STO WIERSZY POLSKICH (XXVII)

Julian Przyboś (1901-1970) postrzegany jest jako poeta nowoczesny i ma to przede wszystkim związek z jego udziałem w wystąpieniach Awangardy Krakowskiej. W jego przedwojennej twórczości widać ogromny wpływ teorii Tadeusza Peipera, a utwory często dotyczą mozolnego procesu twórczego. Charakterystyczny wtedy jest specjalnie unaukowiony język, który z biegiem lat „złagodnieje”, a miejsce „cywilizacji” i „miasta” zajmą liczne pejzaże i ulotne refleksje. W wierszu pt. Równanie serca rozgrywa się znamienna walka – świat ludzki został zduszony przez manifestacje zbuntowanych ludzi, którzy nie godzą się na triumfy odchodzącej epoki i pod jej symbole (triumfalne bramy) podkładają dynamit. W poezji polskiej wskazać można cały nurt „liryki wybuchowej” (na czele ze Stanisławem Grochowiakiem), w której poeci demolują rzeczywistość (podkładają dynamit), a potem ze szczątków, fragmentów, specjalnie spreparowanych elementów, tworzą nową jakość znaczeniową. Przyboś czuły jest na wszelką defragmentację i patrząc na siebie z boku, pyta o własny status, a potem określa siebie jako wygnańca ptaków, co można interpretować jako wydalenie z natury, z sielskości dzieciństwa i dojrzewania w wiejskim pejzażu, pośród prostych ludzi. Pisanie wierszy – to także charakterystyczna cecha tej liryki – staje się zamiennikiem pracy fizycznej na roli albo robociarskiego trudu w fabryce. Wiersze mają swój ciężar gatunkowy i gdy pojawiają się na papierze, pisane na stole, powodują, że mebel ów przebiera swą miarę i stają się ciężkie jak czołg, który ma ruszyć do ataku. Oto surrealizm poetycki Przybosia, który potrafi z pierwiastkowego obrazu wysnuć metaforę techniczną, nadać jej określony kierunek i spowodować, że świat traci swoją stabilność. Czołg jest wielkim zagrożeniem w rzeczywistości ludzkiej i sytuować go należy w sąsiedztwie „wybuchu” i „dynamitu”, a jeśli – w przenośni – pojawia się na stole, to musi go przeważyć i spowodować, że realność natychmiast zsunie się na bok, w stronę fantasmagorii.

Po eksplozji pojawiają się pożary zewnętrzne, ale też w ciele poety trwa rewolucja i serce staje się napastnikiem – atakuje mię prędzej­ – przyspiesza rytm i twórca musi w jakiś sposób na to reagować. Ale jak to robić? Jak złagodzić napór świata po nieustających eksplozjach, gdy szrapnel pęka ze słupów latarni i światło wdziera się do świata ławą, a wszystko razem ma dynamikę żołnierskiej pieśni. Tak świat rzęzi w poecie, tak życie staje się batalią bez końca, ciągłym zadawaniem ran delikatności i lekkości. Dzień mija w obliczu zagrożeń wojennych: czołgów, eksplozji uzbrojonych żołnierzy, pożarów i ekspansji światła, w którym wszystko widać nadwyraziście. Przyboś zauważa, że w jaskrawym blasku wszystko rudzieje i tworzy olśniewającą metaforę: Z rudej trawy zjeżyły żebra poległych darń, co znaczy, że rzeczywistość została na chwilę pokonana, przygnieciona przez eksplodującą wyobraźnię. Trawa zyskała walor ludzki, jej źdźbła przedzierzgały się w żebra, a rozległe jej przestrzenie (darń) poległy jak żołnierze w walce. Tego rodzaju antropomorfizacja pozostaje w zgodzie z wcześniejszymi metamorfozami świata, w którym – jak we śnie – wszystko jest możliwe i nic nie ma trwałych podstaw. Poeta dostrzega rozchybotanie przestworu, jego trupi poblask, a nade wszystko jego dziwną ulotność, nietrwałość, fragmentaryczność. Ciało ludzkie, przy nieustannych bataliach serca i innych narządów próbuje bronić się przed dekonstrukcją, ale wiedza o mechanizmach życia nie pozwala zapomnieć o przelewaniu się płynów ustrojowych w arteriach, o pulsowaniu tkanek i chemicznym niszczeniu materii pokarmów. To jest wojna, którą dostrzec może umysł nadwrażliwy – to walka o kształt ludzki i niezależność wyobraźni, bliższej duchowi, stale dążącej do wyzwolenia.

Poeta podkreśla swoją żywotność pośród miasta, ale przecież jest to zarazem wskazywanie, że otaczają nas powidoki aglomeracji i stołów, czołgów i uzbrojonych żołnierzy: Żywy idę miastem będącym, a już tylko byłym. Byt i niebyt, istnienie i odsunięcie ku ułudzie – oto wyznaczniki poezji Juliana Przybosia, twórcy zmagającego się z materią świata i wciąż eksperymentującego na niej. To jest owo – raz jeszcze akcentowane – wygnanie z rewirów ptasich, z ogrodów ukazujących dalszy kontekst – kosmiczny, lunarny i antropomorficzny, będący obrazem księżyca na nowiu i ciernia, czyli obietnicy bolesnej rany. A przy tym wszystkim – o ironio naszej rzeczywistości! – ludzki byt i jego świadomość wcale nie są konieczne, by trwało istnienie zinterioryzowanych przestrzeni, bo Świat beze mnie się spełnia wolny i bezczuły/ i tylko liści jesiennych opada na głowę laur. Jakże przerażająca jest owa   b e z c z u ł o ś ć   świata, który bez względu na „ofiary” chwil, na panoszącą się śmierć i postępujący wciąż rozkład, podąża do przodu, ubierając się w kostiumy nowych pór roku. W takim rozumieniu spadające z drzew liście stają się błazeńskim laurem poetyckim, ale też potęgują moc słowa, przydają mu tragicznej głębi. Poeta wie, że ten napór natury i wewnętrznej batalii organizmu ma swój cel i określa go jednoznacznie:  …abym już nigdy nie ucichł. To metafora nieśmiertelności w słowie, która jest taką samą ułudą jak wszystko wokół, bo przecież nie można zatrzymać kosmicznego zegara, który ruszył w chwili wielkiej eksplozji i stanie, gdy słońce eksploduje po raz ostatni.  Cóż zatem zostaje twórcy nadwrażliwemu, cóż ma robić awangardysta, który doświadcza też wielkiej łagodności, a wspomnienia dzieciństwa i wsi nie pozwalają mu ostatecznie wysadzić świata z podstaw? Zostaje obietnica: każdą kieszeń obróciłbym w gniazdo dla jaskółek/ odlatujących od ludzi – tylko i aż obietnica. Zapatrzenie, które uświęca każdą cząstkę przestrzeni i przekonanie, że żył realnie, dotykalnie, prawdziwie… zanim okryły go żebra poległych darń… Patrzył i czuł, a nade wszystko rozumiał więcej i lepiej od innych śmiertelników.

Reklamy

ŚNIEŻNA PANTERA

Ludzkość wzrastała i zyskiwała rozleglejszą samoświadomość w otoczeniu zwierząt, budując z nimi coraz bliższe związki, wchodząc w coraz szersze relacje. Pierwsi przedstawiciele naszego gatunku ubierali się w skóry jaków, antylop, tygrysów, zakładali na głowę czapki z futer lisów, saren i kun, chronili nogi butami wykonanymi z twardych skór bawołów i mamutów. Żywili się mięsem zabitych ssaków, próbowali je też udomowić, choć niektóre z nich były tak dzikie, że nigdy nie udało się ich okiełznać. Od samego początku ludzie próbowali też przeniknąć świadomość istot, na które polowali, tworzyli opowieści, legendy i mity, których bohaterami bywały zwierzęta. W kulturze chińskiej znajdziemy wiele takich podań, a każdy z kilkudziesięciu ludów, tworzących wielki konglomerat kulturowy, scentralizowany przez Pierwszego Cesarza i późniejszych przywódców, wprowadzał inne treści do wielkiej księgi jaźni i cierpienia, odwagi i przebiegłości, siły i przetrwania. Ileż to razy myśliwi ruszali na łowy, odmawiając najpierw modlitwy, zaklinając drapieżniki i próbując obłaskawić rącze jelenie, a potem starając się przeniknąć umysły zwierząt. Czekając cierpliwie na ich pojawienie się, tropiąc ślady, wdychając powietrze i szukając ostrego zapachu, rozmyślali o tym, co uczyni przeciwnik, jaką strategię obrony wybierze. Jednocześnie próbowali przechytrzyć ofiarę, omamić wyborem kryjówki, strojem lub umaszczeniem swojego okrycia jej piżmem, krwią lub moczem. Zwierzęta instynktownie wyczuwają niebezpieczeństwo i ostrożnie przemykają pośród lasów, stepów, gór i dolin, ale łowcy – bogatsi o opowieści przodków, rady dziadów, ojców, wujków, bohaterów wielkich polowań – zawsze starali się je przechytrzyć, zagonić ku miejscom bez wyjścia, zaskoczyć nagle na szlaku lub w gęstwinie roślin. W takich sytuacjach rodziła się świadomość szamanistyczna, ciąg rytuałów myśliwskich, w których ogromną rolę odgrywały tańce i teatralne odtwarzanie przebiegu polowań w plemiennym kręgu. Szaman zakładał maskę na głowę, stawał się na chwilę lwem albo kojotem, krokodylem lub krukiem i tworzył w kręgu plemiennym rodzaj spektaklu kulturowego, zwracając uwagę na poszczególne gesty, imitując ruchy drapieżników i zwierząt kopytnych, ukazując złożoność związków człowieka z jego ofiarami, utrwalając jednocześnie wiarę w jego ponadludzkie możliwości, bliskość świadomości animistycznej, pokrewieństwo duchowe z wilkiem i lampartem, hieną i cziru.

Jidi Majia – chiński współczesny poeta kulturowy, wywodzący się z ludu Yi – podąża tropem starożytnych szamanów (nazywanych przez jego lud bimo) i próbuje przeniknąć świadomość drapieżnika, jakże wyjątkowego pośród ośnieżonych szczytów i przełęczy jego krainy dzieciństwa i dorastania, a potem pierwszych męskich inicjacji. Poemat pt. Ja, śnieżna pantera jest odważną, nie mającą precedensu, próbą odtworzenia w wierszu świadomości dzikiego kota. Nie bez powodu autor utwór ten zadedykował słynnemu amerykańskiemu zoologowi i biologowi George’owi Bealsowi Schallerowi, prezydentowi Korporacji Pantery i prezesowi Cat Advisory Council. To jego liczne książki o drapieżnikach Tybetu i innych części Azji, oparte na własnych obserwacjach, dały poecie głęboką wiedzę o zachowaniach i zwyczajach irbisów, choć zapewne ważniejszą rolę odegrały tu własne przeżycia i wskazane wyżej opowieści, zasłyszane przy ogniskach i w domostwach jego ludu. Punktem zaczepienia narracji lirycznej staje się nagłe, inicjacyjne przejście energii kosmicznej przez świadomość poety i ciało śnieżnej pantery, skradającej się zboczami ośnieżonych gór. Tę moc symbolizuje lecący przez atmosferę meteoryt, przypominający wielką błyskawicę i srebrzysta ryba, podążająca mistycznie z głębin wodnych ku mrocznym sklepieniom nieba. To jest pierwsze połączenie jaźni, pierwsze zespolenie myśli człowieka i zwierzęcia – pierwsza próba osiągnięcia równowagi pomiędzy dwiema, jakże odmiennymi świadomościami. Śnieżna pantera staje na zboczu ogromnej góry i ogarnia wzrokiem zjawiskową przestrzeń swojego rewiru łowieckiego. Żyją w nim różne potencjalne ofiary, ale jest to też ziemia ludu Nousu (Yi), który zawsze szczycił się wieloma wspaniałymi myśliwymi, przemierzającymi mroźne przestrzenie w ślad za lampartem. Tak łączą się dwie jaźnie, a na nie jeszcze poeta projektuje własną refleksję, która staje się tkanką łączną wspaniałej wizji, poematu rozrastającego się w kolejne części. To cudowne, kosmiczne narodziny zwierzęcia i człowieka spowodowały, owo nieustanne uszlachetnianie krwi i wygenerowały myśl, próbującą ogarnąć swoim rozmachem ogrom stworzenia. Tak zaczęło się codzienne patrolowanie bezkresu, wchodzenie na zbocza i zbieganie ku dolinom, tak pojawiła się pierwsza krew na śniegu – tak smak surowego mięsa określił kształt nadchodzących dni, a cętkowane futro stało się znakiem dokonującej się zbrodni – życia za cenę śmierci. Majia ukazuje irbisa jako element odwiecznej przemiany, dokonującej się pośród gór Liangszanu, ale też mającej miejsce w każdej krainie planety. Takie przekształcenia były nieodzowne by pojawiła się ludzka świadomość i krąg egzystencji domknął się, gdy myśliwy Yi ruszył na łowy. Odtąd zwierze i człowiek mogli powiedzieć: zawsze żyć będę ponad granicami/ Ukształtowany niematerialnie./ I nigdy stąd nie odejdę/ Nawet, gdy śmierć upomni się/ O te ośnieżone szczyty. Ludy Chin wierzą, że człowiek wnika w duszę drapieżnika i zyskuje jego przebiegłość, zwinność, umiejętność odnajdywania śladów, tropienia ofiar i dopadania ich w sekretnym miejscu. W takim rozumieniu obie jaźnie stają się rodzajem przekazu energetycznego, który powoli zanika w przestrzeni, ale nigdy nie ginie całkowicie – nakłada się na głosy przodków, brzmi w huku wiatru i krzyku orła, kołującego nad szczytami.    

Poeta podąża zboczem góry i czuje, że jego świadomość uniwersalizuje przestrzeń, a jednocześnie – na zasadzie poblasku – staje się rodzajem przekazu doskonałego, samej istoty wszechświata, wlewającego się swobodnie w bezchmurne noce do rzeczywistości ludzkiej i zwierzęcej. Stając się zwornikiem pomiędzy ogromami, świadomość poety podąża ku gwiazdom i ku najmniejszym, budulcowym cząstkom natury. Tak doświadcza głębi czerni i treści nicości, tak wyodrębnia pradawny kod genetyczny ludu żyjącego pośród gór i polującego na zwierzęta, dla przetrwania w ekstremalnych warunkach. To jest droga jednej samowiedzy i jednego człowieka, ale też szeroki szlak ludzkości podążającej od narodzin do śmierci – szlak jednego ciała i nieustanne orbitowanie miriad ciał astralnych. W tym pochodzie dusza myśliwego Yi jest tak samo nieważka jak czyste, górskie powietrze i osiąga stan podobnej klarowności – może migrować ku galaktykom i zagłębiać się w przepaście jaźni. Podobnie przejrzysta i bezcielesna jest jego świadomość, która odbiera impulsy płynące z mózgu drapieżnika i wyodrębnia jego ślady, zapachy, fragmenty sierści na kolczastych krzewach. Tak rodzi się transcendentna unia pomiędzy tym, który się skrada i tym, który umyka – tak przekazy zaczynają się na siebie nakładać, a tropiący staje się potencjalną ofiarą; Bo między polowaniem a nowym życiem/ Nie ma większej różnicy. Teatrem walki jest zjawiskowa przestrzeń górska, dzicz najpiękniejsza, rewir wolnych zwierząt i niezależnych ludzi, dla których wieki i kolejne systemy polityczne nie miały większego znaczenia. Zmieniali się cesarze, wzrastały i upadały królestwa, struktury państwowe współczesności, partyjne ideologie i złowrogie reżimy, a tam czas stawał w miejscu i stawał się echem pradawnej jaźni szamanistycznej, monotonnych śpiewów przodków przy ogniskach, wołania matki na zboczu góry i pomruku irbisa w mroku. Gdy w całych Chinach miała miejsce rewolucja kulturalna, a Mao ogłaszał czas wielkiego skoku, śnieżna pantera przemierzała górskie ścieżki jak przed wiekami i tysiącleciami – gdy na placach wykrzykiwano haniebne słowa przeciwko intelektualistom – takim jak poeta Ai Qing, mistrz Jidiego Majii – drapieżnik wpatrywał się w dal ze szczytu wzniesienia i wyczuwał krew koziorożca, antylopy i człowieka. To była niezależność egzystencji, taka sama jak w najdalszych rewirach wszechświata, gdzie gwiazdy i galaktyki istnieją samoistnie, rodzą się i umierają bez wiedzy o ekstazach i tragediach w innych miejscach kosmosu. Tak poeta pragnie przenikać tajemnice istnienia i podpatruje je w sytuacjach ekstremalnych, gdy dziki kot rzuca się na niewinną sarnę, błyskawica uderza znienacka w kobietę wspinającą się ścieżką ku wiosce, a skały pękają z hukiem, rozsadzane przez lód i osuwają się w przepaść.

Drżący strumień świadomości, naśladuje w tej poezji prawdziwe górskie nurty, spadające z impetem ze skał, przelewające się przez zbocza i ogromne głazy, niosące w dal rozdrobnioną materię miki, bazaltu i piaskowca. I taka jest też imaginowana jaźń drapieżnika, który podąża śladem świstaka i mundżaka w ogromnym skupieniu, studiuje tropy, wdycha zapach sierści, patrzy w dal i wyodrębnia ruchome kształty, a potem – w zdumiewający sposób przemienia się w mordercę, rzuca się na ofiarę bez litości, szarpie mięso i rozlewa krew. To jest równie zdumiewająca przemiana jak ta w świecie ludu Yi, gdy spokojny rolnik, cierpliwie uprawiający górską grykę, przeistacza się w tropiciela śladów, podąża wiele dni za irbisem, a potem zabija go w makabrycznych okolicznościach dla pięknego futra:  Błyskawiczna pogoń … siła odśrodkowa … nieważkość … błysk piorunu … iskrzący łuk pożądania… pęknięty klejnot… swobodna przestrzeń – Powtórny skok … grot języka zapachu … twardość chłonności… bieg i cel… zaciśnięcie szczęk… niedościgły lot powracającej światłości… szarpnięcie rozpadu… ciężar niebytu…  zaciśnięcie szczęk… niepokój… luminofor żył… sycący dar… fale oddechu… nagły wzlot… gwałtowny jak na początku… taniec uderzeń… śmierć ciągnąca ku krawędzi… pustka… pustka… Śmierć jest tutaj początkiem i końcem drogi, staje się zwieńczeniem i dramatem nie do opisania, przyobleka skronie myśliwego w chwałę, jednocześnie daje zadośćuczynienie żądzy i zaspakaja głód zwinnego kota. Majia potrafi ukazać w rozbudowanym poemacie jak dwie świadomości pulsują symultanicznie i wzajemnie się uzupełniają – człowiek musi przeniknąć do morderczej logiki drapieżnika i porzucić kulturę, z jej łagodnością, pochwalną pieśnią i czułością wzniosłej miłości. Musi też – jak w zamierzchłych rytuałach – przedzierzgnąć się w śnieżną panterę, a zarazem musi ją zabić, tak jak ona zabijała inne byty. Tylko poezja kulturowa najwyższych lotów, zbliżająca się do mitu i legendy, czerpiąca soki z ludowych pieśni i podań, może wznieść się tak wysoko, może tak się rozwibrować, że stanie się czystym przekazem jaźni animistycznej, strumieniem świadomości generującym treści idealne. To rodzaj rytuału, w którym poeta-bimo wyczarowuje pierwiastkowe obrazy i wydobywa je z nicości, wyświetlając je najpierw w swojej świadomości, a potem – przy pomocy wiersza – rozprzestrzeniając je pośród ludu Yi i tych, którzy wezmą do ręki jego książki. Trudno się dziwić, że w ostatnich latach powstała ogromna konstelacja wydań poezji tego twórcy w językach obcych i stał się on jednym z najbardziej rozpoznawalnych współczesnych poetów chińskich. A przy tym jednym z najwybitniejszych poetów kulturowych naszego globu, rozumianym i podziwianym na wszystkich niemal kontynentach, w jakże odmiennych kulturach i tradycjach poetyckich.

Warto też wspomnieć o pojawiających się w tej liryce nawiązaniach do wielkiej poezji światowej, o cytatach i przywołaniach, a nade wszystko o próbach interpretacji wierszy Czesława Miłosza i Giuseppe Ungarettiego, Pabla Nerudy i Desanki Maksimović, Octavia Paza i Mahmuda Darwisza, Juana Gelmana i Tomasa Venclovy. To otwarcie chińskiego twórcy na kulturę światową jest zdumiewającym fenomenem, tym większym, gdy uświadomimy sobie z jakich górskich tajni wyszedł ten człowiek i jaką drogę pokonał, zdobywając w niełatwych czasach kolejne stopnie edukacji, pisząc wiersze i poematy i wydając książkę za książką. Może dlatego kulturowa liryka Jidiego Majii, choć na wskroś przesiąknięta tradycją ludu Nuosu, jest nowoczesna w swoim wyrazie, ekspresjonistyczna, metaforyczna, nie stroniąca od oksymoronów i hiperboli, charakteryzująca się swobodną frazą, bliską narracjom wielu twórców  przywoływanych w wierszach tego tomu. Połączenie tradycji i współczesności, ludowego podania i mitu z elementarną tkanką naszych dni, dało zaskakujące efekty i spowodowało, że Majia stał się znakomitym nauczycielem chińskiej oryginalności i kulturowej mnogości, dalekowschodniej wyobraźni i najczulszej wrażliwości, a jego animistyczne wizje z poematu o śnieżnej panterze przekroczyły horyzont literacki i stały się rodzajem doświadczenia magicznego. Kolejna już na naszym rynku książka tego twórcy umacnia jego pozycję w języku polskim i jest zapowiedzią dalszych osiągnięć, takich jak choćby uhonorowanie go Europejskim Medalem Poezji i Sztuki – Homer.

___________

Jidi Majia, Śnieżna pantera, Wiersze wybrane, z jęz. angielskiego przeł. Dariusz T. Lebioda, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2017, s. 160.

 

CYWILIZACJA MNISZKÓW

Jakiż to dziwny i tajemniczy świat – fotografując mniszki z różnych perspektyw wyobrażałem sobie malutkiego, lśniącego owada, który przeciska się pomiędzy nimi. Dla niego są one wielkim lasem, w którym czyha sporo zagrożeń i nieoczekiwanych spotkań z innymi żywymi mieszkańcami tych chaszczy. Muszę sprawić sobie koniecznie specjalne obiektywy, które pozwolą mi fotografować małe obiekty i wnikać do światów ukrytych przed naszym wzrokiem.

%d blogerów lubi to: