POETA KRUCHEJ LUDZKOŚCI

Foto Bob Jagendorf

Jidi Majia, będąc poetą ludu Yi, był też zawsze piewcą całej ludzkości – głęboko zatroskanym jej kondycją intelektualną i stanem fizycznym. W wierszu pt. Kim byliście? Wskazywał wagę pracy służby zdrowia i poświęcenie poszczególnych lekarzy, pielęgniarek, pracowników szpitalnych dla tych, którzy oczekiwali pomocy. To był zarazem wiersz profetyczny, w jakiś sposób zapowiadający to, co będzie się działo w dobie pandemii koronawirusa Covid-19. Poświęcony osobom, które straciły życie w trakcie wcześniejszej epidemii SARS, był pochwałą poświęcenia i walki bezimiennych bohaterów w sytuacji krańcowej, wymagającej szybko podejmowanych decyzji i oddania służbie dla człowieka. Taka postawa skojarzyła się poecie z tęczą, rozświetlającą zwykłe życie i wskazującą inną rzeczywistość, zakorzenioną w micie i podaniu kulturowym. Ludzie zajmujący się chorymi urastali w wyobraźni poety do rangi przedwiecznych herosów, śmiało idących na spotkanie ze śmiercią i wierzących, że poświęcenie dla drugiego człowieka ustawia takich opiekunów w jednym szeregu z bohaterami mitologicznymi, tworzącymi zręby dawnych struktur społecznych. W nowym poemacie – pt. Rozdarta planeta – poeta wprowadza wyraziste tony ekologiczne, przywołując najpierw zwierzę symboliczne, od dawna zagrożone wyginięciem i słynące ze swojej inteligencji i strategii łowieckich. W dawnych czasach Azję, od północy do południa i od zachodu do wschodu, przemierzały tysiące tych wolnych drapieżników, dbających o równowagę zwierzęcą w ekosystemach. Starczy przypomnieć, że w roku 1900 liczbę azjatyckich tygrysów szacowano na 100 tysięcy osobników, a sto lat później naukowcy doliczyli się ich ledwie około trzech tysięcy. Zaczynając swój poemat od przywołania zwierzęcia symbolicznego dla ludów tubylczych z pograniczy górskich i plemion żyjących w lasach, Majia dedykuje go całej ludzkości i wszystkim żywym istotom naszej planety.

            Zdumiewająca jest wiedza poety, w jednej chwili sięgająca najdalszych zakątków kształtujących się systemów społecznych, mądrze rozumiejąca współistnienie ze światem ptaków, ssaków, ryb i owadów, a potem jednym rzutem przeskakująca ku myśli Marii Curie-Skłodowskiej i jej wizji niebezpieczeństw globalnych. Majia jest intelektualistą nowego czasu, który wyszedł z zamkniętej społeczności Yi, żyjącej w chińskim interiorze, a potem widział przemiany społeczne, gospodarcze i architektoniczne współczesnych Chin, by w końcu zobaczyć cały świat, we wszelkich jego odmianach. Podróżując w imię poezji, biorąc udział w wielu festiwalach literackich, na kilku kontynentach, zauważył jak zmienia się nasz glob i odzwierciedlił to kongenialnie w swojej liryce. Jego fenomen polega na tym, że będąc poetą jakże trudnego chińskiego języka mandaryńskiego, znalazł sposób by jego poezja przeniknęła granice państwowe i kulturowe i stała się znakiem nowoczesnego kraju, rozwijającego się w zawrotnym tempie. A przy tym tak modyfikował swój warsztat liryczny, tak wsłuchiwał się w brzmienie poezji świata, że zaczął pisać wiersze uniwersalne, łatwo dające się interpretować pod różnymi szerokościami geograficznymi. Starodawna ciuchcia z jednego z jego wierszy skojarzyła się twórcom latynoskim z pojazdem wolno wspinającym się po transandyjskich torach, ułożonych przez polskiego inżyniera Ernesta Malinowskiego, ale została też rozpoznana przez poetów i krytyków w krajach europejskich, w Afryce, Australii i Ameryce Północnej. Ciuchcia jest tutaj tylko jednym z elementów, pojawiających się w tej polifonicznej poezji, ale też staje się jednym z jej niezwykłych odnowień – owych zdumiewających podążeń z rzeczywistości chińskiej ku uniwersum świata. Szybko też poeta dostrzegł w tym swoją misję i stał się jednym z najważniejszych ambasadorów kultury chińskiej we współczesnym świecie.

            Jidi Majia zauważa, że w pierwszych dziesięcioleciach XXI wieku toczy się wojna o wiele groźniejsza od starć z przeszłości. Zarazem wskazuje, że ludzkość zatoczyła krąg i znalazła się w tym samym punkcie, w którym była, gdy szalały epidemie dżumy, wietrznej ospy, grypy Hiszpanki, tyle tylko, że obecnie ta wojna jest znacznie trudniejsza. Ludzie bez problemów przekraczają granice, w ciągu jednej doby przelatują z kontynentu na kontynent i roznoszą zarazki, transportują wirusy, przyczyniają się do globalnego rozprzestrzeniania się chorób. Dopiero w takiej sytuacji Zachód po raz kolejny spotkał się ze Wschodem, nowy Jedwabny Szlak został uruchomiony, a idea jednego pasa i jednej drogi, przyczyniła się do strategicznego ożywienia ekonomicznego. Nieszczęsne wydarzenia, związane z rozprzestrzenianiem się koronawirusa nieco spowolniły tempo, ale nie zatrzymały zmian, wskazując niebezpieczeństwa i nowe zagrożenia. Wojna z ukrytym przeciwnikiem stała się realnym starciem z siłami zła – jak w dawnych opowieściach szamanów i bimo ludu Yi – osiągnęła też niespotykany dotąd pułap, mobilizując rządy na całym świecie.  W takiej sytuacji poeta opowiada się po stronie życia, a przywołując wojny przeszłości, mobilizuje światłych ludzi, by podjęli właściwe działania i przestali machać obosiecznym mieczem. Tak wraca idea solidarności i egalitaryzmu, tak poeta podkreśla wagę każdego pojedynczego życia i każdej biografii, jakże potrzebnych w procesie budowania i kształtowania świetlanej przyszłości nowych społeczeństw i kruchej ludzkości. Taki rozwój dokonał się i stale dokonuje się we Chinach i nawet najgorsze wieści z Wuhan, nie były w stanie go zatrzymać – wręcz przeciwnie idea jednego pasa i jednej drogi skonsolidowała siły i wskazała wyrazisty cel. Ludzkość przechodziła już takie krytyczne momenty i rozdzielana bywała czarnymi rowami śmierci, ale zawsze wstawała z kolan i zaczynała nowy marsz do przodu. Dla ludzkości każda śmierć – bez względu na okoliczności – jest znakiem zła i znosi potencjalne linie rozwoju, ruguje tych, którzy nagle odeszli, z planów kreślonych przez wielkich wizjonerów.                 

            Jak w innych dłuższych poematach, Majia stara się nakreślić w Rozdartej planecie wizję świata, w którym uczestniczy. To jest jego świat, oglądany oczyma człowieka Wschodu, a zarazem świat intelektualisty, który stale nawiązuje do swoich wielkich przewodników; wymienia ojców duchowych i tych, z którymi od dawna dyskutuje. Jego ogromna wiedza literacka, historyczna i filozoficzna stają się żyzną glebą, z której kiełkują – niczym rośliny – nowe idee. Poeta jakby przemyca je między słowami, wersami i strofami, ale wyrazisty egalitaryzm i ekologizm jaśnieją w pełnym blasku i stają się zwornikiem ideologicznym na wielu poziomach poematu. Wciąż podkreślając kruchość doświadczenia ludzkości, poeta wydobywa z mroków zapomnienia subtelne myśli, tworzy swoistą sieć metaforyczno-wizyjną, w której niczym poszczególne oka pojawiają się obrazy z Nowego Jorku i Meksyku, z Pekinu i Teheranu, z afrykańskiej dżungli i australijskiego buszu. Powie ktoś może, że takie panoramiczne poematy nie mogą się udać, że rozmyją się w wielosłowiu, a przywoływane obrazy nałożą się na siebie, ale przecież dzieło Majii przeczy tym obiegowym poglądom, a fenomen jego poezji dowodzi, że twórca panuje nad każdą cząstką swojego utworu. Zrozumieją to krytycy, którzy wyruszą na wyprawę do Chin i skonfrontują swoje wyobrażenia o tym kraju z rzeczywistością – zauroczą się nową architekturą miast, zamyślą się pośród grobów przeszłości, przemkną szybką koleją z północy na południe i ze wschodu na zachód.  A do tego zapoznają się z poglądami ludzi, którzy współczesne Chiny tworzą i otwierają je – jak Jidi Majia – na świat i na to, co w nim najlepsze. Wtedy zrozumieją jaką wagę mają dla nich tak symboliczne zwierzęta jak irbis, tygrys, czy cziru, wtedy dotrą do istoty uwielbienia rzek i mórz i wtedy staną w jednym szeregu z mądrymi obrońcami dzieł postępowej ludzkości. Poemat Majii może tutaj być ważnym impulsem, może jak iskra spowodować wybuch intelektualny, który zaowocuje nowymi myślami i nowymi dziełami, który zapoczątkuje wielką fascynację Chinami i światem. Tylko tak wzmocnić można kruchą ludzkość, tylko tak można przyczynić się do rozwoju nauk niezbędnych, by pokonać niewidzialnych wrogów naszej trudnej teraźniejszości.      

            Ekologia – według poety – powinna stać się nieodzowną strategią nowej ludzkości, bo tylko ona da jej szansę przetrwać pośród kataklizmów przyrody i ataków nowego, niewidzialnego wroga. W czasach bimo i opowieści o przodkach zawsze podkreślano wagę współistnienia z naturą, a modlitwy do zabijanych zwierząt nie były tylko próbami usprawiedliwień okrucieństwa związanego z polowaniem, to było ustawianie zwierząt na tym samym poziomie istnienia, to było przyznawanie im należnego miejsca w ekosystemie, obok ludzi i innych istot, egzystujących w swoich niszach istnieniowych.  Mity, opowiadane przez szamanów przy ogniskach, legendy przywoływane przez bimo podczas wielkich obrzędów kulturowych, stawały się szkołą życia i współistnienia, ale dopiero, w umyśle takiego poety jak Majia, magia, mity, historia, filozofia i rzeczywistość XXI wieku zostały wymieszane i stały się tkanką wizyjnego poematu, domagającego się uważnej analizy krytycznoliterackiej i naukowej. Jak w kalejdoskopie migają w nim zwierzęta schodzące w doliny, pierwsze samoloty braci Wright, chleb i ołówek, rakiety i statki kosmiczne, powszechna komunikacja komputerowa i nieustanne przekraczanie granic. A przy tym, przez tkankę utworu, przebija się i połyskuje obraz nieodgadnionego wszechświata, z jego niewyobrażalnymi, przeogromnymi odległościami kosmicznymi, galaktykami, gwiazdami, planetami, asteroidami i kometami. Tak w wyobraźni poety tworzy się   p r z e s t r z a ł   transcendentalny – od niewielkiej, niewidzialnej drobiny, zabijającej człowieka, do monstrualnej struktury kosmicznej, dającej się zmierzyć w parsekach i latach świetlnych. Gdzieś pośrodku tej wielkiej sakralnej przestrzeni poeta lokuje człowieka, gramolącego się na świat z kobiecego łona, a potem próbującego podtrzymać błędny ognik życia, jak najlepiej ochronić go przed deszczem i wiatrem złych dni i nocy. Zdumiewająca jest wizja planetarna poety, który co i rusz zmienia kąt widzenia i z rzeczywistości plemiennej, wiejskiej lub miejskiej kieruje uwagę czytelnika ku dalom kosmicznym, by z ich perspektywy zauważyć piękno i niepowtarzalność błękitnej planety. Chińczycy w szczególny sposób rozumieją skale czasowe w obrębie naszego świata – dla nich życie jest chwilą, stulecie minutą, a dopiero tysiąclecia zyskują wagę dziejowych godzin. Wszystko się zmienia, możemy na chwilę odgrodzić się od świata glinianą czy betonową ścianą, ale postęp jest nieuchronny i przeszłość odchodzi ku nieistnieniu jak poszczególne ludzkie byty. Tak było w czasach chińskich cesarzy, europejskich władców i tyranów i tak jest dzisiaj, gdy ludzkość sięga gwiazd, a pojazd kosmiczny z Państwa Środka ląduje na księżycu.

            Końcowy apel poety nie pozostawia złudzeń – w epoce koronawirusa potrzebna jest nowa solidarność i powrót do korzeni – do tygrysa swobodnie przemierzającego gęstwiny roślin, do irbisa sondującego zbocza gór, do stad suhaków pasących się nad brzegami jeziora Qinghai. Były gubernator tych miejsc doskonale zdaje sobie sprawę z wagi czystości natury i siły odwiecznych procesów przyrodniczych, ożywiających wielkie rzeki, oczyszczających jeziora i mnożących byty w głębinach mórz. Cywilizacje powstawały i wciąż trwają w oparciu o siły natury, a ich rozwój ściśle uwarunkowany jest tym, co dzieje się w świecie ludzkim, w przestrzeniach dominującego gatunku, który jako jedyny wydostał się z wąskich obszarów animistycznych i wzniósł się na wyższy poziom rozwoju. Szkoda byłoby zmarnować osiągnięcia wielu pokoleń i nie wolno dopuścić do tego, by ukryty wróg zawładnął światem. Nigdy dotąd – wskazuje Majia – człowiek nie stanął przed takim zadaniem i nigdy tak wyraziście nie uzewnętrzniła się potrzeba ogólnoludzkiej jedności, sprawnego podążania jedną drogą, w obrębie jednego pasa kulturowego. W takim rozumieniu przyszłość planety zależy od wszystkich żywych istot, od wspólnych działań i jednego, wielkiego wysiłku. Koronawirus powinien stać się ostrzeżeniem i zarazem przypomnieniem, że funkcjonujemy w warunkach kosmicznych, a tylko cieniutka błona ozonu chroni nas przed promieniowaniem kosmicznym i zabójczymi procesami, które w każdej chwili rozgrywają się w kosmosie. Majia nie pragnie być wieszczem i nie chce straszyć ludzkości – jego poemat jest kolejnym zwróceniem uwagi na kruchość rozdartej planety i całej ludzkości. Starczy wejść do grobowca cesarza Wanli z dynastii Ming, starczy zatrzymać się przy pysznych koronach i kościach, zdewastowanych przez czas, by zrozumieć, że w każdej epoce potrzebna jest wielka rekonstrukcja świata, odnowienie wszystkich i wszystkiego. Potrzebne jest wzmocnienie człowieka, w każdej rzeczywistości gotowego podjąć wyzwanie i stanąć do walki z widzialnym i ukrytym wrogiem.  

BROMBERG (13)

Willi nie wiedział jak dotarł do domu, ale w pamięci majaczyła mu postać jakiegoś podoficera, który zasultował mu przy Brdzie. Początkowo chciał przemknąć bokiem, ale zapomniał, że most cesarski został zburzony przez wycofujące się oddziały polskie i musiał ruszyć wzdłuż rzeki, a potem przedostać się na drugą stronę przeprawą niedaleko teatru, właśnie naprawianą przez robotników. To na nim nieomal otarł się o grubawego dowódcę, który służbiście nakazał przerwać na chwile prace i przepuścić SS-Untersturmführera. Gdy wszedł do domu na Pięknej, niewidzącym wzrokiem ogarnął wąski westybul, nie zauważając wuja i ciotki, wychylających się z kuchni i natychmiast ruszył do swojego pokoju, zamykając drzwi na klucz. Zdjął czapkę, czarne oficerki ustawił w rogu pokoju, a następnie zdjął górną część munduru i w spodniach, przytrzymywanych przez szelki, położył się na starannie pościelonym łóżku. Zasnął natychmiast i nie słyszał jak ciotka pukała kilka razy delikatnie, pragnąc mu zaoferować posiłek. Obudził się późnym wieczorem i poszedł do łazienki, gdzie umył się starannie, a potem wytarł dużym bawełnianym ręcznikiem. Przy wyjściu czekała już ciocia Eleonora, w papilotach na głowie i zielonym, wzorzystym szlafroku.

            – Co się stało mój chłopcze – zapytała z przestrachem w głosie.

Willi zauważył w półmroku małżeńskiej sypialni, że wuj Johann poruszył się niespokojnie, więc przyłożył palec wskazujący do ust i głową dał znać kobiecie, by podążyła za nim. Wszedł do swojego pokoju, a gdy i ona się w nim znalazła, teatralnym szeptem powiedział:

            – Jutro rano muszę się zameldować u dowódcy, ale potem chciałbym się spotkać z ciocią na mieście, może o dwunastej, w samo południe, niedaleko rynku…

Eleonora przestraszyła się konfidencyjnego szeptu bratanka, kiwała jednak głową, potwierdzając każde zdanie, jakby od razu godząc się na wszystko.

            – Może w Cafe Bristol, niedaleko naprawianego mostu… tam jest taka oszklona weranda… – ciągnął dalej Willi.

            –  Tak dawno nie byłam w centrum miasta… – szepnęła Eleonora – Nie wiem który lokal masz na myśli…  Aha, teraz się domyślam, chodzi ci o Cafe Kronprinz… Zdaje się, że Polacy zmienili jej nazwę na Bristol…

            – Jeśli tam jest ta oszklona weranda, to myślimy o tym samym miejscu – potwierdził von Otter, a potem jeszcze ciszej dodał  – Ale proszę o naszym spotkaniu nikomu nie mówić, nawet mężowi, bo to sprawa wagi państwowej, ściśle tajna. Rozumiemy się…?

Kobieta przeraziła się tych słów, ale kiwnęła głową potakująco i natychmiast podreptała w stronę sypialni. Poczuła jednak przyspieszony rytm serca i najpierw skierowała się do kuchni, gdzie po ciemku nabrała nieco wody z wiadra i piła ją dość długo z rzeźbionego kubka. Dopiero, gdy się uspokoiła podążyła do małżeńskiego łoża, zrzuciła przy nim szlafrok i powoli wsunęła się pod kołdrę, myśląc, że małżonek śpi. Ten jednak odwrócił się do niej i zapytał cicho:

            – Co się dzieje…? Ten Willi stale nas budzi w nocy… zachowuje się jakby to mieszkanie do niego należało…

            – Nic się nie stało, on jest tutaj daleko od najbliższej rodziny i czasem potrzebuje jakiejś rozmowy… Powiedział mi, że szykują się nowe akcje przeciwko Polakom… – skłamała szybko i odwróciła się od niego.

            – Musi pomyśleć o jakimś osobnym lokum, bo ja tego nie wytrzymuję – szepnął Johann i też odwrócił się od niej.

            – Wszyscy musimy poświęcać się dla Rzeszy i führera… – odparła wyraźnie niezadowolona.

Po kilku minutach w pokoju słychać już było ich pochrapywanie, docierające do pomieszczenia Williego, który nie mógł zasnąć, siadał na łóżku, albo wędrował do okna i zza zasuniętej zasłony patrzył na ulicę, oświetloną mdłym blaskiem lampy gazowej.  W końcu zdjął spodnie, skarpetki i koszulę, położył się na prawym boku i biegnąc myślą ku zdarzeniom w mieszkaniu Herthy, zasnął głęboko. Nie wiadomo dlaczego w jego śnie pojawił się jakiś mężczyzna z ospowatą twarzą, w czarnym, skórzanym płaszczu i tyrolskim, zielonym kapeluszu na głowie. Wpatrywał się w niego, tak jak wilk próbuje przeniknąć mrok wielkiego lasu i odnaleźć w nim ofiarę. Na szczęście ten obraz rozmył się, a w jego miejsce napłynęły kadry z ekscytującej wyprawy do miasteczka Wirsitz w wschodniej części Prus, kiedy to wraz z ojcem odwiedzili jego dalekiego kuzyna Magnusa von Brauna, sprawującego wtedy funkcję landrata. Zaprzyjaźnił się z jego synami, a szczególnie z nieomal rówieśnikiem – Wernherem, z którym odbywał długie wędrówki po okolicy. We śnie zobaczył teraz dawnego kolegę w mundurze SS-Untersturmführera, stojącego w gronie jakichś osób w białych kitlach, wyraziście gestykulującego i stale kreślącego prawą dłonią jakieś łuki w powietrzu. Znowu był w wielkiej rezydencji landrata, jadł w dużym gronie posiłki, a potem z przyjacielem włóczył się po pobliskich wzgórzach, cmentarzach i wąskich uliczkach, prowadzących do rynku. Ostatni raz spotkał się z Werhnerem w Berlinie w roku 1934, kiedy to wraz z ojcem i matką zostali zaproszeni na obiad po obronie jego doktoratu. Rozmawiali wtedy o rodzącej się sile NSDP, a kolega wspominał swój pierwszy teleskop, otrzymany od mamy w wieku trzynastu lat, który potem ukierunkował jego zainteresowania, studia i pracę nad doktoratem. Postaci we śnie rozmywały się i znikały, by znowu wrócić z jeszcze większą intensywnością, aż w końcu wszystko pochłonęła mleczna mgła. Wernher wołał go po imieniu i słychać było przeciągłe wycie wilka, dobiegające nie wiadomo skąd.

            Willi… Willi… obudź się… – lekko podniesionym głosem mówił nad nim wuj Johann – Przyjechał po ciebie kierowca twojego przełożonego…

Młodzieniec skoczył na obie nogi, podziękował wujowi i nakazał przekazać żołnierzowi, że za piętnaście minut będzie gotowy. Szybko też udał się do łazienki, gdzie spuścił wodę w ubikacji i zwymiotował. Obmył twarz zimną wodą, wrócił do swojego pokoju, szybko założył mundur i czapkę, a potem wsunął na nogi miękkie oficerki. W przedpokoju natknął się znowu na wuja, który od razu zgadał do niego:

            – Drogi chłopcze, wybacz, że powiem wprost, ale za mało tu u nas miejsca dla ciebie i dla nas… Tyle poniemieckich mieszkań stoi pustych… Może przeniósłbyś się gdzieś…, oczywiście często nas odwiedzając…?

            – Też o tym myślałem… wuju nie przejmuj się, niedługo coś wymyślę… – powiedział i wyszedł z mieszkania, a potem szybko zbiegł po schodach.

Przed domem stał czarny, lśniący Mercedes Benz 320 z zasuniętym dachem z grubego, wodoszczelnego brezentu. Tuż przy bocznym kole zapasowym stał wysoki gefrajter w polowej furażerce na głowie, zawadiacko palący papierosa. Na widok Williego, natychmiast rzucił niedopałek na ziemię i przygniótł butem, a potem zasalutował i otworzył szeroko drzwi od samochodu. Gdy SS-untersturmführer ulokował się na przednim siedzeniu, otworzył drzwi z drugiej strony, wsiadł do auta, uruchomił je i ruszył z piskiem ku pobliskiemu skrzyżowaniu.   

            – Jak tam nastrój naszego szefa – Willi próbował dowiedzieć się czegoś od kierowcy.

            – Jeszcze takiego go nie widziałem… od samego rana krzyczy na wszystkich… i mnie też się dostało nie wiadomo dlaczego… – odparł młody chłopak.

            – Czy coś się stało…? – drążył temat Willi.

            – Od czasu zniknięcia jego sekretarki jest bardzo poirytowany… – odrzekł kierowca.

            – Jak to, to ona nie pojawiła się w pracy…? – spytał oficer i poczuł jak zimny pot spływa mu po plecach.

            – Nagle zniknęła, a przecież… a to nie są moje sprawy… – prowadzący samochód uciszył sam siebie.

            – Mnie możesz powiedzieć kolego,  bo przecież jestem jego podwładnym, tak jak ty… – próbował coś uzyskać Willi.

            – To jest piękna kobieta… i może szef nie może się pogodzić, że gdzieś przepadła… Kilka razy… – powiedział chłopak i urwał nagle przerażony tym, co mówi…

            – Co kilka razy…? – syknął oficer i zwrócił twarz ku niemu.

            – Kilka razy wiozłem go do niej…do domu przy Albrecht Dürer Strasse …

Willi zaczerwienił się na całej twarzy, po czym wyjął pistolet z kabury i nagle ryknął z całych sił:

            – Jak śmiesz sugerować coś takiego… Twoim zadaniem jest prowadzenie samochodu… Niczego nie widzisz i niczego nie słyszysz i gęba na kłódkę… Inaczej szybko skończysz przed moim plutonem egzekucyjnym. Jesteś głupi, dlatego nie powiem niczego szefowi, ale pamiętaj kim kurwa jesteś. Morda w kubeł, paliwo, kierownica, opona, to twoje zajęcia…

Kierowca tak się przeraził, że musiał zwolnić, ale na szczęście już dojeżdżali do willi Blumwego.

            – Przepraszam panie SS-untersturmführer, to dla mnie ważna nauka…

            – No dobra, dobra już…tylko zapomnij o komentarzach, żyjemy w czasach stawiających nam wielkie wyzwania – powiedział Willi wysiadając z auta i cały czas gorączkowo myśląc o tym, co zasugerował mu gefrajter.  

            – Tak jest! – zasalutował chłopak już po otwarciu drzwi po stronie Williego.

Przemknął przez posterunki i już był w obszernym sekretariacie Alvenslebena, gdzie przy biurku siedział teraz jasnowłosy SS-Standartenjunker. W jego myślach pojawiła się Hertha wsuwająca mu do dłoni liścik, a potem jeszcze z jakichś czarnych przepaści napłynęła jej wyolbrzymiona, zmasakrowana twarz.

            – Melduje się SS-untersturmführer von Otter… powiedział czując, że brakuje mu powietrza.

            – Proszę wejść panie SS-untersturmführer, dowódca czeka już na pana… – bezceremonialnie wyprzedził go z meldunkiem nowy sekretarz.   

Willi podążył do wielkich drzwi i już po chwili był w gabinecie Alvenslebena, który prowadził rozmowę przez telefon.

– Tak, tak, jak najbardziej panie Neumann… – mówił – Jak pan przyleci nasz człowiek odbierze pana z lotniska i przywiezie bezpośrednio do mnie… Czekam na pana z niecierpliwością i od razu zapraszam na coś mocniejszego… Tak jest, do zobaczenia. Heil Hitler…

%d blogerów lubi to: