SPOKÓJ

Złotokap pospolity w moim ogrodzie

Dzisiaj przez godzinę siedziałam na naszej ławeczce ogrodowej. A właściwie bujałem się lekko, bo wisi ona na łańcuchach na specjalnie przygotowanej, metalowej ramie z rurek. Jakież to było uspokajające i jak dobrze mi się oddychało powietrzem pełnym majowych zapachów. Nie myślałem o czymś szczególnym, raczej chłonąłem chwile, przyglądając się przede wszystkim ptakom i owadom. Zaskoczył mnie duży ruch w powietrzu – sporo nadlatujących skądś szpaków i mazurków, jakieś śmigłe synogarlice i podążające w dal grzywacze. Do tego kawki przysiadające na dachach domów i jakby ukosem tnące niebo sroki, w locie tracące swoją charakterystyczną ociężałość i chybotliwość. W moich myślach pojawiły się zdarzenia z ostatniej podróży do Argentyny, kadry z szerokich ulic i największego cmentarza w stolicy, ale też chwile szczęścia w moim mieście, podczas spotkań ze studentami i życzliwymi mi ludźmi. Ławeczka bujała się lekko, a ja patrzyłem na zieleń krzewów i trawy, chwastów i liści róż, wodziłem wzrokiem po kwiatach złotokapu i bzów. Nigdzie nie musiałem iść, nic nie musiałem robić, byłem sobą w tym lekkim kołysaniu, a świergot i piski jeżyków stały się tłem dla dobrych chwil.  

JEDNIA

Przebudzenie w nocy, około godziny drugiej trzydzieści. Przewracam się z boku na bok i próbuję zasnąć, ale sen nie przychodzi. Wstaję po cichu z łóżka by nie obudzić Ani i idę na górny poziom mojego domu. Przed zaśnięciem mówiliśmy o tym, że jemy za mało owsianki – przygotowuję więc w kuchni pół małego garnka płatków w wodzie z cukrem. Rano doleję tylko mleka, zagotuję raz jeszcze i dietetyczne śniadanie będzie gotowe. Podchodzę do okna w pokoju i widzę księżyc na niebie, rozmywający się pośród ponurych chmur, które w malarstwie i filmie stanowiły zawsze tło dla grozy i tajemnicy. Przez ułamek sekundy widzę płótna Caspara Davida Fridricha, Iwana Ajwazowskiego, WilliamaTurnera, kadry z filmów Eisensteina i Murnaua. Otwieram okno, wdycham chłodne powietrze i myślami podążam ku zbliżającej się wielkiej podróży na kontynent południowoamerykański. Znowu przelecę Atlantyk w obie strony i będzie to mój najdłuższy lot, bo trwający aż trzynaście godzin i czterdzieści pięć minut. Jeśli do tego dodamy przeskok z Bydgoszczy do Warszawy i dalej do Frankfurtu, to na przełomie kwietnia i maja spędzę w samolotach w sumie ponad trzydzieści godzin. Patrzę na księżyc i czuję lekkie podniecenie, odprowadzam siebie na lotniska, patrzę przez okno wielkiego Boeinga 777 na ocean, próbuję wszystko połączyć w kosmiczna jednię.

W ZJEDNOCZONYCH EMIRATACH

Mój wieloletni przyjaciel Prof. Hatif Janabi zamieścił w periodyku w Zjednoczonych Emiratach Arabskich duży artykuł o mojej twórczości i o literaturze polskiej. Warto tutaj opublikować moje odpowiedzi na zadane pytania w procesie powstawania tej cennej publikacji.

1989 był rokiem przełomowym we współczesnej historii polskiej. Przed tą datą i po niej powstały różne orientacje literackie, zwłaszcza poetyckie. Na przełomie lat 60-70-tych była nowa fala “pokolenie 68”, na początku lat 80-tych były nowe debiuty i tak zwane „Pokolenie, które występuje”, w drugiej połowie tejże dekady powstała grupa ‘Brulion” -u, a począwszy od lat 90-tych mieliśmy do czynienia z nowymi nazwiskami a wciąż w tyglu tamtych wydarzeń panowały takie nazwiska jak, Miłosz, Różewicz, Herbert i Szymborska. Gdzie znajduje siebie poeta i krytyk Dariusz Tomasz Lebioda?

Niejako automatycznie przypisano mnie do pokolenia Nowych Roczników, które jednak nie zaistniało w poezji polskiej, tak wyraziście jak wymienione przez ciebie struktury generacyjne. Andrzej K. Waśkiewicz i Jerzy Leszin-Koperski myśleli, że wydanie antologii Nowe roczniki stanie się takim samym wydarzeniem jak debiut kilku znaczących poetów w 1956 roku, albo wystąpienia nowofalowe Kornhausera i Zagajewskiego. Niestety tak się nie stało, a z antologii ocalały tylko nazwiska twórców mających siłę przebicia. Rzeczywiście rok 1989 był ważny, bo skończył się w Polsce komunizm, a na scenę literacką zaczęli wchodzić nowi twórcy. W tym roku uhonorowano mnie Nagrodą Artystyczną Młodych im. Stanisława Wyspiańskiego i może wtedy moje nazwisko najbardziej się upowszechniło. Było przy tej nagrodzie sporo szumu medialnego, a nagrodzeni twórcy (wraz ze mną aktor Zamachowski, muzyk Sojka, aktorka Ciunelis) pojawiali się w telewizji w godzinach największej oglądalności. Szybko posypały się zaproszenia na spotkania autorskie, wystąpiłem też w „Pegazie” i w Polskim Radiu. Dzisiaj, patrząc z perspektywy lat, cieszę się, że nie zachłysnąłem się tzw. sławą i zacząłem konsekwentnie podążać swoją drogą. To były badania romantyzmu europejskiego, studiowanie literatur anglojęzycznych i zamieszczanie wielu tekstów o literaturze polskiej w prasie ogólnopolskiej i regionalnej. Ta moja wielka aktywność spowodowała, że dzisiaj mój dorobek jest pokaźny i mogę w swoich późnych latach sukcesywnie komponować nowe książki eseistyczne, krytycznoliterackie, prozatorskie i poetyckie. Tak jak w okolicach 1989 roku zrozumiałem, że pisanie o literaturze i sztuce jest moim głównym zajęciem w Polsce, tak około roku 2000 zacząłem otwierać się na świat i uczestniczyć w licznych zagranicznych zdarzeniach kreacyjnych. Stało się to za sprawą naszego wspólnego przyjaciela Adama Szypera, który zaprosił mnie do Nowego Jorku i wraz ze słynnymi poetami amerykańskimi (G. Stern, S. Kunitz, H. Taylor) wziąłem udział w czytaniu poezji w siedzibie ONZ-tu.  

Dariusz T. Lebioda był na początku swojej kariery literackiej typem buntownika. Proszę o wyjaśnienie istoty tego buntu.

Mój bunt miał podłoże pokoleniowe, bo wychowałem się na nowym bydgoskim osiedlu i znalazłem się w licznych grupach generacyjnych, w szkole, w klubach sportowych, na osiedlu i podwórku. To byli chłopcy i dziewczęta mniej więcej w tym samym wieku. Wszystko robiliśmy razem, w dużych drużynach – graliśmy w piłkę nożną i hokeja na lodzie, odbywaliśmy długie wyprawy piesze do pobliskich lasów i równie forsowne wyprawy rowerowe nad jeziora, rzeki, do pobliskich miast i wsi. Z racji tego, że zajęcia sportowe rozbudowały moją muskulaturę, szybko stałem się jednym z wiodących chłopaków, a później zostałem nawet przywódcą dużej grupy chuliganów. Udawało mi tak ich moderować, by nie wyrządzali za wiele krzywdy innym ludziom, ale z czasem porzuciłem ich, bo moje zainteresowania artystyczne były tak dalekie od ich świata, że nasze drogi rozchodziły się samoczynnie. Zaczynałem już słuchać muzyki poważnej, malować obrazy olejne, rysować, pojawiły się trudne lektury i pierwsze utwory poetyckie, recenzje, opowiadania. Ja studiowałem polonistykę, a oni szli swoim torem, popełniali przestępstwa i trafiali do placówek wychowawczych, a potem do więzień. Buntowałem się przeciwko temu i nie mogłem zrozumieć jak dawni wspaniali sportowcy, niezwykli pływacy i biegacze przeistoczyli się w ciągle pijanych awanturników. Po powrocie z więzień słuchałem ich opowieści o tzw. kulturze gitowców i wprowadziłem ją do mojej poezji. Natychmiast utożsamiono mnie z nimi i pojawiło się sporo nieporozumień, przeinaczeń i nadinterpretacji. Nie chcę siebie wybielać, krew miałem gorącą, nie wylewałem za kołnierz i w połowie lat osiemdziesiątych trafiłem do więzienia po paskudnej prowokacji bydgoskiego środowiska artystycznego i tutejszych esbeków. Na szczęście nie straciłem wtedy życia, wydobyłem się z kłopotów i dalej realizowałem swoje zajęcia literackie, publikując wiele tekstów i nowych książek, uczestnicząc w spotkaniach autorskich i polskich festiwalach literackich.   

Jak widzisz kwestię terminu „pokoleń literackich” w Polsce?

Myślę, że ostatnio kategoria ta uległa rozmyciu, a może nawet i całkowicie zanikła. Jak wiadomo przedstawicieli tego samego pokolenia literackiego łączy podobny wiek, wydarzenia społeczne i polityczne, wspólna estetyka odzwierciedlana w manifestach i opozycja do starszych grup generacyjnych. Od czasów romantyzmu i pierwszych uściśleń pokoleniowych (Antoni Potocki, 1912; Kazimierz Wyka, 1977) mieliśmy w Polsce nadprodukcję pokoleń literackich, co wiązało się też z unarodowieniem twórczości, później kompletnie niezrozumiałej dla twórców zagranicznych. Młodzi twórcy, urodzeni po stanie wojennym mniej już interesowali się sprawami patriotycznymi i podążali ku indywidualizacji swoich dorobków. Przyczyniło się do tego też otwarcie świata, możliwość dokonywania wyborów i swobodnego podróżowania, a także niechęć do poetów i twórców uwikłanych w politykę, biurokratyzm i donosicielstwo. Dodatkowo też i fakt, że zabrakło krytyków literackich, takich jak wspomniany Waśkiewicz, którzy dalej ciągnęliby opisy generacyjne. Cóż, miały one sens w określonej rzeczywistości komunistycznej i stawały się utylitarnym opisem, z którego korzystali propagandziści partyjni i zakamuflowani moderatorzy ruchu literackiego. Każda władza ma swoich donosicieli i w przypadku młodej literatury też tacy byli potrzebni, a jeśli nawet nie zostali instytucjonalnie związani z tego rodzaju biurokracją, to ich działalność była użyteczna i pozwalała komunistom zorientować się jakie są tendencje pośród młodych twórców.

Jesteś aktywnym działaczem kulturalnym i literackim za granicą. Gdziekolwiek byś przebywał, miejsce, jej kultura, ludzie i przyroda pozostawiają ewidentny ślad. Nieraz wydaje się, że ten zakres przewyższa w ostatnich latach twoją działalność krajową. Czym ten fakt wytłumaczysz i co to ci dało?

Rzeczywiście od roku 2000 biorę udział w licznych światowych eventach literackich i artystycznych na kilku kontynentach. Po podróżach europejskich i amerykańskich zaczęły się wyprawy do Chin, Iraku, Kenii, Indii, RPA, Kolumbii, ważną rolę w moim rozwoju odegrały też wyjazdy do Armenii, Gruzji i Turcji. Z racji tego, że od młodych lat czytywałem wiele literatury podróżniczej i interesowałem się przyrodą, powstało wiele wierszy o roślinach, ptakach, zwierzętach i artefaktach kulturowych krain, w których się znalazłem. Szybko pojawił się u mnie imperatyw ich wielopasmowego opisu i z każdej podróży przywoziłem wiele wierszy, notatek, esejów. Teraz wiersze podróżne, jak nazwał je krytyk Krzysztof Derdowski, stały się równoważną częścią dla tekstów pokoleniowych i trzeciej partii – symboliki kultury. Wiersze stały się tkanką nowych, dużych tomów, takich jak Sprzedawca skowronków, Ormiańska tancerka, Żółty oleander, Miecz proroka, Złota źrenica, Rzeźba z hebanu, w których – czasem po raz pierwszy w poezji polskiej – opisałem niezwykłe zjawiska, żywe istoty, krajobrazy i budynki, a nade wszystko sytuację poety, który z przestrzeni narodowych podąża ku rozszerzeniom światowym. Szybko to dostrzeżono w międzynarodowych gremiach literackich i w 2015 roku uczyniono mnie prezydentem Europejskiego Medalu Poezji i Sztuki HOMER, którego laureatami są już tak wielcy światowi twórcy jak Adonis, Tomas Venclova, Jidi Majia, Antonio Gamoneda, Patrick Lane, Krzysztof Zanussi, Sona Van, Reiner Kunze, Tomas Lieske. Te kontakty bardzo pomagają mi w pracy literackiej i generują kolejne wyjazdy zagraniczne, spotkania z twórcami i przedstawicielami różnych generacji literackich.

Masz różne zainteresowania, niektóre nie są znane jak miłość do przyrody i botaniki. W tym zakresie masz ogromny album, co zamierzasz z tym zrobić?

Moja miłość do natury też wywodzi się z czasów młodzieńczych, gdy wiele chodziłem po lasach, podglądałem ptaki w trzcinach nadjeziornych, tropiłem sarny i jelenie pośród wzgórz, fotografowałem drobną zwierzynę na łąkach. Obecnie najbardziej interesuję się ptakami, do czego przyczyniły się podróże amerykańskie, gdy nagle znalazłem się w ptasim raju i zapragnąłem zgłębiać wiedzę na ich temat. Kupiłem fachowe atlasy i poradniki i sporo tej wiedzy wsączyłem do mojego Dziennika ornitologa oraz do książki wspomnieniowej pt. Amerykańskie chwile. Myślę, że było to takie samo zauroczenie jak u Johna Jamesa Audubona, który przemykając pośród wertepów wielkiego kontynentu, malował wspaniałe tablice poglądowe i stworzył podwaliny światowej ornitologii. Podróżując po świecie mam okazję zobaczyć ptaki charakterystyczne dla egzotycznych krain, uczestniczę w afrykańskich safari, wjeżdżam na chińskie pasma górskie  i wchodzę w gęstwiny kolumbijskiej roślinności, czasem nawet ryzykując, że natknę się na jakiegoś groźnego drapieżnika.  Ale możliwość zobaczenia barwnego ptaka w jego środowisku naturalnym jest wielkim przeżyciem i nie zapomnę do końca moich dni bliskiego spotkania ze szkarłatną tanagrą nieopodal rzeki Niagary, zachwytu nad zielonkawymi żołnami nad irackim Eufratem czy zetknięć z ibisami nad jeziorem Wiktorii w Kenii.

Jesteś nie tylko poetą, tłumaczem, wykładowcą akademickim, ale znanym krytykiem literackim. Według Ciebie, do czego zmierza obecna poezja i literatura polska?

To bardzo trudne pytanie i odpowiem na nie cytując najpierw mój wiersz z Tomu pt. Jasny dzień:

POLSKA POEZJA

Z pisarzami świata rozmawiam o polskiej poezji

jedni wielbią Herberta inni Miłosza i Różewicza

wielu chwali wiersze Szymborskiej ale nikt nie

wie kim był Norwid Baczyński Bursa nikt nie

czytał Leśmiana Grochowiaka i Poświatowskiej

Jakże pobieżny bywa odbiór naszych poetów

staram się wskazać inne nurty zachęcić do

lektury Krasickiego Morsztyna Janickiego

i Sarbiewskiego ale oni czytali tylko noblistów

i tego dziwnego Zagajewskiego o którym

mówią że będzie następny

Poezja jak życie ma swoje szczyty i błota

połyskujące w słońcu granie i cuchnące

metanem doły – jeśli miałbym wybrać

tylko jednego polskiego poetę

wskazałbym tego który się

jeszcze nie urodził

Bratysława 2015

Myślę, że taka sytuacja jest w każdym kraju i wcale nie zdziwiłem się, gdy w Czechach jeden bohemista zapytał mnie kim był Mickiewicz. Cóż, w Polsce i na świecie też wielu krytyków nie wie kim był ich wielki poeta Karel Macha… Wchodzenie w literaturę musi być odkrywaniem nowych przestrzeni, wskazywaniem dróg rozumienia i nieustającą interpretacją. Tak rozumiem moją misję i mam nadzieję, że będę kończył życie pozostawiwszy po sobie określony porządek literacki, badawczy i krytycznoliteracki. Literatura – jak życie – jest nieprzewidywalna, a honory i zaszczyty z nią związane na pstrym koniu jeżdżą, o czym zaświadcza choćby Nagroda Nobla przyznana nieoczekiwanie Oldze Tokarczuk i totalne pognębienie Adama Zagajewskiego, od wielu lat przygotowywanego o roli noblisty. Ważnym tropem i wskazaniem, że są tu jakieś utajnione mechanizmy, jest też jakże długie oczekiwanie na ten honor jednego z największych poetów świata – Adonisa. Obecnie jesteśmy w okresie przejściowym i dopiero po latach okaże się kto tak naprawdę szedł na czele pochodu, a kto zapadł się w jamę bez wyjścia. 

* * *

Idąc moją ulicą do sklepu zauważam na niebie lśniącą smugę oparów silnikowych wielkiego samolotu. W perspektywie czarnych gałęzi i gasnącego dnia, przypomina mi ona liczne loty interkontynentalne. Nauczyłem się organizować sobie czas podczas mozolnego podążania do jakiegoś odległego celu i szczególnie przydane w tym względzie były częste wyprawy do Chin. Zwykle czytam jakąś książkę, przeglądam gazety, wzięte ze stolika przy wejściu do aeroplanu, zdarza się, że coś piszę, oglądam jakieś filmy i stale kontroluję na mapie postęp lotu. Pode mną pojawiają się wielkie i mniejsze miasta, górskie osady, największe rzeki świata, ruchliwe autostrady, a jeśli azymut maszyny wyznaczony został nad morzami lub oceanami, próbuje dostrzec jakieś statki, wyspy, zarysy linii brzegowej. Zapamiętałem wiele takich niepowtarzalnych chwil – nad Indiami, gdy błyskawice co chwilę rozświetlały niebo, nad Stanami Zjednoczonymi, gdy wyraźnie widać było pustynne ostańce Arizony i przełom rzeki Colorado. Albo ta obserwacja lodołamaczy, torujących drogę statkom w Zatoce Świętego Wawrzyńca, momenty przy oknie, gdy samoloty znalazły się nad pustynią Gobi i Saharą, nad dżunglami Konga i Angoli. To tylko przykładowe zauroczenia tego typu, bo przecież było ich wiele, tak jak spotkałem mnóstwo ludzi, pojawiających się obok mnie i siedzących w innych częściach kabin. To zastanawiające, że czas zaciera kontury i zapamiętałem tylko najwyrazistsze osobowości: piękną czarną dziewczynę mknącą obok mnie z Amsterdamu na Newark, subtelną Chinkę dzielącą ze mną lot z Moskwy do Pekinu, Afroamerykanina o wadze ze dwieście kilogramów, który przygniótł mnie swoim ciałem, a choć lecieliśmy tylko dwie godziny, z Tampy do Nowego Jorku, to było to doświadczenie ekstremalne. Ciekawe w ilu umysłach zapisałem się dłużej… Może pamięta mnie Holender, który zamawiał u uczynnej stewardesy linii KLM, dla siebie i dla mnie, kolejne buteleczki whisky, choć wcale go o to nie prosiłem. A może stoję w pamięci Nigeryjczyka, z którym rozmawiałem podczas lotu z Warszawy do Stambułu i obaj rozpływaliśmy się nad pięknem kobiet z jego kraju. Czy czasem wspomina mnie ta ekspresyjna pięćdziesięcioletnia blondyna lecąca z Nairobi do Berlina, która już po pół godzinie rozmowy i popijania krwawej Mary, gotowa była brać ze mną ślub. A może pałętam się gdzieś w zakamarkach pamięci ogromnych rzesz stewardes i stewardów, a szczególnie jednej z nich, o urodzie Jennifer Lopez, uśmiechającej się do mnie jakoś tak ponad programowo podczas lotu z Medellín do Panama City? Tak, idąc ulicą w mojej dzielnicy i patrząc na rozognioną strzałę dalekiego samolotu, interaktywnie tęsknię za nowymi lotami…                              

DALEKIE ROZMYCIA

Wstałem około siódmej rano i stanąłem przy oknie, za którym jest weranda i mój niewielki ogród. Jak zwykle, stado wróbli czekało aż im coś rzucę, tym bardziej, że śnieg wciąż okrywa trawniki i drogi, dachy i gałęzie drzew. Wiatr strącił go tylko z górnych partii pobliskich olch i drzew owocowych i siedzą na nich cierpliwe wrony, gawrony, czasem zatrzymają się kłótliwe sroki. One też wiedzą, że na moim podwórku można rano znaleźć coś do zjedzenia, a choć za tarasem czai się wyjątkowo morderczy kot sąsiada, starają się go przechytrzyć. Patrzę dalej, w kierunku lotniska i widzę rozpłomienione niebo, jak z czasów mojej młodości, gdy tak przykuwało moją uwagę i generowało marzenia o dalekim świecie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będzie mi dano zobaczyć wiele wspaniałych miejsc na półkuli północnej i południowej, wschodniej i zachodniej. Ale doskonale pamiętam tamte zachwycenia, długie kontemplowanie nadpalonego nieba o wschodzie i zachodzie słońca, takiego jak to dzisiejsze. Tak rodziła się moja wrażliwość, dodatkowo doświadczana przez kolejne odejścia moich przyjaciół i ich jakże smutne pogrzeby. A dzisiaj, zaczyna się dzień i siadam do pracy przy komputerze, spełniony, mający wiele planów literackich, artystycznych i wydawniczych, zakorzeniony w przestrzeniach globu, wielkiego układu planetarnego, galaktyki i niewyobrażalnie rozległego wszechświata. Poranne barwy wschodniej strony nieba zwiastują coś wspaniałego we mnie i poza mną, trudnego do wyrażenia, ulotnego jak dalekie rozmycia…

PUSZYSTOŚĆ

Znowu śnieg spowił świat i odnowił wszystko bielą w cudowny sposób. To okrycie jest jak spuszczenie kurtyny w teatrze, to zamaskowanie wszelkich brudów i deformacji świata, każe zastanowić się nad zimami, które już minęły. Były częścią mojego życia, jak wiosny, lata i jesienie, ale przeminęły i stały się tylko elementem wspomnienia, a ich temporalność została sprasowana do wielkości chwili. Dobrze jest stanąć na tarasie i popatrzeć na płaszczyzny bieli, na puszyste muldy uczepione gałęzi cyprysów i kwietnych krzewów. W śniegu, który legł grubą warstwą na trawniku, buszują sroki, ogromne wrony i gawrony, czasem pojawia się kawka albo mewa siodłata – pomiędzy oszronionymi gałązkami trwa też czujnie lub przefruwa gwałtownie z miejsca na miejsce ptasia drobnica: sikorki bogatki, wróble i mazurki, a czasem na większym drzewie pojawia się barwny dziwak: sójka, rudzik, grubodziób. Osobne byty trwają obok siebie, jak śnieg i rośliny, jak przestwór powietrzny i ziemia, osobne światy spotykają się w ludzkiej świadomości. Stoję na tarasie i patrzę na zimową odsłonę mojego tajemniczego świata. Wczoraj, gdy jechaliśmy samochodem do Inowrocławia, żona powiedziała, że nie wahała się oświadczyć w dużej grupie współpracowników, że jest zadowolona ze swojego życia. To było jak wsadzenie kija w mrowisko, bo natychmiast usłyszała z wielu ust narzekania i krytykę, przecież nie można pozytywnie oceniać swojego istnienia. Lepiej narzekać, niczego nie widzieć i nie mieć sukcesów, najlepiej zlać się z bezkształtną i bezbarwną masą, materią chłodu okryć wszystko jak śnieg. Tak, tacy bywają ludzie, ale ja też nie waham się powiedzieć, że jestem zadowolony ze swojego życia, bez względu na to, co się stało i co jeszcze się wydarzy. Szczególnie w chwilach takich jak ta, gdy stoję na tarasie i oddycham chłodnym zimowym powietrzem, kontemplując biel, puszystość śniegu i przemijanie chwil.  

O ROKU ÓW… (6)

Hotel Roosevelt

Zjeżdżamy windą do głównego hallu hotelowego i czekamy na Sonę Van i Beatę Poźniak, by razem udać się do restauracji La Fonda del Sol, gdzie nasz przyjaciel Stanley H. Barkan podejmuje uczestników wieczoru autorskiego tradycyjną kolacją. Panie pojawiają się po chwili i możemy pieszo ruszać w stronę pobliskiej Vanderbilt Avenue, gdzie znajduje się Yale Club i wspomniana wyżej restauracja. Stanleya poznałem w 2000 roku dzięki Adamowi Szyperowi, gdy poleciałem do ONZ-etu na wieczór autorski poetów polskich i amerykańskich. To pierwsze spotkanie zaowocowało bliską współpracą literacką i w oficynie Stanleya Cross Culture Communications opublikowałem trzy zbiory wierszy. Były też spotkania w Krakowie, a także następne na Manhattanie, w jego domu na Long Island, a także w Waszyngtonie, gdzie razem udaliśmy się do Ambasady Armenii w USA, by wręczyć Sonie Van Europejski Medal Poezji i Sztuki. Stanley fascynował mnie od samego początku, czemu dawałem wyraz w licznych publikacjach, szczególnie ceniąc jego wielowymiarową poezję. Twórca ten potrafi znakomicie kontrastować sytuacje kulturowe; motywy z wielkich ksiąg i podań przeciwstawiając szyderstwu i nadrealnym kształtom współczesności. Jego wiersze są erudycyjnymi syntezami sytuacji w jakich od wieków pojawiał się człowiek, a jednocześnie są wyszukaną grą z cywilizacją. Poeta orbituje ku odległym inicjacjom, ale nie potrafi porzucić czasów współczesnych. Tak powstają liryki, które obejmują doświadczenie bytu ludzkiego, od czasów biblijnych do epoki lotów kosmicznych. Z równą autentycznością pisze Barkan o zapachu kobiety na poduszce, o żegludze po Jangcy, wyprawie do synagogi, jak i o biedaku z Manhattanu. Stan w jakim poeta się znajduje, to nieustanne zdziwienie i euforyczny zachwyt nad rzeczywistością. To tacy jak on ocalają wrażliwość i piękno, odbywają stale w myślach i w wierszach wędrówki ku  istocie i pełni, a potem unieśmiertelniają w słowie włóczęgów, przechodniów, przygodnych gapiów i zarazem całą ludzkość. Jego działalność to też tysiące przygotowanych spotkań literackich, wielkie podróże i współpraca z twórcami z całego świata. To jest właśnie owa łączność międzykulturowa, która pojawia się w nazwie jego cenionej oficyny wydawniczej, komplementowanej w „New York Timesa”. Dodatkowo Stanley jest przemiłym człowiekiem szybko zaprzyjaźniającym się z wieloma artystami, a jego sława sięga daleko poza Nowy Jork. 

Restauracja La Fonda del Sol

Idziemy powoli z Soną i Beatą do restauracji i już witamy się ze Stanleyem i jego żoną Bebe, wspaniałą malarką, której dzieła zdobią ich dom na Long Island, w miasteczku Merrick. Na miejscu są już inni uczestnicy Poetry Reading w Yale Club – Peter Thabit Jones z Walii, Kristine Doll z USA, żyjący z rodziną  w Queensie Hassanal Abdullah z Bangladeszu, a także rezydujące w USA bułgarskie małżeństwo Vantzeti Vassilev i Bissera Videnova. Zamawiamy potrawy i zaczynamy ożywioną konwersację, zmierzającą ku zbliżającemu się wydarzeniu. Jeszcze raczymy się znakomitym winem, jemy obfity deser i owoce, a potem gremialnie wstajemy i ruszamy na drugą stronę ulicy. Tam w szarym wieżowcu mieści się prestiżowy Yale Club, w którym wystąpię już po raz drugi, a wraz ze mną zadebiutuje na tych światowych salonach moja żona. Przy budynku fotografujemy się i wchodzimy do środka, by windą wjechać na osiemnaste piętro i wejść do obszernej sali, w której zgromadzi się też publiczność. Poprzednim razem było jej więcej, ale przecież najważniejsze jest spotkanie poetów w tym miejscu i to pod dowództwem Stanleya H. Barkana. Po kolei czytamy po kilka wierszy, a najdłuższe wystąpienie ma poeta z USA Bill Wolak, uczący kreatywnego pisania w William Paterson University. To jest spotkanie odmiennych kultur i prezentacja różnorodnych poetyk, ale też przyjacielska dysputa poetycka i wymiana doświadczeń. Przychodzi czas na wręczanie nagród, przyjacielskie uściski, zakup nowości wydawniczych i wymianę książek przywiezionych na spotkanie. Stanley podsumowuje nasze lektury i zaprasza do kolejnych prezentacji, tym razem krótkich wierszy pożegnalnych, bo każdego dnia żegnamy się z czymś lub kimś, choć o tym nie wiemy. Jakże prorocze były to słowa w kontekście zbliżającej się pandemii koronawirusa, który zamknął granice i uniemożliwił takie spotkania, jak to w Yale Club. Nasze Poetry Reading kończy się, więc przechodzimy do wind i zjeżdżamy na dół, by jeszcze trochę porozmawiać w głównym hallu dwudziestodwupiętrowego budynku. Rozdzielamy się z Soną i Beatą i jeszcze trochę chodzimy z Anią po ulicach Nowego Jorku, zaglądając do otwartych sklepów i restauracyjek. Kupujemy sobie coś do picia i jedzenia i wracamy do hotelu Roosevelt, wjeżdżamy na górę nieco staroświecką windą, bierzemy kąpiel i szybko zasypiamy, bo następnego dnia czeka nas pięciogodzinna podróż z lotniska JFK do Los Angeles. Samolotem popularnego w USA przewoźnika Alaska Airlines, przelecimy 2475 mil, czyli prawie cztery tysiące kilometrów.     

Budynek Yale Club

          Noc mija szybko i już jesteśmy przed hotelem, gdzie bierzemy dużą żółtą taksówkę, w której mieścimy się we czworo razem z bagażami. Beata ma tylko jedną torbę, ale Sona jak zwykle transportuje ogromną walizę i jeszcze dwie mniejsze. Ruszamy z Ulicy 45 Wschodniej i kierujemy się ku mostowi Queensboro nad East River, a potem szybko przemierzamy część Brooklynu, mijamy słynny cmentarz Cypress Hills i wjeżdżamy do dzielnicy Queens. Tutaj kierujemy się ku drodze szybkiego ruchu, prowadzącej do międzynarodowego lotniska Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. Wysiadamy z taksówki, ładujemy bagaże na specjalne wózki lotniskowe i kierujemy się ku hali odlotów. Po nadaniu ich i otrzymaniu biletów pokładowych wchodzi za bramki i siadamy w niewielkiej restauracji, gdzie mamy zamiar coś zjeść przed długim lotem. Sona proponuje amerykańskie hamburgery i idzie je zamówić u grubej Afroamerykanki, jakoś dziwnie się zachowującej i cmokającej wymownie na widok „białasów”. Początkowo myślałem, że przesadzam i moja obserwacja jest na wyrost, ale po otrzymaniu dań okazało się, że mięso jest nieomal spalone, a bułki stare i twarde – najlepiej zatem na tym wyszła Beata, która wzięła jakąś lekką sałatkę. Zbliża się już pora naszego odlotu, więc kierujemy się ku właściwej bramce i siadamy na fotelach, ustawionych w rzędach przy niej. Rozmawiamy o wczorajszym wydarzeniu w Yale Club, a także o naszych zamierzeniach na przyszłość. Widzę za wielkimi oknami, że już podjeżdża do nas sporych rozmiarów boeing z granatowym napisem Alaska z boku, a na korytarzu zaczyna się ustawiać kolejka podróżnych. Sprawnie wchodzimy na pokład, witani przez piękne, czarnoskóre stewardesy i zajmujemy wyznaczone miejsca w środku maszyny. Ania siedzi przy oknie, co jak się okaże nie będzie dla niej najlepsze, z powodu złego samopoczucia nad Ameryką. Na szczęście zza jej ramienia mam dobrą widoczność i podczas całego lotu będę przyglądał się magicznym przestrzeniom tego kontynentu, zmieniającym się jak w kalejdoskopie. To, co zobaczę skonfrontuję z mapą na wyświetlaczu, wmontowanym w siedzenie przede mną i dzięki temu będę wiedział nad jakim stanem lecimy. Start z Nowego Jorku był zjawiskowy, bo była ładna, majowa pogoda i doskonale widać było wieżowce Manhattanu, Central Park, obie wielkie rzeki, a potem ocean z tysiącami okrętów pełnomorskich, jachtów i żaglówek, operujących w strefie przybrzeżnej.  Potem łatwo wyodrębniam wielkie rzeki – Missouri  i Missisipi, Kansas, a przed samym lądowaniem, Colorado i część jej słynnego kanionu. Zauważę też wielkie miasta – Saint Louis, Denver, Phoenix, pustynie, lasy, pasma górskie i samotne szczyty, nawet w maju pokryte śniegiem.

Po Poetry Reading w Yale Club

Lądowanie w Los Angeles tym razem miało być o 16.15, a ja wciąż miałem w pamięci przybliżanie się do tego lotniska sprzed roku. Samolot wtedy lądował w nocy i w jego oknie mogłem podziwiać niezwykły spektakl kolorowych świateł, oświetlonych jaskrawo autostrad i budynków. Skojarzyło mi się to z bogato udekorowaną choinką świąteczną i umieściłem te chwile pośród najcudowniejszych doznań mojego życia. Do rzeczywistości przywróciło mnie wtedy dość twarde lądowanie, ale tym razem piloci delikatnie posadzili maszynę na pasie startowym i zaczęli kołować ku siódmemu terminalowi. Gdy samolot zatrzymał się, wraz z innymi pasażerami udaliśmy się do hali przylotów, gdzie czekał już na nas mąż Sony dr Noobar Janoian, właściciel wielu klinik medycznych w Kalifornii. Ormianie to ludzie wielu talentów, z niezwykłą umiejętnością przystosowania się do zagranicznych warunków, więc nie zdziwiło nas, że kierowcą  dużego samochodu doktora była kobieta. Ruszyliśmy sprzed terminala i szybko znaleźliśmy się na wielopasmowej autostradzie prowadzącej do Glendale, choć tym razem musieliśmy jeszcze zahaczyć o Beverly Hills, by tam zostawić Beatę. Zatrzymaliśmy się na chwilę przed domem zaprojektowanym w nowoczesnym stylu przez jej męża architekta i już mknęliśmy inną szeroką trasą do domu Sony i Noobara. Ania była nim oczarowana, bo to trzykondygnacyjna, obszerna willa, zbudowana  przy samej skarpie Doliny San Fernando. Najcudowniejszy tutaj jest widok obszernej niecki, nieustannie tętniącej życiem, a najlepszym punktem obserwacyjnym jest ogromny taras, na którym stoją drzewka bonsai, a przy specjalnych poidłach z sokiem pojawiają się barwne kolibry. Byłem tu już przed rokiem i teraz oprowadzam Anię po domu, objaśniając funkcjonalne urządzenia i wskazując obszerne pokoje, aneksy, a nawet małe mieszkanie ogrodnika, dozorującego wszystkie rośliny, a przede wszystkim owe japońskie mini drzewka. Stajemy przy balustradzie i długo patrzymy na dolinę, nad którą raz po raz pojawiają się samoloty schodzące ku niewielkiemu lotnisku w Burbank. Po powrocie na górę zostajemy zaproszeni do stołu i jemy pyszną kolację, złożoną z sałatek i owoców, ormiańskiego chleba lawasz i wybornego wina. Rozmawiamy o zdarzeniach ostatnich dni, a potem wsiadamy do auta i jedziemy do hotelu, zafundowanego nam przez Sonę. Znam doskonale to miejsce, bo rok temu obszedłem ogromną przestrzeń w tejże dzielnicy, przede wszystkim podglądając ptaki na podwórkach, w parkach i alejach palmowych. To rzeczywistość z niebieskawymi górami w dali, poprzetykana zielenią, kwiatami, kwitnącymi krzewami i drzewami. Ania po raz pierwszy zobaczyła drzewa jakaranda, kwitnące fioletowo i jakby przeniesione do Kalifornii z rajskiego ogrodu. Po drodze do hotelu Sona zatrzymuje się jeszcze przy niewielkiej ormiańskiej restauracji, wchodzi do niej na kilka minut, a potem wraca z papierowymi torbami, pełnymi smakołyków. Tak zostajemy wyposażeni na cały pobyt w Glendale i po wejściu do pokoju hotelowego umieszczamy te dary w lodówce. Tutaj też mamy niewielki balkon, z którego roztacza się widok na góry, zarośla kaktusowe i część dzielnicy, głównie zamieszkanej przez imigrantów z Armenii. Nalewamy sobie po kielichu białego wina, siadamy na tarasie i rozmawiamy o tym, co przeżyliśmy od momentu, gdy wsiedliśmy do samolotu Lufthansy na bydgoskim lotnisku i przelecieliśmy do Frankfurtu, a potem dalej, do Nowego Jorku.

Nowy Jork
Nowy Jork
Hotel Plaza w Nowym Jorku
Handel uliczny w Nowym Jorku
Nad Ameryką
Kolacja w domu Sony i Noobara
Charakterystyczna zabudowa Glendale
Kwitnące fioletowo drzewa jakaranda w Glendale
Glendale
Wszędzie aleje palmowe
Widok na Los Angeles z okolic domu Sony
Kolibry na tarasie Sony
Glendale i góry w tle
Nowoczesna część Glendale
Amerykański sen

PISARZ

© Inge Morath – Magnum Photos

Na platformie HBO obejrzałem film dokumentalny o amerykańskim dramaturgu Arturze Millerze, przygotowany i nakręcony przez jego córkę Rebeccę. Przez lata źle oceniałem tego twórcę, zapewne z powodu związku z Marylin Monroe, który jakoś nie pasował do poważnej literatury. Film ukazał mi prawdziwe oblicze tego wspaniałego twórcy, a przy tym jakże dobrego człowieka, w wolnych chwilach zajmującego się stolarką. Pochodził z polskiej rodziny żydowskiej, która wyemigrowała do Ameryki i powoli wtopiła się w nowe społeczeństwo. Jego ojciec nie był wykształconym człowiekiem, ale potrafił rozkręcić wielki biznes ubraniowy, który niestety splajtował w czasach wielkiego kryzysu. Z powodu braku pieniędzy, młody Arthur imał się różnych prac by opłacić czesne za studia na University of Michigan, wtedy też zaczął pisać pierwsze dramaty. Znam najsłynniejsze z nich: Śmierć komiwojażera, Po upadku i Tygiel, który dla większego rozgłosu pojawił się u nas jako Czarownice z Salem. Ostatni z wymienionych utworów najbardziej mnie poruszył, a film ukazał mi jego drugie dno – polowanie na komunistów w powojennej Ameryce. Obraz równie utalentowanej córki pisarza zawiera wiele nieznanych informacji, prezentuje Millera w różnych okresach życia i twórczej drogi. Na pierwszy plan wysuwa się jego wielki intelektualizm, twórcy rozumiejącego znacznie więcej od innych ludzi, starającego się odnaleźć ukryte przekazy w świecie poplątanych relacji międzyludzkich. Jego namysł nad rzeczywistością miał w sobie wiele z mądrości żydowskiej kabały, ale też podążał ku nowoczesnym teoriom poznania. W takim rozumieniu dramaturgia Millera jest próbą zrozumienia siebie i ludzi, z którymi pisarz zetknął się na swojej drodze, ale też zawiera ukryty przekaz na temat naszych najgłębszych korzeni mentalnych. Film ukazuje też relacje Millera z Marylin Monroe, jak się okazuje jednego z niewielu ludzi, którzy ją rozumieli i potrafili wspierać. Związek nie przetrwał próby czasu, gdyż było to spotkanie zbyt wyrazistych, nieustannie eksplodujących, a przy tym jakże odmiennych osobowości. Najciekawsze w tym dokumencie są autentyczne zapisy wystąpień i rozmów z najbliższymi, w tym z bratem i trzecią żoną, ale niezwykle poruszające są też liczne próby uzasadnienia życiowych decyzji twórcy i jego wieloletnich eksperymentów z tworzywem dramaturgicznym. Nominowany wielokrotnie do Nagrody Nobla, nigdy jej nie otrzymał, zaszył się w swoim domostwie w Connecticut, gdzie zmarł dożywszy prawie dziewięćdziesięciu lat. W filmie mówi, że na jego tablicy nagrobnej ma być tylko jedno słowo, określające to, czym się zajmował – Pisarz.  Tak też uczyniono…           

* * *

Życie musi być energiczne, pełne pomysłów i działań, podróży i zmian miejsc, nieoczekiwanych zwrotów akcji i zaskoczeń. Ale równie ważne są momenty uspokojenia, kontemplacji ciszy, zatopienia się w myślach, podsumowań tego, co zrobiliśmy. Istnienie z natury swojej podąża ku entropii, rozmyciu kształtów i zapomnieniu pojedynczych chwil. Jeśli człowiek nie obudzi się w momencie przejścia z wieku średniego do starości, zacznie powoli gubić wszystko, tracić wspomnienia i obrazy, a finałem egzystencji może być choroba izolująca nas od świata. Niedawno miałem do czynienia z kobietą, która szybko zaczęła odgradzać się od rzeczywistości i tracić to, co przez kilka dekad było dla niej wartościowe. Rodzina nie zauważyła symptomów osuwania się w nieświadomość, a gdy pojawiła się medyczna diagnoza, było już za późno. Może takie odejście ze świata jest łagodniejsze od przeszywającego bólu lub niesprawności organów, zesztywnienia kończyn i kręgosłupa, może jest rodzajem ostatecznego znieczulenia. Może tak, ale przecież nie ma już wtedy szans na uporządkowanie tego, co się zrobiło, a podsumowanie staje się równie błahe jak upływ kolejnych godzin i dni. Póki człowiek zatrzymuje się w pędzie i jest w stanie kontemplować zmienność w naturze i codziennym życiu, istnieje realnie, zamyka kolejne przedziały i pointuje je. Ale przecież każdego dnia wiele istnień zostaje zaskoczonych i często nawet nie jest w stanie zinterioryzować własnej eschatologii, osuwa się w nicość jak piasek ze skarpy, jak głaz ze zbocza, gaśnie jak ognisko pośród mroku. Każde życie można oceniać w różnych fazach jego rozwoju, ale ostateczna ocena możliwa jest tylko po śmierci. Każdy z nas ma ściśle określoną liczbę chwil, które muszą się wypełnić, a choć w młodości wydaje się, że jest ich tak wiele, iż nigdy się nie wyczerpią, podczas kolejnych obiegów ziemi wokół słońca ich liczba drastycznie maleje. I przychodzi ostatni rok, miesiąc, dzień – i przychodzi ostatnia godzina, poślednie kilka minut i chwila zamykająca życiorys. Nawet jeśli zaczniemy wszystko porządkować, umieszczać zdjęcia w albumach, wydawać książki i oprawiać publikacje w eleganckich tomach, ktoś może to wyrzucić do śmietnika, a w najlepszym przypadku wystawić na aukcję. Podczas moich pobytów w Stanach Zjednoczonych widziałem wiele takich wyprzedaży, organizowanych przez wyspecjalizowane instytucje. Rodzinom – często rozsianym w oddalonych od siebie stanach – nie opłaca się transportować rzeczy pozostawionych po babciach i dziadkach, rodzicach lub rodzeństwie. Organizuje się wtedy kiermasze, chętnie odwiedzane przez żywych, kupujących w opustoszałych domach to, co może się przydać, najczęściej za parę dolarów. Zdarzało mi się też kupić jakąś rzecz albo książki z domowych bibliotek, niegdyś kosztowne i drogocenne, a teraz prawie nikomu niepotrzebne. Niestety często czułem też w tych domach „zapach śmierci”, czy to realny, w sytuacji, gdy zmarła osoba przez jakiś czas leżała w domu, czy to pojawiający się po latach, gdy starzy ludzie przestają sprzątać i zaśmiecają pokoje różnorakimi zbędnymi rzeczami. Co zatem zostaje? Jak przeciwstawić się rozpadowi i zatracie wszelkich wartości? Każdy sam musi o tym zdecydować…Ale warunkiem jest świadome istnienie i zauważanie zmieniających się warunków, kontemplowanie samego siebie…

LIPIEC

Czy jest coś wspanialszego od widoku świeżej zieleni, pojawiającej się na tle błękitnego nieba? Lipiec obdarza nas wieloma takimi widokami, choć w tym roku bywa też kapryśny, deszczowy i słoneczny na przemian, wyraźnie wpływający na codzienne samopoczucie. W dzieciństwie nie odczuwaliśmy wahań pogodowych i przyjmowaliśmy je jako coś oczywistego – jednako jeździło się na rowerze w deszczu i przy palącym słońcu, równie dynamicznie grało się w piłkę przy sporym wietrze, jak i w chwilach jego zgaśnięcia. Podobnie z pływaniem w rzekach, jeziorach i w morzu, które dawało satysfakcję przy zbliżającej się burzy, w upale, wczesnym rankiem, w południe i pod wieczór. Tylko wędrówki po górach uzależnione były od aury, a niebezpieczeństwo uderzenia pioruna zatrzymywało ataki na kolejne szczyty. Młodość jest czasem wielkiej energii, eksplodującej w nas i krzewiącej się z dnia na dzień, ale i później pojawia się ona w innych zakresach, gdy większość naszych zasobów energetycznych pochłania mózg. Przeczytanie grubej książki, napisanie artykułu czy szkicu, stworzenie opowiadania czy powieści, determinują nasze nawyki żywieniowe i nieustanną potrzebę dostarczania organizmowi cukru. Mózg dba o to w każdym momencie i zabezpiecza się, dając nam sygnały, że zasoby powinny zostać uzupełnione. W młodości spalaliśmy ten cukier do cna, a teraz nadwyżki odkładają się w różnych częściach ciała, najczęściej… na brzuchu. Ratunkiem tutaj jest aktywność na świeżym powietrzu, jazda na rowerze, spacer do lasu lub nabrzeżem Brdy, przepłynięcie części jeziora, zanurzenie się w nurtach rzeki lub pośród morskich fal. Niegdyś nie weryfikowaliśmy wszystkiego tak uważnie, liczyła się żywiołowość i młodzieńcza fantazja, a teraz na pierwszym miejscu jest analiza możliwości i troska o zdrowie. Jedno wszakże nie zmieniło się z wiekiem i nie zanikło wraz z odchodzącymi latami – ów wskazany wyżej zachwyt nad naturą i eksplozyjną przestrzennością naszego świata, nad jego barwą i cudowną świetlistością. Istniejemy pośród innych żywych bytów, ale zauważamy to tylko w chwilach rozpaczy i ekstazy…

« Older entries

%d blogerów lubi to: