WINNETOU

11240572

Wczoraj zmarł we Francji na zapalenie płuc Pierre Brice, aktor który wcielił się w rolę Winnetou – słynnego bohatera powieści Karola Maya. Tak przemija nasze życie, tak odchodzą w niebyt jego elementy… Ileż to razy siedziałem w kinie i przeżywałem przygody dzielnego wodza Apaczów Mescalero, przyjaźniącego się z Old Shatterhandem, walczącego przede wszystkim z białymi osadnikami, ale też z wojownikami z plemion Komanczów, Kiowów i Siuksów. Szlachetny Indianin stawał się wzorcem osobowym dla mojego pokolenia, a jego walka była dla nas przykładem męstwa i nieustępliwości. Tak się złożyło, że najpierw oglądałem filmy z Brice’m, a dopiero potem czytałem książki Maya, stąd w mojej wyobraźni postać Winnetou zawsze miała rysy francuskiego aktora. „Płonąca woda”, bo tak należy tłumaczyć zmistyfikowane imię tego bohatera, zawsze stawał w obronie słabszych i potrafił odwzajemniać przyjaźń, czy to białych, czy czerwonoskórych. Niedaleko mojego bloku w Bydgoszczy były dwa kina w środku ogródków działkowych – „Mimoza” i „Słońce” – i do nich to często wędrowałem na seanse filmowe. Większość obrazów o Winnetou powstała w latach sześćdziesiątych, gdy dopiero dorastałem, ale była powtarzana także w latach siedemdziesiątych i na ten drugi rzut się załapywałem. Zazdrościłem wodzowi pięknej Apanaczi, śledziłem z zapartym tchem jego przygody w Dolinie śmierci, starcie z królem nafty i innymi złoczyńcami, ale do dzisiaj najbardziej lubię trzy części główne, noszące taki sam tytuł jak imię bohatera (I. Złoto Apaczów, II. Ostatni renegaci, III. Ostatnia walka). Jakże indiańska uroda Pierre’a Brice’a i jego dobre aktorstwo powodowały, że nawet najbardziej nieprawdopodobne zdarzenia miały walor prawdy. Każda wyprawa do kin wiązała się z opuszczeniem mojej dzielnicy i wkroczeniem na terytorium wrogów, często czekających tylko na taki moment. Toczyliśmy przecież – jak Winnetou z Komanczami – regularne bitwy na kamienie ze Szwederowiakami czy chłopakami z Miedzynia i nie mogliśmy spokojnie wędrować ich ścieżkami. Po obejrzeniu jednego z filmów rozgorzała w ogródkach działkowych regularna bitwa i szybko musieli interweniować zawezwani ormowcy, tudzież patrol milicyjny. Może w momencie śmierci aktora nie wypada przywoływać zabawnych momentów, ale mam przede wszystkim w pamięci jego promienną twarz i noszę w sercu głęboki podziw dla niego, myślę zatem, że nie obraziłby się na takie obniżenie tonu. Oto moja niewielka powiastka, którą napisałem kiedyś w ciągu kilku innych tego rodzaju lżejszych tekstów. W jakiś sposób obrazuje ona nasz zachwyt dla wodza Apaczów, a przy tym pokazuje jacy bywaliśmy głupkowaci…

WINNETOU

   Dzisiaj opowiem wam historię o Grzechu, który chciał być wodzem Apaczów i z dnia na dzień, przeistoczył się z paralityka i popychadła blokowego, w znamienitego Indianina. Było to w czasach, gdy w polskich kinach triumfy święciły filmy enerdowsko-jugosłowiańskie z serii Winnetou. Chodziliśmy na nie całymi grupami do kin w ogródkach działkowych, takich jak „Mimoza”, „Słońce” lub „Bałtyk”, a czasem jeździliśmy nawet do odległej dzielnicy, w której kino „Robotnik” mieściło się w dawnej synagodze. Iluż to chłopaków chciało wtedy dorównać nieustraszonemu wodzowi, ilu chciało być jak Old Shatterhand, a ile dziewcząt nosiło warkoczyki z koralikami, jak Apanaczi, ukochana Winnetou. Mieliśmy wtedy w domach plakaty przedstawiające Pierra Brice’a jako wodza, a wielu miało też niewielkie lusterka lub breloczki z jego podobizną. Mało kto czytał wtedy Karola Maya, ale wykreowana przez niego postać, za sprawą serii filmowej, była równie znana jak Zorro, Ivanhoe czy bracia Cartwright z Bonanzy. Opowiadaliśmy sobie poszczególne odcinki tego długiego serialu, ekscytowaliśmy się możliwościami tytułowego bohatera i jego kobiety. Co jakiś czas ogromniała fama kolejnego filmu, a to „Złota Apaczów” i „Ostatnich renegatów„, potem „Winnetou w Dolinie Sępów” i „Winnetou i król nafty„, z kolei „Winnetou i Apanaczi„, a dalej ciąg zazębiających się epizodów: „Winnetou i Old Surehand„, „Winnetou i Old Firehand„, „Winnetou i Old Shatterhand„, by wreszcie zamknąć wszystko filmem „Winnetou w Dolinie śmierci„.

   Grzechu był bardzo wysokim chłopakiem, z orlim nosem i malutkimi, rozbieganymi oczami. Zwykle wyprowadzał swojego foksteriera i odbywał z mamusią długie spacery. Szedł wtedy wyprostowany, jakby połknął kij, a rękę ze smyczą trzymał sztywno, prosto, bez ruchu. Foksterier maszerował jakoś dziwnie stępa, podnosząc nogi i także patrząc w jeden punkt przed siebie. Tylko gdy pies zaczynał wydalać, Grzechu i jego mamusia przystawali i zamieniali ze sobą parę słów. Kiedyś ich podsłuchałem i brzmiało to mniej więcej tak:

            – No, no, mówiłem ci mama, ze zaraz zrobi…

            – Myślałam, że teraz jeszcze nie…

            – A ja mówiłem ci, mama…

            – No, miałeś rację Grzesiu… robi, robi…

            – Ja ci, mama, mówiłem…

            – No, no…

Gdy foksterier załatwił swoja potrzebę, nieruchomieli i ruszali dalej, chodnikami po osiedlu. Grzechu chodził z matką dla ochrony, bo często bywał obiektem różnych dowcipów. Raz poszczuliśmy jego foksteriera wielkim owczarkiem niemieckim Garsiji i gdyby nie jakiś starszy facet, to doszłoby do masakry. Innym razem rzuciliśmy z dachu garażu na Grzecha i jego foksiego trzy koty. Nie wspomnę tu o polewaniu wodą i szczynami, o najeżdżaniu rowerami, a wreszcie i ucięciu smyczy i schowaniu foksteriera w pustej skrzynce rozdzielczej.

   No, ale nadeszły czasy filmów o Winnetou i nasz kolega zaczął się przeistaczać w Indianina. Jego orli nos i sępiaste spojrzenie powodowały, że rzeczywiście trochę przypominał mężnego wojownika z prerii Dzikiego Zachodu. Jego matka pracowała w jakiejś spółdzielni, która produkowała maskotki z kawałków króliczej skórki i przynosiła do domu pełne siatki futrzanych skrawków. Robili z tego rodzinnie poduszki, czapki, jakieś kołnierze do płaszczy, ale w czasach fascynacji wielkim wodzem pojawiło się inne zastosowanie. Grzechu zaczął tworzyć sobie strój Indianina, a więc najpierw przyozdobił swój czerwony pulowerek kawałkami króliczych ogonków, potem oderwał rękawy, by było widać jego muskularne (wtedy jeszcze kościste) ramiona. Wyglądało to, jakby wisiało na nim wiele pozabijanych, małych zwierzątek. Potem nadeszły dalsze innowacje, z których najwięcej pracy wymagało obciągnięcia pasa króliczym futrem, a potem dopasowanie go do pochwy zwykłej finki harcerskiej. Z kolei ponaszywał kawałki skóry zająca na spodnie, przyczepił ogonki do tenisówek, ulizał sobie włosy na mokro i tak przysposobiony do walki lub trudów wędrówki, wyszedł na podwórko.

   Już dawno nikt nie sprawił nam takiej radości, bo gdy go zobaczyliśmy, ryknęliśmy takim gromkim śmiechem, że w pierwszej chwili zawahał się i chciał biegiem wracać do domu. Mężnie przemógł jednak strach, zatrzymał się na skraju chodnika i wściekłym, pełnym indiańskiej nienawiści wzrokiem patrzył na nas zaczepnie.

             – Patrzcie chłopaki Grzesiu zmienił się w skunksa… – krzyknął pierwszy Bajkoś i śmiał się, trzymając się za brzuch.

            – Co ty gadasz, to nie skunks, to zając wpuszczony do schroniska dla kulawych foksterierów… – zawołał Laluś.

           – No, co wy, chłopaki, przecież to jest sam Winnetou… – krzyknął Marek Jajcarz i wywołał tym największą eksplozję śmiechu.

Grzegorz spojrzał żywiej na Jajcarza, odwrócił się majestatycznie i krokiem wojownika powędrował do domu. Długo jeszcze śmialiśmy się i opowiadaliśmy sobie najbardziej nieprawdopodobne historie, ale niebawem stało się coś dziwnego. Oto różni chłopacy zaczęli wymieniać znaczki, widokówki, jakieś breloczki, jakieś piękne kamyki i lusterka na skórki zajęcze. W ten sposób Grzechu jakby został zaakceptowany i stał się członkiem naszego podwórkowego plemienia. Coraz więcej pojawiało się noży i pasów obciągniętych futerkiem, coraz częściej skórki zdobiły chlebaki i torby szkolne. Obok naszego wodza stanął dumnie Old Shatterhand, którym został Piotrek, przezywany wcześniej Kurdupel.

   Grzesiek kupił sobie toporek harcerski, przyozdobił go króliczym futerkiem i zaczął chodzić z Old Shatterhandem, dawnym Kurduplem, do pobliskiego lasu. Wprawiali się tam w rzucaniu do drzew sosnowych finką i toporkiem. Początkowo szło im słabo, ale po jakimś czasie tak się wyćwiczyli, że trafiali w ogromne pnie. Odbywali wielkie wyprawy po dużych połaciach leśnych, tropili „białych”, zaczajali się przy strumieniach na zbliżających się wrogów. Kiedyś, także czując w sobie zew indiańskiej krwi, poszedłem ich tropem i podglądałem, co robią. Zaraz na początku lasu były tory kolejowe, a za nimi ciągnęły się polany i młodniki, z których gdzieniegdzie wyrastały majestatyczne, wysokie na dwadzieścia metrów sosny. Szedłem za Winnetou i Old Shatterhandem i widziałem jak sprawnie przeskakują doły, jak czołgają się po mchu i jak w indiańskim języku wydają sobie komendy. Brzmiało to mniej więcej tak:

            – Jahaaaa, mułaaa, mułaaa, duuu paaaa mułaaa – wydawał rozkaz Winnetou i wskazywał toporkiem miejsce, gdzie ma się przemieścić towarzysz.

Ten przeskakiwał wprawnie jakiś dół i zaczajał się za drzewem, a potem nagle wydawał z siebie okrzyk:

            – Japaa, japaa, japaa, kuru kuru, kuru kuru, mułaaa duu paaa…

   Na taki okrzyk Winntou doskakiwał do Old Shatterhanda i razem przyglądali się przestrzeniom przed nimi. Ja podążałem powoli za nimi, niczym złowieszczy zwiadowca białych, który wykorzystuje to, że wiatr wieje w przeciwnym kierunku. W pewnym momencie miałem nawet chęć doskoczyć do kolegów i wystraszyć ich jakimś groźnym okrzykiem, ale nieoczekiwanie sprawy potoczyły się inaczej. Z jednego z zagajników wyszedł sobie spokojnie jakiś staruszek, który mógł mieć już siedemdziesiąt lat. Zapewne wracał ze spaceru po lesie, czuł się odprężony, czasem zrywał jakiegoś kwiatka, czasem przyciągał gałązkę świerku i wąchał ją z wyrazem zachwytu na twarzy. Taki wróg, tak wyrazista blada twarz nie mogła umknąć uwagi Winnetou. Wciągnął demonstracyjnie dwa razy powietrze do płuc i wskazał dziadka, zbliżającego się powoli do ich kryjówki. Jednocześnie zakrzyknął:

            – Jahaaaa, mułaaa, mułaaa, duuu paaaa mułaaa…

Wyciągnął dłoń z toporkiem w kierunku „wroga” i zmarszczył brwi. Mężczyzna przystanął na moment, bo mu się wydało, że coś słyszy, ale zaraz ruszył spokojnie dalej. Zbliżała się chwila ostatecznej rozprawy. Winnetou wyciągnął czerwoną pomadkę, którą zwinął mamie z łazienki, pomalował sobie kilka kresek na policzkach i czole, a potem oddał ją demonstracyjnie koledze. Ten też nałożył sobie barwy wojenne i z wielką powagą oddał atrybut walki wodzowi. Dziadek szedł i zrywał kwiatki, czasem też przystawał, patrzył na niebo i uśmiechał się promiennie do całej natury. Gdy zbliżył się do wielkiej sosny, wydarzenia rozegrały się z błyskawiczną szybkością. Winnetou wyskoczył z dołu i zawołał donośnie:

            – Japaa, kuru kuru, kuru kuru, mułaaa duu paaa…

Jednocześnie zamachnął się i z rozmachem rzucił topór w kierunku oszołomionego mężczyzny. Broń poleciała ze świstem i wbiła się pięknie w korę sosny, jakieś pół metra od głowy „wroga”. Na to tylko czekał Old Shatterhand, który także wybiegł z ukrycia i krzycząc równie przeraźliwie, rzucił harcerską finką, która jednak, ze słabą mocą, trafiła rękojeścią w pień i odbiła się od niego. Dziadek spojrzał na biegnących napastników, odwrócił głowę i zerknął na wbity toporek, po czym ruszył biegiem w kierunku torów kolejowych. Nikt nie mógłby przypuszczać, że ten mężczyzna, w podeszłym wieku, lekko zgarbiony i powolny, tak szybko ucieknie z pola walki. Indianin i jego towarzysz tylko na to czekali. Wydarli się razem i zaczęli biec za uciekinierem, który jak najlepszy lekkoatleta przeskoczył tory kolejowe i gubiąc sandały, pognał w kierunku osiedla. Ale w tym momencie nastąpiła nieoczekiwana zmiana akcji, z innego zagajnika wyskoczyło dwóch milicjantów i biegiem zaczęło zbliżać się do Winnetou i Old Shatterhanda. Wojownicy wskazali sobie nowych napastników, jakoś tak ciszej krzyknęli:

            – Japaa, japaa, japaa, kuru kuru, kuru kuru…

Następnie podbiegli do drzewa, Winnetou wyszarpnął toporek, Old Shatterhand zgarnął finkę i przeskakując dół, gdzie dopiero co się ukrywali, znacznie szybciej od zaatakowanego dziadka, pobiegli przez tory w kierunku osiedla. Milicjanci zwolnili i po chwili zaprzestali pościgu, a wtedy w oddali dał się jeszcze raz słyszeć wojowniczy okrzyk wodza Apaczów:

            – Japaa, japaa, japaa, kuru kuru, kuru kuru, mułaaa duu paaa…

Nie miał on jednak swojej mocy i echo ledwie go powtórzyło pośród zagajników i wyniosłych pni sosen. Winnetou i Old Shatterhand nigdy nie dowiedzieli się, że blada twarz podążała ich tropem i była świadkiem tej haniebnej porażki. Wycofałem się powoli do bardzo gęstego młodniaka, poczekałem aż przejdą milicjanci i powoli, robiąc wielkie koło pośród drzew, pomknąłem do obozowiska białych.

Reklamy

PACYFIK

MilfordSound

Pacyficzne wybrzeża Nowej Zelandii

W telewizji niezwykły film BBC Earth o Pacyfiku, a szczególnie o tej jego części, w której rozgrywa się akcja Moby Dicka Hermana Melville’a. Powieść została wydana w 1851 roku w Londynie i Nowym Jorku i początkowo nie spodobała się krytykom. Z czasem jednak stała się jednym z najważniejszych dzieł literatury amerykańskiej i światowej, a czytelnicy zaczęli dostrzegać odniesienia do symbolicznych walk ludzi z różnie przedstawianym, starotestamentowym Lewiatanem. Film pokazuje wschodnią część Oceanu Spokojnego od wybrzeży Chile, poprzez wyspy Galapagos, Wyspę Wielkanocną, wulkaniczne skały Pitcairn, aż do Nowej Zelandii. Nawiązując do włóczęgi rozbitków ze statku wielorybniczego, skupia się na bogactwie życia, podsycanym przez chłodne i ciepłe prądy morskie. Widzimy ogromne kaszaloty przemierzające oceaniczne pustkowia, monstrualne kalmary i manty, a przy wybrzeżach wskazanych wyżej wysp przebogate ławice ryb, żółwie, lwy morskie i pingwiny. Świat podwodny jest najbarwniejszy wokół Wysp Galapagos, a i na skałach widać wiele endemicznych gatunków ptactwa, legwanów, jaszczurek lawowych i gekonów. Zanurzanie się w głębinach tych wód przypomina wkraczanie do raju, tyle w nim barw i różnorodnych kształtów, tyle stale falujących wodorostów i przemieszczających się ryb. Są też delfiny i rekiny, przed którymi umykają pingwiny i inne zwierzęta, przerażenie budzą też lwy morskie i uchatki. Oglądając na ten film myślałem o tym jak różne są przestrzenie naszej planety i ile jest na niej miejsc odosobnionych, będących enklawą ciszy i spokoju. Pozornego oczywiście, bo życie tętni tam z niezwykłą intensywnością i drapieżcy stale zabijają swoje ofiary. W porównaniu jednak z gwarem wielkich metropolii miejskich, szerokopasmowych autostrad i linii kolejowych, miejsca te tchną spokojem i ciszą. To też jest rodzaj piekła, którego z taką intensywnością doświadczyli, noszący biblijne imiona, bohaterowie jednej z najpiękniejszych powieści na świecie, którzy by przeżyć musieli stać się ludożercami. Przeogromna błękitna przestrzeń była tłem dla tego dramatu, a wyjące wiatry i falujący ocean stały się przekleństwem rozbitków.

ZAMBEZI

Wiktoria-Zambezi

Wodospady Wiktorii na Zambezi

Obejrzałem w telewizji, na kanale National Geographic, wspaniały, dwugodzinny film Michaela Schlambergera o jednej z największych rzek afrykańskich – Zambezi. Ma ona źródła na wyżynie Lunda, a potem przepływa przez Zambię, Angolę i Mozambik i uchodzi ogromną deltą do Oceanu Indyjskiego. Ma długość 3540 km, a wielkość jej dorzecza to 1,3 mln kilometrów kwadratowych, do czego walnie przyczyniają się trzy wielkie dopływy: Kafue, Luangwa i Kuando. Przez wieki nieokiełznana, obecnie wykorzystywana jest do produkcji energii elektrycznej dla Południowej Afryki, co umożliwiło wybudowanie sztucznych zbiorników i elektrowni Kariba i Cabora Bassa. W środkowym biegu Zambezi tworzy widowiskowe Wodospady Wiktorii, które uważane są za jeden z siedmiu naturalnych cudów świata. Krajowcy nazywali je Mosi-oa-Tunya, co w języku plemienia Kololo oznacza Mgła, która grzmi. Odkrył je w 1855 roku słynny podróżnik i misjonarz angielski David Livingstone, który miał o nich powiedzieć, że są tak piękne, że muszą przyciągać wzrok aniołów w locie. Woda spada w nich z wysokości stu ośmiu metrów, a szerokość wszystkich odnóg i koryta głównego wynosi 1,7 kilometra. Film, który obejrzałem prezentował przede wszystkim ogromne bogactwo flory i fauny, jakie krzewią się po obu stronach tej przeogromnej rzeki, nawadniającej część Kotliny Kalahari i generującej wielkie lasy namorzynowe przy ujściu do oceanu. Gdy byłem w szkole podstawowej szczególnie interesowałem się geografią Afryki i czytałem wiele książek o eksploracji tego lądu. Podążając wzrokiem od Jeziora Wiktorii, poprzez jeziora wielkiego afrykańskiego rowu tektonicznego, docierałem do Zambezi i śledziłem jej dość skomplikowany bieg. Sporo też godzin spędziłem podczas lektury książek o wyprawie poszukiwawczej Henry’ego Stanleya z 1871 roku i o osiągnięciach Livingstone’a. Przypomniały mi tamte fascynacje, gdy oglądałem kolejne sekwencje wspaniałego austriackiego obrazu, nakręconego z maestrią operatorską i wielkim znawstwem tematyki afrykańskiej. Choć kadry szybko zmieniały się i pojawiały się coraz to inne zwierzęta i ludzie, prawdziwym bohaterem filmu było życie, krzewiące się dzięki rzece. Wraz z nastaniem pory deszczowej, ogromne stada bawołów i gnu, rzadkie antylopy szablorogie i zebry, impale i wiele drapieżników umykają przed zalewami. Zaczynają się wtedy niezwykle spektakularne migracje, które oglądane z okien samolotu lub helikoptera przypominają ruchome ściegi, w jakiś magiczny sposób zszywające przestrzeń. Nawet całe plemiona przenoszą się ku suchym ziemiom, a pośród nurtów królują wtedy hipopotamy, krokodyle i wiele gatunków ryb, spośród których najliczniejsze są gatunki sumowate. Po opadnięciu wód i szybkim osuszeniu ziemi przez słońce trwa krótko okres rozkwitu roślinności, rodzenia się nowych zwierząt, ale szybko nadchodzi pora sucha, która zmusza różne stworzenia do bytowania przy coraz węższej rzece. Ileż dramatów tam się wtedy rozgrywa, ile ginie gazel i antylop, bawołów i zebr. Choć wymordowano tam prawie doszczętnie lwy, liczne są hieny i likaony, które są prawdziwymi mistrzami w przeprowadzaniu zbiorowych polowań. Film ukazał też sporo przybliżeń ptaków, które gromadnie występują przy brzegach Zambezi i są prawdziwą ozdobą tamtejszej fauny – od żołn białoczelnych i purpurowogłowych, poprzez ibisy i pelikany, czaple i warzęchy, bieliki afrykańskie i marabuty, wszędzie mnóstwo ptactwa wodnego, polującego na ryby, gady, płazy i bezkręgowce. Można powiedzieć, że nad Zambezi widuje się zwierzęta w cudownym nadmiarze – to tutaj napotkamy największe, kilkutysięczne skupiska hipopotamów i krokodyli, wspomniane wyżej ogromne stada zwierząt parzystokopytnych, słoni i żyraf oraz nieprzebrane chmury barwnego ptactwa. Woda tej majestatycznej afrykańskiej rzeki, kłębiąca się od ławic ryb, spieniona i burzliwa, płynęła od wieków, znajdując zawsze najlepsza drogę ku celowi, jakim jest wschodnie wybrzeże kontynentu. I będzie tak płynęła przez następne stulecia, a na jej brzegach krzewić się będzie gwałtownie życie, w najprzeróżniejszych skalach i odmianach, barwne i tragiczne, reprodukujące się stale w nowych pokoleniach, niezależne i nieustannie walczące o dalsze trwanie.

Wodospady Wiktorii i bawół afrykański na banknocie Zambii

Wodospady Wiktorii i bawół afrykański na banknocie Zimbabwe

CHŁOPCY Z FERAJNY

4789.big

Podczas nocy noworocznej oglądałem, po raz któryś z rzędu, mój ukochany film – Chłopcy z ferajny. Nakręcił go pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku Martin Scorsese, a premiera odbyła się w roku 1990. Trzech aktorów zagrało w nim role życia, a i sporo było zauważalnych kreacji drugoplanowych. Osią filmu stały się jednak żywiołowe popisy aktorskie Roberta De Niro jako Jamesa Conway, Raya Liotty jako Henry Hill i Joego Pesciego jako Tommy DeVito. To historia młodzieńca, półkrwi Włocha Henry’ego, który zamiast chodzić do szkoły, pałęta się pośród gangsterów, wykonuje ich drobne polecenia i zaczyna w taki sposób zarabiać pieniądze. Stopniowo wkracza do świata przemocy i okazuje się, że jest odporny na widok mordu, masakrowania niewinnych osób i zakopywania trupów w ustronnych miejscach. Choć akcja rozgrywa się przede wszystkim w Nowym Jorku, to więcej jest w tym filmie scen z przedmieść i niewielkich knajp, niż z centrum miasta, jak to było na przykład w Taksówkarzu – innym wielkim filmie tego samego reżysera. Bohaterowie nie wahają się mordować za pieniądze, dokonują skoków na wielką forsę, piją, zabawiają się z prostytutkami, a przy tym prowadzą normalne domy, rodzą się im dzieci, mają żony, które utrzymują na wysokim życiowym poziomie. Są nieobliczalni i potrafią, jak Tommy, dla zabawy zastrzelić kelnera, albo po absurdalnej wymianie zdań, zakatować gangstera, który właśnie wyszedł z więzienia. To zdarzenie stanie się ich przekleństwem, bo zabity był członkiem mafii, która nie wybacza takich przewin. Uczestnicząc w nieustających pijaństwach, wykonując polecenia szefa miejscowej organizacji – Pauliego Cicero – popisują się przed samymi sobą okrucieństwem, gwałtownością i szastaniem dolarami. Niestety, przychodzi moment zapłaty i Tommy, wystrojony i szczęśliwy, idąc na spotkanie z mafią, by zostać przyjęty do tajnego stowarzyszenia, zostaje zabity strzałem w tył głowy. Kaliber broni jest tak duży, że czaszka zostaje zmasakrowana i matka, nie może nawet pochować go w otwartej trumnie – to jeszcze jeden element zemsty. Choć w filmie częstokroć nic specjalnego się nie dzieje, a bohaterowie uczestniczą w obiadach, kolacjach, spotkaniach towarzyskich i występach artystów, to Scorsese tak zmontował swoje dzieło, że mamy wrażenie, iż nawet te, zdawać by się mogło, spowalniające akcję elementy, są znakomicie wkomponowane w całość. Wielka w tym zasługa odtwórców ról dalszego planu: Lorraine Bracco (Karen Hill),  Paula Sorvino (Paulie Cicero), Franka Sivero (Frankie Carbone), Franka Vincenta (William „Billy Batts” DeVino), Samuela L. Jacksona (Stacks Edwards), Tony’ego Darrowa (Sonny Bunz), Mike’a Starra (Frenchy), a nawet Michaela Imperioliego – nieszczęsnego „Pająka”, którego Tommy najpierw okalecza strzałem w stopę, a potem morduje bez litości na oczach kolegów. To jest świat przyjaciół, którzy po latach nie wahają się wykonać wyroku śmierci na tych, którzy razem z nimi mordowali i kradli, bili ludzi i wymuszali haracze. Główny bohater, wbrew przestrogom i groźbom bossa gangu, zaczyna handlować narkotykami i wciąga w ten proceder oraz wiele osób z swojego otoczenia. Popadając w coraz większe uzależnienie, zaczyna popełniać błędy i zostaje wytropiony przez FBI, schwytany i osadzony w więzieniu. Wychodzi za kaucją, próbuje pojednać się z szefem, ale zostaje w demonstracyjny sposób odtrącony i spodziewa się najgorszego. Podczas spotkania z Irlandczykiem Jamesem Conwayem, utwierdza się w przekonaniu, że wydano na niego wyrok śmierci. Pragnąc ocalić życie własne i członków rodziny, godzi się zostać świadkiem koronnym w wielkim procesie i korzystając z programu ochrony takich osób, przyjmuje nowe nazwisko i przeprowadza się gdzieś, gdzie jest ciepło i gdzie nie sięgają macki mafii. Film znakomicie pomyślany, świetnie nakręcony i zmontowany, trzymający przez cały czas w napięciu, pełen siarczystych wykrzykników i nieustającej agresji. Jakże prawdziwy jest inteligentny cwaniaczek kreowany przez Roberta De Niro, jaki przekonujący jest rozedrgany, nieustannie idący na całość Henry, a wreszcie jakże autentyczny jest Tommy, za rolę którego Joe Pesci otrzymał Oskara. To są role, które ukazują ludzi w amoku, nie panujących nad sobą, wkraczających w konflikt z prawem, ale mamy tutaj do czynienia z kłamcami i oszustami, na chwilę tylko deklarującymi przyjaźń. Dobrze mi są znani tacy ludzie, z którymi – może na innej płaszczyźnie – spotykałem się w grupach rówieśniczych. Oni także płonęli w ogniu szaleństwa, a z czasem trafiali do więzień, uczestniczyli w mordach, pobiciach, włamaniach i oszustwach. To oczywiście nie były postaci na miarę tych z filmu Scorsese, ale też potrafili robić rzeczy mrożące krew w żyłach. Jeden z nich, gdy razem weszliśmy na dach jednego z wieżowców, sięgnął po wielki trójkąt szkła, ze zbitej szyby i bez zastanowienia cisnął nim pod kątem w dal. Przeraziłem się, gdy pomyślałem, że to wirujące szkło może ściąć głowę jakiemuś dziecku, pchnąłem go z rozmachem i zacząłem zbiegać po schodach na dół. On przemieszczał się za mną i wrzeszczał z rozkoszą jak najęty, obwieszczał napotykanym ludziom, że jest świrem. Inny koleś podwieszał się pod koła pociągów towarowych i podróżował tak z jednej z wsi do miasta, puszczając się w pewnym momencie i rozkoszując się tym, że cały skład przetaczał się nad nim. No i ci szaleńcy, którzy skakali z wysokich drzew do wody, a przyznać muszę, że byłem pośród nich,  ryzykujący przy każdym locie, wystawiający na szwank kręgosłupy i kończyny, przecinający odważnie głową nieznane tonie. Myślę, że to jest ten sam rodzaj szaleństwa i życie pokazało, że wielu spośród moich kolegów, idąc dalej „na całość” zmarnowało swoje życia, doprowadziło do depresji ojców i matki, a potem „gniło” w więzieniach, bez możliwości wcześniejszego wyjścia na wolność. Było już grubo po trzeciej w nocy, gdy kończyłem oglądać Chłopców z ferajny i ruszyłem do drugiego pokoju, by położyć się spać. Dawno ucichły już odgłosy wystrzałów, na niebie nie pojawiały się kolorowe kule, a gdzieś tam wysoko, ponad miastem, blado połyskiwał księżyc.

KIWI, KEA I HATTERIA

Góra Cooka (3754 m n.p.m.) najwyższy szczyt leżący w Alpach Południowych

Na programie Animal Planet obejrzałem wspaniały film o endemicznych zwierzętach odległej i fascynującej Nowej Zelandii. Ponad trzydzieści lat temu, w czasach licealnych, kupiłem w antykwariacie na Starym Rynku w Bydgoszczy dwa kosztowne albumy fotograficzne, prezentujące ten ląd i prawdziwie popadłem w zachwyt. To jeden z najpiękniejszych zakątków na ziemi, pełen zjawiskowych wybrzeży, równin i dolin, a nade wszystko wysokich, ośnieżonych gór. Krainy te są zaledwie cząstką wielkiego kontynentu, który oderwał się w czasach prehistorycznych od Gondwany. Zalewane i wypiętrzane, przez tysiące lat były bezludne, odwiedzane tylko przez morskie ptaki i dryfujące na pniach jaszczurki, a potem przez Maorysów. Stworzyli oni od około tysięcznego roku rozwiniętą kulturę, najpierw na Wyspie Północnej, a potem na Południowej. Kraj Białej Chmury – Aotearoa, jak nazywają te wyspy wojowniczy przybysze z archipelagów Polinezji, stał się ich domem przez następne stulecia, gdzie zajmowali się uprawą roślin, hodowlą i rybołówstwem. W świecie Zachodu zyskali sławę dzięki uzdolnieniom artystycznym i niezwykłej waleczności, owianej niemal legendarną aurą. Ich architektura, rzeźby i tatuaże pełne są charakterystycznych motywów, nawiązujących do wyspiarskiej i oceanicznej mitologii. Nową Zelandię odkrył w 1642 roku holenderski podróżnik Abel Tasman, ale właściwa kolonizacja zaczęła się w 1769 roku, kiedy do jej brzegów dopłynął James Cook. Jako ziemie leżące na końcu świata, wyspy te wykorzystywane były jako miejsce zsyłki dla wszelkiej maści złoczyńców, złodziei, morderców i gwałcicieli, co przyczyniło się do licznych konfliktów z rdzenną ludnością. Dopiero w 1840 roku podpisano pokój pomiędzy pięciuset przywódcami maoryskich plemion a przedstawicielami Imperium brytyjskiego. Oddalenie i zamknięcie przestrzeni spowodowało powstanie na tych wyspach dziwnych kompleksów roślinnych i wykształcenie się charakterystycznych, właściwych tylko dla Nowej Zelandii gatunków zwierząt. Jednym z symboli kraju jest ptak kiwi (Apteryx Australis), który jest nielotem, dysponującym wysoko wyspecjalizowanym dziobem, wrażliwym na wszelki ruch i zmiany temperatury otoczenia. Łowi nim owady, wydobywa z ziemi miękkie pędy roślin, porusza się na silnych nogach w gęstych zaroślach, okryty włosowatymi piórami. Ciekawostką jest to, że składa ogromne jajo, które przez osiemdziesiąt dni wysiaduje samiec, na chwilę tylko odchodząc by zaspokoić głód i pragnienie. Na wyspach tych nie ma endemicznych ssaków, ale spustoszenie sieją zdziczałe psy, koty i szczury, przywiezione przez ludzi. Bardzo ciekawe są papugi, spośród których barwna, krzykliwa kea (Nestor notabilis) znakomicie lata, a gruba i ciężka kakapo (Strigops habroptila) jest nielotem, wspinającym się na drzewa z wykorzystaniem zanikających skrzydeł i dzioba. Film prezentował też endemiczne nietoperze, ale z prawdziwym zdumieniem oglądałem zdjęcia hatterii, nazywanych też tuatarami lub łupkozębami (Sphenodon), wyglądających jak jaszczurki ale reprezentujących odrębną linię ewolucyjną lepidozaurów – sfenodontów. Zwierzę to jest takie interesujące, bo posiada na głowie trzeci narząd wzroku, nazywany okiem ciemieniowym. Ma ono własną soczewkę, rogówkę, siatkówkę i nerw łączący je z mózgiem. Jakże dziwne zwierzęta, dziwne kształty, zdumiewające umiejętności i możliwości, prezentowane na tle zjawiskowych widoków Nowej Zelandii. Film trwał półtorej godziny i nie uważam tego czasu za stracony…

POD WODĄ

W telewizji wspaniały film o ziemi, z cyklu nakręconego przez BBC – tym razem o głębinach morskich, od Kolumbii Brytyjskiej, poprzez Ocean Indyjski, aż do Wielkiej Rafy Barierowej, u wschodnich wybrzeży Australii. Znakomite zdjęcia życia tętniącego pod wodą, barwnych meduz i stułbi, krabów, ślimaków i gigantycznych ośmiornic, a do tego tysięcy kolorowych ryb i korali, ukwiałów i rozgwiazd. Ten świat tak różny od naszego i tak fascynujący, pełen jest dramatów i prawdziwych tragedii, gdzie silniejsi zjadają słabszych, ale dla obserwatora zewnętrznego jest niczym bajka. Turkusowe wody, bogate w plankton i roślinne drobiny organiczne, przyciągają najdziwniejsze twory, które zdumiewają i zaskakują. Tak jest w przypadku dorocznego, listopadowego zrzucania starego pancerza przez kraby pajęcze, których ćwierć miliona podąża z głębin ku płyciznom. Wygląda to jak rzeczywistość z innej planety, a rytmiczne ruchy odnóży przywołują na myśl jakiś dziwaczny taniec, prymitywny rytuał, w którym mają swoje miejsce jaskrawe barwy i kołysanie ciał, wyraziste wyrostki kostne i koślawe odnóża, przeciwstawiające się falowaniu morza. Nad tysiącami tych istot krążą, jak fatum nad losem ludzkim, ogromne manty, które wyszukują osobniki z miękkimi, nowymi pancerzami i pożerają je żywcem. W zagłębieniach skalnych i w naturalnych jamach raf koralowych czają się fałszywe mureny i jadowite węże morskie, a po dnie raz po raz przesuwa się aerodynamiczny cień rekina ludojada. W innej części świata, w zimnych wodach wschodniego Pacyfiku żyje ośmiornica olbrzymia (Enteroctopus dofleini), która tylko raz wydaje na świat potomstwo. Ale jaki to ma wymiar – rodzicielka wytwarza setki tysięcy jajeczek, przyczepia je do wielkiej jamy, a potem poświęca kilka miesięcy na opiekę i zapewnienie dopływu natlenionej wody. Czyni to z takim zapamiętaniem, że poświęca samą siebie, powoli traci siły i umiera w momencie przyjścia na świat młodych osobników. Życie tętni i krzewi się pod powierzchnią wielkich gładzi wodnych, w głębinach pod spienionym i sfalowanym oceanem, a oglądanie filmu o tych przestrzeniach jest jak zagłębianie się w niewiadomą i poznawanie egzystencji, która była, jest i będzie bez względu na to, co stanie się z człowiekiem, który przez chwilkę był w niej dziwnym i nikomu niepotrzebnym intruzem.

SONGS FROM THE ROAD

Syn kupił mi w prezencie płytę DVD z koncertowymi wykonaniami ballad Leonarda Cohena pt. Song From The Road. Sprawił mi tym ogromną przyjemność, bo artysta ten towarzyszy mi od ponad trzydziestu lat i bardzo przyczynił się do mojego poetyckiego przebudzenia. Znam dokładnie cały jego dorobek balladowy, wiersze i powieści, czytałem też jego biografie. Ciekawi mnie stosunek tego artysty do żydowskich korzeni, judaistyczna mitologia i liczne narracje na temat natury człowieka. To jeden z najwrażliwszych bytów, jaki pojawił się w dwudziestym wieku na naszej planecie, wpatrzony w ciemność i głębie zła, ale też widzący ratunek w miłości, wierzący w prawdziwe spotkanie dwojga ludzi, którzy razem pójdą przez świat i złagodzą ból przemijania. Cohen jest już bardzo starym człowiekiem i widać to na filmach, prezentujących występy, m. in. w Tel Aviwie, Londynie, Glasgow, Goeteborgu, Helsinkach i Jan Jose. Śpiewanie wyraźnie sprawia mu trudność, a jednocześnie jego głos, który wiele stracił z dawnego ciepła, zyskał dramatyczną głębię i brzmi jak tajemne przesłanie. Gorzej wypadają stare ballady, których dawne, intymne wersje utrwaliły się w świadomości słuchaczy, ale są też prawdziwe perełki wokalno-instrumentalne, jak choćby Heart With No Companion, That Don’t Make It Junk i Waiting For The Miracle. Cohen jest teraz żywym symbolem wieku, który się skończył, czasu bezpowrotnie przepadłego –alegorią chwil gorących jak ogień i zimnych jak lód. Noszę w pamięci liczne jego zdjęcia, kiedy był przystojnym, młodym, wiążącym się z undergroundem człowiekiem, miał liczne romanse i uwodził swoim cudownym głosem. Teraz patrzę na starego człowieka, jakby trochę zagubionego, na którym wyraźnie odcisnęły się ostatnie kłopoty. Podjęcie trudnej trasy koncertowej wskazuje wszakże, że wielki pieśniarz i poeta dźwignął się i poszedł do przodu, dał ludziom raz jeszcze swoją niepowtarzalną sztukę, znowu serdecznie wzruszył i dodał sił, a nade wszystko potwierdził ich łączność z wielką ogólnoludzką wspólnotą bytów wrażliwych i nieustannie drżących.

ŚWIAT STAROŻYTNY (VIII)

Obejrzałem hiszpański film Alejandro Amenábara pt. Agora i mam nieco mieszane odczucia… Z jednej strony jestem oczarowany ożywionymi obrazami, tak bliskiej mi starożytności, znakomicie odtworzonymi realiami czasów upadku cesarstwa rzymskiego w odległej Aleksandrii. Z drugiej strony – jest to zjadliwy, antychrześcijański i antyreligijny obraz, ukazujący jedynie dwuwymiarowo złożone, narastające przez wieki problemy. Jeśli chodzi o pierwsze odczucie, to reżyserowi i aktorom udało się wiernie oddać wygląd starożytnego miasta, budowli, pomników, biblioteki aleksandryjskiej, słynnej latarni morskiej, dawnych ubiorów i gwaru ulicznego. Zagłębiamy się w ulice odległej Aleksandrii, stajemy na agorze, widzimy piękne wnętrza, freski, mozaiki i dalekie plany. Wszystko tutaj związane jest z Hypatią (Ὑπατία), starożytną filozofką, która niestety nie pozostawiła po sobie żadnych prac. Wszakże jej legenda ma długą tradycję i wiemy, że zajmowała się astronomią i matematyką, a jej ukochaną domeną myślową była filozofia neoplatońska. Urodziła się około roku 255 lub 370 jako córka astronoma i filozofa Teona z Aleksandrii, a zmarła tragicznie w marcu 415 roku. Jako jedna z pierwszych kobiet wyznawała niezależność myślową i propagowała naukowy pogląd na rzeczywistość i świat. Nie wierzyła w bogów starożytnych i nie przyjęła nowej religii, stającej się powoli oficjalnym wyznaniem Rzymu. Udało się jej stworzyć własną szkołę, krąg oddanych uczniów, pośród których był późniejszy konsul Aleksandrii – Orestes i przyszły biskup Cyreny – Senesjusz.  Twierdziła, że wszyscy ludzie są braćmi, a jakakolwiek wiara powinna być prosta i odzwierciedlać matematyczna prostotę wszechświata. Wiele wysiłku poświęciła badaniom gwiazd i układu słonecznego, próbując dociec czy teoria Ptolomeusza jest poprawna. Wychodząc od rozważań Arystarcha z Samos, zastanawiała się, czy słońce nie leży w środku układu, a Ziemia jest tylko jedną z planet, krążących wokół niego. Ten kosmiczny kontekst rozważań Hypatii został w filmie znakomicie pokazany poprzez zdjęcia (lub ich symulacje) z przestrzeni okołoziemskiej. Twórcy filmu chcieli ukazać jak małe są ludzkie spory w perspektywie ogromów, które nas otaczają, a zarazem jak nikły jest fenomen życia, zawieszonego we wszechświecie. Rachel Weisz świetnie, wielowymiarowo, zagrała powszechnie szanowaną kobietę, która traktowana była przez długi czas jako wyrocznia w sprawach moralnych. Do końca życia pozostała dziewicą, swobodnie artykułowała myśli i nic nie zapowiadało jej tragicznego końca.

W czasach biskupa Teofila chrześcijanie aleksandryjscy urośli w potężną siłę i sytuacja wyznawców bóstw grecko-egipskich zaczęła się zmieniać. Hierarcha ten nawoływał do zaprzestania kultu dawnych bogów, co w rezultacie doprowadziło w 391 roku do zburzenia Serapejonu – świątyni boga Serapisa. Przy okazji zniszczono słynna bibliotekę aleksandryjską, która liczyła ponoć siedemdziesiąt tysięcy rękopisów. Sytuacja pogorszyła się, gdy po śmierci Teofila, na tronie biskupim zasiadł jego bratanek – Cyryl z Aleksandrii. Dążył on wszelkimi dostępnymi środkami do przejęcia całkowitej władzy w mieście i wykorzystał do swoich celów bliskość konsula Orestesa i Hypatii. Po długotrwałej kampanii oszczerstw, wzajemnym mordowaniu się i burzeniu budynków kultu, w 415 roku rozszalały tłum zamordował aleksandryjską filozofkę ostrakonami (skorupami naczyń lub odłamkami skalnymi, służącymi do notowania rylcem). Nie wiemy dzisiaj, czy św. Cyryl wydał bezpośredni rozkaz zabicia Hypatii, czy też nie zapanował nad biegiem sprowokowanych przez siebie wydarzeń – faktem wszakże jest, że ponosi on odpowiedzialność moralną za to, co się stało. W filmie mamy klasyczny konflikt pomiędzy dobrem i złem – wzniosłość i czystość naukowej myśli, dobro i oddanie sprawie symbolizuje Hypatia, a dostojnicy chrześcijańscy i szeregowi wyznawcy stoją po stronie zła, prowokują konflikty i w końcu mordują bez litości uczoną. W takim rozumieniu film ma wymowę antychrześcijańską i jest pierwszym od wielu lat obrazem, tak jednoznacznie źle ukazującym wyznawców nowej religii. Nie różnią się oni niczym od wojowniczych Żydów i wyznawców starej religii, a wszelkie konflikty chcą rozwiązywać tylko przy pomocy miecza i przelewu krwi. Szkoda, że reżyserowi nie udało się wierniej odtworzyć konfliktu politycznego, który rozgorzał w na początku piątego wieku, pomiędzy urzędnikiem cesarskim a biskupem nowej wiary – widzimy tutaj jedynie komiksowe postaci, które nie mają wnętrza i ukazywane są zgodnie ze sztampą, wielokrotnie powielanym wzorcem bohaterów białych i czarnych, ludzi bezbronnych i ich zabójców. Trudno wszakże się temu dziwić, bo nasza wiedza o uczonej i jej otoczeniu jest bardzo skromna – tak opisał to Sokrates Scholastyk w swojej Historii Kościoła: Żyła w Aleksandrii pewna niewiasta imieniem Hypatia, była ona córką filozofa Teona. Udało jej się osiągnąć tak wysoki stopień wykształcenia, że przewyższała współczesnych sobie filozofów, stała się kontynuatorką wznowionej przez Plotyna filozofii platońskiej i potrafiła wykładać na prośbę zainteresowanych wszelkie, jakie by nie były, doktryny filozoficzne. Dlatego też garnęli się do niej zewsząd, ci którzy chcieli się poświęcić nauce filozofii. Ze względu na zmuszającą do szacunku szczerość i swobodę wypowiedzi, którą zapewniło jej posiadane wykształcenie, umiała mądrze występować także i wobec przedstawicieli władzy; i nie potrzebowała się wstydzić, kiedy się pojawiła wśród mężów: wszyscy nie tylko szanowali ją dla nieprzeciętnej roztropności, ale nawet czuli się onieśmieleni. Otóż tym razem przeciwko niej uzbroiła się zawiść. Ponieważ bowiem dość często spotykała się z Orestesem, fakt ten skłonił ludzi ze sfer kościelnych do wysunięcia oszczerczego oskarżenia, że to właśnie ona stoi na zawadzie i sprzeciwia się nawiązaniu przyjaznych stosunków pomiędzy Orestesem a biskupem Cyrylem. Tak więc ludzie porywczego usposobienia, którym przewodził niejaki Piotr, lektor, umówiwszy się między sobą upatrzyli moment, kiedy owa niewiasta wracała skądś do domu, i wyrzuciwszy ją z lektyki zawlekli pod kościół zwany Cezarejon; tu zdarłszy z niej szaty zabili ją odłamkami skorup. Następnie rozszarpawszy ciało na sztuki poznosili poszczególne części na miejsce zwane Kinaron i spalili w ogniu. (Socrates Scholasticus, Historia Kościoła z jęz. grec. przeł. S. J. Kazikowski, Warszawa 1968) Tak potraktowano jedną z pierwszych kobiet, która chciała być niezależna. Widziała otaczający ją chaos i pytała: Jeśli gwiazdy poruszają się po okręgu, dlaczego nie dzielą się z nami swoją doskonałością? W okrutnych czasach konfliktów religijnych taka postawa była wyzwaniem i obelgą, mogła też być interpretowana jako zjadliwa, pogańska herezja.

Główną rolę – Hypatii – prawdziwie, z pasją, zagrała Rachel Weisz, ale niestety pozostali aktorzy nie dorównali jej w tej mierze. Zarówno Oscar Isaac jako Orestes, jak i Rupert Evans jako biskup Cyreny odtworzyli postaci bez wyrazu i głębi. Podobnie jednowymiarowe są portrety biskupa Teofila (Manuel Cauchi) i św. Cyryla (Sami Samir), a także ojca Hypatii (Michael Lonsdale). Najgorzej wszakże wypadł  Max Minghella, jako niewolnik Davus, nie rozumiejąc jakimi złożonymi środkami artystycznymi powinien odzwierciedlić wewnętrzne rozdarcie bohatera, pozostającego w zawieszeniu pomiędzy miłością do filozofki, a nakazami wiary chrześcijańskiej. Na ekranie widać było, że nie potrafił on ukazać tragedii tej skomplikowanych postaci i tylko markował grę. Minusem dzieła jest też owa dwuwymiarowość, która ukazuje wczesnych chrześcijan jako nieokrzesanych barbarzyńców, nawołujących do mordów i planujących rytualne egzekucje. W ogóle nie widać tutaj skomplikowania politycznego tych czasów, a senat Aleksandrii ukazywany jest jak zebranie teatralnych heroin, które wygłaszają swoje kwestie i milkną wymownie. Także konsul Orestes, prezentowany jest zgodnie ze sztampą marnych filmów hollywoodzkich o starożytności, z lat sześćdziesiątych – rozsiada się na krześle kurulnym, wygłasza sztywne kwestie i prawie niczym nie potrafi wzbogacić swojej postaci. Rzeczywiście wypada jak nadęty „władca”, a potem – bez sensownego umotywowania dramatycznego – neofita kajający się i płaczący w obliczu Senesjusza. Po premierze filmu natychmiast odezwały się głosy, że jest to obraz antychrześcijański, ale przecież jest to też film antysemicki, pokazujący Żydów jako postaci próbujące wpływać zakulisowo na decyzje rządzących, a potem kamienujące wyznawców nowej wiary po schwytaniu ich i zamknięciu w świątyni. Kto ma w pamięci mordy nazistów, dokonywane w taki sposób na Żydach, może poczuć się dotknięty. Mamy wszakże tutaj do czynienia z tym samym schematem – zwabienie do jakiegoś budynku, zamknięcie drzwi i bezlitosne morderstwo. Taki zły profil mają też chrześcijanie i wyznawcy starej wiary – rzeczywiście na początku piątego wieku naszej ery dopiero kształtował się nowy układ społeczno-polityczny, ale pośród morderców było też wielu dobrych ludzi, stosujących się do zaleceń Ewangelii. Brakuje w tym obrazie postaci, które byłyby kontrapunktem dla barbarzyńców, bo samo przeciwstawienie Hypatii jej wrogom nie wystarcza, a ukazywanie złożonego wnętrza tylko jednej postaci filmu, nigdy nie wychodzi na dobre i staje się rodzajem nachalnej propagandy. W tym przypadku ma to być przekonanie, że ideały czystej nauki i oddania filozofii zostały złożone na ołtarzu nowej wiary i nowego świata. Film Amenábara trzeba jednakże obejrzeć, przede wszystkim dlatego, by wyrobić sobie własne zdanie o nim, a po drugie – by zobaczyć wspaniałe inscenizacje i efekty specjalne, pozwalające wyobrazić sobie, jak wyglądało życie w Aleksandrii, w czasach Hypatii, Orestesa i Cyryla. Ciekawa i inspirująca jest ta podróż ku czasom końca starożytności grecko-rzymsko-egipskiej i choćby dla niej warto wybrać się do kina.

AVATAR

Wczoraj obejrzałem film Jamesa Camerona pt. Avatar. Czekałem z niecierpliwością na ten moment, bo słyszałem sprzeczne opinie i chciałem je skonfrontować z własnymi odczuciami. Nie był to zmarnowany czas, bo lubię obrazy w konwencji science fiction lub fantasy, szczególnie, gdy wiele jest w nich wyobrażeń kosmosu i obcych cywilizacji. Fabuła oparta została na starym temacie walki dobra ze złem i zdecydowanie najgorzej wypadła tu kreacja czarnych charakterów, granych sztampowo, bez polotu, jak w marnych filmach o oddziałach najemników i komandosów. Pamiętać jednak trzeba, że reżyser zawarł w swoim dziele kilka przesłań, kierowanych do ludzi w różnym wieku. Chodziło mu o ukazanie odwiecznego tematu mitologicznego i religijnego, ale równie ważne było wskazanie wagi ekologii i możliwości łatwego zniszczenia środowiska naturalnego. Film oglądałem w wersji 3D i byłem zachwycony niezwykłymi efektami wizualnymi. To na pewno jest kierunek, w którym pójdzie kino, a udoskonalenia będą daleko idące, wykraczające poza ramy naszych dzisiejszych wyobrażeń. Avatar, to historia żołnierza na wózku inwalidzkim, który musi podjąć wyzwanie i zastąpić zamordowanego brata przy realizacji projektu badawczego, mającego na celu zneutralizowanie wielkiego klanu mieszkańców planety Pandora. Chodzi o produkcję, takich samych jak mieszkańcy innego świata, Avatarów, które sterowane są ze specjalnych kapsuł, do których wchodzą ludzie. Główny bohater wciela się w taką postać i ma za zadanie zebrać jak najwięcej informacji o planetarnym ludzie i jego zwyczajach, a nade wszystko dostarczyć wiedzy na temat słabych punktów wielkiego drzewa, na którym żyją obcy. Wszystko idzie gładko, póki wysłannik nie zakocha się w avatarskiej kobiecie i nie zacznie rozumieć jak piękna, oryginalna i wartościowa jest jej kultura. Niestety dostarczone wcześniej dane, pozwalają Ziemianom bezwzględnie uderzyć w samo serce tworzonej przez wieki cywilizacji. Rozumiejąc swój błąd, dawny żołnierz staje po stronie Avatarów i prowadzi ich do wielkiego zwycięstwa nad własną rasą. Historia znana z wielu realizacji w powieściach i opowiadaniach science fiction, ale tutaj wzbogacona o efekty wizualne i technikę prezentacji obrazów trójwymiarowych. O takich wrażeniach wzrokowych nie mogli nawet marzyć ludzie wcześniejszych wieków, bo to jest najwyższa myśl techniczna, połączona z wielkim talentem twórców tego filmu. Mnie najbardziej podobały się stworzone w 3D zwierzęta latające i te skrywające się w gęstwinach tropikalnych lasów, ale postaci Avatarów też robiły wrażenie, a szczególnie dopracowane w każdym szczególe, zdumiewające swoją odmiennością, ich tęskne i zarazem dziwne oczy. Myślę, że tego rodzaju filmy odegrają wielka rolę w kształtowaniu wyobraźni następnych pokoleń i przyczynią się pośrednio do rozwoju technik komputerowych. Pojawią się też zapewne nowe rozwiązania w przemyśle i sztuce, a imaginacyjne akumulatory młodzieży, ładowane podczas takich seansów, procentować będą niezwykłą energią twórczą w nowym czasie. Zapamiętam wiele oryginalnych obrazów z tego filmu, latających smoków i gadów, krzewów, dziwnych grzybów i drzew z połyskującymi lianami, stanowiącymi kanały komunikacyjne dla milionów innych roślin. Wiele w tym jest poezji, wrażliwości na barwy i kształty i wzniosłego natchnienia twórczego, które każe pochylić głowę przed realizatorami. Gdzieś tam we mnie unosi się ów połyskliwy twór filmowy, przypominający nasienie dmuchawca i świetlistą meduzę, gdzieś pozostały widoki nieistniejącej planety, na której Avatorowie wiążą się w klany zamieszkujące dziwne przestrzenie drzew, pływających wysp i stepów. Wszystko endemiczne i tajemnicze, pełne znakomitych rozwiązań plastycznych, daleko wykraczające poza to, co do tej pory zrobili filmowcy w tym względzie. Zapewne też wytyczające szlaki dla kolejnych realizacji, wskazujące jakie możliwości stoją przed kinem i sztuką nowego stulecia.

ŚWIADECTWO

Obejrzałem film pt. Świadectwo, w którym kardynał Stanisław Dziwisz opowiada o Janie Pawle II. Jak żywe stanęły mi przed oczyma chwile mojego życia, związane z polskim papieżem. Studiowanie jego życiorysu, czytanie poezji i książek teologicznych, gromadzenie materiałów o Nim. Potem pisanie książki i 15 sierpnia 1991 roku, prywatne spotkanie z Nim, podczas Światowego Dnia Młodzieży. Korespondencja z Nim, złożenie przez Niego autografu na chorwackim wydaniu mojej faktografii i wizyta w Watykanie, podczas Jubileuszu 25.lecia Pontyfikatu. Potem jakże trudne chwile odchodzenia największego w dziejach Polaka, połączone z moim dramatem życiowym, gdy chory z nienawiści człowiek, spowodował ciąg fatalnych zdarzeń. I cóż osiągnął, trzęsie się jak galareta i zastanawia się czy wyjdą na jaw skrywane fakty z jego życia… A ja od dawna noszę głęboko w sercu Jego przesłanie: Non abiate paura… Więc jestem spokojny. Bardzo spokojny… Idę prosto do celu… Właśnie na moim stole pojawiła się korekta kolejnej dużej książki… Raduje się więc moje serce… i wiem, że będzie dalszy ciąg takich zdarzeń. Wielu zdarzeń… Zatem nie lękam się… i powtarzam za Nim innym ludziom: Non abiate paura…

« Older entries

%d blogerów lubi to: