ŚWIAT STAROŻYTNY (XXXI)

Jakież iście piorunujące wrażenie musiała wywierać na starożytnych Grekach Atena, bogini chmur i błyskawic, znakomicie posługująca się dzidą, opiekunka wojowników, podczas świętych wojen zawsze krocząca w pierwszym szeregu. Urodziła się z głowy Zeusa, gdy ta nabrzmiała od bólu i została przecięta toporem przez Hefajstosa. Od razu miała kopię i tarczę, a jej narodziny miały wymiar atmosferyczny i grozę najpotężniejszych sił natury. Nie bała się walczyć z gigantami, a u Homera była boginią wojny, ścierającą w pył wrogów i prowadzącą do zwycięstwa takich herosów jak Odyseusz. Ludzkość zawdzięcza jej ujeżdżenie dzikich koni, instrument muzyczny aulos (jedna lub dwie niezależne, cylindryczne piszczałki, wyposażone w podwójny stroik), który przekazała Marsjaszowi, a także podstawowe narzędzie rolnicze – pług. Żadna kobieta nie mogła jej dorównać w przędzeniu i tkaniu, a z czasem bogini ta stała się też synonimem mądrości i roztropności i zsyłała ludziom dobre rady. Modlono się zatem do niej często i gorliwie, szczególnie w miastach, których była opiekunką, a atrybutami jej była sowa, kogut, wrzeciono, tarcza, dzida i hełm. (Por. Mała encyklopedia kultury antycznej pod red. Z. Piszczka, Warszawa 1983, s. 95) Choć była symbolicznym bóstwem mitologii greckiej, to jej narodziny miały miejsce nad rzeką Tritonia, w Libii, o czym niewielu pamięta i od razu lokuje ją pośród wysp i wysepek Hellady. Interesującą sprawą jest też seksualność Ateny, która będąc kobietą, zachowywała się i postępowała jak umięśniony mężczyzna, śmiało kroczący do boju i nie lękający się najtrudniejszych wyzwań. Ten archetyp przetrwał do naszych czasów i bywa wykorzystywany przy opisach zachowań erotycznych współczesnych kobiet. Szczególnie tych zimnych i wyrachowanych, dokładnie planujących swoje związki, najczęściej też aseksualnych, używających mężczyzn jako reproduktorów, albo głoszących tylko pochwałę miłości lesbijskiej.

Dzięki współczesnym rekonstrukcjom możemy zdać sobie sprawę jak wielkim szacunkiem darzono Atenę – rzeźba dłuta Fidiasza, znajdująca się w Partenonie, jest tego wyrazistym dowodem, a choć nie przetrwała do naszych czasów, nowoczesne techniki audiowizualne pozwoliły ją w całości zrekonstruować. Grecki rzeźbiarz wykonał ją w latach 447–438, stosując technikę chryzelefantową (nakładanie na drewnianą konstrukcję płyt złota i kości słoniowej) i przydał wiele dodatkowych elementów. Rzeźba miała 12 metrów wysokości wraz z bazą, oszałamiała bogactwem, dekoracyjnością i rozmachem artystycznym i przyczyniła się do nieśmiertelnej sławy jej autora. Posąg umieszczony we wnętrzu Partenonu wyobrażał majestatyczną boginię w złotym hełmie i długim, powiewnym peplosie. Atena wyposażona została także w złotą figurę Nike na prawej dłoni, o rozmiarach żywej kobiety (1,77 m) oraz kunsztownie przyozdobioną egidę i włócznię przy lewym boku. Na szczycie jej hełmu Fidiasz umieścił gryfa z dwoma sfinksami, na egidzie głowę Meduzy, na sandałach sceny z centauromachii, a na fryzie moment narodzin Pandory, której to przygląda się dwunastu bogów. Rzeźbę wielokrotnie uzupełniano, a jej kruszec, wagi ok. 1151 kilogramów stanowił skarb państwa ateńskiego. Losy tego przedstawienia dopełniły się w piątym wieku naszej ery, kiedy to miał miejsce ogromny, destrukcyjny pożar. Przypuszcza się też, że złoto i kość słoniowa zostały wywiezione przez Turków do Konstantynopola, gdzie zostały użyte do wykonania innych artefaktów. Od dłuższego czasu trwają prace rekonstrukcyjne na wzgórzu akropolskim i planuje się odzyskać oryginalne, marmurowe rzeźby z muzeów europejskich, a także odtworzyć ze współczesnych materiałów ogromny posąg Ateny Dziewicy (gr. Partenos)

Rekonstrukcja z Nashville

Zapewne pomocne w tym względzie będą rzymskie marmurowe kopie – Atena z Warwakionu, z Lenormantu, Pergamonu i Palmyry a także intaglio Aspazjosa i ateńska tetradrachma z drugiego wieku naszej ery, wiernie przedstawiająca głowę bogini. Wyobrażenie o monumentalizmie rzeźby Fidiasza daje też niezwykłe jej odtworzenie w naturalnych wymiarach, które miało miejsce w Nashville, stolicy amerykańskiego stanu Tennessee. Możemy tam podziwiać kopię Ateny Partenos, wykonaną w 1990 roku przez  Alana LeQuire, z nowoczesnych materiałów, a przede wszystkim z aluminium, stali, plastiku i kompozytów gipsu oraz włókien szklanych. Artysta zadbał by jego dzieło było wiernym odwzorowaniem greckiego oryginału i teraz zdumiewa ono  swoim rozmachem i wielkością, przyciągając ogromne rzesze turystów. Archeolodzy i historycy zajmujący się światem antycznym dzielą się na tych, którzy są przeciwni jakimkolwiek rekonstrukcjom i na tych, którzy są gorącymi zwolennikami wszelkich oryginalnych odtworzeń. Po jednej stronie stawia się marne odnowienie ruin Babilonu, dokonane przez Saddama Husseina, a po stronie drugiej moderowaną przez naukowców odbudowę Partenonu, zniszczonego przez ogromną eksplozję w czasach okupacji tureckiej (1687). Od czasów najdawniejszych wszelkie  naturalne wzgórza, rozległe przestrzenie wyniesione przez procesy geologiczne, takie jak wapienny akropol ateński, wykorzystywano do kultów religijnych. Archaiczne świątynie, które wznoszono w tym miejscu od czasów neolitu, zostały zniszczone podczas wojen perskich i dopiero decyzje Peryklesa spowodowały, że rozpoczęto budowę nowego kompleksu świątynnego, poświęconego przede wszystkim Atenie. To ona przyciągała tam  rzesze Greków, którzy wierzyli, że jej przychylność pomoże im w życiu i tak pokieruje ich losami, że wejdą w wiek starczy spełnieni i szczęśliwi. Od dawna mówi się o tym, że gdyby ludzkość przeznaczała ogromne środki, ze zbrojeń i prac badawczych nad udoskonalaniem bomb, czołgów i okrętów, na odbudowę wielkich budowli starożytności, już dawno Partenon lśniłby w centrum Aten, mielibyśmy odnowione egipskie i azteckie piramidy, mezopotamskie zigguraty, grobowce chińskich cesarzy, świątynie indyjskie czy pożerany przez dżunglę Angkor. I szybko wróciłaby na swoje miejsce rzeźba Ateny Dziewicy, zachwycająca ogromem i dająca wyobrażenie o wspaniałościach starożytnego świata, na zawsze odgrodzonego od nas nieprzepuszczalną taflą czasu.

AFRYKAŃSKIE SZLAKI

Moje dzieciństwo związane było z osiedlem Błonie w Bydgoszczy, gdzie zamieszkałem z rodzicami i bratem w roku 1964. Kilka miesięcy później poszedłem do szkoły podstawowej i zacząłem się budzić intelektualnie, do czego przyczyniły się pierwsze biblioteki i wspaniali nauczyciele, potrafiący znakomicie moderować dzieci. W piątej klasie, za sprawą lektury książek podróżniczych Alfreda Szklarskiego, Arkadego Fiedlera i Kamila Giżyckiego, eksplodowały moje zainteresowania geograficzne. Rok po roku studiowałem mapy, przynosiłem do domu wiele tomów relacji z egzotycznych krain i wypraw do nich. Szybko zdobyłem ogromną wiedzę, zostałem uznany za najlepszego „geografa” w podstawówce i popisywałem się przed koleżankami i kolegami znajomością stolic świata, rzek, jezior, gór, pustyń i wielkich lodowców. Gdy wszyscy drżeli przed klasówką z geografii, dla mnie to było prawdziwe święto i z wielką radością opisywałem jeziora rynnowe Afryki, wielkie rzeki syberyjskie, archipelagi wysp Pacyfiku i Morza Śródziemnego, podawałem długość największych szlaków wodnych naszego globu i powierzchnię ogromnych jezior. Dość szybko też skupiłem się na geografii Czarnego Lądu, poznając poszczególne kraje, czytając wiele książek o nich, studiując historie odkryć Davida Livingstone’a i Henry’ego Stanleya, Mungo Parka i wielu katolickich lub protestanckich misjonarzy. Szybko też pojawiło się marzenie o wyprawie do dżungli lub na sawannę, podsycane wciąż przez artykuły z miesięczników „Poznaj Świat” i „Kontynenty”. Czytanie wielu książek spowodowało, że zacząłem barwnie pisać, najpierw pamiętnik, a potem teksty fabularne, najczęściej naśladujące ulubionych autorów. Zacząłem też szukać książek poważniejszych, takich jak Zielone piekło – opowieść francuskiego dziennikarza i podróżnika Raymonda Maufraisa, odtworzoną z odnalezionego dziennika. Autor zaginął bez wieści podczas samotnej wyprawy przez dżunglę z Gujany Francuskiej do Belém, w Brazylii i kilka ekspedycji poszukiwawczych nie odnalazło go żywego. Po pierwszej, grupowej wyprawie do Mato Grosso, która zakończyła się porażką, zapragnął z kolei samotnie przejść siedemset kilometrów jednej z najdzikszych dżungli świata i dotrzeć do dziwnego masywu górskiego Tumuc-Humac, gdzie miał zamiar odnaleźć plemiona indiańskie, które nigdy nie miały kontaktu z białymi ludźmi. Ta wyprawa rozpaliła jego wyobraźnię, ale jak się szybko okazało, Maufrais znalazł się w owym tytułowym zielonym piekle, niczym w pułapce bez wyjścia. Nieustanny czterdziestostopniowy upał, mnóstwo węży, wciąż atakujących kajmanów i innych dzikich zwierząt, mrowie najprzeróżniejszego robactwa, a do tego wilgoć w dzień i w nocy, szybko nadwątliły siły młodzieńca. Chyba zbyt zaufał on swoim umiejętnościom komandosa i pierwotna, drapieżna natura nie dała mu szans. Czytałem tę książkę z wypiekami na twarzy, ale też z ogromnym wysiłkiem, bo dopiero wchodziłem w świat prawdziwej literatury. Tak oto trafiłem na zapis, który natychmiast formatował mój umysł i odsłaniał przestrzenie, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Wytrwałem dzielnie do końca lektury, utożsamiając się z autorem, przeżywając jego perypetie, wielokrotnie też chcąc rzucić książką o ścianę. Choć ojciec autora organizował kolejne ekspedycje ratunkowe, znaleziono tylko kilka jego rzeczy osobistych i poplamiony, ledwo dający się odczytać dziennik. Dzisiaj, gdy patrzymy na współczesne fotografie skał Tumuc-Humac, wyrastających nagle z morza gęstej dżungli, zrozumieć możemy pasję i tęsknotę młodego zdobywcy, który oczyma wyobraźni widział się na ich szczytach.

Jeszcze trudniejszą lekturą okazał się dla mnie Smutek tropików (1955) Claude’a Lévi-Straussa, które to dzieło znalazłem w bibliotece osiedlowej i intuicyjnie uznałem, że w jakiś sposób komponuje się ono z Zielonym piekłem. Była to na poły autobiograficzna książka, z elementami eseistycznymi, w której słynny antropolog snuł rozważania o człowieku, postrzeganym w kontekście egzotycznych krain i cywilizacji. Ale jakoś nie mogłem zgodzić się, że Indianie ze szczepów Kadiweu, Bororo, Nambikwara, Tupi-Kawahib górowali nad naszym modelem kultury. Książka francuskiego uczonego udręczyła mnie wtedy straszliwie, ale punktem honoru było przecież przebrnięcie przez nią (to był w ogóle czas dziwnych lektur, takich jak biografia autokratycznego prezydenta Ghany Kwame Nkrumacha) i – co wcale nie było łatwe – zrozumienie najważniejszego przesłania. Zaletą tej lektury było moje otwarcie na inne kultury, przede wszystkim indyjską i amerykańską, bo przecież wcześniej interesowałem się głównie egzotyką afrykańską i południowoamerykańską. Teraz, kiedy myślę o tamtej lekturze, zastanawiam się jak do tego doszło, że zacząłem wybierać takie trudne książki. Zapewne wielka w tym była rola przypadku, ale też moja ambicja miała spore znaczenie i chciałem sobie narzucać „udręczenia” czytelnicze na wysokim poziomie. Potem po latach przeczytałem chyba wszystkie książki tego autora, wielokrotnie cytując je w moich pracach o wielkich romantykach polskich. Tutaj z kolei przydała się przenikliwość Lévi-Straussa w zakresie opisu mitów i motywów kulturowych w literaturze, a także eseistyczne zacięcie. Perspektywa porównawcza była dla mnie czymś nowym, ale wszystko rekompensowały elementy etnologiczne i próba integralnego spojrzenia na innych ludzi, żyjących w dalekich miejscach świata i będących na różnych poziomach rozwoju cywilizacyjnego. Nie pamiętam jak wyglądała motoryka tamtego czytania, ale zdaje się przerywałem je kilka razy, potem jednak na nowo otwierając książkę i podążając do przodu, tak na dobrą sprawę nie wiedząc, z jak ważnym dwudziestowiecznym uczonym mam do czynienia. Przeżył sto lat i zabrakło mu ledwie trzech miesięcy do sto pierwszych urodzin, a jego życie i monumentalne dzieło, to ogromny obszar badawczy, pełen fascynujących przestrzeni, pierwiastkowych studiów, wspomnień i dogłębnych analiz ludzkości, która odchodzi i świata, który zostaje. Mijały dni i lata, przechodziłem z klasy do klasy i z jednej z kolejnych wypraw do biblioteki przyniosłem powieść kubańskiego pisarza i muzykologa Alejo Carpentiera pt. Podróż do źródeł czasu (polski tytuł jest dość dziwny, bo hiszpański brzmi: Los Pasos Perdidos). Autor ten pozostawił po sobie tylko kilka książek, ale powszechnie uważany jest za prekursora realizmu magicznego i wielkiej eksplozji literatury iberoamerykańskiej. Jego matka była Rosjanką, profesorem lingwistyki, a ojciec francuskim architektem, co od razu dało mu wielokulturowe podłoże intelektualne dla rozwoju i rozległej edukacji. Studiował we Francji, gdzie wielki wpływ wywarli na niego najwięksi surrealiści, na czele z Louisem Aragonem, André Bretonem i Paulem Éluardem. Jego twórczość związana była z basenem Morza Karaibskiego, a szczególny wpływ na jego rozwój intelektualny miała podróż na Haiti, która zaowocowała powieścią pt. Królestwo z tego świata. W latach 1945–1959 przebywał w Wenezueli, a doświadczenia z tamtego okresu wykorzystał w swojej najsłynniejszej powieści – Podróż do źródeł czasu (1953). Potem jeszcze sukcesem okazały się powieści: Eksplozja w katedrze (1962), Szaleństwo i metoda (1974) oraz Harfa i cień (1979), ale to opowieść o wędrówce rzeką Orinoko wywarła ogromny wpływ na takich pisarzy jak Gabriel Garcia Marquez, Miguel Ángel Asturias, Jose Lezama Lima i wielu innych twórców. W roku 1977 Capentier otrzymał nagrodę Cervantesa, najważniejszy laur w świecie literatury tworzonej w języku hiszpańskim, w czym nie przeszkodziły jego poglądy i bliskie związki z reżimem Fidela Castro. Wykładał na kubańskich uczelniach, prowadził audycje radiowe, a także jako polityk reprezentował swój kraj za granicą, a przy tym rosła jego sława jako pisarza, choć nigdy nie udało mu się zdobyć Nagrody Nobla. Zmarł wiosną 1980 roku w Paryżu, a jego ciało przetransportowano na Kubę, gdzie znalazł miejsce wiecznego spoczynku na cmentarzu im. Krzysztofa Kolumba w Hawanie. Patrzę teraz na neobarokowy kształt jego nagrobka i rozmyślam jaką rolę odegrał w moim życiu, jak bardzo mnie otworzył na literaturę i kazał szukać utworów równie intrygujących jak jego powieść.

Jak wspomniałem wyżej, w okolicach piątej klasy szkoły podstawowej zacząłem czytać książki Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego i jego łowach na dzikiego zwierza. Przypadkiem w bibliotece była tylko powieść o podróży do Afryki i od niej wszystko się zaczęło, spowodowało lawinę wyobraźniową i prawdziwe wejście do świata książki. Szybko pochłaniałem kolejne tomy z tej serii i otwierałem się na przebogate informacje geograficzne i zoologiczne, które w nich się znajdują. Akurat w piwnicy jednego z pobliskich wieżowców otwarto nową osiedlową bibliotekę, która potem przeniosła się do wspaniałego, nowego lokalu, więc szybko zapisałem się i przynosiłem do domu coraz więcej różnorakich książek. Czytałem przede wszystkim narracje przygodowe i szybko wyodrębniłem serie, w których je publikowano, ale też zacząłem sięgać po poważniejsze tytuły, rzucając się na wybory wierszy, powieści i opracowania popularnonaukowe. Pamiętam jak przyniosłem duże, pięknie ilustrowane wydanie Boskiej komedii Dantego i niewiele z niej rozumiejąc, czytałem mechanicznie, większą uwagę skupiając na niezwykłych obrazach. Z większym samozaparciem brnąłem przez Don Juana Byrona i wiersze Juliusza Słowackiego, choć i tutaj miałem problemy z przyswojeniem sobie treści, gubiłem wątki i miewałem momenty zniechęceń albo wręcz buntu. Patrząc na te zmagania z perspektywy minionego czasu, widzę ze zdumieniem, że prowadziły mnie one ku głównym nurtom moich zainteresowań literackich i późniejszych samodzielnych prób pisarskich. Wraz z ożywieniem czytelniczym, wejściem w okres licealny, a potem studencki, rosły moje domowe biblioteki, choć zawsze ograniczone one były warunkami lokalowymi rodziców. Na szczęście w tamtych czasach można było łatwo sprzedać książki w antykwariatach, więc wymieniałem je często, a za uzyskane pieniądze kupowałem stale sporo nowych tomów. To był już czas pierwszego pisania wierszy i szczególnego zainteresowania światową poezją – na półkach pojawiły się tomy z serii celofanowej, wiśniowe i beżowe, skóropodobne okładki serii klasyki polskiej i obcej, a także pierwsze zestawy dzieł zebranych różnych pisarzy, np. Słowackiego, Conrada i Gałczyńskiego. To był jeszcze groch z kapustą, ale powoli serie wydawnicze kształtowały profil mojej późniejszej biblioteki, którą rozwinąłem po pierwszym ślubie i zamieszkaniu we własnym lokalu. Warto w tym miejscu powiedzieć o tym, że wtedy książki łowiło się jak cenne okazy, bo był na nie wielki popyt, a niskie ceny sprzyjały zakupom. Akurat mój kolega z liceum, podjął pracę jako szef księgarni przy ulicy Koronowskiej i zostawiał mi tam wiele tytułów, które regularnie wykupywałem i znosiłem w wielkich ilościach do domu.

Sam nie wiem kiedy wpadła mi ręce książka niezwykła, która odegrała ogromną rolę w zakresie kształtowania się moich zainteresowań podróżniczych, a także nauki języka angielskiego. Będąc raz w Antykwariacie Naukowym, na Starym Rynku w Bydgoszczy, znalazłem na półce gruby tom, oprawiony w płótno i skórę pt. The Game Animals of Africa. Dzieło zostało wydane w 1926 roku w Londynie, a jego autorem był Richard Lydekker (1849–1915), wielki angielski naturalista i geolog, autor wielu wspaniałych, bogato ilustrowanych prac. Nie wiem skąd miałem wtedy tak duże pieniądze, ale za sporą sumę zakupiłem ten tom i zacząłem go regularnie studiować. Na początku miałem spore trudności, ale licealne lekcje języka angielskiego i intensywne uczenie się słówek, spowodowały, że kolejne rozdziały odsłaniały się przede mną z coraz większą wyrazistością. Już we wstępie autor wskazał złożoność spraw, które opracował, a choć nie przepadałem za łowiectwem, czerpałem z tej różnorodności ujęć i uczyłem się zoologii i geografii: Two points in connection with the African continent demand brief mention: firstly, its enormous area, about four times that of India; and, secondly, the marked distinction of the fauna of Africa north of the Sahara, or north of the tropic of Cancer, from the of all the vast region to the southward of the same. Northern Africa is, in fact, so far as its animals are concerned, a part of Europe. We have, for instance, in this area such groups as deer, sheep, goats, and bears, which are conspicuous by their absence from the rest of the continent, exept so far as sheep and goats have penetrated some distance into the highlands of the north-eastern corner. On the other hand, what may be called the characteristic African animals are to a great extend wanting from the tract north of the Sahara. Rzeczywiście fauna na północ od zwrotnika Raka różni się znacznie od tej na południe od Sahary, nazywanej niegdyś Etiopią. Powyższe porównanie do Indii nie jest dowolne, bo Lydekker odbył wielką podróż na ten azjatycki subkontynent, a także zgromadził tam wielkie zbiory fauny, skamielin i minerałów, które przekazał Muzeum Historii Naturalnej w Cambridge. Owocem wyprawy było też dzieło z 1900 roku pt. The Wild Animals of India, Burma, Malaya, and Tibet, a także współpraca z encyklopedią Britannica. Książka wielkiego Anglika odtąd stała się cenną częścią mojej biblioteki i wielokrotnie ją pokazywałem zaprzyjaźnionym osobom, a także kolejnym moim dziewczynom, które najczęściej nie wykazywały w tym względzie zbyt wielkiego zainteresowania i nie podzielały mojego entuzjazmu. Jedna z nich powiedział wprost: Co ty mi tu kozy będziesz pokazywał…? Mamy chatę wolną, to skaczemy do łóżka… Co było robić, na chwilę odłożyłem pracę Lydekkera i zacząłem studiować anatomię innego rodzaju…        

Książka angielskiego zoologa szczególnie przydała mi się, gdy wielokrotnie czytałem o łowieckich przygodach Tomka Wilmowskiego w Afryce. Akcja oparta została tam na poszukiwaniach i odkryciu legendarnego zwierzęcia, żyjącego w dżunglach Kongo (Ituri), dobrze znanego Pigmejom, ale do roku 1901 będącego wielką zagadką dla cywilizowanej ludzkości. Odkrył ją Sir Henry „Harry” Johnston (1858–1927), organizator ekspedycji, która dostarczyła pierwszy okaz do Europy i wywołała tym wielkie poruszenie. Już na pierwszy rzut oka widać, że jest to zwierzę powstałe w wyniku naturalnej krzyżówki – zaliczono je do żyrafowatych, ale kształt ciała i ubarwienie pasiaste na kończynach wskazywać może, że gatunek ten powstał z połączenia żyrafy i zebry, choć jeszcze zagadką pozostaje uzębienie, tak charakterystyczne dla rogatych przedstawicieli afrykańskiej fauny. Bardzo płochliwe zwierzę żyje na terenach bagnistych i na porośniętych dżunglą wzgórzach, czasem po kilka rozdzielonych osobników w jednym rejonie. Żywi się głównie roślinnością i grzybami, a swoje terytorium znakuje moczem i specjalnie wydzielanymi hormonami. Znane było dość dobrze starożytnym Egipcjanom dwunastej dynastii jako afrykański jednorożec, a Pigmeje od dawien dawna używali jego skóry do wykonywania ozdobnych okryć ciała. Tak jak żyrafa, okapi ma długi fioletowy język, który służy mu do zrywania wyżej położonych liści i gałązek, a także jest na tyle giętki, że może obmyć powieki i wyczyścić dość duże uszy. Zwierzę jest bardzo płochliwe, a stale zagrożone przez polujące na nie lamparty, dobrze się maskuje, w czym bardzo pomaga jego rdzawe ubarwienie i pasiaste desenie na szyi i nogach. Z racji tego, że podejrzewa się iż wizerunek egipskiego boga Seta ma w sobie elementy fizjonomii okapi, formułuje się tezę, że zwierzę to występowało niegdyś w rozlewiskach doliny Nilu Błękitnego, szczególnie w okolicach wodospadów Tissisat. U Szklarskiego, w powieści dla młodzieży, znalazłem tylko podstawowe informacje o tym ssaku, ale u Lydekkera było ich prawdziwe bogactwo i tłumaczyłem poszczególne strony z ogromną frajdą. Jakież to musiało być interesujące także dla czytelników w Europie, na początku dwudziestego wieku, tym bardziej, że zdobycie tych wiadomości okupione zostało wielu trudami, a kolejne wyprawy dotrzeć musiały do samego centrum Afryki, przedzierając się przez gęstą, bagnistą dżunglę. Liczni myśliwi udawali się wtedy na Czarny Ląd by upolować najciekawsze okazy, powszechnie mordowano słonie i nosorożce, żyrafy i zebry, antylopy i dzikie koty, ale prawdziwym łupem tego rodzaju rozbójników było okapi. Na szczęście od 1932 roku zwierzę to jest pod całkowitą ochroną, a liczne okazy zobaczyć można w ogrodach zoologicznych, które znacznie przyczyniły się do zachowania gatunku.

Moje życie tak się kształtowało, że dopiero w wieku sześćdziesięciu lat spełniać się zaczęły marzenia o podróżowaniu po Afryce. Najpierw odwiedziłem Kenię, a potem, pokonując wielkim Boeingiem 777 cały Czarny Ląd, pojawiłem się w Republice Południowej Afryki. Lądując najpierw w Nairobi, sporo wiedziałem o tym mieście i o kraju, którego jest stolicą, a jednak czułem ogromne podniecenie i czekałem niecierpliwie na to, co się wydarzy. Zaproszono mnie tam na Międzynarodowy Festiwal Literacki Kistrech, który rozgrywał się w Nairobi, Kissi, na sawannach Masai Mara i na obrzeżach Parku Narodowego Serengeti. Od chwili, gdy opublikowałem zbiór wierszy amerykańskich pt. Bulwar Singera zacząłem pisać wiele lirycznych tekstów, w których skraplały się moje doznania i przemyślenia podróżnicze. Po wydaniu drugiej książki – Sprzedawca skowronków – myślałem, że na tym zamknie się ten etap pisania, ale mój wieloletni przyjaciel – Jerzy Szatkowski – zasiał we mnie ziarno niepokoju, mówiąc, że nie spocznę, póki na półkach nie pojawi się dziesięć książek tego typu. Roześmiałem się wtedy, bo wskazany zakres był kolosalny, ale przy każdej publikacji nowego tomu, przypominała mi się ta przepowiednia, a kolejne podróże motywowały mnie do pisania wielu nowych wierszy. Może kiedyś napiszę też książki wspomnieniowe lub eseistyczne, ale na razie cieszę się z kolejnych zbiorów, zawierających wiersze z krajów arabskich, liryki ormiańskie, belgijskie, tureckie i gruzińskie, a ostatnio słowiańskie. Wyprawy do Afryki w październiku 2018 roku i marcu 2019 były tak ekscytujące, że pióro właściwie nie wypadało mi z ręki, a moją ambicją stało się liryczne odzwierciedlenie nowych przestrzeni kulturowych. Wszystko tutaj mnie zaskakiwało – wyprawa nad Jezioro Wiktorii, safari na równinie Masai Mara, poznawanie zakamarków Nairobi i Kissi, a nade wszystko spotykani ludzie, ich obyczaje, obrzędy, tańce i śpiewy. Podróżowaliśmy starym autokarem uniwersyteckim i wciąż otwierały się przed nami egzotyczne widoki, wielkie perspektywy i nagle mogłem dotknąć tego, co było istotą moich dziecinnych i młodzieńczych fascynacji. Zobaczyłem tysiące zwierząt podążających do odwiecznych miejsc narodzin potomstwa: zebr, antylop gnu, żyraf, nosorożców, wielu antylop i gazel, słoni i bawołów, za którymi nieodmiennie podążały drapieżniki: lwy, pantery, gepardy, hieny, likaony i szakale. Odwiedziłem wioskę Masajów, zobaczyłem jak żyją i jak dostosowują się do współczesności, oferując turystom swoje wyroby rękodzielnicze z drewna, metalu i plastiku. Każdy dzień był niezwykły i każdy przynosił nowe wiersze, powstające w trasie lub w zaciszu hotelowym. Wypracowałem sobie metodę odręcznego, szkicowego pisania, które staje się podstawą do ostatecznych opracowań domowych i wielu jeszcze poprawek, dostosowań i ulepszeń. Kenia właściwie wiele nie różniła się od moich młodzieńczych wyobrażeń o tym kraju, a jej gruntowe drogi były zapewne takie same, jak w czasach pierwszych eksploracji podróżniczych. Jak zwykle towarzyszył mi aparat fotograficzny i wiele zrobionych tam zdjęć znalazło się w tym tomie. Odwiedziliśmy autentyczną wioskę murzyńską i zaproszono mnie do chaty bardzo ubogiej kobiety, samotnie wychowującej dzieci po śmierci męża. Malaria zabrała tam wiele istnień, ale śmierć jest u tych ludzi tak częstym gościem, że stała się nieomal rodzajem tła dla codziennych zmagań z losem. Uświadomiłem to sobie, gdy zobaczyłem warsztat ulicznego wytwórcy trumien, uśmiechającego się promiennie i zapraszającego mnie do kupna jednej z nich. Z kolei wizyta w szkole podstawowej w Kissi ukazała mi ogromne bogactwo generacyjne tego kraju, a przed moimi oczyma pojawiły się dzieci tak różnorodne, jak kwiaty i owoce w dżungli, jak kolorowe ptaki, buszujące w gałęziach wielkich drzew. Oczarowała mnie ich radość i zaciekawienie, uważne przyglądanie się dziwnym przybyszom, studiowanie ubiorów, ruchów i gestów, w czym było coś z moich młodzieńczych fascynacji afrykańską egzotyką.

Druga podróż – u końca marca i na początku kwietnia 2019 roku, na kolejny festiwal literacki – ukazała mi inną Afrykę, bliższą cywilizacji europejskiej i amerykańskiej i rozwijającą się z wielkim impetem. Lot z Frankfurtu na południe ogromnego kontynentu wydawał mi się karkołomnym przedsięwzięciem, ale jak wszystkie moje eskapady tego rodzaju, przebiegał bez problemów i po kilkunastu godzinach znalazłem się w Johannesburgu, aż na Południowej Półkuli. Natychmiast zaskoczyło mnie ucywilizowanie tego kraju, jakże różniącego się od Kenii, co zapewne jest dziedzictwem afrykanerskim, ale przecież nowe społeczeństwo, ukształtowane przez walkę i myśl społeczną Nelsona Mandeli, także przyczyniło się do nieustającego rozwoju. Jadąc zatem wygodną limuzyną z lotniska do hotelu, zauważyłem wiele nowoczesnych wieżowców ze szkła i betonu, sporo ogromnych, zadbanych budynków użyteczności publicznej, a do tego wygodne szerokie drogi, estakady i zjazdy z nich. Kolejne dni przyniosły nowe obserwacje – w miasteczkach pod Johannesburgiem, w Pretorii, Nelspruit, a nawet w osławionym Soweto, które teraz pełne jest schludnych domków z cegieł i pustaków i jakże dalekie od największych afrykańskich slumsów w Nairobi. Podróżowanie po RPA było bardzo przyjemne i dostarczało wielu wrażeń widokowych, bo teren jest tam różnorodnie ukształtowany, rozległe równiny zmieniają się w wyżyny, a te łagodnie pną się ku zjawiskowym górom i samotnym skałom. Wszędzie też widać dzikie zwierzęta, których najwięcej zobaczyłem w Parku Krugera, na kolejnym safari, wszakże znacznie różniącym się od tego, jakie odbyłem w Kenii. Tutaj, wraz z innymi uczestnikami festiwalu literackiego,  podążałem asfaltowymi drogami wygodnym jeepem, a zwierzęta pojawiały się pomiędzy drzewami i krzewami, na brzegu rzeki lub pośród traw niewielkich bagnisk. Safari było zatem wygodniejsze, pozbawione brązowego kurzu, ale nie mogło równać się z tym, co zobaczyłem na płaskowyżu Masai Mara. Znacznie mniej było tutaj zwierząt, choć ich wtopienie w roślinność i większa płochliwość powodowały, że bezkrwawe łowy stawały się równie ekscytujące. I w tym kraju spotkałem wielu ciekawych ludzi, zarówno czarnych, jak i białych, z radością ściskających moją dłoń i patrzących mi w oczy z poczuciem wielkiej ludzkiej jedności. Może właśnie to spowodowało, że napisałem wiersz o czarnej skórze, która niczym nie różni się od białej, czerwonej i żółtej, a czasy apartheidu oceniłem w nim tak, jak na to zasłużyły. Nie obyło się też bez tonów smutnych, kiedy odwiedziłem dom Mandeli i słuchałem opowieści o Hectorze Petersonie, trzynastoletnim chłopcu, zastrzelonym w roku 1976, podczas powstania w Soweto. Ale zdecydowanie więcej było w tej wyprawie elementów pozytywnych, barwnych rozmów z czarnymi taksówkarzami, poetami i poetkami, osobami sprawującymi władzę i zajmującymi się biznesem. Niewątpliwie RPA jest afrykańskim lwem, który po okresie wyczekiwania, wyprężył się i skoczył do przodu z ogromną siłą. Moja druga afrykańska podróż zaowocowała nowymi wierszami, ale potrzebny był jeszcze łącznik czasowy i literacki, którym okazał się poemat filatelistyczny, będący powrotem do młodzieńczych pasji zbierackich i odpominaniem licznych serii i pojedynczych znaczków z krajów afrykańskich. Zbiór pt. Rzeźba z hebanu jest moim kolejnym zaskoczeniem autorskim i ogromną radością, bo spina w jednym tomie dzieciństwo, młodość i czas wchodzenia w lata ostatnie. To już ósma książka w ciągu poetyckich relacji podróżniczych, ale – tak jak pozostałe – zawierająca też sporo wierszy, które mogłyby się znaleźć w innych książkach i egzystować poza uporządkowaniem tematycznym. Choć to nieprawdopodobne, zbliżam się powoli do tego, co przepowiedział mi Jurek Szatkowski…

 

SZCZĘŚCIE POZA UCZELNIĄ

Prof. zw. dr hab. Józef Banaszak – zawsze mile widziany gość w moim domu

Dobra rozmowa z Józkiem Banaszakiem o ostatnich wydarzeniach i o tym, co ma nadejść niebawem. Jak lejtmotyw wraca temat Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego, który niedawno obchodził pięćdziesięciolecie istnienia. Józek miał ogromne zasługi w zakresie wykreowania tej uczelni i postawienia jej na nogi – potrafił tak prowadzić rozmowy i tak mądrze zszywać działania, że powstała Akademia Bydgoska, która szybko przekształciła się w uniwersytet. Teraz to jakaś dziwna instytucja, kierowana przez przypadkowego Rektora, której nie zależy na bogactwie intelektualnym i indywidualnym dążeniu ku wielkości. Jesteśmy obaj tego dobrym przykładem, a szczególnie Józek, który tak zniechęcił się do uczelni, że w pełni swoich sił kreatywnych, definitywnie postanowił odejść na emeryturę. Nie wziął też udziału w obchodach jubileuszowych, bo nie chciał spotkać się z ludźmi, którzy wyrządzali mu krzywdę i wciąż stawali na drodze, ale wciąż pchają się do pierwszych rzędów. Teraz, gdy posiadł ogromną wiedzę, zgromadził wspaniały dorobek publikacyjny i pedagogiczny i mógłby być ozdobą wielu uniwersytetów amerykańskich i europejskich, obecni zarządcy mają go gdzieś i kierują się tylko literą martwych przepisów. Kto ma uczyć studentów, kto ma ich prowadzić do wielkości, gdy największe osobowości odsuwane są na margines – kto ma wytyczać kierunki eksploracji naukowej, gdy powszechne w tej instytucji jest zastraszanie i tolerowanie intryg, prowadzących do eliminacji zdolnych naukowców. Wiem coś o tym, bo sam jestem ofiarą oszustw kogoś, kto w pewnym momencie próbował zmanipulować cały Wydział Humanistyczny i niszczył przede wszystkim ludzi, którzy mogliby ujawnić jego przestępstwa seksualne i dawanie fragmentów swoich prac naukowych kochankom, w celu stworzenia humbugów prac magisterskich. Gdzie teraz szukać takich uczonych jak Wacław Borowy, Stanisław Pigoń, Kazimierz Wyka, którzy potrafili zauważyć wyjątkowość młodych naukowców i tak nimi kierować, by powstająca praca doktorska stała się też częścią i podstawą habilitacji. Mogłaby o tym coś powiedzieć sanitariuszka z powstania warszawskiego, a potem wielka badaczka romantyzmu – Zofia Stefanowska, wzór kompetencji, uczciwości i pracowitości. Po drugiej stronie postawiłbym Alinę Kowalczyk, autorkę problematycznych prac filologicznych, która z poety genezyjskiego i kosmogonicznego, jakim był Juliusz Słowacki, uczyniła mistyka, tworząc nawet osobny tom Biblioteki Narodowej i formułując swoistą, pokrętną ideologię w tym względzie. Dobrze pamiętam moje rozmowy na ten temat z prof. Stanisławem Makowskim i jego oceny prac prof. Kowalczykowej, co wkrótce znajdzie odzwierciedlenie w nowej edycji mojej monografii autora Kordiana.

Rozmawiamy z Józkiem o naszych rozczarowaniach uniwersyteckich i nieustannych intrygach, które prowadzili ludzie małego intelektu, zdobywający polskie tytuliki naukowe za sprawą fałszerstw i działań pozaprawnych. Nie mówię o tym, ale w moich myślach pojawia się uczony, który jest moim największym rozczarowaniem naukowym i ludzkim. To prof. Józef Bachórz z Uniwersytetu Gdańskiego, który nie umiał odsunąć na bok plotek na mój temat i ostatecznie przyczynił się do tego, co miało miejsce w jego uczelni podczas kolokwium habilitacyjnego. Pamiętam jak w 1983 roku pojawił się na Wydziale Humanistycznym, wtedy jeszcze WSP, zapalając nas do badań nad literaturą romantyzmu i uwodząc swoją interesującą osobowością. Choć już wtedy martwiło mnie jego uwikłanie w komunizm, przemowy na zjeździe PZPR, podziwiałem jego odwagę, gdy w stanie wojennym potrafił bronić ludzi przed restrykcjami władzy. Niestety moje kolejne spotkania z tym człowiekiem utwierdzały mnie w przekonaniu, że stracił swoją ogromną empatię do ludzi, a współpracując stale z Michałem Głowińskim, stał się też adoratorem jego ucznia i mojego największego wroga, bezkrytycznie przyjmując jego „opowieści” i „powiastki”. Przed wejściem na kolokwium, gdy z radością relacjonowałem mu, w końcu promotorowi mojej pracy magisterskiej i recenzentowi doktoratu, że jestem blisko uzyskania habilitacji, warknął coś paskudnie i szybko się oddalił. Jedno jego słowo zmieniłoby sytuację, jedna wypowiedź powstrzymałaby jego bezkarnych uczniów (Rosiek, Owczarski) przed formułowaniem na kolokwium kłamstw na mój temat, ale niestety, tkwiąc w określonym układzie, nie kiwnął palcem. Zbliża się czas odsłonięcia mojej hańby habilitacyjnej, ujawnienia Protokołu z UG i podsumowania tego wszystkiego w osobnej publikacji. Józek Banaszak ciągle mówi o tym, że to, co ze mną zrobiono, przechodzi ludzkie pojęcie i nie mieści się w głowie. Tak, wiem o tym, ale przecież wciąż mamy do czynienia z wydziałowymi matactwami i kombinacjami – nie zdziwiło mnie zatem ostatnie  uwalenie Stefana Pastuszewskiego na kolokwium habilitacyjnym w UKW, gdy jego ogromny dorobek i aktywność polityczną odebrano jako przewinę, a nie zasługę. Nigdy nie doczekamy się takiego rozwoju nauki, jak w uniwersytetach amerykańskich, póki paskudny hamulec, jakim jest habilitacja, wykorzystywany będzie przez zera uczelniane do gier i gierek, mających na celu eliminację zdolnych ludzi.

Robimy sobie z Józkiem kilka zdjęć, by udokumentować spotkanie w moim domu, a potem żegnamy się i wracamy do swoich codziennych zajęć. Wciąż jeszcze jednak rozmyślam o tym, o czym rozmawialiśmy i uśmiecham się do samego siebie. Paradoksalnie mój największy rozwój ma miejsce po odejściu z uczelni, która wciąż hamowała mnie i generowała drastyczne sytuacje. Teraz dopiero mogę spokojnie pisać książki prozatorskie i poetyckie, a także komponować odważne monografie, nie bojąc się, że jakiś „urzędnik” uczelniany poczuje się dotknięty i zemści się negatywną recenzją. Gdy stawałem do kolokwium habilitacyjnego w Gdańsku miałem w dorobku trzy duże monografie o największych polskich romantykach – Mickiewiczu, Słowackim i Krasińskim, a do tego tzw. „dorobek naukowy”, którym mógłbym obdzielić trzech habilitantów. Ostatnia ogromna monografia o gigantomachii Zygmunta Krasińskiego, która była podstawą habilitacji zyskała pozytywne recenzje wydawnicze tak wybitnych humanistów jak prof. Andrzej Fabianowski i prof. Jarosław Ławski, a w przewodzie zachwyciła prof. Zbigniewa Sudolskiego i prof. Tadeusza Linknera, przebiła się też przez niechęć i zazdrość Jerzego Fiećki i Marka Bieńczyka, którzy przy całym swoim wybrzydzaniu, też zwieńczyli swoje recenzje ostateczną formułą pozytywną. A zatem sześć pozytywnych recenzji, ogromny dorobek publikacyjny w Polsce i za granicą, udział w dziesiątkach polskich i międzynarodowych konferencji naukowych, pobyt jako visiting profesor w wielkim uniwersytecie amerykańskim, wypromowanie dwustu magistrów i ponad 60 licencjatów, nie miało znaczenia w konfrontacji z intrygą, którą nakręcił zawistny „badacz” socrealizmu, bojący się, że jako profesor lub urzędnik uczelniany, ujawnię jego igrce seksualne ze studentkami, robienie im dzieci, a w konsekwencji stanie się bohaterem powieści Krzysztofa Derdowskiego pt. „Wstyd”. Nasze ludzkie życie jest bardzo krótkie i w każdym przypadku kończy się śmiercią, czyli tragedią, więc jakiekolwiek działania, intrygi podłości i tak idą do piachu – może przez jakiś czas wikłają ludzkie życiorysy, ale koniec końców i tak nie mają znaczenia dla jednostek takich jak Józek i ja. Mój rozwój po wyjściu z uniwersytetu jest permanentny i będzie taki aż do śmierci. Dopiero teraz czuję się wyzwolony i niczym nie ograniczany, na półkach stają wciąż nowe książki, odbywam wiele intrygujących podróży zagranicznych, poznaję mrowię wspaniałych ludzi różnych kolorów skóry. No i przygotowuję się do ostatecznej rozprawy z tymi, którzy chcieli mnie zniszczyć, a tylko przyczynili się do wielkiej mobilizacji i nieustannego rozszerzania twórczych pasji. Zdjęcie, które zamieszam na końcu tego tekstu ma wymiar symboliczny, bo ukazuje mój uporządkowany pokój codziennych prac, z książkami, które napisałem i atlasami ornitologicznymi, które nieodmiennie przywożę z dalekich wypraw – w rękach trzymam atlas ptaków Republiki Południowej Afryki, który kupiłem w sklepie na skraju Parku Krugera, a którego nigdy nie miałbym w rękach, gdybym dalej tkwił w polskim marazmie uniwersyteckim. Ściskając rękę prof. Józefa Banaszaka na pożegnanie, byłem pewien, że po jego jesiennym odejściu z UKW, zacznie się dla niego nowy, wspanialszy etap życia i nowe otwarcie. Szkoda tylko, że tak późno…

JASNY DZIEŃ

W drugiej połowie listopada 2015 roku brałem udział w międzynarodowym festiwalu literackim Ars Poetica w Bratysławie. Jak zwykle w takich przypadkach sporo zdarzyło się tam w przestrzeniach pisarskich i artystycznych, a nienagannie zorganizowane wydarzenie pozostało głęboko w pamięci wielu uczestników. Ale oprócz tego niezwykle dynamicznie i niemal metafizycznie wniknęło do mojej świadomości owo miasto, położone nad Dunajem, w samym centrum Europy. Zawsze blisko było stamtąd do Wiednia i Pragi, do Budapesztu i Krakowa, a wielka rzeka, do której wpada Morawa, komunikowała je z aglomeracjami niemieckimi i rumuńskimi. Historia nie była łaskawa dla Bratysławy, marginalizowanej i będącej często punktem tranzytowym wielkich wojen i dziejowych zawirowań. Wszystko zaczęło się od założenia w tym miejscu obozu rzymskiego, który dopiero w okresie Państwa Wielkomorawskiego przekształcił się w gród warowny. Od 1536 roku dzisiejsza stolica Słowacji stała się głównym  miastem koronacyjnym władców węgierskich, choć w wieku XIX zaczął się spadek znaczenia, a funkcje monarchistyczne Królestwa Węgierskiego przejmowała Buda. O historycznej świetności grodu świadczy zjawiskowy Zamek Bratysławski, pochodzący z XIV–XV wieku i wielokrotnie przebudowywany. To prawdziwy emblemat kulturowy, z charakterystycznymi czterema wieżami, ufortyfikowany i położony na wyniosłym wzgórzu, osiemdziesiąt metrów nad taflą Dunaju. Warto tutaj też wspomnieć o gotyckim kościele św. Marcina, świątyni franciszkańskiej Zwiastowania Pańskiego z 1297 roku, a także o kościołach barokowych, secesyjnych i gotyckim ratuszu. Zestaw ciekawych obiektów architektonicznych uzupełniają klasycystyczne i eklektyczne pałace, teatr narodowy, siedemnastowieczna brama, synagoga i mosty na Dunaju. Z pozoru nie było nic szczególnego w tej prowincjonalnej, europejskiej stolicy, a jednak pozostała ona w mojej pamięci jako doświadczenie niezwykłe, ocierające się o transgresję i mistykę ruchu.

W wolnych chwilach przemierzałem ulice i chłonąłem nieco senną aurę szarych przestrzeni, ożywianych przez toczące się powoli, nowoczesne, czerwone tramwaje i ludzi spokojnie zmierzających do swoich celów. Któregoś dnia, gdy chmury i mgły rozsunęły się, a w górze zalśnił przeczysty błękit, przystanąłem nieopodal głównego rynku i nagle moja świadomość rozświetliła się. Pamięć tego jasnego dnia, który natychmiast stał się symbolicznym czasem szczęścia i pełni, nie zniknęła do dzisiaj, a napisany w hotelu wiersz, utrwalił go na wiele lat i stał się zaczątkiem książki poetyckiej, akcentującej w tytule żar tamtej rzeczywistości. Wiele godzin spędziłem na ulicach, ale prawdziwie oddychałem światłem na nabrzeżach Dunaju, patrząc na wolno sunące barki, stające się rodzajem zegarowego wahadła. Płynąc w górę i dół stalowej rzeki, stawały się one wspaniałą pointą dla górującego w dali zamku i kolejnych kadencji miasta, łagodnie wspinających się na wzgórza. Przechodziłem wielki most z niefortunną kawiarnią widokową, przypominającą latający talerz, będącą często obiektem kpin mieszkańców i turystów. Ale po drugiej stronie wchodziłem do rozległych parków, gdzie kontemplowałem pomniki,  liście spadające z drzew, pełzacze i kowaliki oplatające żwawymi ruchami chropowate pnie i konary. Nad dębami i topolami unosiły się mewy, gawrony i kawki, a czasem z jednej strony Dunaju na drugą, przelatywała majestatycznie siwo-czarna wrona. Dlaczego czułem się tam tak wspaniale, skąd wzięło się we mnie przekonanie, że uczestniczę w wyjątkowej chwili życia? Chyba przede wszystkim z poczucia uchwycenia upływu czasu, wpisanego w czarne bryły sunących w dal barek, ptaków unoszących się nad tonią i niezwykle dynamicznie zmieniającego się nieba nad miastem.  Czy można się dziwić, że w pewnym momencie stanąłem przed dziewczyną, siedzącą na kamiennej platformie przy moście i czytającą jakąś książkę. Zachowałem jej obraz w moim aparacie fotograficznym, a jednocześnie starałem się jej nie przeszkadzać. Już wtedy zauważyłem, że w jej umiejscowieniu i subtelności było coś z mojego doświadczenia tamtych chwil. Ona to manifestowała całą sobą, ja starałem się zawrzeć moje przemyślenia, odwzorować zauroczenia i euforie w wierszach pisanych w hotelu i dopracowywanych później w Polsce. Stały się one główną częścią nowej książki poetyckiej, a dzięki przychylności i przyjaźni Libora Martinka z Czech i Mariána Hatali ze Słowacji, ożyły też w języku słowackim.

Wiersze słowackie stały się pniem tej publikacji, ale szybko też pojawiło się przekonanie, że powinienem je obudować innymi lirykami słowiańskimi. Podobne doświadczenia transgresji i iluminacji miewałem przecież też w Wilnie, w Moskwie i w kilku polskich miastach. Stając przy katedrze wileńskiej, schodząc do jej podziemi i kontemplując trumnę Barbary Radziwiłłówny, albo czekając na loty do Chin na lotnisku Szeremietiewo i oglądając w Internecie zestaw ikon z Nowogrodu, czy wreszcie pisząc wiersze o Polsce i kojarząc je z tematami rodzinnymi, doświadczałem podobnych stanów, jak w Bratysławie. Te miasta i te przestrzenie wchodziły niezwykle dynamicznie do mojej świadomości i od razu pojawiało się pragnienie zachowania w słowie i w refleksji lirycznej choćby ich wizualnych okruchów, długich godzin i niewielkich cząstek czasowych,. Nasze życie staje się rodzajem katalogu, w którym pojawiają się rozdziały i podrozdziały, mnóstwo fotografii, portretów osób i miejsc. Barwy z czasem matowieją i bledną, odgłosy cichną, światło rozmywa się w granatowych matniach nocy, ale wiersz daje szansę plastycznego zachowania chwil, momentów wzniosłych i zwykłych, daje szansę rekonstrukcji jasnego dnia i odpowiedzi umysłu na jego wyzwania. Taki dzień zdarza się tylko raz, ale może zostać rozciągnięty na wiele dób, miesięcy i lat, a zrodzone wtedy przekonanie o jego wyjątkowości, może inicjować nowe otwarcia, inne doświadczenia i nieustającą czujność liryczną. Upływające lata spłaszczają nasze doświadczenia, odbierają im dynamikę i plastyczność, ale przecież mogą one pozostać żywe we wspomnieniach, esejach i wierszach – mogę przeciwstawić się entropii w przestrzeniach symbolicznych, w metaforach i obrazach, w poszczególnych wersach i strofach. Tak tydzień spędzony w Bratysławie stał się elementem dłuższego ciągu poetyckiego i życiowego, tak okazał się ważnym doświadczeniem literackim i kulturowym, a nade wszystko osobistym. Tak barki płynące po Dunaju, wielki sztandar zamczyska, iglica kościoła św. Marcina i ginące we mgle mosty, zyskały wymiar ponadnaturalny i niewidzialnie wniknęły do moich przestrzeni intymnych. Niezwykłą pointą tego doświadczenia były dreszcze i wzruszenie, gdy na jednym z placów usłyszałem narodowy hymn Słowacji, przypominający dumną pieśń góralską, ale swoją dynamiką i rozmachem podążający ku transgresji świata i mojego „ja”, zamykający muzyczną klamrą to, co przeżyłem i czego doświadczyłem w tym kraju i w tym mieście.

DALEKIE WOŁANIE


Wczoraj wieczorem przez chwilę byłem na powietrzu i raz jeszcze zachwycił mnie widok konstelacji Oriona, jakże wyrazisty na granatowym niebie. Chmury rozsunęły się, mgły opadły, opory zanikły i w górze pojawiły się znaki tysiącleci, ognie milionów lat. Pisałem już wiele razy o tym, że czuję w takich chwilach łączność z tymi wszystkimi ludźmi, którzy podnosili głowy do góry i wpatrywali się w gwiazdy. Tak było w pradawnych czasach i w kolejnych epokach rozwoju cywilizacji na naszej planecie. Tak będzie za tysiąc lat i za kilkadziesiąt tysięcy, pod warunkiem, że ludzkość nie zniszczy samej siebie. Mroźne powietrze, uspokojenie w naturze, milczenie wiatru i ta odwieczność, ostateczność, chwila niepowtarzalna, pełna mocy i bezradności, poczucia jedności z kosmosem i zatopienia w śmierci. I to pulsowanie niewyobrażalnych dali, bezgłośne wołanie galaktyk zza widzialnych gwiazd, puls wszechświata nieustannie ewoluującego i pędzącego gdzieś, nie wiedzieć gdzie…

MIEJSCE OSTATNIE

Ostatnio często słuchałem ballad Leonarda Cohena, znajdując w nich głębie, których wcześniej nie zauważałem. Ten człowiek odegrał bardzo ważną rolę w moim życiu i nadal jest kimś niezwykłym. Tak jak ja popełnił wiele błędów i tak jak ja odnalazł chwile świetliste. W Internecie pojawiły się fotografie miejsca jego spoczynku, na cmentarzu żydowskim, nieopodal Montrealu. Kładę symboliczny kamień na płycie jego grobu i nucę wraz z nim: Now I’ve heard there was a secret chord/ That David played, and it pleased the Lord… Halleluyah…

 

GENEALOGIA I OCALENIE

Od dawien dawna literatura karmi się wspomnieniami, nieustannie wraca do miejsc i zdarzeń, odpomina chwile dobre i złe, szuka w przeszłości potwierdzenia, że życie miało jakiś głębszy sens, a ból i euforia były częścią szerszego planu dziejowego. Punktem wyjścia bywa tutaj dzieciństwo, opromienione matczyną miłością, utwierdzane w rodzinie obecnością ojca i dalszych osób z klanu postaci bliskich. Niedługo po narodzinach, w dniach dorastania i wchodzenia w świat ludzi dorosłych, pojawiają się pierwsze oceny i gradacje, a nade wszystko fascynacje, które ukształtują biografię dorosłego człowieka. W przypadku Jerzego Koreckiego niezwykle ważne są korzenie rodowe, potwierdzone odpowiednim certyfikatem i pieczęciami Związku Szlachty Polskiej Kresów Wschodnich. Może ta domieszka krwi szlachetnej i genetyczne powinowactwo z ludźmi subtelnie wykształconymi spowodowało, że u tego autora pojawiły się nieprzeciętne talenty literackie. Zawsze przebudzenie tego rodzaju prowadzi do publikacji książek i tak się też stało w tym przypadku. Dodatkowo pojawił się imperatyw dziedzictwa – co autor zaznacza w specjalnej dedykacji – chęć przekazania rodzinie informacji i opowieści, rozmów i zdarzeń. To taki rodzaj rodowego utwierdzenia, wskazania genealogii, a zarazem chęć zachowania tego, co mogłoby przepaść bezpowrotnie. Korecki wciela się w rolę rodzinnego bajarza, który ma opowieść na każdą okazję i pragnie nią zaciekawić młodsze pokolenia, dzieci, wnuków i prawnuków, a może też i osoby, które w tej linii dopiero się urodzą. To taki zacny zabieg by korzenie rodowe pozostawały ciągle w pamięci, a genetyczne powinowactwo promieniowało także na życie umysłowe autorskiego klanu krwi.

Jerzy Korecki potrafi pięknie opowiadać, a rozległa wiedza historyczna sprawia, że kolejne narracje są prawdopodobne, pełne istotnych szczegółów, drobnych elementów zamierzchłej rzeczywistości i wyraziście dookreślonych miejsc. Od razu widać, że literackimi antenatami autora są Kraszewski i Sienkiewicz, a księgami wzruszeń literackich były dla niego powieści historyczne, takie jak Stara baśń i Trylogia. Nośność tego rodzaju kreacji pisarskich określa zwykle skala prawdopodobieństwa, która tutaj jest ogromna. Jeśli do tego dodamy klarowny język i umiejętność snucia koherentnej narracji, otrzymamy prozę wysokich wartości i dzieło, które będzie ozdobą rodzinnej biblioteki. Ale przecież – poprzez modelowość sytuacji i liczne interioryzacje – książka ta zadowoli także najwybredniejszego czytelnika zewnętrznego. Zapewne przyczyni się też do tego ciąg portretów niezwykle wyrazistych bohaterów, jako żywo przypominających postaci z powieści wskazanych wyżej autorów. To są żywi ludzie, a ich działania i cierpienia, podejmowane decyzje i uzyskiwane efekty, są realne, potencjalnie możliwe na każdym poziomie literackiej kreacji. Warto też podkreślić umiejętności lingwistyczne Koreckiego, który w kolejnych opowieściach znakomicie posługuje się gwarą lub archaizuje język zgodnie z epoką, w której rozgrywa się akcja. Ważna też jest zmienność kolejnych dekoracji, swobodne przenikanie tkanki czasu i pojawianie się literackich bohaterów w różnych okresach dziejowych. Tak tworzy się panoramę historyczną, tak dookreśla się własną genealogię i ocala to, co w niej najcenniejsze – treść indywidualną, a zarazem stającą się paradygmatem. Autor dąży do tego, by czytelnicy zdali sobie sprawę z tego, że jego opowieści mają tyleż charakter utylitarny, co uniwersalny, a choć wstępne dedykacje i wyrażane nadzieją kierowane są do najważniejszej grupy czytelników, to przecież nie do jedynej.

Niezwykle interesujące są też opowieści bydgoskie z czasów II wojny światowej i lat powojennych. To także dziedzictwo rodzinne, a zarazem ciąg sytuacji układających się w panoramę tamtej rzeczywistości. Korecki jest rzeczowy, konkretny i funkcjonalny, a zarazem jego pióro jest lekko „rozbujane”, co razem daje efekt znakomity – prozy na porządnym, literackim poziomie. Znajdujemy tutaj jakby dalsze ciągi zdarzeń, znane choćby z powieści Jerzego Sulimy-Kamińskiego pt. Most królowej Jadwigi, pojawiają się postaci charakterystyczne dla trudnych czasów, wyodrębnione z opowieści rodzinnych i licznych lektur historycznych. Ta próba uporządkowania rodowej genealogii jest ze wszech miar udana i potwierdzona prawdziwą pasją narracyjną, sięgającą głęboko do jądra zdarzeń. Dodatkową wartością są tutaj fotografie z albumów rodzinnych, pojawiające się przy charakterystykach bohaterów i przybliżeniach wyjątkowych miejsc. Czytelnik może dzięki nim zapoznać się z rzeczywistym wyglądem kolejnych osób, a nawet jeśli pojawiają się jakieś transformacje literackie, może te rzeczywiste postaci umieścić w konkretnych sytuacjach. Rekapitulując, podkreślmy raz jeszcze – proza Jerzego Koreckiego jest sporym osiągnięciem autorskim i zapewne znajdzie swoją kontynuację w kolejnych latach, bo tego rodzaju narracja zawsze domaga się następnych zadośćuczynień i artystycznych spełnień. Na razie cieszmy się tekstami zawartymi w tym tomie i wracajmy do nich przy różnych okazjach rocznicowych – szczególnie dotyczy to najbliższej rodziny, ale przecież proza ta może też być użyteczna w procesie edukacji młodzieży czy inscenizacji historycznych w naszym mieście. Gorąco polecając czytelnikom ten tom opowieści i genealogicznych ocaleń, odkładam go z przekonaniem, że robota literacka została tu znakomicie wykonana, z ogromną kulturą i autentyczną wiedzą o świecie i ludziach.

LET’S ROLL…

Piękna pogoda, ciepłe powietrze i ogromna doza światła zachęca do spacerów, więc wychodzę z domu i przemierzam ulice dzielnicy, w której mieszkam. Lubię te styczniowe jaskrawości, gdy gałęzie i konary drzew stają się rodzajem innowacyjnej grafiki, a w tle prześwituje błękit nieba i biel chmur, podświetlonych przez słońce i niezwykle jasnych. Świat nabiera wtedy wyrazistości, jakiejś trudnej do wyrażenia pełni i staje się pięknym tłem dla życia, zdarzeń wzniosłych i tragicznych, bo pamiętać należy o tych, którzy cierpią w chwilach naszych wzlotów. Idąc wolno i wdychając czyste powietrze, myślałem o moim wspaniałym roku 2017, w którym opublikowałem sporo książek w Polsce i za granicą (Chiny!!!), odbyłem niezwykle inspirujące podróże do Gruzji i Chin (dwukrotnie), zaprzyjaźniłem się z wieloma zacnymi ludźmi, w tym z noblistą Mo Yanem, napisałem sporo wierszy, następne rozdziały powieści i książek eseistycznych, nowe opowiadania, polskie i zagraniczne antologie, wiele recenzji i szkiców, posłowi i wstępów do wydawanych książek, przygotowałem też przedpole do działań dziennikarskich 2018 roku. To był też czas nagród, bydgoskiej Strzały Łuczniczki za tom wierszy Złota źrenica i nagrody poznańskich twórców, o jakże dowartościowującej nazwie: Dobry człowiek. Przystając przy pięknie oświetlonych brzozach i olchach, rozmyślałem o chwilach w wielkich samolotach, na międzynarodowych lotniskach, rozpamiętywałem udziały w światowych festiwalach literackich i wiele imprez w rodzinnym mieście oraz w innych ośrodkach Polski. Kimkolwiek nie byłem w przeszłości i czegokolwiek bezużytecznego nie robiły moje ręce (Leonard Cohen, Take This Longing), ważne jest to, że dotarłem do takich lat, jak rok 2017, w którym wkroczyłem nieodwołalnie w ostatnie 365 dni mojego szóstego dziesięciolecia. Nigdy nie przejmowałem się wiekiem, ale teraz czuję, że wszystko przyspieszyło i stoją przede mną ogromne wyzwania – będzie to też widać w tym roku na moim blogu, który wrósł nieodwracalnie w moje jakże zdumiewające życie. Już na początku nowego roku pojawi się powieść pt. Aleja klonów, a potem będzie nowy zbiór wierszy – Jasny dzień. Wiersze słowiańskie, zbiory we Francji, Rosji i Macedonii, dwa wybory esejów i pierwszy tom dziennika. Zapowiadają się też ekscytujące podróże, ale na razie – by nie zapeszać – nie powiem dokąd pojadę, kierunki jednak będą nowe, a i stare szlaki mogą zostać odświeżone. Więc… let’s roll

 

W PAPUGARNI

Choć wolę ptaki podpatrywać w naturze, sporo radości dało mi odwiedzenie bydgoskiej papugarni. Wizyta uświadomiła mi raz jeszcze jak kruchymi i ulotnymi są te barwne ptasie stwory. W naturze ich barwy i odcienie są tysiąckrotnie piękniejsze, a różnorodność jest tak wielka, że wymaga lat studiów, porównań, analiz ornitologicznych. 

 

  

DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (6)

11121445-obraz_234_640

26 stycznia 1982 roku

Sejm uchwalił zarządzenia stanu wojennego, a tylko posłowie Karol Małcużyński i Janusz Zabłocki wystąpili z oskarżeniami władz wojskowych. Małcużyński – zwracając się bezpośrednio do Jaruzelskiego – ostrzegał przed gniewem społecznym, a szczególnie młodzieży, stanowiącej 60% społeczeństwa. Gdy mówił do Jaruzelskiego, wybuchła wrzawa komunistycznych posłów, którzy skandowali: Jak śmiesz pouczać premiera?

W Genewie Haig oświadczył, że na jego spotkaniach z Gromyką zaciążyła sytuacja w Polsce. Międzynarodowy Czerwony Krzyż otrzymał pozwolenie na odwiedzenie pięciuset internowanych. Grupa wybitnych polskich opozycjonistów wystąpiła z oskarżeniem władz o pobicia i szykany. Schmidt ponowił wezwanie do zakończenia stanu wojennego w Polsce i zwolnienia osób internowanych.

W Moskwie zmarł czołowy teoretyk KPZR – Michaił Susłow, który przyczynił się do sowieckich interwencji na Węgrzech i w Czechosłowacji. Było coś piekielnego w obrazach z Moskwy, gdy udekorowany na czerwono plac żegnał niesionego w otwartej trumnie trupa. Zakopują tych złoczyńców przy murze kremlowskim, jakby byli świętymi, ale czego się spodziewać po sowietach skoro umieścili tam też ścierwa Lenina, Stalina i Dzierżyńskiego…

27 stycznia 1982 roku

Dzisiaj pierwszy dzień w uczelni. Opiekunka mojego roku – Rubaszewska – jest strasznie egzaltowana i przekonana o swej urodzie, ale może odpuści z tą jej gramatyką historyczną. Od 9.00 do 11.00 jakiś podpułkownik upolityczniał wszystkie roczniki filologii polskiej i działacze socjalistycznego zrzeszenia studentów kiwali z uznaniem głowami i lojalnie, wazeliniarsko komentowali wypowiedzi wojskowego. Powiedział, że internowano 60 oficerów, a po wprowadzeniu stanu wojennego w Szczecinie i w Gdańsku zginęło kilkadziesiąt ludzi. Nawiązał też do kopalni „Wujek”, gdzie „warcholstwo górnicze” odrąbywało siekierami i kilofami ręce schwytanych zomowców. Było to smutne i durne przedstawienie w miejscu, gdzie zwykle analizuje się poezję, dramat albo prozę.

Nie zauważyłem Aliny i chyba ona też mnie nie widziała, ale siedziałem przy takiej sympatycznej Dance, obciętej na chłopca. Fajna dziewczyna i też mieszka na Błoniu, w jakimś bloku przy Okrzei.    

Gromyko powiedział, że USA nie mają żadnego prawa mówić rządowi polskiemu co ma robić. Haig zaoferował dużą pomoc dla Polski, jeśli zostanie zakończony stan wojenny, a Gromyko miał tę propozycję odrzucić. W przyszłym tygodniu prymas Glemp spotka się z papieżem w Rzymie i będzie mu towarzyszył biskup Franciszek Macharski z Krakowa oraz inni członkowie Episkopatu Polski.

Wolna Europa podaje, że Rosjanie wraz z wojskami rządowymi ostrzelali z rakiet miasto Kandahar w Afganistanie. Po ostrzale na teren miasta weszło wojsko sowieckie i zaczął się rabunek bazarów i okolicznych wsi. Pamiętam co moja prababcia opowiadała o wejściu Rosjan do Bydgoszczy – dokwaterowano im wtedy żołnierzy na ulicę Strzelecką i rozgrywały się tam dantejskie sceny, z gwałtami, zabijaniem niewinnych ludzi i nieustannym zastraszaniem. Najgorsi byli sołdaci z mongoloidalnymi rysami twarzy – prawdziwe zwierzęta, ciągle pijani i szukający dziewcząt, by je zgwałcić. Moją babcię pradziadek ukrył w innym domu na strychu, ale nawet dobierali się do prababci.

11121443-obraz_195_640        

28 stycznia 1982 roku

Władze polskie zaczęły kampanię mającą na celu ujawnienie działalności CIA w Polsce. Postanowiono też, że dopuści się przejęcie Wałęsy przez Kościół, po jego uwolnieniu, ale bez kontaktów z innymi przywódcami Solidarności. Dostojnicy kościelni odmówili, bo musieliby stać się więziennymi strażnikami.

Przeczytałem Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya i garść refleksji wpisuję bezpośrednio do mojego dziennika. Nowy wspaniały świat (Brave New World) to słynna antyutopia, powstała na osiem lat przed szaleństwami Hitlera, na parę dziesiątków lat przed próbami uniformizacji narodu chińskiego przez Mao Tse Tunga i prawie pół wieku przed pierwszymi eksperymentami z narodzinami dzieci z próbówki. Huxley opisał dziwaczne społeczeństwo dwudziestego szóstego wieku historii ludzkości, które odcięło się od przeszłości i zaprowadziło porządki przypominające zorganizowanie i podporządkowanie funkcji, jakie obserwujemy w mrowisku czy termitierze. Oto w wielkich kombinatach rozrodczych „produkuje” się istoty ludzkie – w ogromnych butlach, na podłożu świńskich komórek, wzrastają organizmy, które już w trakcie „dojrzewania” poddaje się określonej „obróbce”. Poprzez ograniczenie dostępu tlenu, nasączanie alkoholem, zmniejszanie, bądź zwiększanie racji żywieniowych, doprowadza się do narodzin specyficznie ukształtowanych jednostek, jakby całych rzesz bliźniaków jednojajowych. Do tego dodaje się swoisty system edukacyjny oparty na zastraszaniu i nieograniczonej swobodzie seksualnej (dopuszczenie do gier miłosnych dzieci), a także nauczanie poprzez sen (nieustannie płynący z głośników głos powtarzający te same formułki) kodeksu zawierającego wszystkie prawa i przywileje członka społeczności. W taki sposób dosłownie „produkuje” się określone typy ludzkie (oznaczane pierwszymi literami greckiego alfabetu), przystosowane do wykonywania specjalnych zadań. Wszelkie przejawy buntu i sprzeciwu, wszelkie nastroje frustracji, usuwa się farmakologicznie przez podawanie codziennej racji środka narkotycznego, nazywanego w tym świecie somą. Tak ogłupianym społeczeństwem, łaknącym somy jak pokarmu, kieruje dziesięciu zarządców świata, spośród których czytelnik poznaje Mustafę Monda, zarządcę na Europę, mającego swoją siedzibę w Londynie. Ten inteligentny, a zarazem niesłychanie perfidny decydent ustala prawa, skazuje i nagradza jednostki, jest uwielbiany i otaczany czcią. Łatwo dostrzeżemy w nim wszystkie te cechy, jakie charakteryzują największych oprawców – pseudo kultura osobista, swoista filozofia działania dla dobra mgliście pojmowanego ogółu, umiejętność prowadzenia „wykwintnych” dyskusji z pokonanymi i uwięzionymi, a zarazem skrywany sarkazm, bezduszność i poczucie bezkarności, tak dobrze znane w naszym świecie z poczynań gestapowców, działających w latach trzydziestych enkawudzistów czy współczesnych zarządców w różnych totalitarnych reżimach. W tym świecie, gdzie człowiek zredukowany został do roli automatu pojawia się nagle wyrwany z rezerwatu tzw. „dzikich” syn kobiety, która nieopacznie kiedyś w owym miejscu zaginęła. Został on urodzony w sposób naturalny, a wychował się na swobodzie, pośród Indian meksykańskich. Wspaniały świat jego matki zna tylko z opowieści i wciąż do niego tęskni. Ale gdy przypadkiem zostaje tam przeniesiony, gdy zakochuje się w pięknej kobiecie, odzywają się w nim dawne instynkty, nie może zgodzić się na warunki jakie dyktuje mu ukochana i członkowie społeczności. Jego bunt wywołuje tylko uśmiech na twarzy Wielkiego Zarządcy, który dla dobra eksperymentu zgadza się na umieszczenie Dzikusa w samotnej wieży, na skraju morza. Tutaj pragnie on oczyścić się z brudu cywilizacji i chce odtworzyć w sobie wszystko, czego nauczył się podczas życia w rezerwacie. Niestety, szybko zaczynają działać prawa, jakie zaobserwować możemy w naszym świecie – odgrodzenie się i jawna pogarda dla osiągnięć społeczeństwa, wywołują sensację, którą jeszcze podsyca pewien film, nakręcony ukradkiem przez specjalistę od obserwowania drapieżnych zwierząt. Tak rodzi się histeria i tłumy zaczynają ściągać do miejsca odosobnienia dzikusa, a potem  wdzierać się bezpardonowo do jego nowego świata. Niestety jego kruchy system nerwowy, nie wspierany nieustannie somą i solami magnezu, nie wytrzymuje takiego napięcia i życie przestaje dla niego mieć sens. Jeszcze raz spotworniała cywilizacja odnosi zwycięstwo, jeszcze raz karmi się mitem i nim przykrywa wszelkie ślady okrucieństwa. Jeszcze raz Mustafa Mond uśmiecha się wyrozumiale i zamyka w swoim sejfie te okrutne, bezużyteczne dzieła przeszłości: Stary i Nowy Testament, dzieła Szekspira, książki jakiegoś tam Williama Jamesa, kardynała Newmana, Maine de Birana czy Bradleya. Świat wykreowany przez Huxleya – choć wielu jego mieszkańców jest autentycznie szczęśliwych – oparty został na starym wynalazku – kłamstwie. Huxley musiał z przerażeniem konstatować, iż jego – zdawać by się mogło – superutopijna wizja, staje się rzeczywistością dla wielu społeczeństw i dla licznych krain geograficznych Ziemi. Oto naziści wymyślili, podobnie jak w wykreowanym świecie autora Point Counter Point, masowe zabijanie dla odzyskania materiałów „wartościowych”, pochodzenia ludzkiego, oto samozwańczy przywódca chiński wprowadził jednakowe dla całego społeczeństwa kostiumy rewolucyjne i ogłupił je do tego stopnia, iż jego słynna czerwona książeczka stała się jakby zbiorem najistotniejszych życiowych maksym. Nawet dzisiaj jakże efektywne społeczeństwo japońskie przypomina, w swym produkcyjnym amoku, postaci opisane przez Huxleya. Japończycy także pracują z niewyobrażalną wprost wydajnością, szkolenie zaczyna się już na poziomie przedszkola, a ucieczki od rzeczywistości szuka się we własnej odmianie somy, która nosi tu nazwę: sake. Także gejsze przypominają owe, zawsze chętne do współżycia z różnymi partnerami, kobiety nowego wspaniałego świata. Odkrycie na szerszym forum światowym zbrodni i wypaczeń Stalina stworzyło jakby kolejne podteksty i jeszcze raz uwiarygodniło powieść Huxleya – stała się ona w ten sposób jakby – z jednej strony – spojrzeniem na zbrodnie przeszłych systemów, a zarazem – ze strony drugiej – jakby sondą, wystrzeloną w przyszłość i wskazaniem do czego może prowadzić wszelka unifikacja, standaryzacja i uniformizacja, do czego zdolni są cynicy, siedzący na szczycie drabiny społecznej i czytający z ironicznym uśmiechem zakazane księgi przeszłości.

29 stycznia 1982 roku

Kanclerz RFN i premier Francji stwierdzili w Bonn, że sankcje nie są najlepszym sposobem okazania solidarności z narodem polskim. ZSRR próbuje zdobyć waluty zagraniczne na zakup zboża. Prymas Glemp przybywa z zapowiedzianą wizytą do Rzymu.

30 stycznia 1982 roku

WRON-a oświadczyła, że zostają wznowione telefoniczne rozmowy międzymiastowe. W wielu krajach świata odbyły się dzisiaj manifestacje na rzecz solidarności z Solidarnością.

Wracałem z uczelni do domu z Danką F. i zauważyłem, że ma piękne, delikatne dłonie z subtelnymi palcami. W ogóle zaczyna mi się ta dziewczyna bardzo podobać i chyba spróbuję się z nią umówić na jakieś spotkanie. Mieszkamy przecież niedaleko od siebie i pewnie wiele razy mijaliśmy się na osiedlu, nie wiedząc o sobie. Alina tylko raz mignęła mi na hallu w dali i musiała mnie zauważyć.

dsc04820-1-large

6 lutego 1982 roku

Premier Francji Mauroy powiedział, że jego kraj jest w żałobie po utracie wolności przez Polskę. Francja czeka by ZSRR podjął konkretne kroki dla złagodzenia sytuacji. Odbyło się posiedzenie Biura Politycznego PZPR. W Czechosłowacji i Rumunii podnosi się ceny produktów żywnościowych.

 7 lutego 1982 roku

Prymas Polski powiedział w Rzymie, że w PRL-u powinno się znaleźć miejsce dla Solidarności, tak jak jest taka przestrzeń dla Kościoła, a Polska jest ojczyzną wszystkich Polaków. Minister Baka oświadczył, że zakaz strajkowania nie zostanie zniesiony ani w tym, ani w przyszłym roku.

Australia ograniczyła swobodę poruszania się polskich dyplomatów. We wtorek rozpocznie się w Madrycie konferencja KBWE, a polskie władze zagroziły zbojkotowaniem konferencji, jeżeli jej forum zostanie wykorzystane dla potępienia stanu wojennego.

Jestem zauroczony Danką – jest tak skrajnie różna od Aliny, ciepła i sympatyczna. Czuję, że z tego coś będzie, tym bardziej, że moja poprzednia dziewczyna zachowuje się stale dziwacznie w uczelni.

 8 lutego 1982 roku

Rząd PRL-u podał, że podejmuje kroki dla reorganizacji życia gospodarczego, ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć. W sklepach tylko ocet na półkach i ogromne kolejki do rzeźników, gdzie ekspedientki dzielą mięso na małe porcje i dają je za okazaniem kartek. Wszystko prawie się reglamentuje i jakże wstrząsnęła mną dzisiaj sytuacja z ulicy, gdy spotkałem Krzyśka, kolegę ze szkoły. Mieszkał na Morcinka i był dość dobrym piłkarzem, chociaż może za często popadał w konflikty z rówieśnikami. Potem dowiedziałem się, że wpakował się w jakąś mokrą robotę i został skazany za współudział w zbrodni starszej kobiety. To było gdzieś w okolicach 1976 roku i od tamtego czasu siedzi w różnych więzieniach. Poznał mnie od razu i zaprosił nas piwo przy zielonym kiosku, nieopodal cmentarza parafii Świętej Trójcy. Opowiadał straszne rzeczy o tym, jak zachowują się klawisze i uświadomił mi, że brat naszego kolegi, Waldka z ulicy Korczaka, też jest jednym z nich, ponoć najokrutniejszym, uwielbiającym udział w biciu więźniów w trakcie tzw. „ścieżek zdrowia”. Krzysiek ma teraz kropkę pod okiem i chwali się, że należy do społeczności „grypsujących”, ale w tej nowej Polsce nie może się znaleźć. Wszędzie „psy” na ulicach, stale jeżdżą ulicami suki i budy ZOMO, no i nie można kupić fajek w kiosku, nie udaje mu się przepchać do lady w sklepie. Pierdolę taką Polskę… – powiedział i na odchodne dodał, że dobrze, że niebawem wraca do więzienia, bo tam jest teraz jego prawdziwy dom.

Rodzice Danki dzisiaj wyjechali do rodziny i stało się, pierwszy raz kochaliśmy u niej. Muszę ostatecznie zerwać z Aliną, bo chyba się na nowo zakochuję… Danka powiedziała, że wyrzuciła wszystkie zdjęcia swojego poprzedniego chłopaka, więc ja też po powrocie do domu, spakowałem do dużej szarej koperty fotografie Aliny, zdjąłem ze ściany jej portret i jutro postaram się jej to wszystko oddać w uczelni.

 10 lutego 1982 roku

Od znajomego z Gdańska, którego spotkałem na ulicy w Bydgoszczy, dowiedziałem się, że 17 grudnia w jego mieście, postrzelono śmiertelnie w głowę prawie mojego rówieśnika Antoniego Browarczyka (ur. 1957) i ten kumpel był na jego pogrzebie na Cmentarzu Łostowickim, obstawionym przez esbeków. Zanotowałem to w kalendarzyku na ulicy, a także podane przez niego numery czołgów, które tego dnia pojawiły się w Gdańsku: 279, 188, 274.

Musiał nie przestaje wokół mnie krążyć i już mam tego dosyć. Zaprasza mnie na jakieś spotkanie do domu producenta plastiku na Miedzyniu. Chyba pójdę, bo będzie to okazja, by powiedzieć mu, że nie interesuje mnie jego opcja seksualna i nasze drogi ostatecznie się rozchodzą.

11 lutego 1982 roku

Władze kościelne spodziewają się, że ich przedstawiciel będzie się mógł wreszcie spotkać z Wałęsą, a potem pozwolą mu na spotkanie z Janem Pawłem II. Ambasador Józef Wiejacz zdradził, że Wałęsa rozmawia z Cioskiem, ale obie strony chcą by utrzymano to w tajemnicy. Zastanawiający jest zatem ten przeciek karnego dyplomaty…

Wreszcie porozmawiałem w uczelni z Aliną, która zachowuje się dziwacznie, niby mnie nie chce, ale nie może zrozumieć, że związałem się teraz z dziewczyną tak różną od niej. Czułem wielkie zdenerwowanie widząc jak wciąż jest piękna, ale wszystko już pękło. Zaskoczyłem ją bardzo, gdy na koniec rozmowy wręczyłem jej pękatą kopertę ze zdjęciami i listami do mnie. Wstałem, a ona została na krześle i stojąc przy sali wykładowej, czekając na pojawienie się doc. Józefa Bachórza, widziałem, że siedzi i patrzy nieruchomo przed siebie. Po wyjściu z wykładu już jej nie było…

« Older entries

%d blogerów lubi to: