PORZĄDKOWANIE

1319556077-249

Nadszedł czas porządkowania… Na szczęście w porę zauważyłem moment przejścia smugi cienia i sukcesywnie przygotowuję się do tej pracy. Trzeba poukładać i zdygitalizować papiery, szczególnie tradycyjne listy, których niegdyś przychodziło do mnie wiele, ale zabiły je ulotne i kasowane po jakimś czasie e-maile. To będzie wielkie przedsięwzięcie, bo przecież jestem maksymalistą i niczego nie robię na pół gwizdka… Kartonów uzbierało się chyba ze sto, a w nich gazety i magazyny, w których publikowałem swoje teksty, a do tego  książki i almanachy, katalogi wystaw, w których pełno moich omówień. Wszystko trzeba poukładać chronologicznie i tematycznie, umieścić w spisach i wykazach – trzeba stworzyć komentowaną bibliografię z indeksami i odnośnikami.  Na pewno komuś to się przyda w przyszłości, a jeśli nie, to przyda się mnie i pozwoli zobaczyć wszystko, co zrobiłem przez czterdzieści lat aktywności naukowej, literackiej, dziennikarskiej i artystycznej. Do tej pory parłem do przodu i tworzyłem nowe publikacje, rysunki, obrazy, fotografie – teraz świadomie zwalniam i zaczynam zbierać owoce dni, miesięcy i lat. Muszę w tym celu kupić nową, laserową drukarkę kolorową, porządny, szeroko gabarytowy skaner, przydadzą się nowe dyski zewnętrzne i pendrive’y, liczę też na pomoc zaprzyjaźnionego introligatora. Osobną sprawą powinno być wydanie od nowa, w takiej samej szacie graficznej całego przepracowanego dorobku naukowo-literackiego i uzupełnienie go o książki rozpoczęte, planowane, naszkicowane. Nigdy nie przejmowałem się negatywnymi opiniami, których pojawiło się nieco przez te czterdzieści lat i szedłem swoją drogą. Ważniejsze dla mnie były podsumowania pozytywne, których autorami byli tak ważni dla kultury polskiej humaniści, jak Czesław Miłosz, Jan Błoński, Mieczysław Inglot, Halina Krukowska, Józef Banaszak, Andrzej Fabianowski, Jarosław Ławski i wielu innych. Takie podsumowanie nie miałoby sensu, gdybym szeroko nie opisał i nie udokumentował tego, co wyprawiali ze mną przez lata wrogowie, a przede wszystkim Musiał i Tomasik. Trzeba też upublicznić dokumenty związane z moimi dwoma przewodami habilitacyjnymi i wskazać jaką rolę odegrali w nich najbardziej zaciekli nihiliści. Oczywiście dziewięćdziesiąt procent tej dokumentacji, to będą pozytywy, a negatywne elementy staną się dopełnieniem i wskazaniem, że działałem w wielu przestrzeniach ludzkich, często zdegenerowanych i patologicznie hałaśliwych, plotkarskich, małostkowych i często po prostu debilnych.

Lubię porządek i chciałbym po sobie pozostawić materiał poukładany, gotowy do dalszych opracowań. Do mojej decyzji o rozpoczęciu prac segregacyjnych przyczyniła się też ostatnia lektura Bydgoskiego Leksykonu Plastycznego, w którym ani słowem nie wspomniano o moich szkicach i artykułach na temat bydgoskich malarzy i rzeźbiarzy, publikowanych w „Sztuce” i „Sztuce Polskiej”. Zdzisław Pruss, który dobrał sobie tym razem jako współautorkę problematyczną krytyczkę, stworzył kolejny plotkarski „leksykon”, w którym wiele jest żenujących haseł, brakuje sporo postaci, reprodukcji dzieł, a nade wszystko – jak w każdej publikacji tego typu roi się od błędów i pominięć. Pruss jest interesującym poetą, co podkreślałem wielokrotnie, ale przez długie lata tworzył też w konwencji pure nonsensu, generując lepsze lub gorsze teksty kabaretowe i prześmiewcze. Jego próba połączenia naukowości („leksykony”) z plotkarstwem i konwencją zabawową dała doprawdy kabareciarski efekt. Brakuje w tych pracach ujęć syntetycznych, analiz, podsumowań, reprodukcji, a pojawiają się liczne informacje o dupie Maryni… No cóż, taka konwencja naszego lokalnego Stańczyka, ale może warto byłoby to napisać w inny sposób, bez sugerowania naukowości  i układania materiału w hasła słownikowe? Jedyna pociecha w tym, że książkę opublikowało eklektyczne wydawnictwo z wielkimi „ambicjami literackimi”, specjalizujące się także w albumach religijnych i komercyjnych panoramach miast, a przy tym takich książkach jak Problematyka przyłącza kanalizacyjnego w orzecznictwie Sądu Najwyższego, Gęsinowe smakołyki, Wytyczne dotyczące bezpieczeństwa i higieny pracy w przedsiębiorstwach wodociągowo-kanalizacyjnych, 20 lat Izby Gospodarczej… itd. „Leksykony” Prussa znakomicie wpisują się w profil wydawniczy tej oficyny, a ich pseudonaukowość współgra z ogólną bydgoską tendencją do pomniejszania i obśmiewania poszczególnych dorobków twórczych.      

Reklamy

AFRYKAŃSKIE SZLAKI

Moje dzieciństwo związane było z osiedlem Błonie w Bydgoszczy, gdzie zamieszkałem z rodzicami i bratem w roku 1964. Kilka miesięcy później poszedłem do szkoły podstawowej i zacząłem się budzić intelektualnie, do czego przyczyniły się pierwsze biblioteki i wspaniali nauczyciele, potrafiący znakomicie moderować dzieci. W piątej klasie, za sprawą lektury książek podróżniczych Alfreda Szklarskiego, Arkadego Fiedlera i Kamila Giżyckiego, eksplodowały moje zainteresowania geograficzne. Rok po roku studiowałem mapy, przynosiłem do domu wiele tomów relacji z egzotycznych krain i wypraw do nich. Szybko zdobyłem ogromną wiedzę, zostałem uznany za najlepszego „geografa” w podstawówce i popisywałem się przed koleżankami i kolegami znajomością stolic świata, rzek, jezior, gór, pustyń i wielkich lodowców. Gdy wszyscy drżeli przed klasówką z geografii, dla mnie to było prawdziwe święto i z wielką radością opisywałem jeziora rynnowe Afryki, wielkie rzeki syberyjskie, archipelagi wysp Pacyfiku i Morza Śródziemnego, podawałem długość największych szlaków wodnych naszego globu i powierzchnię ogromnych jezior. Dość szybko też skupiłem się na geografii Czarnego Lądu, poznając poszczególne kraje, czytając wiele książek o nich, studiując historie odkryć Davida Livingstone’a i Henry’ego Stanleya, Mungo Parka i wielu katolickich lub protestanckich misjonarzy. Szybko też pojawiło się marzenie o wyprawie do dżungli lub na sawannę, podsycane wciąż przez artykuły z miesięczników „Poznaj Świat” i „Kontynenty”. Czytanie wielu książek spowodowało, że zacząłem barwnie pisać, najpierw pamiętnik, a potem teksty fabularne, najczęściej naśladujące ulubionych autorów. Zacząłem też szukać książek poważniejszych, takich jak Zielone piekło – opowieść francuskiego dziennikarza i podróżnika Raymonda Maufraisa, odtworzoną z odnalezionego dziennika. Autor zaginął bez wieści podczas samotnej wyprawy przez dżunglę z Gujany Francuskiej do Belém, w Brazylii i kilka ekspedycji poszukiwawczych nie odnalazło go żywego. Po pierwszej, grupowej wyprawie do Mato Grosso, która zakończyła się porażką, zapragnął z kolei samotnie przejść siedemset kilometrów jednej z najdzikszych dżungli świata i dotrzeć do dziwnego masywu górskiego Tumuc-Humac, gdzie miał zamiar odnaleźć plemiona indiańskie, które nigdy nie miały kontaktu z białymi ludźmi. Ta wyprawa rozpaliła jego wyobraźnię, ale jak się szybko okazało, Maufrais znalazł się w owym tytułowym zielonym piekle, niczym w pułapce bez wyjścia. Nieustanny czterdziestostopniowy upał, mnóstwo węży, wciąż atakujących kajmanów i innych dzikich zwierząt, mrowie najprzeróżniejszego robactwa, a do tego wilgoć w dzień i w nocy, szybko nadwątliły siły młodzieńca. Chyba zbyt zaufał on swoim umiejętnościom komandosa i pierwotna, drapieżna natura nie dała mu szans. Czytałem tę książkę z wypiekami na twarzy, ale też z ogromnym wysiłkiem, bo dopiero wchodziłem w świat prawdziwej literatury. Tak oto trafiłem na zapis, który natychmiast formatował mój umysł i odsłaniał przestrzenie, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Wytrwałem dzielnie do końca lektury, utożsamiając się z autorem, przeżywając jego perypetie, wielokrotnie też chcąc rzucić książką o ścianę. Choć ojciec autora organizował kolejne ekspedycje ratunkowe, znaleziono tylko kilka jego rzeczy osobistych i poplamiony, ledwo dający się odczytać dziennik. Dzisiaj, gdy patrzymy na współczesne fotografie skał Tumuc-Humac, wyrastających nagle z morza gęstej dżungli, zrozumieć możemy pasję i tęsknotę młodego zdobywcy, który oczyma wyobraźni widział się na ich szczytach.

Jeszcze trudniejszą lekturą okazał się dla mnie Smutek tropików (1955) Claude’a Lévi-Straussa, które to dzieło znalazłem w bibliotece osiedlowej i intuicyjnie uznałem, że w jakiś sposób komponuje się ono z Zielonym piekłem. Była to na poły autobiograficzna książka, z elementami eseistycznymi, w której słynny antropolog snuł rozważania o człowieku, postrzeganym w kontekście egzotycznych krain i cywilizacji. Ale jakoś nie mogłem zgodzić się, że Indianie ze szczepów Kadiweu, Bororo, Nambikwara, Tupi-Kawahib górowali nad naszym modelem kultury. Książka francuskiego uczonego udręczyła mnie wtedy straszliwie, ale punktem honoru było przecież przebrnięcie przez nią (to był w ogóle czas dziwnych lektur, takich jak biografia autokratycznego prezydenta Ghany Kwame Nkrumacha) i – co wcale nie było łatwe – zrozumienie najważniejszego przesłania. Zaletą tej lektury było moje otwarcie na inne kultury, przede wszystkim indyjską i amerykańską, bo przecież wcześniej interesowałem się głównie egzotyką afrykańską i południowoamerykańską. Teraz, kiedy myślę o tamtej lekturze, zastanawiam się jak do tego doszło, że zacząłem wybierać takie trudne książki. Zapewne wielka w tym była rola przypadku, ale też moja ambicja miała spore znaczenie i chciałem sobie narzucać „udręczenia” czytelnicze na wysokim poziomie. Potem po latach przeczytałem chyba wszystkie książki tego autora, wielokrotnie cytując je w moich pracach o wielkich romantykach polskich. Tutaj z kolei przydała się przenikliwość Lévi-Straussa w zakresie opisu mitów i motywów kulturowych w literaturze, a także eseistyczne zacięcie. Perspektywa porównawcza była dla mnie czymś nowym, ale wszystko rekompensowały elementy etnologiczne i próba integralnego spojrzenia na innych ludzi, żyjących w dalekich miejscach świata i będących na różnych poziomach rozwoju cywilizacyjnego. Nie pamiętam jak wyglądała motoryka tamtego czytania, ale zdaje się przerywałem je kilka razy, potem jednak na nowo otwierając książkę i podążając do przodu, tak na dobrą sprawę nie wiedząc, z jak ważnym dwudziestowiecznym uczonym mam do czynienia. Przeżył sto lat i zabrakło mu ledwie trzech miesięcy do sto pierwszych urodzin, a jego życie i monumentalne dzieło, to ogromny obszar badawczy, pełen fascynujących przestrzeni, pierwiastkowych studiów, wspomnień i dogłębnych analiz ludzkości, która odchodzi i świata, który zostaje. Mijały dni i lata, przechodziłem z klasy do klasy i z jednej z kolejnych wypraw do biblioteki przyniosłem powieść kubańskiego pisarza i muzykologa Alejo Carpentiera pt. Podróż do źródeł czasu (polski tytuł jest dość dziwny, bo hiszpański brzmi: Los Pasos Perdidos). Autor ten pozostawił po sobie tylko kilka książek, ale powszechnie uważany jest za prekursora realizmu magicznego i wielkiej eksplozji literatury iberoamerykańskiej. Jego matka była Rosjanką, profesorem lingwistyki, a ojciec francuskim architektem, co od razu dało mu wielokulturowe podłoże intelektualne dla rozwoju i rozległej edukacji. Studiował we Francji, gdzie wielki wpływ wywarli na niego najwięksi surrealiści, na czele z Louisem Aragonem, André Bretonem i Paulem Éluardem. Jego twórczość związana była z basenem Morza Karaibskiego, a szczególny wpływ na jego rozwój intelektualny miała podróż na Haiti, która zaowocowała powieścią pt. Królestwo z tego świata. W latach 1945–1959 przebywał w Wenezueli, a doświadczenia z tamtego okresu wykorzystał w swojej najsłynniejszej powieści – Podróż do źródeł czasu (1953). Potem jeszcze sukcesem okazały się powieści: Eksplozja w katedrze (1962), Szaleństwo i metoda (1974) oraz Harfa i cień (1979), ale to opowieść o wędrówce rzeką Orinoko wywarła ogromny wpływ na takich pisarzy jak Gabriel Garcia Marquez, Miguel Ángel Asturias, Jose Lezama Lima i wielu innych twórców. W roku 1977 Capentier otrzymał nagrodę Cervantesa, najważniejszy laur w świecie literatury tworzonej w języku hiszpańskim, w czym nie przeszkodziły jego poglądy i bliskie związki z reżimem Fidela Castro. Wykładał na kubańskich uczelniach, prowadził audycje radiowe, a także jako polityk reprezentował swój kraj za granicą, a przy tym rosła jego sława jako pisarza, choć nigdy nie udało mu się zdobyć Nagrody Nobla. Zmarł wiosną 1980 roku w Paryżu, a jego ciało przetransportowano na Kubę, gdzie znalazł miejsce wiecznego spoczynku na cmentarzu im. Krzysztofa Kolumba w Hawanie. Patrzę teraz na neobarokowy kształt jego nagrobka i rozmyślam jaką rolę odegrał w moim życiu, jak bardzo mnie otworzył na literaturę i kazał szukać utworów równie intrygujących jak jego powieść.

Jak wspomniałem wyżej, w okolicach piątej klasy szkoły podstawowej zacząłem czytać książki Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego i jego łowach na dzikiego zwierza. Przypadkiem w bibliotece była tylko powieść o podróży do Afryki i od niej wszystko się zaczęło, spowodowało lawinę wyobraźniową i prawdziwe wejście do świata książki. Szybko pochłaniałem kolejne tomy z tej serii i otwierałem się na przebogate informacje geograficzne i zoologiczne, które w nich się znajdują. Akurat w piwnicy jednego z pobliskich wieżowców otwarto nową osiedlową bibliotekę, która potem przeniosła się do wspaniałego, nowego lokalu, więc szybko zapisałem się i przynosiłem do domu coraz więcej różnorakich książek. Czytałem przede wszystkim narracje przygodowe i szybko wyodrębniłem serie, w których je publikowano, ale też zacząłem sięgać po poważniejsze tytuły, rzucając się na wybory wierszy, powieści i opracowania popularnonaukowe. Pamiętam jak przyniosłem duże, pięknie ilustrowane wydanie Boskiej komedii Dantego i niewiele z niej rozumiejąc, czytałem mechanicznie, większą uwagę skupiając na niezwykłych obrazach. Z większym samozaparciem brnąłem przez Don Juana Byrona i wiersze Juliusza Słowackiego, choć i tutaj miałem problemy z przyswojeniem sobie treści, gubiłem wątki i miewałem momenty zniechęceń albo wręcz buntu. Patrząc na te zmagania z perspektywy minionego czasu, widzę ze zdumieniem, że prowadziły mnie one ku głównym nurtom moich zainteresowań literackich i późniejszych samodzielnych prób pisarskich. Wraz z ożywieniem czytelniczym, wejściem w okres licealny, a potem studencki, rosły moje domowe biblioteki, choć zawsze ograniczone one były warunkami lokalowymi rodziców. Na szczęście w tamtych czasach można było łatwo sprzedać książki w antykwariatach, więc wymieniałem je często, a za uzyskane pieniądze kupowałem stale sporo nowych tomów. To był już czas pierwszego pisania wierszy i szczególnego zainteresowania światową poezją – na półkach pojawiły się tomy z serii celofanowej, wiśniowe i beżowe, skóropodobne okładki serii klasyki polskiej i obcej, a także pierwsze zestawy dzieł zebranych różnych pisarzy, np. Słowackiego, Conrada i Gałczyńskiego. To był jeszcze groch z kapustą, ale powoli serie wydawnicze kształtowały profil mojej późniejszej biblioteki, którą rozwinąłem po pierwszym ślubie i zamieszkaniu we własnym lokalu. Warto w tym miejscu powiedzieć o tym, że wtedy książki łowiło się jak cenne okazy, bo był na nie wielki popyt, a niskie ceny sprzyjały zakupom. Akurat mój kolega z liceum, podjął pracę jako szef księgarni przy ulicy Koronowskiej i zostawiał mi tam wiele tytułów, które regularnie wykupywałem i znosiłem w wielkich ilościach do domu.

Sam nie wiem kiedy wpadła mi ręce książka niezwykła, która odegrała ogromną rolę w zakresie kształtowania się moich zainteresowań podróżniczych, a także nauki języka angielskiego. Będąc raz w Antykwariacie Naukowym, na Starym Rynku w Bydgoszczy, znalazłem na półce gruby tom, oprawiony w płótno i skórę pt. The Game Animals of Africa. Dzieło zostało wydane w 1926 roku w Londynie, a jego autorem był Richard Lydekker (1849–1915), wielki angielski naturalista i geolog, autor wielu wspaniałych, bogato ilustrowanych prac. Nie wiem skąd miałem wtedy tak duże pieniądze, ale za sporą sumę zakupiłem ten tom i zacząłem go regularnie studiować. Na początku miałem spore trudności, ale licealne lekcje języka angielskiego i intensywne uczenie się słówek, spowodowały, że kolejne rozdziały odsłaniały się przede mną z coraz większą wyrazistością. Już we wstępie autor wskazał złożoność spraw, które opracował, a choć nie przepadałem za łowiectwem, czerpałem z tej różnorodności ujęć i uczyłem się zoologii i geografii: Two points in connection with the African continent demand brief mention: firstly, its enormous area, about four times that of India; and, secondly, the marked distinction of the fauna of Africa north of the Sahara, or north of the tropic of Cancer, from the of all the vast region to the southward of the same. Northern Africa is, in fact, so far as its animals are concerned, a part of Europe. We have, for instance, in this area such groups as deer, sheep, goats, and bears, which are conspicuous by their absence from the rest of the continent, exept so far as sheep and goats have penetrated some distance into the highlands of the north-eastern corner. On the other hand, what may be called the characteristic African animals are to a great extend wanting from the tract north of the Sahara. Rzeczywiście fauna na północ od zwrotnika Raka różni się znacznie od tej na południe od Sahary, nazywanej niegdyś Etiopią. Powyższe porównanie do Indii nie jest dowolne, bo Lydekker odbył wielką podróż na ten azjatycki subkontynent, a także zgromadził tam wielkie zbiory fauny, skamielin i minerałów, które przekazał Muzeum Historii Naturalnej w Cambridge. Owocem wyprawy było też dzieło z 1900 roku pt. The Wild Animals of India, Burma, Malaya, and Tibet, a także współpraca z encyklopedią Britannica. Książka wielkiego Anglika odtąd stała się cenną częścią mojej biblioteki i wielokrotnie ją pokazywałem zaprzyjaźnionym osobom, a także kolejnym moim dziewczynom, które najczęściej nie wykazywały w tym względzie zbyt wielkiego zainteresowania i nie podzielały mojego entuzjazmu. Jedna z nich powiedział wprost: Co ty mi tu kozy będziesz pokazywał…? Mamy chatę wolną, to skaczemy do łóżka… Co było robić, na chwilę odłożyłem pracę Lydekkera i zacząłem studiować anatomię innego rodzaju…        

Książka angielskiego zoologa szczególnie przydała mi się, gdy wielokrotnie czytałem o łowieckich przygodach Tomka Wilmowskiego w Afryce. Akcja oparta została tam na poszukiwaniach i odkryciu legendarnego zwierzęcia, żyjącego w dżunglach Kongo (Ituri), dobrze znanego Pigmejom, ale do roku 1901 będącego wielką zagadką dla cywilizowanej ludzkości. Odkrył ją Sir Henry „Harry” Johnston (1858–1927), organizator ekspedycji, która dostarczyła pierwszy okaz do Europy i wywołała tym wielkie poruszenie. Już na pierwszy rzut oka widać, że jest to zwierzę powstałe w wyniku naturalnej krzyżówki – zaliczono je do żyrafowatych, ale kształt ciała i ubarwienie pasiaste na kończynach wskazywać może, że gatunek ten powstał z połączenia żyrafy i zebry, choć jeszcze zagadką pozostaje uzębienie, tak charakterystyczne dla rogatych przedstawicieli afrykańskiej fauny. Bardzo płochliwe zwierzę żyje na terenach bagnistych i na porośniętych dżunglą wzgórzach, czasem po kilka rozdzielonych osobników w jednym rejonie. Żywi się głównie roślinnością i grzybami, a swoje terytorium znakuje moczem i specjalnie wydzielanymi hormonami. Znane było dość dobrze starożytnym Egipcjanom dwunastej dynastii jako afrykański jednorożec, a Pigmeje od dawien dawna używali jego skóry do wykonywania ozdobnych okryć ciała. Tak jak żyrafa, okapi ma długi fioletowy język, który służy mu do zrywania wyżej położonych liści i gałązek, a także jest na tyle giętki, że może obmyć powieki i wyczyścić dość duże uszy. Zwierzę jest bardzo płochliwe, a stale zagrożone przez polujące na nie lamparty, dobrze się maskuje, w czym bardzo pomaga jego rdzawe ubarwienie i pasiaste desenie na szyi i nogach. Z racji tego, że podejrzewa się iż wizerunek egipskiego boga Seta ma w sobie elementy fizjonomii okapi, formułuje się tezę, że zwierzę to występowało niegdyś w rozlewiskach doliny Nilu Błękitnego, szczególnie w okolicach wodospadów Tissisat. U Szklarskiego, w powieści dla młodzieży, znalazłem tylko podstawowe informacje o tym ssaku, ale u Lydekkera było ich prawdziwe bogactwo i tłumaczyłem poszczególne strony z ogromną frajdą. Jakież to musiało być interesujące także dla czytelników w Europie, na początku dwudziestego wieku, tym bardziej, że zdobycie tych wiadomości okupione zostało wielu trudami, a kolejne wyprawy dotrzeć musiały do samego centrum Afryki, przedzierając się przez gęstą, bagnistą dżunglę. Liczni myśliwi udawali się wtedy na Czarny Ląd by upolować najciekawsze okazy, powszechnie mordowano słonie i nosorożce, żyrafy i zebry, antylopy i dzikie koty, ale prawdziwym łupem tego rodzaju rozbójników było okapi. Na szczęście od 1932 roku zwierzę to jest pod całkowitą ochroną, a liczne okazy zobaczyć można w ogrodach zoologicznych, które znacznie przyczyniły się do zachowania gatunku.

Moje życie tak się kształtowało, że dopiero w wieku sześćdziesięciu lat spełniać się zaczęły marzenia o podróżowaniu po Afryce. Najpierw odwiedziłem Kenię, a potem, pokonując wielkim Boeingiem 777 cały Czarny Ląd, pojawiłem się w Republice Południowej Afryki. Lądując najpierw w Nairobi, sporo wiedziałem o tym mieście i o kraju, którego jest stolicą, a jednak czułem ogromne podniecenie i czekałem niecierpliwie na to, co się wydarzy. Zaproszono mnie tam na Międzynarodowy Festiwal Literacki Kistrech, który rozgrywał się w Nairobi, Kissi, na sawannach Masai Mara i na obrzeżach Parku Narodowego Serengeti. Od chwili, gdy opublikowałem zbiór wierszy amerykańskich pt. Bulwar Singera zacząłem pisać wiele lirycznych tekstów, w których skraplały się moje doznania i przemyślenia podróżnicze. Po wydaniu drugiej książki – Sprzedawca skowronków – myślałem, że na tym zamknie się ten etap pisania, ale mój wieloletni przyjaciel – Jerzy Szatkowski – zasiał we mnie ziarno niepokoju, mówiąc, że nie spocznę, póki na półkach nie pojawi się dziesięć książek tego typu. Roześmiałem się wtedy, bo wskazany zakres był kolosalny, ale przy każdej publikacji nowego tomu, przypominała mi się ta przepowiednia, a kolejne podróże motywowały mnie do pisania wielu nowych wierszy. Może kiedyś napiszę też książki wspomnieniowe lub eseistyczne, ale na razie cieszę się z kolejnych zbiorów, zawierających wiersze z krajów arabskich, liryki ormiańskie, belgijskie, tureckie i gruzińskie, a ostatnio słowiańskie. Wyprawy do Afryki w październiku 2018 roku i marcu 2019 były tak ekscytujące, że pióro właściwie nie wypadało mi z ręki, a moją ambicją stało się liryczne odzwierciedlenie nowych przestrzeni kulturowych. Wszystko tutaj mnie zaskakiwało – wyprawa nad Jezioro Wiktorii, safari na równinie Masai Mara, poznawanie zakamarków Nairobi i Kissi, a nade wszystko spotykani ludzie, ich obyczaje, obrzędy, tańce i śpiewy. Podróżowaliśmy starym autokarem uniwersyteckim i wciąż otwierały się przed nami egzotyczne widoki, wielkie perspektywy i nagle mogłem dotknąć tego, co było istotą moich dziecinnych i młodzieńczych fascynacji. Zobaczyłem tysiące zwierząt podążających do odwiecznych miejsc narodzin potomstwa: zebr, antylop gnu, żyraf, nosorożców, wielu antylop i gazel, słoni i bawołów, za którymi nieodmiennie podążały drapieżniki: lwy, pantery, gepardy, hieny, likaony i szakale. Odwiedziłem wioskę Masajów, zobaczyłem jak żyją i jak dostosowują się do współczesności, oferując turystom swoje wyroby rękodzielnicze z drewna, metalu i plastiku. Każdy dzień był niezwykły i każdy przynosił nowe wiersze, powstające w trasie lub w zaciszu hotelowym. Wypracowałem sobie metodę odręcznego, szkicowego pisania, które staje się podstawą do ostatecznych opracowań domowych i wielu jeszcze poprawek, dostosowań i ulepszeń. Kenia właściwie wiele nie różniła się od moich młodzieńczych wyobrażeń o tym kraju, a jej gruntowe drogi były zapewne takie same, jak w czasach pierwszych eksploracji podróżniczych. Jak zwykle towarzyszył mi aparat fotograficzny i wiele zrobionych tam zdjęć znalazło się w tym tomie. Odwiedziliśmy autentyczną wioskę murzyńską i zaproszono mnie do chaty bardzo ubogiej kobiety, samotnie wychowującej dzieci po śmierci męża. Malaria zabrała tam wiele istnień, ale śmierć jest u tych ludzi tak częstym gościem, że stała się nieomal rodzajem tła dla codziennych zmagań z losem. Uświadomiłem to sobie, gdy zobaczyłem warsztat ulicznego wytwórcy trumien, uśmiechającego się promiennie i zapraszającego mnie do kupna jednej z nich. Z kolei wizyta w szkole podstawowej w Kissi ukazała mi ogromne bogactwo generacyjne tego kraju, a przed moimi oczyma pojawiły się dzieci tak różnorodne, jak kwiaty i owoce w dżungli, jak kolorowe ptaki, buszujące w gałęziach wielkich drzew. Oczarowała mnie ich radość i zaciekawienie, uważne przyglądanie się dziwnym przybyszom, studiowanie ubiorów, ruchów i gestów, w czym było coś z moich młodzieńczych fascynacji afrykańską egzotyką.

Druga podróż – u końca marca i na początku kwietnia 2019 roku, na kolejny festiwal literacki – ukazała mi inną Afrykę, bliższą cywilizacji europejskiej i amerykańskiej i rozwijającą się z wielkim impetem. Lot z Frankfurtu na południe ogromnego kontynentu wydawał mi się karkołomnym przedsięwzięciem, ale jak wszystkie moje eskapady tego rodzaju, przebiegał bez problemów i po kilkunastu godzinach znalazłem się w Johannesburgu, aż na Południowej Półkuli. Natychmiast zaskoczyło mnie ucywilizowanie tego kraju, jakże różniącego się od Kenii, co zapewne jest dziedzictwem afrykanerskim, ale przecież nowe społeczeństwo, ukształtowane przez walkę i myśl społeczną Nelsona Mandeli, także przyczyniło się do nieustającego rozwoju. Jadąc zatem wygodną limuzyną z lotniska do hotelu, zauważyłem wiele nowoczesnych wieżowców ze szkła i betonu, sporo ogromnych, zadbanych budynków użyteczności publicznej, a do tego wygodne szerokie drogi, estakady i zjazdy z nich. Kolejne dni przyniosły nowe obserwacje – w miasteczkach pod Johannesburgiem, w Pretorii, Nelspruit, a nawet w osławionym Soweto, które teraz pełne jest schludnych domków z cegieł i pustaków i jakże dalekie od największych afrykańskich slumsów w Nairobi. Podróżowanie po RPA było bardzo przyjemne i dostarczało wielu wrażeń widokowych, bo teren jest tam różnorodnie ukształtowany, rozległe równiny zmieniają się w wyżyny, a te łagodnie pną się ku zjawiskowym górom i samotnym skałom. Wszędzie też widać dzikie zwierzęta, których najwięcej zobaczyłem w Parku Krugera, na kolejnym safari, wszakże znacznie różniącym się od tego, jakie odbyłem w Kenii. Tutaj, wraz z innymi uczestnikami festiwalu literackiego,  podążałem asfaltowymi drogami wygodnym jeepem, a zwierzęta pojawiały się pomiędzy drzewami i krzewami, na brzegu rzeki lub pośród traw niewielkich bagnisk. Safari było zatem wygodniejsze, pozbawione brązowego kurzu, ale nie mogło równać się z tym, co zobaczyłem na płaskowyżu Masai Mara. Znacznie mniej było tutaj zwierząt, choć ich wtopienie w roślinność i większa płochliwość powodowały, że bezkrwawe łowy stawały się równie ekscytujące. I w tym kraju spotkałem wielu ciekawych ludzi, zarówno czarnych, jak i białych, z radością ściskających moją dłoń i patrzących mi w oczy z poczuciem wielkiej ludzkiej jedności. Może właśnie to spowodowało, że napisałem wiersz o czarnej skórze, która niczym nie różni się od białej, czerwonej i żółtej, a czasy apartheidu oceniłem w nim tak, jak na to zasłużyły. Nie obyło się też bez tonów smutnych, kiedy odwiedziłem dom Mandeli i słuchałem opowieści o Hectorze Petersonie, trzynastoletnim chłopcu, zastrzelonym w roku 1976, podczas powstania w Soweto. Ale zdecydowanie więcej było w tej wyprawie elementów pozytywnych, barwnych rozmów z czarnymi taksówkarzami, poetami i poetkami, osobami sprawującymi władzę i zajmującymi się biznesem. Niewątpliwie RPA jest afrykańskim lwem, który po okresie wyczekiwania, wyprężył się i skoczył do przodu z ogromną siłą. Moja druga afrykańska podróż zaowocowała nowymi wierszami, ale potrzebny był jeszcze łącznik czasowy i literacki, którym okazał się poemat filatelistyczny, będący powrotem do młodzieńczych pasji zbierackich i odpominaniem licznych serii i pojedynczych znaczków z krajów afrykańskich. Zbiór pt. Rzeźba z hebanu jest moim kolejnym zaskoczeniem autorskim i ogromną radością, bo spina w jednym tomie dzieciństwo, młodość i czas wchodzenia w lata ostatnie. To już ósma książka w ciągu poetyckich relacji podróżniczych, ale – tak jak pozostałe – zawierająca też sporo wierszy, które mogłyby się znaleźć w innych książkach i egzystować poza uporządkowaniem tematycznym. Choć to nieprawdopodobne, zbliżam się powoli do tego, co przepowiedział mi Jurek Szatkowski…

 

DARY LOSU

Dawne przedstawienie świątyni w Puri

Nasze życie staje się często elementem jakiegoś tajemnego kodu, trudnego do pojęcia i zaskakującego swoimi niezwykłymi rozwiązaniami. Tak stało się i teraz, gdy nagle stanąłem u wrót Zatoki Bengalskiej, na brzegu Oceanu Indyjskiego, w małym jak na warunki indyjskie mieście Puri. Chodząc brzegiem wielkiej przestrzeni błękitu, lazuru i szarości, siadając na piasku i wchodząc do wody, a potem kontemplując regularność przypływów i odpływów, wracałem myślą do moich świetlistych lat dziecinnych. Jako wrażliwy chłopiec, może jedenastoletni, może dwunastoletni, uczestniczyłem w komicznych walkach i przyjaznych spotkaniach ogromnej wspólnoty pokoleniowej. W chwilach pokoju i radosnego zawieszania dłoni na ramionach, w momentach uspokojenia i poczucia braterskiej więzi, oddawaliśmy się pasjom zbierackim. Najczęściej były to znaczki pocztowe, gromadzone w klaserach, kupowane u filatelisty lub w specjalnych pakietach, w kioskach „Ruchu”. Osiedle Błonie dopiero się budowało i nie mieliśmy jeszcze wtedy domów kultury, czytelni bibliotecznych ani klubów osiedlowych – w naturalny sposób gromadziliśmy się więc na klatkach schodowych i w piwnicach. Pamiętam wiele takich spotkań, kiedy to „handlowaliśmy” znaczkami, etykietami zapałczanymi, kolorowymi czasopismami, a także widokówkami. Na schodach siadaliśmy najczęściej we dwoje, ale w wąskich piwnicach potrafiliśmy się gnieździć w kilkoro, toczyć dysputy, podnosić ciężary, a nade wszystko wymieniać się zbiorami. To za sprawą nieżyjącego już dziś kolegi – Piotra Murawki – nie bez oporów zacząłem zbierać kolorowe widokówki. Jego brat pływał na statkach handlowych i stale przywoził karty pocztowe, które lśniły lakierem i uwodziły kolorami nie z tej ziemi. Szczególnie zapamiętałem serię z Republiki Południowej Afryki, prezentującą egzotyczne widoki okolic Kapsztadu i Kraju Przylądkowego oraz przedstawicieli ludu Zulusów. Pisząc koledze wypracowania z polskiego, czasem płacąc niewielkie sumy lub wymieniając się na fiński nóż lub koło do roweru, zgromadziłem sporo barwnych kartek, które z czasem zacząłem wymieniać na pakiety nowych przedstawień tego typu albo inne artefakty.

Pocztówka z dziecinnych zbiorów

Zapewne podczas jednej z takich sesji trafiła do moich rąk dziwna, czarno-biała kartka z indyjskiego Puri, przedstawiająca spore fale oceaniczne, jakichś Hindusów w szpiczastych czapkach na brzegu i jedną łódź w oddali, ślizgającą się po spienionych bałwanach. Prosta wizualność widokówki nie wzbudziła mojego zachwytu, ale obudziła ciekawość, która znakomicie lokowała się w obrębie ówczesnych szerokich zainteresowań geograficznych. Daleko jeszcze wtedy było do Internetu, więc wszelkie sprawdzanie, porównywanie, dociekanie faktów i lokalizacji, dokonywało się za sprawą encyklopedii, książek podróżniczych i atlasów geograficznych. Bez trudu jednak znalazłem stutysięczne miasto Puri, położone na brzegu Oceanu Indyjskiego, przy zachodnim krańcu Zatoki Bengalskiej.   Okazało się, że jest to znane miejsce kultu hinduistycznego, a to za sprawą znajdującej się tam Dźagannathy – świątyni Pana Świata (Dźagannath Mandir) i odbywającym się tam festiwalom wozów (Ratha Jatra).  Hindusi pielgrzymują tu od wieków by pokłonić się słynnym przedstawieniom Kryszny, jego brata i siostry, a nade wszystko zaznać błogosławieństwa na długie lata. Jako nastolatek interesowałem się przede wszystkim geografią Afryki, więc informacje o lokalnych indyjskich bogach, władcach i kultach nie wywarły na mnie wielkiego wrażenia. Odnotowałem w pamięci przechodzenie tego miejsca z rąk do rąk, okresy panowania najeźdźców z Afganistanu i Mogołów, a potem walki Hindusów o odzyskanie swoich świętych rewirów. Większe wrażenie robiło na mnie owo dynamiczne przedstawienie oceanu z czarno-białej pocztówki, tym bardziej, że mapy geograficzne wskazywało na to, iż Puri leży u wrót wielkiej głębi wodnej, dochodzącej do pięciu tysięcy metrów. Moja wyobraźnia natychmiast podsunęła obrazy monumentalnych skarp podwodnych, pełnych korali i wodorostów, pośród których roi się od barwnych ryb z rodziny wargaczowatych (Labridae), skrzydlic, barakud, delfinów, żółwi i krabów, rekinów, a także ośmiornic i gąbek, meduz i rozgwiazd.

Puri 2019

Mój tajemny życiowy kod odsłonił się zatem, gdy w lutym 2019 roku dotarłem do Puri i oszołomiony stanąłem na brzegu Oceanu Indyjskiego. Czarno-biała widokówka nagle ożyła, a choć pewnie dawno zmarli i zostali skremowani ludzie, którzy pojawili się na niej, to tak samo jak za ich czasów, w przepaściach dwudziestego wieku, szumiał ocean i fale monotonnie uderzały o brzeg. Tyle razy miało to się nie zdarzyć, w tylu sytuacjach mogłem stracić życie, podążyć innymi ścieżkami, które oddalałyby mnie od Puri, tyle mogło być innych wyborów. Jeszcze w trakcie podróży do Indii wszystko zawisło na włosku, gdy pojawiły się kłopoty z elektroniczną wizą i już kupiłem bilet powrotny z Frankfurtu do Warszawy. Na szczęście wszystko zmieniło się w jednej chwili, gdy wiza wreszcie dotarła do mnie i innymi liniami lotniczymi poszybowałem w kierunku Delhi, a potem Bhubaneswaru i Puri. Trzy dni spędzone nad jednym z najżywszych światowych ekosystemów, dały mi wiele radości, ale nade wszystko pobudziły do myślenia, kontemplacji wielkich dali i obserwacji zachowań ludzkich. Przemierzyłem wiele kilometrów brzegiem zatoki, znajdując na brzegu elementy specjalnie przygotowanych wyobrażeń bóstw, orzechy kokosowe, koraliki wotywne, muszle, zdechłe ryby i kraby, a także sporo jakże niebezpiecznych dla fauny podwodnej plastikowych śmieci, skłębionych pośród płacht zużytych plastikowych sieci rybackich. Podczas takich wędrówek najważniejsza była transgresja oceanu w mojej świadomości i jakby wypełnienie nim myśli, swobodne przenikanie rześkości i wilgoci do jaźni i nieustanne kołysanie się we mnie refleksji, powracanie do zdarzeń dzieciństwa, wieku dorosłego i nieuchronnie zainicjowanej starości. To było też obcowanie z ostatecznością słońca, odwiecznymi barwami pojawiającymi się pomiędzy horyzontem  i brzegiem, z szyfrem mgieł, oparów, chmur i szeptu, a czasem pokrzykiwania, spienionej kipieli. Jacy dziwni wydali mi się ludzie na brzegu, oddający cześć oceanowi, wrzucający do niego orzechy kokosowe i niewielkie wyobrażenia bóstw, a nade wszystko wierzący, że ta odwieczna, przeogromna przestrzeń spowoduje jakieś zmiany w ich życiu. Wędrując tak godzinami, przysiadłem wreszcie przy rybackich łodziach i w ich cieniu zacząłem zapisywać notatki, szkice wierszy, wracając myślami do czarno-białej pocztówki z mojego dzieciństwa, będącej tajemnicą i nieprzeczuwaną zapowiedzią niezwykłych darów losu i spełnienia najskrytszych pragnień.

NIEŚWIADOMOŚĆ

Podczas lektury Medytacji kartezjańskich Edmunda Husserla natknąłem się na taki oto fragment: Codzienne praktyczne życie jest życiem wiedzionym w naiwności: żyć w ten sposób znaczy, swym doświadczeniem, myśleniem, wartościowaniem być zanurzonym w zastanym przez nas świecie. (przeł. Andrzej Wajs, Warszawa 1982, s. 230) Choć wielkie dzieło niemieckiego filozofa jest wprowadzeniem do fenomenologii transcendentalnej i czytałem je w określonym celu poznawczym oraz pisarskim, to wskazanie naiwności  naszego życia w zastanym świecie zrodziło we mnie biograficzną refleksję z dzieciństwa. Było lato roku 1970 i miałem wtedy dwanaście lat, chodziłem do piątej klasy szkoły podstawowej, miałem swoje zainteresowania geograficzne, codziennie grałem w piłkę i jeździłem na rowerze, oddychałem  pełną piersią, a w oczach lśniło mi światło. Pewnego dnia mój ojciec zadecydował, że wraz z kolegą pójdzie nad bydgoski kanał i zabierze mnie, bym wykąpał się w nim. Jakże mnie to uszczęśliwiło i szedłem tam z dwoma mężczyznami z radością, przysłuchując się ich rozmowom. Tak, to była pełna nieświadomość i całkowita naiwność, podążanie ku zdarzeniu, które mogło mieć jakże tragiczny finał. Miejsce przy kanale wyglądało wtedy inaczej niż dzisiaj, miało swobodne, piaszczyste dojście do wody, która w latach siedemdziesiątych była czystsza, odnawiana przez Noteć i Brdę. Trasa wodna ciągle funkcjonowała i od czasu do czasu można było zobaczyć na niej płynące barki, pchacze i inne statki. Gdy dotarliśmy na miejsce, zastaliśmy tam sporo ludzi w wodzie i na brzegu, wiec szybko rozebrałem się i czekałem na pozwolenie wejścia do kanału. Ojciec usiadł wraz z kumplem w pewnym oddaleniu, pod drzewem sosnowym i wdał się z nim w rozmowę, od czasu do czasu popijając piwo. W końcu też pozwolił mi ruszyć do wody, przestrzegając jednocześnie, że mogę bawić się tylko na brzegu, tym bardziej, że nie umiałem jeszcze dobrze pływać. Natychmiast oddałem się wodnym igraszkom i czułem się wspaniale w towarzystwie innych dzieci, nurkujących i robiących wiele hałasu w kilku miejscach. Jeszcze spojrzałem na ojca w oddali i chciałem mu pomachać ręką, gdy nagle osunąłem się do głębszej wody, czując, że nie zdołam się z niej wydostać. W toni próbowałem z przerażeniem wołać tatę, ale tylko piłem wielkimi haustami wodę i bliski byłem utraty przytomności. Na szczęście mój rodzic zauważył co się stało i z wielkim pędem ruszył do kanału, z którego wydobył mnie natychmiast. Przerażenie od razu zamieniło się w euforię i kaszląc, wypluwając wodę, poczułem się jakbym urodził się po raz drugi. To było przerażające doświadczenie i dopiero straszliwy krzyk matki, której później zrelacjonowałem, co się stało, uświadomił mi grozę tej sytuacji. Choć zostałem uratowany przez ojca, dostał on solidną reprymendę, tym bardziej, że mama nie lubiła tego jego kolesia, który zawsze namawiał go do picia alkoholu. Chociaż wtedy nie było go sporo, to jednak mógł on spowodować obniżenie czujności i moje życie mogło się skończyć tego słonecznego, lipcowego dnia. Teraz, gdy o tym myślę i kontempluję moją ówczesną „nieświadomość”, widzę oczyma wyobraźni świeżo wykopany grób na cmentarzu na Jarach, otwartą trumnę i cały ten potworny ceremoniał pogrzebowy, w którym uczestniczyć by musieli moi bliscy. Będąc w 1999 roku w szwajcarskim Fryburgu i stając nad grobem Edmunda Husserla, nie przypuszczałem, że kiedyś lektura jego dzieła zawiedzie mnie ku przerażającemu wspomnieniu tonięcia w bydgoskim kanale. Wciąż mam w pamięci tamtą rozpacz i poczucie bezradności, gdy osuwałem się w głębinę, zieleń rozświetlonej wody i euforię wydostania się z matni na rękach ojca. Dzisiaj czasami przejeżdżam na rowerze obok miejsca mojej niedokonanej śmierci, zatrzymuję się na moście i patrzę na tę jakże inną dzisiaj toń. Kanał od dawna jest zamknięty, więc stojąca w nim woda pokryła się gęstą roślinnością, wzrosło też zamulenie i brzegi nabrały dzikości. Nie ma już śladu po piasku na brzegu i dzikim kąpielisku, a groźna chwila nieświadomego zagrożenia, zanurzona w zastanym świecie, utonęła w przeszłości, pośród tysięcy innych sekund, minut, godzin.

Grób Edmunda Husserla we Fryburgu Bryzgowijskim

60

Nowy Orlean

Ostatnie miesiące były dla mnie bardzo intensywne i śmiało mogę powiedzieć, że taki rok jeszcze mi się nie przytrafił. A przecież 23 kwietnia skończyłem sześćdziesiąt lat i nieodwołalnie skończyła się moja młodość, lata dojrzałe, wiek średni, a zacząłem wchodzić w coś, w co do końca nie mogę uwierzyć, czyli w „starość”. W moim przypadku to określenie jest trochę na wyrost, bo stale „jadę” na mojej żywiołowości sportowej, rozbudowaniu ciała na treningach kulturystyki, boksu, piłki nożnej i pływania. Był taki czas, że przewalałem delfinem moje ukochane jezioro w Chmielnikach, przebiegałem tygodniowo ponad sto kilometrów, jeździłem na dalekie wyprawy rowerowe, wspinałem się na skały, ćwiczyłem sporty walki. Może dlatego różnię się od wielu moich rówieśników, którzy mają teraz wygląd dziadków, są siwi jak gołąbki, zarośnięci niczym Aborygeni, chodzą z trudem i skarżą się nieustannie na zdrowie. To dziwne, bo wcale nie oszczędzałem się podczas rytuałów młodości, imprez z alkoholem, biegów do nikąd, szaleństw kolejnych dziesięcioleci. Wygląda na to, że mój wiek biologiczny bliski jest pięćdziesiątki, tym bardziej, że wciąż jeżdżę na rowerze, pływam i nade wszystko prowadzę aktywne życie intelektualne. No i właśnie w tym momencie dostałem od losu rok, który nieustannie mnie zadziwia, przynosząc coraz to bardziej ekscytujące wydarzenia, które warto tutaj odnotować. Nowe 365 dni zaczęło się od wydania mojej powieści pt. Aleja klonów, która w czerwcu przez niezależne Jury uznana została za najlepszą książkę prozatorską w Bydgoszczy. Zanim do tego doszło wybrałem się na wielką wyprawę do Stanów Zjednoczonych, byłem w Waszyngtonie, Nowym Orleanie, Los Angeles i Nowym Jorku, skąd przywiozłem wspaniałe materiały do pisanej książki wspomnieniowej pt. Amerykańskie chwile. Ileż tam było moich zamyśleń i zatrzymań nad rzeką Potomac, nad Missisipi i na głównej ulicy Nowego Orleanu, po której kursują zjawiskowe wielkie, czerwone tramwaje. W tym mieście też na chwilę stanęło mi serce, gdy na Bourbon Street słuchałem dynamicznego murzyńskiego zespołu, a potem płynąłem statkiem na wielkiej rzece, kontemplując oddalający się charakterystyczny most i wieżowce centrum. W Los Angeles obserwowałem niezwykłe ptaki, fotografowałem drzewa, owoce i kwiaty, a nade wszystko zatrzymałem się na plaży w Malibu, gdzie z wysokich skał wpatrywałem się w dale Oceanu Spokojnego. I jeszcze wędrówka w Nowym Jorku do miejsc, które zapamiętałem z poprzednich trzech wypraw na kontynent amerykański. Chwile nad brzegiem Hudson River, w Central Parku, w Chinatown, a także na Long Island, u mojego przyjaciela, amerykańskiego wydawcy – Stanleya H. Barkana.

Majowy wieczór w Szanghaju

Ledwo wróciłem z Ameryki, a już w ostatniej dekadzie maja szykowałem się do siódmego wyjazdu do Chin, gdzie odwiedziłem Szanghaj, Nankin i Xuzhou. I znowu były zatrzymania w pędzie, w obliczu wysokościowców Pudong, na futurystycznym moście nad odnogą Jangcy, przy grobach cesarskich dynastii Han. Była też ogromna intensywność działań literackich i artystycznych, przede wszystkim w Nankinie, gdzie po raz kolejny zbierałem materiały do szkicu o masakrze z grudnia 1937 i stycznia następnego roku. Po powrocie załatwiłem wszelkie formalności i zawarłem związek małżeński z moją wieloletnią partnerką – Anią (!!!). Były też kolejne „incydenty” wydawnicze, jakże zaskakujące i rozświetlające moje wnętrze, a więc pojawienie się wyborów wierszy w Macedonii, Serbii, Stanach Zjednoczonych i we Francji. Do tego dodać należy publikacje w polskich i zagranicznych periodykach oraz w kilku antologiach międzynarodowych, w tym w tak odległych krajach jak Chiny, Korea, Armenia. Nie zwalniałem tempa także w Polsce, gdzie opublikowałem dwa wybory wierszy zaprzyjaźnionych poetów – Jidiego Majii z Chin i Szoty Jataszwiliego z Gruzji, a także przygotowałem do druku i wydałem nowe książki kilku polskich autorów. Nie sposób tutaj wymienić wszelkich przejawów mojej aktywności literackiej, takich wydarzeń jak czytanie wierszy w Yale Club w Nowym Jorku, otwieranie wielkich paneli dyskusyjnych w Chinach, wygłaszanie referatów naukowych i krytycznoliterackich, jak stała praca recenzencka i opracowywanie nowych tekstów poetyckich, prozatorskich i eseistycznych, jak udział w polskich festiwalach pisarskich i spotkaniach autorskich. To w tymże roku musiało się we mnie pojawić przeświadczenie, że czas zatoczył krąg i trzeba się brać za uporządkowanie papierów, przygotowanie do druku nowych książek, a szczególnie tych niegdyś zainicjowanych i nie mogących doczekać się dalszego ciągu. To teraz będzie jeden z ważniejszych nurtów mojej działalności, bo przecież trzeba po sobie zostawić porządek, wydane tomy muszą stać na półkach w równych szeregach, a segregacja komputerowa daje możliwość przechowania ogromnego archiwum z czterdziestu lat, wielu ważnych listów, dokumentów, dedykacji, bo z setkami kilogramów papieru nie przejdę przez ucho igielne śmierci. Chciałbym wprowadzić jakiś ład w tym, co zrobiłem, zmniejszyć księgozbiór, opracować wykazy, rozległy biogram, a nade wszystko oczyścić przedpole do publikacji moich książek ostatnich i może najważniejszych. Tylko wiele zadań pozwoli dalej żyć i nie przejmować się wkroczeniem w czasy schyłkowe, tylko dynamika zdoła przeciwstawić się drapieżnej entropii.

Chmury nad bydgoskim lasem

Powyższe przemyślenia i refleksja nad rokiem 2018 pojawiły się we mnie podczas wyprawy rowerowej do pobliskich lasów, tuż przy bydgoskim lotnisku.  Często przemierzam tam drogi pośród drzew, ale tym razem zatrzymałem się przy jednym ze skrzyżowań, odstawiłem rower i stanąłem w miejscu, przyglądając się wielkiej tafli błękitu, pierzastym chmurom i poruszającym się lekko na wietrze gałązkom i listkom brzóz, olch, sosen. I oto nagle spłynęła na mnie niespotykana błogość i zacząłem rozmyślać o moim jubileuszu, o darach losu, o tym, co przeżyłem i co jeszcze jest przede mną. Postanowiłem stać tam co najmniej godzinę i zerkając na zegarek, wcale nie czułem powolności upływu czasu. Chmury lekko przesuwały się po niebie, gdzieś pod nimi pojawił się niewielki samolot, zmierzający szybko na zachód, świeciło słońce i wszystko zyskiwało niezwykłą połyskliwość. Odczułem ze wzruszeniem, że jest to wyjątkowa chwila uspokojenia, zatrzymania w pędzie, kontemplacji świata, w jego najpiękniejszym kształcie. Ten moment połączył się z innymi olśnieniami, daleko w świecie, nad polskim morzem, w Tatrach i w rodzinnym mieście. Oddychałem pełną piersią czystym powietrzem, przyglądałem się parze sójek, które przysiadły na młodej brzozie, tuż przy mnie, odprowadzałem wzrokiem niewielkie stado trznadli, przemierzające szeroką przestrzeń szkółki leśnej, wyodrębniałem odgłos uderzeń o drzewo dzioba dzięcioła i dalekie wołanie kukułki. Nagle moją uwagę przykuł niewielki chrząszcz, który przeleciał z brzękiem tuż przy mojej twarzy i usiadł na wystającej z ziemi pozostałości po grubej sośnie. Unosił lekko czerwony pancerz chitynowy i jakby przewietrzał przeźroczyste skrzydła, ostrzył czułki i kręcił niewielką głową. Pomyślałem, że niewiele różnię się od tego chwilowego bytu, który zatrzymał się w pędzie na kilkanaście sekund, a potem odleciał, niknąc w sinościach, ochrach i już mętniejących w sierpniu zieleniach. Stojąc na rozdrożu w lesie, patrząc na świat dookoła zamyślałem się nad wieloma szczęśliwymi zdarzeniami w moim życiu, narodzinami dzieci i wnuczki (w drodze kolejny on lub ona…), pięćdziesięcioma podróżami zagranicznymi, opublikowanymi książkami, a nade wszystko spotkaniami z dobrymi ludźmi, prostymi i wykształconymi, w Polsce i na świecie, w wielkich samolotach, hiperszybkich pociągach i na szlakach pieszych wędrówek. To ogromny kapitał, ale też i zachęta do dalszego działania, mierzenia się z wyzwaniami, pomysłami i planami.  Wsiadając z powrotem na rower byłem przekonany, że ta godzina leśnych medytacji nie była stracona, a uspokojenie, które się tam pojawiło rozleje się na moje następne lata. I niech tak się stanie…

 

LIBRARY OF CONGRESS

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (9)

f174b358a517ee8d7962b074106e256c

Tej lipcowej niedzieli wstałem wcześnie rano, umyłem się dokładnie, zjadłem na śniadanie talerz mleka z rozdrobnioną bułką, masłem i cukrem, a potem założyłem obcisłe dżinsy, białą, bawełnianą koszulkę z portretem Johna Lennona i stanąłem przy oknie by zlustrować pogodę. Wychodząc z domu narzuciłem jeszcze na siebie kurtkę Rifle, z której byłem dumny i nosiłem ją nawet wtedy, gdy było mi w niej za ciepło. Koło ósmej rano nie było jeszcze chłopaków na podwórku, ale zauważyłem, że nasz ranny ptaszek Norman siedzi na ławce, nieopodal swojej klatki schodowej. Słońce już solidnie przygrzewało i zapowiadał się wspaniały dzień, z błękitnym niebem i światłem; upalny jak w tropikach, o których czytałem wiele książek, marząc o podróżach, polowaniach i odkrywaniu w głuszy tajemniczych zakątków. Norman trzymał w prawej ręce ogromne radio tranzystorowe i lekko chwiał się do przodu w rytm jakiejś piosenki. Ruszyłem przed siebie i po dojściu do niego, bez słowa usiadłem na ławce i zacząłem wsłuchiwać się w niepokojące słowa dobiegające z głośników: She came to me one morning/ One lonely Sunday morning/ Her long hair flowing/ In the midwinter wind/ I know not how she found me/ For in darkness I was walking/ And destruction lay around me/ From a fight I could not win. Pieśń była niepokojąca, a wokalista, wspomagany przez gitary i perkusję rytmicznie dopowiadał kolejne treści, raz po raz przerywając je wokalizą aaaaaaa aaaaaaa aaaaaaa. Straszliwie cierpiałem w ostatnich tygodniach z powodu miłości, która nie mogła się spełnić i opowieść o dziewczynie, która przyszła do artysty pięknego, niedzielnego poranka, podnieciła we mnie uśpione żądze. Długie włosy mojej dziewczyny też pięknie powiewały na wietrze i przed oczyma wyobraźni zobaczyłem ją, jak nadchodzi naga z daleka, kusi i wabi mnie niczym złu duch. Słońce wspinało się po jasnych gładziach błękitu, ale w moim sercu była zima i zdawało mi się, że kroczę pośród ciemności, wszędzie widząc zniszczenie, rozdarte przez huragany drzewa, zburzone domy i leżące na ziemi płoty, ogromne wyrwy po pociskach i leje po bombach. Krajobraz jak ze zdjęć wojny w Wietnamie, które stale oglądałem w telewizji, w gazetach i magazynach. I było też we mnie przekonanie, że walka, którą toczę jest z góry przegrana i już niedługo polegnę w niej, a kumple – tacy jak Norman – zarzucą sobie mojego trupa na ramiona i poniosą w dal na cmentarz, do przygotowanego naprędce grobu.

1157

Uriah Heep

Norman ruszał się rytmicznie i jakby potwierdzał kiwaniem głowy, że to, o czym śpiewa wokalista jest prawdziwe i głębokie. To był czas mojego zachłyśnięcia językiem angielskim i proste słowa dekodowałem bez trudu, tym bardziej, że trafiały wprost do mojej duszy: She asked me name my foe then/ I said the need within some men/ To fight and kill their brothers/ Without thought of love or God/ And I begged her give me horses/ To trample down my enemies/ So eager was my passion/ To devour this waste of life. Tak, miałem wtedy wielkiego wroga i nienawidziłem zabijania, rozczulając się do łez nad zdjęciami nagich wietnamskich dzieci, biegnących z przerażeniem drogą pośród ryżowych pól. Mógłbym zatem powiedzieć jej, że moim największym nieprzyjacielem była ludzka nienawiść, której już tyle doświadczyłem, a jedynym ratunkiem mogło być wejście do świata baśni i legend, powieści Tolkiena i Carrolla, limeryków Leara. Choć moja dziewczyna doświadczała mnie straszliwie, czułem, że mogłaby dać mi cudowne rumaki, którymi stratowałbym wrogów świata i ludzkości. Głęboko wierzyłem, że mam do spełnienia wielką misję, a gdyby jeszcze ona ruszyła na złocistej klaczy tuż przy mnie, zawojowalibyśmy glob, przemierzyli ogromne przestrzenie i czuli swoją bliskość tak, jak nikt jeszcze nigdy jej nie czuł. Proste uderzenia w perkusję nadawały tajemny rytm mojemu pragnieniu i zostałem błyskawicznie wprowadzony do świata czystych uczuć i najpiękniejszej miłości, do krain bez śmierci i rozpadu. Gdzieś w dali zieleniły się wysokie wzgórza, a za nimi trwały we fiolecie i błękicie skaliste, ośnieżone szczyty, postrzępione turnie i iglice. Stałem przy niej i trzymałem rękę na jej drżącym ramieniu, a potem zbliżyłem usta do jej ust i długo, namiętnie ją całowałem z zamkniętymi oczyma, pieściłem dłonią powiewające włosy i czułem, że jesteśmy jednością, pełnią, świętą chwilą dwóch mężnych bytów, zlewających się w heroiczny kształt niezwyciężonego wojownika. Nieodparcie też zacząłem lekko ruszać głową jak Norman, potwierdzając, że pieśń jest prawdziwa, piękna i głęboka, dobrze oddająca to, co czułem. Jej niepokój też był dobry, bo odnosił wszystko do walk toczonych z moją dziewczyną, do jej rozbicia i smutku, nieustannego rozpamiętywania tego co było i marzenia o nowych, wspaniałych dniach – tak, ona chciała ze mną walczyć i natychmiast rezygnowała z boju, chciała stać przy mnie i wciąż ode mnie uciekała: But she wouldn’t think of battle that/ Reduces men to animals/ So easy to begin/ And yet impossible to end/ For she’s the mother of all men/ Who counselled me so wisely then/ I feared to walk alone again/ And asked if she would stay. To nas różniło – ja chciałem być nieustraszonym rycerzem, krwawo rozprawiającym się z wrogami, a ona była smutną hipiską, świętą pacyfistką, matką całej ludzkości. Choć nic nie mogła zrobić, roiła coś o walce, mówiła, że wojna zamienia ludzi w zwierzęta, kochała piękne stroje i przepych dawnych dam, ale ubierała się skromnie, narzucała na siebie dżinsową koszulę i wplatała krwawniki i maki w grube warkocze. Bolała jak rana, gojąca się na chwilę i wciąż rozszarpywana, szczególnie, gdy zapowiadała odejście, albo pojawienie się jakiegoś różowego księcia z długimi, tlenionymi włosami, na karym albo białym koniu.

Ken Hensley - wtedy i później

Ken Hensley – wtedy i później

Przyjaciel spojrzał do mnie i rzucił przez zęby między zwrotkami: Uriah Heep… Sprzysiężenie hipisów… Jego znajomość języka angielskiego była dość prymitywna, ograniczała się do kilku wyrazów i nie wiem skąd wziął to tłumaczenie nazwy zespołu? Byłem właśnie po emocjonalnej lekturze Davida Copperfielda Karola Dickensa i dobrze zapamiętałem szubrawca Uriasza Heepa, czarnego typa z kart tej powieści, więc uśmiechnąłem się tylko i nic nie powiedziałam, pamiętając jak wybuchowy potrafi być Norman. Książkę Dickensa dała mi moja dziewczyna, zaznaczając, że koniecznie muszę ją przeczytać, więc zabrałem się do lektury niezwłocznie, myśląc, że może znajdę w niej jakiś tajemny kod, który chciała mi przekazać. Ale wtedy opowieść angielskiego pisarza znudziła mnie solidnie, rozczarowała swoją rozwlekłością, a może najciekawszą kreacją wydała mi się postać Heepa, obłudnika, szumowiny nieustannie knującej intrygi, by zdobyć majątek pracodawcy, doktora Wickfielda, a potem po zdemaskowaniu i skazaniu, udającego wzorowego więźnia. Od razu chwyciłem dowcip chłopaków z zespołu utworzonego w 1969 roku, tym bardziej, że mieścił się on w obrębie hipisowskiego pure nonsensu, wcześniej pojawiającego się w piosenkach The Beatles, The Animals i takich pieśniarzy jak Janis Joplin, Jim Morrison, Jimi Hendrix. Uriah Heep bliżsi byli cukierkowatej refleksji Scotta McKenzie’ego (San Francisco. Be Sure to Wear Flowers in Your Hair) albo Alberta Hammonda (It Never Rains in Southern California), a z drugiej strony podążali w stronę hard rocka, progresywnie używając gitar i instrumentów klawiszowych, wplatając do tekstów postaci baśniowe, tworząc mitologię lustra, magii i snu. Ich liderem był wokalista David Byron, ale z powodu pijaństwa został usunięty z bandu, a jego miejsce zajął gitarzysta i klawiszowiec Ken Hensley i to on zaśpiewał i nagrał słynna balladę, której słuchaliśmy wtedy na ławce. Podążając od art rocka do heavy metalu, zespół wydał wiele płyt i zyskał sławę światową, choć niektórzy ironiści wytykali im śpiewne melodie, rozbudowane chóry i czasem zbyt proste, słabe teksty. W latach siedemdziesiątych XX wieku zaczynała się ich wielka popularność, do czego przyczyniły się takie pieśni jak Lady In Black. Norman nie rozumiał teksu, czasem tylko wyławiał jakieś słowa, ale podobała mu się melodia, mocny glos Hensleya, a nade wszystko rytm i powtarzalność kolejnych partii muzycznych. Łatwo można było się nauczyć tego i potem powtarzać fonetycznie, wzbudzając zachwyt chłopaków i dziewcząt. Ja jednak słuchałem uważnie i włosy stawały mi dęba na głowie, bo to była opowieść o mnie i o mojej pięknej pani: Oh lady lend your hand outright/ And let me rest here at your side/ Have faith and trust/ In peace she said/ And filled my heart with life/ There is no strength in numbers/ Have no such misconception/ But when you need me Be assured I won’t be far away. Często wtedy myślałem o samobójstwie i o tym by kiedyś spocząć w grobie przy niej, ale pamiętałem też o jej pragnieniu życia, o zapewnieniach o miłości, a potem o ucieczkach i zaprzeczeniach, o nieustannym lęku, jaki miałem w sercu z jej powodu. Chciałem by wyciągnęła ku mnie swą dłoń i trafiały do mnie jej hipisowskie narracje na temat pokoju, opowieści o życiu pośród innych ludzi, wspaniałych podróżach i wnikaniu do magicznego świata poezji, literatury fantasy i muzyki. Liczby dla niej nie miały znaczenia i wierzyłem, że z czasem się zmieni, zacznie kalkulować i nie będzie już taka rozchwiana, stale zmieniająca swoje podejście do mnie, raz obdarzająca mnie czułością, a innym razem uciekająca w ramiona innego chłopaka. Słuchając ballady Hensleya chciałem wierzyć, że będzie zawsze blisko mnie i gdy tylko ją zawołam, przybędzie jak cudowna wróżka, dotknie różdżką dłoni mej głowy i zniknie przygnębienie, poczucie przegrania i rozpacz.

uriahheep_022
Norman co jakiś czas spoglądał na mnie i jakby jeszcze mocniej kiwał głową, rytmicznie potwierdzał, że wszystko rozumie i jest to też jego historia. Teraz, gdy z bólem w sercu  patrzę na skończone życie, gdy staję nad grobem człowieka, który po latach sięgnął dna i został zgarnięty z ulicy jak śmieć, zastanawiam się czy nie było w tym jakiegoś przeczucia. Miał swoje nadzieje i wielkie miłości, ale nic mu się nie udało i w końcu nieczuły na jego krzywdy ojciec, wygnał go z domu i skazał na pustą egzystencję istoty bezdomnej. I nie przyszła do niego mistyczna kobieta, by mu pomóc, wydobyć z dna na powierzchnię życia – przyszła tylko starucha w czerni i zamachnęła się bezlitośnie kosą, kończąc jego ziemskie męki. Ostatnia zwrotka Lady In Black była dla mnie bolesna i słuchałem jej z narastającym przerażeniem: Thus having spoke she turned away/ And though I found no words to say/ I stood and watched until I Saw/ Her black coat disappear/ My labour is no easier/ But now I know I’m not alone/ I find new heart each time/ I think upon that windy day/ And if one day she comes to you/ Drink deeply from her words so wise/ Take courage from her/ As your prize/ And say hello from me. Tak, to była zapowiedź odejścia miłości, wielkiego przerażenia i zamilknięcia, to było potwierdzenie nieuchronnego rozstania z nią, znikającego w dali czarnego płaszcza. A zapewnienia Hensleya, że stanie się ona matką dla każdego, czułą kochanką tych, którzy tęsknią za prawdziwą miłością, nauczycielką życia i ostatnią szansą, tylko podsycały we mnie płomień beznadziei i rozpaczy. Pieśń jeszcze brzmiała, gdy zerwałem się z ławki, odprowadzany przez zdziwione spojrzenie Normana, a powtarzane monotonnie aaaaaaa aaaaaaa aaaaaaa, było jak memento naszego spotkania, tego niedzielnego, w pełnym słońcu i tego październikowego, gdy jego brudne, wychudzone ciało wsuwano do czarnego worka, by zawieść je na cmentarz i pochować w ciszy, bez rodziny, bez kumpli i bez pieśni, których słuchał. Zostawiłem go i biegłem jakiś czas przed siebie, nie zauważyłem też, że znalazłem się na cmentarzu, pośród nagrobków z granitu i marmuru. Przede mną była rzeźba anioła ze zniszczoną twarzą, bez wyrazu, bez ludzkich cech, jakby celowo okaleczona by wyrażała upadek tego, co w ziemskim świecie budujemy, destrukcję ludzkich kształtów, nie do ocalenia. Po jakimś czasie między skrzydłami anioła usiadła młoda sójka i zaczęła przyglądać mi się ciekawie, przeskakiwała na głowę, potem zatrzymywała się na złożonych do modlitwy dłoniach, by wznieść się na chwilę w powietrze i wrócić z powrotem ku anielskim skrzydłom. Tylko młode ptaki są takie nieostrożne i tylko ludzka młodość bywa tak dramatyczna, pełna nieoczekiwanych zwrotów sytuacji, stale pojawiających się zagrożeń i niepotrzebnych walk. Wyciągnąłem prawą dłoń i ptak po chwilowym wahaniu usiadł na niej przekręcając głowę w prawo i lewo, prezentując swoje kruche piękno, niczym baletnica na scenie. Powoli wydobyłem z kieszeni orzeszek, zbliżyłem do dzióbka i uśmiechnąłem się lekko do odważnego towarzysza. Chwycił fistaszka i z radosnym skrzekiem odleciał ku najbliższym drzewom morwowym, a ja westchnąłem głęboko, wstałem z ławki i nagle zgłodniały, przybity i jakże samotny, powoli ruszyłem do domu.

DOMYKANIE KRĘGÓW

l-001Droga może być sposobem życia i wielką inspiracją, nieustającym pędem i spokojnym podążaniem w dal. Od dawien dawna ludzie zmieniali swoje życie ruszając do przodu, przemieszczając się wozami, coraz wymyślniejszymi środkami komunikacji, albo po prostu wędrując pieszo, pokonując wielkie przestrzenie i odkrywając nowe widoki. Ludzkość nie osiągnęłaby tak wiele, gdyby od samego początku nie odczuła potrzeby zmiany otoczenia, zdobycia innej przestrzeni życiowej. To ruch generował postęp i wzmacniał poczucie wartości każdej chwili, każdego kroku stawianego w nieznane. Bez tego nie byłoby wielkich odkryć geograficznych, nowych szlaków i wielkich miast, a człowiek nie rozwinąłby się tak dynamicznie, podążając szybko od obsydianowej siekiery do promu kosmicznego. Jeśli wyabstrahujemy ludzką świadomość, rozwijającą się poprzez wieki, odkryjemy, że była zawsze siłą dynamiczną, rozprzestrzeniającą się w czasie i przestrzeni, dążącą do przekształceń i modyfikacji. Szybko też okazało się, że podróżowanie jest przyjemne, a nawet może stać się celem życia, dyrektywą rozwoju, nieustannego zdobywania wiedzy i poszerzania horyzontów myślowych. W poezji, szlak i wędrowiec, zajmują poczesne miejsce, czy to jako cząstka wiesza, czy jako relacja z odbytych wypraw, albo – jak w przypadku Herberta, Brodskiego, Tranströmera – jako rodzaj filozofii artystycznej, połączenia życia z elementami rzeczywistości odległej, wytęsknionej i dotykanej realnie. Refleksja nad podróżą przenosi tego typu aktywność na wyższy poziom jej rozumienia i może stać się celem finalnym, destynacją ostateczną, zamkniętą w ramy eseju, powieści, opowiadania albo wiersza.

W poezji Adama Lewandowskiego droga pojawia się wielokrotnie, ale też powiązana jest z integralnymi cząstkami imaginatywnymi,  z obrazami i pojęciami podstawowymi dla egzystencji.  Idąc skrajem życia poeta bacznie przygląda się ludziom i ich otoczeniu, szuka znaków obecności i analizuje sytuacje ekstremalne – szuka choćby milimetra prawdy, pragnie osiągnąć stan harmonii z otoczeniem. Nie jest to łatwe, bo wiersz podróżny ma w sobie immanentny gen ruchu, zakładanej destabilizacji, wymuszanej zmiany, wiary w nową odsłonę, za którą pojawią się ekscytujące obrazy i nowe zdarzenia nadadzą sens kolejnym dniom. To nie są wiersze proste, raczej wystudiowane, filozofujące, szukające zasady, odnajdujące się w regule, nieustannie ewoluujące. Jakby poeta zatrzymywał się w pędzie, rozglądał się dookoła i analizował to co było, co jest i co może się wydarzyć. Przecież nie można pisać w pędzie, a choć zdarzają się poetyckie notatki na szlaku, to i tak końcowa redakcja wiersza odbywa się w samotności, ostateczna edycja wymusza zatrzymanie i głęboką zadumę. Ale to daje też możliwość wkomponowania do tomu elementów refleksyjnych, zamyśleń nad muzyką współczesną, nad Johnem Nashem, poezją Herberta czy książką historyczną. Prowadząc niezwykle aktywne życie, musi Lewandowski znaleźć takie chwile, kiedy się wyciszy, zamyśli nad sobą i nad drogą, którą podąża – znajdzie balans pomiędzy ruchem i statyką. Kolejne tomy tego autora są świadectwem odnoszonych zwycięstw, a wiersze stają się stopniami w drodze ku wyżynom myśli i doświadczenia. Poeta jednak wie, że tylko z perspektywy śmierci widać jak kruche jest istnienie i dopiero zamknięcie rozdziału egzystencji daje wyobrażenie o tym, czego dokonał człowiek. Ostatnie chwile stają się też ostatnimi etapami w życiowej drodze i domknięciem wielu mniejszych i jednego wielkiego kręgu egzystencji.

Lewandowski tworzy też w swoich wierszach atmosferę ciepła i intymności, pragnie wskazać, że tylko bliskość daje poczucie spełnienia, tylko subtelny dotyk może złagodzić ból przemijania. Miłość jest dla niego energią pierwotną, która też jest rodzajem drogi i nieustannego odkrywania nowych przestrzeni, cudownych zakątków i uroczysk. Zaklina zatem: Przytul się do mnie/ bym uwierzył że istniejesz/ w dobroci dnia i nocy/ które nigdy nie miną – tak też potwierdza, że uczucia mogą przeciwstawić się rozpadowi, mogą generować dobroć i rozprzestrzeniać ją w czasie. Nic nie jest nam dane na zawsze, ale liryka potrafi uwznioślić i ocalić to, co zwykle popada w zapomnienie, co znika równie szybko jak smuga na niebie, jak krąg na wodzie. I zadaniem poety jest tworzenie wierszy ocalających, liryków układających się w ciąg znaczący dla jednego losu, które jednak mogą też stać się paradygmatem dla innych istnień. Ruszając w drogę poeta zabiera ze sobą nadwrażliwość i stara się obdarzać nią przestrzenie, które mija, próbuje nie zagubić jej na którymś zakręcie. To wielki dar, który otrzymał od życia i wielkie nieszczęście – chwila pierwsza i ostatnia, początek i koniec szlaku. Tutaj pojawia się formuła wolności w zamknięciu, a zarazem uwięzienia w niezależności (Wolny a zamknięty), tutaj wszystko zyskuje wymiar antytetyczny, popychający egzystencję do przodu i nieustannie przypominający, że istnienie jest chwilowe, egzystencja krucha, czas ściśle określony. Warto czytać nowe wiersze Adama Lewandowskiego, bo jest w nich sporo niezwykle intrygujących zakamarków, wiele ścieżek i dróg, nagle ginących w mroku, a zarazem nagle wynoszących byt na wielkie jasne równiny. To jest poezja wymagająca od czytelnika określonego formatu intelektualnego, wiedzy nieomal filozoficznej, a zarazem przeistaczająca się w ulotną lirykę miłosną, którą najpełniej zrozumie zakochana kobieta, tęskniąca i cierpiąca tak jak poeta. Warto więc zatrzymywać się dłużej przy najbardziej udanych wierszach, warto podążać we wskazanym przez autora kierunku i warto zamyślić się nad światem, nad sobą i nad siecią rozgałęziających się dróg i stale domykanych kręgów.

DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (5)

88c63de98070da1646c45cf26009e0e4

7 stycznia 1982 roku

„Żołnierz Wolności” zaapelował do tzw. patriotów, by pokierowali Solidarnością.  Korespondenci pism zagranicznych wystąpili z apelem o zniesienie cenzury. Według zachodnich finansistów rezerwy walutowe Polski wynoszą obecnie tylko 200 milionów dolarów. Brytyjczycy, którzy wrócili z Polski mówią, że w kraju panuje spokój, ale pod pomnikiem poległych stoczniowców czuć stale gaz łzawiący i leży tam wiele pustych pojemników po nim. Do Londynu dotarł biuletyn Solidarności nr 7 z dnia 30 grudnia 1981 roku, w którym czytamy: W wielu zakładach pracy wydaje się nielegalne biuletyny. 17 grudnia w Gdańsku demonstrowało 100 tys. ludzi, spalono milicyjną Nysę, zbudowano barykadę i zdjęcia z tych wydarzeń pokazała telewizja brytyjska. Na teren stoczni wdarły się specjalne oddziały ZOMO. Bujak wystosował apel o pomoc dla ukrywających się członków Solidarności. Na byłej siedzibie niezależnego związku zawodowego w Lublinie umieszczono tablicę z napisem WRZZ. Władze przegrodziły zasiekami Stocznię im. Lenina i zakłady w Ursusie. Osoby internowane w Białołęce wystąpiły z protestem przeciwko traktowaniu ich jak zwykłych przestępców kryminalnych.

Nie mam żadnych wieści od Aliny i powoli przyzwyczajam się do tego, że ją straciłem. Starałem się być dla niej jak najlepszy, spełniać wszystkie jej zachcianki, znosić okresy smutku i depresji, ale widać to było za mało. Znowu dzwonił Musiał i powiedział, że ten jego przyjaciel Piotr przeczytał w zachwycie moich Samobójców spod wielkiego wozu i bardzo chce mnie poznać.

8 stycznia 1982

Prymas Polski wezwał Jaruzelskiego do wstrzymania usuwania z pracy członków Solidarności, a także o przywrócenie do pracy tych, którzy wcześniej zostali usunięci. Wezwał też do wycofania okólnika, na mocy którego zwalnia się z roboty urzędników rządowych, członków Solidarności. W jednym z kazań potępił też zmuszanie ludzi do podpisywania list uległości. Jan Paweł II przekazał osiemdziesiąt tysięcy dolarów jako pomoc dla Polski. Inne kraje też przygotowują duże sumy dla naszego kraju i podobno rząd Jugosławii wyasygnował 10 mln dolarów. Francuscy i niemieccy biskupi ogłosili akt solidarności z narodem polskim. Według reżimowego radia i telewizji, obecnie w Polsce internowano 5000 ludzi, a ostatnio skazano na więzienie 1200 oskarżonych o sianie zamętu.

Dowcip z BBC: Polska jest jak USA, w obu krajach niczego nie można kupić za złotówkę. Na skutek pogorszenia się warunków życia w Białołęce trwają trzydniowe głodówki wyznaczonych grup internowanych. Barcikowski obwieścił w Warszawie, że niebawem odbędzie się kolejne plenum partii komunistycznej.

Członkowie Solidarności, którzy uniknęli uwięzienia wydali komunikat, który stwierdza, że nikt ze związku nie został upoważniony do rozmów z rządem. Powoli zaczynają wychodzić na światło dzienne fakty na temat tego, co stało się w Polsce po wprowadzeniu stanu wojennego. Ktoś z rządu ujawnił w prywatnej rozmowie, że w kopalni „Manifest Lipcowy” podczas akcji porządkowej  ranne zostały 43 osoby.

9 stycznia 1982 roku     

W Warszawie odbyło się spotkanie Prymasa Polski arcybiskupa Józefa Glempa z Jaruzelskim. Zniesiono cenzurę nałożoną na doniesienia zagranicznych korespondentów. Grupa intelektualistów polskich wystosowała do władz apel-protest. Pośród nich Wanda Wiłkomirska, była żona Rakowskiego, a także Zofia Kuratowska (lekarka), Marian Brandys, Stefan Kieniewicz, Daniel Olbrychski, Stanisław Broniewski (były dowódca szarych szeregów), Józef Rybicki (AK), ks. Jan Zieja (Naczelny kapelan Szarych Szeregów). Grupa członków Solidarności, przebywająca na Zachodzie zaproponowała zorganizowanie dnia ”Solidarności z Solidarnością”. Od jutra LOT wznawia loty do Europy Zachodniej, przywraca się też łączność w całym kraju. W Gdańsku pozbawiono Tadeusza Fiszbacha funkcji I sekretarza PZPR, a w Katowicach odebrano władzę Andrzejowi Żabińskiemu.

Przeczytałem powieść Williama Goldinga pt. Władca much i zanotowałem kilka zdań do planowanej recenzji: Jeśli dobrze się przyjrzeć, w postaci głównego bohatera powieści, Jacka Merridewa, odkryć można symptomy patologicznego zauroczenia posiadaną władzą i pewne elementy nazizmu. To właśnie jego – jako zapewne najbardziej wrażliwego – powieściowe zło wykorzystuje do swoich celów. To on zostaje oczarowany ideą konchy, ideą absolutnej władzy nad pozostałymi chłopcami, to jego nienawiść do Ralfa rodzi konflikt, który doprowadzi do skłócenia wszystkich chłopców i do tragedii opłaconej śmiercią dwóch maluchów. Oficer marynarki, który wychodzi na ląd tej, płonącej już wyspy, nie potrafi ukryć swojego zdziwienia i przerażenia; oto stoi przed nim, z zaostrzonym kijkiem w ręku, mały chłopczyk – Ralf, a w jego oczach błyszczy nienawiść i na całym ciele widać ślady krwi. W oddali pojawia się grupka jego kolegów, podobnie jak i on uzbrojonych w ostre kije, pomalowanych niczym wojownicy indiańscy podczas wojny. Ale oprócz zwykłej ludzkiej nienawiści, w powieści Goldinga dostrzec można jeszcze inne odmiany, przerażające zła. Władcę much” lokować należy w innym wymiarze, bo jest to metafizyczny obraz człowieka, w którym wciąż żywe są zwierzęce instynkty, człowieka będącego więźniem okrucieństwa, człowieka, w którym okrucieństwo budzi się przy każdym, nawet najbłahszym przywołaniu czy przypomnieniu władcy much. Ten angielski pisarz, z barwną przeszłością wojskową, powinien dostać Nagrodę Nobla za tę niezwykłą powieść.

10 stycznia 1982 roku

Wczorajsze spotkanie prymasa z szefem WRON-y nie przyniosło żadnych rezultatów, a Ojciec Święty zarzucił władzom, że łamią podstawowe prawa człowieka. Pogwałcenie sumienia człowieka jest równoważne ze zranieniem fizycznym i w pewnym sensie jest gorsze od pozbawienia życia. Apel prymasa o zniesienie stanu wojennego trafił w próżnię. Czyrek przybył do Moskwy.

Wisła wystąpiła z brzegów i duża część ziem na zachód od Warszawy została zalana. Muszę pojechać autobusem do Fordonu i sprawdzić jak to wygląda pod Bydgoszczą. Wielokrotnie wędrowałem tam między krzewami i drogami zawsze podmokłych lasów.

4b22049796d62_o,size,933x0,q,70,h,d10ee1

11 stycznia 1982 roku  

Dzisiaj realnie zobaczyłem czym jest stan wojenny. Byłem u Oszubskiego na Bronikowskiego i wychodząc od niego zobaczyłem dwóch milicjantów taszczących bezwładne ciało człowieka do zomowskiej suki (numer rejestracji: MOA 06-60). Ciągnęli go z jednego domu za ręce jak trupa, a potem wrzucili do samochodu jak wór kartofli. Zatrzasnęli drzwi przesuwane i szybko odjechali.

12 stycznia 1982

Władze PRL-u dały do zrozumienia, że biorą pod uwagę bliskie zakończenie stanu wojennego. Rakowski: Niektórych internowanych trzeba będzie zatrzymać dłużej… Czyrek: Stan wojenny zostanie zakończony, gdy tylko sytuacja na to pozwoli. Przewodniczący Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej – J. Urbański: Powinniśmy przeprowadzić czystki w PZPR i w związkach zawodowych. W Województwie Katowickim skrócono godzinę milicyjną, a papież Jan Paweł II przyjął Szablewskiego – wysłannika rządu PRL, który prawdopodobnie wręczył mu list od Jaruzelskiego. W Genewie wznowiono rozmowy rozbrojeniowe pomiędzy USA i ZSRR. Beton partyjny Olszowski: spośród 7000 dziennikarzy tylko 1500 będzie nadal wykonywało swoją pracę. Prawdopodobnie Glemp uzyskał od Jaruzelskiego obietnicę szybkiego uwolnienia Wałęsy.

13 stycznia 1982 roku

Związek Sowiecki odpowiedział obszernie na ostrzeżenie państw NATO, że możliwe jest wprowadzenie sankcji przeciw ZSRR i PRL. Rosjanie oświadczyli, że jest to mieszanie się w wewnętrzne sprawy Polski pod naciskiem USA. W Paryżu odbywają się rozmowy pomiędzy Mitterrandem i Schmidtem, dotyczące sytuacji kryzysowej w Polsce.

14 stycznia 1982 roku

Zachodnioniemiecki Bundestag zatwierdził projekt rezolucji w sprawie Polski, popierający uchwałę państw NATO. Solidarność nadal wydaje biuletyny i ulotki, które są kolportowane nielegalnie w wielu środowiskach. W Nowym Sączy skazano działacza Solidarności za zorganizowanie strajku, w którym udział wzięło dwa tysiące ludzi.

Rakowski złożył niezapowiedzianą wizytę w Bukareszcie. Schmidt: Sytuacja w Polsce się poprawiła, ale nie ma oznak, że władze wojskowe będą reformować system. Zdzisław Rozwalak z wielkopolskiej Solidarności oświadczył, że zmuszano go do podpisania oświadczenia uległości. Ukazał się pierwszy numer nowego dziennika – „Rzeczpospolita”.

15.12.1981 GDANSK , STOCZNIA GDANSKA . NOC Z 15 NA 16 GRUDNIA W STOCZNI GDANSKIEJ . ZOMO BLOKUJE ULICE PROWADZACA DO BRAMY STOCZNI OD STRONY ULICY WALOWEJ . FOT. LESZEK BIERNACKI Noc z 15 na 16 grudnia w Stoczni Gdañskiej. ZOMO blokujê ulicê prowadz¹c¹ do bramy stoczni od str. ulicy Wa³owej.

15 stycznia 1982 roku

Za dziesięć dni ma się zebrać sejm, który ma uchwalić zakaz strajków i ograniczenie możliwości zebrań publicznych. Kanclerz Austrii Bruno Kreisky zakwestionował dobrą jakość rad, które Kościół dawał Solidarności, a kardynał Franz König uznał to za kolosalną pomyłkę.

Przeczytałem słynną książkę Orwella pt. 1984 i zanotowałem nieco refleksji: Przerażające w wizji Orwella jest to, że ów wyimaginowany świat, na pozór przerysowany i wynaturzony, znalazł niestety swoje realne odzwierciedlenie. Orwell – policjant imperialny w Indiach – zapewne doskonale zdawał sobie sprawę z możliwości sprawdzenia się tej wymyślonej apokalipsy. I wcale nie pomylił się jeśli chodzi o periodyzację – starczy wspomnieć krwawe łaźnie niegdysiejszego słuchacza wykładów Sartre’a – Pol Pota w Kambodży, wystarczy przypomnieć wieloletnie represje stalinowskie, tułaczkę tysięcy ludzi w łagrach i gułagach, starczy przypomnieć co działo się na Placu Niebiańskiego Spokoju w 1989 roku, w Chinach, a wreszcie starczy przywołać obrazy z Ameryki Południowej (Chile, Salvador, Nikaragua) z Azji (Afganistan, Indie Sri Lanca) i wszystkich tych miejsc, gdzie wynaturzona idea przyoblekła się we włosiennicę krwi, potu i łez, jak choćby w RPA, na Wyżynie Irańskiej i w Pakistanie. Orwell stworzył wizję, która wyprzedziła historię, a zarazem obnażyła jej mechanizmy. Jakże prawdziwy jest ów szafarz ludzkich istnień, wielki zegarmistrz układu – O’Brien. To właśnie jego metody prowadzą do przekształceń, czy zwyrodnień świadomości Winstona. To właśnie pod wpływem jego wywodów główny bohater powoli zaczyna akceptować i… kochać Wielkiego Brata, Partię i jej metody. Jego wykład o totalitaryzmie brzmi tak prawdziwie i przekonująco, że Winston najpierw na chwilę, a potem na zawsze… zapomina, że w gruncie rzeczy inkwizytor opowiada o sobie samym i o swoich towarzyszach. Winston słucha: w dwudziestym wieku pojawili się zwolennicy totalitaryzmu: hitlerowcy w Niemczech i komuniści w Rosji. Rosjanie tępili herezję znacznie okrutniej niż inkwizycja. Wydawało im się, że nauczyli się czegoś od przeszłości; w każdym razie wiedzieli, że nie należy przysparzać męczenników. Zanim wystawiali swoje ofiary na pokaz podczas publicznych procesów, najpierw świadomie niszczyli ich godność. Poprzez tortury i izolację przemieniali tych ludzi w obrzydliwe, kulące się ze strachu wraki, gotowe zeznać wszystko, co im kazano, lżyć się, oskarżać wzajemnie i skamleć o litość. A jednak po kilku latach historia się powtórzyła. Główny bohater powieści słucha, a przyoblekając słowa inkwizytora w wyobraźni w kształt – zapomina, że przecież jego także kazał on bić, kazał rzucać na kolana i kopać; że sam dręczył go wymyślnymi urządzeniami do torturowania. Pozwalając Winstonowi myśleć, O’Brien powoli, ale sukcesywnie, przekształca jego świadomość, a bunt kieruje ku samemu sobie. To prawdziwy mistrz kamuflażu, a zarazem morderca najwyższej próby. Czytając o nim nieodmiennie przychodzi na myśl wysoki urzędnik NKWD, który kierował likwidacją obozów polskich oficerów zamordowanych w Katyniu. Ta sama elegancja, nienaganne maniery, dyskutowanie z więźniem i odciskanie w jego świadomości piętna, poczucia winy i przegranej, w obliczu tak dystyngowanych i inteligentnych przeciwników. Winston nie widzi możliwości prowadzenia walki z tak silną Partią, mającą w swoich szeregach tego rodzaju członków i „intelektualistów”. Poddaje się – sprzedaje przeszłe życie, swój bunt, miłość i własną podmiotowość – w zamian wychodzi na wolność, pije alkohol, czuje się bezkarny i… z utęsknieniem czeka na zbawienne rozstrzelanie, które stanowić będzie jakby akt krwawego pojednania z wieczną i niezwyciężoną Partią. Postać O’Briena jest doprawdy intrygująca i nawet Czesław Miłosz w swoim zbiorze wierszy i notatek na kanwie ważkich lektur pt. Nieobjęta ziemia zatrzymuje się na chwilę nad swoistą filozofią inkwizytora. Powieść Orwella jest jeszcze jednym wykładem na temat rewolucji i rewolucjonistów. Angielski pisarz przygląda się takim wydarzeniom u samego ich zarania i dochodzi do smutnego wniosku, wypowiedzianego ustami O’Briena: Nie wprowadza się dyktatury po to, by chronić rewolucję; wznieca się rewolucję w celu narzucenia dyktatury. Celem prześladowań są prześladowania. Celem tortur są tortury. Celem władzy jest władza. Orwell wskazuje, że nie może jeden człowiek czy grupa ludzi narzucać swojego punktu widzenia, pojmowania rzeczywistości i egzystencji, innym ludziom. Nie wolno budować systemów władzy opartych na krzywdzie jednostek i grup społecznych. Jedynie współistnienie i rozwój, w oparciu o zdobycze demokracji, umożliwia prawdziwy, niczym nieskrępowany postęp. Przegrana buntownika Winstona Smitha jest jakby smutnym memento – przypomnieniem, że totalitaryzm potrafi skruszyć nawet najtwardsze kamienie, a koła miażdżące, raz puszczone w ruch, trudno zatrzymać…

 16 stycznia 1982

 Papież Jan Paweł II powiedział, że sytuacja w Polsce pogarsza się, a ludzi zmusza się do uległości. Potępił występowanie stref wpływów w Europie, bo wszystkie narody mają prawo do decydowania o swojej przyszłości. Z kolei Urban zaprzeczył, że stan wojenny zostanie wkrótce zniesiony.

17 stycznia 1982

Prymas Polski Arcybiskup Józef Glemp ponownie w ostry sposób skrytykował władze wojskowe. Powiedział między innymi: W kraju szerzy się wrogie nastawienie do rządu. Trwają aresztowania, robotników zmusza się do podpisywania oświadczeń o zaniechaniu działalności politycznej i podległości. Nie można ciągle zastraszać społeczeństwa. Prymas zaapelował o stworzenie warunków do kontynuowania dialogu. Ambasador Polski w Londynie stwierdził, że otrzymał wiadomość o szybkim zwolnieniu Lecha Wałęsy, ale zaprzeczył temu Górnicki – adiutant Jaruzelskiego. Członkowie Solidarności na Zachodzie zaapelowali o bojkot eksportu żywności z Polski. Junta: Jurczyk stanie przed sądem.

18 stycznia 1982 roku

Władze PRL-u zaprzeczyły, że stan wojenny zostanie szybko zakończony, a Wałęsa nie zostanie zwolniony. Rakowski: Zbyt wcześnie jest jeszcze, by mówić o zniesieniu stanu wojennego. Podczas wizyty w Liege Jurija Breżniewa (syna przywódcy ZSRR), pięćdziesiąt osób pochodzenia polskiego zorganizowało demonstrację, obrzucając go jajkami i powiewając transparentami Solidarności.

19 stycznia 1982 roku

Prezydent Reagan oświadczył, że Ameryka nie zamierza odkładać w nieskończoność oczekiwań nas poprawę życia w naszym kraju. Sytuacja w Polsce – powiedział – w dalszym ciągu się pogarsza. Przetrzymuje się ludzi w więzieniach, Nie ma kontaktów rządu z wolnymi związkami zawodowymi. Stwierdził też, że otrzymał długi list od Jana Pawła II, który w pełni popiera jego dotychczasowe posunięcia.

Do Wolnej Europy dotarły wiadomości, iż jeden z przywódców Solidarności został zabrany z obozu internowanych na luksusowy obiad do ministra Cioska, a kiedy odmówił współpracy z władzami, jeszcze przed podaniem posiłku, zabrano go z powrotem za druty. Zbigniew Bujak w wywiadzie dla „New York Timesa” powiedział, że Solidarność mogła uniknąć konfrontacji 13 grudnia 1981 jedynie schodząc z drogi reform i zdradzając interesy robotników. Stwierdził też, że przewiduje długą, podziemną walkę z władzą, przeciwny jest jednak zamieszkom, choć ich nie wyklucza.

20 stycznia 1982 roku

Podczas audiencji generalnej w Rzymie papież Jan Paweł II powierzył Polskę opiece Matki Boskiej Częstochowskiej. Zaproponował też nielicznej garstce Polaków modlitwę własnego autorstwa.

Rolnicy zostali zmuszeni do przymusowego dostarczania zboża państwu – za każde zakupione 12 kilogramów ziarna siewnego, rolnik musi dostarczyć 10 kilogramów zboża.

Prezydent Reagan ogłosił 30 stycznia dniem solidarności z Solidarnością.Z początkiem lutego nastąpi podwyżka cen żywności od 200 do 400%. Rakowski znowu potwierdził, że stan wojenny będzie utrzymany, dopóki robotnicy nie przyzwyczają się do zaproponowanych cen.

Wczoraj w Warszawie miało miejsce posiedzenie Episkopatu Polski i biskupi wystosowali specjalne pismo do Jaruzelskiego. Wzrasta też ich oburzenie w stosunku do junty. Międzynarodowy Czerwony Krzyż ma zwiększyć pomoc dla polskich szpitali o trzy miliony funtów szterlingów. ZSRR prosi Zachód o pożyczkę w wysokości 130 milionów dolarów. W Warszawie miał się dziś zakończyć proces przeciwko członkom Solidarności, oskarżonym o organizowanie strajków po ogłoszeniu stanu wojennego, ale grupa obrońców sprzeciwiła się żądaniom prokuratora o wydanie wysokich wyroków. Jeden z nich miał nawet zakwestionować status prawny WRON-y.

Dzialania_ZOMO_1982

21 – 23 stycznia 1982 roku

Stefan Bratkowski, w liście otwartym – krążącym po Warszawie – ostro skrytykował władze wojskowe w Polsce. Powiedział, że rządzący sparaliżowali życie polityczne i zrujnowali szansę na porozumienie.

Polska zgodziła się zapłacić resztę odsetek (250 milionów dolarów), które powinna zapłacić już dwa miesiące temu. Czerwony Krzyż wystąpił z apelem o zebranie 22 milionów dolarów na pomoc dla powodzian w Polsce.

Już dwustu intelektualistów podpisało apel o uwolnienie internowanych i zakończenie stanu wojennego w Polsce, m. in. Tadeusz Konwicki, Marek Nowakowski, Andrzej Wajda, Feliks Falk, Krzysztof Kieślowski, Daniel Olbrychski, Edward Żebrowski. Apel skierowano do Sejmu, bo sygnatariusze nie traktują junty jak legalnego rządu.

Francja podpisała kontrakt na zakup wielkich ilości gazu z ZSRR. Umowa opiewa na osiem miliardów sześciennych tego surowca, dostarczanego w okresie dwudziestu pięciu lat. Państwa NATO przeprowadziły w Brukseli rozmowy na temat reakcji krajów sojuszu na wprowadzenie stanu wojennego w Polsce. Ich zdaniem sytuacja w naszym kraju uległa znacznemu pogorszeniu od 13 stycznia. Natomiast „Prawda” pisze, że w Polsce poprawia się produkcja przemysłowa i wszystko wraca do normy.

Ustąpił Wojewoda Gdański Jerzy Kołodziejski, który asystował podczas podpisywania porozumień sierpniowych. W odwecie za postawę Ryszarda Reiffa, w zarządzie PAX-u przeprowadzono szereg zmian i zastąpiono go Zenonem Komenderem. Pierwszym sekretarzem organizacji partyjnej Związku Literatów Polskich został Józef Lenart.

„Prawda” skrytykowała stanowisko Włoskiej Partii Komunistycznej, oskarżającej ZSRR o współudział w decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce. W kościołach odczytano list biskupów polskich, podpisany także przez prymasa Glempa. W Warszawie są dwa pełne domy dziecka, w których umieszczono pociechy odebrane rodzinom internowanych. Internowani z Białołęki i Olszynki Grochowskiej są gdzieś wywożeni milicyjnymi budami.

Papież poparł wezwanie Episkopatu Polski do zakończenia stanu wojennego w Polsce. Sejm rozpoczął obrady i Jaruzelski mówił o perspektywach zakończenia stanu wojennego pod koniec przyszłego miesiąca. Pewne zarządzenia dotyczące przemysłu zostaną utrzymane dłużej. Obecnie w Polsce internowano cztery i pół tysiąca ludzi. Kto chce („Komu się nie podoba…”), może bez kłopotów wyjechać z Polski. W przyszłym tygodniu wznowiona będzie sprzedaż benzyny dla posiadaczy prywatnych samochodów.

 Znowu dzwonił Musiał i umówiłem się z nim na spotkanie u tego Piotra, który mieszka koło szpitala. Okazało się, że to jest malutka kawalerka na ostatnim piętrze i zgromadziło się w niej kilku kolegów Grzegorza. Postawiono wódkę i sok dodoni w puszkach, a potem zrobiono ze mnie „polewoja”, co dało mi pewną przewagę nad nimi. Wódka z sokiem wspaniale wchodziła i szybko poczułem, że miękną mi nogi. Szybko zorientowałem się, że wszyscy zaproszeni panowie są homoseksualistami, a jak Piotr, szpakowaty koleś o wyglądzie playboya usiadł przy mnie i zaczął mi wsuwać rękę za koszulę, myślałem tylko o tym jak stamtąd zwiać. Nalewałem im więcej wódki niż soku, więc w pewnym momencie panowie byli już bardzo pijani i zaczęli wykrzykiwać… Gdy zdjęli spodnie, udałem, że jestem już pijany w sztok i chcę wyjść prze okno z dziesiątego piętra. Powstrzymali mnie przed tym gremialnie, a ja wykorzystałem moment i przemknąłem błyskawicznie do drzwi wyjściowych. Przekręciłem klucz w zamku i wybiegłem na korytarz, a potem nie czekając na windę, sunąłem w dół po schodach. Gdy byłem już w dole miasta, w okolicach nabrzeża Brdy dogonił mnie Musiał i zaczął usprawiedliwiać całe zdarzenie. To taka piękna miłość, bez zazdrości, miłość braterska, czysta i dająca wiele w zamian… – powiedział. Pokiwałem głową i ruszyłem biegiem do przodu, zostawiając go wyraźnie zdezorientowanego.

DZIENNIK ZE STANU WOJENNEGO (2)

f8dd081c280487d3d2f8f11dff3480b4,21,1

18 grudnia 1981 roku

Dzisiaj prawie cały dzień siedziałem w domu, ale przez okno widziałem, że po Błoniu chodziło dzisiaj wielu zomowców. Pośród nich spostrzegłem jednego chłopaka z naszego osiedla, który przychodził do sąsiedniego bloku i odwiedzał syna milicjanta. W szkole kopaliśmy go po tyłku, bo był wyjątkowym platfusem. Teraz ubrany w mundur, z białą pałka u boku i spluwą przy pasie wygląda bardzo groźnie. Ośmiu zomowców stało przez jakiś czas przy Gałczyńskiego 10, ale po jakimś czasie poszli do komisariatu na Broniewskiego. Pamiętam jak budowali ten budynek i biegaliśmy jako chłopcy po budowie, wchodziliśmy do piwnic, które później uczynili celami więziennymi.

Podobno dzisiaj w autobusach ludzie mieli czarne opaski na rękawach, na znak żałoby i zdarzało się zobaczyć osoby płaczące na ulicach.

Cynizm speakerów telewizyjnych nie ma granic. Po tym, co się wczoraj stało, nie widać w sposobie ich mówienia ani krzty pokory.

Słuchałem dzisiaj Wolnej Europy i BBC, ale odbiór był fatalny. Oto, co mi się udało wyłowić z szumu i zakłóceń: Kanclerz Austrii Bruno Kreisky powiedział, że sytuacja w Polsce, w połączeniu z wojną na Wyżynie Irańskiej, okupacją Afganistanu przez Rosjan i aneksją Wzgórz Golan przez Izrael – to najbardziej niebezpieczny kryzys, z jakim ma do czynienia świat od chwili zakończenia II wojny światowej. Dodał też, że interwencja obcych wojsk w naszym kraju spowoduje całkowity zanik procesów odprężenia.

W Toronto miała miejsce demonstracja, a w Monachium odbył się wiec pod hasłem: Solidarność z Solidarnością. Żądano uwolnienia zatrzymanych, zniesienia stanu wojennego, dotrzymania danych obietnic. Niesiono atrapę szubienicy z powieszonym na sznurze emblematem PZPR.

Potwierdzono, że wczoraj w Warszawie doszło do starcia ogromnej grupy młodzieży z milicją. Użyto dużych sił ZOMO, gazów łzawiących i petard. Milicjanci uzbrojeni w pałki i tarcze z pleksi wywlekali demonstrantów z kościoła św. Krzyża. Tłum śpiewał hymn narodowy i skandował „Solidarność!” „Solidarność!”, a w stosunku do milicjantów „Gestapo!!!”.

Giscard d’Estaing, Mauroy i Mitterrand potępili to, co dzieje się w Polsce, a kanclerz Schmidt wezwał władze do zaprzestania przemocy – stwierdził też, że całym sercem jest po stronie robotników polskich. (to jego schorowane serce, które ledwo bije, bije dla nich…).

Trwają strajki w kilku kopalniach, a górnicy grożą sabotażem. W Stoczni im. Lenina część robotników z Anną Walentynowicz, zamknęła się w tlenowni. Stocznia została zmilitaryzowana i w bramie stoją czołgi.

Jugosławia skrytykowała wprowadzanie stanu wojennego, twierdząc, ze jest to dowód nieudolności PZPR. Jasne – komuniści z rodowodem partyzanckim, uczniowie Josipa Broza Tito, waliliby do robotników z karabinów maszynowych i szybko zaprowadziliby porządek…

Olszowski stwierdził, że władze wojskowe mają pełne poparcie PZPR-u. To wyjątkowy zatwardzialec, zacietrzewiony jak komuniści ścigający w lasach AK-owców po wojnie. Tacy jak on nie wypuścili z Polski, udającego się do Rzymu wysłannika Episkopatu bpa Dąbrowskiego. Ambasador Polski w Lizbonie zdradził zachodnim mediom, że sytuacja w kraju uległa pogorszeniu i nic nie dały rozmowy dowódców wojskowych z Wałęsą. Polskie okręty patrolują Bałtyk by chwytać ewentualnych uciekinierów, chociaż to jest mało prawdopodobne, ze względu na siarczyste mrozy.

Wolna Europa ogłosiła część listy zatrzymanych – mam nadzieję, że nie przekręcę żadnego nazwiska, odtwarzając je ze słuchu i przedzierając się przez zakłócenia: Andrzej Bogusławski (dziennikarz), Marek Bejning (socjolog), Teresa Bogucka, Marek Barański, Krzysztof Bzdyl (KPN), Benedykt Czuma (prawnik), Jan Chmielewski, Andrzej Celiński z żoną, Jan Chomicki (działacz katolicki),Ludwik Dorn, Bronisław Geremek (historyk), Krzysztof i Andrzej Gołowscy (KPN), Bogdan Grzesiak (Nova), Seweryn Jaworski (Huta Warszawa), Stefan Kawalec (matematyk), Marek karpiński (twórca Ściany Wschodniej w Warszawie), Jacek Kuroń i jego syn Maciej, Waldemar Kuczyński (ekonomista, redaktor tygodnika „Solidarność”), Michał Komar (pisarz), prof. Karnicki-Grotginger, Jan Lityński (matematyk), Irena Lewandowska (tłumaczka literatury rosyjskiej), Adam Michnik, Jacek Merkel, Helena Łuczywo (tłumaczka literatury angielskiej). Małgorzata Łukasiewicz, Emil Morgiewicz, Jerzy Markuszewski STS, KOR), Julian Kornhauser, Aleksander Małachowski, prof. Jerzy Holzer, Jan Józef Lipski (historyk literatury), Janusz Majewski (reżyser), Tadeusz Mazowiecki, Janusz Onyszkiewicz, Grzegorz Palka (ekonomista), Antoni Pietkiewicz, Andrzej Piesiak (inżynier) Henryk Pietrowicz (KPN), Maciej Rayzacher (aktor), Zdzisław Rusinek (PAX)

19 grudnia 1981 roku

Byłem na Jaskółczej u Marka K. Siwca i dość długo rozmawialiśmy, choć zawsze wyczuwam w nim jakieś drugie dno, jakiś fałsz i nieustanną, protekcjonalną ocenę moich słów. Dwa dni temu był w Gdańsku i opowiadał, że spotkał jakiegoś stoczniowca, który relacjonował mu jak tam było. W drugą bramę wjechał czołg i wywalił ją bez palby, a przez wyrwę weszli zomowcy, ubrani w jakieś japońskie, plastikowe pancerze, zginające się w łokciach i kolanach. Jeśli ktoś chciałby uderzyć takiego milicjanta, to on niczego nie odczuje. Oprócz nich mieli na sobie kamizelki kuloodporne i kaski z osłonami z pleksi. Stoczniowcy nie stawiali oporu na terenie ich zakładu, a tylko w tlenowni zamknęła się pewna grupa, i potwierdzają się pogłoski, że jest tam też Anna Walentynowicz. Zagrozili, że wysadzą w powietrze siebie i całą stocznię, jeśli milicja nie ustąpi. Inne wiadomości, które usłyszał Siwiec, dotyczyły jakiegoś desantu z powietrza, który miał opanować tę tlenownię. Powiedział, że jak tylko wysiadł na dworcu w Gdańsku, uderzył go zapach łzawiącego gazu i dostał się w ogromną bijatykę. Ludzie bili się zaciekle z zomowcami, a gdy ktoś wpadł im w łapy, tłukli go długo pałami i ściągali buty. Z tej całej rozmowy najbardziej podobała mi się uwaga końcowa Siwca: Jak się jedzie pociągiem, to widać mury stoczni, wielkie napisy TELEWIZJA KŁAMIE, transportery opancerzone i czołgi, a obok, o kilkadziesiąt metrów od nich, na lodowisku, jakby nigdy nic… chłopaki grają w hokeja.

Alina przysłała mi kartkę z czerwoną różą na moje imieniny – czy to jest znak, że wszystko wróci do normy i znowu zaczniemy się spotykać? Czy tylko wyraz przyzwoitości w stosunku do chłopaka, z którym była przez pięć lat…?

Wiadomości, które udało mi się usłyszeć w radiu: Brytyjska Partia Komunistyczna potępiła wprowadzenie stanu wojennego. Jaruzelski i Jabłoński (jak widzę tego dziadka, to zawsze kojarzy mi się z takim marudnym emerytem, którego poznałem w kolejce u rzeźnika, na Jarach) wystosowali życzenia z okazji siedemdziesiątej piątej rocznicy urodzin Breżniewa. Mają one charakter wiernopoddańczego hołdu, który momentami, w odniesieniu do sytuacji w Polsce, brzmi jak ponura drwina. Ja codziennie budzę się z nadzieją, że to będzie ostatni dzień życia Breżniewa, chociaż kiedyś zaskoczył mnie ten ruski bydlak, gdy popłakał się podczas słuchania ballady Okudżawy pt. Десятый наш десантный батальон. Z racji tego, że wiele razy pojawiły się łzy w moich oczach podczas odtwarzania tej pieśni z płyty, poczułem się dziwnie, ale pewnie o inną walkę chodzi i jemu i mnie.

Włoski dziennik komunistyczny „L’Unita” potępił wprowadzenie stanu wojennego, a „New York Times” stwierdził, że Jaruzelski zastosował terror wobec swojego narodu. Prymas Józef Glemp ponownie zaapelował o zachowanie spokoju. Powiedział, ze Kościół i ludzie są bezsilni wobec przemocy i zła. To już trzeci jego apel o zachowanie spokoju. Do Polski jedzie arcybiskup Luigi Poggi, wysłannik papieża i ks. prałat Janusz Bolonek. Przylecieli oni samolotem do Wiednia, skąd udadzą się pociągiem do Warszawy. Papież Jan Paweł II wyraził najwyższe zaniepokojenie sytuacją w kraju, po tym jak Agostino Casaroli zrelacjonował mu swoją rozmowę z Reaganem. Podobno Wałęsa wystosował apel o jedność związkową i stosowanie biernego oporu – w Warszawie ma krążyć jego odezwa, w której nawołuje do strajków.

Demonstracje i protesty miały miejsce w Berlinie Zachodnim, Bernie i Bremie, Kopenhadze i Tokio. Wielu polskich marynarzy prosi o azyl w obcych portach, bojąc się wracać do ojczyzny. Wolna Europa podaje, że nadal trwają strajki w rejonie Gdańska i Katowic. Skrócono godzinę milicyjną (od 23.00 do 5.00), ale w niektórych województwach ją utrzymano. W Gdańsku wydłużono ją od 20.00 do 6.00. Zachodni Czerwony Krzyż informuje, że nadal polskie szpitale cierpią na braki leków i materiałów opatrunkowych. Prawdopodobnie strajkuje dwieście zakładów w dziewięciu, z czterdziestu dziewięciu województw. Rozgłośnia z Monachium podaje jak łamie się strajki – najpierw teren zakładów otacza wojsko, a potem do akcji wkracza milicja. W Warszawie i Bydgoszczy krążą pogłoski o buntach żołnierzy, którzy opuścili czołgi i samobójstwach zomowców, którzy nie wytrzymali psychicznie bicia i zabijania ludzi. W hutach „Warszawa” i „Katowice” pozwolono wygasnąć wielkim piecom. Pracownicy Stoczni Szczecińskiej mogą w poniedziałek nie przychodzić do pracy, ich obowiązki przejmie wojsko i milicja. W Stoczni im. Lenina będą sporządzone nowe listy przyjętych do pracy, bo obecnie wszyscy są zwolnieni. Wolna Europa twierdzi, że pucz był od dawna przygotowywany, może od momentu, kiedy Jaruzelski został premierem.

Wracając z miasta czerwonym autobusem (symbolika polskich barw…), stanąłem znowu nagle twarzą w twarz z Siwcem, którego lubię za fantazję i zarazem nie cierpię za nieustający protekcjonizm. Namawiał mnie, bym studiował uważnie Karola Marksa, bo w jego pismach są rzeczy, o których mi się nie śniło. Tak się składa, że czytałem ostatnio tekst tego szwabskiego ideologa o pruskiej cenzurze i lekko podpuściłem Siwca – podpuszczanie to jego (Siwca) i moja ulubiona zabawa – piejąc zachwyty nad Marksem jako liberalnym komentatorem wolności wypowiedzi. Ach, jak mój kolega rozgadał się, jak zachwalał Marksa, jak tłumaczył mi jego zawiłości. Pomyślałem, że Siwiec, który wykłada przedmiot pt. Filozofia marksistowska w wyższej uczelni, został w niewidoczny sposób ukąszony przez brodaczy i nie zdaje sobie z tego sprawy. Lubię pić piwo z nim, ale nie lubię jego pewności siebie i ciągłej potrzeby edukowania otoczenia, czy to będzie Cielesz, czy ja, czy nawet najbliższy mu Krzysztof Derdowski. A propos Derdowski – to jest najprawdziwszy gość w moim otoczeniu, z tych Stachurów, Brunów, Wojaczków, tylko dlaczego zawsze po pijaku chce się ze mną trzaskać po ryju…? Wyraźnie coś go we mnie uwiera…

« Older entries

%d blogerów lubi to: