O ROKU ÓW… (6)

Hotel Roosevelt

Zjeżdżamy windą do głównego hallu hotelowego i czekamy na Sonę Van i Beatę Poźniak, by razem udać się do restauracji La Fonda del Sol, gdzie nasz przyjaciel Stanley H. Barkan podejmuje uczestników wieczoru autorskiego tradycyjną kolacją. Panie pojawiają się po chwili i możemy pieszo ruszać w stronę pobliskiej Vanderbilt Avenue, gdzie znajduje się Yale Club i wspomniana wyżej restauracja. Stanleya poznałem w 2000 roku dzięki Adamowi Szyperowi, gdy poleciałem do ONZ-etu na wieczór autorski poetów polskich i amerykańskich. To pierwsze spotkanie zaowocowało bliską współpracą literacką i w oficynie Stanleya Cross Culture Communications opublikowałem trzy zbiory wierszy. Były też spotkania w Krakowie, a także następne na Manhattanie, w jego domu na Long Island, a także w Waszyngtonie, gdzie razem udaliśmy się do Ambasady Armenii w USA, by wręczyć Sonie Van Europejski Medal Poezji i Sztuki. Stanley fascynował mnie od samego początku, czemu dawałem wyraz w licznych publikacjach, szczególnie ceniąc jego wielowymiarową poezję. Twórca ten potrafi znakomicie kontrastować sytuacje kulturowe; motywy z wielkich ksiąg i podań przeciwstawiając szyderstwu i nadrealnym kształtom współczesności. Jego wiersze są erudycyjnymi syntezami sytuacji w jakich od wieków pojawiał się człowiek, a jednocześnie są wyszukaną grą z cywilizacją. Poeta orbituje ku odległym inicjacjom, ale nie potrafi porzucić czasów współczesnych. Tak powstają liryki, które obejmują doświadczenie bytu ludzkiego, od czasów biblijnych do epoki lotów kosmicznych. Z równą autentycznością pisze Barkan o zapachu kobiety na poduszce, o żegludze po Jangcy, wyprawie do synagogi, jak i o biedaku z Manhattanu. Stan w jakim poeta się znajduje, to nieustanne zdziwienie i euforyczny zachwyt nad rzeczywistością. To tacy jak on ocalają wrażliwość i piękno, odbywają stale w myślach i w wierszach wędrówki ku  istocie i pełni, a potem unieśmiertelniają w słowie włóczęgów, przechodniów, przygodnych gapiów i zarazem całą ludzkość. Jego działalność to też tysiące przygotowanych spotkań literackich, wielkie podróże i współpraca z twórcami z całego świata. To jest właśnie owa łączność międzykulturowa, która pojawia się w nazwie jego cenionej oficyny wydawniczej, komplementowanej w „New York Timesa”. Dodatkowo Stanley jest przemiłym człowiekiem szybko zaprzyjaźniającym się z wieloma artystami, a jego sława sięga daleko poza Nowy Jork. 

Restauracja La Fonda del Sol

Idziemy powoli z Soną i Beatą do restauracji i już witamy się ze Stanleyem i jego żoną Bebe, wspaniałą malarką, której dzieła zdobią ich dom na Long Island, w miasteczku Merrick. Na miejscu są już inni uczestnicy Poetry Reading w Yale Club – Peter Thabit Jones z Walii, Kristine Doll z USA, żyjący z rodziną  w Queensie Hassanal Abdullah z Bangladeszu, a także rezydujące w USA bułgarskie małżeństwo Vantzeti Vassilev i Bissera Videnova. Zamawiamy potrawy i zaczynamy ożywioną konwersację, zmierzającą ku zbliżającemu się wydarzeniu. Jeszcze raczymy się znakomitym winem, jemy obfity deser i owoce, a potem gremialnie wstajemy i ruszamy na drugą stronę ulicy. Tam w szarym wieżowcu mieści się prestiżowy Yale Club, w którym wystąpię już po raz drugi, a wraz ze mną zadebiutuje na tych światowych salonach moja żona. Przy budynku fotografujemy się i wchodzimy do środka, by windą wjechać na osiemnaste piętro i wejść do obszernej sali, w której zgromadzi się też publiczność. Poprzednim razem było jej więcej, ale przecież najważniejsze jest spotkanie poetów w tym miejscu i to pod dowództwem Stanleya H. Barkana. Po kolei czytamy po kilka wierszy, a najdłuższe wystąpienie ma poeta z USA Bill Wolak, uczący kreatywnego pisania w William Paterson University. To jest spotkanie odmiennych kultur i prezentacja różnorodnych poetyk, ale też przyjacielska dysputa poetycka i wymiana doświadczeń. Przychodzi czas na wręczanie nagród, przyjacielskie uściski, zakup nowości wydawniczych i wymianę książek przywiezionych na spotkanie. Stanley podsumowuje nasze lektury i zaprasza do kolejnych prezentacji, tym razem krótkich wierszy pożegnalnych, bo każdego dnia żegnamy się z czymś lub kimś, choć o tym nie wiemy. Jakże prorocze były to słowa w kontekście zbliżającej się pandemii koronawirusa, który zamknął granice i uniemożliwił takie spotkania, jak to w Yale Club. Nasze Poetry Reading kończy się, więc przechodzimy do wind i zjeżdżamy na dół, by jeszcze trochę porozmawiać w głównym hallu dwudziestodwupiętrowego budynku. Rozdzielamy się z Soną i Beatą i jeszcze trochę chodzimy z Anią po ulicach Nowego Jorku, zaglądając do otwartych sklepów i restauracyjek. Kupujemy sobie coś do picia i jedzenia i wracamy do hotelu Roosevelt, wjeżdżamy na górę nieco staroświecką windą, bierzemy kąpiel i szybko zasypiamy, bo następnego dnia czeka nas pięciogodzinna podróż z lotniska JFK do Los Angeles. Samolotem popularnego w USA przewoźnika Alaska Airlines, przelecimy 2475 mil, czyli prawie cztery tysiące kilometrów.     

Budynek Yale Club

          Noc mija szybko i już jesteśmy przed hotelem, gdzie bierzemy dużą żółtą taksówkę, w której mieścimy się we czworo razem z bagażami. Beata ma tylko jedną torbę, ale Sona jak zwykle transportuje ogromną walizę i jeszcze dwie mniejsze. Ruszamy z Ulicy 45 Wschodniej i kierujemy się ku mostowi Queensboro nad East River, a potem szybko przemierzamy część Brooklynu, mijamy słynny cmentarz Cypress Hills i wjeżdżamy do dzielnicy Queens. Tutaj kierujemy się ku drodze szybkiego ruchu, prowadzącej do międzynarodowego lotniska Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. Wysiadamy z taksówki, ładujemy bagaże na specjalne wózki lotniskowe i kierujemy się ku hali odlotów. Po nadaniu ich i otrzymaniu biletów pokładowych wchodzi za bramki i siadamy w niewielkiej restauracji, gdzie mamy zamiar coś zjeść przed długim lotem. Sona proponuje amerykańskie hamburgery i idzie je zamówić u grubej Afroamerykanki, jakoś dziwnie się zachowującej i cmokającej wymownie na widok „białasów”. Początkowo myślałem, że przesadzam i moja obserwacja jest na wyrost, ale po otrzymaniu dań okazało się, że mięso jest nieomal spalone, a bułki stare i twarde – najlepiej zatem na tym wyszła Beata, która wzięła jakąś lekką sałatkę. Zbliża się już pora naszego odlotu, więc kierujemy się ku właściwej bramce i siadamy na fotelach, ustawionych w rzędach przy niej. Rozmawiamy o wczorajszym wydarzeniu w Yale Club, a także o naszych zamierzeniach na przyszłość. Widzę za wielkimi oknami, że już podjeżdża do nas sporych rozmiarów boeing z granatowym napisem Alaska z boku, a na korytarzu zaczyna się ustawiać kolejka podróżnych. Sprawnie wchodzimy na pokład, witani przez piękne, czarnoskóre stewardesy i zajmujemy wyznaczone miejsca w środku maszyny. Ania siedzi przy oknie, co jak się okaże nie będzie dla niej najlepsze, z powodu złego samopoczucia nad Ameryką. Na szczęście zza jej ramienia mam dobrą widoczność i podczas całego lotu będę przyglądał się magicznym przestrzeniom tego kontynentu, zmieniającym się jak w kalejdoskopie. To, co zobaczę skonfrontuję z mapą na wyświetlaczu, wmontowanym w siedzenie przede mną i dzięki temu będę wiedział nad jakim stanem lecimy. Start z Nowego Jorku był zjawiskowy, bo była ładna, majowa pogoda i doskonale widać było wieżowce Manhattanu, Central Park, obie wielkie rzeki, a potem ocean z tysiącami okrętów pełnomorskich, jachtów i żaglówek, operujących w strefie przybrzeżnej.  Potem łatwo wyodrębniam wielkie rzeki – Missouri  i Missisipi, Kansas, a przed samym lądowaniem, Colorado i część jej słynnego kanionu. Zauważę też wielkie miasta – Saint Louis, Denver, Phoenix, pustynie, lasy, pasma górskie i samotne szczyty, nawet w maju pokryte śniegiem.

Po Poetry Reading w Yale Club

Lądowanie w Los Angeles tym razem miało być o 16.15, a ja wciąż miałem w pamięci przybliżanie się do tego lotniska sprzed roku. Samolot wtedy lądował w nocy i w jego oknie mogłem podziwiać niezwykły spektakl kolorowych świateł, oświetlonych jaskrawo autostrad i budynków. Skojarzyło mi się to z bogato udekorowaną choinką świąteczną i umieściłem te chwile pośród najcudowniejszych doznań mojego życia. Do rzeczywistości przywróciło mnie wtedy dość twarde lądowanie, ale tym razem piloci delikatnie posadzili maszynę na pasie startowym i zaczęli kołować ku siódmemu terminalowi. Gdy samolot zatrzymał się, wraz z innymi pasażerami udaliśmy się do hali przylotów, gdzie czekał już na nas mąż Sony dr Noobar Janoian, właściciel wielu klinik medycznych w Kalifornii. Ormianie to ludzie wielu talentów, z niezwykłą umiejętnością przystosowania się do zagranicznych warunków, więc nie zdziwiło nas, że kierowcą  dużego samochodu doktora była kobieta. Ruszyliśmy sprzed terminala i szybko znaleźliśmy się na wielopasmowej autostradzie prowadzącej do Glendale, choć tym razem musieliśmy jeszcze zahaczyć o Beverly Hills, by tam zostawić Beatę. Zatrzymaliśmy się na chwilę przed domem zaprojektowanym w nowoczesnym stylu przez jej męża architekta i już mknęliśmy inną szeroką trasą do domu Sony i Noobara. Ania była nim oczarowana, bo to trzykondygnacyjna, obszerna willa, zbudowana  przy samej skarpie Doliny San Fernando. Najcudowniejszy tutaj jest widok obszernej niecki, nieustannie tętniącej życiem, a najlepszym punktem obserwacyjnym jest ogromny taras, na którym stoją drzewka bonsai, a przy specjalnych poidłach z sokiem pojawiają się barwne kolibry. Byłem tu już przed rokiem i teraz oprowadzam Anię po domu, objaśniając funkcjonalne urządzenia i wskazując obszerne pokoje, aneksy, a nawet małe mieszkanie ogrodnika, dozorującego wszystkie rośliny, a przede wszystkim owe japońskie mini drzewka. Stajemy przy balustradzie i długo patrzymy na dolinę, nad którą raz po raz pojawiają się samoloty schodzące ku niewielkiemu lotnisku w Burbank. Po powrocie na górę zostajemy zaproszeni do stołu i jemy pyszną kolację, złożoną z sałatek i owoców, ormiańskiego chleba lawasz i wybornego wina. Rozmawiamy o zdarzeniach ostatnich dni, a potem wsiadamy do auta i jedziemy do hotelu, zafundowanego nam przez Sonę. Znam doskonale to miejsce, bo rok temu obszedłem ogromną przestrzeń w tejże dzielnicy, przede wszystkim podglądając ptaki na podwórkach, w parkach i alejach palmowych. To rzeczywistość z niebieskawymi górami w dali, poprzetykana zielenią, kwiatami, kwitnącymi krzewami i drzewami. Ania po raz pierwszy zobaczyła drzewa jakaranda, kwitnące fioletowo i jakby przeniesione do Kalifornii z rajskiego ogrodu. Po drodze do hotelu Sona zatrzymuje się jeszcze przy niewielkiej ormiańskiej restauracji, wchodzi do niej na kilka minut, a potem wraca z papierowymi torbami, pełnymi smakołyków. Tak zostajemy wyposażeni na cały pobyt w Glendale i po wejściu do pokoju hotelowego umieszczamy te dary w lodówce. Tutaj też mamy niewielki balkon, z którego roztacza się widok na góry, zarośla kaktusowe i część dzielnicy, głównie zamieszkanej przez imigrantów z Armenii. Nalewamy sobie po kielichu białego wina, siadamy na tarasie i rozmawiamy o tym, co przeżyliśmy od momentu, gdy wsiedliśmy do samolotu Lufthansy na bydgoskim lotnisku i przelecieliśmy do Frankfurtu, a potem dalej, do Nowego Jorku.

Nowy Jork
Nowy Jork
Hotel Plaza w Nowym Jorku
Handel uliczny w Nowym Jorku
Nad Ameryką
Kolacja w domu Sony i Noobara
Charakterystyczna zabudowa Glendale
Kwitnące fioletowo drzewa jakaranda w Glendale
Glendale
Wszędzie aleje palmowe
Widok na Los Angeles z okolic domu Sony
Kolibry na tarasie Sony
Glendale i góry w tle
Nowoczesna część Glendale
Amerykański sen

PISARZ

© Inge Morath – Magnum Photos

Na platformie HBO obejrzałem film dokumentalny o amerykańskim dramaturgu Arturze Millerze, przygotowany i nakręcony przez jego córkę Rebeccę. Przez lata źle oceniałem tego twórcę, zapewne z powodu związku z Marylin Monroe, który jakoś nie pasował do poważnej literatury. Film ukazał mi prawdziwe oblicze tego wspaniałego twórcy, a przy tym jakże dobrego człowieka, w wolnych chwilach zajmującego się stolarką. Pochodził z polskiej rodziny żydowskiej, która wyemigrowała do Ameryki i powoli wtopiła się w nowe społeczeństwo. Jego ojciec nie był wykształconym człowiekiem, ale potrafił rozkręcić wielki biznes ubraniowy, który niestety splajtował w czasach wielkiego kryzysu. Z powodu braku pieniędzy, młody Arthur imał się różnych prac by opłacić czesne za studia na University of Michigan, wtedy też zaczął pisać pierwsze dramaty. Znam najsłynniejsze z nich: Śmierć komiwojażera, Po upadku i Tygiel, który dla większego rozgłosu pojawił się u nas jako Czarownice z Salem. Ostatni z wymienionych utworów najbardziej mnie poruszył, a film ukazał mi jego drugie dno – polowanie na komunistów w powojennej Ameryce. Obraz równie utalentowanej córki pisarza zawiera wiele nieznanych informacji, prezentuje Millera w różnych okresach życia i twórczej drogi. Na pierwszy plan wysuwa się jego wielki intelektualizm, twórcy rozumiejącego znacznie więcej od innych ludzi, starającego się odnaleźć ukryte przekazy w świecie poplątanych relacji międzyludzkich. Jego namysł nad rzeczywistością miał w sobie wiele z mądrości żydowskiej kabały, ale też podążał ku nowoczesnym teoriom poznania. W takim rozumieniu dramaturgia Millera jest próbą zrozumienia siebie i ludzi, z którymi pisarz zetknął się na swojej drodze, ale też zawiera ukryty przekaz na temat naszych najgłębszych korzeni mentalnych. Film ukazuje też relacje Millera z Marylin Monroe, jak się okazuje jednego z niewielu ludzi, którzy ją rozumieli i potrafili wspierać. Związek nie przetrwał próby czasu, gdyż było to spotkanie zbyt wyrazistych, nieustannie eksplodujących, a przy tym jakże odmiennych osobowości. Najciekawsze w tym dokumencie są autentyczne zapisy wystąpień i rozmów z najbliższymi, w tym z bratem i trzecią żoną, ale niezwykle poruszające są też liczne próby uzasadnienia życiowych decyzji twórcy i jego wieloletnich eksperymentów z tworzywem dramaturgicznym. Nominowany wielokrotnie do Nagrody Nobla, nigdy jej nie otrzymał, zaszył się w swoim domostwie w Connecticut, gdzie zmarł dożywszy prawie dziewięćdziesięciu lat. W filmie mówi, że na jego tablicy nagrobnej ma być tylko jedno słowo, określające to, czym się zajmował – Pisarz.  Tak też uczyniono…           

* * *

Życie musi być energiczne, pełne pomysłów i działań, podróży i zmian miejsc, nieoczekiwanych zwrotów akcji i zaskoczeń. Ale równie ważne są momenty uspokojenia, kontemplacji ciszy, zatopienia się w myślach, podsumowań tego, co zrobiliśmy. Życie z natury swojej podąża ku entropii, rozmyciu kształtów i zapomnieniu pojedynczych chwil. Jeśli człowiek nie obudzi się w momencie przejścia z wieku średniego do starości, zacznie powoli gubić wszystko, tracić wspomnienia i obrazy, a finałem egzystencji może być choroba izolująca nas od świata. Niedawno miałem do czynienia z kobietą, która szybko zaczęła odgradzać się od rzeczywistości i tracić to, co przez kilka dekad było dla niej wartościowe. Rodzina nie zauważyła symptomów osuwania się w nieświadomość, a gdy pojawiła się medyczna diagnoza, było już za późno. Może takie odejście ze świata jest łagodniejsze od przeszywającego bólu lub niesprawności organów, zesztywnienia kończyn i kręgosłupa, może jest rodzajem ostatecznego znieczulenia. Może tak, ale przecież nie ma już wtedy szans na uporządkowanie tego, co się zrobiło, a podsumowanie staje się równie błahe jak upływ kolejnych godzin i dni. Póki człowiek zatrzymuje się w pędzie i jest w stanie kontemplować zmienność w naturze i codziennym życiu, istnieje realnie, zamyka kolejne przedziały i pointuje je. Ale przecież każdego dnia wiele istnień zostaje zaskoczonych i często nawet nie jest w stanie zinterioryzować własnej eschatologii, osuwa się w nicość jak piasek ze skarpy, jak głaz ze zbocza, gaśnie jak ognisko pośród mroku. Każde życie można oceniać w różnych fazach jego rozwoju, ale ostateczna ocena możliwa jest tylko po śmierci. Każdy z nas ma ściśle określoną liczbę chwil, które muszą się wypełnić, a choć w młodości wydaje się, że jest ich tak wiele, iż nigdy się nie wyczerpią, podczas kolejnych obiegów ziemi wokół słońca ich liczba drastycznie maleje. I przychodzi ostatni rok, miesiąc, dzień – i przychodzi ostatnia godzina, poślednie kilka minut i chwila zamykająca życiorys. Nawet jeśli zaczniemy wszystko porządkować, umieszczać zdjęcia w albumach, wydawać książki i oprawiać publikacje w eleganckich tomach, ktoś może to wyrzucić do śmietnika, a w najlepszym przypadku wystawić na aukcję. Podczas moich pobytów w Stanach Zjednoczonych widziałem wiele takich wyprzedaży, organizowanych przez wyspecjalizowane instytucje. Rodzinom – często rozsianym w oddalonych od siebie stanach – nie opłaca się transportować rzeczy pozostawionych po babciach i dziadkach, rodzicach lub rodzeństwie. Organizuje się wtedy kiermasze, chętnie odwiedzane przez żywych, kupujących w opustoszałych domach to, co może się przydać, najczęściej za parę dolarów. Zdarzało mi się też kupić jakąś rzecz albo książki z domowych bibliotek, niegdyś kosztowne i drogocenne, a teraz prawie nikomu niepotrzebne. Niestety często czułem też w tych domach „zapach śmierci”, czy to realny, w sytuacji, gdy zmarła osoba przez jakiś czas leżała w domu, czy to pojawiający się po latach, gdy starzy ludzie przestają sprzątać i zaśmiecają pokoje różnorakimi zbędnymi rzeczami. Co zatem zostaje? Jak przeciwstawić się rozpadowi i zatracie wszelkich wartości? Każdy sam musi o tym zdecydować…Ale warunkiem jest świadome istnienie i zauważanie zmieniających się warunków, kontemplowanie samego siebie…

LIPIEC

Czy jest coś wspanialszego od widoku świeżej zieleni, pojawiającej się na tle błękitnego nieba? Lipiec obdarza nas wieloma takimi widokami, choć w tym roku bywa też kapryśny, deszczowy i słoneczny na przemian, wyraźnie wpływający na codzienne samopoczucie. W dzieciństwie nie odczuwaliśmy wahań pogodowych i przyjmowaliśmy je jako coś oczywistego – jednako jeździło się na rowerze w deszczu i przy palącym słońcu, równie dynamicznie grało się w piłkę przy sporym wietrze, jak i w chwilach jego zgaśnięcia. Podobnie z pływaniem w rzekach, jeziorach i w morzu, które dawało satysfakcję przy zbliżającej się burzy, w upale, wczesnym rankiem, w południe i pod wieczór. Tylko wędrówki po górach uzależnione były od aury, a niebezpieczeństwo uderzenia pioruna zatrzymywało ataki na kolejne szczyty. Młodość jest czasem wielkiej energii, eksplodującej w nas i krzewiącej się z dnia na dzień, ale i później pojawia się ona w innych zakresach, gdy większość naszych zasobów energetycznych pochłania mózg. Przeczytanie grubej książki, napisanie artykułu czy szkicu, stworzenie opowiadania czy powieści, determinują nasze nawyki żywieniowe i nieustanną potrzebę dostarczania organizmowi cukru. Mózg dba o to w każdym momencie i zabezpiecza się, dając nam sygnały, że zasoby powinny zostać uzupełnione. W młodości spalaliśmy ten cukier do cna, a teraz nadwyżki odkładają się w różnych częściach ciała, najczęściej… na brzuchu. Ratunkiem tutaj jest aktywność na świeżym powietrzu, jazda na rowerze, spacer do lasu lub nabrzeżem Brdy, przepłynięcie części jeziora, zanurzenie się w nurtach rzeki lub pośród morskich fal. Niegdyś nie weryfikowaliśmy wszystkiego tak uważnie, liczyła się żywiołowość i młodzieńcza fantazja, a teraz na pierwszym miejscu jest analiza możliwości i troska o zdrowie. Jedno wszakże nie zmieniło się z wiekiem i nie zanikło wraz z odchodzącymi latami – ów wskazany wyżej zachwyt nad naturą i eksplozyjną przestrzennością naszego świata, nad jego barwą i cudowną świetlistością. Istniejemy pośród innych żywych bytów, ale zauważamy to tylko w chwilach rozpaczy i ekstazy…

SKOK CZERWONEGO SMOKA (3)

Wracam do niewielkiego hotelu, wjeżdżam na siódme piętro, zrzucam ubranie i długo stoję pod prysznicem, rozkoszując się energią gorącej wody. Przebieram się w lekkie, bawełniane szorty i czarną koszulkę z tego samego materiału. Jem trochę owoców, popijam wspaniałą wodą z chińskich gór i siadam do pisania wierszy – takie niemal natychmiastowe notowanie wrażeń pojawiło się u mnie podczas pierwszej wyprawy do Stanów Zjednoczonych, a potem stało się rytuałem w każdym kraju, który odwiedzałem. To są chwile prawdziwego szczęścia i mam świadomość ich ulotności, a choć wiersze je ocalają, choć zostają setki fotografii, każda z chwil jest integralna i nie powtórzy się w takim samym kształcie. Siedzę dość długo przy biurku, potem sprawdzam wiele kanałów telewizyjnych i w końcu błogo zasypiam. Jet lag dokucza mi wciąż, więc budzę się po kilku godzinach – w Nankinie jest szósta rano, ale w Polsce jest już dwunasta, więc moja aktywność o tej porze jest normalną rzeczą. Odsłaniam grube zasłony i przyglądam się rzeczywistości za oknem, tonącej w charakterystycznej chińskiej mgle. Doskonale tutaj widać, że to miasto szybko przekształca się w metropolię, ale wciąż jeszcze wiele jest w nim domów z poprzedniej epoki. Sporo tutaj też nowoczesnych wieżowców, ale pomiędzy nimi stoją domy niższe lub zupełnie małe, które niebawem zostaną zburzone i ich miejsce zajmą wielopiętrowe świątynie chińskiego postępu. Widzę w dali taki drapacz chmur, otulony we mgły, ale z każdą chwilą wyłaniający się z nich i lśniący w dali niczym tajemniczy, wielki obelisk. Na pobliskich drzewach zauważam sroki błękitne, moje ulubione chińskie ptaki, jakże egzotyczne w swoim umaszczeniu, a zarazem jakże bliskie polskim, swojskim ptakom krukowatym. Tutaj wylęgły się z jaj, nauczyły się polować i zdobywać pożywienie na śmietnikach i tutaj będą przez całe życie. Jak ludzie, którym nigdy nie przyjdzie do głowy by porzucić to miasto, pojechać do innego urbanistycznego molocha, albo do sąsiedniego kraju – Birmy, Wietnamu, może Tajlandii. Myślę o tych zasiedziałych mieszkańcach miast, którzy urodzą się, będą codziennie przemierzać miejskie przestrzenie w drodze do pracy i podczas powrotu do domu, a potem umrą spokojnie i zrobią miejsce nowym pokoleniom. To się odnosi przede wszystkim do starszych ludzi, bo młodsi już dostrzegli jakie szanse dają im nowe Chiny, wciąż pełne obostrzeń, ale też pozwalające się rozwijać. Moja przyjaciółka Si, której zawdzięczam tak wiele w Chinach, urodziła się w Szanghaju, przebywała z rodzicami w Kantonie, by osiąść w Xuzhou, a potem dalej kształcić się i pracować w Pekinie. Długo mieszkała we wspólnotowym mieszkaniu na dwudziestym trzecim piętrze wieżowca, ze wspólną kuchnią i ubikacją, uczestnicząc w wielkim pędzie stolicy kraju. I dopiero niedawno osiągnęła niezależność, zdobyła piękny apartament, który urządziła z wyszukanym smakiem. Stoję przy oknie i rozmyślam o takich ludziach jak ona, a jednocześnie cieszę się nową obecnością w Państwie Środka.

Moją uwagę przykuwa małe podwórko, sąsiadujące z hotelem, które z tej wysokości jest dobrze widoczne. To kilka sąsiadujących ze sobą domów z czerwonej cegły i betonu, pokrytych dachówkami, dość brudnych, z wewnętrznymi przestrzeniami zagraconymi jakimiś starymi sprzętami, papierami i szmatami. Przy jednym z domów widzę coś na kształt wieży zbudowanej z szarych cegieł, przypominających te, które zobaczę na Chińskim Murze. Może to jakiś fragment murów miejskich, a może po prostu pozostałość po starym Nankinie, zaadaptowana do celów użytkowych. Na jej dachu urządzono niewielki ogródek z roślinami w dużych donicach, zamontowano też trzepak, na którym teraz wisi pranie. Druga część zwieńczenia tej wieży wygląda jak graciarnia – pełno na niej połamanych dachówek i kafelków, jakichś brezentów i szmat, starych plastikowych misek i wiader. Okna w domach są otwarte, a okiennice wysunięte na zewnątrz, zapewne od wielu dni nie ruszane, bo Nankin leży w takim miejscu Chin, gdzie zdarzają się długotrwałe upały. Świadczą o tym też nowoczesne klimatyzatory, przyczepione do ścian domów, dające nieco wytchnienia podczas najgorętszych okresów. Widzę ludzi krzątających się w pomieszczeniach domów i na podwórkach, wsiadających na rowery i elektryczne skutery, podążających gdzieś pieszo, rozwieszających pranie na linkach. Ileż takich domowych enklaw jest w chińskich miastach i jakże wiele z nich też zniknęło, ustępując miejsca nowoczesnej zabudowie. Ludzie rodzili się tutaj, żyli i umierali, a potem popadali w zapomnienie, bo orientalny świat nie przykłada tak wielkiej wagi do upamiętnienia szeregowych obywateli. Wielki postęp Chin dokonuje się za sprawą anonimowych bytów, które dają mu swoją energię w zamian za nieco lepsze warunki życia i chwile wytchnienia w takich domach, jak te w dole. Przez moment zatrzymuję wzrok na roślinności, wdzierającej się na podwórko i otaczającej domy, wyraźnie mającej znamiona tropikalne. Z wysokich drzew zwisają jakieś cienkie liany, a na dole krzewią się oleandry, karłowate sykomory i palmy. Mgła szybko ustępuje i zieleń nabiera wyrazistości, staje się przestrzenią kontrastową dla małych i wielkich domów. O Nankinie nie można pisać bez nawiązań do wielkiej tragedii, która miała miejsce w tym mieście od grudnia 1937 do stycznia 1938 roku i teraz też, patrząc na podwórko pode mną wyobrażam sobie małą dziewczynkę, rosnącą pośród kochającej ją rodziny, a potem podstępnie schwytaną i bestialsko zgwałconą przez japońskich żołdaków. Może właśnie w tym momencie zrodziła się we mnie myśl, by napisać książkę o cierpieniach ludzkości w różnych miejscach świata i jeden z rozdziałów poświęcić dziewczynce o mlecznym imieniu Mały Skarb. Na razie stoję przy oknie nankińskiego hotelu i przyglądam się budzącemu się do życia miastu, położonemu nad rzeką Jangcy i jakby symbolicznie wchodzącemu do nowej rzeczywistości ogromnego państwa.

Opuszczam pokój hotelowy i wychodzę na ruchliwą ulicę, jak zwykle w chińskich miastach mającą specjalny pas dla rowerów, skuterów i motocykli. Chcąc przejść na drugą stronę trzeba być bardzo ostrożnym, bo pasem tym mkną wciąż nowi ludzie, często okryci brezentem i zamaskowani, chroniący się przed smogiem. Mijam ogromny sklep jubilerski z figurkami ze szczerego złota, bransoletkami, łańcuszkami i biżuterią jadeitową, a potem kieruję się ku sporemu placowi, gdzie chcę poobserwować ludzi i pojazdy. Po drodze mijam miejsce, gdzie zaparkowano dziesiątki, a może setki elektrycznych skuterów, świadczących o tym, że ich właściciele dotarli do miejsc przeznaczeń – biur, sklepów, niewielkich restauracji i placów budowy. Wszystko tutaj tętni życiem i manifestuje niespotykaną energię ludzkich mrówek, składającą się na potężny przekaz energetyczny monstrualnego mrowiska. Przy placu zauważam wysokie wieżowce mieszkalne z oszklonymi balkonami, służącymi mieszkańcom jako suszarnia do prania albo niewielka oranżeria. Okna niestety nie są najczystsze, a niektóre wręcz porażają brudem – wszystko dlatego, że wiele z nich umocowanych zostało na stałe, a nikt nie ma zamiaru wychylać się na dwudziestym czy trzydziestym piątym piętrze budynku. Nie widać przy nich zbyt wielu samochodów, bo Chińczycy od dawna budują osiedla, zaczynając od parkingów podziemnych. Przy wieżowcach stoją niższe bloki, zaledwie kilkupiętrowe, w których mieszkają bogatsi ludzie. Będzie mi dane w przyszłości zobaczyć takie mieszkanie, często mające kubaturę powyżej sto metrów kwadratowych, gustownie ozdobione sztukaterią z marmuru i gipsu. Po kilku minutach dochodzę do placu, przy którym mieści się sporo małych lokali gastronomicznych, a nawet jest chiński McDonald. Wchodzę do tradycyjnej restauracyjki i zamawiam miskę makaronu sojowego, wcześniej upewniwszy się, że na stolikach są pojemniki z pastą chili. Lubię jeść chińskie dania z tą ostrą przyprawą, czym zaciekawiam moich chińskich przyjaciół, przyzwyczajonych do europejskich i amerykańskich zwyczajów żywieniowych obcokrajowców. Siadam przy oknie i po chwili otrzymuję sporych rozmiarów naczynie wypełnione makaronem zalanym rosołem i drugi półmisek z warzywami. Jem powoli czując, że pot występuje mi na czoło od gorąca i ostrości przyprawy, którą wkładam pomiędzy nitki potrawy. Na placu jest wielkie rondo, na którym aż trzech policjantów kieruje ruchem, zatrzymuje i uruchamia przepływ pojazdów. Najwięcej jest jednolicie pomalowanych taksówek, ale na rondo wjeżdża też sporo ciężarówek, trzykołowych bum-bumów i ludzi na skuterach. Czasem pojawia się motocyklista, a innym razem policjanci przepuszczają rowerzystów i właścicieli elektrycznych hulajnóg. Kończę jeść makaron, wypijam z miski resztę rosołu, który zabarwił się od chili na czerwono i tak pokrzepiony wędruję z powrotem do hotelu na umówione spotkanie z grupką przyjaciół. Po drodze podziwiam piękne, filigranowe, młode Chinki i fotografuję niektóre z nich, a one odwdzięczają się promiennym uśmiechem. Jedna z nich, wędrująca wraz z koleżanką, zatrzymuje się i mówi do mnie po angielsku, że chciałaby mieć zdjęcie ze mną. Prosimy koleżankę by pstryknęła fotkę moim aparatem, a dziewczyna wręcza mi wizytówkę z e-mailem swojego biura i prosi o przesłanie zdjęcia. Żartuję, że wykorzystam jej adres by czasem z nią poflirtować, co wywołuje u niej nową salwę śmiechu i zapewnienie, że odpowie na każdego maila. Odchodzę myśląc o moim przyjacielu, który ożenił się z piękną Chinką i potem opowiadał, że na początku to był miód, ale szybko jego ukochana stała się ostra jak brzytwa i zaczęła mnożyć żądania, którym nie mógł sprostać.

KASZUBY – KASZËBË

Widok na Pojezierze Kartuskie z wieży widokowej na Wieżycy

Kilka ostatnich dni spędziłem na Pojezierzu Kartuskim, zamieszkanym głównie przez Kaszubów. Powszechniejsza jest inna nazwa tego regionu: Pojezierze Kaszubskie, ale z racji tego, że Kaszubi zamieszkują także sąsiednie mezoregiony, poprawniejsza jest ta pierwsza. Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, z tego, że jest to kraina najwyżej położona ze wszystkich pojezierzy pomorskich, a urokliwe akweny natura rozmieściła na wysokości od 149 do 216 metrów nad poziomem morza. Łatwo zatem możemy sobie wyobrazić, że gdyby nie istniały zapory morenowe, zalesienia i wysoko położone łąki, wody jezior szybko spłynęłyby do morza. Na szczęście tak się nie stało i możemy cieszyć się wspaniałymi widokami rynnowych akwenów, poprzetykanych wzgórzami, z których spływają niewielkie rzeki: Radunia, Reda, Łeba, Motława, Wierzyca, Słupia i Łupawa. W okolicach Miastka zaczyna także swój bieg Brda, która po drodze rozrasta się do sporych rozmiarów i dopiero w Bydgoszczy (konkretnie w dzielnicy Łęgnowo) wpada do Wisły. Nie trzeba chyba przekonywać, że tereny Kaszub są rajem dla wędkarzy i rybaków, którzy od wieków ciągnęli sieci z jezior, czasem wykorzystując do tego mocarne konie holenderskie. Niezwykle interesujący jest też świat pojezierskiej przyrody, zarówno w zakresie ichtiologii, jak i ornitologii i szerszej zoologii, a zajęcie znajdzie tutaj i rozpromieni się też botanik, biolog i badacz środowiska naturalnego. Stając na wyniosłych wzgórzach i mając przed sobą granatowe soczewki jezior, czułem się znakomicie i przypominała mi się moja młodzieńcza piesza wyprawa wzdłuż jezior mazurskich, z Rucianego-Nidy, poprzez Mikołajki i Ryn, aż do Giżycka i Węgorzewa. Planowane obejście jeziora Śniardwy okazało się wtedy niemożliwe, ale i tak przedsięwzięcie było wielkim sukcesem i przyczyniło się do rozszerzenia moich zainteresowań naturalistycznych. Teraz, będąc na Pojezierzu Kartuskim z uwagą przyglądałem się ptakom i zwierzętom leśnym, a podczas wędrówki na najwyższy szczyt tych ziem, zauważyłem, że w liściastych lasach dominują buki, dęby, graby pospolite, lipy drobnolistne, olchy, czasem jesiony wyniosłe i jawory, a z drzew iglastych – sosny zwyczajne i nasadzane przez ludzi świerki pospolite. Droga na Wieżycę (328 metrów n.p.m.) była wspaniałym zwieńczeniem wyprawy kaszubskiej, a wejście na wyniosłą wieżę widokową, lekko chwiejącą się na wietrze, otworzyło przede mną magiczną przestrzeń krajobrazową. Trudno się dziwić, że przez wieki tyle armii próbowało skolonizować te ziemie i wykorzenić rdzenny lud, który oparł się wszystkim nawałom. Widać to na każdym kroku, w miastach, miasteczkach i wsiach, a nade wszystko słychać, za sprawą integralnego i jakże interesującego języka kaszubskiego, pojawiającego się także na drogowych tablicach informacyjnych i w miejscach użyteczności publicznej.

Nie obyło się też bez wyprawy nad morze
Jeziora – naturalne bogactwo Kaszub
Sielskość kaszubskiego krajobrazu
Drzewa porastające wzgórza
I jeszcze jedno spojrzenie z Kaszubskiej Wieży Widokowej

KORONY DRZEW

Szybki wyjazd autem za miasto, kilkanaście kilometrów z dala od gwaru i hałasu. I wejście w majestatyczny, prześwietlony promieniami słońca las. Bliskość roślin, umykających w gęstwinę saren i ptaków, manifestujących swoją obecność głosami, które dzięki płycie dołączonej do dwóch pięknych tomów A. G. Kruszewicza Ptaki Polski, doskonale rozróżniam. Czasem włączam ją, gdy pracuję przy komputerze, piszę jakiś artykuł, recenzję, esej, albo ciągnę do przodu moje nowe powieści. Zauważam młodego kosa przeskakującego leśny dukt, widzę sikory, sójki i sierpówki, a w koronach drzew słyszę krakanie wron i polskich gawronów, charakterystyczne szczękanie kawek. Długo stoję przy młodym dębie i studiuję geometrię jego wielokrotnie zaokrąglonych liści, cieszą mnie zawiązki nowych żołędzi. Głęboko wdycham czyste powietrze, rozkoszuję się kolejnymi dozami tlenu. Ileż było w moim pięknym życiu takich spotkań z lasami i jakże mnie one cieszyły – od młodzieńczych wędrówek po podbydgoskich zadrzewieniach, poprzez studiowanie majestatycznych sosen na Mazurach, aż do przeciskania się przez zarośla górskie. To zawsze była przygoda, tym bardziej, że miewałem szczęście i spotykałem czasem jakże fascynujące zwierzęta (jelenie, łosie, borsuki, lisy, kuny, wydry), jakieś ekscytujące ptaki (kraski, kowaliki, dzięcioły różnej maści, grzywacze). Najczęściej działo się to na obrzeżach dużych rewirów leśnych, na brzegu wielkich polan, gdzie też udawało mi się zaobserwować zające i sarny, bażanty i kuropatwy, a przy tym sporo różnej drobnicy. Idę przez wysokopienny las i rozmyślam o kolejach mojego życia, które przypominało tę piętrową przestrzeń, od dziecinnych mchów, poprzez młodzieńcze krzewy, średniej wielkości drzewa wieku męskiego i rozświetlone korony lat obecnych…za którymi już widać wyrazisty błękit…         

W OBLICZU GWIAZD

Wczoraj wieczorem usiadłem na tarasie i długo kontemplowałem gwiazdy. Potrafię rozróżniać gwiazdozbiory i moją uwagę przykuła Wielka Niedźwiedzica, w czerwcu lokująca się po zachodniej stronie nieba. Patrząc na te odległe ognie, podsycane w każdym miejscu Wszechświata przez eksplozje termojądrowe, zachwycałem się nimi i czułem jak wielkim cudem jest zaistnienie świadomości, która potrafi rozmyślać o nich. Rzadko kiedy ludzie uświadamiają sobie nad jakimi ogromami zostali zawieszeni i w jakich przepastnych głębiach bytują. Nasza rasa jest bardzo egotyczna, stale prowadząca lokalne wojny, lubująca się w przeszacowaniach, które nijak się mają do rzeczywistej wartości jakże krótkich życiorysów. Dopiero zamyślenie nad tym, co widać w górze, w chłodny albo mroźny wieczór, przywraca właściwe proporcje i uczy pokory. Dla galaktyk i konstelacji gwiezdnych, dla komet lecących po elipsoidalnych orbitach, dla planet i meteorytów, a nade wszystko dla ogromu całego kosmosu, nie mamy znaczenia, jesteśmy jak pyłki, jak organiczne drobinki. Nasze istnienie zostało wpisane w ciąg przemian kosmogonicznych i metamorficznych, niczego nie zdołamy zachować, niczego nie uda się nam ocalić, entropia zatriumfuje w chwili ostatniej. I tylko zapatrzenie w gwiazdy będzie realne, niepowtarzalne, ostateczne…

SKOK CZERWONEGO SMOKA (2)

Ming Lou, główny pawilon Ming Xiaoling

Na wielkim dworcu w Nankinie wędruję najpierw na dolnej platformie, a potem wchodzę na górne tarasy i z ich wysokości przyglądam się ludziom. Nieprzebrane tłumy czekają aż na wielkich telebimach pojawi się informacja o zbliżającym się pociągu, a wtedy wolno wstają z miejsc i ustawiają się w kolejce do odpowiedniego zejścia. Piękne młode kobiety i staruszki, których pomarszczone twarze zdradzają, że ich życie nie było lekkie za panowania kolejnych przywódców, chłopcy i młodzieńcy wykazujący wielkie ożywienie i mężczyźni w kwiecie wieku, karnie czekający na swoją kolej przy bramce, gdzie urzędnik kolejowy sprawdza bilety i dokumenty tożsamości. Wolno przesuwam się do przodu i przed moimi oczyma pojawiają się obrazy z Nankinu i zdarzenia kilku ostatnich dni. Oto wkraczam do wielkiego ogrodu cesarskiego we wschodniej części miasta, gdzie u podnóża Purpurowej Góry usytuowano mauzoleum Ming Xiaoling. Szeroka aleja (Droga Duchów) prowadzi do strażnic, a po ich przejściu odsłania się widok na okrągły kopiec o średnicy czterystu metrów, usypany nad grobowcem Hongwu, pierwszego cesarza z dynastii Ming, żyjącego w latach 1328–1398. Jego losy są bardzo ciekawe, bo przecież urodził się jako Zhu Yuanzhang (chiń. 朱元璋) w ubogiej rodzinie chłopskiej w prowincji Jiangsu, a potem głodował wraz z rodzeństwem i szukał schronienia w klasztorze buddyjskim. Szybko jednak musiał go opuścić, bo zabrakło środków na przygotowywanie posiłków. Tak stał się żebrakiem, wędrującym z miejsca na miejsce, ale po trzech latach powrócił do klasztoru i nauczył się czytać i pisać. Niestety, gdy miał zaledwie dwadzieścia cztery lata, jego świątynię i przyległe budynki zburzyły wojska mongolskiej dynastii Yuan. Zhu znowu ruszył w drogę i postanowił przyłączyć się do powstania czerwonych turbanów. Szybko awansował, ożenił się z córką przywódcy rewolty, co dopomogło mu w objęciu dowództwa nad armią chłopską. Miał dwadzieścia siedem lat i piął się w górę, został przywódcą rewolty i poprowadził wojska na Pekin, gdzie w 1368 roku obwołano go cesarzem zjednoczonych Chin. Potrafił być bardzo surowy, ale też – pamiętając o swojej przeszłości – robił wszystko by polepszyć byt najuboższych warstw społecznych, między innymi rozdzielił między chłopów ziemię możnowładców mongolskich i złagodził system podatkowy. Szerokie inwestycje irygacyjne polepszyły zbiory zbóż i innych płodów rolnych, co przełożyło się na poprawę bytu biedoty, która zaczęła też korzystać z papierowych pieniędzy, wprowadzonych przez cesarza.

Droga Duchów

Szybko przeszedłem Drogę Duchów, przecinającą ogromny kompleks grobowy, mający prawie trzy tysiące hektarów, minąłem bramę Dajinmen, zniszczoną w dziewiętnastym wieku podczas powstania tajpingów, a obecnie pięknie zrekonstruowaną. Za tym budynkiem znajduje się pawilon Sifangchen, w którym Yongle, syn i następca Hongwu na cesarskim tronie, umieścił na grzbiecie kamiennego żółwia stelę wysławiającą dokonania ojca. Stąd było już widać kopiec usypany nad grobowcem, w którym pochowano cesarza wraz z żoną Ma i jego nieszczęsnymi konkubinami. Budowa mauzoleum zakończyła się dopiero w roku 1431, ale małżonka spoczęła w grobie już w roku 1384, czekając do roku 1398 na paradny pochówek jej męża. Chińczycy bardzo dbają o spokój takich miejsc i rozkopali zaledwie trzy grobowe wzgórza, dostając się do wewnętrznych komór. Jedno z nich będzie mi dane zobaczyć w kolejnych latach, niedaleko Pekinu, w kotlinie otoczonej górami Longshan (Góry Smoka) i Hushan (Góry Tygrysa). Na razie możemy sobie tylko wyobrażać jakie skarby znajdują się pod ziemią w Chinach, jak pyszne i wykwintne artefakty czekają na odsłonięcie w kolejnych kopcach cesarskich. Szczególnie intrygujący jest grobowiec w Xiaan, usytuowany niedaleko słynnej terakotowej armii, która miała być zapleczem władcy w zaświatach. Wiele razy wpatrywałem się w chińskie przestrzenie z górującymi nad nimi ziemnymi piramidami i prawdę powiedziawszy zły byłem na Chińczyków, kierujących się trudną do pojęcia logiką. Chodzi o spokój zmarłych cesarzy, o majestat wieczności, jakże ważny dla ich kultury, ale przecież te wszystkie wspaniałości należą do dziedzictwa ludzkości i powinny jak najszybciej ujrzeć światło dzienne. Przyczyniłoby się to powstania wielkich muzeów, a na ich bazie do stworzenia rozległych studiów, wydania obszernych albumów i książek, opisujących dorobek władców. Staranność w odkrywaniu cudowności kultury chińskiej, widoczna przy okazji wykopalisk w Xiaan, warta jest najwyższej pochwały, ale przecież kraj ten dysponuje wielkimi środkami i ogromną rzeszą naukowców, którzy zajęliby się godnym odsłonięciem tego, co od wieków pozostaje pod ziemią. Wiemy z całą pewnością, że skarby tam się znajdują, co podkreślają choćby próbne wiercenia w grobowcu Pierwszego Cesarza. W przypadku wykopalisk egipskich nie mamy tak komfortowej sytuacji i musimy liczyć na łut szczęścia, wszak tamtejsi rabusie przez wielu wieków zrobili swoje, a i wysłannicy świata zachodniego nie zawsze zachowywali się jak należy. Świadczą o tym choćby paskudne napisy wewnątrz piramid, dokumentujące wejście do nich różnorakich pseudonaukowych barbarzyńców, koniecznie pragnących zamanifestować swoją bytność w nich.   

Uliczny grajek z kilku epok

Wędrując ścieżkami i alejami ogrodu cesarskiego, przy grobowcu Hongwu, znowu przyglądam się ludziom – tym znakom ciągłości kulturowej i jakby żywym, wizualnym kryptocytatom z przeszłości. Wszak różne osoby, żyjące w Chinach w poprzednich wiekach miały podobne twarze, takie same oczy, sylwetki, a tylko stroje uległy zmianie. Charakterystyczne dla tego wielkiego kraju jest to, że często spotyka się tam osoby o niezwykłej urodzie, kobiety przypominające dawne księżniczki i cesarzowe i mężczyzn jakby żywcem przeniesionych z armii kolejnych władców. Dostrzegam to i staram się dokumentować na fotografiach, a moje archiwum ma już kilkanaście tysięcy portretów, przybliżeń i tego typu analiz. Im dłużej obcuje się z tymi ludźmi, tym szybciej zatracają oni indywidualne cechy orientalne i stają się po prostu przedstawicielami tej samej ludzkości, do której należę. Przyznajmy od razu, że zdarza się też w Chinach spotykać ludzi bardzo „brzydkich”, do czego zapewne przyczyniło się wymieszanie typów ludzkich, wywodzących się z różnych części kraju i całego kontynentu azjatyckiego. Ale tak jest w wielu krajach, szczególnie w tych z ogromną populacją, w Indiach, Stanach Zjednoczonych, Rosji, w państwach afrykańskich i południowoamerykańskich. Będąc w Chinach przyglądam się wszystkiemu szeroko otwartymi oczyma i staram się, by nic nie umknęło mojej uwadze. Kolorowe krzewy piwonii, rzeźby i budowle z dawnych wieków, sroki błękitne, całymi stadami szukające owadów i przeczesujące wielkie, zadbane trawniki. Docierają do mnie cudowne odgłosy cykad usadowionych na drzewach i nawoływania dzieci, szukających matki w tłumie, dalekie poszumy nigdy nie zasypiającego miasta i głosy małych barwnych ptaków na gałęziach. To jest właśnie ta dalekowschodnia cudowność, pośród której jednak ludzie są najważniejsi, co wielokrotnie starałem się odzwierciedlić w mojej poezji. Spośród dziesiątków wierszy spore wrażenie na mieszkańcach tych krain wywierał tekst pt. Chińczycy:

W tym kraju żyją pokorni ludzie zapatrzeni

w swoje myśli

dalecy jak wzgórza niknące we

mgle

i bliscy jak śpiew ptaka w bambusowych

zaroślach

jaki poeta znajdzie słowa by wyrazić

głębie milionów dusz

jaki poeta wsłucha się w szepty i zaklęcia

ust północy wschodu południa

i zachodu

jaki poeta wyrazi w słowach

cząstkę i całość Państwa Środka

jadą do pracy na skuterach i rowerach

siadają w parkach przystają

i gimnastykują się patrząc

na wschodzące

słońce

kobiety wiotkie jak łodygi

czerwonych kwiatów

mężczyźni twardzi jak

skały Tybetu

Chińczycy

ludzie nie ustający

w poszukiwaniu

tajemnego wejścia

do królestwa

ducha

do krain nigdy

nie gasnącego

pragnienia

Huangyan 2009

Wiersz ten napisałem w 2009 roku, podczas pobytu na Wyżynie Tybetańskiej, gdzie po raz pierwszy zetknąłem się magią i tajemnicami wielkiego kraju i żyjących tam ludzi. Może jest w nim trochę za dużo tonów apoteozujących, ale przecież odnoszą się one do tej dobrej części społeczeństwa, dalekiej od dewiacji i wypaczeń systemu, stworzonego przez Mao i jego bezlitosnych akolitów. Dodatkowo wiersz dokumentuje zachwyt Europejczyka, po raz pierwszy stykającego się z ludźmi i kultura Chin, może nieco naiwny, ale jakże prawdziwy.

Figurki Dūn shòu na dachu bramy w Ming Xiaoling

Pobyt w ogrodzie cesarza dynastii Ming ma w sobie wiele z moich wcześniejszych wyobrażeń o Chinach, zarówno jeśli chodzi o ich heroiczną i krwawą historię, jak i warstwę wizualną. Ta czysta przestrzeń może oczarować rozległością alei, prowadzącej do kolejnych budynków, a nade wszystko kształtem i urodą kolejnych pawilonów, krytych pięknymi dachówkami. Na skrajach ich delikatnych krzywizn łatwo zauważymy porcelitowe figurki Dūn shòu (蹲兽), czyli przycupnięte bestie, usadowione w linii prostej, jedna za drugą. Od dawien dawna były one znakiem statusu właściciela budynku i umieszczano je na dachach za zgodą cesarza. To był rodzaj potwierdzenia, że osoby żyjące w danym domu należą do elity społeczeństwa chińskiego i cieszą się przychylnością władcy. Ich ilość też miała znaczenie i wahała się od jednej do dziewięciu, a tylko Pałac Najwyższej Harmonii w pekińskim Zakazanym Mieście, ma dziesięć figurek. Miało to podkreślać jego wagę dla cesarstwa i odróżniać go od innych tego typu pawilonów – na przykład Pałac Niebiańskiej Czystości przyozdobiono dziewięcioma, a Pałac Ziemskiego Spokoju tylko siedmioma symbolicznymi figurkami. Postaci te miały przede wszystkim chronić budynek przed żywiołami pogodowymi, ogniem i słońcem, deszczem, śniegiem i mrozem. Te stworzenia z mitologii chińskiej zawsze ustawiano w ściśle określonej kolejności, zgodnie z ich hierarchią – pierwsza z figurek to nieśmiertelny król Min, skazany na wieczną wędrówkę po ziemi. Dalej ustawiano smoka i feniksa, symbolizujących cesarza i cesarzową, akcentując, że są oni silniejsi od następnego w kolejności – lwa, stojącego na straży gór i lasów cesarstwa. Z kolei jednorożec i konik morski są symbolami władzy cesarskiej, od morza, poprzez ziemię, aż do powietrza. Po nich ustawiano dwa stwory mityczne: Yayu (押 鱼) i Douniu (斗牛), wynurzające się z głębin morskich, przyciągające opady i zbierające wody, co mogło zapobiegać pożarom drewnianych budynków. Dalej odnajdziemy legendarną bestię Suanni (狻 猊), mogącą pożerać największe kocie drapieżniki (lwy, pantery, tygrysy i rysie), chroniącą całą przyrodę państwa. Ostatnie dwie figury to chimera Xiezhi (獬 豸), odróżniająca prawdę od fałszu i latająca małpa Hangshi (行 什), chroniąca budynki przed piorunami. Wszystkie figurki chroni Chiwen, czyli młody smok, umieszczany na skraju dachu, mający też często formę paszczy wypluwającej wodę. 

Ucieczka cesarza Minhuanga i jego konkubiny do SyczuanuFragment arcydzieła malarstwa dynastii Ming przypisywane Qiu Yingowi

Jest coś ostatecznego w wiśniowej barwie budynków, pokrytych żółtawo-pomarańczowymi dachówkami i obcowanie z nimi przypomina wchodzenie bohaterów kulturowych do mitycznych, zakazanych krain. Tak jak oni, wspinam się po schodach na szczyt ostatniej strażnicy, chroniącej dostępu do kopca cesarskiego, pod którym głęboko pod ziemią złożono trumny i skarby. Inne odsłonięte grobowce dają wyobrażenie o tym jak tajemnicza rzeczywistość została tam zatrzymana w czasie, wszak do grobowca cesarza Wanli niedaleko Pekinu, zwanego Dìnglìng (定 陵) schodzi się schodami dwadzieścia siedem metrów pod ziemię. I dopiero na dole widać rozmach tego typu konstrukcji, przypominającej krzyżowe połączenie przestronnych hangarów, kryjących nowoczesne odrzutowce, a nie miejsce spoczynku władcy i jego dwóch żon. Podobnie musi być w grobowcu nieopodal Nankinu i aż dziw bierze, że najeźdźcy japońscy nie zapragnęli dobrać się do kosztowności, tkwiących pod ziemią. Teraz mauzoleum Ming Xiaoling jest oazą spokoju i ulubionym miejscem spacerów mieszkańców tej ogromnej metropolii, a także przybywających zewsząd turystów. Ten wielki park, wypełniony rzeźbami, znakomicie zagospodarowany, jest przypomnieniem wielkości i wspaniałości cesarskich Chin. Dynastia Ming (1368–1644) dźwignęła ten rozległy kraj na wyższy poziom rozwoju, a przy tym pozostawiła po sobie tak wspaniałe zabytki jak ceglaną część Wielkiego Muru, Zakazane Miasto i Świątynię Nieba w Pekinie oraz liczne pagody, będące znakiem harmonii i ładu. Ming znaczy w języku chińskim „coś olśniewającego”, „coś wspaniałego” i widzimy to w malarstwie na jedwabiu, w rzeźbach i przy wytwarzaniu wykwintnej porcelany, a nade wszystko w takich kompleksach jak Ming Xiaoling, z którego wychodzę z ogromnym żalem, mając nadzieję, że kiedyś znajdę się tu raz jeszcze. Ulica Nankinu także obfituje w liczne wydarzenia, do których zaliczyć należy ruch samochodów, motocykli, bum-bumów, rowerów i pieszych, przemykających ku swoim celom. Uliczni grajkowie, specjalnie ucharakteryzowani na Chińczyków z odległych wieków, budowniczowie wysokich wieżowców, policjanci i strażacy, kierowcy autobusów miejskich i kolejarze z rozgałęzionego metra – wszyscy gdzieś podążają, wszyscy mają jakiś cel, jakby ogromne ludzkie mrowisko zjednoczyło się w drodze ku przyszłości i budowie nowego imperium, gdzie historia sąsiaduje z nowoczesnością, a ludzie wiedzą, że tylko praca może dźwignąć ich na wyższy poziom rozwoju. Przemierzam kolejne ulice, chłonąc wszystko jak gąbka, przyglądając się małym sklepikom, restauracyjkom i wielkim wieżowcom, majaczącym w oddali. Jestem w Chinach i wszystko ma w tutaj swoją wartość, która w przyszłości zaowocuje w różnoraki sposób, wzbogaci mnie niewyobrażalnie.

Święte chwile…

W PYŁ…

Ratownik w Chmielnikach – lato 1978

Mój wiek pozwala już spojrzeć na życie z dość długiej i wysokiej perspektywy. Boli mnie to, czego nie zdążyłem jeszcze zrobić, tym bardziej, że Musiał, Tomasik, Kowalczyk i Stala dokonali solidnego spustoszenia w moich zamierzeniach. Przyjdzie czas, że im za to zapłacę z ogromną nawiązką. Z drugiej strony jakże zachwycające są owoce mojego życia, skromnego chłopaka z osiedla Błonie, który dziesięciokrotnie podróżował do Chin, odwiedził Kenię i Republikę Południowej Afryki, pięciokrotnie wyjeżdżał do Stanów Zjednoczonych, w których zobaczył takie magiczne miasta jak Nowy Jork, Waszyngton, Tampa, Buffalo, Nowy Orlean, Los Angeles, Las Vegas, kontemplował świty na Florydzie, siedział o zmierzchu na plaży w Atlantic City. A przecież były też świetliste chwile w Panama City, Rzymie, Paryżu, Erywaniu, Stambule, Wilnie, Moskwie, Berlinie, Bratysławie, Pradze, Gandawie, Brukseli, Antwerpii, New Delhi i Puri. Ten chłopak napisał i opublikował kilkadziesiąt książek i może u końca życia ich liczba sięgnie stu, choć przecież nie o liczby tutaj chodzi, lecz o aktywność, która wciąż generuje nowe literackie poczęcia. Ten chłopiec w młodości był niezwykle sprawny fizycznie, trenował szermierkę, piłkę nożną, karate i kulturystykę, sporo biegał i każdego roku pływał w różnych akwenach, zdobywając stopień ratownika i wielkie marzenie rówieśników z podwórka – żółty czepek. Brał udział w setkach imprez kulturalnych w Polsce i świecie, a gdy wszedł do środowiska naukowego, wygłosił dziesiątki referatów podczas konferencji i sympozjów, wypromował dwustu magistrów i wielu licencjatów. Sportowe rozbudowanie ciała i uroda, odziedziczona po rodzicach powodowały, że ludzie lgnęli do mnie, a ze strony drugiej rosła wciąż armia wrogów i degeneratów, której generałem uczynić wypada nieforemnego psychopatę, mielącego ozorem na prawo i lewo i opowiadającego o mnie różnorakie brednie. O ich skali przekonałem się, gdy zmarły niedawno Rektor UKW udostępnił mi jego donos na mnie. Cóż, taki jest świat i tacy są ludzie i gdybym raz jeszcze zaczynał moją drogę, może unikałbym kontaktów z kanaliami, choć z drugiej strony – nie mogłem zdusić w sobie natury wojownika, która zawsze była ważna i doprowadziła mnie do tego miejsca, w którym jestem. Miałem przecież też szczęście spotykać wielkich ludzi, pisarzy, aktorów, artystów, mogłem obcować z prawdziwą sztuką i przeglądać się w dzikich krajobrazach gór, wyżyn i mórz, mogłem jeździć rowerem i kroczyć po nizinach, a nade wszystko odbijać się w oczach pięknych kobiet. Równy szereg książek różnego typu, od poezji, poprzez prozę do naukowych monografii, świadczy o tym, że byłem pracowity. Dałem życie synowi i córce, a potem wychowałem ich w dobrobycie, w spokojnym miejscu na nowoczesnym osiedlu. Mojemu bratu, który zmarł po miesiącu życia w 1959 roku, to wszystko zostało odebrane, śmierć bezlitośnie zgasiła jego oddech i nie mógł zrealizować niczego. Jego rzeczywistością stało się miejsce na cmentarzu, przy niewielkim klonie, który teraz jest wysokim drzewem. Myślę, że robiłem wszystko także dla jego pamięci i chociażby dla niej rozpirzę w pył moich wrogów. Muszą odczuć z kim zadarli…

« Older entries

%d blogerów lubi to: