ŚWIAT STAROŻYTNY (XXVIII)

babylon02

Dzięki uprzejmości prof. Richarda Dumbrilla z University of London, którego miałem przyjemność poznać podczas pobytu w Iraku, pragnę podzielić się z czytelnikami mojego dziennika wspaniałymi widokami starożytnego Babilonu. To są rekonstrukcje przygotowane w związku z Mesopotamia Exhibition of the Royal Ontario Museum wykonane w 2013 roku. Wędrując z przyjacielem Hatifem Janabi ulicami Bramy Bogów (taki jest sumeryjski źródłosłów nazwy miasta), czułem, że jestem jednym z milionów bytów, które pojawiły się w tym miejscu i uczestniczę w przeogromnym pochodzie przez wieki. Bliskość Eufratu, zachowane mury, słynna Brama Isztar, wszystko razem stanowiło dla mnie niezwykłe przeżycie, ale rozmach starożytnych budowniczych i władców uświadomiłem sobie dopiero, gdy zapoznałem się z prezentowanymi tutaj rekonstrukcjami. Historia tego miasta sięga XXIII wieku przed naszą erą, kiedy to panowali królowie akadyjscy, a jego znaczenie wzrosło za rządów Hammurabiego (1792–1750). Wielokrotnie potem było łupione, burzone, przede wszystkim przez Asyryjczyków i odbudowywane, a największą świetność zyskało w VI wieku przed naszą erą, za rządów Asarhaddona i później za panowania dynastii nowobabilońskiej (Brama Isztar, ziggurat E-temenanki, wiszące ogrody Semiramidy). Potem nadeszły czasy panowania Persów i nieustannego łupienia miasta, wcielania żołnierzy do armii Dariusza i Kserksesa, powolnego upadku, którego już nic nie mogło powstrzymać. Nadzieje na odrodzenie wskrzesił Aleksander Wielki, który pragnął uczynić z Babilonu stolicę swojej wielkiej monarchii, ale jego śmierć w tym mieście w roku 323 p.n.e., ostatecznie przyczyniła się do upadku Bramy Bogów i stopniowego popadania w zapomnienie. Ruiny Babilonu na nowo odkrył w roku 1899 niemiecki archeolog Robert Koldewey, a bezrozumnie okaleczył Saddam Husajn, nakazując nadbudowywanie murów i dowolnie przygotowane rekonstrukcje. Chwile spędzone w tym starożytnym mieście należą do najważniejszych i najpiękniejszych w moim życiu i często do nich wracam, a pomagają mi w tym zrobione wtedy fotografie i prezentowane tutaj rekonstrukcje, do których prawa autorskie ma grupa © Byzantium 1200.

babylon04

babylon05

babylon06

enlil01

etemenanki01

etemenanki02

etemenanki03

etemenanki04

etemenanki05

etemenanki06

etemenanki07

hang02

hang03

hang05

hang06

hang09

ishtar01

ishtar02

ishtar03

ishtar06

ishtar07

ishtar08

ishtar09

kings01

marduk01

ninmah02

ninmah04

ninurta02

palace02

palace03

palace04

palace05

palace07

palace08

palace09

palace11

proc01

proc02

proc03

proc04

proc05

sin01

temple03

urash01

walls01

walls03

Reklamy

ŚWIAT STAROŻYTNY (XXVII)

1

Wydobywanie jakiejś postaci z mroków przeszłości jest rodzajem intelektualnej archeologii, próbą znalezienia choćby szczątkowych informacji o wyglądzie, wzroście, postawie, rysach twarzy, kolorze oczu i włosów. Najczęściej jednak bazować musimy na wyobraźni i przyoblekamy takie postaci w kształty hipotetyczne, prawdopodobne lub po prostu fantastyczne. Nie inaczej jest ze słynnym rzymskim historykiem Tytusem Liwiuszem, autorem monumentalnego dzieła pt. Dzieje od założenia miasta Rzymu. Liczyło ono 142 księgi, spośród których do naszych czasów ocalało zaledwie 35, czyli mniej niż jedna trzecia całości. Równie fragmentaryczne są wiadomości na temat tego człowieka, który zachwycał współczesnych swoją pracowitością, ale jakoś nikt nie wpadł na pomysł by wykonać jego podobiznę malarską lub rzeźbiarską. Wiemy tylko, że urodził się w 59 roku przed naszą erą, a zmarł w 17 roku naszej ery, przeżył zatem ledwie pięćdziesiąt osiem lat, chociaż w czasach starożytnych był to wiek podeszły. Gdy przyszedł na świat w słynącym z bogactw Patawium (dzisiejsza Padwa), konsulem rzymskim był Gajusz Juliusz Cezar, a umierał, gdy na scenę polityczną wchodził Klaudiusz, zachęcony przez niego do prac historycznych. (W. Strzelecki, Wstęp [w:] Tytus Liwiusz, Dzieje od założenia miasta Rzymu. Wybór, Wrocław 2004, s. 19-20.) Pochodził z rodziny zamożnej, która umożliwiła mu wczesne pojawienie się w Rzymie, zapewniła godziwe środki do życia i umożliwiła studia w zakresie filozofii i historii. W miarę jak pojawiały się kolejne księgi jego wielkiego dzieła, rosła sława pisarza i jego znaczenie, które zawiodło go nawet na dwór cesarza Augusta. Dzieło zaczynało się – pisze W. Strzelecki – od epoki legendarnej, tj. od wędrówek Antenora i Eneasza po zburzeniu Troi, i doprowadzało opowiadanie historyczne do śmierci Druzusa, pasierba Augusta, w roku 9 przed naszą erą. Nie jest wykluczone, że zgodnie z przypuszczeniem niektórych badaczy dzieło Liwiusza nie zostało dokończone, że zamierzał on prowadzić wątek opowiadania dalej, może do śmierci Augusta w roku 14 naszej ery, a przypuszczenie to jest tym prawdopodobniejsze, że śmierć Druzusa nie stanowiła żadnej epoki w dziejach Rzymu, która by skłaniała historyka do zakończenia swego dzieła na tym właśnie momencie. (Tamże, s. 21) Jak to często miało miejsce, Liwiusz korzystał z prac poprzedników, które nie zachowały się do naszych czasów, a brak przypisów nie pozwala ich choćby szczątkowo zidentyfikować. Była to metoda szeroko stosowana w starożytności i nikt wtedy nie zarzucał pisarzom plagiatu, wszak uświadomić sobie musimy na jak wielkich obszarach czasowych pracowali, jak ogromne pod-epoki próbowali ogarnąć refleksją.

2

Dzisiejsza lektura Liwiusza Tytusa to wyławianie z tekstu co ciekawszych fragmentów, gdyż trudno mówić tu o adekwatnym wykładzie historycznym, dodatkowo udokumentowanym źródłowo. Tym niemniej warto sięgać do tej pracy, by potwierdzać, że Rzymianie byli ludźmi z krwi i kości, a ich biografie pełne były skrajności, żywiołowych reakcji i niezwykłych czynów. Znamienna jest tutaj choćby historia pohańbienia Lukrecji, żony Kollatyna, przyjaciela króla Sekstusa Tarkwiniusza Pysznego, ukazująca jak niebezpieczne może być zachwalanie pozytywnych cech własnej żony. Ta dama, słynąca z urody i łagodnego usposobienia, wielbiona przez męża, tak rozpaliła żądze w umyśle króla, że potajemnie zjawił się on w jej komnacie, a nie mogąc jej zdobyć perswazją i czarem osobistym, zagroził mieczem i dalszymi konsekwencjami. Te miały być przerażające, bo wpadł na pomysł, że zamorduje niewolnika i położy gołego koło jej martwego ciała, rozgłaszając, że została zabita za hańbiące cudzołóstwo. Cóż było robić kobiecie, uległa napastnikowi, ale zastanawiające jest to, że Liwiusz podważa tu wspaniałość przymiotów małżeńskich Lukrecji, pisząc, iż dzika żądza wzięła górę nad niezachwianą moralnością. Trudno rozstrzygnąć czy chodziło mu o żądzę króla, czy też w sytuacji bez wyjścia kobieta zaznała rozkoszy w tym akcie, ale konsekwencje miały okazać się tragiczne. Po zhańbieniu niewiasta przywołuje swego męża, który przybywa niezwłocznie wraz z Lucjuszem Juniuszem Brutusem i dowiedziawszy się co się stało poprzysięga krwawą zemstę. Niestety Lukrecja nie może znieść hańby i na oczach mężczyzn wbija sobie nóż w serce i natychmiast pada martwa, co powoduje ogromne wzburzenie. Ciało Lukrecji zostaje zabrane na rynek i zaczyna się bunt przeciwko królowi, który doprowadzi ostatecznie do jego wygnania z Rzymu. Trudno pojąć zachowanie tego władcy, który przecież miał do dyspozycji setki niewolnic, częstokroć oryginalnej, bajecznej urody, wiele dam dworu, gotowych oddać mu się na jedno skinienie, a tymczasem zapragnął zdobyć kobietę niewinną, oddającą się z lubością pracom domowym i wnoszącą harmonię do własnego związku. Jej czyn świadczył o tym, że kierowała się w życiu uczciwością, choć może – w trakcie aktu seksualnego, z tak agresywnym kochankiem – zapomniała na chwilę o wszystkim i doznania wzięły górę nad rozsądkiem. Czy tak było? Trudno rozstrzygnąć, choć zastanawia ów tragiczny czyn, niewspółmierny do przewiny, a będący w gruncie rzeczy jeszcze jednym ciosem dla męża i najbliższej rodziny kobiety. Wygnanie króla i utrata władzy byłyby wystarczającą karą dla gwałciciela, tym bardziej, że w starożytności zdarzało się to często i było tuszowane, gdy w grę wchodzili wysocy dostojnicy lub władcy.

3

Inna historia wydaje się równie nieprawdopodobna, a dotyczy rządów Marka Furiusza Kamillusa, który prowadził wojnę z Faliskami, ludem zamieszkującym miasto Falerii, leżące zaledwie pięćdziesiąt kilometrów od pierwotnego Rzymu. To historia zdrady nauczyciela, który chciał się przypodobać Kamillusowi w sposób budzący grozę:  Panował u Falisków taki zwyczaj, że jeden człowiek bywał równocześnie i nauczycielem, i opiekunem młodzieży, a większą liczbę chłopców oddawano pod opiekę jednego nauczyciela. Ten sam obyczaj istnieje w Grecji jeszcze do dnia dzisiejszego. – Synów dostojników, jak to zwykle ma miejsce, wychowywał taki, który odznaczał się najwybitniejszą wiedzą. Otóż ten człowiek wyprowadzał zwykle w czasie pokoju chłopców za miasto, by tam się bawili i odbywali ćwiczenia gimnastyczne; w okresie wojny też nie zarzucił tego trybu postępowania, ale przez dłuższy czas oddalał się z dziećmi od bramy miasta to na krótsze, to znów na dłuższe spacery, zmieniając przy tym rodzaj zabawy i temat pogadanki, aż raz – gdy nadarzyła się odpowiednia chwila – poszedł z nimi dalej niż zwykle i wreszcie przeprowadził ich poprzez warty nieprzyjacielskie, a stamtąd do obozu rzymskiego, do namiotu wodza naczelnego, do Kamillusa. Tam to swój zbrodniczy postępek okrasił jeszcze bardziej zbrodniczą przemową, oświadczając, że faktycznie oddał Rzymianom w ręce miasto Falerii oddawszy im w ręce tych chłopców, których ojcowie sprawują tam najwyższą władzę. Reakcja wodza była zdumiewająca – brzydząc się tym czynem, nakazał obnażyć złoczyńcę, związać mu ręce z tyłu i dać chłopcom rózgi, którymi chłoszcząc bez litości, pognali go z powrotem do miasta. Postępek ten wywarł tak wielkie wrażenie na Faliskach, że postanowiono zawrzeć pokój i zaprzestać dalszego przelewu krwi, zgodzono się też na warunki Rzymian, które wyraźnie zostały złagodzone. Cała historia – czy była prawdziwa czy nie – posłużyła Liwiuszowi Tytusowi do wyartykułowania prawdy moralnej, która mogłaby stać się wykładnią etyczną dla następnych przywódców i nowych pokoleń. Po zawarciu przymierza obrońcy miasta zwrócili się do triumfatorów w te słowa: Senatorowie, wy i wasz wódz odnieśliście nad nami takie zwycięstwo, że nie może go pozazdrościć ani bóg żaden, ani człowiek; poddajemy się więc wam w głębokim przekonaniu, że lepiej żyć będziemy pod waszą władzą niż pod własnym rządem; dla zwycięzcy nie ma nic bardziej zaszczytnego nad takie oświadczenie. Rezultat tej wojny dał ludzkości dwa piękne przykłady: wy woleliście prawość na wojnie niż niechybne zwycięstwo, my zaś, ujęci tą waszą prawością, sami zaofiarowaliśmy wam zwycięstwo. Oczywiste jest tutaj przesłanie historyka, kierowane może do przeciwników Rzymu, choć – w kontekście niewyobrażalnych okrucieństw starożytnej armii – budzące liczne kontrowersje. Nie można wszakże zakładać, że historia ta nigdy nie miała miejsca, bo pośród okrutników i zwyczajnych przestępców zdarzali się ludzie prawi, kierujący się sumieniem i odruchami serca. Tylko czy takim człowiekiem mógł być krwawy wódz Kamillus, opisany wcześniej jako ten, który pustoszył wioski, budował kontrszańce i stosował liczne podstępy wojskowe?

4

Znakomity styl pisarski tego wybitnego historyka możemy też zauważyć w opisie krwawej bitwy wojsk Hannibala z oddziałami konsula Flaminiusza. Miała ona miejsce 24 czerwca roku 217 przed naszą erą, nad Jeziorem Trazymeńskim (Umbria) i była jedną z większych porażek II wojny punickiej, pomiędzy Kartaginą i Rzymem. Liwiusz w niezwykle barwny i dynamiczny sposób ukazuje dotarcie Rzymian do jeziora i kolejne fazy walki: Flaminiusz o zachodzie słońca przybył nad jezioro; nazajutrz nie wysłał przodem zwiadów, ale o ledwie szarzejącym, świcie przeszedł przez przesmyk, a skoro kolumna marszowa zaczęła rozpościerać się na szerszej przestrzeni, zauważył tylko tych wrogów, którzy byli na przedzie; zasadzka zgotowana z tyłu i nad głową uszła jego uwagi. Hannibal osiągnął zamierzony cel; miał wroga otoczonego i zupełnie zamkniętego jeziorem, górami i swoim wojskiem: dał wszystkim wojskom hasło do jednoczesnego uderzenia. Skoro oddziały zbiegły – każdy najbliższą drogą – stało się to dla Rzymian tym bardziej nagle i niespodziewanie, że mgła dobywająca się z jeziora gęściej osiadła na równinie niż na górach i zastępy wrogów widząc się nawzajem z większej liczby pagórków, tym bardziej mogły o tym samym czasie zbiec w dolinę. Krzyk rozległ się ze wszystkich stron. Rzymianin poznał, że wpadł w pułapkę, zanim jeszcze mógł wyraźnie ujrzeć wrogów. I bój rozpoczął się na przedzie i na skrzydłach, zanim zdołano wziąć broń do ręki i miecze dobyć z pochew. (Tamże, s. 314)  Dalszy opis odważnej walki Flaminiusza, wskazuje iż nawet w najtrudniejszych momentach legiony próbowały formować swoje manipuły, a w późniejszym okresie – za rządów Mariusza – kohorty. To była straszliwa bitwa, w której bez litości, niczym w rzeźni, cięto i przebijano ciała wrogów, a krzyki umierających mieszały się z komendami i rżeniem koni. Ten ogromny hałas dezorganizował walkę obronną i żołnierze Hannibala zyskiwać zaczęli coraz większą przewagę. W końcu dopadnięto i samego konsula: Walka trwała już mniej więcej trzy godziny, a w każdej stronie była zażarta. Wokół osoby konsula wrzał jednak bój o wiele sroższy i krwawszy. Szli za nim doborowi mężowie, a on sam ochoczo zwracał się z pomocą w każdym kierunku, gdzie widział swych ludzi w opałach i trudnym położeniu. Z daleka wyróżniał się zbroją, więc wrogowie całą mocą nacierali na niego, a z drugiej strony osłaniali go właśni obywatele, aż pewien jeździec insuberyjski – nazwiskiem Dukariusz – poznał też z twarzy konsula i zawołał do swoich rodaków: „Oto ten, który wyciął nasze wojska, spustoszył wsie i miasto; już ja go złożę na ofiarę cieniom współobywateli, haniebnie przez niego pomordowanych!” – Wbił ostrogi w bok konia i rzucił się w najgłębszy tłum wrogów. Zabił najpierw giermka, który zagradzał drogę atakującemu, a następnie przebił konsula włócznią; chciał zedrzeć z niego zbroję, ale triarzy zasłonili ciało tarczami i odepchnęli go w tył. (Tamże, s. 316) Śmierć wodza spowodowała panikę w szeregach Rzymian, którzy nie mieli gdzie się schronić, ani w wodzie, ani w górach, a tym bardziej na brzegu jeziora. Nie pomogła nadciągająca konnica, która w obliczu przeważających sił wroga wycofała się, a potem po poddaniu, została niemal w całości zakuta w kajdany. Wyrżnięto piętnaście tysięcy Rzymian, a dziesięć tysięcy rozproszyło się i różnymi bocznymi drogami wracało do Rzymu. Zanim Scypion Afrykański ostatecznie rozprawił się z Kartagińczykami w bitwie pod Zamą (202 p. n. e.), minąć miało jeszcze pięć lat. Hannibal nigdy nie wpadł w ręce Rzymian, by w końcu uciec do dalekiej Bitynii (dzisiejsza Turcja Północna) i wypić tam truciznę, którą stale nosił w pierścieniu, podarowanym mu przez ojca.

5

Liwiusz pozostawił nam także w swoim dziele opis ostatnich chwil Marka Tulliusza Cycerona, należącego przez dziesięciolecia do elity intelektualnej Rzymu. Niestety, ten słynny retor, wiążący się z różnymi władcami i frakcjami politycznymi w pewnym momencie uwikłał się straszliwie jako konsul, gdy kazał bez sądu stracić kilku uczestników spisku Katyliny. Jego przeciwnicy polityczni, a przede wszystkim Publiusz Klodiusz Pulcher doprowadzili wtedy do skazania go na wygnanie w Tesalonice. Te wydarzenia ostatecznie położyły cień na jego ostatnich latach, po powrocie do Rzymu, kiedy stał się jednym z największych wrogów Marka Antoniusza. To jego wysłannicy dopadli go ostatecznie w pięknej willi w Tesculanum, gdzie go zdekapitowali i dodatkowo, makabrycznie zhańbili zwłoki: Są pewne wiadomości, że niewolnicy byli gotowi dzielnie i wiernie walczyć w jego obronie, ale on kazał im postawić lektykę na ziemi i spokojnie przyjąć wszystko, co przyniesie zły los. Wychylił się z lektyki i nastawił nieruchomo karku, a wtedy odcięto mu głowę. Ale głupi i okrutni żołdacy nie poprzestali na tym: obcięli także ręce, klnąc na nie, że niejedno wypisywały przeciw Antoniuszowi. Tak więc zaniesiono głowę do Antoniusza, a na jego rozkaz umieszczono ją między dwiema rękami na mównicy, z której przemawiając jako konsul, jako mąż konsularny, a w tym właśnie roku jako przeciwnik Antoniusza, był słuchany i budził taki podziw wśród ludzi czarem swej wymowy, jak żaden inny głos ludzki. Ludzie z trudem tylko podnosili zalane łzami oczy i nie mogli patrzeć na poćwiartowane ciało tak wielkiego obywatela. (Tamże, s. 417– 418) Czasy rzymskie pełne były sprzeczności, politycznych swarów i walk stronnictw, więc osoba tak czynna publicznie jak Cyceron musiała prędzej czy później popaść w konflikty nie do rozwiązania. Liwiusz jako jeden z pierwszych historyków ocenia go pozytywnie, usuwa w cień jego morderstwa, a skupia się przede wszystkim na talentach pisarskich i retorycznych: Żył lat sześćdziesiąt trzy; śmierć ta nie mogłaby uchodzić za przedwczesną, gdyby nie to, że nastąpiła skutkiem aktu przemocy. Talent jego wydał plony a on zbierał za nie nagrody. Długi czas uśmiechało się doń szczęście, ale po długim łańcuchu powodzenia spadły ciężkie ciosy, wygnanie, upadek stronnictwa, z którym trzymał, śmierć córki, a wreszcie tak smutny i bolesny koniec. Ze wszystkich nieszczęść nie zniósł po męsku niczego prócz samej śmierci. Sądząc bezstronnie, śmierć ta może dlatego wydać się mniej tragiczna, że ze strony zwycięskiego wroga nie doznał Cycero większego okrucieństwa nad to, które sam byłby popełnił, gdyby znalazł się w sytuacji zwycięzcy. Jeżeli ktoś jednak dokładnie rozważy jego zalety i wady, to był to w każdym razie mąż wielki i godzien pamięci; taki, że dla godnego wysławiania go trzeba by pochwał z usta… samego Cycerona. (Tamże, s. 418)  Może gdyby na tych talentach retor rzymski poprzestał, jego koniec byłby inny, a tak Liwiusz zaświadcza, że spełniło się w jego losie stare porzekadło: kto mieczem wojuje, od miecza ginie.

Ilustracje Wikipedia: płaskorzeźby ze słynnego Wielkiego sarkofagu Ludovisi (III wiek n. e.)

ŚWIAT STAROŻYTNY (XXVI)

????????????????????????????????????

Częstokroć nasza wiedza o starożytnych pisarzach bywa szczątkowa i jakiekolwiek informacje o nich czerpiemy z napisanych dzieł, ocalałych szczęśliwie do naszych czasów. W przypadku Plutarcha z Cheronei nie znamy daty urodzin ani śmierci, a jedynie zakładamy, że musiał żyć miedzy rokiem 50 a 120 naszej ery, czyli w czasach panowania cesarzy: Nerona, Wespazjana, Tytusa, Domicjana, Nerwy, Trajana i Hadriana. Egzystencja w Rzymie w tych czasach, nasilających się walk z chrześcijanami, powstawania i upadku kolejnych dynastii, wielkich morderstw i wypraw wojennych, musiała obfitować w wydarzenia, ale w dziełach tego pisarza znajdziemy tylko nikłe echa tego, co gruntownie opisywali inni historycy i pamiętnikarze. Cheroneja leżała w Beocji, stanowiącej część prowincji achajskiej, a zatem była ważną prowincją Rzymu, co z jednej strony dawało określone profity Plutarchowi, a ze strony drugiej ograniczało jego horyzont obserwacji. Z jego pism wyławiamy jakieś szczątkowe informacje o rodzinie, zmarłych dzieciach i żonie, a także o odbywanych podróżach do Rzymu, Azji Mniejszej i Egiptu. Pamiętajmy jednak, że do naszych czasów dotrwała tylko jedna trzecia całego dorobku tego filozofa i moralisty i przypuszczać możemy, że w pozostałych partiach znaleźlibyśmy więcej informacji na jego temat. Niewątpliwie był szanowanym obywatelem rzymskim, mieszkającym w Grecji i mającym liczne kontakty w świecie intelektualnym Rzymu, gdzie zdarzało mu się wygłaszać mowy i uczestniczyć w spotkaniach luminarzy nauki. Jeśli dzieła Platona umieszczono w sześciu tomach, to ów zachowany dorobek Plutarcha, wydawcy rozsiali w tomach dwunastu, podkreślając jego fragmentaryczność, udokumentowaną w starożytnym katalogu. Wiemy z nielicznych ocalałych prac innych autorów, że „Mędrzec z Cheronei”, jak go nazywano, był bardzo życzliwy dla ludzi i zjednywał sobie sympatię w różnych gronach, czasami skrajnie odmiennych politycznie czy myślowo. Studiowanie autorów starożytnych jest pasjonującą przygodą, szczególnie, gdy zdobędziemy już określoną wiedzę o epoce i żyjących w niej ludziach. Filolodzy klasyczni będą wskazywać tutaj charakterystyczne cechy stylu, badać język i konteksty historyczne, ale przecież równie ciekawe jest wyławianie z dzieł takich pisarzy i filozofów zdumiewających cząstek, mających wartość w czasach starożytnych i we współczesnych stuleciach.

36404-rbnz

Czytając Zalecenia małżeńskie, wchodzące w skład Moraliów Plutarcha uśmiechałem się wiele razy, bo owe rady niczego nie straciły ze swej aktualności i były raczej ostrzeżeniami kierowanymi w stronę kobiet. Już pierwsza z nich, będąca cytatem z Solona jest niezwykle konkretna, bo nakazuje by: oblubienica, zanim podzieli łoże z oblubieńcem, spożyła jabłko kydońskie. Komentarz Plutarcha nie pozostawia tu wątpliwości o co chodzi: [Solon] dawał w ten sposób, jak się zdaje, do zrozumienia, że od pierwszej chwili z ust i głosu wionąć powinien zjednywający i nęcący powab. (Moralia, przeł. Z. Abramowiczówna, Wrocław 2005, s. 52) Jak powszechnie wiadomo w krajach basenu Morza Śródziemnego, zarówno europejskich, jak i azjatyckich i afrykańskich powszechne jest używanie dwóch bardzo aromatycznych warzyw: czosnku i cebuli, które mają ogromne wartości odżywcze i prozdrowotne, ale generują odpychający zapach z ust. Gdybyśmy mogli przenieść się do starożytnej Grecji albo Rzymu odczulibyśmy sporo przykrych aromatów, a to końskich odchodów, a to zwierzęcych wnętrzności, oprawianych nieomal na ulicach, czy wreszcie zapachu czosnku i cebuli, wydobywającego się z ust i porów skóry Greków i Rzymian. Niemal wszystkie narody świata odkryły, że spożywanie warzyw aromatycznych niesie za sobą wiele dobroczynnych, nieomal czarodziejskich skutków. Czosnek jest naturalnym antybiotykiem i w połączeniu z miodem i cebulą leczy liczne przypadłości, na czele z przeziębieniem i chorobami układu pokarmowego. Czy jednak zjedzenie jabłka kydońskiego, czyli owocu pigwy mogło zlikwidować przykry zapach z ust kochanków, udających się do małżeńskiego łoża? Można w to wątpić, tym bardziej, że mężczyźni także z upodobaniem jadali czosnek i cebulę, a do tego wszystko obficie zakrapiali winem, które w połączeniu z tymi warzywami, dawało efekt iście piorunujący. Analizując zwyczaje dawnych epok, nie możemy wszakże zapominać o określonych okolicznościach, usankcjonowanych przez wielowiekową tradycję. To, co dzisiaj zaklasyfikujemy jako smród, w czasach dawnych mogło być elementem zwyczajności, codziennego rytuału żywieniowego, zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Nie znano past do zębów, nie używano szczoteczek, często ograniczając się do płukania ust wodą i ewentualnego czyszczenia nalotu nazębnego ziołami, rozprowadzanymi szorstkim płótnem lnianym lub palcem. To, co gromadziło się między zębami wydłubywano rybimi ościami lub kolcami ciernistych krzewów, ale prawdziwy problem pojawiał się, gdy zęby zostały zaatakowane przez próchnicę i zaczynały boleć. Najczęstszym sposobem pozbycia się takiej przypadłości było w takim przypadku wybicie chorego zęba, stąd powszechny był w starożytności widok ludzi szczerbatych.

2

Plutarch podkreśla też wagę prawdziwego uczucia w związkach małżeńskich: Jak ogniowi łatwo rozpłonąć w knocie do lampy, w plewach lub sierści zajęczej, ale szybciej gaśnie, jeśli nie dosięgnie czegoś innego, co by go mogło podtrzymać i żywić, tak nie trzeba namiętnej miłości, nowo zaślubionych, rozpłomienionej pięknością ciała, uważać za wystarczającą i trwałą, dopóki nie ugruntuje się w uczuciu i nie obejmie myśli, a tak nie znajdzie siedziby w samej głębi duszy. (Tamże, s. 53) Uroki ciała mają dla filozofa swoją wagę, a korzystanie z nich porównuje z gwałtownością rozprzestrzeniania się ognia, ale prawdziwa miłość rodzi się wraz z uczuciem, które lokuje on w głębinach duszy. Starożytni uczeni – w odróżnieniu do teoretyków chrześcijańskich – nie negowali wartości zauroczeń cielesnych, ale przestrzegali, by nie stały się one celem samym w sobie. Wszystko powinno prowadzić do prawdziwego rozpłomienienia wewnętrznego, do miłości w przywiązaniu i wzajemnej służbie (jak przekonamy się dalej sporo w tych radach hipokryzji), mogącej przeciwstawić się rozpadowi i starzeniu się ciał, niegdyś tak pięknych i podniecających. Kobiety nie powinny też przesadzać ze specjalnymi miksturami, podnoszącymi witalność seksualną mężów: Ryba bierze się szybko i łatwo na zatrutą przynętę, ale staje się niejadalna i do niczego. Tak i kobiety, przygotowujące podstępnie mężom czarodziejstwa i lubczyki i starające się przykuć ich do siebie rozkoszami miłosnymi, mają potem towarzyszy życia ogłupiałych, bezwolnych i zepsutych. Przecie i Kirke nic nie przyszło z tamtych zaczarowanych i zamieniwszy ich w osły i świnie nie miała co z nimi robić, a Odyseusza rozsądnego i rozumnie z nią przestającego, pokochała nade wszystko. Tak, kobiety bywają podstępne i potrafią podrzucać swoim kochankom różne „świństwa”, a szczytem jest tutaj mieszanie z płynami lub pokarmami stałymi krwi miesięcznej, jakoby na zawsze wiążącej mężczyzn z kobietami. Wiele przesądów ludowych narosło od czasów starożytności w tym względzie, ale jak dotąd nauka nie potwierdziła, że krew menstruacyjna ma właściwości magiczne i potrafi na wieki związać kochanków. O wiele lepiej działały różnorakie lubczyki, napoje z mieszanek ziołowych, tudzież specjalne stroje i miłosne rekwizyty, czasem tak lubieżne, że żaden zdrowy mężczyzna nie mógł nie zareagować. Współcześnie powstał prawdziwy przemysł przedmiotów i specyfików mających poprawić stosunki pomiędzy partnerami i zapewne Plutarchowi nie śniło się, że w takim kierunku on podąży. Jakby nie patrzeć na rady filozofa, mają one swoją wartość, bo częstokroć wypływają ze szlachetnej etyki, mającej w Grecji swoją długą tradycję (długa też jest tradycja nie stosowania się do nich), stymulującą rozwój rodzin.

3

Nie zapominajmy wszakże, że starożytność to czas wszechwładnej dominacji mężczyzn nad kobietami, których los bywał często bardzo smutny. Patriarchat wyznaczał im określoną rolę w dawnym społeczeństwie, a do tego dochodziły jeszcze rządy świekr, które chciały zaznaczać swoją wagę w powiększających się rodzinach. Plutarch w związku z tym daje kobietom taką radę: U królów perskich prawe małżonki siedzą przy stole i biorą udział w ucztach. Gdy zaś oni zechcą pić i bawić się, tamte odsyłają, a wzywają śpiewaczki i nałożnice – i słusznie czynią, że nie pozwalają małżonkom brać udziału w pijaństwie i rozwiązłości. Jeśli więc zwykły obywatel, źle wychowany i pozwalający sobie na wybryki, coś przewini z heterą lub służącą, nie powinna małżonka oburzać się ani obrażać, uświadamiając sobie, że jej on się wstydzi, a pijaństwa, wyuzdania i rozpusty używa z inną. (Tamże, s. 56) Jakież to zakłamanie i jakaż pokrętna etyka, mająca na celu przede wszystkim utrwalanie dominacji mężczyzn nad kobietami i usprawiedliwianie ich bezeceństw. Żony mają znać swoje miejsce i nie buntować się przeciwko tradycji, utrwalonej przez wieki, tym bardziej, że historia przekazała potomnym opowieści o straszliwych zemstach mężów za buntownicze postępki w związkach. W dawnej Grecji sytuacja nie była tak tragiczna jak w Chinach, Indiach czy krajach arabskich, gdzie żona była więźniem w domu, nałożnicą i służącą, a po śmierci pana i władcy najlepiej by było, gdyby popełniła samobójstwo. Skrajną formą tego typu zachowań było odurzanie wdów i palenie ich na stosach pogrzebowych w Indiach, co ponoć zdarza się okazjonalnie jeszcze do dzisiaj. Greckie kobiety, słynące z urody i inteligencji, potrafiły znaleźć złoty środek w domu, schodziły z drogi mężom tyranom, jednocześnie prowadząc bardzo ryzykowną grę z kochankami. Hipokryzja etyki Plutarcha bywa doprawdy zdumiewająca i jakże archaiczna: Hellenom w wojsku Cyrusa kazali dowódcy, gdy nieprzyjaciel atakuje hałaśliwie, stawić mu opór w milczeniu, a gdy następuje milczący, ruszyć na niego z krzykiem. Roztropne żony, gdy mąż w gniewie krzyczy zachowują się cicho, a gdy nic nie mówi, starają się ułagodzić go przemową i perswazją. (Tamże, s. 64) Krótko mówiąc, kobiety mają być fałszywe, wyrachowane i sprytne, a mężczyźni mają dominować w rodzinach i mieć niezachwianą pozycję władców i dowódców. Trudno nie zauważyć, że epoki starożytne nie przekazały nam opowieści o wyjątkowych, integralnie działających damach i chyba tylko Safona w taki sposób zaznaczyła swoją obecność w historii. Częściej mówiło się o jakichś kobiecych nadużyciach, najczęściej seksualnych, karanych z ogromną bezwzględnością przez sprawujących ważne funkcje mężów. Tak było w przypadku Messaliny, żony cesarza Klaudiusza i wielu innych kobiet, dla których wzorcem miała być Penelopa, przez wiele lat, cierpliwie czekająca na Odyseusza i konsekwentnie odrzucająca zaloty licznych adoratorów.

ŚWIAT STAROŻYTNY (XXV)

Police Verso, mal. Jean-Léon Gérôme, 1872

Police Verso, mal. Jean-Léon Gérôme, 1872

Studiując Zarys dziejów rzymskich Lucjusza Anneusza Florusa, który w istocie jest ciągiem diariuszów wojen, prowadzonych przez Rzymian, natknąłem się na tendencyjny opis powstania Spartakusa z lat 73–71 przed naszą erą. Autor jest bardzo tajemniczy, wiemy tylko, że pochodził z Afryki, sporo podróżował po krainach basenu Morza Śródziemnego, aż osiadł w Hiszpanii, gdzie nauczał literatury i języka. Swoją historię napisał w sposób panegiryczny, wychwalając wielkość i chwałę Rzymu, często zaniżając wartość przeciwników imperium. Przy opisie wojny ze Spartakusem już na samym początku deklaruje jaki był jego stosunek do gladiatorów: Można było w istocie znieść hańbę wojny z niewolnikami, bo chociaż los wystawia ich na wszelkie zniewagi, stanowią jednak, że tak powiem, drugi gatunek ludzi i mogą korzystać z dóbr naszej wolności. Jak mam nazwać wojnę wywołaną przez Spartakusa, nie wiem, ponieważ walczyli w niej niewolnicy, a dowodzili gladiatorzy. Pierwsi jako ludzie najniższego gatunku, a drudzy – najgorszego, powiększyli nieszczęścia Rzymian szyderstwami, jakie na nich ściągnęli. (Lucjusz Anneusz Florus, Zarys dziejów rzymskich, przeł. I. Lewandowski, Wrocław 2006, s. 148-149) Powstanie, które rozlało się na cały kraj, miało swoją genezę w okrucieństwie szkoły gladiatorów Lentulusa Batiatusa, ulokowanej w Kapui. Dochodziło tam do nieustannych konfliktów, ale gladiatorzy na tyle się zaprzyjaźnili, że nie chcieli już dłużej sami siebie mordować. Ostatecznie ze szkoły uciekło blisko siedemdziesięciu uzbrojonych, zaprawionych w bojach i okrucieństwach mężczyzn, a po przyłączeniu się do nich tysięcy niewolników i ubogich wieśniaków, powstanie rozlało się po całej Italii. Był to heroiczny zryw, podyktowany warunkami życia gladiatorów i pragnieniem odmiany losów, często kończących się walką z najbliższym przyjacielem i śmiercią z jego ręki. Zabijanie było wpisane w dzieje antyczne, zarówno greckie, jak i rzymskie, ale w przypadku gladiatorów mieliśmy jeszcze do czynienia z odbieraniem wszelkiej nadziei na poprawę bytu. Spartakus i jego kompanii nie mogli już znieść tego, że o ich losie decydowali najczęściej otyli, zmanierowani rozpasani Rzymianie, dla których oglądanie walk i ostateczne odbieranie życia pokonanym, było taką samą rozrywką jak pijaństwo i obżarstwo, zabawianie się z niewolnicami, albo wylegiwanie się w termach.

gladiatorzy

Początków walk gladiatorów należy upatrywać w zwyczajach pogrzebowych starożytnego Rzymu, kiedy to najpierw składano krwawą ofiarę ze skazańców, a potem zmuszano ich do toczenia walk przy stosach pogrzebowych. Miało to uświetnić i uwznioślić kremację, przydając jej eternalnego kontekstu, a nade wszystko chciano w ten sposób ubłagać mordercze bóstwa i zapewnić zmarłym egzystencję pośmiertną. Lidia Winniczuk wskazuje, iż Pierwsze zorganizowane zapasy gladiatorów miały także charakter obrzędowo-pogrzebowy. Widowiska tego rodzaju mieli urządzić w r. 264 p.n.e. w ramach uroczystości pogrzebowych Juniusa Brutusa jego synowie Marek i Decimus Brutusowie. Pierwsze te walki odbyły się na Forum Boarium. Zwyczaj taki przyjął się w Rzymie i mamy szereg świadectw stwierdzających urządzanie walk gladiatorskich dla uczczenia zmarłych. (L. Winniczuk, Ludzie, zwyczaje, obyczaje, starożytnej Grecji i Rzymu, Warszawa 1983, s. 644) Starcia gladiatorów tak przypadły do gustu prostym ludziom, że zaczęli oni wymuszać ich organizację na urzędnikach, edylach, a nawet cesarzach. Doprowadziło to do powstania licznych szkół, kształcących potencjalnych przeciwników – owych straszliwych miejsc, w których utrzymywano wielką karność i podsycano nienawiść pomiędzy przeciwnikami. W skrajnych przypadkach dochodziło do buntów, a jeden z nich przerodził się w wielkie powstanie, które zakończyły nieporozumienia w łonie spiskowców i zdecydowane posunięcia władzy, która zmobilizowała wojsko jakby to była wojna z wrogiem zewnętrznym. Spartakus, pochodzący prawdopodobnie z Tracji i ukazywany jako etyczny bojownik o prawa niewolników, też miał na swoim sumieniu liczne mordy i wsławił się wielkim okrucieństwem podczas pogrzebu Kriksosa, przyjaciela i jednego z przywódców buntu. Kpiąc z tradycji rzymskiej zmusił trzystu jeńców, czasami bardzo znaczących, do walki na śmierć i życie, czym prawdziwie rozsierdził senat rzymski. Postępek Spartakusa tak tłumaczy Florus: Pogrzeby poległych w bitwie dowódców urządzał z imperatorskim przepychem i nakazywał jeńcom walczyć przy stosie na śmierć i życie, jak gdyby przez to, że z gladiatora stał się organizatorem igrzysk, chciał zmazać całą poprzednią hańbę. (s. 150) W taki sposób pozbył się wielkiego obciążenia, jakim byli schwytani Rzymianie, ale przypieczętował też koniec swojej rebelii i sprowokował męczeństwo wielu towarzyszy, których w liczbie sześciu tysięcy ukrzyżowano wzdłuż stukilometrowej drogi prowadzącej z Kapui do Rzymu.

Mal. Fiodor Bronnikov

Przeklęte pole, 1878, mal. Fiodor Bronnikov

Także Appian z Aleksandrii w Historii rzymskiej ukazuje Spartakusa jako okrutnika i podstępnego wodza, uciekającego się do zastraszania własnych kompanów i do bezczeszczenia zwłok wrogów: Czekając na jazdę, która skądś miała nadciągnąć, nie podejmował już Spartakus bitwy z całym swoim wojskiem, ale w wielu punktach mniejszymi oddziałami niepokoił oblegających; ustawicznie wypadał na nich znienacka, wrzucał do rowu wiązki chrustu i zapalał je utrudniając Rzymianom pracę. Na polu między obu liniami powiesił jeńca rzymskiego, aby uprzytomnić swoim los, jaki ich czeka, jeśli nie zwyciężą. (Appian z Aleksandrii, Historia rzymska, t. III, przeł. L. Piotrowicz, Wrocław 2004, s. 726) Musimy wszakże pamiętać, że okrucieństwo było podstawą utrzymania w ryzach powstańców i tak samo postępowali dowódcy rzymscy w stosunku do swoich żołnierzy. Nikt nie chciał walczyć z byłymi gladiatorami i umierać za swoich pretorów i konsulów, toteż pierwsze starcia Licyniusza Krassusa, desygnowanego przez senat do walki ze Spartakusem, zakończyły się sromotną porażką. Nowy pretor postanowił zatem przerazić swoich żołnierzy i nakazał zdziesiątkować ich, zabijając – według Appiana z Aleksandrii (Tamże, t. III, s. 725) – cztery tysiące. Dopiero to spowodowało, że Rzymianie zaczęli bezlitośnie walczyć z ludźmi Spartakusa, wiedząc, że tylko zwycięstwo ocali im głowy. Do tej krwawej wojny domowej nie doszłoby, gdyby nie organizowano coraz więcej walk gladiatorskich w wielu amfiteatrach Rzymu, na czele z Colosseum. Winniczuk wskazuje, iż Gladiatorzy rekrutowali się przeważnie spośród jeńców wojennych, niewolników, przestępców skazanych na śmierć, zgłaszali się i ubodzy ludzie wolni, z myślą o zarobkach, nie licząc się z możliwością utraty życia. Liczba zawodników stale wzrastała; w pierwszych odnotowanych, zorganizowanych przez Brutusów walkach gladiatorskich, brały udział trzy pary walczących, w następnych, jeszcze o charakterze obrzędowo-pogrzebowym, dochodziło do kilkudziesięciu. (…) Kiedy wprowadzono walki o charakterze czysto widowiskowym ograniczono listę uczestników walk do stu dwudziestu, lecz liczby tej nie przestrzegano; w walkach zorganizowanych przez Oktawiana Augusta przeszło przez arenę sześciuset gladiatorów, a w walkach urządzonych przez Trajana z okazji zwycięstwa nad Dakami miało brać udział dziesięć tysięcy ludzi. (Winniczuk, dz. cyt., s. 647) Łatwo możemy sobie wyobrazić jak wielki był rozlew krwi, ile razy palce ludu rzymskiego kierowano w dół i ile okrucieństw miało miejsce na arenach. Trzyletnia wojna domowa Rzymu ze Spartakusem zakończyły nowe tragedie ludzkie i cierpienia na krzyżach tysięcy bezimiennych męczenników, a taki sposób zabijania miał niebawem całkowicie odmienić historię i sprowokować powstanie chrześcijaństwa.

GRECKIE LUSTRO LUDZKOŚCI

ffffCHADZINIKOLAU

Nikos Chadzinikolau (1935–2009) był wielkim darem dla kultury polskiej. Gdyby mieszkał w Grecji należałby zapewne do czołówki pisarzy tego kraju, ale nie wykonałby swojej dziejowej misji. A przecież kiedy pojawił się w Polsce wszystko zdawało się być przeciwko niemu – zimny klimat, trudny do przyswojenia język i atmosfera podejrzeń, niewiary w dobre ludzkie intencje. Wszystkie przeszkody pokonywał z olimpijską sprawnością, nauczył się języka, wraz z Paulosem Raptisem zawojował sceny w całym kraju, skończył studia polonistyczne i podjął pracę jako nauczyciel języka polskiego w szkole średniej. Nie zrywał jednak więzi z Grecją i gdy tylko stało się to możliwe, jeździł tam by promować kulturę polską. U nas zaszczepiał greckie obyczaje i folklor, tłumaczył książki, promował (między innymi Eleni), a w słonecznym kraju niósł wieść o północnej krainie, jej literaturze i ludziach. Tak zgromadził ogromny dorobek, który może śmiało konkurować z największymi osiągnięciami w obu krajach. Opublikował przecież ponad sto książek, w tym 30 tomów poezji, dwie powieści, naukowe opracowanie literatury nowogreckiej 1453–1983, tłumaczenia Iliady Homera, Mitów greckich, Bajek Ezopa, Erotyków Safony, dramatów Sofoklesa (Antygona, Elektra, Król Edyp) i Greka Zorby Kazantzakisa, był inicjatorem i edytorem Białej i Kolorowej Serii Poetyckiej (151 tomów), zorganizował ponad trzydzieści wielkich Listopadów Poetyckich, otrzymał wiele odznaczeń i wyróżnień, w tym Złoty Krzyż Zasługi, Order Aleksandra Wielkiego i Order Uśmiechu. Po stronie greckiej jest nie mniej zasług i osiągnięć, starczy tylko powiedzieć, że przetłumaczył na grecki Baśnie polskie, antologię poezji polskiej i wybory wierszy noblistów – Szymborskiej i Miłosza. Cóż zatem jeszcze mógłby zrobić jeden człowiek, cóż mógłby zrobić taki człowiek jak Nikos. Odpowiedź jest tylko jedna – jeszcze zwiększyć tempo, jeszcze poważyć się na coś niewyobrażalnego. Napisał zatem i obronił na Uniwersytecie Adama Mickiewicza doktorat o powstaniu greckim 1821 roku, a potem książkę habilitacyjną o greckim nobliście Elitisie, a jednocześnie… przełożył wielką epopeję Homera.

skanuj00c03-horz

Jednym z fundamentów literatury światowej jest wielka tragedia grecka, kojarząca się przede wszystkim z dziełami Ajschylosa, Eurypidesa i Sofoklesa. Ten ostatni żył w Atenach w latach 496–406 p.n.e. i wedle tradycji napisał 123 tragedie i dramaty satyrowe. Do naszych czasów dochowało się tylko siedem tragedii – Ajas, Antygona, Trachinki, Król Edyp, Elektra, Filoktetes, Edyp w Kolonie – oraz duży fragment dramatu satyrowego Tropiciele. Nikos Chadzinikolau podaje, że: Jako syn bogatego płatnerza, Sofillosa, otrzymał staranne wykształcenie (muzyczne, aktorskie, taneczne, sportowe). Już jako szesnastoletni chłopiec po bitwie pod Salaminą przewodził chórowi, grając na lirze i tańcząc pod Pomnikiem Zwycięstwa. Był przystojny i skromny, łączył harmonię ducha i ciała (kalokagathia), cieszył się powszechną sympatią. Brał czynny udział w życiu publicznym, szczególnie w okresie rozkwitu Aten za czasów Kimona i Peryklesa. Jego zasługi dla dramatu są bezsporne – wprowadził trzeciego aktora, zwiększył liczbę chórzystów z dwunastu do piętnastu, ograniczył rolę chóru, rozszerzył dialogi, rozbudował akcję, wprowadził też dekoracje sceniczne i zrównoważył w dialogach elementy epiczne z lirycznymi. Wprowadził też dłuższe przerwy muzyczne, zerwał z tradycją monotematycznych tetralogii, dzięki czemu każda tragedia stała się zamkniętą całością. Na początku 1998 roku ukazały się w Polsce w nowym przekładzie Nikosa Chadzinikolau trzy najważniejsze dramaty Sofoklesa – Antygona, Elektra i Król Edyp. Autor przekładu dobrze znany był polskiemu czytelnikowi, bo przecież sam był poetą i prozaikiem z ogromnym dorobkiem i tłumaczem wielu poetów, między innymi Safony, Kawafisa, Seferisa, Elitisa, Ritsosa, Antoniu, Tsukadosa, Theofilu. Tłumaczył też Kazantsakisa, wydał antologię współczesnej poezji greckiej pt. Nowe przestrzenie Ikara (trzy wydania, ostatnie – 1985). Był też współpracownikiem encyklopedii, twórcą antologii poezji polskiej w Grecji i autorem przekładów książek poetów polskich na język grecki, między innymi Miłosza i Szymborskiej. Opublikował także krytyczne opracowanie na temat literatury nowogreckiej, był niestrudzonym organizatorem corocznych Międzynarodowych Listopadów Poetyckich w Poznaniu, przyjacielem poetów i pisarzy, muzykiem, pieśniarzem i aktorem, człowiekiem instytucją w Wielkopolsce. W Antygonie Chadzinikolau zastosował nowatorskie ujęcie starożytnego tekstu, dlatego czyta się ten przekład jak nowe, do tej pory nieznane dzieło. Polscy autorzy przekładu nigdy nie poznali języka greckiego w takim stopniu jak Nikos, nigdy nie zrozumieli do końca lingwistycznych niuansów. Może dlatego tekst Sofoklesa w przekładzie Chadzinikolau tętni życiem, jest niezwykle plastyczny i pełen tragicznej głębi. Translator zachował w tekście sens oryginału, niczego nie uronił z precyzji myślowo–językowej i doskonałości sfery wyobrażeniowej. Wprowadził nowe określenia– zamiast epeisodion napisał scena, a zamiast parodos i stasimonchór. Zdaniem tłumacza antyczne terminy utrudniają percepcję, a poza tym nie są tak istotne dla współczesnego czytelnika. Hajmona zastąpił Chadzinikolau Aimonem, bo taka jest pisownia i wymowa grecka. Wprowadził też akty, co jest zgodne z Arystotelesowską teorią budowy tragedii. Dzięki tym zabiegom sztuka zyskała nowy wymiar i stała się bardziej współczesna. Podobne zabiegi zastosował Chadzinikolau w przypadku przekłady Elektry i Króla Edypa. I te dramaty czyta się znakomicie w nowej polskiej wersji, a porównując je z poprzednimi przekładami czytelnik uświadamia sobie ile w nich było przeinaczeń i ile niepotrzebnych zawiłości językowych. Chadzinikolau ma znakomite wyczucie języka polskiego i potrafi znaleźć taki ekwiwalent słowny, że czytelnik ma wrażenie jakby dramaty te zostały napisane po polsku. Cierpiąca katusze Elektra, podstępna Klitajmestra i mściwy Orestes są postaciami żywymi, pulsującymi ludzkimi namiętnościami, a Lajos i Jokasta oraz ich nieszczęsny syn Edyp zdają się mieszkańcami jednego z wielkich miast dwudziestego stulecia. Chadzinikolau tak przekłada Sofoklesa, żeby czytelnik niczego nie uronił z piękna oryginału, a zarazem by miał wrażenie, że dobrze zna tych bohaterów. Wielkość dramatu greckiego polega na tym, że stworzył postacie rozpoznawalne w każdym czasie i każdej przestrzeni, że uwiecznił sytuacje rozpoznawalne dwa i pół tysiąca lat temu, w czasach Jana Kochanowskiego i Adama Mickiewicza, pod koniec dwudziestego wieku i – zapewne – za następne dwa i pół tysiąca lat. Chwała Nikosowi Chadzinikolau i Oficynie Wydawniczej GMP, że przybliżyła u końca drugiego milenium polskiemu czytelnikowi tragedie, które stale bolą, ale też uczą humanizmu, pokazują postawy i jaźń człowieka w ich najgłębszych impulsach, żądzach i wewnętrznych zawiłościach.

28

Safona powszechnie uważana jest za najwybitniejszą poetkę starożytnej Grecji. Data jej urodzin jest trudna do ustalenia, Nikos Chadzinikolau zdecydował się podać w swoim wstępie lata 628–568. Pewnym jednak jest, iż żyła na przełomie VII i VI wieku p.n.e., w Mitylenie na Lesbos, gdzie prowadziła szkołę dla dziewcząt z arystokratycznych rodzin. Swoje rodzinne miasto opuściła tylko podczas rozruchów rewolucyjnych i udała się do rodziny na Sycylię. Gdy walki ucichły powróciła na Lesbos i tam zmarła. Ze swoimi młodymi uczennicami związała się namiętną przyjaźnią. Od śmierci Safony datuje się coraz gwałtowniejszy rozwój legendy, mówi się więc o lesbijskiej miłości do dziewcząt, o uczuciu do legendarnego Faona i o samobójczym skoku do morza ze Skały Leaukadyjskiej. Safonę wielbili i podziwiali między innymi: Salon, Pindar, Teokryt, Platon, Sokrates, a także Horacy, Owidiusz, Katullus, Petrarka, Boccaccio, Byron, a z Polaków między innymi Jan Kochanowski i Maria Pawlikowska–Jasnorzewska. Ta niezwykle subtelna poetka stawała się nawet inspiracją dla wielu twórców. Alessandro Verrie napisał powieść pt. Przygody Safony, poetki z Mityleny, którą stylizował na przekład dopiero co odkrytego manuskryptu greckiego. Publiczność uwierzyła mu i dopiero wielki rozgłos utworu, zmusił pisarza do odkrycia kart. Franz Grillparzer i pisarz hiszpański Victor Balauer poświęcili poetce swoje dramaty, Charles Gaunod – operę. Znany też jest powszechnie poemat Giacoma Leopardiego pt. Ostatnia pieśń Safony. Poezja matki liryki greckiej należy do najsubtelniejszych, najbardziej delikatnych, a przy tym jest nienaganna pod względem warsztatowym – doskonale mieści się w ramach zakreślonych przez tradycję wierszowanej modlitwy, epitalamium, żałobnej pieśni. Safona – najogólniej – opiewa wolność i piękno, zachwyca ją czułość i delikatność, skarży się na złego kochanka i nie pamiętającą przyjaciółkę, którzy nie odwiedzają domu. Potrafi dostrzec subtelne cienie i błyski powstające na przedmiotach, w gorących słowach zwraca się do bogów i prosi ich o łaskawość. Jej poezja raz jest czysta jak pieśń spełnionej miłości, płynąca swobodnie ponad wyspami, a innym razem przypomina krystalicznie czystą, utuloną w żalu pieśń pogrzebową. Jak na poetkę z tak odległej przeszłości, legitymuje się Safona umiejętnościami wypowiadania myśli w niezwykle kunsztowny sposób. Potrafi bezbłędnie określić i nazwać stan w jakim się znajduje, potrafi wypowiedzieć kilka zdań, w których zawiera się esencja chwili życia, istnienia i miłości. Nie ma dla niej zakazanych obszarów, nie ma miejsc, których nie dotykałaby swą myślą i pieśnią. Porusza się pośród krajobrazów rodzinnej wyspy, wędruje poprzez mroki Hadesu i momentalnie potrafi przenosić się w spirale tajemniczych przestrzeni snu. Wszystko zdaje się u niej płynąć, falować; rzeczywistość i gra uczuć zdumiewają poetkę i wprawiają w dziwny, nostalgiczny nastrój. Safona przypomina grecką kitarę, która przy dotknięciu strun wydobywa dźwięk piękny, czysty i subtelny jak wilgoć płynąca od morza. A przy tym jest to też poezja pełna mądrości, rozsądnych rad, napomknień i uwag kierowanych ku młodszym towarzyszkom, nieroztropnym braciom, wreszcie ku córce – Kleis. Najpiękniejszą częścią dorobku Safony jest poezja miłosna. Te delikatne, subtelne jak hiacynt liryki są niczym łzy greckiej ziemi – wspaniałe, pełne czułości i wylewności typowo egejskiej. Gdy się je czyta ma się wrażenie, że kochankowie właśnie się obejmują, że właśnie zbliżają usta i zaczynają falować. Ona wtedy mówi: To dobrze, ze przyszedłeś./ Tak bardzo cię pragnęłam./ I znów rozpalasz płomień/ w moim sercu. On (albo ona) odpowiada: Szlachetna, fiołkowowłosa Safo,/ Pieśniarko o słodkim uśmiechu,/ wstyd mi przeszkadza powiedzieć to,/ czego pragnę. Chadzinikolau potrafił znakomicie oddać język greckiego oryginału. Polacy przez długi czas skazani byli na przekład z angielskiego dokonany przez J. Brzostowską, jakże daleki od pierwowzoru, poprawiony potem szkolarsko przez J. Danielewicza. Dopiero w nowym przekładzie Safona lśni pięknem greckiej, misternej amfory, wyłowionej z morza po tysiącach lat. I dopiero taka zachwyca, zniewala i pobudza grzeszną wyobraźnię…

Grecki kochanek, grecka kochanka – iluż marzyło o nim i o niej. W świadomości pokoleń utrwaliło się przekonanie, że mieszkańcy Południa są gorący i miotają nimi ogniste żądze, że potrafią dla miłości poświęcić wszystko. Tak jak imagesaGrek Zorba wiedzą jak krążyć wokół kochanki, zdobywać ją różnymi sposobami. Ich miłość rozgrywa się w parne noce, na łonie natury, pod gwiazdami i jest niemal kosmicznym połączeniem przeciwstawnych energii. Wtedy dzban wina i ciepło ciał uczestniczą w tajemnym rytuale obłaskawiania śmierci i goryczy przemijania. Miłość jest dla Południowców jak narkotyk i muszą oni stale zaspakajać swoje żądze, bo bez tego nie mogliby żyć. Olśniewającym zapisem tych erotycznych perypetii i uniesień Greków jest ich poezja, w której zawsze miłość była najważniejszym tematem, stanowiła oś dysput i opisów, a nade wszystko nadawała sens światu i obecności w nim człowieka. Niestrudzony translator literatury greckiej Nikos Chadzinikolau przygotował wydane luksusowo wiersze i aforyzmy jego rodaków orbitujące wokół najważniejszego z ludzkich uczuć. W książce znalazły się utwory Archilocha, Alkmana, Mimnermosa, Stezychora, Alkajosa, Safony, Ibikosa, Anakreonta,Nossisa, Kallimacha, Asklepiadesa, Meleagera, Filodemosa, Stratona, Rufinusa, Palladasa, Makedoniosa, Pavlosa Kiru, Agatiasa, Joannisa Geometrisa, Teodora Prodromosa, Dionisiosa Solomosa, Kostiasa Palamasa, Konstantinosa Kavafisa, Angelosa Sikelianosa, Kostasa Kariotakisa, Giorgiosa Seferisa, Marii Poliduri, Yannisa Ritsosa, Odisseasa Elitisa, Nikiforosa Vrettakosa, Tasosa Livaditisa, Panosa N. Panajotunisa, Takisa Antoniu, Antonisa Fostierisa. Czytelnik otrzymał więc wspaniałą antologię, w której miłość opisywana jest na wszystkie sposoby i we wszystkich odmianach gatunkowych. Znajdziemy tu zatem wspaniałe, ciepłe erotyki, pełne tkliwości i trudnej do wyrażenia energii solarnej – Winem zwilż płuca, bo wzeszła, bo wzeszła już gwiazda,/ uciążliwa pora, wszystko w upalnym pragnieniu,/ a w listowiu słychać słodką pieśń cykady./ kwitną osty, kobiety są teraz bezwstydne,/ mężczyźni słabi, Syriusz spala im głowy/ i kolana.(Alkajos) – ale też zjadliwe napomnienia i riposty – Strzeż się orła z czarnym ogonem/ jak też dupy owłosionej (Archiloch). Antologia Nikosa Chadzinikolau jest przykładem następnej rzetelnej pracy translatorskiej. Jej autor urodził się w Grecji i znakomicie zna język swej ojczyzny. Genialnie też przyswoił sobie język polski. Możemy zatem być pewni, że zaprezentowane wiersze są wierne oryginałom, a i strona literacka tych przekładów jest bez zarzutu. Jest to książka o tym jak kobieta i mężczyzna szukają się w świecie i, albo odnajdują się budując enklawy czułości, albo mijają się stale, nie dostrzegając ciepłych gestów, szyfru miłości, znaków porozumienia. W takim kontekście antologia Nikosa jest książką o spełnieniu i żądzy, o wiecznej tęsknocie ciał i dusz. Ileż pięknej greckiej poezji zawarł tłumacz w tej estetycznie wydanej antologii, ileż w tych słowach prawdy o człowieku i jego nieustającym pielgrzymowaniu ku mirażom świata. Książka ta stale znajduje wielu czytelników, gdyż nie ma chyba człowieka, który by kiedyś nie był zakochany. Mało też jest takich, którzy nie chcieliby sprawdzić jak kochają inni, dowiedzieć się czy jego miłość da się wpisać w szerszy krąg ludzkich doświadczeń ostatecznych. Dodatkową zaletą tego wydania jest piękna szata graficzna autorstwa Stanisława Ożoga, która nawiązuje swą formą do podobnego wydania Aforyzmów Greków.  

18-horz

Po przyswojeniu kulturze polskiej takich dzieł literatury greckiej jak Grek Zorba czy pieśni Safony, po opublikowaniu antologii poezji greckiej XX wieku pt. Nowe przestrzenie Ikara, Nikos Chadzinikolau, przedłożył czytelnikom drugie, poprawione i wzbogacone wydanie Aforyzmów Greków. Zbiór ten prezentuje sentencje czterdziestu sześciu pisarzy, filozofów i lekarzy zarówno ze starożytności, jak i z czasów współczesnych. Samo określenie aforyzm pochodzi od greckiego terminu aforismos i oznacza definicję, zwięzłe zdanie, myśl moralną i filozoficzną, twierdzenie naukowe, sentencję, gnomę, maksymę, apokryf i paradoks. Ma zatem o wiele szersze oddziaływanie i zakres od jednego pojęcia występującego w języku polskim. Pierwszym dziełem, w którego tytule pojawiło się to określenie, były Aforyzmy Hipokratesa, rozprawa zawierająca twierdzenie i zasady medyczne i takie znacznie miały aforyzmy aż do czasów odrodzenia. Później Erazm z Rotterdamu, Michał Montaigne, Francis Bacon i Blaise Pascal do tego stopnia rozwinęli ów sposób zapisywania myśli, że stały się one gatunkiem literackim, choć – nie przestały być zwięźle formułowaną, najczęściej jednozdaniową, ogólną prawdą o charakterze filozoficznym, psychologicznym, albo moralnym, odznaczającą się stylistyczną wyrazistością i błyskotliwością. Wybór dokonany przez Chadzinikolau ma charakter subiektywny, skrupulatny badacz zapewne będzie się dopominał różnych nie uwzględnionych myślicieli i pisarzy, ale przecież sens tworzenia tego rodzaju antologii leży właśnie w indywidualizmie spojrzenia, umiejętności dokonania syntezy i opierającego się na logicznych przesłankach, wyboru. Jak tłumaczy autor antologii: Z ogromnego morza soli greckiej wybrałem niewielką ilość ziaren. Potwierdzają one wielkość umysłu ludzi Południa, którzy mądrość cenili najbardziej. Aforyzmy Greków zostały podzielone na dwie części, które obejmują pisarzy starożytnych – od Homera do Palladasa, oraz pisarzy współczesnych, od romantyka Dionisiosa Solomosa do Eleni Koniarelli-Siaki. Ale oprócz tej naturalnej granicy odnajdziemy też i inne linie podziału. Pierwsza z nich i najbardziej wyrazista, to podział wewnętrzny na aforyzmy znane i egzystujące w kulturze europejskiej i światowej, jak i te, które dopiero za sprawą antologii Chadzinikolau zostały przypomniane, odkurzone, a często wręcz wydobyte z przepastnych mroków zapomnienia. Spośród sentencji znanych i obecnych w naszej kulturze starczy przywołać następujące: Kropla drąży skałę (Tales), Prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie; Zgoda buduje, nienawiść rujnuje; Kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada (Ezop), Wszystko płynie i niepodobna wejść dwukrotnie do tej samej rzeki (Heraklit), Spiesz się powoli, a unikniesz błędów (Sofokles), Jaka praca taka płaca (Eurypides), Miej oczy i uszy otwarte (Sokrates), Sławy nie kupisz za pieniądze (Isokrates), Jedna jaskółka nie czyni wiosny (Arystoteles), Nikt nie może uciec od swego przeznaczenia (Demonstenes), Kto jest kochany przez bogów, młodo umiera (Menander), Miarą prawdy jest uczucie (Epikur), Prawda w winie (Teokryt). Aforyzmy te w transkrypcjach i różnorakich wariantach zadomowiły się w kulturze polskiej oraz europejskiej i często stały się jakby skondensowanymi esejami na temat losu, życia i śmierci człowieka, stały się wykładnią mądrości i boskiej, albo diabelskiej logiki istnienia, przetrwania, bądź upadku. Ale obok tego rodzaju metakulturowych sentencji, odnajdziemy w wyborze Chadzinikolau wiele zdań świadczących o głębokiej pasji poszukiwawczej autora i jakby „dodatkowego ucha”, wrażliwego na odgłosy wieczności, ostatecznej prawdy, na milczącą rozpacz kochanki i płacz cierpiących. Szczególnie w tekstach współczesnych autorów odnajdziemy wiele tego rodzaju zwrotów, choć również starożytni pisarze, filozofowie pozostawili po sobie słowa, które wieki przetrwały i wieki trwać będą: Unikaj przyjemności, które przynoszą smutek (Solon), Nawet groźnym bogom nieraz łzawią oczy (Safona), Poezja to mówiące malarstwo, a malarstwo – milcząca poezja (Simonides), W czarnym aksamicie nieskończoności zwycięstwo będzie człowieka (Ajschylos), Ból oczyszcza duszę (Tukidydes), Lepsza przyjaźń jednego człowieka rozumnego niż wszystkich głupców (Demokryt), Wszystko od ziemi pochodzi i do niej powróci (Ksenofont), Każda dusza jest nieśmiertelna, bo to, co znajduje się w ciągłym ruchu, jest nieśmiertelne (Platon), Życie jest chwilą wieczności (Plutarch), Wszystkie ruiny świata przerażają, tylko greckie budzą podziw (Dimitrios Kamburoglu), Młodość domaga się nieśmiertelności i Biada mężczyźnie, który mógł spać z kobietą, a nie uczynił tego (Nikos Kazantzakis), Żałuję, że pozwoliłem szerokiej rzece przejść między palcami, a nie spróbowałem kropli wody (Giorgos Seferis), Każdy człowiek dąży sam do miłości, sławy, śmierci (Yannis Ritsos), Świat staje się piękny w wymiarach serca (Odisseas Elitis), czy Śmierć nie odróżnia światła od mroku, bo urodziła się ślepa (Takis Antoniu), Zawsze są okruchy szczęścia, nigdy cały bochen (Eleni Koniarelli–Siaki). Aforyzmy wybrane przez Chadzinikolau prezentują człowieka, ludzkość i etos człowieczeństwa w różnorakich odcieniach i deseniach bytu. W obliczu śmierci i nieustannych zagrożeń, w lęku przed nieuchronnością wróżb losu i odważnie, z twarzą śmiało zwróconą w kierunku Boga, bóstwa, wieczności. A przy tym odsłaniają jakby ukryte źródła kultury europejskiej, wykwitającej przecież na gruzach dawnych imperiów. Uczą pokory przed siłą czasu i każą upatrywać w przestrzeni wielu, jak najbardziej realnych wymiarów. Nade wszystko jednak płynie z tych tekstów pochwała i zachęta ku mądrości – czystej i prawdziwej, rzetelnej i realnej, mimo wielkości i głębi, prostej. Wszak przychodzimy z głębokich mroków, dochodzimy do głębokich mroków, między nimi jasna przestrzeń – życie. Aforyzmy Greków uczą jak należy żyć pośród tej przestrzeni, jak należy ją próbować zrozumieć i jak stać się jej częścią.

     Mitologia jest najstarszą i najpiękniejszą siostrą Historii. Urodziła się w Grecji – krainie życiodajnych źródeł, winnic, gajów oliwnych i słońca, którego promienie mają magiczną moc, pozwalają odradzać się jak Feniks – pisał we wstępie do nowej edycji Mitów greckich Nikos Chadzinikolau, poeta, prozaik i tłumacz urodzony w Grecji, a z wyboru przebywający do końca życia w Polsce, którą pokochał, tak jak kochał ziemię Achillesa i Homera. O swoim 44331902276KSpierwszym spotkaniu z mitologią mówi autor tak: Pierwszy raz spotkałem ją, gdy byłem jeszcze mały. W pięknym ogrodzie zrywała narcyzy i plotła wianki. Wtedy opowiedziała mi o małym Perseuszu, który zamknięty w skrzyni dopłynął do wyspy Serifos, o dzielnym Heraklesie i niestrudzonych Argonautach. Najbardziej jednak fascynowały mnie przygody tułacza Odysa. Co za odwaga i wytrwałość, wierność i poświęcenie, cierpliwość i fantazja. Ów dziecinny zachwyt umiejscowił się wyraźnie w życiu i sztuce Nikosa, a po latach zaowocował zbiorem niezwykle autentycznych opowieści o bogach i ludziach, o Perseuszu i Meduzie, o wyprawie Argonautów, o Tezeuszu i Minotaurze, o Heraklesie, Antygonie, wojnie trojańskiej i o tułaczce Odysa. Mity w interpretacji Chadzinikolau mają tę zaletę, że przekazane z języka oryginału, żyją jakby w dwu językach jednocześnie. Autor transkrypcji starał się znaleźć na tyle adekwatne ekwiwalenty w języku polskim, by nie zatracić piękna oryginału, a jednocześnie nie „dointerpretowywać” utworów. Tak powstała książka piękna i prawdziwa zarazem, pełna smutku – bo smutni są bohaterowie mitów, a zarazem pełna wiary w człowieka i moc jego czynów, pragnień i uczuć. To jakby mały wykład o istocie człowieczeństwa. Mity greckie należą wszakże do wielkiego dziedzictwa kulturowego ludzkości. Zawsze oddziaływały na literaturę i sztukę, wywierały przemożny wpływ na kształtowanie się kierunków artystycznych i estetycznych, a przy tym nie przestały nigdy być magicznym lustrem rodzaju ludzkiego. Każda tragedia, każda wy prawa ponad siły, każde spętanie i każda batalia znajdą swoje odniesienie w tym zbiorze kulturowych metatekstów. Książka Chadzinikolau została pięknie wydana przez Oficynę Wydawniczą G&P. Zastosowano tutaj klasyczne już dzisiaj ilustracje Jana Marcina Szancera – jednego z najznamienitszych polskich ilustratorów książek. Jego przedstawienia są lekkie, zwiewne, pełne poezji i niespotykanego wprost wyczucia kolorystycznego. Charakterystyczne dla Szancera wydłużenie postaci i ich subtelny rysunek powodują, że teksty Chadzinikolau brzmią delikatniej od klasycznych przekładów czy transkrypcji mitów. Odsłania się też dzięki tym ilustracjom ukryty wymiar greckich podań – ich zdumiewająca poetyckość. Widać tu znakomicie, iż właśnie poeta powinien te teksty oblekać w polskie słowa. Szczególnie w procesie dydaktycznym książka Chadzinikolau i Szancera może być przydatna, wszak Mity greckie stanowią lekturę obowiązkową w szkole średniej.

Iliada

O znaczeniu Iliady dla kultury światowej nie trzeba przypominać, wszak obok Biblii, Gilgamesza, Księgi królewskiej, Kojiki, Popol Vuh, Boskiej komedii, stanowi ona, wraz z Odyseją, jej fundament. Chadzinikolau w tezach dołączonych do tego dzieła odkłamuje liczne mity narosłe wokół niego. Określa utwór jako epopeję historyczną, poetyzowaną historię, w której wizjoner Homer łączy psychograficzne osoby z autentycznymi wydarzeniami. Iliada nie jest zlepkiem podań, jej autorem jest genialny twórca – Homer (800–724 p.n.e.). To on sam spisał epopeję na 285 cienkich tablicach ołowianych. Nie jest to zatem luźny zapis, ale raczej przemyślana historycznie i artystycznie kompozycja. Utwór jest spójny, doskonały w konstrukcji epizodów, w symetrii bitew i złożeniu materiału w całość, z planem opartym o przewodnią myśl. Ma układ w stylu geometrycznym waz czarnofigurowych. Homer wcale nie był ślepcem, bo przecież żaden ślepiec nie byłby w stanie opisać z taką dokładnością zbroi, koni, krain, okrętów, walki, życia rodzinnego, ubiorów, gry i sportu, a nade wszystko anatomii człowieka, wyglądu świątyń. Jego dzieło pokazuje wyraźnie, że był podróżnikiem i posiadał ogromną wiedzę. W jego istnienie od dzieciństwa wierzył Heinrich Schliemann, a potem odkrył i oddał go światu wraz z zapomnianą Troją. Homer kochał swoich bohaterów, wodzów, bo łączyło ich wspólne przeznaczenie – śmierć, chwała, nieśmiertelność. Był bezstronny i z sympatią pisał o jednych i drugich. Iliada była wielką pieśnią tęsknoty i greckiego piękna, zaklętego w tęsknej opowieści i w przekazie zachowanym przez mądrość pokoleń, ale była też i jest opowieścią o chwale narodu greckiego i samej Grecji. Porwanie Heleny i konflikt pomiędzy Achajami i Trojanami jest rodzajem opowieści z kluczem, z której można wyczytać wielką wiedzę autora i jego epoki o człowieku. To jakby nieustanne przypominanie, że w ludziach są dwie natury – dobra i zła. Starczy iskra, starczy pretekst, a dawni bracia, a przyjaciele i siostry stają się zapiekłymi wrogami. Od czasów Homera niewiele zmieniło się na świecie w tym względzie, stale przelewa się krew, wciąż cierpią niewinne byty. Przekład Chadzinikolau czyta się z wypiekami na twarzy, bo wreszcie poemat ten zaczyna żyć swoim wewnętrznym rytmem. Nagle wątki znajdują swą kontynuacją, a zgubione przez innych translatorów treści odsłaniają się w pełnym blasku. Począwszy od pierwszego zaśpiewu – Gniew Achillesa opiewaj bogini, syna Peleusa,/ który Achajom zadał ból i niezliczone cierpienia/ i do Hadesu strącił tak wiele dusz dzielnych/ bohaterów, a ich ciała wydał na pastwę psom/ i różnym drapieżnikom. – a skończywszy na zamknięciu Rapsodu XXIV po spaleniu na stosie ciała Hektora – Kiedy wznieśli już kopiec, rozeszli się. Potem/ wszyscy spotkali się na obfitej stypie żałobnej/ w pałacach wychowanka Zeusa, króla Priama./ Tak zadbano o pogrzeb Hektora, poskramiacza koni. – czytelnik uczestniczy w prawdziwej uczcie poezji i języka. Dopiero ten przekład ustala proporcje, dopiero teraz widać ile narosło nieporozumień wokół głównych wątków dzieła Homera. Chadzinikolau we wstępie pokazuje to na kilku przykładach: Piękne próby parafrazowo–językowe dał Juliusz Słowacki. Dziwaczne i martwe są za to próby Stanisława Staszica (1815) i Jacka Idziego Przybylskiego (1814). Nudne i monotonne heksametry dominowały w filologicznych przekładach Pawła Popiela (1880), Augustyna Szmurły (1887) i Stanisława Mleczki (1894). Lucjan Rydel przetłumaczył osiem pieśni często stylizowaną gwarą, ale z polotem poetyckim. Ludowy przekład dał też Jan Czubek (1921), lecz bez tchnienia poetyckiego. Zapewne do czytania jest przekład pośredni Ignacego Wiśniewskiego, wydany na emigracji w Londynie w 1961 roku (w kraju – 1984) oraz Kazimiery Jeżewskiej (1983). Błędy w tłumaczeniach różnych autorów można by liczyć na tysiące, a czasem ich skala jest tak żenująca, że czytelnik zastanawia się dlaczego ludzie z tak mizerną znajomością greki biorą się za przekład monumentalnego dzieła. Dziwią też próby oddawania w języku polskim heksametru greckiego, bo nie rozróżniamy w nim głosek długich i krótkich. Chadzinikolau twierdzi, że właściwa byłaby tutaj miara wahająca się od 12 do 17 sylab, bo u Homera najczęściej miarą jest 14–16 sylabowa stopa metryczna. Autor nowego polskiego przekładu stara się stosować tę zasadę i uzyskuje efekt zdumiewający. Wreszcie Iliada staje się dziełem poetyckim, napisana z lekkością, nabiera także nośności i brzmi wspaniale w naszym języku. Warto na koniec oddać głos znawcy kultury antycznej prof. Oktawiuszowi Jurewiczowi, który nie waha się wydać jednoznacznej oceny: Przekłady Nikosa Chadzinikolau są wprost kongenialne. (…) to prawdziwa uczta duchowa i intelektualna; świetne rozumienie oryginału, obrazów poetyckich starożytnych i umiejętne dobranie ich polskich ekwiwalentów wciągają bez reszty w lekturę, od której trudno się oderwać. Dobrze się stało, że u końca tysiąclecia pojawił się w Polsce tak wierny przekład Iliady, tym bardziej, że w masowych seriach wydawniczych powiela się bzdurne spolszczenia Szmurły, w których Hektor poskramiacz koni występuje jako harcerz, zwykłe wydrążone okręty wygiętymi okrętami (Rapsod XII, w. 38) a Achajowie są Achidami, etc. Nie zapominajmy o wielkim, renesansowym dziele Nikosa Chadzinikolau, o bezcennym darze, jaki dał kulturze dwóch narodów – czas już też najwyższy by uhonorować tego twórcę specjalnie w Poznaniu i w innych miastach Polski.

__________

Sofokles, Antygona, tłum. Nikos Chadzinikolau, Oficyna Wydawnicza GMP, Poznań 1998,s.60.
Sofokles, Elektra, tłum. Nikos Chadzinikolau, Oficyna Wydawnicza GMP, Poznań 1998, s. 80.
Sofokles, Król Edyp, tłum. Nikos Chadzinikolau, Oficyna Wydawnicza GMP, Poznań 1998, s. 76.
Safona, Erotyki, przeł. i wstępem opatrzył Nikos Chadzinikolau, Oficyna wydawnicza G&P., Poznań 1998, s. 90.
Miłość Greków, przeł. i wyb. Nikos Chadzinikolau, Ad.Oculos, Warszawa 1998, s. 144.
Aforyzmy Greków, wybrał i przełożył Nikos Chadzinikolau, opr. graf., S. Ożóg, Ad.Oculos, Warszawa 1998, s. 112.
Mity greckie, oprac. Nikos Chadzinikolau, il. Jan Marcin Szancer, Oficyna Wydawnicza G&P, Poznań 1998, s. 160.
Homer, Iliada, przeł. ze starogreckiego, wstępem i przyp. opatrzył N. Chadzinikolau, Oficyna Wydawnicza G&P, Poznań 2001, s. 502.

ŚWIAT STAROŻYTNY (XXIV)

Gustave Rodolphe Clarence Boulanger, Targ niewolników (1882)

Gustave Rodolphe Clarence Boulanger, Targ niewolników (1882)

W naszym świecie nic nie jest jednoznaczne, a stereotypy utrwalone przez setki lat, podlegają często weryfikacji w obliczu nowych faktów, lektur, wiadomości. Odnosi się to też do wielkości i wagi znaczących postaci w dziejach ludzkości, ich odbioru w kolejnych stuleciach. Taki na przykład Arystoteles (384–322 p.n.e.), po latach sporów za jego życia i kontrowersyjnej działalności u boku Aleksandra Wielkiego (salwował się ucieczką na Eubeę po jego śmierci), potem wielkiego uwielbienia przez filozofów katolickich (tomizm) i położenia podwalin myśli europejskiej w zakresie astronomii, kosmologii, fizyki, biologii, uważany jest bezdyskusyjnie za jednego z przewodników ludzkości. Tymczasem jego poglądy społeczne, inspirowane zapewne tyranią wychowanego przez niego władcy, budzą ogromne zdziwienie, a często wręcz szokują. Tak jest w przypadku poglądów filozofa na temat niewolnictwa, które z perspektywy dwudziestego pierwszego stulecia po Chrystusie, są po prostu niedorzeczne. Zdawać by się mogło, że Stagiryta kierował się w życiu trzeźwym osądem rzeczywistości, a jego antropologia daleka była od wypaczeń. Starczy przywołać te oto zdania na temat właściwości człowieka: To bowiem jest właściwością człowieka odróżniającą go od innych stworzeń żyjących, że on jedyny ma zdolność rozróżniania dobra i zła, sprawiedliwości i niesprawiedliwości itp.; wspólnota zaś tak ukształtowanych istot staje się podstawą rodziny i państwa. (Arystoteles, Polityka, Warszawa 1989, przeł. L. Piotrowicz, s. 200) Teoria państwa i stosunków społecznych, zawarta w kilku dziełach, a nade wszystko swoiście ukształtowana etyka, wskazywać by mogły, że człowiek ten na każdym poziomie istnienia szanował byty takimi jakimi były. Niestety nie do końca, bo jego poglądy na temat niewolnictwa pozbawione były trzeźwości, tak charakterystycznej dla niego i wynikały zapewne z organizacji życia w starożytnej Grecji i Macedonii oraz przekonania o tym, że istota każdej rzeczy leży w jej zadaniu praktycznym. Człowiek jednak nie jest „rzeczą” i traktowany powinien być w każdej sytuacji jako integralny, wspaniały byt, chroniony przez prawo i otaczany miłością przez innych współmieszkańców tej samej planety.

3

Lawrence Alma-Tadema

Starożytność jest czasem, w którym ludzie na szczytach władzy opływali w zbytki, a ci z nizin społecznych straszliwie się męczyli, pracując w nieludzkich warunkach, nie dojadając i cierpiąc z powodu licznych chorób. Życie takich osób miało bardzo niską cenę i często bogacze woleli odbierać je służbie, niż inwestować w kosztowne leczenie, zapewnienie odpowiednich środków i przestrzeni do egzystencji. Dlatego wieki historii antycznej pełne są tragedii, bólu, żalu, a jeśli dałoby się odtworzyć głosy cierpiących bytów, usłyszelibyśmy przerażający jęk, zawodzenie i płacz. W takim kontekście poglądy Arystotelesa na temat niewolnictwa zdumiewają, a nawet szokują, szczególnie w kontekście innych jego światłych wypowiedzi. Według niego: pełna rodzina składa się z niewolników i wolnych (Tamże, s. 201), a to, że jedni cierpią, a inni ich wykorzystują w ogóle nie jest warte uwagi. Arystoteles bezceremonialnie porównuje niewolników do myślących narzędzi: w gospodarstwie domowym rzeczy, jakie się posiada, są narzędziem do życia, posiadłość jest sumą takich narzędzi, a niewolnik żywą własnością. Jest zaś narzędziem ponad narzędzia każdy sługa. Gdyby bowiem każde narzędzie mogło spełniać swoje zadania według rozkazu albo i uprzedzając go, jak to podobno robiły posągi Dedala lub trójnogi Hefajsta, które jak mówi poeta, same się zjawiają na zebrania bogów; gdyby tak czółenka tkackie same tkały, a pałeczki od gitary same grały, to ani budowniczowie nie potrzebowaliby pomocników, ani panowie niewolników. To, co się nazywa narzędziem, stanowi środek do wytwarzania nowych rzeczy, zaś przedmioty własności służą tylko do użytkowania. Czółenka tkackiego bowiem nie tylko się używa, lecz za jego pomocą wytwarza się coś nowego, natomiast suknia i łoże służą tylko do użytkowania. (Tamże, s. 202–203) Człowiek jako użyteczne narzędzie, oto istota poglądów Arystotelesa na temat niewolnictwa i zarazem ogromna hańba, kładąca się cieniem na jego światłych dziełach. Jakże skomplikowane musiały być stosunki społeczne w czasach życia tego filozofa, skoro jego niezwykły umysł nie mógł przebić się przez skostniałe przeświadczenia i doktryny. Mało tego, tworzył wykwintne porównania, poetyzował, jakby nie widział nóg i rąk poranionych straszliwie przez ciężkie kajdany, jakby nie uczestniczył w karaniu niewolników i egzekucjach dokonywanych na nich za nieposłuszeństwo i niewielkie nawet przewiny. Dla Arystotelesa: życie jest działaniem, a nie stwarzaniem, dlatego i niewolnik jest pomocnikiem w dziedzinie działania. O przedmiotach własności mówi się tak, jak o częściach, bo część jest nie tylko częścią czegoś innego, ale w ogóle należy do czegoś innego; podobnie zaś jest i z przedmiotem własności. Dlatego pan jest tylko panem niewolnika, ale do niego nie należy, a niewolnik jest nie tylko niewolnikiem swego pana, ale w ogóle do niego należy. Przerażająca jest pustka myślowa tych wywodów, a po ich drugiej stronie są bezlitosne cięcia ludzkiego ciała mieczami, nożami, ścinanie głów, odrąbywanie kończyn, zabijanie w taki sposób, by jak największe cierpienia zesłać na niewolnika i tym samym sterroryzować inne – jak to określa filozof – „narzędzia”.

mini

Jean-Léon_Gérôme, Targ niewolników

W starożytności handlowano ludzkim życiem jak zbożem, marmurem czy brązem i stale narażano je na liczne zagrożenia. Niewolnik na wielkiej galerze, opiekun koni i pasterz bydła, kobiety sprzątające, gotujące i przymuszane do stosunków płciowych, mogli liczyć tylko na siebie i na dobre hartowanie w młodym wieku. W krajach basenu Morza Śródziemnego częste są znaczące wahania temperatur, a zimy zdarzają się równie chłodne jak na północy. Szczególnie w krainach i na wyspach górzystych niewolnicy doświadczali częstych zmian klimatycznych i musieli być doprawdy bardzo silni, żeby przetrwać w ekstremalnych warunkach. Dlatego też żyli bardzo krótko i czasem – przy natężeniu cierpień i nieuleczalnych chorób – modlili się o śmierć lub wychodzili jej naprzeciw, w ostatnim akcie buntu lub nieposłuszeństwa. Jakże nieproporcjonalnie brzmią w takich kontekstach teorie Arystotelesa: Władanie i służenie należy bowiem do rzeczy nie tylko potrzebnych, ale pożytecznych. U niektórych istot zaraz od urodzenia dokonuje się rozgraniczenie, z przeznaczeniem jednych do władania, drugich do służenia. Liczne są też rodzaje rządzących i służących, ale zawsze lepsze jest panowanie nad lepszymi podwładnymi; tak na przykład lepsze jest panowanie nad człowiekiem aniżeli nad zwierzęciem. Dzieło bowiem wykonane przez doskonalsze istoty jest doskonalsze, gdzie zaś jedna włada, a druga słucha, dzieło jest w pewnej części tworem jednej i drugiej. (Tamże, s. 203–204) Jakaż pokrętna jest argumentacja filozofa, przyzwyczajonego do bezpłatnych usług zniewolonych ludzi, jak próbuje naciągać argumenty za utrzymywaniem takiej struktury społecznej. Wyjątkowo nietrafne jest też odnoszenie sytuacji ludzkiej do świata zwierząt i ich uzależnienia od nas, a kolejny komentarz zdaje się być tworem jakiegoś despoty, a nie myśliciela, który położył podwaliny pod myśl scholastyczną w Europie: Oswojone zwierzęta są bowiem z natury lepsze od dzikich, a dla nich wszystkich korzystniejszą rzeczą jest być w służbie u człowieka, bo w ten sposób chronią się przed zniszczeniem. (Tamże, s.205) Ciekawe co powiedzieliby dzisiaj różnoracy teoretycy równości płci, gdyby przeczytali zdanie pointujące powyższe rozważania autora Polityki: Tak jest również z rodzajem męskim i żeńskim, z których pierwszy jest z natury silniejszy, drugi słabszy; toteż ten panuje, a tamten mu podlega. (Tamże) Arystoteles działał i pisał w określonej sytuacji historycznej i był cząstką ludzkości żyjącej w państwach autorytarnych, w monarchiach absolutnych, dodatkowo zniekształcanych przez systemy religijne i dewiacje tyranów. Podległość była w nich naczelną zasadą, od rozbudowanego panteonu bóstw, poprzez armię, gremia rządzące, a wreszcie wielkie grupy społeczne i poszczególne patrycjaty.

Jean-Léon_Gérôme,_Phryne_revealed_before_the_Areopagus_(1861)_-_01

Jean-Léon_Gérôme, Fryne przed Areopagiem (1861)

Arystoteles należał do klanu panów i zapewne korzystał w swoim życiu z usług wielu niewolników, a kształcąc Aleksandra Wielkiego i uczestnicząc w jego wyprawach, musiał też poznać najprzeróżniejsze typy ludzkie. W świecie, w którym obowiązywał kult tężyzny fizycznej, widywać musiał wspaniale wyrzeźbione ciała, ale podziwiając je wyciągał zbyt daleko idące wnioski, raz jeszcze nietaktownie wplatając w nie zwierzęta: Niewielka jest różnica w użyteczności, bo zarówno niewolnicy, jak zwierzęta domowe pomagają fizycznie do zaspokojenia niezbędnych potrzeb. Stosownie do tego istnieje w przyrodzie dążność do odmiennego kształtowania fizycznego ludzi wolnych i niewolników, w ten sposób mianowicie, że ci ostatni są silni ze względu na konieczne usługi, pierwsi zaś smukli, ale niezdolni do takich prac, zdatni natomiast do działalności w państwie, które ma dwa odrębne zadania: wojenne i pokojowe; zdarza się jednak często i przeciwnie, że jedni mają ciała wolnych, drudzy zaś duszę. Tyle jest jasne; jeśliby ta różnica była tylko tak wielka, jak między wizerunkami bogów a postacią ludzką, to wszyscy by przyznali, że ci, którzy o tyle stoją niżej od innych, zasługują na to, aby być ich niewolnikami. (Tamże, s. 205–206) Dzieło greckiego filozofa czytać należy wybiórczo i pewne jego elementy traktować jako rodzaj nieudanej fantastyki, dalekiej od odkryć wieków późniejszych. Tak jest w przypadku rozważań zoologicznych lub wskazań jakie są funkcje poszczególnych ludzkich organów, jednak w przypadku teoretyzowania na temat niewolnictwa mamy do czynienia z uwarunkowanymi historycznie, błędnymi teoriami na temat bardzo pokrzywdzonych i nieszczęśliwych bytów. Konkluzja Arystotelesa jest świadectwem jego ograniczeń myślowych w tym względzie: Wynika z tego w sposób oczywisty, iż pewni ludzie są z natury wolnymi, inni zaś niewolnikami, przy czym stan niewoli jest dla tych drugich zarówno pożyteczny, jak i sprawiedliwy. Jakież to bałamutne, pokrętne, nie szanujące ludzi, którzy zostali podstępnie uwięzieni, stracili wszystko co mieli, a nade wszystko odebrano im godność ludzką. Ciekawe co mówiłby na ten temat Stagiryta, gdyby nie udało mu się uciec z Aten po śmierci Aleksandra Wielkiego i upadku partii pro-macedońskiej. Może zakuty w kajdany, albo skazany na śmieć zrozumiałby, co znaczyło w starożytności być niewolnikiem, ile cierpień i bólu wiązało się z takim życiem. Po ucieczce do miasta Chalkis, przeżył w nim zaledwie rok i w wieku sześćdziesięciu dwóch lat zmarł. Dla kultury europejskiej była to ważna data graniczna, ale zapewne wielu niewolników z jego otoczenia odetchnęło z ulgą…

AMFORA Z ONYKSU

Konstandinos Kawafis, mal. Thalia-Flora Karavia (1926)

Konstandinos Kawafis, mal. Thalia-Flora Karavia (1926)

Odyseusz, najprzebieglejszy z królów, biorących udział w walce o Troję, autor pomysłu, by przy obleganym mieście zostawić ogromnego konia z drewna, został srogo doświadczony przez życie i antycznych bogów. Błąkał się przez dziesięć lat po morzach i wyspach, walcząc z jednookim Polifemem, stawiając czoła Lajstrygonom i Scylli, trafiając do wrót Hadesu w kraju Kimmeryjczyków, a potem będąc przez wiele lat więźniem zakochanej w nim nimfy Kalipso. Klątwę Posejdona znieść mógł tylko sam władca mórz i trzęsień ziemi, ale dzielny heros zmierzyć się musiał jeszcze z zalotnikami, którzy tłumnie oblegali jego dom i chcieli zagarnąć żonę – wierną i przebiegłą Penelopę. Ulisses wracał do Itaki, małej wyspy w archipelagu Jońskim, a jego wyprawa nabrała cech symbolicznych już w starożytności i stała się synonimem ludzkiego losu, nieustannego błądzenia i szukania wyjść, stawiania czoła zagrożeniom i walki o samego siebie. Bohatera Odysei charakteryzuje niezwykły spryt i przebiegłość, a jego pomysłowość wielokrotnie jest akcentowana w eposie i często ratuje z opresji zalęknionych towarzyszy. Homer wędrował drogami starożytnej Grecji, a będąc prawdopodobnie ślepym, korzystał z pomocy osób wskazujących mu drogę – tak docierał stale do nowych słuchaczy i zaczynał opowieść o królu Itaki: Muzo! Męża wyśpiewaj, co święty gród Troi? Zburzywszy, długo błądził i w tułaczce swojej/ Siła różnych miast widział, poznał tylu ludów/ Zwyczaje, a co przygód doświadczył i trudów! (przeł. L. Siemieński) Już wtedy Homer wywierał ogromny wpływ na myślicieli i zwykłych ludzi, przypadkowo siadających przy ognisku i słuchających jego patetycznych heksametrów. Począwszy od czasów odrodzenia zaczyna się jego triumfalny pochód przez kultury wielu krajów i kręgów kulturowych, a Iliada i Odyseja fascynują stale nowe generacje czytelników. Choć niewątpliwym problemem są przekłady – skorzystałem tutaj z utrwalonego w świadomości naszego kręgu kulturowego, archaicznego spolszczenia Siemieńskiego – ale wiele jest wersji słynnej apostrofy do Muzy i kolejnych ksiąg, spośród których najmniej ceni się te, opowiadające o losach syna Ulissesa – Telemacha (I–IV). Wskazywał to wielokrotnie Nikos Chadzinikolau, Grek przez wiele lat mieszkający w Polsce i autor kongenialnego przekładu, najwierniejszego oryginałowi.

Do Homera i jego arcydzieła o Odyseuszu trzeba stale wracać podczas lektury liryków Konstandinosa Kawafisa (1863–1933), jednego z najwybitniejszych twórców przełomu dwóch ostatnich wieków w Grecji i na świecie. Szczególnie odnosi się to do Itaki – wiersza, w którym krzyżują się wątki biograficzne i mityczne, styl epigramatyczny z prozatorską lekkością, symbolika z wielką metaforą człowieczeństwa. Na początku poeta udziela czytelnikom znaczących rad: Kiedy wyruszasz w podróż do Itaki,/ życz sobie, żeby długie było wędrowanie,/ pełne przygód, pełne doświadczeń. (Korzystam tu z przekładu Zygmunta Kubiaka) To przekonanie, że wędrówka jest wartością samą w sobie, może inspirować i dopomagać w próbach znalezienia sensu istnienia, to potwierdzenie, iż nieustanne przemieszczanie się generuje przygody, nowe doświadczenia, a potencjalne niebezpieczeństwa mają mniejszą wagę od tego, co stanie się udziałem wędrowca. Zło czyha na człowieka w każdej sytuacji i podróż rodzi takie same zagrożenia, jak trwanie w miejscu. Poeta przypomina tę zasadę i radzi: Lajstrygonów, Cyklopów, gniewnego Posejdona/ nie obawiaj się. Nic takiego/ na twojej drodze nie stanie, dopóki/ myślą trwasz na wyżynach, dopóki wyborne/ emocje dotykają twojego ducha i ciała. Trzeba zatem żyć pełnią życia, w którym stale pojawiają się ekscytacje, trzeba podążać myślami ku wyżynom i wierzyć, że demony i upiory nie pojawią się na drodze, a gniewny Posejdon zajmować się będzie czym innym i nawet nie zauważy drobinki przemieszczającej się po morzach i lądach. Zresztą wszelkie takie fantastyczne twory pojawią się najpierw w wyobraźni i rodzą się w mroku ludzkich lęków: Lajstrygonów, Cyklopów, dzikiego Posejdona/ nigdy nie spotkasz, jeśli ich w tę podróż/ nie zabierzesz we wnętrzu twojej własnej duszy,/ jeśli własna twa dusza nie wznieci ich przed tobą. Jasne spojrzenie w przyszłość, sięganie duchem najszczytniejszych celów i wiara w siebie, ochronią wędrowca przed wszelkimi zagrożeniami. Podróżowanie, to ruch ciała w przestrzeni, ale najważniejsza jest podróż wewnętrzna, duchowa, która nie liczy się z żadnymi granicami. Jej celem jest rozwój i przeglądanie się w skrajnie różnych rzeczywistościach, nieustanna walka o uwrażliwienie – czujność w obliczu zmieniających się dekoracji i falujących tłumów, ostrożność w kontaktach z napotkanymi ludźmi (i bogami).

Każda wyprawa kiedyś się skończy i Kawafis namawia, by wierzyć, że u końca drogi pojawi się słoneczny poranek w nieznanym porcie. Statek powoli będzie do niego dobijał, a promienność i jasność staną się znakiem nowego otwarcia: Życz sobie, żeby długie było wędrowanie:/ by zaświtało wiele takich poranków lata,/ kiedy – z jaką uciechą, z jakim rozradowaniem –/ podpływać będziesz do portów, nigdy przedtem nie widzianych;/ abyś się zatrzymywał w handlowych stacjach Fenicjan/ i piękne tam kupował rzeczy,/ masę perłową i koral, bursztyn i heban,/ i najróżniejsze wyszukane olejki –/ ile ci się uda zmysłowych wonności znaleźć. Kawafis wprowadza do swoich wierszy rzeczywistość symboliczną i mówi alegorycznie o skarbach świata (masa perłowa i koral), o dobrach, które znaleźć można w nigdy nie widzianych portach (bursztyn, heban). Jego życie dalekie było od zbytków, pełne skromności i oddania sztuce, a prawdziwymi klejnoty były dla niego wiersze i poczucie jedności ze światem starożytnym. Nieustannie szukając prawdziwej miłości i wierząc w nią, namawiał by przez całe życie się uczyć, studiować księgi wielkich cywilizacji i nieustannie docierać do nich: Trzeba też, byś egipskich miast odwiedził wiele,/ aby uczyć się i jeszcze się uczyć – od tych, co wiedzą. Tylko tak osiągnąć można balans ze światem, tylko w drodze znaleźć można to, co zdawać by się mogło, jest niedostępne i zbyt dalekie, by dotrzeć tam w ciągu jednego życia. Ludzka egzystencja nie miałaby jednak sensu, gdyby najwybitniejsze jednostki nie zakreślały sobie celów niedosiężnych, a trasy nie wiodłyby przez niebezpieczne lądy i wyspy. Droga musi uczyć, ale wędrowiec powinien też nieustannie pamiętać o ostatecznym punkcie dojścia: Przez cały ten czas pamiętaj o Itace./ Przybycie do niej – twoim przeznaczeniem./ Ale bynajmniej nie spiesz się w podróży./ Lepiej by trwała ona wiele lat,/ abyś stary już był, gdy dobijesz do tej wyspy,/ bogaty we wszystko, co zyskałeś po drodze,/ nie oczekując wcale, by ci dała bogactwo Itaka. Ta droga będzie darem dla Odysa każdego czasu, ta wyprawa stanie się celem samym w sobie i najpiękniejszym przeznaczeniem. Starość może być czasem szczęścia i kontemplacji, ale warunkiem jest przeszłość obfitująca w liczne i ekscytujące wydarzenia. Można je wtedy kontemplować i porządkować to, co się zrobiło, polerując piękną wazę ze srebra, gładząc dłonią amforę z onyksu, podróżnik wróci do chwil, gdy wszedł w ich posiadanie i jeszcze raz przeżyje to, co przepadło bezpowrotnie.

Jakże donośnym tonem w poezji Kawafisa jest nieuchronność, ostateczność danego ludziom czasu, łączność w śmierci ze starożytnością, a przy tym jedność w micie postaci realnych i fantastycznych. Szczęście możliwe jest tylko w opozycji do nieszczęścia, zdrowie jest kontrapunktem śmierci, a Itaka zawsze pozostanie tęsknotą za tym co niewyrażalne, co nieoczekiwane, nieustannie pozostające w zawieszeniu: Itaka dała ci tę piękną podróż./ Bez Itaki nie wyruszyłbyś w drogę./ Niczego więcej już ci dać nie może. Dotykając amfory z onyksu, czując jej subtelną gładkość, stary człowiek zamyśla się nad sobą i widzi pośród błysków obrazy z przeszłości, twarze spotkanych ludzi, barwy kwiatów i kolor ciepłego morza – wpatruje się w ciemność, stojąc na pokładzie galery i nieomal dotyka rozrzuconych po niebie gwiazd. W życiu nie ma jakichkolwiek pewnych obietnic, a każdy sen może być ostatnim, każde zamknięcie powiek może zgasić świat na zawsze, każda chwila rozpłomienić się może niewyobrażalnie. Dlatego Kawafis namawia by nie oczekiwać od Itaki zbyt wiele, bo nawet ubogie życie ma sens, jeśli droga do niego była długa i obfitująca w zdarzenia: A jeżeli ją znajdziesz ubogą, Itaka cię nie oszukała./ Stawszy się tak mądry, po tylu doświadczeniach,/ już zrozumiałeś, co znaczą te Itaki. Mądrość stanie się bogactwem człowieka, nawet jeśli nie zgromadzi on dóbr materialnych, prawda o świecie będzie jego skarbem i nawet jeśli szybko umrze, u końca swej drogi, zabierze do grobu to, co przeżył. Wszakże najwięksi władcy i monarchowie, najbogatsi ludzie świata, gdy stanęli w obliczu śmierci, musieli porzucić swoje pałace i skrzynie z drogimi kamieniami, musieli oddać złote patery i kielichy, wydając ostatnie tchnienie wchodzili do wieczności tak samo nadzy i ubodzy jak miliony żebraków i włóczęgów. Bogactwo Itaki jest zatem taką samą ułudą jak skarby każdej krainy, człowiek przychodzi na świat ubogi i tylko przez chwilę gromadzi to, co i tak rozproszy się bezpowrotnie po jego śmierci. Co zostało z wyposażenia komnat grobowych faraona Cheopsa i królowej Henutsen, ich syna Chefrena czy Amenhotepa IV lub Ramzesa II, zwanego Wielkim, gdzie podziały się złote trony królów Grecji, Nubii i Fenicji, kto widział wszystkie skarby pierwszego chińskiego cesarza Qin Shi Huanga? Ludzie osiadają w jakimś miejscu dla zapewnienia sobie środków do bytowania, ale stale tęsknią za podróżami i gdy zaoszczędzą jakieś środki, pożytkują je na poznawanie świata – ruszają w drogę do imaginowanej Itaki. Tak też postępuj – mówi poeta i wskazuje podróż Odyseusza jako wzorcową dla każdego myślącego bytu, jako nieuchronną dla tych, którzy szukają odpowiedzi na dręczące pytania egzystencji. Tak pragnie by ludzie gromadzili dobra ducha, ukazuje drogę do Itaki jako szlak dojścia do mądrości lat późnych, do czasu rozpamiętywania i nieustannego powrotu do zgasłych chwil. Jakże wartościową w kontekście eschatologii, wdzierającej się stale do każdej biografii, jakże wypełnioną sensami naddanymi, mitologicznymi i historiozoficznymi, jakże cenną w świecie złudnych, przemijających wartości.

ŚWIAT STAROŻYTNY (XXIII)

Neron i Seneka

Neron i Seneka – rzeźba Eduardo Barróna z 1904 roku – Prado, Madryt

Lucius Annaeus Seneca Minor (ok. 4 p.n.e–65 r. n.e) w pamięci potomnych pozostał jako nauczyciel Nerona i autor licznych prac literackich, spośród których najwyżej ceni się dialogi filozoficzne i listy moralne. Znacznie niżej wartościuje się dramaty i inne prace, choć opracowania zagadnień przyrodniczych w wielu partiach nie straciły na aktualności. Jeden z najbardziej znanych rzymskich filozofów i retorów, w młodości miał problemy zdrowotne i z tego powodu podróżował do ciepłego Egiptu i licznych uzdrowisk. Szybko też dał się poznać jako nieustępliwy dyskutant i krytyk władzy, za co został nawet zesłany przez cesarza Klaudiusza na Korsykę. Jako stoik wywarł ogromny wpływ na chrześcijaństwo, ale niestety nie udało mu się pohamować temperamentu Nerona, który ostatecznie oskarżył go o udział w spisku Pizona i w 65 roku naszej ery zmusił do popełnienia samobójstwa. Wraz z nim życie odebrali sobie tak znaczący politycy i pisarze rzymscy jak jego bratanek Marcus Annaeus Lucanus (Lukan) i Gajusz Petroniusz, zwany Arbitrem. Jako człowiek wielkiego umysłu, potrafił wytworzyć w sobie dystans do burzliwych wydarzeń, w których uczestniczył, coraz bardziej buntując się przeciwko zbrodni i przemocy. Może właśnie to, wydobyte z zakamarków przeszłości przez wychowanka i mordercę, stało się powodem ostatecznego nakazu. Powszechnie mówiło się w Rzymie o tym, że Seneka buntował się przeciwko krwawym rozrywkom, a szczególnie nie cierpiał walk gladiatorów, rozszarpywania chrześcijan przez dzikie zwierzęta w Koloseum czy zabijania w najokrutniejszy sposób pojmanych wrogów. Artyści różnych epok starali się oddać moment jego śmierci, próbowano też tworzyć wizualizacje postaci, która w antycznych i współczesnych przedstawieniach rzeźbiarskich czy malarskich znacznie się od siebie różni. A mierzyli się z tym zadaniem tacy sławni malarze jak Rubens, Vignon, David, Perrin czy Giordano, za każdym razem ukazując człowieka steranego wiekiem i śmiało patrzącego w dal nieuchronnego przeznaczenia – wiemy wszakże, że w chwili odejścia ze świata miał sześćdziesiąt dziewięć lat. Jakkolwiek byśmy sobie nie wyobrażali tego człowieka – czy to jako otyłego, łysego, czy może obdarzonego przez naturę bujnymi włosami i szczupłego, dzisiaj już nie rozstrzygniemy jak wyglądał, a poszczególne propozycje mają tylko walor artystyczny i pozwalają jedynie snuć domysły.

Jak wyglądał filozof

Jak wyglądał filozof po lewej popiersie Jeana Paula Grandmonta, po prawej szkic Paula Rubensa

Spośród listów dydaktycznych Seneki uwagę zwraca już pierwszy tekst zbioru, w którym przestrzega on by młodszy przyjaciel szanował dany mu czas: Tak czyń, mój Lucyliuszu: ochraniaj siebie dla siebie i skupiaj, a oszczędzaj czas, który Ci dotąd albo zabierano, albo podkradano, albo który przepadał. Bądź przekonany, że tak jest, jak piszę: jedne chwile są nam wydzierane, inne podkradane, a inne się wymykają, i jeżeli chcesz się nad tym zastanowić, to się przekonasz, że największa część życia mija w ten sposób, że źle robimy, wielka część – że nic nie robimy, a całe życie upływa na tym, że co innego robimy. (List antyczny, oprac. i przeł. Jerzy Schnayder, Wrocław 2006, s. 172–173) Choć listy te są wyimaginowane i mają charakter filozoficzny, dotykają najistotniejszych kategorii naszego życia i wskazują na liczne wypaczenia w jego obrębie. Trudno się dziwić, że w pierwszym tekście pojawia się sprawa tak fundamentalna jak upływ czasu – utraty czegoś czego nie ma, a zarazem czegoś, co jest istotą wszystkiego. Ludzie zapominają, że w chwili urodzin uruchomiony został zegar osobowy, który przestanie odmierzać czas w chwili śmierci – zajmując się tysiącami, milionami spraw życiowych nie przeliczają ich na konkretne jednostki czasowe. Wschód i zachód słońca jest dla nich zdarzeniem atmosferycznym, w najlepszym przypadku astronomicznym, a jakże rzadko pojawia się uściślenie temporalne. Co prawda stale posługujemy się kalendarzem, podzielonym na okresy lunarne (miesiące) i solarne (lata), ale jakże chętnie zapominamy o samym czasie, który symbolizują. Seneka zauważa, że ogrom naszych dni i nocy wypełniony jest lenistwem, a tylko niewielki wycinek przyporządkować możemy jakiejś konkretnej i twórczej aktywności. Może dlatego w pisarskich biografiach wielkich ludzi znajdziemy tyle stron mówiących o przezwyciężaniu bezsiły, o walce z poczuciem przegrania i niemożności, z depresją i chęcią ulżenia sobie w najprostszy z możliwych sposobów. Giganci ludzkości zwykle miewali najwięcej problemów z marnotrawionym czasem, może też dlatego tworzyli w zapamiętaniu i natchnieniu, czując, że ich dni są policzone. Tak było z Mozartem, który trwonił godziny na gry hazardowe, miotał się między knajpą a łożem rozpusty, a potem w niezwykłym tempie tworzył arcydzieła takie jak Zaczarowany flet, Don Giovanni, Wesele Figara, Uprowadzenie z seraju, dziesiątki symfonii i koncertów czy wreszcie monumentalne Requiem. Dzisiaj można tylko domniemywać, że gdyby jego życie nie skończyło się 5 grudnia 1791 roku, oprócz siedmiuset utworów, które stworzył, jeszcze wiele znakomitych kompozycji wydobyłby z nicości, obdarzając nimi ludzkość i ciesząc się zasłużoną sławą. Ale jednak bezsensownie trwonił święty czas, nie wiedząc, że żyć będzie tylko trzydzieści pięć lat i umrze w bólach, opuchnięty, może otruty, a może zarażony przez jakąś kobietę nieznaną chorobą lub po prostu wycieńczony licznymi hulankami.

Fragment obrazu Paula Rubensa przedstawiający śmierć Seneki

Fragment obrazu Paula Rubensa przedstawiający śmierć Seneki

Starożytny filozof pyta Lucylisza: Czy wskażesz mi takiego, kto by przypisywał czasowi jakąś wartość, kto by dzień cenił, kto by rozumiał, że codziennie umiera? W tym bowiem się mylimy, że śmierć widzimy przed sobą: wielka jej część już przeminęła. Ile tylko czasu mamy za sobą śmierć to posiada. (s. 173) Tak, ludzie zapominają o rozciągliwości śmierci, która przydarza się każdego dnia i co chwilę coś nam zabiera, z czegoś nas ograbia. Ciało ludzkie jest piecem chemicznym i rozbudowanym systemem kanalizacyjnym, ale ogień gaśnie, a rurki powoli się zapychają i jak na razie nie wymyślono skutecznego systemu ich oczyszczania. Każdy organizm ma zakodowaną w genach wytrzymalność, jakby mapę tego, co się będzie wydarzać i do czego doprowadzi nadmierne eksploatowanie sił w młodości, w wieku średnim i w latach późniejszych. Nie bez powodu natura ulokowała mechanizmy prokreacyjne w momencie naszej eksplodującej witalności – paradoksalnie jest to też czas największej nieświadomości, kierowania się intuicją i wybierania rozwiązań przypadkowych. Sportowiec biegający wokół stadionu, piłkarz na boisku czy atleta dźwigający ciężary, nie biorą pod uwagę konsekwencji eksploatacji organizmu dla przyszłości. Nie bez powodu pojawia się u takich ludzi tyle zwyrodnień stawów, chorób kości czy żył – delikatne ciało można przystosować do wysiłku ponad jego siły, ale kiedyś trzeba będzie za to zapłacić. W takim rozumieniu – przypomina Seneka – śmierć zabiera nam codziennie cząstkę nas, a żywa świadomość zakłamuje owo powolne i nieuchronne umieranie. Oddajemy pole bez walki, godzimy się na kolejną stratę czasu, gubimy to, co najcenniejsze i zamykamy dzień jak nieprzeczytaną księgę. Filozof czyni ze śmierci kolekcjonera, który wolno, ale sukcesywnie zbiera nasze chwile, gromadzi je, by nizać na niewidzialną nić. Tak czyni krajowiec z Wysp Towarzystwa, szukający pięknych muszli przy brzegu oceanu i nadziewający je na sznur, by stworzyć naszyjnik dla ukochanej kobiety. Tak postępuje malarz, który miesza na palecie wiele kolorów by uzyskać lazur, turkus lub amarant, a potem przenieść barwy na płótno i tak robi kolekcjoner znaczków pocztowych, monet, lśniących kamieni – to jest kompletowanie zbioru, niepowtarzalnego i przyciągającego uwagę osób postronnych. Tak samo czyni śmierć z ludzkimi chwilami, cierpliwie gromadząc sekundę po sekundzie, minutę po minucie i dzień po dniu – tak postępuje ostateczność z bytami zakorzenionymi w czasie i mającymi do przeżycia określoną ilość lat (obiegów malutkiej Ziemi wokół potężnego Słońca). Ostateczne zatrzymanie czasu dla konkretnej osoby, nieodwracalność śmierci i natychmiastowy rozkład, są rodzajem potwierdzenia, że nic nie jest bezkarne, a każda szczęśliwa i twórcza chwila ma swoją cenę w wykazie tej, która zawsze wygrywa i nigdy nie daje szans w konfrontacji ze sobą. Czy o tym myślał twórca listu, gdy otwierał swoje żyły i czekał aż napłynie gęsta ciemność, a barwy i kształty znikną, tak jak wcześniej znikały w głębinach zmarnowanych chwil? Czy miał tyle czasu by to sobie jeszcze raz uświadomić, uczynić jakiś teatralny gest bez znaczenia albo uśmiechnąć się do osiągnięć życia, do zamykającej się przeszłości, która miała swoje wzloty i upadki.

Inna propozycja obrazu ostatnich chwil filozofa

Inna propozycja obrazu ostatnich chwil filozofa – Luca Giordano, 1648

Jeśli młody aktor, wzbudzający zachwyt tłumów, pojawiający się na okładkach kolorowych magazynów i w telewizyjnych programach, traci życie w wypadku samochodowym, wszyscy żałują tego, co mogłoby się wydarzyć, gdyby żył dłużej. Gdy piękna kobieta, wzgardzona przez kochanka, zakłada sobie sznur na szyję i żegna się przedwcześnie ze światem, rozlega się powszechne „ach…” – bo tyle jeszcze było przed nią, bo nie urodzi dzieci i nie pojawi się więcej pośród innych urodziwych ludzi. Przykłady można by tutaj mnożyć – James Dean, Elvis Presley, Marylin Monroe, Natalie Wood… ale to są przywołania fałszywe, bo odnoszące się do przesady medialnej, zbytniego celebrowania jakichś chwilowych sukcesów. A przecież takie straty zdarzają się codziennie, gdzieś w zagubionej pośród gór wiosce, w jakimś zakamarku wielkiego miasta, w kraju na tropikalnych wyspach i pośród mroźnego klimatu północy. Wszędzie leje się krew, mają miejsce groźne wypadki, starcy zakładają pętlę na szyję, a młodzieńcy stają przy torach kolejowych i czekają na pociąg – wszędzie i w każdej chwili kończy się czyjś czas i nawet ten wielki, kosmiczny przedział egzystencji, przypisywany słońcu, wielkim planetom i ziemi, kiedyś się zamknie dramatycznie pośród eksplozji i rozszerzającego się żaru, a potem stygnącego popiołu, astralnego pyłu. Seneka przestrzega zatem przyjaciela: Czyń więc, Lucyliuszu, to, co jak piszesz – czynisz: ogarniaj wszystkie godziny. Tak to się stanie, że mniej będziesz zależny od jutra, jeżeli na dzień dzisiejszy przyłożysz rękę. Gdy się sprawy życiowe odracza, życie szybko przemija. Wszystko, Lucyliuszu, jest nie nasze, tylko czas do nas należy. Tylko tę jedną rzecz, szybko mijającą i ruchliwą, natura dała nam w posiadanie. I taka jest też głupota ludzi, że kiedy osiągnęli to, co jest drobnostką, i to marną, co na pewno można zastąpić czym innym, pozwalają, by tym obciążono ich rachunek życiowy, ale nikt nie uważa, że cośkolwiek jest winien, kto zabrał nam czas, gdy tymczasem to jest jedyne, czego nawet wdzięczny człowiek nie może nam zwrócić. (s. 173) Dostrzeżenie życiowej drobnostki, która wydaje się nie wiadomo czym, nie jest łatwe, bo ludzie szukają ich i dążą do zaspokojenia swojego popytu na nie. Budowa domu, kupno pojazdu, zdobycie drogiej biżuterii czy ubioru, stają się celem życia, choć przecież nikt nie zabrał bogactw poza granicę śmierci. Kpi ona tak samo z miliardera, jak z biedaka, odbiera oddech temu, który żył pośród drogich sprzętów i temu, który miał tylko stół, krzesło i jedną szafę. Dlatego tacy niebezpieczni są – wskazuje Seneka – ludzie, którzy okradają nas ze skarbu najcenniejszego, z dobra podstawowego – z naznaczonego nam czasu. To są owe zbyt wydłużone lata edukacji, to są dążenia do uzyskania jakiegoś tytułu, to wreszcie mozolne budowanie jakiejś bezpiecznej enklawy. Ale upływający czas anihiluje wiedzę, tytuły nie mają znaczenia dla prawdziwych poszukiwaczy mądrości, a domy, zagrody, stylizowane ogrody, zmiecie pierwszy większy huragan, zdemoluje pożar lub wojna, zniszczy złodziej i zbieracz złomu. Istnienie szybko przemija i liczą się w nim tylko dobrze przeżyte chwile, jakieś zapatrzenia i wewnętrzne euforie, spotkania z naturą i kosmosem, a nade wszystko dobro wyrządzane innym ludziom.

Po lewej rzeźba z epoki, po prawej śmierć Seneki według norymberskiej Liber cronicarum z 1493 roku

Po lewej rzeźba z epoki, po prawej śmierć Seneki według norymberskiej Liber cronicarum z 1493 roku

Łatwo udziela się rad i wskazuje jakieś rozwiązania, ale ważna jest też praktyka i doświadczenie, Seneka poddaje zatem ocenie także własne uczynki: Zapytasz może, co ja sam robię, który Ci takich nauk udzielam? Wyznam Ci otwarcie: to, co trafia się u człowieka zamożnego, ale przy tym dokładnego, spotyka się i u mnie: zgadza się rachunek moich wydatków. Nie mogę powiedzieć, że wcale czasu nie roztrwoniłem, ale powiem co tracę, dlaczego i w jaki sposób; podam przyczyny mojego ubóstwa. Dzieje się ze mną to, co z większością ludzi, którzy nie z własnej woli zeszli na biedaków: wszyscy im przebaczają, ale nikt nie pomaga. Więc jakże to? Nie uważam za biedaka tego, któremu wystarcza jakakolwiek ilość: Ty jednak, życzę sobie tego, ratuj, co Twoje, i zacznij, póki czas. Bo jak to dostrzegli nasi przodkowie, „spóźniona to oszczędność na dnie skrzyni”. Bo na dnie nie tylko malutko zostaje, ale także to, co najgorsze. Żegnaj. (s. 173–174) Powszechnie wiadomo, że starsi ludzie pragną udzielać rad młodym ludziom i równie oczywiste jest to, że ci ostatni lekceważą wszelkie napomknienia i wskazania. Młodość jest dzika, rzadko analizuje samą siebie, jest impulsywna i nie licząca się z konsekwencjami – gdzie tam jej przyjdzie do głowy liczyć chwile i planować jakieś ruchy w czasie, przecież ona nieustannie łaknie ekscytujących doznań. Seneka przyznaje, że też popełnił błędy, ale sytuacja, w której się znalazł pozwala mu pouczać Lucyliusza i wskazywać niebezpieczeństwa. Metafora pustej skrzyni, przejęta przez Senekę z Prac i dni Hezjoda, jest niezwykle wymowna, ale może trafić tylko do wyobraźni kogoś, kto czerpał bez umiaru ze zgromadzonych w niej dóbr, aż znalazł się w sytuacji, która nakazała mu czynić daleko idące oszczędności. Młodzieniec może dopiero kupił pierwszą swoją skrzynię i pragnie gromadzić w niej skarby, trudno mu zatem zrozumieć rady doświadczonego retora. Oszczędność, to zachowywanie umiaru w wydatkach i dbanie o równowagę tego, co dostajemy i tego, co wydajemy – młodzieńcy i dziewczęta uwielbiają wydawać pieniądze, stale też mają ich za mało, a jeśli trafi się pośród nich ktoś rozsądniejszy, kto pragnie zachować dłużej w kieszeni jakieś środki, uznany zostaje za sknerę. Prawdę powiedziawszy nikt nie uczy ich gromadzenia kapitału, tak by pracował na siebie i był nienaruszalny dla przyszłych lat. Z góry zakładają, że będzie się im wiodło, a jako taka stabilizacja nigdy się nie skończy, dzień będzie podobny do dnia, a przygody stanowić będą sens nieskończonej egzystencji. Seneka już wie, że kiedyś sięgną do skrzyni i nie znajdą w niej środków by kontynuować hulanki i oddawać się uciechom. Szybko odejdą od nich towarzysze uczt, a ich kobiety znajdą sobie zamożniejszych donatorów, będą się wylegiwać na marmurowych ławach i z rozkoszą jeść słodkie owoce winogrona i pić wino białe i czerwone.

ŚWIAT STAROŻYTNY (XXII)

Pompeii_the_last_day_1

Rys. Buongiorno Napoli

Pompeje są symbolem najbardziej chyba przejmującej tragedii starożytności, pełnej przecież zabijania, okrucieństwa, dramatów osobistych, śmierci całych armii i narodów. To miasto w Kampanii zostało zniszczone 24 sierpnia 79 roku przez ogromną erupcję Wezuwiusza. Chmury popiołów i pyłów, które opadły na to miejsce, utrwaliły na wieki budowle, przedmioty i ludzkie ciała, stając się rodzajem wielkiego muzeum, ofiarowanego przyszłym wiekom przez cesarstwo rzymskie. Ten sam los spotkał inne miasta średniej wielkości – Herkulanum i Stabie, choć w Pompejach zachowało się najwięcej interesujących obiektów i artefaktów. Po odsłonięciu i częściowej rekonstrukcji, możemy współcześnie wyobrazić sobie jak wyglądała ta aglomeracja, z jej charakterystycznymi budowlami – pałacami, świątyniami, zbiornikami na wodę, sklepami i warsztatami rzemieślniczymi. Nisze po ciałach, wypełnione przez archeologów gipsem lub silikonem, pozwoliły też na rekonstrukcję ubiorów i rysów twarzy, a także innych cech anatomicznych dawnych mieszkańców. Ich pozy, przytulanie dzieci, splecenie dłoni, wskazują, że umierali w pełnej świadomości i ogromnych męczarniach. Przed tragedią miasto rozwijało się prężnie, w czym pomagał dobry port morski, a także polityka wspierania w walkach mocarnych sąsiadów i gromadzenia bogactw. Opis wybuchu znajdziemy w listach Pliniusza Młodszego do Tacyta – autor wskazał, że z wulkanu najpierw wydobywały się słupy ognia, a potem pojawiła się czarna chmura, która przesłoniła słońce i była zapowiedzią „deszczu” rozżarzonych kamieni i palącego pyłu. Wraz z mieszkańcami Pompejów zginął były prokurator Pliniusz Starszy, którego śmierć na okręcie, płynącym ku miastu, opisał jego adoptowany bratanek, zwany Pliniuszem Młodszym. Rozmiary tragedii były przerażające, bo na Pompeje spadły tony materii wulkanicznej, burząc budowle, wzniecając pożary i przysypując próbujących uciekać ludzi. Wielu zginęło też od wyziewów i trujących gazów, które pojawiły się po erupcji, byli też i tacy, którzy po jakimś czasie zmarli z powodu pylicy, poparzeń i wycieńczenia. Tylko osoby, które szybko zaczęły uciekać, weszły na statki i łodzie i oddaliły się od miasta, przeżyły, choć ich los był nie do pozazdroszczenia – straciwszy cały dobytek, dzieci, rodziny i przyjaciół, musieli życie zaczynać od nowa.

Pompeje  Rycina Friedricha Federera

Pompeje Rycina Friedricha Federera

Dopiero w drugiej połowie dziewiętnastego wieku zaczyna się zaplanowana praca archeologów i stopniowe odsłanianie ulic, domów, a także rekonstrukcja najbardziej reprezentatywnych budowli. W Museo Nazionale w Neapolu zgromadzono liczne pompejańskie rzeźby z marmuru, kamienia, tufu wulkanicznego, brązu i drewna, a także przedmioty codziennego użytku. Z kolei w rezydencjach bogatych pompejańczyków zachowały się wspaniałe freski i mozaiki, pozwalające na odtworzenie linii rozwojowych malarstwa rzymskiego. To było niezwykle żywe miasto, z termami do kąpieli ciepłych (wykorzystywano właściwości geotermiczne terenu) i zimnych, z krytą halą targową, jadłodajniami i świątyniami wielu kultów. Kto przybywał tutaj mógł się czuć oszołomiony przepychem i bogactwem pałaców, a także mądrym rozplanowaniem placów, kolumnad, bram, amfiteatrów i przestronnych traktów. Przy jednej z takich ulic zatrzymał się w 1830 roku Adam Mickiewicz, przybysz z dalekiej Litwy, największy polski poeta i romantyczny wizjoner. Alina Witkowska pisze o tym zdarzeniu: „Pompeje wywarły na Mickiewiczu wstrząsające wrażenie. W liście do Franciszka Malewskiego z 27 czerwca 1830 roku wyjawił, co i dlaczego w tym mieście szczególnie go poruszyło, czuł się nawet usposobiony do napisania książki o piękności fresków pompejańskich. Ale nie ujawnił nigdy o czym myślał, gdy wpatrywał się w koleiny wyżłobione w kamieniu uliczek Pompejów przez nieskończoną ilość wózków zapisujących tu ślad swojej chwilowej obecności. Może właśnie o czasie odnalezionym, który wbrew prawu przemijania zatrzymała i utrwaliła zamknięta przestrzeń geograficzna tego miasta, zgładzonego przez naturę jakby po to, by wykupione zostało spod władzy czasu?” Zdarzenie to, niezwykle barwnie odtwarzane przez badaczy biografii i twórczości poety, raz jeszcze poświadcza jego materialne fascynacje; gdzież lepiej mogłoby być jego wyobraźni – wszakże wszystko pośród ruin miało charakter symboliczny, wszystko odsyłało ku elementarnym żywiołom, które występowały tam w zagęszczeniu i wymieszaniu. Ogień (wybuch Wezuwiusza, gorąca lawa, płonące domy, popioły, wypalone gliniane naczynia, wypalone przez lawę miejsca zgromadzeń), powietrze (wspomnienie trujących wyziewów wulkanicznych, śmierć przez uduszenie, zaczadzenie), ziemia (popioły, miasto, drogi, koleiny) – brakowało może tylko żywiołu wody, ale był to brak pozorny, bo Mickiewicz zapewne wiedział, że Pompeje starożytne znajdowały się bliżej morza, niż odkopane spod pyłu wulkanicznego i zastygłej lawy ruiny dzisiejsze. Poza tym starczyło tylko wejść na szczyt Wezuwiusza, żeby przy dobrej pogodzie zobaczyć panoramę wspaniałego błękitu Morza Tyrreńskiego, którego „oddech”, wilgotne powietrze śródziemnomorskie, znakomicie wyczuwalny jest w obrębie Pompejów. W pochyleniu Mickiewicza nad koleinami wyżłobionymi w ziemi przez wozy, dawno zaginione w niepamięci wieków, odsłania się kompleks materialny poety – jego zauroczenie wszelkimi przejawami śmierci „utrwalonej przez historię”, nicości zastygłej od wieków. Znajdzie ów kompleks odbicie w dziełach pisanych w Dreźnie, podczas podróży do Francji i w całym systemie fascynacji tanatalnych. Pompeje są dla Mickiewicza jeszcze jednym rodzajem grobu – grobu, w którym leży ziarno poznania – ziemskiej retorty, w której żywioły tętnią i jakby pozostają w uśpieniu.

Wezuwiusz widziany z Pompejów

Wezuwiusz widziany z Pompejów

Każdego roku tysiące turystów przemierzają ulice odkopane z pyłu, wchodzą do zrekonstruowanych domostw i podziwiają rozmach starożytnych budowniczych. Przystają na koronie wielkiego amfiteatru, kontemplują bramy i kolumny, szukając odpowiedzi na dręczące pytanie o sens tego, co się stało przed blisko dwu tysiącami lat. Obecność tylu ludzi w starożytnych ruinach przynosi ogromny dochód, który można spożytkować na kolejne odsłony i rekonstrukcje, ale nie brakuje też aktów wandalizmu, dewastacji i kradzieży. Dopiero o zmierzchu, gdy odjeżdżają ostatnie autokary, Pompeje wracają w obręb przerażającej ciszy śmierci, ciągnącej się w dal, aż ku rozpaczliwym głosom ginących mieszkańców. Nic w kosmosie nie jest utrwalone na zawsze, wszystko ma strukturę czasową i przestrzenną, a nawet najstabilniejsze systemy ulegają destrukcji, czarne dziury pożerają gwiazdy i asteroidy, komety i planety. Także na naszym globie nie brakuje zagrożeń i niebezpieczeństw czyhających na kruchą ludzkość, mogących potencjalnie stać się nową dziejową tragedią. Wszystko wszakże wydaje się dalekie, nie dotyczące ludzi żyjących w konkretnych przedziałach czasowych – widać to wokół Wezuwiusza, gdzie Neapol i pobliskie miejscowości coraz dalej wspinają się na zbocza niebezpiecznej góry. Ma ona wysokość 1281 metrów n.p.m. i krater o średnicy ponad sześćset metrów, głęboki na 230 metrów – stożek utworzony został w pamiętnym 79 roku. Ostatni wybuch efuzywny miał miejsce 13 marca 1944 roku i też wyrządził sporo szkód, choć oczywiście nie mógł równać się z eksplozją z pierwszego stulecia epoki nowożytnej. Mickiewicz wspiął się na sam szczyt wulkanu i podziwiał jego przeogromną moc, rozmyślał o lawie i żarze, które potem znalazły się w jego utworach (Nasz naród jak lawa/ Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa? Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi…) Choć takie kojarzenie faktów i tekstów bywa literaturoznawczo niebezpieczne, wiemy z listów poety, że ogień i rozgrzana magma Wezuwiusza zrobiły na nim ogromne wrażenie. Strach pomyśleć co by się stało, gdyby dzisiaj wulkan wybuchł  z taką mocą jak w 79 roku – liczba ofiar byłaby ogromna, tym bardziej, że sam Neapol liczy blisko milion mieszkańców. Na razie życie toczy się dalej, a wokół wulkanu, w lasach i parkach żyje wiele zwierząt i ptaków, nie brakuje też śmiałków, którzy – jak Mickiewicz – idą ku kraterowi, by zajrzeć mu w paszczę. Taka sama ciekawość popychała Pliniusza Starszego, każąc mu płynąć w stronę wielkich chmur piroklastycznych, co skończyło się jego śmiercią, gdy wielkie bomby wulkaniczne, kamienie i rozżarzony pył spadły na kruchy rzymski okręt.

Erupcja Wezuwiusza z 1944 roku utrwalona na filmie.

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/transcoded/4/42/A_Vez%C3%BAv_kit%C3%B6r%C3%A9se_1944-ben.ogv/A_Vez%C3%BAv_kit%C3%B6r%C3%A9se_1944-ben.ogv.360p.webm

DAWNA KOLEKCJA (3)

san0507-old3warships

Odtwarzając w pamięci moją dawną kolekcję znaczków pocztowych, sięgam myślą ku niezwykłym „papierkom” z niewielkiej republiki San Marino. Ich wyjątkowość polegała na tym, że pokryte były jakimś tajemniczym, ciemnym klejem, a do tego miały dziwne, koncentryczne znaki wodne, które można było dostrzec, gdy patrzyło się na poszczególne walory pod światło. Wielu kolegów miało w swoich zbiorach pomarańczowy znaczek, przedstawiający starożytną, egipską łódź, ale czasem zdarzało się, że ktoś od kogoś „zhandlował” także przedstawienie dawnej łodzi greckiej, o wartości dwóch lirów – wyjątkowo rzadki był ząbkowany skarb za trzy liry, na którym ukazano się łódź rzymską. Nie bardzo interesowaliśmy się wtedy tymi przedstawieniami i nikt nie znał określeń: monera, diera, birema, czy liburna, nie wiedzieliśmy o sukcesach żeglarskich mieszkańców kraju faraonów, Kartagińczyków i Fenicjan, ale znaczki prezentujące jednostki pływające starożytności miały swoją wysoką cenę. Myślę, że największe wrażenie robiły tu owe znaki wodne San Marino i niejednokrotnie pokazywaliśmy je sobie, czy to przysiadając na klatkach schodowych, czy spotykając się w domach. Młodość to czas zbieractwa i gromadzenia różnych rzeczy, w czym przejawia się otwarcie na świat i chęć poznania go w najprzeróżniejszych odsłonach. Ach, czego ja nie zbierałem – zaczynając od plastikowych żołnierzyków, kolorowych samochodzików z serii Matchbox, poprzez monety i banknoty, aż do kolejnych wydań pisma „Płomyczek”, „Poznaj Świat” i „Kontynenty”, a dalej kolejnych numerów „Poezji” czy „Twórczości”. Był też moment szczególnego zainteresowania etykietami zapałczanymi i widokówkami z dalekich krajów. Jeden z kolegów miał brata marynarza, który przywoził wiele barwnych kart pocztowych, a ja dostawałem je za napisane wypracowania i pomoc w odrabianiu lekcji z geografii, biologii czy historii. Zbierałem też książkowe serie wydawnicze, ale najważniejsze były kolekcje znaczków, które rozrastały się czasem do kilku klaserów, by i tak skończyć u filatelisty, gdy chciało się kupić rower albo wyjechać z kolegami pod namiot. Tak też było i ze mną, wielki zbiór znaczków afrykańskich, liczne serie ze zwierzętami i ptakami, sprzedałem za bezcen i teraz mogę tylko odtwarzać w pamięci poszczególne cząstki, wracać myślą do takich znaczków, jak te z San Marino.

« Older entries

%d blogerów lubi to: