LET’S ROLL…

Piękna pogoda, ciepłe powietrze i ogromna doza światła zachęca do spacerów, więc wychodzę z domu i przemierzam ulice dzielnicy, w której mieszkam. Lubię te styczniowe jaskrawości, gdy gałęzie i konary drzew stają się rodzajem innowacyjnej grafiki, a w tle prześwituje błękit nieba i biel chmur, podświetlonych przez słońce i niezwykle jasnych. Świat nabiera wtedy wyrazistości, jakiejś trudnej do wyrażenia pełni i staje się pięknym tłem dla życia, zdarzeń wzniosłych i tragicznych, bo pamiętać należy o tych, którzy cierpią w chwilach naszych wzlotów. Idąc wolno i wdychając czyste powietrze, myślałem o moim wspaniałym roku 2017, w którym opublikowałem sporo książek w Polsce i za granicą (Chiny!!!), odbyłem niezwykle inspirujące podróże do Gruzji i Chin (dwukrotnie), zaprzyjaźniłem się z wieloma zacnymi ludźmi, w tym z noblistą Mo Yanem, napisałem sporo wierszy, następne rozdziały powieści i książek eseistycznych, nowe opowiadania, polskie i zagraniczne antologie, wiele recenzji i szkiców, posłowi i wstępów do wydawanych książek, przygotowałem też przedpole do działań dziennikarskich 2018 roku. To był też czas nagród, bydgoskiej Strzały Łuczniczki za tom wierszy Złota źrenica i nagrody poznańskich twórców, o jakże dowartościowującej nazwie: Dobry człowiek. Przystając przy pięknie oświetlonych brzozach i olchach, rozmyślałem o chwilach w wielkich samolotach, na międzynarodowych lotniskach, rozpamiętywałem udziały w światowych festiwalach literackich i wiele imprez w rodzinnym mieście oraz w innych ośrodkach Polski. Kimkolwiek nie byłem w przeszłości i czegokolwiek bezużytecznego nie robiły moje ręce (Leonard Cohen, Take This Longing), ważne jest to, że dotarłem do takich lat, jak rok 2017, w którym wkroczyłem nieodwołalnie w ostatnie 365 dni mojego szóstego dziesięciolecia. Nigdy nie przejmowałem się wiekiem, ale teraz czuję, że wszystko przyspieszyło i stoją przede mną ogromne wyzwania – będzie to też widać w tym roku na moim blogu, który wrósł nieodwracalnie w moje jakże zdumiewające życie. Już na początku nowego roku pojawi się powieść pt. Aleja klonów, a potem będzie nowy zbiór wierszy – Jasny dzień. Wiersze słowiańskie, zbiory we Francji, Rosji i Macedonii, dwa wybory esejów i pierwszy tom dziennika. Zapowiadają się też ekscytujące podróże, ale na razie – by nie zapeszać – nie powiem dokąd pojadę, kierunki jednak będą nowe, a i stare szlaki mogą zostać odświeżone. Więc… let’s roll

 

Reklamy

ORNITOLOGIA CODZIENNA

Mieszkając w domu jednorodzinnym, w otoczeniu podobnych domostw i ogrodów, mam stale do czynienia z żywą naturą, manifestującą swoje istnienie pośród czterech pór roku. Zwykłe wyjście do sklepu, przemierzenie kilkuset metrów, generuje liczne wrażenia zmysłowe, pozwala obcować z kwiatami i krzewami, mniejszymi lub większymi drzewami, a nade wszystko z wszędobylskimi ptakami. Tak było też i dzisiaj, gdy ruszyłem ulicą w kierunku osiedlowego targu, po drodze mijając obszerną przestrzeń, wolną od zabudowy, pełną krzaków i niskich drzew. Już z daleka usłyszałem chór mazurków i wróbli, ćwierkających na gałęziach, a na wysokich topolach spostrzegłem stada jemiołuszek, wydających charakterystyczne, pojedyncze piśnięcia. Stanąłem przy zgromadzeniu wróbli i długo przypatrywałem się ich cywilizacji. Było ich chyba z dwieście albo trzysta na krzakach trującego ligustru, pośród czarnych lśniących, niejadalnych owoców. Raz po raz zerkałem też na jemiołuszki, zrywające się do lotu i wracające ku szczytom topól i brzóz. Gdy przychodzą mrozy, gdy zaczynają wiać lodowate wiatry, a szron okrywa gałęzie i konary, ptaki instynktownie garną się do siebie, wiedząc, że w grupie mieć będą większe szanse na przetrwanie. Dziesiątki małych oczu szybciej wypatrzą atakującego krogulca (niektóre z tych drapieżników nie odlatują zimą ku cieplejszym krainom), w grupie łatwiej też znajduje się pożywienie i przeczekuje noc w dogodnych miejscach. Takie wyjście z domu, to wiele innych obserwacji ornitologicznych, a to płochliwych grubodziobów, a to śmigłych sikorek, pobrzękujących w niewidzialny talerz perkusyjny mrozu, czy wreszcie mnogich, a powszechnych srok, gawronów, wron, kawek, czasem kosów i drozdów, innym razem barwnych sójek, unoszących się nad blokami wielkich mew, albo par synogarlic, przysiadających na drutach. Niestety wielu ludzi, zatopionych w myślach, podążających ku swoim zajęciom, nie zauważa ptaków w bliskim otoczeniu, znam też takich, którzy je tępią, niszczą gniazda i karmniki. Na szczęście to tylko niewielki promil wspólnoty ludzkiej, z którą obcujemy podczas naszego życia, to tylko biedne, puste byty, nie zdające sobie sprawy z różnorodności istnienia i jego lotności w kształtach ptaków.

Krogulec

POWRÓT SZPAKÓW

563px-Colourful_starling

Dzisiaj po raz pierwszy zobaczyłem szpaki, które wróciły z dalekich podróży do ciepłych krajów. Na razie jeszcze wychudzone, ale wciąż niezwykle ruchliwe, szukające pierwszych owadów i okruchów pożywienia innego rodzaju. To prawdziwe potwierdzenie, że wiosna nadchodzi wielkimi krokami i tylko patrzeć jak zaczną przylatywać inne ptaki. Ucieszył mnie widok barwnych istot baraszkujących na trawniku, wzlatujących na gałęzie drzew owocowych i umykających ku innym ogrodom. Zima przełomu 2016 i 2017 roku nieodwołalnie przechodzi do historii i przyznać trzeba, że nie była zbyt dokuczliwa. Zdarzały się mrozy, lodowate wiatry, ale w sumie nie było najgorzej i cieplejsze dni generowały przejaśniania, odsłaniały ogromne przestrzenie błękitu.

ZIMA 2017

1

3

4

5

6

7

8

9

10

11

img_6302

* * *

dsc03645

Wracałem ze sklepu wieczorem i pośród chłodnych szarości, rozmytych deseni czerni, smug matowiejącej bieli, zauważyłem na jednym z rosochatych krzewów kilka niewielkich, okrągławych kształtów. Zatrzymałem się, obszedłem wolno plątaninę łodyg i gałązek i utwierdziłem się w przekonaniu, że mam do czynienia ze sporym stadem sikor ubogich. Pisałem już w moim dzienniku o tych subtelnych ptakach, ale teraz zaciekawiło mnie co innego – jakże wielka samotność tych bytów, które muszą spędzić całą noc pośród podmuchów zimnego wiatru, w głębinach czerni i mrozu. Muszą przetrwać w ekstremalnych warunkach, by przy pierwszych promieniach słońca oderwać się od krzaka i ruszyć na poszukiwanie nasion zdrewniałych chwastów, rozsypanych okruchów pieczywa albo – to prawdziwa uczta dla nich – zawieszonych przez ludzi plasterków słoniny. Na razie siedziały w jednym miejscu, dziwnie nierealne, przypominające średnik, tajemnicze pośród gałęzi, jakby jakiś nieznany demiurg rozrzucił je w przestrzeni, a potem uporządkował w konkretnym miejscu. Ptaki spowalniają w nocy funkcje życiowe, ale ich stałocieplność wymaga solidnej okrywy z piór i swoistego nastroszenia, które wprowadza między puch i lotki dodatkowe pokłady izolującego powietrza. Nie chciałem spłoszyć małych sikor, więc odszedłem powoli i jeszcze z dalszej odległości patrzyłem na nie przez chwilę. Samotność nie zdarza się tylko w świecie ludzkim, pojawia się też pośród zwierząt, ale zawsze powiązana jest z poszukiwaniem bliskości, czy to kochanej osoby, czy osobników z tego samego stada. Zapewne boli tak samo w każdym kształcie, okrytym skórą, sierścią albo kolorowym puchem…

DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (7)

00023bx6fa87c6tm-c322-f4

Dzisiaj zamieszczam ostatnią część mojego „Dziennika ze stanu wojennego”, który lada chwila ukaże się też drukiem. Choć zdaję sobie sprawę, że nie może on stawać w jednym szeregu z najlepszymi opisami stanu wojennego i czasu zomowców, esbeków i czołgów na ulicach, to jest jednym z dokumentów naszej trudnej historii.

12 lutego 1982 roku 

Do Berlina Zachodniego uprowadzono samolot PRL-u. Pilot i jego rodzina, a także II pilot poprosili o azyl polityczny. Papież podróżuje po Afryce i przybył do Lagos w Nigerii. Podczas konferencji w Madrycie, USA ponownie ostro skrytykowały wydarzenia w Polsce. Prokurator wojskowy zażądał kary śmierci dla Bogdana Walewskiego, polskiego dyplomaty, którego oskarżono o szpiegostwo na rzecz CIA. Haig przybył z krótką wizyta do Rumunii.

13 lutego 1982 roku

Dzisiaj mijają dwa miesiące od wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Daniel Olbrychski i Krystyna Janda przybyli do Paryża, by kręcić filmy we Francji. Złożyli tam śmiałe oświadczenia w sprawie wydarzeń w naszym kraju. Przy wyjeździe, Olbrychskiego rozebrano do naga i poddano drobiazgowej kontroli jego bagaż. Walewskiego ostatecznie skazano na 25 lat więzienia.

Haig rozmawiał z Nicolae Ceausescu o sytuacji w Polsce. Papież odprawił mszę św. dla milionowego tłumu w Nigerii. Ulicami Warszawy przejechało wczoraj 200 samochodów milicyjnych i wojskowych – była to prezentacja siły reżimu, który obawia się obchodów drugiej miesięcznicy wprowadzenia stanu wojennego. Rakowski przestrzegł przed sianiem niepokoju i zagroził, że władza będzie reagować natychmiast. Ciekawa jest kariera tego zatwardziałego komunisty – kiedyś czytywałem w „Polityce” jego artykuły i wydawało mi się, że jest postępowy, daleko wykraczający poza ramy systemowe. A teraz, w Polsce stanu wojennego, staje się teoretykiem straconej ideologii i zachowuje się jakby był właścicielem Polski. Historia „intelektualistów”, którzy sięgnęli po władzę jest długa i smutna, starczy przywołać Lenina, Mao Tse-tunga, Pol Pota, Fidela Castro.

14 lutego

Wczoraj w Poznaniu miały miejsce zamieszki. Aresztowano 194 osoby, wydłużono godzinę milicyjną i ponownie zakazano używania prywatnych samochodów.

Z Danką chodzę trzymając ją stale za rękę i jest mi z nią bardzo dobrze. Ustąpił przygniatający smutek i często się uśmiecham. Alina zadzwoniła, że chciałaby się spotkać i o wszystkim porozmawiać, ale jej odmówiłem. Była w szoku, coś tam burknęła i szybko się wyłączyła. Nikt jej nigdy nie odmówił, a wszyscy chłopacy utrzymywali ją w przekonaniu, że jest nieziemska pięknością. Niewątpliwie jej uroda jest zjawiskowa, ale co mi po niej, jeśli jej nie mam, albo dostaję na kartki…?

stan-stwojenny2_750_563_80

15 lutego 1982 roku

W Bielsku-Białej oskarżono działaczy Solidarności  o zorganizowanie podziemnej struktury związku. W Polsce nadal trwają internowania i na Śląsku internowani przetrzymywani są w nieodpowiednich warunkach, razem z recydywistami.  Nie mogą otrzymywać książek świeckich ani religijnych. W Strzelcach Opolskich stłoczono w więzieniu 500 internowanych. Za udział w sobotniej manifestacji w Poznaniu zatrzymano i ukarano 160 osób. 13 lutego były też potężne protesty w Świdniku i we Wrocławiu. 31 stycznia, w obawie przed demonstracjami – milicja otoczyła pomnik poległych stoczniowców w Gdańsku. W Warszawie aresztowano studenta, który obrzucił koktajlem Mołotowa pomnik Dzierżyńskiego. Prymas Glemp wyraził ostrożną nadzieję na wznowienie dialogu między władzą a społeczeństwem. W Japonii czterech polskich marynarzy poprosiło o azyl.  

zomo_milicja_koksownik

Paskudny błąd życiowy! Spotkałem się w mieście z Musiałem, najpierw na piwie i winie u niego, gdzie oczerniał Jana Góreca-Rosińskiego, a potem ruszyliśmy do jego przyjaciół „bogaczy”. Po wyjściu z tramwaju chciał przejść się po śluzach bydgoskich i w pewnym momencie położył mi rękę na ramieniu i dramatycznie powiedział: Darek kocham cię… Rozbawiło mnie to i zarazem wkurzyło, ale nie dałem po sobie poznać, że jestem podkurzony. Jakoś obróciłem wszystko w żart i ruszyliśmy pod górkę do domu producenta plastiku. A tam wykwint dość tandetny, jacyś komicznie ufryzowani panowie i ich rozhisteryzowane żony lub partnerki. Na stole pojawiły się mocne alkohole, różne whisky i koniaki, a przy tym wina i wiele piw. Szybko wszyscy przeszli na „ty” i poczułem jak miękną mi nogi, więc raz jeszcze zacząłem oszukiwać i piłem więcej soku niż alkoholu. Jedna z panienek, rzeczywiście ładna i zgrabna, przysiadła się do mnie i zaczęła mnie adorować. Panowie zajmowali się sobą, a Musiał zachwalał bitność jednego z nich, który podobno był ochroniarzem klubu nocnego w Londynie i znakomicie sobie tam radził z oprychami. Jakoś nie mogłem w to uwierzyć, widząc skromną budowę ciała tego faceta o czarnych, dokładnie ułożonych włosach. W pewnym momencie dziewczyna obok mnie, solidnie już wstawiona położyła mi rękę na ramieniu i zbliżyła usta do moich ust. Gdy nasze wargi się połączyły, z drugiej strony stołu zerwał się jak oparzony jej mąż czy konkubent i rzucił się z pięściami na mnie. Zasłonił mnie gospodarz domu i Musiał i szybko znaleźliśmy się na zewnątrz, przy ogrodzie, gdzie tym razem naparło na mnie aż trzech kolesiów. Nie spodziewałem się takiego impetu i uderzony przez jednego z nich w piersi, przewróciłem się do tyłu. Upadłem tak nieszczęśliwie, że uderzyłem tyłem głowy w krawężnik lub spory kamień i straciłem przytomność. Po jakimś czasie wróciła do mnie świadomość i zobaczyłem pochylającego się nade mną Musiała. Powiedział rozpaczliwym tonem: Darek jak to dobrze, że nic ci się nie stało, byłem przerażony jak upadłeś i nie dawałeś znaku życia. Powoli wstałem, dotknąłem tyłu głowy, który cały był we krwi, spojrzałem na okrwawioną dłoń i z rozmachem uderzyłem nią w podbródek Musiała. Usłyszałem jakiś rwetes, ale obróciłem się na pięcie i poszedłem w kierunku drogi prowadzącej na Błonie. Moja matka prawie zemdlała, gdy zobaczyła mnie zakrwawionego w drzwiach, a następnego dnia musiałem jechać do miasta prześwietlić głowę. Ojciec Danki pracował w Pogotowiu Ratunkowym jako radiolog i zrobił to bez skierowania. Jakoś nie chciał uwierzyć, że potknąłem się na prostej drodze i upadłem. Był z tego zdarzenia jeden pożytek, definitywnie zamknąłem moją znajomość z Musiałem, jednym symbolicznym ciosem okrwawionej pięści.

19 lutego 1982 roku

Urban oskarżył Solidarność o próby wywoływania starć zbrojnych i poważnych napięć – jak zwykle wszystko bagatelizował i ironizował.  Wałęsę przeniesiono do czwartego już aresztu domowego i nie wiadomo, gdzie przebywa.

 23 lutego 1982 roku

Przedstawiciel Episkopatu Polski odwiedził Wałęsę i ten wyraził nadzieję, że zostanie wkrótce uwolniony. Jutro odbędzie się pierwsze Plenum PZPR od wprowadzenia stanu wojennego.  W Warszawie zginął jakiś milicjant, co mogło być prowokacją. Gustaw Holoubek zrzekł się mandatu poselskiego.

Powoli wygasa we mnie chęć dalszego pisania tego dziennika, do czego przyczynia się mój nowy, ekscytujący związek z Danką i wiele pracy na studiach filologicznych, jeszcze coś czasem notuję, ale coraz częściej uciekam się tylko do słuchania Wolnej Europy przed snem.

OKAWANGO

delta_okawango_widok_z_samolotu

Obejrzałem w telewizji znakomity film przyrodniczy o rzece i delcie Okawango. Jej bieg zaczyna się w górzystych partiach Angoli, a potem płynie przez Namibię, by dotrzeć do Botswany i rozlać się majestatycznie pośród bagien Kotliny Kalahari. Niegdyś bardzo interesowałem się geografią Afryki i siedząc nad atlasami geograficznymi, często zatrzymywałem się w południowej części kontynentu i starałem się wyobrazić sobie przestrzenie największej na świecie delty śródlądowej. Niegdyś było tam jezioro Makgadikgadi, ale wyschło przed dziesięcioma tysiącami lat, zostawiając po sobie kotlinę i zwalniającą bieg rzekę, tworzącą fantastyczne rozlewiska. Parowanie tam jest ogromne, tak że w dalszej części bagniska stają się coraz mniej grząskie i przechodzą w stepy i pustynie Kalahari. To jest prawdziwy raj dla przyrodników i botaników – zoologów, ornitologów, ichtiologów, entomologów, badaczy roślin i wód. W tej wielkiej delcie żyją miliony zwierząt kopytnych, ptaków, gadów, płazów i ryb, a pod połyskującymi taflami rosną prawdziwe podwodne lasy. Film odsłania egzotyczne obrazy, ukazuje głębie, w których polują krokodyle, wielkie tawady, tysiące ryb sumowatych i przypominających piranie, żarłocznych ryb tygrysich (Hydrocynus). Pod powłoką wielkich grzybieni krzewi i kotłuje się życie, wciąż rozgrywają się mniejsze i większe tragedie, a śmierć i zabijanie stają się warunkiem przetrwania. Oglądając film przypomniałem sobie też o artykule prezentującym deltę Okawango, opublikowanym w „National Geographic” w grudniu 2004 roku. Teraz odszukałem odpowiedni wolumin i moją uwagę przykuła opowieść o mitologicznej interpretacji dorocznych wylewów południowoafrykańskiej rzeki: Gdy David Livingstone zapytał ludzi z plemienia Bayei, jak wyjaśniają zjawiska wylewów Okawango, odpowiedzieli mu, ze co roku niejaki Mazzekiva, wódz ludu żyjącego na północy, zabija w ofierze człowieka, a jego ciało wrzuca do rzeki, która wskutek tego wylewa. Autor artykułu – Kennedy Warne – zamyślił się na współczesnym, tragicznym kontekstem tej opowieści, kiedy to podczas wieloletnich wojen w Angoli wrzucano do rzeki tysiące ludzkich ciał i w taki sposób pozbywano się ich bezpowrotnie. Tam błyskawicznie pochłaniały je krokodyle, mnożąc swoje populacje, a czego nie zrobiły gady, dokonywali inni padlinożercy. Wraz z napływającą wodą pojawiają się ziemscy drapieżcy, lwy hieny, lamparty, gepardy, w powietrzu kołują ogromne stada sępów i orłów, rybołowów – wszystkie ślepia sondują przestrzeń w poszukiwaniu potencjalnych ofiar. Wraz z końcem pory suchej rzeka wraca do głównych kanałów i strug, ale w górach Angoli już zaczynają się gromadzić nowe wody, które po kilku miesiącach znowu zaczną rozlewać się po delcie.

663_800_800

1024px-buffalo_herd

1024px-okavango_swamp_botswana

635244240008568331

Cheetah (Acinonyx juvatus) A very atmospheric shot: a Cheetah searching for prey from a termite mound, silhouetted against the orange sky, at sunset. Okavango Delta, Botswana

Fotografie; Wikipedia

PIĘKNO (3)

Pora letnia i rozgwar w ogrodzie nastrajają do przypominania, że na tym świecie żyją wraz z nami piękne ptaki. Ich barwy może są rozkrzyczane, może zbyt jaskrawe, ale przecież pośród ludzi też zdarzają się istoty nieziemsko urodziwe – starczy tylko rozejrzeć się dookoła…

 13174186_497543160437340_8446105195883355723_n

13094241_1593089877671173_3166909324963750232_n

13165898_497543243770665_7354007504957456880_n

13103484_497544163770573_7742885941419570987_n

13094264_502072403317749_8929244096826374977_n

13237876_502791189912537_6441788565110911778_n

13237824_502072629984393_8678422015618107580_n

13240518_502072623317727_3483227906361881076_n

13256288_502789003246089_3842665144476575795_n

13254464_502788873246102_2309794423161701053_n

2adb7e561f9749033b244d438d9d8c70

13102717_497543167104006_4862739089974874389_n

12994363_1589772254669602_5821314713376161474_n

13227208_500540063470983_7730033828225112381_n

PIĘKNO

Przy powszechnym zalewie zła, nienawiści, bólu i oszustwa warto spojrzeć na ornitologiczne cuda natury. To także nasz świat, w którym wciąż mamy do czynienia z negatywami i próbami manipulacji naszą świadomością. Czy możliwy jest powrót do takich barw i takiej klarownej czystości, czy możliwe jest uczestnictwo w takim świecie? Jeśli nie w sytuacji ucieczki, jeśli nie w zamknięciu na wyspie, w jakiejś tajni lub samotni, to przynajmniej wirtualnie…

1933848_10154113885398115_9012805583494455018_n 

1917525_477591055765884_7277950250597183282_n

251061_472214532798674_1071156795_n

12795351_473564086168581_636905999819866556_n

12805691_472420039616319_6229211479629567264_n

549516_452124538141007_981748820_n

Gil (Pyrrhula pyrrhula)

nadeslane_103

07sb4091scarlet tanager a11x14

Male Painted Bunting (Passerina ciris)

Beautiful-Birds-beautiful-nature-23812608-774-616

423730_341918085851235_1961021973_n

Birds-image-birds-36098663-900-711

Oriole

10307382_852820431413923_2606241505124287006_n

196310_416728301739666_1337215176_n

African Golden Oriole

The Green-headed Tanager (Tangara seledon)

The Frilled Coquette (Lophornis magnificus)

184432_486648628044846_1807273649_n

551304_562403000457720_300661648_n

Asian Paradise Flycatcher

The Velvet-fronted Nuthatch (Sitta frontalis)

The Black-throated Tit (Aegithalos concinnus)

16134_185125140784_6843054_n

SKARBY ŚWIATA

DSC_0084-001

Dzieci są największym skarbem i wspaniałą, bezcenną przyszłością świata… W cudowny sposób rodzą się i szybko uczą wymiarów, kształtów, barw, dźwięków, smaków i zapachów. Wchodzą w kolejne dni, miesiące i lata z szeroko otwartymi oczyma i chłoną wszystko dookoła, starają się obdarzyć dobrą energią członków rodzin i przygodnie spotkanych ludzi, obdarzyć uśmiechem zwierzęta, lalki, plastykowe albo drewniane zabawki. Ich małe serca biją żywo, równomiernie, a gdy rytm staje się szybszy, przeistaczają się w barometry świata, wskazujące nadużycia w obrębie istnienia. Dlatego tak je kochamy, tulimy i pragniemy by było im zawsze dobrze, otaczamy je opieką i pieścimy, a nade wszystko chronimy w budowanych domach i zawiązywanych rodzinach. Spośród krzywd ludzkich największą jest rana dziecka, jego łzy na policzkach, smutek w oczach i żałosna skarga. A przecież tyle jest miejsc na świecie, gdzie małe istoty cierpią i żyją w strachu, tyle łez przelewają na darmo, tyle drżeń małych rączek wyczuwają matki i ojcowie. Dzieciństwo powinno być czasem miłości i radości, a częstokroć przeistacza się w ponury spektakl, rozgrywający się na oczach świata. Cóż z tego, że krzywda dziecka we wszystkich kulturach traktowana jest jako przewina wobec całego świata, cóż z tego, że nieustannie słychać głosy sprzeciwu i niezgody, gdy stale pojawiają się ludzie nie liczący się z tym, wciąż rodzą się konflikty, w których giną niewinne istoty. Pierwsze lata kształtują osobowość człowieka, stają się fundamentem jego późniejszych losów i dokonań, twórczych zamierzeń i spełnień, wielkości i humanistycznej pełni. To stamtąd wiodą ścieżki na szczyty gór i ku rozległym równinom, to tam zaczyna się droga ku sławie, mądrości i podziwianym osiągnięciom. Każdy wielki pisarz, filozof, każdy astronauta i konstruktor, wszyscy politycy i artyści, kompozytorzy i podróżnicy mieli swoje dzieciństwo. Nie bez powodu autorzy biografii, studiów i kronik zaczynają opowieści od lat najmłodszych, od pierwszych chwil kształtowania się przyszłego znaczącego człowieka. To są próby wskazania tego, co stało się początkiem eksplozji w latach przyszłych i ukształtowało wyjątkowy byt, kogoś kto wyraziście zaznaczy swój ślad w historii i wywarł wpływ na ludzi jego czasu i na następne pokolenia. Nie każde dziecko staje się takim przewodnikiem duchowym, nie każdy chłopczyk i dziewczynka sięgają po laury, ale każde z nich nosi w swoim małym sercu energię początku, potencjalności dokonań wieku dorosłego, chwil jasnych i jaskrawych, oklasków i radości ze spełnienia się snów o wielkości.

Jolanta Królikowska skomponowała wspaniałą panoramę kruchości i delikatności światów dzieci, chwil pierwszych i kolejnych, utrwalonych w kadrze aparatu fotograficznego i zatrzymanych na zawsze w ich wyjątkowości i symbolicznym wymiarze. Niezwykła uroda zdjęć komponuje się tutaj wspaniale z pięknem wewnętrznym i zewnętrznym dzieci z różnych stron świata, istot ciekawie zerkających w obiektyw i uchwyconych niespodziewanie w chwili zamyślenia, w smutnej lub pełnej wigoru pozie. To są subtelne portrety, układające się w wielki fresk ludzkości, nieustannie podążającej przed siebie i napotykającej na swej drodze trudności – to panorama naszego gatunku, ukazana z poczuciem misji, zapisania na zawsze tego, co miało przepaść i bezpowrotnie utonąć w głębiach stulecia i tysiąclecia. A teraz utrwalone i umieszczone w ciągu geograficznym, w cyklu odsłon elementarnych, stało się wartością nie do przecenienia, dokonaniem artystycznym jednej osoby i sukcesem całego globu. To jakby druga strona straszliwych doniesień z dzienników telewizyjnych, to wskazanie, że człowiek jest dobry i może ze swojego dzieciństwa wysnuć przyszłość chwalebną, pełną ekscytujących zdarzeń. Potwierdza to też sama autorka tego niezwykłego albumu i przedsięwzięcia artystycznego najwyższej klasy, która też miała swoje dzieciństwo i potrafiła tak kształtować życie, że dotarła do tego artystycznego spełnienia. Wcześniej były inne doznania, nieustanne podróże i obcowanie z tysiącami ludzi, przyglądanie się z uwagą małym istotom i dokumentowanie ich wyjątkowości, smutku i radości, zamyślenia i blasku na twarzach. Rzadko udaje się dostrzec tyle piękna i dobra w jednej publikacji, tyle różnokolorowych oczu, odcieni skóry i finezji włosów, rzadko też zdarza się by autorka fotografii zawarła w nich tak wyraziste, egzystencjalne przesłanie, etos człowieczeństwa podążającego przez swoje czasy i przeistaczającego się nieustannie w kolejnych fazach rozwojowych. Kimkolwiek nie będą te dzieci w przyszłości, zostały tutaj ukazane jako istoty kruche, ulotne, zapatrzone w przyszłość i odwieczność istnienia. Zdumiewająco mądre bywa spojrzenie dwulatka, trzylatka, pięciolatka, jakby istoty te żyły jeszcze w tajemniczym świecie przed narodzinami, jakby niosły w sobie zanikającą szybko wiedzę o metempsychicznej podróży. Stąd zapewne biorą się opowieści o poprzednich bytach, licznych wcieleniach, reinkarnacjach i tak rodzi się przekonanie o nadnaturalnym charakterze naszej egzystencji. Dziecko ma dobrą naturę, patrzy jasnymi oczyma na kolorowe klocki i białe chmury, tonące w błękicie nieba, ogląda świat przez różowe szkiełko i obdarza czułością strzeliste kształty drzew za oknem swojego domu. Te fotografie to odkrywanie zakamarków jego myśli i nieustanne wpatrywanie się w lśniące źrenice, odbijające świat i będące zagadką samą w sobie – to analiza ruchów i gestów rosnącego ciała, dopiero, co wychodzącego z niemowlęctwa, a już wyraźnie podążającego ku chwilom następnym i zaczynającego decydować o samym sobie.

Jakże trudno jest zatrzymać w kadrze cząstkę zwykłości i jakże trudno uczynić z niej element wielkiej panoramy. A jednak w tym albumie znajdziemy zdjęcia, w których odcisnęły się chwile niezwykłe – proste jak podanie ręki i uśmiech na twarzy malca, a zarazem bolesne, jak smutek w szeroko otwartych oczach i łza lśniąca w oku. Dzieci w naturalny sposób łakną ciepła i dobroci, pragną mieć blisko siebie przyjaciela, niepozorna pacynkę, lalkę zrobioną z tego, co było po ręką. To bywa klucz do szyfru ich serc, to bywa powiernik ich dziecinnych trosk i tajemnic. Na całym świecie powtarza się ten sam rytuał, owo otrzymywanie od dorosłych misiów, kukiełek, laleczek, a potem czynienie z nich centrum intymności, punktu środkowego, od którego energie podążą w wielu kierunkach. Dziecko potrzebuje przyjaciela przy zasypianiu i podczas zabawy, w podróży i w drodze do szkoły, a czas spędzony razem staje się częścią tej samej opowieści o czystości i pełni, o przychodzeniu na świat i dorastaniu do zadań wieku dorosłego. Prezentowane tutaj lalki z całego świata mają swoje dusze, jakby żyły wraz z małymi istotami, a choć są też tworami, artefaktami, to czyste uczucia przydają im tajemnej witalności. To jest ta sama ulotność i kruchość, to samo chwilowe pojawienie się w jakimś kraju, w dalekiej lub bliższej przestrzeni, w czasie nieustannie pędzącym do przodu. Tak jak fotografie dzieci Jolanty Królikowskiej mają ogromny walor artystyczny, tak prezentowane tutaj lalki i pacynki stają się elementem sztuki danego regionu, państwa, miasta albo wsi i tworzą kontekst kulturowy. Widać w nich ogromną dbałość o właściwe odwzorowanie realiów, koloru skóry, kształtu fryzury i ubioru, a nawet uczuciowości, przenoszonej z ognisk rodzinnych. Elementy rustykalne mieszają się tutaj z wzornictwem przemysłowym, ale za każdym razem mamy do czynienia z charakterystycznymi modyfikacjami. Zarówno dorośli, jak i dzieci pragną nadać im indywidualny wyraz i przygotować do roli, jaką mają pełnić w czasie dorastania i kształtowania się osobowości małego człowieka. Nasza obecność w świecie jest chwilowa, nasze bycie pośród żywych ma swój początek i koniec, dlatego budujemy enklawy ciszy i spokoju, szukamy przyjaźni i prawdy, piękna i dobra. Dzieci znajdują to wszystko w chwilach zabawy z lalkami i kukiełkami, plastikowymi samochodami i klockami. Ale tylko twory imitujące żywe istoty mogą stać się niemymi przyjaciółmi, wspólnikami w chwilach kształtowania się człowieka i osiągania przez niego określonego stanu wrażliwości. I jakże ważne tutaj są barwy i miękkość, materiały, z których zostały wykonane, a nawet ich zapach – najważniejsza jednak jest bliskość, która ma imitować przywiązanie matki i ojca do dzieci i utwierdzać je w przekonaniu, że współistnienie jest harmonijnym stanem rzeczywistości, w której żyją.

« Older entries

%d blogerów lubi to: