* * *

Kilka dni temu ocaliłem życie sporej ćmie, która wpadła do kuchni… Początkowo chciałem trzasnąć ją łapką na muchy, ale zauważyłem piękny wzór na skrzydłach nocnego lotnika i pomyślałem, że jej życie jest tak samo kruche jak moje. Sięgnąłem po szklankę i przezroczysty podstawek i najpierw nakryłem owada, a potem delikatnie wsunąłem talerzyk pod spód. Z tak uwięzioną ćmą poszedłem na taras i wypuściłem ją na wolność. Widok tego istnienia, które zatrzepotało w powietrzu i szybko zniknęło w mroku dodał mi otuchy, ale też przypomniał czasy dzieciństwa, kiedy to zabijanie owadów było tak oczywiste dla chłopców i dziewcząt, jak strzepywanie pyłków z ubrań. Myślę, że tak samo jest z naszymi bytami, które wciąż ocierają się o śmierć, nie zdając sobie z tego sprawy. Wspaniały, zjawiskowy kosmos zdaje się być naszym sprzymierzeńcem, ale w jednej chwili może zamienić się w straszliwego destruktora nieostrożnych i jakże pewnych siebie ludzkich ciem…  

W OBLICZU GWIAZD

Wczoraj wieczorem usiadłem na tarasie i długo kontemplowałem gwiazdy. Potrafię rozróżniać gwiazdozbiory i moją uwagę przykuła Wielka Niedźwiedzica, w czerwcu lokująca się po zachodniej stronie nieba. Patrząc na te odległe ognie, podsycane w każdym miejscu Wszechświata przez eksplozje termojądrowe, zachwycałem się nimi i czułem jak wielkim cudem jest zaistnienie świadomości, która potrafi rozmyślać o nich. Rzadko kiedy ludzie uświadamiają sobie nad jakimi ogromami zostali zawieszeni i w jakich przepastnych głębiach bytują. Nasza rasa jest bardzo egotyczna, stale prowadząca lokalne wojny, lubująca się w przeszacowaniach, które nijak się mają do rzeczywistej wartości jakże krótkich życiorysów. Dopiero zamyślenie nad tym, co widać w górze, w chłodny albo mroźny wieczór, przywraca właściwe proporcje i uczy pokory. Dla galaktyk i konstelacji gwiezdnych, dla komet lecących po elipsoidalnych orbitach, dla planet i meteorytów, a nade wszystko dla ogromu całego kosmosu, nie mamy znaczenia, jesteśmy jak pyłki, jak organiczne drobinki. Nasze istnienie zostało wpisane w ciąg przemian kosmogonicznych i metamorficznych, niczego nie zdołamy zachować, niczego nie uda się nam ocalić, entropia zatriumfuje w chwili ostatniej. I tylko zapatrzenie w gwiazdy będzie realne, niepowtarzalne, ostateczne…

KOSMICZNA CHWILA

Człowiek jest sobą w sobie i póki czuje własną integralność, póki wszystko dobrze funkcjonuje w jego organizmie, niewiele uwagi poświęca otoczeniu. Stale gdzieś gna, wciąż ma coś do załatwienia, coś do zrobienia, nabycia; utwierdzenia w codzienności. Najbliższa rodzina,  przyjaciele i wrogowie zajmują go tylko w konkretnych sytuacjach, od zdarzenia do zaskoczenia, od przebudzenia do zaśnięcia. Rzadko kiedy unosi głowę ku górze i kontempluje swoje zawieszenie w ogromnej strukturze wszechświata. Jakby chciał oddalić to, że został zawieszony na niewielkiej planecie, która w kategoriach kosmicznych mniejsza jest od pyłku. Jego istnienie ma wymiar lokalny, krajowy, czasem kontynentalny, a dekoracjami są wzgórza i góry, równiny i doliny, skalne ostańce na wyżynach i chmury na niebie. To jest rodzaj bezpiecznego zamknięcia w barwnej bańce mydlanej, która w jego świadomości zdaje się mieć wytrzymałość diamentu. Dziewiczy kosmos wdziera się do ludzkiego życia najczęściej nocą, gdy granatowe niebo zaczyna połyskiwać konstelacjami gwiazd, gdy wschodzi Księżyc, a nad horyzontem pojawiają się światła Wenus, Marsa, Jowisza, Saturna. W wyjątkowych momentach niewielka, jasna smużka obwieszcza, że blisko naszej planety przelatuje kometa lub asteroida. Ale to są tylko chwile, bo kolejny poranek staje się początkiem nowego wyścigu, jakiegoś zadania do wykonania, jakiej inicjacji zaczynającej wraz z pojawieniem się światła słonecznego. Nasz gwiazda jest najważniejszą częścią Układu Słonecznego i tylko jej niezwykła temporalna aktywność, stworzyła warunki, w których mogło rozwinąć się życie. Ludzka świadomość zaczyna szukać kontekstu kosmicznego w sytuacjach krańcowych, gdy swoją moc manifestują naturalne żywioły – podczas sztormu na ocenie, w chwili wybuchu wulkanu, przy zejściu ogromnej lawiny w górach, alb0 przy gwałtownych przemianach pór roku, miesięcy i dni. Wtedy też czasami próbuje odsuwać to, co pierwotne, kosmogoniczne, metamorficzne – życie przecież musi być bezpieczne, albo przynajmniej powinno takim się wydawać. Powyższe refleksje pojawiły się w moim umyśle, gdy przeglądałem ostatnio wykonane zdjęcia. Na jednym z nich chciałem uchwycić migotliwość liści brzozy, ich prawie niedostrzegalny ruch i lekkie chwianie się całego drzewa. Tłem miały być piękne białe cumulusy, rozbudowujące się nad horyzontem, wzmocnione przez wyrazisty błękit pogodnego nieba. Dopiero w domu zauważyłem, że na kilku podobnych do siebie fotografiach, nie wiedząc o tym, odzwierciedliłem też kosmiczność naszego świata. Brzoza i chmury, liście i moja świadomość, a nade wszystko soczewka aparatu fotograficznego zyskały dodatkowy kontekst, gdy nad białym płatem chmury pojawiła się mętna cząstka Księżyca. Gdy to zauważyłem, poczułem, że w ułamku sekundy kosmiczna chwila ekspandowała mnie w dalekie regiony układu planetarnego, gigantycznej struktury galaktycznej i wielkiej, niewyobrażalnej jedni gwiazd, mgławic, pyłu, ognia, światła i ciemności, czasu i przestrzeni, określanej jako Wszechświat. Stojąc na Ziemi, zwykle stabilnej, mocno utwierdzonej w swym istnieniu, poczułem jej ulotność i chwilowość, kruchość i magiczne zawieszenie w kosmosie.  

TŁUM ISTNIEŃ

(C) 2009-2015 by Leonardo Orazi – All rights reserved

Wieczorem spędziłem kilka minut na powietrzu, czując mroźne powiewy i wpatrując się w niezwykle wyrazistą konstelację Oriona. I nagle pojawiła się dziwna łączność z tymi, którzy przede mną patrzyli w gwiazdy i wyodrębniali trzy niewielkie światełka, ustawione w jednej linii. Odetchnąłem głęboko i zrozumiałem, że w tej samej chwili stoją za mną faraonowie, Cheops, Ramzes Wielki, Amenhotep IV, stoją chińscy cesarze z kilku dynastii, stoi Aleksander Wielki i Juliusz Cezar, a przy nich jeszcze Napoleon Bonaparte, król Henryk VIII, rosyjscy carowie i francuscy monarchowie. Mordercy też potrafili zapatrzyć się w gwiazdy, więc nikt nie zaprzeczy, że głowę ku górze unosił Stalin, Hitler i Mao Tsetung, a także ich ofiary, od Kamczatki po Normandię i od Władywostoku po Hongkong. Jak długie są dzieje człowieka, zawsze jakaś istota patrzyła ku niebu i kontemplowała gwiazdozbiory. Tak czynili pierwsi łowcy w Afryce, ludzie ze stepów Azji Centralnej, Inkowie i Aztekowie, aborygeni i papuasi, mieszkańcy wysp pacyficznych i wyżyny Dekan. Stałem jak zauroczony, samotny, a zarazem w wielkim tłumie istnień, chwilowy, ale też przemijający jak wszystko we wszechświecie. Stałem i patrzyłem…

DRAGON WYSTARTOWAŁ

Start rakiety kosmicznej Dragon, wyprodukowanej przez prywatną firmę Elona Muska SpaceX. Pierwsze podejście sprzed trzech dni nie udało się i kosmonauci musieli wyjść z kapsuły, a prezydent Donald Tramp i inni oficjele przybyli na przylądek Canaveral niepotrzebnie. Wszystko tutaj jest rewolucyjne – kształt kapsuły w formie ściętego stożka, nowe skafandry kosmiczne i powrót modułów nośnych na specjalną barkę, zakotwiczoną na oceanie. Do orbitalnej, międzynarodowej stacji kosmicznej polecieli dwaj kosmonauci – Robert Behnken (50) oraz Douglas Hurley (54) – mający ogromne doświadczenie w lotach kosmicznych. Wszak wcześniej uczestniczyli oni w lotach promów kosmicznych Endeavour i Atlantis, a ciekawostką jest to, że ich żony także są astronautkami, które spędziły wiele godzin w kosmosie. Media na całym świecie obwieściły początek nowej ery  w zakresie badania Układu Słonecznego i wszechświata, ale na to chyba jest jeszcze za wcześnie. Wiadomo jak labilne bywają prywatne środki finansowe, a kolejne katastrofy, powstrzymują rozwój kosmonautyki na wiele lat. Na razie mamy do czynienia z jednym udanym startem i miejmy nadzieję bezpiecznym powrotem na Ziemię. Choć firma Muska ma ogromne ambicje i zapowiada załogowe loty na Marsa, wszystko zweryfikują ewentualne sukcesy lub porażki kolejnych misji.

Kosmonauci misji Dragona – po lewej Douglas Hurley, po prawej – Robert Behnken

KOSMICZNA SAMOTNOŚĆ

Na platformie Discovery Science obejrzałem wspaniały film o naszej samotności w kosmosie, tak skonstruowanym, że prawdopodobnie nigdy nie spotkamy innych form życia. Nawet, gdybyśmy wymyślili statki kosmiczne mknące w dal z szybkością światła (co jest niemożliwe, bo zamieniłyby się one w rozżarzone fotony), to i tak nie dogonilibyśmy oddalonych od nas i wciąż oddalających się galaktyk. W stosunku do Drogi Mlecznej pędzą one jak oszalałe, osiągając prędkość – zdawać by się mogło – niemożliwą do uzyskania w naszym wszechświecie. Także odległości w obrębie rodzimej galaktyki są tak ogromne, że bardzo wątpliwe jest czy znajdziemy jakąś inną cywilizację, wszak nasze istnienie to zaledwie wycinek historii Układu Słonecznego i wcale nie jest pewne, że nasz rozwój będzie trwał w nieskończoność. Zdarzenia związane z koronawirusem i jego rozprzestrzenianiem się po planecie, dowodzą, że nasz byt jest niewypowiedzianie kruchy i może się skończyć w każdej chwili. Tym bardziej, że przez wieki historii, ludzkość nie wytworzyła skutecznych mechanizmów obronnych, zarówno w swoich ciałach, jak i na zewnątrz ich. Wciąż zapadamy na straszne choroby, a postęp medycyny nie jest tak wielki, jak zakładały futurystyczne przepowiednie i prognozy dziewiętnastego czy dwudziestego stulecia. Niestety nie osiągnęliśmy też takiego rozwoju technicznego, by uchronić planetę przed skutkami pojawienia się na naszym kursie asteroid, komet czy fali uderzeniowej gwiazd supernowych. W licznych powieściach gatunku SF i filmach tego rodzaju, pojawia się specjalna tarcza osłonowa, chroniąca planety, ale przed ludzkością jeszcze ogromna droga, zanim pojawi się pierwsza taka energetyczna bariera. Trudno sobie wyobrazić jakie energie tutaj musiałyby wchodzić w grę, skoro pokonanie grawitacji i wyniesienie w kosmos kilku ton ładunku, wymagało użycia potężnych rakiet typu Saturn lub promów kosmicznych, startujących na wielkim zbiorniku z ciekłym wodorem i utrwalającym go ciekłym tlenem. Oczywiście przyszłość jest nieprzewidywalna i nagle może pojawić się taka technika, która umożliwi stworzenie zapory na granicy atmosfery i kosmosu. Któż mógł przypuszczać na początku dwudziestego wieku, gdy wszędzie powszechne były pojazdy konne, a pierwszy samolot wyglądał jak połączenie skrzydeł nietoperza z odwłokiem pasikonika, że stulecie stworzy super szybkie komputery, wielkie liniowce pasażerskie typu Airbus A380, promy kosmiczne i stacje satelitarne? A jednak do tego doszło i możemy teraz podziwiać nasze wspaniale oświetlone miasta z perspektywy kosmosu, rozwinęliśmy możliwości komunikacyjne i odkrywamy zagubione cywilizacyjne ruiny przy pomocy specjalnych narzędzi przybliżających każdą cząstkę Ziemi.

Jowisz 2020

Autorzy filmu wskazują, że według najnowszych ustaleń, Wszechświat ma 11,4 miliarda lat, a nasz układ planetarny, powstały w wyniku zagęszczenia obłoku molekularnego, zaczął się kształtować około 4,6 miliarda lat temu. Ale dopiero ok. 3,5 miliarda lat temu powstało ziemskie pole magnetyczne, które uchroniło atmosferę przed zaniknięciem i naporem wiatru słonecznego, a potem stworzyło warunki do dalszego rozwoju istot ożywionych. To jeszcze była ziemia bardzo niestabilna, ale zaczęło się już ostateczne kształtowanie i nadszedł wreszcie kambryjski wybuch życia, z ogromną ilością zwierząt i roślin. Naukowcy szybko doszli też do przekonania, że życie na Ziemi kiedyś zaniknie, a to za sprawą utraty zapasów wodoru i przekształcaniem się Słońca w czerwonego karła. Wyparują wtedy oceany, drastycznie zmaleje ilość dwutlenku węgla, niezbędnego do rozwoju roślin, a temperatura planety wzrośnie do siedemdziesięciu stopni w skali Celsjusza. Futuryści wierzą, że do tego czasu ludzkość tak bardzo rozwinie się technicznie, że będzie w stanie „ewakuować” cała cywilizację na inną, bezpieczną planetę, w dogodnej do życia części galaktyki. Trudno w to uwierzyć, bo droga do takiej sytuacji jest bardzo daleka, a komórki współtworzące nasze ciała, ulegną rozpadowi i ich cząstki elementarne staną się budulcem nowych struktur. Na razie – konstatują twórcy filmu – możemy cieszyć się z tego, że zaglądamy do coraz dalszych zakątków naszego układu planetarnego, planujemy lot na Marsa i ku księżycom Jowisza, gdzie możliwe jest funkcjonowanie prostych form życia. Właśnie NASA opublikowała najnowsze zdjęcie największej planety, krążącej wokół Słońca i jest to widok zachwycający, jakże różniący się od pierwszych, prymitywnych i zamglonych fotografii. Widzimy na nim, jak wielką i skomplikowaną strukturą jest ten gazowy olbrzym i jakie moce pojawiają się w kosmosie, będące w stanie wygenerować takie struktury i potem utrzymywać je w stanie względnej stabilności przez miliardy lat. Podczas oglądania filmu zastanawiałem się nad filozofią naszego istnienia, które naznaczone jest wieloma tajemnicami, zarówno w obrębie ciał, jak i struktur kosmicznych. Obrazy zmieniały się, a do mnie wciąż wracało pytanie o sens tych tajemnic, które rodziły przez tysiące lat na naszej planecie ujęcia religijne i przekonanie, że wszystko wokół stworzył nieznany Bóg. To były też pytania o to, jaki jest cel powstania wyższej świadomości – wszak mogliśmy od początku do końca uganiać się, niczym zwierzęta, za pożywieniem i seksem i nigdy w naszych głowach nie pojawiłyby się myśli mknące ku najbardziej skomplikowanym strukturom Wszechświata. Znakomity film pobudził mnie do myślenia, ale zasiał też ziarno niepokoju i wzmocnił przekonanie, że nasze chwilowe istnienie szybko się skończy. Warto zatem dobrze wykorzystać dany nam kredyt czasowy i stworzyć coś, co oprze się naporowi czasu. Nawet jeśli to będzie takie chwilowe zatrzymanie, jak szczęśliwe zawieszenie opadłego liścia na sterczącej gałęzi, przy krawędzi wodospadu, to jednak będzie realne i przeciwstawi się naporowi niewyobrażalnych, pierwotnych energii.

DROGA DO KORDOBY

 

 

PIOSENKA JEŹDŹCA

 

Kordoba
daleka i sama.

Czarny koń, ogromny księżyc
i sakwy pełne oliwek.
Chociaż dobrze znam tę drogę,
nigdy nie trafię do Kordoby.

Przez równinę pędzę z wiatrem,
czarny koń, czerwony księżyc.
Śmierć spogląda na mnie z góry,
z wysokich wież Kordoby.

O, jak długa jest ma droga!
O, jak dzielny jest mój koń!
O, jak czeka na mnie śmierć
zanim trafię do Kordoby.

Kordoba
daleka i sama.

Przeł. Mariusz Wesołowski

Federico Garcia Lorca, po tym jak został zamordowany przez skrajnie prawicową bojówkę na początku hiszpańskiej wojny domowej, stał się symbolem ulotności życia – obdarzony wspaniałym talentem literackim, musiał pogodzić się z wyrokami losu. „Piosenka jeźdźca”, wspaniale przetłumaczona przez Mariusza Wesołowskiego, antycypuje to, co wydarzy się w sierpniu 1936 roku. Uroda i ostateczność tego wiersza kazały mi zamyślić się nad nim przez chwilę i dookreślić jego tajemne głębie.

Czasem poecie udaje się utrwalić w wierszu grozę i niepowtarzalność istnienia, chwilę odczuwania rozkoszy istnienia i lęku przed jego końcem. Wszak temporalny charakter naszego świata powiela wciąż ten sam paradygmat, euforycznej inicjacji przeciwstawiając głuchą eschatologię, pierwszemu krzykowi dziecka, ostatni szept starca. I nie będzie od tego ucieczki, dalekie miasta będą pulsować w dali, ludzie nie zatrzymają się ani na chwilę, a ten, który dojdzie do kresu, pogodzi się z eksplodującą w nim samotnością tego, co zostanie. Kordoba/ daleka i sama trwać będzie tuż przed śmiercią nikomu niepotrzebnego bytu i po zgaśnięciu światła w oczach, a po człowieku zostanie tylko pył, rozwiewany przez zimny wiatr. Także podążanie skończy się bezpowrotnie, a świadomość – odzwierciedlając dziwność istnienia w obliczu kosmosu – określi sytuację schyłkową, niewidoczny punkt, który czekał na jeźdźca od początku jego szlaku: Czarny koń, ogromny księżyc/ i sakwy pełne oliwek./ Chociaż dobrze znam tę drogę,/ nigdy nie trafię do Kordoby. Istnienie potrzebuje zapobiegliwości, saków pełnych oliwek i nieustannej rekreacji struktur biologicznych, a nade wszystko celu, do którego dąży. Wszystko wszakże nicuje śmierć, daleka i jakże bliska, stająca się odwiecznym kontekstem dla bytowania solarnego i lunarnego. Zmieniają się barwy i oświetlenie przestrzeni, a ona czeka czujnie pośród wyniosłych wież Kordoby, by  – gdy wypełni się czas jeźdźca – szybko wniknąć w niego, okryć szczelnie czarną zasłoną martwy kształt: Przez równinę pędzę z wiatrem,/ czarny koń, czerwony księżyc./ Śmierć spogląda na mnie z góry,/ z wysokich wież Kordoby. Poeta antropomorfizuje ją i jest przekonany, że obserwuje jego jeźdźca z wysoka, wpatrując się w niego niczym Nemezis, weryfikując każdy jego ruch i każdą chwilę istnienia. Czując swoją śmiertelność, podróżny wie, że zbliżając się do Kordoby, nigdy do niej nie dotrze, bo to, co nieuchronne odbierze mu oddech, krążenie krwi i światło w oczach. Lamentuje, choć wie, że nie odmieni swojej sytuacji – dookreśla drogę i ludzkie doświadczenie, chwali dzielność konia, ale wie, że nie ma dla niego odwrotu i nagłe spięcie rumaka ostrogą, niczego nie zmieni.  O, jak długa jest ma droga! / O, jak dzielny jest mój koń!/ O, jak czeka na mnie śmierć/ zanim trafię do Kordoby. Podąża do Kordoby, tak jak inni ludzie podążają do innych dalekich celów, staje się podróżnikiem w czasie i przestrzeni, w świecie planetarnym i w głębinach wszechświata, ale jest też znakiem pośród mroków i księżycowych blasków. Próbuje wyodrębnić swoją świadomość, nakazującą mu podążać w dal, chce do ostatnich chwil czuć wyjątkowość i grozę istnienia, a godząc się na to, co stanie się w drodze do Kordoby, podkreśla wagę ludzkiej próby bytu.

PRZEBUDZENIA

Dopiero co wróciłem z kolejnej podróży do Chin i nie przestawiłem się jeszcze czasowo, wciąż trwając w orientalnej strefie godzinowej. Budzę się zatem po czwartej, czasem dosypiam trochę, innym razem nasłuchuję odgłosów nocy lub wstaję i idę na chwilę na górę. Wczoraj dwa razy wyszedłem na taras, by poczuć orzeźwiające chłodne powietrze i spojrzeć w niebo. Za pierwszym razem, około czwartej trzydzieści, odsłonił się przede mną odwieczny majestat konstelacji Oriona, takiej samej od miliardów lat, odbijającej się w oczach ludzi i zwierząt, połyskującej w mroźnych przestrzeniach i stającej się znakiem nieuchronnej wieczności. Chyba pospałem jeszcze ze dwie godziny i gdy po raz drugi, około szóstej czterdzieści, wyszedłem na taras, sytuacja diametralnie zmieniła się – na niebie królował księżyc w tajemniczej otulinie mgły, a pod nim lśniły nad horyzontem dwie planety: Wenus przemykająca bardzo nisko i Mars, goszczący w gwiazdozbiorze Panny. W pewnym momencie zobaczyłem też nikłe błyski październikowych Orionidów, meteorów wlatujących z ogromną szybkością do naszej atmosfery i generujących niezwykłe efekty wizualne. Robiło się coraz jaśniej, mleczne opary wstawały na wschodniej stronie nieba, a pod nimi zaczynały tężeć błękity i amaranty, żółcienie i fiolety. Wstawał nowy dzień, noc zwijała swoje czarne proporce, a moja świadomość podążyła ku pracom, które na mnie czekają. Jakiż to cudowny moment w życiu, gdy łagodnie wchodzi się w starość i zaczyna porządkować dorobek wielu, wielu lat, a przy tym nie zwalnia się tempa i wciąż tworzy się nowe teksty, rysuje i maluje, fotografuje i spogląda w oczy innym ludziom. Żyje się życiem świadomym i spełnionym…

SAMOBÓJCY SPOD WIELKIEGO WOZU

Asteryzm Wielkiego Wozu

Przedwczoraj wyszedłem na taras mojego domu i długo przyglądałem się gwiazdozbiorom naszego nieba. Po studiach motywów astralnych Juliusza Słowackiego i napisaniu ogromnego rozdziału książki na ten temat, wiele z nich rozpoznaję i o wielu mam określoną wiedzę astronomiczną. Najczęściej moje obserwacje wywodzę od pasa Oriona, czyli złudzenia (asteryzmu) utworzonego przez trzy jasne gwiazdy ζ Ori (Alnitak), ε Ori (Alnilam) i δ Ori (Mintaka), należące do tego gwiazdozbioru. Z Ziemi wyglądają jakby były równe i znalazły się w jednym szeregu, a przecież te błękitne nadolbrzymy, gorętsze i znacznie masywniejsze od Słońca, znajdują się w różnych głębiach wszechświata i są od siebie oddalone o setki lat świetlnych. Do tego Alnitak jest gwiazdą potrójną, a Mintaka składa się z czterech słońc, czego nie można zauważyć z naszej planety gołym okiem. Przyglądając się niebu i przesuwając się od pasa Oriona na południowym zachodzie, wyodrębniam Syriusza, a na północnym wschodzie Aldebarana. Ta pierwsza gwiazda (a właściwie dwie) nie jest olbrzymem, ale przecież jest najjaśniejsza na naszym niebie, a to za sprawą niewielkiej (astronomicznie) odległości od Słońca. Aldebaran to także gwiazda podwójna, przy czym jej główny składnik Alfa Tauri jest pomarańczowym olbrzymem i barwa ta jest widoczna gołym okiem. Towarzysząca gwiazda jest z kolei czerwonym karłem, a stosunkowo niedawno przy pomiarach ruchu Aldebarana, Arktura i Polluksa zauważono długookresowe oscylacje prędkości, które finalnie pozwoliły wyodrębnić planetę sześć i pół raza masywniejszą od Jowisza. Zwracając wzrok w drugą stronę, ku wielkiej Niedźwiedzicy i tej jej części, którą w naszej kulturze określamy jako Wielki Wóz (w Chinach jest to Wielka Chochla) mamy do czynienia z kolejnym asteryzmem. Podobnie jak w przypadku Oriona gwiazdy tworzące tę konstelację oddalone są od siebie znacznie i tylko z Ziemi tworzą coś na kształt konturu pojazdu. Przyglądając się przedwczoraj tym gwiazdom nagle sięgnąłem myślą do moich początków poetyckich i wydania skromnego tomu wierszy pt. Samobójcy spod wielkiego wozu (1980). Pisałem te teksty równo czterdzieści lat temu, w okolicach roku 1979 i był to czas, gdy szczególnie zaczęły mnie interesować gwiazdozbiory na niebie. Gdy stanęło się na środku podwórka, nasze dwa bloki stawały się rodzajem wrót, otwierających się na konstelację Wielkiego Wozu. Gdy powietrze było mroźne, niebo granatowe, światła na nim wyraziste, skojarzyłem je z kolejnymi samobójstwami przyjaciół i w moim umyśle zaczęły się kształtować wizje pokolenia dorastającego pod gwiazdami i odchodzącego z tego świata z własnej woli. Wyczuwałem instynktownie, że jakaś fatalna siła miała związek z ich czynami, jakaś kosmiczna, pradziejowa przemoc wdzierała się do naszego świata i determinowała losy dziewcząt i chłopaków. Wiersze pisałem już od kilku lat, rozkoszując się absurdalnym rymowaniem i dopiero obserwacje gwiazdozbiorów i refleksje natury ogólnej kazały mi porzucić te zabawy i zająć się pisaniem liryków białych, będących podsumowaniem walk i rozejmów generacji i dziejów tych, którzy przed nimi/ i po nich odbierali sobie/ nie dawali nikomu…

DALEKIE WOŁANIE


Wczoraj wieczorem przez chwilę byłem na powietrzu i raz jeszcze zachwycił mnie widok konstelacji Oriona, jakże wyrazisty na granatowym niebie. Chmury rozsunęły się, mgły opadły, opory zanikły i w górze pojawiły się znaki tysiącleci, ognie milionów lat. Pisałem już wiele razy o tym, że czuję w takich chwilach łączność z tymi wszystkimi ludźmi, którzy podnosili głowy do góry i wpatrywali się w gwiazdy. Tak było w pradawnych czasach i w kolejnych epokach rozwoju cywilizacji na naszej planecie. Tak będzie za tysiąc lat i za kilkadziesiąt tysięcy, pod warunkiem, że ludzkość nie zniszczy samej siebie. Mroźne powietrze, uspokojenie w naturze, milczenie wiatru i ta odwieczność, ostateczność, chwila niepowtarzalna, pełna mocy i bezradności, poczucia jedności z kosmosem i zatopienia w śmierci. I to pulsowanie niewyobrażalnych dali, bezgłośne wołanie galaktyk zza widzialnych gwiazd, puls wszechświata nieustannie ewoluującego i pędzącego gdzieś, nie wiedzieć gdzie…

« Older entries

%d blogerów lubi to: