* * *

Johannes Brahms

Wyrazistość iskier Oriona na lutowym niebie… I świadomość, że wpatrywały się w niego miliardy, miliardy oczu istot żyjących w różnych epokach. To niby tylko zapatrzenie, tylko chwila zamyślenia, ale przecież to też cząstka wieczności, nieustannego trwania jaskrawych świateł pośród mroźnych przepaści. Podkreślenie ulotności ludzkiego istnienia w obliczu gwiazdozbioru, który był miliony lat przed nami i będzie miliony lat po nas. Nie wiem dlaczego, ale zatęskniłem w tej chwili do muzyki Johannesa Brahmsa i w moich myślach pojawiły się czarno-białe fotografie z jego życia. Oto wchodzi do domu Roberta Schumanna i jego żony – Clary… Oto stoi nad świeżą mogiłą tego, który jako pierwszy dostrzegł w nim geniusza, i potem ten ciąg spotkań z nią… gdy wspaniale grała na fortepianie, przygotowywała kawę, albo rozczesywała palcami jego bujne włosy… A potem cmentarz w Bonn i spóźniony przyjazd na jej pogrzeb… I jeszcze dumne tańce węgierskie, a szczególnie pierwszy z nich… Symfonie, serenady, kołysanki doskonałe jak błyski Oriona, jak lodowaty granat nad głową. I to jego zdjęcie ostatnie… Na łożu śmierci… U bram wieczności.

Clara Schumann

Reklamy

PIĘKNO ISTNIENIA

Wertowanie starych atlasów anatomicznych, ksiąg prezentujących byty egzystujące pod wodą i na powierzchni świata, unoszące się w powietrzu lub pełzające po skałach, to zajęcie niezwykle pouczające i inspirujące. Szczególnie grube księgi niemieckie, francuskie i angielskie zawierają niezwykłe tablice poglądowe. Prawdziwy ich wybuch zaczął się w XVIII wieku, ale największe rozprzestrzenienie miało miejsce w wieku XIX. Dopiero odkrywane zwierzęta, byty podwodne, rośliny, ptaki dawały wyobrażenie o różnorodności natury i formach jej daleko idącego skomplikowania. Dzisiaj zauważamy niektóre nadinterpretacje, czasem zbyt wystylizowane prezentacje, którym daleko do prac ilustratorów dwudziestowiecznych, ale przecież stale fascynują i dają wyobraźni podłoże do nowych modyfikacji, zastosowań w sztuce, architekturze, a nawet muzyce i literaturze.

293286_10150396931915337_1643517116_n

297172_10150396929630337_1298429551_n64879_10151564222185337_1411845693_n251442_10151244624255337_948222323_n

296090_10150396930410337_1842370615_n

296949_10150396933505337_1489345001_n

270753_10151244623915337_1966577032_n297826_10150396931020337_906269355_n298681_10150396928685337_238703543_n

308042_10150396932870337_1507482209_n

312670_10150396931980337_1340517265_n

313378_10151582120980337_1971553664_n317005_10150396933885337_397018961_n392074_10151244624015337_1004292260_n

395954_10150628052865337_1110024953_n

397004_10150681148830337_680225172_n

397400_10150628057700337_1138869070_n

402759_10150681146990337_95435810_n

403182_10150681149865337_99381059_n 404616_10150628057920337_452295326_n 404954_10150710339450337_1909414174_n

405332_10150628058765337_43686609_n405836_10150710321705337_567793639_n 406992_10150681163085337_1605514435_n

407349_10150628058120337_1512892657_n

408876_10150710322135337_60736019_n

417344_10150710316485337_328167063_n

419063_10150762245620337_20425869_n

422447_10150762251345337_1871535331_n

422558_10150710321030337_1125812157_n

423650_10150710322910337_129989451_n

424675_10151244624075337_1532290756_n

424703_10150710320665337_382893054_n

from-brehms-tierleben-brehms-animal-life-vol-2-by-alfred-edmund-brehm11-1913

flying-gunard-from-alfred-brehms-life-of-animals-1883

1934603_10150396933715337_676815468_n

547080_10151004487260337_839539059_n

931398_10151684116745337_604886764_n

538602_10151244623885337_747936479_n

MIŁOŚĆ NIGDY NIE USTAJE

qzawadowskimrowka-okl-page-001

W trakcie pracy nad tym Wyborem wierszy Tadeusz Zawadowski zadecydował, że na okładce znajdzie się słynny obraz Salvadore’a Daliego pt. Chrystys św. Jana od Krzyża. Wtedy zrozumiałem jaki przyświecał mu zamysł autorski, pojąłem natychmiast, że chodzi o zamanifestowanie ogromnej pokory w stosunku do rzeczywistości, a zarazem wskazanie, iż surrealizm i mistyka hiszpańskiego myśliciela wiele znaczą w tej ekscytującej sztuce słowa. Obraz Daliego powstał na kanwie autentycznego szkicu, odnalezionego w papierach świętego, a choć tam mamy do czynienia z prostym odwzorowaniem ciała zawieszonego na krzyżu, to artysta dwudziestowieczny potrafił w nim dostrzec ogromny magnetyzm, który dodatkowo wzmocnił w swoim dziele. Tak powstało jedno z najsłynniejszych przedstawień ukrzyżowania w historii ludzkości, z charakterystycznymi modyfikacjami i autorskimi sugestiami. To ciało zawieszone zostało nad krainą gór, wód, rybaków i łodzi, ale zdaje się zawisać nad całym światem ludzkim, stając się jego firmamentem. Dodatkowo istotna jest owa stylizacja Chrystusa, który tutaj jest umięśnionym młodzieńcem, z krótko obciętymi włosami i niezwykle kształtnym ciałem, co sugerować może daleko idący uniwersalizm. Ważna jest też atmosfera tego przedstawienia, wypływanie krzyża z mroku, konfiguracje burzowych chmur, podświetlone przez zachodzące słońce, rozmywające się w złocie, seledynie, a potem gasnące w czerni. Człowiek pośród tych monumentalnych przestrzeni jest malutki jak mrówka, niewiele znaczy i ma mało czasu by zamanifestować swoje kruche istnienie. A przecież żyje w świecie cierpień i zbrodni, tragicznych decyzji wielkich despotów i pomniejszych zarządców, takich jak choćby Poncjusz Piłat. Zawadowski wskazuje mikro-przestrzeń ludzką, ale jednocześnie rozszerza ją spektralnie i zawiesza nas pośród wielkości kosmicznych.

Poezja Tadeusza Zawadowskiego jest próbą ustalenia właściwych proporcji i zachowania integralności osobowej pośród chybotliwego świata, wiszącego w kosmosie, jak Chrystus św. Jana na krzyżu. I staje się ona prawdziwą liryką, gdy autor wsącza do niej treść swojej jaźni i powoduje, że staje się znakiem obecności człowieka w konkretnym czasie i ściśle określonej przestrzeni. Czytając już pierwsze wiersze Zawadowskiego zauważamy, że jego wyobraźnia stale podąża od realizmu do nadrealizmu. Wciąż poddaje sprzęty, przedmioty, artefakty i gesty nowym eksperymentom wyobraźni, a wtedy nawet meble w pokoju wirują, podkładają nogi poecie i śmieją się, upadając na niego zmęczone. To dobrze znane z obrazów Daliego, twórcze zastosowanie motywu wiru, wciągającego wszystko, nieustannie potencjalnego i otwierającego się w sytuacjach krańcowych albo centralnych dla jakiegoś ważkiego doświadczenia. Nie może być inaczej, bo mamy tutaj do czynienia z twórcą przeglądającym się w wielu rzeczywistościach, podróżującym często po świecie i udanie wykorzystującym w liryce elementy odległych kultur, pradawnych cywilizacji. To też wybór tekstów autora nieustannie prowadzącego dialog z Bogiem, nawet jeśli w jednym z wierszy – centralnym dla Zawadowskiego – poeta obwieszcza śmierć Boga w nim: który osłaniasz/ mrówkę/ przed stopą człowieka/ miłość/ przed obojętnością/ który umarłeś/ we mnie/ na wieki/ ocal mnie/ przed sobą. Prośba o ocalenie przed mocą boską, może przed karą dla grzesznika, staje się jednak wyznaniem wiary i potwierdzeniem istnienia ukrytej siły wyższej, zasady organizującej wielkości kosmiczne. To jest spotykanie liryki z rozległymi, otwierającymi się natychmiast przestrzeniami filozofii i sztuki, teologii i wiedzy o literaturze, muzyki sfer i astronomii, żeby wymienić tylko trzy pary ontyczne. Korzystając z każdej z nich, potrafi autor tworzyć wiarygodne powiązania, mieszać żywioły, a nade wszystko stwarzać wrażenie przenikalności błon lirycznych, smug czasu i zgaśnięć w nicości.

Motywy entomologiczne i kosmiczne powracają w tych wierszach wielokrotnie i stają się przeciwwagą dla wyznań najdramatyczniejszych: boję się swoich wierszy/ gdy przychodzą do mnie odarte/ ze słów by ogrzać się/ w cieple mego lęku przyzywam/ mrówkę i Berenikę by chroniły mnie/ przed nimi ale one kryją się tylko/ na chwilę powracają gdy zobaczą/ pustą kartkę i zza niej – jak zza/ tarczy – doprowadzają mnie/ do szaleństwa/ nie pomaga Judasz ukryty/ we mnie mówi/ że woli osikę od tych/ wierszy boję się/ że nawet/ szaleństwo też nie/ uratuje mnie przed nimi. Poezja ocala, ale może też stać się zarzewiem szaleństwa i śmierci, mamy tego wiele przykładów w biografiach twórców i na kartach dziejów literatury. Zawadowski wie czym może się skończyć igranie ze słowem, ale też śmiało wychodzi naprzeciw artystycznym wyzwaniom, potęguje napięcie, nie waha się buntować nawet wobec własnych wierszy. Mrówka ludzka, ta drobinka, jakże niewielka w perspektywie gwiazdozbiorów, dalekich galaktyk, ma swój kosmos wewnętrzny, wcale nie mniejszy od tego, który pojawia się na niebie w bezchmurne noce, przeraża i fascynuje. Pamiętajmy też, że jest tajemnicą, dopiero się odsłaniającą – tajemnicą czarnej materii i bozonu Higgsa, który jest najdziwniejszą cząstką w kosmosie. Poeta minimalizując pozycję człowieka, ukazując go w perspektywie ukrzyżowania z obrazu Daliego, wnika najgłębiej jak można sięgnąć, aż do istoty bólu i cierpienia, do mechaniki naszego zawieszenia w magnetycznych głębiach. A przy tym ta poezja nie przestaje odzwierciedlać spraw najprostszych, elementarnych dla każdego życia, pięknych uczuć i doznań, które pozostają w pamięci na zawsze. Dodajmy jeszcze, że jeśli zaczniemy czytać te wiersze jak cząstki dziennika intymnego, okaże się, że poeta wielkości kosmicznych jest też czułym kochankiem i wrażliwym interpretatorem codzienności, życia domowego i rodzinnego. W dziewiętnastym wieku chętnie ryto na nagrobkach słowa św. Pawła z Tarsu: Miłość nigdy nie ustaje (1 Kor 13, 8), co miało podkreślać ciągłość ludzkich doświadczeń elementarnych w dziejach. Autor tej książki – przywołując obraz Daliego – potwierdza zarazem inskrypcję Pawła z Tarsu i nie pozostawia złudzeń, iż eschatologia zatriumfuje nad każdym bytem: A gdy już nigdy nas nie będzie/ wieczna zostanie nasza miłość… Pociecha tylko w tym, że jeśli nawet jeśli zostanie okupiona cierpieniem, zbrodnią, bólem ponad siły i zwątpieniem, wiersze Tadeusza Zawadowskiego zaświadczą, że jej energia nie zgasła w wieczności.

JEDNOŚĆ

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nasz świat bywa trudny, mnożący zagrożenia i rozległe wiry, chwile groźne i wymagające natychmiastowego działania, szybkiej reakcji i decyzji. W nieustannym biegu, w powtarzających się sekwencjach dni i nocy, tracimy to, co jest w naszej egzystencji najpiękniejsze, niepowtarzalne, czekające na zauważenie i wyodrębnienie z lawiny obrazów. Cudowność świata najczęściej objawia się nam podczas egzotycznych podróży, gdy zjawiskowość jakiegoś krajobrazu, czyste piękno tworów natury, odbiera nam oddech, wyhamowuje obłędny pęd. A przecież tragicznym tonom istnienia przeciwstawić możemy nasze zawieszenie w kosmosie, bytowanie wewnątrz spiralnej galaktyki, przy gwieździe średniej wielkości, w towarzystwie planet, księżyców, asteroid i komet. Powszechne umieranie ustawić możemy po przeciwległej stronie nieustannie się krzewiących konstrukcji natury, przepięknych gór i mórz, drzew, liści, kwiatów, traw i mchów, potężniejących codziennie owoców, wrastających w ziemię warzyw, zawiązujących się na gałęziach orzechów i jagód. Świat bywa bezlitosny i doprowadza ludzi do szaleństwa, pojawiają się depresje i zapaści, a wtedy wszystko gaśnie, zostaje spłaszczone, jakby nie istniało, jakby bezwolnie zostało zrównane z tektoniczną warstwą planety. Szarość zastępuje barwy jaskrawe, czerń zakłamuje biel, odcienie brunatne zakrywają czerwień i zieleń, błękit i barwy pastelowe. A przecież zjawiskowa przyroda krzewi się nieustannie, w każdej chwili rozprzestrzenia się i zamienia dwutlenek węgla w tlen, przydaje dekoracji naszym wędrówkom i powrotom, nowym wyzwaniom i celom. Doświadczenie samego siebie polega na tym, by dostrzec ciągłość i wypływanie kształtów z nicości, pojawianie się budowli naturalnych, które potwierdzają cud istnienia we wszechświecie, jego pulsowanie i etapy rozwojowe, ciągłe dążenie ku czemuś, o czym nie wiemy i nigdy się nie dowiemy. Rozcinając kulę grejpfruta albo konchę cebuli, rozdzielając ząbki czosnku albo liście kapusty, docieramy do struktury wszechrzeczy, obcujemy z czymś tak ostatecznym jak krwiobieg i przenikanie wody przez grunt, jak wyklucie się z jaja pisklęcia fregaty i narodziny dziecka po dziewięciu miesiącach wzrastania w ciele kobiety. Depresja odbiera to, co otrzymaliśmy w darze od wszechświata, zaciemnia obrazy i niszczy marzenia, szczytne plany, wizje rozwojowe życia i dorobku. Ale ci, którzy ją przemogli, pokonali samych siebie zaznają czegoś na kształt kosmicznej jedni, zaczynają patrzeć na swoje życie w perspektywie zdarzeń chwalebnych, nieustanie się wydarzających i potwierdzających wyjątkowość pierwotnej zasady kosmogonicznej. Szczególnie jesienią, gdy natura zaczyna zamierać, a w przestrzeni ogromne wyspy zieleni zmieniają się w żółcienie, czerwienie, brązy i czernie, odczuć można rytm zmian – żywej metamorfozy, której jesteśmy cząstką. Tylko pogodzenie z nią, tylko przekonanie, że zamieranie jest równie piękne jak narodziny, daje poczucie jedności i pełni, dobrze wykonanych zadań i spełnienia się tego, co od samego początku miało się dokonać. Tylko zauważanie kształtów wyjątkowych, spojrzenie na dalekie panoramy, unoszenie głowy ku gwiazdom, kontemplowanie otoczenia i samego siebie, znoszą ból, odsuwają depresję i czynią z nas ludzi prawdziwych, tak samo ważnych jak owoc rokitnika, arteria żylna w ciele bażanta, rzeka Jangcy wolno tocząca nurty, chmury układające się w warstwy i fale uderzające o brzegi dalekich lądów.

PRZESŁANIE

Orion_3008_huge

Wracając wczoraj wieczorem do domu zobaczyłem niezwykle wyrazistą konstelację Oriona (Ori), lekko zakrytą przez sino-srebrne chmury, ale górującą na niebie jak wyraźny znak. Czasem mijamy w pędzie takie przesłania, nie zauważamy zjawiskowego otoczenia naszego życia, kosmicznych perspektyw, pośród których się rozgrywa. Gwiazdy od dawien dawna były wielką ludzką tęsknotą, przyciągały wzrok i kazały tworzyć fantastyczne opowieści z pogranicza baśni i mitu. Stale jest do napisania wielka historia miliardów świateł, błyskających na niebie od samego początku wszechświata, choć trudno powiedzieć, kiedy po raz pierwszy jakaś integralna świadomość je wyodrębniła i nazwała. Patrząc na trzy wielkie gwiazdy w środku gwiazdozbioru, nazywane Pasem Oriona – Alnitak, Alnilam i Mintaka – nie mogłem wyjść z podziwu, że moja świadomość spotyka się ze lśnieniem, którego źródło leży kilkaset, a nawet ponad tysiąc lat świetlnych ode mnie. Te błękitne nadolbrzymy gdzieś tam istnieją, w głębinach kosmosu, za niewyobrażalnie daleką przestrzenią i są gorętsze i znacznie masywniejsze od Słońca. Tym razem odsłoniła się tylko część nieba i nie widziałem na południowym zachodzie Syriusza, ani na wschodzie Aldebarana – zwykle pas Ori jest tutaj punktem odniesienia, a jego przedłużenie kieruje oczy w stronę tychże olbrzymów. Chłodne powietrze powodowało, że oddychałem pełna piersią, z jakąś trudną do wytłumaczenia euforią, a Orion szepnął do mnie: Zatrzymaj się… Zatem stanąłem i przez kilka minut podziwiałem ów spektakl kosmiczny i zarazem atmosferyczny. Ostre krawędzie chmur napływały szybko i stopniowo zakrywały konstelację, ale w tle mdłego błękitu wciąż widać było trzy najjaśniejsze gwiazdy. W tym zapatrzeniu, w tej fascynacji i poczuciu niezwykłości,  połączyłem się ze starożytnymi budowniczymi mezopotamskich zikkuratów, egipskich piramid i wielkiego chińskiego muru, wznosiłem głowę ku górze jak miliony mężczyzn i kobiet różnych wieków i próbowałem uchwycić przekaz najrealniejszy z realnych, a zarazem jakże nierealny. Przecież obraz, który pojawiał się w moim mózgu, pochodził sprzed milionów lat, a światło wysłane w kierunku naszej planety musiało przebyć niewyobrażalne odległości. Asteryzm, czyli ustawienie się gwiazd w jednej linii, widocznej tylko z Ziemi, też jest ułudą, ale jakże zakorzenioną w ziemskich cywilizacjach, generującą barwne opowieści i każącą budować piramidy w takim samym rzucie. Z ociąganiem ruszyłem do domu, tym bardziej, że nadciągnęły wielkie, skłębione obłoki i coraz szczelniej zaczęły zakrywać zimową konstelację Ori.

ASTERYZM

Orion_3008_huge

Orion

Wieczorem ruszyłem z córką do oddalonego nieco sklepu, po drodze podziwiając pod granatową kopułą wszechświata różne gwiazdozbiory. Pokazałem jej Oriona, jakże pięknie wyeksponowanego po zachodniej stronie nieba, jak zawsze rozległego i zjawiskowego. Podobnie jak Juliusz Słowacki moje dziecko (dziewczyna już…) myślała, że Orion to tylko te trzy charakterystyczne gwiazdy, ustawione obok siebie, ewentualnie, że chodzi o ich  najbliższe otoczenie, a tymczasem jest to jedna z większych konstelacji, która tak inspirowała starożytnych Egipcjan i była latarnią dla żeglarzy wielu narodów. Po drugiej stronie nieba, zwrócony dyszlem w dół, Wielki Wóz, czyli część gwiazdozbioru Wielkiej Niedźwiedzicy  (Ursa Maior) – popisałem się wiedzą na temat asteryzmu, czyli bycia częścią innej konstelacji, przy zachowaniu charakterystycznej nazwy dla swego wyodrębnienia. Gwiazdy tworzące asteryzm najczęściej nie są w żaden sposób powiązane, a ich bliskość jest jedynie wynikiem rzutowania pozornej konstrukcji, z ziemskiego punktu odniesienia, na sferę niebieską. Asteryzm tworzy też Pas Oriona, czyli owe wskazane wyżej trzy gwiazdy obok siebie: Alnitak, Alnilam i Mintaka. I tutaj wzrok nas oszukuje, bo nie jesteśmy w stanie zauważyć, że Alnitak jest gwiazdą potrójną, Alnilam jest nadolbrzymem, a Mintaka jest astralnym ciałem wielokrotnym. Córka, oczarowana magią kosmicznego spektaklu, powiedziała mi, że kocha gwiazdy – pomyślałem: to już kochają je co najmniej dwie ziemskie istoty…  I jeszcze miliardy tych, którzy kiedyś żyli, teraz są razem z nami na planecie, albo dopiero się urodzą…

JOWISZ I WENUS

Mariusz Roszak - astronomia.pl

Wyszedłem na chwilę do sklepu i zobaczyłem niezwykłe rozmycie chmur na wieczornym, lutowym niebie. W miejscu gdzie znikło słońce, na obrzeżu ostro rysującego się granatu widać wyraziście Jowisza, a nieco dalej ukazuje się Wenus. Niestety niewidoczny gołym okiem jest Uran, którego należy lokować tuż przy planecie miłości. Po drugiej stronie nieba srebrny denar księżyca tonie w ciemnej ultramarynie i zaczynają się pojawiać pierwsze konstelacje gwiezdne. Jakże dziwne i wspaniałe jest istnienie w tej części wszechświata i jakże niezwykłe jest to, że możemy zastanawiać się nad tym. Jest ponuro, ale rozmycie na niebie przydaje wszystkiemu tragizmu – w takich dalekich planach mogłaby rozgrywać się akcja jakiegoś filmu z gatunku science fiction lub fantasy, w takich przestrzeniach brzmieć by mogły słowa ze starożytnej tragedii, albo mogłaby uderzyć w dramatyczne tony mowa pożegnalna nad grobem wielkiego wojownika. Mija pół godziny, wychodzę ze sklepu i widzę, że barwy przygasły, a między gwiazdy wdziera się gęsta czerń nocy. Teraz Jowisz jest jeszcze wyrazistszy, a Wenus pulsuje matowym, mlecznym światłem, tuż nad horyzontem. Ach to nasze kosmiczne istnienie – powoli wracam do domu sprawdzić maile i napisać o tym, co poczułem patrząc na barwne rozmycia chmur, na Jowisza i Wenus…

PAS ORIONA

Dwa dni temu wracałem późnym wieczorem do domu i urzekł mnie krystaliczny, świeży powiew lodowatego powietrza. Gęste zwałowiska chmur nagle rozsunęły się i zniknęły, a na granatowym niebie pojawiły się wyraziste gwiazdy. Ostatnie tygodnie były bardzo ciepłe, wręcz wiosenne i podmuchy ostrego wiatru, czystość kopuły niebieskiej i podnoszące się ciśnienie, zwiastowały nadejście mrozów i opadów śniegu. Tak się stało i następnego dnia wreszcie świat pokryły charakterystyczne dla tej pory roku biele, pojawił się lód na ziemi i natychmiast powiększyły się stada gawronów i kawek, podążających za zimową aurą. Przystanąłem na otwartym polu i skierowałem wzrok na wielką konstelację Oriona, której w dziewiętnastym wieku, na półwyspie Synaj przyglądał się z wielkim zainteresowaniem Juliusz Słowacki. Czy myślał wtedy o łowach myśliwego, zakochanego w Plejadach i dumnego ze swej nieśmiertelności, a potem jakże groteskowo tragicznego, ukąszonego przez skorpiona i umierającego w mękach? To jeden z najbardziej widowiskowych gwiazdozbiorów zimowego nieba, łatwy do zauważenia i wyodrębnienia, bo w jego obrębie znajdziemy prawdziwe kosmiczne olbrzymy, o wiele większe od naszego Słońca. Są to trzy gwiazdy: Rigel, Betelgeuse i Bellatrix, a całość widoku uzupełniają inne astronomiczne monstra, znajdujące się już poza konstelacją: Syriusz na południowych wschodzie i Aldebaran na północnym zachodzie. To drugie jasne światło jest w rzeczywistości strukturą dwóch gwiazd ze skupiska Byka, czternastą pod względem jasności na całym nieboskłonie. To dość bliskie obiekty, bo leżące zaledwie sześćdziesiąt pięć lat świetlnych od nas, będące znakiem dokonanej tragedii i powolnego zamierania niegdyś jasnej gwiazdy, a obecnie czerwonego olbrzyma i karła typu widmowego. Przesuwam wzrok z Aldebarana na pas Oriona, który służył Egipcjanom za model dla ustawienia trzech wielkich piramid w Gizie – wydają się wyraziste i pojedyncze, ale przecież kryją wielką kosmiczną tajemnicę. Te trzy obiekty – ζ Ori (Alnitak), ε Ori (Alnilam) i δ Ori (Mintaka) – są w gruncie rzeczy wielokrotnymi nadmasywnymi olbrzymami. Alnitak jest gwiazdą potrójną odległą od Ziemi o około osiemset siedemnaście lat świetlnych, Alnilam jest błękitnym nadolbrzymem, odległym od Ziemi o około tysiąc trzysta czterdzieści dwa lata świetlne, a Mintaka jest gwiazdą wielokrotną, składającą się z czterech składników, położoną w odległości około dziewięćset szesnastu lat świetlnych od nas. Jeśli dodamy do tego kosmicznego spektaklu Wielką Mgławicę Oriona i leżącą tuż pod pasem mgławicę Koński Łeb, wspaniale sfotografowaną przez teleskop Hubble’a, to mówić możemy o prawdziwym astralnym szoku. Czując rześkie, lodowate powiewy, stojąc tuż przy czarnym lesie i mając przed sobą wielką przestrzeń nieba, rozmyślałem o Orionie i o największych gwiazdach z jego otoczenia, ale najsilniej podążałem myślą do fenomenu czasu, pośród którego rozgrywa się życie każdego z nas, rodzą się i zamierają świetlne olbrzymy, mgławice kręcą się wokół własnej osi, gdzieś, nie wiadomo gdzie czai się czarna materia i czarna energia, wszystko ma swoje miejsce i nic nie jest pewne, nic nie przetrwa, wszystko stale się zmienia w rytmie kosmicznej metamorfozy…

WSZECHŚWIAT WEDŁUG STEPHENA HAWKINGA

Oglądałem film o wszechświecie, którego narratorem jest wybitny brytyjski uczony z Oxfordu – Stephen Hawking. Mówi w nim o wielkim wybuchu, który zainicjował rozszerzanie się wielkich przestrzeni, tworzenie galaktyk i innych ciał niebieskich. Naukowiec pyta, czy wszystko było wynikiem przypadku, a zaistnienie życia czymś wyjątkowym w skali całego kosmosu. To trudne do zaakceptowania, ale Hawking dopuszcza taką możliwość, tym bardziej, że jesteśmy tak bardzo oddaleni od innych układów gwiezdnych i być może nigdy się o tym nie przekonamy. Słuchając komentarzy kosmologa zastanawiałem się nad konstrukcją wszechświata, który wypełniony jest w dwudziestu dwóch procentach – najbardziej tajemniczą i trudna do pojęcia – czarną materią oraz tajemniczą energią. Wszakże sama zasada działania układów planetarnych, galaktyk i całego kosmicznego przestworu, wskazuje na to, że zostało to wspaniale „obmyślane”. Galaktyki nie krążyłyby wokół własnej osi i nie trwałyby w swoim kształcie przez miliardy lat, gdyby nie czarne dziury, które najczęściej znajdują się w ich centrum. Podobnie planety nie krążyłyby eliptycznych orbitach wokół gwiazd, gdyby nie grawitacja i ich oddziaływanie na mniejsze twory. Śledząc skomplikowanie i zasadę konstrukcyjną materii, od cząstek najmniejszych do struktur największych, zauważamy wyrazistą  z a s a d ę… Czyżby po big bangu wszystko samoistnie się tak poustawiało? Czy może  K t o ś   lub coś, nadało taki kierunek dalszym przekształceniom i coraz bardziej skomplikowanym metamorfozom? Od dawna zajmują mnie sprawy związane z kosmogonią, czemu wyraz dałem w książce o Juliuszu Słowackim, a teraz w serii filmów z Hawkingiem, odnajduję wiele problemów, nad którymi od dawna się zastanawiam i które zapewne uważnie będę studiował. Moja biblioteka książek na temat wszechświata jest bardzo duża, ale wciąż pojawiają się w niej nowe, ekscytujące prace. Filozofowie mówili od dawien dawna o pierwszej przyczynie i w narracji Brytyjczyka odnajduję echo tych pierwiastkowych pytań i szerokich rozważań (np. Kanta…). Skoro w widzialnym wszechświecie wszystko ma swoją przyczynę, trudno byłoby przyjąć, że wszechświat i przypisana mu cała przeogromna kosmogonia, przyczyny nie miały. Może wszakże być tak – sugeruje kosmolog – że wielki wybuch był efektem wydarzeń w niewyobrażalnie wielkim prawszechświecie, w którym nasza przestrzeń jest tylko jedną z alternatywnych mutacji. Zachodziłaby wtedy taka sama reakcja, jak przy uderzeniach kulek zawieszonych na tzw. kołysce Newtona. To wahadło ilustruje prawo zachowania pędu i energii kinetycznej podczas sprężystego zderzenia kul. Jak przy uderzeniach małych stalowych „planet”, tak samo mogłyby reagować sąsiadujące ze sobą wszechświaty, które są kulami sferycznymi, a nasz wielki wybuch mógłby być wynikiem tego, co zdarzyło się w jednym, bądź wielu wszechświatach sąsiadujących ze sobą, ustawionych w rzędzie lub pędzących ku sobie z ogromną szybkością. Ach, jaka piękna teoria i może za sto lat będą ją określać moim nazwiskiem…

ROK JULIUSZA SŁOWACKIEGO (IV)

z7000510X

Rok Juliusza Słowackiego powoli zbliża się do końca i po kilku wielkich wydarzeniach, w których uczestniczyłem, czas przyszedł i na mniejsze incydenty. W klubie Polskiej Książki w Bydgoszczy, prowadząca tam spotkania Jolanta Kowalska, zorganizowała wieczór poświęcony temu polskiemu romantykowi. Przyszło sporo osób ze środowiska literackiego, pojawili się fascynaci poezji, autorzy wielu zbiorów poetyckich, członkowie związków pisarskich i artystycznych. Jedna z pań pięknie recytowała wiersze, a potem zaczęła się dyskusja, w której także wziąłem udział. Podkreślałem wagę doświadczenia Słowackiego dla polskiej poezji romantycznej i dla poszerzania wyobraźni i świadomości narodowej. Jak zwykle bywa przy takich okazjach, pojawiło się wiele anegdot, kolejni mówcy przedstawiali fakty znane i mniej komentowane, a najwięcej zaciekawienia wzbudziło przywołanie czasów wileńskich poety, śmierć ojczyma i miłość do Ludwiki Śniadeckiej, a potem liczne podróże i w końcu cicha śmierć w Paryżu. Płonęły świece, czuć było aromat kawy i herbaty, a kolejni mówcy wnosili coś nowego do zrozumienia fenomenu poety z Krzemieńca. Gospodyni wieczoru przez cały czas czuwała nad całością i udzielała głosu recytatorce i komentatorom. Wszystko razem złożyło się na bardzo ciekawe spotkanie, z licznymi emocjonalnymi momentami, z chwilami prawdziwych uniesień i donośnego brzmienia poetyckiego słowa. Ileż było w tym roku w Polsce takich zebrań i wieczorów, recytacji i przypomnień twórcy, niewielkiego ciałem, ale ogromnego Duchem. Co chwila myślałem o pośmiertnym triumfie, zapowiedzianym przez Juliusza w wierszu pt. Testament mój, a także o niewielkich możliwościach ekspansywnych języka polskiego. Wszakże będąc w USA, stwierdziłem, że przekłady poezji polskiej na angielski, są mizerne i naprawdę trudno znaleźć dobrze przełożony wiersz. Kiedyś Barańczak przetłumaczył z tego języka z powrotem na polski, funkcjonujący tam w jakiejś antologii, arcyliryk Mickiewicza Polały się łzy i było to straszne – niektórzy mieliby kłopot, żeby wskazać o jaki utwór wieszcza chodzi.

large

Kolejne spotkanie miało miejsce w Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej im. Franciszka Becińskiego w Radziejowie. Prowadząca tę placówkę Halina Paczkowska, ma wiele pomysłów jak ożywiać życie kulturalne w tym miasteczku, sprowadza poetów, pieśniarzy, ma też spore zasługi w zakresie promocji lokalnego środowiska twórczego. Warto też wspomnieć o odbywającym się co roku konkursie literackim, którego patronem jest poeta tych ziem i lasów, pól i jezior, będący też duchowym opiekunem biblioteki. Zaproszono mnie, bym wygłosił wykład o Słowackim dla młodzieży licealnej, którą przyprowadziła pani Wioletta Nenczak, zdolna polonistka, która pod moim kierunkiem napisała pracę magisterską z literatury romantyzmu. Jak zwykle w takich przypadkach, staram się, młodzież przybyłą na spotkanie, najpierw zainteresować, poopowiadać o twórcy, przedstawić tajemnicze i mało znane zdarzenia z jego życia. Mówiłem zatem o dziwnej prośbie Juliusza, skierowanej do Boga w katedrze wileńskiej, która spełniła się w jego biografii. Pokazałem też trochę zdjęć, rysunków, portretów osób mu bliskich, a także sporo fotografii z Ukrainy, gdzie znalazłem się dokładnie w dwusetną rocznicę urodzin Słowackiego. Po ciekawostkach i pokazie multimedialnym, czas przyszedł na szersze perspektywy, spośród których wyodrębniłem wykład na temat astronomii twórcy Kordiana, znakomicie znającego konstelacje i nawiązującego do nich w licznych dziełach. W mojej książce Słowacki. Kosmogonia pokusiłem się o próbę ukazania nieba poety, na którym znalazły się tak ekscytujące gwiazdy jak Arkturus, Syriusz i Gwiazda Betlejemska, a także oryginalne gwiazdozbiory: Kasjopeja, Rak, Orion i Pegaz. Coraz więcej mam sygnałów z Polski, że książka ta została dobrze przyjęta i przemyślana. Spotkanie przebiegło w miłej, spokojnej atmosferze, mogłem zatem snuć coraz dalej idące refleksje, nawiązywać do wielu dzieł poety, w tym o tak egzotycznych dla młodzieży jak Zawisza Czarny, Mazepa czy Agyzelausz. Otrzymałem potem podziękowanie z biblioteki i informację, że moje wystąpienie spodobało się licealistom. Takie momenty utwierdzają mnie w przekonaniu, że warto popularyzować wiedzę o tym wzruszającym twórcy, warto ukazywać jego dorobek z różnych stron, wielowariantowo i zarazem w kontekstach biograficznych.

2009_banknot_200_rocznica_urodzin_juliusza_slowackiego_20zl_przod

Podczas tego spotkania pokazałem też młodzieży banknot kolekcjonerski, wyemitowany przez Narodowy Bank Polski, w związku z dwusetną rocznicą urodzin drugiego wieszcza. Od dawna interesuję się banknotami z całego świata i opublikowałem sporo tekstów na ten temat. Tutaj mamy do czynienia z interesującym walorem płatniczym, na którym na pierwszej stronie umieszczono – chyba jeden z najlepszych – portretów poety, wzorowany na słynnym stalorycie bajronicznym Jamesa Hopwooda (wg szkicu Józefa Kurowskiego). Mamy też daty jego urodzin i śmierci, kałamarz z gęsim piórem i w tle dworek, w którym urodził się i mieszkał Juliusz Słowacki. Całość utrzymana została w odcieniach pastelowego żółcienia, sienny i brązu. Na stronie drugiej widnieje Kolumna Zygmunta z Placu Zamkowego, a przy niej symboliczne żurawie. To oczywiście nawiązanie do słynnego Uspokojenia (ujęcie wcześniejsze), którego fragment zreprodukowano także na banknocie. Czytamy tutaj z  oryginalnego rękopisu, z przekreśleniami poety: Co nam zdrady! — Jest u nas kolumna w Warszawie,/ Na której usiadają podróżne żurawie,/  Spotkawszy jej liściane czoło śród obłoka;/  Taka zda się odludna i taka wysoka!/  Za tą kolumną, we mgły tęczowe ubrana,/ Stoi trójca świecących wież Świętego Jana;/ Dalej ciemna ulica, a z niej jakieś szare/ Wygląda w perspektywie sinej Miasto Stare. Jest też zarys katedry i kałamarz z piórem, widziany z drugiej strony. Czyż grający kiedyś na francuskiej giełdzie Juliusz, mógł się spodziewać, że po latach jego wizerunek i autograf wiersza, staną się elementami polskiego banknotu? Co prawda jest to emisja okazowa, ale przecież można tym pieniądzem także płacić, bo ma nominał dwadzieścia złotych. Mnie najbardziej podoba się to przedstawienie samego poety, który tutaj prezentuje się dumnie, a zarazem ma w sobie jakąś subtelną tajemnicę.

2009_banknot_200_rocznica_urodzin_juliusza_slowackiego_20zl_tyl

I jeszcze jedna impreza, która nawiązywała do życia i twórczości autora Króla Ducha – XXXVIII Warszawska Jesień Poezji. Antologia uczestników, która ukazała się w tych październikowych dniach, ma na okładce Kolumnę Zygmunta i ten sam fragment rękopisu Słowackiego, który został umieszczony na banknocie. Podczas inauguracji Wojciech Siemion i Anna Chodakowska znakomicie mówili wiersze poety, a szczególnie podobały mi się wystąpienia aktora z Petrykoz, który wzniósł się na wyżyny swojego talentu. Stosunkowo niedawno pisałem krytycznie o jego wystąpieniach podczas Nocy Poetów w Chojnicach, ale teraz słuchałem go jak zaczarowany. Co za siła głosu, jaka forma wiekowego człowieka, jakie możliwości artystycznego wyrazu i ile ekspresji. Także recytacje Anny Chodakowskiej były na poziomie i chociaż zanikła szlachetna maniera starych aktorów, że nawet na chałturę idzie się z nauczonym na pamięć tekstem, to owo dramatyczne czytanie aktorki też było markowe. Pogratulować też trzeba autorom wspomnianej antologii, bo prezentuje się ona dobrze, zawiera wiele ważkich wierszy, choć i tych gorszych dałoby się wskazać trochę (może napiszę niebawem o jednym takim „utworku”). W sumie Słowacki pojawiał się w różnych konfiguracjach, a ja miałem też kolejną okazję mówić o nim młodzieży, w jednej ze szkół średnich stolicy. Także i to spotkanie zaliczam do udanych i wdzięczny jestem organizatorom, że pozwolili mi raz jeszcze spotkać się z uczniami, przedstawić im moją wizję twórczości Juliusza, a nade wszystko, zainteresować ich tą niezwykłą, czystą jak kryształ postacią, dzisiaj już daleką, bo przecież z obrębu literatury dziewiętnastego wieku. Dziewczęta i chłopcy dziwili się, że Słowacki umarł w wieku czterdziestu lat, a tyle grubych tomów dzieł po sobie pozostawił. Jego życie i droga przez świat miały w sobie wiele z etosu czystego człowieczeństwa i kto wie, czy gdyby żył dłużej, nie poszedłby drogą swojego przyjaciela św. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego. Obecny przy śmierci poety i potem ją relacjonujący, charyzmatyczny arcybiskup warszawski i wieloletni zesłaniec, zachował dla potomnych obraz człowieka wielkiego, który nawet w obliczu śmierci był skromny, uduchowiony i odszedł z życia cichutko, bez skargi, prawie bezszelestnie…

« Older entries

%d blogerów lubi to: