RUMOWISKA I OTCHŁANIE

WYRWA

O poezji Tadeusza Wyrwy-Krzyżańskiego

Tadeusz Wyrwa–Krzyżański jest poetą trudno poddającym się jednostronnym klasyfikacjom. Autor ponad pięćdziesięciu książek, malarz i grafik, prozaik i krytyk literacki, a nade wszystko wrażliwy poeta, z powodu swojej wybuchowej aktywności wymagał zawsze ocen kompleksowych i kontekstowych. Krytyka literacka woli niewielkie studia i proste wskazania punktów zaczepienia dla wyobraźni, języka, dla kreowanych przestrzeni. Ta żywiołowość autora, która powinna być właściwie oceniana, stała się problemem dla tworzących w tym samym czasie ludzi pióra, dla gremiów wartościujących, czy dla twórców różnorakich antologii, bibliografii i zestawień. Nie zmieniał tej sytuacji fakt, że twórca jest laureatem Nagrody Imienia Wilhelma Macha (1979), że przyznano mu Nagrodę Imienia Stanisława Piętaka (1984), że wywalczył Czerwoną Różę (1987) czy wreszcie, że został wyróżniony Nagrodą Ministra Kultury i Sztuki (1989) i Medalem Jerzego Sulimy-Kamińskiego. W jego kolekcji laurów jest też Nagroda Literacka im. Klemensa Janickiego i Srebrny Krzyż zasługi RP. W krytyce panuje pewien chaos jeśli chodzi o to „zjawisko” pisarskie, ale przecież i kulturowe, bo Wyrwa-Krzyżański przez wiele lat był i jest „ozdobą” licznych festiwali poezji, sesji, spotkań, wydarzeń z pogranicza sztuki i szeroko pojmowanej kultury masowej. Zawsze widoczny, zawsze też jakby szukający punktu oparcia dla swoich światów – często zbyt wrażliwy dla łaknących nieustających ekscytacji „baranów” z poetyckiego „stada”. Taka sytuacja jest dla autora kłopotliwa, ale z drugiej strony powoduje, że staje się on zagadką, wyrzutem na sumieniu, „elementem” nie pasującym do łatwo dostawianych mydełek domina.

W poezji Tadeusza Wyrwy-Krzyżańskiego stykają się ze sobą dwie płaszczyzny: semantyczna i strukturalna, które są ze sobą sprzężone. Język służy doświadczeniu, a doświadczenie jest poligonem języka. Poeta jakby sprawdzał siebie i swoje narzędzia penetracji w sytuacjach krańcowych i prozaicznych. Rzeczywistość postrzegana i przeżywana determinuje tu ostateczny kształt wiersza, nieomal porządkuje jego strukturę. Poeta czuwa tylko nad ostatecznym jego wyrazem. Jednocześnie – już w trakcie powstawania czy tworzenia się wiersza – wskazuje te sfery języka, które stają się polifonią, harmonią albo dysharmonią. Autor tworzy swoje wiersze z fragmentów i segmentów ocalonej rzeczywistości; buduje z nich d o m i stara się wzmocnić już istniejące konstrukcje. Dom, to naczelna obsesja tej poezji – do domu autor wraca i z domu ucieka, pragnie jego ciepła i buntuje się przeciwko ludziom, którzy odgradzają go od czterech ścian. Narrator wierszy jest tym, który niejednokrotnie „oberwał” od życia, tym, który często nie miał co ze sobą począć i nie wiedział dokąd pójść. Dlatego zawsze wraca do domu, czując przyspieszony łomot serca, czując ściśnięcie gardła. I wcale dom nie musi być budowlą z cegieł i betonu – może być czystym pięknem, może być ciepłem zaklętym w kobiecie: Nawet w tej chwili nagiej przeżera mnie idea/ domu: chcę w tobie pomieszkać, chcę w tobie/ jak w mężczyźnie/ kobieta, jak w człowieku – może – człowiek./ Ubierz się,/ w tę starą sukienkę/ ze zmiętej dobroci,/ mój domu. Poeta jakby wracał z wielkiego wysypiska kultury, jakby na wielkie śmietnisko znaczeń podążał. Jego świat jest pozbawiony jednoznacznie określanych wartości, w jego rzeczywistości jednostronne wartościowanie skazane jest na przegraną. Po odrzuceniu kultury, wartość ma tylko egzystencja, nawet literatura jest ledwie poletkiem, zapuszczonym ogrodem. Poeta nie przykłada już do niej wagi, tak jak nie obchodzą go różnorakie, nagminnie wygłaszane sądy i mądrości. Zmieniła się sytuacja i twórca może powiedzieć: (…) już nie/ czytamy ich/ recenzji./ Nie wlecze się za nami pawi ogon,/ ze śmietniska targów. Kultura legła w gruzach, wszędzie spotkać można tylko rumowiska. Zabiła kulturę lawina informacji, masowość, powielanie w nieskończoność i reprodukowanie. Tajemnica i piękno dzieła sztuki stały się pojęciami niezrozumiałymi dla pojedynczego konsumenta kultury. W takiej sytuacji człowiek wrażliwy i pragnący obcować z pięknem, zwraca się w stronę prawdziwej poezji, naznaczonej stygmatami cierpienia i wiary – poezji powstającej na rumowiskach, odradzającej się po wielkim kataklizmie czasu i przestrzeni. Jedynie język i wyobraźnia zdołały oprzeć się destrukcyjnej sile mass-mediów, i to w nich właśnie zawiera się prawda o człowieku, prawda o świecie. Wyrwa-Krzyżański tropi słowa, przeszukuje przebrzmiałe zwaliska znaczeń, dokopuje się do ukrytych sensów. Jego wzrokiem wewnętrznym jest wyobraźnia, głucha na kakofonię rzeczywistości, niemalże dziewicza, generująca obrazy pogranicza snu i przedśmiertelnego, bolesnego rozmycia wizji. Imaginacja poety nie zna żadnych ograniczeń, prowadzi go na sam szczyt śmietniska dwudziestowiecznej kultury. Tutaj walają się zdezelowane aforyzmy, skorupy przemówień i rozbite zegary zgasłych dni. Tutaj znaleźć można portrety dawnych wielkich tego świata, tutaj też kwilą cichuteńko dzieci, które się nie urodziły i wiersze, którym nigdy nie było dane zasmakować ludzkiego brzmienia. Poeta zbiera wszystkie te rupiecie do jednego worka, a potem w d o m u tworzy z nich nowe, inne całości. Modyfikuje znaczenia i nadaje inny sens słowom potocznym. Tak powstaje swoista poetycka „sklejanka”, zestaw wierszy, gdzie sąsiadują ze sobą odniesienia do zapisów czasu komór gazowych, polscy monarchowie, złote krzyżyki zawieszone na łańcuszkach, pytanie o istnienie Boga, narkomani i stary, wykoślawiony m i t. Ten katalog, ten scrap-book wierszy, to dom najtrwalszy. W jednym z pożegnań z czytelnikiem, Wyrwa-Krzyżański, szeptem, ale dobitnie to przypomina: Powtarzam dramatycznym szeptem, aż i to odrzucicie/ na śmietnik: umocnijmy dom w sobie. Co ja teraz/ robię? W popielisku wartości szukam małej cegły/ żaru. I te wiersze, i te wiersze, i te wiersze/ też (…). Podczas lektury tekstów autora, a szczególnie zacytowanego wyżej utworu, nieodmiennie przychodzi na myśl jeden z zapisków pozostałych po Edwardzie Stachurze: Ciało miałem w rozsypce, wszystko osobno. To było niesamowite uczucie. A słowa, które mówiłem, odbijały mi się od mózgu i wracały do mnie bumerangowo. Teraz jest chyba mniej strasznie. Powoli zacząłem stanowić jakąś całość cielesną , zebrało się w jakąś kupę to ubóstwo, ten dom kruchy i wątły. Kiedy Jezus mówi: „ten dom”, czy to znaczy ciało? „Jeśli dwaj zawrą pokój w tym jednym domu, powiedzą oni do góry: »Rusz z miejsca«, i ruszy się”. A także: „Nikt nie może wejść do domu mocarza, jeśliby nie związał rąk jego. Wtedy dom jego ograbi.” A także: „Zburzę ten dom i nikt nie zdoła go odbudować”. O co tu chodzi? Wiersze-notatki niezwykłego poety, jako swoista glosa, uchylają nieco rąbka tajemnicy…

DSC05014

Poezja Wyrwy-Krzyżańskiego jest zatem nieustannym budowaniem domu. Tego miejsca, gdzie rozgrywają się największe życiowe dramaty i tego locum, gdzie może schronić się poeta. Ale owa budowa jest zarazem m i e s z k a n i e m   i – już w trakcie wznoszenia, kształtowania elementarnych wartości – b u r z e n i e m. Pogłosy filozofii egzystencjalnej, ze szczególnym uwzględnieniem myśli Heideggera, są tu wyraźne i trwale oddziałują na psychiczne własności wypowiedzi. Ten konstruktor buduje z najmniejszych cegiełek języka i sprawdza siebie przy pomocy kategorii lingwistycznych – nieustannie poddaje próbie ich właściwości. Jego wypowiedź jest jakby mierzeniem zdarzeń, wartości i uczuć na szali językowej pojemności, na szali frazeologicznej poprawności. Przy czym poetę najbardziej interesują właśnie te rudymenty i substraty językowe, które bądź się na szali nie mieszczą, bądź z niej spadają. Te pojęcia, nie-pojęcia maja inną wartość semantyczną i jakby stają się elementami nowego, odkrytego przez poetę języka. Jest to liryka człowieczego upadku i ruiny wartości moralnych, podstawowych ludzkich pojęć i reguł przetrwania. Akt płciowy sprowadzony tu został do rangi poza uczuciowego eksperymentu. Stał się – o paradoksie ! – polem doświadczalnym  j ę z y k a. Poeta, jakby demonstracyjnie burzy w swoich wierszach to, co życie rodzinne, moralność i obyczaje uznały za sacrum. Owo uświęcone miejsce poezji Wyrwy-Krzyżańskiego w każdym wierszu wali się w gruzy, staje się kupą zdezelowanych pojęć, kłótni, chwilowych zachwytów i przysiąg. Z tego zwałowiska poeta stara się wyłowić to wszystko, co przetrwało próbę śmierci i chaosu. I znowu zaczyna budować, bo w tej poezji trwa nieustanna cykliczne powracanie do punktu wyjścia. Budowanie łączy się z mieszkaniem, z mieszkania wyłania się chęć burzenia, a na gruzach starego rodzi się w poecie tęsknota za ładem i spokojem ograniczonej przestrzeni. Ten cykl sprzężony jest z tajemnicą ludzkich wzlotów i upadków biologicznych oraz psychicznych. Najbardziej twórcze jest samo mieszkanie, które trwa najkrócej i już na samym jego początku nacechowane jest „duchem” rozkładu. Ten rozpad to symptom miłości niechcianej, miłości, przed którą poeta nieustannie się broni i której łaknie w chwilach niekontrolowanych ucieczek.

Miłość w ujęciu Wyrwy-Krzyżańskiego bywa odczłowieczonym pędem ku otchłani, pędem mającym wszelkie znamiona zwierzęcego instynktu krwi, instynktu wzajemnego pożerania, niszczenia wroga i słabszego od siebie. W tej walce pożądań i krwawych celebracji bytu, dochodzi często do zagubienia tego, co dom i mieszkanie mają zakodowane w każdej zespolonej cegle i w każdej wspólnej chwili, dochodzi do zagubienia sensu. Rzeczywistość gruzów i dymiących (parujących) zgliszcz rodzi poczucie braku jakichkolwiek trwałych wartości, rodzi kolejną o-błędną ucieczkę ku początkowi cyklu. Budowa zaczyna się na poziomie najniższym języka, na etapie rozedrganego fonemu i strzaskanego morfemu. Z tych szczątków i fragmentów dawnych reliefów poeta stara się stworzyć wartość, która niosłaby w sobie jakby zew tamtego domu, a jednocześnie stwarzała szansę innego, nowego bycia i życia. Wyrwa-Krzyżański wraca na zwałowiska zdruzgotany wewnętrznie, zgnębiony, a gdy staje na szczycie jest człowiekiem, który ledwo co wyrwał się z objęć kobiety, to znaczy śmierci. Nicość podąża jego śladem, nieustannie nad nim kołuje i czeka na dogodny moment by zaatakować. Poeta rozpoczyna budowę, znajduje to co kiedyś „znaczyło” i miało swój głęboki sens, a teraz jest ledwie okrzykiem, dźwiękiem bez istoty, aktem erekcyjnym mowy. Na nim stanie nowy dom, ale już w tym momencie kreator wie, że ten nowy punkt zaczepienia także nie okaże się ostateczna przystanią. Jednak buduje, wznosi budowlę chybotliwą i kruchą. Gdy stanie już za progiem, gdy obejmie ukochaną kobietę, spojrzy jej w oczy poczuje w sercu radość trwałości. Niestety w tym samym momencie zrodzi się też w nim chęć ucieczki – pragnienie nieograniczoności, otwarcia na wszystko to, co nie posiada jednoznacznych wymiarów. W tej chybotliwości uczuć – od żądzy posiadania i niszczenia, do pragnienia bycia środkiem domkniętego okręgu, zawiera się metafora ludzkiej słabości i skazania na przegraną.

DSC03559
Język jako budulec – a nie uczucie rodzące się między kobietą i mężczyzną podczas aktu płciowego – jest centralnym punktem tej „erotycznej” liryki. Zapewne wielu zbulwersuje takie podejście do tych spraw, ale w tej twórczości wszystko rządzi się zasadą cykliczności i powracania w nowych zestawieniach tych samych substytutów. Ta poezja jest przecież zdominowana przez żądzę burzenia, pełna instynktownych i jakby obrzędowych „mordów lingwistycznych”. Poeta popełniając językowe auto da fé, jednocześnie odradza się jak feniks z popiołów, a odradzając się, zaczyna mówić językiem, który został poddany kolejnej, tym razem cielesnej i krwawej próbie. Poezja Wyrwy-Krzyżańskiego jest tkanką przenikalną, przesyconą i nasyconą do granic możliwości. Obok nasienia i krwi, znajdziemy w niej łzy, fragmenty cząstek językowych, morfologiczną plątaninę szczątkowych sensów, potłuczone szkło, strzępy rozerwanych serc, miękkie włosy; twarde piersi i wielkie, jakże ludzkie, wykwitające na gruzach pragnienie szczęścia, choćby chwilowego spokoju. Ten budowniczy tęskni wciąż za wyimaginowanym domem, bo jest wiecznym tułaczem, który nie potrafi odszukać w sobie właściwej drogi ku jego progom. Wciąż w ekstazie, w ramionach kobiety, w powodzi włosów, w lawinach ciepła, czuje na sobie spojrzenie śmierci. Ucieka, potyka się o słowa, czuje na swoich plecach jej oddech. I wciąż od nowa buduje, mieszka i burzy…

On nieustannie wpatruje i wsłuchuje się w słowa; sięga aż do głębi etymologicznych sensów, poprzez żonglerkę prefiksami i sufiksami tworzy jakby nowy imaginowany język poetycki – pełen świeżości, zaskakujących neologizmów i przerzutni semantycznych. Wiersze stają się, w takim ujęciu, jakby eksperymentalną ścieżką dźwiękową, ilustrującą przeżycia, sny, myśli autora. Poeta wprowadza jeszcze na tej ścieżce – jakby za sprawą animacji na kliszy filmowej – rysunek słowny i wyrazowy, który wzbogaca wiersze o dodatkowe sensy. W tym słowotwórczym drążeniu, poeta poszukuje uniwersalnej formuły języka, mogącego sprostać nawet najbardziej nieprawdopodobnym sytuacjom życiowym – tragedii i komedii, śmiechowi i łzom najgłębszego bólu. I nie może być inaczej, skoro nawet w swoim kulturowym rodowodzie kreator dostrzega piętno języka: Ślepy w wierze i ufności Słowianin, słów/ wiano, i słownik, i słowika/ mam na fundament. W tym miejscu autor raz jeszcze zaczyna budować, tutaj ma swój początek owa przeplatanka semantyczno-lingwistyczna, której końca nie widać, a która jest jakby rymem dla życia i najpełniejszą metaforą istnienia. Wyrwa-Krzyżański wskazuje także w wierszach swoje pokrewieństwa literackie – ich genealogii doszukiwać się należy w ogromnej spuściźnie polskiej literatury i w wielu  m i e j s c a c h  jej przynależnych. Wyobraźnia Wyrwy-Krzyżańskiego stara się nieustannie urbanizować przestrzeń – dlatego też jego spuścizna literacka jest wyrazistym punktem na mapie, wsią, miastem; konkretnym śladem bytowania pisarzy, bądź śladem pozostawianym przez bohaterów literackich. Ci pisarze, ci bohaterowie i miejsca im przynależne są też jakby kontrapunktem dla wielkich ośrodków kulturowych – kamieni węgielnych cywilizacji i współczesności: (…) wszędzie z kamieniem/ na sercu, wyjętym z węgła mego domu, w kamieniach/ Rzymu, Lwowa, Berlina, Paryża – o ile/ się oddalam, o tyle się zbliżam/ do Czarnolasu, do Soplicowa, do Drohobycza,/ do Stawiska. Owa zasada kontrapunktowania rzeczywistości i zarazem podświadomości, jest kolejną z reguł poetyckiego bytowania twórcy – dla jego wibrującej świadomości byt i niebyt wzajemnie się przeplatają, wzajemnie na siebie zachodzą i doskonale się negują: Moje jest coraz bardziej to, co zapominam. Zasada negacji poprzez adopcję, to także jedna z reguł tajemnych tej liryki. Wszystko w niej zmierza ku budowlom – wszystko wokół nich się ogniskuje; stąd tyle tutaj atrybutów im przynależnych: klamek, drzwi, okien, ścian, sufitów, podłóg, fundamentów, cegieł. Poeta wciąż ich szuka i ciągle do nich powraca, a czasem nie potrafi odnaleźć domu w miejscu, gdzie wydawać by się mogło musi się on znajdować. W mieszkaniu poetki Kazimiery Iłłakowiczówny, w Poznaniu przy ulicy Gajowej 4, odkrywa, że tam: (…) nie ma sufitu/ ani ścian./ Jest tak mało, że mieszczą się tylko/ pytania. Lecz/ płacz tutaj sam siebie/ unieważnia, jakby i on/ musiał spoważnieć. Poeta nie potrafi jednak odejść z tego miejsca, choćby bez odrobiny pokrzepienia, dlatego zdając relację ze swojego pobytu w tej na poły magicznej przestrzeni, powiada: Z obłoku podłogi wyjąłem ziarenko/ piasku. Przejęty,/ bo będzie mi umacniało mej bezdomności/ pieśń fundamentów – ani mi to teraz zabrać, ani mi to nadać/ Ja, słów pokorny murator, już wiem odtąd,/ skąd wznosić można najgłębszą poezji wieżę. Dom tego muratora odnaleźć można wszędzie, jest to jakby dom przechodni, dom – na przestrzał, dom przez który się przenika, którym się wędruje. W takim kontekście poeta staje się wędrowcem zamkniętej przestrzeni – tym, który jakby porusza się wewnątrz przezroczystej bryły. Często dom poety jest tylko pojęciem – sensem zaklętym w słowa, często jest rzeczą, często – jak zostało wyżej powiedziane – kobietą, w której także można pomieszkać. Tak zamknięcie, jest też otwarciem, nie ma na tym świecie dla niego przestrzeni nie zurbanizowanych i dlatego też czuje się on wiecznym „mieszkającym”: Ja, wieczny lokator – w podróży, sprawca/ do mówienia świata,/ zamieszkujący celę, świątynię lub przedział,/ gość, ale mogący tych, co mnie witają – witać,/ nie biorę pejzaży/ ani za świadków, ani za widokówki./ Sadybę sobie moszczę z cegieł wziętych z muru/ wędrówki. W tym fragmencie wiersza widać doskonale metodę budowania utworu z wykorzystaniem sprzeczności i oksymoronów – czyż może być coś bardziej nieprawdopodobnego jak mur wędrówki? Poeta tworząc tego rodzaju połączenia semantyczne, tworzy jakby inną perspektywę dla swojego bytowania – nawet droga i wędrowanie jest dla niego synonimem mieszkania, przebywania w zamkniętej przestrzeni. Ta poezja – poprzez wpisane w nią metafory, symbole i figury stylistyczne – opisuje przez cały czas lęki egzystencjalne, przynależne współczesnemu człowiekowi. Jest odbiciem wiecznego rozdarcia pomiędzy tu i teraz, pomiędzy gdzieś i kiedyś. Życie, w ujęciu muratora słów – jest chwilą zamkniętą w obszarze; w określonym przedziale czasowym i przestrzennym. Bycie, polega zatem jakby na zapełnieniu sobą określonych przestrzeni, na zapełnianiu luk – w gruncie rzeczy wszystko, co jest poza człowiekiem, jest przecież „czarną dziurą” niebytu. Zadaniem poety jest penetrować skraj tych bezdennie pustych i przerażających w y r w, tych bezdomnych, ogromniejących wciąż szpar w istnieniu. Zadaniem takiego stwórcy jest nieustannie łowić słowa; z ampli ciemności – światło

DSC03573

B y t Tadeusza Wyrwy-Krzyżańskiego jest próbą znalezienia bezpiecznej enklawy, miejsca, gdzie można mieszkać i myśleć, gdzie promieniuje ciepło bliskich osób, a na stole leżą grafiki i wiersze, czekają na ukończenie obrazy i karty prozatorskie. W tym domu wszystko się zaczyna i wszystko się kończy, tutaj rodzi się słowo i ginie prymarne znaczenie, tu czerń liter swobodnie przechodzi w sadzę kresek i plam. To, co realne rozpływa się we mgle n i e i s t n i e n i a, a to, co przeczute – wnika w świadomość z doskonałością ostrza, rozcinającego płaszczyzny i definiującego cierpienie. Poeta nieustannie antycypuje daleką rzeczywistość, przyciąga ku sobie c o ś, co wydarza się g d z i e ś, a przy tym nie przekracza własnej integralności osobowej, raczej dopełnia siebie tym, co dzieje się wokół; bliżej i dalej, pośród wirów powietrza i w ludzkich umysłach. Każdy wiersz jest komentarzem do egzystencji zamkniętej w ramach czasu i przestrzeni, ale też niezwykle wrażliwym wyodrębnieniem anty-światów, które wciąż generuje pustka, które stale czepiają się ludzkich wyborów i mogą zawłaszczyć samoświadomość. Wędrówka przez świat związana jest z licznymi zagrożeniami i poeta je dostrzega z całą wyrazistością – wskazuje je w wierszach, a nade wszystko broni się słowem przed unicestwieniem t e k s t u wewnętrznego. On wciąż brzmi w nim i eksploduje w jego mózgu, istnieje jak ogromny napis, konceptualnie ujęty w ramę kontekstu i zwieńczony znaczeniem naddanym. Ale jest też abstrakcyjną formułą, połączeniem barw i dźwięków, wrażeń zmysłowych i zapachowych – jest symfonią zmysłów i bytem samym w sobie. Tutaj stale coś się dzieje, wciąż rozgrywa się jakiś bój semantyczny, nieustannie pojawiają się propozycje lingwistyczne, ale najjaskrawiej jawi się nadrealny, pulsujący treścią o b r a z. Współczesność jest dla poety labiryntem, w którym próbuje znaleźć drogę do doczesności. Wejście zawsze jest proste i oczywiste, ale im idzie się dalej, im mija się więcej zakrętów, tym częściej pojawia się niepokój. Ten labirynt składa się z cząstek realnego życia i nierealnego doświadczania. Polityka i kultura, dźwięk i barwa, sława i uznanie, sztuka i słowo, wszystko układa się w szyfr nie do rozwiązania, wszystko prowadzi na poznawcze manowce. Tutaj wielka prawda filozoficzna ma wymiar banału, a najprostsze zawołanie staje się hasłem wyborczym, którym można manipulować w dowolny sposób. Wyrwa-Krzyżański gwałtownie reaguje na wypaczenia w życiu jednostki i całego społeczeństwa, drwi z karłów, błaznów, idiotów i ukazuje sztuczne pozy wielkich myślicieli, mało tego – sam siebie postrzega często z przymrużeniem oka, ale też – bitnie dopomina się o szacunek dla tego, co zrobił i co wydobył słowem z nicości. Jego poezja jest trudna, bo wymaga rozwiniętego aparatu krytycznoliterackiego, bo czeka na czytelnika, który znajdzie w niej p r a w d ę i nie przestraszy się mrowia poruszanych spraw, a nade wszystko wydobędzie to, co najistotniejsze – ów, jakże wyrazisty, kontrapunkt dla rzeczywistości. Tutaj „trudność” jest zaletą, bo jest bliska syntaktycznej gęstości, a ta z kolei podąża ku kompensacji filozoficznej – trudność jest znakiem autentyczności i dopełnieniem tego, co nie nazwane, przeczute, dookreślone metaforą i milczeniem. Człowiek pojawiający się w tej poezji, wraz z autorem, błąka się po labiryncie świata i nie znajduje wyjścia, wciąż wraca do punktu początkowego, stale traci coś z własnej integralności. Tak, pojawiają się jakieś elementy orientacyjne, podobne do siebie cząstki rzeczywistości zdegradowanej, ale wciąż nie widać ostatecznego światła, stale przestrzeń rozbudowuje się w kolejne błędne wnętrza, korytarze, wysypiska i brudne podwórka. W takiej sytuacji ściana staje się fakturą egzystencji, a jej kontemplacja nabiera nieomal mistycznej wymowy, staje się treścią wędrówki. Można na niej malować jakieś znaki, można tworzyć freski, zaznaczać kielnią życia istnienie, można też się o nią oprzeć i poczuć jej pradawny chłód. Stale pojawiają się jakieś ściany – na zewnątrz i w ludziach, również w artyście kontemplującym swój byt; tak oto wciąż dochodzimy do punktu, z którego trzeba wracać, by znaleźć nowy korytarz, by obudzić w sercu nową nadzieję.

Zaprawdę, poeta jest bytem zranionym, stale odbijającym się w krzywych lustrach pomówień, donosów, nieprawdziwych ustaleń. Musi jednakże znaleźć sobie miejsce w tym świecie i próbuje nieustannie zaczepić o coś swoją świadomość. W jego wierszach migają twarze i gesty, pojawiają się postaci ważne i mało znaczące, wciąż pulsuje aura tajemniczości, sprowokowanej i podtrzymywanej dla właściwego efektu. Chodzi przecież o to, by zniszczyć człowieka i udowodnić mu, że jego praca nie ma znaczenia dla „wielkich spraw tego świata”. Kto to robi? Może przedstawiciele tajnych ugrupowań, a może kobieta, która okazała się niewierna – może dawny przyjaciel lub jakiś esbek, może nieznajomy widziany na ulicy lub menel, pijący piwo na brudnym podwórku. Ustalenie prawdy nie ma znaczenia, bo wszystko jest pozorem, wszystko stanowi zasłonę dymną dla prawdziwego istnienia. Poeta – jakże to romantyczna postawa – jednak dramatycznie próbuje tam przeniknąć, chce znaleźć się po drugiej stronie barwnego widma, by z perspektywy lekkości i nieziemskości spojrzeć na samego siebie i na ludzi dookoła. Udaje mu się to na chwilę, ledwie na mgnienie powiek, ale zaraz znowu napływają wątpliwości, nawet te największe, związane z dogmatami Kościoła i ewangelicznymi przekazami. Kto stoi za tym wszystkim, kto rozdaje karty i kto – wreszcie – steruje jego życiem? On stale zadaje w wierszach tego typu pytania i nie uzyskuje odpowiedzi, ale sens leży w pytaniu i w próbie odsłonięcia tego, co zakryte. Niech nie zwodzi nas tutaj poza ironisty i szeroka fraza wierszowa, wszak tutaj mówi się o sprawach najważniejszych, esencjonalnych – tutaj, pod powierzchnią słów, jest dramat największy. Poeta dokumentuje w swoich utworach stopniowe staczanie się ku nicości, nieuchronny ruch w stronę rozpadu. Nikt i nic nie jest w stanie tego powstrzymać, nigdzie nie można się przed tym schronić. Te fakty z życia i nieustające próby zatrzymania zdarzeń w kadrze, są ledwie pozorem prawdziwego trwania. Wiersz Wyrwy-Krzyżańskiego antycypuje przyszłość, ale zakotwiczony jest głęboko w przeszłości. Uczepiony ruchliwych anty-światów i surrealnych przestrzeni, staje się obrazem słownym o wielkiej skali klarowności. Pojawia się na nim światło i ciemność, faktura i walorowe rozmycie barw, a nade wszystko jest określony komunikat, wiadomość o stanie uwrażliwienia i o dokonującej się metamorfozie. I jest kontekst polityczny lub społeczny, obyczajowy albo lingwistyczny – trudno wskazać wiersze, które by się nie angażowały w jakiś spór. Doraźność jest tutaj pozorem, który skrywa rzeczywistą, żarliwą polemikę z samym sobą i ze światem, w jakim przyszło nam egzystować. Historia wydarza się tu i teraz, a zarazem dzieje personalistyczne znikają w ogromie doświadczeń i nadziei, spełnień i rozczarowań, w nieustającym pochodzie życia i śmierci, wzrastania i więdnięcia. Historia wydarza się i kpi z jednostkowych prób jej zagarniania, demaskuje ludzkie usiłowania zamknięcia własnych doświadczeń jakąś klamrą, jakimś cudzysłowem. Rechot jest jednak coraz głośniejszy i coraz częściej pojawia się w miejsce modlitwy, melorecytacji, żałobnego lamentu. Wszystko odchodzi w błyskawicznym tempie i wszystko umyka percepcji – są tylko słowa zapisane na papierze i nadzieja, że w nich utrwalona została m o c, że w nim pozostanie na zawsze to, co było sensem każdego dnia i każdej nocy, co dodawało otuchy i było zapewnieniem, że to co wypowiedziane stanie się cegłą i murem, domem i wypełniającym go ciepłem.

DSC02562

Wyrwa-Krzyżański niejednokrotnie podkreślał i zaznaczył to nawet w tytule jednego ze swoich tomów – Siwe dziecko – że doświadczenie dzieciństwa było dla niego przeżyciem inicjacyjnym. Tam, w okolicach Czarnkowa, pośród nadnoteckich wzgórz i rozlewisk, odczuł po raz pierwszy cudowność przestrzeni, w jakiej bytujemy – tam zrodziła się jego wrażliwość i nieustająca potrzeba podróży, wędrowania przez świat i poprzez samego siebie. Permanentnego odkrywania i dopełniania tego, co bolesne, tego co ostateczne. Bo, dodajmy tutaj od razu, owo dzieciństwo było też doświadczeniem traumatycznym i wycisnęło bolesne piętno na poecie i jego bohaterach lirycznych. Było niczym odciśnięcie pieczęci w kształtującej się wyobraźni i świadomości. Dziwna to była pieczęć, bo raz miała kształt hostii, a kiedy indziej stawała się czarnym kołem, raz była okiem opatrzności, a zaraz zmieniała się w ślepie demona. Była przekleństwem i błogosławieństwem zarazem i kazała iść, poprzez krajobrazy świata i poprzez przestrzenie kolejnych książek, poprzez ruiny i poprzez ogrody. Nie bez powodu poeta, w wierszu o Freudzie, wprowadzając do wiersza elementy psychoanalizy, momentalnie neguje je, jako bezwartościowe w próbie odnalezienia samego siebie. Jego maksyma jest tyleż trywialna co oczywista i tyleż doraźna, co ostateczna – ból. Tak, ból każdego wyleczy ze złudzeń, bo ból jest stanem permanentnym ludzkiej świadomości. I jakby go nie tłumaczyć, jakby go nie demonizować czy idealizować, jest otwarciem i zamknięciem cudzysłowu – jest echem kosmicznej ciszy i milczeniem Boga. Dla takich obszarów wrażliwości i takich maksymalnych prób znalezienia sensu, jest tylko jedna alternatywa – czułość. I poeta podchodzi do ludzi z czułością, z delikatnością, ale nie waha się też obnażać sztuczności, fałszu, zakłamania. Choć i wtedy robi to dla człowieka, dla jego przebudzenia. Zwróćmy też uwagę na inny obszar poetyckich penetracji, który można by określić jako grę kulturową. Jej wyrazem są wprowadzane jednocześnie do wierszy tematy z obrębu kultury masowej i wysokiej. Tak iluzoryczna przestrzeń wewnętrznego pulsowania, rozszerza się i poeta stara się umieścić swoje doświadczenie w perspektywie globalnej. Wykorzystuje do tego celu znane postaci z historii, literatury, sztuki i prowadzi z nimi rozmowę, albo jakby mówi ich ustami. Zawsze jednak stara się zrozumieć świat, stara się przeniknąć materię, szuka d u c h a i podnosi głowę ku górze. Tam – wołanie/ ciszy nadchodzi z hieroglifów/ gwiazdozbiorów, tam rozciąga się wielka przestrzeń niewiadomej i nieogarniona zagadka przestrzeni. Poeta wędruje ze swoimi postaciami i swoimi odbiciami ku wciąż uciekającym dalom. Jawi mu się jakaś tajemna harmonia i dysharmonia zarazem, chciałby powiedzieć o mechanice dziejów i mechanice ludzkiej świadomości, ale wciąż coś staje mu na drodze, wciąż jakaś siła spycha go na margines. To jest jakby siła odśrodkowa tak wirującej świadomości, która zaczyna rozumieć wszechświat, która zbliża się do Boga, a nie może już pojąć samej siebie. Oddala się od siebie i rejestruje tylko to, co postrzegają zmysły, co poezja wyodrębnia z pustki i oprawia w płonące i tandetne zarazem, ramki liryki. To jest dramat, to jest tragedia wrażliwości nieosiągalnej i nagle spadającej na człowieka, w najmniej odpowiednim momencie. To jest świadomość gwałtownego spalania się – Ja, glina, nie/ nie sięgam wyobraźnią za fundament i kamień, spalam się/ i wypalam – na cegłę. Amen. Twórca jakby pyta, co zrobić z tą świadomością i z kim podzielić się bolesną wrażliwością? Z kobietą, przyjacielem, z przygodnie spotkanym człowiekiem czy ze samym sobą. I jak umieścić ją pośród swoich miejsc, gdzie z fontann tryska popiół, a oczy dziecka ronią czarną łzę? Może tylko formuła nieistnienia może temu sprostać, może tylko w nim łka boleśnie zduszona prawda, która może jawić się właśnie tak: Poranek. Stoliczki. Lektura tutejszych gazet. Świat/ jest piękny. Ledwo w nim dwa nie wywiezione kubły, trzy zepsute żarówki i z przetrąconym skrzydełkiem/ wróbel. Ciągłe wydania specjalne, dokończenia/ w następnym wydaniu/ wieczności./ Ale i niebo nie jest z jednodniowego papieru,/ u jego fundamentów jest kamień węgielny/ księgi. Zwykłość i wzniosłość, westchnienie za wiecznością i kontemplacja brudnej teraźniejszości – oto dwa rewiry tej zdumiewającej liryki. Jest ona dziennikiem szaleństwa, jakie dokonuje się każdego dnia w każdym człowieku – jest relacją i narracją zarazem, jest pogłosem czegoś, co się dopiero wydarzy i zapowiedzią czegoś, co nigdy nie nadejdzie. Jest sondowaniem pustki i chaosu, o jakże odważnym sondowaniem. I jest spowiedzią dziecka, którego już nie ma i człowieka, którego nigdy nie było: Z trudem oddychając, bywałem w domach jak trumny;/ pomniejszały mnie słowa bez płci i krwi, pokoje/ przemieniano w przedsionek dla służby; i podobnie/ jak ty, i jak ty, i jak ty – mówiłem także do ścian,/ bo one miały uszy; i to wybaczyłem, bo skąd/ mogłem wiedzieć, że ktoś chce dobrze. Podłogi/ nie podbiegły mi do stóp; czekam na znak. Czy to ma być znak przyzwolenia czy odepchnięcia, czy to ma być symbol dionizyjski czy apolliński, a może ma to być znak czasu – nieustannie dokonującego się odejścia. Od miejsc i od osób, od chwil i od życia? Poeta nie udziela odpowiedzi, pragnie jedynie sprowokować czytelnika – chce by zareagował, albo przynajmniej dał znak istnienia. Ów znak będzie też znakiem istnienia kreatora, który pragnie odbijać się w innych oczach i szuka człowieka równie jak on wrażliwego, równie doświadczonego. Chce by, tak jak on – pojął, pijany/ przestrzenią, że taki nie jest potrzebny – i sobie. Chce więzi z istotą i ze światem, ale z bólem odkrywa czytając nowe wiersze, że są one świadectwem braku tych więzi. Dlatego ogólny ton poezji Tadeusza jest gorzko-słodki, albo słodko-słony – choć może lepsza byłaby tu – w przywołaniu metaforycznym – chińska przyprawa pięć smaków. Dzieje się tak dlatego, że ta poezja jest prawdziwa i ten poeta mówi poważnie – zapisywanie myśli w formie wiersza jest dla niego równie ważne jak podtrzymywanie funkcji życiowych. Trudno sobie wyobrazić Tadeusza w innej roli. Taka wrażliwość, taka obudzona gwałtownie nadświadomość, domaga się kompensacji, zadośćuczynienia i tylko wiersz może zmyć tę krew i tylko słowo może złagodzić ból rozrywanej przez znaczenia egzystencji.

___________
Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Dozorca tytularny, „Świadectwo” – „DIX”, 
Bydgoszcz – Włocławek 2008, s. 88.
Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Całowanie klamek, „Świadectwo” – „DIX”, 
Bydgoszcz – Włocławek 2008, s. 72.
Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Don Juan z Piły, Okolica Poetów, 
Poznań 1999, s. 72.
Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Camera obscura. Powieść teatralna, 
„Świadectwo” – „DIX”, Bydgoszcz – Włocławek 2008, s. 148.
Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Ściśle jawne, „Świadectwo” – „DIX”, 
Bydgoszcz – Włocławek 2008, s. 112.
Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Pocałunek – i- z językiem, Wydawnictwo 
książkowe IBiS, Warszawa 2006, s. 112.
Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Obrus na fundamencie, Oficyna Wydawnicza 
STON2 – „DIX”, Kielce – Włocławek 2008, s. 76.
Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Münchhausen z Czarnkowa, „Świadectwo” – 
„DIX”, Bydgoszcz – Włocławek 2008, s. 92.
Tadeusz Wyrwa-Krzyżański, Kochanie miłości, Oficyna Wydawnicza 
STON2 – „DIX”, Kielce – Włocławek 2008, s. 294.
Reklamy

MILIONY LAT

Wracałem rowerem od przyjaciela, który mieszka trzydzieści kilometrów od Bydgoszczy i po drodze fotografowałem przyrodę. Ale najlepsze zdjęcia tego sierpniowego dnia zrobiłem zajeżdżając na plac magazynu handlującego kamieniami. Urządzanie ogrodów to teraz wielki biznes i można zobaczyć w takim miejscu prawdziwe cuda, od róż pustyni, przez różne łupki, bazalty, piaskowce, po grecki i włoski marmur. Ileż pradawnej energii uwięzło w tych wielobarwnych strukturach i elementach składowych wszechświata, ile mocy i prawdy o naszej rzeczywistości. Brałem różne kamienie do rąk, gładziłem je i muskałem opuszkami palców, myśląc o milionach lat ich kosmotelurycznej niezmienności i twardości, absolutnego piękna i najczystszej filozofii istnienia dla istnienia.

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

???????????????????????????????

STO WIERSZY POLSKICH (XXII)

W dwudziestolecie śmierci

10257554_827175860659561_1621631030810292823_o

Tadeusz Śliwiak (1928–1994) należał do grona tych poetów dwudziestego wieku, którzy zaświadczając swoją wielkość oryginalną twórczością, nie znaleźli należnego im miejsca w panteonie chwały liryki polskiej. Sławny za życia, zapraszany do wielu miast Polski i świata, stale podróżujący, wciąż biorący udział w festiwalach literackich, spektaklach i innych zdarzeniach artystycznych, powoli marniał i znikał, trawiony bezlitosną chorobą. W ostatniej sekwencji życia zawiodła go ona na krakowskie torowisko tramwajowe, gdzie drobne ciało zmasakrował przygodny pojazd elektryczny. Śliwiak potrafił tworzyć prawdziwe syntezy poetyckie i filozoficzne, w których pojawiało się tak charakterystyczne dla niego spojrzenie z góry i z boku, na przestrzał, od tyłu i dookolnie. Zauważała to krytyka literacka, chociaż więcej było recenzji ukazujących się książek, niż szerszych szkiców czy studiów filologicznych. Autor rekompensował to sobie żyjąc poezją, kierując działem liryki w „Życiu Literackim”, analizując nowe tomy i decydując, kto otrzyma zaszczytną Nagrodę im. Andrzeja Bursy, a wreszcie uczestnicząc jako główny juror w licznych konkursach poetyckich. Będąc silnie uwikłany w ceremoniały poprzedniego systemu społecznego, uciekał od niego ku elementarnym siłom przyrody i tworzył utwory, w których odzwierciedlił nieustającą ziemską walkę przeciwieństw i grozę istnienia w obliczu kosmicznej pustki i niewyobrażalnych ogromów. Odsuwając się od świata – na przykład na pokładzie statku handlowego, płynącego do Ameryki Południowej – zagłębiał się w rozmyślaniach nad strukturą i kształtem natury, nieustannie analizował cząstki i pisał, stale wydobywał z niebytu nowe wiersze, które od razu miały formę skończoną. Oczywiście przepracowywał je jeszcze i tworzył nowe wersje, ale to, co spływało z jego pióra samo w sobie było liryką, a szlify miały charakter korektorski i były jakby ostatnim, upiększającym dotknięciem wyobraźni.

Monolog ognia z tomu pt. Słownik wyrazów światłoczułych (1998) to wiersz, który należy lokować w głównym nurcie rozważań elementarnych Śliwiaka, ciągnących się od debiutanckiego Poematu o miejskiej rzeźni (1965). Już wtedy ustalone zostały ramy filozoficzne liryki, która nigdy nie przestała sublimować sensów w obrębie dynamiki materialnej i tego, co w starożytności powiedzieli o elementach Arystoteles, Heraklit, Platon, Ksenofanes, Tales z Miletu i Empedokles z Agrygentu. To było przekonanie, że cząstki materii, które nas współtworzą, są elementami całego wszechświata, a ich energia ożywia nasze organy i dodaje sił w sytuacjach ekstremalnych. Z czterech żywiołów, skodyfikowanych w starożytności przez Empedoklesa, Śliwiak przywołuje ogień i w specjalny sposób go antropomorfizując, pozwala mu „wypowiadać” prawdy o istnieniu i świecie. Przestrzega, by nie wchodzić z nim w zbytnią komitywę, bo skutki mogą być opłakane: Nie dotykaj mnie/ nie mam szacunku dla niczego co palne/ tym samym dla mnie jest łachman biedaka/ co i płótna bezcennych malowideł. To jest perspektywa skrajnie eschatologiczna, dla której wszystko, co ziemskie jest jednakie, a jakakolwiek gradacja wartości kończy się w ogniu i zostaje ostatecznie unicestwiona w nim. Nic mu się nie oprze, a jego gwałtowność i moc mają takie samo znaczenie dla biedaka, jak i dla najwspanialszego artysty. Łachman, w który odziewał się ubogi i bezdomny człowiek i płótno wiszące w galerii płoną tak samo i równie szybko stają się popiołem, gubią swój kształt i kolor, wymiar i treść: Spełniając moją powinność/ wiem, że olejna farba pali się dobrze/ a emalia starej miednicy topi się i spływa. Poeta odwołuje się do ludzkich doświadczeń dziecinnych, kiedy to mały chłopiec zbliża rękę do płomienia świecy, albo gdy dziewczynka patrzy w zachwycie na ognisko rozpalone przez dorosłych. Dopiero jednak wielkie pożary i katastrofy naturalne, dają wyobrażenie o sile ognia i jego bezlitosnym pochodzie przez dzieje. Obecnie gaszenie go opanowano do perfekcji, a i tak wracają wciąż często sceny jakby rodem ze średniowiecza, gdy płonęły całe miasta, pałace, wielkie warownie i wieże. Historia ludzkości pełna jest tragicznych relacji na temat pożarów i wykorzystywania ognia do celów wojennych, a szczytem wszystkiego stały się nowoczesne rodzaje broni, które w ułamku sekundy potrafią wykreować żar z wnętrza słońca i unicestwić wszystko w promieniu wielu kilometrów.

Choć wiersz Śliwiaka powstawał w czasach pokoju i upadku Związku Radzieckiego, to słychać w nim stale echa zimnej wojny i ogień „przypomina” o skali zagrożeń w czasach rakiet międzykontynentalnych: Mam wielu wyznawców/ którzy potrafią przenosić mnie przez oceany/ aby sięgnąć celu. Ale też formułuje przestrogę w stosunku do tych, którym się wydaje, że posiadanie nowoczesnej technologii daje przewagę nad wrogiem. Z drugiej strony oceanu ruszą przecież podobne pociski i przesłany ogień powróci natychmiast jak bumerang: Oni myślą, że jestem ich atutem/ w przetargu idei/ Ale kto zadaje się ze mną/ niech wie że nie uznaję wyboru/ i że wszystko co palne jest moją własnością. Panowanie ognia nad światem jest powszechne i nie ma krainy, w której nie odgrywałby on znaczącej roli – obecny w paleniskach i piecach chlebowych, nieodzowny przy produkcji garnców i żelaznych narzędzi, a nade wszystko utajniony w energii elektrycznej, ożywiający komunikację i przepływ informacji w urządzeniach elektronicznych, samochodach statkach i samolotach. Choć ludzkość uczyniła z niego element użyteczny i okiełznała go w stu procentach, to jednak nie przestał budzić grozy i wymykać się spod kontroli. To zapewne powoduje, że w monologu ognia pojawia się jakże ludzka przechwałka: Jestem z rodu żywiołów/ a takim będąc nie mam pana nad sobą. Ród żywiołów, to obok ziemi, woda i powietrze, ale tylko utlenianie ma tak zjawiskowy wymiar – choć takie wrażenie robią na ludziach wielkie fale oceaniczne, choć wybuchy wulkanów czy trujące, bagienne wyziewy przerażają, a huragany, burze i cyklony dają wiedzę o mocy powietrza, to prym w rodzie elementów naturalnych wiedzie ogień. Gdy spala ogromne połacie lasów, unicestwia w mig mocarne domostwa i fabryki, pojawia się przy eksplozjach cystern kolejowych i wypadkach lotniczych. A nade wszystko, gdy obserwuje się go w przybliżeniach magmy słonecznej, wiatru energetycznego, szybko docierającego do ziemi i ożywiającego wszelkie formy istnienia. Doprawdy może on z dumą mówić: Jestem ogniem/ żyję w niewielkiej prowincji – Ziemia/ a gniazdo moje/ dobrze ukryte w samym środku globu – może nawiązywać do rozgrzanego wnętrza Nife i lawy, która co jakiś czas przedostaje się na powierzchnię. Śliwiak wpatruje się w ogień z dziecinnym podnieceniem i elementarną fascynacją, ale też z ogromną wiedzą o nim, podbudowaną lekturami filozofów, czerpiącą wiele z licznych osobistych doświadczeń. To jest poetyckie formułowanie sentencji na temat najgroźniejszego z żywiołów i ambitna próba zrozumienia jego najgłębszej istoty.

 

ANDAMANY, SESZELE, MAURITIUS…

???????????????????????????????

Dzisiaj była dziwna pogoda, na przemian słońce i deszcz, co chwila zmiany, co godzina inne wrażenia wzrokowe, opady, roznoszący się zapach traw i silny oddech ulewy. Kilka razy wychodziłem z domu i z uwagą przyglądałem się niebu – po jednej stronie jaskrawy błękit, po drugiej tężejący granat. Promienie przedzierające się przez skłębione chmury, światła i ultramaryny w kałużach, głębokie czernie błot i zieleń roślin intensywniejsza niż zwykle. W pewnym momencie moją uwagę przykuły dalekie cumulusy, układające się warstwowo pod taflą granatu. Oświetlone nienaturalnie, jaskrawe i połyskujące w słońcu, zdawały się być oddzielone od przestrzeni, w której byłem. Przypomniały mi się natychmiast zapatrzenia z dzieciństwa, gdy graliśmy w piłkę na szkolnym boisku, a jerzyki i jaskółki świstały nad naszymi głowami, słychać było dalekie wołanie kukułki i terkotanie drozdów na pobliskim cmentarzu. Dostawało mi się wtedy od kolegów, że przystawałem czasem podczas gry i gapiłem się w niebo. Ale dalekie chmury były tak cudowne, tak kusiły swoją subtelnością, tak obiecywały, że kiedyś pod nimi stanę. Wyobrażałem sobie dalekie podróże, na Karaiby, albo na Wyspy Towarzystwa, na Bahamy lub Samoa Zachodnie, wreszcie na Andamany, Malediwy, Seszele i Mauritius. Widziałem oczyma wyobraźni jak wędruję brzegiem oceanu, czuję pod nogami sypki, biały piasek, a gdzieś daleko, nad płaszczyznami błękitu widać warstwy podświetlonych cumulusów. Ileż to godzin spędziłem nad kolejnymi numerami geograficznych pism „Poznaj Świat” i „Kontynenty” i jakże rozkoszowałem się zdjęciami dalekich wysp. Potem, po meczu, po pływaniu w jeziorze, po wyścigach rowerowych, zasypiałem w jednej chwili i znowu śniły mi się atole i rafy koralowe, nurkowałem pod wodą i cieszyły mnie barwy ryb, rozgwiazd i jeżowców. Dzisiaj, gdy w środku dnia stanąłem na osiedlu i po jednej stronie miałem niebo błękitne, a po drugiej granatowe, wszystko przypomniało mi się z jaskrawością kolorowego przezrocza. I jakże byłem szczęśliwy…

STYGNIĘCIE DNIA

???????????????????????????????

Wracając wczoraj do domu zobaczyłem niezwykle ubarwione niebo, z błękitami jak z Rubensa i van Dycka, z delikatnymi różami jak u van Eycków, a wreszcie z matowymi chmurami, przypominającymi złoto z płócien Rembrandta. Stanąłem oszołomiony i kilka minut kontemplowałem ów spektakl naturalny, możliwy tylko w miesiącach chłodnych, gdy podnoszą się wieczorne mgły, a różnie ogrzane arterie powietrza mieszają się ze sobą i tworzą w przestrzeni zjawiskowe palety barw. Patrzyłem na niebo i wróciłem myślą do niedawnej podróży do Belgii, gdzie w muzeach i kościołach podziwiałem arcydzieła malarstwa europejskiego, a najwięcej czasu, w katedrze św. Bawona, poświęciłem na studiowanie Ołtarza Gandawskiego, który zdumiał mnie tak samo jak to, co rozegrało się dzisiaj na niebie. Przede wszystkim zauważyłem, że barwy wielu reprodukcji są fałszywe i nie oddają subtelności laserunkowego malarstwa Jana i Huberta van Eycków, a dodatkowo zachwyciły mnie wieże świątyń w tle, które jakoś ginęły na tablicy przedstawiającej adorację baranka, a tutaj, przy bezpośrednim spojrzeniu na dzieło, wynurzyły się pięknie i przykuwały wzrok. Niebo nad horyzontem zaczęło zmieniać się w błyskawicznym tempie, więc ruszyłem do domu, by sfotografować je z okna. Coś tam jednak mnie zatrzymało, coś innego domagało się kilku chwil uwagi i gdy stanąłem z aparatem przy parapecie, inny obraz pojawił się przede mną. Teraz cała przestrzeń płonęła, przypominając wyobrażenia piekła z Sądu Ostatecznego Hansa Memlinga – złoto wymieszało się z różem i amarantem, pojawiły się wyraziste plamy fioletu i nieubłaganie napływać zaczęły wielkie płaszczyzny granatu. To już było niebo obwieszczające koniec dnia, jak zwykle wspaniałego i tragicznego, podczas którego – parafrazując wiersz Herberta Rovigo – ktoś się urodził i ktoś umarł, ktoś cieszył się ciepłem złączonych dłoni, ciepłem bliskości i płakał nad stygnącym ciałem. Patrząc na rozmazane czerwienie i ultramaryny, utrwalałem fotograficznie chwilę, która się już nie powtórzy, zapisałem ów moment zastygania kolejnego żywego dnia.

ELEMENTY (5)

dreamliner(1)

Dzisiaj moje myśli podążają ku tworzywom polimerowym, popularnie, acz niepoprawnie, nazywanych plastikiem. Posługujemy się tym określeniem często, więc i ja używać go będę w tej części cyklu o elementach naszego świata. Jeszcze sto lat temu ludzkość posługiwała się głównie drewnem i metalami, jako cząstkami konstrukcyjnymi, ale dzisiaj życia już sobie nie wyobrażamy bez tworzyw sztucznych. Ostatnio zostały one wykorzystane nawet przy tak skomplikowanych tworach jak samoloty pasażerskie, np. w słynnych Dreamlinerach, a także w futurystycznych jednostkach bojowych, niewidocznych dla radarów. Polimery syntetyczne nie występują w przyrodzie i zostały wytworzone przez człowieka w procesie spieniania, ciśnieniowej zamiany proszku w twardy kształt, modyfikacji materiału włóknistego lub stabilizacji składu pierwiastkowego. Prawdę powiedziawszy także drewno jest naturalnym materiałem polimerowym, bo zawiera w sobie specyficznie zbudowaną celulozę. Obecnie produkuje się tworzywa super wytrzymałe, wzmocnione włóknami węglowymi, co pozwala nawet wytwarzać sprężyste skrzydła Dreamlinerów, a także stosować je w technice kosmicznej. Niektóre poliamidy – jak  Kevlar – osiągnęły większą wytrzymałość od stali i stosuje się je przy produkcji kamizelek kuloodpornych oraz jachtów dalekomorskich i oceanicznych. Niestety plastik rozkłada się kilkaset lat i stanowi ogromne zagrożenie dla środowiska naturalnego – ludzie zaśmiecają nim przestrzeń, w której żyją. Do czego to prowadzi zobaczyłem w maju tego roku, gdy odwiedziłem Irak, kraj kompletnie zaśmiecony, pełen hałd nieczystości, pośród których głównie walają się foliowe butelki, worki, woreczki i inne elementy plastyczne. A przecież jest to materiał, który znakomicie można ponownie wykorzystać, tworząc granulat i przekształcając go potem w nowe elementy konstrukcyjne, przedmioty codziennego użytku i inne przedmioty. Kontrowersje budzą też spalarnie odpadów, a choć polimery są wysokoenergetyczne, to problemem pozostają produkty uboczne, a szczególnie gazy, które trudno przetworzyć. Atmosfera ziemska i środowisko naturalne są już wystarczająco zanieczyszczone, fragmenty plastiku znaleziono w przewodach pokarmowych ryb i zwierząt lądowych, a na powierzchni Atlantyku i Pacyfiku unoszą się ogromne „plamy” pływających plastikowych butelek i innych elementów tego rodzaju. To są prawdziwe pułapki dla niewielkich organizmów, które dostawszy się do nich, nie potrafią ich opuścić i giną szybko, powiększając obszar martwej strefy.

 legojpg_2013052711230335

W dzieciństwie zetknąłem się z plastikiem bardzo szybko, najpierw w postaci kolorowych grzechotek,  a potem klocków, którymi bawiłem się przy stole. Szczególnie zapamiętałem też malutkie domki i kościółek, które imitowały niewielkie miasteczko, a także barwne samochodziki, które poruszały się pomiędzy nimi. To dziwne, ale od samego początku lokowałem te imitacje jako elementy jakiejś skandynawskiej przestrzeni – nie wiedziałem jeszcze wtedy, że takie krainy geograficzne gdzieś są, ale je przeczuwałem w dziwny sposób. Czytając później wiele powieści i opowiadań pisarzy skandynawskich, lokowałem pośród wykreowanych światów te niewielkie, białe domki z czerwonymi dachami i taki sam kościółek. Niezbadane są głębie świadomości dziecka, ale wyraźnie pamiętam ówczesne myśli i przekonanie, że tworzę na stole atrapę miasteczka istniejącego gdzieś naprawdę, pośród chłodów i zamieci. Spędzałem długie godziny przy kuchennym stole i tworzyłem wiele konfiguracji, ustawiałem domki wokół kościółka, albo rozsiewałem je na większej przestrzeni, tworząc szerokie trakty dla ciężarówek, autobusików i aut osobowych. Czułem się wtedy bezpieczny, a niezwykła gładkość i lekkość plastiku była czymś cudownym, zdumiewającym, nie mieszczącym się w mojej dziecinnej głowie. Zaczynałem wtedy łączyć w świadomości żywioły i śliskość polimerów była dla mnie tak samo niepojęta jak doskonałość powierzchni niewielkiej muszli porcelanki, którą także z upodobaniem się bawiłem. Natura wskazała ludzkości drogę, tworząc pokrywy, skorupy, pancerze chitynowe, a nade wszystko generując w przestrzeni wielkie skupiska drzew, wysokopiennych cedrów i sosen, twardych jak żelazo dębów i sprężystych jesionów, lip, topól. Miałem sporo klocków drewnianych, ale to plastikowe dawały największe możliwości konstrukcyjne, pasując znakomicie jeden do drugiego. Później, w wieku dojrzałym, gdy urodził się mój syn, kupowałem mu wiele kompletów klocków lego i razem z nim tworzyłem fantastyczne budowle, pomagałem mu zbudować jakieś statki, samochody i promy kosmiczne. Jakże szerokie koło zatoczyła ludzkość od pierwszych zabawek z kości i rogów zwierzęcych, poprzez te wyrabiane z drewna, aż do kolorowych klocków Lego, imitujących znakomicie realny świat, dających też wielkie pole do popisu dziecinnej wyobraźni. Moje miasteczko z plastiku też pobudzało imaginację i żyłem w nim realnie, stając się raz to kierowcą ciężarówki, a innym razem młodzieńcem wychodzącym z domu i zmierzającym na mszę do kościoła. Ileż to sprzętów, butów, ubiorów, rzeczy codziennego użytku dotykamy w naszym życiu, ile z nich ginie bezpowrotnie w niepamięci, ale ile też zostaje gdzieś głęboko w świadomości, stając się nieomal archetypem czegoś nieuchwytnego i przeczystego, dziecinnego przekonania, ze wszystko jest stabilne i harmonijne. Nie wiem co stało się z moimi plastikowymi klockami i domkami, jaki los spotkał malutką świątynię ze spiczastą wieżą, ale gdzieś tam w przeszłości układam je według specjalnego wzoru, tworzę z nich świat mojej magicznej przyszłości.

Credit-cardsTeraz codziennie dotykamy plastikowych rzeczy, jeździmy samochodami i autobusami, w których wykorzystano polimery do różnorakich celów, ale chyba najciekawsze są „plastikowe pieniądze”. Pojawiły się nagle, wraz z rozwojem cywilizacji i stworzeniem bankomatów, stając się cząstką naszej codzienności. Zresztą także karty telefoniczne i rabatowe produkowano z plastiku, umieszczając wiele informacji na paskach magnetycznych, a potem w płaskich chipach. Ta wygodna forma wypłacania pieniędzy ze specjalnych urządzeń, stała się możliwa także dzięki plastikowi, który jest leciutki i nie obciąża naszych portfeli – trudno sobie wyobrazić by te karty wykonano z drewna, szkła czy metalu. Jak to zwykle bywa w ludzkim świecie, pojawienie się nowego tworu cywilizacyjnego, spowodowało erupcję odmian i teraz  możemy podziwiać najprzeróżniejsze wzory kart płatniczych. I tak jak  wielu jest kolekcjonerów znaczków pocztowych, banknotów obiegowych i starych walorów, tak pojawiło się sporo zbieraczy kart plastikowych. Są już też tacy, którzy przy ogromie tego rodzaju „dzieł”, ograniczają się do kolekcjonowania określonych „tematów”. I tak, zbierają na przykład karty z wizerunkami zwierząt, ptaków lub ryb, albo kwiatów, drzew lub krajobrazów – można już też zamawiać w bankach środki płatnicze z wizerunkiem samego siebie. Gdzieś w piwnicznym archiwum leżą wszystkie stare karty, których kiedyś używałem, a potem umieszczałem w kartonach z korespondencją i wszelkimi innymi papierami, pojawiających się stale w mojej pracy. Nie było pośród nich szczególnie urodziwych, choć zdarzało się, że barwy bardzo mi się podobały a motywy graficzne były do zaakceptowania. Oglądałem kiedyś film na jednym z kanałów edukacyjnych, ukazujący produkcję kart bankomatowych, tworzonych według standardów ISO (International Organization for Standardization). To dość prosty proces, w którym wykorzystuje się nowinki naukowe, stale udoskonalając produkt końcowy, choć niebawem może się okazać, że ten twór końca dwudziestego wieku stanie się zbyteczny – banki próbują już wprowadzać autoryzację na podstawie linii papilarnych jednego palca, całej dłoni lub tęczówki oka. Plastikowe pieniądze można podrobić lub zgubić, a cechy anatomiczne ludzkiego ciała są niepowtarzalne i przypisane tylko temu człowiekowi, który stanie przed bankomatem przyszłości. Zastosowanie tworzyw sztucznych jest przeogromne i piszę te słowa uderzając palcami w plastikowe klawisze, przede mną jest ekran laptopa w polimerowej obudowie, a gdzie nie spojrzeć widać sprzęty i przedmioty z tworzyw sztucznych. Od długopisów i piór, poprzez telefony komórkowe i przenośne dyski typu pen driver, a skończywszy na sztucznych zastawkach serca, implantach żył i rozpuszczalnych nici chirurgicznych, wszędzie natkniemy się na plastikowe elementy.

ELEMENTY (4)

asteroidy

Trudno powiedzieć kiedy po raz pierwszy miałem do czynienia z żelazem, ale mogło to być na podwórku mojego dzieciństwa, gdzie walały się w piasku różne kawałki materii – kolorowe cząstki szkiełek od butelek po perfumach, jakieś cynkowe blaszki, drewienka, plastikowe kółka i trójkąty. Może wtedy po raz pierwszy wziąłem do ręki jakiś rdzewiejący element czegoś, co zostało zrujnowane, zepsute w czasie wojny lub krótko po niej. Urodziłem się wszakże osiemnaście lat po wielkiej dziejowej zawierusze i w wielu miejscach znaleźć można było jej ślady. Jako mały chłopiec chodziłem do niedalekiej kuźni i w drzwiach przyglądałem się jak tamtejsi kowale przygotowują w ogniu żelazne podkowy i potem sprawnie przybijają je koniom do kopyt. Na pewno żelazo pojawiło się też w moim życiu po przeprowadzce na nowe osiedle, gdzie na budowach walały się ogromne pręty zbrojeniowe, podnieść można było z ziemi najprzeróżniejsze płaskowniki i druty. Wraz z kolegami odwiedzaliśmy często owe zakazane zakątki i przynosiliśmy z tych wypraw na podwórko jakieś żelazne  e l e m e n t y. Nigdy w jakiś szczególny sposób nie kontemplowałem dotyku żelaza, ale – gdyby mnie o to spytano – natychmiast powiedziałbym o jego chłodzie. Tylko podczas upalnego lata, tylko w żarze czerwca czy lipca pręty się nagrzewały i ich dotknięcie nie generowało odczuć negatywnych. W innych momentach, sięgnięcie po tę materię związane było z informacją, wysyłana przez skórę dłoni do mózgu, że jest to przedmiot chłodny lub lodowaty. Z kolei z twardością tego tworu kosmicznego miałem do czynienia już w pierwszej klasie szkoły podstawowej, kiedy to biegałem po budowie i nadepnąłem stopą na duży gwóźdź, wbity w belkę. Potworność tamtego doświadczenia pozostała wyrazista w mojej pamięci do dzisiaj, tym bardziej, że wylądowałem w szpitalu, dostawałem zastrzyki surowicy i cierpiałem bardzo długo, aż rana się całkowicie zagoiła. Myślę, że z takim bólem, spowodowanym przez twardość żelaza lub stali, przeszywającym i odbierającym oddech, miały do czynienia miliony ludzi. Od dawien dawna tworzono przecież metalowe narzędzia do zabijania – noże, kindżały, miecze i szable a podczas wojen, bitew i pojedynczych walk przeciwnicy przeszywali się nawzajem. Od czasów dzieciństw wiem zatem, co wtedy się czuje, bo gruby, rdzewiejący ćwiek przeszył mi stopę prawie na całej szerokości i krwawiący i zapłakany ledwo dokuśtykałem do domu.

Podkowa

Z kolei, gdy byłem nieco starszy, znowu żelazo odegrało istotną rolę w moich doświadczeniach, a to za sprawą jednego z kolegów, którego przezywaliśmy Kopel. Miał na imię Mirek i uczestniczył w naszych celebrach generacyjnych, czasem pokazując swoje dzikie oblicze i niekonwencjonalne pomysły. Niestety nie wyszło mu życie i błąka się teraz bez celu gdzieś na peryferiach nowego czasu, ale wtedy był znakomitością podwórkową i proponował nam podejmowanie oryginalnych zajęć. Któregoś dnia jego ojciec przyprowadził przed blok spory wózek do pchania, zespawany z rurek i mający służyć do rozwożenia mleka w butelkach. Mirek natychmiast zaczął też go wykorzystywać do innego celu, a mianowicie do zbierania złomu, a potem zawożenia go do punktu skupu. Nie wiem dlaczego właśnie mnie zaprosił do tych wypraw, ale kilka, może kilkanaście razy jeździłem z nim po osiedlu i zbierałem złom. Nagle zacząłem mieć pieniądze, nie te ogromne, nie te papierowe, ale znaczące w budżecie dorastającego chłopca, pozwalające na kupno Coca-Coli w delikatesach, na nabywanie balonowej gumy do życia, cukierków albo lodów. Podczas tych eskapad docieraliśmy na obrzeża wielkiego lotniska, gdzie walały się przy płotach części od samolotów, przeczesywaliśmy zakamarki dzielnicy Jary, ale najczęściej podkradliśmy pręty i inne elementy na budowach, wynosiliśmy z nich chyłkiem jakieś zębatki i połamane rury. Czasem robotnicy pozwalali nam na to, innym razem gonili z krzykiem i napuszczali na nas stróżów, a nawet ormowców i milicjantów. Nie wiem do dzisiaj jak udawało nam się wychodzić cało z tych opresji, ale pamiętam te wyładowane żelazem wózki, które targaliśmy z wielkim wysiłkiem do składnicy złomu na Szwederowie. Raz też rozegrał się w niej „dramat”, gdy przywieźliśmy bardzo dużo żelaznych elementów, w tym wykonaną z tego metalu szafę narzędziową, a mój kolega, pod nieobecność przy ważeniu szefa skupu, wsunął do niej ogromny blok metalu, by zwiększyć wagę. Pracownikowi jakoś nie zgadzał się ciężar naszego złomu, z tym co widział na wadze i zajrzał do szafki – natychmiast też wyrzucił nas stamtąd, każąc zabrać to, co  przywieźliśmy. Odjechaliśmy na jakąś odległość, a po godzinie ja sam wtargałem wózek z zawartością na podwórze skupu, mówiąc właścicielowi, że to mój kolega chciał go tak oszukać. Widać okazałem się wiarygodny, bo żelazo zostało zważone i z triumfem na twarzy popędziłem do przyjaciela, dzieląc się z nim sprawiedliwie forsą. On nie zawsze bywał uczciwy w tym względzie i często próbował mnie nabrać, że dostał mniej, niż naprawdę miał w kieszeni, ale jednak jakieś złotówki do mnie trafiały.

zardzewiałe-żelazne-pręty-stos_19-107380

W latach następnych żelazo pojawiało się często w moim życiu, a najwięcej go było, gdy wraz z bratem i ojcem zaczęliśmy budować dom w Stronnie pod Bydgoszczą. Trzeba było wtedy przewieźć ogromne ilości prętów i płaskowników na budowę i znowu poczułem przejmujący chłód tego metalu, tym bardziej, że budowaliśmy też zimą. Pamiętam jak układałem lodowate elementy zbrojeń i wiązałem je drutem, ogrom cząstek żelaznych zalewaliśmy też w fundamentach i ścianach działowych. Sporo też było zranień i większych urazów, krew pojawiała się na ostrych żelaznych krawędziach i blachach, trzeba było bandażować palce i całe dłonie, a tylko wyjątkowe szczęście spowodowało, że podczas jednego upadku z wysokości, nie nadziałem się na sterczące pręty. To był też czas likwidowania mojego wielkiego mieszkania przy zbiegu ulicy Gdańskiej i Chodkiewicza, wykręcania elementów stalowych i aluminiowych, usuwania żelaznych wsporników i framug. Mój ojciec rozwoził wtedy ciekły gaz w butlach i zabierał swoim Żukiem wiele tych cząstek na naszą budowę, a skoro już mowa o jego zajęciu, to i ono związane było z moimi doświadczeniami elementarnymi. Jeździłem z nim często do pracy w różnych dzielnicach i jako dobrze rozwinięty, umięśniony młodzieniec, pomagałem mu nosić ciężkie butle. Ważyły ponad trzydzieści kilogramów i najczęściej były lodowato zimne. Nauczyłem się od ojca zarzucać je na prawe ramię i tak wnosiłem je, nawet na czwarte piętro bloków w starym Fordonie, traktując wszystko jako dobry trening i rodzaj zabawy. Ojciec dawał mi zawsze za tę pomoc jakieś pieniądze i tak, za sprawą żelaznych butli, niegdyś cięższych niż dzisiaj, mogłem uchodzić przed moją ówczesną dziewczyną za majętnego, zapraszać ją co tydzień do kina i na lody, jeździć na wycieczki po Polsce, a nawet dwa razy puścić się pociągiem na Węgry. No właśnie… tory kolejowe… W mojej pamięci pojawiają się przede wszystkim te, które biegły na południe Polski, tuż za moim osiedlem mieszkaniowym – Błoniem. Chodziliśmy z kumplami na starą, żelbetonową strzelnicę, w głębi lasu, wydobywaliśmy z piasku ołowiane czubki pocisków, a potem – wracając do domu – kładliśmy je na torach i czekaliśmy na przejazd pociągu. To doświadczenie ukazywało nam przerażającą moc tych maszyn i ciągniętych wagonów, bo na torach pozostawały sprasowane do milimetrowej grubości płatki ołowiu. Wspomniana wyżej strzelnica też pełna była żelaza, które wystawało z popękanych murów, walało się na ziemi, wystawało ze ścian, jako pozostałość po elementach konstrukcji jakichś bliżej nieokreślonych urządzeń.

zlom

Warto też wspomnieć o treningach kulturystycznych, podczas których twardość i chłód żelaza były obietnicą ukształtowania mocarnej sylwetki i dużego przyrostu mięśni. Sekcja, do której chodziłem mieściła się na Wzgórzu Dąbrowskiego, w jednej ze szkół podstawowych i wykorzystywała niewielką salę gimnastyczną do treningów. Zaczynaliśmy każdorazowo od meczu piłkarskiego, kopiąc małą piłkę i biegając od drabinek do drabinek, ale po jakimś czasie nasz trener nakazywał rozpoczęcie procesu wnoszenia sprzętu z piwnicy. Trzydziestu chłopa wędrowało na dół po schodach i sprawnie przenosiło całe żelastwo, niezbędne do wykonywania ćwiczeń. Były to sztangi, żelazne koła do nakładania, najprzeróżniejsze hantle, drążki do podciągania się, montowane na drabinkach, a także ławeczki, sprężyny i wyciągi. Początkowo to noszenie żelaza wydawało mi się katorgą, szczególnie gdy dopiero co przyjęto mnie do sekcji i obciążano bardziej od tych, którzy ćwiczyli w niej od kilku lat, ale z czasem przyzwyczaiłem się do tej niedogodności i wnosiłem sztangi oraz hantle z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Ćwiczenia szybko zaczęły przynosić efekty i zacząłem wyciskać na ławeczce coraz większe ciężary, sprawnie dochodząc do obciążenia marzeń – stu kilogramów. O tej „stówie” rozmawialiśmy stale z kolegami z bloku, którzy chodzili ze mną na treningi, z Markiem Bajkowskim, Ryszardem Michałkiem, a także ze starszymi kolegami z sekcji. Później, gdy trenowałem już boks w Zawiszy Bydgoszcz, często też chodziłem na salę ciężarowców i podnosiłem różnie obciążone sztangi, najczęściej jednak ćwicząc wyciskanie na ławeczkach. Dało to taki efekt, że „stówą” zacząłem ćwiczyć w seriach, a mój rekord sięgnął stu trzydziestu kilogramów, co miało miejsce już w innej sekcji, na sali gimnastycznej dawnej podstawówki na Błoniu. W mig rozbudowałem moją sylwetkę i nabrałem siły, która później niejednokrotnie mi się bardzo przydawała, czy to podczas generacyjnych walk, czy w trudach różnorodnych prac. Zachowałem w pamięci wiele chwil, w których żelazo odgrywało jakąś ważną rolę, a treningi kulturystyczne i bokserskie bez tej elementarnej materii nie byłyby możliwe.

78149635_1_644x461_obciazenie-fi-30mm-naklad-sztangielki-sztanga-hantle-gryf-lublin

I jeszcze jedno pojawienie się żelaza w moim życiu, już w dwudziestym pierwszym wieku, kiedy to dziesięć lat temu pisałem książkę o Juliuszu Słowackim i jego poetyckiej kosmogonii, jakże ciekawej i rozbudowanej w poszczególnych dziełach. Z konieczności studiowałem wtedy wiele książek o wszechświecie i materiach, w nim występujących. Jeszcze z podstawówki pamiętałem, że ogromna część Ziemi, wielkie środkowe jądro wypełnione jest niklem i żelazem (Nife), ale podczas nowych lektur zainteresowały mnie też struktury materialne asteroid i komet. Pośród wielu rodzajów planetoid, natknąć się możemy na te określane w astronomii literą M (od słowa metal), składające się przede wszystkim z żelaza i niklu. Daje się to najczęściej zidentyfikować na podstawie analizy widma i albedo składu chemicznego powierzchni. Albedo (białość), to stosunek ilości promieniowania odbitego do padającego, będący parametrem określającym zdolność odbijania promieni przez jakąś powierzchnię. Największy pas planetoid rozciąga się pomiędzy orbitami Marsa i Jowisza, gdzie potężny magnetyzm gazowego olbrzyma nie pozwolił na ukształtowanie się z pierwotnej materii mgławicowej jeszcze jednej planety. Już Johannes Kepler zastanawiał się, dlaczego jej nie ma w tamtym miejscu, co hipotetycznie stwierdził w obliczeniach, ale dopiero współczesna nauka rozstrzygnęła ten problem i wskazała na oddziaływanie Jowisza. Obok przywołanego wyżej pasa, w Układzie Słonecznym znajdziemy asteroidy także w pasie Kuipera (za orbitą Neptuna) i w obłoku Oorta, leżącego na obrzeżach naszego układu, w jednej czwartej odległości od Proxima Centauri. Są też mniejsze skupiska i samotne asteroidy obiegające Słońce po dziwnych orbitach, nazywane centaurami lub Trojańczykami. Spośród wszystkich ciał tego typu te ukształtowane z metali są chyba najbardziej fascynujące – jeśli bowiem tyle jest takich cząstek z niklu i żelaza, to czyż nie możemy założyć, że są też i takie, gdzie przeważa złoto, srebro lub platyna? Już dzisiaj snuje się futurystyczne plany wykorzystania tych bogactw naturalnych, a literatura science fiction pełna jest wizji ogromnych transportowców, przewożących minerały i rudy, opisów osiedli „kosmicznych górników” i konfliktów pomiędzy nimi. Wyprawa na planetoidę, przelatującą blisko Ziemi, jest już w zasięgu możliwości technicznych rodzaju ludzkiego, ale koszty są tutaj tak ogromne, że pewnie nie będzie to miało miejsca w najbliższych dziesięcioleciach. Warto jednak marzyć o takich przedsięwzięciach, a także rozmyślać o asteroidach w całości ukształtowanych z żelaza, będących wielkim zagrożeniem kosmicznym, ale też i skarbnicą podstawowego elementu konstrukcyjnego na naszej planecie.

ELEMENTY (3)

Szklo

Nasze pierwsze spotkania ze szkłem bywają bolesne i okupione przelaną krwią, nagle pojawiającą się na palcach lub innych partiach dłoni. Tak było też w moim przypadku, gdy jako mały chłopiec bawiłem się kawałkiem niebieskiego szkiełka, znalezionym na podwórku. Patrzyłem przez nie na świat i nie mogłem się nadziwić tej nagłej odmianie, a przy spojrzeniu w słońce, okazało się, że ma ono kształt okręgu, taki sam jak piłka albo owoc pomarańczy. Wszystko dookoła nagle stało się niebieskie i zacząłem manipulować magicznym filtrem, to ustawiając go pod kątem, to przykładając nieomal do oka. W pewnym momencie mój mały kciuk osunął się z ostrej krawędzi, poczułem przeszywający ból, a na palcu pojawiły się, szybko potężniejące krople krwi. Pobiegłem z płaczem do domu, znacząc ślad mojej ucieczki małymi, jaskrawymi kropelkami życiodajnego płynu. Mama szybko opatrzyła mi kciuk, bez problemów też zaczął się goić, ale jeszcze przez jakiś czas, zahaczana niechcący skóra, boleśnie dawała znać o kontuzji. Potem tych przecięć było wiele, a szczególnie na osiedlu Błonie, gdzie się przeprowadziłem z rodziną. Przy budowanych blokach stale leżały jakieś potłuczone fragmenty szyb, walały się części jakichś szklanych urządzeń, zużytych słoików i butelek. Te ostatnie najczęściej były po piwie i miały zielony lub brązowy kolor. Stłuczone też służyły do czarodziejskiego zamieniania barw świata, ale pękały tak, że miały niezwykle ostre krawędzie i łatwo można było się nimi zranić. Trudno mi teraz wyodrębnić te kolejne momenty, gdy nieostrożność kończyła się urazem, ale było ich wiele. Szczególnie zapamiętałem jedno zdarzenie, gdy podniosłem z ziemi spory trójkąt zbitej szyby i chciałem go rzucić daleko przed siebie. Chciałem obserwować jego płaski lot, ale gdy zamachnąłem się skutki okazały się opłakane. Szyba dotkliwie rozorała część mojej dłoni i musiałem szybko biec do domu, by zdezynfekować i zabandażować ją jak najściślej. To było jedno z moich  najgorszych „szklanych” doświadczeń i głęboko wryło się w pamięć, powodując, że później bywałem już ostrożniejszy.

GreenGlassBottles-630x419

Inne bolesne spotkanie z przezroczysta materią zapamiętałem dobrze, bo skończyło się wizytą u lekarza w przychodni zdrowia i sporym stresem. W latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia powszechne były punkty skupu butelek i słoików, usytuowane w jakichś piwnicach, na zapleczu sklepów lub w domkach jednorodzinnych. Jako chłopcy często korzystaliśmy z tego dobrodziejstwa, zawożąc do tych punktów ogromne ilości opakowań szklanych, wydobywając je ze śmietników i piwnic, znajdując pod płotami albo w miejscach, gdzie gromadzili się pijacy. Moje osiedle graniczyło z dzielnicą Jary i czasami toczyliśmy boje z chłopcami z sąsiedztwa, czasem też grywaliśmy z nimi w piłkę na wielkim polu albo spotykaliśmy ich na pobliskich kąpieliskach. W jednym z domków mieszkało dwóch braci, z których jeden był bardzo gwałtowny, ale rozgarnięty, a drugi zdawał się być stale otępiały, zakompleksiony i dziwaczny. Ten niezbyt lotny koleś zyskał u nas przezwisko Siwy i traktowany był jako rodzaj niegroźnego głupka, któremu jednak lepiej nie wchodzić w drogę. Zdarzenie, które mi się przypomina, miało miejsce na centralnej drodze Jarów, prowadzącej do skupu opakowań. Zapakowałem dwie solidne siatki butelek po winie i wódce, dołożyłem słoje, wszystko powiesiłem po obu stronach kierownicy roweru i tak obarczony ruszyłem przed siebie. Po chwili udało mi się rozpędzić i już jechałem przez Jary, widząc, że jakieś dwieście metrów przede mną sto na środku traktu ów niegroźny chłopak. Nie wiem co mnie tknęło, co spowodowało, że tak obciążony i koślawo jadący, zapragnąłem przestraszyć go i spowodować, że ucieknie gdzie pieprz rośnie. Zacząłem wrzeszczeć: Siiiwwwyyyy… i pedałowałem wprost na niego, nie zdając sobie sprawy jakie będą konsekwencje mojego postępowania. Chłopak stał odważnie i ani myślał zejść mi z drogi, dopiero, gdy prawie w niego uderzałem, wykonał zadziwiająco zwinny ruch i przekręcił ciało w prawo. Otarłem się o niego, a jedna z siatek, poruszona gwałtownie, wypluła z siebie dużą, zieloną butelkę po winie „patykiem pisanym”. W ułamku sekundy uznałem tę stratę za wartą frajdy, jaką miałem prawie taranując Siwego, ale po chwili gorzko pożałowałem tego, co zrobiłem. Prostując się na pedałach i przyspieszając, nie mogłem zauważyć, że chłopak błyskawicznie pochylił się, sięgnął po butelkę i rzucił ją z rozmachem w moim kierunku. Poczułem tępy ból w okolicach potylicy i gorąco rozlewające się po szyi, a krew szybko zaczęła zabarwiać moją koszulę i kapać na ziemię. Zeskoczyłem z roweru i przerażony zacząłem prowadzić go z powrotem w kierunku Osiedla. Siwy, gdy zobaczył, co zrobił, natychmiast czmychnął przez płot na cmentarz i zniknął pomiędzy nagrobkami, a ja wraz z mamą wylądowałem w przychodni, gdzie opatrzono moją dużą ranę.

bezbarwne_float1

Kolejne doświadczenie, związane ze szkłem miało miejsce, gdy przy nowym wieżowcu pojawiła się duża ekipa szklarzy, przygotowujących szyby okienne. Mieli ze trzy duże stoły, na których sprawnie cieli kolejne tafle, a potem umieszczali je w ramach. Przy tej okazji powstawało wiele cienkich wstęg odpadowych, a także kwadraty i prostokąty oraz mnóstwo potłuczonych kawałków. W czasach komunizmu marnotrawiono materiały na potęgę i przy tego rodzaju produkcji rosły górki zepsutych fragmentów. Przyglądaliśmy się pracującym szklarzom, ale czekaliśmy też na koniec ich dniówek, bo wtedy na wyścigi wykradaliśmy „szklane miecze” i „maczety” i improwizowaliśmy niebezpieczne walki na nie. Szkło owijało się tekturą na dole, tak by móc je uchwycić i już można było nim wywijać w powietrzu niczym białą bronią. Najdzikszy z nas – jasnowłosy Kopel – robił to tak intensywnie, że wszyscy się odsuwali albo wręcz uciekali z podwórka i z daleka przypatrywali się temu, co wyprawiał. Oczywiście w końcu zranił się paskudnie i oblał krwią, ale dla niego to nie była pierwszyzna, bo sam się okaleczał dość często, petując na skórze papierosy i robiąc sobie szerokie „sznyty” na przedramionach. Z tego szklanego dobrodziejstwa czerpali też dorośli, którzy chyłkiem wynosili z budowę sporo mniejszych kawałków szyb i używali je potem na działkach do budowy inspektów lub do odgradzania grządek. Pisałem już w moim dzienniku o tym, ale warto przypomnieć raz jeszcze – najbardziej przerażające doświadczenie ze szkłem, jakie miałem w życiu, związane było ze wspomnianym Koplem, który wszedł ze mną na dach jedenastopiętrowego mrówkowca, a znalazłszy tam duży trójkąt szkła, niewiele się zastanawiając, cisnął nim pod kątem w powietrze. Przeraziłem się tego strasznie i natychmiast zbiegłem po schodach na parter, bojąc się, że szyba, lecąc z ogromną szybkością, ścięła głowę jakiemuś dziecku albo dotkliwie zraniła dorosłą osobę. Mój zwariowany kolega biegł za mną po schodach i wrzeszczał jak najęty, popisywał się przed mijanymi ludźmi i śmiał się histerycznie, gdy zwracali mu uwagę. Na szczęście szkło, ciśnięte z dużej wysokości i szybujące w powietrzu jak gilotyna, upadło gdzieś na trawnik i nikomu nie wyrządziło krzywdy. Kilka razy potem śniło mi się, że ta szybująca tafla dekapituje rozkosznego blondynka, podążającego obok matki albo, ze trafia ciemnowłosą dziewczynę, którą wtedy czule i namiętnie kochałem.

Murano_making_a_Glass_Horse1

Jakże inne było moje doświadczenie, związane ze szkłem, na wyspie Burano, w drodze do centrum Wenecji, oddalonego od niej o jakieś siedem kilometrów. Brałem udział w wycieczce polskich poetów i zatrzymaliśmy się tam by podziwiać piękno kolorowych domów, a także wziąć udział w pokazie wydmuchiwania szkła tradycyjną metodą. Ta wyspa, położona w Lagunie Weneckiej, słynie z pięknych, specjalnie barwionych szkieł i co roku przyciąga miliony turystów. Tuż obok jest wysepka Murano, a na niej cmentarz przy kościele św. Michała, na którym pochowano Ezrę Pounda i Josifa Brodskiego. Zaprowadzono nas do tradycyjnego warsztatu, gdzie mistrzowie szklarscy pokazali nam jak się wyrabia przedmioty z rozgrzanej do czerwoności masy. Trzeba być naprawdę zręcznym i uważnym by wykonywać trudne ewolucje z czymś tak kruchym, a przy tym uzyskiwać efekty, które zachwycają od wieków ludzi na całym świecie. Wszystko zaczęło się na Murano, gdzie już w XIII wieku ukształtowano większość charakterystycznych elementów tzw. szkła weneckiego. Jest ono niezwykle barwne i pojawiło się w lagunie za sprawą uciekinierów z Bizancjum, którzy przybyli do niej w czasach IV krucjaty (1204) i nauczyli miejscowych robotników jak nasycać szkło kolorami, jak zwiększać jego przejrzystość i jak je dekorować. Po roztopieniu krzemionki i dodaniu topników oraz plastyfikatorów (tlenek sodu) uzyskuje się materię dającą się długo kształtować, a poprzez kolejne fazy schładzania i rozgrzewania wzmacnia się barwy i jasność szkła. Używa się także sodu dla uzyskania nieprzejrzystej powierzchni, azotanów i arsenu dla wyeliminowania pęcherzy. W podobny sposób uzyskuje się kolory, a barwę szkiełka, przez które patrzyłem w dzieciństwie na świat (akwamaryna) otrzymuje się przez dodanie związków miedzi i kobaltu. Wytrawny rzemieślnik potrafi łączyć różnokolorowe kawałki rozgrzanego szkła (incalmo), sprawnie też emaliuje, złoci i prążkuje, co ma szczególne znaczenie przy wyrobach misternych kielichów, pater, imitacji zwierząt i przedmiotów. Narzędzia używane w produkcji to szczypce i kleszcze używane do ręcznej obróbki szkła rozgrzanego do czerwoności (borselle), dmuchawy (canna da soffio), metalowe pręty (pontello) do nanizania części wyrobu dla wykonania końcowych czynności, obcinacze szkła (tagianti). Cały proces odbywa się przy rozległym i specjalnie skonfigurowanym stole warsztatowym (scagno). Z ogromnym zaciekawieniem przyglądałem się jak jeden z mężczyzn wyciąga rozgrzaną masę, wydmuchuje ją i kształtuje z niej pegaza. Nie wiem czy wiedział, że jego widzami są poeci i poetki, ale przedmiot, który szybko wykonał, w jakiś sposób korespondował z profesją naszego audytorium. Kiedyś marzyłem o tym, by mieć jakieś konkretne zajęcie, jakiś specjalny fach w dłoni, ale życie zaprowadziło mnie tu, gdzie jestem i tak już zostanie. Zamiast wydmuchiwać szkło, tworzyć jakieś mechanizmy, naprawiać buty albo projektować biżuterię, piszę książki i może w jakimś stopniu zajecie to bliskie jest inwencji, z jaką miałem do czynienia w warsztacie szklarskim na wyspie Burano.

4110548763_ba02c10fa9_z

Po wyjściu ze statku, płynącego przez lagunę, znalazłem się na Placu Świętego Marka i zacząłem zwiedzać wiele uliczek, zaułków, niewielkich podestów. Zachodziłem też do sklepów z kolorowym szkłem, które pyszniły się swoim kruchym przepychem. Pełno w nich było kielichów i amfor, misternie zdobionych szklanic i talerzy, a nade wszystko figurek ludzi i sylwetek zwierząt. Moją uwagę przykuły szczególnie szklane cukierki, różnorodne, barwne jak egzotyczne ptaki, ozdobione wzorami jak papierki prawdziwych słodyczy. Na środku sklepu stała ogromna misa, a w niej leżała ta niezwykła różnorodność, zwieńczona kartką z ceną. Jeden szklany cukierek, w 2003 roku, kosztował jednego euro, ale żeby efekt ozdobny w szafie czy na półce był wyrazisty, trzeba było kupić tych szklanych dziełek sztuki bardzo dużo. Jedna z pań nabyła chyba ze trzydzieści świecidełek, a ja zadowoliłem się kilkoma, może dziesięcioma, które potem i tak rozdałem rodzinie i znajomym. Kupując cokolwiek w Wenecji i w innych włoskich miastach, trzeba było bardzo uważać, bo sprzedawcy zawsze oszukiwali, wydawali mniej pieniędzy, niż powinni, podliczali sumę końcową ze specjalnym „dodatkiem” itd. Gdy się ich na tym złapało, udawali roztargnienie szybko korygowali zapłatę, gnąc się w ukłonach i przepraszając po dziesięć razy. Zetknąłem się z takimi machinacjami również w Hiszpanii, Grecji i Turcji, a także w południowej Francji. Do dzisiaj kolorowe, szklane cukierki leżą u mnie na jednej z półek, przy powieściach pisarzy amerykańskich i rosyjskich, choć może lepiej by było, gdyby w tle pojawiły się tomy Włochów. Niestety nie mam za wiele takich książek, a przypomina mi się tylko Pustynia Tatarów Dina Buzzatiego, Dziełka moralne Giacoma Leopardiego i kilka książek Umberto Eco, ale one stoją w zupełnie innym miejscu mojego mieszkania. Spacerując po Wenecji, zachodząc do kościołów z różnofarbnymi witrażami, zachowałem w pamięci kruchą, szklaną ornamentykę i różnorodność dzieł szklarzy z Murano i Burano. Dawniej miasto na wodzie miało zabudowę drewnianą i bano się, że jakikolwiek przemysł może stać się przyczyną kolosalnego pożaru. Umożliwiono zatem rozwój manufaktur szklarskich na pobliskich wyspach, które nawet gdyby spłonęły, nie zagroziłyby centrum Wenecji. Wracając dwoma autokarami do Polski pokazywaliśmy sobie nasze wielobarwne trofea, kryształowe kielichy w specjalnych futerałach, wykładanych atłasem i sporo pobrzękujących szklanych gocce, których nie dało się zjeść, ale które stały się rodzajem nieustannego zaproszenia do skosztowania czegoś słodkiego. Teraz też – gdy na nie patrzę – cieknie mi ślinka i chyba skuszę się na kawałek czekolady albo zjem jakiegoś „zakazanego” cukierka…

ELEMENTY (2)

???????????????????????????????

Drewno jest jedną z pierwszych stałych materii, z którą zapoznajemy się w najwcześniejszym dzieciństwie, przede wszystkim odczuwając jego twardość. W dawnych stuleciach jego znaczenie było jeszcze większe, bo wszystkie zabawki wykonywano z lipy lub gruszy, jesionu albo sosny. Teraz tę funkcję przejął plastik i guma, chociaż pamiętam jeszcze moje zabawy klockami drewnianymi, budowanie różnorakich zamków i warowni, strażnic i mostów. Te klocki były najczęściej lakierowane, pokryte wyrazistymi farbami i miło było je dotykać. Moje dzieci bawiły się już klockami Lego i większość innych zabawek też miały z tworzyw sztucznych. W moim dziecinnym kartonie królowały jednak klocki z drewna i doskonale pamiętam ich gładkość, a także ciężar, znacznie większy od późniejszych tworów sztucznych. Teraz nawet dziecinne łóżeczka i kojce produkuje się z tworzyw sztucznych, ale też niektóre niemowlaki wspinają się po raz pierwszy chwytając się szczebelków drewnianych. To jest pierwsze spotkanie z drewnem w świecie ludzkim, ale dopiero później, gdy zacznie się krystalizować świadomość, zaczyna się rozumienie skąd się coś wzięło, dlaczego na gładkich powierzchniach mebli lub krzeseł pojawiają się charakterystyczne słoje. Do siódmego roku życia mieszkałem z rodzicami w takim miejscu, gdzie były jeszcze domy z piecami i miałem wtedy często do czynienia z rąbaniem drewna w szopie, zapewne też wtedy po raz pierwszy poczułem charakterystyczny zapach szczap i zacząłem przyglądać się temu, co jest pod korą. To był też czas pierwszych zabaw z wykorzystaniem jakichś patyków, kijów, listewek i sztachet, wtedy też po raz pierwszy poczułem jak bolesne są wniknięcia drzazg pod skórę dłoni i jak boli mozolne ich wydobywanie igłą lub pincetą. Te początkowe zabawy, to też wspinanie się na drzewa i drewniane płoty, to wskakiwanie na wykonane z tego materiału dachy szop i komórek, to wreszcie uważne przypatrywanie się korze klonów, w rowkach której zobaczyć można było wiele mrówek, drobnych chrząszczy, kowali bezskrzydłych i ciem, spokojnie czekających na zmianę pory dobowej. No i te pierwsze bolesne spotkania z twardością palanta lub imitacji miecza, z nieustępliwością belki, nie zauważonej w porę lub deski wystającej z jakiegoś zakamarka i raniącej bez litości biegającego wszędzie malca.

2d

Niebawem moja rodzina przeprowadziła się na nowe osiedle, gdzie był wielki plac budowy i wszędzie walały się jakieś kantówki, deski gładkie i chropowate, sterty listew i bali. Robotnicy wykonywali szalunki z drewnianych płyt, układali prowizoryczne podłogi kolejnych kondygnacji rusztowań, przybijali grube pale do tworzonych konstrukcji. Widywałem ich jak podążali do piły tarczowej i tam przecinali pieńki lub deski, a potem transportowali je na szczyt wznoszonych bloków. Po przeprowadzce, w jednej z ogromnych przestrzeni piwnicznych, pojawił się stolarz ze swoimi maszynami, który zaczął produkować jakieś elementy ozdobne z drewna. Udawało mi się czasami stanąć w drzwiach lub nawet wejść do przedsionka i obserwować jak na tokarkach i szlifierkach powstają ozdobne nogi do taboretów, elementy płotów i części mebli. To tam poczułem ten wspaniały zapach trocin i startego na miał drewna, którego drobinki fruwały w powietrzu i drażniły błony śluzowe nosa. Ludzie narzekali na hałas, dobiegający ze stolarni, a i zdarzył się wypadek, gdy nieostrożny właściciel odciął sobie palce przy posuwaniu kawałka drewna w kierunku wirującej tarczy. Wkrótce też zamknął interes i w pomieszczeniach powstała pralnia, choć jeszcze dość długo unosił się w powietrzu ów charakterystyczny zapach. Potem wraz z kolegami zakradaliśmy się na budowy i przynosiliśmy na podwórko sterty pięknie wygładzonych listew. Robiliśmy z nich karabiny do zabawy w wojnę, albo miecze imitujące narzędzie ulubionego bohatera filmowego – Zorro, ale często odbierali je nam też dorośli i wykorzystywali do jakichś celów w piwnicach, w domach i na działkach. W tym czasie też było wiele zranień i wniknięć drzazg pod skórę, ale szczytem wszystkiego było uderzenie jednego zawodnika palantem w czoło i krótkotrwała utrata przytomności. Graliśmy wtedy, jak wiele razy wcześniej, w tę grę i nic nie wskazywało na to, że coś się stanie, ale jeden z kolegów tak fatalnie śmignął kijem w powietrzu, że nie trafił w piłkę, tylko prosto w głowę innego chłopaka. Polała się krew i dopiero po kilkunastu minutach uderzony zaczął przychodzić do siebie, by wreszcie podsumować wszystko siarczystym przekleństwem. Mniej więcej w tych czasach – pomiędzy drugą a szóstą klasą podstawówki – zaczęliśmy też wykonywać jakieś przedmioty z drewna, konstruować karmniki dla ptaków, budy dla psów lub zamykane pudełka na narzędzia. Często była to praca domową, bo nauczyciel od tzw. prac ręcznych miewał dużą inwencję i zadawał nam zrobienie czegoś w domu, zastosowanie jakiegoś rozwiązania lub wymyślenie nowej konstrukcji.

3d

Wtedy też wiele razy chodziliśmy do lasu za osiedlem i mieliśmy do czynienia z materią ścinanych drzew, najczęściej sosen i brzóz, choć nie brakowało też wycinek w lasach liściastych lub mieszanych. To wtedy bliżej przyjrzałem się „wnętrzom” ogromnych sosen i dębów, bo po ścięciu odsłaniały się wyraziste słoje, które – jak mówiono – wskazywały ile lat miało dane drzewo. Ileż to razy pochylałem się nad wystającym z ziemi szczątkiem dawnego olbrzyma i uważnie liczyłem kolejne warstwy. Najczęściej nie udawało mi się dobrnąć do końca i myliłem się albo gubiłem ślad zakrzywionych słojów, nieostrożnie raniłem też palce o sterczące ostre wypukłości. Z kolei mniejsze drzewa lub konary układano w sterty i podczas naszych wypraw do lasu stawały się one fortecami, na które wspinaliśmy się i toczyliśmy o nie boje. Najgroźniejsi chuligani blokowi niszczyli czasem te sterty, co bywało powodem zatargów z leśnikami i mocarnymi drwalami. Jeszcze teraz, gdy idę lasem i napotykam równe szeregi ściętych pni, elegancko posegregowanych w kawałki, zatrzymuję się i przyglądam się im, fotografuję je i wdycham aromat z wnętrza drzew. Z tych wypraw do lasu przynosiliśmy też duże fragmenty kory, najczęściej sosnowej, i robiliśmy z niej niewielkie stateczki, żaglówki, a co zdolniejsi wycinali jakieś zwierzęta lub rzeźbili twarze i sylwetki ludzkie. Ja też zamykałem się w piwnicy i przy specjalnym stole rzeźbiłem jakieś dziwne twory, ścierałem pilnikami warstwa po warstwie albo dłutem nadawałem ostateczny kształt moim „dziełom”. Warto też wspomnieć o doświadczeniu związanym ze spalaniem drewna w ogniskach, szczególnie nad jeziorami lub rzekami. Siedziałem kiedyś na Mazurach nad brzegiem jeziora Bełdany, wpatrując się w ogień i ginące w żarze ogromne kloce sosnowe, a nad moją głową rozpościerał się wspaniały widok konstelacji gwiezdnych, niewyobrażalnego wprost rojowiska przedwiecznych świateł i ogników. Zapach płonącego drewna mieszał się z aromatem krzewów, traw i kwiatów, a dym raz po raz osmalał mi twarz i powodował, że przesuwałem się w inne miejsce. Szczapy zmieniały się w węgiel drzewny, ale póki płonęły były czymś niezwykłym, trudnym do opisania i wyobrażenia, czymś, co skwiercząc i generując dym, łączyło się w taki sposób z pierwotną materią kosmiczną.

Piękne zdjęcie: OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fotografia: zdjecia.n3po.com

Może te moje dziecinne i młodzieńcze doświadczenia z drewnem spowodowały, że w wieku dorosłym zawsze otaczałem się meblami sosnowymi, samemu je projektując i zamawiając w specjalistycznych firmach stolarskich. Pomalowane tylko lakierem bezbarwnym, dość długo zachowują rysunek słojów i sęków, choć potem niestety zdecydowanie ciemnieją. Można się jednak nimi cieszyć wiele lat i teraz pisząc o tym też siedzę przy biurku z sosny, a w moim pokoju dookoła stoją meble z wyniosłych drzew. Nigdy się nie zastanawiałem się  gdzie wcześniej wyrosły i przez ile lat potężniały w jakimś lesie, ale koniec końców, tracąc życie w naturze, zyskały walor użyteczności w świecie ludzkim i dumnie dźwigają półki pełne książek. To bycie pomocnym, od pierwszej kołyski i łóżeczka, poprzez stoły, krzesła i szafy, ma swój finał w zakładzie pogrzebowym, gdzie rodziny zmarłych wędrują wybrać jakąś trumnę. Zdawać by się mogło, że ostatnio, w związku z coraz powszechniejszymi kremacjami, zacznie zanikać pogrzebowa utylitarność sosnowej deski, wypierana przez kamień lub tworzywo sztuczne najwymyślniejszych urn. Wykonuje się je z marmuru, granitu lub onyksu, ze specjalnej masy imitującej cenne kamienie, ale nieoczekiwanie sosnowe drewno znalazło nowe zastosowanie eschatologiczne. Oto ciała jednak przygotowuje się do kremacji w trumnach z czystego sosnowego drewna, nie umieszczając na nim żadnych metalowych ozdób, a jedynie – jeśli rodzina sobie tego życzy – krzyż z tegoż samego materiału, co cała trumna. W sensie filozoficznym ma to swoją wymowę, bo ciała kremowane są razem z drewnem, które towarzyszyło ludzkości od początku dziejów i przyczyniło się znacznie do jej rozwoju. Do urny trafiają zatem prochy ludzkie wymieszane z popiołem drzew, które kiedyś także rosły na tej samej planecie i były elementem tej samej egzystencji. Gdy podczas pochówku na cmentarzu pojawia się urna, uroczystość traci swoją grozę, jakby przesuwa się w stronę beznamiętnego pożegnania, ostatniego spotkania, choć nie ma już tych kształtów, które znali zgromadzeni ludzie. Trumna zawsze symbolizowała śmierć, a w kontekstach symbolicznych łączyła się z łodzią odpływającą ku wieczności, ostatnią podziemną przestrzenią, w której zwłoki ulegną rozkładowi. Urna jest bliższa strukturze kamienia, a poprzez swój niewielki rozmiar, wprowadza też do obrzędu pogrzebowego element komizmu. Nie zapomnę pytania małego chłopca na jednym z pogrzebów ogromnego mężczyzny: mamo, a jak wujek tam się zmieścił? Natychmiastowa kosmizacja, błyskawiczny rozpad komórek i cząstek powodują, że z ludzkiego ciała niewiele pozostaje, a zdawać by się mogło, masywna sosnowa trumna niknie w ogniu niczym papier. Tak jak wtedy, na brzegu jeziora, spalanie suchego drewna, kremacja ciała, które kiedyś patrzyło w gwiazdy, dokonuje się w obliczu lodowatego kosmosu.

4d

ELEMENTY

1

Nasz świat składa się z elementów, które tylko czasami wyodrębniamy z całości doznań i widzimy je osobno, jakby w mikroskopowym przybliżeniu. Starożytni filozofowie greccy skupiali swoją uwagę na najbardziej dynamicznych cząstkach naszego świata: ogniu, wodzie, ziemi i powietrzu, tworząc systemy, w których miały one swoje miejsce. Najpierw zajmowali się każdym żywiołem z osobna i jak Heraklit z Efezu lub Tales z Miletu, widzieli w nich zasadę świata (arché), praistotę i przyczynę wszystkiego. Dopiero za sprawą Empedoklesa z Agrygentu na Sycylii, zaczęli badać wszystko w ciągu opozycji i wymian, w nieustającej walce sprzecznych sił. Mieli wiele przykładów  destrukcyjnej siły natury i próbowali zrozumieć dlaczego istoty ludzkie, tak bezwzględnie i tragicznie,  podlegają ich prawom. Wybuch Wezuwiusza w  roku 79, opisany tak plastycznie przez Pliniusza Młodszego, ukazał grozę i moc ziemi, jako elementu burzącego i zarazem konstruującego nową rzeczywistość. Wylewy Nilu, nieustające sztormy morskie i powodzie dowodziły, że woda, dająca życie i umożliwiająca dalekie podróże, może stać się powodem wielu nieszczęść i śmierci liczonej w postępie geometrycznym. Huragany, trąby powietrzne i tornada, wiatry wiejące od morza i zacinające zimą z ogromną mocą, powodowały równie wielkie przerażenie i niszczyły ludzkie domostwa, kończyły egzystencję wielu ludzi na przełomie dziejów. Ogień też nie był ludzkim wynalazkiem, bo pojawiał się w przestrzeni podczas wyładowań atmosferycznych, wybuchów wulkanów i uderzeń meteorytów, a okiełznany przez cywilizacje, czasem wymykał się spod kontroli i niszczył całe miasta, wsie i budowle, ukazywał swoją moc podczas wojen i walk plemiennych, nie dawał szans kruchym ciałom w konfrontacji z przedwieczna mocą, przywodząca na myśl siłę słońca i pierwsze tysiąclecia kształtowania się naszej planety. Postanowiłem zainicjować nowy cykl wpisów w moim dzienniku, w których będę próbował opisać elementy mojego świata, pojawiające się w nim w wielu sytuacjach, ale też domagające się spojrzenia z góry, podsumowania wszystkiego, dopowiedzenia różnorakich treści, które się z nimi wiązały. To jakby dalszy ciąg wcześniejszych Draperii przestrzeni, choć tutaj obok spraw ogólnych, pojawią się też drobinki i refleksje nad rzeczywistymi elementami mojego świata. Kto z nas zastanawia się czym dla niego był koń, pies, kij, wiadro czy krzesło, jakie znaczenie dla jego życia miał wóz, gwiazda i ołówek, kim wreszcie dla niego byli spotykani ludzie i wielcy zmarli, albo jakie znaczenie miały cukierki, rowery, lisy  i okna? Wszystko tracimy, o wszystkim zapominamy i takie opisywanie świata może być rodzajem ocalenia i szansą na zatrzymanie w kadrze tego, co przepadłoby bezpowrotnie.

2

Na początku moja myśl biegnie ku skałom i kamieniom, cząstkom elementarnym ziemi, które niosą w sobie tajemnicę kosmiczną, zamkniętą w nich jak w najdoskonalszym nośniku. Te wielkie bryły kamienne widziałem przede wszystkim w Tatrach, w górach Chin, Kurdystanu, w Szwajcarii i Austrii, we Włoszech, we Francji i Hiszpanii. Zawsze majestatyczne, manifestujące swoją kosmotelluryczność, przywodzące na myśl  potężne i wszechwładne ziemskie bóstwa mitologiczne – babilońskiego Bela, egipską Geb, grecką Gaję czy indyjską Prythiwi. Powiązane z bóstwami podziemi, czyli chtonicznymi, stanowiące podłoże świata, opierające się mrozom i wiatrom, rozsadzane przez zamarzającą wodę. Największe wrażenie zrobiły na mnie skały w Chinach i oglądane tam z pokładu samolotu ogromne łańcuchy górskie, układające się w jakiś przedziwny, naturalny wzór. Stałem naprzeciw wietrzejących kamiennych tworów i wyobrażałem sobie ile w nich jest prawdy o naszym świecie, ile zapisanych w wyrwach i rysach momentów z dziejów planety. Także skały tatrzańskie i pienińskie głęboko wryły się w moją pamięć, choć największe wrażenie zrobiły na mnie ogromne głazy w Sudetach. Byłem tam na obozie sportowym i biegałem wraz kolegami i koleżankami po drogach w okolicach Bierutowic, Borowic i Karpacza, stale widząc bazaltowe nawisy i kamienne olbrzymy. Trochę wspinałem się w Tatrach, w Pieninach i w Sudetach, dotykając gołymi rękoma tych przedwiecznych struktur, czując ich niewyobrażalną moc i fascynując się ich wielkością. To pięcie się w górę po kamieniach miało związek z  kursem taternickim, który przechodziłem w starej strzelnicy, ukrytej w lesie, za osiedlem Błonie. Tam też nauczyłem się zaczepiać nawet najmniejszych „uchwytów” w postrzępionych, twardych powierzchniach i zacząłem opracowywać „drogi” wiodące na szczyt. Wspinaczka z kolegami w Pieninach omal nie zakończyła się tragicznie, gdy beztrosko wyszliśmy z zarośli na wielką ścianę, mającą ze dwieście metrów. Na szczęście zatrzymaliśmy się w odpowiednim momencie i nie bez trudu wróciliśmy na szlak, który doprowadził nas do Sromoców Niżnych. Z tamtego okresu pamiętam też mozolne wejście na Trzy Korony i przebywanie na tym „dachu świata” przez jakiś czas, podziwianie rozległych widoków i kontemplowanie kamienności niewielkiego wierzchołka.

3

W moim świecie dziecinnym i młodzieńczym było wiele obecności kamieni, a chyba najbardziej wymowne było siedzenie na brzegu rwącej Brdy i przebieranie rękoma w różnych, osobliwych tworach tego typu. Były zróżnicowane, jedne gładkie i jajowate, inne okrągłe, wielkości melona, ale wszystkie ciekawe, mające jakiś rysunek na powierzchni, jakąś chropowatość lub sieć wyczuwalnych pod palcami żyłek. Ileż to razy stałem też na brzegu jakiejś rzeki, jakiegoś jeziora i rzucałem płaskimi kamykami w dal, tak by się odbijały na powierzchni i robiły jak najwięcej tzw. „kaczek”. Zdarzało się też wrzucać kamienie do Oceanu Atlantyckiego, Bałtyku, Adriatyku lub Morza Śródziemnego, co samo w sobie było czymś prostym, prawie bez znaczenia, ale – w sensie filozoficznym – miało skutki dziejowe. Kamień podjęty z ziemi,  ciśnięty z rozmachem do głębiny, będzie w niej leżał sto, tysiąc, a może milion lat, póki siły pływu i zmiany linii brzegowej znowu nie wydobędą go na powierzchnię. Mnie już dawno nie będzie, a modyfikacja, której dokonałem w przestrzeni, będzie trwać bardzo długo, może nawet do końca świata. Z tych lat pierwszych pamiętam też budowanie jakichś zamków, pałaców z okruchów granitu i kobaltu, wznoszenie murów i burzenie ich podczas walk z sąsiednią ulicą, w chwili triumfu lub porażki. Wtedy też jeden z kamieni trafił mnie w głowę i poczułem boleśnie jego twardość, oblałem się krwią a rana długo goiła się i do dzisiaj wyczuwam we włosach wyraźną bliznę. Sam też rzucałem kamloty w kierunku kolegów i szczególnie pamiętam jak jeden z nich „dostał” w plecy, skoczył jak oparzony i biegał z wrzaskiem wokół swojej barykady. Swoje miejsce w tych wspomnieniach ma też duży kamień, który kiedyś rzuciłem na dach pracującego spychacza i ruszył za mną w pościg jego operator. Dopadł mnie i zaprowadził do ojca, a ten wybił mi z głowy tego rodzaju zachowania, spowodował, że głupia zabawa pozostała na zawsze w mojej pamięci. Przypomina mi się też sytuacja z jednym kolegą, który rzucił sporych rozmiarów kamień w innego kolesia i spowodował utratę przytomności, pobyt w szpitalu i dalsze konsekwencje w szkole, gdzie obniżono mu sprawowanie i przeniesiono do innej klasy. Były też wielkie głazy, które zapamiętałem – gdzieś na wzgórzach morenowych, przy kompleksach leśnych, albo na polach i nad zbiornikami wodnymi. Z jednego z nich skakałem do wody „na główkę”, przy starej cementowni, gdzie pozostało spore oczko wodne, dające możliwość ochłody w letnie, gorące dni. Na inny wspinałem się wraz z kolegami, podsadzałem ich, podawałem rękę, wciągając ich na górę, a potem skakaliśmy z niego na piasek. Moja młodzieńczość kończyła się nad Bałtykiem i tam, w zagłębieniu, przy falochronie, gdzie było mnóstwo kamyków mniejszych i większych, leżałem obmywany przez fale, cieszyłem się słońcem i przebierałem rękoma w tych kształtach kolistych i płaskich, obrobionych przez wieki w słonej wodzie.

Moje liczne podróże zawsze miały jakiś moment związany z kamieniami – kiedy to zbierałem je w Central Parku w Nowym Jorku, gdy wyciągałem z wody na brzegach Niemna lub Tybru, albo gromadziłem razem z muszlami na skraju Atlantyku, w okolicach Atlantic City lub w płyciznach Zatoki Meksykańskiej, na Florydzie, w okolicach wyspy Calanesi. Jakże żałowałem, że nie mogę wziąć do domu głazu wielkości sporego arbuza, który znalazłem w górach Kurdystanu, a który miał tak niezwykły rysunek plam i żył, że mógłby stanąć do konkursu na najpiękniejszy kamień mojego życia. Szczególnie liczne przerosty miki i jakieś metaliczne, połyskujące plamki były urokliwe, choć też sporo było czarnych i czerwonych elementów. Z kolei, gdy zatrzymaliśmy się z grupą pisarzy w Chinach, okolicach ogromnej elektrowni wodnej, otoczeni majestatycznymi górami, moją uwagę przykuły górki różnorakich kamieni, które mogły trafić tam niesione przez wodę, albo zostały przywiezione z jakiegoś innego miejsca jako materiał do budowy. Teraz bezużyteczne, leżące na hałdach zaciekawiły tylko mnie i stały się szansą przywiezienia z tamtej części świata jakichś ciekawych „elementów”, kamiennych cząstek prawdziwych Chin. To też zmiana, która mogła zaistnieć tylko dzięki kolejom moich losów i wyprawom, które odbywałem – gdybym nie pojechał do Kraju Środka, historia pięknego, niebieskawego kamienia, z trzema wyrazistymi liniami na powierzchni, nie byłaby taka niezwykła. Leżał w górach, na Wyżynie Tybetańskiej i tam by pozostał nie wiadomo jak długo, ale nadszedł sierpień 2009 roku, poleciałem przez Wiedeń do Pekinu, a potem do Xining, skąd organizatorzy wielkiego festiwalu literackiego zabrali nas w chińskie góry. Zbliżałem się do niego, ale jeszcze nic nie było przesądzone, mogliśmy pojechać inną drogą, stanąć w innym miejscu. Jednak stało się to, co się stało, zacząłem chodzić po usypisku kamiennym i wreszcie zauważyłem ten niezwykły okaz, a moja ręka zbliżyła się do niego i podniosła go. Trafił do kieszeni, potem do mojej walizki, przeleciał ze mną szmat świata i zamiast trwać w Chinach, jest teraz w moim pokoju, na jednej z półek, za szybką, przy równych szeregach książek. Jakie będą dalsze jego losy, wszak moja historia ludzka kiedyś się skończy i dla moich krewnych może on  już nie mieć znaczenia, może trafić na jakieś wysypisko, albo do jakiegoś zakamarka tej części Europy, bez szans na to, by jeszcze kiedykolwiek wrócić do swojej „ojczyzny”. Muszę pomyśleć co zrobić z moimi kamiennymi zbiorami, wszak na tym świecie niczego nie ocalimy, niczego nie zabierzemy ze sobą poza granicę śmierci. Możemy wszakże coś zainscenizować, coś przekazać potomnym, pozostawić po sobie jakąś dyspozycję, jakąś prośbę. Cokolwiek by się nie działo i jakiekolwiek by nie były dalsze losy moich kamieni, im będzie wszystko jedno i poddadzą się nieuchronnym wyrokom przyszłości.

%d blogerów lubi to: