MAHONIA POSPOLITA

Kwiecień to czas kwitnienia mahonii pospolitej (Mahonia aquifolium), nazywanej też mahonią ostrolistną, ościałem pospolitym, więc w moim ogrodzie też eksplodowały żółte pąki, które jesienią zamienią się w smakowite fioletowe kuleczki. Często widzę nad nimi pszczoły i trzmiele, rzadziej osy i szerszenie, sporo siada też na nie much i innych połyskliwych owadów. To prawdziwa platforma startowa dla nich i do tego ogród obfitości smakowitych pyłków. Owocami zajmą się potem ptaki, ale na razie żółte kwiaty są ozdobą klombu, przy zejściu z tarasu i jednako cieszą oko przy jaskrawym słońcu i deszczu.

 

 

 

Wikipedia

 

 

Reklamy

DZIKIE GĘSI

Z końcem jesieni i na przednówku wiosny pojawiają się na niebie klucze dzikich gęsi (Anser anser). Czasem najpierw słychać ich żałosne jęki, a dopiero potem ukazują się w górze i szybko przesuwają się z południowego zachodu na północny wschód. Najczęściej są to gęgawy, które jesienią przelatują ku basenowi Morza Śródziemnego, a w lutym lub marcu wracają na swoje odwieczne tereny północne. W Skandynawii, Islandii, a nawet pod kołem polarnym samce i samice łączą się w pary i rozmnażają się, zwykle wyprowadzając dwa lęgi. Są to związki na całe życie, a gdy jedno z nich ginie, drugie pozostaje samotne do końca swoich dni. Ptaki te są szaro-popielate, na wierzchu i bokach z poprzecznym prążkowaniem, spód jaśniejszy z ciemniejszym pręgowaniem. Brzuch i podogonie białe, a na szyi podłużne pręgi, łatwo zauważymy też charakterystyczne różowe nogi i pomarańczowy dziób. W locie widać srebrzystoszary spód i przód skrzydeł, co odróżnia gęgawy od innych gęsi, ale to wymaga już obserwacji specjalistycznych, przy użyciu lornet. W lutym tego roku zauważyłem wiele kluczy gęgaw przesuwających się po niebie i wciąż jeszcze pojawiają się na nim osobne grupy. Ilekroć je widzę, myślę o tym, że są naturalnym chronometrem i swoimi przelotami zamykają okres jesienny lub otwierają wiosenny. Od dawien dawna ludzie wpatrywali się w niebo i od ich pojawienia się uzależniali swoje podróże, wyprawy łowieckie, przygotowania do srogiej zimy. Dzikie gęsi upodobały sobie słodkowodne zbiorniki, gęsto zarośnięte trzcinami, a także trudno dostępne bagniste łąki i moczary. Już dawno nauczyły się ostrożności, bo z racji swoich tusz, zawsze były łakomym kąskiem dla drapieżników, a i ludzie polowali na nie z upodobaniem i częstokroć – z bezmyślną satysfakcją. Dzikie gęsi na niebie, są w naszym życiu symbolem zmienności i przemijania, bo pojawiają się nagle i równie szybko znikają, podkreślając kruchą ulotność chwil. Czasem tylko udaje się zatrzymać je w kadrze i unieśmiertelnić jeden mikroskopijny moment w historii stulecia, w dziejach jednego życia i jakiegoś dnia…

DARY LOSU

Dawne przedstawienie świątyni w Puri

Nasze życie staje się często elementem jakiegoś tajemnego kodu, trudnego do pojęcia i zaskakującego swoimi niezwykłymi rozwiązaniami. Tak stało się i teraz, gdy nagle stanąłem u wrót Zatoki Bengalskiej, na brzegu Oceanu Indyjskiego, w małym jak na warunki indyjskie mieście Puri. Chodząc brzegiem wielkiej przestrzeni błękitu, lazuru i szarości, siadając na piasku i wchodząc do wody, a potem kontemplując regularność przypływów i odpływów, wracałem myślą do moich świetlistych lat dziecinnych. Jako wrażliwy chłopiec, może jedenastoletni, może dwunastoletni, uczestniczyłem w komicznych walkach i przyjaznych spotkaniach ogromnej wspólnoty pokoleniowej. W chwilach pokoju i radosnego zawieszania dłoni na ramionach, w momentach uspokojenia i poczucia braterskiej więzi, oddawaliśmy się pasjom zbierackim. Najczęściej były to znaczki pocztowe, gromadzone w klaserach, kupowane u filatelisty lub w specjalnych pakietach, w kioskach „Ruchu”. Osiedle Błonie dopiero się budowało i nie mieliśmy jeszcze wtedy domów kultury, czytelni bibliotecznych ani klubów osiedlowych – w naturalny sposób gromadziliśmy się więc na klatkach schodowych i w piwnicach. Pamiętam wiele takich spotkań, kiedy to „handlowaliśmy” znaczkami, etykietami zapałczanymi, kolorowymi czasopismami, a także widokówkami. Na schodach siadaliśmy najczęściej we dwoje, ale w wąskich piwnicach potrafiliśmy się gnieździć w kilkoro, toczyć dysputy, podnosić ciężary, a nade wszystko wymieniać się zbiorami. To za sprawą nieżyjącego już dziś kolegi – Piotra Murawki – nie bez oporów zacząłem zbierać kolorowe widokówki. Jego brat pływał na statkach handlowych i stale przywoził karty pocztowe, które lśniły lakierem i uwodziły kolorami nie z tej ziemi. Szczególnie zapamiętałem serię z Republiki Południowej Afryki, prezentującą egzotyczne widoki okolic Kapsztadu i Kraju Przylądkowego oraz przedstawicieli ludu Zulusów. Pisząc koledze wypracowania z polskiego, czasem płacąc niewielkie sumy lub wymieniając się na fiński nóż lub koło do roweru, zgromadziłem sporo barwnych kartek, które z czasem zacząłem wymieniać na pakiety nowych przedstawień tego typu albo inne artefakty.

Pocztówka z dziecinnych zbiorów

Zapewne podczas jednej z takich sesji trafiła do moich rąk dziwna, czarno-biała kartka z indyjskiego Puri, przedstawiająca spore fale oceaniczne, jakichś Hindusów w szpiczastych czapkach na brzegu i jedną łódź w oddali, ślizgającą się po spienionych bałwanach. Prosta wizualność widokówki nie wzbudziła mojego zachwytu, ale obudziła ciekawość, która znakomicie lokowała się w obrębie ówczesnych szerokich zainteresowań geograficznych. Daleko jeszcze wtedy było do Internetu, więc wszelkie sprawdzanie, porównywanie, dociekanie faktów i lokalizacji, dokonywało się za sprawą encyklopedii, książek podróżniczych i atlasów geograficznych. Bez trudu jednak znalazłem stutysięczne miasto Puri, położone na brzegu Oceanu Indyjskiego, przy zachodnim krańcu Zatoki Bengalskiej.   Okazało się, że jest to znane miejsce kultu hinduistycznego, a to za sprawą znajdującej się tam Dźagannathy – świątyni Pana Świata (Dźagannath Mandir) i odbywającym się tam festiwalom wozów (Ratha Jatra).  Hindusi pielgrzymują tu od wieków by pokłonić się słynnym przedstawieniom Kryszny, jego brata i siostry, a nade wszystko zaznać błogosławieństwa na długie lata. Jako nastolatek interesowałem się przede wszystkim geografią Afryki, więc informacje o lokalnych indyjskich bogach, władcach i kultach nie wywarły na mnie wielkiego wrażenia. Odnotowałem w pamięci przechodzenie tego miejsca z rąk do rąk, okresy panowania najeźdźców z Afganistanu i Mogołów, a potem walki Hindusów o odzyskanie swoich świętych rewirów. Większe wrażenie robiło na mnie owo dynamiczne przedstawienie oceanu z czarno-białej pocztówki, tym bardziej, że mapy geograficzne wskazywało na to, iż Puri leży u wrót wielkiej głębi wodnej, dochodzącej do pięciu tysięcy metrów. Moja wyobraźnia natychmiast podsunęła obrazy monumentalnych skarp podwodnych, pełnych korali i wodorostów, pośród których roi się od barwnych ryb z rodziny wargaczowatych (Labridae), skrzydlic, barakud, delfinów, żółwi i krabów, rekinów, a także ośmiornic i gąbek, meduz i rozgwiazd.

Puri 2019

Mój tajemny życiowy kod odsłonił się zatem, gdy w lutym 2019 roku dotarłem do Puri i oszołomiony stanąłem na brzegu Oceanu Indyjskiego. Czarno-biała widokówka nagle ożyła, a choć pewnie dawno zmarli i zostali skremowani ludzie, którzy pojawili się na niej, to tak samo jak za ich czasów, w przepaściach dwudziestego wieku, szumiał ocean i fale monotonnie uderzały o brzeg. Tyle razy miało to się nie zdarzyć, w tylu sytuacjach mogłem stracić życie, podążyć innymi ścieżkami, które oddalałyby mnie od Puri, tyle mogło być innych wyborów. Jeszcze w trakcie podróży do Indii wszystko zawisło na włosku, gdy pojawiły się kłopoty z elektroniczną wizą i już kupiłem bilet powrotny z Frankfurtu do Warszawy. Na szczęście wszystko zmieniło się w jednej chwili, gdy wiza wreszcie dotarła do mnie i innymi liniami lotniczymi poszybowałem w kierunku Delhi, a potem Bhubaneswaru i Puri. Trzy dni spędzone nad jednym z najżywszych światowych ekosystemów, dały mi wiele radości, ale nade wszystko pobudziły do myślenia, kontemplacji wielkich dali i obserwacji zachowań ludzkich. Przemierzyłem wiele kilometrów brzegiem zatoki, znajdując na brzegu elementy specjalnie przygotowanych wyobrażeń bóstw, orzechy kokosowe, koraliki wotywne, muszle, zdechłe ryby i kraby, a także sporo jakże niebezpiecznych dla fauny podwodnej plastikowych śmieci, skłębionych pośród płacht zużytych plastikowych sieci rybackich. Podczas takich wędrówek najważniejsza była transgresja oceanu w mojej świadomości i jakby wypełnienie nim myśli, swobodne przenikanie rześkości i wilgoci do jaźni i nieustanne kołysanie się we mnie refleksji, powracanie do zdarzeń dzieciństwa, wieku dorosłego i nieuchronnie zainicjowanej starości. To było też obcowanie z ostatecznością słońca, odwiecznymi barwami pojawiającymi się pomiędzy horyzontem  i brzegiem, z szyfrem mgieł, oparów, chmur i szeptu, a czasem pokrzykiwania, spienionej kipieli. Jacy dziwni wydali mi się ludzie na brzegu, oddający cześć oceanowi, wrzucający do niego orzechy kokosowe i niewielkie wyobrażenia bóstw, a nade wszystko wierzący, że ta odwieczna, przeogromna przestrzeń spowoduje jakieś zmiany w ich życiu. Wędrując tak godzinami, przysiadłem wreszcie przy rybackich łodziach i w ich cieniu zacząłem zapisywać notatki, szkice wierszy, wracając myślami do czarno-białej pocztówki z mojego dzieciństwa, będącej tajemnicą i nieprzeczuwaną zapowiedzią niezwykłych darów losu i spełnienia najskrytszych pragnień.

CIEMNY OCEAN POWIETRZA

Wirginia Woolf

Podczas lektury obszernego zbioru esejów Virginii Woolf, zapewne z powodu moich rozległych zainteresowań naturalistycznych, szczególnie zaciekawił mnie niewielki tekst pt. Motyle i ćmy: owady we wrześniu. Wcześniej, pisując sporo o pisarzach samobójcach i studiując dzieła autorów anglojęzycznych, zapoznałem się z dziejami jej życia i okolicznościami dojścia do dnia, gdy postanowiła rzucić się do rzeki Ouse w Anglii. Teraz jednak zatrzymałem się przy eseju, który na początku odwołuje się do naszych doświadczeń dziecinnych: Czy teraz jest tyle samo motyli co wtedy – pyta Woolf – gdy byliśmy dziećmi? Gdzie się podziały wszystkie te czerwończyki żarki, osadniki, egerie, szlaczkonie siareczniki, które były niegdyś tak powszechne? Można przez godzinę siedzieć w słońcu pośród kwiatów i naliczyć co najwyżej jedna rusałkę pokrzywnika, dwadzieścia bielinków rzepników i trzy przestrojniki jurtiny – a wszystko to są jak na motyle gatunki dość nudnawe.[1] Pytanie pisarki może wydać się naiwne, ale przecież odwołuje się ono do naszego dziecinnego odczuwania cudowności świata. Rodząc się i powoli mijając kolejne miesiące i lata, zaczynamy zauważać barwy i kształty, błękit nieba, odcień sierści kota i psa i metaliczne kolory odwłoków chrząszczy. Pierwsze doświadczenia bywają euforyczne, ale czasami – jak przy próbie dotknięcia osy – kończą się nagłymi doznaniami bólu i płaczem. Zdecydowanie najwięcej jest jednak zachwytu, który pozostaje w naszej pamięci jako czas szczęścia i pełni, oddychania czystym tlenem i chłonięcia doznań pierwiastkowych. Dlatego po latach wydaje nam się, że tamte dni były cieplejsze, noce gęściej wypełnione gwiazdami, w zieleni pojawiało się więcej kolorowych ptaków, w korze drzew przeciskało się więcej owadów a na łąkach polatywało więcej motyli. Doświadczenia przyszłości odbierają nam to, zdawało się bezkresne i niezwykłe, a skupiając naszą uwagę na kłopotach codziennych, kierują ją ku innym rewirom. Ale czy osoba myśląca o odebraniu sobie życia widzi barwy motyli, unoszących się nad jaskrawymi kwiatami, czy zastanawia się nad tym, że pozbawi się wszystkiego, spowoduje, że wymiary i ruch nagle zanikną.

Modraszek Adonis

Wszystko zależy od wrażliwości sensualnej i umiejętności podglądania natury, a nade wszystko od dociekliwości w analizowaniu zdarzeń w lesie, na połoninie czy na łące. Woolf słusznie zauważa, że Niemal każdy krok, który stawiamy wśród wysokich traw, zmusza jakiegoś brązowego owada do chybkiego, łukowatego lotu lub ku następnemu przystankowi, aż nagle zatrzymujemy się na granicy ogromnego obozowiska błękitnych motyli. Podążając przez łąkę płoszymy niewielkie byty i powodujemy, że szybko przemieszczają się ku innym miejscom. Tak nieświadomie uruchamiamy ich instynkt przetrwania, który nakazuje bać się bezruchu, a w migotliwości i zmianie kierunku upatruje sposobu na przetrwanie. Nasze „przeczesywanie” jakiegoś obszaru niejednokrotnie kończyło się zdumiewającym odkryciem i jedno z nich, przywołuje autorka: Na każdej łodyżce trawy, tuż przy wierzchołku, przyczepiony jest niewielki motyl, który tworzy chorągiewkę lub wysoce ozdobny żagiel, powiewający na wietrze. Jeśli się wśród nie wejdzie, powietrze natychmiast wypełnia się cudownymi płatkami błękitu, które po chwili znów osiadają i zwijają złożone skrzydełka. Ale można przejść kolejną milę i nie spotkać nawet tego wytrwałego brązowego motyla, który wygląda jakby gałązka wrzosu na chwilę wzbiła się w powietrze i zaraz opadła z powrotem. Doświadczenie mnogości barw i wielości kształtów należy do dziecinnego centrum świata – to w nim możliwe są tak cudowne odkrycia jak nagły wysyp czerwonych kowali bezskrzydłych na korze dębu czy topoli, albo – przywoływane przez pisarkę – spotkanie z dziesiątkami małych błękitnych motyli, zapewne modraszków. Wiele osobników tego gatunku ma błękitne skrzydełka, a najwyrazistsze są modraszki adonisy, wieszczki i semiargusy. Ten kolor skrzydeł zdaje się zabarwiać całą przestrzeń, która wszakże może też okazać się martwa. Wtedy pisarka wkroczy do krainy swoich lęków i mrocznych obszarów, gdzie nie pojawi się nawet pospolity brązowy motyl (rusałka pawik?), przypominający porwaną przez wiatr gałązkę wrzosu, wtedy umrze najdoskonalej.

Zmierzchnica trupia główka

Dziecinny zachwyt i odczucie cudowności świata kończą się, gdy pojawia się chęć schwytania ulotnego motyla: Nikt, kto kiedykolwiek przez godzinę tropił siarecznika po usianych głazami wrzosowiskach, aż wreszcie złowił go z zamachu, jednym świśnięciem siatki wysoko nad głową, nie będzie już mógł przypatrywać się tańczącym swobodnie motylom i nie poczuć łowczego pożądania. A jeśli ten mieniak tęczowiec sfrunie niżej albo ta rusałka żałobnik? Czy to na pewno jest modraszek ikar, a nie modraszek semiargus albo adonis? Jak na ironię, najlepsze okazje trafiają się człowiekowi, kiedy już zakończy epokę polowań. Wchodzenie do świata natury musi wiązać się ze studiowaniem gatunków i tutaj Virginia wykazuje się ogromną wiedzą entomologiczną, popartą zapewne studiowaniem właściwych atlasów. Schwytanie motyla nicuje marzenie o locie, odbiera mu ulotność barw, a rysunek na skrzydłach staje się zbyt konkretny, bliższy grafice niż biologii. Piękno natury może prawdziwie studiować tylko świadomość krucha, udręczona, szukająca porównań i odwzorowań stanów, których stale doświadcza. Lotność i świetlistość motyla bliska jest niezwykłej migotliwości myśli, radości trwania, a jednak kieruje udręczony umysł Woolf ku śmierci, której symbolem staje się ćma: Pewnego pięknego wrześniowego poranka na ścianie domu pojawiła się czarna plamka. Żarząca się ambicja natychmiast buchnęła płomieniem i orzekliśmy, że to ćma, wielki fruczak gołąbek – a może nawet zmierzchnica trupia główka? A kiedyśmy ją delikatnie przymusili do wylądowania, potwierdziła, że tak jest w istocie; była wielka i puszysta jak mysz, na jak gdyby aksamitnym tle rysowała się czaszka i skrzyżowane piszczele. Przez cały dzień leżała w sennym bezruchu, popiskując, kiedy się ją niepokoiło, a wieczorem odleciała. Takie z pozoru niewinne przejścia od błahości motylej do symboliki nocnej i eschatologicznej charakterystyczne jest dla osobowości obsesyjnie ekscytującej się śmiercią. Widać to w przesadnym emblematyzowaniu wskazanej ćmy, która rzeczywiście ma na sobie coś w rodzaju wizerunku czerepu, ale przydawanie mu piszczeli, to już rodzaj zbyt daleko idącej fantazji nekrologicznej. Są tam dwie pogrubione kreski, a w połączeniu z dołem „czaszki” równie dobrze można je interpretować jako rodzaj korony.             

Fruczak gołąbek

Świadomość udręczona, zdegradowana przez myśli samobójcze, potrzebuje tylko niewielkiego impulsu, jednego znaku, symbolu i już zaczyna metaforyzować rzeczywistość i tworzyć jej opisy, będące rodzajem fascynacji tanatologicznej: Jesienne noce pełne są ciem. Kiedy światło przygasa, rozpoczynają krzątaninę wśród kwiatów i niewiele jest widoków równie czarujących co zawieszony nad kwiatem tytoniu czy wiesiołka fruczak, o skrzydełkach wibrujących tak szybko, że aż w ruchu tracą kontury. Pogoń za ćmami dla wielu dzieci z pewnością była pierwszym doświadczeniem naturalnego piękna. Trudno zrozumieć tę fascynację autorki, tym bardziej, że jest ona wątpliwa jeśli chodzi o logikę i pedagogikę. Którzy rodzice pozwolą dzieciom uganiać się w nocy za ćmami, raczej owe obserwacje fruczaków powinny mieć miejsce w dzień, tym bardziej, że są one wtedy aktywne. Mrok jednak ma ogromną moc i wlewa się do umysłu pisarki, każąc jej wciąż podążać w stronę nicości, a następnym krokiem będzie już instrukcja łowiecka, rodzaj perfidnej zachęty do zabijania ciem: O zmierzchu przypina się do pnia gałganek namoczony w melasie z odrobiną rumu; po zmroku należy się udać w to miejsce i ostrożnie je oświetlić. Melasa spływa po korze drobnymi strumyczkami, a na każdym z nich siedzi po parę ciem z trąbkami głęboko zanurzonymi w cieczy, zazwyczaj tak już pijanych, że kiedy tknąć je palcem, bezbronnie spadają na ziemię. To jest ekscytujący moment. Tak oto przyszła samobójczyni zachęca do zabijania pięknych ciem, które spijają słodycz z kwiatów przy pomocy długich ssawek. A to przecież jest jeden z piękniejszych rytuałów natury, dający się porównać z podobnym zachowaniem kolibrów i nektarników. Trudno zrozumieć dlaczego Woolf tak fascynuje się odbieraniem życia fruczakom („ekscytujący moment”) i tak instruktywnie opisuje jak należy to czynić.

Wstęgówka pąsówka

Podziwiać trzeba dociekliwość i wiedzę lepideroptologiczną pisarki, ale jej fascynacja umartwianiem istot jest doprawdy denerwująca: W udane wieczory cały pień będzie pokryty ciemnymi grudkami. Zwykle są to pospolite ćmy, rolnice tasiemki, rolnice czopówki oraz uporczywi goście, w książkach nazywani „szczeciniastą hebrajską literą”. Czasami jednak w świetle latarki mignie czerwień, by powiedzieć nam, że na nasze delicje złakomiła się wstęgówka pąsówka – nie jest to ćma szczególnie rzadka, a jednak nieodmiennie ma w sobie pewną wzniosłość i splendor. Ale cokolwiek złowimy, mistyczny czar jest już i w samej nocy, i w owadach, które unieruchamiamy w ciemnym oceanie powietrza. Widzimy tutaj jak mrok wnika do świadomości Woolf, powodując, że dostrzega ona mistyczny czar nocy i zabijania owadów. To przecież jest okrucieństwo dla samego okrucieństwa, bo zabite bezkręgowce niczemu nie będą służyć – może przykują na chwilę czyjąś uwagę, może skłonią do refleksji, ale zaraz potem wylądują w śmietniku i osuną się ku wieczności, tak jak pisarka osunęła się w nurty Ouse. Śmierć człowieka, jelenia, wilgi jest tak samo bezduszna jak „unieruchamianie” ciem w „ciemnym oceanie powietrza”. Może właśnie owa obniżona wrażliwość tanatologiczna leżała u podłoża ostatecznego czynu tej kobiety, który przecież został zaplanowany z podobną premedytacją. Nasączanie materii melasą i rumem i zbijanie ciem, miało ten sam wymiar, co obciążenie kieszeni jej płaszcza kamieniami. Oba działania opierały się na określonej wiedzy na temat zabijania i wynikały z determinacji w procesie dojścia do kresu. Pisarka czuła się jak ćma zbliżająca się do płomienia świecy i podobnie jak ona podążała do swojej śmierci. Trudno cokolwiek powiedzieć o świadomości bezkręgowca, tak jak trudno rozwikłać zagadkę świadomości człowieka zabijającego samego siebie, ale podobieństwa są tutaj zdumiewające. Śmierć zawsze pozostanie śmiercią, bezruch bezruchem, a rozkład rozkładem i wielka pisarka angielska znajdzie się w tym samym beznadziejnym punkcie, co ćma, zmierzająca do płomienia lub nieświadomie sącząca zbrodniczy napój z melasy i rumu.

[1] Korzystam tutaj z tekstu: Motyle i ćmy: owady we wrześniu [w:] Virginia Woolf, Eseje wybrane, przeł. Magda Heydel, Kraków 2015, s. 405–407.

ZIMORODEK

Zimorodki zwyczajne (Alcedo atthis) podglądałem jeszcze w szkole podstawowej, gdy z moim bliskim kolegą, pojechałem podczas wakacji nad Jezioro Ostrowieckie, niedaleko Żnina. Chyba tam po raz pierwszy zauroczyłem się tym niebieskim łowcą małych rybek, którego spostrzegłem siedzącego na gałęziach albo przemierzającego nisko przestrzeń nadbrzeżną. Potem były obserwacje nad dziewiczą Brdą, za miastem, gdzie z kumplami jeździłem kąpać się w krystalicznie czystej wodzie. Jak dowiedziałem się później czystość akwenu jest jednym z warunków występowania zimorodka, który najczęściej wypatruje swoje ofiary na przejrzystych płyciznach. Każde pojawienie się tych ptaków, czy to na mazurach, czy na rozlewiskach wiślanych, było dla mnie fascynujące i zdarzało się, że podążałem za nimi łodzią, kajakiem albo ścieżką nadbrzeżną. To były obserwacje całoroczne, gdyż owe niebieskie twory rzadko opuszczały miejsca lęgowe, przemieszczając się tylko podczas srogich zim, gdy lód pokrywał zbiorniki wodne. Podczas tej pory roku łatwo można było wyodrębnić kolorowego ptaka, którego błękitna okrywa i jaskrawo pomarańczowe podbrzusze odcinało się na tle śniegu lub lodu. Niestety dawno nie widziałem zimorodków, co potwierdza fakt, że jest to obecnie w Polsce nieliczny ptak lęgowy. Obserwuje się go na całym niżowym obszarze kraju, ale nie w takich ilościach jak czterdzieści lat temu, gdy w ciągu roku miałem do czynienia z nim kilkakrotnie. Zauważyłem wtedy, iż ma on nieproporcjonalnie dużą głowę, zakończoną sporych rozmiarów dziobem. To ten bagnet (określenie Słowackiego) służy do zabijania małych ryb, żab i raków, owadów wodnych, w czym zimorodki wykazują wielką cierpliwość, zawisając nad wodą na trzcinach, gałązkach lub grubszych konarach. Gdy zauważą ofiarę, reagują natychmiast, rzucając się w toń i nurkując dość głęboko. Jeśli chodzi o spektrum kultury, to niebiescy łowcy pojawiają się w mitologii greckiej (księżniczka Alkione i jej małżonek), słynny jest też dialog pt. Zimorodek, którego autorstwo jest dyskusyjne. Często ptaki te malowali malarze flamandzcy i holenderscy, pojawia się też on w Ogrodzie ziemskich rozkoszy Hieronima Boscha, gdzie symbolizuje hipokryzję i zakłamanie. W literaturze polskiej najpiękniejsze przedstawienie tego ptaka znajdziemy w niewielkim fragmencie naśladowania Pana Tadeusza Mickiewicza, napisanym przez Juliusza Słowackiego:

Wielkimi gromadami — przez [bramę] do sieni
Wchodzą strzynadle złote i gile w czerwieni,
A nawet ów dziw lasu, tak rzadko widziany
Halcyjon, a na Litwie zimorodkiem zwany,
Który czasem strzelcowi pokaże się w borach
Przez mgłę gałązek, niby w anioła kolorach,
Nad zwierciadłem przełomki, piękny i błyszczący
Jak anioł, w równi złote skrzydła trzymający —
Nawet ów ptak pięknością zaklęty i dziki
Zbłąkał się i nad domu zleciał gołębniki,
A potem nad sadzawki w ogrodzie kopane,
Gdzie leszcze, karpie, pstrągi pięknie malowane
Wojski kazał powpuszczać, ów ptak z jasnym grzbietem
Poleciał i bił w ryby dziobem jak sztyletem.

Swoją drogą piękny byłby anioł, którego postać przyozdobiły by barwy i wzory z piór zimorodka. Muszę zastanowić się nad tym i znaleźć czas na namalowanie takiego skrzydlatego ducha. Tylko jak oddać na płótnie tę świetlistość i połyskliwość ubarwienia zimorodków?

PIECUSZEK

Piecuszek

To było w połowie lipca tego roku, gdzieś na południowych obrzeżach Bydgoszczy, niedaleko miejsca, gdzie mieszkam od pięciu lat.  Stałem na rozległym placu, otoczonym drzewami i nagle usłyszałem wabiące, niskie nawoływanie ptaka. Dolatywało z rozrośniętych krzewów i młodych olch, jakieś dwadzieścia metrów ode mnie, raz to zanikając, raz wracając z ogromną intensywnością. Mój zmysł ornitologa i znajomość głosów ptasich podsuwały mi myśl, z jakim skrzydlakiem mam do czynienia, ale chciałem przekonać się naocznie czy się nie mylę. Zacząłem więc przysuwać się powoli do przodu i z odległości kilku metrów zauważyłem żółcień, połyskujący pośród sercowatych liści bzu i wyodrębniłem niewielkiego osobnika, przyglądającego się mi z uwagą. Nie myliłem się – miałem do czynienia z piecuszkiem (Phylloscopus trochilus), niewielkim ptaszkiem z rodziny świstunek, rozpowszechnionym w lasach liściastych, parkach i młodych zagajnikach brzozowych oraz olchowych. To nawoływanie przypominało nieco śpiew zięby, ale jakby nieco spowolniony i znacznie subtelniejszy. Piecuszki skolonizowały ogromny obszar Eurazji – od Francji po daleką Kamczatkę, a w Polsce możemy je obserwować od marca do sierpnia. To wytrwały podróżnik, przemierzający ogromne odległości, a zimujący najczęściej na całym obszarze Afryki, na południe od Sahary. Byłem już na tyle blisko by wyodrębnić jasnożółtą brew nad okiem ptaka, podkreśloną dodatkowo czarną linią i żółtawo-szare upierzenie, ale czynnikiem klasyfikacyjnym był tutaj przede wszystkim charakterystyczny śpiew. Piecuszki można łatwo pomylić z pierwiosnkami, wójcikami zielonymi, świstunkami leśnymi i zaganiaczami, bo wszystkie te ptaki są do siebie bardzo podobne – różnicują je jednak niewielkie zmiany w upierzeniu i wielkość (zaganiacze są wręcz – jak określa je Jan Sokołowski – siarkowożółte). Moja obserwacja nie trwała długo, bo piecuszki są bardzo płochliwe i już po chwili zobaczyłem ptaka w pełnej krasie lotności, gdy oderwał się od gałązki i przeleciał ze dwa, trzy metry ode mnie. Dzięki temu zauważyłem, że ruch wzmocnił żółcień na jego piórach i spotęgował wrażenie, iż mam do czynienia z ptakiem o jaskrawym ubarwieniu. Piecuszki ożywiają się przede wszystkim owadami (larwy, poczwarki i inne bezkręgowce, małe pająki), ale jesienią nie gardzą też dojrzałymi jagodami. To jedne z najpowszechniejszych ptaków w Polsce, a najwięcej znajdziemy ich na torfowiskach i w prześwitach leśnych, z przewagą młodych drzew.

Pierwiosnek

DARY SIERPNIA 2018

 

ŚNIEŻNA PANTERA

Ludzkość wzrastała i zyskiwała rozleglejszą samoświadomość w otoczeniu zwierząt, budując z nimi coraz bliższe związki, wchodząc w coraz szersze relacje. Pierwsi przedstawiciele naszego gatunku ubierali się w skóry jaków, antylop, tygrysów, zakładali na głowę czapki z futer lisów, saren i kun, chronili nogi butami wykonanymi z twardych skór bawołów i mamutów. Żywili się mięsem zabitych ssaków, próbowali je też udomowić, choć niektóre z nich były tak dzikie, że nigdy nie udało się ich okiełznać. Od samego początku ludzie próbowali też przeniknąć świadomość istot, na które polowali, tworzyli opowieści, legendy i mity, których bohaterami bywały zwierzęta. W kulturze chińskiej znajdziemy wiele takich podań, a każdy z kilkudziesięciu ludów, tworzących wielki konglomerat kulturowy, scentralizowany przez Pierwszego Cesarza i późniejszych przywódców, wprowadzał inne treści do wielkiej księgi jaźni i cierpienia, odwagi i przebiegłości, siły i przetrwania. Ileż to razy myśliwi ruszali na łowy, odmawiając najpierw modlitwy, zaklinając drapieżniki i próbując obłaskawić rącze jelenie, a potem starając się przeniknąć umysły zwierząt. Czekając cierpliwie na ich pojawienie się, tropiąc ślady, wdychając powietrze i szukając ostrego zapachu, rozmyślali o tym, co uczyni przeciwnik, jaką strategię obrony wybierze. Jednocześnie próbowali przechytrzyć ofiarę, omamić wyborem kryjówki, strojem lub umaszczeniem swojego okrycia jej piżmem, krwią lub moczem. Zwierzęta instynktownie wyczuwają niebezpieczeństwo i ostrożnie przemykają pośród lasów, stepów, gór i dolin, ale łowcy – bogatsi o opowieści przodków, rady dziadów, ojców, wujków, bohaterów wielkich polowań – zawsze starali się je przechytrzyć, zagonić ku miejscom bez wyjścia, zaskoczyć nagle na szlaku lub w gęstwinie roślin. W takich sytuacjach rodziła się świadomość szamanistyczna, ciąg rytuałów myśliwskich, w których ogromną rolę odgrywały tańce i teatralne odtwarzanie przebiegu polowań w plemiennym kręgu. Szaman zakładał maskę na głowę, stawał się na chwilę lwem albo kojotem, krokodylem lub krukiem i tworzył w kręgu plemiennym rodzaj spektaklu kulturowego, zwracając uwagę na poszczególne gesty, imitując ruchy drapieżników i zwierząt kopytnych, ukazując złożoność związków człowieka z jego ofiarami, utrwalając jednocześnie wiarę w jego ponadludzkie możliwości, bliskość świadomości animistycznej, pokrewieństwo duchowe z wilkiem i lampartem, hieną i cziru.

Jidi Majia – chiński współczesny poeta kulturowy, wywodzący się z ludu Yi – podąża tropem starożytnych szamanów (nazywanych przez jego lud bimo) i próbuje przeniknąć świadomość drapieżnika, jakże wyjątkowego pośród ośnieżonych szczytów i przełęczy jego krainy dzieciństwa i dorastania, a potem pierwszych męskich inicjacji. Poemat pt. Ja, śnieżna pantera jest odważną, nie mającą precedensu, próbą odtworzenia w wierszu świadomości dzikiego kota. Nie bez powodu autor utwór ten zadedykował słynnemu amerykańskiemu zoologowi i biologowi George’owi Bealsowi Schallerowi, prezydentowi Korporacji Pantery i prezesowi Cat Advisory Council. To jego liczne książki o drapieżnikach Tybetu i innych części Azji, oparte na własnych obserwacjach, dały poecie głęboką wiedzę o zachowaniach i zwyczajach irbisów, choć zapewne ważniejszą rolę odegrały tu własne przeżycia i wskazane wyżej opowieści, zasłyszane przy ogniskach i w domostwach jego ludu. Punktem zaczepienia narracji lirycznej staje się nagłe, inicjacyjne przejście energii kosmicznej przez świadomość poety i ciało śnieżnej pantery, skradającej się zboczami ośnieżonych gór. Tę moc symbolizuje lecący przez atmosferę meteoryt, przypominający wielką błyskawicę i srebrzysta ryba, podążająca mistycznie z głębin wodnych ku mrocznym sklepieniom nieba. To jest pierwsze połączenie jaźni, pierwsze zespolenie myśli człowieka i zwierzęcia – pierwsza próba osiągnięcia równowagi pomiędzy dwiema, jakże odmiennymi świadomościami. Śnieżna pantera staje na zboczu ogromnej góry i ogarnia wzrokiem zjawiskową przestrzeń swojego rewiru łowieckiego. Żyją w nim różne potencjalne ofiary, ale jest to też ziemia ludu Nousu (Yi), który zawsze szczycił się wieloma wspaniałymi myśliwymi, przemierzającymi mroźne przestrzenie w ślad za lampartem. Tak łączą się dwie jaźnie, a na nie jeszcze poeta projektuje własną refleksję, która staje się tkanką łączną wspaniałej wizji, poematu rozrastającego się w kolejne części. To cudowne, kosmiczne narodziny zwierzęcia i człowieka spowodowały, owo nieustanne uszlachetnianie krwi i wygenerowały myśl, próbującą ogarnąć swoim rozmachem ogrom stworzenia. Tak zaczęło się codzienne patrolowanie bezkresu, wchodzenie na zbocza i zbieganie ku dolinom, tak pojawiła się pierwsza krew na śniegu – tak smak surowego mięsa określił kształt nadchodzących dni, a cętkowane futro stało się znakiem dokonującej się zbrodni – życia za cenę śmierci. Majia ukazuje irbisa jako element odwiecznej przemiany, dokonującej się pośród gór Liangszanu, ale też mającej miejsce w każdej krainie planety. Takie przekształcenia były nieodzowne by pojawiła się ludzka świadomość i krąg egzystencji domknął się, gdy myśliwy Yi ruszył na łowy. Odtąd zwierze i człowiek mogli powiedzieć: zawsze żyć będę ponad granicami/ Ukształtowany niematerialnie./ I nigdy stąd nie odejdę/ Nawet, gdy śmierć upomni się/ O te ośnieżone szczyty. Ludy Chin wierzą, że człowiek wnika w duszę drapieżnika i zyskuje jego przebiegłość, zwinność, umiejętność odnajdywania śladów, tropienia ofiar i dopadania ich w sekretnym miejscu. W takim rozumieniu obie jaźnie stają się rodzajem przekazu energetycznego, który powoli zanika w przestrzeni, ale nigdy nie ginie całkowicie – nakłada się na głosy przodków, brzmi w huku wiatru i krzyku orła, kołującego nad szczytami.    

Poeta podąża zboczem góry i czuje, że jego świadomość uniwersalizuje przestrzeń, a jednocześnie – na zasadzie poblasku – staje się rodzajem przekazu doskonałego, samej istoty wszechświata, wlewającego się swobodnie w bezchmurne noce do rzeczywistości ludzkiej i zwierzęcej. Stając się zwornikiem pomiędzy ogromami, świadomość poety podąża ku gwiazdom i ku najmniejszym, budulcowym cząstkom natury. Tak doświadcza głębi czerni i treści nicości, tak wyodrębnia pradawny kod genetyczny ludu żyjącego pośród gór i polującego na zwierzęta, dla przetrwania w ekstremalnych warunkach. To jest droga jednej samowiedzy i jednego człowieka, ale też szeroki szlak ludzkości podążającej od narodzin do śmierci – szlak jednego ciała i nieustanne orbitowanie miriad ciał astralnych. W tym pochodzie dusza myśliwego Yi jest tak samo nieważka jak czyste, górskie powietrze i osiąga stan podobnej klarowności – może migrować ku galaktykom i zagłębiać się w przepaście jaźni. Podobnie przejrzysta i bezcielesna jest jego świadomość, która odbiera impulsy płynące z mózgu drapieżnika i wyodrębnia jego ślady, zapachy, fragmenty sierści na kolczastych krzewach. Tak rodzi się transcendentna unia pomiędzy tym, który się skrada i tym, który umyka – tak przekazy zaczynają się na siebie nakładać, a tropiący staje się potencjalną ofiarą; Bo między polowaniem a nowym życiem/ Nie ma większej różnicy. Teatrem walki jest zjawiskowa przestrzeń górska, dzicz najpiękniejsza, rewir wolnych zwierząt i niezależnych ludzi, dla których wieki i kolejne systemy polityczne nie miały większego znaczenia. Zmieniali się cesarze, wzrastały i upadały królestwa, struktury państwowe współczesności, partyjne ideologie i złowrogie reżimy, a tam czas stawał w miejscu i stawał się echem pradawnej jaźni szamanistycznej, monotonnych śpiewów przodków przy ogniskach, wołania matki na zboczu góry i pomruku irbisa w mroku. Gdy w całych Chinach miała miejsce rewolucja kulturalna, a Mao ogłaszał czas wielkiego skoku, śnieżna pantera przemierzała górskie ścieżki jak przed wiekami i tysiącleciami – gdy na placach wykrzykiwano haniebne słowa przeciwko intelektualistom – takim jak poeta Ai Qing, mistrz Jidiego Majii – drapieżnik wpatrywał się w dal ze szczytu wzniesienia i wyczuwał krew koziorożca, antylopy i człowieka. To była niezależność egzystencji, taka sama jak w najdalszych rewirach wszechświata, gdzie gwiazdy i galaktyki istnieją samoistnie, rodzą się i umierają bez wiedzy o ekstazach i tragediach w innych miejscach kosmosu. Tak poeta pragnie przenikać tajemnice istnienia i podpatruje je w sytuacjach ekstremalnych, gdy dziki kot rzuca się na niewinną sarnę, błyskawica uderza znienacka w kobietę wspinającą się ścieżką ku wiosce, a skały pękają z hukiem, rozsadzane przez lód i osuwają się w przepaść.

Drżący strumień świadomości, naśladuje w tej poezji prawdziwe górskie nurty, spadające z impetem ze skał, przelewające się przez zbocza i ogromne głazy, niosące w dal rozdrobnioną materię miki, bazaltu i piaskowca. I taka jest też imaginowana jaźń drapieżnika, który podąża śladem świstaka i mundżaka w ogromnym skupieniu, studiuje tropy, wdycha zapach sierści, patrzy w dal i wyodrębnia ruchome kształty, a potem – w zdumiewający sposób przemienia się w mordercę, rzuca się na ofiarę bez litości, szarpie mięso i rozlewa krew. To jest równie zdumiewająca przemiana jak ta w świecie ludu Yi, gdy spokojny rolnik, cierpliwie uprawiający górską grykę, przeistacza się w tropiciela śladów, podąża wiele dni za irbisem, a potem zabija go w makabrycznych okolicznościach dla pięknego futra:  Błyskawiczna pogoń … siła odśrodkowa … nieważkość … błysk piorunu … iskrzący łuk pożądania… pęknięty klejnot… swobodna przestrzeń – Powtórny skok … grot języka zapachu … twardość chłonności… bieg i cel… zaciśnięcie szczęk… niedościgły lot powracającej światłości… szarpnięcie rozpadu… ciężar niebytu…  zaciśnięcie szczęk… niepokój… luminofor żył… sycący dar… fale oddechu… nagły wzlot… gwałtowny jak na początku… taniec uderzeń… śmierć ciągnąca ku krawędzi… pustka… pustka… Śmierć jest tutaj początkiem i końcem drogi, staje się zwieńczeniem i dramatem nie do opisania, przyobleka skronie myśliwego w chwałę, jednocześnie daje zadośćuczynienie żądzy i zaspakaja głód zwinnego kota. Majia potrafi ukazać w rozbudowanym poemacie jak dwie świadomości pulsują symultanicznie i wzajemnie się uzupełniają – człowiek musi przeniknąć do morderczej logiki drapieżnika i porzucić kulturę, z jej łagodnością, pochwalną pieśnią i czułością wzniosłej miłości. Musi też – jak w zamierzchłych rytuałach – przedzierzgnąć się w śnieżną panterę, a zarazem musi ją zabić, tak jak ona zabijała inne byty. Tylko poezja kulturowa najwyższych lotów, zbliżająca się do mitu i legendy, czerpiąca soki z ludowych pieśni i podań, może wznieść się tak wysoko, może tak się rozwibrować, że stanie się czystym przekazem jaźni animistycznej, strumieniem świadomości generującym treści idealne. To rodzaj rytuału, w którym poeta-bimo wyczarowuje pierwiastkowe obrazy i wydobywa je z nicości, wyświetlając je najpierw w swojej świadomości, a potem – przy pomocy wiersza – rozprzestrzeniając je pośród ludu Yi i tych, którzy wezmą do ręki jego książki. Trudno się dziwić, że w ostatnich latach powstała ogromna konstelacja wydań poezji tego twórcy w językach obcych i stał się on jednym z najbardziej rozpoznawalnych współczesnych poetów chińskich. A przy tym jednym z najwybitniejszych poetów kulturowych naszego globu, rozumianym i podziwianym na wszystkich niemal kontynentach, w jakże odmiennych kulturach i tradycjach poetyckich.

Warto też wspomnieć o pojawiających się w tej liryce nawiązaniach do wielkiej poezji światowej, o cytatach i przywołaniach, a nade wszystko o próbach interpretacji wierszy Czesława Miłosza i Giuseppe Ungarettiego, Pabla Nerudy i Desanki Maksimović, Octavia Paza i Mahmuda Darwisza, Juana Gelmana i Tomasa Venclovy. To otwarcie chińskiego twórcy na kulturę światową jest zdumiewającym fenomenem, tym większym, gdy uświadomimy sobie z jakich górskich tajni wyszedł ten człowiek i jaką drogę pokonał, zdobywając w niełatwych czasach kolejne stopnie edukacji, pisząc wiersze i poematy i wydając książkę za książką. Może dlatego kulturowa liryka Jidiego Majii, choć na wskroś przesiąknięta tradycją ludu Nuosu, jest nowoczesna w swoim wyrazie, ekspresjonistyczna, metaforyczna, nie stroniąca od oksymoronów i hiperboli, charakteryzująca się swobodną frazą, bliską narracjom wielu twórców  przywoływanych w wierszach tego tomu. Połączenie tradycji i współczesności, ludowego podania i mitu z elementarną tkanką naszych dni, dało zaskakujące efekty i spowodowało, że Majia stał się znakomitym nauczycielem chińskiej oryginalności i kulturowej mnogości, dalekowschodniej wyobraźni i najczulszej wrażliwości, a jego animistyczne wizje z poematu o śnieżnej panterze przekroczyły horyzont literacki i stały się rodzajem doświadczenia magicznego. Kolejna już na naszym rynku książka tego twórcy umacnia jego pozycję w języku polskim i jest zapowiedzią dalszych osiągnięć, takich jak choćby uhonorowanie go Europejskim Medalem Poezji i Sztuki – Homer.

___________

Jidi Majia, Śnieżna pantera, Wiersze wybrane, z jęz. angielskiego przeł. Dariusz T. Lebioda, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2017, s. 160.

 

CYWILIZACJA MNISZKÓW

Jakiż to dziwny i tajemniczy świat – fotografując mniszki z różnych perspektyw wyobrażałem sobie malutkiego, lśniącego owada, który przeciska się pomiędzy nimi. Dla niego są one wielkim lasem, w którym czyha sporo zagrożeń i nieoczekiwanych spotkań z innymi żywymi mieszkańcami tych chaszczy. Muszę sprawić sobie koniecznie specjalne obiektywy, które pozwolą mi fotografować małe obiekty i wnikać do światów ukrytych przed naszym wzrokiem.

CZECZOTKA

Za oknem domu, w którym mieszkam, rozrósł się znacznie cyprysik Lawsona, krzew popularny na działkach i w ogrodach. Spędzając wiele godzin przy biurku dostawionym do okna, obserwuję ptaki przybywające do niego, przeskakujące z gałęzi na gałąź, czasem kryjące się przed okrutnym drapieżnikiem lub startujące do dalszego lotu. Dzień w dzień pojawiają się sroki, kawki i synogarlice, roje sikorek, zdarza się wizyta wrony, gawrona, sójki, grubodzioba, rudzika, szczygła, dzwońca, ale najczęściej na charakterystycznych, postrzępionych gałązkach przysiadają stadka wróbli i mazurków. Tak też było wczoraj, choć moją uwagę przykuł inny, mały ptaszek, znacznie ruchliwszy od pospolitych szaraków. Mogłem dość długo przyglądać się mu, gdy posilał się nasionami cyprysika i zawisał nieruchomo głową w dół, toteż łatwo zauważyłem charakterystyczną czerwoną plamkę na głowie, wyraziście żółty dzióbek i czarny akcent pod nim. Ostatecznie dwie białe pręgi na złożonych skrzydłach przekonały mnie, że mam do czynienia z samicą czeczotki (Acanthis flammea), ptaka z rodziny łuszczaków, którego łatwiej dostrzec w zimie, w stadach lub na drzewach pozbawionych liści. Jak zwykle u skrzydlatych mieszkańców przestworzy, samiec jest ładniejszy i ma znacznie wyrazistsze, czerwone ubarwienie kuperka. Ornamenty na piórach podobne są do tych, które możemy dostrzec u wróbli i mazurków, ale większa ruchliwość – jak u czyżyka – i barwy bliskie tym z piór makolągwy, powodują, że nawet początkujący ornitolog łatwo wyodrębnia ten gatunek. Czeczotka, którą przez kilka chwil obserwowałem mogła do Polski przylecieć z Syberii, ale równie dobrze mogła przemieścić się z gór Środkowej Europy, gdzie przeczesuje brzozy, olchy i drzewa iglaste. Ptak ma zaledwie dwanaście i pół centymetra długości, przy rozpiętości skrzydeł dwadzieścia jeden i pół centymetra, a waży ledwie trzynaście gram. Ileż miliardów tych kruchych istot przemierzało Europę, Azję Północną Amerykę przez tysiąclecia, wszak ich skamieliny znaleziono już w warstwach geologicznych plejstocenu. Patrzyłem na to ulotne istnienie i zamyśliłem się nad jego dziejami, bo takie właśnie jest nasze życie, łączące się z monstrualnymi ciągami czasowymi, wielkimi połaciami wieków, tysiącleci i er w historii planety. Przyglądając się drobnemu, ruchliwemu ptaszkowi, ot takiej czeczotce na gałęziach cyprysika Lawsona, nie zdajemy sobie sprawy, że obcujemy z chronologicznymi ogromami i niezmienną, wręcz niewyobrażalną powtarzalnością gatunkową. To trwający przez miliony lat lot, łączenie się w zimowe stada, przysiadanie na gałęziach i pożywianie się nasionami brzozy, olchy, różnorodnych krzewów, to reprodukcja osobników z filuterną czerwoną plamką na głowie i żółtym dziobem, to znak życia pośród nieustannego umierania.

Fotografie: Wikipedia

« Older entries

%d blogerów lubi to: