SŁOŃCE

Znowu miałem kilka dni bez internetu. Ostatnie deszczowe dni znowu coś tam spowodowały i – klapa. Ale w moim dzienniku został tekst z niedzieli, który teraz tu wprowadzam.

Kolejny piękny, jesienny dzień. Słońce rozświetliło świat i przydało barw liściom i dalekim wzgórzom za miastem. Siedziałem nad moimi pracami i nagle zapragnąłem wyjść na świat, zostawić komputer i pisane teksty, zrobić sobie choćby kilkugodzinne wakacje. Zawsze u mnie obwarowane jest to myślą o utracie czasu i możliwości stworzenia czegoś nowego. Czeka kilka dużych projektów, które rosną wolno, ale sukcesywnie, mam też obrazy do dokończenia i nowe pomysły na rysunki. Czekają prace krytycznoliterackie i artykuły naukowe, muszę też sporo materiałów zeskanować, bo od kilku lat porządkuję moje wielkie archiwum literackie. Mam w nim listy od noblistów i wielu, wielu pisarzy, polskich poetów, mam korespondencję z artystami i ważnymi osobami dla naszej rzeczywistości. Setki książek z dedykacjami autorskimi, po zeskanowaniu okładek i tychże dedykacji, od dłuższego czasu przekazuję mojej bibliotece uniwersyteckiej. Każde zatem porzucenie mojego pokoju, obwarowane jest wyrzutemw mojej psychice, tym bardziej, że w tym semestrze mam sporo zajęć dydaktycznych i naukowych. No i staram się wyszarpnąć od życia jak najwięcej chwil z książką, pośród różnych nurtów moich zainteresowań. Ale jednak słońce i barwy października tak kusiły, tak mnie przyzywały, że zostawiłem wszystko i powędrowałem piechotą do miasta, zrobiłem kilkanaście kilometrów na świeżym powietrzu. Idąc obrzeżem Bydgoszczy, na skraju lasów i wielu zadrzewień przyglądałem się ptakom i umykającym zwierzętom. Na jednym chodniku leżał martwy padalec i już na pobliskich drzewach zgromadziły się sroki, gawrony i duża wrona. Jak tylko przyjrzałem się z bliska zesztywniałemu gadowi i ruszyłem dalej, pierwsza sfrunęła wrona, złapała go i goniona przez inne ptaki, pofrunęła ku dalekim drzewom. Przechodząc przez las dość długo przyglądałem się sikorom czubatkom (Parus cristatus), z których jedna odważnie osiadła na poszyciu leśnym i nie bacząc na mnie spacerowała, wydziobywała z mchu jakieś owady i nasiona sosen. Nieco wyżej, na zwisających gałęziach myszkowały sikory sosnówki (Parus ater)  i całe stado sikor modrych (Parus careuleus). Te zwierzątka dziwnie się poruszają, jakby w podrygach, jakby rzucane w różne rewiry przez chwilowe dreszcze. Nigdy nie zagrzewają jakiegoś miejsca na dłużej i szybko przeskakują z gałązki na gałązkę. Dlatego sporo uwagi poświęciłem czubatkom, tak spokojnie i dostojnie wędrującym wokół drzew i zawisających na najniższych sękach, gałązkach, nierównościach kory. W doskonałym nastroju przeszedłem przy ogródkach działkowych i zauważyłem, że na drzewach pełno jest w tym roku dorodnych, czerwonych jabłek, wiele śliwek i gruszek, wyrosło też sporo kwiatów jesiennych, a krzewy obsypały owoce dzikiego bzu, jarzębiny i dzikiej róży. Tuż przy płocie ogródków rosną wyniosłe topole, których liście mienią się teraz ochrą, sienną i złotem. Inne – jakby wbrew porze roku i chłodom nocnym – wciąż są zielone i połyskują w jaskrawym słońcu. Nad sadami przelatują stada szpaków, trznadli (Emberiza citrinella) i kawek, w jednym miejscu zatrzymałem się na chwilę, bo na niskiej gałęzi olchy zauważyłem pokrzewkę czarnołbistą (Sylvia aricapilla). To smukły ptak, pospolity w parkach i lasach, żywiący się głównie owadami i jagodami. Po trzech godzinach docieram do cmentarza przy ulicy Artyleryjskiej, trochę chodzę pośród grobów i przystaję przy pomniku Adama Grzymały-Siedleckiego. Zdumiewające koleje losów rzuciły tego znakomitego twórcę do mojego miasta, tak przeciwnego wszelkiej oryginalności, tak chętnie niszczącego talenty i bawiącego się w żałosne gierki. Być pisarzem w Bydgoszczy to znaczy być na pierwszej linii frontu, tutaj albo osiągnie się coś wielkiego, albo zginie się z kretesem pośród złamanych, zdziwaczałych i manifestujących niechęć do wszystkich i wszystkiego postaci. W końcu dochodzę do dworca kolejowego i czuję już w nogach kilometry, które przeszedłem w dość szybkim tempie. Wsiadam do m-busa i szybko wracam do domu. Tutaj niemiła niespodzianka, znowu nie działa Internet, co zawsze odbieram jako rodzaj zamknięcia, wyrzucenia poza margines świata. Żyjemy w czasach błyskawicznej komunikacji i takie odłączenie bardzo boli…

Reklamy

OJCIEC MAREK WALKUSZ

Ojciec doktor Marek Walkusz jest misjonarzem w Zgromadzeniu Ducha Świętego. Poznaliśmy się chyba ze trzynaście lat temu, gdy zaproponował mi wykłady w Nowicjacie zakonnym. Dwa razy w miesięcy jeździłem do pobliskiej Chełmszczonki, gdzie miałem wykłady dla przyszłych ojców i braci. Ta miejscowość jest pięknie położona, a dom zakonny wybudowano na wzgórzu, mniej więcej na środku skarpy pradoliny Wisły. Wokół są sady i lasy, a z okien widać niezwykłe przestrzenie nadwiślańskie, zmieniające się w rytm wymiany pór roku. Często Marek przyjeżdżał do mnie do Fordonu i samochodem przemykaliśmy jakieś siedem, osiem kilometrów do Chełmszczonki, ale też jeździłem autobusem i wiele razy chodziłem pieszo. To były ciekawe wyprawy z sacrum w tle, podczas których zauważałem wiele ptaków, kontemplowałem zmieniającą się naturę i sporo rozmyślałem. Potem w sali wykładowej i w kaplicy był dalszy ciąg moich spotkań z ciekawymi ludźmi i ze Stworzeniem. Mówiłem o literaturze i sztuce, uczyłem chłopaków właściwej pisowni i wymowy, ale zawsze nasze spotkania podążały w kierunku największych tajemnic ludzkiej egzystencji. Po jakimś czasie przestałem jeździć do Chełmszczonki, a Marek przestał być Mistrzem Nowicjatu i pojechał na misję do Senegalu. Właśnie zaczęła mu się druga tura pobytowa i przysłał pierwsze zdjęcia. To jest jeden z najczystszych bytów, jaki było mi dane poznać. Człowiek uczciwy i sprawiedliwy, a nade wszystko podchodzący do ludzi z wyciągniętą dłonią, pragnący wnieść coś do świata. Jego wiara jest żarliwa i pełna mądrości, co zaowocowało doktoratem i jego publikacją: Życie wspólnotowe według nauczania Sługi Bożego Franciszka Libermanna. Miałem okazję czytać ten tekst w pierwszej redakcji i nieco dopomogłem autorowi w zakresie redakcji i edycji komputerowej. Marek ma autentyczny talent literacki i przesyła mi co jakiś czas zdjęcia i fragmenty prozy, które układają się w znakomity portret tego afrykańskiego kraju i ludzi tam żyjących. Marek odwiedził nas podczas urlopu w Bydgoszczy, pokazywał zdjęcia i widokówki i opowiadał. Mnie bardzo interesowały czarne mamby i to w jaki sposób ktoś z Polski broni się przed takimi zagrożeniami. Patrzę na jedną z fotografii, na których Marek zabawnie pręży się pośród pięknie zbudowanych Murzynów. Ich ciała wyglądają jak wyrzeźbione przez największa mistrza i każdy z nich ma swoją osobowość, swoje myśli i własna historię. Jest coś budującego w tym, że ludzie tacy jak marek porzucają swój kraj, rodzinę, braci zakonnych i udają się gdzieś hen, daleko, za wiele gór i rzek. Tam są ludzie, którzy czekają na pomoc i wsparcie duchowe – tam misjonarz może realizować to, do czego został powołany. Trzymaj się Marku na tej czarnej placówce i nieś Słowo… bo Słowo było na początku.

LEŚNE ECHA

Piękna pogoda w tegorocznym październiku i silne słońce skłoniły mnie do wyprawy do lasu. Wziąłem aparat fotograficzny i dyktafon i poszliśmy do pobliskich zadrzewień. Jakże pięknie wyglądają teraz drzewa, jak barwy jesieni odmieniły świat i wzbogaciły przestrzeń. Tyle odcieni sieny, ochry, brązu i żółcieni, gdzieniegdzie czerwień i pobladła zieleń. A wszystko wpisane w większe i mniejsze kępy młodych i starszych drzew – klonów, topól, brzóz i różnych iglaków. Robiłem zdjęcia Oli i nagrywałem na dyktafonie opisy tego, co widziałem. Jest mi to potrzebne do pisanej powieści, która rozgrywa się w tłach jesiennych. To moje nadawanie do zgrabnego urządzenia firmy Olympus budziło śmiech Oli i odbiegała ona o parę kroków, gdy zbliżaliśmy się do jakichś ludzi. Nagrałem sporo opisów drzew, gałęzi, liści, co jakiś czas pojawiały się też refleksje natury ogólnej. Teraz muszę to pospisywać i może wykorzystam w pisanym tekście, na razie to jest półprodukt, który wymaga dalszej obróbki.  Robię sporo zdjęć i jedno z nich tutaj reprodukuję. Jak zwykle u mnie, podczas wyprawy do lasu, zauważam wiele ptaków, spośród których moje największe zainteresowanie wzbudził dzięcioł zielonosiwy i sójki. Było też sporo różnych sikorek, srok, kawek, całe stada mazurków i jeszcze rezydujących na polskiej ziemi szpaków. Miłe przedpołudnie szybko mija, wracamy do domu, by na komputerze obejrzeć efekt naszej pracy. Już po drodze Ola słucha moich nagrań i śmieje się do rozpuku. Mam wspaniały humor, a jak patrzę na nią, jak rośnie i pięknieje, moja radość jeszcze się wzmaga.

V. S. NAIPAUL

Przeczytałem powieść pt. Pół życia, Vidiadhara Surajprasada Naipaula, karaibskiego prozaika, pochodzenia indyjskiego, laureata Nagrody Nobla z 2001 roku. To kolejny pisarz, który w swojej twórczości szuka korzeni cywilizacji i demaskuje fałsz kostniejących struktur społecznych. Urodził się w 1932 roku na Trynidadzie, w rodzinie hinduskich braminów i od samego początku swojej literackiej wędrówki, interesował się związkami pomiędzy ludźmi i kulturami, wskazywał nadużycia religii i źle pojętej globalizacji. Po przybyciu do Wielkiej Brytanii, na dobre zakorzenił się w krajobrazie artystycznym wysp, co zaowocowało między innymi Nagrodą Bookera i Eliota, a także licznymi wydaniami książek prozatorskich i eseistycznych. Trzeba spośród nich wymienić Dom Pana Biswasa (1961), W wolnym kraju (1971), Zakręt rzeki (1979), The Enigma of Arrival (1987), Pół życia (2001). Ogromnym powodzeniem czytelniczym cieszyły się też książki eseistyczne i reporterskie Naipaula, a spośród nich: The Middle Passage (1962), Utrata El Dorado (1969), An Area of Darkness (1964), India: A Wounded Civilization (1977), Among the Believers: An Islamic Journey (1981), Beyond Belief: Islamic Excursion Among the Converted Peoples (1998) oraz A Turn In the South (1989). Pisarstwo Naipaula jest nieustającą podróżą w czasie i w przestrzeni, jego bohaterowie przyglądają się światu i próbują analizować skrajne życiowe sytuacje. Przemieszczając się z cywilizacji do cywilizacji, z kontynentu na kontynent i z kraju do kraju, dokumentują rozdarcie ludzi, którym przyszło żyć w takich czasach. Urodzeni i wychowani w swoim kręgu kulturowym, stają się świadkami niezwykłego przejścia do innej rzeczywistości i próbują znaleźć oparcie w obcych, chybotliwych rewirach. Czują się źle, bo w nowym świecie wszystko ich zdumiewa i odpycha, a ludzie rzadko skłonni są pomagać przyjezdnym. Wędrując po całym świecie, spotykając się z różnymi społecznościami i ugrupowaniami, analizując ruchy religijne i podglądając małe enklawy, stworzył Naipaul niezwykły obraz zmieniającego się globu, stale migrującej i szukającej swego miejsca ludzkości.

Pół życia, to powieść rozgrywająca się na trzech kontynentach – w Azji (Indie), w Europie (Londyn) i w bliżej nieokreślonym kraju afrykańskim, w którym jednak można się doszukiwać elementów, wskazujących na Mozambik. Bohater powieści – Willie Chandran – opowiada najpierw o swoich losach w Indiach, gdzie nie może pogodzić się z wyborami swego ojca i traktowaniem przez niego matki. Pokazuje też zakłamanie różnych ważnych gości z Europy, którzy przyjeżdżając na subkontynent bywają czarujący, obiecują pomoc, pragną jawić się jako cudotwórcy, a potem odwracają się plecami do Hindusów. Bohater doświadcza takiej sytuacji, gdy próbuje wyrwać się z Indii i zdobyć stypendium w Anglii. Zarówno wielki pisarz, jak inni poznani w jego kraju ludzie, przysyłają tylko zdawkowe odpowiedzi i załączają absurdalnie brzmiące życzenia wszelkiej pomyślności. Willie popada w coraz większą depresję, bo nie może zaakceptować próżniaczej świętości ojca i dziwacznej postawy matki, która wyszła z niższej kasty, a po porodzie zaczęła się upodabniać do kobiet lepiej urodzonych. W Indiach podział kastowy wciąż decyduje o losach człowieka i przebicie się przez warstwy wielowiekowych przesądów bywa niezwykle kłopotliwe. Ten świat jawi się bohaterowi powieści jako sztuczny twór, wykreowany przez angielskich kolonizatorów i utrzymywany na niższym poziomie rozwoju dla ich egoistycznych celów. Cała narracja została tutaj podporządkowana dwóm celom – po pierwsze pisarz pragnął stworzyć literacki portret ojca, osoby tragicznie niedorosłej i zdeformowanej przez tradycję. A po drugie – chodziło o oddanie rzeczywistości indyjskiej, z jej jaskrawością, rozgwarem, kontrastami pomiędzy bogactwem maharadżów a biedotą, śpiącą na ulicach, chodziło też o ironiczne ukazanie nieustającego wychylenia ku Europie. W chwili, gdy wydaje się, że nie ma już ratunku dla bohatera, gdy wszystkie prośby i fortele zawodzą, jego zabiegi w końcu przynoszą właściwy skutek: Z Londynu przyszedł w niebieskiej kopercie list od sławnego człowieka, który złożył krótką wizytę w aśramie tuż po ogłoszeniu niepodległości Indii. Dzięki swej sławie i tytułowi zapisał się trwale w pamięci Ojca Williego. Duże, faliste litery na firmowym papierze Izby Lordów świadczyły o sile i ostentacji, a zawartość listu pasowała do charakteru pisma. Wielki człowiek z przyjemnością zademonstrował swą władzę ojcu Williego, zyskał wdzięczność i zasługę w tym odległym zakątku świata, dotknął różdżką, niejako ruszył małym palcem (wszystkie pozostałe zajmowały się poważniejszymi sprawami) i skłonił do działania wielu małych ludzi. W taki sposób sfrustrowany Hindus trafił do kolegium nauczycielskiego w Londynie. Popłynął tam statkiem i zarówno podczas okrętowania się w porcie, jak i podczas podróży, czuł wielkie przerażenie, jakby żegnał się na zawsze z częścią swojego życia, jakby oddawał, handlował tym, to co było istotą jego hinduskiej samoświadomości.

Angielski etap w życiu Williego jest pełen sprzeczności i zdarzeń nie dających się ująć w jakąś sensowną formułę. To jest wegetacja i jedynie zapoznawanie nowych, coraz bardziej przypadkowych ludzi. Ten nowy świat ma swoje reguły i stawia wymagania, a nade wszystko oczekuje szybkiej asymilacji. Bohater biega jednak stale myślą do Indii, rozważa swoją sytuację, w kontekście złamanego życia ojca i matki, próbuje znaleźć sobie jakąś enklawę, ale jego poczynania nie dają spodziewanego efektu. Czuje się kimś gorszym i zarazem nosi w sobie poczucie dumy, że pochodzi z indyjskiej kasty wyższej, nie potrafi poradzić sobie z najprostszymi sprawami, a zarazem kpi z rodowitych mieszkańców wysp. Wreszcie zaczyna wnikać w struktury kolegium nauczycielskiego i zawiązuje pierwsze przyjaźnie, które są na tyle kruche, że nie waha się uwodzić kobiet swoich druhów. Także seks w Anglii nie udaje się, jest przypadkowy, obwarowany lękiem o męską sprawność. Willi tęskni do bliskości, a zarazem nie potrafi przywiązać się do nikogo – jego wybory są chybione, a chwile uniesień generują tylko gorycz. Wszystko zdaje mu się sztuczne, w jakiś sposób zdeformowane i obce: Wiedział, że Londyn jest wielkim miastem. Wielkie miasta wyobrażał sobie jako pełne przepychu, olśniewające krainy czarów i gdy dotarł do stolicy Anglii i zaczął przemierzać pieszo jej ulice, czuł się zawiedziony. Nie wiedział co ogląda. Broszurki i foldery, które zbierał bądź kupował na stacjach metra, nie pomogły; ich autorzy zakładali, że opisywane widoki są dobrze znane, a przecież jego znajomość Londynu sprowadzała się właściwie do samej nazwy tego miasta. Jedynymi miejscami, o których coś wiedział, były Buckingham Palace i Speakers’Corner. Pałac rozczarował go. Myśl o tym, że siedziba maharadży w jego ojczystym stanie jest o wiele wspanialsza, bardziej godna miana pałacu, zrodziła w nim przekonanie, iż angielscy monarchowie byli oszustami, a potęga ich kraju blagą. Pobyt w Anglii staje się dla niego ciągiem nieustających rozczarowań, nie potrafi zachwycać się znanymi budynkami i miejscami, ale nade wszystko zawodzą go ludzie. Są zimni i bezduszni, a ich problemy niczym nie różnią się od kłopotów indyjskiej biedoty – oni także mają problem z tożsamością, nie potrafią wokół siebie zabudowywać świata, raczej tworzą w sobie coraz szersze i dłuższe odgałęzienia mentalnych labiryntów.

W tym świecie sztucznych związków międzyludzkich, w tej krainie pośpiesznego seksu i ciągnących się dyskusji o niczym, w tym mglistym i chłodnym kraju nagle zaczyna świecić słońce. W życiu Williego pojawia się kobieta, a stanje się tak za sprawą pasji literackiej. Już w Indiach bohater odkrył w sobie talent do pisania i tworzył długie wypracowania, które ukradkiem czytywał jego ojciec. Teraz skomponował kilkanaście opowiadań, które opublikowało mu pewne wydawnictwo i z zapartym tchem czekał na recenzje, komentarze, głosy krytyków. Zawiódł się bardzo, bo raz jeszcze pojawiło się niezrozumienie i ksenofobia, ale publikacja ta i tak zmieniła radykalnie jego życie. Jedną ze średnich recenzji przeczytała dziewczyna pochodząca z afrykańskiego kraju. Kupiła książkę, przeczytała i zapragnęła poznać jej autora. Willie natychmiast odpowiedział na jej list i umówili się na spotkanie, przed którym nasz bohater miał – jak to on – liczne obawy. Niepotrzebnie, bo gdy tylko ją ujrzał, opuściły go wszelkie obawy. Podbiła jego serce. Zachowywała się tak, jakby znała go od zawsze, jakby zawsze się jej podobał. Była młoda, niska, szczupła i dość ładna. Miała cudownie swobodny sposób bycia. Najbardziej upajające dla Williego było zaś to, że po raz pierwszy w życiu czuł, że przebywa z kimś, kto w pełni go akceptuje. Do tej pory miał zawsze do czynienia z sytuacją obcości, uniesienia nad światem więzi rodzinnych i żarliwej miłości. Niósł w sobie piętno mieszanego dziedzictwa, a mieszkając w Anglii czuł się kimś innym, odmiennym, w sumie – niepotrzebnym. Teraz spotkał istotę, która natychmiast go przygarnęła, obdarzyła uczuciem i zniwelowała dystans między nimi. Miała na imię Ana i patrzyła na świat jasnym wzrokiem, szybko też zawładnęła jego świadomością bez reszty – dawała mu erotyczne zaspokojenie i uniesienie, dyskutowała z nim i zawsze stawała po jego stronie. Szybko podjął decyzję, że pojedzie z nią do jej afrykańskiego kraju i zamieszka w rodowej posiadłości. Tak się też tak stało i rozpoczął się kolejny etap w życiu bohatera – tym razem afrykański. Ale i tutaj rzeczywistość się zmieni, żar miłości i fascynacja ciałem ukochanej, powoli ale nieuchronnie przekształcą się rutynę. Wróci poczucie wyobcowania, którego nie złagodzą nawet piękne afrykańskie krajobrazy i dobrobyt. Z biegiem czasu – a Willie przebywał tam osiemnaście lat – znalazł swoje miejsce i jakieś zajęcia, zaczął też żyć sprawami najbliższego otoczenia, poznał różnych ludzi, zarówno tych wspaniałych, jak i tych staczających się szybko ku upadkowi. Niby był ze swoja kobietą, niby uczestniczył w różnych spotkaniach, uroczystościach, przyjęciach, ale znowu zaczął odczuwać pustkę egzystencji. Jego odnaleziona w Europie siostra, stała się powierniczką jego sekretów i to do niej – ciekawy zabieg narracyjny Naipaula – kieruje bohater opowieść o dniach i nocach afrykańskich. Jest szczery i niczego nie pomija, nawet wstydliwe chodzenie do burdeli staje się pretekstem do snucia szerszych refleksji egzystencjalnych. Takie życie musi jednak mieć swój finał i Willie postanawia opuścić Ane, która początkowo zdziwiona, w końcu na to przystaje i tak jak on zauważa, że przez ostanie lata nie żyła własnym życiem.

Powieść V. S. Naipaula została świetnie napisana i opiera się na dobrym pomyśle pisarskim. To jakby historia połowy życia głównego bohatera, który przegląda się w trzech skrajnie różnych rzeczywistościach cywilizacyjnych. Nigdzie też nie znajduje azylu, choć czasem cumuje w jakimś miejscu – w Afryce nawet bardzo długo – i zdaje mu się, że dotarł do celu. Jeśli odrzucimy sztafaż kulturowy, piękną egzotyczną ornamentykę narracyjną, otrzymamy alegoryczną opowieść o człowieku dwudziestego wieku, który szuka i nie znajduje punktu oparcia w świecie. Podróżuje, bo każda wyprawa jest obietnicą zmiany i wejściem w nową przestrzeń bytowania. A potem, kiedy zadamawia się i próbuje budować swój wymarzony dom, pojawiają się wątpliwości, nadciąga zwątpienie. Naipaul ukazuje w mistrzowski sposób naturę ludzką, która nawet w największym uniesieniu znajdzie coś negatywnego – nie zadowoli się osiągnięciem jakiegoś balansu, bo zawsze jest to równowaga pozorna, dokonująca się na chybotliwej linie życia. Rację ma Jerzy Jarniewicz, który pisze we wstępie do polskiej publikacji powieści – autor bez cienia nostalgii i sentymentalizmu, opisuje podejmowane przez powieściowych bohaterów próby poszukiwania własnej tożsamości i ucieczki przed tożsamością im narzuconą, uznając, że los Hindusa jest losem wędrowca, skazanego na wieczną tułaczkę. Paradoksalnie zatem, to co było przekleństwem bohatera, co pozostawało wstydliwą kartą jego losów; a więc lata spędzone w Indiach i wpływ obrzędowości, kultury hinduskiej na jego wychowanie; to okazało się siłą nie do pokonania, jakimś stale słyszalnym w nim wołaniu. Póki rzeczywistość wokół niego się zmienia, póki wędruje i poznaje nowych ludzi, jego życie ma sens. Gdy tylko osiada w jakimś miejscu, gdy próbuje zatrzymać bieg zdarzeń, w jego psychice pojawiają się myśli destrukcje i zaczyna burzyć to, co z mozołem budował. Choć jego korzenie tkwią w Indiach, choć nie może zapomnieć o swoim rodowodzie i o traumatycznych doświadczeniach dzieciństwa nad Gangesem i Brahmaputrą, to staje się człowiekiem przykładowym, pozbawionym obywatelstwa mieszkańcem świata, kosmopolitą z wyboru i nakazu myśli, nakazu gęstniejącego stale czasu, który domaga się zmian i te zmiany generuje. Willie porzuca wszystko, bo takie porzucenie jest obietnicą jeszcze jednego odnalezienia…

* * *

Coś się wydarza i przemija coś, coś rozświetla nasze życie na chwilę i jesteśmy świadkami gaśnięcia, dopalania się ognia. Żar jeszcze lśni w czerwonych polanach, ale nieuchronnie nadchodzi chłód i popiół. Grecki poeta Kawafis, który kochał młodych chłopców i miasto Aleksandrię, napisał kiedyś wiersz o świecach, które stoją przed nami i za nami. Porównał do nich dni, te przygasłe, coraz zimniejsze i te radośnie połyskujące ogniem. Przed nami – nie wiadomo jaki długi – szereg świec zapalonych; za nami coraz dłuższy ciąg – wygasłych. Jest noc i myślę o kolejnym zgasłym dniu, świetlistym, rozpłomienionym, pośród szarości i deszczu października. Myślę o dniu, którego płomień zgasł bezpowrotnie. Może jednak ogień zostaje w nas…

KSIĘŻYC

Mija kolejny dzień, który spędziłem z Olą w sklepach i w wydawnictwach, w których przygotowuję kolejny „Temat” oraz książki zaprzyjaźnionych autorów. Właśnie ukazały się dwa nowe, piękne tomiki w złotej serii – Małgorzaty Nowak i Andrzeja Baszkowskiego. Niebawem zrobię książkę Zbigniewa Rytlewskiego i Danuty Kostewicz. Dzisiaj jeszcze długo posiedzę przy komputerze, a tymczasem księżyc w pełni pojawił się na niebie. Magnetyzm, który nas otacza i dzięki któremu możemy istnieć we wszechświecie, jest wielką zagadką i wielką tajemnicą. Zastanawiał się nad nim Einstein i całe pokolenia astronomów, fizyków, badaczy kosmosu. Jaka siła trzyma to wszystko w jednym miejscu, jaka przedwieczna moc mogła stworzyć tak wielkie przestrzenie, czy możliwy jest stabilny układ, nie zmieniający swoich parametrów przez miliony, miliardy lat? Patrzę na księżyc w moim oknie i przypominam sobie obrazy Caspara Davida Fridricha, morskie nocne panoramy Aiwazowskiego, książki romantyków polskich, angielskich i niemieckich. Tronujący na niebie księżyc, utrzymujący się od wiek wieków na orbicie ziemskiej – czytelny emblemat kosmogonii i stworzenia, zagadka, jak my sami, jak tajemne siły, które nas otaczają. Zasłaniam okno roletą, bo mam wrażenie, że księżyc przypatruje mi się z uwagą…

KAZIMIERZ RINK

Oddział Bydgosko-Toruński Związku Literatów polskich ma nowego członka. Jest to dobrze znany  na Pomorzu znakomity poeta, eseista i recytator Kazimierz Rink. Jego poezja jest próbą sięgnięcia do wnętrza człowieka i do najtajniejszych głębi natury. Staje się rodzajem sondy zapuszczonej w rzeczywistość i w samego siebie, a przy tym nie traci uniwersalnego wymiaru, dopowiada istotne treści do wyodrębnianych dni i nocy, świtów i zmierzchów. Jest rodzajem diariusza, w którym podmiot zapisuje swoje liryczne refleksje, tworzy słowne portrety, dopowiada pointy i utrwala w słowie sytuacje, zdarzenia, rinkmomenty mające w sobie nikły poblask wieczności, który tylko w wierszu można uwznioślić – tylko poprzez napięcie metaforyczne można utrwalić. Człowiek w tej liryce jest bytem poszukującym i nieustannie kontemplującym świat i ludzi, ale w głębszych pokładach słów znajdziemy też prawdy filozoficzne, dookreślające szerzej wielki fenomen istnienia. Jakże wyraziste są tutaj poszczególne, znaczące plany liryczne, które łączą się ze sobą i wzajemnie się dopełniają. Wszystko rozgrywa się w obrębie potężnie zaznaczającej swą obecność przyrody, dobrze znanej i rozumianej, a nade wszystko nazywanej w zgodzie z naukową wiedzą. W kolejnych wierszach znajdziemy zatem wiele znakomicie określonych ptaków, owadów, istot wielkich i małych, ale są też motywy atmosferyczne i kosmogoniczne,jest epistemologia pejzażu i ontologia kamienia, są byty w wielkiej mnogości i różnorodności. W taki sposób ta poezja staje się wielowymiarowym obrazem świata, stale drgającego w percepcji, wciąż skręcającego się i ostrzem astralnej spirali przenikającego świadomość. Czasem mamy tu do czynienia ze świadomym skokiem wyobraźniowym i próbą łączenia przestrzeni przeciwstawnych, dalekich, istniejących w odmiennych formach, lokujących się po przeciwnych stronach ludzkiego doświadczenia. Wtedy w wierszu pojawia się ulotna energia, jakby echo pierwszego dnia stworzenia – chwili pierwszej i ostatecznej zarazem.

Kto, jeśli nie poeta potrafi znaleźć klucz do drzwi tajemnicy, kto jeśli nie on, potrafi ukazać nowe horyzonty, zapełnić pustkę i stworzyć wizję harmonijnego świata? Kto może stać się mesjaszem dla natury i dla uczucia – tylko on, bo przecież w jego olśnieniu lirycznym wszystko ma kształt doskonały, wszystko układa się w logiczny przekaz, wszystko koi i regeneruje, staje się niewidoczną blizną. Miłość jest potężną siłą tej poezji, ale też i ukrytym kodem trwania, który udaje się dostrzec i rozszyfrować tylko ludziom zakochanym, idącym przez świat z wewnętrznym odbiciem drugiej osoby. Każdy świt i zmierzch, każde pęknięcie struktury dnia, każda chropowatość faktury nocy, wszystko razem łączy się w drżeniu słowa i gestu, w energii wiersza, który tyleż odkrywa, co zasłania, jest wyznaniem i zasłoną tajemnicy. Poeta nieustannie wysyła komunikaty, tworzy raporty, wystawia rachunki, a jednocześnie ucieka od instytucjonalizacji miłości, pragnie wszystko przyoblec w woal nieskończoności, chce by uczucia miały w sobie doskonałość natury, piękno rzeczywistości w jakiej przyszło mu żyć. Zdumiewające jest to, że w tej liryce można wyodrębnić wiele przestrzeni bliższych i dalszych, a zarazem możemy wskazać przejścia pomiędzy światami, które zawsze lokują się w obrębie intymności i subtelności autora. Kreśląc pejzaże związane z Borami Tucholskimi, umieszcza on je w obrębie wielkich perspektyw globowych, przepaści niebotycznych. Tego rodzaju przedsięwzięcie może być w liryce ryzykowne, bo może prowadzić do niezamierzonych idealizacji – tutaj jednak wszystko jest wyważone, a nawet – można powiedzieć – zestrojone, jak we wspaniałym utworze muzycznym. Miłość staje się dla Rinka sferą doznań pierwotnych, równie ważnych jak narodziny, wzrastanie i śmierć, ale nie traci też eteryczności, nie przestaje zachwycać ogromem możliwości i siłą terapeutycznych odnowień. Stając się istotą bytu, jest zarazem jego ukrytą rzeczywistością, tak pięknie odsłaniającą się w kolejnych lirykach. Tutaj widać jaka jest waga słów w wierszu, cząstek nazywających i dookreślających kolejne odsłony trwania, tutaj z całą mocą brzmi treść bliskości. Wzruszająca jest też pewność poety, że natchnienie i energia wiersza mogą dopomóc w próbie znalezienia właściwej drogi – doprowadzą do celu, odnajdą zgubione ślady, a wreszcie znajdą spełnienie w akcie kosmicznej jedności.

Ta poezja prowadzi też nieustanny dialog z kulturą, wielkim dziedzictwem ludzkości, z bohaterami literackimi i postaciami centralnymi dla autorskiego doświadczenia wrażliwości. Migają w tych wierszach znane nazwiska, pojawiają się liczne nawiązania do dzieł sztuki i ważkich książek, a wszystko wplecione w ów rozbudowany ciąg mimetyczno-filozoficzny – wszystko dopełnione jakimś doświadczeniem, jakąś osobistą przestrzenią. W takim kontekście, i tutaj, kolejne wiersze stają się rodzajem dziennika, w którym autor zdaje relację ze skali własnego otwarcia, ustawia swoje doświadczenie w perspektywie myśli i dokonań mistrzów różnych wieków. Motywy muzyczne znakomicie zostały tutaj zgrane z nawiązaniami literackimi i filozoficznym dyskursem, co nie zakłóciło w żaden sposób wskazanych wcześniej planów i zdumiewająco wyrazistych naturalnych teł tych liryków. Zarówno postaci z poszczególnych utworów, przywoływane kochanki i przyjaciółki, jak i podmiot, mają ogromną wiedzę o tajniach kultury i swobodnie poruszają się w nich. Gra ich uczuć rozpięta została w obszarze odwiecznej gry estetycznej, tego nawiązywania i wyodrębniania istoty, treści głębinnej dla życia i twórczości. Ale jest też i określona chronologia dochodzenia do centralnych przemyśleń, jakby poszczególne sekwencje muzyczne, które mają swój wyraz artystyczny, ale też i ścisły, nutowy zapis czasoprzestrzenny. Muzyka istnieje tylko w ciągu następujących po sobie dźwięków i podobnie jest w tej ekscytującej twórczości, każdy nowy wiersz zawiera określone treści, ale też i wyznaczniki czasowe, przypisane z kolei do nowych odkryć podmiotu w świecie kultury. Kazimierz Rink dokumentuje tym tomem ogromny rozwój talentu i odsłania możliwości doprawdy zaskakujące, a w ten sposób wpisuje się w krąg postaci ważnych dla poezji jego regionu i dla całej Polski. Warto czytać te wiersze, bo jest w nich prawda i autentyzm, znakomity warsztat poetycki, a nade wszystko jakaś tajemna, tęskna nuta, płynąca z głębin ludzkiego doświadczenia bytu i nicości…

PTAKI POLSKI

Regularnie czytuję wiele periodyków, pośród którym prym wiodą pisma literackie i artystyczno-literackie. Sięgam też po magazyny, które wiążą się z moimi szczególnymi zainteresowaniami, to znaczy z ornitologią, numizmatyką. Nie brakuje też gazet codziennych i – na drugim biegunie – miesięczników popularyzujących naukę i różne dziedziny wiedzy. Praca w uniwersytecie ułatwia dostęp do wielu tytułów, choć daleko nam do tej różnorodności z jaką miałem do czynienia w SUNY, w Buffalo. Myślę, że ciekawe dla czytelników mojego dziennika mogą być przybliżenia niektórych periodyków, które aktualnie czytam i studiuję. Na pierwszy ogień niechaj idzie moje ulubione pismo związane z wieloletnim hobby – „Ptaki Polski”. Jest to starannie i elegancko wydawany, barwny magazyn, w którym znaleźć można wiele znakomitych i fachowych artykułów, a nade wszystko sporo zdjęć ptaków, wykonanych przez fachowców i amatorów bezkrwawych łowów. W kolejnym, dziesiątym już numerze pisma znajdziemy informacje o zauważonych w Polsce rzadkich gatunkach, takich jak bernikla rdzawoszyja (Branta ruficolis), czapla modronosa (Ardeola ralloides) czy Gadożer (Circaetus Gallicus). Jest też artykuł o rozpoznawaniu świstunek (Phylloscopus) i świetnie przygotowane tablice, obrazujące różnice pomiędzy podgatunkami. Jest niezwykle wartościowy tekst Szymona Wójcika o Antonim Kocyanie – badaczu fauny Tatr. Ten żyjący na przełomie XIX i XX wieku badacz miał spore zasługi w poznaniu i opisie zwierząt zamieszkujących nasze największe góry. Pozostawił wiele błyskotliwych opisów i żył swoją pasją, tworząc sporo artykułów naukowych i publikując je po polsku i niemiecku. Robert Kruszyk, z kolei, prezentuje sylwetki pluszczy z beskidzkich potoków i wskazuje na zagrożenia, jakimi dla tych ptaków są przekształcenia siedlisk, zabudowa brzegów i stawianie mostów. W piśmie znajdziemy też przybliżenie dawnego stawu z okolic Goczałkowic – Rontoku Wielkiego. Autor – Marcin Karetta – zamieścił też wykaz ptaków siewkowatych z lat 1985-1998, pojawiających się w obrębie tego zbiornika. Jest też opowieść Grzegorza Leśniewskiego o tym jak zrobił zdjęcie dudków, przekazujących sobie owada, które uznane zostało przez Związek Polskich Fotografów Przyrody za zdjęcie 2005 roku. W numerze znajdziemy też relację z festiwalu fotografii przyrodniczej Foto Natura 2008, bogato ilustrowany artykuł Piotra Dombrowskiego o biebrzańskich dubletach, tekst Grzegorza Szkutnika o ciekawych z punktu widzenia ornitologa stawach rybnych w Samoklęskach oraz refleksyjny materiał o Dombrowskiego o związkach ptaków z wodą. Najbardziej zaciekawiły mnie refleksje Redaktora Naczelnego pisma – Tomasza Krzyśkówa – o ornitofaunie Dunaju i artykuł Przemysława Kunysza pt. Ptasie wyprawy w Bieszczady. Pierwszy jest rodzajem krótkiego reportażu o miejscach nad wielką europejską rzeką i o ich skrzydlatych mieszkańcach. Znajdziemy tutaj sporo ciekawych zdjęć wielu gatunków żyjących nad wodą lub nieco dalej, poza jej obrębem. Drugi tekst jest opisem wypraw do wielu miejsc w Bieszczadach i obserwacji ornitologicznych. Autor wytycza szlaki, z których mogą skorzystać zarówno naukowcy, jak i amatorzy, dopiero wchodzący na obserwacyjne ścieżki. Reasumując, numer bardzo ciekawy, do wnikliwego studiowania tekstów i zamieszczonych fotografii, z pięknym przybliżeniem żołny (Merops apiaster) na okładce i wieloma znakomitymi portretami ptaków w środku. To pismo może zaciekawić zarówno ornitologa, jak i każdego miłośnika przyrody, a szczególnie powinno trafić do bibliotek szkolnych, gdzie dzieci i młodzież bardzo interesują się ptakami.

KUBICA I BRAMKARZ W HEŁMOFONIE

 Dzisiaj od samego rana emocje sportowe, bo Robert Kubica wspaniale pojechał w wyścigu Formuły 1 w Japonii. Najpierw błysnął na starcie, a potem mądrze prowadził samochód i ostatecznie wylądował na drugim miejscu. Wygrał Alonso, który raz jeszcze skorzystał z dobrych rad szefów jego teamu i właściwie wyprzedził Polaka dzięki lepszemu pit stopowi. Szczególnie w ostatnie partii wyścigu Kubica błysnął formą i nie dał się wyprzedzić Raikkonenowi. Gdyby ten chłopak miał lepszy samochód już dzisiaj cieszyłby się z tytułu Mistrza Świata. Tymczasem jest na trzecim miejscu, co także jest ogromnym sukcesem, tym bardziej, że polski kierowca nie traci szans na wyższe miejsce, a nawet na szczyt podium. Jeśli do porannych emocji dodamy wczorajszą wygraną piłkarzy nad braćmi Czechami, ich świetną grę, jak w dawnym stylu, to uzyskamy sporą dawkę sportowych przeżyć. Dobrze, że Polacy strzelili dwa gole temu czeskiemu bramkarzowi w komicznej czapce, przypominającej czołgowy hełmofon lub kask kolarski. Z drugiej strony, to nawet oryginalne nakrycie głowy… Polacy rozgrywali szybko piłkę, dobrze wychodzili na pozycję i parli do przodu jak maszyny. Zmiany w polskim zespole opłaciły się i jeszcze radziłbym trenerowi pozbyć się Smolarka i Krzynówka. Pierwszy boi się nogę przyłożyć do piłki, a drugi „lata” bez sensu, jak znarowiony koń po łące… i stale psuje dobre sytuacje.

JEAN-MARIE GUSTAVE LE CLÉZIO

Tegoroczną Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury otrzymał francuski pisarz Jean-Marie Gustave Le Clézio. Tradycji stało się zadość i tae tym razem nie przewidziałem, kto zostanie laureatem. Byłem prawie pewny, że Nobel trafi do Amosa Oza lub do Adonisa. Nowy noblista urodził się 13 kwietnia 1940 roku – ojciec był brytyjskim chirurgiem, a matka Francuzką z Mauritiusu. Po uzyskaniu stopnia doktora, pisarz wyjechał do USA, gdzie nauczał. W latach 1967 – 1970 wielokrotnie podróżował do Panamy, gdzie mieszkał pośród Indian. Mieszka w Albuquerque (USA), a we Francji w Nicei i Paryżu. Zawsze wzbudzał wielkie zainteresowanie mediów, bo jest bardzo fotogeniczny, a na zdjęciach pojawiał się też często z urodziwą żoną, pochodzącą z Sahary Zachodniej. Otrzymał sporo ważnych nagród literackich i zasłynął jako innowator nowej powieści. Wymienia się go obok Georgesa Pereca i Michela Butora, a chwalił go między innymi Michel Foucault. Także nasz Gombrowicz pozostawił w Dzienniku 1961-1966 prześmiewczy portrecik nowego noblisty, który teraz brzmi niezwykle emfatycznie. Oto fragment: Le Clézio – tak mi się zdaje – jest zagrożony z dwóch stron. Pierwsze niebezpieczeństwo, to gatunek życia jaki mu przypadł w udziale, zbyt rajsko-idylliczny. Zdrów, krzepki, opalony wśród kwiatów Nicei, z ładną żoną, krewetki, rozgłos i plaża… czegóż chcieć więcej? Jego powieści dyszą mrokiem nieprzeniknionym najskrajniejszej rozpaczy, gdy on sam, młody bóg w majteczkach kąpielowych, zanurza się w lazury słone Morza Śródziemnego. Ale ta kontrowersja jest zbyt naskórkowa, aby go mogła naprawdę skompromitować i dopiero drugi jad, o wiele bardziej przenikający, staje się wehikułem tej pierwszej trucizny. Ten drugi jad, to uroda. Nie przepadam za dziennikiem Gombrowicza, który momentami jest dość chaotyczny, ale tutaj zarozumialstwo naszego pisarza sięga zenitu (i ta mizerna metafora: wehikuł trucizny). Nie będę dalej cytował, bo pojawiają się zarzuty, że żona jest ładna, że mają zgrabny samochodzik i mieszkają w miejscu, które nazywa się Wyspa piękności (raczej: piękna). Dodajmy jeszcze to oszałamiające stwierdzenie Gombrowicza: Ale jego największa trudność to, iż w nim dramat staje się urodziwy, powabny. Wehikuł jadu i powabny dramat! Szkoda, że polska literatura tak reaguje na oryginalność pisarską i życiową. Skupmy się lepiej na dorobku francuskiego noblisty, który jest ogromny. Z książek Le Clézio, po polsku wyszły: Protokół ( 1963), Pustynia (1980), Onitsza (1991), ale teraz zapewne zacznie się festiwal nowych przekładów i wydań. Wygląda na to, że w gronie zacnych akademików szwedzkich coraz częściej wygrywa nurt związany z kulturowością i równomiernym obdarowywaniem pisarzy różnych kręgów kulturowych. Le Clézio tłumaczył mity indiańskie i po porzuceniu prozy eksperymentalnej, opublikował szereg książek, w których wspomnienia z podróży wiążą się z analizą innego sposobu myślenia i odbierania świata. Poprzednim francuskim noblistą literackim był Claude Simone (1985). Uzasadnienie Akademii – jak zwykle krótkie i esencjonalne – wskazało, że Le Clézio jest autorem nowych kierunków, poetyckiej przygody i zmysłowej ekstazy, eksploratorem człowieczeństwa poza i w obrębie dominującej cywilizacji. Po angielskim hindusie Naipaulu, po pochodzącym z Afryki Południowej Coetzee, po Chińczyku i Turku, to kolejne wskazanie, że szwedzcy jurorzy interesują się tym, co dzieje się w literaturze światowej i świetnie się orientują kto naprawdę zasługuje na wyróżnienie.

« Older entries

%d blogerów lubi to: