RETARDACJE

Żyjemy w ciągłym biegu, pędzimy donikąd, stale wyznaczamy sobie odległe cele. Czasami jednak zatrzymujemy się w pędzie – kontemplujemy granat nieba i delikatny rysunek igieł wiecznie zielonego drzewa. To są nasze najpełniejsze chwile, pulsujące myślą i barwą, dalekim poblaskiem i ledwie słyszalną melodią świata. Są takie momenty w symfoniach Beethovena i Dworzaka, gdy nagle orkiestra cichnie – po wzniosłych tonach, po dumnych fanfarach i zaangażowaniu wszystkich instrumentów, nagle robi się cicho i tylko flet, fagot albo rożek angielski nucą smutną melodię istnienia. Jakże ważne w naszym życiu jest zauważenie takich zatrzymań w kadrze, jakże potrzebna jest głęboka refleksja i wyodrębnianie chwil pierwiastkowych. Nasze losy miały swoją inicjację i wciąż podążają do finału, lepszego czy gorszego, marnego lub wzniosłego. Ten ruch oddala refleksję, uwodzi nas dynamiką i poczuciem skończoności, zamykania się kolejnych etapów i czasem wręcz gasi świat. A przecież – jak Homer w Iliadzie – musimy wprowadzać do życia retardacje, musimy potęgować napięcie i rozglądać się uważnie dookoła. Okaże się wtedy, że światło na liściach topól ma taką samą wartość jak błyski na wodzie jeziora o zmierzchu, a błękit nieba jest potwierdzeniem oddechu i dopełnieniem kolejnego magicznego kręgu. Jeśli prawdziwie istnieje rzeczywistość, w której jesteśmy zatopieni, jak pradawny owad w bursztynie, nasze zamyślenia konstruują światy wewnętrzne i organizację życia przenoszą na wyższy poziom samoświadomości. Dlatego… zatrzymujmy się w pędzie… kontemplujmy świat i samych siebie… bądźmy sobą w sobie… Takie retardacje są nieodzowne.

       

KALMAR

Zauważyłem na błękitnym niebie chmurę przypominającą kalmara. Kiedyś, jako dziecko, przyglądałem się takim kształtom i wyobrażałem sobie różne odniesienia. Najczęściej robiłem to leżąc w trawie na łące, ale zdarzało się też, że czyniłem to płynąc na plecach w jeziorze. Teraz telefon komórkowy w kieszeni ułatwia utrwalenie takich dziwnych tworów niebieskich…

LIPA

Szedłem skrajem niewielkiego placu i nagle coś kazało mi zatrzymać się i usiąść na pobliskiej ławce. To był ciąg kilku wyrazistych lip, a szczególnie dziwny kształt największej z nich. Drzewa obsypane były jasnożółtymi kwiatami, nad którymi krążyły pszczoły, osy i trzmiele. Niby konwencjonalny obraz, ale w perspektywie wyrazistego błękitu nieba coś powodowało, że lekko drżał i jakby wydostawał się poza widzialną rzeczywistość. Może to był efekt wysokiej temperatury powietrza, a może jakieś dalekie wspomnienie fraszki Jana Kochanowskiego. Ale przecież nie zatrzymałem się dla odpoczynku, a kontemplacja drzewa nie miała też nic wspólnego z młodzieńczymi wspinaczkami na tego rodzaju potężne twory przyrody. Siedziałem jak zaczarowany i patrzyłem – wszystkimi zmysłami chłonąłem piękno czyste, pierwotne, nieskazitelne. Pomiędzy mną i lipą wytworzyła się magiczna przestrzeń, jakby to drzewo wytrąciło mnie lekko z rzeczywistości i wciągało w inny rewir czasu. Może pół godziny siedziałem na ławce i rozmyślałem o dwóch istnieniach, jakże kruchych i jakże ulotnych, rozpiętych między barwą i kształtem chwili.

* * *

Dzisiaj jest piękny, słoneczny dzień i światło połyskuje na liściach krzewów i drzew. Ptaki przelatują ze strzelistych modrzewi ogrodowych na wysokie cedry, jabłonie i rozłożyste trześnie, albo śmigają pośród błękitu jak pociski ciskane przez niewidzialnego stwórcę. Siedzę na tarasie mojego domu, wygodnie rozparty na krześle i wystawiam twarz do słońca, wspominając takie same dni z dzieciństwa. To zawsze było zaproszenie do jakiejś wyprawy – nad jezioro lub rzekę, ku dalekim lasom lub parkom nad Kanałem Bydgoskim. Takie dni z młodych lat utrwalają w nas poczucie szczęścia i pełni doznań, subtelnego ciepła i niezależnego istnienia pośród fenomenów natury. Tyle razy podczas pływania w Jeziorze Jezuickim kładłem się na plecach i pozwalałem słońcu operować na mojej twarzy, tyle razy leżałem prawie nagi na brzegach różnych akwenów. Zwykle szybko się opalałem, a gdy pracowałem jako ratownik na kąpieliskach, moja skóra schodziła całymi płatami, a potem stawała się brązowa. Niewątpliwie słońce potrzebne jest by czuć się w naszym świecie szczęśliwym…

JEDNIA

Przebudzenie w nocy, około godziny drugiej trzydzieści. Przewracam się z boku na bok i próbuję zasnąć, ale sen nie przychodzi. Wstaję po cichu z łóżka by nie obudzić Ani i idę na górny poziom mojego domu. Przed zaśnięciem mówiliśmy o tym, że jemy za mało owsianki – przygotowuję więc w kuchni pół małego garnka płatków w wodzie z cukrem. Rano doleję tylko mleka, zagotuję raz jeszcze i dietetyczne śniadanie będzie gotowe. Podchodzę do okna w pokoju i widzę księżyc na niebie, rozmywający się pośród ponurych chmur, które w malarstwie i filmie stanowiły zawsze tło dla grozy i tajemnicy. Przez ułamek sekundy widzę płótna Caspara Davida Fridricha, Iwana Ajwazowskiego, WilliamaTurnera, kadry z filmów Eisensteina i Murnaua. Otwieram okno, wdycham chłodne powietrze i myślami podążam ku zbliżającej się wielkiej podróży na kontynent południowoamerykański. Znowu przelecę Atlantyk w obie strony i będzie to mój najdłuższy lot, bo trwający aż trzynaście godzin i czterdzieści pięć minut. Jeśli do tego dodamy przeskok z Bydgoszczy do Warszawy i dalej do Frankfurtu, to na przełomie kwietnia i maja spędzę w samolotach w sumie ponad trzydzieści godzin. Patrzę na księżyc i czuję lekkie podniecenie, odprowadzam siebie na lotniska, patrzę przez okno wielkiego Boeinga 777 na ocean, próbuję wszystko połączyć w kosmiczna jednię.

GRAFIKA

Początek marca… Idę przez jeden z większych parków w Bydgoszczy i przyglądam się koronom drzew. Jest dość zimno i błękit nieba w dali wyostrza grafikę czarnych gałęzi i konarów. To dobry czas dla obserwacji drobnych ptaków, śmigających z drzewa na drzewo, zatrzymujących się na dogodnych platformach startowych, rozglądających się na boki i już dalej podążających w poszukiwaniu pożywienia lub dobrego miejsca na nowe gniazdo. Przysiadam na ławce i długo wpatruję się w plątaninę gałęzi, grubych i cieniutkich czarnych linii. Był taki czas, gdy zajmowałem się częściej rysowaniem tuszem i zdarzało się tworzyć coś na kształt tych dendrologicznych komplikacji. Robi mi się na sercu cieplej, gdy zauważam pierwsze szpaki, które wróciły z Afryki lub krajów arabskich, obwieszczając nadejście wiosny, nawet jeśli wybuch roślin powstrzymają marcowe przymrozki. Im człowiek starszy, tym bardziej cieszą symptomy ocieplenia i klarowność błękitu na niebie, ptaki wracające z kontynentalnych wojaży i czystość powietrza. I ten spokój tak cenny w obliczu tragedii ludzi na Ukrainie i ich heroicznej walki z tyranem z poprzedniej epoki. Mam nadzieję, że ludzkość wymierzy mu karę stosowną do przewin i odejdzie w niebyt jak jego haniebni poprzednicy.     

                       

* * *

Idąc moją ulicą do sklepu zauważam na niebie lśniącą smugę oparów silnikowych wielkiego samolotu. W perspektywie czarnych gałęzi i gasnącego dnia, przypomina mi ona liczne loty interkontynentalne. Nauczyłem się organizować sobie czas podczas mozolnego podążania do jakiegoś odległego celu i szczególnie przydane w tym względzie były częste wyprawy do Chin. Zwykle czytam jakąś książkę, przeglądam gazety, wzięte ze stolika przy wejściu do aeroplanu, zdarza się, że coś piszę, oglądam jakieś filmy i stale kontroluję na mapie postęp lotu. Pode mną pojawiają się wielkie i mniejsze miasta, górskie osady, największe rzeki świata, ruchliwe autostrady, a jeśli azymut maszyny wyznaczony został nad morzami lub oceanami, próbuje dostrzec jakieś statki, wyspy, zarysy linii brzegowej. Zapamiętałem wiele takich niepowtarzalnych chwil – nad Indiami, gdy błyskawice co chwilę rozświetlały niebo, nad Stanami Zjednoczonymi, gdy wyraźnie widać było pustynne ostańce Arizony i przełom rzeki Colorado. Albo ta obserwacja lodołamaczy, torujących drogę statkom w Zatoce Świętego Wawrzyńca, momenty przy oknie, gdy samoloty znalazły się nad pustynią Gobi i Saharą, nad dżunglami Konga i Angoli. To tylko przykładowe zauroczenia tego typu, bo przecież było ich wiele, tak jak spotkałem mnóstwo ludzi, pojawiających się obok mnie i siedzących w innych częściach kabin. To zastanawiające, że czas zaciera kontury i zapamiętałem tylko najwyrazistsze osobowości: piękną czarną dziewczynę mknącą obok mnie z Amsterdamu na Newark, subtelną Chinkę dzielącą ze mną lot z Moskwy do Pekinu, Afroamerykanina o wadze ze dwieście kilogramów, który przygniótł mnie swoim ciałem, a choć lecieliśmy tylko dwie godziny, z Tampy do Nowego Jorku, to było to doświadczenie ekstremalne. Ciekawe w ilu umysłach zapisałem się dłużej… Może pamięta mnie Holender, który zamawiał u uczynnej stewardesy linii KLM, dla siebie i dla mnie, kolejne buteleczki whisky, choć wcale go o to nie prosiłem. A może stoję w pamięci Nigeryjczyka, z którym rozmawiałem podczas lotu z Warszawy do Stambułu i obaj rozpływaliśmy się nad pięknem kobiet z jego kraju. Czy czasem wspomina mnie ta ekspresyjna pięćdziesięcioletnia blondyna lecąca z Nairobi do Berlina, która już po pół godzinie rozmowy i popijania krwawej Mary, gotowa była brać ze mną ślub. A może pałętam się gdzieś w zakamarkach pamięci ogromnych rzesz stewardes i stewardów, a szczególnie jednej z nich, o urodzie Jennifer Lopez, uśmiechającej się do mnie jakoś tak ponad programowo podczas lotu z Medellín do Panama City? Tak, idąc ulicą w mojej dzielnicy i patrząc na rozognioną strzałę dalekiego samolotu, interaktywnie tęsknię za nowymi lotami…                              

DALEKIE ROZMYCIA

Wstałem około siódmej rano i stanąłem przy oknie, za którym jest weranda i mój niewielki ogród. Jak zwykle, stado wróbli czekało aż im coś rzucę, tym bardziej, że śnieg wciąż okrywa trawniki i drogi, dachy i gałęzie drzew. Wiatr strącił go tylko z górnych partii pobliskich olch i drzew owocowych i siedzą na nich cierpliwe wrony, gawrony, czasem zatrzymają się kłótliwe sroki. One też wiedzą, że na moim podwórku można rano znaleźć coś do zjedzenia, a choć za tarasem czai się wyjątkowo morderczy kot sąsiada, starają się go przechytrzyć. Patrzę dalej, w kierunku lotniska i widzę rozpłomienione niebo, jak z czasów mojej młodości, gdy tak przykuwało moją uwagę i generowało marzenia o dalekim świecie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będzie mi dano zobaczyć wiele wspaniałych miejsc na półkuli północnej i południowej, wschodniej i zachodniej. Ale doskonale pamiętam tamte zachwycenia, długie kontemplowanie nadpalonego nieba o wschodzie i zachodzie słońca, takiego jak to dzisiejsze. Tak rodziła się moja wrażliwość, dodatkowo doświadczana przez kolejne odejścia moich przyjaciół i ich jakże smutne pogrzeby. A dzisiaj, zaczyna się dzień i siadam do pracy przy komputerze, spełniony, mający wiele planów literackich, artystycznych i wydawniczych, zakorzeniony w przestrzeniach globu, wielkiego układu planetarnego, galaktyki i niewyobrażalnie rozległego wszechświata. Poranne barwy wschodniej strony nieba zwiastują coś wspaniałego we mnie i poza mną, trudnego do wyrażenia, ulotnego jak dalekie rozmycia…

PUSZYSTOŚĆ

Znowu śnieg spowił świat i odnowił wszystko bielą w cudowny sposób. To okrycie jest jak spuszczenie kurtyny w teatrze, to zamaskowanie wszelkich brudów i deformacji świata, każe zastanowić się nad zimami, które już minęły. Były częścią mojego życia, jak wiosny, lata i jesienie, ale przeminęły i stały się tylko elementem wspomnienia, a ich temporalność została sprasowana do wielkości chwili. Dobrze jest stanąć na tarasie i popatrzeć na płaszczyzny bieli, na puszyste muldy uczepione gałęzi cyprysów i kwietnych krzewów. W śniegu, który legł grubą warstwą na trawniku, buszują sroki, ogromne wrony i gawrony, czasem pojawia się kawka albo mewa siodłata – pomiędzy oszronionymi gałązkami trwa też czujnie lub przefruwa gwałtownie z miejsca na miejsce ptasia drobnica: sikorki bogatki, wróble i mazurki, a czasem na większym drzewie pojawia się barwny dziwak: sójka, rudzik, grubodziób. Osobne byty trwają obok siebie, jak śnieg i rośliny, jak przestwór powietrzny i ziemia, osobne światy spotykają się w ludzkiej świadomości. Stoję na tarasie i patrzę na zimową odsłonę mojego tajemniczego świata. Wczoraj, gdy jechaliśmy samochodem do Inowrocławia, żona powiedziała, że nie wahała się oświadczyć w dużej grupie współpracowników, że jest zadowolona ze swojego życia. To było jak wsadzenie kija w mrowisko, bo natychmiast usłyszała z wielu ust narzekania i krytykę, przecież nie można pozytywnie oceniać swojego istnienia. Lepiej narzekać, niczego nie widzieć i nie mieć sukcesów, najlepiej zlać się z bezkształtną i bezbarwną masą, materią chłodu okryć wszystko jak śnieg. Tak, tacy bywają ludzie, ale ja też nie waham się powiedzieć, że jestem zadowolony ze swojego życia, bez względu na to, co się stało i co jeszcze się wydarzy. Szczególnie w chwilach takich jak ta, gdy stoję na tarasie i oddycham chłodnym zimowym powietrzem, kontemplując biel, puszystość śniegu i przemijanie chwil.  

* * *

Saturn

Przebudziłem się w środku nocy, wstałem z łóżka i poszedłem na górny poziom mojego domu. Nie zapaliłem światła, otworzyłem okno balkonowe i stanąłem w nim, natychmiast czując lodowaty powiew kosmosu. Tym razem wiatry rozwiały jesienne szarugi i chmurne zwaliska, a w górze zalśniły iskry gwiazdozbiorów, nie tak wyrazistych jak latem, ale dających się wyodrębnić. Wiedziałem, że kluczem będzie tutaj spojrzenie na południowo-zachodnie niebo i wyodrębnienie gwiazdozbioru Koziorożca, w którym w listopadzie można dostrzec Jowisza i Saturna. Chłód był coraz dotkliwszy, a bawełniana koszulka nie chroniła przed nim, więc rzuciłem jeszcze okiem na Wenus, ulokowaną niżej zachodniego horyzontu i zamknąłem okno. Idąc, na dół do łóżka i wtulając się w poduszkę, myślałem o kosmicznych ogromach i zjawiskowych obiektach kosmicznych. Z tych wyżyn  ludzkiej świadomości i wiedzy astronomicznej, lekko, leciutko, zsunąłem się ku przepaściom snu.

« Older entries

%d blogerów lubi to: