GRAND PRIX INDII – 2011

Pierwsze Grand Prix Indii przechodzi do historii i nie mogę pozbyć się wrażenia, że coś niedobrego dzieje się z wyścigami najszybszych samochodów świata. Zapowiadano wielkie wydarzenie, a skończyło się jak zwykle – znowu wygrał Vettel, za plecami mając Buttona, Alonso i Webera, niewiele się działo i tylko nadwrażliwy Hamilton dostarczył trochę emocji, gdy drogę zajechał mu Massa i doszło do kolizji. Coś się musi zmienić, bo Formuła Jeden zieje nudą i zarówno na torze, jak i w padokach nie widać interesujących wydarzeń. Tym razem pokazano robiącego swoje miny Rowana Atkinsona, znanego jako Jaś Fasola, do tego nieco zbliżeń najbliższych osób ścigających się kierowców i monotonne kręcenie kółek przez bolidy. Ani system DRS, ani KERS, nie ubarwiły wyścigów, niewiele ciekawych osób pojawia się też na nich i nie widać akcji promocyjnych wokół tego kolorowego cyrku. Szczytem nudy są wyczyny słabszych kierowców, takich jak Rosjanin Pietrow, Bruno Senna, Adrian Sutil czy Timo Glock, którzy bezbarwnie się mijają, dublują, aż w końcu wjeżdżają w siebie z impetem. Nie wiadomo po co obwożeni są po całym świecie, gdzie tylko kompromitują swoje kraje – Pietrow, który w zamyśle wpływowych ludzi wielkiego państwa miał być silnym rosyjskim akcentem wśród kierowców, pokazuje jak mało ma fantazji i jak sztywno trzyma się wyuczonych schematów. Tym razem zamiatał pobocza i nie zdobył znowu ani jednego punktu, tak samo marnie jeżdżą młodzi, którzy dopiero weszli do grona najlepiej zarabiających sportowców, żadnego z nich nie stać na zryw, który pamiętany byłby przez lata. Wszystko determinują skromne możliwości techniczne i oczywiście wszechwładne pieniądze, ale też brakuje błysku, talentu na miarę Kubicy, Hakkinena czy młodego Schumachera. To, co mogłoby być wielkim świętem sportu i sztuki, technik audiowizualnych i nowinek komercyjnych, nuży i nie daje satysfakcji podczas oglądania. Wolę jak hokeiści NHL zrzucają rękawice i jadą do siebie z pięściami, albo jak Tyson odgryza ucho przeciwnikowi lub jak Zidane daje z główki Materazziemu. Tyle razy Hamilton zderzał się z Massą, Luzzi uderzał w kolegów, Pietrow demolował bolidy, ale nigdy nie pokazali starcia kierowców w garażach… czy to prawdziwi faceci z jajami się ścigają, czy jacyś angielscy flegmatycy, spieszący się na herbatkę o piątej i grzecznie mówiący sobie rano good morning Sir

Reklamy

UNIWERSALNY BYT

Poezja amerykańska w dwóch ostatnich stuleciach zapisała wspaniałe karty literatury światowej, a tacy autorzy jak Emerson, Whitman, Sandburg, Poe czy Masters trwale zaistnieli w dziejach rozwoju gatunków lirycznych, odmiennych sposobów obrazowania świata i modyfikowania rzeczywistości w wyobraźni, w wierszu, w wielu integralnie wykreowanych przestrzeniach. Także następne pokolenia, reprezentowane między innymi przez Kunitza, Sterna, Ginsberga, Levina i Collinsa wzbogaciły znacznie skarbiec poezji światowej, wyznaczając jej kierunki, proponując nowe rozwiązania i inicjując fascynujące szlaki. Ale w przeogromnym kraju, leżącym pomiędzy Atlantykiem i Pacyfikiem, wskazać można jeszcze wielu zdumiewających poetów, którzy w swoich ciekawych życiorysach dotarli do miejsca, w którym poczuli potrzebę zapisywania swych myśli, tworzenia wierszy, poematów i publikowania ich w osobnych książkach. Wywodzą się oni z kontrastowych grup społecznych, urodzeni w różnych dziesięcioleciach dwudziestego wieku, uprawiają skrajnie odmienne zawody, od śmieciarza, po policjanta, od sanitariusza po chirurga, od bezdomnego po biznesmana z Wall Street. Lektura ogromnych tomów biograficznych, prezentujących sylwetki amerykańskich twórców dostarcza nieustannych zaskoczeń. Kierując się takimi wskazaniami, czytając periodyki i antologie, znaleźć można prawdziwe perły poetyckie, które każą szukać książek danego autora, innych jego tekstów i propozycji literackich. Niewątpliwie takim zjawiskowym odkryciem jest twórczość Roberta M. Giannettiego, który w swoim życiu był oficerem amerykańskiej armii, nauczycielem akademickim, śmieciarzem i właścicielem prywatnej firmy. Obecnie mieszka w Lewiston, nieopodal granicznej rzeki Niagary, która minąwszy słynne wodospady, płynie tam szybko do wielkiego jeziora Ontario. Przebywając w różnych miejscach świata, chłonąc doświadczenia wielu przestrzeni, uczestnicząc żywo w wypadkach poprzedniego stulecia, osiadł w końcu poeta we wskazanym wyżej miejscu, gdzie prowadzi antykwariat Bob’s Olde Books, a także wydawnictwo Crashes Valley Publishing.

Poezja autora Drawn by the Creek jest próbą przeniknięcia prawdziwej struktury świata, chwilą zapisaną w świadomości i na papierze, olśnieniem pojawiającym się na szczycie góry, w wąwozie wyżłobionym przez rzekę i przy doniczkowym ostrokrzewie, który właśnie obsiadły jemiołuszki cedrowe. Natura zyskuje w tych niezwykłych wierszach centralne miejsce, ale przecież jest w nich też cały świat i odniesienia do kultury i sztuki, muzyki i nowoczesnych technik audiowizualnych, do hałaśliwych stanowych autostrad i drewnianych kaplic zagubionych w lesie. Giannetti osiągnął taki stan samoświadomości, który pozwala mu mówić prawdy esencjonalne o ludziach i czasie, o miejscach i zdarzeniach, a nade wszystko o sobie, w tym dziwnym momencie, gdy kończy się wiek średni, a nieubłaganie biegną lata przypisywane przez ludzkość starości – autor minął już magiczną barierę sześćdziesięciu lat życia i bardzo zbliżył się do następnej granicy wiekowej. W przypadku tego poety są to wszak tylko ustalenia natury biograficznej, bo jego liryka jest niezmienna, młodzieńcza w swym wyrazie, żyjąca w wielu odcieniach i barwach, a nade wszystko niezwykle dynamiczna. To wejście w naturę i wniesienie do niej wysublimowanej świadomości, która jest lustrem przetwarzającym i modyfikującym, a zarazem ma właściwości systematyzujące, ustalające kontrapunkt, przydające dodatkowej treści, ma również wymiar sakralny. Ale jest to uświęcenie żywą myślą, to modlitwa uniwersalnego bytu we wszechświecie, prośba kierowana do stwórcy, który dał impuls kosmogonii kosmicznej i zainicjował bieg czasu. Trwanie pośród takiego świata i uczenie się jego kolejnych liter jest próbą stworzenia wielkiego mitu życia – poematu bycia pośród zjawiskowej natury i walki o swoje miejsce w wielkiej, stale rozszerzającej się przepaści nieistnienia tych, którzy przepadli na zawsze.

Natura jest wyobraźniowym szkieletem twórczości Giannettiego, ale jej ciałem i umysłem jest bystra refleksja, obserwacja, utrwalona w słowie, celnie spointowana i umieszczona w określonej przestrzeni semantycznej. Widać to szczególnie w wierszach sytuacyjnych – w takich jak Burze (The Tempest) i Bezdroże Ameryki (Roadside America), ale też w takich jak Wnętrze (Insight) i Wizja w zimie (Winter Vision) – także w wielu, wielu innych, w których pojawia się wyrazista akcja, fabuła, dopowiedzenie. Oto siedzimy w sali koncertowej, słuchamy utworu orkiestrowego inspirowanego Burzą Williama Szekspira, a przy okazji dowiadujemy się jakie sztormy przewalają się przez świadomość poety, który bardziej niż muzyką, interesuje się młodą kobietą na widowni, przeżywa dramat niemożności i absurdalności spotkania z nią. To jest prawdziwa Miranda, a on może tylko kontemplować konteksty egzystencjalne, w których ona się pojawia i przeżywać smutny dramat swojego odejścia, nieuchronnego przemijania. Jeszcze chciałby do niej biec, jeszcze pragnąłby być jej Ferdynandem, ale może tylko kontemplować jej brak zainteresowania nim i beznamiętne mijanie go w hallu. Poeta wskazuje też tego rodzaju skrajne sytuacje w naturze, gdzie spokojnie rosnące drzewa są świadkami wielkich dramatów, zabijania silniejszego przez słabszego i nieuchronnego własnego rozpadu, obracania się w próchno i pył. Bazą wypadową Giannettiego i jego enklawą obserwacyjną jest chata w stanie Georgia, gdzie pisze i rozmyśla, a przy tym podgląda przyrodę, zbiera doświadczenia, gromadzi w myślach obrazy metafory, żyje pełnią życia wyzwolonego. To jest czas jego indywidualnych żniw, to chwila, gdy zaczął tworzyć niezwykłe wiersze, które są filozoficznym komentarzem do doświadczeń jednostki i wielu innych ludzi, a stając się uniwersalną miarą, sięgają wyżyn artyzmu i prawdy. Sporo w tych lirykach też odniesień do rzeczywistości, w które toczy się codzienne życie poety, do świata jako żywo przypominającego niewielką makietę, na której znakomicie odtworzona kolejka jedzie po torach przez przestrzeń zapełnioną drewnianymi domkami i stacjami, mostami, tudzież  imitacjami pól i lasów. W wierszu o bezdrożach Ameryki mamy do czynienia z przecięciem się świata realnego i odtworzonego na potrzeby ludzi, odwiedzających w dużych grupach pewne sanktuarium. Tam i tutaj jest jakaś umowność, na planszy i w świecie realnym rozgrywają się jakieś zdarzenia, dochodzi do sytuacji nieprzewidzianych i do gwałtownych wypadków, ale zarówno nad jedną, jak i nad drugą przestrzenią, pojawia się wyższa świadomość poety, poszukiwacza odpowiedzi na najbardziej dręczące pytania czasu i egzystencji.

W świecie permanentnej walki i zdobywania dóbr materialnych, w miastach i miasteczkach amerykańskiego snu w technikolorze, poezja bywa traktowana jako coś niepoważnego, jako nieszkodliwe hobby grupki dziwaków, którzy zabawiają się w taki sposób dla zabicia czasu  albo w określonych sytuacjach terapeutycznych. Ludzie wypowiadający takie sądy nigdy nie zrozumieją jaką wagę może mieć doświadczenie liryczne, jak wiele dopowiada ono do zastanego świata, jak innowacyjnie go interpretuje i jak daleko sięga. Sztuka słowa Roberta M. Giannettiego udowadnia zatem jak nieodzowna jest to dziedzina interaktywnego życia, jak je wzbogaca o nowe treści, jak wiele oferuje tym, którzy podejmą trud tworzenia. Czytając te utwory wkraczamy do spektrum subtelnej wrażliwości i niczym nieograniczonej wyobraźni, odkrywamy to, co zobaczył poeta i co odbiło się w zwierciadle jego rozedrganej świadomości, uczestniczymy w odwiecznym rytuale przejścia od niewinności do skazy, od sacrum do profanum, od prawdy do kłamstwa, od chwilowego istnienia do ostatniego rozwiania prochów przez wiatr. To są wiersze, które uczą pokory i dają wyobrażenie o tym jak różne bywają doświadczenia ludzkie – z jednej strony chore układy i wypaczenia, zawiązywane stale tandetne unie by zniszczyć kogoś, a ze strony drugiej prawdziwa ludzka wrażliwość i jakże wykwintne wizje tego, co w naszych losach najważniejsze, co nam stale umyka. Mamy niewiele czasu by dać świadectwo swojemu istnieniu, wciąż kurczy się zapas przeznaczonych nam lat, dni i godzin, ale mamy też szansę by swoim życiem udokumentować rozwój, przejście ze świata śmieciarza do krainy księcia poetów. Robertowi M. Giannettiemu to się przytrafiło i teraz zbiera on dorodne owoce w sadach poezji, staje się coraz bardziej znaczącą postacią w amerykańskiej literaturze i nie byłoby wielkiego zaskoczenia, gdyby jego nowa książka, z której wiersze tutaj prezentujemy, otrzymała Nagrodę Pulitzera i ustawiła autora w rzędzie poetów przywołanych wyżej. To prawdziwa, wielka sztuka słowa i prawdziwie wielki człowiek ją tworzy, a nawet gdyby nie został uhonorowany tym jakże znaczącym wyróżnieniem, samo napisanie tylu pięknych wierszy i samo jakże żywe uczestnictwo w rytuale świata, są największą nagrodą.

_______________

Robert M. Giannetti, Wizja w zimie / Winter Vision, przeł. Dariusz T. Lebioda, Biblioteka „Tematu”, Warszawa 2011.

BARWY JESIENI

Każde wyjście jesienią z aparatem fotograficznym dostarcza wielu zdjęć obrazujących urodę świata i nieustanną metamorfozę, mającą miejsce w naturze. Powoli gromadzę coraz większe archiwum, na potrzeby którego zakupiłem dodatkowy dysk zewnętrzny, o ogromnej pojemności. Myślę, że kiedyś uda mi się wydać kilka albumów, w których spożytkuję zdjęcia robione podczas różnych pór roku i w jakże wielu miejscach świata. Najwięcej oczywiście wykonałem w Polsce, a spośród nich większość pochodzi z okolic mojego miasta, z wypraw, na które stale ruszam i które cieszą mnie tak samo jak pisanie książek. Dzisiaj także poszedłem na mały obchód i tak go zaplanowałem czasowo, by zmieścić się pomiędzy wyścigiem Formuły Jeden na torze Suzuka w Japonii, a meczem finałowym Agnieszki Radwańskiej w Pekinie. W tych pierwszych zawodach wygrał Jenson Button, który należy do czołówki kierowców świata, a w stolicy Chin triumfowała nasza reprezentantka. Czyż może zdarzyć się jeszcze coś lepszego w ciągu dnia – tak, gdy przegrałem na dysk zrobione zdjęcia okazało się, że sporo z nich jest bardzo ciekawych i dobrze obrazujących zmienność barw trzeciej pory roku.

JANUSZ ŻERNICKI 1939–2001

Mija dziesiąta rocznica śmierci Janusza Żernickiego, jednego z najwybitniejszych poetów polskich, powoli zapominanego i spychanego na margines podsumowań i analiz krytycznoliterackich. Muszę uderzyć się w pierś, bo też poświęciłem temu ekscytującemu twórcy ledwie jeden szkic. Zetknąłem się z nim kilka razy, wymieniałem listy i wiedziałem od pierwszych chwil lektury jego wierszy, że mam do czynienia z poetą z grona największych mistrzów słowa. Na pewno wrócę do jego twórczości i wskażę najwartościowsze elementy, na razie jednak posiłkuję się szkicem, napisanym w połowie lat dziewięćdziesiątych i przyjętym z aplauzem przez pana Janusza. 

Janusz Żernicki bez reszty tonie w wyobraźni. Pragnie wieczności – chce połączyć się   z pierwotną siłą ożywiającą obrazy, generującą  określoną k u l t u r ę. Jego poezja jest echem słów i poblaskiem gestów pokoleń, kultur, jednostek i wspólnot żyjących w świecie bez granic, istniejących w konstrukcjach planetarnych, gwiezdnych – otwartych jak rana pośród  wszechświata. Poeta jest medium tajemnicy istnienia. Przepływają przez jego świadomość obrazy i odgłosy zdarzeń, fakty nakładają się na siebie, rozkosz rozmywa się w bólu, rana staje się błogosławieństwem. Tego rodzaju punkt widzenia jest syntezą bez granic, sortowaniem sprzeczności i wybieraniem z sita samorodków – dlatego daremnie szamoczesz się Magdaleno,/ znosi cię dzban twojej własnej smukłości. Chcąc ukazać krajobraz wewnętrzny tej liryki należałoby cofnąć się do czasów antycznych, w obręb architektury greckiej i rzymskiej, należałoby pochylić się przed Altamirą, stanąć pośrodku cywilizacji Sumeru i Egiptu – słowem zatopić się w kulturowości. I nie powinno czytelnika dziwić, że akwedukty Rzymian graniczą tu ze sfinksem i jaskiniami ludzi pierwotnych, nie powinno dziwić, bo jest to nasze wspólne dziedzictwo kulturowe. Ale to zaledwie pierwsza błona. Tło i nie tło – widać na przykładzie Żernickiego jak poezja góruje nad sztukami wizualnymi. Następne wszak warstwy są elementami pejzażu,  i n f o r m a c j a m i  o konkretnych rekwizytach, ale także kolejnymi tłami nakładającymi się na przestrzenie archaiki. W takim drgającym i pulsującym hologramie wiersza wyodrębnić można wiele równoważnych płaszczyzn – a więc głębię mitologiczną, panoramy realnego świata postrzeganego okiem wiecznego tułacza, odniesienia do tradycji judeochrześcijańskiej, pogłosy c i e l e ś n o ś c i  i echa chemii struktur organicznych. Żernicki chce ukazać człowieka w sieci napierających na niego sił, splatających się nieustannie przeciwieństw. Jego język jest zapożyczonym od Ewangelistów i heretyków rodzajem stwierdzenia ograniczającej wszystko j e d n i : W górach poczułeś dno  ostateczne perspektyw,/ i pory  ssące jakże inne niż poranka,/ i żonę Lota z pulsującym nerwowo witrażem,/ gdzie miłość, rzeźbiona z wiewiórką u nogi./ troska, a nie kiść leszczyny u haka katedry/ (to wszystko, wszystko już w grotach Altamiry;/ ogień i deszcz powraca )/, okazują się tylko czystymi orbitami,/ które ruch opierza w kolory. To utwierdzenie jest zarazem przyznaniem iż wszystko dookoła ma charakter ulotnego mirażu, jest ledwie chwilą, błyskiem  t e r a z  pomiędzy było i będzie. Poeta stale przypomina, iż każda konstrukcja lingwistyczna, każda struktura myślowa jest wynikiem tego, iż w ciele krąży krew. Ostrze jest obietnicą bólu, a twardość wynikiem mineralizacji jaka dokonuje się w kościach. Ten język pozy kulturowej staje się często nośnikiem szczerego i  jakże bolesnego wyznania – poeta nie wstydzi się łez, nie waha się obnażyć chwil rozczulenia; właśnie wtedy jest najpełniej człowiekiem, właśnie wtedy najpełniej istnieje. Przysiada na piasku i mówi:  Poprawmy sandały./ Krętogłów przysiadł na jesionie. A nie wołał go nikt./ Pociągi przystanęły w polu. I trąbki i światła długie/ u scen rudych. I obnażony z nagła u korzeni piach./ Krętogłów przysiadł. Pora się rozliczyć. Karty są znaczone./ Byłem tutaj chłopcem. Dławiło mnie słońce/ i przeczucia jak bursztyn zadymione./ Byłem tutaj chłopcem. tam dalej są cmentarze. Wiatr i sól.  W błysku chwil rodzi się refleksja nad ludzkim bytem – krętogłów na jesionie, światła u sosen, korzeń drzewa, pociągi pośród pól – wszystko to chwila, wszystko to pozór trwałości. Jakże musi boleć taka świadomość odarta z pozorów, nie umiejąca zadowolić się względnością rzeczy błahych, nie zgadzająca się z kłamstwami zmysłów. Żernicki nie potrafi patrzeć na świat bez cywilizacyjnej przysłony. To ludzie bez wrażliwości, ludzie przyjmujący byt jako pewnik, coś oczywistego, godzą się ze swoim losem, przyjmują zdarzenia takimi jakimi  dla nich są. Poeta nie może odrzucić swojego aparatu syntetyzującego, bo musiałby odrzucić samego siebie. Jego postrzeganie świata jest szukaniem prawdy absolutnej – prawdy tak prostej i tak złożonej jak poetycka świadomość, jak poetycka wyobraźnia, jak poetycka kontaminacyjna metoda obserwacji. Tylko taka postawa może uchronić poetę przed fałszem. Przecież Ci, którzy przymierzają maskę, nie czują wcale/ jak im do twarzy przyrasta. Widzą zaskoczeni że nic się nie zmieniło. Nic nie jest inaczej./ Tacy byli. Tak o sobie już dawno myśleli./ Teraz do poprzednich tęsknią wyobrażeń. Byt dla Żernickiego jest funkcją odpowiedzialności. Człowiek w świecie sprzeczności jest faktem ulotnym, poblaskiem dalekiej łuny, echem stworzenia. Idąc pośród piasków, które wiatr historii naniósł na wielkie place cywilizacji ma świadomość, iż idzie za sobą i idzie przed sobą – niesie praświadomość i świadomość pogrobową. Myśli o tych co przed nim i o tych co po nim będą tędy szli. Dla szarego „ja” taka świadomość i tego rodzaju bolesne roztrząsanie będą dziwactwem, trudnym do zrozumienia intelektualizowaniem, ale przecież poezja leży na przeciwległym biegunie świadomości. Poeta żyje wyobraźnią i w rewirach imaginacji bytuje. Słyszy odgłos kroków rzymskich legionów, krzyk zabijanych zwierząt i śpiew żałobników odprowadzających ciało kolejnego nadwrażliwca. Droga prowadzi na szczyt wzniesienia skąd widać dalekie akwedukty, posągi władców, ruiny starożytnych miast i gdzieś pod horyzontem, a może już w chmurach tężnie niebieskie. Tymi tężniami Żernickiego idą w dal mnisi i śpiewają gregoriańskie pieśni. Poeta przystaje, słyszy jakby kroki strażników na moście, patrzy na tężnie i widzi że spływa z nich krew, czysta, tleniczna, krew ożywiająca ciało rześkie i młode. Zaraz potem jednak płynie krew ciemna, niemalże brunatna, krew starego człowieka, krew cierpiącego i płaczącego wygnańca grzebiącego w śmietnikach dumnych kultur. To są straszne chwile, to są momenty, kiedy traci się wszystko, kiedy wartości są ledwie błękitną mgiełką pośród chłodnego poranka. To czas, kiedy odległości znowu przywarły płasko.

Żernicki zaczyna mówić cicho, jakby bał się, że w słowach wypowiedzianych zgubić się może to co jest istotą poetyckiej refleksji ontologicznej. Zaczyna mówić, gdy zbliża się Noc akweduktów/ Pora dialogów przy fletni/ Słodka pora. Wszystko zaczyna się u niego od inkantacji – wszystko w inkantacji się kończy. I takie wiersze najpełniej przemawiają do wyobraźni czytelnika – zawiera się w nich bowiem wieczna tęsknota za spełnieniem, tęsknota za pięknem i czystym uczuciem. Poeta pragnie doświadczyć chwili szczęścia rozsadzającej jaźń. Jednocześnie zdaje sobie z tego sprawę, iż taka chwila jest niemożliwa do uchwycenia   w jej hic et nunc. Jeśli się zdarza, to tylko refleksja pozwala wyodrębnić ją z natłoku faktów       i zdarzeń, tylko upływ czasu określa jej ramy. Zatem najpełniej pozostaje ona w wierszu. W taki sposób poeta chroni chwilę przed zaborczością świata, szumem informacyjnym, zgiełkiem komunikatów. W ten sposób chroni też   s e n s.  Jest tego świadom – powiada: Znów/ sam przed sobą sens chronię. A znaczy to, że w sobie i we własnej refleksji nad istnieniem poeta szuka schronienia. Odrzuca miasto i chaos, odrzuca Prostacki sens bez nazw, szuka prostych a głębokich, cichych a donośnych. Kiedy inni klaszczą, poklepują po plecach, kiedy skandują i unoszą rękę z kciukiem skierowanym w dół poeta zamyka się w sobie. Mówi jakby w pustkę, mówi do siebie i takich jak on wędrowców, którzy patrzą na niego i bezgłośnie pytają: Czy wiesz? Czeka chwilę aż wiatr przestanie zagłuszać słowa, aż wrzawa na chwilę przycichnie i mówi: Wiem, teraz trzeba zaczekać, łagodnie przymknąć oczy/ i rozlegną się z tyłu słowa spokojne i proste,/ jak u Lieberta na maszty brane polskie sosny,/  i malaturą krwiotrysłą pokryją sklepienie/ oczu, nocy i przypomnienie./  Gałąź leszczyny, kiść jarzębin/ ktoś zawiesi u tych sklepień cętkowanych jak atlas./ Wystarczy pięść zacisnąć a już granic obrys/ tysiąc lat w zaciśnięciu kamiennym przetrwał. Niezwykle intrygującym w poezji Żernickiego jest motyw wędrówki, podążania do celu, zmierzenia donikąd, wyprawy z góry skazanej na niepowodzenie. Jest to motyw kulturowy, od dawien dawna przypisany poecie i jego sytuacji. Jest to też jeden  z najistotniejszych wyznaczników wyobraźni poetyckiej. Powiedzieć można iż bycie poetą ma w sobie zakodowany   b y t   w ę d r o w n y,  ruch pośród zmieniających się dekoracji. Żernicki stale idzie przez pogorzeliska i rumowiska, stale wraca do miejsc, które już widział, w których już doświadczał inicjacji i które zraniły jego wrażliwość. Przygodnie spotkanemu włóczędze, przyjacielowi, bohaterowi ostatnich bachanalii tłumaczy:  Zrozum, ja stamtąd wracam, gdzie niewielu wyruszyć ma ochotę./ Z piachów Mezopotamii inną uparłem się odnaleźć drogę./ Poza  praw zapisanych wstydliwą kurtyną,/ poza nadętym cnót naszych proscenium/ chciałbym być jednoczesnym i bez winy/  z tym wszystkim, co we mnie, ze mnie i ze mną. Poeta podkreśla  i n n o ś ć  swojej wędrówki. Wszak nie szedł on utartymi szlakami  – zmierzał poprzez krainy, w których wędrowiec budzi zdziwienie niczym piękny ptak pojawiający się w zasięgu oczu. Szedł w bólu i spiekocie, towarzyszyły mu lęk, postacie w maskach, hybrydy jaźni i cienie umarłych. Tych ostatnich było coraz więcej i poeta pragnął uwolnić się od nich, chciał ich zgubić, pozostawić. Ale im bardziej im umykał, tym bliżej byli jego wyobraźni, im dalej majaczyły ich cienie, tym głębiej zapadały w jego wnętrze ich odbicia. W takich chwilach, w błysku autorefleksji poeta mówił: Który na próżno wyrywam się wirom po umarłych,/ który widziałem miasta w chwili jak Chusta Weroniki. Tak oto wędrówka stała się męczarnią, tak zmieniła się w ucieczkę. Ale nie ma ucieczki przed własnym losem, nie można zejść z drogi przeznaczenia – życie i śmierć każdego z nas zostały zapisane   w gwiazdach, zdarzyło się i powtórzyło w setkach, tysiącach tych co przed nami, zdarzy się     i powtórzy w tych co przyjdą po nas. Dopiero na gruzach upadłych cywilizacji zobaczyć można znikomość jednostkowego losu, zrozumieć można czym jest   b y t,  skąd idziemy. Wędrówka poety, śmiertelna wyprawa do granic bez granic, bieg po okręgu,  bieg  w  miejscu są otwarciem przestrzeni – raną, która nigdy się nie goi. Poeta jest tego świadom, wie że jego wędrówka nie ma końca, że rany na obolałych stopach się nigdy nie zagoją, że ruch obrazów jest permanentny:  Nikt nie wie, jak długo jeszcze,/ będzie szła za nami ta niedomknięta przestrzeń, / welon wlokąc ostatni, lecz  już zapoznany. /  Nad niejedną rozpadliną służył nam za namiot;/ rozplątując krwioobieg, ciągnęliśmy po wertepach światło./  Mijaliśmy w drodze nas samych, przez zaciężnych plądrowanych./ Mijaliśmy w magistralach czasów (tabor – transport -stare palto)/ pchający się na światłach niemodny nasz organizm./ Mijaliśmy martwych./ Uduszonych w szalach z siebie snutych dali./  Żernicki pisze przez cały czas jakby ten sam poetycki raport. Opowiada najbliższemu sobie  czytelnikowi,    spotkanemu przygodnie  włóczędze,  kobiecie  dającej  ciepło dzieje swojego wędrowania,   schodzenia  na  manowce  i  ciągłego  odnajdywania mijanych  już  punktów.  Opowiada, bo tak pojmuje swoją poetycką misję.  Jego  pragnieniem  jest mówić o  osobie,     o swoich porażkach i wzlotach, o chwilach uniesienia i upadku. Tylko taka poezja ma dla Żernickiego  sens, tylko taka poezja wypełnia pustkę życiowych dramatów, koi ból, skleja czarne włókna rozwłóczonej biografii.

Żernicki  jest  bez wątpienia poetą  osobnym. Wikłany w pokoleniowe galopy,  opisywany  z  punktu widzenia socjologii kultury jest zaprzeczeniem poety „stadnego”. Chcąc go zrozumieć trzeba słuchać uważnie  jego  słów, trzeba czytać z natężoną uwagą poszczególne wiersze,  kolejne książki. Taka uważna lektura pozwoli odnaleźć p o e t ę – jednego z najwrażliwszych kreatorów świata, który dla wielu jest  ledwie  przeczuciem, a dla nielicznych rzeczywistością.     Świata wolnej wyobraźni – imaginacji odsłaniającej kolejne poziomy bytu, wyobraźni rzucającej na kolana i podnoszącej z klęczek. Wtedy też stanie się zrozumiałe ostatnia   skarga-prośba poety:  Wybacz mnie,  który wieczność martwemu morzu zaprzysięgłeś/ morzu, co „odwraca stronice brzegów”,/ a księga dobiega już  końca;/ morzu cywilizacji jak za czasów Solona,/ której co dnia słońce ostatni przesyła blask;/ wszystkim   odeszłym  ode  mnie  ludziom  i zwierzętom, roślinom  i sprzętom,/ reakcjom codziennym, formułom foremnym -/ – – –  wybacz  za mnie, przeze mnie i dla mnie.  Uważny   czytelnik   wierszy   Żernickiego  odłoży je  na  półkę  z przeświadczeniem, iż  poprzez  rytuał  i  komunię wyobraźni Pan wybaczy za niego, przez niego i dla niego – wybaczy w nim…

NOBEL DLA ADONISA?

Adonis i chińska tłumaczka Zhao Si Fang - Pekin 2009

Zbliża się czas ogłoszenia kolejnego laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Od wielu lat wyróżnienie to uważane jest za najwyższe osiągnięcie życiowe w kilku dziedzinach, w tym w zakresie pięknego słowa. Szkoda, że nie ustanowiono jeszcze jednej kategorii – sztuka, bo malarze, rzeźbiarze czy graficy mieliby promocję niewyobrażalną, a ich dzieła natychmiast osiągałyby wysoką cenę. Bardzo cieszyłbym się, gdyby tym razem nagrodzono Harukiego Murakami, Philipa Rotha, Amosa Oza, Carlosa Fuentesa, Umberto Eco, Edgara Laurence’a Doctorowa, Salmana Rushdiego, Tomasa Tranströmera, bo każdy z tych pisarzy jest kimś dla mnie ważnym, zajmującym i domagającym się odpowiedzi mojego umysłu na ich kreacje. Mówi się też po raz kolejny o Noblu dla Zagajewskiego i jeśli tak się stanie, wpisze się to w pewien czytelny ciąg, krąg przyjacielski, w triadę, której dwa pierwsze ogniwa to Miłosz i Szymborska. Jeśli wybór miałby paść na Polaka, wolałbym jednak by był to Tadeusz Różewicz, który jest jednym z potężnych filarów poezji polskiej i światowej – Zagajewski przy nim to mały chłopczyk w kusych spodenkach. Jednakże największą radość sprawiłby mi literacki Nobel dla syryjskiego poety i filozofa Adonisa, którego poznałem osobiście w 2009 roku w Pekinie. Jego twórczość jest niezwykle pojemna myślowo, a poszczególne wiersze wpisują się w doświadczenia człowieka przełomu wieków. Jesteśmy ostatnio świadkami arabskiego przebudzenia, którego wspaniałą, humanistyczną podbudową ideową są wiersze Adonisa. Autor ten od dawien dawna przeczuwał, że nadejdzie świt, pojawią się przewodnicy narodów, a apokalipsa dziejowa przemieni się w czas pokoju i miłości. Wielka poezja i wielki człowiek, w pełni zasługujący na laur noblowski, tylko czy uda mu się tym razem pokonać wszechpotężne moce, od wielu lat stojące mu na drodze.

AGNIESZKA RADWAŃSKA

Moje zainteresowania sportowe zmieniły się diametralnie w ostatnich latach i czasami sam zastanawiam się dlaczego tak się stało. Z wielkiej triady: piłka nożna, hokej na lodzie i żużel, w stopniu szczątkowym przetrwało zainteresowanie najważniejszymi meczami piłkarskimi podczas mistrzostw świata i Europy, wyścigi na motocyklach zajmują mnie tylko wtedy, gdy Tomasz Gollob walczy o jakiś ważny tytuł. Hokej całkowicie zarzuciłem, czasami tylko śledząc spotkania najlepszych drużyn, podczas olimpiad zimowych. A przecież bywało w czasach mojej młodości, że kilka razy w miesiącu bywałem na stadionie Zawiszy i Polonii, na Torbydzie kibicowałem naszym hokeistom, z szybko bijącym sercem stałem na trybunach toru żużlowego i śledziłem z zapartym tchem wyczyny naszych najlepszych zawodników. Potem, gdy trenowałem boks i sporty walki, był czas okresowych fascynacji pięściarstwem i karate, trochę zajmowało mnie dżudo i zapasy. Teraz moje gusty w tym względzie są dość dziwaczne, bo przede wszystkim interesują mnie zawody wyścigowe w ramach Formuły Jeden, czasem jakieś pojedynki bokserskie i do tego – jakby na drugim biegunie – kobiecy tenis. Wiem, że to komiczne połączenie, ale lubię oglądać wyczyny Kubicy i Hamiltona, Alesiego i Massy, a także bardzo ekscytują mnie mecze dwóch znanych tenisistek. Niestety całkowicie nie interesuje mnie tenis męski, mający w sobie coś z akrobatyki, wolę mecze Karoliny Wozniacki i Agnieszki Radwańskiej. Pewnie jakąś rolę odgrywa tutaj uroda obu pań, ale przede wszystkim interesują mnie one jako osoby, które same siebie stworzyły (abstrahując od roli ojców jako trenerów) i znalazły drogę ku czołówkom światowych gazet i witrynom mediów elektronicznych. Ostatnio pani Agnieszka, która podoba mi się jako istota ludzka, jako wyrazisty znak współczesnego świata, wygrała znaczący turniej w Tokio gromiąc muskularne koleżanki. Osiągnęła to dzięki finezji, sprytowi, umiejętności przewidywania zdarzeń na korcie, ale też za sprawą wielkich już dzisiaj umiejętności sportowych. Ciekawe musi być takie życie w samolotach, stale w innych miejscach świata, pojawianie się w ośrodkach sportowych, trenowanie i szlifowanie formy, a potem osiąganie wspaniałych wyników. Fajna jest twarz Agnieszki Radwańskiej, którą określiłbym jako tę na granicy powagi i śmiechu, kobiecej subtelności i twardej kalkulacji. Nasza tenisistka potrafi rzucić na korcie dobrze słyszalne przekleństwo, ale też umie spokojnie rozpracowywać rywalki i podążać do celu, krok po kroku, gem po gemie. Umie też promiennie się uśmiechać – fajna kobieta i fajne jest to, co robi, a jestem pewien, że osiągnie jeszcze wiele w tenisie i w swoim życiu.

SERDUSZKO NA ŁAŃCUSZKU

Serce pojawia się w literaturze od dawien dawna, najpierw w tekstach filozoficznych, gdy jeszcze myślano, że lokują się w nim wszystkie myśli i mechanizm sterujący procesami życiowymi, a potem w poezji, prozie i w dramacie. Pierwotne rozumienie funkcji tego ważnego organu przetrwało w literaturze dla dzieci i młodzieży, gdzie obowiązują nieco inne prawa niż w tekstach tworzonych dla osób dorosłych. Tutaj jakby stale mamy do czynienia ze znamienną umownością, symboliczną użytecznością i oddziaływaniem na plastyczną, jakże chłonną dziecięcą i młodzieńczą wyobraźnię. W kreacjach lirycznych Karoliny Kusek obowiązują wskazane wyżej prawa, a zarazem przestrzeń serdeczna zostaje kosmicznie poszerzona, co odzwierciedla motto zamieszczone na początku książki: Pamięć DZIECKA – kosmos płomieniem dziecięcego serca ogrzewany. Takie połączenie elementarnych żywiołów, wyobraźni i sfery uczuć pojawia się tylko w dziełach pisarzy rozumiejących łączność światów i nie zamykających się w wąskich obszarach, tworzonych ex post dla potrzeb wykładu lub katalogu, przez literaturoznawców i krytyków literackich. Pamięć dziecka rzeczywiście rozległa jest jak wszechświat i najważniejszą rolę odgrywają w niej uczucia, przekonanie, że jest się kochanym, a jego serce bije tym samym rytmem, co mamy, taty, dziadków i innych bliskich członków rodziny. Tak rodzi się tkliwość i tak mały człowiek buduje rzeczywistość, w której czuje się bezpieczny – pełen przygód dzień nadchodzi po dniu, a noc staje się porą słodkiego odpoczynku i zapowiedzią następnych ekscytujących zdarzeń. Wielka jest rola naturalnych opiekunów, a potem wychowawców w przedszkolach i szkołach by kształtujący się umysł, imaginacja i ciąg uwarunkowań egzystencjalnych skomponował wspaniałą, kreatywną i oddaną innym bytom osobowość, by chłopiec lub dziewczynka nie zagubili się w jakże trudnym i skomplikowanym procesie dorastania.

Ważną rolę edukacyjną i poznawczą odgrywają tutaj też wiersze i opowiadania dla dzieci, publikowane w specjalistycznych czasopismach, a potem składające się w książki, dostępne w bibliotekach i trafiające na domowe półki. Rozumie to autorka zbioru pt. Za głosem serca, dedykując go Kazimierze Gomułce – dyrektorce Szkoły Podstawowej im. Jana Markiewicza w Orzeszkowie. To właśnie w takich placówkach zaczyna się literacka praca u podstaw i tam ukorzeniają się późniejsze zainteresowania literaturą i sztuką, tam wrażliwość dziecka, za sprawą mądrych moderatorów, zamienia się w czarodziejski sposób w twórczą wyobraźnię, która może eksplodować w wielu – nie tylko artystycznych czy literackich – sferach twórczości. Sam pamiętam jak ważne były dla mnie lektury takich czasopism jak „Miś”, Płomyczek” i „Płomyk” i jak potem, w naturalny sposób, zacząłem sięgać po tytuły dla dorosłych. To jest taki moment, w którym dziecko oczekuje pomocy, wsparcia uczuciowego i edukacji w zakresie pojmowania i rozumienia piękna. Jeśli książka – jak w tym przypadku – ukazuje się dwóch językach, może przekroczyć nasze domowe pielesze i odgrywać wskazaną wyżej rolę za granicą. W przypadku języka angielskiego i tak perfekcyjnych przekładów, jakich dokonuje Alina Jelińska-Żelazny, możliwa jest ekspansja dzieła choćby do Wielkiej Brytanii i Irlandii, gdzie jest ogromna polska diaspora, stale rodzą się dzieci, które funkcjonują w sferze dwóch języków. Takie książki mogą być dla nich nieocenioną pomocą i kształtować ich osobowości na wielu poziomach rozumienia świata. Ale przecież także w Stanach Zjednoczonych i w wielu innych anglojęzycznych krajach świata mamy sytuację podobną i dzieci wręcz łakną bajek, wierszy, opowieści, snutych w języku polskim i objawiających swoje piękno także w języku angielskim.

Fenomen twórczości dla dzieci i młodzieży Karoliny Kusek, polega na rozumieniu funkcji takiego pisania, ale nade wszystko objawia się w pięknym słowie, w konstrukcji lirycznej i pełni przekazu świata. Autorka potrafi znakomicie wnikać w psychikę dziecka, tworzyć wyobraźniowe imago i stawać się jakby „kumpelką”, koleżanką z tej samej ławki lub tego samego podwórka. To wcale nie jest łatwe, bo granica infantylizmu jest zawsze na wyciagnięcie ręki i tylko wrażliwa moderacja pozwala jej uniknąć, tylko przekonanie, że dotykając spraw małych, dotyka się rzeczy wielkich, chroni przed uproszczeniami i spłyceniami. Ta „kumpelka” czuje i rozumie, wspomina i marzy, a jednocześnie ukazuje wewnętrzną strukturę dochodzenia do dorosłości: Do pracy dziś wstawać nie muszę./ Miast teczki biurowej,/ spakuję plecak,/ włożę bluzkę z kretonu, sztruksiaki/ i…/ w stronę pól,/ w stronę łąk malowanych odlecę./ By tam ślad swój z dzieciństwa odnaleźć./ Wakacyjnych dni posmakować./ Z tobą dziadku – / gliniany dzbanie z wodą./ Z tobą babciu – kromko razowa. To jest wnikanie w dziecinne i młodzieńcze wyobrażenia, a zarazem powrót do własnych przeżyć pierwiastkowych, to jest wskazywanie drogi, ale też wejście na ścieżki dzieciństwa. Symbolika utylitarności („plecak” „sztruksiaki”, „bluzka z kretonu”) i prostoty graniczy tutaj ze sferą rzeczy wielkich i ostatecznych, z żywiołem ziemi („pola”, „łąki malowane”), z pierwotnością akwatyczną („dzban wody”) i elementarną mocą ognia, która niezbędna jest by powstała „kromka razowa”.

To jest jedna z ważkich właściwości dzieł Kusek, które zatrzymując się nad skrawkiem rzeczywistości, dla ludzi niewrażliwych – błahej, ukazują łączność światów mikro- i makroskopijnych, więź owadów i ptaków, kwiatów i drzew, rzek, jezior, morza i obłoków, z ogromami, których symbolem są gwiazdy, pojawiające się na nocnym niebie. Tylko świadomość wpatrzona w świat i w samą siebie zaczyna dostrzegać owe niezwykłe, a zarazem oczywiste unie, tylko wrażliwość dziecka, przeniesiona do czasu dorosłości, daje taki efekt artystyczny. Pastelowa subtelność tej liryki jest jej wielką bronią, pozwalającą na nieustanne, nostalgiczne i elegijne powroty do czasów dzieciństwa, do chwil spędzonych pośród natury, do momentów najczulszego bycia w gronie szeroko pojmowanej familii. Ta przestrzeń jest niezwykle plastyczna i rozciąga w twórczości Kusek do rozmiarów wielkiej rodziny ludzkiej, w której swoje miejsce ma prosta starowinka i intelektualista, matka i ojciec, babcia i dziadek, a także cały szereg postaci przywoływanych i barwnie opisywanych. Podobnie jest ze światem roślin i zwierząt, gdzie kurczęta lokują się blisko bulw młodych ziemniaków, biedronki przy buraczanych liściach, bociany Chełmońskiego przy słonecznikach van Gogha, a nad wszystkim rozbudowuje się tęcza, jako znak przymierza ludzi i bogów, pojmowanych jak w mitologiach obszaru Morza Śródziemnego – nie na darmo pojawia się w tej poezji tyle hellenistycznych odniesień. Byt utwierdzają tutaj prawdziwe ludzkie filary i autorka nie pozostawia wątpliwości kim są – żegnając się z nimi, monumentalizuje ich i ustawia w pierwszym szeregu z postaciami symbolicznymi, pojawiającymi się licznie w podaniach kulturowych:  Z dziadkami już się pożegnałam…/ Bo na tę chwilę znów wzeszli mi w oku./ Choć nie wiem, czy wyszli spod ziemi,/ czy sfrunęli z obłoków/ niebieskich jak len?/ Dziadek był taki jak wiatrak wysoki,/ z wąsów pszenicznych motkiem./ Babcia przy nim taka malutka/ i krucha była jak kwiatek stokrotki./ A za nimi wlókł się czasu ich tren./ Powiedziałam im: – Śpijcie spokojnie,/ pod tą z gwiazd aureolą./ W przyszłe wakacje znów się spotkamy. W tym samym miejscu./ W tym samym polu./ A oni uśmiechnęli się do mnie przez sen. Tak powstała niezwykła mitopoeza, w której wszystko jest cudowne i wszystko możliwe, tak autorka odtworzyła rzeczywistość, która na zawsze przepadła dla świata, ale znalazła schron w czującym i pełnym uczuć sercu. Tak zaistniała prawdziwa, pulsująca odcieniami i kształtująca wyobraźnię poezja, tak talent spotkał się z wrażliwością, a prawda zamknęła się w symbolicznym kształcie bujającego się na łańcuszku, dziecinnego serduszka…

 ________________

Karolina Kusek,  Za głosem serca /  Following the heart, Biblioteka “Tematu”, Warszawa 2011, s. 104.

%d blogerów lubi to: