W PAPUGARNI

Choć wolę ptaki podpatrywać w naturze, sporo radości dało mi odwiedzenie bydgoskiej papugarni. Wizyta uświadomiła mi raz jeszcze jak kruchymi i ulotnymi są te barwne ptasie stwory. W naturze ich barwy i odcienie są tysiąckrotnie piękniejsze, a różnorodność jest tak wielka, że wymaga lat studiów, porównań, analiz ornitologicznych. 

 

  

Reklamy

PTAKI EGZOTYCZNE

Sporo ostatnio na moim blogu spraw interwencyjnych, a przecież pojawi się ich jeszcze więcej. Jako przeciwwagę dla moich wiernych czytelników, zarazem z przeprosinami, że muszą uczestniczyć wraz ze mną w typowo polskich spektaklach podłości, absurdu i bzdury, zamieszczam piękne portrety ptaków egzotycznych.

KOLIBRY

Podczas lektury starych numerów mojego ulubionego magazynu „National Geographic”, natknąłem się na wolumin z czerwca 1991 roku, a w nim na artykuł o tajemnicach nawigacji w świecie zwierząt – Secrets of Animal navigation. Lektura tego tekstu zbiegła się z informacjami internetowymi na portalach ornitologicznych, które regularnie śledzę – na jednym z nich znalazłem dwie mapy obrazujące napływanie kolibrów z Ameryki Południowej do Ameryki Północnej. Natychmiast też przypomniałem sobie moje obserwacje tych pięknych ptaków, którym oddawałem się z lubością w okolicach Wielkich Jezior, w Elizabeth nieopodal Nowego Jorku, w Central Parku na Manhattanie i na Florydzie. Prawie przy każdym amerykańskim domu właściciele zawieszają na werandach i w ogrodach plastikowe pojemniki z kolorowym, słodkim sokiem. Kolibry przylatują do tych naczyń, zawisają w powietrzu i wsuwają dzióbki do dziurek, które zwykle znajdują sie u dołu naczynia. Opalizujące skrzydełka poruszają się wtedy tak szybko, że powstaje wrażenie ulotnej tęczy oplatającej ptaka. Poszczególne osobniki, szczególnie młode, są niewielkie i przypominają polskie bąki albo nieco większe owady – fruczaki gołąbki. Można wtedy stać bardzo długo i w zauroczeniu przyglądać się tym fantazyjnym lotnikom, których serca biją z ogromną szybkością, a życie warunkowane jest zdobywaniem ogromnych ilości cukru, przede wszystkim wydobywanego z kielichów kwiatowych. To jeden z najpiękniejszych spektakli natury i cieszę się, że mogłem w nim uczestniczyć kilka razy, będąc świadkiem zdumiewającej ekspansji tych malutkich istot, kolonizujących całą Amerykę Północną, przemieszczających się na ogromnych przestrzeniach i dobywających z siebie wprost niewyobrażalną energię. Pierwsza mapa obrazuje napływ kolibrów z Ameryki Południowej do Północnej w lutym i zaledwie cztery obserwacje na Florydzie, Key West i w Teksasie, a druga dokumentuje ogromny napływ do maja i pojawianie się kolibrów od Labradoru po Nowy Meksyk.

POWRÓT SZPAKÓW

563px-Colourful_starling

Dzisiaj po raz pierwszy zobaczyłem szpaki, które wróciły z dalekich podróży do ciepłych krajów. Na razie jeszcze wychudzone, ale wciąż niezwykle ruchliwe, szukające pierwszych owadów i okruchów pożywienia innego rodzaju. To prawdziwe potwierdzenie, że wiosna nadchodzi wielkimi krokami i tylko patrzeć jak zaczną przylatywać inne ptaki. Ucieszył mnie widok barwnych istot baraszkujących na trawniku, wzlatujących na gałęzie drzew owocowych i umykających ku innym ogrodom. Zima przełomu 2016 i 2017 roku nieodwołalnie przechodzi do historii i przyznać trzeba, że nie była zbyt dokuczliwa. Zdarzały się mrozy, lodowate wiatry, ale w sumie nie było najgorzej i cieplejsze dni generowały przejaśniania, odsłaniały ogromne przestrzenie błękitu.

PIĘKNO ISTNIENIA

Wertowanie starych atlasów anatomicznych, ksiąg prezentujących byty egzystujące pod wodą i na powierzchni świata, unoszące się w powietrzu lub pełzające po skałach, to zajęcie niezwykle pouczające i inspirujące. Szczególnie grube księgi niemieckie, francuskie i angielskie zawierają niezwykłe tablice poglądowe. Prawdziwy ich wybuch zaczął się w XVIII wieku, ale największe rozprzestrzenienie miało miejsce w wieku XIX. Dopiero odkrywane zwierzęta, byty podwodne, rośliny, ptaki dawały wyobrażenie o różnorodności natury i formach jej daleko idącego skomplikowania. Dzisiaj zauważamy niektóre nadinterpretacje, czasem zbyt wystylizowane prezentacje, którym daleko do prac ilustratorów dwudziestowiecznych, ale przecież stale fascynują i dają wyobraźni podłoże do nowych modyfikacji, zastosowań w sztuce, architekturze, a nawet muzyce i literaturze.

293286_10150396931915337_1643517116_n

297172_10150396929630337_1298429551_n64879_10151564222185337_1411845693_n251442_10151244624255337_948222323_n

296090_10150396930410337_1842370615_n

296949_10150396933505337_1489345001_n

270753_10151244623915337_1966577032_n297826_10150396931020337_906269355_n298681_10150396928685337_238703543_n

308042_10150396932870337_1507482209_n

312670_10150396931980337_1340517265_n

313378_10151582120980337_1971553664_n317005_10150396933885337_397018961_n392074_10151244624015337_1004292260_n

395954_10150628052865337_1110024953_n

397004_10150681148830337_680225172_n

397400_10150628057700337_1138869070_n

402759_10150681146990337_95435810_n

403182_10150681149865337_99381059_n 404616_10150628057920337_452295326_n 404954_10150710339450337_1909414174_n

405332_10150628058765337_43686609_n405836_10150710321705337_567793639_n 406992_10150681163085337_1605514435_n

407349_10150628058120337_1512892657_n

408876_10150710322135337_60736019_n

417344_10150710316485337_328167063_n

419063_10150762245620337_20425869_n

422447_10150762251345337_1871535331_n

422558_10150710321030337_1125812157_n

423650_10150710322910337_129989451_n

424675_10151244624075337_1532290756_n

424703_10150710320665337_382893054_n

from-brehms-tierleben-brehms-animal-life-vol-2-by-alfred-edmund-brehm11-1913

flying-gunard-from-alfred-brehms-life-of-animals-1883

1934603_10150396933715337_676815468_n

547080_10151004487260337_839539059_n

931398_10151684116745337_604886764_n

538602_10151244623885337_747936479_n

PTAKI NA MONETACH

Prawie każda mennica narodowa wyemitowała serię monet z wizerunkami ptaków. Szczególnie efektowne są monety złote i srebrne lustrzanki, z dodatkowo generowanymi barwami. Zbieranie tych świecidełek to bardzo kosztowne hobby, ale też dające wiele satysfakcji. Taka kolekcja może stać się początkiem szerszych zainteresowań ornitologicznych i przyczynić się do zdobycia wiedzy na temat skrzydlatych mieszkańców przestworzy. Oto kilka przykładów, a zacząć można od jednej monety, która przyczyni się do powstania szerszego, intrygującego zbioru numizmatów.

1

2

3

5

6

7

ZIMA 2017

1

3

4

5

6

7

8

9

10

11

img_6302

KRWAWY SPORT

8375063290-horz

Józef Mikołaj Potocki (1862–1922) należał do grona najbogatszych polskich właścicieli ziemskich, a jego koneksje rodzinne sięgały bardzo daleko. Był  przecież synem Alfreda, ordynata łańcuckiego i namiestnika Galicji, wnukiem Romana Stanisława Sanguszki, uczestnika powstania listopadowego, prawnukiem pisarza i archeologa Jana Potockiego, autora Rękopisu znalezionego w Sarragosie. Zasłynął jako kolekcjoner książek, przemysłowiec i fundator kościołów, a nade wszystko jako myśliwy i podróżnik. Po matce – Marii z Sanguszków – odziedziczył ogromne dobra ziemskie w Smołdyrowie, Antoninach i Szepetówce na Wołyniu, co zapewniło mu dostatnie życie i pozwoliło na wizjonerstwo gospodarcze, uwłaszczanie chłopów, zakładanie gospodarstw rolnych, leśnych i rybackich, a także budowę szlaków kolejowych, tworzenie zwierzyńców. Miał też majątki na obszarze południowego Podkarpacia i ogromny pałac w Warszawie, który odrestaurował i zmodernizował. Powiększył znacznie księgozbiór sławucki Sanguszków, a w pałacu w Antoninach zgromadził około 20 tysięcy tomów i wiele dzieł sztuki, które po wojnie polsko-rosyjskiej przeniósł do Warszawy, gdzie niestety uległy zniszczeniu podczas powstania warszawskiego. Opublikował swoje zapiski z wypraw łowieckich do Azji i Wschodniej Afryki: Notatki myśliwskie z Dalekiego Wschodu. Indie, Cejlon (1894, dwa tomy), Notatki myśliwskie z Afryki. Somali (1897), Nad Nilem Niebieskim (1902). Wspierał prace naukowe, między innymi ofiarował dom Towarzystwu Naukowemu Warszawskiemu, którego był protektorem, a w 1911 roku został jego członkiem honorowym. Był przy tym zapalonym myśliwym i starał się nadać temu hobby specjalną oprawę, przygotowując bogate rauty, zapraszając znamienitych gości. Przyjaźnił się między innymi z Wojciechem Kossakiem, który stworzył w swoim charakterystycznym stylu zaproszenie na jubileuszowy sezon polowań w 1909 roku, a także namalował obraz Wyjazd na polowanie w Antoninach. Hrabia zmarł nagle we Francji w 1922 roku, w wyniku licznych ran odniesionych w wypadku samochodowym i został pochowany na cmentarzu w Montrésor.

412971

Niegdyś czytywałem wiele relacji z polowań w egzotycznych krajach, choć szczególnie podobały mi się opowieści o łowach bezkrwawych, dla europejskich ogrodów zoologicznych. Lubiłem też opowieści fotografów, udających się do odległych krain by utrwalać na kliszach krajobrazy i zwierzęta, zamieszczane w osobnych książkach albo w czasopismach geograficznych, takich jak „Poznaj Świat”, „Kontynenty”, „National Geographic”. Zapoznałem się z wieloma sprawozdaniami z polowań w Afryce, Ameryce Północnej i Ameryce Południowej, w krainach lodu i mrozu, w Australii, a także w Europie. Mógłbym przywołać też wielu autorów, znanych i mniej znanych, polskich i obcych, mających swoje miejsce w historii literatury lub kompletnie zapomnianych. Bodajże w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia zapoznałem się bez większego entuzjazmu z relacją Józefa Mikołaja Potockiego z wypraw łowieckich do Indii i na Cejlon. Wynotowałem wtedy fragment, który wiele lat przeleżał w moich papierach, czekając być może na lekturę kolejnej książki tego autora: Ptaków tu jeszcze więcej niż w okolicach Goony, między innymi widzę po raz pierwszy gatunek jarząbka brunatnego koloru z zielonawym piór odblaskiem (Gallopardix spadiceus). Ptak ten w skałach siedzi a gdy go wystraszyć, piechotą ucieka; nigdy nie widziałem, by się zerwał. Anglicy nazywają go spurfowl, od pazurka u łapki w formie ostrogi (spur ostroga). W niektórych kniejach, szczególnie w pobliżu wody, pawi tak dużo, że się zrywają całymi, tak zwanymi bukietami, jak bażanty w parkach. Mnóstwo też kuropatw, frankolinów i czarnych przepiórek. Wszystko to owoc zakazany: »strzelać nie można, bo pantera ruszy« mówi Mahmud Khan. W ostatnim miocie zabawne miałem stanowisko; obława zajęła stok pagórka mimozami zarosłego; gdy naganka dochodziła, zaczęły się z góry sypać jak z worka, dzikie małpy, jedna po drugiej, małe i duże, rozmaitego wzrostu, stare samce z brodami, samice niosące małpki na grzbiecie pocieszny widok! Ze trzydzieści ich koło mnie przedefilowało. Tak są duże, że gdy się na łapy wzniosą, wzrostu średniego człowieka dochodzą; nie strzela się ich tu, również jak pawi i z tego samego powodu, Hindusi je bowiem za święte uważają. Pewnie powodem zachowania tego fragmentu były moje młodzieńcze zainteresowania ornitologiczne, chociaż dzisiaj trudno mi zrozumieć co mogło mnie zaciekawić w opisach przyciężkawych jarząbków, kuropatw, frankolinów i przepiórek?

1-horz

Autentycznie ucieszyłem się, gdy zobaczyłem na półce w księgarni książkę Józefa Potockiego pt. Notatki myśliwskie z Afryki, wydaną znakomicie przez znane poznańskie wydawnictwo. To jest edycja z ilustracjami Piotra Stachiewicza (1858–1938), znanego malarza krakowskiego, wzbogacającego swoimi pracami dzieła Mickiewicza, Sienkiewicza i Konopnickiej. Kupiłem książkę, ale z racji moich licznych obowiązków literackich i organizacyjnych dopiero niedawno zapoznałem się z nią, czytając szybko, do czego przyczyniała się czcionka sporych rozmiarów. Niestety tym razem nie była to lektura fascynująca, a raczej bardzo krytyczna, bo pióro Potockiego jest ciężkie, jakże dalekie od finezji opisów myśliwskich W Pustyni i puszczy Henryka Sienkiewicza albo Nad Rio de La Plata Karola Maya. Notatki myśliwskie z Afryki to opis wyprawy bogatych polskich włościan, Józefa hr. Potockiego, Tomasz hr. Zamojskiego i Jana hr. Grudzińskiego, do Afryki Wschodniej. Panowie dopływają statkiem do Adenu i potem ledwie unoszącą się na wodzie krypą Tuna, przemierzają Zatokę Adeńską, by znaleźć się w somalijskiej Berberze. To jest słynny róg Afryki, obecnie włączony do niepodległego, muzułmańskiego państwa Somalia. Blisko stąd do Oceanu Indyjskiego i Półwyspu Arabskiego, na południu państwo graniczy z Kenią, na północnym zachodzie z niewielkim państewkiem Dżibuti, a na zachodzie z Etiopią. Pod koniec XIX wieku była to głusza afrykańska, której ekstremalne warunki przyciągały różnorakich awanturników, podróżników i myśliwych. Największym problemem jest tutaj nieustanny brak wody, wysokie temperatury w dzień i minusowe w nocy, a także plagi szarańczy i okresowe ponadnaturalne rozmnożenia się  groźnych drapieżników. Józef hrabia Potocki przybył na te ziemie, gdy swoim protektoratem objęli je Anglicy, nazywając Somalilandem, choć ich panowanie było bardziej formalne, niż rzeczywiste. Dopiero w latach trzydziestych dwudziestego wieku ziemie te odegrały ważniejsza rolę, gdy stały się bazą wypadową Włochów, podczas wojny z Abisynią (1935–1936), a potem zostały włączone do Włoskiej Afryki Wschodniej. Po uzyskaniu niepodległości w 1960 roku, zaczęły się wojny klanów, różnorakich lokalnych dowódców, partii politycznych i band muzułmańskich.

412972

Lektura notatek łowieckich Potockiego rozczarowała mnie pod każdym względem – po pierwsze nie jest to dzieło literackie, a raczej rodzaj nieznacznie tylko rozbudowanego dziennika. Autor nie próbuje plastycznie odwzorować przestrzeni afrykańskich, w których się porusza, ogranicza się do ogólników, powtarzania stale tych samych, sztampowych określeń, nie przedstawia też pogłębionych studiów etnograficznych, botanicznych czy zoologicznych. Wszystko tutaj podporządkowane jest suchym relacjom z polowań, zaczajania się w zeribach, wystawiania drapieżnikom na przynętę żywych osłów, no i nieustannego strzelania. Obrzydzenie budzą takie oto opisy mordowania lwów: Farba miejscami była obfita, gdzieniegdzie postrzałek zalegał. Po chwili widoczne się stało, że zwierz został ranny nisko w łopatkę lub w nogę, bo jedną łapę wlókł po ziemi. Trop drugiej sztuki, zapewne lwicy, bo mniejszej, biegł równolegle zer śladem postrzałka. Po kilkuset krokach doszliśmy do miejsca, skąd lew widocznie dopiero co pomknął przed nami, bo farba świeżutka i wilgotna, jeszcze w ziemię nie wsiąkła; ślad drugiej sztuki odbiegł i znikł w gąszczu. Potem następuje opis sprawnego mordowania rannego lwa i przechwałki ile to słoni, nosorożców, panter, hien, gazeli i oryksów zabili koledzy Potockiego i on sam. Opisy są suche, a autor traktuje ten festiwal mordu jak dyscyplinę sportu, która ma lepszych i gorszych „zawodników”. Krzywda fauny się nie liczy, a wartość mają tylko ustrzelone lwy, skóry zdjęte z zabitych zwierząt, odłączona od wielkich ciał kość słoniowa, rogi nosorożców, czaszki antylop i gazeli. Bogaci właściciele ziemscy z Europy prześcigali się w zwożeniu z Afryki „trofeów” i urządzaniu przeładowanych nimi dworków myśliwskich. Obwieszano je rogami, świetnie wyprawionymi skórami drapieżników, a największe znaczenie miały wielkie ciosy słonia, montowane na ścianie, albo wykorzystywane jako część mebla lub materia do wykonania rzeźb i innych artefaktów. Jakież ogromne pieniądze trzeba było zainwestować w taką wyprawę, ile zapłacić tragarzom, ile wydać srebrnych rupii na zakup wielbłądów, wody w butlach i sprzętu łowieckiego. Ale Potockiego było na to stać i po dotarciu do kolejnych punktów docelowych mógł razem z kolegami do woli strzelać do słoni, nosorożców i lwów, zaczajać się na lamparty i antylopy, a potem mierzyć do nich jak do ruchomych tarczy. Liczyła się przelana krew (farba) i kolejne skóry zdzierane z upolowanych zwierząt – ważne było by wrócić do Europy w chwale „sportsmena”, który zabijał sprawnie, udanie i często, a potem przywiózł do Polski ogromne skrzynie afrykańskich trofeów.

vv

Przechwałki hrabiego Potockiego przybierają pod koniec opowieści charakter zbrodniczych statystyk i przerażają, tym bardziej jeśli uświadomimy sobie, że każdego miesiąca z Europy przyjeżdżało do Afryki wielu takich „myśliwych”. Swoje rozrywki podsumowuje nasz ziemianin jakby relacjonował najoczywistsze sprawy: W czasie kilkudniowego pobytu w Dumbureli pracowaliśmy z Zamoyskim bardzo sumiennie. Od brzasku do południa i od trzeciej do zachodu słońca chodziliśmy za zwierzyną. Nazajutrz po pamiętnej nocy, w której mój towarzysz położył czarnogrzywego lwa, ubiłem dwa oryksy, antylopę Clarke’a – niestety, samicę bez rogów – oraz trzy aule. Jeden z moich oryksów odznaczał się niezwykle długimi rogami, mierzącymi okrągłe trzy stopy. Są one tylko o jeden cal mniejsze od najdłuższej dotychczas znanej pary rogów, które posiada w swym zbiorze Borys książę Czetwertyński i które pochodzą z jego ostatniej wyprawy do Somalilandu podjętej w roku 1895. W tym samym sezonie, od grudnia do końca lutego, roku następnego, hrabia Potocki z kolesiami sprawił się równie „znakomicie”:  Zamoyski rankiem zabił trzy aule, ja przyniosłem jednego. Ogólny nasz rozkład urósł do poważnej liczby około stu siedemdziesięciu sztuk przeróżnej zwierzyny, ubitej w ciągu niespełna trzech miesięcy pobytu w głębi kraju. Rezultat ten świadczy, że choć dzisiaj ziemia Somalijczyków nie jest już tak bogatym matecznikiem, spiżarnią najgrubszej zwierzyny, jak bywało przed laty, jednakże pozostało w nim jeszcze zwierza pod dostatkiem. Lata przeminą, nim w tej krainie zabraknie lwów i gruboskórych dla myśliwych żądnych wrażeń i szlachetnej rozrywki. Jak widać mamy tutaj do czynienia z prawdziwym paroksyzmem zabijania (szlachetna rozrywka), a potem pakowania tzw. trofeów do skrzyń i wywożenia ich do Europy. Chodziło przy tym tylko o zaspokojenie własnej próżności i przechwałki w środowisku ziemiańskim, bo zbliżające się wojny światowe i tak rozproszyły te „zbiory”; przewalające się fronty zrównały z ziemią posiadłości, pałacyki myśliwskie i salony z rogami i czaszkami na ścianach. Mądre myślistwo zakłada stymulowanie przyrostu naturalnego zwierzyny, skupia się na odstrzale osobników chorych, zranionych, nie dających sobie rady w lesie lub na stepie. Tymczasem wyprawy łowieckie Europejczyków do egzotycznych krain miały charakter rabunkowy i przyczyniły się do całkowitego wytrzebienia wielu gatunków (kwagga, antylopa modra, dodo, moa, renifer Dewsona, tygrys kaspijski i jawajski, jeleń Schomburga). Może notatki łowieckie Potockiego mają jakieś znaczenie dla historii myślistwa w Polsce i w krainach, w których grasował, ale są też dokumentem bestialskiego mordowania zwierząt dla próżnej, bezrozumnej rozrywki.

___________

Józef hr. Potocki, Zapiski myśliwskie z Afryki Somali, ilustr. Piotr Stachiewicz, Zysk i S-ka, Poznań 2009, s. 270.

OKAWANGO

delta_okawango_widok_z_samolotu

Obejrzałem w telewizji znakomity film przyrodniczy o rzece i delcie Okawango. Jej bieg zaczyna się w górzystych partiach Angoli, a potem płynie przez Namibię, by dotrzeć do Botswany i rozlać się majestatycznie pośród bagien Kotliny Kalahari. Niegdyś bardzo interesowałem się geografią Afryki i siedząc nad atlasami geograficznymi, często zatrzymywałem się w południowej części kontynentu i starałem się wyobrazić sobie przestrzenie największej na świecie delty śródlądowej. Niegdyś było tam jezioro Makgadikgadi, ale wyschło przed dziesięcioma tysiącami lat, zostawiając po sobie kotlinę i zwalniającą bieg rzekę, tworzącą fantastyczne rozlewiska. Parowanie tam jest ogromne, tak że w dalszej części bagniska stają się coraz mniej grząskie i przechodzą w stepy i pustynie Kalahari. To jest prawdziwy raj dla przyrodników i botaników – zoologów, ornitologów, ichtiologów, entomologów, badaczy roślin i wód. W tej wielkiej delcie żyją miliony zwierząt kopytnych, ptaków, gadów, płazów i ryb, a pod połyskującymi taflami rosną prawdziwe podwodne lasy. Film odsłania egzotyczne obrazy, ukazuje głębie, w których polują krokodyle, wielkie tawady, tysiące ryb sumowatych i przypominających piranie, żarłocznych ryb tygrysich (Hydrocynus). Pod powłoką wielkich grzybieni krzewi i kotłuje się życie, wciąż rozgrywają się mniejsze i większe tragedie, a śmierć i zabijanie stają się warunkiem przetrwania. Oglądając film przypomniałem sobie też o artykule prezentującym deltę Okawango, opublikowanym w „National Geographic” w grudniu 2004 roku. Teraz odszukałem odpowiedni wolumin i moją uwagę przykuła opowieść o mitologicznej interpretacji dorocznych wylewów południowoafrykańskiej rzeki: Gdy David Livingstone zapytał ludzi z plemienia Bayei, jak wyjaśniają zjawiska wylewów Okawango, odpowiedzieli mu, ze co roku niejaki Mazzekiva, wódz ludu żyjącego na północy, zabija w ofierze człowieka, a jego ciało wrzuca do rzeki, która wskutek tego wylewa. Autor artykułu – Kennedy Warne – zamyślił się na współczesnym, tragicznym kontekstem tej opowieści, kiedy to podczas wieloletnich wojen w Angoli wrzucano do rzeki tysiące ludzkich ciał i w taki sposób pozbywano się ich bezpowrotnie. Tam błyskawicznie pochłaniały je krokodyle, mnożąc swoje populacje, a czego nie zrobiły gady, dokonywali inni padlinożercy. Wraz z napływającą wodą pojawiają się ziemscy drapieżcy, lwy hieny, lamparty, gepardy, w powietrzu kołują ogromne stada sępów i orłów, rybołowów – wszystkie ślepia sondują przestrzeń w poszukiwaniu potencjalnych ofiar. Wraz z końcem pory suchej rzeka wraca do głównych kanałów i strug, ale w górach Angoli już zaczynają się gromadzić nowe wody, które po kilku miesiącach znowu zaczną rozlewać się po delcie.

663_800_800

1024px-buffalo_herd

1024px-okavango_swamp_botswana

635244240008568331

Cheetah (Acinonyx juvatus) A very atmospheric shot: a Cheetah searching for prey from a termite mound, silhouetted against the orange sky, at sunset. Okavango Delta, Botswana

Fotografie; Wikipedia

KARDYNAŁ

1

Podczas moich trzech pobytów w Stanach Zjednoczonych wielokrotnie obserwowałem na drzewach kardynały szkarłatne (Cardinalis cardinalis). Te zdumiewające ptaki przyciągają wzrok przede wszystkim z racji barwy upierzenia, u samców jaskrawo czerwonego, a u samic sinego lub beżowego. Latem można je zobaczyć w pojedynkę i takie obserwacje czyniłem w nowojorskim Central Parku, w wielu innych miejscach Manhattanu, w pobliskim Elizabeth, ale zimą zbierają się w duże stada, okupują krzewy przy stawach, nadrzeczne drzewa, przysiadają na dachach domów i na trakcjach elektrycznych. Zobaczyć je można w południowo-wschodniej Kandzie, w środkowych i wschodnich stanach USA, z wyjątkiem Georgii i Florydy, choć w stanach zachodnich natkniemy się na ptaki z odmiany Pyrrhuloxia (Cardinalis sinuatus). Kardynały to stosunkowo niewielkie ptaki o wymiarach 21-23 cm, z często nastroszonym grzebieniem, umiejscowionym w tyle głowy. Z czerwonym ubarwieniem samców kontrastuje smoliście czarny dziób, którym wyłuskuje on nasiona roślin, zrywa owoce krzewów, spija syrop klonowy, a czasem dobywa owady, stanowiące znikomą część jego rocznego menu. Nazwa ptaka ma związek z ubarwieniem szat i nakryć głowy najwyższych kapłanów kościoła rzymskokatolickiego, a w Ameryce dodatkowo określa się je jako „północne” (Northern), wskazując charakterystyczne biotopy. Jest to gatunek zaliczany do ptaków śpiewających, choć przekonałem się wielokrotnie, że odgłosy wydawane przez kardynały bliższe są świstowi drutu, którym dla zabawy kręci nad głową mały chłopiec, niż trelom europejskich mieszkańców przestworzy. Jaskrawe ubarwienie samców, zależne od karotenoidowego pigmentu, pozyskiwanego z pożywienia, ma przywabiać samice, które wydają potomstwo nawet do czterech razy w roku, ale jest też jego przekleństwem, bo ptak łatwy jest do wypatrzenia i staje się łupem takich drapieżników jak krogulec czarnołbisty, dzierzba siwa, dzierzba srokosz, wiewiórka szara, sowa uszata, a nawet niewielki syczoń krzykliwy. Także sporo ptaków, małych zwierząt i węży dobiera się do jajek kardynałów i tylko ogromna płodność pozwala im przetrać i mnożyć się nieustannie – podkreślać ich stałą obecność pośród amerykańskiej roślinności. Moje obserwacje kardynałów były jak święte chwile i czasem potrafiłem przyglądać się im przez wiele minut, póki spłoszone lub znudzone, nie odlatywały ku innym miejscom. Już wtedy byłem przekonany, że w naszym życiu zdarzają się sakralne momenty, niezwykłe doznania, których nie wolno zapomnieć i do których stale trzeba wracać. Takie amerykańskie chwile pozostały głęboko w mojej pamięci i jeśli prawdą jest, że nic we wszechświecie nie ginie, wciąż siedzę gdzieś tam, w okolicach wielkich jezior, w Elizabeth, w Princeton, albo w Nowym Jorku i kontempluję piękno, powab i niezwykłość szkarłatnych kardynałów.

2

3

4

5

6

7

7a

8

9

10

11

« Older entries

%d blogerów lubi to: