KSIĄŻKI NAJWAŻNIEJSZE (XI)

Sylvia Plath

Szklany klosz – jedyna powieść Sylvii Plath – ukazała się w Londynie na progu stycznia i lutego1963 roku, sygnowana pseudonimem Victoria Lucas. Pisarka bała się konsekwencji, jakie mogły wyniknąć po opublikowaniu utworu, bo dotykał on najintymniejszych zdarzeń z jej życia osobistego. Prawdziwie ukazała w nim załamanie nerwowe młodej dziewczyny, jej próby samobójcze i atmosferę rodzinnego domu, w którym obecność i zachowanie matki nie zapewniały spokoju i wciąż generowały wewnętrzne konflikty. Już w miesiąc po tym debiucie – rankiem 11 lutego 1963 roku – znaleziono Sylvię martwą w jej londyńskim mieszkaniu. Polskiemu czytelnikowi dość dobrze znane są losy tej pisarki, jednej z głównych bohaterek mitu kontrkultury lat sześćdziesiątych, przez krytyków określanej jako Medea i Elektra współczesnej literatury amerykańskiej. Pojawiły się w Polsce zbiory wierszy Plath, kilka razy wydano wskazaną wyżej powieść, ukazały się też w znakomitym opracowaniu Michała Sprusińskiego, pisane do matki i brata, Listy do domu. Właśnie matka i Ted Hughes usiłowali przeszkodzić w opublikowaniu Szklanego klosza, a były mąż pisarki prowadził nawet batalie sądowe z krytykami o interpretację tej spuścizny. Niewątpliwie powieść Plath przyczyniła się znacznie do powstania mitu jej tragicznego życia – od początku; od momentu odejścia ojca – naznaczonego piętnem śmierci. Stała się też jakby – nieco tylko zawoalowanym – dokumentem jej tragedii i jakże przegranego losu. Powieść zaczyna się od refleksji głównej bohaterki Esther Greenwood: Upalne to było lato, dziwne lato, w którym stracono Rosenbergów, a ja siedziałam w Nowym Jorku i nie bardzo wiedziałam po co i dlaczego. Głupio mi się robi na myśl o karze śmierci. Sama wzmianka o tym, że można uśmiercić człowieka za pomocą prądu, przyprawia mnie o mdłości, (…). Nie miałam powodu utożsamiać się z Rosenbergami, ale mimo woli wciąż wyobrażałam sobie, jak to jest, kiedy kogoś smaży się żywcem prądem, puszczonym po wszystkich nerwach. Kończy natomiast powieść, opis opuszczenia szpitala dla nerwowo chorych, w którym bohaterka przebywała po nieudanej próbie samobójczej. Pomiędzy tymi zdarzeniami zawiera się krótki życiorys młodej Amerykanki, biografia  jakich wiele, powiedzieć można – niczym specjalnym się nie wyróżniająca. Nauka w szkole, studia na uniwersytecie, spotkania z chłopcami, pierwsze miłosne inicjacje, jakieś przyjęcia, zatrucia, picie alkoholu i rozmyślanie nad naturą mężczyzny. Ale oprócz tego w życiorysie Esther odnajdziemy liczne niezborności – oto świadomość młodej dziewczyny, odnoszącej pierwsze sukcesy zawodowe i artystyczne, wyposażona została w coś na kształt drugiego dna, odbijającego echa wszystkich zdarzeń, małych i wielkich, mniej lub bardziej istotnych.  Spotęgowane wracają do jej psychiki  i każą żyć po wielokroć, rozpamiętywać dawno przeszłe zdarzenia, które inna dziewczyna zapomniałaby od razu, a które ledwie mogłyby być wspomnieniami. Tymczasem Esther wciąż od nowa wraca do punktu wyjścia, wciąż drepcze w miejscu, a najbłahsze zdarzenia nie pozwalają jej pogodzić się ze światem, z koleżankami, z najbliższą rodziną. Wstępna partia powieści jest także wnikliwym, sarkastycznym opisem nowojorskiego środowiska naukowo-artystycznego, w którym właściwie wszystko podporządkowane jest swoistej logice sukcesu, w którym jednostka czuje się wyobcowana i niepotrzebna. Plath ze szczególną lubością maluje różnorakie wynaturzenia tego rodzaju – na dwóch stronicach opisuje pijaną do nieprzytomności przyjaciółkę Doreen (Fontanna brunatnych rzygowin trysnęła z jej ust i rozlała się wielką kałużą u moich stóp), która jest jej całkowitym zaprzeczeniem. Pozbawiona barier, cieszy się życiem i bierze od niego, co tylko się da. Natomiast Esther nie potrafi bezkrytycznie oddawać się męskiej próżności, nie potrafi nie analizować – nieomal w każdej chwili – swojego zachowania. Jej chorobliwe roztrząsanie zdarzeń prowadzi ją na skraj wyczerpania i choroby nerwowej, która przybierze na sile, gdy Esther wróci do domu i dowie się, że jej plany pisarskie spaliły na panewce, że nie otrzyma stypendium, nie została też zakwalifikowana na kurs pisania dla rokujących nadzieje pisarzy. W tym momencie zaczyna się jakby druga część powieści i nowy etap w życiu bohaterki. Jej stan przypomina teraz rozedrganie gorącego powietrza, widzianego z oddali, jest jak falowanie morza i nieustanny ruch wahadłowy. Zdając relację z tego co czuje, mówi: Miałam wrażenie, że z moich nerwów unosi się dym, tak jak z rusztów rozstawionych wzdłuż plaży i z rozpalonego asfaltu na pobliskiej szosie. Zdawało mi się, że cały ten krajobraz – plaża, wybrzeże, woda i skała – faluje jak teatralna dekoracja. Wszystko teraz jakby sprzysięga się przeciwko bohaterce – lekarze, matka, dawni przyjaciele i przyjaciółki. Esther doświadcza potworności źle przeprowadzonego zabiegu elektrowstrząsu – patrzy na świat szpitali psychiatrycznych, na korytarze pełne ludzi w bieli i na chorych, jak na piekło przeniesione na ziemię. Zaczyna być nieufna wobec samej siebie, gdy stale powracają do niej falami wspomnienia. Tak błąka się bez celu z miejsca na miejsce i próbuje na różne sposoby popełnić samobójstwo. Opisy stają się teraz dosadne i choć ich autorka jest kobieta, rażą beznamiętną otwartością i drobiazgowością: Kilka dni przedtem próbowałam się powiesić. Kiedy matka wyruszyła rano do pracy, wyciągnęłam jedwabny sznur z jej żółtego szlafroka kąpielowego i siadłszy na łóżku wzięłam się do robienia pętli. Czynność ta zabrała dużo czasu, ponieważ nigdy mi to dobrze nie szło, a już szczególnie nie miałam pojęcia, jak zrobić solidną pętlę. (…) Jedynym wyjściem było utopienie się tu i to już. Zatrzymałam się. Nachyliłam głowę i dałam nurka, rękami rozgarniając wodę. Poczułam ucisk na sercu i szum w uszach. Ale po kilku sekundach morze wyrzuciło mnie na powierzchnię. Albo ten instruktażowy opis czynności presuicydalnych: Miałam dokładny plan działania. (…) Zeszłam w dół, wzięłam ze stołu bladoniebieską kopertę i napisałam na niej starannie wielkimi literami: UDAJĘ SIĘ NA DŁUGI SPACER. (…) Wpadłam na górę i przystawiłam krzesło do szafy ściennej. (…) wyjęłam buteleczkę z moim nowym lekarstwem (…) i udałam się na dół do piwnicy. Tam bohaterka starannie ukrywa się przed oczyma matki i łyka około pięćdziesięciu tabletek uspakajających, po czym natychmiast zasypia. Dodajmy, że przytoczone wyżej fakty miały miejsce w życiu Sylvii Plath, a beznamiętność jest tutaj naturalną funkcją swobodnej relacji – pisarka jakby przekornie popisuje się przed czytelnikiem zdarzeniami, które przywiodły ją na skraj przepaści, które kazały jej odebrać sobie życie. Wszystko wszak wydaje się jej bez sensu wszystko ma jakąś duszną konsystencję i przywodzi na myśl zamknięcie pod szklanym kloszem: Dusiłam się zagęszczonym powietrzem, wypełniającym wnętrze szklanego klosza. Esther nie potrafi wrócić do życia, tak jak nie potrafi kochać, cieszyć się ciepłem, barwą, światłem. Wszystko zdaje się przytłumione i matowe (czyżby wynik zabiegów elektrowstrząsowych?), wszystko gdzieś zdaje się odpływać, ginąć w martwej dali. W takiej perspektywie tylko śmierć staje się pewnikiem, tylko śmierć – będąc wielką niewiadomą – jawi się jako wielka obietnica. Powieść Sylvii Plath rozgrywa się też w innych planach – jak trafnie ujął to jeden z amerykańskich krytyków, została ona jakby napisana z perspektywy pośmiertnej, bo miała być relacją dojścia, relacją z wszystkich potyczek z życiem i poniesionych klęsk. Niewiele jest we współczesnej literaturze światowej tego rodzaju „dokumentów”, niewiele znajdziemy tak wstrząsających relacji  – poprzez materię instruktażową – mających wszelkie znamiona naukowości. Trudno się zatem dziwić, że Sylvia Plath stała się sztandarową postacią różnorakich literackich izmów. Jedni objaśniają ją przy pomocy Freuda, inni widzą w jej twórczości materializację idei głoszonych przez dziwacznych guru epoki kontestacji, a jeszcze inni posiłkują się jej przykładem, by tworzyć swoistą religię śmierci – by udowadniać, że jedynie ona ma jakikolwiek sens. W rzeczy samej śmierć była dla amerykańskiej pisarki  wielką obsesją, immanentnie tkwiącą w jej świadomości i wychylającą się groźnie spod podświadomości. Od momentu, gdy miała osiem lat i spojrzała w oczy martwemu ojcu, dostrzegła w nich ów mały płomyk, który później tak ją wewnętrznie rozpalał, a gdy doszła kresu – spalił na popiół… Dramat Sylvii i jej bohaterki polega też i na tym, że do końca jest ona świadoma jego rozmiarów i jakby dobrowolnie płonie na stosie własnych fobii, lęków i depresji. Ta świadomość pozwoli jej powiedzieć na kilkadziesiąt godzin przed śmiercią bez histerii, bez niepotrzebnej ornamentyki: Kobieta osiągnęła pełnię. /Jej martwe/ Ciało w uśmiechu spełnienia (…). Sylvia Plath odeszła spokojnie brzegiem morza, zostały po niej tylko ślady stóp, które powoli rozmywała fala. Wcześniej tędy szła Esther Greenwood…
______________________
Sylvia Plath, Szklany klosz, tł. Mira Michałowska, Książka i Wiedza, Warszawa 1989, s. 365.

Reklamy

KORA DRZEW

Podczas moich podróży i wypraw fotografuję wiele drzew, szczególną uwagę zwracając na ich liście, gałęzie i korę. Faktura i barwa tych naturalnych struktur przypomina obrazy abstrakcyjne i stanowi świat sam w sobie. Na tych chropowatych lub gładkich przestrzeniach rozgrywają się dramaty bezkręgowców i ptaków (szczególnie dobrze znają korę kowaliki i pełzacze), trwa nieustanna metamorfoza, pojawiają się stale nowe elementy, a stare próchnieją, odpadają od pnia i stają się cząstką podściółki. Widzę czasem zdziwienie ludzi, którzy przyglądają mi się i nie mogą zrozumieć dlaczego ten dziwak fotografuje wielokrotnie jakieś drzewo, czasem nawet podchodzą i przyglądają się z bliska miejscom, które utrwalałem. Przecież to zwykła kora – myślą… Dla mnie jednak jest ona niezwykła i stanowi jeden z cudów egzystencji na ziemi, a fotografowana staje się częścią wielkiego archiwum mojego życia.

Grosza oliwkolistna

Daglezja zielona

Ewodia chińska

Platan

Chińska osika

Jesion

Grusza chińska

Żółtnica pomarańczowa

Topola osika

Kłęk kanadyjski

Morwa biała

Sosna

Klon

Świerk chiński

CHŁOPAKI Z MOJEGO ROCZNIKA

Ten drobny koleś, pierwszy z lewej, to ja... Dalej Lesiu Klimko, Krzychu Spławski, Żiółek, Waldek Działoszewski, młodszy Feryś i Czary

GENERATION 1958

The boys of my generation made military tattoos
They were wearing silver-chained cents around their necks
The boys worked out a lot changing the sports disciplines
They threw one hundred meters high dreams javelin
They shot-put their will- glided over time zone
Whoever fall through had to try over again
The boys of my generation knew television and Gagarin
They once read there was Auschwitz and death
 And who couldn’t believe it took their own lives for love or just to try
The boys were wearing jeans and logo T-shirts
They liked drinking beer and taking up studies
In the evenings they got together around their blocks
Of flats to discuss how to survive during
the next couple of days

Tranlated by Alina Jelińska-Żelazny

ROZPACZ KURDYSTANU (1)

A zatem postanowione… Pod koniec listopada jadę do irackiego Kurdystanu… Zadzwonił mój przyjaciel Hatif Janabi i poinformował mnie, że wszystkie formalności zostały załatwione. Zostałem zaproszony na wielki festiwal literacki do As-Sulajmaniji, podczas którego będę prezentował dokonania polskiej literatury, wygłaszał wykłady i czytał wiersze, a nade wszystko poznam wielu pisarzy i artystów tego egzotycznego kręgu kulturowego. Jestem bardzo podekscytowany, ale wszyscy odradzają mi wyjazd, pamiętając o niedawnych wydarzeniach w tym kraju, o licznych porwaniach, zabójstwie polskiego dziennikarza Waldemara Milewicza, o tysiącach poległych Amerykanów i setkach tysięcy zabitych Irakijczyków. „Nie pchaj się do Iraku, bo cię tam zabiją…” – mówi mój ojciec, a wtóruje mu mama i wielu moich przyjaciół, z którymi rozmawiam o tej wyprawie. Nie należę raczej do lękliwych osób, radziłem sobie w amerykańskim Elizabeth, określanym jako najbardziej zdeprawowane miasto tego wielkiego kraju, byłem w innych groźnych regionach świata, ale tym razem czuję rzeczywiście lekki niepokój, wiem jednak, że w końcu zdecyduję się i ruszę. Tak też się stało – w środku nocy wychodzę z domu i jadę autobusem na dworzec kolejowy, a moje miasto żegna mnie gęstą mgłą i widowiskowymi kulami świateł w różnych miejscach. Jadę długą ulicą prowadzącą do centrum i kontempluję sznury rozbłysków, ciągnące się w dal mleczno-żółte lampiony, czerwone i fioletowe lampy przy torach kolejowych. Po czterdziestu minutach jestem już na dworcu, kupuję bilet i udaję się na peron, gdzie stoi podstawiony pociąg pośpieszny do Warszawy. Czekam kilkanaście minut i po odjeździe prawie od razu zapadam w sen, budząc się tylko podczas kolejnych postojów i wtedy, gdy konduktor sprawdza bilety. Na dobre ożywiam się w okolicach stolicy, jem jedną bułkę z szynką i serem, popijam wodą mineralną i powoli zaczynam przygotowywać się do wysiadki. Pociąg zatrzymuje się z piskiem i po wytaszczeniu walizki, udaję się z peronu do poziemnych korytarzy, gdzie mam zamiar wypić kawę. Krążę trochę po ciągnących się w dal hallach i w końcu kupuję upragniony gorący napój w restauracji Mc Donalda. Wyciągam jeszcze jedną bułkę i jedząc ją powoli, przyglądam się ludziom za oknem, najczęściej szybko gdzieś podążającym, ciągnącym torby i pakunki na kółkach, rozmawiającym przez telefony komórkowe, albo dumnie patrzącym przed siebie. Mija pół godziny, dochodzi ósma, wychodzę zatem na otwartą przestrzeń przed Dworcem Centralnym i postanawiam od razu udać się na lotnisko Okęcie. Prawie natychmiast przyjeżdża autobus, do którego wsiadam, znajduję wolne miejsce i przyglądam się miastu za oknami, kolejnym mijanym skrzyżowaniom i nowym budynkom, nowoczesnym hotelom i  niezliczonym samochodom. Ile to już razy jechałem z bagażem tym traktem i ile razy nachodziły mnie refleksje, ekscytowałem się bliskim lotem i obietnicą przeżycia nowej przygody.

Wchodzę do nowego terminalu i siadam na jednej z ławek, przyglądając się ludziom stojącym w kolejkach albo wędrującym z prawa na lewo, prowadzącym za rękę małe dzieci albo podbiegającym do jakichś większych grup. Lubię atmosferę lotniska i nigdy się na nim nie nudzę, a bywało przecież, że czekałem w portach lotniczych Amsterdamu, Wiednia, Nowego Jorku, Moskwy czy Pekinu przez cały dzień. Obserwuję ludzi, ich zachowania, twarze i gesty, czasem też docierają do mnie strzępy rozmów po angielsku lub rosyjsku, jakieś pojedyncze słowa w języku niemieckim czy francuskim. Potem idę do jednej z restauracji, z których rozpościera się widok na pas startowy i przyglądam się samolotom wznoszącym się znad nich i przybywającym z daleka, elegancko siadającym na ziemi. Tym razem chcę się jak najszybciej pozbyć ciężkiej walizki, więc – zgodnie ze wskazaniami biletu elektronicznego – idę do stanowiska LOT-u, gdzie miła brunetka wita mnie z promiennym uśmiechem. Niestety okazuje się, że po raz pierwszy podczas moich podróży, coś się nie zgadza, coś jest nie tak i kto wie czy w ogóle polecę do Iraku. Nie ma mnie na liście pasażerów polskiego samolotu, odlatującego z Warszawy do Stambułu i nic nie dają poszukiwania według klucza alfabetycznego, narodowościowego i według numeru paszportu. Organizatorzy wyprawy informowali mnie, że lecę LOT-em do stolicy Turcji, a stamtąd po długim czekaniu, będę miał nocny samolot do Erbilu, dane biletu jednak się nie zgadzają. Dowiaduję się, że piętnaście minut później leci też do Stambułu samolot Turkish Airlines i niewykluczone, że będę na liście jego pasażerów. Muszę jednak poczekać dwie godziny na otwarcie biura tureckich linii i sprawdzenie w ich komputerach czy polecę, czy może jednak nie… Siadam na piętrze, przy drzwiach oficyny i zagłębiam się w myślach, rozważam co mnie czeka w najbliższych latach, bo przecież czas pędzi do przodu i trzeba wyodrębnić działania, które będą najważniejsze i rozpłomienią moją wewnętrzną pasję. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo, ale z drugiej strony bez kłopotów i nieustannego ich pokonywania, bez ciągłego dążenia niczego bym nie zrobił, nie znalazłbym się w tylu miejscach na ziemi i nie spotkałbym tylu wspaniałych ludzi. Po godzinie przychodzi wreszcie jakiś urzędnik i uprzejmie sprawdza czy jestem na liście pasażerów. Okazuje się, że moja rezerwacja została wycofana, ale pojawiła się nowa, dokonana z Berlina. Wszystko zatem wraca do normy i mogę iść nadać bagaż w określonym miejscu, a potem udać się do strefy wolnocłowej i czekać na lot.

W jednym ze sklepów kupuję małą buteleczkę whisky, idę przez długi hall i siadam przy ogromnym oknie, za którym startują i lądują samoloty. Piję powoli whisky, a blisko mam polskiego Boeinga 767, takiego samego jak ten, którym super-pilot Tadeusz Wrona wylądował bez wysuniętego podwozia. Każdy kto latał samolotami wie jak skomplikowana operacją jest posadzenie wielkiej maszyny na ziemi i ile razy jest to dość twarde uderzenie. 1 listopada 2011 roku pilot uratował życie 231 osób, w mistrzowski sposób ślizgając się po pasie startowym i ledwie w nieznacznym stopniu uszkadzając statek powietrzny. Tacy ludzie każą wierzyć, że świat jest dobry, a życie ma wielką wartość i zdarza się tylko raz. To oni są po drugiej stronie świata nieludzkich bestii, mordujących, oszukujących, intrygujących i wierzących, że są niczym duchy nieśmiertelne. Widzę jak wielka jest to maszyna, ile musi ważyć ton i jakim dokonaniem było bezbłędne ulokowanie jej na pasie, wybór właściwego kąta natarcia i szybkości, skorelowanie wszystkich niezbędnych parametrów i wskazań przyrządów. Za oknem małe i wielkie samoloty wzbijają się do lotu, a inne siadają na płycie lotniska i szybko kołują do rękawów, trwa nieustający taniec, w którym wszystko ma swoje miejsce i jest sterowane z wieży kontrolnej. Słyszę informację, że lot tureckich linii do Stambułu będzie trochę opóźniony, bo oczekiwany Airbus jeszcze nie przyleciał. Po pół godzinie widzę jednak jak ląduje, a potem zbliża się do miejsca, gdzie siedzę, jak zostaje połączony z ruchomym tunelem i z którego zaczynają wysypywać się pasażerowie. Sporo osób o ciemnej karnacji skóry, z czarnymi włosami, kilkanaście kobiet w charakterystycznych muzułmańskich chustach, nazywanych w krajach arabskich hidżab, w Turcji – czarczaf, a w Iranie – czador, jacyś Murzyni i Metysi, grube mieszkanki Czarnej Afryki i wielu Europejczyków. Podjeżdżają samochody właściwych służb, zaczyna się sprzątanie samolotu, wydobywanie bagaży pasażerów, czasem przy wejściu pojawia się stewardesa lub mężczyźni z jakimiś dokumentami. Mija kolejne kilkanaście minut i załoga zgłasza gotowość do przyjęcia nowych podróżnych, co powoduje rozgardiasz, nawoływania i szybkie podbieganie ludzi do stanowiska ostatecznej odprawy. Tym razem proszą jednak o wchodzenie na pokład najpierw pasażerów, którzy mają zająć ostatnie sektory w maszynie. Tym sposobem szybko zostaję sprawdzony, podążam tunelem i witany z uśmiechem przez stewardesę o urodzie tureckiej księżniczki, wchodzę do środka samolotu. Mam miejsce przy oknie i śledzę kolejne etapy przygotowań do lotu, pojawianie się nowych samochodów, tym razem ładowanie bagaży, krzątanina przy kołach, sprawdzanie poszycia przez jednego z członków załogi, a potem już szybkie przemieszczanie się na pas. Pilot informuje, że jesteśmy gotowi do lotu i włącza pełną moc silników, co powoduje, że szybko nabieramy prędkości i we właściwym momencie odrywamy się od ziemi, ostro wznosząc się ku górze. Widzę ulice i domy Warszawy, sznury samochodów, linie kolejowe i tramwajowe, ale po kilkudziesięciu sekundach wszystko spowijać zaczyna mgła i  wkraczamy w strefę coraz gęstszych chmur. Wyraźnie widoczny jest przechył samolotu i uniesienie jego przodu ku górze, słychać miarowo pracujące silniki, a za oknem przesuwają się coraz to dziwniejsze fantomy oparów i mlecznych kulistych tworów. Wreszcie wypływamy ponad te warstwy i z boku wyskakuje silnie operujące słońce, wszystko nabiera plastyczności i jawi się w tysiącach kolorów, odcieni i blasków.

KRASIŃSKI GIGANTOMACHIA

Ukazała się moja nowa książka, która jest trzecią częścią życiowego zamierzenia – kulturowego opisu dorobku czterech polskich największych romantyków: Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Zygmunta Krasińskiego i Cypriana Norwida. Niżej zamieszczam fragmenty recenzji wydawniczych dwóch profesorów zajmujących się romantyzmem i mających określoną rangę w polskim literaturoznawstwie.

Praca Dariusza T. Lebiody należy do grupy tych prac naukowych z zakresu humanistyki współczesnej, które, opisując dane zjawisko kulturowe, nie wyczerpują się w samym opisie, ale stają się autotelicznym, samoistnym dziełem w kategoriach artystycznych. Pod tym względem książka o gigantomachii Krasińskiego jest w swej strukturze paralelna do dzieł religioznawczych Mircei Eliadego – będących opisem, więc lekturą z natury swej przedmiotową, i samorodnym dziełem narracji naukowej, a zatem tekstem przynależnym raczej do sfery podmiotu. Toteż nieprzypadkowo metodologicznym oraz filozoficznym zapleczem intelektualnym Gigantomachii stają się fenomenologiczne opisy hiero- i teofanii, na które zwracał uwagę Eliade. Myśl Krasińskiego w tym kontekście interpretacyjnym wyrasta poza paradygmat poznawczy i artystyczny swej epoki, staje się uniwersalna, wpisuje w pozaczasowy nurt walki dobra ze złem, rozumienia świata z nierozumem. Praca Dariusza T. Lebiody jest spójna i zbudowana na solidnym fundamencie. Począwszy od tytułu po konkluzje zawarte w zakończeniu swój intelektualny byt buduje na idei walki, idei, która – czego dowiedziono – organizowała pisarstwo Krasińskiego, gdy koncentrowało się ono na motywie walki dobra ze złem (strojącym się w różne piórka) i w sferze artystycznej, gdy napięcie w dziele literackim budowane było miedzy zantagonizowanymi protagonistami utworu. Na zakończenie pragnę podkreślić jeszcze jedną zaletę książki Dariusza T. Lebiody. Otóż rozważając kategorię gigantyzmu, pozwala ona na odróżnienie wielkości budowanej w epoce romantyzmu od gigantomanii innych epok, gigantomanii, której przejawem może być architektura socrealizmu, np. Pałac Kultury w Warszawie. Lebioda nie robi publicystycznych wycieczek w wiek XX, ale w recenzji mogę podkreślić, że z pietyzmem zaznaczono tu granicę między romantycznym tytanizmem, budowanym po to, by wznosić, powiększać, by wreszcie czynić człowieka potężniejszym, a żałosnym w swych efektach totalitaryzmem, który kategorię gigantyzmu wykorzystywał po to, by poniżyć jednostkę, by człowieka pomniejszyć i odebrać mu dumę z własnego istnienia. Uważam, że Krasiński. Gigantomachia Dariusza Tomasza Lebiody jest książką ważną, odkrywczą w wielu aspektach badania literatury i kultury epoki romantyzmu, jest pracą znacząco zwiększającą naszą wiedzę o autorze Irydiona oraz o estetyce i filozofii epoki romantyzmu.  [Prof. dr hab. Andrzej Fabianowski]

Z przekonaniem polecam tę pracę do druku – jako interesującą (ale i w wielu miejscach skłaniającą do dyskusji i interpretacyjnego samookreślenia) próbę ogarnięcia „całego Krasińskiego”, pełni jego dorobku za pomocą jednej, kluczowej kategorii interpretacyjnej.  Warto – stwierdzam to jednoznacznie – tę pracę opublikować, by polonistyczna refleksja mogła się wzbogacić o koherentną propozycję nie tyle interpretacji całości dorobku, ile pełni indywidualnej wyobraźni autora Resurrecturis. Jest to – powiem o książce Lebiody z pewnym zdecydowaniem – godna poznania i namysłu   p r o p o z y c j a   i n t e r p r e t a c y j n a.  [Prof. dr hab. Jarosław Ławski]

ŚWIAT STAROŻYTNY (XVIII)

Czytam o szmaragdach w Historii naturalnej Pliniusza Starszego i przy okazji zbieram informacje z dostępnych mi encyklopedii, leksykonów i książek mineralogicznych. To jeden z rodzajów berylu, minerału z grupy krzemianów, którego nazwa w języku greckim (smaragdos) i łacińskim (smaragdus) znaczy po prostu zielony. Jeśli kamień zawiera inkluzje gazowe, ciekłe lub mineralne (kalcyt, piryt, biotyt, talk, dolomit, fuksyt, apatyt, aktynolit) albo jakieś inne nieregularne struktury, zyskuje wyższą cenę, a najdroższe są ponoć kolumbijskie odmiany trapiche. W przekroju tego południowoamerykańskiego krzemianu wyodrębnimy sześcioramienną gwiazdę, co w połączeniu ze złotem, srebrem lub platyną daje niezwykłe efekty jubilerskie. Występuje praktycznie na całym świecie, pojawiający się w metamorficznych łupkach mikowych i przeobrażonych wapieniach, a także w żyłach granitów oraz w piaskach i żwirach. Od dawien dawna kamień ten ceniony był jako element ozdobny w różnego rodzaju biżuteriach, a szczególną rangę zyskał w Egipcie i w Persji, w krajach arabskich, a także u Majów, Azteków i Inków. Iluż to wspaniałych wojowników, rycerzy, poszukiwaczy skarbów, wyruszało w niebezpieczną podróż by przywieźć najpiękniejszy szmaragd swojej królowej, żonie, ukochanej? Ile krwi przelano by zdobyć cenną biżuterię, ukraść odwieczny skarb albo ukryć go gdzieś w tajemnym miejscu. To nie przypadek, że jeden z piękniejszych i najbardziej niebezpiecznych węży amazońskiej dżungli ma taki właśnie kolor i nieprzypadkowo zjawiskową barwę wód przy tropikalnych wyspach określa się tworząc przymiotnik od nazwy szmaragdu. Jest w tych kamieniach coś łagodnego, a zarazem coś najprawdziwszego i najgłębszego w swoim wyrazie, jakby młoda zieleń wiosenna została utrwalona na zawsze w niezwykłym berylu. W dawnych czasach nie posiadano tak rozległej wiedzy mineralogicznej jak dzisiaj, a jednak zdawano sobie sprawę z niezwykłości tego tworu natury, wyznaczając mu miejsce pośród tak drogocennych kamieni jak diament, rubin, szafir i kojarząc z najcenniejszymi metalami. Teraz, kiedy wiemy już jak powstają te kamienie, na nawet potrafimy je „naprawiać” w gorącym oleju i tworzyć syntetycznie ogromne bryły, niczego nie stracił ze swej wartości i piękna.

Pliniusz miał ogromną wiedzę na temat natury, mechanizmów groźnych zjawisk w przyrodzie, a także powstawania metali, skał i minerałów. Szeroko rozwodził się na temat budowli i monumentów, powstałych z określonych materiałów, przywożonych często z dalekich krajów, albo wydobywanych z poświęceniem życia. Po szkle i bursztynie, przyznawał zielonym kamieniom kolejne miejsce w hierarchii piękna i użyteczności: Trzecie miejsce przyznaje się powszechnie szmaragdom, i to z wielu powodów, przede wszystkim jednak ze względu na kolor, bo sprawia tyle przyjemności, co żaden inny. Przecież na zieloną trawę, na gałęzie patrzymy bardzo chętnie, na szmaragdy zaś z lubością tym większą, że w porównaniu z nimi nie istnieje nic w ogóle bardziej zielonego. Poza tym one jedne spośród drogich kamieni napełniają sobą oczy nie sprawiając przy tym uczucia przesytu. Nawet jeżeli wzrok wysilony w jakikolwiek inny sposób ulegnie zmęczeniu, widok szmaragdu przynosi mu odprężenie; dla grawerów kamieni szmaragdy właśnie stanowią najmilszą ulgę dla oczu, tak przez swą łagodną zieloność działają orzeźwiająco w znużeniu. Prócz tego z pewnej odległości lepiej się uwydatniają dzięki temu, że rzucają dookoła siebie barwny odblask. Starożytny autor zwraca uwagę przede wszystkim na właściwości dekoracyjne i wizualne zielonych kamieni, dając im trochę naiwnie więcej wagi, niż rzeczywiście mają. Ta wielka euforia jest wszakże zrozumiała i wiąże się przede wszystkim z wartością wyrobów ze szmaragdów, trudno wszakże określić co jest najbardziej zielone na świecie. Trzeba by najpierw stworzyć określoną gamę zieleni, umieszczając na niej różne odcienie i walory, od bladej, prawie żółtej barwy, do najintensywniejszej, jaka na przykład pojawia się na liściach fikusów czy na skórze owoców avocado. Rację ma jednak myśliciel gdy mówi o kojącym charakterze barwy szmaragdowej, choć może to wynikać także z określonej energii, jaka związana jest z tym minerałem. O ile krwawy rubin może pojawić się w pierścieniu lub diademie noszonym przez znamienitego mężczyznę, o tyle szmaragd jest raczej przypisany kobietom i podkreśla ich urodę. Przez wiele lat wiązano wizerunek pięknej Elizabeth Taylor z jej słynnym naszyjnikiem wykonanym przez firmę Bulgari, tak że z czasem ów kamień zaczął aktorkę symbolizować i dookreślać, a wiązany dodatkowo z kolorem jej oczu stawał się rodzajem najwartościowszego talizmanu.

Pliniusz zachwyca się szmaragdami, wskazuje ich właściwości, ale też podaje nieco informacji, które można dzisiaj poddać w wątpliwość, szczególnie jeśli chodzi o twardość, bo znacznie twardsze, według specjalnej skali niemieckiego mineraloga Friedricha Mohsa, są topaz, korund i diament. Nie ulegają zmianom – pisze o szmaragdach – ani pod wpływem słońca, ani cienia, ani sztucznego światła – zawsze promieniują łagodnie i pozwalają na siebie patrzeć. W całej swej grubości łatwo dają się przejrzeć na wylot, a taka przezroczystość, nawet wody, sprawia oczom przyjemność. Często nadaje się szmaragdom kształt wklęsły, żeby skupiały promienie. Dlatego też ludzie zgodnie oszczędzają szmaragdy i nie pozwalają ich grawerować. Choć jeśli chodzi o gatunki scytyjskie i egipskie, to twardość ich jest tak wielka, że nawet nie dadzą się zadrasnąć. Te zaś kamienie, które mają większe rozmiary, odbijają przedmioty zupełnie tak jak zwierciadło. Cesarz Nero oglądał w szmaragdzie walki gladiatorów. Widać jak wielką rangę miały te kamienie już w czasach starożytnych, jak ceremonialnie obchodzono się z nimi, jak przydawano im dodatkowej wartości i mocy. Ten Neron, nie przykładający wagi do życia i śmierci gladiatorów i oglądający ich walki w lustrze wykonanym ze szmaragdu, mieści się w obrębie tego, co przekazali nam rzymscy historycy o jednym z największych morderców i ekscentryków w dziejach ludzkości. Zapewne największą wartość miał zielony minerał w krainach nizinnych, gdzie nie występował w naturze  – przywożony z górzystych krain Persji, z Egiptu, Indii i Chin, stawał się monetą przetargową przy wielkich transakcjach, a oprawiony w złoto lub srebro stawał się ozdobą lennych darów i hołdów składanych największym tego świata. Jego zieleń symbolizowała odwieczne odradzanie się życia, podkreślała powtarzalność pór roku i kosmiczny wymiar istnienia na planecie. Kto miał władzę, podkreślał ją obnosząc się ze swoim bogactwem, prezentując złote korony, diademy, bransolety i brosze, dzierżąc w dłoniach berła bogato nabijane barwnymi kamieniami. Dlatego szmaragdy pojawiały się w tylu światowych insygniach, zdobiły czoła królów i cesarzy, pojawiały się na piersiach królowych i dam dworu, stawały się czytelnym znakiem mocy i wielkości, określonego miejsca w strukturze społecznej i ważnej rangi w historii. I choć stroili się w nie najczęściej starcy i wiekowe matrony, to najpiękniej komponowały się z młodością i urodą kobiet i dziewcząt ze znaczących rodów – istot tak samo jak one kruchych i delikatnych, znaczących tyle ile wyrażały swym wizerunkiem, powabem i barwą.

POD WODĄ

W telewizji wspaniały film o ziemi, z cyklu nakręconego przez BBC – tym razem o głębinach morskich, od Kolumbii Brytyjskiej, poprzez Ocean Indyjski, aż do Wielkiej Rafy Barierowej, u wschodnich wybrzeży Australii. Znakomite zdjęcia życia tętniącego pod wodą, barwnych meduz i stułbi, krabów, ślimaków i gigantycznych ośmiornic, a do tego tysięcy kolorowych ryb i korali, ukwiałów i rozgwiazd. Ten świat tak różny od naszego i tak fascynujący, pełen jest dramatów i prawdziwych tragedii, gdzie silniejsi zjadają słabszych, ale dla obserwatora zewnętrznego jest niczym bajka. Turkusowe wody, bogate w plankton i roślinne drobiny organiczne, przyciągają najdziwniejsze twory, które zdumiewają i zaskakują. Tak jest w przypadku dorocznego, listopadowego zrzucania starego pancerza przez kraby pajęcze, których ćwierć miliona podąża z głębin ku płyciznom. Wygląda to jak rzeczywistość z innej planety, a rytmiczne ruchy odnóży przywołują na myśl jakiś dziwaczny taniec, prymitywny rytuał, w którym mają swoje miejsce jaskrawe barwy i kołysanie ciał, wyraziste wyrostki kostne i koślawe odnóża, przeciwstawiające się falowaniu morza. Nad tysiącami tych istot krążą, jak fatum nad losem ludzkim, ogromne manty, które wyszukują osobniki z miękkimi, nowymi pancerzami i pożerają je żywcem. W zagłębieniach skalnych i w naturalnych jamach raf koralowych czają się fałszywe mureny i jadowite węże morskie, a po dnie raz po raz przesuwa się aerodynamiczny cień rekina ludojada. W innej części świata, w zimnych wodach wschodniego Pacyfiku żyje ośmiornica olbrzymia (Enteroctopus dofleini), która tylko raz wydaje na świat potomstwo. Ale jaki to ma wymiar – rodzicielka wytwarza setki tysięcy jajeczek, przyczepia je do wielkiej jamy, a potem poświęca kilka miesięcy na opiekę i zapewnienie dopływu natlenionej wody. Czyni to z takim zapamiętaniem, że poświęca samą siebie, powoli traci siły i umiera w momencie przyjścia na świat młodych osobników. Życie tętni i krzewi się pod powierzchnią wielkich gładzi wodnych, w głębinach pod spienionym i sfalowanym oceanem, a oglądanie filmu o tych przestrzeniach jest jak zagłębianie się w niewiadomą i poznawanie egzystencji, która była, jest i będzie bez względu na to, co stanie się z człowiekiem, który przez chwilkę był w niej dziwnym i nikomu niepotrzebnym intruzem.

TRZYDZIEŚCI LAT TEMU…

*     *     *

ten milicjant który bił mnie za to ze mówiłem prawdę

kłamał tak pięknie że nie miałem mu tego za złe – ten

milicjant który kopał mnie za to że nie chciałem

wkopać kolegów mówił prosto jak robotnik jak

cios w żołądek – ten milicjant który wykręcał mi

ręce za to że wykręcałem się od zarzutów

nie mógł mnie zrozumieć

gdy się na niego rzuciłem zawołał dwóch kaprali

dzięki którym nauczyłem się gadać po polsku

1981

*     *     *

 widziałem fotografię zrobioną w gdańsku siedemnastego

grudnia – na wielkim budynku neonowy napis

WELCOME TO POLAND

w dole czołgi zomowcy atakujący tłum i unoszące

się nad nimi opary łzawiącego

gazu

widziałem fotografię zrobioną w gdańsku siedemnastego

grudnia – na wielkim budynku neonowy napis

WELCOME TO POLAND

1982. 02. 10.

 *     *     *

 widziałem milicjantów taszczących po ziemi człowieka

– jego bezwładne ciało przypominało wytartą

wypłowiałą szmatę jego bezwładne ciało

przypominało zdjętego z krzyża

jezusa

sto metrów dalej na płocie okalającym

fabrykę – napis:

SOCJALIZM I CZŁOWIEK TO BRZMI

DUMNIE

SEN XXVII

Ten sen miał najpierw strukturę owocu granatu… Przeciskałem się z przestrzeni do przestrzeni, przechodziłem z sektora do sektora, jakbym opuszczał kolejne kuleczki, wypełnione lepkim sokiem albo krwią. Wszystko było czerwonawe, bolesne, jakby egzystujące na krawędzi światów – wszystko zawisało w strukturach przypominających galaretę z osocza, rozciągało się, wydłużało i kurczyło się nieustannie. Moja twarz odbijała się w kolejnych amarantowych plastrach, które zsuwały się gdzieś w dół, albo znikały w dali, czasem wirowały w górze i znikały nie wiedzieć gdzie. Nagle znalazłem się na zewnątrz owocu i usłyszałem natrętne, narastające i oddalające się, brzęczenie pszczoły krążącej wokół niego. Rozejrzałem się dookoła i zobaczyłem wychudzonego słonia na owadzich nogach, przemykającego przez morskie płycizny, rysującego się wyraziście na tle lazurowego nieba. W dali widać też było skaliste wysepki, które kiedyś widziałem u wybrzeży Katalonii, multiplikowane na grzbiecie sennego zwierzęcia, u prawego boku i z przodu, jakby kamienność gwałtownie wkradała się do tej przestrzeni, natychmiast stając się kontrapunktem dla wirów, różowych mgieł i seledynowych oparów. Wszystko mutowało, stale zmieniało swoje kształty, stale też czaiło się gdzieś zagrożenie, jakiś gotowy do strzału karabin, jakaś groza krwi przelewanej jak sok granatu, jakieś wysypujące się z niego czerwone komórki, mające swoją integralność i natychmiast stające się ruchomym wszechświatem. Odgłos skrzydeł pszczelich narastał, a z rozerwanego owocu powoli wypłynął kształt pradawnej ryby głębinowej. Rozległ się krzyk rybołowa albo samego Szatana, powietrze pękło i z paszczy rybiej wyszły, uderzając ogonami na boki i rycząc przeraźliwie, dwa bengalskie tygrysy. Karabin samoczynnie skierował się ku dołowi i wskazał nagą kobietę, wiszącą w magnetycznym oddechu, tuż nad płaską skałą. Jej erotyzm był trupi, jakby zaznała rozkoszy i zaraz umarła z rękoma pod głową i nienaturalnie podwiniętą prawą nogą. Tygrysy ryczały i chciały się na nią rzucić, kula karabinowa nie wylatywała z lufy, a tuż przy ciele zawisły dwie krople morskiej wody. Może był to sen spowodowany lotem pszczoły wokół jabłka granatu, na sekundę przed przebudzeniem, a może roiły mi się w głowie dale niemożliwe, nieustannie umykające i powracające w nowych sekwencjach barwnych. Gdzieś wysoko, gdzieś głęboko był byt, który czuwał nad tym wszystkim, stale kontrolował przepływ informacji, nie pozwalał tygrysom rzucić się na kobietą. Utrzymywał w zawieszeniu światy, znał dogłębnie strukturę kobiecej skóry, sierści kota, granatu i kamienia, a nade wszystko przenikał myśli malarzy, słoni na owadzich nogach i moje. Był snem we śnie i niemożliwą refleksją, stawał się czasem i przestrzenią, znosząc w każdej chwili ich ograniczenia, był nie istniejąc i nie było go w jakże realnym i konkretnym bycie.

KSIĄŻKI NAJWAŻNIEJSZE (X)

Poezja Stanleya Kunitza jest odważną próbą przeniknięcia myślą do sfer głębszych znaczeń i doskonalszych treści. W swym nieustającym  podglądaniu świata i wyodrębnianiu szczegółu, jest też rodzajem maksymalistycznego filozofowania, docierania poprzez doświadczenie do  i s t o t y,  poprzez formułę a posteriori do ukrytych znaczeń. Kunitz nadaje poezji rangę magicznego instrumentu ostatecznego poznania i potwierdza swoim długim życiem, że można dzięki niej istnieć w przestrzeni idealnej, co prawda gubiąc młodość, dojrzałość i kolejne lata wieku podeszłego, ale nie tracąc nadziei, że w ostatecznym rachunku, poprzez nagły rozbłysk poezji, naczynie duszy ocalone zostanie w jego najpełniejszym i najcenniejszym kształcie. Dla niego: Poezja jest rodzajem mitologii, mówiącej o wydarzeniach w duszy. Stare mity, starzy bogowie, starzy bohaterowie nigdy nie umierają. Jedynie drzemią na dnie świadomości i czekają na nasze wezwanie. Nigdy nie potrzebowaliśmy ich tak bardzo jak teraz, kiedy to syntetyzują one mądrość i doświadczenie życiowej drogi. W każdym prawdziwym akcie wyobraźni, czy to w sztuce czy w nauce, budzą one namiętności. A zatem wniosek jest niezwykle prosty: Sztuka i nauka nie mogą istnieć bez mitów i symboli. W takim kontekście poezja Kunitza jest  rodzajem mitologii wewnętrznej, w której roi się od symboliki osobistej i uniwersalnej, w której postaci stają się herosami albo łotrami kulturowymi, w której wreszcie Bóg jest tożsamy ze wszechświatem i równie jak on daleki.

Ten poeta ma świadomość roli słowa i treści artykułowanych w wierszu, dlatego tak cieszy się z każdego nowego utworu, z każdego nowego olśnienia, każdej nowej dawki wiedzy o samym sobie i świecie. Wie, że istnienie jest rodzajem ponawiania impulsu, rozumie na czym polega kod genetyczny życia i zna mechanizm odciskania kolejnych kształtów przez odwieczną matrycę. Mówi zatem, zaznaczając obszar ulotnego bytowania: Piaski szeptały; bądź odrębny,/ kamienie uczyły; bądź twardy/ Tańczę w radości przetrwania/ na krawędzi drogi. Jest to tyleż próba instalacji intelektu, co próba jego dekompozycji – Kunitz nie chce podlegać prawom zmysłów i prawom złudnej mądrości, skłania się raczej ku chwilom samoświadomości, albo ku nieświadomości śmierci. Dopiero wtedy może zająć się uprawą ogrodu, dopiero wtedy może słuchać opowieści wielu spotkanych dziwaków, wielu przegranych i triumfatorów, wielu mędrców i błaznów. Sam jakby oddalony od siebie i od świata, w którym bytuje, może dopiero wtedy patrzeć bez lęku na przesuwający się nieustannie kondukt przemijania. Jego pogoda ducha bierze się zatem ze świadomości ludzkich ograniczeń i ułudy trwania, a jego poezja jest niczym transcendentalny dar. Jak mówi: Jeśli wiedzieć chcemy jak odczuwane było życie w każdym momencie długiej Odysei rasy, zwrócić się musimy do poezji. Moment jest nam drogi, właśnie przez swą ulotność. To paradoks, że poeci muszą spędzić życie na poszukiwaniu magii, która ten moment zatrzyma. Sztuka to puchar, w który wlewamy wino transcendentalności. Czym jest wyobraźnia jeśli nie odbiciem naszej tęsknoty za przynależnością do wieczności jak i do naszego czasu. Kunitz, w poezji tworzonej przez większą część dwudziestego wieku, ową przynależność manifestuje, pragnie być postrzegany jako twórca, w którego dziele przełamały się, niczym światło w pryzmacie, biegnące z różnych stron promienie.

Kunitz odzwierciedla w swoich utworach nieustający ruch – od zapłonu komety do zgaśnięcia gwiazdy, od narodzin gąsienicy do jej powolnej śmierci, jako żywiciela pasożytów, od pierwszych przebłysków świadomości do mętnienia wzroku i coraz częstszego gubienia kształtów, utraty sensu i celu wędrówki. Ten ruch w kosmosie i pośród stale odnawianej jaźni, ta szamotanina w ciele i w przestrzeniach bez wymiarów, są jednak nieodzowne w poetyckiej próbie bytu i ma ją swój cel.  Lubię myśleć o tym – pisze –  że poeci szczególnie lubują się w rzeczach tego świata, które wiodą ich ku uniwersaliom. To jakby krótkie streszczenie jego poetyckiej filozofii, wszakże – ku nim wiodą wszystkie szlaki w jego liryce i stale koryguje on kierunki i stale kreśli nowe proste, ustala najwłaściwszy azymut. Chce dojść do poznania i zrozumienia fenomenu, albo defektu życia. Kunitz jak mało który twórca ma poczucie dziwności świata – widzi kształty monstrualne i wynaturzone, dostrzega wykrzywienia i odkształcenia, tam, gdzie nie widzą ich inni. Nie potrafi nie wskazywać makabry unoszącej się ponad ogrodem pięknych kwiatów i nie może nie tropić śmierci w jej najbardziej absurdalnych przejawach. Stale odkrywa, stale szuka, dlatego też, jak mówi David Barber Przechodzenie Przez jest przede wszystkim księgą odkryć, jest księgą przeznaczenia studiowaną w obliczu odwiecznej niewiadomej, czytaną w chwili najpełniejszego przeżywania swojej cielesności i przeświadczenia o ponadnaturalnym porządku rzeczy.

Translator znalazł klucz do tej poezji i przetłumaczył ją w sposób znakomity, starczy porównać wersje w dwujęzycznym tomie by odnotować ze zdumieniem, że udało się temu tłumaczowi odwzorować nawet zapis graficzny poszczególnych wersów. A i treść podskórna nie została zagubiona, nie zaprzepaszczono urody tych delikatnych, ale też i intelektualnie złożonych liryków. Dobra robota tłumacza szła tutaj w parze z autentyczną przyjaźnią autorów i chęcią zbliżenia się, bytowania w odrębnych poezjach i trudno się unifikujących językach. Dzięki Adamowi Szyperowi dopiero pod koniec stulecia zaistniał w kulturze polskiej jako autor całego zbioru wierszy, jeden z prawodawców poezji amerykańskiej mijającego wieku – poeta, który zmieniając się stale, nigdy nie stracił indywidualnego wyrazu artystycznego, a starzejąc się fizycznie, pisał jakże młodą poezję. Jak mówi o nim Mark Strand: To jeden z wielkich poetów amerykańskich. Większość twórców wysycha przed pięćdziesiątką. To, że pisze on wiersze w wieku lat dziewięćdziesięciu, jest po prostu nadzwyczajne. Tak jak nadzwyczajne jest to, że w słowie ocalić można to, czego nie ocali się w życiu; jak zdumiewające jest to, że wiersz jest formułą nieśmiertelności, nawet jeśli wypowiada się go szeptem jak modlitwę, nawet jeśli jest ostatnim słowem. Kunitz, podobnie jak, prawie jego rówieśnik Miłosz, wyraził w poezji drogę duchową człowieka w nowym czasie marnym i  pokazał   p r z e c h o d z e n i e  coraz to jaśniejącej świadomości   p r z e z   ciemność….

_________

Stanley Kunitz, Passing Through/ Przechodzenie przez, tłum. Adam Szyper, Kraków/Nowy Jork 1998, s. 90.

« Older entries

%d blogerów lubi to: