W PAPUGARNI

Choć wolę ptaki podpatrywać w naturze, sporo radości dało mi odwiedzenie bydgoskiej papugarni. Wizyta uświadomiła mi raz jeszcze jak kruchymi i ulotnymi są te barwne ptasie stwory. W naturze ich barwy i odcienie są tysiąckrotnie piękniejsze, a różnorodność jest tak wielka, że wymaga lat studiów, porównań, analiz ornitologicznych. 

 

  

DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (6)

11121445-obraz_234_640

26 stycznia 1982 roku

Sejm uchwalił zarządzenia stanu wojennego, a tylko posłowie Karol Małcużyński i Janusz Zabłocki wystąpili z oskarżeniami władz wojskowych. Małcużyński – zwracając się bezpośrednio do Jaruzelskiego – ostrzegał przed gniewem społecznym, a szczególnie młodzieży, stanowiącej 60% społeczeństwa. Gdy mówił do Jaruzelskiego, wybuchła wrzawa komunistycznych posłów, którzy skandowali: Jak śmiesz pouczać premiera?

W Genewie Haig oświadczył, że na jego spotkaniach z Gromyką zaciążyła sytuacja w Polsce. Międzynarodowy Czerwony Krzyż otrzymał pozwolenie na odwiedzenie pięciuset internowanych. Grupa wybitnych polskich opozycjonistów wystąpiła z oskarżeniem władz o pobicia i szykany. Schmidt ponowił wezwanie do zakończenia stanu wojennego w Polsce i zwolnienia osób internowanych.

W Moskwie zmarł czołowy teoretyk KPZR – Michaił Susłow, który przyczynił się do sowieckich interwencji na Węgrzech i w Czechosłowacji. Było coś piekielnego w obrazach z Moskwy, gdy udekorowany na czerwono plac żegnał niesionego w otwartej trumnie trupa. Zakopują tych złoczyńców przy murze kremlowskim, jakby byli świętymi, ale czego się spodziewać po sowietach skoro umieścili tam też ścierwa Lenina, Stalina i Dzierżyńskiego…

27 stycznia 1982 roku

Dzisiaj pierwszy dzień w uczelni. Opiekunka mojego roku – Rubaszewska – jest strasznie egzaltowana i przekonana o swej urodzie, ale może odpuści z tą jej gramatyką historyczną. Od 9.00 do 11.00 jakiś podpułkownik upolityczniał wszystkie roczniki filologii polskiej i działacze socjalistycznego zrzeszenia studentów kiwali z uznaniem głowami i lojalnie, wazeliniarsko komentowali wypowiedzi wojskowego. Powiedział, że internowano 60 oficerów, a po wprowadzeniu stanu wojennego w Szczecinie i w Gdańsku zginęło kilkadziesiąt ludzi. Nawiązał też do kopalni „Wujek”, gdzie „warcholstwo górnicze” odrąbywało siekierami i kilofami ręce schwytanych zomowców. Było to smutne i durne przedstawienie w miejscu, gdzie zwykle analizuje się poezję, dramat albo prozę.

Nie zauważyłem Aliny i chyba ona też mnie nie widziała, ale siedziałem przy takiej sympatycznej Dance, obciętej na chłopca. Fajna dziewczyna i też mieszka na Błoniu, w jakimś bloku przy Okrzei.    

Gromyko powiedział, że USA nie mają żadnego prawa mówić rządowi polskiemu co ma robić. Haig zaoferował dużą pomoc dla Polski, jeśli zostanie zakończony stan wojenny, a Gromyko miał tę propozycję odrzucić. W przyszłym tygodniu prymas Glemp spotka się z papieżem w Rzymie i będzie mu towarzyszył biskup Franciszek Macharski z Krakowa oraz inni członkowie Episkopatu Polski.

Wolna Europa podaje, że Rosjanie wraz z wojskami rządowymi ostrzelali z rakiet miasto Kandahar w Afganistanie. Po ostrzale na teren miasta weszło wojsko sowieckie i zaczął się rabunek bazarów i okolicznych wsi. Pamiętam co moja prababcia opowiadała o wejściu Rosjan do Bydgoszczy – dokwaterowano im wtedy żołnierzy na ulicę Strzelecką i rozgrywały się tam dantejskie sceny, z gwałtami, zabijaniem niewinnych ludzi i nieustannym zastraszaniem. Najgorsi byli sołdaci z mongoloidalnymi rysami twarzy – prawdziwe zwierzęta, ciągle pijani i szukający dziewcząt, by je zgwałcić. Moją babcię pradziadek ukrył w innym domu na strychu, ale nawet dobierali się do prababci.

11121443-obraz_195_640        

28 stycznia 1982 roku

Władze polskie zaczęły kampanię mającą na celu ujawnienie działalności CIA w Polsce. Postanowiono też, że dopuści się przejęcie Wałęsy przez Kościół, po jego uwolnieniu, ale bez kontaktów z innymi przywódcami Solidarności. Dostojnicy kościelni odmówili, bo musieliby stać się więziennymi strażnikami.

Przeczytałem Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya i garść refleksji wpisuję bezpośrednio do mojego dziennika. Nowy wspaniały świat (Brave New World) to słynna antyutopia, powstała na osiem lat przed szaleństwami Hitlera, na parę dziesiątków lat przed próbami uniformizacji narodu chińskiego przez Mao Tse Tunga i prawie pół wieku przed pierwszymi eksperymentami z narodzinami dzieci z próbówki. Huxley opisał dziwaczne społeczeństwo dwudziestego szóstego wieku historii ludzkości, które odcięło się od przeszłości i zaprowadziło porządki przypominające zorganizowanie i podporządkowanie funkcji, jakie obserwujemy w mrowisku czy termitierze. Oto w wielkich kombinatach rozrodczych „produkuje” się istoty ludzkie – w ogromnych butlach, na podłożu świńskich komórek, wzrastają organizmy, które już w trakcie „dojrzewania” poddaje się określonej „obróbce”. Poprzez ograniczenie dostępu tlenu, nasączanie alkoholem, zmniejszanie, bądź zwiększanie racji żywieniowych, doprowadza się do narodzin specyficznie ukształtowanych jednostek, jakby całych rzesz bliźniaków jednojajowych. Do tego dodaje się swoisty system edukacyjny oparty na zastraszaniu i nieograniczonej swobodzie seksualnej (dopuszczenie do gier miłosnych dzieci), a także nauczanie poprzez sen (nieustannie płynący z głośników głos powtarzający te same formułki) kodeksu zawierającego wszystkie prawa i przywileje członka społeczności. W taki sposób dosłownie „produkuje” się określone typy ludzkie (oznaczane pierwszymi literami greckiego alfabetu), przystosowane do wykonywania specjalnych zadań. Wszelkie przejawy buntu i sprzeciwu, wszelkie nastroje frustracji, usuwa się farmakologicznie przez podawanie codziennej racji środka narkotycznego, nazywanego w tym świecie somą. Tak ogłupianym społeczeństwem, łaknącym somy jak pokarmu, kieruje dziesięciu zarządców świata, spośród których czytelnik poznaje Mustafę Monda, zarządcę na Europę, mającego swoją siedzibę w Londynie. Ten inteligentny, a zarazem niesłychanie perfidny decydent ustala prawa, skazuje i nagradza jednostki, jest uwielbiany i otaczany czcią. Łatwo dostrzeżemy w nim wszystkie te cechy, jakie charakteryzują największych oprawców – pseudo kultura osobista, swoista filozofia działania dla dobra mgliście pojmowanego ogółu, umiejętność prowadzenia „wykwintnych” dyskusji z pokonanymi i uwięzionymi, a zarazem skrywany sarkazm, bezduszność i poczucie bezkarności, tak dobrze znane w naszym świecie z poczynań gestapowców, działających w latach trzydziestych enkawudzistów czy współczesnych zarządców w różnych totalitarnych reżimach. W tym świecie, gdzie człowiek zredukowany został do roli automatu pojawia się nagle wyrwany z rezerwatu tzw. „dzikich” syn kobiety, która nieopacznie kiedyś w owym miejscu zaginęła. Został on urodzony w sposób naturalny, a wychował się na swobodzie, pośród Indian meksykańskich. Wspaniały świat jego matki zna tylko z opowieści i wciąż do niego tęskni. Ale gdy przypadkiem zostaje tam przeniesiony, gdy zakochuje się w pięknej kobiecie, odzywają się w nim dawne instynkty, nie może zgodzić się na warunki jakie dyktuje mu ukochana i członkowie społeczności. Jego bunt wywołuje tylko uśmiech na twarzy Wielkiego Zarządcy, który dla dobra eksperymentu zgadza się na umieszczenie Dzikusa w samotnej wieży, na skraju morza. Tutaj pragnie on oczyścić się z brudu cywilizacji i chce odtworzyć w sobie wszystko, czego nauczył się podczas życia w rezerwacie. Niestety, szybko zaczynają działać prawa, jakie zaobserwować możemy w naszym świecie – odgrodzenie się i jawna pogarda dla osiągnięć społeczeństwa, wywołują sensację, którą jeszcze podsyca pewien film, nakręcony ukradkiem przez specjalistę od obserwowania drapieżnych zwierząt. Tak rodzi się histeria i tłumy zaczynają ściągać do miejsca odosobnienia dzikusa, a potem  wdzierać się bezpardonowo do jego nowego świata. Niestety jego kruchy system nerwowy, nie wspierany nieustannie somą i solami magnezu, nie wytrzymuje takiego napięcia i życie przestaje dla niego mieć sens. Jeszcze raz spotworniała cywilizacja odnosi zwycięstwo, jeszcze raz karmi się mitem i nim przykrywa wszelkie ślady okrucieństwa. Jeszcze raz Mustafa Mond uśmiecha się wyrozumiale i zamyka w swoim sejfie te okrutne, bezużyteczne dzieła przeszłości: Stary i Nowy Testament, dzieła Szekspira, książki jakiegoś tam Williama Jamesa, kardynała Newmana, Maine de Birana czy Bradleya. Świat wykreowany przez Huxleya – choć wielu jego mieszkańców jest autentycznie szczęśliwych – oparty został na starym wynalazku – kłamstwie. Huxley musiał z przerażeniem konstatować, iż jego – zdawać by się mogło – superutopijna wizja, staje się rzeczywistością dla wielu społeczeństw i dla licznych krain geograficznych Ziemi. Oto naziści wymyślili, podobnie jak w wykreowanym świecie autora Point Counter Point, masowe zabijanie dla odzyskania materiałów „wartościowych”, pochodzenia ludzkiego, oto samozwańczy przywódca chiński wprowadził jednakowe dla całego społeczeństwa kostiumy rewolucyjne i ogłupił je do tego stopnia, iż jego słynna czerwona książeczka stała się jakby zbiorem najistotniejszych życiowych maksym. Nawet dzisiaj jakże efektywne społeczeństwo japońskie przypomina, w swym produkcyjnym amoku, postaci opisane przez Huxleya. Japończycy także pracują z niewyobrażalną wprost wydajnością, szkolenie zaczyna się już na poziomie przedszkola, a ucieczki od rzeczywistości szuka się we własnej odmianie somy, która nosi tu nazwę: sake. Także gejsze przypominają owe, zawsze chętne do współżycia z różnymi partnerami, kobiety nowego wspaniałego świata. Odkrycie na szerszym forum światowym zbrodni i wypaczeń Stalina stworzyło jakby kolejne podteksty i jeszcze raz uwiarygodniło powieść Huxleya – stała się ona w ten sposób jakby – z jednej strony – spojrzeniem na zbrodnie przeszłych systemów, a zarazem – ze strony drugiej – jakby sondą, wystrzeloną w przyszłość i wskazaniem do czego może prowadzić wszelka unifikacja, standaryzacja i uniformizacja, do czego zdolni są cynicy, siedzący na szczycie drabiny społecznej i czytający z ironicznym uśmiechem zakazane księgi przeszłości.

29 stycznia 1982 roku

Kanclerz RFN i premier Francji stwierdzili w Bonn, że sankcje nie są najlepszym sposobem okazania solidarności z narodem polskim. ZSRR próbuje zdobyć waluty zagraniczne na zakup zboża. Prymas Glemp przybywa z zapowiedzianą wizytą do Rzymu.

30 stycznia 1982 roku

WRON-a oświadczyła, że zostają wznowione telefoniczne rozmowy międzymiastowe. W wielu krajach świata odbyły się dzisiaj manifestacje na rzecz solidarności z Solidarnością.

Wracałem z uczelni do domu z Danką F. i zauważyłem, że ma piękne, delikatne dłonie z subtelnymi palcami. W ogóle zaczyna mi się ta dziewczyna bardzo podobać i chyba spróbuję się z nią umówić na jakieś spotkanie. Mieszkamy przecież niedaleko od siebie i pewnie wiele razy mijaliśmy się na osiedlu, nie wiedząc o sobie. Alina tylko raz mignęła mi na hallu w dali i musiała mnie zauważyć.

dsc04820-1-large

6 lutego 1982 roku

Premier Francji Mauroy powiedział, że jego kraj jest w żałobie po utracie wolności przez Polskę. Francja czeka by ZSRR podjął konkretne kroki dla złagodzenia sytuacji. Odbyło się posiedzenie Biura Politycznego PZPR. W Czechosłowacji i Rumunii podnosi się ceny produktów żywnościowych.

 7 lutego 1982 roku

Prymas Polski powiedział w Rzymie, że w PRL-u powinno się znaleźć miejsce dla Solidarności, tak jak jest taka przestrzeń dla Kościoła, a Polska jest ojczyzną wszystkich Polaków. Minister Baka oświadczył, że zakaz strajkowania nie zostanie zniesiony ani w tym, ani w przyszłym roku.

Australia ograniczyła swobodę poruszania się polskich dyplomatów. We wtorek rozpocznie się w Madrycie konferencja KBWE, a polskie władze zagroziły zbojkotowaniem konferencji, jeżeli jej forum zostanie wykorzystane dla potępienia stanu wojennego.

Jestem zauroczony Danką – jest tak skrajnie różna od Aliny, ciepła i sympatyczna. Czuję, że z tego coś będzie, tym bardziej, że moja poprzednia dziewczyna zachowuje się stale dziwacznie w uczelni.

 8 lutego 1982 roku

Rząd PRL-u podał, że podejmuje kroki dla reorganizacji życia gospodarczego, ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć. W sklepach tylko ocet na półkach i ogromne kolejki do rzeźników, gdzie ekspedientki dzielą mięso na małe porcje i dają je za okazaniem kartek. Wszystko prawie się reglamentuje i jakże wstrząsnęła mną dzisiaj sytuacja z ulicy, gdy spotkałem Krzyśka, kolegę ze szkoły. Mieszkał na Morcinka i był dość dobrym piłkarzem, chociaż może za często popadał w konflikty z rówieśnikami. Potem dowiedziałem się, że wpakował się w jakąś mokrą robotę i został skazany za współudział w zbrodni starszej kobiety. To było gdzieś w okolicach 1976 roku i od tamtego czasu siedzi w różnych więzieniach. Poznał mnie od razu i zaprosił nas piwo przy zielonym kiosku, nieopodal cmentarza parafii Świętej Trójcy. Opowiadał straszne rzeczy o tym, jak zachowują się klawisze i uświadomił mi, że brat naszego kolegi, Waldka z ulicy Korczaka, też jest jednym z nich, ponoć najokrutniejszym, uwielbiającym udział w biciu więźniów w trakcie tzw. „ścieżek zdrowia”. Krzysiek ma teraz kropkę pod okiem i chwali się, że należy do społeczności „grypsujących”, ale w tej nowej Polsce nie może się znaleźć. Wszędzie „psy” na ulicach, stale jeżdżą ulicami suki i budy ZOMO, no i nie można kupić fajek w kiosku, nie udaje mu się przepchać do lady w sklepie. Pierdolę taką Polskę… – powiedział i na odchodne dodał, że dobrze, że niebawem wraca do więzienia, bo tam jest teraz jego prawdziwy dom.

Rodzice Danki dzisiaj wyjechali do rodziny i stało się, pierwszy raz kochaliśmy u niej. Muszę ostatecznie zerwać z Aliną, bo chyba się na nowo zakochuję… Danka powiedziała, że wyrzuciła wszystkie zdjęcia swojego poprzedniego chłopaka, więc ja też po powrocie do domu, spakowałem do dużej szarej koperty fotografie Aliny, zdjąłem ze ściany jej portret i jutro postaram się jej to wszystko oddać w uczelni.

 10 lutego 1982 roku

Od znajomego z Gdańska, którego spotkałem na ulicy w Bydgoszczy, dowiedziałem się, że 17 grudnia w jego mieście, postrzelono śmiertelnie w głowę prawie mojego rówieśnika Antoniego Browarczyka (ur. 1957) i ten kumpel był na jego pogrzebie na Cmentarzu Łostowickim, obstawionym przez esbeków. Zanotowałem to w kalendarzyku na ulicy, a także podane przez niego numery czołgów, które tego dnia pojawiły się w Gdańsku: 279, 188, 274.

Musiał nie przestaje wokół mnie krążyć i już mam tego dosyć. Zaprasza mnie na jakieś spotkanie do domu producenta plastiku na Miedzyniu. Chyba pójdę, bo będzie to okazja, by powiedzieć mu, że nie interesuje mnie jego opcja seksualna i nasze drogi ostatecznie się rozchodzą.

11 lutego 1982 roku

Władze kościelne spodziewają się, że ich przedstawiciel będzie się mógł wreszcie spotkać z Wałęsą, a potem pozwolą mu na spotkanie z Janem Pawłem II. Ambasador Józef Wiejacz zdradził, że Wałęsa rozmawia z Cioskiem, ale obie strony chcą by utrzymano to w tajemnicy. Zastanawiający jest zatem ten przeciek karnego dyplomaty…

Wreszcie porozmawiałem w uczelni z Aliną, która zachowuje się dziwacznie, niby mnie nie chce, ale nie może zrozumieć, że związałem się teraz z dziewczyną tak różną od niej. Czułem wielkie zdenerwowanie widząc jak wciąż jest piękna, ale wszystko już pękło. Zaskoczyłem ją bardzo, gdy na koniec rozmowy wręczyłem jej pękatą kopertę ze zdjęciami i listami do mnie. Wstałem, a ona została na krześle i stojąc przy sali wykładowej, czekając na pojawienie się doc. Józefa Bachórza, widziałem, że siedzi i patrzy nieruchomo przed siebie. Po wyjściu z wykładu już jej nie było…

DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (4)

zamieszki

24 grudnia 1981 roku

Dzisiaj jest wigilia i żeby nie przeszkadzać mamie w domu, poszedłem na długi spacer do miasta. Przy dawnym budynku Solidarności stało dwóch zomowców, na ulicach spostrzegłem też kilka wojskowych patroli z karabinami Kałasznikowa na plecach. Zawsze jak mijam takich chłopaków, odczuwam lęk, że któryś z nich wpadnie w szał i zacznie pruć pociskami gdzie popadnie.

Reagan powiedział, że obwieszczenia o stanie wojennym wydrukowano wcześniej w ZSRR. Zdzisław Rurarz – ambasador Polski w Japonii – poprosił o udzielenie mu azylu politycznego w USA.

Jaruzelski powiedział z okazji Bożego Narodzenia, że stan wojenny jest mniejszym złem od wojny domowej. Natomiast Jan Paweł II przyjął w Watykanie grupę kilkuset Polaków, mieszkających w Rzymie i pielgrzymów, których sytuacja w Polsce zatrzymała we Włoszech. Arcybiskup Poggi spotkał się z Jaruzelskim i przekazał mu list od papieża. Z kolei Prymas Polski wystosował list pasterski do wiernych, w którym przypomina, że jednym z obowiązków chrześcijanina jest stałe czuwanie i uczestniczenie w życiu publicznym. Rzecznik Departamentu Stanu USA stwierdził, że w Polsce nadal trwają strajki, miedzy innymi w zakładach azotowych w Puławach.

Jeszcze jeden dzień bez Aliny… Myślałem, że odezwie się i spędzimy razem wigilię, ale nic takiego się nie stało. Pewnie już ma innego chłopaka, albo skupiła się na nauce gramatyki, idiomów i słówek angielskich, tak jak to wielokrotnie robiła, by odsuwać się ode mnie. Nie mogłem spać w nocy i intensywnie o niej myślałem, a w mojej świadomości przesuwały się ruchome obrazy z naszych wspólnych lat.

            25 grudnia 1981 roku

Zakończył się strajk w kopalni „Ziemowit”, ale w „Piaście” górnicy nadal strajkują. W USA – na znak protestu i solidarności z Polską – wygaszono na dziesięć minut światła w domach i urzędach. Oświadczenia potępiające sytuację w Polsce złożyli: Zbigniew Brzeziński, Jerzy Giedroyć, Stefan Korboński, Jan Kott, Czesław Miłosz, Jerzy Mond, Stanisław Skrowaczewski, Piotr Słonimski, Leopold Tyrmand, Adam Ulam.

            26 grudnia 1981 roku

W kopalni „Piast” pod ziemią znajduje się jeszcze 1100 górników, którzy nie godzą się z wprowadzonym stanem wojennym. Solidarność wzywa w wydanym podziemnie biuletynie do stosowania biernego oporu. Według rozgłośni monachijskiej w Polsce są trzy dywizje sowieckie. Doszło do głodówek protestacyjnych w wojsku, a w Polsce utworzono 49 obozów dla internowanych – między innymi w ośrodku wczasowym w Drawsku Pomorskim, w więzieniu w Białołęce, w Arłamowie w Bieszczadach, w więzieniu MO w Warszawie (Pałac Mostowskich), gdzie trwa strajk głodowy, w Puszczy Kampinoskiej, koło Piszu, kobiety uwięziono w więzieniu w Olszynce Grochowskiej.

Jakbym nie mógł znaleźć w tym trudnym dla mnie i Polski czasie innej lektury, przeczytałem opowiadania Tadeusza Borowskiego. W głowie mi się nie mieści jak Niemcy mogli w taki sposób mordować całe narody. Musiało być coś patologicznego w ich psychice, bo normalny człowiek na widok stert trupów w komorach gazowych, nagich ciał targanych do krematoriów, nie wytrzymałby tego. Może dlatego Borowski po wojnie odebrał sobie życie – co za paradoks, ocalał w Oświęcimiu, by samemu sprowadzić na siebie śmierć.

Wolna Europa nadaje: Jan Paweł II podziękował za modlitwy i solidarność z Polską. Według biuletynu Solidarności były ofiary śmiertelne w Gdańsku i Wrocławiu. Obsługę niektórych kopalni na Śląsku przejęło wojsko. Wałęsę odwiedził Rakowski, który wyszedł ze spotkania bardzo poirytowany. Władze przeprowadzą czystkę w redakcjach dzienników i pośród nauczycieli. „Piast” strajkuje nadal. Dietrich Genscher zaapelował do przywódców ZSRR by nie przeszkadzali Polsce w przeprowadzaniu demokratycznych reform, zaapelował też o wycofanie wojsk sowieckich z Afganistanu. Breżniew miał wystosować list do Reagana, w odpowiedzi na planowane sankcje gospodarcze i polityczne. Od tygodnia trwa marsz trzydziestu Polaków, z Hamburga do Kolonii. Po przybyciu na miejsce, zacznie się głodówka w jednym z kościołów.

keakow

28 grudnia 1981

Byłem na nielegalnym spotkaniu w domu Siwca, na ul. Jaskółczej. Przybył Musiał, Derdowski, taki Kalina z polonistyki, Cielesz, gburowaty Banach, no i zaczęło się marudzenie. Założyliśmy Radę Redakcyjna konspiracyjnego pisma literackiego, była też mowa o antologii. Piwo, wino i wódka lały się szerokim strumieniem, mieszanka zrobiła swoje i po godzinie każdy zaczął gadać co innego, było też emfatyczne czytanie wierszy, aż wszystko skończyło się na podwórku domostwa Siwca, gdzie tym razem ja chciałem się zetrzeć z Derdowskim. Na szczęście jakoś mnie powstrzymali i rozeszliśmy się do domów. Podążałem z Musiałem Gnieźnieńską i zaproponowałem mu, że pokażę mu kilka niezwykłych miejsc na cmentarzu Świętej Trójcy, przy ul. Lotników. Okrążyliśmy nekropolię dookoła i na końcu pokazał mi grób swojego ojca, z wykrzywioną brzozą przy nim. Taka jak jego życie… – powiedział. Uścisnął mnie może zbyt wylewnie na pożegnanie i poszedł w dół ulicy Czerwonego Krzyża, a ja skierowałem się do domu, na Gałczyńskiego. To jest dziwny człowiek ten Musiał, z jednej strony manifestuje przyjaźń, a kiedyś po pijaku wygadał się, że napisał paskudną recenzję o moim pierwszym tomiku pt. Samobójcy spod wielkiego wozu. Bardzo na tym zależało jego kolesiowi z redakcji „Studenta” Marianowi Stali, a tytuł tekstu miał brzmieć „Poezja i krzepa”. Koniec końców nie wyekspediował tego do redakcji i jego „przyjaciel” nie doczekał się. Od paru ludzi dochodziły do mnie głosy, że Stala nie może znieść mojej aktywności i zapowiada „dowalenie” mi w „Studencie”. Zastanawia mnie, dlaczego Musiał wycofał się, chociaż napisał prześmiewczy tekst, ponoć akcentujący moje bicepsy w opozycji do intelektu?

Pisarze Günter Grass, Max Frisch, Elias Canetti, Dürrenmatt i Böll zaapelowali do Jaruzelskiego, żeby umożliwił wysłannikom Kościoła spotkanie z Kuroniem i Michnikiem, którzy są bardzo źle traktowani w miejscach internowania.

Czołowy rosyjski bojownik o prawa człowieka prof. Andriej Sacharow wrócił z więzienia do miasta Gorki, gdzie go zesłano. Przyczynił się do powstania bomby wodorowej, a potem widząc skutki wybuchów, odmówił dalszych prac nad nią i stał się bezkompromisowym dysydentem.

Zakończył się strajk w kopalni „Piast”. Były ambasador Rurarz powiedział, że to Związek Sowiecki przygotował akcję represyjną wobec narodu polskiego, a Jaruzelski jest zdrajcą, robiącym najbrudniejszą robotę w historii Polski. Stwierdził też, że już w marcu, po prowokacji bydgoskiej, kiedy pobito działaczy Solidarności, podczas sesji Wojewódzkiej Rady Narodowej, otrzymał depeszę od rządu, informującą o natychmiastowym wprowadzeniu stanu wojennego. Miało to miejsce 19 marca i napisałem po tym wydarzeniu sporo wierszy, między innymi jeden o Janie Rulewskim. Bardzo ten tekst nie podobał się Solińskiemu i radził jak najszybciej go podrzeć, albo spalić. Powiedział, że jest prymitywny i niepotrzebny, nikogo nie zainteresuje, a tylko ściągnie mi na głowę jakieś kłopoty. Nie jestem za bardzo strachliwy, ale to była wyraźna groźba – muszę się dokładniej przyglądać temu rudzielcowi.

Według ludzi bliskich Wałęsie, rozpoczął on strajk głodowy przed świętami, ale po namowach kolegów i wskazaniu mu, że jeszcze będzie w przyszłości potrzebny, zaczął przyjmować posiłki. Pomiędzy cywilami i wojskowymi we władzach polskich są tarcia i nie ma żadnych oznak, że zostanie zwołane Plenum partii. W Krakowie rozwiązano jakąś zbyt aktywną organizację partyjną. W okolicach Poznania skoncentrowano duże siły ZOMO i wojska. Wielka demonstracja odbyła się też w Chicago. Luigi Poggi, po wizycie w Polsce, zdał sprawozdanie papieżowi.

29 grudnia 1981 roku

Jest godzina 23.30 i przed chwilą niedaleko mojego bloku przejechało kilka czołgów. Stale też, na pobliskie lotnisko, latają helikoptery, jakieś samoloty transportowe, a apokaliptyczna atmosfera skłoniła mnie do pisania tekstów w konwencji fantastyki , które nazywam roboczo Piloci ultrafioletowych dali. To historia dziwnych pilotów i tajemniczych wojen, nieustannie krążących w powietrzu helikopterów i przelatujących z hukiem odrzutowców. Wychowałem się na osiedlu graniczącym z wielkim lotniskiem i ryk startujących z dopalaczami samolotów był częstym odgłosem na naszym podwórku, ale teraz to się zwielokrotniło.

Słucham Wolnej Europy: Reagan wprowadził drastyczne sankcje przeciwko ZSRR i jest to kara za wprowadzenie stanu wojennego w Polsce – chociaż raz zachodni „przyjaciele” nas nie zdradzili. Nakazał realizować następujące działania: zawieszenie odnawiania i wydawania licencji na budowę sprzętu niezbędnego do wysyłania gazu do Europy Zachodniej. Zawieszenie dostaw zboża i ograniczenie dostępu do Amerykańskich portów dla sowieckich statków handlowych. Zawieszenie przyjmowania samolotów Aerofłotu do USA. Wstrzymanie wymiany naukowej. Komitet Zakupów ZSRR w USA zostaje rozwiązany.

Miały miejsce zakłócenia w pracy w Warszawie, Katowicach i na Wybrzeżu, aresztowano też dwunastu przywódców strajku w kopalni „Piast”. W TV Urban zaprzeczył zachodnim doniesieniom, że Kuroń i Michnik są źle traktowani. Potwierdził natomiast, że podczas zamieszek w Gdańsku zabito jednego robotnika. Świnia z tego Urbana, który uchodził przez lata za postępowego dziennikarza, a teraz jest tubą WRON-y.

Według Rurarza następuje rozkład PZPR-u w Polsce. W Paryżu Międzynarodówka Socjalistyczna wydała ostre oświadczenie domagające się swobody działania dla Solidarności.

Mario Vargas Llosa urządził demonstrację w Limie i przeszedł w marszu protestacyjnym wraz z pięćdziesięcioma tysiącami robotników peruwiańskich. Z kolei „San Francisco Examiner” zamieścił wywiad z Miłoszem, który powiedział: Jestem głęboko oddany Wałęsie i Solidarności i wielu intelektualistów myśli tak samo. Chaos gospodarczy w Polsce został spowodowany taktyką rządu, a Solidarność próbowała ratować kraj. Do upadku gospodarczego PRL-u przyczynił się przede wszystkim eksport towarów po obniżonych cenach do ZSRR. Według Miłosza: Jawna, czy też podziemna Solidarność, będzie silniejsza od wszystkich junt razem wziętych.

Rakowski jutro ma spotkać z Genscherem. Kołakowski i Smolar określili wprowadzenie stanu wojennego w Polsce jako wojnę z własnym społeczeństwem. Rząd PRL-u robi brudna robotę za ZSRR, który po interwencji w Afganistanie nie może wysłać czołgów do naszego kraju.

30 grudnia 1981 roku

Rakowski spotkał się w Bonn z Genscherem, ale komunikatu nie wydano. Spotkałem na moim osiedlu Derdowskiego i powiedział mi, że podobno zatłukli w jakimś więzieniu Rulewskiego. Ale potem dodał, że informacja jest bardzo niepewna. Krzychu regularnie podąża do domu rodziców na Jarach i czasami obserwuję go z ukrycia. Za każdym razem widać na jego twarzy, że intensywnie myśli, coś rozważa, czegoś wypatruje, gdy tak prze do przodu. Tak coś mieli w mózgu, że często nie zauważa mnie stojącego w kolejce po gazety, przy kiosku Ruchu.

            31 grudnia

Radiostacje podają, że rozmowy Rakowskiego w Niemczech zakończyły się sukcesem, ale jednocześnie pojawia się informacja, że władze wojskowe zaproponowały podwyżki, które trzykrotnie mają podnieść koszty utrzymania w Polsce. Margaret Thatcher i Helmut Schmidt, wobec kryzysu w Polsce, opowiedzieli się za jednością państw zachodnich w stosunku do ZSRR. Mitterand wyraził w telewizji francuskiej solidarność z narodem Polskim. Według niezależnych mediów w fabryce amunicji w Pionkach pod Radomiem trwa strajk i oddziały ZOMO oraz wojska otoczyły zakład.

Wolna Europa podaje, że 17 grudnia w Gdańsku kolumna czołgów zmusiła demonstrantów do skakania z wiaduktu. Jeden czołg miał się ześliznąć ze skarpy i zabić całą załogę. W Stoczni im. Lenina zmusza się robotników do podpisywania deklaracji o wystąpieniu z Solidarności. List papieża do Jaruzelskiego został źle przyjęty przez rząd PRL-u, a misja biskupa Poggi’ego nie dała żadnych rezultatów. Włoska Partia Komunistyczna ponownie potępiła wojskowy zamach stanu w Polsce. Grupa polskich marynarzy opuściła statek w Panamie i poprosiła o azyl polityczny. Partyjny, robociarski gracz Barcikowski, z charakterystyczną grzywką robociarza z lat pięćdziesiątych, powiedział, że partia utrzyma dawną rangę.

z16820842Q,W-latach-80--armatki-wodne-obok-transporterow--gaz

            1 stycznia 1982 roku

Papież Jan Paweł II wyraził pełne poparcie dla ruchu Solidarności w Polsce: Solidarność jako niezależny związek zawodowy, jest częścią dziedzictwa polskich robotników, dziedzictwa robotników całego świata.

Zbigniew Bujak zaapelował do żołnierzy i milicjantów, by kierowali się sumieniem przy wykonywaniu swoich czynności. Trwa czystka wśród dziennikarzy. Redaktor naczelny „Kuriera Polskiego” odmówił podpisania aktu uległości.

Reagan powiedział, że komunizm zbankrutował, a z kolei, forowany przez Kreml komentator polityczny Arbatow, stwierdził na łamach „Prawdy”, że jastrzębie w rządzie USA programują kryzys w Polsce, by utrzymać się przy władzy. 63 marynarzy polskich poprosiło o azyl w Kanadzie.

            2 stycznia 1982 roku

Rozpętano nową nagonkę – tym razem wobec NZS-u. Niektórzy koledzy widzą w tym zapowiedź całościowego wznowienia zajęć na uczelni. Od czwartego stycznia wznawiają naukę czwarte roczniki, które muszą przygotować prace magisterskie.

            3 stycznia 1982 roku

Genscher ma jutro udać się do Waszyngtonu, by wziąć udział w rozmowach Schmidta z Reaganem na temat sytuacji w Polsce. „The Spectator” analizuje osobę Jaruzelskiego, zomowców nazywając chuliganami z UB, nocnymi stworzeniami, nocy długich pałek. Autor artykułu nie wyklucza, że Polska może zostać podzielona między NRD a ZSRR.

Dwudziestopięcioletni syn Rakowskiego zwrócił się o azyl polityczny w RFN, skąd chce wraz z rodziną wyemigrować do Australii. Stwierdził przy tym, że jego decyzja nie ma nic wspólnego z ojcem. Z kolei Wałęsa miał zgodzić się na rozmowy z juntą, pod warunkiem, że zwolnione zostaną osoby z Krajowej Komisji Porozumiewawczej. BBC kolportuje na cały świat powiedzenie Wałęsy: W Polsce każdy jest wodzem. Podobno trzymają go teraz w budynku MSW na Rakowickiej w Warszawie. Jaruzelski zaprosił na spotkanie do Warszawy ambasadorów dziesięciu państw członkowskich EWG.

Według nowego biuletynu Solidarności, od wprowadzenia stanu wojennego, w dwudziestu zakładach w kraju, praca nie przebiega normalnie. Rządy zachodnich państw europejskich na razie nie przyłączyły się do sankcji USA wobec Polski.

            4 stycznia 1982 roku

EWG ostrzegła ZSRR i inne państwa socjalistyczne, by nie ingerowały w sprawy Polski. Nie uchwalono jednak żadnych sankcji, a Jaruzelski spotkał się z ambasadorami państw EWG. Leo Tindemans określił to spotkanie jako tragiczne. Z kolei Stany Zjednoczone opublikowały dokument, w którym w chronologiczny sposób przedstawiają ingerencję ZSRR i innych państw socjalistycznych w Polsce.

Jutro w dziesięciu województwach zostaną włączone telefony i teleksy. Podobno tylko połowę robotników przyjęto z powrotem do pracy w Stoczni im. Lenina. Rozpoczęła się też rozprawa trzech członków Solidarności, organizatorów strajku w Hucie Warszawa, w tym Karola Szadurskiego. Trzystu więźniów w Białołęce złożyło protest z powodu pogorszenia się warunków w tym obozie. Kościół zorganizował odwiedziny rodzin u internowanych. Pojawiają się informacje, że w Nowej Hucie milicja użyła przeciwko robotnikom specjalnie szkolonych psów. Wolna Europa podaje, że podczas starć z milicją w kopalni „Manifest Lipcowy” w Jastrzębiu zginęło co najmniej czternaście osób (informacja podana za biuletynem Solidarności, wydanym 28 grudnia). Na południu Polski żołnierz zastrzelił przełożonego po otrzymaniu wiadomości o zabiciu górników w kopalni „Wujek”. Działacze opozycyjni zwrócili się do społeczeństwa o noszenie czarnych opasek, co ma być znakiem, że Solidarność stale istnieje. Rakowski oskarżył Wałęsę, że w poprzednim okresie zajmował nierealistyczne stanowisko.

5 stycznia 1982

PAP podała, że działacze Solidarności i innych związków zebrali się w gmachu Rady Ministrów i prowadzą rozmowy z rządem. Ogłoszono bezwarunkowe rozwiązanie NZS-u. W Waszyngtonie Schmidt prowadzi rozmowy z Reaganem na temat Polski, a Józef Czyrek złoży wizytę w ZSRR. Zachodni technicy zlokalizowali stacje zagłuszania audycji BBC, Voice of America i Wolnej Europy. Znajdują się one w Związku Sowieckim, w Smoleńsku i Kaliningradzie.

W Warszawie rozpoczął się proces Macieja Szczepańskiego – Przewodniczącego Komitety ds. radia i Telewizji, głównego wykonawcy zadań w ramach propagandy sukcesu Edwarda Gierka. Telewizja robi wokół tego wiele szumu, jakby „Krwawy Maciek” miał być przeciwwagą dla zbrodni stanu wojennego. Rozgłośnie podają, że jedną z ofiar ZOMO, podczas wtargnięcia na teren Politechniki Wrocławskiej, miał być Dziekan Wydziału Matematyki, którego pchnięto brutalnie na jakiś duży stół, gdy próbował bronić studentów. Prymas Glemp powiedział w homilii: Każdy człowiek ma prawo do własnego sumienia.

Ponoć jest strajk głodowy w więzieniu w Białołęce, gdzie uwięziono między innymi Kuronia i Gwiazdę. Reagan i Schmidt nie ustalili nowych wspólnych sankcji wobec ZSRR. W Polsce ma miejsce oczyszczanie szeregów PZPR z rewizjonistów i zwolenników Solidarności.

Dziwny telefon od Joanny Mieszko-Wiórkiewicz, przyjaciółki Ryszarda Kapuścińskiego i Musiała, domagającej się ode mnie zwrotu albumu malarstwa Daliego, który kiedyś udostępnił mi Musiał. Dawno mu go oddałem, ale pewnie ktoś „pożyczył” go od niego po cichu i ten skojarzył, że był w moich rękach. Tylko dwa razy miałem do czynienia z tą dziewczyną, podczas posiedzeń Koła Młodych Związku Literatów Polskich. Była bezczelna i natarczywa przez telefon – nie przyjmowała też do wiadomości, że już dawno ten album zwróciłem Musiałowi.

6 stycznia 1982

Ambasadorowi ZSRR w Wielkiej Brytanii – Wiktorowi Popowowi – wręczono protest rządu tego kraju w związku z zakłócaniem audycji radia BBC w języku polskim, stwierdzono, że jest to złamanie konferencji helsińskich (1973–1975). Mam z tego powodu nieustający problem, bo audycje w moim radiu stale umykają, a zamiast głosu spikerów pojawia się tężejący łomot. I to jest prawdziwy ruski hymn…

Aleksander Haig: Mimo wydarzeń w Polsce, należy zachować otwarte linie łączności między Wschodem i Zachodem; rokowania genewskie będą kontynuowane.

Drugi, starszy syn Rakowskiego, stara się o azyl polityczny w Hiszpanii. Papież wezwał władze rumuńskie, żeby pozwalały swobodnie uprawiać praktyki religijne Rumunom, wyznania Kościoła Obrządku Wschodniego.

Szeregi PZPR zmniejszyły się o połowę i liczą obecnie niespełna milion członków. W 1981 roku po powstaniu Solidarności z szeregów partii wystąpiło 850 tys. członków. Wolna Europa podaje, że ocenzurowano w prasie i telewizji wypowiedź jakiegoś członka KC, który opowiedział o tych wystąpieniach z organizacji. Podobno Wałęsa nadal odmawia rozmów z rządem.

„Der Spiegel” cytuje wypowiedź Rakowskiego: Wprowadzenie stanu wojennego było ostatnią kartą przetargową w ręku rządu PRL, dla ochrony suwerenności kraju w łonie Układu warszawskiego. Francja potwierdziła, że będzie dalej wysyłać pomoc dla Polski. Stanisław Opałko (PZPR) wezwał w Tarnowie do przeprowadzenia czystki w partii. ZSRR i Polska podpisały umowę handlową i Rosjanie udzielą nam kredytu w wysokości 2,7 miliona rubli. Korespondent PAP w Bukareszcie uciekł do Austrii i poprosił o azyl polityczny. Japonia skrytykowała postępowanie ZSRR w Polsce.

Tym razem dzwonił Musiał i domagał się zwrotu albumu Daliego. Jeszcze raz powiedziałem, że dawno mu go zwróciłem i pewnie leży gdzieś pod stertą papierów w jego pokoju. W końcu jakoś to przyjął, a potem zapraszał mnie wylewnie na spotkanie z przyjaciółmi w mieszkaniu jakiegoś Piotra, który mieszka nieopodal szpitala i cmentarza pomordowanych, na górnej skarpie miasta. Zachwalał mi nieziemski widok z okien kawalerki tego kolegi. Mama spytała, co ten Musiał tak do ciebie wydzwania, więc powiedziałem jej, że to bydgoski poeta i lekarz. Swoją drogą mam już go dosyć, bo jestem człowiekiem konkretów, a on jest chybotliwy jak witka na wietrze.

DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (1)

Zomo

Po wprowadzeniu stanu wojennego zakopałem moje niebezpieczne papiery w garażu na działce, myśląc, że są dobrze przygotowane do długiego leżenia w ziemi. Gdy odkopaliśmy je z ojcem po 1989 roku, okazało się, że wilgoć przedostała się do nich i prawdziwie zmasakrowała je. Sporo czasu zabrało mi odtworzenie ze zbutwiałych kartek mojego „Dziennika ze stanu wojennego”, który po latach ma historyczną wartość. Zaczynam jego publikację w odcinkach, a zarazem przygotowuję się do wydania reprintu mojego rozrzucanego w drugim obiegu tomiku pt. „Zomowcy i gitowcy” (1982).

13 grudnia 1981 roku

Dzisiaj został w Polsce wprowadzony stan wojenny. Od rana nie działała telewizja, radio nadaje muzykę tylko na falach długich, w telefonach głucha cisza. Nadajniki telewizyjne włączono dopiero o godzinie dwunastej i Jaruzelski wystąpił z posłaniem, które było ciągiem nakazów. Zakazano działalności związkowej, rozwiązano Solidarność i dla niepoznaki także inne organizacje, w tym związki branżowe, autonomiczne, a nawet AZS. Ogłoszono też, że internowano tzw. elementy kontrrewolucyjne z Solidarności. „Internowano” – nowe słowo w języku władzy (czytaj totalitaryzmu PZPR). Dwukrotnie byłem dzisiaj w centrum miasta i swoją marszrutę starałem się tak ułożyć by przechodzić przed MKZ-etem. Za pierwszym razem, o godzinie trzynastej, stało tam trochę ludzi, a na szybie okna wisiała jakaś uchwała Solidarności z Górnego Śląska, ale jej nie przeczytałem, przez prześwity pomiędzy ludźmi widziałem tylko nagłówek i jakieś wyrwane z kontekstu zdania. Obok niej była też jakaś ulotka, z której udało mi się przeczytać, że należy od jutra rozpocząć strajk generalny w zakładach pracy. Nie wiem czy do tego dojdzie, bo w telewizji, która przekształciła się w wojskowy megafon, padają same groźby i nawet spikerzy (Racławicki, Stefanowicz, Tumanowicz) założyli mundury. Za organizowanie strajków grozi kara od dwóch do pięciu lat więzienia. Jaruzelski zapewnia, że wszystko co robi Rada Wojenna jest dla utrzymania spokoju i dla normalnego rozwoju procesów demokratyzacji. Podobno Wałęsy nie zamknęli, ale jak to się stało, że w ciągu jednej nocy wszystko wróciło do sytuacji sprzed Sierpnia. Wszystko przypomina żałosna farsę – ta maskarada w telewizji, ten stan wojny bez wojny. Wprowadzono godzinę milicyjną i od 22.00 do 6.00 rano nie wolno wychodzić z domu. Po południu poszedłem jeszcze raz do miasta i zobaczyłem, że przed MKZ-etem stoi znacznie mniej ludzi. Jakaś rozhisteryzowana kobieta o fizjonomii kurwy i alkoholiczki darła się chrapliwym, skrzeczącym głosem: Te gnoje zamknęły wszystkich, Wałęsę i Rulewskiego. Biedny ten Wałęsa, bez niego już dawno byśmy powyzdychali… widziałam kronikę filmową i jego żona płakała, że go w ogóle nie widuje…

Co będzie z moim krajem, z moimi rodzicami, bratem i z Aliną. Ona jest moją miłością i myślę, że jest też moim przeznaczeniem. Ona albo nikt, ale to takie trudne być twardym w miłości i wytrzymać sytuację, gdy druga osoba nic nie robi byśmy się zobaczyli. Właśnie teraz podjęła decyzję o naszym rozstaniu, właśnie teraz odwraca się ode mnie.

Myślę, że szybko dojdzie do walk bratobójczych, bo wielu esbeków, wojskowych i milicjantów jest po stronie Jaruzelskiego. Nie wiem co robić, chyba pobiegnę do lasu na trening. Ogłosili, że od dzisiaj wszystkie szkoły wyższe mają wakacje z nieokreślonym terminem zakończenia. Może jutro pójdę do uczelni i postaram się nawiązać jakieś kontakty, może też zdobędę więcej informacji.

14 grudnia 1981 roku       

Dzień przesadnie spokojny. „Gazeta Pomorska” wygląda jak dwa połączone obwieszczenia – same zakazy, nakazy, ostrzeżenia. Byłem dzisiaj w mieście i dwukrotnie przechodziłem obok MKZ-etu. Zdjęto tam wszystkie transparenty, ogłoszenia i teraz budynek na Marchlewskiego wygląda jak przed Sierpniem. Był u mnie Tadeusz Oszubski, ale rozmowa była raczej bezproduktywna, spotkałem też w mieście Jasia Kaszyńskiego z mojego roku, który powiedział mi, że podobno wczoraj o godzinie 15.00 cały Gdańsk stanął, ale o 17.00 ruszył ponownie, bo robotników zmusiły do tego oddziały ZOMO. Zgadzałoby się to z tym, co słyszałem wczoraj przed MKZ-etem, że na Gdańsk szło wiele wojska. W telewizji, w gazetach i w radiu opublikowano wczorajsze warszawskie kazanie arcybiskupa Józefa Glempa. Można w nim wyczytać między wierszami, że to co zrobił rząd, to gwałt i bezprawie. Końcowa konkluzja jest jednak bardzo zachowawcza i ugodowa, bo Kościół nie będzie się mieszał do polityki. Jedynie będzie walczył o niesłusznie zatrzymanych i skrzywdzonych.

Nie ma żadnych wieści od Aliny i bardzo się martwię o nią.

skanowanie0002

15 grudnia 1981 roku

Patrole wojskowe na ulicach. Neopropaganda sukcesu w TV („coraz lepiej się dzieje”). MKZ ogołocony z transparentów i haseł i pilnowany przez wojsko. Około 18.00 widziałem na ul. Gdańskiej przejazd wielu wozów ZOMO.

Spędzałem z Aliną niemal każdy weekend i teraz bardzo mi jej brakuje, wciąż myślę o niej i nie mogę uwierzyć, że naprawdę się rozstaliśmy. Wkładałem w nasz związek tyle uczucia, tak bardzo chciałem ją uszczęśliwić, a ona wciąż miała jakieś wątpliwości, stale czegoś szukała i czegoś się bała.

16 grudnia 1981 roku

Byłem na nielegalnym zebraniu Koła Młodych ZLP, które odbyło się u Tadeusza Oszubskiego. Przyjechał Grzegorz Musiał, Marek Siwiec, Piotr Cielesz i Marek W. Czuba. Czytaliśmy wiersze i dyskutowaliśmy o zaistniałej sytuacji. Musiał i Siwiec strasznie pognębili Czubę, gdy ten przeczytał kilka tekstów, ani słowem się nie odezwali i milczeli tak kilkanaście minut, aż nie wytrzymałem i odezwałem się pojednawczo, bo nie lubię takiego ostracyzmu. Nawet największy grafoman zasługuje na jakieś słowo o tym, co robi. Chłopak bardzo to przeżył i potem miał do mnie pretensje, że go zapraszałem. W Dzienniku Telewizyjnym podano oświadczenie dwóch członków Zarządu poznańskiej Solidarności, które poprzez swoją uległość wobec władzy, może świadczyć o tym, że szuka ona sposobów wyjścia z sytuacji. Podobno trwa strajk w Stoczni Gdańskiej i w Hucie Katowice, gdzie wygaszono dwa wielkie piece, a strajkujący, w obronie przed czołgami, obstawili się cysternami z benzyną. Oszubski mówił, że zauważył czołgi w Smukale, a Siwiec nie widzi możliwości wyjścia z zaistniałego stanu. Patrzyłem na moich kolegów i zastanawiałem się, czy któryś z nich może być donosicielem SB. Oszubskiego i Czubę wykluczyłem, Musiała mogli dopaść z racji jego homoseksualizmu (słynna akcja „Hiacynt”), a Siwiec, jako wykładowca filozofii marksistowskiej w wyższej uczelni też musiał iść na kompromis z władzą, ale chyba nie donosi… Piotr ma ojca oficera w Ludowym Wojsku Polskim, miał też okres fascynacji partią, ale czy kabluje? Jest bardzo miękki i gdyby esbecy usiedli mu na tyłku, na pewno by się załamał. W mediach ogłoszono listę „ekstremistycznych” działaczy Solidarności – wśród nich Rulewski, Palka, Kuroń, Michnik, Geremek, Tokarczuk, Rozpłochowski, Bugaj, Jaworski, Gwiazda, Modzelewski, Mazowiecki, Bałuka. Podobno Jaruzelski chciał się spotkać z Prymasem Glempem, ale ten odmówił, bo nie było zgody na uczestnictwo w spotkaniu Wałęsy.      

17 grudnia 1981 roku

Wczoraj w kopalni „Wujek” w Katowicach siły milicyjne chciały rozpędzić strajk górników i natrafiły na zdecydowany opór robotników, którzy „zaatakowali” milicję kamieniami, łomami, kilofami i siekierami. Użyto broni palnej i jak podają reżimowe media, zabito siedmiu górników, a 39 jest rannych. Polskie Radio podało też, że rannych jest 41 milicjantów. Starałem się zweryfikować te dane i cały wieczór słuchałem audycji BBC, Radia Wolna Ameryka z Waszyngtonu i Wolnej Europy. Sporo nowych informacji, oto one: wczoraj o świcie zaatakowano zbrojnie bramy stoczni im. Lenina w Gdańsku i stłumiono strajk. Wieczorem w Gdańsku rozgoniono tłum, rzekomo agresywny, przy czym rannych zostało 160 milicjantów (wyjątkowe z nich łajzy jak widać!!!) i 164 osoby cywilne (zapewne esbecy i tajniacy!!!).

Delegacja „Solidarności”, która, która przebywała w Szwajcarii, wystosowała w Zurychu apel do żołnierzy polskich (Nie strzelajcie do swych sióstr i braci, do swych matek i ojców. Polska jest tylko jedna, nie dajmy jej przedzielić rzeką krwi). Apel wystosowali także byli żołnierze AK, przebywający w Anglii.

Prezydent Reagan stwierdził na konferencji prasowej w Waszyngtonie, że bardzo poważnie analizuje sytuację w Polsce, a szczególnie używanie siły wobec ludności cywilnej. Przemoc wywołuje przemoc, a sytuacja w Polsce jest jawnym pogwałceniem postanowień helsińskich – nie jesteśmy naiwni i wiemy, że stoi za tym imperium zła, czyli ZSRR. Reagan powiedział też, że póki nie zostanie zniesiony stan wojenny, USA wstrzyma pomoc dla Polski.

Episkopat polski wzywa władze do wypuszczenia na wolność uwięzionych i wskrzeszenie „Solidarności”. To, co się stało – mówią księża – zaprzepaściło nadzieje i oczekiwania społeczeństwa polskiego.

Przewodniczący Wspólnoty Brytyjskiej i Minister Spraw Zagranicznych Wielkiej Brytanii Lord Peter Carington stwierdził w Strasburgu, że zbrojna interwencja w Polsce, to katastrofa na kolosalną skalę. Niepokoi go złowroga cisza, co do przywódcy „Solidarności” – Lecha Wałęsy.

Ze Sztokholmu dochodzą głosy, że Wałęsa znajduje się w areszcie domowym, w jakiejś willi pod Warszawą, że jest izolowany i załamany psychicznie. Inni informatorzy twierdzą, że nie dał się złamać, odmówił wystąpienia w TV i uspokojenia robotników, jeśli nie zostaną wypuszczeni członkowie Krajowej Komisji Porozumiewawczej. Podobno odmówił podpisania wszystkich podsuwanych mu świstków. Beton partyjny Stefan Olszowski oświadczył, że aresztowano trzy i pół tysiąca ludzi, a wojsko podaje, że zamknięto 13 tysięcy, z kolei Pierre Marois podaje liczbę cztery i pół tysiąca.

Wolna Europa podaje, że prawdopodobnie trwa strajk w stoczni im Warskiego. Zaaresztowano 100 profesorów, członków PAN, z jej Prezesem Aleksandrem Gieysztorem. Po jakimś czasie zwolniono go wraz z 87 profesorami. Podczas wyprowadzania naukowców na Nowym Świecie z budynku PAN ludzie skandowali: Gestapo, Gestapo…

­Ile w tym wszystkim prawdy, a ile niesprawdzonych plotek, wszak ludzie zawsze skłonni są snucia nieprawdopodobnych opowieści. Nie wiem na przykład ile prawdy jest w tym, że aresztowano członków PZPR-u, Hieronima Kubiaka i Jana Łabęckiego, którzy prawdopodobnie przeciwstawili się juncie i samozwańczemu dyktatorowi. W ogóle ta sytuacja w Polsce jako żywo przypomina operetkowe pucze w państewkach Ameryki Środkowej i Południowe, o czym pisał Ryszard Kapuściński.

Podobno utworzono obozy dla tzw. internowanych na Helu i pod Warszawą, a zwolniono Andrzeja Wajdę i aktorkę Halinę Mikołajską.

Odbyły się wiece protestacyjne na uniwersytecie Harvarda i w Bostonie. Marsz protestu w Londynie i czuwanie przy polskiej ambasadzie, a telewizja brytyjska nadała wczoraj dwugodzinny program rekonstruujący strajk sierpniowy, przeplatany Balladą Janek Wiśniewski padł – nagrywałem wiadomości przy pomocy mikrofonu i potem spisałem tę pieśń, nie wiadomo czy jeszcze kiedykolwiek będzie można zobaczyć człowieka z żelaza i wysłuchać Krystyny Jandy, jakże wspaniale śpiewającej o poległym stoczniowcu:

Niezależna Konferencja Niezależnych Związków Zawodowych w Brukseli potępiła wprowadzenie stanu wojennego i napiętnowała partię komunistyczną za uwięzienie działaczy związkowych.

W sobotę Breżniew obchodzi siedemdziesiąte piąte urodziny i zjadą się do Moskwy przywódcy krajów Układu Warszawskiego, ale nie wiadomo czy pojedzie Jaruzelski.

Wolna Europa podaje, że prawdopodobnie byli także zabicie w Nowej Hucie, a wśród zatrzymanych jest Bolesław Michałek, kierownik literacki zespołu filmowego X, tego który wyprodukował Człowieka z żelaza – film Wajdy niezależni intelektualiści zgłosili do nagrody Oskara. Zatrzymano Jacka Bocheńskiego, autora powieści i esejów, redaktora naczelnego nielegalnego „Zapisu”.

Słucham tych wszystkich wiadomości i zastanawiam się jak doszło do tego, że Polak walczy przeciw Polakowi, że zabija jak esesman? Smutny kraj ta Polska, w której rzeczywistość przypomina surrealistyczny film, a wszystko jest dziwne i straszne w tym skondensowaniu zła. Nieomal widać siły rządzące historią i zaraz nasuwa się porównanie z ukrytym, czyhającym na swe ofiary drapieżnikiem. Generał w czarnych okularach już raz pokazał światu czym jest władza w rękach nieobliczalnego żołdaka. Teraz Chile i Polska w takiej samej sytuacji.

BŁĘKITNIEJĄCY PRZESTWÓR

Joseph_Brodsky_1988

Josif Brodski

 DO URANII

Wszystko ma gdzieś swój kres: nawet najdłuższy
smutek. Wzrok więźnie w oknie, jak liść w płocie sadu.
Można napełnić czajnik. Brzęknąć pękiem kluczy.
Samotność jest to człowiek do kwadratu.
Tak dromader, nos marszcząc, obwąchuje szynę.
Pustka rozsuwa się jak portiera. Bo w gruncie
rzeczy – otwarta przestrzeń czyż nie jest jedynie
nieobecnością ciała w każdym punkcie?
To dlatego Urania jest starsza od Klio.
I za dnia, i przy świetle kaganka przymglonym
widzisz: nie zataiła nic i nie ukryła;
spoglądając na globus, spoglądasz w tył głowy.
To tam są bory pełne jagód i jesionów,
rzeki, gdzie gołą ręką łowi się bieługę,
albo – miasto, w którego spisie telefonów
ty już nie figurujesz. Dalej, na południe
czy raczej południowy wschód – pasmo brązowych
gór i koń Przewalskiego turzycę pogryza;
żółcą się twarze. A dalej – płynie przez morze krążownik
i błękitnieje przestwór jak koronkowa bielizna.

przeł. Stanisław Barańczak

Wiersze Josifa Brodskiego są ewokacjami światów, w których poeta realnie bytował, ale jednocześnie są zmysłowymi projekcjami jego przestrzeni wewnętrznych. To jest uważne przypatrywanie się rzeczywistości, dostrzeganie w niej nadrealnych dali, a przy tym wsłuchiwanie się w wewnętrzne brzmienie, w słowa rodzące się na styku wizji i znaczeń. Zaczynając od wanitatywego określenia porządku rzeczy w świecie, poeta przenosi eschatologię na smutek, który musi się skończyć w jakimś miejscu i czasie. Pojawia się zatem rosyjska sielskość, dom w sadzie, ogrodzony płotem, jakże charakterystyczny dla wsi rozsianych w tajdze i tundrze, a w nim czajnik, który napełnia, by zrobić herbatę i rozkoszować się jej smakiem i ciepłem. Posiadanie takiego domu implikuje też obecność kluczy, którymi można brzęknąć, czyniąc z tego odgłosu element stałości, chwilowego utwierdzenia bytu w świecie. Ale dom jest też miejscem, gdzie krzewi się samotność, potęgując doznania i otwierając przestwór wyobraźniowy, pomnażając to, co zdawać by się mogło nieistotne lub błahe. Oto nagle wypływa z nicości obraz dromadera – zwierzęcia występującego na południowych stepach Rosji – który stoi przy szynach i je obwąchuje. To także charakterystyczny element tamtych krajobrazów – tory ginące pośród stepów, wzgórz i pustkowi, krzewów i drzew. Kolej transsyberyjska wymagała ogromnego nakładu pracy, a jej stworzenie możliwe było tylko za sprawą niewolników, których kolejni carowie i Stalin zsyłali na katorgę. Poezja Brodskiego funkcjonuje w oparciu o paradoksy i tak jest też w tym wierszu, gdzie obraz dromadera, ssaka tyleż pięknego co komicznego, ekspanduje wyobraźnię ku głębiom niewidzialnym i rodzi refleksję natury epistemologicznej i ontologicznej. Za jego sprawą pustka nagle rozsuwa się jak portiera i przestrzeń nabiera cech idealności, w której nieobecność ludzkiego ciała staje się elementem konstrukcyjnym dali.

Urania_Pio-Clementino_Inv293-horz

Urania i Klio

Otwarcie przestworu ziemskiego powoduje, że imaginacja podąża ku miejscom, gdzie łączy się on z mitem i kosmosem. Tam króluje Urania, muza astronomii, córka Zeusa i tytanidy Mnemosyne, siostra Erato, Euterpe, Kalliope, Klio, Melpomene, Polihymnii, Talii, Terpsychory. Przedstawiana w sztuce z cyrklem i kulą nieba gwiaździstego, należała do paradnego orszaku boga Apollina. Tutaj występuje w opozycji do Klio, muzy historii i odzwierciedla to kosmiczny i ziemski porządek rzeczy, gdyż Urania operuje pośród wieczności, a Klio ogarnia swoją refleksją ledwie historię ziemską. Obie siostry spotykają się w przestrzeniach mitu i poezji, a tam element kosmogoniczny staje się spoiną istnienia. Brodski snuje swoje refleksje w dzień i w nocy, gdy pojawia się jaskrawość barw i przymglenie, rozpraszane przez kaganek. Ale ziemskie funkcjonowanie obrazu nie ma tutaj większego znaczenia, bo przy otwarciu przestrzeni przez dromadera, stojącego u torów kolejowych i pojawieniu się Uranii wraz z Klio, wszystko zostaje uruchomione, wszystko się przenika i zyskuje nową głębię ontyczną. Gdy uniesie się głowę ku górze widać, że dzieje kosmosu odzwierciedlają światła gwiazd i galaktyk, a także ich odwieczny ruch sferyczny. W takim rozumieniu Urania niczego przed ludzkim wzrokiem nie ukryła, niczego nie zataiła, a wręcz siłą mitu wzmocniła doznania i objaśniła niewiadome. Wszechświat pozornie wisi nad naszym światem, a przecież jesteśmy ledwie jego malutką cząstką, drobinką zagubioną pośród niewyobrażalnych dali. Budując w wierszu apostrofę do Uranii, Brodski ukazuje nasze zagubienie w kosmosie, a także elementarną strukturę świata, w którym nagle się pojawiliśmy i równie nagle znikniemy. Patrząc na globus muzy astronomii, odwracamy się za siebie i kontemplujemy ziemskie głębie i dale, stajemy w obliczu obrazów, które nas kształtują wewnętrznie i stają się elementem konstrukcyjnym wyobraźni, cząstką wielkiej historycznej i astralnej panoramy.

Poeta z żoną

Poeta z żoną

O ile refleksja poetycka rozgrywa się na granicy kosmosu i ziemskości, o tyle istnienie poety lokuje się pośród naturalnych kontrastów – borów, w których pełno jest jagód i jesionów, konstrukcji minimalnych i ogromnych. Tam krzewi się życie i można łowić ogromną, srebrzystą bieługę gołą ręką. Ta anadromiczna przedstawicielka ryb jesiotrowatych jeszcze raz wskazuje w jakich ziemskich przestrzeniach rozgrywa się akcja wiersza. To krainy graniczące z Morzem Azowskim, Morzem Kaspijskim albo nawet Morzem Czarnym, a dalej to głębie i płycizny Wołgi, Uralu, Tereku, Kury, Donu, Dniestru i Dniepru, gdzie bieługi wędrują na tarło i jest ich tak wiele, że można stać na płyciznach i wyrzucać je na brzeg w ogromnych ilościach. Ten pierwiastkowy obraz z przeszłości Brodski zderza z wizją miasta, w którym żył, a potem emigrując do Ameryki, tylko kontemplował swoje nieistnienie w nim, czego symbolem ma być nieobecność w książce telefonicznej. Wiemy z biografii poety, że przez osiemnaście miesięcy przebywał we wsi Norinskaja, nieopodal Archangielska, gdzie czuł się znakomicie, ale jego refleksja w mig pokonuje ogromne przestrzenie Rosji, podążając na południowy wschód ku pasmu jakichś brązowych gór. Może Ałtaju Mongolskiego albo Ałtaju Gobijskiego, gdzie swobodnie pasie się Koń Przewalskiego, podgryzając turzycę, roślinę rozpowszechnioną niemal na całym świecie. Twarze ludzi tam się żółcą, bo to tereny zamieszkiwane przez ludy mongoloidalne, w których mitach dziki koń odgrywa wielką stwórczą rolę. Wyobraźnia poety nie zna granic, więc podąża dalej, ku Morzu Kaspijskiemu albo ku Oceanowi Indyjskiemu, gdzie błękitnieje przestwór, kojarzący się mu z koronkową bielizną. Powszechnie wiadomo, że Brodski miał piękną żonę Marinę i erotyka odgrywała w jego życiu i twórczości ogromną rolę, ale tutaj ta koronkowa bielizna staje się końcowym paradoksem i ozdobnikiem zarazem, a przy tym elegancko zamyka przestrzeń wiersza, w którym twórca podąża od kosmosu do krain ziemskich, od antycznego piękna Uranii i Klio, po subtelny element ubioru, podkreślający urodę i subtelność współczesnej ziemskiej kobiety.

Grób Josifa Brodskiego na weneckiej wyspie San Michele

Grób Josifa Brodskiego na weneckiej wyspie San Michele

WŚRÓD NOCNEJ CISZY

Kolędy

Pod koniec zeszłego roku, do tomu kolęd, pięknie wydanego przez Konsulat RP w Monachium napisałem Posłowie. Książka dotarła do mnie nieco później, ale teraz jest dobry moment by ten tekst opublikować także w sieci, z dedykacją dla moich wszystkich przyjaciół. 

Każdego roku, podczas świąt Bożego Narodzenia rodziny gromadzą się w domach wokół specjalnie udekorowanej choinki i śpiewają kolędy. Podniosły nastrój i atmosfera radości, wyjątkowego święta, celebracji narodzin Bożej Dzieciny, powodują, że babcie i dziadkowie, matki i ojcowie, dzieci i wnuki czekają z utęsknieniem na tę chwilę. To jakby potwierdzenie bliskości i łączności więzów krwi, to spotkanie w gronie najbliższych ze świętością i wiarą w inny wymiar naszego bytowania. Już podczas uroczystej kolacji, a także po jej spożyciu, rozbrzmiewać zaczynają pieśni, które skomponowali w dawnych wiekach wielcy kompozytorzy (Feliks Nowowiejski, Zygmunt Noskowski), a teksty napisali tak znaczący twórcy jak Piotr Skarga, Franciszek Karpiński, Mikołaj Sęp-Szarzyński i Andrzej Morsztyn. Za zwieńczenie tych prac uznać należy zacytowanie przez Fryderyka Chopina w scherzu h-moll fragmentu kolędy Lulajże, Jezuniu i współczesne modyfikacje brzmieniowe Witolda Lutosławskiego. Szczególnie lud polski upodobał sobie kolędy i ich prostszą formę, jaką jest pastorałka, łącząc je z charakterystycznymi zwyczajami czasu bożonarodzeniowego – także Kościół zaakceptował w pełni te pieśni, czyniąc z nich podłoże dla wspaniałych spotkań wiernych, podczas dorocznych Pasterek. To, co początkowo było radosnym hymnem noworocznym, stało się religijnym potwierdzeniem uczestnictwa w celebrze bożonarodzeniowej, przywiązania do tradycji narodowej i wiary w nadprzyrodzony charakter naszego istnienia. Kolęda jest jednym z nieodzownych elementów tych świąt, tak samo ważnym jak specjalnie przygotowana kolacja, bogate dekorowanie choinki, modlitwa i wyrażanie radości z powodu narodzin Syna Bożego. Pieśni tego typu łączą pokolenia, bo śpiewają je najmłodsi i najstarsi członkowie rodzin, a pozostając w pamięci dzieci, stają się rodzajem wzorca intymności i wspólnoty ludzi powiązanych ze sobą więzami krwi.

Sam termin kolęda pochodzi od łacińskiego określenia calendae, co w dosłownym tłumaczeniu znaczy „pierwszy dzień miesiąca”. Z czasem słowo to zaczęło oznaczać wizytę księdza w domu, pieśń bożonarodzeniową i obrzęd ludowy związany z odwiedzaniem się w zagrodach. Ogromną rolę w kształtowaniu się zwyczajów kolędowych odegrała niemiecka pieśń O, Tannenbam i angielskie Jingle Bells i White Christmas, nawiązujące bezpośrednio do zamysłu św. Franciszka z Asyżu, którego uważa się za twórcę pierwszej kolędy, śpiewanej w zorganizowanej przez niego szopce. Najstarsza polska kolęda to Zdrów bądź Królu Anielski z 1424 roku, a najsłynniejszą pieśnią tego typu jest Cicha noc, którą przetłumaczono na ponad trzysta języków i dialektów. Powstała w roku 1818 w małym austriackim miasteczku Oberndorf bei Salzburg w Alpach i jej autorami byli, wikary miejscowego kościoła ks. Józef Mohr oraz jego organista Franz Xaver Gruber. I choć sakralny charakter tego dnia ma swoje korzenie w czasach rzymskich – Kalendy styczniowe, kiedy to zaczynał się rok administracyjny, w Cesarstwie, to dopiero w chrześcijaństwie kolęda stała się noworoczną pieśnią powitalną, a potem pochwalną na cześć gospodarzy domu, z życzeniami wszelkiej pomyślności. Obecnie podkreśla ona tkliwość jaką rodzice otaczają dziecko, z wyrazistym odniesieniem do świętości pierwszych chwil Bożego Syna. Obecność dziecka – zarówno Boskiego jak żywego, pary domowników, nadaje szczególny charakter wspólnemu śpiewaniu, cementuje więzi rodzinne, pozostawia też w świadomości malca niezatarty ślad, który potem wracać będzie we wspomnieniach i stanie się paradygmatem szczęścia i jedności.

W krajach europejskich, a szczególnie w Polsce, w Niemczech, na wyspach brytyjskich przykłada się wielką wagę do wspólnego kolędowania i czyni się z takich chwil rodzaj wyjątkowego święta. Domownicy ubierają się w specjalnie na tę okazję przygotowane (niegdyś na wsiach –ludowe) stroje, dba się o wystrój wnętrz i specjalnie dobiera się potrawy, które znajdą się na stole podczas kolacji wigilijnej. Rodziny dzielą się opłatkiem i śpiewają razem, często z akompaniamentem gitar lub akordeonów, a w bogatszych domach – pianin i fortepianów. Wspólny śpiew jest jedną z form współistnienia w tym samym czasie i tym samym miejscu, z podkreśleniem ulotności ludzkiego bytu i niepowtarzalności takich chwil. Kolędy są zarazem rozpamiętywaniem chwalebnego zdarzenia z Betlejem, kiedy to w skromnej stajence przyszedł na świat Zbawiciel całej ludzkości. Często pieśni takie są rodzajem streszczenia wiedzy ewangelicznej na ten temat i zachętą do modlitwy, udziału w Mszach świętych – to także domowe przygotowanie do pasterki w świątyni, w gronie wielu innych ludzi. Jak Europa długa i szeroka, od Rzymu do Krakowa, od Monachium do Londynu rozbrzmiewają o północy te same dźwięki i ludzie śpiewają najsłynniejsze kolędy. Warto tutaj podkreślić, że literatury wielu krajów zawsze interesowały się kolędami i znajdowały w nich inspirację dla wartościowych dzieł. W opracowaniu poetyckim taki utwór może stać się rodzajem artystycznego credo, może też ukazać możliwości twórcze poszczególnych poetów. Wychodząc od tekstów dobrze znanych i śpiewanych podczas wigilii i pasterek, potrafią oni wskazywać nowe aspekty świętości, kierować uwagę ku Bogu i całemu stworzeniu. Zawsze jednak takie działania wywodzą się z tradycji i w niej szukają potwierdzenia dla poetyckiego języka i symbolicznej treści. Śpiewając pośród chłodnej nocy Lulajże Jezuniu… pamiętajmy, o wskazanej wyżej tradycji i obecności kolędy w kulturze Europy i świata – ciesząc się prostą formą pieśni, pamiętajmy, że mają one drugie dno i otwierają się na ogromy niewyobrażalne, pośród których Bóg jest Alfą i Omegą, początkiem i końcem, pierwszym słowem i ostatnim tchnieniem.

BEZBRZEŻNY PRZESTWÓR

1

Świat dziecka odsłania swoje tajnie dopiero w późniejszym wieku, gdy człowiek przebrnie już pierwsze dziesięć lat, a potem zacznie podążać ku chwilom młodzieńczym, latom dojrzałym i zweryfikuje w umyśle to, co przeżył. Najwrażliwsi twórcy, wirtuozi muzyczni, wielcy rzeźbiarze, architekci czy geniusze malarstwa relacjonują, że w czasach dzieciństwa działo się w nich coś niezwykłego, miały miejsce groźne wydarzenia, jakieś przerażające tragedie, wojny, wypadki, albo miała miejsce przesadna dominacja matki lub ojca, częstokroć przeradzającą się w terror psychiczny. Taki młody umysł bywa trwale szlifowany przez kolejne lata i jeśli wychodzi z nich ukształtowany, pełen witalności, prędzej czy później zrodzi coś, co go pozytywnie oszołomi i popchnie ku dalszym działaniom. Dziecko posiada wrodzoną mądrość, nie wiadomo skąd się biorącą, kieruje się też dziwną logiką, która częstokroć prowadzi je ku tragicznym rozwiązaniom, a wtedy zdarza się, że taki mały chłopiec lub dziewczynka nie umieją sprostać naporowi świata i odbierają sobie życie, w makabryczny sposób oddzielają się od bliskości rodziców i pełni życia. Zdumiewająco mądre bywa spojrzenie dwulatka, trzylatka, pięciolatka, jakby istoty te żyły jeszcze w tajemniczym świecie przed narodzinami, jakby niosły w sobie zanikającą szybko wiedzę o metempsychicznej podróży. Stąd zapewne biorą się opowieści o poprzednich bytach, licznych wcieleniach, reinkarnacjach i tak rodzi się przekonanie o ponadnaturalnym charakterze naszej egzystencji. Dziecko ma dobrą naturę, ale potrafi też być okrutne, eksperymentować na owadach i ptakach, dręczyć koty i psy, a nade wszystko terroryzować dorosłych płaczem i histerią, rzucaniem się na podłogę, nagłą ucieczką. Gdy jednak uspokaja się patrzy jasnymi oczyma na kolorowe klocki i białe chmury, tonące w błękicie nieba, patrzy na świat przez zielone szkiełko i obdarza czułością strzeliste kształty drzew za oknem swojego domu. Jean-Marie Gustave Le Clézio w zbiorze opowiadań pt. Mondo i inne historie próbuje zrozumieć psychikę dziecka i odważnie eksperymentuje z nią, tworząc zdumiewające fabuły (historie), które stają się też rodzajem poetyckich diagnoz, chwilowych wyodrębnień i ustaleń. To jest odkrywanie zakamarków myśli i nieustanne wpatrywanie się w lśniące źrenice, odbijające świat i będące zagadką samą w sobie – to analiza ruchów i gestów stale rosnącego ciała, dopiero, co wydostającego się z matni niemowlęctwa, a już wyraźnie podążającego ku chwilom ostatnim i zaczynającego decydować o samym sobie.

Mondo z adaptacji filmowej opowiadania

Mondo z adaptacji filmowej opowiadania

Mondo jest cygańskim dzieckiem i ma około dziesięciu lat. Nikt nie wie skąd się wziął, nikt nie potrafi powiedzieć, kiedy po raz pierwszy pojawił się w mieście nad ciepłym morzem. Jego niezwykła wrażliwość każe mu czekać na świt, jak na centralne kosmiczne wydarzenie, pośród którego jego rozwibrowana świadomość odgrywa bardzo ważną rolę: Mondo bardzo to lubił: siedział na plaży, objął rękami kolana i patrzył, jak wschodzi słońce. O czwartej pięćdziesiąt niebo było czyste i szare, nad morzem unosiło się tylko kilka lekkich chmurek. Słońce nie pojawiło się od razu, ale Mondo czuł, że nadchodzi z drugiej strony widnokręgu, wyłania się powoli jak rozniecony płomień. Najpierw blada aureola rozlała się plamą w powietrzu i dało się odczuć dziwną wibrację, od której drżał horyzont, jakby ktoś wprawiał go w ruch. Wtedy nad wodą pojawiła się tarcza, rzuciła snop światła prosto w oczy, a morze i ziemia nabrały tej samej barwy. Zaraz potem wyszły pierwsze kolory i pierwsze cienie. Ale lampy uliczne paliły się nadal mętnym, zmęczonym światłem, bo nie było jeszcze wiadomo na pewno, czy dzień się rozpoczął. Mondo to młodociany włóczęga, pytający ludzi czy chcieliby go adoptować, przystający przy charakterystycznych osobach, spotykanych na plaży albo w mieście. Próbując rozmawiać z nimi, wpatruje się w ich twarze szeroko otwartymi oczyma – czy to będzie wędkarz Giordan, wielbiciel ptaków Dadi, udawany Kozak, grajek Cygan, wyplatacz krzeseł, sklepikarka Ida lub sprzedawcy ze straganów. Po skwarnym dniu wchodzi powoli do morza i wpatruje się w dal, zanurza się w wodzie i wygrzewa w promieniach, a często też zasypia na plaży, pod rozgwieżdżonym niebem. Jest czuły dla ludzi i dla przyjaciół-sprzętów, przyjaciół-urządzeń, pośród których jest wielka łódź. Czasem marzy, że zabierze go na morze, gdzieś daleko, za horyzont błękitu i rozpłynie się w nim niczym poranna mgiełka. Le Clézio zbudował narrację tej opowieści na zasadzie częstego powtarzania imienia Mondo i dorzucania nowych zdarzeń. Nie złamał przy tym wielkiej tajemnicy tego chłopca, który na początku i na końcu czytania jest tak samo niedookreślony, zwiewny, jakby zbudowany z kolorowych cząstek i fantomów człowieczeństwa. Pisarzowi udało się ukazać byt ludzki, przez chwilę egzystujący w jakimś miejscu na ziemi, a potem nagle znikający, jak miliony innych bytów, jak rośliny, ryby, kraby, ptaki i większe zwierzęta. To istnienie wpatruje się z uwagą w inne istnienia, czasem im towarzyszy, czasem czegoś się od nich uczy, ale przez cały czas głęboko czuje swoją odrębność, bolesną inność i wyrzucenie poza nawias społeczeństwa. Nieco stabilizacji pojawia się w jego życiu za sprawą spotkanej Wietnamki Thi Chin, ale Mondo nie rozumie, że kobieta go pokochała i może nawet chciałaby w przyszłości widzieć w nim towarzysza na resztę życia. Chłopiec traktuje ją tak samo jak przyjaciółki-salamandry i przyjaciół-świerszczy, jak morskie ptaki i kamienie, nie dostrzegając jej wielkiego zaangażowania w jego losy. Gdy Mondo zniknie, zabrany z ulicy przez Pomoc Społeczną, tylko ona będzie go szukała na komisariacie policji. Historia tego niezwykłego romskiego chłopca, to opowieść o ludzkiej samotności, o godnym jej przeżywaniu, w zamian za niczym nieograniczoną swobodę, za powiew wolności w obliczu ziemskich żywiołów i jakże dziwnych, tajemniczych, dobrych i złych innych ludzi.

 2741891169210095079

Lullaby jest małą dziewczynką, która pewnego dnia postanawia nie chodzić już do szkoły, włóczy się po klifie, odwiedza stary, opuszczony grecki dom, przygląda się roślinom, owadom i morzu. Żyje w jakimś wyobcowanym, trudnym do zrozumienia świecie i kluczem do niego może być tragedia, którą kiedyś przeżyła, nagłe odejście matki i oddalenie ojca, który stale podróżuje do wielu krajów świata. Lullaby próbuje pisać do niego listy, zamyśla się nad ptakami unoszącymi się nad wodą i kontempluje samą siebie w różnych miejscach. Nieco wytchnienia dają jej spotkania z małym chłopcem, który chodzi na ryby i czasem rozmawia z nią. Te dziwne wagary są rodzajem wyprawy w głąb siebie, chociaż umysł dziecka nie jest do tego przygotowany, a zewsząd czyhają zagrożenia, które w końcu materializują się w postaci zboczeńca, próbującego seksualnie wykorzystać dziecko. Na szczęście udaje się jej uciec i na chwilę wraca do świata, choć był już taki moment, kiedy myślała, że umiera. To było jednak tylko zaśnięcie, a może letarg spowodowany głodem, smutkiem, rozpaczą, czającą się pośród dziwnych chwil. Ucieczka od świata jest jej sposobem na obłaskawienie traumy, jaką przeżyła, utraty nie do wyobrażenia i bólu, który zaczął się w niej krzewić. Le Clézio pokazuje jak delikatność dziewczynki zderza się z groźną materią świata i często balansuje na granicy życia i śmierci, jak choćby w chwili zsuwania się Lullaby wraz z kamieniami z klifu, albo desperackiego pływania w morzu. Jej dobre serce każe przyglądać się istnieniu z czułością, ale ból w całym ciele rozsadza trzewia i powoduje, że staje się kimś, kim nie chciałaby być. To jest eksperyment na samej sobie, w którym wszystko zostało wypaczone, a sam jego instrument jest rozregulowany, nienadający się do tego rodzaju przedsięwzięć. Świat dorosłych, reprezentowany tutaj przez ojca, mężczyznę ścigającego ją pośród skał, czy dyrektorkę szkoły, jest przeciwieństwem jej wewnętrznego rozedrgania i odrzuca ją raz po raz. Dlatego stroni od niego i ucieka od samej siebie, pragnie oddalić tragedię, którą przeżyła i zbudować nową przestrzeń dla egzystencji: Na niebie żarzyło się słońce. Lśniły białe skały, piana oślepiała jak śnieg. Człowiek był szczęśliwy, jak na końcu świata. Już na nic nie czekał, nikogo nie potrzebował. Jej dziecinna naiwność i brak wiedzy powodują jednak, że wszystko przybiera formę rojeń, staje się ułudą, fantasmagorią, która prawie przeobraża się w rzeczywiste umieranie w greckim domu. Nie wiemy jakie będą dalsze dzieje Lullaby, ale możemy przypuszczać, że skrajne doświadczenia wywrą ogromny wpływ na jej losy i albo doprowadzą do kreacji artystycznych, powstania jakichś dzieł, obudzenia się zdolności ponadnaturalnych, albo – niestety – do szaleństwa i zaprzepaszczenia wszystkich ludzkich szans i wzniosłych potencjalności. Pisarz pokazuje jakie głębokie przepaście otwierają się w umyśle dziecka nadwrażliwego i nagle straszliwie doświadczonego przez los, uciekającego pozornie ze szkoły, ale tak naprawdę próbującego poskładać kawałki rozbitego lustra, w którym zastygły szczątki obrazów z czasu ciepła i szczęśliwości, poczucia bezpieczeństwa i rodzicielskiej bliskości, nieustającej czułej opieki.

 maxresdefault

Kolejne nadwrażliwe dziecko Le Clézio umieścił pośród mrocznych i groźnych krajobrazów Islandii, w okolicach góry Reydarbarmur, co dowolnie przetłumaczyć można jako Wielorybia Krawędź. Akcja rozgrywa się dwudziestego pierwszego czerwca bliżej nieokreślonego roku w krainie wąwozów, lodowców i chmur kłębiących się wokół wyniosłych szczytów. Chłopiec imieniem Jon zostawia rower u podnóża góry i zaczyna wspinaczkę po kamieniach, skalnych półkach, krawędziach rozpadlin i wielkich, zastygłych bloków lawy. W jego oczach i w rozpłomienionej świadomości świat jawi się jako rewir krystalicznej czystości i harmonii: W pięknym czerwcowym świetle góra była dobrze widoczna. W miarę jak się zbliżał, Jon dostrzegał, że jest mniej regularna, niż się wydawała z daleka; jej jednolita bryła wystawała z bazaltowej płaszczyzny niczym wielki zrujnowany dom. Niektóre ściany sięgały szczytu, inne urywały się w połowie wysokości, czarne wyrwy żłobiły mury jak ślady uderzeń. U podnóża góry płynął strumień. Jon nigdy takiego nie widział. Strumień był przejrzysty, koloru nieba, sunął powoli, wijąc się przez zielony mech. Jon zbliżył się ostrożnie, macając ziemię końcem stopy, żeby nie zapaść się w wodę. Przykląkł na brzegu strumienia. Błękitna woda płynęła, szemrząc, gładka i czysta jak szkło. Na dnie strumienia leżały małe kamyczki i Jon wyciągnął rękę po jeden z nich. Woda była lodowata i głębsza, niż myślał, musiał zanurzyć rękę po pachę. Chwycił palcami biały półprzezroczysty kamyk w kształcie serca. W zachowaniu chłopca jest coś dziwnego, jakby niósł w sobie wielką tajemnicę, a to, co robi, miało zakończyć się jakimś tajemnym rytuałem. Czytelnik może być na początku zdezorientowany, ale szybko zauważy, że wyprawa Jona ma charakter poszukiwawczy, choć cel nie należy do normalnych destynacji przy tego typu zachowaniach. Przez cały czas mamy wrażenie, że dojdzie do tragedii a upadek drobnego ciała z wysokości lub czyn samobójczy są na wyciągnięcie ręki. Tymczasem Jon szuka samego siebie w coraz wyższych partiach góry, próbuje odpowiedzieć sobie na podstawowe pytania egzystencji: skąd się wziął, ku czemu podąża, i jaki będzie finał jego życia. W pewnym momencie pogrąża się we śnie, a gdy się budzi (jeśli rzeczywiście ma to miejsce) zauważa małego chłopca, który przygląda mu się uważnie i jest otoczony sakralną jasnością. Nawiązuje z nim rozmowę i mówi, że wszedł na górę, bo chciał spojrzeć na świat z takiej wysokości, z jakiej patrzą na siego ptaki. Pomiędzy dziećmi zawiązuje się nić porozumienia, choć ich rozmowy nie mają głębszego sensu i są prostym dialogiem o wszystkim i niczym. Spotkany towarzysz jest fantomem, może poczętym z wyobraźni Jona, a może tylko oniryczną zjawą, która pojawiła się w umyśle zmęczone i zmorzonego snem dziecka. Nie można też wykluczyć, że islandzka natura, chłód i lęk spowodowały, że jego mózg wygenerował wizję na jawie, taką samą, jak w pismach Swedenborga. Kimkolwiek ów chłopiec, spotkany u szczytu by nie był, staje się on alter ego Jona i uczy go prostoty, odnalezionej w smaku wody deszczowej, w kształcie kamienia czy blasku światła, a nawet wprowadza go w przestrzeń kosmiczną: Jon podał rękę chłopcu i poszli razem na szczyt góry. Chłopiec szedł lekko, nieco go wyprzedzając, nagimi stopami ledwo dotykał ziemi. Doszli tak do końca pokrytej lawą równiny, tam, gdzie góra królowała nad ziemią wysuniętą niczym cypel. Jon spojrzał na otwierające się przed nim niebo. Słońce zupełnie już znikło za horyzontem, ale blask wciąż oświetlał chmury. W oddali nisko nad doliną kładł się lekki cień maskujący ukształtowanie terenu. Nie było widać ani jeziora, ani wzgórz i Jon nie poznawał znajomych miejsc. Bezbrzeżny przestwór wypełniało jednak światło, więc widział wszystkie chmury, podłużne jak smugi dymu rozciągnięte w żółtym i różowym powietrzu. Wyżej zaczynał się głęboki błękit, również rozwibrowany słońcem, i Jon dostrzegł biały punkt Wenus błyszczący samotnie jak latarnia morska. Ich spotkanie, tak proste jak gra na drumli, tak ostateczne jak pojawienie się gwiazd na wieczornym niebie, przeradza się w unię nie do wyrażenia i może ratuje bohatera opowiadania przed podjęciem jakichś karkołomnych decyzji. Następnego dnia zauważywszy, że nie ma już jego kompana, a nawoływanie nic nie daje, schodzi powoli z góry Reydarbarmur, wsiada na rower i pędzi do domu, w którym rodzice śpią i nie mają pojęcia o tym, co stało się wieczorem i w nocy, co wydarzyło się w umyśle małego Jona i jak gwałtownie zderzył się z ostatecznością, otarł się o wieczność i ponurą nieuchronność.

 berbers02

Juba to berberyjski chłopiec, który czuwa przy kole wodnym, umieszcza w jarzmach ogromne woły, a po pracy odprowadza je ku domostwom. To spadkobierca starożytnych wojowników, branych często w niewolę przez Rzymian, nieustannie marzący i zatopiony w rozpalonej słońcem krainie czerwonej ziemi, stalowej rzeki i dalekich białych brył cmentarza. Jego życie jest jak sen na jawie i jawa pośród snu, gdy przygląda się ludziom, słyszy dalekie odgłosy, szybuje w przestworzach na wielkim sępie, albo wspina się po schodach opuszczonej świątyni Diany i wyobraża sobie, że jest królem, prowadzącym w górę swoją piękną królową Kleopatrę Selenę. Wszystko tutaj rozmywa się w marzeniu i lekko drży jak dalekie obrazy pośród rozgrzanego powietrza, jak fatamorgana – wszystko rodzi się i umyka w jednej chwili jak oddech, jak sen, jak piękny kształt w źrenicy: Juba odchyla głowę i patrzy w niebo. Widzi powolny kolisty ruch pozostawiający fosforyzujące bruzdy, widzi przezroczyste sfery, widzi światła zazębiające się w przestworzach. Hałas wodnego koła wypełnia przestrzeń, obraca się bez końca wraz ze słońcem. Tak wodne koło staje się analogonem tarczy zegara, a woły chodzące w kółko są jak wskazówki, stale odmierzające czas, bezlitosne dla żywych i umarłych. Tajemniczym bytem jest też Daniel, bohater opowiadania pt. Ten, który nigdy nie widział morza, pragnący mieć na imię Sindbad i nieustannie podróżować po dalekich akwenach. To chłopiec o czarnych oczach, chodzący do liceum i mający tylko jedno, wielkie marzenie – zobaczyć morze i poczuć na plaży jego wspaniały oddech. Pewnego dnia ścieli elegancko swoje łóżko w internacie i ucieka ku falom i bryzom, a gdy dociera na brzeg, biega po nim jak upojony jakimś narkotycznym napojem: Morze było daleko, na skraju piaszczystej równiny. Lśniło w słońcu, migotało, zmieniało barwy – bezmiar błękitu robił się szary, zielony, prawie czarny, piaszczysta ławica przybierała kolor ochry, bielały grzywy fal. Daniel nie wiedział, że morze jest tak daleko. Ciągle biegł, ręce zgiął w łokciach, serce waliło mu w piersi. Teraz piasek pod jego stopami zrobił się twardy jak asfalt, wilgotny i zimny. W miarę jak zbliżał się do morza, hałas fal potężniał, wypełniał przestrzeń jakby światłem pary. Dźwięk na początku łagodny i powolny, stawał się niepokojący i nagły jak pociągi na żelaznych mostach lub też cofał się pośpiesznie niczym wody rzeki. Ale Daniel się nie bał. Wciąż biegł co tchu, prosto przed siebie w chłodnym powietrzu, nie patrząc na boki. Kilka metrów przed frędzlą piany zatrzymał się, uderzony zapachem głębiny. Czuł palący ból w pachwinie, ostry zapach słonej wody tamował mu oddech. Tak chłopiec zaczyna życie pośród alg i ukwiałów, zaprzyjaźnia się z polipem Wiattem, łowi ryby i skorupiaki, a potem przyrządza je na ogniu w starej puszce. Narażając życie, wchodzi głęboko w odkrytą podczas odpływu przestrzeń, a potem, gdy wody zaczyna przybywać, rusza szybko ku piaskom nadbrzeżnym. Jest szczęśliwy, dostrzega piękno morza, widzi cudowne rośliny i zwierzęta, zatrzymuje się przy skałach i kontempluje linię horyzontu. Choć szuka go policja i nauczyciele ze szkoły, choć rodzice z trudem godzą się na jego utratę, nikomu nie udaje się go znaleźć, a narrator opowiadania, jego kolega z klasy, mówi, że młodzież przyjmuje za pewnik, że Daniel podróżuje po świecie. Nie można wykluczyć, że pewnego dnia ruszył brzegiem morza i dotarł nie wiadomo gdzie, tak jak nie można założyć, że nie utopił się podczas jakiegoś przypływu. Czując się wyobcowanym w świecie samochodów i sklepów, rozgwaru miejskich ulic i szkoły, porzucił wszystko jak Lullaby i ruszył na spotkanie swojemu przeznaczeniu, rozpłynął się najdoskonalej w sinej przestrzeni, w jego mistycznej chwili pierwszej i ostatniej: Kiedy morze było całkiem nisko, następowało coś w rodzaju iluminacji. Daniel szedł wśród skał po dywanie z alg, a słońce lśniło w wodzie i na kamieniach, zalewając wszystko blaskiem. Wiatr zamierał. Nad podmorską równiną rozciągało się przepastne błękitne niebo objęte dziwną jasnością. Daniel czuł żar w głowie i na ramionach, zamykał oczy przed oślepiającym migotaniem. Wszystko przestawało istnieć, było tylko niebo, słońce i sól tańcząca po skałach. Czy Daniel rozmył się lekko pośród mgieł i oparów, czy zniknął tak samo nagle, jak się pojawił? Nie wiadomo, gdy wszelki słuch o nim zaginał, powoli, bezpowrotnie ludzie przestali go wspominać i zajmować się jego losem.

portrety-indyjskie-dziewczynka-z-mandawy-portrety-indyjskie-dziewczynka-z-mandawy-4-364796-large

Alia mieszka w osadzie biedaków nazywanej Groblą Francuzów, codziennie chodzi z wiadrem po wodę do pompy i przygląda się spotykanym ludziom. Któregoś dnia zobaczyła Martina, mężczyznę o ogorzałej skórze, który miał niezwykle wyraziste, lśniące oczy. Zachwyciła się nimi i zaczęła interesować się tym co robi, przyglądała się jak się poruszał i wybudował sobie dziwaczny dom z desek i papy na samym końcu Grobli, tuż przy bagnach. Szybko zaprzyjaźniła się z nim, a on zaczął opowiadać jej dziwne historie o krainie szczęśliwości, z której przybył i w której nie mógł żyć, bo dostrzegał wielkie kontrasty, nie godził się na sąsiedztwo bogactwa i biedy, przesytu i cierpienia. Wraz z Alią zaczęły przychodzić do domu Martina inne dzieci, a ten opowiadał im różnorakie dydaktyczne historie, baśnie z przeszłości i współczesności. Najbardziej spodobała się im opowieść o krainie Hazaran i małej dziewczynce nazywanej Koniczynką, która miała w sobie piękno i dobroć nie do opisania. Tak jak do św. Franciszka z Asyżu przychodziły do niej zwierzęta, a ona: Żyła sama w pasterskim szałasie na pustkowiu, wśród zarośli i skał i nikt się nią nie opiekował. Była tak samotna i smutna, że zaprzyjaźniły się z nią polne zwierzątka. Często do niej przychodziły, rano lub wieczorem, rozmawiały z nią, żeby ją rozerwać, kręciły się dokoła i opowiadały różne historie, bo Koniczynka rozumiała ich język. Była wśród nich mrówka imieniem Zoe i rozmaite motyle, żółte, czerwone, brązowe i niebieskie. Był też uczony skarabeusz imieniem Kepr i wielki zielony pasikonik, wygrzewający się w słońcu na liściach. Przerażająca bieda Koniczynki budzi litość w zwierzętach i pasikonik namawia ją, by odmieniła swoje życie i weszła do krainy Hazaran, gdzie wszyscy są szczęśliwi, wszystko rozumieją i nieustannie coś nowego tworzą. Nauczycielami staje się tutaj skarabeusz i pasikonik, bo wejście możliwe jest tylko po rozwiązaniu zagadek, które zada bogato ubrany minister. Dziewczynka rozstrzyga filozoficzne kwestie, a wtedy przybywają ptaki, które zabierają ją do krainy Hazaran, mającej wszelkie cechy dziecinnego raju, w którym: wszystko było wielkie i piękne, były tam ogrody pełne kwiatów i motyli, rzeki tak jasne, jakby były ze srebra, bardzo wysokie drzewa, pokryte wszelkiego rodzaju owocami. Mieszkały tam wszystkie ptaki świata. Przelatywały z gałęzi na gałąź, nie przestając śpiewać, a kiedy Koniczynka się zjawiła, otoczyły ją i serdecznie powitały. Były strojne w różnokolorowe pióra i tańczyły przed Koniczynką, bardzo zadowolone, że mają taką księżniczkę jak ona. Królem tej krainy był słowik, a Koniczynka została jego ulubioną księżniczką, która mieszkała w pałacu i umilała mu czas śpiewem. Martin snuje przed dziećmi opowieści o radości i dobru jakby chciał oddalić od nich całe zło świata i przeczuwaną tragedię, nieuchronne zdarzenia, które kiedyś nadejdą. Okazuje się, że dramat rozegra się szybciej niż się spodziewał i nawet post, jego tajemna broń, niczego nie zmieni – przyjadą studenci architektury, robotnicy i inżynierowie i każą wynieść się wszystkim mieszkańcom osady. Wtedy Martin, niczym Mojżesz, ruszy ze swoim „ludem”, w kierunku rzeki i przeprowadzi przez bród wszystkich – wskaże drogę ku nowym czasom, ku nieuchronności, którą przeczuwał i którą chciał oddalić od słuchających go z uwielbieniem dzieci. Podobną naturę do Koniczynki ma Petite Croix, niewidoma dziewczynka, która chodzi na kraniec swojego miasteczka i chłonie słuchem i dotykiem świat. Swojego przyjaciela, starego Bahtiego pyta o chmury i błękit, o piaski i rośliny, a przy tym rozmawia z pszczołami, jaszczurkami i wężami, przeczuwa kołującego w górze krogulca. Ma niezwykłą wyobraźnię i tworzy w niej rozległe wizje, rekompensując w ten sposób tragizm swojej sytuacji życiowej. Choć jest mała, potrafi tworzyć imitowane dialogi z otoczeniem, wykorzystując swoją wiedzę i wiadomości zasłyszane lub nabyte w szkole. Tak pszczoły „mówią” jej o odwiedzinach roślin i pojawia się tu prawdziwy atlas botaniczny: Co widziałyście? – pyta Petite Croix – Widziałyśmy żółty kwiat słonecznika, czerwony kwiat ostu, kwiat ocotillo podobny do węża z czerwoną głową. Widziałyśmy wielki płowy kwiat kaktusa Pitaya, koronkowy kwiat dzikiej marchwi, blady kwiat wawrzynu. Widziałyśmy trujący kwiat senecio, poskręcany kwiat indygo, lekki kwiat czerwonej szałwii. I co jeszcze? Doleciałyśmy bardzo daleko, do kwiatu, który się świeci na dzikim floksie i pożera pszczoły, widziałyśmy czerwoną gwiazdę meksykańskiej lepnicy, ogniste koło, kwiat mlecza. Fruwałyśmy nad agaritą, długo piłyśmy nektar stokrotki i wodę cytrynowej mięty. Byłyśmy też na najpiękniejszym kwiecie, jaki istnieje, na tym, co wyrasta bardzo wysoko na ostrych jak szable liściach juki, a jest tak biały jak śnieg. Wszystkie te kwiaty są dla ciebie, przynosimy ci je w podzięce. Dziewczynka nie może tego zobaczyć, ale jej wyobraźnia jest dynamiczna jak płomień i rodzą się w niej stale wyraziste kształty. Żyje w czasach wojny koreańskiej, słyszy odgłosy wojskowych samolotów lecących z bombami na wschód i zastanawia się dlaczego w ludzkim świecie jest tyle zła. Rozmawia z żołnierzem, który pojawia się przy niej realnie albo jest ułudą, zrodzoną z potrzeby obcowania z drugim człowiekiem. Potrafi wyczuć ogromy kosmiczne, pojawienie się gwiazd nad horyzontem i poddaje się tej mocy, czuje więcej i lepiej od dzieci, które widzą i coraz bardziej rozprzestrzenia w sobie własny, koherentny świat skrajnych wyobrażeń i obrazów bez utwierdzonych w barwie kształtów.

 tn_F1530009

Głównym bohaterem opowiadania pt. Pasterze jest kilkunastoletni chłopiec Gaspar, który ucieka z domu i włócząc się po pustkowiach natrafia na grupkę dzieci, pasących kozy w dolinie Genny, tuż przy rozległych wzgórzach. Autor nie precyzuje dokładnie miejsca akcji, rozmywając wszystko w niedopowiedzeniach i poetyckich ubarwieniach, ale możemy przyjąć, że zdarzenia rozgrywają się gdzieś w Afryce, na co wskazuje pojawiająca się szarańcza, piękny biały ibis na mokradłach, czerwone piaski, liczne termitiery i grzechotnik, zsuwający się podstępnie z gałęzi drzew. Pasterzom przewodzi buńczuczny Abel, a w grupie rówieśniczej znaczenie ma też Augustyn i Antoine, choć Gaspar szczególnie zaprzyjaźnia się z małą dziewczynką Kaf. Dni mijają im na przemierzaniu stepu, polowaniu na zające, przepiórki i kuropatwy, na pilnowaniu stada kóz, którym przewodzi stary kozioł Hatrous. Dzieci muszą odganiać na pół zdziczałe psy, przygotowywać sobie posiłki, a przy tym porozumiewają się dziwnymi cząstkami słownymi, jakby ledwie morfemami, które rozumieją hasłowo. Ich egzystencja pełna jest naturalnego piękna, widoków doliny i wzgórz, ogromnego księżyca i mgieł unoszących się rano nad ziemią. Ale nic nie da się porównać z widokiem nocnego nieba i gwiazd rozpostartych szeroko nad równiną i odbijających się w sensualnej świadomości i wyobraźni dzieci: Światła przypominały flotyllę u brzegu horyzontu. Łączyły się ze sobą, niezwykłymi figurami porywając niebo. Na ziemi nie było już nic, prawie nic. Piaskowe wydmy osnuł cień, trawy wchłonął mrok. Stado kóz i owiec, skupionych wokół czarnego kozła, postępowało w milczeniu w górę doliny. Gaspar i Augustin szeroko otwartymi oczami wpatrywali się w niebo. Tam w górze zapalały się ludy, ptaki, węże, drogi wijące się między oświetlonymi miastami, rzeki, mosty; wychodziły nieznane zwierzęta, byki, psy o roziskrzonych oczach, konie – Enif… kruki o rozpostartych skrzydłach i lśniącym upierzeniu, giganci w koronach z diamentów stali bez ruchu, wpatrzeni w ziemię – Alnilam, Jouyera… noże, lance i szpady z obsydianu, płomienny latawiec zawieszony w podmuchu pustki. Rzeczywistość astralna staje się dla dzieci lustrzanym odbiciem świata ziemskiego, licznych opowieści i mitów, zasłyszanych bajek i legend, a przy tym ma w sobie coś z tajemnicy pierwszej kosmogonii, reprezentowanej przez przedwiecznych tytanów. Choć mają po kilka, kilkanaście lat, nie stają się rodziną, bo więzi seksualne jeszcze nie zostały zawiązane – ledwie postawili pierwszy krok w młodzieńczość, stale tkwiąc w swoich pierwszych latach i analizując świat obrazowo, idyllicznie, z nieodzownymi chwilami okrucieństwa i przemocy. Gaspar uczestniczy wraz z nimi we wznoszeniu domu z trzcin i gliny, bierze udział w polowaniach z Ablem i ma szansę stać się najważniejszą osobą w grupie, jednak skłóca się z przywódcą, gdy ten chce zabić pięknego, śnieżnobiałego ibisa. Zanim jednak dojdzie do konfliktu pomiędzy chłopcami, ramię w ramię przemierzają dolinę, wchodzą na wzgórza i zaczajają się nocą na grzechotnika, zabijając go ostrymi kijami. Niestety z nadejściem pory suchej i utratą codziennych zdobyczy, z głodem nie do wytrzymania, dochodzi do starcia pomiędzy chłopcami. Gaspar nie może pojąć jak można chcieć zabić ptaka, który jest w jego myślach wyobrażeniem bóstwa mokradeł, kształtem tak czystym i pięknym jak blask dalekich konstelacji. Zdarzenie na bagnach przeważa szalę i broniąc się przed uderzeniami kamieni, miotanych w jego kierunku przez Abla, Gaspar umyka ku dalekiemu miastu, gdzie zgłosi się na komisariat i powie, że po prostu zabłądził. Jego ucieczka od cywilizacji miała w sobie coś ze snu, dziwnego marzenia o wolności totalnej, a przy tym wzbogaciła jego wnętrze, przydała nowych dekoracji życiu, no i pozwoliła mu poznać cudowną Kaf. Odprowadzając dawnych towarzyszy myślą, skonstruuje w wyobraźni dalsze ich dzieje i zobaczy jak: Przeszli przez czerwone wydmy i szli na północ lub na wschód w poszukiwaniu nowej wody. Może dalej, po przebyciu muru z wyschniętych kamieni, znaleźli inną dolinę, podobną do Genny, z lśniącym okiem stawu wśród trawy. Wysokie palmy kołysały się na wietrze i można było zbudować dom z gałęzi i gliny. Na równinach i w wąwozach będą żyły pustynne zające, na polankach przed świtem usiądą ptaki. Może nawet nad mokradłem pojawi się wielki biały ptak i uniesie nad ziemią jak wielki kołujący samolot. Ostatecznie ibis stanie się powodem zerwania Gaspara z grupką pasterskich dzieci, ale ocali jego ludzka godność i może da impuls do zmiany życia i wejścia w nową, symboliczną i mityczną przestrzeń. W takim kontekście opowiadanie pt. Pasterze, staje się relacja na temat drogi przeznaczenia, a nade wszystko jest opowieścią o próbie naruszenia sfery świętości, której strzeże strażnik obszarów tajemnicy, chłopiec imieniem Gaspar.

 44.-Mozambik.-Vilankulo-dzieci-na-plazy

Zbiór pt. Mondo i inne historie zalicza się niezmiennie do arcydzieł współczesnej literatury francuskiej, a po roku 2008, kiedy to przyznano Le Clézio Nagrodę Nobla, tom ten zyskuje coraz więcej entuzjastów w świecie. Można go ustawić w jednym szeregu z takimi arcydziełami literatury światowej, których bohaterami są dzieci, jak Mały Książę, Antoine’a de Saint-Exupéry’ego, Władca Much Williama Goldinga czy Koniokrady Williama Faulknera, a ciąg ten można by znacznie wydłużyć. Czytelny jest zamysł autorski pisarza, który chciał pokazać tę samą wrażliwość i głębię przeżyć, tę samą migotliwość wyobraźni i sensualny wymiar zdarzeń małych istot, opisywanych na tle czterech ziemskich żywiołów, pod różnymi szerokościami geograficznymi. To czytelne przesłanie na temat dobra i piękna ludzkiego wnętrza, dopiero się kształtującego, zapisującego literami dni i morfemami miesięcy, zdaniami pierwszych lat białą tablicę, czystą w chwili urodzin. Dorośli często zapominają co przeżywali jako malcy, jakie burze rozgrywały się w ich umysłach i jakie, często karkołomne, plany miewali. Stąd się biorą te częste ucieczki dzieci z domu, te wyprawy za horyzont i ku ciepłym morzom – tak rodzą się marzenia o wielkiej przygodzie, byciu kapitanem klipra lub hersztem bandy piratów. Szczególnie interesujące są tutaj rekonstrukcje wnętrz i osobowości dziewczynek, tym bardziej, że dokonane przez dorosłego mężczyznę, niosącego w sobie wspomnienia dzieciństwa, ale przecież mogącego się tylko domyślać, co dzieje się w dorastającej Lullaby, małej Kaf, czy nieco starszej Petit Croix lub Alii. W takim ujęciu proza Le Clézio, z tego zbioru, ma wymiar eksperymentalny i orbituje ku jego pierwszym książkom, takim jak choćby debiutancki Protokół. Tak jak Adam Pollo, bohater tej powieści chciał otworzyć świat w swojej świadomości, tak wskazani wyżej bohaterowie ośmiu odrębnych historii próbują świat w sobie skonstruować, a pisarz staje się jakby drugim dnem i moderatorem ich działań. Jakże prawdziwe są te portrety i jak chwytają za serce, a przy tym nie przestają być wspaniałą kreacją pisarską, która ma liczne zakamarki i głębie, potrafi zaskakiwać i krzepić, syntetyzować i generować analizy, adekwatne do konkretnych typów osobowych, rozsianych po świecie, stale rodzących się i znikających nie wiadomo gdzie. J. M.G. Le Clézio jest pisarzem globalnym, który z równą lekkością opisuje krainy afrykańskie, jak i tropikalne wyspy Oceanu Spokojnego czy Indyjskiego, Paryż z lat międzywojennych, brzegi Morza Śródziemnego, albo meksykańskie bezdroża u stóp wielkich wulkanów. Ale jego globalność zasadza się też w uniwersalnym języku prozy, którego stał się prawdziwym mistrzem, spożytkował doświadczenia setek lat literatury francuskiej i z każdego z wielkich mistrzów wziął cząstkę, element, który po przetworzeniu zalśnił pełnym światłem na kartach jego powieści, opowiadań i książek eseistycznych. Jakże niezwykłą przygodą czytelniczą jest śledzenie losów, myśli i wyborów dzieci sportretowanych w zbiorze pt. Mondo i inne historie, jak wspaniałe efekty daje takie studiowanie świadomości dziecka w odmiennych przestrzeniach i różnym czasie rozgrywania się, gdzieś w świecie i gdzieś we wszechświecie.

_____________

J.M.G. Le Clézio, Mondo i inne historie, przeł. Hanna Igalson-Tygielska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011, s. 288.

ORNITOLOGIA ULICZNA (4)

I jeszcze trochę „ptaków ulicznych”…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

WYSPA ZASTYGŁA W TRWODZE

 1

Wyspa Pentecôte, w archipelagu Vanuatu, noszącego wcześniej nazwę Nowe Hybrydy, ma podłużny kształt i jest prawie w całości pokryta tropikalną roślinnością. W języku krajowców określana jest jako Raga i taki też tytuł nosi książka Jeana-Marie Gustava Le Clézio, literackiego laureata Nagrody Nobla z 2008 roku. Cała twórczość tego Francuza to wielki hymn kulturowy i wydobywanie z przeszłości takich elementów, które zyskują rangę symbolu i zaczynają żyć integralnie w obrębie światowego dziedzictwa. Choć wyspy i atole Vanuatu słyną ze zjawiskowych widoków, jako żywo przypominających tropikalny raj, na Wyspie Pięćdziesiątnicy (Raga, Wyspa Zielonoświątkowa) pojawia się tajemnicza aura posępności i zaprzepaszczenia. Zauważyli to już odkrywcy i kolonizatorzy – jak pisze Le Clézio: Pierwsi europejscy podróżnicy, którzy dotarli do tych brzegów, Portugalczyk Quirós, Francuz Bougainville i Anglik Cook, odnieśli podobne wrażenie; wyspy wyglądały, jakby od wieków były zastygłe w trwodze. Szczyty wulkanicznych gór sięgają tutaj prawie tysiąca metrów, a oba brzegi mają odmienną wilgotność, co spowodowało przede wszystkim osiedlanie się ludności na zachodniej stronie wyspy, gdzie też sporo jest niewielkich równin przybrzeżnych. Przecinają je strumyki, dając dostęp do słodkiej wody i stwarzając dogodne warunki do uprawy taro, kavy, pochrzynów, słodkich bananów, manioku, liczi i różnorakich owoców cytrusowych. Raga uważana jest za miejsce narodzin skoków na bungee, bo właśnie tutaj od dawien dawna krajowcy popisywali się w taki sposób przed kobietami, używając specjalnie dobranych, elastycznych lian. Skakano z drewnianych wież o wysokości nawet trzydziestu metrów, wierząc, że taka aktywność zapewni dobre zbiory i specjalnie zaakcentuje męskość ryzykantów. Le Clézio wyruszył do Oceanii by znaleźć odpowiedź na podstawowe pytania, które pojawiły się niemal we wszystkich jego wcześniej opublikowanych książkach, a także w tytule obrazu Paula Gauguina: Skąd przyszliśmy? Kim jesteśmy? Dokąd idziemy?

RAGA-horz

Książka francuskiego noblisty nie jest powieścią sensu stricte, to raczej rodzaj mozaiki kulturowej, w której na plan pierwszy wysuwają się podania i legendy ludów oceanicznych, bliskie ujęciom słynnego nowozelandzkiego antropologa Petera H. Bucka, ale też nieustannie konfrontowane z etosem człowieczeństwa. Dzieła Le Clézio charakteryzuje niezwykła czujność na wszelkie sytuacje graniczne – szukając miejsc przecięcia zwykłej egzystencji i magii, codziennej walki o życie i legendy, opowiada dzieje ludzkości w wielu odsłonach i na kilku kontynentach. To taka postawa pozwala mu zauważać coś, co inni wzięliby za zwykłość, element krajobrazu, cechę nie domagającą się komentarza. On jednak głęboko wnika w przestrzeń i czas i formułuje prawdy uniwersalne, syntetyzuje to, co zdołał wyodrębnić, tworzy prawdziwy ekstrakt kulturowy: Na Radze na każdym kroku wyczuwa się obecność tajemnicy. W wąwozach, grotach na zboczach gór, w nagromadzonych liściach, w gałęziach i lianach tarasujących przejście. W banianach nad brzegiem morza, w ich wydrążonych pniach oraz gałęziach, które wrastają w ziemię i stają się korzeniami. Jest w tym morze coś z prastarej trwogi leżącej u podstaw wszystkich legend świata. To właśnie owa trwoga stała się fundamentem dawnej mądrości. Ale Le Clézio pisze też o innej trwodze, która pojawiała się na tej wyspie przez dziesięciolecia, a związanej z blackbirdingiem, czyli uprowadzaniem krajowców do ciężkich prac w australijskim Queenslandzie, w kopalniach niklu na Nowej Kaledonii czy nawet w Południowej Afryce i Europie. Te haniebne zdarzenia miały miejsce za sprawą kolonizatorów, którzy stale potrzebowali taniej siły roboczej i traktowali Melanezyjczyków jak rodzaj podludzi, istot gorszej kategorii. Dopiero dekret królowej Wiktorii (Kidnapping Act) i późniejszy australijski Pacific Island Labourers Act z 1901 roku zakończył te praktyki, ale ofiary chciwości Europejczyków liczyć można w setki tysięcy istnień

Trzech

Od lewej: J. M. G. Le Clézio, Peter H. Buck i Bronisław Malinowski

Czytając książkę Le Clézio, odświeżyłem dawne lektury i przekartkowałem na nowo Argonautów zachodniego Pacyfiku i Życie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji Bronisława Malinowskiego, a także Wikingów Pacyfiku, wspomnianego wyżej na poły maoryskiego antropologa Petera H. Bucka. Z dzieła tego ostatniego warto tutaj zacytować fragment wstępnego rozdziału, uświadamiający Europejczykom, rozległość przestrzeni oceanicznych, a także ich zagubienie w czasie, izolację kulturową i ciągnące się przez tysiące lat osamotnienie: Przez stulecia od zasiedlenia obrzeży Pacyfiku przez człowieka wyspy te pozostawały izolowane i nie zajęte, dając schronienie małżom, owadom, gadom i ptakom. Nawet miejscowa flora była skromna jako potencjalne pożywienie człowieka. Palma kokosowa, drzewo bananowe i chlebowe – teraz tak charakterystyczne dla oceanicznej flory – miały być dopiero przez człowieka przywiezione. Zachodnie wiatry i regularne pasaty wiały ponad pustymi morzami, żaden bowiem prymitywny nawigator nie ośmielił się rozwinąć żagla z maty, by pomknąć ku oczekującym wyspom. Mijały niezliczone lata, Plejady wznosiły się ponad wschodnim horyzontem, a żaden człowiek nie obwieszczał swego przybycia tańcem i pieśnią na znak nastania nowej ery. Gwiazdy wędrowały po niebie, lecz żadna łódź nie kierowała się nimi po nieznanych wodach. Przybywało i ubywało księżyca, ale nikt nie badał jego faz. Ryby składały ikrę, rozmnażały się i wędrowały swobodnie przez kanały w rafach do zacisznych i nie oświetlonych lagun. Dziewiczy Ocean w burzliwym nastroju wyładowywał swój gniew na martwych skałach i rafach, nie pojawił się jeszcze żaden zdobywca, który zaznaczyłby ślad żeglującej łodzi na jego wzburzonym łonie (…). Życiorys Bucka w pewien sposób przypomina biografię Le Clézio, bo takie same są u tych intelektualistów poszukiwania istoty oceaniczności, próby przeniknięcia do czasów pierwszych kosmogonii, gdy wszystko się zaczynało i dopiero wolno ruszało w kierunku naszych czasów. Jakże czysty i klarowny był to wtedy świat i jak bardzo zaczął się zmieniać, gdy europejskie statki jeden po drugim przybijały do samotnych wysp, burząc ustalony od wieków rytuał monotonnej egzystencji Melanezyjczyków, Polinezyjczyków, Aborygenów i Maorysów. Francuskiemu prozaikowi udało się oddać w słowach coś z zagubienia i tajemnicy Vanuatu i wybór jednej z najbardziej zaskakujących wysp jakże był celny, tym bardziej, że w Europie jest ona obecnie prawie nieznana, powoli i raz jeszcze osuwając się w nicość i senność, ginąc pośród mgieł i oparów pacyficznych.

Erakor_Beach_Vanuatu_612200791106PM731

Le Clézio kilkakrotnie podkreśla wagę studiów i monografii Bronisława Malinowskiego, a mnie przypomina się udział Witkacego w jednej z wypraw polskiego antropologa. Jakaż przerażająca musiała to być podróż dla tego wielkiego artysty i jeszcze większego histeryka i dziwaka, jakież myśli musiały się rodzić w jego głowie. Pisarz przeciwstawia antropologom ludzi, którzy zyskali światową sławę, ale cynicznie wykorzystywali swoją przewagę nad krajowcami. Należy do nich uwielbiany przez kulturę światową Gauguin – perwersyjny autor dziennika „Noa Noa”, który wykorzystał podbój wysp do zaspokojenia swoich pragnień i na zawsze zostawił obraz polinezyjskiej kobiety sprowadzonej do zwykłego przedmiotu, gładkiego, łagodnego, uległego. Le Clézio może sobie pozwolić na wielką desakralizację twórcy, uważanego za skarb narodowy Francji i mówić prawdę o jego pedofilskich skłonnościach, zresztą odsłania też podobne zachowania Jamesa Flechera, autora słynnego dzieła Isles of Illusions, gwałciciela ledwo dojrzałej dziewczynki, z którą spłodził dwoje dzieci, a potem porzucił ją jak przedmiot i podarował jednemu ze swych służących. Cierpienie przedstawicieli starożytnej cywilizacji oceanicznej w konfrontacji z okrutnymi Europejczykami, to stały motyw w Radze, powieści otwartej, dzienniku z podróży, a zarazem wspaniałej mozaice kulturowej. To wiele cennych diagnoz, dopowiedzeń, ustaleń na przełomie dwudziestego i dwudziestego pierwszego stulecia: „Zwierciadło morza”, o którym pisał Joseph Conrad, to świadomość ludów z wysp. Nie odbija ono indywidualnego obrazu ani w szalejących zawieruchach, ani w spokoju lagun. Ocean jest miejscem, gdzie w każdej chwili może pojawić się wszystko. Wszystko może napłynąć od strony horyzontu. Śmiertelne zagrożenie, czarne statki wiozące najemników i misjonarzy, zdobywców, fanatycznych dobroczyńców pragnących nagiąć świat do swych idei, bezwzględnych grabieżców zagarniających, jak niegdyś, ziemie, dzieci, obraz tych ludów. Smutne, bolesne są te konstatacje, ale prawdziwe i oddające sprawiedliwość czasom kolonialnym i absurdalnym, rozdętym do granic, postkolonialnym teoriom.

Gauguin_-_D'ou_venons-nous_Que_sommes-nous_Ou_allons-nous

Książka Le Clézio o Wyspie Zielonoświątkowej może na początku budzić zdziwienie, stawiać opór czytelnikowi, szukającemu przede wszystkim żywiołowych bohaterów i dynamicznych fabuł, z wyrazistym zakończeniem. Tutaj wszystko jest ruchome jak mgły, wszystko przypomina rozleniwienie Melanezyjczyków po wypiciu napoju kava, powstającego ze zmielonego pieprzu metystynowego. Ma on lekkie działanie relaksujące, powodując rozluźnienie mięśni i stan beztroski, przy jednoczesnej jasności umysłu. Wywód francuskiego pisarza jest przejrzysty, choć stale przeplatają się w nim mroczne mity i podania z rzeczywistością epoki nowoczesnej, a wielka hiperbola ogromnej łodzi, przemierzającej ocean i podążającej ku nowej wyspie, graniczy z opisami partii politycznych i ruchów rewolucyjnych w świecie wyspiarskim. Ale jak można inaczej opisać kontynent, który jest i którego nie ma? Niewątpliwie Le Clézio ma rację, iż wyobraźnię Europejczyków przerósł bezmiar oceanu, owe miriady wysp, wysepek, atoli pokrywających przestrzeń stanowiącą dwie trzecie planety, od Hawajów na zwrotniku Raka po cypel Nowej Zelandii niedaleko bieguna południowego, od Wyspy Wielkanocnej na wschodzie po Indonezję na zachodzie i Madagaskar w południowej części Oceanu Indyjskiego. Kontynent stworzony bardziej z morza niż lądu, z archipelagów, raf koralowych, wyłaniających się z głębin wulkanów, zamieszkany przez ludzi przybyłych tu podczas najśmielszej morskiej odysei wszech czasów. Kontynent, który pierwsi europejscy podróżnicy przemierzyli, nie widząc go. Kontynent marzeń. To takie książki jak Raga ugruntowały pozycję francuskiego prozaika i zapewne w dużym stopniu przyczyniły się do przyznania mu Literackiej Nagrody Nobla. Choć znalazło się sporo oponentów tego werdyktu, ich porażającą niewiedzę na temat osiągnięć i odkryć pisarskich Le Clézio porównać można z niewiedzą Europejczyków, którzy po raz pierwszy stanęli na wyspach atolu Vanuatu, wysiedli z okrętów na biały piasek wyspy Mauritius, Seszeli, atoli Polinezji czy Mikronezji. Takie intelektualne podróżowanie i taka dogłębna analiza światów alternatywnych dla Europy czy Ameryki, mogą stać się celem samym w sobie, albo sensem prawdziwie przeżytego, nie danego nam na kredyt czasu.

Vanuatu-humans-of-vanuatu-2

WALC NUMER DWA

Główny plac Stepanakertu

Główny plac Stepanakertu

Właśnie ukazuje się mój kolejny zbiór wierszy pt. Ormiańska tancerka, w którym znalazły się wiersze napisane w Górskim Karabachu i w Armenii w 2014 roku, a wyszlifowane i przygotowane do druku w Polsce. Zamieszczam tutaj słowo odautorskie, które umieściłem na końcu zbioru, dołączam też Walc nr 2 Dymitra Szostakowicza, od którego wziąłem tytuł Posłowia.

Jechałem do Armenii z wiarą, że zobaczę wspaniałe zabytki, odwiedzę dalekie miejsca i spotkam ludzi innego kręgu kulturowego, a przy tym spróbuję znaleźć swoje odbicie w tym różnobarwnym zwierciadle dziejów. Kraj od dawien dawna najeżdżany przez Turków, Arabów, w końcu trafił pod jurysdykcję rosyjską, a potem sowiecką, by ostatecznie uzyskać niepodległość w dwudziestym wieku. Przestrzeń jest tam zjawiskowa, wieńczona górami, pośród których błyszczą dwie piramidy mniejszego i większego Araratu. Kto jednak zapozna się z historią kraju dowie się, że pośród tych cudnych krajobrazów wciąż rozgrywały się tragedie przerastające ludzkie rozumienie, wybuchały konflikty i boje, a krew niewinnych istot przelewano strumieniami. Moja podróż zaczęła się na lotnisku Okęcie, skąd rejsowym samolotem przeleciałem do Erywania, mijając kilka krajów i wielkie pasma górskie, szerokie rzeki i Morze Czarne. Kontrola paszportowa i przejście przez odprawę celną były sprawne, więc szybko znalazłem się poza strefą graniczną i zostałem przywitany przez oczekujących na pisarzy Ormian. Kilkunastoosobowym busem ruszyliśmy w kierunku Stepanakertu, stolicy Górskiego Karabachu, mającego status niezależności, ale pozostającego w unii z Armenią i w orbicie Wspólnoty Niezależnych Państw. To była dość wyczerpująca droga przez góry, wijącymi się serpentynami, odsłaniająca zjawiskowe widoki hal i zboczy pokrytych drzewami w jesiennych barwach, a także majestatycznych, ośnieżonych szczytów, wyrazistych na tle błękitnego nieba. Mijaliśmy wsie, miasteczka i większe osady, stale pokonując niebezpieczne zakręty, prawie ocierając się o samochody podążające w przeciwnym kierunku, to zjeżdżając w doliny, to wspinając się na wielkie zbocza. Październik ozłocił roślinność, a pierwsze chłody spowodowały, że liście stały się żółte, czerwone, zachowując w wielu miejscach sporo jaskrawej zieleni. W końcu, po czterech godzinach minęliśmy znaną z wojny z Azerbejdżanem Szuszę i zaczęliśmy zjeżdżać ku stolicy kraju, położonej w rozległym wąwozie, rozgałęziającym się na mniejsze obniżenia i skarpy. Szybko przemknęliśmy przez kilka ulic i znaleźliśmy się na głównym placu miasta, przy którym jest pałac prezydencki i nieco reprezentacyjnych budynków państwowych, a także reprezentacyjny hotel Armenia, a którym zostaliśmy zakwaterowani. Oprócz Polaków na drugi festiwal literacki w Górskim Karabachu przyjechali twórcy z Libanu, Włoch, Niemiec, Rumunii, Serbii, Rosji i oczywiście wielu pisarzy z Armenii. Trafiliśmy akurat na dżdżysty moment, ale prognozy zapowiadały słońce w następnych dniach i tak też się stało.

Cerkiew w Gandzasarze

Cerkiew w Gandzasarze

Już pierwszy wieczór miał niezwykły charakter – najpierw stałem dość długo przy otwartym oknie hotelowym i patrzyłem na pobliskie wzgórza, na domy usadowione na zboczach i ciepłe światła w dali, przyglądałem się ludziom przechodzącym przez plac, a potem wziąłem udział w imprezie powitalnej, zakończonej wspólną kolacją. Na talerzach pojawiły się nieznane potrawy, wiele warzyw i owoców, a do tego znakomite koniaki i wina, spośród których najbardziej przypadły mi do gustu wytrawne białe trunki, typu Bagratuni lub Narine. Od samego początku zauważyłem niezwykłą otwartość ludzi Zakaukazia, ich przyjazne podejście do obcokrajowców i chęć wspólnego celebrowania literatury, sztuki, historii. To był ciąg rozmów o dawnych czasach i wydarzeniach ostatnich dwóch dziesięcioleci, kiedy to rozgorzał konflikt z Azerbejdżanem i zginęły tysiące ludzi, czego ślady miałem potem zobaczyć na kilku cmentarzach i w zburzonym Agdamie. Stepanakert jest miastem wtopionym w górski krajobraz i zdaje się enklawą spokoju, ciszy, monotonnego życia, ale przecież wyczuwalne jest napięcie i widuje się wciąż wielu wojskowych w charakterystycznych wielkich czapkach, w mundurach polowych, jakby stale w gotowości do odparcia napaści. Następnego dnia już się wypogodziło, a przebudziwszy się wcześnie rano, poszedłem na pierwszy spacer, zataczając kręgi wokół centralnego placu, przemierzając nieznane ulice, niewielkie parki, przystając na wzniesieniach i patrząc na odsłaniające się na horyzoncie wysokie góry. Zawsze, gdy jestem tak daleko nachodzą mnie myśli o moim losie, o tym jak to się stało, że chłopak z bydgoskiego osiedla, pochodzący ze skromnej rodziny, zawędrował tak daleko, zobaczył tyle oryginalnych miejsc na świecie i zrealizował młodzieńcze marzenia o podróżach? Myślę, że kluczem do tych przeżyć była zawsze literatura – czy to jeździłem na konferencje naukowe, spotkania autorskie, czy na wielkie festiwale literackie, zawsze moje pisanie było tłem dla tych eskapad, a dodatkowo pomagała też moja niepohamowana energia. Na spotkaniu powitalnym otrzymałem pióro i dwa notatniki od przyjaciół z Górskiego Karabachu i pojawiła się zachęta by jak najwięcej napisać podczas pobytu w ich ojczyźnie. Zawsze buntowałem się przeciw takim dyrektywom, ale tym razem wiersze zaczęły mi się sypać jak z rękawa i każdego dnia pojawiały się tematy, zdarzenia, sytuacje, które zapragnąłem utrwalić w słowie. Od czasu mojej niezwykłej wyprawy na Florydę zaczęły powstawać zbiory wierszy, w których starałem się odzwierciedlić fenomen wypraw do innych światów, spotkań z niezwykłymi ludźmi i ich dziejami. Tak było też dwukrotnie w Chinach, tak pisałem wiersze w Kurdystanie i centralnym Iraku, tak wreszcie zacząłem zapełniać karty dwóch notatników w Górskim Karabachu i Armenii.

Górski Karabach

Górski Karabach

Program festiwalu w Arcachu został tak skomponowany, że zobaczyliśmy sporo miejsc, które są chlubą tej ziemi i znakiem wielowiekowej tradycji chrześcijańskiej. Pokazano nam cerkwie w Suszy i Gandzasarze, gdzie znajdują się relikwie św. Zachariasza, zawieziono nas do historycznej stolicy dawnej Armenii – Tigranakertu, spotkaliśmy się z Prezydentem kraju, z wieloma osobami ze środowiska literackiego i artystycznego, a nade wszystko mieliśmy sporo wolnego czasu na podziwianie dalekich widoków i kontemplowanie piękna jesieni na Zakaukaziu. W miarę możliwości odłączałem się nieznacznie od głównej grupy i przyglądałem się starożytnym płytom nagrobnym, charakterystycznym krzyżom, starałem się utrwalić w pamięci bryły małych cerkwi i domów. Ale przez cały czas wpatrywałem się też w siebie i szukałem odpowiedzi na pytania mojego życia, sięgałem z daleka ku centralnym punktom, ku zdarzeniom chwalebnym i nieustannym atakom wrogów. Będąc tak daleko od Polski i sięgając myślą ku demonom mojego życia, zauważałem bezsens ich istnienia, ale też ich ważną rolę, jako zagrożeń, wciąż motywujących mnie do działania. W jakiś sposób podobnie żyją ludzie w Arcachu, gotowi na agresję ze strony sąsiadów, a przy tym nieustannie zmotywowani do rozwoju i walki o samych siebie. Tutaj, tak daleko od domu mogłem patrzeć na moje życie jak na coś skończonego do chwili wyjazdu z Polski, coś co miało swoje punkty graniczne i nieustannie się kształtowało, aż doszedłem do chwili w Stepanakercie, Szuszy, Gandasarze, Erywaniu, aż spojrzałem po raz pierwszy na Ararat. Gdybym nie wrócił – wszak podróż samolotem to zawsze rodzaj rosyjskiej ruletki – mógłbym powiedzieć, że dobrze przeżyłem swój czas, syna spłodziłem, dom zbudowałem, zasadziłem wiele drzew i zawsze przyglądałem się z uwagą ptakom i owadom, szmaragdowym toniom jezior i mórz, odbijałem się w oczach wielu kobiet i ściskałem dłoń mnogim przyjaciołom. W takim spojrzeniu z miejsca, w którym nigdy miałem się nie znaleźć, a tylko przypadkowo w nim się pojawiłem, zło traci swoją wagę, a na plan pierwszy wysuwają się dobre cząstki mojego istnienia – miłości i narodziny syna i córki, kolejne publikacje książek i artykułów, namalowane obrazy, liczne rysunki i szkice, a nade wszystko chwile, które odcisnęły się w pamięci jako czas szczęścia i spełnienia. O tym myślałem, gdy stałem na murach zamku w Tigranakercie i patrzyłem na pobliskie ruiny miasta Agdam, zrównanego z ziemia podczas ostatniej wojny o Górski Karabach – o tym dumałem, gdy chodziłem wokół cerkwi w Gandasarze i na górskim cmentarzu przy niej. Takie były moje myśli, kiedy zapalałem świece w cerkwi w Szuszy i schodziłem w dolinę w Stepanakercie i tak podróżowałem wewnętrznie, gdy już jechaliśmy z powrotem do Erywania, gdzie miałem raz jeszcze doświadczyć wzruszeń nie do opisania.

Fontanny na placu w Erywaniu

Fontanny na placu w Erywaniu

Erywań przywitał nas widokiem Araratu, połyskującego w dali jak wielka piramida nieskończoności, jak znak pierwszej kosmogonii i kształtowania się globu w czasach tak odległych, że aż niewyobrażalnych. Wielkie miasto tętniło życiem, a ja jeszcze podczas jazdy samochodem wyławiałem charakterystyczne męskie twarze, piękne buzie czarnookich i czarnowłosych Ormianek, zauważałem miejsca niezwykłe, zapraszające do odwiedzenia. Po przyjeździe do hotelu Shirak okazało się , że z okna na piątym piętrze rozpościera się wspaniały widok na świętą górę tego narodu, leżącą teraz po stronie tureckiej i zawłaszczoną podczas zawirowań wojennych na początku dwudziestego wieku. Wiele godzin spędziłem tam przy otwartym oknie i patrzyłem na ośnieżone czapy wyższego ze szczytów, rozmyślałem o historii, o książkach Orhana Pamuka, który miał odwagę mówić prawdę o Rzezi Ormian, torując w ten sposób drogę do autentycznych, prawdziwych studiów naukowych. Wychodząc z hotelu, wchodziłem do dużego parku, w którym znajduje się pomnik pilota Nelsona Stepanyana, bohatera narodowego Armenii, który trafiony przez Niemców, skierował swój samolot we wrogi statek i zakończył życie jak kamikadze. Chodząc alejkami tego skweru wyodrębniałem dziwne rośliny, przyglądałem się ptakom, a nade wszystko tonąłem w myślach o tym, co zobaczyłem i przeżyłem w Arcachu. Choć był to już koniec października, słońce wspaniale przygrzewało i można było chodzić po ulicach w letniej koszulce lub w cienkim swetrze, więc korzystałem z tej możliwości. W pewnym momencie, na głównym placu Erywania, pośród barwnych kwiatów na klombie, zauważyłem dziwnego owada, który początkowo wydał mi się kolibrem, gdyż miał rodzaj cienkiego dziobu-ssawki, którym spijał kwiaty. Po powrocie do Polski odnalazłem to stworzenie w atlasie i okazało się, że jest to fruczak gołąbek, dziwna ćma, jakby rodem z krain egzotycznych, zawisająca nad barwnymi kielichami i płatkami. Nieopodal znajdowało się Armeńskie Muzeum Narodowe, w którym przeżyłem niezapomniane chwile przy obrazach Martirosa Sariana, kultowego malarza armeńskiego, podziwiałem wielkie płótna Iwana Ajwazowskiego, a przy tym zobaczyłem dzieła tak znanych malarzy jak Pieter Claesz, Claude-Joseph Vernet, Wasyl Kandinsky czy Marc Chagall. Dopełnieniem tego dnia był wieczór przy bogato iluminowanych fontannach, na reprezentacyjnym placu Erywania, otoczonym słynnymi czerwonymi budynkami. Barwy tryskającej wody zmieniały się co chwilę kalejdoskopowo, a w przestrzeni rozbrzmiała muzyka, która chwytała mnie za serce. Oprócz słynnych dzieł filharmonicznych Vivaldiego, Mozarta, Bacha, Beethovena, wybrzmiał nieśmiertelny kanon D-dur Johanna Pachelbela i walc numer dwa Dymitra Szostakowicza. Jak barwy tryskających w górę strug, mój nastrój nieustannie się zmieniał, od feeryjnej radości do głębokiego smutku, przy dźwiękach kanonu i słynnej części suity jazzowej. To było moje pożegnanie z Armenią i starożytnym Arcachem, a przy tym jedne z piękniejszych chwil w życiu. Z wyprawy na Zakaukazie przywiozłem dwa notatniki pełne skończonych wierszy, notatek, pomysłów do zrealizowania na papierze, ale prawdziwy skarb, dany mi w tamtych dniach, na zawsze pozostał w moim sercu i pamięci. I na kartach tej książki…

« Older entries

%d blogerów lubi to: