CIEPŁY PAŹDZIERNIK

Wyjątkowo ciepły i pogodny październik w tym roku pozwala raz jeszcze dostrzec piękno świata i jego wyrazistość o poranku, w południe i podczas zmierzchu. Wedrując między ulicami i na obrzeżu miasta, zauważam barwy liści i owoców, a nade wszystko rozkoszuję się błękitnym niebem, na którym znacznie mniej jest teraz smug samolotowych. Pojawiają się za to spore stada szpaków, majestatycznie żeglują pośród błękitu wielkie mewy srebrzyste, które pojawiły się w Polsce dopiero w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Obecnie skolonizowały niemal cały kraj, a z racji tego, że są wszystkożerne, nie narzekają na brak pożywienia, szczególnie gustując w odpadkach z naszych gospodarstw domowych. Październik to pora obfitości wszelakich nasion i owoców – na krzewach (berberys, ognik, cis pospolity,  rokitnik, kruszyna) i drzewach (głóg, jabłoń, grusza, śliwa, kasztanowiec), a także prawdziwych nalotów, łączących się w stada, takich ptaków jak paszkoty, kwiczoły, czajki, siewki, polskie gawrony i kawki. Coraz częściej słychać też na niebie głosy gęsi, czapli i kormoranów, udających się w malowniczych kluczach ku ciepłym krainom. Wieli z nich straci tam życie, stając się łupem dzikiego kota, hieny, likaona albo takich monstrualnych drapieżców jak krokodyle, jaszczury, czy węże. To naturalna kolej rzeczy, gorzej, gdy ptaki napotkają na swojej drodze bezlitosnych myśliwych, którzy przy ogólnej dostępności mięsa w sklepach, zabijają je z próżności, dla źle pojmowanego sportu. Przy okazji faszerują naszą naturę ogromnymi ilościami ołowiu, którego w żaden sposób nie da się już potem z niej usunąć. Zenon Kruczyński, niegdyś myśliwy, a obecnie publicysta i aktywista ekologiczny, zaangażowany w działania na rzecz zmiany stosunku wobec zwierząt i środowiska, podaje, że w taki sposób trafia każdego roku do naszych ekosystemów około 400 000 kilogramów tego toksycznego metalu.[1]  Idę dalej, porzucam myśli o bolesnych sprawach i przyglądam się barwom sumaków octowców, jakże pięknych o tej porze roku, kontempluję przemianę liści brzóz i klonów, wyodrębniam pośród nich sroki i sikorki, samotną sójkę i nagle pojawiające się na jednym z krzewów stado kolorowych szczygłów. Uroki ciepłego października pozwalają mi odprężyć się całkowicie, a wdychane czyste powietrze przypomina, że istniejemy pośród planety, obdarzonej atmosferą i krzewiącym się na niej życiem.     


[1] Por. Z. Kruczyński, Jesienne ptaki na niebie, „Dzikie Życie” 2012, nr 10 (220).

Owoce głogu
Kruszyna pospolita
Rokitnik
Dzikie wino
Sumak octowiec
Kasztanowiec
Gęsi w kluczu przelotowym

NA ŚRODKU OCEANU

Od samego rana wspaniały film przyrodniczy o faunie wysp Oceanu Spokojnego, wyemitowany przez platformę Discovery Wild. Sporo niezwykłych zdjęć z wód okalających wyspy Galapagos (głowomłoty i nurkujące pingwiny równikowe), ale też prezentacja zwierząt z atolu Palmyra. To tam nasila się prąd Cromwella (nazwisko hawajskiego oceanografa), nazywany też Pacyficznym Podpowierzchniowym Prądem Równikowym. Ma on ogromne znaczenie dla rozprzestrzeniania się ryb i planktonu, transportuje też nasiona roślin i owady. Jest przeogromny i od Wysp Gilberta do wybrzeży Ameryki Południowej, toczy tysiąc razy więcej wody od rzeki Missisipi. Szczególnie zainteresował mnie atol Palmyra, zagubiony gdzieś na obrzeżach wysp Kiribati, trudny do znalezienia na mapach i niezwykle zjawiskowy. Jak na innych wyspach Pacyfiku, możemy tam obserwować liczne gatunki ptaków, ale chyba najciekawsze są kraby palmowe, największe stawonogi na świecie, bez trudu rozłupujące twardą okrywę kokosów. Film dokumentuje podskórne życie oceanu i wpływ potężnego prądu na rozwój niezwykłych istot, bytujących pośród ogromnej przestrzeni – od Nowej Gwinei po Wyspy Galapagos. Sprawdziłem wiadomości na temat atolu Palmyra i okazuje się, że przechodził on z rąk do rąk, był bazą wojsk amerykańskich, a w końcu został zakupiony przez organizację The Nature Conservancy, która uchroniła go od zawłaszczenia przez cywilizację i stworzenia na nim kurortów turystycznych. Obecnie jest to jedno z ostatnich dziewiczych miejsc na naszej planecie i pozostanie takim jeszcze długo, choćby z powodu trudności jakie nastręcza podróżnym dostanie się na sam środek oceanu.

W KNIEI

Publikuję nieco fotografii przyrodniczych mojego brata – Jacka. Z kolejnych wypraw rowerowych przywozi sporo interesujących zdjęć, które prezentował już na kilku wystawach. W tym zestawie dudek, żuraw, sikorka i jakże subtelne sarny.

NATURA

Człowiek późno poznaje naturę. Człowiek miejski dlatego, że żyje z dala od niej, wiejski – bo nazbyt blisko. Ale natura jest najważniejszą szkołą i człowiek zbyt późno zdaje sobie sprawę z tego, że to co ludzie nazywają „rozwojem”, nie jest w istocie niczym innym, jak tylko dokonującym się okrężną drogą naśladownictwem „wynalazków” urzeczywistnionych już przez inne istoty – owady, zwierzęta, ptaki, kwiaty – żyjące na ziemi od znacznie dawniej. Możliwe więc, że istnieje poezja kwiatów, podobnie jak istnieje muzyka ptaków, technika strukturalna roślin i zwierząt.

Sándor Márai, Dziennik 1967-1976, wyb. przeł. i oprac. Teresa Worowska, Warszawa 2019. s. 70.

WILGA

Foto Tomasz Jóźwiak

Czasami krótkie wyjście z domu, dostarcza licznych wrażeń związanych z ornitologią. Tak było i dzisiaj, gdy wyszedłem na pocztę, wędrując jak zwykle ulicą Horodelską, a potem szerokim, pustym polem, pełnym krzewów i niskich drzew. Zwykle podczas takich wędrówek widzę jakieś przygodne ptaki, ale dzisiaj było ich znacznie więcej, co może potwierdzać obserwacje, iż w czasach zmniejszonego ruchu ludzkiego,  zwierzęta odważniej wchodzą (wlatują…) między domy. Od razu po wyjściu zauważam powszechne, szczególnie w okolicach domków jednorodzinnych, ptaki codzienne: sroki, kawki, całe stada mazurków, jakieś pary synogarlic i pojedyncze sikory. Na dachy pobliskich domów zalatują znad Brdy rybitwy i duże mewy, są też ogromne wrony i mrowie szpaków, przysiadających na kwitnących właśnie drzewach lub płotach. Moje zdziwienie budzą niepłochliwe, potężne gołębie grzywacze, które niegdyś zobaczyć można było tylko w lesie, a teraz siedzą sobie w przyblokowym ogródku i nie zwracają na mnie uwagi. Szybko załatwiłem sprawy na poczcie i wracałem głęboko oddychając, świeżym, chłodnym, majowym powietrzem, czując jakąś rozpierającą mnie witalność. Lubię tę porę roku, chociaż pyłki kwiatowe solidnie dają mi się we znaki i wieczorami muszę zażywać jakąś tabletkę antyalergiczną. Miałem dobry humor i byłem już blisko domu, gdy nagle stanąłem jak wryty i zacząłem nasłuchiwać śpiewnych pogwizdywań, najpierw kilku skrzekliwych tonów, a potem krystalicznie czystych zaśpiewów. Tak, nie mogłem się mylić, to odzywała się wilga, gdzieś stosunkowo niedaleko ode mnie. Zwolniłem kroku i zacząłem lustrować wysokie brzozy, na skraju ogródków działkowych, które wielokrotnie bywały obszarem moich obserwacji, gdyż widywałem na nich stada jemiołuszek, paszkotów, jakieś samotne grubodzioby albo rzadkie sikorki. Śpiew na chwilę ustał, bo pewnie ptak zauważył ruch na drodze, więc przystanąłem i zacząłem  uważnie wpatrywać się w korony brzóz, który przy większym powiewie wiatru odsłaniały swoje wnętrza. Nagle zlokalizowałem coś wyraziście żółtego i już nie miałem wątpliwości, że natknąłem się na wilgę, której pióra w tym czasie są jeszcze niezwykle jaskrawe. Ptak pozwolił mi poobserwować się dość długo, po czym odleciał nad ogródki swoim charakterystycznym chwiejnym lotem, raz w górę, raz w dół. W sumie niewiele wilg widziałem w swoim życiu, więc to zdarzenie uznałem za dobry znak i w znakomitym humorze wróciłem do domu.

PEŁZACZ OGRODOWY

Pierwszego pełzacza zobaczyłem na cmentarzu Świętej Trójcy w Bydgoszczy, w okolicach 1982 roku. Wiele się wtedy działo w Polsce, bo wprowadzono stan wojenny i na skrzyżowaniach stały Skoty, a na ulicach widziało się patrole zomowców i żołnierzy. Wtedy właśnie chodziłem często po dwóch cmentarzach, sąsiadujących z naszym osiedlem i przyglądałem się uważnie ich rzeczywistościom. Związane to było z pisanym zbiorem wierszy pt. Pole umierającej kraski, który w założeniu miał być hołdem dla moich kolegów i koleżanek, którzy nie wytrzymali naporu młodości i popełniali samobójstwa, albo ginęli w tragicznych okolicznościach w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Te wyprawy na nekropolie, gęsto zadrzewione, pełne krzewów przy wolnej przestrzeni, ukazały mi ich bogactwo ornitologiczne – od powszechnych gawronów, kawek, wron i srok, poprzez sikory, sójki, grzywacze, aż do gatunków rzadszych, jak gile, jery, kowaliki, jemiołuszki. Wtedy też na pniu topoli zauważyłem dziwnego ptaka, poruszającego się po nim ruchem okrężnym i łowiącego pająki, chrząszcze oraz skrzydlate bezkręgowce. Miałem wtedy w domu atlas ptaków Jana Sokołowskiego i po przyjściu do domu, wiedziałem już, że natknąłem się na pełzacza ogrodowego (Certhia brachydactyla). Początkowo myślałem, że zobaczyłem niewielką mysz, buszującą na pniu i szukającą pożywienia, ale podchodząc jak najostrożniej, wyodrębniłem poszczególne cechy niewielkiego ptaszka. Miał dość krępą budowę ciała i długi, zakrzywiony haczykowato, brązowy dziób, a przy tym niezwykły, jakby zaostrzony ogon. Sprawiał wrażenie brązowej plamy, ale nakrapianej jaśniejszymi, rudawymi i białawymi centkami, z wyraźnymi akcentami bieli na brzuchu, brązu na skrzydłach i beżu na kuprze. Oczywiste stało się dla mnie, że takie samo upierzenie samca i samicy ma przypominać rysunek kory drzewnej i maskować drapieżnika w konfrontacji z owadami. Ptak ten ma sztywne sterówki, którymi podpiera się, gdy porusza się po pionowych płaszczyznach pni drzewnych, czyniąc to co najmniej tak samo sprawnie jak dzięcioły i kowaliki. Jego subtelne popiskiwanie przypomina uderzanie o siebie kryształków lodu albo niewielkich kawałków szkła i należy do najsubtelniejszych głosów przyrody.

Pełzacze poruszają się ku górze i rzadko schodzą głową w dół, jak czynią to kowaliki, czasem też przeskakują na grubsze konary i oplatają je swoim dookolnym ruchem. Można je obserwować w prawie całej Europie, z wyjątkiem Wysp Brytyjskich i Skandynawii, gdzie jest dla nich za ostry klimat. Ich areał rozszerza się w dół planety, do Północnej Afryki, a na wschodzie do Azji Mniejszej i Środkowej. W Polsce występuje wyspowo i jest rzadszy do swojego bliskiego pobratymca – pełzacza leśnego, zamieszkującego dość licznie różne typy gęstych zadrzewień. Są to samotnicze ptaki całoroczne, a jedynie w zimie obserwuje się łączenie ich w stada z raniuszkami lub sikorami i spektakularne, inwazyjne przeloty z enklawy do enklawy. Ich ruchy, jak u większości małych ptaków, są nerwowe i cyklicznie powtarzalne, chyba że jakiś osobnik natknie się na większe skupisko owadów, które zatrzyma go dłużej w miejscu. Ale i wtedy, dla bezpieczeństwa co chwilę będzie odskakiwał na niewielką odległość, sondując przestrzeń wokół siebie. Chodząc potem jeszcze wiele razy po cmentarzach, uważniej już lustrowałem korę drzew i raz po raz zauważałem pełzacze. Stały się one dla mnie symbolem utajonej – jak to nazwałem we wspomnianym wyżej tomie – nadrzeczywistości. Iluż ludzi wędrując do grobów bliskich, przemierzając alejki cmentarne, nie zauważa takich, jakby utajnionych na co dzień, ale jakże żywych, elementów natury. Dopiero bliższa obserwacja pozwala nam zauważyć byty, które przez miliony lat przystosowały się do warunków, w których żyją i robiły wszystko, by być „niewidzialne”.  Ich specjalizacja i rozdzielenie z pełzaczem leśnym zaczęła się wraz z nastaniem epoki lodowcowej i trwa do dzisiaj. W tomie wierszy, który pisałem w stanie wojennym, a który potem ukazał się w Wydawnictwie Literackim i przyniósł mi Nagrodę młodych im. Stanisława Wyspiańskiego, pozostał ślad moich obserwacji cmentarnych i nawiązanie do sprytnego, pełzającego po korze ptaka: idę środkiem cmentarza – śnieg miękko siada na włosach/ i na ramionach figurek Jezusa zapatrzone w dal czarne ptaki/ siedzą na drewnianych krzyżach słychać skrzeczenie srok/ i niecierpliwy szelest oplatających topole pełzaczy. Trochę jednak żałuję, że nie napisałem wtedy osobnego wiersza o tym niewielkim, ale jakże interesującym bycie, egzystującym na granicy naszego świata.

* * *

ORNITOLOGIA I AMAZONIA W ORIONIE

Jacek Lebioda (z lewej) i Arkady Radosław Fiedler (z prawej) w bydgoskim Orionie

 Polska fotografia ornitologiczna stanowi ważną część naturalistycznej fotografii artystycznej i poszczycić się może sporymi osiągnięciami. Starczy wymienić takie nazwiska jak Włodzimierz Korsak, Jan Bułhak, Włodzimierz Puchalski czy Jerzy Łapiński, starczy przywołać wiele ich ekscytujących albumów, wystaw I filmów. Do tego grona dołączyć trzeba wielu pisarzy-podróżników, którzy podczas swoich wypraw dokumentowali też liczne spotkania z ptakami. Tacy twórcy jak Kamil Giżycki, Janusz Wolniewicz, a nade wszystko Arkady Fiedler, pozostawili potomnym ogromny, wartościowy przekaz na temat egzotycznych ptaków, ucząc miłości do przyrody I motywując wielu młodych ludzi do wkroczenia na ścieżkę przyrodnika, ornitologa lub fotografa natury. Z takich klimatów wywodzi się też sztuka fotograficzna Jacka Lebiody, który wzrastał w Bydgoszczy, na osiedlu Błonie, skąd ruszał na pierwsze wyprawy poznawcze do pobliskich lasów, and brzegi Brdy i Noteci oraz nad stawy w okolicach Ślesina. Tam robił pierwsze zdjęcia ptaków, najpierw w technice czarno-białej, a potem w kolorze, z wykorzystaniem najnowocześniejszego sprzętu. To, co było najpierw sympatycznym hobby, zaczęło podążać w kierunku sztuki, egzemplifikowanej kolejnymi wystawami.

Ostatnio artysta zaprezentował swoje prace w kilku bydgoskich placówkach kultury, w tym w Klubie Bydgoskiej Spółdzielni Mieszkaniowej “Orion”. Było to wydarzenie ze wszech miar interesujące, gdyż połączone zostało z promocją książki pt. Sumienie Amazonii, syna wielkiego podróżnika z Puszczykowa  – Arkadego Radosława Fiedlera. Na początku autor wystawy wygłosił krótkie wprowadzenie i zaprezentował swoją wizję fotografii przyrodniczej, z odniesieniami do wielkich poprzedników i własnych doświadczeń twórczych. Potem licznie przybyła publiczność zapoznała się z ekspozycją wielu fotogramów, głownie ornitologicznych, chociaż nie brakowało też szerokich ekspozycji natury, odwzorowywanej w szczególnych momentach, przy załamaniu pogody, o świcie i zmierzchu, a także na granicy dnia i nocy. Uwagę przykuwały ptaki wodne, uchwycone w locie, podczas startu z tafli stawów lub jezior, ale zaciekawiały też i inne przybliżenia, mniejszych mieszkańców lasów, ogrodów i parków. Wyrazista jest u tego twórcy dążność do ukazania zróżnicowania gatunkowego ptaków, przy jednoczesnym uchwyceniu ich piękna, do czego przyczyniają się detale upierzenia, umaszczenia piór i puchu, odwzorowywane z niezwykłą sumiennością i delikatnością, przy właściwej ekspozycji świetlnej.

Wystawa znakomicie wpisała się w drugą część tego artystycznego zdarzenia, kiedy to Arkady Radosław Fiedler zaprezentował swoją interesującą książkę o Amazonii, a wykład zilustrował wieloma fotografiami wykonanymi w Ameryce Południowej. Mówił o radościach i trudnościach w podróżowaniu po tych rejonach, gdzie na każdym kroku czyha zagrożenie, a człowiek może liczyć tylko na siebie i pomoc współuczestników wyprawy. Wiele tutaj było interesujących nawiązań do podróży ojca i sporo dygresji z pogranicza zoologii i filozofii ekologicznej. Autor książki mówił o ludziach i zwierzętach, o niezwykłych miejscach i spotkaniach w dżungli. Widać przy tym było ogromną pasję, która świetnie konweniowała z pasją ornitologiczną, odzwierciedloną na wiszących na ścianach fotografiach Jacka Lebiody. Obaj prelegenci zaproponowali publiczności ogląd świata w jego najpiękniejszych cząstkach i wymiarach, a żywiołowa reakcja publiczności wskazywała na to, że trafili oni do świadomości wielu obecnych, zaszczepiając w nich umiłowanie przyrody i wiarę w niezwykłość i oryginalność naszego świata.

 

 

Dariusz Tomasz Lebioda

MAHONIA POSPOLITA

Kwiecień to czas kwitnienia mahonii pospolitej (Mahonia aquifolium), nazywanej też mahonią ostrolistną, ościałem pospolitym, więc w moim ogrodzie też eksplodowały żółte pąki, które jesienią zamienią się w smakowite fioletowe kuleczki. Często widzę nad nimi pszczoły i trzmiele, rzadziej osy i szerszenie, sporo siada też na nie much i innych połyskliwych owadów. To prawdziwa platforma startowa dla nich i do tego ogród obfitości smakowitych pyłków. Owocami zajmą się potem ptaki, ale na razie żółte kwiaty są ozdobą klombu, przy zejściu z tarasu i jednako cieszą oko przy jaskrawym słońcu i deszczu.

 

 

 

Wikipedia

 

 

DZIKIE GĘSI

Z końcem jesieni i na przednówku wiosny pojawiają się na niebie klucze dzikich gęsi (Anser anser). Czasem najpierw słychać ich żałosne jęki, a dopiero potem ukazują się w górze i szybko przesuwają się z południowego zachodu na północny wschód. Najczęściej są to gęgawy, które jesienią przelatują ku basenowi Morza Śródziemnego, a w lutym lub marcu wracają na swoje odwieczne tereny północne. W Skandynawii, Islandii, a nawet pod kołem polarnym samce i samice łączą się w pary i rozmnażają się, zwykle wyprowadzając dwa lęgi. Są to związki na całe życie, a gdy jedno z nich ginie, drugie pozostaje samotne do końca swoich dni. Ptaki te są szaro-popielate, na wierzchu i bokach z poprzecznym prążkowaniem, spód jaśniejszy z ciemniejszym pręgowaniem. Brzuch i podogonie białe, a na szyi podłużne pręgi, łatwo zauważymy też charakterystyczne różowe nogi i pomarańczowy dziób. W locie widać srebrzystoszary spód i przód skrzydeł, co odróżnia gęgawy od innych gęsi, ale to wymaga już obserwacji specjalistycznych, przy użyciu lornet. W lutym tego roku zauważyłem wiele kluczy gęgaw przesuwających się po niebie i wciąż jeszcze pojawiają się na nim osobne grupy. Ilekroć je widzę, myślę o tym, że są naturalnym chronometrem i swoimi przelotami zamykają okres jesienny lub otwierają wiosenny. Od dawien dawna ludzie wpatrywali się w niebo i od ich pojawienia się uzależniali swoje podróże, wyprawy łowieckie, przygotowania do srogiej zimy. Dzikie gęsi upodobały sobie słodkowodne zbiorniki, gęsto zarośnięte trzcinami, a także trudno dostępne bagniste łąki i moczary. Już dawno nauczyły się ostrożności, bo z racji swoich tusz, zawsze były łakomym kąskiem dla drapieżników, a i ludzie polowali na nie z upodobaniem i częstokroć – z bezmyślną satysfakcją. Dzikie gęsi na niebie, są w naszym życiu symbolem zmienności i przemijania, bo pojawiają się nagle i równie szybko znikają, podkreślając kruchą ulotność chwil. Czasem tylko udaje się zatrzymać je w kadrze i unieśmiertelnić jeden mikroskopijny moment w historii stulecia, w dziejach jednego życia i jakiegoś dnia…

« Older entries

%d blogerów lubi to: