ONTOLOGIA

Lądując w środkowych Chinach przyglądałem się
wzgórzom żłobionym przez wodę
lód i wiatr

z góry wszystko wygląda jak  budowle
państwa liliputów

a przecież na zboczach pantera zabija
rdzawą gazelę

sokół spada z impetem na smukłą
żołnę

woda przelewa się przez kamienie
i niesie w dal kosmiczną energię

korzeń karłowatej sosny wrasta
powoli w skałę

z przełęczy schodzi bezimienny
człowiek

jego cień wędruje po zboczach
dotyka ostrych grani

zsuwa się w dolinę i znika
pośród okwieconych

krzewów i drzew
morwowych

bezimienny
jak obrys

nagi jak
byt

Kanbura 2009

Reklamy

ŚWIAT STAROŻYTNY (VII)

Myśląc o starożytnych Grekach, postrzegamy ich nieomal jak twory mitologiczne, odrealnione, odgrodzone tak wielką taflą czasu, że aż trudne do wyobrażenia. Patrzymy na ich wizerunki na talerzach i wazach czarnofigurowych , na flakonach do perfum i puszkach czerwonofigurowych, odkrywamy oblicza ze składanych od nowa mozaik, zadziwiają nas twarze i gesty na odrestaurowanych malowidłach. Wszystko to razem układa się w ciąg kulturowy, pełen filozofii i retoryki, proporcjonalnego piękna rzeźb i budowli, połyskującej złotem starożytności, wypełnionej tworami mitologicznymi i bóstwami, noszącej znamiona pierwotnego raju. Któż tam zastanowi się nad cierpieniem piechura, który idzie drogami z Mescenii lub Lakonii do Aten, a po drodze cierpi straszliwie z powodu odcisków. Przebija je cierniami, polewa winem, próbuje iść dalej, mimo dotkliwego bólu. Zanim utwardzi skórę stóp, zanim dotrze do Koryntu i wsiądzie na statek, zatrzymuje się wiele razy, opatruje nogi, a łzy pojawiają się w jego oczach. Kto zamyśli się nad losem niewolnika, przykutego do wielkiego wiosła na okręcie, płynącym z ładunkiem wina i oliwy – dajmy na to – z Kydonii na Krecie, do Mityleny na Lesbos. U niego te nieszczęsne odciski wciąż pojawiają się na rękach, a twarz, kark i plecy są tak spalone słońcem, że przybierają kolor hebanu. Kto pomyśli o zranionych w walce żołnierzach, których rany wciąż jątrzą się, śmierdzą i ropieją – o żołnierzach cierpiących w ciągu dnia z powodu upału i w nocy, z powodu chłodu. Czy komuś przyjdzie na myśl by zastanawiać się nad wypuszczaniem gazów przez ówczesnych mieszkańców wielkich pałaców i zwykłych domów? Znamy idylliczne i pasterskie przedstawienia Grecji, ale za nimi kryją się realne ludzkie (czytaj: smrodliwe) ciała i dramaty, potęgowane poczuciem przegrania, tajemnicy i zależności od decyzji bogów. Z iloma dziwnymi rzeczami mieli oni wtedy do czynienia i ileż zagadek czekało na rozwiązanie. Dlatego najwięksi myśliciele greccy, tworząc wielkie systemy filozoficzne, zatrzymywali się nad tym, co zwykłe, co zastanawiające i pytali o wszystko – bez jakichkolwiek obyczajowych zahamowań.

Ludzie tamtego czasu jedli i pili, a potem odchodzi na bok „za potrzebą” i nie zastanawiali się nad tym jak to jest, że płyny i pokarmy dostarczane ciału poprzez usta, wypływają i wydostają się, w zmienionej formie, w innych naturalnych otworach. Trzeba było mieć umysł Arystotelesa by pytać: Dlaczego mocz robi się tym bardziej przykry w zapachu, im dłużej bywa przetrzymywany w pęcherzu, stolec natomiast mniej? Czy dlatego, że przetrzymywany ulega bardziej odwodnieniu – odwodnienie zaś jest mniej podatne na gnicie – mocz zaś gęstnieje, a świeży jest podobny do pierwotnego napoju. (Arystoteles, O smrodach 1 [w:] Zagadnienia przyrodnicze, przeł. L. Regner, Warszawa 1980, s. 160.) Widać prawie wszystko interesowało nauczyciela Aleksandra Macedońskiego, a jego pytania wcale nie były bez sensu. Założywszy, że ciało w tamtych czasach było mało poznane, wszelka przemiana wody czy wina w cuchnącą, żółtawą ciecz, musiała budzić zdumienie. Właśnie – Arystoteles przypomina, że starożytni Grecy, tak jak ludzie każdego czasu, musieli wydalać zużyty pokarm i musieli pozbywać się moczu. A stąd już tylko krok do historii urządzeń sanitarnych, takich jak ubikacja z bieżącą wodą. Już Sumeryjczycy używali jej do pozbywania się nieczystości, a dbający o czystość Grecy, konstruowali przemyślne pomieszczenia dla wielu ludzi naraz, pod którymi przepływała woda i zabierała ze sobą fekalia. Spotkania w takich ubikacjach miały też charakter towarzyski, można było przy okazji porozmawiać o ostatnich wydarzenia, o wielkich upadkach i wzlotach, o możliwościach zarobienia pieniędzy i sprzedania jakichś towarów. Takie przedłużone siedzenie w tych pomieszczeniach, powodowało, że ludzie całkowicie się wypróżniali i nikogo nie peszyły mało eleganckie odgłosy. Dzisiaj jakby o tym zapominamy i wszystko robimy w biegu, nie dajemy czasu naszym ciałom na regenerację, pozbycie się toksyn i produktów przemiany materii. Obok tych czystych i dbających o siebie ludzi, sporo było też w czasach starożytnych niechlujów, brudasów, roznoszących choroby włóczęgów i pomyleńców. Może dlatego Arystoteles pyta dalej i wyrokuje: Czy przyczyną smrodu jest to, że wydzieliny nie zostały strawione? Dlatego również pot niektórych ludzi i w niektórym czasie bywa cuchnący, zwłaszcza tych, u których taki pot nie zawsze występuje w następstwie choroby. Również wiatry i wymioty tych, którzy źle trawią, mają woń odrażającą. Ta sama przyczyna powoduje cuchnięcie w mięsie i w tym, co zamiast mięsa przysługuje innym stworzeniom. I tutaj bowiem bywa u niektórych wydzielina niestrawiona. Ta więc, gdy gnije, jest przyczyną cuchnięcia w ciałach żyjących i martwych. (Tamże 4, s. 161) Wiele w tym prawdy i liczne ludy na świecie kładą nacisk na to, by prawidłowo oczyszczać swoje ciało – Hindusi i Chińczycy upatrują w tym nawet samej istoty zdrowia. Nieszczęściem współczesnego człowieka jest nieustanna sytość, dostarczanie pokarmu, nawet, gdy nie jest on organizmowi potrzebny. Tymczasem w starożytności ludzie często głodowali i pozwalali by organizm trawił wszystko, co jest w nim zbyteczne, co może mieć zły wpływ na kondycję, jakość i długość życia.

Ileż prawdy o świecie greckim jest w rozważaniach Arystotelesa O smrodach – ileż pojawia się w nich ważkich zdań, świadczących o obyczajach starożytnych. Jak wszystkie ludy południowe, jedli oni sporo czosnku, a jego woń roznosiła się dosłownie wszędzie i nie była przyjmowana z taką odrazą jak dzisiaj. Stagiryta zadaje nowe pytanie: Dlaczego, gdy ktoś zajada czosnek, mocz zalatuje nim, gdy się natomiast je inne potrawy, które mają silny zapach, mocz nie zalatuje nimi? (Tamże 6, s. 162.) Niby to proste pytanie, ale w tamtych czasach rodziło wiele kontrowersji, a i sam Arystoteles odpowiadał na nie dość mgliście i pokrętnie. Idąc dalej – pytał o inne przykre zapachy: Dlaczego usta tych, którzy nic nie jedli, lecz są na czczo, wydają silną woń – co się nazywa wonią postu – gdy zaś coś zjedzą, wtedy już nie, mimo, że powinni by bardziej? (Tamże 7, s. 163) Dalej jest skomplikowany wywód na ten temat, który oczywiście nie wytrzymuje konfrontacji ze współczesną wiedzą, ale liczy się przecież to, że podejmowano taki próby, że chciano zrozumieć funkcjonowanie ludzkiego organizmu. Arystoteles wszystko próbuje tłumaczyć procesami gnicia i tak też jest w przypadku kolejnego pytania, a zarazem odpowiedzi: Dlaczego pachy zalatują najgorzej ze wszystkich miejsc na ciele? Czy dlatego, że są najmniej przewiewne? Przykry zapach w tych miejscach pochodzi najbardziej stąd, że z powodu zastoju wilgoci następuje gnicie. Czy może dlatego, że pachy są pozbawione ruchu i ćwiczenia? (Tamże 8, s. 163) To, co dzisiaj jest zmorą zatłoczonych autobusów, kolei i wszelkich dusznych zgromadzeń, było także kłopotliwe w starożytności.  Nie wszystkich stać było na kąpiel i regularne mycie ciała, stąd intensywność woni w tamtym czasie musiała być silniejsza, czasami wręcz obrzydliwa i odstręczająca. Wiemy, że nawet władcy cuchnęli, a żołnierze nieomal przenikali wonią koni i siodeł, byle jakiego pokarmu, czosnku i wina. Nieco zabawnie brzmi dzisiaj jeszcze jedno pytanie Arystotelesa, tym bardziej, że i objaśnienie jest rozweselające: Dlaczego woń oddechu u ludzi krzywych i garbatych jest bardziej przykra i nieznośna? Czy dlatego, że okolice płuc są ściśnięte i odbiegają od kształtu prostego, wobec czego nie są łatwo dostępne dla powietrza, natomiast wilgoć i oddech uwięzione wewnątrz ulegają gniciu. (Tamże 10, s. 163) Raczej sytuacja życiowa, brak środków i możliwości utrzymania higieny wpływały na to, że tacy ludzie cuchnęli bardziej od innych. Patrząc na wielkie amfory z wizerunkami Greków, czytając Iliadę czy Odyseję, nie zastanawiamy się nad tymi, jakże ludzkimi, aspektami egzystencji. Może warto byłoby stworzyć monografię starożytnych zapachów – smrodów i pięknych woni, które tak jak wielka cywilizacja, rozwiały się pośród czasu i przestrzeni. Byłoby to jednak przedsięwzięcie bardzo trudne i wymagające wielkiej erudycji, wiedzy o sprawach wzniosłych i małych, o ludziach na tronach i w prymitywnych domostwach, a nade wszystko o zwyczajach i obrzędach, o życiu codziennym i nieustającym pędzie ku przeznaczeniu. O wiatrach Platona lub Heraklita i o zapachu z ust Filipa lub Peryklesa, o pachach Leonidasa lub Tukidydesa, o wonnych olejkach, skrywających braki w higienie niektórych greckich piękności i o odorze zwierząt hodowlanych oraz niektórych mitologicznych bestii. Chyba tylko bogowie byli wtedy bezwonni…

ZAMBIA – STO KWACZY

Jest to jeden z najładniejszych, najlepiej wykonanych i najbarwniejszych, banknotów afrykańskich. Na stronie emisyjnej przedstawiony został Kenneth David Kauda, od 1964 roku prezydent Zambii. Odegrał on ważną rolę w usamodzielnieniu politycznym i gospodarczym kraju, choć nie brakowało mu przeciwników. To teoretyk afrykańskiego socjalizmu, który głosił też idee filozofii humanistycznej, czyli budowy państwa, w którego centrum ma się znajdować człowiek. Dokonał nacjonalizacji zagranicznych towarzystw górniczych. Blisko współpracował z prezydentem Tanzanii Juliusem Nyerere oraz z Chinami. Zwalczał rasistowskie reżimy w RPA i Rodezji Południowej. Wspierał lewackie ruchy wyzwoleńcze w Mozambiku oraz Angoli. Po lewej stronie banknotu przedstawiono bielika afrykańskiego (Haliaeetus vocifer) w locie. To sporych rozmiarów drapieżnik, z rodziny jastrzębiowatych, który żywi się przede wszystkim rybami (dziennie pożera ich prawie półtora kilograma), ale nie gardzi też padliną. Żyje w parach i z towarzyszką życia podejmuje loty zwiadowcze nad wodą, ale nie oddala się za bardzo od brzegu. Jest charakterystycznym stworzeniem licznych afrykańskich rozlewisk, jezior – spotyka się go także nad morzem. Po tej samej stronie, co ptak, znajduje się też znak wodny, będący repliką wizerunku prezydenta kraju. Prezentowany egzemplarz jest banknotem okazowym (Specimen), dlatego nie posiada numeru a seria zaznaczona jest umownie AA. Na środku tego biletu płatniczego umieszczono słowne określenie wartości oraz przedstawienie palm kokosowych. Na wysokich nominałach banknotów zambijskich, na środku strony emisyjnej prezentuje się drzewa rosnące w tej części świata, a  na nominałach małych, przedstawiono barwne motyle. Pod określeniem wartości umieszczone zostało godło narodowe Zambii, które prezentuje kobietę i mężczyznę, trzymających tarczę godła, na której z kolei znajdują się biało-czerwone, falowane linie. Nad tarczą widnieją podobizny skrzyżowanych – kilofa i topora oraz bielik z rozpostartymi skrzydłami. Pod nim jest wstęga, na której umieszczono napis w języku angielskim: Jedna Zambia – Jeden Naród. na Całym banknocie rozsiana jest też wyobrażenie dłoni trzymającej płonącą pochodnię. Pośród motywów linearnych, po stronie lewej, pod wyobrażeniem rybołowa, ukryto ledwie widoczne określenie wartości banknotu. Na stronie drugiej widzimy panoramę przepięknego wodospadu Wiktorii, na rzece Zambezi, zwanego przez krajowców Mosicatunga. Wodospad ten mierzy 120 metrów wysokości a szeroki jest na 1800 metrów. Małe skaliste wysepki rozdzielają go na trzy części: Wschodnią, Tęczową i Główną. Rzeka Zambezi spada tutaj z bazaltowego progu do wąskiej, głębokiej bruzdy w korycie rzeki. Wodospad ten został odkryty w 1855 roku przez słynnego, szkockiego badacza Afryki – Davida Livingstone’a. Na skale, naprzeciw spadających wód, przedstawiono Murzyna, zrywającego symboliczne kajdany, a w pierścieniu zbiegających się linii, zauważymy raz jeszcze kontur dłoni, trzymającej płonącą pochodnię, przypominający też kontur granic Zambii. Niżej umieszczono głowę bawoła afrykańskiego i podobnie uczyniono na innych banknotach tego kraju, gdzie znajdziemy w tym samym miejscu zebrę, słonia, gazelę, żyrafę, lwa i nosorożca. Banknot wszedł do obiegu 24 czerwca 1991 roku. Po nim wprowadzono 16 sierpnia tegoż roku bilet podobny, wartości pięciuset kwaczy, ale zamiast wodospadu przedstawiono na nim zbiór bawełny.

GAPY I WRONY

Foto Rafał Komorowski - Wikipedia

Patrzę za okno i widzę czarne plamy gawronów (Corvus frugilegus) na trawnikach i na dachach okolicznych domów. Ludzie często mylą te ptaki z wronami, które przecież wyglądają inaczej, są rzadsze i większe. Jako dziecko znałem te ptaki jako gapy – tak mówiła o nich moja babcia i mama i wielu innych ludzi. To zwyczajowe określenie zyskało walor pejoratywny i stało się osobnym wyrazem w słowniku języka polskiego – to ktoś, kto popełnia błędy, gafy, ktoś, kto łatwo wpada w jakąś pułapkę. Jednakże gawrony wcale nie są gapowate, raczej bywają ostrożne, a jako ptaki synantropijne, czyli żyjące w pobliżu człowieka, doskonale wiedzą jak niebezpiecznym może on być. W dawnych wiekach kojarzyły się ze śmiercią, bo szczelnie obsiadały trupy ludzi i koni na polach bitew. Wraz z krukami, kawkami i wronami, stanowiły one szybką służbę sanitarną i oczyszczały ze zwłok i padliny pola i lasy, obrzeża miast i wsi. Ptaki te należą do rodziny krukowatych (Corvidae), mają czarne upierzenie, z metalicznym, fioletowym lub niebieskim połyskiem, co powoduje, że są dobrze widoczne na śniegu. Można by pomyśleć, że to bardzo im przeszkadza w polowaniach, ale z drugiej strony pomaga przecież dostrzec skupiska innych gawronów, które zawsze wróżą jakąś ucztę. One wolą czekać, bo są bardzo inteligentne i wiedzą, że w mroźnym klimacie, wcześniej czy później znajdą jakieś martwe zwierzę, kawałek chleba, owocu czy ciasta. Zaobserwowano nawet, że latem posługują się niewielkimi patykami, by wydobyć tłuste larwy z drzew. Ptaki te podczas cieplejszych miesięcy zjadają ogromne ilości owadów i gryzoni, nie gardzą też pisklętami innych, małych zwierząt latających. Niezwykłym spektaklem w miastach są rozległe stada gawronów, krążące i przelatujące do upatrzonych drzew, nad rzekami, przy cmentarzach, na skraju lasu, gdzie przysiadają i nocują. Często razem z kawkami i pojedynczymi wronami, czyniąc sporo hałasu, zrywając się nagle do lotu i krążąc nad nocowiskiem. Skolonizowały ogromną część Euroazji, od Hiszpanii, poprzez Europę Środkową, Syberię, aż do Chin. Także w Ameryce żyje tamtejsza jej odmiana (Corvus brachyrhyncos), mutująca i przechodząca w podobne wizualnie podgatunki – gawrona rybiego i gawrona z Tamaulipas. Zimą nasze rodzime gawrony odlatują na wschód, a stamtąd trafiają do nas populacje syberyjskie i wschodnioeuropejskie. Im jest mroźniej jest w tundrze i tajdze, tym więcej u nas pojawia się tych czarnych ptaków.

Wrona siwa (Corvus corone cornix), jak sama nazwa mówi, ma inne upierzenie od gawrona, sporo szarości i wyraźne akcenty czerni na głowie, lotkach i na ogonie. Zamieszkuje zadrzewienia śródpolne oraz wysokie grupy drzew w osiedlach i miastach – łatwo dostrzeżemy ją na starym cmentarzu lub w parku, zapewne przysiądzie też tam, gdzie przy jakimś pożywieniu tłoczą się gawrony. Jest ostrożniejsza i dostojniejsza od nich, a często ukryta, postanawia ujawnić się dopiero w takiej chwili, która daje jej szansę na przejęcia jakiegoś kawałka mięsa czy innego jadła. Latem jest to straszliwy drapieżnik, czyniący wielkie spustoszenia w gniazdach innych ptaków, potrafiący zaczaić się w wysokiej trawie i uderzać w momencie, gdy jaja lub pisklęta, chwilowo nie mają opieki. W odróżnieniu od kruka, złodziejka ta nie ma ostro zakończonego dzioba, choć tak jak i on widywana bywa na wszelkiej padlinie. W dawnych czasach – znacznie liczniejsza – była w mitach przedstawiana jako ptak chtoniczny (łączący niebo i ziemię), uczestniczący w wielkich ucztach na polach ludzkich bitew. Istnieje też gatunek wrony czarnej, który tylko wytrawni ornitolodzy potrafią odróżnić od gawrona. W moim życiu widziałem wiele wron, a szczególnie utkwiła mi w pamięci ta z Wilna, z podwórka domu, gdzie mieszkał Juliusz Słowacki z matką i ojczymem (umieszczam ją nad tą partią tekstu), a także dziwnie zachowujące się i szczuplejsze wrony, które widziałem, na warszawskich dachach, z okien Domu Literatury. Wysypałem im na część zadaszenia sporo kawałków słodkiej chałki i przyglądałem się bardzo długo jak skaczą, nadlatują, wykukują zza kominów i biją się o najlepsze kęsy. Żałowałem, że nie miałem wtedy przy sobie aparatu fotograficznego, bo zrobiłbym znakomite zdjęcia. Podczas moich wypraw na obrzeża miasta, często najpierw słyszę wyraziste krakanie, oddzielane momentami ciszy, albo cichsze odgłosy typu kirk arrk, a dopiero potem, po dłuższym przyglądaniu się przez lornetkę, zauważam dobrze ukrytego ptaka. Gdy odrywa się od drzewa lub wzlatuje z dachu, jego lot jest charakterystyczny, na poły ociężały, na poły elegancki. Największe wrażenie robią jednak wrony, gdy szybując, wynurzają się z mgły i mkną nad ośnieżonymi polami, zmarzniętymi wodami Wisły lub nad rozległymi bagniskami, plątaninami krzewów lub rumowisk kamieni.

ROK JULIUSZA SŁOWACKIEGO (VI)

Jeszcze tylko dwa dni trwać będzie Jubileuszowy Rok Juliusza Słowackiego – zamykając go w mojej biografii i dokumentując liczne działania, jakie podjąłem, umieszczam w moim dzienniku fragment szerszego opracowania na temat okresu genezyjskiego, ze szczególnym uwzględnieniem niezwykłego „Poematu o Sofos i Szczęsnym”.

Przestwór duchowy Słowackiego ma złożoną strukturę, bo z jednej strony jest nieograniczoną, nieskończoną przestrzenią, a ze strony drugiej – przypomina widzialny wszechświat, a nawet ma pewne cechy układów planetarnych. Stąd wędrówki duchów mają miejsce w przeciwstawnych obszarach solarnych i lunarnych, ale też nie gubią dynamiki i wielkości niewyobrażalnych dali, gdzie czas i przestrzeń tracą swoją integralność i stają się cząstką, okruchem, cechą istnień. Poeta pragnie poczynać ruch z myśli i światłem ducha zabijać odwieczny ogień, płonący w bytach, mający naturę lucyferyczną, a zatem popychającą je ku piekielnym otchłaniom. Pragnie on kreować duchowe istoty idealne, które rozpłomienia pędzące w dal światło i które w nim (w świetle) podążają ku Bogu. W nim jest spokój twórczy, pozwalający mu zobaczyć byty rozedrgane i płonące fatalnym ogniem, a jednocześnie jest jakaś niezwykła dążność do przebóstwienia tego co złe, noszące w sobie jakiś element globowych niedoskonałości, jakąś skazę cielesności i materialności. On jednak – co paradoksalne – jest jakby stopień wyżej na drabinie duchowej i z tej perspektywy widzi to, czego nie dostrzegają Sofos i Szczęsny – próbuje ich zatem modyfikować, „rozwidniać lice”, wzbogacać swoją obecnością.  Słowacki był „tkliwym człowiekiem” i przemawiała do jego wyobraźni „niedola braci” – tych na ziemi i tych w przestworzach, tych cielesnych i tych duchowych. Stawał pomiędzy bohaterami jego poematu, Sofos i Szczęsnym, by światłem ducha – zabić ogień w duchu, by wskazywać kierunek wielkiego marszu, odwiecznego biegu, nieustającej zmienności i metamorfozy. Chodziło też o to, by potwierdzić, że dla rozumu bez granic to wszystko jest już skończone, co zaczęte, a to znaczy, że początek i koniec są jedną chwilą, a istnienie rozgrywa się w mgnieniu Boskich powiek, w ciągu jednej stwórczej myśli i jednego ogarniającego wszystko natchnienia. Czytając ów poemat nieomal dotykamy niezwykłej dynamiki poczynania słów i obrazów Słowackiego, zauważamy z jaką szybkością myśli przeobrażają się tutaj w słowa i stają się tkanką nowych wizji, wirujących przestrzeni, nowych światów i coraz głębszych głębi. Człowiek wędruje przez dzieje i przez przestrzenie duchowe, zatacza kręgi i zawraca, staje się metempsychicznym wędrowcem, który w natłoku lat i tysiącleci szuka przewodnika. Chce wreszcie dotrzeć do Bożego tronu, chce stanąć pośród chórów anielskich, chce zyskać siłę archanioła, ale nie może tego uczynić bez nawrotów do ludzkiego ciała, bez kolejnych cierpień, przenoszących go na wyższy szczebel drabiny duchowej. Poeta staje się przewodnikiem takich bytów, a jednocześnie wybiega myślą w przyszłość, cofa się do przeszłości i widzi siebie w momencie przejściowym, pomiędzy ciałem a duchem. Ma świadomość tego, że przed nim daleka wyprawa, ale też pamięta o swojej przeszłości duchowej i wierzy, że przewędrował już wielkie bezkresne dale niebieskie, a tylko na chwilę trafił do wątłego, schorowanego ciała. Wspiera swoich bohaterów, ale też potrzebuje ich obecności dla wsparcia swojego Ducha.

Tak duchy Sofos, Szczęsnego i poety łączą się w   j e d n i ę   i zaczynają rozumieć prawa rządzące światem widzialnym i niewidzialnym – sięgają ku fundamentom i pojmują mechanikę dziejów, owej nieustającej przemiany materii w ducha i powrotu istnień spirytualnych do ciał. Natura poezji jest z istoty swej statyczna, jest rodzajem utrwalenia jakiegoś stanu rzeczy, ale wiersz romantyczny otwiera się stale na ogromy i jakby rozsadza swoją formę, eksploduje wraz z przyrodą i poczynanym światem. Wyobrażając sobie to, co zostało zapisane, rozwijamy w wyobraźni wizję poety i wiele tutaj zależy od wewnętrznego dynamizmu utworu. W przypadku przywoływanego poematu, mamy do czynienia z niezwykłą skocznością i lekkością, a zarazem z tak subtelną warstwą wizualną, że natychmiast znajdujemy się pośrodku tego „stworzenia”. Oto kończy się życie w ciele i zaczyna czas rozpadu, powrotu do materii pierwotnej, do łożyska stopionych pirytów, a potem nagłego wyrwania przez inny byt duchowy, ku wyżynom Boskim. Potrzebne jest jednak owo nagłe szarpnięcie – ów pęd, który w świecie ludzkim pojawia się wraz z zachwytem nad wielkością. Tak opisuje go i przeciwstawia ludzkim działaniom destrukcyjnym Johann Ludwig Tieck: Kiedy więc przed obrazem jakiegoś bohatera, jakiegoś wielkiego artysty duszą naszą wstrząsa dreszcz rozkoszy, kiedy chcemy w tej jednej chwili ogarnąć naszym zachwytem niejako cały świat i wszystkich ludzi i niczym centralne kółko mechanizmu zegarowego przekazać wszystkim pozostałym duszom ten sam pęd – wówczas ktoś słysząc ten nasz donośny hymn uśmiecha się nieraz melancholijnie i z cichą wyższością, i wskazuje na przepastne otchłanie przeszłości, na nieznaną wieczną przyszłość; mu unikamy go jak głupie dzieci, on zaś pragnie przywrócić nam jedynie poczucie, iż wszystko jest bez znaczenia. Pęd jest rodzajem Boskiej energii, a zarazem też „podłączeniem” do niezwykle energetycznych sfer, gdzie nie ma miejsca na odpoczynek, gdzie wciąż się coś dzieje, stale trwają jakieś przemiany, zawsze ktoś gdzieś podąża, nieustannie jakieś byty wyrywają się ku Stwórcy i pragną przejść szlak od upadku do wzlotu, od ciała do Ducha. To jakby teologiczny komentarz do odwiecznego problemu, związanego z wszechmocą Boską i pytaniami dociekliwych egzegetów o naturę świata. Jeśli Bóg wszystko może i nad wszystkim panuje, skąd bierze się zło, skąd tragedie, choroby i grzechy ziemskiego bytowania? Czy nie lepiej byłoby od razu „urządzić” świat na innych prawach, uczynić ludzi dobrymi, zamknąć do nich drogę złu – zrównać cielesność z duchowością? Te proste pytania, uznawane czasem za naiwne, mają w sobie sporo pychy i podobne podłoże jak herezja Lucyfera. Kwestionują wszakże wszechmoc Boską i chęć udoskonalania bytów, w procesie życia ziemskiego i w momencie przejścia do sfer duchowych. Ale przecież żadne pytanie nie jest przewiną, żadna próba objaśnienia największej tajemnicy, nie jest wykroczeniem poza dozwolone ramy. W takim rozumieniu poetyckie fantazje Słowackiego na temat genezy i wędrówek duchów migrujących, uznać należy za niezwykłą dążność, by zrozumieć fenomen Boga, by podejść do niego jak najbliżej, osiągnąć stan równowagi z naturą i stworzeniem. Ale Bóg tworzył z niespotykanym we wszechświecie impetem i poeta musi odczuć coś z tego wielkiego aktu, muszą do niego dotrzeć promienie pierwotnego światła, musi poczuć drżenie, zacząć wibrować i przyciągać ku sobie migotanie innych bytów. To wielka tragedia i wielka radość, pozwalająca dostrzec różnorodność i piękno elementarnej kreacji, przekształcenia piekielnego ognia w światło.

Bohaterowie poematu istnieją dzięki modlitwom żywych istot, ciągnących się od form najprostszych do najdoskonalszych, a nawet są wypadkową metamorfoz w obrębie struktur materialnych. Cały wszechświat, zainicjowany i uruchomiony jak zegar, przez Boga, pracował na to, by one zaistniały. I nie było to działanie statyczne, raczej wszystko przebiegało z niezwykłą dynamiką, aż dotarło do tego punktu, w którym zrodziła się żywiołowa świadomość poety. Ten – jak najprawdziwszy romantyk – wytrącony z bytu i własnego ja, zaczął poczynać z siebie światy i tworzyć nowych ludzi, rozległe przestrzenie, zaczął przeczuwać kolumny migrujących duchów, a na koniec sam, jeszcze jako byt cielesny, stanął pomiędzy nimi i ruszył do przodu. Objaśniając im mechanikę dziejów i strukturę istot, zyskał status mentora, znawcy stworzenia – przyjął na siebie funkcję dziejowego drogowskazu, który kieruje tłumy duchów ku właściwym ścieżkom i drogom, a tym samym staje się ukochanym uczniem Pana i przyczynia się do powszechnego zbawienia. Słowacki kierował się tutaj rozległą wiedzą i doświadczeniem lekturowym, związanym z nauką o metempsychozie. Widzimy ją w Poemacie o Sofos i Szczęsnym, gdzie wkracza ona także w obręb obrazowania i wyobraźni. Szczęście bohaterów kojarzy się poecie z parą łabędzi, spokojnie sunących po wodzie. Pomijając aspekt erotyczny takiego przedstawienia, który wskazywał w odniesieniu do literatury romantycznej Gaston Bachelard, warto skupić uwagę na owej potrójności. Nie byłoby zachwytu i nie pojawiłoby się tutaj myślenie symboliczne, gdyby owa para pięknych białych ptaków nie została wyodrębniona przez świadomość poety, a potem nie została umieszczona w ciągu triad, biorących swój początek w pismach – głęboko zakorzenionych w świadomości poety – Ojców Kościoła. To jeden z niewielu obrazów statycznych w tym poemacie. Ogrom uczuć i doświadczeń, waga symboli i tradycji wczesnochrześcijańskiej, każe jednak dopatrywać się w owym obrazie szczęśliwości drugiego dna – wszakże w przyrodzie nie ma obszarów bez zagrożeń, a piękny biały ptak zawsze będzie wyzwaniem dla drapieżnika. Starczy, że zbliży się za bardzo do brzegu, gdzie czyha lis lub wilk i już harmonia zostanie zakłócona, pojawi się krew na białych piórach, niewinność i czystość zostaną zbrukane.  Rację ma Andrzej Kotliński, gdy wskazuje, że okres mistyczny stał się epoką w ogromnej mierze zdominowaną przez walkę i przemoc. Ale dodać tutaj też trzeba, że jest to odwzorowanie gwałtowności przemian dokonujących się w kosmosie i przyrodzie, po akcie założycielskim i po pojawieniu się na planecie Ziemia struktur, pozwalających na dalsze przekształcenia, a w końcu na zaistnienie pierwszych form życia. To w takim momencie zaczyna się Genezis z Ducha, i to o takich celach finalnych mówi Poemat o Sofos i Szczęsnym, Poecie chodzi o odzwierciedlanie postępu i nieustannych przekształceń, prowadzących do osiągnięcia duchowych wymiarów gigantycznych. To jest droga od niewielkiej drobiny ludzkiej do Ducha rozrastającego się i osiągającego wymiary globowe. Stąd już tylko krok do kosmogonii Ducha, przekształcającego wszechświat, odwzorowującego Boskie tchnienie  i stającego się samą jego istotą. Tego rodzaju dynamiczne wzrastanie i zdobywanie potężnej mocy, stawanie się gigantyczną strukturą, możliwe jest dzięki stwarzającej wyobraźni i wiedzy. Tym czym dla człowieka są niewyobrażalne wręcz przemiany w stale eksplodującym Słońcu, tym dla postaci wykreowanych przez Słowackiego są metamorfozy i migracje duchów. Można tutaj zestawić dwa obrazy – czerwonej, rozżarzonej kuli gazowej, nieustannie się zmieniającej na powierzchni i we wnętrzu, z równie wielkimi i kłębiącymi się postaciami, duchami, aniołami, ulotnymi bytami, które wydostały się z powłoki cielesnej i w wielkich „duchowych kłębach” zdobywających przestrzeń niebieską, wypełniających odwieczną pustkę, mnożących się w postępie geometrycznym i – potem – z wielką mocą wracających do ciał, by znowu cierpieć, by żyć i umierać, by wchodzić na dawne szlaki, i zamykać kręgi metempsychiczne.

AVATAR

Wczoraj obejrzałem film Jamesa Camerona pt. Avatar. Czekałem z niecierpliwością na ten moment, bo słyszałem sprzeczne opinie i chciałem je skonfrontować z własnymi odczuciami. Nie był to zmarnowany czas, bo lubię obrazy w konwencji science fiction lub fantasy, szczególnie, gdy wiele jest w nich wyobrażeń kosmosu i obcych cywilizacji. Fabuła oparta została na starym temacie walki dobra ze złem i zdecydowanie najgorzej wypadła tu kreacja czarnych charakterów, granych sztampowo, bez polotu, jak w marnych filmach o oddziałach najemników i komandosów. Pamiętać jednak trzeba, że reżyser zawarł w swoim dziele kilka przesłań, kierowanych do ludzi w różnym wieku. Chodziło mu o ukazanie odwiecznego tematu mitologicznego i religijnego, ale równie ważne było wskazanie wagi ekologii i możliwości łatwego zniszczenia środowiska naturalnego. Film oglądałem w wersji 3D i byłem zachwycony niezwykłymi efektami wizualnymi. To na pewno jest kierunek, w którym pójdzie kino, a udoskonalenia będą daleko idące, wykraczające poza ramy naszych dzisiejszych wyobrażeń. Avatar, to historia żołnierza na wózku inwalidzkim, który musi podjąć wyzwanie i zastąpić zamordowanego brata przy realizacji projektu badawczego, mającego na celu zneutralizowanie wielkiego klanu mieszkańców planety Pandora. Chodzi o produkcję, takich samych jak mieszkańcy innego świata, Avatarów, które sterowane są ze specjalnych kapsuł, do których wchodzą ludzie. Główny bohater wciela się w taką postać i ma za zadanie zebrać jak najwięcej informacji o planetarnym ludzie i jego zwyczajach, a nade wszystko dostarczyć wiedzy na temat słabych punktów wielkiego drzewa, na którym żyją obcy. Wszystko idzie gładko, póki wysłannik nie zakocha się w avatarskiej kobiecie i nie zacznie rozumieć jak piękna, oryginalna i wartościowa jest jej kultura. Niestety dostarczone wcześniej dane, pozwalają Ziemianom bezwzględnie uderzyć w samo serce tworzonej przez wieki cywilizacji. Rozumiejąc swój błąd, dawny żołnierz staje po stronie Avatarów i prowadzi ich do wielkiego zwycięstwa nad własną rasą. Historia znana z wielu realizacji w powieściach i opowiadaniach science fiction, ale tutaj wzbogacona o efekty wizualne i technikę prezentacji obrazów trójwymiarowych. O takich wrażeniach wzrokowych nie mogli nawet marzyć ludzie wcześniejszych wieków, bo to jest najwyższa myśl techniczna, połączona z wielkim talentem twórców tego filmu. Mnie najbardziej podobały się stworzone w 3D zwierzęta latające i te skrywające się w gęstwinach tropikalnych lasów, ale postaci Avatarów też robiły wrażenie, a szczególnie dopracowane w każdym szczególe, zdumiewające swoją odmiennością, ich tęskne i zarazem dziwne oczy. Myślę, że tego rodzaju filmy odegrają wielka rolę w kształtowaniu wyobraźni następnych pokoleń i przyczynią się pośrednio do rozwoju technik komputerowych. Pojawią się też zapewne nowe rozwiązania w przemyśle i sztuce, a imaginacyjne akumulatory młodzieży, ładowane podczas takich seansów, procentować będą niezwykłą energią twórczą w nowym czasie. Zapamiętam wiele oryginalnych obrazów z tego filmu, latających smoków i gadów, krzewów, dziwnych grzybów i drzew z połyskującymi lianami, stanowiącymi kanały komunikacyjne dla milionów innych roślin. Wiele w tym jest poezji, wrażliwości na barwy i kształty i wzniosłego natchnienia twórczego, które każe pochylić głowę przed realizatorami. Gdzieś tam we mnie unosi się ów połyskliwy twór filmowy, przypominający nasienie dmuchawca i świetlistą meduzę, gdzieś pozostały widoki nieistniejącej planety, na której Avatorowie wiążą się w klany zamieszkujące dziwne przestrzenie drzew, pływających wysp i stepów. Wszystko endemiczne i tajemnicze, pełne znakomitych rozwiązań plastycznych, daleko wykraczające poza to, co do tej pory zrobili filmowcy w tym względzie. Zapewne też wytyczające szlaki dla kolejnych realizacji, wskazujące jakie możliwości stoją przed kinem i sztuką nowego stulecia.

SEN XVI

Szedłem powoli w gęstym mroku, stawiałem kroki ostrożnie, jakbym badał wytrzymałość lodu. W dali lśniły metalicznie dwa intensywnie niebieskie punkty. Gdzieś w pobliżu słychać było groźny pomruk, jakby lekko skradał się za mną lew, jakby władca ciemności, złościł się, że wchodzę na jego terytorium. Im byłem bliżej, tym szybciej biło moje serce, im wyraźniej widziałem płonące ślepia, tym większą suchość czułem w ustach. Ale szedłem nadal do przodu, wysuwałem prawą i lewą nogę, a rękoma sondowałem przestrzeń przede mną. Byłem już blisko, gdy zobaczyłem, że niebieskie okręgi są dwoma płomieniami lamp oliwnych. Nagle się zatrzymałem, bo spostrzegłem coś za nimi, coś tak przerażającego, że włosy uniosły mi się na głowie. Choć był cały czarny, wyraźnie fosforyzował w nikłym poblasku. Ogromny jak wysokie drzewo, chropowaty i wiotki jak sztandar na wietrze, falował w mroku i szczerzył białe, ociekające krwią kły. Obie lampy nagle zgasły, rozległ się straszny ryk i on skoczył na mnie. Zagłębił zęby w mojej szyi, pazury wbił w plecy i brzuch. Poczułem przenikliwy, lodowaty ból i natychmiast straciłem świadomość. Nie wiem jak długo pozostawałem w jego władzy, ale gdy otworzyłem oczy zobaczyłem ogromnego, szkarłatnego archanioła, który wyciągał ostrze miecza z dymiącego ścierwa. Opierał nogę na nim i patrzył w dal, a wiatr rozwiewał jego złociste włosy. Potem płonącą klingą wskazał na mnie i znalazłem w wielkiej jasności, w komnacie bez ścian, podłóg i sufitów, tak jak ja zwieszonej pośród światła. Jakaś biała, zwiewna, połyskująca postać zbliżała się do mnie…

ANDRZEJ SIKORSKI

Andrzej Sikorski zadebiutował w 1980 roku arkuszem poetyckim pt. Listy, wydanym w serii ósmej „Pokolenia, które wstępuje”. Już wtedy dał się poznać jako poeta wykraczający swoją osobowością, skalą obrazowania i wrażliwością na nadużycia systemowe, poza ramy młodopoetyckich przetasowań. Jak się okazało świat wykreowany w listach, owa sielska kraina przesycona liryzmem i smutkiem, bajkowa, nieco tandetna, jak z wiszącej nad łóżkiem makatki, stała się obszarem poetyckich penetracji przez czas dłuższy i zaowocowała tomikiem obszerniejszym (Prawie wszystkie listy). Aura tej przedziwnej krainy, jej zagadkowość i tajemniczość tchnęła także z kolejnej książki Sikorskiego, zatytułowanej Ślimaczy  dzwonnik (1985). Była to – jak zwykle u autora – ocierająca się o pogranicza prozy poetyckiej, opowieść o wiejskim głupku Grzegorzu, obserwowanym i podglądanym przez wspólnotę młodych chłopaków. Ślimaczy dzwonnik, to właśnie wspomniany wykolejeniec, zepchnięty na margines społeczności, popychany, ale i podziwiany przez dzieci. Ale Grzegorz, w narracji Sikorskiego, był też przedziwnym magiem, zaklinaczem rzeczywistości, który posiadł o niej wiedzę absolutną i nie rozumiany przez otoczenie, zamknął się w sobie, niczym ślimak w skorupie. Wokół niego ogniskują się wszystkie wioskowe wydarzenia. Grzegorz zdaje się być głównym celebransem w teatrze nadchodzących świąt i zarazem dyrygentem upływającego czasu. Cykl przemijania pór roku to jeden z kilku ukrytych szyfrów tej poezji. Bohaterowie liryczni Sikorskiego zanurzeni bez reszty w czasie i przestrzeni, od nich uzależnieni, są zarazem ich współtwórcami, organicznymi filarami, na których godziny i odległości się wspierają. To jest liryka pozornie prostych symboli, nie przeładowana semantycznie, czerpiąca swoje soki z przedmiotów codzienności, „zwykłych” zwierząt, roślin, pejzaży. Wszystko to jednak: ptaki, drzewa, trawy, świerszcze, muszle, psy i gwiazdy, uczestniczy w rozgrywającym się spektaklu trwania, wzajemnie się przeplata i przez bliskie sąsiedztwo, wzbogaca się o nowe sensy. Ptak Sikorskiego to niezwykły gawron, sikorka czy skowronek, to wysłannik owej legendarnej krainy sielskości, w którym oczy dziecka widzą plątaninę cudowności, strachu i niezrozumiałej lotności – podobnie jest z drzewami, trawą, ziołami. Tak jak poeci Nowej Fali, Sikorski zdaje się udowadniać, iż najpełniejsza więź, to więź wytworzona w jedności zbiorowych przeżyć. W Ślimaczym dzwonniku uwidacznia się także wyraźna opozycja między Grzegorzem a grupą wiejskich chłopców, pędzących beztroski żywot, spoglądających jedynie ze strachem na przydrożnego Chrystusa i twarde, spracowane dłonie ojca. Dorośli, jeśli już pojawiają się w tym świecie, to są w nim jak deus ex machina, najczęściej uwalniając Grzegorza od brzemienia młodzieńczych żartów wspólnoty. Ów pomyleniec pełni także w tym świecie rolę strażnika wiecznej tajemnicy, przez którego oczy spoziera na świat złośliwy demiurg. Poeta jest członkiem nieformalnego klanu wyrostków i jego postrzeganie natury ma coś z cudownego fałszerstwa, bezczelnego oszustwa w obliczu losu i śmierci. Dlatego większość wierszy, sygnalizuje w tytule, że obserwacja poetycka odbyła się na zasadzie podglądania, wydzierania Grzegorzowi i światu ich tajemnic. Jest w tej poezji coś z atmosfery literatury skandynawskiej; może pozorny chłód, pod którym pulsuje rozbuchany żywioł elementarnych uczuć. Wiersze ze Ślimaczego dzwonnika „pachną” świeżo skoszoną trawą i sianem leżącym w stodole; odbijają się w nich zdziwione oczy dzieci i ptaków, rozmyte spojrzenie Grzegorza i czasami, trzeźwy rzut oka ojca lub dziadka. W poezji Sikorskiego „słychać” szelest wody w strumieniu, szemranie owadów, czyste głosy zwierząt oraz jakby odrealnione szepty ludzi – bohaterowie tej poetyckiej krainy czerpią swoją siłę z natury; ona jest ich matką żywicielką, ona też w końcu nad nimi triumfuje, topiąc odbitki rzeczywistości w ogniu nagłej śmierci. Ślimaczy dzwonnik, to piękna poetycka opowieść o wzrastaniu, dojrzałości i umieraniu, opowieść o tym, jak plączą się sznury życia, jak pojęcia „normalności” i „inności”, w perspektywie natury i prawdziwego z nią obcowania, tracą sens.

Wiersze zawarte w tomie pt. Prawie wszystkie listy (1987) są jak żarliwa modlitwa; wszystko w nich zdaje się wznosić w górę i tam zastygać. Wszystko dąży ku bytowi doskonałemu – wszystko przeciwstawia się dogmatowi bólu. Zwierzenia syna i matki, owe listy niesione na skrzydłach wiatru i poszarpanego snu, są jak prośba o ocalenie, prośba o jeszcze kilka chwil istnienia. Nawet jeśli to życie miałoby być tylko eksplozją cierpienia, nawet gdyby stało się wyrwą w czasie. Świat z listów, to jakby magiczne miejsce – to inne rewiry przestrzeni Ślimaczego dzwonnika – gdzie przecinają się i prześwietlają pochyłe równie snu, magiczna elipsa radosnego dzieciństwa, chybotliwa kładka wspomnień i ptasia chmurność marzeń. To właśnie tutaj żyje snujący swoją opowieść malec, to tutaj dobiega żałosne wołanie matki i klekot martwych bocianów. Chłopiec Sikorskiego wciąż przyzywa dawne chwile, antycypuje miejsca, które dane mu było oswoić swoją obecnością, przyzywa najbliższe sobie osoby: oprócz wspomnianej już matki – ojca i dziadka. Jego wyobraźnia generuje przedziwne, fantasmagoryczne wizje, gdzie przestaje obowiązywać logika, gdzie wszystko – niczym w bajce – jest możliwe. W tej onirycznej rzeczywistości, ptaki i inne zwierzęta mówią ludzkim głosem, bociany rosną w ziemi, a czarodziejskie ziarnko zboża działa jak cudowna pastylka, przenosząca do świata zgubionej, spłakanej przeszłości. Ale nie jest to tylko kraina radości i uśmiechu, jest to też świat groźny, leżący jakby nieopodal jakiejś wiecznej, straszliwej tajemnicy. Dlatego chłopiec często płacze i nie może zrozumieć sił, które nim targają, które raz każą mu się cieszyć, a już po chwili rozpaczać żałośnie i przyzywać matkę. W tym zakątku ekstazy, bólu i lęku wyobraźnia dziecka „wyświetla” coraz to bardziej skomplikowane obrazy, każe widzieć w otaczającym świecie pozór i niespełnienie chwilowego piękna, piękna lotnego jak źdźbło trawy, porwane przez podmuch. Wyobraźnia dziecka widzi w świecie dorosłych jakieś przedziwne twory, poruszające się wbrew prawom przyrody. Dobroć, która wprost rozpiera tego chłopca, każe mu jednak dostrzegać we wszystkim jej przejawy. Dlatego nawet najbardziej niezrozumiałe zachowanie dorosłych zostanie zinterpretowane jako coś naturalnego i koniecznego. Śmierć dziadka i śmierć ptaków – to przecież jedno i to samo zdarzenie. Oto do czego zdolna jest wyobraźnia dziecka – zdaje się mówić poprzez te wiersze Sikorski. Ta imaginacja potrafi nagle syntetyzować i łączyć odległe zdarzenia, fakty, chwile. Dlatego wszystko stanowi dla niej  wszechogarniającą, ogromną jedność – filozoficzna jednię. Życie ludzi, oddech przyrody, ból i lęk, krzyk i śpiew; wszystko zostało wkomponowane w ten świat z konkretnych pobudek. Wszak wszystko zaprogramował niewidzialny Bóg i widocznie On chciał, by tak było. Dlatego chłopiec stara się sumiennie wykonywać polecenia matki, pragnie zawsze stosować do jej rad. I choć znajduje się w sporym oddaleniu, wciąż o niej pamięta i wysyła w dal list po liście. Owo rozdzielenie – dal na wyciągnięcie dłoni, może na szept marzenia, albo na przeraźliwy krzyk snu – sprawia, że tęsknota wciąż dźwięczy w uchu chłopca, wciąż mami go perspektywą ucieczki, wciąż każe mu wracać. Ale przecież matka prosiła go tyle razy, by był grzeczny, by ludzie nie mieli z nim kłopotów. Stara się zatem w każdym ruchu i każdym czynie manifestować oddanie. Wszak jest jej  cząstką, przecież w jego sercu bije część jej serca – musi zatem zachowywać się tak, jak każe posłuszeństwo, jak nakazują „mądre prawa” świata ludzi dorosłych. Sikorski ukazuje dziecko jeszcze w stanie nieskazitelnej czystości, nieomal tabula rasa. Dopiero wskazówki i nakazy dorosłych, ich uwagi i próby, ukształtują z tego rozsypanego świata, logiczną całość. Ta głęboka poezja – mimo że dotyka krain odrealnionych – uczy pokory wobec sił, które nas na świat powołały, które określiły nasze życiowe drogi i dały cel. Owym punktem dojścia w tej liryce jest właśnie dobroć. Tak doskonała, że aż niemożliwa, nieprawdopodobna, aż groźna. Te słowa, to jakby ciągle ewokowane życzenie chłopca: niech ptaki wzlatują nad horyzont, niech w wyrzuconej przez morze muszli gra muzyka świerszczy, niech duch dziadka nawiedza brzemienne owocami sady, niech matka snuje się po niebie jak chmura, niech pada deszcz gwiazd, niech liście otulają ziemię, niech niebo nigdy się nie zamyka – niech wciąż trwa błagalna i pochwalna pieśń rzeczywistości. Tylko dziecko potrafi usłyszeć tę melodię, tylko nadwrażliwy chłopiec zdolny jest dołączyć do ogromniejącego wciąż chóru i z lękiem w sercu, ale też nadzieją, zawołać: Ziemia jest wielkim ogrodem dokąd/ Przełażą przez płoty/ PTAKI skazane na śmierć. I nie ma tu fałszu, gdyż śmierć nie przeraża dziecka. Jest dla niego jeszcze jedną abstrakcją, podobną pękatym gruszom, barwnym ptakom i zieleni liści. Śmierć nie przeraża chłopca, bo śmierć jest rzeczą naturalną, immanentną siłą rozbuchanego, pędzącego donikąd świata. Zresztą wyobraźnia ma w sobie coś ze śmierci – coś z nieograniczonej przepaści, w której od czasu do czasu migają jakieś zjawy, zwidy, walają się pęknięte obrazy, do siebie nie przystające. Dlatego ludzie, patrząc na ptaki, przede wszystkim podziwiają ich szybujące piękno w obłokach/ I żyją w rozpaczy. Chłopiec z wierszy Andrzeja Sikorskiego także żyje w rozpaczy, ale jest to ta sama rozpacz, która dwa tysiące lat temu każdą ściekającą do ziemi łzę i każdą kroplę krwi przemieniała w hymn…

Kolejny zbiór – Motyl na wieży Babel – jest rzadkim w naszej literaturze poematem poświęconym zmarłemu koledze, poecie Andrzejowi Babińskiemu. Człowiekowi, którego życie było legendą i który najdosłowniej za tę legendę zapłacił. Sikorski, w swoich stylizowanych na wypowiedzi Babińskiego wierszach, stara się jakby odtworzyć w słowie punkty graniczne   d o j ś c i a  Babińskiego, punkty, które dla jego nadwrażliwości i otwarcia, były centralne, stanowiły – niezwykle sprężyste – odskocznie. Liryka dopuszcza pewne uogólnienia, pozwala widzieć bohatera wiersza w przestrzeni idealnej – w przestrzeni, która rozciąga się od bólu i wylewającej się z czaszki krwi, do rozczulającego zapatrzenia w niebo. Sikorski przyjął na swoje barki rolę towarzysza, w ostatniej drodze Babińskiego, spotykał się z nim, słuchał jego wypowiedzi i notował je skrzętnie. Tak powstał ogromnej wartości liryczny dokument tragedii – protokół wyposażony w głębię ostrości, liczne tonacje barw i kontrasty. Przyglądając się jednemu z najprawdziwszych poetów, a zarazem literackiemu banicie, Sikorski stworzył jakby jego metaforyczną mitologię, odtworzył też w sposób szczątkowy – ale jedynie możliwy – mechanizmy jego psychiki, przeżywania świata, odbierania impulsów i bodźców. Tak ukazany Babiński jest czysty i delikatny i przywodzi na myśl – nieco może tandetne – odniesienie do łąki, motyla i kwiecistości. Ale właśnie taki był autor Zniczy… – momentami sztuczny, a jednocześnie niezwykle prawdziwy, tragiczny i skrzywdzony. Był motylem, ale przeznaczonym na rzeź –zmierzającym ku bezlitosnym trybom stulecia, motylem zmiażdżonym. Jego życie przypomina tragedię wielu już pokoleń polskich poetów tragicznych; stanowi też swoiste memento. W tym konglomeracie tandety, taniej uczuciowości, zachwytu nad cudownością świata, a także krwi, spermy, plwociny i zapachu gnijącego mięsa odnajdziemy jakby immanentne cechy liryki, która w swoich podchodach śmierci i tajemnicy istnienia, dociera za blisko i nieopacznie sama staje się śmiercią i tajemnicą. Prowokacja przeradza się tu w pożądanie i pragnienie a choroba staje się narzędziem  poznania. Liryka Babińskiego, to nieustanne ewokowanie przestrzeni surrealnych, chwil dusznych i tajemniczych, groźnych i bolesnych – Sikorski wprowadza czytelnika do przedsionka tych przestrzeni. Dalej jednak każdy musi podążać na własną rękę i z własnym tobołkiem doświadczeń na plecach. Samo doprowadzenie jest jednak istotną wartością – jest przybliżeniem człowieka, jego artystyczną rehabilitacją, a nade wszystko – krzykiem protestu przeciwko sądom tych, którzy chcieliby tylko widzieć w Babińskim zapitego i zaplutego naturszczyka, który w swojej piwnicy, wraz z ojcem (Zwierzem) dokonuje szamańskich bachanalii. Sikorski raczej wskazuje ogromne obszary wrażliwości, której korzeni doszukiwać się można w „natchnionej” lekturze polskich romantyków. Babiński fascynował się Mickiewiczem, Słowackim, a w szczególności innym włóczęgą i wygnańcem ojczyzny – Cyprianem Norwidem. W relacji Sikorskiego, czytanej wespół z wierszami autora Zniczy…, odnaleźć można ów przedziwny Norwidowski oddech i zarazem aurę duszności, zaprzepaszczenia wszelkich szans. Bohater Motyla na wieży Babel jakby nieustannie poruszał się w groźnej przepaści, to spadał i przybliżał się do skał i krwi, to znowu – unoszony siłą poezji – na chwilę zawisał w powietrzu. Jego wrażliwość i jego nieustanny lęk wciąż generują w jego świadomości–nieświadomości obrazy przeszłości i przeczuwanej przyszłości: furmanki, ludzie, artyści, matka, Zwierz, łąki, trawa, kosa – wciąż mkną przez poetę estakady obrazów, wciąż rozrywają go na strzępy widma i wizje. Człowiek opisany w poemacie szarpie się w sobie, pragnie wyswobodzić się ze straszliwych pęt wrażliwości, powołującej obrazy wyobraźni, pragnie uciec z nieogarnionych pól drżącej percepcji. Byt opisany w poemacie – poeta Andrzej Babiński – podejmuje jednak próbę ucieczki. Nie ma już siły dalej się męczyć, nie ma siły walczyć – ma świadomość tego, że materia wyprawia w nim niezrozumiałe harce. A mimo to pragnie uciec – nie chce już dłużej snuć swojej smutnej i tragicznej opowieści, nie chce zdawać relacji ze swojej bezsiły: Jak teraz siedzę, czy leżę, to nie mogę nawet się ruszyć,/ nie mam siły./ W żyłach mam teraz rtęć.

Lokator piątego kąta, to kolejny zbiór wierszy, ukazujący świat oczyma dziecka – świat odtworzony po latach, zrekonstruowany z fragmentów wspomnień, starych fotografii i dziwnych, powracających przebłysków tamtej świadomości. Sikorski ukazuje tu świat wynaturzony i wyolbrzymiony – cienie pająków, much, komarów, a także sprzętów domowych, wypływają z nieistnienia w powiększeniu, rozdęciu, jakby w nagłym rozbłysku zapałki, oświetlającej ciemne pomieszczenia. Aura tych wierszy nieodmiennie przywodzi na myśl krótkie formy prozatorskie Franza Kafki, ale także przestrzenie kreowane w prozie i dramatach Samuela Becketta. Te światy przypominają także niektóre obrazy Salvadore`a Dali, u którego także pierwotne infantylne lęki ukazywane były z wykorzystaniem różnorakiego robactwa; słonie na owadzich nogach, wyolbrzymione cykady, muchy i pająki. Właśnie pająk jest u Sikorskiego symbolem przeszłych lęków, symbolem owej dziecinności, z szeroko otwartymi oczyma i przyspieszonym biciem serca na widok owada. Ale ów pająk ma też pewne konotacje sympatyczne – przynosi szczęście, jest czymś kruchym, delikatnym, pięknym, a poza tym jest jedynym towarzyszem opisywanego w wierszach człowieka wyalienowanego – rozpiętego w swoim miejscu odosobnienia pomiędzy Bogiem a śmiercią, starającego się zapełnić czas medytacjami o przeszłych zdarzeniach, starającego się przywołać aurę świętości i czystości, jaka otacza dziecko i jego świat. Sikorski stosuje w swoim tomie dwa zabiegi poetyckie: przybliżenia, czyli powiększenia otaczającego świata i jego drobinek oraz oddalenia, czyli pomniejszenia tego co normalnie mieści się w skali makro– . W zależności od miejsca wypowiadania poszczególnych zdań, narrator bądź to zniża się do poziomu leżących na stole okruchów chleba, dostrzega koniec włosa i mikroskopijne cząstki pożywienia, znikające w sieci pająka; a innym razem wyolbrzymia opisywane elementy, pająki, komary. Czasami zdaje się wtedy, że ów świat, to monstrualnych wymiarów boska sypialnia, w której bohater – tak samo jak pająk w kącie – jest intruzem. Stosując metodę lirycznych obserwacji mikro– i makroskopowych osiąga Sikorski w poszczególnych przebiegach lirycznych, niespotykaną głębię i siłę wyrazu. Mikroskopia konotuje liczne deminutiva: firanki, skrzydełka motyla, zezowate światełka, białe sukienki, krzyżyk, słoneczne siostrzyczki, mogiłkę, wilczęta, kamyczek; a makroskopia – gigantyzm, odniesienia do skali kosmicznej, boskiej, niewyobrażalnej. Chłopiec, który raz po raz jest narratorem tych strzępów lirycznych, wyrwanych z pamięci i podświadomości, czuje się wystraszony, pełen obaw przed tym, co za chwilę może się wydarzyć. Sikorski ukazuje świat widziany szeroko otwartymi i zalęknionymi oczyma dziecka, ale też wraca do dawnych fotografii, korzystając z zasobów świadomości wieku dojrzałego. Tak pragnie opisać człowieka z kilku stron naraz – wszakże poezja rodzi się w miejscu przecięcia wspomnień, obszarów wyrwanych z podświadomości i teraźniejszych zamyśleń lirycznych. Sikorski podejmuje w Lokatorze piątego kąta wędrówkę ku kosmosowi i ku Bogu, a czyni to nie ruszając się z miejsca (przypomina się leżący krzyżem w kościele ksiądz Piotr z Dziadów; leżący, ale jakby wędrujący w przestworzach), wpatruje się jedynie w wiszącą w rogu pokoju pajęczynę i obserwuje ruchy owada. Jego podróż, to wędrówka na  spotkanie dawno zagubionej dziecinności, dawno zaprzepaszczonych myśli i fragmentów zdarzeń, widzianych poprzez „filtr” pająka–symbolu. Postaci przewijające się w tych migawkowych prezentacjach przypominają osoby ze starych, uszkodzonych przez czas, ikon; są ledwie zarysowane, ledwie kilka plam określa ich części anatomiczne – podobnie sprzęty, podobnie domy; ale mimo to ów świat wyposażony jest też w niespotykaną ostrość i kontrastowość. A powoduje to swoista mistyka słów, pulsowanie obrazów, magia przeciwstawień – Sikorski świadomie ogranicza swoje penetracje do wycinka pokoju, fotografii, do strzępu wypowiedzi, aby z tych substratów, z tych elementarnych cząstek świadomości i podświadomości, stworzyć nowy obraz, nową przestrzeń – templum – zabudowaną tajemniczymi postaciami, przedmiotami, przestrzeń ledwie przeczuwaną, alogiczną i często absurdalną, ale jakże immanentną w człowieku, przyrodzie, kosmosie.

Wiecznie szczęśliwe dzieci, to tom wyciszony, pełen spokojnych, jakby pastelowych wierszy. Wszystkie one orbitują wokół tajemnicy tajemnic, wszystkie w jakiś sposób dotykają pra–mitu. Wiele w nich wiary w człowieka i wiary w Boga, który jest najwierniejszym towarzyszem, opiekunem i najsprawiedliwszym sędzią. Bohater wierszy Sikorskiego głosi pochwałę harmonii, spokoju, pogodzenia się z naturą i sprawiedliwego życia pośród niej. I choć ciągle coś staje na drodze, wciąż coś przeszkadza, człowiek musi wsłuchiwać się w wewnętrzny głos, który dolatuje gdzieś z dali, gdzieś z samego jądra rzeczywistości, z samego wnętrza wszechświata. Zachwyt Sikorskiego, to inkrustowany smutkiem zachwyt dziecka. Istoty, która zabłądziła, długo tułała się pośród obcych ludzi i obcych miejsc, aż nagle odkryła w samym sobie drogę prowadzącą do domu, do celu, poprzez świat; odkryła prawdę: Boże, przecież i ja jestem małym dzieckiem/ Wszechświata/ Jak kamień i zielona jaszczurka wygrzewająca się w jesiennym słońcu/ (…). Odkrycie własnej dziecinności i podporządkowanie się Wielkiemu Ojcu, Matce Matek, wszystko to stało się dla poety materią doświadczenia na tyle ważką, by ożywiać powietrze dumnie wypowiadanymi słowami. Programowe ubóstwo tych wierszy może nużyć, może zniechęcać, ale przecież tego rodzaju poetyka wpisana została w ów rodzaj człowieczego doświadczenia. Sikorski dotykając spraw zwykłych i ostatecznych, używa języka prostego – manifestuje niemalże rezygnację, w obliczu niewyobrażalnych sił. Tego rodzaju poetyka prostoty od wieków przypisana była największym doświadczeniom mistycznym. Oprócz nich, znajdziemy w Wiecznie szczęśliwych dzieciach wszystkie atrybuty, charakterystyczne dla świata poetyckiego Sikorskiego – umiejętność kreowania przestrzeni tajemnych, mrocznych, jakby malowanych ręką malarza prymitywisty, albo ręką największego mistrza – Celnika Rousseau albo Salvadore’a Dali – łatwość konstruowania światów, w których brzmią prymitywne pomruki walczących bestii i harmonijna, pełna melodycznych uniesień muzyka baroku. W gruncie rzeczy ten zbiór wierszy nie jest do czytania – ten tom należy przeżyć; odtworzyć poetyckie i mistyczne przygody autora i zbliżyć się do tej samej energii… Jest wyraźna łączność tej liryki z tomem następnym: Płowowłosi o twarzach aniołów. To z kolei liryczna opowieść o ludziach, którzy znaleźli się w centrum katastrofy. Stylizacje przywodzą tu na myśl tragedię Pompei – wielu bohaterów wypowiada się tu jakby spoza świata żywych, jakby z głębin śmierci. Sikorski stara się przedstawić w tych wierszach proces zacierania śladów przez historię, po człowieku i kulturze, po całej cywilizacji. Nieliczni, którzy ocaleli z pogromu zdają się być skażeni tragedią, skażeni umieraniem. Ich myślenie – jak we wcześniejszych tomach Sikorskiego – przywodzi na myśl procesy kojarzeniowe dziecka, albo człowieka prymitywnego (w sensie początków ludzkiej świadomości) i jak u jednych i u drugich – zawiera ono w sobie też element prawdy pierwotnej – biologicznej, genetycznej – prawdy od nowa organizującej świat, składającej ten świat z okruchów, starych skorup, strzępów dawnej kultury, cząstek kulturowych arcydzieł i zwykłych materialnych dowodów egzystencji. Prezentowane postaci mają w sobie też nieodmienny element antycznej boskości – jawią się jako nieco upozowane, koturnowe figury w greckim amfiteatrze. Sikorski,  w tym kosmogonicznym poemacie, stosuje metodę podobną do tej, jaką posługiwać się muszą archeolodzy, znawcy kultur, gdy warstwa po warstwie odkrywają ślady dawnych dni. A zatem – poszczególne wiersze, to jakby kolejno odkrywane warstw świadomości opisywanych postaci. Nie trzeba tu chyba dopowiadać, iż jest to odkrywanie meta–świadomości CZŁOWIEKA, odkrywanie prawdy o nim i szukanie w jego tajemnicy choćby odrobiny sensu, znaczenia. Owa łączność przeszłości, historii, śmierci i teraźniejszości życia, w wierszach tych, jest bardzo wyraźna, a niekiedy przyjmuje nawet formę wypowiedzi programowej: Nie wychylę sie z ciebie Pompejo Matko./ Jedziemy na tym samym karawanie do miasta z jedną, jedyną/ wieżą, z której zegar co sekundę boleśnie bije po twarzy./ Starcy z pooranymi twarzami patrzą ślepo przed siebie./ Puls płoszy stada myszy z ich zgrabiałych dłoni./ I pomyśleć, że to samo niebo, ten sam pył spada także na moją/ głowę… Charakterystyczne dla Płowowłosych o twarzach aniołów są owe numerowane wiersze–stopy. To jakby ślady nieznanego człowieka, odciśnięte w dawno ostygłym popiele. Nie na darmo Sikorski, w jednym z wierszy, porównuje odkopywanych z wulkanicznego pyłu ludzi, do wyciąganych z popiołu kartofli. Byty te – podobnie jak bulwy – przeszły próbę ognia, zostały wypalone niczym antyczne naczynia. A to znaczy, że poddani oni zostali hartującej sile najgroźniejszego z żywiołów – sile niszczącej, a zarazem znakomicie konserwującej i odradzającej się w innej strukturze, na innym podłożu materialnym, w obrębie mikrokosmosu. Świat odkopywany przez Sikorskiego – swoista archeologia liryczna – przypomina po tym ożywieniu, surrealną krainę wszelkich możliwości. Wszystko tu jest przenikliwe, wszystko daje się łatwo formować i kształtować, wszystko – nawet najdrobniejszy odkopany sprzęt i detal – wpisane zostało w ogromną wszechogarniającą anaforę istnienia. Świat Płowowłosych o twarzach aniołów, to gigantyczne cmentarzysko ludzkości, ziemia jałowa współczesnej cywilizacji, kraina, gdzie niedobitki błąkają się, jakby śniąc na jawie. Tutaj łączą się wszelkie ludzkie systemy, wszelkie biologiczne i myślowe struktury – tutaj człowiek odarty z krwi płonie na stosie ofiarnym, a wraz z nim żarzy się biała gołębica – to w tych absurdalnych przestrzeniach dochodzi do połączenia tego co substancjalne z tym co duchowe. Liryczne Pompeje Sikorskiego to tygiel cywilizacji – piec kulturowo–historyczny, w którym poeta łowi prawdziwe słowa, szuka sensu pojęć elementarnych, a nade wszystko pragnie wyrafinować ekstrakt poznania wszechrzeczy. Ten poeta, jak mało kto, widzi zjawiska i poszczególne epizody egzystencji w rozległym parabolicznym ciągu struktur kosmicznych. Ukazuje uwikłanie w materię ożywioną, aż po czyste kadencje wolnego i niczym nieograniczonego ducha. Jest zatem Sikorski medium tragedii – grozy i bólu zapisanych w każdym atomie przestrzeni, w każdej drobinie życia, jest medium dostrzegającym ciąg przyczynowo–skutkowy od pre– do sur– …

PERU – PIĘĆSET INTI

Na stronie emisyjnej przedstawione zostało godło narodowe Peru. Opisałem je przy okazji prezentacji dziesięciu soli, z wizerunkiem łodzi na jeziorze Titicaca. Pod nim znajduje się inkaska figurka przedstawiająca bojownika albo jednego z inkaskich bożków. Banknot pokryty jest licznymi symbolami, zaczerpniętymi ze sztuki Indian zamieszkujących ten kraj. Po lewej stronie, znajduje się wąski szlak, złożony z bardzo drobnych ornamentów indiańskich, utrudniający podrobienie banknotu. Na pasie bieli umieszczono znak wodny –  odwrócenie głównego motywu strony, to znaczy, podobizny Tupaca Amaru II. Wojownik o takim samym imieniu, oznaczany rzymska jedynką, został w 1571 roku obwołany królem małej dzielnicy Vilcapampa. Wcześniej był towarzyszem zabaw Wybranych Kobiet – nie miał zatem czasu zdobyć należnego wykształcenia, nie przyuczono go też do zawodu żołnierza. I to właśnie jemu przyszło zmierzyć się z zachłannym na bogactwa konkwistadorem Donem Francisco de Toledo, który pragnął zemsty za zamordowanie swojego ambasadora i męczeńską śmierć augustianina – ojca Diego. Krótka wojna zakończyła się tragiczną klęską Indian. Hiszpanie posługiwali się już językiem keczua, mieli armaty i muszkiety, których odgłosów panicznie bali się krajowcy. Tupaca Amaru pojmano i przewieziono do Cuzco, gdzie przybył też wicekról de Toledo. Tam bestialsko rozszarpano żonę wodza, a jemu samemu ścięto głowę i zatknięto na pal, na wielkim placu. Wkrótce w strasznych męczarniach zginęli także synowie Tupaca Amaru, ostatniego Inki, w którego żyłach płynęła krew prawdziwych władców. Życie, przedstawionego na banknocie peruwiańskim, Tupaca Amaru II było nie mniej tragiczne: Jose Gabriel Condorcanqui (1740 –  1781) był szlachcicem inkaskim – potomkiem Tupaca Amaru I. I to właśnie on zorganizował w 1780 roku wielkie antyhiszpańskie powstanie ludowe Indian i Kreoli, a rewolta objęła także tereny dzisiejszego Ekwadoru i Boliwii. Ten zryw wymierzony był początkowo przeciwko rygorom życia, narzuconym Indianom (przymusowa praca w kopalniach i ogromne podatki), ale z czasem przerodził się w powstanie narodowe, nawiązujące do etosu walki narodowowyzwoleńczej i tradycji kulturowych Inków. Niestety walki zostały krwawo stłumione, żona i synowie Tupaca Amaru II zostali straceni, a on sam rozerwany końmi. Na stronie banknotu, z przedstawieniem bohatera narodowego Peru, znalazł się także pas złożony z klasycznych wzorów peruwiańskich, pojawiających się na kocach, ponczach, ceramice i przedmiotach codziennego użytku. Po stronie drugiej biletu płatniczego widzimy panoramę Kordyliery Zachodniej z najwyższym szczytem Huascaran (6768 m. n.p.m.) oraz namioty ekspedycji wysokogórskiej i przygotowujących się do wspinaczki alpinistów. Odnajdziemy tutaj także powiększenie jednego z motywów ozdobnych, a po prawej stronie, pod znakiem wodnym, przedstawienie typowego naczynia inkaskiego – arybali – z charakterystycznymi geometrycznymi motywami. Po stronie lewej, pod stylizowanym orłem i nominałem, na zielono-żółtym pasie, szerokości trzech centymetrów, umieszczono rysunek przedstawiający delfina, pochodzący z owianego legendą płaskowyżu Nazca. Ta strona banknotu jest zielono-brązowa, z nieznacznymi akcentami sieny. Cały bilet pokryty został drobnymi, wielokolorowymi kreskami, cieńszymi od włosa, które na pierwszy rzut oka zdają się błędami drukarskimi albo zabrudzeniami na papierze, tymczasem doskonale zabezpieczają banknot przed fałszerstwem.

PONCJUSZ PIŁAT

przecież nie mogłem nie skazać jezusa z nazaretu
zwoływał tłumy i mówił – jestem królem

przecież annasz i kajfasz czekali
w synagodze na dobra nowinę

a tylko krew i przerażenie mogły
utrzymać ład w dalekiej judei

tyberiusz żądał podatków i nie lubił
opowieści o żydowskich buntach

był czas paschy i ciżba krzyczała
– uwolnij barabasza barabasza

patrzyłem w oczy nauczyciela
i widziałem w nich światło

nie mogłem jednak go uratować
śmierć waży niewiele

a godność to groźne
oblicze rzymu

był czas paschy i ciżba krzyczała
uwolnij barabasza barabasza

a on stał przede mną kruchy jak
jaspis i dumny jak onyks

kazałem go za to ubiczować
a potem zawiesić na krzyżu

ani jeden mięsień nie
drgnął na jego twarzy

ani jedna łza nie spłynęła
z jego oczu

umyłem ręce na których
przecież nie było krwi

odprowadziłem go wzrokiem
i zanurzyłem się w termie

potem ukrzyżowałem jeszcze wielu
złoczyńców buntowników lekarzy

godność to groźne
oblicze rzymu

nie wiem dlaczego właśnie
jego zapamiętali

i nie wiem kto mnie zdradził
nie wiem dlaczego cesarz

tak nagle przywołał mnie
do stolicy

nie prosiłem historyków
o miejsce w annałach

nie chciałem by mnie
tak długo pamiętali

doprawdy śmierć waży
niewiele niewiele

szybko otworzyłem żyły
i spokojnie czekałem

na nadejście
ciemności

2009

« Older entries

%d blogerów lubi to: