DESZCZ

Deszcz

Za oknem deszcz… Wróciłem z Litwy… W Wilnie pięknie świeciło słońce i spędziłem wiele godzin chodząc ulicami, wspinając się na Górę Bouffałową i schodząc ku centrum. Gdy wracałem, zaraz za granicą zmieniła się pogoda, napłynęły polskie szarości, opary, na polnych drogach dostrzegłem kałuże, połyskujące czernią i odbijające stalowe niebo. Niebawem wszystko opiszę, ale na razie porządkuję narosłe sprawy, odpisuję na maile, układam plan spraw do załatwienia. Słyszę jak krople uderzają o parapet, jak co jakiś czas leci z nieba sporej wielkości grad. Zniknął błękit nieba, mógłbym za Leopoldem Staffem powiedzieć: O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni… Tyle, że nie jesienny… Gdyby nie ogrom prac do wykonania i jutrzejszy wyjazd poza Bydgoszcz, zaszyłbym się z jakąś dobrą powieścią w łóżku…

Reklamy

* * *

Przyleciały jerzyki i jaskółki oknówki. Siedzę przy oknie, patrzę na granatowo-błękitne niebo i słyszę dobiegający pisk z  oddali. Ilekroć te ptaki pojawiają się w Polsce, przypominają mi się szczęśliwe dni na moim osiedlu, gdy całymi dniami grałem w piłkę, biegałem i jeździłem na rowerze. Te głosy i świst piór towarzyszyły mi podczas wypraw do lasu i na dwa cmentarze. Czasem jerzyki latały tak nisko, że miałem wrażenie, iż uczestniczą w naszych zabawach i rytuałach. Jutro zapowiada się piękna pogoda, trochę chłodnego wiatru i słońce prześwitujące przez chmury. To dobrze, bo ruszam w kolejną podróż zagraniczną. Jerzyki przyleciały, a ja… odlatuję… Opiszę wszystko po powrocie.

CENTAURY

Chiron_instructs_young_Achilles_-_Ancient_Roman_fresco

W mitologii greckiej, centaurowie należeli do plemienia dzikich istot o końskich ciałach, ale mieli ludzką głowę i tors. Zamieszkiwali góry Tesalii, Arkadii i Elidy, a ich protoplastami były mezopotamskie sfinksy, wyobrażane jako połączenie człowieka i lwa. Poezja polska rzadko nawiązuje do tych kłótliwych i zadziornych bohaterów, bardzo dawnych przekazów, powstałych zapewne wśród tesalijskich hodowców koni. Bywają jednak wyjątki i ich krótkie przypomnienie zacząć wypada od Mickiewicza, który w Odzie do młodości powiada: Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał Hydrze,/ ten młody zdusi Centaury/ Piekłu ofiarę wydrze,/ Do nieba pójdzie po laury. Jego poetycki konkurent – Juliusz Słowacki – w Zawiszy Czarnym z kolei, takie zostawił określenie barbarzyństwa: Turek z branką… to Centaur dawny z Dejanirą… Dorzućmy jeszcze fragment wiersza spadkobiercy Konradów, Beniowskich, Hrabiów Henryków i tajemniczego jak owi mitologiczni pół-ludzie twórcy – Tadeusza Micińskiego: Jest serca kraj na modrej morza fali,/ gdzie Centaur dzikiej poucza mądrości,/ gdzie bór indyjskie rozwiesza wonności/ i w wodospadach rzeka się krysztali. (*** jest serca kraj…) Trudno się dziwić, że u znawcy epoki romantyzmu i autora znaczących książek o wieszczach, a przede wszystkim człowieka zakorzenionego głęboko w kulturze śródziemnomorskiej, znajdziemy nawiązanie do tych postaci. Wszakże postrzegany on jest jako klasycysta, który odwołuje się do dziedzictwa kulturowego antyku, ale też do bogactwa baroku. Pamiętamy dobrze książkę z 1967 roku pt. Czym jest klasycyzm. Manifesty poetyckie, w której pojawił się program poezji szeroko skanującej dorobek ludzkości i odwołującej się do wielkich mitów, dostrzegającej ciągłość tekstów i obrazów, wielkich konstrukcji intelektualnych i subtelnych zauroczeń.

W wierszu pt. Centaury Jarosława Marka Rymkiewicza , mamy do czynienia ze ściśle określoną przestrzenią liryczną. To symboliczny świat skalisty, pełen urwisk i szczelin, a więc lokujący się gdzieś pośród młodych geologicznie gór. Ale też jest to miejsce, gdzie pojawia się wielopiętrowy las, a więc muszą też być jakieś płaszczyzny, enklawy, gdzie drzewa iglaste mogą się zakorzenić i układać w pasma, charakterystyczne dla tego rodzaju zarastania. Zdawać by się mogło, że w takiej ściśle zabudowanej przestrzeni, w takim groźnym dla życia miejscu, nic się nie dzieje. Wiatr tylko hula w gałęziach, przemykają kozice i rysie, czasem zbłąkana orzechówka przysiadzie na konarze, czasem pomurnik skalny da o sobie znać skrzekliwym głosem. To jest też matecznik niedźwiedzia, który czeka na ofiarę w mroku sosen i modrzewiów, albo wspina się na wyniosłą limbę, by spojrzeć w dal i dostrzec spadającą ze skał kaskadę. A jednak w tej gęstwinie żyją mitologiczne stwory – centaury. To jest ich kryjówka, a także miejsce zabaw, bachanaliów i festynów. Jakby dla podkreślenia zabawowego charakteru ich bytowania w półcieniach iglaków, noszą one na głowach wieńce zielone lub płowe, a zatem z roślin dopiero co zerwanych i zwiędłych. Poeta świadomie wprowadza tutaj dysharmonię do kreowanej krainy, wszakże górska roślinność piętrowa najmniej chyba nadaje się do aranżowania zabaw. Ale przecież poeta nie określa jakie to festyny, może krwawe uczty, albo rytualne morderstwa – może magiczne celebracje. Wszystko jest możliwe w świecie, gdzie graniczy ze sobą mit i natura, piękno i pojemność symbolu z pustką szczelin i grozą postrzępionych skał.

Jakby dla podkreślenia magicznego charakteru pojawiających się tutaj zdarzeń, w drugiej zwrotce poeta określa zabiegi centaurów jako czary, tajemnicze obrzędy, nie znane w świecie niepoetyckim, pośród ludzi nie wrażliwych na słowo i jego głębie. Jak w wielu przedstawieniach malarskich i rzeźbiarskich, a nade wszystko w dziełach nawiązujących do etosu pasterskiego, słyszymy tutaj muzykę fletu. Potrafi ona wykreować odpowiedni nastrój, ale też nawołuje do tańca i to żwawego – takiego podczas którego połyskują rogi. Te rogi wskazywałyby, że mamy tutaj do czynienia z bucefocentaurami, czyli pół-ludźmi i pół-bykami. A może po prostu ta rozległa symboliczna kraina dozwala przenikać się mitom i przedstawieniom – to cecha literatury romantycznej, w której światy wypływają z siebie i wzajemnie się przeplatają. Ale tutaj jest jeszcze coś niepokojącego, bo za kotarą z liści rozgrywa się jakiś dramat, jakaś surrealna sytuacja, pełna grozy i tajemniczej głębi. Przemykają tam całe plemiona, nagie i poruszone wzgardą bogów, jakby przypominające zwierzęta uciekające przed pościgiem. Poeta kreuje ten obraz i staje się on rodzajem symbolu istnienia – to jest sytuacja każdego bytu, w naszym świecie i w naszym kosmosie, umykającego przed zagrożeniem, jakimś oprawcą, albo jakąś przedwieczną, trudną do pojęcia siłą. Jeśli spojrzeć na ten festyn centaurów z dalekiej perspektywy, to stanie się on odwzorowaniem świata, naszych uwikłań i nieustannych prób znalezienia miejsca w nim. Nic przecież nie jest w nim jednoznaczne, a raczej wszystko jest wieloznaczne i tajemnicze, ma swoje drugie dna, jakieś postrzępienia i jakieś szczeliny. Gdzieś tam słychać odgłos fletu, pasterz schodzi ze stadem z gór, a za poświatą horyzontu rozgrywa się odwieczny, wynaturzony i uświęcony boskim przyzwoleniem, taniec centaurów.,/p>

Umykając, trafiają one do mrocznego centrum cywilizacji ludzkiej, a więc przekraczają czas i przestrzeń. Choć jednak nadal tkwią w swoim mroku, pośród gęstwiny. Ta transgresja ma swoje umotywowanie w charakterze kreacji i staje się dalszym ciągiem dziwnych zdarzeń. Przeniesienie akcji lirycznej jest tutaj gwałtowne, ale też mieści się w obrębie cudowności i grozy pierwszych dwóch zwrotek. Każda cywilizacja graniczy, w jakimś miejscu, z plątaniną krzewów i drzew, z piętrowym lasem i szczelinami, rozsianymi pośród skał. W ich mroku czyhają połyskujące w ciemności oczy, śledzące każdy ludzki ruch, rejestrujące każdą odmianę. To zwierzęta, czujne i gotowe do skoku lub ucieczki, ale też różnorakie zjawy, symboliczne twory, personifikacje i animizacje ludzkich lęków, tęsknot, wyobrażeń. Okazuje się, że w świecie, w którym uciekają całe plemiona, nie ma też miejsca dla centaurów. Jeszcze tkwią one w górzystej krainie, jeszcze istnieją w niej, niby cienie ogromnych roślin i ostańców. Niebawem jednak opuszczą to miejsce, wyjdą z lasów, przestaną się kryć. Wtedy świat symboliczny zamieni się miejscami ze światem realnym, a to co potencjalne, stanie się realne. Ludzie też należą do jakiegoś plemienia, a gęstwiny cywilizacji niewiele różnią się od tych, pośród których kryły się centaury. Dlatego zamiana będzie możliwa i dla wielu nawet niedostrzegalna – istoty bez ciała nagle wnikną w jakieś cielesności, a ci, którzy mieli powłokę, nagle ją stracą. Tak przeminie czas człowieka i jego kolejna epoka. To jest mądry wiersz o nieustannym przesuwaniu się teraźniejszości ku przeszłości i nabieraniu przez nią cech symbolicznych, ale też przypomnienie, że w wielu z nas tkwią centaury, choć może o tym nie wiemy, może nie pamiętamy, a może… nie chcemy przyjąć owej przenikalności i chybotliwości cywilizacji. Pewnym jednak jest, że plemię ludzi, jak centaury, minie…

SEN X

Przylgnęli do siebie zmęczeni i zaskoczeni intensywnością tego, co się wydarzyło… Ile minęło czasu, odkąd położyli się obok siebie i zaczęli się całować. Dwie, trzy godziny, może cztery… Teraz oparł dłoń na jej falującej piersi i wyczuwał bicie serca, przepływ krwi i niezwykłą jędrność. Oparł brodę o jej plecy, w tym miejscy, gdzie przechodzą one w ramię i lekko, delikatnie chuchał nad obojczykiem. Gładził umykającą pierś i obdarzał ciepłym oddechem jej skórę. Poczuła to i zadrżała jakby przeszedł przez nią dreszcz. Zaczęła leciutko poruszać łonem, zwarła pośladki, na których pojawiła się rosa potu. On starał się oddychać jak najdelikatniej i lewą dłonią gładził przestrzeń nad nimi, wpasowywał złożone palce w to zagłębienie, które tyle razy całował i pieścił leciutko językiem. Nie wiadomo kiedy pojawił się w niej ogień i zaczęła wydawać z siebie ciche jęki, coś szeptała, coś mówiła bezgłośnie. Leciała w słodką przepaść i nie chciała się zatrzymać, a on czuł to i jeszcze bardziej uciskał miejsce w okolicach krzyża, obdarzał trójkąt pomiędzy szyją, obojczykiem i łopatką ulotnym, subtelnym ciepłem. Chyba też coś mówił, albo szeptał oddechem, dobierał słowa, ledwie wysuwał język i rysował nim na ciele litery miłości. Zamknęła oczy i lgnęła do niego jak kwiat, który otwiera się ku słońcu. Kochasz mnie… – spytała i na chwilę otworzyła niebieskie oczy. Kocham… powiedział i przymknął powieki. Falowali jak spokojne morze i próbowali się do siebie dopasować. Czuła twardość pomiędzy nimi i roztkliwiała się, miękła jak małża w ciepłej lagunie. Wsunął palce w jej włosy i rozczesywał je lekko, przemieszczał się od karku, poprzez szczyt głowy, aż do czoła. I chuchał jeszcze bardziej zmysłowo, dotykał samym czubkiem języka skóry. Prawie jej nie czuł, a zarazem każde muśnięcie i zetknięcie śliny z nią, powodowały wybuch uczuć, jakby nie byli obok siebie, jakby za sobą tęsknili poprzez lodowaty ocean, jakby dotykali się po raz pierwszy albo po raz ostatni. Wdychał głęboko powietrze i chciał w nią wpłynąć, wsączyć się w jej rozpalone ciało, chciał być nią i w niej. Ona też tego pragnęła, choć raz po raz umykała, choć odsuwała się na kilka sekund. Za chwilę jednak jeszcze mocniej do niego przywierała. Minęły kolejne godziny i razem wyczuli, że to już był ten moment… podała mu nóż i on lekko wbił jej w serce… Nie czuła bólu… zapadała się w czerni i amarancie, dotykała nieznanych dali… Kochała go miłością idealną… Gdy ustało bicie jej serca, dotknął nożem swojej tętnicy szyjnej i gwałtownie poruszył ostrzem. Jeszcze w ostatnim ułamku świadomości zobaczył tryskającą krew… jeszcze przytulił się do niej mocno, jeszcze chuchał delikatnie, dotykał skóry językiem i czuł… czuł jak zastygają przy sobie na zawsze. Na wieki…

ŻURAWIE

chelmonski-flight

Podczas podróży pociągiem wiedziałem sporo ptaków, które umykały przed hałaśliwą maszyną, toczącą się na stalowych kołach, uderzającą równomiernie w szyny. Na jakimś drucie siedział wychudzony dudek, którego rozpoznałem, choć miał złożony pióropusz. To jeden z najpiękniejszych polskich ptaków, bardzo płochliwy i trudny do zauważenia. W innym miejscu, nad wyrębem lasu, umykał dzięcioł czarny, z charakterystycznym czerwonym łbem. Przypomniało mi się, jakie wrażenie zrobił na mnie ten ptak, gdy po raz pierwszy zauważyłem go w latach siedemdziesiątych, gdzieś w lasach za osiedlem Błonie. Z kolei na polach, jakieś sto metrów od torów kolejowych, wyłowiłem parę majestatycznych żurawi, które z kolei mają czerwone pióra pod kuprem i też wyglądają zjawiskowo. Szczególnie, gdy wyłaniają się z mgieł i wyciągają do góry głowę jakby sondowały powietrze nad nimi. Malował je pięknie Józef Chełmoński i zamieszczam tutaj reprodukcję dwóch obrazów. Pociąga mnie to malarstwo i marzę o napisaniu książki, w której połączyłbym analizy literatury romantycznej z pejzażami i przedstawieniami natury Szermentowskiego, Chełmońskiego czy Wyczółkowskiego.Ileż piękna naturalnego znajdziemy w Panu Tadeuszu, gdzie czytamy: A w głębi ciemnej nieba wciąż jęczą żurawie./ Słysząc to nocni stróże pytają w obawie,/ Skąd w królestwie skrzydlatym tyle zamieszania,/ Jaka burza te ptaki tak wcześnie wygania. To zapewne te słowa miał w pamięci malarz, gdy tworzył niezwykle dynamiczny wizerunek tych dużych i tajemniczych ptaków. Jadąc dalej widzę sporo sielskich obrazków – pól rzepaku i świeżej trawy, a pośród nich niewielkie sarenki, umykające zające, czasem jakiś lis, w zastygłej pozie, uważnie przyglądający się przestrzeniom wokół niego. Ale najwięcej jest ptaków i moje czujne oko wyławia jakąś dzierzbę, jakieś skowronki, stada szpaków, wiele srok, krążące nad polami myszołowy i błotniaki, czasem jakiś bujający w obłokach jastrząb i wiele, wiele drobnicy: wróbli i mazurków, sikorek, zięb, trznadli – czasem jakaś czajka, jakieś kaczki, kurki wodne, czaple siwe nad rozlewiskami. Jadę na Zachód Polski rano, gdy przyroda budzi się do życia, a wracam do mojego miasta około siedemnastej, czasem nieco później. To najlepsze godziny do obserwacji przyrody i ruchu w świecie naszych braci mniejszych. Dlatego nie nużę się podróżą i czasem czuję wielką ekscytację, mam chęć natychmiast napisać odę do dzięcioła czarnego i żurawia – tego króla łąk i pól, władcy szumiących traw i ziół, pana dalekich, otwartych przestrzeni. Może napiszę…

chelmonski-swit-krolestwo

ODCIŚNIĘTY KSZTAŁT

W ostatnich dniach trochę podróżowałem koleją i autobusami – byłem w Białymstoku i w Wałczu. Po drodze podziwiałem piękne polskie pola, pokryte teraz równomiernie żółcieniami. Tak kwitnie rzepak, który w połączenia z pasmami zieleniejących zbóż daje te wspaniałe efekty przeplatających się pasów, kwadratów i prostokątów barwnych. Jeśli do tego dodamy kwitnące jeszcze lilaki i dosłownie tryskające barwami forsycje, czeremchy, tamaryszki drobnokwiatowe, czarny bez i japońskie wiśnie, otrzymamy świat rozjaśniony, promieniejący i kolorowy. Przypominają mi się zdania z powieści, nie-powieści Edwarda Stachury Wszystko jest poezja, niegdyś dla mnie bardzo ważnej: Znam takich, którzy wysiadają na jakiejś stacji albo wprost wyskakują z pociągu (nie trzeba pośpiesznego), żeby wejść w krajobraz, który ich nagle olśnił. Żeby być w nim. Wtopić się weń. Być jedną linijką, jednym wersem w tym wierszu. Taki skok z pociągu albo nagłe wysiadanie na stacji niedocelowej i pójście przez pola, na przełaj, na sagę – jest przepięknym wierszem, tyle że nie zapisanym na papierze. Ale ja myślę, że zapisany zostaje w powietrzu, odciśnięty zostaje w powietrzu kształt tego wiersza (…). Tak, zawsze lubiłem chodzenie przez pola i przyglądanie się różnorodności wybuchającej przyrody. Sporo o niej wiem, znam wiele roślin i drzew, rozróżniam ptaki i inne zwierzęta, ale najbardziej pociągają mnie te chwile, gdy coś odkrywam: jakiś dziwny, błyszczący kamień, owada z chitynowym pancerzem, opalizującym barwami , polny kwiat, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Mogę siedzieć wiele minut w miejscu i obserwować struktury krzewów, chwastów (np. pleniących się zarośli lebiody…), rysunki na wtopionych w ziemię głazach, sieci wyrw i rys w ziemi. Wyodrębniam głosy ptaków i wsłuchuję się w nie, ale też – tak jak Stachura – szukam w powietrzu odciśniętych kształtów poezji.

* * *

Cały dzień przy komputerze. Pisałem artykuł na konferencję poświęconą pięknu Słowackiego. Odbędzie się ona w przyszłym tygodniu w Białymstoku i wybieram się na nią z referatem poświęconym klarowności obrazów w poematach tego twórcy. Do pewnego momentu pracowałem zrywami, ale teraz polubiłem systematyczną pracą literacką, naukową, biblioteczną. Każdy pracownik uniwersytetu ma prawo do spokojnej kwerendy i jakiekolwiek próby jej zakłócania przez barbarzyńców nauki, mają wydźwięk patologiczny. Nasze uniwersytety niestety nie chronią spokoju pracy naukowej, a rzecznicy dyscyplinarni rzadko angażują się w konflikty na wydziałach. Powinno się to jak najszybciej zmienić, bo jakikolwiek rozwój naukowy możliwy jest w sytuacji, gdy pracownik, cały zespół, konkretna katedra – spokojnie, krok po kroku, podążają do przodu. Po pracy wyszedłem na powietrze i zrobił niewielką rundkę chodnikami osiedlowymi. Jest ciepło, pachną kwiaty drzew owocowych, bzy i inne krzewy. Księżyc wyrazisty na jeszcze niebieskim niebie, w drugiej kwadrze. Słońce już zaszło za horyzont i tylko żółtawa poświata znaczy miejsce, gdzie powoli spływało za wzgórza. Oddycham pełną piersią i powoli wracam do domu. Jeszcze mam sporo do zrobienia…

BARWY SACHY BERÈSA

beres1

Sztuka abstrakcyjna jest świadomym odrzuceniem ograniczeń, jakie nakładają na artystę, malarstwo mimetyczne i pikturalne, grafika użytkowa czy kompozycje figuralne. Jest próbą odwzorowania tego, co rodzi się w świadomości i ma swoje odzwierciedlenie na dziennym i wieczornym niebie, co rozgrywa się stale w głębinach wszechświata. Barwy mają swoją energię i określone pasma promieniowania, a tworząc konfiguracje kształtów ustalają proporcje pomiędzy myślą, a kinetyką ich nakładania – między błyskiem w mózgu, a lśnieniem w przestrzeni. Tego rodzaju sztuka oczekuje od odbiorcy aktywnego zaangażowania się w proces twórczy i czeka na akceptację istnienia w zawieszeniu, pomiędzy formą a treścią. Jedni szukają na płótnie wiernie odzwierciedlonych kształtów, innych zachwyca połączenie błękitu i cynobru, zieleni i czerni w szatach władców i w okryciu boskiego Namiestnika, a jeszcze inni rozkoszują się delikatnością lekkich laserunków i wygładzanych faktur. Jednakże cykle abstrakcyjne wymagają wysokiej kultury estetycznej i giętkości myśli, są propozycją, która jest niejako zaproszeniem do interpretacji i poszukiwania sensu. Bez takiego nastawienia stają się ciągiem plam i linii, takim samym jak w naturze mozaika piasku czy kamieni, jak ciąg refleksów na wodzie lub śniegu, pośród chropowatych struktur roślinnych lub mineralnych. Wielką rolę ma zatem siła, z jaką artysta stara się narzucić swoją wizję odbiorcy, a jednocześnie wyczucie jak daleko mogą dojść eksperymentalne zestawienia barw i tonów. Barwy Sachy Berèsa eksplodują tajemną energią i żyją na japońskiej bibułce ryżowej jak pulsujące światło w przyrodzie. Mają swoje zakamarki, miejsca tragiczne i bolesne, sekretne przejścia walorowe i kosmogoniczne tajnie, odsłaniające się przy wielokrotnym obcowaniu z dziełem. Znakomicie sprawdza się to w nowoczesnych wnętrzach, gdy oprawione w najprostsze aluminiowe srebrne ramy, tworzą klimat lekkości i paradoksalnego otwarcia zamkniętych struktur geometrycznych. Jest w nich cały ogrom jakby instrumentacji symfonicznej i zarazem delikatność balladowej aranżacji, Pojawia się też głęboki ludzki ton, a więc i sięgnięcie ku mrokom jaźni. To jest sztuka wyzwolona z percepcyjnych uwarunkowań, a zarazem szukająca w konfiguracjach barwnych odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencji: kim jest człowiek w kontekście zderzeń elementarnych sił i ile może dostrzec z ogromu zależności energetycznych, Artysta pyta – jaki jest jego udział w wirze chwil i odczuć, w nieustającym pędzie kolorów i cieni, smug jasnych i ciemnych, tonów podstawowych i teł. To są pytania o logikę istnienia i o możliwości interpretacyjne naszych umysłów, a zarazem pytania o ontologię i epistemologię naszych pojawień w świecie. Te intrygujące akwarele osiągnęły spory sukces u koneserów sztuki w Stanach Zjednoczonych, weszły do kolekcji muzealnych, znalazły też się na okładkach wielu książek, stały się synonimem dobrego smaku i nowoczesnego, bardzo osobnego podejścia do sztuki. Tak jawi się autentyczna przygoda człowieka, który wie, że poprzez sztukę abstrakcyjną można dotrzeć do rzeczywistej głębi przeżywania świata i do takich miejsc, gdzie wolna jaźń spotyka się ze snem, a barwy układają się jakby w muzyczne tony i brzmią pośród przestrzeni jak dalekie wołanie nieznanych chwil. (Prezentuję dwie prace z cyklu Commentary To Humanscape – Kontakt z autorem dzieł: kosber2002@roadrunner.com)

beres2

MIROSŁAWA WOJSZWIŁŁO

mira1Mirosława Wojszwiłło jest wileńską poetką, która kilkanaście lat temu wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych i obecnie mieszka w Farmington Hills, w stanie Michigan. Jej poezja jest nieustającym wracaniem do czasów litewskiej szczęśliwości, pierwszych wzruszeń i uniesień, do chwil, które w pamięci lśnią niczym drogocenny klejnot. Autorka patrzy na siebie i ludzi wokół niej, podąża powrotnym szlakiem na starówkę, gdzie Jak z kości słonia wyrzeźbiona/ W centrum dzwonnica wzrok przyciąga./ Igrają krzyże koronkowe; wraca do czasów dzieciństwa i młodości, do porywów uczuć, do serca bijącego miarowym rytmem i oddechu wypełniającego płuca czystym powietrzem. W taki sposób buduje poetka w swojej poezji świątynię, w której przebywa i modli się słowami wiersza. Wydostała się z sowieckiej matni zraniona, ale też pamiętająca o chrześcijańskiej zasadzie: miłuj nieprzyjaciół swoich. Dlatego nie oskarża, a jedynie opowiada synowi o tych przerażających dniach ku przestrodze. Pamiętając o krzywdach, poucza syna: Dziecko moje,/ nieraz bywa,/ że szlachetną wzniosłość/ i niewinność/ przekręca intryga./ Jak walczyć?/ Przetrwać trzeba/ Dumnie i samotnie/ Ciężkie chwile/ Znosząc z dostojnością. To jest przesłanie dla syna, ale też jakby motto życia i przechodzenie pośród ludzi przez ofiarowany przez Boga czas. Rzadko się zdarza by w poezji tak wyraziście odradzała się atmosfera miasta młodości, by z taką intensywnością powracały kształty budynków i topografia miejsc, by wreszcie, tak urodziwie malowały się przestrzenie liryczne. Autorka mówi o uczuciach czystych i szuka takich samych słów, czasem rymuje, czasem pisze wierszem białym, zawsze jednak formę dostosowując do wagi omawianych zdarzeń. Zawsze jej słowa zmierzają ku najżarliwszemu z uczuć – ku miłości. I tak jak różne są skale i natężenie tęsknoty, tak w książce Wojszwiłło różne są rodzaje miłości – a więc najpierw ta do syna, potem ta do wybranego mężczyzny, ta do matki i ta do miasta, w którym rodziła się bolesna wrażliwość. Miłość i ciepło, subtelna delikatność są spoiną tych wierszy, w których jednak przejmującym tonem jest powracająca stale nostalgia. Łzy, łzy, łzy nie przestają płynąć z oczu, ból nie cichnie w sercu, wspomnienia dotykają najgłębszych zakątków duszy. Wtedy wiersz staje się ukojeniem, a jego melodia oczyszcza świadomość i zaklina świat, niczym modlitwa, niczym dotknięcie czarodziejskiej różdżki. Poezja Wojszwiłło jest dopełnianiem nie zamkniętych przestrzeni. Jest próbą niemożliwego powrotu i negacją ucieczki, jest komunią z ojczyzną i jej pochwałą: ZIEMIO WILEŃSKA,/ Gruncie w p l o n obfity,/ Piastunko myśli/ w niebo szybującej./ Ziemio zroszona/ Łzą i krwią poległych./ Ojczyzno wszystkich,/ Matko dzieci swoich./ Źródło natchnienia,/ Rozpacz beznadziei,/ Bezpieczność w modłach/ I szczęście w nadziei. W takich słowach Litwa i Wilno odradzają się stale, w takich strofach żyją wielością bytów przeszłości, pulsującej szczęściem kotliny. Autorka pisze, bo w słowach udaje się jej połączyć z czasem straconym i światem dawno odeszłym – pisze, bo w takim wczuwaniu się i w takim odpamiętywaniu jest jakiś element wzniosły, chwila wyniesiona do rangi sacrum.

SEN IX

Nie wiem jak długo szedłem tym korytarzem ciemność i cisza spowodowały że straciłem poczucie czasu  podążałem wolno pewnie stawiając kroki w ich rytmie była nadzieja – żyłem – jeszcze żyłem patrząc na zawieszone na ścianie lampki oliwne starałem się nie myśleć o tym co się stało ale też było to silniejsze ode mnie wciąż powracała myśl o porażce którą nie z własnej winy poniosłem to dziwne ale nie myślałem wtedy dlaczego wepchnęli mnie do tego tunelu i krzyknęli ze śmiechem idź prosto przed siebie na końcu tej drogi znajdziesz swoje przeznaczenie może stało się tak dlatego że w pierwszej chwili pomyślałem o śmierci czegoż innego mogłem się od nich spodziewać ich śmiech sprawił że przez chwilę krótszą niż ruch skrzydła ibisa chciałem zerwać się jak oszalały i biec przed siebie byle szybciej zajrzeć śmierci w oczy ale w tej samej też chwili zrozumiałem że nie pokonam moich wrogów gołymi rękoma i powoli krok za krokiem ruszyłem przed siebie różne myśli przychodziły mi do głowy coraz to inne głosy szeptały we mnie – rozpędź się i uderz czołem w ścianę przegryź żyły na przegubach dłoni ściśnij rękawem tuniki szyję – wsłuchiwałem się w nie z chłodną obojętnością jeśli pisana jest mi śmierć – myślałem – po co mam odbierać sobie życie ciemność korytarza intrygowała moją wyobraźnię był on bardzo długi lampki oliwne wisiały na ścianach co trzydzieści kroków kiedy po raz pierwszy się zatrzymałem znajdowałem się w idealnej ciemności nie dochodziło tutaj światło ani od tej lampki którą minąłem ani od tej którą miałem dopiero napotkać zastanawiałem się dlaczego w tak długim korytarzu żadna lampa nie zgasła wszystkie paliły się jasnym płomieniem i każda z nich miała mniej więcej równy zapas oliwy postanowiłem postawić jedną z nich na ziemi spojrzałem na płomień i zobaczyłem że nieznacznie drży pomyślałem że to mój oddech odchylił go ale przecież przechylał się w moją stronę po kilku chwilach stwierdziłem ze zdumieniem że odchylenie płomienia nie ustępuje jednocześnie wyczułem lekkie drżenie ziemi przyłożyłem ucho do kamiennej posadzki i usłyszałem jakby cichy odgłos nie naoliwionego koła i ledwie słyszalny szum wody spływającej kaskadami z wysokości ruszyłem przed siebie i po trzydziestu krokach natknąłem się na kolejną lampkę powoli ostrożnie zdjąłem ją ze ściany i znowu spostrzegłem że płomień jest odchylony ale co dziwne odchylał się teraz ode mnie jakbym lekko na niego chuchał położyłem lampkę na ziemi i poszedłem dalej moje kroki były miarowe dlatego szedłem wciąż mniej więcej z jednakową szybkością jakże się przeraziłem gdy spostrzegłem że od tej pory wszystkie lampki leżały na ziemi usiadłem  w ciemności i zacząłem się zastanawiać nagle błysnęła mi w głowie myśl że może chodzę dookoła ale jak mogłoby to być możliwe oprawcy zapewne chcieli poddać mnie jakiejś torturze powoli w mojej świadomości zaczął się rysować obraz kilku prostych jak ślad kół rydwanu korytarzy poruszających się na wielkich kołach i stykających się z innymi korytarzami mogłem tak chodzić i chodzić w nieskończoność gdyby nie nasze wojska zginąłbym w tych lochach z wycieńczenia braku jadła i wody

« Older entries

%d blogerów lubi to: