SZANGHAJ NOCĄ

Choć wszystko wokół przygasa, trzeba przypominać momenty świetliste… Pod koniec maja 2018 roku byłem w Szanghaju, gdzie przeżyłem wiele takich chwil. Przez kilka godzin – od zachodu słońca do zmroku – chodziłem nabrzeżem rzeki Huangpu Jiang i rozkoszowałem się magią zjawisk, które rozgrywały się przede mną. Wysokie wieżowce dzielnicy Pudong były jak pomniki ludzkości podążającej do przodu i nieustannie się rozwijającej. Ale powolne przesuwanie się statków i barek, zapalanie się i gaśnięcie wielkich neonów, miało też w sobie coś z kosmicznego tańca swobodnych bytów i potwierdzało nieuchronność odwiecznej metamorfozy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

O ROKU ÓW!… (1)

Indie

Autentyczna aktywność ludzka rozgrywa się pomiędzy dwudziestym a sześćdziesiątym piątym rokiem życia. Wszystko, co przydarza się wcześniej i później uwarunkowane jest procesem dochodzenia do samoświadomości i próbom uporządkowania tego, co się zrobiło. W młodości ludzie myślą, że mają nieokreślony kredyt lat, a wiele spraw uda się załatwić w bliżej nieokreślonej przyszłości. Czas biegnie jednak do przodu i szybko okazuje się, że zaległości narastają, a to, co miało być zrobione pomiędzy dwudziestym i trzydziestym rokiem życia traci sens w kolejnych dziesięcioleciach. Oczywiście zdarzają się tacy twórcy – bo o nich tutaj przede wszystkim mówię – którzy potrafią się zmobilizować i „rzutem na taśmę” nadrabiają to, co zaniedbali. Jeśli ktoś nie przeczytał w młodości Boskiej komedii Dantego, najważniejszych dramatów Szekspira, Don Kichota Cervantesa czy Fausta Goethego, jeśli nie zobaczył Ołtarza gandawskiego braci Van Eycków, obrazów Rembrandta, Rubensa, Veermera, francuskich impresjonistów, Dalego – kto nie wysłuchał piątej i dziewiątej symfonii Beethovena, utworów Bacha, Mozarta, Vivaldiego, Haendla, ten mieć będzie szansę jeszcze co najmniej w trzech dziesięcioleciach, chociaż zaległości wciąż będą rosły. Szybko pojawi się też przekonanie, że nasza pamięć jest ulotna, doświadczenia z przeszłości rozmijają się z wyobrażeniami, a to , co wydawało nam się kiedyś istotą życia stanie do konfrontacji z innymi priorytetami. Zaletą lat późnych jest możliwość spojrzenia na życie z rozległej perspektywy i dookreślenie tego, co jeszcze trzeba zrobić, by było ono pełne. Zwykle ludzie łakną czegoś, co określają mianem szczęścia, ale gdy pyta się ich o jego istotę, okazuje się, że różnice są znaczne. Jedni szukają miłości, inni pieniędzy, a jeszcze inni chcieliby podróżować, leżeć w słońcu na egzotycznej plaży lub przemieszczać się z kraju do kraju. Są też tacy, którzy nade wszystko pragną pogody ducha, harmonii rodzinnej, solidarności międzyludzkiej, poczucia życiowego spełnienia. Często jednak zrozumienie samego siebie przychodzi za późno, „wielkie pieniądze” się nie pojawiają, tkwienie w jednym miejscu staje się regułą, a śmierć zbiera obfite żniwo i w końcu odbiera oddech tym, którzy myśleli, że mają do dyspozycji jeszcze wiele czasu. W roku 2020 skończę sześćdziesiąt dwa lata i będzie to czas ambitnego porządkowania tego, co w życiu zrobiłem, postaram się też nadrobić najboleśniejsze zaległości lekturowe, przypomnieć sobie dzieła, które zatarły się w umyśle, sporo rysować i malować, słuchać muzyki i polecieć do kilku zakątków świata. Bywają lata trudne i fatalne, zdarzają się też wyjątkowo nieszczęśliwe, pozostające w pamięci jako czas grozy i rozpaczy. Ale, gdy myślę o mijających trzystu sześćdziesięciu pięciu dniach, mogę przywołać słowa Adama Mickiewicza, inicjujące jedenastą księgę Pana Tadeusza: O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju!/ Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju. Pęd naszego życia jest tak duży, że często nie mamy czasu, by zastanowić się nad tym, co się wydarzyło, posegregować fakty, ułożyć w ciągi doświadczenia i refleksje, a przecież życie powinno składać się ze zdarzeń i myśli, z olśniewających widoków i snów, z nagłych zwrotów i długich okresów zamyśleń. Pisarz weryfikuje wszystko pod kątem planowanych książek, które najpierw pojawiają się w jego umyśle, a potem nabierają realnego kształtu w codziennej pracy, warto jednak też czasami wstępnie uporządkować wrażenia i fotografie, wrócić myślą do rozmów i spotkanych ludzi.

Bubhaneswar

Już w lutym 2019 roku spełniło się moje wielkie marzenie i poleciałem do Wschodnich Indii, gdzie w mieście Bubhaneswar brałem udział w dużym festiwalu literackim. Było sporo paneli dyskusyjnych, czytania poezji, spotkań z pisarzami ze świata i z subkontynentu, a nade wszystko eksplodował w mojej świadomości kraj, o którym wiele wcześniej czytałem, który dotąd znałem tylko z filmów i relacji reporterskich. Nie obyło się bez kłopotów, bo źle sformułowana, polska ministerialna informacja o wymaganiach wizowych, spowodowało, że spędziłem dodatkowy dzień na lotnisku we Frankfurcie, czekając na dokument wjazdowy i zmieniając linie lotnicze, płacąc dodatkowo za nowe bilety. Ale już pobyt na lotnisku w New Delhi zapowiadał to, co zobaczę w Indiach, szczególnie jeśli chodzi o typy ludzkie i ich barwne stroje. Czekając na kolejny lot, spędziłem cały dzień pośród korytarzy i hal tego aeroportu, aż wreszcie znalazłem się w samolocie lecącym nocą w stronę Zatoki Bengalskiej. Było sporo turbulencji i niebo, raz po raz rozświetlały błyskawice, ukazując dalekie przestrzenie w dole, jakby nierealne albo oniryczne, kontrastujące wyraziście z granatem nocy i diademami gwiazd, połyskującymi w górze. Po przylocie do miasta mającego prawie milion mieszkańców, ze zgrozą stwierdziłem, że nikt na mnie nie czeka i musiałem radzić sobie sam. Szybko znalazłem w Internecie informację o hotelu i przejechałem do niego elegancką, żółtą taksówką, rozmawiając po drodze z grubawym kierowcą o życiu w jego mieście. Następnego dnia, podczas dojazdu do centrum konferencyjnego, mogłem już podziwiać wielki ruch uliczny, kawalkady tuk-tuków, czyli małych samochodzików wykonanych z motocykli, wszędzie też zauważałem mrowie ludzi w turbanach na głowach i lekkich, kolorowych strojach. Zauważyłem też, że zabudowa miasta jest raczej niska i królują w niej długie ciągi budynków przydrożnych, w których ulokowano sklepy, stragany i warsztaty rzemieślnicze. Była piękna pogoda i mogłem podziwiać liczne świątynie, głównie poświęcone Sziwie i Wisznu, choć do niektórych nie było wstępu dla obcokrajowców. Ale nawet obserwacja zewnętrzna dawała wyobrażenie o duchowości Hindusów, którzy odbywają wiele pielgrzymek do miejsc świętych i oddają pokłon swoim bóstwom. Chodząc po ulicach, przemieszczając się dziwnymi pojazdami, widziałem święte krowy na ulicach i placach, tłumy ludzi podążających do jakichś celów, moją uwagę przyciągały też białe budynki w stylu kolonialnym i graniczące ze śmietniskami, niskie zabudowy dzielnic mieszkalnych. Po czterech dniach z ulgą opuściłem niezbyt czysty hotel w Bubhaneswarze i udałem się do słynnego indyjskiego kurortu Puri, leżącego nad Oceanem Indyjskim, kuszącego białymi grzywami fal i wspaniałymi plażami. Tutaj hotel był elegancki, posiłki wykwintne, a widok z okna na czwartym piętrze wprost na ocean, z którego każdego dnia wstawało w niebieskawych mgłach czerwone słońce. Po drodze odwiedziłem wraz z poetami z USA, Uzbekistanu i Australii słynną Świątynię Słońca w Konarku, wyglądającą jak wielki wóz, z ogromnymi kołami. Było tam też wiele fryzów zdobionych w płaskorzeźby słoniątek, a także kamiennych przedstawień nagich tancerek i par miłosnych w trakcie stosunku. Od dawien dawna miało to związek z funkcjonowaniem nad Zatoką Bengalską kultów tantrycznych i niezwykłej kochliwości hindusów. Potem, już w Puri, chodziłem daleko po brzegu, przyglądałem się łodziom na horyzoncie, co jakiś czas spotykając ludzi, traktujących mnie niezwykle życzliwie i pragnących zrobić sobie z przybyszem z daleka zdjęcie. Jednego dnia, gdy siedziałem na piasku zobaczyłem, kilkunastoosobowy pochód pogrzebowy, jakże charakterystyczny dla Indii, zbliżający się do mnie rytmicznie, wyłaniający się z porannych mgieł, jakby z jakichś nierzeczywistych czeluści. To byli przede wszystkim barwnie ubrani mężczyźni, niosący na ramionach coś w rodzaju noszy, na których leżało ciało zmarłej osoby, obsypane kwiatami i kolorowymi wstążkami. Słysząc monotonne śpiewy i modlitwy mijającej mnie grupy, pomyślałem, że jest to sytuacja symboliczna dla każdego bytu ziemskiego, który pojawia się w jakiejś rzeczywistości, istniej przez chwilę jak jętka, a potem znika bezpowrotnie w dali. Dni spędzone nad Oceanem Indyjskim były pełne refleksji i pisania wierszy, a nade wszystko chodzenia po brzegu, odważnego zanurzania się w wodzie i wpatrywania się w seledynowe dale. Jednego dnia poszedłem też do centrum miasta, gdzie było sporo egzotycznych domów, długich targów, pełnych ludzi i swobodnie błąkających się krów, a nade wszystko wielka świątynia hinduistyczna, zamknięta przed obcokrajowcami. Przed nią siedziały dziesiątki żebraków, czekających na jałmużnę – bez nóg i rąk, z dziwnie powyginanymi kończynami lub głowami, czasem z odkrytymi ranami lub strupami na ciele. Pamiętając ostrzeżenia organizatorów festiwalu, nie wyciągałem portfela, a tylko przyglądałem się z uwagą ludziom i miejscom. Po powrocie do hotelu podziwiałem z balkonu zachód słońca i wiele brązowawych, wszędobylskich majn brunatnych, robiących wiele hałasu na trawnikach i przy pojemnikach na śmieci. Wracając samochodem do Bubhaneswaru i lecąc  samolotem do Delhi, nie wiedziałem, że czeka mnie tam niespodzianka ze strony Lufthansy, która skasowała mój bilet powrotny, z racji tego, iż z powodu kłopotów z wizą, przeleciałem do tego kraju Air India. Nie było rady i żeby znaleźć się w ogromnym Airbusie A380, wracającym do Frankfurtu, musiałem wyciągnąć z portfela dwa tysiące dolarów i kupić nowy bilet w jedną stronę. Cóż, nawet to zdarzenie, nie mogło odebrać mi radości z mojego pobytu na półwyspie pełnym białych czapli, bezdomnych psów, tuk-tuków, trąbiących wciąż samochodów i jakże interesujących ludzi, stale gdzieś biegnących, wciąż podążających do przodu.

Bubhaneswar

 

Bubhaneswar

Świątynia Słońca w Konarku

Świątynia Słońca w Konarku

Puri

 

Hotel w Puri

Puri

Puri

Puri

 

Zatoka Bengalska

Puri

Puri

 

Puri

 

Puri

Puri

 

 

Puri

Puri

Puri

Puri

Puri

 

Tym Airbusem A380 wróciłem do Europy

KWARANTANNA

Kwarantanna domowa sprzyja pracy intelektualnej, lekturom książek, pracy z Internetem, a nade wszystko licznym refleksjom natury osobistej. W sytuacji zagrożenia wirusem wszyscy stają się równi, od miliarderów, przywódców wielkich krajów, po tłumy tzw. zwykłych ludzi, zmierzających do pracy, robiących zakupy w sklepach, aż do bezdomnych i uchodźców politycznych lub ekonomicznych. Jednak ludzie z pierwszych stron gazet są mniej narażeni, choćby z racji lepszej organizacji ich transportu, prywatnymi samolotami i samochodami, a także lepszej możliwości zorganizowania ochrony medycznej. Średniozamożni i biedni skazani są na przemieszczanie się środkami komunikacji miejskiej, częstsze wchodzenie do sklepów i ciągły kontakt z potencjalnymi nosicielami wirusów. Niestety, w tej drugiej grupie, wszechobecna jest brawura i naiwne przekonanie, że nie spotka ich najgorsze, a jeśli już, to szybko zostaną wyleczeni. A tymczasem sprawa przedstawia się tak, jak napisała mi moja przyjaciółka z Chin, przestrzegając by słowa te wziąć sobie do serca i głęboko je rozważyć:

1. Bardzo ważna jest izolacja, a nie gromadzenie się i spotykanie z innymi ludźmi. Ponieważ na koronawirusa można tak łatwo wpływać, może to mieć znaczenie przy spotkaniu z zarażonym pacjentem, nawet w okresie inkubacji. Trwa ona czternaście dni, ale zdarzały się przypadki, że choroba rozwijała się dopiero po dwudziestu czterech dniach.

2. Europejczycy nie lubią nosić masek na twarzach, ale to teraz jest najlepszy sposób samoobrony. W Chinach wiele osób nosi też dodatkowo okulary ochronne. Wirus może wejść przez wszystkie otwarte kanały organizmu, ale może przedostać się też wraz z płynami ustrojowymi, więc trzeba zawiesić na jakiś czas bliskość erotyczną.

3. Nie należy mówić o tym, że koronawirus ma niższą śmiertelność, niż inne tego typu choroby. Prawda jest taka, że jest on tak samo groźny, jak wirus zapalenia wątroby typu B, raz złapany, a nawet wyleczony, pozostanie na całe życie. W połączeniu z innymi chorobami, daje też ogromną śmiertelność. I te zejścia są straszne, bo płuca zapychają się flegmą i szybko włóknieją. We wczesnym okresie rozprzestrzeniania się chorób w Wuhan, wiele osób nie było leczonych i w rezultacie umierały całe rodziny, od dzieci do starców.

4. W Chinach ludzie mówią już powszechnie, że koronawirus jest rodzajem broni biochemicznej – został stworzony w wojskowym laboratorium i dlatego jego zakażalność jest tak silna. A zatem broń się jak możesz przed zakażeniem! I czekaj na wyprodukowanie szczepionki, której skuteczność będzie zapewne i tak niska, jak przy grypie, a więc 60-70%. To dziwne jak piękny jest świat, gdy widzi się go po długim okresie kwarantanny, więc chciejmy dla niego żyć…

Ten głos płynie z samego centrum epidemii i należy do osoby bardzo inteligentnej, jak najdalszej od popadania w panikę. Niestety w Polsce mamy do czynienia z wieloma ludźmi, którzy lekceważą sobie zagrożenie i nie rozumieją etiologii tej straszliwej choroby. Jakkolwiek  by się nie działo, trzeba być rozsądnym i próbować ograniczyć do minimum kontakty z innymi ludźmi. I warto zająć się swoim życiem, uporządkować papiery, posegregować to, co się dotąd zrobiło, wyrzucić to, co jest niepotrzebne. Powstrzymanie wirusa jest możliwe, ale działania systemowe poszczególnych państw, muszą przełożyć się na pracę całych rodzin i pojedynczych ludzi. Na razie nie ma informacji o tym, że koronawirus przenosi się wraz z prądami powietrza, więc kwarantannę można sobie umilać długimi spacerami i wdychaniem ogromnych ilości tlenu. I podziwianiem piękna naszego świata, danego nam tylko raz na całą wieczność…

TRUMNA RASKOLNIKOWA

Nie ulega wątpliwości, że dwudziestotrzyletni Rodion Raskolnikow jest neurastenikiem, nie potrafiącym wydostać się z długich okresów skrajnej depresji. Może przyczyniła się do tego nadopiekuńczość jego matki Pulcherii Aleksandrowny i idealizowanie go przez siostrę – Awdotię Romanowną, a może okoliczności życia w Petersburgu. Gdyby te kobiety nie kochały go tak bardzo i nie pomagałyby mu finansowo, zapewne szybko popełniłby samobójstwo, popadł w alkoholizm albo znalazłby się w więzieniu za jakieś drobne przestępstwo. Niestety jego poglądy na społeczeństwo i „teoria” wszy, które je obsiadają, spowodowały, że uciekł się do popełnienia straszliwej zbrodni. Jego działanie w tym względzie charakteryzuje jednostki tchórzliwe, ale chorobliwie pragnące udowodnić sobie, że są wybitne i zdolne do działań ekstremalnych. Choć jego przygotowania i realizacja planu zamordowania z zimną krwią starej lichwiarki Alony Iwanowny, mają znamiona premedytacji, to wykonanie tylko cudem się udaje i Raskolnikow nie zostaje schwytany na miejscu zbrodni. Jego nieporadność i totalna nieumiejętność przewidywania możliwych konsekwencji, a nade wszystko rozchwianie emocjonalne, prowadzą do rozszerzenia morderstwa, kiedy to w mieszkaniu pojawia się nagle Lizawieta, nieco dziwaczna siostra lichwiarki. Skala tej makabry jest ogromna, a narzędzie typowe dla prymitywnych zabójców, wpadających w szał w chwili wykonywania egzekucji na niewinnych ofiarach. Szybko też dociera do bohatera powieści, że jego czyn był obrzydliwy, a konsekwencje będą daleko idące, wykraczające poza ramy jego dotychczasowego życia. Dlatego kradnie tylko trochę biżuterii i pieniędzy, a nie zauważa pudełka pełnego rubli i innych cennych przedmiotów. Równie szybko pojawia się w jego świadomości przerażenie, rozrastające się niemal do rozmiarów choroby umysłowej.  Postępuje nieracjonalnie, miewa napady gorączki i majaczy przez sen, często niebezpiecznie ujawniając okoliczności zbrodni. W obliczu tragicznej śmierci alkoholika Marmieładowa, którego poznał w szynku, przekazuje jego rodzinie pieniądze, które z ogromnym trudem zdobyła dla niego matka. Poznaje też jego córkę, prostytutkę Sonię, która po latach przebywania na katordze, stanie się jego jedyną nadzieją na powrót do normalnego życia.

 

Michaił Pietrowicz Klodt, Raskolnikow i Marmieładow w szynku

Powieści Dostojewskiego skonstruowane zostały na zasadzie licznych kontrapunktów osobowościowych i w Zbrodni i karze znajdziemy jedną z najwyrazistszych takich opozycji. Neurastenicznemu studentowi i mordercy przeciwstawił autor śledczego Porfirego Pietrowicza, który krok po kroku potwierdzi, że jego podejrzenie, co do osoby Raskolnikowa od samego początku było słuszne.  Raskolnikow od razu zauważy, że jego przeciwnik jest niezwykle inteligentny, kieruje się żelazną logiką, a nie brakuje mu też dociekliwości psychologicznej i umiejętności łączenia – zdawać by się mogło – odległych faktów, rozsypanych elementów wielu układanek. To starcie karła z olbrzymem musiało zakończyć się tak, jak zakładał Porfiry i nie miało tutaj znaczenia mylenie tropów przez byłego studenta i podejmowane próby oddalenia od niego kolejnych podejrzeń. Na przykładzie artykułu Raskolnikowa, opublikowanego w prasie, Dostojewski ukazuje jak pokrętna ideologia może opanować ludzki umysł i doprowadzić do straszliwych tragedii. Koniec końców, za sprawą podstępu Porfirego, przyczyni się ona do zdemaskowania mordercy i jego przyznania się do winy, a potem szczegółowego opisu zbrodni przed sądem. Ogromną rolę odegra tutaj też miłość Soni, która – tak doświadczona przez życie, gdy była sprzedajną dziewczyną – dostrzeże w Rodionie dobro, które dopiero po latach odbywania kary, objawi się w pełnym świetle i stanie się zaczątkiem ich nowego życia.

           

Mal. N. N. Karazin

Sonia Siemionowna Marmieładowa, piękna, szczupła blondynka o zjawiskowych niebieskich oczach jest w powieści Dostojewskiego kolejnym kontrapunktem dla szaleństw i zła Raskolnikowa. Pijaństwo ojca i bieda w rodzinie popchnęły ją do wyjścia na ulicę, gdzie zaczęła zarabiać jako prostytutka. Jej dzieciństwo zakończyło się szybko i gwałtownie, a śmierć ojca odmieniła wszystko w tym smutnym życiu, choć poznanie byłego studenta nie zwiastowało przecież wydarzeń chwalebnych. Ujął ją jednak darowizną na wydatki pogrzebowe, a szybko też zaczęła dostrzegać jego inną, ukrytą naturę, którą postanowiła ujawnić, bez względu na skalę poświęcenia. A choć miała do czynienia z okrutnym mordercą, zauważała, że tylko on traktuje ją z szacunkiem. Z czasem w obskurnym pokoiku studenta zaczynają razem czytać Nowy Testament, fascynując się sytuacjami ewangelicznego wybaczenia. Jej miłość do przyjaciela wybucha z pełną mocą, gdy ten przyznaje się do popełnionej zbrodni, a ofiarę dostrzega ona tylko w nim. To za jej sprawą Raskolnikow uda się na policję i przyzna do wszystkiego, a potem na sali sądowej nie zawaha się opisywać ze szczegółami wydarzeń z domu lichwiarki. Miłość Soni do niego jest bezwarunkowa i tak wielka, że postanawia udać się z mordercą na osiem lat katorgi, a potem towarzyszy mu w jego przemianie duchowej i akceptacji chrześcijańskiej filozofii wybaczenia i dźwignięcia się z martwoty. Jej dobre serce, tyle razy wykorzystywane i jej dobra natura, tylekroć wystawiana na próby, znajdują wsparcie w przywołaniach Chrystusa, niosącemu krzyż na Kalwarię. Nie bez powodu Dostojewski porównuje pokój Raskolnikowa do trumny, a upadek Sonii ma wszelkie cechy tragedii i śmierci za życia jawnogrzesznicy Marii Magdaleny. Nędza i brak perspektyw popychają ich do podjęcia tragicznych wyborów, ale szansa dana przez społeczeństwo powoduje, że kochający się partnerzy zaczynają widzieć dalekie, nikłe światełko w tunelu. Funkcja dydaktyczna powieści Dostojewskiego jawi się tutaj z całą mocą, a dwoje głównych bohaterów personifikuje jego wielką tęsknotę za czystością i pełnią spokojnego życia. Podobnie doświadczony, poprzez pracę i ogromną chęć życia, wzniósł się na wyżyny człowieczeństwa i stał się jednym z największych twórców w dziejach.

W. Świerdzewski, Śledczy, 2017

Wróćmy jeszcze na chwile do postaci śledczego policji petersburskiej, którego postępowanie staje się kontrapunktem dla zachowań i czynów Raskolnikowa. Dostojewski robi wszystko, żeby czytelnik zniechęcił się do niego, tworząc postać niemal odrażającą: Mógł mieć jakieś trzydzieści pięć lat, wzrostu mniej niż średniego, tłuściutki, z lekko zaokrąglonym brzuszkiem, gładko wygolony, bez wąsów i bez bokobrodów, o krótko ostrzyżonych włosach na ogromnej, kulistej głowie, z jakimś osobliwym, wypukłym zaokrągleniem na potylicy. W pulchnej, okrąglutkiej twarzy z nieco zadartym nosem, o chorobliwej żółtowoskowej cerze, było coś chwackiego, a nawet jakby szyderczego. Można by go uznać nawet za dobrodusznego, gdyby nie wyraz jego oczu, błyszczących jakimś wodnistym blaskiem i skrytych pod powiekami z niemal białymi rzęsami. Powiekami, którymi ustawicznie mrugał, jakby porozumiewawczo, jakby ciągle puszczał do kogoś oko. Wyraz owych oczu dziwnie nie pasował do jego nieco zniewieściałej postaci i sprawiał, że wyglądał znacznie stateczniej niż mogłoby się to na pierwszy rzut oka wydawać. A jednak w miarę poznawania tego człowieka, zaczynamy rozumieć jego metody i rodzi się w nas coś na kształt podziwu dla tego młodego przecież człowieka. Nic nie wiemy o jego przeszłości, na kartach powieści nie pojawiają się też jakikolwiek fakty z jego życia, jakby wyłonił się z tajemniczej mgły i został powołany do tego, by wskazać mordercę dwóch samotnych kobiet. Niewątpliwie jest prawym człowiekiem, którego celem jest zdemaskowanie mordercy, ale też uwolnienie go od poczucia winy i skierowanie na inne tory życiowe. Jest świetnym psychologiem, zadającym punktowe pytania i tak kierującym rozmowami, by podejrzanemu wydało się bezsensowne dalsze ukrywanie prawdy. Pisząc swoją powieść Dostojewski korzystał z własnych doświadczeń, a jej nieco dewiacyjna aura brała się z przede wszystkim z cech osobowości autora. Zastanowiły mnie słowa Sándora Máraia z jego Dziennika 1943-1948: Dostojewski tak mnie męczy, jakbym się zamknął w pokoju z szaleńcem, ale takim szaleńcem, który może kiedyś ogłoszony zostanie świętym. Nie mogę się pogodzić z tym, że perspektywą człowieka jest ta ograniczona bezkresność, jestem Europejczykiem, ufam raczej miarom i danym kartograficznym. Opór, jaki czuję wobec jego stylu, topnieje w płomieniu temperatury dzieła niczym ołów w żarze kotła. Dostojewski zmiata wszelki opór: to jest coś więcej niż „literatura”, z tym nie sposób dyskutować. Albo trzeba się do niego przyłączyć, albo uciec. I właśnie nad tym zastanawia się teraz świat, oceniając rzeczywistość, która z dzieł Dostojewskiego powstała do życia; ale to już ostatnia rzecz, jaką człowiek Zachodu może w tej chwili jeszcze przeciwstawić rosyjskiemu mesjanizmowi.[1] I jeszcze jedna zdumiewająca konstatacja: Wydaje mi się najzupełniej możliwe – co może któregoś dnia udokumentuje policja – że Dostojewski zabił człowieka[2]. A jeśli tego nie uczynił – co wydaje się wątpliwe – to długie lata, spędzone na zesłaniu dały mu głęboką wiedzę o ludziach i ich zachowaniach, o metodach śledztw i psychologii najokropniejszych zabójstw.

_________________

[1] Sándor Márai, Dziennik 1943-1948, wyb. przeł. i oprac. Teresa Worowska, Warszawa 2016.

[2] Tamże, s. 15-16.

* * *

Istniejemy ledwie przez chwilę, jak jętki, jak dalekie odgłosy, tajemne szepty i chroboty. Nasza integralność jest tak samo względna jak niezależność struktur planety, wpisanych w szersze konstrukcje Układu Słonecznego i galaktyki, a dalej całego wszechświata. Nasze zwycięstwa to niewiele znaczące manifestacje, układające się w ciąg śladów prowadzących ku entropii, ku ostatecznemu rozwianiu struktur. Jeśli to zrozumiemy łatwiej nam będzie pogodzić się z odchodzeniem i kolejnymi pożegnaniami, a to, co zrobimy zacznie funkcjonować w opozycji do rozpadu. Najgorszy jest bałagan, w życiu i w otoczeniu, w relacjach życiowych i w przedsięwzięciach, a jedynie nieustanne porządkowanie przydaje godności naszemu działaniu. Często przyglądałem się fotografiom wielkich intelektualistów, prezentowanych w ich „pracowniach”, „bibliotekach”, zawalonych książkami, stertami papierów, jakichś szkiców, resztek jedzenia, brudnych szklanek i butelek po trunkach. Przypominali mi bobry siedzące na żeremiach, albo jakieś monstrualne chomiki, szatkujące wszystko dookoła i siadające dumnie na stertach śmieci. Pół biedy jeśli taki ktoś potrafi w swoim bałaganie wyszukać jakąś książkę, list, pismo urzędowe, ale przecież najczęściej dopiero po jego śmierci udaje się znaleźć niezwykłe materiały, zapomniane teksty, bezcenne dokumenty. Wtłoczone w ogólny bajzel, przygniecione stertami zakurzonych gazet, maszynopisów i teczek, czekały na swoich odkrywców, na nowych właścicieli mieszkania, którzy będą musieli uporządkować wszystko. Dobrze się stało, że gdzieś około sześćdziesiątego roku mojego życia zacząłem porządkować swoje otoczenie, dygitalizować teksty i dokumenty, a nade wszystko wydawać nieopublikowane książki, sortować fotografie, tworzyć kronikę zdarzeń chwalebnych i żenujących. W przypadku pisarza wiązało się to też ze zrozumieniem tego, iż nie uda się w jednym życiu przeczytać niektórych dzieł, które pojawiły się na półkach i czekały na swoją kolej. Potrzebna była selekcja, ale zaraz okazało się, że warto też wracać do książek, które kiedyś się czytało, a potem niewiele z nich zostawało w głowie. Odświeżająca lektura dramatów Szekspira, powieści Dostojewskiego czy Faulknera przyniosła nowe teksty i pobudziła nową aktywność pisarską, krytycznoliteracką i eseistyczną. To z kolei spowodowało, że zaczęły powstawać książki prezentujące dorobek wielu lat i stające się cząstką ostatecznego porządku, który po mnie pozostanie. Potrzebne też były pożegnania materialne, a więc ciągłe pomniejszanie ogromnej biblioteki, zamienianie stert periodyków, w których publikowałem na ich wersje cyfrowe. Najsprawiedliwsza chwila śmierci, powoduje, że stajemy w jej obliczu nadzy i niczego nie przeciśniemy przez ucho igielne nicości. Ledwie przesypie się przez nie nasz proch, a zgromadzone skarby, zbiory, zbudowane domy, mieszkania, grunty, wszystko zostanie po żywej stronie istnienia. I tak musi być… i tak to jest…

SZARUGI

Polskie zimy w ostatnich latach toną w szarugach, rozmywają się w mętnych oparach, gasną w sinych mgłach. Zwykle ich nie zauważamy, przyjmujemy jako niezmienną dekorację poranków i zmierzchów, a często całych dni. Dzisiaj, pod wieczór, wyszedłem do ogrodu i zerknąłem na słońce otulone zimnymi tonami, gasnące w głębinach szarości, jakby ostatecznie znikające z naszego świata. I zamyśliłem się nad szarugami różnych okresów mojego życia – tych z młodości, gdy chodziłem po cmentarzach i nasiąkałem smutkiem, broniłem się przed depresją i przemocą śmierci. O tym, jak wsączały się do moich myśli mgły nad Bałtykiem i Morzem Śródziemnym, sunęły ku mnie opary znad Atlantyku i Oceanu Indyjskiego, o tym jak na skarpie w Malibu tonąłem w ultramarynach wstających znad Pacyfiku. Różnie do nich podchodziłem, najczęściej kontestując sytuację meteorologiczną,  ale dzisiaj zrozumiałem, że zawsze były elementem moich myśli, kształtowały wrażliwość i korespondowały z muzyką, której słuchałem, z poezją, którą pisałem. Były zasłoną zapomnienia i domagały się kompensacji w słowie, w ruchu, w obrazie, w miłości – tonąłem w nich z lubością i odczuciem konieczności, a często też musiałem toczyć z nimi walkę, niczym z niewidzialnymi siłami zła, zatruwającymi dni i noce, nicującymi świadomość i odbierającymi oddech. Gdy stałem u wrót cieśniny Bosfor, albo wchodziłem na wyniosłe zbocza górskie w Chinach, gdy leciałem samolotem nad Kaukazem albo Syberią, kontemplowałem ich zmienność i plastyczność. Czując niepokój w sercu, reagującym na zmiany atmosferyczne, godząc się na zwolnienie pracy mózgu, akceptowałem je, tak jak akceptujemy nieuchronny bieg czasu i jego zgaśnięcie u końca drogi. Pogrzeby październikowe i listopadowe, pożegnania pośród ciepłych dni grudnia, stycznia czy lutego, rodziły refleksje eschatologiczne, przywoływały aurę romantycznych poematów, o których tak często mówiłem studentom w uniwersytetach, potwierdzały rozmycie się w sobie. Przystając w ogrodzie i unosząc głowę ku niknącemu wciąż słońcu, uśmiechnąłem się do wczorajszego wieczora, kiedy to uniosłem głowę ku górze i na przeczystym, granatowym niebie zobaczyłem wyraziste błyski Oriona, tak samo nierealne jak szarość i ból.

* * *

Znalazłem się wieczorem w centrum miasta, podążając ku jakimś celom. Niebo już było granatowe, choć jeszcze czuło się w powietrzu rześki oddech dnia. I nagle, gdy stałem na skraju drogi, przy przejściu dla pieszych i patrzyłem na czerwone światło sygnalizacji ulicznej, zrozumiałem, że życie składa się z takich elementarnych zatrzymań i podążeń do przodu. Światła samochodów w oddali przydawały magii tej sytuacji i zapragnąłem ją utrwalić na fotografii. Wyciągnąłem telefon komórkowy i zrobiłem kilka zdjęć, spośród których jedno okazało się znakomite, oddające to, co czułem w tej chwili. Szczęście i poczucie przemijalności wszystkiego, pełnia i otwierająca się stale pustka, a nade wszystko zakorzenienie w bycie, danym raz na całą wieczność, niepowtarzalnym jak narodziny i ostatecznym jak śmierć.

PRZEBUDZENIA

Dopiero co wróciłem z kolejnej podróży do Chin i nie przestawiłem się jeszcze czasowo, wciąż trwając w orientalnej strefie godzinowej. Budzę się zatem po czwartej, czasem dosypiam trochę, innym razem nasłuchuję odgłosów nocy lub wstaję i idę na chwilę na górę. Wczoraj dwa razy wyszedłem na taras, by poczuć orzeźwiające chłodne powietrze i spojrzeć w niebo. Za pierwszym razem, około czwartej trzydzieści, odsłonił się przede mną odwieczny majestat konstelacji Oriona, takiej samej od miliardów lat, odbijającej się w oczach ludzi i zwierząt, połyskującej w mroźnych przestrzeniach i stającej się znakiem nieuchronnej wieczności. Chyba pospałem jeszcze ze dwie godziny i gdy po raz drugi, około szóstej czterdzieści, wyszedłem na taras, sytuacja diametralnie zmieniła się – na niebie królował księżyc w tajemniczej otulinie mgły, a pod nim lśniły nad horyzontem dwie planety: Wenus przemykająca bardzo nisko i Mars, goszczący w gwiazdozbiorze Panny. W pewnym momencie zobaczyłem też nikłe błyski październikowych Orionidów, meteorów wlatujących z ogromną szybkością do naszej atmosfery i generujących niezwykłe efekty wizualne. Robiło się coraz jaśniej, mleczne opary wstawały na wschodniej stronie nieba, a pod nimi zaczynały tężeć błękity i amaranty, żółcienie i fiolety. Wstawał nowy dzień, noc zwijała swoje czarne proporce, a moja świadomość podążyła ku pracom, które na mnie czekają. Jakiż to cudowny moment w życiu, gdy łagodnie wchodzi się w starość i zaczyna porządkować dorobek wielu, wielu lat, a przy tym nie zwalnia się tempa i wciąż tworzy się nowe teksty, rysuje i maluje, fotografuje i spogląda w oczy innym ludziom. Żyje się życiem świadomym i spełnionym…

PRZED ZAŚNIĘCIEM…

Już szedłem położyć się do łóżka, gdy nagle zobaczyłem, że za oknem dramatycznie zmienia się oświetlenie nieba. Zamiast szarości popadającej w burość i czerń, pojawiła się na nim tajemnicza ultramaryna, z której białe chmury wyłaniały się jak ośnieżone górskie szczyty. Ku zachodowi zsuwały się też bladoniebieskie formacje, przypominające lekkie odciski lnianego płótna, używanego do czyszczenia pędzli, a czasem do pieczętowania płaszczyzny obrazu. Otworzyłem okno balkonowe i wyszedłem na taras, rozkoszując się tym spektaklem barwy i światła, wzmocnionym światłem księżyca, który nagle wyłonił się spoza oparów, a po chwili zniknął bezpowrotnie. Stałem jak urzeczony i myślałem o tym, ile takich niezwykłych chwil tracimy w życiu, ile obrazów nigdy nie zobaczymy, ile pozostanie w niepamięci, w przeszłości, która prasuje dni i noce, ściska je w jeden bezbarwny płatek nicości. Wróciłem do domu po aparat i zrobiłem zdjęcie, ale niestety nie udawało się utrwalić obrazu kończącego się dnia. Dopiero założenie specjalnego obiektywu do zdjęć nocnych, w czarodziejski sposób przywróciło fotografii barwy, tony i półtony. Niestety nie udało się odwzorować połyskliwości bieli, ale i tak na zdjęciu zostało coś z tego, co widziałem i nad czym się zamyśliłem. Kładąc się spać, miałem cały czas w pamięci obraz chmur i ultramarynę tła, które zanikły dopiero, gdy włączyłem płytę z kanonem D-dur Pachelbela i lekko, leciutko osunąłem się w sen…

KRUCHOŚĆ

Od wielu lat, podczas dalekich i bliskich wyjazdów, towarzyszy mi aparat fotograficzny marki Canon. Fotografuję nim ludzi i zwierzęta, rośliny i elementy krajobrazowe, czasem wzbogacam go dodatkowym obiektywem i zabieram na nocne łazęgi po wielkich, pięknie oświetlonych miastach, takich jak Nowy Jork, Los Angeles, Szanghaj, Johannesburg, a innym razem towarzyszy mi w rozświetlonych ogrodach i parkach, na cmentarzach i nad jeziorami. Najczęściej dokumentuje dni mojego życia i miejsca, które zobaczyłem, ale czasem staje się zdumiewającym, tajemniczym narzędziem, odwzorowującym kruchość naszego świata. Widzę to dopiero w domu, gdy zgrywam zdjęcia i po kolei je przeglądam, kasując nieudane i wyodrębniając te, które warte są zachowania. Z dalekich wypraw, jak ostatnio do Indii, Republiki Południowej Afryki czy Kolumbii, przywożę z reguły około trzy tysiące zdjęć, z czego próbę weryfikacji przechodzi ogromna większość z nich. Fotografię, którą tutaj reprodukuję, zrobiłem w kwietniu tego roku na greckiej wyspie Eubea, przez Rzymian nazywanej Negroponte. Byłem wtedy w Chalkidzie, głównym mieście tej krainy i zawędrowałem w okolice muzeum archeologicznego, położonego wysoko na beockim wybrzeżu, w obrębie dawnej twierdzy Karababa, zbudowanej przez Turków 1684 roku, by chroniła miasto przed agresją Republiki Weneckiej. To spora przestrzeń, pełna starych budowli i murów, z których znakomicie widać niemal całą Chalkidę i ośnieżone góry w dalszych planach. Przy tych kamiennych pamiątkach dawnych wieków rośnie wiele krzewów, niewielkich drzew, a pomiędzy kamiennymi duktami ścieli się dywan z kwiatów i ziół. Zrobiłem tam wiele zdjęć, ale dopiero po powrocie do Polski zauważyłem fotografię niezwykłej urody, dokumentującą kruchość naszego świata. Nie wiem co to są za kwiaty, rosnące na niewielkim krzewie, amarantową barwą wyraziście odcinające się od mętnej zieleni tła. Mogą należeć do rodziny storczyków, ale równie dobrze mogą być odmianą azalii, fiołków – trudno powiedzieć. Zatrzymane w kadrze świadczą o tym, że je zauważyłem, zrobiłem zdjęcie i pośród wielu ujęć to jedno okazało się najlepsze. Pierwszy plan jest tutaj dobrze oświetlony, wyrazisty, co pozwala wyodrębnić delikatne pręciki i płaszczyzny barwne poszczególnych płatków. Struktura tych kwiatów jest niezwykle delikatna, zdumiewająca w swojej oryginalności i lekkości, w chwilowym zawieszeniu nad ziemią. Może ilustrować kruchość wszelkiej egzystencji na naszej planecie i stać się symbolem roślinnej subtelności, pośród szarych krajobrazów. Wracając z Grecji do Polski nie wiedziałem jaki skarb wiozę ze sobą, zapisany na karcie aparatu fotograficznego, nie wiedziałem, że kruchość mojego życia spotkała się tam z kruchością kwiatów zatrzymanych w kadrze, rosnących nieopodal starej tureckiej twierdzy na wyspie Eubea.

« Older entries

%d blogerów lubi to: