GEMINIDY

Zdjęcie: NASA

Zdjęcie: NASA

Nie mogłem spać ostatniej nocy, jakby coś wołało mnie, jakby zapraszało do wzięcia udziału w ważnym wydarzeniu. I rzeczywiście, dane mi było uczestniczyć w spektaklu kosmicznym, powtarzającym się co roku. Otworzyłem okno i poczułem lodowaty chłód, powiew lekkiego, zimnego wiatru – na wschodniej stronie bezchmurnego nieba wyraziście rysował się Orion i wiele, wiele innych konstelacji. W pewnej chwili zobaczyłem jedną, dwie „spadające gwiazdy”, po jakimś czasie jeszcze jedną. Choć były to ułamki sekund, wiedziałem, że jestem świadkiem incydentów kosmicznych, a ściślej mówiąc wchodzenia w ziemską atmosferę roju geminidów, meteorów powstałych w wyniku sukcesywnego nagrzewania i rozpadu planetoidy Phaethon. To niewielkie ciało niebieskie, które okrąża Słońce i przecina orbity Merkurego, Wenus, Marsa i Ziemi, a przy tym rozpyla warkocz pyłowy i „gubi” materię skalną. To właśnie ona spala się w naszej atmosferze i daje takie zjawiskowe efekty, przypominające fajerwerki. Nie mogłem stać za długo w otwartym oknie, bo ziąb grudniowy był przenikliwy, a oczy zaczynały się kleić. Przecież była prawie czwarta nad ranem, zegar biologiczny dał o sobie znać i chwilowa przerwa we śnie kończyła się. Jeszcze usiadłem do komputera, odszukałem wiadomości na temat geminidów, niewielkiej planetoidy Phaethon i powoli ruszyłem do łóżka.

Reklamy

ANDROMEDA

m31PHAT_hubble_10000a

Galaktyka Andromedy – fragment

Myślę o głupocie i zarozumialstwie ludzkości, nieustannie prowadzącej wojny, w makabryczny sposób zabijającej niewinne, pokrzywdzone, zastraszane i sterroryzowane byty. Patrzę na ostatnie zdjęcia z teleskopu Hubble’a, prezentujące w ogromnym przybliżeniu galaktykę Andromedy, z milionami gwiazd mniejszych i większych, z mrowiem planet, na których zapewne stale rodzi się i zamiera życie. Powiększając obraz udostępniony przez NASA, konfrontuję go z fotografiami ostatnich mordów na naszej planecie, zabijania dla marzeń o imperium, w imię religii, nienawiści do obcych i innych narodów. Andromeda, leżąca dwa i pół miliona lat świetlnych od Ziemi, jest naszą sąsiadką w teatrze kosmicznym i wraz z Mleczna Drogą, Galaktyką Trójkąta, oraz pięćdziesięcioma innymi, mniejszymi galaktykami, stanowi gromadę – Grupę Lokalną. Zdjęcia zrobione w podczerwieni przez teleskop Spitzera dowodzą, że Andromeda zawiera około biliona gwiazd. Jej nazwa pochodzi od etiopskiej księżniczki, słynącej z urody i szeroko opisywanej w mitologii greckiej. Przez lata myślano, że jest najmasywniejsza w gromadzie, pyszniąca się na granatowym niebie, jak jej rówieśniczka, ale najnowsze ustalenia astronomów każą naszą galaktykę stawiać wyżej. Jakkolwiek by nie było jest to ledwie malutki fragment Wszechświata, który zdaje się być bezkresny i coraz bardziej tajemniczy, fascynujący. Gdyby ludzkość zrozumiała jak wielkim darem jest istnienie w kosmosie i jaki ogrom tajemnic czeka w nim na rozwikłanie, może wszystkie siły skierowałaby na jego poznawanie. To zadanie tak wielkie, że każdy człowiek na naszym globie znalazłby pracę przy długofalowych projektach, a ktoś, kto dzisiaj bez litości morduje braci, spożytkowałby swój temperament w inny sposób. Kosmos sam w sobie jest rozwiązaniem, bo najważniejszy problem ludzi, pozyskanie taniej energii, od samego początku jest w naszym zasięgu. Starczyłoby wszystkie siły skierować na zbudowanie przekaźników mocy słońca i zaspokoiłyby one wszelkie potrzeby, możliwe stałyby się wielkie uprawy, obsługiwane przez roboty, nie byłoby problemów z komunikacją i wznoszeniem budowli, a pieniądze schowano by do lamusa. Budowa potężnych statków kosmicznych, laboratoriów zawieszonych w kosmosie, ulokowanych na asteroidach i naturalnych satelitach, stałyby się priorytetem. Nikomu by niczego nie brakowało, a w wielkich centrach astronomicznych byłoby też zapotrzebowanie na aktorów i pieśniarzy, na piekarzy i kierowców, na wszelkiego rodzaju pracowników. Jestem pewien, że takie działania doprowadziłyby do odkryć, o których nam się nie śni, łącznie z szybkim podróżowaniem po Wszechświecie, pozyskiwaniem energii z nieznanych na razie źródeł. Ale ludzkość, zamiast stale unosić głowę ku niebu i kontemplować odwieczny ruch konstelacji, wpatruje się z nienawiścią w sąsiadów, wyznawców jakichś wiar, nie tolerując inności, nie biorąc pod uwagę różnorodności i kosmicznej jedności na niewielkim pyłku, zwanym Ziemia.

Mleczna Droga

Mleczna Droga

MILIONY LAT

Wracałem rowerem od przyjaciela, który mieszka trzydzieści kilometrów od Bydgoszczy i po drodze fotografowałem przyrodę. Ale najlepsze zdjęcia tego sierpniowego dnia zrobiłem zajeżdżając na plac magazynu handlującego kamieniami. Urządzanie ogrodów to teraz wielki biznes i można zobaczyć w takim miejscu prawdziwe cuda, od róż pustyni, przez różne łupki, bazalty, piaskowce, po grecki i włoski marmur. Ileż pradawnej energii uwięzło w tych wielobarwnych strukturach i elementach składowych wszechświata, ile mocy i prawdy o naszej rzeczywistości. Brałem różne kamienie do rąk, gładziłem je i muskałem opuszkami palców, myśląc o milionach lat ich kosmotelurycznej niezmienności i twardości, absolutnego piękna i najczystszej filozofii istnienia dla istnienia.

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

PRZESŁANIE

Orion_3008_huge

Wracając wczoraj wieczorem do domu zobaczyłem niezwykle wyrazistą konstelację Oriona (Ori), lekko zakrytą przez sino-srebrne chmury, ale górującą na niebie jak wyraźny znak. Czasem mijamy w pędzie takie przesłania, nie zauważamy zjawiskowego otoczenia naszego życia, kosmicznych perspektyw, pośród których się rozgrywa. Gwiazdy od dawien dawna były wielką ludzką tęsknotą, przyciągały wzrok i kazały tworzyć fantastyczne opowieści z pogranicza baśni i mitu. Stale jest do napisania wielka historia miliardów świateł, błyskających na niebie od samego początku wszechświata, choć trudno powiedzieć, kiedy po raz pierwszy jakaś integralna świadomość je wyodrębniła i nazwała. Patrząc na trzy wielkie gwiazdy w środku gwiazdozbioru, nazywane Pasem Oriona – Alnitak, Alnilam i Mintaka – nie mogłem wyjść z podziwu, że moja świadomość spotyka się ze lśnieniem, którego źródło leży kilkaset, a nawet ponad tysiąc lat świetlnych ode mnie. Te błękitne nadolbrzymy gdzieś tam istnieją, w głębinach kosmosu, za niewyobrażalnie daleką przestrzenią i są gorętsze i znacznie masywniejsze od Słońca. Tym razem odsłoniła się tylko część nieba i nie widziałem na południowym zachodzie Syriusza, ani na wschodzie Aldebarana – zwykle pas Ori jest tutaj punktem odniesienia, a jego przedłużenie kieruje oczy w stronę tychże olbrzymów. Chłodne powietrze powodowało, że oddychałem pełna piersią, z jakąś trudną do wytłumaczenia euforią, a Orion szepnął do mnie: Zatrzymaj się… Zatem stanąłem i przez kilka minut podziwiałem ów spektakl kosmiczny i zarazem atmosferyczny. Ostre krawędzie chmur napływały szybko i stopniowo zakrywały konstelację, ale w tle mdłego błękitu wciąż widać było trzy najjaśniejsze gwiazdy. W tym zapatrzeniu, w tej fascynacji i poczuciu niezwykłości,  połączyłem się ze starożytnymi budowniczymi mezopotamskich zikkuratów, egipskich piramid i wielkiego chińskiego muru, wznosiłem głowę ku górze jak miliony mężczyzn i kobiet różnych wieków i próbowałem uchwycić przekaz najrealniejszy z realnych, a zarazem jakże nierealny. Przecież obraz, który pojawiał się w moim mózgu, pochodził sprzed milionów lat, a światło wysłane w kierunku naszej planety musiało przebyć niewyobrażalne odległości. Asteryzm, czyli ustawienie się gwiazd w jednej linii, widocznej tylko z Ziemi, też jest ułudą, ale jakże zakorzenioną w ziemskich cywilizacjach, generującą barwne opowieści i każącą budować piramidy w takim samym rzucie. Z ociąganiem ruszyłem do domu, tym bardziej, że nadciągnęły wielkie, skłębione obłoki i coraz szczelniej zaczęły zakrywać zimową konstelację Ori.

METEORYT

Bolid-Bardzo-jasny-meteoryt-530x298

Dzisiejszy wieczór upłynął pod znakiem astronomii i kosmosu wnikającego do ziemskiego świata. A to przede wszystkim za sprawą pięknie wyeksponowanej Wenus, która mijała dość nisko horyzont i jaśniała w mroku z ogromną mocą. W pierwszej chwili myślałem, że to światło samolotu obniżającego się ku lotnisku, ale już po chwili wiedziałem, że to planeta miłości. Godzinę później zauważyłem spadający meteoryt, co nie zdarzało się w moim życiu zbyt często i mógłbym wyłowić z pamięci zaledwie kilka takich chwil. To musiały być monocerotydy, które pojawiają się od 27 listopada do połowy grudnia i są pozostałością po komecie Mellisha. Myślę, że to był jakiś znak dla mnie i czas podjąć ostateczne decyzje, czym będę zajmował się w najbliższym czasie, jakimi drogami pójdę. Późnym wieczorem kontemplowałem jeszcze gwiazdozbiory, wyraziste na czystym niebie, a szczególnie moją uwagę przykuły Plejady. Pomyślałem o stu milionach lat, które minęły od chwili powstania tej efektownej gromady, o czterystu czterdziestu latach świetlnych oddalenia od Ziemi i kosmicznej pustce, którą trzeba by pokonać by do nich dotrzeć. Gdzieś tam jest kilkaset gwiazd, spośród których najjaśniejsze to Sterope i Asterope, ale przecież i Alkione i Pleyone i Merope nie należą do ułomków pośród błękitnych widmowych olbrzymów. Opuszczając głowę i przenosząc wzrok z nieba na ziemskie przestrzenie myślałem o milionach ludzi, którzy w różnych czasach, w obrębie wielu kultur, narodów i plemion wpatrywali się w to astralne grono i przydawali mu jakiś symboliczny lub mitologiczny kontekst.

The Seven Sisters Pose for Spitzer Ð and for You!

Plejady sfotografowane w podczerwieni przez teleskop Spitzera

POKORA NATURY

Pozostałość po gwieździe supernowej

Pozostałość po gwieździe supernowej

Obcując z naturą, przemierzając jej szlaki i fotografując ją, uczę się od niej pokory i zgody na bezpowrotne przemijanie. Widząc latem wspaniałe, barwne kwiaty, noszę w pamięci też ich więdnięcie, utratę kolorów i zgodę na suchość, przyzwolenie na kruchość. Ciesząc się wiosennymi, soczyście zielonymi liśćmi klonów i platanów, utrwalam też ich barwy jesienne, jakże piękne i kontrastowe, ale szepczące też bezgłośnie: śmierć, śmierć, śmierć… Widząc majestatycznego bielika, bujającego pośród chmur, noszę w myślach jego pióra, leżące pośród traw, pojawiające się na wodzie, będące emblematem nicości. Tę pokorę natury przeciwstawiam zachowaniom ludzkim, jakże butnym i pragnącym zaprzeczyć, że wszystkie organizmy podlegają entropii, rodzą się, rosną i rozpadają, wracając do kosmicznej materii pierwotnej, jako pierwiastki składowe. Buta człowieka bywa przeogromna, ale też i upadki przez to są tragiczne, bezsensowne, dalekie od szlachetnego przemijania całej przyrody. Akceptując zmienność i nietrwałość, zyskujemy mądrość wszechświata, który rozgrywa się w czasie i przestrzeni, ma swoją historię i mieć będzie swój koniec. Nasze lata to obroty i obiegi planet, nasze zachowania i gesty, to ledwie tło dla tego, co rozgrywa się gdzieś daleko i ma przeogromny wymiar. Patrzę na małego motyla na barwnym kwiecie, zauważam pszczołę na fioletowym żmijowcu, przystaję przy gąsienicy na gałązce czeremchy – ich ruchy, ich zawieszenie w powietrzu są tak samo mało istotne dla zjawisk zachodzących na Jowiszu czy Saturnie, jak ludzkie wybory i gesty, nagrody i razy, a nawet najtragiczniejsze dramaty. Kosmos to wszystko zna, w jednej chwili anihiluje planety i całe układy, gwiazdy i galaktyki, jednocześnie stale tworzy nowe ciała niebieskie i alternatywne przestrzenie, zastępuje jedne systemy innymi. Rośliny, ryby, gady i ptaki zdają się to rozumieć i poddają się bez buntu odwiecznym prawom natury, tylko człowiek, jakże zarozumiały, krzykliwy i przekonany o swojej niezniszczalności, nie słyszy szeptu wydobywające się z ciemności: nicość, nicość, nicość… Tylko człowiek myśli, że czas jest rodzajem abstrakcji, która go nie dotyczy, tylko on doświadcza też tak wielkiego bólu przemijania, gdy w późnym wieku lub w chwili gwałtownej śmierci, wreszcie pojmie, czym było jego kruche i wyjątkowe życie.

ISKRY ASTRALNE

z11981894V,Mglawica-Tarantula--czesc-widocznej-golym-okiem-z

Na przełomie lutego i marca, podczas wieczornych powrotów do domu, często obserwowałem dobrze wyeksponowane gwiazdozbiory. Jak zwykle szczególnie długo przyglądałem się Orionowi, jakimś pojedynczym gwiazdom, ale też Wielki Wóz, zwrócony dyszlem ku dołowi, przykuwał moją uwagę. Któregoś dnia przypomniałem sobie podobne zapatrzenia z dzieciństwa i młodości, szczególnie z wypraw na Mazury i z wieczorów na obrzeżu bydgoskiego lasu i na osiedlu Błonie. Doskonale pamiętam ten moment, gdy spojrzałem na Wielką Niedźwiedzicę, która jaśniała pomiędzy dwoma blokami, jakby w bramie prowadzącej do głębin wszechświata. To wtedy rodziła się moja poezja i przekonanie, że nasze ziemskie sprawy mają związek z tym, co rozgrywa się na niebie. To był rodzaj nagłego skrótu myślowego, to była filozofia istnienia pod gwiazdami i wielka fascynacja astronomią, wiedzą o galaktykach i gwiazdozbiorach. Później, gdy pisałem coraz więcej wierszy generacyjnych, często zatrzymywałem się na osiedlu i patrzyłem na nikłe światełka nad moją głową. Samobójstwa i tragiczne śmierci moich kolegów i koleżanek już wtedy były dla mnie ciągiem zdarzeń wpisanych w wielkie wydarzenia kosmiczne. Teraz, gdy mam znacznie większą wiedzę na ten temat, patrzę na Oriona i zastanawiam się jak Słowacki mógł dostrzec w nim kształt skrzypek, rozważam dlaczego Chińczycy widzieli rondel w Wielkim Wozie? Od dawien dawna ludzkość wpatrywała się w czarną otchłań wszechświata i zawieszała swój wzrok na rozświetlających ją punktach – układających się w konstelacje i określanych różnie, w zależności od strony świata i lokalnych mitologii. Tak na przykład nazwa okołobiegunowego gwiazdozbioru nieba północnego Wielka Niedźwiedzica (Ursa Maior), ma swój związek z greckim mitem o uwiedzeniu nimfy Kallisto przez Zeusa. Ta piękna postać została po śmierci przemieniona przez Artemidę w niedźwiedzicę, natomiast zazdrosna Hera uprosiła bogów by nie mogła się ona kąpać w oceanie i przez cały czas wędrowała po niebie. Tak wygląda europejski kontekst kulturowy tej konstelacji, ale w niektórych krajach nazywana ona jest Wielki Rondel, a w wierzeniach chińskich siedem gwiazd Wielkiej Niedźwiedzicy (Północnej Chochli) to dom Cesarza Bogów – Shangdi. Znajdziemy też w tej kulturze opowieść o niebiańskich wieprzach, które ciągną powóz Bogini Świtu – Zhunti. Według Słowian jest to wóz, rzadziej wół, wilk lub niedźwiedź – w wierzeniach dawnych mieszkańców Syberii cały ten gwiazdozbiór ma przedstawiać konia lub łosia, chodzącego w chomącie wokół osi świata (Axis mundi). Cztery iskry astralne to koła wozu, trzy to jego dyszel, który jest złamany i skierowany w stronę wschodnią, natomiast tylne koła wozu wskazują zachód. Wracając wieczorami, przystając pod otwartym niebem, zastanawiałem się jak to wszystko jest możliwe, kto stworzył takie niewyobrażalne ogromy i jaka tajemnica tkwi w tych pierwiastkowych obrazach. Nasze istnienie, w zawieszeniu i magnetyzmie planety, nasza myśl i wszystko, co zdarzyło się i co się jeszcze wydarzy, ma astralny, intergalaktyczny kontekst, jest czymś tak wspaniałym jak dźwięk trąbki, jęk harfy, śpiew ptaka i nostalgiczne brzmienie ciszy.

PLANETY CZERWONYCH KARŁÓW

8fe57992-49f2-11e1-8a88-0025b511226e

Nasze magnetyczne zawieszenie w kosmosie jest czymś cudownym, nie dającym się z niczym porównać i do niczego odnieść. Przeczytałem na jednym z portali  internetowych, że najbliższa planeta przypominająca Ziemię może znajdować się zaledwie 13 lat świetlnych od tego miejsca, w którym jesteśmy. Do tej pory myślano, że tylko duże gwiazdy, przypominające Słońce, mogą mieć takie planety, a tymczasem okazuje się, że także czerwone karły mogą mieć podobne towarzystwo. Uczeni z Harvard-Smithsonian Center for Astrophysics podali na konferencji prasowej, że za pomocą kosmicznego teleskopu Keplera wyodrębnili sześć procent takich gwiazd, co zważywszy na to, że w Drodze Mlecznej jest co najmniej siedemdziesiąt pięć milionów czerwonych karłów, daje sumę olbrzymią. Patrząc na fotografie Niebieskiej Planety z kosmosu zastanawiam się czy także te odległe światy mają swoich tyranów i oprawców, a zło krzewi się na nich tak jak na ziemi? Trudno przykładać ludzką miarę do rzeczywistości, o których nie mamy nawet najmniejszych informacji, ale obserwacja innych stworzeń ziemskich może być tutaj pewną przesłanką. Gdyby nie uderzenie asteroidy w Zatokę Meksykańską 65,5 milionów lat temu, prawdopodobny byłby u nas rozwój cywilizacji dinozaurów, spośród których walkę wygrałyby te najlepiej wyspecjalizowane, co nie znaczy, że byłyby to stwory największe i najbardziej drapieżne. Dla żyjących zwierząt też najczęściej podstawowym pragnieniem jest zdobycie pożywienia i zabijanie nie wywołuje u nich takich odczuć jak u ludzi. Do tego potrzebna jest kultura, a tej nie znajdzie u dzikich kotów, rekinów, orek, wielkich węży, jaszczurów czy modliszek, które polują na swoje ofiary dla przetrwania. O wszystkim decyduje instynkt i głód, a mordowana piękna impala jest takim samym mięsem i obietnicą zaspokojenia elementarnych potrzeb, jak zabijany barwny ptak czy tęczowo ubarwiona ryba. Oglądając filmy przyrodnicze, buntujemy się, gdy krokodyle mordują stada gnu czy malowniczo ubarwionych zebr, ale przecież jest to element ich życia, takie samo zajęcie jak nasze codzienne przygotowywanie śniadania czy obiadu. Myśląc o dalekich światach nie możemy być pewni, że obowiązują tam takie same prawa jak na Ziemi, bo walkę o przetrwanie wygrać mogły istoty drapieżne, w bestialski sposób mordujące inne twory, a nawet takie, które stworzyły całe systemy przygotowywania potencjalnych ofiar do pozbawienia życia. W ludzkiej historii wielokrotnie dochodziło do podobnych sytuacji, a zachowania kanibalskie też nie były rzadkością, nie mówiąc już o takich wynaturzeniach jak morderstwa Stalina, Hitlera, Mao, Pol Pota czy wielu tyranów czasów starożytnych. Może zatem zaistnieć taka sytuacja, że gdy pierwszy ludzki statek kosmiczny dotrze do innego świata, napotka tam opór istot organizujących się na prawach walki o przetrwanie, zabijających i nie widzących w tym nic szczególnego. Co wtedy uczynią nasi potomkowie, czy będą starali się zmienić zabójców, czy pozwolą sobie na ingerencję, a może pozostawią wszystko swojemu biegowi, obserwując z ukrycia to, co tam się będzie działo. Wiele powieści i opowiadań science fiction wykorzystuje motyw wielkiej, pradawnej cywilizacji (najczęściej z planet Syriusza), która wpłynęła na bieg historii ziemskiej, nauczyła Majów i Egipcjan budować piramidy, przyczyniła się do rozwoju cywilizacji chińskiej i Mezopotamii. Według takich fantastów jak Erich von Däniken byliby zatem przyszli Ziemianie modyfikatorami, moderatorami rozwoju, choć nie możemy wykluczyć, że gdzieś tam, daleko w kosmosie, jest społeczność żyjąca spokojnie, kierująca się dobrem, odżywiająca się tylko tlenem lub światłem słonecznym, a jeszcze do tego pracująca wspólnie nad tym, by wszystkim było dobrze, a chwile składały się w ciąg dziejów chwalebnych. Na Ziemi na zawsze pozostaną w podręcznikach historii opisy krwawych walk plemiennych i wielkich wojen światowych, a w książkach na temat zoologii przeczytamy o tym jak waran z Komodo rani jelenia w nogę, czeka aż bakterie osłabią zwierzę, a potem powoli, jeszcze żyjącego, pożera nieszczęśnika.

* * *

Cypr

Dzisiaj mam znakomity humor i nie wiem skąd to się wzięło, częściej przecież noszę w sobie jakieś smutki, rozważania, dalekie oddalenia. Wyszedłem na długi spacer i wdychałem głęboko ciepłe powietrze. Gdyby to była wiosna, wydawałoby się jeszcze dosyć lodowate, ale po ostatnich mrozach odbiera się je jako rodzaj lżejszego powiewu. Ogromny, złoty księżyc w pełni, wiszący nad horyzontem, a potem coraz mniejszy na wysokim niebie, i już zamglony, ledwie widoczny. Czuję, że coś nadchodzi, coś niezwykłego się zbliża, jakiś wewnętrzny głos mówi mi, że będzie się działo… A zresztą u mnie zawsze coś się dzieje, a rozpoczęte projekty rozpalają moją wyobraźnię i przydają mi ogromnej energii. Zawsze mam co robić, tym bardziej, że pracuję według podjętych postanowień, wytyczonych szlaków, którymi podążam dość konsekwentnie. Niestety wdziera się też do mojego życia polskie barbarzyństwo, z jego nieodłącznymi atrybutami, zawiścią i chamstwem, poczuciem bezkarności i oszustwem. Jakkolwiek by nie było, będę dążył do szczytnych celów, zrobię co jest do zrobienia i pociągnę za sobą tych, którzy będą chcieli uczestniczyć w tajemnym rytuale naszego czasu.

NEIL ARMSTRONG 1930-2012

Dwudziestego lipca 1969 roku miałem jedenaście lat i w chwili zbliżania się lądownika Apolla 11 do Księżyca spałem już w najlepsze. Rodzice obudzili jednak mnie i pięcioletniego brata, bo uznali, że powinniśmy to zobaczyć. Na ekranie czarno-białego telewizora niewiele można było dostrzec, a jednak zapamiętałem dobrze moment zejścia Neila Armstronga z drabinki na grunt naszego jedynego satelity. Pamiętam też słowa o małym kroku człowieka i wielkim skoku ludzkości, a potem z zapartym tchem śledziłem powrót lunonautów na ziemię i ich bezpieczne lądowanie 24 lipca na Oceanie Spokojnym. Jak trudna i niebezpieczna była to misja świadczy, odnalezione w archiwach narodowych, orędzie prezydenta Richarda Nixona, przygotowane na wypadek, gdyby kosmonauci pozostali na księżycu na zawsze: Zrządzeniem losu ludzie, którzy wyruszyli na Księżyc, by w pokoju go badać, pozostaną na nim, by spocząć w pokoju. Ci dzielni ludzie, Neil Armstrong i Edwin Aldrin, wiedzą, że nie ma już dla nich nadziei na ratunek. Ale wiedzą też, że z ich ofiary płynie nadzieja dla całej ludzkości. Ta dwójka składa swoje życie na drodze do osiągnięcia najszczytniejszego celu ludzkości: poszukiwania prawdy i wiedzy. Będą opłakiwani przez rodziny i przyjaciół; będą opłakiwani przez swój naród; będą opłakiwani przez wszystkich ludzi ich świata; będą opłakiwani przez Matkę Ziemię, która odważyła się wysłać dwóch swoich synów w podróż w nieznane. Ich misja sprawiła, że wszyscy ludzie tego świata poczuli się jednością; ich ofiara umocni braterstwo ludzkości. Starożytni spoglądali w gwiazdy i widzieli w ich konstelacjach swoich bohaterów. Dziś czynimy to samo, lecz nasi bohaterowie to dzielni ludzie z krwi i kości. Inni pójdą w ich ślady i odnajdą drogę do domu. Poszukiwania ludzkości nie zostaną przerwane. Ale ci ludzie byli pierwszymi, i pozostaną pierwszymi w naszych sercach. Bo każdy człowiek, który w przyszłości zwróci nocą wzrok na Księżyc, będzie wiedzieć, że jest zakątek innego świata, który na zawsze pozostanie świadectwem ludzkości. Na szczęście ten scenariusz się nie sprawdził, ale już rok później, podczas misji Apolla 13 nieomal doszło do tragedii, gdy eksplodował zbiornik z tlenem w module serwisowym. Po sporządzeniu prowizorycznego pochłaniacza dwutlenku węgla, NASA udało się sprowadzić astronautów na ziemię, ale dowódca misji James A. Lovell i John L. „Jack” Swigert oraz Fred W. Haise nie dolecieli do Księżyca i nigdy na nim nie stanęli, choć przez jakiś czas pracowali jeszcze w agencji kosmicznej i wchodzili w skład rezerwowych załóg. Z całej, rozbudowanej i chwalebne misji Apollo najbardziej rozpoznawalną postacią, owianą sławą pierwszego człowieka na ziemskim satelicie, pozostał Neil Armstrong. Wczoraj lotem błyskawicy świat obiegła wiadomość, że ten zasłużony kosmonauta zmarł w wieku osiemdziesięciu dwóch lat, po komplikacjach związanych ze wszczepieniem bajpasów. Wszystko przemija, ludzie starzeją się i umierają, ale nie zaniknie wieczna chwała największych bohaterów. Gdyby ludzkość przeznaczyła tylko  część środków, które marnotrawi na zbrojenia i wojny, dawno na Księżycu powstałyby osiedla, teleskopy i placówki badawcze, a zapewne odwiedzilibyśmy też Marsa. Armstrong mówił o tym wielokrotnie, gdy jako ambasador dobrej woli przemierzał świat i relacjonował odkrywczą wyprawę Apolla 11 na srebrny glob. Pozostanie pamięć niezwykłego życia i wspaniałego człowieka, którego mądrość i odwaga daleko wykraczały poza zwykłe ludzkie ramy.

« Older entries

%d blogerów lubi to: