PRZEBUDZENIA

Dopiero co wróciłem z kolejnej podróży do Chin i nie przestawiłem się jeszcze czasowo, wciąż trwając w orientalnej strefie godzinowej. Budzę się zatem po czwartej, czasem dosypiam trochę, innym razem nasłuchuję odgłosów nocy lub wstaję i idę na chwilę na górę. Wczoraj dwa razy wyszedłem na taras, by poczuć orzeźwiające chłodne powietrze i spojrzeć w niebo. Za pierwszym razem, około czwartej trzydzieści, odsłonił się przede mną odwieczny majestat konstelacji Oriona, takiej samej od miliardów lat, odbijającej się w oczach ludzi i zwierząt, połyskującej w mroźnych przestrzeniach i stającej się znakiem nieuchronnej wieczności. Chyba pospałem jeszcze ze dwie godziny i gdy po raz drugi, około szóstej czterdzieści, wyszedłem na taras, sytuacja diametralnie zmieniła się – na niebie królował księżyc w tajemniczej otulinie mgły, a pod nim lśniły nad horyzontem dwie planety: Wenus przemykająca bardzo nisko i Mars, goszczący w gwiazdozbiorze Panny. W pewnym momencie zobaczyłem też nikłe błyski październikowych Orionidów, meteorów wlatujących z ogromną szybkością do naszej atmosfery i generujących niezwykłe efekty wizualne. Robiło się coraz jaśniej, mleczne opary wstawały na wschodniej stronie nieba, a pod nimi zaczynały tężeć błękity i amaranty, żółcienie i fiolety. Wstawał nowy dzień, noc zwijała swoje czarne proporce, a moja świadomość podążyła ku pracom, które na mnie czekają. Jakiż to cudowny moment w życiu, gdy łagodnie wchodzi się w starość i zaczyna porządkować dorobek wielu, wielu lat, a przy tym nie zwalnia się tempa i wciąż tworzy się nowe teksty, rysuje i maluje, fotografuje i spogląda w oczy innym ludziom. Żyje się życiem świadomym i spełnionym…

SAMOBÓJCY SPOD WIELKIEGO WOZU

Asteryzm Wielkiego Wozu

Przedwczoraj wyszedłem na taras mojego domu i długo przyglądałem się gwiazdozbiorom naszego nieba. Po studiach motywów astralnych Juliusza Słowackiego i napisaniu ogromnego rozdziału książki na ten temat, wiele z nich rozpoznaję i o wielu mam określoną wiedzę astronomiczną. Najczęściej moje obserwacje wywodzę od pasa Oriona, czyli złudzenia (asteryzmu) utworzonego przez trzy jasne gwiazdy ζ Ori (Alnitak), ε Ori (Alnilam) i δ Ori (Mintaka), należące do tego gwiazdozbioru. Z Ziemi wyglądają jakby były równe i znalazły się w jednym szeregu, a przecież te błękitne nadolbrzymy, gorętsze i znacznie masywniejsze od Słońca, znajdują się w różnych głębiach wszechświata i są od siebie oddalone o setki lat świetlnych. Do tego Alnitak jest gwiazdą potrójną, a Mintaka składa się z czterech słońc, czego nie można zauważyć z naszej planety gołym okiem. Przyglądając się niebu i przesuwając się od pasa Oriona na południowym zachodzie, wyodrębniam Syriusza, a na północnym wschodzie Aldebarana. Ta pierwsza gwiazda (a właściwie dwie) nie jest olbrzymem, ale przecież jest najjaśniejsza na naszym niebie, a to za sprawą niewielkiej (astronomicznie) odległości od Słońca. Aldebaran to także gwiazda podwójna, przy czym jej główny składnik Alfa Tauri jest pomarańczowym olbrzymem i barwa ta jest widoczna gołym okiem. Towarzysząca gwiazda jest z kolei czerwonym karłem, a stosunkowo niedawno przy pomiarach ruchu Aldebarana, Arktura i Polluksa zauważono długookresowe oscylacje prędkości, które finalnie pozwoliły wyodrębnić planetę sześć i pół raza masywniejszą od Jowisza. Zwracając wzrok w drugą stronę, ku wielkiej Niedźwiedzicy i tej jej części, którą w naszej kulturze określamy jako Wielki Wóz (w Chinach jest to Wielka Chochla) mamy do czynienia z kolejnym asteryzmem. Podobnie jak w przypadku Oriona gwiazdy tworzące tę konstelację oddalone są od siebie znacznie i tylko z Ziemi tworzą coś na kształt konturu pojazdu. Przyglądając się przedwczoraj tym gwiazdom nagle sięgnąłem myślą do moich początków poetyckich i wydania skromnego tomu wierszy pt. Samobójcy spod wielkiego wozu (1980). Pisałem te teksty równo czterdzieści lat temu, w okolicach roku 1979 i był to czas, gdy szczególnie zaczęły mnie interesować gwiazdozbiory na niebie. Gdy stanęło się na środku podwórka, nasze dwa bloki stawały się rodzajem wrót, otwierających się na konstelację Wielkiego Wozu. Gdy powietrze było mroźne, niebo granatowe, światła na nim wyraziste, skojarzyłem je z kolejnymi samobójstwami przyjaciół i w moim umyśle zaczęły się kształtować wizje pokolenia dorastającego pod gwiazdami i odchodzącego z tego świata z własnej woli. Wyczuwałem instynktownie, że jakaś fatalna siła miała związek z ich czynami, jakaś kosmiczna, pradziejowa przemoc wdzierała się do naszego świata i determinowała losy dziewcząt i chłopaków. Wiersze pisałem już od kilku lat, rozkoszując się absurdalnym rymowaniem i dopiero obserwacje gwiazdozbiorów i refleksje natury ogólnej kazały mi porzucić te zabawy i zająć się pisaniem liryków białych, będących podsumowaniem walk i rozejmów generacji i dziejów tych, którzy przed nimi/ i po nich odbierali sobie/ nie dawali nikomu…

DALEKIE WOŁANIE


Wczoraj wieczorem przez chwilę byłem na powietrzu i raz jeszcze zachwycił mnie widok konstelacji Oriona, jakże wyrazisty na granatowym niebie. Chmury rozsunęły się, mgły opadły, opory zanikły i w górze pojawiły się znaki tysiącleci, ognie milionów lat. Pisałem już wiele razy o tym, że czuję w takich chwilach łączność z tymi wszystkimi ludźmi, którzy podnosili głowy do góry i wpatrywali się w gwiazdy. Tak było w pradawnych czasach i w kolejnych epokach rozwoju cywilizacji na naszej planecie. Tak będzie za tysiąc lat i za kilkadziesiąt tysięcy, pod warunkiem, że ludzkość nie zniszczy samej siebie. Mroźne powietrze, uspokojenie w naturze, milczenie wiatru i ta odwieczność, ostateczność, chwila niepowtarzalna, pełna mocy i bezradności, poczucia jedności z kosmosem i zatopienia w śmierci. I to pulsowanie niewyobrażalnych dali, bezgłośne wołanie galaktyk zza widzialnych gwiazd, puls wszechświata nieustannie ewoluującego i pędzącego gdzieś, nie wiedzieć gdzie…

CZERŃ I CISZA

Dwadzieścia sonetów Jidiego Majii, dedykowanych mamie, to wielkie osiągnięcie współczesnej poezji chińskiej, ale też i nawiązanie do tradycyjnej, ulotnej i nostalgicznej liryki odległych wieków. Ten jakże wysublimowany lament to hołd oddany tej, która urodziła poetę i jej czasom w górach i w wielkim mieście, gdzie dała się porwać przez nurt rewolucji. Syn dorastał przy niej i uczył się od niej pierwszych i ostatecznych zasad istnienia w świecie, zdobywania kolejnych szczytów i kontemplacji natury. Ogromna czułość i wzruszenie pojawiają się w sercu autora, gdy wspomina proste dni w górach Liangshan, godziny spędzone w niewielkim domku, który był jak schron pośród mrozów i wiatrów. Tam przy skwierczącym palenisku słuchał jak matka śpiewała pieśni i opowiadała o dawnych herosach ludu Yi, tam wzrastał pijąc mleko jaków i jedząc mięso upolowanych jeleni, tam, odziany w futro pantery i kuny, uczył się od niej języka, którego z czasem stał się prawdziwym mistrzem. Odgrodzony od świata i ochraniany nieustannie przez swoją rodzicielkę, osiągnął taki wiek, w którym zaczął kontemplować cuda natury i odczuwać przemożny wpływ kosmosu na ludzkie życie. Pomagały mu w tym dawne epickie opowieści, monologi czarowników bimo, a nade wszystko kulturowe rewelacje matki, stającej się z czasem, kimś w rodzaju szamanki. Czując pokrewieństwo krwi, z ogromnym bólem przyjmował rozdzielenie duchów i okrutne wyroki śmierci. Czerpiąc soki swojej poezji z tradycji ludu Nuosu, rozumiał jaką funkcję pełniła w jego losie matka, łącząca jego świat z naturą i kosmosem, stająca się zwornikiem pomiędzy tradycją kulturową a współczesnością. Wspominając najważniejszą kobietę w swoim życiu, Majia rekonstruuje świat i dociera do takich jego zakamarków, które miały bezpowrotnie przepaść w ciągu nieustającej przemiany pokoleń. To przywracanie życiu dawnych chwil, niezwykłych zdarzeń i zauroczeń staje się istotą rozbudowanego cyklu sonetowego, jakże zwiewnego i jakże zarazem konkretnego w obrazowaniu i metaforyzacji świata. Poetycka opowieść o przeszłości ma liczne odniesienia do teraźniejszości, swobodnie wkracza też w rewiry mitu i ludowego podania, staje się pointą jednego życia i egzystencji wielu pokoleń ludzi z klanu Yi. Sonety mają tu swoją integralność, ale też łączą się w koherentną całość, stając się kolejnymi partiami wielkiego poematu. Zachowana jednak została zasada wersyfikacyjna, charakterystyczna dla sonetu – cztery, cztery wersy w dwóch pierwszych strofach i trzy, trzy, w dwóch kolejnych – nie brakuje też nawiązań do osiągnięć w tym zakresie wielkich poetów z całego świata, z którymi Majia stale ma kontakt i których często gości w Chinach.

Dwa motywy pojawiają się tutaj z niezwykłą wyrazistością – śmierć jako strażniczka wymiany pokoleniowej i ogień, jako przeznaczenie wszystkiego – w sensie kosmicznym, gdzie wszelkie twory astronomiczne kończą w nim swój byt – a także w sensie organicznym, gdy trawi ciała podczas rytualnych kremacji. Bez śmierci nie byłoby przemiany świata i matka także musiała uczestniczyć w tym bolesnym procesie, godząc się na to by ci, których najbardziej kochała towarzyszyli jej ciału w procesie naturalnej kosmizacji. Zadaniem poety jest scalać to, co zostało rozerwane, odnawiać to, co poddało się entropii, a nawet rozpadło się w pył. Poeta przecież posługuje się magicznym  instrumentem języka i może wyczarować w nim każdą przestrzeń, każdy przedział czasowy, każdą łzę w gasnącym oku i każdy dotyk dłoni. Heraklitejski motyw upływu czasu, obrazowanego przez nurt zmiennej rzeki, do której nie sposób wejść dwa razy, spleciony tutaj został z ludowymi wyobrażeniami ludzi zmieniających się po śmierci w swobodne ryby i ptaki. Zyskał też pulsowanie wszechświata, który odsłaniał swoją ogromną czaszę w bezchmurne noce i generował wielkości nie do wyobrażenia. Matka poety uczestniczyła w odwiecznym rytuale przemiany i u końca ziemskiego bytowania stała jego podmiotem, wypełniając odważnie to, co zostało jej przeznaczone. Jej śmierć – tak błaha dla kosmosu – stała się katastroficznym wydarzeniem w przestrzeniach myślowych syna, zachwiała nim, ale też wzmocniła go, ukazując kontekst uniwersalny. Śmierć – ukazywana w cyklu sonetowym jako kostucha z kosą, łomocząca do drzwi domostw – zyskuje też w wierszach chińskiego arcy-poety wymiar ludzki, staje się towarzyszką w drodze ku rozpadowi, strażniczką obszarów tajemnicy i kapłanką pradawnych rytuałów kulturowych. Jej emblematem jest tutaj czaszka i piszczele, ciało rozpadające się w pył w płomieniach kreacji, ale też ogromny baldachim wszechświata, na którym połyskuje od wieków Wielka Niedźwiedzica, pojawiają się komety i asteroidy, a każdego ranka – za sprawą naszej rodzimej gwiazdy – ma miejsce cud nowego dnia i pojawiania się krystalicznie czystego światła. Majia, opowiadając o życiu i dokonaniach matki, snuje narrację na temat kondycji ludzkiej, tak doświadczanej przez eternalne prawa przemiany i tak kruchej w obliczu bezlitosnej materii. Wiedza przeplata się tutaj z ludową, animistyczną i totemiczną mądrością, a jednostkowe doświadczenia zyskują walor humanistycznej uniwersalizacji. Matka była talizmanem, który stracił w świecie cielesnym, ale nie przestała nim być w sferach duchowych, ku którym poeta i cała ludzkość nieustannie orbitują.

Trudno się dziwić, że w poezji Majii tak rzadko pojawia się jego ojciec, bo przecież społeczność Yi jest matriarchalna i kobiety takie, jak jego matka, odgrywają w nim najważniejszą rolę. Będąc przewodniczką plemienia, prawodawczynią obyczajów i strażniczką rytuałów, nie przestała być najczulszą matką, traktującą syna jak owoc najpiękniejszej miłości. Poeta czuje to każdego dnia i nocy każdej, łącząc się z nią duchowo i nosząc okrywę cielesną, powstałą w jej łonie. Jakże interesujące w poezji chińskiej, a szczególnie w wierszach jej przedstawiciela pochodzącego z zagubionego w górach zakątka, zwanego Liangshan, jest dążność do rozległej uniwersalizacji doświadczeń. Powoduje to, że poezja tego autora staje się zrozumiała pod każdą szerokością geograficzną i pojawia się stale w nowych przestrzeniach językowych. To są dzieje konkretnych ludzi, ale też jest to opowieść o trudnym człowieczeństwie, od narodzin, poprzez kolejne lata życia, aż do bezdusznej śmierci. Kruchy ludzki byt może przeciwstawić się jej tylko aktywnością i witalnością kolejnych dni, choć i tak na końcu wszystko zostanie przenicowane przez ucho igielne nieistnienia. Sonet za sonetem, Majia przywołuje proste czynności domowe i artefakty życia w enklawie, w oddaleniu od dróg cywilizacji, a potem projektuje to wszystko na świadomość przekształconą diametralnie w procesie asymilacji nowego chińskiego społeczeństwa. Stając się przedstawicielem najlepiej sytuowanej klasy – wszakże był nawet gubernatorem prowincji Qinghai – nie zapomniał o tkliwości i serdeczności, zaszczepionej mu prze rodzicielkę, nie przestał martwić się nieszczęściami każdego ludzkiego bytu. Przeszedł daleką drogę z Liangshanu do Pekinu, a potem do wielu światowych stolic kulturalnych, ale w głębi serca pozostał członkiem klanu Yi, którego ważną osobistością była jego matka – Ninzy Guowzoshy. Jej wielkość potwierdziła się w sile i giętkości języka, który w nim zaszczepiła i który stał się jego nową ojczyzną.

Rację ma Tomas Venclova, gdy pisze, że Majia w swojej fascynacji folklorem zbliża się do magicznego realizmu. Często nawiązuje do liryki europejskiej, amery­kańskiej, afrykańskiej. Czytelnik łatwo zauważy stylistyczne pokrewieństwo z takimi poetami jak Pablo Neruda i Octavio Paz, także ze szkołą „négritude”. Znajdujemy tu także związki intertekstualne z poetami Europy Wschodniej i środkowej, od Czesława Miłosza do Desanki Maksimović. To jest łączność literacka, ale też i ogólnoludzka, powodująca, że istoty żyjące na planecie Ziemia tworzą wielkie dziedzictwo kulturowe i na przekór śmierci i entropii, potwierdzają swoje odwieczne istnienie. Majia tworzy wiersze osobne, ale też potrafi tworzyć fascynujące cykle, w których czerń i cisza, dynamika i subtelność rymują się z przekazem gwiazd i planet, z ludową mądrością, przekazywaną z ust do ust od pokoleń. Czerń jest barwą życia u ludu Yi, staje się głównym elementem ich strojów, w opozycji do bieli, która jest znakiem wyschłych kości i ich kremacji. A cisza to chwila pod gwiazdami, gdy poeta staje na zboczu i wpatruje się w powoli przesuwające się konstelacje i zdaje się słyszeć w rytmie swego serca odgłos kroków matki i podążających wciąż w dal niezliczonych przodków plemienia.

GEMINIDY

Zdjęcie: NASA

Zdjęcie: NASA

Nie mogłem spać ostatniej nocy, jakby coś wołało mnie, jakby zapraszało do wzięcia udziału w ważnym wydarzeniu. I rzeczywiście, dane mi było uczestniczyć w spektaklu kosmicznym, powtarzającym się co roku. Otworzyłem okno i poczułem lodowaty chłód, powiew lekkiego, zimnego wiatru – na wschodniej stronie bezchmurnego nieba wyraziście rysował się Orion i wiele, wiele innych konstelacji. W pewnej chwili zobaczyłem jedną, dwie „spadające gwiazdy”, po jakimś czasie jeszcze jedną. Choć były to ułamki sekund, wiedziałem, że jestem świadkiem incydentów kosmicznych, a ściślej mówiąc wchodzenia w ziemską atmosferę roju geminidów, meteorów powstałych w wyniku sukcesywnego nagrzewania i rozpadu planetoidy Phaethon. To niewielkie ciało niebieskie, które okrąża Słońce i przecina orbity Merkurego, Wenus, Marsa i Ziemi, a przy tym rozpyla warkocz pyłowy i „gubi” materię skalną. To właśnie ona spala się w naszej atmosferze i daje takie zjawiskowe efekty, przypominające fajerwerki. Nie mogłem stać za długo w otwartym oknie, bo ziąb grudniowy był przenikliwy, a oczy zaczynały się kleić. Przecież była prawie czwarta nad ranem, zegar biologiczny dał o sobie znać i chwilowa przerwa we śnie kończyła się. Jeszcze usiadłem do komputera, odszukałem wiadomości na temat geminidów, niewielkiej planetoidy Phaethon i powoli ruszyłem do łóżka.

ANDROMEDA

m31PHAT_hubble_10000a

Galaktyka Andromedy – fragment

Myślę o głupocie i zarozumialstwie ludzkości, nieustannie prowadzącej wojny, w makabryczny sposób zabijającej niewinne, pokrzywdzone, zastraszane i sterroryzowane byty. Patrzę na ostatnie zdjęcia z teleskopu Hubble’a, prezentujące w ogromnym przybliżeniu galaktykę Andromedy, z milionami gwiazd mniejszych i większych, z mrowiem planet, na których zapewne stale rodzi się i zamiera życie. Powiększając obraz udostępniony przez NASA, konfrontuję go z fotografiami ostatnich mordów na naszej planecie, zabijania dla marzeń o imperium, w imię religii, nienawiści do obcych i innych narodów. Andromeda, leżąca dwa i pół miliona lat świetlnych od Ziemi, jest naszą sąsiadką w teatrze kosmicznym i wraz z Mleczna Drogą, Galaktyką Trójkąta, oraz pięćdziesięcioma innymi, mniejszymi galaktykami, stanowi gromadę – Grupę Lokalną. Zdjęcia zrobione w podczerwieni przez teleskop Spitzera dowodzą, że Andromeda zawiera około biliona gwiazd. Jej nazwa pochodzi od etiopskiej księżniczki, słynącej z urody i szeroko opisywanej w mitologii greckiej. Przez lata myślano, że jest najmasywniejsza w gromadzie, pyszniąca się na granatowym niebie, jak jej rówieśniczka, ale najnowsze ustalenia astronomów każą naszą galaktykę stawiać wyżej. Jakkolwiek by nie było jest to ledwie malutki fragment Wszechświata, który zdaje się być bezkresny i coraz bardziej tajemniczy, fascynujący. Gdyby ludzkość zrozumiała jak wielkim darem jest istnienie w kosmosie i jaki ogrom tajemnic czeka w nim na rozwikłanie, może wszystkie siły skierowałaby na jego poznawanie. To zadanie tak wielkie, że każdy człowiek na naszym globie znalazłby pracę przy długofalowych projektach, a ktoś, kto dzisiaj bez litości morduje braci, spożytkowałby swój temperament w inny sposób. Kosmos sam w sobie jest rozwiązaniem, bo najważniejszy problem ludzi, pozyskanie taniej energii, od samego początku jest w naszym zasięgu. Starczyłoby wszystkie siły skierować na zbudowanie przekaźników mocy słońca i zaspokoiłyby one wszelkie potrzeby, możliwe stałyby się wielkie uprawy, obsługiwane przez roboty, nie byłoby problemów z komunikacją i wznoszeniem budowli, a pieniądze schowano by do lamusa. Budowa potężnych statków kosmicznych, laboratoriów zawieszonych w kosmosie, ulokowanych na asteroidach i naturalnych satelitach, stałyby się priorytetem. Nikomu by niczego nie brakowało, a w wielkich centrach astronomicznych byłoby też zapotrzebowanie na aktorów i pieśniarzy, na piekarzy i kierowców, na wszelkiego rodzaju pracowników. Jestem pewien, że takie działania doprowadziłyby do odkryć, o których nam się nie śni, łącznie z szybkim podróżowaniem po Wszechświecie, pozyskiwaniem energii z nieznanych na razie źródeł. Ale ludzkość, zamiast stale unosić głowę ku niebu i kontemplować odwieczny ruch konstelacji, wpatruje się z nienawiścią w sąsiadów, wyznawców jakichś wiar, nie tolerując inności, nie biorąc pod uwagę różnorodności i kosmicznej jedności na niewielkim pyłku, zwanym Ziemia.

Mleczna Droga

Mleczna Droga

MILIONY LAT

Wracałem rowerem od przyjaciela, który mieszka trzydzieści kilometrów od Bydgoszczy i po drodze fotografowałem przyrodę. Ale najlepsze zdjęcia tego sierpniowego dnia zrobiłem zajeżdżając na plac magazynu handlującego kamieniami. Urządzanie ogrodów to teraz wielki biznes i można zobaczyć w takim miejscu prawdziwe cuda, od róż pustyni, przez różne łupki, bazalty, piaskowce, po grecki i włoski marmur. Ileż pradawnej energii uwięzło w tych wielobarwnych strukturach i elementach składowych wszechświata, ile mocy i prawdy o naszej rzeczywistości. Brałem różne kamienie do rąk, gładziłem je i muskałem opuszkami palców, myśląc o milionach lat ich kosmotelurycznej niezmienności i twardości, absolutnego piękna i najczystszej filozofii istnienia dla istnienia.

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

PRZESŁANIE

Orion_3008_huge

Wracając wczoraj wieczorem do domu zobaczyłem niezwykle wyrazistą konstelację Oriona (Ori), lekko zakrytą przez sino-srebrne chmury, ale górującą na niebie jak wyraźny znak. Czasem mijamy w pędzie takie przesłania, nie zauważamy zjawiskowego otoczenia naszego życia, kosmicznych perspektyw, pośród których się rozgrywa. Gwiazdy od dawien dawna były wielką ludzką tęsknotą, przyciągały wzrok i kazały tworzyć fantastyczne opowieści z pogranicza baśni i mitu. Stale jest do napisania wielka historia miliardów świateł, błyskających na niebie od samego początku wszechświata, choć trudno powiedzieć, kiedy po raz pierwszy jakaś integralna świadomość je wyodrębniła i nazwała. Patrząc na trzy wielkie gwiazdy w środku gwiazdozbioru, nazywane Pasem Oriona – Alnitak, Alnilam i Mintaka – nie mogłem wyjść z podziwu, że moja świadomość spotyka się ze lśnieniem, którego źródło leży kilkaset, a nawet ponad tysiąc lat świetlnych ode mnie. Te błękitne nadolbrzymy gdzieś tam istnieją, w głębinach kosmosu, za niewyobrażalnie daleką przestrzenią i są gorętsze i znacznie masywniejsze od Słońca. Tym razem odsłoniła się tylko część nieba i nie widziałem na południowym zachodzie Syriusza, ani na wschodzie Aldebarana – zwykle pas Ori jest tutaj punktem odniesienia, a jego przedłużenie kieruje oczy w stronę tychże olbrzymów. Chłodne powietrze powodowało, że oddychałem pełna piersią, z jakąś trudną do wytłumaczenia euforią, a Orion szepnął do mnie: Zatrzymaj się… Zatem stanąłem i przez kilka minut podziwiałem ów spektakl kosmiczny i zarazem atmosferyczny. Ostre krawędzie chmur napływały szybko i stopniowo zakrywały konstelację, ale w tle mdłego błękitu wciąż widać było trzy najjaśniejsze gwiazdy. W tym zapatrzeniu, w tej fascynacji i poczuciu niezwykłości,  połączyłem się ze starożytnymi budowniczymi mezopotamskich zikkuratów, egipskich piramid i wielkiego chińskiego muru, wznosiłem głowę ku górze jak miliony mężczyzn i kobiet różnych wieków i próbowałem uchwycić przekaz najrealniejszy z realnych, a zarazem jakże nierealny. Przecież obraz, który pojawiał się w moim mózgu, pochodził sprzed milionów lat, a światło wysłane w kierunku naszej planety musiało przebyć niewyobrażalne odległości. Asteryzm, czyli ustawienie się gwiazd w jednej linii, widocznej tylko z Ziemi, też jest ułudą, ale jakże zakorzenioną w ziemskich cywilizacjach, generującą barwne opowieści i każącą budować piramidy w takim samym rzucie. Z ociąganiem ruszyłem do domu, tym bardziej, że nadciągnęły wielkie, skłębione obłoki i coraz szczelniej zaczęły zakrywać zimową konstelację Ori.

METEORYT

Bolid-Bardzo-jasny-meteoryt-530x298

Dzisiejszy wieczór upłynął pod znakiem astronomii i kosmosu wnikającego do ziemskiego świata. A to przede wszystkim za sprawą pięknie wyeksponowanej Wenus, która mijała dość nisko horyzont i jaśniała w mroku z ogromną mocą. W pierwszej chwili myślałem, że to światło samolotu obniżającego się ku lotnisku, ale już po chwili wiedziałem, że to planeta miłości. Godzinę później zauważyłem spadający meteoryt, co nie zdarzało się w moim życiu zbyt często i mógłbym wyłowić z pamięci zaledwie kilka takich chwil. To musiały być monocerotydy, które pojawiają się od 27 listopada do połowy grudnia i są pozostałością po komecie Mellisha. Myślę, że to był jakiś znak dla mnie i czas podjąć ostateczne decyzje, czym będę zajmował się w najbliższym czasie, jakimi drogami pójdę. Późnym wieczorem kontemplowałem jeszcze gwiazdozbiory, wyraziste na czystym niebie, a szczególnie moją uwagę przykuły Plejady. Pomyślałem o stu milionach lat, które minęły od chwili powstania tej efektownej gromady, o czterystu czterdziestu latach świetlnych oddalenia od Ziemi i kosmicznej pustce, którą trzeba by pokonać by do nich dotrzeć. Gdzieś tam jest kilkaset gwiazd, spośród których najjaśniejsze to Sterope i Asterope, ale przecież i Alkione i Pleyone i Merope nie należą do ułomków pośród błękitnych widmowych olbrzymów. Opuszczając głowę i przenosząc wzrok z nieba na ziemskie przestrzenie myślałem o milionach ludzi, którzy w różnych czasach, w obrębie wielu kultur, narodów i plemion wpatrywali się w to astralne grono i przydawali mu jakiś symboliczny lub mitologiczny kontekst.

The Seven Sisters Pose for Spitzer Ð and for You!

Plejady sfotografowane w podczerwieni przez teleskop Spitzera

POKORA NATURY

Pozostałość po gwieździe supernowej

Pozostałość po gwieździe supernowej

Obcując z naturą, przemierzając jej szlaki i fotografując ją, uczę się od niej pokory i zgody na bezpowrotne przemijanie. Widząc latem wspaniałe, barwne kwiaty, noszę w pamięci też ich więdnięcie, utratę kolorów i zgodę na suchość, przyzwolenie na kruchość. Ciesząc się wiosennymi, soczyście zielonymi liśćmi klonów i platanów, utrwalam też ich barwy jesienne, jakże piękne i kontrastowe, ale szepczące też bezgłośnie: śmierć, śmierć, śmierć… Widząc majestatycznego bielika, bujającego pośród chmur, noszę w myślach jego pióra, leżące pośród traw, pojawiające się na wodzie, będące emblematem nicości. Tę pokorę natury przeciwstawiam zachowaniom ludzkim, jakże butnym i pragnącym zaprzeczyć, że wszystkie organizmy podlegają entropii, rodzą się, rosną i rozpadają, wracając do kosmicznej materii pierwotnej, jako pierwiastki składowe. Buta człowieka bywa przeogromna, ale też i upadki przez to są tragiczne, bezsensowne, dalekie od szlachetnego przemijania całej przyrody. Akceptując zmienność i nietrwałość, zyskujemy mądrość wszechświata, który rozgrywa się w czasie i przestrzeni, ma swoją historię i mieć będzie swój koniec. Nasze lata to obroty i obiegi planet, nasze zachowania i gesty, to ledwie tło dla tego, co rozgrywa się gdzieś daleko i ma przeogromny wymiar. Patrzę na małego motyla na barwnym kwiecie, zauważam pszczołę na fioletowym żmijowcu, przystaję przy gąsienicy na gałązce czeremchy – ich ruchy, ich zawieszenie w powietrzu są tak samo mało istotne dla zjawisk zachodzących na Jowiszu czy Saturnie, jak ludzkie wybory i gesty, nagrody i razy, a nawet najtragiczniejsze dramaty. Kosmos to wszystko zna, w jednej chwili anihiluje planety i całe układy, gwiazdy i galaktyki, jednocześnie stale tworzy nowe ciała niebieskie i alternatywne przestrzenie, zastępuje jedne systemy innymi. Rośliny, ryby, gady i ptaki zdają się to rozumieć i poddają się bez buntu odwiecznym prawom natury, tylko człowiek, jakże zarozumiały, krzykliwy i przekonany o swojej niezniszczalności, nie słyszy szeptu wydobywające się z ciemności: nicość, nicość, nicość… Tylko człowiek myśli, że czas jest rodzajem abstrakcji, która go nie dotyczy, tylko on doświadcza też tak wielkiego bólu przemijania, gdy w późnym wieku lub w chwili gwałtownej śmierci, wreszcie pojmie, czym było jego kruche i wyjątkowe życie.

« Older entries

%d blogerów lubi to: