JEDNIA

Przebudzenie w nocy, około godziny drugiej trzydzieści. Przewracam się z boku na bok i próbuję zasnąć, ale sen nie przychodzi. Wstaję po cichu z łóżka by nie obudzić Ani i idę na górny poziom mojego domu. Przed zaśnięciem mówiliśmy o tym, że jemy za mało owsianki – przygotowuję więc w kuchni pół małego garnka płatków w wodzie z cukrem. Rano doleję tylko mleka, zagotuję raz jeszcze i dietetyczne śniadanie będzie gotowe. Podchodzę do okna w pokoju i widzę księżyc na niebie, rozmywający się pośród ponurych chmur, które w malarstwie i filmie stanowiły zawsze tło dla grozy i tajemnicy. Przez ułamek sekundy widzę płótna Caspara Davida Fridricha, Iwana Ajwazowskiego, WilliamaTurnera, kadry z filmów Eisensteina i Murnaua. Otwieram okno, wdycham chłodne powietrze i myślami podążam ku zbliżającej się wielkiej podróży na kontynent południowoamerykański. Znowu przelecę Atlantyk w obie strony i będzie to mój najdłuższy lot, bo trwający aż trzynaście godzin i czterdzieści pięć minut. Jeśli do tego dodamy przeskok z Bydgoszczy do Warszawy i dalej do Frankfurtu, to na przełomie kwietnia i maja spędzę w samolotach w sumie ponad trzydzieści godzin. Patrzę na księżyc i czuję lekkie podniecenie, odprowadzam siebie na lotniska, patrzę przez okno wielkiego Boeinga 777 na ocean, próbuję wszystko połączyć w kosmiczna jednię.

GRAFIKA

Początek marca… Idę przez jeden z większych parków w Bydgoszczy i przyglądam się koronom drzew. Jest dość zimno i błękit nieba w dali wyostrza grafikę czarnych gałęzi i konarów. To dobry czas dla obserwacji drobnych ptaków, śmigających z drzewa na drzewo, zatrzymujących się na dogodnych platformach startowych, rozglądających się na boki i już dalej podążających w poszukiwaniu pożywienia lub dobrego miejsca na nowe gniazdo. Przysiadam na ławce i długo wpatruję się w plątaninę gałęzi, grubych i cieniutkich czarnych linii. Był taki czas, gdy zajmowałem się częściej rysowaniem tuszem i zdarzało się tworzyć coś na kształt tych dendrologicznych komplikacji. Robi mi się na sercu cieplej, gdy zauważam pierwsze szpaki, które wróciły z Afryki lub krajów arabskich, obwieszczając nadejście wiosny, nawet jeśli wybuch roślin powstrzymają marcowe przymrozki. Im człowiek starszy, tym bardziej cieszą symptomy ocieplenia i klarowność błękitu na niebie, ptaki wracające z kontynentalnych wojaży i czystość powietrza. I ten spokój tak cenny w obliczu tragedii ludzi na Ukrainie i ich heroicznej walki z tyranem z poprzedniej epoki. Mam nadzieję, że ludzkość wymierzy mu karę stosowną do przewin i odejdzie w niebyt jak jego haniebni poprzednicy.     

                       

* * *

Idąc moją ulicą do sklepu zauważam na niebie lśniącą smugę oparów silnikowych wielkiego samolotu. W perspektywie czarnych gałęzi i gasnącego dnia, przypomina mi ona liczne loty interkontynentalne. Nauczyłem się organizować sobie czas podczas mozolnego podążania do jakiegoś odległego celu i szczególnie przydane w tym względzie były częste wyprawy do Chin. Zwykle czytam jakąś książkę, przeglądam gazety, wzięte ze stolika przy wejściu do aeroplanu, zdarza się, że coś piszę, oglądam jakieś filmy i stale kontroluję na mapie postęp lotu. Pode mną pojawiają się wielkie i mniejsze miasta, górskie osady, największe rzeki świata, ruchliwe autostrady, a jeśli azymut maszyny wyznaczony został nad morzami lub oceanami, próbuje dostrzec jakieś statki, wyspy, zarysy linii brzegowej. Zapamiętałem wiele takich niepowtarzalnych chwil – nad Indiami, gdy błyskawice co chwilę rozświetlały niebo, nad Stanami Zjednoczonymi, gdy wyraźnie widać było pustynne ostańce Arizony i przełom rzeki Colorado. Albo ta obserwacja lodołamaczy, torujących drogę statkom w Zatoce Świętego Wawrzyńca, momenty przy oknie, gdy samoloty znalazły się nad pustynią Gobi i Saharą, nad dżunglami Konga i Angoli. To tylko przykładowe zauroczenia tego typu, bo przecież było ich wiele, tak jak spotkałem mnóstwo ludzi, pojawiających się obok mnie i siedzących w innych częściach kabin. To zastanawiające, że czas zaciera kontury i zapamiętałem tylko najwyrazistsze osobowości: piękną czarną dziewczynę mknącą obok mnie z Amsterdamu na Newark, subtelną Chinkę dzielącą ze mną lot z Moskwy do Pekinu, Afroamerykanina o wadze ze dwieście kilogramów, który przygniótł mnie swoim ciałem, a choć lecieliśmy tylko dwie godziny, z Tampy do Nowego Jorku, to było to doświadczenie ekstremalne. Ciekawe w ilu umysłach zapisałem się dłużej… Może pamięta mnie Holender, który zamawiał u uczynnej stewardesy linii KLM, dla siebie i dla mnie, kolejne buteleczki whisky, choć wcale go o to nie prosiłem. A może stoję w pamięci Nigeryjczyka, z którym rozmawiałem podczas lotu z Warszawy do Stambułu i obaj rozpływaliśmy się nad pięknem kobiet z jego kraju. Czy czasem wspomina mnie ta ekspresyjna pięćdziesięcioletnia blondyna lecąca z Nairobi do Berlina, która już po pół godzinie rozmowy i popijania krwawej Mary, gotowa była brać ze mną ślub. A może pałętam się gdzieś w zakamarkach pamięci ogromnych rzesz stewardes i stewardów, a szczególnie jednej z nich, o urodzie Jennifer Lopez, uśmiechającej się do mnie jakoś tak ponad programowo podczas lotu z Medellín do Panama City? Tak, idąc ulicą w mojej dzielnicy i patrząc na rozognioną strzałę dalekiego samolotu, interaktywnie tęsknię za nowymi lotami…                              

DALEKIE ROZMYCIA

Wstałem około siódmej rano i stanąłem przy oknie, za którym jest weranda i mój niewielki ogród. Jak zwykle, stado wróbli czekało aż im coś rzucę, tym bardziej, że śnieg wciąż okrywa trawniki i drogi, dachy i gałęzie drzew. Wiatr strącił go tylko z górnych partii pobliskich olch i drzew owocowych i siedzą na nich cierpliwe wrony, gawrony, czasem zatrzymają się kłótliwe sroki. One też wiedzą, że na moim podwórku można rano znaleźć coś do zjedzenia, a choć za tarasem czai się wyjątkowo morderczy kot sąsiada, starają się go przechytrzyć. Patrzę dalej, w kierunku lotniska i widzę rozpłomienione niebo, jak z czasów mojej młodości, gdy tak przykuwało moją uwagę i generowało marzenia o dalekim świecie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będzie mi dano zobaczyć wiele wspaniałych miejsc na półkuli północnej i południowej, wschodniej i zachodniej. Ale doskonale pamiętam tamte zachwycenia, długie kontemplowanie nadpalonego nieba o wschodzie i zachodzie słońca, takiego jak to dzisiejsze. Tak rodziła się moja wrażliwość, dodatkowo doświadczana przez kolejne odejścia moich przyjaciół i ich jakże smutne pogrzeby. A dzisiaj, zaczyna się dzień i siadam do pracy przy komputerze, spełniony, mający wiele planów literackich, artystycznych i wydawniczych, zakorzeniony w przestrzeniach globu, wielkiego układu planetarnego, galaktyki i niewyobrażalnie rozległego wszechświata. Poranne barwy wschodniej strony nieba zwiastują coś wspaniałego we mnie i poza mną, trudnego do wyrażenia, ulotnego jak dalekie rozmycia…

PUSZYSTOŚĆ

Znowu śnieg spowił świat i odnowił wszystko bielą w cudowny sposób. To okrycie jest jak spuszczenie kurtyny w teatrze, to zamaskowanie wszelkich brudów i deformacji świata, każe zastanowić się nad zimami, które już minęły. Były częścią mojego życia, jak wiosny, lata i jesienie, ale przeminęły i stały się tylko elementem wspomnienia, a ich temporalność została sprasowana do wielkości chwili. Dobrze jest stanąć na tarasie i popatrzeć na płaszczyzny bieli, na puszyste muldy uczepione gałęzi cyprysów i kwietnych krzewów. W śniegu, który legł grubą warstwą na trawniku, buszują sroki, ogromne wrony i gawrony, czasem pojawia się kawka albo mewa siodłata – pomiędzy oszronionymi gałązkami trwa też czujnie lub przefruwa gwałtownie z miejsca na miejsce ptasia drobnica: sikorki bogatki, wróble i mazurki, a czasem na większym drzewie pojawia się barwny dziwak: sójka, rudzik, grubodziób. Osobne byty trwają obok siebie, jak śnieg i rośliny, jak przestwór powietrzny i ziemia, osobne światy spotykają się w ludzkiej świadomości. Stoję na tarasie i patrzę na zimową odsłonę mojego tajemniczego świata. Wczoraj, gdy jechaliśmy samochodem do Inowrocławia, żona powiedziała, że nie wahała się oświadczyć w dużej grupie współpracowników, że jest zadowolona ze swojego życia. To było jak wsadzenie kija w mrowisko, bo natychmiast usłyszała z wielu ust narzekania i krytykę, przecież nie można pozytywnie oceniać swojego istnienia. Lepiej narzekać, niczego nie widzieć i nie mieć sukcesów, najlepiej zlać się z bezkształtną i bezbarwną masą, materią chłodu okryć wszystko jak śnieg. Tak, tacy bywają ludzie, ale ja też nie waham się powiedzieć, że jestem zadowolony ze swojego życia, bez względu na to, co się stało i co jeszcze się wydarzy. Szczególnie w chwilach takich jak ta, gdy stoję na tarasie i oddycham chłodnym zimowym powietrzem, kontemplując biel, puszystość śniegu i przemijanie chwil.  

* * *

Saturn

Przebudziłem się w środku nocy, wstałem z łóżka i poszedłem na górny poziom mojego domu. Nie zapaliłem światła, otworzyłem okno balkonowe i stanąłem w nim, natychmiast czując lodowaty powiew kosmosu. Tym razem wiatry rozwiały jesienne szarugi i chmurne zwaliska, a w górze zalśniły iskry gwiazdozbiorów, nie tak wyrazistych jak latem, ale dających się wyodrębnić. Wiedziałem, że kluczem będzie tutaj spojrzenie na południowo-zachodnie niebo i wyodrębnienie gwiazdozbioru Koziorożca, w którym w listopadzie można dostrzec Jowisza i Saturna. Chłód był coraz dotkliwszy, a bawełniana koszulka nie chroniła przed nim, więc rzuciłem jeszcze okiem na Wenus, ulokowaną niżej zachodniego horyzontu i zamknąłem okno. Idąc, na dół do łóżka i wtulając się w poduszkę, myślałem o kosmicznych ogromach i zjawiskowych obiektach kosmicznych. Z tych wyżyn  ludzkiej świadomości i wiedzy astronomicznej, lekko, leciutko, zsunąłem się ku przepaściom snu.

* * *

Siedząc w swoim pokoju widzę sporą połać nieba, na którym w różnych porach roku pojawiają się ptaki. Wczesną jesienią i wiosną są to klucze gęsi i kormoranów, latem zauważam stada szpaków, a zimą ogromne „chmury” gawronów, trafiających do nas z chłodnych krain. Często też lśnią pośród przestrzeni błękitu samoloty, sunące z zachodniej części świata ku północy i wschodowi. Za każdym razem myślę wtedy o ludziach zamkniętych w aluminiowej tubie, zmierzających ku jakimś celom i wierzącym, że lot okaże się szczęśliwy. Kilkadziesiąt razy byłem na pokładach aeroplanów, lecąc do Chin, Stanów Zjednoczonych, Ameryki Środkowej i Południowej, Afryki, a także do wielu krajów europejskich. Za każdym razem było to powierzenie moich losów umiejętnościom pilotów, sprawności maszyny, a także kontrolerom lotów, śledzących z ziemi posuwanie się poszczególnych jednostek w dal. Patrząc przez okno na odległą kreskę samolotu, wiem za każdym razem, że jest to znak życia i tego, co dzieje się na pokładzie. Ludzie spokojnie siedzą na swoich miejscach, czasami tylko wstając z powodów naturalnych i dla rozprostowania kości, stewardesy i stewardzi popychają wąskie wózki z jedzeniem i napojami, a kapitan i jego pomocnicy czuwają nad poprawnością lotu i właściwym działaniem silników i innych mechanizmów. Jakkolwiek by nie patrzeć na owo zawieszenie ogromnego ciężaru na wysokości ponad dziesięć tysięcy metrów nad ziemią, zawsze jest to też swoista loteria. Pamiętam jak kiedyś lecąc nad Indiami przyglądałem się rozbłyskom błyskawic nad horyzontem i myślałem o tym, że wejście do samolotu i wzniesienie się ponad chmury jest jak uczynienie cudzysłowu nad życiem. Niby jest to ta sama egzystencja, niby ten sam człowiek, a jednak wszystko zostaje zawieszone i póki samolot nie wyląduje na pasie lotniska, wszystko może się zdarzyć. Na szczęście mam zdrowe podejście do latania i nie ekscytuję się nim tak jak na początku, raczej traktuję je jako obietnicę nowej, wielkiej przygody w jakiejś odmiennej przestrzeni.    

HELPHINE

Helpine Moraa z Kissi w Kenii

Przebudzenie w środku nocy, około godziny czwartej… Niegdyś w takich przypadkach sięgało się po książkę, oglądało się jakiś film w telewizji. A teraz jest tylko jeden kierunek po podniesieniu się z łóżka – podejście do komputera i wejście do sieci internetowej. Sprawdzenie e-maili, bo wiele z nim przychodzi do mnie w nocy, szczególnie z Chin i USA, a potem przeglądanie stron, zapoznawanie się z nowymi postami w mediach społecznościowych. W Internecie widać, że świat nigdy nie zasypia i tyle wciąż się wydarza, tyle w nim zaskakuje i oszałamia i nie zwalnia licznik narodzin i zgonów. Czasem podczas takiej nocnej warty docierają do mnie informacje dobre i krzepiące, ale niestety za każdym razem przeważają złe. Teraz też taka pojawiła się nagle – młoda, piękna dziewczyna o imieniu Helphine, którą poznałem w Kenii w 2018 roku, zginęła w wypadku samochodowym. Była tak subtelna i żywotna, uczestniczyła w wydarzeniach festiwalu literackiego w Nairobi i opowiadała o swoim małym synku, który teraz pozostał bez mamy. Śledziłem jej działania na Facebooku i czasem zaznaczałem, że coś mnie poruszyło, coś zastanowiło lub dotknęło. Teraz paskudna wiadomość przygnębiła mnie ogromnie i nie pozostało nic innego, jak tylko wrócić do łóżka i dospać kolejne godziny do rana. Zdruzgotany i zszokowany, zasnąłem natychmiast…

ZALEW KORONOWSKI

Wyprawa nad Zalew Koronowski, który pojawiał się w moim życiu wielokrotnie, począwszy od lat osiemdziesiątych XX wieku, gdy byłem wychowawcą kolonijnym w Pólku, poprzez pływanie pod żaglami po roku 2000, a skończywszy na osobnych wycieczkach samochodowych do Pieczysk, Samociążka i Sokole-Kuźnicy w latach 2012–2021. Jakże dobrze jest stanąć na brzegu i cieszyć się widokiem ogromnej płaszczyzny wodnej, na której widać wiele białych, płóciennych plam. Wszystko tutaj takie spokojne, wszystko na swoim miejscu – piękno niemal mazurskie, cisza jak nad Bełdanami, błękit jak nad Mamrami, głosy ptaków niczym w sitowiach nad Śniardwami. Mógłbym tak stać kilka godzin, rozkoszując się dziewiczą naturą, patrząc jak zmieniają się kolory wody, brzegów, zarośli trzcinowych i wielkiego baldachimu nieba. Bliskość dwudziestoletniej rocznicy zamachów na Nowy Jork generuje jednak do moich myśli obrazy groźne, destrukcyjne i każe pytać o jakość zabezpieczeń akwenu przed klęskami natury.  Jak wiadomo koncepcja jego utworzenia powstała już w 1928 roku w pracowni prof. Karola Pomianowskiego, ale z powodu wojny do projektu powrócono dopiero w 1946 roku, co było dobre, bo znacznie rozwinięto pierwotne plany, oparte o wykorzystanie równoległych do Brdy jezior polodowcowych (Lipkusz Duży, Lipkusz Mały, Moczar, Czarne i Białe). Ostateczną decyzję podjęto w 1953 roku, a prace trwały do roku 1960, obejmując między innymi całkowity demontaż zabudowań wsi Olszewka i przesiedlenie jej mieszkańców. Tak pod wodą znikła szkoła z czerwonej cegły, wzniesiona w czasach pruskich, mostek na niewielkiej strudze, liczne domy, zabudowania gospodarcze i dwa niewielkie cmentarze – pocholeryczny i ewangelicki. Przez wieki żyło w tej wsi wiele rodzin polskich i niemieckich, uprawiano zboża i ziemniaki, tworzono nowe gospodarstwa, nie przeczuwając, że wszystko to znajdzie się kiedyś pod wodą. Napełnianie zbiornika zakończono 30 listopada 1960 roku, a elektrownia została oddana do eksploatacji 4 marca 1961 roku. Zbiornik powstał z podpiętrzonej Brdy, przegrodzonej zaporą ziemną o długości 49 kilometrów oraz połączenia wielu jezior rynnowych. Teraz stojąc nad tym cudem myśli hydrologicznej, zachwycam się rozmachem, w którym siły natury odegrały najważniejszą rolę. Dzisiaj Zalew Koronowski wydaje się oazą spokoju i stanowi cel licznych wycieczek dla mieszkańców Koronowa i Bydgoszczy. Stojąc na wyniosłej skarpie i przyglądając się toniom myślałem o tym, że nad pięknym zalewem stale wisi groźba naturalnej katastrofy, wszak chronią go konstrukcje sprzed siedemdziesięciu lat. Odpowiednie służby zapewniają, że nasyp ziemny stworzony został z zachowaniem norm bezpieczeństwa, ale przecież zmieniający się klimat może mieć wpływ na powstanie nowych problemów. Łatwo można sobie wyobrazić co by się stało, gdyby jakiś sabotaż lub katastrofa naturalna doprowadziły do rozszczelnienia tamy. Odpowiednie symulacje komputerowe wskazały, że woda i błoto z obszaru 1560 hektarów zniszczyłyby położone w dolinie Koronowo, a także elektrownie wodne w Samociążku, Tryszczynie i Smukale. Do rogatek Bydgoszczy fala zalewowa dotarłaby po około dwóch godzinach, a do centrum miasta po dwóch następnych. Najgorszy scenariusz zakłada, że kulminacyjna fala o wysokości 6,5 – 7,5 m ponad linię brzegową rzeki i średniej prędkości około 5,5 m/sek, spowodowałaby zatopienie terenu miasta o szerokości od 700 do 1500 m i powierzchni 3600 hektarów, zamieszkałych przez około 100 tys. ludzi, zniszczenie wszystkich przepraw przez rzekę, jazów na Wyspie Młyńskiej, śluzy nr 2, w Czersku Polskim i śluzy nr 1 w Brdyujściu oraz kilkuset mniejszych i większych zakładów pracy. Na razie jednak stojąc nad brzegiem zbiornika utworzonego przez ludzi rozkoszowałem się jego pięknem i ku niewiadomej, dalekiej przyszłości odsuwałem ewentualny kataklizm. Prawdopodobnie nigdy do niego nie dojdzie, ale warto pamiętać o historii nowego bydgoskiego mostu, który przeszedł wszelkie niezbędne ekspertyzy i próby obciążeniowe, a po kilku latach okazał się bublem konstrukcyjnym, którego nagłe zamknięcie sparaliżowało komunikację w Bydgoszczy.

O ROKU ÓW… (6)

Hotel Roosevelt

Zjeżdżamy windą do głównego hallu hotelowego i czekamy na Sonę Van i Beatę Poźniak, by razem udać się do restauracji La Fonda del Sol, gdzie nasz przyjaciel Stanley H. Barkan podejmuje uczestników wieczoru autorskiego tradycyjną kolacją. Panie pojawiają się po chwili i możemy pieszo ruszać w stronę pobliskiej Vanderbilt Avenue, gdzie znajduje się Yale Club i wspomniana wyżej restauracja. Stanleya poznałem w 2000 roku dzięki Adamowi Szyperowi, gdy poleciałem do ONZ-etu na wieczór autorski poetów polskich i amerykańskich. To pierwsze spotkanie zaowocowało bliską współpracą literacką i w oficynie Stanleya Cross Culture Communications opublikowałem trzy zbiory wierszy. Były też spotkania w Krakowie, a także następne na Manhattanie, w jego domu na Long Island, a także w Waszyngtonie, gdzie razem udaliśmy się do Ambasady Armenii w USA, by wręczyć Sonie Van Europejski Medal Poezji i Sztuki. Stanley fascynował mnie od samego początku, czemu dawałem wyraz w licznych publikacjach, szczególnie ceniąc jego wielowymiarową poezję. Twórca ten potrafi znakomicie kontrastować sytuacje kulturowe; motywy z wielkich ksiąg i podań przeciwstawiając szyderstwu i nadrealnym kształtom współczesności. Jego wiersze są erudycyjnymi syntezami sytuacji w jakich od wieków pojawiał się człowiek, a jednocześnie są wyszukaną grą z cywilizacją. Poeta orbituje ku odległym inicjacjom, ale nie potrafi porzucić czasów współczesnych. Tak powstają liryki, które obejmują doświadczenie bytu ludzkiego, od czasów biblijnych do epoki lotów kosmicznych. Z równą autentycznością pisze Barkan o zapachu kobiety na poduszce, o żegludze po Jangcy, wyprawie do synagogi, jak i o biedaku z Manhattanu. Stan w jakim poeta się znajduje, to nieustanne zdziwienie i euforyczny zachwyt nad rzeczywistością. To tacy jak on ocalają wrażliwość i piękno, odbywają stale w myślach i w wierszach wędrówki ku  istocie i pełni, a potem unieśmiertelniają w słowie włóczęgów, przechodniów, przygodnych gapiów i zarazem całą ludzkość. Jego działalność to też tysiące przygotowanych spotkań literackich, wielkie podróże i współpraca z twórcami z całego świata. To jest właśnie owa łączność międzykulturowa, która pojawia się w nazwie jego cenionej oficyny wydawniczej, komplementowanej w „New York Timesa”. Dodatkowo Stanley jest przemiłym człowiekiem szybko zaprzyjaźniającym się z wieloma artystami, a jego sława sięga daleko poza Nowy Jork. 

Restauracja La Fonda del Sol

Idziemy powoli z Soną i Beatą do restauracji i już witamy się ze Stanleyem i jego żoną Bebe, wspaniałą malarką, której dzieła zdobią ich dom na Long Island, w miasteczku Merrick. Na miejscu są już inni uczestnicy Poetry Reading w Yale Club – Peter Thabit Jones z Walii, Kristine Doll z USA, żyjący z rodziną  w Queensie Hassanal Abdullah z Bangladeszu, a także rezydujące w USA bułgarskie małżeństwo Vantzeti Vassilev i Bissera Videnova. Zamawiamy potrawy i zaczynamy ożywioną konwersację, zmierzającą ku zbliżającemu się wydarzeniu. Jeszcze raczymy się znakomitym winem, jemy obfity deser i owoce, a potem gremialnie wstajemy i ruszamy na drugą stronę ulicy. Tam w szarym wieżowcu mieści się prestiżowy Yale Club, w którym wystąpię już po raz drugi, a wraz ze mną zadebiutuje na tych światowych salonach moja żona. Przy budynku fotografujemy się i wchodzimy do środka, by windą wjechać na osiemnaste piętro i wejść do obszernej sali, w której zgromadzi się też publiczność. Poprzednim razem było jej więcej, ale przecież najważniejsze jest spotkanie poetów w tym miejscu i to pod dowództwem Stanleya H. Barkana. Po kolei czytamy po kilka wierszy, a najdłuższe wystąpienie ma poeta z USA Bill Wolak, uczący kreatywnego pisania w William Paterson University. To jest spotkanie odmiennych kultur i prezentacja różnorodnych poetyk, ale też przyjacielska dysputa poetycka i wymiana doświadczeń. Przychodzi czas na wręczanie nagród, przyjacielskie uściski, zakup nowości wydawniczych i wymianę książek przywiezionych na spotkanie. Stanley podsumowuje nasze lektury i zaprasza do kolejnych prezentacji, tym razem krótkich wierszy pożegnalnych, bo każdego dnia żegnamy się z czymś lub kimś, choć o tym nie wiemy. Jakże prorocze były to słowa w kontekście zbliżającej się pandemii koronawirusa, który zamknął granice i uniemożliwił takie spotkania, jak to w Yale Club. Nasze Poetry Reading kończy się, więc przechodzimy do wind i zjeżdżamy na dół, by jeszcze trochę porozmawiać w głównym hallu dwudziestodwupiętrowego budynku. Rozdzielamy się z Soną i Beatą i jeszcze trochę chodzimy z Anią po ulicach Nowego Jorku, zaglądając do otwartych sklepów i restauracyjek. Kupujemy sobie coś do picia i jedzenia i wracamy do hotelu Roosevelt, wjeżdżamy na górę nieco staroświecką windą, bierzemy kąpiel i szybko zasypiamy, bo następnego dnia czeka nas pięciogodzinna podróż z lotniska JFK do Los Angeles. Samolotem popularnego w USA przewoźnika Alaska Airlines, przelecimy 2475 mil, czyli prawie cztery tysiące kilometrów.     

Budynek Yale Club

          Noc mija szybko i już jesteśmy przed hotelem, gdzie bierzemy dużą żółtą taksówkę, w której mieścimy się we czworo razem z bagażami. Beata ma tylko jedną torbę, ale Sona jak zwykle transportuje ogromną walizę i jeszcze dwie mniejsze. Ruszamy z Ulicy 45 Wschodniej i kierujemy się ku mostowi Queensboro nad East River, a potem szybko przemierzamy część Brooklynu, mijamy słynny cmentarz Cypress Hills i wjeżdżamy do dzielnicy Queens. Tutaj kierujemy się ku drodze szybkiego ruchu, prowadzącej do międzynarodowego lotniska Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. Wysiadamy z taksówki, ładujemy bagaże na specjalne wózki lotniskowe i kierujemy się ku hali odlotów. Po nadaniu ich i otrzymaniu biletów pokładowych wchodzi za bramki i siadamy w niewielkiej restauracji, gdzie mamy zamiar coś zjeść przed długim lotem. Sona proponuje amerykańskie hamburgery i idzie je zamówić u grubej Afroamerykanki, jakoś dziwnie się zachowującej i cmokającej wymownie na widok „białasów”. Początkowo myślałem, że przesadzam i moja obserwacja jest na wyrost, ale po otrzymaniu dań okazało się, że mięso jest nieomal spalone, a bułki stare i twarde – najlepiej zatem na tym wyszła Beata, która wzięła jakąś lekką sałatkę. Zbliża się już pora naszego odlotu, więc kierujemy się ku właściwej bramce i siadamy na fotelach, ustawionych w rzędach przy niej. Rozmawiamy o wczorajszym wydarzeniu w Yale Club, a także o naszych zamierzeniach na przyszłość. Widzę za wielkimi oknami, że już podjeżdża do nas sporych rozmiarów boeing z granatowym napisem Alaska z boku, a na korytarzu zaczyna się ustawiać kolejka podróżnych. Sprawnie wchodzimy na pokład, witani przez piękne, czarnoskóre stewardesy i zajmujemy wyznaczone miejsca w środku maszyny. Ania siedzi przy oknie, co jak się okaże nie będzie dla niej najlepsze, z powodu złego samopoczucia nad Ameryką. Na szczęście zza jej ramienia mam dobrą widoczność i podczas całego lotu będę przyglądał się magicznym przestrzeniom tego kontynentu, zmieniającym się jak w kalejdoskopie. To, co zobaczę skonfrontuję z mapą na wyświetlaczu, wmontowanym w siedzenie przede mną i dzięki temu będę wiedział nad jakim stanem lecimy. Start z Nowego Jorku był zjawiskowy, bo była ładna, majowa pogoda i doskonale widać było wieżowce Manhattanu, Central Park, obie wielkie rzeki, a potem ocean z tysiącami okrętów pełnomorskich, jachtów i żaglówek, operujących w strefie przybrzeżnej.  Potem łatwo wyodrębniam wielkie rzeki – Missouri  i Missisipi, Kansas, a przed samym lądowaniem, Colorado i część jej słynnego kanionu. Zauważę też wielkie miasta – Saint Louis, Denver, Phoenix, pustynie, lasy, pasma górskie i samotne szczyty, nawet w maju pokryte śniegiem.

Po Poetry Reading w Yale Club

Lądowanie w Los Angeles tym razem miało być o 16.15, a ja wciąż miałem w pamięci przybliżanie się do tego lotniska sprzed roku. Samolot wtedy lądował w nocy i w jego oknie mogłem podziwiać niezwykły spektakl kolorowych świateł, oświetlonych jaskrawo autostrad i budynków. Skojarzyło mi się to z bogato udekorowaną choinką świąteczną i umieściłem te chwile pośród najcudowniejszych doznań mojego życia. Do rzeczywistości przywróciło mnie wtedy dość twarde lądowanie, ale tym razem piloci delikatnie posadzili maszynę na pasie startowym i zaczęli kołować ku siódmemu terminalowi. Gdy samolot zatrzymał się, wraz z innymi pasażerami udaliśmy się do hali przylotów, gdzie czekał już na nas mąż Sony dr Noobar Janoian, właściciel wielu klinik medycznych w Kalifornii. Ormianie to ludzie wielu talentów, z niezwykłą umiejętnością przystosowania się do zagranicznych warunków, więc nie zdziwiło nas, że kierowcą  dużego samochodu doktora była kobieta. Ruszyliśmy sprzed terminala i szybko znaleźliśmy się na wielopasmowej autostradzie prowadzącej do Glendale, choć tym razem musieliśmy jeszcze zahaczyć o Beverly Hills, by tam zostawić Beatę. Zatrzymaliśmy się na chwilę przed domem zaprojektowanym w nowoczesnym stylu przez jej męża architekta i już mknęliśmy inną szeroką trasą do domu Sony i Noobara. Ania była nim oczarowana, bo to trzykondygnacyjna, obszerna willa, zbudowana  przy samej skarpie Doliny San Fernando. Najcudowniejszy tutaj jest widok obszernej niecki, nieustannie tętniącej życiem, a najlepszym punktem obserwacyjnym jest ogromny taras, na którym stoją drzewka bonsai, a przy specjalnych poidłach z sokiem pojawiają się barwne kolibry. Byłem tu już przed rokiem i teraz oprowadzam Anię po domu, objaśniając funkcjonalne urządzenia i wskazując obszerne pokoje, aneksy, a nawet małe mieszkanie ogrodnika, dozorującego wszystkie rośliny, a przede wszystkim owe japońskie mini drzewka. Stajemy przy balustradzie i długo patrzymy na dolinę, nad którą raz po raz pojawiają się samoloty schodzące ku niewielkiemu lotnisku w Burbank. Po powrocie na górę zostajemy zaproszeni do stołu i jemy pyszną kolację, złożoną z sałatek i owoców, ormiańskiego chleba lawasz i wybornego wina. Rozmawiamy o zdarzeniach ostatnich dni, a potem wsiadamy do auta i jedziemy do hotelu, zafundowanego nam przez Sonę. Znam doskonale to miejsce, bo rok temu obszedłem ogromną przestrzeń w tejże dzielnicy, przede wszystkim podglądając ptaki na podwórkach, w parkach i alejach palmowych. To rzeczywistość z niebieskawymi górami w dali, poprzetykana zielenią, kwiatami, kwitnącymi krzewami i drzewami. Ania po raz pierwszy zobaczyła drzewa jakaranda, kwitnące fioletowo i jakby przeniesione do Kalifornii z rajskiego ogrodu. Po drodze do hotelu Sona zatrzymuje się jeszcze przy niewielkiej ormiańskiej restauracji, wchodzi do niej na kilka minut, a potem wraca z papierowymi torbami, pełnymi smakołyków. Tak zostajemy wyposażeni na cały pobyt w Glendale i po wejściu do pokoju hotelowego umieszczamy te dary w lodówce. Tutaj też mamy niewielki balkon, z którego roztacza się widok na góry, zarośla kaktusowe i część dzielnicy, głównie zamieszkanej przez imigrantów z Armenii. Nalewamy sobie po kielichu białego wina, siadamy na tarasie i rozmawiamy o tym, co przeżyliśmy od momentu, gdy wsiedliśmy do samolotu Lufthansy na bydgoskim lotnisku i przelecieliśmy do Frankfurtu, a potem dalej, do Nowego Jorku.

Nowy Jork
Nowy Jork
Hotel Plaza w Nowym Jorku
Handel uliczny w Nowym Jorku
Nad Ameryką
Kolacja w domu Sony i Noobara
Charakterystyczna zabudowa Glendale
Kwitnące fioletowo drzewa jakaranda w Glendale
Glendale
Wszędzie aleje palmowe
Widok na Los Angeles z okolic domu Sony
Kolibry na tarasie Sony
Glendale i góry w tle
Nowoczesna część Glendale
Amerykański sen

« Older entries

%d blogerów lubi to: