ZALEW KORONOWSKI

Wyprawa nad Zalew Koronowski, który pojawiał się w moim życiu wielokrotnie, począwszy od lat osiemdziesiątych XX wieku, gdy byłem wychowawcą kolonijnym w Pólku, poprzez pływanie pod żaglami po roku 2000, a skończywszy na osobnych wycieczkach samochodowych do Pieczysk, Samociążka i Sokole-Kuźnicy w latach 2012–2021. Jakże dobrze jest stanąć na brzegu i cieszyć się widokiem ogromnej płaszczyzny wodnej, na której widać wiele białych, płóciennych plam. Wszystko tutaj takie spokojne, wszystko na swoim miejscu – piękno niemal mazurskie, cisza jak nad Bełdanami, błękit jak nad Mamrami, głosy ptaków niczym w sitowiach nad Śniardwami. Mógłbym tak stać kilka godzin, rozkoszując się dziewiczą naturą, patrząc jak zmieniają się kolory wody, brzegów, zarośli trzcinowych i wielkiego baldachimu nieba. Bliskość dwudziestoletniej rocznicy zamachów na Nowy Jork generuje jednak do moich myśli obrazy groźne, destrukcyjne i każe pytać o jakość zabezpieczeń akwenu przed klęskami natury.  Jak wiadomo koncepcja jego utworzenia powstała już w 1928 roku w pracowni prof. Karola Pomianowskiego, ale z powodu wojny do projektu powrócono dopiero w 1946 roku, co było dobre, bo znacznie rozwinięto pierwotne plany, oparte o wykorzystanie równoległych do Brdy jezior polodowcowych (Lipkusz Duży, Lipkusz Mały, Moczar, Czarne i Białe). Ostateczną decyzję podjęto w 1953 roku, a prace trwały do roku 1960, obejmując między innymi całkowity demontaż zabudowań wsi Olszewka i przesiedlenie jej mieszkańców. Tak pod wodą znikła szkoła z czerwonej cegły, wzniesiona w czasach pruskich, mostek na niewielkiej strudze, liczne domy, zabudowania gospodarcze i dwa niewielkie cmentarze – pocholeryczny i ewangelicki. Przez wieki żyło w tej wsi wiele rodzin polskich i niemieckich, uprawiano zboża i ziemniaki, tworzono nowe gospodarstwa, nie przeczuwając, że wszystko to znajdzie się kiedyś pod wodą. Napełnianie zbiornika zakończono 30 listopada 1960 roku, a elektrownia została oddana do eksploatacji 4 marca 1961 roku. Zbiornik powstał z podpiętrzonej Brdy, przegrodzonej zaporą ziemną o długości 49 kilometrów oraz połączenia wielu jezior rynnowych. Teraz stojąc nad tym cudem myśli hydrologicznej, zachwycam się rozmachem, w którym siły natury odegrały najważniejszą rolę. Dzisiaj Zalew Koronowski wydaje się oazą spokoju i stanowi cel licznych wycieczek dla mieszkańców Koronowa i Bydgoszczy. Stojąc na wyniosłej skarpie i przyglądając się toniom myślałem o tym, że nad pięknym zalewem stale wisi groźba naturalnej katastrofy, wszak chronią go konstrukcje sprzed siedemdziesięciu lat. Odpowiednie służby zapewniają, że nasyp ziemny stworzony został z zachowaniem norm bezpieczeństwa, ale przecież zmieniający się klimat może mieć wpływ na powstanie nowych problemów. Łatwo można sobie wyobrazić co by się stało, gdyby jakiś sabotaż lub katastrofa naturalna doprowadziły do rozszczelnienia tamy. Odpowiednie symulacje komputerowe wskazały, że woda i błoto z obszaru 1560 hektarów zniszczyłyby położone w dolinie Koronowo, a także elektrownie wodne w Samociążku, Tryszczynie i Smukale. Do rogatek Bydgoszczy fala zalewowa dotarłaby po około dwóch godzinach, a do centrum miasta po dwóch następnych. Najgorszy scenariusz zakłada, że kulminacyjna fala o wysokości 6,5 – 7,5 m ponad linię brzegową rzeki i średniej prędkości około 5,5 m/sek, spowodowałaby zatopienie terenu miasta o szerokości od 700 do 1500 m i powierzchni 3600 hektarów, zamieszkałych przez około 100 tys. ludzi, zniszczenie wszystkich przepraw przez rzekę, jazów na Wyspie Młyńskiej, śluzy nr 2, w Czersku Polskim i śluzy nr 1 w Brdyujściu oraz kilkuset mniejszych i większych zakładów pracy. Na razie jednak stojąc nad brzegiem zbiornika utworzonego przez ludzi rozkoszowałem się jego pięknem i ku niewiadomej, dalekiej przyszłości odsuwałem ewentualny kataklizm. Prawdopodobnie nigdy do niego nie dojdzie, ale warto pamiętać o historii nowego bydgoskiego mostu, który przeszedł wszelkie niezbędne ekspertyzy i próby obciążeniowe, a po kilku latach okazał się bublem konstrukcyjnym, którego nagłe zamknięcie sparaliżowało komunikację w Bydgoszczy.

ZAGANIACZ

Zaganiacz – Foto Artur Buczkowski

Zaganiacza (Hippolais icterina) łatwiej można usłyszeć, niż zobaczyć, bo trzyma się konsekwentnie wysokich partii krzewów i drzew. Uchodzi za jednego z najlepszych europejskich śpiewaków i nie milknie nawet w południe. Jego ubarwienie to mimetyczny kamuflaż, powodujący, że w gęstwinie liści jest prawie niewidoczny. Natura znajduje swoje rozwiązania i zapewne brak dymorfizmu płciowego i takie same umaszczenie samca i samicy powoduje, że ptak ma większe szanse na przetrwanie. Może z tego powodu jest tak liczny w Eurazji, a w Polsce jego liczebność ornitolodzy szacują na prawie pół miliona osobników. Jego pióra są zielonkawe z elementami żółcienia, ma też ledwo widoczną żółtą brew nad oczami, spód cytrynowo-groszkowy, ciemne lotki na ogonie i grafitowe pazurki. Tęczówki oczu ma intensywnie brązowe, dziób dość długi, szarobrązowy, wyraziście rysujący się w gęstwinach podczas obserwacji. To doprawdy maleństwo, bo waży ok 12 gramów, przy wymiarach ciała 12–14 cm i skrzydeł zaledwie 69–85 milimetrów.  Natkniemy się na niego głównie na nizinach, w wilgotnych i umiarkowanie wilgotnych lasach liściastych oraz mieszanych. Lubi opuszczone ogrody, zadrzewienia nadrzeczne z prześwitami, pojawia się też w kępach drzew na polach. Pierwszego mojego zaganiacza wyśledziłem pośród drzew cmentarza Świętej Trójcy w Bydgoszczy,  bodaj na drzewach olchowych. Było to na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku i początkowo myślałem, że mam do czynienia z wychudzonym wróblem. Dopiero obserwacja z użyciem lornetki pozwoliła mi właściwie  sklasyfikować ruchliwego i pięknie śpiewającego ptaka. Choć należy do rodziny trzciniaków ożywia się jak większość ptaków pojawiających się w jego biotopach, a więc drobnymi owadami, pająkami i jagodami, nie pogardzi owocami czarnego bzu, porzeczki a nawet czereśni. Choć tak liczny, w Polsce objęty jest ścisłą ochrona gatunkową.

ODDECH

Poranne wyjście do ogrodu… Całą noc padał deszcz i teraz powietrze jest czyste, rześkie, ozoniczne. Wciąż kwitnie krzew hibiskusa, choć wiele płatków spada na ziemię. Przyglądam się przygaszonej, sierpniowej zieleni w ogrodzie i unoszę głowę ku górze, by z chmur wyczytać jaka będzie pogoda. Jest 6.30 i robi się coraz jaśniej, choć szarości na niebie nie zanikają i zapewne pojawią się następne deszcze. Oddycham pełną piersią i rozmyślam o tlenie, warunkującym życie, tak samo jak woda, pokarm, witaminy, biopierwiastki, sprawne działanie naszych organów anatomicznych. Najważniejszy z nich i najbardziej skomplikowany, w ułamku sekundy rejestruje najmniejsze drgnienie liści, przelot ptaka, dalekie odgłosy miasta, miliony odcieni barw. Schodzę po drewnianych schodach i staję na trawniku widząc jak sikorki i wróble lądują na krzakach bzów i zaczynają codzienne poszukiwanie czegoś do zjedzenia. Tak zginą dzisiaj tysiące owadów, małe dzióbki pochwycą niezliczoną liczbę nasion, jakichś okruchów z ludzkich stołów. Moja świadomość odpowiada na sygnały wysyłane przez świat, oddycham pełną piersią i rozkoszuję się nowym dniem życia. Jakże spokojną, zrównoważoną i cudowną egzystencją u początku trzeciego dziesięciolecia dwudziestego pierwszego wieku.        

NALOT PISKU I ŚWISTU

Fot. Nick Hawkins Nature Picture Library Be&w

Wczoraj wieczorem siedziałem na tarasie i długo przyglądałem się świstającym w powietrzu jerzykom. Moje myśli podążały ku osiedlu mojego dzieciństwa, chwilom spędzonym na boiskach, cmentarzach, pośród budów i wertepów dawnego Pola Ułańskiego. Nieodzownym tłem dźwiękowym dla takich wypraw były piski tych ptaków, łączących się w stada i nadlatujących nad nasze głowy, okrążających wieżowce i skupiska wysokich topól. Teraz, w lipcu dwudziestego pierwszego roku nowego stulecia, mój zachwyt nad tymi śmigłymi bytami nie zmienił się, a nawet znacznie się powiększył i stał się refleksyjny. Siedziałem na krześle i patrzyłem jak jerzyki brawurowo atakują przestrzeń, rozpędzając się do ogromnych szybkości. Na niebie pojawiły się już jasnogranatowe chmury, rozciągnięte jak dalekie wyspy na Morzu Karaibskim albo w Oceanii, zanikające powoli wraz z gasnącym słońcem. Powietrze było czyste, znacznie chłodniejsze niż podczas ostatnich dni, wyraźniejsze były też zapachy traw, kwiatów, krzewów i rozrastających się drzew owocowych. I te ptaki pojawiające się raz po raz nad moją głową, momenty całkowitej ciszy i nagłego „nalotu” pisku i świstów piór. Zamyśliłem się nad swoim życiem i z kolei pobiegłem myślą do Johannesburga, gdzie przyglądałem się jerzykom podczas wyprawy do Afryki w roku 2019. Przyleciawszy do Polski w maju, odlatują w sierpniu, choć czasami – podczas ciepłych okresów jesiennych – widywane są do października. Szukają ciepła i owadów, przesuwając się z Europy na południe, przez jakiś czas latając pod niebem Hiszpanii, Maroka, Konga, aż docierają do Republiki Południowej Afryki, gdzie mają znakomite warunki do życia. Stałem w oknie hotelowym w Johannesburgu i patrzyłem na ich harce, takie same jak niegdyś na Osiedlu Błonie, równie dynamiczne jak wczoraj, nad moim domem, ogrodem i tarasem. Wyrazistym  śladem tej fascynacji jest wiersz pt. Jerzyki nad Afryką, który napisałem w RPA, a potem opublikowałem w tomie pt. Rzeźba z hebanu: Tutaj was dogoniłem śmigłe/ jerzyki znad Polski/ tutaj teraz wykrawacie/ z niebios błękitne Elipsy/ tak samo lśniące i nagle/ zmieniające kierunek/ lotu/ tak samo głodne/ śpiesznej miłości/ w locie/ tutaj was znowu/ zobaczyłem/ i stąd ruszycie/ moim śladem/ ku Europie. Wiersz jest ledwie niewielką refleksją, wkomponowaną w ciąg innych zamyśleń, choć odbija się w nim ich i moja sytuacja, jakże odmiennych bytów przygotowujących się do dalekiego lotu. Ja pokonałem ogromną przestrzeń nad Afryką i Morzem Śródziemnym w wielkim airbusie, a one podążyły w dal w ogromnych stadach, przesuwających się na północ od wieków wyznaczoną trasą.  

LIPIEC

Czy jest coś wspanialszego od widoku świeżej zieleni, pojawiającej się na tle błękitnego nieba? Lipiec obdarza nas wieloma takimi widokami, choć w tym roku bywa też kapryśny, deszczowy i słoneczny na przemian, wyraźnie wpływający na codzienne samopoczucie. W dzieciństwie nie odczuwaliśmy wahań pogodowych i przyjmowaliśmy je jako coś oczywistego – jednako jeździło się na rowerze w deszczu i przy palącym słońcu, równie dynamicznie grało się w piłkę przy sporym wietrze, jak i w chwilach jego zgaśnięcia. Podobnie z pływaniem w rzekach, jeziorach i w morzu, które dawało satysfakcję przy zbliżającej się burzy, w upale, wczesnym rankiem, w południe i pod wieczór. Tylko wędrówki po górach uzależnione były od aury, a niebezpieczeństwo uderzenia pioruna zatrzymywało ataki na kolejne szczyty. Młodość jest czasem wielkiej energii, eksplodującej w nas i krzewiącej się z dnia na dzień, ale i później pojawia się ona w innych zakresach, gdy większość naszych zasobów energetycznych pochłania mózg. Przeczytanie grubej książki, napisanie artykułu czy szkicu, stworzenie opowiadania czy powieści, determinują nasze nawyki żywieniowe i nieustanną potrzebę dostarczania organizmowi cukru. Mózg dba o to w każdym momencie i zabezpiecza się, dając nam sygnały, że zasoby powinny zostać uzupełnione. W młodości spalaliśmy ten cukier do cna, a teraz nadwyżki odkładają się w różnych częściach ciała, najczęściej… na brzuchu. Ratunkiem tutaj jest aktywność na świeżym powietrzu, jazda na rowerze, spacer do lasu lub nabrzeżem Brdy, przepłynięcie części jeziora, zanurzenie się w nurtach rzeki lub pośród morskich fal. Niegdyś nie weryfikowaliśmy wszystkiego tak uważnie, liczyła się żywiołowość i młodzieńcza fantazja, a teraz na pierwszym miejscu jest analiza możliwości i troska o zdrowie. Jedno wszakże nie zmieniło się z wiekiem i nie zanikło wraz z odchodzącymi latami – ów wskazany wyżej zachwyt nad naturą i eksplozyjną przestrzennością naszego świata, nad jego barwą i cudowną świetlistością. Istniejemy pośród innych żywych bytów, ale zauważamy to tylko w chwilach rozpaczy i ekstazy…

KASZUBY – KASZËBË

Widok na Pojezierze Kartuskie z wieży widokowej na Wieżycy

Kilka ostatnich dni spędziłem na Pojezierzu Kartuskim, zamieszkanym głównie przez Kaszubów. Powszechniejsza jest inna nazwa tego regionu: Pojezierze Kaszubskie, ale z racji tego, że Kaszubi zamieszkują także sąsiednie mezoregiony, poprawniejsza jest ta pierwsza. Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, z tego, że jest to kraina najwyżej położona ze wszystkich pojezierzy pomorskich, a urokliwe akweny natura rozmieściła na wysokości od 149 do 216 metrów nad poziomem morza. Łatwo zatem możemy sobie wyobrazić, że gdyby nie istniały zapory morenowe, zalesienia i wysoko położone łąki, wody jezior szybko spłynęłyby do morza. Na szczęście tak się nie stało i możemy cieszyć się wspaniałymi widokami rynnowych akwenów, poprzetykanych wzgórzami, z których spływają niewielkie rzeki: Radunia, Reda, Łeba, Motława, Wierzyca, Słupia i Łupawa. W okolicach Miastka zaczyna także swój bieg Brda, która po drodze rozrasta się do sporych rozmiarów i dopiero w Bydgoszczy (konkretnie w dzielnicy Łęgnowo) wpada do Wisły. Nie trzeba chyba przekonywać, że tereny Kaszub są rajem dla wędkarzy i rybaków, którzy od wieków ciągnęli sieci z jezior, czasem wykorzystując do tego mocarne konie holenderskie. Niezwykle interesujący jest też świat pojezierskiej przyrody, zarówno w zakresie ichtiologii, jak i ornitologii i szerszej zoologii, a zajęcie znajdzie tutaj i rozpromieni się też botanik, biolog i badacz środowiska naturalnego. Stając na wyniosłych wzgórzach i mając przed sobą granatowe soczewki jezior, czułem się znakomicie i przypominała mi się moja młodzieńcza piesza wyprawa wzdłuż jezior mazurskich, z Rucianego-Nidy, poprzez Mikołajki i Ryn, aż do Giżycka i Węgorzewa. Planowane obejście jeziora Śniardwy okazało się wtedy niemożliwe, ale i tak przedsięwzięcie było wielkim sukcesem i przyczyniło się do rozszerzenia moich zainteresowań naturalistycznych. Teraz, będąc na Pojezierzu Kartuskim z uwagą przyglądałem się ptakom i zwierzętom leśnym, a podczas wędrówki na najwyższy szczyt tych ziem, zauważyłem, że w liściastych lasach dominują buki, dęby, graby pospolite, lipy drobnolistne, olchy, czasem jesiony wyniosłe i jawory, a z drzew iglastych – sosny zwyczajne i nasadzane przez ludzi świerki pospolite. Droga na Wieżycę (328 metrów n.p.m.) była wspaniałym zwieńczeniem wyprawy kaszubskiej, a wejście na wyniosłą wieżę widokową, lekko chwiejącą się na wietrze, otworzyło przede mną magiczną przestrzeń krajobrazową. Trudno się dziwić, że przez wieki tyle armii próbowało skolonizować te ziemie i wykorzenić rdzenny lud, który oparł się wszystkim nawałom. Widać to na każdym kroku, w miastach, miasteczkach i wsiach, a nade wszystko słychać, za sprawą integralnego i jakże interesującego języka kaszubskiego, pojawiającego się także na drogowych tablicach informacyjnych i w miejscach użyteczności publicznej.

Nie obyło się też bez wyprawy nad morze
Jeziora – naturalne bogactwo Kaszub
Sielskość kaszubskiego krajobrazu
Drzewa porastające wzgórza
I jeszcze jedno spojrzenie z Kaszubskiej Wieży Widokowej

KORONY DRZEW

Szybki wyjazd autem za miasto, kilkanaście kilometrów z dala od gwaru i hałasu. I wejście w majestatyczny, prześwietlony promieniami słońca las. Bliskość roślin, umykających w gęstwinę saren i ptaków, manifestujących swoją obecność głosami, które dzięki płycie dołączonej do dwóch pięknych tomów A. G. Kruszewicza Ptaki Polski, doskonale rozróżniam. Czasem włączam ją, gdy pracuję przy komputerze, piszę jakiś artykuł, recenzję, esej, albo ciągnę do przodu moje nowe powieści. Zauważam młodego kosa przeskakującego leśny dukt, widzę sikory, sójki i sierpówki, a w koronach drzew słyszę krakanie wron i polskich gawronów, charakterystyczne szczękanie kawek. Długo stoję przy młodym dębie i studiuję geometrię jego wielokrotnie zaokrąglonych liści, cieszą mnie zawiązki nowych żołędzi. Głęboko wdycham czyste powietrze, rozkoszuję się kolejnymi dozami tlenu. Ileż było w moim pięknym życiu takich spotkań z lasami i jakże mnie one cieszyły – od młodzieńczych wędrówek po podbydgoskich zadrzewieniach, poprzez studiowanie majestatycznych sosen na Mazurach, aż do przeciskania się przez zarośla górskie. To zawsze była przygoda, tym bardziej, że miewałem szczęście i spotykałem czasem jakże fascynujące zwierzęta (jelenie, łosie, borsuki, lisy, kuny, wydry), jakieś ekscytujące ptaki (kraski, kowaliki, dzięcioły różnej maści, grzywacze). Najczęściej działo się to na obrzeżach dużych rewirów leśnych, na brzegu wielkich polan, gdzie też udawało mi się zaobserwować zające i sarny, bażanty i kuropatwy, a przy tym sporo różnej drobnicy. Idę przez wysokopienny las i rozmyślam o kolejach mojego życia, które przypominało tę piętrową przestrzeń, od dziecinnych mchów, poprzez młodzieńcze krzewy, średniej wielkości drzewa wieku męskiego i rozświetlone korony lat obecnych…za którymi już widać wyrazisty błękit…         

GRZYWACZ

W czasach mojej młodości grzywacze (Columba palumbus) zauważyć można było niemal wyłącznie w lesie. Bardzo rzadko zalatywały na cmentarze lub pojawiały się w parkach. Może dlatego nazywano je też dzikimi gołębiami, bytującymi na skrajach zalesień sosnowych lub gnieżdżącymi się w lasach mieszanych. W tamtych przestrzeniach były smuklejsze, ale od połowy XIX wieku zaczęły zasiedlać miasta, postępując z zachodu na wschód i tyjąc groźnie na diecie śmietnikowej. Występują w Eurazji i północnej Afryce, a także na niektórych wyspach Oceanu Atlantyckiego. Ptaki te żywią się pędami i nasionami roślin, owocami, warzywami i ślimakami, największą wagę uzyskując jesienią. Najczęściej najpierw usłyszymy ich charakterystyczne gruchanie, a dopiero potem wypatrzymy je w gęstwinie drzew, choć ostatnio to się zmienia i pary, a nawet większe stada widywane są na trawnikach, gdzie szukają owadów. Grzywacze zaliczymy do dużych mieszkańców przestworzy, bo długość ich ciała waha się pomiędzy 40 a 45 centymetrów, a rozpiętość skrzydeł dochodzi do 75 cm. Dobre umięśnienie i wydatne piersi powodują, że gołębie te stają się często ofiarami drapieżców, takich jak jastrzębie, krogulce, kanie i sokoły. Ich niebieskoszare upierzenie maskuje je pośród roślinności, ale nie na otwartej przestrzeni i w locie, gdy wyraziste stają się białe plamy na szyi i takie same zakończenia piór. Ubarwienie dopełniają akcenty czarne, różowawe i sine, a całość pięknie opalizuje w słońcu. Często zaobserwować można dominację silniejszych samców, które nie pozwalają towarzyszkom razem spożywać znalezionego pożywienia i przeganiają je w bezczelny sposób. A jeśli już dopuszczają je do wspólnego posiłku, to tylko po to, by znienacka pokryć partnerkę. Obecnie szacuje się wielkość populacji na 51–73 miliony dorosłych osobników, z czego w samej Polsce jest ich ponad milion. Obserwuje się też trend wzrostowy, do czego zapewne przyczynia się łatwa dostępność pożywienia z ludzkich stołów, znajdowanego w śmietnikach lub w miejscach, gdzie ludzie zostawiają jakieś resztki. Niektórzy ornitolodzy twierdzą, że takie pożywienie szkodzi ptakom, które nie mogą pozbywać się z organizmu soli, ale przecież ogromna ruchliwość tych zwierząt powoduje, że spalają one niemal wszystko, co pochłonęły. Moje pierwsze spotkania z grzywaczami miały miejsce w lesie, nieopodal bydgoskiego osiedla Błonie, ale potem widywałem je wielokrotnie – najpierw w różnych częściach Polski, a potem Eurazji, ze szczególnym uwzględnieniem Belgii, Hiszpanii, Włoch, Turcji, Iraku, Armenii i Gruzji.  Niegdyś te największe gołębie przemieszczały się w zimie na południe, ku cieplejszym krainom, ale ostatnio coraz więcej tych ptaków postanawia zimować w kraju, nie bojąc się, że zabraknie im pożywienia. Gdziekolwiek się nie pojawiają stają się pięknym ornamentem natury, symbolem miłości i wytrwałości egzystencjalnej. Ich głosy, dobiegające z dalekich gęstwin zieleni, należą do najpiękniejszych tajemnych kodów rzeczywistości.

CZERWIEC

Czerwiec jest moim ulubionym miesiącem, szczególnie gdy wychodzi słońce i obdarza rzeczywistość milionami poblasków, lśnień i barw. W mojej pamięci zachowało się wiele meczy, wypraw rowerowych, wędrówek na Mazurach i w Tatrach, gdy nad głową pojawiał się wielki błękitny baldachim, wypełniony okrzykami i świstami skrzydeł jeżyków. Doskonale zapamiętałem ów moment, gdy kiedyś byłem na boisku szkolnym, a ptaki te latały nisko, zataczały wielkie kręgi, odlatywały na chwilę, by wrócić z jeszcze większym zamachem. Wtedy piękna pogoda była elementem sielskiego dzieciństwa, gdy organizm tętnił zdrowiem, a każdy oddech był jak haust krystalicznie czystej, zimnej wody. Teraz to zmieniło się i odczuwam każde wahanie pogody, a szczególnie te momenty, gdy deszczowa aura zaczyna zanikać, a słońce lśni w pełni majestatu. Zapamiętałem też momenty, gdy pływałem w wielu jeziorach i czasem kładłem się na wodzie w bezruchu na plecach i kontemplowałem błękit, albo przesuwające się wolno po niebie czapy jasno oświetlonych cumulusów. Takie szczęśliwe chwile docenia się dopiero po latach, gdy przewali się już większość życiowych burz i sztormów, a pamięć zacznie podsuwać obrazy z przeszłości. Światło i barwa są bardzo ważne w naszej egzystencji i niosą ze sobą poprawę nastroju, przydają energii i wigoru, za co odpowiedzialna jest głównie naturalna witamina D. Oczywiście są też ludzie, którzy z powodu kłopotów zdrowotnych unikają słońca i wyczekują chłodniejszych dni. Pamiętam opowieść mojego serdecznego przyjaciela, od wielu lat żyjącego w Polsce, który podczas powrotów do ojczystej Grecji  musiał ratować się siedzeniem w wannie z chłodną wodą. Jego serce nie tolerowało też upałów, a zdawać by się mogło, że południowcy są w szczególny sposób uodpornieni na taką aurę. Jest jeszcze jeden element, który dochodzi wraz z wiekiem – coraz większa alergizacja i konieczność zażywania tabletek przeciwhistaminowych, które dają chwilową ulgę. Od kwietnia coraz więcej pyłków pojawia się w powietrzu, co przeszkadza w oddychaniu pełną piersią, jak w czasach młodości. Ludzie myślą, że mają nieograniczony kredyt lat i zdrowego bytowania, a tymczasem jesteśmy bardzo delikatnymi organizmami, które z wiekiem coraz gorzej sobie radzą z agresją czynników atmosferycznych. Jak by jednak nie było największą wartością jest samo życie, które ma swoje fazy, lepsze i gorsze okresy, chwile rozpaczy i ekstazy. Dzisiaj mój nastrój jest ekstatyczny, mający w sobie coś chmurnego anielskiego włosia i niechaj mnie nie opuszcza przez wiele, wiele dni…

MAJ

Aura majowa ma swoje prawa, zdumiewa gwałtownością przemian widocznych na niebie, nieustającej pogodowej metamorfozy. W ciągu jednego dnia świeci jaskrawe słońce i kopuła świata jest błękitna, a już po godzinie wszystko się zmienia, nie wiadomo skąd napływają granatowe chmury i zaczyna zacinać rzęsisty deszcz. W spokojnej przestrzeni pojawia się porywisty wiatr, ptaki kryją się gdzie się da, a zgięci w pół ludzie przemykają ulicami jakby uciekali przed jakimiś wyimaginowanymi wrogami. Wskazówki zegara biegną do przodu i znowu pojawia się słońce, cichnie wiatr, burza oddala się i stopniowo znikają płaty ciemnych chmur. Pojawiają się jaskrawo oświetlone cumulusy, a księżyc zawisa między nimi jak przypomnienie, że istniejemy na ruchomej planecie. To jest też czas kwitnienia drzew i krzewów, rozchodzenia się w powietrzu zapachu forsycji, czarnego bzu i eksplodujących pastelowymi barwami lilaków. To właśnie one powodują, że nasz chłodny świat w maju staje się magiczną krainą, w której mogłyby pojawić się elfy, jednorożce i gryfy. Lilaki, mylnie nazywane bzami należą do rodziny oliwkowatych, liczącej kilkadziesiąt gatunków. Najczęściej u nas występujący krzew tego typu to Syringa vulgaris, sadzony przy płotach ogrodów i na cmentarzach, w parkach i na skwerach miejskich. Także w moim otoczeniu, przy domu otoczonym ogrodami, wiele jest lilaków. Lubię wieczorem wychodzić na taras i kontemplować je w perspektywie stale zmieniającego się majowego nieba. Umysł wtedy odpoczywa i szybko przenosi się ku egzotycznym krainom, których tyle dane mi było w życiu oglądać. Z wielką mocą czuję już, że moja droga ostro skręciła, zatoczyła łuk i zmierza ku miejscu zamknięciu wielkiego okręgu. Ale ten zapach i kolor każą zapomnieć o przemijalności wszystkich i wszystkiego i przydają istnieniu nieco magii. Są jak barwna, aromatyczna muzyka…  

« Older entries

%d blogerów lubi to: