogromne wyspy zieleni zmieniają się w żółcienie, czerwienie, brązy i czernie, odczuć można rytm zmian – żywej metamorfozy, której jesteśmy cząstką. Tylko pogodzenie z nią, tylko przekonanie, że zamieranie jest równie piękne jak narodziny, daje poczucie jedności i pełni, dobrze wykonanych zadań i spełnienia się tego, co od samego początku miało się dokonać. Tylko zauważanie kształtów wyjątkowych, spojrzenie na dalekie panoramy, unoszenie głowy ku gwiazdom, kontemplowanie otoczenia i samego siebie, znoszą ból, odsuwają depresję i czynią z nas ludzi prawdziwych, tak samo ważnych jak owoc rokitnika, arteria żylna w ciele bażanta, rzeka Jangcy wolno tocząca nurty, chmury układające się w warstwy i fale uderzające o brzegi dalekich lądów.

Reklamy

ALEJA KLONÓW (19)

chagall

Każdego dnia, od wiosny do jesieni, Janek Wodogłowiec stał w drzwiach niskiego domu przy Alei Klonów i patrzył na przechodzących ludzi, przejeżdżające wojskowe ciężarówki i wyładowane węglem furmanki. Ubrany w jasne, poplamione, drelichowe spodnie, które dał mu ojciec, malarz pokojowy Mundek, codziennie wracający do domu pijany. Na górę zakładano mu bordowy, rozwlekły sweter, który kiedyś matka zrobiła na drutach, a na nogach najczęściej miał wykoślawione robocze buty, też przytaszczone z jakiejś budowy. Niektórzy się go bali, ale ja chętnie przy nim przystawałem i próbowałem nawiązać dialog, dawałem nieszczęśnikowi jakieś cukierki, ciastka, czasem kawałek chleba ze słonym masłem albo ze smalcem i skwarkami. Miał głowę trzy razy większą od innych ludzi, do tego zdeformowaną jak ogromna dynia, wyrastająca bezpośrednio z korpulentnego tułowia. Jego wielkie, czarne, wyłupiaste oczy nieustannie były w ruchu i sondowały przestrzeń przed nim, a nienaturalnie małe ręce zwisały bezwładnie, czasem tylko wznosząc się lekko w górę, jakby bolesny kurcz dawał im znać, że mają drgnąć. Nogi też były za krótkie, stopy przesadnie rozrośnięte, a kolana wykrzywione jak przy chorobie Heinego-Medina. Na czoło zawsze występowały mu krople potu i zlepiały rzadkie włosy, które tworzyły coś w rodzaju polepy, czarnego zwieńczenia koślawych kształtów. Chwiał się lekko i wyglądał jakby miał za chwilę upaść na ziemię, co też czasami się zdarzało i dopiero dobrzy ludzie go podnosili, jakieś kruche staruszki, młodzież, przechodzący mężczyźni z innych dzielnic. Ale bywało, że leżał tak bardzo długo, a nie radząc sobie z własnym ciałem, roztaczał wokół siebie smród nie do wytrzymania i przyciągał wielkie czarne muchy. Czasem oblepiały go gęsto i żerowały na nim jak na koniach w pobliskiej stajni jednostki wojskowej.

marc_chagall_shop_t_postcard_20

Gdy ojciec wracał z roboty, podnosił go z ziemi, albo brał pod ramię i prowadził na ogród, gdzie stawiał pod jednym z drzew, odkręcał wodę i polewał go z gumowego węża, wywołując bełkotliwe skargi, jakieś potworne buczenia i rozpaczliwe krzyki. Potem wycierał go szmatami i zabierał do komórki za domem, gdzie Janek mieszkał razem z psem, kurami i królikami. Do domu nie miał wstępu, a zimą matka kładła mu brudny materac w piwnicznej kotłowni, gdzie stale było ciepło, ale czasami z pieca wydzielał się czad i zdarzało się, że Wodogłowiec prawie umierał, ale za każdym razem powiew świeżego powietrza przywracał go do życia. Malarz pokojowy, który go spłodził z urodziwą krawcową zaraz po wielkiej wojnie, mówił, że Bóg go pokarał, za to, że zatłukł szpadlem i siekierą wielkiego owczarka niemieckiego, uprowadzonego zza komendy Gestapo. Niemcy używali go do szczucia ludzi, zagryzania dzieci i kobiet, a malarz pewnego dnia postanowił, że wykradnie go, zawlecze w jakieś ustronie i bez litości zabije. Długo czekał na stosowna okazję, a gdy wreszcie nadarzyła się, podrzucił psu kawał mięsa z trucizną na szczury. Pies stracił przytomność i kat wpakował go do jutowego wora, zarzucił na dwukołowy wózek i wywiózł na obrzeże mętnej glinianki. Tam wyrzucił ledwie dychające zwierzę na brzeg i zaczął tłuc łopatą, odrąbał nogi siekierą, a potem, jeszcze drgające ciało, pokawałkował szpadlem, najpierw odcinając łeb. Szczątki zepchnął do wody i z satysfakcją patrzył jak ruszyły ku nim z zarośli wielkie szczury. Gestapowcy zatrzymali za kradzież niewinnego chłopaka i rozstrzelali go nad głębokim dołem, pośród pagórków za miastem, razem z wieloma innymi nieszczęśnikami.

Chagall_SelfPort_MaVie

Właśnie wtedy zaczął chadzać do urodziwej krawcowej Gizeli, zamykać się z nią w pokoju pełnym bibelotów, a gdy poczęli dziecko, poprosił ją o rękę i zamieszkał z zrzędliwymi teściami. Kobieta bardzo źle się czuła przez całą ciążę, a potem rodziła Janka przez trzy dni, bo ważył ponad sześć kilogramów. Gdy wreszcie akuszerka wydobyła go z jej ciała, natychmiast pobiegła z nim do drugiego pokoju, a tam wszyscy zaczęli krzyczeć jak oparzeni. Gizela zemdlała natychmiast, wyobrażając sobie, że urodziła antychrysta z jakimś znakiem na czole lub potylicy, ale gdy się ocknęła i nie chciano jej pokazać dziecka, zażądała zdecydowanie, że chce znać prawdę, nawet gdyby była najstraszniejsza.

– Czy urodziłam kretyna…? – pytała podniesionym głosem.

– Nie pytaj lepiej… – odezwała się jej matka.

Powiedziano jej, że syna zabrało pogotowie, bo miał kłopoty z oddychaniem, ale nie uwierzyła i gdy poczuła się lepiej, wymusiła na mężu by powiedział jej prawdę. Jej rodzice nie byli w stanie tego znieść i wyrzucili ich z dnia na dzień na bruk, każąc zabrać też ze sobą ludzkiego potwora. Mundek miał przy Alei Klonów komórkę na narzędzia i niewielki ogród z gołębnikiem, więc zaczął powoli budować mały domek z tego, co udało mu się wynieść z kolejnych budów. Początkowo mieszkali razem z Wodogłowcem, ale z czasem umieścili go w komórce dla zwierząt, przenosząc go zimą do kotłowni. Wszystko się między nimi popsuło, Gizela zbrzydła okropnie, zaniedbała się i wegetowała z dnia na dzień, a malarz znalazł pocieszenie w alkoholu, wciągając też w nałóg swoją żonę. W nocy wciąż śniły jej się koszmary, jakiś wielki czarny demon o głowie owczarka niemieckiego przylatywał do niej, machając ogromnymi skrzydłami i gwałcił ją raz za razem. Próbowała się wyrwać, gdzieś uciekać, ale wtedy drogę zastępował jej Janek ubrany w czerwone aksamity i jedwabie, odsłaniał żółte zęby i warczał na nią jak pies. Innym razem śniło się jej, że do domu przyszli gestapowcy, ustawili ją, Janka i malarza w jednym szeregu przy płocie ogrodu i rozstrzelali z karabinów maszynowych. Gdy padała na ziemię w jej martwiejących oczach pojawiły się postacie w brunatnych mundurach, z głowami owczarków, poszczekujące znacząco. Ludzie zaczęli ich omijać, nie było zamówień na nowe stroje, a malarz zdobywał zlecenia tylko dzięki kolegom i swoim umiejętnościom. Wiele razy mówili przy wódce o tym, że zabiją potwora, ale jakoś nie mieli odwagi, codziennie prowadzili go na ulicę, gdzie wystawał od rana do wieczora, ślinił się nieustannie i mruczał jakieś, przez siebie tylko zrozumiałe słowa.

6a00d8341c41ba53ef00e54f2320848834-800wi
Nie wiem czy mnie zauważał w świecie ludzkim, ale gdy podchodziłem do niego ożywiał się nieco, przekrzywiał wielką głowę i patrzył na mnie to lewym, to prawym okiem. Opowiadałem mu o ostatnich zdarzeniach na Alei Klonów, o chłopcu zabitym przez samochód, o moim kochanym psie Murzynie, o szlachtowaniu świni i pieczeniu chleba w piekarni. Najbardziej mlaskał i prychał, gdy snułem opowieść o kuźni i podkuwaniu koni, choć jego oczy zaczynały biegać jak oszalałe tylko wtedy, gdy na gałęzi klonu pojawiała się sroka, sójka albo kilka czarnych jak węgiel gawronów. Nie wiem co działo się w jego wielkiej głowie, czy krążyły w niej jakieś myśli, czy może żył bezwolnie, jak kamień toczący ze zbocza niewielkiego pagórka. Zdarzało się, że dokuczali mu jacyś podpici młodzieńcy, przezywali najokropniej, ale milicjanci i kominiarze, fryzjerzy, rzeźnicy, wozacy i uczniowie piekarscy dawali mu suche bułki, kawałki kiełbasy i jakieś łakocie. W dniu, w którym umarł, obudziłem się z przeczuciem, że stanie się coś bardzo złego, ale nie przypuszczałem, że to będzie miało związek z Jankiem Wodogłowcem. Nie było go na ulicy, a przy wejściu do korytarza wiodącego na podwórko, gdzie mieszkał Mundek z Gizelą, stał czarny samochód dostawczy. Podszedłem bliżej i zobaczyłem, że dwaj mężczyźni wyjmują z niego brązową, politurowana trumnę i taszczą ją przez przejście. Po pogrzebie ludzie mówili, że to był nieszczęśliwy wypadek, a czad szybko dokonał dzieła zniszczenia. Tylko gruby zamiatacz uliczny mówił, że pękła w jego wielkiej głowie żyła, bo ponoć miał krew w uszach i przy nosie. Malarz zrobił mu grób z kamienia, ale zapowiedział żonie, że jak umrze nie chce iść do tego samego dołu. Ona też zastrzegła, że nie godzi się na pochówek w tym samym miejscu, bo dziecko, które urodziła było z piekła rodem. Kto mógł przypuszczać, że po latach, gdy z ciała Janka już nic nie zostanie, pijani grabarze umieszczą w tym samym dole zmarłego na raka sekretarza partii komunistycznej. Człowiek ten dzierżył w ręku przez wiele lat czerwony sztandar, a w niedzielę jeździł chyłkiem na msze święte za miasto, do małego kościoła, gdzie nikt go nie znał. Przytuliłem się do pachnącej czystością, białej poduszki i zasypiając pomyślałem:

– Czy to ważne jaki kawałek ziemi dostanie człowiek po śmierci, czy to ważne czy był dowódcą pułku, sekretarzem,garbusem, pijakiem bez nogi albo wodogłowcem…

Spałem spokojnie, choć śnił mi się Janek w trumnie, pod ziemią, zmieniający się w owczarka i łkający boleśnie, prawie jak człowiek.

chag1

MGŁY

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ostatnia w tym roku wyprawa rowerem przez wertepy, pola i lasy… Zrobiłem chyba ze sto kilometrów, rozkoszując się mglistą aurą, co chwile pojawiającą się mżawką i ciepłymi powiewami powietrza. Taka pogoda w Polsce ma też swój urok, ale tylko pośród szerokich krajobrazów, kiedy rozmywające się w dali zarośla, toną w sinych oparach i mgłach, a drzewa, dalekie pagórki i budynki wyrastają z nicości jak dziwne twory nie z tego świata. Jakże pieknie wychylają się z tych szarug wielkie osiki, kasztanowce, jesiony, albo obsypane czerwonymi owocami głogi. Jadę wolno i zauważam stada mniejszych ptaków, powoli szykujące się do odlotu, sporo kruków i gawronów, a co jakiś czas zrywa się z gałęzi drzewa drapieżny ptak i zatacza ciężkim lotem niewielkie koła. Z kłębowisk jemioły na wielkiej topoli oderwał się spory myszołów, chyba najbardziej charakterystyczny drapieżca, wyglądający mocarnie, jakby był napakowany mięśniami i energią. W pierwszej chwili myslałem, że to krótkoszpon, ale wielkość ptaka utwierdziła mnie w przekonaniu, że przeleciał nade mną łowca myszy i innych niewielkich gryzoni. Zauważam też sporo sikorek, osobne sójki i sroki, a nawet jedną dzierzbę na drucie między słupami, ale dopiero barwne stado szczygłów, ustawione w locie równolegle do toru mojej jazdy, spowodowało, że przystanąłem by zapamiętać ten szczególny moment wycieczki. Woda ścieka z gałęzi i liści i raz jestem solidnie przemoczony, a po jakimś czasie moje ubranie schnie całkowicie i jadę bardzo szybko przed siebie. Wyławiam też głosy ptaków, spośród których na plan pierwszy wysuwa się tzw. “korkowanie” wielkich kruków, siedzących na polach, albo wzlatujących na chwilę w powietrze. Ich wyrazista czerń jest kontrapunktem dla wszechobecnej siności, rozległych rozmyć i walorowo rozciągniętych gam kolorów. Przystaję i zastanawiam się jaką muzykę włączyć z telefonu, chwilę przeglądam moje archiwum i po chwil decyduję się na Peer Gynt Edvarda Griega, z nieśmiertelną pieśnią Solveigi i Finlandię Jeana Sybeliusa. Muzyka wzmacnia doznania wzrokowe i staje się komentarzem do przesuwających się obrazów i moich myśli, sunących wraz ze mna do przodu. Jeszcze kontempluję kaczki, łyski i łabędzie na dalekiej, srebrzystej tafli jeziora, jeszcze odprowadzam wzrokiem błotniaki, kawki i synogarlice, ale powoli wracam w obręb miasta, gdzie mżawka i szarość nie mają już takiego uroku jak pośród październikowych pól, łąk i pełnych kałuż dróg. Następna wyprawa rowerowa dopiero wiosną…

PIECUSZEK

Foto - Wikipedia

Foto – Wikipedia

Patrzyłem dzisiaj dość długo na małego ptaszka, buszującego pośród gałązek dzikich róż i mahonii i po jakimś czasie zorientowałem się, że jest to piecuszek (Phylloscopus trochilus), przedstawiciel rodziny świstunek. Przeskakiwał z gałązki na gałązkę, wprawnie omijając kolce, to wzbijając się w górę, to przysiadając na okrytej korą ziemi. W pierwszej chwili myślałem, że to modraszka, ale subtelna sylwetka skłoniła mnie do sięgnięcia po lornetkę i szybko wyodrębniłem gatunkowe cechy charakterystyczne. Jego wyjątkowa ruchliwość mogła być związana z gorączkowym poszukiwaniem ostatniego, jesiennego pożywienia, bo to czas odlotu piecuszków, które towarzyszą nam od kwietnia, a potem podróżują bardzo daleko i zimują na całym obszarze Afryki, na południe od Sahary. Ptak ten uwielbia chaszcze niskich drzew i krzewów, a szczególnie upodobał sobie doliny rzeczne, z obfitymi zaroślami wiklinowymi, brzozowymi i wierzbowymi. Żywi się głównie owadami, ale jesienią myszkuje po ogrodach w poszukiwaniu dojrzałych jagód krzewów, chętnie zalatuje też do karmników i zjada kaszę, kawałki chleba oraz nasiona roślin mącznych. Latem często słyszymy jego wysoki, charakterystyczny głos, pojawiający się w naturze niczym flet w orkiestrze, a zdarza się, że przybiera on ton melancholijny i żałosny, przydający ciepłym dniom niezwykłych muzycznych kontekstów. Obserwowany piecuszek (nazwa od kształtu gniazda przypominającego piec) kilkakrotnie obleciał krzewy na skraju ogrodu, połyskując żółtawym podgardlem, prezentując czerwonawy dziobek i ruszając energicznie ogonkiem, a potem odfrunął ku rozłożystej jabłonce. Myślę, że z łatwością zmieściłby się w dłoni, ale trudno byłoby go utrzymać, gdyż zew afrykańskich dali pewnie już w nim się odezwał i za dwa, trzy tygodnie znajdzie się w krańcowo różnej przestrzeni. Choć świstunki są bardzo do siebie podobne i równie dobrze mogłem przyglądać się wójcikowi zielonemu, świstunce właściwej lub pierwiosnkowi, to intuicja mówi mi, że miałem do czynienia z piecuszkiem.

GRECKIE LUSTRO LUDZKOŚCI

ffffCHADZINIKOLAU

Nikos Chadzinikolau (1935–2009) był wielkim darem dla kultury polskiej. Gdyby mieszkał w Grecji należałby zapewne do czołówki pisarzy tego kraju, ale nie wykonałby swojej dziejowej misji. A przecież kiedy pojawił się w Polsce wszystko zdawało się być przeciwko niemu – zimny klimat, trudny do przyswojenia język i atmosfera podejrzeń, niewiary w dobre ludzkie intencje. Wszystkie przeszkody pokonywał z olimpijską sprawnością, nauczył się języka, wraz z Paulosem Raptisem zawojował sceny w całym kraju, skończył studia polonistyczne i podjął pracę jako nauczyciel języka polskiego w szkole średniej. Nie zrywał jednak więzi z Grecją i gdy tylko stało się to możliwe, jeździł tam by promować kulturę polską. U nas zaszczepiał greckie obyczaje i folklor, tłumaczył książki, promował (między innymi Eleni), a w słonecznym kraju niósł wieść o północnej krainie, jej literaturze i ludziach. Tak zgromadził ogromny dorobek, który może śmiało konkurować z największymi osiągnięciami w obu krajach. Opublikował przecież ponad sto książek, w tym 30 tomów poezji, dwie powieści, naukowe opracowanie literatury nowogreckiej 1453–1983, tłumaczenia Iliady Homera, Mitów greckich, Bajek Ezopa, Erotyków Safony, dramatów Sofoklesa (Antygona, Elektra, Król Edyp) i Greka Zorby Kazantzakisa, był inicjatorem i edytorem Białej i Kolorowej Serii Poetyckiej (151 tomów), zorganizował ponad trzydzieści wielkich Listopadów Poetyckich, otrzymał wiele odznaczeń i wyróżnień, w tym Złoty Krzyż Zasługi, Order Aleksandra Wielkiego i Order Uśmiechu. Po stronie greckiej jest nie mniej zasług i osiągnięć, starczy tylko powiedzieć, że przetłumaczył na grecki Baśnie polskie, antologię poezji polskiej i wybory wierszy noblistów – Szymborskiej i Miłosza. Cóż zatem jeszcze mógłby zrobić jeden człowiek, cóż mógłby zrobić taki człowiek jak Nikos. Odpowiedź jest tylko jedna – jeszcze zwiększyć tempo, jeszcze poważyć się na coś niewyobrażalnego. Napisał zatem i obronił na Uniwersytecie Adama Mickiewicza doktorat o powstaniu greckim 1821 roku, a potem książkę habilitacyjną o greckim nobliście Elitisie, a jednocześnie… przełożył wielką epopeję Homera.

skanuj00c03-horz

Jednym z fundamentów literatury światowej jest wielka tragedia grecka, kojarząca się przede wszystkim z dziełami Ajschylosa, Eurypidesa i Sofoklesa. Ten ostatni żył w Atenach w latach 496–406 p.n.e. i wedle tradycji napisał 123 tragedie i dramaty satyrowe. Do naszych czasów dochowało się tylko siedem tragedii – Ajas, Antygona, Trachinki, Król Edyp, Elektra, Filoktetes, Edyp w Kolonie – oraz duży fragment dramatu satyrowego Tropiciele. Nikos Chadzinikolau podaje, że: Jako syn bogatego płatnerza, Sofillosa, otrzymał staranne wykształcenie (muzyczne, aktorskie, taneczne, sportowe). Już jako szesnastoletni chłopiec po bitwie pod Salaminą przewodził chórowi, grając na lirze i tańcząc pod Pomnikiem Zwycięstwa. Był przystojny i skromny, łączył harmonię ducha i ciała (kalokagathia), cieszył się powszechną sympatią. Brał czynny udział w życiu publicznym, szczególnie w okresie rozkwitu Aten za czasów Kimona i Peryklesa. Jego zasługi dla dramatu są bezsporne – wprowadził trzeciego aktora, zwiększył liczbę chórzystów z dwunastu do piętnastu, ograniczył rolę chóru, rozszerzył dialogi, rozbudował akcję, wprowadził też dekoracje sceniczne i zrównoważył w dialogach elementy epiczne z lirycznymi. Wprowadził też dłuższe przerwy muzyczne, zerwał z tradycją monotematycznych tetralogii, dzięki czemu każda tragedia stała się zamkniętą całością. Na początku 1998 roku ukazały się w Polsce w nowym przekładzie Nikosa Chadzinikolau trzy najważniejsze dramaty Sofoklesa – Antygona, Elektra i Król Edyp. Autor przekładu dobrze znany był polskiemu czytelnikowi, bo przecież sam był poetą i prozaikiem z ogromnym dorobkiem i tłumaczem wielu poetów, między innymi Safony, Kawafisa, Seferisa, Elitisa, Ritsosa, Antoniu, Tsukadosa, Theofilu. Tłumaczył też Kazantsakisa, wydał antologię współczesnej poezji greckiej pt. Nowe przestrzenie Ikara (trzy wydania, ostatnie – 1985). Był też współpracownikiem encyklopedii, twórcą antologii poezji polskiej w Grecji i autorem przekładów książek poetów polskich na język grecki, między innymi Miłosza i Szymborskiej. Opublikował także krytyczne opracowanie na temat literatury nowogreckiej, był niestrudzonym organizatorem corocznych Międzynarodowych Listopadów Poetyckich w Poznaniu, przyjacielem poetów i pisarzy, muzykiem, pieśniarzem i aktorem, człowiekiem instytucją w Wielkopolsce. W Antygonie Chadzinikolau zastosował nowatorskie ujęcie starożytnego tekstu, dlatego czyta się ten przekład jak nowe, do tej pory nieznane dzieło. Polscy autorzy przekładu nigdy nie poznali języka greckiego w takim stopniu jak Nikos, nigdy nie zrozumieli do końca lingwistycznych niuansów. Może dlatego tekst Sofoklesa w przekładzie Chadzinikolau tętni życiem, jest niezwykle plastyczny i pełen tragicznej głębi. Translator zachował w tekście sens oryginału, niczego nie uronił z precyzji myślowo–językowej i doskonałości sfery wyobrażeniowej. Wprowadził nowe określenia– zamiast epeisodion napisał scena, a zamiast parodos i stasimonchór. Zdaniem tłumacza antyczne terminy utrudniają percepcję, a poza tym nie są tak istotne dla współczesnego czytelnika. Hajmona zastąpił Chadzinikolau Aimonem, bo taka jest pisownia i wymowa grecka. Wprowadził też akty, co jest zgodne z Arystotelesowską teorią budowy tragedii. Dzięki tym zabiegom sztuka zyskała nowy wymiar i stała się bardziej współczesna. Podobne zabiegi zastosował Chadzinikolau w przypadku przekłady Elektry i Króla Edypa. I te dramaty czyta się znakomicie w nowej polskiej wersji, a porównując je z poprzednimi przekładami czytelnik uświadamia sobie ile w nich było przeinaczeń i ile niepotrzebnych zawiłości językowych. Chadzinikolau ma znakomite wyczucie języka polskiego i potrafi znaleźć taki ekwiwalent słowny, że czytelnik ma wrażenie jakby dramaty te zostały napisane po polsku. Cierpiąca katusze Elektra, podstępna Klitajmestra i mściwy Orestes są postaciami żywymi, pulsującymi ludzkimi namiętnościami, a Lajos i Jokasta oraz ich nieszczęsny syn Edyp zdają się mieszkańcami jednego z wielkich miast dwudziestego stulecia. Chadzinikolau tak przekłada Sofoklesa, żeby czytelnik niczego nie uronił z piękna oryginału, a zarazem by miał wrażenie, że dobrze zna tych bohaterów. Wielkość dramatu greckiego polega na tym, że stworzył postacie rozpoznawalne w każdym czasie i każdej przestrzeni, że uwiecznił sytuacje rozpoznawalne dwa i pół tysiąca lat temu, w czasach Jana Kochanowskiego i Adama Mickiewicza, pod koniec dwudziestego wieku i – zapewne – za następne dwa i pół tysiąca lat. Chwała Nikosowi Chadzinikolau i Oficynie Wydawniczej GMP, że przybliżyła u końca drugiego milenium polskiemu czytelnikowi tragedie, które stale bolą, ale też uczą humanizmu, pokazują postawy i jaźń człowieka w ich najgłębszych impulsach, żądzach i wewnętrznych zawiłościach.

28

Safona powszechnie uważana jest za najwybitniejszą poetkę starożytnej Grecji. Data jej urodzin jest trudna do ustalenia, Nikos Chadzinikolau zdecydował się podać w swoim wstępie lata 628–568. Pewnym jednak jest, iż żyła na przełomie VII i VI wieku p.n.e., w Mitylenie na Lesbos, gdzie prowadziła szkołę dla dziewcząt z arystokratycznych rodzin. Swoje rodzinne miasto opuściła tylko podczas rozruchów rewolucyjnych i udała się do rodziny na Sycylię. Gdy walki ucichły powróciła na Lesbos i tam zmarła. Ze swoimi młodymi uczennicami związała się namiętną przyjaźnią. Od śmierci Safony datuje się coraz gwałtowniejszy rozwój legendy, mówi się więc o lesbijskiej miłości do dziewcząt, o uczuciu do legendarnego Faona i o samobójczym skoku do morza ze Skały Leaukadyjskiej. Safonę wielbili i podziwiali między innymi: Salon, Pindar, Teokryt, Platon, Sokrates, a także Horacy, Owidiusz, Katullus, Petrarka, Boccaccio, Byron, a z Polaków między innymi Jan Kochanowski i Maria Pawlikowska–Jasnorzewska. Ta niezwykle subtelna poetka stawała się nawet inspiracją dla wielu twórców. Alessandro Verrie napisał powieść pt. Przygody Safony, poetki z Mityleny, którą stylizował na przekład dopiero co odkrytego manuskryptu greckiego. Publiczność uwierzyła mu i dopiero wielki rozgłos utworu, zmusił pisarza do odkrycia kart. Franz Grillparzer i pisarz hiszpański Victor Balauer poświęcili poetce swoje dramaty, Charles Gaunod – operę. Znany też jest powszechnie poemat Giacoma Leopardiego pt. Ostatnia pieśń Safony. Poezja matki liryki greckiej należy do najsubtelniejszych, najbardziej delikatnych, a przy tym jest nienaganna pod względem warsztatowym – doskonale mieści się w ramach zakreślonych przez tradycję wierszowanej modlitwy, epitalamium, żałobnej pieśni. Safona – najogólniej – opiewa wolność i piękno, zachwyca ją czułość i delikatność, skarży się na złego kochanka i nie pamiętającą przyjaciółkę, którzy nie odwiedzają domu. Potrafi dostrzec subtelne cienie i błyski powstające na przedmiotach, w gorących słowach zwraca się do bogów i prosi ich o łaskawość. Jej poezja raz jest czysta jak pieśń spełnionej miłości, płynąca swobodnie ponad wyspami, a innym razem przypomina krystalicznie czystą, utuloną w żalu pieśń pogrzebową. Jak na poetkę z tak odległej przeszłości, legitymuje się Safona umiejętnościami wypowiadania myśli w niezwykle kunsztowny sposób. Potrafi bezbłędnie określić i nazwać stan w jakim się znajduje, potrafi wypowiedzieć kilka zdań, w których zawiera się esencja chwili życia, istnienia i miłości. Nie ma dla niej zakazanych obszarów, nie ma miejsc, których nie dotykałaby swą myślą i pieśnią. Porusza się pośród krajobrazów rodzinnej wyspy, wędruje poprzez mroki Hadesu i momentalnie potrafi przenosić się w spirale tajemniczych przestrzeni snu. Wszystko zdaje się u niej płynąć, falować; rzeczywistość i gra uczuć zdumiewają poetkę i wprawiają w dziwny, nostalgiczny nastrój. Safona przypomina grecką kitarę, która przy dotknięciu strun wydobywa dźwięk piękny, czysty i subtelny jak wilgoć płynąca od morza. A przy tym jest to też poezja pełna mądrości, rozsądnych rad, napomknień i uwag kierowanych ku młodszym towarzyszkom, nieroztropnym braciom, wreszcie ku córce – Kleis. Najpiękniejszą częścią dorobku Safony jest poezja miłosna. Te delikatne, subtelne jak hiacynt liryki są niczym łzy greckiej ziemi – wspaniałe, pełne czułości i wylewności typowo egejskiej. Gdy się je czyta ma się wrażenie, że kochankowie właśnie się obejmują, że właśnie zbliżają usta i zaczynają falować. Ona wtedy mówi: To dobrze, ze przyszedłeś./ Tak bardzo cię pragnęłam./ I znów rozpalasz płomień/ w moim sercu. On (albo ona) odpowiada: Szlachetna, fiołkowowłosa Safo,/ Pieśniarko o słodkim uśmiechu,/ wstyd mi przeszkadza powiedzieć to,/ czego pragnę. Chadzinikolau potrafił znakomicie oddać język greckiego oryginału. Polacy przez długi czas skazani byli na przekład z angielskiego dokonany przez J. Brzostowską, jakże daleki od pierwowzoru, poprawiony potem szkolarsko przez J. Danielewicza. Dopiero w nowym przekładzie Safona lśni pięknem greckiej, misternej amfory, wyłowionej z morza po tysiącach lat. I dopiero taka zachwyca, zniewala i pobudza grzeszną wyobraźnię…

Grecki kochanek, grecka kochanka – iluż marzyło o nim i o niej. W świadomości pokoleń utrwaliło się przekonanie, że mieszkańcy Południa są gorący i miotają nimi ogniste żądze, że potrafią dla miłości poświęcić wszystko. Tak jak imagesaGrek Zorba wiedzą jak krążyć wokół kochanki, zdobywać ją różnymi sposobami. Ich miłość rozgrywa się w parne noce, na łonie natury, pod gwiazdami i jest niemal kosmicznym połączeniem przeciwstawnych energii. Wtedy dzban wina i ciepło ciał uczestniczą w tajemnym rytuale obłaskawiania śmierci i goryczy przemijania. Miłość jest dla Południowców jak narkotyk i muszą oni stale zaspakajać swoje żądze, bo bez tego nie mogliby żyć. Olśniewającym zapisem tych erotycznych perypetii i uniesień Greków jest ich poezja, w której zawsze miłość była najważniejszym tematem, stanowiła oś dysput i opisów, a nade wszystko nadawała sens światu i obecności w nim człowieka. Niestrudzony translator literatury greckiej Nikos Chadzinikolau przygotował wydane luksusowo wiersze i aforyzmy jego rodaków orbitujące wokół najważniejszego z ludzkich uczuć. W książce znalazły się utwory Archilocha, Alkmana, Mimnermosa, Stezychora, Alkajosa, Safony, Ibikosa, Anakreonta,Nossisa, Kallimacha, Asklepiadesa, Meleagera, Filodemosa, Stratona, Rufinusa, Palladasa, Makedoniosa, Pavlosa Kiru, Agatiasa, Joannisa Geometrisa, Teodora Prodromosa, Dionisiosa Solomosa, Kostiasa Palamasa, Konstantinosa Kavafisa, Angelosa Sikelianosa, Kostasa Kariotakisa, Giorgiosa Seferisa, Marii Poliduri, Yannisa Ritsosa, Odisseasa Elitisa, Nikiforosa Vrettakosa, Tasosa Livaditisa, Panosa N. Panajotunisa, Takisa Antoniu, Antonisa Fostierisa. Czytelnik otrzymał więc wspaniałą antologię, w której miłość opisywana jest na wszystkie sposoby i we wszystkich odmianach gatunkowych. Znajdziemy tu zatem wspaniałe, ciepłe erotyki, pełne tkliwości i trudnej do wyrażenia energii solarnej – Winem zwilż płuca, bo wzeszła, bo wzeszła już gwiazda,/ uciążliwa pora, wszystko w upalnym pragnieniu,/ a w listowiu słychać słodką pieśń cykady./ kwitną osty, kobiety są teraz bezwstydne,/ mężczyźni słabi, Syriusz spala im głowy/ i kolana.(Alkajos) – ale też zjadliwe napomnienia i riposty – Strzeż się orła z czarnym ogonem/ jak też dupy owłosionej (Archiloch). Antologia Nikosa Chadzinikolau jest przykładem następnej rzetelnej pracy translatorskiej. Jej autor urodził się w Grecji i znakomicie zna język swej ojczyzny. Genialnie też przyswoił sobie język polski. Możemy zatem być pewni, że zaprezentowane wiersze są wierne oryginałom, a i strona literacka tych przekładów jest bez zarzutu. Jest to książka o tym jak kobieta i mężczyzna szukają się w świecie i, albo odnajdują się budując enklawy czułości, albo mijają się stale, nie dostrzegając ciepłych gestów, szyfru miłości, znaków porozumienia. W takim kontekście antologia Nikosa jest książką o spełnieniu i żądzy, o wiecznej tęsknocie ciał i dusz. Ileż pięknej greckiej poezji zawarł tłumacz w tej estetycznie wydanej antologii, ileż w tych słowach prawdy o człowieku i jego nieustającym pielgrzymowaniu ku mirażom świata. Książka ta stale znajduje wielu czytelników, gdyż nie ma chyba człowieka, który by kiedyś nie był zakochany. Mało też jest takich, którzy nie chcieliby sprawdzić jak kochają inni, dowiedzieć się czy jego miłość da się wpisać w szerszy krąg ludzkich doświadczeń ostatecznych. Dodatkową zaletą tego wydania jest piękna szata graficzna autorstwa Stanisława Ożoga, która nawiązuje swą formą do podobnego wydania Aforyzmów Greków.  

18-horz

Po przyswojeniu kulturze polskiej takich dzieł literatury greckiej jak Grek Zorba czy pieśni Safony, po opublikowaniu antologii poezji greckiej XX wieku pt. Nowe przestrzenie Ikara, Nikos Chadzinikolau, przedłożył czytelnikom drugie, poprawione i wzbogacone wydanie Aforyzmów Greków. Zbiór ten prezentuje sentencje czterdziestu sześciu pisarzy, filozofów i lekarzy zarówno ze starożytności, jak i z czasów współczesnych. Samo określenie aforyzm pochodzi od greckiego terminu aforismos i oznacza definicję, zwięzłe zdanie, myśl moralną i filozoficzną, twierdzenie naukowe, sentencję, gnomę, maksymę, apokryf i paradoks. Ma zatem o wiele szersze oddziaływanie i zakres od jednego pojęcia występującego w języku polskim. Pierwszym dziełem, w którego tytule pojawiło się to określenie, były Aforyzmy Hipokratesa, rozprawa zawierająca twierdzenie i zasady medyczne i takie znacznie miały aforyzmy aż do czasów odrodzenia. Później Erazm z Rotterdamu, Michał Montaigne, Francis Bacon i Blaise Pascal do tego stopnia rozwinęli ów sposób zapisywania myśli, że stały się one gatunkiem literackim, choć – nie przestały być zwięźle formułowaną, najczęściej jednozdaniową, ogólną prawdą o charakterze filozoficznym, psychologicznym, albo moralnym, odznaczającą się stylistyczną wyrazistością i błyskotliwością. Wybór dokonany przez Chadzinikolau ma charakter subiektywny, skrupulatny badacz zapewne będzie się dopominał różnych nie uwzględnionych myślicieli i pisarzy, ale przecież sens tworzenia tego rodzaju antologii leży właśnie w indywidualizmie spojrzenia, umiejętności dokonania syntezy i opierającego się na logicznych przesłankach, wyboru. Jak tłumaczy autor antologii: Z ogromnego morza soli greckiej wybrałem niewielką ilość ziaren. Potwierdzają one wielkość umysłu ludzi Południa, którzy mądrość cenili najbardziej. Aforyzmy Greków zostały podzielone na dwie części, które obejmują pisarzy starożytnych – od Homera do Palladasa, oraz pisarzy współczesnych, od romantyka Dionisiosa Solomosa do Eleni Koniarelli-Siaki. Ale oprócz tej naturalnej granicy odnajdziemy też i inne linie podziału. Pierwsza z nich i najbardziej wyrazista, to podział wewnętrzny na aforyzmy znane i egzystujące w kulturze europejskiej i światowej, jak i te, które dopiero za sprawą antologii Chadzinikolau zostały przypomniane, odkurzone, a często wręcz wydobyte z przepastnych mroków zapomnienia. Spośród sentencji znanych i obecnych w naszej kulturze starczy przywołać następujące: Kropla drąży skałę (Tales), Prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie; Zgoda buduje, nienawiść rujnuje; Kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada (Ezop), Wszystko płynie i niepodobna wejść dwukrotnie do tej samej rzeki (Heraklit), Spiesz się powoli, a unikniesz błędów (Sofokles), Jaka praca taka płaca (Eurypides), Miej oczy i uszy otwarte (Sokrates), Sławy nie kupisz za pieniądze (Isokrates), Jedna jaskółka nie czyni wiosny (Arystoteles), Nikt nie może uciec od swego przeznaczenia (Demonstenes), Kto jest kochany przez bogów, młodo umiera (Menander), Miarą prawdy jest uczucie (Epikur), Prawda w winie (Teokryt). Aforyzmy te w transkrypcjach i różnorakich wariantach zadomowiły się w kulturze polskiej oraz europejskiej i często stały się jakby skondensowanymi esejami na temat losu, życia i śmierci człowieka, stały się wykładnią mądrości i boskiej, albo diabelskiej logiki istnienia, przetrwania, bądź upadku. Ale obok tego rodzaju metakulturowych sentencji, odnajdziemy w wyborze Chadzinikolau wiele zdań świadczących o głębokiej pasji poszukiwawczej autora i jakby „dodatkowego ucha”, wrażliwego na odgłosy wieczności, ostatecznej prawdy, na milczącą rozpacz kochanki i płacz cierpiących. Szczególnie w tekstach współczesnych autorów odnajdziemy wiele tego rodzaju zwrotów, choć również starożytni pisarze, filozofowie pozostawili po sobie słowa, które wieki przetrwały i wieki trwać będą: Unikaj przyjemności, które przynoszą smutek (Solon), Nawet groźnym bogom nieraz łzawią oczy (Safona), Poezja to mówiące malarstwo, a malarstwo – milcząca poezja (Simonides), W czarnym aksamicie nieskończoności zwycięstwo będzie człowieka (Ajschylos), Ból oczyszcza duszę (Tukidydes), Lepsza przyjaźń jednego człowieka rozumnego niż wszystkich głupców (Demokryt), Wszystko od ziemi pochodzi i do niej powróci (Ksenofont), Każda dusza jest nieśmiertelna, bo to, co znajduje się w ciągłym ruchu, jest nieśmiertelne (Platon), Życie jest chwilą wieczności (Plutarch), Wszystkie ruiny świata przerażają, tylko greckie budzą podziw (Dimitrios Kamburoglu), Młodość domaga się nieśmiertelności i Biada mężczyźnie, który mógł spać z kobietą, a nie uczynił tego (Nikos Kazantzakis), Żałuję, że pozwoliłem szerokiej rzece przejść między palcami, a nie spróbowałem kropli wody (Giorgos Seferis), Każdy człowiek dąży sam do miłości, sławy, śmierci (Yannis Ritsos), Świat staje się piękny w wymiarach serca (Odisseas Elitis), czy Śmierć nie odróżnia światła od mroku, bo urodziła się ślepa (Takis Antoniu), Zawsze są okruchy szczęścia, nigdy cały bochen (Eleni Koniarelli–Siaki). Aforyzmy wybrane przez Chadzinikolau prezentują człowieka, ludzkość i etos człowieczeństwa w różnorakich odcieniach i deseniach bytu. W obliczu śmierci i nieustannych zagrożeń, w lęku przed nieuchronnością wróżb losu i odważnie, z twarzą śmiało zwróconą w kierunku Boga, bóstwa, wieczności. A przy tym odsłaniają jakby ukryte źródła kultury europejskiej, wykwitającej przecież na gruzach dawnych imperiów. Uczą pokory przed siłą czasu i każą upatrywać w przestrzeni wielu, jak najbardziej realnych wymiarów. Nade wszystko jednak płynie z tych tekstów pochwała i zachęta ku mądrości – czystej i prawdziwej, rzetelnej i realnej, mimo wielkości i głębi, prostej. Wszak przychodzimy z głębokich mroków, dochodzimy do głębokich mroków, między nimi jasna przestrzeń – życie. Aforyzmy Greków uczą jak należy żyć pośród tej przestrzeni, jak należy ją próbować zrozumieć i jak stać się jej częścią.

     Mitologia jest najstarszą i najpiękniejszą siostrą Historii. Urodziła się w Grecji – krainie życiodajnych źródeł, winnic, gajów oliwnych i słońca, którego promienie mają magiczną moc, pozwalają odradzać się jak Feniks – pisał we wstępie do nowej edycji Mitów greckich Nikos Chadzinikolau, poeta, prozaik i tłumacz urodzony w Grecji, a z wyboru przebywający do końca życia w Polsce, którą pokochał, tak jak kochał ziemię Achillesa i Homera. O swoim 44331902276KSpierwszym spotkaniu z mitologią mówi autor tak: Pierwszy raz spotkałem ją, gdy byłem jeszcze mały. W pięknym ogrodzie zrywała narcyzy i plotła wianki. Wtedy opowiedziała mi o małym Perseuszu, który zamknięty w skrzyni dopłynął do wyspy Serifos, o dzielnym Heraklesie i niestrudzonych Argonautach. Najbardziej jednak fascynowały mnie przygody tułacza Odysa. Co za odwaga i wytrwałość, wierność i poświęcenie, cierpliwość i fantazja. Ów dziecinny zachwyt umiejscowił się wyraźnie w życiu i sztuce Nikosa, a po latach zaowocował zbiorem niezwykle autentycznych opowieści o bogach i ludziach, o Perseuszu i Meduzie, o wyprawie Argonautów, o Tezeuszu i Minotaurze, o Heraklesie, Antygonie, wojnie trojańskiej i o tułaczce Odysa. Mity w interpretacji Chadzinikolau mają tę zaletę, że przekazane z języka oryginału, żyją jakby w dwu językach jednocześnie. Autor transkrypcji starał się znaleźć na tyle adekwatne ekwiwalenty w języku polskim, by nie zatracić piękna oryginału, a jednocześnie nie „dointerpretowywać” utworów. Tak powstała książka piękna i prawdziwa zarazem, pełna smutku – bo smutni są bohaterowie mitów, a zarazem pełna wiary w człowieka i moc jego czynów, pragnień i uczuć. To jakby mały wykład o istocie człowieczeństwa. Mity greckie należą wszakże do wielkiego dziedzictwa kulturowego ludzkości. Zawsze oddziaływały na literaturę i sztukę, wywierały przemożny wpływ na kształtowanie się kierunków artystycznych i estetycznych, a przy tym nie przestały nigdy być magicznym lustrem rodzaju ludzkiego. Każda tragedia, każda wy prawa ponad siły, każde spętanie i każda batalia znajdą swoje odniesienie w tym zbiorze kulturowych metatekstów. Książka Chadzinikolau została pięknie wydana przez Oficynę Wydawniczą G&P. Zastosowano tutaj klasyczne już dzisiaj ilustracje Jana Marcina Szancera – jednego z najznamienitszych polskich ilustratorów książek. Jego przedstawienia są lekkie, zwiewne, pełne poezji i niespotykanego wprost wyczucia kolorystycznego. Charakterystyczne dla Szancera wydłużenie postaci i ich subtelny rysunek powodują, że teksty Chadzinikolau brzmią delikatniej od klasycznych przekładów czy transkrypcji mitów. Odsłania się też dzięki tym ilustracjom ukryty wymiar greckich podań – ich zdumiewająca poetyckość. Widać tu znakomicie, iż właśnie poeta powinien te teksty oblekać w polskie słowa. Szczególnie w procesie dydaktycznym książka Chadzinikolau i Szancera może być przydatna, wszak Mity greckie stanowią lekturę obowiązkową w szkole średniej.

Iliada

O znaczeniu Iliady dla kultury światowej nie trzeba przypominać, wszak obok Biblii, Gilgamesza, Księgi królewskiej, Kojiki, Popol Vuh, Boskiej komedii, stanowi ona, wraz z Odyseją, jej fundament. Chadzinikolau w tezach dołączonych do tego dzieła odkłamuje liczne mity narosłe wokół niego. Określa utwór jako epopeję historyczną, poetyzowaną historię, w której wizjoner Homer łączy psychograficzne osoby z autentycznymi wydarzeniami. Iliada nie jest zlepkiem podań, jej autorem jest genialny twórca – Homer (800–724 p.n.e.). To on sam spisał epopeję na 285 cienkich tablicach ołowianych. Nie jest to zatem luźny zapis, ale raczej przemyślana historycznie i artystycznie kompozycja. Utwór jest spójny, doskonały w konstrukcji epizodów, w symetrii bitew i złożeniu materiału w całość, z planem opartym o przewodnią myśl. Ma układ w stylu geometrycznym waz czarnofigurowych. Homer wcale nie był ślepcem, bo przecież żaden ślepiec nie byłby w stanie opisać z taką dokładnością zbroi, koni, krain, okrętów, walki, życia rodzinnego, ubiorów, gry i sportu, a nade wszystko anatomii człowieka, wyglądu świątyń. Jego dzieło pokazuje wyraźnie, że był podróżnikiem i posiadał ogromną wiedzę. W jego istnienie od dzieciństwa wierzył Heinrich Schliemann, a potem odkrył i oddał go światu wraz z zapomnianą Troją. Homer kochał swoich bohaterów, wodzów, bo łączyło ich wspólne przeznaczenie – śmierć, chwała, nieśmiertelność. Był bezstronny i z sympatią pisał o jednych i drugich. Iliada była wielką pieśnią tęsknoty i greckiego piękna, zaklętego w tęsknej opowieści i w przekazie zachowanym przez mądrość pokoleń, ale była też i jest opowieścią o chwale narodu greckiego i samej Grecji. Porwanie Heleny i konflikt pomiędzy Achajami i Trojanami jest rodzajem opowieści z kluczem, z której można wyczytać wielką wiedzę autora i jego epoki o człowieku. To jakby nieustanne przypominanie, że w ludziach są dwie natury – dobra i zła. Starczy iskra, starczy pretekst, a dawni bracia, a przyjaciele i siostry stają się zapiekłymi wrogami. Od czasów Homera niewiele zmieniło się na świecie w tym względzie, stale przelewa się krew, wciąż cierpią niewinne byty. Przekład Chadzinikolau czyta się z wypiekami na twarzy, bo wreszcie poemat ten zaczyna żyć swoim wewnętrznym rytmem. Nagle wątki znajdują swą kontynuacją, a zgubione przez innych translatorów treści odsłaniają się w pełnym blasku. Począwszy od pierwszego zaśpiewu – Gniew Achillesa opiewaj bogini, syna Peleusa,/ który Achajom zadał ból i niezliczone cierpienia/ i do Hadesu strącił tak wiele dusz dzielnych/ bohaterów, a ich ciała wydał na pastwę psom/ i różnym drapieżnikom. – a skończywszy na zamknięciu Rapsodu XXIV po spaleniu na stosie ciała Hektora – Kiedy wznieśli już kopiec, rozeszli się. Potem/ wszyscy spotkali się na obfitej stypie żałobnej/ w pałacach wychowanka Zeusa, króla Priama./ Tak zadbano o pogrzeb Hektora, poskramiacza koni. – czytelnik uczestniczy w prawdziwej uczcie poezji i języka. Dopiero ten przekład ustala proporcje, dopiero teraz widać ile narosło nieporozumień wokół głównych wątków dzieła Homera. Chadzinikolau we wstępie pokazuje to na kilku przykładach: Piękne próby parafrazowo–językowe dał Juliusz Słowacki. Dziwaczne i martwe są za to próby Stanisława Staszica (1815) i Jacka Idziego Przybylskiego (1814). Nudne i monotonne heksametry dominowały w filologicznych przekładach Pawła Popiela (1880), Augustyna Szmurły (1887) i Stanisława Mleczki (1894). Lucjan Rydel przetłumaczył osiem pieśni często stylizowaną gwarą, ale z polotem poetyckim. Ludowy przekład dał też Jan Czubek (1921), lecz bez tchnienia poetyckiego. Zapewne do czytania jest przekład pośredni Ignacego Wiśniewskiego, wydany na emigracji w Londynie w 1961 roku (w kraju – 1984) oraz Kazimiery Jeżewskiej (1983). Błędy w tłumaczeniach różnych autorów można by liczyć na tysiące, a czasem ich skala jest tak żenująca, że czytelnik zastanawia się dlaczego ludzie z tak mizerną znajomością greki biorą się za przekład monumentalnego dzieła. Dziwią też próby oddawania w języku polskim heksametru greckiego, bo nie rozróżniamy w nim głosek długich i krótkich. Chadzinikolau twierdzi, że właściwa byłaby tutaj miara wahająca się od 12 do 17 sylab, bo u Homera najczęściej miarą jest 14–16 sylabowa stopa metryczna. Autor nowego polskiego przekładu stara się stosować tę zasadę i uzyskuje efekt zdumiewający. Wreszcie Iliada staje się dziełem poetyckim, napisana z lekkością, nabiera także nośności i brzmi wspaniale w naszym języku. Warto na koniec oddać głos znawcy kultury antycznej prof. Oktawiuszowi Jurewiczowi, który nie waha się wydać jednoznacznej oceny: Przekłady Nikosa Chadzinikolau są wprost kongenialne. (…) to prawdziwa uczta duchowa i intelektualna; świetne rozumienie oryginału, obrazów poetyckich starożytnych i umiejętne dobranie ich polskich ekwiwalentów wciągają bez reszty w lekturę, od której trudno się oderwać. Dobrze się stało, że u końca tysiąclecia pojawił się w Polsce tak wierny przekład Iliady, tym bardziej, że w masowych seriach wydawniczych powiela się bzdurne spolszczenia Szmurły, w których Hektor poskramiacz koni występuje jako harcerz, zwykłe wydrążone okręty wygiętymi okrętami (Rapsod XII, w. 38) a Achajowie są Achidami, etc. Nie zapominajmy o wielkim, renesansowym dziele Nikosa Chadzinikolau, o bezcennym darze, jaki dał kulturze dwóch narodów – czas już też najwyższy by uhonorować tego twórcę specjalnie w Poznaniu i w innych miastach Polski.

__________

Sofokles, Antygona, tłum. Nikos Chadzinikolau, Oficyna Wydawnicza GMP, Poznań 1998,s.60.
Sofokles, Elektra, tłum. Nikos Chadzinikolau, Oficyna Wydawnicza GMP, Poznań 1998, s. 80.
Sofokles, Król Edyp, tłum. Nikos Chadzinikolau, Oficyna Wydawnicza GMP, Poznań 1998, s. 76.
Safona, Erotyki, przeł. i wstępem opatrzył Nikos Chadzinikolau, Oficyna wydawnicza G&P., Poznań 1998, s. 90.
Miłość Greków, przeł. i wyb. Nikos Chadzinikolau, Ad.Oculos, Warszawa 1998, s. 144.
Aforyzmy Greków, wybrał i przełożył Nikos Chadzinikolau, opr. graf., S. Ożóg, Ad.Oculos, Warszawa 1998, s. 112.
Mity greckie, oprac. Nikos Chadzinikolau, il. Jan Marcin Szancer, Oficyna Wydawnicza G&P, Poznań 1998, s. 160.
Homer, Iliada, przeł. ze starogreckiego, wstępem i przyp. opatrzył N. Chadzinikolau, Oficyna Wydawnicza G&P, Poznań 2001, s. 502.

KOSZMARNE SZKAPY (2)

2

CZYLI CHYBIONE STRATEGIE PISARSKIE GRZEGORZA MUSIAŁA

W drugiej powieści Musiała, zatytułowanej Czeska biżuteria, chyba najbardziej mizoginicznej ze wszystkich, którą po raz pierwszy przeczytałem trzydzieści lat temu w maszynopisie, znajdziemy nie mniej portretów „bab dziwo” i „koszmarnych szkap”, przemieniających się w chłopów.

Pani wicedyrektor przyjrzała mi się badawczo. Była to osoba ubrana w szary kostium, z obciętymi po męsku włosami i czarnym wąsikiem przykrywającym górną wargę, pod którą kryły się drapieżne ząbki. Mówiąc miała zwyczaj z naciskiem podkreślać każde słowo i wtedy patrzała w przestrzeń. Potem znienacka atakowała wzrokiem i wtedy jej oczy zmieniały się w elektryczne świderki. Mówiono, że jej narzeczony zginął w katastrofie lotniczej i odtąd postanowiła nie wychodzić za mąż. To samo jednak mówiono o paru innych nauczycielkach, które również nie wyszły za mąż. Pani wicedyrektor nie lubiła innych nauczycielek.

Charakterystyczne dla Musiała jest owo „mówiono”, bo narratorzy jego powieści są wielkimi plotkarzami, którzy nieustannie generują nieprawdziwe opinie, sądy, dane, wciąż mają coś złego do powiedzenia na temat jakichś ludzi. Tutaj wicedyrektorka jest zbyt męska jak na kobietę i jako żywo przypomina Hitlera, a do tego jest nikogo nie lubiącą abnegatką. Trudno się dziwić, że narrator Czeskiej biżuterii widzi w niej führera, jadącego w odkrytym Mercedesie, z ręką uniesioną w nazistowskim geście:

I jeszcze inne dzieci ujrzałem, które maszerowały z kordzikami u pasków i z prawicą uniesioną w niebo, a pani wicedyrektor stała w otwartym aucie z małym wąsikiem nad górną wargą osłaniającym drapieżne ząbki i pozdrawiała ramieniem cały świat, który jej darowano z kopertą wetkniętą za wstążkę (…)

Wszystko ma związek z występem Grzegorza M. na akademii, występem do którego nie doszło, a który miał się wydarzyć dopiero na studiach – tutaj jednak nasz nadwrażliwy artysta nie wiedzący jak postępować z kobietami niechcący obnażył kolejną kobiecą okropność:

(…) odziany w romantyczną pelerynę zbyt mocno przyciskałem do siebie obfitą kibić partnerki, aż jej szyfonowa suknia powędrowała na grzbiet, i w kolejnym pas przed rozszalałą z uciechy publicznością dziewczę ukazało barchanowe majty.

W tym nienawistnym i spotworniałym świecie kobiety nie noszą pięknej, jedwabnej, satynowej bielizny, a pod sukniami lub spodniami skrywają barchanowe gacie. Grzegorzowi M. (bohater powieści ma takie samo imię i pierwszą literę nazwiska jak Musiał), nie mogła przytrafić się inna inicjacja seksualna jak z monstrualną, grubą babą, toteż opisuje ją z całą zjadliwością:

Moją pierwszą, nazwijmy to dziewczyną, była Gruba Lenka: dziewczę obszerne i romantyczne, o wolim oku i sercu miękkim jak drożdżowe ciasto. Kochała się w każdym bez wyjątku i każda z tych miłości bywała nieodwzajemniona. Po Lence widać było, że z coraz większym trudem dźwiga na swych barkach balast odrzuconych uczuć.

To była pierwsza dziewczyna, a może jej fantom, służący narratorowi do kolejnego oczerniania płci pięknej, szydzenia z otyłości i ukazywania kobiety jako piekielnego monstrum, niepanującego nad odruchami i rozbawiającego co i rusz dumnych panów – to także pretekst by snuć ogólne, pseudouczone refleksje na temat „grubasek”:

Nachodziły ją chwile szaleństwa, a jakże, wszystkie te nieszczęsne grubaski mają w sobie dynamit, wszystkie mogłyby, gdyby tylko świat był mniej obojętny. Wybuch szaleństwa rozpoczynał się niewinnie od jednego-drugiego piwa. Wkrótce Lenka wskakiwała na stół. Stół się załamywał. Rozwścieczonego kelnera próbowała bić. Potem nagle wybuchała płaczem, po którym następował atak histerycznego optymizmu. Najtrudniejszą jednak rzeczą było wydostać ja na powrót do akademika, pod czujnym okiem cierpiącej na bezsenność portierki.

Zauważmy ile jest tutaj negatywów i jak paskudnych narzędzi Musiał używa – naśmiewając się z „grubasek”, ukazuje je jako tępe idiotki, które już po jednym piwie zaczynają szaleć, wskakują na stoły, biją kelnerów, wybuchają płaczem lub popadają w histeryczny optymizm. Opis portierki też zaczyna się od wskazania jakiejś ułomności (cierpiała na bezsenność), ale to przecież za mało i dalej pojawią się następne elementy kalectwa żeńskiego:

Lenka na czworakach przeczołgiwała się pod parapetem szpiegowskiego okienka, za którym portierka robiła na drutach lub otwierała nad parą listy do studentów. Przód Lenki przechodził gładko, i dopiero tylna część zdradzała swą obecność, przesuwając się przed oczyma osłupiałej portierki jak czubek góry lodowej nad powierzchnią oceanu. Rozlegał się przeraźliwy wrzask i po chwili mała wredna starucha wlokła Lenkę za koński ogon do pokoju kierowniczki.

Opisując portierkę Musiał określa ją jako: „osłupiałą, przesuwającą się jak czubek góry lodowej nad powierzchnią oceanu” i znowu daje tu o sobie znać obecna we wszystkich „powieściach” tego autora tandeta porównawcza, która jednak jest niczym przy dalszym określeniu kobiety: mała wredna starucha. Nie ma ona litości dla grubej Lenki i wlecze ją za koński ogon do gabinetu kierowniczki, dając Grzegorzowi M. możliwość naigrywania się do woli. Ta opozycja grubej, rozbuchanej baby i małej wrednej staruchy lokuje się znakomicie w Musiałowym systemie nienawiści do kobiet i przybiera raz jeszcze zjadliwie groteskowy wymiar:

Zanim Lenkę ostatecznie wyrzucono z akademika, próbowaliśmy jeszcze paru innych sposobów. Windowaliśmy ją na zaprzyjaźniony parter, ale nam spadła i mnóstwo potem było przepraszania, bo mało nie popękaliśmy ze śmiechu. Kiedy indziej znów wabiliśmy portierkę pukaniem w okno od ulicy, a gdy wypadała, za jej plecami szybko przesuwał się ogromny cień Leny. Staruszka, która niewątpliwie miała oczy naokoło głowy, wykonywała wtedy błyskawiczny półobrót i odbiwszy się od ziemi z tryumfalnym okrzykiem spadała na struchlałą olbrzymkę.

Ale głupie te baby! – konkluduje narrator. Te cycate olbrzymki i te wredne staruchy! Tylko Grzegorz M. jest wspaniałością samą w sobie, artystą, który musi egzystować w paskudnym świecie, mieć stale do czynienia z żeńską degrengoladą i wściekłym atakiem tych cycastych bestii, co w końcu prowadzi do czegoś w rodzaju gwałtu na nim. Choć opis może początkowo wydawać się nieco łagodniejszy, wydobywający jakieś tam kobiece pozytywy, to koniec końców staje się kolejnym atakiem na płeć przeciwną:

Ach, Lena… Jej cygańskie romanse, które śpiewała z przejęciem, z paluszkami jak paróweczki splecionymi na gigantycznym biuście. Jej romantyczne żale nad wróbelkiem, którego po ciemku niechcący rozdeptała. Jej miłości namiętne i wargi wydęte, ukarminowane, które ułożyć próbowała w obiecujący ciup, i spojrzenie, którego powłóczystość ginęła w twarzy jej pucułowatej jak arbuz, i papieros trzymany czubeczkami palców, łokieć o blat stolika wsparty i sylwetka krągła, bez załamań, której dodać próbowała omdlewającej słabowitości. (Dopadła mnie w mojej mansardzie, przewróciła na tapczan i umiejętnie schwytawszy za gardło dokonała, czego pragnęło jej dyszące słuszną żądzą ciało. Potem oczywiście popłakała się, napaliła mi w piecu, wysprzątała pokój i poszła).

Grube baby zadeptują niewinne wróbelki i gwałcą nadwrażliwych Grzegorzy M., by potem napalić w piecu, posprzątać i sobie pójść. Ironia ma tutaj służyć wzmocnieniu krytyki, ale obraca się raz jeszcze przeciwko histerii autora, który widzi wszystko dwuwymiarowo – mężczyźni są cool, a „baby” mają twarze pucułowate jak arbuz, gigantyczne biusty, palce jak parówki, wargi wydęte, ukarminowane i czyhają na subtelnych artystów, a potem rzucają się na nich z całym impetem swoich stu, dwustu kilogramów. Choć autor ukazuje Lenę jako dziwaczkę, gwałcicielkę, jej zagubienie na końcu opisu budzi sympatię i pozwala wierzyć, że istota ta wydostała się ze zmanierowanego świata i może gdzieś tam spotkała mężczyznę, który zobaczył w niej kobietę. Narrator powieści Musiała nie jest w stanie tego dostrzec, choć może próbuje, zachwycając się cygańskimi romansami Leny – niestety wciąż górę bierze w nim obrzydzenie i szyderstwo, totalna negacja i odrzucenie niezależności feministycznej.

Studia w Poznaniu dostarczają Grzegorzowi M. nowych obserwacji i kobiety pojawiające się na kartach Czeskiej biżuterii znowu przypominają upiory nie z tego świata. Oto dziadek, u którego wynajmuje pokój:

Miał matkę Przyrośniętą Do Krzesła. Była to niezwykle brudna staruszka, która zdecydowała się kiedyś już więcej z krzesła w kuchni nie powstawać, przyrosła więc do niego i do widoku na ogródek, potrzeby naturalne załatwiając w Sposób Niewiadomy.

Koleżanka Grzegorza – Natalia:

Była mała i gruba, ruda i piegowata. Miała wciąż Mnóstwo – Do – Powiedzenia oraz Babkę – Markizę, z której natrząsała się życzliwie.

Nawet standardowa podróż pociągiem dostarcza odrażających obserwacji, przenikających nawet do snu nieszczęsnej kobiety:

Spojrzałem na drzemiącą naprzeciw mnie nieładną, młodą kobietę. Czerwone, niezgrabne dłonie splotła na brzuchu. Gdy jej głowa osunęła się trochę w bok, dojrzałem, że tłuste włosy ma ściągnięte w tył czarną apteczna gumką. Ujrzałem jej sen – było to piaszczyste pole, a może szara rybia łuska. Przypomniałem sobie zasmarkane stworzonko u nogawki Proroka. Przypomniałem sobie jego brzydką i zmęczoną żonę.

Dalej zaczyna się ciąg opisów „idiotek”, najpierw zdziwaczała Natalia, otoczona gromadą sióstr babki, „przedziwnych staruszek-spirytystek, teozofek, wariatek. Potem kłamliwa dziennikarka Patrycja, prosto z Nowego Jorku, której Grzegorz M. musi towarzyszyć w zwiedzaniu zapyziałego miasta B. Patrycja jest wzorem kobiecego piękna, prawdziwym wampem znad Hudson River, ale nawet wtedy Gregory nie może darować sobie nienawistnych okrzyków i refleksji nad kolejnym zauważonym kobiecym monstrum:

Tym razem – gruba baba. Podpadła mi już wcześniej, gdy pchając się do kiosku z gazetami wołała: – Przepraszam, przepraszam, ja z dzieckiem! Dziecko wypisz wymaluj mamunia: już nadęte, już bezczelne. I nagle pociąg do Łodzi rusza. Baba kamienieje z plikiem gazet w łapie. Rozdziawia mordę i po chwili osłupiałego milczenia wywala z siebie WYCIE, któremu w parę sekund później wtóruje drugie, bardziej piskliwe i niżej zlokalizowane. I ruszają przed siebie jak tajfun dwie słonice wyjące, machające łapskami, w których gazety, torebki, powietrza pełno pomiędzy latającymi paluchami. I wyją przed siebie, jak gdyby własne swe wycie dogonić chciały, a ono je ciągnie za ryje, wydłuża, i dwa kapelusiki trzęsące się na czubku, i oczka małe, utopione w oszalałym przerażeniu…

U Musiała często w skrawkowych powieściach i dziennikach pojawia się tego rodzaju głupkowatość opisów, jakby narrator co jakiś czas tracił rozum i rozkoszował się nowymi wybuchami nienawiści do kobiet. Proste zdarzenie na dworcu, zwykły przyjazd pociągu na stację i przepychanie się do niego ludzi, budzą w nim odrazę do kolejnej „grubaski” i generują tandetę literacką najwyższej próby. Gdyby autor skupił się na punktowym opisie cech negatywnych, gdyby je jakoś zanalizował, ułożył w ciągi, wyszydził w jakimś dobrym stylu, ale gdzie tam, najprościej przyporządkować kobiecie i jej dziecku krzywdzące, ludyczne określenia typu: „gruba baba”, „łapa”, „morda”, „wycie”, „słonica”, „paluchy”, „ryje”. Nie wiadomo czemu ma służyć system, rozsianych w książkach Musiała, ponurych, nienawistnych pomruków, kierowanych ku kobietom. Przecież częste są w świecie gejowskim przyjaźnie par męskich z kobietami, często też różne niewiasty informują, że nie znalazłszy przyjaciółki w świecie żeńskim, natknęły się na prawdziwie bratnią duszę w środowisku homoseksualnym. Widać Grzegorzowi M. to nie było dane, a jego wizja potwornego świata i histeryczne podejście do rzeczywistości znalazły odbicie w tego rodzaju nastawieniach i kolejnych eskalacjach zła. Czeska biżuteria to powieść (choć lepiej pasuje tutaj określenie: tekst), pełna dziwnych deliberacji, przywołań cytatów z dzieł filozoficznych, analiz osobowych, zachwytów nad wybranymi twórcami, kontynuuje też Musiał budowanie mitologii artysty bywałego w świecie, gardzącego swoim rodzinnym miastem i z lubością poddającego się drobnomieszczańskim rytuałom, małomiasteczkowym obwarowaniom i nakazom. To taka próba charakteru światowca, swobodnie przenikającego granice państwowe, co w czasach komunistycznych miało być znakiem artystycznej niezależności i niezwykłości, a dzisiaj – przy otwartych granicach – tylko budzi uśmiech wyrozumienia. No pojeździł sobie chłop po różnych Iowach, Londynach, Berlinach i Szkocjach, a wszędzie rzucały się na biedaka te wstrętne babiszony, koszmarne szkapy, słonice, grube ryje i mordy. Na szczęście odkrył w pewnym momencie, że zapisywanie kartek, a potem sklejanie ich w coś w rodzaju powieści, broni przed nimi i daje panu pisarzowi wielką radochę, rozkosz z niczym nie dającą się porównać.

ENERGIA WNĘTRZA

Bydgoska bazylika św. Wincentego a Paulo, foto. Danuta Krupecka
        Bydgoska bazylika św. Wincentego a Paulo, foto. Danuta Krupecka

   Poezja Danuty Krupeckiej jest odważną próbą znalezienia miejsca w czasie i przestrzeni, utwierdzenia niezwykłej wrażliwości w konkretnej rzeczywistości i zapewnienia sobie punktu oparcia. Nic nie jest stałe w świecie, nieustannie chwiejącym się w swoich posadach, nic nie można uznać za pewnik, nikomu do końca nie można zaufać. Chwilowość i fragmentaryczność obszarów, które penetruje poetka mają dramatyczny wymiar, a jej próby scalenia dni i nocy, wypełnienia pustki sensem, są jak rozpaczliwy szept, jak zaklęcie rzucone w wir sytuacji i zdarzeń. Ogląd świata jest tutaj uważny, a refleksje układają się w rodzaj diagnozy w jakim stanie znalazł się byt w określonym przedziale czasowym, jaki stan osiągnęła wyobraźnia w chwili poczęcia wiersza. To jest wpatrywanie się w oczy kolejnych mężczyzn, ale też studiowanie przestrzeni, w jakich się pojawiali, to jest bystre dookreślanie ulic i mostów, dróg przez miasto ku jakimś celom, albo do domu. Obcość i chłód otoczenia nie pozwala poetce ostatecznie otworzyć się przed ludźmi, buduje więc w wierszach rodzaj enklawy, do której wstęp ma tylko jej rozwibrowana imaginacja i ci, którzy będą próbowali ją zrozumieć. To mogą być kolejni „twardzi mężczyźni”, albo dzieci bawiące się zabawkami, to może być ukochany ojciec i zapracowana matka. Studiowanie anatomii miejsc jest nieustającą próbą wytrzymałości świata, jego fundamentów i nośników, szczególnie w chwilach osamotnienia albo poczucia przegrania. Kobiety miewają swoje zakamarki duchowe, a w przypadku autorki tej książki mamy do czynienia z całym systemem takich tajni, rozlokowanych pośród lat, które minęły i w dziejącej się teraźniejszości. Czasem chroni się w nich, niczym w zamkniętym domu i poprzez okno wiersza obserwuje zewnętrzność, stara się uporządkować elementy. Słowa są dla niej cząstką istnienia i stara się nasączać je energią wnętrza, siłą doświadczeń złych i dobrych, spotkań przyjaciół i ludzi obojętnych, chwil jasnych i ciemniejących wraz z dniami.

   Liryka Krupeckiej została umiejscowiona w konkretnej przestrzeni bydgoskiej, z jej parkami, ulicami i mostami, salami w uniwersytecie, domem w konkretnej dzielnicy. Widać, że autorka kocha swoje miasto i jest dumna z jego piękna, co podkreśla słowem i dodatkowo akcentuje zamieszczonymi w tym tomie fotografiami, przyznać trzeba – bardzo udanymi. Bydgoszcz to dla wielu ludzi miejsce trudne, ale też czarodziejskie, mające w sobie ducha przeszłości pruskiej i stale podążające ku nowoczesnym mirażom. To rozdwojenie symbolizować mogą dwie rzeźby łuczniczki, ta z czasów niemieckich i ta ustawiona niedawno przy operze, a także sąsiadujące ze sobą budynki spichrzy i śmiałych architektonicznie fasad banku nad Brdą. Dla poetki te „dekoracje” są bardzo ważne, bo przydają klimatu jej utworom, tworzą aurę tajemniczości i niczym nieograniczonej wolności. To zarazem udane realizacje motywów miejskich w poezji, tak charakterystyczne dla Tuwima, Broniewskiego czy Gałczyńskiego, to wreszcie nawiązania do współczesnej poezji tworzonej nad Brdą i Wisłą, do takich autorów jak Baszkowski, Hoffman, Pastuszewski. Podkreślanie rodowodu i wagi małej ojczyzny jest dla autorki dyrektywą twórczą, a kolejne wiersze stają się cząstkami wyrazistej mapy i objaśniają, dopowiadają dodatkowe sensy do poszczególnych znaczących miejsc. To kolejna próba sprawdzenia czy postrzegany świat jest koherentny, czy obrazy mają swoją głębię i układają się w długie ciągi, przeplatające się z losami poetki i jej centralnymi punktami w rodzinnym mieście.

   Ale niewątpliwie głównym motywem w tym zbiorze jest miłość, pożądana i wytęskniona, dziejąca się i mająca nadejść. To analiza samej siebie w różnorakich sytuacjach, a zarazem uważne przyglądanie się partnerom, ich zachowaniom i nieustannym próbom sprowadzenia uczuć do niższego poziomu, niepoetyckiego doświadczenia życiowego. Autorka odważnie kreuje w wierszach samą siebie, przydaje sobie nimb tajemniczości, a zarazem pragnie obcować z takimi partnerami, którzy mieć będą w sobie podobny powab, zaciekawią ją i staną się obietnicą niezwykłych przeżyć. Nie chodzi tutaj o miłość totalną, a raczej o wzajemne zrozumienie i chęć podążania przez życie z kimś, kto myśli i czuje podobnie. Jak w kalejdoskopie zmieniają się tutaj sytuacje, migają twarze i gesty, ale stała jest niezwykła wrażliwość poetki, która doświadcza miłosnych uniesień w sytuacjach krańcowych, pośród chłodu i wiatru zimy, w obcej przestrzeni, gdzieś, gdzie nagle zawiodły ją ścieżki życia. Dlatego tak cenne są też dla niej powroty do domu, gdzie ktoś czeka i wypatruje jej – dlatego tak ważne są spotkania z prawdziwymi przyjaciółmi, osobami deklarującymi oddanie i zapewniającymi stabilizację. Niezwykła jest umiejętność autorki tworzenia erotyków ze słów prostych, kreowania sytuacji granicznych, które wielu uznałoby za zwykłe, niczym szczególnym się nie wyróżniające. Tutaj jednak – w słowach i między słowami, w metaforach i w przestrzeni symbolicznej ponad nimi, rodzi się energia miłości, postrzeganej jako najwyższa życiowa wartość. Namawiam do czytania wierszy Danuty Krupeckiej, bo dobry warsztat sąsiaduje w nich z kulturą słowa, jasnym wykładem treści i wiarą w ponadnaturalny wymiar każdej lirycznej kreacji. Tak prawdziwa poezja i tak realne doświadczenia rozgrywają się w bydgoskiej przestrzeni miejskiej i stają się ważnym osiągnięciem autorki i naszego grodu nad Brdą i Wisłą.

RADOŚĆ FOTOGRAFOWANIA (XI)

Jesiennie…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

3

4

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

6

SONY DSC

SONY DSC

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

14

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

16

17

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

%d blogerów lubi to: