NIEPOJĘTE PRZEZ NIEUCHRONNE

ZERNIC1

Latem zeszłego roku stanąłem w Ciechocinku nad grobem Janusza Żernickiego (1939–2001), poety, którego bardzo cenię i ubolewam, że tak mało ukazuje się tekstów jemu poświęconych. A przecież był znakomitością Orientacji Poetyckiej „Hybrydy”, barwną osobowością pokolenia Stachury, Różańskiego, Gąsiorowskiego, Szatkowskiego, żeby wymienić tylko kilka nazwisk rówieśników. Pisałem o nim w jednym ze szkiców: Chcąc ukazać krajobraz wewnętrzny tej liryki należałoby cofnąć się do czasów antycznych, w obręb architektury greckiej i rzymskiej, należałoby pochylić się przed Altamirą, stanąć pośrodku cywilizacji Sumeru i Egiptu – słowem zatopić się w kulturowości. I nie powinno czytelnika dziwić, że akwedukty Rzymian graniczą tu ze sfinksem i jaskiniami ludzi pierwotnych, nie powinno dziwić, bo jest to nasze wspólne dziedzictwo kulturowe. Ale to zaledwie pierwsza błona, tło i nie tło – widać na przykładzie Żernickiego jak poezja góruje nad sztukami wizualnymi. Następne wszak warstwy są elementami pejzażu, informacjami o konkretnych rekwizytach, ale także kolejnymi tłami nakładającymi się na przestrzenie archaiki. W takim drgającym i pulsującym hologramie wiersza wyodrębnić można wiele równoważnych płaszczyzn – a więc głębię mitologiczną, panoramy realnego świata postrzeganego okiem wiecznego tułacza, odniesienia do tradycji judeochrześcijańskiej, pogłosy  cielesności i echa chemii struktur organicznych. Żernicki chce ukazać człowieka w sieci napierających na niego sił, splatających się nieustannie przeciwieństw. Nie było przesady w tak szerokim ujęciu, choć dzisiaj może coś bym zmienił, coś skorygował w dawnym tekście. Pisałem też o jego ziemskim wędrowaniu: Poeta podkreśla inność swojej wędrówki. Wszak nie szedł on utartymi szlakami – zmierzał poprzez krainy, w których wędrowiec budzi zdziwienie niczym piękny ptak pojawiający się w zasięgu oczu. Szedł w bólu i spiekocie, towarzyszyły mu lęk, postacie w maskach, hybrydy jaźni i cienie umarłych. Tych ostatnich było coraz więcej i poeta pragnął uwolnić się od nich, chciał ich zgubić, pozostawić. Ale im bardziej im umykał, tym bliżej byli jego wyobraźni, im dalej majaczyły ich cienie, tym głębiej zapadały w jego wnętrze ich odbicia. W takich chwilach, w błysku autorefleksji poeta mówił: Który na próżno wyrywam się wirom po umarłych,/ który widziałem miasta w chwili jak Chusta Weroniki. Tak oto wędrówka stała się męczarnią, tak zmieniła się w ucieczkę. Ale nie ma ucieczki przed własnym losem, nie można zejść z drogi przeznaczenia – życie i śmierć każdego z nas zostały zapisane w gwiazdach, zdarzyło się i powtórzyło w setkach, tysiącach tych co przed nami, zdarzy się i powtórzy w tych co przyjdą po nas. Dopiero na gruzach upadłych cywilizacji zobaczyć można znikomość jednostkowego losu, zrozumieć można czym jest byt, skąd idziemy. Wędrówka poety, śmiertelna wyprawa do granic bez granic, bieg po okręgu, bieg w miejscu są otwarciem przestrzeni – raną, która nigdy się nie goi.

A teraz stałem nad grobem człowieka, z którym korespondowałem i którego spotykałem w różnych miejscach Polski, najczęściej w Warszawie, podczas festiwali poezji. Zamieszczam w moim dzienniku fotografie grobu Janusza, by zdanie z jego wiersza: Pojąć niepojęte przez nieuchronne – wyryte w granicie, trafiło do jak najszerszych kręgów czytelników.

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: