O ROKU ÓW…! (4)

A 380 na lotnisku we Frankfurcie

15 maja tego niezwykłego roku poleciałem wraz z żoną do Stanów Zjednoczonych i wyjazd ten – wraz z zeszłorocznym skokiem do Chin – był rodzajem podróży poślubnej. Przelecieliśmy z bydgoskiego lotniska do Frankfurtu nad Menem, a stamtąd największym samolotem świata, Airbusem A 380 pomknęliśmy za ocean. Loty z Bydgoszczy są niezbyt dobrze skorelowane z przesiadkami w wielkich portach lotniczych, więc musieliśmy szybko przebiec ogromną przestrzeń długich korytarzy lotniskowych i przy wyznaczonej bramce byliśmy dosłownie w ostatniej chwili. Wszystko zrekompensował wygodny, siedmiogodzinny lot z Hesji do Nowego Jorku, tradycyjną trasą nad Wielką Brytanią, Islandią, a potem nad kanadyjską Wyspą Księcia Edwarda, Nową Szkocją i wschodnim wybrzeżem USA. Z radością patrzyłem jak wielki samolot zaczął się zbliżać do zachodniego końca Long Island, minął charakterystyczne bagna Jamaica Bay i majestatycznie wylądował na głównym pasie lotniska Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. Ilekroć w przeszłości zbliżałem się do Nowego Jorku, czekałem na pojawienie się tych rozlewisk i patrząc przez okienko, z radością wyławiałem z zieleni ptaki, krążące nad nimi, przede wszystkim wyraziste, białe czaple. To był znak, że Ameryka znowu otwiera swoje wrota, choć przed nami była jeszcze drobiazgowa kontrola celna, weryfikacja wiz i długie oczekiwanie na przejście granicy. Na szczęście wszystko przebiegło bez komplikacji i już byliśmy w głównej hali terminalu przylotowego, skąd powędrowaliśmy na postój żółtych taksówek. Zarządzający nimi Afroamerykanin szybko przydzielił nam obszernego Forda i już ruszaliśmy na Manhattan przez Queens i północny Brooklyn, po drodze rozmawiając z pakistańskim kierowcą, który zachwalał nam słodkie życie w Ameryce. Jechaliśmy do Hotelu Roosevelt, ulokowanego przy 45 East Street, pomiędzy Madison Avenue i Vanderbilt Avenue, niedaleko dworca Grand Central. Taksówkarz powiedział z dumą, że ten, otwarty w 1924 roku hotel, jest teraz w posiadaniu Pakistan International Airlines i jakieś udziały w tym biznesie mają też bogaci Saudyjczycy. Przemknęliśmy szybko na miejsce, wnieśliśmy bagaże do głównego hallu, a potem oddaliśmy je na przechowanie, bo naszym pobytem zarządzała przyjaciółka z Los Angeles – Sona Van, która miała przylecieć dopiero wieczorem. 

Ania w Grand Central

Mieliśmy sporo czasu, więc postanowiłem oszołomić Anię Nowym Jorkiem i najpierw wziąłem ją do pobliskiego dworca Grand Central. Przestronne hole i kaskady światła sprawiły, że przypomniały mi się wcześniejsze pobyty w tym miejscu, będącym jednym z symboli mknącej do przodu Ameryki. Charakterystyczny budynek umiejscowiony jest w pobliżu wieżowca Yale Club, w którym mieliśmy wystąpić następnego dnia. Teraz machnąłem ręką na żółtą taksówkę i kazałem kierowcy zawieść nas na Time Square, o którym mówi się, że to prawdziwy środek świata. Niestety zapomniałem o straszliwych korkach nowojorskich i droga tam zajęła nam dobre czterdzieści minut, co od razu odbiło się na liczniku. Kierowca  w czerwonym turbanie, rodem z Indii, musiał objeżdżać kwadraty zabudowy, by w końcu dotrzeć na miejsce i odsłonić białe zęby w promiennym uśmiechu. Czułem jakie wrażenie to miejsce zrobi na mojej żonie i teraz widziałem jak szeroko otwartymi oczyma chłonie rozświetloną barwami rzeczywistość. Wszystko tutaj jest magiczne, a szczególnie wielkie kolorowe reklamy ze słynnym budynkiem NASDAQ MarketSite, w którego dolnej partii znajduje się siedmiopiętrowa cylindryczna wieża z supernowoczesnym elektronicznym wyświetlaczem, największym na świecie. Kosztował 37 milionów dolarów i teraz, oprócz funkcji użytkowej, zachwyca tłumy turystów, robiących sobie zdjęcia na jego tle. Doskonale pamiętam moją bytność na Time Square w roku 2002, gdy stałem na środkowej wysepce i słuchałem Peruwiańczyków grających na fletni Pana. Przeżyłem wtedy wielkie wzruszenie i wyczułem życiowe burze, które miały nadejść w następnych latach, za sprawą różnorakich nieludzkich kanalii – na szczęście już wtedy byłem dumny z mojego życia i tego, czego dokonałem, a przecież od tamtego czasu suma osiągnięć zwiększyła się kilkakrotnie. Teraz też czułem się wspaniale w Nowym Jorku, a zachwyt Ani był dodatkowym bonusem. Chodziliśmy między rzeszami turystów i robiliśmy zdjęcia, a kolorowe reklamy zmieniały się co chwilę i pojawili się przy nas mężczyźni przebrani za bohaterów rodem z Marvel Studios, oferujący swoje usługi jako modele. Wyjęliśmy nieco dolarów i sfotografowaliśmy się z Batmanem, Hulkiem, Supermanem i Spider-Manem. Byliśmy w symbolicznym centrum świata dwie godziny, a potem zjedliśmy po trójkącie pizzy w małej restauracyjce i ruszyliśmy z powrotem do hotelu, tym razem pieszo, rozkoszując się dalekimi perspektywami barwnie oświetlonych ulic.

Time Squere

Po przylocie Sony i naszej przyjaciółki Beaty Poźniak, znanej aktorki polskiej z Hollywoodu, przeszliśmy do pokoju, urządzonego w eklektycznym stylu. Trafił nam się niezbyt ciekawy widok z okna, na sąsiedni, szary drapacz chmur, ale wszystko rekompensowała bliskość znaczących miejsc w Nowym Jorku. W amerykańskich hotelach rzadko serwują darmowe śniadania, więc następnego dnia wyskoczyłem rano ku sąsiedniej Madison Avenue, gdzie na rogu znalazłem charakterystyczny mobilny punkt sprzedaży bajgli, zapiekanek, bułek i kawy. Kupiłem aromatyczne śniadanie, które uprzejmy Hindus zapakował w papierową torbę i ruszyłem z powrotem ku trzem wieżom hotelu, wybudowanego w charakterystycznym starym, nowojorskim stylu. Znajduje się w nim ponad tysiąc pokoi i pięćdziesiąt dwa apartamenty oraz dwie restauracje, a jego nazwa miała honorować dwudziestego szóstego prezydenta USA Theodore’a Roosevelta, sprawującego swoją funkcję w latach 1901–1909, laureata Pokojowej Nagrody Nobla z roku 1906. Hotel wybudował biznesmen z Niagara Falls Frank A. Dudley i otwarzył go 23 września 1924 roku, a całkowity koszt inwestycji wyniósł dwanaście milionów ówczesnych dolarów, co w roku 2019 przeliczano na sumę aż 179 milionów. Znakomita lokalizacja, tuż przy Grand Central, powodowała, że miejsce to cieszyło się wzięciem u podróżnych, tym bardziej, że już w 1947 roku w każdym pokoju zamontowano telewizor. Stając na skrzyżowaniu 45 Ulicy Wschodniej i Madison Avenue mogłem objąć wzrokiem cały hotel, który ma piętnaście pięter, licząc od wysokiego lobby na parterze. Zawsze czuję się w tym mieście jakby urosły mi skrzydła u ramion, jakbym znalazł się w magicznej przestrzeni, więc i tym razem podniecenie nie opuszczało mnie ani na chwilę. Jeszcze rzuciłem okiem na sąsiednie wysokościowce i szybko wróciłem do pokoju, znajdującego się na jedenastym poziomie. Ach, jakże wspaniale smakowały aromatyczne bajgle i drożdżówki, popijane kawą z plastikowego kubka, tudzież tropikalne owoce i nieco nieodłącznej w Ameryce Coca-Coli. Szybko weszliśmy pod prysznic, a potem ubraliśmy się i ruszyliśmy ku pobliskiej Piątej Alei, gdzie chciałem żonie pokazać jeden z najdroższych w USA sklepów z odzieżą, pełen znanych marek i snobistycznych klientów, potrafiących zapłacić za płaszcz czy garsonkę ponad dwadzieścia tysięcy dolarów.                   

Kastedra św. Patryka

Po zwiedzeniu wielkiej świątyni próżności, przymierzeniu kilku wdzianek i zrobieniu wielu zdjęć, ruszyliśmy dalej słynnym traktem ku katedrze Św. Patryka. Każda piędź ziemi ma ogromną wartość w Nowym Jorku, więc i ten monumentalny kościół wybudowano w ciągu ulicznym, naprzeciw Rockefeller Center.  Kamień węgielny wmurowano w roku 1858, równo dwieście lat przed moimi narodzinami, a wznoszenie i wykańczanie trwało dwadzieścia lat, aż do 25 maja 1879 roku, kiedy to udostępniono świątynię wiernym.  W tej największej w Ameryce neogotyckiej katedrze byłem za każdym razem, gdy trafiałem na Manhattan, a teraz wprowadziłem do niej oszołomioną jej przepychem żonę. Ostateczny kształt kościoła ustalono dopiero w 1908 roku, po dobudowaniu dodatkowych budynków kościelnych, stumetrowych wież, zachodniej fasady i kaplicy Najświętszej Maryi Panny. Jednak dopiero 5 października 1911 roku arcybiskup John Murphy Farley dokonał poświęcenia świątyni, nie wiedząc, że już w roku 1918 spocznie na wieki w krypcie pod głównym ołtarzem. Do budowy użyto białego marmuru ze złóż amerykańskich, głównie z Massachusetts, czyniąc to miejsce jednym z najbardziej znanych w Nowym Jorku. We wnętrzu świątyni może się znaleźć jednocześnie kilka tysięcy wiernych, spośród których 2200 znajdzie miejsce siedzące. Można się było o tym przekonać podczas wizyt trzech ostatnich papieży – Jana Pawła II (1979), Benedykta XVI (2008) i Franciszka (2015). Spacerujemy po nawach bocznych, przechodzimy środkową aleję i bez trudu wyławiamy liczne polskie akcenty, wizerunki świętych, okolicznościowe tablice i udane popiersie Karola Wojtyły. Po wyjściu na zewnątrz widzimy, że na Piątej Alei formuje się uroczysty pochód nowojorskich strażaków, w szeregach których jest wielu potomków emigrantów z Irlandii, dla których św. Patryk, patron ich ojczyzny, jest najważniejszym świętym. Choć to dość długa droga, postanawiam przejść aż do Ulicy 59 Zachodniej, gdzie jest południowy skraj Central Parku. Idziemy powoli, co i rusz zatrzymując się przy jakichś charakterystycznych miejscach, takich jak księgarnia Barnes & Noble, sklep jubilerski Cartiera, witryny znanych marek odzieżowych, kościół episkopalny św. Tomasza, czy Trump Tower, w którym obok imiennika tego charakterystycznego wysokościowca, mieszkają tak znane osoby jak Bruce Willis i Cristiano Ronaldo. Droga mija nam szybko i już wchodzimy na obszerny plac z fontanną Pulitzera, złoconym monumentem po drugiej stronie i wielką bryłą hotelu Plaza po lewej.

Pomnik generała Williama Tecumseha Shermana

Najpierw naszą uwagę przykuwa złocony pomnik przedstawiający generała Williama Tecumseha Shermana, bohatera amerykańskiej wojny domowej, zwanej też secesyjną (1861–1865). Monument zdumiewa z racji realnie odwzorowanej postaci męskiej na koniu i symbolicznie wiodącej generała do boju, greckiej bogini Nike. To bardzo charakterystyczne miejsce w Nowym Jorku, z licznymi dorożkami do wynajęcia i Ania zauważą, że wielokrotnie widziała je w amerykańskich filmach fabularnych. Robimy zdjęcia na tle hotelu Plaza i złotego pomnika, a potem mijamy wejście do Central Parku i schodzimy w dół, podziwiając wielkie skały, na które wspina się sporo turystów. Byłem już tutaj wielokrotnie i sporo czasu spędziłem na rozmyślaniach, obserwacjach drozdów, epoletników i kardynałów, a nade wszystko na kontemplowaniu tej magicznej przestrzeni. Sporo tutaj pomników znanych postaci z historii świata i wspaniale jest za każdym razem zatrzymywać się przy monumencie króla Władysława Jagiełły pogromcy krzyżaków spod Grunwaldu. Obok niego mijamy popiersia Schillera, Beethovena, Humboldta, Moore’a, a także pomniki całych postaci Kolumba, Bolivara, Andersena, Burnsa, Morse’a, Hamiltona, Webstera, Scotta i Szekspira. Są też rzeźby symboliczne sokolnika, aniołów, pielgrzyma, indiańskiego łowcy, liczne przedstawienia drapieżnych zwierząt, a także bohaterów literackich – Romea i Julii i Alicji z powieści Carrolla. Wędrujemy węższymi i szerszymi alejkami, fotografujemy się na moście miłości (Bow Bridge), rozdzielającym dwie części przestrzeni wodnej nazywanej The Ramble and Lake. Tutaj wspaniale wychodzą zdjęcia z wyniosłymi iglicami apartamentowca San Remo, ulokowanego na Ulicy 145 Zachodniej i widocznymi też dobrze wieżami innego słynnego budynku mieszkalnego – Beresford – mieszczącego się przy tej samej jezdni, ale z numerem 211. Podziwiamy właśnie rozkwitającą roślinność i ptaki pojawiające się na dróżkach, gałęziach drzew i krzewów. Na trawniku przy jeziorku przechadzają się bernikle kanadyjskie, prawdziwe utrapienie amerykańskich posiadaczy basenów i stawów przydomowych. Pamiętam jak w 2002 roku zaprzyjaźniony lekarz z okolic Buffalo i właściciel dużej posiadłości opowiadał mi o tragicznych przylotach wielkich stad tych ptaków, zanieczyszczających ogromnymi odchodami trawniki i akweny. Jak zwykle sporo jest w Central Parku rudawych, amerykańskich drozdów (American Robin), kosów, wilgowronów (common grackle), tyranów północnych (easter kingbird) i modrosójek błękitnych (blue jay). Niestety nie udaje mi się dostrzec ani jednego kardynała, tanagry czy pomarańczowej wilgi. Nie mamy zbyt wiele czasu i nogi też dają o sobie znać, więc prowadzę jeszcze Anię do słynnego zakątka Strawberry Fields, dedykowanego Johnowi Lennonowi, zabitemu przez szaleńca przy pobliskim budynku Dakota House.

Central Park – jeziorka i widok na apartamentowce po zachodniej stronie

Opuszczamy park i kierujemy się ku bramie tejże kamienicy, przy której David Chapman czekał na muzyka i zamordował go z zimną krwią. Szybko docieramy do Columbus Circle, którego nazwa wzięła się od kolejnego pomnika Krzysztofa Kolumba, z jego postacią ustawioną na wyniosłej kolumnie.  Miejsce to znajduje się na przecięciu ulic Eighth Avenue, Broadway, Central Park South (West 59th Street) i Central Park West i niektórzy uważają, że jest to symboliczny środek miasta. Podchodzimy do dużego, zadaszonego wózka z hamburgerami i hot dogami, którym zawiadują dwaj sympatyczni Kurdowie o niewielkich posturach. Zamawiam dwie bułki z parówkami, keczupem i musztardą, podejmując wesołą rozmowę ze sprzedawcami, którzy informują mnie, ze pochodzą z Erbilu. Natychmiast mówię im, że byłem tam w 2011 roku, zwiedziłem też inne miasta tej części Iraku, widziałem niewysokie góry, z daleka kontemplowałem magiczne jezioro Dukan, a nade wszystko byłem w memoriale w Halabdży, upamiętniającym ofiary ataku gazowego wojsk Saddama Husajna. Pojadając hot doga tak się rozgadałem, że żegnając się odszedłem od wózka, nie pamiętając o portfelu wypełnionym dolarami.  Zostawiłem go na metalowej ladzie, ale jeden z Kurdów dogonił mnie po paru krokach i oddał zgubę, przestrzegając bym lepiej dbał o swoje mienie, tym bardziej, że Nowy Jork roi się od różnorakich rabusiów i pomyleńców. Niestety na ulicach widzi się też sporo bezdomnych, pchających cały swój dobytek w drucianych wózkach z marketów. W 2000 roku obserwowałem taką kobietę i napisałem wiersz pt. Miss America, w którym zastanawiałem się jak pokrętne bywają ścieżki naszych losów. Wszyscy w dzieciństwie mamy równe szanse, ale potem przeznaczenie wiedzie jednych do luksusowych apartamentowców, a innym każe spać na ulicach i błąkać się w brudnych, cuchnących łachach po zakamarkach wielkich miast. Jesteśmy już solidnie zmęczeni, więc zatrzymujemy taksówkę i każemy się zawieść do hotelu, gdzie przebieramy się, bierzemy prysznic, nieco odpoczywamy na wielkim łóżku  i gotujemy się do kolejnej tury zwiedzania, tym razem dolnej części Manhattanu. Najpierw kierujemy się do Nowojorskiej Biblioteki Publicznej, której główna siedziba znajduje się przy Piątej Alei, numer 476, w budynku Stephena A. Schwarzmana, amerykańskiego miliardera i filantropa żydowskiego pochodzenia, który zaczynał swoją drogę ku fortunie od koszenia trawników w wieku czternastu lat.  Pragnę sprawdzić czy moje książki stale pozostają w zasobach tej instytucji, wszak byłem tu w 20o2 roku z Adamem Szyperem i zostawiliśmy polskiemu bibliotekarzowi nieco naszych tomów. Wchodzimy do wielkiego budynku i trafiamy akurat na wielką wystawę związaną z tolerancją w świecie. Na korytarzach i w salach wisi sporo zdjęć prezentujących homoseksualistów i lesbijki, często w wyzywających pozach, obejmujących się i całujących się w usta. Zawsze powtarzałem, że akceptuję każdy rodzaj ludzkiej ekspresji erotycznej, ale niestety bywałem też ofiarą intryg gejowskich, które odcisnęły solidne piętno na moim życiu. Co innego sex i bliskość, a co innego działalność różnorakich cyników i pomyleńców, bezlitośnie wykorzystujących te ścieżki by niszczyć przeciwników. Schodzimy z piętra na piętro, zaglądamy do poszczególnych gabinetów sekcyjnych, a potem wychodzimy z budynku i siadamy na ławce, w przylegającym do biblioteki niewielkim skrawku zieleni, ocienionym niskimi drzewami. Chwilę odpoczywamy, po czym ruszamy dalej Piątą Aleją ku rysującemu się już w dali budynkowi Empire State Building, przez wiele lat dzierżącemu palmę pierwszeństwa w zakresie wysokości budowli tego miasta.

Pomnik odkrywcy Ameryki na środku Columbus Circle
Wejście do The New York Public Library
Bogactwo…

Bieda

Kościół episkopalny św. Tomasza
Ściana wysokościowców u południowej granicy Central Parku
Hotel Plaza
Ornament ornitologiczny w Central Parku
Bernikla kandyjska w Central Parku

ZEGAR I PRÓG

Odbiór ludzkiego wieku schyłkowego w literaturze polskiej, na wiele lat ustalił manifest poetycki Adama Mickiewicza pt. Romantyczność (1822). Pojawił się w nim starzec, reprezentujący klasycyzm i negujący istnienia świata nadprzyrodzonego. Opowieści Karusi, widzącej postać zmarłego ukochanego, przeciwstawiał on butne słowa: Ufajcie memu oku i szkiełku,/ Nic tu nie widzę dokoła. A choć odnosił się przede wszystkim do poglądów braci Śniadeckich i był wyrazem buntu ucznia w stosunku do postawy nauczycieli, stał się zaczynem nowego prądu myślowego w Polsce. Romantyzm był pochwałą młodości i wyobraźni, wiary w podłoże spirytualne naszej egzystencji, a przy tym, niezwykłych stanów świadomościowych, takich jak obłąkanie, sen, transmigracja, mesmeryzm. Wiersz Mickiewicza ustalił też wzorzec starości, jako domeny wiedzy i zrozumienia naukowych mechanizmów świata, a także korzyści płynących z badań scjentystycznych, odkrywających – przy pomocy mikroskopu – ukryte wymiary naszej rzeczywistości. Młodość, targana pierwiastkowymi uczuciami, przypomina stan mediumiczny, w którym kontury zacierają się, a kształty przestają mieć znaczenie i nikną w żarze miłości, pragnienia, chęci zaspokojenia żądz cielesnych. W literaturze światowej znajdziemy wiele sugestywnych portretów starców, poczynając od skąpca Moliera, poprzez Ojca Goriota Honoriusza Balzaka, Doriana Graya Oscara Wilde’a, a skończywszy na latarniku Henryka Sienkiewicza i Santiago z opowiadania Hemingwaya pt. Stary człowiek i morze. Pisarze portretują swoich starych bohaterów w różnoraki sposób, od ubolewania nad straconymi szansami, poprzez afirmację zdobytego doświadczenia, aż do sarkazmu i ujęć prześmiewczych. Charakterystyczne są tutaj podsumowania Szekspira w Królu Learze, ujęcia Nałkowskiej w Granicy, a tendencję sarkastyczną reprezentują choćby zdania Czesława Miłosza, sumującego swoje szanse w konfrontacji z młodością i jurnością kobiet, zauważanych na lotnisku: Stary lubieżny dziadu, pora tobie do grobu, nie na gry i zabawy/ młodości. O ile młodość bywa żywiołem nie do opanowania, o tyle starość jawić się powinna jako czas uspokojenia i ukojenia, ale przecież – co dokumentują wiersze Krzysztofa J. Lesińskiego – perspektywa ludzka stale się zmienia, a to co zdawać się mogło trwale utwierdzone, w konfrontacji z biologią traci jakikolwiek sens.  

            Czas działa zawsze na niekorzyść człowieka, ale widzimy to dopiero w podeszłym wieku, kiedy suma pozostałych lat drastycznie się kurczy. Młodość zdaje się być bezpieczna, nieskończenie oddalona od dni schyłkowych i niedogodności zdrowotnych, a nawet jeśli spotyka nas wtedy jakaś przypadłość, jesteśmy pewni, że szybko się skończy. Tak witalność pierwszych dekad zakłamuje naszą rzeczywistą sytuację, ludzi nieustannie podążających ku końcowi postrzeganego świata, zgaśnięciu barw, zapachów, dźwięków i kształtów. Człowiek pragnąłby jeszcze wyrwać pióro/ ze skrzydła anioła/ upadłego/ prześcignąć czas/ odkryć tajemnicę/ pisać krwią/ z otwartego serca, ale wszystko się zamyka, aktywność telomerazy maleje i zaczyna brakować sił, a kalendarz przypomina, że jesteśmy zbudowani z cząstek, których wymiana spada drastycznie już od czwartego dziesięciolecia. To generuje nową jakość i przekonanie, że tylko ból jest wierny/ ból nigdy nie zdradza/ ból zawsze powraca – pewność, że jesteśmy cieleśni, uzależnieni od tlenu, krążenia krwi w żyłach, pokarmu bogatego w cukier i biopierwiastki. Nikt nie spowolnił upływu czasu, nawet taki eksperymentator jak doktor Faust; niektórym tylko udało się od niego uciec za cenę utraty życia i odrzucenia potencjalności następnych lat. Krzysztof J. Lesiński przypomina w swoich wierszach, że wszystko jest względne, chwilowe, uzależnione od szeregu czynników, a w każdym momencie naszej egzystencji możemy podsumować doświadczenia formułą: jeszcze tylko krok/ do wieczności. Pozostają zatem wspomnienia, coraz jaskrawsze, zakłamujące symptomy starości i przenoszące nas do idealnego świata, który przepadł na zawsze i nigdy już nie powróci. Entropia ma swoje prawa, wpisane w druga zasadę termodynamiki i jakiekolwiek próby pominięcia jej destrukcyjnych zasad, skazane są na niepowodzenie. Niestety procesy gerontologiczne nie przebiegają jednakowo na wszystkich poziomach, a starzeniu się ciała przeciwstawia się często jasność umysłu i niezgoda na zwiotczenie mięśni, skóry, pogorszenie się wzroku i słuchu, uszkodzenia czynności narządów czy spadek aktywności enzymów. Każdy chce żyć, pragnie kontynuować to, czego doświadczał w młodości, dlatego poety nie opuszczają wspomnienia i wciąż tli się w nim nadzieja, tak oto artykułowana w wierszu: Chciałbym/ jeszcze trochę/ poprzechadzać się po tym/ świecie/ z rękoma w kieszeniach/ jeszcze popatrzeć/ jeszcze popłakać/ jeszcze pocierpieć/ poprzekomarzać się/ z bogiem/ jeszcze raz się zakochać. Choć autor prosi życie o trochę, to jego pragnienia są maksymalistyczne, sięgające głęboko do ludzkich doświadczeń egzystencjalnych, od tysiącleci przeciwstawiających się nieuchronności rozpadu.

            Starość pozwala intensywniej zauważać procesy przebiegające w naturze i piękno świata, ale też kumuluje myśli o nieuchronności śmierci i zbliżającym się rozpadzie. Poeta ma tego świadomość i stosuje w swoich wierszach liczne strategie niwelujące wymowę zdarzeń; głęboko wnika w naturę szukając w niej odpowiedzi na bolesne pytania o sens istnienia, ale też minimalizuje potworność końca: a cóż to śmierć/ to tylko próg/ który musimy/ przekroczyć/ z ostatnim skurczem/ serca/ ale/ nie spiesz się śmierci/ szpetota starości/ nie odbiera piękna/ dobra/ i miłości. Z jednej strony są tutaj ewidentne symptomy postępującego rozpadu, spowolnienie metabolizmu, siwienie, pogorszenie wzroku, a ze strony drugiej pojęcia i stany nie podlegające tym prawom: piękno, dobro i miłość. Gdyby ich nie było, mielibyśmy do czynienia z bezmyślnym, chwilowym bytowaniem pośród świata i niczym nie różnilibyśmy się od bakterii, wirusów, najprostszych organizmów, istniejących tylko dzięki wewnętrznemu kodowi reprodukcyjnemu. Istota ludzka bytuje tyleż w obrębie rzeczywistości biologicznej, co w sferze uczuć i pojęć wyższych. Ich zaistnienie uwarunkowane jest zdrowiem wszelkich struktur organizmu, właściwościami mózgu i indywidualną energią, ale też jest najwyższą formą rozwoju w znanym nam wszechświecie. Człowiek potrafi analizować rzeczywistość i snuć wnioski, może zaplanować rozwój wypadków i szukać odpowiedzi na dręczące go pytania. Może to czynić wielorako, w obrębie eksperymentów naukowych i badań filozoficznych, może odnosić wszystko do procesów przebiegających w kosmosie i do energii sprawczej niewidzialnego Boga. Tak poeta szuka odpowiedzi na najważniejsze pytania swojego życia i ze zdumieniem konstatuje, że za każdym razem kontrapunktem staje się bliskość i miłość: nie ma boga nie ma/ świata/ tylko my i rozkosz. Krzysztof J. Lesiński znakomicie moduluje swoją poezję i oprócz ujęć wysokich wprowadza czasem do wierszy żartobliwe komentarze, jak ów, gdy zastanawia się co będzie wspominał, gdy stuknie mu dziewięćdziesiątka i z rozbrajającą szczerością wyznaje: zrzucone w pośpiechu/ twoje majteczki. Może właśnie tak powinno się obłaskawiać zegary i zawsze potencjalną śmierć, może tak powinno się podchodzić do wielkich pytań naszej egzystencji. Jej wymiar filozoficzny jest ważny, ale nawet najwięksi filozofowie oddawali się uciechom ciała, kopulowali i odsłaniali wstydliwe zakamarki ciała. Metoda poetycka autora, polegająca na podglądaniu starca w samym sobie, nie odrzuca różnych ujęć, nie boi się nagłych zwrotów, pulsuje w obrębie znaczeń, jak życie w przeznaczonym mu czasie. Tak w zdumiewający sposób czyni starość okresem równie interesującym jak dzieciństwo, wiek młodzieńczy, dojrzałość lat średnich, tak też łagodzi jej wymowę i zapowiada dalszy ciąg…

_____________

Krzysztof J. Lesiński, Podglądanie starca, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2021, s. 118.

TŁUM ISTNIEŃ

(C) 2009-2015 by Leonardo Orazi – All rights reserved

Wieczorem spędziłem kilka minut na powietrzu, czując mroźne powiewy i wpatrując się w niezwykle wyrazistą konstelację Oriona. I nagle pojawiła się dziwna łączność z tymi, którzy przede mną patrzyli w gwiazdy i wyodrębniali trzy niewielkie światełka, ustawione w jednej linii. Odetchnąłem głęboko i zrozumiałem, że w tej samej chwili stoją za mną faraonowie, Cheops, Ramzes Wielki, Amenhotep IV, stoją chińscy cesarze z kilku dynastii, stoi Aleksander Wielki i Juliusz Cezar, a przy nich jeszcze Napoleon Bonaparte, król Henryk VIII, rosyjscy carowie i francuscy monarchowie. Mordercy też potrafili zapatrzyć się w gwiazdy, więc nikt nie zaprzeczy, że głowę ku górze unosił Stalin, Hitler i Mao Tsetung, a także ich ofiary, od Kamczatki po Normandię i od Władywostoku po Hongkong. Jak długie są dzieje człowieka, zawsze jakaś istota patrzyła ku niebu i kontemplowała gwiazdozbiory. Tak czynili pierwsi łowcy w Afryce, ludzie ze stepów Azji Centralnej, Inkowie i Aztekowie, aborygeni i papuasi, mieszkańcy wysp pacyficznych i wyżyny Dekan. Stałem jak zauroczony, samotny, a zarazem w wielkim tłumie istnień, chwilowy, ale też przemijający jak wszystko we wszechświecie. Stałem i patrzyłem…

BIRDWATCHING

Sójka Foto Jacek Lebioda

Pora zimowa generuje niezwykłe możliwości obserwacji ptaków, stale w Polsce obecnych, jak i tych, które do nas zalatują. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że jesienią z drzew i krzewów opadają liście, odsłaniając czarną grafikę konarów, gałęzi i cienkich witek. Pośród nich łatwo zauważymy czarne kosy i brązowawe drozdy, wyodrębnimy też kolorowe sójki, szczygły czy jemiołuszki. Barwy skrzydeł kontrastują z bielą śniegu i czernią drzew, a czasami wręcz alarmują, że mamy do czynienia z konkretnym gatunkiem ptaka, tak wyrazistego jak sikorka bogatka, gil lub grubodziób. Takie podglądanie skrzydlatych zwierząt bardzo popularne jest w Stanach Zjednoczonych, ale i w Europie zyskuje coraz więcej wielbicieli. W Wielkiej Brytanii jest już od trzech do czterech milionów ptasiarzy (obserwatorów amatorskich). Zimą ptaki pojawiają się bliżej ludzkich siedzib i wcale nie powoduje tego przypływ odwagi – raczej potrzeba znalezienia dodatkowego pożywienia w karmnikach, ogrodach i przy śmietnikach. Przy zaczajaniu się na ptaki pomocna staje się też współczesna technika, która dostarcza nowe narzędzia, takie jak zewnętrzne kamery, drony, lornetki, no i coraz lepsze aparaty fotograficzne. Przy odrobinie wysiłku możemy przyjrzeć się płochliwym gatunkom i zilustrować ich obecność przy naszych domostwach. Szczególnie warto takim birdwatchingiem  zainteresować młodzież, siedzącą nieustannie przy komputerach i używającą ich jedynie w celach rozrywkowych. Jakąż frajdą może być zdobycie wiadomości na temat żywego ptaka, którego widziało się przez chwilę w ogrodzie lub parku, na ulicy albo na skraju lasu.

Szczygieł Foto Jacek Lebioda
Czernica Foto Jacek Lebioda
Zimorodek Foto Jacek Lebioda
Żołna Foto Jacek Lebioda
Bielik Foto Jacek Lebioda
Tracz nurogęś (samiec i samica) Foto Jacek Lebioda
Kormoran Foto Jacek Lebioda

NA POŻEGNANIE TADEUSZA WYRWY-KRYŻAŃSKIEGO

Tacy ludzie jak ty nie powinni szybko

umierać trwając w zachwycie i pełni

winni rozjaśniać mroki rozpraszać

mgły   

ostateczni w swoich wierszach

obrazach i rysunkach winni

trwać na warcie czułości

i sensu

byłeś geniuszem w pełni sił

okaleczonym przez życie

świat zabrał ci kosmiczną

energię niepowtarzalną

moc i talent

nigdy nie zapomnę naszych

rozmów i wspólnych wypraw

dłoni na ramionach bliskości

w obliczu rumowisk

i murów

nigdy nie zapomnę dobroci

siwego dziecka wpatrzonego

w dal i chyłkiem ocierającego

łzę z oka

Las Vegas 2019

O śmierci Tadzia dowiedziałem się w Las Vegas i tam też napisałem ten wiersz.

W PYŁ…

Ratownik w Chmielnikach – lato 1978

Mój wiek pozwala już spojrzeć na życie z dość długiej i wysokiej perspektywy. Boli mnie to, czego nie zdążyłem jeszcze zrobić, tym bardziej, że Musiał, Tomasik, Kowalczyk i Stala dokonali solidnego spustoszenia w moich zamierzeniach. Przyjdzie czas, że im za to zapłacę z ogromną nawiązką. Z drugiej strony jakże zachwycające są owoce mojego życia, skromnego chłopaka z osiedla Błonie, który dziesięciokrotnie podróżował do Chin, odwiedził Kenię i Republikę Południowej Afryki, pięciokrotnie wyjeżdżał do Stanów Zjednoczonych, w których zobaczył takie magiczne miasta jak Nowy Jork, Waszyngton, Tampa, Buffalo, Nowy Orlean, Los Angeles, Las Vegas, kontemplował świty na Florydzie, siedział o zmierzchu na plaży w Atlantic City. A przecież były też świetliste chwile w Panama City, Rzymie, Paryżu, Erywaniu, Stambule, Wilnie, Moskwie, Berlinie, Bratysławie, Pradze, Gandawie, Brukseli, Antwerpii, New Delhi i Puri. Ten chłopak napisał i opublikował kilkadziesiąt książek i może u końca życia ich liczba sięgnie stu, choć przecież nie o liczby tutaj chodzi, lecz o aktywność, która wciąż generuje nowe literackie poczęcia. Ten chłopiec w młodości był niezwykle sprawny fizycznie, trenował szermierkę, piłkę nożną, karate i kulturystykę, sporo biegał i każdego roku pływał w różnych akwenach, zdobywając stopień ratownika i wielkie marzenie rówieśników z podwórka – żółty czepek. Brał udział w setkach imprez kulturalnych w Polsce i świecie, a gdy wszedł do środowiska naukowego, wygłosił dziesiątki referatów podczas konferencji i sympozjów, wypromował dwustu magistrów i wielu licencjatów. Sportowe rozbudowanie ciała i uroda, odziedziczona po rodzicach powodowały, że ludzie lgnęli do mnie, a ze strony drugiej rosła wciąż armia wrogów i degeneratów, której generałem uczynić wypada nieforemnego psychopatę, mielącego ozorem na prawo i lewo i opowiadającego o mnie różnorakie brednie. O ich skali przekonałem się, gdy zmarły niedawno Rektor UKW udostępnił mi jego donos na mnie. Cóż, taki jest świat i tacy są ludzie i gdybym raz jeszcze zaczynał moją drogę, może unikałbym kontaktów z kanaliami, choć z drugiej strony – nie mogłem zdusić w sobie natury wojownika, która zawsze była ważna i doprowadziła mnie do tego miejsca, w którym jestem. Miałem przecież też szczęście spotykać wielkich ludzi, pisarzy, aktorów, artystów, mogłem obcować z prawdziwą sztuką i przeglądać się w dzikich krajobrazach gór, wyżyn i mórz, mogłem jeździć rowerem i kroczyć po nizinach, a nade wszystko odbijać się w oczach pięknych kobiet. Równy szereg książek różnego typu, od poezji, poprzez prozę do naukowych monografii, świadczy o tym, że byłem pracowity. Dałem życie synowi i córce, a potem wychowałem ich w dobrobycie, w spokojnym miejscu na nowoczesnym osiedlu. Mojemu bratu, który zmarł po miesiącu życia w 1959 roku, to wszystko zostało odebrane, śmierć bezlitośnie zgasiła jego oddech i nie mógł zrealizować niczego. Jego rzeczywistością stało się miejsce na cmentarzu, przy niewielkim klonie, który teraz jest wysokim drzewem. Myślę, że robiłem wszystko także dla jego pamięci i chociażby dla niej rozpirzę w pył moich wrogów. Muszą odczuć z kim zadarli…

SZKARŁATNY ARCHANIOŁ (X)

Znad fioletowej mgły i tężejącego szkarłatu dali, nakładających się na siebie, wyłonił się anioł, mknący w gdzieś niczym ognista pika. Tuż za nim podążał spory oddział i Yasmen wyczuł, że skrzydlaci śmigają w tę samą stronę, w którą poleci jego drużyna. Skupił swoją uwagę na dowódcy i przez głębiny zaczęło się do niego przedzierać jego imię: Istaran… Jeszcze mocniej wpatrzył się w niego i niechcący znalazł się w jego świadomości, przebił zasłony niebieskie i spłynął z góry ku niewielkiemu miastu w Langwedocji. Teraz przedni anioł był biskupem i nosił imię Bertrand, a wokół niego gromadzili się rycerze. Dał znak małej grupce i podążył ku podcieniom katedry, nad którymi umieszczono ślepe triforium. Po chwili wszyscy znaleźli się w małej salce i zasiedli przy wielkim, dębowym stole. Biskup dał znak ręką i przybyli zaczęli nalewać do kielichów wino z wielkiego dzbana. Sam napełnił naczynie wodą, pociągnął z niego spory łyk i przemówił:

            – Bracia… nadchodzi dla nas trudny czas… moi szpiedzy donoszą, że Innocenty III ogłosił przeciwko nam kolejną wyprawę. Wyznaczył w tym celu legata – Arnauda Amaury…

            – Znam tę świętoszkowatą kanalię… – odezwał się rudobrody rycerz – Udaje świętego męża, a potajemnie gromadzi bogactwa i zabawia się z nagimi chłopcami…

            – Gorszy jest dowódca wojsk krzyżowych Szymon z Montfort… włączył się długowłosy, grubawy mężczyzna bez zbroi – Bertrandzie znam go z licznych nieustępliwych wypowiedzi o nas i dysput bez końca…

            – Nie mamy chwili do stracenia… – ciągnął dalej biskup – wszyscy czyści muszą się udać wraz z nami do miasta Béziers, gdzie podążą wojska krzyżowe… tam z nimi stoczymy bitwę i pokonamy ich…

Yasmen usilnie wpatrywał się w dal i śledził ruchy biskupa, który po zakończeniu narady przeszedł do krypty i zaczął się modlić w towarzystwie zaufanych rycerzy. Dopiero po dłuższej chwili odezwał się uroczyście:

            – Bracia nie możemy się poddać, bo zatriumfuje ten, który pomieszał umysły naszych wrogów. O to mu chodzi, by jak najwięcej ludzi uwierzyło, że pan ma nad nim władzę… A tymczasem to on, przedwieczny Satanael, stworzył świat i nasączył go złem, przyoblekł nas w te podłe, grzeszne ciała i nakazał wpatrywać się w ciemne zakamarki, cuchnące moczem i kałem…  

            – Doskonali nie mają takich pokus ojcze Bertrandzie…– odezwał się wysoki brunet, z ogromną czarną brodą.

            – Wiem bracie Stefanie…– potwierdził biskup i ciągnął dalej –  Ale wciąż jest ich za mało. Ludzie łakną uciech, obżerają się mięsem i chlebem, płacą za nagość i cierpkie wino… Nie przyjmują naszej nauki o wędrówce dusz i nie wierzą, że nagle mogą się znaleźć w ciele ciepłokrwistego zwierzęcia…

            – Wolą harować dla panów i królów, bo myślą tylko o pławieniu się w uciechach… gdy zapada zmrok zmieniają się w bestie – powiedział zakonnik w szarej szacie.

            – On to wszystko uczynił – ciągnął biskup – Pomieszał języki i wciąż zaciemnia umysły. Papież mówi, że powołał go dobry Bóg, by wykorzystywać go do swoich celów… A przecież dobro nie idzie na żadne kompromisy, dobro jest czystą energią, która musi nieustannie zmagać się ze złem i walczyć z Satanaelem… Gdyby ludzie chociaż raz ujrzeli jego prawdziwe oblicze…

            – Ohydny jak ropucha, oślizły jak wąż, cuchnący jak wilk… – powiedział młodzieniec w sfatygowanej zbroi.

            – O nie bracie… – przeciwstawił mu się Bertrand – To są ludzkie określenia, czerpiące materię porównawczą z otaczającego nas świata. Nie jesteś w stanie wyobrazić sobie jak jest wielki, jak przenika każdą cząstkę rzeczywistości… jak jest czujny, cierpliwy i w każdej chwili gotowy siać zniszczenie…

Yasmen słuchał tych słów ze zdumieniem, bo trafiały gdzieś głęboko do jego świadomości. Wiele razy rozmyślał o dualizmie dobra i zła i toczył dyskusje w gronie starych aniołów. Liczni z nich mówili podobnie – szukając odpowiedzi na pytanie o naturę Boga, uciekali się do ziemskich porównań i przeciwstawiali go równemu mu przeciwnikowi. Śledził jak Istaran i jego oddział przemierzają dalekie połacie nieba i uczynił jeszcze jeden myślowy wysiłek. Pragnął znowu znaleźć się obok biskupa, choć obrazy, które zaczęły ku niemu podążać, przeraziły go i osłabiły. Zobaczył krzyżowców w bogatych, lśniących zbrojach, wdzierających się do niewielkiego miasta i odczuł, że znowu jest w Langwedocji. Jakiś rycerz podbiegł do dowódcy na wielkim czarnym koniu i krzyknął:

            – Panie, jak mamy ich odróżniać od prawdziwych wyznawców…?

            – Mordujcie wszystkich… Bóg oddzieli ziarno od plew…

Wszędzie biegali i jeździli na koniach krzyżowcy, siekąc ludzi długimi mieczami, tnąc toporami i przekłuwając ostrymi pikami. Krzyk przerażenia mieszał się z rozpaczliwym płaczem, a tętent końskich kopyt złowieszczo zapowiadał jak skończy się to wszystko. Biskup Bertrand patrzył przez okno jednego z budynków, przylegających do kościoła św. Magdaleny i raz po raz szeptał słowa modlitwy. Zobaczył rycerza w złotej zbroi pędzącego na koniu za trzema niewiastami, które szybko dotarły do muru świątyni, a widząc, że nie ma dla nich ratunku klękły przed zbliżającym się oprawcą i zaczęły głośno prosić go o litość. Biskup widział jak zbliża się do nich i jak z furią uderza w jedną po drugiej, jak przecina je  w tali, a potem ściąga konia i pędzi dalej mordować. W bocznej uliczce zobaczył kilku mężczyzn stojących w szeregu, a przy nich siepacza, który podchodził po kolei do każdego  z nich i wielkim nożem podcinał gardła. Krew tryskała na prawo i lewo, zwłoki walały się wszędzie i już zaczęły zlatywać z pobliskich wzgórz czarne ptaki.

            – Panie, musimy umykać… Béziers stracone… musimy schronić się w jakieś wyniosłej twierdzy… – pokrzykiwał młody zakonnik z krótkim mieczem w dłoni.

            – Ale jak wydostać się z tego piekła – spytał biskup i załamał ręce.

            – Musimy wejść do podziemi – brat Jules wyprowadzi nas za mury… zna sekretne zakamarki miasta…– odpowiedział młodzieniec i pociągnął za sobą dostojnika.

            – Zaiste tylko Satanael mógł stworzyć taki świat… Dobry Bóg nie zgodziłby się na mordy i ból niewinnych istot – szepnął biskup i podążył we wskazanym mu kierunku.

Szare opary okryły zmierzający oddział i Yasmen  stracił go z oczu, a choć patrzył na nich wzrokiem wewnętrznym, nie mógł niczego rozróżnić. Wielkie skrzydło nocy przechylało się w kierunku zachodnim i wszystko zaczęło się rozmazywać. Nagle jednak oddział wypłynął z mgły i jaskrawo oświetlony ostatnimi promieniami dnia, majestatycznie mknął do przodu za swoim dowódcą. Yasmen raz jeszcze skupił uwagę na lśniącym punkcie, sunącego po niebie Istarana i znów został wstrzelony ku dalekim przestrzeniom ziemskim. Miejsce nazywało się Mont Segure i było białą, wyniosłą skałą, na której wzniesiono zamczysko obronne. Tu odnalazł Yasmen raz jeszcze biskupa Bertranda, a przy nim innych doskonałych i czystych. Zwycięscy zbudowali ogromną palisadę z zaostrzonych beli, a w środku umieścili wiele kloców, gałęzi i chrustu. Nagle pojawił się przed nią łysy dominikanin z mieczem w prawej i krzyżem w lewej dłoni. Stanął przed spętanymi mężczyznami i kobietami i podniesionym głosem powiedział:

            – Pan daje wam ostatnią szansę i moimi ustami pyta czy wyrzekacie się swojej herezji? Czy potwierdzacie, że jest tylko jeden Bóg, stworzyciel nieba, ziemi i człowieka?

Cisza zaległa przy palisadzie i tylko ciche chlipanie kobiet świadczyło o tym, że ludzie, stojący w wielkiej masie są żywi. Po dłuższej chwili z tłumu wystąpił starszy mężczyzna, uczynił znak krzyża i przemówił:

             – Nie do ciebie zwracam się panie… lecz do moich współbraci i sióstr…Byłem waszym biskupem i razem z wami wstąpię w ogień… Nie ma już dla nas ratunku, a to czego byliśmy świadkami w ostatnich latach dowodzi, że świat został stworzony przez złośliwego demona… On nie poprzestanie na tym, nie napoi się naszą krwią, nie przestanie zwodzić ludzkości…A w końcu rozszarpie i naszych oprawców…

            – Twoja przemowa jest zbędna, zarówno twoi ludzie jak ci, którzy przyszli tu by wykorzenić herezję, wiedzą że bluźnicie panu od dawna… – odezwał się inkwizytor.

            – To, co wy nazywacie herezją, jest samą istotą świata, stworzonego przez Satanaela – waszego świata, pełnego zbrodni, krwi i bólu, świata zrodzonego w krzyku przerażenia i kończącego się w nim… – odparł biskup Bertrand.

            – Odmawiasz zatem… Nie wyrzekasz się waszej straszliwej herezji…? Giń tedy pyszny kłamco i pociągnij za sobą tłum twoich wyznawców… Straże, wepchnąć ich za palisadę…

Rycerze na koniach sprawnie zapędzili skazańców za ogrodzenie, zamknięto wrota i zabezpieczono je grubą belką. Ucichły łkania i szepty i słychać tylko było ogień skwierczący w pochodniach, trzymanych przez giermków. Inkwizytor wzniósł się nieco w ostrogach i krzyknął:

            – Podpalać…!!! Niech giną nieprzyjaciele Boga i Ojca Świętego, niech sczezną heretycy siadający do uczt z diabłami…         

Yasmen patrzył jak ogień rozpala się coraz mocniej, jak zmienia się w jeden wielki, przerażający płomień, z którego dolatywać zaczęły krzyki i jęki. Języki zyskały potworną moc destrukcyjną i szybko zawładnęły drewnem i ludźmi. Jeszcze tylko jeden krzyk przedarł się ku żywym i Yasmen bez trudu rozpoznał w nim głos zabijanego biskupa Tuluzy Bertranda.            

– Umieramy za dobrego Boga… Tylko on może uratować świat…    

%d blogerów lubi to: