O ROKU ÓW…! (3)

Chalkida – widok z okolic hotelu

8 kwietnia 2019 roku pojechałem na festiwal literacki do Grecji, który zorganizowała moja wieloletnia przyjaciółka Maria Mistrioti. Wraz z Hafifem Janabim przelecieliśmy samolotem Ryanaira z Warszawy do Aten i po niespełna trzech godzinach byliśmy już w kraju Homera i Platona. Ateny przywitały nas deszczem i mgłą, ale było dość ciepło, co zauważyłem wychodząc po schodach z samolotu i przyglądając się dalekim, granatowym wzgórzom w oddali. Maria poprosiła mnie, bym nominował kilku poetów do udziału w wydarzeniu i teraz cieszyłem się, że spotkam się z zaprzyjaźnioną gromadką, którą spotykałem najczęściej podczas chińskich festiwali literackich. Niezawodnie stawili się Hassanal Abdullach z Nowego Jorku, Germain Droogenbroodt z Belgii, Kornernelis Platelis z Litwy i Amir Or z Izraela, a grupę uzupełnił także tajwański nestor poezji Kuei-shien-Lee, nominowany przez Hatifa. Czekając na autobus, który przewiezie nas do Chalkidy, krążyliśmy trochę po ateńskim lotnisku i wyławialiśmy się wzajemnie. Potem wreszcie wsiedliśmy do wygodnego pojazdu i ruszyliśmy w kierunku wyspy Eubea, na której mieszka Maria Mistrioti i na której miał rozegrać się festiwal, dotowany przez władze i indywidualnych sponsorów. Choć padał deszcz i opary czasem zasłaniały widoki, pojawiły się przestrzenie charakterystyczne dla tego wyspiarskiego kraju, poprzeplatanego wodą, odsłaniającego dalekie szczyty górskie, w tej porze roku jeszcze pokryte śniegiem. W czasach, gdy przyjaźniłem się z Nikosem Chadzinikolau, kilkakrotnie planowałem wyjazd do Grecji, ale jakoś się to nie udało i teraz jego obecność w moim życiu symbolicznie podkreślali, biorący udział w festiwalu, jego syn i wnuczka. Patrzyłem szeroko otwartymi oczyma na mijane zatoki, okręty stojące przy brzegach i ruszające ku jakimś celom, a nade wszystko na ludzi, pojawiających się w miastach i miasteczkach.

Zatoka w Chalkidzie

Podróż nie trwała długo i niebawem znaleźliśmy się w wygodnym hotelu, położonym blisko zatoki i otoczonym tropikalną roślinnością. Szybko też okazało się, że posiłki przygotowywane dla nas były bardzo obfite i kilkuskładnikowe, co niestety zburzyło moje założenie, że trochę się odchudzę. Najlepiej mi to wychodzi podczas, festiwali w Kraju Środka, gdzie serwuje się mnóstwo warzyw i ryb, ale w Kolumbii, gdzie jadłem sporo ananasów i mango, także udało mi się zrzucić kilka kilogramów. Pierwsza kolacja była okazją do poznania wszystkich uczestników i do odnowienia dawnych znajomości, tudzież do wspaniałych rozmów i dyskusji. Świetne, greckie wino i piwo rozwiązały nam języki, więc wracałem do pokoju zadowolony, wziąłem gorący prysznic i poszedłem spać, słysząc dziwne pohukiwanie jakiegoś wodnego ptaka. Następnego dnia, od samego rana, z aparatem fotograficznym i w dobrym nastroju, ruszyłem z hotelu ku brzegowi morza, podziwiając daleki, ośnieżone szczyty, tonące w granatowej mgle i przywodzące na myśl Olimp i Zeusa. Schodząc niżej i zauważałem pojedyncze mewy, unoszące się nad tonią, zmierzające w stronę zjawiskowego cypla,  z lewej strony, albo ku dalekim domom miasta, rysującym się za zatoką. Fotografuję rośliny w ogrodzie i robię wiele zdjęć panoramicznych, a nade wszystko wsłuchuję się w siebie w chwili magicznej, z dawien dawna oczekiwanej i mającej się wydarzyć w roku 2019, jednym z najlepszych, które przeżyłem. Dochodzę do kamienistego brzegu i starym swoim zwyczajem podnoszę kilka kamieni, które zabiorę do domu, choć podobno nie wolno ich z Grecji wywozić. Wracam do hotelu i widzę, że nasza grupa zbiera się już na wyprawę do miasta, gdzie Maria pokaże nam niektóre zabytki i zabierze na obiad w typowej greckiej restauracji, serwującej owoce morza, ryby i sporo dań warzywnych. Wchodzimy do starego greckiego kościoła ortodoksyjnego, zwiedzamy muzeum, przyglądamy się domom i ulicom, a nade wszystko rozmawiamy i wymieniamy uwagi na temat tego, co zauważamy. Jak zwykle, odłączam się od grupy i fotografuję sporo ciekawych obiektów, zachwycam się kwiatami, pomarańczami, mandarynkami i cytrynami, dojrzewającymi na drzewach.

Niezwykła roślina z dziedzińca twierdzy Karababa

Jesteśmy na wyspie Eubea, którą Rzymianie nazywali Negroponte, a którego Chalkida jest dzisiaj głównym miastem. Maria proponuje nam przejazd do muzeum archeologicznego, usytuowanego wysoko na beockim wybrzeżu, w obrębie dawnej twierdzy Karababa, zbudowanej przez Turków w 1684 roku, by chroniła miasto przed agresją Republiki Weneckiej. To spora przestrzeń, pełna starych budowli i murów, z których znakomicie widać niemal całą Chalkidę i ośnieżone góry w dalszych planach. Przy tych kamiennych pamiątkach dawnych wieków rośnie wiele krzewów, niewielkich drzew, a pomiędzy kamiennymi duktami ścieli się dywan z kwiatów i ziół. Zrobiłem tam wiele zdjęć, ale dopiero po powrocie do Polski zauważyłem fotografię niezwykłej urody, dokumentującą kruchość naszego świata. Nie wiem co to są za kwiaty, rosnące na niewielkim krzewie, amarantową barwą wyraziście odcinające się od mętnej zieleni tła. Mogą należeć do rodziny storczyków, ale równie dobrze mogą być odmianą azalii, fiołków – trudno powiedzieć. Zatrzymane w kadrze świadczą o tym, że je zauważyłem, zrobiłem zdjęcie i pośród wielu ujęć to jedno okazało się najlepsze. Pierwszy plan jest tutaj dobrze oświetlony, wyrazisty, co pozwala wyodrębnić delikatne pręciki i płaszczyzny barwne poszczególnych płatków. Struktura tych kwiatów jest niezwykle delikatna, zdumiewająca w swojej oryginalności i lekkości, w chwilowym zawieszeniu nad ziemią. Może ilustrować kruchość wszelkiej egzystencji na naszej planecie i stać się symbolem roślinnej subtelności, pośród szarych krajobrazów. Zwiedzam też muzeum, w którym fotografuje wiele płaskorzeźb i monumentów, a nade wszystko czytam anglojęzyczne opisy poszczególnych artefaktów.  Wraz z przyjaciółmi wdrapuję się na mury i platformy i robimy sobie wiele fotografii, które pozostaną w naszych domowych albumach, na Instagramie, Facebooku i w dziennikach. Tutaj też przeżywam ogromne wzruszenia, gdy widzę grecka flagę nad starymi murami, albo gdy przyglądam się dalekim planom miasta, tak cudownie rozprzestrzeniającego się wokół ultramarynowych wód.

Na brzegu w Eretrii

Następnego dnia jedziemy najpierw do jednej ze szkół średnich Chalkidy, gdzie spotykamy się z młodzieżą i dyskutujemy z wieloma uczniami po angielsku o poezji i sztuce. Potem udajemy się do po bliskiej Eretrii i w siedzibie pani burmistrz znowu wypowiadamy się na różne tematy, związane z literaturą, Grecją i naszym festiwalem. Zostajemy zaproszeni na wystawny obiad w restauracji, położonej przy brzegu Południowej Zatoki Eubejskiej, gdzie – ku naszemu zdumieniu – wita nas po polsku właścicielka, która wyszła za mąż za Greka i od wielu lat prowadzi niewielki biznes w tym miejscu. Czekając na obiad, wychodzę na zewnątrz i fotografuję wielkie statki pasażerskie i handlowe, rośliny, domy, a nade wszystko przestwór morski, połyskujący w południowym słońcu. Na obiad jemy świeżą rybę, popijamy piwem lub doskonałym białym winem, a potem ruszamy do muzeum archeologicznego, gdzie fotografuję znowu wiele rzeźb. Dalej droga wiedzie ku starożytnemu amfiteatrowi, gdzie wciąż trwają prace archeologiczne, nie dające wszakże jeszcze wyobrażenia, jak obiekt ten wyglądał w starożytności. Rozmawiamy z sympatyczną panią archeolog, umorusaną w błocie i wskazującą nam najciekawsze miejsca, a potem prowadzącą nas ku dobrze zachowanym murom, na tle których robimy sobie wiele zdjęć. Odchodzę od grupy i fotografuję sporo roślin, a także zatrzymuję się w pewnym oddaleniu i kontempluję starożytne pozostałości po niegdyś potężnym państwie greckim. Rozmyślam o przemijaniu, które nie omija nikogo i niczego, cieszę się też, że moje wieloletnie zainteresowania starożytnością, znajdują tutaj swoją egzemplifikację. Archeolog mówi o dramatach i komediach, które wystawiane były w amfiteatrze eretryjskim, a ja wyobrażam sobie Antygonę mówiącą: O ukochana siostro ma, Ismeno,/ Czy ty nie widzisz, że z klęsk Edypowych/ Żadne za życia los nam nie oszczędza?/ Bo nie ma cierpień i nie ma ohydy,/ Nie ma niesławy i hańby, które by/ Nas pośród nieszczęść pasma nie dotknęły./ Cóż bo za rozkaz znów obwieścił miastu/ Ten, który teraz władzę w ręku dzierży?/ Czyś zasłyszała? Czy uszło twej wiedzy,/ Że znów wrogowie godzą w naszych miłych? Powoli wracam do grupy, żartuje z roześmianą poetką z Szanghaju, jeszcze raz rzucam okiem na ruiny starożytnego teatru i podążam do autobusu, który wiezie nas z powrotem do hotelu.

Chalkida – miejsce spotykania się prądów morskich

Wieczorem wychodzę na taras hotelowy i kontempluje dalekie światła Chalkidy, połyskujące w mroku, jak drogocenny diadem. Znowu odzywa się dziwny, tubalny, ptasi głos, który może należeć do nura, pojawiającego się czasem na wybrzeżu greckim. Czuje się spełniony i zaspokojony, a jednak jakiś dojmujący smutek pojawia się w moich myślach. Wracam do pokoju hotelowego, siadam przy biurku i piszę wiersz pt. Nostalgia: Twoje drogi wiodą cię/ ku dalekim krainom/ i nagle stajesz u wrót/ doliny otoczonej górami/ świetlista tafla morza zaczyna/ taniec snu pośród sinych/ mgieł i niebieskich oparów/ zdążałeś wytrwale do celu/ aż wstąpiłeś/ w nieskończoność/ przymrużone oko świtu/ zamknięta powieka zmroku/ odgrodziły cię od bólu/ i czarnej pamięci/ nostalgia jak zmurszała maska czasu/ krwawiła w zranionej/ świadomości. Noc mija szybko i po porannym prysznicu melduję się na śniadaniu, jak poprzednio, zbyt obfitym i jakże różnorodnym. Mam co najmniej godzinę do kolejnego wyjazdu, więc jeszcze raz idę nad brzeg morza i przyglądam się dalekim statkom, charakterystycznym łodziom rybackim, a nade wszystko fotografuję szerokie przestrzenie, roślinność, skały i kamienie na brzegu. Czas mija szybko, więc zbieram się i jako jeden z ostatnich wchodzę do autokaru, który wiezie nas na główną imprezę festiwalu, do siedziby burmistrza. Maria robi, co może, by wszyscy byli zadowoleni, a włodarz miasta chodzi od pisarza do pisarza i ściska dłonie, dziękuje za przyjazd do Chalkidy, zawsze otwartej dla twórców. Czytamy wiersze, wręczamy Europejskie Medale Poezji i Sztuki HOMER, Amirowi Orowi i Romainowi  Droogenbroodtowi, z przyjemnością oglądamy występy artystyczne Greków i Greczynek. Następnie udajemy się na nabrzeże Cieśniny Ewripos by zobaczyć słynne miejsce, w którym wody przepływają z południowej do północnej Zatoki Eubejskiej i kilka razy na dobę zmieniają kierunek przemieszczania się prądów. Wchodzimy do kolejnej restauracji i jemy wspaniały obiad, znowu kilkuskładnikowy, dodatkowo wzmocniony świetnym czerwonym winem i zamawianym indywidualnie piwami Mythos, Efes lub Levante, z browaru umiejscowionego na wyspie Zakynthos.

Ruiny świątyni Apollina w Delfach

Nowy dzień przynosi wyprawę do Delf, miejsca urodzenia Nikosa Chadzinikolau, którego członkowie szerokiej rodziny stale tam mieszkają. Eubeę opuszczamy długim mostem i podróżujemy przez spory kawałek Grecji Środkowej, aż do stóp Parnasu, trzynaście kilometrów od Zatoki Korynckiej. W czasach antycznych znajdowało się tam sanktuarium poświęcone Appolinowi, a nieco niżej zbudowano centrum Ateny Pronaji, czyli Strażniczki Świątyni. Najpierw przejeżdżamy przez współczesne Delfy, usadowione tarasowo na zboczach, pełne czarujących, wąskich uliczek i budowli typowych dla tej części Grecji, a potem kierujemy się do muzeum archeologicznego, słynącego z rzeźb i innych cennych zabytków starożytności. O miejscu tym mówi mit o dwóch orłach, wysłanych przez Zeusa z krańców kosmosu, by znalazły „pępek” świata. Natkniemy się też na opowieść o Gai – Matce Ziemi, której sanktuarium strzegł wąż Pyton, pokonany później przez Apollina. To ten grecki bóg ustanowił wyrocznię w tym miejscu, a jego przepowiednie miała przekazywać Pytia.  Początkowo czczono tu Posejdona i Dionizosa, uprawiano też kult kamieni (omfalos), ale od VII wieku przed naszą erą zainicjowano kult boga piękna, światła, życia i śmierci.  Wchodzimy do muzeum, w którym fotografuję wiele płaskorzeźb i rzeźb, przyglądam się wytworom greckiego geniuszu artystycznego, kamiennym wyobrażeniom bóstw, filozofów i władców. Delfy ugruntowały swoją sławę już w czasach archaicznych, a wyrocznia delficka uważana była za jedną z najbardziej wiarygodnych i miała przewidzieć, między innymi wyprawę Argonautów i wojnę trojańską, tudzież zakładanie kolonii przez Greków. Po bodaj dwugodzinnym zwiedzaniu muzeum, wychodzę na zewnątrz i podążam ku ruinom sanktuarium apollińskiego i antycznego cmentarza, pełnego kolumn i kamieni nagrobnych. Robię wiele zdjęć, które zapewne przydadzą mi się do przygotowywanej książki o czasach, sztuce i literaturze starożytnej. Spore wzniesienia wymagają dobrej kondycji, ale nie narze3kam na jej brak i dzielnie podążam ku kolejnym, interesującym miejscom. W zjawiskowych ruinach świątyni Apollina spotykam Hatifa i Amira i potem wraz z nimi wracam ku placowi, gdzie przewidziano zbiórkę całej grupy.

Sanktuarium Ateny Pronaia w Delfach

Wsiadamy do autobusu i jedziemy kilkaset metrów niżej, by zobaczyć sanktuarium Ateny, umiejscowione na jednym ze zboczy, specjalnie zniwelowanym do tego celu. W naszej grupie jest sporo starych ludzi, po sześćdziesiątce, po siedemdziesiątce, ale nawet nasz osiemdziesięcioletni kolega z Tajwanu rusza w dół, ku jakże zjawiskowemu miejscu. Droga wiedzie zakosami ku widniejącym w dali kolumnom i kamieniom, które kiedyś były częścią budowli dla kapłanek. Tutaj czuje się wyraźnie powiew starożytności, a zdruzgotana budowla przywołuje moje liczne lektury i młodzieńcze marzenia, związane z wyprawami do Grecji. Robimy sobie zbiorowe zdjęcia, a niektórzy uczestnicy festiwalu czekają aż grupa się oddali i wtedy proszą o indywidualne fotografie, dokumentujące ich pobyt w tym miejscu. Sanktuarium Ateny Pronaja zbudowano w pewnym oddaleniu od świątyni apollińskiej, by bóstwa ze sobą nie rywalizowały. Właściwie były tam trzy świątynie, poświęcone Atenie, dwie wzniesione z tufu i trzecia z wapienia, a także eolski skarbiec Massalczyków i obiekt dorycki. Z okresu klasycznego odkryto też temenos herosów, ołtarz Ateny Pronaja, ołtarz Higiel i Ejlejtyi. Odbudowano tylko częściowo tolos, a choć są tam teraz tylko trzy wielkie kolumny i część kręgu środkowego, dają one wyobrażeni e o urodzie tego miejsca i jego randze w dawnych wiekach. Jak zwykle w takich sytuacjach, żałuję, że nie jestem tu sam, ale czekam cierpliwie aż wszyscy ruszą z powrotem, do autobusu i choć przez kilka minut rozkoszuję się w samotności niezwykłością tego miejsca. Wędrując pod górę, przystaję co jakiś czas, bo jestem na wysokości ok. 500 metrów nad poziomem morza i wyraźnie to czuję. Te przerwy wykorzystuję na fotografowanie endemicznej, górskiej roślinności, wypatruje ptaków, a nade wszystko odwracam się za siebie i z wielu miejsc robię zdjęcia sanktuarium ateńskiego. Jako jeden z ostatnich wchodzę do pojazdu, który rusza ku miasteczku, gdzie zjemy obiad i zaczniemy się dzielić refleksjami na temat tego, co tego dnia zobaczyliśmy. Usadawiam się przy stole tuż przy Hatifie i Hassanalu, zostawiam kurtkę, a tylko w koszulce wymykam się ku uliczkom Delf. W sklepach z pamiątkami kupuję gustowne magnesy na lodówki dla mnie i dla moich dzieci, a także sporo innych przedmiotów, symbolizujących Grecję. Na obiad jemy pieczone ziemniaki, rybę, sporo warzyw, a wszystko popijamy sokiem pomarańczowym, winem i doskonałym piwem Zorbas.

 Rzeźba Antinosa z muzeum w Delfach

W naszym świecie wszystko ma swój początek i koniec, a piękne chwile jakże szybko mijają. Na szczęście został nam jeszcze ostatni dzień festiwalu, który przyniósł długo oczekiwaną wyprawę do Aten. Po dwóch godzinach jazdy autostradą docieramy do stolicy Grecji i od razu kierujemy się do Muzeum Akropolu, które od 2009 roku mieści się w nowoczesnym budynku, zaprojektowanym przez szwajcarskiego architekta Bernarda Tschumiego. Po latach niszczenia i rabowania zabytków przez Turków, Wenecjan, Anglików, władze greckie postanowiły stworzyć muzeum, w którym zostałyby zachowane dla potomnych wspaniałości architektury i sztuki rzeźbiarskiej Akropolu i jego okolic. W wieku XIX i XX kilkakrotnie przebudowywano i powiększano ten obiekt, rosła też stale liczba artefaktów eksponowanych w nim. Dopiero jednak u końca pierwszej dekady XXI stulecia oddano do użytku funkcjonalny budynek, ulokowany na autentycznych ruinach, w którym znaleźliśmy się wraz z setkami turystów. Nie lubię zatłoczonych muzeów i zbyt natrętnych przewodników, zatem szybko oddzieliłem się od grupy i zacząłem chodzić swoimi ścieżkami. Co jakiś czas obsługa zwracała mi uwagę, że nie wolno fotografować niektórych rzeźb, ale jakoś udawało mi się przechytrzyć niezwykle zasadnicze panie i zrobić nieco zdjęć bez flesza. Po obejściu wszystkich pięter, dowiedziałem się, że zbierzemy się przed muzeum dopiero za godzinę i ruszymy na obiad. Natychmiast też podjąłem decyzję, że ruszę piechotą ku Partenonowi, bo przecież od dawna chciałem się tam znaleźć. Droga ku głównemu wejściu, dość stroma i uciążliwa, zabrała mi zaledwie piętnaście minut, więc obliczyłem, że na zwiedzanie świątyni zostanie mi jakieś pół godziny. Na szczęście miałem przy sobie legitymację dziennikarską, która umożliwiła mi szybkie i bezpłatne wejście na teren wykopalisk i rekonstrukcji. Zrobiłem sporo zdjęć i zatrzymywałem się w miejscach szczególnych, rozmyślając i planując rozdziały mojej książki o czasach i sztuce starożytnej. Mój pobyt w tym miejscu potwierdził moje wieloletnie przeświadczenie, że kiedyś ją napiszę i zilustruję własnymi fotografiami, tym bardziej, że wiele tekstów składowych już powstało.

Odbudowywany Partenon

Przechodzę kolejne poziomy, mijam schody i kamienne platformy i już jestem przy Partenonie, czyli świątyni Ateny Dziewicy, wzniesionej z białego marmuru pentelickiego w V wieku przed naszą erą, według planów Iktinosa i Kallikratesa, a pod nadzorem samego Fidiasza. Jeszcze teraz wyraźnie rysuje się porządek dorycki budowli, choć wszystko psują rusztowania, betoniarki i dźwigi stojące na budowie. Staram się jednak tak kadrować zdjęcia, by nie znalazły się one na fotografiach i szybko obchodzę dookoła całe wzgórze świątynne. Roztacza się z niego wspaniały widok na Ateny, ogromne, czteromilionowe  miasto położone na równinie między Zatoką Sarońską, należącą do Morza Egejskiego, a czterema górami: Egaleo, Hymet, Pentelejkon i najwyższą z nich – Parnitą (1423 m n.p.m.). Stosunkowo niedawno pisałem w moim dzienniku o Atenie i jej świątyni, więc otwieram go w iphonie i czytam: Dzięki współczesnym rekonstrukcjom możemy zdać sobie sprawę jak wielkim szacunkiem darzono Atenę – rzeźba dłuta Fidiasza, znajdująca się w Partenonie, jest tego wyrazistym dowodem, a choć nie przetrwała do naszych czasów, nowoczesne techniki audiowizualne pozwoliły ją w całości zrekonstruować. Grecki rzeźbiarz wykonał ją w latach 447–438, stosując technikę chryzelefantową (nakładanie na drewnianą konstrukcję płyt złota i kości słoniowej) i przydał wiele dodatkowych elementów. Rzeźba miała dwanaście metrów wysokości wraz z bazą, oszałamiała bogactwem, dekoracyjnością i rozmachem artystycznym i przyczyniła się do nieśmiertelnej sławy jej autora. Posąg umieszczony we wnętrzu Partenonu wyobrażał majestatyczną boginię w złotym hełmie i długim, powiewnym peplosie. Atena wyposażona została także w złotą figurę Nike na prawej dłoni, o rozmiarach żywej kobiety (1,77 m) oraz kunsztownie przyozdobioną egidę i włócznię przy lewym boku. Na szczycie jej hełmu Fidiasz umieścił gryfa z dwoma sfinksami, na egidzie głowę Meduzy, na sandałach sceny z centauromachii, a na fryzie moment narodzin Pandory, której to przygląda się dwunastu bogów. Rzeźbę wielokrotnie uzupełniano, a jej kruszec, wagi ok. 1151 kilogramów stanowił skarb państwa ateńskiego. Losy tego przedstawienia dopełniły się w piątym wieku naszej ery, kiedy to miał miejsce ogromny, destrukcyjny pożar. Przypuszcza się też, że złoto i kość słoniowa zostały wywiezione przez Turków do Konstantynopola, gdzie zostały użyte do wykonania innych wytworów.

Widok ze wzgórza świątynnego na Ateny

Od dłuższego czasu trwają prace rekonstrukcyjne na wzgórzu akropolskim i planuje się odzyskać oryginalne, marmurowe rzeźby z muzeów europejskich, a także odtworzyć ze współczesnych materiałów ogromny posąg Ateny Dziewicy (gr. Partenos). Teraz byłem w tym ważnym dla kultury światowej miejscu i robiłem zdjęcie za zdjęciem, co jakiś czas zerkając na zegarek – okazało się, że pół godziny w zupełności wystarczyło by obejść wzgórze, zatrzymać się przed erechtejonem z kopiami słynnych kariatyd, a nade wszystko przystawać w najlepszych miejscach widokowych i patrzeć w zadumie na Ateny. Z ociąganiem zszedłem z Akropolu i powędrowałem z powrotem ku muzeum, przed którym zbierała się już nasza grupa. Wsiedliśmy do autokaru i przez zakorkowane ulice przejechaliśmy do wspaniałej restauracji, w której uraczono nas obfitym obiadem, wzbogaconym wspaniałymi winami. W znakomitych humorach wracaliśmy do hotelu w Chalkidzie, gdzie natychmiast położyłem się na krótką drzemkę. Po przebudzeniu, czując, że czas pobytu w Grecji kończy się, jeszcze raz poszedłem nad brzeg zatoki, a potem długo patrzyłem z góry na zachód słońca, rozlewające się barwy, na dalekie szczyty i chłonąłem rzeczywistość tego miejsca i czasu, który umykał bezpowrotnie. Następnego dnia ruszyliśmy autokarem na lotnisko w Atenach, a stamtąd – znowu z Hatifem – udaliśmy się samolotem do Modlina, skąd często latają statki powietrzne Ryanaira. Lecąc nad chmurami przeglądałem zdjęcia w moim Canonie i jeszcze raz przed oczyma pojawiły mi się wydarzenia tych kilku dni, sfotografowane rzeźby, budynki, rośliny i ludzie, przyjaźni i pełni empatii dla przyjezdnych gości. Maria zapowiadała powtórzenie festiwalu w następnym roku, ale nie mogła wiedzieć, że sytuacja na świecie tak diametralnie się zmieni, a drobinka zwana koronawirusem unieruchomi potężne odrzutowce, koleje, statki morskie i samochody i każde ludziom siedzieć w domach. Może jednak jesienią nie będzie drugiego ataku wirusa i wszystko zacznie wracać do normy i znowu poeci przylecą do gościnnej Chalkidy by czytać wiersze, zwiedzać piękny kraj i jego wspaniałe zabytki.

Północna Zatoka Eubejska

Ozdobny żyrandol w kościele w Chalkidzie

Mozaika

Dawny meczet

Dzwonnica

Od lewej: Dariusz Tomasz Lebioda, Hatif Janabi, Germain Droogenbroodt, Amir Or

Organizatorka festiwalu Maria Mistrioti i Hassanal Abdullah z Nowego Jorku

Eubea – Zatoka

Twierdza Karababa

Karababa

Widok z murów twierdzy Karababa

Germain Droogenbroodt, Amir Or, Hassanal Abdullah i Maria Mistrioti

Cieśnina pomiędzy Południową Zatoką Eubejską i Północną

Widok z brzegu w Eretrii

Brzeg w Eretrii

Statki w okolicach Eretrii

Grecka flaga

Amfiteatr w Eretrii – zachowane kamienie

Amfiteatr w Eretrii

Promenada w Eretrii

Grecja…

Okolice Delf

Germain Droogenbroodt i poeta z Tajwanu Kuei-shien Lee

Dalekie góry w okolicach Delf

Ruiny świątyni Apollina w Delfach

Ruiny starożytnego cmentarza w Delfach

Gdzieś tam jest Parnas…?

Delfy

Współcześni bogowie i boginie  w sklepie z pamiątkami w Delfach

Widok na Zatokę Koryncką

Sanktuarium Ateny Pronaia koło Delf

Akropol z zewnątrz

W drodze ku Partenonowi

Erechtejon

Panorama Aten

Ruiny wielkiej bramy

Brama

Pozostałości po starożytnych kolumnach

Rekonstruowany Partenon

Widok Aten z Akropolu

Erechtejon z kariatydami, w którym Turcy urządzili harem

Partenon

A tak wyglądał monument Ateny z Partenonu – rekonstrukcja z Nashville

 

Prace przy Partenonie

Jeszcze jedno spojrzenie na świątynię Ateny Dziewicy

I rzut oka z daleka

Akademia Ateńska

CHCIAŁBYM ZOSTAWIĆ PO SOBIE PORZĄDEK

Marlena Zynger – Redaktor Naczelna warszawskiego magazynu „Lirydram” zamieściła wywiad ze mną, który zamieszczam także na moim blogu. W taki sposób dotrze do większej liczby odbiorców. Polecam cały wolumin pisma, bardzo interesującego i dostępnego KMPiK-ach.

 Piszesz nie tylko wiersze, ale i powieści. Jesteś bardziej poetą czy pisarzem?

Staram się uprawiać wiele gatunków literackich, choć oczywiście wszystko zaczęło się od wierszy… pisanych dla pięknej Aliny… Potem była poezja generacyjna, powstająca w poczuciu misji ratunkowej i zachowania od zapomnienia moich kolegów i koleżanek, którzy w konflikcie ze światem, rodzicami i samymi sobą, odbierali sobie życie na jednym z bydgoskich osiedli. Ten sam temat drążyłem w opowiadaniach z tomu pt. Chłopcy z cmentarza Świętej Trójcy, ale w pierwszej powieści, zatytułowanej Ulica klonów, choć bohaterem jest dziecko, starałem się ukazać jego dochodzenie do samoświadomości i odbicie w niej świata, pojawianie się snów i tajemniczych wizji w młodym umyśle. Z racji tego, że uprawiam trójpolówkę literacką, gatunki u mnie stale się mieszają, a do tego jeszcze dochodzi działalność wydawnicza, malowanie obrazów i tworzenie rysunków, najczęściej surrealistycznych, odsłaniających jakieś nieuświadomione pokłady we mnie. Mijając barierę sześćdziesięciu lat zrozumiałem, że nie można stale biec do przodu i zmieniać radośnie kierunki, jak spuszczony z pęt źrebak. Zacząłem zatem prace porządkowe i mam zamiar wydać cały mój dorobek w nowych, poprawionych edycjach. I wtedy może dam sobie spokój z pisaniem literatury, czerpiąc radość z wnuków, podróży i spotkań z czytelnikami.

Jesteś nie tylko twórcą, ale i wieloletnim wykładowcą akademickim. W związku z tym posługujesz się językiem bardziej mierzalnym i naukowym dla określania i oceny twórczości innych. Czy mógłbyś zatem wskazać konkretne czynniki odróżniające dobrą poezję od grafomanii?

Grafomania to przypadłość ludzi, którzy nie potrafią zinterioryzować tego, co produkują w nadmiernych ilościach. Ich przekonanie o swojej wyjątkowości mogłoby dać wspaniałe efekty, ale nie mają warsztatu, nie widzą niestylistyczności swoich tekstów, nic nie wiedzą o strategiach pisarskich i odniesieniach do innych autorów. Zaczynają od złej poezji rymowanej i nie potrafią się wydostać z tej matni, zachwyceni, że wciąż udaje się im dobierać końcówki wyrazowe. Nigdy nie mieli w ręku Studiów z historii i teorii wersyfikacji polskiej Marii Dłuskiej, nie czytali największych potów wiersza białego, a swoje powierzchowne fascynacje dla mistrzów utworów rymowanych, zamieniają w wierszoklectwo. W czasach mojej młodości, gdy byłem recenzentem „Życia Literackiego”, „Nowych Książek” czy „Miesięcznika Literackiego” starałem się walczyć z grafomanią, ale szybko zrozumiałem, że prawdziwa krytyka literacka jest obcowaniem z arcydziełami i książkami nieco tylko mniejszego kalibru, ale mającymi w sobie jakiś interesujący element. Przestałem zatem pisać recenzje negatywne, a ewentualne interwencje publikując na moim blogu Dziennik ornitologa, który niebawem zacznie się też ukazywać tom, po tomie, w wersji papierowej.

Czy Twoim zdaniem istnieje coś takiego jak poezja kobieca?

Niewątpliwie tak, choćby z racji dwudzielności płciowej naszej populacji i czegoś takiego, co określa się jako płeć mózgu. Z drugiej strony znam wielu mężczyzn piszących wiersze „kobiece” i wiele kobiet, które pragną zanegować swoją płeć i publikują teksty z wyraźnym „hormonem” męskim. Oczywiście w przypadku krytyki literackiej nie powinniśmy stosować takich podziałów, bo podążałyby one w kierunku rasizmu, ksenofobii i nietolerancji. Kobieta jest tak cudownym obiektem obserwacji i może być tak znakomitym kompanem, niezwykłą kochanką, matką, siostrą i żoną, że wszystko co robi powinno być dla mężczyzn interesujące i przydające barw światu. Niestety codzienne konflikty damsko-męskie przekładają się na wiele sfer życia i bywają pretekstem do tego, by chełpić się szowinizmem męskim, albo stosować przemoc żeńską w stosunku do drugiej osoby. Spośród kobiet piszących fascynowałem się wieloma poetkami polskimi i światowymi, żeby przywołać tylko Marię Jasnorzewską-Pawlikowską, Halinę Poświatowską, Łucję Danielewską, Marinę Cwietajewą, Sylwię Plath, Anne Sexton, Ormiankę Sonę Van i Chinkę Zhao Si. Opublikowałem też wiele recenzji książek autorek polskich od Joanny Pollakówny i Lucyny Skompskiej, poprzez Annę Janko, Wisławę Szymborską, Alicję Patey-Grabowską, aż do Ariany Nagórskiej, Marioli Lewickiej i Agnieszki Mrowińskiej. Napisałem też wiele posłowi i wstępów do tomów poetek, między innymi Joanny Jędrzejewskiej-Bałdygi, Anny Cybulskiej, Danuty Muchy, Karoliny Kusek, a na łamach „Okolicy Poetów” publikowałem analizy najpiękniejszych wierszy pań, np. Szymborskiej czy Adriany Szymańskiej

Należysz do pokolenia „Nowych Roczników”. Co to oznacza?

W PRL-u tworzono te pokolenia poetyckie trochę na siłę, a specjalizowali się w tym Andrzej K. Waśkiewicz i Jerzy Leszin-Koperski. To oni stworzyli antologię pt. Nowe roczniki, w której zamieścili autorów dość przypadkowo dobranych, nie wartościując jakoś szczególnie ich tworów literackich, a jedynie stosując kategorię generacyjną. Dzisiaj widać, że ich zabiegi niewiele dały, bo obecność tego „pokolenia” w literaturze polskiej jest bardzo wątpliwa i poza tekstami kilku krytyków towarzyszących, nie powstała wykładnia grupy, nie mówiąc już o monografiach krytycznoliterackich czy naukowych. To było bardzo wygodne dla ówczesnych władz kulturalnych i politycznych – skoszarować młodych na wąskiej przestrzeni i nie pozwalać na kształtowanie się wybitnych osobowości. Niech pieski sobie warczą, ale tylko trzymane na krótkiej smyczy, tylko w obrębie wąskiej rzeczywistości młodoliterackiej. Doświadczenia wszystkich pokoleń, od czasów Skamandra, poetów II wojny światowej, poprzez grupę „Współczesności”, Orientację Poetycką „Hybrydy” czy Nową Falę, wskazują, że w literaturze pozostają przede wszystkim wybitne jednostki, a kategorie socjologiczne mogą być co najwyżej pomocą w ich zrozumieniu albo przy szerszym opisie.

W wielu wierszach poruszasz tematy związane z określonymi grupami społecznymi, przypominasz losy zdegradowanych środowisk końca XX wieku, ludzi słabych wewnętrznie, tragicznych wobec okoliczności. Snujesz opowieść o chłopcach o dziewczętach/ którzy polegli w drugiej połowie/ dwudziestego wieku. Pochylasz się nad subkulturą, w której liczą się wyłącznie narkotyki oraz nad środowiskiem więziennym tamtych czasów. Skąd Twoje zainteresowanie tym tematem?

Tutaj dotykasz mojej twórczości sprzed czterdziestu i trzydziestu lat, czyli z czasów nieomal młodzieńczych i tzw. dojrzałej młodości. Po opublikowaniu pierwszego tomu wierszy pt. Samobójcy spod wielkiego wozu stałem się szybko poetą rozpoznawalnym dla towarzyszącej krytyki literackiej i kimś, o kim zaczęto opowiadać niestworzone rzeczy. Oczywiście w pewnym sensie sam się do tego przyczyniłem, bo żyłem mocno, krążyłem po Polsce, nie wylewałem za kołnierz i potrafiłem wdać się w niejedną bójkę. Ale moją pozycję ugruntował tom pt. Najnowszy testament, za który otrzymałem Nagrodę Imienia Andrzeja Bursy. W rodzinnej Bydgoszczy to był szok, że taki młody, mało znany poeta, otrzymał nagrodę, którą wcześniej uhonorowano Barańczaka i Wojaczka, Kijonkę, Fabera i Kornhausera. Szybko też urosła armia wrogów i zawistników, którzy chcieli mnie jakoś przetestować, a że był to czas gdy miałem coś wspólnego z hipisami, gitowcami i pierwszymi w Polsce ćpunami, stawałem się tematem wielu bzdurnych bajań i przeinaczeń. Prawda była taka, że literatura powstrzymała mnie przed ostatecznym wejściem do subkultur młodzieżowych, zostałem studentem polonistyki i na wszystko patrzyłem dwudzielnie. Już w latach siedemdziesiątych, gdy obwołano mnie przywódcą grupy chuliganów, starałem się tonować zapędy moich kolegów i nie pozwalałem krzywdzić nikogo. Liczono się ze mną z powodu mojej tężyzny fizycznej, pamiętano, ze trenowałem kulturystykę, karate i boks, że miałem stopień ratownika wodnego i zdobyłem żółty czepek. Nie umiałem szybko odejść od dawnych przyjaciół i uczestniczyłem w ich grach i zabawach, ale coraz głębiej wnikałem też w poezję, zaczynałem pisać prozę i teksty krytycznoliterackie dla wielu periodyków. Pokoleniowi koledzy i koleżanki stali się dla mnie wdzięcznym tematem do obserwacji, a tworzone wiersze i opowiadania układały się w ciąg diagnoz socjologicznych. To były traumatyczne doświadczenia, gdy stawałem nad otwartą trumną kogoś, kogo znałem wiele lat, z kim bawiłem się na podwórku, a potem spotykałem się na boisku czy w sali klubu sportowego. Patrzyłem na martwe ciała przyjaciół i zauważałem jak zmieniali się pod wpływem stężenia pośmiertnego i jak szybko podążali w otchłań rozpadu. Moja aktywność literacka i artystyczna nie podobała się wielu urzędnikom kultury i w 1986 sprowokowali oni sytuację, po której znalazłem się w bydgoskim areszcie. Napisałem wtedy nieco wierszy, dokumentujących to, co wtedy czułem i co zobaczyłem, obcując z mordercami i złodziejami, dyskutując z więźniami politycznymi. To był trudny czas dla mnie, bo właśnie podjąłem pracę na polonistyce bydgoskiej i wszystko miało pójść innymi torami. Na szczęście miałem wtedy kochającą żonę i przyjaciół, którzy dopomogli mi wydostać się z tej matni i ustabilizować życie.  A decyzję o moim zwolnieniu, po wstawiennictwie Jana Dobraczyńskiego, podjął sam Wojciech Jaruzelski…

W wydanym w 2000 roku „Cmentarzu niebieskich aniołów. Wierszach generacyjnych 1975-2000” zapraszasz nas do świata istniejącego pośród upadłych wartości, często pozbawionego granicy pomiędzy dobrem i złem. Wprowadzasz nas w atmosferę niepokoju, smutku i zwątpienia, pustki i wyobcowania. Obok liryki pojawia się brutalny naturalizm. Czy można zaryzykować stwierdzenie, że w pewnym sensie byłeś lub jesteś częścią tego świata?

Tak, ja wcale nie wypieram się, że miałem związki z różnymi subkulturami młodzieżowymi, chociaż – jak wskazałem wyżej – szedłem też inną drogą, miałem swoje rozległe zainteresowania geograficzne, malowałem i rysowałem, z wielką pasją fotografowałem, a potem wciągnęła mnie literatura i w pewnym momencie byłem bardzo płodnym krytykiem literackim. Wyszedłem jednak ze środowisk zdegradowanych, z grupy chłopaków i dziewcząt, którzy za swój ekstremizm życiowy często płacili cenę najwyższą. Kolejne śmierci, czasem bardzo drastyczne, tak mną wstrząsały, że zapragnąłem dać świadectwo naszym pokoleniowym eskapadom i wybrykom. Dzisiaj czasem nachodzą mnie takie myśli, że może warto byłoby zastosować w naszej rzeczywistości reguły rządzące tamtym światem… I dać co niektórym kanaliom po gębie.

„Aleja klonów” to Twoja powieść wspomnieniowa, w której odnaleźć możemy wiele mistycznych akcentów. Skąd ta mistyka i dlaczego? Czy wszystkie występujące w powieści postaci wzorowane były na prawdziwych ludziach? Czy to obraz Twojego dzieciństwa i młodości?

Aleja klonów była moją wielką przygodą literacką przez wiele lat, a nagrodzenie jej przez niebyle jakie Jury Bydgoską Nagrodą Literacką Strzała Łuczniczki, dało mi wiele satysfakcji. Cieszę się, że Janusz Drzewucki, Dariusz Nowacki i Arkadiusz Morawiec dostrzegli w niej to, co było moim założeniem od samego początku, czyli próbę uchwycenia świadomości dziecka, zaraz po urodzeniu i w latach następnych, a jednocześnie projekcję jej na świadomość dorosłego człowieka, żyjącego w świecie filozofii i kultury. Ważna jest też owa wskazana przez Ciebie mistyka, bo według klasycznej definicji mistycyzm, to ruch w kierunku tajemnicy, a dla mnie zawsze było wielkim sekretem to, że się urodziłem w 1958 roku w Bydgoszczy przy ulicy Szubińskiej 33, w parterowym domku z podwórkiem, a nade wszystko, że od samego początku pojawiały się w mojej głowie myśli analityczne. Jakbym porównywał to nowe życie z jakąś dziwną, ledwie przeczuwaną przeszłością prenatalną i uczestniczył w tajemnym misterium transmigracyjnym. Oczywiście nie napisałbym tej powieści, gdyby nie wcześniejsze lektury utworów takich mistrzów słowa jak William Golding, Isaac Bashevis Singer czy William Faulkner. To oni kazali mi interesować się złem w ludzkim świecie i wskazywali niezwykłe zależności pomiędzy różnymi rzeczywistościami naszego bytowania, uczyli też tricków narracyjnych. Pisałem dość długo Aleję klonów we fragmentach i publikowałem je na blogu, ale gdzieś od połowy książki, praca tak mnie wciągnęła, że szybko podążyłem ku końcowi, a właściwie ku ostatecznemu rozmyciu wszystkiego, w poczuciu cudowności istnienia. To jest opowieść o chłopcu, który pojawił się nie wiadomo skąd i doświadczył od razu złożoności ludzkiej rzeczywistości, obserwował barwne, autentyczne typy ludzkie, zdarzenia na tytułowej ulicy, czasem miewał wizje mediumiczne, a w jego snach aniołowie wciąż toczyli walkę z siłami zła, czasem wygrywając, a kiedy indziej ponosząc klęskę.

„Maria” to tytuł Twojego tomu z wierszami lirycznymi… miłosnymi. Czy pisane były dla jednej kobiety czy też inspirację stanowiły doświadczenia relacji z wieloma kobietami?

Tak, pisałem je dla mojej wielkiej młodzieńczej miłości, którą poznałem w V Liceum Ogólnokształcącym w Bydgoszczy, do którego razem chodziliśmy. Ona była jedną z najpiękniejszych dziewcząt w szkole i obiektem westchnień wielu chłopaków. Solidnie mnie wtedy doświadczyła i spowodowała, że pojawiło się we mnie przekonanie, że coś jest ze mną nie tak… Dopiero po latach przyznała, że byłem „ładnym chłopcem” i dziewczyny też zazdrościły jej tego związku, tym bardziej, że byłem w nią wpatrzony jak w ponadnaturalne zjawisko. To był czas słodyczy i piołunu, a w tle pojawiały się piosenki Beatlesów, mroczne tony Led Zeppelin i Black Sabath i ballady Boba Dylana, Leonarda Cohena i Joan Baez. Wiersze były odzwierciedleniem tego naszego ścierania się i wielkiej miłości, która niestety skończyła się, gdy poszliśmy na studia. Po latach wydałem te teksty jeszcze raz w tomie pt. Wiersze o miłości i śmierci, dodając do nich poematy ukazujące kim się stałem po tym młodzieńczym ukąszeniu i jak musiałem walczyć z myślami samobójczymi i poczuciem przegrania. Mieliśmy potem dość dobry kontakt z Aliną, aż do jej śmierci w roku 2017 i sekundowałem jej próbom literackim, bo i ona po ukończeniu anglistyki i podjęciu pracy lektorki w uniwersytecie, także zaczęła pisać wiersze. Te młodzieńcze przeżycia miłosne i filozofia życiowa mojej dawnej dziewczyny wróciły do mnie i przeżyłem prawdziwy szok, gdy na YouTubie znalazłem wspaniałą piosenkę Jowity Świtońskiej pt. Chwila z tekstem mojej Aliny. Tak oto nasza dawna miłość pojawiła się w wielkim spektrum kultury, a z racji tego, ze moje wiersze też genialnie interpretuje bard z Poznania Tomasz Bateńczuk, to może gdzieś tam spotykają się te energie. Wszystko przemija i przepada, ale chwil spędzonych z nią nigdy nie zapomnę – musieliśmy się rozstać, bo miały się urodzić inne dzieci i inne miłości czekały na swoja kolej, dobrze, że chociaż zostały wiersze…

Dużo podróżujesz, co oczywiście znajduje swoje odzwierciedlenie w publikacjach książkowych i nie tylko, np. „Bulwar Singera”, „Sprzedawca skowronków” czy „Żółty Oleander”. Czym są dla Ciebie nowe miejsca i nowe twarze? Czego od nich oczekujesz?

Od roku 2000 i mojego pierwszego pobytu w Stanach Zjednoczonych dzieje się coś niebywałego w moim życiu i koła się domykają, a dawne fascynacje geograficzno-podróżnice stają się faktem. Wszystko oczywiście za sprawą literatury i wchodzenia w coraz szersze kręgi międzynarodowe. To spełnienie jest wręcz kosmiczne dla chłopaka z małego podwórka w Bydgoszczy, bo skala tych podróży jest doprawdy niebywała: Chiny, Indie, Kenia, Republika Południowej Afryki, Kolumbia, Irak, Gruzja, Armenia, Turcja, dalekie przestrzenie Rosji, Stany Zjednoczone od Nowego Jorku, poprzez Florydę i Nowy Orlean aż do Kalifornii i prawie wszystkie kraje europejskie, a szykują się już wyjazdy do Japonii, Australii, Argentyny… Magia podróżowania, poznawania nowych ludzi, słuchania ich opowieści, a nade wszystko oglądanie miejsc, o których kiedyś mogłem tylko marzyć, tak mnie wciągnęły, ze zacząłem na nie odpowiadać tworzonymi na wyjazdach wierszami, esejami i relacjami na blogu. Teraz kolejne eskapady są dla mnie wyzwaniem i nadzieją na nowe teksty i potem, po przepracowaniu w Polsce, na nowe książki. Mój wielki przyjaciel Jerzy Szatkowski, po opublikowaniu drugiego zbioru w cyklu podróżnym – Sprzedawca skowronków – powiedział, że nie spocznę aż nie stworzę dziesięciu takich książek i wydało mi się to tak nieprawdopodobne, że śmiałem się w głos. A teraz powstaje już taka dziewiątka książka pt. Pocztówka z Puri. Wiersze Oceanu Indyjskiego

Pierwsza z Twoich podróżniczych książek poetyckich to „Bulwar Singera”. Wiersze, które składają się na ten tom są obrazem wspomnień z Twojej podróży do Ameryki. Widzimy w nich zderzenie historii z obrazem dzisiejszym, konfrontację marzeń z realiami oraz próbę umiejscowienia siebie w zmieniającej się rzeczywistości. Dlaczego w tytule tego tomu nawiązujesz do nazwiska polsko-żydowskiego noblisty Isaaca Bashevisa Singera?

Bo to jest konkretna ulica w Nowym Jorku, na której znalazłem się szukając śladów pisarza i przeżyłem tam niezwykłe olśnienie, czego ślad został w rozbudowanym, trzyczęściowym wierszu, który dał też tytuł tomowi. Teraz po pięciu pobytach w USA pojawiło się wiele nowych wierszy „amerykańskich” i tom domaga się drugiego, poszerzonego wydania. Szczególnie pobyty na Florydzie, w Nowym Orleanie i nad Oceanem Spokojnym zainspirowały mnie do napisania nowych tekstów. Mój pierwszy wyjazd był możliwy dzięki przyjaźni ze znakomitym tłumaczem i poetą Adamem Szyperem, z którym przyjaźniłem się wiele lat, a on przyjął mnie w swoim domu w Elizabeth i sfinansował mój pierwszy amerykański zbiór wierszy pt. Black Silk. Dzięki niemu poznałem też wspaniałego nowojorskiego wydawcę Stanleya H. Barkana i wielkich poetów amerykańskich: Stanleya Kunitza, Geralda Sterna, Henry’ego Taylora. To był rok dwutysięczny i nie dość, że byłem oszołomiony Ameryka, to jeszcze wraz z Józefem Baranem i Bogusławem Żurakowskim znalazłem się w siedzibie ONZ-etu, gdzie miała miejsce impreza pt. American Poets Meets Polish Poets. Ten pierwszy pobyt był zaledwie tygodniowy, ale to wtedy napisałem pierwsze wiersze, które zaczęły układać się w cykle i tworzyć coś na kształt poetyckich dzienników podróży. Oczywiście nie byłem w tym pierwszy, bo kto interesuje się polską poezją, wie doskonale, ze takie wiersze pisał Mickiewicz, Słowacki, Zbigniew Herbert i Czesław Miłosz, żeby wymienić tylko tych największych twórców. Szybko też stały się dla mnie ważne zdania Herberta: Dla mnie dużą rolę w sensie inspiracji, odegrały podróże. Podróże to znaczy próba zmierzenia się z obcym światem. Obcym językowo, obcym w sensie krajobrazu, obcym w sensie kultury. Czy ja potrafię ogarnąć swoją ograniczoną wrażliwością coś, co się urodziło, co powstało dalej niż jej klan, rodzina, przyjaciele, naród? I dla mnie podróże są tym odświeżeniem widzenia. I drzewo, którego nie widziałem, ptak, którego nie widziałem, katedra, której nie widziałem atakuje mnie i woła, czy ja potrafię przywołać takie słowa, którymi potrafię to wyrazić po prostu. Te zdania przywołuję czasem, gdy powierzchowni krytycy próbują mnie wtłoczyć w kolejny schemat i pomniejszyć wartość tych wierszy, ustawiając je w jednym szeregu z prozą przygodowo-podróżniczą. A przecież chodzi w nich – jak to zaznaczyłaś w pytaniu – o zderzenie historii z obrazem dzisiejszym, konfrontację marzeń z realiami i też próbę umiejscowienia siebie w zmieniającej się rzeczywistości.

„Sprzedawca skowronków” to wiersze oraz proza powstała pod wpływem podróży do Chin. Czy to bardziej obraz liryczny czy rozważania filozoficzne?

Chiny to wielka przygoda mojego życia i dzisiaj po dziesięciu pobytach w tym wielkim kraju mogę powiedzieć, że także ogromna inspiracja, odzwierciedlająca się w nowych napisanych wierszach i esejach, w przekładach i planowanych nowych książkach. Wszystko zaczęło się od obszernego zbioru pt. Sprzedawca skowronków, a potem poprzez przekłady wierszy Jidiego Majii i monografię o jego poezji pt. Odwieczny ogień, orbitowało ku pisanej właśnie książce eseistycznej. Byłem już w wielu słynnych miejscach Kraju Środka, od Xi’an z terakotową armią, poprzez Wyżynę Tybetańska i jezioro Qinghai, Chengdu, Xi Chang, aż do Pekinu z jego wieloma cudownościami, Nankinu tak doświadczonego przez Japończyków i zjawiskowego Szanghaju. Wszystko dokumentuję też fotograficznie i potem zdjęcia zamieszczam w kolejnych tomach mojego cyklu, tak że czytelnik może znaleźć się w obcych rzeczywistościach na kilku poziomach – metaforycznym, zdarzeniowym i wizualnym. Chiny były moim wielkim marzeniem, które spełniło się z nawiązką, a nowe wiersze tak wzbogacą Sprzedawcę skowronków, że przy drugim wydaniu będzie to praktycznie nowa książka. Dopełnieniem wszystkiego było opublikowanie mojego wyboru wierszy w Chinach pt. Odcień wieczności, w ogromnym nakładzie, ze wspaniałymi przekładami Zhao Si i z dużą recepcją krytycznoliteracką.

Wiem, że stworzyłeś monografie takich poetów jak Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki czy Zygmunt Krasiński („Mickiewicz. Wyobraźnia i żywioł”, „Słowacki. Kosmogonia”, „Krasiński. Gigantomachia”). Skąd pomysł na pisanie monografii? I dlaczego te, a nie inne sylwetki twórcze stały się obiektem Twoich literackich zainteresowań?

Pracując przez trzydzieści lat w uniwersytecie musiałem tworzyć takie książki na kolejne stopnie naukowe. Ale Mickiewiczem zająłem się już przy pisaniu pracy magisterskiej, w której połączyłem moje zainteresowania ornitologiczne i literackie. Powstało magisterium pt. Symbolika ornitologiczna w twórczości Adama Mickiewicza, a potem doktorat o czterech podstawowych żywiołach w twórczości tego twórcy. Podczas pracy nad nim pojawił się u mnie pomysł kulturowego opisu czterech polskich wieszczów, tym bardziej, że dotychczasowe opisy ich dzieł nie dotykały fenomenów, które ja spostrzegłem. To było ogromne zadanie, bo zakładało opis systemowy, a zatem potrzebne były monografie opisujące całość dokonań. Teraz wciąż pracuję nad tomem o Norwidzie, choć odłożyłem to zadanie na jakiś czas, gdyż znakomita edycja dzieł Czesława Miłosza zainspirowała mnie do stworzenia pracy o jego twórczości. Procentowo bardziej zaawansowany jest u mnie Miłosz i ta książka najpierw zostanie opublikowana, ale nie byłbym sobą, gdybym nie dokończył też monografii o Norwidzie. Teraz, po odejściu z uniwersytetu, pojawiała się też nowa sytuacja badawcza, pozwalająca mi pisać bez ograniczeń, bez lęku, że jakiś zawistnik z tytułem profesorskim zemści się za krytykę. Po znakomitej recenzji książki o Mickiewiczu, pióra Jana Błońskiego, także zaczęło się wokół mnie kumulować wiele zła w tym względzie, a szczytem wszystkiego były dwa oszustwa habilitacyjne. Niestety polska nauka o literaturze wciąż uzależniona jest od układów i wzajemnego lansowania się, a jakakolwiek konstruktywna krytyka niesie za sobą daleko idące konsekwencje zawodowe.

W jakim kierunku zmierzasz? Jakie są Twoje literackie plany na przyszłość?

Mam nadzieję, że ku chwalebnym zdarzeniom, ale któż to wie…? Mam w głowie wiele projektów, sporo materiału do opracowania, ale wszystko rozbija się o finanse i możliwości kreatywne człowieka, który dopiero co był tzw. „młodym poetą”, a już przekroczył granicę sześćdziesięciu lat i zaczął porządkować wszystko w przeczuciu zbliżającego się „końca świata”… Mam nadzieję, że uda mi się zostawić po sobie porządek, a stojące na półkach równe tomy wydań moich książek, zaświadczać będą, że nie zmarnowałem danego mi czasu…

CZERWIEŃ I BLASK

st_20160305_afpblack_2114595

Anish Kapoor

Podczas ostatniego pobytu w Chinach, w listopadzie 2019 roku, brałem udział w imprezie poetyckiej w Centralnej Akademii Sztuk Pięknych w Pekinie. W tym samym czasie miała tam miejsce wystawa prac powszechnie znanego w świecie artysty brytyjskiego Anisha Kapoora. To ceniony rzeźbiarz pochodzenia hinduskiego, którego wielkoformatowe realizacje zachwycają rozmachem i jakimś ponadnaturalnym, uniwersalnym polotem. Urodził się w 1954 roku w Bombaju w mieszanym hindusko-żydowskim małżeństwie, które od samego początku kładło nacisk na dobre wykształcenie dzieci i poznawanie przez nich świata. Dlatego po ukończeniu szkoły średniej w indyjskim Dehradun, szesnastoletni Anish został wysłany na studia elektrotechniczne do Izraela. Nie szło mu najlepiej, ale ów pobyt okaże się centralny dla jego dalszej kariery, bo wykrystalizuje się tam w nim przekonanie, że zostanie artystą. Studia w Hornsey College of Art i Chelsea School of Art and Design dały mu solidną podbudowę teoretyczną, a wrodzony talent i żywiołowe działania artystyczne szybko uczyniły go twórcą rozpoznawalnym i cenionym przez krytyków i koneserów sztuki nowoczesnej. Przełomowe w jego karierze okazały się dwa ogromne triumfy, kiedy to wygrał Biennale w Wenecji (1990) i zdobył niezwykle cenioną Nagrodę Turnera (1991). Międzynarodowy rozgłos ugruntowała też retrospektywna wystawa  w londyńskiej Royal Academy of Arts (2009), którą odwiedziło 28o tysięcy gości, a potem nadanie mu przez królową Elżbietę II tytułu szlacheckiego (2013). Ogromne sukcesy przełożyły się na zamówienia, płynące z całego świata, a także na ceny jego dzieł i szybko brytyjski artysta uzyskał taki status, że mógł realizować w wielu krajach świata nawet najśmielsze instalacje i tworzyć zapierające dech w piersiach konstrukcje.

Biorąc udział w czytaniu poezji, w cenionym ośrodku sztuki w Pekinie, nie przypuszczałem, że organizatorzy zapewnią uczestnikom niezwykłą atrakcję i pozwolą zapoznać się z szokującą i jakże inspirującą instalacją Anisha Kapoora. I tak mogłem podziwiać – co prawda post factum – działanie artystyczne tego wizjonera, który umieścił w ogromnej sali centrum sztuki solidne budowlane transportery, na których umieszczał wielkie bloki czerwonego wosku, sunące powoli ku górze i spadające swobodnie na podłogę. Tak powstało niezwykłe zwałowisko czerwonej substancji, ikonicznej dla wieloletnich działań Kapoora i robiącej ogromne wrażenie na widzu. W licznych deklaracjach, w tym w katalogu do chińskiej wystawy, artysta podkreślał, że w sztuce interesuje go przede wszystkim proces powstawania dzieła, czyli performatywny charakter aktu kreacji. W jego pracach najważniejsza jest skala, gra światła i zmieniające się złudzenia optyczne oraz niezwykle ekspresyjny kolor, najczęściej karmin zmieszany ze szkarłatem. Kapoor prowadzi nieustający dialog z widzem, blokując dostęp do pewnych partii dzieł, tworząc tunele i abstrakcyjne sale z czerwoną poświatą, albo każąc mu przyglądać się odbiciom w idealnie gładkich powierzchniach, pokrytych metalem, wielkich i publicznie dostępnych, realizacji rzeźbiarskich. Krytycy dopatrują się też u tego twórcy licznych podtekstów erotycznych, przede wszystkim w owalnych instalacjach, takich jak Cloud Gate z Parku Tysiąclecia w Chicago. Przywołuje się tutaj okres studiów w Londynie, gdy artystę interesowały psychoanalityczne teorie Zygmunta Freuda, a jego prace wyraźnie orbitowały wokół zagadnienia płciowości, wzajemnych gier i interakcji erotycznych kochanków. Obecnie twórca jest właścicielem studia, w którym zatrudnia trzydzieści osób, a swoje działania rozszerza o projekty scenografii do sztuk teatralnych i dzieł operowych. Jego kalendarz wystaw jest wypełniony działaniami na kilka lat do przodu, a każda realizacja zapowiada niezwykłe doznania i układa się w ciąg zdarzeń artystycznych najwyższej próby.

Cloud Gate – Chicago

Przebywając ponad godzinę w sali CAFA i przyglądając się „czerwonej” realizacji Kapoora, próbowałem zrozumieć jego założenia i znaleźć się w orbicie jego myśli. Od razu też zaakceptowałem wyraziste zaproszenie do tego, by próbować zrozumieć czym jest substancja i barwa, tak powszechne w naszym świecie, a zarazem tak pobieżnie odbierane,  traktowane jako coś oczywistego i zwykłego. Dopiero zderzenie miękkiej, woskowej czy lakowej materii z twardością, a potem zastygnięcie celowo zdemolowanych struktur, odsyła twórczą wyobraźnię do substancjalnej pierwotności i kosmogonicznego kształtowania się struktur. Jeśli zaczniemy konsekwentnie podążać za tokiem myślenia artysty, dotrzemy do prapoczątku, kiedy to utrwalały się kształty naszej planety, abstrakcyjne kontury kontynentów, pasm górskich, dolin i pojedynczych ostańców, a dalej – w przemocy nieustannego, trwającego miliony lat, kształtowania się gatunków biologicznych, przyoblekania się ich struktur w barwy i doskonalenia użytecznych elementów poszczególnych organizmów. W takim podążaniu za tokiem myślenia artysty odkrywamy nową, filozoficzną treść w substancji – zdawać by się mogło – mającej swoje trwałe miejsce w przestrzeni i wielokrotnie wykorzystywanej przez twórców. Kapoorowi udało się też, szczególnie w ogromnych, stalowych lub niklowanych rzeźbach, zatrzymać proces kształtowania się dzieła, a to za sprawą coraz to innych twarzy, gestów i zdarzeń odbijających się na gładkiej powierzchni. Właśnie tak widz zaproszony został do współtworzenia rzeźby, stale mutującej i pulsującej nowymi znaczeniami. Widać to szczególnie przy takich realizacjach, jak wspomniana już wyżej Cloud Gate, rzeźba stworzona ze 168 płyt polerowanej stali, czy Turning the World Upside Down, podobnie wykonany, dwudzielny kształt, ustawiony przy Muzeum sztuki w Jerozolimie. Kapoor jak mało kto rozumie materię, ale też odsłania jej ukryty wymiar, zaklęty w kształcie i chwili jego powstawania.

Turning the World Upside Down, Jerozolima

Lewiatan

Lewiatan

Instalacja w Parku Olimpijskim w Londynie

 

As if to Celebrate, I Discovered a Mountain Blooming with Red Flowers 1981 by Anish Kapoor born 1954

Anish-Kapoor-Central-Academy-Beijing-14

ODWIECZNY OGIEŃ (1)

 

  1. Ogromne oddalenie

Ogromne oddalenie Polski od Chin spowodowało, że wzajemna wymiana treści literackich i intelektualnych była przez wieki na bardzo niskim poziomie, daleka od autentycznych inspiracji kulturowych i artystycznych. Do naszego kraju docierały informacje spaczone i często zdawkowe, wszechobecne były też przeinaczenia interpretacyjne, lingwistyczne i intuicyjne rozstrzygnięcia. Symbolem takich niepogłębionych korespondencji może być zagubione dzieło największego polskiego poety Adama Mickiewicza pt. Historia przyszłości, w której autor czynił z Chińczyków agresorów najeżdżających Europę. Ta wizja katastroficzna zapożyczona została przez twórcę przede wszystkim z kultury rosyjskiej i daleko wyprzedzała koncepcje Herberta George’a Wellsa, ale nie miała żadnej podbudowy politycznej, bo Chiny w tym czasie nie odgrywały ważnej roli w świecie. O dziele wiemy z książki wspomnieniowej Antoniego Edwarda Odyńca[1], z listów innych przyjaciół i samego Mickiewicza, a także z opisów jego okresu mesjanistycznego, w którym lansował wizję Polski, jako Chrystusa narodów[2], ratującej Europę przed wschodnią nawałą (czy to rosyjską, czy mongolską, czy właśnie chińską).[3] Naiwność tych wizji, krytykowana przez przyjaciół i naukowych recenzentów, przyczyniła się ostatecznie do zniszczenia obszernych rękopisów przez polskiego poetę, ale ich promieniowanie, po częstym rozpowszechnianiu w Paryżu, dało się odczuć w następnych epokach literackich i przede wszystkim w potocznym rozumieniu związków polsko-chińskich. Do dziś pojawia się przekonanie spoza sfer intelektualnych, że Europa może się spodziewać jakiegoś wielkiego, absurdalnego najazdu chińskiego – w czasach Mao Tse-tunga żartowało się np., że Chińczycy zdobędą Plac Czerwony, a potem ruszą na Polskę i zakryją ją charakterystycznymi wojskowymi czapkami z czerwoną gwiazdą. Wybitny polski sinolog  Mieczysław Jerzy Künstler, pisząc wstęp do wspaniałej monografii Marcela Graneta, tak precyzował w 1995 roku nasze wzajemne interakcje:

Zainteresowanie Wschodem nie jest w naszym kraju niczym nowym. Wprawdzie główny nurt skierowany był przez całe stulecia ku Bliskiemu Wschodowi, jednakże nasze tradycje kontaktów z dalekim Wschodem sięgają w przeszłość głębiej, niżby  to się mogło zdawać na pierwszy rzut oka. Co więcej, są one starsze niż bezpośrednie nasze związki z krajami Bliskiego Wschodu. Są bowiem podstawy, by przypuszczać, że najazdy mongolskie – zwane u nas tatarskimi – przyniosły nie tylko zniszczenia kraju, lecz przyczyniły się także do znajomości pewnych elementów cywilizacji Dalekiego Wschodu. Jednakże mimo tak dawnych tradycji bezpośrednich kontaktów z krajami Dalekiego Wschodu w społeczeństwie naszym zdaje się przeważać dość mgliste o nich pojęcie, ograniczone często do znajomości pewnego zespołu ciekawostek, lecz nie podbudowane solidniejszą wiedzą z zakresu historii i kultury. Toteż  wydaje się, że dziś – gdy Chiny, największy z krajów Dalekiego Wschodu, odgrywać poczynają coraz znaczniejsza rolę już    nie tylko w Azji, lecz i w polityce światowej – dostarczenie czytelnikowi polskiemu przynajmniej pewnych elementów wiedzy winno stanowić właściwą reakcję na wzrastające bez wątpienia zapotrzebowanie na informacje o tym kraju.[4]

Künstler przyczynił się do zacieśnienia związków intelektualnych z Dalekim Wschodem, zgromadził też ogromny dorobek naukowy, przede wszystkim zorientowany na lingwistykę, kulturę i religię Chin.[5] Choć w Polsce funkcjonuje pięć uniwersyteckich wydziałów sinologicznych, to wciąż brakuje syntetycznych studiów na temat współczesnej literatury chińskiej, a sytuacji nie zmieniają wstępy i posłowia publikowane w książkach najsłynniejszych ostatnio prozaików chińskich, takich jak Gao Xingjian, Mo Yan i Tie Ning. Dwaj pierwsi otrzymali Literackie nagrody Nobla, w 2000 i 2012 roku, a trzecia z wymienionych, to pisarka nurtu psychologicznego, którą japoński noblista Kenzaburo Ōe nie wahał się zaliczyć do najwybitniejszych autorek światowych.

  1. Patologie interpretacyjne

Niestety wciąż brakuje w Polsce wielkiej monografii, poświęconej literaturze chińskiej od czasów najdawniejszych do współczesności – nie dysponujemy też obszernymi antologiami, wartościującymi i ustalającymi miejsce poszczególnych pisarzy w różnych epokach i w dziejach kultury narodu.[6] Starczy powiedzieć, że jedyną historię literatury chińskiej (łącznie z japońską) opublikowano w Polsce w roku 1901 i trudno dzisiaj nazwać ją nowoczesną monografią.[7] Jej autor był mistrzem w komponowaniu prac sugerujących komplementarność naukową, a w gruncie rzeczy będących kompilacją wszelkich dostępnych wiadomości na temat kraju, języka i kultury. Czytamy zatem u Święcickiego o Wielkim Murze chińskim i Wielkim Kanale, o instrumentach muzycznych i pieśniach, a analizy literackie przesuwają się w kierunku filozoficznych dzieł  Konfucjusza i Lao-tsy’ego[8].  Wiele też w tej pracy zbyt daleko idących uogólnień typu nienaukowego, jak choćby tych na temat charakteru Chińczyków i posiadania 400 milionów dzieci przez ich cesarza:

Chińczycy są narodem par exelence zachowawczym. Tak wytrwale trzymać się zwykli formy pierwotnej zasad życiowych, że wszelki postęp tylko w łonie tych zasad dokonywać się może, nie przekraczając granic odwiecznych. Chińczycy nie starają się wcale o rozwój wszechstronny sił duchowych i ich harmonię, lecz o zupełną ich jedność. Owa potęga jedności, panująca tutaj nad wielością, tamuje swobodny przepływ ducha, który nie mogąc sięgnąć do wyżyn, na poziomie bezbarwnej mierności trzymać się musi. Podstawą państwa chińskiego jest rodzina, której wytworzenie stanowi najświętszy obowiązek mężczyzny, spełniającego w małżeństwie swe przeznaczenie na ziemi. Największym szczęściem rodziny – syn: głową jej – ojciec, tak jak głową państwa – cesarz, który jest ojcem 400 milionów dzieci.[9]

Nawet jeśli przyjmiemy, że informacja o dzieciach cesarza jest rodzajem metafory, to i tak drażniące są daleko idące uogólnienia  i przerost informacji geograficznych oraz religijnych nad analizami literackimi. Także założenie, że filozoficzne pisma Konfucjusza i interpretacje jego pism dokonane przez Mencjusza, zaliczyć należy do literatury pięknej, jest zbyt daleko idące i stanowi rodzaj wybiegu, pozwalającego Święcickiemu uchodzić za historyka literatury. Od jego czasów sinologia światowa bardzo się rozwinęła i nie przypisuje się już autorstwa Księgi przemian Konfucjuszowi, raczej wskazuje się, że wraz z księgą Pieśni  i Księgą rytuałów, powstała znacznie wcześniej i została zaanektowana przez konfucjanizm.  Autor Historii literatury chińskiej i japońskiej szeroko analizuje kolejne księgi, głównie skupiając się na odtworzeniu ich treści, ale prawie nic nie mówi na temat wartości literackich. Jakże kontrowersyjna metoda przeciągania treści filozoficznych i religijnych ku nauce o literaturze, nie sprawdza się też w przypadku Mencjusza, Lao-tsy’ego i taoizmu. Po szeregu długich cytatów następują tutaj skromne „analizy”, wspierające się uogólnieniami z prac zachodnich sinologów. Dopiero w XIV rozdziale pracy, na stronie 217 pojawiają się zdania na temat chińskiej poezji, chociaż ich wartość jest praktycznie żadna, a zastosowane spłaszczenia są niesprawiedliwe i często wręcz komiczne. Oto próbka umiejętności dawnego polskiego interpretatora poezji chińskiej:

Ze wszystkich sztuk pięknych poezja jest w Chinach najbardziej umiłowana i najwięcej rozpowszechniona. Ale pomimo tego, że wszyscy robią tu wiersze, a raczej dlatego właśnie – poezja prawdziwa jeszcze się w Chinach nie narodziła, a ta, jaka jest, ma dla nas, powiedzmy szczerze, tę samą wartość artystyczną, co muzyka chińska, którą tamta przewyższa tylko ważnością dziejowo-obyczajową. Wspominaliśmy wyżej, że Chińczyk, składający egzamin, musi między innymi, napisać wiersz. Fakt ten świadczy najwymowniej jakie pojęcie mają Chińczycy o twórczości poetyckiej, skoro poczytują każdego osobnika za powołanego do pisania wierszy. […]   Wszystkie dzieła najpoważniejsze, wszystkie dramaty, powieści itp., bywają przeplatane wierszami, które naturalnie są tylko prozą rymowaną. Do poezji trzeba przede wszystkim fantazji, której Chińczycy nie posiadają, a następnie zaś tych czynników potężnych, które są w stanie zapładniać ową fantazję, a na tych także Chińczykom zbywa zupełnie. Chińczyk, z charakteru swego na wskroś praktyczny i oddany całą duszą sprawom powszednim życia, jest uosobieniem prozy. Fantazja jego musi być zimna, jałowa i wyższej twórczości pozbawiona, gdyż jej nie rozpala żadne z tych ognisk, które innym narodom dają natchnienie. Widzieliśmy, że religia nie dostarcza Chińczykom wątku żadnego do poetycznej ekstazy, życie rodzinne w którym kobieta jest sprzętem bardzo podrzędnym, nie przedstawia również pierwiastków ożywczych dla uniesienia poetycznego. W życiu społecznym i państwowym Chińczyk jest tylko maszyną, działającą wedle formułek odwiecznych, które mu nie dają żadnej podniety do energii twórczej, do odkrywania nowych światów w dziedzinie wiedzy, do sięgania po laur sławy. W dodatku Chińczycy, będąc narodem miłującym pokój nade wszystko, nie czcili nigdy bohaterów wojennych, którzy gdzie indziej zapładniali czynami swymi fantazję poetów narodowych.[10]

Czytając te słowa zastanawiamy się czy ich autor w ogóle rozumiał czym jest literatura i zapoznał się z jakimiś arcydziełami poetów chińskich wielu wieków? Ciekawe też jak reagował na informacje o tym, że Mickiewicz także otrzymywał w szkole dominikańskiej w Nowogródku zadania napisania wiersza? Absurdalne ustalenia Święcickiego nijak się mają do rzeczywistości i fantazji poezji Kraju Środka, od dawien dawna stawianej za wzór lekkości i delikatności, a nade wszystko umiłowania kosmosu i przyrody. W przypadku natury autor nieco łagodzi swoje pompatyczne sądy, ale jego wnioski są znowu zaskakujące:

Jedna tylko natura, mająca dla Chińczyka urok wyjątkowy, panuje wszechwładnie w jego utworach poetyckich, jakkolwiek i to poczucie natury jest także bardzo powierzchowne, gdyż poeci chińscy, obserwując bacznie różne zjawiska w przyrodzie, nie przepuszczają ich nigdy przez pryzmat fantazji twórczej, która by spostrzeżenia rzeczywiste pogłębiła, nadając im barwę poetycką. W wierszu chińskim wszystko jest jasne i prawidłowe, ale pospolite i bezbarwne.[11]

Nie ma większego sensu przywoływać opinii Święcickiego na temat kilku dowolnie dobranych poetów chińskich, bo za każdym razem górę bierze malkontenctwo i zarozumialstwo, jakaś trudna do pojęcia pycha europejskiego autora, który stawia od razu zachodnią literaturę wyżej od dzieł twórców z Kraju Środka.

III. Nowe badania

Na szczęście współcześni polscy sinolodzy autentycznie kochają literaturę chińską i przybliżają ją sukcesywnie naszemu czytelnikowi. Może zatem świadomie polemicznie, w stosunku do Święcickiego, fantastyczną stronę literatury chińskiej opisuje Ewa Paśnik z Uniwersytetu Warszawskiego, biorąc na warsztat cenne arcydzieło pt. Zebrane zapiski o zjawiskach nadprzyrodzonych[12], stworzone w wersji oryginalnej przez Gan Bao, w czwartym wieku naszej ery, a potem odtworzone przez Hu Yinglina (1551–1602). Święcicki twierdził, że Chińczykom i ich dziełom brakowało fantazji, a polska sinolog młodszego pokolenia zdecydowanie stoi na stanowisku przeciwnym:  

Celem tej książki jest nie tylko przedstawienie polskiemu czytelnikowi treści poszczególnych powiastek zawartych w owym chińskim zbiorze, lecz przede wszystkim przybliżenie okoliczności powstania Zebranych zapisków o zjawiskach nadprzyrodzonych, ich skomplikowanych losów i wreszcie ich bogatej zawartości, dzięki której można zapoznać się zarówno z wysoko cenioną w dawnym piśmiennictwie chińskim tradycją historiograficzną, jak i przepełnionym duchami, demonami i bóstwami folklorem Chin. Wynika to z wyjątkowego statusu Zapisków w historii piśmiennictwa, albowiem w literaturze przedmiotu zarówno chińskiej, jak i zachodniej Zapiski były i do chwili obecnej są traktowane jako zbiór powiastek najbardziej reprezentatywnych dla zjawiska określanego terminem zhiguai xiaoshuo i uznawanego za początek chińskiej prozy fikcjonalnej. Jednocześnie należy zauważyć, że dodatkowym elementem tej wyjątkowości był fakt, że oryginalne dzieło zaginęło i nie sposób stwierdzić jednoznacznie, w jakim stopniu zostało ono zrekompilowane z zachowanych fragmentów.[13]

Książka warszawskiej badaczki ukazuje prawdziwe bogactwo literatury chińskiej, uwzględniając przy tym trzy podstawowe konteksty Zapisków… – historyczno-kulturowy, literaturoznawczy i ludowy. Właściwie wyodrębnia też intencje dawnego autora w zakresie informacji, moralistyki, chęci wzbudzenia strachu lub śmiechu. Ważna tutaj jest też intencja kompensacyjna, a największą wartość w tym opracowaniu mają rozdziały traktujące soushenji jako transteksualny palimpsest literacki i kulturowy, z uwzględnieniem odniesień mitologicznych, kultów i pierwotnych obrzędów przejścia. Ta nowoczesna praca sinologiczna wskazuje, że kolejne lata będą owocne dla polskiej nauki zajmującej się Chinami, a wybrana przecież tutaj tylko przykładowo, nie jest jedyną o takim zakresie penetracji naukowej.  Autorka tak tłumaczy zastosowanie pojęcia palimpsestu do fantastycznych zapisków Gana Bao:

Fakt, że każdy tekst zarówno literacki, jak i (w szerszym ujęciu) kulturowy, występuje w relacji z innymi tekstami i niesie w sobie wcześniejsze treści, co czyni go wielopoziomowym, nie budzi żadnych wątpliwości od czasów rozważań Michaiła Bachtina o dialogiczności czy Julii Kristevy o intertekstualności. Nie inaczej jest w przypadku Zapisków. Jednakże to, co czyni Zapiski utworem wyjątkowym i szczególnie podatnym na badania poprzez analizę jego wielowarstwowości to fakt, że kompilowany był dwukrotnie. Dzięki temu miał dwukrotnie możliwość przyjęcia kolejnych literackich oraz kulturowych naleciałości i właśnie z tego powodu Zebrane zapiski o zjawiskach nadprzyrodzonych zasługują na miano palimpsestu zarówno literackiego, w rozumieniu Gérarda Genette’a, jak i kulturowego, jak przedstawia to Piotr Kowalski. [14]

Cieszy tego rodzaju pionierska monografia, tym bardziej, że autorka zapoznała się z rozległą literaturą przedmiotu, zarówno anglojęzyczną jak i chińską. W zakresie obszernych prac literaturoznawczych – jak dotąd – nie mieliśmy się czym pochwalić przed chińskimi naukowcami, ale sytuacja dynamicznie się zmienia, tym bardziej, że polskie uniwersyteckie sinologie są ostatnio prawdziwie oblegane przez absolwentów szkół średnich. Może w przyszłości zajmą się oni też współczesną poezją chińską, która wcale nie jest gorsza od takich autorów jak Tao Yuanming, Wang Wei, Li Bai czy Du Fu. Prezentowana tutaj monografia wskazuje, że obok tak sławnych na zachodzie poetów jak Bei Dao, obok prozaików zdobywających Nagrody Nobla, są w Chinach autorzy nawiązujący do tradycji kulturowych, znakomicie lokujący się w obrębie poezji nowoczesnej. Jednym z nich jest Jidi Majia, sławny już dzisiaj poeta, wywodzący się z ludu Yi (Nuosu), organizator wielu międzynarodowych festiwali literackich w Chinach i autor tłumaczony na kilkadziesiąt języków świata.

  1. Wielkie otwarcie

Poezja chińska jest niezwykle różnorodna, co jest wynikiem rozczłonkowania państwa w różnych okresach historycznych, a także unii ponad pięćdziesięciu narodów, posługujących się różnymi językami i wywodzącymi się z wielu tradycji kulturowych. Ważna też była długa, twórcza izolacja – jak wskazuje Tomas Venclova:

Przez stulecia i nawet tysiąclecia literatura chińska rozwijała się w bardzo swoisty sposób, była prawie szczelnie odgrodzona od tradycji zachodnich, czemu sprzyjałа izolacja przestrzenna (symbolem której stał się Wielki Mur), szczególna struktura społeczna, a również – i chyba przede wszystkim – specyfika piśmiennictwa hieroglificznego. Z innej strony, kultura chińska wywierała wpływ, i to często decydujący, na inne kultury dalekowschodnie.  Pięknym płodem tego rozwoju była dawna liryka Chin, zaczynająca się od ksiąg kanonicznych. Przedmiotem słusznej dumy narodu chińskiego są tacy poeci jak Qu Yuan, Tao Yuanming, Li Bai oraz Du Fu, którzy zajmują w kulturze światowej miejsce porównywalne z Homerem, Horacym, Petrarką. Na Zachodzie, aż do XVII wieku, klasyka chińska pozostawała zupełnie nieznana.[15]

Izolacja miała swoje wielkie plusy w Chinach i wielkie minusy w badaniach europejskich (głównie niemieckich, angielskich i rosyjskich), a potem amerykańskich, bo uczeni – jak polski dziwaczny sinolog Święcicki – sami sobie wytyczali drogi, którymi podążali we wszystkich kierunkach na raz. Zamknięcie granic i brak syntetycznych opracowań powodowały, że powstawały książki dziwaczne, pełne przeinaczeń i naciągania treści filozoficzno-religijnych w studiach literaturoznawczych. Wszystko tutaj miało swoje źródła w niezrozumieniu mentalności i świadomości orientalnej:

Na tej drodze wschodni badacze świadomości doszli do rozumienia zależności i subtelności w rozróżnianiu czynników, które świat i naszą świadomość „wewnętrznie spajają”, a które Zachodowi są jeszcze w znacznym stopniu nie znane, toteż na ich określenie nie ma tu żadnych pojęć. Wobec braku, zdobytej własnym doświadczeniem, wiedzy o znaczeniu terminów używanych we wschodnich źródłach mądrości, uczeni zachodni szeroko posługiwali się spekulacją, interpretacją i projekcją, skutkiem czego nie ma dwu dzieł różnych autorów, w których omawiane tu terminy byłyby rozumiane w ten sam sposób. A nawet i tam, gdzie u podstaw leży rzeczywiście wiedza doświadczalna, różni się nieraz znacznie jej wyraz językowy. Należy też zauważyć, że przez długi czas prawie każdy z uczonych zachodnich stosował swą własną transkrypcję języków azjatyckich, co doprowadziło do tego, że poszczególne terminy pojawiają się w znacznie różniących się notacjach.[16]

W stuleciach następnych sytuacja zaczęła się powoli zmieniać, klarować i nastąpiło – jak nazywa to Venclova – wielkie otwarcie:

W wieku XIX, a zwłaszcza XX, nastąpiło jednak wielkie otwarcie obustronne: Europa i Ameryka zainteresowali się Chinami, a Chiny Europą i Ameryką. Poetyka dalekowschodnia zaczęła wpływać na światową literaturę modernistyczną, a nowe kierunki zachodnioeuropejskie,  amerykańskie, rosyjskie czy polskie, przenikać do kultury chińskiej, chociaż jedno i drugie odbywało się z pewnym, czasem niemałym opóźnieniem. Zakłócała ten proces nie tylko krańcowa odrębność kultur, ale i  bardzo złożona, trudna droga, którą przeszły i wciąż przechodzą Chiny w nowych czasach. [17]

Wszelkie badania sinologiczne muszą uwzględniać różnice pomiędzy kulturami europejskimi i orientalnymi, a nade wszystko, za każdym razem wkomponować powinny w studia, nasze i chińskie poczucie odległości. Niezwykle użyteczne dla naszego wywodu będą w tym względzie syntetyczne ustalenia Mieczysława J. Künstlera, sięgające aż ku europejskim i chińskim podświadomościom:

Żyjąc w kraju o niezbyt wielkiej powierzchni, w kręgu kulturowym obejmującym bądź kraje od naszego mniejsze, bądź też niewiele od niego większe, mamy w podświadomości wyryte niezbyt wielkie miary, posługujemy się podświadomie narzuconą nam przez okoliczności i ukształtowaną przez dzieje skalą. Te nasze przyzwyczajenia uczą nas na przykład, iż większe ośrodki miejskie, owe przez całe wieki promieniujące centra kultury, nie są od siebie zbyt oddalone, że odległości między nimi rzadko tylko przekraczają trzysta kilometrów, co z pewnością jest prawdą, gdy chodzi o Europę Środkową. Spójrzmy na mapę w kierunku, w którym ze stołecznego Krakowa młodzież podróżowała w dobie renesansu do uniwersytetów włoskich. Główne miasta na trakcie wiodącym do Wenecji: Bratysława – Brno  –Wiedeń – Graz – Klagenfurt (Celowiec) – leżą niezbyt daleko. To samo można powiedzieć o odległościach dzielących miasta także i w innych kierunkach, jak na przykład Kraków – Opole – Wrocław – Praga – Ratyzbona – Monachium itd. W północnych Włoszech są to odległości na miarę piechura, gdyż nieraz nie przekraczają nawet pięćdziesięciu kilometrów. Z Wenecji do Padwy, z jej słynnym uniwersytetem, jest ledwie 20 km; stamtąd do najbliższego uniwersytetu w esteńskiej Ferrarze jest tylko 67 kilometrów. Z kolei zaś z Ferrary do papieskiej Bolonii i jej uniwersytetu już tylko 46 kilometrów. Dalsze etapy szlaku to medycejska Florencja i jej uniwersytet odległy od Bolonii tylko o 100 km i pobliska Siena, do której z Florencji jest 76 km. Można więc było wiedzę czerpać odbywając między tymi uniwersytetami niezbyt długie wędrówki, które zresztą dla poruszającego się zwykle konno szlachcica były doprawdy nie bardzo męczące. A przy tym na tak niewielkiej przestrzeni jakże często przechodziło się z jednego państwa na ziemie innego, całkowicie niezależnego. Z potężnej  republiki weneckiej do ferrareńskiego księstwa d’Estów, następnie na ziemie państwa papieskiego, a potem znów do władztwa książąt Medici. I takie właśnie doświadczenia kształtowały naszą skalę, nasze podświadome poczucie odległości.[18]

Te przypomnienia zdawać się mogą oczywiste, ale często zanikają podczas badań polonistyczno-sinologicznych. A to przecież bardzo ważne, szczególnie jeśli snujemy rozważania na temat literatury chińskiej, różnorodnej w odmiennych okresach historycznych i zmieniającej się w przeogromnych przestrzeniach geograficznych. Warto zatem przywołać dalszy ciąg rozważań jednego z największych polskich sinologów:

Dzisiejsze Chiny to kraj o powierzchni ponad 31 razy większej od obszaru Polski, kraj bez mała dwa razy większy od Europy (bez obszaru ZSRR), kraj większy od Australii, a więc stanowiący niemal odrębny kontynent i mający silne poczucie tego właśnie faktu. Nic też dziwnego, że główne ośrodki miejskie są w tym rozległym kraju znacznie od siebie oddalone. Z Pekinu do Szanghaju odległość koleją wynosi 1490 km, do Kantonu zaś aż 2332 km, a i do położonego na zachodzie Chin Właściwych miasta Lanczou w prowincji Kansu jest ze stolicy 1872 km. Pekin, który jest miastem położonym na północy Chin Właściwych, jest od przejścia granicznego w Manzhouli, na granicy z Rosją, oddalony także o 2334 km. Jest więc z Pekinu do granicy północnej dalej niż z Kantonu, a to już niełatwo sobie uświadomić. Wyliczankę tego typu można bez trudu kontynuować. Aby jednak nie stała się ona zbyt nużąca, powiedzmy tylko jeszcze, że ze wspomnianego już miasta Lanczou do położonego w Turkiestanie Chińskim miasta Urumczi jest 2009 km (to jest z Pekinu bez mała 4000 km), A z Chengdu, stolicy zachodniej prowincji Syczuan, do Lhasy, stolicy Tybetu, jest aż 2414 km. Zarówno zaś Urumczi, jak Lhasa są przecież bardzo oddalone od zachodniej granicy państwa. Ale i w samych Chinach Właściwych odległości bywają spore, albowiem obszar terenów rdzennie chińskich równy jest dziś powierzchni Europy bez Rosji. Tak więc można po rzece Jangcy odbyć podróż z miejscowości Iping w prowincji Syczuan do samego Szanghaju. Podróż taka wyniesie 2867 km, a jest to o 7 km więcej, niż wynosi długość Dunaju od jego źródeł do ujścia! Nie chodzi tu zresztą wyłącznie o te setki czy wręcz tysiące kilometrów dzielące od siebie główne miasta, lecz o sam ogrom skali. Można co prawda argumentować, że przecież Chiny starożytne – czyli Chiny epoki Konfucjusza – były o wiele mniejsze od dzisiejszych, więc całe te rozważania nie są tu potrzebne, gdyż była to kraina o znacznie mniejszej skali. A jednak…[19]

Zrozumiałe jest owo końcowe wahanie znakomitego polskiego badacza kultury chińskiej, obejmującego swoją penetracją różne epoki historyczne i zmieniające się kształty państw, ale jego „a jednak” nie odnosi się do literatury współczesnej i w tym studium obrazuje chociażby ogromy, które przemierzają współcześni Chińczycy. Uzmysławia wciąż od nowa rozległość państwa[20] i trudności, jakie musieli pokonać współcześni intelektualiści w drodze ku wiedzy i centralnym ośrodkom naukowym oraz literacko-artystycznym. A choć odległości i godziny podróży skróciły się dzięki samolotom i kolejom dużych prędkości[21], to podróżowanie stało się częścią życia współczesnych Chińczyków i nauczyło ich, że zmienność jest elementem rozwoju, a ekspansywność przynosi owoce, o których nie śniło się dawnym woźnicom cesarskich rydwanów, nawigatorom barek pływających po Jangcy, Huang-he czy Wielkim Kanale, podróżnikom z wielbłądzich karawan, zmierzających ku Tybetowi albo kulisom z ulic Szanghaju. Dzisiejsze Chiny otwarte są na wszelkie kontakty międzynarodowe, a literatura tego kraju zdobywa wciąż nowe przestrzenie, do czego przyczyniają się znakomicie finansowane programy kulturalne, organizowane festiwale i konferencje naukowe, sponsoring przekładów książek i nieustanna wymiana kulturowa. Ważną rolę w tym względzie odgrywa bohater tej książki, potrafiący wykorzystać wiele możliwości, jakie dają mu sprawowane funkcje, a także nieustająca współpraca z intelektualistami chińskimi i światowymi, ze wszystkich kontynentów i nawet najodleglejszych państw.

  1. Wzajemne przenikanie

Wspaniałe wieloletnie programy, finansujące kontakty twórców chińskich ze światem, przyczyniają się do coraz lepszego poznania kultury i literatury chińskiej w Europie, Stanach Zjednoczonych, w obu Amerykach i w Australii, a prym wiodą tutaj sławni ambasadorzy, którzy – jak Mo Yan, czy Tie Ning – przeniknęli do świadomości zbiorowej. Klan czerwonego sorga Mo Yana w wersji filmowej, czy Kobiety w kąpieli pekińskiej pisarki są powszechnie komentowane i rodzą dyskusje od Nowego Jorku, poprzez Paryż, od Buenos Aires do Limy, aż do Sydney i Wellington. Takie oddziaływanie ma na myśli Tomas Venclova, gdy nie waha się wskazać kolejnego twórcy, kandydującego do nagrody Nobla i przyczyniającego się do wielkiego otwarcia kulturowego między Chinami a resztą planety:

Dziś także płyniemy w tym nurcie wzajemnego przenikania, o czym świadczy twórczość Jidiego Majii. Jest on jednym z najbardziej znanych współczesnych poetów chińskich i jedną z najlepiej rozpoznawalnych postaci nie tylko chińskiej kultury. Poezja Jidiego Majii jest niezwykłym, chociaż jednocześnie charakterystycznym faktem kultury światowej nowych czasów. Pisze po chińsku, ale należy do narodowości Yi albo Nuosu, liczącej ponad osiem milionów ludzi, zamieszkującej górską krainę niezbyt daleko od Wietnamu i Tajlandii. Tym samym jest, powiedziałbym, oddalony o dodatkowy stopień od naszej kultury – a przecież od razu zrozumiały dla czytelnika europejskiego.[22]

W Polsce twórczość tego autora jest dobrze znana, a to przede wszystkim za sprawą pięciu zbiorów wierszy, które ukazały się w naszym kraju po polsku. Twórca ten, sławny już dziś, współczesny poeta chiński, kaligraf, rysownik i eseista urodził się w 1961 roku w górach Liangshan, w autonomicznym okręgu zamieszkałym przez  lud Yi  (Nuosu), wchodzącym w skład prowincji Syczuan.  Jak podaje Małgorzata Religa – w wieku siedemnastu lat został przyjęty na Wydział Języka i Literatury Południowo-Zachodniego Uniwersytetu Narodowości Xinan Minzu Daxue w Chengdu, stolicy Syczuanu. Tam zetknął się z wielką poezją chińska i światową i wkrótce po ukończeniu studiów opublikował kilka swoich wierszy w ważnym piśmie literackim „Xingxing” (Gwiazdy).[23] Dojrzewanie i młodość Majii przypadła na bardzo burzliwe czasy, kiedy to za rządów Mao Tsetunga dochodziło do licznych nadużyć władzy, a ludzi starano się zająć absurdalnymi akcjami.  Jego rodzice przeżyli tak zwany Wielki Skok, rewolucję kulturalną czy ogólnonarodowe polowanie na cztery plagi – komarów, much, wróbli i szczurów. Dzisiaj to wydaje się nieprawdopodobne, ale takie zdarzenia rzeczywiście miały miejsce i są szeroko opisywane przez historyków i sinologów – jako ilustrację tych trudnych czasów warto tutaj przywołać relację norweskiego badacza – Torbjørna Færøvika:

W Pekinie 27 kwietnia 1958 roku zaczęła się kampania przeciwko wróblom. Żeby podnieść bojowe morale, Radio Pekin zaczęło swoją poranną audycję dobrze dobraną piosenką: „Wstańcie, wstańcie miliony ludzi połączone jednym sercem, maszerujcie śmiało przez ogień wroga!” Nagle trzy miliony mieszkańców wyległy na ulice z gongami i garnkami. Strategia polegała na tym, by straszyć wróble tak długo, żeby padły wycieńczone lataniem. „Żaden wojownik nie może się wycofać, zanim bitwa nie zostanie wygrana, napominał „Dziennik Ludowy”. Kiedy bój dobiegł końca, na ziemi – według gazety – leżało 310 tysięcy wróbli. Na terenie całego kraju padło ich cztery miliony. Dzieci wyposażone w proce też się świetnie spisały. Według gazety wiele z nich narażało życie, wspinając się na drzewa, żeby dusić całe rodziny wróbli. „To się nazywa rewolucyjna, bohaterska odwaga!” Szesnastoletni chłopak, który zdołał zabić dwadzieścia tysięcy wróbli, był przedstawiany jako wzór dla całego narodu. Następnego dnia mieszkańcy świętowali zwycięstwo pieśniami i tańcami, a wyróżniający się wojownicy nosili czerwone rozetki. Gazety przywoływały jednak wszystkich do rzeczywistości. Mao nie pokonał Japończyków i chińskich nacjonalistów w jednej bitwie. Bitew było wiele. Takiej samej wytrwałości wymaga walka z „czterema plagami”. W kolejnych miesiącach kampania rozwijała się z nie mniejszą siłą. Zmobilizowano wszystkich ludzi zdolnych do pracy, także administrację państwową.[24]

Jidi Majia znał te wydarzenia z relacji starszych osób ze swego plemienia, a także z rodzinnych rozmów, ale zamknięcie w górskiej enklawie przez wiele lat chroniło go przed propagandowymi działaniami różnorakich komisarzy i modyfikatorów. Inteligentnie podążał do przodu, kończył szkoły, kształcił się w uniwersytecie, w którym uzyskał tytuł magistra w 1982 roku. W tym samym też czasie rozpoczął pracę w Syczuańskim Oddziale Związku Pisarzy[25], a w 1986 roku zdobył za swoja poezję nagrodę Chińskiego Związku Pisarzy i zwrócił na siebie uwagę wielkiego poety Ai Qinga (1910–1996), który został jego wiernym mentorem. Po latach syn tego wielkiego poety stworzy projekt stadionu olimpijskiego, nazywanego „ptasim gniazdem”, a także narysuje jeden z najbardziej udanych portretów Majii,  reprodukowany tutaj na początku książki. Rysunek ten, stworzony specjalnie do polskiego wydania wierszy zebranych, zachwyca swoją prostotą i udanym odwzorowaniem powagi oraz mądrości chińskiego twórcy. Małgorzata Religa podaje, że od połowy lat osiemdziesiątych Majia pełnił liczne funkcje w Chińskim Stowarzyszeniu Pisarzy, by w roku 2015 stać się jednym z jego wiceprzewodniczących.[26] Warto też wskazać, że pełnił inne ważne role, między innymi był wicegubernatorem prowincji Qinghai, a od 2010 do 2014 roku wicedyrektorem Departamentu Propagandy we władzach tego regionu.[27] Przyczyniając się do rozwoju prowincji, nie zapominał o kulturze, a szczególnie o literaturze i organizował wielkie festiwale literackie w mieście stołecznym Xining, przyznając też tam cenioną w świecie Nagrodę Złotej Antylopy. Pisarze przyjeżdżający z wielu krajów świata byli zszokowani dziewiczą, zjawiskową przyrodą, ale też ogromnym rozwojem, jaki dokonał się przede wszystkim w czasach, gdy poeta był tam we władzach.  Qinghai to śródlądowa prowincja w północno-zachodnich Chinach, czwarta co do wielkości powierzchni w kraju, ale trzecia pod względem najmniejszej populacji.  Na północnym wschodzie graniczy z prowincją Gansu, z Xinjiang na północnym zachodzie, z kolei z Syczuanem na południowym wschodzie i Tybetańskim Regionem Autonomicznym na południowym zachodzie.  Jej nazwa pochodzi od przepięknego jeziora Qinghai (mong. Kuku-nor), największego zbiornika wodnego tego rodzaju w Chinach i największego słonego jeziora w Azji.[28] Jezioro położone jest w tektonicznym zagłębieniu Wyżyny Tybetańskiej i zasilane w wodę przez dwadzieścia trzy rzeki i strumienie – przez pięć miesięcy w roku zostaje zamarznięte. Stanowi jeden z cudów świata, o czym w 1872 roku jako pierwszy informował świat naukowy Mikołaj Przewalski. Prowincja jest tyglem wielu grup etnicznych, w tym Han, Tybetańczyków, Hui, Tu, Mongołów i Salars, a pośród nich jest też naród Yi, określany też mianem Nuosu. Jego historię i zwyczaje przybliża we wstępie do wyboru wierszy Majii Małgorzata Religa:

Wśród 56 grup etnicznych oficjalnie uznawanych w CHRL jako „narodowości” (minzu) znajduje się narodowość Yi (uprzednio znana głównie jako Lolo), stanowiąca konglomerat blisko spokrewnionych ze sobą grup etniczno-językowych. Ludy zaliczane obecnie do narodowości Yi liczą razem prawie 8 milionów i zamieszkują południowo-zachodnie prowincje Chin: Yunnan (4,5 mln), Syczuan (2 mln), Gizhou (1 mln) i Gungxi (kilkadziesiąt tysięcy). Posługują się blisko spokrewnionymi (ale na tyle różnymi, że nie są wzajemnie zrozumiałe) językami z rodziny tybeto-birmańskiej i wykształciły własne, także spokrewnione ze sobą pisma, odrębne zarówno od pisma chińskiego, jak i tybetańskiego. Najliczniejszym i najlepiej opisanym z tych ludów, charakteryzującym się szczególnie silnym poczuciem własnej tożsamości są Nuosu – co dosłownie znaczy „Czarni ludzie”. Z tej właśnie grupy wywodzi się Jidi Majia. [29]

Każde spotkanie Europejczyka z tymi ludźmi jest nacechowane zdumieniem, a to przede wszystkim z racji zwyczajów, w których ważną role odgrywa ogień i wieczność, a także strojów ludowych, w których dominują czerń, czerwień i kolor niebieski. Warto wspomnieć też o niezwykłej biżuterii ze srebra, czasami ogromnych rozmiarów, z jakże oryginalną ornamentyką. Religa podaje, że mamy tutaj do czynienia z ogromną społecznością, porównywalną z populacją np. Armenii lub Mongolii i znacznie większą od wielu małych krajów świata:

Nuosu liczą 2,5 miliona osób i zamieszkują górzyste terytorium na granicy południowego Syczuanu i północnego Yunnanu, znane jako Wielki i Mniejszy Liangshan w Autonomicznej prefekturze Narodowości Yi w Liangshanie (Liangshan Yizu zizhi zhou). Tradycyjnie życie ludu Nuosu opierało się na myślistwie, pasterstwie i rolnictwie, a jedną z podstawowych tutejszych upraw była gryka. Społeczeństwo Nuosu zorganizowane było w patrylinearne, ściśle egzogamiczne klany, dzielące się na „czarne”, czyli arystokratyczne, i „białe”, czyli wolnych chłopów. Historycznie istniała także grupa niewolnej służby, która z reguły wywodziła się spoza Nuosu – z jeńców zdobytych na wrogach lub porwanych z terenów zamieszkałych przez obcych, głownie Chińczyków Han. Charakterystyczne stroje Nuosu to haftowane kaftany o zbliżonym kroju dla obu płci, dla kobiet długa, plisowana spódnica i zdobne, skomplikowane nakrycia głowy (różne w zależności od wieku) oraz wielka ilość srebrnej biżuterii: kolczyków, naszyjników, ozdób przy kołnierzu i bransolet. Jedną z ważniejszych ceremonii w życiu kobiety jest ceremonia „zmiany spódnicy”, która ma miejsce w wieku kilkunastu lat i oznacza wejście w dorosłość i gotowość do zamęścia. Męskie nakrycie głowy to rodzaj turbanu, czasami ozdobiony na czole długim, mocno splecionym z materiału „węzłem bohatera” przypominającym nieco róg. Mężczyźni noszą też pojedyncze kolczyki ze srebra, zawsze w lewym uchu. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety okrywają się długimi czarnymi lub białymi pelerynami i opończami bez rękawów, wykonanymi z wełny – uprzędzionej i utkanej zawsze przez kobiety – lub filcu, którego wykonaniem zawsze zajmują się mężczyźni.[30]

Dzieciństwo i dojrzewanie Jidiego Majii przepełnione było rytuałami i zajęciami charakterystycznymi dla jego społeczności.  Wykształciło to w nim ogromne poczucie więzi z rodową wspólnotą, ale też dało podstawy ludowej mądrości, którą potem dodatkowo sformatowały studia uniwersyteckie. Zdobywając kolejne stopnie kariery zawodowej, chłopak z gór Liangshan wnikał coraz mocniej w chińskie środowiska literackie. Zaczęła się też rozwijać kariera międzynarodowa, liczne edycje książek za granicą, przekłady na podstawowe języki świata i ich odmiany egzotyczne, w ponad pięćdziesięciu krajach. W roku 2006 Rosyjskie Stowarzyszenie Pisarzy uhonorowało go pamiątkowym Medalem imienia Michaiła Szołochowa, posypały się też nagrody w Bułgarii, Rumunii, w republice Południowej Afryki, a zwieńczeniem tego okresu w życiu i twórczości Majii było uhonorowanie go Europejskim Medalem Poezji i Sztuki Homer (Bruksela 2015).  Chiński Poeta był pierwszym laureatem tego Medalu, a po nim otrzymali go tak ekscytujący twórcy jak Ataol Behramoğlu (Turcja), Tomas Venclova (Litwa-USA), Stanley H. Barkan (USA), Simon J. Ortiz (USA), Juan Carlos Mestre (Hiszpania), Patrick Lane (Kanada), Tim Lilburn (Kanada), Amir Or (Izrael), Germain Droogenbroodt (Belgia), Fernando Rendón (Kolumbia) i reżyser Krzysztof Zanussi (Polska). Przyznając to zaszczytne wyróżnienie współczesnemu poecie chińskiemu, wywodzącemu się ze społeczności Yi, jurorzy z kilkunastu krajów świata tak określali jego powinowactwo z antycznym twórcą i pięknem:

Homer jest ojcem kultury europejskiej i światowej, a dwa jego wielkie eposy – Iliada i Odyseja – są fundamentem literatury, odwieczną inspiracją dla sztuki i kultury. Niewidomy śpiewak pozostawił po sobie przekaz uniwersalny i zbudował pomnik, którego nie starły wieki. Wizje tego wspaniałego twórcy miały siłę płomieni i rozpalały wyobraźnię od starożytności do współczesności. Nawiązując do tego wielkiego dziedzictwa grupa artystów świata powołała do istnienia we wrześniu 2015 roku, w Brukseli, Kapitułę Europejskiego Medalu Poezji i Sztuki. Depozytariuszami Medalu zostali twórcy z USA,  Belgii, Niemiec, Peru, Bułgarii, Brazylii, Maroka i Chin, a jego Prezydentem Dariusz T. Lebioda z Polski. Europejski Medal Poezji i Sztuki – HOMER, będzie przyznawany wybitnym światowym twórcom literatury, sztuk plastycznych i filmu. Kapituła nagradzać będzie artystów, w których dziełach pojawi się uniwersalne przesłanie do świata, prostota i piękno bliskie wzorcom starożytnym. Najważniejszą kategorią wartościującą jest poziom artystyczny i siła przekazu, tak by kolejni laureaci wzbogacali swoimi osobowościami panteon ich ojca duchowego – Homera. Pierwszym laureatem zostaje dzisiaj chiński poeta Jidi Maji, przedstawiciel ludu Yi,. Ale też uniwersalny mieszkaniec świata, nieustannie moderujący własną twórczość i poezję światową.[31]

Podczas wspaniałej uroczystości, z udziałem ogromnej orkiestry symfonicznej, wybitni aktorzy recytowali z pasją poemat Maji pt. Ja, śnieżna pantera,  a widzowie uświadomili sobie jak daleką drogę przeszedł ten twórca, będący łącznikiem pomiędzy odwieczną naturą, a kulturą współczesną. Ceremonia miała miejsce w październiku 2016 roku w mieście Xi Chang i poeta, odziany w ludowy strój męski Nuosu, odpowiedział w następujący sposób na przyznanie mu Medalu HOMER:

Zacni jurorzy Europejskiego Medalu Poezji i Sztuki HOMER 2016, Zacni przyjaciele i moi rodacy Yi. Los obchodzi się ze mną dobrze i powinienem być mu wdzięczny, że nadszedł kolejny świt, który, przyniósł  tak niezwykły zaszczyt, jak  Europejski Medal Poezji i Sztuki HOMER 2016. To tak dobra nowina, w mojej czułej i dalekiej ziemskiej podróży, jak pojawienie się ognia pośród członków mojego plemienia. Nagroda ta ucieszyła mnie i moich pobratymców, ponieważ wskazuje ona z europejskiej perspektywy, że szlachetna literatura wciąż budzi zainteresowanie, a nawet uznanie dla jej głębokich korzeni narodowych Yi, etosu etnicznego ludu Nuosu, i jako taka, ma głęboką wartość społeczną i estetyczną. A dzieje się tak przecież za sprawą mojego uporczywego trwania przy temacie tożsamości Yi, przeciwstawiającej się nowoczesności – bez względu na czasem pojawiające się opinie o hermetyczności mojej literatury. Ów werdykt jurorów jest tak ważny, gdyż jest kolejnym potwierdzeniem wagi duchowości Yi, tak dziwnej i cudownej, tak chwalebnej i mogącej konkurować z innymi jej przejawami. Wasza nagroda jest również wspaniałym darem dla tej krainy, pełnej wrażliwych istot, pieśni i cnót, wysokich szczytów, dziewiczych potoków, wiecznie zielonych lasów, zawsze krystalicznie czystego nieba nad trawiastymi zboczami, pachnącymi bezimiennymi ziołami. W tej chwili muszę brzmieć nie jak Nuosu, i jakże kłopotliwe jest owo wyrażenie mojej wdzięczności w tak prosty sposób, biorąc pod uwagę, że podróżowaliście z całego świata do moich progów, by wręczyć to wielkie wyróżnienie. Dlaczego właśnie mnie? Cóż, protokoły przyjaźni Yi nakazują, by posłańców dobrych wieści, takich jak wy, zaskoczyć nieobecnością w chwili przybycia i jak każe kult hojności Yi, nie stać tutaj i mówić jakieś uprzejme frazesy, ale pośpieszyć z pomocą na dziedziniec, by ubić kozła, byka lub świnię, i jako gościnny  gospodarz, autentyczny przedstawiciel ludu Nuosu, obdarzyć gości kolejnym toastem podczas uczty.

   Drodzy przyjaciele, Medal którym mnie obdarowano nosi imię Homera, największego poety starożytnego świata zachodniego. Wraz z Homerem, dwie wielkie epopeje Iliada i Odyseja, najstarsze z zachowanych dzieł Zachodu, stały się istotną częścią literatury Zachodu i Orientu, prawdziwym dziedzictwem pozostawionym potomkom przez ślepego poetę, niczym bliźniacze fontanny kultury i tradycji. Waham się porównywać Homera, proroka i bramina poezji z wcieleniem prawdy, ale on z pewnością nią jest. A nawet kimś więcej. Dlatego pragnę podkreślić, z pokorną szczerością, z niezachwianym przekonaniem, mój rosnący wciąż podziw dla jego zasług. Prostota, nieskalany język i wierność życiu, to tylko niektóre z uznanych wartości Homera. W jego prostych i bezpośrednich wersach jest szlachetność i godność,  a w Iliadzie Achilles mówi, że jego wiersze przetrwają wieki i nigdy nie spalą się na popiół. W pełni akceptuję to proroctwo i wciąż widzę, jak literackie niebo płonie pieśniami i hymnami Homera. Pewne jest to, że bez tego ślepego pieśniarza z VIII wieku przed naszą erą, historia literatury byłaby uboższa. Choć powoływał do życia bohaterów hałaśliwych i frywolnych, takich jak Achilles i Agamemnon, zawsze czynił to dostojnie i dawał im wieczne życie, gdy nawet brąz rdzewieje, a głazy się rozpadają. Pamiętajcie, moi przyjaciele, mówię o tej nagrodzie z dumą, związaną z wielkim Homerem. To jakiś rodzaj telepatii, to tajemnicza wiadomość lub proroctwo Homera, za sprawą której  kieruję wzrok ku wszelkim intencjom i celom, ku dwóm wielkim epopejom ludu Yi, Leer Meige i Aji Xianji, będącym wspaniałą pochwałą wszystkiego co istnieje w górach Liangshan. Zauroczony, zdaje mi się, że znów wstepuję na majestatyczne wyżyny Natury i Duchowości mojej ukochanej ziemi Yi, gotowej przyjąć chrzest Słonecznego Złota. Realnie i dosłownie wracam do miejsca, z którego ruszyłem trzydzieści lat temu w dziewiczą podróż do świata. Wybaczcie mi to skupienie na sobie, poety dziedziczącego jakże znakomitą genealogię pradawnych bohaterów. Jak Homer śpiewał hymny, tak cieszę się w tej chwili, wraz z moimi drogimi członkami plemienia, z tego powodu, że jestem bardem Nuosu, przywiązanym proroctw, a moje wiersze będą trwać i nadal połyskiwać w świecie, dzięki mojemu ludowi i z jego powodu. Dziękuję za uwagę.[32]

Dzisiaj, gdy czytamy na nowo te słowa, uświadamiamy sobie wielką skromność poety, która kazała mu czynić liczne zastrzeżenia i jakby przyjmować europejski honor z lekkim zażenowaniem. Pamiętajmy jednak, że Majia wywodzi się z dumnego ludu, mającego swoją historię i genealogię, starającego się żyć skromnie, w zgodzie z naturą i prawami kosmosu. Jego ogromna wiedza, zaprezentowana w cytowanym wyżej podziękowaniu, każe mu wszystko widzieć w sieci względności, a owo zatrzymanie na chwilę w Xi Chang napawa go tyleż dumą, co mobilizuje do dalszej pracy. Zakończmy te wstępne rozważania i przybliżenia przywołaniem zdań polskiego krytyka, wskazującego czytelnikom wyjątkowość i autentyczny humanizm twórczości chińskiego poety:

W centrum świata poetyckiego Jidiego Maji stoi człowiek, związany nierozerwalnymi nićmi z przyrodą, z ziemią ojczystą – związany przede wszystkim miłością i dziedzictwem kulturowym: Niech obie bose stopy osiądą/ Głęboko w ziemi/  Niech krew w naszych ciałach/ Spokojnie wraca/ Do miejsca, które nas zrodziło (Tylko dlatego). Podobnie jak nasi klasycy – Adam Mickiewicz, Maria Konopnicka, Jan Kasprowicz, Majia prowadzi żywy dialog z przyrodą, w dodatku  czyni to w tonacji ekstremalnej,  aż po w pełni zobrazowany animizm i liczne personifikacje zwierząt (byka, jelenia, kozła górskiego, orła, pantery etc.). Znamienna tu jest inwokacja do gryki (przywoływanej  też w innych wierszach, np. Inna droga: Widzę jak moje drugie ja przechodzi przez/ Koronę ciemności i trwania/ Pielęgnowane przez chłód gryki): Gryko, przepełniona duchem natury/ Wyznaczasz kierunek naszego losu/ Jesteś starożytnym językiem (…) Pragniemy twej pieszczoty i opiewamy cię/ Tak jak śpiewamy o naszych matkach (Gorzka gryka). Pełne narracyjnego napięcia są też apostrofy poety skierowane do wyspy, a zwłaszcza do rzek, np. w wierszu pt. Dedykowane rzekom świata: To wy stworzyłyście najstarsze/ mity/ I wy swymi niewidzialnymi dłońmi/ Zaczynałyście uprawiać glebę na złocistych brzegach/ Zaprawdę wszystkie ziemskie cywilizacje/ Czerpały nieograniczone życiodajne siły/ Z waszych głębokich nurtów. Wszechmoc rzek na sposób ludzki wcielają w życie przodkowie poety, a zwłaszcza matka: Moja matka która się nie starzeje / (…) Jest głęboką i rwącą rzeką / (…) Na końcu tysiąca rytów żałobnych/ Jestem drżącymi sylabami matki/ Wciąż mnie obejmującej (Autoportret). Nie ma takich zdarzeń w klepsydrze przemijania, którymi nie władałaby matka. Ona jest strażniczką życia w chwili pierwszej i ostatniej; Pewnego dnia nadejdzie czas mojej  śmierci/ I przekroczę długie cienie/ Kładące się na wysokich górach/ Ach matko, gdzie wtedy będziesz? Dalej – w tymże wierszu pt. Moje życzenie – autor odpowiada sobie: Na ziemi twojej kremacji. Motyw kremacji jest kilka razy podejmowany w tej poezji. To bodaj najważniejszy rytuał potwierdzający koniec egzystencji ciała, a zarazem wyznaczający horyzont istnienia ducha, jego mocy i energii przenikania w głąb pokoleń. Każda cząstka prochu uczestniczy w tworzeniu nowych form życia, a ogień pozostaje znakiem wieczności, na chwilę objawionej w ludzkim ciele. Stanowi ogniwo nie kończącego się łańcucha przemian.[33]

Odwieczny ogień fascynuje poetów od dawien dawna, ale w poezji Jidiego Majii zyskuje szczególny wymiar – jakby eternalne prawa natury wsączyły się do słów i zyskały moc porównywalną z gwałtownością procesu spalania. Jakby otwierały przed jaźnią kosmos i przyciągały ją ku centrum galaktyki, w której byliśmy na początku, jesteśmy teraz i będziemy na końcu wszechrzeczy.

__________________

[1] E.  A.  O d y n i e c,  Listy z podróży t. 1–2, oprac. M. Toporowski, Warszawa 1961.

[2] Por. S. S k w a r c z y ń s k a:  Kształt artystyczny drugiej wersji Mickiewiczowskiej „Historii przyszłości”, “Pamiętnik Literacki” 1962, nr 53/1, s. 71 – stosując określenia gatunkowe “proroctwo” I “wizja” badaczka tak lokuje ich miejsce w obrębie romantycznych polskich mesjanizmów: Otóż dość powszechne zaliczenie „Historii przyszłości” do tej sfery gatunków nic jeszcze nie wyjaśnia. Przede wszystkim dlatego, że zaciera ono rożność ich typów historycznych; jedna nazwa służy zjawiskom bardzo sobie dalekim. Jeśli weźmiemy pod uwagę tylko te dwie kultury, które zaważyły w sposób podstawowy na kulturze literackiej naszej ery, a więc kulturę antyczną grecką i rzymską, oraz kulturę starohebrajską, to stwierdzić nam wypadnie, że spotykając tu i tam proroctwo, wizję przyszłości, sen wróżebny — mamy do czynienia z dwoma rożnymi ich typami, które zresztą jeszcze w obrębie tych kultur podlegają przekształceniom i swoistym precyzacjom. Nowym ujęciom i przekształceniom ulegają te typy na gruncie naszej ery, w której w poszczególnych okresach ciążył na literaturze silniej raz typ jeden, raz typ drugi. (Tamże)

[3] Por.  tejże szersza praca: Mickiewicza „Historia przyszłości” i jej realizacje literackie : wraz z podobizną autografu, Łódź 1964. Por też: S. Pi g o ń , Metamorfozy „Historii przyszłości”. w: Zawsze o Nim, Kraków 1960.

[4] M.  J.  K ü n s t l e r,  Od tłumacza, w: M. Granet, Cywilizacja chińska, wyd. II, przeł. tenże, Warszawa 1995, s. 9.

[5] Jego prace to:  Rozmówki polsko-chińskie: ze słownikiem, 1966;   Ma Jong. Vie et oeuvre, 1969;  Pismo chińskie, 1970; Pierwsze wieki cesarstwa chińskiego, 1972, 2007; Aforyzmy chińskie, 1977; Sprawa Konfucjusza, 1983; Mitologia chińska, 1985, 2001; Tradycje architektury chińskiej, 1986;  po chińsku – 1991; Sztuka Chin, 1991; Dzieje kultury chińskiej, 1994; Mały słownik sztuki chińskiej, 1996; Języki chińskie, 2000.

[6] Ostatnia skromna praca tego typu to: Antologia literatury chińskiej pod red.  W.  J a b ł o ń s k i e g o, Warszawa 1959.

[7] J.  A.  Ś w i ę c i c k i,  Historia literatury chińskiej i japońskiej, Warszawa 1901.

[8] Stosuje tutaj odmianę nazwiska zaproponowaną przez  J a r o s ł a w a   Z a w a d z k i e g o. Por. tegoż: Przedmowa tłumacza, w: Lao Tse, Wielka księga Tao, przeł. tenże, Warszawa 2009, s. 7.

[9] Tamże, s. 66.

[10] Tamże, s. 219–220. Oczywistą nieprawdę, wyartykułowaną na końcu cytatu, warto skonfrontować z tym, o czym Jidi Majia mówi podczas uroczystości przyznania mu Medalu HOMER. Por przyp.32.

[11] Tamże, s. 220-221.

[12] E. P a ś n i k, Duchy i czary chińskie, czyli palimpsestowy charakter „Zebranych zapisków o zjawiskach nadprzyrodzonych (Soushenji), Warszawa 2013.

[13] Tamże, s. 9–10.

[14] Tamże, s. 30.

[15] T.  V e n c l o v a, Wprowadzenie, w: J i d i  M a j i a, Czerń i cisza Wiersze zebrane, zebr. i z jęz. ang. przeł.  D.  T.  L e b i o d a, Bydgoszcz 2018,  s. 5.

[16] Encyklopedia Mądrości Wschodu pod red.  S.  S c h u h m a c h e r a  i  G.  W o e r n e r a,  przeł.  z jęz. niemieckiego M.  J.  K ü n s t l e r, Warszawa 1997, s. VI.

[17] T.  V e n c l o v a, Wprowadzenie, w: J i d i  M a j i a, Czerń i cisza, dz. cyt. S. 5–6.

[18] M.  J.  K ü n s t l e r, Sprawa Konfucjusza, Warszawa 1983, s. 11–12.

[19] Tamże, s. 12–13.

[20] Por.  Chiny  w:  Azja  Encyklopedia  geografii świata, oprac.  red.  J.  K w i a t e k,  J. M a j – S z a t- k o w s k a,  E. O l s z e w s k a, L. P a ł a s z, T. S ł a b c z y ń s k i, Warszawa 1995, s. 108–114.

[21] Oprócz sieci torów łączących miasta, warto też pamiętać o magnetycznym pociągu z Szanghaju i jego symbolicznych konotacjach – pisze o nim refleksyjnie  J.  Ż d ż a r s k i: 431 km/h to maksymalna prędkość, jaką osiąga Maglev, kolej łącząca biznesowe centrum Szanghaju z miejscowym lotniskiem. Ten ultra nowoczesny, mega szybki pociąg jest kwintesencją Chin dwudziestego pierwszego wieku. Prędkość – tu wszystko pędzi w zawrotnym tempie. Chińczycy często gnają tak szybko, że nie mają czasu zastanowić się czemu służy ten ogromny pęd… Pociąg nie ma kontaktu z torami – porusza się ponad nimi, w polu magnetycznym. Lewituje, podobnie jak większość Chińczyków, zawieszona gdzieś pomiędzy przeszłością a przyszłością. Ciężko odnaleźć jest teraźniejszość, bo to co jest, zaraz znika. Tegoż, Wstęp w: Chiny 431 km/h, Warszawa 2008, s. 3.

[22] T. V e n c l o v a, dz. cyt. s. 6.

[23] Por.  M. R e l i g a,  Wstęp, w: J i d i  M a j i a, Słowa i płomienie Wybór wierszy, z chińskiego przeł. M. Religa, Warszawa 2015, s. 8–9.

[24] Torbjørn Færøvik, Mao Cesarstwo cierpienia, przeł. Ewa Partyga, Warszawa 2018, s. 155–156.

[25] Por.  M.  R e l i g a,  dz. cyt. s. 8–9.

[26] Tamże.

[27] Tamże, s. 9.

[28] Por.  G r a h a m   H u t c h i n g s,  Modern China: a Guide to a Century of Change, Cambridge 2001.

[29] M.  R e l i g a,  dz. cyt. s. 5.

[30] Tamże, s. 5–6.

[31] Mottem każdej ceremonii jest fragment wiersza z 1942 roku Alfreda Tennysona pt Ulysses: To strive, to seek, to find, and not to yield… (Walczyć, szukać, znajdować i nie poddawać się…), znakomicie oddający charakter poezji Jidiego Majii. Por dalszą część ang. wersji laudacji z Xi Chang: Jidi Majia is one of the greatest contemporary Chinese poets. His poetry is culturally bounded, which is in fact deeply rooted to the tradition of the nation, Nuosu. He also wrote poetry to enhance the ancient magical consciousness that is moderated by priests Bimo unholding the spirits of his ancestors. Form of his art is an invisible space of spirituality, from which mountain people remain in constant interaction, that clarifies to bestow the age of great human longing for purity and fullfilment. Living in the face of vastness and natural beauty, his work constantly strives to reflect the depth of human fate, over which it slopes, and connects to the large cosmogonic systems and the elementary mechanisms of duration. It has sensed eternity through completion of day and night; sticking to the human body, with its illness and pain, it vigils in the shape of a human, exposes to weather conditions, that is subjected to be the destructive power of time. It is rare and appeares to be so clear to human consciousness, shimmering to ever shape a bright beam, penetrating to the large time intervals, and scanning space in all its shapes and metamorphoses. Majia can write a poem similar to the gentle movement of the wings of dragonflies, and create wide panoramas, which reflects the spirit of a whole epoch, the ethos of free existence in the midst of mountains and lakes, in harmony with animals, birds and all living beings. Every scene of his poem becomes the continuation of the story of the tribe, as if it is specially appointed to proclaim its glory. The poet is aware that his work has been selected from the many in order to fulfill his desired destiny. He understood that he could not live permanently in the mountains of Liangshan, where he could go out with a shotgun for hunting and lead a peaceful life only with his family clan. He could dance around campfires and look into the distance from the top of the mountain, but his virtue is set to be among the poets of the world, and proclaim the glory of his land and people in the farthest corners of the globe. He could sing in small huts, separated from the cold, cosmic distance, he could listen to the stories of elders and shamans, but his work interpretes the elementary truth of existence: I am a Nuosu! This is his great task, and at the same time a kind of prayer that is repeated for generations, in a series of reminders and sublimations, a distant echo of history that reflects the past and the glorious future.

[32] J.  M a j i a, Noble Literature Is Still of Interest and Moment. Acceptance Speech at the Awarding Ceremony of The European Medal of Poetry and Art Homer 2016, w:  Jidi Majia Poetry and the World t. II, Chengdu 2017, s. 737–739.

[33] M.  W o j t a s i k, Jezioro Lugu jest góralską panną, „Akant 2016, nr 11. Przedruk w:  Jidi Majia Poetry and the World, dz. cyt. t. I, s. 686–690.

WAWRZKIEWICZ I SZARSZEWSKI

Po lewej M.Wawrzkiewicz, po prawej – K. Szarszewski

Spotykamy ich na swoich drogach, zawziętych, pyszałkowatych, pewnych siebie, kłamiących, oszukujących i manipulujących opinią społeczną. Zawsze nastawionych na jakąś własną korzyść, na okrzyki zachwytu, poklepywania po plecach, histeryczne zaśpiewy itd. Wszystko kończy się w oparach alkoholu, we wzajemnym zachwalaniu, kpinach z profesjonalistów i próbach obejścia statusu zawodowego, takiego choćby jak Komisja Kwalifikacyjna ZLP. Mój artykuł o nadużyciu toruńskiego wydawnictwa Algo, które w serii wielkich poetów polskich opublikowało zbiór grafomańskich tekstów Krzysztofa Marii Szarszewskiego zyskał ogromny oddźwięk. Dzwonili i pisali do mnie maile pisarze, artyści, naukowcy i wszyscy nie dowierzali, że coś takiego było możliwe. Obok Krasińskiego i Staffa, obok Leśmiana i Grochowiaka facet, którego „twórczość” oceniać powinni psychiatrzy, a w najlepszym przypadku koleżanki i kolesie od kieliszka. Myślałem, że na tym ta humorystyczna, nawet farsowa lub wodewilowa sytuacja się zamknie, a toruński wydawca odpowie na mój list, przeprosi za nieodpowiedzialną decyzję i będzie w przyszłości selektywnie traktował takich geniuszy. Ale gdzie tam… Wydawca się nie odezwał, a nasz wieszcz narodowy (toruński) Krzysztof Maria hrabia Szarszewski rozpętał nade mną prawdziwe piekło pomówień i zniesławień. Każde nowe dzieło w świecie kultury wymaga wsparcia finansowego, każda inicjatywa ciągnięta jest do przodu przez liderów, którzy stają na głowie by zyskała realny kształt i zaczęła mieć swoją wagę i Kapituły Nagród Literackich stale muszą żebrać o wsparcie, szczególnie w sytuacji, gdy centrala ZLP nie daje pisarzom w Oddziałach żadnych dotacji. Szarszewski też chciał stworzyć Kapitułę i zbierał datki na kryształowe skrzydełka, przyznawane koleżankom i kolegom, a wcześniej dał się poznać jako organizator źle przygotowanych wyjazdów do pracy w Wielkiej Brytanii, co opisały toruńskie gazety i sporo zawiedzionych osób gorzko skomentowało w Internecie. Mówią mi jego znajomi z Torunia, że „hrabia” stale próbuje dobrze zarobić, ale mu nie wychodzi, zupełnie tak samo jak z polityką (przegrał wybory w toruńskiej SDRP), jak  z jego „poezją” i jak z promocją partnerki, malującej obrazy na poziomie kółka niedzielnego. W sytuacji, gdy bazuje się na plotkach i po pijaku przekazywanych informacjach, które mają taką wagę jak trollowanie w Internecie, pozostają zniesławienia i brednie produkowane z intensywnością partyjnej agitki. W przypadku Szarszewskiego mamy do czynienia z najniższymi instynktami, gdyż pozwala on sobie na formułowanie zarzutów w związku ze zmyślonymi przewinami seksualnymi. Gdyby to był rodzaj zabawy, a autor puszczałby do mnie oczko, uśmiechnąłbym się i zapomniał o insynuacjach, ale tutaj mamy do czynienia z grubszym szachrajstwem seksualnym, które obraża tyleż mnie, co moją rodzinę i najbliższe mi osoby, a przy tym obniża rangę sprawowanej przeze mnie funkcji.

Yvette Popławska jako Koziołek Matołek – w tym stroju podczas aukcji Orkiestry Owsiaka w Brukseli zaatakowała fizycznie Barbarę Orlowski za co usunięto ją z imprezy

Czasem tak się zdarza, że do takich osób prowadzą nas ludzie zacni, podle przez nich oszukani albo nieświadomie wciągnięci w jakąś plugawą grę. Tak było w przypadku Yvette Popławskiej z Belgii, którą szanowana przeze mnie osoba zaproponowała do Nagrody Pracy Organicznej im. Marii Konopnickiej, a inna równie zacna osoba wzięła na siebie koszty dojazdu do Brukseli i finansowania jej zbioru wierszy. Niestety okazało się, że owa Yvette wymaga jak najszybciej pomocy lekarzy, histerycznie terroryzuje otoczenie, opluwa kogo popadnie, więc wraz z życzliwą jej osobą z Gdańska i jej mężem, natychmiast opuściliśmy dom tej pani. Ale już wtedy Yvette pytała mnie czy znam wielkiego polskiego poetę Krzysztofa Marię Szarszewskiego, bo to geniusz, stający w jednym szeregu z Gałczyńskim i Baczyńskim. Niestety jeszcze wtedy nie znałem autora grafomańskich rymowanek, tudzież ramot opluwających znane osobistości (np. Arcybiskupa Gdańskiego albo Prezydenta RP), a Yvette z zemsty zaczęła opowiadać, że w centrum Brukseli odbyłem stosunek seksualny na samochodzie, zaparkowanym przy budynku Instytutu Polskiego, a jeszcze do tego miałem onanizować się w sali tegoż ośrodka, przy wielu ludziach. Gdy to pierwszy raz usłyszałem, ubawiłem się setnie i zrzuciłem wszystko na karb stanów w jakich Yvette się permanentnie znajduje. Nie przypuszczałem, że kiedyś przyszywany hrabia zacznie wykorzystywać te brednie i robić ze mnie w Internecie erotomana. Cóż, każdy działający w kulturze człowiek narażony jest na trollowanie i wielokrotnie już mnie opluwano, ale to, co wyrabia Szarszewski ma znamiona solidnego przestępstwa. Szczerze żal mi tego człowieka, bo po moim artykule pt. Uwaga grafomania!!! jego stan się znacznie pogorszył i bełkocze teraz teksty, w których brakuje ładu i składu, a ja urastam w nich do rangi największego polskiego zboczeńca. Poziom wypocin Szarszewskiego jest taki, że nie będę ich cytował (wciąż je publikuje w Internecie), tym bardziej, że nie wiem jaki jest jego aktualny stan zdrowotny, ale poczekam co na ten temat powiedzą instytucje powołane do oceny takich zachowań. Jedną z zagrywek Szarszewskiego był list skierowany do Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich, w którym jak pełnoprawny literat, lider ścisłej elity intelektualnej naszego narodu, wyraża zatroskanie z powodu moich niecnych zachowań. Szybko oceniliśmy w naszym Oddziale poziom grafomanii Szarszewskiego i podziękowaliśmy mu, choć miał nadzieję na wstąpienie w nasze szeregi i nawet próbował za moimi plecami urabiać wiceprezesa. Niczego nie uzyskawszy, upubliczniał pełen inwektyw list, który sprokurował na kolanie, w stanie wyraźnie wskazującym na spożycie i swoim zwyczajem insynuował przede wszystkim moje „wyuzdanie seksualne”. Ciekawe to dla mnie, bo jest to rodzaj fantastyki powstającej na kanwie mojego życiorysu, szkoda tylko, że narusza moje dobra osobiste a poziom jest rodem ze śmietnika. Powiem krótko, dosadnie i po raz ostatni: seksistowskie brednie i konfabulacje Krzysztofa Marii Szarszewskiego z Torunia to kłamstwa, pseudointelektualne manipulacje i pomówienia, warto też rzucić okiem na okładkę tomiku poetki, którą on wymienia jako moją ofiarę. Choć ta pani odsłania swoje wdzięki  i rozdaje zbiorek na zakrapianych imprezach komu popadnie, jakoś odrzuca mnie ten tandetny ekshibicjonizm i epatowanie niemłodym już ciałem. Ale Szarszewski czyni z Mariny Kretkowskiej strażniczkę moralności i dobrego smaku, przejętą moimi rzekomymi propozycjami uhonorowania jej jakąś tam nagrodą.

” Wszyscy mnie molestują, a ja taka niewinna…” – okładka tomiku Mariny Kretkowskiej, na której zamieściła swoją obnażoną podobiznę

Będąc od wielu lat kandydatem do funkcji Prezesa Związku Literatów Polskich i przeciwnikiem obecnego Prezesa Marka Wawrzkiewicza, stałem się obiektem jego niewybrednych ataków i napaści skupionych wokół niego akolitów. Człowiek ten został szeroko opisany w książkach i w prasie jako donosiciel SB i dawno powinien zniknąć z naszego życia publicznego, ale intratność posady nie pozwala mu na rezygnację, nawet w sytuacji, gdy osiągnął wiek osiemdziesięciu lat. Taki Szarszewski, opluwający mnie i produkujący wiele kłamstw na mój temat, był nie lada gratką dla Wawrzkiewicza, który natychmiast spostrzegł, że twórca grafomanii może mu się przydać w walce ze mną. Tak zaczął konstruować intrygę, której kanwą miały być moje rzekome przewiny seksualne, „oszustwa” przy pracach nad wydaniem kolejnych książek zaprzyjaźnionych autorów, tudzież zdobywanie milionów złotych z handlu nagrodami literackimi (!!!). Szarszewski zaczął nakręcać swoją gromadkę alkoholową, nawiązał też kontakt z wrogimi mi, a jakże marnymi poetkami z Bydgoszczy, Krystyną Wulert i Wiesławą Barbarą Jendrzejewską, do tego dorzucił wspomniane wyżej Popławską, Kretkowską, Ziębę i swoją konkubinę Żakowską. Wawrzkiewicz promieniał, a spotykając się z Szarszewskim w Warszawie, obiecał mu nawet funkcję Prezesa Oddziału Bydgosko-Toruńskiego po wyrzuceniu mnie z organizacji. Już przed ostatnim Zjazdem ZLP w maju 2015 roku pisząc o wypaczeniach Wawrzkiewicza, zaznaczałem, że od strony literackiej nie można mu prawie niczego zarzucić, bo to interesujący poeta. Tym bardziej trudna do pojęcia jest unia znającego się na poezji człowieka, z autorem straszliwej grafomanii, która ostatnio przybrała formę wulgarnych ataków ad personam, w których pojawia się cały katalog słów powszechnie uznawanych za ohydne. No ale czego się nie robi by pokonać rosnącego w siłę przeciwnika, tym bardziej, że doświadczenia zdobyte w poprzedniej epoce, wskazują, że każde zawirowanie może stać się podstawą do „działań operacyjnych”. Prowadząc tasiemcowe rozmowy telefoniczne i spotykając się z Szarszewskim, dowartościowując go tym, że Prezes ZLP spotyka się z autorem bezsensownych słowotoków, publikowanych najczęściej w Internecie, Wawrzkiewicz próbował skonstruować intrygę przeciwko mnie. Przyjmował przy tym wszelkie bzdurne enuncjacje Szarszewskiego. Szczytem wszystkiego był donos, który wystosował do członków Oddziału Bydgosko-Toruńskiego, w którym oskarżał mnie o to, o co wcześniej oskarżał Szarszewski. Jego donos – jak w czasach, gdy wykazywał aktywność w strukturach milicji obywatelskiej – oparty był o kłamstwa i niesprawdzone informacje, a pointą miało być nieprawdziwe doniesienie jakoby polska poetka z Niemiec – Barbara Orlowski – została przeze mnie ulokowana w Zarządzie Oddziału Bydgosko-Toruńskiego ZLP. Wawrzkiewicz dobrze wiedział, że jego wieloletnia partnerka, zasiadająca teraz w Komisji Kwalifikacyjnej organizacji, odrzuciła kandydaturę poetki z Niemiec, ale postanowił zasiać ziarno destrukcji w kolejnym Oddziale (przypomnijmy przy tym, że wcześniej wchodził w konflikt z Oddziałami w Krakowie, Poznaniu, Katowicach i Ciechanowie). Szarszewski budował w Internecie seksistowską famę moich kontaktów seksualnych z wyżej wskazaną koleżanką, a Wawrzkiewicz natychmiast to podchwycił i potwierdził swoim podpisem nieprawdę w listach do członków naszego Oddziału.

Dla Wawrzkiewicza nie ma znaczenia to, że Szarszewski dwukrotnie przegrał procesy ze mną w Sądzie Rejonowym i Okręgowym w Toruniu, zapłacił duże sumy pieniędzy, a także nakazano mu przeprosić mnie w prasie. Wysyłałem Prezesowi ZLP kopie wyroków, wraz z uzasadnieniami i gdyby nie był zaślepiony nienawiścią do mnie, łatwo by zauważył, że udowodniono Szarszewskiemu znieważenia, nałożono na niego określone prawem kary, wpisano go do rejestru osób skazanych prawomocnymi wyrokami, a po ponownych splugawieniach mojej osoby w Internecie, odbędzie się proces, tym razem przed Sądem Rejonowym w Bydgoszczy. Tutaj warto kilka słów powiedzieć o Związku Literatów Polskich, a właściwie Związku Literatów Warszawskich, bo Wawrzkiewicz tak to sobie poustawiał, że otaczają go przede wszystkim ludzie z Warszawy. Od wielu lat fikcją jest Zarząd Główny organizacji, a wszelkie decyzje podejmuje Prezes i Prezydium, którego skład po każdym Zjeździe proponował sam Prezes. Wszelkie decyzje tego gremium powinien zatwierdzać Zarząd Główny w pełnym składzie, ale nie ma takich posiedzeń, co Wawrzkiewicz tłumaczy brakiem pieniędzy, choć ZLP otrzymywał i otrzymuje określone sumy z Fundacji Domu Literatury i Domów Pracy Twórczej, ma dochody z wpisowego nowych członków, składek i od innych darczyńców. Niedawno powołano także do życia Rzecznika Dyscyplinarnego (i ten dopiero pokaże temu Lebiodzie!!!), nie dokumentując głosowania internetowego członków Zarządu Głównego. Ostatnim razem, gdy Wawrzkiewicz zdecydował się wreszcie zwołać posiedzenie Zarządu Głównego, w pełnym składzie osobowym, (wchodzą do niego także Prezesi wszystkich Oddziałów organizacji) swoje funkcje utracili agenci SB, szeroko opisani przez Joannę Siedlecką w trzech książkach, a także w prasie ( m. in. w „Rzeczpospolitej”). Nadal jednak Prezesem jest konsultant „MW”, a u jego boku są inni dawni agenci – ostatnio w swoich działaniach rekomunizacyjnych posunął się nawet do tego, że Sekretarzem Generalnym ZLP uczynił autora książki pt. Zmiany w funkcjonowaniu gospodarki radzieckiej po XXVII Zjeździe KPZR. Zdaje się, że finalnym posunięciem Wawrzkiewicza, z Szarszewskim u boku, jest doniesienie do bydgoskiej Prokuratury na mnie i moje, wskazane wyżej, straszliwe przewiny. Wcześniej, gdy gromadka niczego nie wskórała w Sądach Torunia, pobiegła do Prokuratury Toruńskiej, a ta w przewidzianym ustawowo czasie odrzuciła pomówienia zbudowane na osobistych animozjach. Wszystko to dość bełkotliwe, absurdalne, pokrętne, oparte o etykę esbecką z poprzedniej epoki, zalane sosem grafomanii i kłamstw, absurdalnych pomówień i prób niszczenia przeciwnika. Cóż robić w takiej sytuacji? Ano będę konsekwentny i podążę ścieżką na którą wszedłem, gdy wystąpiłem w obronie kultury polskiej, wskazując nadużycie publikacji grafomanii Szarszewskiego w jednej serii z Mickiewiczem, Norwidem i Baczyńskim. Obok procesów o zniesławianie, znieważanie, warto sprawdzić jak Prokuratura i Sądy podejdą do ewidentnych dowodów na pieniactwo Szarszewskiego, Prezesa ZLP i reszty gromadki doraźnie skupionej wokół idei zniszczenia „czarnego luda”  z Bydgoszczy (art. 234 k.k.).

Anna Z. – tak się zachowywała w moim domu, gdy upiła się w sztok

MIŁOŚĆ OJCOWSKA

Oddanie zwłok Hektora – płaskorzeźba z rzymskiego nagrobka

W naszej kulturze miłość rodzicielską najczęściej egzemplifikują matki, czule kochające synów i córki, codziennie stające na głowie by zapewnić im wszystko, co jest potrzebne do życia. To one pojawiają się na obrazach, gdy karmią niemowlęta piersią, albo opiekują się barwną gromadką malców, wpatrzonych w nie z uwielbieniem. Wbrew powszechnym przekonaniom, że matki czulsze są dla chłopców, stają się one też uważnymi opiekunkami, a potem przyjaciółkami swoich córek. Miłość ojcowska nie bywała tak spektakularna jak matczyna, znacznie rzadziej pojawiała się też jako temat w malarstwie i literaturze, choć zdarzały się dzieła, gdzie była ich osią. Przy takich rozważaniach natychmiast przychodzi na myśl tragedia króla Troi Priama, gotowego znieść wszelkie formy poniżenia, by tylko odzyskać ciało zabitego syna – Hektora. Prosi on, a nawet błaga Achillesa o zwrot zwłok syna: Hektor, zginął od ciebie, walcząc za ojczyznę./ Po niego tu przychodzę. Uczcij mą siwiznę!/ Masz okup wielkiej ceny, masz drogie ofiary:/ Szanuj bogi Achillu, nie gardź mymi dary!/ Przypomnij ojca, obu nas ciężar lat gniecie./ Może być ktoś ode mnie biedniejszy na świecie?/ Jam usta – tegom wreszcie nieszczęśliwy dożył/ Na ręce synów moich zbójcy położył”. (Księga XXIV w. 287-294, przeł. Józef Paszkowski). Priam ofiaruje mordercy syna wóz pełen złota i prosi by złagodził on karę pośmiertną, nałożoną na Hektora, a była ona doprawdy straszliwa. Achilles rzucił zwłoki psom i sępom (brak pochówku był haniebny dla starożytnych, bo wierzyli oni, że dusza stale tuła się pośród żywych), a potem codziennie przyczepiał, coraz to bardziej okaleczone ciało, do swego rydwanu i przejeżdżał przy murach obleganej Troi. Łzy ojca i suty podarunek zmiękczyły serce greckiego herosa i wydał on zwłoki, a potem uszanował nawet dwunastodniowy okres żałoby po uroczystej kremacji. To ojciec, a nie matka Hekabe, zaryzykował i udał się do obozu najeźdźców, a potem odzyskał szczątki ukochanego syna. Jak widać, już w epoce starożytnej miłość ojcowska pojawiała się w największych utworach literackich, a postawa Priama stała się inspiracją dla epok następnych, generując nowych bohaterów nie wahających się poświęcić życia dla swoich dzieci.

Gustav Pope, Córki Króla Leara (1875-1876)

Inaczej ukazał miłość ojcowską William Szekspir w dramacie pt. Król Lear (1623), osią intrygi czyniąc pomyłkę, jaką popełnił sędziwy ojciec. Pytając trzy córki – Gonerylę, Reganę i Kordelię – o siłę miłości do niego, dał się zwieść pierwszym dwóm, a usłyszawszy skromne zapewnienie Kordelii, wydziedziczył ją i wypędził z królestwa. Doprowadziło to do szeregu straszliwych komplikacji i intryg mających na celu ostateczne pozbawienie go władzy i zagarnięcie królestwa przez wiarołomne córki. Stary król popada w obłęd, a skutkiem jego nieroztropnych decyzji jest wojna domowa, podczas której życie traci prawdziwie kochająca go Kordelia, a wreszcie i on sam. Szekspir wykorzystał motyw z anonimowego dramatu angielskiego, popularnego w jego czasach i znacznie go rozbudowując, wsączył jednocześnie do niego wątki uniwersalne. W jego ujęciu dramat rozgrywa się pośród żywiołów natury, a człowiek zdaje się ledwie drobinką, niewiele znaczącą pośród ogromów kosmosu. Można być władcą, można mieć nieograniczoną władzę, a i tak prawa natury i biologii upomną się o ich respektowanie, a śmierć, niczym czarny woal, spowije to, co zdawało się jaskrawe i wyraziste. Oczywistym błędem Leara był ów test, któremu poddał córki – sam w sobie zwierający element nieufności i generujący ciąg oszustw. Prawdziwa miłość nie potrzebuje takich sprawdzianów, rozwija się przez lata i umacnia, a swoje zwieńczenie znajduje w sprawiedliwym podziale majątku ojca lub matki. Dzieci wychowywane w miłości i wzajemnie się szanujące nigdy nie pokłócą się o majątek, a ich ugoda będzie aktem ostatecznego przywiązania i manifestacją uczuć do darczyńców. Król zapragnął potwierdzenia miłości za życia i sprowokował szereg kłamstw i fałszywych zapewnień, co natychmiast wyczuła Kordelia i uczciwie nie zgodziła się na schlebianie ojcu w takiej sytuacji. Ten – niesprawiedliwie ją oceniający i uwiedziony zapewnieniami Regany i Goneryli, dał się wyprowadzić w pole. Po jakimś czasie zorientował się, ale było już za późno dla niego i prawdziwie go kochającej Kordelii, uznał własną porażkę, zapłakał nad jej martwym ciałem, a potem, zgnębiony tragedią, jaka się dokonała, osunął się w nicość.

800px-Father_Goriot_by_H._Daumier_(1842)

Honoré Victorin Daumier, Ojciec Goriot

Motyw totalnej miłości ojcowskiej pojawia się też w jednej z najsłynniejszych powieści Honoriusza Balzaka pt. Ojciec Goriot (1835). W pensjonacie prowadzonym przez Madame Vaquer przy ulicy Neuve-Sainte-Geneviève spotykają się trzy jakże różne postaci: znany z innych powieści Balzaka rzezimieszek i prawdopodobnie homoseksualista Vautrin (Ołży-Śmierć – Trompe-la-Mort), emerytowany producent makaronu Jan Joachim Goriot i student prawa Eugeniusz de Rastignac. Właśnie zaczęły się głębokie zmiany w społeczeństwie francuskim za restauracji Burbonów i jednostki zyskały większą integralność, ale została też zainicjowana powszechna walka o poprawienie własnej pozycji społecznej. Vautrin fascynuje się urodą i świeżością Rastignaca, a jednocześnie próbuje moderować jego rozwój, ale przy okazji gubi gdzieś daleko posuniętą ostrożność. Spowoduje to szereg zdarzeń nie dających się odwrócić i w  konsekwencji ponowne uwięzienie dawnego galernika. Na tle interakcji młodzieńca i wyrachowanego kryminalisty, Balzak umieszcza dramat ojca Goriota, doświadczonego straszliwie przez życie i zdeprawowane jego bogactwem córki. Rastignac zdobywa względy jednej z nich: Delfiny de Nucingen i nie godzi się z krwawym planem Vautrina, mającym na celu zdobycie fortuny innej pensjonariuszki pensjonatu – Wiktoryny Taillefer. Goriot wyprzedaje powoli swoje dobra by zaspakajać zachcianki córek i spłacać ich długi, a w zamian nie może nawet liczyć na publiczne przyznawanie się do niego obu kobiet. Szczególnie druga córka – Anastazja de Restaud – dostarcza mu wielu trosk, a dowiedziawszy się, że sprzedawała rodzinne diamenty męża, by spłacać długi kochanka, doznaje udaru mózgu. Zanim do tego dojdzie, być może najwspanialszy ojciec świata, zazna wielu zgryzot, ale wciąż będzie usprawiedliwiał córki. Stale będzie im pomagał, pogrążając się coraz bardziej. Nieco światła do jego życia wprowadzi de Rastignac i to od niego otrzyma najwięcej  darów serca, i to on odda mu ostatnią posługę, bez wahania zadłużając się na konto pogrzebu. Tak jak ślepa miłość zaprowadziła króla Leara na bezdroża ludzkości, tak samo żarliwa miłość do córek okryła kirem ostatnie lata życia ojca Goriota i zgnębiła ostatecznie Priama. W obu przypadkach doszło do nadużyć, których powodem były nierozważne decyzje dzieci, ale też bezwarunkowa miłość rodzicielska, odsuwająca na plan dalszy zdrowy rozsądek i kierująca się pokrętną logiką. Lear pragnął totalnej miłości trzech córek i zwiodły go fałszywe zapewnienia dwóch z nich – Goriot i Priam stale nosili w pamięci dni szczęścia rodzinnego, gdy syn i córki się rodziły, a potem dorastali w spokoju, stworzonego przez nich, zamożnego domu. Porażka wychowawcza ojców i matek widoczna bywa dopiero w obliczu straszliwej tragedii, bo ojciec i matka do końca stać będą po stronie dzieci, nie widząc ich deprawacji, nie przyjmując do wiadomości wynaturzeń osobowości.

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (10)

1797493_552828628148150_379137163_n

Beata mieszkała na drugim piętrze tego samego bloku, co ja, ale w innej klatce, nieco dalej w kierunku pawilonu Poczty i dużego centrum sklepowego. Bardzo mi się podobała, szczególnie, gdy układała długie, jasne włosy w kok i uwalniała dwa grube kosmyki z boku twarzy, często powiewające na wietrze, albo układające się pięknie na wyraziście uformowanych, okrągłych policzkach. Długo przyglądaliśmy się sobie z daleka, mijaliśmy się bez słowa na chodniku, gdy wyprowadzała sporego, czarno-brązowego boksera. Nie lubiłem go, ale paradoksalnie dzięki niemu poznałem ją bliżej, gdy jednego popołudnia rzucił się na mnie znienacka. Gdybym zgrabnie nie uskoczył, ugryzłby mnie w szyję albo w ramię, może przewróciłby albo podrapał pazurami.

– Holden, co ty wyprawiasz…? – krzyknęła przeraźliwie Beata, szarpnęła warczącego psa i z promiennym uśmiechem zwróciła się udo mnie: Przepraszam cię, nie wiem co mu się stało, od samego rana dzisiaj rozrabia i nawet mój ojciec przylał mu trzcinką…

– Może dlatego jest taki zły Beatko… – powiedziałem pojednawczo i również uśmiechnąłem się do niej.

– Holden!!! Holden!!! Przestań błaźnie… Co ty dzisiaj wyprawiasz – powiedziała i wymierzyła psu kilka razów końcem smyczy.

Bardotka_konczy_lat_3575317

Dopiero teraz zauważyłem jaka jest piękna, jak cudownie ukształtowana, szczupła w pasie, z dużymi, bujającymi się pod bluzką piersiami i kształtnym tyłkiem. I te nogi, okryte czarnymi pończochami, kontrastujące z białą mini spódniczką. Jej bokser był istotą z innego świata i takie piękności jak ona powinny nosić na ręku małe białe pudelki lub puszyste shi tzu, wyprowadzać na spacer przyjazne pieski beagle albo miniaturowe labradory. A ten rozrośnięty buldog ociekał śliną, wydawał się brudny i stale manifestował swoją niezależność. Niejednokrotnie widziałem z okien mojego mieszkania jak ciągnął Beatę, nie zważając na to, że próbowała go szarpać, uderzała raz po raz smyczą albo jakimś wziętym z trawnika kijkiem.

– Holden uspokój się wreszcie…! To jest dobry pan… przestań już szaleć jakbyś zobaczył strasznego demona… – powiedziała, przerywając raz po raz zdania szarpnięciami skórzanej, grubej smyczy.

Miło połechtało mnie to, że tak mnie określiła i jednocześnie zauważyłem inne elementy jej zjawiskowej urody. Miała dziwnie błękitne oczy, które w połączeniu z jaskrawo białymi gałkami przydawały cech lalkowatości jej twarzy, a przecież potrafiła też podkreślać urok swoich ust, malując je wyrazistą, karminową szminką. Do tego dochodził staranny makijaż i dobrze dobrany make up, obwiedzenie oczu niebieskim cieniem, przyczernienie rzęs i brwi, no i te puszyste jak ptasi puch włosy. Jak mogłem nie doceniać w pełni jej transparentnej urody i traktować ją jak jedną z licznych koleżanek z podwórka? Jak mogłem przez tyle lat mijać ją bez słowa i nawet nie zainteresować się, gdy jej mama powiedziała mojej mamie, że Beata bardzo się mną zajmuje? A może po raz pierwszy tak mocno się umalowała i zobaczyłem ją innymi oczyma, jakby była dziewczyną z okładki kolorowego pisma, jak Brigitte Bardot, Claudia Cardinale albo Jane Fonda.

– Nic się nie stało Beatko… – jeszcze raz zapewniłem ją, że incydent z psem nie wywarł na mnie większego wrażenia – Przynajmniej mogłem z tobą zamienić kilka słów.

– Holden stał się nie do zniesienia, ale co mamy teraz zrobić, przecież po tylu latach nie wypędzimy go z domu… – powiedziała i wydęła usta niczym Bardotka ze zdjęcia na odwrocie lusterka, które zawsze nosiłem w kieszeni.

Uśmiechnąłem się raz jeszcze, dokładnie zsumowałem w myślach jej wszystkie zalety, na końcu zauważając lśniące, czerwone pantofelki, okrywające malutkie stopy i poczułem jak wielkie gorąco napływa do mojego ciała. Wyraźnie zbierała się odejścia, więc by ją jeszcze na chwilę zatrzymać, zapytałem:

            – A skąd wzięło się imię Twojego psa?  Przecież nie chodzi tutaj o markę australijskich samochodów…?

Roześmiała się serdecznie i zauważyłem, że ma połyskujące zęby, białe jak perły, wygięła się też jakoś tak powabnie, że nieopatrznie wydałem z siebie przeciągłe westchnienie. Po raz pierwszy kobiecość tak podziałała na mnie i zapragnąłem posiąść ją jak najszybciej.

– Coś ty…! Chodzi o Holdena Caulfielda…

Pokiwałem głupkowato głową, ale nie miałem pojęcia kto to taki. Wzięła to za dobrą monetę i dodała:

– Też lubisz tę powieść…? Moglibyśmy usiąść u mnie w domu i porozmawiać o niej, ja nieustannie czytam ją we fragmentach, wracam do najlepszych scen i marzę o takim chłopaku jak on…

Bardotka_konczy_lat_3579814

Raz jeszcze pokiwałem głową, ale wystraszyłem się nie na żarty, że moja ignorancja wyjdzie na jaw, więc szybko powiedziałem:

– Chętnie, ale musimy się umówić na spotkanie, gdy będziemy mieli kilka wolnych godzin, bo teraz muszę wracać do domu.

– Ok.! Powiedziała, dmuchnęła zalotnie w grzywkę na czole i zaczęła odchodzić w dal ze swoim szarpiącym się stale bokserem.

– To na razie… Trzymam Cię za słowo… Jesteś bardzo podobny do Holdena… Zawsze tak sobie go wyobrażałam…

Odwróciłem się na pięcie i skrzywiłem w bolesnym grymasie twarz, bo w pierwszej chwili skojarzyłem to imię z mordą jej psa, ale po chwili dotarło do mnie, że chodzi o tego tajemniczego Holdena Caulfielda, o którym nigdy nie słyszałem. Szybko zjadłem obiad w domu i natychmiast pobiegłem do osiedlowej biblioteki.

– Chciałbym znaleźć jakieś wiadomości o Holdenie Caulfiedzie… – powiedziałem do zaprzyjaźnionej pani bibliotekarki i zrobiłem minę jakby wszystko wiedział o tej postaci.

Kobieta w pierwszej chwili nie skojarzyła o kogo chodzi, ale zaraz zorientowała się w czym rzecz i poszła do jednej z półek, a następnie przyniosła dwa tomy historii literatury amerykańskiej i zaczytany, straszliwie powydzierany, niewielki tom, wydany w formie broszurowej przez wydawnictwo Iskry. Na samym dole zauważyłem wydrukowany białymi literami tytuł: Buszujący w zbożu i uznałem, że bibliotekarka chyba się pomyliła. Ale ilustracja stylizowanych amerykańskich drapaczy chmur i symbolicznie zaznaczonego, dziwacznego, białego człowieczka w czerwonej czapeczce, a także nazwisko autora – J. D Salinger – zaintrygowały mnie na tyle, że wziąłem do ręki książkę, a po odwróceniu jej zacząłem czytać  notę redakcyjną, wydrukowaną tłustymi, czarnymi literami na żółtym tle: Bohaterem „Buszującego w zbożu” jest szesnastoletni uczeń, Holden Caulfield… Uśmiechnąłem się do kobiety stojącej przede mną i wypożyczyłem dwa tomy analityczne i tę niezbyt efektowną, wydaną 1967 roku książkę. Szybko też podążyłem z powrotem do domu, położyłem się na tapczanie i zacząłem czytać powieść amerykańskiego autora. Ani się nie obejrzałem jak zmieniła się pora dobowa, nadeszła noc, a ja wciąż wpatrywałem się w pożółkłe i przybrudzone stronice.

POWRÓT SZPAKÓW

563px-Colourful_starling

Dzisiaj po raz pierwszy zobaczyłem szpaki, które wróciły z dalekich podróży do ciepłych krajów. Na razie jeszcze wychudzone, ale wciąż niezwykle ruchliwe, szukające pierwszych owadów i okruchów pożywienia innego rodzaju. To prawdziwe potwierdzenie, że wiosna nadchodzi wielkimi krokami i tylko patrzeć jak zaczną przylatywać inne ptaki. Ucieszył mnie widok barwnych istot baraszkujących na trawniku, wzlatujących na gałęzie drzew owocowych i umykających ku innym ogrodom. Zima przełomu 2016 i 2017 roku nieodwołalnie przechodzi do historii i przyznać trzeba, że nie była zbyt dokuczliwa. Zdarzały się mrozy, lodowate wiatry, ale w sumie nie było najgorzej i cieplejsze dni generowały przejaśniania, odsłaniały ogromne przestrzenie błękitu.

ALEJA KLONÓW (23)

   osa

Siedziałem przy stole, dosuniętym do okna i bawiłem się kolorowymi klockami z drewna, pięknie polakierowanymi i lśniącymi w świetle poranka. Mama poszła do pracy, a ojciec odwoził ludzi wielkim Jelczem do fabryki rowerów i miał co jakiś czas do mnie zaglądać. Umieściłem zielone podpory na dole, a na nich ustawiałem niebieskie kolumny, zawieszałem czerwone łuki i żółte dachy. Wyobrażałem sobie jakiś wspaniały pałac, w którym byłem księciem w złotych szatach, wydawałem rozkazy i przechadzałem się z komnaty do komnaty. Budowlę lokowałem pośród palm i gęstych zarośli trzciny cukrowej, gdzieś w tropikach, może w Egipcie, a może w południowych Chinach. Choć niewiele wiedziałem jeszcze wtedy o geografii, to zdawałem sobie sprawę, że takie krainy istnieją. Może to była wiedza z poprzedniego życia, przelewająca się przez kataraktę narodzin, a może, gdy leżałem w łóżeczku, dotarły do moich uszu jakieś informacje z włączonego radia, z pierwszego telewizora, z rozmów i opowieści dorosłych? Z poczuciem radości i pełni budowałem pałac z klocków i nuciłem jakąś piosenkę la la la la, na chwilę przestawałem śpiewać, a potem znowu zaczynałem la la la la. Było mi błogo, bo docierało do mnie ciepło z kuchennego pieca, w którym stale jarzyły się bryły węgla i kawałki drewna, przyniesione przez mamę z szopy. Rozlewał się we mnie spokój i czułem się bezpieczny, czekający na pierwszą wizytę ojca, myślący o pałacowym życiu i jakichś odległych zdarzeniach, mgliście rysujących się w pamięci tragediach, walkach, ucieczkach i wędrówkach przez niebieskie góry i rozległe równiny. Ustawiłem właśnie na górze ostatni, wieńczący wszystko, czarny klocek w kształcie ostrosłupa i nagle coś przykuło moją uwagę na szybie.

Tuż przy białej ramie chodził wolno jakiś straszny, ruchliwy, żółto-czarny owad, przypominający przybysza z zaświatów. Miał pasy na szpiczastym odwłoku, zakończonym jakby kolcem, teleskopowe odnóża, czarny tułów w żółte plamy, z którego wychodziły skrzydła, przeźroczyste jakby zostały zrobione z pergaminu. Miał też jakby łapy z ostrymi haczykami na końcu i owalną głowę, z czułkami na dole i górze. Nie wiem dlaczego nagle zachciało mi się bardzo pić, więc sięgnąłem po szklankę z wodą, stojącą na środku stołu, pociągnąłem ze dwa łyki, a potem odstawiłem ją na parapet, tak by przez jej soczewkę patrzeć na stojące teraz w miejscu żyjątko. Dopiero teraz zauważyłem więcej szczegółów, wyrazistych arterii na skrzydłach, mikroskopijnych włosków na tułowiu i głowie, tajemniczych rysunków na odwłoku. Patrzyłem na tego owada jak zaczarowany, ale czułem podświadomie, że jest groźny, że może wyrządzić krzywdę. Nagle przez moją świadomość przemknęły obrazy zabijania, ścinania głów, odrąbywania ramion i wbijania pik w brzuchy, a gdzieś daleko, jakby na samym dnie mojej świadomości, odzywały się głuche krzyki, przeraźliwe wołania o pomoc. Przestraszyłem się i na chwilę zakryłem twarz rączkami, co jakiś tylko czas wyglądając ciekawie, co robi istota z innego świata. Przekrzywiłem się dziwnie i patrząc przez szklankę z wodą, zobaczyłem nagle ogromną głowę, miarowo ruszającą górnymi czułkami, ocierającymi krótkie odnóża o sterczące na dole wyrostki i włoski. Nigdy jeszcze nie widziałem czegoś takiego, a choć bałem się straszliwie, przemogłem lęk i patrzyłem na ruchliwego towarzysza, który próbował wspinać się po szybie, lecz co jakiś czas spadał na ramę okienną i znowu zaczynał mozolne wspinanie się na przeźroczystą taflę. Jego udręka spowodowała, że zapragnąłem mu pomóc, jakoś unieść go w górę, przesunąć po szybie, by znalazł się u góry.

Powoli zacząłem zbliżać wskazujący palec do owada, a przy okazji zburzyłem pałac z klocków, który rozpadł się doszczętnie. Kolorowe elementy potoczyły się po całym stole, a jedna z zielonych kolumn spadła na podłogę. Nie zwróciłem na to uwagi, bo dziwny twór zastygł w bezruchu, jakby zachęcając mnie bym go dotknął i posunął w górę. Zrobiłem to delikatnie, ale gdy poczułem zimny, chitynowy pancerz, natychmiast cofnąłem rękę i odsunąłem się od szyby. Owad poruszył się, wyprostował skrzydła, w których słońce natychmiast wyświetliło kolory tęczy, apotem podszedł kilka centymetrów do góry. Znowu zacząłem powoli zbliżać do niego rękę, a gdy prawie już dotykałem intruza, zerwał się nagle z szyby i zaatakował mój mały, wskazujący palec. Krzyknąłem przerażony, bo poczułem jakby wlało się do niego stopione żelazo, albo jakbym oparzył się nieopatrznie rozgrzaną do czerwoności fajerką. Skoczyłem od stołu i uderzyłem się o piec, a potem zacząłem biegać od pokoju do kuchni i dalej do niewielkiego korytarzyka przed ubikacją. Machałem ręką w powietrzu, albo brałem bolący palec do buzi i ssałem go zawzięcie, ledwie na sekundy zatrzymując ataki bólu. Zauważyłem, że zaczerwienił się bardzo i spuchł, powiększając się dwa razy i stając się dziwnie obcy, jakby już nie należący do mnie. W końcu zauważyłem szklankę z wodą i wsadziłem do niej całą, malutką dłoń, co na chwilę uśmierzyło ból, ale nie powstrzymało pulsowania, jakby ciągłego wnikania niewidzialnej igły w ciało. Łzy spływały mi po policzkach i łkałem głośno, co jakiś czas zerkając na owada, kręcącego się teraz w kółko w rogu szyby.

Niebawem usłyszałem chrobot klucza w zamku i zobaczyłem ojca wchodzącego do domu. Tuż za nim podążała babcia Józia i gdy ujrzała, że płaczę natychmiast podbiegła do mnie.

– Co ci się stało skarbie? – zapytała, choć jeszcze nie mówiłem, a tylko nieporadnie artykułowałem pojedyncze wyrazy.

Pokazałem jej opuchnięty palec i jeszcze głośniej zapłakałem, a babcia natychmiast zorientowała się, co się stało

– Ukąsiła go osa w paluszek – powiedziała, a zobaczywszy owada na szybie, błyskawicznie zdjęła laczek z prawej stopy i bezlitośnie rozdusiła nim nieszczęśnika.

– Oj, oj, on zawsze coś wywinie – powiedział ojciec tak jakbym to ja był sprawcą całego zamieszania.

– Mówiłam wam, że nie macie zostawiać dzieciaka samego w domu… mieliście go przyprowadzić do mnie, to bym go dobrze pilnowała… – powiedziała z wyrzutem.

– Kto by przypuszczał, że zaczepi osę… – ojciec dalej obstawał przy swoim, ale nie skończył, bo babcia przerwała mu bezceremonialnie.

– Głupi jesteś… Jak but!!! Pewnie pierwszy raz w życiu zobaczył osę i nawet jak ją dotknął, to zrobił to z ciekawości…

– No, ale teraz już poznał żądło osy i będzie się miał na baczności… nauka nie pójdzie w las… – filozofował tata.

Babcia zrobiła straszną minę, więc nic już więcej nie powiedział, tylko zabrał się za wyciąganie żądła, które wyraźnie tkwiło pod skórą. Zdezynfekował spirytusem igłę do szycia i delikatnie, powodując tylko lekki ból, wydobył czarny, mikroskopijny kształt. Babcia wzięła mój palec do ust i wyssała nieco krwi z ranki, a potem pokryła ją maścią i zabandażowała elegancko. Położono mnie do łóżka i po strasznym doświadczeniu tego ranka natychmiast zasnąłem, a choć śniły mi się monstrualne osy, zawisające nad moją głową, przylatujące skądś z daleka, żadna nie odważyła się zaatakować. Może dlatego, że po wyjściu ojca z domu, babcia usiadła na kanapie, tuż przy moim łóżeczku i czuwała nad moim snem niczym strażnik obszarów tajemnicy.

RITES OF ETERNITY

thumb_P1010630_1024

Otrzymałem właśnie od zaprzyjaźnionego tłumacza wspaniały przekład na język angielski mojego Posłowia do książki znakomitego poety chińskiego Jidiego Majii. Przyjaźnię się z nim od 2009 roku, kiedy to spotkaliśmy sie po raz pierwszy na Wyżynie Tybetańskiej. Ilustruję ten tekst moimi zdjęciami ludzi z narodowości Nousu, z której wywodzi się Majia i której jest wieszczem.

Jidi Majia – one of most eminent contemporary poets of China – creates cultural poetry, deeply rooted in the tradition of the Nuosu nation, in ancient magical consciousness, moderated by bimo priests and ghosts of forefathers. They create the invisible, spiritual space, with which the people of the mountains remain in constant touch, which specifies them and, with time, becomes great human longing for purity and fullness. Living in the presence of the magnificent and natural beauty, they continually endeavor to reflect the depth in their fate, giving themselves to it, and connecting it to great cosmogonic systems and elemental mechanisms of persistence. This means sensing the eternal existence, and at the same time completing days and nights, remaining in human body with its morbidity and pain, this is retaining the human form being subject to the elements and the destructive force of time. Rarely does it happen that human awareness appears so vividly in poetry, twinkling and taking the form of a bright ray, permeating enormous time divisions, scanning the space in all its shapes and metamorphoses. Majia can write a poem delicate like flutter of dragonfly’s wings, and at the same time create vast panoramas reflecting the spirit of the whole epoc, ethos of free existence among mountains and lakes, in harmony with animals, birds and all living creatures. Every new lyrical scene continues the story of the tribe and one entity, exclude from it, as if nominated to proclaim its glory. The poet is well aware that he was chosen out of many and is trying to fulfill what fate appointed him – he might as well have lived among the mountains of Liangshan, he might have gone hunting with a gun and live his life peacefully and torpidly in his native clan. He might have danced by the bonfire and looked into the distance from mountaintops, but his fate led him to the worldly poets, where he started to praise the earth and the nation in the distant corners of the world. He might have sung in huts far away from frosty, cosmic voids, he might have listened to the stories of sages and medicine men, but his task was to face the world and repeat the elemental truth of existence: I am Nuosu! This is his great task, and at the same time, a kind of prayer passed from one generation to another, this is a chain of reminders and uplifts, distant echo of ancient stories, which have come about and which will come to be.

46

Cultural rites play an important role in this poetry, where most important are ceremonies connected with transformation of carnal being to spiritual one, and crossing the border of life.  The dead bodies undergo cremation and go through the elemental fire in the act of cosmic metamorphosis, once again they become cosmic matter, microscopic element of the land of mountains, lakes and inconceivably enormous universe. The poetry repeats the motif of body cremation, which is a reference to ancient rituals of burning bodies on the stake, but at the same time it is an element of faith in reincarnation, return to of the spiritual form to the childhood land and to the first love, wandering of the released entity among the peaks and slopes, spreading the one and only ephemeral consciousness in the enormity of space. Cremation becomes the central moment for limited existence, but at the same time depicts the horizon of existence for the spirit, sets it in motion and increases its momentum, takes it the places of first initiations and keeps sending it into the cosmos. Fire purifies, but at once turns cosmic, initiating the breakdown of complex innate structures, introducing them again into the unimaginative dimensions, indistinguishable and ever changing worlds, giving birth to galaxies, supernovas and asteroids. The poet is obviously fascinated with the moment of destruction of the mortal form ad entering the circle of elemental structures of the matter, final merging with rock, with black earth and clay, loam and dust. Fire becomes the sign of eternity, momentarily bounded by human form. Cremation becomes its most important rite, and at the same time an element of reconciliation with the world, consent to breakdown of particles and confirmation that the emperor, the medicine man or the leader will surrender to the same cosmic mechanisms; and whatever they attempt , they will not stop the time and its  final resolution.

56

Creamtion is a kind of purifying the existence of sins, and the mourning rites confirm that the person being bid farewell was someone important for the world and constituted an essential, a kind of a particle of the eternal chain, momentarily taking the form of DNA, and after going through fire, returning to the realm of homogenous elements. Mother’s lamentation, bimo – medicine man’s prayer, brothers and sisters’ wailing, moaning of other relatives within the clan, are like eternal funeral song, reaching its peak at the moment of the body’s breakdown, farewell to the human form and birth of free spirit. Echo repeating sounds, takes them to distant mountains and it seems that the whole of nature is crying over the one who has just gout transformed and entered the circle of eternity for ever. The Nuosu attach a lot of weight to funeral ceremonies, which become a sort of celebrations of the whole society, and escorting the ashes to its burial place is like blessing these who are still alive, but soon will follow the same path and reunite with the deceased in the communion of elemental matter. Everything has its own meaning, beginning with colors and embroidery of clothes – blue, black and yellow – a ending with ritual singing and highlighting integral, tribal ties. In this poetry, cremation is the end of everything and at the same time gives birth to fear of eternity, which opens irretrievably and triumphs over life. This moment is painful and euphoric at the same time, it is a great sorrow and enormous joy, alpha and omega, decay and forming, oblivion and birth of a new form, its eternal rite of transformation.  Regardless of whoever they are and whatever they do, man will be depletes of their strengths, will be damaged by diseases and pain, and finally will die, and the mourners will prepare the cremation ceremony and take part in the funeral. This death will confirm eternal metamorphosis and common dying of beings, plants and animals, rock erosion, and most of all, disintegration of family and tribe relations, disappearing of earthly love and appearing of cosmic energy. At such a moment, one needs guides who will walk the consciousness to the gates of existence and for a moment will permeate the spiritual world to utter the last word of farewell, and return to the living. The Nuosu people believe that bimo are such priests, that is, shamans and wizards, ancient confidants of human sorrows, and storytellers relieving the pain of oblivion. Without doubt, the poetry of Jidi Majia is a kind of such a spell, and the poet grows into a symbol of one of the most important bimo of his nation. Standing proudly on a rock, leaning over the surface of a mountain lake, looking into dying eyes of deer, an eagle, a trout, he utters elemental truths and generates lyrical substance, which tugs at heartstrings and become an intellectual context for simple life in accordance with nature and ancient ceremonies, taking place in the homeland and in distant regions of the universe.

54

These poems underline the inseparability of family and clan ties, testify to perseverance within a small, closed society, but at the same time open to the whole world. In this way they, they become a kind of lyrical announcement and confirmation of the fact that in distant Orient there live wonderful people having practiced cultural rites of passage for long, creating calendar and agrarian myths, but first of all attiring the shape of being in sanctity and praise of eternity. Besides bimo priests, parents and the next of kin to the poet, although the most important is mother. He makes notice of her senility and her visual elements, but at the same time unhesitantingly compares her to the mountains and rivers, attaching almost magical powers to her. It was her who carried him for nine months inside her womb and it was her who looked after him in his childhood, observing him diligently in the adolescence and young manhood – finally, it was her who became multiplication of all mothers in his poetic awareness and gained an epic dimension of Mother of Mountains, the creator of everything, the maker of existence and poetry, the strength and love energy, first and last wounds. We can easily imagine how important mother was for the poet when in a small house, lost among enormous mountains, she enveloped him in love, how important was her breast milk, smile on her face and the warmth of her embrace, how deeply the sweetness of her lips, constantly kissing him, sank into his memory, and her tender vigil by the cradle. It was her who became the foundation of days to come, it was her who first showed him the sky of blue, trees of green and distant fogs over mountainous lakes; it was her who taught him to speak and became a guarantee of poetic language, pointing at a flying swan, black boulders sliding from hills, a snow leopard vanishing in the distance and a mountain goat on a high rocky ledge. It was her who had been in him since the beginning and he was inside her, confirming the eternity of persistence in the shadows of peaks, in forks of great rivers and in the face of dangerous elements – it was she who created him, in the same way as the Invisible Maker created the whole universe and set the course of things running, giving momentum to births and dying. Undoubtedly, poem about mother written by Jidi Majia found its righteous place in the treasury of motherly lyric poetry; they are a confirmation of son’s love and vocation, his gratitude for granted life and for was about to happen after the miracle of birth. No-one else could comprehend the longings and desires of the poet to be, no-one gave him what she had given to him, letting him grow inside her body, and then delivering him to the world in labor pains and granting him cosmic love – no-one took such care of him and did not grant him safety among dangerous elements of nature, no-one watched him through tears walk away to distant towns. This is why Majia’s poems about mother become great paens in praise of longing and devotion, of pure love like water in the spring, sheer feeling like the view of distant, snow-capped peaks silhouetted against the blue sky. It was in mother’s body where the harmony came into being, which echoed in the poems to come, in poems about rivers and mountain chains, about an old bull in the arena, about deer and munjacs crossing the wilderness, about snow leopards and lynxes following them, it was in her, where, for the first time, sounded the tone which was to appear in the songs of Nuosu and his later poems.

34

The poetry abounds also in extremely interesting hunting elements, which remind us that China is inhabited by ancestors of herding tribes, indigenous people, numerous ethnic groups which arrived from Central and Western Asia. Nuosu particularly concentrates on hunters, since they have always provided fresh meat, and most of all, they constituted  a closed clan of grown men wandering from one mountain pass to another, climbing enormous slopes, sleeping in lodges and caves among high peaks. They were the ones young girls sang about longing for great love; they were the ones their mothers had been waiting for when the set out to track a bear, an ibex, deer or a leopard. In Majia’s poetry, young hunters personify childhood dreams, they present great fascinations of the young ones. The child in the poems must stand for the very poet, who wanted to follow their example, follow them along mountain trails and hunt animals. On their return home, hunters had always told stories about inaccessible places, superhuman deeds, fights with powerful enemies. However, they also happened to tell stories about ghosts of the earth, about mystic happenings in a retreat by the Yangzi or the Huang He, gathering their momentum and swelling in the mountains. Then women and children perceived them as mythical heroes, ascending heroic myths from the real world, entering surreal regions neighboring the cosmos, on the edge of a rocky precipice and in a crystal-clear lake. And when they died, their bodies were cremated in a remote corner of Great Liangshan, they became the salt of earth, and at once set out to hunt in the spirit world. Transmigration occurs in poetry as natural continuation of earthly living, as extention of the family line and confirmation of belonging to the great family of Nuosu. Dreams of being hunter who on his own wanders around valleys intermingle with the tragedy of existence in extreme conditions, in the cold and the scorching heat from the sun; in the face of sudden cataclysms and the threat of the universe turning entities inside out, where stars opalesce and the moon shines with deadly light.

50

Jidi Majia’s poetry neither seeks complex metaphors nor lures the reader with complexities of the language, it rather suggest a model of pure, narrative poesy, surprising with an accurate punchline and an ability to name ephemeral states of the mind, frames of mind, premonitions of ghosts in the beyond. This is constant highlighting of family ties and belonging to a definite ethnic group which retained its rituals and gave rise to an integral culture. Within these boundaries masterworks of art and subsequent parts of national epic, Hnewo Tepyy, passed amd modified in every generation by following bimo were created. Majia – following in their footsteps – creates modern poetry, which reaches wide masses in China and all over the world. There are more and more of translations of his poems, and each time it turns out that they perfectly fit new language. This happens due to the universalisms of topics and the lightness of the language, imitating prayer and mourning, extensive ode and light lyric. For centuries, China has been the land of real poetry, great thinkers and poets, this is a land well-oriented in the trends of contemporary verse. Achieving literary success is extremely difficult there, which is even more difficult due to a tendency of following the European or American patterns in snobbish way. Majia follows extraordinary models, cites great poets of the world, but never fails to forget the cultural poetry, which he acquired among small villages  on the border between Sichuan and Yunnan. Listening to stories of bimo, mothers and ancient people, hunters returning with  the kill, he developed particular sensitivity to elemental particles of nature and calling coming from distant voids of the cosmos. Listening to the echo of creation, deciding the proportions and naming hues, making out animals in the darkness, mountain ranges, highest peaks and valleys, poet is at the same time the creator and the last member of the clan, sadly reminiscing the world gone forever. And although it is born again in new poems and human minds of next generations, nothing will bring back the ashes of the dead to life. To be the poet of the Nuosu means to be the guardian of memory, a witness to beautiful deeds looking into the past and bright eyes – it means to pass, just like everything around, constantly creating a story about the time and the past, about the inevitable merging of being onto the death and eternity.

Translated by Wiesław Marcysiak

« Older entries

%d blogerów lubi to: