KORONY DRZEW

Szybki wyjazd autem za miasto, kilkanaście kilometrów z dala od gwaru i hałasu. I wejście w majestatyczny, prześwietlony promieniami słońca las. Bliskość roślin, umykających w gęstwinę saren i ptaków, manifestujących swoją obecność głosami, które dzięki płycie dołączonej do dwóch pięknych tomów A. G. Kruszewicza Ptaki Polski, doskonale rozróżniam. Czasem włączam ją, gdy pracuję przy komputerze, piszę jakiś artykuł, recenzję, esej, albo ciągnę do przodu moje nowe powieści. Zauważam młodego kosa przeskakującego leśny dukt, widzę sikory, sójki i sierpówki, a w koronach drzew słyszę krakanie wron i polskich gawronów, charakterystyczne szczękanie kawek. Długo stoję przy młodym dębie i studiuję geometrię jego wielokrotnie zaokrąglonych liści, cieszą mnie zawiązki nowych żołędzi. Głęboko wdycham czyste powietrze, rozkoszuję się kolejnymi dozami tlenu. Ileż było w moim pięknym życiu takich spotkań z lasami i jakże mnie one cieszyły – od młodzieńczych wędrówek po podbydgoskich zadrzewieniach, poprzez studiowanie majestatycznych sosen na Mazurach, aż do przeciskania się przez zarośla górskie. To zawsze była przygoda, tym bardziej, że miewałem szczęście i spotykałem czasem jakże fascynujące zwierzęta (jelenie, łosie, borsuki, lisy, kuny, wydry), jakieś ekscytujące ptaki (kraski, kowaliki, dzięcioły różnej maści, grzywacze). Najczęściej działo się to na obrzeżach dużych rewirów leśnych, na brzegu wielkich polan, gdzie też udawało mi się zaobserwować zające i sarny, bażanty i kuropatwy, a przy tym sporo różnej drobnicy. Idę przez wysokopienny las i rozmyślam o kolejach mojego życia, które przypominało tę piętrową przestrzeń, od dziecinnych mchów, poprzez młodzieńcze krzewy, średniej wielkości drzewa wieku męskiego i rozświetlone korony lat obecnych…za którymi już widać wyrazisty błękit…         

GRZYWACZ

W czasach mojej młodości grzywacze (Columba palumbus) zauważyć można było niemal wyłącznie w lesie. Bardzo rzadko zalatywały na cmentarze lub pojawiały się w parkach. Może dlatego nazywano je też dzikimi gołębiami, bytującymi na skrajach zalesień sosnowych lub gnieżdżącymi się w lasach mieszanych. W tamtych przestrzeniach były smuklejsze, ale od połowy XIX wieku zaczęły zasiedlać miasta, postępując z zachodu na wschód i tyjąc groźnie na diecie śmietnikowej. Występują w Eurazji i północnej Afryce, a także na niektórych wyspach Oceanu Atlantyckiego. Ptaki te żywią się pędami i nasionami roślin, owocami, warzywami i ślimakami, największą wagę uzyskując jesienią. Najczęściej najpierw usłyszymy ich charakterystyczne gruchanie, a dopiero potem wypatrzymy je w gęstwinie drzew, choć ostatnio to się zmienia i pary, a nawet większe stada widywane są na trawnikach, gdzie szukają owadów. Grzywacze zaliczymy do dużych mieszkańców przestworzy, bo długość ich ciała waha się pomiędzy 40 a 45 centymetrów, a rozpiętość skrzydeł dochodzi do 75 cm. Dobre umięśnienie i wydatne piersi powodują, że gołębie te stają się często ofiarami drapieżców, takich jak jastrzębie, krogulce, kanie i sokoły. Ich niebieskoszare upierzenie maskuje je pośród roślinności, ale nie na otwartej przestrzeni i w locie, gdy wyraziste stają się białe plamy na szyi i takie same zakończenia piór. Ubarwienie dopełniają akcenty czarne, różowawe i sine, a całość pięknie opalizuje w słońcu. Często zaobserwować można dominację silniejszych samców, które nie pozwalają towarzyszkom razem spożywać znalezionego pożywienia i przeganiają je w bezczelny sposób. A jeśli już dopuszczają je do wspólnego posiłku, to tylko po to, by znienacka pokryć partnerkę. Obecnie szacuje się wielkość populacji na 51–73 miliony dorosłych osobników, z czego w samej Polsce jest ich ponad milion. Obserwuje się też trend wzrostowy, do czego zapewne przyczynia się łatwa dostępność pożywienia z ludzkich stołów, znajdowanego w śmietnikach lub w miejscach, gdzie ludzie zostawiają jakieś resztki. Niektórzy ornitolodzy twierdzą, że takie pożywienie szkodzi ptakom, które nie mogą pozbywać się z organizmu soli, ale przecież ogromna ruchliwość tych zwierząt powoduje, że spalają one niemal wszystko, co pochłonęły. Moje pierwsze spotkania z grzywaczami miały miejsce w lesie, nieopodal bydgoskiego osiedla Błonie, ale potem widywałem je wielokrotnie – najpierw w różnych częściach Polski, a potem Eurazji, ze szczególnym uwzględnieniem Belgii, Hiszpanii, Włoch, Turcji, Iraku, Armenii i Gruzji.  Niegdyś te największe gołębie przemieszczały się w zimie na południe, ku cieplejszym krainom, ale ostatnio coraz więcej tych ptaków postanawia zimować w kraju, nie bojąc się, że zabraknie im pożywienia. Gdziekolwiek się nie pojawiają stają się pięknym ornamentem natury, symbolem miłości i wytrwałości egzystencjalnej. Ich głosy, dobiegające z dalekich gęstwin zieleni, należą do najpiękniejszych tajemnych kodów rzeczywistości.

CZERWIEC

Czerwiec jest moim ulubionym miesiącem, szczególnie gdy wychodzi słońce i obdarza rzeczywistość milionami poblasków, lśnień i barw. W mojej pamięci zachowało się wiele meczy, wypraw rowerowych, wędrówek na Mazurach i w Tatrach, gdy nad głową pojawiał się wielki błękitny baldachim, wypełniony okrzykami i świstami skrzydeł jeżyków. Doskonale zapamiętałem ów moment, gdy kiedyś byłem na boisku szkolnym, a ptaki te latały nisko, zataczały wielkie kręgi, odlatywały na chwilę, by wrócić z jeszcze większym zamachem. Wtedy piękna pogoda była elementem sielskiego dzieciństwa, gdy organizm tętnił zdrowiem, a każdy oddech był jak haust krystalicznie czystej, zimnej wody. Teraz to zmieniło się i odczuwam każde wahanie pogody, a szczególnie te momenty, gdy deszczowa aura zaczyna zanikać, a słońce lśni w pełni majestatu. Zapamiętałem też momenty, gdy pływałem w wielu jeziorach i czasem kładłem się na wodzie w bezruchu na plecach i kontemplowałem błękit, albo przesuwające się wolno po niebie czapy jasno oświetlonych cumulusów. Takie szczęśliwe chwile docenia się dopiero po latach, gdy przewali się już większość życiowych burz i sztormów, a pamięć zacznie podsuwać obrazy z przeszłości. Światło i barwa są bardzo ważne w naszej egzystencji i niosą ze sobą poprawę nastroju, przydają energii i wigoru, za co odpowiedzialna jest głównie naturalna witamina D. Oczywiście są też ludzie, którzy z powodu kłopotów zdrowotnych unikają słońca i wyczekują chłodniejszych dni. Pamiętam opowieść mojego serdecznego przyjaciela, od wielu lat żyjącego w Polsce, który podczas powrotów do ojczystej Grecji  musiał ratować się siedzeniem w wannie z chłodną wodą. Jego serce nie tolerowało też upałów, a zdawać by się mogło, że południowcy są w szczególny sposób uodpornieni na taką aurę. Jest jeszcze jeden element, który dochodzi wraz z wiekiem – coraz większa alergizacja i konieczność zażywania tabletek przeciwhistaminowych, które dają chwilową ulgę. Od kwietnia coraz więcej pyłków pojawia się w powietrzu, co przeszkadza w oddychaniu pełną piersią, jak w czasach młodości. Ludzie myślą, że mają nieograniczony kredyt lat i zdrowego bytowania, a tymczasem jesteśmy bardzo delikatnymi organizmami, które z wiekiem coraz gorzej sobie radzą z agresją czynników atmosferycznych. Jak by jednak nie było największą wartością jest samo życie, które ma swoje fazy, lepsze i gorsze okresy, chwile rozpaczy i ekstazy. Dzisiaj mój nastrój jest ekstatyczny, mający w sobie coś chmurnego anielskiego włosia i niechaj mnie nie opuszcza przez wiele, wiele dni…

MAJ

Aura majowa ma swoje prawa, zdumiewa gwałtownością przemian widocznych na niebie, nieustającej pogodowej metamorfozy. W ciągu jednego dnia świeci jaskrawe słońce i kopuła świata jest błękitna, a już po godzinie wszystko się zmienia, nie wiadomo skąd napływają granatowe chmury i zaczyna zacinać rzęsisty deszcz. W spokojnej przestrzeni pojawia się porywisty wiatr, ptaki kryją się gdzie się da, a zgięci w pół ludzie przemykają ulicami jakby uciekali przed jakimiś wyimaginowanymi wrogami. Wskazówki zegara biegną do przodu i znowu pojawia się słońce, cichnie wiatr, burza oddala się i stopniowo znikają płaty ciemnych chmur. Pojawiają się jaskrawo oświetlone cumulusy, a księżyc zawisa między nimi jak przypomnienie, że istniejemy na ruchomej planecie. To jest też czas kwitnienia drzew i krzewów, rozchodzenia się w powietrzu zapachu forsycji, czarnego bzu i eksplodujących pastelowymi barwami lilaków. To właśnie one powodują, że nasz chłodny świat w maju staje się magiczną krainą, w której mogłyby pojawić się elfy, jednorożce i gryfy. Lilaki, mylnie nazywane bzami należą do rodziny oliwkowatych, liczącej kilkadziesiąt gatunków. Najczęściej u nas występujący krzew tego typu to Syringa vulgaris, sadzony przy płotach ogrodów i na cmentarzach, w parkach i na skwerach miejskich. Także w moim otoczeniu, przy domu otoczonym ogrodami, wiele jest lilaków. Lubię wieczorem wychodzić na taras i kontemplować je w perspektywie stale zmieniającego się majowego nieba. Umysł wtedy odpoczywa i szybko przenosi się ku egzotycznym krainom, których tyle dane mi było w życiu oglądać. Z wielką mocą czuję już, że moja droga ostro skręciła, zatoczyła łuk i zmierza ku miejscu zamknięciu wielkiego okręgu. Ale ten zapach i kolor każą zapomnieć o przemijalności wszystkich i wszystkiego i przydają istnieniu nieco magii. Są jak barwna, aromatyczna muzyka…  

DZIWONIA

Samiec dziwonii – Wikipedia

Nie ulega wątpliwości, że w krajach tropikalnych pięknie ubarwione ptaki pojawiają się w naturze częściej niż w chłodnych krainach. W Polsce możemy ledwie przez kilka miesięcy obserwować tak urodziwych mieszkańców przestworzy jak wilga, kraska, żołna, dudek, zimorodek, czasem zaskoczy nas swoim ubarwieniem zięba, kowalik, szczygieł, ale i tak większość naszej awifauny jest dość uboga w kolory. Próżno szukać u nas tak pięknych ptaków jak tanagra, kardynał, ara hiacyntowa, purpurek złotobrzuchy, rajskie ptaki, kolibry, kwezal herbowy, żeby wymienić tylko te, które natychmiast przychodzą na myśl. Sytuację ratują czasem skrzydlaki zalatujące, takie jak mandarynka, jer, gil czy jemiołuszka, ale i tak ilościowo przegrywają one w lasach, parkach i ogrodach z gawronami, kawkami, kosami, wróblami, srokami itp. Spośród jaskrawo barwnych polskich ptaków warto przywołać dziwonię zwyczajną (Erythrina erythrina) – gatunek małego ptaka wędrownego z rodziny łuszczakowatych (Fringillidae). W sezonie lęgowym zamieszkuje on Eurazję, głównie w jej środkowej części – od Półwyspu Skandynawskiego po Kamczatkę, a zimuje w południowej Azji – od Iranu, przez Indochiny, aż po południowo-wschodnie Chiny. W Polsce jest to nieliczny ptak lęgowy, a w dolinach dużych rzek i na wybrzeżu, średnio liczny.  Upodobał sobie przestrzeń przy zbiornikach wodnych: rzekach, jeziorach, a nawet stawach hodowlanych, gdzie sporo jest owadów. Przylatuje do nas w maju, a opuszcza Polskę na przełomie sierpnia i września, lecąc ku południowej Azji, a nie jak większość naszych ptaków do Afryki. Samiec dziwonii znacznie różni się od samicy, a jego znakiem charakterystycznym jest szkarłat na piersiach i głowie. Jego dziób jest dość duży, a sylwetka dość krępa, choć czasami – przy opuszczonym ogonie – sprawia wrażenie wydłużonej.  Spód upierzenia ma blado-biały, a na piórach wyraziste są akcenty czerwieni i różu. Samica jest buro-oliwkowa, brązowawa i szara, także z ledwo widocznymi drobinkami czerwieni.  Wiosną słychać w koronach drzew i w krzewach charakterystyczny śpiew tych ptaków, nieco przypominający odgłosy wydawane przez ziębę lub ortolana (bez melodyjnej końcówki). Ornitolodzy wielokrotnie podkreślali, że spotkanie z dziwonią należy do najwspanialszych zdarzeń tego typu, a szkarłat ubarwienia daje niezwykłe efekty wizualne, szczególnie, gdy ptak obserwowany jest na tle młodych liści i pąków drzew. Choć obserwacje tego typu są rzadkością, łatwo możemy sobie wyobrazić jak pięknie muszą prezentować się na drzewach dziwonie, gdy gotują się do odlotu z naszego kraju.     

Samiec dziwonii – Foto Artur Buczkowski
Samiec
Samica dziwonii

UKEREWE

Miałem jedenaście lat i byłem w piątej klasie szkoły podstawowej… I właśnie wtedy zaczął się niezwykły okres w moim życiu, kiedy to, z wypiekami na twarzy, czytałem wiele książek i zmieniła się moja sytuacja w szkole. Po licznych problemach w klasie czwartej, nagle pojawiły  się znakomite oceny i średnia ostro poszybowała w górę. Szczególnie interesowałem się geografią Afryki, zapoznając się z relacjami podróżników, studiując mapy i fotografie, ucząc się na pamięć nazw rzek, gór i miast. Klasówka z tego przedmiotu była prawdziwym świętem i jakże czułem się szczęśliwy, gdy na pytanie o wielkie rowy afrykańskie jak z rękawa sypałem nazwami: Ukerewe, Niasa, Tanganika, Turkana, Nakuru, Kiwu. Myślałem, że zostanę geografem i będę przemierzał kontynent afrykański jak Mungo Park, Henry Stanley lub David Livingstone, ale miało minąć czterdzieści pięć lat zanim po raz pierwszy stanąłem na afrykańskiej ziemi. W roku 2018 poleciałem na festiwal literacki do Kenii, w którego programie było też safari na obszarze chronionym Masai Mara i podróż nad Jezioro Wiktorii. Zobaczyłem wtedy tysiące zwierząt, byłem w masajskiej wiosce i stanąłem nad brzegiem największego słodkowodnego i tropikalnego akwenu Afryki. Gdy dojechaliśmy na miejsce, nieopodal wioski Muhuru, z premedytacją oddaliłem się nieco od grupy i kontemplowałem widoki, roztaczające się przede mną. Nad toń unosiły się czaple, kormorany i ibisy, przy brzegu stały charakterystyczne, wydłużone łodzie i czarne dzieci kąpały się z rozkoszą w połyskującej wodzie. Byłem bardzo wzruszony i myślą biegałem ku moim dziecinnym marzeniom, spełniającym się w tak nieoczekiwany sposób. Jezioro zdawało się szeptać cicho do mnie, łza oderwała się od oka i czułem się spełniony jak nigdy dotąd…

NOWE PTAKI WONGA SIFU

Co jakiś czas wspaniały fotograf i ornitolog z Hong Kongu udostępnia w Internecie wspaniałe przybliżenia chińskich ptaków. Oto następna partia, z tak oryginalnymi i charakterystycznymi dla tego kraju, srokami błękitnymi.

BIRDWATCHING

Sójka Foto Jacek Lebioda

Pora zimowa generuje niezwykłe możliwości obserwacji ptaków, stale w Polsce obecnych, jak i tych, które do nas zalatują. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że jesienią z drzew i krzewów opadają liście, odsłaniając czarną grafikę konarów, gałęzi i cienkich witek. Pośród nich łatwo zauważymy czarne kosy i brązowawe drozdy, wyodrębnimy też kolorowe sójki, szczygły czy jemiołuszki. Barwy skrzydeł kontrastują z bielą śniegu i czernią drzew, a czasami wręcz alarmują, że mamy do czynienia z konkretnym gatunkiem ptaka, tak wyrazistego jak sikorka bogatka, gil lub grubodziób. Takie podglądanie skrzydlatych zwierząt bardzo popularne jest w Stanach Zjednoczonych, ale i w Europie zyskuje coraz więcej wielbicieli. W Wielkiej Brytanii jest już od trzech do czterech milionów ptasiarzy (obserwatorów amatorskich). Zimą ptaki pojawiają się bliżej ludzkich siedzib i wcale nie powoduje tego przypływ odwagi – raczej potrzeba znalezienia dodatkowego pożywienia w karmnikach, ogrodach i przy śmietnikach. Przy zaczajaniu się na ptaki pomocna staje się też współczesna technika, która dostarcza nowe narzędzia, takie jak zewnętrzne kamery, drony, lornetki, no i coraz lepsze aparaty fotograficzne. Przy odrobinie wysiłku możemy przyjrzeć się płochliwym gatunkom i zilustrować ich obecność przy naszych domostwach. Szczególnie warto takim birdwatchingiem  zainteresować młodzież, siedzącą nieustannie przy komputerach i używającą ich jedynie w celach rozrywkowych. Jakąż frajdą może być zdobycie wiadomości na temat żywego ptaka, którego widziało się przez chwilę w ogrodzie lub parku, na ulicy albo na skraju lasu.

Szczygieł Foto Jacek Lebioda
Czernica Foto Jacek Lebioda
Zimorodek Foto Jacek Lebioda
Żołna Foto Jacek Lebioda
Bielik Foto Jacek Lebioda
Tracz nurogęś (samiec i samica) Foto Jacek Lebioda
Kormoran Foto Jacek Lebioda

SKRZYDLACI GOŚCIE

Sikora lazurowa

W mediach pojawiają się informacje, że do Polski zaczęły zalatywać niezwykłe ptaki, rzadko u nas widywane. Sporą sensację wzbudziło przede wszystkim pojawienie się sikor lazurowych (Cyanistes cyanus), przylatujących do nas zza wschodnich granic. To gatunek niewielkiego ptaka, występującego licznie w krainach zimowych Eurazji, aż do Morza Japońskiego. Przypomina sikorę modrą, ale natura ubarwiła ją widowiskowo bielą i odcieniami koloru niebieskiego. Nie zaobserwowano u tych sikor dymorfizmu, a osobniki młode podobne są do dorosłych i przypominają puchate kuleczki. Drugim gatunkiem zalatującym do Polski w zimie jest sowa jarzębata (Surnia ulula), drapieżny ptak z rodziny puszczykowatych. Zamieszkuje głównie tajgę północnej Eurazji (od Norwegii po Kamczatkę i Sachalin) oraz lasotundrę Ameryki Północnej, głównie Kanadę. Ostatnio południowa granica zasięgu przesuwa się ku północy. To ptak osiadły, niekiedy odbywający niewielkie wędrówki na południe, zwłaszcza gdy brakuje pokarmu, albo gdy zima na Wschodzie jest wyjątkowo mroźna. Obok innych ptaków migrujących od października do marca – zięby jery, gile, jemiołuszki, edredony, bernikle, nury – wskazane wyżej gatunki gościnne wzbudzają spore zainteresowanie ornitologów i miłośników przyrody.

Sowa jarzębata

POETA KRUCHEJ LUDZKOŚCI

Foto Bob Jagendorf

Jidi Majia, będąc poetą ludu Yi, był też zawsze piewcą całej ludzkości – głęboko zatroskanym jej kondycją intelektualną i stanem fizycznym. W wierszu pt. Kim byliście? Wskazywał wagę pracy służby zdrowia i poświęcenie poszczególnych lekarzy, pielęgniarek, pracowników szpitalnych dla tych, którzy oczekiwali pomocy. To był zarazem wiersz profetyczny, w jakiś sposób zapowiadający to, co będzie się działo w dobie pandemii koronawirusa Covid-19. Poświęcony osobom, które straciły życie w trakcie wcześniejszej epidemii SARS, był pochwałą poświęcenia i walki bezimiennych bohaterów w sytuacji krańcowej, wymagającej szybko podejmowanych decyzji i oddania służbie dla człowieka. Taka postawa skojarzyła się poecie z tęczą, rozświetlającą zwykłe życie i wskazującą inną rzeczywistość, zakorzenioną w micie i podaniu kulturowym. Ludzie zajmujący się chorymi urastali w wyobraźni poety do rangi przedwiecznych herosów, śmiało idących na spotkanie ze śmiercią i wierzących, że poświęcenie dla drugiego człowieka ustawia takich opiekunów w jednym szeregu z bohaterami mitologicznymi, tworzącymi zręby dawnych struktur społecznych. W nowym poemacie – pt. Rozdarta planeta – poeta wprowadza wyraziste tony ekologiczne, przywołując najpierw zwierzę symboliczne, od dawna zagrożone wyginięciem i słynące ze swojej inteligencji i strategii łowieckich. W dawnych czasach Azję, od północy do południa i od zachodu do wschodu, przemierzały tysiące tych wolnych drapieżników, dbających o równowagę zwierzęcą w ekosystemach. Starczy przypomnieć, że w roku 1900 liczbę azjatyckich tygrysów szacowano na 100 tysięcy osobników, a sto lat później naukowcy doliczyli się ich ledwie około trzech tysięcy. Zaczynając swój poemat od przywołania zwierzęcia symbolicznego dla ludów tubylczych z pograniczy górskich i plemion żyjących w lasach, Majia dedykuje go całej ludzkości i wszystkim żywym istotom naszej planety.

            Zdumiewająca jest wiedza poety, w jednej chwili sięgająca najdalszych zakątków kształtujących się systemów społecznych, mądrze rozumiejąca współistnienie ze światem ptaków, ssaków, ryb i owadów, a potem jednym rzutem przeskakująca ku myśli Marii Curie-Skłodowskiej i jej wizji niebezpieczeństw globalnych. Majia jest intelektualistą nowego czasu, który wyszedł z zamkniętej społeczności Yi, żyjącej w chińskim interiorze, a potem widział przemiany społeczne, gospodarcze i architektoniczne współczesnych Chin, by w końcu zobaczyć cały świat, we wszelkich jego odmianach. Podróżując w imię poezji, biorąc udział w wielu festiwalach literackich, na kilku kontynentach, zauważył jak zmienia się nasz glob i odzwierciedlił to kongenialnie w swojej liryce. Jego fenomen polega na tym, że będąc poetą jakże trudnego chińskiego języka mandaryńskiego, znalazł sposób by jego poezja przeniknęła granice państwowe i kulturowe i stała się znakiem nowoczesnego kraju, rozwijającego się w zawrotnym tempie. A przy tym tak modyfikował swój warsztat liryczny, tak wsłuchiwał się w brzmienie poezji świata, że zaczął pisać wiersze uniwersalne, łatwo dające się interpretować pod różnymi szerokościami geograficznymi. Starodawna ciuchcia z jednego z jego wierszy skojarzyła się twórcom latynoskim z pojazdem wolno wspinającym się po transandyjskich torach, ułożonych przez polskiego inżyniera Ernesta Malinowskiego, ale została też rozpoznana przez poetów i krytyków w krajach europejskich, w Afryce, Australii i Ameryce Północnej. Ciuchcia jest tutaj tylko jednym z elementów, pojawiających się w tej polifonicznej poezji, ale też staje się jednym z jej niezwykłych odnowień – owych zdumiewających podążeń z rzeczywistości chińskiej ku uniwersum świata. Szybko też poeta dostrzegł w tym swoją misję i stał się jednym z najważniejszych ambasadorów kultury chińskiej we współczesnym świecie.

            Jidi Majia zauważa, że w pierwszych dziesięcioleciach XXI wieku toczy się wojna o wiele groźniejsza od starć z przeszłości. Zarazem wskazuje, że ludzkość zatoczyła krąg i znalazła się w tym samym punkcie, w którym była, gdy szalały epidemie dżumy, wietrznej ospy, grypy Hiszpanki, tyle tylko, że obecnie ta wojna jest znacznie trudniejsza. Ludzie bez problemów przekraczają granice, w ciągu jednej doby przelatują z kontynentu na kontynent i roznoszą zarazki, transportują wirusy, przyczyniają się do globalnego rozprzestrzeniania się chorób. Dopiero w takiej sytuacji Zachód po raz kolejny spotkał się ze Wschodem, nowy Jedwabny Szlak został uruchomiony, a idea jednego pasa i jednej drogi, przyczyniła się do strategicznego ożywienia ekonomicznego. Nieszczęsne wydarzenia, związane z rozprzestrzenianiem się koronawirusa nieco spowolniły tempo, ale nie zatrzymały zmian, wskazując niebezpieczeństwa i nowe zagrożenia. Wojna z ukrytym przeciwnikiem stała się realnym starciem z siłami zła – jak w dawnych opowieściach szamanów i bimo ludu Yi – osiągnęła też niespotykany dotąd pułap, mobilizując rządy na całym świecie.  W takiej sytuacji poeta opowiada się po stronie życia, a przywołując wojny przeszłości, mobilizuje światłych ludzi, by podjęli właściwe działania i przestali machać obosiecznym mieczem. Tak wraca idea solidarności i egalitaryzmu, tak poeta podkreśla wagę każdego pojedynczego życia i każdej biografii, jakże potrzebnych w procesie budowania i kształtowania świetlanej przyszłości nowych społeczeństw i kruchej ludzkości. Taki rozwój dokonał się i stale dokonuje się we Chinach i nawet najgorsze wieści z Wuhan, nie były w stanie go zatrzymać – wręcz przeciwnie idea jednego pasa i jednej drogi skonsolidowała siły i wskazała wyrazisty cel. Ludzkość przechodziła już takie krytyczne momenty i rozdzielana bywała czarnymi rowami śmierci, ale zawsze wstawała z kolan i zaczynała nowy marsz do przodu. Dla ludzkości każda śmierć – bez względu na okoliczności – jest znakiem zła i znosi potencjalne linie rozwoju, ruguje tych, którzy nagle odeszli, z planów kreślonych przez wielkich wizjonerów.                 

            Jak w innych dłuższych poematach, Majia stara się nakreślić w Rozdartej planecie wizję świata, w którym uczestniczy. To jest jego świat, oglądany oczyma człowieka Wschodu, a zarazem świat intelektualisty, który stale nawiązuje do swoich wielkich przewodników; wymienia ojców duchowych i tych, z którymi od dawna dyskutuje. Jego ogromna wiedza literacka, historyczna i filozoficzna stają się żyzną glebą, z której kiełkują – niczym rośliny – nowe idee. Poeta jakby przemyca je między słowami, wersami i strofami, ale wyrazisty egalitaryzm i ekologizm jaśnieją w pełnym blasku i stają się zwornikiem ideologicznym na wielu poziomach poematu. Wciąż podkreślając kruchość doświadczenia ludzkości, poeta wydobywa z mroków zapomnienia subtelne myśli, tworzy swoistą sieć metaforyczno-wizyjną, w której niczym poszczególne oka pojawiają się obrazy z Nowego Jorku i Meksyku, z Pekinu i Teheranu, z afrykańskiej dżungli i australijskiego buszu. Powie ktoś może, że takie panoramiczne poematy nie mogą się udać, że rozmyją się w wielosłowiu, a przywoływane obrazy nałożą się na siebie, ale przecież dzieło Majii przeczy tym obiegowym poglądom, a fenomen jego poezji dowodzi, że twórca panuje nad każdą cząstką swojego utworu. Zrozumieją to krytycy, którzy wyruszą na wyprawę do Chin i skonfrontują swoje wyobrażenia o tym kraju z rzeczywistością – zauroczą się nową architekturą miast, zamyślą się pośród grobów przeszłości, przemkną szybką koleją z północy na południe i ze wschodu na zachód.  A do tego zapoznają się z poglądami ludzi, którzy współczesne Chiny tworzą i otwierają je – jak Jidi Majia – na świat i na to, co w nim najlepsze. Wtedy zrozumieją jaką wagę mają dla nich tak symboliczne zwierzęta jak irbis, tygrys, czy cziru, wtedy dotrą do istoty uwielbienia rzek i mórz i wtedy staną w jednym szeregu z mądrymi obrońcami dzieł postępowej ludzkości. Poemat Majii może tutaj być ważnym impulsem, może jak iskra spowodować wybuch intelektualny, który zaowocuje nowymi myślami i nowymi dziełami, który zapoczątkuje wielką fascynację Chinami i światem. Tylko tak wzmocnić można kruchą ludzkość, tylko tak można przyczynić się do rozwoju nauk niezbędnych, by pokonać niewidzialnych wrogów naszej trudnej teraźniejszości.      

            Ekologia – według poety – powinna stać się nieodzowną strategią nowej ludzkości, bo tylko ona da jej szansę przetrwać pośród kataklizmów przyrody i ataków nowego, niewidzialnego wroga. W czasach bimo i opowieści o przodkach zawsze podkreślano wagę współistnienia z naturą, a modlitwy do zabijanych zwierząt nie były tylko próbami usprawiedliwień okrucieństwa związanego z polowaniem, to było ustawianie zwierząt na tym samym poziomie istnienia, to było przyznawanie im należnego miejsca w ekosystemie, obok ludzi i innych istot, egzystujących w swoich niszach istnieniowych.  Mity, opowiadane przez szamanów przy ogniskach, legendy przywoływane przez bimo podczas wielkich obrzędów kulturowych, stawały się szkołą życia i współistnienia, ale dopiero, w umyśle takiego poety jak Majia, magia, mity, historia, filozofia i rzeczywistość XXI wieku zostały wymieszane i stały się tkanką wizyjnego poematu, domagającego się uważnej analizy krytycznoliterackiej i naukowej. Jak w kalejdoskopie migają w nim zwierzęta schodzące w doliny, pierwsze samoloty braci Wright, chleb i ołówek, rakiety i statki kosmiczne, powszechna komunikacja komputerowa i nieustanne przekraczanie granic. A przy tym, przez tkankę utworu, przebija się i połyskuje obraz nieodgadnionego wszechświata, z jego niewyobrażalnymi, przeogromnymi odległościami kosmicznymi, galaktykami, gwiazdami, planetami, asteroidami i kometami. Tak w wyobraźni poety tworzy się   p r z e s t r z a ł   transcendentalny – od niewielkiej, niewidzialnej drobiny, zabijającej człowieka, do monstrualnej struktury kosmicznej, dającej się zmierzyć w parsekach i latach świetlnych. Gdzieś pośrodku tej wielkiej sakralnej przestrzeni poeta lokuje człowieka, gramolącego się na świat z kobiecego łona, a potem próbującego podtrzymać błędny ognik życia, jak najlepiej ochronić go przed deszczem i wiatrem złych dni i nocy. Zdumiewająca jest wizja planetarna poety, który co i rusz zmienia kąt widzenia i z rzeczywistości plemiennej, wiejskiej lub miejskiej kieruje uwagę czytelnika ku dalom kosmicznym, by z ich perspektywy zauważyć piękno i niepowtarzalność błękitnej planety. Chińczycy w szczególny sposób rozumieją skale czasowe w obrębie naszego świata – dla nich życie jest chwilą, stulecie minutą, a dopiero tysiąclecia zyskują wagę dziejowych godzin. Wszystko się zmienia, możemy na chwilę odgrodzić się od świata glinianą czy betonową ścianą, ale postęp jest nieuchronny i przeszłość odchodzi ku nieistnieniu jak poszczególne ludzkie byty. Tak było w czasach chińskich cesarzy, europejskich władców i tyranów i tak jest dzisiaj, gdy ludzkość sięga gwiazd, a pojazd kosmiczny z Państwa Środka ląduje na księżycu.

            Końcowy apel poety nie pozostawia złudzeń – w epoce koronawirusa potrzebna jest nowa solidarność i powrót do korzeni – do tygrysa swobodnie przemierzającego gęstwiny roślin, do irbisa sondującego zbocza gór, do stad suhaków pasących się nad brzegami jeziora Qinghai. Były gubernator tych miejsc doskonale zdaje sobie sprawę z wagi czystości natury i siły odwiecznych procesów przyrodniczych, ożywiających wielkie rzeki, oczyszczających jeziora i mnożących byty w głębinach mórz. Cywilizacje powstawały i wciąż trwają w oparciu o siły natury, a ich rozwój ściśle uwarunkowany jest tym, co dzieje się w świecie ludzkim, w przestrzeniach dominującego gatunku, który jako jedyny wydostał się z wąskich obszarów animistycznych i wzniósł się na wyższy poziom rozwoju. Szkoda byłoby zmarnować osiągnięcia wielu pokoleń i nie wolno dopuścić do tego, by ukryty wróg zawładnął światem. Nigdy dotąd – wskazuje Majia – człowiek nie stanął przed takim zadaniem i nigdy tak wyraziście nie uzewnętrzniła się potrzeba ogólnoludzkiej jedności, sprawnego podążania jedną drogą, w obrębie jednego pasa kulturowego. W takim rozumieniu przyszłość planety zależy od wszystkich żywych istot, od wspólnych działań i jednego, wielkiego wysiłku. Koronawirus powinien stać się ostrzeżeniem i zarazem przypomnieniem, że funkcjonujemy w warunkach kosmicznych, a tylko cieniutka błona ozonu chroni nas przed promieniowaniem kosmicznym i zabójczymi procesami, które w każdej chwili rozgrywają się w kosmosie. Majia nie pragnie być wieszczem i nie chce straszyć ludzkości – jego poemat jest kolejnym zwróceniem uwagi na kruchość rozdartej planety i całej ludzkości. Starczy wejść do grobowca cesarza Wanli z dynastii Ming, starczy zatrzymać się przy pysznych koronach i kościach, zdewastowanych przez czas, by zrozumieć, że w każdej epoce potrzebna jest wielka rekonstrukcja świata, odnowienie wszystkich i wszystkiego. Potrzebne jest wzmocnienie człowieka, w każdej rzeczywistości gotowego podjąć wyzwanie i stanąć do walki z widzialnym i ukrytym wrogiem.  

« Older entries

%d blogerów lubi to: