LITANIA GRECKA

1.

rybak z delf wsiada do łodzi i wpływa w mrok w jego żyłach połyskuje atrament meduzy i burzy się cierpkie wino tyle razy ruszał na połów tyle nocy pod gwiazdami dumał o losie odysa i zemście afrodyty tyle świtów witał solą na ustach – w oczach lśniło mu złoto–srebrne morze a brzegi jońskich wysp mieniły się jak kolia łez posejdon chmurnie patrzył jak płynie w dal horyzontu i syreny śpiewały żałobną pieśń

rano wyciągnął z sieci trzy dorodne mureny uderzały grzbietami o burtę chwytały powietrze i obnażały kły jakby chciały powiedzieć: gotuj się na spotkanie z charonem on brał jedną po drugiej i uderzał głową o kotwiczny kamień aż burty spłynęły krwią termopilską

– już wraca do portu widzi czarne oliwki czekających kobiet
i połyskujące na wzgórzu ostrze
pierworodnego

2.

o matko grecjo! tylu synów pochowałaś w kamienistej ziemi tyle serc
rozdarto pod twoim niebem tylu żołnierzy kroczyło drogą
na peloponezie na lesbos na samos

o matko grecjo! tyle dziewcząt krzyczało z rozkoszy poczynając braci
achilla tyle ciał falowało jak ikaryjskie morze tyle ust piło słodycz
z zimnych warg marmurowego apolla

o matko grecjo! ty stale słuchasz modlitw niewiast
i dopowiadasz odwieczne
kyrie eleison

3.

gdybym mówił językami ludzi i aniołów – pisze św. paweł
– a miłości bym nie miał stałbym się jak miedź
brzęcząca albo cymbał brzmiący

a ty rybaku z delf kochałeś ludzi ptaki i skały nawet gdy sypałeś
piach na powieki ojca wpatrywałeś się w ikonę dziękowałeś
bogu za dzień z onyksu i szeptałeś
kyrie eleison

św. paweł też pisze – gdybym miał dar prorokowania i znał wszystkie
tajemnice posiadł wszelką wiedzę i wiarę tak iżbym góry przenosił
a miłości bym nie miał byłbym niczym –

a ty rybaku kochałeś rześki szum morza i fioletowy głos cykady
wielbiłeś czarny płomień cyprysu i słodką krew pomarańczy

o matko grecjo! ty od wieków odprowadzasz starców
na cmentarz witasz uciekinierów u złotych brzegów
i płaczesz gdy tańczą zorbę przy ognisku

o matko grecjo!
o dobry rybaku!

kyrie eleison

2004

Reklamy

* * *

Życie stale nas zaskakuje… Czasem jakaś zła wiadomość pojawia się znienacka, jak uderzenie obuchem w głowę. Ale nasze dzieciństwo i młodość powinny być takie, byśmy byli gotowi stawić czoła życiowym egzaminom. Najczęściej zło w naszym życiu pojawia się za sprawą innych ludzi, ale są jeszcze podstępne choroby, nieuniknione i nieprzeczuwane sytuacje, wypadki, katastrofy – słowem to, czego się nie spodziewamy, a co może wywrócić nasz świat do góry nogami. W moim życiu było kilka takich momentów, gdy mogłem stracić życie, albo gdy było zagrożone istnienie bliskich mi osób. Szczególnie w okresie młodzieńczym bardzo ryzykowałem i żyłem intensywnie, często zbyt gwałtownie. W tamtych latach mają swoje korzenie późniejsze kłopoty z takim jednym bydgoskim kolesiem, który upatrzył mnie sobie, a gdy niczego nie osiągnął, zaczął napuszczać na mnie różnych pomyleńców. Przyjdzie czas na sprawiedliwą ocenę tych chwil i tego człowieka, a także jego wydumanych narracji. Teraz jednak zbieram siły by przeciwstawić się innym zagrożeniom, próbuję odnaleźć drogę pośród, rozrastającego się wciąż, życiowego labiryntu. Idę, upadam, wstaję i znowu idę…

PSALMY PO HISZPAŃSKU

W Hiszpanii i Gwatemali ukazała się moja kolejna książka poetycka. Tym razem Renato Vasquez-Velasquez i Danuta Mucha przetłumaczyli moje Psalmy świetlistej chwili. Wielkie podziękowania należą się też mojej wspaniałej przyjaciółce z USA, która dopomogła finansowo w opublikowaniu tej pięknej edycji. Starałem się w tym tomiku oddać głębię przeżycia mistycznego, a także nawiązać do tradycji biblijnej i jednej z najwspanialszych jej form literackich – psalmu. Czy to mi się udało – trudno wyrokować – pojawiło się wszakże kilka recenzji, z których sporo dowiedziałem się o tych wierszach. Napisane utwory zawsze są dla mnie tajemnicą i często się zdarza, że czytane po latach, zaskakują mnie. Zastanawiam się wtedy, czy to rzeczywiście ja je napisałem? Miałem wiele żarliwych uniesień poetyckich, kiedy kolejne frazy, strofy, wersy spływały mi z pióra lekko i prawie w skończonej formie. Ale też zdarzało się, że jakiś wiersz zaczynałem pisać na początku lat osiemdziesiątych, a kończyć pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Tutaj – przy okazji tomu psalmów – był to dość wyrazisty rzut poetycki, jakby te teksty dyktował mi daimonion. Pamiętam wypowiedzi Miłosza o głosie wewnętrznym i przy okazji tego zbioru, też mogę powiedzieć, że miałem wrażenie, iż ktoś przeze mnie te wiersze wypowiada. Cieszy mnie kolejna książka, a szczególną radość budzi wspaniała szata graficzna, z wykorzystaniem słynnego autoportretu Albrechta Dürera. Napisałem wiersz o nim i może dlatego wydawnictwo wybrało ten obraz na okładkę. To jednak tylko jeden, bardzo ważny element, są jeszcze fragmenty grafik tego wielkiego Niemca, przebijające z czekoladowego koloru okładki. Całość została wydrukowana sepią, co przydaje wydawnictwo niezwykły charakter i dobrze komponuje się z drzeworytami, wybranymi jako ilustracje do wierszy.

MICHAEL JACKSON 1958-2009

Wczoraj zmarł nagle Michael Jackson. Od jakiegoś czasu pojawiały się pogłoski o bardzo złym stanie jego zdrowia, nadwątlonego przez kolejne operacje plastyczne i nieustanne wybielanie skóry. Nigdy nie należał do moich ulubionych twórców, choć kupiłem kiedyś jego płytę analogową. Robiły na mnie wrażenie niektóre jego teledyski, jakieś piosenki wpadały w ucho, czytywałem też artymichael-jacksonkuły o różnych fanaberiach życiowych, o kolejnych partnerkach, o procesach, oskarżeniach o pedofilię, itd. Był na pewno znaczącym kompozytorem i wykonawcą i teraz ta tragiczna śmierć znowu wywinduje jego sztukę na medialne wyżyny. Może też umilknie gwar i ludzie skupią się na muzyce i poszczególnych kreacjach. Michael był jakąś cząstką mojego życia i ta cząstka właśnie odeszła. Coraz więcej moich rówieśników umiera – odchodzą z powodu chorób, giną w wypadkach, odbierają sobie życie albo zapijają się na śmierć… Ten amerykański piosenkarz był z mojego pokolenia, mniej więcej w tym samym co ja cyklu kosmicznym przyszedł na świat. Ziemia obiegła słońce pięćdziesiąt jeden razy i już zgasła jego świadomość. Zaznał wiele radości, uniesień, zarobił i stracił wielkie pieniądze, stawał na scenach świata naprzeciw ogromnych tłumów. Był kimś i zapewne wielu szczerze po nim zapłacze, wielu pochyli się nad jego pogmatwanymi losami. Ja w takich momentach patrzę na swoje życie i pytam sam siebie – co zrobiłem…? Do jakiego miejsca doszedłem…? I co jeszcze przede mną…?

TRZECIAKOWSKI ROZSYŁA…

Tzw. lokalny twórca – Wiesław Trzeciakowski – nadal intryguje… Wcześniej opisałem jego bezsensowny udział w konferencji o Pięknie Słowackiego, którą sprofanował felietonem o antysemickim poecie–chłopaczku, z początku stulecia. Nasz „literat” wziął udział w wielkim wydarzeniu naukowym na przyczepkę, nie wiadomo skąd i na jakich prawach. Wcześniej zasłynął w lokalnym środowisku jako autor plotkarskich i kłamliwych pseudo-opowiadanek, w których tylko lekko zakamuflował występujące osoby. Z racji tego, że akurat starał się o pracę w moim uniwersytecie, obsmarował jednego z profesorów, a wywyższył (dosłownie) innego. Nazwał te nieudaczne pisaneczki Śmierć w kwitnącym sadzie, ale ja proponowałbym tytuł: Bełkot w kwitnącym sadzie…  Przykro mi zajmować się takim literackim nieudacznikiem, gdy tylu wielkich pisarzy mam do wyboru… Ale jednak, coś zmienia się w moim podejściu do marnej literatury. Ten mój wieloletni program pozytywny dobry jest dla grzecznych dziewczynek… Krytyk powinien manifestować swoje poglądy i musi piętnować to, co jego zdaniem zasługuje na opis negatywny. Z tego też powodu niebawem poddam dokładnej analizie krytycznoliterackiej dziełka Trzeciakowskiego. A niechże stracę trochę czasu… Na razie dowiaduję się, że po białostockiej konferencji nasz wielki pisarz natychmiast wysłał swoje wiekopomne dzieła gdzie się dało. Między innymi do wybitnego profesora z Gdańska, który mu za to kurtuazyjnie podziękował. Ach, co to była za radość u Trzeciakowskiego… To wydarzenie zbiegło się z moim wpisem na blogu o nim, więc wydrukował moją pisaninę („świadczącą o mojej degeneracji…”), dołączył list profesora i hajda rozsyłać go na pohybel degeneratowi Lebiodzie… Szkoda tylko, że nie wysyłał kopii artykułu Krzysztofa Derdowskiego o sobie, z „Ilustrowanego Kuriera Polskiego”. Muszę spytać kolegę czy mogę go w całości zacytować. Dobrze by było, żeby w sieci internetowej wisiał też i ten tekst…  Na razie, choć to mnie „zniesmacza” i wpływa na jakość samopoczucia, biorę się za lekturę wypożyczonych pism zebranych Trzeciakowskiego. Trzymaj się Wiesław… I dalej rozsyłaj to, co piszę na blogu… Pozwalam, bo swojego pisania się nie wstydzę… Twojego zachowania – tak… i to bardzo…

PHILIP LEVINE

Warszawskie wydawnictwo Nowy Świat zainicjowało swego czasu Antologię współczesnej poezji amerykańskiej w przekładzie Adama Szypera. Niestety ukazał się tylko pierwszy tom, przynoszący wiersze jednego z najbardziej ekscytujących poetów zza oceanu, Philipa Levine’a. We wstępie Szyper zamieszcza najważniejsze informacje o tym twórcy, który urodził się w 1928 roku w Detroit. Tam przez wiele lat pracował jako prosty robotnik w fabryce i jednocześnie ukończył studia uniwersyteckie. Potem tułał się po Ameryce i w końcu osiadł w kalifornijskim Fresno, gdzie przez blisko trzydzieści lat wykładał na miejscowym uniwersytecie. Jest autorem osiemnastu tomów poezji i dwóch książek autobiograficznych: The Bread of Time (Chleb czasu) i Don’t Ask (Nie pytaj). Za swą lirykę otrzymał dwie nagrody National Book Award – w 1979 roku za Ashes (Popioły) i w 1991 roku za What Work Is (Czym jest praca). Cztery lata później za Simple Truth (Prosta prawda) zdobył Nagrodę Pulitzera. Levine tworzy wspaniałą panoramę ludzkości zmierzającej do celu, ludzkości, która wyłania z siebie najwrażliwsze jednostki i czyni z nich przewodników duchowych. Zapewne to ma na myśli Peter Scott, gdy mówi, że Philipa Levine’a bez wątpienia można zaliczyć do najsubtelniejszych poetów, jakich wydała Ameryka. Nawiązuje on do wielkiej tradycji Williama Carlosa Williamsa, który przedkłada jazz nad operę, kuchnię nad salon, twarde ławki na stacji autobusowej nad jedwab poduszek. Jego wiersze są jakby monumentem naszego czasu. Jak wskazuje z kolei translator, Philip Levine nie uczestniczył w sporach dwudziestowiecznej poezji amerykańskiej, utożsamiał się wyłącznie z postaciami ze swych wierszy. Ich scena to Detroit, Kalifornia, Hiszpania i egzotyczne kraje, w których panuje powszechna nędza. Dużo w nich ludzi i rozpoznawalnych dla czytelnika faktów. Gdy poeci pokolenia beatników tworzyli groteskowe obrazy swej epoki, a akademickie autorytety pławiły się w „fontannach dobrego smaku”, Levine pisał o meksykańskich chłopach na kalifornijskich polach i o robotnikach w Detroit, o miłości do żony, syna, brata… To jest poezja prostych prawd i prostych doświadczeń, w których jednak znajdziemy największą filozofię egzystencji, a przy tym pierwiastkową mądrość, przydającą światu i ludziom humanistycznego etosu. Szyper dopowiada jeszcze, że w wielu wierszach, Levine opisuje konkretne doświadczenia, które zamazuje mgłą niedopowiedzeń i mistyki. Auden wyraził się kiedyś – pisze dalej tłumacz – że każdy utwór poetycki odzwierciedla rywalizację między Arielem a Prosperem. Ariel namawia do uskrzydlenia wiersza w raj słów i ich lot w świat bez czasu, wolny od problemów i cierpienia. Prospero, kierując się raczej prawdą niż pięknem, ujawnia nieuporządkowaną i brudną codzienność i odczuwa to, co Yeats nazywa „pustką rzeczywistości”. Do Levine’a  przemawia raczej ten drugi. Mimo to potrafi być czuły, silny, wciąż zawieszony między bólem a ekstazą.  Przekłady Szypera przekazują dokładnie treść wierszy amerykańskiego poety i pozwalają obcować z ich prostotą, łagodnością i często delikatnością. To co do tej pory stworzył Levine – wskazuje autor wstępu – jest wspaniałym, psychologicznym zapisem ludzkiego doświadczenia, którego artyzm i głębia przekraczają granicę czasu i zapewniają mu czołową pozycję pośród poetów amerykańskich. W taki sposób jego prosta prawda zwycięża. Szyper był w pewnym momencie jednym z najpłodniejszych translatorów poezji amerykańskiej, ma wszakże w swoim dorobku, opublikowane w Polsce i w Nowym Jorku, znakomite wybory wierszy Stanleya Kunitza, Geralda Sterna i Stanleya Barkana. Szkoda, że nagle i bezpowrotnie wycofał się z literatury – brakuje nam Ciebie Adamie…

WSZECHŚWIAT

gal9

Spodziewałem się tego od wielu lat i teraz, gdy pojawiają się nowe informacje, chłonę je z wielkim zaciekawieniem. Chodzi o wszechświat i zmieniające się poglądy uczonych na jego temat. Przez wiele lat ludzkość chlubiła się teorią Big Bangu, wielkiego wybuchu, który był u początku wszystkiego, a miał miejsce około 13,73 miliarda lat temu. Od tego momentu zaczęło się rozszerzanie przestrzeni i obecnie średnica wszechświata ma około 93 miliardy lat świetlnych. Stale rośnie i powiększa się, a ekspansja nabiera tempa i przyspieszenia, pojawiają się też nowe zdumiewające odkrycia. Okazuje się, że to, co widzimy, to zaledwie cząstka wszystkiego – większość tych ogromów wypełnia niewidoczna dla oka ciemna materia (23 procent) i ciemna energia (73 procent). Podstawowe siły kształtujące i wpływające na rozwój kosmosu nie zmieniły się od samego początku – to grawitacja oraz elektromagnetyzm, oddziaływanie silne i oddziaływanie słabe. Właściwości ciemnej materii i ciemnej energii są w dużym stopniu nieznane. Wiadomo że ciemna materia oddziałuje grawitacyjnie tak jak zwykła materia, spowalniając ekspansję wszechświata, natomiast ciemna energia przyspiesza tę ekspansję. Wszechświat ma trzy obserwowalne wymiary przestrzenne i jeden czasowy, choć niewykluczone, że ma więcej nieznanych nam wymiarów. Czasoprzestrzeń jest gładką i spójną rozmaitością, a jej przeciętna krzywizna jest bardzo mała, co oznacza, że w dużej skali jej geometria jest w przybliżeniu euklidesowa. Czytamy o nowych odkryciach i zaczynamy rozumieć wobec jak wielkich tajemnic stoimy – skoro zwykła materia stanowi jedynie cztery procent całości wszechświata. Ile też pojawia się spekulacji, czy to w literaturze naukowej, czy w powieściach i opowiadaniach typu science fiction. Choćby teoria wieloświata, który składa się z miliardów bliźniaczych wszechświatów, a może nawet ciągnie się w nieskończoność. Na razie pewne jest, że średnica przeciętnej galaktyki to trzydzieści tysięcy lat świetlnych, a przeciętna odległość między dwiema sąsiadującymi galaktykami to trzy miliony lat świetlnych. Jakież to ogromne przestrzenie i ile odmiennych rzeczywistości kosmicznych możemy pośród nich wyodrębnić. Można wszakże wyodrębnić powtarzalne struktury: atomy tworzą gwiazdy, gwiazdy skupiają się w galaktyki, galaktyki łączą się w gromady i supergromady, a te układają się w włókna, rozdzielone pustkami. Wszechświat wypełnia dodatkowo, bardzo równomierne mikrofalowe promieniowanie, odpowiadające równowadze termicznej ciała doskonale czarnego o temperaturze około 2,725 kelwinów. Wszystko to bardzo przypomina właściwości żywego organizmu i takie rozwinięte teorie też się pojawiały – ich autorzy mówią, że wszechświat jest ciałem Boga i samą istotą stworzenia. Mnie te sprawy zawsze bardzo interesowały i orbitowałem wokół nich pisząc monografię o kosmogonii w twórczości Juliusza Słowackiego. Fascynowała mnie ogólna teoria względności Einsteina, która przez wiele lat (i do tej pory) objaśniała kolejne modele wszechświata. Teraz odkrycie czarnej materii i czarnej energii spowodowały zachwianie w nauce, brak pewności uczonych czy wykorzystywana dotychczas teoria jest ostateczna. Nie możemy zatem stworzyć w obecnej chwili spójnego modelu wszechświata, weryfikowanego eksperymentalnie. Dostrzegamy jednak wielkość tej struktury, w której jest dziesięć milionów supergromad galaktycznych, dwadzieścia pięć miliardów grup galaktyk, trzysta pięćdziesiąt miliardów dużych galaktyk, trzy i pół biliona galaktyk karłowatych i trzydzieści miliardów bilionów gwiazd. Żyjemy pośród niewyobrażalnych tajemnic i sami jesteśmy tajemnicą, bo stanowimy niewielką cząstkę kosmosu – byliśmy w nim, gdy się tworzył, jesteśmy teraz i będziemy u jego końca. Pierwiastki współtworzące nasze komórki, przez miliardy lat ulegały przekształceniom, tworzyły różne struktury organiczne i nieorganiczne i po naszej śmierci, po rozpadzie ciał, dalej będą wtłaczane do innych łańcuchów istnienia.

ANDRZEJ CHRUSZCZYŃSKI 1935-2009

ChruszczyńskiZmarł prof. Andrzej Chruszczyński z którym współpracowałem przez wiele lat w mojej uczelni. Był błyskotliwym uczonym i pozostawił po sobie książkę, która była odważną próbą przewartościowania utrwalonych schematów literaturoznawczych. Wcześniej dał się poznać jako krytyk literacki i wnikliwy recenzent w wielu periodykach, wychował też spore grono uczniów, studentów, opiekował się piszącymi pod jego kierunkiem doktoraty. Wspomniana książka Chruszczyńskiego – Intensywizm i autentyzm (1918-1956) – może na długie lata pozostać w nowoczesnym polskim literaturoznawstwie. Napisana została lekko i ze smakiem, a przy tym prezentuje wyrazistą i syntetyczną wizję literatury, w zakreślonym w tytule okresie. Na samym początku autor mówi, iż nie sposób zaprzeczyć, iż stan badań w zakresie historii literatury polskiej XX wieku jest mało imponujący w dziale syntez oraz że stan taki wynika nie skądinąd, jak właśnie z kompletnego braku zgodności co do podziału na okresy i nadrzędności takich a nie innych prądów umysłowych, kierunków w sztuce czy stylów artystycznych – przebiegi tej literatury kształtujących. Chruszczyński nie godzi się na sztuczne wyodrębnianie literatury międzywojennej i doszukiwanie się w niej wielkich struktur, prądów – raczej widzi ją w ciągu szerszych tendencji literackich i artystycznych dwudziestego wieku. Trudno nie zgodzić się z badaczem, że ów dwudziestoletni twór jest sztuczną formułą stworzoną przez krytykę literacką, a do tego jeszcze rozdętą ponad miarę. Dla udokumentowania swojej tezy Chruszczyński proponuje spojrzenie wstecz – per analogiam wskazuje na rok 1795, uważany za koniec oświecenia i jednocześnie przypomina, że prądy oświeceniowe dostrzegalne są w polskiej literaturze jeszcze przez wiele lat, a  dopiero romantyzm wypiera je z ogromną siłą. Podobnie jest z dwudziestoleciem międzywojennym – autor nie widzi znaczących zmian jakościowych po 1939 roku, a zatem ta sztuczna cezura jest dla niego podejrzana. Raczej – pisze Chruszczyński – Stwierdzić należy, iż dopiero przesilenie lat 1949-1955 z owoczesnym tendencyjnym socrealizmem stać się miało cezurą rzeczywistą i trwałą oraz, że literatura polska w jej przebiegach współczesnych ma swoje korzenie w latach 1956-1957. Wtedy pojawiły się i utrwaliły swą obecność w literaturze nowe tendencje, prądy i propozycje stylowe, które powstały jako wypadkowa rodzimych problemów z późno odkrytymi w szerszej skali i dopiero teraz na dobre przyswojonymi tendencjami egzystencjalistycznymi i behawiorystycznymi zarazem. Dalej pokazuje autor na ile umowny jest rok 1918 jako początek szerszych tendencji w literaturze polskiej i odwołuje się do podobnej umowności związanej z wydaniem Ballad i romansów. Tutaj pojawiają się jako alternatywne inne lata, najczęściej powiązane z wydarzeniami politycznymi albo społecznymi i przez to – zdaniem autora – nie najlepiej zamykające zjawiska w obrębie literatury współczesnej.

Proponuje zatem autor własne uściślenia chronologizacyjne i zgłasza tezę, iż ramy czasowe epoki literackiej, którą zapoczątkował rok 1918 sięgają daleko poza granicę politycznej egzystencji Drugiej Rzeczypospolitej. Ramy te (…) rozciągają się aż do przesilenia tzw. nowej polityki kulturalnej i naturalnego zgonu doktrynalnego socrealizmu w praktykach polskiej literatury pięknej, a zatem do roku 1956. Daty 1932, 1939, 1944 i 1948 to natomiast cezury etapowe, granice faz wewnątrz epoki historycznoliterackiej, którą chcemy tutaj nazwać  e p o k ą   i n t e n s y w i z m u   i   a u t e n t y z m u. Chruszczyński przyjmuje jednak dla korzyści badawczych wcześniejszą cezurę, zastrzega się jednakże, że ma ona dla niego charakter czysto formalny i – jego zdaniem – z upływem lat będzie coraz szerzej krytykowana.(Jakby dla potwierdzenia słów badacza ukazała się już książka Anny Nasiłowskiej pt Trzydziestolecie 1914-1944.) W dalszej partii swojej pracy przystępuje Chruszczyński do wyłożenia istoty pojęć zaproponowanych w tytule dzieła, a potem powtórzonych w zgłoszonej tezie. Ich korzeni doszukuje się w trzytomowym dziele Kazimierza Czachowskiego pt. Obraz współczesnej literatury polskiej, w którym po raz pierwszy natkniemy się na próbę spojrzenia na wskazaną wyżej literaturę w aspekcie dwuprądowym. Właśnie w tomie trzecim wskazanego dzieła znajdziemy dwa pojęcia, które nie zostały – zdaniem Chruszczyńskiego – potraktowane serio przez literaturoznawców, a do których warto dzisiaj wrócić – ekspresjonizm i neorealizm. W nawiązaniu do koncepcji Czachowskiego lokuje też autor syntezy swoje pojęcia, nie uzurpując sobie faktu ich odkrycia. Już w tym miejscu widać, że Chruszczyński podchodzi do zagadnienia w sposób niezwykle uczciwy i ambitny zarazem. Pragnie zmierzyć się z tendencją, która wygodnie ulokowała się w podręcznikach szkolnych, analizach, różnorakich przekrojach, „syntezach” i niejednego literaturoznawcę utwierdziła w przekonaniu, że literatura wskazywanego okresu jest łatwa w opisie i nie nastręcza większych trudności metodologiczno-systematycznych. Ale czy jest to tylko rzucanie się z motyką na słońce i rewindykacja utrwalonych solidarnym murem granic, czy może wnikliwe odczytanie tego, co skazano już na zamknięcie pomiędzy okładkami grubych tomów podręcznikowych? Jak się okaże po lekturze całości, Chruszczyński proponuje spojrzenie, które nie będzie mogło być zlekceważone przez kolejnych badaczy literatury dwudziestego wieku. Chruszczyński zatrzymuje się przy wskazanych prze Czachowskiego tendencjach, ale też je modyfikuje. Ekspresjonizm polski – korzystając z sugestii Cezarego Jellenty (1897) – proponuje nazywać intensywizmem. Zdaniem autora Jellenta już w roku 1897 intuicyjnie wyczuł i zaskakująco precyzyjnie zdefiniował te znamiona nowatorstwa artystycznego, które już wkrótce zaznaczyć się miały w utworach niektórych symbolistów polskich; na jakiś czas zdominowane wpływami niemieckiego ekspresjonizmu, pod koniec lat dwudziestych i w trzydziestych dały znać o sobie w dziełach Witkacego, Schulza, Gombrowicza et consortes, których wówczas nazywano niejednokrotnie neoekspresjonistami, zaś po paru dziesięcioleciach zamianowano kreacjonistami. Z kolei autentyzm jest to dla autora syntezy: wielonurtowy kierunek w literaturze polskiej, skrystalizowany definitywnie w ostatnich latach międzywojennych, charakterystyczny w szczególniejszy sposób dla twórczości generacji nazywanej „pokoleniem 1910” oraz dla pisarzy bliskich jej wiekiem i przeżyciem pokoleniowym. Filozoficzna motywacja autentyzmu jawi się na styku antypozytywistycznych doktryn antropologicznych: humanizmu socjalistycznego, personalizmu młodokatolickiego i wczesnego egzystencjalizmu, poszukujących sensu życia człowieka współczesnego, zagrożonego rosnącą wizją dyktatur autorytarnych. (…) Wspólne znamię literatury autentyzmu stanowi przede wszystkim kategoryczny imperatyw szczerości w imię moralnych obowiązków sztuki, w poczuciu wyjątkowego miejsca w historii, jakie przypada pierwszemu pokoleniu inteligencji polskiej, wyrosłemu w Polsce Niepodległej i odpowiedzialnemu za los dalszych pokoleń jeszcze nie w pełni zintegrowanego narodu. W tym miejscu zamykają się rozważania wstępne i prezentacja metody badawczej, jaką autor ze zdumiewającą konsekwencją zastosuje przy opisie zjawisk literackich wskazanego w tytule okresu. Dodać tutaj zaraz trzeba, że jest to jedynie część pierwsza rozleglejszego dzieła – nosząca tytuł Na fali przyboju.

W czterech kolejnych rozdziałach przygląda się Chruszczyński poezji omawianego okresu. Zaczyna od niezwykłej erupcji twórczej w latach 1917–1925 i wskazuje na niezwykle trafne sądy Jana Stura, który dostrzegał w poezji tamtego czasu znamienne współbrzmienie przeciwieństw – harmonia discordantium. Wyrazem tego współbrzmienia była wczesna twórczość Juliana Tuwima i wyraźne w niej – obok innych – tendencje intensywistyczne. Wskazuje też autor syntezy na ekspresjonistyczny charakter wierszy Antoniego Słonimskiego i formułuje w stosunku do nich następujące uściślenia: Po pierwsze najmniej tam dionizyjskiego upojenia, zaś więcej od razu skłonności do afirmacji apollińskiej. Po drugie najmniej tam skłonności do poetyki krzyku (…), zaś więcej od razu skłonności do refleksji intelektualnej. Po trzecie natomiast, choć koneksjami rasowymi nie różni się przecież Antoni Słonimski od Tuwima czy Lechonia, najsilniej zaznaczona zostaje szczególna sytuacja podmiotu lirycznego jako Europejczyka, nawet właśnie kosmopolitycznego globtrotera, ale skomplikowana rozterkami Żyda we współczesnym świecie. Zarówno Tuwim, jak i Słonimski są dla Chruszczyńskiego autorami, którzy znakomicie lokują się w jego dwunurtowym opisie zjawisk literackich i wykazują w swoim opisie świata poetycką harmonię przeciwieństw. Na Tuwimie i Słonimskim poezja tamtego okresu się nie kończy, dlatego autor wskazuje jeszcze trzy nazwiska: Kazimierza Wierzyńskiego, Jarosława Iwaszkiewicza i Emila Zegadłowicza.  I tutaj opis jest zdumiewająco konkretny i funkcjonalny i świetnie lokuje twórczość wskazanych poetów w rekreowanej tendencji. Podobnie z Lechoniem, podobnie – przy założeniu stopniowego poszerzania perspektywy – z nowatorami formalnymi: Tytusem Czyżewskim, Brunonem Jasieńskim, Anatolem Sternem. Wszyscy oni dają się znakomicie opisać przy zastosowaniu tego rodzaju ekspresjonistycznego narzędzia badawczego i wszyscy – o paradoksie poezji – lokują się w tych samych intensywistycznych ramach, jakby na ich sztuce duch czasu wycisnął takie samo znamię. Rozdział kolejny – zatytułowany  Koneksje – ustawia twórczość skamandrytów w kontekście dokonań artystycznych twórców starszych. Leopold Staff jest tutaj krytykowany, ale też wskazuje się jego powinowactwa ze skamandryckim witalizmem. Także u Leśmiana jest intensywizm według Chruszczyńskiego  dominującym znamieniem. Autor nie pomija też Józefa Wittlina jako wyraziciela wskazywanej tendencji, ale więcej miejsca w swoich analizach poświęca Kazimierze Iłłakowiczównie, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Jerzemu Liebertowi i Władysławowi Broniewskiemu. W tych – z konieczności – syntetycznych prezentacjach pokazuje badacz, że wskazana w rozważaniach wstępnych tendencja była wyrazista i krzewiła się w różnych postaciach, dostrzegalna była na różnych poziomach penetracji lirycznych, odbijała się szerokim echem, zarówno w twórczości prawodawców poetyckich tamtego czasu, jak i debiutantów, twórców wchodzących dopiero do kultury. Można by się tutaj sprzeczać z Chruszczyńskim o dobór poszczególnych wierszy egzemplifikujących, ale przecież tego rodzaju ilustracja zawsze będzie dyskusyjna. Dla prezentowanej tendencji wybrane wiersze są reprezentatywne i znakomicie oddają zamysł autorski.

Rozdział kolejny poświęcony został awangardzie i poetom Zwrotnicy. Według badacza dzieje grupy literackiej, która przeszła do historii literatury jako Awangarda Krakowska i stworzyła fundament dla szeroko rozumianej szkoły liryki awangardowej w Polsce, zamykają się pomiędzy wystąpieniami Tadeusza Peipera w pierwszej serii „Zwrotnicy” w latach 1922-23, a swoistym podzwonnym na kartach Poezji integralnej Jana Brzękowskiego w roku 1933. Także to ugrupowanie i tacy poeci, jak Jalu Kurek, Julian Przyboś, Tadeusz Peiper i Jan Brzekowski mieszczą się – zdaniem badacza – w nadrzędnie rozumianym nurcie literatury intensywistycznej. Otrzymujemy zatem analizę i wskazania w tym właśnie duchu, a na plan pierwszy wysuwają się narracje na temat autora Nowych ust, autora Śrub i twórcy Tętna. Twórczość Kurka i Ważyka raczej widzi Chruszczyński na marginesie głównego nurtu intensywistycznego i obdarza je notami negatywnymi, a Ważykowi dostaje się nawet tak: Do trwałych osiągnięć Awangardy Krakowskiej nie wnosi niestety Adam Ważyk literalnie nic (…). W rozdziale kolejnym  – zatytułowanym tak jak debiutancki tomik  Poranek goryczy – otrzymujemy analizę i diagnozę poezji Mariana Czuchnowskiego. I tutaj autor pracy umiejscawia to doświadczenie poetyckie w obrębie charakteryzowanego nurtu, bo to na tej twórczości zamyka się trzecie dziesięciolecie i otwiera czwarte, a pojawiające się w niej akcenty są charakterystyczne dla całego nurtu i zarazem na tyle indywidualne, by wyodrębnić je z niego. Nie może przy tej okazji zabraknąć innych poetów Kwadrygi – Aleksandra Maliszewskiego i Władysława Sebyły, zapomnianego, tutaj negatywnie ocenianego,  Stanisława Ciesielczuka i znacznie pozytywniej odczytywanego – Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego. Pozytywnie wartościuje też Chruszczyński i umieszcza w ciągu swoich rozważań twórczość Stefana Flukowskiego, autora zapomnianego z jednej strony, a jednak dziwnie często pojawiającego się w licznych nawiązaniach poetyckich i wspomnieniach prawodawców pokolenia. Nie za wiele publikował w opisywanym okresie Gałczyński, z tego też powodu traktuje go autor syntezy marginalnie, aczkolwiek nie pomija. Są też przybliżenia poezji Wawrzyńca Czereśniewskiego, Mariana Piechala oraz klasycyzujących twórców: Romana Kołonieckiego, Stefana Napierskiego, Światopełka Karpińskiego i Mieczysława Jastruna. Spośród ostatnich wymienionych tylko dwaj ostatni doczekali się u autora pozytywnej opinii. Od tych jednakże nawiązań ciekawsze w książce Chruszczyńskiego są syntetyczne sądy na temat twórczości Józefa Czechowicza. Twórca ten wydaje się chylić ku tendencji autentystycznej i zanurzać się w apoteozie, choć ów podziw i miłość do świata prowincjonalnego raz po raz zakłócane są instynktownymi skurczami przerażenia. Dopiero od „ballady z tamtej strony” (1932) poczynając ukształtuje się bowiem katastroficzny intensywizm, zresztą nie sensu stricto przecież, bo dzieło Czechowicza, widziane jako całość, uznać chyba trzeba za pierwszą w naszej poezji, nie do końca zrealizowaną próbę syntezy intensywizmu i autentyzmu. próbę syntezy, którą zrealizuje dopiero sztuka Krzysztofa K. Baczyńskiego i Tadeusza Różewicza oraz ich kontynuatorów z „pokolenia Współczesności”. Rozważania w tym rozdziale zamykają ostateczne uściślenia na temat poezji Czuchnowskiego i powrót do metafory „poranka goryczy”, która jest zarazem wyraźną zapowiedzią dalszych rozważań, które zapewne pojawią się w tomie następnym. Książka Chruszczyńskiego wyróżnia się niezwykle rygorystyczną konstrukcją i prezentuje tylko te zjawiska, tendencje, które miały wpływ na kształtowanie się postaw poetów we wskazanym w tytule okresie. Przy tego rodzaju nastawieniu, „odsiew” musiał być znaczny, ale – jak pokazuje to rozprawa – dał on znakomite efekty. Powstała bowiem monografia śmiało mogąca konkurować z „tradycyjnymi” opisami poezji dwudziestolecia międzywojennego (i poezji późniejszej), dająca jasną wykładnię, proponująca jej konkretny kształt i nadająca właściwy wymiar poszczególnym osobowościom, autentycznym osiągnięciom poetyckim. Można się spierać z autorem czy rzeczywiście tak wysoko należy lokować twórczość Czuchnowskiego, czy Śliwonik jest lepszy od Grochowiaka, można też toczyć boje o wybór wierszy Tuwima, Staffa czy Peipera, ale przecież każda tego rodzaju próba narażona będzie na krytykę. Jak każde wartościowe zjawisko w polskiej literaturze, poezja lat 1918 – 1956 stale podlega mechanizmom weryfikacji i generuje spory, dyskusje, nowe rozstrzygnięcia. Znakomicie w ten ciąg weryfikacji i uogólnień wpisuje się synteza Andrzeja Chruszczyńskiego.

__________
Andrzej Chruszczyński, Intensywizm i autentyzm (1918-1956), Wyższa Szkoła Pedagogiczna, Bydgoszcz 1918, s. 188.

KOS

Kos

Kolejne spotkanie ornitologiczne – podczas długiego spaceru przez las widziałem kilka kosów (Turdus merula). Przelatywały ku prześwietlonym, wysokim drzewostanom, albo przysiadały na gałęziach, przy drodze. Są dość płochliwe, więc szybko umykały przede mną z wielkim hałasem. Znam dobrze ich głosy, więc słyszałem je także, gdy znikały w głębinach krzewów, świerków i jodeł. Należą do rodziny drozdowatych i są powszechne w całej niemal Europie, a także w środkowej, południowej i wschodniej Azji. Czasem spotyka się je u nas w zimie, bo populacje miejskie nie odlatują. Natomiast większość mieszkańców lasów, skrajów pól i opuszczonych parków, cmentarzy, przelatuje w październiku i listopadzie na południe Europy. Wracają w marcu i kwietniu i zaraz dają o sobie znać pięknym śpiewem, głosem o wysokiej, napastliwej barwie. Ptaki te są jednolicie czarne, z lekkim połyskiem, ale wyróżnia je żółty dziób u młodych osobników, a wyraziście pomarańczowy u starszych. Wokół oka mogą mieć żółtawą obrączkę. Samica – jak zwykle u ptaków – jest mniej efektowna, brązowawa, czasem lekko zielonkawa, z niewyraźnymi plamami na spodzie i rozjaśnieniem na podgardlu. Dziób ma zwykle brązowy i jest trochę bardziej płochliwa od jej rezolutnego towarzysza życia. Kosy latają, ale też sporo spacerują i skaczą lekko po ziemi, gdzie szukają owadów i ślimaków, a także nasion. Idąc przez las nagle napotkałem młodego kosa, który pozwolił mi podejść na odległość jednego metra. Wyraźnie był mną zaciekawiony, skakał koło mnie i oddalał się by zaraz wrócić i przyglądać mi się z bliska. Patrzyłem na niego z uśmiechem i trwałem w bezruchu kilka minut. W końcu nakrzyczał nas mnie, zamarkował odlot, jeszcze raz przysiadł i w końcu rzeczywiście odleciał ku pobliskim krzakom czarnego bzu. Gdy to piszę, o wpół do dziesiątej wieczorem, gdzieś tam teraz siedzi na gałęzi i śpi. Życzę Ci dobrej, spokojnej nocy sympatyczny kosie…

NIEUCHRONNOŚĆ

Poruszyła mnie wiadomość, że małżeństwo, które nie wsiadło do airbusa, rozbitego nad Atlantykiem, miało wypadek samochodowy we Włoszech. Kobieta zginęła, a jej mąż jest w ciężkim stanie, w szpitalu. Gazety piszą, że przeznaczenia nie da się oszukać – miejmy jednak nadzieję, że chociaż ów mężczyzna przeżyje. Informację tę skojarzyłem z moim wczorajszym zdarzeniem – otóż wracając z koleżanką znad jeziora, w okolicach Radziejowa, byłem uczestnikiem kolizji samochodowej. Koleżanka wprawnie prowadziła nowoczesne volvo, aż tu w pewnym momencie stało się… Właśnie chciała wyprzedzić czerwonego fiata brava, gdy kierowca wykonał nieobliczalny manewr, nagle zwolnił i skręcił w lewo. W sumie była to dość łagodna stłuczka, choć oczywiście oba auta ucierpiały i koszty napraw będą znaczne. Rozmawialiśmy w pojeździe, odprężeni po imprezie literacko-artystycznej w Radziejowie, jechaliśmy wolno, majestatycznie i nic nie wskazywało na to, że coś może się wydarzyć. A jednak doszło do zderzenia i na dobrą sprawę, przy ewentualnym uderzeniu głową o wnętrze samochodu lub rozbiciu szyby, mogło nam się coś stać, a szkło mogło nas poranić. Na szczęście, koleżanka opanowała auto i nie było innych konsekwencji – tylko stres i koszty związane z renowacją. Tak myślę, że gdybyśmy tylko kilkanaście, nawet kilka sekund później wyruszyli znad jeziora, zatrzymali się gdzieś na chwilę, do niczego by nie doszło. A jednak kolejne momenty tego dnia wiodły nas do kolizji. Czy była nam pisana? Czy ta para, która nie weszła do airbusa, musiała potem wsiąść do feralnego samochodu? Każdego dnia mamy do czynienia z nieuchronnością, coś w nas się zaczyna i coś się kończy, coś prowadzi nas do przyszłych zdarzeń. Coś jest nam pisane, przed czym nie możemy uciec…

« Older entries

%d blogerów lubi to: