OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (9)

f174b358a517ee8d7962b074106e256c

Tej lipcowej niedzieli wstałem wcześnie rano, umyłem się dokładnie, zjadłem na śniadanie talerz mleka z rozdrobnioną bułką, masłem i cukrem, a potem założyłem obcisłe dżinsy, białą, bawełnianą koszulkę z portretem Johna Lennona i stanąłem przy oknie by zlustrować pogodę. Wychodząc z domu narzuciłem jeszcze na siebie kurtkę Rifle, z której byłem dumny i nosiłem ją nawet wtedy, gdy było mi w niej za ciepło. Koło ósmej rano nie było jeszcze chłopaków na podwórku, ale zauważyłem, że nasz ranny ptaszek Norman siedzi na ławce, nieopodal swojej klatki schodowej. Słońce już solidnie przygrzewało i zapowiadał się wspaniały dzień, z błękitnym niebem i światłem; upalny jak w tropikach, o których czytałem wiele książek, marząc o podróżach, polowaniach i odkrywaniu w głuszy tajemniczych zakątków. Norman trzymał w prawej ręce ogromne radio tranzystorowe i lekko chwiał się do przodu w rytm jakiejś piosenki. Ruszyłem przed siebie i po dojściu do niego, bez słowa usiadłem na ławce i zacząłem wsłuchiwać się w niepokojące słowa dobiegające z głośników: She came to me one morning/ One lonely Sunday morning/ Her long hair flowing/ In the midwinter wind/ I know not how she found me/ For in darkness I was walking/ And destruction lay around me/ From a fight I could not win. Pieśń była niepokojąca, a wokalista, wspomagany przez gitary i perkusję rytmicznie dopowiadał kolejne treści, raz po raz przerywając je wokalizą aaaaaaa aaaaaaa aaaaaaa. Straszliwie cierpiałem w ostatnich tygodniach z powodu miłości, która nie mogła się spełnić i opowieść o dziewczynie, która przyszła do artysty pięknego, niedzielnego poranka, podnieciła we mnie uśpione żądze. Długie włosy mojej dziewczyny też pięknie powiewały na wietrze i przed oczyma wyobraźni zobaczyłem ją, jak nadchodzi naga z daleka, kusi i wabi mnie niczym złu duch. Słońce wspinało się po jasnych gładziach błękitu, ale w moim sercu była zima i zdawało mi się, że kroczę pośród ciemności, wszędzie widząc zniszczenie, rozdarte przez huragany drzewa, zburzone domy i leżące na ziemi płoty, ogromne wyrwy po pociskach i leje po bombach. Krajobraz jak ze zdjęć wojny w Wietnamie, które stale oglądałem w telewizji, w gazetach i magazynach. I było też we mnie przekonanie, że walka, którą toczę jest z góry przegrana i już niedługo polegnę w niej, a kumple – tacy jak Norman – zarzucą sobie mojego trupa na ramiona i poniosą w dal na cmentarz, do przygotowanego naprędce grobu.

1157

Uriah Heep

Norman ruszał się rytmicznie i jakby potwierdzał kiwaniem głowy, że to, o czym śpiewa wokalista jest prawdziwe i głębokie. To był czas mojego zachłyśnięcia językiem angielskim i proste słowa dekodowałem bez trudu, tym bardziej, że trafiały wprost do mojej duszy: She asked me name my foe then/ I said the need within some men/ To fight and kill their brothers/ Without thought of love or God/ And I begged her give me horses/ To trample down my enemies/ So eager was my passion/ To devour this waste of life. Tak, miałem wtedy wielkiego wroga i nienawidziłem zabijania, rozczulając się do łez nad zdjęciami nagich wietnamskich dzieci, biegnących z przerażeniem drogą pośród ryżowych pól. Mógłbym zatem powiedzieć jej, że moim największym nieprzyjacielem była ludzka nienawiść, której już tyle doświadczyłem, a jedynym ratunkiem mogło być wejście do świata baśni i legend, powieści Tolkiena i Carrolla, limeryków Leara. Choć moja dziewczyna doświadczała mnie straszliwie, czułem, że mogłaby dać mi cudowne rumaki, którymi stratowałbym wrogów świata i ludzkości. Głęboko wierzyłem, że mam do spełnienia wielką misję, a gdyby jeszcze ona ruszyła na złocistej klaczy tuż przy mnie, zawojowalibyśmy glob, przemierzyli ogromne przestrzenie i czuli swoją bliskość tak, jak nikt jeszcze nigdy jej nie czuł. Proste uderzenia w perkusję nadawały tajemny rytm mojemu pragnieniu i zostałem błyskawicznie wprowadzony do świata czystych uczuć i najpiękniejszej miłości, do krain bez śmierci i rozpadu. Gdzieś w dali zieleniły się wysokie wzgórza, a za nimi trwały we fiolecie i błękicie skaliste, ośnieżone szczyty, postrzępione turnie i iglice. Stałem przy niej i trzymałem rękę na jej drżącym ramieniu, a potem zbliżyłem usta do jej ust i długo, namiętnie ją całowałem z zamkniętymi oczyma, pieściłem dłonią powiewające włosy i czułem, że jesteśmy jednością, pełnią, świętą chwilą dwóch mężnych bytów, zlewających się w heroiczny kształt niezwyciężonego wojownika. Nieodparcie też zacząłem lekko ruszać głową jak Norman, potwierdzając, że pieśń jest prawdziwa, piękna i głęboka, dobrze oddająca to, co czułem. Jej niepokój też był dobry, bo odnosił wszystko do walk toczonych z moją dziewczyną, do jej rozbicia i smutku, nieustannego rozpamiętywania tego co było i marzenia o nowych, wspaniałych dniach – tak, ona chciała ze mną walczyć i natychmiast rezygnowała z boju, chciała stać przy mnie i wciąż ode mnie uciekała: But she wouldn’t think of battle that/ Reduces men to animals/ So easy to begin/ And yet impossible to end/ For she’s the mother of all men/ Who counselled me so wisely then/ I feared to walk alone again/ And asked if she would stay. To nas różniło – ja chciałem być nieustraszonym rycerzem, krwawo rozprawiającym się z wrogami, a ona była smutną hipiską, świętą pacyfistką, matką całej ludzkości. Choć nic nie mogła zrobić, roiła coś o walce, mówiła, że wojna zamienia ludzi w zwierzęta, kochała piękne stroje i przepych dawnych dam, ale ubierała się skromnie, narzucała na siebie dżinsową koszulę i wplatała krwawniki i maki w grube warkocze. Bolała jak rana, gojąca się na chwilę i wciąż rozszarpywana, szczególnie, gdy zapowiadała odejście, albo pojawienie się jakiegoś różowego księcia z długimi, tlenionymi włosami, na karym albo białym koniu.

Ken Hensley - wtedy i później

Ken Hensley – wtedy i później

Przyjaciel spojrzał do mnie i rzucił przez zęby między zwrotkami: Uriah Heep… Sprzysiężenie hipisów… Jego znajomość języka angielskiego była dość prymitywna, ograniczała się do kilku wyrazów i nie wiem skąd wziął to tłumaczenie nazwy zespołu? Byłem właśnie po emocjonalnej lekturze Davida Copperfielda Karola Dickensa i dobrze zapamiętałem szubrawca Uriasza Heepa, czarnego typa z kart tej powieści, więc uśmiechnąłem się tylko i nic nie powiedziałam, pamiętając jak wybuchowy potrafi być Norman. Książkę Dickensa dała mi moja dziewczyna, zaznaczając, że koniecznie muszę ją przeczytać, więc zabrałem się do lektury niezwłocznie, myśląc, że może znajdę w niej jakiś tajemny kod, który chciała mi przekazać. Ale wtedy opowieść angielskiego pisarza znudziła mnie solidnie, rozczarowała swoją rozwlekłością, a może najciekawszą kreacją wydała mi się postać Heepa, obłudnika, szumowiny nieustannie knującej intrygi, by zdobyć majątek pracodawcy, doktora Wickfielda, a potem po zdemaskowaniu i skazaniu, udającego wzorowego więźnia. Od razu chwyciłem dowcip chłopaków z zespołu utworzonego w 1969 roku, tym bardziej, że mieścił się on w obrębie hipisowskiego pure nonsensu, wcześniej pojawiającego się w piosenkach The Beatles, The Animals i takich pieśniarzy jak Janis Joplin, Jim Morrison, Jimi Hendrix. Uriah Heep bliżsi byli cukierkowatej refleksji Scotta McKenzie’ego (San Francisco. Be Sure to Wear Flowers in Your Hair) albo Alberta Hammonda (It Never Rains in Southern California), a z drugiej strony podążali w stronę hard rocka, progresywnie używając gitar i instrumentów klawiszowych, wplatając do tekstów postaci baśniowe, tworząc mitologię lustra, magii i snu. Ich liderem był wokalista David Byron, ale z powodu pijaństwa został usunięty z bandu, a jego miejsce zajął gitarzysta i klawiszowiec Ken Hensley i to on zaśpiewał i nagrał słynna balladę, której słuchaliśmy wtedy na ławce. Podążając od art rocka do heavy metalu, zespół wydał wiele płyt i zyskał sławę światową, choć niektórzy ironiści wytykali im śpiewne melodie, rozbudowane chóry i czasem zbyt proste, słabe teksty. W latach siedemdziesiątych XX wieku zaczynała się ich wielka popularność, do czego przyczyniły się takie pieśni jak Lady In Black. Norman nie rozumiał teksu, czasem tylko wyławiał jakieś słowa, ale podobała mu się melodia, mocny glos Hensleya, a nade wszystko rytm i powtarzalność kolejnych partii muzycznych. Łatwo można było się nauczyć tego i potem powtarzać fonetycznie, wzbudzając zachwyt chłopaków i dziewcząt. Ja jednak słuchałem uważnie i włosy stawały mi dęba na głowie, bo to była opowieść o mnie i o mojej pięknej pani: Oh lady lend your hand outright/ And let me rest here at your side/ Have faith and trust/ In peace she said/ And filled my heart with life/ There is no strength in numbers/ Have no such misconception/ But when you need me Be assured I won’t be far away. Często wtedy myślałem o samobójstwie i o tym by kiedyś spocząć w grobie przy niej, ale pamiętałem też o jej pragnieniu życia, o zapewnieniach o miłości, a potem o ucieczkach i zaprzeczeniach, o nieustannym lęku, jaki miałem w sercu z jej powodu. Chciałem by wyciągnęła ku mnie swą dłoń i trafiały do mnie jej hipisowskie narracje na temat pokoju, opowieści o życiu pośród innych ludzi, wspaniałych podróżach i wnikaniu do magicznego świata poezji, literatury fantasy i muzyki. Liczby dla niej nie miały znaczenia i wierzyłem, że z czasem się zmieni, zacznie kalkulować i nie będzie już taka rozchwiana, stale zmieniająca swoje podejście do mnie, raz obdarzająca mnie czułością, a innym razem uciekająca w ramiona innego chłopaka. Słuchając ballady Hensleya chciałem wierzyć, że będzie zawsze blisko mnie i gdy tylko ją zawołam, przybędzie jak cudowna wróżka, dotknie różdżką dłoni mej głowy i zniknie przygnębienie, poczucie przegrania i rozpacz.

uriahheep_022
Norman co jakiś czas spoglądał na mnie i jakby jeszcze mocniej kiwał głową, rytmicznie potwierdzał, że wszystko rozumie i jest to też jego historia. Teraz, gdy z bólem w sercu  patrzę na skończone życie, gdy staję nad grobem człowieka, który po latach sięgnął dna i został zgarnięty z ulicy jak śmieć, zastanawiam się czy nie było w tym jakiegoś przeczucia. Miał swoje nadzieje i wielkie miłości, ale nic mu się nie udało i w końcu nieczuły na jego krzywdy ojciec, wygnał go z domu i skazał na pustą egzystencję istoty bezdomnej. I nie przyszła do niego mistyczna kobieta, by mu pomóc, wydobyć z dna na powierzchnię życia – przyszła tylko starucha w czerni i zamachnęła się bezlitośnie kosą, kończąc jego ziemskie męki. Ostatnia zwrotka Lady In Black była dla mnie bolesna i słuchałem jej z narastającym przerażeniem: Thus having spoke she turned away/ And though I found no words to say/ I stood and watched until I Saw/ Her black coat disappear/ My labour is no easier/ But now I know I’m not alone/ I find new heart each time/ I think upon that windy day/ And if one day she comes to you/ Drink deeply from her words so wise/ Take courage from her/ As your prize/ And say hello from me. Tak, to była zapowiedź odejścia miłości, wielkiego przerażenia i zamilknięcia, to było potwierdzenie nieuchronnego rozstania z nią, znikającego w dali czarnego płaszcza. A zapewnienia Hensleya, że stanie się ona matką dla każdego, czułą kochanką tych, którzy tęsknią za prawdziwą miłością, nauczycielką życia i ostatnią szansą, tylko podsycały we mnie płomień beznadziei i rozpaczy. Pieśń jeszcze brzmiała, gdy zerwałem się z ławki, odprowadzany przez zdziwione spojrzenie Normana, a powtarzane monotonnie aaaaaaa aaaaaaa aaaaaaa, było jak memento naszego spotkania, tego niedzielnego, w pełnym słońcu i tego październikowego, gdy jego brudne, wychudzone ciało wsuwano do czarnego worka, by zawieść je na cmentarz i pochować w ciszy, bez rodziny, bez kumpli i bez pieśni, których słuchał. Zostawiłem go i biegłem jakiś czas przed siebie, nie zauważyłem też, że znalazłem się na cmentarzu, pośród nagrobków z granitu i marmuru. Przede mną była rzeźba anioła ze zniszczoną twarzą, bez wyrazu, bez ludzkich cech, jakby celowo okaleczona by wyrażała upadek tego, co w ziemskim świecie budujemy, destrukcję ludzkich kształtów, nie do ocalenia. Po jakimś czasie między skrzydłami anioła usiadła młoda sójka i zaczęła przyglądać mi się ciekawie, przeskakiwała na głowę, potem zatrzymywała się na złożonych do modlitwy dłoniach, by wznieść się na chwilę w powietrze i wrócić z powrotem ku anielskim skrzydłom. Tylko młode ptaki są takie nieostrożne i tylko ludzka młodość bywa tak dramatyczna, pełna nieoczekiwanych zwrotów sytuacji, stale pojawiających się zagrożeń i niepotrzebnych walk. Wyciągnąłem prawą dłoń i ptak po chwilowym wahaniu usiadł na niej przekręcając głowę w prawo i lewo, prezentując swoje kruche piękno, niczym baletnica na scenie. Powoli wydobyłem z kieszeni orzeszek, zbliżyłem do dzióbka i uśmiechnąłem się lekko do odważnego towarzysza. Chwycił fistaszka i z radosnym skrzekiem odleciał ku najbliższym drzewom morwowym, a ja westchnąłem głęboko, wstałem z ławki i nagle zgłodniały, przybity i jakże samotny, powoli ruszyłem do domu.

Reklamy

LEONARD COHEN 1934-2016

mtiwnja4njmznzc1mji4ndi4

Smutek od samego rana… Wczoraj poinformowano, że 7 listopada zmarł w Stanach Zjednoczonych Leonard Cohen, jeden z moich przewodników życiowych, osoba bliska mi jak członek rodziny. Kochałem jego ballady od pierwszych chwil, gdy je wysłuchałem, wczytywałem się w teksty, bo była w nich mądrość i filozofia życia, prawda o czasie i ludziach. Sięgając myślą do wielu etapów mojego życia, zawsze słyszę jego wspaniałe pieśni, czy to w małym pokoiku na bydgoskim osiedlu Błonie, czy na szlakach Ameryki, Chin, wielu krajów Europy i Azji, w przygodnych mansardach artystów i w pokojach luksusowych hoteli, zawsze on – z taśmy, z płyty, a potem z ipodów i smartfonów. Wiele razy stylizowałem szczególne momenty mojego życia i wplatałem w nie jego muzykę, głos, poezję – stojąc na Liberty Island, wspinając się na chiński mur, zbliżając się do Araratu, albo płynąc statkiem po Bosforze, zamyślając się nad Niemnem, wpatrując w fale Atlantyku i Morza Śródziemnego. Tak łączyłem magię tych chwil z głębią jego przesłania – dla ludzkości, która odeszła, odchodzi i dla tej, która nadejdzie. Mógłbym tu przywołać wiele szczególnych pieśni, wiele clipów, ale przecież w takiej chwili trzeba przede wszystkim podkreślić żal i ból z powodu jego odejścia. Wczoraj świat zubożał w jednej chwili, a ja – od momentu gdy zobaczyłem ostatnie publiczne wystąpienie Leonarda – wiedziałem, że jego życie nieubłaganie zbliża się do końca. Utwierdziłem się w tym przekonaniu, gdy wysłuchałem niezwykłych songów z ostatniej płyty, dopiero co opublikowanej w październiku tego roku, w której pojawiły się tony eschatologiczne i poeta wprost mówił: I am ready my Lord… Ta śmierć pokazuje jak mało mamy czasu, nawet jeśli osiągamy szczyty sławy, tworzymy wielkie dzieła, nie starcza chwil, by ogarnąć wszystko wzrokiem i spojrzeć na nasze dzieje ze szczytu pięknej góry. Ona przychodzi nieodwołalnie i burzy wszystko, a szczególnie te ludzkie konstrukcje, które wydawały się wieczne, nienaruszalne. Głos w ostatnich pieśniach jest przytłumiony, brunatny, czarny, przechodzący w melorecytację, ale to jest najpełniejsze podsumowanie i potwierdzenie, że wszystko przemija i każdy płomień gaśnie… Jeszcze jedno mądre, bolesne wskazanie, których tyle w utworach barda z Kanady, jeszcze jedno arcydzieło w ciągu wielu niezwykłych realizacji. Dzisiaj stając nad otwierającym się grobem Leonarda Cohena, wpatruję się w ciemność, szukam potwierdzenia, że liczy się tylko życie, aktywność i twórczość – liczy się indywidualny wymiar egzystencji, który zaczyna promieniować na coraz szersze kręgi, a potem staje się legendą. Żegnaj przyjacielu, żegnaj bracie – żyliśmy w tym samym czasie na Ziemi i wspierałeś mnie wiele razy… Dziękuję Ci za poezję i każdą pieśń z osobna, dziękuję za twoją obecność w moim losie. Odchodzisz w ciemność, ale za tobą snuje się najczystsze, żywe światło – odchodzisz do wieczności, ale zostajesz w sercach ludzkich, w pieśniach i w chwilach, w ulotnej energii i bólu…

BLOWIN’ IN THE WIND

get-2-wpapi-wp-pl

Przyznanie literackiej Nagrody Nobla Bobowi Dylanowi wprawiło mnie w spore osłupienie, choć to przecież artysta, który wywierał na mnie wpływ od wielu, wielu lat. Szczególnie ceniłem jego akustyczne ballady z pierwszego okresu twórczości – później też przemawiał do mnie, a pieśń pt. Hurricaine o amerykańskim bokserze wagi średniej, który został niesprawiedliwie osądzony i odsiedział wiele lat w więzieniu, wzruszyła mnie do łez. Niestety od płyty Slow Train Coming z 1979 roku, zacząłem odchodzić od Dylana jako muzyka. Jego kolejne transkrypcje własnych utworów i eksperymenty z brzmieniem, przy dość skromnych warunkach wokalnych, nie potrafiły mnie rozpalić, jak wcześniej ballady: Blowin’ In the Wind, Times They Are a- Changing, Mr. Tambourine Man. Po intensywnym słuchaniu utworów tego twórcy, gdzieś w połowie lat siedemdziesiątych, miałem dziwny sen, który opisałem w jednym z wierszy. Obok Cohena i Baez, był Dylan jednym z filarów nurtu balladowego, który zawsze obecny był w moim życiu, pojawiał się w tle prac pisarskich, albo towarzyszył mi w licznych podróżach. Od wielu lat śledzę werdykty Akademii Szwedzkiej, a nawet byłem organizatorem konferencji naukowej o noblistach i redaktorem tomu prezentującego polskich noblistów literackich. Zdarzało się też, że na swoich drogach spotykałem laureatów tej prestiżowej nagrody i twórców nominowanych do niej. W październiku każdego roku śledziłem notowania poszczególnych twórców i czasem udawało mi się przewidzieć zwycięzcę. W tych rankingach od dawna pojawiał się Bob Dylan, ale jego nominacje traktowałem jako rodzaj hołdu oddanego genialnemu twórcy, bez realnych szans na osiągnięcie ostatecznego sukcesu. W tym roku to, co wydawało się niemożliwe, stało się faktem i moje zdumienie nie jest odosobnione, tym bardziej, że spodziewano się, że Nobel trafi do Adonisa, albo do Rotha, Oates, Murakamiego. Doceniam rewolucyjność tego aktu, bezprecedensowe uhonorowanie artysty, który wywierał wpływ na pokolenia i w protest songach odważnie piętnował zło, ale jednak mamy tutaj do czynienia z kontrowersją natury estetycznej. Dylan jest autorem wielu znaczących pieśni, ale zawsze miały one charakter ulotny i umowny, literackość jego tekstów bywała wątpliwa, a czasem wręcz kontrowersyjna. Wielkość Dylana jako artysty rockowego jest bezdyskusyjna, ale jakże tekst jego ballady może stanąć do konfrontacji z Ziemią jałową Eliota, powieściami Faulknera, Hemingwaya, Marqueza, opowiadaniami Munro albo dramatami Pintera? Dylan kwalifikował się raczej do pokojowej Nagrody Nobla, za hardość i bezkompromisowość, za walkę jaką prowadził z amerykańskim establishmentem, za mówienie prawdy o tyranach i niesprawiedliwości społecznej. Nie wyobrażam sobie jednak jego konfrontacji na polu literatury – jakby nie doceniać wkładu Dylana do kultury światowej, nigdy nie sięgnął on literackich wyżyn, a jego ballady – co natychmiast wskazano – graniczą z piosenkami Presleya, Beatlesów, Madonny czy Michaela Jacksona. Nawet jeśli reprezentują inny styl, to mieszczą się w tym samym nurcie muzyki rockowej, melodyjnej opowieści, w której tekst rzadko odgrywa najważniejszą rolę. Widać to zresztą w wielu balladach Dylana, w których mamy do czynienia z nostalgicznym powtarzaniem tej samej cząstki – ot jak choćby w utworze pt. Man Gave Names to All the Animals. Ucieszył mnie ogromny sukces twórcy z mojego panteonu muzyki popularnej, a zarazem zaskoczył, bo literatura odsunięta tutaj została na dalszy plan. Ale może nie ma o co kruszyć kopii, nie ma co zadawać za wielu pytań, bo przecież w naszym świecie zawsze i wszędzie prawdziwą odpowiedź zna tylko wiatr…

KOLEJNE BALLADY TOMKA BATEŃCZUKA

LebiodaZlotaZrenica-OKL2-przod

Tomek Bateńczuk znowu mnie zaskoczył… Dziękując raz jeszcze wsłuchuję się w słowa wierszy z mojego nowego tomu poetyckiego – Złota źrenica Wiersze belgijskie 1985-2015. Właśnie ukazał się i jest to już piata publikacja w ciągu lirycznych wspomnień z podróży. To określenie ma tutaj charakter umowny – zaproponowany przez Krzysztofa Derdowskiego – ale są w tych tomach także wiersze, nazwijmy to „ogólne”, w których „dekoracje” nie mają znaczenia, a liczy się myśl i próba mierzenia się z ludzkim losem, z ogromami i treściami ważnymi dla mnie w danym okresie.

JESZCZE RAZ TOMASZ BATEŃCZUK

Tomek ma przedziwną umiejętność tworzenia pieśni z wierszy białych i rytmizowania ich przy pomocy tworzonej muzyki. Słuchanie nowych realizacji zawsze jest dla mnie świętem i odsłania nieuświadamiane głębie tego, co piszę. Oto kolejne ballady, pieśni, wiersze. Dziękuję…

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (8)

by Photos8.com

Nie wiem kiedy po raz pierwszy usłyszałem Scarborough Fair, tradycyjną angielską balladę, której rodowód sięga czasów średniowiecza. Już wtedy organizowano czterdziestopięciodniowy targ w północno-wschodniej Anglii, w mieście Scarborough, leżącym nad Morzem Północnym. W moim życiu pieśń ta pojawiła się, gdy gdzieś usłyszałem piosenkę, powstałą na jej bazie i śpiewaną przez Paula Simona i Arta Garfunkela. Była taka krucha, delikatna i tak pięknie amerykański duet ją interpretował. Choć moja znajomość z tymi chłopakami związana była przede wszystkim z puszczanymi stale w radiu El Condor Pasa i Sound of Silence, to dopiero zetknięcie się z balladą Scarborough Fair spowodowało, że bliżej zainteresowałem się dwiema skrajnie różnymi postaciami o anielskich głosach. Pierwszy zespół założyli w 1957 roku, ale od roku 1964 zaczęli występować jako Simon & Garfunkel, zdobywając wielką sławę i w ciągu zaledwie sześciu lat tworząc wiele przebojów, na czele z piosenkami z filmu Absolwent. Komponował je przede wszystkim Paul, ale bez wysokiego, czystego głosu Arta nie miałyby swego charakteru. Lubiłem dynamiczną piosenkę Mrs. Robinson, monumentalną Bridge Over Troubled Water i pełną siły The Boxer, ale najwięcej wzruszeń wiązało się zawsze z nagłym wybrzmieniem Scarborough Fair, najczęściej z radia, w jakimś samochodzie, w autobusie albo niespodziewanie, na stateczku pływającym po jeziorach mazurskich. To był czas intensywnej nauki języka angielskiego i nagłego odsłaniania się znaczeń licznych utworów, ballad i songów, które wcześniej miały ledwie walor muzyczny, brzmieniowy.

Paul i Art śpiewali tę folkową pieśń, wzbogacając ją o przesłania antywojenne, co znakomicie komponowało się z moją fascynacją ruchem hipisowskim i przeżywaną miłością do ciemnowłosej, zakręconej dziewczyny. Słuchałem w skupieniu dziwnych słów i ciepło rozlewało się w moim sercu: Are you goin’ to Scarborough Fair?/ Parsley, sage, rosemary, and thyme./ Remember me to one who lives there,/ she once was a true love of mine. Nie chciałem odwiedzać żadnego targu, a tym bardziej w dalekim angielskim mieście, ale cieszyło mnie owo połączenie słów: pietruszka, szałwia, rozmaryn i tymianek, jakby to było jakieś magiczne zaklęcie i klucz do wielkiej tajemnicy miłości. Wiele się działo w tamtym czasie i już, po rozstaniu z ukochaną, zawędrowałem z grupą teatralną na wschód kraju. Jednego dnia, gdy słońce było w zenicie, ubrany tylko w czerwoną, bawełniana koszulkę z wizerunkiem Che Guevary i wytarte dżinsy Rifle, przysiadłem na brzegu rzeki i przyglądałem się rybitwom śmigającym nad tonią. Nagle zza moich pleców doleciały słowa: Tell her to make me a cambric shirt/ Parsley, sage, rosemary, and thyme/ Without no seams nor needlework/ Then she’ll be a true love of mine. Bałem się obejrzeć, tak cudowny był ten żeński głos i po cichu dopowiadałem zdania, będące w zamyśle pieśniarzy pogłosem głównego tekstu: On the side of a hill in the deep forest green./ Tracing a sparrow on snow-crested ground./ Blankets and bedclothes the child of the mountain./ Sleeps unaware of the clarion call. Przy ostatnim zdaniu, mówiącym o śnie przy trąbce wzywającej do boju, podniosłem głos i odwróciłem się za siebie. Nieco wyżej siedziała piękna blondynka o długich, słomianych włosach i uśmiechała się do mnie. Miała na zgrabnych nogach pończochy w kolorowe plamy i krótką spódniczkę z dżinsu firmy Lee, jej seledynowa koszulka bez ramion opinała spore piersi, a na szyi nosiła wiele sznurów małych koralików. Jak błyskawica przeleciały przez moją głowę słowa prośby o uszycie koszuli z muślinu nicią, która nie tknie haftu i szwu, a potem znaczenie zdań, które dopiero co wyszeptałem i zaśpiewałem o dziewczynie, śledzącej wróbla i śpiącej na zboczu.

Podszedłem kilka kroków wyżej i usiadłem przy niej, czując, że serca bije mi coraz mocniej i mocniej. Poczułem zapach jej sypkich włosów i zauważyłem, że ma niebieskie oczy, wydęte usta i mały, piegowaty nosek. Kości policzkowe wydatnie wznosiły się, co powodowało, że bardzo przypominała Brigitte Bardot. Uśmiechnęła się lekko, gdy przy niej usiadłem ale nie przestała śpiewać znakomitą angielszczyzną: Tell her to find me an acre of land/ Parsley, sage, rosemary, and thyme/ Between salt water and the sea strands/ Then she’ll be a true love of mine. Nie miałem dobrego głosu, więc dopowiadałem tylko moje kwestie: On the side of a hill, a sprinkling of leaves./ Washes the grave with silvery tears./ A soldier cleans and polishes a gun. Nagle odłożyła gitarę, podała mi prawą dłoń I powiedziała:

             – Jestem Jenny, czy to ciebie zawsze szukałam…?

Nie wiedziałem co mam powiedzieć, ale ona nie czekała na to, przybliżyła się do mnie, objęła mnie za szyję i zaczęła czule całować. Nie pogodziłem się jeszcze z stratą mojej dziewczyny, ale jej usta były ciepłe i zmysłowe, a piersi napierały tak mocno, że w jednej chwili oszalałem na jej punkcie. Całowaliśmy się przez godzinę, zaczepiani przez przechodzących hipisów, aż wreszcie podnieśliśmy się z ziemi i poszliśmy w kierunku hotelu. Mieszkałem z dwoma kolegami w jednym pokoju, ale ona została zakwaterowana w „jedynce”, więc udaliśmy się do niej. Byłem oszołomiony jej bezpośredniością i cały drżałem, nie dowierzając w to, co się wydarzało. Po wejściu do pokoju usiadła na łóżku, wzięła do ręki gitarę i zaśpiewała: Tell her to reap it in a sickle of leather/ Parsley, sage, rosemary, and thyme/ And gather it all in a bunch of heather/ Then she’ll be a true love of mine… usadowiłem się przy niej, objąłem ją ramieniem, a ona powoli odłożyła instrument i wyciągnęła się na łóżku. Przestraszony, ale chciwy ciepła i dotyku, zacząłem zdejmować z niej skąpe ubranie, a gdy zsuwałem z gładkich nóg barwne pończochy czułem w sobie taki żar, jakbym zaraz miał spłonąć. Kochaliśmy się całą noc, pijąc w przerwach piwo z zielonych butelek i nucąc cicho, ze smutkiem, końcowe słowa pieśni Simona i Garfunkela: War bellows, blazing in scarlet battalions./ Generals order their soldiers to kill./ And to fight for a cause they’ve long ago forgotten.

– Nienawidzę wojny – powiedziała.
– Ja też nie cierpię zabijania – odparłem.
– Nie wierzę ci… – zaskoczyła mnie nagle.
– Dlaczego Jenny?
– Bo nosisz na piersiach portret Che Guevary…

Zrozumiałem jej zwątpienie, a choć fascynowałem się wtedy tym bydlakiem, to zrozumiałem, że Jenny jest totalną pacyfistką i nie zgadza się na rozwiązywanie konfliktów przy pomocy siły, nie godzi się na zabijanie niewinnych ludzi, czy to cywilów, czy żołnierzy. Pokiwałem głową i szepnąłem jej do ucha: Are you going to Scarborough Fair?/ Parsley, sage, rosemary, and thyme./ Remember me to one who lives there,/ she once was a true love of mine… Gdy obudziłem się rano Jenny już nie było w pokoju, nie było też jej rzeczy, a na stoliku leżała kartka pocztowa z fotografią Central Parku. Odwróciłem ją i przeczytałem: Don’t search me, don’t ask me… było mi przykro, ale pomyślałem, że może tak powinno to się skończyć, bo nie zapomniałem całkowicie ciemnowłosej. Grupa teatralna Jenny ruszyła rano niewielkim busem, pomalowanym w kolorowe kwiaty, do innego miasta, a ja poszedłem nad brzeg rzeki i długo wpatrywałem się w połyskującą wodę. Gdzieś daleko, z jakiegoś radia, rozlegał się śpiew Simona i Garfunkela, a  moje usta bezwiednie powtarzały: she once was a true love of mine… Parsley, sage, rosemary, and thyme…

GŁOWA HAYDNA

Joseph_Haydn

Czytam monografię Karla Geiringera, poświęconą Josephowi Haydnowi, mojemu uwielbianemu kompozytorowi, którego muzyka od wielu lat towarzyszy mi w pracy literackiej. Niegdyś stale zmieniałem płyty winylowe, odtwarzane na gramofonie Bambino, a teraz sprawa jest ułatwiona, bo korzystam z ogromnego archiwum komputerowego, w którym znaczące miejsce zajmują kompozycje tego twórcy. Należy on do wielkiej trójcy klasyków wiedeńskich, razem z Mozartem i Beethovenem, ale jego styl i zwiewność tonów, nowatorskie wykorzystanie instrumentów i kontrapunktów, a nade wszystko niezwykła pomysłowość muzyczna, pozwalają go natychmiast oddzielić od śpiewnych dzieł autora Czarodziejskiego fletu i potężnych kompozycji twórcy Missy solemnis. Biografia Haydna wskazuje jak trudno było chłopcu z ubogiej rodziny cieśli wiejskiego, wspiąć się na wyżyny sztuki europejskiej, ale też dokumentuje niezłomną siłę woli i nieustanne wspinanie się ku coraz większym wyzwaniom. Taki wspaniały rozwój możliwy był przede wszystkim dzięki możnemu protektorowi, jakim stała się arystokratyczna, węgierska rodzina Esterházych, ale też dzięki cechom charakteru Haydna, jednego z dwanaściorga dzieci, biorącego przykład z pracowitej matki i uzdolnionego ojca. Książka Geiringera należy do kanonu literatury poświęconej kompozytorowi, analizuje zdarzenia życia, ale też opisuje i komentuje najważniejsze dzieła, staje się prawdziwym przewodnikiem tego, co najistotniejsze, co staje się esencją losów tego niezwykłego geniusza. To już moja druga lektura tej pracy i doskonale zapamiętałem jakie wrażenie, podczas pierwszego spotkania czytelniczego, chyba z trzydzieści lat temu, zrobił na mnie ostatni rozdział – Osobliwe postludium, właściwie krótki komentarz, wieńczący wszystko. Znajdują się w nim informacje o pośmiertnych losach ciała Haydna i opis jego makabrycznej profanacji: przyjaciel Haydna, J. Carl Rosenbaum – były sekretarz księcia Esterházego oraz Johann N. Peter – administrator domu poprawczego, przekupili grabarza i ukradli głowę Haydna w kilka dni po pogrzebie, by „uchronić ją przed profanacją”. Można sobie wyobrazić jak podłego czynu dokonali ci ludzie, odcinając głowę dopiero co pochowanego kompozytora, a potem w jakiś sposób pozbawiając ją mózgu, skóry i innych tkanek miękkich. Gdy sprawa wyszła na jaw, w grę wchodziła już tylko czaszka kompozytora, choć i wtedy próbowano dokonać zamiany. Podobno motywacją złodziei była chęć znalezienia w mózgu Haydna miejsca, które generowało genialne kompozycje, ale nietrudno się domyślić, że w grę wchodziły przede wszystkim pieniądze. Gdy w 1932 roku nowy książę wybudował wspaniały, marmurowy sarkofag w Bergkirche, ale musiały minąć jeszcze dwadzieścia dwa lata, zanim czaszka została umieszczona obok innych szczątków. Z trójki klasyków wiedeńskich tylko Beethoven doczekał się godziwego pochówku, w którym brało udział dwadzieścia tysięcy ludzi. Mozarta pochowano we wspólnym grobie trzeciej klasy (nieprawdą jest, że był to dół dla biedaków), który już po dziesięciu latach wykorzystano ponownie. Dzieje pośmiertne ciała Haydna wskazują, że nasz ludzki świat pełen jest makabry, chaosu, braku poszanowania wielkich osiągnięć i… co tu wiele gać – zwykłej głupoty. Bez względu na to, co wyprawiali podli podludzie ze zwłokami Haydna, jego muzyka pozostanie na zawsze wyrazem wielkiego humanizmu i najczystszego piękna, a postawa życiowa – przepełniona aktami hojności i dobroci – będzie wzorem dla wielu pokoleń.

DALSZE PIEŚNI TOMKA BATEŃCZUKA

Ku mojej radości powstały kolejne cztery pieśni do wierszy z tomu pt. Ormiańska tancerka. Poznański bard, jak zawsze, wykonał swoją pracę na najwyższym poziomie.

MARÍA DE BUENOS AIRES

Sandra Rumolino - piękno, anielski głos i mistyka Maríi de Buenos Aires

Sandra Rumolino – piękno, anielski głos i mistyka Maríi de Buenos Aires

Wczoraj byłem na koncercie w Filharmonii Pomorskiej, w ramach pięćdziesiątego trzeciego Bydgoskiego Festiwalu Muzycznego. Artyści z Argentyny i Stanów Zjednoczonych, a także polscy wirtuozi i recytatorzy zaprezentowali słynną tango operitę María de Buenos Aires (1968) Astora Piazzolli i Horracio Ferrera. Publiczność źródłowo wprowadził w klimat kultury latynamerykańskiej i wskazał wagę tego dzieła, znany dziennikarz i translator Jarosław Gugała, a potem zaczęła się prawdziwa uczta muzyczna i duchowa. Utwór prezentuje historię prostytutki z Buenos Aires, która żyje intensywnie w świecie realnym, a przy tym orbituje stale ku przestrzeniom skaralnym i staje się multiplikacją Dziewicy Maryi. Zdumiewająca muzyka Piazzolli znakomicie współgra tutaj z surrealistyczną poezją Ferrera, jakby z ducha Federica Garcii Lorci i Rubéna Darío, zwiewną, delikatną, ale zawierającą też tony modernistyczne i niezwykłe, innowacyjne złożenia metaforyczne. Maria umiera i staje się zjawą krążącą po zaułkach i tawernach Buenos Aires, wyrażającą wielką ogólnoludzką tęsknotę za czystością i pełnią, symbolizowaną przez Matkę Chrystusa. Klimat latynoski stworzyła niezwykła muzyka, a także słowo przekazywane przez aktorów i dodatkowo pojawiające się na wielkim ekranie. Niewątpliwą gwiazdą bydgoskiej inscenizacji była Sandra Rumolino, jakby prawdziwa zjawa znad La Platy, jakby ucieleśnienie tanga i smutku dalekich przestrzeni, zapatrzenia w miłość, życie i śmierć. Ta piękna kobieta, zjawiskowo ukształtowana przez naturę i obdarzona wspaniałym głosem, świetnie współbrzmiała z amerykańskim tenorem Nathanem Grannerem. Nad całością przedsięwzięcia czuwał Krzysztof Meisinger, który zagrał też wszystkie partie gitarowe i prowadził muzyków Capelli Bydgostiensis wprawną ręką, z wyczuciem wszelkich niuansów tej skomplikowanej inscenizacji i aranżacji. Wzruszyłem się bardzo podczas tego wspaniałego koncertu i potwierdziłem w sobie wieloletnie życiowe pragnienie, by pojechać nad La Platę i przejrzeć się w jej toniach, spotkać się z ludźmi wielkiej wrażliwości i nieustannych poszukiwań odpowiedzi na podstawowe pytania naszej egzystencji. Choć koncert był długi, publiczność wymusiła oklaskami wspaniały bis argentyńskiej artystki, a mnie skóra cierpła z poruszenia, poczucia łączności z jej życiem i tajemnym, mistycznym, ulotnym jak mgły, światem Maríi de Buenos Aires.

NOWE PIEŚNI TOMKA BATEŃCZUKA

Tomek Bateńczuk nie przestaje mnie zaskakiwać – każda jego piosenka jest jak dar dla mnie i dla mojej poezji, a żywiołowy odbiór innych ludzi potwierdza znakomitą jakość tych utworów. Z niecierpliwością czekam na kolejne realizacje, tym razem po podróży do Armenii i Górnego Karabachu.

« Older entries

%d blogerów lubi to: