NIEBO STYCZNIA 2011


Reklamy

ISTOTA PODRÓŻNA

Człowiek jest istotą podróżną – pisze Adam Lewandowski w nowym zbiorze wierszy i owo stwierdzenie jest zarazem wskazaniem poetyckiego pomysłu, u podłoża którego leżała fascynacja podążaniem i odwiedzaniem nowych przestrzeni, poszukiwaniem celu i wyznaczaniem azymutu. Od dawien dawna człowiek wyprawiał się do dalekich miejsc, przekraczał granice i narażał się na niebezpieczeństwa, by znaleźć się w egzotycznych zakątkach. Nie zważając na pory roku, korzystając z pojazdów kołowych, statków rzecznych i morskich, a potem balonów, samolotów i wreszcie pojazdów kosmicznych, docierał tam, gdzie pragnął się znaleźć by zaznać nowych doświadczeń. Ludziom wydaje się, że są bezpieczni w swoich domach, w solidnie ufundowanych chatach  i dopiero klęski żywiołowe ukazują im chwiejną naturę naszych utwierdzeń. W skali kosmicznej jesteśmy w trakcie nieustannych przekształceń i zmian, a planeta Ziemia pędzi wciąż w przestworze, obiega Słońce, uczestniczy też stale w ruchu całej galaktyki. Pozostawanie w jednym miejscu, próba zbudowania enklawy, w której można by się odgrodzić od niebezpieczeństw świata, to dążenia, które od samego początku miały, jako kontrapunkt, tęsknotę do nieznanych lądów i miast, zagubionych w dali łańcuchów gór i wielkich oceanów. Z jednej strony, powiemy za poetą: Nie chcemy szybkich zmian/ cywilizacji współczesności/ a tylko zbliżenia./ Oderwanie od historii/ jest jak trudne unoszenie/ bez skrzydeł i zewnętrznego wsparcia. – A ze strony drugiej zgodzimy się z autorem, gdy powie: Obok Ciebie staje nowy świat/ odmieniający złe czyny w dobro. To jakby dwa punkty dojścia, to próba umieszczenia siebie pośród antytetycznych głębi. Gdziekolwiek byśmy się nie ruszyli, do jakiekolwiek miejsca byśmy nie dotarli, wszędzie towarzyszyć nam będą wieki doświadczeń ludzkości i wydarzenia, które tam się rozegrały. Podążanie do krain i miast, do ruin i akweduktów, staje się zatem także cofaniem się ku centralnym punktom w historii, ku wojnom i bitwom, wielkim intronizacjom i pogrzebom, a nade wszystko ku egzystencji ludzi odeszłego na zawsze czasu.

Narrator tej liryki opowiada o konkretnych miejscach na mapie, a zarazem tworzy osobną przestrzeń imaginowaną, w której pojawiają się elementy symboliczne i realne, fantastyczne twory i autentyczne postaci, jakie zapisały się w dziejach. Jeśli szukać będziemy geograficznych odniesień, znajdziemy się w Aksu, Ankarze, Atenach, Bergen, Cannes, Crikvenicy, Drepano, Frankfurcie nad Odrą, Gdańsku, Monachium, Hannoverze, San Marino, Istambule, Karku, Kołobrzegu, Lwowie, Marmaris, Hamburgu, Florencji, Monaco, Monte Carlo, Moskwie, Nicei, Ostravie, Paryżu, Pradze, na Rodos, w Rostocku, w Rotterdamie, Roznovie nad Radhostem, w Rzymie, Salzburgu, San Michele, Sankt Petersburgu, w Sopocie, Warszawie, Wiedniu, w Wilnie i w Smoleńsku w chwili katastrofy prezydenckiego samolotu. Ułożenie alfabetyczne i zastosowanie nazw miejscowych w tytułach wierszy, podporządkowane zostało wyrazistemu pomysłowi, który zrodził tę interesującą książkę poetycką. To dokumentowanie podróży, rodzaj dziennika, przywoływanie znaczących elementów, tych znanych milionom wędrowców i tych, odkrywanych indywidualnie przez lirycznego podróżnika. Ale równie wiele dzieje się tutaj pod powierzchnią słów, w warstwie leksykalnej i semantycznej, w dalach pozostających w określonym związku ze szlakiem wyobraźniowym. Jakbyśmy mieli tutaj do czynienia z wyabstrahowaną świadomością, prącą wciąż do przodu i przeglądającą się stale w nowych rzeczywistościach. To zarazem zadawanie pytań – tak jak owo kierowane do Florencji: Jaka jesteś/ w swoim odkryciu?/ Pobieżnym utrapieniem/ czy może cieniem?/ Może wyzwoleniem w dniu/ szczęścia i odkryciem/ wnętrza ukrytego. Właśnie najbardziej fascynujące w tej książce jest to, co skrywane, co znaleźć można pod powierzchnią realnych kształtów, co obrosło znaczeniami i sensami przez wieki. Autor to widzi, wyławia, dookreśla, a nade wszystko celnie nazywa – rację ma prof. Ignacy S. Fiut, że Strategia pisarska Adama Lewandowskiego (…) polega na tym, by zobaczyć w każdym zdarzeniu, sytuacji dnia życia coś wyjątkowego, co warto ująć w formie wiersza… Fascynacja światem, któremu towarzyszy dziwienie się – to chyba najdziwniejsza i najbardziej wyrazista właściwość postawy artystycznej autora. Ta wyjątkowość rodzi utwory, w których znajdziemy prawdziwy obraz świata, generuje zapisy, w których tętni gwar i pojawiają się soczyste barwy, czujemy smak cytrusowych owoców i oddychamy słonym, morskim powietrzem.

Ale jest jeszcze jedna ważna warstwa tego zapisu, która odsłania się przy lekturze i obcowaniu ze słowem autora – to sfera przeżyć intymnych i wyraziście akcentowanej indywidualności. Czytając kolejne wiersze pod tym kątem, odkrywamy niezwykłą wrażliwość oraz autorefleksyjne dążenie do ustalenia granic i punktów dojścia, do osiągnięcia takiego stanu, który ustali proporcje i wyodrębni określoną strukturę zdarzeń. Mają one stać się tym, co tworzyć będzie imaginacyjny rezerwuar poety, a potem wyznaczy horyzonty nowych wierszy, wyodrębnionych chwil, następnych książek. To też jest droga, która ma swoje kamienie milowe i kierunkowskazy, to jest szlak uwrażliwienia i osiągnięcia stanu równowagi ze światem. Poeta podąża ku takim przeznaczeniom, ale tylko ci, którzy są świadomi celu, docierają najdalej i widzą to, czego inni nie dostrzegają: Przez okno widzę/ jak pojawia się wiatr./ Skrajnie penetruje/ wszystkie zakamarki./ Wpycha się pomiędzy/liście krzewy drzewa/ bezszelestnie dzieli/ dobro od zła. Każdy człowiek ma mało chwil, każdy odkrywa z wiekiem coraz więcej ograniczeń, trudnych do pokonania przeszkód. Ważne jest jednak uświadomienie sobie złożoności egzystencji i jej ukierunkowania, nieustannego przemieszczania się w czasie i przestrzeni. Dopiero wtedy osobnicze doświadczenie zyska rangę symbolu, a konkretny punkt na mapie – za sprawą magicznych właściwości wiersza – rozprzestrzeni się i stanie się tym miejscem, przez które przejdzie jakaś oś życia. Warto czytać te wiersze, bo jest w nich prawda o człowieku i o jego świecie, jest intrygujący pomysł i przekonanie, że jednostkowe doświadczenie może stać się regułą, modelem, matrycą kulturową, odciskającą ślad w świadomości przyszłych generacji. Warto wnikać w światy wykreowane w tym zbiorze, bo jest to podróż ku powszechnie znanym miastom, wyspom, punktom geograficznych odniesień, ale też dlatego, że jest to liryczna i jakże romantyczna wyprawa w nieznane…

__________

Adam Lewandowski, Wiersze z podróży, Związek Literatów Polskich, Poznań 2010, s. 58.

PIĘKNO I BLASK

Dla tych czytelników mojego bloga, dla których ten poniedziałek był jednak najbardziej dołującym dniem w roku, zamieszczam trochę barw i ornitologicznej egzotyki. Często zapominamy, że nasz świat ma wiele kolorów i szczególnie wyraziście widać to u ptaków. Kilka razy udało mi się w naturze zobaczyć tego rodzaju cuda i bywało też, że miało to miejsce w Polsce, w której nie brakuje urodziwych mieszkańców przestworzy. Będzie kiedyś czas, by to opisać, na razie jednak proszę popatrzeć na te zjawiskowe kolory, lśnienia i kształty. Trochę to rozkrzyczane, ale w takim dniu trzeba przecież atakować…


 

JAŚNIEJ…

Dzisiaj jest podobno najbardziej dołujący dzień w roku… Jakoś tego nie odczułem, a wręcz przeciwnie, zauważyłem wyraziste symptomy zmieniającej się pory roku. Planeta stale pędzi wokół Słońca i zaczyna zbliżać się do miejsca, które na naszym kontynencie nazywamy wiosną. Dzień jest już wyraźnie dłuższy, bardziej świetlisty, zjawiskowy, jasny – dostrzegam też zmiany na niebie, w zakresie oświetlenia chmur i intensywności zachodów naszej gwiazdy. Gawrony jeszcze okupują polskie przestrzenie i gromadzą się na drzewach za miastem, ale jeśli ciepła aura się utrzyma, polecą na wschód, bo szczęśliwe są tylko pośród mrozów i śniegów. Oddycham pełną piersią i czuję, że powietrze jest cieplejsze i pojawiają się w nim różne aromaty, także i te wstydliwe. Śnieg ustąpił, lód stopniał i wszędzie widać ogromne ilości psich odchodów, a jesteśmy chyba jedynym krajem, który pozwala na tego rodzaju zanieczyszczanie chodników, trawników i placów. Kocham zwierzęta i bardzo lubię psy, ale nie akceptuje zachowań ich właścicieli, tym bardziej, że zabranie niewielkiego woreczka na spacer nic nie kosztuje. Mam pewnego kolegę, który mówi, że za to, że tak mało zarabia w Polsce i przez trzydzieści lat niczego się nie dorobił, prowadzi świadomą dywersję – rzuca papierki na ulicy, depcze trawniki, przebiega drogi w miejscach niedozwolonych, a największą rozkosz sprawia mu wyprowadzanie dwóch psów i obserwowanie jak załatwiają się na chodnikach. Takiemu jak on trzeba wybaczyć, bo jest rodzajem artystycznego świra, przypominającego nieco Garpa, z powieści Johna Irvinga, ale nie sądzę, żeby wszyscy posiadacze psów prowadzili tego rodzaju dywersję. Skoro można nauczyć koty, zdaję się nieco mniej inteligentne od psów, by załatwiały się w kuwetach z piaskiem, to może też warto wytresować psy. Na portalu YouTube można zobaczyć psa, który załatwia się w ludzkiej ubikacji i to by chyba było najlepsze dla miłośników zwierząt i dla użytkowników trotuarów… Myśląc o tym i o owym, omijając te wszystkie miny poślizgowe, wędruję pośród jasnego dnia i przyglądam się światu, patrzę na błękitne niebo poprzez dziwnie powyginane gałązki drzewa, wyczuwam żywy wiew niedalekiej wiosny…

LUDZKOŚĆ W OBRAZACH (IX)

Niezwykłym fenomenem w dziejach malarstwa są rzymskie portrety pośmiertne, odkrywane w mieście Fajum, wyrosłym nieopodal oazy o takiej samej nazwie, na gruzach starożytnej osady Moeris. To bardzo żyzny region Egiptu, gdzie zawsze kwitło życie, odbywało się wiele uroczystości, a obrzędom pogrzebowym nadawano szczególną rangę. Portrety te, malowane techniką enkaustyczną lub temperami zmieszanymi z żywicą albo olejem, są niezwykłymi realistycznymi przedstawieniami ludzi, których składano do grobów, umieszczano w sarkofagach lub w wielkich grobowcach – najczęściej Greków i Rzymian, ale także Żydów i Egipcjan. Mocowano je do trumien lub kładziono bezpośrednio na bandażach mumii, dokumentując w ten sposób to, jak dany człowiek wyglądał za życia. Łącznie znanych jest ponad sześćset portretów fajumskich, na których najczęściej przedstawiano ludzi w kwiecie wieku, a także młodzieńców i dziewczęta, bardzo rzadko odtwarzając fizjonomię ludzi starych. Mogło to być świadomym zabiegiem malarzy, którzy dla większego zarobku, chcieli przedstawić zmarłego jako pięknego człowieka. Byłaby to zatem starożytna forma kosmetyki zwłok, upiększanych i przywracanych do życia – sztuka rekonstrukcji wizerunków tych, którzy z każdą chwilą nieodwracalnie zmieniali się i tracili cząstkę realnych kształtów. Obrazy mogły dotrwać do naszego czasu dzięki właściwościom suchego powietrza i konserwacyjnej materii piasku, z jednej strony chroniącego przed działaniem słońca, a ze strony drugiej, przed okresowo pojawiającą się wilgocią. Zwykle wygląd ludzi starożytności pozostaje dla nas zagadką, a tylko marmurowe rzeźby przenoszą do naszych czasów rysy wielkich władców, wodzów, filozofów i bardzo rzadko, prostych ludzi. W tym przypadku mamy jednak do czynienia z twarzami wyłowionymi z wieczności, jakby odebranymi śmierci i zachowanymi, przynajmniej tak długo, jak trwać będzie nasza planeta. Od czasów ich odnalezienia, na zawsze pozostaną już wielkim kulturowym dziedzictwem ludzkości i otwartą skarbnicą przeszłości .

Potężna jest moc śmierci, zabierającej dzieci, młodzieńców, dziewczęta sposobiące się do zamążpójścia i ludzi średniego oraz podeszłego wieku. To najstraszniejsze, upokarzające, a zarazem najsprawiedliwsze ze wszystkich, doświadczenie ludzkości. Kimkolwiek nie byłby człowiek, jakiekolwiek funkcje by nie sprawował i jakiekolwiek bogactwa by nie zgromadził, w pewnym momencie stanie w obliczu kresu. Jego ciało, dojrzewające w łonie matki, odrywające się od niej w chwili porodu, a potem rozwijające się pięknie, na każdym etapie, każdego roku, podlegać będzie silom degradującym. Nawet wtedy, gdy  osiągnie najwyrazistsze piękno, gdy zalśni w słońcu niczym posąg, będzie się osuwać ku nicości, ku zatracie, ku nieistnieniu. Wszak bytując w czasie, godząc się na jego nieustanny bieg do przodu, chcąc nie chcąc, podlega prawom entropii, płonie najprawdziwiej, utlenia się bezpowrotnie. To jest droga od nieistnienia, do niebytu, od przeszłości do przyszłości, z ledwie uchwytną mgiełką teraźniejszości. Nikt nie odwróci tego procesu, nikt się mu nie przeciwstawi i nawet najwięksi wrogowie ziemscy, nawet ludzie miotający za życia największe energie, ostygną i staną się bezwolnymi zwłokami, absurdalnymi w perspektywie bojów, które toczyli. Paradoksalnie, śmierć może być motorem życia, a strach przed nią i uświadomienie sobie, jak niewiele mamy czasu, by zamanifestować naszą obecność na niebieskiej planecie, spowodować mogą wielkie ożywienie, podjęcie kroków, by coś jednak po nas zostało. W perspektywie kosmicznej taki przekaz nie ma znaczenia, bo Droga Mleczna od dawna zmierza w stronę galaktyki Andromedy i za kilka milionów lat dojdzie do zderzenia tych wielkich struktur. Siły grawitacji, jakie wtedy powstaną, rozerwą na strzępy cały Układ Słoneczny, a nawet jeśli do tego nie dojdzie, to czas egzystencji Słońca też jest skończony i w fazie czerwonego karła, zawładnie ono całą materią układu. Ale w świecie wielkości ziemskich, w chronologii dziejów ludzkich, ocalenie czyjegoś wyglądu, przekazanie następnym wiekom twarzy i zarysów sylwetki realnych ludzi, jest wielkim fenomenem i nieomal cudem. To rzeczywiste zatrzymanie biegu czasu, choćby na kosmiczną chwilę, na astronomiczne mgnienie, ale prawdziwe, dokumentujące czyjeś istnienie.

Charakterystyczna cechą tych przedstawień są wyraziste oczy, najczęściej czarne, patrzące na nas poprzez mroki stuleci, zachowane w takiej formie, jakby były żywe i interesowały się nami i naszym światem. Także usta zmarłych pulsują energią życia, są wydęte, pełne krwi, jakby spierzchłe od pocałunków albo muskania pięknych ciał. Zaciekawia też technika tych odwzorowań, bliska w niektórych partiach, temu, co po stuleciach zaprezentowali na swoich płótnach impresjoniści. Szczególnie szaty ukazywane są w taki sposób, zdawać by się mogło niedbale, ale właśnie poprzez to, nieznani malarze podkreślają ich zwiewność i lekkość. Ten sposób malowania zauważalny jest też przy komponowaniu twarzy, a szczególnie włosów i elementów biżuterii, gdzie zapewne chodziło o uchwycenie refleksów świetlnych. Najbardziej zdumiewa w tych portretach siła, z jaką ukazano cechy charakteru i indywidualność modeli, tak bardzo różnych, a zarazem mieszczących się w ramach określonej malarskiej maniery. Ważna jest też komunikatywność i skrótowość przekazu, które powodują, że doskonale orientujemy się w jakim wieku ukazano daną postać, wyodrębniamy znaczące elementy twarzy i sylwetki, zauważamy że jakiś mężczyzna był atletą, a kobieta dysponowała wielką urodą. Malującym udało się też w wielu przypadkach zawrzeć na portretach zdziwienie, jakby nieme wskazanie, że śmierć przyszła nagle i zabrała jakiś byt w najmniej odpowiedniej chwili. Żadna chwila nie jest dobra dla umierania, ale jeśli odchodzi dziecko, młody człowiek, który miał wielkie plany, jeśli kończy się nagle egzystencja urokliwej niewiasty, która pragnęła kochać i rodzić dzieci, to wymowa takich zniknięć jest silniejsza niż w przypadku ludzi starych, mających już za sobą długą życiową drogę. Błyski w oczach, opalenizna lub brązowa karnacja skóry, rumieńce na policzkach, zaczerwienienia nosów i ust, uszu i gardeł, wszystko razem zatrzymuje te osoby po stronie życia, ale smutek, centralne (trumienne) ustawienie twarzy i melancholia, poświadczają dobitnie prawdziwe odejście. To zdumiewająca właściwość tych obrazów, które są znakiem, emblematem ostatecznego aktu, a zarazem dają świadectwo życia. To zarazem wielkie osiągnięcie ludzkości, która podążą i nigdy nie przystaje, tak jak sam odwieczny czas – ludzkości, która ulega metamorfozom, rozpada się w skali kosmicznej i oszukując entropię – przekazuje następnym wiekom prawdziwe wizerunki tych, których już nie ma. Potężna sztuka, wielkie przesłanie, a przy tym przerażająca i obezwładniająca nicość…

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (2)

Siedzieliśmy na ławce i chodziliśmy alejkami aż do zmierzchu, gdy wszystko zaczęło się zmieniać, a w dali ukazała się wielka, pomarańczowa tarcza słońca. W pewnym momencie Janis przystanęła, szarpnęła mnie mocno za koszulę i pocałowała w usta, z taką żarliwością, że moja męskość dosłownie eksplodowała, napierając na jej udo. Przyciągnąłem ją do siebie i otoczyłem ramieniem, a ona nie przestawała wyczyniać dziwactw swoim językiem. To było cudowne, a zarazem straszne, w obliczu tego, co dzisiaj się dokonało – chciałem całować ją i zarazem czułem się zdruzgotany, obezwładniony przez czarne myśli i rozpacz. Znowu usiedliśmy na jakieś ławce, ukrytej pośród krzaków i całowaliśmy się bardzo długo, nie odważając się na nic innego. Jakiś spłoszony kos zerwał się z gałęzi i z głośnym trzepotem skrzydeł poleciał w ciemność, a nocne owady zaczęły się odzywać z prawa i lewa, przekrzykując żaby i małe ptaki. W pewnym momencie Janis odsunęła się ode mnie i zaczęła z powagą patrzeć mi w oczy, jakby chciała w nich zobaczyć coś szczególnego. Potem odwróciła się ode mnie i zapatrzyła się w gęstniejący mrok, aż znowu skierowała się ku mnie i powiedziała: Boję się… bardzo się boję… Pomyślałem, że lęka się nocy po pogrzebie i pokiwałem znacząco głową, ponownie przyciągając ją ku sobie i całując leciutko w warkoczyki i w ucho. Odprowadzisz mnie…? – spytała, a ja natychmiast przestraszyłem się, że na osiedlu zobaczą nas jacyś ludzie, nasi koledzy i koleżanki, a może nawet ktoś z rodziny Morrisona. Zauważyła przestrach w moich oczach i szepnęła: Opiekuję się mieszkaniem mojej siostry, to niedaleko stąd, przy śluzie kanału… W jednej chwili zrozumiałem, że miejsce, w którym się znaleźliśmy nie było przypadkowe, a azymut naszej wędrówki ustaliła właśnie ona. Kiwnąłem głową i odrzuciłem zawadiacko grzywkę z czoła, a potem wstaliśmy, Janis ujęła mnie pod bok, ja położyłem rękę na jej ramionach i ruszyliśmy przed siebie. Długa alejka, biegnąca przy kanale, doprowadziła nas do starego domku, tuż przy asfaltowej drodze, prowadzącej na północ miasta. Wprowadziła mnie po drewnianych, skrzypiących schodach na pierwsze piętro, otworzyła kluczami drzwi, zapaliła światło i ku mojemu zdumieniu, zobaczyłem schludną mansardę, z rozstawionymi dwiema sztalugami, na których były nieoprawione obrazy, przedstawiające nagie kobiety. Wszędzie pełno też było pędzli w słoikach i w zagranicznych puszkach po kawie, na stołach i na parapetach okien walały się różnokolorowe tubki z farbami, na oknach wisiały amarantowe jedwabne zasłony, sporo zaplecionych sznurków, buddyjskich dzwonków i amuletów. Na ścianach wisiały wielkie i mniejsze obrazy przedstawiające bardzo odważne akty, namalowane w manierze impresjonistycznej, z silnie akcentowanymi elementami realistycznymi.

Janis weszła do niewielkiego aneksu kuchennego, otworzyła szafkę i wyjęła z niej butelkę czerwonego wina, które zaczęła zaraz otwierać korkociągiem. Sięgnęła też po dwa ogromne kieliszki i nalała do nich czerwonego płynu, a potem postawiła je przede mną, na stole. Nachyliła się, musnęła moje usta i poszła do łazienki, z której dochodzić do mnie zaczęły odgłosy kąpieli. Rozglądałem się dalej po pracowni i zobaczyłem, że zza załomu wystaje część łóżka. Wstałem i podszedłem do niego, widząc, że jest to sporej wielkości materac, obciągnięty czarnym, satynowym prześcieradłem i okryty wielką płachtą białego, baraniego kożucha. Serce podeszło mi do gardła i wyobraziłem sobie, że na tym łóżku mógł kiedyś leżeć jej niechciany chłopak. Pomożesz mi…? Usłyszałem wołanie z łazienki i podszedłem do przymkniętych drzwi, nie wiedząc czy mogę wejść, czy nie. W końcu nacisnąłem klamkę, wsunąłem się powoli do środka i zobaczyłem coś, co prawdziwie mną zachwiało. W wannie stała, odwrócona do mnie tyłem, naga Janis i spłukiwała prysznicem mydło z ud i pośladków, unosiła nogi, opierała je na brzegu wanny, a potem spryskiwała je wodą. Spłucz mydło z moich pleców… powiedziała, a ja nie wiedziałem co mam zrobić. Chciałem uciekać, zerwać się nagle i zbiec po schodach, a potem popędzić przy kanale na osiedle. Moje serce biło jak oszalałe, w myślach pojawiały się obrazy przyjaciela w otwartej trumnie, bujającego się bezwładnie pośród nocy na gałęzi cmentarnego drzewa. Nie wiem czy to spowodowało wypite wino, czy chęć dopomożenia Janis, ale zbliżyłem się do niej, przejąłem prysznic i zacząłem spłukiwać resztki mydlanej piany. Odwróciła się i przeżyłem kolejny szok, gdy zobaczyłem jej kształtne, niewielkie piersi i to miejsce, o którym tyle rozmyślałem i rozmawiałem z kolegami. Było bardzo owłosione, jakby okryte kępką wilgotnej, czarne trawy i kończyło się na podbrzuszu. Ty się nie umyjesz…? Zapytała i nie czekając na moją odpowiedź, zaczęła mi zdejmować koszulkę z wizerunkiem Lennona i dżinsowe spodnie, w których bezczelnie prężyła się moja męskość. Wyszła z wanny i cały czas naga, okryta tylko na brzuchu ręcznikiem, zaczęła namydlać moje ciało, obiegać rękoma barki i piersi, pośladki i uda, a najwięcej piany nałożyła tam, gdzie bałem się spojrzeć. Czułem tylko, że tam jej ruchy spowolniały i zatrzymywała się raz po raz, znowu wędrowała ku piersiom, aż w końcu pokryła szamponem moje włosy i dała mi do ręki końcówkę prysznica. Zacząłem spłukiwać mydło, a gdy wreszcie spojrzałem, przez spływającą wodę, do przodu, jej już nie było łazience. Wstałem szybko w wannie, sięgnąłem po wielki biały ręcznik i wytarłem się do sucha. Rozrzuciłem palcami, nad czołem, wilgotne kosmyki włosów, jeszcze raz obiegłem całe ciało miękką materią i wyszedłem do mansardy

Kieliszki z winem i butelka stały teraz na małym stoliczku, przy łóżku, światło elektryczne zostało zgaszone, a w różnych miejscach pomieszczenia paliły się świece. Znowu mignęły mi w świadomości sztywne zwłoki Morrisona i zimny dreszcz przebiegł mi od stóp po głowę. Ale nie mogłem się powstrzymać i nagi stale zbliżałem się do niej, drżąc jakbym był w gorączce, przymykając oczy, jakbym przygotowywał się do skoku w głębiny. Ona leżała naga na białym kożuchu, włosy miała rozrzucone, jej piersi falowały lekko, a uda były nieznacznie rozchylone. Z magnetofonu dobiegała piosenka Beatlesów Girl i usiadłem na brzegu łóżka, gdy czterej chłopcy z Liverpoolu śpiewali właśnie: She’s the kind of girl you want so much/ It makes you sorry/ Still you don’t regret a single day./ Ah girl/ Girl… Uniosła się na łokciu, uśmiechnęła słodko i szepnęła: Is there anybody going to listen to my story…? Drżałem jak w febrze, ale nie mogłem oderwać oczu od jej unoszących się i opadających piersi. Janis, boję się… bo ja… – zacząłem mówić, ale nie skończyłem, gdyż położyła mi palce na ustach. Nic nie mów… ja wiem o tym… Zaczerwieniłem się, bo zrozumiałem, że ona wie o mnie wszystko, tym bardziej, że Morrison mógł jej zdradzić nasze tajemnice. Tyle razy przysiadaliśmy na ławce przed blokiem, popijaliśmy piwo albo coca-colę i zastanawialiśmy się jak to jest, gdy się kocha z kobietą. Obaj całowaliśmy się z wieloma dziewczynami, podglądaliśmy je rozebrane w szkolnych szatniach, udawało się nam nawet „pomacać” to i owo w basenach, ale prawdziwa miłość z kobietą była dla nas wielką niewiadomą. Wiesz, bo ja nie wiem jak to się robi… skarżył się kumpel i dodawał: nie wiem czy mój jest dosyć duży… Ja też często oglądałem swoje narzędzie miłości, podczas kąpieli lub wypraw na odludzie i zastanawiałem się czy z nim jest wszystko w porządku. Teraz chciałem powiedzieć Janis, że byłem prawiczkiem, ale jej dotknięcie palcami moich ust załatwiło wszystko. Przyciągnęła mnie do siebie, zaczęła gorąco całować w usta i gładzić mnie po plecach, leciutko muskać skórę wargami. Beatlesi śpiewali: She’s the kind of girl who puts you down/ When friends are there, you feel a fool. Wtuliłem się w nią, jakby była moim ostatnim ratunkiem… bo rzeczywiście było mi głupio. Chciałem jej i bałem się, że spotka mnie za to kara… Długo pieściliśmy się delikatnie, czule dotykaliśmy ustami wszystkich części naszych ciał, obiegaliśmy wilgotnym językiem uda i łydki, piersi i plecy, wciąż zmieniając pozycje, ciągle ściskając się i szepcząc czułe słowa. W końcu znalazłem się na plecach, a ona wykorzystała to i usiadła na mnie, a potem błyskawicznie nauczyła mnie, na czym polega taka miłość.

Kochaliśmy się całą noc, bo byłem pojętnym uczniem i szybko odkryłem jak należy poruszać się i w jaki sposób sprawiać sobie i jej przyjemność. Ciemność nie miała końca, a my zachowywaliśmy się jakby też czas nie istniał, raz przyspieszając szaleńczo, innym razem głaszcząc się opiekuńczo, albo leżąc obok siebie i leciutko muskając się ustami. Głupio mi z powodu Morrisona… powiedziałem w pewnym momencie, a ona znowu przyłożyła mi palce do ust i szepnęła: Zachowałeś się jak prawdziwy przyjaciel, nie zostawiłeś mnie w trudnej chwili… i bardzo, bardzo mi pomogłeś… Zamknąłem oczy i znowu pojawił się obraz martwego kolegi, zamykanej trumny i dudnienia piasku o wieko. Łzy zaczęły mi same płynąć z oczu, a ona, zauważywszy to, zaczęła je chwytać delikatnie ustami. Słone… powiedziała i znowu przyciągnęła mnie do siebie. Nie wiem kiedy zasnęliśmy, ale kiedy się obudziłem ona była wtulona we mnie, włosy miała rozsypane na poduszce, jak kobieta z obrazu Toluouse-Lautreca, Renoira albo Muncha, oddychała miarowo, a jej usta wydęte były lubieżnie i zachęcająco. Było już jasno i w świetle dziennym zobaczyłem, że wszystkie obrazy na ścianach, wszystkie rozpoczęte i ukończone akty ją właśnie przedstawiały. Wcześniej tego nie widziałem, ale teraz rzucił mi się oczy ten sam układ ust, odcień włosów i kształt piersi. Na stoliku, obok łóżka leżała kartka papieru, a na niej ktoś napisał: Śniło mi się, że chciałam namalować obraz ukochanej, ale nic mi z tego nie wychodziło. Albo nie znajdywałam farb, albo nie wiedziałam, jak postawić kreskę, chociaż w umyśle ona była… Świece dopalały się wszędzie, na kieliszkach widać było ślady po ostatnich kroplach wina, które przelały się przez brzegi, a szpula magnetofonu, kręciła się, uderzając końcówką taśmy o jego brzegi. Znowu jej zapragnąłem, więc przesunąłem się tak, by podstępnie znaleźć się w niej, a kiedy to uczyniłem i zacząłem ją kochać, przebudziła się z przestrachem, ale zaraz dotarło do niej co się dzieje i z radością poddała się rytmowi. Nasze usta były spierzchłe od pocałunków, ale nie przestawaliśmy się nimi pieścić, a potem raz jeszcze i jeszcze raz, jakby nigdy nie miało to się skończyć. W pewnym momencie dotarła do mnie myśl, że Janis nie skarżyła się, że jej pierwsza miłość była bolesna. Nie zauważyłem też żadnych śladów utraty dziewictwa na prześcieradle, ale pomyślałem, że to dlatego, że było czarne. Kochałem się z nią i czułem jak była nienasycona, jak nie pozwalała bym przestał, bym się od niej odsunął. Myśl o jej czystości nie dawała mi jednak spokoju i w końcu powiedziałem: Dzięki tobie jestem prawdziwym mężczyzną… Uśmiechnęła się i odwróciła się ode mnie, jakby chciała coś ukryć. A ty dzięki komu stałaś się kobietą? – nieoczekiwanie zapytałem ją wprost. Usiadła gwałtownie na łóżku i zaczęła rękoma rozczesywać włosy, wyrywać z nich resztki konwalii i bławatków, aż w końcu powiedziała: Za dużo mówisz… i za dużo chcesz wiedzieć… Przeraziłem się, bo jej słowa były dla mnie jak uderzenie w twarz, jak odepchnięcie dłoni albo podstawienie nogi. Spojrzała na mnie figlarnie, pokręciła głową, spuściła włosy i pozostawała w takiej pozycji bez ruchu. Nie drgnęła nawet wtedy, gdy wstałem z łóżka, ubrałem się, otworzyłem drzwi od studia, zbiegłem szybko po schodach i skierowałem się ku osiedlu.

AMERYKAŃSKIE CHWILE (2)

Lotnisko w Newark jest pięknie usytuowane, a zza ogromnych okien widać rozległą panoramę Manhattanu, z Empire State Building w dalekim planie. Widziałem już to w jakichś fabularnych filmach, ale teraz nie potrafię skojarzyć w jakich. Gdzieś tam w dali, po lewej od budynku imperialnego powinny majaczyć dwie wieże World Trade Centre, ale ich już nie ma. W jednej chwili wracają do mnie wspomnienia tego czarnego dnia, kiedy to jechałem pociągiem do Łodzi, do przyjaciela, który teraz oczekuje mnie na lotnisku. Gdy znalazłem się wtedy u niego w domu, dowiedziałem się co się stało. Siedzieliśmy przed telewizorem i patrzyliśmy w osłupieniu jak kolejne samoloty uderzają w drapacze chmur. Ile nienawiści i fałszu musiało być w człowieku o nazwisku Ata, który udawał normalne życie w Niemczech i w Ameryce, a potem zorganizował i przeprowadził coś takiego. Ile perfidii musiało być w jego mocodawcach, którzy nie zawahali się uderzyć w samo serce Ameryki. Zło tkwi głęboko w naturze człowieka, stale potencjalne, stale gotowe do skoku, wciąż czekające na przyzwolenie. Do tej pory Arabowie byli dla mnie takimi samymi ludźmi, jak przedstawiciele innych grup etnicznych. Teraz wszakże coraz częściej łapie się na czymś w rodzaju niechęci do nich. Przypomina mi się mój kolega, pochodzący z jednego z krajów arabskich, który pojawił się kiedyś w Polsce, jako przystojny chłopiec. Wszyscy go głaskali po głowie, bo był taki słodki, sympatyczny, ale w miarę jak obrastał w polskie piórka, stawał się chimeryczny, coraz mniej było tematów, o których można z nim było porozmawiać. Z jednej strony krytykował Saddama Hussajna, a ze strony drugiej udzielał wywiadów jednej z gazet („Gazecie Wyborczej”), w których ni mniej, ni więcej, stawał po stronie tych, którzy dokonali tego strasznego czynu. Oczywiście ubrane to było w szaty retoryki, specjalnie zawoalowane i zamglone, ale przecież wyraźnie deklaratywne. Czytając wywiad z nim, zrozumiałem jak Arabowie są zmieni, jak nieprzewidywalni, jak trudno przeniknąć do ich hermetycznego świata. Kiedyś ów kolega odwiedził mnie w domu, gdzie przyjęliśmy go jak brata, dostał najlepsze jedzenie, wspaniały pobyt w moim mieście, słodycze, frykasy, cały pokój do dyspozycji i kupę grosza za spotkania autorskie. Gdy poszedłem do niego rano i spytałem jak się spało, powiedział ze skwaszoną miną, ze ten zegar na ścianie tak głośno tykał, że nie mógł spać. Dostrzegłem też wtedy w jego oczach jakieś figlarne błyski, jakby bawił się mną i tą sytuacją, jakby chciał ze mną trochę poigrać. Myślę, że takie postępowanie, wielu Arabów oddala od naszego świata – zdaje się im, że są kimś lepszym, że inne narody powinny ich pieścić, schodzić im z drogi, bo oni są kimś ważniejszym, klasą inteligentniejszą, a ich kultura jest tak głęboka, że wprost nie do przeniknięcia przez obcych. Teraz, po ataku z 11 września, nazwę to  po prostu zarozumialstwem i nie liczącą się z niczym bezczelnością. Taki stosunek, jaki mają oni do kobiet, taki mają też do świata, wydaje im się, że im wszystko wolno, że wszystko leży u ich stóp. No, ale wracam myślą do Aty i do jego paranoicznych załóg, do tych przerażających chwil, które wstrząsnęły światem we wrześniu 2001 roku. Widzę ich jak czekają w sali odlotów na swoje samoloty. Niczym zimni oprawcy, przyglądają się ludziom, których niebawem poprowadzą na śmierć. Widzą małe dzieci, które mają wraz z nimi znaleźć się w tej samej, przeklętej maszynie. Zapewne, przed odlotem, rozmawiają o swojej „świętej” akcji, może modlą się po swojemu i zagrzewają się do boju. Rezolutna, czarnoskóra dziewczynka biega po hallu, pyta mamę kiedy wreszcie polecą. Chłopczyk na ręku innej kobiety uśmiecha się i pokazuje coś paluszkiem, śmieje się serdecznie i głośno. Ata patrzy na salę i ludzi, widzi tylko jakieś ruchome obrazy, jakieś nic nie znaczące gesty, jakieś rozmyte kształty. Nienawiść wypełnia całą jego świadomość, a usta bezustannie zginają się w szyderczym grymasie. Przeczytał uważnie instrukcję, jak należy zabijać niewiernych, jak prawdziwy muzułmanin odchodzi z tego świata. Wie, że jego bóg mu to wynagrodzi w raju, pełnym dziewic, niekończących się uczt i zjawiskowych krajobrazów. Towarzyszę mu w moich myślach, gdy dobiega do niego informacja, że załoga gotowa jest przyjąć na pokład pasażerów. Zaraz staje na równe nogi, widzi, że czynią to też koledzy, więc ze straceńczą odwagą wydaje ostatnie dyspozycje. Idzie w tłumie pasażerów do drzwi samolotu, szuka swojego fotela, a potem wymienia porozumiewawcze spojrzenia z mijającymi go Arabami. To jest ich trumna, ale przecież też i trumna znienawidzonych Jankesów i Żydów, którzy z nimi polecą. Tuż przy nim siada kobieta z niebieskooką dziewczynką, która wyciąga rączkę do tego czarnookiego pana. Ata uśmiecha się do niej i do matki ze słodyczą i głaszcze dziecko po główce, niczego nie czuje, nad niczym się nie zastanawia, podąża pradawnym, świętym szlakiem wyznawców swojej wiary.

Na lotnisku w Newark formalności przebiegają bez problemów i już widzę za szybą, czekającego na mnie Adama. Krótkie powitanie, obejmujemy się za ramiona i wsiadamy do taksówki Jedziemy do owianego złą sławą Elizabeth, gdzie Adam mieszka razem z żoną Mirą i wcale nie narzeka na wielką przestępczość. W różnych wykazach i rankingach, to niewielkie miasto, leżące niedaleko Nowego Jorku, wskazywane jest jako najbardziej niebezpieczne w Ameryce. To zaprzyjaźnione ze mną małżeństwo, ma bardzo skomplikowane życiorysy, na których cieniem położył się okres okupacji w Polsce. On, wraz z matką, trafił do łódzkiego getta, a potem do Oświęcimia – ona, urodzona w Rownie na Ukrainie, przeszła szlak upodlenia i biedy, uciekała i kryła się, była wiele razy poniżana i zastraszana, by w końcu wylądować w Izraelu i poznać tam swojego przyszłego męża. Patrzę na nią, jak uwija się w kuchni i przypominają mi się moje dwa przejazdy przez Rovno, gdy podążałem pociągami do Kijowa, na promocje moich książek. Z wielką ciekawością otwierałem okno przedziału na tej i na innych stacjach. Zaraz zbiegały się starowinki w wypłowiałych chustkach, z lichymi smażonymi rybkami na talerzach, kobiety w średnim wieku oferujące kartoszki, jacyś brudni starcy, z patriarchalnymi brodami, wyciągający ręce i proszący o wspomożenie. Gromadki dzieci cygańskich i ukraińskich, grupki starszych chłopców, oferujących Wodiczkę w plastikowych butelkach. Na peronach stały tłumy ludzi, czekających na pociągi, a wokół nich leżało wiele wypchanych toreb, koszów z jajami i wystawiającymi ciekawie łby, żywymi kaczkami. Gdyby Mira tu została, może teraz stałaby na peronie, biedna, szukająca wspomożenia u podróżnych z Polski. Dobrze, że w jednym kibuców, spotkała kiedyś Adama i ich życie, po podjęciu decyzji o przeprowadzce,  potoczyło się dalej w Ameryce. Dobrze, że byli na tyle silni, by się w niej utrzymać, dorobić domu i wygodnego mieszkania, z półkami pełnymi książek, samochodu i sporych oszczędności. Adam wydaje książki i bierze często udział w wielu imprezach literackich w Polsce. Jest wspaniałym poetą i jego zbiór wierszy zdobył w Poznaniu, podczas Międzynarodowego Listopada Poetyckiego, miano książki roku. Dużym powodzeniem cieszyły się też jego przekłady poetów amerykańskich – Kunitza, Sterna, Taylora, Levina i Barkana oraz perskiego poety Rumiego. Rozmawiamy z Adamem o wielu sprawach, często też podejmujemy dyskusję o polskim katolicyzmie i o papiestwie. Dla Adama religia chrześcijańska jest zbiorem mitów, legend i podań, a tak samo jest w judaizmie, w islamie, w buddyzmie i praktycznie w każdym wyznaniu. Nie wierzy w żadnego Boga osobowego, choć nie neguje tego, że jakaś potężna siła musiała stworzyć tak niewyobrażalnie wielki wszechświat. Zaraz przypominają mi się moje myśli, z samolotu, lecącego do Amsterdamu i to zapatrzenie w błękit planety, szczelnie opatulonej chmurami. Żywo reaguję na argumenty przyjaciela i wdaję się z nim w wielowątkową dyskusję. Pretekstem jest artykuł Billa Kellera pt. Is the Pope Catholic?, który Adam przeczytał rano w „New York Timesie”. Autor, wychodząc od skandalu w kościele katolickim, w związku z przypadkami homoseksualizmu i pedofilii księży, szczególnie w Kościele amerykańskim, zastanawia się czy możliwe jest jeszcze bycie chrześcijaninem? Przypadki seksualnej napastliwości księży są dla autora równie powszechne, jak u nauczycieli, lekarzy czy dziennikarzy, ale prawdziwym skandalem są próby ich tuszowania i zakłamywania przez hierarchów. Według Kellera, polski papież tylko lamentuje, że takie przypadki powodują rozłam w Kościele katolickim i w gruncie rzeczy nie sięga do źródeł przesłania ewangelicznego o dobru. Katolicy amerykańscy wielokrotnie zgłaszali tego rodzaju przypadki dostojnikom kościelnym, ale przez lata nie było odzewu. Keller widzi niebezpieczeństwo dla Kościoła w czym innym – a mianowicie w spadku jaki Jan Paweł II po sobie pozostawi.  Paradoksem tego papieża jest, według autora to, że walcząc z komunizmem skopiował w Kościele prawa, jakie obowiązywały zawsze w  partii marksistowskiej. (One paradox of the Polish pope is that while he is rightly revered for helping bring down the godless Communists, he has replicated something very like the old Communist Party in his church.) To bardzo kontrowersyjna teza, a zarazem taka… amerykańska, nie dostrzegająca szerokiego kontekstu kulturowego i wszystko sprowadzająca do jednej transformy, do symboliki, do uproszczonych reguł. Adam akceptuje ten punkt widzenia, a ja namawiam go, by pozbył się uprzedzeń i spojrzał na problem oczyma tego, który zawsze musi szukać złotego środka i nie może zawieść nikogo. Po latach okazało się, że Adam i dziennikarz „New York Times’a” mieli sporo racji, a zaniechania zemściły się, nakładając na Kościół ogromne kary i powodując odejście szerokich rzesz wiernych.

Następnego dnia jedziemy z przyjacielem do mall’a, nowego amerykańskiego szaleństwa. Jest to rodzaj supermarketu, ale znacznie większego od tych jakie dotąd widziałem w Polsce (malle pojawią się w naszym kraju za kilka lat). To wielki kompleks sklepów i restauracji, punktów sprzedaży biżuterii, książek, drobnych pamiątek, oczywiście z całą amerykańska infrastrukturą fast food’ów. Wszystko zbudowane w kształcie koła, najczęściej dwupoziomowe, z licznymi tarasami. Chodzimy w różnych kierunkach, oglądamy towary w sklepach, ale na dłużej zatrzymujemy się dopiero w księgarni. Przyjaciel rusza do półki z poezją amerykańską i przekładami Rumiego, a ja staję przy rozbudowanym dziale Nature. Podziwiam atlasy ptaków, leksykony i encyklopedie i inne książki o nich. Biorę do koszyka kilka egzemplarzy przecenionych albumów, prac, które bardzo mi się przydadzą, przy pisaniu książki o twórczości Miłosza, w której jest wiele amerykańskich motywów ornitologicznych. Ten kontynent jest prawdziwym rajem dla ornitologa, bo wszędzie widzi się całe roje ptaków – w powietrzu i na trawnikach, w ogrodach i na łąkach – wszedzie zobaczyć można jakiegoś urodziwego, skrzydlatego mieszkańca przestworzy. W mallu, było też kino i poszliśmy na film sensacyjny, oczywiście w wersji angielskiej, bo Adam twierdzi, że w taki sposób doszlifuję mój angielski. Z kolei stamtąd pojechaliśmy autobusem do Central Parku, który jest wielką enklawą zieleni i wiosną przyciąga wiele ptaków. Już w 2000 roku, spacerując tam z moją dawną bydgoską przyjaciółką – Basią, zauważyłem wiele barwnych gatunków. Ciekaw jestem jak będzie tym razem i zaraz po zejściu nad staw, widzę na gałęzi wierzby bujającego się na niej i głośno śpiewającego kardynała. Nigdy do tej pory nie widziałem tego ptaka na żywo i robi on na mnie kolosalne wrażenie. Cały czerwony, z elementami czerni na piórach, z wyrazistym czubkiem na głowie. Samce, jak u wielu ptaków są piękniejsze od mniej ubarwionych samiczek. Na środku zbiornika widzę też nurkującego, a potem wzbijającego się w powietrze, dużego kormorana. Już te dwa ptaki, w perspektywie kamiennych wież Dakota House i innych tego typu budynków, po drugiej stronie parku, powodują, że czuję się jakbym wylądował na innej planecie. Tuż przy brzegu, pływają kaczki krzyżówki, nieco tylko inne niż w Polsce, większe, z solidniej zarysowanym dziobem. Zbliżają się do mnie i czekają bym im rzucił coś do zjedzenia. Niestety nie mam nic pod ręką, wiec idziemy dalej, widząc na trawnikach pełno amerykańskich drozdów, z pięknie ubarwionym, rudym podbrzuszem. Robią sporo hałasu, podfruwają na gałęzie, znowu zlatują na trawniki, a potem nagle zrywają się do lotu i gdzieś, nie wiadomo gdzie, pędzą miedzy konarami. Nieco wyżej, na wzgórzu, widzę parę samców tego gatunku, skaczącą na kilkanaście centymetrów w górę i uderzającą się piersiami, niczym mali zawodnicy sumo. Wchodzimy w gęstwinę drzew i słyszę rytmiczną kanonadę amerykańskiego dzięcioła. Przyglądam się uważnie pobliskim drzewom i wreszcie znajduję na jednym z pni woodpeckera, dziwnie ubarwionego, całego w plamki i ciapki. Uderza seriami w próchniejące drzewo i co jakiś czas przestaje, uważnie przygląda się okolicy, przekrzywiając głowę w lewo i w prawo. Nad niego wzlatują co jakiś czas, połyskujące w słońcu, epoletniki i jaskółki, szpaki i kosy. Wracamy nad staw i siadamy na ławce, rozmawiamy po polsku o tym i o owym i widzimy, że przygląda się nam z uśmiechem jakiś młodzieniec, targający za sobą średnich rozmiarów walizkę na kolkach. Podchodzi do nas i z emfatycznym niedowierzaniem pyta: Polacy? Tutaj, w Central Parku? Mówi, że przyjechał tu prosto z lotniska JFK, zobaczyć miejsce, które od dawna było obiektem jego marzeń. Wymieniamy jeszcze kilka zdań, dowiadujemy się że jest z Gdyni, a potem robimy mu na życzenie kilka zdjęć i siadamy z powrotem na ławce. Adam opowiada o tym jak pracował w hotelu Waldorf Astoria, a ja przypatruje się epoletnikom, z czerwono-żółtymi paskami na skrzydłach (Red Winged Blacbird). Należą do rodziny Icterids, razem ze szpakami, kosami i jest ich w Ameryce prawdziwe mrowie. Mniejsze i większe, samce, samiczki i młode osobniki, przylatują na ścieżki i przeskakują ławki, by znaleźć się na trawnikach. Jeden z ptaków usiadł na gałęzi, może o dwa metry od nas i przypatrując się nam, wydaje przeciągłe gwizdy. Po jakimś czasie wstajemy, wychodzimy z zadrzewionego terenu i idąc najpierw ulicą Central Park West, przez Columbus Circle, a potem Ósmą Aleją, podążamy w kierunku kilkukondygnacyjnego dworca autobusowego Port Authority. Adam Kupuje bilety, a ja przyglądam się jakiejś chorej dziewczynce, stojącej obok ojca. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziałem – dziewczyna jest z pochodzenia Portorykanką albo Kubanką (nazywa się ich w Ameryce spaniszami) i życie bardzo ją doświadczyło. Ma dziwnie powykręcane ciało i twarz jakby wyciągniętą do przodu, przez nieistniejącą klamrę. Wygląda jak istota z innej planety i widzę, że właśnie przekazuje ojcu pieniądze. Zapewne siada gdzieś na ulicy i żebrze, wyciąga ręce do ludzi, jak te starowinki, które widziałem na ukraińskich stacjach, a jej wygląd może poruszyć nawet najtwardsze serce. Mężczyzna bierze od niej dolary i natychmiast odchodzi, nie oglądając się za siebie. Biedaczka przez chwilę stoi w miejscu, a potem powłócząc prawą nogą odchodzi w kierunku dworcowego wyjścia. Jakie smutne musi być jej bytowanie. Momentalnie stają mi przed oczyma podobni do niej ludzie, jakich w swoim życiu spotkałem. Kobieta i mężczyzna z Wilna, cali obsypani, bąbel na bąblu, jakimiś gruczolakami, Ukrainka z nosem o potrójnej wielkości, studentka na moich wykładach, wychudzona jak kościotrup. Wszyscy oni pojawili się na naszej planecie na straconej pozycji i od razu otrzymali potężnego kopniaka od losu. Ale żyją i coś na tym świecie robią, istnieją tak samo, jak piękna kobieta, przystojny mężczyzna, jak kwiat i ptak. Czym jest ich brzydota w kontekście spraw ostatecznych, czy modelka z wybiegu, albo adonis z okładki kolorowego pisma, mogą po śmierci kogoś zachwycić, czy aktor filmowy, bożyszcze kobiet całego świata, jest równie pociągający w trumnie? Dzielę się tymi uwagami z Adamem i rozmawiamy o względności piękna, o karlicach i garbusach, o kalekach i o ludziach ze zdeformowanymi nosami, przedstawianymi na płótnach przez malarzy niderlandzkich, włoskich i hiszpańskich, które są wytworem kultury wysokiej. Jedziemy już autobusem z Port Authority do Elizabeth. Adam siada przy oknie i nieomal natychmiast zasypia. Ja patrzę jak autobus zjeżdża ze stromej pochylni, a potem szybko podąża w kierunku tunelu Lincolna. To jeden z cudów Nowego Jorku, długi na 2440 metrów, przebiegający pod rzeką Hudson. Przyglądam się Ameryce zza okien tego pojazdu i z wysokości wyniosłej estakady, widzę w dali, pośród mgieł i oparów, niewielki kształt Statuy Wolności. Po godzinie szybkiej jazdy, wysiadamy w Elizabeth, tuż przy dużym budynku, gdzie mieszka Adam z Mirą. Tutaj też lata w powietrzu wiele epoletników i amerykańskich drozdów, a na trawnikach przechadza się sporo kosów różnej wielkości.

ALEJA KLONÓW (7)

Paul Desire Trouillebert (ok. 1882)

Często wtedy śniła mi się piękna Żydówka Pola Rozenfeld, która mieszkała w sąsiedniej oficynie z Jakubem, jej zgarbionym, zarośniętym mężem, zajmującym się wyrobem srebrnej i złotej biżuterii. Nosiła wielkie kolczyki i była tak nieziemsko piękna, że jak na nią patrzyłem, czułem niewyobrażalną rozkosz i łzy same zaczynały mi płynąć z oczu. Czarne, gęste włosy upinała zwykle w kok, ale też czasem rozpuszczała je, gdy  wychodziła na podwórko zdjąć pranie, ubrana tylko w białą, kretonową koszulę nocną. Gdy unosiła stopy i sięgała wysoko po klamerki, odsłaniała posągowe łydki, piękne kolana i część szczupłych ud, a z obszernego dekoltu wysuwały się duże, kształtne piersi. Raz nawet ukazała się ciemna brodawka, otoczona brązowym kołem i serce na chwile mi stanęło. Zauważyłem też, że przy drugim oknie stoi mój ojciec i badawczo przygląda się Poli, a ona, jakby go zauważając, szczególnie szeroko rozstawia uda, nachyla się, opinając koszulę na pośladkach i niby niedbałym ruchem, przesuwa piersi z prawej strony do lewej. W moich oczach był ogień, ale miedzy źrenicami mojego taty pulsowała rozżarzona lawa. Jakub widocznie zauważył przez okno niedbały strój żony, bo ze złością zawołał:

– Pola, wracaj szybko do domu…

Kobieta zdjęła ostatnią koszulę z linki, nachyliła się do przodu i obie piersi raz jeszcze wylały się jej przez wycięcie w okryciu. Uniosła wiklinowy kosz, na którym składała wysuszone rzeczy, odwróciła się, jakby czegoś szukała za sobą, ukazując raz jeszcze opięte płótnem pośladki i wreszcie wyprostowała się, spojrzała w okno, za którym stał mój ojciec i uśmiechając się promiennie do niego, ruszyła do domu. W nocy, we śnie byłem w jej ramionach, rozsuwałem delikatnie piersi, gładziłem malutkimi rękoma uda, wczepiałem się we włosy. Pociłem się przy tym strasznie i krzyczałem przez sen, przerzucałem ciało z boku w bok, wierciłem się w miejscu. Byłem dzieckiem, a moje sny były lubieżne, jakbym już miał wielkie doświadczenie w miłości i kochał się z wieloma kobietami.

Rano mama wysłała mnie z pustą szklanką do mieszkania Jakuba i Poli, bym pożyczył od nich trochę mąki, bo zabrakło jej w naszej kuchni. Otworzył mi ten straszny brodacz i patrząc badawczo czarnymi oczyma, poprowadził mnie do kuchni. Usiadłem na krześle przy stole i patrzyłem na sprzęty oraz na pojemniki z niemieckimi określeniami tego, co się w nich znajduje. Moja uwagę przyciągały też białe, płócienne makatki, z hebrajskimi napisami, porozwieszane w kilku punktach tego pomieszczenia. Po chwili weszła Pola, z rozpuszczonymi włosami i w różowej, kaszmirowej, przejrzystej bluzce, na którą narzuciła czarną atłasową podomkę. Jej zapach, wzmocniony różanymi perfumami, momentalnie rozszedł się po całej kuchni. Stanęła przy mnie, wsunęła rękę w moje włosy i zaczęła je przeczesywać palcami raz za razem, a ja dosłownie straciłem oddech i poczułem, że serce wali mi w piersiach jak młotem. Zacząłem bezwiednie łkać, a ona myśląc, że się jej boję, przyciągnęła moją głowę do siebie i natychmiast poczułem subtelną miękkość jej biustu. Żar rozlał mi się w całym ciele i oddałem mu się, jakbym zasypiał, zapadał się w przepaść i ginął w niej bezpowrotnie. Pola puściła mnie po chwili, podeszła do kamionkowego naczynia z napisem Mehl, podstawiła szklankę i wsypała do niej sporo mąki. Uklepała delikatnie dłonią wystający poza krawędź stożek i podeszła do mnie, stawiając szklankę na stole. Sięgnęła też do metalowego, pięknie ozdobionego pudełka, wyciągnęła z niego czekoladową pralinę i wsunęła mi ją do ust. Stanęła teraz za mną, przycisnęła się do mnie brzuchem i znowu zaczęła rozczesywać palcami moje włosy. Choć miała trzydzieści lat, nie urodziła jeszcze żadnego dziecka i ludzie mieszkający przy Alei Klonów szeptali, że jej mąż jest bezpłodny, albo, że na ich małżeństwie ciąży straszliwa klątwa.

– Twój tata potrafi robić piękne dzieci… – nieoczekiwanie powiedziała i z przerażeniem zobaczyłem łzy w jej oczach.

Nie wiedziałem co powiedzieć, więc spojrzałem na makatkę z dziwnymi napisami i zapytałem, co one znaczą. Przez chwilę nie odpowiadała, jakbym wyrywał ją z jakichś pięknych, gdzieś daleko biegających myśli, aż wreszcie szepnęła, najpierw po hebrajsku, a potem po polsku:

– אשת חיל מי ימצא … kobietę dzielną któż znajdzie?

Wystraszyłem się jej łez i tego co powiedziała, bo przypomniałem sobie, że mój dziadek powiedział mi kiedyś, że na żydowskich grobach są różne napisy. Właśnie to zdanie zapamiętałem w jakiś szczególny sposób i nie rozumiałem, dlaczego było ono też na makatce w kuchni Poli. Moja mama czekała na mąkę i gdy ją wreszcie przyniosłem, popatrzyła na mnie badawczo i zapytała:

– Coś tam tak długo robił u tej latawicy…?

Nie odpowiedziałem i szybko pobiegłem do pokoju bawić się klockami, ustawiać plastykowe żołnierzyki w pozycji bojowej i przemieszczać drewniany samochód w tę i z powrotem po parapecie okna. Mama przygotowywała obiad na dwa dni, bo wieczorem musiała iść na nockę, do fabryki puszek, w której pracowała. Ojca nie było w domu, bo pojechał autobusem po ludzi kończących pracę w zakładach rowerowych i po ich dostarczeniu do centrum miasta, miał wrócić dopiero za jakiś czas. Zobaczyłem przez okno, że Jakub Rozenfeld wychodzi z domu z niewielką walizeczką, a Pola daje mu w drzwiach jakieś zawiniątko i ściska jego ręce na pożegnanie. Ucałował ją w czoło, coś powiedział i nagle pogroził jej palcem, wskazał na nasz dom, a ona spuściła wzrok, odwróciła się na pięcie i weszła z gracją z powrotem do domu.

Mama, szybciej niż zwykle,  położyła mnie do łóżka, ugrzała pierzynę przy kaflowym piecu i kończyła pracę w kuchni. Potem usiadła przy stole i zaczęła czesać swoje włosy, nakładała cienie na oczy i pomadkę na usta. Martwiło mnie to, że ojca jeszcze nie ma w domu, ale tyle było wrażeń tego dnia, że przycisnąłem tylko porcelankę do podbrzusza i szybko zasnąłem. Nie wiem ile czasu to trwało, ale nagle znalazłem się pośród jakichś spalonych ziem, gdzie w wielu miejscach połyskiwała rozżarzona lawa i sączył się dym. W powietrzu szybowały rozpalone kamienie, a ja chodziłem na boso po popiołach i łkałem, czułem się strasznie, jakby rozgrywała się właśnie wielka dziejowa tragedia. Nagle przeniosło mnie do naszego domu, gdzie stale śpiąc, stanąłem obok szafy i patrzyłem na wielkie łóżko mamy i taty. Obraz zaczął się klarować i spostrzegłem ojca w objęciach Poli, całującego ją i gładzącego obnażone piersi. Przerażenie ścisnęło mi gardło, poczułem nienawiść do ojca, ale nie mogłem nic zrobić i tylko patrzyłem jak zaczęli się wzajemnie rozbierać, cały czas się całując i lgnąc do siebie. Czarna, gęsta kępa włosów, u końca ud Poli, raz po raz pojawiała się i znikała, a w pewnym momencie ojciec przylgnął do niej i zaczął rytmicznie poruszać się i podskakiwać. Ona obejmowała go rękoma na plecach i przesuwała je ku szyi, raz po raz wciskając paznokcie w skórę. Tak kotłowali się, szepcząc coś i sapiąc, aż przewinęli się w jednej chwili dookoła osi i ona znalazła się na nim, przez cały czas rytmicznie podskakując, uderzając rozpuszczonymi włosami w powietrze. Nie rozumiałem o co chodzi i bałem się, że Żydówka zrobi krzywdę mojemu ojcu, ale nie mogłem się ruszyć, byłem jak zamurowany, jakby stale zatrzymywany przez niewidzialną taflę snu. W pewnym momencie Pola i mój ojciec zaczęli głośno krzyczeć, jakby ktoś ich ranił, albo jakby wsadzili dłonie do rozgrzanej magmy, aż równie nagle się rozłączyli, legli obok siebie bez ruchu, a jej dłoń natychmiast powędrowała ku zwieńczeniu ud taty. On znowu przysunął się do niej i zaczęli się całować, wciskając się w siebie, jakby chcieli być jednym ciałem. Usłyszałem jakby syk węża i znowu przeniosło mnie ku popieliskom, głębokim jarom i zobaczyłem, że wisi nade mną jakiś czarny twór, z wielkimi pazurami i z wielkimi skrzydłami, wyrastającymi z tułowia. Wyglądał jak wielki jaszczur z żółtymi ślepiami węża, ale miał dziób drapieżnego ptaka i ział z niego ogniem. Spostrzegł ruch w dole i rzucił się na mnie z wielkim pędem i potwornych rykiem. Zacząłem uciekać i krzyczeć wniebogłosy, a na plecach stale czułem żar podążającego za mną ognia. W tym momencie zacząłem się budzić, przecierać oczy i jak przez mgłę zobaczyłem nagiego ojca, podchodzącego do mojego łóżka. Nie wiem czy mi się zdawało, czy może był to jeszcze sen, ale jakiś przypominający Polę cień, przemknął za nim i po chwili drzwi naszego domu wydały dźwięk, tak jakby ktoś delikatnie je domknął. Ojciec był spocony i miał rozwichrzone włosy, ale czułem też w powietrzu obezwładniający zapach róż. Zauważył, że przyglądam się strużkom potu, spływających po jego owłosionych piersiach i powiedział:

– Ciężka ta noc synku… Mnie też śniły się jakieś koszmary… Połóż się wygodnie i śpij dalej…

Przytuliłem się do poduszki, zacisnąłem prawą dłoń na porcelance i ponownie zasnąłem, niczego nie czując i nie widząc w nowym śnie. Tylko nad ranem zdawało mi się znowu, że Pola jest w łóżku z ojcem, ale było to tak daleko i za tyloma obłokami mgły, że nie mogłem niczego uchwycić, na niczym się skupić. Rano otworzyłem oczy i zobaczyłem ojca śpiącego w objęciach mamy, która nie wiadomo kiedy wróciła z fabryki. Jego plecy były odsłonięte i widać na nich było wyraźnie długie, czerwone rysy, jakby potwór z mojego snu zranił go swoimi pazurami.

ZNOWU ŁABĘDZIE

W czasach mojego dzieciństwa i młodości łabędzie były płochliwymi ptakami, a oswojone zobaczyć można je było tylko w parkach albo nad pruskim kanałem, gdzie miały specjalnie przygotowane budki, w których chroniły się przed zimnem i deszczem. Teraz sytuacja diametralnie się zmieniła i na Brdzie zaobserwować można ogromne zgrupowania tych ptaków, co daje niezwykłą wprost możliwość fotografowania ich w takiej dużej masie. Oto zapis kolejnej sesji i mojego wielkiego zauroczenia tymi zwierzętami – robiąc te zdjęcia słyszałem gdzieś w tle moich myśli – a jakże… – znane motywy z baletu Piotra Czajkowskiego…



STO WIERSZY POLSKICH (XIX)

Franz Hals, Portret Willema Coymansa

Wiersz Tadeusza Różewicza pt. Frans Hals, pochodzący z tomu pt. Twarz trzecia, wydanego w 1968 roku, zbudowany został w sposób szczególny. Poeta mnoży w nim degradujące artystę elementy opisu, wszakże jego życiorys, pogrążony w ciemnościach, nie był budujący. Szczególnie na starość, przyszło mu klepać biedę, włóczyć się po domach noclegowych, sypiać z robactwem w różnych zakamarkach, nigdy nie zyskując takiej sławy i takich warunków egzystencji jak wielcy malarze barokowi Peter Paul Rubens i Diego Velázquez, jak najsłynniejszy chyba przedstawiciel malarstwa gotyckiego Jan Van Eyck. Malujący na uboczu, w biedzie, podejrzany dla szpicli, urzędników władzy i dla ewentualnych sponsorów, pozostawił po sobie kilka dzieł, w których w niezwykły sposób uwznioślił namalowane postaci. Jak pisze siostra Wendy Beckett: Większość prac Halsa pociąga lekkością i brawurą, jednakże na starość, gdy cierpiał niedostatek, osiągnął powagę, nadającą jego dziełom znamię wielkości. (Historia malarstwa…, Warszawa 1999, s. 211.) Wiersz Różewicza, w końcowej poincie, równie brawurowej jak owa zdumiewająca szkicowość elementów mniej istotnych w jego dziełach, przywołuje przedstawienie, w którym została przywrócona godność ludzka. Zapewne, poeta ma tutaj na myśli portret Willema Coymansa, namalowany tyleż wiernie, co z wyprzedzeniem impresjonistycznego rozchwiania barwnego i rozrzutu walorowego. To jest odwzorowanie człowieka spokojnego, ale też i zawadiackiego, kogoś kto osiągnął wysoki status społeczny, a zarazem nie zatracił finezji, cechującej ludzi młodych, czerpiących z życia wszystko co tylko jest w nim najlepsze. Ale jest to też postać monumentalna w swoim wyrazie, otaczająca aurą wielkości zarówno modela jak i twórcę, wydobywającego z czarnego tła niezwykły komunikat. Willem Coymans jest na tym płótnie żywy, pełen gracji i subtelnego piękna. Jego oczy wyrażają mądrość i smutek, a zarazem jakby wielką wiedzę o świecie i ludziach. Jest wielki w swojej zwykłości i niezwykłości zarazem, jego wystudiowana poza, owo przerzucenie ręki przez obręcz krzesła, ma w sobie coś z godności dostojników kościelnych, władców i tych, którzy jasną myślą wyprzedzają swój czas. Różewicz zderza tutaj to słynne przedstawienie z biedą życia Halsa i pokazuje jak geniusz potrafi zatriumfować nad przeciwnościami losu, jak w jednym obrazie, w jednym spojrzeniu, artysta może osiągnąć wymiar monumentalny i wznieść się ponad swój czas, w jaki sposób może ocalić poprzez sztukę swoje człowieczeństwo. Jak często u Różewicza, zdumiewający efekt końcowy osiągnął on niezwykle prostymi środkami artystycznymi, tak dobrał słowa i tak zminimalizował ich sensy, że czytelnik ma wrażenie, iż w wierszu tym nastąpiła jakaś świadoma totalna redukcja semantyczna, mająca z jednej strony oddać prostotę życia niderlandzkiego malarza, a ze strony drugiej, dająca szansę interpretatorowi na odnalezienie najważniejszej myśli. Tutaj wyraźnie widać jak Różewicz potrafi pokazać dwoistość ludzkiej natury i wielość planów, na jakich spełnia się osobowość, jak jej szczytne racje triumfują nad odruchami i trywialnymi gestami.

« Older entries

%d blogerów lubi to: