DZIADEK

Niedawno był dzień babci i dziadka i uświadomiłem sobie, że nie mam już tych starszych protoplastów – ani ze strony ojca, jak i mamy. Moja myśl biegnie zatem ku pierwszemu dziadkowi i chyba najbarwniejszemu.

dziadek1

Mój dziadek, Józef Grzechowiak, był szewcem i miał warsztat za długim, mrocznym korytarzem, przy jednym z boków prostokątnego podwórka. Dochodząc do drugich drzwi, słyszałem regularne stukanie młotka, metaliczne brzmienie kopyta, chrzęst imadła i szum przerzucanych skór. A gdy wchodziłem do warsztatu, dziadek na chwilę przestawał stukać, uśmiechał się i obnażał swoje ostatnie kilka zębów. Wskazywał mi miejsce, gdzie mogłem usiąść i wracał do przerwanej pracy – wbijał drewniane gwoździki w podeszwy powstających butów, zszywał zelówkę z resztą skórzanych elementów, cienkim blaszanym nożem nabierał klej i przenosił w miejsce, gdzie miał być obcas. Włosy mu wypadły i był prawie łysy, ale na skroniach i nad uszami miał niewielkie kępki, które stroszył do góry jak Schopenhauer. Często, w promieniach zachodzącego słońca, wyglądał posągowo, a głębokie zmarszczki na czole nabierały wtedy wyrazistości. Wszystko miał w zasięgu ręki – gwoździe różnej wielkości, w puszkach po konserwach, klej w upapranym słoju, kilka par młotków, obcęgów, marsli, rozdwojonych na środku i służących do podważania źle wbitych gwoździ. Nieco dalej, na stertach, leżały przygotowane do wprawienia podeszwy, zelówki, fragmenty czubków butów i czarnych obcasów. Na starej półce, tuż obok dziadka, walały jakieś kawałki chleba, spleśniałe jabłka, a na innej, nieco dalej, kurz pokrywał złożone gazety, jakieś słoje, zielone butelki po oranżadzie i brązowe po piwie, splątane kawałki dratwy, wbite w oskrobaną brukiew długie i grube igły. Na ziemi, wszędzie dookoła, leżało wiele butów, kompletnych lub jedynie górnych części, starych, znoszonych trzewików, przyniesionych do naprawy przez sąsiadów. Z kolei z tyłu, za plecami dziadka, na długiej ławie stały rzędy damskiego i męskiego obuwia, wciśniętego w prawidła. Lubiłem patrzeć jak dziadek pracował i opowiadał mi niestworzone historie. Czasem wybiegałem z warsztatu nieźle przestraszony, a odprowadzał mnie wtedy basowy rechot dziadka i wołanie: ty mały kundo, ty kundo… Myślę, że dziadek nie znał czeskiego znaczenia tego słowa i używał je w takim rozumieniu, w jakim pojawiało się w niektórych polskich gwarach. Opowieści bywały naprawdę przerażające, a najlepiej zapamiętałem taką historię: dziadek relacjonował, że wcześnie rano, o piątej, a może o czwartej, znalazł się przy dwóch cmentarzach, leżących na obrzeżu miasta. Z daleka zobaczył przy bramie cmentarnej czarnego konia i wóz pogrzebowy, na którym stała trumna. Z duszą na ramieniu i z sercem w gardle podszedł powoli i zobaczył, że koń pali wielką faję… Jakże się przestraszyłem, gdy dziadek powiedział, że koń przez zęby wycedził do niego basem: masz ognia…? Gdy to usłyszałem pobiegłem jak oparzony przez ciemny korytarz i żaliłem się mamie, że dziadek mnie straszy. Potem w nocy śnił mi się ten czarny koń, wóz, wielka trumna i krzyczałem przez sen: Masz ognia…? Gdy dziadek opowiadał, miał zwykle w ustach kilka gwoździ i mamrotał powoli, często robiąc przerwy. Czasem łykał z butelki trochę piwa albo jakiegoś innego mocnego napoju. Patrzyłem na niego szeroko otwartymi oczyma i chłonąłem wszystkimi zmysłami opowieść. Miały w niej swoje miejsce uderzenia młotka, przeciąganie dratwy przez dziurki, topienie laku i woskowanie, a nade wszystko ostry zapach kleju i skór, połączone ze stęchlizną tej szopy. Dziadek zerkał raz po raz na mnie i mówił urywanymi zdaniami, wyciągając kolejny gwóźdź spomiędzy warg. Jednego razu przywitał mnie uśmiechem i powiedział, że coś mi pokaże. Wyciągnął jakiś niewielki słoik, z dziurkami w zakrętce i pokazał mi w nim kilka dużych, czarnych much. Uchylił lekko wieczko i gdy pierwszy owad ukazał się w nim, chwycił go wprawnie palcem wskazującym i dużym paluchem. Kiwnął na mnie i podszedł do rogu warsztatu, gdzie lśniła wielka pajęcza sieć. Szybkim ruchem wrzucił do niej muchę i wskazał jak się szamoce. Patrzyłem na to ze strachem, a dziadek rozkoszował się moim przerażeniem – wyciągnął mały palec i wskazał na miejsce, z którego wielki, gruby pająk zaczął zsuwać się do ofiary. Wtedy szewc szybko sięgnął z półki dużą lupę i przytrzymał nad owadem. Widziałem teraz doskonale jak drapieżnik wbija swój kolec w ciało oszalałej z przerażenia muchy i powoli wysysa z niej całą treść. Jeszcze parę razy dziadek wrzucał tłustą muchę i pokazywał mi coraz to inne pająki, schodzące po błyszczących niciach do swoich ofiar. Za każdym razem, po dokonanej uczcie, silnym uderzeniem zrywał pajęczynę, zrzucał pająki na ziemię i przydeptywał je sandałem, mówiąc, że nie cierpi tego robactwa. Podczas moich wizyt dziadek pokazywał mi też myszy konające w łapkach, szczury wychylające głowy z wielkiej nory, a raz nawet zademonstrował mi jak przy pomocy szkła powiększającego przepala się łeb wielkiego karalucha, unieruchomionego w jakimś narzędziu do przyciskania butów. Ale były też opowieści o pierwszej wojnie światowej i o służeniu w armii austriackiej, zabijaniu Szwabów, o poznaniu babci i o tym jak moja mama była niegrzeczna i musiała czasami dostać rózgą na tyłek. Pokazywał mi jakąś wiecheć, robił dramatyczny zamach i ja znowu umykałem, odprowadzany śmiechem i wołaniem: ty mały kundo, ty kundo… Bardzo kochałem mojego dziadka i boleśnie przeżyłem dzień w którym umarł. Ale to już inna opowieść… i przyjdzie kiedyś na nią czas…

Reklamy

KARATEKA

Trzydzieści parę lat temu, przez dobrych kilka tygodni, chłopaków z naszego osiedla zajmowała historia Marka, który chciał być karateką. Zapisał się do sekcji, która trenowała w małej salce gimnastycznej, w centrum miasta. Widywaliśmy go, jak z niewielką torbą na ramieniu, niemal codziennie, wyruszał na trening. To był odłam szkoły Shotokan – specjalizującej się w walce nogami. Po jakimś czasie, gdy podwórkowa pozycja naszego kolegi nieco się poprawiła, zobaczyliśmy, że zaczął on też biegać na ćwiczenia do lasu. Latem i jesienią nie wywoływało to szerszych komentarzy, ale w prawdziwe osłupienie zostaliśmy wprawieni pewnego styczniowego ranka. To była siarczysta zima, z temperaturami poniżej dziesięciu stopni Celsjusza i lodowatym, zacinającym wiatrem. Psy nie chciały wychodzić na podwórko, a gdy już udawało się je zaciągnąć, piszczały i szybko chciały wracać do domów. Tego dnia Marek w rytualny sposób założył na gołe ciało białą karatekę, z dopiero co zdobytym, żółtym pasem, oznaczającym ósme kyu i w sfatygowanych trampkach ruszył ze swojego mieszkania do lasu. Rychu opowiadał, że widział go przez okno, jak wybiegł z klatki i nie zważając na śnieżycę, ruszył pędem do lasu. Resztę zdarzeń poznaliśmy po kilku dniach z relacji matki karateki, która żaliła się mojej mamie i załamywała ręce nad synem.

Marek szybko przebiegł puste osiedlowe chodniki, przeskoczył tory kolejowe i z nagą piersią pomknął ku najszerszemu traktowi leśnemu, prowadzącemu aż do Białych Błot. Po drodze cały czas wykonywał charakterystyczne ruchy rękoma, kopał pnie sosen, odłamywał kopnięciami suche gałęzie, co jakiś czas wykonywał długi skok w powietrzu i ćwiczył bojowe okrzyki:

           – Uuuuaaaaaa… uuuuaaaaaa…

Leśniczy, przemykający do domu skrajem zagajnika, opowiadał, że Marek wyglądał naprawdę groźnie, a okrzyki niosły się po całym lesie. Zające i lisy, sójki i dzięcioły spieprzały w panice ku dalszym rewirom. W pewnym momencie karateka stanął, zaczął  wolno wyprowadzać ciosy, w wystudiowany sposób podnosił nogę ku górze i zastygał w bezruchu. Ćwiczył też mimikę twarzy pomiędzy kolejnymi wrzaskami, raz to marszczył ją jak zdeptane sandały, innym razem podnosił ku górze brwi i wydawał z siebie okrzyk chińskiego mandaryna:

        – IIiiiiiiii… juuuu….. iIiiiiiiii… łeeee…

W końcu, zdjął trampki i na bosaka ruszył dalej, w szaleńczym pędzie przeskakiwał doły, robił bokiem gwiazdę, a nawet co jakiś czas wykonywał salto do przodu. Był naprawdę sprawny i niezwykle zmotywowany, leśniczy kiwał z uznaniem  głową i zza drzewa obserwował dalsze wyczyny chłopaka. Ten dobiegł do dużej górki śniegu, załadował w nią z pięćdziesiąt szybkich ciosów dłońmi i łokciami, a na koniec skopał ją bez litości. W pewnym momencie na śniegu pojawiły się plamki krwi i to był dla niego sygnał do odwrotu. Ucałował te czerwone znaki, dotknął prawą ręką żółtego pasa, wyciągnął z kieszeni czarną opaskę z jakimiś japońskimi literkami, obwiązał nią głowę, wyrównał na czole i ruszył z powrotem do domu. Dopiero w okolicach torów kolejowych z niesmakiem założył trampki i podążył przez osiedle.

Pogoda nieco się poprawiła i przechodnie patrzyli na niego z zainteresowaniem a zarazem z przerażeniem. Jego odsłonięta pierś miała już barwę fioletową, a krew na białym stroju i na niektórych częściach ciała, była znakiem jakiejś wielkiej batalii. Marek szybko wbiegł do domu, zrzucił karatekę, wskoczył do wanny i zaczął polewać się gorącą wodą. Ale wtedy stało się coś nieoczekiwanego, pewne miejsca ciała paliły niemiłosiernie, poczuł jakiś straszny przypływ gorąca i nieomal zemdlał. Szybko też pojawiły się potworne dreszcze i poprosił matkę by natychmiast przygotowała mu łóżko. Trząsł się jak galareta, gdy wyszedł z łazienki i przemknął do łóżka. Nawet pod grubą kołdrą jego ciałem targały dziwne drgawki, pojawił się rzęsisty pot i ból w klatce piersiowej. Jego rodzice nie czekali dłużej i zawezwali pogotowie. W międzyczasie zmierzyli mu gorączkę i okazało się, że temperatura jego ciała skoczyła do czterdziestu jeden stopni. Lekarz stwierdził zapalenie płuc, natychmiast zaaplikował mu zastrzyki, podał wapno, witaminy i zapisał serię silnych antybiotyków doustnych. Z wielkim trudem, po dwóch tygodniach, Marek zaczął wracać do zdrowia, choć odmrożenia i rany jątrzyły się jeszcze przez wiele dni. Tak skończyła się jego przygoda z karate, przestał chodzić na treningi, czasem tylko gdzieś jeździł na rowerze, grał w piłkę albo pływał w jeziorach i rzekach. Jego bojowy strój matka w końcu podarła na szmaty, a opaska z japońskimi literkami walała się jeszcze jakiś czas w szufladach chłopaka, aż w końcu została wymieniona na jakieś znaczki lub widokówki. Ze ściany pokoju zniknął też portret wielkiego prawodawcy szkoły Funakoshi, a na jego miejscu Marek umieścił zdjęcie Johna Lennona z Yoko Ono.

ALEJA KLONÓW

Pada deszcz, więc dobrze mi się pisze. Wróciliśmy z boru, gdzie nie miałem dostępu do komputera i internetu. Z jednej strony dobrze, a z drugiej brakowało mi pisania i kontaktu mailowego z przyjaciółmi. Tereaz muszę szybko odrobić zaległości. Najpierw jednak nieco odległych wspomnień

Zwyczajne klony, wyniosłe i niezgrabne jak statki flagowe Krzysztofa Kolumba, rosły w równym szeregu z jednej i z drugiej strony ulicy. Nad nimi przesuwały się wolno, podświetlone przez słońce, błękitniejące, pierzaste czapy cumulusów. Lekki, wiosenny wiatr poruszał miarowo gałęziami i malutkimi, dopiero co wyrosłymi listkami. Pośród czarnych konarów migały delikatne mgiełki zieleni i czerni, a czasem, ostry promień słońca przeszywał naraz kilkanaście koron i mknąc dalej, lśnił jak złoto w czarnych, przydrożnych kałużach. Na najwyższym drzewie siedziała gruba sroka i terkotała raz po raz przeciągle. Zwinnie przeskakiwała z gałęzi na gałąź lub wierciła się niespokojnie przy kulistym gnieździe, odsłoniętym przez zimowe wiatry. Przypominało ogromny, kolczasty owoc platanu, zlepiony z chrustu, pierza i suchych źdźbeł trawy. Jej pióra opalizowały metalicznie – biel kontrastowała z czernią, a błyszczący granat z ciemną zielenią. W powietrzu czuło się jakąś niespotykaną rześkość, bo ziemia już zaczynała intensywnie pachnieć i parować. Na niektórych gałązkach pozostały jeszcze zeschłe, pożółkłe liście i stwardniałe skrzydlaki, nazywane noskami, ale większość drzew została ogołocona przez przymrozki i wichry z liści, zebrane jesienią na niewielkie wózki i wywiezione do ogrodów, a potem spalone. Pod klonami stały stare gazowe latarnie, a przy nich wydrążono równy rów, którym spływały do wlotów kanałowych nieczystości i deszczówka. Co kilkaset metrów były też pompy przyciskowe, do których stale chodzili ludzie i napełniali wiadra wodą, a potem nosili je na nosidłach do domów. Aromat wiosennych zapachów, mieszał się na ulicy klonów z dopiero co wylanymi fekaliami lub wodą z bali, użytą do prania czy kąpieli. Intensywna woń szarego mydła i moczu najsilniej działała na zmysł węchu w pobliżu bram kolejnych podwórek, ciągnących się jedno za drugim. Na sczerniałej korze drzew biegały intensywnie brązowe mrówki, u podstawy pnia pojawiały się czerwone jak krople krwi szewczyki, czyli kowale bezskrzydłe, a gdzieniegdzie gramolił się czarny owad, z chitynowym pancerzem, błyszczącym jak wyświecony trzewik. Sroka czasem zlatywała niżej, wczepiała się w korę i wisząc głową w dół, wyłapywała umykające owady. Drogą z rzadka przejeżdżały samochody, ale dość często słychać było stukot kopyt na bruku. To wozy, jeden po drugim, podążały w kierunku Placu Poznańskiego, albo dalej na Rybi Rynek, w okolice spichrzy, leżących nad rzeką. Ulica klonów biegła od obrzeży miasta aż nad skraj góry, a potem ostro schodziła w dół ku innym ulicom. Gdy stanęło się w połowie jej długości, widać było w dali dachy domów śródmiejskich, a także wyniosłą wieżę kościoła św. Piotra i św. Pawła. Został on zbudowany z porządnej, klinkierowej cegły, przed drugą wojną światową, jako świątynia ewangelicka i górował nad innymi budynkami. W jego wieży były okrągłe okienka bez szyb, które posłużyły w czasie wojny niemieckim dywersantom do ulokowania karabinów. Ciągnący się równo chodnik dochodził do skarpy, a potem znikał i dalej jakby niewidzialnie biegł w powietrzu. Dla przyjezdnych spoza miasta ta ulica wydawała się długim rozbiegiem, jakby pasem startowym dla szybowców i dwupłatowców. Rzeczywiście zaczynała się przy bramie lotniska i klon przy klonie, kierowała się w stronę śródmieścia. Pojazdy mknęły nią szybko, a potem jeszcze szaleńczo przyspieszały na zjeździe. Ileż to razy jakiś wozak, wiozący węgiel do składu, cielęce lub świńskie skóry do garbarni, zamyślił się i rozmarzył, że wzlatuje w powietrze i leci jak samolot, jak ogromny czarny ptak. Z kolei, gdy pilot nisko lecącej awionetki, spoglądał wiosną z góry na ulicę i dwa rzędy klonów, widział długie, sąsiadujące ze sobą akwedukty zieleni, nad którymi pojawiały się ptaki, pod którym i przebiegały dzieci i podążali dorośli. Z jednej strony tego roślinnego mostu przysiadły płaskie, niczym gonty, parterowe domki, a ze strony drugiej ciągnęły się, zbudowane z czerwonej cegły, budynki koszar wojskowych, wydmy, wąwozy, dróżki i pozwijane jak kłębiące się padalce, drogi wielkiego pustkowia, nazywanego Polem Ułańskim. Świadomość ludzka zaczyna się w określonym czasie i przypisana bywa konkretnej przestrzeni. Tutaj, przy alei klonów, punktami odniesienia były płaskie i lekko pochyłe dachy parterowych domków, a czasem jedno i dwupiętrowych kamieniczek. Linia drogi i szeregów drzew była równoległa do prostej chodnika, z niewielkich betonowych płyt i rowu, którym brudna woda spływała do kanałów miejskich. Gdy przekrzywiło się głowę widziało się też ciągnącą się w dal płaszczyznę różnokolorowych ścian domów, jakichś niewielkich murków przed nimi, układających się w amfilady okien i drzwi, brzegów dachów i ozdób w tynku. Niektóre domy zbudowane zostały z chropowatych czerwonych cegieł i były nie obrzucone wapnem, a inne miały tynk, który schodził całymi płatami i sprawiał, że faktura tych budowli była ciekawa, jakby przygotowana na to, że kiedyś umieści ją na swych obrazach abstrakcjonista. Ta ciągłość linii i zbieganie się kresek perspektywy, były charakterystyczne dla tych miejsc, a plastyczność klonów i podążających w dal czarnych, szarych i czerwonych dachów, przydawały rzeczywistości charakteru malowniczego. Pudełkowate domy i niewielkie podwórka, obwarowane murami, wychodzące na aleję klonów, powodowały, że miało się wrażenie, że jest to świat lilipuci, że są to jakieś atrapy dla lalek czy pajacyków – domki i place z dziecinnych opowieści o malutkich ludzikach. Każde podwórko było odrębną przestrzenią, każdy plac przed domem miał swoje rozkrzyczane dzieci, które biegały tam i z powrotem, bawiły się przy murach, albo stały przy płotach i patrzyły na przejeżdżające pojazdy, unosiły głowy ku górze i śledziły lot samolotów zawieszonych w powietrzu. Przyglądały się też żołnierzom, ćwiczącym po drugiej stronie ulicy, w koszarach albo na skraju wielkiego pola manewrowego. Jaskółki latały nisko i raz po raz przysiadały przy kałużach, by dzióbkami nabrać trochę błota. Były ich setki i czasem zrywały się do lotu całym stadem, krążyły w powietrzu, chwytały owady, a potem wlatywały pod okapy domów, zawieszały się na ścianach i lepiły nowe gniazda, albo odbudowywały stare, zniszczone podczas mroźnej zimy. Piski i trzepot lotek mieszały się ze śmiechem dziewczynek i chłopców, czasem ze szczekaniem psa, miauczeniem kota, albo rżeniem konia, ciągnącego wóz na ulicy. Na podwórkach pojawiły się już kępki trawy, rosnącej między cegłami małych chodników, wypełniającej zagłębienia w ziemi i dziury przy budynkach. Przy żelaznej bramie leżała baryłkowata butelka po piwie, a przy niej widać było niewielką mokrą plamę. W jej zielonym szkle odbijały się okna domów i gałęzie drzew klonowych, a tuż przy szyjce, promień słońca odbijał się tak intensywnie, że szkło lśniło jak drogocenny kamień. Pomiędzy dziećmi przechadzał się spokojnie czarny pies i co chwilę ziewał, przeciągał się, obniżając ciało na przednich nogach, czasem szczeknął, a czasem podbiegł do jakiegoś malca i polizał go po nodze, tuż nad podkolanówką. Miał wydatną białą plamę na prawym uchu i takież same pół lewej łapy. Także koniec zwinnego ogonka był biały i jeszcze po lewej stronie brzucha lśniła jasna plama, wielkości orzecha laskowego. Był psem, co wyraźnie było widać, gdy podnosił prawą nogę do góry i wielokrotnie drapał się nią po głowie. Jego oczy były czarne, ale czaił się w nich, niby w toni głębokiego stawu, odcień granatu z poblaskami błękitu. Białka też miały niebieskawy połysk i wyraźnie na nich było widać cieniuteńkie czerwone naczyńka krwionośne. Miał uśmiechniętą mordkę i stale merdał ogonem, ocierał si
ę o dzieci, albo ruszał biegiem w zawody z którymś z nich. Czasem stawał się głównym obiektem zainteresowań, czasem jakiś chłopiec łapał go za tylne łapy i popychał tak przed sobą wokół podwórka. Pies buntował się i próbował ugryźć delikatnie natręta, ale zwykle się to nie udawało. Często zapadający mrok kończył takie zabawy lub jakieś wołanie dorosłych zapowiadało nadejście nocy i rychłe położenie się do łóżka, pod pierzynę nagrzaną przez mamę lub babcię przy piecu kaflowym.

KOP KWIATKOSIA

Podczas przenosin z mojego poprzedniego miejsca internetowego zgubił się gdzieś kawałek o kopnięciu Kwiatkosia. Z racji tego, że wielu kolegów z Błonia czyta mój dziennik, zamieszczam te opowiastkę raz jeszcze. Pozdrawiam Was chłopaki!

 Na naszym osiedlu było wiele skłóconych grup rówieśniczych i wiele barwnych oddziałów chuliganów stale przemierzało ulice, szukając potencjalnych ofiar, dokonując samosądów, zaprowadzając porządek. Stale wybuchały nowe walki, fruwały w powietrzu kamienie i kasztany, majestatycznie wznosiły się w górę sękate kije i żołędzie, a nawet kawałki szkła czy też metalowe pręty. Czasem lała się krew, ale najczęściej kończyło się niegroźną przepychanką, jakimś siniakiem pod okiem, wytrąconym kciukiem albo zwichniętą nogą. Bandy rozchodziły się na swoje podwórka, ktoś biegł do kiosku po mandarynkę albo polo-coctę, ktoś inny wracał do domu na obiad, ktoś musiał stanąć w kolejce do sklepu. Pomiędzy walkami toczyło się normalne, spokojne życie osiedlowe, wiele było śmiechu, przezywania się i opowiadania sobie o różnych, rzeczywistych, bądź zmyślonych zdarzeniach. Grupki przysiadały na ławkach i słuchały relacji największych blokowych bajarzy. Prześcigano się w przywoływaniu zdarzeń, które poruszyły wspólnotę, a pośród nich nie brakowało tych najzabawniejszych. Czasem nawet przy tych ławkach rozgrywało się coś, co stawało się legendą i zawsze powracało w opowiastkach. Tak było ze słynnym kopem Kwiatkosia – nieco starszego od nas chłopaka, który często grywał z nami w piłkę, ale też miewał gorsze chwile, kiedy próbował zaznaczać swoją przewagę wiekową, albo wręcz – po wypiciu piwa – rwał się do bijatyk. Po jednej z nich, kiedy to oberwało się bez powodu słabszemu koledze, postanowiliśmy zaczaić się na niego.

Siedzieliśmy na ławce przy trzeciej klatce, przed nami był chodnik, po którym przechodzili ludzie, a nieco dalej było obniżenie, trzy schody i wąski zjazd dla wózków dziecięcych i rowerów. Ktoś przyniósł przebitą piłkę plażową, którą bawiliśmy się, to podrzucając ją w górę, to kopiąc na podwórku. Gdzieś z daleka, z drugiego końca placu śledził nas Kwiatkoś, który aż rwał się by skoczyć do nas i wydrzeć nam rozdartą piłkę. Nie mógł jednak tego zrobić, bo stał obok Dziuni, pięknej brunetki z trzeciego piętra, w której kochał się od dawna. Było gorące lipcowe popołudnie, słońce paliło niemiłosiernie i dopiero co wybrzmiał we włączonych radiach hejnał z wieży Mariackiej w Krakowie. Teraz słychać było z różnych punktów bloku spikera podającego prognozę pogody i stan wód w najważniejszych punktach kraju. Kwiatkoś miał na sobie tylko zwisające z brzucha żółte gacie, a na głowie figlarnie przekrzywioną białą czapkę. To był ostatni krzyk mody w tamtym czasie, bo takie same lodziarskie nakrycie zakładał podczas koncertów Neville „Noddy” Holder wokalista zespołu Slade, uwielbianego w latach siedemdziesiątych na podwórkach. Gdy tylko zabrzmiał w podręcznych tranzystorach wielki przebój Far Far Away, powodował wielki poruszenie, dziwne podrygi ciał chłopaków i natychmiastowe wystąpienia przed grupę Garsiji, który najlepiej ze wszystkich markował śpiew.

Kwiatkoś coraz częściej zerkał na grupę podrzucającą piłkę i nerwowo ocierał prawą górną część stopy o lewą łydkę. Gestykulował rękoma i kiwał głową, zabawiał jak tylko mógł rozkapryszoną Dziunię, ale jego coraz częstsze ruchy głowy zwiastowały, że męczy się strasznie. Właśnie Kopel złapał lecącego „flaka” i podszedł z nim do boku ławki. Schylił się i sięgnął zza niej sporej wielkości kamień, który jego matka używała do przyciskania ogórków, kiszących się w kamionce. Sprawnym ruchem wsunął głaz do kilkukolorowej folii i stanął tyłem do Kwiatkosia. Następnie szybko schylił się i położył pękniętą piłkę z zawartością, na chodniku. Wolnym krokiem odszedł i wziął z ławki radio Jowita. Przekręcił srebrną gałkę i wszyscy usłyszeli, że właśnie Slade zaczął śpiewać ulubiony przebój. Rozległy się wspaniałe uderzenia w perkusję i popłynęły dobrze znane słowa, wtedy odtwarzane przez nas fonetycznie: I’ve seen the yellow lights go down the Mississippi/ I’ve seen the bridges of the world and they are for real… Kwiatkoś kończył właśnie rozmowę z Dziunią i podał jej rękę, a potem podszedł do klatki i usłużnie otworzył drzwi. Dziewczyna skrzywiła się jakoś dziwnie i znikła za nimi. Na to tylko czekał starszy chłopak – spojrzał w naszą stronę i dostrzegł piłkę leżącą na chodniku, tuż przy grupie chłopaków. Krzyknął jak oparzony Hurraaaaa! i ruszył coraz szybszym biegiem w naszą stronę. Holder właśnie zaczynał kolejny fragment utworu: I’ve seen the morning in the mountains of Alaska/ I’ve seen the sunset in the East and in the West… Właśnie w tym momencie, gdy wybrzmiewało słowo West, Kwiatkoś z wrzaskiem barbarzyńcy doskoczył do piłki i z wielkim zamachem kopnął ją swoją bosą prawą stopą. Zanim to zrobił, Kopel i Gruby krzyknęli:

– Kwiatkoś….

Ale nie zdążyli już zawołać „nie rób tego”, a raczej ich słowa zagłuszył wściekły, przerażający wrzask kolegi. Nie wiedząc o ukrytym kamieniu, uderzył w niego z taką mocą, że cała stopa natychmiast wyłamała się, a na obrzeżach skóry pojawił się wielki krwawy naciek. Skakał teraz jak oparzony na lewej nodze i krzyczał z bólu. Część słabszych chłopaków, z przerażeniem i piskiem, rozbiegła się natychmiast do domów, a tylko Jaśminek podbiegł do ofiary i wsparł go ramieniem. Kopel i Zębol rechotali trzymając się za brzuchy i nie zważali na tragizm całej sytuacji. Kwiatkoś kuśtykał z uniesioną prawą nogą, wsparty na koledze, a jego stopa dosłownie zwisała na skórze. Jakiś dorosły, który obserwował to zdarzenie z balkonu, zbiegł szybko po schodach i chwycił silnymi rękoma chłopaka. Natychmiast też skierowali się w stronę pobliskiej przychodni. Przez wiele miesięcy Kwiatkoś kurował połamaną stopę, miał chyba trzy operacje z drutowaniem i śrubowaniem, aż w końcu powoli, o kuli zaczął chodzić przy bloku. Kopel unikał go jak mógł, ale w końcu doszło do spotkania przy śmietniku…

– Jak ta moja noga się zrośnie, to tak ci Kopel nią nakopię do dupy, że będziesz leżał w gipsie cały rok – powiedział kulejący chłopak.

– Akurat się ciebie boję – odparł buńczucznie zaatakowany – Lepiej szybko się lecz, bo tworzymy drużynę piłkarską na mistrzostwa miasta. Ty masz dobre centry, więc przydasz się nam na skrzydle…

Kwiatkoś nie wiedział czy Kopel kpi z niego, czy mówi poważnie, więc na wszelki wypadek pogroził mu kulą. Po jakimś czasie noga wydobrzała na tyle, że znowu zaczął szwendać się po osiedlu. Nie gonił też Kopla, bo właściwie dzięki całemu zdarzeniu czarnooka Dziunia powiedziała mu, że bardzo się jej podoba i odwiedzała go wiele razy w domu, opatrywała nogę, pomagała mu drapać się pod gipsem linijką i… w końcu pierwszy raz pocałowała go w usta. A Kopla spotkała wkrótce zasłużona kara i poczuł jak boli złamana kość.

WINNETOU

Dzisiaj opowiem wam historię o Grzechu, który chciał być wodzem Apaczów i z dnia na dzień, przeistoczył się z paralityka i popychadła blokowego, w znamienitego Indianina. Było to w czasach, gdy w polskich kinach triumfy święciły filmy enerdowsko-jugosłowiańskie z serii Winnetou. Chodziliśmy na nie całymi grupami do kin w ogródkach działkowych, takich jak „Mimoza”, „Słońce” lub „Bałtyk”, a czasem jeździliśmy nawet do odległej dzielnicy, w której kino „Robotnik” mieściło się w dawnej synagodze. Iluż to chłopaków chciało wtedy dorównać nieustraszonemu wodzowi, ilu chciało być jak Old Shatterhand, a ile dziewcząt nosiło warkoczyki z koralikami, jak Apanaczi, ukochana Winnetou. Mieliśmy wtedy w domach plakaty przedstawiające Pierra Brice’a jako wodza, a wielu miało też niewielkie lusterka lub breloczki z jego podobizną. Mało kto czytał wtedy Karola Maya, ale wykreowana przez niego postać, za sprawą serii filmowej, była równie znana jak Zorro, Ivanhoe czy bracia Cartwright z Bonanzy. Opowiadaliśmy sobie poszczególne odcinki tego długiego serialu, ekscytowaliśmy się możliwościami tytułowego bohatera i jego kobiety. Co jakiś czas ogromniała fama kolejnego filmu, a to „Złota Apaczów” i „Ostatnich renegatów”, potem „Winnetou w Dolinie Sępów” i „Winnetou i król nafty”, z kolei „Winnetou i Apanaczi”, a dalej ciąg zazębiających się epizodów: „Winnetou i Old Surehand”, „Winnetou i Old Firehand”, „Winnetou i Old Shatterhand”, by wreszcie zamknąć wszystko filmem „Winnetou w Dolinie śmierci”.

Grzechu był bardzo wysokim chłopakiem, z orlim nosem i malutkimi, rozbieganymi oczami. Zwykle wyprowadzał swojego foksteriera i odbywał z mamusią długie spacery. Szedł wtedy wyprostowany, jakby połknął kij, a rękę ze smyczą trzymał sztywno, prosto, bez ruchu. Foksterier maszerował jakoś dziwnie stępa, podnosząc nogi i także patrząc w jeden punkt przed siebie. Tylko gdy pies zaczynał wydalać, Grzechu i jego mamusia przystawali i zamieniali ze sobą parę słów. Kiedyś ich podsłuchałem i brzmiało to mniej więcej tak:

– No, no, mówiłem ci mama, że zaraz zrobi…
– Myślałam, że teraz jeszcze nie…
– A ja mówiłem ci, mama…
– No, miałeś rację Grzesiu… robi, robi…
– Ja ci, mama, mówiłem…
– No, no…

Gdy foksterier załatwił swoja potrzebę, nieruchomieli i ruszali dalej, chodnikami po osiedlu. Grzechu chodził z matką dla ochrony, bo często bywał obiektem różnych dowcipów. Raz poszczuliśmy jego foksteriera wielkim owczarkiem niemieckim Garsiji i gdyby nie jakiś starszy facet, to doszłoby do masakry. Innym razem rzuciliśmy z dachu garażu na Grzecha i jego foksiego trzy koty. Nie wspomnę tu o polewaniu wodą i szczynami, o najeżdżaniu rowerami, a wreszcie i ucięciu smyczy i schowaniu foksteriera w pustej skrzynce rozdzielczej.

No, ale nadeszły czasy filmów o Winnetou i nasz kolega zaczął się przeistaczać w Indianina. Jego orli nos i sępiaste spojrzenie powodowały, że rzeczywiście trochę przypominał mężnego wojownika z prerii Dzikiego Zachodu. Jego matka pracowała w jakiejś spółdzielni, która produkowała maskotki z kawałków króliczej skórki i przynosiła do domu pełne siatki futrzanych skrawków. Robili z tego rodzinnie poduszki, czapki, jakieś kołnierze do płaszczy, ale w czasach fascynacji wielkim wodzem pojawiło się inne zastosowanie. Grzechu zaczął tworzyć sobie strój Indianina, a więc najpierw przyozdobił swój czerwony pulowerek kawałkami króliczych ogonków, potem oderwał rękawy, by było widać jego muskularne (wtedy jeszcze kościste) ramiona. Wyglądało to, jakby wisiało na nim wiele pozabijanych, małych zwierzątek. Potem nadeszły dalsze innowacje, z których najwięcej pracy wymagało obciągnięcia pasa króliczym futrem, a potem dopasowanie go do pochwy zwykłej finki harcerskiej. Z kolei ponaszywał kawałki skóry zająca na spodnie, przyczepił ogonki do tenisówek, ulizał sobie włosy na mokro i tak przysposobiony do walki lub trudów wędrówki, wyszedł na podwórko.

Już dawno nikt nie sprawił nam takiej radości, bo gdy go zobaczyliśmy, ryknęliśmy takim gromkim śmiechem, że w pierwszej chwili zawahał się i chciał biegiem wracać do domu. Mężnie przemógł jednak strach, zatrzymał się na skraju chodnika i wściekłym, pełnym indiańskiej nienawiści wzrokiem patrzył na nas zaczepnie.

– Patrzcie chłopaki Grzesiu zmienił się w skunksa… – krzyknął pierwszy Bajkoś i śmiał się, trzymając się za brzuch.
– Co ty gadasz, to nie skunks, to zając wpuszczony do schroniska dla kulawych foksterierów… – zawołał Laluś.
– No, co wy, chłopaki, przecież to jest sam Winnetou… – krzyknął Marek Jajcarz i wywołał tym największą eksplozję śmiechu.

Grzegorz spojrzał żywiej na Jajcarza, odwrócił się majestatycznie i krokiem wojownika powędrował do domu. Długo jeszcze śmialiśmy się i opowiadaliśmy sobie najbardziej nieprawdopodobne historie, ale niebawem stało się coś dziwnego. Oto różni chłopacy zaczęli wymieniać znaczki, widokówki, jakieś breloczki, jakieś piękne kamyki i lusterka na skórki zajęcze. W ten sposób Grzechu jakby został zaakceptowany i stał się członkiem naszego podwórkowego plemienia. Coraz więcej pojawiało się noży i pasów obciągniętych futerkiem, coraz częściej skórki zdobiły chlebaki i torby szkolne. Obok naszego wodza stanął dumnie Old Shatterhand, którym został Piotrek, przezywany wcześniej Kurdupel.

Grzesiek kupił sobie toporek harcerski, przyozdobił go króliczym futerkiem i zaczął chodzić z Old Shatterhandem, dawnym Kurduplem, do pobliskiego lasu. Wprawiali się tam w rzucaniu do drzew sosnowych finką i toporkiem. Początkowo szło im słabo, ale po jakimś czasie tak się wyćwiczyli, że trafiali w ogromne pnie. Odbywali wielkie wyprawy po dużych połaciach leśnych, tropili „białych”, zaczajali się przy strumieniach na zbliżających się wrogów. Kiedyś, także czując w sobie zew indiańskiej krwi, poszedłem ich tropem i podglądałem, co robią. Zaraz na początku lasu były tory kolejowe, a za nimi ciągnęły się polany i młodniki, z których gdzieniegdzie wyrastały majestatyczne, wysokie na dwadzieścia metrów sosny. Szedłem za Winnetou i Old Shatterhandem i widziałem jak sprawnie przeskakują doły, jak czołgają się po mchu i jak w indiańskim języku wydają sobie komendy. Brzmiało to mniej więcej tak:

Jahaaaa, mułaaa, mułaaa, duuu paaaa mułaaa – wydawał rozkaz Winnetou i wskazywał toporkiem miejsce, gdzie ma się przemieścić towarzysz.

Ten przeskakiwał wprawnie jakiś dół i zaczajał się za drzewem, a potem nagle wydawał z siebie okrzyk:

– Japaa, japaa, japaa, kuru kuru, kuru kuru, mułaaa duu paaa…

Na taki okrzyk Winntou doskakiwał do Old Shatterhanda i razem przyglądali się przestrzeniom  „prerii”. Ja podążałem powoli za nimi, niczym złowieszczy zwiadowca białych, który wykorzystuje to, że wiatr wieje w przeciwnym kierunku. W pewnym momencie miałem nawet chęć doskoczyć do kolegów i wystraszyć ich jakimś groźnym okrzykiem, ale nieoczekiwanie sprawy potoczyły się inaczej. Z jednego z zagajników wyszedł sobie spokojnie jakiś staruszek, który mógł mieć już siedemdziesiąt lat. Zapewne wracał ze spaceru po lesie, czuł się odprężony, czasem zrywał jakiegoś kwiatka, czasem przyciągał gałązkę świerku i wąchał ją z wyrazem zachwytu na twarzy. Taki wróg, tak wyrazista blada twarz nie mogła umknąć uwadze Winnetou. Wciągnął demonstracyjnie dwa razy powietrze do płuc i wskazał dziadka, zbliżającego się powoli do ich kryjówki. Jednocześnie zakrzyknął:

– Jahaaaa, mułaaa, mułaaa, duuu paaaa mułaaa…

Wyciągnął dłoń z toporkiem w kierunku „wroga” i zmarszczył brwi. Mężczyzna przystanął na moment, bo mu się wydało, że coś słyszy, ale zaraz ruszył spokojnie dalej. Zbliżała się chwila ostatecznej rozprawy. Winnetou wyciągnął czerwoną pomadkę, którą zwinął mamie z łazienki, pomalował sobie kilka kresek na policzkach i czole, a potem oddał ją demonstracyjnie koledze. Ten też nałożył sobie barwy wojenne i z wielką powagą oddał atrybut walki wodzowi. Dziadek szedł i zrywał kwiatki, czasem też przystawał, patrzył na niebo i uśmiechał się promiennie do całej natury. Gdy zbliżył się do wielkiej sosny, wydarzenia rozegrały się z błyskawiczną szybkością. Winnetou wyskoczył z dołu i zawołał donośnie:

– Japaa, kuru kuru, kuru kuru, mułaaa duu paaa…

Jednocześnie zamachnął się i z rozmachem rzucił topór w kierunku oszołomionego mężczyzny. Broń poleciała ze świstem i wbiła się pięknie w korę sosny, jakieś pół metra od głowy „wroga”. Na to tylko czekał Old Shatterhand, który także wybiegł z ukrycia i krzycząc równie przeraźliwie, rzucił harcerską finką, która jednak, ze słabą mocą, trafiła rękojeścią w pień i odbiła się od niego. Dziadek spojrzał na biegnących napastników, odwrócił głowę i zerknął na wbity toporek, po czym ruszył biegiem w kierunku torów kolejowych. Nikt nie mógłby przypuszczać, że ten mężczyzna, w podeszłym wieku, lekko zgarbiony i powolny, tak szybko ucieknie z pola walki. Indianin i jego towarzysz tylko na to czekali. Wydarli się razem i zaczęli biec za uciekinierem, który jak najlepszy lekkoatleta przeskoczył tory kolejowe i gubiąc sandały, pognał w kierunku osiedla. Ale w tym momencie nastąpiła nieoczekiwana zmiana akcji, z innego zagajnika wyskoczyło dwóch milicjantów i biegiem zaczęło zbliżać się do Winnetou i Old Shatterhanda. Wojownicy wskazali sobie nowych napastników, jakoś tak ciszej krzyknęli:

– Japaa, japaa, japaa, kuru kuru, kuru kuru…

Następnie podbiegli do drzewa, Winnetou wyszarpnął toporek, Old Shatterhand zgarnął finkę i przeskakując dół, gdzie dopiero co się ukrywali, znacznie szybciej od zaatakowanego dziadka, pobiegli przez tory w kierunku osiedla. Milicjanci zwolnili i po chwili zaprzestali pościgu, a wtedy w oddali dał się jeszcze raz słyszeć wojowniczy okrzyk wodza Apaczów:

– Japaa, japaa, japaa, kuru kuru, kuru kuru, mułaaa duu paaa…

Nie miał on jednak swojej mocy i echo ledwie go powtórzyło pośród zagajników i wyniosłych pni sosen. Winnetou i Old Shatterhand nigdy nie dowiedzieli się, że blada twarz podążała ich tropem i była świadkiem tej haniebnej porażki. Wycofałem się sprawnie do gęstego młodniaka, poczekałem aż przejdą milicjanci i powoli, robiąc wielkie koło pośród drzew, pomknąłem do obozowiska białych.

MICHAŁ

Dobrzy i źli ludzie. Wracam do podjętego wcześniej wątku.. W moim życiu pojawiło się zaledwie trzech skrajnie złych ludzi, którzy realnie mi zaszkodzili. Ale też i trochę dopomogli, bo kolejny raz wyjątkowo się mobilizowałem. Mógłbym przedstawić ich historię i zapewne kiedyś to zrobię, ale na pewno w jakimś kontekście, w związku z jakąś sprawą. Nie wiem jednak czy zdążę to uczynić za ich życia, bo obserwuję jak szybko staczają się w przepaść. Zresztą pierwszy z nich już nie żyje, a ci dwaj też zapewne wkrótce powędrują jego śladem. Piszę to, choć wiem, że może to zabrzmieć okrutnie, ale logika w takich przypadkach jest nieubłagana. Opisywanie zła jest konwencjonalne i nie ma w sobie tej siły, jaką ma dobro – wolę zatem na razie mówić o ludziach światła. Może z czasem poświęcę i tym złym nieco uwagi, choć na to nie zasługują i na każdy opis zareagują drwiną, plotką, pomówieniem. Musiałem zmienić reguły mojego blogu, bo ostatnio zaatakował go osobnik, którego kiedyś znałem, a potem prawie o nim zapomniałem. Niczego sensownego w życiu nie zrobił, niczym się nie wyróżnił, opublikował trochę wierszy, zakopał się w niemieckim mieście i wracał do mojego grodu z zadęciem kosmicznym. Oczywiście został wciągnięty w lokalne rozgrywki, sprytnie wykorzystują go różni kolesie, „zauroczył” też moją byłą studentkę, teraz ambitną redaktorkę, która regularnie nagłaśnia go w pewnym informatorze. Jego „komentarze” świadczyły o tym, że długi okres narkomanii, pijaństwa i bełkotu wyżarł mu dziury w mózgu. Myślał, że będę z nim „dyskutował” lub wdam się w jakąś awanturę. Widzę, że pozostał na poziomie początku lat osiemdziesiątych, gdy jego jedynym pragnieniem było zaspokojenie. Szkoda człowieka… Czytelników tego dziennika proszę o komentarze i wpisy, ale muszę ich także chronić przed takimi śmieciarzami internetowymi, więc będę je publikował po wcześniejszej lekturze.

Jako kontrapunkt dla tego zarozumialstwa opowiem dzisiaj o Michale, którego poznałem dzięki naszemu wspólnemu hobby. Był on ornitologiem amatorem i kiedyś po prostu spotkałem go na obrzeżu miasta, a widząc, że obserwuje przez lornetkę orła bielika, siedzącego na nadwiślańskim drzewie, zacząłem rozmowę. Początkowo wydał mi się nieco mrukliwy, niechętnie ciągnący wątki dyskusji, ale też od razu wyczułem w nim coś niezwykłego, wartościowego, jakby światło przezierające przez głębokie zasłony. Okazało się, że tak jak ja próbuje fotografować ptaki, ma wiele książek, atlasów, albumów, prowadzi też notatki na ich temat. Jego młodość była szaleńcza, pił, zabawiał się na różne sposoby, uczestniczył w bójkach i wielu ludzi skrzywdził. Nawet tych najbliższych, nawet młodą żonę w ciąży, którą zostawił kiedyś płaczącą w domu, i ruszył z ferajną do knajpy. Często mu się zdarzało, że wracał nad ranem lub pił przez kilka dni. Szybko stał się znaną postacią w półświatku i codziennie balansował na granicy życia i śmierci. Jednej nocy został ciężko pobity i znalazł się w więzieniu. Tam miało miejsce zdarzenie, które odmieniło jego życie – znalazł się w jednej celi ze skatowanym mężczyzną, który umierając powiedział mu tylko jedno słowo: szkoda… Umarł z jakimś odcieniem uśmiechu i bólu na twarzy. Michał przeżył to bardziej od utraty wolności i zaczął rozmyślać o swoim życiu, dokonał podsumowania, które wypadło bardzo źle. Po wyjściu z więzienia, stale brzmiało w jego uszach owo szkoda… i postanowił, że resztę życia poświęci ludziom. Zatrudnił się jako pielęgniarz w pogotowiu ratunkowym i stale miał do czynienia z bólem i ze śmiercią. Widział ludzi umierających w domu, silnych mężczyzn, którzy padli na zawał lub wylew, kobiety odchodzące z powodu raka i innych chorób, starców wpatrzonych w sufit w ostatniej chwili i młodzieńców drżących ze strachu. Najbardziej przeżywał śmierć dzieci, którym nie można było pomóc i ofiar różnych wypadków. Jego praca spowodowała, że całkowicie przeprogramował swoje wnętrze, a w życiu najważniejsza stała się dla niego maksyma ks. Twardowskiego: Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą… I owo zapamiętane na zawsze: szkoda…

Gdy spotykaliśmy się podczas wypraw na dalekie stawy, gdzie przysiadały stada przelatujących ptaków, gdy chodziliśmy nad rzekami, w lasach, albo zasiadaliśmy w naszych mieszkaniach i długo rozmawialiśmy, chłonąłem jego opowieści. Mówił o ludzkim zarozumialstwie, które nie dostrzega, że każdy z nas ma tak mało czasu i każdy urodził się z piętnem śmierci na czole. Opowiadał o odejściach wielu ludzi, tych bajecznie bogatych, rozbijających się w luksusowych autach, tych skromnych, umierających cichuteńko w jakichś domach i o tych, którzy nawet nie zdołali zauważyć, że znikają z tego świata. Trzymał za rękę dziewczynkę, która wypadła z pędzącego pociągu i umierała w straszliwych męczarniach, patrzył w oczy kobiecie, która popełniła samobójstwo skacząc z mostu, wbijał igłę w rękę bandyty zadźganego przez wrogów i podawał adrenalinę chłopcu uderzonemu przez tramwaj. Dźwigał na noszach ludzi, którzy krzyczeli, że nie chcą umierać i tych, którzy spokojnie patrzyli w nicość. To nieprawda, że osoby pracujący w takich zawodach są odporne na tragedie, bo Michał w końcu zrezygnował ze tej pracy. Nie wytrzymał napięcia i tych powrotów do domu, gdy musiał być uśmiechnięty i nie chciał martwić najbliższych opowieściami o tym, co dopiero się wydarzyło. Znalazł spokojną pracę za biurkiem, w jednym z banków i zaczął podróżować z rodziną, stale rozwijał też swoje zainteresowania ornitologiczne. Cieszył się z każdego dnia i każdego małego życiowego sukcesu, z kupna szafki, dywanu, dobrego obiadu, wyjazdu nad jezioro i obserwacji zięby lub sójki, ze spotkania z przyjaciółmi. Nigdy nie słyszałem z jego ust złego słowa na temat innych ludzi, nigdy nie skarżył się, że jest mu ciężko. On wiedział, że życie jest chwilą i może się skończyć za zakrętem domu, w drodze do pracy, za godzinę, za parę chwil. Widział przecież śmierci tych, którzy mieli wielkie plany, tych z pierwszych stron gazet i tych, którym nikt na świecie nie pozostał. Otoczeni przez luksusowe sprzęty, bytujący w wielkich apartamentach i mieszkający skromnie, w malutkich pokoikach, dobrzy i źli, sprawiedliwi i oszuści, kochający i nienawidzący, mali i wielcy – wszyscy zdążają do tej chwili. Wszyscy odejdą , a z zawiści, nienawiści, z wyrządzonego zła nic nie zostanie. Tylko podobne nagrobki, tylko rozsypane prochy, tylko wieczne zapomnienie. Michał umarł nagle dwa lata temu, w wieku czterdziestu siedmiu lat, we śnie. Nie wiadomo dlaczego. Wiele dni nosiłem w sobie myśli o nim i o jego niespodziewanym odejściu i jak echo pojawiały się w moich myślach słowa: Szkoda człowieka…

KAMYK MOJŻESZA

Spotykamy ich w życiu niewielu. Częściej mamy do czynienia z ludźmi złymi i takimi, o których wolelibyśmy jak najszybciej zapomnieć. Ale czasem ich znajdujemy i wtedy serce nam rośnie, pojawia się duma, że jednak istnieją. Najczęściej są prości, kierują się czytelnymi zasadami i nigdy złego słowa nie powiedzą na innych ludzi. Szukają w otaczającym świecie harmonii i pragną coś dać drugiemu człowiekowi. Najczęściej oddają coś najcenniejszego: dobre słowo, mądrą radę, intencyjną modlitwę, czasem – w chwili bolesnej – dzielą się milczeniem. Parę lat temu, w amerykańskim uniwersytecie, zaprzyjaźniłem się z Murzynem, który sprzątał korytarze i pokoje. Miał na imię Moses, czyli po polsku Mojżesz. Wyglądał jak biblijny patriarcha, miał niezwykłe rysy twarzy, lekko przygarbioną sylwetkę, ale widać było, że w czasach młodości miał pięknie rozbudowaną muskulaturę. Początkowo zwracał się do mnie grzecznie i sprawnie opróżniał kosze ze śmieciami, froterował podłogę. Potem zatrzymywał się na chwile i zamieniał ze mną grzecznościowych kilka zdań, pytał o najprostsze rzeczy: skąd jestem, ile mam lat, czy mam rodzinę. W końcu zaczęliśmy prowadzić dłuższe rozmowy. Okazało się, że był w Wietnamie, skąd został karnie odesłany do Stanów i przetrzymywany w więzieniu za odmowę wykonania rozkazu. Nie chciał zabijać i wyrażał głośno swoje pacyfistyczne poglądy. W tamtych czasach karano za to więzieniem i straszono śmiercią. On się jednak nie ugiął, przesiedział dwa lata w różnych więzieniach i czekał aż świat się zmieni. Przyjeżdżała do niego jego ukochana żona Lucy i opowiadała mu, że dzieci robią postępy w szkole, że dwunastoletnia Mariah ma bardzo dobre oceny, a dziesięcioletni Moses Jr. ma wielkie talenty sportowe. Nigdy się nie załamał i nigdy się nie poddał, wciąż powtarzał na przesłuchaniach to samo: wojna nie ma sensu, a ludzie powinni się kochać, bo mają mało czasu na tej ziemi. Któregoś dnia Lucy nie przyjechała i zmartwił się serdecznie, bo coś przeczuł. Po kilku dniach otrzymał złowieszczą wiadomość, że jego żona i dzieci zginęli w wypadku samochodowym. Jakiś pijany młodzieniec najechał na ich samochód i zginęli na miejscu.

Po dwóch miesiącach wypuścili go z więzienia i wrócił do ich malutkiego domku, na obrzeżu Buffalo. Zajął się najpierw naprawą wentylatorów, bo to wcześniej także robił w armii. Jakoś z tego żył, starczało mu na jedzenie, na cotygodniowy bilet do filharmonii lub na mecz koszykówki, na świece i kwiaty, które zanosił na grób żony i dzieci. Słuchał muzyki Bacha i Vivaldiego, Beethovena i Orfa, kibicował drużynie uniwersyteckiej i robił to, co do niego należało. Ale czuł się samotny, wracał do domu i nikt na niego nie czekał, wstawał rano i nikt nie mówił dzień dobry. Pięć lat po śmierci najbliższych, gdy pracował już w uniwersytecie jako konserwator wentylatorów, poznał Ann – czarną kobietę mniej więcej w jego wieku. Miał wtedy czterdzieści osiem lat, a ona była o rok młodsza. Widywała go na koncertach i w budynkach uniwersyteckich i coraz bardziej wzbudzał jej zainteresowanie. W końcu zagadnęła go podczas jednej z przerw koncertowych i dowiedziała się, że jest sam. Usłyszał, że ona jest wykładowcą i tak jak on nie ma już nikogo bliskiego. Jej wykłady na temat rdzennej kultury afroamerykańskiej cieszyły się sporym powodzeniem i nie narzekała na brak zajęć. Kiedyś miała męża Johna i byli ze sobą bardzo szczęśliwi, ale zmarł nagle na zawał serca. Moses nigdy nie dzielił ludzi na lepszych i gorszych, ale darzył szczególnym szacunkiem wykładowców, ludzi mądrych i dzielących się wiedzą ze studentami. Czuł się z tego powodu trochę nieswojo w jej towarzystwie, ale szybko się okazało, że jest im dobrze ze sobą. Razem odwiedzali na cmentarzach swoich bliskich i spędzali w swym towarzystwie każdą wolną chwilę. Przez cztery lata trwał ten związek, aż do niespodziewanej śmierci Ann. Pewnego dnia, gdy ją odwiedził w jej domu – nigdy nie zamieszkali razem, choć nosili się z tym zamiarem – znalazł ją na podłodze. Obok wisiała słuchawka telefonu, a jej pies biegał po całej posiadłości i szczekał rozpaczliwie. To był wylew krwi do mózgu i fatalny zbieg okoliczności, bo akurat nikt nie odwiedził jej tego dnia i nikt nie udzielił pierwszej pomocy. Moses zamknął się w sobie, poszedł na emeryturę wojskową, którą teraz, po latach, mu przyznano. Dorabiał też sobie jako sprzątacz w jednym z budynków uniwersyteckich. Powiedział mi, że nigdy do końca się nie załamał, nigdy nie zaparł się wiary. Nawet gdy stracił żonę i dzieci, gdy siedział w więzieniu i potem znalazł Ann martwą na podłodze, widział swoje życie z oddali, wpisane w jakiś wielki, przeogromny plan. Przyjął wszystkie ciosy z pokorą i cieszył się, że czasem może w czymś pomóc jakimś ludziom. Gdy czyścił kosze, ścierał kurze, polerował podłogi, albo gdy naprawiał jakieś drobne usterki, czuł się potrzebny. Nigdy się nie skarżył, nigdy nie odgrażał się Bogu, żył tak jak mógł żyć. Mówił, że inni ludzie miewali w swoich życiach większe tragedie, wiedział to z biografii, które z upodobaniem czytał i z własnych doświadczeń, z licznych kontaktów z wieloma osobami.

Zastanawiałem się, co ja mogę mu ofiarować, jakie fakty mojego życiorysu mógłbym mu przekazać, wyodrębnić, położyć na szali. Choć sporo przeżyłem i wiele było zdumiewających wydarzeń w moim życiu, czułem się onieśmielony. Słuchałem jego opowieści i milczałem, od czasu do czasu tylko komentując to i owo. Poszliśmy razem na koncert muzyki poważnej. Orkiestra grała III Symfonię Beethovena, a ja przez cały czas łapałem się na tym, że zerkam na Mosesa i odnoszę dramatyczne partie utworu do jego życia. Gdy słuchał muzyki jego twarz łagodniała i w kącikach ust pojawiał się delikatny uśmiech. Przymykał oczy i słuchał, a gdy je otwierał wyglądał jakby wracał z innych przestrzeni, z miejsc, gdzie nie docierają śmiertelnicy. Gdy wyjeżdżałem z Ameryki, uścisnął mnie mocno i powiedział bym na siebie uważał, powiedział też, że pozostanę w jego modlitwach. Wyciągnął z kieszeni jakiś kamyk i dał mi go. Powiedział, że wydobył go z rzeki Niagary, niedaleko wodospadu i że jest w nim ogromna moc… Zrozumiałem jego przesłanie i przywiozłem ten kamyk do domu. Pisząc to wspomnienie mam go tuż przy sobie, a zwykle leży na mojej półce nad biurkiem, obok kamyków z Central Parku, obok muszli z Florydy, Adriatyku i Turcji. Patrzę czasem na niego i myślę o Mosesie, co teraz robi, czy przemierza korytarze uniwersyteckie? A może słucha muzyki, może samotny siedzi w swoim domu, a może komuś innemu opowiada swoje dzieje. Nigdy go nie zapomnę i nigdy nie przeciwstawię się jego wskazaniom, to także dzięki niemu kieruję się w życiu zasadą nonviolence. Choć znam reguły sztuk walki, choć radziłem sobie jako bokser i przywódca ogromnej grupy pokoleniowej, dziękuję Mojżeszowi za jego przesłanie i tak jak on przyjmuję wszystko, co się w życiu wydarza. Gdy niedawno zły człowiek stanął na mojej drodze, a moi koledzy dowiedzieli się o tym i chcieli z nim zrobić „porządek”, powiedziałem, jak Moses, że inni miewają większe tragedie. Nie zgodziłem się by cokolwiek mu się przydarzyło, bo każda krzywda woła głośno do nieba… Powinniśmy się martwić o naszych wrogów, bo sami uruchomili lawinę, zepchnęli pierwszy kamyk…

%d blogerów lubi to: