ARABIA DESERTA

LebiodaZoltyOleander-OKL-OK.indd

Dalekie podróże mają ogromną tradycję kulturową, a wiersze pisane pod ich wpływem weszły do skarbnicy dziedzictwa światowego. Tak wywołane hasło, natychmiast przywodzi na myśl wielu twórców, od średniowiecza do współczesności – od Marco Polo, Ibn Battutę, poprzez Goethego, Mickiewicza aż do Hemingwaya, Camusa i Le Clézio. To za każdym razem było to przyglądanie się sobie w odmiennej sytuacji egzystencjalnej, tworzenie mapy wyprawy i dopełnianie jej refleksjami natury ogólnej. Każdy twórca, pragnący pozostawić potomnym zapis swoich wędrówek, staje przed trudnym zadaniem. Musi przecież stworzyć strukturę, w której swoje miejsce mieć będą charakterystyczne elementy danej rzeczywistości, portrety ludzi i miejsc, ważnych zdarzeń i niezwykłych sytuacji. Zadanie jest trudniejsze, gdy mamy do czynienia z poezją, mającą określone ramy gatunkowe, z natury swojej esencjonalną, ogniskującą się na metaforze, symbolu i pięknie języka. W takim rozumieniu, stworzenie zbioru liryków, w których znalazłyby się różnorakie wyznaczniki świata arabskiego, było dla mnie nie lada wyzwaniem. Pojechałem do Iraku dwukrotnie, najpierw w 2011 roku do Kurdystanu, a potem w roku 2013 w okolice starożytnego Babilonu i rzeki Szatt al-Hilla. To były wyprawy bardzo niebezpieczne, ale też będące obietnicą wspaniałych doznań, egzotycznych widoków i spotkań z niezwykłymi ludźmi. Starożytni Rzymianie posługiwali się terminem Arabia Felix i określali nim kraje i ziemie Półwyspu Arabskiego, przede wszystkim dzisiejszego Jemenu i Omanu. Ta cywilizacja miała ogromny wpływ na życie w czasach rzymskich, kontrolując szlaki z Indii i Afryki nad Morze Śródziemne, do dalekiej Mezopotamii i Egiptu, wpływając na rozwój handlu, wymianę umiejętności i liczne kontakty kulturowe.

Znacznie niżej, na południu, rozciągała się Arabia Deserta, pełna piasków i skał, dopiero na ziemiach starożytnego dwurzecza zmieniająca się w żyzne tereny, nawadniane przez Tygrys i Eufrat. Niestety, moje irackie obserwacje kazały mi przesunąć granice Arabii pustynnej na cały kraj, a był to zabieg tyleż symboliczny, co metaforyczny. Ziemie coraz bardziej tam pustynnieją, realnie i w przenośni, a bezsensownie przelewana krew domaga się stale zadośćuczynienia. Ostatnim tego przejawem była tragiczna śmierć amerykańskiego dziennikarza, któremu islamiści ścięli głowę, a potem pokazali całemu światu okrutną egzekucję. Minie wiele lat zanim pustynie duchowe w tym pięknym zakątku ziemi zmienią się znowu w wiszące ogrody Semiramidy. Takie uporządkowanie widziałem w irackim Kurdystanie, gdzie spotkałem wspaniałych ludzi, niwelujących zniszczenia i budujących piękne miasta, takie jak Erbil (starożytna Arbella) i As-Sulajmanijja. O ile Kurdystan może zachwycać rozmachem i konstruktywnym rozwojem, o tyle centralny Irak – który przyszło mi oglądać dwa lata później – nie nastrajał do pozytywnych refleksji, a raczej generował stale pytania o sens postępowania dziedziców dawnego Babilonu, budowniczych zikkuratów i kanałów. Tutaj wszystko przypominać zaczyna wielki śmietnik, z kupami plastikowych butelek, foliowych toreb i szczątków jakichś urządzeń – tutaj jakby czas ruszył do tyłu, a posterunki żołnierzy, gniazda karabinów maszynowych i czołgi nie wróżą nic dobrego. Nie było tego jeszcze widać podczas moich pobytów w Iraku, ale powstanie państwa islamskiego i ciąg mordów na niewinnych ludziach, w imię Allacha i na rozkaz kolejnych kacyków religijnych, budzą przerażenie i każą budować ciąg scenariuszy budzących grozę. Lata rządów Saddama Husajna, wyniszczająca wojna z Iranem, system totalitarny, zabijający najcenniejszych obywateli, doprowadziły do strat niewyobrażalnych i sprowokowały konflikty na tle narodowościowym i wyznaniowym, szczególnie na linii opozycji pomiędzy szyitami i sunnitami.

Jakże odmienny był świat, który zobaczyłem nad rzeką Szatt al-Hilla, w zamkniętym ośrodku posaddamowskim, nad szeroką odnogą Eufratu. Tutaj, w silnie strzeżonej przestrzeni, z pałacami z poprzedniej epoki, ogrodami pełnymi żółtych oleandrów i hibiskusów, kuflików i akacji, poczułem się jakbym znalazł się w krainach Arabii Szczęśliwej. Nad mętnawymi toniami fruwały zielono-żółte żołny i zimorodki srokate, a w dali widać było ciągnące się gaje palmowe. To był świat jak z bajki, pełen tajemnych zakątków, malowniczych brzegów pradawnej rzeki, nieustannie toczącej swe nurty na południe. O niedalekiej przeszłości przypominał wielki pałac Saddama, wzniesiony na specjalnie usypanym wzgórzu, naśladujący swoją architekturą zikkurat i górujący nad ruinami starożytnego Babilonu. Jednego dnia zawieziono nas też ku zrekonstruowanej Bramie Isztar i weszliśmy przez nią do kompleksu murów i świątyń, dobrze znanych archeologom i badaczom starożytnych cywilizacji. Stanąłem zatem w miejscu, gdzie ludzkość zaczynała swą drogę ku współczesności, gdzie pojawiło się pismo klinowe i wzniesiono pierwsze tak skomplikowane budowle. I tutaj Husajn odcisnął swoje mroczne piętno, każąc bezceremonialnie zrekonstruować stare miasto, wznosząc mury na autentycznych ruinach. Wracając z Babilonu uważnie przyglądałem się miasteczkom i wsiom, ludziom pojawiającym się przy niewielkich domostwach, ale też kontemplowałem palmy i ukwiecone krzewy. Potem spędzałem wiele czasu na brzegu rzeki i wpatrywałem się w elementarne cząstki Orientu, tak dobrze mi znane z rysunków Juliusza Słowackiego i jego wspaniałych wierszy i poematów. To świat jakby lekko przechylający się ku melancholii i nostalgii, to rzeczywistość rodem z dziewiętnastowiecznych opisów podróżniczych, a zarazem zaledwie niewielka enklawa spokoju, pośród rozległych przestrzeni chaosu i zbrodni. Patrząc na śmigłe żołny, czarne rybitwy, słuchając jak śpiewają słowiki w akacjach, myślałem o swoich drogach i o szlaku całej ludzkości, zastanawiałem się nad sensem stale wybuchających konfliktów i odradzającej się wciąż – w nowych wiekach i pokoleniach – żądzy zabijania.

Tom pt. Żółty oleander powstał w sposób nietypowy dla mnie, bo złożyły się na niego wiersze pisane według wcześniej nakreślonego planu. Dotąd komponowałem zbiory poetyckie z utworów, które wcześniej wydobywałem z niebytu – tutaj stworzyłem najpierw katalog spraw, które powinny pojawić się zbiorze, zestaw wstępnych tytułów i haseł. Następnym etapem było dość szybkie i konsekwentne – jakże zdumiewające dla mnie – pisanie kolejnych tekstów, a potem redakcyjne ich opracowywanie. To była erupcja liryczna, dająca się porównać tylko z tym, co przeżywałem na początku mojej przygody z poezją. Wiersze dosłownie sypały się ze mnie, a w trakcie pisania pojawiały się też nowe „projekty”, tematy, bez których książka byłaby uboższa. To była odpowiedź mojego umysłu na doświadczenie arabskiego kraju, w którym – mimo wielkiego zagrożenia – byłem bardzo szczęśliwy i reagowałem spontanicznie na to, co zobaczyłem; na ludzi, których spotkałem i wiedzę, którą zdobyłem. W takim rozumieniu dwie wyprawy do Iraku były moim ważkim doświadczeniem życiowym i ułożyły się w ciąg innych wielkich podróży – do Stanów Zjednoczonych Ameryki, do Chin, na dawne kresy wielkiej Rzeczpospolitej czy do krajów basenu Morza Śródziemnego. Takie „poetyckie” poznawanie świata, obfitujące w niezwykłe zdarzenia, za każdym razem generowało aktywność wyobraźniową, a potem owocowało w twórczości. Tak powstało wiele liryków, które zamieściłem w tomach Bulwar Singera (2012) i Sprzedawca skowronków (2013). Żółty oleander jest zatem jakby zamknięciem trylogii i uporządkowaniem tego, co pisałem w ostatnich piętnastu latach. Wbrew pozorom nie są to wiersze „podróżnicze”, choć niewątpliwie pierwsza ich warstwa, opisowa i nasączona realiami Wschodu, tak się jawi – raczej jest to próba jak najszerszego opisu ludzi, świata, w którym żyją. Dodatkowo – jak w albumie fotograficznym – pojawiają się w tym zbiorze obrazy i zdarzenia z życia konkretnego człowieka, urodzonego kiedyś w biednej rodzinie, wspinającego się po szczeblach edukacji, a potem – w sposób zdumiewający – pojawiającego się w odległych miejscach naszego globu. To wielkie doświadczenie ludzkie i poetyckie traktuję jak dar od życia i losu, a zarazem jako cząstkę dziejów mojego pokolenia i generacji, które przyjdą po mnie. W takim rozumieniu moja Arabia Deserta była też Arabią Felix, a chwile oprawione w kształt wierszy dookreśliły w sposób najpełniejszy i najdoskonalszy dni mojego życia, dały mi siłę i kazały wierzyć, że nie zmarnowałem ani chwili z ofiarowanego mi świętego czasu.

Reklamy

%d blogerów lubi to: