WORLD PRESS PHOTO 2011

Foto Jodi Bieber

Szybki skok do Torunia, do Centrum Sztuki Współczesnej, którego to niezmiennie zazdroszczę temu sąsiadującemu z Bydgoszczą miastu. Patrząc na nasze, peerelowskie w kształcie i nie mające wyrazistej osobowości twórczej BWA, nie mogę zrozumieć jak tak duży ośrodek jak stolica województwa, godzi się na wieloletnią degradację, brak pomysłowości, wizjonerstwa, artystycznej dążności do zmiany świata. Tym razem w toruńskim CSW obejrzałem dwie wystawy – jedną, będącą plonem znanego konkursu fotograficznego World Press Photo of the Year i drugą, mającą w zamyśle prezentować osiągnięcia toruńskich artystów w ostatnim stuleciu. Jeśli chodzi o pierwszą ekspozycję, to jej założenia zrozumiemy, gdy przytoczymy dopowiedzenie organizatorów: Każdego roku niezależne, międzynarodowe jury, składające się z dziewiętnastu członków, wybiera spośród zdjęć nadesłanych przez fotoreporterów, ogólnoświatowe agencje prasowe oraz przez gazety i czasopisma, najlepsze fotografie w dziewięciu kategoriach. Kryterium wyboru zdjęć nie stanowi jedynie ich wartość estetyczna, ale również ich przekaz i istotność pytań, jakie zadają. W tym roku swoje prace zgłosiła rekordowa liczba uczestników – ponad 5 tysięcy fotografików, ze 125 krajów, nadesłało ponad 100 tysięcy zdjęć! Ta  najbardziej  prestiżowa wystawa fotografii  prasowej,  organizowana od  1955 roku,  cieszy się corocznie wśród publiczności wielką popularnością. Konkurs obejmuje zarówno fotografie pojedyncze, jak i serie, rozpatrywane w konkretnych kategoriach, takich jak Zdjęcie Roku, Wydarzenia, Ludzie, Sport, Życie współczesne, Życie codzienne, Portret, Sztuka i rozrywka, Natura. Każdego roku nagrodzone fotografie prezentowane są w formie wystawy pokonkursowej, otwieranej wiosną  w Amsterdamie jako część ceremonii wręczenia nagród. Następnie ekspozycja rozpoczyna trwającą do marca następnego roku podróż po całym świecie. Wysoki poziom artystyczny konkursu przyciąga nie tylko środowisko dziennikarzy i artystów, ale również osoby na co dzień nie związane z fotografią. Wystawa w tym roku zdominowana została przez fotografie drastyczne, zarówno w kategoriach ogólnych, jak i w tematycznych, ale taka jest specyfika tej dziedziny sztuki i rzemiosła dziennikarskiego – liczy się przede wszystkim sensacja, uchwycenie zdarzeń, odnotowanie scen drastycznych i efektownych, dziwnych i bulwersujących. To wielka zaleta tego rodzaju wystaw, ale zarazem jej słaba strona, szczególnie dla tych widzów, którzy wybierają się do galerii by zobaczyć na zdjęciach świat w pigułce, obraz roku na całym globie. Spośród bilionów zdarzeń wybiera się tylko cząstki, fragmenty i prezentuje się je jako symbol całości. Dlatego tyle na tych przybliżeniach okrucieństwa, tyle przelanej krwi, tyle scen mrożących krew w żyłach. Ale to przecież nie jest prawdziwy kształt świata w danym roku, to jaskrawe wycinki, ale dalekie od różnorodności tego, co się wydarzyło. Zbrodnia goni tutaj zbrodnię, karabiny Kałasznikowa na ramionach wojowników, ciała bezładnie rzucane na kupę po trzęsieniu ziemi na Haiti, ale przecież jest też inny świat, radości i spokoju, głębokiej zadumy nad życiem i spokojnego przechodzenia przez lata. Indiańskie dzieci biegną z radością do jednej z odnóg Amazonki i kąpią się w niej, chińska dziewczyna wspina się na szczyt i patrzy na piękny kraj, ludzie kochają się i tulą się do siebie, pięknie ubarwione ptaki wznoszą się nad kolorowe kwiaty, a wieczorem na niebie pojawia się zjawiskowe rozmycie barw. Oczywiście i ta druga, drastyczna strona naszej egzystencji jest ważna, bo prezentuje wynaturzenia i naruszenia ludzkiej godności, rodzi bunt i każe walczyć o humanistyczne wartości.

Stanisław Ignacy Witkiewicz - Nova Aurigae.1918

Może dlatego jako fotografię roku 2011wybrano portret Jodi Bieber z RPA, prezentujący młodą Afgankę, Bibi Aiszę, oszpeconą przez talibów za ucieczkę z domu, w który rządził mąż tyran. Na szczęście – Aisha została uratowana i przywieziona do schroniska w Kabulu prowadzonego przez organizację humanitarną Kobiety dla Afgańskich Kobiet (Women for Afgan Women – WAW). Fotografia została zaprezentowana szerokiemu gronu odbiorców za pośrednictwem magazynu „Time”, który wybrał ją na okładkę sierpniowego numeru w 2010 roku. Okładkę pisma uznano za kontrowersyjną, jednak nie głównie za sprawą szokującego widoku, ale cytatu pod zdjęciem: „Co się stanie, jeśli opuścimy Afganistan”. Zdjęcie ukazujące okaleczoną Aishę zmieniło nie tylko sytuację 18-letniej wówczas dziewczyny – która przebywa obecnie w Nowym Jorku i przeszła operację rekonstrukcji twarzy –  z pewnością stanowiło kolejny przyczynek do dyskusji nad zaangażowaniem wojsk zagranicznych w Afganistanie. Pytanie jest wciąż aktualne, zwłaszcza w kontekście ostatnich wydarzeń mających miejsce w krajach muzułmańskich. Praca fotografki pochodzącej z RPA opowiada nie tylko historię Afganistanu, ale jest również emblematyczna dla sytuacji wielu kobiet na całym świecie. Jak powiedziała o tymże zdjęciu Ruth Eichhorn, jedna z członkiń jury uzasadniając wybór komisji: „Posiada bardzo silne przesłanie dla świata. Około 50 proc. populacji to kobiety i tak wiele z nich wciąż żyje w marnych warunkach oraz cierpi z powodu przemocy. Ta kobieta jest jak ikona”. Zdjęcie mówi o wszystkich kobietach, które doświadczają niesprawiedliwości i przemocy, niezależnie od pochodzenia i miejsca urodzenia. Oprócz tej drastycznej fotografii na wystawie zapoznać się możemy z dziesiątkami obrazów trafnie diagnozujących kondycję współczesnego świata, nieustannie pędzącego do przodu, pełnego konfliktów i tragicznych zdarzeń. Od gwałtów po trzęsieniu ziemi na Haiti, po zabiegi aborcyjne w trzecim świecie, katastrofę samolotu polskiego Prezydenta, po takie szokujące chwile, jak skok z mostu węgierskiego samobójcy czy przebicie byczym rogiem szyi torreadora podczas corridy. Zdecydowanie za mało jednak jest obrazów prostej egzystencji, magicznych chwil w różnych zakątkach globu, choćby rozkwitania kwiatów agawy na pustyni, lotu samotnego orła w powietrzu, spotkania kobiet na placu w afrykańskiej wiosce czy zamyślenia mężczyzny, stojącego na brzegu wyspy w archipelagu Bismarcka albo patrzącego na lodowe gładzie Grenlandii.

Stanisław Borysowski,Kompozycja, ok. 1962

Druga wystawa w CSW, którą obejrzałem, nawiązująca do tytułu słynnej powieści Witkacego 622 upadki Bunga, ma dwa oblicza. Jest to spora prezentacja polskiego malarstwa, instalacji i rzeźby, a biorą w niej udział następujący twórcy: Eugenia Algusiewicz, Jan Baczyński, Marek Basiul, Stanisław Bałdyga, Monika Bielińska, Anna Bochenek, Stanisław Borysowski, Jerzy Brzuskiewicz, Krzysztof Cander, Danuta Ciechanowska, Tadeusz Cybulski, Jerzy Czapiewski, Koźma Czuryło, Joanna Dąbkiewicz-Luścińska, Dariusz Delik, Wiesław Dembski, Romuald Drzewiecki, Wojciech Aleksander Durek, Julian Fałat, Piotr Firlej, Brunon Gęstwicki, Feliks Paweł Gęstwicki, Tadeusz Godziszewski, Sławomir Grabowy, Grupa Działania (Lucim), GRUPA ZERO 61, Czesława Kazimiera Gucz, Wiesław Haładaj, Marta Ipczyńska-Budziak, Małgorzata Iwanowska-Ludwińska, Bronisław Jamontt, Janusz Kaczmarski, Antoni Kamieński, Wojciech Kapelański, Edward Karniej, Jerzy Kędzierski, Bronisław Kierzkowski, Piotr Klugowski, Anna Kola, Elżbieta Kopacz, Ireneusz Kopacz, Felicja Kossowska, Zygmunt Kotlarczyk, Józef Kozłowski, Bogdan Kraśniewski, Maria Krupska, Ryszard Krzywka, Lech Kubiak, Wacław Kuczma, Stanisław Lackowski, Iwona Liegman, Jerzy Ludwiński, Rafał Malczewski, Krzysztof Mazur, Ignacy Mazurek, Otylia Meyer, Stanisław Miller, Tymon Niesiołowski, Barbara Narębska- Dębska, Paweł Nowak, Mirosław Pawłowski, Józef Pietrzyk, Tomasz Pietrzyk, Edgar Jerzy Pill, Leszek Pindelski, Mirosław Piotrowski, Bogumiła Pręgowska, Filip Pręgowski, Jan Pręgowski, Andrzej Prokopiuk, Bogdan Przybyliński, Izabella Retkowska, Roman Rok, Adolf Ryszka, Edward Saliński, Kazimierz Sichulski, Józef Słobosz, Wiesław Smużny, Zbigniew Stec, Marian Stępak, Krystyna Szalewska-Gałdyńska, Marek Szary, Katarzyna Tretyn-Zečević, Maria Wąsowska, Mieczysław Wiśniewski, Stanisław Ignacy Witkiewicz, Stefan Wojciechowski, Lech Wolski, Maria Zakrzewska, Marek Zajko, Lucjan Zamel, Ewaryst Zamel, Ignacy Zelek, Mieczysław Ziomek, Marek Żuławski. Wystawa ma wieńczyć stulecie Związku Polskich Artystów Plastyków i poświęcona jest przede wszystkim regionalnej sekcji tego związku. Jak piszą kuratorzy wystawy: Środowisko artystów związanych z Toruniem zostanie po raz pierwszy tak szeroko przedstawione w murach toruńskiego CSW. Będzie to wyjątkowa i niepowtarzalna okazja, by prześledzić m.in. bogatą historię Okręgu Toruńskiego ZPAP, kulturalnego życia Torunia, by zapoznać się z portretami i autoportretami najważniejszych historycznych postaci związanych z naszym miastem i jego okolicami. Dość rozmyte są tutaj kategorie „sztuki” i „artysty”, nazywane przez organizatorów „ścieżkami”, a i to, że jacyś twórcy otarli się o Toruń (Witkacy, Herbert), nie funduje określonej rzeczywistości wizualnej, klimatu intelektualnego i w dość dowolny sposób wiąże się z dziełami zaprezentowanymi na wystawie. Paradoksalnie obecność prac Witkacego stanowi ogromną zachętę do wejścia w tę wykreowana przestrzeń i dobrze komponują się z nimi dzieła Borysowskiego, Fałata, Candera, Kotlarczyka, Niesiołowskiego, Sichulskiego, Wolskiego i Ziomka. Jakże jednak zdumiewające są dopowiedzenia kuratorów, którzy tak wielką różnorodność i finezję artystyczną kwitują dziwacznymi ogólnikami: Podróż ta prowadzić nas będzie także przez różnorodność form, za pomocą których sztuka może definiować siebie: jako przestrzeń, w której fantazja staje się wyzwolona, jako pole, w którym zostają wyrażone emocje i stany umysłu, jako instrument służący do kondensowania czasu i przechowywania wspomnień. Równolegle do wskazanych, tematycznych „rozdziałów”, podczas wystawy ukazana zostanie także wielość dyscyplin artystycznych, takich jak malarstwo, rzeźba, grafika, rysunek, instalacje, czy sztuka performance. Będziemy mieli niespotykaną okazję do zapoznania się z wszelkimi różnymi sposobami, poprzez które język artystyczny dąży do odnowienia się w celu ponownego zdefiniowania granic sztuki i połączenia jej z innymi dziedzinami naszej rzeczywistości społecznej. Po drugiej stronie ulicy, przy której stoi CSW, znajduje się wydział polonistyki UMK i doprawdy warto teksty, prezentowane publiczności poddawać korekcie fachowców – znikną wtedy z katalogów i stron internetowych takie  kwiatki jak „wielość dyscyplin artystycznych”, „niespotykana okazja” czy „wszelkie różne sposoby”. 622 upadki Bunga to ekspozycja interesująca, choć programowo złamana, a cytaty z wierszy Herberta, zamiast wzbogacać ten przekaz, generują chaos, zamiast porządkować – przeciwstawiają się zdecydowanie wizualności prezentowanych dzieł. Oprócz tych dyskusyjnych usprawnień ekspozycyjnych, nie zauważyłem jakichś poważniejszych naruszeń artystycznych, a wystawę trzeba uważnie przestudiować, zatrzymać się dłużej przy wielu pracach, a nade wszystko przemyśleć jako propozycję oglądu i konstrukcji świata blisko stu artystów na przełomie jednego stulecia. No i czas tworzyć w Bydgoszczy galerię z prawdziwego zdarzenia, w której swoją stałą ekspozycję miałby Wyczółkowski, a kontrapunktem dla niego byliby tacy twórcy jak Lestikov, Wróblewski i cała plejada współczesnych artystów, których dzieła są w naszym mieście, a także tych, którzy z Bydgoszczą związali się, tutaj żyli i zmarli. (prymitywista Ociepka, Romanow, Cander, Nowacki).

Reklamy

* * *

    Szaro, ponuro, bezśnieżnie… Patrzę za okno i widzę ogromne stado kawek wznoszące się i opadające nad osiedlem. Jest ich pewnie ze trzy tysiące, a może jeszcze więcej, musiałbym zrobić zdjęcie o dużej rozdzielczości i szacunkowo policzyć, ale pobieżna kalkulacja każe domyślać się wielkiej liczby szarawych głów, dziobów, oczu, skrzydeł i łap. Przypominają czarny sztandar, rzucany na wietrze, strzelający w górę i szybko opadający, nagle zmierzający w bok i równie gwałtownie śmigający w drugą stronę. Szaro, bezbarwnie, głucho, nic się nie dzieje, kolorowy, ciepły świat trwa w oddaleniu, „za górami, za lasami”… W takiej aurze czuję dziwny przypływ energii, piszę tekst za tekstem, porządkuję zaległości… Dziwne, zaskakujące, tajemnicze jak samo życie. Przypomina mi się umierający przyjaciel, mówiący kilkanaście sekund przed odejściem: Gdybyś dał mi teraz choćby kilka chwil twojego życia… to byłby to dar królewski… Tyle ich zmarnowałem, a teraz nic mi już nie zostało… Szkoda życia i szkoda każdej chwili, a najszczęśliwsi są ci, którzy rzucili wszystko i ruszyli w dal, zerwali więzy którymi nas pęta los, wyjechali, pobiegli, wyznaczyli sobie jakiś wspaniały, niedosiężny cel…

STRZAŁA

Krzysztof Derdowski poprosił mnie o wypowiedź dla portalu Bydgoszcz24.pl,  w sprawie nagrody o Strzałę Łuczniczki. Pisałem o tym wcześniej w moim dzienniku, ale postanowiłem raz jeszcze zabrać głos. Niestety przesłana opinia została ocenzurowana. Na szczęście Internet daje nam możliwości korekty, publikuję zatem tutaj pełny tekst:

Przez wiele lat próbowaliśmy skłonić poprzednie władze miasta do zmiany formuły konkursu o Strzałę Łuczniczki, proponując różne alternatywne rozwiązania. Przy przyznawaniu nagrody przez pana Orskiego doszło do licznych, nieakceptowanych przez ZLP rozwiązań, a szczytem wszystkiego było przyznanie nagrody za najlepszą książkę bydgoską autorowi z Gniezna. Pod koniec zeszłego roku odbyło się spotkanie ówczesnej Dyrektorki Wydziału Kultury i Współpracy z Zagranicą z przedstawicielami SPP i ZLP, podczas którego doszło do zbliżenia poglądów na temat sposobu przyznawania nagrody w przyszłym roku. Proponowaliśmy stworzenie Jury przez krytyka z ZLP i z SPP, a całością mógłby kierować jeden z wybitnych profesorów uniwersyteckich. Tak się składa, że w UKW powstaje zespół badający literaturę regionalną, tworzący archiwum pisarzy i ciąg studiów nad dorobkiem lokalnych twórców, więc gdyby Jury przewodniczył profesor z tego kręgu, nagroda miałaby podbudowę naukową. To krytycy pracujący w tej części kraju mają rozeznanie i wiedzą najlepiej jakie znaczenie mają kolejne powstające tutaj książki. Mówienie o tym, że tylko Jury spoza Bydgoszczy będzie sprawiedliwe to utopia, bo w obecnej sytuacji wszyscy mają jakieś powiązania i wybiera się kolegów albo kolegów kolegów. Czy obecność krytyków związkowych w czymś przeszkodzi? Czy będą lansować swoje związki? W sytuacji, gdyby Jury składało się z trzech osób liczba głosów związkowych byłaby równa, a szalę zwycięstwa mógłby przechylać ów wybitny profesor, nie będący członkiem żadnej organizacji. W środowisku naukowym dopracowano się instrukcji w sprawie recenzji, wykluczającej jakąkolwiek bliskość osób oceniających, na przykład wspólne redakcje czy autorstwa książek. Tutaj, w przypadku nagrody o bardzo wąskim, lokalnym charakterze, potrzebni są specjaliści, osoby które są w tym środowisku i wiedzą jaką wartość ma np. książka Pastuszewskiego, Siwca czy Częstochowskiego. Do tej pory nagrodę przyznawano tylko pisarzom z SPP lub z kręgu przyjacielskiego tego związku, ani razu nie dostał tego wyróżnienia twórca z ZLP. W taki sposób skrzywdzono między innymi Andrzeja Baszkowskiego, którego ostatnie tomy wierszy były zdecydowanie najlepszymi książkami bydgoskimi w ostatnich latach, nie oceniano też wspaniałych książek eseistycznych, napisanych przez bydgoskich naukowców. Mądrym rozwiązaniem jest podzielenie nagrody na dwie kategorie – poezję i prozę z eseistyką, a rezygnacja z kategorii wydawniczej, w której nagradzano stale te same osoby i wydawnictwa. Warto też wprowadzić zapis ograniczający przyznawanie nagrody rok po roku temu samemu autorowi, nie sądzę żeby brakowało w tym mieście twórców i książek wartych uwieńczenia nagrodą, a promocyjny cel powinien mieć jak najszerszy zasięg. W interesie miasta jest też wskazywanie różnorodności intelektualnej i tworzenie bogatego środowiska artystyczno-literackiego. Czas, gdy przyjeżdżali do Bydgoszczy panowie Orski i Górny uważam za stracony dla mojego miasta, a nagrody za przypadkowe, przyznawane bez wyrazistych kryteriów. Od wielu lat uczestniczę w różnorakich gremiach oceniających i wiem, że przyznanie nagrody zawsze jest wynikiem jakiegoś kompromisu, warto jednak, żeby nie tworzono zjawisk, które dalekie będą od obiektywizmu, ze szkodą dla autorów i czytelników. Oprócz sumy pieniędzy (mizernej w stosunku do innych podobnych nagród przyznawanych w Polsce), warto pomyśleć o szerszej akcji promocyjnej, reklamie autora w ogólnopolskiej prasie i telewizji, a nade wszystko o uczynieniu z niego wizytówki, którą chętnie będziemy się chwalić. Udział krytyków z lokalnych związków pisarskich będzie miał też tę wartość, że stworzy lokalne gremium opiniotwórcze, które istniało przed 1980 rokiem (przede wszystkim Krzysztof Nowicki, Stefan Melkowski, Artur Hutnikiewicz, Kazimierz Hoffman) , a potem przepadło w zawirowaniach politycznych. Jeśli nagroda ma przetrwać, muszą nastąpić daleko idące zmiany, a wybór wolny musi być od przyjacielskiego lansowania i klucza związkowego, nie wolno też łamać regulaminu, który jest przecież instrukcyjnym aktem prawnym.

Tekst ukazał się znacznie okrojony, a podobno i tak wywołał komentarze, że jest za długi. Z reguły nie wpisuję moich opinii pod artykułami, nie wierząc w skuteczność takich działań. Wolę oficjalne listy i prezentację poglądów w podpisanym imieniem i nazwiskiem dzienniku. Jak przypuszczałem natychmiast odezwał się Jarosław Jakubowski, jeden z większych zarozumialców jakich kiedykolwiek spotkałem. Jeśli to on podpisał się jakubowski, to spłodził takiego potworka: Poza Robertem Mielhorskim nie znam w lokalnym środowisku uniwersyteckim żadnej wybitnej postaci, która „wie jaką wartość” mają książki wydawane przez lokalnych pisarzy. Akademicy mają swój hermetyczny świat niekoniecznie tożsamy ze światem rzeczywistych wartości literackich. Jeśli więc chcemy, żeby nagroda miała wysoką, ponadregionalną rangę, należy do jury zaprosić osoby „z nazwiskami”. W przeciwnym razie „Strzała” stoczy się do poziomu jednej z wielu lokalnych nagród i nie będzie przyciągała liczących się pisarzy. Tak, tak, oto wiekopomna ocena bydgoskiego środowiska naukowego, oto skala wartości pana z Koronowa, który powiedział nam co jesteśmy warci, oto wyrok pełen obiektywizmu i wiedzy o dorobkach kilkudziesięciu autorów bez nazwisk. Czytałem niedawno taki dramacik pana z Koronowa o generale Jaruzelskim, który ponoć nagradzał nawet sam Mrożek. Wielki szum i zachwalanie, ale jakoś nie dostrzegłem w nim głębi ocen, świetnie zarysowanych postaci, raczej tylko koniunkturalne napaści i prościutkie sądy „antylewackie”. Jakubowski odezwał się w związku z nagrodą, którą mu dwukrotnie przyznał pan Orski i pan Górny, za drugim razem za zbiór pisanek pod wspólnym tytułem Slajdy. Sięgnąłem raz jeszcze po ten tomiczek i z przymusem zagłębiłem się w lekturze – w zamyśle autora ma to być odkrywanie samego siebie i mówienie o sobie tzw. prawdy. Oto fragmenty tego dzieła, które jakże wiele tłumaczą: Mój stosunek do ludzi. Moje twarze – jedna dla świata i druga – tylko dla mnie. Dla świata błazen, w najlepszym wypadku kukła, dla siebie twarz do bicia, kopania, plucia, oddawania moczu i kału. Fajne…, śmierdzące, buntownicze, brawurowe, ale może jeszcze taka analiza: Język współczesny musi być gruby, ostry, cięty, brutalny, zabrudzony, chory – tak jak brudne i chore są czasy, które opisuje. I nieco dalej pytanie: Czy ktokolwiek z nas, patrząc w lustro, może ze spokojnym sumieniem rzec, że nie ma w sobie nic z chama? Są tacy ludzie panie pisarzu, naprawdę są i wielu z nich na swojej drodze spotkałem. Pan trafnie sam siebie ocenia: Moje chaotyczne „dążenie do sukcesu”. Literackiego, bo zawodowym już dawno przestałem sobie głowę zawracać. Wysyłanie tekstów. Marzenie o dziele i poprzestawanie na dziełkach. Może trochę o panu pogardłują, może coś się wydarzy i ktoś poklepie pana po plecach, ale nie przeskoczy pan swoich „dziełek”. I zamiast dążyć do sukcesu, będzie pan wypisywał takie niesprawiedliwe, płytkie i płaskie opinie na forach internetowych. Konkurs o Strzałę Łuczniczki powinien być obiektywny, a jurorzy powinni wskazywać to, co rzeczywiście najlepsze. Jeśli te pana kawałki o kukle i kale, o chorych i brudnych czasach, o helikopterach, fryzjerach i posiedzeniach redakcyjnych, miałyby być lepsze od głębokich wierszy Baszkowskiego, to ja się wypisuję z tego środowiska. I niech sobie biorą tę nagrodę kolejni kolesie kolesiów…

* * *

Foto Cezary Pióro

Zima wreszcie zaczęła przypominać takie same pory roku w innych latach. Pojawił się spory śnieg i okrył wszystko białym puchem, a niska temperatura powoduje, że miliardy kryształków nie topnieją. Nasza natura jest przewrotna i podczas ciepłej aury tęsknimy do chłodu, z kolei podczas mrozów marzą nam się upały. Jest jednak też coś takiego jak pragnienie zimy, zresztą bardzo podobne do pragnienia wiosny, lata czy jesieni. To jakby wewnętrzna tęsknota, powiązana z rytmem pojawiania się pór roku, nieuchronnością rozwoju, wzrastania i rozpadu. Mam nadzieję, że minusowe temperatury utrzymają się i będę mógł przeprowadzić jakieś nowe obserwacje ornitologiczne. Gdy nadchodzą mroźne dni szczygły łączą się w wielkie stada, przybywają ze wschodu i północy gile i zięby jery. Jak ma się trochę szczęścia można zobaczyć duże skupiska tych barwnych ptaków na cmentarnych i parkowych drzewach i zakrzewieniach, a widok jest doprawdy wspaniały. Pośród obsypanych śniegiem gałęzi pełno istnień przyobleczonych w jaskrawe barwy. Jakby nieznany Bóg pozapalał pośród chłodu i bieli ciepłe lampiony, dające znak czerwienią i żółcią, ostrym kolorem pomarańczowym i czernią, że życie jest zjawiskowe. Trzeba tylko umieć to dostrzec i ulokować własne istnienie w obrębie sakralnego, najczystszego z czystych piękna.

ALEJA KLONÓW (9)

Rano, krótko po przebudzeniu pobiegłem do pobliskiej piekarni kupić świeży, gorący chleb. W sklepiku stała kilkuosobowa kolejka. Dowiedziałem się, że pieczywa jeszcze nie ma i zdecydowałem się powędrować na zaplecze. Zaspany i ociężały przeszedłem niewielkie podwórko i poprzez niedomknięte drzwi wsunąłem się do piekarni, z której dolatywał cudowny zapach pieczonych żytnich bochnów. Już za drzwiami usłyszałem ledwie uchwytne pochrząkiwanie świni biegającej po podwórku, ale uznałem to za ostatni senny omam. Stanąłem w przedsionku, z którego schodami schodziło się do głównego pomieszczenia piekarskiego. Szeroko otwartymi oczyma patrzyłem na pracujących piekarzy i pomocników. Jedni ugniatali na drewnianych stołach ciasto i formowali je w bochny, posypywali makiem i kładli na wąskich deskach zakończonych drągiem, a inni brali tak zaopatrzone podkłady i wsuwali je do pieca. Jeszcze inni wyciągali wypieczone bochenki, układali je na długiej desce, którą co jakiś czas pomocnik piekarski delikatnie zarzucał na ramię i przenosił przez podwórze do sklepiku. Zapach pieczonego chleba wypełniał szczelnie każdą szczelinę tego rozległego pomieszczenia i nieodmiennie przywoływał myśl o jedzeniu. Przełykałem mimo woli ślinę i jadłem w myślach gorący, chrupiący chleb.

– Uciekaj stąd, bo cię wsadzę do pieca – zawołał z dołu przysadzisty piekarz i pogroził mi ręką upapraną w cieście.

Pomyślałem, że to żart, uśmiechnąłem się, wsadziłem wskazujący palec do buzi i patrzyłem dalej. Nagle inny piekarz uformował w dłoniach niewielką kulkę z ciasta i lekko rzucił nią we mnie. Kulka rozbiła się na ścianie nieopodal mojej głowy. Śmiertelnie przerażony wybiegłem z piekarni wprost pod nogi świni, którą zwabił pod drzwi zapach pieczonego chleba. Krzyknąłem w przestrachu i zacząłem rozpaczliwie płakać. Świnia zlękła się nie mniej ode mnie i odbiegła z kwikiem na drugi koniec podwórka. Jeszcze szlochający, ze łzami w oczach i na policzkach wszedłem do sklepu.

– A ty czego ryczysz? – zapytała sprzedająca chleb żona piekarza.

– Ciasto… świnie… uciekła – szlochałem bez składu.

– Ugryzła cię świnia? – pytała dalej piekarzowa.

– Nie, świnia… – nie mogłem wydusić z siebie innych słów.

– Wystraszyła go świnka na podwórku – ze śmiechem powiedziała jakaś kobieta w kolejce.

– Nie płacz, nie płacz… co chciałeś…? – spytała piekarzowa.

– Chleb… chleb… – wydukałem.

Gruba kobieta sięgnęła z górnej półki pięknie wypieczony, gorący jeszcze bochenek, wzięła ode mnie pieniądze, pogłaskała mnie po główce i odwróciła się do pierwszej osoby w kolejce.

Biegłem do domu jak na skrzydłach. W dali nad gałęziami klonów widziałem stada ogromnych ptaków lecących w stronę czerwieniejącego na wschodzie nieba. Zatrzymałem się na chwilę i przyglądałem się czarnym strzępom pomiędzy lampionami  klonowej jemioły, przekrzywiając głowę to w jedną, to w drugą stronę. W domu mama ukroiła mi pajdę gorącego jeszcze chleba i posmarowała solonym masłem. Jadłem, a roztopione masło ściekało mi po brodzie. Myślałem o zamordowanej świni, o czarnych ptakach, bochnach chleba wsuwanych do pieca w piekarni i o niebie czerwieniejącym łagodnie na wschodzie. Myślałem o tym wszystkim i łączyłem w świadomości ze smakiem solonego masła. Zjadłem szybko pierwszy kawałek i poprosiłem o następny. Mama przygotowała mi też kakao, które wypiłem powoli, jakby to był najwspanialszy napój świata. Później przez całe moje życie śniadanie to stało się dla mnie samą istotą smaku, czymś tak nieziemsko wspaniałym, ze aż trudnym do wyobrażenia, wracającym wiele razy w myślach i snach. To chyba sól tak bardzo mi smakowała i to cukier, rozpuszczony w mleku, był tym nieziemskim odczuciem. Dzień minął szybko i położyłem się spać. Usnąłem prawie natychmiast. Jeszcze tylko w mojej świadomości zamajaczył jeden czarny ptak, usłyszałem jakieś wysokie dźwięki, a na języku zaiskrzyły się receptory smakowe dając wrażenie rozpuszczającego się kryształka soli i rozpłynąłem się w niebycie.

Momentalnie stanąłem na brzegu czarnego korytarza, czując, że w mroku czai się nienawistne, upostaciowane zło. Mój wzrok zaczął przyzwyczajać się do ciemności i po chwili zobaczyłem monstrualnego gawrona, znacznie większego od mojego psa. Miał głowę zakonnicy w czarnym welonie i czerwone łapy warana zamiast skrzydeł, uśmiechał się lubieżnie i wskazywał wzrokiem ciemność. Przemogłem się i wkroczyłem do korytarza, idąc wolniutko i trzymając się ściany, aż dotarłem do miejsca, gdzie zaczynało się odgałęzienie, prowadzące na strych. Tutaj, oparty o poręcz stał żołnierz piechoty w mundurze jak na portretach dziadka i w dziwacznym, płaskim hełmie. Zamiast prawej nogi miał węża, wijącego się wokół własnej osi i syczącego przeraźliwie, a do tego wpatrującego się żółtymi ślepiami we mnie. Gdy wysunąłem się zza załomu, piechur zasalutował jakby zobaczył samego generała, a mieniący się kolorami tęczy gad zastygł w bezruchu, wysuwając tylko co chwilę rozwidlony język, jakby zaraz szykował się do ataku. Odgarnąłem ręką tę wizję, tak jakbym odsuwał kolejną, grubą kotarę i zacząłem powoli wchodzić po schodach na piętro. Gdy byłem w połowie drogi i mogłem już sondować dalszą część pomieszczenia ze stopniami, zobaczyłem, że u wejścia na strych stoi do mnie tyłem jakaś postać w czerwonym ornacie. Serce waliło mi jak młotem, ale wspinałem się coraz wyżej i wkrótce stanąłem o dwa metry od drzwi i kapłana, nie zwracającego na mnie uwagi. Nie wiedziałem co robić, bo tej postaci przeraziłem się najbardziej. Wreszcie mężczyzna drgnął i odwrócił się do mnie, prezentując zamiast brzucha ruchome wnętrzności, w których kłębiło się czarne robactwo, jaszczurki i niewielkie żmije. Uniosłem głowę ku górze, a rozmazana twarz zaczęła się wyostrzać, nad czołem powoli potężniała wielka mitra z koszyka, ze znakiem odwróconego krzyża. Miał teraz w prawej dłoni długi kij zakończony płaską łychą, podobny do tych jakie widziałem w piekarni, ale na końcu, zamiast chlebów, tkwiły i nie spadały na dół, dwie srebrzyste, śnięte ryby. Wreszcie wyodrębniłem twarz z mroku, zobaczyłem lśniące oczy, ten sam podbródek i nos i przerażony, zdruzgotany, z krzykiem nieludzkim rzuciłem się do ucieczki.

STO WIERSZY POLSKICH (XXIV)

Adam Zagajewski urodził się we Lwowie w 1945 roku i przed repatriacją na ziemie poniemieckie, do Gliwic, nie mógł zapamiętać czegokolwiek z tamtych czasów. Jego powroty do tego miasta miały zatem wymiar archeologii rodzinnej i konfrontowane ze wspomnieniami rodziców i zdobywaną wiedzą, musiały być rodzajem konstrukcji intelektualnej. Ta niedookreśloność sytuacji geograficznej, ta imaginowana bliskość miasta ważnego dla kultury kresów wschodnich, generuje swoiste liryczne roztargnienie i na początku wiersza poeta pyta: Jechać do Lwowa. Z którego dworca jechać/ do Lwowa, jeżeli nie we śnie, o świcie,/ gdy rosa na walizkach i właśnie rodzą się/ ekspresy i torpedy. Tak zaczyna się ten szamański pomruk, inkantacja rzeczywistości, która kiedyś była ważna dla drobnego ciała, a z czasem stała się mitem świata odeszłego i krzewiącego się bujnie we wspomnieniach klanu rodzinnego. Bliskość snu i pora dobowa wskazują, że mamy tutaj do czynienia z próbą obłaskawiania ulotności, mgiełki, chwili zaklętej w słowa i mutującej swobodnie we śnie. Zresztą wszelkie wyraziste ustalenia natychmiast stracą rację bytu, rozpłyną się we mgle przeszłości, a wyjazd może się zacząć o każdej godzinie, rano, w południe lub wieczorem, w marcu lub we wrześniu i równie dobrze może w ogóle nie dojść do skutku. Nasza realność, a zatem i istnienie Lwowa stale poddawane są ludzkiej próbie bytu, wciąż rodzą się od nowa w mózgu, stale podtrzymywane są nowymi strumieniami natlenionej i niosącej cukier krwi – zasadne zatem jest pytanie o autentyczność tego, co postrzegamy: Jeżeli Lwów istnieje, pod/ pokrowcami granic i nie tylko w moim/ nowym paszporcie, jeżeli proporce drzew/ jesiony i topole wciąż oddychają głośno/ jak Indianie a strumienie bełkocą w swoim/ ciemnym esperanto a zaskrońce jak miękki/ znak w języku rosyjskim znikają wśród traw. Spakować się i wyjechać, zupełnie/ bez pożegnania, w południe, zniknąć/ tak jak mdlały panny. Znaki istnienia, potwierdzenia realności miasta, gdzieś za granicami, jako zapis w paszporcie, łączą się z elementami charakterystycznymi dla przestrzeni europejskiej, jesionami i topolami, zaskrońcami w trawie, ale są też ornamentowane w szczególny sposób przez – zdawać by się mogło – odległe semantycznie określniki. W takim ustawieniu odbioru, drzewa mają w sobie coś z proporców pogrzebowych, są żywymi organizmami, oddychającymi jak człowiek lub zwierzę, z kolei antropomorfizowane strumienie wydają dźwięki bliskie bełkotowi w ciemnym języku esperanto, a zaskrońce umykają w trawach i kojarzą się poecie ze znakiem miękkości w języku rosyjskim. To może być wyjazd bez wyjazdu, bez pożegnania, ale zupełny, to może być chwila równie niedookreślona jak nagłe zgaśnięcie świata w chwili znamiennego omdlenia panien.

Powrót do Lwowa, jak ponowne pojawienie się w każdym miejscu, dziwnie ulokowanym w ludzkiej biografii, ma wydobyć elementy najistotniejsze w topografii miasta, ale też ma odsłonić wewnętrzną strukturę liryczną przestrzeni i czasu. Dlatego ważne staje się to, co zwykle umyka percepcji: I łopiany, zielona/ armia łopianów, a pod nimi, pod parasolami/ weneckiej kawiarni, ślimaki rozmawiają/ o wieczności. Charakterystyczne dla poezji Zagajewskiego jest ciągłe odbieganie myślą ku innym miejscom, ciągłe wplatanie elementów odległej, ale równie energetycznej i absolutnej epifanii. Tak łopiany stają się światem samym w sobie, orbitującym ku wspomnieniom parasoli weneckich, ale też są draperią przestrzeni, w której istnieją inne byty, reprezentowane tutaj przez ślimaki, rozmyślające o wieczności i bytujące w płaszczyźnie horyzontalnej, kryjące się w cieniu zieleni rozrosłych roślin. Myśl poety nigdy nie zastyga w jednym kształcie, nie przywiązuje się do żadnej formy, nieustannie skanuje rzeczywistość i przebiega ją niczym impuls elektryczny. Przeskok iskry bywa gwałtowny i z płaskiego świata pod łopianami wzrok pada, a przypomnienie jest tutaj wyraźnie ukierunkowane, na wertykalną oś lwowskiej świątyni: Lecz katedra wznosi się,/ pamiętasz, tak pionowo, tak pionowo/ jak niedziela i serwetki białe i wiadro/ pełne malin stojące na podłodze i moje/ pragnienie, którego jeszcze nie było,/ tylko ogrody chwasty i bursztyn/ czereśni i Fredro nieprzyzwoity. Ta pionowość jest realna i zarazem umowna, natychmiast przywołująca inne cząstki świata, w których pion wcale nie jest konstytutywny – no bo jak zauważyć wertykalność niedzieli, jak wyodrębnić ją z białych serwetek i z białego wiadra wypełnionego malinami, jak wreszcie połączyć pragnienie, którego nie było z chwastami, bursztynową barwą czereśni i bezeceństwami Aleksandra Fredry? Tylko poetyka mgnień i prześwitów, tylko rzucanie światła na coraz to inne elementy świata mogą być tutaj pomocne. Z mroku przeszłości wydobywa ją iskra lub błyskawica, nagłe rozświetlenie i równie nagłe przygaśnięcie, istnienie w nieistnieniu, byt w niebycie, egzystencja bez kolejnych potwierdzeń. Poeta dorastał już w innym mieście i stale słuchał opowieści o Lwowie, wciąż sycił zmysły aurą, której dotknął realnie jako niemowlę, a to znaczy, że właściwie nigdy jej nie zaznał. W pewnym momencie pojawiło się uczucie przesytu, które skojarzone zostało z kolejnymi cząstkami imaginatywnymi, z drobinami i wielkimi elementami miejskiej zabudowy: Zawsze było za dużo Lwowa, nikt nie umiał/ zrozumieć wszystkich dzielnic, usłyszeć/ szeptu każdego kamienia, spalonego przez/ słońce, cerkiew w nocy milczała zupełnie/ inaczej niż katedra, Jezuici chrzcili/ rośliny, liść po liściu, lecz one rosły,/ rosły bez pamięci, a radość kryła się/ wszędzie, w korytarzach i młynkach do/ kawy, które obracały się same, w niebieskich/ imbrykach i w krochmalu, który był pierwszym/ formalistą, w kroplach deszczu i w kolcach róż. Ta mnogość odsłon, to nieustanne, lamentacyjne przywoływanie miasta, powiązane było z sytuacją rodzinną, z wygnaniem i pasją odkrywczą, choć tak naprawdę nikt nigdy nie wniknął w  c a ł o ś ć  tej struktury, nikt nie przedostał się do tajni wewnętrznej kamieni, nikt nie usłyszał bezgłośnej mowy świątyń katolickich i prawosławnych, nikt nie rozmyślał tak intensywnie o Jezuitach i roślinach, o młynkach do kawy i krochmalu, o imbrykach, kroplach deszczu i kolcach róż. W innym świecie i w innych przestrzeniach musiał dorosnąć poeta, musiał w doświadczeniach dni i nocy odnaleźć swoją epifaniczna wyobraźnię i zacząć mnożyć ekwiwalenty słowne w kolejnych wierszach. To jakby zagęszczanie przestrzeni, to nieustanne ewokowanie treści, które łączą się ze sobą i natychmiast zderzają się z innymi elementami lirycznego przedstawienia.

Z opisów, z rozmów i przywołań, ze studiowania sztychów i fotografii, a nade wszystko z czytania książek wspomnieniowych powstał w wyobraźni twórcy obraz wyrazisty i zamglony, pełen drobnych szczegółów i nieustannie orbitujący ku uniwersum wszechrzeczy i ku prawdzie absolutu: Pod oknem żółkły zamarznięte forsycje./ Dzwony biły i drżało powietrze, kornety/ zakonnic jak szkunery płynęły pod/ teatrem, świata było tak wiele, że musiał/ bisować nieskończoną ilość razy,/ publiczność szalała i nie chciała/ opuszczać sali. Nic nie jest tutaj utrwalone, nic nie zastyga, wszystko podąża od realności zapisanej w czasie do wyobraźniowych ewokacji, od obrazu podążających zakonnic do migających w myślach szkunerów, od żółknących na mrozie forsycji do bicia dzwonów i stale multiplikującego się świata, przypominającego też aktora, nieustannie odgrywającego tę samą rolę i bisującego przed publicznością całej ludzkości. To wszystko przepadłoby bezpowrotnie gdyby nie pojawił się poeta, gdyby nie ukształtował tak swojego umysłu, że zaczął on konstruować wiersze, w których odradzały się sytuacje i byty, wracały ulotne fakty, lśniła na nowo rzeczywistość zgubiona pośród wirów czasu. Ludzie rodzili się i umierali, a członkinie rodzin uczestniczyły w ślepym rytuale istnienia rodzinnego, wypełniania przypisanych im ról i do głowy im nie przychodziło, że kiedyś pojawią się w wierszu chłopca urodzonego u końca wielkiej wojny: Moje ciotki jeszcze/ nie wiedziały, że je kiedyś wskrzeszę/ i żyły tak ufnie i tak pojedynczo,/ służące biegły po świeżą śmietanę,/ czyste i wyprasowane, w domach trochę/ złości i wielka nadzieja. Zagajewski ukazuje byty osobne na tle innych bytów osobnych, ludzi w grupach, ale jednak nieopisanie samotnych, dążących do jakiegoś celu, a zarazem poruszających się po omacku pośród głuchych, przepastnych ciemni. Często pośród tych światów pojawia się gość z zewnątrz i jego wizyta staje się pretekstem do uruchomienia lawiny wyobraźniowej. Wielki krytyk przyjeżdża do Lwowa i staje się wyzwaniem dla wyobraźni, chwilą, którą trzeba wyodrębnić, a potem ustawić ją w obrębie innych, zdawać by się mogło, nieistotnych chwil:  Brzozowski/ przyjechał na wykłady jeden z moich/ wujów pisał poemat pod tytułem Czemu,/ ofiarowany wszechmogącemu i było za dużo/ Lwowa, nie mieścił się w naczyniu,/ rozsadzał szklanki, wylewał się ze/ stawów, jezior, dymił ze wszystkich/ kominów, zamieniał się w ogień i w burzę,/ śmiał się błyskawicami, pokorniał,/ wracał do domu, czytał Nowy Testament,/ spał na tapczanie pod huculskim kilimem,/ było za dużo Lwowa a teraz nie ma/ go wcale, rósł niepowstrzymanie a nożyce/ cięły, zimni ogrodnicy jak zawsze/ w maju bez litości bez miłości/ ach poczekajcie aż przyjdzie ciepły/ czerwiec i miękkie paprocie, bezkresne/ pole lata czyli rzeczywistości. Zewsząd płyną obrazy i wzmacnia się przekonanie w poecie, że miasto zdominowało jego wyobraźnię, dokonało na nim aktu agresji, której nie równoważy nawet wykład Brzozowskiego. Lwowskość rzeczywistości w każdej inkantacji i w powracających lamentach była wręcz nie do zniesienia, przybierała formę materialną, przelewała się przez naczynia, eksplodowała w szklankach, przepełniała sobą stawy, jeziora, a nawet dymiła z kominów, stawała się samą istotą żywiołów. Ale właśnie pośród tej ekspansywnej lwowskości pojawiają się pierwsze zapowiedzi przyszłości, oprawianej w kształt wiersza i wracającej w wyobraźni poetyckiej jako ciąg znaków, emblematów i symbolicznych dopełnień. Wujek pisze poemat pt. Czemu, ofiarowany Bogu, a poszczególni ludzie wypełniają swoje role, wpisują się w lwowski model egzystencji, szaleńczej i nudnej, pełnej znaczeń i zarazem jakże bezsensownej. Mieści się w niej lektura Nowego Testamentu i wylegiwanie się pod huculskim kilimem, zimno maja i upały czerwca, nożyce ścinające rośliny i miękkość paproci, a wszystko razem jest epifanią, uświęceniem prostoty, dopowiedzeniem treści do tego co na zawsze miało zostać bez komentarza.

Nożyce są użytecznym narzędziem w praktyce ogrodniczej czy krawieckiej, ale mogą też symbolizować śmierć, nieustannie zrywającą łączność między komórkami i inicjującą bezpowrotny rozpad. To także symbol bezduszności ludzkiej, obecnej także w przestrzeniach Lwowa i nieustannie generującej cierpienia, kojarzącej się z uważną pracą dziecka przy wycinance. Urzędnicy i cenzorzy cięli ludzkie marzenia i nieudolne próby stworzenia enklaw, bezpiecznych miejsc w czasie i pośród kresowej przestrzeni, a dzieci mozoliły się by jak najlepiej odwzorować łabędzia lub sarnę. Jedno pozostawało wszakże niezmienne, szczęk metalu i odgłos strzyżenia, ucięcia, przerwania więzi – śmierć, bezduszna i groteskowa jak wyabstrahowane z rzeczywistości nożyce, zbierała swoje żniwo: Nożyczki, scyzoryki i żyletki drapały/ cięły i skracały pulchne sukienki/ prałatów i placów i kamienic, drzewa/ padały bezgłośnie jak w dżungli/ i katedra drżała i żegnano się o poranku/ bez chustek i bez łez. Szczęk nożyc, cięcie scyzoryków i noży, drapanie żyletek pojawiało się w każdym życiu, światy padały jak drzewa w dżungli i traciły swoją wartość ludzkie godności i wielkie budowle – wszystko zmierzało ku ostatecznym pożegnaniom, wszystko poddawało się nieuchronnej, bezlitosnej władzy czasu. Dopiero poeta, odwieczny tułacz wyobraźni, połączy wszystko w wielką, stale rozrastającą się i pulsującą żywymi głosami jednię, dopiero epifaniczna wyobraźnia wydobędzie z mroku to, co miało na zawsze w nim przepaść. Zapłaci za to lękiem, suchością warg nad ranem i poczuciem nieustannej podróży, ciągłego pakowania się i przemieszczania się z miejsca na miejsce: takie suche/ wargi, nigdy cię nie zobaczę, tyle śmierci/ czeka na ciebie, dlaczego każde miasto/ musi stać się Jerozolimą i każdy/ człowiek Żydem i teraz tylko w pośpiechu/ pakować się, zawsze, codziennie/ i jechać bez tchu, jechać do Lwowa, przecież/ istnieje, spokojny i czysty jak/ brzoskwinia. Lwów jest wszędzie. Wyprawa do Lwowa jest podróżą w głąb siebie, przyjęciem roli nigdy nie zatrzymującego się podróżnego i ustawianiem miasta urodzenia w ciągu symbolicznym miejsc na ziemi, poczynając od uświęconej i umęczonej po wielokroć Jerozolimy. Śmierć i bieg czasu niszczą utrwalane przez ludzi kształty, degradują budowle z kamienia i cegieł, ścierają na pył bramy i ogrody, zamieniają w proch kruche ciała, ale słowo może wskrzesić struktury i elementy, może spowodować, że nagle objawi się świeżość jak we wnętrzu brzoskwini, a  prywatna wizja miasta rozprzestrzeni się do wymiarów gigantycznych i wypełni sobą wszystko. Zagajewski tworzy wiersze, w których pulsuje prawdziwe życie, a zarazem rozmywa wszystko niczym subtelny akwarelista, swobodnie porusza się pośród przestrzeni mitu, a zarazem stale dociera do elementarnych cząstek rzeczywistości. Jego gigantyzm mieści się w obrębie jednej komórki, a to co mikroskopijne i niewidoczne dla oka, eksploduje nieoczekiwanie i rozszerza się do wymiarów kosmicznych.

PAS ORIONA

Dwa dni temu wracałem późnym wieczorem do domu i urzekł mnie krystaliczny, świeży powiew lodowatego powietrza. Gęste zwałowiska chmur nagle rozsunęły się i zniknęły, a na granatowym niebie pojawiły się wyraziste gwiazdy. Ostatnie tygodnie były bardzo ciepłe, wręcz wiosenne i podmuchy ostrego wiatru, czystość kopuły niebieskiej i podnoszące się ciśnienie, zwiastowały nadejście mrozów i opadów śniegu. Tak się stało i następnego dnia wreszcie świat pokryły charakterystyczne dla tej pory roku biele, pojawił się lód na ziemi i natychmiast powiększyły się stada gawronów i kawek, podążających za zimową aurą. Przystanąłem na otwartym polu i skierowałem wzrok na wielką konstelację Oriona, której w dziewiętnastym wieku, na półwyspie Synaj przyglądał się z wielkim zainteresowaniem Juliusz Słowacki. Czy myślał wtedy o łowach myśliwego, zakochanego w Plejadach i dumnego ze swej nieśmiertelności, a potem jakże groteskowo tragicznego, ukąszonego przez skorpiona i umierającego w mękach? To jeden z najbardziej widowiskowych gwiazdozbiorów zimowego nieba, łatwy do zauważenia i wyodrębnienia, bo w jego obrębie znajdziemy prawdziwe kosmiczne olbrzymy, o wiele większe od naszego Słońca. Są to trzy gwiazdy: Rigel, Betelgeuse i Bellatrix, a całość widoku uzupełniają inne astronomiczne monstra, znajdujące się już poza konstelacją: Syriusz na południowych wschodzie i Aldebaran na północnym zachodzie. To drugie jasne światło jest w rzeczywistości strukturą dwóch gwiazd ze skupiska Byka, czternastą pod względem jasności na całym nieboskłonie. To dość bliskie obiekty, bo leżące zaledwie sześćdziesiąt pięć lat świetlnych od nas, będące znakiem dokonanej tragedii i powolnego zamierania niegdyś jasnej gwiazdy, a obecnie czerwonego olbrzyma i karła typu widmowego. Przesuwam wzrok z Aldebarana na pas Oriona, który służył Egipcjanom za model dla ustawienia trzech wielkich piramid w Gizie – wydają się wyraziste i pojedyncze, ale przecież kryją wielką kosmiczną tajemnicę. Te trzy obiekty – ζ Ori (Alnitak), ε Ori (Alnilam) i δ Ori (Mintaka) – są w gruncie rzeczy wielokrotnymi nadmasywnymi olbrzymami. Alnitak jest gwiazdą potrójną odległą od Ziemi o około osiemset siedemnaście lat świetlnych, Alnilam jest błękitnym nadolbrzymem, odległym od Ziemi o około tysiąc trzysta czterdzieści dwa lata świetlne, a Mintaka jest gwiazdą wielokrotną, składającą się z czterech składników, położoną w odległości około dziewięćset szesnastu lat świetlnych od nas. Jeśli dodamy do tego kosmicznego spektaklu Wielką Mgławicę Oriona i leżącą tuż pod pasem mgławicę Koński Łeb, wspaniale sfotografowaną przez teleskop Hubble’a, to mówić możemy o prawdziwym astralnym szoku. Czując rześkie, lodowate powiewy, stojąc tuż przy czarnym lesie i mając przed sobą wielką przestrzeń nieba, rozmyślałem o Orionie i o największych gwiazdach z jego otoczenia, ale najsilniej podążałem myślą do fenomenu czasu, pośród którego rozgrywa się życie każdego z nas, rodzą się i zamierają świetlne olbrzymy, mgławice kręcą się wokół własnej osi, gdzieś, nie wiadomo gdzie czai się czarna materia i czarna energia, wszystko ma swoje miejsce i nic nie jest pewne, nic nie przetrwa, wszystko stale się zmienia w rytmie kosmicznej metamorfozy…

KORMORANY

Foto J.J. Harrison

Kiedyś kormorany były bardzo rzadkimi ptakami, widywanymi w ustroniach mazurskich i kaszubskich jezior, nad Biebrzą, w delcie Wisły i Warty oraz na innych terenach nizinnych. Obecnie ptak ten staje się prawdziwym zagrożeniem dla rodzimej ichtiofauny, bo rozprzestrzenia się w gigantycznych populacjach i zdobywa coraz to szersze tereny. Ostatnio widziałem sporo tych ptaków nad Wisłą, w okolicach Fordonu, ale też duże klucze pojawiają się w obrębie Bydgoszczy, a pojedyncze osobniki zaobserwować można przy Wyspie Młyńskiej. Są to przede wszystkim kormorany czarne (Phalacrocorax carbo), określane przez ornitologów także jako zwyczajne. Występują w Eurazji, w Australii, przy wybrzeżach Grenlandii i w Ameryce Północnej, a nie natkniemy się na nie w Ameryce Południowej i w Antarktyce. Ogromne klucze tych drapieżców widziałem nad Zalewem Wiślanym i po drugiej stronie mierzei – nad Bałtykiem. Jeśli każdy z nich zjada dziennie około pół kilograma ryb, to łatwo możemy sobie wyobrazić jaki spustoszenie sieje, będąc wielkim nieprzyjacielem rybaków i innych ptaków polujących nad bogatymi w faunę akwenami. Jest prawie cały czarny, z białymi plamami na głowie i udzie, z charakterystycznym haczykowatym dziobem i szerokimi płetwami. Potrafi wytrwale, głęboko i daleko nurkować, zdobywając najczęściej pożywienie przy dnie słodkowodnych i morskich zbiorników. Ich upierzenie nie jest wodoszczelne i często możemy zaobserwować jak ptaki te rozpościerają lotki i suszą je pośród wiatru i słońca. Wiek kormoranów można rozpoznać jedynie po kolorze źrenicy oka – u ptaka dorosłego jest ona szmaragdowozielona, a u młodego – wyraziście brązowa. Odchody tych skrzydlatych stworzeń są tak toksyczne, że większość drzew, na których budują gniazda szybko usycha. Na ich ogromne kolonie natknąć się można też na niewielkich wysepkach i brzegach mórz, a szczególnie dobrze widać je podczas wiosennych toków, kiedy to samce przybierają najwymyślniejsze pozy i wydają z siebie chrapliwe głosy, by zainteresować sobą samice i odbyć gody. Choć kormoran wyrządza tak ogromne szkody w rybołówstwie i niszczy środowisko naturalne, zamieniając je w martwe cmentarzyska suchych konarów, objęty jest ochroną. W Polsce ptak został spopularyzowany dzięki piosence Piotra Szczepanika i stał się synonimem tęsknoty za odchodzącym bezpowrotnie latem. Z racji swoich niezwykłych umiejętności łowieckich chytry czarny myśliwy pojawia się często w mitologiach jeziornych i nadmorskich krain, w których polowania były sposobem na przeżycie. Dla Żydów był ptakiem nieczystym, co miało związek z Biblią, gdzie symbolizował martwotę i spustoszenie. W Chinach tresowane kormorany używa się do łowienia ryb z niewielkich łodzi, wykorzystując instynkt i ich niepohamowane łakomstwo.

LUDZKOŚĆ W OBRAZACH (XI)

Ottavio Leoni (1578–1630) był włoskim malarzem i rytownikiem żyjącym i działającym w Rzymie w czasach wczesnego baroku. Wykonywał przede wszystkim obrazy ołtarzowe, portrety kardynałów i papieży, znamienitych przedstawicieli ówczesnego społeczeństwa, słynął też jako autor wspaniałych sztychów. Swoje zaledwie pięćdziesięciodwuletnie życie zakończył w wiecznym mieście, ale wcześniej pozostawił po sobie sporo dzieł, które przetrwały do naszych czasów, często stając się emblematem wiary i poświęcenia. Dla współczesnych pozostanie on wszakże autorem jedynego portretu Michelangela Merisi da Caravaggio (1571–1610), fascynującego malarza, uznawanego za pierwszego wielkiego artystę barokowego, tudzież twórcą wizerunku Galileusza. Intrygujące są losy twórcy Wieczerzy w Emaus, nie stroniącego od bójek ulicznych, podejrzewanego o homoseksualizm, stale portretującego na zamawianych obrazach biedaków i prostytutki. 29 maja 1606 roku Caravaggio zabił nieumyślnie młodego Ranuccia Tomassoniego i musiał uciec do Neapolu, gdzie otoczyła go opieką bogata rodzina Colonnów. Potem udał się na Maltę, gdzie został nadwornym malarzem i rycerzem joanickim, ale w 1608 roku, po pobiciu jednego z braci, został usunięty z zakonu i określony jako “wstrętny i zgniły człowiek”. Następnie uciekł na Sycylię, wszędzie malując by zdobyć środki na życie, zakup farb i płócien, ale też pił, sypiał w ubraniu, był niechlujny i często wdawał się w różnorakie awantury. Ścigany schronił się jeszcze raz w Neaopolu, gdzie przeżył zamach na życie, a dopiero ułaskawiony przez papieża, udał się w podróż powrotną do Rzymu. Nigdy tam jednak nie dotarł, bo 18 lipca 1610 roku zmarł nagle w drodze, w toskańskiej mieścinie Porto Ercole, zabity bez litości, otruty albo powalony chorobą. Okoliczności śmierci były tajemnicze a przypuszczać możemy, że odważne traktowanie motywów religijnych i rosnąca sława malarza, stały się niewygodne dla Kościoła i licznych wrogów malarza. Jakkolwiek nie ocenialibyśmy dzisiaj życia tego twórcy, pozostanie on autorem zdumiewających dzieł, wielkim rewolucjonistą malarskim, który zastosował w odkrywczy sposób chiaroscuro (światłocień) w miejsce oscuro (cienia), ukazując postaci w jaskrawym świetle i przydając im kontrastowych barw.

Leoni stworzył portret, który znakomicie oddaje cechy charakteru Caravaggia, butnego i nie dbającego o powierzchowność, w potarganych włosach i w pomiętej koszuli. Tak mógłby wyglądać pierwszy z brzegu rzymski opryszek, taką fizjonomię mógłby mieć przywódca bandy, rabującej na drogach podróżnych albo złodziej, skradający się do bogatego domu. Prawdopodobnie tak też wyglądał Caravaggio, bo Leoni słynął z umiejętności mimetycznych, co potwierdziły portrety różnych ludzi, znanych też z innych przedstawień i niewiele różniących się od odwzorowań ze sztychów czy obrazów tego komercyjnego twórcy. Mamy tutaj do czynienia ze szkicem wykonanym w notatniku Leoniego, prawdopodobnie w wielkim pośpiechu, na co wskazuje brak szczegółów ubioru i elementów anatomicznych. Na pierwszy plan wysuwa się głowa malarza, odwzorowana z impresjonistyczną siłą wyrazu, z dopracowaną twarzą, ale z włosami ledwie zaznaczanymi przy pomocy dość ordynarnych, chaotycznych, grubych, czarnych kresek. Wszystko ratują wszakże oczy, melancholijne, a zarazem zaczepne, pełne jakiejś mrocznej tajemnicy, odstręczające, a zarazem przyciagające wzrok widza. Trudno oprzeć się też wrażeniu, że Caravaggio kpi z kolegi, który stara się go ukazać na papierze – jakby pytał: Ty mnie rysujesz…? Paradoksalnie właśnie ten wizerunek przetrwał do naszych czasów i stał się jedynym pewnym odwzorowaniem tego barokowego mistrza. Ukazywał on też samego siebie na tworzonych obrazach, ale nigdy nie mamy pewności, że chodzi o niego, a podobieństwo określane jest właśnie poprzez porównania ze szkicem Leoniego. O ile podpuchnięte oczy mieszczą się w obrębie mitu włóczęgi i zabijaki, kreowanego z upodobaniem przez stulecia, o ile siny odcień skóry wokół nich i na nabrzmiałych powiekach, tudzież lekko zaczerwienione policzki, wskazują na hulaszczy tryb życia, to do całości nie pasują wypielęgnowane wąsy i broda. Te dwa atrybuty męskości wyraźnie były specjalnie modelowane, przydając twarzy wyraz niezwykle interesujący, zgodny z panującą modą i świadczący o dobrym smaku modela. Portret Leoniego został zaakceptowany przez badaczy życia i twórczości Caravaggia i pojawia się niemal we wszystkich wielkich albumach, prezentacjach i filmach o nim. Stał się też podstawą do opracowania portretu rytowniczego, który znalazł się na banknocie włoskim sprzed wejścia tego kraju do strefy euro. Widać na nim znacznie już lepiej prezentującego się człowieka, z wystylizowaną fryzurą, brwiami, brodą i wąsami, mogącego uchodzić za wzór męskiego piękna. Są też charakterystyczne dla malarza fragmenty obrazów, z słynnym koszem owoców, otoczonych realistycznie odwzorowanymi liśćmi. Choć artysta żył tylko trzydzieści dziewięć lat, na swoim jedynym portrecie wygląda jakby miał o dziesięć lat więcej, co wskazywać może, że rzeczywiście żył bardzo intensywnie i przez to zestarzał się szybciej. Jego prace weszły do skarbnicy malarstwa europejskiego i stymulowały rozwój wielu mistrzów, tworzących w latach późniejszych, na czele z Rubensem, który kupił słynne Złożenie do grobu, Rembrandtem i Velazquezem.

SEN XXVIII

Stanąłem u wrót wielkiej doliny. Po lewej stronie brązowo-czarne wzgórza podążały w kierunku horyzontu, po prawej zaczynała się żółto-czerwona pustynia, a środkiem biegł wyboisty trakt, wijący się jak wąż i stale znikający za podwyższeniami terenu. Środkiem drogi szły równe szeregi więźniów, ubranych w poszarpane łachy, bosych, zarośniętych i cuchnących. Co sto metrów jechał na wielkiej, złotej iguanie strażnik z głową bielika i słychać było pieśń zespołu Budgie pt. Parents: When I was a little boy, they would say to me/ Don`t go in the world and play, it`s bad company/ All they had was child and faith,/ Let him grow and let him wait/ Just to find what it was to be free/ Now I`m over twenty one, growing up I`ve had my fun/ And I know it`s got to be/ Baby lying in a womb, are you free or in a tomb?/ Let me in I feel I wanna cry, a gdy zaczynały się solówki gitar, krajobraz ciemniał jakby niewidzialna ręka manipulowała przy obrazie, pojawiającym się na wielkim ekranie. Z przodu i na końcu pochodu jechały mosiężne chińskie wozy bojowe, a ich woźnice raz po raz uderzali biczem w spracowane konie. Na zachodzie, tuż nad ostrzem horyzontu, pojawiła się czerwona plama, która na obrzeżach jątrzyła się w różach, fioletach i seledynach, powoli poszerzając się i zakrywając coraz większą część nieba, odbijając się w taflach szklanych skał i opalizujących czernią tafli nefrytu. Skazańcy szli miarowo, ale czasem przystawali, gdy towarzysz padał z wycieńczenia, albo gdy pomiędzy szeregi wkraczała iguana i wściekle kąsała tych, którzy byli bliscy omdlenia. Gdy wyrywała im strzęp mięsa z ramienia lub uda, natychmiast się prostowali i szli dalej, zaciskając zęby z bólu i wykrzywiając twarz w strasznym grymasie. Cesarz patrzył na pochód z wysokości swojego paradnego wozu, przygładzał brodę i nerwowo poruszał kącikami ust. Wreszcie przywołał szambelana i nakazał mu zgładzić wszystkich po doprowadzeniu na miejsce zwane Pusta Czaszka. Już nadciągały brygady zaciężnych żołnierzy, już kierowały się ku wskazanemu celowi, gdy nagle rana na niebie pękła z trzaskiem i zaczęła wylewać się z niej galaretowata czerwona maź. Wszędzie czuć było zapach świeżej krwi, siarki i spalenizny, a dziwna substancja spowiła wzgórza i skały, przelała się przez najwyższe szczyty i podążyła w stronę cesarza i ciężkich wojsk. Muzyka tężała i brzmiała jakoś inaczej, w coraz niższych tonacjach, jakby niewidzialni muzycy grali ją na coraz wymyślniejszych instrumentach. Na wzgórzu zaczął się dziki popłoch, ale nic już nie można było zrobić, maź dotarła do karnych szeregów i natychmiast odebrała siły wszystkim. Władca gasnącym wzrokiem ogarnął niebo i zobaczył amarantowego smoka, patrzącego wielkimi, niebieskimi ślepiami na niego. Chciał się jeszcze szarpnąć, chciał zerwać się z siodła, ale nic nie mógł zrobić, powoli i bezpowrotnie osuwał się w ciemność. Smok zawrócił natychmiast, pociągnął za sobą galaretę, wchłonął ją niczym powietrze i podążył ku północnym krainom, daleko za ostatnie srebrne szczyty, białe granie i kryształowe wąwozy. Oh that road is there/ Oh that road is there/ Come on back, back…

« Older entries

%d blogerów lubi to: