PIECUSZEK

Piecuszek

To było w połowie lipca tego roku, gdzieś na południowych obrzeżach Bydgoszczy, niedaleko miejsca, gdzie mieszkam od pięciu lat.  Stałem na rozległym placu, otoczonym drzewami i nagle usłyszałem wabiące, niskie nawoływanie ptaka. Dolatywało z rozrośniętych krzewów i młodych olch, jakieś dwadzieścia metrów ode mnie, raz to zanikając, raz wracając z ogromną intensywnością. Mój zmysł ornitologa i znajomość głosów ptasich podsuwały mi myśl, z jakim skrzydlakiem mam do czynienia, ale chciałem przekonać się naocznie czy się nie mylę. Zacząłem więc przysuwać się powoli do przodu i z odległości kilku metrów zauważyłem żółcień, połyskujący pośród sercowatych liści bzu i wyodrębniłem niewielkiego osobnika, przyglądającego się mi z uwagą. Nie myliłem się – miałem do czynienia z piecuszkiem (Phylloscopus trochilus), niewielkim ptaszkiem z rodziny świstunek, rozpowszechnionym w lasach liściastych, parkach i młodych zagajnikach brzozowych oraz olchowych. To nawoływanie przypominało nieco śpiew zięby, ale jakby nieco spowolniony i znacznie subtelniejszy. Piecuszki skolonizowały ogromny obszar Eurazji – od Francji po daleką Kamczatkę, a w Polsce możemy je obserwować od marca do sierpnia. To wytrwały podróżnik, przemierzający ogromne odległości, a zimujący najczęściej na całym obszarze Afryki, na południe od Sahary. Byłem już na tyle blisko by wyodrębnić jasnożółtą brew nad okiem ptaka, podkreśloną dodatkowo czarną linią i żółtawo-szare upierzenie, ale czynnikiem klasyfikacyjnym był tutaj przede wszystkim charakterystyczny śpiew. Piecuszki można łatwo pomylić z pierwiosnkami, wójcikami zielonymi, świstunkami leśnymi i zaganiaczami, bo wszystkie te ptaki są do siebie bardzo podobne – różnicują je jednak niewielkie zmiany w upierzeniu i wielkość (zaganiacze są wręcz – jak określa je Jan Sokołowski – siarkowożółte). Moja obserwacja nie trwała długo, bo piecuszki są bardzo płochliwe i już po chwili zobaczyłem ptaka w pełnej krasie lotności, gdy oderwał się od gałązki i przeleciał ze dwa, trzy metry ode mnie. Dzięki temu zauważyłem, że ruch wzmocnił żółcień na jego piórach i spotęgował wrażenie, iż mam do czynienia z ptakiem o jaskrawym ubarwieniu. Piecuszki ożywiają się przede wszystkim owadami (larwy, poczwarki i inne bezkręgowce, małe pająki), ale jesienią nie gardzą też dojrzałymi jagodami. To jedne z najpowszechniejszych ptaków w Polsce, a najwięcej znajdziemy ich na torfowiskach i w prześwitach leśnych, z przewagą młodych drzew.

Pierwiosnek

Reklamy

DARY SIERPNIA 2018

 

ŚNIEŻNA PANTERA

Ludzkość wzrastała i zyskiwała rozleglejszą samoświadomość w otoczeniu zwierząt, budując z nimi coraz bliższe związki, wchodząc w coraz szersze relacje. Pierwsi przedstawiciele naszego gatunku ubierali się w skóry jaków, antylop, tygrysów, zakładali na głowę czapki z futer lisów, saren i kun, chronili nogi butami wykonanymi z twardych skór bawołów i mamutów. Żywili się mięsem zabitych ssaków, próbowali je też udomowić, choć niektóre z nich były tak dzikie, że nigdy nie udało się ich okiełznać. Od samego początku ludzie próbowali też przeniknąć świadomość istot, na które polowali, tworzyli opowieści, legendy i mity, których bohaterami bywały zwierzęta. W kulturze chińskiej znajdziemy wiele takich podań, a każdy z kilkudziesięciu ludów, tworzących wielki konglomerat kulturowy, scentralizowany przez Pierwszego Cesarza i późniejszych przywódców, wprowadzał inne treści do wielkiej księgi jaźni i cierpienia, odwagi i przebiegłości, siły i przetrwania. Ileż to razy myśliwi ruszali na łowy, odmawiając najpierw modlitwy, zaklinając drapieżniki i próbując obłaskawić rącze jelenie, a potem starając się przeniknąć umysły zwierząt. Czekając cierpliwie na ich pojawienie się, tropiąc ślady, wdychając powietrze i szukając ostrego zapachu, rozmyślali o tym, co uczyni przeciwnik, jaką strategię obrony wybierze. Jednocześnie próbowali przechytrzyć ofiarę, omamić wyborem kryjówki, strojem lub umaszczeniem swojego okrycia jej piżmem, krwią lub moczem. Zwierzęta instynktownie wyczuwają niebezpieczeństwo i ostrożnie przemykają pośród lasów, stepów, gór i dolin, ale łowcy – bogatsi o opowieści przodków, rady dziadów, ojców, wujków, bohaterów wielkich polowań – zawsze starali się je przechytrzyć, zagonić ku miejscom bez wyjścia, zaskoczyć nagle na szlaku lub w gęstwinie roślin. W takich sytuacjach rodziła się świadomość szamanistyczna, ciąg rytuałów myśliwskich, w których ogromną rolę odgrywały tańce i teatralne odtwarzanie przebiegu polowań w plemiennym kręgu. Szaman zakładał maskę na głowę, stawał się na chwilę lwem albo kojotem, krokodylem lub krukiem i tworzył w kręgu plemiennym rodzaj spektaklu kulturowego, zwracając uwagę na poszczególne gesty, imitując ruchy drapieżników i zwierząt kopytnych, ukazując złożoność związków człowieka z jego ofiarami, utrwalając jednocześnie wiarę w jego ponadludzkie możliwości, bliskość świadomości animistycznej, pokrewieństwo duchowe z wilkiem i lampartem, hieną i cziru.

Jidi Majia – chiński współczesny poeta kulturowy, wywodzący się z ludu Yi – podąża tropem starożytnych szamanów (nazywanych przez jego lud bimo) i próbuje przeniknąć świadomość drapieżnika, jakże wyjątkowego pośród ośnieżonych szczytów i przełęczy jego krainy dzieciństwa i dorastania, a potem pierwszych męskich inicjacji. Poemat pt. Ja, śnieżna pantera jest odważną, nie mającą precedensu, próbą odtworzenia w wierszu świadomości dzikiego kota. Nie bez powodu autor utwór ten zadedykował słynnemu amerykańskiemu zoologowi i biologowi George’owi Bealsowi Schallerowi, prezydentowi Korporacji Pantery i prezesowi Cat Advisory Council. To jego liczne książki o drapieżnikach Tybetu i innych części Azji, oparte na własnych obserwacjach, dały poecie głęboką wiedzę o zachowaniach i zwyczajach irbisów, choć zapewne ważniejszą rolę odegrały tu własne przeżycia i wskazane wyżej opowieści, zasłyszane przy ogniskach i w domostwach jego ludu. Punktem zaczepienia narracji lirycznej staje się nagłe, inicjacyjne przejście energii kosmicznej przez świadomość poety i ciało śnieżnej pantery, skradającej się zboczami ośnieżonych gór. Tę moc symbolizuje lecący przez atmosferę meteoryt, przypominający wielką błyskawicę i srebrzysta ryba, podążająca mistycznie z głębin wodnych ku mrocznym sklepieniom nieba. To jest pierwsze połączenie jaźni, pierwsze zespolenie myśli człowieka i zwierzęcia – pierwsza próba osiągnięcia równowagi pomiędzy dwiema, jakże odmiennymi świadomościami. Śnieżna pantera staje na zboczu ogromnej góry i ogarnia wzrokiem zjawiskową przestrzeń swojego rewiru łowieckiego. Żyją w nim różne potencjalne ofiary, ale jest to też ziemia ludu Nousu (Yi), który zawsze szczycił się wieloma wspaniałymi myśliwymi, przemierzającymi mroźne przestrzenie w ślad za lampartem. Tak łączą się dwie jaźnie, a na nie jeszcze poeta projektuje własną refleksję, która staje się tkanką łączną wspaniałej wizji, poematu rozrastającego się w kolejne części. To cudowne, kosmiczne narodziny zwierzęcia i człowieka spowodowały, owo nieustanne uszlachetnianie krwi i wygenerowały myśl, próbującą ogarnąć swoim rozmachem ogrom stworzenia. Tak zaczęło się codzienne patrolowanie bezkresu, wchodzenie na zbocza i zbieganie ku dolinom, tak pojawiła się pierwsza krew na śniegu – tak smak surowego mięsa określił kształt nadchodzących dni, a cętkowane futro stało się znakiem dokonującej się zbrodni – życia za cenę śmierci. Majia ukazuje irbisa jako element odwiecznej przemiany, dokonującej się pośród gór Liangszanu, ale też mającej miejsce w każdej krainie planety. Takie przekształcenia były nieodzowne by pojawiła się ludzka świadomość i krąg egzystencji domknął się, gdy myśliwy Yi ruszył na łowy. Odtąd zwierze i człowiek mogli powiedzieć: zawsze żyć będę ponad granicami/ Ukształtowany niematerialnie./ I nigdy stąd nie odejdę/ Nawet, gdy śmierć upomni się/ O te ośnieżone szczyty. Ludy Chin wierzą, że człowiek wnika w duszę drapieżnika i zyskuje jego przebiegłość, zwinność, umiejętność odnajdywania śladów, tropienia ofiar i dopadania ich w sekretnym miejscu. W takim rozumieniu obie jaźnie stają się rodzajem przekazu energetycznego, który powoli zanika w przestrzeni, ale nigdy nie ginie całkowicie – nakłada się na głosy przodków, brzmi w huku wiatru i krzyku orła, kołującego nad szczytami.    

Poeta podąża zboczem góry i czuje, że jego świadomość uniwersalizuje przestrzeń, a jednocześnie – na zasadzie poblasku – staje się rodzajem przekazu doskonałego, samej istoty wszechświata, wlewającego się swobodnie w bezchmurne noce do rzeczywistości ludzkiej i zwierzęcej. Stając się zwornikiem pomiędzy ogromami, świadomość poety podąża ku gwiazdom i ku najmniejszym, budulcowym cząstkom natury. Tak doświadcza głębi czerni i treści nicości, tak wyodrębnia pradawny kod genetyczny ludu żyjącego pośród gór i polującego na zwierzęta, dla przetrwania w ekstremalnych warunkach. To jest droga jednej samowiedzy i jednego człowieka, ale też szeroki szlak ludzkości podążającej od narodzin do śmierci – szlak jednego ciała i nieustanne orbitowanie miriad ciał astralnych. W tym pochodzie dusza myśliwego Yi jest tak samo nieważka jak czyste, górskie powietrze i osiąga stan podobnej klarowności – może migrować ku galaktykom i zagłębiać się w przepaście jaźni. Podobnie przejrzysta i bezcielesna jest jego świadomość, która odbiera impulsy płynące z mózgu drapieżnika i wyodrębnia jego ślady, zapachy, fragmenty sierści na kolczastych krzewach. Tak rodzi się transcendentna unia pomiędzy tym, który się skrada i tym, który umyka – tak przekazy zaczynają się na siebie nakładać, a tropiący staje się potencjalną ofiarą; Bo między polowaniem a nowym życiem/ Nie ma większej różnicy. Teatrem walki jest zjawiskowa przestrzeń górska, dzicz najpiękniejsza, rewir wolnych zwierząt i niezależnych ludzi, dla których wieki i kolejne systemy polityczne nie miały większego znaczenia. Zmieniali się cesarze, wzrastały i upadały królestwa, struktury państwowe współczesności, partyjne ideologie i złowrogie reżimy, a tam czas stawał w miejscu i stawał się echem pradawnej jaźni szamanistycznej, monotonnych śpiewów przodków przy ogniskach, wołania matki na zboczu góry i pomruku irbisa w mroku. Gdy w całych Chinach miała miejsce rewolucja kulturalna, a Mao ogłaszał czas wielkiego skoku, śnieżna pantera przemierzała górskie ścieżki jak przed wiekami i tysiącleciami – gdy na placach wykrzykiwano haniebne słowa przeciwko intelektualistom – takim jak poeta Ai Qing, mistrz Jidiego Majii – drapieżnik wpatrywał się w dal ze szczytu wzniesienia i wyczuwał krew koziorożca, antylopy i człowieka. To była niezależność egzystencji, taka sama jak w najdalszych rewirach wszechświata, gdzie gwiazdy i galaktyki istnieją samoistnie, rodzą się i umierają bez wiedzy o ekstazach i tragediach w innych miejscach kosmosu. Tak poeta pragnie przenikać tajemnice istnienia i podpatruje je w sytuacjach ekstremalnych, gdy dziki kot rzuca się na niewinną sarnę, błyskawica uderza znienacka w kobietę wspinającą się ścieżką ku wiosce, a skały pękają z hukiem, rozsadzane przez lód i osuwają się w przepaść.

Drżący strumień świadomości, naśladuje w tej poezji prawdziwe górskie nurty, spadające z impetem ze skał, przelewające się przez zbocza i ogromne głazy, niosące w dal rozdrobnioną materię miki, bazaltu i piaskowca. I taka jest też imaginowana jaźń drapieżnika, który podąża śladem świstaka i mundżaka w ogromnym skupieniu, studiuje tropy, wdycha zapach sierści, patrzy w dal i wyodrębnia ruchome kształty, a potem – w zdumiewający sposób przemienia się w mordercę, rzuca się na ofiarę bez litości, szarpie mięso i rozlewa krew. To jest równie zdumiewająca przemiana jak ta w świecie ludu Yi, gdy spokojny rolnik, cierpliwie uprawiający górską grykę, przeistacza się w tropiciela śladów, podąża wiele dni za irbisem, a potem zabija go w makabrycznych okolicznościach dla pięknego futra:  Błyskawiczna pogoń … siła odśrodkowa … nieważkość … błysk piorunu … iskrzący łuk pożądania… pęknięty klejnot… swobodna przestrzeń – Powtórny skok … grot języka zapachu … twardość chłonności… bieg i cel… zaciśnięcie szczęk… niedościgły lot powracającej światłości… szarpnięcie rozpadu… ciężar niebytu…  zaciśnięcie szczęk… niepokój… luminofor żył… sycący dar… fale oddechu… nagły wzlot… gwałtowny jak na początku… taniec uderzeń… śmierć ciągnąca ku krawędzi… pustka… pustka… Śmierć jest tutaj początkiem i końcem drogi, staje się zwieńczeniem i dramatem nie do opisania, przyobleka skronie myśliwego w chwałę, jednocześnie daje zadośćuczynienie żądzy i zaspakaja głód zwinnego kota. Majia potrafi ukazać w rozbudowanym poemacie jak dwie świadomości pulsują symultanicznie i wzajemnie się uzupełniają – człowiek musi przeniknąć do morderczej logiki drapieżnika i porzucić kulturę, z jej łagodnością, pochwalną pieśnią i czułością wzniosłej miłości. Musi też – jak w zamierzchłych rytuałach – przedzierzgnąć się w śnieżną panterę, a zarazem musi ją zabić, tak jak ona zabijała inne byty. Tylko poezja kulturowa najwyższych lotów, zbliżająca się do mitu i legendy, czerpiąca soki z ludowych pieśni i podań, może wznieść się tak wysoko, może tak się rozwibrować, że stanie się czystym przekazem jaźni animistycznej, strumieniem świadomości generującym treści idealne. To rodzaj rytuału, w którym poeta-bimo wyczarowuje pierwiastkowe obrazy i wydobywa je z nicości, wyświetlając je najpierw w swojej świadomości, a potem – przy pomocy wiersza – rozprzestrzeniając je pośród ludu Yi i tych, którzy wezmą do ręki jego książki. Trudno się dziwić, że w ostatnich latach powstała ogromna konstelacja wydań poezji tego twórcy w językach obcych i stał się on jednym z najbardziej rozpoznawalnych współczesnych poetów chińskich. A przy tym jednym z najwybitniejszych poetów kulturowych naszego globu, rozumianym i podziwianym na wszystkich niemal kontynentach, w jakże odmiennych kulturach i tradycjach poetyckich.

Warto też wspomnieć o pojawiających się w tej liryce nawiązaniach do wielkiej poezji światowej, o cytatach i przywołaniach, a nade wszystko o próbach interpretacji wierszy Czesława Miłosza i Giuseppe Ungarettiego, Pabla Nerudy i Desanki Maksimović, Octavia Paza i Mahmuda Darwisza, Juana Gelmana i Tomasa Venclovy. To otwarcie chińskiego twórcy na kulturę światową jest zdumiewającym fenomenem, tym większym, gdy uświadomimy sobie z jakich górskich tajni wyszedł ten człowiek i jaką drogę pokonał, zdobywając w niełatwych czasach kolejne stopnie edukacji, pisząc wiersze i poematy i wydając książkę za książką. Może dlatego kulturowa liryka Jidiego Majii, choć na wskroś przesiąknięta tradycją ludu Nuosu, jest nowoczesna w swoim wyrazie, ekspresjonistyczna, metaforyczna, nie stroniąca od oksymoronów i hiperboli, charakteryzująca się swobodną frazą, bliską narracjom wielu twórców  przywoływanych w wierszach tego tomu. Połączenie tradycji i współczesności, ludowego podania i mitu z elementarną tkanką naszych dni, dało zaskakujące efekty i spowodowało, że Majia stał się znakomitym nauczycielem chińskiej oryginalności i kulturowej mnogości, dalekowschodniej wyobraźni i najczulszej wrażliwości, a jego animistyczne wizje z poematu o śnieżnej panterze przekroczyły horyzont literacki i stały się rodzajem doświadczenia magicznego. Kolejna już na naszym rynku książka tego twórcy umacnia jego pozycję w języku polskim i jest zapowiedzią dalszych osiągnięć, takich jak choćby uhonorowanie go Europejskim Medalem Poezji i Sztuki – Homer.

___________

Jidi Majia, Śnieżna pantera, Wiersze wybrane, z jęz. angielskiego przeł. Dariusz T. Lebioda, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2017, s. 160.

 

CYWILIZACJA MNISZKÓW

Jakiż to dziwny i tajemniczy świat – fotografując mniszki z różnych perspektyw wyobrażałem sobie malutkiego, lśniącego owada, który przeciska się pomiędzy nimi. Dla niego są one wielkim lasem, w którym czyha sporo zagrożeń i nieoczekiwanych spotkań z innymi żywymi mieszkańcami tych chaszczy. Muszę sprawić sobie koniecznie specjalne obiektywy, które pozwolą mi fotografować małe obiekty i wnikać do światów ukrytych przed naszym wzrokiem.

CZECZOTKA

Za oknem domu, w którym mieszkam, rozrósł się znacznie cyprysik Lawsona, krzew popularny na działkach i w ogrodach. Spędzając wiele godzin przy biurku dostawionym do okna, obserwuję ptaki przybywające do niego, przeskakujące z gałęzi na gałąź, czasem kryjące się przed okrutnym drapieżnikiem lub startujące do dalszego lotu. Dzień w dzień pojawiają się sroki, kawki i synogarlice, roje sikorek, zdarza się wizyta wrony, gawrona, sójki, grubodzioba, rudzika, szczygła, dzwońca, ale najczęściej na charakterystycznych, postrzępionych gałązkach przysiadają stadka wróbli i mazurków. Tak też było wczoraj, choć moją uwagę przykuł inny, mały ptaszek, znacznie ruchliwszy od pospolitych szaraków. Mogłem dość długo przyglądać się mu, gdy posilał się nasionami cyprysika i zawisał nieruchomo głową w dół, toteż łatwo zauważyłem charakterystyczną czerwoną plamkę na głowie, wyraziście żółty dzióbek i czarny akcent pod nim. Ostatecznie dwie białe pręgi na złożonych skrzydłach przekonały mnie, że mam do czynienia z samicą czeczotki (Acanthis flammea), ptaka z rodziny łuszczaków, którego łatwiej dostrzec w zimie, w stadach lub na drzewach pozbawionych liści. Jak zwykle u skrzydlatych mieszkańców przestworzy, samiec jest ładniejszy i ma znacznie wyrazistsze, czerwone ubarwienie kuperka. Ornamenty na piórach podobne są do tych, które możemy dostrzec u wróbli i mazurków, ale większa ruchliwość – jak u czyżyka – i barwy bliskie tym z piór makolągwy, powodują, że nawet początkujący ornitolog łatwo wyodrębnia ten gatunek. Czeczotka, którą przez kilka chwil obserwowałem mogła do Polski przylecieć z Syberii, ale równie dobrze mogła przemieścić się z gór Środkowej Europy, gdzie przeczesuje brzozy, olchy i drzewa iglaste. Ptak ma zaledwie dwanaście i pół centymetra długości, przy rozpiętości skrzydeł dwadzieścia jeden i pół centymetra, a waży ledwie trzynaście gram. Ileż miliardów tych kruchych istot przemierzało Europę, Azję Północną Amerykę przez tysiąclecia, wszak ich skamieliny znaleziono już w warstwach geologicznych plejstocenu. Patrzyłem na to ulotne istnienie i zamyśliłem się nad jego dziejami, bo takie właśnie jest nasze życie, łączące się z monstrualnymi ciągami czasowymi, wielkimi połaciami wieków, tysiącleci i er w historii planety. Przyglądając się drobnemu, ruchliwemu ptaszkowi, ot takiej czeczotce na gałęziach cyprysika Lawsona, nie zdajemy sobie sprawy, że obcujemy z chronologicznymi ogromami i niezmienną, wręcz niewyobrażalną powtarzalnością gatunkową. To trwający przez miliony lat lot, łączenie się w zimowe stada, przysiadanie na gałęziach i pożywianie się nasionami brzozy, olchy, różnorodnych krzewów, to reprodukcja osobników z filuterną czerwoną plamką na głowie i żółtym dziobem, to znak życia pośród nieustannego umierania.

Fotografie: Wikipedia

LET’S ROLL…

Piękna pogoda, ciepłe powietrze i ogromna doza światła zachęca do spacerów, więc wychodzę z domu i przemierzam ulice dzielnicy, w której mieszkam. Lubię te styczniowe jaskrawości, gdy gałęzie i konary drzew stają się rodzajem innowacyjnej grafiki, a w tle prześwituje błękit nieba i biel chmur, podświetlonych przez słońce i niezwykle jasnych. Świat nabiera wtedy wyrazistości, jakiejś trudnej do wyrażenia pełni i staje się pięknym tłem dla życia, zdarzeń wzniosłych i tragicznych, bo pamiętać należy o tych, którzy cierpią w chwilach naszych wzlotów. Idąc wolno i wdychając czyste powietrze, myślałem o moim wspaniałym roku 2017, w którym opublikowałem sporo książek w Polsce i za granicą (Chiny!!!), odbyłem niezwykle inspirujące podróże do Gruzji i Chin (dwukrotnie), zaprzyjaźniłem się z wieloma zacnymi ludźmi, w tym z noblistą Mo Yanem, napisałem sporo wierszy, następne rozdziały powieści i książek eseistycznych, nowe opowiadania, polskie i zagraniczne antologie, wiele recenzji i szkiców, posłowi i wstępów do wydawanych książek, przygotowałem też przedpole do działań dziennikarskich 2018 roku. To był też czas nagród, bydgoskiej Strzały Łuczniczki za tom wierszy Złota źrenica i nagrody poznańskich twórców, o jakże dowartościowującej nazwie: Dobry człowiek. Przystając przy pięknie oświetlonych brzozach i olchach, rozmyślałem o chwilach w wielkich samolotach, na międzynarodowych lotniskach, rozpamiętywałem udziały w światowych festiwalach literackich i wiele imprez w rodzinnym mieście oraz w innych ośrodkach Polski. Kimkolwiek nie byłem w przeszłości i czegokolwiek bezużytecznego nie robiły moje ręce (Leonard Cohen, Take This Longing), ważne jest to, że dotarłem do takich lat, jak rok 2017, w którym wkroczyłem nieodwołalnie w ostatnie 365 dni mojego szóstego dziesięciolecia. Nigdy nie przejmowałem się wiekiem, ale teraz czuję, że wszystko przyspieszyło i stoją przede mną ogromne wyzwania – będzie to też widać w tym roku na moim blogu, który wrósł nieodwracalnie w moje jakże zdumiewające życie. Już na początku nowego roku pojawi się powieść pt. Aleja klonów, a potem będzie nowy zbiór wierszy – Jasny dzień. Wiersze słowiańskie, zbiory we Francji, Rosji i Macedonii, dwa wybory esejów i pierwszy tom dziennika. Zapowiadają się też ekscytujące podróże, ale na razie – by nie zapeszać – nie powiem dokąd pojadę, kierunki jednak będą nowe, a i stare szlaki mogą zostać odświeżone. Więc… let’s roll

 

LIGUSTR POSPOLITY

W poprzednim wpisie pojawiły się czarne, lśniące kuleczki ligustru, to warto je przypomnieć na kilku fotografiach. Ważne też jest by przestrzegać dzieci, że są trujące i nie nadają się do zabawy, a tym bardziej do zjedzenia.

 

 

W PAPUGARNI

Choć wolę ptaki podpatrywać w naturze, sporo radości dało mi odwiedzenie bydgoskiej papugarni. Wizyta uświadomiła mi raz jeszcze jak kruchymi i ulotnymi są te barwne ptasie stwory. W naturze ich barwy i odcienie są tysiąckrotnie piękniejsze, a różnorodność jest tak wielka, że wymaga lat studiów, porównań, analiz ornitologicznych. 

 

  

PTAKI EGZOTYCZNE

Sporo ostatnio na moim blogu spraw interwencyjnych, a przecież pojawi się ich jeszcze więcej. Jako przeciwwagę dla moich wiernych czytelników, zarazem z przeprosinami, że muszą uczestniczyć wraz ze mną w typowo polskich spektaklach podłości, absurdu i bzdury, zamieszczam piękne portrety ptaków egzotycznych.

KOLIBRY

Podczas lektury starych numerów mojego ulubionego magazynu „National Geographic”, natknąłem się na wolumin z czerwca 1991 roku, a w nim na artykuł o tajemnicach nawigacji w świecie zwierząt – Secrets of Animal navigation. Lektura tego tekstu zbiegła się z informacjami internetowymi na portalach ornitologicznych, które regularnie śledzę – na jednym z nich znalazłem dwie mapy obrazujące napływanie kolibrów z Ameryki Południowej do Ameryki Północnej. Natychmiast też przypomniałem sobie moje obserwacje tych pięknych ptaków, którym oddawałem się z lubością w okolicach Wielkich Jezior, w Elizabeth nieopodal Nowego Jorku, w Central Parku na Manhattanie i na Florydzie. Prawie przy każdym amerykańskim domu właściciele zawieszają na werandach i w ogrodach plastikowe pojemniki z kolorowym, słodkim sokiem. Kolibry przylatują do tych naczyń, zawisają w powietrzu i wsuwają dzióbki do dziurek, które zwykle znajdują sie u dołu naczynia. Opalizujące skrzydełka poruszają się wtedy tak szybko, że powstaje wrażenie ulotnej tęczy oplatającej ptaka. Poszczególne osobniki, szczególnie młode, są niewielkie i przypominają polskie bąki albo nieco większe owady – fruczaki gołąbki. Można wtedy stać bardzo długo i w zauroczeniu przyglądać się tym fantazyjnym lotnikom, których serca biją z ogromną szybkością, a życie warunkowane jest zdobywaniem ogromnych ilości cukru, przede wszystkim wydobywanego z kielichów kwiatowych. To jeden z najpiękniejszych spektakli natury i cieszę się, że mogłem w nim uczestniczyć kilka razy, będąc świadkiem zdumiewającej ekspansji tych malutkich istot, kolonizujących całą Amerykę Północną, przemieszczających się na ogromnych przestrzeniach i dobywających z siebie wprost niewyobrażalną energię. Pierwsza mapa obrazuje napływ kolibrów z Ameryki Południowej do Północnej w lutym i zaledwie cztery obserwacje na Florydzie, Key West i w Teksasie, a druga dokumentuje ogromny napływ do maja i pojawianie się kolibrów od Labradoru po Nowy Meksyk.

« Older entries

%d blogerów lubi to: