OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (13)

Suzie Quatro

Zanim Norman zaczął kupować płyty winylowe takich zespołów jak Black Sabath, Led Zeppelin, Uriah Heep, fascynował się głosem i występami wrzaskliwej Suzie Quatro. Prawdziwie też kochał się w niej i wszystkie jego młodzieńcze spazmy jej były poświęcone, nie mówiąc już o samotnych samogwałtach, w trakcie których tulił się do niej, całował ją i pieścił bez ustanku. Miał już wtedy pierwszą dziewczynę, taką łatwą kurewkę Tereskę, starszą od niego o kilka lat, zawsze gotową iść z nim w krzaki za blok albo do domu, gdy starzy wychodzili do pracy. Dziewczyna była dziwaczna, ale kochała go szczerze i miała nadzieję, że jak trochę dorośnie, zostanie jej jedynym facetem. Na razie zdradzała go czasami z innymi chłopakami, szczególnie, gdy ją zadręczał opowieściami o Suzie i wymuszał na niej tandetne stylizacje a la Quatro, takie same jak na kolorowych fotografiach w niemieckim piśmie „Bravo”. Tereska musiała tapirować sobie długie włosy i przerzedzać grzywkę, malować usta czerwoną pomadką, a nawet ubierała się w srebrzyste, połyskujące spodnie, skóropodobne kostiumy, sweterki z cekinami i krótkie kurtki w jaskrawych kolorach. Wtedy Norman był zachwycony i przewalał się z nią w łóżku, a z kasetowego magnetofonu dobiegały wciąż krzyki dzikiej Suzi. Podczas jednego takiego spotkania dziewczyna wpadła w szał, podrapała go i pogryzła, a potem z wrzaskiem wyskoczyła z łóżka i pobiegła nie wiedzieć gdzie. Stało się tak, bo Norman kochając się z nią, wciąż wpatrywał się w rozkładówkę „Brava”, na której Suzie ubrana była w czarny skórzany kostium, a na szyi miała coś na kształt obroży, nabijanej ćwiekami. Norman miał wtedy kundla, którego nazwał z knajacką fantazją „Spierdlaj” i teraz, gdy skończył pierwszą „akcję” z Tereską, spojrzał na leżącą przy łóżku smycz  „Spierdalaja”, sięgnął po nią i udając, że przygarnia kochankę do siebie, zaczął zakładać jej to paskudztwo, śmierdzące straszliwie i oblepione psią śliną. Dziewczyna w pierwszej chwili uśmiechnęła się do niego, ale jak wyczuła zapach psa, skoczyła w górę jak oparzona i zostawiła mu bolesne pamiątki na wiele dni.

Norman wściekły i przybity, poszedł do piwnicy i spił się tam z rudym Faszystą, którego najbardziej lubił z wszystkich chłopaków w bloku, tym bardziej, że zawsze w jego komórce stał wielki gąsior z winem domowej roboty.

– Kurwa, tylko chciałem zobaczyć jak by wyglądała…? – powiedział i zapalił następnego Sporta.

– Nie przejmuj się bracie… ona ciebie kocha… Tylko musisz uważać na Pepegę… bo już dwa razy ich razem widziałem… – odezwał się Faszysta.

– Co ty pierdolisz…? Ona jest tylko moja… Tak jak Suzie… – Obruszył się Norman – Codziennie ją bzykam, a czasem nawet trzy razy pod rząd…

Suzie Quatro i Len Tuckey na scenie

Chłopaki pociągnęli jeszcze sporo wina, po czym wyszli z piwnicy na podwórko i usiedli na ławce, przy klatce schodowej Normana. Alkohol zrobił swoje i nieomal od razu przysnęli oparci o siebie. Mijający ich dorośli kiwali z dezaprobatą głowami, a kulawy blokowy chciał nawet ruszyć na milicję, ale akurat zawołała go jedna z sąsiadek, więc chcąc, nie chcąc, wszedł do pierwszej klatki i wspiął się na trzecie piętro. W głowie Normana zaczął się właśnie koncert, tak realistyczny, jakby rzeczywiście miał miejsce tuż przy naszym bloku. Wszędzie migały kolorowe światła, a na nieco oddalonej scenie, Suzi podskakiwała rytmicznie i śpiewała ochrypłym głosem: I’m a red-hot fox. I can take the knocks/ I’m a hammer from hell. Honey, can’t you tell?/ I’m the wild one. Yes, I’m the wild one/ I’m a touched-up freak on a winning streak. Patrzył na nią w uniesieniu, ale po chwili przeraził się, gdy senne obrazy zafalowały, a twarz piosenkarki wydłużyła się i przybrała lisi kształt. Jakiś wielki, czarny młot uderzał we fioletowe skały, tryskały snopy iskier i pojawiało się przy nich wiele demonów z lisimi, wilczymi twarzami i wielkimi rogami. Suzi zmieniła się w Tereskę z psią smyczą na szyi, straszliwie fałszującą: I’m a blue-eyed bitch and I wanna get rich/ Get out of my way ’cause I’m here to stay/ I’m the wild one. Yes, I’m the wild one/ Well it ain’t no use. Turn me loose… W tym momencie zza jej pleców wysunął się potężny mężczyzna z wilczą twarzą i powtórzył jak echo: More…more…I can’t keep score…Yeah!/ Well it ain’t no use. Turn me loose/ More…more…I can’t keep score. Przez chwilę Norman stracił orientację, ale zaraz wróciła senna świadomość i zrozumiał, że to Len Tuckey, basista Suzie, którego nienawidził od samego początku, podejrzewając go o romans ze swoją idolką. Wizja była tak realna i przerażająca, że Norman przebudził się gwałtownie,  skoczył na równe nogi i zaczął okładać powietrze, bełkocząc coś bez sensu. Nie było już przy nim Faszysty, ale przy ostatniej klatce drugiego bloku zobaczył Pepegę, rozczesującego zapamiętale długie włosy wielkim, żółtym grzebieniem.

Pepega był jednym z najsłabszych chłopaków na podwórku i często dostawał od nas niezasłużony łomot, a ulubionym zajęciem najsilniejszych członków wspólnoty było kopanie go w dupę. Dopiero po szesnastych urodzinach zaczął się stawiać, zapuścił długie włosy, zaczął też handlować winylami znanych zespołów i szybko znalazł kilku silnych obrońców. Teraz stanął przed klatką i patrzył zdumiony na Normana, biegnącego do niego chwiejnym krokiem i wykrzykującego coś niezrozumiale. Dopiero, gdy znalazł się jakieś dwadzieścia kroków od niego, usłyszał wyraźnie:

– Tuckey…!!! Ty bucu… odczep się od Suzie, bo cię zabiję…– wrzeszczał bez opamiętania zbliżający się chłopak.

Nagle z klatki wyszła Tereska, położyła rękę na ramieniu kolegi i dramatycznym głosem ostrzegła go:

– Pepe…!!! Uciekaj, bo on jest pijany…!!!

Ślub Suzie i Lena

Norman spostrzegł, że przy znienawidzonym basiście stanęła Suzie Quatro, więc z jeszcze większa furią natarł na chłopaka. Nagle też, nie wiadomo skąd, pojawił się „Spierdalaj” i chrapliwym głosem zaczął obszczekiwać przeciwnika Normana. Ten zamachnął się szeroko i myślał, ze trafi w głowę Tuckeya, ale Pepega przytomnie postąpił do przodu dwa kroki, więc napastnik stracił równowagę i padł na ziemię. „Spierdalaj” zawył boleśnie i natarł na przeciwnika, ale jeden zdecydowany ruch nogi odsunął go na bok.

– Tuckey, ty gnoju…!!! Mówię ci, odwal się od Suzi…! – charczał i sapał Norman – Odwal się od niej, bo dostaniesz kosą pod serce…

Ledwie to z siebie wydusił, sięgnął do tylnej kieszeni dżinsów i wydobył z niej sporych rozmiarów nóż. Nacisnął owalny, niklowany guziczek i ostrze wyskoczyło natychmiast, połyskując jaskrawo w słońcu.

– Pepe… zwiewamy…! – krzyknęła Tereska i popchnęła kolegę przed siebie – on chyba zwariował…!!!

– Uchlał się i nie wie, co gada… – powiedział Pepega, kopiąc ostatni raz „Spierdalaja” w tyłek.

Norman upadł na ziemię i przekrwionymi oczyma patrzył jak umyka jego marzenie – Suzie i Len szybkimi krokami oddalali się od niego, kierując się za sąsiedni blok. Z drugiej strony, kulejąc i sapiąc, zmierzał w jego stronę blokowy, prowadzący dwóch barczystych milicjantów. Dalszy ciąg tej historii był dość smutny, bo Norman po raz pierwszy znalazł się w Izbie Wytrzeźwień, a jego dziewczyna ostatecznie zostawiła go i związała się z Pepegą. Niebawem też gruchnęła pośród wspólnoty wieść, ze Suzi Quatro wyszła za mąż za basistę ze swojego zespołu. Norman nie chciał w to wierzyć, ale jak zobaczył w nowym numerze „Brava” zdjęcia ze ślubu, podarł je, wyrzucił wszystkie płyty i kasety krzykliwej piosenkarki i zaczął interesować się tylko męskimi grupami rockowymi.

 

 

SZKATUŁKA Z LAKI (1)

Miałem pięć lat i świat nagle eksplodował w mojej świadomości niczym kolorowa kula świątecznych ogni, cudownych chińskich fajerwerków, pojawiających się raz po raz na granatowym niebie. To wtedy po raz pierwszy usłyszałem w sobie harmonijną muzykę, jakby barokowe koncerty Jerzego Fryderyka Haendla, i wszystko zaczęło mnie ciekawić, wszystkiemu przyglądałem się z natężoną uwagą, jakbym chciał w pełni zrozumieć struktury i kształty, kolory i zapachy, właściwości i smaki. Mogłem tkwić przy oknie kilka godzin i przyglądać się osom i muchom, mozolnie pnącym się po tafli szkła, albo przystawać w kącie pokoju i patrzeć jak pająk zabija ćmę i wysysa z niej wszystkie soki. Małym paluszkiem dotykałem główkę zielonej żaby, usadowionej przy wielkiej kałuży albo próbowałem schwytać małą jaszczurkę wygrzewającą się na murze. Lubiłem też głaskać gołębie, które ojciec pokazywał mi w swoim gołębniku i studiowałem z uwagą ich dziwne, czerwone lub pomarańczowe oczy. Siadając na niewielkim chodniku z chropowatych cegieł, przyglądałem się też roślinom, kiełkującym pomiędzy nimi, a moją uwagę szczególnie przyciągały taszniki z sercowatymi owocami na cienkich łodygach. Zdarzało się, że zjadałem te serduszka, nie wiedząc, że są w nich malutkie nasionka, przydające im gorzkawego smaku. Wszystko było zdumiewające – białe larwy wyskrobane z czarnej ziemi, mrówki przemykające pomiędzy kamieniami, biedronki wspinające się na kolczaste osty i szewczyki w ogrodzie, tysiącami oblepiające korę śliw i jabłonek. Po całym dniu, gdy mama układała mnie do snu w pachnącym łóżku, a ciepło i błogość rozlewały się we mnie, zamykałem oczy i czekałem aż sen wprowadzi mnie do tajemnych krain, w których rozmywały się kształty, wracały zdarzenia sprzed narodzin, a demony toczyły walki z aniołami. Wiele razy budziłem się wtedy z krzykiem, chciałem gdzieś uciekać, czegoś się złapać, coś od siebie odepchnąć i dopiero czuły szept mamy uspakajał mnie i pozwalał zagłębić się we śnie. Podbiegał też wtedy do mnie mały piesek, wskakiwał na łóżko i rozkładał się w moich nogach, kojąc swoim ciepłem ból i tępą rozpacz. Zasypiałem spokojnie i rozpływałem się w poczuciu szczęścia, absolutnego bezpieczeństwa, a obrazy, napływające do mojej świadomości miały intensywne barwy, były ciepłe i delikatne jak sierść śpiącego ze mną pieska. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że małe serce nieustannie kurczy i rozkurcza się we mnie, krew krąży w przestronnych arteriach żył, a w głowie czuwa nade mną i nad tym, co dzieje się w ciele, dziwna galaretowata materia, wciąż rozrastająca się i znajdująca dla siebie miejsce w powiększającej się czaszce.

Nie wiem jaki to był dzień tygodnia, może wtorek, środa, czwartek, a może poniedziałek lub piątek, na pewno nie sobota lub niedziela, bo wtedy mama byłaby w domu. Gdy jednak chodziła do pracy i ojciec miał dyżur w fabryce rowerów, pilnowała mnie babcia Marta lub prababcia Eliza, która musiała do nas przychodzić z ulicy Strzeleckiej. Najbardziej lubiłem mamę mojej mamy, bo jej rodzicielka bywała dla mnie zła, eksperymentowała z moją wrażliwością, burząc konstrukcje z klocków, lub strasząc mnie Żydami.

– Już idą do ciebie Żydzi szczeniaku, złapią cię i przerobią na salceson – mówiła cedząc słówka i rozkoszując się ich brzmieniem.

Płakałem przerażony i uciekałem do pokoju, chowając się pod łóżkiem albo w szafie, pomiędzy płaszczami, kurtkami i miękkimi, wełnianymi szalami. Potrafiła wtedy wolno otwierać drzwi i zbliżać do mnie twarz wykrzywioną w jakimś demonicznym grymasie. Mama nie rozumiała dlaczego tak się jej boję, ale po jakimś czasie przestała ją prosić o opiekę nade mną, częściej zostawiając mnie z Martą. Jakże lubiłem to jej krzątanie się przy garnkach i dawanie mi raz po raz kawałków kurczaka z rosołu, pięknie uformowanych klopsów albo wołowych kości, bym wyssał z nich smakowity szpik. Tego niewiadomego dnia babcia posadziła mnie przy stole i nie wiedzieć skąd wyjęła piękną, czarną szkatułkę z chińskiej laki, składającą się z trzech płaskich pojemników, wypełnionych najprzeróżniejszymi skarbami. Oczy roziskrzyły mi się i po podniesieniu wieczka z żurawiami, lecącymi w stronę zachodzącego słońca, zacząłem powoli grzebać w pierwszym pudełku, oklejonym od środka czerwonym jedwabiem.

Już w górnym pojemniku zauważyłem kilkanaście kolorowych guzików różnych rozmiarów, jakieś ozdobne spinki do włosów, niewielkie szpulki kolorowych nici i igieł.

– Tylko bądź ostrożny i nie wbij sobie igły lub szpilki w paluszek – przestrzegła mnie babcia.

Szpilek było sporo, ale najbardziej ciekawiły mnie te z kolorowymi, plastikowymi łebkami, częściowo wpięte w małą jedwabną poduszeczkę lub walające się pomiędzy innymi przedmiotami. Chwytałem je delikatnie i wbijałem obok innych, neutralizując niebezpieczne ostrza. Guziki rozkładałem na stole, grupując je według wielkości i kolorów. Babcia zauważyła to i postawiła przy mnie kilka niewielkich, białych miseczek i zasugerowała bym je wykorzystał przy segregacji. Były tam też kolorowe wstążki, zdobione złotem lub gładkie – różowe i błękitne, turkusowe i żółte. Owijałem je wokół palców, a potem odkładałem na bok, sięgając jeszcze po niewielkie drewniane szpulki z barwnymi nićmi, lśniące pazłotka i sreberka, jakieś gumki i niklowane śrubeczki. Nagle odsłoniłem też pięknego żołędzia i nieco pomarszczonego kasztana, a w samym rogu leżał duży orzech laskowy. Chwyciłem go kciukiem i palcem wskazującym i uniosłem do góry, oglądając z każdej strony, a potem włożyłem do jednej z pustych miseczek, lokując tam też żołądź i owoc kasztanowca. W prawym rogu znalazłem złocisty woreczek z zaciągniętym sznureczkiem, w którym był niewielki, ozdobny kluczyk z papierkiem, na którym były jakieś napisy, wtedy jeszcze tajemne dla mnie. Czytać nauczyłem się dopiero w wieku siedmiu lat, gdy poszedłem do pierwszej klasy szkoły podstawowej. W tamtej chwili napisy były więc dla mnie tajemniczymi runami, nie do rozszyfrowania, ale czułem, że zakodowana w nich informacja jest bardzo ważna. Z drugiego rogu wydobyłem srebrny łańcuszek z czerwonym serduszkiem w złotej oprawce i długo przekładałem go z ręki do ręki, unosiłem w górę i rozkoszowałem się czerwonym światłem, połyskującym w krysztale. Babcia co jakiś czas popatrywała na mnie, albo przystawała przy mnie, gdy wtykała mi do ust kolejny smakołyk.

– Nie zgub tego serduszka, bo dostałam go od pierwszego chłopaka – powiedziała z dziwnym uśmiechem i rozmarzyła się – Ach, jaki on był silny… jak mnie przytulał i gorąco całował… Mój biedny Janek… Zginął w pierwszych dniach wojny, rozstrzelany przez Szwabów na Starym Rynku…

Zauważyłem łzę spływającą po policzku babci i też zrobiło mi się bardzo przykro. Może bym zapłakał nad tragedią nieznanego Janka, ale zauważyłem w dolnym rogu pudełka jakiś dziwny, mały mechanizm. To były połączone ze sobą kółeczka i zębate trybiki, gałeczki z masy perłowej i pstrykające głośno plastikowe przełączniki. Zapewne była to jakaś część zegara, a może element ruchomej zabawki – mógł to też być mechanizm dawno zamilkłej pozytywki lub aparatu fotograficznego. Długo bawiłem się nim, naciskając tu i tam, przekręcając kółka i wciskając najmniejszy palec w wolną przestrzeń pomiędzy nimi. Odłożyłem to dziwne urządzenie do innej miseczki i sięgnąłem po kolorową, szklaną kulkę wielkości orzecha włoskiego, rozkoszując się jej gładkością i barwami, przechodzącymi jedna w drugą, przenikającymi się jak na palecie malarskiej.

Nagle moją uwagę przykuł duży pierścionek z szafirowym kamieniem, mieniący się kolorami tęczy i jakby domagający się uniesienia w górę, wyodrębnienia z bezładu i bałaganu w pudełku z laki. Był za duży na moje palce i nie pasował nawet na kciuka, zsuwając się natychmiast na stół i generując metaliczny hałas, który zainteresował babcię.

– Co ty tam znalazłeś mały? – babcia była szczerze zdumiona i podchodząc do mnie powiedziała – To przecież mój pierwszy pierścionek zaręczynowy… Dostałam go od… a nie ważne od kogo… kurwa go mać… od początku mnie oszukiwał, mówił, że to złoto i szafir, a okazało się, że to jest tombak i szkło… Rzuciłam go w cholerę i zemściłam się srodze…

Z niesmakiem odłożyłem pierścionek, tym bardziej, że słowo tombak połączone z kurwa go mać wydało mi się wyjątkowo odrażające, mające w sobie jakieś zło, kosmiczną destrukcję, pierwotne kłamstwo. Zaraz też sięgnąłem po pyszną, srebrną broszkę z kwietnymi ornamentami na bokach, a w środku imitującą rozkwitłą margerytkę. Niestety chwyciłem tę ozdobę tak niefortunnie, że mój wskazujący palec prawej ręki nadział się na zakończenie igiełki zapinającej, umieszczonej z tyłu i będącej ukrytym zagrożeniem. Syknąłem prawie bezgłośnie, a na palcu natychmiast pojawiła się malutka kropelka krwi. Wsadziłem go więc do ust, by babcia nie zauważyła mojego błędu i nie zabrała mi szkatułki ze skarbami. Poczułem słony smak krwi, mający w sobie jakiś pogłos dalekiej tragedii, jakąś informację o tym, co wydarzało się od wieków i było przekleństwem całej ludzkości. Po jakimś czasie krew przestała się sączyć i mogłem sięgnąć po dwa klipsy, przypominające broszę i zapewne stanowiące z nią komplet. Jeden z nich miał ukruszone szklane ozdoby i połyskiwał niklem, ale drugi nie miał defektów i zapewne wiele razy bywał przypinany do miękkiej małżowiny usznej babci. Zaciekawiły mnie mechanizmy zatrzaskowe klipsów i z lubością otwierałem je i zamykałem na dopiero co zranionym, wskazującym palcu, co było dość bolesne. Jeszcze wyodrębniłem niewielkie kolorowe, płaskie, plastikowe kółeczka służące do gry w „Pchełki” i szklane koraliki z jakiegoś zerwanego sznura, pośród których była też jedna autentyczna perła. Obejrzałem ją pod światło, zauważyłem różowawe odcienie, a potem odłożyłem do miseczki z żołędziem, laskowym orzechem i kasztanem, w  jakiś tajemny sposób czując, że należy do tych samych tworów natury. Zbliżał się czas obiadu i babcia odsunęła moje skarby i miseczki na bok stołu, kładąc przede mną talerz, na którym po chwili pojawiły się dukane ziemniaki, marchewka z groszkiem i kawałek mięsa ze schabu, smakowicie oblany brązowym sosem.

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (11)

To był piękny wrześniowy wtorek… Lato nie chciało odejść i trwało w najlepsze, choć nocne chłody już przydały liściom żółcieni, czerwieni i brązu. Słońce świeciło jak w lipcu, czasami tylko matowiejąc za białymi chmurami, ginąc w odmętach granatu i szarości, opalizując w szybach bloków i wieżowców. Cały dzień siedziałem w domu, czytałem powieść Tadeusza Sochy pt. Tajemnica Joliby, przeglądałem mapy w wielkim atlasie geograficznym, uczyłem się na pamięć nazw rzek, mórz i pustyń.  O godzinie szesnastej miałem się spotkać przed blokiem z moim przyjacielem Arielem, z którym od roku chodziłem na treningi karate. Odbywały się one w sali gimnastycznej jednej z podstawówek, do której szło się przez część naszego osiedla i przez dzielnicę Jary. Ariel miał najoryginalniejsze imię w naszej szkole średniej, ale wcale nie była to fanaberia rodziców. Pochodził z rodziny żydowskiej, której korzenie sięgały wschodnich kresów dawnej Rzeczypospolitej, bodajże z Brodów, gdzie jego pradziadek był rabinem. Lubiłem go, bo miał wielką wiedzę geograficzną i na przerwach mogłem z nim dyskutować o afrykańskich wyprawach Henry’ego Stanleya, Davida Livingstone’a i Mungo Parka, testować znajomość nazw stolic, wysp i parków narodowych. Poza tym wzbudzał we mnie podziw, bo wspaniale grał na skrzypcach, opowiadał mi o wielkich kompozytorach, czym zaszczepił we mnie miłość do muzyki poważnej, a szczególnie do Beethovena i Haydna. Jak wszyscy chłopcy w naszym wieku, słuchaliśmy też muzyki rockowej, wymienialiśmy się drogocennymi taśmami magnetofonowymi z nagraniami piosenek zespołów Slade, Black Sabath i Led Zeppelin. Ariel był dość niepozorny, wręcz filigranowy, miał jasną karnację cery, kruczoczarne włosy, wyrazisty pieprzyk nad górną wargą, głębokie, czarne oczy, w których stale rysowało się rozmarzenie. Często wzruszał się przy graniu i słuchaniu muzyki i nie wstydził się ronić łez, czym zjednywał sobie wielu przyjaciół. Tylko jego zbyt ostry nos szpecił trochę jego twarz i powodował, że wyglądał zawadiacko, choć częsty uśmiech i odsłanianie białych zębów, łagodziły jego ostre rysy. Cała szkoła biła mu brawo, gdy grał koncerty skrzypcowe Telemanna, Mozarta I Vivaldiego, a dyrektor nieodmiennie prosił go, by na bis zagrał fragment koncertu a-moll Jana Sebastiana Bacha.

Zbiegając po schodach na podwórko, brzmiały we mnie jeszcze słowa z przeboju grupy Black SabathI need someone to show me the things in life that I can’t find/ I can’t see the things that make true happiness…Na przekór nim miałem dobry humor i z uśmiechem powitałem Ariego, który czekał już na mnie przed klatką ze skrzypcami w futerale. Po treningu miał jechać do szkoły muzycznej, gdzie miał umówione spotkanie z nauczycielem z filharmonii.  Przybiliśmy piątkę i ruszyliśmy przed siebie, rozmawiając o tym i owym, relacjonując  sobie ostatnie zdarzenia szkolne i podwórkowe. Trenowaliśmy karate w obrębie stylu  Shōtōkan, co szczególnie ważne było dla Ariela, który nie mógł forsować rąk, tak cennych dla jego talentów muzycznych.  Nasz trener odwiedził Japonię, gdzie zapoznał się ze szkołą mistrza Gichina Funakoshi, który wyszkolił wielu mistrzów. Shōtō znaczy po japońsku „falowanie sosen”, ale był to też pseudonim literacki Funakoshiego, który podpisywał w ten sposób swoje kaligrafie. Z kolei „kan” oznacza budynek, pawilon, siedzibę, w której mistrz nauczał. Choć określał on do końca swój styl jedynie jako karate, to jego syn i uczniowie nazwali go Shōtōkan. Wiele godzin poświęciliśmy z Arielem na trenowanie kopnięć i uników, nagłych wyskoków w górę i opadania do pozycji „szpagatu”. Przy naszym wielkim zaangażowaniu traktowaliśmy treningi w białych karate-gach ogólnorozwojowo, unikając zawodów, na których wiele było urazów. Oprócz karate lubiliśmy jeździć na rowerach, pływać w jeziorach, rzekach i morzu, wspinać się na szczyty górskie w Tatrach, odbywać dalekie marsze i grać w piłkę nożną. Wielokrotnie nauczyciele muzyczni nakłaniali Ariela, by zrezygnował z karate, bo jest wielkim talentem i może z czasem stać się prawdziwym wirtuozem. Moja mama też buntowała się przeciwko moim treningom, szczególnie, gdy wracałem do domu z fioletową fifą pod okiem, rozciętym łukiem brwiowym albo wybitymi palcami u nóg.  My jednak chcieliśmy trenować i nasza determinacja powodowała, że zmieniały się kolory pasów zawiązywanych na naszych karate-gach.

Teraz już wychodziliśmy z naszego osiedla i sunąc przy wielkim cmentarzu podążaliśmy śmiało ku Jarom. Na końcu ogrodzenia cmentarnego, niczym huba przylepiona do drzewa, stał wielki zielony kiosk. Gromadziło się zawsze przy nim sporo amatorów piwa, pijanego w małych, baryłkowatych butelkach. Tym razem dostrzegliśmy z daleka, że koło kiosku koczuje kilkunastu chłopaków i starszych mężczyzn. Jedni siedzieli na drucianych krzesłach, inni stali w kręgach i żywo o czymś dyskutowali, jeszcze inni skupiali się przy siatce okalającej nekropolię. Szliśmy żwawo i zapewne nic by się nie stało, gdyby Arielowi nie zachciało się pić. Kupiliśmy dwie „Mandarynki” za dwa złote i zaczęliśmy je wolno pić, chwaląc smak i rozkoszując się gazem, który leciutko głaskał nasze podniebienia.

– Te, skrzypek, chcesz dostać w ryja…?! – dobiegł do nas z boku jakiś głos.

Natychmiast wybuchła salwa śmiechu, a gruby chłopak wysunął się przed grupę osobników trzymających w rękach butelki z piwem. Poznałem go od razu, bo wiele razy miałem z nim do czynienia na naszym podwórku. To był starszy od nas o dwa lata Wiesiek, przezywany „Czarodziej” albo „Czary”, mający na swoim koncie pierwsze konflikty z prawem i słynący z różnych dziwnych wyskoków. Ariel zmarszczył brwi, dokończył spokojnie picie napoju, po czym oddał butelkę i odwrócił się od bandy pijącej piwa. Zrobiłem to samo i już ruszaliśmy w dalszą drogę, gdy nagle „Czary” wykazał się wielką sprawnością, wykonał kilka susów, doskoczył do nas i próbował wyszarpnąć futerał ze skrzypcami z rąk mojego kolegi. Ariel wykazał wielki refleks i natychmiast przerzucił instrument do moich rąk, jednocześnie stając w pozycji wykrocznej. Patrzył uważnie na to, co zrobi napastnik, a gdy ten próbował go uderzyć pięścią w twarz, śmignął błyskawicznie nogą i czubkiem buta uderzył go w grdykę. Cios był tak silny, że grubas upadł na ziemię i zaczął charczeć boleśnie, pluć krwią i sapać z nienawiścią.

– Osz ty kurwa skrzypku…! – krzyknął histerycznie Kulczyk, trzasnął butelką po piwie o kamień i z koronką w ręku podbiegł do Ariela.

Ten podskoczył do góry, ominął dłoń nowego napastnika i z rozmachem kopnął go kolanem w czoło. Kulczyk upadł jak rażony gromem, ale „czary” już się podnosił i trzech nieznanych mi kolesiów dźwignęło się z ziemi i ruszyło ku nam. Widząc co się święci, odłożyłem futerał na ladę kiosku i podążyłem do przodu. Choć trenowałem karate i stosowałem się do zasad szkoły oraz naszego mistrza, poczułem się zwolniony z przysięgi i w stosunku do nadbiegających osiłków zastosowałem tzw. „trójkę”, czyli kombinowane uderzenia, siejące prawdziwe spustoszenie. Ariel raz jeszcze kopnął „Czarego” w szyję, a ja trafiłem pierwszego kolesia z pięści w podbródek, po czym wykonałem obrót całego ciała, strzeliłem łokciem w brzuch drugiego z nich, a „trójkę” zakończyłem uderzeniem w czoło trzeciego napastnika. Uderzaliśmy w czułe miejsca, bo koronki w rękach chuliganów wskazywały na to, że są zdeterminowani uczynić nam krzywdę.

– Chłopaki, spierdalamy, to karatecy… – krzyknął nagle jeden z przeciwników, ale „Czary” nie dawał za wygraną.

– Ja im kurwa mać pokaże… – wrzasnął, splunął krwią na ziemię i ruszył ku Arielowi.

Ten sprytnie uchylił się, odskoczył na bok i jednocześnie pchnął grubasa ku ścianie kiosku. Tym samym rozkwasił mu nos, zmaltretował łuki brwiowe i brodę. „Czary” opadł na ziemię i patrzył niewidzącym wzrokiem przed siebie. Ariel wolno sięgnął po skrzypce, poklepał mnie po ramieniu i sprężyście ruszyliśmy ku naszej sali treningowej. Po kilku dniach, gdy wracaliśmy z kolejnego treningu i znowu przechodziliśmy obok zielonego kiosku, zauważyliśmy „Czarego” z butelką w dłoni, patrzącego na nas złowrogim wzrokiem. Jego głowa owinięta była opatrunkiem gipsowym, który sięgał do piersi i obejmował oba ramiona. Uśmiechnęliśmy się do siebie, a Ari zapytał mnie teatralnym szeptem:

– Myślisz, że „Czary” w tym hełmie leci w kosmos…?

– Pewnie tak… – odparłem ze śmiechem.

Ariel z rozmachem bujnął futerałem od skrzypiec, jakby prasował nim sukno powietrza, po czym podsumował naszą walkę w charakterystyczny dla siebie sposób:

– Czym byłoby życie, gdyby nie można było spuścić łomotu paru kanaliom…?

NIEŚWIADOMOŚĆ

Podczas lektury Medytacji kartezjańskich Edmunda Husserla natknąłem się na taki oto fragment: Codzienne praktyczne życie jest życiem wiedzionym w naiwności: żyć w ten sposób znaczy, swym doświadczeniem, myśleniem, wartościowaniem być zanurzonym w zastanym przez nas świecie. (przeł. Andrzej Wajs, Warszawa 1982, s. 230) Choć wielkie dzieło niemieckiego filozofa jest wprowadzeniem do fenomenologii transcendentalnej i czytałem je w określonym celu poznawczym oraz pisarskim, to wskazanie naiwności  naszego życia w zastanym świecie zrodziło we mnie biograficzną refleksję z dzieciństwa. Było lato roku 1970 i miałem wtedy dwanaście lat, chodziłem do piątej klasy szkoły podstawowej, miałem swoje zainteresowania geograficzne, codziennie grałem w piłkę i jeździłem na rowerze, oddychałem  pełną piersią, a w oczach lśniło mi światło. Pewnego dnia mój ojciec zadecydował, że wraz z kolegą pójdzie nad bydgoski kanał i zabierze mnie, bym wykąpał się w nim. Jakże mnie to uszczęśliwiło i szedłem tam z dwoma mężczyznami z radością, przysłuchując się ich rozmowom. Tak, to była pełna nieświadomość i całkowita naiwność, podążanie ku zdarzeniu, które mogło mieć jakże tragiczny finał. Miejsce przy kanale wyglądało wtedy inaczej niż dzisiaj, miało swobodne, piaszczyste dojście do wody, która w latach siedemdziesiątych była czystsza, odnawiana przez Noteć i Brdę. Trasa wodna ciągle funkcjonowała i od czasu do czasu można było zobaczyć na niej płynące barki, pchacze i inne statki. Gdy dotarliśmy na miejsce, zastaliśmy tam sporo ludzi w wodzie i na brzegu, wiec szybko rozebrałem się i czekałem na pozwolenie wejścia do kanału. Ojciec usiadł wraz z kumplem w pewnym oddaleniu, pod drzewem sosnowym i wdał się z nim w rozmowę, od czasu do czasu popijając piwo. W końcu też pozwolił mi ruszyć do wody, przestrzegając jednocześnie, że mogę bawić się tylko na brzegu, tym bardziej, że nie umiałem jeszcze dobrze pływać. Natychmiast oddałem się wodnym igraszkom i czułem się wspaniale w towarzystwie innych dzieci, nurkujących i robiących wiele hałasu w kilku miejscach. Jeszcze spojrzałem na ojca w oddali i chciałem mu pomachać ręką, gdy nagle osunąłem się do głębszej wody, czując, że nie zdołam się z niej wydostać. W toni próbowałem z przerażeniem wołać tatę, ale tylko piłem wielkimi haustami wodę i bliski byłem utraty przytomności. Na szczęście mój rodzic zauważył co się stało i z wielkim pędem ruszył do kanału, z którego wydobył mnie natychmiast. Przerażenie od razu zamieniło się w euforię i kaszląc, wypluwając wodę, poczułem się jakbym urodził się po raz drugi. To było przerażające doświadczenie i dopiero straszliwy krzyk matki, której później zrelacjonowałem, co się stało, uświadomił mi grozę tej sytuacji. Choć zostałem uratowany przez ojca, dostał on solidną reprymendę, tym bardziej, że mama nie lubiła tego jego kolesia, który zawsze namawiał go do picia alkoholu. Chociaż wtedy nie było go sporo, to jednak mógł on spowodować obniżenie czujności i moje życie mogło się skończyć tego słonecznego, lipcowego dnia. Teraz, gdy o tym myślę i kontempluję moją ówczesną „nieświadomość”, widzę oczyma wyobraźni świeżo wykopany grób na cmentarzu na Jarach, otwartą trumnę i cały ten potworny ceremoniał pogrzebowy, w którym uczestniczyć by musieli moi bliscy. Będąc w 1999 roku w szwajcarskim Fryburgu i stając nad grobem Edmunda Husserla, nie przypuszczałem, że kiedyś lektura jego dzieła zawiedzie mnie ku przerażającemu wspomnieniu tonięcia w bydgoskim kanale. Wciąż mam w pamięci tamtą rozpacz i poczucie bezradności, gdy osuwałem się w głębinę, zieleń rozświetlonej wody i euforię wydostania się z matni na rękach ojca. Dzisiaj czasami przejeżdżam na rowerze obok miejsca mojej niedokonanej śmierci, zatrzymuję się na moście i patrzę na tę jakże inną dzisiaj toń. Kanał od dawna jest zamknięty, więc stojąca w nim woda pokryła się gęstą roślinnością, wzrosło też zamulenie i brzegi nabrały dzikości. Nie ma już śladu po piasku na brzegu i dzikim kąpielisku, a groźna chwila nieświadomego zagrożenia, zanurzona w zastanym świecie, utonęła w przeszłości, pośród tysięcy innych sekund, minut, godzin.

Grób Edmunda Husserla we Fryburgu Bryzgowijskim

ALEJA KLONÓW (28)

Zamieszczony tutaj wpis jest ostatnim w ciągu prezentacji fragmentów prozy opisującej kształtowanie się wrażliwości i wyobraźni małego chłopca. Powieść pt. „Aleja Klonów” ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Temat i została skierowana do księgarń. 

Szare i granatowe chmury pędziły donikąd, a gwałtowne, zimne wiatry rozbierały klony z tunik i sukni złotawych liści. W grafice czarnych konarów, w miedziorytach gałęzi siedziały stada gawronów i spokojnie czekały, aż nad horyzontem zgasną wielkie głownie zmierzchu. Właśnie wtedy, któregoś jesiennego dnia, mój ojciec przywiózł do domu wielki karton i postawił go na stole w kuchni, robiąc dziwne miny. Wtedy mama przerwała przygotowywanie klopsów z wieprzowiny, wytarła ręce w fartuch, otworzyła usta ze zdziwieniem i zapytała:

            Coś ty tu przyniósł? Znowu jakieś gipsowe miski dla gołębi, albo nowe poidło dla nich?

            Sama zobacz, tylko uważaj… odparł tajemniczo.

Mama przelękła się nie na żarty i odrzuciła zwiędły liść klonu, który spadł na pudło po drodze. Po chwili odważnie zaczęła też rozcinać karton wielkim, ostrym knypem, służącym do kawałkowania wołowego mięsa. Po chwili otworzyła pakę, zajrzała do środka i wciąż zdumiona, odwróciła się do ojca. Ten podszedł do rozciętego opakowania, wsunął ręce i z wysiłkiem wydobył sporych rozmiarów drewniany, politurowany sześcian. Postawił go na stole i zdjął biały, płócienny worek, którym był okryty, a potem z uśmiechem popatrzył na mnie i na mamę.

            Kupiłem telewizor…– powiedział i serdecznie objął mamę ramieniem.

A skąd ty chuliganie na to miałeś pieniądze…? – spytała mama i załamując ręce dodała Pewnie znowu pożyczyłeś od kolegów…? Albo od jakichś bogatych gołębiarzy…?

            Dostałem pożyczkę z zakładów rowerowych i pomyślałem, że telewizor będzie dla was wspaniałym prezentem… odrzekł.

            – Boże drogi, a z czego my to spłacimy…? Chcesz bym urodziła drugie dziecko, a nie potrafisz utrzymać pieniędzy w kieszeni – lamentowała mama.

            – Damy jakoś radę, tym bardziej, że będę teraz woził więcej wycieczek po Polsce i zarobię na łebkach, zabieranych po drodze…. – przekomarzał się z nią tata.

Tego dnia dwie intrygujące informacje donośnie dźwięczały we mnie i powracały stale jak echo – ojciec chce by mama urodziła drugie dziecko… A jak to będzie głupia, pyskata dziewczynka? Co wtedy pocznę, gdzie się podzieję? A jak na świat przyjdzie chłopiec, to czy będzie chciał się ze mną bawić? No i to drugie zdarzenie – telewizor w naszym domu, jakieś tajemnicze urządzenie, nie wiadomo do czego służące. O ile wiadomość o tym, że mama będzie jeszcze raz w ciąży nie dawała mi spokoju, o tyle pojawienie się dziwnego sześcianu przyjąłem z wielkim zaciekawieniem i entuzjazmem. Wzrosło ono jeszcze mocniej, gdy przyszedł do nas chudy kolega taty o imieniu Jurek, zajmujący się instalacją anten i uruchamianiem nowych odbiorników.

            – Jaki model kupiłeś druhu – zapytał, wchodząc do naszego domu z ogromną skórzaną torbą, wypełnioną śrubokrętami, nakrętkami, lampami i przewodami różnej grubości. W drugiej ręce miał spory zwój płaskiej anteny, znacznie sztywniejszej od kabli okrągłych, których tyle było w naszym domu i w warsztacie szewskim dziadka.

            – Szmaragd, bracie, szmaragd… – odpowiedział ojciec i poprowadził kolegę do pokoju, gdzie telewizor znalazł już swoje miejsce na zamykanej bieliźniarce.

            – A… dobry odbiornik, dobry… – pochwalił kolega i zaraz zabrał się do pracy, przekręcając dwie gałki, umieszczone pod niewielkim ekranem i zdejmując obudowę z tyłu urządzenia.

Jeszcze tego samego dnia, po tym jak Jurek wraz z ojcem, weszli po drabinie na dach i zamontowali tam antenę, zasiedliśmy całą rodziną przed telewizorem. Przyszła babcia i dziadek Mojżesz, nie wiedzieć skąd pojawiła się prababcia Franciszka, a nawet przybiegły dwie piękne dziewczyny z podwórka, Mela i Jola. Pola Rozenfeld też się rwała do nas, ale mąż nie pozwolił jej wyjść z domu, zamknął na klucz w pokoju i nic sobie nie robił z tego, że dramatycznie płakała i co chwilę wydmuchiwała nos. Mama wzięła mnie na kolana, ojciec i babcia usiedli obok nas na kanapie, a po jakimś czasie doszła jeszcze gruba znachorka Kozłowska. Wieść o tym, że mamy telewizor lotem błyskawicy rozchodziła się po podwórkach i niemal całej Alei Klonów. Kłęby papierosowego dymu zaczęły unosić się w pokoju i mama musiała często otwierać nasze jedyne okno. Z tych pierwszych dni, kiedy to przychodzili sąsiedzi i znajomi z dalszych zakątków miasta, szczególnie zapamiętałem wizytę ciotki Zochy, nadąsanej, krzykliwej i nieustannie pytającej, skąd tata wziął tyle pieniędzy? O ile nie podobały mi się te zgromadzenia, dyskusje i nieustanne spory, o tyle telewizor stał się moim ukochanym urządzeniem. I ciągle śniły mi się sceny z filmów Walta Disneya, albo kadry z amerykańskiego Disneylandu, w którym, dzieci kręciły się w ogromnych filiżankach, zwiedzały zamki z bajecznymi wieżyczkami, albo z uciechą puszczały się w dół z wysokich, lśniących zjeżdżalni.

            Telewizor był u nas już od roku, gdy nagle przybiegł zaaferowany dziadek i wykrzyknął w drzwiach wejściowych:

             – W radiu mówią, że zabili Kennedy’ego…!!!

Nie wiedziałem o kogo chodzi, ale sądząc z reakcji ojca i mamy, musiał to być ktoś bardzo ważny, jeden z tych mężczyzn, którzy stawać mogli w jednym szeregu z generałami z jednostki wojskowej albo z towarzyszami, Gomułką, Cyrankiewiczem i Zawadzkim. Tata natychmiast przekręcił gałkę Szmaragda i po chwili na ekranie pojawiły się czarno-białe obrazy z dalekiej Ameryki. Było już bardzo późno, a listopadowa pora powodowała, że do domu przedostawało się coś z atmosfery mroku, mgieł unoszących się nad ogrodem i lodowatych powiewów wiatru. Jakiś spiker mówił podniesionym i lekko drżącym głosem:

– Stale nie możemy w to uwierzyć, ale potwierdzają się wcześniejsze doniesienia o tym, że dzisiaj w Dallas zamordowano Johna Fitzgeralda Kennedy’ego, trzydziestego piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych…

Na ekranie powtarzano wciąż jego przejazd szeroką ulicą, w ogromnej, czarnej i odkrytej limuzynie. Siedział w niej na tylnym siedzeniu, wraz żoną, która była niezwykle elegancko ubrana i miała na głowie zabawny toczek. Patrzyłem z lękiem w sercu jak przy głowie prezydenta pojawia się rodzaj podmuchu, a straszliwie przerażona piękna pani, przesuwa się na maskę i próbuje wyskoczyć z auta. Wszyscy zaczęli biegać, za kolumną samochodową ruszyli szybko stojący przy drodze policjanci, a ludzie chowali twarze w dłoniach i gorzko płakali. Zrobiło mi się bardzo żal tego Kennedy’ego, łzy zaszkliły się w moich oczach i zacząłem z uwagą przysłuchiwać się temu, co mówi dziadek, mama i tata.

            – Komuniści go zabili, bo im nadepnął na piętę – powiedział dziadek i zrobił minę, która miała wyrażać niesmak i pewność, że się nie myli.

            – Komuniści w Ameryce, co też tata mówi – odezwała się mama.

            – Kuba niedaleko i Chruszczow nigdy nie darował mu inwazji w Zatoce Świń – powiedział mój ojciec i zaciągnął się głęboko tanim papierosem Silesia.

Zatoka Świń… Jakże spodobała mi się ta nazwa i natychmiast w mojej wyobraźni pojawiły się świnie z rozciętymi brzuchami, kwiczące straszliwie i biegające na brzegu oceanu. Z rozharatanych ciał wylatywały im wnętrzności, tak jak podczas uboju, kiedy to rzeźnicy sprawnie oporządzali żywe jeszcze, zawieszone na hakach zwierzęta. Słowo zatoka kazało mi przypuszczać, że świnie są tam wolne i szczęśliwe, a nawet jak mają śmiertelne okaleczenia, to w tajemny sposób goją się one w tej przestrzeni, a flaki, wątroby i nerki same wracają na swoje miejsce.

            – Castro i ten jego partyzant Che Guevara to zrobili – perorował dziadek – Tylko oni mogli to zorganizować, tylko bolszewicy mogli się na to poważyć…

            – Tata wszędzie widzi ich spiski… – uciszała go zalękniona mama.

            – Ja myślę, że to raczej zrobiła mafia… – powiedział mój tata, by po chwili dodać – Czytałem w jednej gazecie, że Kennedy im się bardzo naraził…

             – To też możliwe…- wyrokował dziadek – Ale to komuniści mogli ich wynająć…

            – Zatrzymano już podejrzanego o to ohydne zabójstwo – mówił spiker – To pracownik składnicy księgarskiej Harvey Lee Oswald, który uciekając zastrzelił jeszcze niewinnego policjanta.

            – Zobacz jak szybko działa FBI w Ameryce – dziadek zwrócił się do ojca i odpalając od niego papierosa, dodał – Szkoda tego Kennedy’ego, dobrze mu z oczu patrzyło…

               – I taki był przystojny, taki podobny do naszego taty – powiedziała mama przytulając się do piersi męża.

Następnego dnia bawiliśmy się na podwórku w zabijanie prezydenta Stanów Zjednoczonych. Starszy Marasek ciągnął mnie w drewnianym wózku, a jego młodszy brat wybiegał z korytarza i udawał, że strzela do mnie z kawałka patyka. W jego oczach lśniła nienawiść, a mały palec wskazujący raz po raz zginał się, jakby naciskał cyngiel.

            – Już nie żyjesz Kennedy… Już po tobie… – pokrzykiwał nade mną, a ja kładłem się na wózku, jakby trafiły mnie mordercze kule zamachowca.

WIECZNOŚĆ

    

    Na pożegnanie Aliny Jelińskiej

Żegnajcie zielone oczy żegnajcie
czułe muśnięcia ust –

nigdy nie zapomnę drżenia
twych ramion kolan i rzęs

byłaś krucha jak błękit
subtelna jak turkus

w długim czarnym swetrze
i obcisłych dżinsach –

żegnajcie puszyste włosy
żegnajcie złączone dłonie

odeszły jaskrawe chwile
w zamglonym lesie

skruszał bukiet zielonych
złotych i czerwonych liści

ale nigdy nie zgasną słowa
miłości i rozstania –

choć został już tylko proch
i czarny atłas mroku

lodowaty szept ostatniego
oddechu

eternity eternity
eternity…

20 września 2017

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (10)

1797493_552828628148150_379137163_n

Beata mieszkała na drugim piętrze tego samego bloku, co ja, ale w innej klatce, nieco dalej w kierunku pawilonu Poczty i dużego centrum sklepowego. Bardzo mi się podobała, szczególnie, gdy układała długie, jasne włosy w kok i uwalniała dwa grube kosmyki z boku twarzy, często powiewające na wietrze, albo układające się pięknie na wyraziście uformowanych, okrągłych policzkach. Długo przyglądaliśmy się sobie z daleka, mijaliśmy się bez słowa na chodniku, gdy wyprowadzała sporego, czarno-brązowego boksera. Nie lubiłem go, ale paradoksalnie dzięki niemu poznałem ją bliżej, gdy jednego popołudnia rzucił się na mnie znienacka. Gdybym zgrabnie nie uskoczył, ugryzłby mnie w szyję albo w ramię, może przewróciłby albo podrapał pazurami.

– Holden, co ty wyprawiasz…? – krzyknęła przeraźliwie Beata, szarpnęła warczącego psa i z promiennym uśmiechem zwróciła się udo mnie: Przepraszam cię, nie wiem co mu się stało, od samego rana dzisiaj rozrabia i nawet mój ojciec przylał mu trzcinką…

– Może dlatego jest taki zły Beatko… – powiedziałem pojednawczo i również uśmiechnąłem się do niej.

– Holden!!! Holden!!! Przestań błaźnie… Co ty dzisiaj wyprawiasz – powiedziała i wymierzyła psu kilka razów końcem smyczy.

Bardotka_konczy_lat_3575317

Dopiero teraz zauważyłem jaka jest piękna, jak cudownie ukształtowana, szczupła w pasie, z dużymi, bujającymi się pod bluzką piersiami i kształtnym tyłkiem. I te nogi, okryte czarnymi pończochami, kontrastujące z białą mini spódniczką. Jej bokser był istotą z innego świata i takie piękności jak ona powinny nosić na ręku małe białe pudelki lub puszyste shi tzu, wyprowadzać na spacer przyjazne pieski beagle albo miniaturowe labradory. A ten rozrośnięty buldog ociekał śliną, wydawał się brudny i stale manifestował swoją niezależność. Niejednokrotnie widziałem z okien mojego mieszkania jak ciągnął Beatę, nie zważając na to, że próbowała go szarpać, uderzała raz po raz smyczą albo jakimś wziętym z trawnika kijkiem.

– Holden uspokój się wreszcie…! To jest dobry pan… przestań już szaleć jakbyś zobaczył strasznego demona… – powiedziała, przerywając raz po raz zdania szarpnięciami skórzanej, grubej smyczy.

Miło połechtało mnie to, że tak mnie określiła i jednocześnie zauważyłem inne elementy jej zjawiskowej urody. Miała dziwnie błękitne oczy, które w połączeniu z jaskrawo białymi gałkami przydawały cech lalkowatości jej twarzy, a przecież potrafiła też podkreślać urok swoich ust, malując je wyrazistą, karminową szminką. Do tego dochodził staranny makijaż i dobrze dobrany make up, obwiedzenie oczu niebieskim cieniem, przyczernienie rzęs i brwi, no i te puszyste jak ptasi puch włosy. Jak mogłem nie doceniać w pełni jej transparentnej urody i traktować ją jak jedną z licznych koleżanek z podwórka? Jak mogłem przez tyle lat mijać ją bez słowa i nawet nie zainteresować się, gdy jej mama powiedziała mojej mamie, że Beata bardzo się mną zajmuje? A może po raz pierwszy tak mocno się umalowała i zobaczyłem ją innymi oczyma, jakby była dziewczyną z okładki kolorowego pisma, jak Brigitte Bardot, Claudia Cardinale albo Jane Fonda.

– Nic się nie stało Beatko… – jeszcze raz zapewniłem ją, że incydent z psem nie wywarł na mnie większego wrażenia – Przynajmniej mogłem z tobą zamienić kilka słów.

– Holden stał się nie do zniesienia, ale co mamy teraz zrobić, przecież po tylu latach nie wypędzimy go z domu… – powiedziała i wydęła usta niczym Bardotka ze zdjęcia na odwrocie lusterka, które zawsze nosiłem w kieszeni.

Uśmiechnąłem się raz jeszcze, dokładnie zsumowałem w myślach jej wszystkie zalety, na końcu zauważając lśniące, czerwone pantofelki, okrywające malutkie stopy i poczułem jak wielkie gorąco napływa do mojego ciała. Wyraźnie zbierała się odejścia, więc by ją jeszcze na chwilę zatrzymać, zapytałem:

            – A skąd wzięło się imię Twojego psa?  Przecież nie chodzi tutaj o markę australijskich samochodów…?

Roześmiała się serdecznie i zauważyłem, że ma połyskujące zęby, białe jak perły, wygięła się też jakoś tak powabnie, że nieopatrznie wydałem z siebie przeciągłe westchnienie. Po raz pierwszy kobiecość tak podziałała na mnie i zapragnąłem posiąść ją jak najszybciej.

– Coś ty…! Chodzi o Holdena Caulfielda…

Pokiwałem głupkowato głową, ale nie miałem pojęcia kto to taki. Wzięła to za dobrą monetę i dodała:

– Też lubisz tę powieść…? Moglibyśmy usiąść u mnie w domu i porozmawiać o niej, ja nieustannie czytam ją we fragmentach, wracam do najlepszych scen i marzę o takim chłopaku jak on…

Bardotka_konczy_lat_3579814

Raz jeszcze pokiwałem głową, ale wystraszyłem się nie na żarty, że moja ignorancja wyjdzie na jaw, więc szybko powiedziałem:

– Chętnie, ale musimy się umówić na spotkanie, gdy będziemy mieli kilka wolnych godzin, bo teraz muszę wracać do domu.

– Ok.! Powiedziała, dmuchnęła zalotnie w grzywkę na czole i zaczęła odchodzić w dal ze swoim szarpiącym się stale bokserem.

– To na razie… Trzymam Cię za słowo… Jesteś bardzo podobny do Holdena… Zawsze tak sobie go wyobrażałam…

Odwróciłem się na pięcie i skrzywiłem w bolesnym grymasie twarz, bo w pierwszej chwili skojarzyłem to imię z mordą jej psa, ale po chwili dotarło do mnie, że chodzi o tego tajemniczego Holdena Caulfielda, o którym nigdy nie słyszałem. Szybko zjadłem obiad w domu i natychmiast pobiegłem do osiedlowej biblioteki.

– Chciałbym znaleźć jakieś wiadomości o Holdenie Caulfiedzie… – powiedziałem do zaprzyjaźnionej pani bibliotekarki i zrobiłem minę jakby wszystko wiedział o tej postaci.

Kobieta w pierwszej chwili nie skojarzyła o kogo chodzi, ale zaraz zorientowała się w czym rzecz i poszła do jednej z półek, a następnie przyniosła dwa tomy historii literatury amerykańskiej i zaczytany, straszliwie powydzierany, niewielki tom, wydany w formie broszurowej przez wydawnictwo Iskry. Na samym dole zauważyłem wydrukowany białymi literami tytuł: Buszujący w zbożu i uznałem, że bibliotekarka chyba się pomyliła. Ale ilustracja stylizowanych amerykańskich drapaczy chmur i symbolicznie zaznaczonego, dziwacznego, białego człowieczka w czerwonej czapeczce, a także nazwisko autora – J. D Salinger – zaintrygowały mnie na tyle, że wziąłem do ręki książkę, a po odwróceniu jej zacząłem czytać  notę redakcyjną, wydrukowaną tłustymi, czarnymi literami na żółtym tle: Bohaterem „Buszującego w zbożu” jest szesnastoletni uczeń, Holden Caulfield… Uśmiechnąłem się do kobiety stojącej przede mną i wypożyczyłem dwa tomy analityczne i tę niezbyt efektowną, wydaną 1967 roku książkę. Szybko też podążyłem z powrotem do domu, położyłem się na tapczanie i zacząłem czytać powieść amerykańskiego autora. Ani się nie obejrzałem jak zmieniła się pora dobowa, nadeszła noc, a ja wciąż wpatrywałem się w pożółkłe i przybrudzone stronice.

ALEJA KLONÓW (23)

   osa

Siedziałem przy stole, dosuniętym do okna i bawiłem się kolorowymi klockami z drewna, pięknie polakierowanymi i lśniącymi w świetle poranka. Mama poszła do pracy, a ojciec odwoził ludzi wielkim Jelczem do fabryki rowerów i miał co jakiś czas do mnie zaglądać. Umieściłem zielone podpory na dole, a na nich ustawiałem niebieskie kolumny, zawieszałem czerwone łuki i żółte dachy. Wyobrażałem sobie jakiś wspaniały pałac, w którym byłem księciem w złotych szatach, wydawałem rozkazy i przechadzałem się z komnaty do komnaty. Budowlę lokowałem pośród palm i gęstych zarośli trzciny cukrowej, gdzieś w tropikach, może w Egipcie, a może w południowych Chinach. Choć niewiele wiedziałem jeszcze wtedy o geografii, to zdawałem sobie sprawę, że takie krainy istnieją. Może to była wiedza z poprzedniego życia, przelewająca się przez kataraktę narodzin, a może, gdy leżałem w łóżeczku, dotarły do moich uszu jakieś informacje z włączonego radia, z pierwszego telewizora, z rozmów i opowieści dorosłych? Z poczuciem radości i pełni budowałem pałac z klocków i nuciłem jakąś piosenkę la la la la, na chwilę przestawałem śpiewać, a potem znowu zaczynałem la la la la. Było mi błogo, bo docierało do mnie ciepło z kuchennego pieca, w którym stale jarzyły się bryły węgla i kawałki drewna, przyniesione przez mamę z szopy. Rozlewał się we mnie spokój i czułem się bezpieczny, czekający na pierwszą wizytę ojca, myślący o pałacowym życiu i jakichś odległych zdarzeniach, mgliście rysujących się w pamięci tragediach, walkach, ucieczkach i wędrówkach przez niebieskie góry i rozległe równiny. Ustawiłem właśnie na górze ostatni, wieńczący wszystko, czarny klocek w kształcie ostrosłupa i nagle coś przykuło moją uwagę na szybie.

Tuż przy białej ramie chodził wolno jakiś straszny, ruchliwy, żółto-czarny owad, przypominający przybysza z zaświatów. Miał pasy na szpiczastym odwłoku, zakończonym jakby kolcem, teleskopowe odnóża, czarny tułów w żółte plamy, z którego wychodziły skrzydła, przeźroczyste jakby zostały zrobione z pergaminu. Miał też jakby łapy z ostrymi haczykami na końcu i owalną głowę, z czułkami na dole i górze. Nie wiem dlaczego nagle zachciało mi się bardzo pić, więc sięgnąłem po szklankę z wodą, stojącą na środku stołu, pociągnąłem ze dwa łyki, a potem odstawiłem ją na parapet, tak by przez jej soczewkę patrzeć na stojące teraz w miejscu żyjątko. Dopiero teraz zauważyłem więcej szczegółów, wyrazistych arterii na skrzydłach, mikroskopijnych włosków na tułowiu i głowie, tajemniczych rysunków na odwłoku. Patrzyłem na tego owada jak zaczarowany, ale czułem podświadomie, że jest groźny, że może wyrządzić krzywdę. Nagle przez moją świadomość przemknęły obrazy zabijania, ścinania głów, odrąbywania ramion i wbijania pik w brzuchy, a gdzieś daleko, jakby na samym dnie mojej świadomości, odzywały się głuche krzyki, przeraźliwe wołania o pomoc. Przestraszyłem się i na chwilę zakryłem twarz rączkami, co jakiś tylko czas wyglądając ciekawie, co robi istota z innego świata. Przekrzywiłem się dziwnie i patrząc przez szklankę z wodą, zobaczyłem nagle ogromną głowę, miarowo ruszającą górnymi czułkami, ocierającymi krótkie odnóża o sterczące na dole wyrostki i włoski. Nigdy jeszcze nie widziałem czegoś takiego, a choć bałem się straszliwie, przemogłem lęk i patrzyłem na ruchliwego towarzysza, który próbował wspinać się po szybie, lecz co jakiś czas spadał na ramę okienną i znowu zaczynał mozolne wspinanie się na przeźroczystą taflę. Jego udręka spowodowała, że zapragnąłem mu pomóc, jakoś unieść go w górę, przesunąć po szybie, by znalazł się u góry.

Powoli zacząłem zbliżać wskazujący palec do owada, a przy okazji zburzyłem pałac z klocków, który rozpadł się doszczętnie. Kolorowe elementy potoczyły się po całym stole, a jedna z zielonych kolumn spadła na podłogę. Nie zwróciłem na to uwagi, bo dziwny twór zastygł w bezruchu, jakby zachęcając mnie bym go dotknął i posunął w górę. Zrobiłem to delikatnie, ale gdy poczułem zimny, chitynowy pancerz, natychmiast cofnąłem rękę i odsunąłem się od szyby. Owad poruszył się, wyprostował skrzydła, w których słońce natychmiast wyświetliło kolory tęczy, apotem podszedł kilka centymetrów do góry. Znowu zacząłem powoli zbliżać do niego rękę, a gdy prawie już dotykałem intruza, zerwał się nagle z szyby i zaatakował mój mały, wskazujący palec. Krzyknąłem przerażony, bo poczułem jakby wlało się do niego stopione żelazo, albo jakbym oparzył się nieopatrznie rozgrzaną do czerwoności fajerką. Skoczyłem od stołu i uderzyłem się o piec, a potem zacząłem biegać od pokoju do kuchni i dalej do niewielkiego korytarzyka przed ubikacją. Machałem ręką w powietrzu, albo brałem bolący palec do buzi i ssałem go zawzięcie, ledwie na sekundy zatrzymując ataki bólu. Zauważyłem, że zaczerwienił się bardzo i spuchł, powiększając się dwa razy i stając się dziwnie obcy, jakby już nie należący do mnie. W końcu zauważyłem szklankę z wodą i wsadziłem do niej całą, malutką dłoń, co na chwilę uśmierzyło ból, ale nie powstrzymało pulsowania, jakby ciągłego wnikania niewidzialnej igły w ciało. Łzy spływały mi po policzkach i łkałem głośno, co jakiś czas zerkając na owada, kręcącego się teraz w kółko w rogu szyby.

Niebawem usłyszałem chrobot klucza w zamku i zobaczyłem ojca wchodzącego do domu. Tuż za nim podążała babcia Józia i gdy ujrzała, że płaczę natychmiast podbiegła do mnie.

– Co ci się stało skarbie? – zapytała, choć jeszcze nie mówiłem, a tylko nieporadnie artykułowałem pojedyncze wyrazy.

Pokazałem jej opuchnięty palec i jeszcze głośniej zapłakałem, a babcia natychmiast zorientowała się, co się stało

– Ukąsiła go osa w paluszek – powiedziała, a zobaczywszy owada na szybie, błyskawicznie zdjęła laczek z prawej stopy i bezlitośnie rozdusiła nim nieszczęśnika.

– Oj, oj, on zawsze coś wywinie – powiedział ojciec tak jakbym to ja był sprawcą całego zamieszania.

– Mówiłam wam, że nie macie zostawiać dzieciaka samego w domu… mieliście go przyprowadzić do mnie, to bym go dobrze pilnowała… – powiedziała z wyrzutem.

– Kto by przypuszczał, że zaczepi osę… – ojciec dalej obstawał przy swoim, ale nie skończył, bo babcia przerwała mu bezceremonialnie.

– Głupi jesteś… Jak but!!! Pewnie pierwszy raz w życiu zobaczył osę i nawet jak ją dotknął, to zrobił to z ciekawości…

– No, ale teraz już poznał żądło osy i będzie się miał na baczności… nauka nie pójdzie w las… – filozofował tata.

Babcia zrobiła straszną minę, więc nic już więcej nie powiedział, tylko zabrał się za wyciąganie żądła, które wyraźnie tkwiło pod skórą. Zdezynfekował spirytusem igłę do szycia i delikatnie, powodując tylko lekki ból, wydobył czarny, mikroskopijny kształt. Babcia wzięła mój palec do ust i wyssała nieco krwi z ranki, a potem pokryła ją maścią i zabandażowała elegancko. Położono mnie do łóżka i po strasznym doświadczeniu tego ranka natychmiast zasnąłem, a choć śniły mi się monstrualne osy, zawisające nad moją głową, przylatujące skądś z daleka, żadna nie odważyła się zaatakować. Może dlatego, że po wyjściu ojca z domu, babcia usiadła na kanapie, tuż przy moim łóżeczku i czuwała nad moim snem niczym strażnik obszarów tajemnicy.

TĘCZA NA NIEBIE

Świat wewnętrzny1 dziewcząt bywa bardzo rozbudowany, pełen fantazji i kolorowych marzeń, ale też i smutków, pragnień, nagle pojawiającego się bólu. Szczególnie widać to, gdy zderza się z postawami życiowymi chłopców, w aurze pierwszych zauroczeń, nagłych fascynacji i nieśmiałych miłości. Wtedy wszystko wydaje się ekscytujące, pełne obietnic i tajemnic, a pierwszy pocałunek otwiera przestrzenie dotąd nieznane, prowadzące ku ostatecznym spełnieniom. To też bardzo trudny czas, gdy zderzają się ze sobą dziecinne wyobrażenia o łagodności i pięknie, z twardymi regułami życia, niedojrzałością partnerów i ich obciążeniami rodzinnymi, generacyjnymi i osobowościowymi. Może dlatego w tym wieku mamy do czynienia z wieloma samobójstwami dokonanymi, niezrozumiałymi dla rodziców i najbliższych osób, ale znajdującymi swoje tragiczne umotywowanie w niedojrzałości i poczuciu utraty wszelkich szans. Pragnienie jedności, kontynuowania związku, pomimo licznych zagrożeń, jest tak silne, że prowadzi czasami ku ślepym zaułkom i zapadniom. Wszystko wtedy jest zwielokrotnione – uroda kusi swoją nieziemskością, dotyk ma magiczne działanie, ciepło złączonych dłoni obiecuje połączenie na zawsze, a nawet zwykła ławka staje się rewirem trudnej do wyrażenia cudowności. W przypadku dziewcząt dochodzi jeszcze niezwykłe sformatowanie umysłu przez dziecinne wyobrażenia i ciągi lektur, pośród których prym wiedzie Ania z Zielonego Wzgórza Lucy Maud Montgomery. Niezwykłość czai się wszędzie, pojawia się też jaskrawość albo przyciemnienie obrazów, a serce coraz częściej bije ze zwielokrotnionym rytmem. Chłopcy w tym czasie uganiają się za swoimi ułudami (przeważnie szczerbaci, z nieumytą resztka zębów, z wiecznie nieuczesanymi włosami), kopią piłkę, kąpią się w jeziorach, a prawdziwe spotkanie z istotą żeńską bywa dla nich szokiem, z którym nie potrafią sobie poradzić. Dziewczęta – nauczone podczas zabaw z lalkami i misiami – pragną im „matkować”, chcą otaczać opieką, ale często trafiają na postawy niezrozumiałe, dziwaczne, tchórzliwe, powodujące ogromny stres.

Debiut prozatorski Marty Joanny Anders zdumiewa na wielu płaszczyznach – przede wszystkim na poziomie realizacji pisarskich, logiki wykładu, czystości języka i opanowania reguł fabularnych. Na podstawie tej książki zdolny reżyser mógłby stworzyć ekscytujący film, który znalazłby wielu wielbicieli, szczególnie ze środowisk młodzieżowych, ale przecież także osoby starsze odnajdą w opowieści autorki wiele zdarzeń ze swojego dzieciństwa, sporo elementów współtworzących ich wyobraźnię i kształtujących postawę życiową. Można śmiało zaklasyfikować tę narrację jako powieść-rzekę, z wieloma odgałęzieniami i dopływami, ale jest to też wzruszający dziennik intymny, w którym łzy radości i smutku mieszają się ze sobą. Ogromną wartość ma też tutaj umiejętność snucia opowieści pulsacyjnej, łagodnie przechodzącej od czasów dziecinnych do dorosłości, od pierwszych pytań o pocałunek do dojrzałych spełnień. To są obrazy i zdarzenia, swobodnie przepływające przez świadomość autorki i układające się w ciąg, który zaczyna nabierać logiki w przyszłości. Dopiero retrospekcje – a szczególnie umiejętność wplatania ich w fabuły powieściowe – daje możliwość dostrzeżenia tajemnych ścieżek, nieoczekiwanych rozwinięć akcji i doświadczeń centralnych dla dłuższych okresów życia. Do tych zaskoczeń, które pojawiają się przy lekturze tej powieści, dodajmy jeszcze głębokie analizy psychologiczne, zarówno głównej bohaterki, jak i postaci pojawiających się w jej otoczeniu. A choć bywa to przestrzeń najczęściej poddawana krytyce, to trudno wskazać tutaj jakieś nadużycia, raczej mamy do czynienia z ogromną wiedzą autorki na temat ludzkiej psychiki, być może zdobywaną w sytuacjach trudnych, krańcowych, przypominających te z kart powieści. Przedkładając czytelnikom swój debiut prozatorski, Marta Joanna Anders jest już pisarką w pełni ukształtowaną, zaskakującą i niezwykle utalentowaną, co każe oczekiwać kolejnych udanych realizacji autorskich i ciągu nowych ekscytujących publikacji.

Na razie warto wziąć do rąk tę obszerną książkę i odnaleźć w niej autentyczną prawdę o ludzkim życiu i nieustającym dojrzewaniu do pojawiających się wyzwań. W przypadku kobiet bywa to miłość, apotem ciąża i macierzyństwo, ale przecież powieść ta dokumentuje także cały ciąg mniejszych i większych zadań, którym muszą sprostać. W przypadku istot nadwrażliwych, boleśnie odczuwających cudowny powab świata, a innym razem pogrążających się w jego mrokach, pojawia się pragnienie zadośćuczynienia i egzemplifikacji. Wtedy kobiety piszą pamiętniki, zwierzają się najbliższym przyjaciółkom, albo – co jest najwyższą formą samoświadomości – tworzą zbiór opowiadań lub powieść. To bywa zadanie tyleż twórcze, co terapeutyczne, pozwalające zrozumieć samą siebie i dające czytelnikom szansę wejścia do magicznych krain wyobraźni i tęsknoty za czystością, za pięknem i głębią doznań elementarnych. Niestety materia życia bywa skomplikowana, pełna udręki, pojawiających się stale zagrożeń i nagłych zwrotów akcji, co powoduje codzienną szarpaninę i każe wciąż podejmować trudne decyzje. W tym zakresie Centrum ich wszechświata jest ważką próbą odwzorowania trudów dojrzewania i zdecydowanego wchodzenia w dorosłość – jakże czasem trudną do zaakceptowania, jakże nieprzystającą do dziecinnych wyobrażeń o przyszłych dniach. Ta przyszłość to radosne uniesienia, ale też zdarzenia tragiczne, śmierć i poczucie ostatecznego przegrania wszelkich szans, realność rozlanej krwi, wypadków, pogrzebów i grobów – to stale przeplatające się dobro ze złem. Zaletą powieści Marty Joanny Anders jest jednak próba wskazania, że ludzkie życie jest wartością nadrzędną i cokolwiek by się w nim nie wydarzało stanowi nasz największy atut, a jeśli jest chwilowym depozytem danym nam przez rodziców, to też staje się przestrzenią, którą możemy dowolnie kształtować i modyfikować. Autorka wskazuje, że warto żyć, by móc usłyszeć od kogoś – jak Nela od Kacpra: Na razie moje niebo jest niewielkie, ale daję ci je całe. Bo na tym moim niebie to ty jesteś moją tęczą. I choćbyś nie wiem gdzie była i co robiła, ja zawsze będę na ciebie czekał.

________

Marta Joanna Anders, Centrum ich wszechświata, Biblioteka „Tematu”, Bydgoszcz 2017, s. 642.

OSTATNIA WALKA BOHATERÓW (9)

f174b358a517ee8d7962b074106e256c

Tej lipcowej niedzieli wstałem wcześnie rano, umyłem się dokładnie, zjadłem na śniadanie talerz mleka z rozdrobnioną bułką, masłem i cukrem, a potem założyłem obcisłe dżinsy, białą, bawełnianą koszulkę z portretem Johna Lennona i stanąłem przy oknie by zlustrować pogodę. Wychodząc z domu narzuciłem jeszcze na siebie kurtkę Rifle, z której byłem dumny i nosiłem ją nawet wtedy, gdy było mi w niej za ciepło. Koło ósmej rano nie było jeszcze chłopaków na podwórku, ale zauważyłem, że nasz ranny ptaszek Norman siedzi na ławce, nieopodal swojej klatki schodowej. Słońce już solidnie przygrzewało i zapowiadał się wspaniały dzień, z błękitnym niebem i światłem; upalny jak w tropikach, o których czytałem wiele książek, marząc o podróżach, polowaniach i odkrywaniu w głuszy tajemniczych zakątków. Norman trzymał w prawej ręce ogromne radio tranzystorowe i lekko chwiał się do przodu w rytm jakiejś piosenki. Ruszyłem przed siebie i po dojściu do niego, bez słowa usiadłem na ławce i zacząłem wsłuchiwać się w niepokojące słowa dobiegające z głośników: She came to me one morning/ One lonely Sunday morning/ Her long hair flowing/ In the midwinter wind/ I know not how she found me/ For in darkness I was walking/ And destruction lay around me/ From a fight I could not win. Pieśń była niepokojąca, a wokalista, wspomagany przez gitary i perkusję rytmicznie dopowiadał kolejne treści, raz po raz przerywając je wokalizą aaaaaaa aaaaaaa aaaaaaa. Straszliwie cierpiałem w ostatnich tygodniach z powodu miłości, która nie mogła się spełnić i opowieść o dziewczynie, która przyszła do artysty pięknego, niedzielnego poranka, podnieciła we mnie uśpione żądze. Długie włosy mojej dziewczyny też pięknie powiewały na wietrze i przed oczyma wyobraźni zobaczyłem ją, jak nadchodzi naga z daleka, kusi i wabi mnie niczym złu duch. Słońce wspinało się po jasnych gładziach błękitu, ale w moim sercu była zima i zdawało mi się, że kroczę pośród ciemności, wszędzie widząc zniszczenie, rozdarte przez huragany drzewa, zburzone domy i leżące na ziemi płoty, ogromne wyrwy po pociskach i leje po bombach. Krajobraz jak ze zdjęć wojny w Wietnamie, które stale oglądałem w telewizji, w gazetach i magazynach. I było też we mnie przekonanie, że walka, którą toczę jest z góry przegrana i już niedługo polegnę w niej, a kumple – tacy jak Norman – zarzucą sobie mojego trupa na ramiona i poniosą w dal na cmentarz, do przygotowanego naprędce grobu.

1157

Uriah Heep

Norman ruszał się rytmicznie i jakby potwierdzał kiwaniem głowy, że to, o czym śpiewa wokalista jest prawdziwe i głębokie. To był czas mojego zachłyśnięcia językiem angielskim i proste słowa dekodowałem bez trudu, tym bardziej, że trafiały wprost do mojej duszy: She asked me name my foe then/ I said the need within some men/ To fight and kill their brothers/ Without thought of love or God/ And I begged her give me horses/ To trample down my enemies/ So eager was my passion/ To devour this waste of life. Tak, miałem wtedy wielkiego wroga i nienawidziłem zabijania, rozczulając się do łez nad zdjęciami nagich wietnamskich dzieci, biegnących z przerażeniem drogą pośród ryżowych pól. Mógłbym zatem powiedzieć jej, że moim największym nieprzyjacielem była ludzka nienawiść, której już tyle doświadczyłem, a jedynym ratunkiem mogło być wejście do świata baśni i legend, powieści Tolkiena i Carrolla, limeryków Leara. Choć moja dziewczyna doświadczała mnie straszliwie, czułem, że mogłaby dać mi cudowne rumaki, którymi stratowałbym wrogów świata i ludzkości. Głęboko wierzyłem, że mam do spełnienia wielką misję, a gdyby jeszcze ona ruszyła na złocistej klaczy tuż przy mnie, zawojowalibyśmy glob, przemierzyli ogromne przestrzenie i czuli swoją bliskość tak, jak nikt jeszcze nigdy jej nie czuł. Proste uderzenia w perkusję nadawały tajemny rytm mojemu pragnieniu i zostałem błyskawicznie wprowadzony do świata czystych uczuć i najpiękniejszej miłości, do krain bez śmierci i rozpadu. Gdzieś w dali zieleniły się wysokie wzgórza, a za nimi trwały we fiolecie i błękicie skaliste, ośnieżone szczyty, postrzępione turnie i iglice. Stałem przy niej i trzymałem rękę na jej drżącym ramieniu, a potem zbliżyłem usta do jej ust i długo, namiętnie ją całowałem z zamkniętymi oczyma, pieściłem dłonią powiewające włosy i czułem, że jesteśmy jednością, pełnią, świętą chwilą dwóch mężnych bytów, zlewających się w heroiczny kształt niezwyciężonego wojownika. Nieodparcie też zacząłem lekko ruszać głową jak Norman, potwierdzając, że pieśń jest prawdziwa, piękna i głęboka, dobrze oddająca to, co czułem. Jej niepokój też był dobry, bo odnosił wszystko do walk toczonych z moją dziewczyną, do jej rozbicia i smutku, nieustannego rozpamiętywania tego co było i marzenia o nowych, wspaniałych dniach – tak, ona chciała ze mną walczyć i natychmiast rezygnowała z boju, chciała stać przy mnie i wciąż ode mnie uciekała: But she wouldn’t think of battle that/ Reduces men to animals/ So easy to begin/ And yet impossible to end/ For she’s the mother of all men/ Who counselled me so wisely then/ I feared to walk alone again/ And asked if she would stay. To nas różniło – ja chciałem być nieustraszonym rycerzem, krwawo rozprawiającym się z wrogami, a ona była smutną hipiską, świętą pacyfistką, matką całej ludzkości. Choć nic nie mogła zrobić, roiła coś o walce, mówiła, że wojna zamienia ludzi w zwierzęta, kochała piękne stroje i przepych dawnych dam, ale ubierała się skromnie, narzucała na siebie dżinsową koszulę i wplatała krwawniki i maki w grube warkocze. Bolała jak rana, gojąca się na chwilę i wciąż rozszarpywana, szczególnie, gdy zapowiadała odejście, albo pojawienie się jakiegoś różowego księcia z długimi, tlenionymi włosami, na karym albo białym koniu.

Ken Hensley - wtedy i później

Ken Hensley – wtedy i później

Przyjaciel spojrzał do mnie i rzucił przez zęby między zwrotkami: Uriah Heep… Sprzysiężenie hipisów… Jego znajomość języka angielskiego była dość prymitywna, ograniczała się do kilku wyrazów i nie wiem skąd wziął to tłumaczenie nazwy zespołu? Byłem właśnie po emocjonalnej lekturze Davida Copperfielda Karola Dickensa i dobrze zapamiętałem szubrawca Uriasza Heepa, czarnego typa z kart tej powieści, więc uśmiechnąłem się tylko i nic nie powiedziałam, pamiętając jak wybuchowy potrafi być Norman. Książkę Dickensa dała mi moja dziewczyna, zaznaczając, że koniecznie muszę ją przeczytać, więc zabrałem się do lektury niezwłocznie, myśląc, że może znajdę w niej jakiś tajemny kod, który chciała mi przekazać. Ale wtedy opowieść angielskiego pisarza znudziła mnie solidnie, rozczarowała swoją rozwlekłością, a może najciekawszą kreacją wydała mi się postać Heepa, obłudnika, szumowiny nieustannie knującej intrygi, by zdobyć majątek pracodawcy, doktora Wickfielda, a potem po zdemaskowaniu i skazaniu, udającego wzorowego więźnia. Od razu chwyciłem dowcip chłopaków z zespołu utworzonego w 1969 roku, tym bardziej, że mieścił się on w obrębie hipisowskiego pure nonsensu, wcześniej pojawiającego się w piosenkach The Beatles, The Animals i takich pieśniarzy jak Janis Joplin, Jim Morrison, Jimi Hendrix. Uriah Heep bliżsi byli cukierkowatej refleksji Scotta McKenzie’ego (San Francisco. Be Sure to Wear Flowers in Your Hair) albo Alberta Hammonda (It Never Rains in Southern California), a z drugiej strony podążali w stronę hard rocka, progresywnie używając gitar i instrumentów klawiszowych, wplatając do tekstów postaci baśniowe, tworząc mitologię lustra, magii i snu. Ich liderem był wokalista David Byron, ale z powodu pijaństwa został usunięty z bandu, a jego miejsce zajął gitarzysta i klawiszowiec Ken Hensley i to on zaśpiewał i nagrał słynna balladę, której słuchaliśmy wtedy na ławce. Podążając od art rocka do heavy metalu, zespół wydał wiele płyt i zyskał sławę światową, choć niektórzy ironiści wytykali im śpiewne melodie, rozbudowane chóry i czasem zbyt proste, słabe teksty. W latach siedemdziesiątych XX wieku zaczynała się ich wielka popularność, do czego przyczyniły się takie pieśni jak Lady In Black. Norman nie rozumiał teksu, czasem tylko wyławiał jakieś słowa, ale podobała mu się melodia, mocny glos Hensleya, a nade wszystko rytm i powtarzalność kolejnych partii muzycznych. Łatwo można było się nauczyć tego i potem powtarzać fonetycznie, wzbudzając zachwyt chłopaków i dziewcząt. Ja jednak słuchałem uważnie i włosy stawały mi dęba na głowie, bo to była opowieść o mnie i o mojej pięknej pani: Oh lady lend your hand outright/ And let me rest here at your side/ Have faith and trust/ In peace she said/ And filled my heart with life/ There is no strength in numbers/ Have no such misconception/ But when you need me Be assured I won’t be far away. Często wtedy myślałem o samobójstwie i o tym by kiedyś spocząć w grobie przy niej, ale pamiętałem też o jej pragnieniu życia, o zapewnieniach o miłości, a potem o ucieczkach i zaprzeczeniach, o nieustannym lęku, jaki miałem w sercu z jej powodu. Chciałem by wyciągnęła ku mnie swą dłoń i trafiały do mnie jej hipisowskie narracje na temat pokoju, opowieści o życiu pośród innych ludzi, wspaniałych podróżach i wnikaniu do magicznego świata poezji, literatury fantasy i muzyki. Liczby dla niej nie miały znaczenia i wierzyłem, że z czasem się zmieni, zacznie kalkulować i nie będzie już taka rozchwiana, stale zmieniająca swoje podejście do mnie, raz obdarzająca mnie czułością, a innym razem uciekająca w ramiona innego chłopaka. Słuchając ballady Hensleya chciałem wierzyć, że będzie zawsze blisko mnie i gdy tylko ją zawołam, przybędzie jak cudowna wróżka, dotknie różdżką dłoni mej głowy i zniknie przygnębienie, poczucie przegrania i rozpacz.

uriahheep_022
Norman co jakiś czas spoglądał na mnie i jakby jeszcze mocniej kiwał głową, rytmicznie potwierdzał, że wszystko rozumie i jest to też jego historia. Teraz, gdy z bólem w sercu  patrzę na skończone życie, gdy staję nad grobem człowieka, który po latach sięgnął dna i został zgarnięty z ulicy jak śmieć, zastanawiam się czy nie było w tym jakiegoś przeczucia. Miał swoje nadzieje i wielkie miłości, ale nic mu się nie udało i w końcu nieczuły na jego krzywdy ojciec, wygnał go z domu i skazał na pustą egzystencję istoty bezdomnej. I nie przyszła do niego mistyczna kobieta, by mu pomóc, wydobyć z dna na powierzchnię życia – przyszła tylko starucha w czerni i zamachnęła się bezlitośnie kosą, kończąc jego ziemskie męki. Ostatnia zwrotka Lady In Black była dla mnie bolesna i słuchałem jej z narastającym przerażeniem: Thus having spoke she turned away/ And though I found no words to say/ I stood and watched until I Saw/ Her black coat disappear/ My labour is no easier/ But now I know I’m not alone/ I find new heart each time/ I think upon that windy day/ And if one day she comes to you/ Drink deeply from her words so wise/ Take courage from her/ As your prize/ And say hello from me. Tak, to była zapowiedź odejścia miłości, wielkiego przerażenia i zamilknięcia, to było potwierdzenie nieuchronnego rozstania z nią, znikającego w dali czarnego płaszcza. A zapewnienia Hensleya, że stanie się ona matką dla każdego, czułą kochanką tych, którzy tęsknią za prawdziwą miłością, nauczycielką życia i ostatnią szansą, tylko podsycały we mnie płomień beznadziei i rozpaczy. Pieśń jeszcze brzmiała, gdy zerwałem się z ławki, odprowadzany przez zdziwione spojrzenie Normana, a powtarzane monotonnie aaaaaaa aaaaaaa aaaaaaa, było jak memento naszego spotkania, tego niedzielnego, w pełnym słońcu i tego październikowego, gdy jego brudne, wychudzone ciało wsuwano do czarnego worka, by zawieść je na cmentarz i pochować w ciszy, bez rodziny, bez kumpli i bez pieśni, których słuchał. Zostawiłem go i biegłem jakiś czas przed siebie, nie zauważyłem też, że znalazłem się na cmentarzu, pośród nagrobków z granitu i marmuru. Przede mną była rzeźba anioła ze zniszczoną twarzą, bez wyrazu, bez ludzkich cech, jakby celowo okaleczona by wyrażała upadek tego, co w ziemskim świecie budujemy, destrukcję ludzkich kształtów, nie do ocalenia. Po jakimś czasie między skrzydłami anioła usiadła młoda sójka i zaczęła przyglądać mi się ciekawie, przeskakiwała na głowę, potem zatrzymywała się na złożonych do modlitwy dłoniach, by wznieść się na chwilę w powietrze i wrócić z powrotem ku anielskim skrzydłom. Tylko młode ptaki są takie nieostrożne i tylko ludzka młodość bywa tak dramatyczna, pełna nieoczekiwanych zwrotów sytuacji, stale pojawiających się zagrożeń i niepotrzebnych walk. Wyciągnąłem prawą dłoń i ptak po chwilowym wahaniu usiadł na niej przekręcając głowę w prawo i lewo, prezentując swoje kruche piękno, niczym baletnica na scenie. Powoli wydobyłem z kieszeni orzeszek, zbliżyłem do dzióbka i uśmiechnąłem się lekko do odważnego towarzysza. Chwycił fistaszka i z radosnym skrzekiem odleciał ku najbliższym drzewom morwowym, a ja westchnąłem głęboko, wstałem z ławki i nagle zgłodniały, przybity i jakże samotny, powoli ruszyłem do domu.

« Older entries

%d blogerów lubi to: