DRAPERIE PRZESTRZENI (XI)

 

Lodowy księżyc Jowisza - Europa

Lód jest formą wody, powszechnie występującą na naszej planecie, a także w wielu innych miejscach Układu Słonecznego. Ta szybka zamiana wodnistości i miękkości w twardość jest jednym z cudów naszej egzystencji i szczególnie w dzieciństwie nas zachwyca. Przypomina mi się doroczne zalewanie lodowiska na boisku szkolnym, a potem liczne mecze hokejowe, zabawy i ślizganie się na wyznaczonych odcinkach. Nie zapomnę też tych chwil spędzonych na lodowisku miejskim, gdy brałem udział w kilku treningach Polonii Bydgoszcz i dotykałem palcami perfekcyjnie przygotowanej, gładkiej tafli. Było też w moim życiu trochę nieroztropnego chodzenia po zamarzniętych jeziorach, stawach i rzekach, były chwile nad zamarzającym morzem i zabawy z wielkimi kawałkami lodu. Podnosiło się je do góry i patrzyło się przez nie na słońce, albo rzucało się je daleko na gładzie, tak by sunęły do przodu jak pociski. Trochę było też gwałtownych kontaktów z kamiennością tej struktury, szczególnie podczas meczów hokeja. Upadki pozostawiały krwawe i sine ślady, otarcia naskórka i czasem większe rany, a chyba najgorszym doświadczeniem było uderzanie głową o zamarzniętą powierzchnię, które zawsze miało moc bokserskiego nokautu. Ale to wszystko warte było doznań, jakie się miało, gdy śmigało się w hokejówkach, czuło się wyzwolonym i walczyło się z przeciwnikami o krążek. Urządzaliśmy też często wyścigi łyżwiarskie i znakomicie opanowałem jazdę tzw. „przekładanką” na zakrętach, a na prostych rozwijałem ogromne szybkości. Trudne do opanowania było hamowanie, ale w końcu nauczyłem się to robić i podczas takiego gwałtownego zwalniania ścinałem gładź lodową i tworzyłem prawdziwe fontanny śniegu i twardych kryształków. Lodowisko przyciągało wiele dzieci z bloków i po południu, po zapadnięciu zmroku, przy świetle elektrycznym, gwar był wielki w takim miejscu, sporo śmiechu i nawoływania. Zawiązywały się przyjaźnie i kwitły miłości (ach to jeżdżenie w parze z dziewczynami i trzymanie je za ręce lub pod boki…), ale też wybuchało sporo konfliktów, gwałtownych bójek, niczym w kanadyjskiej zawodowej lidze hokejowej NHL. Ale chyba najpiękniejszym momentem było samo wylewanie wody i kształtowanie się tafli, a potem cudowne twardnienie, będące obietnicą szaleństw zimowych.

Lód to dla mnie także ślizgawki w dzielnicy Jary, sąsiadującej z moim osiedlem albo na skarpach wiaduktu, prowadzącego za miasto. Chodziło się tam i dokonywało się cudów, mknąc na butach lub jakichś kawałkach plastiku, blachy lub płyt pilśniowych. Przygotowywaliśmy też tzw. „kańki”, czyli przybijaliśmy stare łyżwy do kawałków desek i zjeżdżaliśmy na nich z ogromną szybkością, jak na bobslejach. Najodważniejsi kładli się na nich na brzuchu i z głową nieomal przy lodzie, mknęli w dół jak straceńcy. Przy tych zabawach kontuzje były znacznie poważniejsze i zdarzało się, że ktoś łamał nogę lub rękę, wybijał stawy, albo doznawał urazów głowy, nie wyłączając wstrząśnień mózgu. Ale co tam, brawurowe zjazdy warte były tego poświęcenia, a mnie jakoś ominęły poważniejsze zranienia. Nie oszczędzałem się na tych zboczach, a jak przychodziły jakieś osiedlowe piękności, popisywałem się przed nimi sprawnością i wykonywałem ewolucje na granicy ryzyka. To pewnie tak zaprawiło mnie i dało dobre przygotowanie do jazdy na nartach. W tym względzie w mojej pamięci pozostał szczególnie wyjazd z drużyną lekkoatletyczna mojej uczelni na obóz sportowy w Pieniny, do Sromowców Niżnych. Tam wiele było lodu na drogach, po których biegaliśmy, sporo przejrzystych skamielin pomiędzy skałami i nad Dunajcem, ale najpiękniejsze były wodospady strumieni, które częściowo zamarzały i tworzyły fantastyczne kształty. Wspomnieć jeszcze wypada młodzieńcze zabawy ze strącaniem sopli, zwisających z rynien dachów i gałęzi drzew, które także było dość niebezpieczne, ale jakże nas cieszyło. Rzucaliśmy w nie kamieniami lub bryłami lodu, a czasem sięgaliśmy po nie jakimś kijem, drągiem podpierającym pranie lub znalezionym prętem. Spadały na ziemię i rozpadały się natychmiast, a tylko największe z nich pozostawały w dużym kawałku, który też bywał wykorzystywany do jakiejś zabawy. Niektórzy koledzy ssali mniejsze sople i mnie to się też kilka razy zdarzyło, ale kto wtedy myślał o konsekwencjach i o potencjalnych chorobach…

Gdy snuję te refleksje o lodzie i lodowatości, słuchając kojarzącej się jakoś z nimi VIII Symfonii „Niedokończonej” Franciszka Schuberta, widzę opisane wyżej zdarzenia, różne miłe i groźne sytuacje, ale moja myśl natychmiast biegnie też ku wieloletniej fascynacji, jaką jest dla mnie czwarty co do wielkości księżyc Jowisza – Europa. Planeta ta, cała pokryta jest lodem i uczeni podejrzewają, że pod twardą skorupą może znajdować się wielki ocean, w którym mogłoby rozwinąć się życie (potwierdziły to dane uzyskane z sondy Galileo). Odkrycie Europy przypisuje się Galileuszowi, a dzisiaj obserwacje są już możliwe przy wykorzystaniu silnych lornetek i nieprofesjonalnych teleskopów. Nazwa pochodzi od Simona Mariusa, a odnosi się do mitologii greckiej, a nie jak powszechnie się sądzi, do chłodów pojawiających się na naszym kontynencie. Charakterystyczna dla tego satelity jest dość gładka powierzchnia i liczne spękania, które przypominają przeogromną sieć, a powstają w wyniku uwalniania się soli i kwasu siarkowego. Gdy to piszę, przypominają mi się natychmiast sceny z filmu Imperium kontratakuje, gdy Luke Skywalker trafia na planetę Hoth, pokrytą lodem i śniegiem. Ale na powierzchni Europy trudno byłoby przetrwać, bo występują tam ekstremalne temperatury, a magnetyczne oddziaływanie Jowisza jest wręcz miażdżące. Nie można wszakże wykluczyć, że pod ochronną warstwą lodu, w kwasowym i zasadowym środowisku wodnym, rozwinęła się jakaś ewoluująca egzystencja, tym bardziej, że w planetę wielokrotnie uderzały komety, które uważa się za rozsadniki życia w kosmosie. Planowano wysłanie sond, które przebiłyby się przez dziewiętnastokilometrową, zmrożoną skorupę i przesłałyby na ziemię obrazy tego, co pod nią się znajduje, ale finalnie zabrakło ogromnych funduszy. Z powodu tych hipotez ten tajemniczy satelita Jowisza jest obiektem licznych obserwacji i domysłów, staje się też wyzwaniem dla następnych pokoleń astronomów, astrofizyków i kosmonautów. My mamy co roku przedsmak tego, co charakteryzuje krajobraz Europy, a szczególnie doświadczają tego uczestnicy wypraw ku kołom podbiegunowym. Z powodu ocieplenia klimatu, także w Polsce zimy stają się bardzo mroźne i dzieci mają frajdę, choć nie widać przy blokach tylu lodowisk, co niegdyś.

Reklamy

ADRIANA SZYMAŃSKA

Starożytne Ur

Historia jest areną krwawych wojen i nieustannych konfliktów, batalii prowadzonych w imię bogów i dla zaspokojenia ludzkich żądz. Ale nie byłoby ich, gdyby matki stale nie rodziły dzieci a wiecznie żywotna płodność nie dostarczała tych, którzy staną się cesarzami i królami, generałami, adiutantami i zwykłymi żołnierzami. To kobiety rodzą tych, którzy odegrają znaczącą rolę w jakimś czasie i w każdym stuleciu, w jakichś ciałach, dojrzewają ci, którzy zapiszą się w annałach, staną się znakiem dobra lub zła, odwagi lub tchórzostwa, chwalebnego czynu albo mordu. Patrząc na to z perspektywy millenium, gdzie lata i dziesięciolecia są małymi cząstkami chronologicznymi, możemy powiedzieć za Adrianą Szymańską, że Miliardy noworodków wybiegają wprost w pole bitwy/ w ogień i kurz. Ta okrutna wizja sprawdza się nieustannie i wciąż rodzą się dzieci, które zginą w tragicznych okolicznościach, padną na polu bitwy, staną się „mięsem armatnim” – wszak człowiek doprowadził do perfekcji techniki masowego zabijania. Poetkę fascynuje święty moment brzemienności, czasu potencjalnego, gdy wszystko jest jeszcze możliwe, a narodziny należą do przyszłości oczekiwanej i ledwie przeczuwanej. Brzuch jest tak życiodajny jak dzban, dźwigający wodę lub wino, który pozwala przeżyć na pustyni i jest tak samo szczelny, najpełniej dookreślony. To przestrzeń zamknięta, z której jest tylko jedna droga wyjścia, bo nie można cofnąć prokreacji – to zarazem nabrzmiewające otwarcie, które będzie zwieńczeniem miłosnego aktu. Poród porównywany jest tutaj do bicia dzwonu, obwieszczającego wielką radość i wielką trwogę, bo wraz z przyjściem na świat nowego dziecka, rodzi się też niewiadoma. Ale poetka projektuje własną brzemienność ku stuleciom i powtarzalności tego cyklu, trwającego dziewięć miesięcy – ona pragnie połączyć się w myślach z wszystkimi kobietami, które tego doświadczyły. One też czuły, że są głodne, głodem płodu i wiedziały, że zbliżają się do chwili ostatecznej, gdy zegar świata ludzkiego zacznie odmierzać w szaleńczym pędzie kolejne okresy i nie zatrzyma się aż do momentu eschatologicznego. Wpatrując się w przepaść wieków, autorka zatrzymuje wzrok w miejscu, gdzie zaczęły się rozwijać wielkie cywilizacje i wyodrębnia figurę bogini płodności, nieodmiennie wskazującą kierunek i czuwającą nad tymi, które będą rodziły. Pod warstwą gliny, pod pyłem tysiącleci bije wszakże zawsze żywe serce, pulsuje krew i ogień żądzy odciska się w trzewiach. Ona jest wieczną matką, wysyłającą do boju tych, których alabastrowe pięty odcisną ślady w historii, ona widzi ich życia od poczęcia do śmierci i może roni nad nimi kamienną łzę. Tak jak złocista bryłka, wyjęta z morza, zachowuje dla przyszłych pokoleń kształt delikatnej ważki, tak ona jest wtulona w bursztyn wieków. Jej oddech wyczuwają jednak kobiety oczekujące potomków i chwytają się go jak sznura, dającego ratunek z kipieli. Ona trwa niezmienna od pokoleń i wciąż gotowa do zwieńczenia, stale oczekująca rozwiązania, staje się ich pradawną matką i opiekunką. Jej starożytność ma magiczne właściwości ocalające, jej modelowe trwanie przydaje mocy, ustawia biologię w ciągu kosmogonicznym, w pędzie nieustannych zmian pierwotnych elementów: wody, ognia, ziemi i powietrza. Tak poetka wplata żywioły materialne w ciąg odmian losów i zdarzeń, miłości i śmierci, poczynania z nicości i oddawania jej zimnych prochów. Każda inicjacja ma też miejsce się w punkcie przecięcia wielkości (tysiąclecia, miliardy noworodków, pradawne cząstki) i małości (czarna grudka ziemi, kropla wody, gram powietrza, iskra domowego ognia). Tak rodzi się transcendentne pojmowania świata, zdarzeń i ludzi, tak ludzkość pojawia się w dziejowym przeciągu, w którym jednostki ledwie mogą zaznaczyć swoją obecność, a cierpienie znaczy niemal tyle samo co rozkosz. Końcowa prośba kobiety naszego czasu jest wyrazista i odnosi się do dziecka, które ma się niebawem narodzić, a następnie znaleźć swoje miejsce w nowym świecie. Z każdymi narodzinami powołane zostaje do istnienia nowe spektrum historyczne i osobowe, a potencjalność nadaje im mocy magicznej. To dziecko może być kimś wielkim i może też zaprzepaścić szansę, jaką mu dała matka, może przydać jej i innym ludziom cierpienia. Na razie wszakże jest cząstką matki i czuwa nad nim bogini płodności z miasta Ur, pochylają się nad jego cyklem rozwojowym wieki i tysiąclecia, a starożytna kamienność opiekunki przenosi to dojrzewanie ku przestrzeniom kosmicznym – tam, gdzie wszystko się zaczęło i gdzie wszystko będzie się kończyło. Żywa pętla krwi wiąże go z oczekującą, a oddech bogini nadaje już kierunek jego rozwoju, od chwili poczęcia do finalnego zejścia. Nikt nie jest w stanie odwrócić tego procesu i nikt nie oprze się destrukcyjnej sile czasu, nawet kamienna bogini rozsypie się kiedyś w pył, nawet najżarliwsze uczucie zgaśnie jak zadławiony płomień. Gliniana skóra okryje wszystko, żar stanie się wspomnieniem, odpłyną w dal narodziny i jasne chwile, echo pierwszego krzyku przestanie wibrować w powietrzu. Ale na razie wszystko jest jeszcze możliwe, wszystko ma wymiar symboliczny i poetka prosi pradawną boginię, by była opiekunką stanu, w jakim się znalazła i  nadchodzących niebawem zdarzeń, by te narodziny rozświetliły wszechświat i były echem pierwszego poczęcia.

GAWRONY I KAWKI

W zimie przylatuje do nas wiele gawronów ze Wschodu, które łączą się w stada z naszymi rodzimymi kawkami i żerują blisko wysypisk śmieci, na osiedlach i na obrzeżach miasta. Wybrałem się do takiego miejsca by sfotografować ptaki o zachodzie słońca, gdy siadają gremialnie na drzewach i przygotowują się do snu. Kiedyś widziałem takie ogromne skupiska czarnych plam na Litwie, a teraz fotografowałem je na skraju Bydgoszczy. Myślałem, że podejdę je bliżej, ale gdy tylko przystawałem i kierowałem na nie aparat fotograficzny, zrywały się i umykały jak najdalej ode mnie. Zostały mi zatem dalekie plany, które też mają swój urok i przypominają aurą daleką Syberię.

SEN XXV

Zamknęli go w wąskiej, czarnej skrzyni, a górną deskę przybili grubymi ćwiekami. Gryzł, drapał i szamotał się, a jak wpychali go do środka, ryczał z przerażenia. W środku jego wrzask przybrał barwę burą i przypominał wycie wilka albo kojota. W końcu zamilkł i oprawcy, ubrani w czarne togi, z czerwonymi stożkami na głowach, spojrzeli na siebie wymownie, przysunęli sporych rozmiarów dzwon i zaczęli nim kołysać. Dźwięk na nowo obudził skazanego i zaczął on krzyczeć jeszcze potworniej, ocierał się o ściany skrzyni i próbował się wyswobodzić. Nie mógł jednak niczego zrobić, bo przywiązano go do bocznych haków i prawie nie dano miejsca na jakikolwiek ruch. Przerażenie rozsadzało mu trzewia, a krzyk był potwierdzeniem, że żyje i jeszcze nie wszystko się skończyło. Wyczuł chybotanie i słyszał skrzypienie kół jakiegoś pojazdu, który czasami podskakiwał na kamieniach i wpadał w koleiny miękkiego piachu. Ustawili się w dwa szeregi i mrucząc pogrzebowe pieśni, podążali dostojnie na miejsce kaźni. Odarta ze skóry hiena ciągnęła wóz, raz to unosząc się nad ziemią, raz ledwie dotykając gruntu i śmiejąc się złowieszczo. W dali widać już było nagrobki w kształcie serc i kul, a tuż przy wielkiej piramidzie wykopano grób. Zdjęli ceremonialnie skrzynię, i kołysząc nią to w przód, to w tył, zanieśli na belki położone w poprzek dołu. On krzyczał i lamentował, a czasem cichł i łkał żałośnie, by znowu rozedrzeć się przeraźliwie. Nad kopce świeżej ziemi wzniósł się świetlisty opar, który mógł być duchem albo zjawą, czystą energią lub złą mocą, objawiającą się widzialnie. Zakapturzeni pochylili głowy i śpiewali starą gregoriańską pieśń o walce dobra ze złem, o wiecznej nocy i o nadchodzącym poranku. Twór  obracał się lekko wokół swojej osi i ostrym kolcem, który miał u dołu, dotykał nieheblowanych desek, kreślił na nich znak pięcioramiennej gwiazdy. Jego obrys stale się zmieniał, a na pulsującej powierzchni pojawiały się czarne i brunatne plamy i wyglądało to tak, jakby przechodził kolejne stadia dżumy, a przy tym, jakby też zdrowiał natychmiast. Gdy z ruchliwego kolca zaczęła kapać krew, zabójcy podłożyli liny pod skrzynię, odepchnęli na bok belki i zaczęli spuszczać ją na dno. Gdy już się tam znalazła, szepcząc słowa: damnatioinferno… objęli się za ramiona i pochylili się nad nim. U ich kapturów przystanął świetlisty kształt i sączył krew na deski, kalał czarnym cieniem niewielkie szczeliny między nimi. Skazany był już tylko bezgłośnym krzykiem, bólem w całym ciele i ledwie wyczuwalnym oddechem. Usłyszał jednak jeszcze bryły gliny uderzające o pokrywę i chciał się zerwać, wydostać, uderzyć nogami w deski, ale unieruchomili go sprawnie i nie dali mu najmniejszej szansy. Teraz zsypywali gołymi rękoma ziemię, popychali kamienie, które staczały się do dołu. W końcu zamknęli go całkowicie pod powierzchnią i zaczęli udeptywać ziemię. Nie miał już czym oddychać i powoli tracił świadomość, a pulsujący kształt zawirował w powietrzu, rozpłomienił się jak gwiazda i natychmiast wniknął do jego grobu. Zakapturzeni uformowali dwa szeregi i kołysząc się na boki, rozsypując ziarna siarki na drodze, zaczęli wracać do swoich jaskiń.

DZIENNIK

Mój świat u końca pierwszego dziesięciolecia nowego wieku

Już blisko trzy lata prowadzę dziennik, który zapisuję w dorocznych plikach i ogromną jego część publikuję w Internecie, jako blog. Weszło mi to w krew i nie wyobrażam sobie teraz życia bez tych periodycznych notatek i analiz, krótkich szkiców i recenzji. Zawsze dużo pisałem i znajdowałem w tym przyjemność, ale forma dziennika, przez wiele lat, była tylko w sferze planów i marzeń. Internet wymusił na mnie regularność, a możliwości witryny spowodowały, że otworzyłem się na nie i reaguję żywiołowo, jak młodzieniaszek. Gdzieś tam w sieci wisi jeszcze szczątkowa forma pierwszego bloga, który musiałem zawiesić, gdyż zaczął go wściekle atakować pewien chłopaczek, który kiedyś należał do środowiska młodych poetów w Bydgoszczy. Zmieniłem witrynę i mogę teraz weryfikować, zatwierdzać lub odrzucać opinie, a nie jestem zwolennikiem bezkarnego paplania pod wpisami. Niestety stale bywam obiektem zawiści i absurdalnych komentarzy, wciąż ktoś produkuje na mój temat jakieś banialuki, fantastyczne fabuły i baśnie, ale rozumiem, że są to koszty jakie się płaci, gdy często publikuje się w prasie i wydaje się książki, a nade wszystko ma się coś tam do powiedzenia. Staram się reagować interaktywnie na to, co wydarza się w moim życiu i tak je konstruować, by było piękne i dawało mi zadowolenie. Pisze, maluję i rysuję, wciąż fotografuję, słucham muzyki i oglądam filmy – sporo też czytam i rozmyślam, a dziennik bardzo mi w tym pomaga. Codziennie odnotowuję ponad pięćset wejść na stronę i tendencja ta jest rosnąca, do czego przyczyniają się odnośniki w portalach społecznościowych i szeroki zakres podejmowanych tematów. Każdego roku w plikach narasta sto stron tekstu, zapisywanego czcionką o wielkości dziesięciu punktów, czyli mam już dość pokaźną książkę. Jej publikacja będzie miała jednak sens, gdy zdołam ją wypuścić w świat z kolorowymi ilustracjami i w specjalnym opracowaniu redakcyjnym. W nowym roku chciałbym wprowadzić ze dwa trzy nowe cykle, bo właśnie tego rodzaju powtarzalność, przyciąga czytelników i przyczynia się do mojej aktywności. No i chciałbym gromadzić wokół mojego dziennika jak najwięcej osób życzliwych, dostrzegających moje próby wprowadzenia ładu do tego, co czasem wydaje się nam chaosem i przepaścią, wirem i eksplozją. Mam nadzieję, że dzięki mojemu blogowi ludzie lepiej mnie poznają i będą mogli zweryfikować obiegowe sądy, nieodpowiedzialne konfabulacje i bzdury. Powodowany takim przekonaniem zamieszczam niżej rozmowę, jaka przeprowadził ze mną dla jednego z periodyków jeden z warszawskich twórców.

Andrzej Gnarowski: Od wielu lat zajmuje się pan naukowo romantyzmem i literaturą współczesną. Opublikował pan już trzy obszerne monografie, o Mickiewiczu, Słowackim i Krasińskim, a przecież do niedawna był pan idolem młodej poezji, hipisem, uczestnikiem ruchów subkulturowych i „dzieckiem nowej rzeczywistości”. Dla niektórych osób to pana nagłe życiowe uporządkowanie jest wielką zagadką…?

Dariusz T. Lebioda: Największą zagadką jest dla mnie samego, bo kiedyś myślałem, że żyć będę bardzo krótko… Niezrozumienie mojej drogi wzięło się z arbitralności sądów i postaw ludzi zajmujących się literaturą w latach osiemdziesiątych poprzedniego wieku. Mechanizm był prosty: jeśli młodzieniec pisze o chuliganach, osiedlowych włóczęgach i pijakach, to sam też musi być bandytą. Tymczasem moja poezja i proza były krzykiem rozpaczy po rozpadzie wspólnoty, głosem niezgody na mechanizmy, które ludzi bezpowrotnie rozdzielają i nie dają szans słabszym jednostkom na zaistnienie w ramach ustalonych przez społeczeństwo. Moi koledzy z boiska, czasami wspaniali sportowcy, istoty o bogatych wnętrzach i wielkich możliwościach intelektualnych, zostali zdegradowani do rangi outsiderów, strangerów, jak to się dzisiaj chętnie artykułuje: kloszardów. Mogli zajść bardzo wysoko, osiągnąć to, o czym marzyli w dzieciństwie, ale na drodze stanął im alkohol, łatwe dziewczyny, struktury zawłaszczania w bandach i grupach przestępczych. Mając ojców pijaków, braci siedzących w więzieniach, siostry stojące na ulicach i szukające klientów, niejako automatycznie weszli w koleiny, które poprowadziły ich ku tym samym, martwym przestrzeniom. Mam takiego kolegę, który w latach siedemdziesiątych był genialnym napastnikiem piłkarskim i wszystko czego się dotknął w szkolnym sporcie, było sukcesem, ale zaraz po podstawówce wraz z kilkoma kolesiami obrabował kiosk, wpadł najpierw do poprawczaka, a zaraz potem do więzienia i praktycznie siedzi w nim do dzisiaj. Co wychodził na wolność, to nie umiał się znaleźć w nowej rzeczywistości, popełniał nowe przestępstwo i znowu wpadał do mamra, który stał się jego prawdziwym domem. Powiedział mi kiedyś, w trakcie „przymusowej odsiadki” na wolności, że źle się czuje poza murami, bo jest nikim. Tam, w obrębie struktur gitowców i „grypsujących” czuje się zwycięzcą, jest szanowany i współtworzy ten świat, a nawet jest jego centralnym filarem. Opisując takie osoby, bywałem mechanicznie wtłaczany do struktur przestępczych, różnorakich band i formacji kontrkulturowych. Tymczasem moja droga była inna, a tolerowany byłem przez chuliganów osiedlowych z racji moich osiągnięć w sporcie i z powodu tężyzny fizycznej. Podobało im się, że pływam delfinem, wyciskam ponad sto kilogramów na ławeczce kulturystycznej, chodzę na treningi sportów walki, a potem bronię w bramce znanych bydgoskich klubów piłkarskich. Dopuszczali mnie do swoich spraw, częstowali tanim winem, piwem i wódką, poklepywali po plecach, czasem nawet jeździli ze mną na treningi, szczególnie sportów siłowych i obronnych, a potem i tak wpadali w te swoje fatalne koleiny. Trenując różne sporty, przechodząc kolejne etapy edukacji, znalazłem się na studiach polonistycznych, podczas których szczególnie zainteresowałem się romantyzmem i Mickiewiczem, a potem napisałem pracę magisterską o ornitologii największego polskiego poety. Jednocześnie poczułem potrzebę opisu całego jego systemu naturalnego, ale przerażał mnie ogrom pracy, jaki musiałbym włożyć w szczegółowe opisy kosmologii, mineralogii, biologii i botaniki, ornitologii i entomologii itd. Na szczęście w tym czasie wpadła mi ręce książka Gastona Bachelarda pt. Wyobraźnia poetycka i spostrzegłem, że można opisać naturę systemowo, z wykorzystaniem narzędzi krytyki tematycznej. Tak powstał pomysł doktoratu o żywiołach w życiu i twórczości autora Dziadów, a potem jego obrona w Uniwersytecie Gdańskim. Dość szybko podjąłem też pracę w wyższej uczelni i gromadziłem materiał do kolejnych rozpraw, bo postanowiłem kulturowo opisać czterech polskich wieszczów romantycznych i jak na razie udało mi się napisać trzy książki z tego cyklu. Niestety szybko też pojawili się naukowi barbarzyńcy, którzy zaczęli niszczyć to, co zrobiłem. Wszak w Polsce nie docenia się autentycznych dokonań, a to, że moje książki pozytywnie recenzowali znani profesorowie, na czele z Janem Błońskim, stało się obelgą dla pewnych ludzi.

– Czy znajomość tej epoki ułatwia panu definiowanie osobowości artysty? Czy jest on naturą szczególną? Paul Valery mówił o procesie powstawania wiersza jako o „święcie intelektu”. Mieczysław Jastrun odsyła nas do Wielkiej improwizacji Mickiewicza, by tam szukać odpowiedzi na tę zagadkę…

– Odpowiada mi określenie Valery’ego, tym bardziej, że bliskie jest ono fenomenologicznemu odczytywaniu procesu twórczego, a szczególnie ustaleniom Bachelarda, Pouleta i Starobinskiego. Tak, to takie rozpłomienienie intelektu, mające wiele z dawnych ceremoniałów kulturowych. Przypomina ono rozpalenie wielkiego ogniska, usypanie stosu drew i spalenie ofiary, a nawet wybuch wulkanu i rozlewanie się lawy. To są naprawdę bliskie powinowactwa, tym bardziej, że ludzki umysł pracuje na najwyższych obrotach i dosłownie eksploduje podczas procesu twórczego, poczyna jakieś twory z nicości. Tak, z tego wielkiego zapału czy „zapłonu”, powstają wiersze, poematy, opowiadania i powieści, tak z niebytu wyłania się coś, co nie istniało, a potrzebowało konkretnego człowieka z jego życiorysem i jakby odsłonięcia się „tematu” w jego świadomości. Bardzo odpowiada mi ta kategoria, stworzona przez francuskich i szwajcarskich fenomenologów, tym bardziej, że zakłada ona wybór konkretnego twórcy przez    t e m a t. Novalisa wybrało „ciepło utracone”, wyobraźnię E. T. A. Hoffmana „zawłaszczyły” ogniska i znicze, a w jaźni Mickiewicza zagościł mściwy Perun, lub inaczej Perkunas, Perkun, którego pradawna świątynia mieściła się na nowogródzkim wzgórzu, niedaleko domu chłopca, a potem wchodzącego w świat młodzieńca. Co do wskazań Jastruna, to jest to przeniesienie problemu w inne rewiry rozumienia fenomenu procesu twórczego. Konrad staje naprzeciw Boga i próbuje go sprowokować, wyzwać na pojedynek poetycki i pokazać swoją moc twórczą. Zaczyna od zachwalania swoich możliwości, próbuje tworzyć ogólne formuły istnienia i imitować kosmogonię, a kończy płaską, tandetną herezją, którą co prawda wypowiada diabeł, ale przecież następstwo rymów skazuje dobitnie, że miała ona paść. Bóg, jak od tysiącleci, milczy wymownie, więc bohater ucieka się do kolejnych sztuczek, które ocierają się o czarną magię, mesmeryzm i gnozę, a koniec końców prowadzą do przekonania, że byt jest inną formą snu i nieistnienia…

– Bywały takie okresy, że tzw. poezja oniryczna stawała się niemal liturgią, Według Zbigniewa Bieńkowskiego, przypominała jawnosenne bytowanie. Także u Brzękowskiego marzenia tego rodzaju odgrywały ogromną rolę i dokumentowały istnienie w kilku wymiarach naraz…

– Wiele razy pojawiało się w mojej twórczości przekonanie, że sen miesza się z jawą i trudno człowiekowi oddzielić to, co realne od nierzeczywistości. Bieńkowski miał ogromne wyczucie bliskości snu i jego realiów, a Brzękowski docierał do tego rodzaju ustaleń poprzez stosowanie formuł awangardowych. Niestety nie ufam do końca polskim poetom awangardowym (właśnie z wyjątkiem Brzękowskiego) i dostrzegam ich mniejszą rangę w stosunku do innowatorów francuskich czy niemieckich. Tak jak w świecie polityki budzimy się nagle z poczuciem rozpadu więzi narodowej, tak nadchodzi czas prawdziwych ocen i podsumowań dwudziestego stulecia w literaturze. Wielu ważnych niegdyś twórców przepadnie bezpowrotnie, a inni zostaną wyniesieni do góry. Dopiero za jakieś trzydzieści lat pojawią się książki, które napiszą rodzący się dzisiaj ludzie, podchodzący do naszych czasów bez kompleksów i obciążeń politycznych. Poetyka snu i wolnej wyobraźni zawsze się obroni, ale nie zdoła dźwignąć wskazanych wyżej autorów na wyżyny literatury światowej. Istnienie w wielu wymiarach naraz to oczywiście wynalazek polskich romantyków, spośród których największe szanse na zaistnienie w świecie miał chyba Antoni Malczewski, ale za wcześnie umarł i nie znalazł silnego propagatora, wydawcy i krytyka, który by stworzył monografię i ustalił kanon ważności.

– Różewicz powiedział o Mickiewiczu, że jest on w niektórych utworach bliski ciemności, a w niektórych bardzo jasny…

– Ten człowiek był „mieszanką kulturową” – z jednej strony Żyd po matce frankistce, z drugiej strony Litwin z polskim rodowodem, posługujący się w sposób genialny naszym językiem. Doświadczony boleśnie w miłości do Maryli z Wereszczaków, dość szybko przeszedł inicjację seksualną i wdawał się w kolejne gorące romanse. O intensywności jego życia erotycznego świadczy ilość dzieci, które szybko urodziły się po ślubie z Celiną Szymanowską, a dodać jeszcze musimy córkę z Ksawerą Deybel i być może syna z Margaret Fuller. Ta jasność Mickiewicza objawia się w niektórych balladach, sonetach i ulotnych lirykach, a mroczność w wierszach z okresu lozańskiego i paryskiego, gdy próbuje on wniknąć w kosmiczną strukturę świata, wprowadza wątki szamanistyczne i magiczne. Pamiętać wszakże musimy, że mamy do czynienia z człowiekiem głęboko nieszczęśliwym, pełnym sprzeczności, głoszącym szczytne idee, rozważającym sytuację duchów migrujących, a jednocześnie, w pruderyjnej, katolickiej rzeczywistości dziewiętnastowiecznej Francji, oddającego się uciechom ciała. Jego wizje dalekie były od realnych możliwości polskiej emigracji, a symbolem tych niespełnień stał się legion, uformowany nie wiadomo po co i komicznie wystrojony dla jednego przemarszu. Ale przecież – tak rozumiem Pana wskazanie opinii Różewicza – ta mroczność Mickiewicza sięgała głębiej, była w psychice, a chyba najpełniej objawiła się w poetyckim zamilknięciu, po napisaniu Pana Tadeusza. Wielu Polaków czekało na następne wiersze, poematy, dramaty wieszcza, a on zajmował się metempsychozą, objaśniał w wykładach paryskich dzieje słowiańszczyzny, żył pomysłami, które nie miały prawa bytu w Europie zdominowanej przez wielkie mocarstwa. Może dlatego pozostał wielkością lokalną i choć chwalił go Wiktor Hugo, doceniali współcześni Niemcy, Francuzi, Słowianie z południa i Rosjanie, nie stworzył arcydzieła na miarę największych twórców epoki i traktowany jest w historiach literatur europejskich jako zdolny epigon Goethego, Schillera i Byrona, tworzący własny styl w mrocznych Dziadach, trudnych do przełożenia, bez rozległych przypisów, i do zrozumienia przez inne narody. Dla Polaków pozostanie wielkością pierwszoplanową i może właśnie owa jasna strona tej twórczości jest najbardziej znacząca; te niezwykłej klarowności obrazy jezior i zagubionych pośród pól kurhanów, te przybliżenia spokojnie płynącego Niemna, litewskiego interioru, puszcz i lasów, ptaków, motyli i zachodzącego słońca. Oczywiście i tutaj jest drugie dno, a każdy taki pejzaż ma bolesne mickiewiczowskie pęknięcie, jakby prowadzące prosto ku mrokom zła i przegrania, nieszczęścia i przedwiecznej grozy, wobec które staje człowiek podczas ziemskiego bytowania.

– Nie chciałbym być niesprawiedliwy, ale po przeczytaniu książki pt. Słowacki. Kosmogonia nie odniosłem wrażenia, że obcuję z bohaterem „żywym”, człowiekiem z „krwi i kości”. Autor „Genezis z Ducha” został jakby „wypreparowany z ciała”. Widziany niejako per speculum in aenigmate, ale też – muszę to przyznać – wszystko jest tak, jak pan pisze: To jest droga od początku do chwili, która urasta do rangi wieczności i która w jaźni poety potrafi też błyskawicznie zgęstnieć do wymiarów mikroskopijnych. Przyznaję, że jest to książka napisana z ogromna inteligencją…

– Pana odczucia są właściwe i zarazem nieco odbiegają od mojego zamysłu, bo bohaterem tej książki jest przede wszystkim wyobraźnia kosmogoniczna, niejako wypreparowana z człowieka, ale też ściśle z nim związana. To nie jest ujęcie biograficzne, to raczej próba wskazania immanentnych mechanizmów tej poezji i konstrukcji struktury imaginacyjnej. Ten opis wymusiły fenomenologiczne narzędzia badawcze, a także przekonanie, że nauka o Słowackim poszła w złym kierunku, rozbudowując za bardzo objaśnienia tzw. „mistycznej” części jego twórczości. Rozmawiałem o tym z prof. Stanisławem Makowskim i on także potwierdzał, że powinno się podążać raczej w kierunku wizji genezyjskich, szukać jakiegoś uniwersalnego kodu, łączącego tę genialność z dokonaniami innych romantyków europejskich czy amerykańskich. Ale przecież tej kosmogonii nie wziąłem znikąd, bo pojawia się ona jako wyrazisty wpis w Raptularzu, noszący tytuł Cosmogonija. Słowacki, choć człowieczek niewielkiej postury, otrzymał od pokoleń przodków i bezpośrednio od rodziców (ojciec profesor poezji i wierszokleta) umysł niezwykły, gigantyczny, w którym pojawiły się doprawdy rozświetlające go wizje. On najrealniej rekonstruował wielkość Boskiego stworzenia i akcentował w poezji jego kolejne fazy, stwarzał jakby rzeczywistość na nowo. Począwszy od opisu żywiołów (elementów) w twórczości Mickiewicza zaczyna się mój, wskazany już wyżej, sporych rozmiarów projekt kulturowego opisu polskich romantyków. Za każdym razem szukałem formuły i struktury, wyraźnie rysującego się   t e m a t u,  który określałby twórczość i człowieka, jaźń i wyobraźnię, a nade wszystko który wpisywałby się w ogromne spektrum potencjalnych konstrukcji do których genialny umysł „podłącza” się, jak do wielkiej kosmicznej maszynerii. Owszem, Słowacki był mistykiem, ale jakby innego rodzaju, czytającym Herschela, a nie św. Jana od Krzyża, biorącym więcej od Bacona i Newtona niż od św. Teresy, św. Bonawentury czy św. Tomasza z Akwinu, był drżącym bytem, wpatrującym się w ogromy wszechświata i dostrzegającym w nich pierwotną kosmogoniczną myśl Wielkiego Konstruktora – Boga. Dlatego w swojej twórczości odnosił się do podstawowych struktur i emblematów stworzenia: galaktyk i gwiazd, słońca, planet i ziemskiego satelity – Księżyca. To one wyznaczały horyzont jego myślenia stwórczego i stały się elementami konstrukcyjnymi wyobraźni, przeniknęły do jaźni, w tysiącach replikacji, uzewnętrzniły się w wierszach, poematach, dramatach, listach i pismach teologicznych lub eseistycznych. To był geniusz przeczuwający pośród jakich ogromów rozegrało się i stale rozgrywa się stworzenie, to był byt podążający w swoich dziełach ku chwili pierwszej i starający się prześledzić kolejne etapy, określić swoje miejsce w magnetycznej strukturze wszechświata, pośród tych trudnych do pojęcia zawieszeń, istnień, nieustannych mutacji i przekształceń kosmicznych.

– Poezja polska nie rozwijała się w próżni, wchodziła w dialog z innymi literaturami. Jakie powinowactwa były Pana zdaniem najważniejsze. Przychodzi mi na myśl Puszkin i Lermontow, Baudelaire i Rimbaud, a także Goethe i Byron, Jesienin i Achmatowa…

– Myślę, że musimy tutaj wskazać dwie najważniejsze sfery oddziaływań – osobniczą i kulturową. Każdy poeta ma swoje lektury i w ich obrębie buduje własną poetykę, tworzy nową jakość z substratów, z elementów, które ma w pamięci, wyobraźni, a nawet głęboko w podświadomości. Czasem lektura jakichś wierszy jest jak trzęsienie ziemi, ukazuje ogrom możliwości twórczych człowieka i rodzi pragnienie naśladownictwa. Wszyscy wymienieni przez Pana poeci mieli wpływ na literaturę polską, w różnych okresach i w odmiennych doświadczeniach osobniczych. Jako twory kultury europejskiej, ich dzieła ustalały też kierunek podążania i stawały się niedościgłymi punktami dojścia. Najwyraźniejsza jest tutaj zależność Mickiewicza od Goethego i Byrona, którzy stali się rodzajem podstawowej konstrukcji intelektualnej dla młodego mieszkańca Nowogródka, a potem studenta uniwersytetu w Wilnie. O Dziadach mówi się nie bez racji, że jest to polski Faust, a wątki byroniczne pojawiają się w powieściach poetyckich i w wierszach oraz w niektórych partiach wskazanego wyżej dramatu, zaczynającego się na cmentarzu. Ale tylko Maciej Kazimierz Sarbiewski zyskał ogromną sławę międzynarodową, a jego utwory, nagrodzone najwyższym wyróżnieniem papieskim, czytywane były od Anglii po Rosję i od Włoch po Skandynawię. Coleridge chciał tłumaczyć całość tego dorobku poetyckiego, wiersze ilustrował Rubens, a język łaciński, w którym powstały, otwierał im drogę na dwory królewskie i do zamków oraz domów największych rodów. Mickiewicz, Słowacki i Krasiński, nie mówiąc o zapomnianym już za życia Norwidzie, mogli tylko marzyć o takiej sławie i takiej skali oddziaływania. Co innego jednak wpływy osobnicze, które poeci często sami podkreślają, wprowadzając do wierszy motta lub cytaty ze swoich nauczycieli, twórców cenionych i uważnie studiowanych. W dobie Internetu i powszechnej łączności planetarnej granice państwowe się zacierają i np. Brazylijczyk Paolo Coelho czy pisarz z RPA J. M. Coetzee lub – dajmy na to – Turek Pamuk lub nasz Miłosz, stają się własnością wielkiej kultury planetarnej, z której czerpać może zarówno mieszkaniec Nowej Zelandii, jak Syberii, dalekich wysp na Pacyfiku czy centrum Nowego Jorku. To są już inne zależności i inny rodzaj dialogu…

– Żyjemy w przekonaniu, że nasza poezja jest na tzw. światowym poziomie (o czym upewniły nas Nagrody Nobla dla Miłosza i Szymborskiej). Czy pana zdaniem ten obraz jest prawdziwy?

– I tak i nie… Z jednej strony polska poezja, wielka szczególnie za sprawą Herberta i Różewicza, obecna jest w świecie, jest czytywana i staje się przedmiotem żarliwych dyskusji. Ale z drugiej strony wciąż razi hermetycznością, której nie ustrzegł się Miłosz, a która może najmniejsza jest u Szymborskiej – tego dziwnego fenomenu, tej drogi od propagandowych wierszy socrealistycznych do naprawdę wielkich utworów, które mogą zafascynować i Umberto Eco, i bezimiennego czytelnika pod każdą szerokością geograficzną. Czym innym jest jednak uznanie, czy sztuczne „nadmuchanie” poety, przygotowywanie go do zdobycia najwyższego lauru, a czym innym realne oddziaływanie twórcy na epokę, pozostawienie po sobie wyrazistego śladu. Proszę zauważyć jak spadły nakłady książek Miłosza po jego śmierci – często trudno znaleźć jakikolwiek tytuł tego twórcy w księgarni, a nawet publikowane od lat Dzieła zebrane straciły swój impet. Jakby wielkie państwo, w samym centrum Europy, nie mogło zadbać o fundusze na wydanie najważniejszych dokonań ostatnich lat, w dziedzinie literatury. Nagroda Nobla wcale nie gwarantuje natychmiastowego przeniknięcia w obręb uniwersum kultury, do tego potrzebne są arcydzieła na miarę Boskiej komedii, Hamleta, Don Kichota, a jak na razie polska kultura nie stworzyła takich wiekopomnych pomników. Widać to dobrze w Ameryce, gdzie w największych księgarniach znajdziemy specjalne półki wydzielone dla Rumiego i Szekspira, Keatsa i Puszkina, Faulknera i Hemingwaya, a w ogóle nie widać książek naszych literackich wielkości. Bariera językowa i jakość przekładów, szczególnie na angielski, są tutaj zaporą nie do przebycia. Nie mogę zapomnieć antologii poezji polskiej, którą widziałem w bibliotece uniwersytetu stanowego w Buffalo, gdzie najpiękniejsze polskie wiersze prezentowano jako rozbudowane, bzdurne ramoty, dalekie od piękna oryginału.

– Krzysztof Gąsiorowski w swoim referacie pt. Poezja jako wielkość, wygłoszonym na jednym z Festiwali Poezji w Łodzi napisał: czyżby mieli rację ci wszyscy, którzy uważają, że rozmowy o poezji można zaczynać dopiero od samego tekstu? Może jest to próba otwarcia, do której dążymy, może jedna z dróg… A może sprawa „psychologii twórczości” lub psychiki twórcy?

– Tutaj strategii może być wiele… Dla mnie tekst jest bardzo ważny, ale też i kontekst kulturowy ma znaczenie… Chcę wiedzieć jak najwięcej o danym twórcy, pragnę poznać jego zapiski, listy, dzienniki, sądy o nim innych ludzi epoki. Tak podchodzi do problemu badacz posługujący się narzędziami krytyki tematycznej, tak postępuje krytyk, czytelnik lub fascynat, który pragnie zdekodować tekst i wskazać w nim jakiś elementarny mechanizm. Nawet jeśli pisarz jest totalną świnią, donosicielem lub pijakiem, bandytą albo włóczęgą, nie umiejącym znaleźć się w świecie, to pozostawione teksty będą musiały bronić się w procesie powszechnej anihilacji. Jeśli będzie w nich określony ładunek genialności, przetrwają wszystko i w nowym czasie wypłyną na powierzchnię zdarzeń. Oczywiście większość przepadnie na zawsze, osunie się na dno zapomnienia i będzie znana tylko historykom literatury…

– Eliot zauważył, że poezja intelektualna, to taka, której twórca zdolny jest transponować myśl w sposób poetycki, odczuwając intelektualne treści tak, jak odczuwa się kolory w ogrodzie, zapachy w kuchni lub kształt dotykalnych przedmiotów. Którzy poeci, według pana, szczególnie zasługują na miano sensualistów?

– Prawie wszyscy, bo pisanie zawsze wykorzystuje doświadczenia zmysłowe i to czego uczymy się od dziecka, a potem utrwalamy w naszej wyobraźni jako archetypy, symbole, emblematy, a nade wszystko co staje się konstrukcją naszej osobowości i tego, co w nas tkwi najgłębiej. Podziwiam sensualizm Mickiewicza, Słowackiego i Miłosza, dostrzegam ogromny intelekt i wrażliwość kolorystyczną Krasińskiego, Herberta, odnajduję doznania słuchowe poetów jezior i Heaneya, szorstkość i dotyk Kunitza, Sterna i ostatnio bardzo popularnego w USA – Collinsa. W zacytowanym przez Pana fragmencie, Eliot także kładzie nacisk na konstrukcję i umiejętność przekładania doznań, tworzenia logicznych struktur. Jego doświadczenie jest szczytowym osiągnięciem poezji europejskiej, choć czasami mamy wrażenie, że poeta podąża też ku ślepym zaułkom. Z jednej strony jest głębia wizji, odsłanianie podskórnej materii rzeczywistości, a ze strony drugiej głucha cisza śmierci i niemożność przedostania się ze słowem poza określone ramy egzystencjalne. Oddziaływanie poezji zawsze jest wąskie, przypisane do konkretnych czasów i ściśle wyodrębnionej przestrzeni kulturowej. To poeci i krytycy, a czasem i naukowcy, tworzą wokół niej aurę nieśmiertelności, misterium doznań ostatecznych i pierwiastkowych dla całego wszechświata. Tymczasem doświadczenie takich nihilistów jak Eliot czy Różewicz sprowadza nas na ziemię i ustawia poezję w ciągu wielu potencjalnych narzędzi poznania i rozumienia świata oraz roli człowieka w nim.

– Wiemy, że każda epoka posiada własny kod wrażliwości, który kształtuje poezję. Czy możemy już dokonać u nas jakiegoś bilansu XX wieku w tym względzie…?

– Chyba jest jeszcze za wcześnie, choć powinny się już zacząć wielkie prace porządkujące i zapewne te mniejsze już się zaczęły. Rysuje się przede wszystkim potrzeba wyodrębnienia kanonu wierszy i twórców, odsiania tego co było bezwartościowe, nagłaśniane przez układy, sytuacje polityczne, chwilowe triumfy, ułożenie w logiczną całość tego, co niezaprzeczalnie wielkie, cenne, stanowiące dar dla kultury narodowej. Okaże się wtedy, że Cat-Mackiewicz czy Herling-Grudziński wcale nie byli pisarzami gorszymi od Miłosza, a Tadeusz Nowak, Miron Białoszewski czy Stanisław Grochowiak mogą śmiało konkurować z panią Szymborską, a ich twórczość jest znacznie szersza, jeśli chodzi o gatunki literackie i ogarnia większy obszar – jakby to powiedzieli romantycy – jestestwa… Patrząc na naszą poezję dwudziestowieczną zauważyć należy jej żywiołowy rozwój i pojawienie się takich wyrazistych osobowości jak Różewicz i Herbert, jak poeci wskazani nieco wyżej, jak Bursa, Grochowiak, w innych planach Miłosz i Szymborska, no i wielu poetów mniejszego kalibru, którzy razem stanowią ogromną siłę i formułują znaczący przekaz kulturowy na temat epoki i ludzi w niej żyjących.

– Była to zatem droga rozwojowa, w której ważną rolę odegrała też awangarda, np. w okresie „Linii” i „Zwrotnicy”…

– Choć powiedziałem, że nie ufam polskim awangardystom, to przecież zauważam, że awangardy były kuźnią języka, metafory i współczesnego modelu wiersza wolnego. Przenosiły naszą poezję z czasów automatycznego naśladownictwa symbolizmu, parnasizmu i wielu innych izmów do nowoczesności. To był kult nieograniczonych możliwości człowieka i nowego czasu, symbolizowanego przez wynalazki techniki, żywiołowy rozwój fabryk, linii komunikacyjnych i miast. Niestety polscy twórcy awangardowi nie przebili się do świadomości europejskiej, a może tylko Witkacy i Chwistek zaistnieli na chwilę w ciągu innowacji i teorii powstających we Francji i w Niemczech, by i tak popaść w nieistnienie globalne. Znowu barierą stał się trudny język polski, praktycznie nieprzekładalny w obrębie tego rodzaju twórczości, w której wielkie znaczenie mają neologizmy i zmodyfikowane konstrukcje gramatyczne.

– Pana poezja w jakiś przedziwny sposób szybko przedostała się przez polskie opłotki, a wybory wierszy i eseje pojawiły się w USA, w Niemczech, w Chorwacji, w Czechach, w Hiszpanii, a nawet w dalekiej Gwatemali…

– Dla mnie samego jest to zdumiewające, tym bardziej, że stało się to w ciągu zaledwie kilku lat, a przecież powstają już nowe książki, w innych krajach. Szybko to dostrzeżono i zostałem zaproszony do ONZ-tu na spotkanie poetów polskich i amerykańskich, pojechałem też do Pekinu na kongres literatury chińskiej i europejskiej. Wiele wierszy pojawiło się w znaczących antologiach i periodykach, ale przecież to wszystko są tylko jakieś tam fakty, jakieś zdarzenia w konkretnej twórczości i jednostkowym życiu. Chcąc myśleć o wywieraniu szerszego wpływu na czytelników, trzeba przede wszystkim osiągnąć określony uniwersalny poziom literacki, stanowiący wizytówkę danego poety czy eseisty. Dlatego też dawno zrezygnowałem z pisania o prywatnych doświadczeniach i przeżyciach, zamknąłem ostatecznie doświadczenia pokoleniowe w kilku tomach wierszy i w dwóch obszernych wyborach. Zawsze interesowała mnie symbolika kultury i w tym kierunku podążam, tworząc wiersze, pisząc eseje o sprawach, które mogą zainteresować ludzi w różnych krajach. Tak było w USA, gdzie czytałem wiersze o śmierci i miłości, tak było w Szwajcarii, we Fryburgu, gdzie prezentowałem moje widzenie Mickiewicza i współczesnej poezji polskiej, tak wreszcie było w Chinach, gdzie przedstawiłem referat o nowoczesnej poezji światowej i czytałem wiersze o sytuacjach krańcowych. Ale daleki jestem od samouwielbienia i triumfalizmu, raczej przez cały czas noszę w sobie poczucie misji, jaką mam do spełnienia – muszę opowiadać o moim pokoleniu, bo nikt inny tego nie zrobi.

– Dostrzegam u pana – w odróżnieniu od wielu rówieśników – solidne rzemiosło, wybiegające daleko poza dziedzinę liryki. Czy celem poezji może być jedynie wyeksponowanie samych form? Poetyckość konstrukcji…? Czy poezja nie traci wtedy kontaktu ze światem? A może to jest tylko rozumowe zaangażowanie się w rzeczywistość, w celu jej poetyckiego przetworzenia?

– To rzemiosło wiąże się przede wszystkim z wykonywanym od wielu lat zawodem wykładowcy uniwersyteckiego, a zarazem z uprawianą, nieformalną profesją krytyka literackiego. To jakby nieustanne obcowanie ze słowem, czytanie wielu książek, dyskutowanie o nich ze studentami i naukowcami, a także pisanie recenzji, szkiców, esejów, spowodowało, że jako tako wyszlifowałem język. Lektura jest tutaj chyba najważniejsza, bo jest jakby wgrywaniem do umysłu stereotypu językowego, nieomal tak jak dzieje się to w przypadku komputerów, które pracują tylko po zainstalowaniu w ich pamięci określonych programów. Jeśli chodzi o poezję to ważny jest wewnętrzny napęd twórcy, który niektórzy nazywają natchnieniem, a inni zapałem lub pasją. Kiedyś pisałem znacznie więcej wierszy, tworzyłem tom za tomem, a teraz takie eksplozje poetyckie zdarzają się rzadko. Ostatnio – podczas dwóch pobytów w Chinach – nowa dalekowschodnia rzeczywistość tak mnie oszołomiła, że zareagowałem na nią wieloma tekstami, które układają się w nowy tom. Dowodzi to, że potrzebny jest silny impuls, jakieś naprawdę ekscytujące przeżycie, a wiersze zaczną się sypać jak z rękawa. Inna sprawa, że trzeba potem długo nad nimi pracować i cyzelować je, ustawiać w określonym, osobniczym ciągu rozwojowym, a nade wszystko tak je uniwersalizować by były zrozumiane dla czytelnika z Xining, z Pekinu, z Chicago i z Buffalo, a wreszcie z Krakowa i z Warszawy. Pan dostrzega konstrukcyjną stronę moich liryków, bo bardzo o to dbam i mam już zakodowany w sobie określony model wiersza białego. Dążę też do stworzenia wyrazistej sytuacji lirycznej i nastroju wzniosłości, prawdy, wiedzy i wiary w wagę ludzkich doświadczeń. Jeśli poezja traci kontakt ze światem, to przestaje być poezją, staje się rodzajem przypisu, mało znaczącym komentarzem, notatką na marginesie dnia lub zdarzenia. Prawdziwa sztuka słowa musi wydobywać głębię z doświadczeń i przeżyć – musi tworzyć ramy dla ogólnych sentencji, nie tracących swojej aktualności w wielu czasach i przestrzeniach. Wiersz musi mieć swoją dykcję i kręgosłup językowy, a nade wszystko musi docierać do świadomości czytelnika lub słuchacza i pozostawać w niej długo. Można to uzyskać przez kumulacje metafor, poprzez rezygnację z nich i uproszczenie przekazu (ks. Twardowski: Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą), ale też poprzez konstrukcję wiersza i jego unifikację filozoficzną z przesłaniem czasu.

– Podsumujmy to tak – byt poety to absolutna niezależność… Ale jego język winien dążyć do maksymalnej dosłowności w określaniu wyjątkowych przeżyć i osobistych przemyśleń. Istnienie poety to jednak też rodzaj lęku i niedowierzania wobec otoczenia i współczesności literackiej…

– Zgadzam się z panem. Dodam tylko jeszcze, że owo niedowierzanie powinno być dozowane i wymieniać się z otwarciem na człowieka… choćby najprostszego, ale stanowiącego czytelne przesłanie, orientacją na kogoś, kto niesie w sobie określony ból i prawdę o świecie, w którym żyje.

KONIEC ROKU

LUDZKOŚĆ W OBRAZACH (VIII)

Od dawna magnetyzują mnie i przyciągają moją uwagę dwa portrety Roberta Campina (ok. 1380–1444), nazywanego też Mistrzem z Flémalle lub Mistrzem Tryptyku de Mérode od obrazu Zwiastowanie. To właśnie on, jako pierwszy, stworzył takie odwzorowania ludzkie, w których doszukać się możemy głębi psychologicznej i cech charakteru, inteligencji i symbolicznego zapatrzenia w dal, w głębie czasu i przestrzeni. W jego malarstwie religijnym mamy do czynienia z pewnymi uproszczeniami i wzmocnieniami, ale portrety mają już taką moc imaginatywną, że zdaje się nam, iż czas został zatrzymany i obcujemy z żywymi ludźmi. Mieszkał we flamandzkim Tournai, średniej wielkości mieście, leżącym obecnie blisko granicy z Francją, gdzie angażował się w działania rady miejskiej i tam też zmarł w znamiennym roku, z trzema czwórkami w zapisie. Określa się go jako inicjatora północnego renesansu i choć pierwsze dzieła pełne są gotyckiej konwencjonalności, posągowości postaci i zatarć głębi, to jednak szybko pojawia się u niego trójwymiarowość i logiczna bryłowatość. Ważne dla niego były też właściwe proporcje wszystkich części anatomicznych i ich wyrazistość, w powiązaniu z materią okrycia lub mrokiem tła. Wspomniane wyżej dwa obrazy, to Portret mężczyzny (ok. 1400–1410) i Portret kobiety (ok. 1420–1430), które znajdują się obecnie w National Gallery w Londynie. Pierwszy z nich ukazuje mężczyznę w średnim wieku, z czerwonym zawojem na głowie, wpatrzonego w przestrzeń obok portrecisty, jakby tam miały miejsce jakieś znaczące wydarzenia. Zdumiewa żywość tego przedstawienia i prawdziwość skóry, oczu, ucha, zmarszczek na czole i ułożenia ust. Ten człowiek mógł być marynarzem, na co wskazuje ogorzała cera, ale też mógł zajmować się handlem i podróżować po świecie. Równie dobrze mógł być starszym jakiegoś cechu, bankierem lub katem, wykonującym wyroki w miastach dawnych Niderlandów. Z jego twarzy emanuje inteligencja i spokój, ale też jakaś przedziwna gotowość do podjęcia trudnych wyzwań i walki o swój status, o to by być takim, jak na portrecie Campina. Jako młodzieniec musiał bardzo podobać się kobietom, choć nie brakowało zapewne wielbicielek i w tym stadium rozwoju, które ukazał malarz. Wszak niewiasty kierują się przede wszystkim wyrazem twarzy mężczyzny, błyskiem i kolorem oczu, ułożeniem ust, które wyobrażają sobie jak całują je, delikatnie muskają i pieszczą. Zapewne te elementy anatomiczne przedstawionego człowieka znakomicie się do tego nadawały, a ich leciutkie wydęcie, przydawało tajemnicy całej twarzy. Nieliczni doszukają się tutaj elementów kosmicznych, a szczególnie emblematu Saturna – wielkiej kuli, otoczonej pierścieniami, albo komety, której ogon symbolizować może zwisająca w dół materia.  I choć pierścienie tej planety jako pierwszy zauważył Galileusz w 1610 roku, to pamiętajmy, że wszystko na naszej planecie jest cząstką rzeczywistości kosmicznej i występujące we wszechświecie formy są multiplikowane i transformowane w różnych rzeczywistościach pokrewnych. Dobre oświetlenie powoduje, że twarz mężczyzny i jego nakrycie głowy są dobrze widoczne, wydobyte z mroku i naładowane tajemną energią istnienia.  Podobną metodę zastosował malarz w późniejszym Portrecie kobiety, gdzie także mamy do czynienia z mrocznym tłem i wyrazistym emblematem twarzy, zamkniętej w ramach jedwabnego lub satynowego czepca. Ona także wpatruje się w przestrzeń obok malarza, ale akurat z drugiej strony. Jest inteligentna i jej twarz znamionuje spore życiowe doświadczenie – niewątpliwie młodsza od mężczyzny, może już jest młodą matką lub narzeczoną kogoś znamienitego. Reprezentuje typ urody nieco „pyzatej”, aczkolwiek trudno powiedzieć czy pod okryciem głowy nie ma jakichś zjawiskowych, lokowanych lub prostych włosów, które zawsze zmieniają modelunek twarzy i przydają urody. Jej nos jest proporcjonalny i kształtny, usta niezwykle zmysłowe, a oczy głębokie i ruchliwe. Subtelna broda ma lekkie wgłębienie, brwi są wydepilowane, a na policzkach ledwie widoczny jest rumieniec. O ile głowa i tułów przynależą do renesansu, o tyle ręce – szczątkowo zaznaczone – zdają się być wytworem gotyku i jego licznych niezręczności w odwzorowywaniu ludzkich elementów anatomicznych. Ręce wydają się za małe w stosunku do całej postaci, ale może ta niewiasta miała wyjątkowo delikatne palce, nieprzywykłe do ciężkiej pracy fizycznej. Widać, że zależało jej na zminimalizowaniu nieomal do zera seksualności, ale i tak promieniuje z niej subtelny erotyzm, jakby pod tymi szatami miała wykwintną bieliznę, którą zdejmował z niej być może taki mężczyzna, jak ów wskazany wyżej. Choć siedzi spokojnie w malarskim studiu i godzi się na długie pozowanie, to jest w niej jakaś tłumiona energia, jakby robiła to na czyjeś polecenie i chciała już wstać, by wrócić do swoich normalnych zajęć. Zarówno u pierwszej postaci, jak i u drugiej zauważalna jest niezwykła głębia psychologiczna, jakby zapatrzenie w siebie i zarazem czujne kontemplowanie świata. Te dwa byty oddzielne należą do tej samej przestrzeni piękna czystego i absolutnego, a przyciągając wzrok, mówią wiele o człowieczeństwie i przechodzeniu przez przeznaczony nam czas skromnie, a zarazem z wielką godnością.

STARY TEATR W BYDGOSZCZY

Bydgoski rynek jest jednym z najprzestronniejszych w Polsce i znakomicie się komponuje na jego końcu obecny ratusz, który kiedyś był kolegium jezuickim. Poprzedni włodarz miasta chciał zasłonić go nowym budynkiem i rozpisał konkurs na jego projekt. Teraz dowiadujemy się z prasy, że wydał na to z miejskiej kasy pół miliona złotych i niczego nie zrealizował. Wybrana propozycja, jako żywo, przypominała wielokrotnie obśmiane i wyszydzane, tzw. „nowoczesne” prostopadłościany, obłożone lustrzanym szkłem, a do tego jeszcze podziemne muzeum, z wejściem jak do metra. Natychmiast podniósł się krzyk wielu ludzi i przed wyborami, bojąc się słusznie konsekwencji, były zarządca nie skierował do realizacji tego wielce dyskusyjnego projektu. Ujawnienie w prasie skali wydatku, uświadamia jak lekką ręką kierowano naszym miastem podczas dwu poprzednich kadencji. Tymczasem niczego nie trzeba budować na Starym Rynku, może tylko warto byłoby zastąpić nieudany pomnik męczeństwa zwykłą tablicą, bo tego rodzaju monumenty nie są potrzebne ani rozstrzelanym przez Niemców ludziom, ani współczesnym mieszkańcom grodu nad Brdą i Wisłą. W zamian warto pomyśleć o renowacjach kamienic i odbudowie tych, które wyburzono, o nowych ławkach, a także o innowacyjnym oświetleniu. Dosyć mamy głupich pomysłów, których symbolem może być – atrapa absolutnie nie związanego z Bydgoszczą – Twardowskiego, wysuwająca się z jednego z okien. To jest tandeta najgorszego rodzaju, pochłaniająca także spore środki finansowe, kompromitująca smak artystyczny Bydgoszczy. Bezpodstawna byłaby też odbudowa starego kościoła jezuickiego, bo przecież zaledwie sto metrów dalej jest zabytkowa Fara. Kiedyś podpisałem się pod wnioskiem o przywrócenie do życia tego obiektu, ale teraz uważam, że nie ma to głębszego sensu. Wolałbym by powstał komitet odbudowy zburzonego teatru, który był reprezentacyjnym budynkiem przedwojennej Bydgoszczy i dawnego magicznego kręgu, którego wyznacznikami były spichrza nad Brdą, Fara, secesyjne kamienice i właśnie ów teatr. To mogłoby być wspaniałe centrum kultury i sztuki, a nade wszystko powrót do korzeni i charakteru przedwojennej architektury miejskiej.


KSIĄŻKI NAJWAŻNIEJSZE (VI)

Dość długo John Irving był u nas pisarzem prawie nieznanym, a na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku był on także mało znany w Stanach Zjednoczonych. Co prawda wydał w krótkich odstępach czasu trzy powieści – Setting free the Bears (1968), The Water Method Man (1972), The 158-pount Marriage (1974) – ale tylko pierwsza z nich miała pozytywne recenzje, została sprzedana w sześciu tysiącach egzemplarzy i posłużyła za podstawę do filmu. Dopiero Świat według Garpa (1976) przyniósł pisarzowi oszałamiający sukces, milionowe nakłady, kolejne wznowienia i stał się kanwą dla scenariusza według którego G. Roy Hill – twórca słynnego Butch Cassidy and the Sundance Kid – nakręcił film, z Robinem Williamsem w tytułowej roli. Także kolejna książka Irvinga – The Hotel New Hampshire – okazała się w Ameryce bestsellerem i twórca osiągnął wreszcie finansową równowagę. W tym miejscu rodzi się pytanie, dlaczego Świat według Garpa odniósł tak wielki sukces? W czym tkwią jego źródła? Spróbujmy odpowiedzieć na  te pytania wspomagając się w swych rozważaniach wywiadem, jakiego udzielił Irving w 1982 roku francuskiemu dziennikowi „Liberation”. Przede wszystkim wskażmy, że najsłynniejsza powieść Irvinga jest w swej formie i treści bardzo „amerykańska”. Znaczy to, że dałoby się  ją umieścić w szeregu innych utworów, które właśnie tę „amerykańskość” tworzą i które ją charakteryzują. Wymieńmy kilka takich dzieł: Babbitt Sinclaira Lewisa, Tortilla Flat Johna Steinbecka, Wielki Gatsby F. Scotta Fitzgeralda, Franny i Zooey J. D. Salingera, Śniadanie mistrzów Kurta Vonneguta, Dar Humboldta Saula Bellowa czy – Ragtime E.L. Doctorowa i Ptasiek Johna Whartona. Jak w typowej powieści amerykańskiej, główny bohater utworu Irvinga udaje się do Europy, by tam szukać swoich korzeni i tam, poprzez kolejne doświadczenia, udoskonalić się i uwrażliwić. To charakterystyczna cecha literatury tego ogromnego kraju i Irving idzie tutaj śladem takich wielkich sław pisarskich, jak choćby William Faulkner, Ernest Hemingway czy Erskine Caldwell. Wielka tajemnica Europy, posmak dawnych wieków i „egzotycznej” współczesności, to dla Garpa, dla Irvinga, dla współczesnego pisarza amerykańskiego prawdziwe El Dorado, z którego należy czerpać, aby osiągnąć określony status pisarski. Bo w gruncie rzeczy Świat według Garpa to opowieść o tym, w jaki sposób zostaje się pisarzem w Ameryce i jaka jest jego kondycja w kraju, gdzie nie tyle liczą się wartości artystyczne danego utworu, co jego siła przebicia, obliczona na komercjalny sukces.

Irving wyraźnie kpi z ambiwalentnej sytuacji, w jakiej stawiają pisarza wydawcy i czytelnicy. Pisze zatem powieść z góry obliczoną na ogromny sukces i, co jest dziwne w Ameryce, ten sukces odnosi. Dziwne to tym bardziej, że utwór Irvinga – jeśli chodzi o fabułę i sposób prowadzenia narracji – jest bardzo tradycyjny. Autor sam przyznaje się do swoich gustów i piętna, jakie wycisnęły one na jego twórczości: „Jestem jakby pisarzem dziewiętnastowiecznym, wyposażonym ponadto w całość współczesnej wiedzy seksuologicznej. Z punktu widzenia formy jestem natomiast wielkim tradycjonalistą. Lubię fabułę, a moje postacie noszą na sobie piętno Dickensa, Conrada, Thomasa Hardy’ego. Ale jestem też realistą, biorę  na warsztat cały współczesny świat z jego absurdami oraz innowacjami w dziedzinie seksu”. Wszystko to znajdziemy w tej powieści, wiele razy uwidacznia się też w tutaj zbieżność życiorysów Garpa i Irvinga. Podobnie fascynują się zapasami, podobnie też na początku swojej drogi twórczej nie odnoszą sukcesów, są zapalonymi domatorami, uwielbiają Austrię i często do niej wracają. Głównym jednak punktem wspólnym dla nich jest rodzina – tak charakterystyczny dla dwudziestowiecznej powieści amerykańskiej temat crazy family występuje w utworze Irvinga jakby w natężeniu. Tak dla pisarza, jak i dla Garpa rodzina to najwyższa świętość, co zamanifestował we wspomnianej wyżej powieści pt. The Hotel New Hampshire: „Dla siebie nawzajem byliśmy tak normalni i sympatyczni jak zapach świeżego chleba, byliśmy po prostu rodziną. W rodzinach nawet wariactwo nabiera pewnego sensu. Jestem pisarzem nowej rodziny.” I podobnie jak Irving stoi na straży swojej „normalnej” rodziny, tak Garp jest strażnikiem „nieco zwariowanej rodziny”, która – co dziwne i pokrzepiające – rozrasta sie także poza jej cywilne ramy i wchłania różnorakich odmieńców oraz życiowych wykolejeńców, takich jak Ellen James, Roberta Muldoon, panie z fundacji Fields, zapaśnicy trenowani przez Garpa, ojciec Helen – żony Garpa i wielu, wielu jeszcze innych. W tym miejscu wypada zwrócić uwagę na inną charakterystyczną cechę utworu Irvinga. W Ameryce bardzo się ceni, kiedy pisarz potrafi improwizować, wyczarowywać całe rzesze przedziwnych postaci. Mistrzem w tej trudnej sztuce jest chyba Isaac Bashevis Singer. U Irvinga jest podobnie, bo na kartach jego powieści natknąć się możemy na prawie wszystkie możliwe dewiacje seksualne, spotykamy też wielu skrzywdzonych przez życie i świat dziwaków, dosłownie i w przenośni okaleczonych, przegranych. Najbardziej jaskrawym tego przykładem jest sam Garp, urodzony przez matkę po groteskowym „samozapłodnieniu” w szpitalu wojskowym, „przy użyciu” nieprzytomnej ofiary wojny koreańskiej – Garpa-ojca. Inną groteskową figurą z powieści Irvinga jest były napastnik drużyny Filadelfijskich Orłów Robert Muldoon, który po zmianie płci przeistacza się w Robertę, bojowniczkę praw kobiet. Inne wspaniale nakreślone postaci, to chociażby cała najbliższa rodzina Garpa, na czele z dziwaczną żoną. Także matka Garpa ma wszystkie te cechy, które pozwalają określić ją mianem dziwaczki. Bojowniczka praw żeńskiej połowy społeczeństwa, amerykańskiego, autorka brukowej, super poczytnej powieści pt. Seksualnie podejrzana, a przy tym opiekunka wszystkich pukających do drzwi jej domu pokrzywdzonych córek Wuja Sama. W swoim opisywaniu dewiacji, fanatyzmu i agresji nie stroni Irving od scen niezwykle drastycznych i wulgarnych. Przykładem tego może być choćby scena gwałtu i morderstwa w szoferce samochodowej, gdzie aż lepi się od spermy i krwi. Seks to wielka, świadoma i podświadoma obsesja Irvinga. Pisarz ukazuje w ironiczny, pełen dystansu sposób jak to społeczeństwo amerykańskie, owładnięte jest manią życia erotycznego, prowadzonego na równi z „życiem codziennym”, jak mieszają i zmieniają się partnerzy płciowi, jak zaspokojenie seksualne staje się monetą wymienialną na prawie wszystkie możliwe wartości. Seks z kart powieści Irvinga to niemalże, przypominający rzymskie orgie, rytuał obezwładniający całe rzesze wyznawców tej przedziwnej, nowej religii końcowych dziesięcioleci dwudziestego wieku.

Gorzkie słowa padają też z ust Irvinga pod adresem konsumentów literatury. Ustami Garpa wypowiada on smutne, ale uniwersalne – jak świadczy o tym na polskim gruncie doświadczenie Bursy, Wojaczka i Stachury – prawdy: „Popełnię samobójstwo (…).Obecnie jest to jedyna droga do tego, żeby uznano rangę pisarza. Ponieważ przez swoją sztukę nie zawsze potrafi przekonać o tym, jak poważne jest jego pisarstwo, musi czasem odkryć głębie swoich cierpień osobistych za pomocą innych środków. Zabić sie to tyle, co dowieść , że mimo wszystko myślało sie poważnie. Garp (…) z lubością cytował przykłady średnich pisarzy, których teraz wielbiono i namiętnie czytano jedynie  z tego powodu, że popełnili  samobójstwo.” Jak widać, pisanie to dla Garpa jedyny sposób na życie, w nim widzi możliwość osiągnięcia szczęścia i wyzwolenia się z pułapek drapieżnej rzeczywistości lat siedemdziesiątych. Życie Garpa jest niezwykle intensywne, widzi on i przeżywa o wiele więcej niż inny, przeciętny obywatel. Wyzwala ogromne energie, wypowiada wojnę martwocie, pragnie swój czas przeżyć w biegu – na najwyższych obrotach. W chwili, kiedy świat gwałtownie przyspiesza, nie wolno stać w miejscu. Trzeba go gonić (to ironiczna transkrypcja amerykańskiej histerii na punkcie joggingu). Garp ma coś do powiedzenia i nie potrafi  owijać w bawełnę. Wali prosto z mostu, bez ogródek. Ukazuje w swojej powieści pt. Świat według Bensenhavera rzeczywistość taką jaką jest. Dla Garpa zaczynanie każdego nowego, wielkiego utworu prozatorskiego „to tak, jak wskrzeszanie zmarłego (…). Nie, nie to raczej tak, jakby sie próbowało utrzymać przy życiu każdego, na zawsze. Nawet tych, którzy muszą w końcu umrzeć. Ci są najważniejsi.” Garp przeciwstawia sie zaborczości świata swoją żywotnością, wydziera nocom i dniom to, co na zawsze pozostać powinno w nawiasie niedopowiedzenia, w sekrecie, gdzieś na pograniczach myśli. Dochodzi przy tym ów bohater do prawd najbardziej fundamentalnych, jak choćby ta, że „życie nie jest skonstruowane jak poczciwa staroświecka powieść. Przeciwnie, koniec następuje, kiedy ci, co mają się skończyć, skończyli się”. Garp podejmuje ryzyko dążenia, co potem nazwie dążeniem do doskonałości i nie będzie to pusty frazes. Jest przecież postacią heroiczną w swym groteskowym tragizmie i nihilizmie. Ukaże się to najwyraziściej, kiedy zostanie w końcu zamordowany przez nie rozumiejącą jego drogi życiowej kobietę. Garp jest więc także ofiarą nawarstwiających się nieporozumień i jego tragizm polega także na tym, że jedynym nigdy nie zdradzającym go przyjacielem jest mężczyzna, który zmienił płeć. Jest zatem Garp najpełniejszym odbiciem człowieka końca XX wieku, jego konfliktu płci i myśli. Autor Świata według Bensenhavera jest wolnomyślicielem, ale mimo to zawsze szuka jakichś reguł, w które jego swobodne rozważania dałyby się zamknąć. Każdy nowy dzień w świecie według Garpa, to nowe zagrożenie i choć zdarzają się momenty przeżywania niewyobrażalnego szczęścia, to jednak zawsze gdzieś czuwa zjadliwy wirus. To Irvingowskie określenie odnosi się niewątpliwie do „wirusa śmierci” i do ciągłego niebezpieczeństwa infekcji. Jak mówi autor, przedostatnim rozdziale swojej powieści: „W świecie według Garpa wieczór mógł być radosny, ale już następny poranek morderczy.” S.T. Garp przegrywa, ale jego śmierć niesie pewne pokrzepienie, bo uświadamia współczesnemu człowiekowi w jakiej rzeczywistości żyje, uczula go, każe mu baczniej nadsłuchiwać, analizować siebie i przyglądać sie sobie.

Powieść Irvinga  jest znakomita także pod względem warsztatowym. Każdy jej kolejny rozdział jest zamkniętą  całością i mógłby istnieć samoistnie, jako długie opowiadanie. W sferze narracji autor The Hotel New Hampshire nawiązuje do wspaniałych wzorów Cheevera, Jamesa czy Hemingwaya. Prowadzi swoich bohaterów wprawną ręką, wykorzystując – zdawałoby się archaiczną już dzisiaj narracją trzecioosobową – potrafi kreować światy, o których nie śniło się niejednemu autorowi powieści eksperymentalnych. Poprzez niezwykłe skupienie uwagi na szczególe, na pozornie nic nie znaczącej drobnostce, osiąga Irving efekt niezwykłego realizmu opisywanych zdarzeń i postaci. Nie na darmo w jego panteonie sąsiadują obok siebie Conrad i Dickens. Od tego pierwszego wziął Irving niezwykłe skomplikowanie psychologiczne swoich bohaterów, a od drugiego – uczył się barwnej, wielowątkowej narracji. Powieść Johna Irvinga, to niewątpliwie jedna z najlepszych książek amerykańskich jakie pojawiły sie na naszym rynku w ostatnich trzydziestu latach.  Zapewne stanie się ona dziełem symbolicznym i symptomatycznym dla lat siedemdziesiątych w Stanach Zjednoczonych i dla końca XX wieku. W tym kontekście nie dziwi jej wielki sukces na kontynencie północnoamerykańskim i na całym świecie. Prawdziwa książka o prawdziwym człowieku i prawdziwym życiu. Pełna wigoru i humoru, zaczepna a zarazem „uśmiechająca się przymilnie” do czytelnika. Wielbiąca człowieka, ale także wskazująca, że „w świecie według Garpa wszyscy jesteśmy przypadkami beznadziejnymi …”

___________
John Irving, Świat według Garpa, tł. Zofia Uhrynowska-Hanasz, Czytelnik, Warszawa 1984.

NIEBO GRUDNIA 2010

Od kilku miesięcy dokumentuję w moim dzienniku obraz nieba i chmur, w kolejnych, periodycznych odsłonach. Chcę w ten sposób ukazać przestrzenie nad naszymi głowami w skali jednego roku, a może i w dłuższym czasie. Ta ilustracyjność wiąże się też z potrzebą zgromadzenia jak największego archiwum, które mógłbym wykorzystać podczas publikacji dziennika w wersji papierowej. Jestem wielkim zwolennikiem pięknie wydawanych książek, umiejętnie oprawianych i przyozdabianych. Jeśli założę wydawnictwo, co od dawna chodzi mi po głowie, zajmę się przygotowywaniem takich właśnie edycji, ze szczególnym uwzględnieniem poezji, prozy artystycznej i albumów fotograficznych. W takich publikacjach obrazy nieboskłonu i przesuwających się po nim chmur, miałyby swoje ważne miejsce.

« Older entries

%d blogerów lubi to: