BULWAR ISAACA BASHEVISA SINGERA

1.

na rogu amsterdam i osiemdziesiątej szóstej ulicy świat lekko zsuwa się ku małym miasteczkom we wschodniej europie oj oj oj! mężczyźni właśnie zdążają do synagogi aj aj aj! kobiety pieką macę aj aj aj!taj taj taj ta ra ra taj! trumna starego kantora płynie na ramionach braci – mały chłopiec przysiadł na progu domu i bystro patrzy na mijających go ludzi dziwi się tylu brodom tylu oczom i tylu gestom pan bóg musi być wielkim artystą skoro tworzy tylu dziwaków w połatanych kapciach w czarnych myckach w lśniących chałatach i każdy z nich ma jakąś opowieść i każdy szuka kogoś komu mógłby ją opowiedzieć rachela wychwala rabina z łodzi josełe mówi o macewach w piasku niedaleko brodów mosze rozprawia o proroku franku i gwiezdnych chasydzkich nocach maluch podnosi głowę ku niebu widzi chmury które rozmazują się i zmieniają w sceny z obrazów marca chagalla teraz żydzi unoszą się w górę jakiś skrzypek gra skocznie do tańca taj taj taj ta ra ra taj! fruwają czerwoni aniołowie fruwają niebiescy aniołowie dołem płynie rzeka żółtych taksówek tłum bezimiennych nowojorczyków emigrantów i poszukiwaczy ziemi obiecanej taj taj taj ta ra ra taj! ludzkość przechodzi z ciała do ciała od gestu do zamilknięcia od grymasu twarzy do uniesienia brwi

2.

rozwiało się kłębowisko aniołów isaac singer już nie pisze powieści a przecież gdzieś na kresach dawnej polski wóz wypełniony chasydami wciąż jedzie drogą przy czarnym lesie – po lewej stronie synagoga po prawej kościół a pod horyzontem złota mitra cerkwi bieriozki bieriozki białych drzew chorały i zarastający trawą ciągnący się pod niebo kirkut jakiś chłopiec nuci piosenkę w jidisz a wóz powoli bezpowrotnie roztapia się w przeszłości – patrzy na to ze łzami żydówka opuszczająca dom – musi się schronić w innej wsi bo powiedzieli jej dobrzy sąsiedzi że jutro przyjadą  niemcy i pchając ludzi kolbami karabinów zapędzą ich do stodoły jakiś polak podłoży ogień jakiś feldfebel pomoże domknąć wrota dobrzy ludzie zapłaczą źli uśmiechną się do buchających płomieni tak się wypełni biblijna przepowiednia tak się spełni żydowskie przekleństwo

3.

na rogu amsterdam i osiemdziesiątej szóstej ulicy siedzi biedak i czeka na wsparcie taj taj taj ta ra ra taj! świat przetacza się obok niego zapomniała o nim śmierć zapomniał Jahwe zapomniały nawet dzieci w głowie słyszy szum i wspomnienia mieszają się w niej jak wołyńskie mgły – pamięta że ktoś szedł kiedyś drogą z krzemieńca do lwowa nie wie kto może on sam a może rabin nad rabinami taj taj taj ta ra ra taj! ktoś szedł i liczył kroki bo powiedziano mu że gdy da setny krok napłynie cień proroka otworzą się niebiosa i złota ścieżka zaprowadzi go do tronu najwyższego uśmiecha się do siebie do mijających go ludzi czeka na dźwięk centów wpadających do puszki – jest gdzieś przecież taki ktoś kto zobaczy w nim żyda wiecznego tułacza oj oj oj! jest gdzieś taki wędrowiec który zobaczy w nim idącego przez wieczność człowieka

Nowy Jork, 2002

Reklamy

DZIADEK

Niedawno był dzień babci i dziadka i uświadomiłem sobie, że nie mam już tych starszych protoplastów – ani ze strony ojca, jak i mamy. Moja myśl biegnie zatem ku pierwszemu dziadkowi i chyba najbarwniejszemu.

dziadek1

Mój dziadek, Józef Grzechowiak, był szewcem i miał warsztat za długim, mrocznym korytarzem, przy jednym z boków prostokątnego podwórka. Dochodząc do drugich drzwi, słyszałem regularne stukanie młotka, metaliczne brzmienie kopyta, chrzęst imadła i szum przerzucanych skór. A gdy wchodziłem do warsztatu, dziadek na chwilę przestawał stukać, uśmiechał się i obnażał swoje ostatnie kilka zębów. Wskazywał mi miejsce, gdzie mogłem usiąść i wracał do przerwanej pracy – wbijał drewniane gwoździki w podeszwy powstających butów, zszywał zelówkę z resztą skórzanych elementów, cienkim blaszanym nożem nabierał klej i przenosił w miejsce, gdzie miał być obcas. Włosy mu wypadły i był prawie łysy, ale na skroniach i nad uszami miał niewielkie kępki, które stroszył do góry jak Schopenhauer. Często, w promieniach zachodzącego słońca, wyglądał posągowo, a głębokie zmarszczki na czole nabierały wtedy wyrazistości. Wszystko miał w zasięgu ręki – gwoździe różnej wielkości, w puszkach po konserwach, klej w upapranym słoju, kilka par młotków, obcęgów, marsli, rozdwojonych na środku i służących do podważania źle wbitych gwoździ. Nieco dalej, na stertach, leżały przygotowane do wprawienia podeszwy, zelówki, fragmenty czubków butów i czarnych obcasów. Na starej półce, tuż obok dziadka, walały jakieś kawałki chleba, spleśniałe jabłka, a na innej, nieco dalej, kurz pokrywał złożone gazety, jakieś słoje, zielone butelki po oranżadzie i brązowe po piwie, splątane kawałki dratwy, wbite w oskrobaną brukiew długie i grube igły. Na ziemi, wszędzie dookoła, leżało wiele butów, kompletnych lub jedynie górnych części, starych, znoszonych trzewików, przyniesionych do naprawy przez sąsiadów. Z kolei z tyłu, za plecami dziadka, na długiej ławie stały rzędy damskiego i męskiego obuwia, wciśniętego w prawidła. Lubiłem patrzeć jak dziadek pracował i opowiadał mi niestworzone historie. Czasem wybiegałem z warsztatu nieźle przestraszony, a odprowadzał mnie wtedy basowy rechot dziadka i wołanie: ty mały kundo, ty kundo… Myślę, że dziadek nie znał czeskiego znaczenia tego słowa i używał je w takim rozumieniu, w jakim pojawiało się w niektórych polskich gwarach. Opowieści bywały naprawdę przerażające, a najlepiej zapamiętałem taką historię: dziadek relacjonował, że wcześnie rano, o piątej, a może o czwartej, znalazł się przy dwóch cmentarzach, leżących na obrzeżu miasta. Z daleka zobaczył przy bramie cmentarnej czarnego konia i wóz pogrzebowy, na którym stała trumna. Z duszą na ramieniu i z sercem w gardle podszedł powoli i zobaczył, że koń pali wielką faję… Jakże się przestraszyłem, gdy dziadek powiedział, że koń przez zęby wycedził do niego basem: masz ognia…? Gdy to usłyszałem pobiegłem jak oparzony przez ciemny korytarz i żaliłem się mamie, że dziadek mnie straszy. Potem w nocy śnił mi się ten czarny koń, wóz, wielka trumna i krzyczałem przez sen: Masz ognia…? Gdy dziadek opowiadał, miał zwykle w ustach kilka gwoździ i mamrotał powoli, często robiąc przerwy. Czasem łykał z butelki trochę piwa albo jakiegoś innego mocnego napoju. Patrzyłem na niego szeroko otwartymi oczyma i chłonąłem wszystkimi zmysłami opowieść. Miały w niej swoje miejsce uderzenia młotka, przeciąganie dratwy przez dziurki, topienie laku i woskowanie, a nade wszystko ostry zapach kleju i skór, połączone ze stęchlizną tej szopy. Dziadek zerkał raz po raz na mnie i mówił urywanymi zdaniami, wyciągając kolejny gwóźdź spomiędzy warg. Jednego razu przywitał mnie uśmiechem i powiedział, że coś mi pokaże. Wyciągnął jakiś niewielki słoik, z dziurkami w zakrętce i pokazał mi w nim kilka dużych, czarnych much. Uchylił lekko wieczko i gdy pierwszy owad ukazał się w nim, chwycił go wprawnie palcem wskazującym i dużym paluchem. Kiwnął na mnie i podszedł do rogu warsztatu, gdzie lśniła wielka pajęcza sieć. Szybkim ruchem wrzucił do niej muchę i wskazał jak się szamoce. Patrzyłem na to ze strachem, a dziadek rozkoszował się moim przerażeniem – wyciągnął mały palec i wskazał na miejsce, z którego wielki, gruby pająk zaczął zsuwać się do ofiary. Wtedy szewc szybko sięgnął z półki dużą lupę i przytrzymał nad owadem. Widziałem teraz doskonale jak drapieżnik wbija swój kolec w ciało oszalałej z przerażenia muchy i powoli wysysa z niej całą treść. Jeszcze parę razy dziadek wrzucał tłustą muchę i pokazywał mi coraz to inne pająki, schodzące po błyszczących niciach do swoich ofiar. Za każdym razem, po dokonanej uczcie, silnym uderzeniem zrywał pajęczynę, zrzucał pająki na ziemię i przydeptywał je sandałem, mówiąc, że nie cierpi tego robactwa. Podczas moich wizyt dziadek pokazywał mi też myszy konające w łapkach, szczury wychylające głowy z wielkiej nory, a raz nawet zademonstrował mi jak przy pomocy szkła powiększającego przepala się łeb wielkiego karalucha, unieruchomionego w jakimś narzędziu do przyciskania butów. Ale były też opowieści o pierwszej wojnie światowej i o służeniu w armii austriackiej, zabijaniu Szwabów, o poznaniu babci i o tym jak moja mama była niegrzeczna i musiała czasami dostać rózgą na tyłek. Pokazywał mi jakąś wiecheć, robił dramatyczny zamach i ja znowu umykałem, odprowadzany śmiechem i wołaniem: ty mały kundo, ty kundo… Bardzo kochałem mojego dziadka i boleśnie przeżyłem dzień w którym umarł. Ale to już inna opowieść… i przyjdzie kiedyś na nią czas…

PIĄTA GÓRA

Eliasz był prorokiem, żyjącym w królestwie Izraela w czasach rządów Achaba, czyli w IX wieku przed Chrystusem. Jak podaje Michael Grant, w znakomitej rozprawie pt. Dzieje dawnego Izraela, był on jahwistą i otwarcie występował przeciwko szerzącemu się kultowi Baala. Jego wyznawcą był też wskazany wyżej władca i jego fenicka żona Jezabel, która ścigała i zabijała przeciwników praktyk kananejskich. Eliasz wypływa nagle z mroków antycznej historii i udaje się do Achaba, by poinformować go, że Jahwe przekazał mu ważką wiadomość: nie spadnie kropla deszczu, póki król nie zaprzestanie oddawać czci Baalowi i innym bóstwom fenickim. Następnie, w obawie przed konsekwencjami i przeczuwając zemstę panującej pary, Eliasz udaje się na wschodnią stronę Jordanu, nad niewielki potok Kerit, gdzie pożywienie przynoszą mu kruki. Potem, dalej uciekając przed gniewem monarchini, osiedlił się w fenickiej Sarepcie, nazywanej też Akbarem, gdzie pod swój dach przyjęła go pewna wdowa. Jej skromne zapasy jadła, w cudowny sposób rozmnażały się, a sławę Eliasza ugruntowało pewne zdarzenie. Oto nagle zmarł synek wdowy i Eliasz, modląc się do Jahwe, przywrócił go do życia. Dopiero w trzecim roku suszy zawezwano tego proroka na dwór królewski i zgodzono się na jego konfrontację z ośmiuset pięćdziesięciu kapłanami Baala i Aszery. Użył podstępu i wszystkich wytracił nad potokiem Kiszon, w miejscu zwanym el-Muhraqa (po arabsku: ofiara),czym ściągnął na siebie gniew Jezabel. Wciąż uciekając przed nią, schronił się na pustyni, a potem znowu wrócił w glorii proroka, namaścił królów Damaszku i Izraela, instruował jak mają postępować rządzący i interpretował słowa Jahwe. W końcu ponownie powędrował na wschodni brzeg Jordanu, skąd na wozie ognistym został uniesiony do nieba. Miał wielkie zasługi w zakresie szerzenia monoteizmu, a pamięć o jego czynach zachowała się w licznych legendach i księgach biblijnych Starego Testamentu. Trudno dzisiaj oddzielić je od prawdy i stworzyć jakąś czytelną, wolną od mitologizowania, biografię tego proroka. Są jednak tacy, którzy próbują…

Paulo Coelho, w niezwykłej powieści o czasach panowania Achaba i Jezabel, kreśli barwny obraz dziejów i działalności proroka Eliasza. Charakterystyczną dla siebie metodą rozmywania i kumulowania wydarzeń, opowiada o człowieku, który rzucił wyzwanie władcom, asyryjskim najeźdźcom i ludowi, który najpierw chciał go zabić, a potem zaakceptował i wielbił jako proroka, cudotwórcę i znamienitego męża. W słowie Od autora, nawiązuje też brazylijski pisarz do wcześniejszej powieści – Alchemik – w której pojawiła się wykładnia zdarzeń, prowadząca ludzi do osiągnięcia celu: Choć nasz los jest ciągiem etapów, których sensu nie potrafimy zrozumieć, to wiodą nas one ku naszej Własnej Legendzie i pozwalają nauczyć się tego, co jest konieczne do wypełnienia własnego przeznaczenia. Prorok Eliasz został powołany do głoszenia prawdy o jedynym Bogu Jahwe i na swej drodze spotkał ludzi, którzy mu w tym przeszkadzali i innych, którzy mu dopomogli. Jedni i drudzy byli etapem, a zdarzenia z nimi związane też stanowiły wyznaczniki kolejnych okresów, przedziałów, cząstek biograficznych. Prorok nie wahał się powiedzieć królowi, że źle postępuje, a gdy wydano na niego wyrok śmierci, szybko oddalił się i oddał się pokornym medytacjom. Potem ruszył na szlak, który ostatecznie zawiódł go do Sarepty, nieopodal Sydonu. Wznosiła się tam Piąta Góra, na szczycie której miały bytować bóstwa kananejskie, z Baalem na czele. Dochodząc do miasta padał ze zmęczenia i tylko opiece napotkanej wdowy zawdzięczał życie. Dała mu wody i podzieliła się pokarmem, którego odtąd w jej domu nie brakowało. Eliasz to wszystko widział w wizjach lub snach, a poza tym wierzył, że kroczy drogą swojej Legendy. Do tego momentu Coelho wierny jest przekazowi ksiąg biblijnych, ale dalej zaczyna modyfikować opowieść, a może wykorzystuje któreś z wielu przekazów ustnych. Jego bohater raz jest akceptowany, a za chwilę skazuje się go na śmierć, pojawiają się też wrogowie i fałszywi przyjaciele. Namiestnik miasta, Przywódca Straży, kapłan Baala, stanowią elitę obywateli Akbaru i nie zamierzają oddać Eliaszowi władzy, zazdrośnie patrzą na jego sukcesy i coraz większy podziw ludu. Śmierć syna wdowy zostaje powiązana z jego obecnością w jej domu i zostaje skazany na zagładę. Wyjednuje jednak pozwolenie na udanie się na Piątą Górę, gdzie – jak myślą jego przeciwnicy– sam Baal go uśmierci. Tam objawia się prorokowi anioł i instruuje go, co ma zrobić po powrocie do miasta. Mówi mu też o sytuacji ludzkiej: Każdy człowiek ma prawo wątpić w swoje powołanie i czasem zbłądzić. Nie wolno mu tylko o nim zapomnieć. Kto nie wątpi w siebie, jest niegodzien, bo ślepo wierzy w swą moc i popełnia grzech pychy. Błogosławiony niech będzie ten, kto doświadcza chwil zwątpienia. Te słowa mógłby wypowiedzieć sam Eliasz, a potem Jezus i wielu świętych chrześcijańskich, to wszakże jedno z głównych przesłań religijnych. Błogosławieni cisi i pokornego serca; to oni dojdą do celu, bo wierzą w siebie i pamiętają o kierunku, ale jednocześnie schylają głowę przed ludzkim i Boskim brzemieniem. Wracając do miasteczka, Eliasz staje do konfrontacji z wieloma groźnymi siłami, ale wierzy w przepowiednie anioła. Udaje mu się przywrócić do życia syna wdowy i zyskuje powszechny szacunek. Rozstrzyga spory, uzdrawia i łagodzi gniew, co w przyszłości zaowocuje w niezwykły sposób i uratuje mu po raz kolejny życie.

Powieści Coelho należy czytać z natężoną uwagą i wiedzą o tym, że często u niego dana sytuacja ma charakter modelowy i stanowi rodzaj szerszego przesłania. Tutaj wszystko zostało ubrane w kostium antyczny, wszystko rozgrywa się pośród starożytnych ruin, piasku pustyni i szczytów górskich. Ale przesłanie odnosi się do każdego czasu i do tego, kto sięgnie po książkę. Tutaj, w tej powieści, jest ono niezwykle czytelne: walcz o siebie i nie bój się trudów. Mów zawsze prawdę, nawet jeśli odmieni ona Twoje życie i spiętrzy kłopoty. Szukaj ludzi, którzy dopomogą ci w drodze i wierz w to, że prowadzi ona do celu. Pamiętaj o siłach kosmicznych, o tym, że jeśli czegoś bardzo pragniesz, to cały wszechświat pracuje, by to się spełniło (słynne zdanie z Alchemika przywołał autor we wprowadzeniu). I jeszcze jedno – szukaj prawdziwej miłości, bo tylko ona może rozświetlić mrok. I zmierz się z nią, nawet jeśli będziesz miał wątpliwości – choćby takie jak Eliasz, którego serce zaczęło wyrywać się do wdowy: Miłość mogła się okazać doświadczeniem bardziej zatrważającym niż tamta chwila, gdy stał naprzeciw żołnierza Achaba mierzącego z łuku w jego serce. Gdyby dosięgła go strzała, już byłby martwy, a reszta należałaby do Boga. Jeśli jednak dosięgnie go miłość, on sam będzie musiał zmierzyć się z jej następstwami. Wielu ludzi dochodzi do tej prawdy i wielu decyduje się na porzucenie dotychczasowego życia. Choć mają swoje domy i rodziny, choć wszystko zostało uporządkowane, wygładzone i polukrowane, dla prawdziwego uczucia skaczą w przepaść. Jedni giną w niej bezpowrotnie, ale są też tacy, którzy lądują bezpiecznie na półce skalnej albo pośród głębin morskich i dopływają do nowego brzegu. Eliasz nie zaryzykował, do końca wahał się czy przyjąć żar miłości i został za to ukarany. Jego kobieta zginęła podczas napaści Asyryjczyków i została mu już tylko miłość duchowa. Postanowił odbudować zburzone miasto, bo ona tego chciała i ona nim była. Stawiając zatem od nowa kolumny i odbudowując domy, poczynał ją od nowa, unieśmiertelniał w tworzonym dziele. To także działanie, które wielu ludzi może skopiować, to jeszcze jedno pisarskie zwrócenie uwagi na inne rewiry doznań. Tragedia może się wydarzyć w naszym życiu, ale nie może nas pociągnąć za sobą w otchłań. Jeśli kogoś tracimy, możemy go zrekonstruować w jakimś życiowym dziele. U prostych ludzi przejawia się to we wznoszeniu pomników, ustawianiu nagrobków i pielęgnowaniu grobów. U jednostek twórczych może to być takie dzieło, jak Eliaszowa rekonstrukcja Akbaru, jak pisanie powieści, opowiadań i wierszy, jak czytanie i wydawanie książek. Wszakże – co raz jeszcze bohaterowi uświadomił anioł – Bóg wysłuchuje tych, którzy błagają o łaskę zapomnienia dla nienawiści, lecz głuchy jest na głos tych, którzy chcą uciec przed miłością. Prorok nie znienawidził najeźdźców, powoli odbudował miasto i scalił wspólnotę, a przy okazji wzniósł wielki monument swojego prawdziwego uczucia. Miłość, to zdaniem pisarza fundament całego kosmosu – gdy jego wybranka dała mu glinianą tabliczkę z zapisanym tym jednym słowem, wiedział, że te kilka znaków na tym kawałku gliny kryło w sobie powód, dla którego gwiazdy świecą na niebie, a ludzie przemierzają ziemię wzdłuż i wszerz. To słowo głęboko wryło mu się w pamięć i prowadziło go przez następne lata. Nie uchronił ukochanej od nieuniknionego, ale zachował ją w swoim dziele, unieśmiertelnił w autentycznej twórczości.

Działalność proroka Eliasza w dawnej Fenicji (dzisiejszy Liban) miała wszelkie znamiona pracy natchnionej, odsłaniającej kolejne etapy życia i prowadzącej do Własnej Legendy. Nie wiemy ile prawdy o nim zachowały starożytne podania, nie wiem jak wyglądał, jaki miał kolor oczu i jakie włosy. Czy był rosłym mężczyzną, czy może cherlawym, jakie stroje nosił i co lubił jeść. Coelho delikatnie rekonstruuje tę postać, ale jednocześnie nie wprowadza za wiele wyrazistych dopowiedzeń. Czytelnik sam musi uruchomić swoja wyobraźnię i stworzyć wiarygodną postać na potrzeby lektury i własnej pamięci. Tutaj ważne jest coś innego, wskazanie w czasach antycznych takiego bohatera, który rozumie, że należy przewartościować wszystko i samego siebie stworzyć od nowa. Wszakże – Każdy z nas ma imię od kołyski, ale musi być zdolny wybrać dla swojego życia nowe imię, aby nadać mu sens. Jego kobieta powiedziała: Ja jestem Akbarem… i Eliasz zrozumiał przesłanie. Stracił jej ciało i jej obecność, ale odbudował ją w kształtach wzniesionego na nowo miasta. Mało tego, zrozumiał jeszcze głębszą prawdę: Akbar musiał zostać zniszczony, aby jego mieszkańcy zdołali obudzić drzemiące w nich siły. Parafrazując – jego ukochana musiała stracić życie, musiała odejść, by pokochał ją naprawdę. Coś w tym jest, bo ludzie często zrozumieją, że kogoś kochali naprawdę, gdy go już stracili bezpowrotnie. To także sytuacja ludzka i nasza przypadłość, nie potrafimy wyodrębnić chwili i nie umiemy cieszyć się nią. Szukamy czegoś daleko, za Piątą Górą, bujamy w obłokach, a szczęście jest na wyciagnięcie ręki. Jeśli nie zerwiemy więzów, jeśli nie pozrywamy sieci utrudnień i niemożności, które oplotły nas przez lata, nie wypłyniemy na głębię i nie zaznamy miłości. W końcu tylko ona daje szczęście i tylko ona się liczy… Tutaj, w przypadku starotestamentowego proroka – zdawać by się mogło martwej postaci sprzed wieków – objawia się wielka dążność do tego by zmieniać świat i odbudowywać to, co zostało zburzone. Kapłani bóstw fenickich urośli w siłę i opanowali niemal cały obszar dawnego Izraela, ale może doświadczenia z Akbaru wzmocniły Eliasza. Wrócił na dwór królewski i doprowadził do spotkania z nimi. Potem sam stanął do konfrontacji z setkami przeciwników. Zwołał ich na stokach Góry Karmel i tam ukazał im moc Jahwe, a potem wszystkich wytracił. Dzisiaj będziemy się buntować przeciwko takiemu okrucieństwu, ale dziewięć wieków przed Chrystusem była to naturalna konsekwencja wygranej. Ogień z nieba, przywołany przez Eliasza, spalił cielca i tym samym ustanowił na wieki monoteistyczna formułę zawierzenia. Gdy prorok wkraczał do nieba ognistym rydwanem wiedział, że odnalazł Własną Legendę i osiągnął wiele ponad to, co może zrobić w życiu jeden człowiek.

DAWNE DNI…

Coraz częściej wracam myślą do moich dni, spędzonych na Osiedlu Błonie, w Bydgoszczy. Ileż świętych chwil tam przeżyłem, ile meczy w piłkę nożną i hokeja rozegrałem. Tyle było wypraw do lasu, do niedalekiej strzelnicy wojskowej, nad kanał bydgoski i na pobliskie cmentarze. Zdarzało się przez wiele godzin siedzieć na drzewach morwowych, okalających dwie nekropolie i zajadać się kwaskowatymi owocami. Były też dni, gdy jeździłem rowerem po osiedlu, odbywałem z kolegami wyprawy do Trzcińca, na basen przy ul. Nakielskiej, do Solca Kujawskiego, Białych Błot, Myślęcinka, a nawet do Torunia. Jakże szczęśliwe było wtedy moje ciało, płuca regularnie natleniały krew czystym powietrzem, potrafiłem szybko biegać i pływać w Brdzie, w pobliskich jeziorach, starczało sił na wędrówki dalekie i bliskie. Szczególnie zapamiętałem smak ozonu po wielkich ulewach i zapach sosen, gdy wdychałem powietrze i cieszyłem się z wychodzącego zza chmur słońca. Był jakiś wewnętrzny rytm moich działań, jakieś echo dalekiego uderzania w werbel i kotły, a może po prostu czułem pulsowanie krwi, obiegającej tysiące razy przestrzeń żył i naczyń. Słuchałem muzyki zespołów Led Zeppelin, Slade i Black Sabath, ale też zaczynałem poznawać wielkie kompozycje muzyki poważnej – V symfonia Beethovena i utwory Bacha, Vivaldiego, Telemanna zaczęły rozbrzmiewać w moim niewielkim pokoju. Na ścianach wisiały wtedy fotografie Johna Lennona, Chè Guevary i mojej dziewczyny – Aliny Marii, którą kochałem sercem czystym i pełnym nadziei na wspólną przyszłość. Mijały lata i czas zaczął przyspieszać, koledzy i koleżanki popełniali samobójstwa lub rozjeżdżali się po świecie, powoli rozpadała się wspólnota i zaczynał się dla mnie nowy czas. Studia polonistyczne, rozstanie z Marią i pierwszy tomik wierszy, pojawienie się grupy literackich rówieśników, jakieś bachanalia, jakieś bezsensowne działania, niepotrzebne doświadczenia… i praca. Zawsze energiczna, setki, tysiące godzin przy maszynie do pisania, a potem przy komputerze. Czy to, że wspominam, rozrzewniam się i wracam myślą do przeszłości, jest oznaką starzenia się, czy może tylko tęsknię do dawnych dni? Nie wiem, tak mnie jakoś naszło…

GOMBROWICZ…

Trzymałem się dzielnie od początku semestru, ale w końcu i mnie dopadło przeziębienie, infekcja, grypa, czy co tam jeszcze. Leżąc w łóżku, z laptopem na kolanach, mogę przejrzeć mój dziennik z zeszłego roku i zastanowić się w jakim kierunku podążyć, jakie przyjąć priorytety. Ostatnio ze studentami czwartego roku polonistyki rozmawiałem na zajęciach i przyglądałem się z bliska dwóm powieściom Gombrowicza – Pornografii i Trans-Atlantykowi. Kiedyś czytałem te teksty w ogromnym napięciu i podnieceniu. Byłem licealistą, potem studentem pierwszego roku filologii polskiej i te powieści, wydane przez paryską „Kulturę” były jak zakazany owoc. Może byłem zbyt niedojrzały, a może za mało wiedziałem o literaturze, ale uznałem je za wybitne, a Trans-Atlantyk niemal za arcydzieło. Dzisiaj Gombrowicz bardzo mnie denerwuje i nie potrafię znaleźć w tych tekstach uniwersalizmu o który walczył. Chciał się uwolnić od polskości, ośmieszyć ją, stać się pisarzem międzynarodowym. Poniekąd to osiągnął, ale w ostatecznym rozrachunku przegrał – najpierw życiowo, bo umarł w lipcu, tuż przed posiedzeniem szwedzkich akademików. Potem literacko, bo przeszła mu kolo nosa Nagroda Nobla, którą odebrał w 1968 Japończyk Yasunari Kawabata, a w roku następnym – Samuel Beckett. Książki Gombrowicza zostały przetłumaczone na wiele języków świata i w takim kontekście osiągnął sukces. Jednak – co paradoksalne i poniekąd komiczne – nigdy nie uwolnił się od polskich problemów. Mógł napisać książkę o diabłach lub ptakach, mógł stworzyć narrację o miłości kosmopolitów lub o śmierci wielkiego rodu – on jednak, buntując się przeciwko naszym bogoojczyźnianym zachwytom, pozostawił nam teksty, które poniekąd mieszczą się w tym obszarze. To nie tak powinien wyglądać bunt pisarza przeciwko swojej kulturze – odrzucenie musi być całkowite, odejście gwałtowne, a dzieło powinno trafiać do każdego, pod każdą szerokością geograficzną. Teraz lektura Gombrowicza jest drogą przez mękę, szczególnie jeśli chodzi o te wskazane wyżej powieści. Co nas dzisiaj obchodzi jakiś eksperyment pana Witolda i jego kumpla Fryderyka na „chamach” i po co nam zjadliwa krytyka polskich urzędników i emigracji w Argentynie w połowie ubiegłego stulecia. Myślę, że najbardziej może zainteresować u Gombrowicza język, jego modyfikacje i naturalna skłonność do usprawniania narracji. Wprowadzenie samego siebie jako bohatera utworów dzisiaj już nikogo nie zaskoczy, a tematykę homoerotyczną, czy tego rodzaju podteksty, znajdziemy w wielu powieściach, opowiadaniach, esejach. To już nieomal standard w literaturze i nie ma się nad czym rozwodzić, w miejsce uwielbienia dla takich autorów, pojawiła się nawet ostra krytyka. Jeśli myślę dzisiaj o Gombrowiczu i przywołuję go w kontekście moich zapisków, to oczywiście biegnę myślą do jego Dziennika, który mam zamiar raz jeszcze przeczytać i jakoś ustosunkować się do niego, w kolejnych latach. Będę sięgał też po inne tego rodzaju teksty, bo Internet zdyscyplinował mnie do nieomal codziennego notowania i pisania. Może kiedyś wydam to jako książkę, a może tylko pozostanie jakiś nikły ślad w sieci…

SEN IV

Ten sen był jak strumień świadomości – ktoś lub coś mówiło we mnie: zanim odejdziesz spod tego drzewa pozwól że opowiem ci swoje życie urodziłem się w kraju gdzie ludzie myślą że żyć będą wiecznie a gdy umierają mają na twarzy takie zdziwienie jakby zabił ich ulubiony syn jakby zdradziła ich osiemdziesięcioletnia żona ludzie ci pracowici jak mrówki jak pszczoły milczą przy jedzeniu i harując cały dzień na polu często spoglądają na urwisty brzeg morza które wdziera się do ich świata jak chytry drapieżnik ludzie ci moi bracia i siostry nienawidzili mnie od samego początku odkąd jakaś starucha powiedziała nad moją znalezioną w lesie kołyską że urodził się ten który przyniesie ból i łzy odkąd kazała mnie zabić próbowali wiele razy to zrobić ale zawsze znalazł się ktoś – jak choćby Leonard – kto stanął w mojej obronie ktoś – jak choćby stary kowal – kto poruszył ich sumienia w końcu wygnali staruchę i nie słuchali już nawet jak odchodząc skrzeczała – ogień rzuci wam na głowy żelazem rozorze wasze ciała – potem uspokoiło się morze i moi przyjaciele łowili więcej ryb niż zwykle uznali więc babę za czarownicę i ruszyli za nią w pogoń ale nigdzie jej jednak nie znaleźli choć upłynął dopiero tydzień od dnia kiedy opuściła naszą osadę dni mijały po cichu dopóki kiedyś u kowala patrząc jak podkuwa konia nie połknąłem kawałka rozgrzanego do czerwoności żelaza widział to tylko koń i z przerażenia tak wierzgnął nogami że zabił biednego kowala innym razem stałem oparty o studnię gdy przyszedł do niej sąsiad nabrać wody spojrzałem razem z nim w dół i wtedy on coś zobaczył na dnie i z krzykiem – trzeba go ratować – skoczył do głębokiej jak morze studni widziałem jak pogrążał się w srebrzystym oczku wody ludzie zaczęli wtedy szeptać patrząc w moją stronę i przypominać sobie przepowiednie staruchy niektórzy mówili że moja matka spłodziła mnie z diabłem ale jeśli byłem dzieckiem szatana to dlaczego tak bardzo było mi żal tych wszystkich nieszczęśliwców zacząłem unikać ludzi chodziłem po lasach i polowałem na sarny i daniele często przystając nad brzegiem leśnego jeziora patrzyłem na swoje odbicie w wodzie i zastanawiałem się dlaczego jestem tak bardzo nieszczęśliwy czasami przychodziłem na sam skraj boru i patrzyłem w dolinę na małe jak jagody i poziomki postaci ludzi raz zobaczyłem śliczną jasnowłosą dziewczynę która szła przez las w stronę chaty Leonarda zrobiło mi się smutno gdyż wiedziałem że bardzo się kochali i byli ze sobą szczęśliwi nie zazdrościłem im chociaż wiedziałem że z powodu mojej szpetnej twarzy nikt nie da mi podobnej miłości zresztą w moim szałasie ukrywała się starucha z którą kochałem się do woli kiedy dziewczyna przeszła stanąłem o dziesięć kroków od grubej sceny i zacząłem rzucać w nią dla wprawy toporem zawsze mnie to uspakajało rzuciłem mocno i spojrzałem w niebo krzyk który się w chwilę potem rozległ przypominał jęk ranionej łani spojrzałem w tamtą stronę pod drzewem leżała jasnowłosa kochanka leonarda mój topór tkwił w jej głowie nie potrafię powiedzieć skąd wzięła się w linii mojego rzutu przecież minęła mnie już dawno przecież odeszła w przeciwną stronę zastanawiałem się co zrobić w pierwszej chwili chciałem uciekać ale zaraz potem zrozumiałem że nie ucieknie się przed swoim losem postanowiłem więc pójść do jej kochanka i spróbować powiedzieć mu prawdę o tym co się stało właśnie opalał łódź gdy do niego mówiłem słuchał z dziwnym spokojem gdy nagle rzucił we mnie płonącą żagwią uchyliłem się i trafiła ona w jego dom który zaraz zajął się ogniem wtedy Leonard wrzasnął – goreee – i nie wiem czy chodziło mu o mnie czy o dom gdyż poczułem się nagle jakby paliły się we mnie wnętrzności Leonard doskoczył i chciał mnie uderzyć siekierą czy to moja wina że potknął się fatalnie i upadł piersią na jej ostrze dom już dogorywał gdy zbiegli się ludzie i zobaczyli mnie pochylonego nad jego trupem ktoś krzyknął – zobaczcie jak płonie ten diabeł – a to tylko łuna bila od płonącego obejścia trzej mężczyźni zarzucili na mnie sieć i wraz z innymi ludźmi zaprowadzili na brzeg szarego jak moje oczy morza postanowili powiesić mnie na tym drzewie pod którym stoisz zanim zarzucili mi sznur na szyję nadbiegła starucha i zaskrzeczała – już dawno mówiłam żeby go zabić – podeszła do mnie i napluła mi w twarz wtedy grzmotnąłem ją związanymi rękoma pomiędzy zżółkłe oczy i wiem na pewno że przez chwilę jej jęk był podobny do krzyku kochanki Leonarda upadła na ziemię i wsiąkła w piasek jak krew nie pozostawiając po sobie śladu ludzie nie czekali dłużej z zaciętością na twarzach zarzucili mi na szyję pętlę nie męczyłem się długo – wydało mi się że ruszam w drogę…

* * *

Bliskość drugiego człowieka… Bez niej życie nie miałoby sensu i byłoby marną wegetacją. Dotyk złączonych dłoni, uśmiech i spojrzenie w oczy… Jakże wiele znaczą i jaką mają siłę w zimnym świecie. Współtworzą nasze terytorium intymne i odgradzają je od świata złych ludzi, od niszczycielskich praw obowiązujących w społeczeństwie, od chłodu kosmosu. Ważne jest by mieć takiego kogoś, by go znaleźć i włączyć do swojego świata. Tutaj jednak nie ma reguł i czasem, ci bliscy, nie pozwalają się zaanektować. Stosując terminologię wojskową, mamy do czynienia z pierwszymi zwiadami, ze spotkaniami oddziałów, potem z potyczką partyzancką, aż w końcu dochodzi do wojny. Nawet jeśli skończy się ona rozejmem, to już nic nie będzie takie samo… Dlatego wzrusza mnie, gdy widzę ludzi – szczególnie młodych – jak tulą się do siebie w pociągach, w autobusach, jak szukają swoich dłoni i muskają się ustami. Delikatnie, tak by inni podróżni tego nie zauważyli. Takie muśnięcie ust symbolizuje ludzką dążność do czynienia dobra i opiekowania się sobą nawzajem. Bliskość drugiego człowieka… Bez niej życie nie miałoby sensu…

WINCENTY RÓŻAŃSKI 1938-2009

Zmarł Witek Różański, z którym przyjaźniłem się od wielu, wielu lat. Uwieczniony w powieści Edwarda Stachury pt. „Cała jaskrawość” i w „Balladzie dla Potęgowej”. Odszedł poeta najprawdziwszy i jakby „żywa, chodząca wrażliwość”. Z Andrzejem Sikorskim i innymi poetami odwiedzałem go w jego domu na ul. Ostrobramskiej w Poznaniu. W moim archiwum literackim pozostało wiele listów od Witka i dedykowanych mi wierszy. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, napisałem do wyboru jego liryków bardzo emocjonalny szkic, który tutaj bez skrótów udostępniam czytelnikom i wielbicielom jego poezji.

Poezja jest formą odnawiania świata w stale gasnącej świadomości. Jest walką z biologią i mechanizmami amnezji, z pustką kolejnych nisz czasowych i z odchodzącym stale w przeszłość „ja”. Jest enklawą pośród której bytują ludzie najwrażliwsi i najgłębiej rozumiejący tragizm egzystencji. Ale jest też terytorium goryczy, bólu, samoudręczenia, skąd niebezpiecznie blisko jest ku granicom człowieczeństwa, skąd prowadzą ścieżki ku autodestrukcji, eutanazji, ku depresjom nigdy nie kończącego się snu i pagórom nigdy nie zaczynającego się dnia. To tam znaleźć można dostojne cienie Miltona, Blake’a, Kawafisa, to tam swobodnie kołyszą się w przestrzeni odbicia Hölderlina, Yeatsa, Audena. I jest tam wiele grobów dla biedaków, szulerów, niebieskich wygnańców i wędrowców. Tam jest grób Mozarta – poety skrzypiec, i Haydna – poety myśliwskiej trąbki; tam jest grób Vincenta – poety bez ucha, i Salvadora – poety dali; tam jest też grób Norwida – poety purpurowych kirów i Stachury – poety dżinsów a pól; tam jest grób Sylvii Plath – poetki trującego gazu, Novalisa – poety ukwieconej śmierci i wielu, wielu innych poetów. Jest tam też sporo wykopanych, pustych grobów. To tam umarli poeci odprawiają misteria/ śpiewają pieśni poematy epopeje/ i krew piją jak spragnione konie. Poezja jest formułą istnienia wrażliwego, istnienia delikatnej istoty w obliczu stale raniących ją krawędzi świata. Nikt poza poetą nie jest w stanie dostrzec wszystkich zadziwiających deseni na stale migotliwej płaszczyźnie bytu. To daje mu przewagę nad zwykłymi śmiertelnikami, ale też to spycha go stale na margines życia. Każe przywdziewać togę błazna, kloszarda, wychodzącego na spotkanie świtu lunarnego wędrowcy. I czyni go kimś nieprzystawalnym do rzeczywistości pieniądza, bogactwa, natrętnej reklamy. To dlatego Czesław Miłosz tylekroć mówi o poetyckim rzemiośle jako o czymś wstydliwym w świecie mknącym z przerażającą szybkością w dal, w świecie stechnicyzowanym i wstydzącym się wrażliwości. Wincenty Różański jest poetą najprawdziwszym, a jego życie w większej części toczy się pośród wskazanych wyżej lirycznych terytoriów. Gdy wstaje rano na ulicy Ostrobramskiej, pośród poznańskiego Górczyna, gdy wędruje stale tymi samymi ulicami; gdy odwiedza groby ojca i matki na cmentarzu górczyńskim; gdy pije piwo z przygodnymi kompanami i patrzy na umykające za horyzont ptaki; gdy pisze wiersze i wspomina dawne chwile pośród wzgórz Mosiny; gdy ucieka przed cieniami odległych zjaw – jest poetą najprawdziwszym. Gdyby żył w czasach romantyzmu, mógłby stać się kimś na miarę Cypriana Norwida, kimś na miarę Tomasza Olizarowskiego, a może kimś na kształt upadłego anioła. To że żyje w dwudziestym wieku, w chwili gdy ludzie latają promami kosmicznymi na orbitę okołoziemską, a na Marsie ląduje zdalnie kierowany z ziemi pojazd, to że przyszło mu bytować w takim momencie historii ludzkości jest jego przekleństwem i wielkim atutem. Czas jego egzystencji się jeszcze nie skończył, ale też czas jego istnienia poetyckiego się na dobrą sprawę nie zaczął. Jakaż głucha jest krytyka literacka, jeśli nie potrafi usłyszeć w poezji Różańskiego genialnych tonów, jakaż jest ślepa jeśli -poza okazjonalnymi tekstami – nie dostrzega głębi i oryginalności wierszy tego – jak nazywa go Andrzej Sikorski – półświętego z Ostrobramskiej. W poezji tej wszechświat stale otwiera się i zamyka przed świadomością w nieustającej pulsacji. Przeobraża się pomiędzy każdym mgnieniem powiek i stale dąży ku nowym metamorfozom – od stanu „natura” do stanu „przestrzeń”; od kształtu „galaktyka” do nie kończącej się wizji „kosmos”. Poeta czuje stale tę pulsację niczym rytm przepływu własnej krwi i dlatego stara się stale wychodzić poza to, co skostnienie, stale walczyć o nowy oddech. Interesuje go koniec i początek, inicjacja i żałobna inkantacja. Nieustannie wpisuje się on w ciąg sprzeczności istniejących w naturze. Gubi się na przedmieściach wielkiego miasta i odnajduje w samym centrum metropolii. Idzie w dal odważnie przed siebie i przed sobą stale ucieka. Niesie z radością nosidła bytu i ledwie może je udźwignąć. Pławi się w sensach świata i pozwala przepływać obrazom przez mózg. Może dlatego niektóre wiersze zostały napisane na zasadzie wolnych skojarzeń – wyzwolenia świadomości z jakichkolwiek pęt. Potrafi ona dzięki temu ogarniać coraz szersze i głębsze przestrzenie. To metoda znana z poezji Ezry Pounda, ale też i Edwarda Stachury, to sposób poezjowania Yeatsa i Różewicza. Różański jednak nie naśladuje swoich wielkich protoplastów w poetyckim rzemiośle, raczej łączy się z nimi w wielkim uniwersum świadomości poetyckiej, w wielkim rewirze wszechświatowych   t e m a t ó w.  Otwiera i dopełnia, ale też wypija do dna napój egzystencji i zamyka kolejny jej przedział czasowy. Poezja Różańskiego to struktura migotliwa, pełna nagłych, zdumiewających zmian, zaskakująca sąsiedztwami i niespotykanymi transformacjami. Obok wskazanych wyżej ogromów i perspektywy kosmicznej sąsiadują z nimi przestrzenie mniejsze, lokalne, enklawy swojskości, a nade wszystko kalekie odłamki jakiejś pięknej, wszechogarniającej perspektywy. To dlatego obok herosów pojawiają się w tej poezji kalecy i spotworniałe monstra, a autor raz po raz zmienia skórę. Najciekawsze są te terytoria liryczne, które jako żywo przypominają rzeczywistość z obrazów Pietera Bruegela. Obok prymitywizmu pojawiają się wtedy niespotykane głębie, przepaście sensów. Ważna też jest określona, wprowadzająca właściwy nastrój kolorystyka. Barwy Różańskiego są zawsze wyraźnie określone i najczęściej skontrastowane. Często też pojawiają się przejrzystości i świetlistości, jakby przenikające się wzajemnie struktury tkanek i błonek, kolorowych klisz i przezroczy. W tym świecie szczególną rangę ma klarowny i skojarzony z wyobraźnią obraz poetycki. Ma on wszelkie cechy hologramu, ale też zawsze na jego obrzeżach dają się zauważyć delikatne pęknięcia. Różański przepuszczając rzeczywistość przez filtr świadomości nadaje jej określony kierunek, dynamizuje i energizuje kreowane przestrzenie. Dlatego każdy ląd i każdy akwen przesuwa się u niego ku czerwieni, ale też i ku zieleni; ku fioletom i ku błękitom. Każdy kształt jest połyskliwy, jakby pokryty niewidzialną warstwą lirycznego werniksu.

Narrator wierszy Różańskiego na pewno nie jest dzieckiem. Jest człowiekiem niosącym w sobie wiele porażek i klęsk, człowiekiem okaleczonym przez świat i ludzi, wewnętrznie popękanym. Jego swoista nadświadomość nie pozwala mu zapomnieć o śmierci, nie pozwala mu przejść do porządku dziennego nad odejściem przyjaciela, w którym wielu odnajdzie smutnego barda lat siedemdziesiątych – Edwarda Stachurę. Poeta nie ma już siły walczyć ze światem, nie potrafi stale od nowa borykać się z coraz większą uciążliwością nadchodzących dni: coraz mniej mogę pisać/ w skurczu serdecznym serca/ coraz mniej pewności życia/ coraz mniej tchu w tętnicach. Jest wykolejeńcem czasu i przestrzeni, poraża go światło słońca i chropowatość kory nocy. Dlatego poprzez zwiewną formę ludowej piosenki patrzy w przeszłość. Pławi się w ciepłych stawach wspomnień, jedynie w nich znajdując dla siebie ukojenie i radość. Wiele miejsca w tych reminiscencjach zajmuje czas sielskiego dzieciństwa i młodości. Dziecko pojawia się już w tytule pierwszego zbioru wierszy Rożańskiego i jest jedną z najczęściej występujących w jego poezji postaci figuralnych. Obok matki, obok kształtów dawnych przyjaciół i wielkich, znaczących wiele twórców przeszłości. To właśnie w usakralnionej formie wiersza poeta powołuje jeszcze raz do życia minione zdarzenia i wewnętrzne krajobrazy, Każdy nowy utwór jest dla niego tak samo ważny jak narodziny dziecka i każdy nowy tekst musi on wyrzucić z siebie w ciężkich bólach. Jakże mało jest poetów, którzy w ten właśnie sposób podchodzą do swojej twórczości. Polska poezja stała się dla ogromnej rzeszy twórców bądź to działalnością zarobkową, bądź przyjemną odmianą gry towarzyskiej; układaniem kolejnych mydełek domina. Różański mógłby niejednemu operatorowi przy taśmie poezji powiedzieć jaka jest rzeczywista wartość wiersza. A jest on dla niego właśnie ukochanym, bądź znienawidzonym dzieckiem. Chociażby już z tego powodu musi poeta często wracać do swego dzieciństwa, rekonstruować je z perspektywy swojej późniejszej drogi i brzemiennych doświadczeń. Wraca więc do letnich nastrojów w miasteczku m; pierwszych miłości i onanów, wraca do sterty słomy na którą kiedyś skakał, odradza w myśli dziecko w kącie chaty (które) modlitwę składa z róż. Pamięta o tym, że tylko dziecko patrzy prosto w oczy, że boi się ciemności. Jak ruchome, kolorowe widokówki wracają chłodne i ciepłe obrazy: Na ślizgawkach dzieci / i kometa na niebiesiech, lipy świecące o zachodzie / (…) / gwiazdy świecące na wschodzie / liryczny bagaż i pomruk. Świat dziecinnej przeszłości jawi mu się jako coś niezwykle delikatnego i bliskiego naturze: ja dzieciństwa krainę / źdźbłem trawy znaczę. Ale z drugiej strony pamięta przecież także poeta i o tych ciemnych zaułkach uświęconych dni i nocy, o których nie mógłby nie wspomnieć, gdyż także i one uwrażliwiły go na to wszystko, co sprzeczne jest z harmonią przyrody i niewinnością myśli małego chłopca: (…) mnie dziecko woła/ patrzę na koleiny życia/ ja z pieniędzmi w portfelu/ idę przez ciemne ulice. W poezji Różańskiego, może najbardziej w ostatnich latach ujawniła się bolesna sprzeczność rodząca się na złączu świata marzeń i wyobrażeń przeszłości, a realnej, krwawej rzeczywistości. Sprzeczność rodząca się pomiędzy tym, co uświęcone, a tym co zamienia się w pogańską pieśń, pomiędzy sacrum a profanum. Poeta jest punktem przecięcia zwalczających się dynamizmów – kotłują się w nim żywioły, a każdy nowy dzień i każda nowa noc są sprawdzaniem trwałości udręczonej jaźni. Tak stale stawać musi przed ogromną czarą goryczy i spijać ją aż po męty na dnie. Taki staje się odkupicielem ludzkości – odwiecznym Prometeuszem, którego tylko na chwilę siły wszechświata uwięziły w matni dwudziestego wieku. Tak staje się synem Jezusa czuwającego w strażniczej wieży na pograniczach mroku. Jeszcze chwila i pchany jakąś fatalną siłą zarzuci podarty kir na ramię, przepasa się sznurem i kosturem w dłoni powędruje na spotkanie tego, co jest najgorsze i nieobliczalne.

Tam znają go już dobrze. Pamiętają go jak dumnie stał naprzeciw ogromnego oka ciemności, jak wspierał firmament, gdy wszystko dookoła waliło się w pył. Jak wędrował w poszukiwaniu kamienia filozoficznego i formuły złota alchemicznego. Jak patrzył mężnie w dal, a świat jawił mu się jako przerażające pobojowisko: opuszczona gwiazda światła/ lękliwe ptaki o świcie/ nieruchome wody życia/ przestrzenie gorejące. To jest przestrzeń, w której czas przestał płynąć, to są łęgi snu zlepiającego się z jawą, to są porohy nocy wyciskającej swoje odbicie w modelinie dnia. Pośród tych pagórkowatych wysoczyzn – jako żywo przypominających rodzinne okolice Mosiny – już się skończyło to co skończyć miało/ już się potoczyło to co się stoczyć miało/ już dzień ostateczny jak belka w oku/ toczy się w czerep świata ze stukotem. Różański stale czuwa, nawet gdy śpi nie opuszcza tych mrocznych przestrzeni. Jego przeznaczeniem jest noc, chociaż kocha dzień; jego droga prowadzi przez labirynty, a chciałby prosto wędrować w kierunku słońca; jego wyprawa nigdy się nie skończy, a pragnąłby wreszcie przybić do portu i cieszyć się powiewem od morza. Jego umysł nie potrafi już nie transponować rzeczywistości, a proste zdawać by się mogło rekwizyty nabierają w jego wierszach głębi semantycznej i nieomal metafizycznej. To tak jakby poeta widział stale otoczkę energetyczną wokół istot i przedmiotów, którą zwykli ludzie dostrzec mogą tylko na fotografii kirlianowskiej. Nad brzegiem jego mórz to co sielskie staje się zwyrodniałą formułą, a to co malownicze odsłania dziwaczne podkłady wyobraźniowe: wrony niosą w dziobie grzechy/ cierpienie odpływa łódką/ zostaje szkielet ziemi/ przez który przepływają oczy odchodzących/ morze wylewa/ płyną kości opadają na dno/ ryby szukają po omacku wsparcia/ sieci wyrzucają na brzeg myśli/ potępionych/ dymi sodoma/ poeci zamienieni w słupy soli/ kierują ruchem gwiazd pomyślności. Na ulicy Ostrobramskiej w Poznaniu żyje poeta, który kiedyś znajdzie się w niebieskim panteonie poezji polskiej. Na razie niedoceniany, zapominany i pomijany, stanie nad laureatusami, nad wywyższonymi przez koleżeńskie układy i wzajemnie sobie świadczone uprzejmości. To, co go wyniesie, to jego somnambuliczna i stale jaskrawiejąca wyobraźnia – ta przedziwna broń przeciw zapomnieniu, przeciw destrukcyjnej sile czasu i mechanizmom erozji. Ten poeta czeka na stacji „dzisiaj” na pociąg do stacji „wieczność”, ale stale odwraca się za siebie i patrzy w dal. Żal mu radosnego dzieciństwa, spojrzeń dziewcząt i uścisków przyjacielskich dłoni. Żal mu tego stworzonego przez Boga świata i codziennych wędrówek i codziennych ucieczek.Stale jednak czuje gorycz w ustach. Mówi: myślałem że jak będę stary/ to zdobędę literaturę i świat/ w rzeczywistości napisałem parę/ wierszy na temat własnej śmierci. Można tak na to patrzeć i poeta ma do tego prawo naznaczony stygmatami bolesnych doświadczeń. Ale przecież te wiersze są też najprawdziwszymi epitalamiami związków życia z losem; tekstami o tym, że rodzimy się, przemijamy i jest w tym jakaś wyższa eschatologiczna logika. I jest w tym nadzieja… I dzisiaj już… jej nie ma… A może jest jeszcze większa…

ZIMA

Zima okryła swoim woalem naturę i tylko w domach ludzie stworzyli sobie enklawy ciepła i intymności. A jednak ptaki radzą sobie nieźle podczas mrozów – w ciągu dnia żywią się owocami róży i jarzębiny, a także innymi  smakołykami, które pozostały na drzewach i krzakach. Sporo jedzenia udaje im się także zdobyć przy ludzkich siedzibach, sklepach i śmietnikach. Patrzę na nie, jak się uwijają i sondują głębiny zimna, jak manifestują swoją żywotność pośród czasowej śmierci natury. Lecą z nieba płatki śniegu i biały woal spowija wszystko, tworzy aurę czystości i piękna, przyobleka kształty w delikatność i chłodną łagodność. W takiej porze wspaniale odczuwa się ciepło drugiej osoby, gładkość piersi, bliskość oddechu… Szczęśliwi ludzie, którzy się kochają… Im nawet wyjście na mroźne powietrze daje radość… Oni czują się dobrze w każdej porze roku… Słucham Pór roku Vivaldiego i takie myśli przychodzą mi do głowy…

JESZCZE DZIWNIEJSZE BRZEGI

John Maxwell Coetzee urodził się w 1940 roku w Kapsztadzie, jako potomek holenderskich osadników z XVII wieku. Jego ojciec był południowoafrykańskim prawnikiem, ale pisarz ma też polskie korzenie, bo jego pradziadek – Baltazar Dubiel – był Polakiem i pochodził ze wsi Czarnylas, w województwie wielkopolskim (to kolejny po Reymoncie i Szymborskiej noblista związany z tym regionem). Ów daleki przodek wyemigrował do Afryki w wieku kilkunastu lat, tam żył i zmarł w roku 1929. Większą część dzieciństwa przyszły pisarz spędził w Kapsztadzie i Worcester (Kraj Przylądkowy), studiował matematykę i anglistykę. Doktorat z lingwistyki uzyskał na uniwersytecie w Texasie, a tematem jego pracy była komputerowa analiza stylistyczna prac Samuela Becketta. Następnie wykładał angielski i literaturę na uniwersytecie w Buffalo, a po wzięciu udziału w protestach przeciw wojnie wietnamskiej, musiał opuścić USA i wrócił do RPA, gdzie został profesorem literatury angielskiej na uniwersytecie w Cape Town. W 2002 roku, po przejściu na emeryturę, przeniósł się do Adelajdy w Australii i przyjął obywatelstwo tego kraju. Coetzee należy do elitarnego grona kilku najważniejszych współczesnych prozaików. Jest laureatem Literackiej nagrody Nobla (2003) i dwukrotnym zdobywcą Nagrody Bookera. W swojej twórczości, silnie inspirowanej egzystencjalizmem, tworzy zdumiewającą, psychologiczną galerię samotników i ludzi uwikłanych w przemiany świata. Dwukrotnie odwiedził Polskę i między innymi pojechał do miejsc związanych z jego pradziadkiem. Po Nagrodzie Nobla w naszym kraju pojawiły się przekłady prawie wszystkich powieści tego – czasami porównywanego do Conrada i Marqueza – prozaika. Brakowało tylko esejów, które autor publikował w „New York Review of Books”, jako przedmowy lub posłowia, albo wygłaszał w różnych częściach świata. Obecnie luka ta została wypełniona i polski czytelnik może zapoznać się ze sporych rozmiarów wyborem pt. Dziwniejsze brzegi, na który składają się eseje z lat 1986-1999. Jak podaje na okładce wydawca: W dwudziestu sześciu tekstach Coetzee przybliża sylwetki i dzieła ważnych postaci literatury światowej. Krytycznie analizuje twórczośc takich pisarzy, jak Doris Lessing, Salman Rushdie, Zbigniew Herbert, Josif Brodski, Amoz Oz, Nadine Gordimer, Nadźib Mahfuz, Robert Musil czy Iwan Turgieniew. W swoich precyzyjnych, wyważonych szkicach Coetzee podnosi zagadnienia wpływu biografii i kontekstu historycznego na twórczość, porusza problemy kolonializmu i rozważa kwestie przekładu takich klasyków jak Kafka i Borges. Ta nota niestety może być myląca, bo niektórym z wymienionych twórców pisarz poświęcił zaledwie krótkie teksty recenzyjne, a o innych zaledwie wzmiankował.

Tom otwiera przenikliwa prelekcja pt. Co to jest dzieło klasyczne?, w którym Coetzee wychodzi od tezy Eliota, iż cywilizacja Europy Zachodniej to cywilizacja jednorodna, wywodząca się z Rzymu poprzez Kościół katolicki i Święte Cesarstwo rzymskie, a więc jej źródłowym dziełem jest najsławniejszy epos literatury łacińskiej, „Eneida” Wergiliusza. Polemizując z tą tezą, autor przechodzi do rozważań natury ogólnej nad tym, dlaczego w ogóle Eliot stał się Anglikiem, przynajmniej w takim stopniu by kwestia ta nabrała dla niego znaczenia. W jego ujęciu droga twórcza tego wielkiego poety była rodzajem budowania nowej tożsamości narodowej, opartej o klasyczne łacińskie wzorce. Choć wydźwięk tej partii tekstu jest lekko ironiczny, stanowi on próbę rehabilitacji i akceptacji Eliota, jako pisarza w pełni europejskiego. Dalej, wychodząc od młodzieńczego zauroczenia, Coetzee rozważa różne aspekty klasyczności Bacha i jego muzyki. Tutaj padają słowa, które wypowiedzieć mógłby muzykolog lub dyrygent, dobrze rozumiejący całą drogę życiową i filozofię twórczości lipskiego kantora: W Bachowskiej muzyce nie ma nic niejasnego, żaden z poszczególnych kroków nie jest tak niebywały, by nie można go było naśladować. Gdy jednak sekwencja dźwięków urzeczywistnia się w czasie, proces kompozycji przestaje w pewnej chwili być zwykłym łączeniem elementów – elementy przylegają do siebie jako obiekt wyższego rzędu w sposób, który mogę scharakteryzować tylko przez analogię: ucieleśnienie idei zawiązania akcji, jej rozwinięcia i rozwiązania, bardziej uniwersalnych od muzyki. Bach myśli muzyką. Muzyka wymyśla siebie za pośrednictwem Bacha. To znamienne odwrócenie roli i takie widzenie twórcy, pozwala uznać Bacha za wyraziciela treści idealnych i klasyka w pełnym rozumieniu tego słowa. Jako reprezentant wysokiej kultury europejskiej, jest ów wielki twórca prawodawcą tych samych wartości, co Wergiliusz, a w dalszym tle Eliot. To jakby zestrzelenie w obrębie jednej jaźni i monumentalnego talentu, tego wszystkiego, co stanowi fundament sztuki, co przetrwało nihilizujące działania stuleci i co generuje rozwój w nadchodzących wiekach, w coraz to nowych aliansach, nawiązaniach, kryptocytatach i przypomnieniach. Tutaj – u końca tekstu, pada pytanie w jaki sposób idea przetrwania, klasycyzuje dzieło i przejawia się w ludzkim życiu i to tutaj pojawia się też niewielkie nawiązanie do eseistyki Herberta, które wydawca książki, zapewne dla celów komercyjnych, zaklasyfikował jako przybliżenie sylwetki polskiego poety: Aby znaleźć prawdziwie rzetelną odpowiedź na to pytanie, najlepiej będzie odwołać się do współczesnego nam wielkiego piewcy klasyczności, Polaka Zbigniewa Herberta. W jego ocenie przeciwieństwem tego, co klasyczne, nie jest postawa romantyczna, lecz barbarzyńska; ponadto relacja pomiędzy klasycznością i barbarzyństwem polega nie tyle nas sprzeczności, ile na konfrontacji. Herbert pisze z historycznej perspektywy Polski, kraju o kulturze zachodniej w stanie oblężenia, niefortunnie tkwiącym pomiędzy sporadycznie barbarzyńskimi sąsiadami. Zdaniem Herberta dzieło klasyczne wychodzi cało spod barbarzyńskiej opresji nie ze względu na jakąś swoją zasadniczą cechę: to, co nie poddaje się najgorszym przejawom barbarzyństwa, ponieważ kolejne pokolenia, nie mogąc sobie pozwolić na taką utratę, podejmują zaciętą obronę – to właśnie jest dzieło klasyczne. W konkluzji końcowej Coetzee dochodzi do przekonania, że ważną rolę w procesie kształtowania się dzieła klasycznego odgrywa krytyka, nawet ta najbardziej sceptyczna, bo staje się ona jednym z instrumentów, którymi posługuje się przebiegła historia. Podążając od Eliota, zatrzymując się przy młodzieńczych zauroczeniach muzyką i analizując dzieło Bacha, a na koniec pointując nawiązaniem do Herberta i roli krytyki, stworzył autor pojemny myślowo tekst, który zapewne wielokrotnie będzie cytowany i przywoływany w kontekstach klasyki i klasyczności.

W dalszej części książki pojawia się kilka esejów związanych z wielkimi dziełami i pisarzami angielskimi – to jakby prywatna historia tej literatury. Czytamy zatem o transgresji Robinsona Crusoe, który przekroczył granice książki i zakorzenił się w świadomości zbiorowej Zachodu. Jest też próba weryfikacji poglądów na temat słynnej Clarissy Samuela Richardsona, zawdzięczającej swoją legendę w dużej mierze ze względu na temat gwałtu. Tutaj pojawiają się ważkie rozważania na temat piękna, które jest absolutem – w tym sensie, że nie zależy od obserwatora ani od jego pragnień, wręcz udaremnia wszelkie próby swojego uzależnienia. Ciekawy jest też obszerny esej o Antonii Susan Byatt, realizującej cykl powieści o losach Angielki z jej klasy, w bezbarwnych latach pięćdziesiątych i podczas rewolucji kulturalnej lat sześćdziesiątych. Z zainteresowaniem przeczytamy też przybliżenie Caryla Philipsa, angielskiego pisarza z karaibskim rodowodem, który jak V. S. Naipaul opisuje problemy związane z adaptacją w brytyjskim społeczeństwie w czasach nastrojów antymurzyńskich. Wielbiciele twórczości Salmana Rushdiego znajdą w omawianym tomie tekst o Ostatnim westchnieniu Maura. Ta powieść o Indiach i o ich odbiorze w świecie, stanowi wielkie dokonanie w dorobku autora Szatańskich wersetów, który zawsze miał trudności z określeniem swojej tożsamości, a po fatwie, ogłoszonej przez Chomeiniego, jego sytuacja jeszcze bardziej się skomplikowała. Zdaniem Coetzee’go Rushdie wcale nie jest programowym postmodernistą metafikcyjnym, o czym najwymowniej świadczy to, że nie traktuje przekazu historycznego jako jednej spośród wielu opowieści. Sporo miejsca w tomie zajmuje wnikliwa analiza autobiografii Doris Lessing – Under My Skin (1994), która mogła zwrócić uwagę szwedzkich akademików na tę komunistkę i feministkę, ale przede wszystkim znakomitą pisarkę, poszukującą swoich korzeni kulturowych i odważnie rozliczającą się z przeszłością, z popełnionymi błędami i z chybionymi wyborami. Coetzee uczciwie odtwarza etapy życia Lessing i wskazuje centralne punkty jej biografii. Jako pisarza południowoafrykańskiego interesują go szczególnie afrykańskie lata autorki Pamiętnika przetrwania, ale poświęca też wiele uwagi innym przedziałom czasowym, tej trwającej wiele lat, kariery literackiej. W jego ujęciu autorka urasta do miana jednej z najważniejszych myślicielek ostatnich lat – osoby idącej odważnie szlakiem konsekwencji i przekonania o własnej wartości.

Dziwniejsze brzegi, to także książka, w której znajdziemy teksty o pisarzach holenderskich i południowoafrykańskich, co jest związane z afrykanerską przeszłością autora. Polskiemu czytelnikowi niewiele powiedzą nazwiska Marcellusa Emantsa, pisarza żyjącego w Holandii na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Nie zyskał też ogólnoświatowej sławy, czy choćby szerszego oddziaływania Harry Mulisch, nawiązujący w swojej powieści Odkrycie nieba (1996) do duchów uskrzydlonych i ukazujący ich wysłannika. Dość obco i egzotycznie brzmi też nazwisko Ceesa Nootebooma, autora uznanego za wybitną osobistość w obrębie literatury niderlandzkiej, ale także mało znanego w Polsce, mającego swoich wielbicieli przede wszystkim w gronie filologów i translatorów. Idąc tropem holenderskich śladów i nawiązań, wskażmy jeszcze esej o wierszach Szkota Thomasa Pringle’a, który spędził w Afryce Południowej sześć lat, ale – zdaniem noblisty i redaktorów omawianego tomu wierszy – może uchodzić za pisarza południowoafrykańskiego. Twórca ten, z afrykańskich konkretów, wyprowadza uniwersalia europejskie i może być odkryciem dla wielu miłośników poezji. Z kolei Daphne Rooke urodziła się w Transwalu, dawnej prowincji Afryki Południowej i jest autorką licznych, poczytnych powieści, z których jednak żadnej nie uznano za arcydzieło. Coetzee czyta i komentuje książki tej autorki, bo znajduje w nich problemy, które pojawiają się w całej literaturze regionu, a więc próba określenia własnego pochodzenia, konflikty narodowościowe, a przede wszystkim batalia pomiędzy czarnymi i białymi oraz syndrom postkolonialny. Oczywiście w tym zestawie nie mogło zabraknąć noblistki Nadine Gordimer, ale o jej związkach z prozą Turgieniewa będzie nieco dalej. Skupmy się raczej na omówieniu pamiętników afrykanera, malarza i poety Breytena Breytenbacha, którego władze Południowej Afryki nie chciały wpuścić do tego kraju, wraz z żoną Wietnamką. Po wielkim skandalu, otrzymał wraz z małżonką wizę o ograniczonym czasie ważności i odważnie wypowiadał się przeciwko apartheidowi. Jeden z esejów poświęcił też Coetzee południowoafrykańskim liberałom – Alanowi Patonowi i Helen Suzman, których losy są charakterystyczne dla działaczy pozytywnie nastawionych do przemian – komentujących liczne wydarzenia w wydawanych książkach. Ciąg tekstów, związanych z tożsamością kulturową, afrykanerstwem i apartheidem, zamyka studium pt. Noël Mostert i Kolonia Przylądkowa, który jest recenzją dzieła opisującego działalność misjonarzy w Kraju Przylądkowym i walk, jakie toczyli Zulusi z kolonistami – Frontiers: The Epic of South Africa’s Creation and the Tragedy of Xhosa People (1992).

Światowy wymiar pisarstwa Coetzee’ego widać przede wszystkim w esejach, które odwołują się do dzieł wielkich twórców. Tak jest w przypadku analizy książki Williama H. Gassa pt. Reading Rilke: Reflektions on the Problems of Translation (1999), w której czytamy o życiu i twórczości autora Elegii duinejskich , ale także o wizji przekładu, zaprezentowanej przez Gassa. Niezwykle wnikliwy i polemiczny tekst może być wstępem do dalszej lektury i studiów translatorskich i komparatystycznych. Kolejny esej – Tłumacząc Kafkę – jest krytyczną analizą przekładów z niemieckiego na angielski, dokonanych przez małżeństwo Muirów i Marka Harmana. Wykład na temat wielu odkrytych błędów i przeinaczeń staje się pretekstem do zaprezentowania poglądów Coetzee’go na pisarstwo i sztukę przekładu, a także na przytoczenie zdumiewających faktów z życia Kafki. W kręgu literatury niemieckojęzycznej orbituje też esej o dziennikach Roberta Musila, przetłumaczonych na angielski. I tutaj znajdziemy wiele przywoływanych zdarzeń z życia tego austriackiego pisarza, któremu nie było dane ukończyć zaplanowanych prac. Nagła śmierć z powodu wylewu przerwała ambitne założenia i dała asumpt do licznych dyskusji, prac filologicznych i propozycji rozwiązania zakończeń książek. Obok skromnego nawiązania do poglądów Herberta na temat klasyczności, literaturę słowiańską reprezentuje także esej o Josefie Škvoreckým, chwalonym za umiejętności narracyjne, ale w zakresie stylu przeciwstawianym wykwintowi Milana Kundery. Zapewne ciekawsze są teksty o pisarzach rosyjskich – Dostojewskim i Brodskim, a także – anonsowany już wyżej – esej o związkach prozy Gordimer z Turgieniewem. Za każdym razem pretekstem jest jakaś anglojęzyczna książka o rosyjskim twórcy i jej lektura, a potem tekst, który bywa rodzajem recenzji i eseju, próby przekazania syntetycznych wiadomości na temat pisarza i zrozumienia jego psychiki, zastanawiających zachowań lub wyborów. Widać, że Coetzee jest znawcą literatury rosyjskiej i jej wielkim miłośnikiem (znalazło to wyraz w powieści Mistrz z Petersburga) – porusza się swobodnie w obrębie dziewiętnastego i dwudziestego stulecia, zna twórczość Mandelsztama, Cwietajewej i Achmatowej, rozumie eseje Brodskiego, odnosi życie współczesnych autorów do twórców z przeszłości, analizuje i syntetyzuje, a nade wszystko dookreśla kontekst kulturowy. Tak jest też w krótkim tekście poświęconym opowiadaniom zebranym Borgesa, ale przede wszystkim w esejach o pisarzach żydowskich – Aharonie Appelfeldzie i Amozie Ozu, o twórcy egipskim – Nadżibie Mahfuzie oraz właśnie we wspaniałym tekście pt. Gordimer i Turgieniew. Tutaj znajdziemy wskazanie walecznej postawy pisarza, który jest wierny sprawie reform społecznych, lecz nieustannie krytykuje i kontestuje strategie swoich kolegów. Istotą tego eseju jest kwestia dalszej przydatności europejskich wzorców w Afryce, która stała się elementem bardziej złożonego, bardziej osobistego, bardziej naglącego pytania: w jaki sposób kontynuować podwójny dyskurs, w którym można przydzielać artyście rolę samotnego Shelleyowskiego wizjonera, a zarazem rzecznika ludu, bez konieczności akceptowania podziału sztuki na wysoką i popularną, bez wyznaczania sobie oraz podobnie myślącym eurocentrycznym pisarzom jednego zestawu kryteriów, drugiego zaś – czarnym pisarzom afrykańskim? To jedno z najważniejszych pytań całej eseistyki Coetzee’ego, zmieniać się będą tylko części składowe, ale za każdym razem chodzić będzie o ten sam wymiar i o podobne dylematy. Coetzee otrzymał Literacką Nagrodę Nobla za prozę cechującą się analityczna błyskotliwością i ten fragment uzasadnienia gremium noblowskiego, możemy też odnieść do jego eseistyki. To są w przeważającej mierze świetnie, z polotem napisane teksty, którą mienią się odcieniami znaczeń, znakomicie wprowadzają w temat i dają jego eseistyczną wykładnię. Rację ma James Shapiro, gdy w recenzji dla „The New York Times of Books” wskazuje, że książka ta rzuca światło na intelektualną podróż przez świat najbardziej wpływowych i znaczących pisarzy dnia dzisiejszego. Z kolei Daniel Barret – w recenzji w „The Yale Review of Books” – dodaje: Bliski związek Coetzee’ego z literackimi przodkami pozwala mu ożywić i w nowy sposób zinterpretować największe dzieła współczesnego kanonu. Wędrując z pisarzem, odnajdujemy autentyczną łączność kultur i przestrzeni literackich, strategii narracyjnych i sposobów zawiązywania akcji utworów. Przeskakując od dziewiętnastego do dwudziestego wieku, z kraju do kraju i od dzieła do dzieła, Coetzee wykazuje zdumiewającą giętkość intelektualną. Jego eseje zaciekawiają i powodują, że pragniemy sięgnąć po utwory prezentowanych twórców. Przyglądając się im po różnymi kątami, cytując i przywołując opinie znawców, a nade wszystko tworząc szeroką panoramę, rozkładając wachlarz utworów i ujęć, tworzy pisarz eseje o nieprzemijającej wartości i sile oddziaływania. Jego metoda wnikania w dzieło, porównywania z innymi utworami, a potem tworzenia jego krytycznoliterackiej czy filozoficznej genealogii, znakomicie sprawdza się w obrębie języka angielskiego. Także w języku polskim czytamy te teksty z poczuciem, że napisał je mistrz słowa i człowiek znający ludzka duszę. Ktoś kto dostrzega w świecie dalekie brzegi, ale zatrzymuje się tylko przy dziwniejszych…

%d blogerów lubi to: