ARCHIWUM KRYTYCZNOLITERACKIE (5)

Wyobraźnia poetycka Tadeusza Śliwiaka, od 1953 roku, kiedy to debiutował  on poematem pt. Astrolabium z jodłowego drzewa, nieprzerwanie zaskakuje i zachwyca czytelników. Poznając poszczególne tomy poety łatwo odkrywamy, iż jego poezją rządzą ściśle określone rygory czasowe. Przeszłość i teraźniejszość są wyraźnie od siebie odgrodzone. W przeszłości tkwią korzenie przyszłych zdarzeń, potencjalnego kształtu strof poetyckich i struktur wyobraźniowych. Już w dzieciństwie – mówi poeta – naświetlone zostały klisze przyszłych dni, już u początków świadomości uformowała się wyobraźnia i poetycka wrażliwość. Znaczącą rolę mają w imaginacji Śliwiaka ciecze – krew, pot, mleko, łzy, a nade wszystko woda, pełnią w jego metaforyce określoną funkcję. Czasem nawet zdaje się, że poezja autora Czytania mrowiska jest wynikiem jakichś przedziwnych wyobraźniowych rafinacji, klarowań i skropleń. To ciecze ożywiają ciała stałe, pojawiające się w tych wierszach,  a jednocześnie – niczym w krwiobiegu, wędrówce wody w przyrodzie, przesączaniu i ssaniu  – wprowadzają do tego świata periodyczność i dramaturgię. Śliwiak jest poetą niezwykle wrażliwym na oddziaływanie natury, chociaż wszystkie jego żywioły występują w unicestwiających się opozycjach. I tak „drzewo” pojawia się w opozycji z „ogniem”, „woda” w opozycji z „lodem” lub „solą”. Podobnie jest z barwami, które przeciwstawiając się sobie tworzą kolejne ciągi opozycyjne, a tym samym wpływają na większą głębię semantyczną wierszy. Tak samo jest ze światłem i ciemnością, z twardością i miękkością, z radością i smutkiem, z nadzieją i rozpaczą. Często też w obrębie wiersza mamy do czynienia   z prawdziwą walką sprzecznych żywiołów, które zmieniają nieodwracalnie rzeczywistość.

Wyobraźnia jest najpotężniejszą siłą poezji Śliwiaka – to ona ożywia martwe formy, obdarza barwą i oddechem sztywne rekwizyty. Jest autor Żywicy magiem ruchomych wizji, przepływających przez jego wyobraźnię niczym ptaki. Te skrzydlate twory utrwalone nagle w kształcie wiersza, popieleją, kruszeją, tlą się i trwają w pyle, kurzu i sadzy. Poeta przygląda się również bacznie procesowi krzepnięcia, przesączania, przepływania – niczym przez Heideggerowski prześwit – z jednej rzeczywistości do innej, ze świata realnego  do nadrealnego. Niczym mały chłopiec z szeroko otwartymi oczyma patrzy stale na ogromne katedry drzew i szaro–seledynową toń oceanu. Natura napiera na niego ze wszystkich stron,  a wrażliwość – niczym wiecznie otwarty kanał percepcji – nasącza wyobraźnię nowymi obrazami i odczuciami; chropowatość kamienia i kory drzew obok gładkości szkła i kobiecego ciała; ostry zapach żywicy obok woni polnych kwiatów. Ten nieustający zachwyt nad rzeczywistością przerywany jest raz po raz bolesnymi dreszczami śmierci. Poeta stara się obnażać jej bezduszność, pragnie demaskować jej żądzę – tak powstają dramatyczne wiersze na kanwie śmierci poszczególnych przyjaciół, a potem w tomie pt. Solizman jakby wiersz–traktat na temat śmierci.Eschatologia przenika nawet te wiersze Śliwiaka, które mówią o miłości, cieple i łagodności.Szóstym zmysłem wyczuwamy, iż jest ona obecna pod powierzchnią słów. Tę trudną umiejętność posiadło w domenie języka polskiego doprawdy niewielu poetów.

 Autor Rajskich wron dokonuje swoich poetyckich obserwacji w wielu miejscach, a potem tworzy liryki, wpatrzony w pomniki w różnych punktach Europy, studiuje     tarcze zegarów i zwężającą się perspektywę dróg. Wpatruje się też w piaski północnej Afryki, kamienny grunt Bliskiego Wschodu i odległe brzegi Ameryki Południowej. Jest jednym z tych niewielu szczęśliwców, którym udało się znaleźć pod niebem kilku kontynentów. Wszędzie tam pragnie:  Zaznawać światła gdziekolwiek się jawi/ choćby odbite choćby oddalone/ Choćby go było tylko tyle aby/ powlec nim igłę albo kroplę wody. (* * *) Światło pojawia się w tej liryce na zasadzie efektu scenicznego; wyławiania z mroku nieistniejących kształtów, twarzy, spojrzeń, by poigrawszy na maskach i dłoniach trzymających sztylety, znowu pogrążyć wszystko w niebycie i przypomnieć, że istnienie jest względne: Dzwon który będzie zapisany niebu/ rodzi się w ziemi/ Stygnie w niej – przejmuje/ tę tajemnicę jaką kryje glina/ biała od kości ruda od żelaza.(Ludwisarnia nad Sanem) Przenikanie jest dla Śliwiaka formułą bytu – wszystko w jego wierszach przechodzi od jednego stanu skupienia do innego, wszystko przenika się nawzajem. Ta osmoza ma w poezji Śliwiaka głębokie umotywowanie filozoficzne. Gdy świat realny przeistacza się w tej liryce w nadrzeczywistość – tężeje, krzepnie, ale też ma właściwości materii powiewającej na wietrze, właściwości żywego organizmu. Poeta dość przewrotnie nazwie to somnambulizmem, a najjaskrawiej uzewnętrzni się to w wierszu pt. Somnambuliczne Camargue, gdzie pojawi się jednorożec, a kobieta przeistoczy się w granatową ważkę. Śledząc lot tej ważki stwierdzimy, iż kieruje się ona tam, gdzie znaleźć można nośniki światła. A więc w pobliże soczewki, nad kryształy soli, ku oknom i nad lustra wodne. Przenikanie światła i transformowanie rzeczywistości realnej w surrealną, to znamienne cechy tej poezji. Inną jest aforystyczna dążność do zawarcia ogromu przeżyć człowieka w zaledwie kilku słowach.

Śliwiak raz jest idealistą, a innym razem wierzy jedynie w materię, a przy tym szukając prawd stara się odnajdywać je zarówno w łowiskach wyobraźni, jaki w twardości kamiennej siekiery sprzed lat trzech tysięcy, która rozbija laskowe orzechy. Nie sposób nie wspomnieć tu także o roli pamięci w tej poezji. To przy jej pomocy autor wydziera zapomnieniu i śmierci dawno minione zdarzenia, twarze i gesty. Z równą urodą ukazuje południowo–wschodnie kresy Polski, jak i szkicuje portrety rodziców i braci. Tak samo złożone są w jego wyobraźni wrony i ryby, ucho igielne, serce ptaka i siekiera. Przy czym nawarstwienie metaforyki animistycznej– ornitologicznej i ichtiologicznej – sprawia, iż mamy w poezji tej do czynienia z czymś w rodzaju lirycznego atlasu przyrodniczego. Wyobraźnia Śliwiaka ma właściwości ożywiające i odradzające – wystarczy impuls, przeskok iskry elektrycznej, a już jego imaginacja – której podsunięto obraz odartej z mięsa sarniej czaszki – wyczaruje żywe, gotowe do ucieczki zwierzę. W tych działaniach wyobraźnia zaczyna jakby konkurować z Bogiem, czasem, przestrzenią i często – dzięki unieśmiertelniającej sile wiersza – tę rywalizację wygrywa. Poeta często szuka w rzeczywistości okruchów tajemnicy istnienia – poprzez bystrą obserwację, uniesienie, iluminację, gromadzi w poszczególnych wierszach przesłanki, iż taka tajemnica rzeczywiście istnieje. I choć wie, że nigdy nie dotrze do jej istoty – stale ponawia próby. Sens– według Śliwiaka – leży w próbowaniu i poeta, uważny czytelnik Camusa, zakłada maskę Syzyfa i stale od nowa toczy pod górę „głaz liryki”. Wierzy, że samo tworzenie, samo popychanie kamienia, jest dotykaniem tajemnicy – przez błony czasu i przestrzeni – ale dotykaniem.

 Śliwiak żyje w świecie permanentnej tragedii, w świecie, gdzie zagrożenia i chłodny cień niewiadomej wiszą wciąż nad człowiekiem. Przypomina to aurę Starego Testamentu, który musiał być jedną z podstawowych Ksiąg kształtujących plastyczną i pojemną wyobraźnię poety. Śliwiak, by ją odwzorować, stosuje jemu tylko charakterystyczny kod, swoiste mieszanki znaczeniowe, gdzie swoje miejsce mają biologia i fizyka, chemia i astronomia, a wreszcie archeologia i symbolika kultury. Poszczególne postaci ożywiające te wiersze ukazywane są przy zastosowaniu zmiennej perspektywy – raz to jako ciała fizyczne, a innym razem jako substancje, bądź cząstki materii ożywionej, biorące udział w nieustannej rafinacji. W swoich poetyckich obserwacjach Śliwiak stosuje często ogląd niemalże naukowy, stara się dotrzeć do istoty zjawisk, odnaleźć ich sens i określić wartość. W tym też celu – jak zauważył kiedyś błyskotliwie Artur Sandauer1 – dokonuje swoistego odwrócenia rzeczywistości do góry dnem. Gdy opisuje dom – to zaczyna od noża na stole. Podobnie rzecz się ma z wieloma przedmiotami używanymi w życiu codziennymi ze zmysłami, które uzyskują w wierszach Śliwiaka pojemność, głębię przestrzenną i zdolne    są pomieścić ptaka, igłę, kamień, a nawet drzewo czy katedrę. Ta poezja to świadectwo życia człowieka w obliczu rzeczy najprostszych, jak choćby kamienia, iskry, wiadra – ale także pośród najwspanialszych wytworów myśli, jak choćby odrzutowca, ogromnego domu mieszkalnego czy samochodu. Pomiędzy tymi dwoma obliczami świata, zawiera się scenariusz codziennych zwycięstw i porażek, każda przedmowa i każdy epilog. Autor jakby opowiada człowieka i świat od nowa, tworzy nowy ład, chociaż – przywołajmy jeszcze raz Sandauera – ład nie jest tu autentyczny, lecz osiągany ceną wysiłku.2

Najdobitniej swoje zakorzenienie w micie i kulturze wyobraźnia Śliwiaka zaznaczyła   w tomie pt. Poemat o miejskiej rzeźni (1965). W tym cyklu obrazów, gdzie jakby tylko pretekstem jest konkretna, lwowska rzeźnia, poeta posługuje się językiem mitu, ale też  nie stroni od gry słów i z łatwością przechodzi od patosu do lumpenproletariackiej piosenki.  W tym świecie, to co pierwotne graniczy z krwią zabijanych zwierząt i to co kulturowe – odbija się w gasnących oczach prowadzonych na rzeź. Poemat ów nabrał jeszcze tragiczniejszej wymowy, gdy poeta zginął śmiercią tragiczną w Krakowie. Czytając ten przejmujący zapis, nie można nie dojść do przekonania, iż właśnie w rzeźni Śliwiak pobierał pierwsze lekcje wyobraźni i tam uczył się śmiertelnej dialektyki życia: Uczyłem się życia/ od śmierci/ wcześniej widziałem/ nóż w ręce rzeźnika/ niż pastucha z kijem/ moje pierwsze ogrody/ to mięs cyprysy czerwone/ flora płuc i wątrób/ wiszących na hakach/ moje festyny świąteczne/ to rogowe trąbki/ dmuchane pęcherze/ totemy dzieciństwa/ – wielkie głowy wołu/ z których zdjęto skórę/ zostawiono oczy/ moje pierwsze ptaki/ czarne tłuste wrony/ w czyhaniu na ochłap. W poemacie Śliwiaka wydarzenia migają niczym w przyspieszonym filmie – bieg historii, tragedie narodu i indywidualne przegrane plączą się ze ścieżkami zwierząt prowadzonych na rzeź. Na to jeszcze nakładają się niezwykle realistyczne, sugestywne i biologiczne opisy szlachtowania niewinnych istot. Uderzająca jest siła poszczególnych segmentów poematu i wizyjność nakładających  się na siebie obrazów i metafor. Poeta opisuje rzeźnię ze swojej młodości jakby wspominał najbardziej ekscytujące zdarzenie życia. Ta rzeźnia była szkołą i poeta ma świadomość, iż: Trzeba było tego owocu/ mięsistego/ ociekającego sokiem/ trzeba było sterczących przed nim zębów/ aby zrozumiał/ pierwsze prawo wilka/ Trzeba było/ stada ryczących krów/ pędzących jak rzeka/ do czerwonego morza rzeźni/ (Nad Morzem Czerwonym). I trzeba było lat w ogniu wewnętrznej walki, w krwawych wspomnieniach, w podchodzeniu istoty rzeczy, w szukaniu i zdążaniu, w niecierpliwym czerpaniu z czary miłości i smutku, trzeba było doświadczeń inicjacyjnych, mozolnych inkantacji – by poeta wypalony niczym suche źdźbło wiatru stanął u wrót wyobraźni, płonącej i gasnącej w jednej chwili.

____________

1A. Sandauer, Poezja tragicznego ładu [w:] Pisma zebrane, t. 1, Studia o literaturze współczesnej, Warszawa 1985, s. 464.

2Ibidem, s. 470.

BROMBERG (18)

Eleonora z dumą patrzyła na Williego, jakże przystojnie wyglądającego w galowym mundurze oficera SS. Pamiętała go przecież jako małego chłopca, przyjeżdżającego do nich na wakacje z Berlina. Towarzyszyła mu w pociągu jadącym do Wirsitz i tam sprawowała nad nim opiekę, martwiąc się, że wciąż włóczy się na peryferiach miasteczka z kolegą Wernherem, synem tamtejszego landrata. Obaj mieli wtedy poranione kolana i podrapane przedramiona, bo włazili na drzewa i wspinali się na skalne ścianki, wystające ze wzgórz. Uspakajała się dopiero wtedy, gdy chłopiec kładł się do łóżka i od razu zasypiał, przykryty pierzyną, ogrzaną przez nią przy piecu kaflowym. Teraz siedział przy niej mężczyzna, który mógłby uchodzić za najprzystojniejszego na świecie. Miał bujną blond czuprynę, niebieskie oczy i wyraziste kości policzkowe, a jego podbródek kończył się głębokim dołkiem. Usta miał wąskie, jakby stworzone do całowania, nos kształtny, ani za duży, ani za mały, brwi i rzęsy wyraziste, a skórę nieco przyciemnioną, zapewne z racji słońca, mocno operującego we wrześniu tego roku. Jakże cieszyło ją to spotkanie w owianym sławą lokalu, w tej części Brombergu, który najbardziej lubiła i który mijała przez wiele lat, podążając z górnego tarasu miasta do Höhere Mädchenschule, ulokowanej przy Schule Strasse. Szczególnie zapamiętała okres po roku 1911, gdy jednostka ta przekształciła się w szkołę dla pielęgniarek, wychowawczyń żłobków i przedszkoli. Miała wtedy wspaniałą przyjaciółkę Margarete, mieszkającą na stancji w Brombergu, z którą chodziła do Teatru Miejskiego, zwiedzała wielki cmentarz ewangelicki z grobami znamienitych Niemców i odbywała wyprawy na skraj miasta, gdzie Brahe miała krystalicznie czysta wodę i dawała ukojenie w upalne lata.

            – Ciocia pewnie dziwi się, że jestem w mundurze galowym…? – odezwał się Willi,  gdy kelner zrealizował zamówienie, z gracją ustawiając na stoliku aromatyczne kawy i ciasta.   

            – Coś ty chłopaku kochany… według mnie mógłbyś tak chodzić ubrany codziennie… ktoś wspaniale zaprojektował wasze uniformy…– podjęła dialog Eleonora.

            – Przypadkowo wiem, że stworzyli je dwaj artyści Karl Diebitsch i Walter Heck, a produkcją zajął się Hugo Boss.

Eleonora spojrzała na posrebrzany pas Williego, na którym widniał napis Meine Ehre heißt Treue i przeniosła wzrok na czapkę z orłem, umieszczonym na swastyce i trupią główką, którą Willi położył na wolnym krześle.

            – Wolę mój mundur polowy – ciągnął von Otter – ale dzisiaj musiałem dobrze się zaprezentować, bo miałem spotkanie z wysokimi rangą dowódcami… Nie zdradzę tajemnicy wojskowej, jeśli powiem, że do Brombergu przyjechał  SS-Obersturmbannführer Hans Kölzow, który przywiózł z Berlina specjalne rozkazy naczelnego wodza. Był też szef VI Inspektoratu Selbschutzu SS-Obersturmbannführer Erich Spaarmann, SS-Sturmbannführer Christian Schnug no i mój szef SS-Standartenführer Ludolf Jacob von Alvensleben, jedyny człowiek na świecie, którego się boję…

            – To są wasze sprawy chłopcze, ja wierzę w ciebie bezgranicznie…- entuzjazmowała się kobieta – Dzisiaj, jak szłam na nasze spotkanie, z obrzydzeniem patrzyłam jak Polacy byle jak odmienili nasze miasto… Wszędzie te ich i Żydów krzykliwe reklamy, swarliwe rozmowy w dziwacznym języku i bezczelność na każdym kroku…

            – SS-Obersturmbannführer Kölzow ma rację, codziennie musimy stawiać Polaków pod ścianami, bo tylko tak zdławimy ich absurdalną dumę… – odrzekł Willi.

            – Ty możesz nie pamiętać Brombergu sprzed lat, ale ja wciąż go noszę w sercu…– mówiła kobieta – i dzisiaj jak szłam, uroniłam łzy nad zniszczeniami, których dokonali. Jak oni mogli zburzyć wieżę Bismarcka, ten jakże wspaniały monument, upamiętniający naszego heroicznego ojca narodu… i dlaczego rzucili na ziemię pomniki cesarskie na rynkach i placach…?

            – Już odwdzięczyliśmy się im z nawiązką za Krwawą Niedzielę i za te zniszczenia także, przy pobliskim kościele pojezuickim. I szybko wróci na rynek pomnik Fryderyka II – podjął wątek rozmowy Willi i nagle zmieniając ton głosu niemal wykrzyknął – podjęliśmy już stosowne decyzje i niebawem wypierdolimy w powietrze ich ukochane symbole…Najpierw synagogę…

            – Ach mój ty wyzwolicielu… – powiedziała ubawiona wulgaryzmem Eleonora, napiła się kawy, a potem nabrała łyżeczką nieco ciasta i po przełknięciu potwierdziła – Tak, macie rację, tylko to ich nauczy szacunku dla naszej wspaniałej historii…

            – Prowadzimy szereg tajnych operacji, nadzorowanych bezpośrednio przez Reichsführera-SS i każdy ma swoje zadania. Właśnie dlatego też dzisiaj się tutaj spotkaliśmy…– powiedział oficer.

            – Mówisz o Heinrichu Himmlerze…? Nie uwierzysz, ale znam jego żonę…

            – Jak to… skąd…– zdziwił się Willi.        

            – Chodziłyśmy razem do żeńskiej szkoły… Margarete była moją najbliższą przyjaciółką…Odbyłyśmy liczne wyprawy za miasto i raz nawet zaprosiła mnie do swojej wsi, gdzie jej ojciec był bogatym junkrem…– odrzekła raz jeszcze dopijając kawę z filiżanki.

            – Nie wiedziałem, że ona stąd pochodzi, ale będę o tym pamiętał, bo może to się przydać. Z drugiej strony, dowiedziałem się od mojego szefa, że Himmler żyje z nią na odległość i ma piękną kochankę Hedwig, zresztą jego sekretarkę…

            – O tym nie wiedziałam, bo moje kontakty z Margarete urwały się, gdy jej rodzina wyprowadziła się pod Berlin. Jeszcze do mnie przysłała dwie pocztówki z Reichstagiem i Bramą Brandenburską, ze zdawkowymi pozdrowieniami na odwrotach, a potem nastąpiła cisza. Wiem tylko, że w 1929 roku urodziła ze związku z Himmlerem córkę Gudrun.

            – Tak, widziałem te pyzatą dziewczynę… strasznie zarozumiała szczeniara… ojciec wszędzie ją zabiera…– ze śmiechem powiedział Willi, a potem spoważniał i ciągnął dalej – ale wracając do naszego spotkania… Ciocia pamięta mojego kolegę z Wirsitz Werhnera… Jest teraz bardzo ważną osobą w przemyśle zbrojeniowym Rzeszy.

            – Co ty mówisz, ten wiecznie zasmarkany Wehrni…? – zdziwiła się Eleonora.

            – Ha, ha, ha… tak ten smarkacz jest teraz kimś bardzo ważnym, od którego zależeć będą losy wojny, szczególnie po 3 września, kiedy to angielscy i francuscy zarozumialcy wypowiedzieli nam wojnę…Nie wierzę, że zdecydują się nas zaatakować, bo tak naprawdę Polska dla nich się nie liczy. Tylko prężą muskuły, wiele gadają, markują, a zapewne w tajemnicy tylko zintensyfikują zbrojenia. Na szczęście nasz führer jest przewidujący i potrafi korzystać z talentów takich geniuszy jak mój dawny kolega z Wirsitz…

            – To on zrobił taką karierę, że współpracuje z samym naczelnym wodzem? – dziwiła się kobieta.

            – Tak i teraz ciocia także dostanie swoje zadanie… – powiedział Willi, ściszając tajemniczo głos – Pamięta ciocia, że jedną noc spędziłem poza waszym domem…

            – Martwiłam się o ciebie, bo praktycznie, nie było cię od rana, do rana następnego dnia… – potwierdziła.

            – No właśnie, a ja pojechałem w tajemnicy do Wirsitz, by wykonać pewne zdanie najwyższej wagi państwowej… – przytaknął.

Eleonora nieco przeraziła się jego słów i rzuciła okiem poza balkon, na którym się spotkali. Właśnie na rzece pojawił się jakiś spory holownik, ciągnący aż trzy barki i wyrzucający z komina kłęby czarnego dymu. Po lewej rysował się fragment Teatru Miejskiego z pomnikiem nagiej Łuczniczki, który tak lubiły z Margarete, a za mostem ginął pośród czarnej chmury wielki budynek domu towarowego „Hohenzollern”, słynącego niegdyś z narożnej rzeźby cesarza z tego rodu, przedstawionego w zbroi rycerskiej. Na niebie wolno przesuwały się podświetlone przez słońce cumulusy, nad tonią unosiły się liczne, swarliwe mewy, a po pobliskim moście przejeżdżały z hałaśliwym dzwonieniem dwa mijające się tramwaje.  

– Moja prośba jest taka… – ciągnął mężczyzna – Gdyby ktokolwiek pytał ciocię, czy każdej nocy, od zamieszkania u was, spałem w swoim pokoju, to proszę o potwierdzenie. Nikt, absolutnie nikt, łącznie z moim dowódcą i innymi wojskowymi, nie może wiedzieć, że jeździłem do tego małego miasta… Musi ciocia też przekonać kochanego wuja Johanna, by w razie jakiegokolwiek pytania, potwierdził, że co noc spałem na Garten Strasse… To bardzo ważne…

Eleonora natychmiast przysięgła, że będzie milczeć jak grób, ale dostrzegła w tej sytuacji możliwość zrealizowania prośby męża, któremu doskwierało już wspólne mieszkanie z Willim.

            – Wszystko, co ważne jest dla Rzeszy leży na moim sercu i ufam ci bezgranicznie…– powiedziała i na chwilę zawiesiła głos, by dopiero po jakiejś minucie kontynuować – Ale ja mam też pewną trudną dla mnie sprawę… Jak wiesz wuj Johhan ma kłopoty ze snem i zaczynają mu trochę przeszkadzać twoje późne powroty do domu… To chyba jest za małe mieszkanie dla nas trojga…

            – Też już o tym myślałem – odrzekł z promiennym uśmiechem Willi – ale nie chciałbym mieszkać w koszarach, tam jest za duży hałas, stale ktoś biega, wciąż ktoś wrzeszczy… Może ciocia wie, gdzie jest jakieś ładne lokum, opuszczone przez czystych Polaków…?

            – Przychodzi mi na myśl mieszkanie państwa Rossów na Tauben Strasse, ulokowanej blisko nas. Polacy przemianowali ją na Strzelecka Strasse. Ci Polacy wynajmowali duży pokój, ale teraz on jest pusty, a przy nim osobna łazienka i kuchnia. W sam raz dla ciebie kochany chłopaku…

            – Dziękuję cioci za tę informację i już jutro odwiedzę to mieszkanie – powiedział, sięgnął po czapkę, zasalutował, unosząc prawą rękę ku górze i udał się do lady, przy kredensie by zapłacić rachunek.

Jeszcze stamtąd machnął jej ręką na pożegnanie i zniknął za załomem ściany. Eleonora powoli dopiła kawę i dojadła ciastko, a potem wstała, przejrzała się w wielkim lustrze, wiszącym na ścianie, poprawiła przekrzywiony kapelusz i ruszyła ku wyjściu z lokalu.

KSIĄŻKI ABSURDALNE (2)

Kazimierza Hoffmana poznałem na początku lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku, kiedy to odwiedziłem redakcję bydgoskich „Faktów”. Tam, razem z partyjnym „dziennikarzem” Marcelim Bacciarellim, uzurpował sobie wyłączność publikowania tekstów o plastyce bydgoskiej i niepodważalność sądów. Taki młody krytyk – jakim wtedy się stawałem – nie był dla niego wiarygodny, więc kpił sarkastycznie z mojego artykułu, od samego początku popisując się swoją „wiedzą” filozoficzną i stawiając się wysoko nad naszym środowiskiem. Poszło o mój obszerny szkic na temat malarstwa i rysunku Ignacego Bulli, który koniec końców – dzięki pomocy Jana Góreca-Rosińskiego – ukazał się w „Faktach” w niezmienionej formie. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem jaka to była obelga dla dwóch gazetowych wyjadaczy, którzy oprócz własnych rankingów, reprezentowali określoną linię polityczną. Redaktor Naczelny był przychylny młodym twórcom i rozumiał, że wciąż dokonuje się zmiana pokoleniowa, dlatego publikował moje teksty, a także Derdowskiego, Cielesza i całej czeredy innych autorów, dopiero wchodzących do literatury, zdobywających pierwsze laury i szlify na łamach lokalnych i ogólnopolskich periodyków. Hoffman skojarzył mi się wtedy ze skrzeczącą sroką, która robi straszny raban na widok kota – choć nie terkotał jak ona, a swoje sądy cedził z cynicznym samozadowoleniem, to ich powtarzalność powodowała, że takie porównanie narzucało mi się z dużą mocą. Później kilka razy spotykałem go na korytarzach i w pokojach KPTK-u, gdzie miał swoje biuro, jako bibliotekarz BWA i Prezes Bydgosko-Toruńskiego Oddziału SPP. Zauważyłem wtedy, że mitologizuje – podobnie jak Grzegorz Musiał – swoje publikacje w „Twórczości”, czyniąc z tego periodyku parnas literatury polskiej. Poniekąd tak było w różnych okresach, ale czytając jego wiersze, nigdy nie mogłem zrozumieć dlaczego stawia się go tak wysoko, wszak jego maniera poetycka wielkich przestrzeni ciszy pomiędzy wersami, natrętne, instrukcyjne komentowanie największych twórców, filozofów, malarzy, nie było niczym nowym w naszej liryce. Dużą rolę w wylansowaniu Hoffmana miał Artur Sandauer, który zamieścił tekst o jego poezji w „Życiu Literackim”, a że miał wtedy ogromną siłę kreacyjną, od razu uznano bydgoskiego autora za wyjątkową osobistość. Jakoś nie przekładało się to na obecność w antologiach poezji polskiej i publikacjach kolejnych książek za granicą, ale w środowisku lokalnym rosła fama „wielkiego poety”. Ten mechanizm stale obecny jest w krytyce polskiej, gdzie często przyjmuje się na wiarę jakieś opinie, rankingi, wypowiedzi na temat sytuacji w danym obszarze i w określonej grupie generacyjnej. Nie pamiętano zatem co powiedział Sandauer, ale stale powtarzano, że chwalił Hoffmana, a nawet konsekrował go na wieszcza. A tymczasem w tekście warszawskiego krytyka pt. Samotność z dalekopisem znalazły się też takie oto zdania: zbiór złożony jest w 70 proc. z utworów niezrozumiałych – głównie dlatego, że napomyka o okolicznościach i lekturach nieznanych czytelnikowi. Przy nowej metodzie wypowiedzi lirycznej nastręcza to trudności dodatkowe, przed którymi niefachowiec ma ochotę się cofnąć. No tak – Sandauer dawał do zrozumienia, że jeśli poeta zakłada, że tworzy tylko dla „fachowców”, to zatraca istotę liryki, zabija jej otwartość, narzuca interpretację i bywa dziwaczny, a jego kolejne utwory stają się szaradami, zabawami słownymi i poszukiwaniem niemożliwej eufonii. U Hoffmana enigmatyczność tekstu potęgować miały jeszcze specjalne cytaty z wymyślonych poetów i utworów, wprowadzane na zasadzie niezbyt roztropnej i często cynicznej, gry z czytelnikiem. Nie ma sensu tutaj dłużej ciągnąć tego wątku, gdyż moje nastawienie do poezji Hoffmana nie zmieniło się przez lata i nikt nie przekona mnie do niej, a jeśli są krytycy, którzy znajdują w niej coś interesującego dla siebie, to sprawiedliwość nakazuje wysłuchać ich, przeczytać powstałe książki, szkice, recenzje, co też uczyniłem, ale w niczym to nie zmieniło moich poglądów.

Przedmiotem tego przybliżenia jest Dziennik (2000-2008), który nie waham się określić jako absurdalny i wpisujący się w chybioną manierę wydawniczą, publikowania wszystkiego, co pozostało po zmarłym pisarzu. Grzegorz Kalinowski (redaktor) i Grzegorz Dominiak (wydawca) wyrządzili ogromną krzywdę Hoffmanowi, który już nie mógł bronić się, wprowadzić korekt i usunąć kompromitujących go określeń. Autor w żadnym miejscu nie napomyka o tym, że jego zapiski mają być wydane, tym bardziej, że wielokrotnie przywołuje zdanie Rolanda Barthesa: Piszę, bo nie chcę słów, na które trafiam, piszę przez odejmowanie. To odnosi się do metody twórczej autora przy pisaniu wierszy, ale przecież w jego zapiskach też czasami widać tę tendencję, szczególnie w komentarzach do dzieł wielkich myślicieli. Hoffman był bardzo pamiętliwy, nikomu nie darował negatywnych opinii na temat jego pisania, a z drugiej strony jakże łatwo zapomniał swoje wieloletnie uzależnienie od systemu komunistycznego. Do tego dochodziła zawiść związana z sukcesami innych twórców, a szczególnie noblistów i kandydującego do tej nagrody Adama Zagajewskiego. Szczególnie zacietrzewiał się, gdy w grę wchodziły ujęcia religijne lub nawiązania do wiary – wtedy też najpełniej się odsłaniał i walił prosto z mostu: durną pewnością siebie w kwestiach „teologicznych” grzeszy raz po raz i Miłosz (ponoć i teolog). Biedne ludzkie robaki w obliczu Boga. Układ celebralny – nic więcej. Rozum – gdzie? Dodatkowo – będąc już bardzo starym człowiekiem – bezczelnie wytykał wybitnym twórcomich wiek: Cóż, ten starzec stojący nad grobem nie ma łaski wiary. Troje starców: Szymborska, Różewicz i Miłosz nie posiadają jej. Mimo komfortu uznania i zaszczytów to postaci tragiczne, biedne, bo pozbawione nadziei. Choć książki Miłosza opublikowano w wielu krajach świata, choć osiągnął szczyty w poezji, przez wiele lat będąc też czołową postacią polskiej literatury emigracyjnej, to dla Hoffmana był tylko obiektem niewyszukanych kpin: Tu się odkrył. Jeszcze raz. Żałosne. Ta pozorna „fastrygowana” – tu i tu – mądrość dziadygi na katedrze! Oto jeszcze kilka podobnych, absurdalnych cytatów, których nie warto komentować, tyle mają w sobie jadu: Moda na pojęcie „transcendencja” lub „świętość przez zaprzeczenie”. Bo okazja, bo można naurągać Bogu i obyć się bez Niego (zwłaszcza Boga osobowego). Oto ateista Różewicz, „teolog” Miłosz, Szymborska (ze swoim zawieszeniem sensów, ze swoją „wykładnią” absurdu). I to – dwoje ostatnich – nobliści. Nieszczęśni starcy na szczycie polskiej poezji współczesnej! Płakać się chce. I dalej: Miłosz, Szymborska, Różewicz – u krańca życia z taką kondycją duchową! Żałośni starcy. Niemniej na czele liryki polskiej naszego czasu. Dramat. I jeszcze: głupie w swej pozornej bezpośredniości (skromności?) babulenie Miłosza i Clare Cavanagh o „polskiej szkole poezji” dominującej w świecie i oddziałującej na poezję w USA. Oto jej „ekipa”: Miłosz, Herbert (już niegroźny w konkurencji, bo nie żyje). Zagajewski, Bronisław Maj, Świrszczyńska, z łaski – to się jakoś odczuwa – Różewicz, Wat, Lipska, przybywa Miłobędzka… Barańczak, no właśnie! Ciągle podbijanie bębenka z Zagajewskim (podobnie jak w ZL) – wyraźnie kreowanego na przyszłego kolejnego noblistę. Zagajewski – kulturalny, nie pozbawiony smaku wytwórca poetyckiej czeskiej biżuterii! Co chwila nowy zestaw kpin i sądów nie znoszące sprzeciwu: Czy Miłosz w jakimś sensie nie ironizuje, wręcz nie kpi, kiedy wywodzi: „jakie przestronne niebiańskie pokoje! (…) Nad obłokami rajskie wiszące ogrody”? Przecież stary wyjadacz nie jest aż tak głupi, aby wyobrazić sobie Drugą Przestrzeń jako zestaw wyświechtanych obrazów z ludzkiego repertuaru, choćby były najbardziej ponętne czy atrakcyjne!  (…) Wygląda na to, że noblista pozwala sobie na takie zabawy poetyckie („co mi szkodzi”). Starzec stojący nad grobem. Filut. Niech sobie nim będzie prywatnie czy dla relatywistki Szymborskiej, ale ogłaszać swój aktualny „punkt dojścia” (na fali postmodernistycznego powątpiewania) wszem i wobec w pierwszej osobie liczby mnogiej? Cóż, Myszkowski przyjął tekst z pewnością na klęczkach, jak zawsze. I w efekcie zaserwował nam reprezentacyjne (dla postawy) wiersze naszych dwóch „największych z żyjących” poetów polskich – Szymborskiej i Miłosza w jednym numerze „Kwartalnika Artystycznego” – 4(28) 2000. Choć może i dobrze: wiadomo, co jest grane u naszych noblistów. Żałosna poetycka starość! Podeszły wiek innych twórców nie kojarzy się Hoffmanowi z mądrością: Starcze gadulstwo tyczy i Miłosza. Choć trzeba przyznać: i jeden i drugi piszą często teksty głęboko poruszające. Dar świeżości na koniec, mimo zadęć i potknięć poetyckiego rozgadania (zwłaszcza u Miłosza, rezonującego znad katedry). Niemniej – przesadne kolokwializmy u Różewicza. Czytając kolejne strony tego żenującego dziennika łatwo zauważymy, że Hoffman nie potrafi dogłębnie analizować poezji Miłosza, a zamiast tego stale wytyka mu wiek: Autentyczny lament czy krygowanie się, zmrużenie oka? Jak by nie było, nie świadczy dobrze o naszym nobliście, stojącym przecież nad grobem. Najlepiej by było, gdyby Miłosz umarł, a nie trzymał się pisania „jak rzep psiego ogona”: Rozczarowanie nowym poematem Miłosza pt. „Czeladnik” w najnowszym numerze bydgoskiego „Kwartalnika Artystycznego”. Podniosła w swej powadze narracyjnej proza rozpisana na wersy i strofy. Nic więcej. Żadnych widocznych starań o eufonię – ten probierz (Gadamer) poezji. Ale takim jest Miłosz od dawna. Nic tu nie gra dźwiękowo, nie orkiestruje, jedynie składnia wykładu nadziana erudycją, mową besserwysera do maluczkich słuchających noblisty z otwartymi ustami. Więcej się dzieje w przypisach, niż w znieruchomiałych ponad nimi brzmieniowo (poetycko) strofach poematu. Wyraziste odnośniki do Swedenborga niedwuznacznie wskazują na rzeczywiste sympatie „teologiczne” autora „To”. Nie od dzisiaj zresztą. Wszakże podziwu godna jest sama krzątanina intelektualna sędziwego noblisty. Trzyma się pisania jak rzep psiego ogona. I dobrze, że Myszkowski otwiera nim stale każdorazowy numer KA. Czołobitnie, bo czołobitnie, ale ma w tym swój cel: z pismem drukującym nieustannie takiego poetę – trzeba się liczyć i fundusze na jego edycję muszą się znaleźć. A swoją drogą: czy nie etyczniej zachowuje się Szymborska, która woli poetycko milczeć (po Noblu), niż non stop pisać, byle być wciąż na topie. Przy takim braku pokory i zrozumienia, najłatwiej przeciwstawiać sobie wybitnych twórców: A są to żałosne przykłady poetyckiego głuchnięcia na poetyckie znaki ostrzegawcze: powtarzanie się. I to coraz bardziej rozdmuchane, rozgadane. Cóż, niedaleko sięgać – retoryka Miłosza; nieznośna, rozsadzająca przebłyski dawnej, zsyntetyzowanej (w obrazie), oszczędnej i niezawodnej w przedstawieniu „tego jedynego słowa” liryki – kolokwializmy, babulenia Różewicza (bo wielki, więc wszystko mu wolno? bzdura). Może uświadomienie sobie takiej kolei poetyckiego losu, Kiedy osiągnęło się w karierze wszystko, co było możliwe – jest przeciągające się milczenie Szymborskiej? Byłby to duży dla niej plus, wreszcie, bo nie lubię jej za notoryczny relatywizm. Wiedzieć, kiedy zniknąć po napisaniu wielu ważnych dla ojczystej (i nie tylko) poezji – wierszy. Kulminacja samowiedzy poety. Możliwa przez pokorę, ba! Hoffman – sam siedemdziesięciotrzyletni – wciąż wprowadza do swojego dziennika denerwujące oceny twórczości w kontekście wieku twórców: Miłosz dziś (pod dziewięćdziesiątkę): retor? Kaznodzieja? Ostatecznie jednak – poeta. Chociaż leń jednak w pracy nad językiem liryki. Stały rytm frazy to za mało. A gdzie asonans odbrzmiewa asonansowi? Rytm wewnętrzny? Nie ma go; duet czy trio współbrzmiących końcówek męskich? Ani śladu. Zanik orkiestracji na przestrzeni (w przestrzeni) wiersza. Biblijna kadencja nazbyt „nagminna” u poety tej klasy. Mędrzec nie zastąpi poety. Sam podziw dla trzeźwości i jasności umysłu człowieka w tym wieku nie może znosić niedostatków czy zaniedbań autora wierszy i poematów. Nobliście nie wszystko wolno. Po prostu – nie wypada. A powszechny nadal aplauz krytyki to krzywa dla obracającego się stylistycznie w kółko klasyka. Style to rozwój substancji, w której się pracuje, którą się posługuje. R o z w ó j.  Ruch. Jakże żenujące jest to owo zakłamanie autora dziennika, rzekomo ujawniającego wielkie tajemnice polskiej literatury: A Miłosz z rozbrajającą szczerością, urokliwie w swoim „To” ćwierka: „I ledwo mogę uwierzyć,/ Że udało mi się przeżyć życie” [„Texas”]. Ślizgając się. W komforcie niedostępnym innym. Mistrzowsko umocniony „na topie”. Wielki. Ten epitet pozwala mu w „To” przybrać pozę autodemaskatora ujawniającego nam pozór wiarygodności swojej dotychczasowej drogi poetyckiej. Na szczęście w pisaninie Hoffmana znajdziemy też łagodniejsze tony, choć i w nich są przytyki i charakterystyczne dla niego wybrzydzanie:  Nieustanny ceremoniał kanonizacyjny Miłosza w naszej klakierskiej krytyce (mimo wersyfikacyjnej – narastającej – nudy jego poezji) spowoduje nierychliwy powrót, a raczej rychliwy – poezji Przybosia. Jej ponowna dominacja byłaby przegięciem pały w drugą stronę. Niezbędne jest trzecie wyjście – wypadkowa, w jakimś sensie, obu poprzednich. Byłoby to znamię właściwej dojrzałości naszego wierszopisarstwa: dbałość o sens i żywą,  t w ó r c z ą  formę? A zatem, Miłosz i Przyboś – dwa bieguny – potrzebne, niezbędne dla nowego „być” naszej liryki? Chciałoby się rzec za Hölderlinem: „I tak się dzieje wszystko”. Podobnie po lekturze „Traktatu teologicznego”: Przywalony jestem górą przedsięwzięcia. Ogromna pewność siebie – mimo napomknienia raz po raz o swojej niepewności co do wyroków Losu i Boga. Miłoszowa retoryka w imponującym stylu; biały wiersz na usługach osobistego wywodu i wykładu. Teologiczny balans między manicheistycznymi ciągotami i naiwnej wiary dziecka w ostatnich strofach „Traktatu”. Teologicznie ryzykowna (podejrzana) teza o odpowiedzialności, nie, tożsamości Adama i Chrystusa. Przecież pierwszy jest stworzony, a drugi – zrodzony („zrodzony, a nie stworzony” mówimy w Wyznaniu wiary). Zafascynowanie mistycyzmem Böhmego i Swedenborgiem. No tak, ale to wyznanie poety, a nie teologa, którym tak bardzo Miłosz chce być. Duży plus: stała, trzymana powaga składni poematu. Ani śladu – może nie dosłyszałem? – eufonii muzycznego brzmienia frazy. Podniosła proza języka. Ale w zakresie nihilizmu poznawczego – to coś, co mówi o trudzie myśli i uczuciach w obszarze ontologii, w obszarze Centrum. To ważne. Oczywiście ten zachwyt jest udawany, ironiczny, co stanie się jasne przy kolejnym zapisie,  obniżającym wartość dzieła poety w konfrontacji z poematem papieża: Nie ma lepszej odpowiedzi na wahliwy a fragmentarycznie dwuznaczny „Traktat teologiczny” Miłosza.  

Hoffman naigrywa się nieustannie z naszych największych poetów, może tylko oszczędzając Herberta, który tworzy w innych zakresach, wkracza w przestrzenie mitu i kultury śródziemnomorskiej. Poza tym autor nie ma komu go przeciwstawić w polskiej liryce, a przecież zasada absurdalnych porównań, to jego klucz do zrozumienia odrębnych poetyk. Szczególnie w przypadku obezwładniającego go Różewicza: „Szara strefa” Różewicza. Wielka poezja robiona na tandetę, na pop art (…) Różewicz znakomicie dopasowujący się do „dzisiejszego klimatu”, ściągający tu i tam gacie i pokazujący nagi tyłek. Liryczny gracz w natarciu. Młody jak stary Staff. Różewicz to dla niego najważniejszy poeta polski, ale to określenie pojawia się przecież po steku bzdurnych ustaleń wstępnych: Różewicz. Postmodernista? Niewątpliwie. Ale jeśli jest rzeczywiście twórczy (i uczciwy) przezwycięży go. Pytanie: czy zdąży. W tej chwili traktuje w swej inżynierii poetyckiej (Drewnowski) świat, rzeczywistość zbyt jednostronnie. Przecież istnieje – druga optyka bytu: nadziei, wynikająca z wiary w Odkupienie. Siła ikonografii i moc konstrukcji „lepionych” w poematy fragmentów Różewicza fałszuje obraz świata, podporządkowuje go jednostronnej ocenie wielkiego (tak!) poety. Aż się prosi do poetyckiego (zrównoważonego jednakże) protestu. Doskonale. Różewicz „poruszył” zastygły staw konwencji lirycznej, schematyzm poezji. Pytanie: czy starczy talentu i mocy, aby „przeciwstawić się” twórczo jednostronności (poznawczej i ontologicznej) poetyce Różewicza. Bo ma jedynie częściową rację. Kaleczy rzeczywistość. Błąd w sztuce. Niemniej – najważniejszy współczesny poeta polski. I dalej: Przeświadczenie Różewicza, od którego zaczynam „Drogą” jest, co tu dużo mówić, jaskrawym wyrazem pychy rozumu i „lekkiej ręki” poety, zbyt już pewnego siebie. Jaki niedwuznaczny dowód na to, że w każdych okolicznościach ferowania sądów a priori (niewymagających dowodu) w przypadku czegoś co umyka empirii – jest głupotą. Zdanie: „Wygaśnięcie Absolutu niszczy sferę jego przejawiania się”, pojęte jako konstatacja  s p e ł n i a n i a   s i ę – jest głupie. Aczkolwiek – jak każda głupota – bywa (jest) niebezpieczna. To gruźliczy naciek groźny dla bezkrytycznych zjadaczy słowa filozoficznego i poetyckiego. To nie grozi mojemu „idącemu z psem znowu przy nodze, drogą.” O takim zarozumialstwie Hoffmana jak na końcu ostatniego cytatu, będzie mowa dalej, tutaj na razie przywołajmy kolejny przykład jego braku taktu i opanowania (Jakże często nie mogę się opanować; to jedna z moich głównych wad.): Przeciwko dwom zarozumiałym (głupim) zdaniom z Różewicza i Szymborskiej. (…) Co tu dużo mówić – kolejne żniwo pychy, obezwładniającej jednak, jak się okazuje, intelekt i wrażliwość. Ekspansja głupoty w tym obszarze. Dowód na ujemne saldo w słowie poetyckim. Oto co czyni hasło „wszystko wolno”. Świat bez Boga – świat bez zasad. Tym żałośniejsze, że czyni głupimi i starszych. Niektórych. Według Hoffmana Różewicz: Kiedy zaczyna rozprawiać o Bogu, o t a m t y m świecie – bredzi, a Szymborska tworzy „głupie” zdania: „Duszę się miewa.” Jedno z najgłupszych zdań, jakie dane mi było kiedykolwiek przeczytać. Pochodzi z tomiku „Chwila” Szymborskiej. Nie jest wyjątkiem. Autor dziennika wskazuje skąd bierze się jego „metoda” opisu, opierająca się na tandetnych, pospiesznych porównaniach: Spotkanie z Robertem w Cafe Reggio Emilia na Starym Rynku. Niemal dwugodzinna rozmowa. Temat przewodni: Szymborska, Miłosz. Ironia tej pierwszej – maska nałożona na rozpacz. Jej relatywizm (noblistki) – nie do zniesienia. Intelekt maskujący duchową ułomność. Zagubienie (pustka) Miłosza. Wykładanie z katedry. Powtarzanie się u obu, konwencja, maniera u obojga; weszli we własne klatki. Może podczas tych rozmów pojawiły się też zarysy takich opinii o poezji polskiej noblistki: Szymborska. „Widok z ziarnem piasku”. Ściana pomiędzy, pomiędzy podmiotem a przedmiotem. Pomiędzy człowiekiem a Naturą. Żadnej stycznej. Noblistko, uważaj! Patrzy na Ciebie „Oko bez powieki”. Jak by nie było, ta poetka lepsza jest jednak od Miłosza, szczególnie, gdy milczy (!): Szymborska. Jej poetyckie w czasopismach i wydawnictwach milczenie. Czy trwające nadal porażenie Noblem? Czy też odsuwająca zapis zaduma nad własnym patrzeniem na świat i egzystencję? Czy narastająca i pogłębiająca się rewizja własnej epistemologii, własnej nieufności czy wręcz negacji Centrum, widocznej w poznawczym relatywizmie poetki? To jej charakterystyczne: coś jest takie a jednocześnie nie jest takie… (…) Czy Szymborska to przemyśla? Czy rewiduje swoją estetykę (a zatem i etykę)? Cóż, wolę jej milczenie (myślę, że coś przygotowujące), niż uparte, starcze gadulstwo Miłosza. Pozującego na teologa i maga jednocześnie. Oczywiście przywoływanie wielkich poetów staje się dopuszczalne, gdy ktoś porównuje do nich autora dziennika: A swoją drogą zestaw nazwisk: Szymborska, Różewicz, Miłosz i Hoffman! I to zaczyna się powtarzać. Bogu dzięki, że przyjmuję to – o dziwo – raczej spokojnie i z dystansem, tak. To jednak za mało dla naszego eufonicznego zarozumialca, który wyławia z prasy wszelkie pochwały (Padło określenie mnie dotyczące: „Poeta pierwszego planu” – Bereza. Jak mocno powiedziane. Było tego więcej. „Porównywalny z Różewiczem”!), a jego samouwielbienie sięga aż epoki romantyzmu: Ja i Norwid…Nieodpartość wywodu Norwida – coś z tego można znaleźć w niejednym moim liryku. Choć Norwid jest zdecydowanie gorszy od niego: I oto u Norwida (!) natrafiłem na niefortunny obraz. (…) Brak rozluźnienia w składni, często. Dlatego wydaje się być „ciemny”. Dziś jeszcze. Ale bywa i rozgadany. I tu już trudniej o obronę. Tak samo mizerni są wielcy myśliciele Nietzsche i Schopenhauer (Tysiące stron bełkotu, skomlenie przy pozorach pewności siebie), Rousseau (Przesada, to jasne. Ale to cecha charakterologiczna. I ona zbliża mnie także do tego przeczulonego nerwicowca – Rousseau.), Hume (Czy wielki myśliciel bywa głupim? Bywa. W przypadku tematu: Bóg. Zadziwiające w swej ograniczoności (uproszczeniu) stwierdzenie Hume’a),  Lévinas i Barthes (A swoją drogą: radość z czytania myślicieli współczesnych! Nie wszystkich, zgoda. Z pewnością Husserla i Jaspersa tak. Z Lévinasa przyjąłem parę ujęć (w całości zniechęca egzaltacją), ale to starczy. Bzdurna konstatacja Barthes’a: „Koniec ze zdaniem. Koniec z logiczną frazą.” – wypowiedziane przecie w zdaniu!). Barthes posługuje się głupawymi, kuriozalnymi powiedzeniami, którym Hoffman mówi zdecydowane „Nie”: (Przeciwstawić godność pierwszego cytatu głupawej odzywce Barthes’a).  Może właśnie w w takich chwilach warto powrócić do prawdziwej filozofii, która wszakże też nie dorasta do pięt bydgoskiemu „myślicielowi”: (Powrócić do paru tez „Traktatu” Wittgensteina. Są sprzeczne ze sobą. Przez zarozumiałość, ślepotę, umysłu. I pomyśleć, że „Traktat” uważa się za najważniejsze dzieło filozoficzne XX wieku! Ironia – rys tak sztuki, jak i myśli naszych czasów). Wielu recenzentów wskazywało, iż wiersze Hoffmana są wspaniałymi analizami znanych tez filozoficznych, ale jakże można je traktować poważnie, skoro artykułował on wskazane wyżej opinie o największych myślicielach, a do tego mylił Kanta ze Spinozą (Kant powiada gdzieś: „wolność to uświadomiona konieczność”. I trafia w sedno.) Ten fragment przywołań absurdalnych określeń Hoffmana i jego próżnych ustaleń spointujmy dwoma cytatami, w których całkowicie się odsłonił: … nie pohamowałem się. Mimo wcześniejszych wewnętrznych postanowień wysłałem dziś list polecony do Wacława Tkaczuka z II Programu Polskiego Radia w Warszawie. Powód? Jego oświadczenie – w sobotnim przeglądzie poetyckim – że w ciągu dwunastu lat prowadzenia audycji tylko dwa razy użył w przypadku prezentowanych na antenie wierszy terminu „arcydzieło”. Pierwszy raz było to wobec Różewiczowskiego liryku bez tytułu, a zaczynającego się od słów „Wiatr dobijał się do okien…”, w drugim natomiast chodziło o wiersz Świetlickiego drukowany w „Kresach” (wyraźnie naśladowczy do majstersztyku Różewicza). Tkaczuk w swej chwalbie zapomniał, że podobnym terminem opatrzył sporo wcześniej (w 1997) i mój „Okop”. Fakt ten odnotował zresztą w swych „Zapiskach” trzy lata później Henryk Bereza, akcentując świetną analizę tego wiersza przeprowadzoną przez Tkaczuka w jednym z „Przeglądów” radiowych z 1997 roku. W końcowym zdaniu „zapisku” przytacza słowo przez Tkaczuka w przypadku „Okopu” użyte: arcydzieło. No cóż, w całej tej sprawie wziął górę u mnie brak pokory. I o tym też nadmieniłem Tkaczukowi w liście. Czy istnieje coś takiego, jak starcza próżność? Drugie przywołanie wiąże się z poglądami Hoffmana na sztukę i ciągłym prymitywizowaniem świata poza nim: Daj się zabić, jak przystało na mężczyznę – oto brzmienie wielkiego czerwonego transparentu wzdłuż całej elewacji Muzeum im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy, przy głównej ulicy, Gdańskiej. Chyba firmuje (motto) głupawemu festiwalowi plastycznemu w „obsadzie międzynarodowej” o nazwie „Konstrukcja…” i coś tam jeszcze. Ładna mi „Konstrukcja…”, skoro nawołuje do destrukcji! Głupota kierownictwa muzeum (dyrektorki) o typowym wydźwięku prowincjonalnym (za wszelką cenę błysnąć w oczach obcokrajowców!) Głupota jednak groźna, bo bezkarna, w czasie, kiedy w Polsce nie ma chyba dnia, kiedy nie popełniano by morderstwa (niewątpliwy efekt zniesienia kary śmierci). Za pieniądze głównie z kasy miejskiej, ale i zagraniczne też. Napis na transparencie nie jest w cudzysłowie, a zatem – apel na serio? Głupota, żenująca. Dobitny dowód nędzy obecnej „awangardy twórczej” w wydaniu prowincjonalnym. Choć Hoffman chciał uchodzić za szermierza postępu w poezji, choć jego wiersze miały być realizacją nieuchwytnej eufonii, w głębi duszy pozostał PAP-owcem niewiele rozumiejącym z ukrytych rzeczywistości, rozkoszującym się tym, że generał Jaruzelski spojrzał przychylnym okiem na jego propagandowe rzemiosło: 13 grudnia. Rano w radio rozmowa Olejnik z Jaruzelskim. Jej słowa kończące wywiad: „a jednak zginęli robotnicy”. Pamiętam spotkanie z generałem wiele lat temu na jakimś spędzie w dowództwie POW. Musiałem autoryzować – jako korespondent PAP – jego wystąpienie, tzn. moją relację z niego. Poprawił w jakimś miejscu składnię (skrócił zdanie?) Dowiódł mi, że czuje polszczyznę i potrafi posługiwać się nią – po prostu szanuje. Jakże ciekawe są te pochwały i dbałość o filologiczna poprawność tekstów, szczególnie w kontekście opinii Hoffmana na temat piszących „polonistycznych profesorów”: Wracam wspomnieniem do czwartkowego wieczoru autorskiego Janusza Kryszaka z Torunia, profesora UMK i poety. Wieczór zatytułowany był „Trzydzieści lat poezji”. Już z tej samej nazwy można wnioskować, że bohater wieczoru nie podziela przeświadczenia Norwida (a za nim Przybosia, Jacka Łukasiewicza i piszącego te słowa), że „poetą się bywa”. 30 lat poezji – nieustannie – począwszy od pierwszego zbiorku wierszy! Poeta i profesor z Torunia jest tego pewny. 30 lat nieustannej łaski, bo przecież napisanie wiersza odpowiadającego Gadamerowemu sprawdzianowi poezji (eufonia, właściwe brzmienie języka) jest, w moim największym przekonaniu, łaską. Kryszak zawsze był i jest poetą! Zaślepienie, pycha, brak zupełny pokory? Nie chcę krzywdzić, ale zjawisko każe być czujnym. Same wiersze – nadmiar metaforyzacji. Każde porównanie, epitet, obraz rozbudowane do zagęszczonej figury słownej. Gęstość przesadna, brak prześwitu, miejsca na oddech. Za wszelką cenę – język osobny, żeby było widać i słyszeć, że to poezja! Przeoczenie w gorączce „natchnienia”, psychologicznego prawidła w liryku: jedna metafora błyszczy w tekście – ich wielość zaciera, zakleja, inaczej: stawia ścianę. Nie ma się czego chwycić. Ale to wydaje się znamienne dla wszystkich polonistycznych profesorów uprawiających poezję. Zbyt bezdennie pławią się na co dzień w nieswoim wierszopisarstwie (z racji swej funkcji), aby w tej gęstości nie tracić zbyt dużo ze swojej, z własnej dykcji lirycznej, skoro bywają i poetami. Podwójne nieszczęście, kiedy taki osobnik upiera się przy swoim: „jestem poetą”. Złośliwość poety nie ma tutaj granic, a określenie „osobnik” wskazuje, jakże często bywał on ambiwalentny, bo przecież podczas tego wieczoru chwalił Kryszaka. No ale autor dziennika zmieniał zdanie o twórcach tylko w sytuacji, gdy go chwalili – tak było w przypadku Bogusława Kierca, którego najpierw zarozumiale ganił: Poetycki narcyzm? Bywa i taki. Liryka B. K. (styczniowy numer „Twórczości”) w obecnym stanie to prze-wyrafinowanie, styl podziwiający samego siebie, zakochany we własnym wizerunku. Nazbyt widoczna finezja. Jeżeli nie nadejdzie językowa pokora, całość pozostanie tombakową biżuterią poetycką. A potem chwalił, gdy Kierc opublikował przychylną mu recenzję: W sierpniowym „Kwartalniku Artystycznym” ukazała się recenzja Bogusława Kierca z „A-dur”. Świetna, zaangażowana niejako. Autor – wyborny poeta zresztą – moją książką jest wyraźnie  p o r u s z o n y . (…) To pisarz, posługujący się wysmakowanym językiem liryki, to poeta wierzący. „Tombakowa biżuteria” pojawia się też w odniesieniu do twórczości Adama Zagajewskiego: Po wielu miesiącach przerwy wracam znowu do zapisków. I zaczynam od głupiego zadęcia autora poetyckiej „czeskiej biżuterii” (jakże częstej!) – Adama Zagajewskiego. Oto jego obwieszczenie użyte zresztą skwapliwie jako tytuł wywiadu z nim w „Rzeczypospolitej” (7-8 lipca 2007): „Poeta nie może słuchać filozofów”. Nie może? Powinien. I to uważnie. Rzecz jasna nie po to, aby spełniać ich teoretyczne polecenia, ale aby wykorzystać ich intuicję dla  w ł a s n y c h, poetyckich celów. To może być cząstka, fragment ich wypowiedzi, „odrobina” zgoła, przetworzona potem w semantycznej strukturze wiersza. Świeża jakość na „grzybni” Schellingowskiego teorematu choćby. „Zerżnięcie” zdania lub jego części z filozoficznego tekstu po to, aby „dopełnić”, „ubogacić”, czy umuzycznić, jednym słowem – wykorzystać poetycko jest w ambitnym utworze poety niezbędne zgoła. „(…) nie może słuchać” – głupota, po prostu: brak ucha, brak zdolności anektowania, tak niezbędnych w praktyce poetyckiej. Myśl filozoficzna jako tworzywo, a jakże! Czy to powinno dziwić? Zagajewski. Przestańmy z jego klaką, z pasowaniem go na kandydata do Nobla. To żałosne zabiegi „Zeszytów Literackich”! No tak, przecież nikt nie nominował Hoffmana do Nagrody Nobla, a jego eufoniczna poezja czeka wciąż na odkrycie w świecie. Natomiast twórcy, którzy odnieśli w nim sukces to „zgrywusy” jak np. Gombrowicz: Rano w II PR Piotr Fronczewski czytał fragment Ferdydurke Gombrowicza. Nieznośne acz dykcja znakomita. Aktorskie „wyżywanie się”. Nieznośne, zgrywa. Tak jak nieznośną i pisarską zgrywą był ów gombrowiczowski fragment. I narracja, i interpretacja pasowały do siebie. Albo słabowici producenci wierszy bez obrazów: W tej samej lipcowej „Twórczości” – na otwarcie – słabe poetycko wiersze Bolesława Taborskiego. Brak obrazu (słów-rzeczy), składanka pojęć, zbanalizowanych form wypowiedzi, choć intencje, i owszem, szczytne. Smutno się robi: wygasłe zdolności. Utracona łaska. Taborski, jak Kryszak i Miłosz to hermetyczni twórcy, zniekształceni przez profesorskie mędrkowanie. By ich określić Hoffman odkurza dawno zapomniane słowo klerk i łączy je z określeniem „pedał”: Nic gorszego jak być klerkiem w poezji. To, co wychodzi wówczas, jest na ogół tworem bez jaj, kadencją pedała, kiedy tokuje. Autor dziennika pisał to w czasach, gdy homoseksualiści nie domagali się jeszcze tak natarczywie, by używać słowa „gej” i teraz brzmi to paradnie i zyskuje dodatkowy absurdalny kontekst. Podobnie jest ze wskazanym już wyżej monotonnym wypominaniem Miłoszowi starości:  Czepiając się (nie, nie „czepiając”, a nawiązując do) translatorskiego wzlotu noblisty „zderzyć” go ze smutnym samopoczuciem w mowie i piśmie w chwili obecnej. Nie drwię z przywary sędziwego wieku, ile aktywność nader skwapliwa w  p o w ą t p i e w a n i u . Coraz wyraźniejsze gnostyckie ciągoty. Nad grobem, nie ma co się łudzić. Odwrócenie kierunku, zagubienie. Nawalił starczy błędnik. Rzecz jasna nie artykułować tego w przeczuwanym (bardziej niż zaprogramowanym) poemacie, ale nie pominąć zjawiska. Zakończyć wszakże wspólną dla starych poetów oczywistością: niezależnie od stanu starczej duszy (lękliwej i słabnącej) jedno jest dla nich wspólne – t a j e m n i c a . Jej namacalne wręcz odczuwanie w pracy poetyckiej, w milczeniu (choćby krzyczał) wiersza. Tutaj znowu pojawia się wynaturzona ambiwalencja, która znajduje też swoje zastosowanie w ataku na Ryszarda Przybylskiego, o dziwo z zastosowaniem określenia ”gej”: Absolutna głupota to zdanie Przybylskiego: „starość to cela śmierci”. Nie oddałbym swoich 75 lat za ileś tam lat przywróconej młodości!. No tak, ale jeśli się nie widzi (nie czuje) Centrum – pozostaje rozpacz. Podobno choruje, podobno jest gejem (nie mam nic przeciwko gejom, ale im współczuję). Osamotniony w chorobie stary gej to rozpacz. Tylko się wieszać. Nie starcza odwagi na autodestrukcję, więc się bluźni na wszystko – a talent narracyjny się ma. Etyczny destruktor. Na to takiego nieszczęśnika jeszcze stać. Starość Hoffmana ma wydźwięk pozytywny, a podeszły wiek Miłosza, Różewicza i Przybylskiego odbiera im możliwości twórcze i generuje – jak to określa – „pieprzenie”: I niech Przybylski nie pieprzy o celi śmierci, którą nazywa starość! Żałosny rozbitek. Pozbawiony godności ducha. Póki Hoffman stosuje swoją deprecjonująca zasadę porównywania twórców, by ich osłabić lub wręcz odsądzić od czci i wiary, można to uznać za indywidualną strategię „krytycznoliteracką” – gorzej jest, gdy górę bierze jego daleko posunięte zarozumialstwo i zawyżanie samoocen: Ponad pół wieku świadomego (poetycko) pisania, czternaście opublikowanych książek poetyckich… W sumie – coś  w y r a z i ł e m  bezsprzecznie. Moje czucie i widzenie rzeczy. Uświęconej oglądem Stwórcy. Także tej przemijającej właśnie… Samooceny oparte są na samozadowoleniu i tworzeniu zdumiewających pochwał: Ja sam swoje pisarstwo, zwłaszcza jego krystalizację w ostatnich paru latach, zaczynam nazywać: franciszkański kartezjanizm. (…) Jakże się cieszę, że Mielhorskiego nie zawiodłem! Przecież branie Hoffmana „za temat” wówczas, przed laty, było dla młodego poety-badacza ryzykiem, to jasne. Ale postawił na właściwego konia!  Postawił na właściwego konia przy pisaniu doktoratu o Hoffmanie, ale przecież tak naprawdę podmiot dysertacji i jego nie traktował jako partnera, drastycznie obniżał ocenę poezji:   W 6 numerze „Nowej Okolicy Poetów” wiersze Roberta M. Wynurzenia nadwrażliwca rzuconego w chłodną, zobiektywizowaną rzeczywistość dnia. Duża kultura literacka obudowana jednak pewnym nadmiarem obrazów i zdań „stwarzających” nastrój i klimat wywodów. Gadulstwo duszy aż proszącej o to, by zjawił się jej despotyczny brat, rozum, ze swoim „przymknij się!” Tak zawsze, kiedy pomija się – zamierzając wiersz – szczegół z naoczności w jego prostocie (całym bogactwie). Pozostaje biadolenie literackości „na oczach świata”. Kontrolować siebie, kontrolować. Chodzi o powagę, o męskość liryki.

Za sprawą Roberta Mielhorskiego wkraczamy w tę część Dziennika (2000-2008), (Hoffmana, w której rozprawia się on z lokalnym środowiskiem literackim i artystycznym. Wielokrotnie stosując swoją „metodę” obniżających wartość porównań, wskazuje twórczość swojego stałego rozmówcy z kawiarni, jako kontrapunkt dla poezji Ryszarda Częstochowskiego: Tego samego dnia obelżywa „korespondencja” od poetycznego i etycznego kurdupla R.C. – w odpowiedzi na moją wzmiankę o jego wierszu w wywiadzie w „Promocjach”. Żałosna. Ale tacy teraz brylują w wydawnictwach, czasopismach i stowarzyszeniach. Dla osłody wspominam sobie Adama Małysza na skoczni w Falun ze środowego konkursu. Skromny chłopak – przeciwieństwo „poety” R. C. No, ale tacy i tacy zamieszkują ziemię. Według Hoffmana: Robert to przykład na „tak” w młodej literaturze polskiej. R. C.  to przykład na „nie”. Niestety tych drugich jest pełno w czasopismach, telewizji i Internecie. Sieje ich wiatr jak zarazki pryszczycy, przenosi wszędzie. Zatraciły się kryteria. Na tym nie koniec pastwienia się nad Częstochowskim, wpisującego się w ciąg wcześniejszych obelg: Uderzyć akademickie mędrkowanie starego dziś tłumacza „Symfonii” – Czesława Miłosza, brylującego w gnostyce „teologa”, za którego z całą powagą przecież się ma. Uderzyć w kurdupli poetyckich, przemądrzałych ściągaczy z Pisma, absolutnie nie czujących   j e d n o ś c i  jego języka (owo „idiocie” miast „głupcy”) u C. choćby. Jakże żenujące jest to budowanie oceny działalności kolegi z SPP z wykorzystaniem ohydnych napaści na jego cechy indywidualne (wzrost) i mentalne (psychika): …inteligencja Pascala (Waga). Inteligencja jest ruchem; nieustannie reagującym na przepływ myśli i dziejbę naoczności; ustawiającym żagiel na każdą zmianę i kierunek wiatrów. Modulację. Jej siły brak u wielu poetów. Stąd i głupota. Ta pewność siebie ludzi ograniczonych, maskowana niekiedy fałszywą (robioną) skromnością. Przykład? Choćby autor „Z sufitu nocą”. Ale to chyba człowiek niezdrowy psychicznie, chociaż… no tak, tym gorzej dla niego. Tak głupiego i nieudanego wiersza jak „Z Genezis do exodus” nie czytałem od dawna. Nie dopuszcza też Hoffman innych ocen i bezpardonowo atakuje autorkę pozytywnej recenzji tomu Częstochowskiego, opublikowanej w ukochanej „Twórczości”: W tym samym 11 numerze „Twórczości” recenzja niejakiej E.G. tomiku „Z sufitu nocy” dla mnie kurdupla poetyckiego R.C. Pisaną z pełną aprobatą z wielce zadętym tytułem „Między Atenami a Jeruzalem”. Robiącą widły z igły. Typowy dla świadczących sobie przysługi kolesiów przykład mistyfikacji. A o samej autorce recenzji (nader obszernej) niech świadczy ten ogólnikowy i nietrafiający w istotę rzeczy końcowy fragment tekstu: „Poezja jest czymś więcej niż tylko pisaniem wierszy – otwartością na to, co jest naprawdę ważne, zdolnością do głębszej refleksji nad tajemnicą bytu”. To oczywiste, ale nie mówi nic o wyłączności i o osobności języka poezji. Najlepiej by było, gdyby w „Twórczości” publikowano tylko Hoffmana, a jeśli już mieliby pojawiać się w niej jacyś inni twórcy (np. Artur Lekszycki), to powinni przejść przez jego eufoniczne sito selekcyjne: (…) głupiego, tak, tekstu niejakiego A. L. z wrześniowej „Twórczości”. Następuje po moich wierszach otwierających numer, „W drodze do Itaki”, tak to się nazywa. Wzorcowy niemalże przykład współczesnego poganizmu w pisarstwie. To coś więcej – in minus: niewiarygodna pewność siebie w sądach, a zatem wyjątkowa (czy jednak?) głupota. Wzorcowa dla tego rodzaju szczeniaków moralnych. I znowu zbyt oględnie powiedziane. Plugawość – bo kompletna pogarda w spojrzeniu na starość („Powaga starości to bezsiła” – to najłagodniejsze z wyliczonych tam określeń) nade wszystko zaś raniące mnie jako wierzącego plugawe patrzenie na chrześcijaństwo, na samego Chrystusa: „Bogowie bez narządów płciowych są groźni. Tacy bogowie żądają od nas tego co nieludzkie, tego co niemożliwe. Wolę więc Zeusa niż Chrystusa. Pierwszy jest afirmacją życia. Drugi afirmacją wieczności”. Żałosny łachman ludzki. Poganin dnia dzisiejszego. Na domiar bez taktu. Duchowy prymityw z pisarskimi uzdolnieniami. Ciekaw jestem, ile ma lat? To sąsiedztwo w „Twórczości” – co tu dużo mówić – poraża mnie. Boli. Podsumowanie publikacji innych młodszych kolegów też jest pełne sarkazmu: Liryka dzisiejszych naszych średniaków i młodych? W znakomitej większości – rozślimaczony stylistycznie egotyzm, popieprzony złośliwą kpiną z wszystkiego. Tu nawet nie można mówić o nihilizmie poznawczym, bowiem z samej swej istoty zakłada on pewną ambicję (jako pochodną zła ontologicznego): negację Boga. Świadomą. Im nigdy nie będzie dane być prawdziwym artystą: Mówić tu o sytuacji prawdziwego artysty. Legiony wykształconych grafomanów i szalbierzy (tak brylujących w naszym czasopiśmiennictwie literackim) nie wchodzą w rachubę. Przecież liczy się tylko „eufonia”, którą Hoffman rozumie dziwacznie – raz to jako najwyższe osiągnięcie poetyckie, a innym razem jako łaskę od Boga: Był wczoraj u mnie (w BWA) Krzysztof Myszkowski. Rozmowa zeszła na Miłosza i jego „Traktat teologiczny”. Ponoć noblista mu się zwierzył, że sporo z tego poematu sam nie rozumie! Notuje, co jest mu dane (przekazane?). To by się zgadzało z tym, co sam – jeśli chodzi o moje zapisy – podejrzewałem. Wiersz to łaska. My nie jesteśmy nad nią władni. Schodzi ku nam w sposób, w jaki dostrzegła ją Simone Weil. Poeta jest  p o w o ł a n y.  Do świadczenia prawdy słowa. Ewangelista na swój, poetycki sposób. Miłosz, jak powiedział Myszkowskiemu, ma przy sobie na noc pod ręką notatnik i długopis – notuje, poruszony, to, co we śnie czy na jawie, czuwając  u s ł y s z y , co mu zostaje przekazane… Ta konfesja rehabilituje klasyka w moich oczach, nieco; stale bowiem ma u mnie „haka” za brak właściwej pracy poetyckiej w języku. Jego wiersze i poematy to nadal dostojny i mądry (uczony) wykład, a nie struktura znaczeniowa dana w eufonii. Pęknięcie, brak scalenia – tego, co  u s ł y s z a n e  z tym, co   z a p i s a n e  w sposób obowiązujący poetę. Tego drugiego nie dostaje. Nadal. Nie chodzi o rymowanie, chodzi o tkankę foniczną. O orkiestrację wewnętrzną składni, o muzyczność wiersza. Brak eufonii generuje jakże zasadnicze sądy i motywuje Hoffmana do kolejnych ambiwalencji – tak jak w przypadku Wojciecha Banacha: „Punkty wspólne” – nowy zbiorek wierszy Wojciecha Banacha, chyba najbardziej zwarty formalnie (i treściowo) w jego dotychczasowym dorobku. 13 utworów „na nie” wobec człowieczego bytu. Prześmiewczość zaprawiona goryczą. Brutalizmy z zabójczą ironią. Niemal nic z dobra. Krańcowość negacji. Tak natrętna, że każe te wiersze przyjmować przez odwrotność: to skowyt o podanie ręki, nadzieję i ład (moralny)! Ale taki, że odczytanie dotyczyć może jedynie odbiorcy rzeczywiście wrażliwego, z krztyną choćby dobrej woli. „Punkty wspólne” – ten tytuł jest przekorny raczej; osobiście tej wspólnoty nie odczuwam, chociaż… tak, cierpienie jest wspólne, aczkolwiek objawia się rozmaicie. A wiersze Banacha wydają mi się w końcu krzykiem bólu, maskowanym kpiną, semantyczną bezwzględnością „na nie”. Na niedawnym wieczorze autorskim Banacha w piwnicy galerii J. Solińskiego i J. Kaji pytano poetę o to, kiedy napisze coś o nadziei. W odpowiedzi kręcił, wymigując się zwrotem, że chodzi mu o coś, co jest konstruktywne… Na wieczorze tym byłem jego „adwokatem diabła” – interpretując wymowę jego liryki przez wspomnianą już odwrotność. Sala milczała. Sala milczała. Czy można wyobrazić sobie pisarza bez jakiejkolwiek nadziei, w sytuacji, kiedy nie zamierza się otruć czy powiesić, kiedy ma na uwadze nowe teksty? No tak, co w takim razie ciągnie tego rodzaju pisanie? Szablon, opanowany do perfekcji schemat „negacji”? A bez wątpienia łatwiej pisać na „nie” niż na „tak”. Widzę ukryty w tym wszystkim osobisty dramat tego poety, bolesne rozdarcie w samej znaczeniowej strukturze jego wierszy. A przyszedł na swój wieczór z córką. Cóż – nadzieja jest łaską. I wiara jest łaską. Biedni ci, którzy nie dostrzegają w bycie dobra. Jego przewagi. Przytulić psa i milczeć. To często pomaga. Głupota literackiego schematu wobec niewyczerpanej świeżości Natury! Wyjście: franciszkanizm? Pokora. Tak. Autor uwielbia zdradzać osoby, z którymi jest lub był przez wiele lat zaprzyjaźniony – jak choćby Jerzego Sulimę-Kamińskiego, któremu potrafi przypisać tylko jedno, jakże butne określenie człowieka myślącego, że jest nieśmiertelny: Jurek S.-K.: gasnący ogarek. Mijałem go dzisiaj.  Inny jego przyjaciel – Kazimierz Jułga – jest ubożuchny w formułowaniu – w recenzji czy omówieniu plastycznym, Jerzy Puciata jest gorszy od Tadeusza Małachowskiego, Tadeusz Konwicki formułuje pochopne, nieprzemyślane sądy, najbardziej jednak Hoffman pastwi się nad wierszami innego „przyjaciela”, urodzonego w Bydgoszczy Zbigniewa Jankowskiego, zarzucając mu, że „zrobił karierę na Bogu”:  Wacław Tkaczuk w dzisiejszym (sobotnim) radiowym przeglądzie prasy literackiej („Wiersze z gazet i czasopism” nazwał Zbigniewa Jankowskiego najwybitniejszym współczesnym poetą religijnym. I on dał się nabrać. Dla mnie Zb. Jankowski to poeta, który zrobił karierę na Bogu (poprzednio było to morze). Nadużywa imienia Stwórcy, polemizuje z Nim „za pan brat”. Mimo zapewnień o pokorze – zadęcia, w efekcie – pycha. Obym był w błędzie. Autor Dziennika mówi o „przyjaźni poetyckiej”, ale nie waha się kwestionować szczerości kolegi i podważa autentyczność jego wiary: Problem? Rzecz jasna że problem. I to jaki! Sprawa dotyczy – jak by się wydawało – przyjaźni poetyckiej. Wzajemnej „sympatii pisarskiej” – Zbyszka Jankowskiego z Wybrzeża i mnie. Dopóki dominantą swojej liryki czynił morze, tudzież człowiecze „wtręty” (rekwizyty) do niego – kutry, przyjmowałem to, chociaż nużąca wręcz  p o w t a r z a l n o ś ć  tychże zaczynała mnie z biegiem czasu denerwować. Ale „morze” „kutry” zastąpił on teraz Bogiem i coraz nachalniejszym „dialogiem” z Nim i to wręcz – i, takie się odnosi czasami wrażenie – jak równy z równym. I to mnie niemal autentycznie wkurza. Bóg – z wiersza na wiersz niemal – jako temat! To mnie wręcz oburza. To w końcu stawia pod znakiem zapytania szczerość (powagę) dzisiejszej liryki, nazwijmy ją roboczo – religijną. Ludzki pic z nieprzystawalnej do człowieczej percepcji powagi Boga! Nie, Zbigniewie, nie – to robacze (bo ludzkie) spoufalanie. Pojawia się też zarzut, że Jankowski popełnia  w swoich wierszach grzech najbardziej piętnowany w chrześcijaństwie: Te balanse poetów na wąskiej linii oddzielającej spontaniczność uczucia czy wrażliwości od uzurpacji, nadużycia słowa za podszeptem pewności siebie (pychy)! Niestety, mimochodem nasuwa mi się, narzuca przykład Z. J. Hoffman „radzi” by poeta przestał „nadużywać” imienia Boga: Czas na lirykę konstruktywną. Bez nadużywania imienia Bożego (bez tego, co razi mnie u Z.J. i in.) i jeszcze, żeby zasiać w nim ziarno niepokoju i ostatecznie pogłębić, próbuje wprowadzić żenującą gradację rodzinną: Teresa – poetka lepsza od Zbyszka, swego męża. Niejako rykoszetem dostaje się też innej przedstawicielce tej wspaniałej rodziny poetyckiej – Jolancie Baziak, którą Hoffman nie waha się określić jako grafomankę: (jak uniknąć formy/ gdy już jest?) – po prostu: rozmazać się w mgławicy słów. Jak znakomita większość tekstów pomieszczonych w „Wierszach wybranych” J.B. (Instytut Wydawniczy Świadectwo, Bydgoszcz 2001). Ta nieszczęsna przywara „filozofowania” u dzisiejszych układaczy (-ek) wierszy z pretensjami do poezji. Cytat pochodzi ze wspomnianego wyżej zbioru. Jak uniknąć manii pisania, gdy się już na nią cierpi? Tragedia. A coraz więcej zarażonych. Epidemia. Grafomanii. Manii pisania.  O ile Baziak tylko go denerwuje, to prawdziwe obrzydzenie wzbudza w nim natomiast Wiesław Trzeciakowski, który odważył się przesyłać mu listy w formie wydruków: Trzeci sążnisty list (na komputerze) od W.T. Bardzo przykry, zaskakujący rodzajem „intelektualnego”, pożal się Boże, nietaktu. Obraźliwy. Chora ambicja. Narcyz zapatrzony we własne odbicie. Rozpaczliwe próby poetyckiej kompensaty. Zabolało mnie wtargnięcie tego znacznie młodszego ode mnie człowieka w mój stosunek do Boga, podważenie mojej wiary w Chrystusa z Kazania na Górze, w Zbawiciela z Ewangelii. Rzecz wyjaśnia chyba koniec listu T.: „Z alchemicznym pozdrowieniem”. Postawił kropkę nad i. Pokryć rzecz milczeniem. Niegodna odpowiedzi. Wstyd za człowieka „z branży”. Wygląda na to, że autor listów wyraźnie dopiekł Hoffmanowi, gdy zakwestionował jego religijność: Wciąż w pamięci przykry (zawstydzająco) list T. do mnie. Jaki zawód, jeśli chodzi o osobę nadawcy. Dla mnie – wyraźne symptomy resentymentu u niego. W ujęciu Nietzschego. Hoffmanowi wolno kwestionować wiarę Zbigniewa Jankowskiego, a gdy Trzeciakowski kwestionuje autentyczność jego przekazów związanych z Biblią, natychmiast umieszcza go w jednym szeregu z nihilistą wszech czasów. Tym kategorycznym sądom towarzyszą świętoszkowate przywołania samego siebie do porządku: Boże, spraw, abym był lepszy, abym nie klął i nie wyzywał pod nosem na widok, co drugiego mijanego przechodnia. Tej przywary, tej skazy (starości?) nie odciąży przecież coraz większa, granicząca z uczuciem sympatia do napotkanych psów i kotów, zwłaszcza tych „z gminu”. Popracować nad sobą. Przymusić wolę. Wyprzedzać wyzwisko. I w innym miejscu: Abym dochował wierności sercu: abym był pokorny; abym pokonał chimeryczność usposobienia: abym był pokorny trwale, „na co dzień”; abym był dobry w domu i na ulicy: abym nie złorzeczył w myśli i w mamrotaniu do siebie przechodniom; abym nie uległ zawiści wieku starczego. Starczy resentyment. Co za klęska, co za ruina godności! Jak widać, przywołane wyżej cytaty wskazują na daleko posunięty brak krytycyzmu Hoffmana, choć – o dziwo! – i jemu zdarza się spojrzeć na siebie z boku: I to nieustanne – z notatki na notatkę – gadulstwo! Zwięzłą, na ogół trafną myśl przyoblekam z reguły w makarony słów. Zawsze coś dodaję, dodając i – spieprzam. Słowa, słowa, słowa… Szlag trafi. Autor wiedział, że formułuje sądy z ogromną emfazą, ale nie potrafił się uwolnić od przesady: Fatalna u mnie przywara: przegadywania. Chociażby tych zapisków.

Kazimierz Hoffman przez lata budował swój wizerunek poety oryginalnego, mającego swój niepowtarzalny styl, a nade wszystko kierującego się w swoich tekstach zasadą poszukiwania nieuchwytnej eufonii, którą rozumiał – rzekomo – tak jak Gadamer, ani słowem nie wspominając o szerszym pojęciu hermeneutyki filozoficznej, powstałej na bazie poglądów Wilhelma Diltheya. W wieku XX obok Hansa-Georga Gadamera rozwijali ją przecież także Martin Heidegger i Paul Ricoeur. O ile autor Prawdy i metody: zarysu hermeneutyki filozoficznej  rozumie eufonię wielorako, o tyle Hoffman zawęża ją jedynie do ciszy i wymownego milczenia i braku narracji poetyckiej: Norwidowe „poetą się bywa” pasuje do Miłosza, który poetą (za sprawą eufonii) nie zawsze bywa (mądra narracja i niewiele więcej). Z tego powodu jego wiersze są trudne do interpretacji i często nie wytrzymują próby krytycznego opisu, Rację ma Piotr Cielesz, gdy mówi, że w wierszach Hoffmana brakuje treści, szczególnie, gdy zrezygnujemy z zaproponowanego przez niego zapisu, sugerującego długie kadencje cichych zamyśleń. Okaże się wtedy, że owa, jakże cenna eufonia zabija poetycką „opowieść” i wymusza interpretację „na klęczkach”, z góry niejako zakładając, że wiersz Hoffmana jest zapisem jakiejś, jemu tylko znanej tajemnicy. Źle się stało, że Dziennik (2000–2008) ukazał się drukiem, bo postawił w kłopotliwej sytuacji owo wieloletnie budowanie wizerunku poetyckiego maga, ukrywającego sensy między słowami i znajdującego je w specjalnie modyfikowanym brzmieniu. Teraz już nie wiadomo jakie były zamierzenia poety, co do publikacji tych zapisków, a dość przypadkowy okres w jego życiu, który objęły, wskazywać może, że był to materiał wstępny, domagający się długiej „pracy w słowie”.

_______________

Kazimierz Hoffman, Dziennik (2000-2008), Epigram, Bydgoszcz 2017, s. 424.

SKOK CZERWONEGO SMOKA (2)

Ming Lou, główny pawilon Ming Xiaoling

Na wielkim dworcu w Nankinie wędruję najpierw na dolnej platformie, a potem wchodzę na górne tarasy i z ich wysokości przyglądam się ludziom. Nieprzebrane tłumy czekają aż na wielkich telebimach pojawi się informacja o zbliżającym się pociągu, a wtedy wolno wstają z miejsc i ustawiają się w kolejce do odpowiedniego zejścia. Piękne młode kobiety i staruszki, których pomarszczone twarze zdradzają, że ich życie nie było lekkie za panowania kolejnych przywódców, chłopcy i młodzieńcy wykazujący wielkie ożywienie i mężczyźni w kwiecie wieku, karnie czekający na swoją kolej przy bramce, gdzie urzędnik kolejowy sprawdza bilety i dokumenty tożsamości. Wolno przesuwam się do przodu i przed moimi oczyma pojawiają się obrazy z Nankinu i zdarzenia kilku ostatnich dni. Oto wkraczam do wielkiego ogrodu cesarskiego we wschodniej części miasta, gdzie u podnóża Purpurowej Góry usytuowano mauzoleum Ming Xiaoling. Szeroka aleja (Droga Duchów) prowadzi do strażnic, a po ich przejściu odsłania się widok na okrągły kopiec o średnicy czterystu metrów, usypany nad grobowcem Hongwu, pierwszego cesarza z dynastii Ming, żyjącego w latach 1328–1398. Jego losy są bardzo ciekawe, bo przecież urodził się jako Zhu Yuanzhang (chiń. 朱元璋) w ubogiej rodzinie chłopskiej w prowincji Jiangsu, a potem głodował wraz z rodzeństwem i szukał schronienia w klasztorze buddyjskim. Szybko jednak musiał go opuścić, bo zabrakło środków na przygotowywanie posiłków. Tak stał się żebrakiem, wędrującym z miejsca na miejsce, ale po trzech latach powrócił do klasztoru i nauczył się czytać i pisać. Niestety, gdy miał zaledwie dwadzieścia cztery lata, jego świątynię i przyległe budynki zburzyły wojska mongolskiej dynastii Yuan. Zhu znowu ruszył w drogę i postanowił przyłączyć się do powstania czerwonych turbanów. Szybko awansował, ożenił się z córką przywódcy rewolty, co dopomogło mu w objęciu dowództwa nad armią chłopską. Miał dwadzieścia siedem lat i piął się w górę, został przywódcą rewolty i poprowadził wojska na Pekin, gdzie w 1368 roku obwołano go cesarzem zjednoczonych Chin. Potrafił być bardzo surowy, ale też – pamiętając o swojej przeszłości – robił wszystko by polepszyć byt najuboższych warstw społecznych, między innymi rozdzielił między chłopów ziemię możnowładców mongolskich i złagodził system podatkowy. Szerokie inwestycje irygacyjne polepszyły zbiory zbóż i innych płodów rolnych, co przełożyło się na poprawę bytu biedoty, która zaczęła też korzystać z papierowych pieniędzy, wprowadzonych przez cesarza.

Droga Duchów

Szybko przeszedłem Drogę Duchów, przecinającą ogromny kompleks grobowy, mający prawie trzy tysiące hektarów, minąłem bramę Dajinmen, zniszczoną w dziewiętnastym wieku podczas powstania tajpingów, a obecnie pięknie zrekonstruowaną. Za tym budynkiem znajduje się pawilon Sifangchen, w którym Yongle, syn i następca Hongwu na cesarskim tronie, umieścił na grzbiecie kamiennego żółwia stelę wysławiającą dokonania ojca. Stąd było już widać kopiec usypany nad grobowcem, w którym pochowano cesarza wraz z żoną Ma i jego nieszczęsnymi konkubinami. Budowa mauzoleum zakończyła się dopiero w roku 1431, ale małżonka spoczęła w grobie już w roku 1384, czekając do roku 1398 na paradny pochówek jej męża. Chińczycy bardzo dbają o spokój takich miejsc i rozkopali zaledwie trzy grobowe wzgórza, dostając się do wewnętrznych komór. Jedno z nich będzie mi dane zobaczyć w kolejnych latach, niedaleko Pekinu, w kotlinie otoczonej górami Longshan (Góry Smoka) i Hushan (Góry Tygrysa). Na razie możemy sobie tylko wyobrażać jakie skarby znajdują się pod ziemią w Chinach, jak pyszne i wykwintne artefakty czekają na odsłonięcie w kolejnych kopcach cesarskich. Szczególnie intrygujący jest grobowiec w Xiaan, usytuowany niedaleko słynnej terakotowej armii, która miała być zapleczem władcy w zaświatach. Wiele razy wpatrywałem się w chińskie przestrzenie z górującymi nad nimi ziemnymi piramidami i prawdę powiedziawszy zły byłem na Chińczyków, kierujących się trudną do pojęcia logiką. Chodzi o spokój zmarłych cesarzy, o majestat wieczności, jakże ważny dla ich kultury, ale przecież te wszystkie wspaniałości należą do dziedzictwa ludzkości i powinny jak najszybciej ujrzeć światło dzienne. Przyczyniłoby się to powstania wielkich muzeów, a na ich bazie do stworzenia rozległych studiów, wydania obszernych albumów i książek, opisujących dorobek władców. Staranność w odkrywaniu cudowności kultury chińskiej, widoczna przy okazji wykopalisk w Xiaan, warta jest najwyższej pochwały, ale przecież kraj ten dysponuje wielkimi środkami i ogromną rzeszą naukowców, którzy zajęliby się godnym odsłonięciem tego, co od wieków pozostaje pod ziemią. Wiemy z całą pewnością, że skarby tam się znajdują, co podkreślają choćby próbne wiercenia w grobowcu Pierwszego Cesarza. W przypadku wykopalisk egipskich nie mamy tak komfortowej sytuacji i musimy liczyć na łut szczęścia, wszak tamtejsi rabusie przez wielu wieków zrobili swoje, a i wysłannicy świata zachodniego nie zawsze zachowywali się jak należy. Świadczą o tym choćby paskudne napisy wewnątrz piramid, dokumentujące wejście do nich różnorakich pseudonaukowych barbarzyńców, koniecznie pragnących zamanifestować swoją bytność w nich.   

Uliczny grajek z kilku epok

Wędrując ścieżkami i alejami ogrodu cesarskiego, przy grobowcu Hongwu, znowu przyglądam się ludziom – tym znakom ciągłości kulturowej i jakby żywym, wizualnym kryptocytatom z przeszłości. Wszak różne osoby, żyjące w Chinach w poprzednich wiekach miały podobne twarze, takie same oczy, sylwetki, a tylko stroje uległy zmianie. Charakterystyczne dla tego wielkiego kraju jest to, że często spotyka się tam osoby o niezwykłej urodzie, kobiety przypominające dawne księżniczki i cesarzowe i mężczyzn jakby żywcem przeniesionych z armii kolejnych władców. Dostrzegam to i staram się dokumentować na fotografiach, a moje archiwum ma już kilkanaście tysięcy portretów, przybliżeń i tego typu analiz. Im dłużej obcuje się z tymi ludźmi, tym szybciej zatracają oni indywidualne cechy orientalne i stają się po prostu przedstawicielami tej samej ludzkości, do której należę. Przyznajmy od razu, że zdarza się też w Chinach spotykać ludzi bardzo „brzydkich”, do czego zapewne przyczyniło się wymieszanie typów ludzkich, wywodzących się z różnych części kraju i całego kontynentu azjatyckiego. Ale tak jest w wielu krajach, szczególnie w tych z ogromną populacją, w Indiach, Stanach Zjednoczonych, Rosji, w państwach afrykańskich i południowoamerykańskich. Będąc w Chinach przyglądam się wszystkiemu szeroko otwartymi oczyma i staram się, by nic nie umknęło mojej uwadze. Kolorowe krzewy piwonii, rzeźby i budowle z dawnych wieków, sroki błękitne, całymi stadami szukające owadów i przeczesujące wielkie, zadbane trawniki. Docierają do mnie cudowne odgłosy cykad usadowionych na drzewach i nawoływania dzieci, szukających matki w tłumie, dalekie poszumy nigdy nie zasypiającego miasta i głosy małych barwnych ptaków na gałęziach. To jest właśnie ta dalekowschodnia cudowność, pośród której jednak ludzie są najważniejsi, co wielokrotnie starałem się odzwierciedlić w mojej poezji. Spośród dziesiątków wierszy spore wrażenie na mieszkańcach tych krain wywierał tekst pt. Chińczycy:

W tym kraju żyją pokorni ludzie zapatrzeni

w swoje myśli

dalecy jak wzgórza niknące we

mgle

i bliscy jak śpiew ptaka w bambusowych

zaroślach

jaki poeta znajdzie słowa by wyrazić

głębie milionów dusz

jaki poeta wsłucha się w szepty i zaklęcia

ust północy wschodu południa

i zachodu

jaki poeta wyrazi w słowach

cząstkę i całość Państwa Środka

jadą do pracy na skuterach i rowerach

siadają w parkach przystają

i gimnastykują się patrząc

na wschodzące

słońce

kobiety wiotkie jak łodygi

czerwonych kwiatów

mężczyźni twardzi jak

skały Tybetu

Chińczycy

ludzie nie ustający

w poszukiwaniu

tajemnego wejścia

do królestwa

ducha

do krain nigdy

nie gasnącego

pragnienia

Huangyan 2009

Wiersz ten napisałem w 2009 roku, podczas pobytu na Wyżynie Tybetańskiej, gdzie po raz pierwszy zetknąłem się magią i tajemnicami wielkiego kraju i żyjących tam ludzi. Może jest w nim trochę za dużo tonów apoteozujących, ale przecież odnoszą się one do tej dobrej części społeczeństwa, dalekiej od dewiacji i wypaczeń systemu, stworzonego przez Mao i jego bezlitosnych akolitów. Dodatkowo wiersz dokumentuje zachwyt Europejczyka, po raz pierwszy stykającego się z ludźmi i kultura Chin, może nieco naiwny, ale jakże prawdziwy.

Figurki Dūn shòu na dachu bramy w Ming Xiaoling

Pobyt w ogrodzie cesarza dynastii Ming ma w sobie wiele z moich wcześniejszych wyobrażeń o Chinach, zarówno jeśli chodzi o ich heroiczną i krwawą historię, jak i warstwę wizualną. Ta czysta przestrzeń może oczarować rozległością alei, prowadzącej do kolejnych budynków, a nade wszystko kształtem i urodą kolejnych pawilonów, krytych pięknymi dachówkami. Na skrajach ich delikatnych krzywizn łatwo zauważymy porcelitowe figurki Dūn shòu (蹲兽), czyli przycupnięte bestie, usadowione w linii prostej, jedna za drugą. Od dawien dawna były one znakiem statusu właściciela budynku i umieszczano je na dachach za zgodą cesarza. To był rodzaj potwierdzenia, że osoby żyjące w danym domu należą do elity społeczeństwa chińskiego i cieszą się przychylnością władcy. Ich ilość też miała znaczenie i wahała się od jednej do dziewięciu, a tylko Pałac Najwyższej Harmonii w pekińskim Zakazanym Mieście, ma dziesięć figurek. Miało to podkreślać jego wagę dla cesarstwa i odróżniać go od innych tego typu pawilonów – na przykład Pałac Niebiańskiej Czystości przyozdobiono dziewięcioma, a Pałac Ziemskiego Spokoju tylko siedmioma symbolicznymi figurkami. Postaci te miały przede wszystkim chronić budynek przed żywiołami pogodowymi, ogniem i słońcem, deszczem, śniegiem i mrozem. Te stworzenia z mitologii chińskiej zawsze ustawiano w ściśle określonej kolejności, zgodnie z ich hierarchią – pierwsza z figurek to nieśmiertelny król Min, skazany na wieczną wędrówkę po ziemi. Dalej ustawiano smoka i feniksa, symbolizujących cesarza i cesarzową, akcentując, że są oni silniejsi od następnego w kolejności – lwa, stojącego na straży gór i lasów cesarstwa. Z kolei jednorożec i konik morski są symbolami władzy cesarskiej, od morza, poprzez ziemię, aż do powietrza. Po nich ustawiano dwa stwory mityczne: Yayu (押 鱼) i Douniu (斗牛), wynurzające się z głębin morskich, przyciągające opady i zbierające wody, co mogło zapobiegać pożarom drewnianych budynków. Dalej odnajdziemy legendarną bestię Suanni (狻 猊), mogącą pożerać największe kocie drapieżniki (lwy, pantery, tygrysy i rysie), chroniącą całą przyrodę państwa. Ostatnie dwie figury to chimera Xiezhi (獬 豸), odróżniająca prawdę od fałszu i latająca małpa Hangshi (行 什), chroniąca budynki przed piorunami. Wszystkie figurki chroni Chiwen, czyli młody smok, umieszczany na skraju dachu, mający też często formę paszczy wypluwającej wodę. 

Ucieczka cesarza Minhuanga i jego konkubiny do SyczuanuFragment arcydzieła malarstwa dynastii Ming przypisywane Qiu Yingowi

Jest coś ostatecznego w wiśniowej barwie budynków, pokrytych żółtawo-pomarańczowymi dachówkami i obcowanie z nimi przypomina wchodzenie bohaterów kulturowych do mitycznych, zakazanych krain. Tak jak oni, wspinam się po schodach na szczyt ostatniej strażnicy, chroniącej dostępu do kopca cesarskiego, pod którym głęboko pod ziemią złożono trumny i skarby. Inne odsłonięte grobowce dają wyobrażenie o tym jak tajemnicza rzeczywistość została tam zatrzymana w czasie, wszak do grobowca cesarza Wanli niedaleko Pekinu, zwanego Dìnglìng (定 陵) schodzi się schodami dwadzieścia siedem metrów pod ziemię. I dopiero na dole widać rozmach tego typu konstrukcji, przypominającej krzyżowe połączenie przestronnych hangarów, kryjących nowoczesne odrzutowce, a nie miejsce spoczynku władcy i jego dwóch żon. Podobnie musi być w grobowcu nieopodal Nankinu i aż dziw bierze, że najeźdźcy japońscy nie zapragnęli dobrać się do kosztowności, tkwiących pod ziemią. Teraz mauzoleum Ming Xiaoling jest oazą spokoju i ulubionym miejscem spacerów mieszkańców tej ogromnej metropolii, a także przybywających zewsząd turystów. Ten wielki park, wypełniony rzeźbami, znakomicie zagospodarowany, jest przypomnieniem wielkości i wspaniałości cesarskich Chin. Dynastia Ming (1368–1644) dźwignęła ten rozległy kraj na wyższy poziom rozwoju, a przy tym pozostawiła po sobie tak wspaniałe zabytki jak ceglaną część Wielkiego Muru, Zakazane Miasto i Świątynię Nieba w Pekinie oraz liczne pagody, będące znakiem harmonii i ładu. Ming znaczy w języku chińskim „coś olśniewającego”, „coś wspaniałego” i widzimy to w malarstwie na jedwabiu, w rzeźbach i przy wytwarzaniu wykwintnej porcelany, a nade wszystko w takich kompleksach jak Ming Xiaoling, z którego wychodzę z ogromnym żalem, mając nadzieję, że kiedyś znajdę się tu raz jeszcze. Ulica Nankinu także obfituje w liczne wydarzenia, do których zaliczyć należy ruch samochodów, motocykli, bum-bumów, rowerów i pieszych, przemykających ku swoim celom. Uliczni grajkowie, specjalnie ucharakteryzowani na Chińczyków z odległych wieków, budowniczowie wysokich wieżowców, policjanci i strażacy, kierowcy autobusów miejskich i kolejarze z rozgałęzionego metra – wszyscy gdzieś podążają, wszyscy mają jakiś cel, jakby ogromne ludzkie mrowisko zjednoczyło się w drodze ku przyszłości i budowie nowego imperium, gdzie historia sąsiaduje z nowoczesnością, a ludzie wiedzą, że tylko praca może dźwignąć ich na wyższy poziom rozwoju. Przemierzam kolejne ulice, chłonąc wszystko jak gąbka, przyglądając się małym sklepikom, restauracyjkom i wielkim wieżowcom, majaczącym w oddali. Jestem w Chinach i wszystko ma w tutaj swoją wartość, która w przyszłości zaowocuje w różnoraki sposób, wzbogaci mnie niewyobrażalnie.

Święte chwile…

%d blogerów lubi to: