WYSPA ZASTYGŁA W TRWODZE

 1

Wyspa Pentecôte, w archipelagu Vanuatu, noszącego wcześniej nazwę Nowe Hybrydy, ma podłużny kształt i jest prawie w całości pokryta tropikalną roślinnością. W języku krajowców określana jest jako Raga i taki też tytuł nosi książka Jeana-Marie Gustava Le Clézio, literackiego laureata Nagrody Nobla z 2008 roku. Cała twórczość tego Francuza to wielki hymn kulturowy i wydobywanie z przeszłości takich elementów, które zyskują rangę symbolu i zaczynają żyć integralnie w obrębie światowego dziedzictwa. Choć wyspy i atole Vanuatu słyną ze zjawiskowych widoków, jako żywo przypominających tropikalny raj, na Wyspie Pięćdziesiątnicy (Raga, Wyspa Zielonoświątkowa) pojawia się tajemnicza aura posępności i zaprzepaszczenia. Zauważyli to już odkrywcy i kolonizatorzy – jak pisze Le Clézio: Pierwsi europejscy podróżnicy, którzy dotarli do tych brzegów, Portugalczyk Quirós, Francuz Bougainville i Anglik Cook, odnieśli podobne wrażenie; wyspy wyglądały, jakby od wieków były zastygłe w trwodze. Szczyty wulkanicznych gór sięgają tutaj prawie tysiąca metrów, a oba brzegi mają odmienną wilgotność, co spowodowało przede wszystkim osiedlanie się ludności na zachodniej stronie wyspy, gdzie też sporo jest niewielkich równin przybrzeżnych. Przecinają je strumyki, dając dostęp do słodkiej wody i stwarzając dogodne warunki do uprawy taro, kavy, pochrzynów, słodkich bananów, manioku, liczi i różnorakich owoców cytrusowych. Raga uważana jest za miejsce narodzin skoków na bungee, bo właśnie tutaj od dawien dawna krajowcy popisywali się w taki sposób przed kobietami, używając specjalnie dobranych, elastycznych lian. Skakano z drewnianych wież o wysokości nawet trzydziestu metrów, wierząc, że taka aktywność zapewni dobre zbiory i specjalnie zaakcentuje męskość ryzykantów. Le Clézio wyruszył do Oceanii by znaleźć odpowiedź na podstawowe pytania, które pojawiły się niemal we wszystkich jego wcześniej opublikowanych książkach, a także w tytule obrazu Paula Gauguina: Skąd przyszliśmy? Kim jesteśmy? Dokąd idziemy?

RAGA-horz

Książka francuskiego noblisty nie jest powieścią sensu stricte, to raczej rodzaj mozaiki kulturowej, w której na plan pierwszy wysuwają się podania i legendy ludów oceanicznych, bliskie ujęciom słynnego nowozelandzkiego antropologa Petera H. Bucka, ale też nieustannie konfrontowane z etosem człowieczeństwa. Dzieła Le Clézio charakteryzuje niezwykła czujność na wszelkie sytuacje graniczne – szukając miejsc przecięcia zwykłej egzystencji i magii, codziennej walki o życie i legendy, opowiada dzieje ludzkości w wielu odsłonach i na kilku kontynentach. To taka postawa pozwala mu zauważać coś, co inni wzięliby za zwykłość, element krajobrazu, cechę nie domagającą się komentarza. On jednak głęboko wnika w przestrzeń i czas i formułuje prawdy uniwersalne, syntetyzuje to, co zdołał wyodrębnić, tworzy prawdziwy ekstrakt kulturowy: Na Radze na każdym kroku wyczuwa się obecność tajemnicy. W wąwozach, grotach na zboczach gór, w nagromadzonych liściach, w gałęziach i lianach tarasujących przejście. W banianach nad brzegiem morza, w ich wydrążonych pniach oraz gałęziach, które wrastają w ziemię i stają się korzeniami. Jest w tym morze coś z prastarej trwogi leżącej u podstaw wszystkich legend świata. To właśnie owa trwoga stała się fundamentem dawnej mądrości. Ale Le Clézio pisze też o innej trwodze, która pojawiała się na tej wyspie przez dziesięciolecia, a związanej z blackbirdingiem, czyli uprowadzaniem krajowców do ciężkich prac w australijskim Queenslandzie, w kopalniach niklu na Nowej Kaledonii czy nawet w Południowej Afryce i Europie. Te haniebne zdarzenia miały miejsce za sprawą kolonizatorów, którzy stale potrzebowali taniej siły roboczej i traktowali Melanezyjczyków jak rodzaj podludzi, istot gorszej kategorii. Dopiero dekret królowej Wiktorii (Kidnapping Act) i późniejszy australijski Pacific Island Labourers Act z 1901 roku zakończył te praktyki, ale ofiary chciwości Europejczyków liczyć można w setki tysięcy istnień

Trzech

Od lewej: J. M. G. Le Clézio, Peter H. Buck i Bronisław Malinowski

Czytając książkę Le Clézio, odświeżyłem dawne lektury i przekartkowałem na nowo Argonautów zachodniego Pacyfiku i Życie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji Bronisława Malinowskiego, a także Wikingów Pacyfiku, wspomnianego wyżej na poły maoryskiego antropologa Petera H. Bucka. Z dzieła tego ostatniego warto tutaj zacytować fragment wstępnego rozdziału, uświadamiający Europejczykom, rozległość przestrzeni oceanicznych, a także ich zagubienie w czasie, izolację kulturową i ciągnące się przez tysiące lat osamotnienie: Przez stulecia od zasiedlenia obrzeży Pacyfiku przez człowieka wyspy te pozostawały izolowane i nie zajęte, dając schronienie małżom, owadom, gadom i ptakom. Nawet miejscowa flora była skromna jako potencjalne pożywienie człowieka. Palma kokosowa, drzewo bananowe i chlebowe – teraz tak charakterystyczne dla oceanicznej flory – miały być dopiero przez człowieka przywiezione. Zachodnie wiatry i regularne pasaty wiały ponad pustymi morzami, żaden bowiem prymitywny nawigator nie ośmielił się rozwinąć żagla z maty, by pomknąć ku oczekującym wyspom. Mijały niezliczone lata, Plejady wznosiły się ponad wschodnim horyzontem, a żaden człowiek nie obwieszczał swego przybycia tańcem i pieśnią na znak nastania nowej ery. Gwiazdy wędrowały po niebie, lecz żadna łódź nie kierowała się nimi po nieznanych wodach. Przybywało i ubywało księżyca, ale nikt nie badał jego faz. Ryby składały ikrę, rozmnażały się i wędrowały swobodnie przez kanały w rafach do zacisznych i nie oświetlonych lagun. Dziewiczy Ocean w burzliwym nastroju wyładowywał swój gniew na martwych skałach i rafach, nie pojawił się jeszcze żaden zdobywca, który zaznaczyłby ślad żeglującej łodzi na jego wzburzonym łonie (…). Życiorys Bucka w pewien sposób przypomina biografię Le Clézio, bo takie same są u tych intelektualistów poszukiwania istoty oceaniczności, próby przeniknięcia do czasów pierwszych kosmogonii, gdy wszystko się zaczynało i dopiero wolno ruszało w kierunku naszych czasów. Jakże czysty i klarowny był to wtedy świat i jak bardzo zaczął się zmieniać, gdy europejskie statki jeden po drugim przybijały do samotnych wysp, burząc ustalony od wieków rytuał monotonnej egzystencji Melanezyjczyków, Polinezyjczyków, Aborygenów i Maorysów. Francuskiemu prozaikowi udało się oddać w słowach coś z zagubienia i tajemnicy Vanuatu i wybór jednej z najbardziej zaskakujących wysp jakże był celny, tym bardziej, że w Europie jest ona obecnie prawie nieznana, powoli i raz jeszcze osuwając się w nicość i senność, ginąc pośród mgieł i oparów pacyficznych.

Erakor_Beach_Vanuatu_612200791106PM731

Le Clézio kilkakrotnie podkreśla wagę studiów i monografii Bronisława Malinowskiego, a mnie przypomina się udział Witkacego w jednej z wypraw polskiego antropologa. Jakaż przerażająca musiała to być podróż dla tego wielkiego artysty i jeszcze większego histeryka i dziwaka, jakież myśli musiały się rodzić w jego głowie. Pisarz przeciwstawia antropologom ludzi, którzy zyskali światową sławę, ale cynicznie wykorzystywali swoją przewagę nad krajowcami. Należy do nich uwielbiany przez kulturę światową Gauguin – perwersyjny autor dziennika „Noa Noa”, który wykorzystał podbój wysp do zaspokojenia swoich pragnień i na zawsze zostawił obraz polinezyjskiej kobiety sprowadzonej do zwykłego przedmiotu, gładkiego, łagodnego, uległego. Le Clézio może sobie pozwolić na wielką desakralizację twórcy, uważanego za skarb narodowy Francji i mówić prawdę o jego pedofilskich skłonnościach, zresztą odsłania też podobne zachowania Jamesa Flechera, autora słynnego dzieła Isles of Illusions, gwałciciela ledwo dojrzałej dziewczynki, z którą spłodził dwoje dzieci, a potem porzucił ją jak przedmiot i podarował jednemu ze swych służących. Cierpienie przedstawicieli starożytnej cywilizacji oceanicznej w konfrontacji z okrutnymi Europejczykami, to stały motyw w Radze, powieści otwartej, dzienniku z podróży, a zarazem wspaniałej mozaice kulturowej. To wiele cennych diagnoz, dopowiedzeń, ustaleń na przełomie dwudziestego i dwudziestego pierwszego stulecia: „Zwierciadło morza”, o którym pisał Joseph Conrad, to świadomość ludów z wysp. Nie odbija ono indywidualnego obrazu ani w szalejących zawieruchach, ani w spokoju lagun. Ocean jest miejscem, gdzie w każdej chwili może pojawić się wszystko. Wszystko może napłynąć od strony horyzontu. Śmiertelne zagrożenie, czarne statki wiozące najemników i misjonarzy, zdobywców, fanatycznych dobroczyńców pragnących nagiąć świat do swych idei, bezwzględnych grabieżców zagarniających, jak niegdyś, ziemie, dzieci, obraz tych ludów. Smutne, bolesne są te konstatacje, ale prawdziwe i oddające sprawiedliwość czasom kolonialnym i absurdalnym, rozdętym do granic, postkolonialnym teoriom.

Gauguin_-_D'ou_venons-nous_Que_sommes-nous_Ou_allons-nous

Książka Le Clézio o Wyspie Zielonoświątkowej może na początku budzić zdziwienie, stawiać opór czytelnikowi, szukającemu przede wszystkim żywiołowych bohaterów i dynamicznych fabuł, z wyrazistym zakończeniem. Tutaj wszystko jest ruchome jak mgły, wszystko przypomina rozleniwienie Melanezyjczyków po wypiciu napoju kava, powstającego ze zmielonego pieprzu metystynowego. Ma on lekkie działanie relaksujące, powodując rozluźnienie mięśni i stan beztroski, przy jednoczesnej jasności umysłu. Wywód francuskiego pisarza jest przejrzysty, choć stale przeplatają się w nim mroczne mity i podania z rzeczywistością epoki nowoczesnej, a wielka hiperbola ogromnej łodzi, przemierzającej ocean i podążającej ku nowej wyspie, graniczy z opisami partii politycznych i ruchów rewolucyjnych w świecie wyspiarskim. Ale jak można inaczej opisać kontynent, który jest i którego nie ma? Niewątpliwie Le Clézio ma rację, iż wyobraźnię Europejczyków przerósł bezmiar oceanu, owe miriady wysp, wysepek, atoli pokrywających przestrzeń stanowiącą dwie trzecie planety, od Hawajów na zwrotniku Raka po cypel Nowej Zelandii niedaleko bieguna południowego, od Wyspy Wielkanocnej na wschodzie po Indonezję na zachodzie i Madagaskar w południowej części Oceanu Indyjskiego. Kontynent stworzony bardziej z morza niż lądu, z archipelagów, raf koralowych, wyłaniających się z głębin wulkanów, zamieszkany przez ludzi przybyłych tu podczas najśmielszej morskiej odysei wszech czasów. Kontynent, który pierwsi europejscy podróżnicy przemierzyli, nie widząc go. Kontynent marzeń. To takie książki jak Raga ugruntowały pozycję francuskiego prozaika i zapewne w dużym stopniu przyczyniły się do przyznania mu Literackiej Nagrody Nobla. Choć znalazło się sporo oponentów tego werdyktu, ich porażającą niewiedzę na temat osiągnięć i odkryć pisarskich Le Clézio porównać można z niewiedzą Europejczyków, którzy po raz pierwszy stanęli na wyspach atolu Vanuatu, wysiedli z okrętów na biały piasek wyspy Mauritius, Seszeli, atoli Polinezji czy Mikronezji. Takie intelektualne podróżowanie i taka dogłębna analiza światów alternatywnych dla Europy czy Ameryki, mogą stać się celem samym w sobie, albo sensem prawdziwie przeżytego, nie danego nam na kredyt czasu.

Vanuatu-humans-of-vanuatu-2

Reklamy

POEZJA PODRÓŻNA

Ormiańska tancerka1Czy istnieje poezja podróżna? Zadaję to pytanie i natychmiast w mojej świadomości ustawia się ciąg tekstów, począwszy od literatury starożytnej, przez wieki średnie i kolejne stulecia, aż do tak wyrazistych jej realizacji jak Sonety krymskie Adama Mickiewicza, wczesne poematy Juliusza Słowackiego, wiersze Zygmunta Krasińskiego inspirowane Italią (Rzym, Kampania rzymska, Varenna). Także dwudziesty wiek przyniósł sporo pięknych liryków włoskich Herberta i Miłosza, wiele wierszy światowych Różewicza, próby oswojenia nowej, zagranicznej rzeczywistości emigrantów młodszych pokoleń. Rozmyślam na ten temat w chwili ukazania się mojego ostatniego zbioru wierszy, zatytułowanego Ormiańska tancerka, który jak zwykle jest dla mnie wielkim zaskoczeniem i niewypowiedzianą radością. Tworząc tom pt. Bulwar Singera, zbierający wiersze z podróży do Stanów Zjednoczonych, nie zdawałem sobie sprawy, że otwiera się w mojej twórczości nowy etap, a następne wyprawy, do Chin, do Iraku i Armenii zaowocują kolejnymi książkami i staną się ważną cząstką  poetyckiego dorobku. Ale czy te wiersze można określać mianem „podróżnych”, jak to sugeruje zapis w bibliotekach i jak zaczynają je określać krytycy? Może dla rozwikłania tego dylematu wartościową będzie publikacja niewielkiego szkicu Krzysztofa Derdowskiego, który powstał na kanwie trzech moich ostatnich zbiorów wierszy.

* * *

 „Bulwar Singera”, „Sprzedawca skowronków” i „Żółty oleander” to trzy książki Dariusza Tomasza Lebiody, będące zwieńczeniem podróży poety do USA, Chin i Iraku. Zawierają wspomnienia spisane prozą i wiersze będące odzwierciedleniem stanu jego emocji i przemyśleń. Niewątpliwie są poważnym osiągnięciem, bo Lebiodzie udaje się pokazać w tych trzech książkach liczne fascynacje i stworzyć spójny obraz świata. W spotkaniu z innymi kulturami autor jest aktywnie poznającym, zaciekawionym tym, co go spotyka. To nie jest turysta przywiązany do hotelu, gdziekolwiek się znajduje, szuka spotkania, uważnie obserwuje, emocjonalnie reaguje na to co się mu przytrafia. Dobrze się chyba też stało, że Lebioda nie jest młodzieniaszkiem, to człowiek dojrzały, Liczący ponad pięćdziesiąt lat. A zatem dostrzegający już w świecie i w sobie samym procesy nieodwołalnego przemijania. Mający za sobą wiele przeżyć i lektur. Nie żywi młodzieńczych złudzeń. Nie bez znaczenia jest i to, że Lebioda jest autorem już trzydziestu zbiorów wierszy. Tworzy od lat osiemdziesiątych. Ma więc doświadczenie w pisaniu, a najkrócej mówiąc nie schodzi poniżej dość wysokiego poziomu poezjowania. Po trzydziestu latach pisania wierszy wie jak się to robi. A przecież przez pierwsze lata swej twórczej drogi był poetą swego pokolenia. W takich tomikach jak „Samobójcy spod wielkiego wozu”, „Najnowszy testament”, „Pole umierającej kraski” opowiadał o młodych ludziach szukających własnej tożsamości, gdzieś pośród ćpania, picia, „Solidarności”. A było to pokolenie wielu przedwczesnych śmierci i psychiatrycznych powikłań. Lebioda odnalazł swój głos osobny, między Nową Falą, a Nową Prywatnością. Nie był jak nowofalowcy polityczny. Nie był jak poeci Nowej Prywatności domowy i zaściankowy. Wykorzystywał swoje najbliższe doświadczenia z blokowiska, z lichej bydgoskiej dzielnicy. Nie eksponował przesadnie własnego losu i doznań. Chciał, jak powiedziałem, być kronikarzem własnego pokolenia. I był. Należę do tego pokolenia i mogę zaświadczyć, że wielu naszych wspólnych znajomych zaćpało się na śmierć, inni popędzili za forsą, gubiąc po drodze to co osobiste i niepowtarzalne. Wiersze podróżne Lebiody, o których chcę tu opowiadać nie zrywają z wyznaczoną przez autora „Płacz, moje pokolenie” poetyką wzmożonej socjologicznej obserwacji, uwrażliwienia na przeżycia innych ludzi.

 AMERYKA I PRZEMIJANIE

Bulwar Singera1Przy pobieżnej, wstępnej lekturze amerykańskiego tomiku Lebiody „Bulwar Singera” czytelnik może się czuć odrobinę zdezorientowany i skonsternowany. Poeta bowiem opisując swoje amerykańskie doznania i doświadczenia nieustannie mówi o przemijaniu i śmierci. Co jest zresztą leitmotivem pozostałych części trylogii podróżniczej. Dlaczego jednak pisząc o kraju chyba najbardziej cywilizacyjnie dynamicznym, kraju nieustannej zmiany i modernizacji, swobodnego rynku, poeta z uporem wraca do problemów przemijania i śmierci. W Ameryce tyle jest ruchu, autostrad, nieba pełnego samolotów. Co u licha nakazuje w tym kraju snuć poecie refleksje o ludzkich ostatecznościach. Dlaczego myśli tyle o przemijaniu i śmierci na ludnych ulicach amerykańskich miast? Poeta wyjaśnia to precyzyjnie w posłowiu do książki, które jest też diariuszem amerykańskiej jego podróży: „Wiele razy w moim życiu znalazłem się w miejscach i sytuacjach, które dawały mi szczęście, rozświetlały moją jaźń, ale też zaraz budziły smutną refleksję: Nie zatrzymasz chwili.” I tu jest ów poetycki pies pogrzebany. Otóż Lebioda tym intensywniej przeżywa przemijalność świata im większe robi on na nim wrażenie. Im świat jest piękniejszy, odwiedzane miejsca fantastyczne, tym boleśniejsze jest to, że człowiek w tym świecie jest śmiertelny i przeminie. Jak każdy rasowy artysta, malarz, poeta, muzyk, Lebioda stara się ocalić piękno chwili, jej egzystencjalną i metafizyczną konsystencję. Ale wie też, że chwili ocalić się nie da, że nieuchronnie przemija. Chwila, tak jak i człowiek – jest śmiertelna. Czas, czas wszystko zmienia, jak słusznie śpiewał Bob Dylan. Możemy wracać do ulubionych miejsc, jeśli będą nam sprzyjały okoliczności, ale przecież będziemy wówczas już choćby odrobinę inni. W międzyczasie umrze nam ktoś bliski, na świecie będą miały miejsce wojny i katastrofy. Dana nam chwila zachwytu nigdy precyzyjnie się nie powtórzy. W amerykańskich wierszach Lebiody dochodzi nieustannie do styku piękna ze śmiertelnością uczestników tegoż piękna. Kartkując na chybił trafił „Bulwar Singera” trafiamy na takie pointy wierszy: tylko tutaj odrodzisz się/ i umrzesz w jednej chwili [Jadąc autobusem z Port Authority]; głęboko tak/ samotnie/ tak/ (…)/ jak mewa wpatrzona/ w toń/ jak sama/ śmierć [Mewa]; życie i życie/ a później/ jednaka/ zawsze osobna/ śmierć [Canal Street] Tym przeczuciom śmierci i grozy przemijania towarzyszy – jak powiedziałem – zachwyt. A zachwyt jest wzmożonym sposobem poznawania świata. To typowe Heideggerowskie połączenie trwogi i zdziwienia. Trwoga Heideggera, jak wiadomo, jest dogłębnym przeżyciem własnej śmiertelności i pojawia się po uprzednim otwarciu się podmiotu na bycie. Trwoga ani otwartość na bycie nie pojawią się u kogoś, kto właśnie zastanawia się, czy wziąć kredyt lub co zjeść na kolację. Trwoga jest stanem poetyckiego poznania. I owo poetyckie poznanie prowadzi często do daleko idących wniosków metafizycznych, o których Lebioda we wspomnianym posłowiu powiada tak: „Patrzę na stada, zawoje, zwałowiska chmur. Myślę o sile, o Istocie, która to stworzyła. Czyż jakakolwiek religia zdoła oddać wielkość i ogrom stworzenia? Czy jakaś postać boska, mająca rodowód ludzki, obdarzona ludzkim ciałem i ludzkim wyglądem zdoła udźwignąć monumentalny charakter ziemskiej kosmogonii?” Odpowiedzmy: raczej nie, nie zdoła. Poeta też, w moim przekonaniu, udziela sobie takiej właśnie odpowiedzi i dlatego w swoich wierszach tropi raczej ową siłę stwórczą, dającą wszystkiemu trwanie i przemijanie, niż osobowego Boga czy bogów. I dlatego tak fascynują go wielkie przestrzenie i ekspansje ludzkich dążeń. Ta siła jest wszędzie. W przygodnie spotkanej w samolocie Murzynce, w starym Żydzie widzianym w Nowym Jorku, ale także w źdźble trawy wyrastającym na chodniku, no i w ptakach, które są prawdziwą obsesją poety. Będę o tej obsesji, fascynacji jeszcze pisał przy okazji chińskich wierszy Lebiody, tu jednak chcę odnotować to szczególne zauroczenie ptakami. W posłowiu nieustannie czytamy: „Podziwiam atlasy ptaków, leksykony i encyklopedie i inne książki o nich (…) Nigdy do tej pory nie widziałem tego ptaka na żywo i robi on na mnie kolosalne wrażenie (…) Tuż przy brzegu, pływają kaczki krzyżówki (…) Droga wiedzie przy rzece, więc w milczeniu podziwiam nowe widoki, zauważam sporo wodnych ptaków.” Dlaczego akurat ptaki tak fascynują poetę? Bowiem niepoznawalna jest tajemnica ich wędrowania. Z gruntu nieludzka zdolność przemieszczania się w powietrzu. Lebioda podejrzewa, że ptaki mają jakąś wiedzę o świecie niedostępną dla ludzi. Nie werbalną oczywiście, ale jest im dostępna oczywistość istnienia, która przed człowiekiem się skrywa. I poeta napisze na przykład tak: i oko ptaka uważnie sondujące/ obszar nieistnienia/ [Strumień. Kos. Nieistnienie] Przypuszczam, że Lebiodzie bliskie jest zawołanie Chrystusa, który zalecał ludziom by byli jako ptaki, co skrupulatnie zrelacjonował św. Mateusz w swej Ewangelii: „Przypatrzcie się ptakom w powietrzu (…) Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one. Kto z was przy całej swej trosce może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swojego życia” Autor wróci do tego Chrystusowego nauczania w opowieści o porcie Clearwater, w którym cumują jachty amerykańskich bogaczy, a obok przysiadają pelikany. I powie poeta o tej sytuacji bogatych ludzi i ptaków: biedne i dostojne/ suszą pióra/ spoglądają/ na ludzi/ bogactwo/ i ubóstwo/ Ludzie/ i pelikany [W Clearwater] Ludzie w tym zestawieniu stracili naturalność i wolność, mają jachty i konta w banku, ale wolności nie mają. To ptaki są w tym wierszu na miarę darowanego istnienia, a ludzie są grą rynku, kursów walut i mód.

 CHIŃCZYCY I PTAKI

Sprzedawca skowronkówNajbardziej egzotyczną wydaje się podróż poety do Chin. Jej pokłosiem jest książka ”Sprzedawca skowronków”. Lebioda był w Chinach dwa razy – w 2009 roku. Widział Wyżynę Tybetańską, Pekin, Chiński Mur i wiele innych zajmujących miejsc. Zastanawiające, że najbardziej fascynowały go podczas chińskich podróży spotkania z ludźmi. W ich twarzach, gestach wypatrywał oryginalności i niezwykłości. I znajdował. Ta optyka nastawiona na spotykanych ludzi jest zresztą silnie obecna w całej podróżnej trylogii Lebiody Poeta stworzył też znakomite portrety zbiorowe Chińczyków: W tym kraju żyją pokorni ludzie zapatrzeni/ w swoje myśli/ dalecy jak wzgórze niknące/ we mgle/ i bliscy jak śpiew ptaka w bambusowych/ zaroślach/ (…) jadą do pracy na rowerach siadają w parkach/ przystają i gimnastykują się patrząc/ na wschodzące słońce [Chińczycy]. Te socjologiczno-psychologiczne obserwacje autor wzmacnia portretami pojedynczych ludzi, których spotyka podczas swojej wędrówki. I powtórzę – jest tu wierny swojej poetyce stworzonej na początku lat osiemdziesiątych. Skrupulatnie odnotowuje dostrzeżone zachowania ludzi. Tropi cierpliwie ich odmienność i oryginalność. Czytając te wiersze ma się mocne przekonanie, że Lebioda zwyczajnie lubi spotykanych ludzi. Chce się od nich jak najwięcej dowiedzieć, chce się od nich uczyć, jest otwarty na ich przeżycia. I dzięki temu osiąga wysoki poziom przesłań humanistycznych. Ludzie dookoła, owi często anonimowi Chińczycy borykają się z samotnością i śmiercią. Są, ni mniej ni więcej, tylko towarzyszami wędrówki poety do wyznaczonego mu przez los kresu. Wierzą w innych bogów, mówią trudnym dla Europejczyka językiem, ale są zadziwiająco do nas podobni, bowiem ból, cierpienie są doświadczeniami uniwersalnymi, łączą ludzi wszystkich nacji i kontynentów. Szukanie tego braterstwa i wzajemnego zrozumienia jest niewątpliwie celem, który stawiał sobie Lebioda pisząc swoje książki podróżne. Idzie o przekazywanie sobie człowieczeństwa, wbrew i mimo różnic kulturowych. W dzisiejszym globalnym świecie żyjemy coraz bliżej siebie: ludzie, narody, nacje i kultury. Różnorodność nie musi prowadzić do konfliktu i braku zaufania. Przeciwnie, może wzbogacać i uzupełniać. Nie unikniemy spotkania z innymi kulturami. Inny jak widzieli go Levinas i Buber jest problemem i zadaniem pierwszoplanowym współczesnej kultury. Wiele tu żalów i pretensji. Europejczycy przez kilka stuleci byli okupantami w wielu afrykańskich i azjatyckich krajach. Dziś natomiast muzułmanie nie potrafią współżyć kulturowo z europejską odmiennością. Lebioda jest wyczulony na tę problematykę i chce Innego zobaczyć w całej krasie i odmienności. Stara się z tą odmiennością współżyć. We wszystkich trzech podróżnych książkach pokazuje Innych jako problem, ale też nadzieję wzbogacenia własnego świata. Spotkanie z odmiennymi, silnymi kulturami jest nie tylko zagrożeniem, ale też szansą rozwoju. Ot, Lebioda napisze na przykład przejmujący wiersz o żebraczce w świątyni Tao: Ta drobna kobieta z blaskiem urody na pomarszczonej/ twarzy żyła już tutaj wiele lat przed moim/ urodzeniem/ (…) teraz stoi na schodach wiodących/ do figury złotego słonia/ i prosi o święte juany/ (…) jeszcze chwila a odwieczne/ Chiny zgasną dla niej/ na zawsze [Żebraczka w świątyni Tao]. Chińczycy, jak może żaden inny naród, mają właściwości masy, o których tak przekonywająco pisał Elias Canetti w książce „Masa i władza”. Lebioda chętnie wydobywa z tej masy poszczególnych ludzi – a to młodziutkie prostytutki, a to dzieci, które obdarowuje drobnymi monetami, a to wysokiego boya hotelowego, sprzedawcę skowronków. Raz po raz jednak Chińczycy skupiają się mu w niepokojącą masę, jak w wierszu „Już dudnią kroki”: Słyszę jak dudnią kroki/ to armia pierwszego/ cesarza rusza/ na podbój/ wieczności (…) to armia pierwszego/ cesarza maszeruje/ przez tysiąclecia. Lebioda ma, jak powiedziałem już wyżej, ewidentnie obsesję ptaków. Pisze o nich bez przerwy: „Kruki nad Chińskim Murem”, „Wrona na platanie”, „Pekińskie sroki”, „Chiński wróbel”, „Dudki”. O co chodzi z tymi ptakami? Otóż dla Lebiody chińskie ptaki o których pisze równie chętnie jak o ptakach spotykanych w USA, są czymś pośrednim między ciężką, toporną materialnością człowieka, a duchową lekkością. Człowiek przywiązany do ziemi, nie potrafiący latać, uwikłany w historię, politykę, biznes i zbrodniczy jak może żadne inne zwierzę na świecie, nie ma lekkości i swobody ptaków. Ptasie loty są emanacją wolności i swobody. Ptaki są też świadkami naszego nieporadnego życia: W tym mieście fruwa wiele srok – całymi stadami/ i pojedynczo ale nikt nie zatrzymuje wzroku/ na czarno-białych szatach/ a one uważnie śledzą ludzkie ruchy – patrzą na/ przechodniów i na dalekie kształty zakazanego/ miasta [Pekińskie sroki] Dlatego poeta tak intensywnie przeżywa swoje podróże samolotem. Lot czyni sytuację człowieka podobną do tej w jakiej znajdują się ptaki. I wywołuje nieodmiennie w tej poezji silne doznania metafizyczne: Samolot wzniósł się do/ świata lotnych kształtów/ (…) mógłbym tak lecieć/ bez końca/ mógłbym tak istnieć/ bezcieleśnie/ mógłbym tak mknąć/ w sobie i poza sobą [Chmury nad Pekinem]. Oprócz ptaków, Chinek i Chińczyków, uwagę poety podczas jego dalekowschodniej wyprawy przykuwają rośliny i krajobrazy, które zawsze wywołują osobiste refleksje na temat losu i przemijania. Wielkie chińskie wyżyny i góry, widok z okna na milionowy Pekin wywołują nieuchronnie refleksje na temat przemijania i wartości życia. Czymże jest nasze życie wobec ogromu świata i kosmosu? Czymś nieważnym? Czymś o co jednak warto się troszczyć: Jestem cząstką planety/ pyłem kosmosu/ mój byt wypełnia pustkę/ w pradawnej materii [Poranny wiersz w hotelu Xiyuan]

 IRACKI ŚMIETNIK I KURDOWIE

LebiodaZoltyOleander-OKL-OK.indd1Trzecią książką z cyklu podróżnego jest „Żółty oleander”. To efekt podróży Lebiody do Iraku, Kurdystanu i Babilonu. W książce tej poeta zamieścił wiele wierszy odnoszących się do polityki i historii. Irak to kraj ciężko doświadczony przez wieloletnie rządy Saddama Husajna. I późniejszą wojnę z USA. W tym kraju poeta spotyka liczne dowody zbrodni reżimu Husajna. Zwraca w kilku wierszach uwagę na to, że zniszczenia moralne, które niesie ze sobą każda dyktatura są długotrwałe i trudno jej zlikwidować. Śmierć dyktatora jest zaledwie początkiem odnowy i powracania do życia całego narodu. I jest tak: Kraj jak śmietnik – trzeba go oczyścić/ zebrać brudy papiery puste butelki/ i plastikowe torby/ trzeba powybijać armie wielkich szczurów/ pewnych siebie jak Nabuchodonozor [Iracki śmietnik]. Kraj o wspaniałej historii pełnej wielkości i grozy nie może podnieść się po krwawej dyktaturze. Obecni są jeszcze ludzie Saddama z partii BASS. Na ulicach irackich miast wybuchają bomby. Ludzie z trudem organizują sobie życie po totalitarnej traumie. Chaos i dezorientacja. Lebioda z troską pisze o tym stanie arabskiego państwa: Powiedz mi przyjacielu co stało się/ z narodem arabskim?/ (…) Dlaczego twój kraj/ wygląda jak śmietnik cywilizacji?/ Powiedz mi przyjacielu gdzie/ podziała się duma szejków/ i emirów (…) Kto zabił światło w oczach/ dzieci Bagdadu Ramallah/ i Kirkuku? [* * * Powiedz mi przyjacielu…] Z dużą estymą pisze poeta o Kurdach i Kurdystanie. Górale kurdyjscy jawią się mu jako ludzie dzielni, instynktownie szukający wolności i prawa do samostanowienia. To ludzie odważni, bez reszty oddani świętej sprawie wolności. Lebioda chętnie opowiada o takich ludziach, a przypomnę, że Kurdowie stanowią mniejszość narodową w trzech krajach: w Turcji, Iraku i Iranie. I są tam prześladowani. W ostatnim czasie śmiertelnym niebezpieczeństwem dla Kurdów jest także Państwo Islamskie. Mimo tych niedogodności i trudności Kurdowie jawią się Lebiodzie jako ludzie niezłomni. I poeta tak napisze o pewnym starym Kurdzie: ból który czuję w piersiach nazywa się/ Kurdystan/ ból który rozrywa mojej serce/ nazywa się wolność [Stary Kurd] Myślę, że Lebioda, jest szczególnie predysponowany do pisania takich właśnie wierszy o dzielności i walce o niepodległość. Ta poezja wpisuje się w polską tradycję poezji patriotycznej i niepodległościowej. Zaletą wierszy Lebiody o aspiracjach narodowych i niepodległościowych Kurdów jest niewątpliwie pewna powściągliwość. Poeta nie histeryzuje, nie epatuje grozą, ani łatwymi wzruszeniami. Opowiada o Kurdach w sposób powściągliwy i męski. Powiada o ofiarach kurdyjskich tak: nikomu nie wolno zabijać/ a zamordowano cały naród/ nikt nie ma prawa/ odbierać oddechu/ a zdławiono wielki/ Kurdystan [* * * O płaczcie piaszczyste zbocza]. A warto chyba zwrócić też uwagę i na to, że poeta, pisząc wiersze o Kurdach, nie traci perspektywy indywidualnej, osobistej śmierci. Tu każda śmierć, każde cierpienie są osobistą sprawą ludzi o których autor pisze. Lebioda indywidualizuje śmierć – z masowych grobów, które pozostawił po sobie Saddam dobywa osobiste losy, tych którzy zginęli. Rolą poety zdaje się tu być chęć przywrócenia osobistego charakteru śmierci. Najkrócej mówiąc – każdy człowiek umiera w samotności. Wrzuconym do zbiorowych mogił poeta przywraca człowieczeństwo, nie godząc się na to, żeby ich śmierć opisywać w liczbie mnogiej i jako proces zbiorowy: widziałem chłopca/ o czarnych oczach/ i białych zębach/ jak przywiązali go do/ słupa i czarną opaską/ odgrodzili od świata/ w plutonie egzekucyjnym/ stali koledzy ze szkoły/ i boiska [Łoże tyrana]. Te zapiski to zaledwie rekonesans po trzech udanych książkach Lebiody o podróżowaniu. Mam nadzieję, że stanowić one mogą zachętę dla potencjalnych czytelników tej poezji. Odnotujmy też i to, że we wszystkich trzech książkach autor zamieścił pokaźną ilość zdjęć z podroży o których opowiada. Te zdjęcia często wprost odnoszą się do tego o czym pisze on w swoich wierszach.

 __________________

Dariusz Tomasz Lebioda, Bulwar Singera, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2012. Dariusz Tomasz Lebioda, Sprzedawca skowronków, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2013. Dariusz Tomasz Lebioda, Żółty oleander, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2014.

PIEŚNI TOMKA BATEŃCZUKA

Piosenki Tomka Bateńczuka są znakomicie skomponowane i mają swój ciepły klimat. Słucham ich tak, jakby ktoś inny był autorem tych słów, a zarazem wiem, że powstały głęboko we mnie. Niewielu jest autorów ballad, którzy potrafią je tworzyć wykorzystując białe wiersze, a tutaj wszystko jest na miejscu i linia melodyczna znakomicie uzupełnia przesłanie. Oby jak najwięcej powstawało takich pieśni i wcale nie chodzi tu o moje teksty, Tomka powinni odkryć jak najszybciej inni poeci. Wróżę mu wspaniałą przyszłość i postaram się do tego w jakiś sposób przyczynić. Publikuję tutaj kilka piosenek z tomiku pt. „Żółty oleander”, wiersze powstały w Kurdystanie i środkowym Iraku nad rzekami Tygrys i Eufrat. Jest też krótki wiersz z tomiku pt. „Sprzedawca skowronków” o moim niezwykle sensualnym śnie.

LUDZKA BIEDA

11255480_830444227032580_4482524770316662176_n

I już po kolejnym Zjeździe Związku Literatów Polskich… Spośród wielu zdarzeń, jakie miały tam miejsce zapamiętam przede wszystkim widok Leszka Żulińskiego, niegdyś dumnego krytyka, prawodawcy młodej poezji, pragnącego wytyczać granice w obrębie literackich państewek, przyjaźniącego się ze mną przez wiele lat, a potem wściekle mnie atakującego, gdy wyrażałem dezaprobatę dla jego donosicielstwa w ramach struktur SB. Patrzyłem na tego marniejącego, przygarbionego dziadunia i widziałem w nim upadek człowieka, jakże wychudzonego, złamanego przez choroby i noszącego na twarzy czytelną wiadomość, co do jego przyszłości. Oczywiście sporo w nim zostało z przeszłej perfidii i chętnie by opluł tego i owego (przede wszystkim mnie), ale jego hamowanie się w trakcie zjazdu miało swoją klasę i odmowa kandydowania do Zarządu Głównego ZLP też była stylowa. Nieważne, że zaraz zamieścił na swoim blogu stek bredni i kłamstw na mój temat, nieistotne, że wpis spreparował na wzór dawnych meldunków i doniósł na mnie tym razem wszem i wobec, a nie tylko oficerowi prowadzącemu. Tacy jak Żuliński nie są w stanie zrozumieć, jak budujące jest, gdy opluwają mnie tacy ludzie, wszak prowadzę swoją walkę już od wielu lat i zawsze pojawiali się przy mnie wrogowie, gotowi udowodnić, że jestem skrzyżowaniem komara ze słoniem, albo ośmiornicy z sępem. Budujące, bo przecież dzięki takim plugastwom czuję swoją siłę, jasno widzę drogę i mam sporo pomysłów jakimi szlakami dalej podążać. Plwocina natychmiast spływa po srebrzystej zbroi, a ruina ludzka zawsze budziła we mnie współczucie, czy to był uwikłany w romanse ze studentkami profesor uniwersytetu, czy polityk z PRL-u, robiący karierę w nowej Polsce, a mający krew na rękach, czy wreszcie konfident opływający niegdyś w zbytki, a teraz ledwo powłóczący nogami. Tak się złożyło, że z braku miejsc w restauracji Domu Literatury jadłem obiad obok Żulińskiego, głęboko czując swoją i jego osobność i rozmyślając o ludzkiej kondycji – o tym, że wszyscy podlegamy prawom entropii, niszczeni przez czas i choroby, dający się łatwo nabrać na różne życiowe tricki. Siedząc metr od Żulińskiego, byłem mu wdzięczny, że pojawił się w moim życiu, bo wyraziście, kontrastowo, pokazał mi odrębność świata, w którym egzystuję i pomógł ustawić strażnice na rozstajach dróg. Rozumiem jego rozgoryczenie, bo nigdy nie znajdzie się w tych przestrzeniach, nigdy nie odkryje prawd, które udało mi się odsłonić, a do tego odejdzie z piętnem donosiciela na czole, wymieniany pośród innych konfidentów, coraz wnikliwiej opisywany przy pojawianiu się nowych akt. Tak mi go było żal, że gotów byłem podać mu talerz z ciastkami, gdy nie mógł ich dosięgnąć, ale ubiegła mnie niewiasta, siedząca bliżej niego. Choć czułem, że bulgocze w nim nienawiść, buzują wściekłe myśli, powstają pierwsze zarysy internetowego donosu na mnie, tak bardzo było mi go żal…

OSTATNIE SPOJRZENIE NA ARARAT

Foto: Shutterstock

Foto: Shutterstock

Stojąc w oknie hotelu w Erywaniu
ostatni raz tej jesieni patrzyłem
na Ararat –

pytałem bezgłośnie czy kiedyś
wrócę do jego stóp

czy w moich oczach odbije
się blask jego śniegów

życie jest rozpłomienioną chwilą

i nawet gdybym więcej cię nie
zobaczył dałeś mi siłę
i wiarę w siebie

stałeś się znakiem twórczego
dążenia

tęsknoty która nigdy
nie gaśnie

i wiary w moc słowa
które każe walczyć

i stale trwać
w gotowości

Erywań 2014

WALC NUMER DWA

Główny plac Stepanakertu

Główny plac Stepanakertu

Właśnie ukazuje się mój kolejny zbiór wierszy pt. Ormiańska tancerka, w którym znalazły się wiersze napisane w Górskim Karabachu i w Armenii w 2014 roku, a wyszlifowane i przygotowane do druku w Polsce. Zamieszczam tutaj słowo odautorskie, które umieściłem na końcu zbioru, dołączam też Walc nr 2 Dymitra Szostakowicza, od którego wziąłem tytuł Posłowia.

Jechałem do Armenii z wiarą, że zobaczę wspaniałe zabytki, odwiedzę dalekie miejsca i spotkam ludzi innego kręgu kulturowego, a przy tym spróbuję znaleźć swoje odbicie w tym różnobarwnym zwierciadle dziejów. Kraj od dawien dawna najeżdżany przez Turków, Arabów, w końcu trafił pod jurysdykcję rosyjską, a potem sowiecką, by ostatecznie uzyskać niepodległość w dwudziestym wieku. Przestrzeń jest tam zjawiskowa, wieńczona górami, pośród których błyszczą dwie piramidy mniejszego i większego Araratu. Kto jednak zapozna się z historią kraju dowie się, że pośród tych cudnych krajobrazów wciąż rozgrywały się tragedie przerastające ludzkie rozumienie, wybuchały konflikty i boje, a krew niewinnych istot przelewano strumieniami. Moja podróż zaczęła się na lotnisku Okęcie, skąd rejsowym samolotem przeleciałem do Erywania, mijając kilka krajów i wielkie pasma górskie, szerokie rzeki i Morze Czarne. Kontrola paszportowa i przejście przez odprawę celną były sprawne, więc szybko znalazłem się poza strefą graniczną i zostałem przywitany przez oczekujących na pisarzy Ormian. Kilkunastoosobowym busem ruszyliśmy w kierunku Stepanakertu, stolicy Górskiego Karabachu, mającego status niezależności, ale pozostającego w unii z Armenią i w orbicie Wspólnoty Niezależnych Państw. To była dość wyczerpująca droga przez góry, wijącymi się serpentynami, odsłaniająca zjawiskowe widoki hal i zboczy pokrytych drzewami w jesiennych barwach, a także majestatycznych, ośnieżonych szczytów, wyrazistych na tle błękitnego nieba. Mijaliśmy wsie, miasteczka i większe osady, stale pokonując niebezpieczne zakręty, prawie ocierając się o samochody podążające w przeciwnym kierunku, to zjeżdżając w doliny, to wspinając się na wielkie zbocza. Październik ozłocił roślinność, a pierwsze chłody spowodowały, że liście stały się żółte, czerwone, zachowując w wielu miejscach sporo jaskrawej zieleni. W końcu, po czterech godzinach minęliśmy znaną z wojny z Azerbejdżanem Szuszę i zaczęliśmy zjeżdżać ku stolicy kraju, położonej w rozległym wąwozie, rozgałęziającym się na mniejsze obniżenia i skarpy. Szybko przemknęliśmy przez kilka ulic i znaleźliśmy się na głównym placu miasta, przy którym jest pałac prezydencki i nieco reprezentacyjnych budynków państwowych, a także reprezentacyjny hotel Armenia, a którym zostaliśmy zakwaterowani. Oprócz Polaków na drugi festiwal literacki w Górskim Karabachu przyjechali twórcy z Libanu, Włoch, Niemiec, Rumunii, Serbii, Rosji i oczywiście wielu pisarzy z Armenii. Trafiliśmy akurat na dżdżysty moment, ale prognozy zapowiadały słońce w następnych dniach i tak też się stało.

Cerkiew w Gandzasarze

Cerkiew w Gandzasarze

Już pierwszy wieczór miał niezwykły charakter – najpierw stałem dość długo przy otwartym oknie hotelowym i patrzyłem na pobliskie wzgórza, na domy usadowione na zboczach i ciepłe światła w dali, przyglądałem się ludziom przechodzącym przez plac, a potem wziąłem udział w imprezie powitalnej, zakończonej wspólną kolacją. Na talerzach pojawiły się nieznane potrawy, wiele warzyw i owoców, a do tego znakomite koniaki i wina, spośród których najbardziej przypadły mi do gustu wytrawne białe trunki, typu Bagratuni lub Narine. Od samego początku zauważyłem niezwykłą otwartość ludzi Zakaukazia, ich przyjazne podejście do obcokrajowców i chęć wspólnego celebrowania literatury, sztuki, historii. To był ciąg rozmów o dawnych czasach i wydarzeniach ostatnich dwóch dziesięcioleci, kiedy to rozgorzał konflikt z Azerbejdżanem i zginęły tysiące ludzi, czego ślady miałem potem zobaczyć na kilku cmentarzach i w zburzonym Agdamie. Stepanakert jest miastem wtopionym w górski krajobraz i zdaje się enklawą spokoju, ciszy, monotonnego życia, ale przecież wyczuwalne jest napięcie i widuje się wciąż wielu wojskowych w charakterystycznych wielkich czapkach, w mundurach polowych, jakby stale w gotowości do odparcia napaści. Następnego dnia już się wypogodziło, a przebudziwszy się wcześnie rano, poszedłem na pierwszy spacer, zataczając kręgi wokół centralnego placu, przemierzając nieznane ulice, niewielkie parki, przystając na wzniesieniach i patrząc na odsłaniające się na horyzoncie wysokie góry. Zawsze, gdy jestem tak daleko nachodzą mnie myśli o moim losie, o tym jak to się stało, że chłopak z bydgoskiego osiedla, pochodzący ze skromnej rodziny, zawędrował tak daleko, zobaczył tyle oryginalnych miejsc na świecie i zrealizował młodzieńcze marzenia o podróżach? Myślę, że kluczem do tych przeżyć była zawsze literatura – czy to jeździłem na konferencje naukowe, spotkania autorskie, czy na wielkie festiwale literackie, zawsze moje pisanie było tłem dla tych eskapad, a dodatkowo pomagała też moja niepohamowana energia. Na spotkaniu powitalnym otrzymałem pióro i dwa notatniki od przyjaciół z Górskiego Karabachu i pojawiła się zachęta by jak najwięcej napisać podczas pobytu w ich ojczyźnie. Zawsze buntowałem się przeciw takim dyrektywom, ale tym razem wiersze zaczęły mi się sypać jak z rękawa i każdego dnia pojawiały się tematy, zdarzenia, sytuacje, które zapragnąłem utrwalić w słowie. Od czasu mojej niezwykłej wyprawy na Florydę zaczęły powstawać zbiory wierszy, w których starałem się odzwierciedlić fenomen wypraw do innych światów, spotkań z niezwykłymi ludźmi i ich dziejami. Tak było też dwukrotnie w Chinach, tak pisałem wiersze w Kurdystanie i centralnym Iraku, tak wreszcie zacząłem zapełniać karty dwóch notatników w Górskim Karabachu i Armenii.

Górski Karabach

Górski Karabach

Program festiwalu w Arcachu został tak skomponowany, że zobaczyliśmy sporo miejsc, które są chlubą tej ziemi i znakiem wielowiekowej tradycji chrześcijańskiej. Pokazano nam cerkwie w Suszy i Gandzasarze, gdzie znajdują się relikwie św. Zachariasza, zawieziono nas do historycznej stolicy dawnej Armenii – Tigranakertu, spotkaliśmy się z Prezydentem kraju, z wieloma osobami ze środowiska literackiego i artystycznego, a nade wszystko mieliśmy sporo wolnego czasu na podziwianie dalekich widoków i kontemplowanie piękna jesieni na Zakaukaziu. W miarę możliwości odłączałem się nieznacznie od głównej grupy i przyglądałem się starożytnym płytom nagrobnym, charakterystycznym krzyżom, starałem się utrwalić w pamięci bryły małych cerkwi i domów. Ale przez cały czas wpatrywałem się też w siebie i szukałem odpowiedzi na pytania mojego życia, sięgałem z daleka ku centralnym punktom, ku zdarzeniom chwalebnym i nieustannym atakom wrogów. Będąc tak daleko od Polski i sięgając myślą ku demonom mojego życia, zauważałem bezsens ich istnienia, ale też ich ważną rolę, jako zagrożeń, wciąż motywujących mnie do działania. W jakiś sposób podobnie żyją ludzie w Arcachu, gotowi na agresję ze strony sąsiadów, a przy tym nieustannie zmotywowani do rozwoju i walki o samych siebie. Tutaj, tak daleko od domu mogłem patrzeć na moje życie jak na coś skończonego do chwili wyjazdu z Polski, coś co miało swoje punkty graniczne i nieustannie się kształtowało, aż doszedłem do chwili w Stepanakercie, Szuszy, Gandasarze, Erywaniu, aż spojrzałem po raz pierwszy na Ararat. Gdybym nie wrócił – wszak podróż samolotem to zawsze rodzaj rosyjskiej ruletki – mógłbym powiedzieć, że dobrze przeżyłem swój czas, syna spłodziłem, dom zbudowałem, zasadziłem wiele drzew i zawsze przyglądałem się z uwagą ptakom i owadom, szmaragdowym toniom jezior i mórz, odbijałem się w oczach wielu kobiet i ściskałem dłoń mnogim przyjaciołom. W takim spojrzeniu z miejsca, w którym nigdy miałem się nie znaleźć, a tylko przypadkowo w nim się pojawiłem, zło traci swoją wagę, a na plan pierwszy wysuwają się dobre cząstki mojego istnienia – miłości i narodziny syna i córki, kolejne publikacje książek i artykułów, namalowane obrazy, liczne rysunki i szkice, a nade wszystko chwile, które odcisnęły się w pamięci jako czas szczęścia i spełnienia. O tym myślałem, gdy stałem na murach zamku w Tigranakercie i patrzyłem na pobliskie ruiny miasta Agdam, zrównanego z ziemia podczas ostatniej wojny o Górski Karabach – o tym dumałem, gdy chodziłem wokół cerkwi w Gandasarze i na górskim cmentarzu przy niej. Takie były moje myśli, kiedy zapalałem świece w cerkwi w Szuszy i schodziłem w dolinę w Stepanakercie i tak podróżowałem wewnętrznie, gdy już jechaliśmy z powrotem do Erywania, gdzie miałem raz jeszcze doświadczyć wzruszeń nie do opisania.

Fontanny na placu w Erywaniu

Fontanny na placu w Erywaniu

Erywań przywitał nas widokiem Araratu, połyskującego w dali jak wielka piramida nieskończoności, jak znak pierwszej kosmogonii i kształtowania się globu w czasach tak odległych, że aż niewyobrażalnych. Wielkie miasto tętniło życiem, a ja jeszcze podczas jazdy samochodem wyławiałem charakterystyczne męskie twarze, piękne buzie czarnookich i czarnowłosych Ormianek, zauważałem miejsca niezwykłe, zapraszające do odwiedzenia. Po przyjeździe do hotelu Shirak okazało się , że z okna na piątym piętrze rozpościera się wspaniały widok na świętą górę tego narodu, leżącą teraz po stronie tureckiej i zawłaszczoną podczas zawirowań wojennych na początku dwudziestego wieku. Wiele godzin spędziłem tam przy otwartym oknie i patrzyłem na ośnieżone czapy wyższego ze szczytów, rozmyślałem o historii, o książkach Orhana Pamuka, który miał odwagę mówić prawdę o Rzezi Ormian, torując w ten sposób drogę do autentycznych, prawdziwych studiów naukowych. Wychodząc z hotelu, wchodziłem do dużego parku, w którym znajduje się pomnik pilota Nelsona Stepanyana, bohatera narodowego Armenii, który trafiony przez Niemców, skierował swój samolot we wrogi statek i zakończył życie jak kamikadze. Chodząc alejkami tego skweru wyodrębniałem dziwne rośliny, przyglądałem się ptakom, a nade wszystko tonąłem w myślach o tym, co zobaczyłem i przeżyłem w Arcachu. Choć był to już koniec października, słońce wspaniale przygrzewało i można było chodzić po ulicach w letniej koszulce lub w cienkim swetrze, więc korzystałem z tej możliwości. W pewnym momencie, na głównym placu Erywania, pośród barwnych kwiatów na klombie, zauważyłem dziwnego owada, który początkowo wydał mi się kolibrem, gdyż miał rodzaj cienkiego dziobu-ssawki, którym spijał kwiaty. Po powrocie do Polski odnalazłem to stworzenie w atlasie i okazało się, że jest to fruczak gołąbek, dziwna ćma, jakby rodem z krain egzotycznych, zawisająca nad barwnymi kielichami i płatkami. Nieopodal znajdowało się Armeńskie Muzeum Narodowe, w którym przeżyłem niezapomniane chwile przy obrazach Martirosa Sariana, kultowego malarza armeńskiego, podziwiałem wielkie płótna Iwana Ajwazowskiego, a przy tym zobaczyłem dzieła tak znanych malarzy jak Pieter Claesz, Claude-Joseph Vernet, Wasyl Kandinsky czy Marc Chagall. Dopełnieniem tego dnia był wieczór przy bogato iluminowanych fontannach, na reprezentacyjnym placu Erywania, otoczonym słynnymi czerwonymi budynkami. Barwy tryskającej wody zmieniały się co chwilę kalejdoskopowo, a w przestrzeni rozbrzmiała muzyka, która chwytała mnie za serce. Oprócz słynnych dzieł filharmonicznych Vivaldiego, Mozarta, Bacha, Beethovena, wybrzmiał nieśmiertelny kanon D-dur Johanna Pachelbela i walc numer dwa Dymitra Szostakowicza. Jak barwy tryskających w górę strug, mój nastrój nieustannie się zmieniał, od feeryjnej radości do głębokiego smutku, przy dźwiękach kanonu i słynnej części suity jazzowej. To było moje pożegnanie z Armenią i starożytnym Arcachem, a przy tym jedne z piękniejszych chwil w życiu. Z wyprawy na Zakaukazie przywiozłem dwa notatniki pełne skończonych wierszy, notatek, pomysłów do zrealizowania na papierze, ale prawdziwy skarb, dany mi w tamtych dniach, na zawsze pozostał w moim sercu i pamięci. I na kartach tej książki…

ORNITOLOGIA ULICZNA (2)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

%d blogerów lubi to: