SKOK CZERWONEGO SMOKA (2)

Ming Lou, główny pawilon Ming Xiaoling

Na wielkim dworcu w Nankinie wędruję najpierw na dolnej platformie, a potem wchodzę na górne tarasy i z ich wysokości przyglądam się ludziom. Nieprzebrane tłumy czekają aż na wielkich telebimach pojawi się informacja o zbliżającym się pociągu, a wtedy wolno wstają z miejsc i ustawiają się w kolejce do odpowiedniego zejścia. Piękne młode kobiety i staruszki, których pomarszczone twarze zdradzają, że ich życie nie było lekkie za panowania kolejnych przywódców, chłopcy i młodzieńcy wykazujący wielkie ożywienie i mężczyźni w kwiecie wieku, karnie czekający na swoją kolej przy bramce, gdzie urzędnik kolejowy sprawdza bilety i dokumenty tożsamości. Wolno przesuwam się do przodu i przed moimi oczyma pojawiają się obrazy z Nankinu i zdarzenia kilku ostatnich dni. Oto wkraczam do wielkiego ogrodu cesarskiego we wschodniej części miasta, gdzie u podnóża Purpurowej Góry usytuowano mauzoleum Ming Xiaoling. Szeroka aleja (Droga Duchów) prowadzi do strażnic, a po ich przejściu odsłania się widok na okrągły kopiec o średnicy czterystu metrów, usypany nad grobowcem Hongwu, pierwszego cesarza z dynastii Ming, żyjącego w latach 1328–1398. Jego losy są bardzo ciekawe, bo przecież urodził się jako Zhu Yuanzhang (chiń. 朱元璋) w ubogiej rodzinie chłopskiej w prowincji Jiangsu, a potem głodował wraz z rodzeństwem i szukał schronienia w klasztorze buddyjskim. Szybko jednak musiał go opuścić, bo zabrakło środków na przygotowywanie posiłków. Tak stał się żebrakiem, wędrującym z miejsca na miejsce, ale po trzech latach powrócił do klasztoru i nauczył się czytać i pisać. Niestety, gdy miał zaledwie dwadzieścia cztery lata, jego świątynię i przyległe budynki zburzyły wojska mongolskiej dynastii Yuan. Zhu znowu ruszył w drogę i postanowił przyłączyć się do powstania czerwonych turbanów. Szybko awansował, ożenił się z córką przywódcy rewolty, co dopomogło mu w objęciu dowództwa nad armią chłopską. Miał dwadzieścia siedem lat i piął się w górę, został przywódcą rewolty i poprowadził wojska na Pekin, gdzie w 1368 roku obwołano go cesarzem zjednoczonych Chin. Potrafił być bardzo surowy, ale też – pamiętając o swojej przeszłości – robił wszystko by polepszyć byt najuboższych warstw społecznych, między innymi rozdzielił między chłopów ziemię możnowładców mongolskich i złagodził system podatkowy. Szerokie inwestycje irygacyjne polepszyły zbiory zbóż i innych płodów rolnych, co przełożyło się na poprawę bytu biedoty, która zaczęła też korzystać z papierowych pieniędzy, wprowadzonych przez cesarza.

Droga Duchów

Szybko przeszedłem Drogę Duchów, przecinającą ogromny kompleks grobowy, mający prawie trzy tysiące hektarów, minąłem bramę Dajinmen, zniszczoną w dziewiętnastym wieku podczas powstania tajpingów, a obecnie pięknie zrekonstruowaną. Za tym budynkiem znajduje się pawilon Sifangchen, w którym Yongle, syn i następca Hongwu na cesarskim tronie, umieścił na grzbiecie kamiennego żółwia stelę wysławiającą dokonania ojca. Stąd było już widać kopiec usypany nad grobowcem, w którym pochowano cesarza wraz z żoną Ma i jego nieszczęsnymi konkubinami. Budowa mauzoleum zakończyła się dopiero w roku 1431, ale małżonka spoczęła w grobie już w roku 1384, czekając do roku 1398 na paradny pochówek jej męża. Chińczycy bardzo dbają o spokój takich miejsc i rozkopali zaledwie trzy grobowe wzgórza, dostając się do wewnętrznych komór. Jedno z nich będzie mi dane zobaczyć w kolejnych latach, niedaleko Pekinu, w kotlinie otoczonej górami Longshan (Góry Smoka) i Hushan (Góry Tygrysa). Na razie możemy sobie tylko wyobrażać jakie skarby znajdują się pod ziemią w Chinach, jak pyszne i wykwintne artefakty czekają na odsłonięcie w kolejnych kopcach cesarskich. Szczególnie intrygujący jest grobowiec w Xiaan, usytuowany niedaleko słynnej terakotowej armii, która miała być zapleczem władcy w zaświatach. Wiele razy wpatrywałem się w chińskie przestrzenie z górującymi nad nimi ziemnymi piramidami i prawdę powiedziawszy zły byłem na Chińczyków, kierujących się trudną do pojęcia logiką. Chodzi o spokój zmarłych cesarzy, o majestat wieczności, jakże ważny dla ich kultury, ale przecież te wszystkie wspaniałości należą do dziedzictwa ludzkości i powinny jak najszybciej ujrzeć światło dzienne. Przyczyniłoby się to powstania wielkich muzeów, a na ich bazie do stworzenia rozległych studiów, wydania obszernych albumów i książek, opisujących dorobek władców. Staranność w odkrywaniu cudowności kultury chińskiej, widoczna przy okazji wykopalisk w Xiaan, warta jest najwyższej pochwały, ale przecież kraj ten dysponuje wielkimi środkami i ogromną rzeszą naukowców, którzy zajęliby się godnym odsłonięciem tego, co od wieków pozostaje pod ziemią. Wiemy z całą pewnością, że skarby tam się znajdują, co podkreślają choćby próbne wiercenia w grobowcu Pierwszego Cesarza. W przypadku wykopalisk egipskich nie mamy tak komfortowej sytuacji i musimy liczyć na łut szczęścia, wszak tamtejsi rabusie przez wielu wieków zrobili swoje, a i wysłannicy świata zachodniego nie zawsze zachowywali się jak należy. Świadczą o tym choćby paskudne napisy wewnątrz piramid, dokumentujące wejście do nich różnorakich pseudonaukowych barbarzyńców, koniecznie pragnących zamanifestować swoją bytność w nich.   

Uliczny grajek z kilku epok

Wędrując ścieżkami i alejami ogrodu cesarskiego, przy grobowcu Hongwu, znowu przyglądam się ludziom – tym znakom ciągłości kulturowej i jakby żywym, wizualnym kryptocytatom z przeszłości. Wszak różne osoby, żyjące w Chinach w poprzednich wiekach miały podobne twarze, takie same oczy, sylwetki, a tylko stroje uległy zmianie. Charakterystyczne dla tego wielkiego kraju jest to, że często spotyka się tam osoby o niezwykłej urodzie, kobiety przypominające dawne księżniczki i cesarzowe i mężczyzn jakby żywcem przeniesionych z armii kolejnych władców. Dostrzegam to i staram się dokumentować na fotografiach, a moje archiwum ma już kilkanaście tysięcy portretów, przybliżeń i tego typu analiz. Im dłużej obcuje się z tymi ludźmi, tym szybciej zatracają oni indywidualne cechy orientalne i stają się po prostu przedstawicielami tej samej ludzkości, do której należę. Przyznajmy od razu, że zdarza się też w Chinach spotykać ludzi bardzo „brzydkich”, do czego zapewne przyczyniło się wymieszanie typów ludzkich, wywodzących się z różnych części kraju i całego kontynentu azjatyckiego. Ale tak jest w wielu krajach, szczególnie w tych z ogromną populacją, w Indiach, Stanach Zjednoczonych, Rosji, w państwach afrykańskich i południowoamerykańskich. Będąc w Chinach przyglądam się wszystkiemu szeroko otwartymi oczyma i staram się, by nic nie umknęło mojej uwadze. Kolorowe krzewy piwonii, rzeźby i budowle z dawnych wieków, sroki błękitne, całymi stadami szukające owadów i przeczesujące wielkie, zadbane trawniki. Docierają do mnie cudowne odgłosy cykad usadowionych na drzewach i nawoływania dzieci, szukających matki w tłumie, dalekie poszumy nigdy nie zasypiającego miasta i głosy małych barwnych ptaków na gałęziach. To jest właśnie ta dalekowschodnia cudowność, pośród której jednak ludzie są najważniejsi, co wielokrotnie starałem się odzwierciedlić w mojej poezji. Spośród dziesiątków wierszy spore wrażenie na mieszkańcach tych krain wywierał tekst pt. Chińczycy:

W tym kraju żyją pokorni ludzie zapatrzeni

w swoje myśli

dalecy jak wzgórza niknące we

mgle

i bliscy jak śpiew ptaka w bambusowych

zaroślach

jaki poeta znajdzie słowa by wyrazić

głębie milionów dusz

jaki poeta wsłucha się w szepty i zaklęcia

ust północy wschodu południa

i zachodu

jaki poeta wyrazi w słowach

cząstkę i całość Państwa Środka

jadą do pracy na skuterach i rowerach

siadają w parkach przystają

i gimnastykują się patrząc

na wschodzące

słońce

kobiety wiotkie jak łodygi

czerwonych kwiatów

mężczyźni twardzi jak

skały Tybetu

Chińczycy

ludzie nie ustający

w poszukiwaniu

tajemnego wejścia

do królestwa

ducha

do krain nigdy

nie gasnącego

pragnienia

Huangyan 2009

Wiersz ten napisałem w 2009 roku, podczas pobytu na Wyżynie Tybetańskiej, gdzie po raz pierwszy zetknąłem się magią i tajemnicami wielkiego kraju i żyjących tam ludzi. Może jest w nim trochę za dużo tonów apoteozujących, ale przecież odnoszą się one do tej dobrej części społeczeństwa, dalekiej od dewiacji i wypaczeń systemu, stworzonego przez Mao i jego bezlitosnych akolitów. Dodatkowo wiersz dokumentuje zachwyt Europejczyka, po raz pierwszy stykającego się z ludźmi i kultura Chin, może nieco naiwny, ale jakże prawdziwy.

Figurki Dūn shòu na dachu bramy w Ming Xiaoling

Pobyt w ogrodzie cesarza dynastii Ming ma w sobie wiele z moich wcześniejszych wyobrażeń o Chinach, zarówno jeśli chodzi o ich heroiczną i krwawą historię, jak i warstwę wizualną. Ta czysta przestrzeń może oczarować rozległością alei, prowadzącej do kolejnych budynków, a nade wszystko kształtem i urodą kolejnych pawilonów, krytych pięknymi dachówkami. Na skrajach ich delikatnych krzywizn łatwo zauważymy porcelitowe figurki Dūn shòu (蹲兽), czyli przycupnięte bestie, usadowione w linii prostej, jedna za drugą. Od dawien dawna były one znakiem statusu właściciela budynku i umieszczano je na dachach za zgodą cesarza. To był rodzaj potwierdzenia, że osoby żyjące w danym domu należą do elity społeczeństwa chińskiego i cieszą się przychylnością władcy. Ich ilość też miała znaczenie i wahała się od jednej do dziewięciu, a tylko Pałac Najwyższej Harmonii w pekińskim Zakazanym Mieście, ma dziesięć figurek. Miało to podkreślać jego wagę dla cesarstwa i odróżniać go od innych tego typu pawilonów – na przykład Pałac Niebiańskiej Czystości przyozdobiono dziewięcioma, a Pałac Ziemskiego Spokoju tylko siedmioma symbolicznymi figurkami. Postaci te miały przede wszystkim chronić budynek przed żywiołami pogodowymi, ogniem i słońcem, deszczem, śniegiem i mrozem. Te stworzenia z mitologii chińskiej zawsze ustawiano w ściśle określonej kolejności, zgodnie z ich hierarchią – pierwsza z figurek to nieśmiertelny król Min, skazany na wieczną wędrówkę po ziemi. Dalej ustawiano smoka i feniksa, symbolizujących cesarza i cesarzową, akcentując, że są oni silniejsi od następnego w kolejności – lwa, stojącego na straży gór i lasów cesarstwa. Z kolei jednorożec i konik morski są symbolami władzy cesarskiej, od morza, poprzez ziemię, aż do powietrza. Po nich ustawiano dwa stwory mityczne: Yayu (押 鱼) i Douniu (斗牛), wynurzające się z głębin morskich, przyciągające opady i zbierające wody, co mogło zapobiegać pożarom drewnianych budynków. Dalej odnajdziemy legendarną bestię Suanni (狻 猊), mogącą pożerać największe kocie drapieżniki (lwy, pantery, tygrysy i rysie), chroniącą całą przyrodę państwa. Ostatnie dwie figury to chimera Xiezhi (獬 豸), odróżniająca prawdę od fałszu i latająca małpa Hangshi (行 什), chroniąca budynki przed piorunami. Wszystkie figurki chroni Chiwen, czyli młody smok, umieszczany na skraju dachu, mający też często formę paszczy wypluwającej wodę. 

Ucieczka cesarza Minhuanga i jego konkubiny do SyczuanuFragment arcydzieła malarstwa dynastii Ming przypisywane Qiu Yingowi

Jest coś ostatecznego w wiśniowej barwie budynków, pokrytych żółtawo-pomarańczowymi dachówkami i obcowanie z nimi przypomina wchodzenie bohaterów kulturowych do mitycznych, zakazanych krain. Tak jak oni, wspinam się po schodach na szczyt ostatniej strażnicy, chroniącej dostępu do kopca cesarskiego, pod którym głęboko pod ziemią złożono trumny i skarby. Inne odsłonięte grobowce dają wyobrażenie o tym jak tajemnicza rzeczywistość została tam zatrzymana w czasie, wszak do grobowca cesarza Wanli niedaleko Pekinu, zwanego Dìnglìng (定 陵) schodzi się schodami dwadzieścia siedem metrów pod ziemię. I dopiero na dole widać rozmach tego typu konstrukcji, przypominającej krzyżowe połączenie przestronnych hangarów, kryjących nowoczesne odrzutowce, a nie miejsce spoczynku władcy i jego dwóch żon. Podobnie musi być w grobowcu nieopodal Nankinu i aż dziw bierze, że najeźdźcy japońscy nie zapragnęli dobrać się do kosztowności, tkwiących pod ziemią. Teraz mauzoleum Ming Xiaoling jest oazą spokoju i ulubionym miejscem spacerów mieszkańców tej ogromnej metropolii, a także przybywających zewsząd turystów. Ten wielki park, wypełniony rzeźbami, znakomicie zagospodarowany, jest przypomnieniem wielkości i wspaniałości cesarskich Chin. Dynastia Ming (1368–1644) dźwignęła ten rozległy kraj na wyższy poziom rozwoju, a przy tym pozostawiła po sobie tak wspaniałe zabytki jak ceglaną część Wielkiego Muru, Zakazane Miasto i Świątynię Nieba w Pekinie oraz liczne pagody, będące znakiem harmonii i ładu. Ming znaczy w języku chińskim „coś olśniewającego”, „coś wspaniałego” i widzimy to w malarstwie na jedwabiu, w rzeźbach i przy wytwarzaniu wykwintnej porcelany, a nade wszystko w takich kompleksach jak Ming Xiaoling, z którego wychodzę z ogromnym żalem, mając nadzieję, że kiedyś znajdę się tu raz jeszcze. Ulica Nankinu także obfituje w liczne wydarzenia, do których zaliczyć należy ruch samochodów, motocykli, bum-bumów, rowerów i pieszych, przemykających ku swoim celom. Uliczni grajkowie, specjalnie ucharakteryzowani na Chińczyków z odległych wieków, budowniczowie wysokich wieżowców, policjanci i strażacy, kierowcy autobusów miejskich i kolejarze z rozgałęzionego metra – wszyscy gdzieś podążają, wszyscy mają jakiś cel, jakby ogromne ludzkie mrowisko zjednoczyło się w drodze ku przyszłości i budowie nowego imperium, gdzie historia sąsiaduje z nowoczesnością, a ludzie wiedzą, że tylko praca może dźwignąć ich na wyższy poziom rozwoju. Przemierzam kolejne ulice, chłonąc wszystko jak gąbka, przyglądając się małym sklepikom, restauracyjkom i wielkim wieżowcom, majaczącym w oddali. Jestem w Chinach i wszystko ma w tutaj swoją wartość, która w przyszłości zaowocuje w różnoraki sposób, wzbogaci mnie niewyobrażalnie.

Święte chwile…

W PYŁ…

Ratownik w Chmielnikach – lato 1978

Mój wiek pozwala już spojrzeć na życie z dość długiej i wysokiej perspektywy. Boli mnie to, czego nie zdążyłem jeszcze zrobić, tym bardziej, że Musiał, Tomasik, Kowalczyk i Stala dokonali solidnego spustoszenia w moich zamierzeniach. Przyjdzie czas, że im za to zapłacę z ogromną nawiązką. Z drugiej strony jakże zachwycające są owoce mojego życia, skromnego chłopaka z osiedla Błonie, który dziesięciokrotnie podróżował do Chin, odwiedził Kenię i Republikę Południowej Afryki, pięciokrotnie wyjeżdżał do Stanów Zjednoczonych, w których zobaczył takie magiczne miasta jak Nowy Jork, Waszyngton, Tampa, Buffalo, Nowy Orlean, Los Angeles, Las Vegas, kontemplował świty na Florydzie, siedział o zmierzchu na plaży w Atlantic City. A przecież były też świetliste chwile w Panama City, Rzymie, Paryżu, Erywaniu, Stambule, Wilnie, Moskwie, Berlinie, Bratysławie, Pradze, Gandawie, Brukseli, Antwerpii, New Delhi i Puri. Ten chłopak napisał i opublikował kilkadziesiąt książek i może u końca życia ich liczba sięgnie stu, choć przecież nie o liczby tutaj chodzi, lecz o aktywność, która wciąż generuje nowe literackie poczęcia. Ten chłopiec w młodości był niezwykle sprawny fizycznie, trenował szermierkę, piłkę nożną, karate i kulturystykę, sporo biegał i każdego roku pływał w różnych akwenach, zdobywając stopień ratownika i wielkie marzenie rówieśników z podwórka – żółty czepek. Brał udział w setkach imprez kulturalnych w Polsce i świecie, a gdy wszedł do środowiska naukowego, wygłosił dziesiątki referatów podczas konferencji i sympozjów, wypromował dwustu magistrów i wielu licencjatów. Sportowe rozbudowanie ciała i uroda, odziedziczona po rodzicach powodowały, że ludzie lgnęli do mnie, a ze strony drugiej rosła wciąż armia wrogów i degeneratów, której generałem uczynić wypada nieforemnego psychopatę, mielącego ozorem na prawo i lewo i opowiadającego o mnie różnorakie brednie. O ich skali przekonałem się, gdy zmarły niedawno Rektor UKW udostępnił mi jego donos na mnie. Cóż, taki jest świat i tacy są ludzie i gdybym raz jeszcze zaczynał moją drogę, może unikałbym kontaktów z kanaliami, choć z drugiej strony – nie mogłem zdusić w sobie natury wojownika, która zawsze była ważna i doprowadziła mnie do tego miejsca, w którym jestem. Miałem przecież też szczęście spotykać wielkich ludzi, pisarzy, aktorów, artystów, mogłem obcować z prawdziwą sztuką i przeglądać się w dzikich krajobrazach gór, wyżyn i mórz, mogłem jeździć rowerem i kroczyć po nizinach, a nade wszystko odbijać się w oczach pięknych kobiet. Równy szereg książek różnego typu, od poezji, poprzez prozę do naukowych monografii, świadczy o tym, że byłem pracowity. Dałem życie synowi i córce, a potem wychowałem ich w dobrobycie, w spokojnym miejscu na nowoczesnym osiedlu. Mojemu bratu, który zmarł po miesiącu życia w 1959 roku, to wszystko zostało odebrane, śmierć bezlitośnie zgasiła jego oddech i nie mógł zrealizować niczego. Jego rzeczywistością stało się miejsce na cmentarzu, przy niewielkim klonie, który teraz jest wysokim drzewem. Myślę, że robiłem wszystko także dla jego pamięci i chociażby dla niej rozpirzę w pył moich wrogów. Muszą odczuć z kim zadarli…

* * *

Szary, monotonny dzień bez historii… Położyłem się spać po piętnastej i gdy budziłem się około 17.40, w mojej świadomości, wracającej powoli do rzeczywistości, pojawiła się taka myśl: tysiące, miliony i miliardy lat, gdy już miną są tym samym – niczym… Ludzie nieustannie ścierają się ze sobą, walczą o zaszczyty, honory, pieniądze, a nie pamiętają, że operują w obrębie przeogromnej nicości, która była przed nami i która będzie po nich. Jedynie próba ocalenia teraźniejszości ma sens, tylko skupienie się na malutkiej jednostce tej nicości, jaką jest nasze życie, daje chwilowe przekonanie, że istniejemy.

DAWNA KOLEKCJA (8)

Szczególne miejsce w mojej utraconej kolekcji miała seria znaczków z Konga Belgijskiego prezentująca afrykańskie maski, totemy i hebanowe figurki. Różniły się kolorami – od czerwieni, przez zieleń, błękit i szarość do barwy pomarańczowej – i cenami, podanymi we frankach. To były lata siedemdziesiąte dwudziestego wieku i czytałem wtedy wiele książek o Afryce, o odważnych podróżnikach i misjonarzach, ale też czasami sięgałem po dziwne opracowania polityczne, estetyczne i etnograficzne. Gdy zatem mój filatelista przedstawił mi tę serię, moje oczy roziskrzyły się i od razu ją kupiłem, choć cena była bardzo wysoka, zapewne większa, niż rzeczywista wartość tych walorów. Te maski i totemy ekspandowały moją wyobraźnię do samego centrum Czarnego Lądu i rodziły podziw dla umiejętności manualnych czarnoskórych artystów. Patrząc na mapy i zerkając na znaczki, wyobrażałem sobie tańce przy ogniskach, tancerzy w jutowych sukniach, z maskami na głowach. A w okolicy rodowych i wioskowych totemów widziałem czarowników, szamanów, starszyznę i wodzów, którzy moderowali uroczystości i przydawali im powagi. Zapewne, w zamierzchłych czasach, miały tam miejsce obrzędy kończące się kanibalistyczną ucztą, a maski niejedno widziały. Jakże fascynowała mnie ich afrykańskość, to połączenie prymitywizmu z wyrafinowaniem artystycznym i umiejętnością skrótowego oddania funkcji plemiennej i pierwiastkowych uczuć. Maski zawsze odgrywały ważną rolę w ceremoniałach kulturowych, wzmacniając rangę ich uczestników lub działając na wyobraźnię widzów – będąc rodzajem rekwizytów teatralnych, przypominały też o zakorzenieniu w rzeczywistości tajemnej, odsłaniającej się w upojeniu alkoholowym lub po spożyciu narkotyków. Chodziło też o to, by wywołać wrażenie, że czarownicy lub szamani dysponują niespotykanymi mocami transmigracyjnymi, mogą udawać się do krain zmarłych lub przywoływać z nich duchy. Łatwo można sobie wyobrazić jakie wrażenie robiły te artefakty kulturowe na dzieciach i młodzieńcach, przygotowujących się do obrzędów inicjacyjnych. To było jakby bezszelestne wnikanie w świadomość i przenikanie do podświadomości, a potem gra tajemnych znaczeń w myślach i snach. Urodziłem się w kwietniu 1958 i w ósmej dekadzie ubiegłego stulecia, gdy z taką pasją zbierałem znaczki pocztowe, miałem zaledwie kilkanaście lat, a więc nie odszedłem daleko od dziecinnych wyobrażeń i snów. Wszystko wtedy kształtowało się we mnie, a nade wszystko potężniał paradygmat literacki i artystyczny, który miał stać się istotą mojego życia. Może maski i totemy z kongijskich znaczków nie oddziałały na moją wyobraźnię w takim stopniu, jak czyniły to realne kształty podczas afrykańskich ceremonii, ale na pewno pobudzały twórcze myślenie. Może dlatego później tak wiele surrealistycznych rysunków stworzyłem i z ogromną mocą dążyłem do zapisania moich doświadczeń w wierszach, prozie i eseistyce. Internet jest cudownym wynalazkiem, więc bez trudu odnalazłem w nim moją serię, dawno przepadłą w przepaściach przeszłości i zdawać by się mogło nieodwołalnie straconą. Jeśli umie się z niego korzystać, owoce mogą być niezwykłe, a dawne pasje mogą wrócić do nas z niezwykłą intensywnością – ściągając obrazy tych znaczków, przypomniałem sobie z jaką nabożną czcią wsuwałem je za celofanowe taśmy do mojego klasera. Sąsiadowały tam z seriami prezentującymi zwierzęta na sawannach, zebry i antylopy, drapieżne koty, małpy i wiele, wiele ptaków, które szczególnie kochałem. Może tego rodzaju pasje – a zbierałem jeszcze egzotyczne banknoty, widokówki, książki, a nawet etykiety zapałczane – uchroniły mnie od popełniania przestępstw, które stały się udziałem moich kolegów. Nie bierzemy się znikąd, a wiele kształtujących nas treści i zdarzeń, ma ogromny wpływ na to kim w końcu będziemy i co w życiu osiągniemy.

PORZĄDKOWANIE

1319556077-249

Nadszedł czas porządkowania… Na szczęście w porę zauważyłem moment przejścia smugi cienia i sukcesywnie przygotowuję się do tej pracy. Trzeba poukładać i zdygitalizować papiery, szczególnie tradycyjne listy, których niegdyś przychodziło do mnie wiele, ale zabiły je ulotne i kasowane po jakimś czasie e-maile. To będzie wielkie przedsięwzięcie, bo przecież jestem maksymalistą i niczego nie robię na pół gwizdka… Kartonów uzbierało się chyba ze sto, a w nich gazety i magazyny, w których publikowałem swoje teksty, a do tego  książki i almanachy, katalogi wystaw, w których pełno moich omówień. Wszystko trzeba poukładać chronologicznie i tematycznie, umieścić w spisach i wykazach – trzeba stworzyć komentowaną bibliografię z indeksami i odnośnikami.  Na pewno komuś to się przyda w przyszłości, a jeśli nie, to przyda się mnie i pozwoli zobaczyć wszystko, co zrobiłem przez czterdzieści lat aktywności naukowej, literackiej, dziennikarskiej i artystycznej. Do tej pory parłem do przodu i tworzyłem nowe publikacje, rysunki, obrazy, fotografie – teraz świadomie zwalniam i zaczynam zbierać owoce dni, miesięcy i lat. Muszę w tym celu kupić nową, laserową drukarkę kolorową, porządny, szeroko gabarytowy skaner, przydadzą się nowe dyski zewnętrzne i pendrive’y, liczę też na pomoc zaprzyjaźnionego introligatora. Osobną sprawą powinno być wydanie od nowa, w takiej samej szacie graficznej całego przepracowanego dorobku naukowo-literackiego i uzupełnienie go o książki rozpoczęte, planowane, naszkicowane. Nigdy nie przejmowałem się negatywnymi opiniami, których pojawiło się nieco przez te czterdzieści lat i szedłem swoją drogą. Ważniejsze dla mnie były podsumowania pozytywne, których autorami byli tak ważni dla kultury polskiej humaniści, jak Czesław Miłosz, Jan Błoński, Mieczysław Inglot, Halina Krukowska, Józef Banaszak, Andrzej Fabianowski, Jarosław Ławski i wielu innych. Takie podsumowanie nie miałoby sensu, gdybym szeroko nie opisał i nie udokumentował tego, co wyprawiali ze mną przez lata wrogowie, a przede wszystkim Musiał i Tomasik. Trzeba też upublicznić dokumenty związane z moimi dwoma przewodami habilitacyjnymi i wskazać jaką rolę odegrali w nich najbardziej zaciekli nihiliści. Oczywiście dziewięćdziesiąt procent tej dokumentacji, to będą pozytywy, a negatywne elementy staną się dopełnieniem i wskazaniem, że działałem w wielu przestrzeniach ludzkich, często zdegenerowanych i patologicznie hałaśliwych, plotkarskich, małostkowych i często po prostu debilnych.

Lubię porządek i chciałbym po sobie pozostawić materiał poukładany, gotowy do dalszych opracowań. Do mojej decyzji o rozpoczęciu prac segregacyjnych przyczyniła się też ostatnia lektura Bydgoskiego Leksykonu Plastycznego, w którym ani słowem nie wspomniano o moich szkicach i artykułach na temat bydgoskich malarzy i rzeźbiarzy, publikowanych w „Sztuce” i „Sztuce Polskiej”. Zdzisław Pruss, który dobrał sobie tym razem jako współautorkę problematyczną krytyczkę, stworzył kolejny plotkarski „leksykon”, w którym wiele jest żenujących haseł, brakuje sporo postaci, reprodukcji dzieł, a nade wszystko – jak w każdej publikacji tego typu roi się od błędów i pominięć. Pruss jest interesującym poetą, co podkreślałem wielokrotnie, ale przez długie lata tworzył też w konwencji pure nonsensu, generując lepsze lub gorsze teksty kabaretowe i prześmiewcze. Jego próba połączenia naukowości („leksykony”) z plotkarstwem i konwencją zabawową dała doprawdy kabareciarski efekt. Brakuje w tych pracach ujęć syntetycznych, analiz, podsumowań, reprodukcji, a pojawiają się liczne informacje o dupie Maryni… No cóż, taka konwencja naszego lokalnego Stańczyka, ale może warto byłoby to napisać w inny sposób, bez sugerowania naukowości  i układania materiału w hasła słownikowe? Jedyna pociecha w tym, że książkę opublikowało eklektyczne wydawnictwo z wielkimi „ambicjami literackimi”, specjalizujące się także w albumach religijnych i komercyjnych panoramach miast, a przy tym takich książkach jak Problematyka przyłącza kanalizacyjnego w orzecznictwie Sądu Najwyższego, Gęsinowe smakołyki, Wytyczne dotyczące bezpieczeństwa i higieny pracy w przedsiębiorstwach wodociągowo-kanalizacyjnych, 20 lat Izby Gospodarczej… itd. „Leksykony” Prussa znakomicie wpisują się w profil wydawniczy tej oficyny, a ich pseudonaukowość współgra z ogólną bydgoską tendencją do pomniejszania i obśmiewania poszczególnych dorobków twórczych.      

AFRYKAŃSKIE SZLAKI

Moje dzieciństwo związane było z osiedlem Błonie w Bydgoszczy, gdzie zamieszkałem z rodzicami i bratem w roku 1964. Kilka miesięcy później poszedłem do szkoły podstawowej i zacząłem się budzić intelektualnie, do czego przyczyniły się pierwsze biblioteki i wspaniali nauczyciele, potrafiący znakomicie moderować dzieci. W piątej klasie, za sprawą lektury książek podróżniczych Alfreda Szklarskiego, Arkadego Fiedlera i Kamila Giżyckiego, eksplodowały moje zainteresowania geograficzne. Rok po roku studiowałem mapy, przynosiłem do domu wiele tomów relacji z egzotycznych krain i wypraw do nich. Szybko zdobyłem ogromną wiedzę, zostałem uznany za najlepszego „geografa” w podstawówce i popisywałem się przed koleżankami i kolegami znajomością stolic świata, rzek, jezior, gór, pustyń i wielkich lodowców. Gdy wszyscy drżeli przed klasówką z geografii, dla mnie to było prawdziwe święto i z wielką radością opisywałem jeziora rynnowe Afryki, wielkie rzeki syberyjskie, archipelagi wysp Pacyfiku i Morza Śródziemnego, podawałem długość największych szlaków wodnych naszego globu i powierzchnię ogromnych jezior. Dość szybko też skupiłem się na geografii Czarnego Lądu, poznając poszczególne kraje, czytając wiele książek o nich, studiując historie odkryć Davida Livingstone’a i Henry’ego Stanleya, Mungo Parka i wielu katolickich lub protestanckich misjonarzy. Szybko też pojawiło się marzenie o wyprawie do dżungli lub na sawannę, podsycane wciąż przez artykuły z miesięczników „Poznaj Świat” i „Kontynenty”. Czytanie wielu książek spowodowało, że zacząłem barwnie pisać, najpierw pamiętnik, a potem teksty fabularne, najczęściej naśladujące ulubionych autorów. Zacząłem też szukać książek poważniejszych, takich jak Zielone piekło – opowieść francuskiego dziennikarza i podróżnika Raymonda Maufraisa, odtworzoną z odnalezionego dziennika. Autor zaginął bez wieści podczas samotnej wyprawy przez dżunglę z Gujany Francuskiej do Belém, w Brazylii i kilka ekspedycji poszukiwawczych nie odnalazło go żywego. Po pierwszej, grupowej wyprawie do Mato Grosso, która zakończyła się porażką, zapragnął z kolei samotnie przejść siedemset kilometrów jednej z najdzikszych dżungli świata i dotrzeć do dziwnego masywu górskiego Tumuc-Humac, gdzie miał zamiar odnaleźć plemiona indiańskie, które nigdy nie miały kontaktu z białymi ludźmi. Ta wyprawa rozpaliła jego wyobraźnię, ale jak się szybko okazało, Maufrais znalazł się w owym tytułowym zielonym piekle, niczym w pułapce bez wyjścia. Nieustanny czterdziestostopniowy upał, mnóstwo węży, wciąż atakujących kajmanów i innych dzikich zwierząt, mrowie najprzeróżniejszego robactwa, a do tego wilgoć w dzień i w nocy, szybko nadwątliły siły młodzieńca. Chyba zbyt zaufał on swoim umiejętnościom komandosa i pierwotna, drapieżna natura nie dała mu szans. Czytałem tę książkę z wypiekami na twarzy, ale też z ogromnym wysiłkiem, bo dopiero wchodziłem w świat prawdziwej literatury. Tak oto trafiłem na zapis, który natychmiast formatował mój umysł i odsłaniał przestrzenie, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Wytrwałem dzielnie do końca lektury, utożsamiając się z autorem, przeżywając jego perypetie, wielokrotnie też chcąc rzucić książką o ścianę. Choć ojciec autora organizował kolejne ekspedycje ratunkowe, znaleziono tylko kilka jego rzeczy osobistych i poplamiony, ledwo dający się odczytać dziennik. Dzisiaj, gdy patrzymy na współczesne fotografie skał Tumuc-Humac, wyrastających nagle z morza gęstej dżungli, zrozumieć możemy pasję i tęsknotę młodego zdobywcy, który oczyma wyobraźni widział się na ich szczytach.

Jeszcze trudniejszą lekturą okazał się dla mnie Smutek tropików (1955) Claude’a Lévi-Straussa, które to dzieło znalazłem w bibliotece osiedlowej i intuicyjnie uznałem, że w jakiś sposób komponuje się ono z Zielonym piekłem. Była to na poły autobiograficzna książka, z elementami eseistycznymi, w której słynny antropolog snuł rozważania o człowieku, postrzeganym w kontekście egzotycznych krain i cywilizacji. Ale jakoś nie mogłem zgodzić się, że Indianie ze szczepów Kadiweu, Bororo, Nambikwara, Tupi-Kawahib górowali nad naszym modelem kultury. Książka francuskiego uczonego udręczyła mnie wtedy straszliwie, ale punktem honoru było przecież przebrnięcie przez nią (to był w ogóle czas dziwnych lektur, takich jak biografia autokratycznego prezydenta Ghany Kwame Nkrumacha) i – co wcale nie było łatwe – zrozumienie najważniejszego przesłania. Zaletą tej lektury było moje otwarcie na inne kultury, przede wszystkim indyjską i amerykańską, bo przecież wcześniej interesowałem się głównie egzotyką afrykańską i południowoamerykańską. Teraz, kiedy myślę o tamtej lekturze, zastanawiam się jak do tego doszło, że zacząłem wybierać takie trudne książki. Zapewne wielka w tym była rola przypadku, ale też moja ambicja miała spore znaczenie i chciałem sobie narzucać „udręczenia” czytelnicze na wysokim poziomie. Potem po latach przeczytałem chyba wszystkie książki tego autora, wielokrotnie cytując je w moich pracach o wielkich romantykach polskich. Tutaj z kolei przydała się przenikliwość Lévi-Straussa w zakresie opisu mitów i motywów kulturowych w literaturze, a także eseistyczne zacięcie. Perspektywa porównawcza była dla mnie czymś nowym, ale wszystko rekompensowały elementy etnologiczne i próba integralnego spojrzenia na innych ludzi, żyjących w dalekich miejscach świata i będących na różnych poziomach rozwoju cywilizacyjnego. Nie pamiętam jak wyglądała motoryka tamtego czytania, ale zdaje się przerywałem je kilka razy, potem jednak na nowo otwierając książkę i podążając do przodu, tak na dobrą sprawę nie wiedząc, z jak ważnym dwudziestowiecznym uczonym mam do czynienia. Przeżył sto lat i zabrakło mu ledwie trzech miesięcy do sto pierwszych urodzin, a jego życie i monumentalne dzieło, to ogromny obszar badawczy, pełen fascynujących przestrzeni, pierwiastkowych studiów, wspomnień i dogłębnych analiz ludzkości, która odchodzi i świata, który zostaje. Mijały dni i lata, przechodziłem z klasy do klasy i z jednej z kolejnych wypraw do biblioteki przyniosłem powieść kubańskiego pisarza i muzykologa Alejo Carpentiera pt. Podróż do źródeł czasu (polski tytuł jest dość dziwny, bo hiszpański brzmi: Los Pasos Perdidos). Autor ten pozostawił po sobie tylko kilka książek, ale powszechnie uważany jest za prekursora realizmu magicznego i wielkiej eksplozji literatury iberoamerykańskiej. Jego matka była Rosjanką, profesorem lingwistyki, a ojciec francuskim architektem, co od razu dało mu wielokulturowe podłoże intelektualne dla rozwoju i rozległej edukacji. Studiował we Francji, gdzie wielki wpływ wywarli na niego najwięksi surrealiści, na czele z Louisem Aragonem, André Bretonem i Paulem Éluardem. Jego twórczość związana była z basenem Morza Karaibskiego, a szczególny wpływ na jego rozwój intelektualny miała podróż na Haiti, która zaowocowała powieścią pt. Królestwo z tego świata. W latach 1945–1959 przebywał w Wenezueli, a doświadczenia z tamtego okresu wykorzystał w swojej najsłynniejszej powieści – Podróż do źródeł czasu (1953). Potem jeszcze sukcesem okazały się powieści: Eksplozja w katedrze (1962), Szaleństwo i metoda (1974) oraz Harfa i cień (1979), ale to opowieść o wędrówce rzeką Orinoko wywarła ogromny wpływ na takich pisarzy jak Gabriel Garcia Marquez, Miguel Ángel Asturias, Jose Lezama Lima i wielu innych twórców. W roku 1977 Capentier otrzymał nagrodę Cervantesa, najważniejszy laur w świecie literatury tworzonej w języku hiszpańskim, w czym nie przeszkodziły jego poglądy i bliskie związki z reżimem Fidela Castro. Wykładał na kubańskich uczelniach, prowadził audycje radiowe, a także jako polityk reprezentował swój kraj za granicą, a przy tym rosła jego sława jako pisarza, choć nigdy nie udało mu się zdobyć Nagrody Nobla. Zmarł wiosną 1980 roku w Paryżu, a jego ciało przetransportowano na Kubę, gdzie znalazł miejsce wiecznego spoczynku na cmentarzu im. Krzysztofa Kolumba w Hawanie. Patrzę teraz na neobarokowy kształt jego nagrobka i rozmyślam jaką rolę odegrał w moim życiu, jak bardzo mnie otworzył na literaturę i kazał szukać utworów równie intrygujących jak jego powieść.

Jak wspomniałem wyżej, w okolicach piątej klasy szkoły podstawowej zacząłem czytać książki Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego i jego łowach na dzikiego zwierza. Przypadkiem w bibliotece była tylko powieść o podróży do Afryki i od niej wszystko się zaczęło, spowodowało lawinę wyobraźniową i prawdziwe wejście do świata książki. Szybko pochłaniałem kolejne tomy z tej serii i otwierałem się na przebogate informacje geograficzne i zoologiczne, które w nich się znajdują. Akurat w piwnicy jednego z pobliskich wieżowców otwarto nową osiedlową bibliotekę, która potem przeniosła się do wspaniałego, nowego lokalu, więc szybko zapisałem się i przynosiłem do domu coraz więcej różnorakich książek. Czytałem przede wszystkim narracje przygodowe i szybko wyodrębniłem serie, w których je publikowano, ale też zacząłem sięgać po poważniejsze tytuły, rzucając się na wybory wierszy, powieści i opracowania popularnonaukowe. Pamiętam jak przyniosłem duże, pięknie ilustrowane wydanie Boskiej komedii Dantego i niewiele z niej rozumiejąc, czytałem mechanicznie, większą uwagę skupiając na niezwykłych obrazach. Z większym samozaparciem brnąłem przez Don Juana Byrona i wiersze Juliusza Słowackiego, choć i tutaj miałem problemy z przyswojeniem sobie treści, gubiłem wątki i miewałem momenty zniechęceń albo wręcz buntu. Patrząc na te zmagania z perspektywy minionego czasu, widzę ze zdumieniem, że prowadziły mnie one ku głównym nurtom moich zainteresowań literackich i późniejszych samodzielnych prób pisarskich. Wraz z ożywieniem czytelniczym, wejściem w okres licealny, a potem studencki, rosły moje domowe biblioteki, choć zawsze ograniczone one były warunkami lokalowymi rodziców. Na szczęście w tamtych czasach można było łatwo sprzedać książki w antykwariatach, więc wymieniałem je często, a za uzyskane pieniądze kupowałem stale sporo nowych tomów. To był już czas pierwszego pisania wierszy i szczególnego zainteresowania światową poezją – na półkach pojawiły się tomy z serii celofanowej, wiśniowe i beżowe, skóropodobne okładki serii klasyki polskiej i obcej, a także pierwsze zestawy dzieł zebranych różnych pisarzy, np. Słowackiego, Conrada i Gałczyńskiego. To był jeszcze groch z kapustą, ale powoli serie wydawnicze kształtowały profil mojej późniejszej biblioteki, którą rozwinąłem po pierwszym ślubie i zamieszkaniu we własnym lokalu. Warto w tym miejscu powiedzieć o tym, że wtedy książki łowiło się jak cenne okazy, bo był na nie wielki popyt, a niskie ceny sprzyjały zakupom. Akurat mój kolega z liceum, podjął pracę jako szef księgarni przy ulicy Koronowskiej i zostawiał mi tam wiele tytułów, które regularnie wykupywałem i znosiłem w wielkich ilościach do domu.

Sam nie wiem kiedy wpadła mi ręce książka niezwykła, która odegrała ogromną rolę w zakresie kształtowania się moich zainteresowań podróżniczych, a także nauki języka angielskiego. Będąc raz w Antykwariacie Naukowym, na Starym Rynku w Bydgoszczy, znalazłem na półce gruby tom, oprawiony w płótno i skórę pt. The Game Animals of Africa. Dzieło zostało wydane w 1926 roku w Londynie, a jego autorem był Richard Lydekker (1849–1915), wielki angielski naturalista i geolog, autor wielu wspaniałych, bogato ilustrowanych prac. Nie wiem skąd miałem wtedy tak duże pieniądze, ale za sporą sumę zakupiłem ten tom i zacząłem go regularnie studiować. Na początku miałem spore trudności, ale licealne lekcje języka angielskiego i intensywne uczenie się słówek, spowodowały, że kolejne rozdziały odsłaniały się przede mną z coraz większą wyrazistością. Już we wstępie autor wskazał złożoność spraw, które opracował, a choć nie przepadałem za łowiectwem, czerpałem z tej różnorodności ujęć i uczyłem się zoologii i geografii: Two points in connection with the African continent demand brief mention: firstly, its enormous area, about four times that of India; and, secondly, the marked distinction of the fauna of Africa north of the Sahara, or north of the tropic of Cancer, from the of all the vast region to the southward of the same. Northern Africa is, in fact, so far as its animals are concerned, a part of Europe. We have, for instance, in this area such groups as deer, sheep, goats, and bears, which are conspicuous by their absence from the rest of the continent, exept so far as sheep and goats have penetrated some distance into the highlands of the north-eastern corner. On the other hand, what may be called the characteristic African animals are to a great extend wanting from the tract north of the Sahara. Rzeczywiście fauna na północ od zwrotnika Raka różni się znacznie od tej na południe od Sahary, nazywanej niegdyś Etiopią. Powyższe porównanie do Indii nie jest dowolne, bo Lydekker odbył wielką podróż na ten azjatycki subkontynent, a także zgromadził tam wielkie zbiory fauny, skamielin i minerałów, które przekazał Muzeum Historii Naturalnej w Cambridge. Owocem wyprawy było też dzieło z 1900 roku pt. The Wild Animals of India, Burma, Malaya, and Tibet, a także współpraca z encyklopedią Britannica. Książka wielkiego Anglika odtąd stała się cenną częścią mojej biblioteki i wielokrotnie ją pokazywałem zaprzyjaźnionym osobom, a także kolejnym moim dziewczynom, które najczęściej nie wykazywały w tym względzie zbyt wielkiego zainteresowania i nie podzielały mojego entuzjazmu. Jedna z nich powiedział wprost: Co ty mi tu kozy będziesz pokazywał…? Mamy chatę wolną, to skaczemy do łóżka… Co było robić, na chwilę odłożyłem pracę Lydekkera i zacząłem studiować anatomię innego rodzaju…        

Książka angielskiego zoologa szczególnie przydała mi się, gdy wielokrotnie czytałem o łowieckich przygodach Tomka Wilmowskiego w Afryce. Akcja oparta została tam na poszukiwaniach i odkryciu legendarnego zwierzęcia, żyjącego w dżunglach Kongo (Ituri), dobrze znanego Pigmejom, ale do roku 1901 będącego wielką zagadką dla cywilizowanej ludzkości. Odkrył ją Sir Henry „Harry” Johnston (1858–1927), organizator ekspedycji, która dostarczyła pierwszy okaz do Europy i wywołała tym wielkie poruszenie. Już na pierwszy rzut oka widać, że jest to zwierzę powstałe w wyniku naturalnej krzyżówki – zaliczono je do żyrafowatych, ale kształt ciała i ubarwienie pasiaste na kończynach wskazywać może, że gatunek ten powstał z połączenia żyrafy i zebry, choć jeszcze zagadką pozostaje uzębienie, tak charakterystyczne dla rogatych przedstawicieli afrykańskiej fauny. Bardzo płochliwe zwierzę żyje na terenach bagnistych i na porośniętych dżunglą wzgórzach, czasem po kilka rozdzielonych osobników w jednym rejonie. Żywi się głównie roślinnością i grzybami, a swoje terytorium znakuje moczem i specjalnie wydzielanymi hormonami. Znane było dość dobrze starożytnym Egipcjanom dwunastej dynastii jako afrykański jednorożec, a Pigmeje od dawien dawna używali jego skóry do wykonywania ozdobnych okryć ciała. Tak jak żyrafa, okapi ma długi fioletowy język, który służy mu do zrywania wyżej położonych liści i gałązek, a także jest na tyle giętki, że może obmyć powieki i wyczyścić dość duże uszy. Zwierzę jest bardzo płochliwe, a stale zagrożone przez polujące na nie lamparty, dobrze się maskuje, w czym bardzo pomaga jego rdzawe ubarwienie i pasiaste desenie na szyi i nogach. Z racji tego, że podejrzewa się iż wizerunek egipskiego boga Seta ma w sobie elementy fizjonomii okapi, formułuje się tezę, że zwierzę to występowało niegdyś w rozlewiskach doliny Nilu Błękitnego, szczególnie w okolicach wodospadów Tissisat. U Szklarskiego, w powieści dla młodzieży, znalazłem tylko podstawowe informacje o tym ssaku, ale u Lydekkera było ich prawdziwe bogactwo i tłumaczyłem poszczególne strony z ogromną frajdą. Jakież to musiało być interesujące także dla czytelników w Europie, na początku dwudziestego wieku, tym bardziej, że zdobycie tych wiadomości okupione zostało wielu trudami, a kolejne wyprawy dotrzeć musiały do samego centrum Afryki, przedzierając się przez gęstą, bagnistą dżunglę. Liczni myśliwi udawali się wtedy na Czarny Ląd by upolować najciekawsze okazy, powszechnie mordowano słonie i nosorożce, żyrafy i zebry, antylopy i dzikie koty, ale prawdziwym łupem tego rodzaju rozbójników było okapi. Na szczęście od 1932 roku zwierzę to jest pod całkowitą ochroną, a liczne okazy zobaczyć można w ogrodach zoologicznych, które znacznie przyczyniły się do zachowania gatunku.

Moje życie tak się kształtowało, że dopiero w wieku sześćdziesięciu lat spełniać się zaczęły marzenia o podróżowaniu po Afryce. Najpierw odwiedziłem Kenię, a potem, pokonując wielkim Boeingiem 777 cały Czarny Ląd, pojawiłem się w Republice Południowej Afryki. Lądując najpierw w Nairobi, sporo wiedziałem o tym mieście i o kraju, którego jest stolicą, a jednak czułem ogromne podniecenie i czekałem niecierpliwie na to, co się wydarzy. Zaproszono mnie tam na Międzynarodowy Festiwal Literacki Kistrech, który rozgrywał się w Nairobi, Kissi, na sawannach Masai Mara i na obrzeżach Parku Narodowego Serengeti. Od chwili, gdy opublikowałem zbiór wierszy amerykańskich pt. Bulwar Singera zacząłem pisać wiele lirycznych tekstów, w których skraplały się moje doznania i przemyślenia podróżnicze. Po wydaniu drugiej książki – Sprzedawca skowronków – myślałem, że na tym zamknie się ten etap pisania, ale mój wieloletni przyjaciel – Jerzy Szatkowski – zasiał we mnie ziarno niepokoju, mówiąc, że nie spocznę, póki na półkach nie pojawi się dziesięć książek tego typu. Roześmiałem się wtedy, bo wskazany zakres był kolosalny, ale przy każdej publikacji nowego tomu, przypominała mi się ta przepowiednia, a kolejne podróże motywowały mnie do pisania wielu nowych wierszy. Może kiedyś napiszę też książki wspomnieniowe lub eseistyczne, ale na razie cieszę się z kolejnych zbiorów, zawierających wiersze z krajów arabskich, liryki ormiańskie, belgijskie, tureckie i gruzińskie, a ostatnio słowiańskie. Wyprawy do Afryki w październiku 2018 roku i marcu 2019 były tak ekscytujące, że pióro właściwie nie wypadało mi z ręki, a moją ambicją stało się liryczne odzwierciedlenie nowych przestrzeni kulturowych. Wszystko tutaj mnie zaskakiwało – wyprawa nad Jezioro Wiktorii, safari na równinie Masai Mara, poznawanie zakamarków Nairobi i Kissi, a nade wszystko spotykani ludzie, ich obyczaje, obrzędy, tańce i śpiewy. Podróżowaliśmy starym autokarem uniwersyteckim i wciąż otwierały się przed nami egzotyczne widoki, wielkie perspektywy i nagle mogłem dotknąć tego, co było istotą moich dziecinnych i młodzieńczych fascynacji. Zobaczyłem tysiące zwierząt podążających do odwiecznych miejsc narodzin potomstwa: zebr, antylop gnu, żyraf, nosorożców, wielu antylop i gazel, słoni i bawołów, za którymi nieodmiennie podążały drapieżniki: lwy, pantery, gepardy, hieny, likaony i szakale. Odwiedziłem wioskę Masajów, zobaczyłem jak żyją i jak dostosowują się do współczesności, oferując turystom swoje wyroby rękodzielnicze z drewna, metalu i plastiku. Każdy dzień był niezwykły i każdy przynosił nowe wiersze, powstające w trasie lub w zaciszu hotelowym. Wypracowałem sobie metodę odręcznego, szkicowego pisania, które staje się podstawą do ostatecznych opracowań domowych i wielu jeszcze poprawek, dostosowań i ulepszeń. Kenia właściwie wiele nie różniła się od moich młodzieńczych wyobrażeń o tym kraju, a jej gruntowe drogi były zapewne takie same, jak w czasach pierwszych eksploracji podróżniczych. Jak zwykle towarzyszył mi aparat fotograficzny i wiele zrobionych tam zdjęć znalazło się w tym tomie. Odwiedziliśmy autentyczną wioskę murzyńską i zaproszono mnie do chaty bardzo ubogiej kobiety, samotnie wychowującej dzieci po śmierci męża. Malaria zabrała tam wiele istnień, ale śmierć jest u tych ludzi tak częstym gościem, że stała się nieomal rodzajem tła dla codziennych zmagań z losem. Uświadomiłem to sobie, gdy zobaczyłem warsztat ulicznego wytwórcy trumien, uśmiechającego się promiennie i zapraszającego mnie do kupna jednej z nich. Z kolei wizyta w szkole podstawowej w Kissi ukazała mi ogromne bogactwo generacyjne tego kraju, a przed moimi oczyma pojawiły się dzieci tak różnorodne, jak kwiaty i owoce w dżungli, jak kolorowe ptaki, buszujące w gałęziach wielkich drzew. Oczarowała mnie ich radość i zaciekawienie, uważne przyglądanie się dziwnym przybyszom, studiowanie ubiorów, ruchów i gestów, w czym było coś z moich młodzieńczych fascynacji afrykańską egzotyką.

Druga podróż – u końca marca i na początku kwietnia 2019 roku, na kolejny festiwal literacki – ukazała mi inną Afrykę, bliższą cywilizacji europejskiej i amerykańskiej i rozwijającą się z wielkim impetem. Lot z Frankfurtu na południe ogromnego kontynentu wydawał mi się karkołomnym przedsięwzięciem, ale jak wszystkie moje eskapady tego rodzaju, przebiegał bez problemów i po kilkunastu godzinach znalazłem się w Johannesburgu, aż na Południowej Półkuli. Natychmiast zaskoczyło mnie ucywilizowanie tego kraju, jakże różniącego się od Kenii, co zapewne jest dziedzictwem afrykanerskim, ale przecież nowe społeczeństwo, ukształtowane przez walkę i myśl społeczną Nelsona Mandeli, także przyczyniło się do nieustającego rozwoju. Jadąc zatem wygodną limuzyną z lotniska do hotelu, zauważyłem wiele nowoczesnych wieżowców ze szkła i betonu, sporo ogromnych, zadbanych budynków użyteczności publicznej, a do tego wygodne szerokie drogi, estakady i zjazdy z nich. Kolejne dni przyniosły nowe obserwacje – w miasteczkach pod Johannesburgiem, w Pretorii, Nelspruit, a nawet w osławionym Soweto, które teraz pełne jest schludnych domków z cegieł i pustaków i jakże dalekie od największych afrykańskich slumsów w Nairobi. Podróżowanie po RPA było bardzo przyjemne i dostarczało wielu wrażeń widokowych, bo teren jest tam różnorodnie ukształtowany, rozległe równiny zmieniają się w wyżyny, a te łagodnie pną się ku zjawiskowym górom i samotnym skałom. Wszędzie też widać dzikie zwierzęta, których najwięcej zobaczyłem w Parku Krugera, na kolejnym safari, wszakże znacznie różniącym się od tego, jakie odbyłem w Kenii. Tutaj, wraz z innymi uczestnikami festiwalu literackiego,  podążałem asfaltowymi drogami wygodnym jeepem, a zwierzęta pojawiały się pomiędzy drzewami i krzewami, na brzegu rzeki lub pośród traw niewielkich bagnisk. Safari było zatem wygodniejsze, pozbawione brązowego kurzu, ale nie mogło równać się z tym, co zobaczyłem na płaskowyżu Masai Mara. Znacznie mniej było tutaj zwierząt, choć ich wtopienie w roślinność i większa płochliwość powodowały, że bezkrwawe łowy stawały się równie ekscytujące. I w tym kraju spotkałem wielu ciekawych ludzi, zarówno czarnych, jak i białych, z radością ściskających moją dłoń i patrzących mi w oczy z poczuciem wielkiej ludzkiej jedności. Może właśnie to spowodowało, że napisałem wiersz o czarnej skórze, która niczym nie różni się od białej, czerwonej i żółtej, a czasy apartheidu oceniłem w nim tak, jak na to zasłużyły. Nie obyło się też bez tonów smutnych, kiedy odwiedziłem dom Mandeli i słuchałem opowieści o Hectorze Petersonie, trzynastoletnim chłopcu, zastrzelonym w roku 1976, podczas powstania w Soweto. Ale zdecydowanie więcej było w tej wyprawie elementów pozytywnych, barwnych rozmów z czarnymi taksówkarzami, poetami i poetkami, osobami sprawującymi władzę i zajmującymi się biznesem. Niewątpliwie RPA jest afrykańskim lwem, który po okresie wyczekiwania, wyprężył się i skoczył do przodu z ogromną siłą. Moja druga afrykańska podróż zaowocowała nowymi wierszami, ale potrzebny był jeszcze łącznik czasowy i literacki, którym okazał się poemat filatelistyczny, będący powrotem do młodzieńczych pasji zbierackich i odpominaniem licznych serii i pojedynczych znaczków z krajów afrykańskich. Zbiór pt. Rzeźba z hebanu jest moim kolejnym zaskoczeniem autorskim i ogromną radością, bo spina w jednym tomie dzieciństwo, młodość i czas wchodzenia w lata ostatnie. To już ósma książka w ciągu poetyckich relacji podróżniczych, ale – tak jak pozostałe – zawierająca też sporo wierszy, które mogłyby się znaleźć w innych książkach i egzystować poza uporządkowaniem tematycznym. Choć to nieprawdopodobne, zbliżam się powoli do tego, co przepowiedział mi Jurek Szatkowski…

 

DARY LOSU

Dawne przedstawienie świątyni w Puri

Nasze życie staje się często elementem jakiegoś tajemnego kodu, trudnego do pojęcia i zaskakującego swoimi niezwykłymi rozwiązaniami. Tak stało się i teraz, gdy nagle stanąłem u wrót Zatoki Bengalskiej, na brzegu Oceanu Indyjskiego, w małym jak na warunki indyjskie mieście Puri. Chodząc brzegiem wielkiej przestrzeni błękitu, lazuru i szarości, siadając na piasku i wchodząc do wody, a potem kontemplując regularność przypływów i odpływów, wracałem myślą do moich świetlistych lat dziecinnych. Jako wrażliwy chłopiec, może jedenastoletni, może dwunastoletni, uczestniczyłem w komicznych walkach i przyjaznych spotkaniach ogromnej wspólnoty pokoleniowej. W chwilach pokoju i radosnego zawieszania dłoni na ramionach, w momentach uspokojenia i poczucia braterskiej więzi, oddawaliśmy się pasjom zbierackim. Najczęściej były to znaczki pocztowe, gromadzone w klaserach, kupowane u filatelisty lub w specjalnych pakietach, w kioskach „Ruchu”. Osiedle Błonie dopiero się budowało i nie mieliśmy jeszcze wtedy domów kultury, czytelni bibliotecznych ani klubów osiedlowych – w naturalny sposób gromadziliśmy się więc na klatkach schodowych i w piwnicach. Pamiętam wiele takich spotkań, kiedy to „handlowaliśmy” znaczkami, etykietami zapałczanymi, kolorowymi czasopismami, a także widokówkami. Na schodach siadaliśmy najczęściej we dwoje, ale w wąskich piwnicach potrafiliśmy się gnieździć w kilkoro, toczyć dysputy, podnosić ciężary, a nade wszystko wymieniać się zbiorami. To za sprawą nieżyjącego już dziś kolegi – Piotra Murawki – nie bez oporów zacząłem zbierać kolorowe widokówki. Jego brat pływał na statkach handlowych i stale przywoził karty pocztowe, które lśniły lakierem i uwodziły kolorami nie z tej ziemi. Szczególnie zapamiętałem serię z Republiki Południowej Afryki, prezentującą egzotyczne widoki okolic Kapsztadu i Kraju Przylądkowego oraz przedstawicieli ludu Zulusów. Pisząc koledze wypracowania z polskiego, czasem płacąc niewielkie sumy lub wymieniając się na fiński nóż lub koło do roweru, zgromadziłem sporo barwnych kartek, które z czasem zacząłem wymieniać na pakiety nowych przedstawień tego typu albo inne artefakty.

Pocztówka z dziecinnych zbiorów

Zapewne podczas jednej z takich sesji trafiła do moich rąk dziwna, czarno-biała kartka z indyjskiego Puri, przedstawiająca spore fale oceaniczne, jakichś Hindusów w szpiczastych czapkach na brzegu i jedną łódź w oddali, ślizgającą się po spienionych bałwanach. Prosta wizualność widokówki nie wzbudziła mojego zachwytu, ale obudziła ciekawość, która znakomicie lokowała się w obrębie ówczesnych szerokich zainteresowań geograficznych. Daleko jeszcze wtedy było do Internetu, więc wszelkie sprawdzanie, porównywanie, dociekanie faktów i lokalizacji, dokonywało się za sprawą encyklopedii, książek podróżniczych i atlasów geograficznych. Bez trudu jednak znalazłem stutysięczne miasto Puri, położone na brzegu Oceanu Indyjskiego, przy zachodnim krańcu Zatoki Bengalskiej.   Okazało się, że jest to znane miejsce kultu hinduistycznego, a to za sprawą znajdującej się tam Dźagannathy – świątyni Pana Świata (Dźagannath Mandir) i odbywającym się tam festiwalom wozów (Ratha Jatra).  Hindusi pielgrzymują tu od wieków by pokłonić się słynnym przedstawieniom Kryszny, jego brata i siostry, a nade wszystko zaznać błogosławieństwa na długie lata. Jako nastolatek interesowałem się przede wszystkim geografią Afryki, więc informacje o lokalnych indyjskich bogach, władcach i kultach nie wywarły na mnie wielkiego wrażenia. Odnotowałem w pamięci przechodzenie tego miejsca z rąk do rąk, okresy panowania najeźdźców z Afganistanu i Mogołów, a potem walki Hindusów o odzyskanie swoich świętych rewirów. Większe wrażenie robiło na mnie owo dynamiczne przedstawienie oceanu z czarno-białej pocztówki, tym bardziej, że mapy geograficzne wskazywało na to, iż Puri leży u wrót wielkiej głębi wodnej, dochodzącej do pięciu tysięcy metrów. Moja wyobraźnia natychmiast podsunęła obrazy monumentalnych skarp podwodnych, pełnych korali i wodorostów, pośród których roi się od barwnych ryb z rodziny wargaczowatych (Labridae), skrzydlic, barakud, delfinów, żółwi i krabów, rekinów, a także ośmiornic i gąbek, meduz i rozgwiazd.

Puri 2019

Mój tajemny życiowy kod odsłonił się zatem, gdy w lutym 2019 roku dotarłem do Puri i oszołomiony stanąłem na brzegu Oceanu Indyjskiego. Czarno-biała widokówka nagle ożyła, a choć pewnie dawno zmarli i zostali skremowani ludzie, którzy pojawili się na niej, to tak samo jak za ich czasów, w przepaściach dwudziestego wieku, szumiał ocean i fale monotonnie uderzały o brzeg. Tyle razy miało to się nie zdarzyć, w tylu sytuacjach mogłem stracić życie, podążyć innymi ścieżkami, które oddalałyby mnie od Puri, tyle mogło być innych wyborów. Jeszcze w trakcie podróży do Indii wszystko zawisło na włosku, gdy pojawiły się kłopoty z elektroniczną wizą i już kupiłem bilet powrotny z Frankfurtu do Warszawy. Na szczęście wszystko zmieniło się w jednej chwili, gdy wiza wreszcie dotarła do mnie i innymi liniami lotniczymi poszybowałem w kierunku Delhi, a potem Bhubaneswaru i Puri. Trzy dni spędzone nad jednym z najżywszych światowych ekosystemów, dały mi wiele radości, ale nade wszystko pobudziły do myślenia, kontemplacji wielkich dali i obserwacji zachowań ludzkich. Przemierzyłem wiele kilometrów brzegiem zatoki, znajdując na brzegu elementy specjalnie przygotowanych wyobrażeń bóstw, orzechy kokosowe, koraliki wotywne, muszle, zdechłe ryby i kraby, a także sporo jakże niebezpiecznych dla fauny podwodnej plastikowych śmieci, skłębionych pośród płacht zużytych plastikowych sieci rybackich. Podczas takich wędrówek najważniejsza była transgresja oceanu w mojej świadomości i jakby wypełnienie nim myśli, swobodne przenikanie rześkości i wilgoci do jaźni i nieustanne kołysanie się we mnie refleksji, powracanie do zdarzeń dzieciństwa, wieku dorosłego i nieuchronnie zainicjowanej starości. To było też obcowanie z ostatecznością słońca, odwiecznymi barwami pojawiającymi się pomiędzy horyzontem  i brzegiem, z szyfrem mgieł, oparów, chmur i szeptu, a czasem pokrzykiwania, spienionej kipieli. Jacy dziwni wydali mi się ludzie na brzegu, oddający cześć oceanowi, wrzucający do niego orzechy kokosowe i niewielkie wyobrażenia bóstw, a nade wszystko wierzący, że ta odwieczna, przeogromna przestrzeń spowoduje jakieś zmiany w ich życiu. Wędrując tak godzinami, przysiadłem wreszcie przy rybackich łodziach i w ich cieniu zacząłem zapisywać notatki, szkice wierszy, wracając myślami do czarno-białej pocztówki z mojego dzieciństwa, będącej tajemnicą i nieprzeczuwaną zapowiedzią niezwykłych darów losu i spełnienia najskrytszych pragnień.

NIEŚWIADOMOŚĆ

Podczas lektury Medytacji kartezjańskich Edmunda Husserla natknąłem się na taki oto fragment: Codzienne praktyczne życie jest życiem wiedzionym w naiwności: żyć w ten sposób znaczy, swym doświadczeniem, myśleniem, wartościowaniem być zanurzonym w zastanym przez nas świecie. (przeł. Andrzej Wajs, Warszawa 1982, s. 230) Choć wielkie dzieło niemieckiego filozofa jest wprowadzeniem do fenomenologii transcendentalnej i czytałem je w określonym celu poznawczym oraz pisarskim, to wskazanie naiwności  naszego życia w zastanym świecie zrodziło we mnie biograficzną refleksję z dzieciństwa. Było lato roku 1970 i miałem wtedy dwanaście lat, chodziłem do piątej klasy szkoły podstawowej, miałem swoje zainteresowania geograficzne, codziennie grałem w piłkę i jeździłem na rowerze, oddychałem  pełną piersią, a w oczach lśniło mi światło. Pewnego dnia mój ojciec zadecydował, że wraz z kolegą pójdzie nad bydgoski kanał i zabierze mnie, bym wykąpał się w nim. Jakże mnie to uszczęśliwiło i szedłem tam z dwoma mężczyznami z radością, przysłuchując się ich rozmowom. Tak, to była pełna nieświadomość i całkowita naiwność, podążanie ku zdarzeniu, które mogło mieć jakże tragiczny finał. Miejsce przy kanale wyglądało wtedy inaczej niż dzisiaj, miało swobodne, piaszczyste dojście do wody, która w latach siedemdziesiątych była czystsza, odnawiana przez Noteć i Brdę. Trasa wodna ciągle funkcjonowała i od czasu do czasu można było zobaczyć na niej płynące barki, pchacze i inne statki. Gdy dotarliśmy na miejsce, zastaliśmy tam sporo ludzi w wodzie i na brzegu, wiec szybko rozebrałem się i czekałem na pozwolenie wejścia do kanału. Ojciec usiadł wraz z kumplem w pewnym oddaleniu, pod drzewem sosnowym i wdał się z nim w rozmowę, od czasu do czasu popijając piwo. W końcu też pozwolił mi ruszyć do wody, przestrzegając jednocześnie, że mogę bawić się tylko na brzegu, tym bardziej, że nie umiałem jeszcze dobrze pływać. Natychmiast oddałem się wodnym igraszkom i czułem się wspaniale w towarzystwie innych dzieci, nurkujących i robiących wiele hałasu w kilku miejscach. Jeszcze spojrzałem na ojca w oddali i chciałem mu pomachać ręką, gdy nagle osunąłem się do głębszej wody, czując, że nie zdołam się z niej wydostać. W toni próbowałem z przerażeniem wołać tatę, ale tylko piłem wielkimi haustami wodę i bliski byłem utraty przytomności. Na szczęście mój rodzic zauważył co się stało i z wielkim pędem ruszył do kanału, z którego wydobył mnie natychmiast. Przerażenie od razu zamieniło się w euforię i kaszląc, wypluwając wodę, poczułem się jakbym urodził się po raz drugi. To było przerażające doświadczenie i dopiero straszliwy krzyk matki, której później zrelacjonowałem, co się stało, uświadomił mi grozę tej sytuacji. Choć zostałem uratowany przez ojca, dostał on solidną reprymendę, tym bardziej, że mama nie lubiła tego jego kolesia, który zawsze namawiał go do picia alkoholu. Chociaż wtedy nie było go sporo, to jednak mógł on spowodować obniżenie czujności i moje życie mogło się skończyć tego słonecznego, lipcowego dnia. Teraz, gdy o tym myślę i kontempluję moją ówczesną „nieświadomość”, widzę oczyma wyobraźni świeżo wykopany grób na cmentarzu na Jarach, otwartą trumnę i cały ten potworny ceremoniał pogrzebowy, w którym uczestniczyć by musieli moi bliscy. Będąc w 1999 roku w szwajcarskim Fryburgu i stając nad grobem Edmunda Husserla, nie przypuszczałem, że kiedyś lektura jego dzieła zawiedzie mnie ku przerażającemu wspomnieniu tonięcia w bydgoskim kanale. Wciąż mam w pamięci tamtą rozpacz i poczucie bezradności, gdy osuwałem się w głębinę, zieleń rozświetlonej wody i euforię wydostania się z matni na rękach ojca. Dzisiaj czasami przejeżdżam na rowerze obok miejsca mojej niedokonanej śmierci, zatrzymuję się na moście i patrzę na tę jakże inną dzisiaj toń. Kanał od dawna jest zamknięty, więc stojąca w nim woda pokryła się gęstą roślinnością, wzrosło też zamulenie i brzegi nabrały dzikości. Nie ma już śladu po piasku na brzegu i dzikim kąpielisku, a groźna chwila nieświadomego zagrożenia, zanurzona w zastanym świecie, utonęła w przeszłości, pośród tysięcy innych sekund, minut, godzin.

Grób Edmunda Husserla we Fryburgu Bryzgowijskim

60

Nowy Orlean

Ostatnie miesiące były dla mnie bardzo intensywne i śmiało mogę powiedzieć, że taki rok jeszcze mi się nie przytrafił. A przecież 23 kwietnia skończyłem sześćdziesiąt lat i nieodwołalnie skończyła się moja młodość, lata dojrzałe, wiek średni, a zacząłem wchodzić w coś, w co do końca nie mogę uwierzyć, czyli w „starość”. W moim przypadku to określenie jest trochę na wyrost, bo stale „jadę” na mojej żywiołowości sportowej, rozbudowaniu ciała na treningach kulturystyki, boksu, piłki nożnej i pływania. Był taki czas, że przewalałem delfinem moje ukochane jezioro w Chmielnikach, przebiegałem tygodniowo ponad sto kilometrów, jeździłem na dalekie wyprawy rowerowe, wspinałem się na skały, ćwiczyłem sporty walki. Może dlatego różnię się od wielu moich rówieśników, którzy mają teraz wygląd dziadków, są siwi jak gołąbki, zarośnięci niczym Aborygeni, chodzą z trudem i skarżą się nieustannie na zdrowie. To dziwne, bo wcale nie oszczędzałem się podczas rytuałów młodości, imprez z alkoholem, biegów do nikąd, szaleństw kolejnych dziesięcioleci. Wygląda na to, że mój wiek biologiczny bliski jest pięćdziesiątki, tym bardziej, że wciąż jeżdżę na rowerze, pływam i nade wszystko prowadzę aktywne życie intelektualne. No i właśnie w tym momencie dostałem od losu rok, który nieustannie mnie zadziwia, przynosząc coraz to bardziej ekscytujące wydarzenia, które warto tutaj odnotować. Nowe 365 dni zaczęło się od wydania mojej powieści pt. Aleja klonów, która w czerwcu przez niezależne Jury uznana została za najlepszą książkę prozatorską w Bydgoszczy. Zanim do tego doszło wybrałem się na wielką wyprawę do Stanów Zjednoczonych, byłem w Waszyngtonie, Nowym Orleanie, Los Angeles i Nowym Jorku, skąd przywiozłem wspaniałe materiały do pisanej książki wspomnieniowej pt. Amerykańskie chwile. Ileż tam było moich zamyśleń i zatrzymań nad rzeką Potomac, nad Missisipi i na głównej ulicy Nowego Orleanu, po której kursują zjawiskowe wielkie, czerwone tramwaje. W tym mieście też na chwilę stanęło mi serce, gdy na Bourbon Street słuchałem dynamicznego murzyńskiego zespołu, a potem płynąłem statkiem na wielkiej rzece, kontemplując oddalający się charakterystyczny most i wieżowce centrum. W Los Angeles obserwowałem niezwykłe ptaki, fotografowałem drzewa, owoce i kwiaty, a nade wszystko zatrzymałem się na plaży w Malibu, gdzie z wysokich skał wpatrywałem się w dale Oceanu Spokojnego. I jeszcze wędrówka w Nowym Jorku do miejsc, które zapamiętałem z poprzednich trzech wypraw na kontynent amerykański. Chwile nad brzegiem Hudson River, w Central Parku, w Chinatown, a także na Long Island, u mojego przyjaciela, amerykańskiego wydawcy – Stanleya H. Barkana.

Majowy wieczór w Szanghaju

Ledwo wróciłem z Ameryki, a już w ostatniej dekadzie maja szykowałem się do siódmego wyjazdu do Chin, gdzie odwiedziłem Szanghaj, Nankin i Xuzhou. I znowu były zatrzymania w pędzie, w obliczu wysokościowców Pudong, na futurystycznym moście nad odnogą Jangcy, przy grobach cesarskich dynastii Han. Była też ogromna intensywność działań literackich i artystycznych, przede wszystkim w Nankinie, gdzie po raz kolejny zbierałem materiały do szkicu o masakrze z grudnia 1937 i stycznia następnego roku. Po powrocie załatwiłem wszelkie formalności i zawarłem związek małżeński z moją wieloletnią partnerką – Anią (!!!). Były też kolejne „incydenty” wydawnicze, jakże zaskakujące i rozświetlające moje wnętrze, a więc pojawienie się wyborów wierszy w Macedonii, Serbii, Stanach Zjednoczonych i we Francji. Do tego dodać należy publikacje w polskich i zagranicznych periodykach oraz w kilku antologiach międzynarodowych, w tym w tak odległych krajach jak Chiny, Korea, Armenia. Nie zwalniałem tempa także w Polsce, gdzie opublikowałem dwa wybory wierszy zaprzyjaźnionych poetów – Jidiego Majii z Chin i Szoty Jataszwiliego z Gruzji, a także przygotowałem do druku i wydałem nowe książki kilku polskich autorów. Nie sposób tutaj wymienić wszelkich przejawów mojej aktywności literackiej, takich wydarzeń jak czytanie wierszy w Yale Club w Nowym Jorku, otwieranie wielkich paneli dyskusyjnych w Chinach, wygłaszanie referatów naukowych i krytycznoliterackich, jak stała praca recenzencka i opracowywanie nowych tekstów poetyckich, prozatorskich i eseistycznych, jak udział w polskich festiwalach pisarskich i spotkaniach autorskich. To w tymże roku musiało się we mnie pojawić przeświadczenie, że czas zatoczył krąg i trzeba się brać za uporządkowanie papierów, przygotowanie do druku nowych książek, a szczególnie tych niegdyś zainicjowanych i nie mogących doczekać się dalszego ciągu. To teraz będzie jeden z ważniejszych nurtów mojej działalności, bo przecież trzeba po sobie zostawić porządek, wydane tomy muszą stać na półkach w równych szeregach, a segregacja komputerowa daje możliwość przechowania ogromnego archiwum z czterdziestu lat, wielu ważnych listów, dokumentów, dedykacji, bo z setkami kilogramów papieru nie przejdę przez ucho igielne śmierci. Chciałbym wprowadzić jakiś ład w tym, co zrobiłem, zmniejszyć księgozbiór, opracować wykazy, rozległy biogram, a nade wszystko oczyścić przedpole do publikacji moich książek ostatnich i może najważniejszych. Tylko wiele zadań pozwoli dalej żyć i nie przejmować się wkroczeniem w czasy schyłkowe, tylko dynamika zdoła przeciwstawić się drapieżnej entropii.

Chmury nad bydgoskim lasem

Powyższe przemyślenia i refleksja nad rokiem 2018 pojawiły się we mnie podczas wyprawy rowerowej do pobliskich lasów, tuż przy bydgoskim lotnisku.  Często przemierzam tam drogi pośród drzew, ale tym razem zatrzymałem się przy jednym ze skrzyżowań, odstawiłem rower i stanąłem w miejscu, przyglądając się wielkiej tafli błękitu, pierzastym chmurom i poruszającym się lekko na wietrze gałązkom i listkom brzóz, olch, sosen. I oto nagle spłynęła na mnie niespotykana błogość i zacząłem rozmyślać o moim jubileuszu, o darach losu, o tym, co przeżyłem i co jeszcze jest przede mną. Postanowiłem stać tam co najmniej godzinę i zerkając na zegarek, wcale nie czułem powolności upływu czasu. Chmury lekko przesuwały się po niebie, gdzieś pod nimi pojawił się niewielki samolot, zmierzający szybko na zachód, świeciło słońce i wszystko zyskiwało niezwykłą połyskliwość. Odczułem ze wzruszeniem, że jest to wyjątkowa chwila uspokojenia, zatrzymania w pędzie, kontemplacji świata, w jego najpiękniejszym kształcie. Ten moment połączył się z innymi olśnieniami, daleko w świecie, nad polskim morzem, w Tatrach i w rodzinnym mieście. Oddychałem pełną piersią czystym powietrzem, przyglądałem się parze sójek, które przysiadły na młodej brzozie, tuż przy mnie, odprowadzałem wzrokiem niewielkie stado trznadli, przemierzające szeroką przestrzeń szkółki leśnej, wyodrębniałem odgłos uderzeń o drzewo dzioba dzięcioła i dalekie wołanie kukułki. Nagle moją uwagę przykuł niewielki chrząszcz, który przeleciał z brzękiem tuż przy mojej twarzy i usiadł na wystającej z ziemi pozostałości po grubej sośnie. Unosił lekko czerwony pancerz chitynowy i jakby przewietrzał przeźroczyste skrzydła, ostrzył czułki i kręcił niewielką głową. Pomyślałem, że niewiele różnię się od tego chwilowego bytu, który zatrzymał się w pędzie na kilkanaście sekund, a potem odleciał, niknąc w sinościach, ochrach i już mętniejących w sierpniu zieleniach. Stojąc na rozdrożu w lesie, patrząc na świat dookoła zamyślałem się nad wieloma szczęśliwymi zdarzeniami w moim życiu, narodzinami dzieci i wnuczki (w drodze kolejny on lub ona…), pięćdziesięcioma podróżami zagranicznymi, opublikowanymi książkami, a nade wszystko spotkaniami z dobrymi ludźmi, prostymi i wykształconymi, w Polsce i na świecie, w wielkich samolotach, hiperszybkich pociągach i na szlakach pieszych wędrówek. To ogromny kapitał, ale też i zachęta do dalszego działania, mierzenia się z wyzwaniami, pomysłami i planami.  Wsiadając z powrotem na rower byłem przekonany, że ta godzina leśnych medytacji nie była stracona, a uspokojenie, które się tam pojawiło rozleje się na moje następne lata. I niech tak się stanie…

 

LIBRARY OF CONGRESS

« Older entries

%d blogerów lubi to: