SUMIENIE I MIŁOŚĆ

Gor1

Jana Góreca-Rosińskiego poznałem na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, gdy zaczynałem dopiero moją drogę literacką. Był już od wielu lat naczelnym redaktorem bydgoskiego tygodnika „Fakty”, a także Prezesem oddziału Związku Literatów Polskich w naszym mieście. Zaczął publikować moje opowiadania i wiersze w tym periodyku, a potem coraz częściej zamieszczał też pisane przeze mnie teksty krytycznoliterackie, co przy rozbudowanym kolportażu w PRL-u, przyczyniło się do spopularyzowania mojego nazwiska i dało możliwość wejścia do ogólnopolskiego obiegu literackiego. Szybko zorientowałem się, że wokół tego pisarza kumuluje się zła energia bydgoskiego środowiska, podsycana przez ludzi z jego otoczenia i histerycznych komentatorów, którzy widzieli tylko zewnętrzność, a nigdy nie zadali sobie trudu, by spróbować zrozumieć wnętrze tego człowieka. W redakcji tygodnika i w związku pisarskim otoczony był przez kłębiące się i niezwykle zjadliwe „żmije”, ale – wiedząc o tym dobrze – starał się łączyć, a nie dzielić, jednoczyć, a nie burzyć. Zawiść budziły też niekwestionowane osiągnięcia twórcze, podróże artystyczne do Chin, Meksyku, na Kubę i do wielu krajów europejskich, a nade wszystko nieustająca aktywność literacka, pojawianie się w wielu periodykach i publikowanie kolejnych książek w renomowanych oficynach wydawniczych. Od samego początku dostrzegłem niezwykłą wagę tej twórczości, w czym nie byłem odosobniony, bo jej apologetą był też Piotr Kuncewicz, Krzysztof Nowicki, Arnold Słucki, Tadeusz Kłak, Jacek Kotlica, Jan Kurowicki, Stefan Melkowski czy Feliks Fornalczyk, żeby wymienić tylko kilku najważniejszych interpretatorów. Pisałem w obszernym studium rocznicowym, że istotą poezji Góreca-Rosińskiego była permanentna potrzeba przenikania, sięgania ku wnętrzu. Autor, opowiadając koleje swoich losów, zapoznając czytelnika z coraz głębszymi sferami swojej intymności, odsłania także przed nim głębie jaźni i wyobraźni współczesnego człowieka. Było to mówienie o ogóle poprzez dookreślenia szczegółowe, przez drążenie słowem zagadek istnienia. Poeta rozumiał na czym polegał synkretyzm dziejowy i tworzył swoistą   rozmowę  kulturową. Zadawał pytania i udzielał na nie odpowiedzi; szukał  pierwotnych definicji i ostatecznych reguł. Ta poezja była świadectwem trwania pośród wrogiej i przyjaznej Natury, pośród ciemności i jasnych smug światła, pośród  kulturowego ogrodu,  w którym mrok zmienia się w jasność.

Właśnie w ogrodzie miały miejsce ostatnie spotkania z pisarzem, który u schyłku życia przyjmował mnie i innych literatów w swojej posiadłości. Siadaliśmy w otoczeniu kwiatów, krzewów i drzew i rozprawialiśmy o nowej książce, która – jak się okazało – miała być ostatnim dziełem tego autora. Mimo podeszłego wieku poeta miał wiele pomysłów i właściwie ich bogactwo trochę go przygniatało, kazało tworzyć coraz to inne wersje wymarzonego tomu. Miało w nim być wszystko, a więc i sprawy polityczne, związane przede wszystkim z młodością, i upodobania estetyczne, i filozofia, a wreszcie – podsumowanie miłości do Marii Barbary Dobrzalskiej, najwierniejszej towarzyszki życia, zawsze go wspierającej i dającej energię życiową. Choć Górec-Rosiński otrzymał stypendium Urzędu Miasta, ułatwiające wydanie nowego tomu, nagła śmierć twórcy przerwała nasze spotkania, gorące dyskusje nad „dziełem życia” i skomplikowała jego edycję. Na szczęście w projekt ten bardzo zaangażował się najmłodszy syn pisarza – Wojciech – który właściwie stworzył nową koncepcję tej Księgi. Nie gubiąc niczego z zamysłu autora, ale też kładąc nacisk na ukazanie miłości rodziców, skomponował tom, który może być sporym zaskoczeniem dla czytelników. Oprócz niezwykłych wierszy, poruszająca jest tutaj część ilustracyjna, dokumentująca żarliwy patriotyzm Góreca, jego nieustające walki ze sobą i światem, a nade wszystko młodzieńcze opowiedzenie się po stronie Polski walczącej. Nie bez powodu na grobie pisarza znalazł się jego wiersz o Katyniu, ale ocenić to sprawiedliwie będzie można dopiero po pełnym odsłonięciu archiwum pisarskiego. Syn twórcy robi to już częściowo w tym tomie, ale prawdziwe skarby są dopiero do zaprezentowania. Okazuje się, że największy wróg poety, pragnący kreować się na dysydenta, oczerniający go na każdym kroku, a nawet tworzący błazeńskie „analizy” w jednej ze swoich książczyn, wpisywał wazeliniarskie dedykacje w ofiarowanych Górecowi „dziełkach”, a w czasach „Solidarności” pisarz nie bał się formułować śmiałych analiz i protestów do władz, za co w końcu zapłacił utratą stanowiska redaktora naczelnego „Faktów”. Potem był okres bardzo intensywnego redagowania nowego kwartalnika – „Metafory” i wydawania kolejnych książek, wśród których znalazł się poemat o niespotykanej sile i wartości – Mesjasz zbuntowany. To jest – pisze autor – apokryficzny, poetycko-filozoficzny dramat, którego źródłem jest Zapis, znaleziony przez autora w Pompei. Anonimowy świadek relacjonuje niezwykłe dzieje Przybysza, którego sąd pompejański skazał na śmierć za głoszenie nauk przypominających zasady religijne w Qumran. Zapis jest łaciński, na pergaminowym zwoju, częściowo zwęglony. Najbardziej zdumiewa data, miejscami zatarta, którą znalazca uznał za rok 2357! Być może zatarte cyfry mówią o roku 2137 lub innym czasie, gdyż uszkodzenie cyfr uniemożliwiło rzeczywiste ich odczytanie. Autor Zapisu zapowiada wydarzenia, które nastąpią w trzecim tysiącleciu w związku z pojawieniem się Mesjasza. Zakrój tego dzieła jest zdumiewający – sędziwy poeta zapragnął w nim zmierzyć się ze swoją podstawową pasją twórczą – szukaniem odpowiedzi na pytanie o świętość i boskość. W wielu utworach Góreca-Rosińskiego pojawiały się próby mówienia językiem kulturowego przekazu, ale dopiero w tym dramacie stały się elementem dyskusji – pulsującym podskórnie wołaniem z głębi dziejów. Piotr Kuncewicz wskazał, że poeta teraz postanowił zwieńczyć swoją twórczość dziełem prawdziwie ogromnym, w którym niełatwo się rozeznać i niełatwo je ocenić. Mesjasz zbuntowany to przecież prawie pół tysiąca stron: kolos! Trudno nawet powiedzieć jaki to gatunek: dramat? poemat? poemat dramatyczny? Jeśli tak, to dramatyczne didaskalia także zostały napisane – wzorem klasyków eposu – wierszem i chyba należą do najlepszych fragmentów utworu. Łączy się w nim wszystko – tradycja romantyczna, dialogowany traktat filozoficzny, odniesienia do współczesności, romans. Zadziwiony czytelnik kapituluje przed tą niezwykłą epopeją, może ją albo odrzucić całkiem, albo zaakceptować – także w całości. Myślę, że trzeba uznać prawo starego poety do tak gigantycznego owocu, na który składają się przemyślenia całego życia. Kuncewicz nie formułuje jednoznacznej oceny dramatu, bo wszelka jednoznaczność w zderzeniu z ogromem poruszanych przez Góreca-Rosińskiego spraw, skazana jest na porażkę. Autor przecież nieustannie miesza wątki, ustawia przekaz między doktrynami i zaciemnia obraz, ucieka w mit, a nawet w swego rodzaju fantazy. Widzimy zatem wielkie miasta, gdzieś nad chmurami, jakieś monstrualne twierdze, jakieś potoki rozgrzanej do czerwoności materii – z mgły wyłaniają się gigantyczne postaci i takież rekwizyty rodem z malarstwa surrealistycznego.

Równie ekscytująca jest poezja erotyczna tego autora, która stanowi w tym tomie element konstytutywny –  Górec zawsze pisywał wiersze miłosne, zostawiał na papierze ślad swoich uniesień i fascynacji Marią Barbarą Dobrzalską. Niewielu posądzało  go zapewne o taką subtelność – kojarzono poetę częściej  z  modelem poezji kulturowej, pełnej głębokiego i majestatycznego patosu. Nie zdawano sobie sprawy jak dobrze znał on psychikę kobiety i jak umiał grać w swojej liryce na najcieńszych strunach, potrafił wyczarowywać w strofach nastrój chwili, dopowiadać szeptem słowa, które zwykle zostają gdzieś w zawieszeniu i ciszy. Ale też umieszczał swoje wiersze w perspektywie trudnej codzienności, lokował je w miejscach, które wielu wydać by się mogły niepoetyckie. Tak opowiadał się za postawą epikurejską, szlachetną zadumą, przypominającą spokój i zamyślenie nad światem poety mądrego, tego, który gubił się w dziejowych burzach, ale nigdy nie przestał składać pocałunków na ustach wybranki, nie przestał jej dziękować za wspólne życie. Te wiersze zostały napisane dla jednej kobiety – to się czuje, to się wie po przeczytaniu tomu. Nawet jeśli adresatką któregoś z tych utworów była inna kobieta „cielesna”, to wszystkie te wiersze razem są poematem dla hipotetycznej, wyśnionej i wymarzonej wybranki duchowej. Ci, którzy znają życie prywatne poety mogą się domyślać, iż jego intuicyjna kochanka pokrywa się też z wybranką życiową. Te wiersze czyta się z przyjemnością, chętnie wraca się do poszczególnych utworów, stale znajduje się w nich metafory i porównania, które są prawdziwymi perłami lirycznymi. Erotyki poety są w pełni romantyczne – słychać w nich pragnienia i artykulacje głębokich tęsknot, jakie charakterystyczne były dla poetów dziewiętnastego wieku. Co paradoksalne poezja ta jest też jak najbardziej współczesna i spokrewniona z liryką Różewicza, Śliwiaka czy choćby Szymborskiej. Autor w każdym nieomal wierszu dąży do syntezy – pragnie dojść do źródła/ przed zgaśnięciem oczu; pragnie – zakorzenić słowo/ w kujawskiej legendzie/ zostawić synom/ sen/ o sprawiedliwym/ Miłość/ roślinkę tkliwości/ wszczepić/ w ich ból życia/ Nic ponadto. Taka postawa, to nic innego jak romantyczne szukanie źródeł, pragnienie dotarcia do sensu wszechrzeczy, chęć przekroczenia barier jakie zakreśla ciało, byt  i nieuniknioność końca.  To wreszcie, postawa człowieka, który nigdy nie zgodzi się z porządkiem świata, w którym wszystko niszczeje i rozpada się w proch, rozmywa się w lodowatej pustce przeddziejowej entropii. Pod koniec lat siedemdziesiątych uczestniczyłem w wieczorze poezji prezentowanej przez znakomitego jej interpretatora Aleksandra Jędrzejczaka. Z całego spotkania do dziś pamiętam aurę i ciepło mówionego przez niego wiersza Góreca o Marii, bo tak czysta i tak piękna poezja zdarza się bardzo rzadko. Potem były spotkania, podczas których wiersze erotyczne Góreca-Rosińskiego interpretowali Wojciech Siemion i Krzysztof Kolberger i także te spotkania głęboko zapadły w moją pamięć. Ostatni zbiór liryków, zaplanowany za życia i dopełniony potem przez syna Wojciecha, jest podsumowaniem tego, czym autor zajmował się przez całe swe ziemskie bytowanie, a w jakiś przedziwny sposób na plan pierwszy wysuwa się biblijna maksyma: iść w nurcie – jeśli nurt znaczy: być wolnym,/ jeśli być wolnym znaczy/ być wiernym sobie i istnieć,/ jak istnieje myśl, światło, miłość,/ sumienie –/ albo agawa, kwitnąca tylko raz! Poeta spełniał się w swojej miłości i szedł wraz z nią w nurcie wolności i wierności sobie, a jego myśl stawała się światłem, a jego żarliwe uczucie stale od nowa rozkwitało pośród ludzkich pustyń.

Reklamy

MIARY DO TRUMNY

skanowanie0005Tadeusz Wyrwa-Krzyżański należy do wąskiego grona najwybitniejszych nowoczesnych poetów polskich i można go śmiało postawić w rzędzie najważniejszych innowatorów naszego języka. Jego rozbudowana twórczość domaga się kompleksowego opisu, wskazania linii rozwojowych i punktów dojścia, konwencji estetycznych i strategii lirycznych, tym bardziej, że dotychczasowi interpretatorzy – nie wyłączając piszącego te słowa – nie sprostali wyzwaniu, tworząc co prawda archipelagową mapę krytycznoliteracką, ale nie dając skończonej wykładni sztuki słowa. Tylko kompetentne opracowanie naukowe może zapełnić tę lukę i przywrócić twórcy należne miejsce w panteonie współczesnej poezji polskiej, a czas na to, zważywszy, że pisarz blisko pięćdziesiąt lat czynnie zajmuje się literaturą. Wielkim nieszczęściem autorów takich jak Wyrwa-Krzyżański jest to, że nasza krytyka literacka i filologia uniwersytecka nie mają określonej siły kreacyjnej, gubią diamenty i częściej zajmują się autorami z jakiegoś układu, wybierają łatwiejsze zadania, a przez to nie docierają do sedna tego, co dzieje się w polskiej liryce. Liczy się fama, a nie autentyczne wartości, ważniejsze są koleżeńskie koneksje od drążenia tkanki języka, a wreszcie wszechwładny pieniądz kieruje uwagę ku miejscom mało istotnym, każe zoilom tylko na chwilę wchodzić w mrok, a nie rozświetlać go. To zagęszczanie ciemności prowadzi do wypaczeń i kieruje uwagę czytelników ku wartościom pozornym, chwilowym fajerwerkom, nadmuchanym kolorowym balonikom, konfetti rozsypywanemu na prawo i lewo. W takim kontekście poezja omawianego tutaj autora jawi się jako szlachetna walka z pozą i udawaniem, z chwilowymi modami i fanaberiami – walka z materią języka i słowa, chęć utrzymania kierunku i żelaznej  konsekwencji twórczej, nawet za cenę najwyższą.

 Nieszczęściem polskiej krytyki literackiej i takich autorów jak Wyrwa-Krzyżański jest to, że demonstracyjne pomijanie za życia, wręcz pogarda i milczenie, zmieniają się radykalnie po ostatecznym odejściu. Wtedy dopiero zaczyna się festiwal pochwał i zachwytów, wtedy tworzy się naprędce jakieś konstrukcje, a wszechobecne wymądrzanie się brzmi w eterze, bez względu na przynależność związkową, układy towarzyskie, tytuły naukowe i orientację seksualną. Poeta zdaje sobie z tego sprawę i rozumie, że jego droga prowadzi ku takiej właśnie sytuacji, a pragnąc to wyprzedzić – ironicznie i z charakterystyczną przenikliwością – pisze dramatyczny zbiór wierszy pt. Miary do trumny, w którym wyprzedza to, co wydarzyło się po śmierci Edwarda Stachury. Dykcja jednak jest tutaj inna – autor Fabula rasa uderzał w tony ewangeliczne i apokaliptyczne – a Wyrwa-Krzyżański przeciwstawia się zgiełkowi delikatnym szeptem, mądrą zadumą nad swoim losem, iście Celanowską przenikliwością i Różewiczowskim wyciszeniem. Kopany fundament domu okazał się grobem, a cegły z wcześniejszych wierszy szczelnie odgrodziły świadomość od świata, stały się metaforą przegrania i przygniecenia. To są istotne dopowiedzenia do całej twórczości i tylko w takim kontekście możne je właściwie odczytać. Z ważkich powodów odrzucona została rozbudowana architektura wierszy, a w ich miejsce pojawiły się proste konstrukcje – pałace języka i metafory, zastąpione zostały ceglanym murem i dachówką źrenicy. Ktoś, kto przeczyta te utwory bez znajomości wcześniejszego dorobku poety, nie zrozumie ich, albo oceni pochopnie, a przecież jest w nich dramatyczny, wielki niemy krzyk, prośba o zrozumienie i jakże obrazowy opis tego, co dzieje się w człowieku po traumatycznym przeżyciu. Niemoc jest strasznym wyrokiem dla kogoś, kto uchodził przez lata za symbol witalności i stworzył dziesiątki książek poetyckich i prozatorskich, opraw graficznych tomików i osobnych tek.

 W wierszach z nowego tomu rozpacz graniczy z prawdziwym opisem ludzkiej egzystencji, w której stale rozgrywa się gra pozorów, a dopiero przy strasznych rozstrzygnięciach, widać, co jest w niej najważniejsze: Nie pomogły wenflony i żywe/ rusztowania: lekarek i sióstr, i/ szpitale rehabilitacyjne./ Jest coraz gorzej, dla kogoś być może/ coraz lepiej./ A mnie się nie chce żyć, bo/ bardzo chce mi się żyć. Przeszłość i teraźniejszość są tutaj wyraźnie oddzielone, a przyszłość staje się wielką niewiadomą – ktoś powie, jak w każdym ludzkim bycie, ale przecież inna jest w tym tomie skala uświadomienia, inna perspektywa, prawda potwierdzona jakże bolesnym przeżyciem. Ludzie biegają wokół swoich spraw, oddalając od siebie kruchość kosmiczną planety i delikatność biologicznego istnienia, a przecież starczy byle podmuch czasu, ledwie mała erozja w organizmie i już wszystko traci sens, staje się udręką i lękiem przed jutrem. Poeta w takiej sytuacji konstatuje gorzko: Żywy trup pisze dla umierających/ wolniej…/ Wszystkim zbędny, nikomu/ niepotrzebny/ dobijam się/ o sens/ trwania. Ale jak znaleźć go w nieustannym pragnieniu, jak dopełnić chwile, które stanęły w miejscu, jak wreszcie ożywić to, co zmartwiało za życia? Tajemnica mózgu jak tajemnice/ kosmosu… – poeta nie stracił swojej przenikliwości, wie, że istnienie rozpięte zostało pomiędzy dwiema nieskończonościami, rozumie jak wiele stracił i jaka porażająca perspektywa pojawiła się przed nim. Próbuje w wierszach uporządkować świat w takiej formie, pragnie doświadczyć chociaż raz elementarnej jedności ze śniegiem i ołtarzem ud, z chmurą i panoramą miasteczka, a wreszcie ze wszechświatem, oddechem, pulsem krwi i biciem serca. Świat wydarza się w każdym z nas, codziennie od nowa wybucha w naszej świadomości i istnieje na zasadzie ułudy, chwilowej organizacji, ale i tak siły wszechpotężne decydują o każdym losie, energie niewyobrażalne kumulują się z biegiem lat, miesięcy i dni. Jak eksploduje gwiazda supernowa, tak w każdym życiu może pojawić się nieoczekiwany kataklizm, burzący wszelkie zamierzenia fatalny zbieg okoliczności.

Miary do trumny to książka głęboko zapadająca w świadomość, ucząca pokory wobec świata i życia – to spowiedź w obliczu nieuchronnej eschatologii, która miała pojawić się kiedyś tam…, za wiele lat…, a spadła nagle na człowieka jak strop, zdawać by się mogło, dobrze utwierdzonego domu. To też zbiór wierszy najprawdziwszych z prawdziwych, potwierdzonych cierpieniem i uczciwie oceniających życie, jego jasne i ciemne strony, aż do fatalnego „tąpnięcia wyobraźni”. Wcześniej poezja Tadeusza Wyrwy-Krzyżańskiego była nieustannym budowaniem domu, tego miejsca, gdzie rozgrywały się największe życiowe dramaty i tego locum, gdzie mógł schronić się poeta. Ta budowa była też  m i e s z k a n i e m   i – już w trakcie wznoszenia, kształtowania elementarnych wartości – b u r z e n i e m.  Pogłosy filozofii egzystencjalnej, ze szczególnym uwzględnieniem myśli Heideggera, były u poety wyraźne i trwale oddziaływały na wypowiedzi. Budował więc z najmniejszych cegiełek języka i sprawdzał siebie przy pomocy kategorii lingwistycznych – nieustannie poddawał próbie ich właściwości. Jego ewokacje były mierzeniem zdarzeń, wartości i uczuć na szali językowej pojemności, na szali frazeologicznej poprawności. Przy czym twórcę najbardziej interesowały właśnie te rudymenty i substraty językowe, które bądź się na szali nie mieszczą, bądź z niej spadają. Te pojęcia, nie-pojęcia miały inną wartość semantyczną i jakby stawały się elementami nowego, odkrytego przez poetę języka. To liryka bezkompromisowo ukazująca człowieczy upadek i ruinę wartości moralnych, podstawowych ludzkich pojęć i reguł przetrwania. Budowanie łączyło się z mieszkaniem, z mieszkania wyłaniała się chęć burzenia, a na gruzach starego rodziła się tęsknota za ładem i spokojem ograniczonej przestrzeni. Teraz – w obliczu ruiny domu ludzkiego – Miary do trumny dopełniają i burzą wszystko, nicują świadomość poety i stają się rodzajem „wizji lokalnej” po nagłej katastrofie budowlanej, metaforycznej, ale najpełniej – egzystencjalnej i ludzkiej.

_____________

Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Miary do trumny, Biuro Wystaw i Usług Plastycznych, Piła 2013, s. 34.

PRADOLINA WISŁY

???????????????????????????????

Wczoraj znowu był dzień roweru… Najpierw rano pojechałem w kierunku Strzelec Dolnych, skąd wspiąłem się na ogromną górę i przez Gądecz i Hutną Wieś dotarłem do Włók. Tam przystanąłem przy starym drewnianym kościółku z 1699 roku – budowla ta, wzniesiona na ruinach świątyni średniowiecznej, ma jedną nawę i prezbiterium zamknięte trójbocznie. Do tego wzniesiono kwadratową wieżę, zastosowano w niej też płaski strop, a wnętrze wyposażono w barokowe ołtarze, ornamentalne elementy snycerskie i organy, na których grywają najwięksi wirtuozi tego instrumentu. Po chwili ruszyłem do górnej części Trzęsacza, skąd zaczyna się niezwykły, serpentynowy zjazd do pradoliny Wisły. Na samym początku widać dalekie zakole naszej największej rzeki, zakręcającej po minięciu Bydgoszczy i podążającej w kierunku Bałtyku. To jedno z najlepszych miejsc widokowych i mam ochotę się zatrzymać, ale droga nie ma pobocza i jest ograniczona ocynkowanymi wstęgami, a poza tym tak szybko nabieram prędkości, że żal rezygnować z tej frajdy. Jadę bardzo szybko i po niedługim czasie dojeżdżam już do tablicy informującej, że Trzęsacz się skończył. Wciąż jeszcze nie muszę ruszać nogami, ale niebawem zaczynam naciskać na pedały i dojeżdżam do Chełmszczonki, w której przez lata wykładałem w nowicjacie Zgromadzenia Ducha Świętego. Teraz praktycznie nic tam się nie dzieje, funkcjonuje jakieś gospodarstwo ojców zakonnych i może ktoś to dogląda, rezyduje samotnie pośród natury. Chłopaki, z którymi miałem wtedy do czynienia i którym starałem się zaszczepić upodobanie do literatury i sztuki, rozjechali się po świecie, od Mauritiusa po Paragwaj, od Senegalu po Republikę Środkowoafrykańską, a wreszcie od USA po Kanadę. Mijając dobrze eksponowany budynek, z charakterystycznym krzyżem na dachu, wspominam dawne dni i jednocześnie popatruję na drugą stronę ku polom. Zawsze tego rodzaju wyprawy dostarczają mi ciekawych obserwacji ornitologicznych i tak było też tym razem. Widzę daleko na łąkach stado żurawi, a nad moją głową przelatuje nisko, majestatycznie pięć bocianów, które wyraźnie już się grupują i przygotowują do odlotu. Zauważam też wiele śmigłych oknówek, srok, sójek, synogarlic i grzywaczy, a czasem trafia się coś ciekawszego, a to dwie pliszki żółte, a to kopciuszek, a to z kolei ruchliwy dzięcioł zielony. Odnotowuję też powolne zamieranie przyrody, zmianę koloru liści drzew, utratę żółcieni przez wrotycze, więdnięcie traw i pokrzyw. Dojeżdżam z powrotem do Strzelec Dolnych i jeszcze raz pnę się pod stromą górę, a potem ruszam przez Jarużyn w kierunku kolejnego szybkiego zjazdu do Fordonu. Dodatkowo mocno pedałuję, co zwiększa moją szybkość i powoduje, że bez jakiegokolwiek wysiłku dojeżdżam do pierwszych bloków mieszkaniowych. W domu biorę prysznic i kładę się na godzinkę, a sen po takim długim jeżdżeniu rowerem smakuje jak drzemki w czasach dzieciństwa. Wstaję i biorę się za moje sprawy literackie, piszę jakieś listy, cyzeluję ostatnie teksty, trochę zerkam do skrzynek e-mailowych i Internetu. Nie wiadomo kiedy robi się godzina siedemnasta i zgodnie z wcześniejszym postanowieniem, jeszcze raz wsiadam na rower. Tym razem mam zamiar dotrzeć aż do miejscowości Czarże, gdzie są wyniosłe wały wiślane i wiele innych miejsc magicznych, jak choćby rozlewiska, porosłe teraz gęsto rzęsą wodną i pełne wodnego ptactwa. Szybko docieram do mostu na Wiśle, zbudowanego jeszcze przez Prusaków, a potem dwa razy wysadzanego w powietrze podczas drugiej wojny światowej. Dojeżdżam do Ostromecka i kieruję się w stronę Dąbrowy Chełmińskiej, jadąc po znakomicie przygotowanej ścieżce rowerowej. Dotychczas jeździłem tędy główną, bardzo ruchliwą drogą, teraz spokojnie, komfortowo poruszam się po nowej nawierzchni, tuż przy paśmie asfaltu. Szybko docieram do zjazdu i podążam nim na skraj doliny, gdzie zaczyna się kolejny zjawiskowy zjazd, prowadzący aż do wałów. Pędzę z ogromną prędkością, aż kierownica podskakuje i muszę ją trzymać bardzo mocno, momentami dodatkowo dociskając ją do podłoża, bo natrafiam na dziury i spękania. W końcu docieram do Czarży i kieruję się na wały, z których rozpościera się niezwykły widok  na liczne rozlewiska i daleką wstęgę Wisły. Widywałem tam zimorodki i kukułki, a przy brzegach obserwowałem czaple, kaczki, tracze, łyski i dzikie gęsi, teraz tylko oknówki wzbijają się w niebo, po drugiej stronie, na mniejszym stawie pływają młode łabędzie i krzyżówki, słychać daleki trel skowronka i popiskiwania mniejszych ptaków. Długo kontempluję zachodzące słońce, które ma jeszcze swoją moc i opala delikatnie moją twarz, później wypijam półtoralitrową butelkę wody mineralnej i ruszam z powrotem do Ostromecka. Tym razem droga wiedzie dołem doliny, a potem przez lasy, zagubioną pośród nich wioskę Rafa, aż do podbydgoskiej miejscowości, słynącej z produkcji wód pitnych. Pędzę szybko po ziemnej drodze, co chwilę wpadając w jakieś doły, koleiny, mijając niebezpieczne korzenie i głazy, co daje mi wielką frajdę i raz jeszcze przypomina młodzieńcze eskapady w grupach rówieśniczych. Oddycham pełną piersią, popatruję na ostatnie, złote błyski słońca, rozmyślam o moich sprawach i zbliżających się podróżach, a nade wszystko rozkoszuję się ciszą pól i łąk, krzewów i mijanych kompleksów leśnych. Właśnie objeżdżam rezerwat przyrody Las Mariański, który Niemcy założyli w dziewiętnastym wieku i nazwali Marienpark na cześć Marty Matyldy Marii Alvensleben-Schönborn (1854–1915) – spadkobierczyni majątku Ostromecko i żony Albrechta von Alvenslebena (1840–1928). To tutaj ulokowano stary młyn, wykonano drogę, ustawiono brzozowe ławki i zaczęto czerpać wodę mineralną, którą rozprowadzano w całej Rzeszy pod nazwą Marien Quelle (Źródło Marii). Dzisiaj, gdy pijemy wodę z tą reaktywowaną marką, warto pamiętać, że została ona uhonorowana dyplomami i medalami na międzynarodowych wystawach w Królewcu (1895), Szczecinie (1897) i Paryżu (1927). Kiedyś błąkałem się po ścieżkach tego rezerwatu i zauważyłem, że rosną w nim dęby czerwone, takież same kasztanowce i czarne sosny, a oprócz nich wiele jesionów i olch, grabów i buków, wiązów, dębów i sosen zwyczajnych. Można tam się też natknąć na klony, jawory, osiki, topole białe, brzozy zwisłe, lipy drobnolistne i dęby szypułkowe, spośród których najstarsze mają ponad dwieście lat. Z krzewów największe wrażenie robią na mnie ogromne trzmieliny, głogi i tarniny, ale sporo jest też dereni, bzu czarnego i leszczyn. Muszę tutaj wrócić w przyszłym roku, bo to prawdziwy raj dla ptaków, różnych zwierząt i owadów, a nade wszystko wiele w nim przestrzeni, które znakomicie nadają się do sfotografowania i powiększenia mojego ogromnego archiwum obrazów natury. Zaczyna powoli robić się ciemno i jest coraz chłodniej – jednak wrzesień przypomina, że nadchodzi już nieubłaganie pora jesienna i noce będą coraz zimniejsze. To właśnie to obniżenie temperatury powoduje, że liście zmieniają barwy, octowce stają się najpierw pomarańczowe, a potem krwiście czerwone, ogromne dęby i jesiony zmieniają powłokę i ogromna, porośnięta drzewami skarpa zaczyna mienić się barwami. Mijam pałac w Ostromecku i zjeżdżam przez las do domków jednorodzinnych, a dalej docieram do mostu na Wiśle. Pokonuję go szybko i już jestem w Fordonie, kierując się ku mojej ulicy i dziwiąc się jak szybko zrobiło się ciemno i jak wyraźnie lśnią kolorowe światła mijanych samochodów. Choć przejechałem tego dnia z pięćdziesiąt kilometrów wcale nie czuję zmęczenia, siadam do moich spraw przy biurku z poczuciem szczęścia i pełni, radosnego uczestnictwa w świecie, który daje nam jakże niezwykłe przeżycia…

ROKITNIK I OGNIK

W tym roku i w latach poprzednich niezwykle obrodziły rokitniki pospolite (Hippophae rhamnoides), które dosłownie obsypane zostały przez cenne owoce. To roślina z rodziny oliwnikowatych, rosnące od Europy po Chiny, używana do przyozdabiania płotów i skwerów, bardzo podobna do ognika pospolitego, więc tutaj mogą być zdjęcia jednego i drugiego gatunku. Charakterystyczne owoce zawierają ogromne ilości witaminy C i innych cennych mikroelementów. W starożytności karmiono nimi konie, wierząc, że w ten sposób pozbawia się je pasożytów i wzmacnia je. Oto kilkanaście fotografii ten zjawiskowej rośliny, zrobionych w ostatnich trzech latach w różnych miejscach Polski, od Bydgoszczy, przez Poznań, po Żelazową Wolę.

1

???????????????????????????????

???????????????????????????????

3

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

SEAMUS HEANEY 1939–2013

heaney

Seamus Justin Heaney urodził się 13 kwietnia 1939 roku w Bellaghy (Północna Irlandia) w wielodzietnej rodzinie. Był najstarszy z dziewięciorga rodzeństwa i spadało na niego wiele obowiązków w zakresie utrzymania rodzinnej farmy Mossbawn. Dorastał w środowisku postępowych katolików, w hrabstwie Londonderry, zaledwie trzydzieści mil od Belfastu. Choć ta część zielonej wyspy należy do Wielkiej Brytanii, nigdy nie godził się by określać go jako Brytyjczyka. Swój protest przeciwko zawłaszczaniu jego irlandzkiego pochodzenia manifestował wielokrotnie, w poezji i w wypowiedziach dla prasy, nie bojąc się konfrontacji z samą królową Elżbietą II. Jego niezwykła wrażliwość ujawniła się już w szkole podstawowej i średniej, a potem na studiach filologicznych w Queen’s University, w Belfaście. Ukończył je z wyróżnieniem w 1961 roku i podjął pracę nauczyciela anglisty, wtedy też zapoznał się z poezją Patricka Kavanagha i sam zaczął publikować wiersze, wchodząc do lokalnych grup literackich. Ożenił się z nauczycielką i pisarką, co jeszcze bardziej mobilizowało go do pracy nad słowem i tworzyło aurę nieustannych dyskusji, spotkań, artystycznych konfrontacji. Pierwszy, skromny tomik wierszy, pt. Eleven Poems, opublikował w 1965 roku, a już rok później słynne wydawnictwo Faber & Faber wydało jego duży zbiór, zatytułowany Death of a Naturalist (Śmierć naturalisty). W tym samym 1966 roku, Heaney został wykładowcą współczesnej literatury angielskiej w uniwersytecie, w którym studiował. Dalsza kariera literacka i naukowa tego subtelnego poety miała charakter niezwykle dynamiczny i pojawiły się w niej liczne znaczące wydarzenia, takie jak wykłady w Berkley i na Harvardzie. Wreszcie otrzymał posadę Professor of Poetry, na Uniwersytecie Oksfordzkim, którą piastował przez pięć lat, aż do1994 roku. W tym czasie zyskał już sławę jednej z największych indywidualności w literaturach anglojęzycznych, wyraziciela irlandzkiej wrażliwości i piękna. Cały czas aktywnie publikował książki, spośród których należy wymienić: North (1975),Selected Poems i Preocupations:Selected Prose(1980), Station Island (1984), The Haw Lantern (1987), zbiór esejów The Government of the Tongue (1988), sztukę The Cure At Troy (1990), Seeing Things (1991), The Spirit Level (1996), Electic Light (2001), District and Circle (2006) i jako ostatni zbiór: Human Chain (2010). W 1995 roku przyznano Heaneyowi literacką Nagrodę Nobla – jak to określono w Sztokholmie – za dzieła charakteryzujące się lirycznym pięknem i etyczną głębią, które sławią cuda dnia powszedniego i żywą przeszłość. Poeta zmarł 30 sierpnia 2013 roku w Dublinie, zostawiając potomnym, oprócz dzieł oryginalnych, wiele wspaniałych przekładów, w tym staroangielskiego eposu Beowulf, dramatu Sofoklesa, wierszy Owidiusza, Trenów Jana Kochanowskiego i liryków Aleksandra Puszkina.

Twórczość Heaneya przepojona jest aurą tęsknoty i ogólnoludzkiej solidarności – poeta szuka potwierdzenia, że ludzie wywodzą się z tego samego nurtu czułej wrażliwości i przeważa w nich dobro, choć historia uczy, że stale na plan pierwszy wysuwało się zło. Czyni to w obrębie własnej rodziny, pośród irlandzkiej przeszłości i w dalekim świecie, najczęściej w Ameryce, do której wyemigrowały wielkie rzesze Irlandczyków, stając się ważną, konstrukcyjną częścią diaspory. Niezwykłość poezji tego autora pokazać można na przykładzie wiersza pt. Anything Can Happen (Wszystko może się zdarzyć), będącego nawiązaniem do trzydziestej czwartej Ody Horacego. Wiersz ukazał się w 2009 roku w „Tygodniku Powszechnym” w znakomitym przekładzie Magdy Heydel. To obserwacja atmosferyczna, nawiązująca do rzymskich wyobrażeń na temat nagłych piorunów, ciskanych przez gniewnego Jowisza i pojawiających się niespodziewanie na czystym niebie. A symbolicznie chodzi o ludzki los, który bywa zmienny, nieustannie narażony na nieoczekiwane zdarzenia, które mogą się pojawić nie wiadomo skąd i nie wiadomo kiedy. Zwykle ludzie spodziewają się piorunujących uderzeń, gdy czarne chmury gęstnieją nad ich głowami, a kolory nieba, nagłe powiewy wiatru i chłód, zwiastują pojawienie się błyskawic. A przecież ludzki los to nieustanna niewiadoma i nekrologi w gazetach stale przypominają o tym, że w każdej chwili może nadejść choroba, dać o sobie znać jakiś defekt w organizmie, a wreszcie nieoczekiwana śmierć może zgasić każdą świadomość. Nic nie jest pewne w naszym świecie, bo przecież: Wszystko się może zdarzyć. Masz pewność, że Jowisz/ Zawsze czeka, aż chmury zbiją się i skłębią,/ Zanim ciśnie piorunem? To popatrz, jak teraz,/ Pognał w galop i rydwan gromu, i rumaki. Człowiek najczęściej wyczekuje, przygląda się rzeczywistości, ale też stara się odsuwać na plan dalszy tragiczny wymiar egzystencji we wszechświecie, na kruchej planecie, w obrębie konkretnej przestrzeni geograficznej – inaczej zwariowałby widząc wszędzie śmierć, erozję, wpisując swoje bytowanie w odwieczną kosmiczną entropię. Życie starożytnych mieszkańców Rzymu przepojone było lękiem przed bogami atmosferycznymi i ziemskimi tyranami, za nic mającymi jednostkowy los, ale też większa była świadomość, że ludzkość została „zawieszona” w kosmosie. Co wieczór na czystym, czarnym niebie pojawiały się miliardy gwiazd i jaśniał tajemniczy Księżyc, owa lampa tysiącleci, satelita bez którego nie byłoby życia na Ziemi. Zasadą wyobraźni było w tamtych czasach uosabianie i animizowanie, stąd u Horacego i Heaneya grom staje się rydwanem, a jego odgłosy przypominają koński galop, dynamikę znaną dobrze z antycznego świata, w którym zwierzęta te były elementem wojen i podróży, pracy na roli lub triumfalnego wjazdu do miasta.

Irlandzki poeta przywołuje starożytne strofy i przenosi je w obręb teraźniejszości – wskazuje, że nagła zmiana i nieodwracalne skutki pojawiają się stale i uderzają w człowieka jak grom z jasnego nieba. A wtedy złudna harmonia zanika i bezpieczeństwo staje się fatamorganą, ziemia trzęsie się, mają miejsce ruchy górotworów, jakieś podziemne przemieszczenia mas skalnych, wzrasta dynamika przepływu wody w rzekach i daleki Atlantyk burzy się, wpływając na falowanie wód mniejszego morza. Te metamorfozy nabierają charakteru symbolicznego i wtedy pojawiają się też w mitologicznej krainie umarłych, pełnej duchów tych, którzy się po niej błąkają: Po czystym, jasnym niebie. Zatrzęsła się ziemia,/ I zatłoczone podziemie, wody Styksu,/ Kręte rzeki, brzegi samego Atlantyku. Owo przenikanie się rzeczywistości dwudziestego wieku i symboliki antycznej charakterystyczne jest dla Heaneya i staje się immanentną siłą jego poezji, trudnej, ale jakże prawdziwej, skomplikowanej, ale też lekkiej i zwiewnej. Głęboki intelektualizm łagodzą tutaj odniesienia do natury i przejścia do krain wyobraźniowych, zaczepienia w świecie realnym i symbolicznym, chwile realne i nierealne. Tutaj wszystko jest potencjalne, wszystko jest kłamstwem, anihilacją świata i jego utwierdzenia, a zarazem: Wszystko się może zdarzyć; i najwyższe wieże/ Mogą runąć, by ci, co siedzą wysoko upadli, Zaś mali zyskali uznanie. Śmiga ostrodzioba/ Fortuna, aż powietrzu brak tchu. Zrywa komuś/ Czub, by okrwawiony narzucić innemu. Nie wolno zawierzyć swoim czasom i dumnym urzędom, a ci, którzy zostali wyniesieni i znaleźli się w wyniosłych wieżach, spadną z największym impetem, z kolei mali ludzie zaczną się wspinać coraz wyżej i osiągną cele, o których się im nie śniło. Wszystko rozegra się pośród widowiskowej natury, a choć przypisane do świata ludzi, zmultiplikuje się w nim na wzór przestrzeni mitycznych, gdzie rządzi Fortuna – na kształt wodnych szuwarów, gdzie drapieżny ptak zabija słabszego przeciwnika. Heaney przydał rzymskiej bogini losu cechy ornitologiczne, tworząc z niej rodzaj tajemniczego ptaka, który zrywa czub z głowy przedstawiciela innego gatunku – stale pamiętać też musimy o symbolicznej stronie wiersza, bo przecież mówi on o nagłym pojawieniu się błyskawicy na czystym niebie. Tak samo silny ptak drapieżny uderza w słabszego przeciwnika i symbolicznie zrywa mu czub z głowy, pozbawia życia i zabiera świadomość.

Po nieoczekiwanym uderzeniu gromu świat traci swoją stabilność, grunt usuwa się ludziom spod stóp i nawet bogowie czują się niepewnie, bo zostali przypisani konkretnym przestrzeniom ludzkim, w których oto objawiła się najwyższa moc Jowisza. To, co wydawało się wzniosłe i paraliżowało umysł swoim ogromem, nagle staje się małe, przypominające najzwyklejsze rzeczy: Spod nóg ustępuje ziemia. Ciężar nieboskłonu/ Wznosi się znad Atlasu jak pokrywka garnka. Wszystko wszakże jest domeną imaginacji, wszystko może zyskać walor symboliczny, ale nagła boska ingerencja, nieoczekiwane uderzenie gromu, zmienia proporcje świata, przydaje mu śmieszności i wprowadzają element absurdu. To było zdarzenie nie mieszczące się w ziemskiej typologii, to chwila, która nie miała mieć miejsca, coś nagłego i pozbawionego logiki, przynajmniej tej ze świata ludzi. Wszakże w krainach symbolicznych, w świecie mitu, w przestrzeni zdominowanej przez walczące żywioły, jest to zdarzenie wpisane w ciąg przemian, nie budzące zdziwienia, przypisane tyleż do elementarnej struktury powietrznej, co ziemskiej, do ognia i jego mocy niszczącej. To jest destabilizacja, która rani świadomość: Chwieją się gzymsy, nic nie wraca na miejsce./ Pył telluryczny i zarodki ognia wrą. Pył ziemski został poruszony, a wszędzie pojawiły się zarodki ognia, które mogą zniszczyć ludzkie konstrukcje i budowle, gzymsy obrócić w popiół, wprowadzić na nowo kosmiczną zasadę osobnych pierwiastków, rozdzielić to, co zostało harmonijnie połączone w świecie materii i świadomości. Widać tutaj znakomicie jak „gęsta” jest poezja Heaneya, zawieszona w przeciwstawnych rzeczywistościach, zarazem przenikających się i znoszących się nieustannie, jak wiele może powstać na jej kanwie interpretacji. Ukazując chwilowość ludzkich światów, przenosi je do krain mitu, pamięta o starożytnej tradycji poetyckiej i dramatycznej, potrafi kopiować mechanizmy natury i kosmosu, stawać się formułą ulotnego istnienia i przypominać o zależnościach, których człowiek nie potrafi znieść. Tylko podporządkowanie się odwiecznym rytuałom trwania, tylko ich zrozumienie mogą dać otuchę i pomóc zrozumieć wydarzenia tak absurdalne jak nagła śmierć i uderzenie gromu z jasnego nieba. Poniekąd poeta doświadczył tego realnie, gdy nagle po krótkiej chorobie opuścił żywych i wkroczył do krain Styksu, znalazł się w pośmiertnej rzeczywistości mitycznej. Mógł jeszcze długo żyć, ale błyskawica uderzyła trzydziestego sierpnia i skończył się jednostkowy los, potwierdziło się to, o czym pisał poeta: Wszystko się może zdarzyć. Jego trumna w dublińskiej katedrze prezentowała się dostojnie i zarazem była znakiem nieistnienia, odejścia tam, skąd nikt nie wraca, kropki postawionej przez los na końcu biografii.

%d blogerów lubi to: