PRZECIW ROZPADOWI…

Wieści docierające do nas z Włoch, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych są zatrważające, ale jednak staram się pisać. Zapewne tak samo czuli się twórcy podczas II wojny światowej – wszystko wokół waliło się, rozsypywało w pył od wybuchów bomb i pocisków, a oni mimo wszystko pracowali w swoich samotniach. Koronawirus uświadamia ludziom ich śmiertelność i to, że szybko mogą odejść z tego świata, zostawiwszy po sobie bałagan, wiele niedokończonych projektów, pogniecionych papierów i zapomnianych fotografii. Ale przecież atak chińskich drobinek niczego nie zmienia w ludzkiej sytuacji, zawsze na granicy światów, wciąż w obliczu zapadnięcia się w nicość. Naszą świadomość utrzymuje równomierny rytm krwi, krążącej w żyłach, a myśli możliwe są tylko, gdy nieustannie wdychamy i wydychamy powietrze. A jeszcze pożywienie, którego nie może brakować, a jeszcze uczucia, które każą nam wierzyć, że życie ma sens. Ludzie rodzili się i umierali, zawsze tak było i zawsze tak będzie, ale dopiero sytuacje krańcowe przypominały im, że wszystko może się skończyć bardzo szybko. Świadomość – tak krucha i subtelna – zaniknie w ułamku sekundy, otwierając nieodwołalnie czarną czeluść wieczności, nie dając szansy na wypowiedzenie słów pożegnalnych. W obliczu śmierci wszyscy jesteśmy równi, a przetrwać możemy tylko w świecie żywych bytów, chwilowych jak wszystko, ale w procesie wzrastania i zdobywania świadomości, mogących natknąć się na przejawy naszej aktywności. Dzisiaj zmarł Krzysztof Penderecki, a choć pozostawił po sobie przeogromny dorobek muzyczny, choć zasadził wiele drzew, stworzył wspaniały dwór i wielką enklawę parkową, musiał zostawić wszystko i poddać się prawom entropii. W ciągu trzystu sześćdziesięciu pięciu dni jest ten jeden, który będzie jak postawienie finalnej kropki, jak przewrócenie ostatniej karty księgi życia, jak gasnący oddech i światło zamierające w źrenicach. Myślę o śmierci, ale staram się pisać w trudnej, ogólnoludzkiej sytuacji, mimo wszystko próbuję podążać dalej, tworzyć własną historię, bo tylko tak można istnieć i przeciwstawiać się rozpadowi…

NIC NIE ZOSTANIE…

W związku z kolejną rocznicą śmierci Ludwiga van Beethovena znalazłem w Internecie fotografię jego maski pośmiertnej. Wykonano ją po zaledwie pięćdziesięciu sześciu latach niezwykłego życia, które starczyło by tego wspaniałego człowieka uznać za jednego z najwybitniejszych kompozytorów w dziejach muzyki. Choć od dwudziestego piątego roku swej egzystencji, zmagał się z postępującą głuchotą, stworzył wiele dzieł, które stały się prawdziwymi pomnikami sztuki kompozytorskiej, na pograniczu klasycyzmu i romantyzmu i w czasach późniejszych. Zmagając się z chorobami i zrządzeniami okrutnego losu, Beethoven stworzył dzieła, w których doskonała forma łączyła się z apoteozą wolności i godności jednostki, czystego heroizmu oraz autentycznego braterstwa ludzi wszystkich wieków. W moich młodych latach często słuchałem symfonii ostatniego z klasyków wiedeńskich, ale też szybko zacząłem szukać innych jego utw0orów i zainteresowałem się koncertami fortepianowymi, uwerturami, kwartetami i sonatami. Zapewne od niego przejąłem też kult bohaterstwa i zainteresowałem się tonami heroicznymi w twórczości Adama Mickiewicza. Teraz – w czasach światowej epidemii koronawirusa – patrząc na jego maskę pośmiertną pomyślałem o czasie, który każdy z nas otrzymuje w darze od biologicznych rodziców i od wszechświata, którego dziećmi najrealniej jesteśmy. Biografie takich ludzi jak Beethoven uczyć nas powinny pokory i wciąż uświadamiać, że tego czasu mamy bardzo mało i jeśli nie wykorzystamy go właściwie, żadnej powtórki nie będzie. Ludzki geniusz potrafi objawić się już w młodym wieku i często bywa tak intensywny, że potrzebuje zaledwie dwóch, trzech dekad, by lśnić potem w glorii sławy przez stulecia. Tak było w przypadku Artura Rimbauda, Blaise’a Pascala, Fryderyka Szopena, Juliusza Słowackiego, Georga Gordona Byrona, Franza Schuberta, Franza Kafki, żeby przypomnieć tylko kilka biografii. Beethoven żył ledwie pięćdziesiąt sześć lat i trzy miesiące, więc na dobrą sprawę nigdy nie zestarzał się finalnie, choć błędy młodości i choroby tak dały mu się we znaki, że jego zejście z tego świata naznaczone było wielkimi cierpieniami. Ogromną rolę odegrał tutaj ołów powszechny w naczyniach, z których korzystał kompozytor, a także w wodach mineralnych, które pił i okładach, które ordynował mu lekarz. Biografię Beethovena warto przywoływać w rozmowach z tymi, którzy minąwszy barierę sześćdziesięciu czy siedemdziesięciu lat, wciąż zapowiadają stworzenie arcydzieła, które rzuci na kolana całą ludzkość. Ale tacy, nawet, gdy będą umierać, nie zrozumieją, że zmarnowali swój depozyt czasowy i praktycznie nic po nich nie zostanie…

ŁAD

Pierwsze miesiące roku to czas zmiennej pogody, mrozu i wiatru, paru dób cieplejszych i znowu napastliwego chłodu. Krótkie dni pełne są szarości, sinych oparów i mlecznych mgieł, pojawiającego się nagle i szybko topniejącego śniegu albo lodowatego deszczu. Ratunkiem w takim czasie jest ciepły dom i praca w pokoju wypełnionym książkami, obrazami i grafikami, a nade wszystko gorąca herbata, kawa i muzyka dolatująca z głośników. Praca literacka jest moim wielkim błogosławieństwem, a stabilność życiowa tego momentu pozwala mi realizować kolejne projekty, czasem zakrojone na szeroką skalę. To także czas porządkowania i przygotowań do kolejnych podróży, chwile niepowtarzalne, wieńczone wydrukami kolejnych tekstów i książek. Od czasów młodzieńczych słucham wiele muzyki klasycznej i teraz też rozbrzmiewają w moim pokoju koncerty uroczyste Georga Philippa Telemanna. Ostatnio znowu upodobałem sobie muzykę barokową, a nowością są utwory wokalne epoki, szczególnie te wplecione w większe kompozycje. Piękne dźwięki stają się kontrapunktem dla zamglenia, ledwie widocznego słońca i braku witaminy D, ale też tworzą klimat, przydają energii, wnoszą do życia harmonię i ład.

MIEJSCE OSTATNIE

Ostatnio często słuchałem ballad Leonarda Cohena, znajdując w nich głębie, których wcześniej nie zauważałem. Ten człowiek odegrał bardzo ważną rolę w moim życiu i nadal jest kimś niezwykłym. Tak jak ja popełnił wiele błędów i tak jak ja odnalazł chwile świetliste. W Internecie pojawiły się fotografie miejsca jego spoczynku, na cmentarzu żydowskim, nieopodal Montrealu. Kładę symboliczny kamień na płycie jego grobu i nucę wraz z nim: Now I’ve heard there was a secret chord/ That David played, and it pleased the Lord… Halleluyah…

 

* * *

Johannes Brahms

Wyrazistość iskier Oriona na lutowym niebie… I świadomość, że wpatrywały się w niego miliardy, miliardy oczu istot żyjących w różnych epokach. To niby tylko zapatrzenie, tylko chwila zamyślenia, ale przecież to też cząstka wieczności, nieustannego trwania jaskrawych świateł pośród mroźnych przepaści. Podkreślenie ulotności ludzkiego istnienia w obliczu gwiazdozbioru, który był miliony lat przed nami i będzie miliony lat po nas. Nie wiem dlaczego, ale zatęskniłem w tej chwili do muzyki Johannesa Brahmsa i w moich myślach pojawiły się czarno-białe fotografie z jego życia. Oto wchodzi do domu Roberta Schumanna i jego żony – Clary… Oto stoi nad świeżą mogiłą tego, który jako pierwszy dostrzegł w nim geniusza, i potem ten ciąg spotkań z nią… gdy wspaniale grała na fortepianie, przygotowywała kawę, albo rozczesywała palcami jego bujne włosy… A potem cmentarz w Bonn i spóźniony przyjazd na jej pogrzeb… I jeszcze dumne tańce węgierskie, a szczególnie pierwszy z nich… Symfonie, serenady, kołysanki doskonałe jak błyski Oriona, jak lodowaty granat nad głową. I to jego zdjęcie ostatnie… Na łożu śmierci… U bram wieczności.

Clara Schumann

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (9)

f174b358a517ee8d7962b074106e256c

Tej lipcowej niedzieli wstałem wcześnie rano, umyłem się dokładnie, zjadłem na śniadanie talerz mleka z rozdrobnioną bułką, masłem i cukrem, a potem założyłem obcisłe dżinsy, białą, bawełnianą koszulkę z portretem Johna Lennona i stanąłem przy oknie by zlustrować pogodę. Wychodząc z domu narzuciłem jeszcze na siebie kurtkę Rifle, z której byłem dumny i nosiłem ją nawet wtedy, gdy było mi w niej za ciepło. Koło ósmej rano nie było jeszcze chłopaków na podwórku, ale zauważyłem, że nasz ranny ptaszek Norman siedzi na ławce, nieopodal swojej klatki schodowej. Słońce już solidnie przygrzewało i zapowiadał się wspaniały dzień, z błękitnym niebem i światłem; upalny jak w tropikach, o których czytałem wiele książek, marząc o podróżach, polowaniach i odkrywaniu w głuszy tajemniczych zakątków. Norman trzymał w prawej ręce ogromne radio tranzystorowe i lekko chwiał się do przodu w rytm jakiejś piosenki. Ruszyłem przed siebie i po dojściu do niego, bez słowa usiadłem na ławce i zacząłem wsłuchiwać się w niepokojące słowa dobiegające z głośników: She came to me one morning/ One lonely Sunday morning/ Her long hair flowing/ In the midwinter wind/ I know not how she found me/ For in darkness I was walking/ And destruction lay around me/ From a fight I could not win. Pieśń była niepokojąca, a wokalista, wspomagany przez gitary i perkusję rytmicznie dopowiadał kolejne treści, raz po raz przerywając je wokalizą aaaaaaa aaaaaaa aaaaaaa. Straszliwie cierpiałem w ostatnich tygodniach z powodu miłości, która nie mogła się spełnić i opowieść o dziewczynie, która przyszła do artysty pięknego, niedzielnego poranka, podnieciła we mnie uśpione żądze. Długie włosy mojej dziewczyny też pięknie powiewały na wietrze i przed oczyma wyobraźni zobaczyłem ją, jak nadchodzi naga z daleka, kusi i wabi mnie niczym złu duch. Słońce wspinało się po jasnych gładziach błękitu, ale w moim sercu była zima i zdawało mi się, że kroczę pośród ciemności, wszędzie widząc zniszczenie, rozdarte przez huragany drzewa, zburzone domy i leżące na ziemi płoty, ogromne wyrwy po pociskach i leje po bombach. Krajobraz jak ze zdjęć wojny w Wietnamie, które stale oglądałem w telewizji, w gazetach i magazynach. I było też we mnie przekonanie, że walka, którą toczę jest z góry przegrana i już niedługo polegnę w niej, a kumple – tacy jak Norman – zarzucą sobie mojego trupa na ramiona i poniosą w dal na cmentarz, do przygotowanego naprędce grobu.

1157

Uriah Heep

Norman ruszał się rytmicznie i jakby potwierdzał kiwaniem głowy, że to, o czym śpiewa wokalista jest prawdziwe i głębokie. To był czas mojego zachłyśnięcia językiem angielskim i proste słowa dekodowałem bez trudu, tym bardziej, że trafiały wprost do mojej duszy: She asked me name my foe then/ I said the need within some men/ To fight and kill their brothers/ Without thought of love or God/ And I begged her give me horses/ To trample down my enemies/ So eager was my passion/ To devour this waste of life. Tak, miałem wtedy wielkiego wroga i nienawidziłem zabijania, rozczulając się do łez nad zdjęciami nagich wietnamskich dzieci, biegnących z przerażeniem drogą pośród ryżowych pól. Mógłbym zatem powiedzieć jej, że moim największym nieprzyjacielem była ludzka nienawiść, której już tyle doświadczyłem, a jedynym ratunkiem mogło być wejście do świata baśni i legend, powieści Tolkiena i Carrolla, limeryków Leara. Choć moja dziewczyna doświadczała mnie straszliwie, czułem, że mogłaby dać mi cudowne rumaki, którymi stratowałbym wrogów świata i ludzkości. Głęboko wierzyłem, że mam do spełnienia wielką misję, a gdyby jeszcze ona ruszyła na złocistej klaczy tuż przy mnie, zawojowalibyśmy glob, przemierzyli ogromne przestrzenie i czuli swoją bliskość tak, jak nikt jeszcze nigdy jej nie czuł. Proste uderzenia w perkusję nadawały tajemny rytm mojemu pragnieniu i zostałem błyskawicznie wprowadzony do świata czystych uczuć i najpiękniejszej miłości, do krain bez śmierci i rozpadu. Gdzieś w dali zieleniły się wysokie wzgórza, a za nimi trwały we fiolecie i błękicie skaliste, ośnieżone szczyty, postrzępione turnie i iglice. Stałem przy niej i trzymałem rękę na jej drżącym ramieniu, a potem zbliżyłem usta do jej ust i długo, namiętnie ją całowałem z zamkniętymi oczyma, pieściłem dłonią powiewające włosy i czułem, że jesteśmy jednością, pełnią, świętą chwilą dwóch mężnych bytów, zlewających się w heroiczny kształt niezwyciężonego wojownika. Nieodparcie też zacząłem lekko ruszać głową jak Norman, potwierdzając, że pieśń jest prawdziwa, piękna i głęboka, dobrze oddająca to, co czułem. Jej niepokój też był dobry, bo odnosił wszystko do walk toczonych z moją dziewczyną, do jej rozbicia i smutku, nieustannego rozpamiętywania tego co było i marzenia o nowych, wspaniałych dniach – tak, ona chciała ze mną walczyć i natychmiast rezygnowała z boju, chciała stać przy mnie i wciąż ode mnie uciekała: But she wouldn’t think of battle that/ Reduces men to animals/ So easy to begin/ And yet impossible to end/ For she’s the mother of all men/ Who counselled me so wisely then/ I feared to walk alone again/ And asked if she would stay. To nas różniło – ja chciałem być nieustraszonym rycerzem, krwawo rozprawiającym się z wrogami, a ona była smutną hipiską, świętą pacyfistką, matką całej ludzkości. Choć nic nie mogła zrobić, roiła coś o walce, mówiła, że wojna zamienia ludzi w zwierzęta, kochała piękne stroje i przepych dawnych dam, ale ubierała się skromnie, narzucała na siebie dżinsową koszulę i wplatała krwawniki i maki w grube warkocze. Bolała jak rana, gojąca się na chwilę i wciąż rozszarpywana, szczególnie, gdy zapowiadała odejście, albo pojawienie się jakiegoś różowego księcia z długimi, tlenionymi włosami, na karym albo białym koniu.

Ken Hensley - wtedy i później

Ken Hensley – wtedy i później

Przyjaciel spojrzał do mnie i rzucił przez zęby między zwrotkami: Uriah Heep… Sprzysiężenie hipisów… Jego znajomość języka angielskiego była dość prymitywna, ograniczała się do kilku wyrazów i nie wiem skąd wziął to tłumaczenie nazwy zespołu? Byłem właśnie po emocjonalnej lekturze Davida Copperfielda Karola Dickensa i dobrze zapamiętałem szubrawca Uriasza Heepa, czarnego typa z kart tej powieści, więc uśmiechnąłem się tylko i nic nie powiedziałam, pamiętając jak wybuchowy potrafi być Norman. Książkę Dickensa dała mi moja dziewczyna, zaznaczając, że koniecznie muszę ją przeczytać, więc zabrałem się do lektury niezwłocznie, myśląc, że może znajdę w niej jakiś tajemny kod, który chciała mi przekazać. Ale wtedy opowieść angielskiego pisarza znudziła mnie solidnie, rozczarowała swoją rozwlekłością, a może najciekawszą kreacją wydała mi się postać Heepa, obłudnika, szumowiny nieustannie knującej intrygi, by zdobyć majątek pracodawcy, doktora Wickfielda, a potem po zdemaskowaniu i skazaniu, udającego wzorowego więźnia. Od razu chwyciłem dowcip chłopaków z zespołu utworzonego w 1969 roku, tym bardziej, że mieścił się on w obrębie hipisowskiego pure nonsensu, wcześniej pojawiającego się w piosenkach The Beatles, The Animals i takich pieśniarzy jak Janis Joplin, Jim Morrison, Jimi Hendrix. Uriah Heep bliżsi byli cukierkowatej refleksji Scotta McKenzie’ego (San Francisco. Be Sure to Wear Flowers in Your Hair) albo Alberta Hammonda (It Never Rains in Southern California), a z drugiej strony podążali w stronę hard rocka, progresywnie używając gitar i instrumentów klawiszowych, wplatając do tekstów postaci baśniowe, tworząc mitologię lustra, magii i snu. Ich liderem był wokalista David Byron, ale z powodu pijaństwa został usunięty z bandu, a jego miejsce zajął gitarzysta i klawiszowiec Ken Hensley i to on zaśpiewał i nagrał słynna balladę, której słuchaliśmy wtedy na ławce. Podążając od art rocka do heavy metalu, zespół wydał wiele płyt i zyskał sławę światową, choć niektórzy ironiści wytykali im śpiewne melodie, rozbudowane chóry i czasem zbyt proste, słabe teksty. W latach siedemdziesiątych XX wieku zaczynała się ich wielka popularność, do czego przyczyniły się takie pieśni jak Lady In Black. Norman nie rozumiał teksu, czasem tylko wyławiał jakieś słowa, ale podobała mu się melodia, mocny glos Hensleya, a nade wszystko rytm i powtarzalność kolejnych partii muzycznych. Łatwo można było się nauczyć tego i potem powtarzać fonetycznie, wzbudzając zachwyt chłopaków i dziewcząt. Ja jednak słuchałem uważnie i włosy stawały mi dęba na głowie, bo to była opowieść o mnie i o mojej pięknej pani: Oh lady lend your hand outright/ And let me rest here at your side/ Have faith and trust/ In peace she said/ And filled my heart with life/ There is no strength in numbers/ Have no such misconception/ But when you need me Be assured I won’t be far away. Często wtedy myślałem o samobójstwie i o tym by kiedyś spocząć w grobie przy niej, ale pamiętałem też o jej pragnieniu życia, o zapewnieniach o miłości, a potem o ucieczkach i zaprzeczeniach, o nieustannym lęku, jaki miałem w sercu z jej powodu. Chciałem by wyciągnęła ku mnie swą dłoń i trafiały do mnie jej hipisowskie narracje na temat pokoju, opowieści o życiu pośród innych ludzi, wspaniałych podróżach i wnikaniu do magicznego świata poezji, literatury fantasy i muzyki. Liczby dla niej nie miały znaczenia i wierzyłem, że z czasem się zmieni, zacznie kalkulować i nie będzie już taka rozchwiana, stale zmieniająca swoje podejście do mnie, raz obdarzająca mnie czułością, a innym razem uciekająca w ramiona innego chłopaka. Słuchając ballady Hensleya chciałem wierzyć, że będzie zawsze blisko mnie i gdy tylko ją zawołam, przybędzie jak cudowna wróżka, dotknie różdżką dłoni mej głowy i zniknie przygnębienie, poczucie przegrania i rozpacz.

uriahheep_022
Norman co jakiś czas spoglądał na mnie i jakby jeszcze mocniej kiwał głową, rytmicznie potwierdzał, że wszystko rozumie i jest to też jego historia. Teraz, gdy z bólem w sercu  patrzę na skończone życie, gdy staję nad grobem człowieka, który po latach sięgnął dna i został zgarnięty z ulicy jak śmieć, zastanawiam się czy nie było w tym jakiegoś przeczucia. Miał swoje nadzieje i wielkie miłości, ale nic mu się nie udało i w końcu nieczuły na jego krzywdy ojciec, wygnał go z domu i skazał na pustą egzystencję istoty bezdomnej. I nie przyszła do niego mistyczna kobieta, by mu pomóc, wydobyć z dna na powierzchnię życia – przyszła tylko starucha w czerni i zamachnęła się bezlitośnie kosą, kończąc jego ziemskie męki. Ostatnia zwrotka Lady In Black była dla mnie bolesna i słuchałem jej z narastającym przerażeniem: Thus having spoke she turned away/ And though I found no words to say/ I stood and watched until I Saw/ Her black coat disappear/ My labour is no easier/ But now I know I’m not alone/ I find new heart each time/ I think upon that windy day/ And if one day she comes to you/ Drink deeply from her words so wise/ Take courage from her/ As your prize/ And say hello from me. Tak, to była zapowiedź odejścia miłości, wielkiego przerażenia i zamilknięcia, to było potwierdzenie nieuchronnego rozstania z nią, znikającego w dali czarnego płaszcza. A zapewnienia Hensleya, że stanie się ona matką dla każdego, czułą kochanką tych, którzy tęsknią za prawdziwą miłością, nauczycielką życia i ostatnią szansą, tylko podsycały we mnie płomień beznadziei i rozpaczy. Pieśń jeszcze brzmiała, gdy zerwałem się z ławki, odprowadzany przez zdziwione spojrzenie Normana, a powtarzane monotonnie aaaaaaa aaaaaaa aaaaaaa, było jak memento naszego spotkania, tego niedzielnego, w pełnym słońcu i tego październikowego, gdy jego brudne, wychudzone ciało wsuwano do czarnego worka, by zawieść je na cmentarz i pochować w ciszy, bez rodziny, bez kumpli i bez pieśni, których słuchał. Zostawiłem go i biegłem jakiś czas przed siebie, nie zauważyłem też, że znalazłem się na cmentarzu, pośród nagrobków z granitu i marmuru. Przede mną była rzeźba anioła ze zniszczoną twarzą, bez wyrazu, bez ludzkich cech, jakby celowo okaleczona by wyrażała upadek tego, co w ziemskim świecie budujemy, destrukcję ludzkich kształtów, nie do ocalenia. Po jakimś czasie między skrzydłami anioła usiadła młoda sójka i zaczęła przyglądać mi się ciekawie, przeskakiwała na głowę, potem zatrzymywała się na złożonych do modlitwy dłoniach, by wznieść się na chwilę w powietrze i wrócić z powrotem ku anielskim skrzydłom. Tylko młode ptaki są takie nieostrożne i tylko ludzka młodość bywa tak dramatyczna, pełna nieoczekiwanych zwrotów sytuacji, stale pojawiających się zagrożeń i niepotrzebnych walk. Wyciągnąłem prawą dłoń i ptak po chwilowym wahaniu usiadł na niej przekręcając głowę w prawo i lewo, prezentując swoje kruche piękno, niczym baletnica na scenie. Powoli wydobyłem z kieszeni orzeszek, zbliżyłem do dzióbka i uśmiechnąłem się lekko do odważnego towarzysza. Chwycił fistaszka i z radosnym skrzekiem odleciał ku najbliższym drzewom morwowym, a ja westchnąłem głęboko, wstałem z ławki i nagle zgłodniały, przybity i jakże samotny, powoli ruszyłem do domu.

LEONARD COHEN 1934-2016

mtiwnja4njmznzc1mji4ndi4

Smutek od samego rana… Wczoraj poinformowano, że 7 listopada zmarł w Stanach Zjednoczonych Leonard Cohen, jeden z moich przewodników życiowych, osoba bliska mi jak członek rodziny. Kochałem jego ballady od pierwszych chwil, gdy je wysłuchałem, wczytywałem się w teksty, bo była w nich mądrość i filozofia życia, prawda o czasie i ludziach. Sięgając myślą do wielu etapów mojego życia, zawsze słyszę jego wspaniałe pieśni, czy to w małym pokoiku na bydgoskim osiedlu Błonie, czy na szlakach Ameryki, Chin, wielu krajów Europy i Azji, w przygodnych mansardach artystów i w pokojach luksusowych hoteli, zawsze on – z taśmy, z płyty, a potem z ipodów i smartfonów. Wiele razy stylizowałem szczególne momenty mojego życia i wplatałem w nie jego muzykę, głos, poezję – stojąc na Liberty Island, wspinając się na chiński mur, zbliżając się do Araratu, albo płynąc statkiem po Bosforze, zamyślając się nad Niemnem, wpatrując w fale Atlantyku i Morza Śródziemnego. Tak łączyłem magię tych chwil z głębią jego przesłania – dla ludzkości, która odeszła, odchodzi i dla tej, która nadejdzie. Mógłbym tu przywołać wiele szczególnych pieśni, wiele clipów, ale przecież w takiej chwili trzeba przede wszystkim podkreślić żal i ból z powodu jego odejścia. Wczoraj świat zubożał w jednej chwili, a ja – od momentu gdy zobaczyłem ostatnie publiczne wystąpienie Leonarda – wiedziałem, że jego życie nieubłaganie zbliża się do końca. Utwierdziłem się w tym przekonaniu, gdy wysłuchałem niezwykłych songów z ostatniej płyty, dopiero co opublikowanej w październiku tego roku, w której pojawiły się tony eschatologiczne i poeta wprost mówił: I am ready my Lord… Ta śmierć pokazuje jak mało mamy czasu, nawet jeśli osiągamy szczyty sławy, tworzymy wielkie dzieła, nie starcza chwil, by ogarnąć wszystko wzrokiem i spojrzeć na nasze dzieje ze szczytu pięknej góry. Ona przychodzi nieodwołalnie i burzy wszystko, a szczególnie te ludzkie konstrukcje, które wydawały się wieczne, nienaruszalne. Głos w ostatnich pieśniach jest przytłumiony, brunatny, czarny, przechodzący w melorecytację, ale to jest najpełniejsze podsumowanie i potwierdzenie, że wszystko przemija i każdy płomień gaśnie… Jeszcze jedno mądre, bolesne wskazanie, których tyle w utworach barda z Kanady, jeszcze jedno arcydzieło w ciągu wielu niezwykłych realizacji. Dzisiaj stając nad otwierającym się grobem Leonarda Cohena, wpatruję się w ciemność, szukam potwierdzenia, że liczy się tylko życie, aktywność i twórczość – liczy się indywidualny wymiar egzystencji, który zaczyna promieniować na coraz szersze kręgi, a potem staje się legendą. Żegnaj przyjacielu, żegnaj bracie – żyliśmy w tym samym czasie na Ziemi i wspierałeś mnie wiele razy… Dziękuję Ci za poezję i każdą pieśń z osobna, dziękuję za twoją obecność w moim losie. Odchodzisz w ciemność, ale za tobą snuje się najczystsze, żywe światło – odchodzisz do wieczności, ale zostajesz w sercach ludzkich, w pieśniach i w chwilach, w ulotnej energii i bólu…

BLOWIN’ IN THE WIND

get-2-wpapi-wp-pl

Przyznanie literackiej Nagrody Nobla Bobowi Dylanowi wprawiło mnie w spore osłupienie, choć to przecież artysta, który wywierał na mnie wpływ od wielu, wielu lat. Szczególnie ceniłem jego akustyczne ballady z pierwszego okresu twórczości – później też przemawiał do mnie, a pieśń pt. Hurricaine o amerykańskim bokserze wagi średniej, który został niesprawiedliwie osądzony i odsiedział wiele lat w więzieniu, wzruszyła mnie do łez. Niestety od płyty Slow Train Coming z 1979 roku, zacząłem odchodzić od Dylana jako muzyka. Jego kolejne transkrypcje własnych utworów i eksperymenty z brzmieniem, przy dość skromnych warunkach wokalnych, nie potrafiły mnie rozpalić, jak wcześniej ballady: Blowin’ In the Wind, Times They Are a- Changing, Mr. Tambourine Man. Po intensywnym słuchaniu utworów tego twórcy, gdzieś w połowie lat siedemdziesiątych, miałem dziwny sen, który opisałem w jednym z wierszy. Obok Cohena i Baez, był Dylan jednym z filarów nurtu balladowego, który zawsze obecny był w moim życiu, pojawiał się w tle prac pisarskich, albo towarzyszył mi w licznych podróżach. Od wielu lat śledzę werdykty Akademii Szwedzkiej, a nawet byłem organizatorem konferencji naukowej o noblistach i redaktorem tomu prezentującego polskich noblistów literackich. Zdarzało się też, że na swoich drogach spotykałem laureatów tej prestiżowej nagrody i twórców nominowanych do niej. W październiku każdego roku śledziłem notowania poszczególnych twórców i czasem udawało mi się przewidzieć zwycięzcę. W tych rankingach od dawna pojawiał się Bob Dylan, ale jego nominacje traktowałem jako rodzaj hołdu oddanego genialnemu twórcy, bez realnych szans na osiągnięcie ostatecznego sukcesu. W tym roku to, co wydawało się niemożliwe, stało się faktem i moje zdumienie nie jest odosobnione, tym bardziej, że spodziewano się, że Nobel trafi do Adonisa, albo do Rotha, Oates, Murakamiego. Doceniam rewolucyjność tego aktu, bezprecedensowe uhonorowanie artysty, który wywierał wpływ na pokolenia i w protest songach odważnie piętnował zło, ale jednak mamy tutaj do czynienia z kontrowersją natury estetycznej. Dylan jest autorem wielu znaczących pieśni, ale zawsze miały one charakter ulotny i umowny, literackość jego tekstów bywała wątpliwa, a czasem wręcz kontrowersyjna. Wielkość Dylana jako artysty rockowego jest bezdyskusyjna, ale jakże tekst jego ballady może stanąć do konfrontacji z Ziemią jałową Eliota, powieściami Faulknera, Hemingwaya, Marqueza, opowiadaniami Munro albo dramatami Pintera? Dylan kwalifikował się raczej do pokojowej Nagrody Nobla, za hardość i bezkompromisowość, za walkę jaką prowadził z amerykańskim establishmentem, za mówienie prawdy o tyranach i niesprawiedliwości społecznej. Nie wyobrażam sobie jednak jego konfrontacji na polu literatury – jakby nie doceniać wkładu Dylana do kultury światowej, nigdy nie sięgnął on literackich wyżyn, a jego ballady – co natychmiast wskazano – graniczą z piosenkami Presleya, Beatlesów, Madonny czy Michaela Jacksona. Nawet jeśli reprezentują inny styl, to mieszczą się w tym samym nurcie muzyki rockowej, melodyjnej opowieści, w której tekst rzadko odgrywa najważniejszą rolę. Widać to zresztą w wielu balladach Dylana, w których mamy do czynienia z nostalgicznym powtarzaniem tej samej cząstki – ot jak choćby w utworze pt. Man Gave Names to All the Animals. Ucieszył mnie ogromny sukces twórcy z mojego panteonu muzyki popularnej, a zarazem zaskoczył, bo literatura odsunięta tutaj została na dalszy plan. Ale może nie ma o co kruszyć kopii, nie ma co zadawać za wielu pytań, bo przecież w naszym świecie zawsze i wszędzie prawdziwą odpowiedź zna tylko wiatr…

KOLEJNE BALLADY TOMKA BATEŃCZUKA

LebiodaZlotaZrenica-OKL2-przod

Tomek Bateńczuk znowu mnie zaskoczył… Dziękując raz jeszcze wsłuchuję się w słowa wierszy z mojego nowego tomu poetyckiego – Złota źrenica Wiersze belgijskie 1985-2015. Właśnie ukazał się i jest to już piata publikacja w ciągu lirycznych wspomnień z podróży. To określenie ma tutaj charakter umowny – zaproponowany przez Krzysztofa Derdowskiego – ale są w tych tomach także wiersze, nazwijmy to „ogólne”, w których „dekoracje” nie mają znaczenia, a liczy się myśl i próba mierzenia się z ludzkim losem, z ogromami i treściami ważnymi dla mnie w danym okresie.

JESZCZE RAZ TOMASZ BATEŃCZUK

Tomek ma przedziwną umiejętność tworzenia pieśni z wierszy białych i rytmizowania ich przy pomocy tworzonej muzyki. Słuchanie nowych realizacji zawsze jest dla mnie świętem i odsłania nieuświadamiane głębie tego, co piszę. Oto kolejne ballady, pieśni, wiersze. Dziękuję…

« Older entries

%d blogerów lubi to: