2021

Takie pomniki stawiają Chińczycy Qu Yuanowi, którego uważają za ojca ich poezji

Minął rok 2020… Dziwny czas pandemii i zamknięcia w domu, w polskich granicach, bez podróży i samolotów, bez nowych miejsc i ludzi. Dziwny rok moich dobrych finansów i wielkiej chińskiej Nagrody Literackiej Imienia Qu Yuana, przyznanej mi w mieście Miluo. Na uroczystości były tłumy Chińczyków w maseczkach, karnie siedzących na widowni w określonych prawem odstępach i tylko szkoda, że nie mogłem tam się znaleźć. Ale nagroda, której patronuje ojciec poezji chińskiej zobowiązuje i zapewne przyczyni się do rozpowszechnienia mojej twórczości w Chinach i w świecie. Organizatorzy wydali na tę uroczystość książkę, drugą już w Państwie Środka, a przecież niebawem ukaże się też tam moja monografia naukowa o twórczości Jidiego Majii. Wszystko to bardzo dziwne, zdumiewające, dopingujące mnie do dalszej pracy i nieustannego wysiłku, tym bardziej, że przeznaczony mi czas drastycznie się kurczy. Szkoda, że zauważa się to dopiero w późnych latach i nie można już w żaden sposób przywrócić zmarnowanych lat. Choć zawsze byłem bardzo pracowity, uprawiałem kilka gatunków literackich, malowałem, rysowałem i fotografowałem, mogłem zrobić znacznie więcej. Szczególnie żałuję, że jeszcze nie wydobyłem z nicości monografii o twórczości Cypriana Norwida i trzech powieści, które wciąż piszę i zapewne nie ukończę ich w roku 2021. W ubiegłym roku przepadł mój wyjazd do Moskwy i Orenburga, zapewne też otrzymałbym kolejne zaproszenie do Chin, za którymi tęsknię każdego dnia. Nie wiadomo też, czy uda mi się polecieć do Argentyny, gdzie mam wybrać się w kwietniu, pod znakiem zapytania stoją też loty do Afryki, USA i na Mauritius. Cóż, nowy rok zaczął się, jak zwykle, w huku fajerwerków, ale co przyniesie będę wiedział mniej więcej o tym samym czasie, po upływie dwunastu miesięcy.

SŁOŃCE W LISTOPADZIE

Drzewa jakaranda

Wyjątkowe przedpołudnie na początku listopada… Wszystko wokół zamiera, samoloty nie startują z pobliskiego lotniska, zamknięto na trzy dni cmentarze, pojawiają się coraz większe obostrzenia. A tutaj nagle wychodzi jaskrawe słońce i rozświetla wspaniale świat, rozprzestrzeniając błękit na niebie. Usiadłem na tarasie i pozwoliłem by ogrzewało moją twarz, tak samo jak latem, gdy byłem z żoną nad morzem. Rude i złote liście w ogrodzie i myśli podążające ku różnym momentom życia, obfitującego w tyle zdarzeń, podróży, chwil cudownych i gorzkich. Ostatni raz jesienią odczułem siłę i potęgę słońca w Kenii, gdy podążałem ulicami Nairobi, albo chodziłem po parku przy Muzeum Narodowym tego kraju. Patrzyłem na lśniące, cudownie rozkwitłe hibiskusy i odprowadzałem wzrokiem barwne ptaki, przelatujące z krzewu na krzew, przysiadające na gałęziach drzew jakaranda. Rzadko udaje się nam uchwycić chwilę szczęścia, ale gdy do tego dochodzi, zawsze świeci wtedy słońce i świat nabiera barw.       

CIEPŁY PAŹDZIERNIK

Wyjątkowo ciepły i pogodny październik w tym roku pozwala raz jeszcze dostrzec piękno świata i jego wyrazistość o poranku, w południe i podczas zmierzchu. Wedrując między ulicami i na obrzeżu miasta, zauważam barwy liści i owoców, a nade wszystko rozkoszuję się błękitnym niebem, na którym znacznie mniej jest teraz smug samolotowych. Pojawiają się za to spore stada szpaków, majestatycznie żeglują pośród błękitu wielkie mewy srebrzyste, które pojawiły się w Polsce dopiero w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Obecnie skolonizowały niemal cały kraj, a z racji tego, że są wszystkożerne, nie narzekają na brak pożywienia, szczególnie gustując w odpadkach z naszych gospodarstw domowych. Październik to pora obfitości wszelakich nasion i owoców – na krzewach (berberys, ognik, cis pospolity,  rokitnik, kruszyna) i drzewach (głóg, jabłoń, grusza, śliwa, kasztanowiec), a także prawdziwych nalotów, łączących się w stada, takich ptaków jak paszkoty, kwiczoły, czajki, siewki, polskie gawrony i kawki. Coraz częściej słychać też na niebie głosy gęsi, czapli i kormoranów, udających się w malowniczych kluczach ku ciepłym krainom. Wieli z nich straci tam życie, stając się łupem dzikiego kota, hieny, likaona albo takich monstrualnych drapieżców jak krokodyle, jaszczury, czy węże. To naturalna kolej rzeczy, gorzej, gdy ptaki napotkają na swojej drodze bezlitosnych myśliwych, którzy przy ogólnej dostępności mięsa w sklepach, zabijają je z próżności, dla źle pojmowanego sportu. Przy okazji faszerują naszą naturę ogromnymi ilościami ołowiu, którego w żaden sposób nie da się już potem z niej usunąć. Zenon Kruczyński, niegdyś myśliwy, a obecnie publicysta i aktywista ekologiczny, zaangażowany w działania na rzecz zmiany stosunku wobec zwierząt i środowiska, podaje, że w taki sposób trafia każdego roku do naszych ekosystemów około 400 000 kilogramów tego toksycznego metalu.[1]  Idę dalej, porzucam myśli o bolesnych sprawach i przyglądam się barwom sumaków octowców, jakże pięknych o tej porze roku, kontempluję przemianę liści brzóz i klonów, wyodrębniam pośród nich sroki i sikorki, samotną sójkę i nagle pojawiające się na jednym z krzewów stado kolorowych szczygłów. Uroki ciepłego października pozwalają mi odprężyć się całkowicie, a wdychane czyste powietrze przypomina, że istniejemy pośród planety, obdarzonej atmosferą i krzewiącym się na niej życiem.     


[1] Por. Z. Kruczyński, Jesienne ptaki na niebie, „Dzikie Życie” 2012, nr 10 (220).

Owoce głogu
Kruszyna pospolita
Rokitnik
Dzikie wino
Sumak octowiec
Kasztanowiec
Gęsi w kluczu przelotowym

NA ŚRODKU OCEANU

Od samego rana wspaniały film przyrodniczy o faunie wysp Oceanu Spokojnego, wyemitowany przez platformę Discovery Wild. Sporo niezwykłych zdjęć z wód okalających wyspy Galapagos (głowomłoty i nurkujące pingwiny równikowe), ale też prezentacja zwierząt z atolu Palmyra. To tam nasila się prąd Cromwella (nazwisko hawajskiego oceanografa), nazywany też Pacyficznym Podpowierzchniowym Prądem Równikowym. Ma on ogromne znaczenie dla rozprzestrzeniania się ryb i planktonu, transportuje też nasiona roślin i owady. Jest przeogromny i od Wysp Gilberta do wybrzeży Ameryki Południowej, toczy tysiąc razy więcej wody od rzeki Missisipi. Szczególnie zainteresował mnie atol Palmyra, zagubiony gdzieś na obrzeżach wysp Kiribati, trudny do znalezienia na mapach i niezwykle zjawiskowy. Jak na innych wyspach Pacyfiku, możemy tam obserwować liczne gatunki ptaków, ale chyba najciekawsze są kraby palmowe, największe stawonogi na świecie, bez trudu rozłupujące twardą okrywę kokosów. Film dokumentuje podskórne życie oceanu i wpływ potężnego prądu na rozwój niezwykłych istot, bytujących pośród ogromnej przestrzeni – od Nowej Gwinei po Wyspy Galapagos. Sprawdziłem wiadomości na temat atolu Palmyra i okazuje się, że przechodził on z rąk do rąk, był bazą wojsk amerykańskich, a w końcu został zakupiony przez organizację The Nature Conservancy, która uchroniła go od zawłaszczenia przez cywilizację i stworzenia na nim kurortów turystycznych. Obecnie jest to jedno z ostatnich dziewiczych miejsc na naszej planecie i pozostanie takim jeszcze długo, choćby z powodu trudności jakie nastręcza podróżnym dostanie się na sam środek oceanu.

* * *

Cały dzień w domu, z ważkimi lekturami i pisaniem, a przy tym słuchaniem utworów Adriana von Zieglera. Jest już prawie dwudziesta. Siadam na tarasie z lampką Chardonnay i kontempluję ogród…  Powietrze jest czyste i pełne ozonu, po rzęsistym deszczu sprzed godziny. Mętna szarość stopniała jak wosk i na błękitnym niebie pojawiło się niezwykłe rozmycie chmur, niczym anielski puch, albo delikatne tchnienie bieli. Nagle zauważam stado młodych srok, lecących szybko z zachodu na wschód i zaczynam rozmyślać o nich, o sroczośći z wiersza Miłosza i refleksji poety nad istnieniem bytów. Po pierwszym stadzie nadlatują jeszcze cztery kolejne, a ptaków w sumie jest ponad pięćdziesiąt, co jest dość zdumiewające. Na pewno podążają ku jakiemuś nocowisku, na odległych drzewach, które sobie upodobały. Wdycham głęboko powietrze, piję wino i rozmyślam o kierunkach mojego rozwoju w nowym dziesięcioleciu. Poprzednia dekada, tak pechowo kończąca się epidemią koronawirusa, była bardzo bogata i obfitowała w wiele chwalebnych zdarzeń. Teraz myślę o tym, co wydarzy się w kolejnych dziesięciu latach, jakże ważnych, sumujących wszystko i stanowiących dla mnie nie lada wyzwanie. Jeszcze jakieś pojedyncze sroki przemierzają niebo, słychać odgłosy dalekich samochodów i ludzkich rozmów z sąsiednich domostw. Noc zaczyna rozpościerać czarne sukno mroku w rześkiej przestrzeni, dopijam wino, wstaję z krzesła i wchodzę do domu, by przygotować się do snu.

O ROKU ÓW…! (2)

Spotkanie z Miss Africa 2019

W marcu poleciałem z kolei na festiwal literacki do Republiki Południowe Afryki i byłem bardzo ciekaw tego kraju i jego mieszkańców. Na lotnisku w Johannesburgu czekał na mnie dyrektor imprezy Zolani Mkiva, a także kilkunastu jej uczestników, z Chin, Maroka, USA, Ekwadoru i Indii, pojawiła się też – niczym egzotyczny ptak – poetka i Miss Africa 2019. Najpierw zakwaterowano nas w eleganckim hotelu w Johannesburgu i już pobieżna obserwacja, podczas dojazdu do niego, dała mi wyobrażenie o tym kraju, bliższym stolicom światowym, niż afrykańskim. Moją uwagę przyciągnęły znakomite drogi, piękne budynki, sporo zadbanych parków i wielkich trawników, a także mrowie świetnych samochodów. Jakże to wszystko różniło się od Nairobi, w której byłem w październiku roku 2018 i wywiozłem z tego miasta obrazy slumsów, brudnych wysypisk śmieci, byle jak skleconych budynków, ciągnących się przy drogach bud handlowych i usługowych. Tutaj czuło się powiew wielkiego świata, w czym utwierdziły mnie wyprawy do pobliskich miasteczek i dalekich dzielnic Johannesburga. Nawet osławione Soweto zmieniło swój charakter i składa się teraz przede wszystkim z niewielkich, ale funkcjonalnych domów, otoczonych murem. Na dachach tych budynków zauważyłem wiele anten satelitarnych, nie brakowało też wykwintnych rezydencji, wzniesionych przez czarnych ludzi, którzy zrobili karierę w biznesie, usługach lub w innych dziedzinach życia. Odwiedziliśmy dom Nelsona Mandeli, będącego teraz wielką chlubą narodową RPA, o czym świadczą też jego ogromne, realistyczne pomniki, wzniesione w wielkich miastach i miejscach z nim związanych. Człowiek ten wiele wycierpiał w kilku ciężkich więzieniach, a po wyjściu na wolność szybko został obwołany prezydentem kraju. Jeździliśmy do różnych miejsc wokół Johannesburga, gdzie czytaliśmy wiersze na imprezach gromadzących intelektualistów i zwykłych ludzi, zarówno białych, jak i czarnych.

Johannesburg – dawny dworzec kolejowy

Bodaj trzeciego dnia ruszyliśmy w drogę, odwiedzając między innymi stolicę kraju – Pretorię, a także zatrzymując się w ciekawych miejscach, gdzie widać było nosorożce, antylopy i zebry. Wspaniały był też przystanek w górach, gdzie zobaczyłem krajobrazy jakby żywcem przeniesione z moich dziecinnych wyobrażeń południowej Afryki. Potem pojechaliśmy na wschód kraju, do miejscowości Nelspruit, leżącej blisko Suazi i Mozambiku, gdzie zapewniono nam noclegi w jakże funkcjonalnych, osobnych rezydencjach, a imprezy odbywały się w dużej sali konferencyjno-widowiskowej. Pobyt w tym hotelu pozwolił mi na obcowanie z naturą południowej Afryki, bo za oknem miałem sporo krzewów, w których buszowały barwne ptaki, a z drugiej strony otwierała się przede mną wielka dolina, ze wzgórzami fioletowiejącymi na horyzoncie. Koleżanka z Chin, która miała domek blisko mnie, rozkładała przed nim niewielki kocyk, siadała w pozycji kwiatu lotosu i długo kontemplowała rzeczywistość, w której się znaleźliśmy. Przeżyłem tam wielkie wzruszenie, gdy patrząc na zachód słońca, zrozumiałem, że jest to jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Nie mogłem o tym nie napisać wiersza, który tak oto się kończy: świetlisty pył mienił się/ jak ocean/ opalizował/ na krawędziach/ czarnych skał/ słychać było szelest/ cykad jęk wiatru/ i pohukiwanie/ zielonych gołębi/ gdybym miał już umierać/ wybrałbym taką chwilę/ i takie miejsce. Jeździliśmy tam też nad strumienie i wzgórza, czytaliśmy wiersze w uczelni i w klubach, a nade wszystko spotykaliśmy się z czarnymi ludźmi, którzy byli bardzo życzliwi i koleżeńscy, jakby już dawno zapomnieli, że biali kolonizatorzy wyrządzili im tyle krzywdy.

Zabudowa Johannesburga jak w europejskich stolicach

Nie zapomnę też pobytu w wysokich górach, gdzie mieliśmy czas, by podziwiać pradawne formacje skalne i ciągnące się w dal zielone zbocza. Wielkim wydarzeniem była też wyprawa na safari do Parku Krugera, jakże różniąca się od podobnej eskapady w Kenii, gdzie poruszałem się po piaszczystych drogach płaskowyżu Masai Mara. Tutaj wszystkie szlaki były wyasfaltowane, a pojawiające się zwierzęta ostrożnie podchodziły do nich lub umykały ku krzewiastym przestrzeniom. Sporo było żyraf, antylop, bawołów, hipopotamów, a nawet pojawiły się tak rzadkie zwierzęta jak nosorożec, kudu czy pantera. W jednym miejscu nasz duży jeep przystanął wraz z innymi samochodami, bo na drodze rozsiadło się duże stado lwów. Dzień był słoneczny, temperatura bliska trzydziestu stopniom Celsjusza, tak że zwierzęta były nieco rozleniwione i pozwalały obserwować się dość długo. Wracaliśmy do Nelspruit pod wieczór i mogłem podziwiać zachody słońca, jakże charakterystyczne dla Afryki, kiedy to ogromna, czerwona tarcza słońca zsuwała się szybko za horyzont, barwiąc wszystko odcieniami złota i fioletu, błękitu i oranżu.  Czarne drzewa akacjowe, gdzieniegdzie większe baobaby, kigelie z charakterystycznymi chlebowymi owocami, obsypane fioletowym kwieciem jakarandy i wyraziście czerwone drzewa koralowe, znakomicie kontrastowały z ostatecznym roztrzaskiem słońca. Potem był jeszcze powrót samolotem z mniejszego lotniska Krugera do Johannesburga, podziwianie warstw dziwnie oświetlonych chmur, kolejny dwudniowy pobyt w wielkim mieście, nowe spotkania z ludźmi i końcowe, jak uderzenie w talerz perkusyjny, poetry reading. A wszystko niczym sen, zdarzenie, które wcześniej mogło lokować się tylko w obrębie marzeń i pragnień. Lecąc samolotem linii South African nad czarnym kontynentem, z Johannesburga do Frankfurtu, nie mogłem uwierzyć, że to wszystko naprawdę się zdarzyło…

Meczet w Johannesburgu

Pomnik Nelsona Mandeli w Johannesburgu

Soweto

Dom Nelsona Mandeli w Soweto

Pretoria

Parlament w Pretorii

Pomnik Nelsona Mandeli w Pretorii

Nosorożce w drodze do Nelspruit

Charakterystyczny krajobraz wschodniej części RPA

Formacje skalne pośród gór

RPA z moich młodzieńczych wyobrażeń

Nelspruit

Bungalowy uczestników festiwalu literackiego w RPA

Park w Nelspruit

Nelspruit

Wypad w południowoafrykański interior

RPA

RPA

Wszędzie porządne drogi, nawet w górach

Przekaz sprzed milionów lat

Przy wjeździe do Parku Krugera

Antylopy w Parku Krugera

Wszędzie wiele zwierząt

Słonie na wyciągnięcie ręki

Oswojone z widokiem ludzi Żyrafy

Antylopa w Parku Krugera

Park Krugera

Kudu

Pomnik antylop na dziedzińcu recepcji Parku Krugera

Zachód słońca nad Parkiem Krugera

Powrót do Johannesburga z niewielkiego Lotniska im. Krugera

I już tylko dziesięciogodzinny lot z Johannesburga do Frankfurtu

SZANGHAJ NOCĄ

Choć wszystko wokół przygasa, trzeba przypominać momenty świetliste… Pod koniec maja 2018 roku byłem w Szanghaju, gdzie przeżyłem wiele takich chwil. Przez kilka godzin – od zachodu słońca do zmroku – chodziłem nabrzeżem rzeki Huangpu Jiang i rozkoszowałem się magią zjawisk, które rozgrywały się przede mną. Wysokie wieżowce dzielnicy Pudong były jak pomniki ludzkości podążającej do przodu i nieustannie się rozwijającej. Ale powolne przesuwanie się statków i barek, zapalanie się i gaśnięcie wielkich neonów, miało też w sobie coś z kosmicznego tańca swobodnych bytów i potwierdzało nieuchronność odwiecznej metamorfozy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

O ROKU ÓW!… (1)

Indie

Autentyczna aktywność ludzka rozgrywa się pomiędzy dwudziestym a sześćdziesiątym piątym rokiem życia. Wszystko, co przydarza się wcześniej i później uwarunkowane jest procesem dochodzenia do samoświadomości i próbom uporządkowania tego, co się zrobiło. W młodości ludzie myślą, że mają nieokreślony kredyt lat, a wiele spraw uda się załatwić w bliżej nieokreślonej przyszłości. Czas biegnie jednak do przodu i szybko okazuje się, że zaległości narastają, a to, co miało być zrobione pomiędzy dwudziestym i trzydziestym rokiem życia traci sens w kolejnych dziesięcioleciach. Oczywiście zdarzają się tacy twórcy – bo o nich tutaj przede wszystkim mówię – którzy potrafią się zmobilizować i „rzutem na taśmę” nadrabiają to, co zaniedbali. Jeśli ktoś nie przeczytał w młodości Boskiej komedii Dantego, najważniejszych dramatów Szekspira, Don Kichota Cervantesa czy Fausta Goethego, jeśli nie zobaczył Ołtarza gandawskiego braci Van Eycków, obrazów Rembrandta, Rubensa, Veermera, francuskich impresjonistów, Dalego – kto nie wysłuchał piątej i dziewiątej symfonii Beethovena, utworów Bacha, Mozarta, Vivaldiego, Haendla, ten mieć będzie szansę jeszcze co najmniej w trzech dziesięcioleciach, chociaż zaległości wciąż będą rosły. Szybko pojawi się też przekonanie, że nasza pamięć jest ulotna, doświadczenia z przeszłości rozmijają się z wyobrażeniami, a to , co wydawało nam się kiedyś istotą życia stanie do konfrontacji z innymi priorytetami. Zaletą lat późnych jest możliwość spojrzenia na życie z rozległej perspektywy i dookreślenie tego, co jeszcze trzeba zrobić, by było ono pełne. Zwykle ludzie łakną czegoś, co określają mianem szczęścia, ale gdy pyta się ich o jego istotę, okazuje się, że różnice są znaczne. Jedni szukają miłości, inni pieniędzy, a jeszcze inni chcieliby podróżować, leżeć w słońcu na egzotycznej plaży lub przemieszczać się z kraju do kraju. Są też tacy, którzy nade wszystko pragną pogody ducha, harmonii rodzinnej, solidarności międzyludzkiej, poczucia życiowego spełnienia. Często jednak zrozumienie samego siebie przychodzi za późno, „wielkie pieniądze” się nie pojawiają, tkwienie w jednym miejscu staje się regułą, a śmierć zbiera obfite żniwo i w końcu odbiera oddech tym, którzy myśleli, że mają do dyspozycji jeszcze wiele czasu. W roku 2020 skończę sześćdziesiąt dwa lata i będzie to czas ambitnego porządkowania tego, co w życiu zrobiłem, postaram się też nadrobić najboleśniejsze zaległości lekturowe, przypomnieć sobie dzieła, które zatarły się w umyśle, sporo rysować i malować, słuchać muzyki i polecieć do kilku zakątków świata. Bywają lata trudne i fatalne, zdarzają się też wyjątkowo nieszczęśliwe, pozostające w pamięci jako czas grozy i rozpaczy. Ale, gdy myślę o mijających trzystu sześćdziesięciu pięciu dniach, mogę przywołać słowa Adama Mickiewicza, inicjujące jedenastą księgę Pana Tadeusza: O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju!/ Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju. Pęd naszego życia jest tak duży, że często nie mamy czasu, by zastanowić się nad tym, co się wydarzyło, posegregować fakty, ułożyć w ciągi doświadczenia i refleksje, a przecież życie powinno składać się ze zdarzeń i myśli, z olśniewających widoków i snów, z nagłych zwrotów i długich okresów zamyśleń. Pisarz weryfikuje wszystko pod kątem planowanych książek, które najpierw pojawiają się w jego umyśle, a potem nabierają realnego kształtu w codziennej pracy, warto jednak też czasami wstępnie uporządkować wrażenia i fotografie, wrócić myślą do rozmów i spotkanych ludzi.

Bubhaneswar

Już w lutym 2019 roku spełniło się moje wielkie marzenie i poleciałem do Wschodnich Indii, gdzie w mieście Bubhaneswar brałem udział w dużym festiwalu literackim. Było sporo paneli dyskusyjnych, czytania poezji, spotkań z pisarzami ze świata i z subkontynentu, a nade wszystko eksplodował w mojej świadomości kraj, o którym wiele wcześniej czytałem, który dotąd znałem tylko z filmów i relacji reporterskich. Nie obyło się bez kłopotów, bo źle sformułowana, polska ministerialna informacja o wymaganiach wizowych, spowodowało, że spędziłem dodatkowy dzień na lotnisku we Frankfurcie, czekając na dokument wjazdowy i zmieniając linie lotnicze, płacąc dodatkowo za nowe bilety. Ale już pobyt na lotnisku w New Delhi zapowiadał to, co zobaczę w Indiach, szczególnie jeśli chodzi o typy ludzkie i ich barwne stroje. Czekając na kolejny lot, spędziłem cały dzień pośród korytarzy i hal tego aeroportu, aż wreszcie znalazłem się w samolocie lecącym nocą w stronę Zatoki Bengalskiej. Było sporo turbulencji i niebo, raz po raz rozświetlały błyskawice, ukazując dalekie przestrzenie w dole, jakby nierealne albo oniryczne, kontrastujące wyraziście z granatem nocy i diademami gwiazd, połyskującymi w górze. Po przylocie do miasta mającego prawie milion mieszkańców, ze zgrozą stwierdziłem, że nikt na mnie nie czeka i musiałem radzić sobie sam. Szybko znalazłem w Internecie informację o hotelu i przejechałem do niego elegancką, żółtą taksówką, rozmawiając po drodze z grubawym kierowcą o życiu w jego mieście. Następnego dnia, podczas dojazdu do centrum konferencyjnego, mogłem już podziwiać wielki ruch uliczny, kawalkady tuk-tuków, czyli małych samochodzików wykonanych z motocykli, wszędzie też zauważałem mrowie ludzi w turbanach na głowach i lekkich, kolorowych strojach. Zauważyłem też, że zabudowa miasta jest raczej niska i królują w niej długie ciągi budynków przydrożnych, w których ulokowano sklepy, stragany i warsztaty rzemieślnicze. Była piękna pogoda i mogłem podziwiać liczne świątynie, głównie poświęcone Sziwie i Wisznu, choć do niektórych nie było wstępu dla obcokrajowców. Ale nawet obserwacja zewnętrzna dawała wyobrażenie o duchowości Hindusów, którzy odbywają wiele pielgrzymek do miejsc świętych i oddają pokłon swoim bóstwom. Chodząc po ulicach, przemieszczając się dziwnymi pojazdami, widziałem święte krowy na ulicach i placach, tłumy ludzi podążających do jakichś celów, moją uwagę przyciągały też białe budynki w stylu kolonialnym i graniczące ze śmietniskami, niskie zabudowy dzielnic mieszkalnych. Po czterech dniach z ulgą opuściłem niezbyt czysty hotel w Bubhaneswarze i udałem się do słynnego indyjskiego kurortu Puri, leżącego nad Oceanem Indyjskim, kuszącego białymi grzywami fal i wspaniałymi plażami. Tutaj hotel był elegancki, posiłki wykwintne, a widok z okna na czwartym piętrze wprost na ocean, z którego każdego dnia wstawało w niebieskawych mgłach czerwone słońce. Po drodze odwiedziłem wraz z poetami z USA, Uzbekistanu i Australii słynną Świątynię Słońca w Konarku, wyglądającą jak wielki wóz, z ogromnymi kołami. Było tam też wiele fryzów zdobionych w płaskorzeźby słoniątek, a także kamiennych przedstawień nagich tancerek i par miłosnych w trakcie stosunku. Od dawien dawna miało to związek z funkcjonowaniem nad Zatoką Bengalską kultów tantrycznych i niezwykłej kochliwości hindusów. Potem, już w Puri, chodziłem daleko po brzegu, przyglądałem się łodziom na horyzoncie, co jakiś czas spotykając ludzi, traktujących mnie niezwykle życzliwie i pragnących zrobić sobie z przybyszem z daleka zdjęcie. Jednego dnia, gdy siedziałem na piasku zobaczyłem, kilkunastoosobowy pochód pogrzebowy, jakże charakterystyczny dla Indii, zbliżający się do mnie rytmicznie, wyłaniający się z porannych mgieł, jakby z jakichś nierzeczywistych czeluści. To byli przede wszystkim barwnie ubrani mężczyźni, niosący na ramionach coś w rodzaju noszy, na których leżało ciało zmarłej osoby, obsypane kwiatami i kolorowymi wstążkami. Słysząc monotonne śpiewy i modlitwy mijającej mnie grupy, pomyślałem, że jest to sytuacja symboliczna dla każdego bytu ziemskiego, który pojawia się w jakiejś rzeczywistości, istniej przez chwilę jak jętka, a potem znika bezpowrotnie w dali. Dni spędzone nad Oceanem Indyjskim były pełne refleksji i pisania wierszy, a nade wszystko chodzenia po brzegu, odważnego zanurzania się w wodzie i wpatrywania się w seledynowe dale. Jednego dnia poszedłem też do centrum miasta, gdzie było sporo egzotycznych domów, długich targów, pełnych ludzi i swobodnie błąkających się krów, a nade wszystko wielka świątynia hinduistyczna, zamknięta przed obcokrajowcami. Przed nią siedziały dziesiątki żebraków, czekających na jałmużnę – bez nóg i rąk, z dziwnie powyginanymi kończynami lub głowami, czasem z odkrytymi ranami lub strupami na ciele. Pamiętając ostrzeżenia organizatorów festiwalu, nie wyciągałem portfela, a tylko przyglądałem się z uwagą ludziom i miejscom. Po powrocie do hotelu podziwiałem z balkonu zachód słońca i wiele brązowawych, wszędobylskich majn brunatnych, robiących wiele hałasu na trawnikach i przy pojemnikach na śmieci. Wracając samochodem do Bubhaneswaru i lecąc  samolotem do Delhi, nie wiedziałem, że czeka mnie tam niespodzianka ze strony Lufthansy, która skasowała mój bilet powrotny, z racji tego, iż z powodu kłopotów z wizą, przeleciałem do tego kraju Air India. Nie było rady i żeby znaleźć się w ogromnym Airbusie A380, wracającym do Frankfurtu, musiałem wyciągnąć z portfela dwa tysiące dolarów i kupić nowy bilet w jedną stronę. Cóż, nawet to zdarzenie, nie mogło odebrać mi radości z mojego pobytu na półwyspie pełnym białych czapli, bezdomnych psów, tuk-tuków, trąbiących wciąż samochodów i jakże interesujących ludzi, stale gdzieś biegnących, wciąż podążających do przodu.

Bubhaneswar

 

Bubhaneswar

Świątynia Słońca w Konarku

Świątynia Słońca w Konarku

Puri

 

Hotel w Puri

Puri

Puri

Puri

 

Zatoka Bengalska

Puri

Puri

 

Puri

 

Puri

Puri

 

 

Puri

Puri

Puri

Puri

Puri

 

Tym Airbusem A380 wróciłem do Europy

KWARANTANNA

Kwarantanna domowa sprzyja pracy intelektualnej, lekturom książek, pracy z Internetem, a nade wszystko licznym refleksjom natury osobistej. W sytuacji zagrożenia wirusem wszyscy stają się równi, od miliarderów, przywódców wielkich krajów, po tłumy tzw. zwykłych ludzi, zmierzających do pracy, robiących zakupy w sklepach, aż do bezdomnych i uchodźców politycznych lub ekonomicznych. Jednak ludzie z pierwszych stron gazet są mniej narażeni, choćby z racji lepszej organizacji ich transportu, prywatnymi samolotami i samochodami, a także lepszej możliwości zorganizowania ochrony medycznej. Średniozamożni i biedni skazani są na przemieszczanie się środkami komunikacji miejskiej, częstsze wchodzenie do sklepów i ciągły kontakt z potencjalnymi nosicielami wirusów. Niestety, w tej drugiej grupie, wszechobecna jest brawura i naiwne przekonanie, że nie spotka ich najgorsze, a jeśli już, to szybko zostaną wyleczeni. A tymczasem sprawa przedstawia się tak, jak napisała mi moja przyjaciółka z Chin, przestrzegając by słowa te wziąć sobie do serca i głęboko je rozważyć:

1. Bardzo ważna jest izolacja, a nie gromadzenie się i spotykanie z innymi ludźmi. Ponieważ na koronawirusa można tak łatwo wpływać, może to mieć znaczenie przy spotkaniu z zarażonym pacjentem, nawet w okresie inkubacji. Trwa ona czternaście dni, ale zdarzały się przypadki, że choroba rozwijała się dopiero po dwudziestu czterech dniach.

2. Europejczycy nie lubią nosić masek na twarzach, ale to teraz jest najlepszy sposób samoobrony. W Chinach wiele osób nosi też dodatkowo okulary ochronne. Wirus może wejść przez wszystkie otwarte kanały organizmu, ale może przedostać się też wraz z płynami ustrojowymi, więc trzeba zawiesić na jakiś czas bliskość erotyczną.

3. Nie należy mówić o tym, że koronawirus ma niższą śmiertelność, niż inne tego typu choroby. Prawda jest taka, że jest on tak samo groźny, jak wirus zapalenia wątroby typu B, raz złapany, a nawet wyleczony, pozostanie na całe życie. W połączeniu z innymi chorobami, daje też ogromną śmiertelność. I te zejścia są straszne, bo płuca zapychają się flegmą i szybko włóknieją. We wczesnym okresie rozprzestrzeniania się chorób w Wuhan, wiele osób nie było leczonych i w rezultacie umierały całe rodziny, od dzieci do starców.

4. W Chinach ludzie mówią już powszechnie, że koronawirus jest rodzajem broni biochemicznej – został stworzony w wojskowym laboratorium i dlatego jego zakażalność jest tak silna. A zatem broń się jak możesz przed zakażeniem! I czekaj na wyprodukowanie szczepionki, której skuteczność będzie zapewne i tak niska, jak przy grypie, a więc 60-70%. To dziwne jak piękny jest świat, gdy widzi się go po długim okresie kwarantanny, więc chciejmy dla niego żyć…

Ten głos płynie z samego centrum epidemii i należy do osoby bardzo inteligentnej, jak najdalszej od popadania w panikę. Niestety w Polsce mamy do czynienia z wieloma ludźmi, którzy lekceważą sobie zagrożenie i nie rozumieją etiologii tej straszliwej choroby. Jakkolwiek  by się nie działo, trzeba być rozsądnym i próbować ograniczyć do minimum kontakty z innymi ludźmi. I warto zająć się swoim życiem, uporządkować papiery, posegregować to, co się dotąd zrobiło, wyrzucić to, co jest niepotrzebne. Powstrzymanie wirusa jest możliwe, ale działania systemowe poszczególnych państw, muszą przełożyć się na pracę całych rodzin i pojedynczych ludzi. Na razie nie ma informacji o tym, że koronawirus przenosi się wraz z prądami powietrza, więc kwarantannę można sobie umilać długimi spacerami i wdychaniem ogromnych ilości tlenu. I podziwianiem piękna naszego świata, danego nam tylko raz na całą wieczność…

TRUMNA RASKOLNIKOWA

Nie ulega wątpliwości, że dwudziestotrzyletni Rodion Raskolnikow jest neurastenikiem, nie potrafiącym wydostać się z długich okresów skrajnej depresji. Może przyczyniła się do tego nadopiekuńczość jego matki Pulcherii Aleksandrowny i idealizowanie go przez siostrę – Awdotię Romanowną, a może okoliczności życia w Petersburgu. Gdyby te kobiety nie kochały go tak bardzo i nie pomagałyby mu finansowo, zapewne szybko popełniłby samobójstwo, popadł w alkoholizm albo znalazłby się w więzieniu za jakieś drobne przestępstwo. Niestety jego poglądy na społeczeństwo i „teoria” wszy, które je obsiadają, spowodowały, że uciekł się do popełnienia straszliwej zbrodni. Jego działanie w tym względzie charakteryzuje jednostki tchórzliwe, ale chorobliwie pragnące udowodnić sobie, że są wybitne i zdolne do działań ekstremalnych. Choć jego przygotowania i realizacja planu zamordowania z zimną krwią starej lichwiarki Alony Iwanowny, mają znamiona premedytacji, to wykonanie tylko cudem się udaje i Raskolnikow nie zostaje schwytany na miejscu zbrodni. Jego nieporadność i totalna nieumiejętność przewidywania możliwych konsekwencji, a nade wszystko rozchwianie emocjonalne, prowadzą do rozszerzenia morderstwa, kiedy to w mieszkaniu pojawia się nagle Lizawieta, nieco dziwaczna siostra lichwiarki. Skala tej makabry jest ogromna, a narzędzie typowe dla prymitywnych zabójców, wpadających w szał w chwili wykonywania egzekucji na niewinnych ofiarach. Szybko też dociera do bohatera powieści, że jego czyn był obrzydliwy, a konsekwencje będą daleko idące, wykraczające poza ramy jego dotychczasowego życia. Dlatego kradnie tylko trochę biżuterii i pieniędzy, a nie zauważa pudełka pełnego rubli i innych cennych przedmiotów. Równie szybko pojawia się w jego świadomości przerażenie, rozrastające się niemal do rozmiarów choroby umysłowej.  Postępuje nieracjonalnie, miewa napady gorączki i majaczy przez sen, często niebezpiecznie ujawniając okoliczności zbrodni. W obliczu tragicznej śmierci alkoholika Marmieładowa, którego poznał w szynku, przekazuje jego rodzinie pieniądze, które z ogromnym trudem zdobyła dla niego matka. Poznaje też jego córkę, prostytutkę Sonię, która po latach przebywania na katordze, stanie się jego jedyną nadzieją na powrót do normalnego życia.

 

Michaił Pietrowicz Klodt, Raskolnikow i Marmieładow w szynku

Powieści Dostojewskiego skonstruowane zostały na zasadzie licznych kontrapunktów osobowościowych i w Zbrodni i karze znajdziemy jedną z najwyrazistszych takich opozycji. Neurastenicznemu studentowi i mordercy przeciwstawił autor śledczego Porfirego Pietrowicza, który krok po kroku potwierdzi, że jego podejrzenie, co do osoby Raskolnikowa od samego początku było słuszne.  Raskolnikow od razu zauważy, że jego przeciwnik jest niezwykle inteligentny, kieruje się żelazną logiką, a nie brakuje mu też dociekliwości psychologicznej i umiejętności łączenia – zdawać by się mogło – odległych faktów, rozsypanych elementów wielu układanek. To starcie karła z olbrzymem musiało zakończyć się tak, jak zakładał Porfiry i nie miało tutaj znaczenia mylenie tropów przez byłego studenta i podejmowane próby oddalenia od niego kolejnych podejrzeń. Na przykładzie artykułu Raskolnikowa, opublikowanego w prasie, Dostojewski ukazuje jak pokrętna ideologia może opanować ludzki umysł i doprowadzić do straszliwych tragedii. Koniec końców, za sprawą podstępu Porfirego, przyczyni się ona do zdemaskowania mordercy i jego przyznania się do winy, a potem szczegółowego opisu zbrodni przed sądem. Ogromną rolę odegra tutaj też miłość Soni, która – tak doświadczona przez życie, gdy była sprzedajną dziewczyną – dostrzeże w Rodionie dobro, które dopiero po latach odbywania kary, objawi się w pełnym świetle i stanie się zaczątkiem ich nowego życia.

           

Mal. N. N. Karazin

Sonia Siemionowna Marmieładowa, piękna, szczupła blondynka o zjawiskowych niebieskich oczach jest w powieści Dostojewskiego kolejnym kontrapunktem dla szaleństw i zła Raskolnikowa. Pijaństwo ojca i bieda w rodzinie popchnęły ją do wyjścia na ulicę, gdzie zaczęła zarabiać jako prostytutka. Jej dzieciństwo zakończyło się szybko i gwałtownie, a śmierć ojca odmieniła wszystko w tym smutnym życiu, choć poznanie byłego studenta nie zwiastowało przecież wydarzeń chwalebnych. Ujął ją jednak darowizną na wydatki pogrzebowe, a szybko też zaczęła dostrzegać jego inną, ukrytą naturę, którą postanowiła ujawnić, bez względu na skalę poświęcenia. A choć miała do czynienia z okrutnym mordercą, zauważała, że tylko on traktuje ją z szacunkiem. Z czasem w obskurnym pokoiku studenta zaczynają razem czytać Nowy Testament, fascynując się sytuacjami ewangelicznego wybaczenia. Jej miłość do przyjaciela wybucha z pełną mocą, gdy ten przyznaje się do popełnionej zbrodni, a ofiarę dostrzega ona tylko w nim. To za jej sprawą Raskolnikow uda się na policję i przyzna do wszystkiego, a potem na sali sądowej nie zawaha się opisywać ze szczegółami wydarzeń z domu lichwiarki. Miłość Soni do niego jest bezwarunkowa i tak wielka, że postanawia udać się z mordercą na osiem lat katorgi, a potem towarzyszy mu w jego przemianie duchowej i akceptacji chrześcijańskiej filozofii wybaczenia i dźwignięcia się z martwoty. Jej dobre serce, tyle razy wykorzystywane i jej dobra natura, tylekroć wystawiana na próby, znajdują wsparcie w przywołaniach Chrystusa, niosącemu krzyż na Kalwarię. Nie bez powodu Dostojewski porównuje pokój Raskolnikowa do trumny, a upadek Sonii ma wszelkie cechy tragedii i śmierci za życia jawnogrzesznicy Marii Magdaleny. Nędza i brak perspektyw popychają ich do podjęcia tragicznych wyborów, ale szansa dana przez społeczeństwo powoduje, że kochający się partnerzy zaczynają widzieć dalekie, nikłe światełko w tunelu. Funkcja dydaktyczna powieści Dostojewskiego jawi się tutaj z całą mocą, a dwoje głównych bohaterów personifikuje jego wielką tęsknotę za czystością i pełnią spokojnego życia. Podobnie doświadczony, poprzez pracę i ogromną chęć życia, wzniósł się na wyżyny człowieczeństwa i stał się jednym z największych twórców w dziejach.

W. Świerdzewski, Śledczy, 2017

Wróćmy jeszcze na chwile do postaci śledczego policji petersburskiej, którego postępowanie staje się kontrapunktem dla zachowań i czynów Raskolnikowa. Dostojewski robi wszystko, żeby czytelnik zniechęcił się do niego, tworząc postać niemal odrażającą: Mógł mieć jakieś trzydzieści pięć lat, wzrostu mniej niż średniego, tłuściutki, z lekko zaokrąglonym brzuszkiem, gładko wygolony, bez wąsów i bez bokobrodów, o krótko ostrzyżonych włosach na ogromnej, kulistej głowie, z jakimś osobliwym, wypukłym zaokrągleniem na potylicy. W pulchnej, okrąglutkiej twarzy z nieco zadartym nosem, o chorobliwej żółtowoskowej cerze, było coś chwackiego, a nawet jakby szyderczego. Można by go uznać nawet za dobrodusznego, gdyby nie wyraz jego oczu, błyszczących jakimś wodnistym blaskiem i skrytych pod powiekami z niemal białymi rzęsami. Powiekami, którymi ustawicznie mrugał, jakby porozumiewawczo, jakby ciągle puszczał do kogoś oko. Wyraz owych oczu dziwnie nie pasował do jego nieco zniewieściałej postaci i sprawiał, że wyglądał znacznie stateczniej niż mogłoby się to na pierwszy rzut oka wydawać. A jednak w miarę poznawania tego człowieka, zaczynamy rozumieć jego metody i rodzi się w nas coś na kształt podziwu dla tego młodego przecież człowieka. Nic nie wiemy o jego przeszłości, na kartach powieści nie pojawiają się też jakikolwiek fakty z jego życia, jakby wyłonił się z tajemniczej mgły i został powołany do tego, by wskazać mordercę dwóch samotnych kobiet. Niewątpliwie jest prawym człowiekiem, którego celem jest zdemaskowanie mordercy, ale też uwolnienie go od poczucia winy i skierowanie na inne tory życiowe. Jest świetnym psychologiem, zadającym punktowe pytania i tak kierującym rozmowami, by podejrzanemu wydało się bezsensowne dalsze ukrywanie prawdy. Pisząc swoją powieść Dostojewski korzystał z własnych doświadczeń, a jej nieco dewiacyjna aura brała się z przede wszystkim z cech osobowości autora. Zastanowiły mnie słowa Sándora Máraia z jego Dziennika 1943-1948: Dostojewski tak mnie męczy, jakbym się zamknął w pokoju z szaleńcem, ale takim szaleńcem, który może kiedyś ogłoszony zostanie świętym. Nie mogę się pogodzić z tym, że perspektywą człowieka jest ta ograniczona bezkresność, jestem Europejczykiem, ufam raczej miarom i danym kartograficznym. Opór, jaki czuję wobec jego stylu, topnieje w płomieniu temperatury dzieła niczym ołów w żarze kotła. Dostojewski zmiata wszelki opór: to jest coś więcej niż „literatura”, z tym nie sposób dyskutować. Albo trzeba się do niego przyłączyć, albo uciec. I właśnie nad tym zastanawia się teraz świat, oceniając rzeczywistość, która z dzieł Dostojewskiego powstała do życia; ale to już ostatnia rzecz, jaką człowiek Zachodu może w tej chwili jeszcze przeciwstawić rosyjskiemu mesjanizmowi.[1] I jeszcze jedna zdumiewająca konstatacja: Wydaje mi się najzupełniej możliwe – co może któregoś dnia udokumentuje policja – że Dostojewski zabił człowieka[2]. A jeśli tego nie uczynił – co wydaje się wątpliwe – to długie lata, spędzone na zesłaniu dały mu głęboką wiedzę o ludziach i ich zachowaniach, o metodach śledztw i psychologii najokropniejszych zabójstw.

_________________

[1] Sándor Márai, Dziennik 1943-1948, wyb. przeł. i oprac. Teresa Worowska, Warszawa 2016.

[2] Tamże, s. 15-16.

« Older entries

%d blogerów lubi to: