OGRÓD

Hibiskus w naszym ogrodzie

Nigdy nie lubiłem pracy w ogródkach, nie parłem też do tego, by mieć własną działkę i kopać w niej dołki. Za każdym razem, gdy ojciec brał mnie na swój kwadracik ziemi przy ulicy Jaskółczej i narzucał mi jakieś prace, buntowałem się, nie godząc się na przebywanie w jednym miejscu przez wiele godzin. Jeszcze gorzej było, gdy razem z bratem i tatą budowaliśmy dom w Stronnie, dosłownie harując jak wyrobnicy, przerzucając ogromne ilości kamieni fundamentowych, cegieł, pustaków i betonu. Teraz, gdy mam własny ogród przy domu, też za bardzo nie chce mi się być w nim ogrodnikiem i wolę wynajmować pracowników, którzy zrobią co należy. Przecież każde odciągnięcie mnie od prac pisarskich odbieram jako udrękę, chociaż po sześćdziesiątce ruch na pewno jest ważny, a tzw. rozprostowanie kości, wręcz konieczne. Lubię jednak usiąść na werandzie albo stanąć przy krzaku hibiskusa i przyglądać się strukturze kwiatów odwiedzanych przez pszczoły i trzmiele, uwalane żółtym pyłkiem i brzęczące ostrzegawczo. Z moich pięciu pobytów w USA zapamiętałem narodowe zawody Amerykanów w koszeniu trawy, choć i oni najczęściej wynajmują imigrantów do tej pracy. Gdziekolwiek się nie udałem, wszędzie słychać było kosiarki i rzeczywiście niektóre trawniki były wspaniale wypielęgnowane i znakomicie uzupełniały obejścia domów. Teraz mój ogród stanowi znakomite tło dla odpoczynku z książką w ręku i ostatnio są to powieści chińskiego noblisty Mo Yana, z którym miałem okazję spotkać się i porozmawiać w Pekinie. Możliwości jest wiele – wygodny fotel, hamak, albo ławka bujająca się na łańcuchach, no i kawa na stoliku, jakieś ciasto lub zakazane łakocie. W takich chwilach chce się żyć, tym bardziej, że codzienne porządkowanie mojego archiwum utwierdza mnie w przekonaniu, że sporo zrobiłem i najbliższe lata – gorąco w to wierzę – będą czasem pisarskich żniw, zbierania owoców, wekowania i tworzenia legendy szczęśliwego życia.    

   

LIPA

Szedłem skrajem niewielkiego placu i nagle coś kazało mi zatrzymać się i usiąść na pobliskiej ławce. To był ciąg kilku wyrazistych lip, a szczególnie dziwny kształt największej z nich. Drzewa obsypane były jasnożółtymi kwiatami, nad którymi krążyły pszczoły, osy i trzmiele. Niby konwencjonalny obraz, ale w perspektywie wyrazistego błękitu nieba coś powodowało, że lekko drżał i jakby wydostawał się poza widzialną rzeczywistość. Może to był efekt wysokiej temperatury powietrza, a może jakieś dalekie wspomnienie fraszki Jana Kochanowskiego. Ale przecież nie zatrzymałem się dla odpoczynku, a kontemplacja drzewa nie miała też nic wspólnego z młodzieńczymi wspinaczkami na tego rodzaju potężne twory przyrody. Siedziałem jak zaczarowany i patrzyłem – wszystkimi zmysłami chłonąłem piękno czyste, pierwotne, nieskazitelne. Pomiędzy mną i lipą wytworzyła się magiczna przestrzeń, jakby to drzewo wytrąciło mnie lekko z rzeczywistości i wciągało w inny rewir czasu. Może pół godziny siedziałem na ławce i rozmyślałem o dwóch istnieniach, jakże kruchych i jakże ulotnych, rozpiętych między barwą i kształtem chwili.

SPOKÓJ

Złotokap pospolity w moim ogrodzie

Dzisiaj przez godzinę siedziałam na naszej ławeczce ogrodowej. A właściwie bujałem się lekko, bo wisi ona na łańcuchach na specjalnie przygotowanej, metalowej ramie z rurek. Jakież to było uspokajające i jak dobrze mi się oddychało powietrzem pełnym majowych zapachów. Nie myślałem o czymś szczególnym, raczej chłonąłem chwile, przyglądając się przede wszystkim ptakom i owadom. Zaskoczył mnie duży ruch w powietrzu – sporo nadlatujących skądś szpaków i mazurków, jakieś śmigłe synogarlice i podążające w dal grzywacze. Do tego kawki przysiadające na dachach domów i jakby ukosem tnące niebo sroki, w locie tracące swoją charakterystyczną ociężałość i chybotliwość. W moich myślach pojawiły się zdarzenia z ostatniej podróży do Argentyny, kadry z szerokich ulic i największego cmentarza w stolicy, ale też chwile szczęścia w moim mieście, podczas spotkań ze studentami i życzliwymi mi ludźmi. Ławeczka bujała się lekko, a ja patrzyłem na zieleń krzewów i trawy, chwastów i liści róż, wodziłem wzrokiem po kwiatach złotokapu i bzów. Nigdzie nie musiałem iść, nic nie musiałem robić, byłem sobą w tym lekkim kołysaniu, a świergot i piski jeżyków stały się tłem dla dobrych chwil.  

GRAFIKA

Początek marca… Idę przez jeden z większych parków w Bydgoszczy i przyglądam się koronom drzew. Jest dość zimno i błękit nieba w dali wyostrza grafikę czarnych gałęzi i konarów. To dobry czas dla obserwacji drobnych ptaków, śmigających z drzewa na drzewo, zatrzymujących się na dogodnych platformach startowych, rozglądających się na boki i już dalej podążających w poszukiwaniu pożywienia lub dobrego miejsca na nowe gniazdo. Przysiadam na ławce i długo wpatruję się w plątaninę gałęzi, grubych i cieniutkich czarnych linii. Był taki czas, gdy zajmowałem się częściej rysowaniem tuszem i zdarzało się tworzyć coś na kształt tych dendrologicznych komplikacji. Robi mi się na sercu cieplej, gdy zauważam pierwsze szpaki, które wróciły z Afryki lub krajów arabskich, obwieszczając nadejście wiosny, nawet jeśli wybuch roślin powstrzymają marcowe przymrozki. Im człowiek starszy, tym bardziej cieszą symptomy ocieplenia i klarowność błękitu na niebie, ptaki wracające z kontynentalnych wojaży i czystość powietrza. I ten spokój tak cenny w obliczu tragedii ludzi na Ukrainie i ich heroicznej walki z tyranem z poprzedniej epoki. Mam nadzieję, że ludzkość wymierzy mu karę stosowną do przewin i odejdzie w niebyt jak jego haniebni poprzednicy.     

                       

PUSZYSTOŚĆ

Znowu śnieg spowił świat i odnowił wszystko bielą w cudowny sposób. To okrycie jest jak spuszczenie kurtyny w teatrze, to zamaskowanie wszelkich brudów i deformacji świata, każe zastanowić się nad zimami, które już minęły. Były częścią mojego życia, jak wiosny, lata i jesienie, ale przeminęły i stały się tylko elementem wspomnienia, a ich temporalność została sprasowana do wielkości chwili. Dobrze jest stanąć na tarasie i popatrzeć na płaszczyzny bieli, na puszyste muldy uczepione gałęzi cyprysów i kwietnych krzewów. W śniegu, który legł grubą warstwą na trawniku, buszują sroki, ogromne wrony i gawrony, czasem pojawia się kawka albo mewa siodłata – pomiędzy oszronionymi gałązkami trwa też czujnie lub przefruwa gwałtownie z miejsca na miejsce ptasia drobnica: sikorki bogatki, wróble i mazurki, a czasem na większym drzewie pojawia się barwny dziwak: sójka, rudzik, grubodziób. Osobne byty trwają obok siebie, jak śnieg i rośliny, jak przestwór powietrzny i ziemia, osobne światy spotykają się w ludzkiej świadomości. Stoję na tarasie i patrzę na zimową odsłonę mojego tajemniczego świata. Wczoraj, gdy jechaliśmy samochodem do Inowrocławia, żona powiedziała, że nie wahała się oświadczyć w dużej grupie współpracowników, że jest zadowolona ze swojego życia. To było jak wsadzenie kija w mrowisko, bo natychmiast usłyszała z wielu ust narzekania i krytykę, przecież nie można pozytywnie oceniać swojego istnienia. Lepiej narzekać, niczego nie widzieć i nie mieć sukcesów, najlepiej zlać się z bezkształtną i bezbarwną masą, materią chłodu okryć wszystko jak śnieg. Tak, tacy bywają ludzie, ale ja też nie waham się powiedzieć, że jestem zadowolony ze swojego życia, bez względu na to, co się stało i co jeszcze się wydarzy. Szczególnie w chwilach takich jak ta, gdy stoję na tarasie i oddycham chłodnym zimowym powietrzem, kontemplując biel, puszystość śniegu i przemijanie chwil.  

DUDEK

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie 268003563_10226568791982104_5361877931973858462_n.jpg
Foto Wong Sifu

To dziwne, że nie poświęciłem jeszcze osobnego wpisu jednemu z najpiękniejszych ptaków świata – dudkowi (Upupa epops). Jego wspaniały czub, albo jak kto woli pióropusz, należy do najwyrazistszych ptasich emblematów w przyrodzie. W Polsce bardzo mało miałem spotkań z tym drzewnym indywidualistą, ale napatrzyłem się na kilka osobników na Wyżynie Tybetańskiej w mieście Xining. To był rok 2009, gdy spacerując nad rzeką, natknąłem się na dudki przelatujące z drzewa na drzewo i pozwalające podejść dość blisko. Natychmiast usiadłem na ławce i bodaj przez pół godziny studiowałem ich zachowanie, starałem się utrwalić w pamięci oryginalny wygląd i kształt, a nade wszystko urok chwili, danej mi nieoczekiwanie w dalekim, wielkim kraju. Rzeczywiście barwę tułowia dudka określić należy – jak w wielu leksykonach ornitologicznych – jako gliniasto-pomarańczową, w oczy rzuca się też czarno-biały, pręgowany grzbiet oraz czarny ogon z białą przepaską i czub z czarnymi zakończeniami piórek. Charakterystyczny jest też jego długi, zakrzywiony dziób, służący do wydobywania larw owadów z ziemi i ze spróchniałych drzew, absolutnie nie nadający się rozłupywania czegokolwiek. Kontrapunktem dla pięknych barw tego mieszkańca przestworzy jest cuchnąca substancja, którą młode osobniki wystrzeliwują w kierunku intruzów, starających się złowić je w gniazdach. Dudek zamieszkuje niemal całą Eurazję od Atlantyku po Pacyfik, a na południu północno-zachodnią Afrykę, łącznie z częścią subsaharyjską, z kolei na północy granicą dla niego jest Bałtyk i jezioro Bajkał. Przeloty dudków, od marca do maja i od sierpnia do października są niezwykle zjawiskowe, a punktami docelowymi są ciepłe krainy położone na południu Europy i Azji. Nie miałem wiele spotkań z dudkami w Polsce, bo jest on u nas nielicznym lub średnio licznym ptakiem lęgowym, bytującym zwłaszcza w dolinach większych rzek, takich jak Wisła, Odra, Warta, Noteć, Bug, Narew czy Pilica. Ornitolodzy nie wskazują wyraźnego dymorfizmu płciowego, a jedynie podkreślają, że samice są nieco mniejsze od samców i mają lekko stonowane barwy piór. Ptaki te mają ciemnobrązowe oczy i szare nogi, a ich wielkość określa się jako zbliżoną do turkawki i trochę większą od szpaka. Ich lot jest falisty i pozornie niezdarny, porównywany do sposobu poruszania się motyli lub nietoperzy, ale przecież potrafią też zataczać piękne, regularne okręgi i lądować z fantazją na płotach, gałęziach drzew i dachach domostw. Dudki żywią się drobnymi bezkręgowcami i ich larwami, przede wszystkim turkuciami podjadkami, pasikonikami i chrabąszczami, ale nie stronią też od mrówek, much, ślimaków, dżdżownic i motyli. Prawdziwą ucztą są dla nich małe żaby i jaszczurki, które okraszają drobnymi owocami i nasionami roślin. Na Wyżynie Tybetańskiej zauważyłem, że upolowane owady miażdżą dziobem, podrzucają w górę i łykają, gdy spadają do ich gardeł. Z racji tego, że dudki lubią żerować na ziemi, ich gniazdo zwykle ulokowane jest dość nisko, w dziupli wierzby, w norach skarp i urwisk, na stertach kamieni lub pod okapem opuszczonych budynków. W mitologii greckiej w dudka zamieniony został Tereus, morderczy syn Aresa, który uwiódł Filomelę, a potem uciął jej język, by nikomu o tym nie mogła powiedzieć. Zacząłem od chińskich dudków, więc kończę takim samym akcentem, publikując wspaniałe fotografie chińskiego naturalisty Wonga Sifu.

Foto Wong Sifu
Foto Wong Sifu
Foto Jacek Lebioda

ZALEW KORONOWSKI

Wyprawa nad Zalew Koronowski, który pojawiał się w moim życiu wielokrotnie, począwszy od lat osiemdziesiątych XX wieku, gdy byłem wychowawcą kolonijnym w Pólku, poprzez pływanie pod żaglami po roku 2000, a skończywszy na osobnych wycieczkach samochodowych do Pieczysk, Samociążka i Sokole-Kuźnicy w latach 2012–2021. Jakże dobrze jest stanąć na brzegu i cieszyć się widokiem ogromnej płaszczyzny wodnej, na której widać wiele białych, płóciennych plam. Wszystko tutaj takie spokojne, wszystko na swoim miejscu – piękno niemal mazurskie, cisza jak nad Bełdanami, błękit jak nad Mamrami, głosy ptaków niczym w sitowiach nad Śniardwami. Mógłbym tak stać kilka godzin, rozkoszując się dziewiczą naturą, patrząc jak zmieniają się kolory wody, brzegów, zarośli trzcinowych i wielkiego baldachimu nieba. Bliskość dwudziestoletniej rocznicy zamachów na Nowy Jork generuje jednak do moich myśli obrazy groźne, destrukcyjne i każe pytać o jakość zabezpieczeń akwenu przed klęskami natury.  Jak wiadomo koncepcja jego utworzenia powstała już w 1928 roku w pracowni prof. Karola Pomianowskiego, ale z powodu wojny do projektu powrócono dopiero w 1946 roku, co było dobre, bo znacznie rozwinięto pierwotne plany, oparte o wykorzystanie równoległych do Brdy jezior polodowcowych (Lipkusz Duży, Lipkusz Mały, Moczar, Czarne i Białe). Ostateczną decyzję podjęto w 1953 roku, a prace trwały do roku 1960, obejmując między innymi całkowity demontaż zabudowań wsi Olszewka i przesiedlenie jej mieszkańców. Tak pod wodą znikła szkoła z czerwonej cegły, wzniesiona w czasach pruskich, mostek na niewielkiej strudze, liczne domy, zabudowania gospodarcze i dwa niewielkie cmentarze – pocholeryczny i ewangelicki. Przez wieki żyło w tej wsi wiele rodzin polskich i niemieckich, uprawiano zboża i ziemniaki, tworzono nowe gospodarstwa, nie przeczuwając, że wszystko to znajdzie się kiedyś pod wodą. Napełnianie zbiornika zakończono 30 listopada 1960 roku, a elektrownia została oddana do eksploatacji 4 marca 1961 roku. Zbiornik powstał z podpiętrzonej Brdy, przegrodzonej zaporą ziemną o długości 49 kilometrów oraz połączenia wielu jezior rynnowych. Teraz stojąc nad tym cudem myśli hydrologicznej, zachwycam się rozmachem, w którym siły natury odegrały najważniejszą rolę. Dzisiaj Zalew Koronowski wydaje się oazą spokoju i stanowi cel licznych wycieczek dla mieszkańców Koronowa i Bydgoszczy. Stojąc na wyniosłej skarpie i przyglądając się toniom myślałem o tym, że nad pięknym zalewem stale wisi groźba naturalnej katastrofy, wszak chronią go konstrukcje sprzed siedemdziesięciu lat. Odpowiednie służby zapewniają, że nasyp ziemny stworzony został z zachowaniem norm bezpieczeństwa, ale przecież zmieniający się klimat może mieć wpływ na powstanie nowych problemów. Łatwo można sobie wyobrazić co by się stało, gdyby jakiś sabotaż lub katastrofa naturalna doprowadziły do rozszczelnienia tamy. Odpowiednie symulacje komputerowe wskazały, że woda i błoto z obszaru 1560 hektarów zniszczyłyby położone w dolinie Koronowo, a także elektrownie wodne w Samociążku, Tryszczynie i Smukale. Do rogatek Bydgoszczy fala zalewowa dotarłaby po około dwóch godzinach, a do centrum miasta po dwóch następnych. Najgorszy scenariusz zakłada, że kulminacyjna fala o wysokości 6,5 – 7,5 m ponad linię brzegową rzeki i średniej prędkości około 5,5 m/sek, spowodowałaby zatopienie terenu miasta o szerokości od 700 do 1500 m i powierzchni 3600 hektarów, zamieszkałych przez około 100 tys. ludzi, zniszczenie wszystkich przepraw przez rzekę, jazów na Wyspie Młyńskiej, śluzy nr 2, w Czersku Polskim i śluzy nr 1 w Brdyujściu oraz kilkuset mniejszych i większych zakładów pracy. Na razie jednak stojąc nad brzegiem zbiornika utworzonego przez ludzi rozkoszowałem się jego pięknem i ku niewiadomej, dalekiej przyszłości odsuwałem ewentualny kataklizm. Prawdopodobnie nigdy do niego nie dojdzie, ale warto pamiętać o historii nowego bydgoskiego mostu, który przeszedł wszelkie niezbędne ekspertyzy i próby obciążeniowe, a po kilku latach okazał się bublem konstrukcyjnym, którego nagłe zamknięcie sparaliżowało komunikację w Bydgoszczy.

ZAGANIACZ

Zaganiacz – Foto Artur Buczkowski

Zaganiacza (Hippolais icterina) łatwiej można usłyszeć, niż zobaczyć, bo trzyma się konsekwentnie wysokich partii krzewów i drzew. Uchodzi za jednego z najlepszych europejskich śpiewaków i nie milknie nawet w południe. Jego ubarwienie to mimetyczny kamuflaż, powodujący, że w gęstwinie liści jest prawie niewidoczny. Natura znajduje swoje rozwiązania i zapewne brak dymorfizmu płciowego i takie same umaszczenie samca i samicy powoduje, że ptak ma większe szanse na przetrwanie. Może z tego powodu jest tak liczny w Eurazji, a w Polsce jego liczebność ornitolodzy szacują na prawie pół miliona osobników. Jego pióra są zielonkawe z elementami żółcienia, ma też ledwo widoczną żółtą brew nad oczami, spód cytrynowo-groszkowy, ciemne lotki na ogonie i grafitowe pazurki. Tęczówki oczu ma intensywnie brązowe, dziób dość długi, szarobrązowy, wyraziście rysujący się w gęstwinach podczas obserwacji. To doprawdy maleństwo, bo waży ok 12 gramów, przy wymiarach ciała 12–14 cm i skrzydeł zaledwie 69–85 milimetrów.  Natkniemy się na niego głównie na nizinach, w wilgotnych i umiarkowanie wilgotnych lasach liściastych oraz mieszanych. Lubi opuszczone ogrody, zadrzewienia nadrzeczne z prześwitami, pojawia się też w kępach drzew na polach. Pierwszego mojego zaganiacza wyśledziłem pośród drzew cmentarza Świętej Trójcy w Bydgoszczy,  bodaj na drzewach olchowych. Było to na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku i początkowo myślałem, że mam do czynienia z wychudzonym wróblem. Dopiero obserwacja z użyciem lornetki pozwoliła mi właściwie  sklasyfikować ruchliwego i pięknie śpiewającego ptaka. Choć należy do rodziny trzciniaków ożywia się jak większość ptaków pojawiających się w jego biotopach, a więc drobnymi owadami, pająkami i jagodami, nie pogardzi owocami czarnego bzu, porzeczki a nawet czereśni. Choć tak liczny, w Polsce objęty jest ścisłą ochrona gatunkową.

ODDECH

Poranne wyjście do ogrodu… Całą noc padał deszcz i teraz powietrze jest czyste, rześkie, ozoniczne. Wciąż kwitnie krzew hibiskusa, choć wiele płatków spada na ziemię. Przyglądam się przygaszonej, sierpniowej zieleni w ogrodzie i unoszę głowę ku górze, by z chmur wyczytać jaka będzie pogoda. Jest 6.30 i robi się coraz jaśniej, choć szarości na niebie nie zanikają i zapewne pojawią się następne deszcze. Oddycham pełną piersią i rozmyślam o tlenie, warunkującym życie, tak samo jak woda, pokarm, witaminy, biopierwiastki, sprawne działanie naszych organów anatomicznych. Najważniejszy z nich i najbardziej skomplikowany, w ułamku sekundy rejestruje najmniejsze drgnienie liści, przelot ptaka, dalekie odgłosy miasta, miliony odcieni barw. Schodzę po drewnianych schodach i staję na trawniku widząc jak sikorki i wróble lądują na krzakach bzów i zaczynają codzienne poszukiwanie czegoś do zjedzenia. Tak zginą dzisiaj tysiące owadów, małe dzióbki pochwycą niezliczoną liczbę nasion, jakichś okruchów z ludzkich stołów. Moja świadomość odpowiada na sygnały wysyłane przez świat, oddycham pełną piersią i rozkoszuję się nowym dniem życia. Jakże spokojną, zrównoważoną i cudowną egzystencją u początku trzeciego dziesięciolecia dwudziestego pierwszego wieku.        

NALOT PISKU I ŚWISTU

Fot. Nick Hawkins Nature Picture Library Be&w

Wczoraj wieczorem siedziałem na tarasie i długo przyglądałem się świstającym w powietrzu jerzykom. Moje myśli podążały ku osiedlu mojego dzieciństwa, chwilom spędzonym na boiskach, cmentarzach, pośród budów i wertepów dawnego Pola Ułańskiego. Nieodzownym tłem dźwiękowym dla takich wypraw były piski tych ptaków, łączących się w stada i nadlatujących nad nasze głowy, okrążających wieżowce i skupiska wysokich topól. Teraz, w lipcu dwudziestego pierwszego roku nowego stulecia, mój zachwyt nad tymi śmigłymi bytami nie zmienił się, a nawet znacznie się powiększył i stał się refleksyjny. Siedziałem na krześle i patrzyłem jak jerzyki brawurowo atakują przestrzeń, rozpędzając się do ogromnych szybkości. Na niebie pojawiły się już jasnogranatowe chmury, rozciągnięte jak dalekie wyspy na Morzu Karaibskim albo w Oceanii, zanikające powoli wraz z gasnącym słońcem. Powietrze było czyste, znacznie chłodniejsze niż podczas ostatnich dni, wyraźniejsze były też zapachy traw, kwiatów, krzewów i rozrastających się drzew owocowych. I te ptaki pojawiające się raz po raz nad moją głową, momenty całkowitej ciszy i nagłego „nalotu” pisku i świstów piór. Zamyśliłem się nad swoim życiem i z kolei pobiegłem myślą do Johannesburga, gdzie przyglądałem się jerzykom podczas wyprawy do Afryki w roku 2019. Przyleciawszy do Polski w maju, odlatują w sierpniu, choć czasami – podczas ciepłych okresów jesiennych – widywane są do października. Szukają ciepła i owadów, przesuwając się z Europy na południe, przez jakiś czas latając pod niebem Hiszpanii, Maroka, Konga, aż docierają do Republiki Południowej Afryki, gdzie mają znakomite warunki do życia. Stałem w oknie hotelowym w Johannesburgu i patrzyłem na ich harce, takie same jak niegdyś na Osiedlu Błonie, równie dynamiczne jak wczoraj, nad moim domem, ogrodem i tarasem. Wyrazistym  śladem tej fascynacji jest wiersz pt. Jerzyki nad Afryką, który napisałem w RPA, a potem opublikowałem w tomie pt. Rzeźba z hebanu: Tutaj was dogoniłem śmigłe/ jerzyki znad Polski/ tutaj teraz wykrawacie/ z niebios błękitne Elipsy/ tak samo lśniące i nagle/ zmieniające kierunek/ lotu/ tak samo głodne/ śpiesznej miłości/ w locie/ tutaj was znowu/ zobaczyłem/ i stąd ruszycie/ moim śladem/ ku Europie. Wiersz jest ledwie niewielką refleksją, wkomponowaną w ciąg innych zamyśleń, choć odbija się w nim ich i moja sytuacja, jakże odmiennych bytów przygotowujących się do dalekiego lotu. Ja pokonałem ogromną przestrzeń nad Afryką i Morzem Śródziemnym w wielkim airbusie, a one podążyły w dal w ogromnych stadach, przesuwających się na północ od wieków wyznaczoną trasą.  

« Older entries

%d blogerów lubi to: