BROMBERG (27)

27. Wczesnym rankiem dwudziestego września 1939 roku furgon sanitarny Dawida Arona dotarł do Grodna, ale podróżni postanowili nie zatrzymywać się w mieście i szybko podążyli na północ, w stronę Litwy i państwa sowieckiego, gdzie spodziewali się znaleźć azyl u rodziny Szmula Lewiego. Minęli szybko rynek i ledwie zerkając na okazałą, białą bazylikę z zielonymi kopułami, pod wezwaniem św. Franciszka Ksawerego, mknęli dalej do mostu na Niemnie. W mieście panował harmider i sporo wozów wypełnionych ludźmi i ich dobytkami jechało na południe, na wchód lub na zachód. Tłumy pieszych też tam się kierowały, co zaskoczyło Dawida i Szmula, ale panikę uznali za efekt szybkiego zbliżania się wojsk niemieckich. Przystanęli na wzgórzu, za mostem i przyglądali się z przyjemnością wolno płynącej rzece, która nie była jeszcze zbyt szeroka w tych okolicach i wyglądała malowniczo pośród pagórków. Zjedli coś ze swoich zapasów i wytyczyli kierunek ku wsi Pyszki, w której chcieli przenocować i wykąpać się w bani u żydowskiej rodziny, którą policjant odwiedził podczas podróży na wschód w 1935 roku. Bali się chłopów, i nikogo o nic nie pytali, bo wcześniej niejednokrotnie słyszeli relacje o zabijaniu bogatych Polaków i Żydów na wschodnich kresach. Furgon i ich dobytek mogły być łakomymi kąskami w tym podłym czasie, a przemykanie polskimi drogami nauczyło ich, że najlepiej podążać do przodu i nie oglądać się za siebie. Już mieli wsiadać do samochodu, gdy nagle zza gęstych drzew wyłonił się niewielki czołg z dwoma wojskowymi w hełmofonach, stojącymi w otwartej wieżyczce. Po chwili za nim wyłoniło się kilkunastu piechurów w zielonych kurtkach i okrągłych czapkach z daszkiem na głowach i inne wozy bojowe. Kroczyli w wysokich buciorach, z karabinami na ramionach i kocami zwiniętymi w rulon, owiniętymi wokół tułowi. Jeden z nich wycelował w mężczyzn stojących przy samochodzie i strzelił, trafiając w prawe drzwi pojazdu. Także jeden z czołgistów wycelował w nich, ale sunący na czele piechurów dowódca uniósł rękę ku górze i krzyknął:

Не стреляйте, нам нужны языки…[1]

Na ucieczkę już było za późno, więc Dawid i Szmul unieśli ręce ku górze i czekali na dalszy bieg zdarzeń. Szybko otoczyła ich spora grupa żołnierzy, z której wysunęli się czterej niscy enkawudziści w czarnych skórzanych kurtkach. Jeden z nich wyciągnął pistolet Walter i wymachując nim w kierunku schwytanych, nakazał:

 – Отведите их в ту лачугу в роще, где мы тех мужиков уничтожили… Там их допросим.[2]

Natychmiast wysunęło się do przodu kilku piechurów i jeden z nich otworzył tylne drzwi furgonu, a potem  jako pierwszy wskoczył do środka. Pozostali wepchnęli do niego obu Żydów i też wgramolili się do blaszanej budy, a jeden z nich wsiadł do szoferki razem z grubawym enkawudzistą i przekręcił kluczyk w stacyjce, uruchamiając auto. Zawrócił  wprawnie na niewielkiej przestrzeni i pomknął gliniastą drogą, mijając oddziały i kolejne czołgi, sunące w stronę Grodna. Obie kobiety okryły drżącego Chaima kocem i przytuliły się do niego, lokując się przy prawej ścianie auta, trzymając się za ręce i pochlipując cicho. Żołnierze o mongoloidalnych twarzach patrzyli rozpłomienionymi, czarnymi ślepiami na nie bez słowa, od czasu do czasu zerkając na siebie i odsłaniając zepsute i żółte od tytoniu zęby.

 – Смотри, Саша, две хорошенькие суки… Посмотрим, будут ли они лучше последних мужиков[3] – odezwał się wreszcie jeden z nich do siedzącego obok niskiego chłopaka w za dużej czapce z daszkiem, stale zsuwającej się mu na nos.    

Nie jechali długo, może dwadzieścia minut, może pół godziny i znaleźli się przy typowej wiejskiej chacie, pomalowanej na niebieski kolor i krytej grubą strzechą. Wyszarpnięto ich z furgonu i natychmiast rozdzielono, kobiety popychając ku niewielkiej stodole, a mężczyzn i chłopca prowadząc do środka domostwa. Uwadze Arona i Szmula nie umknęły okrwawione trupy dwóch chłopów, starca i młodzieńca, wiszące z boku chaty, zaczepione u powały dachu. Nieco dalej, w gnoju, przy oborze leżały na brzuchach dwie półnagie kobiety, z odsłoniętymi okrwawionymi pośladkami. W środku domu panował straszliwy bałagan, jakby potężny wicher przetoczył się przez niego kilka razy. Na podłodze leżały zbite butelki po wódce, jakieś papiery, garnki zrzucone z pieca i łuski od pocisków. Enkawudzista pchnął uwięzionych mężczyzn i chłopca do bocznej komórki, a sam rozsiadł się na ławie, przy jeszcze ciepłym piecu. Wyciągnął z kieszeni skórzanej kurtki paczkę papierosów, zapalił jednego z nich i szybko wydał rozkaz szeregowcowi, stojącemu przy drzwiach komórki:

– Dawajcie najpierw tego starego…

Żołnierz zasalutował do daszka czapki, wszedł za futrynę bez drzwi i po chwili wyszarpnął z izby Dawida. Bezceremonialnie pchnął go do przodu i przycisnął bagnetem karabinu, tak, że mężczyzna upadł na kolana.

– Co tutaj robiliście, żydowskie skurwysyny…? – odezwał się enkawudzista nienaganną polszczyzną, z poprawnym akcentem.

Aron bał się unieść głowę, robiło mu się niedobrze, ciągle przed jego oczyma byli żołdacy popychający do obory obie kobiety, ale od razu odpowiedział:

– Jak to podczas wojny panie dowódco, uciekaliśmy z Bydgoszczy przed Niemcami, do Rosji, bo tam mieszka rodzina mojego przyjaciela, tego tu policjanta…

– I myśleliście gnoje, że nasza ojczyzna przyjmie was z otwartymi rękoma…? Znam ja dobrze takich jak wy, bo mój ojciec harował pół życia u żydowskiego fabrykanta… Za psie pieniądze…, a ten chuj mieszkał w wielkiej kamienicy i jebał najładniejsze pracownice…Moją siostrę też skaził swoim brudem…

– Ja zawsze szanowałem moich pracowników panie dowódco…– powiedział ze smutkiem Aron.

– Ach… to ty też bogaciłeś się na klasie robotniczej…? No to teraz zapłacimy ci za to…Z nawiązką… A twoją babę oddam najgłupszemu Uzbekowi…– z szyderczą miną powiedział wojskowy, cedząc słówka syczącym głosem.

Spojrzał na dwóch innych żołnierzy stojących przy wejściu do chaty i ruchem głowy dał im znać, że mają zabrać mężczyznę. Ci natychmiast doskoczyli do niego i chwytając go pod ramiona, szarpnęli tak, że od razu stanął na nogach i potoczył się między nimi na zewnątrz. Gdy mijali enkawudzistę, ten zrobił znaczący ruch wskazującym palcem pod brodą i zacisnął pięść z zaciętą miną. Aron zamarł z przerażenia, bo zrozumiał, że to są już jego ostatnie chwile, a gdy jeszcze usłyszał krzyk żony w oborze, tak przeraźliwy jakby ją odzierano ze skóry, poruszał nogami jak omdlały i szeptał tylko: O Adonai…, Adonai… Doprowadzili go przed dół z gnojem, gdzie leżały zabite wieśniaczki, wyciągnęli z kieszeni srebrne monety, mały grzebień i jakieś puzderko, a potem, nie czekając dłużej, zarepetowali karabiny. Jeszcze zdążył spojrzeć w górę, na błękitne niebo i raz jeszcze szepnąć imię Pana, po czym głośna salwa z dwóch mauzerów rozerwała jego głowę i zgasiła świadomość.

 W tym samym czasie Szmul Lewi tulił swojego cicho płaczącego syna wierząc, że wszystko się jakoś odmieni, ale gdy usłyszał salwę karabinową stracił wszelką nadzieję. Docierały też do niego krzyki żon, dobiegające spoza domu i przez chwilę zaczął rozważać, czy nie rzucić się na wartownika, wydrzeć mu karabin i walczyć o życie własne i bliskich. Niestety nie było już na to czasu, bo enkawudzista nakazał przyprowadzić go do siebie i zaczął przesłuchanie.

– Podobno twoja rodzina mieszka w naszym kraju…? – spytał.

– Tak panie oficerze – grzecznie odpowiedział Szmul po czym dodał – Dwa razy ich odwiedziłem i zawsze wpuszczano mnie do Rosji bez problemów. Zawsze popierałem wasze przemiany, a towarzysza Stalina szczerze podziwiam…

Przesłuchujący uśmiechnął się cierpko, popukał w czoło Szmula, po czym odwrócił się na pięcie, usiadł z powrotem na ławie i powiedział:

– Widzę, że masz olej w głowie i gorączkowo próbujesz wyprowadzić mnie w pole… Wy brataliście się z Piłsudskim, a nie z Josipem Wissarionowiczem… A teraz nasza Czerwona Armia weszła nagle ze wschodu do kraju Polaczków i razem z Hitlerem zapłaci wam za lata zniewag…i za ten wasz, ha, ha… cud nad Wisłą… Nie ma już dla was ratunku…Chociaż może ty nam się przydasz i udzielisz informacji o ich strukturach wojskowych i policyjnych. Odsyłam cię na tyły, gdzie się tobą zajmą nasi towarzysze… Jeśli powiesz wszystko, o co cię zapytają, może przeżyjesz…

– A co się stanie z moją żoną i synkiem panie dowódco…? – spytał z przerażeniem w głosie Szmul.

– Z twoją suką może sam się zabawię… – powiedział cynicznie enkawudzista, dotykając lufą pistoletu skroni policjanta – a tego zasmarkanego pędraka weźmiemy do Rosji i wychowamy na naszego obywatela, więc nie martw się o niego. Nasz batiuszka ma dobre serce…i kocha pionierów…

Szmul nie wiedział kiedy znalazł się poza wiejską chatą, bo jakby stracił przytomność. Powłóczył nogami, podążał tam, gdzie mu kazano, ale nie było go już w sobie. Zarekwirowanym furgonem Arona powieźli go na jakiś dworzec kolejowy i wsadzili do bydlęcego wagonu, w którym tłoczyło się już sporo polskich oficerów. Usiadł na podłodze i zakrył dłońmi twarz, nie czując, że ktoś litościwie okrył go wojskowym płaszczem. Łkał jak dziecko, a myślami biegał do szczęśliwych chwil z żoną i synkiem, do wspólnych spacerów nad brzegiem Brdy i do spotkań rodzinnych w kawiarni na głównej ulicy miasta. W tym samym czasie, w śmierdzącej świńskimi fekaliami oborze czterech rosyjskich żołnierzy trzymało w powietrzu obdarte z ubrań ciało Mirełe, a kolejni skośnoocy pobratymcy dostawiali się do niego i wykonywali szalone ruchy. Na ziemi dogorywała jeszcze Estera, którą gwałcili na zmianę przez cały dzień i pół nocy, aż straciła przytomność. Teraz w nagie łono celował z oddali z karabinu najbardziej pijany żołnierz, ale jeszcze miał tyle sił, by podejść bliżej, wsunąć jej lufę między nogi i pociągnąć za cyngiel. Salwa, która się rozległa dodała im animuszu, pili i skakali przy Mirełe, a potem i ją w pijackiej furii zadźgali bagnetami. Dopiero rankiem następnego dnia oba trupy zawlekli na gnojowisko i porzucili obok ciał wieśniaków i żydowskiego przedsiębiorcy.

[1] Nie strzelać,   potrzebujemy języków…

[2] Wziąć ich do tej chałupy na zagajnikiem, przy której rozwaliliśmy tych chłopów…Tam ich przesłuchamy.

[3] Sasza zobacz, dwie niezłe suki… Zobaczymy czy będą lepsze od tych ostatnich chłopek…

PRZYPOMINANIE WANDY DOBACZEWSKIEJ

Wanda Dobaczewska w młodości

Więzi rodzinne generują podstawową energię w życiu człowieka, inicjują jego rozwój, wychowanie i bezpieczeństwo w pierwszych latach życia. Ojciec i matka są pierwszymi ludźmi, których dziecko rozpoznaje i obdarza uczuciem, ale równie ważne jest drugie pokolenie, z którym dziecko ma kontakt w pierwszych miesiącach i latach życia. Babcia i dziadek pojawiają się wcześnie w jego rodzinnych gradacjach, a zdarza się bardzo często, że automatycznie przejmują rolę opiekunów i wychowawców. Ważne są też związki genetyczne, podobieństwo wizualne i charakterologiczne, dziedzictwo talentów i zainteresowań i intymne ciepło bliskości. Dzieci wspaniale to wyczuwają i naturalnie garną się do starszych członków rodziny, z zainteresowaniem wysłuchują opowieści o życiu i ich czasach, ucząc się jak postępować i jak dokonywać mądrych wyborów. Jeśli dziadek lub babcia są wybitnymi indywidualnościami, zaznaczającymi swoje dokonania w szerokim spektrum narodowym lub nawet europejskim, czy światowym, w kolejnych latach dochodzi jeszcze rozrastający się podziw i duma. Tak było w przypadku Heleny Dobaczewskiej-Skonieczki, która urodziła się w rodzinie z wielkimi tradycjami rodowymi i kulturalnymi, potwierdzonymi dokumentami, fotografiami i opublikowanymi dziełami. Starczy powiedzieć, że jej dziadkiem ze strony matki był znamienity wileński fotograf Włodzimierz Korsak, którego Rok myśliwego miał wpływ na kształtowanie się wyobraźni naturalistycznej Czesława Miłosza, a babcią ze strony ojca była Wanda Niedziałkowska-Dobaczewska, autorka sugestywnych i jakże tragicznych Kobiet z Ravensbrück. Dorastając w atmosferze wielkich dokonań artystycznych i literackich, moderowana przez ideały harcerskie mamy, wnuczka pisarki i wielkiego przyrodnika powoli podążać zaczęła ku własnej karierze literackiej. Jej ważkim elementem stało się uhonorowanie znamienitych członków rodu, przede wszystkim za sprawą nowych wydań ich dzieł, a także organizacji spotkań i imprez wspomnieniowych. Stając się z czasem członkinią Związku Literatów Polskich, autorka niniejszej publikacji spowodowała intensyfikację działań związanych z dziadkiem i babcią, której uhonorowaniem było przyznanie pośmiertnie Wandzie Dobaczewskiej Medalu Jerzego Sulimy-Kamińskiego, którego poznała na zebraniach związkowych w Bydgoszczy.       

Wilno 1927 – spotkanie literatów wileńskich z Karolem Szymanowskim (w środku). Wanda Dobaczewska siedzi pierwsza z lewej.

Obecnie dorobek Heleny jest znaczący, zarówno w zakresie jej twórczości oryginalnej, jak i na polu promocji i publikacji babci. Jej działania znacznie wzbogacają ofertę kulturalną Województwa Kujawsko-Pomorskiego i przyczyniają się do wyrazistego odnowienia wiedzy na temat Niedziałkowskich, Korsaków i Dobaczewskich. Obok zapowiadających nową erupcję Wierszy z żywego drzewa, są to osobne tomy, publikacje reprintów, organizacja Konkursu Literackiego im. Wandy Dobaczewskiej, a także tworzenie klimatu żywego zainteresowania tymi propozycjami. Osoba, której książka została zadedykowana, wzrastała w klimacie kulturalnym i środowiskowym Wilna – tego Paryża kresów wschodnich, stolicy Litwy i serca romantyzmu polskiego. Działali tam tak wybitni twórcy jak Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Władysław Syrokomla, Józef Ignacy Kraszewski, Czesław Miłosz, Teodor Bujnicki, Witold Hulewicz, Jarosław Iwaszkiewicz, a związki z miastem miało jeszcze co najmniej kilkudziesięciu wybitnych twórców polskich i litewskich. Każdy kto odwiedził stolicę Litwy wywoził z niej niezatarte wspomnienia, a obrazy wieży Gedymina, barokowych kościołów, położonych na wzgórzach cmentarzy, ulic i placów, pozostawały na zawsze w pamięci. Nie inaczej było z Wandą Dobaczewską, która po osiedleniu się na Pałukach, wielokrotnie nawiązywała do doświadczeń wileńskich i tworzyła utwory, w których miasto jej młodości pojawiało się jako tło.  W Oddziale Bydgosko-Toruńskim Związku Literatów Polskich nieodmiennie umieszczano ją w gronie członków reprezentujących polskie kresy, a więc obok prof. Konrada Górskiego, Jana Góreca-Rosińskiego i Krzysztofa Nowickiego. Razem z Marią Suszyńską-Bartman ceniono ją za odzwierciedlenie w literaturze czasów pogardy i zbrodni i ukazanie rzeczywistości obozowej, w której człowiek tracił wszelkie atrybuty żywej istoty. To relacja porażająca, w której pojawiają się zbrodnicze eksperymenty na kobietach, bicie i torturowanie, niewolnicza praca, głodzenie, gazowanie i rozstrzeliwanie. Na tym tle autorka ukazuje heroizm i nadludzką siłę ducha, która wielu ofiarom pozwoliła przetrwać i kontynuować życie w nowej rzeczywistości. 

Niewątpliwie Helena Dobaczewska-Skonieczka ustawiła się w tym samym ciągu dokonań literackich, a szczególną wagę zyskała jej twórczość poetycka. Pisałem o niej w Posłowiu do tomu pt. Przedranne sny: Poezja Heleny Dobaczewskiej-Skonieczki jest próbą wtopienia w bursztyn wiersza tego, co było żywe i tętniące znaczeniami, co stanowiło treść prawdziwego trwania i miało wpływ na kształtowanie się biografii. Wyjątkowa jest tutaj umiejętność kontrapunktowania i ukazywania własnych losów w perspektywie ogromów wszechświata, galaktyk i gwiazdozbiorów, nieba dramatycznie tężejącego wieczorem i rozświetlającego się rano. To wskazanie, że istniejemy w określonej przestrzeni kosmicznej, a nasze utrwalenia rzeczywistości, kolejne odcinki drogi, bywają przegraną lub osiągnięciem, częścią większego systemu, który nas stworzył i wciąż generuje nowe konteksty. Zaletą tej poezji jest jej eteryczność i umiejętność ukazywania bytu w mgnieniu, w ulotnym zachwycie, w sytuacji wyjątkowej, która była cząstką wieczności i może się nigdy więcej nie powtórzyć. Słowa poetki układają się w szyfr tęsknoty i pełni, odsłaniają jej subtelne wnętrze, a zarazem stają się świadectwem wrażliwości na wszelkie odcienie świata, na cienie i blaski miłości. Nuta liryczna przypomina tutaj szlachetny dźwięk skrzypiec, ballady Chopina albo daleki odgłos pasterskiego fletu, a wszystko w obrębie krainy wyodrębnionej z chaosu i kreowanej na trudną arkadię. Kwitną w niej kwiaty i przechodzą burze świata czarnego, pojawiają się piękne ptaki i śmierć nieustannie przypomina, że jesteśmy bytami chwilowymi i mamy niewiele czasu by uzewnętrznić naszą wyjątkowość. Ale jednak wiersz staje się magicznym obszarem, w obrębie którego obowiązują inne prawa, zostają zatrzymane fizykalia, a refleksja może rozprzestrzeniać się swobodnie i rozświetlać przestwór. Nie ulega wątpliwości, że liryka wnuczki sporo wzięła z subtelności, delikatności i pełni utworów babci, a hołd złożony w postaci tej publikacji jest jeszcze jednym potwierdzeniem, że wszystko tutaj jest autentyczne i sięgające głębi doświadczenia ludzkiego w obrębie rodziny i wielkiej wspólnoty żywych bytów. Wrażliwość i empatia, subtelność i prawda, oto atrybuty tomu, który raz jeszcze przypomni Wandę i uwzniośli to, co poprzez nią i dla niej zrobiła Helena.

POWIEW HISTORII

W jednym z bydgoskich bookcrossingów znalazłem sześć tomów wydania Historii powszechnej Trzaski, Everta i Michalskiego, którą opublikowano w latach 1934–1937. Zaniosłem tam zatem nieco swoich książek i wymieniłem na tę niegdyś luksusową edycję. Wyczytałem na stronach redakcyjnych, że drukowano ją czcionkami Drukarni Narodowej w Krakowie i dodatkowo wyposażono w wiele ilustracji, map oraz kilkadziesiąt tablic czarno-białych i wielobarwnych. Tomy wydano w twardych, wiśniowych oprawach, z tworzywa imitującego skórę i opatrzono charakterystycznym godłem oficyny, w dolnej części grzbietu. W latach trzydziestych dwudziestego wieku musiało to być bardzo pożądane wydawnictwo, dające wyobrażenie o najważniejszych wydarzeniach historycznych i osiągnięciach ludzkości przed II wojną światową. Obecnie te artykuły i hasła w większości się zdezaktualizowały, a w częściach geograficznych brakuje informacji o najważniejszych odkryciach i ustaleniach, które miały miejsce w latach późniejszych. Porażające są też błędy zespołu opracowującego tomy, pracującego w czasach, gdy daleko jeszcze było do Internetu i powszechnej dostępności informacji. Jakkolwiek by jednak nie traktować tej publikacji, będącej wyciągiem z Wielkiej historii powszechnej tego zasłużonego dla kultury polskiej wydawnictwa, warto było zapoznać się z kolejnymi tomami, a potem odstawić je z powrotem na półki bookcrossingowe. Kiedyś mi się wydawało, że będę gromadził książki w nieskończoność, ale teraz już wiem, że muszę zmniejszać moje zbiory, bo nie przecisnę się z nimi przez ucho igielne ostatniego dnia. Nie mogę też sprawić kłopotu żonie, dzieciom i znajomym, którzy też nie mają miejsca na tak wielkie biblioteki. Z bólem serca zacznę od likwidowania opracowań na temat pisarzy, którymi się zajmowałem i którym niebawem poświęcę nowe wersje potężnych monografii.

Wertując kolejne tomy Historii powszechnej nieoczekiwanie poczułem powiew historii, gdyż znalazłem w nich niezwykłe skrawki papieru, którymi ktoś zaznaczył ważne dla niego miejsca. Najpierw zauważyłem fragment winiety nazistowskiego dziennika „Ostdeuchen Beobachter” (Wschodnioniemiecki Obserwator), mutacji wcześniej ukazującego się pisma „Völkischer Beobachter”. Najpierw to był tygodnik, własność Hitlera, który uczynił z niego organ bojowy partii nazistowskiej. Od 1923 roku zaczął ukazywać się codziennie, aż do puczu monachijskiego, kiedy to jego właściciel trafił do więzienia i tytuł zamknięto. Wznowienie nastąpiło w 1925 roku, po wyjściu Hitlera na wolność i jego ranga zaczęła rosnąć, tak, że z czasem stał się symbolem niemieckiej narodowosocjalistycznej propagandy. Drukowano go w wydawnictwach Franz-Eher-Verlag i Münchner Buchgewerbehaus M. Müller & Sohn aż do 30 kwietnia 1945 roku, kiedy to ukazał się jego ostatni numer. Znaleziony przeze mnie fragment winiety pochodził z 23 czerwca 1942 roku, a cząstka artykułu świadczyła o tym, że na pierwszej stronie relacjonowano sukcesy armii Erwina Rommla w Afryce, brawurowo atakującej wojska osi antynazistowskiej. Tobruk poddał się wtedy po siedmiu dniach, a niemiecki generał zyskał przydomek „Lis pustyni”. Patrząc na ten skrawek gazety pomyślałem o tysiącach żołnierzy, którzy zginęli wtedy w Libii i o bezduszności Hitlera, realizującego chore pomysły imperialistyczne. Dodatkowo zamyśliłem się nad dwudziestym wiekiem i moim pojawieniem się dopiero w 1958 roku. Na razie – w 1942 roku – moja mama miała dwa latka i bawiła się w piasku przy domu na ulicy Strzeleckiej w Bydgoszczy, a mój tata miał lat osiem i pracował ciężko na polu ojca w Wielkopolsce. Dokumentują to czarno-białe, pogniecione fotografie, które zachowały się w archiwach rodzinnych i zostały mi przekazane do digitalizacji. W roku 1942 ktoś oderwał kawałek pierwszej strony starej strony gazety i wsunął między karty grubej książki i zapewne czynił tak często, bo w kolejnych tomach zachowały się inne skrawki. Myślę, że mole książkowe mają wiele takich doświadczeń, a w bibliotekach świata znajdziemy ogromne ilości ulotnych świadectw czasu i ludzkiego działania. To znakomity pomysł na powieść – jakiś bohater znajduje coś w książkach i zaczyna podążać tropem znaleziska, dodając kolejne elementy jakiejś intrygi. Poniekąd tak czynię w tym wpisie, zaczynając od części winiety „Ostdeuchen Beobachter” i podążając torem wiadomości znalezionych w necie.

Wskazywane wyżej tomy Trzaski, Everta i Michalskiego związane były z Bydgoszczą, o czym świadczą dwa kolejne znaleziska. Pierwsze z nich, to fragment okólnika pochodzący z 24 listopada 1941 roku: Rundschreiben! An die Baufūhrer, Poliere, Lagerverwalter und Bauschsreiber! (Okólnik! Do brygadzistów, majstrów, kierowników magazynów i pracowników budowlanych!). Ktoś na początku lat czterdziestych i w trzecim roku okupacji odciął od kartki urzędowego maszynopisu górną część i umieścił ją w tomie jako zakładkę. Nagłówek z nazwiskiem rzuca nieco światła na to, kim mógł być właściciel książek, bo pojawia się on w licznych dokumentach historycznych, niestety często w niechlubnych sytuacjach. Mowa o Richardzie Mielkie, właścicielu firmy budowlanej Bau und Holzindustrie, której główna siedziba mieściła się w domu numer 22, przy ówczesnej ulicy Alberta Forstera. To obecnie znane miejsce w Bydgoszczy – Dworcowa 22, gdzie mieści się popularna pizzeria Ambar. W czasie okupacji rezydował tam człowiek, który podjął się rozbiórki kościoła pojezuickiego pod wezwaniem św. Ignacego Loyoli. Był on właścicielem firmy Hoch und Tiefbau Holzidustrie, która rozebrała to, co pozostało ze świątyni po eksplozjach dynamitu, dodatkowo niwelując także sąsiednie domy przy niej. Według zachowanego kosztorysu Mielke zażądał za te prace od gminy miejskiej 25 tysięcy 391 marek, a zarządcy miasta przejęli też cegły do powtórnego wykorzystania. Niemiecki przedsiębiorca był bardzo sprawny, bo rozbiórka i sprzątanie trwały tylko od lutego do kwietnia 1940 roku. Mielkie wykonywał swoje prace, gdy właściwe rozkazy wydali Gauleiter Forster i nadburmistrz Brombergu Werner Kampe. Pierwszy z nich był patronem ulicy, przy której mieszkał właściciel firmy i 28 lutego 1952 roku został stracony za zbrodnie wojenne w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Z kolei wykonawca jego rozkazów i kat Bydgoszczy, ukrywał się w sowieckiej strefie okupacyjnej Niemiec, a potem przedostał się do RFN-u i zmarł dopiero w 1974 roku w Hannowerze. Polskiemu reporterowi Krzysztofowi Kąkolewskiemu, który go odszukał i poprosił o wywiad, powiedział: O czasach wojny najlepiej niech pan zapomni…

Także trzecie znalezisko z tomów Historii powszechnej związane jest z Bydgoszczą – niewielka, prostokątna karteczka reklamowa introligatorni Karola Górala, mieszczącej się przy ulicy Krasińskiego 4. To także znane miejsce w naszym mieście, tuż za kamienicą narożną ulicy Gdańskiej i wielu mieszkańców przechodziło tamtędy przed wojną, zmierzając ku cmentarzowi ewangelickiemu w obecnym Parku Ludowym. Nie udało mi się znaleźć szerszych informacji o tym zakładzie i jego właścicielu, ale nazwisko Góral zaistniało w moim życiu, gdy zacząłem trenować piłkę nożną w Polonii Bydgoszcz. Wtedy moim trenerem był Jan Góral, znany niegdyś w Bydgoszczy piłkarz i doskonale zapamiętałem jak dawał mi w kość podczas treningów bramkarskich. Nie potrafię powiedzieć czy był spokrewniony z przedwojennym introligatorem, czy też nie, i może któryś z czytelników mojego bloga dopowie coś w tej sprawie.

%d blogerów lubi to: