ZALEW KORONOWSKI

Wyprawa nad Zalew Koronowski, który pojawiał się w moim życiu wielokrotnie, począwszy od lat osiemdziesiątych XX wieku, gdy byłem wychowawcą kolonijnym w Pólku, poprzez pływanie pod żaglami po roku 2000, a skończywszy na osobnych wycieczkach samochodowych do Pieczysk, Samociążka i Sokole-Kuźnicy w latach 2012–2021. Jakże dobrze jest stanąć na brzegu i cieszyć się widokiem ogromnej płaszczyzny wodnej, na której widać wiele białych, płóciennych plam. Wszystko tutaj takie spokojne, wszystko na swoim miejscu – piękno niemal mazurskie, cisza jak nad Bełdanami, błękit jak nad Mamrami, głosy ptaków niczym w sitowiach nad Śniardwami. Mógłbym tak stać kilka godzin, rozkoszując się dziewiczą naturą, patrząc jak zmieniają się kolory wody, brzegów, zarośli trzcinowych i wielkiego baldachimu nieba. Bliskość dwudziestoletniej rocznicy zamachów na Nowy Jork generuje jednak do moich myśli obrazy groźne, destrukcyjne i każe pytać o jakość zabezpieczeń akwenu przed klęskami natury.  Jak wiadomo koncepcja jego utworzenia powstała już w 1928 roku w pracowni prof. Karola Pomianowskiego, ale z powodu wojny do projektu powrócono dopiero w 1946 roku, co było dobre, bo znacznie rozwinięto pierwotne plany, oparte o wykorzystanie równoległych do Brdy jezior polodowcowych (Lipkusz Duży, Lipkusz Mały, Moczar, Czarne i Białe). Ostateczną decyzję podjęto w 1953 roku, a prace trwały do roku 1960, obejmując między innymi całkowity demontaż zabudowań wsi Olszewka i przesiedlenie jej mieszkańców. Tak pod wodą znikła szkoła z czerwonej cegły, wzniesiona w czasach pruskich, mostek na niewielkiej strudze, liczne domy, zabudowania gospodarcze i dwa niewielkie cmentarze – pocholeryczny i ewangelicki. Przez wieki żyło w tej wsi wiele rodzin polskich i niemieckich, uprawiano zboża i ziemniaki, tworzono nowe gospodarstwa, nie przeczuwając, że wszystko to znajdzie się kiedyś pod wodą. Napełnianie zbiornika zakończono 30 listopada 1960 roku, a elektrownia została oddana do eksploatacji 4 marca 1961 roku. Zbiornik powstał z podpiętrzonej Brdy, przegrodzonej zaporą ziemną o długości 49 kilometrów oraz połączenia wielu jezior rynnowych. Teraz stojąc nad tym cudem myśli hydrologicznej, zachwycam się rozmachem, w którym siły natury odegrały najważniejszą rolę. Dzisiaj Zalew Koronowski wydaje się oazą spokoju i stanowi cel licznych wycieczek dla mieszkańców Koronowa i Bydgoszczy. Stojąc na wyniosłej skarpie i przyglądając się toniom myślałem o tym, że nad pięknym zalewem stale wisi groźba naturalnej katastrofy, wszak chronią go konstrukcje sprzed siedemdziesięciu lat. Odpowiednie służby zapewniają, że nasyp ziemny stworzony został z zachowaniem norm bezpieczeństwa, ale przecież zmieniający się klimat może mieć wpływ na powstanie nowych problemów. Łatwo można sobie wyobrazić co by się stało, gdyby jakiś sabotaż lub katastrofa naturalna doprowadziły do rozszczelnienia tamy. Odpowiednie symulacje komputerowe wskazały, że woda i błoto z obszaru 1560 hektarów zniszczyłyby położone w dolinie Koronowo, a także elektrownie wodne w Samociążku, Tryszczynie i Smukale. Do rogatek Bydgoszczy fala zalewowa dotarłaby po około dwóch godzinach, a do centrum miasta po dwóch następnych. Najgorszy scenariusz zakłada, że kulminacyjna fala o wysokości 6,5 – 7,5 m ponad linię brzegową rzeki i średniej prędkości około 5,5 m/sek, spowodowałaby zatopienie terenu miasta o szerokości od 700 do 1500 m i powierzchni 3600 hektarów, zamieszkałych przez około 100 tys. ludzi, zniszczenie wszystkich przepraw przez rzekę, jazów na Wyspie Młyńskiej, śluzy nr 2, w Czersku Polskim i śluzy nr 1 w Brdyujściu oraz kilkuset mniejszych i większych zakładów pracy. Na razie jednak stojąc nad brzegiem zbiornika utworzonego przez ludzi rozkoszowałem się jego pięknem i ku niewiadomej, dalekiej przyszłości odsuwałem ewentualny kataklizm. Prawdopodobnie nigdy do niego nie dojdzie, ale warto pamiętać o historii nowego bydgoskiego mostu, który przeszedł wszelkie niezbędne ekspertyzy i próby obciążeniowe, a po kilku latach okazał się bublem konstrukcyjnym, którego nagłe zamknięcie sparaliżowało komunikację w Bydgoszczy.

* * *

Ludzie najczęściej przypisani są do konkretnych miejsc i rzadko decydują się na egzystencję w drodze. Choćby nie wiadomo jak daleko odjechali, choćby wytyczyli sobie odważny azymut podróżniczy, prędzej czy później wrócą do swoich domów, zatoczą wielki krąg i znowu pojawiają się w miejscu wyjścia. Chmury będą sunąć po niebie, wody wielkich rzek będą przelewać się przez katarakty i wpadać do morza, drzewa spotężnieją i wrosną w niebo. Urodzą się nowe pokolenia i wejdą w dorosłość, a generacje wcześniejsze sukcesywnie stracą swoich przedstawicieli i zaczną nieodwracalnie zamierać. Wszak egzystencja ludzka, tak zmienna i tak zaskakująca w swoich rozwiązaniach, odwzorowuje najwierniej metamorfozy dokonujące się w kosmosie. To jest takie samo kosmogoniczne podążanie od narodzin, poprzez wzrost i rozkwit, do nieuchronnego rozpadu. Jakże łatwo zapominamy o chwilowości naszego życia, wpisanego w cykle rozwojowe galaktyk i całego wszechświata, Układu Słonecznego i konkretnej planety, jakiegoś kontynentu i państwa, miasta albo wsi. Kultura przeciwstawia się entropii, ale przecież finalnie niczego nie zdoła ocalić, upadną cywilizacje i w ostatnim akcie dramatu, eksplozja supernowej rozrzuci pył gwiezdny na ogromnych obszarach. Tak jak ułudą było ocalenie ciała, marzenie o pozostawaniu wiecznie młodym, tak rozpadnie się Ziemia i inne struktury planetarne. Naukowcy i fantaści literaccy będą nas karmić opowieściami o tym, że ludzkość przeniesie się na inne globy, do dalekich galaktyk, albo do wszechświatów równoległych. A przecież tylko na Ziemi możemy być sobą i tylko w konkretnej przestrzeni kulturowej możemy rozwijać się, tworząc arcydzieła na miarę braci Van Eycków, Michała Anioła, Moneta i Einsteina. Tak jak pszczoły tworzą regularne struktury, które wypełniają miodem, jak remizy tkają gniazda z traw i gałązek, tak człowiek wznosi dom, w którym chroni się przed naturalnymi kataklizmami. I nawet jeśli uda mu się stworzyć na chwilę jakąś szczelną enklawę, okrutny czas przesieje byty przez sito nicości, miliardy lat zrównają się z chwilą i wszystko zaniknie, zgaśnie jak świeca w ciemności. Cóż więc jest? Co zostało nam, co wszystko wiemy, dla których żadna z dawnych wiar już nie wystarcza? – pytał w wierszu pt. Koniec wieku XIX Kazimierz Przerwa-Tetmajer, wiedząc, że nie otrzyma odpowiedzi na postawione pytania. Dzisiaj równie trudno o odpowiedź, chociaż jeśli miliard lat staje się z czasem chwilą, to może warto ją wyodrębnić – usiąść na brzegu oceanu, na szczycie góry, zatrzymać się na pustyni, na rozległym lodowcu, albo w wysokim lesie unieść głowę ku górze i patrząc na prześwity między koronami drzew poczuć, że istniejemy.  

O ROKU ÓW… (6)

Hotel Roosevelt

Zjeżdżamy windą do głównego hallu hotelowego i czekamy na Sonę Van i Beatę Poźniak, by razem udać się do restauracji La Fonda del Sol, gdzie nasz przyjaciel Stanley H. Barkan podejmuje uczestników wieczoru autorskiego tradycyjną kolacją. Panie pojawiają się po chwili i możemy pieszo ruszać w stronę pobliskiej Vanderbilt Avenue, gdzie znajduje się Yale Club i wspomniana wyżej restauracja. Stanleya poznałem w 2000 roku dzięki Adamowi Szyperowi, gdy poleciałem do ONZ-etu na wieczór autorski poetów polskich i amerykańskich. To pierwsze spotkanie zaowocowało bliską współpracą literacką i w oficynie Stanleya Cross Culture Communications opublikowałem trzy zbiory wierszy. Były też spotkania w Krakowie, a także następne na Manhattanie, w jego domu na Long Island, a także w Waszyngtonie, gdzie razem udaliśmy się do Ambasady Armenii w USA, by wręczyć Sonie Van Europejski Medal Poezji i Sztuki. Stanley fascynował mnie od samego początku, czemu dawałem wyraz w licznych publikacjach, szczególnie ceniąc jego wielowymiarową poezję. Twórca ten potrafi znakomicie kontrastować sytuacje kulturowe; motywy z wielkich ksiąg i podań przeciwstawiając szyderstwu i nadrealnym kształtom współczesności. Jego wiersze są erudycyjnymi syntezami sytuacji w jakich od wieków pojawiał się człowiek, a jednocześnie są wyszukaną grą z cywilizacją. Poeta orbituje ku odległym inicjacjom, ale nie potrafi porzucić czasów współczesnych. Tak powstają liryki, które obejmują doświadczenie bytu ludzkiego, od czasów biblijnych do epoki lotów kosmicznych. Z równą autentycznością pisze Barkan o zapachu kobiety na poduszce, o żegludze po Jangcy, wyprawie do synagogi, jak i o biedaku z Manhattanu. Stan w jakim poeta się znajduje, to nieustanne zdziwienie i euforyczny zachwyt nad rzeczywistością. To tacy jak on ocalają wrażliwość i piękno, odbywają stale w myślach i w wierszach wędrówki ku  istocie i pełni, a potem unieśmiertelniają w słowie włóczęgów, przechodniów, przygodnych gapiów i zarazem całą ludzkość. Jego działalność to też tysiące przygotowanych spotkań literackich, wielkie podróże i współpraca z twórcami z całego świata. To jest właśnie owa łączność międzykulturowa, która pojawia się w nazwie jego cenionej oficyny wydawniczej, komplementowanej w „New York Timesa”. Dodatkowo Stanley jest przemiłym człowiekiem szybko zaprzyjaźniającym się z wieloma artystami, a jego sława sięga daleko poza Nowy Jork. 

Restauracja La Fonda del Sol

Idziemy powoli z Soną i Beatą do restauracji i już witamy się ze Stanleyem i jego żoną Bebe, wspaniałą malarką, której dzieła zdobią ich dom na Long Island, w miasteczku Merrick. Na miejscu są już inni uczestnicy Poetry Reading w Yale Club – Peter Thabit Jones z Walii, Kristine Doll z USA, żyjący z rodziną  w Queensie Hassanal Abdullah z Bangladeszu, a także rezydujące w USA bułgarskie małżeństwo Vantzeti Vassilev i Bissera Videnova. Zamawiamy potrawy i zaczynamy ożywioną konwersację, zmierzającą ku zbliżającemu się wydarzeniu. Jeszcze raczymy się znakomitym winem, jemy obfity deser i owoce, a potem gremialnie wstajemy i ruszamy na drugą stronę ulicy. Tam w szarym wieżowcu mieści się prestiżowy Yale Club, w którym wystąpię już po raz drugi, a wraz ze mną zadebiutuje na tych światowych salonach moja żona. Przy budynku fotografujemy się i wchodzimy do środka, by windą wjechać na osiemnaste piętro i wejść do obszernej sali, w której zgromadzi się też publiczność. Poprzednim razem było jej więcej, ale przecież najważniejsze jest spotkanie poetów w tym miejscu i to pod dowództwem Stanleya H. Barkana. Po kolei czytamy po kilka wierszy, a najdłuższe wystąpienie ma poeta z USA Bill Wolak, uczący kreatywnego pisania w William Paterson University. To jest spotkanie odmiennych kultur i prezentacja różnorodnych poetyk, ale też przyjacielska dysputa poetycka i wymiana doświadczeń. Przychodzi czas na wręczanie nagród, przyjacielskie uściski, zakup nowości wydawniczych i wymianę książek przywiezionych na spotkanie. Stanley podsumowuje nasze lektury i zaprasza do kolejnych prezentacji, tym razem krótkich wierszy pożegnalnych, bo każdego dnia żegnamy się z czymś lub kimś, choć o tym nie wiemy. Jakże prorocze były to słowa w kontekście zbliżającej się pandemii koronawirusa, który zamknął granice i uniemożliwił takie spotkania, jak to w Yale Club. Nasze Poetry Reading kończy się, więc przechodzimy do wind i zjeżdżamy na dół, by jeszcze trochę porozmawiać w głównym hallu dwudziestodwupiętrowego budynku. Rozdzielamy się z Soną i Beatą i jeszcze trochę chodzimy z Anią po ulicach Nowego Jorku, zaglądając do otwartych sklepów i restauracyjek. Kupujemy sobie coś do picia i jedzenia i wracamy do hotelu Roosevelt, wjeżdżamy na górę nieco staroświecką windą, bierzemy kąpiel i szybko zasypiamy, bo następnego dnia czeka nas pięciogodzinna podróż z lotniska JFK do Los Angeles. Samolotem popularnego w USA przewoźnika Alaska Airlines, przelecimy 2475 mil, czyli prawie cztery tysiące kilometrów.     

Budynek Yale Club

          Noc mija szybko i już jesteśmy przed hotelem, gdzie bierzemy dużą żółtą taksówkę, w której mieścimy się we czworo razem z bagażami. Beata ma tylko jedną torbę, ale Sona jak zwykle transportuje ogromną walizę i jeszcze dwie mniejsze. Ruszamy z Ulicy 45 Wschodniej i kierujemy się ku mostowi Queensboro nad East River, a potem szybko przemierzamy część Brooklynu, mijamy słynny cmentarz Cypress Hills i wjeżdżamy do dzielnicy Queens. Tutaj kierujemy się ku drodze szybkiego ruchu, prowadzącej do międzynarodowego lotniska Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. Wysiadamy z taksówki, ładujemy bagaże na specjalne wózki lotniskowe i kierujemy się ku hali odlotów. Po nadaniu ich i otrzymaniu biletów pokładowych wchodzi za bramki i siadamy w niewielkiej restauracji, gdzie mamy zamiar coś zjeść przed długim lotem. Sona proponuje amerykańskie hamburgery i idzie je zamówić u grubej Afroamerykanki, jakoś dziwnie się zachowującej i cmokającej wymownie na widok „białasów”. Początkowo myślałem, że przesadzam i moja obserwacja jest na wyrost, ale po otrzymaniu dań okazało się, że mięso jest nieomal spalone, a bułki stare i twarde – najlepiej zatem na tym wyszła Beata, która wzięła jakąś lekką sałatkę. Zbliża się już pora naszego odlotu, więc kierujemy się ku właściwej bramce i siadamy na fotelach, ustawionych w rzędach przy niej. Rozmawiamy o wczorajszym wydarzeniu w Yale Club, a także o naszych zamierzeniach na przyszłość. Widzę za wielkimi oknami, że już podjeżdża do nas sporych rozmiarów boeing z granatowym napisem Alaska z boku, a na korytarzu zaczyna się ustawiać kolejka podróżnych. Sprawnie wchodzimy na pokład, witani przez piękne, czarnoskóre stewardesy i zajmujemy wyznaczone miejsca w środku maszyny. Ania siedzi przy oknie, co jak się okaże nie będzie dla niej najlepsze, z powodu złego samopoczucia nad Ameryką. Na szczęście zza jej ramienia mam dobrą widoczność i podczas całego lotu będę przyglądał się magicznym przestrzeniom tego kontynentu, zmieniającym się jak w kalejdoskopie. To, co zobaczę skonfrontuję z mapą na wyświetlaczu, wmontowanym w siedzenie przede mną i dzięki temu będę wiedział nad jakim stanem lecimy. Start z Nowego Jorku był zjawiskowy, bo była ładna, majowa pogoda i doskonale widać było wieżowce Manhattanu, Central Park, obie wielkie rzeki, a potem ocean z tysiącami okrętów pełnomorskich, jachtów i żaglówek, operujących w strefie przybrzeżnej.  Potem łatwo wyodrębniam wielkie rzeki – Missouri  i Missisipi, Kansas, a przed samym lądowaniem, Colorado i część jej słynnego kanionu. Zauważę też wielkie miasta – Saint Louis, Denver, Phoenix, pustynie, lasy, pasma górskie i samotne szczyty, nawet w maju pokryte śniegiem.

Po Poetry Reading w Yale Club

Lądowanie w Los Angeles tym razem miało być o 16.15, a ja wciąż miałem w pamięci przybliżanie się do tego lotniska sprzed roku. Samolot wtedy lądował w nocy i w jego oknie mogłem podziwiać niezwykły spektakl kolorowych świateł, oświetlonych jaskrawo autostrad i budynków. Skojarzyło mi się to z bogato udekorowaną choinką świąteczną i umieściłem te chwile pośród najcudowniejszych doznań mojego życia. Do rzeczywistości przywróciło mnie wtedy dość twarde lądowanie, ale tym razem piloci delikatnie posadzili maszynę na pasie startowym i zaczęli kołować ku siódmemu terminalowi. Gdy samolot zatrzymał się, wraz z innymi pasażerami udaliśmy się do hali przylotów, gdzie czekał już na nas mąż Sony dr Noobar Janoian, właściciel wielu klinik medycznych w Kalifornii. Ormianie to ludzie wielu talentów, z niezwykłą umiejętnością przystosowania się do zagranicznych warunków, więc nie zdziwiło nas, że kierowcą  dużego samochodu doktora była kobieta. Ruszyliśmy sprzed terminala i szybko znaleźliśmy się na wielopasmowej autostradzie prowadzącej do Glendale, choć tym razem musieliśmy jeszcze zahaczyć o Beverly Hills, by tam zostawić Beatę. Zatrzymaliśmy się na chwilę przed domem zaprojektowanym w nowoczesnym stylu przez jej męża architekta i już mknęliśmy inną szeroką trasą do domu Sony i Noobara. Ania była nim oczarowana, bo to trzykondygnacyjna, obszerna willa, zbudowana  przy samej skarpie Doliny San Fernando. Najcudowniejszy tutaj jest widok obszernej niecki, nieustannie tętniącej życiem, a najlepszym punktem obserwacyjnym jest ogromny taras, na którym stoją drzewka bonsai, a przy specjalnych poidłach z sokiem pojawiają się barwne kolibry. Byłem tu już przed rokiem i teraz oprowadzam Anię po domu, objaśniając funkcjonalne urządzenia i wskazując obszerne pokoje, aneksy, a nawet małe mieszkanie ogrodnika, dozorującego wszystkie rośliny, a przede wszystkim owe japońskie mini drzewka. Stajemy przy balustradzie i długo patrzymy na dolinę, nad którą raz po raz pojawiają się samoloty schodzące ku niewielkiemu lotnisku w Burbank. Po powrocie na górę zostajemy zaproszeni do stołu i jemy pyszną kolację, złożoną z sałatek i owoców, ormiańskiego chleba lawasz i wybornego wina. Rozmawiamy o zdarzeniach ostatnich dni, a potem wsiadamy do auta i jedziemy do hotelu, zafundowanego nam przez Sonę. Znam doskonale to miejsce, bo rok temu obszedłem ogromną przestrzeń w tejże dzielnicy, przede wszystkim podglądając ptaki na podwórkach, w parkach i alejach palmowych. To rzeczywistość z niebieskawymi górami w dali, poprzetykana zielenią, kwiatami, kwitnącymi krzewami i drzewami. Ania po raz pierwszy zobaczyła drzewa jakaranda, kwitnące fioletowo i jakby przeniesione do Kalifornii z rajskiego ogrodu. Po drodze do hotelu Sona zatrzymuje się jeszcze przy niewielkiej ormiańskiej restauracji, wchodzi do niej na kilka minut, a potem wraca z papierowymi torbami, pełnymi smakołyków. Tak zostajemy wyposażeni na cały pobyt w Glendale i po wejściu do pokoju hotelowego umieszczamy te dary w lodówce. Tutaj też mamy niewielki balkon, z którego roztacza się widok na góry, zarośla kaktusowe i część dzielnicy, głównie zamieszkanej przez imigrantów z Armenii. Nalewamy sobie po kielichu białego wina, siadamy na tarasie i rozmawiamy o tym, co przeżyliśmy od momentu, gdy wsiedliśmy do samolotu Lufthansy na bydgoskim lotnisku i przelecieliśmy do Frankfurtu, a potem dalej, do Nowego Jorku.

Nowy Jork
Nowy Jork
Hotel Plaza w Nowym Jorku
Handel uliczny w Nowym Jorku
Nad Ameryką
Kolacja w domu Sony i Noobara
Charakterystyczna zabudowa Glendale
Kwitnące fioletowo drzewa jakaranda w Glendale
Glendale
Wszędzie aleje palmowe
Widok na Los Angeles z okolic domu Sony
Kolibry na tarasie Sony
Glendale i góry w tle
Nowoczesna część Glendale
Amerykański sen

ODDECH

Poranne wyjście do ogrodu… Całą noc padał deszcz i teraz powietrze jest czyste, rześkie, ozoniczne. Wciąż kwitnie krzew hibiskusa, choć wiele płatków spada na ziemię. Przyglądam się przygaszonej, sierpniowej zieleni w ogrodzie i unoszę głowę ku górze, by z chmur wyczytać jaka będzie pogoda. Jest 6.30 i robi się coraz jaśniej, choć szarości na niebie nie zanikają i zapewne pojawią się następne deszcze. Oddycham pełną piersią i rozmyślam o tlenie, warunkującym życie, tak samo jak woda, pokarm, witaminy, biopierwiastki, sprawne działanie naszych organów anatomicznych. Najważniejszy z nich i najbardziej skomplikowany, w ułamku sekundy rejestruje najmniejsze drgnienie liści, przelot ptaka, dalekie odgłosy miasta, miliony odcieni barw. Schodzę po drewnianych schodach i staję na trawniku widząc jak sikorki i wróble lądują na krzakach bzów i zaczynają codzienne poszukiwanie czegoś do zjedzenia. Tak zginą dzisiaj tysiące owadów, małe dzióbki pochwycą niezliczoną liczbę nasion, jakichś okruchów z ludzkich stołów. Moja świadomość odpowiada na sygnały wysyłane przez świat, oddycham pełną piersią i rozkoszuję się nowym dniem życia. Jakże spokojną, zrównoważoną i cudowną egzystencją u początku trzeciego dziesięciolecia dwudziestego pierwszego wieku.        

NALOT PISKU I ŚWISTU

Fot. Nick Hawkins Nature Picture Library Be&w

Wczoraj wieczorem siedziałem na tarasie i długo przyglądałem się świstającym w powietrzu jerzykom. Moje myśli podążały ku osiedlu mojego dzieciństwa, chwilom spędzonym na boiskach, cmentarzach, pośród budów i wertepów dawnego Pola Ułańskiego. Nieodzownym tłem dźwiękowym dla takich wypraw były piski tych ptaków, łączących się w stada i nadlatujących nad nasze głowy, okrążających wieżowce i skupiska wysokich topól. Teraz, w lipcu dwudziestego pierwszego roku nowego stulecia, mój zachwyt nad tymi śmigłymi bytami nie zmienił się, a nawet znacznie się powiększył i stał się refleksyjny. Siedziałem na krześle i patrzyłem jak jerzyki brawurowo atakują przestrzeń, rozpędzając się do ogromnych szybkości. Na niebie pojawiły się już jasnogranatowe chmury, rozciągnięte jak dalekie wyspy na Morzu Karaibskim albo w Oceanii, zanikające powoli wraz z gasnącym słońcem. Powietrze było czyste, znacznie chłodniejsze niż podczas ostatnich dni, wyraźniejsze były też zapachy traw, kwiatów, krzewów i rozrastających się drzew owocowych. I te ptaki pojawiające się raz po raz nad moją głową, momenty całkowitej ciszy i nagłego „nalotu” pisku i świstów piór. Zamyśliłem się nad swoim życiem i z kolei pobiegłem myślą do Johannesburga, gdzie przyglądałem się jerzykom podczas wyprawy do Afryki w roku 2019. Przyleciawszy do Polski w maju, odlatują w sierpniu, choć czasami – podczas ciepłych okresów jesiennych – widywane są do października. Szukają ciepła i owadów, przesuwając się z Europy na południe, przez jakiś czas latając pod niebem Hiszpanii, Maroka, Konga, aż docierają do Republiki Południowej Afryki, gdzie mają znakomite warunki do życia. Stałem w oknie hotelowym w Johannesburgu i patrzyłem na ich harce, takie same jak niegdyś na Osiedlu Błonie, równie dynamiczne jak wczoraj, nad moim domem, ogrodem i tarasem. Wyrazistym  śladem tej fascynacji jest wiersz pt. Jerzyki nad Afryką, który napisałem w RPA, a potem opublikowałem w tomie pt. Rzeźba z hebanu: Tutaj was dogoniłem śmigłe/ jerzyki znad Polski/ tutaj teraz wykrawacie/ z niebios błękitne Elipsy/ tak samo lśniące i nagle/ zmieniające kierunek/ lotu/ tak samo głodne/ śpiesznej miłości/ w locie/ tutaj was znowu/ zobaczyłem/ i stąd ruszycie/ moim śladem/ ku Europie. Wiersz jest ledwie niewielką refleksją, wkomponowaną w ciąg innych zamyśleń, choć odbija się w nim ich i moja sytuacja, jakże odmiennych bytów przygotowujących się do dalekiego lotu. Ja pokonałem ogromną przestrzeń nad Afryką i Morzem Śródziemnym w wielkim airbusie, a one podążyły w dal w ogromnych stadach, przesuwających się na północ od wieków wyznaczoną trasą.  

W TRZY CHWILE…

Choć Tadeusza Wyrwy-Krzyżańskiego już nie ma pośród nas, wciąż ukazują się jego książki. Dzieje się tak za sprawą jego żony Joanny, która czuwa nad recepcją najwybitniejszego twórcy pilskiego. Właśnie ukazała się książka dla dzieci, bogato ilustrowana i znakomicie wydana. Napisałem do tej publikacji kilka słów:

Młody człowiek zwykle jest bardzo ciekawy świata i poznaje go z szeroko otwartymi oczyma. Wędrując po rodzinnym mieście, przygląda się domom i ulicom, mostom i rzece, parkom i klombom. Zawsze ma wtedy jakiegoś przewodnika – dziadka lub babcię, mamę, tatę, starsze rodzeństwo. Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, który sam siebie określał jako siwe dziecko, proponuje młodym czytelnikom magiczny spacer po Pile. Będzie ich specjalnym przewodnikiem i pokaże prawdziwe cuda, przy okazji ucząc i bawiąc, wskazując miejsca szczególne, a także zwracając uwagę na fizykalność świata. Taki spacer zacznie się w poetyckim słowie, a skończy w realnych przestrzeniach miasta pięknie rozbudowanego nad Gwdą. Talenty autora tej książki były rozległe i młody czytelnik może teraz zapoznać się z jego wierszami, jakże udanie zrymowanymi i zachęcającymi do kochania małej ojczyzny, szanowania ludzi spotykanych na ulicach, dostrzegania piękna zjawiskowych łabędzi, a nawet samolotu odbijającego się w rzece i żużlowca ruszającego spod taśmy. Tak oto starszy pan z siwizną nad czołem chwyta delikatnie niewielką dłoń i prowadzi dzieci w trzy chwile po Pile… 

THEN WE TAKE GREECE…

Maria Mistrioti sprawiła mi nie lada niespodziankę i opublikowała w Grecji moje wierszew języku Platona i Elitisa

Przyjaźnimy się od wielu, wielu lat…

Ένας από τους κορυφαίους δημιουργούς της Σύγχρονης Παγκόσμιας Λογοτεχνίας.

-One of the Greatest Creators of International Contemporary Literature.

                ***

Μια προσέγγιση στο Λογοτεχνικό Έργο του και στην Προσωπικότητα του, από την ελληνίδα Ποιήτρια Μαρία Μιστριώτη.

-An approach to His Literary work and His great Personality, by the Greek Poetess Maria Mistrioti

                ***

Έχω τη χαρά και την τιμή να γνωρίζω τον Dariusz Tomasz Lebioda εδώ και πολλά χρόνια.

Είχα επίσης τη μεγάλη χαρά να τον υποδεχτώ στην Ελλάδα, στην Πόλη της Χαλκίδας ως προσκεκλημένο μου στη 2η Διεθνή Ποιητική Συνάντηση, η οποία πραγματοποιήθηκε στη Χαλκίδα από τις 9 -13 Απριλίου 2019.

Είχα μάλιστα τη μεγάλη τιμή να παραλάβω από τον ίδιο δύο Παγκόσμια Λογοτεχνικά βραβεία : το Βραβείο ‘’HOMER’’ European Medal Of Poetry and Art καθώς και το Ευρωπαϊκό Βραβείο ‘’IANICIUS –INTERNATIONAL LITERARY PRIZE OF KLEMENS JANICKI’’ .

Στο σημείο αυτό, να υπογραμμίσουμε την αγάπη και τον σεβασμό  του Νταρίους- Τόμασζ Λεμπιόντα στην Ελληνική γλώσσα και στον Αρχαίο Ελληνικό Πολιτισμό.

Έχει άλλωστε ο ίδιος καταθέσει και γραπτώς αυτόν τον ιδιαίτερο σεβασμό του και την αγάπη του για την Ελλάδα.

Σύντομο Βιογραφικό του Δαρείου- Τόμασζ  Λεμπιόντα στην Ελληνική Γλώσσα.

-A short biography of Dariusz Tomasz Lebioda into the Greek language:

                          ***

O Dariusz Tomasz Lebioda, γεννήθηκε το 1958 στην πόλη Bydgoszcz της βόρειας Πολωνίας, από μια οικογένεια εργατικής τάξης.

Σπούδασε Πολωνική φιλολογία στο Πανεπιστήμιο του Gdansk. Tο 1994 έλαβε Ph.D. Είναι Πανεπιστημιακός Επισκέπτης καθηγητής στο Κρατικό Πανεπιστήμιο της Νέας Υόρκης Buffalo –SUNY από το 2002, με μακροχρόνια έρευνα σε Πανεπιστήμια της Πολωνίας και σε κολλέγια.

Ο Dariusz Tomasz Lebioda, είναι ο συγγραφέας περισσότερων από 80 βιβλίων ποίησης, διηγημάτων, ημερολογίων, δοκιμίων, καθώς επίσης και Επιστημονικών μονογραφιών Ευρωπαίων και Πολωνών σύγχρονων ρομαντικών Ποιητών.

Στη μεγάλη αυτή μελέτη του, συμπεριλαμβάνονται κορυφαίοι της λογοτεχνίας, όπως : Milosz, Herbert, Rozewicz, Szyborska, και παγκόσμιων μυθιστοριογράφων όπως των : Faulkner, Caldwell, Golding, Singer, Murdoch, Pahmuk, Coetzee, Naipaul, Lessing, Le Clezio.

Ο Dariusz Tomasz Lebioda έχει τιμηθεί με μεγάλα  Λογοτεχνικά Βραβεία, στην Πολωνία και Διεθνώς.

Τα έργα του έχουν μεταφραστεί σε πολλές ξένες γλώσσες, όπως στα :Αγγλικά, Γαλλικά, Γερμανικά, Ισπανικά, Ιαπωνικά, Αραβικά, Κινεζικά, Εβραϊκά, Ελληνικά και σε πολλές ακόμα γλώσσες.

Έχει προσκληθεί σε πολλά Παγκόσμια Λογοτεχνικά Φεστιβάλ, όπως στις ΗΠΑ, Βέλγιο, Ιράκ, Κίνα, Αρμενία, Λιθουανία, Ουκρανία, Σλοβακία. Το 2019, είχα τη μεγάλη χαρά και τιμή, να τον υποδεχτώ στην πόλη της Χαλκίδας, στη 2η Διεθνή Ποιητική Συνάντηση, στην οποία έλαβαν επίσης μέρος 16 κορυφαίοι Ποιητές, από 11 χώρες του κόσμου.

Από το 2015, ο Καθηγητής Dariusz Tomasz Lebioda είναι ο Πρόεδρος του ‘’European Medal Of Poetry and Art HOMER’’.

   ***

Εν κατακλείδι λοιπόν θα λέγαμε για τον Δαρείο- Τόμας Λεμπιόντα,  ότι πρόκειται για έναν σπουδαίο λογοτέχνη, αλλά κυρίως για έναν μεγάλο Δάσκαλο.

Η ποίηση του Λεμπιόντα ‘’αφουγκράζεται’’ καταγράφει και καταγγέλει:

‘’Stones from central park…/ I touch them / and think/ who much had happened in my life…/ Stones from central park/ so warm and so cold/ like people- so alive /and later so dead/ .

-‘’Πέτρες από το Central park… /Έφερα μια φούχτα πέτρες από το Central park/ …τις αγγίζω και σκέφτομαι / πόσα έχουν συμβεί στη ζωή μου…/ Πέτρες από το central park/ τόσο ζεστές και τόσο κρύες / σαν ανθρώπους τόσο ζωντανούς /και μετέπειτα τόσο νεκρούς /

Βαθύτατα επί της ουσίας φιλόσοφος ο Dariusz Tomasz Lebioda στέκεται με δέος μπροστά στη δύναμη του σύμπαντος και στη διαλεκτική πορεία των πραγμάτων:

‘’ I stand by the side of the road/ not larger than a lady bug or moth/ not larger than the tear of a crow /or the pit of an apricot…’’

-Στέκομαι στην άκρη του δρόμου/ όχι μεγαλύτερος από μια πασχαλίτσα ή από μια πεταλούδα της νύχτας / όχι μεγαλύτερος από το δάκρυ του κορακιού/ ή από τον πυρήνα του βερίκοκου…/

Η φωνή του σπουδαίου αυτού δάσκαλου και δημιουργού είναι συγκλονιστική καθώς εμπεριέχει την αντίθεση και την αντίφαση της διαλεκτικής πορείας της ζωής και των πραγμάτων:

-The voice of his great Teacher and Creator of International Contemporary Literature is shocking, as it includes the contradiction and the opposition of life with the meaning of the dialectic of things:

‘’Fearfully I lift up my head / and listen to the radiance / of the black silk / of eternity/.

-‘’Μετά φόβου σηκώνω το κεφάλι μου/ και αφουγκράζομαι την ακτινοβολία/ του μαύρου μεταξιού/ της αιωνιότητας’’.

Το ποίημα του ‘’Πολιτισμός’’ αποτελεί μια καταγγελία για την ανθρώπινη αδιαφορία και μας δίνει παγκόσμια μηνύματα μέσα από τα οποία υπερασπίζεται την αγάπη και τη δικαιοσύνη ανάμεσα στους ανθρώπους.

-His poem ‘’ Civilization’’ represents a big complain for the human indifference and  the alienation among people:

‘’a grotesque world that reaches for the stars/ but is unable to rescue from a mud pit/ a crying boy‘’.

‘’ένας κόσμος γκροτέσκο που φτάνει έως τα αστέρια/ αλλά δεν είναι ικανός να σώσει από έναν λάκκο με λάσπη/ ένα αγόρι που κλαίει /.

O Δαρείος- Τόμας Λεμπιόντα είναι ένας βαθύτατα φιλόσοφος δημιουργός και το έργο το ποιητικό έργο του είναι γεμάτο από συμβολισμούς ποιητικές μεταφορές και μεταφυσικές προεκτάσεις:

‘’σε λίγο, στον βωμό του πεπρωμένου,/ η τελευταία στήλη καπνού από το θυμίαμα / θα σβήσει / – από το ποίημα του ‘’ΜΙΑ ΖΗΤΙΑΝΑ ΣΤΟΝ ΝΑΟ ΤΟΥ ΤΑΟ’’

-Dariusz Tomasz Lebioda is a profoundly philosopher Creator and his literary work is full of strong symbolisms, poetic metaphors and metaphysical extensions:

-‘’Soon, on the altar of destiny,/ the last wisp of incense/ will burn down’’ – from his poem: ‘’A BEGGAR-WOMAN IN THE TEMPLE OF TAO’’.

Ο Δαρείος Τόμασζ Λεμπιόντα είναι ένας μεγάλος μελετητής της σύγχρονης Διεθνούς Λογοτεχνίας.

-Dariusz Tomasz Lebioda is a great Scholar of International Contemporary Literature.

Μεγάλοι δημιουργοί της παγκόσμιας λογοτεχνίας έχουν γράψει σπουδαίους επαίνους για το έργο και την προσωπικότητα του Dariusz Tomasz Lebioda.

Ένας από τους επίσης σημαντικούς δημιουργούς της πολωνικής, αλλά και της διεθνούς λογοτεχνίας, o Adam Szyper γράφει μεταξύ άλλων σε πρόλογο ενός βιβλίου του Lebioda:

POETRY AND LIFE OF DARIUSZ TOMASZ LEBIODA:

‘’True Poets come into this world with premonitions of poems. From the beginning, they nestle intangible which, over time, transform into poetry. Exactly such a poet is Dariusz Tomasz Lebioda. But his childhood and early youth didn’t foreshadow it…’’

-‘’Οι αληθινοί ποιητές γράφει ο  έρχονται σε αυτόν τον κόσμο με προθέσεις για να γράψουν ποιήματα. Από την αρχή, φωλιάζουν μέσα τους διάφορα σχεδιαγράμματα, χωρίς όμως να παίρνουν αμέσως σχήμα και μορφή, ώσπου με το χρόνο να μετατρέπονται σε ποιητικό λόγο. Ένας ακριβώς τέτοιος ποιητής είναι και ο Δαρείος Θωμάς Λεμπιόντα.  –Αν και η παιδική καθώς και η νεανική ηλικία του δεν έδειχναν μια τέτοια πρόβλεψη…

,, Το 1980, ο Λεμπιόντα έγινε μέλος μιας ομάδας, η οποία απέρριπτε τις ακραίες κοινωνικές φόρμες, καθώς και εκείνη του κομμουνισμού. Ως ενεργό μέλλος στον αθλητισμό, ήταν μποξέρ και ναυαγοσώστης. Εργάστηκε επίσης ως πωλητής και ηθοποιός. Οι περισσότεροι από τους συνομήλικους του έφτασαν έως τη φυλακή ή έως την αυτοκτονία.

Ο Λεμπιόντα ευτυχώς δεν έπεσε σε τέτοιες παγίδες. Ίσως υποσυνείδητα κατάλαβε την αποστολή του σε αυτόν τον κόσμο. Έτσι, αφού δημοσίευσε την πρώτη ποιητική συλλογή του με τον τίτλο ‘’Samodojcy spod wielkiego wozu (Suicides Beneath the Great Wagon), χαρακτηρίστηκε ως δραματική φωνή της γενιάς του. Το βιβλίο αυτό είχε μεγάλη επιτυχία και έγινε ένα πραγματικό Bestseller, το οποίο μάλιστα κέρδισε πολλά βραβεία.

Από τους νέους τότε αναγνωρίστηκε ως λογοτεχνικό τους είδωλο. Ντυνόταν με τζίν ρούχα, έπινε βότκα και κατά έναν τρόπο έπαιζε τον ρόλο του Πολωνού James Dean, καθώς μάλιστα κυκλοφορούσε με μια παλιά μοτοσυκλέτα.

Η ζωή του πήρε μιαν άλλη τροπή, όταν η στάση του απέναντι σε επίσημους καλλιτέχνες, ήταν στάση αποδοκιμασίας και επίσης μια αρνητική στάση απέναντι στο κομμουνιστικό καθεστώς, το οποίο έβρισκε ως μετριότητα.

Για ένα διάστημα λοιπόν ήταν η ζωή του ήταν αρκετά ταραχώδης με εισαγωγή σε κρατητήρια φυλακής και αρνούμενος να εμφανίζεται σε επίσημα λογοτεχνικά περιοδικά της εποχής εκείνης.

Στη συνέχεια, αυτός ο πρώην χούλιγκαν και τζογαδόρος αφοσιώθηκε στις σπουδές του, κέρδισε διδακτορικό και στη συνέχεια έγινε καθηγητής στο Πανεπιστήμιο της ιδιαίτερης πατρίδας του.

Η ποίηση του ερευνά μεγάλα ανθρώπινα κοινωνικά ζητήματα. Ξεκινάει από μια ανθρώπινη κοινότητα, από μια πόλη της Ανατολικής Ευρώπης και προεκτείνεται έως τη Νέα Υόρκη. Με ερέθισμα γραφής την παγίδευση ενός μικρού αγοριού που παγιδεύεται στο βυθό ενός πηγαδιού σε ένα ‘’παλαιό εβραϊκό νεκροταφείο’’ όπου εκεί συναντιούνται οι κρύες σκιές.  Αυτή η συλλογή –με την εξαίρεση κάποιων ποιημάτων- ανήκει σε μια μεταγενέστερη περίοδο της δημιουργικότητας του. Εκεί κάπου, υψώνεται πάνω από την καταιγίδα της θυμωμένης νεολαίας της γενιάς του. Τα ποιήματα τα οποία περιλαμβάνονται σε αυτόν τον μικρό τόμο, εκφράζουν την αναζήτηση του κάθε σκεπτόμενου ανθρώπου για τη γνησιότητα, την αξία και την αληθινή ομορφιά της ζωής. Ο Lebioda καθρεφτίζει κατά ένα τρόπο την υποβάθμιση της ανθρώπινης αξίας, έτσι καθώς ο σημερινός άνθρωπος βλέπει όλα όσα συμβαίνουν γύρω του, χωρίς να έχει τη δυνατότητα να επέμβει με θετικό τρόπο.

Παρ’ όλα αυτά ο σημερινός άνθρωπος συνεχίζει να διατηρεί μια πεποίθηση, ότι ο κόσμος αυτός είναι καλός και οι άνθρωποι είναι ευγενείς και δοτικοί.

Δυστυχώς όμως, η εμπειρία του Ποιητή καθώς βιώνει την καθημερινότητα του αντικρούεται σε αυτήν την πίστη του. Αυτό φυσικά έχει ως αποτέλεσμα να δημιουργεί στον ποιητικό λόγο του διαφορετικούς ανθρώπινους ρόλους.

Έτσι, ο σύγχρονος άνθρωπος γίνεται χαμαιλέοντας με διάφορες μάσκες και με διαφορετικές φωνές.

Με αυτόν τον τρόπο, ο άνθρωπος γίνεται άλλοτε αχινός, εθισμένος, κουρασμένος φίλος ή φιλόσοφος που μαλώνει με τον όποιον Θεό, ενώ ο Ιώβ αντέχει και παρακαλάει.

Ο Lebioda, στον 21ο αιώνα βλέπει την άβυσσο του Χρόνου και κοιτάζει επάνω στο ‘’Μαύρο μετάξι’’ του απέραντου νυχτερινού ουρανού στον οποίο ο χρόνος είναι ανύπαρκτος.

Τρομοκρατημένος θα λέγαμε, από όλο αυτό το κακό που συμβαίνει στην ανθρωπότητα και αισθανόμενος ένα δέος το οποίο προκαλεί το πέρασμα του χρόνου, δεν λειτουργεί πλέον με τρόπους που εμπεριέχουν τον εγωισμό.

Μιλάει τώρα με τόνο προφητικό και με αίσθημα συμπάθειας για τον σημερινό άνθρωπο, χωρίς το σύμπτωμα της μεγαλομανίας.

Η ποιητική συλλογή ‘’Μαύρο μετάξι’’ αποτελεί μια ποιητική σύνθεση με ποιήματα γεμάτα κατανόηση και τρυφερότητα για τον άνθρωπο και το σύμπαν που τον περιβάλλει. Περιγράφει γεγονότα τα οποία συμβαίνουν σε διεθνή κλίμακα, αλλά και συμβάντα που τον έχουν αγγίξει, όπως ο νεκρός αδελφός του, αλλά επιρροές από την η προσωπικότητα π.χ της Μητέρας Τερέζας, τα δραματικά γεγονότα του 20ο αιώνα στη μεγάλη τραγωδία του πολέμου με την εμπλοκή Πολωνών, Εβραίων, Γερμανών που είχε ως αποτέλεσμα το αιματοκύλισμα αθώων ανθρώπων.  

Σε αυτήν τη συγκινητική συλλογή όπως είναι το ‘’Μαύρο μετάξι’’ υπάρχει μια πανανθρώπινη φωνή που κατά συνέπεια αφορά όλους μας.

Το οπτικό πεδίο του Λεμπιόντα είναι έως τρομακτικό και κατά την άποψή του ο 20ος αιώνας δεν κοιτάζει το μέλλον με αισιοδοξία.

Σε είκοσι δυο ποιήματα που προέρχονται από προσωπικές σκέψεις, κατορθώνει να αγγίξει τα πλέον σοβαρά προβλήματα του σύγχρονου κόσμου: ‘’Στέκομαι στο πλάι του δρόμου/ όχι μεγαλύτερο από μια πασχαλίτσα ή σκώρο…’’

Τα ποιήματα του, παρ’ όλη την ζοφερή ατμόσφαιρα δεν γίνονται πιεστικά στον αναγνώστη. Μπορούν και γίνονται ανάλαφρα από τον έξυπνο τρόπο του ποιητή, από την τρυφερότητα του και τον πλούτο των χρωμάτων του, που εκπέμπονται σαν πυροτεχνήματα.

Ο Dariusz Tomasz Lebioda, είναι ένας από τους πιο υποσχόμενους σύγχρονους Πολωνούς ποιητές της γενιάς του.

Ωστόσο, τον τελευταίο καιρό δεν έχουμε κάτι διαβάσει από αυτόν.

ADAM SZYPER

-Αύγουστος 2001 – Ελίζαμπεθ Νιου Τζέρσευ- Elizabeth New Jersey.

Μετάφραση από την Αγγλική στην Ελληνική γλώσσα από την Ελληνίδα Ποιήτρια Μαρία Μιστριώτη.

 -Translation from English into the Greek language, by the Greek Poetess Maria Mistrioti

     ***

Μερικά από τα ποιήματα του Dariusz Tomasz Lebioda από την Αγγλική στην Ελληνική γλώσσα. -Ποιητική απόδοση από την Αγγλική στην Ελληνική γλώσσα, από την Ελληνίδα Ποιήτρια Μαρία Μιστριώτη.

-Some poems of Dariusz Tomasz Lebioda from English into the Greek language. -Poetic performance from English into the Greek language- by the Greek Poetess Maria Mistrioti :

                   ***

BLACK SILK 

I stand the side of the road

not larger than the tear of a crow

or the pit of an apricot

not larger than a grain of flax

or eyelash of a doe

-fearfully I lift

up my head and

listen to the radiance

of the black silk

of eternity

ΜΑΥΡΟ ΜΕΤΑΞΙ –BLACK SILK

Στέκομαι στην άκρη του δρόμου

όχι μεγαλύτερος από μια πασχαλίτσα ή μια νυχτοπεταλούδα

όχι μεγαλύτερος από το δάκρυ του κορακιού

ή τον πυρήνα του βερίκοκου

όχι μεγαλύτερος από έναν λιναρόσπορο

ή τη βλεφαρίδα μιας ελαφίνας

-Μετά φόβου σηκώνω

Το κεφάλι μου

 και αφουγκράζομαι την ακτινοβολία

του μαύρου μεταξιού

της αιωνιότητας

   ***

CIVILIZATION

Six-year-old Alfredo Rampi

Of the Italian town of Frascati

Prayed with his friends

Near an artesian well

When he fell into it

he cried out for his mother

at such times people forget about the blood

but nobody succeeded in saving the body

though some managed to touch his hands

finally the many hours of loneliness

and the slime overcame his small frame

for a moment a proud civilization bowed to him

with cameras loud speakers flashes of flares

for awhile the uproar in taverns ceased

for an instant the radio died

the world ignited in the tears

but is unable to rescue from a mud pit

a crying boy

***

ΠΟΛΙΤΙΣΜΟΣ –SIVILIZATION

Ο εξάχρονος Alfredo Rampi

από την Ιταλική πόλη του Frascati

έπαιζε με τους φίλους του

κοντά σε ένα αρτεσιανό πηγάδι

όταν έπεσε μέσα σε αυτό

με κραυγές ζητούσε τη μητέρα του

σε τέτοιες στιγμές οι άνθρωποι ξεχνούν το αίμα

στα χείλη τους και το αλάτι στα μάτια τους

όμως κανείς δεν κατάφερε να σώσει το αγόρι

αν και κάποιοι κατάφεραν να αγγίξουν τα χέρια του

Τελικά οι πολλές ώρες μοναξιάς καθώς και η λάσπη

κατέβαλλαν το μικροκαμωμένο κορμί του

Για μια στιγμή ένας υπερήφανος πολιτισμός

 υποκλίθηκε σε αυτόν 

με κάμερες δυνατά ηχεία και φλας που άναβαν και έσβηναν

για λίγο η οχλαγωγία στις ταβέρνες σταμάτησε

και για μια στιγμή το ραδιόφωνο σίγησε

ο κόσμος λες και πήρε φωτιά από τα δάκρυα

χιλιάδων ανδρών και γυναικών

ένας κόσμος γκροτέσκο που φτάνει έως τα αστέρια

αλλά δεν είναι ικανός να σώσει από έναν λάκκο με λάσπη

ένα μικρό αγόρι που κλαίει

 ***

STONES FROM CENTRAL PARK -2002.

I brought a handful of stones from central park

they lay in America for millions of years

waiting for my hand

I picked them up from the ground and put them

Into my pocket

they flew with me over the atlantic

now they are lying on a shelf

and will stay there

I touch them and think

how much had happened in my life

how many times beaten by a club

spat on and going insane

I could not touch them

I think about my childhood friends

And enemies on the same street

about my passions and the birth of children

moments of hunger

and appeasement

Stones from central park

So warm and so cold

like people –so alive

and later so dead

***

Πέτρες από το κεντρικό πάρκο

-Stones from central park-

Έφερα μια φούχτα πέτρες από το Central park

Βρίσκονταν στην Αμερική για εκατομμύρια χρόνια

περιμένοντας το χέρι μου 

Τις μάζεψα από το έδαφος και τις έβαλα στην τσέπη μου

Πέταξαν μαζί μου πάνω από τον Ατλαντικό

Τώρα βρίσκονται σε ένα ράφι

και θα παραμείνουν εκεί 

Τις αγγίζω και σκέφτομαι-

πόσα έχουν συμβεί στη ζωή μου

πόσες φορές χτυπήθηκα από ρόπαλο

με έφτυσαν και με εξαπάτησαν

Τρέμοντας χάνω τα λογικά μου

Δεν μπορούσα να τις αγγίξω

Σκέφτομαι τους παιδικούς μου φίλους

αλλά και τους εχθρούς στην ίδια οδό    

Τα πάθη μου και τη γέννηση των παιδιών

Στιγμές πείνας και κατευνασμού

Πέτρες από το central park

Τόσο ζεστές και ταυτόχρονα τόσο κρύες

Σαν ανθρώπους ζωντανούς

και μετέπειτα νεκρούς

           ***

MYSTERY –Μυστήριο

I wanted to tell you

about my thirst

But I was afraid

It would fade away

With you

  ***

ΜΥΣΤΗΡΙΟ –MYSTERY

Θέλησα να σου μιλήσω

Για τη δίψα μου

Αλλά φοβόμουν

ότι θα εξαφανιστεί μαζί σου

 ***

MURENA

-For Nikos Chadzinikolau

Lurks in the depths

for unwary sirens

blood is her

pleasure

flesh is her

bread

a mask of death

Poseidon’s trident

Hunting at night

like eros 

fishermen’s wives

curse her

and become her

in their dreams

only Zeus regards her

with contempt

while draining the dregs

of the chalice

filled with

her venom

MURENA

Για τον Νίκο Χατζηνικολάου

Παραμονεύει στα βάθη

για ξένοιαστες σειρήνες

Αίμα

είναι η ευχαρίστηση της

Σάρκα

είναι το ψωμί της

Μια μάσκα όπως των νεκρών

η τρίαινα του Ποσειδώνα

τριγυρνάει τα βράδια

όπως αρέσει στον έρωτα

Οι γυναίκες των ψαράδων

την καταριούνται

αλλά μόνο στα όνειρα τους

μπορούν να γίνουν όπως εκείνη

Μόνο ο Δίας την θωρεί

με περιφρόνηση

αποστραγγίζοντας τα υπολείμματα

από το δισκοπότηρο

γεμάτο με το δηλητήριο της

***

Η λογοτεχνική αυτή εργασία για τον Dariusz Tomasz Lebioda –Μετάφραση βιογραφικού, ποιητική απόδοση μερικών ποιημάτων του από την Αγγλική στην Ελληνική γλώσσα, καθώς και μετάφραση της κριτικής του Adam Szyper από τα αγγλικά στα Ελληνικά, αποτελεί Πνευματικό Δικαίωμα της ελληνίδας Ποιήτριας Μαρίας Μιστριώτη. Απαγορεύεται η οποιαδήποτε αντιγραφή, ανατύπωση, διασκευή και εν γένει η εκμετάλλευση του συνόλου ή μέρους αυτής.

-This literary work for Dariusz Tomasz Lebioda is a copyright of the Greek Poetess Maria Mistrioti. As a whole Anny copy, adaptation and exploitation is prohibited or even part of it.

***

Σύντομο βιογραφικό της Μαρίας Μιστριώτη -A short biography of Maria Mistrioti.

Maria Mistrioti was born in Arcadia. She lives in Chalkida of Evia, Greece. She studied Social Worker and Journalist. The course of het inspiration is mainly the Homeric Odyssey. Maria Mistrioti has published many poetry collections and some literary studies. She is included in Greek and foreign anthologies. Her poems have been translated into English, Italian, Polish, Romanian, Czech, Hungarian, Chinese, Arabic, Korean, Spanish, Ukrainian. She has participated in many International Poetry Festivals. Maria Mistrioti was honored with Special Literary Prizes like the Medal ‘’Nikolaos Kriezotis’’ by the Prefecture of Evia and by Municipality of Chalkida. She was awarder-in 2004 during the Olympic Games in Athens- the State Prize –Medal and a Special Diploma by the Polish Ministry of Culture, at the request of the Polish Ambassador in Greece at that time Mr. Grzegorz Diemidowich. The Prize was awarder by Aleksander Kwasniewski Who was the President of the Republic of Poland.  In 2019 she was awarder the ‘’HOMER’’ –The European Medal of Poetry and Art and the ‘’IANICIUS’’ International Literary Prize, by Dariusz Tomasz Lebioda PH.D. President European Medal of Poetry and Art HOMER. Maria Mistrioti is a full Member of the Greek Literary Society and an Organizer of International Poetry Festivasl in Greece.

Maria Mistrioti

Chalkida, Greece, July 8, 2021.

KASZUBY – KASZËBË

Widok na Pojezierze Kartuskie z wieży widokowej na Wieżycy

Kilka ostatnich dni spędziłem na Pojezierzu Kartuskim, zamieszkanym głównie przez Kaszubów. Powszechniejsza jest inna nazwa tego regionu: Pojezierze Kaszubskie, ale z racji tego, że Kaszubi zamieszkują także sąsiednie mezoregiony, poprawniejsza jest ta pierwsza. Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, z tego, że jest to kraina najwyżej położona ze wszystkich pojezierzy pomorskich, a urokliwe akweny natura rozmieściła na wysokości od 149 do 216 metrów nad poziomem morza. Łatwo zatem możemy sobie wyobrazić, że gdyby nie istniały zapory morenowe, zalesienia i wysoko położone łąki, wody jezior szybko spłynęłyby do morza. Na szczęście tak się nie stało i możemy cieszyć się wspaniałymi widokami rynnowych akwenów, poprzetykanych wzgórzami, z których spływają niewielkie rzeki: Radunia, Reda, Łeba, Motława, Wierzyca, Słupia i Łupawa. W okolicach Miastka zaczyna także swój bieg Brda, która po drodze rozrasta się do sporych rozmiarów i dopiero w Bydgoszczy (konkretnie w dzielnicy Łęgnowo) wpada do Wisły. Nie trzeba chyba przekonywać, że tereny Kaszub są rajem dla wędkarzy i rybaków, którzy od wieków ciągnęli sieci z jezior, czasem wykorzystując do tego mocarne konie holenderskie. Niezwykle interesujący jest też świat pojezierskiej przyrody, zarówno w zakresie ichtiologii, jak i ornitologii i szerszej zoologii, a zajęcie znajdzie tutaj i rozpromieni się też botanik, biolog i badacz środowiska naturalnego. Stając na wyniosłych wzgórzach i mając przed sobą granatowe soczewki jezior, czułem się znakomicie i przypominała mi się moja młodzieńcza piesza wyprawa wzdłuż jezior mazurskich, z Rucianego-Nidy, poprzez Mikołajki i Ryn, aż do Giżycka i Węgorzewa. Planowane obejście jeziora Śniardwy okazało się wtedy niemożliwe, ale i tak przedsięwzięcie było wielkim sukcesem i przyczyniło się do rozszerzenia moich zainteresowań naturalistycznych. Teraz, będąc na Pojezierzu Kartuskim z uwagą przyglądałem się ptakom i zwierzętom leśnym, a podczas wędrówki na najwyższy szczyt tych ziem, zauważyłem, że w liściastych lasach dominują buki, dęby, graby pospolite, lipy drobnolistne, olchy, czasem jesiony wyniosłe i jawory, a z drzew iglastych – sosny zwyczajne i nasadzane przez ludzi świerki pospolite. Droga na Wieżycę (328 metrów n.p.m.) była wspaniałym zwieńczeniem wyprawy kaszubskiej, a wejście na wyniosłą wieżę widokową, lekko chwiejącą się na wietrze, otworzyło przede mną magiczną przestrzeń krajobrazową. Trudno się dziwić, że przez wieki tyle armii próbowało skolonizować te ziemie i wykorzenić rdzenny lud, który oparł się wszystkim nawałom. Widać to na każdym kroku, w miastach, miasteczkach i wsiach, a nade wszystko słychać, za sprawą integralnego i jakże interesującego języka kaszubskiego, pojawiającego się także na drogowych tablicach informacyjnych i w miejscach użyteczności publicznej.

Nie obyło się też bez wyprawy nad morze
Jeziora – naturalne bogactwo Kaszub
Sielskość kaszubskiego krajobrazu
Drzewa porastające wzgórza
I jeszcze jedno spojrzenie z Kaszubskiej Wieży Widokowej

KOSMICZNA CHWILA

Człowiek jest sobą w sobie i póki czuje własną integralność, póki wszystko dobrze funkcjonuje w jego organizmie, niewiele uwagi poświęca otoczeniu. Stale gdzieś gna, wciąż ma coś do załatwienia, coś do zrobienia, nabycia; utwierdzenia w codzienności. Najbliższa rodzina,  przyjaciele i wrogowie zajmują go tylko w konkretnych sytuacjach, od zdarzenia do zaskoczenia, od przebudzenia do zaśnięcia. Rzadko kiedy unosi głowę ku górze i kontempluje swoje zawieszenie w ogromnej strukturze wszechświata. Jakby chciał oddalić to, że został zawieszony na niewielkiej planecie, która w kategoriach kosmicznych mniejsza jest od pyłku. Jego istnienie ma wymiar lokalny, krajowy, czasem kontynentalny, a dekoracjami są wzgórza i góry, równiny i doliny, skalne ostańce na wyżynach i chmury na niebie. To jest rodzaj bezpiecznego zamknięcia w barwnej bańce mydlanej, która w jego świadomości zdaje się mieć wytrzymałość diamentu. Dziewiczy kosmos wdziera się do ludzkiego życia najczęściej nocą, gdy granatowe niebo zaczyna połyskiwać konstelacjami gwiazd, gdy wschodzi Księżyc, a nad horyzontem pojawiają się światła Wenus, Marsa, Jowisza, Saturna. W wyjątkowych momentach niewielka, jasna smużka obwieszcza, że blisko naszej planety przelatuje kometa lub asteroida. Ale to są tylko chwile, bo kolejny poranek staje się początkiem nowego wyścigu, jakiegoś zadania do wykonania, jakiej inicjacji zaczynającej wraz z pojawieniem się światła słonecznego. Nasz gwiazda jest najważniejszą częścią Układu Słonecznego i tylko jej niezwykła temporalna aktywność, stworzyła warunki, w których mogło rozwinąć się życie. Ludzka świadomość zaczyna szukać kontekstu kosmicznego w sytuacjach krańcowych, gdy swoją moc manifestują naturalne żywioły – podczas sztormu na ocenie, w chwili wybuchu wulkanu, przy zejściu ogromnej lawiny w górach, alb0 przy gwałtownych przemianach pór roku, miesięcy i dni. Wtedy też czasami próbuje odsuwać to, co pierwotne, kosmogoniczne, metamorficzne – życie przecież musi być bezpieczne, albo przynajmniej powinno takim się wydawać. Powyższe refleksje pojawiły się w moim umyśle, gdy przeglądałem ostatnio wykonane zdjęcia. Na jednym z nich chciałem uchwycić migotliwość liści brzozy, ich prawie niedostrzegalny ruch i lekkie chwianie się całego drzewa. Tłem miały być piękne białe cumulusy, rozbudowujące się nad horyzontem, wzmocnione przez wyrazisty błękit pogodnego nieba. Dopiero w domu zauważyłem, że na kilku podobnych do siebie fotografiach, nie wiedząc o tym, odzwierciedliłem też kosmiczność naszego świata. Brzoza i chmury, liście i moja świadomość, a nade wszystko soczewka aparatu fotograficznego zyskały dodatkowy kontekst, gdy nad białym płatem chmury pojawiła się mętna cząstka Księżyca. Gdy to zauważyłem, poczułem, że w ułamku sekundy kosmiczna chwila ekspandowała mnie w dalekie regiony układu planetarnego, gigantycznej struktury galaktycznej i wielkiej, niewyobrażalnej jedni gwiazd, mgławic, pyłu, ognia, światła i ciemności, czasu i przestrzeni, określanej jako Wszechświat. Stojąc na Ziemi, zwykle stabilnej, mocno utwierdzonej w swym istnieniu, poczułem jej ulotność i chwilowość, kruchość i magiczne zawieszenie w kosmosie.  

ŻONA HIMMLERA

Margarete Himmler z domu Boden

W związku z pisaną powieścią pt. Bromberg przeprowadziłem historyczne dochodzenie i wybrałem się samochodem do Goncarzewa, nieopodal mojego miasta. Starczyło minąć Osową Górę, przemknąć do Wojnowa i Sicienka i już pojawiła się niewielka wieś, w której 9 września 1893 roku urodziła się Margarete Boden, zapisana w historii jako żona Heinricha Himmlera, jednego z największych oprawców nazistowskich. Kobieta musiała być w młodości bardzo kochliwa, bo szybko wyszła za mąż, przyjęła nazwisko Siegroth i również ekspresowo, rozwiodła się z owym tajemniczym mężczyzną, o którym niewiele wiemy. Może po tym zniknęłaby w otchłaniach historii, gdyby nie wybrała się na wakacje do Włoch i w pociągu nie poznała przyszłego kata narodu żydowskiego. Kobieta wychowała się w bogatym majątku ojca i szybko zasłynęła w okolicy z delikatnej urody. Lubiła wtedy wędrować po polach i często zachodziła też na niewielki cmentarzyk ewangelicki w jej wsi, gdzie składała polne kwiaty na niemieckich grobach. Dzisiaj Goncarzewo jest typową polską wioską, z zabudową z czasów PRL-u, powoli zyskującą nowe, nowocześniejsze domostwa – łatwo też możemy sobie wyobrazić jak wyglądało to miejsce w czasach pruskich, zatopione pośród łanów złocistych zbóż, ocienione sadami jabłoni, śliw i grusz. Ojciec Margarete – Hans Boden – pochodził z Pyritz, historycznego miasta pomiędzy Gorzowem a Szczecinem, które w polskich czasach nazywało się Pyrzyce. Zapewne on zadecydował, że wraz z żoną Elfride przeniosą się bliżej wschodniej granicy Rzeszy, gdzie były lepsze warunki prowadzenia gospodarki rolnej. Wszak pod koniec dziewiętnastego wieku i na początku następnego stulecia nikt nawet nie przypuszczał, że Niemcy utracą te ziemie i będą musieli wynosić się na zachód. Jak zwykle w rodzinach gospodarskich, gdzie potrzebne były ręce do pracy, Margarete dorastała w rustykalnych przestrzeniach z dwoma braćmi i trzema siostrami. Z tamtych czasów zapamiętała wyprawy bryczkami do pobliskiej wsi Klein Sittno (Sicienko), gdzie w dużym kościele protestanckim pastorem był dr. Oswald Teper, misjonarz z Chin. To on udzielił jej pierwszego ślubu i później wielokrotnie opowiadał o sztuce i kulturze Kraju Środka. Te barwne narracje powodowały, że w jej wyobraźni pojawiały się wielkie rzeki, ośnieżone szczyty i dziwne zwierzęta, a nade wszystko nieprzebrane rzesze skośnookich ludzi.

Kępa roślinności w Goncarzewie kryjąca w sobie stary ewangelicki cmentarzyk

Himmler zauroczył się, nieco już korpulentną blondynką, i zaczął prowadzić z nią korespondencję, w której podkreślał, że wyczuł w niej niezwykle energiczną osobę. W systemie jego poglądów na temat czystości rasy germańskiej, takie kobiety miały w przyszłości rodzić nowych Niemców. Margarete miała niebieskie oczy, burzę jasnych włosów i do tego jeszcze była pielęgniarką, co miało dodatkowy walor utylitarny dla agronoma, robiącego oszałamiającą karierę w partii nazistowskiej. Nie przeszkadzało mu, że była od niego starsza o siedem lat, wszak wyczuwał, że jako reproduktorka podoła zadaniom żony, a dodatkowo będzie u jego boku wyrazistą manifestacją cech aryjskich. Podobało mu się też i to, że Margarete umiała brać sprawy w swoje ręce i realizować trudne przedsięwzięcia. Po tym jak ojciec dopomógł jej w kupnie udziałów w berlińskim domu opieki, zaczęła go prowadzić i pracować w nim jako siostra przełożona, z bardzo dobrą pensją. Połączyła ich także wspólna nienawiść do Żydów, których oboje określali jako motłoch. Żona Himmlera poznała ich w Brombergu, gdzie zaczęła uczęszczać do szkół dla dziewcząt i gdzie często chodziła do Teatru Miejskiego. Miasto rozwijało się wtedy w zawrotnym tempie i szybko zaczęto je określać jako kleine Berlin, a wielkie parki i reprezentacyjne budynki użyteczności publicznej wyrastały każdego roku jak grzyby po deszczu. Córka bogatego junkra z Goncarzewa nie mogła wszakże zaakceptować powiększającej się społeczności żydowskiej, manifestującej swoją odrębność i bogacącej się na podejrzanych interesach. Młode małżeństwo często prowadziło długie dysputy – on mówił o nadużyciach w Republice Weimarskiej i inwazji Żydów w Niemczech, a ona wspominała swoje bydgoskie lata i także w negatywnym świetle przedstawiała tendencje filosemickie władz miasta, w którym się kształciła. Himmler był dumny, że jego żona brała udział w Brombergu w licznych uroczystościach o charakterze narodowym, a potem została pielęgniarką i na frontach pierwszej wojny światowej pielęgnowała rannych żołnierzy niemieckich. Z wielkim żalem opuszczała rodzinne Goncarzewo, gdy ziemie te po Traktacie Wersalskim przyznano Polsce, ale też szybko zaaklimatyzowała się w Berlinie, który był dla niej nowym wyzwaniem i szansą na osiągnięcie określonego statusu społecznego.

Niszczejące pozostałości po cmentarzu

Himmlerowie pobrali się w 1928 roku, a rok później na świat przyszła ich jedyna córka – Gudrun. Kupili niewielki majątek, niedaleko Monachium, gdzie on wrócił do swoich pasji rolniczych, uprawy ziół i hodowli kurczaków, a ona mogła organizować rauty i zapraszać żony innych ważnych nazistów. Wstąpiła też do NSDAP i szybko stała się ważną postacią w środowisku, generując tyleż pochlebnych, co negatywnych opinii. Niektóre z żon przywódców III Rzeszy zauważyły, że miała przemożny wpływ na męża, otaczała go opieką, a nawet tolerowała to, że szybko znalazł sobie kochankę. Była nią Hedwig Potthas – prywatna sekretarka, doskonale wykształcona, władająca obcymi językami, a nade wszystko o dwanaście lat młodsza od Reichsführera SS. Szybko urodziła mu syna i córkę, co nie było tajemnicą w ówczesnych niemieckich gremiach dygnitarskich i traktowane było jako powiększanie zasobu czystych Aryjczyków. Małżeństwo z Margarete szybko zamieniło się w związek na odległość – on stale podróżował do wielu miejsc okupowanych przez Niemców, a ona, jako nadinspektorka Niemieckiego Czerwonego Krzyża jeździła po Europie i troszczyła się o żołnierzy oraz volksdeutschów z okupowanych terenów. Jako fanatyczna wielbicielka Hitlera wierzyła w każde jego słowo i nawet, gdy wojna była już przegrana, głosiła rychły triumf III Rzeszy. Jej mąż, zdając sobie sprawę z konsekwencji swoich zbrodni na ludzkości, 23 maja 1945 roku popełnił samobójstwo, połykając cyjanek potasu. Po wojnie żona Himmlera i jego córka Gudrun przetrzymywane były w obozach dla uchodźców we Włoszech, Francji i w Niemczech, przez cały czas udając, że niczego nie wiedziały o zbrodniach męża i ojca. Ostatecznie Margarete uznano za osobę czerpiącą korzyści z nazistowskiego systemu i skazano ją jedynie na trzydzieści dni karnych robót. Nie wyzbyła się wszakże swoich narodowosocjalistycznych idei i mieszkając z córką, działała skrycie w organizacji pomagającej byłym nazistom. Choć zabrano jej emeryturę i pozbawiono praw wyborczych, żyła aż do 25 sierpnia 1967 roku, kiedy to zmarła w Monachium i została pochowana w niewiadomym miejscu. Jej i Himmlera córka odeszła z tego świata w 2018 roku.

Nagrobek nieznanej osoby w Goncarzewie

Moje historyczne dochodzenie nie odpowiedziało na pytanie, czy na zaniedbanym cmentarzu ewangelickim w Goncarzewie pochowani zostali jacyś krewni żony Himmlera. Obecnie znajduje się on w granicach niewielkiej wysepki roślinności, na rozległym, zaoranym polu i doskonale widać jak destrukcyjny charakter miał dla tej nekropolii upływ czasu. Od ostatniego pobytu Margarete w Gonarzewie, a być może też i na tym cmentarzu, minęło już ponad sto lat. Dzisiaj jest tam zaledwie kilka zniszczonych nagrobków, spośród których tylko na jednym z trudem odczytać można jakieś litery. Reszta zapadła się pod ziemię, albo została rozkradziona, z trudem też wyodrębnić można pośród hałd śmieci fragmenty muru cmentarnego z czerwonej cegły. Wszystko zarosły dzikie krzewy, w górę wystrzeliły rosochate drzewa, a zarośnięte doły świadczą o tym, że w jakichś momentach historii próbowano rozkopywać groby w poszukiwaniu kosztowności. Niczego nie dała też kwerenda w parafii w Sicienku, do której należał ten teren w czasach niemieckich, bo wszelkie dokumenty zostały zabrane za zachodnią granicę. Jakkolwiek by jednak nie było, bardzo prawdopodobne jest, że na tym opuszczonym poniemieckim cmentarzyku pochowano jakieś osoby spokrewnione z przyszłą żoną Himmlera. Zapewne wprowadzę wątek córki bogatego junkra z Goncarzewa do pisanej powieści, choć jeszcze nie wiem w jakim kierunku podążę. Możliwości narracyjnych jest tutaj sporo i są one bardzo pociągające z punktu widzenia strategii pisarskich… Wracając przez pole z samotnej kępy roślinności nie mogłem pozbyć się wrażenia, że stawiając tam kroki, dotknąłem jakiejś cząstki prawdziwej historii.           

Pozostałości pocmentarne
Śmietnisko z widocznym fragmentem dawnego muru cmentarnego
Pozostałości pocmentarne
Próby rozkopywania grobów
dav

« Older entries

%d blogerów lubi to: