WAWRZKIEWICZ I SZARSZEWSKI

Po lewej M.Wawrzkiewicz, po prawej – K. Szarszewski

Spotykamy ich na swoich drogach, zawziętych, pyszałkowatych, pewnych siebie, kłamiących, oszukujących i manipulujących opinią społeczną. Zawsze nastawionych na jakąś własną korzyść, na okrzyki zachwytu, poklepywania po plecach, histeryczne zaśpiewy itd. Wszystko kończy się w oparach alkoholu, we wzajemnym zachwalaniu, kpinach z profesjonalistów i próbach obejścia statusu zawodowego, takiego choćby jak Komisja Kwalifikacyjna ZLP. Mój artykuł o nadużyciu toruńskiego wydawnictwa Algo, które w serii wielkich poetów polskich opublikowało zbiór grafomańskich tekstów Krzysztofa Marii Szarszewskiego zyskał ogromny oddźwięk. Dzwonili i pisali do mnie maile pisarze, artyści, naukowcy i wszyscy nie dowierzali, że coś takiego było możliwe. Obok Krasińskiego i Staffa, obok Leśmiana i Grochowiaka facet, którego „twórczość” oceniać powinni psychiatrzy, a w najlepszym przypadku koleżanki i kolesie od kieliszka. Myślałem, że na tym ta humorystyczna, nawet farsowa lub wodewilowa sytuacja się zamknie, a toruński wydawca odpowie na mój list, przeprosi za nieodpowiedzialną decyzję i będzie w przyszłości selektywnie traktował takich geniuszy. Ale gdzie tam… Wydawca się nie odezwał, a nasz wieszcz narodowy (toruński) Krzysztof Maria hrabia Szarszewski rozpętał nade mną prawdziwe piekło pomówień i zniesławień. Każde nowe dzieło w świecie kultury wymaga wsparcia finansowego, każda inicjatywa ciągnięta jest do przodu przez liderów, którzy stają na głowie by zyskała realny kształt i zaczęła mieć swoją wagę i Kapituły Nagród Literackich stale muszą żebrać o wsparcie, szczególnie w sytuacji, gdy centrala ZLP nie daje pisarzom w Oddziałach żadnych dotacji. Szarszewski też chciał stworzyć Kapitułę i zbierał datki na kryształowe skrzydełka, przyznawane koleżankom i kolegom, a wcześniej dał się poznać jako organizator źle przygotowanych wyjazdów do pracy w Wielkiej Brytanii, co opisały toruńskie gazety i sporo zawiedzionych osób gorzko skomentowało w Internecie. Mówią mi jego znajomi z Torunia, że „hrabia” stale próbuje dobrze zarobić, ale mu nie wychodzi, zupełnie tak samo jak z polityką (przegrał wybory w toruńskiej SDRP), jak  z jego „poezją” i jak z promocją partnerki, malującej obrazy na poziomie kółka niedzielnego. W sytuacji, gdy bazuje się na plotkach i po pijaku przekazywanych informacjach, które mają taką wagę jak trollowanie w Internecie, pozostają zniesławienia i brednie produkowane z intensywnością partyjnej agitki. W przypadku Szarszewskiego mamy do czynienia z najniższymi instynktami, gdyż pozwala on sobie na formułowanie zarzutów w związku ze zmyślonymi przewinami seksualnymi. Gdyby to był rodzaj zabawy, a autor puszczałby do mnie oczko, uśmiechnąłbym się i zapomniał o insynuacjach, ale tutaj mamy do czynienia z grubszym szachrajstwem seksualnym, które obraża tyleż mnie, co moją rodzinę i najbliższe mi osoby, a przy tym obniża rangę sprawowanej przeze mnie funkcji.

Yvette Popławska jako Koziołek Matołek – w tym stroju podczas aukcji Orkiestry Owsiaka w Brukseli zaatakowała fizycznie Barbarę Orlowski za co usunięto ją z imprezy

Czasem tak się zdarza, że do takich osób prowadzą nas ludzie zacni, podle przez nich oszukani albo nieświadomie wciągnięci w jakąś plugawą grę. Tak było w przypadku Yvette Popławskiej z Belgii, którą szanowana przeze mnie osoba zaproponowała do Nagrody Pracy Organicznej im. Marii Konopnickiej, a inna równie zacna osoba wzięła na siebie koszty dojazdu do Brukseli i finansowania jej zbioru wierszy. Niestety okazało się, że owa Yvette wymaga jak najszybciej pomocy lekarzy, histerycznie terroryzuje otoczenie, opluwa kogo popadnie, więc wraz z życzliwą jej osobą z Gdańska i jej mężem, natychmiast opuściliśmy dom tej pani. Ale już wtedy Yvette pytała mnie czy znam wielkiego polskiego poetę Krzysztofa Marię Szarszewskiego, bo to geniusz, stający w jednym szeregu z Gałczyńskim i Baczyńskim. Niestety jeszcze wtedy nie znałem autora grafomańskich rymowanek, tudzież ramot opluwających znane osobistości (np. Arcybiskupa Gdańskiego albo Prezydenta RP), a Yvette z zemsty zaczęła opowiadać, że w centrum Brukseli odbyłem stosunek seksualny na samochodzie, zaparkowanym przy budynku Instytutu Polskiego, a jeszcze do tego miałem onanizować się w sali tegoż ośrodka, przy wielu ludziach. Gdy to pierwszy raz usłyszałem, ubawiłem się setnie i zrzuciłem wszystko na karb stanów w jakich Yvette się permanentnie znajduje. Nie przypuszczałem, że kiedyś przyszywany hrabia zacznie wykorzystywać te brednie i robić ze mnie w Internecie erotomana. Cóż, każdy działający w kulturze człowiek narażony jest na trollowanie i wielokrotnie już mnie opluwano, ale to, co wyrabia Szarszewski ma znamiona solidnego przestępstwa. Szczerze żal mi tego człowieka, bo po moim artykule pt. Uwaga grafomania!!! jego stan się znacznie pogorszył i bełkocze teraz teksty, w których brakuje ładu i składu, a ja urastam w nich do rangi największego polskiego zboczeńca. Poziom wypocin Szarszewskiego jest taki, że nie będę ich cytował (wciąż je publikuje w Internecie), tym bardziej, że nie wiem jaki jest jego aktualny stan zdrowotny, ale poczekam co na ten temat powiedzą instytucje powołane do oceny takich zachowań. Jedną z zagrywek Szarszewskiego był list skierowany do Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich, w którym jak pełnoprawny literat, lider ścisłej elity intelektualnej naszego narodu, wyraża zatroskanie z powodu moich niecnych zachowań. Szybko oceniliśmy w naszym Oddziale poziom grafomanii Szarszewskiego i podziękowaliśmy mu, choć miał nadzieję na wstąpienie w nasze szeregi i nawet próbował za moimi plecami urabiać wiceprezesa. Niczego nie uzyskawszy, upubliczniał pełen inwektyw list, który sprokurował na kolanie, w stanie wyraźnie wskazującym na spożycie i swoim zwyczajem insynuował przede wszystkim moje „wyuzdanie seksualne”. Ciekawe to dla mnie, bo jest to rodzaj fantastyki powstającej na kanwie mojego życiorysu, szkoda tylko, że narusza moje dobra osobiste a poziom jest rodem ze śmietnika. Powiem krótko, dosadnie i po raz ostatni: seksistowskie brednie i konfabulacje Krzysztofa Marii Szarszewskiego z Torunia to kłamstwa, pseudointelektualne manipulacje i pomówienia, warto też rzucić okiem na okładkę tomiku poetki, którą on wymienia jako moją ofiarę. Choć ta pani odsłania swoje wdzięki  i rozdaje zbiorek na zakrapianych imprezach komu popadnie, jakoś odrzuca mnie ten tandetny ekshibicjonizm i epatowanie niemłodym już ciałem. Ale Szarszewski czyni z Mariny Kretkowskiej strażniczkę moralności i dobrego smaku, przejętą moimi rzekomymi propozycjami uhonorowania jej jakąś tam nagrodą.

” Wszyscy mnie molestują, a ja taka niewinna…” – okładka tomiku Mariny Kretkowskiej, na której zamieściła swoją obnażoną podobiznę

Będąc od wielu lat kandydatem do funkcji Prezesa Związku Literatów Polskich i przeciwnikiem obecnego Prezesa Marka Wawrzkiewicza, stałem się obiektem jego niewybrednych ataków i napaści skupionych wokół niego akolitów. Człowiek ten został szeroko opisany w książkach i w prasie jako donosiciel SB i dawno powinien zniknąć z naszego życia publicznego, ale intratność posady nie pozwala mu na rezygnację, nawet w sytuacji, gdy osiągnął wiek osiemdziesięciu lat. Taki Szarszewski, opluwający mnie i produkujący wiele kłamstw na mój temat, był nie lada gratką dla Wawrzkiewicza, który natychmiast spostrzegł, że twórca grafomanii może mu się przydać w walce ze mną. Tak zaczął konstruować intrygę, której kanwą miały być moje rzekome przewiny seksualne, „oszustwa” przy pracach nad wydaniem kolejnych książek zaprzyjaźnionych autorów, tudzież zdobywanie milionów złotych z handlu nagrodami literackimi (!!!). Szarszewski zaczął nakręcać swoją gromadkę alkoholową, nawiązał też kontakt z wrogimi mi, a jakże marnymi poetkami z Bydgoszczy, Krystyną Wulert i Wiesławą Barbarą Jendrzejewską, do tego dorzucił wspomniane wyżej Popławską, Kretkowską, Ziębę i swoją konkubinę Żakowską. Wawrzkiewicz promieniał, a spotykając się z Szarszewskim w Warszawie, obiecał mu nawet funkcję Prezesa Oddziału Bydgosko-Toruńskiego po wyrzuceniu mnie z organizacji. Już przed ostatnim Zjazdem ZLP w maju 2015 roku pisząc o wypaczeniach Wawrzkiewicza, zaznaczałem, że od strony literackiej nie można mu prawie niczego zarzucić, bo to interesujący poeta. Tym bardziej trudna do pojęcia jest unia znającego się na poezji człowieka, z autorem straszliwej grafomanii, która ostatnio przybrała formę wulgarnych ataków ad personam, w których pojawia się cały katalog słów powszechnie uznawanych za ohydne. No ale czego się nie robi by pokonać rosnącego w siłę przeciwnika, tym bardziej, że doświadczenia zdobyte w poprzedniej epoce, wskazują, że każde zawirowanie może stać się podstawą do „działań operacyjnych”. Prowadząc tasiemcowe rozmowy telefoniczne i spotykając się z Szarszewskim, dowartościowując go tym, że Prezes ZLP spotyka się z autorem bezsensownych słowotoków, publikowanych najczęściej w Internecie, Wawrzkiewicz próbował skonstruować intrygę przeciwko mnie. Przyjmował przy tym wszelkie bzdurne enuncjacje Szarszewskiego. Szczytem wszystkiego był donos, który wystosował do członków Oddziału Bydgosko-Toruńskiego, w którym oskarżał mnie o to, o co wcześniej oskarżał Szarszewski. Jego donos – jak w czasach, gdy wykazywał aktywność w strukturach milicji obywatelskiej – oparty był o kłamstwa i niesprawdzone informacje, a pointą miało być nieprawdziwe doniesienie jakoby polska poetka z Niemiec – Barbara Orlowski – została przeze mnie ulokowana w Zarządzie Oddziału Bydgosko-Toruńskiego ZLP. Wawrzkiewicz dobrze wiedział, że jego wieloletnia partnerka, zasiadająca teraz w Komisji Kwalifikacyjnej organizacji, odrzuciła kandydaturę poetki z Niemiec, ale postanowił zasiać ziarno destrukcji w kolejnym Oddziale (przypomnijmy przy tym, że wcześniej wchodził w konflikt z Oddziałami w Krakowie, Poznaniu, Katowicach i Ciechanowie). Szarszewski budował w Internecie seksistowską famę moich kontaktów seksualnych z wyżej wskazaną koleżanką, a Wawrzkiewicz natychmiast to podchwycił i potwierdził swoim podpisem nieprawdę w listach do członków naszego Oddziału.

Dla Wawrzkiewicza nie ma znaczenia to, że Szarszewski dwukrotnie przegrał procesy ze mną w Sądzie Rejonowym i Okręgowym w Toruniu, zapłacił duże sumy pieniędzy, a także nakazano mu przeprosić mnie w prasie. Wysyłałem Prezesowi ZLP kopie wyroków, wraz z uzasadnieniami i gdyby nie był zaślepiony nienawiścią do mnie, łatwo by zauważył, że udowodniono Szarszewskiemu znieważenia, nałożono na niego określone prawem kary, wpisano go do rejestru osób skazanych prawomocnymi wyrokami, a po ponownych splugawieniach mojej osoby w Internecie, odbędzie się proces, tym razem przed Sądem Rejonowym w Bydgoszczy. Tutaj warto kilka słów powiedzieć o Związku Literatów Polskich, a właściwie Związku Literatów Warszawskich, bo Wawrzkiewicz tak to sobie poustawiał, że otaczają go przede wszystkim ludzie z Warszawy. Od wielu lat fikcją jest Zarząd Główny organizacji, a wszelkie decyzje podejmuje Prezes i Prezydium, którego skład po każdym Zjeździe proponował sam Prezes. Wszelkie decyzje tego gremium powinien zatwierdzać Zarząd Główny w pełnym składzie, ale nie ma takich posiedzeń, co Wawrzkiewicz tłumaczy brakiem pieniędzy, choć ZLP otrzymywał i otrzymuje określone sumy z Fundacji Domu Literatury i Domów Pracy Twórczej, ma dochody z wpisowego nowych członków, składek i od innych darczyńców. Niedawno powołano także do życia Rzecznika Dyscyplinarnego (i ten dopiero pokaże temu Lebiodzie!!!), nie dokumentując głosowania internetowego członków Zarządu Głównego. Ostatnim razem, gdy Wawrzkiewicz zdecydował się wreszcie zwołać posiedzenie Zarządu Głównego, w pełnym składzie osobowym, (wchodzą do niego także Prezesi wszystkich Oddziałów organizacji) swoje funkcje utracili agenci SB, szeroko opisani przez Joannę Siedlecką w trzech książkach, a także w prasie ( m. in. w „Rzeczpospolitej”). Nadal jednak Prezesem jest konsultant „MW”, a u jego boku są inni dawni agenci – ostatnio w swoich działaniach rekomunizacyjnych posunął się nawet do tego, że Sekretarzem Generalnym ZLP uczynił autora książki pt. Zmiany w funkcjonowaniu gospodarki radzieckiej po XXVII Zjeździe KPZR. Zdaje się, że finalnym posunięciem Wawrzkiewicza, z Szarszewskim u boku, jest doniesienie do bydgoskiej Prokuratury na mnie i moje, wskazane wyżej, straszliwe przewiny. Wcześniej, gdy gromadka niczego nie wskórała w Sądach Torunia, pobiegła do Prokuratury Toruńskiej, a ta w przewidzianym ustawowo czasie odrzuciła pomówienia zbudowane na osobistych animozjach. Wszystko to dość bełkotliwe, absurdalne, pokrętne, oparte o etykę esbecką z poprzedniej epoki, zalane sosem grafomanii i kłamstw, absurdalnych pomówień i prób niszczenia przeciwnika. Cóż robić w takiej sytuacji? Ano będę konsekwentny i podążę ścieżką na którą wszedłem, gdy wystąpiłem w obronie kultury polskiej, wskazując nadużycie publikacji grafomanii Szarszewskiego w jednej serii z Mickiewiczem, Norwidem i Baczyńskim. Obok procesów o zniesławianie, znieważanie, warto sprawdzić jak Prokuratura i Sądy podejdą do ewidentnych dowodów na pieniactwo Szarszewskiego, Prezesa ZLP i reszty gromadki doraźnie skupionej wokół idei zniszczenia „czarnego luda”  z Bydgoszczy (art. 234 k.k.).

Anna Z. – tak się zachowywała w moim domu, gdy upiła się w sztok

Reklamy

MIŁOŚĆ OJCOWSKA

Oddanie zwłok Hektora – płaskorzeźba z rzymskiego nagrobka

W naszej kulturze miłość rodzicielską najczęściej egzemplifikują matki, czule kochające synów i córki, codziennie stające na głowie by zapewnić im wszystko, co jest potrzebne do życia. To one pojawiają się na obrazach, gdy karmią niemowlęta piersią, albo opiekują się barwną gromadką malców, wpatrzonych w nie z uwielbieniem. Wbrew powszechnym przekonaniom, że matki czulsze są dla chłopców, stają się one też uważnymi opiekunkami, a potem przyjaciółkami swoich córek. Miłość ojcowska nie bywała tak spektakularna jak matczyna, znacznie rzadziej pojawiała się też jako temat w malarstwie i literaturze, choć zdarzały się dzieła, gdzie była ich osią. Przy takich rozważaniach natychmiast przychodzi na myśl tragedia króla Troi Priama, gotowego znieść wszelkie formy poniżenia, by tylko odzyskać ciało zabitego syna – Hektora. Prosi on, a nawet błaga Achillesa o zwrot zwłok syna: Hektor, zginął od ciebie, walcząc za ojczyznę./ Po niego tu przychodzę. Uczcij mą siwiznę!/ Masz okup wielkiej ceny, masz drogie ofiary:/ Szanuj bogi Achillu, nie gardź mymi dary!/ Przypomnij ojca, obu nas ciężar lat gniecie./ Może być ktoś ode mnie biedniejszy na świecie?/ Jam usta – tegom wreszcie nieszczęśliwy dożył/ Na ręce synów moich zbójcy położył”. (Księga XXIV w. 287-294, przeł. Józef Paszkowski). Priam ofiaruje mordercy syna wóz pełen złota i prosi by złagodził on karę pośmiertną, nałożoną na Hektora, a była ona doprawdy straszliwa. Achilles rzucił zwłoki psom i sępom (brak pochówku był haniebny dla starożytnych, bo wierzyli oni, że dusza stale tuła się pośród żywych), a potem codziennie przyczepiał, coraz to bardziej okaleczone ciało, do swego rydwanu i przejeżdżał przy murach obleganej Troi. Łzy ojca i suty podarunek zmiękczyły serce greckiego herosa i wydał on zwłoki, a potem uszanował nawet dwunastodniowy okres żałoby po uroczystej kremacji. To ojciec, a nie matka Hekabe, zaryzykował i udał się do obozu najeźdźców, a potem odzyskał szczątki ukochanego syna. Jak widać, już w epoce starożytnej miłość ojcowska pojawiała się w największych utworach literackich, a postawa Priama stała się inspiracją dla epok następnych, generując nowych bohaterów nie wahających się poświęcić życia dla swoich dzieci.

Gustav Pope, Córki Króla Leara (1875-1876)

Inaczej ukazał miłość ojcowską William Szekspir w dramacie pt. Król Lear (1623), osią intrygi czyniąc pomyłkę, jaką popełnił sędziwy ojciec. Pytając trzy córki – Gonerylę, Reganę i Kordelię – o siłę miłości do niego, dał się zwieść pierwszym dwóm, a usłyszawszy skromne zapewnienie Kordelii, wydziedziczył ją i wypędził z królestwa. Doprowadziło to do szeregu straszliwych komplikacji i intryg mających na celu ostateczne pozbawienie go władzy i zagarnięcie królestwa przez wiarołomne córki. Stary król popada w obłęd, a skutkiem jego nieroztropnych decyzji jest wojna domowa, podczas której życie traci prawdziwie kochająca go Kordelia, a wreszcie i on sam. Szekspir wykorzystał motyw z anonimowego dramatu angielskiego, popularnego w jego czasach i znacznie go rozbudowując, wsączył jednocześnie do niego wątki uniwersalne. W jego ujęciu dramat rozgrywa się pośród żywiołów natury, a człowiek zdaje się ledwie drobinką, niewiele znaczącą pośród ogromów kosmosu. Można być władcą, można mieć nieograniczoną władzę, a i tak prawa natury i biologii upomną się o ich respektowanie, a śmierć, niczym czarny woal, spowije to, co zdawało się jaskrawe i wyraziste. Oczywistym błędem Leara był ów test, któremu poddał córki – sam w sobie zwierający element nieufności i generujący ciąg oszustw. Prawdziwa miłość nie potrzebuje takich sprawdzianów, rozwija się przez lata i umacnia, a swoje zwieńczenie znajduje w sprawiedliwym podziale majątku ojca lub matki. Dzieci wychowywane w miłości i wzajemnie się szanujące nigdy nie pokłócą się o majątek, a ich ugoda będzie aktem ostatecznego przywiązania i manifestacją uczuć do darczyńców. Król zapragnął potwierdzenia miłości za życia i sprowokował szereg kłamstw i fałszywych zapewnień, co natychmiast wyczuła Kordelia i uczciwie nie zgodziła się na schlebianie ojcu w takiej sytuacji. Ten – niesprawiedliwie ją oceniający i uwiedziony zapewnieniami Regany i Goneryli, dał się wyprowadzić w pole. Po jakimś czasie zorientował się, ale było już za późno dla niego i prawdziwie go kochającej Kordelii, uznał własną porażkę, zapłakał nad jej martwym ciałem, a potem, zgnębiony tragedią, jaka się dokonała, osunął się w nicość.

800px-Father_Goriot_by_H._Daumier_(1842)

Honoré Victorin Daumier, Ojciec Goriot

Motyw totalnej miłości ojcowskiej pojawia się też w jednej z najsłynniejszych powieści Honoriusza Balzaka pt. Ojciec Goriot (1835). W pensjonacie prowadzonym przez Madame Vaquer przy ulicy Neuve-Sainte-Geneviève spotykają się trzy jakże różne postaci: znany z innych powieści Balzaka rzezimieszek i prawdopodobnie homoseksualista Vautrin (Ołży-Śmierć – Trompe-la-Mort), emerytowany producent makaronu Jan Joachim Goriot i student prawa Eugeniusz de Rastignac. Właśnie zaczęły się głębokie zmiany w społeczeństwie francuskim za restauracji Burbonów i jednostki zyskały większą integralność, ale została też zainicjowana powszechna walka o poprawienie własnej pozycji społecznej. Vautrin fascynuje się urodą i świeżością Rastignaca, a jednocześnie próbuje moderować jego rozwój, ale przy okazji gubi gdzieś daleko posuniętą ostrożność. Spowoduje to szereg zdarzeń nie dających się odwrócić i w  konsekwencji ponowne uwięzienie dawnego galernika. Na tle interakcji młodzieńca i wyrachowanego kryminalisty, Balzak umieszcza dramat ojca Goriota, doświadczonego straszliwie przez życie i zdeprawowane jego bogactwem córki. Rastignac zdobywa względy jednej z nich: Delfiny de Nucingen i nie godzi się z krwawym planem Vautrina, mającym na celu zdobycie fortuny innej pensjonariuszki pensjonatu – Wiktoryny Taillefer. Goriot wyprzedaje powoli swoje dobra by zaspakajać zachcianki córek i spłacać ich długi, a w zamian nie może nawet liczyć na publiczne przyznawanie się do niego obu kobiet. Szczególnie druga córka – Anastazja de Restaud – dostarcza mu wielu trosk, a dowiedziawszy się, że sprzedawała rodzinne diamenty męża, by spłacać długi kochanka, doznaje udaru mózgu. Zanim do tego dojdzie, być może najwspanialszy ojciec świata, zazna wielu zgryzot, ale wciąż będzie usprawiedliwiał córki. Stale będzie im pomagał, pogrążając się coraz bardziej. Nieco światła do jego życia wprowadzi de Rastignac i to od niego otrzyma najwięcej  darów serca, i to on odda mu ostatnią posługę, bez wahania zadłużając się na konto pogrzebu. Tak jak ślepa miłość zaprowadziła króla Leara na bezdroża ludzkości, tak samo żarliwa miłość do córek okryła kirem ostatnie lata życia ojca Goriota i zgnębiła ostatecznie Priama. W obu przypadkach doszło do nadużyć, których powodem były nierozważne decyzje dzieci, ale też bezwarunkowa miłość rodzicielska, odsuwająca na plan dalszy zdrowy rozsądek i kierująca się pokrętną logiką. Lear pragnął totalnej miłości trzech córek i zwiodły go fałszywe zapewnienia dwóch z nich – Goriot i Priam stale nosili w pamięci dni szczęścia rodzinnego, gdy syn i córki się rodziły, a potem dorastali w spokoju, stworzonego przez nich, zamożnego domu. Porażka wychowawcza ojców i matek widoczna bywa dopiero w obliczu straszliwej tragedii, bo ojciec i matka do końca stać będą po stronie dzieci, nie widząc ich deprawacji, nie przyjmując do wiadomości wynaturzeń osobowości.

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (10)

1797493_552828628148150_379137163_n

Beata mieszkała na drugim piętrze tego samego bloku, co ja, ale w innej klatce, nieco dalej w kierunku pawilonu Poczty i dużego centrum sklepowego. Bardzo mi się podobała, szczególnie, gdy układała długie, jasne włosy w kok i uwalniała dwa grube kosmyki z boku twarzy, często powiewające na wietrze, albo układające się pięknie na wyraziście uformowanych, okrągłych policzkach. Długo przyglądaliśmy się sobie z daleka, mijaliśmy się bez słowa na chodniku, gdy wyprowadzała sporego, czarno-brązowego boksera. Nie lubiłem go, ale paradoksalnie dzięki niemu poznałem ją bliżej, gdy jednego popołudnia rzucił się na mnie znienacka. Gdybym zgrabnie nie uskoczył, ugryzłby mnie w szyję albo w ramię, może przewróciłby albo podrapał pazurami.

– Holden, co ty wyprawiasz…? – krzyknęła przeraźliwie Beata, szarpnęła warczącego psa i z promiennym uśmiechem zwróciła się udo mnie: Przepraszam cię, nie wiem co mu się stało, od samego rana dzisiaj rozrabia i nawet mój ojciec przylał mu trzcinką…

– Może dlatego jest taki zły Beatko… – powiedziałem pojednawczo i również uśmiechnąłem się do niej.

– Holden!!! Holden!!! Przestań błaźnie… Co ty dzisiaj wyprawiasz – powiedziała i wymierzyła psu kilka razów końcem smyczy.

Bardotka_konczy_lat_3575317

Dopiero teraz zauważyłem jaka jest piękna, jak cudownie ukształtowana, szczupła w pasie, z dużymi, bujającymi się pod bluzką piersiami i kształtnym tyłkiem. I te nogi, okryte czarnymi pończochami, kontrastujące z białą mini spódniczką. Jej bokser był istotą z innego świata i takie piękności jak ona powinny nosić na ręku małe białe pudelki lub puszyste shi tzu, wyprowadzać na spacer przyjazne pieski beagle albo miniaturowe labradory. A ten rozrośnięty buldog ociekał śliną, wydawał się brudny i stale manifestował swoją niezależność. Niejednokrotnie widziałem z okien mojego mieszkania jak ciągnął Beatę, nie zważając na to, że próbowała go szarpać, uderzała raz po raz smyczą albo jakimś wziętym z trawnika kijkiem.

– Holden uspokój się wreszcie…! To jest dobry pan… przestań już szaleć jakbyś zobaczył strasznego demona… – powiedziała, przerywając raz po raz zdania szarpnięciami skórzanej, grubej smyczy.

Miło połechtało mnie to, że tak mnie określiła i jednocześnie zauważyłem inne elementy jej zjawiskowej urody. Miała dziwnie błękitne oczy, które w połączeniu z jaskrawo białymi gałkami przydawały cech lalkowatości jej twarzy, a przecież potrafiła też podkreślać urok swoich ust, malując je wyrazistą, karminową szminką. Do tego dochodził staranny makijaż i dobrze dobrany make up, obwiedzenie oczu niebieskim cieniem, przyczernienie rzęs i brwi, no i te puszyste jak ptasi puch włosy. Jak mogłem nie doceniać w pełni jej transparentnej urody i traktować ją jak jedną z licznych koleżanek z podwórka? Jak mogłem przez tyle lat mijać ją bez słowa i nawet nie zainteresować się, gdy jej mama powiedziała mojej mamie, że Beata bardzo się mną zajmuje? A może po raz pierwszy tak mocno się umalowała i zobaczyłem ją innymi oczyma, jakby była dziewczyną z okładki kolorowego pisma, jak Brigitte Bardot, Claudia Cardinale albo Jane Fonda.

– Nic się nie stało Beatko… – jeszcze raz zapewniłem ją, że incydent z psem nie wywarł na mnie większego wrażenia – Przynajmniej mogłem z tobą zamienić kilka słów.

– Holden stał się nie do zniesienia, ale co mamy teraz zrobić, przecież po tylu latach nie wypędzimy go z domu… – powiedziała i wydęła usta niczym Bardotka ze zdjęcia na odwrocie lusterka, które zawsze nosiłem w kieszeni.

Uśmiechnąłem się raz jeszcze, dokładnie zsumowałem w myślach jej wszystkie zalety, na końcu zauważając lśniące, czerwone pantofelki, okrywające malutkie stopy i poczułem jak wielkie gorąco napływa do mojego ciała. Wyraźnie zbierała się odejścia, więc by ją jeszcze na chwilę zatrzymać, zapytałem:

            – A skąd wzięło się imię Twojego psa?  Przecież nie chodzi tutaj o markę australijskich samochodów…?

Roześmiała się serdecznie i zauważyłem, że ma połyskujące zęby, białe jak perły, wygięła się też jakoś tak powabnie, że nieopatrznie wydałem z siebie przeciągłe westchnienie. Po raz pierwszy kobiecość tak podziałała na mnie i zapragnąłem posiąść ją jak najszybciej.

– Coś ty…! Chodzi o Holdena Caulfielda…

Pokiwałem głupkowato głową, ale nie miałem pojęcia kto to taki. Wzięła to za dobrą monetę i dodała:

– Też lubisz tę powieść…? Moglibyśmy usiąść u mnie w domu i porozmawiać o niej, ja nieustannie czytam ją we fragmentach, wracam do najlepszych scen i marzę o takim chłopaku jak on…

Bardotka_konczy_lat_3579814

Raz jeszcze pokiwałem głową, ale wystraszyłem się nie na żarty, że moja ignorancja wyjdzie na jaw, więc szybko powiedziałem:

– Chętnie, ale musimy się umówić na spotkanie, gdy będziemy mieli kilka wolnych godzin, bo teraz muszę wracać do domu.

– Ok.! Powiedziała, dmuchnęła zalotnie w grzywkę na czole i zaczęła odchodzić w dal ze swoim szarpiącym się stale bokserem.

– To na razie… Trzymam Cię za słowo… Jesteś bardzo podobny do Holdena… Zawsze tak sobie go wyobrażałam…

Odwróciłem się na pięcie i skrzywiłem w bolesnym grymasie twarz, bo w pierwszej chwili skojarzyłem to imię z mordą jej psa, ale po chwili dotarło do mnie, że chodzi o tego tajemniczego Holdena Caulfielda, o którym nigdy nie słyszałem. Szybko zjadłem obiad w domu i natychmiast pobiegłem do osiedlowej biblioteki.

– Chciałbym znaleźć jakieś wiadomości o Holdenie Caulfiedzie… – powiedziałem do zaprzyjaźnionej pani bibliotekarki i zrobiłem minę jakby wszystko wiedział o tej postaci.

Kobieta w pierwszej chwili nie skojarzyła o kogo chodzi, ale zaraz zorientowała się w czym rzecz i poszła do jednej z półek, a następnie przyniosła dwa tomy historii literatury amerykańskiej i zaczytany, straszliwie powydzierany, niewielki tom, wydany w formie broszurowej przez wydawnictwo Iskry. Na samym dole zauważyłem wydrukowany białymi literami tytuł: Buszujący w zbożu i uznałem, że bibliotekarka chyba się pomyliła. Ale ilustracja stylizowanych amerykańskich drapaczy chmur i symbolicznie zaznaczonego, dziwacznego, białego człowieczka w czerwonej czapeczce, a także nazwisko autora – J. D Salinger – zaintrygowały mnie na tyle, że wziąłem do ręki książkę, a po odwróceniu jej zacząłem czytać  notę redakcyjną, wydrukowaną tłustymi, czarnymi literami na żółtym tle: Bohaterem „Buszującego w zbożu” jest szesnastoletni uczeń, Holden Caulfield… Uśmiechnąłem się do kobiety stojącej przede mną i wypożyczyłem dwa tomy analityczne i tę niezbyt efektowną, wydaną 1967 roku książkę. Szybko też podążyłem z powrotem do domu, położyłem się na tapczanie i zacząłem czytać powieść amerykańskiego autora. Ani się nie obejrzałem jak zmieniła się pora dobowa, nadeszła noc, a ja wciąż wpatrywałem się w pożółkłe i przybrudzone stronice.

POWRÓT SZPAKÓW

563px-Colourful_starling

Dzisiaj po raz pierwszy zobaczyłem szpaki, które wróciły z dalekich podróży do ciepłych krajów. Na razie jeszcze wychudzone, ale wciąż niezwykle ruchliwe, szukające pierwszych owadów i okruchów pożywienia innego rodzaju. To prawdziwe potwierdzenie, że wiosna nadchodzi wielkimi krokami i tylko patrzeć jak zaczną przylatywać inne ptaki. Ucieszył mnie widok barwnych istot baraszkujących na trawniku, wzlatujących na gałęzie drzew owocowych i umykających ku innym ogrodom. Zima przełomu 2016 i 2017 roku nieodwołalnie przechodzi do historii i przyznać trzeba, że nie była zbyt dokuczliwa. Zdarzały się mrozy, lodowate wiatry, ale w sumie nie było najgorzej i cieplejsze dni generowały przejaśniania, odsłaniały ogromne przestrzenie błękitu.

ALEJA KLONÓW (23)

   osa

Siedziałem przy stole, dosuniętym do okna i bawiłem się kolorowymi klockami z drewna, pięknie polakierowanymi i lśniącymi w świetle poranka. Mama poszła do pracy, a ojciec odwoził ludzi wielkim Jelczem do fabryki rowerów i miał co jakiś czas do mnie zaglądać. Umieściłem zielone podpory na dole, a na nich ustawiałem niebieskie kolumny, zawieszałem czerwone łuki i żółte dachy. Wyobrażałem sobie jakiś wspaniały pałac, w którym byłem księciem w złotych szatach, wydawałem rozkazy i przechadzałem się z komnaty do komnaty. Budowlę lokowałem pośród palm i gęstych zarośli trzciny cukrowej, gdzieś w tropikach, może w Egipcie, a może w południowych Chinach. Choć niewiele wiedziałem jeszcze wtedy o geografii, to zdawałem sobie sprawę, że takie krainy istnieją. Może to była wiedza z poprzedniego życia, przelewająca się przez kataraktę narodzin, a może, gdy leżałem w łóżeczku, dotarły do moich uszu jakieś informacje z włączonego radia, z pierwszego telewizora, z rozmów i opowieści dorosłych? Z poczuciem radości i pełni budowałem pałac z klocków i nuciłem jakąś piosenkę la la la la, na chwilę przestawałem śpiewać, a potem znowu zaczynałem la la la la. Było mi błogo, bo docierało do mnie ciepło z kuchennego pieca, w którym stale jarzyły się bryły węgla i kawałki drewna, przyniesione przez mamę z szopy. Rozlewał się we mnie spokój i czułem się bezpieczny, czekający na pierwszą wizytę ojca, myślący o pałacowym życiu i jakichś odległych zdarzeniach, mgliście rysujących się w pamięci tragediach, walkach, ucieczkach i wędrówkach przez niebieskie góry i rozległe równiny. Ustawiłem właśnie na górze ostatni, wieńczący wszystko, czarny klocek w kształcie ostrosłupa i nagle coś przykuło moją uwagę na szybie.

Tuż przy białej ramie chodził wolno jakiś straszny, ruchliwy, żółto-czarny owad, przypominający przybysza z zaświatów. Miał pasy na szpiczastym odwłoku, zakończonym jakby kolcem, teleskopowe odnóża, czarny tułów w żółte plamy, z którego wychodziły skrzydła, przeźroczyste jakby zostały zrobione z pergaminu. Miał też jakby łapy z ostrymi haczykami na końcu i owalną głowę, z czułkami na dole i górze. Nie wiem dlaczego nagle zachciało mi się bardzo pić, więc sięgnąłem po szklankę z wodą, stojącą na środku stołu, pociągnąłem ze dwa łyki, a potem odstawiłem ją na parapet, tak by przez jej soczewkę patrzeć na stojące teraz w miejscu żyjątko. Dopiero teraz zauważyłem więcej szczegółów, wyrazistych arterii na skrzydłach, mikroskopijnych włosków na tułowiu i głowie, tajemniczych rysunków na odwłoku. Patrzyłem na tego owada jak zaczarowany, ale czułem podświadomie, że jest groźny, że może wyrządzić krzywdę. Nagle przez moją świadomość przemknęły obrazy zabijania, ścinania głów, odrąbywania ramion i wbijania pik w brzuchy, a gdzieś daleko, jakby na samym dnie mojej świadomości, odzywały się głuche krzyki, przeraźliwe wołania o pomoc. Przestraszyłem się i na chwilę zakryłem twarz rączkami, co jakiś tylko czas wyglądając ciekawie, co robi istota z innego świata. Przekrzywiłem się dziwnie i patrząc przez szklankę z wodą, zobaczyłem nagle ogromną głowę, miarowo ruszającą górnymi czułkami, ocierającymi krótkie odnóża o sterczące na dole wyrostki i włoski. Nigdy jeszcze nie widziałem czegoś takiego, a choć bałem się straszliwie, przemogłem lęk i patrzyłem na ruchliwego towarzysza, który próbował wspinać się po szybie, lecz co jakiś czas spadał na ramę okienną i znowu zaczynał mozolne wspinanie się na przeźroczystą taflę. Jego udręka spowodowała, że zapragnąłem mu pomóc, jakoś unieść go w górę, przesunąć po szybie, by znalazł się u góry.

Powoli zacząłem zbliżać wskazujący palec do owada, a przy okazji zburzyłem pałac z klocków, który rozpadł się doszczętnie. Kolorowe elementy potoczyły się po całym stole, a jedna z zielonych kolumn spadła na podłogę. Nie zwróciłem na to uwagi, bo dziwny twór zastygł w bezruchu, jakby zachęcając mnie bym go dotknął i posunął w górę. Zrobiłem to delikatnie, ale gdy poczułem zimny, chitynowy pancerz, natychmiast cofnąłem rękę i odsunąłem się od szyby. Owad poruszył się, wyprostował skrzydła, w których słońce natychmiast wyświetliło kolory tęczy, apotem podszedł kilka centymetrów do góry. Znowu zacząłem powoli zbliżać do niego rękę, a gdy prawie już dotykałem intruza, zerwał się nagle z szyby i zaatakował mój mały, wskazujący palec. Krzyknąłem przerażony, bo poczułem jakby wlało się do niego stopione żelazo, albo jakbym oparzył się nieopatrznie rozgrzaną do czerwoności fajerką. Skoczyłem od stołu i uderzyłem się o piec, a potem zacząłem biegać od pokoju do kuchni i dalej do niewielkiego korytarzyka przed ubikacją. Machałem ręką w powietrzu, albo brałem bolący palec do buzi i ssałem go zawzięcie, ledwie na sekundy zatrzymując ataki bólu. Zauważyłem, że zaczerwienił się bardzo i spuchł, powiększając się dwa razy i stając się dziwnie obcy, jakby już nie należący do mnie. W końcu zauważyłem szklankę z wodą i wsadziłem do niej całą, malutką dłoń, co na chwilę uśmierzyło ból, ale nie powstrzymało pulsowania, jakby ciągłego wnikania niewidzialnej igły w ciało. Łzy spływały mi po policzkach i łkałem głośno, co jakiś czas zerkając na owada, kręcącego się teraz w kółko w rogu szyby.

Niebawem usłyszałem chrobot klucza w zamku i zobaczyłem ojca wchodzącego do domu. Tuż za nim podążała babcia Józia i gdy ujrzała, że płaczę natychmiast podbiegła do mnie.

– Co ci się stało skarbie? – zapytała, choć jeszcze nie mówiłem, a tylko nieporadnie artykułowałem pojedyncze wyrazy.

Pokazałem jej opuchnięty palec i jeszcze głośniej zapłakałem, a babcia natychmiast zorientowała się, co się stało

– Ukąsiła go osa w paluszek – powiedziała, a zobaczywszy owada na szybie, błyskawicznie zdjęła laczek z prawej stopy i bezlitośnie rozdusiła nim nieszczęśnika.

– Oj, oj, on zawsze coś wywinie – powiedział ojciec tak jakbym to ja był sprawcą całego zamieszania.

– Mówiłam wam, że nie macie zostawiać dzieciaka samego w domu… mieliście go przyprowadzić do mnie, to bym go dobrze pilnowała… – powiedziała z wyrzutem.

– Kto by przypuszczał, że zaczepi osę… – ojciec dalej obstawał przy swoim, ale nie skończył, bo babcia przerwała mu bezceremonialnie.

– Głupi jesteś… Jak but!!! Pewnie pierwszy raz w życiu zobaczył osę i nawet jak ją dotknął, to zrobił to z ciekawości…

– No, ale teraz już poznał żądło osy i będzie się miał na baczności… nauka nie pójdzie w las… – filozofował tata.

Babcia zrobiła straszną minę, więc nic już więcej nie powiedział, tylko zabrał się za wyciąganie żądła, które wyraźnie tkwiło pod skórą. Zdezynfekował spirytusem igłę do szycia i delikatnie, powodując tylko lekki ból, wydobył czarny, mikroskopijny kształt. Babcia wzięła mój palec do ust i wyssała nieco krwi z ranki, a potem pokryła ją maścią i zabandażowała elegancko. Położono mnie do łóżka i po strasznym doświadczeniu tego ranka natychmiast zasnąłem, a choć śniły mi się monstrualne osy, zawisające nad moją głową, przylatujące skądś z daleka, żadna nie odważyła się zaatakować. Może dlatego, że po wyjściu ojca z domu, babcia usiadła na kanapie, tuż przy moim łóżeczku i czuwała nad moim snem niczym strażnik obszarów tajemnicy.

RITES OF ETERNITY

thumb_P1010630_1024

Otrzymałem właśnie od zaprzyjaźnionego tłumacza wspaniały przekład na język angielski mojego Posłowia do książki znakomitego poety chińskiego Jidiego Majii. Przyjaźnię się z nim od 2009 roku, kiedy to spotkaliśmy sie po raz pierwszy na Wyżynie Tybetańskiej. Ilustruję ten tekst moimi zdjęciami ludzi z narodowości Nousu, z której wywodzi się Majia i której jest wieszczem.

Jidi Majia – one of most eminent contemporary poets of China – creates cultural poetry, deeply rooted in the tradition of the Nuosu nation, in ancient magical consciousness, moderated by bimo priests and ghosts of forefathers. They create the invisible, spiritual space, with which the people of the mountains remain in constant touch, which specifies them and, with time, becomes great human longing for purity and fullness. Living in the presence of the magnificent and natural beauty, they continually endeavor to reflect the depth in their fate, giving themselves to it, and connecting it to great cosmogonic systems and elemental mechanisms of persistence. This means sensing the eternal existence, and at the same time completing days and nights, remaining in human body with its morbidity and pain, this is retaining the human form being subject to the elements and the destructive force of time. Rarely does it happen that human awareness appears so vividly in poetry, twinkling and taking the form of a bright ray, permeating enormous time divisions, scanning the space in all its shapes and metamorphoses. Majia can write a poem delicate like flutter of dragonfly’s wings, and at the same time create vast panoramas reflecting the spirit of the whole epoc, ethos of free existence among mountains and lakes, in harmony with animals, birds and all living creatures. Every new lyrical scene continues the story of the tribe and one entity, exclude from it, as if nominated to proclaim its glory. The poet is well aware that he was chosen out of many and is trying to fulfill what fate appointed him – he might as well have lived among the mountains of Liangshan, he might have gone hunting with a gun and live his life peacefully and torpidly in his native clan. He might have danced by the bonfire and looked into the distance from mountaintops, but his fate led him to the worldly poets, where he started to praise the earth and the nation in the distant corners of the world. He might have sung in huts far away from frosty, cosmic voids, he might have listened to the stories of sages and medicine men, but his task was to face the world and repeat the elemental truth of existence: I am Nuosu! This is his great task, and at the same time, a kind of prayer passed from one generation to another, this is a chain of reminders and uplifts, distant echo of ancient stories, which have come about and which will come to be.

46

Cultural rites play an important role in this poetry, where most important are ceremonies connected with transformation of carnal being to spiritual one, and crossing the border of life.  The dead bodies undergo cremation and go through the elemental fire in the act of cosmic metamorphosis, once again they become cosmic matter, microscopic element of the land of mountains, lakes and inconceivably enormous universe. The poetry repeats the motif of body cremation, which is a reference to ancient rituals of burning bodies on the stake, but at the same time it is an element of faith in reincarnation, return to of the spiritual form to the childhood land and to the first love, wandering of the released entity among the peaks and slopes, spreading the one and only ephemeral consciousness in the enormity of space. Cremation becomes the central moment for limited existence, but at the same time depicts the horizon of existence for the spirit, sets it in motion and increases its momentum, takes it the places of first initiations and keeps sending it into the cosmos. Fire purifies, but at once turns cosmic, initiating the breakdown of complex innate structures, introducing them again into the unimaginative dimensions, indistinguishable and ever changing worlds, giving birth to galaxies, supernovas and asteroids. The poet is obviously fascinated with the moment of destruction of the mortal form ad entering the circle of elemental structures of the matter, final merging with rock, with black earth and clay, loam and dust. Fire becomes the sign of eternity, momentarily bounded by human form. Cremation becomes its most important rite, and at the same time an element of reconciliation with the world, consent to breakdown of particles and confirmation that the emperor, the medicine man or the leader will surrender to the same cosmic mechanisms; and whatever they attempt , they will not stop the time and its  final resolution.

56

Creamtion is a kind of purifying the existence of sins, and the mourning rites confirm that the person being bid farewell was someone important for the world and constituted an essential, a kind of a particle of the eternal chain, momentarily taking the form of DNA, and after going through fire, returning to the realm of homogenous elements. Mother’s lamentation, bimo – medicine man’s prayer, brothers and sisters’ wailing, moaning of other relatives within the clan, are like eternal funeral song, reaching its peak at the moment of the body’s breakdown, farewell to the human form and birth of free spirit. Echo repeating sounds, takes them to distant mountains and it seems that the whole of nature is crying over the one who has just gout transformed and entered the circle of eternity for ever. The Nuosu attach a lot of weight to funeral ceremonies, which become a sort of celebrations of the whole society, and escorting the ashes to its burial place is like blessing these who are still alive, but soon will follow the same path and reunite with the deceased in the communion of elemental matter. Everything has its own meaning, beginning with colors and embroidery of clothes – blue, black and yellow – a ending with ritual singing and highlighting integral, tribal ties. In this poetry, cremation is the end of everything and at the same time gives birth to fear of eternity, which opens irretrievably and triumphs over life. This moment is painful and euphoric at the same time, it is a great sorrow and enormous joy, alpha and omega, decay and forming, oblivion and birth of a new form, its eternal rite of transformation.  Regardless of whoever they are and whatever they do, man will be depletes of their strengths, will be damaged by diseases and pain, and finally will die, and the mourners will prepare the cremation ceremony and take part in the funeral. This death will confirm eternal metamorphosis and common dying of beings, plants and animals, rock erosion, and most of all, disintegration of family and tribe relations, disappearing of earthly love and appearing of cosmic energy. At such a moment, one needs guides who will walk the consciousness to the gates of existence and for a moment will permeate the spiritual world to utter the last word of farewell, and return to the living. The Nuosu people believe that bimo are such priests, that is, shamans and wizards, ancient confidants of human sorrows, and storytellers relieving the pain of oblivion. Without doubt, the poetry of Jidi Majia is a kind of such a spell, and the poet grows into a symbol of one of the most important bimo of his nation. Standing proudly on a rock, leaning over the surface of a mountain lake, looking into dying eyes of deer, an eagle, a trout, he utters elemental truths and generates lyrical substance, which tugs at heartstrings and become an intellectual context for simple life in accordance with nature and ancient ceremonies, taking place in the homeland and in distant regions of the universe.

54

These poems underline the inseparability of family and clan ties, testify to perseverance within a small, closed society, but at the same time open to the whole world. In this way they, they become a kind of lyrical announcement and confirmation of the fact that in distant Orient there live wonderful people having practiced cultural rites of passage for long, creating calendar and agrarian myths, but first of all attiring the shape of being in sanctity and praise of eternity. Besides bimo priests, parents and the next of kin to the poet, although the most important is mother. He makes notice of her senility and her visual elements, but at the same time unhesitantingly compares her to the mountains and rivers, attaching almost magical powers to her. It was her who carried him for nine months inside her womb and it was her who looked after him in his childhood, observing him diligently in the adolescence and young manhood – finally, it was her who became multiplication of all mothers in his poetic awareness and gained an epic dimension of Mother of Mountains, the creator of everything, the maker of existence and poetry, the strength and love energy, first and last wounds. We can easily imagine how important mother was for the poet when in a small house, lost among enormous mountains, she enveloped him in love, how important was her breast milk, smile on her face and the warmth of her embrace, how deeply the sweetness of her lips, constantly kissing him, sank into his memory, and her tender vigil by the cradle. It was her who became the foundation of days to come, it was her who first showed him the sky of blue, trees of green and distant fogs over mountainous lakes; it was her who taught him to speak and became a guarantee of poetic language, pointing at a flying swan, black boulders sliding from hills, a snow leopard vanishing in the distance and a mountain goat on a high rocky ledge. It was her who had been in him since the beginning and he was inside her, confirming the eternity of persistence in the shadows of peaks, in forks of great rivers and in the face of dangerous elements – it was she who created him, in the same way as the Invisible Maker created the whole universe and set the course of things running, giving momentum to births and dying. Undoubtedly, poem about mother written by Jidi Majia found its righteous place in the treasury of motherly lyric poetry; they are a confirmation of son’s love and vocation, his gratitude for granted life and for was about to happen after the miracle of birth. No-one else could comprehend the longings and desires of the poet to be, no-one gave him what she had given to him, letting him grow inside her body, and then delivering him to the world in labor pains and granting him cosmic love – no-one took such care of him and did not grant him safety among dangerous elements of nature, no-one watched him through tears walk away to distant towns. This is why Majia’s poems about mother become great paens in praise of longing and devotion, of pure love like water in the spring, sheer feeling like the view of distant, snow-capped peaks silhouetted against the blue sky. It was in mother’s body where the harmony came into being, which echoed in the poems to come, in poems about rivers and mountain chains, about an old bull in the arena, about deer and munjacs crossing the wilderness, about snow leopards and lynxes following them, it was in her, where, for the first time, sounded the tone which was to appear in the songs of Nuosu and his later poems.

34

The poetry abounds also in extremely interesting hunting elements, which remind us that China is inhabited by ancestors of herding tribes, indigenous people, numerous ethnic groups which arrived from Central and Western Asia. Nuosu particularly concentrates on hunters, since they have always provided fresh meat, and most of all, they constituted  a closed clan of grown men wandering from one mountain pass to another, climbing enormous slopes, sleeping in lodges and caves among high peaks. They were the ones young girls sang about longing for great love; they were the ones their mothers had been waiting for when the set out to track a bear, an ibex, deer or a leopard. In Majia’s poetry, young hunters personify childhood dreams, they present great fascinations of the young ones. The child in the poems must stand for the very poet, who wanted to follow their example, follow them along mountain trails and hunt animals. On their return home, hunters had always told stories about inaccessible places, superhuman deeds, fights with powerful enemies. However, they also happened to tell stories about ghosts of the earth, about mystic happenings in a retreat by the Yangzi or the Huang He, gathering their momentum and swelling in the mountains. Then women and children perceived them as mythical heroes, ascending heroic myths from the real world, entering surreal regions neighboring the cosmos, on the edge of a rocky precipice and in a crystal-clear lake. And when they died, their bodies were cremated in a remote corner of Great Liangshan, they became the salt of earth, and at once set out to hunt in the spirit world. Transmigration occurs in poetry as natural continuation of earthly living, as extention of the family line and confirmation of belonging to the great family of Nuosu. Dreams of being hunter who on his own wanders around valleys intermingle with the tragedy of existence in extreme conditions, in the cold and the scorching heat from the sun; in the face of sudden cataclysms and the threat of the universe turning entities inside out, where stars opalesce and the moon shines with deadly light.

50

Jidi Majia’s poetry neither seeks complex metaphors nor lures the reader with complexities of the language, it rather suggest a model of pure, narrative poesy, surprising with an accurate punchline and an ability to name ephemeral states of the mind, frames of mind, premonitions of ghosts in the beyond. This is constant highlighting of family ties and belonging to a definite ethnic group which retained its rituals and gave rise to an integral culture. Within these boundaries masterworks of art and subsequent parts of national epic, Hnewo Tepyy, passed amd modified in every generation by following bimo were created. Majia – following in their footsteps – creates modern poetry, which reaches wide masses in China and all over the world. There are more and more of translations of his poems, and each time it turns out that they perfectly fit new language. This happens due to the universalisms of topics and the lightness of the language, imitating prayer and mourning, extensive ode and light lyric. For centuries, China has been the land of real poetry, great thinkers and poets, this is a land well-oriented in the trends of contemporary verse. Achieving literary success is extremely difficult there, which is even more difficult due to a tendency of following the European or American patterns in snobbish way. Majia follows extraordinary models, cites great poets of the world, but never fails to forget the cultural poetry, which he acquired among small villages  on the border between Sichuan and Yunnan. Listening to stories of bimo, mothers and ancient people, hunters returning with  the kill, he developed particular sensitivity to elemental particles of nature and calling coming from distant voids of the cosmos. Listening to the echo of creation, deciding the proportions and naming hues, making out animals in the darkness, mountain ranges, highest peaks and valleys, poet is at the same time the creator and the last member of the clan, sadly reminiscing the world gone forever. And although it is born again in new poems and human minds of next generations, nothing will bring back the ashes of the dead to life. To be the poet of the Nuosu means to be the guardian of memory, a witness to beautiful deeds looking into the past and bright eyes – it means to pass, just like everything around, constantly creating a story about the time and the past, about the inevitable merging of being onto the death and eternity.

Translated by Wiesław Marcysiak

POLONIUSZ

Jehan Georges Vibert - Poloniusz za kurtyną, 1868

Jehan Georges Vibert  Poloniusz za kurtyną  1868

Donosiciel Poloniusz myślał że oszuka
wszystkich nawet syna Laertiosa
nawet córkę Ofelię –

nie przypuszczał że klinga Hamleta
przeszyje go za zdobną kotarą

tacy jak on wierzą że są bezkarni
i nikt nie zatrzyma ich w drodze
nikt nie obnaży ich oszustw

ale szpicel zawsze będzie szpiclem
a łaska władcy na pstrym
koniu jeździ

i nic nie odwróci przeznaczeń
dyndający na sznurze trup
krew rozlana na podłodze

mętna gwiazda w dalekim
planie okna

nic nie zatrzyma rozkładu
król nie odwoła egzekucji

nie spowolni stygnięcia ciała
szybkiego osuwania się
w nicość

ubrany w złote szaty zdobny
w rubiny szmaragdy topazy

wygłaszający mowę pochwalną
wręczający lśniący order

szubrawiec zostanie
szubrawcem

Warszawa 2016

MARSOWE DZIECI

5771074b804fc_o

Tak wspaniale wydana poezja to dzisiaj prawdziwa rzadkość – Karolina Kusek ponownie przypomniała o sobie, przedkładając czytelnikom dzieło wybitne pod wieloma względami – od merytorycznych wartości, poprzez piękno słowa, do uniwersalnego przesłania dla wnuków i następnych pokoleń.

Książka Karoliny Kusek ukazuje się w czasie szczególnym, wpisując się w obchody siedemdziesiątej rocznicy zakończenia II wojny światowej. Autorka ma ważne powody by upamiętniać tę rocznicę, bo należy do pokolenia Marsowych dzieci, a jej wiersze są jak krzyk i ostrzeżenie, a zarazem zawołanie: NIGDY WIĘCEJ! To także spłata długu i wyraz wdzięczności za ocalone życie, gdy radziecki zwiadowca odgrzebał małą dziewczynkę z gruzów zburzonego domu. W najstraszliwszej z wojen poległ ojciec poetki, a walczył w niej także jej brat (saper) i wujowie, legioniści, Sybiracy, żołnierze Armii Andersa, a w nowej polskiej rzeczywistości –żołnierze wyklęci. Te elementarne fakty przypominają się przy lekturze nowego zbioru wierszy Karoliny Kusek, poetki, która zawarła w swoich książkach tak wielki ładunek dobra i współczucia, miłości i prawdy o świecie, że trudno znaleźć w polskiej literaturze równie ekscytujące dokonania. A przecież, co dodatkowo procentuje, jest to twórczość, która sonduje przeszłość, przyszłość i stawia odważne diagnozy dla przyszłości. Obok doktora Korczaka, towarzyszącego dzieciom w ostatniej drodze do komory gazowej, znajdziemy w niej niezwykły tren, napisany po śmierci polskiego wiceministra spraw zagranicznych w katastrofie smoleńskiej, przywołania wojennych losów ojca i brata, a także dni pokoju, kształtowania dziecinnych charakterów i wpływania na ich rozwój, specjalnie ukierunkowaną poezją, setkami wierszy, które zachwycają urodą słowa i edukują. Na tym tle nowy zbiór liryków stanowi ważkie osiągnięcie, a jego tematyka – wojenna, militarna i interwencyjna – wpisuje się w określony nurt literacki autorki, w jej nieustannie podejmowane próby komentowania i dopełniania w wierszu treści, które się tego domagają.

W książce dedykowanej wybitnemu profesorowi kardiochirurgii, a więc osobie operującej i mającej stale do czynienia z sytuacjami na granicy istnienia i śmierci, poetka próbuje dookreślić najważniejsze doświadczenia swojego życia, a zarazem obrazuje kształt świata w drugim dziesięcioleciu nowego wieku. To jest wizja doprawdy szeroka, pulsująca odcieniami, to poezja codzienności i historii, liryka zdarzeń eschatologicznych i szczegółów tak – zdawać by się mogło – nieistotnych, że natychmiast ginących w lawinie informacji i medialnych pokrzykiwań. A przecież są to ważne cząstki naszego świata, w którym fioletowe wrzosy są równie cenne jak stare ordery legionistów i Sybiraków, w pudełku na strychu, a zachodzące słońce buduje taki sam potężny dramatyzm, jak uśmiech dziecka i majowy deszcz. Kusek potrafi malować słowami, ale gdy trzeba, jest też esencjonalna, nieomal aforystyczna, potrafiąca zawrzeć w jednym wersie syntezę dziejów. To jest liryka interwencyjna, ale też mediacyjna, szukająca dróg wyjścia z impasu, w jakim znalazła się ludzkość w naszym czasie. Choć światowe potęgi mnożą zagrożenia i uderzają w siebie, zawsze każdy konflikt kończy się słowem, pojednaniem podczas spotkania przywódców i zapisem na papierze. Rodzajem takiego wstępnego rozejmu, a zarazem prośbą o zaprzestanie walk, są wiersze, które jak w czasach celtyckich druidów, mogą zażegnać konflikt, choćby poprzez skłonienia antagonistów do refleksji.

Kusek stworzyła w swojej twórczości system etyczny, zbudowany na wrażliwości i ciepłu dziecka, na harmonijnym życiu rodzinnym w czasach pokoju i na nieustającym czuwaniu w słowie, w geście, w działaniu. Jakże interesujące są tutaj inwencyjne motywy militarne, nawiązania do sytuacji, w jakich stają żołnierze w czasach niepokoju. Czy to będą reminiscencje z II wojny światowej, czy opis powrotu ciała żołnierza, zabitego na misji pokojowej, za każdym razem mamy do czynienia z poezją wielkich wzruszeń i życiowego doświadczenia. Jakże to krzepiące, że są tacy twórcy, którzy rozmyślają o całym świecie i próbują powiedzieć coś sensownego w sytuacji, gdy inni milkną i drżą ze strachu. W czasach terroru niemieckiego czy stalinowskiego za takie odważne diagnozy szło się do więzienia, trafiało się do gułagów, albo traciło się życie w katowniach. Poetka ma świadomość, że tworzy w czasie pokoju, ale przecież sprawy, których dotyka mają wagę globalną, są wyrazem sprzeciwu przeciwko bezduszności polityków i nieustannych kalkulacji, co bardziej się opłaci, co przyniesie większy zysk. W takiej sytuacji ukazywanie drżącego serca dziecka, czułe mówienie o wnukach i przypadkowo podpatrzonych chłopcach i dziewczętach, jest rodzajem odważnej unii myślowej i wnoszeniem dobra, tworzeniem enklaw ciepła. Te liryki to światła, zapalane pośród mroków i widoczne z bardzo daleka, to ogniki wzruszeń, utrwalonych w słowie, których nic nie zmoże. Gdy przeminie chwała świata, gdy umilkną działa, a żołnierze wrócą do koszar, przekaz poetki wyjdzie z wszystkich konfliktów nienaruszony i świadczyć będzie o trosce, dokumentować będzie jej mądrość w obliczu śmierci i chaosu. W takim rozumieniu poeci bywają nauczycielami ludzkości, wskazują drogę, tworzą syntezy tego, co – niedostrzegalne dla uczestników walk – mogło zostać dookreślone trafną metaforą i porównaniem, bezbronnym zdrobnieniem i alegorią. Nie jest przypadkiem, że z wielkich cywilizacji przeszłości pozostały ruiny budowli i zapisy kulturowe, spośród których najwięcej było tekstów poetyckich. Ryte pismem klinowym na glinianych tabliczkach, albo ciosane dłutem w kamieniu, przetrwały tysiąclecia i stały się dziedzictwem ludzkości. Żyjąc na początku nowego stulecia nie dostrzegamy wagi takich mediacji i interwencji, jak w poezji Karoliny Kusek, ale przecież po latach, gdy zgasną dziesięciolecia, gdy przeminą kolejne wieki, będzie to czytelny zapis siły i wrażliwości ludzkiego intelektu, jego dobrej natury, która nawet w obliczu ostateczności, w chwili bolesnej i beznadziejnej, próbowała tworzyć wizje świata bez wojen i godnie żyjących ludzi – uprawiających ogrody, zamyślających się nad pięknem natury i jej odbiciem w jasnych oczach dziecka. Składając pocałunek na jego czole, poetka obdarza subtelnym ciepłem cały nasz rozogniony świat, a zamykając kolejny dzień, wierzy, że wstanie kiedyś słońce czasu pokoju, wybuchy umilkną na zawsze i sięgający gwiazd mały marzyciel siądzie za sterami statku kosmicznego i poleci tam, gdzie wszystko się zaczęło. I gdzie wszystko się skończy…

__________
Karolina Kusek, Marsowe dzieci / Marszeitkinder/ Дети Марса, Tradycja i sztuka, Warszawa 2016, s. 242.

 

 

WÓZ TESPISA

b 001

Dariusz Bereski tworzy poezję jakby przygotowywał spektakl teatralny, w którym ważną rolę odgrywa scenografia, światło i barwa, a nade wszystko właściwie inscenizowane słowo, brzmiące w różnych zakresach modulacji. Wzniosłość ludzkiego przemijania łagodzi tutaj ulotność przestrzeni i echa pierwotnych kosmogonii, ciągnących się od zamierzchłych czasów. Liryk staje się w takich kreacjach rodzajem mitu i filozofią istnienia, w zgodzie z ludźmi i naturą, ale nie traci też niczego z magii, mgiełki tajemnicy, nieustannego szukania ścieżek i dróg. Bereski jest mistrzem zatrzymanej chwili, w obrębie której potrafi wyodrębnić centralne elementy świata, ważkie dla jednego życia i dla całej egzystencji. Lokuje je w kosmosie i pośród ziemskich draperii, co jest dziedzictwem romantyzmu i symboliki głębi, ciągnących się pod powłoką rzeczywistości i wywierających wpływ na nasze decyzje, ciągłe ucieczki i powroty. Udaje się poecie odwzorować w tych wierszach zasadę konstrukcyjną rzeczywistości, ale odnajdziemy też w jego kreacjach łączące się ze sobą swobodne przestwory, jasne przestrzenie, rozświetlające pradawny mrok i poruszające się we wszechświecie z lekkością nasion dmuchawca. Taka wrażliwość bywa darem, ale też boli w sytuacjach krańcowych, nie pozwala zamknąć oczu w chwilach zmęczenia i wymusza nieustanną czujność liryczną. Nowe dni i noce, równomierne tętno krwi i dalekie pogłosy stworzenia, rodzą wiersze utrwalające kolejne stany świadomości, będące raportem z uwrażliwienia, niosącego otuchę i burzącego chwilowy ład. Przepływanie i przesączanie się energii ożywia słowa, a te układają się w sensy pulsujące licznymi odcieniami, pierwotnymi znaczeniami i interpretacjami. Warto czytać te wiersze, bo jest w nich antyczna zasada harmonii, piękna immanentnego, a nade wszystko, odwiecznej i chwilowej siły, kształtującej, dopełniającej i stale moderującej ludzki los.             

Nota, którą autor zamieścił w nowym zbiorze wierszy.

______________
Dariusz Bereski, Wóz Tespisa, M-Druk, Wągrowiec 2016, s. 153.

BŁĘKIT I SZAROŚĆ

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

2

3

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

6

7

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

« Older entries

%d blogerów lubi to: